Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mistrz Gry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mistrz Gry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 kwietnia 2024

Od Mistrza Gry — „Zakochany paw” — Walentynki

Treść ogłoszenia:
„Nie będę wskazywać palcami, kto, ale ktoś (Zeus) zapomniał dziś rano zamknąć zagrodę moich ukochanych pawi. Większość z nich udało się bezpiecznie sprowadzić do domu, ale jeden z nich, młody samiec o imieniu Burek (to też wina Zeusa) wciąż jest gdzieś tam, w wielkim Nowym Jorku.
Dla uczciwego znalazcy, który sprowadzi Burka do domu (Empire State Building, piętro 600), przewidziana nagroda. Wszelkie próby przyprowadzenia przed me oblicze innego pawia zostaną srogo ukarane.”

List Hery, choć trafił do dwóch półbogiń z Obozu Herosów, nie doczekał się odpowiedzi. Nikomu nie trzeba chyba mówić, że gniew bogini należy do ogromnych. Burek był wszak jej ukochanym, najulubieńszym pawiem!
Violet i Millie mogą się spodziewać na swojej drodze wielu krowich placków. Heroski powinny uważać na to, co mają pod nogami, nawet tam, gdzie trudno byłoby spotkać krowy. Jeśli kiedykolwiek zdecydują się wziąć ślub, mogą być pewne, że ich piękny, wielki dzień okaże się katastrofą. Och, no i istnieje duże prawdopodobieństwo, że ich zaproszenia na jakiekolwiek cudze śluby mogą się zgubić gdzieś po drodze...
Hera to bogini, która ma tendencję do chowania swej urazy i zawiści. Dlatego też od teraz Violet i Millie muszą wspominać o krowich plackach w swoich opowiadaniach we wszystkich wątkach... zawsze.
Jeśli zaś chodzi o pawia Burka, to ptak świetnie się zadomowił w zoo w Central Parku. Układa sobie życie z poznaną tam piękną samicą Pavettą i niezbyt tęskni za Herą.

czwartek, 28 grudnia 2023

Od Blanche — zlecenie #5 — część 9

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

TW: śmierć, zwłoki, krew, wzmianki o duszeniu, rasizmie oraz igłach

Drzwi gwałtownie uchyliły się, gdy za nie szarpnęła. Jednak nie to sprawiło, że zachwiała się i musiała przytrzymać framugi, by nie upaść. Drewno zostało przez kogoś bądź coś rozpłatane, a rząd wystających z niego wielkich drzazg wbił jej się boleśnie w dłoń. Nie czuła jednak bólu, nie widziała tych kilku kropli krwi, które spadły na podłogę. I tak nie miały one żadnego znaczenia w porównaniu z kałużą czerwieni rozlaną zaledwie kilka kroków od niej, kałuży czerwieni, w której leżała Grace. 
Blanche wiedziała, że nie jest już w stanie jej pomóc, czuła to gdzieś pod skórą. Pomimo tego znalazła w sobie jednak dość siły, by oderwać się od futryny (razem z tymi cholernymi drzazgami) i podejść do dziewczynki na drżących nogach. Grace wyglądała jak porcelanowa lalka, czekająca, aż ktoś podniesie ją z zimnej posadzki, czule pogładzi po włosach i odłoży na honorowe miejsce na półce, wśród ozdobnej zastawy i figurek słoni z uniesionymi trąbami. A może raczej wyglądałaby tak, gdyby nie szereg głębokich ran przecinających jej ciało i krew, która posklejała jej ciemne loki i ubrudziła jasną bluzkę. 
Palce kobiety same powędrowały na bok szyi dziewczynki. Odczekała chwilę, łudząc się, że cokolwiek wyczuje. Nie czuła jednak nic poza lepkością krwi i suchym szlochem, który wstrząsnął jej własnym ciałem. 
Była w zbyt dużym szoku, by płakać. Być może wciąż działały na nią resztki adrenaliny, którą czuła, gdy próbowała dotrzeć tu na czas. 
W panice próbowała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała o pierwszej pomocy. Czy powinna w ogóle próbować jej udzielić? Grace zmarła zapewne niedawno, ale była to śmierć straszna, przy której straciła mnóstwo krwi. 
Drżącą ręką schowała przypinkę, w którą znowu zmienił się jej miecz, do torebki, i wyjęła z niej telefon. Skoro sama nie wiedziała, co zrobić, musiała zaczerpnąć opinii eksperta. Co oznaczało, że miała dosłownie minutę, przez którą czekała na połączenie z dyspozytorem numeru alarmowego, by wymyślić jakąś wiarygodną historyjkę. 
— Halo — zaczęła, a jej głos dziwnie zachrypiał. Do tej pory nie zauważyła tego, jak bardzo ściśnięte było jej gardło. — Znalazłam ciało. Dziewczynka, nieco ponad dziesięć lat. Prawdopodobnie zaatakowało ją jakieś dzikie zwierzę albo kilka dzikich zwierząt… ma wiele głębokich ran, a wokół niej jest tak dużo krwi… — zamilkła. 
Dopiero teraz, kiedy mówiła o tym wszystkim na głos, dotarła do niej cała sytuacja, w której się znalazła, i jej ostateczność. Grace nie żyła. A ona, osoba, na którą dziewczynka liczyła, nie dała rady jej pomóc. Zawiodła ją. 
Dopiero teraz popłynęły łzy. 
— Gdzie się pani znajduje? Dobrze rozumiem, że do zdarzenia doszło na zewnątrz? — odpowiedział męski głos. 
— Nie, nie na zewnątrz. Jestem w jej mieszkaniu, Forest Houses, budynek 12., mieszkanie 59. Przedpokój jest w ruinie… 
— Zna pani tę dziewczynkę? 
— Tak, znam ją, ale od niedawna. Brała, wraz ze swoim ojcem, udział w badaniu statystycznym, które prowadzę. Została wytypowana do dodatkowego wywiadu, który właśnie chciałam przeprowadzić, ale… — urwała, by stłumić szloch. Żeby jej opowieść była wiarygodna, musiała zapewne być przejęta, ale nie aż tak, jak była w rzeczywistości. 
— Proszę nie dotykać niczego wokół siebie. Najbliższy patrol policji wraz z karetką pogotowia jest już w drodze. Wspominała pani coś o ojcu dziewczynki. Czy mogłaby pani podać jego imię i nazwisko oraz numer telefonu? Jeden z funkcjonariuszy skontaktuje się z nim. Na miejscu pojawi się również psycholog, który będzie do dyspozycji zarówno ojca, jak i pani, jeśli będzie pani tego potrzebować. 
— Ja… Podeszłam do niej i sprawdziłam, czy ma puls. Poza tym nic nie dotykałam — wyjaśniła, po czym podała dyspozytorowi dane kontaktowe Patricka Pullsona. 
Potem pozostało jej już tylko czekanie. To, co według zegarka w telefonie wynosiło zaledwie siedem minut, kobiecie zdawało się trwać całe godziny. Jej wzrok gdzieś w trakcie tych okropnych kilku minut sam powędrował ku szeroko otworzonym, zamglonym oczom dziewczynki. Ręka sama jej drgnęła ku stygnącemu ciału, wiedziona nagłą chęcią zamknięcia powiek dziecka. Może wtedy udałoby jej się wmówić samej sobie, że Grace tylko odpoczywała po walce, że zaraz wstanie i zapyta Blanche o to, czy znalazła jakieś odpowiedzi. 
Córka Tyche westchnęła i położyła dłonie na własnych kolanach. Obiecała dyspozytorowi, że nie będzie niczego dotykać. Nie mogła nic zrobić. Była zbyt wolna. Zawiodła Grace. Doprowadziła do jej śmierci. Zabiła Grace. 
Drgnęła, gdy drzwi za nią nagle otworzyły się szerzej. Przez chwilę szarpała się z torebką, chcąc wyciągnąć z niej przypinkę. Nie udało jej się to jednak, na szczęście, a przy niej po chwili zjawił się funkcjonariusz policji. Gdzieś obok przeszli również lekarz i ratownik medyczny, którzy pochylili się nad Grace.  
(Nie było ani śladu wspomnianego przez dyspozytora psychologa. Najwyraźniej uznano, że bliscy zamordowanego dziecka nie zasługiwali na jego uwagę). 
Każda komórka w ciele panny Lemieux krzyczała, że powinna coś zrobić, kazać im odejść i zostawić dziewczynkę w spokoju. Czy nie widzą, że umarła? Czy nie widzą, że ona, ta, która miała jej pomóc, ją zawiodła? Miała ochotę krzyczeć, szarpać się i płakać. Zamiast tego wbiła puste spojrzenie w czapkę policjanta, starając się zrozumieć, czego on od niej chce. 
Nie miała żadnego prawa do żałoby po Grace. Znała ją zaledwie od kilku tygodni. Spotkała ją raz, kilka razy rozmawiały telefonicznie, wymieniły kilkanaście esemesów. I tyle. Nie była jej rodziną, nie była przyjaciółką rodziny. Była dla niej nikim, przypadkową nieznajomą, która pośrednio doprowadziła do jej śmierci, bo była zbyt głupia, by w porę połączyć fakty. 
 
Policjant zadawał zbyt wiele pytań. Odpowiadała mu najkrócej, jak potrafiła. Tu półsłówko, tam zaledwie dwa słowa, gdzieś może jakieś zdanie pojedyncze. Minimum, które pozwalało jej nie zagubić się za bardzo w oficjalnej wersji zdarzeń. 
Choć Blanche unikała tego widoku, wiedziała, że ciało zostało już spakowane do worka jak jakiś przedmiot, a kolejne przedmioty wokoło oznaczone jako dowody. Czyżby policjanci, których nagle namnożyło się w przedpokoju, sądzili, że zbrodni winny był jednak człowiek, a nie zwierzę? 
I tak wiedzieli tyle, co nic. Wysłaliby ją do szpitala psychiatrycznego, gdyby powiedziała im prawdę. 
Gdzieś w środku kolejnego zadanego jej pytania drzwi znowu się otworzyły. Policjant urwał w pół słowa i posłał pełne współczucia spojrzenie mężczyźnie, który właśnie przekroczył próg domu, swojego własnego domu. 
Blanche wbiła paznokcie w nieuszkodzoną przez drzazgi dłoń, próbując powstrzymać się od płaczu, gdy Patrick Pullson padł na kolana prosto w jedną ze znaczących posadzkę plam krwi. Szloch, który opuścił jego usta w tym momencie, zdawał się należeć do rannego, wręcz umierającego, zwierzęcia, a nie do człowieka. 
— Nie… — wydusił z siebie po chwili. — To niemożliwe! To nie jest moja córeczka… To musi być jakieś nieporozumienie! — Zerwał się na równe nogi i złapał za kołnierz najbliższego sobie policjanta. — To jakiś głupi żart, prawda? Kto jest za to odpowiedzialny? Kto… — Urwał. 
Rozbiegany wzrok mężczyzny spoczął na Blanche. Zanim ta zdołała cokolwiek zrobić, w dwóch długich krokach znalazł się koło niej i celował oskarżycielski palec prosto w jej twarz, prawie dźgając ją w nos. 
— To ty… Wiedziałem, że nie można ci ufać. Wiedziałem, że przyniesiesz nam tylko nieszczęście. To przez ciebie nie żyje moja mała córeczka! — wrzeszczał, a jego ślina pryskała na twarz kobiety. 
Córka Tyche stała jak wmurowana. Łzy znowu cisnęły się jej do oczu. Gardło zatkała gula. Ojciec Grace miał rację. To przez nią zginęła jego córka. Była potworem w takim samym stopniu, w jakim było nim to, co bezpośrednio zgładziło dziewczynkę. 
— O czym pan mówi? Dlaczego sądzi pan, że to wina panny Lemieux? — wtrącił się policjant, który wcześniej zbierał zeznania kobiety. 
— Przepraszam. Próbowałam pomóc. Chciałam ją chronić, tak jak pan, naprawdę chciałam… Ale byłam zbyt wolna… — wydusiła z siebie w końcu Blanche, patrząc w oczy zrozpaczonemu ojcu, licząc na to, że zauważy i zrozumie to, że dzieliła z nim ból. 
Patrick przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał pchnąć ją do ściany, zacisnąć palce na jej gardle i trzymać tak, aż przestanie się rzucać i charczeć, zwiotczeje i, gdy tylko puści ją, pełen odrazy, opadnie na podłogę, gdzieś wśród cudzej krwi. A ona wiedziała, że, poza instynktem, który sam nakazywałby jej walczyć, nie opierałaby mu się zbyt mocno. Zasłużyła na to. 
Mężczyzna jednak zrobił coś zupełnie innego. Owszem, wyciągnął ku niej dłonie, ale zamiast przylgnąć nimi go jej krtani, rozpaczliwie pochwycił poły jej marynarki i, znów padając na kolana, zaniósł się donośnym płaczem. 
— Wiedziałem, że coś jej zrobią — wychrypiał po jakimś czasie. — Kręcili się przy niej od dawna. Naprawdę próbowałem ją chronić. I wierzę, że pani też, chociaż nie wiem, czy powinienem pani ufać. Ale ona pani ufa… — Urwał, na chwilę przenosząc wzrok na czarny wór. — Ufała. A moja mała Grace znała się na ludziach jak nikt. 
— Przepraszam bardzo, kim są ci „oni”? — wtrącił się policjant, który zdawał się dowodzić tą sprawą. 
— Kosmici! — wykrzyknął pan Pullson, znowu wstając (prawie przewracając przy tym Blanche, o którą nagle się wsparł całym ciężarem swojego ciała). — To oni zabili moją córeczkę! Tylko oni byliby w stanie zrobić tu taki bałagan! 
Funkcjonariusz najwyraźniej uznał to za spowodowane szokiem bredzenie. Skinął głową ku stojącemu na uboczu medykowi, który nagle znalazł się tuż za Pullsonem i jednym, wprawnym ruchem wbił mu igłę w szyję. Już po chwili wysoki mężczyzna padł mu prosto w ramiona. 
— Czy to w ogóle legalne? — mruknęła po chwili milczenia Blanche, zszokowana obrotem spraw. 
— Proszę się tym nie przejmować. Pośpi przez najbliższe kilka godzin, a potem będzie jak młody bóg — wyszczerzył się dowódca. 
— Młody bóg? Właśnie stracił córkę! Ma prawo do emocji tym spowodowanych, nawet jeśli wiąże się to z opowieściami o kosmitach! — zauważyła panna Lemieux. 
— Niech się paniusia cieszy, że skończył tylko tak. Ludzie jego pokroju często kończą gorzej — zasugerował mężczyzna, a ton jego głosu zdradzał, że nie miał tu na myśli fantazji o kosmitach, a inną, widoczną na pierwszy rzut oka, cechę. 
Krew zawrzała w żyłach córki Tyche, ale powstrzymała się od prowadzenia dalszej dyskusji z rasistą. Zapamiętała tylko nazwisko zapisane na plakietce przy mundurze. Już następnego dnia skarga na niego powinna znaleźć się odpowiednio wysoko w szeregach policji. 
Wiedziała też, że będzie musiała zadzwonić do pana Pullsona za kilka godzin, by sprawdzić, czy nie zostały mu podane kolejne środki i czy po prostu czegoś nie potrzebował. Nie zamierzała zostawić go samego w tej sytuacji. 
— Czy jestem jeszcze do czegoś potrzebna? — spytała jedynie innego policjanta, wyglądającego na bardziej kompetentnego, chcąc móc już uciec z tego miejsca. 
— Musi udać się pani z nami na komendę w celu złożenia oficjalnych zeznań. Możliwe również, że w przyszłości zgłosimy się do pani w celu zadania jeszcze kilku pytań. 
— Czy to oznacza, że sądzicie, że nie zrobiło tego zwierzę, a człowiek? — spytała ostrożnie.
— Jesteśmy w trakcie zbierania śladów. Nie mogę na ten moment powiedzieć pani nic więcej. 
Skinęła głową, bo i ona nie miała mu do powiedzenia nic więcej. 
 
Do domu wyruszyła jakieś dwie godziny później, spod starego, obskurnego budynku miejscowej komendy policji. Nie robiono jej tam problemów. Najwyraźniej nie załapała się (jeszcze?) do ich listy podejrzanych. 
Nie pamiętała, jak dotarła z powrotem do Obozu. Prawdopodobnie trafiła tam na grzbiecie tego samego pegaza, który zabrał ją do domu Grace, ale… Nie była pewna. Gdy przemierzała Obóz, zapadał już zmierzch. Obozowicze zgromadzili się wokół ogniska, śpiewając pieśni. 
Ktoś próbował ją zatrzymać, ale zignorowała nawoływanie. Odeszła stamtąd najszybciej, jak była w stanie i wsiadła do samochodu. 
Jechała powoli, bojąc się, że wskutek chwili nieuwagi wjedzie samochodem w drzewo, pieszego czy inny pojazd. Kierowcy wyprzedzających ją samochodów trąbili na nią i pokazywali w jej kierunku pewne sugestywne gesty, ale ona miała to gdzieś. Była zmęczona. Lewa dłoń piekła jak cholera. Była zrozpaczona, wściekła na siebie i… i odczuwała jeszcze mnóstwo innych emocji i uczuć, których sama nie potrafiła nazwać. 
Telefon zadzwonił, gdy była już pod domem. Głos, który usłyszała po odebraniu, brzmiał jeszcze gorzej, niż się spodziewała. 
— Pani mi wierzy, że to zrobili kosmici, prawda? 
Pierwsze pytanie zadane przez mężczyznę wybiło ją z rytmu. Może jeszcze nie doszedł w pełni do siebie po działaniu podejrzanej substancji, którą wmusili w jego organizm policjanci? 
— Wydaje mi się, że to inne stworzenie, równie trudne do pojęcia przez innych ludzi, jak kosmici — wyjaśniła, podchodząc do drzwi wejściowych swojego domu. 
— W takim razie jak nazwałaby pani to, co zabiło moją Grace? — spytał Patrick, a coś w jej sercu ukłuło przez to, z jaką czułością wspominał swoją córkę. 
— Potworem, panie Pullson. Nazwałabym to coś po prostu potworem. 
Miała nadzieję, że kiedyś uda jej się spotkać tego potwora, potwora, który zabił najcudowniejszą dziewczynkę na świecie. Miała również nadzieję, że będzie wtedy w stanie wbić mu swój xiphos prosto w serce, aż po samą rękojeść, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką zrobi w swoim życiu.

ZLECENIE ZAKOŃCZONE

◇──◆──◇──◆ 
[2029 słów: Blanche otrzymuje 20 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

czwartek, 21 września 2023

Od Mistrza Gry do Souksakhone — „Na ratunek 112” (zlecenie #8)

Kto rano wstaje, temu Mistrz Gry daje!
A co? Na przykład woń żula Mietka, tak mocną, że można by typa uznać za potomka Kloacyny. Ale Mieczysław to spoko ziomek, jest gotów paść ci do stóp za pudełko z ciepłym, domowym posiłkiem. Nie mówiąc już nawet o tym, że ktoś NARESZCIE bierze go na serio!
— Słuchaj, młody, ja wiem, że wszyscy mnie tu mają za świra — zaczął, mlaskając nieco, ponieważ oczywiście od razu się rzucił na dzieło kulinarne twojej mamy. — I mi to tam pasuje, niech sobie ludzie gadają, mam ich w du… Dobra, nie będę przy młodzieńcu się tak wyrażał. Mam ich gdzieś. Ale oni też mnie mają gdzieś, a te zasra… — znowu przerwał, krzywiąc się nieco. — Sorry, siła przyzwyczajenia. No, w każdym bądź razie… Co to ja miałem…? — zaciął się, a swoją konsternację próbował ukryć, pchając sobie do gęby zdecydowanie za dużo jedzenia jak na jeden raz. — A, tak — kontynuował z jeszcze na wpół pełną jadaczką. (Radzę się odsunąć, żeby nie zostać oplutym). — Te przeklęte kolczaste węże urządziły sobie imprezę w moim dobytku! Na początku ja też myślałem, że to delirka, bo co innego takie tańczące leprechauny, a co innego te… — odchrząknął, szukając zamiennika dla „skurwysynów” czy innych „gówien” — ...stwory. Ale potem znowu było lepiej z wódką, no i to już nie mogła być delirka, a moja kufajka, jak była spalona, tak jest!
Zamaszystym ruchem odłożył pojemnik z resztką jedzenia na chodnik, by móc z niego poderwać to, co zostało z jego ukochanej kufajki. Z nieokreślonym bliżej mamrotaniem prawie wcisnął ci reszty starego ciucha pod nos, chcąc ukazać ci potęgę jego osobistej tragedii.
— Moja biedna kufajeczka! Młody, ona pamięta odległe czasy, kiedy ja jeszcze pracowałem! Czy ty wiesz, kiedy ja ostatnio, kurrr…czę, pracowałem? Musisz mi pomóc, bo te dziady pewnie tu znowu wrócą i jak tak dalej pójdzie, to z dymem pójdę ja! Bo policja oczywiście chu… To znaczy, nic niewarta. Ale ty wyglądasz na mądrego chłopca — wyszczerzył się, ukazując ci resztki swoich zębów. — Pomożesz biednemu starszemu panu, prawda?
No jak by można było odmówić temu pięknemu uśmiechowi? To znaczy, jasne, możesz odmówić, żyjemy w wolnym kraju, ale wtedy złamiesz mu serce. Możesz też się zgodzić i od razu przejść w tryb detektywa, zebrać zeznania świadka lub rozejrzeć się w okolicy i spróbować znaleźć jakieś dowody. Tylko może najpierw załóż coś cieplejszego, żebyś się nie przeziębił.

poniedziałek, 18 września 2023

Od Souksakhone — „Na ratunek 112” (zlecenie #8)

Niedziela rano, a dokładniej 6 NAD ranem, większość dzieci w Nowym Jorku jeszcze spała, ale nie Sou. Sou jest z Azjatyckiego domostwa w Azjatyckim sąsiedztwie, o tej godzinie wszyscy już byli na nogach, czy tego chcą, czy nie. Starsza sąsiadka, która co rano przychodziła pomóc mu i mamie, z impetem weszła do pokoju z odkurzaczem napierdalającym na pełnej, krzycząc do niego coś o byciu leniem i że jest tu syf. Chłopak nawet nie mógł sprawdzić godziny na telefonie, bo już go ta baba wyganiała do ubrania się! Sou szybko wziął coś do ubrania i uciekł do łazienki, gdzie mógł się ubrać w długie czarne spodnie ze skórzanym paskiem, białą koszulkę i czarną koszulę ze wzorem w Garfielda. To, że musiał ubierać się przyzwoicie, nie oznacza, że nie mógł ociekać dripem.
Souksakhone wyszedł z łazienki, wkładając koszulkę do spodni, i poszedł do kuchni, która była połączona z dużym pokojem i jadalnią. Od razu można było poczuć ostry zapach przypraw, który mógł nie jednego zwalić z nóg.
– Cześć, mamo, potrzebujesz czegoś? – Sou pochylił się do swojej opiekunki, by ją przytulić na dzień dobry.
– Tak, ułóż wszystko na stół, proszę. Tylko ostrożnie, błagam – od kiedy Sou stłukł 8 misek i 2 talerze w wieku 12 lat, jego mama nie daje mu spokoju i zawsze błaga go o ostrożność za każdy razem, gdy chłopak miał choćby najmniejszą styczność ze szkłem i porcelaną. – a i zawołaj panią Santos i resztę, okej?
– PANI SANTOS! – Souksakhone krzyknął, ale szybko poczuł siłę laczka mamusi na sobie.
– Idź do niej!
Z westchnieniem od niechcenia, mężczyzna poszedł do pokoju obok i poinformował kobietę o śniadaniu, a potem wyszedł z mieszkania, by powiedzieć to samo panu Santos i ich synowi. Albo wnukowi, kto wie, oni wyglądają, jakby mogli mieć prawnuków nawet.
Sou zazwyczaj jadł wszystkie posiłki z sąsiadami, nie tylko to dawało jego mamie poczucie, że nie jest sama, ale także było tańsze! Rzadko kiedy zostawało jedzenie na talerzu.
Śniadanie szybko i przyjemnie minęło, po wszystkim państwo Santos wróciło do siebie, Sou wziął się za sprzątanie, a jego matka ustawiła swój laptop na stole, aby dokończyć swój projekt, który miał być skończony na wtorek. Dzień jak co dzień, dopóki jego mama nie zaczęła gadać.
– Kochanie, Pamiętasz żula Mietka spod sklepiku osiedlowego?
– Kogo? – na te słowa jego mama spojrzała na niego krzywo, chociaż nie było to nic obraźliwego… Ale to nawet najstarsi górale nie wiedzą, dlaczego mamy takie są.
– Tego, co od lat opowiada każdemu, kto chce wysłuchać historie o wróżkach, czy leprechaunach, które ukradły mu drobniaki na piwo…
– A, on… No pamiętam – niech ona nawet nie kontynuuje, jemu tak się nie chciało sprawdzać żadnych problemów związanego z jego bożą stroną.
– ale jego ostatnia opowieść o kolczastych stworach, które spaliły mu już koc, czapkę i kufajkę brzmi trochę zbyt realistycznie. Myślę, że ktoś powinien się tym zainteresować.
– Yhm… – chłopak kiwnął głową, udając, że nie wie, o co chodzi.
– Tak, mówię o Tobie, Souksakhone.
– Ale- – Sou obrócił się w stronę matki.
– Żadnego „ale”! A, jeszcze możesz panu Mietkowi zanieść to pudełko z jedzeniem.
Chłopak jęknął i wyłączył wodę. Odstawił mokre naczynia na bok i poszurał w stronę drzwi, po drodze biorąc posiłek dla Mieczysława, aby włożyć buty i wyjść z domu. Na korytarzu była para nastolatków, która została zmuszona przez rodziców zrobić szybkie zakupy czy wynieść śmieci, przez chwilę z nimi porozmawiał podczas schodzenia na dół.
Na zewnątrz było zimno, zbyt zimno na zwykłą koszulę, ale już zszedł na dół, a nie chciało mu się wlec po schodach na piętro, więc chłopak po prostu wolał pocierpieć. Szybko ruszył w stronę sklepiku, przy którym zazwyczaj można było spotkać dobrze wszystkim znanego Mietka (chyba że straż go wygoniła). Dzisiaj jednak straż nawet nie chciała go prosić o pójście, z zaciekawieniem słuchali zeznań mężczyzny. Miejscowy bezdomny aż gubił się w słowach ze złości, pokazując straży jego zniszczony koc, z którego już teoretycznie nic nie było, ale jedynie co mogli zrobić to tylko coś wpisać w notatnik, wzruszyć ramionami i pójść sobie. Może i jego rzeczy zostały zniszczone, ale nikt mu nadal nie potrafi uwierzyć w jakieś stworki-potworki. Kiedy straż miejska już sobie poszła, Sou podszedł do mężczyzny.
– Dzień dobry, mam nadzieję, że nie przeszkadzam – zaczął, podając pudełko z jeszcze ciepłym śniadaniem – czy chciałby Pan powiedzieć, co się wydarzyło jeszcze raz? Ja totalnie Panu wierzę, dlatego chciałbym się dowiedzieć więcej.


◇──◆──◇──◆
[714 słów: Sou otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia + 30 za rozpoczęcie zlecenia]

sobota, 15 lipca 2023

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

TW: śmierć, zwłoki, krew

Drzwi zareagowały na twoje szarpnięcie i gwałtownie uchyliły się.
Przed sobą widziałaś ciało oparte o ścianę. Grace, rozpoznałaś dziewczynkę, chociaż jej twarz była rozorana pazurami. Wyglądało na to, że uciekała przed czymś do swojego mieszkania i nie zdążyła zamknąć drzwi na czas. Sprawcą morderstwa był ewidentnie mitologiczny potwór — śmiertelne stworzenie nie byłoby zdolne do zasiania takiego spustoszenia w przedpokoju.
Jedynym, co zostało nietknięte, był telefon dziewczynki. Palce dziecka zamarły na jego ciemnym ekranie, plamiąc go krwią w swoim ostatnim akcie — chęci wezwania pomocy.

niedziela, 9 kwietnia 2023

Od Blanche — zlecenie #5 — część 8

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Początkowo słowa pochylonego nad kwiatami dziecka zdawały się być pozbawione sensu. Blanche nie wiedziała, kim może być to całe Hel. Jeszcze większą zagadkę stanowiło powiązanie tego kogoś z wilkiem, z którego powodu się tu znalazła, czy, co najważniejsze, z samą Grace. Ton jej rozmówcy nie pozostawiał jednak miejsca wątpliwościom — Grace była w bezpośrednim niebezpieczeństwie. Panna Lemieux zbyt wiele czasu straciła na bezowocnych poszukiwaniach. A teraz… Mogła zmienić mało.
Mimo wszystko postanowiła spróbować. Rzuciła się biegiem ku wylotowi Labiryntu, z którego przed chwilą wyszła. Skupiła się przy tym na Grace, próbując przynieść jej jak najwięcej szczęścia. Nie mogła teraz tracić nadziei i koncentracji. Musiała wierzyć, że uda jej się coś wskórać. Nie mogła tak po prostu dać tej małej, cudownej dziewczynce umrzeć. Wtedy ją to uderzyło. Hel. Nordycka bogini, władczyni świata umarłych. Lecz jaki interes miała na Bronxie, do tej pory zdominowanym raczej przez Hadesa, ewentualnie Plutona? „Czy na pewno?” podpowiadał głosik w jej głowie. Skąd miała mieć pewność, że w tę całą i tak już niedorzeczną mieszankę wielkich starożytnych bytów, w których istnienie nie wierzyła już spora część ludzkości, nie było zamieszane więcej istot, niż jej się dotychczas zdawało? Skoro w okolicy świetnie bawiły się bóstwa greckie i rzymskie, co broniło podobnych rozrywek innym, o których istnieniu przed wiekami wiedzieli śmiertelnicy zamieszkujący przeróżne zakątki świata?
Po labiryncie przemieszczała się wręcz mechanicznie. Najwyraźniej tym razem błogosławieństwo matki było jej przychylne, ponieważ udało jej się nie wpakować w żadną z pułapek. W międzyczasie wciąż wysilała umysł, próbując znaleźć wyraźniejsze powiązania Grace z całym tym nordyckim cyrkiem, który najwyraźniej wchodził w grę w tej sytuacji. No bo co wspólnego z tym wszystkim miał na przykład…
Wilk. Blanche nie wiedziała wiele o świecie istot, o których istnieniu wiedzieli mieszkańcy północnych rejonów Europy, ale wyraźnie kojarzyła opowieści o jakimś wielkim wilku, który zamiast wykarmiać ludzi, wolał raczej sam się nimi żywić, czy coś w tym rodzaju. I choć kobieta nie miała pewności, czy pofatygował się do Grace osobiście, czy wysłał jakichś swoich kumpli, sprawa trąciła nim na kilometr, gdy już pamiętało się o jego istnieniu. Wypadła z labiryntu i od razu skierowała się ku stajniom. Samochodem czekałaby ją co najmniej godzinna wycieczka, zaś pegaz mógł pokonać ten dystans znacznie szybciej.
— Oddam go niedługo, obiecuję! — krzyknęła jedynie w kierunku zdziwionego jej nagłym wtargnięciem półboga, który szykował się właśnie do dosiadania skrzydlatego rumaka, zanim sama, najdelikatniej jak była w stanie w pośpiechu, wspięła się na jego grzbiet. Problem polegał na tym, że nie potrafiła latać na pegazach. Próbowała tego kilkukrotnie za swych obozowych lat, lecz zawsze kończyło się to klapą. Najmniejszym problemem były siniaki, przynajmniej dwa razu udało jej się złamać rękę. Stworzenia te najwyraźniej po prostu za nią nie przepadały. Osobnik, którego miała pod sobą w tej chwili, najprawdopodobniej w jakiś sposób zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, ponieważ bez najmniejszego sprzeciwu ruszył w obranym przez nią kierunku. I, co najważniejsze w tej chwili, okazał się być naprawdę szybki.
Chwilę później, z delikatnymi objawami choroby powietrznej, wylądowała w ustronnym punkcie osiedla, na którym mieszkała Grace. Choć dalszą drogę pokonała ile sił w nogach, zdawało jej się, że przemieszcza się w ślimaczym tempie. Zatrzymała się dopiero pod drzwiami odpowiedniego mieszkania. Chwyciła przypinkę, która w jej dłoni przeobraziła się w xiphos i szarpnęła za klamkę. Krew w uszach dudniła jej tak głośno, że nie miała nawet pewności, czy zza drzwi dobiegają jakiekolwiek odgłosy.  

◇──◆──◇──◆ 
[555 słów: Blanche otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

niedziela, 26 lutego 2023

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Nieznajome zawachało się, patrząc na Blanche.
— Zdaje się, że twoja młoda przyjaciółka niedługo znajdzie się w objęciach Hel.
Ze współczuciem uśmiechnęło się, a jejgo wzrok wydawał się spoczywać na kimś obok ciebie.
— Możesz zmienić mało, Blanche. Ale jeśli się pośpieszysz, a bogowie będą łaskawi...
Grace możesz spodziewać się w jej mieszkaniu. Powodzenia.

wtorek, 21 lutego 2023

Od Blanche — Zlecenie #5 — część 7

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Plan był prosty. Ale przecież kiedy ostatnio jakikolwiek jej plan, bez względu na swój poziom trudności, przyniósł jakiekolwiek konkretne efekty? 
Miała tylko wejść i wyjść, jak po pieczątkę, ale los chciał inaczej. Los zawsze chciał inaczej. („Matko, czymże zawiniłam, że tak ci się ostatnimi czasy naraziłam?”, cisnęło jej się na język). 
Dlatego też teraz stała w niewielkim rozkroku, nie wiedząc, którą z dróg wybrać. Pierwotnie zamierzała wybrać tę wprost, prowadzącą w kierunku większości zabudowań obozu. Tam zaś znaleźć miała człowieka, który być może, nareszcie, rzuciłby większe światło na sprawę pochodzenia Grace. Z jej prawej strony jednak pojawiła się kolejna niespodzianka na i tak już, jak jej się zdawało, zbyt długiej drodze. 
Niespodzianka prawdopodobnie była w podobnym wieku do Grace. W głowie Blanche od razu zawitała myśl równie niespodziewana, co niechciana — „Ciekawe, czy, jeśli Grace dołączyłaby do obozu, dogadałyby się? Może zostałyby przyjaciółkami?”. Zacisnęła pięść, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni, niezbyt głęboko, jedynie na tyle, by otrzeźwić umysł. Nie miała czasu na zamienianie się w sentymentalnego głupca. 
„Dziecko umrze?” — to pytanie raz po raz obijało się o ścianki umysłu panny Lemieux. Gdzieś wraz z nim pojawiło się uczucie kurczącego się czasu. Gdzieś z tyłu jej świadomości pojawił się zegar i tykał nieubłaganie — tik-tak, tik-tak — jakby chciał powiedzieć „Twój czas się kończy, kochaniutka. Masz go coraz mniej. Działaj, jeśli nie chcesz płakać”. 
Jej spotkanie z ciemnowłosą małą istotką, której liczne bransoletki wydały z siebie głuchy brzdęk, gdy wyciągnęła gwałtownie dłonie ku kwiatkom, które przekazywały jej ważne wieści, mogło być tylko i wyłącznie dziełem przypadku. Dziecko, o którym było mowa, mogło żyć po drugiej stronie globu, nieświadome istnienia półbogów, Obozu Jupiter czy Blanche Lemieux. Wszystko to mogło być kolejnym głupstwem, które miało odciągnąć ją od prawdziwego celu jej wyprawy. Ale z drugiej strony… 
Dzieckiem, o którym kwiaty opowiadały dziewczynce z kokardą we włosach, mogła być Grace. Grace mogła nieubłaganie zbliżać się ku swojej śmierci, o wiele szybciej, niż do tej pory zdawało się Blanche. Owszem, dotychczas zdawała sobie sprawę z ryzyka, lecz ani razu przez myśl nie przeszło jej to, że mogło one być tak ogromne i tak bliskie. Być może po prostu nie chciała o tym myśleć. Patrząc na tę sprytną młodą damę, której ducha nie zniszczył ani nieco zatęchły pokoik gdzieś na osiedlu w Bronxie, ani ojciec, który we wszystkim widział dzieło kosmitów, nie chciało się przecież myśleć, że coś mogło się jej niedługo przytrafić. Ot, takie pobożne życzenie. 
Bogowie ostatnimi czasy nie uśmiechali się w kierunku Blanche zbyt często. 
Jednak może teraz, gdzieś w tych kwiatkach i ustach młodej heroski, odnaleźć miała jeden z tych ich rzadkich uśmiechów? 
Dlatego właśnie podjęła taką, a nie inną decyzję, i skierowała swe kroki ku niewielkiej polance usianej kwiatkami, które najwyraźniej, jeśli tylko potrafiło się ich słuchać, zdradzały swe sekrety. Bo, nawet jeśli owym dzieckiem, na które czekała śmierć, nie była Grace, miało to spotkać jakieś zapewne niewinne dziecko. A obok takich wieści nie przechodziło się obojętnie. 
Wilk nie zając, być może nie ucieknie. 
— Przepraszam — mruknęła więc, zbliżywszy się do dziewczynki — przez przypadek usłyszałam twoje słowa o dziecku, które ma umrzeć. Czy… kwiaty wiedzą może, o kogo chodzi? 
 
◇──◆──◇──◆
[520 słów: Blanche otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

niedziela, 1 stycznia 2023

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Blanche zauważyła dziecko, siedzące na trawie i przebierające w kwiatkach.
— Dziecko umrze? Ale dlaczego mi to pokazujecie, skoro nawet nie jest w naszym obozie?
Popatrzyło się chwilę w kwiatki, w ciszy obserwując ich kształty.
— Kto, na wszystkie kwiatki świata?! — wykrzyczało z przerażeniem.
Możesz podejść, dopytać się, a nuż chodzi o Grace, chyba że wolisz znaleźć wilkołaka. Wybór należy do ciebie, byle podjęty szybko (nic nie podpowiadam).

środa, 28 grudnia 2022

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Lana zamyśliła się, patrząc na swoją zieloną herbatę.
— Nie można tego wykluczyć — zaczęła ostrożnie. — Ale czy Lupa nie wypadłaby pozytywnie w jej oczach? Z tego, co mówisz, wygląda na to, jakby dziewczyna się jej bała, a przecież Lupa nie powinna robić niczego negatywnie nacechowanego. Zresztą, Lupa pewnie wzięłaby ją od razu pod swoją opiekę, jeżeli ta byłaby dzieckiem któregoś z naszych bogów. Chyba mamy do czynienia z czymś całkowicie obcym. I nie mówię o kosmitach.
Po chwili atmosfera tajemnicy opadła a na twarzy kobiety znów zajaśniał standardowy wyraz.
— Może któreś z dzieci Marsa zmieniło się w wilka? — spytała.

wtorek, 6 grudnia 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 5

Poprzednie opowiadanie

LATO

Oprócz niepokojącej Blanche naiwności, Grace Pullson cechowała również najwyraźniej niezwykła inteligencja. No bo, umówmy się, jaki przeciętniak ot tak wymyśliłby w niecałą minutę całą opowieść szyfrującą swój numer telefonu? Być może młoda była dzieckiem Ateny? Chociaż, jeśli podejrzenia Blanche co do tożsamości wspomnianej przez dziewczynkę wilczycy miały okazać się prawidłowe, cała teoria szła się hajtać.
Jak powszechnie wiadomo, wielcy geniusze często pozostawali niezrozumiani. I tak prawdopodobnie było teraz z tą biedną dziewczyną. Po minie panny Lemieux prawdopodobnie dało się w tym momencie odczytać to, że, jeśli tylko ludzkie mózgi były maszynami, koła zębate w jej głowie kręciłyby się w szaleńczym tempie, próbując rozszyfrować wiadomość. O ile niektóre z cyfr podane były jak na tacy, co do pozostałych miała pewne zastrzeżenia.
„Patrzę chyba z pięć razy”, czyli 5. „Ubrałam się raz dwa” wskazywało na to, że kolejne były 1 i 2. „W pierwszym odruchu” to 1, a „cztery skrzydła” — 4. Jako że skrzydła były podwójne, po czwórce następowało 2. Ale to dawało przecież tylko sześć cyfr, a potrzebowała siedmiu!
Może to „pięć razy” nie oznaczało samej piątki, ale i następującą za nią cyfrę 1? A może fakt, że dziwne stwory „zniknęły” sugerować miał 0?
Gdyby nie przebywała w towarzystwie osoby nieletniej, jasnowłosa kobieta przeklęłaby teraz siarczyście. Czasu na proste dopytanie się dziewczyny oczywiście nie było, bo chwilę później powrócił do nich jej ojciec. Blanche została więc sama ze swoim mętlikiem w głowie, kilkoma cyframi zakreślonymi z tyłu notatnika, w którym wcześniej spisywała opowiedziane przez dwuosobową rodzinę bzdury o kosmitach i otaczającymi ich przynajmniej dziesięcioma znakami zapytania. Wyglądało na to, że w momencie próby kontaktu z dziewczyną będzie musiała bawić się w wyliczankę i modlić o to, że któreś z jej podejrzeń okaże się prawidłową kombinacją cyfr.
— Bardzo dziękuję za rozmowę i za kawę — powiedziała w końcu, gdy dopiła ciepły napój i wysłuchała przynajmniej pięciu kolejnych opowieści o kosmitach, udając, że wcale nie przeżywa cholernego kryzysu i to wcale nie tak, że już tylko jedna kolejna historia dzieliła ją od odpięcia przypinki, którą tego dnia nosiła przy koszuli.
Komórkę wyciągnęła tuż po przekroczeniu progu domostwa rodziny Pullson. Po chwili odszukała kolejny z numerów, który w jej kontaktach pozostawał wciąż jedynie z powodu tego, że „tak wypadało”. To, jak wiele starych znajomości odkurzała w rzeczywistości czy w swej pamięci przez jedną dziewczynę, mogłoby być nawet śmieszne, gdyby nie to, ile złych wspomnień niosły za sobą te podróże w przeszłość.
Lana Wilson nie była złym człowiekiem. Prawdopodobnie poznały się po prostu w złym momencie. Nie wiedziały jednak, że już niecały miesiąc po tym spotkaniu w obskurnym barze, który zainicjował ich krótki, namiętny i dość burzliwy związek, miało stać się coś, co było kolejnym ciosem prosto w serce Blanche. Śmierć Wendy przyszła nagle i zadziałała na jej przyjaciółkę mocniej, niż powinna. To zaś oczywiście zauważyła Lana. Zauważyła też, jakimi uczuciami przez te wszystkie lata jej dziewczyna darzyła tę kobietę, która zawsze gdzieś czaiła się w jej opowieściach. Gdy spróbowała zainicjować rozmowę na ten temat, została nazwana bezduszną suką. „I co, może nie mam prawa cierpieć? Bo nie jestem jej pierdolonym mężulkiem? Bo ja sama próbowałam sobie jakkolwiek ułożyć życie bez niej na miejscu, na którym chciałabym, żeby była? Tak, kocham ją, zawsze kochałam, ale sama odsunęłam się na bok, by nie przeszkadzać jej szczęściu. A ty jeszcze teraz masz do mnie jakieś pretensje!”, krzyczała jej w twarz panna Lemieux, a w jej oddechu wyczuwalny zapach alkoholu, którego tego wieczora wypiła zdecydowanie zbyt dużo.
Lana wyszła wtedy z jej mieszkania, by później powrócić tam tylko raz, po swoje rzeczy. Jakiś czas później udało im się spotkać ponownie i, choć teoretycznie przegadały wtedy wszystko, a Blanche z całego serca przeprosiła ją za swoje zachowanie, ich relacja nigdy nie wróciła na poziom wyższy niż „tolerujące się znajome, które są również swoimi eks”. Teraz jednak jej opinia, jako córki Somnusa, rzymskiego alter-ego Hypnosa, i jedynej znanej Blanche osoby, która należała do społeczności Obozu Jupiter, była potrzebna od zaraz.
„Od zaraz” nastąpiło dopiero kilka tygodni później. Przez ten czas panna Lemieux prowadziła swój własny research i kilkukrotnie rozważała próbę kontaktu z Grace. Uznała jednak, że nie chce kusić losu, gdyby telefon dziewczyny znajdował się pod mniejszym lub większym nadzorem jej ojca. To los bowiem chciał, że w momencie, w którym do niej zadzwoniła, Lana była w trakcie podróży dookoła świata, bez stałego zasięgu czy łącza internetowego. (Tak, to brzmiało jak coś, co ta kobieta już od dawna chciałaby zrobić). Dlatego też sprawa ta poczekać musiała aż do momentu jej powrotu.
Spotkały się na neutralnym gruncie, przytulnej kawiarence gdzieś pośrodku drogi pomiędzy ich obecnymi miejscami zamieszkania. Obie sączyły swoje ciepłe napoje, Blanche czarną, niesłodzoną kawę, a Lana zieloną herbatę, która najwyraźniej wciąż, pomimo upływu lat, pozostawała jej faworytem.
— I co uważasz? Myślisz, że to mogła być Lupa? — spytała Blanche, zakończywszy swoją opowieść, mimo iż wiedziała, że chociażby brak dokładniejszego opisu wilka, mógł stać się źródłem pewnych problemów.
„Bądź Lupą, bądź Lupą, błagam”, powtarzała w myślach, czekając na odpowiedź. Ona sama nie miała sił na kolejne tygodnie poszukiwań, a sama Grace mogła prawdopodobnie nawet nie mieć przed sobą tyle czasu. Bycie półbogiem to w końcu cholernie niebezpieczna sprawa.

◇──◆──◇──◆
[847 słów: Blanche otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

czwartek, 10 listopada 2022

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

— Jadłam właśnie moje śniadanie, kiedy z pola zaczęły dochodzić hałasy. Patrzę chyba z pięć razy, ale przez okno nic nie widać. No to ubrałam się raz dwa i wyszłam z domu. Widziałam jakieś zwierzę dobierające się do śmieci. W pierwszym odruchu chciałam uciekać, ale gdy zwierzę się obejrzało, samo zniknęło. Przez chwilę wyglądało, jakby miało cztery skrzydła. Takie podwójne, jak mają motyle. W tamtej chwili uznałam to za głupi wymysł, ale kto wie, może wie Pani, czy kosmici nie przybierają czasem kształtów gigantycznych, psowatych motyli?

sobota, 5 listopada 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 4

Poprzednie opowiadanie

LATO

Młoda Grace była ufna. Zbyt ufna jak na gust Blanche. Od razu powróciły do niej wspomnienia tego, jak wielu spośród jej znajomych z obozu poległo, ponieważ powierzyło swe zaufanie niewłaściwym osobom czy istotom. Tuż potem w jej pamięci pojawiła się mocno już zamglona twarzyczka małej Diany, jej pierwszej przyjaciółki w życiu, która często przemierzała z nią biegiem korytarze kasyna pana Lemieux. Dia również zaufała komuś, komu nie powinna. Co prawda miała tylko sześć lat i niewiele wiedziała jeszcze o okrutnym świecie, w którym żyła, ale mężczyzna, wraz z którym pewnego dnia opuściła plac zabaw, na pewno nie był przyjacielem jej rodziców, za którego się podawał. Wtedy, według dziecięcej logiki Blanche, Diana po prostu zniknęła. Co prawda pewnego dnia do jej domu przyszli panowie w mundurach i chcieli rozmawiać o jej przyjaciółce, lecz nie miało to dla niej zbyt dużego sensu. Być może Di rzeczywiście poznała skrzydlatego jednorożca i na jego grzbiecie odleciała do krainy magii, jak to zawsze marzyła?
Diana nigdy nie pojawiła się już na placu zabaw czy w kasynie. Jej rodzice, zanim ostatecznie się wyprowadzili, zawsze sprawiali wrażenie smutnych. Dorastając, Blanche zrozumiała, że jej przyjaciółka w rzeczywistości zmarła. Jednak dopiero lata później, przeszukując internet w zupełnie innej sprawie, natknęła się na artykuł o ciele dziewczynki, nagim i osamotnionym, porzuconym w lesie w pobliżu miejsca, w którym wówczas mieszkały. Opis jej wyglądu i inicjały, które podano, pasowały do Diany. Nie czytała dalej artykułu. Wyłączyła go i postanowiła nie wracać już więcej do tej sprawy. Jej Dia była wesołą, pełną życia dziewczynką, a nie martwym, zimnym ciałem, które ktoś skalał.
A jednak teraz, jako dorosła kobieta, sama nachylała się ku tej dziewczynie, twierdząc, że ta może jej zaufać. Co prawda nie chciała jej skrzywdzić, lecz skąd miała mieć świadomość, jakie konsekwencje dla młodej Grace przyniesie jej wizyta? Co, jeśli jej ojciec dostanie jakiegoś ataku szału? Wyglądał na zdolnego do tego typu akcji. Co, jeśli rzeczywiście była ona heroską i, uświadamiając jej to, Blanche skazywała ją na jeszcze większe niebezpieczeństwo? Co, jeśli w swoich czynach, choć nie do końca świadomie, miała niewiele różnić się od tamtego zwyrodnialca, który zamordował niewinną sześciolatkę?
— Widziałam cholernie dużego wilka — odpowiada Grace, a w jej głosie wyraźnie słychać strach.
— Wilka? — powtarza Blanche, nie do końca będąc w stanie odnaleźć w swej głowie jakiegokolwiek powiązania do dużych wilków. — No cóż, to prawdopodobnie nie będą kosmici… — mruknęła, próbując rozluźnić jakoś atmosferę i jednocześnie dać sobie chwilę na zastanowienie się.
Panna Lemieux nie miała zbyt dużo powiązań z Obozem Jupiter, dlatego też zapewne tak długo zajęło jej dojście do pewnego wniosku, który dla wielu innych mógłby być zapewne prosty. Lupa, bogini wilczyca, która wykarmiła założycieli Rzymu, Romulusa i Remusa. Jednak… Choć kobieta nie posiadała zbyt obszernej wiedzy na temat bogini, nie wydawało jej się, że byłaby ona skłonna zapuścić się do Nowego Jorku tylko po to, by ukazać się jednej dziewczynce…
Ale czy miała jakiekolwiek inne pomysły?
— Słuchaj, Grace, myślę, że mogę wiedzieć, kogo widziałaś, ale z drugiej strony nie mam co do tego pewności. Będę potrzebowała trochę czasu, żeby skontaktować się ze starą znajomą, który może wiedzieć trochę więcej. Potrzebowałabym więc jakiegoś kontaktu do ciebie, ale z drugiej strony wiem, że twój ojciec nie byłby tym zachwycony… — wyszeptała gorączkowo. — Tak, rozumiem, wydaje mi się, że to rzeczywiście może wskazywać na próbę kontaktu mieszkańców obcej planety — dodała nieco głośniej, puszczając oczko dziewczynie, na wypadek, gdyby jej ojciec podsłuchiwał i miał zaniepokoić się ciszą, która nastała w tamtym momencie.
— Tak… Wie pani co, ostatnio, jakieś siedem tygodni temu, przydarzyła mi się jeszcze jedna, podobna historia. Było około godziny ósmej rano… — zaczęła nagle opowiadać Grace, a Blanche dobrą chwilę zajęło zrozumienie, dlaczego ta to robi.
Uśmiechnęła się delikatnie. Dziewczyna miała łeb. 718 stanowiło jeden z numerów kierunkowych nowojorskiej dzielnicy Bronx. Teraz więc pozostało wyłapać kolejne siedem cyfr numeru i liczyć na to, że ojciec Grace, który prawdopodobnie miał do nich ponownie dołączyć lada chwila, nie domyśli się, co właśnie było grane.


◇──◆──◇──◆
[650 słów: Blanche otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia+10]

poniedziałek, 17 października 2022

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Dziewczyna rozgląda się na boki, upewniając się, że mężczyzna poszedł.
— Nie mam pojęcia, ale być może to naprawdę oni. Szukałam w mitach greckich i rzymskich, ale nie znalazłam niczego podobnego — mówi z zaskakującą ufnością, wciąż wychylając się w poszukiwaniu wracającego, wściekłego ojca. Zniża głos. — Chciałam zaglądnąć też do opowieści ludowych czy innych bzdur, ale mój ojciec to zobaczył i od tamtego momentu posądza mnie o brak wiary w ufoludki. A to nie tak, że ja nie wierzę, ale po prostu nie wydaje mi się, żeby mieli jakieś interesy w szpiegowaniu mojej rodziny. Zresztą, częściej widuje sąsiadów, którzy próbują mnie odebrać od ojca, niż kosmitów.
Widać, że chce powiedzieć coś jeszcze. "Możesz mi zaufać" — mówisz. Widocznie jesteś przekonująca.
— Widziałam cholernie dużego wilka — mówi. Ewidentnie się boi.

Od Mistrza Gry do Merideth — zlecenie #2

Zostałaś brutalnie wyrzucona za próg domu, widocznie zadając o jedno pytanie za dużo. Gdy ty próbujesz się odezwać w akcie ratowania swej godności, właściciel domu zatrzaskuje za tobą drzwi. Czasami bywa i tak.
Czeka cię droga powrotna, ale na pocieszenie dostajesz 10 PD.

wtorek, 23 sierpnia 2022

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

—Witam — odezwał się niski, ochrypnięty głos, i zaraz przerwał, by móc usłyszeć, co masz do powiedzenia. — Chcesz przyjść do naszego domu? Jasne, o ile nie masz czterdziestu lat i nie jesteś jedną z tych internetowych koleżanek... Dzisiaj? Skoro tak to bądź po szóstej, nie zostań dłużej niż na godzinę i oczywiście nie licz, że wyjdziesz gdzieś z domu razem z moją córką. O, o, jeszcze jedno. Jak usłyszę, że wymieniacie się numerami bądź robicie inne głupoty, to nie pozwolę na żadną z nich. Wiem, że kosmici istnieją, i nie zamierzam pozwolić, aby uprowadzili moją córkę, panno Lemieux.

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 2

Poprzednie opowiadanie

Czas przełknąć gorzki smak starych wspomnień i wrócić do człowieka, który — prawdopdobnie jako jedyny — mógłby naprowadzić Blanche na bliższy trop. Trzy kliknięcia i rozmowa telefoniczna z Aaronem kończy się otrzymaniem numeru do ojca poszukiwanej dziewczynki. „Dzień dobry, dzwonię w sprawie fotowoltaiki. Olimp Company proponuje montaż systemu używającego blasku Apolla”.

[LATO]

Panna Lemieux dopiero gdzieś w środku pakowania, otoczona ubraniami na zmianę (gdyby jej bojowe zadanie miało trwać więcej niż jedna popołudniowa herbatka) i kilkoma przydatnymi szpargałami, zdała sobie sprawę z tego, jak pochopnie zaczęła działać. Być może to sam kontakt z Blackwoodem aż tak wyprowadził ją z równowagi, a może wpływał na nią fakt, że ostatnio przez pracę naprawdę rzadko dobrze się wysypiała. W każdym razie ze znacznym opóźnieniem dwie komórki mózgowe połączyły się w myśl o treści: „i co, idiotko, tak po prostu wparujesz obcym ludziom do domu i zaczniesz wypytywać o mitologiczne stwory?”.
Nie miała pojęcia, jak miałaby podejść do sprawy, którą postawił przed nią dawny znajomy. Jej ojciec sam wyjawił jej prawdę o jej pochodzeniu, nawet jeśli początkowo mu nie uwierzyła. Uwierzyć zaś kazał jej czyhający na jej życie potwór, przed którym uratowała ją Wendy. To ona też zaprowadziła ją do obozu.
(Powinna jak najszybciej uciąć myśli o tej dwójce, jeśli nie chciała się popłakać).
Jak zaś prawdę powinna poznać mała Grace? Jak delikatnie wyjaśnić komuś, że jednym z jego rodziców jest potężna ponadludzka istota prawie tak stara, jak świat? Jak ostrożnie przekazać komuś informację, że od teraz te dziwne stwory mogą czyhać na jego życie przez cały czas?
A co jeśli to wszystko było tylko urojeniami? Co, jeśli dziewczynka miała tylko niezwykle bujną wyobraźnię i potrzebę zwrócenia na siebie uwagi? Jak wtedy wyjaśniłaby jej swoją nagłą obecność w jej życiu i zwinęła się szybko, by nie namącić jeszcze bardziej?
— Kurwa — westchnęła i po chwili wahania wyciągnęła komórkę z kieszeni. Wyglądało na to, że po kilkunastu latach milczenia nadszedł dla niej i Aarona czas na dwie rozmowy dziennie.
— Halo? — wymruczał głos po drugiej stronie linii, a ona dopiero wtedy spojrzała na wiszący na ścianie zegar. Pierwsza w nocy. No pięknie.
— Przepraszam, nie wiedziałam, że jest już tak późno. Nie chciałam się obudzić.
— Nie ma za co przepraszać. Domyślam się zresztą, że nie dzwoniłabyś do mnie, gdyby nie byłoby to bardzo ważne — zauważył ociekającym wręcz od sarkazmu głosem. Zawsze uważała, że mąż Wendy nawet obudzony w środku nocy miałby na wszystko odpowiednią uszczypliwą czy żartobliwą odpowiedź. Teraz już miała co do tego pewność podpartą dowodami.
— Taak… Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że chyba nie mogę ot tak do nich pojechać i spytać, czy dziewczyna jest córką bóstwa. Potrzebuję ich jakoś na to przygotować. Masz może jakiś kontakt do jej ojca? Najlepiej numer telefonu?
— Jeszcze nie wiesz, że ja mam wszystkie kontakty, jakich tylko możesz zapragnąć? Po tych wszystkich latach? — Udawał urażonego, lecz w jego głosie słyszała uśmiech. — Zaraz wyślę ci w wiadomości. Ale obiecaj mi, że do niego zadzwonisz dopiero rano.
— Wiesz, że nie wykonuję rozkazów nikogo, kto nie jest moim przełożonym — prychnęła.
— Wiem. Nadal uważam, że świat będzie o wiele bardziej niebezpiecznym miejscem od chwili, w której nareszcie zasiądziesz na wymarzonym stanowisku prezesa.
— Wtedy odpowiadać będę wyłącznie przed samymi bogami. — Roześmiała się. Przez chwilę wszystko zdawało się takie, jak całe lata temu, kiedy pomimo własnego bólu udało jej się zaprzyjaźnić z Aaronem i spędzać całe dnie na śmianiu się z nim i Wendy. Ale to tylko przez chwilę. — Dzięki, Blackwood. Dam ci już się wyspać. Dobranoc.
— Dobranoc, Blanche — odpowiedział i się rozłączył.
Po chwili ekran rozbłysnął się jeszcze jedną wiadomością od niego. Na tę już nie odpowiedziała. Po prostu przełożyła pakowanie się na kolejny dzień i poszła spać.
Było tuż po dziewiątej, gdy dotknęła symbolu słuchawki tuż obok wpisanego przez siebie numeru, który kilka godzin wcześniej podał jej Aaron. Siedziała wygodnie na kanapie, wiedząc, że do tego typu dyskusji powinna podejść na spokojnie. Spokój zaś zapewniała jej mała manipulacja własnym szczęściem, którego pozwoliła sobie dokonać, jak zawsze, gdy miała przed sobą jakiś ważny cel.
Plan działania był prosty. Grzecznie się przywitać i przedstawić. Podać, od kogo otrzymało się numer i wspomnieć o zasłyszanej przez swego informatora rozmowie. Udać pasjonata mitologii, który zbiera informacje na temat tego typu sytuacji, twierdząc, iż w każdym porzekadle jest ziarnko prawdy. Mimochodem spytać, czy te kilkanaście lat temu nie spędzał czasu z kimś dziwnym, a mała Grace nie trafiła do niego w jakiś nietypowy sposób.
Teraz pozostało tylko liczyć na to, że nie dało się tego zepsuć.
— Halo? — odezwał się ostrożny głęboki głos po drugiej stronie połączenia.
— Dzień dobry. Nazywam się Blanche Lemieux, a pański numer otrzymałam od znajomego, Aarona Blackwooda. Dzwonię, ponieważ… — rozpoczęła zgodnie z opracowanym wcześniej planem.


◇──◆──◇──◆
[718 słów: Blanche otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia+10]

czwartek, 4 sierpnia 2022

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Dzień dobry.
Chociaż patrząc na decyzję, którą podjęłaś — może nie taki dobry. Mimo negatywnej relacji z informatorem postanowiłaś pomóc nieznanej dziewczynie, nie wiedząc nic o jej powiązaniach z bogami oraz nie biorąc nikogo ze sobą. Abyś mogła zacząć działać i zbliżyć się do nieuchronnej tragedii, najpierw musisz znaleźć się pod wskazanym adresem. Tylko, proszę, zadbaj o zdrowie psychiczne Grace i działaj metodą małych kroczków. Nie bierz obozowego pegaza. Kolejny wybór, który stoi przed tobą, to zapoznanie się z Grace. Nie znasz jej numeru, także nie możesz do niej zadzwonić i poinformować ją o twoich odwiedzinach. Chyba że zapytasz się swojego kolegi o kontakt z jej ojcem. Równie dobrze możesz spróbować dowiedzieć się czegoś o niej (google wita). Dość sporo ludzi dzieli się z internetem ważnymi informacjami. Przypomnę ci tylko, że musisz znaleźć jakiś sposób na dowiedzenie się, czy młoda faktycznie jest półbogiem. Trochę głupio byłoby wziąć śmiertelniczkę z urojeniami do obozu, aby jedynie zniszczyć jej światopogląd i zmarnować resztę życia. O ile przejrzałaby mgłę. Ja proponuję podać jej nektar. Najwyżej zginie.

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Od Mistrza Gry do Merideth — zlecenie #2

Moore, widocznie niezadowolony, przekręcił klucz w kolejnych drzwiach, wprowadzając cię do pokoju, do złudzenia przypominającego gabinet, jednak brakowało w nim tak oczywistego mebla jak biurko. Zamiast tego na każdej ścianie znajdowały się duże, stojące półki na książki, na których jednak zamiast książek znajdowało się dużo dziwacznych przedmiotów. Na pierwszej większość miejsca zajmowały lustra: mniejsze i większe, w najróżniejszych kolorach, ustawione obok siebie w szeregu. Kiedy przechodziłaś obok nich, w odbiciach ukazywały ci się postacie, sformułowania, albo krótkie filmy, wyglądające jak czyjeś wspomnienia. W niektórych przypadkach nie widziałaś w nich nawet siebie. Na następnym regale leżało dużo broni (i, znikąd jeden kapelusz). Kolejny zaś przepełniony był różnymi pudełkami, w których rozrzucone były przypadkowe przedmioty, takie jak długopisy, szczotki do włosów czy inne przedmioty codziennego użytku. W szafce znajdującej się na ostatniej ścianie, będącej po twojej lewej stronie, siały praktycznie całkowite pustki. Mniejszość stanowiło parę książek (jakby nareszcie szafka zaczęła spełniać swoją funkcję). Wyglądało na to, że regał czeka jeszcze na zapełnienie.
— Jestem kolekcjonerem — wyjaśnił krótko mężczyzna, prawdopodobnie nie wiedząc, co ma jeszcze dodać. Ta, mógłby o tym wspomnieć wcześniej.

sobota, 18 czerwca 2022

Od Merideth — zlecenie #2 — część 2

POPRZEDNIE OPOWIADANIE

Merideth postanawia przeszukać mieszkanie Pana Moore'a. Nie znajduje jednak nic ważnego, a — pomimo swoich wcześniejszych podejrzeń — zleceniodawca również nie wydaje się czegoś ukrywać.
Merideth po paru wymienionych zdaniach z mężczyzną nabrała poważnych podejrzeń, że może coś istotnego ukrywać. Nakładała się na to wielka warstwa reakcji zleceniodawcy, przez które wyglądał na dość zestresowanego jej pytaniami. Jej profesjonalny wyraz twarzy jednak wciąż utrzymywał się, dzięki czemu mężczyźnie było trudniej domyślić się, co kryje się w głowie dziewczyny. Składając palce w piramidkę, na którą oparła swoją brodę w zamyśleniu, w końcu zapytała się:
— Czy może dać mi pan rozejrzeć się mieszkaniu? — dochodząc do wniosku, że może znaleźć coś ważnego, co mężczyzna przeoczył.
Spojrzała na niego poważnym, dojrzałym wzrokiem profesjonalisty, gdy doczekała się w końcu wybrzmienia jego głosu.
— Oczywiście. Od jakiego pokoju chciałabyś zacząć?
Po paru postukiwaniach wskazującym palcem o jej brodę, które wskazywały na przemyśliwanie sytuacji, aż odpowiedziała:
— Od sypialni.
W momencie, kiedy wydobyła z siebie informację, mężczyzna złapał za pęk kluczy i charakterystycznym machnięciem ręki pokazał jej, żeby poszła za nim. Merideth z każdym krokiem rozglądała się uważnie po mieszkaniu, uważając czy czegoś nie przeoczyła w trakcie wchodzenia do mieszkania, lecz nic charakterystycznego nie znalazła, oprócz paru wkurwiających, brzęczących much. Kolejny triggerujący dźwięk w tym mieszkaniu, którego jako osoba autystyczna nie dzierżyła. Miała ochotę podskoczyć wyćwiczonym, akrobatycznym ruchem i pozabijać wszystkie te kurwibąki. Zagryzła jednak zęby i skupiła się na bawieniu się jej palcami, robiąc sobie szybki stimming pomagający jej w chwilach dokładnie takich jak te.
Po paru sekundach dotarli pod drzwi sypialni, gdy mężczyzna zaczął szukać potrzebnego klucza. Merideth dalej bawiąc się palcami, przeczekała chwile krępującego stania w ciszy: nie licząc brzęczenia.
— O, jest — mężczyzna nagle się odezwał, wkładając srebrny, delikatnie zardzewiały klucz w dziurkę przekręcając wraz z charakterystycznym dźwiękiem. Otworzył drzwi na oścież i z uśmiechem najwyraźniej starając się być elegancki, powiedział:
— Panie przodem.
— Wie pan, troszkę czuję się niekomfortowo wraz z wchodzeniem pierwsza do cudzej sypialni — „Odrobina ostrożności nie zaszkodzi”.
Mężczyzna w odpowiedzi szepnął coś o dzieciach ze zbyt bujną wyobraźnią, czego Merideth nie dosłyszała. Pokręciła jedynie głową i wchodząc, rozglądając się dookoła, czy jest bezpiecznie, zaczęła przeszukiwać pokój. Zaczęła od dywanu, który wpierw odsłoniła, przeczesując wzrokiem, niczego nie dostrzegając. Następnie schyliła się, pukając w każdą deskę z osobna, nasłuchując czy znajdzie się pusta przestrzeń, w której mogłoby się coś ukryć. Po chwili jednak pokręciła głową w znak, że niczego nie znalazła, dostrzegając nagle poirytowaną twarz mężczyzny.
— Niech pan wybaczy, musiałam sprawdzić, czy magia Troglodytów niczego tutaj nie pozmieniała — powiedziała, wymigując się z sytuacji, by nie wyszły jej faktyczny podejrzenia w stosunku do mężczyzny. Wstała, położyła dywan na miejsce, obejrzała się jeszcze dokładnie po pokoju, lecz znowu nic nie znalazła. Poszła zaraz za mężczyzną na powrót do salonu, rozglądając się, czy wskutek pewnych niewyjaśnionych zdarzeń nic się nie pozmieniało. Oglądnęła się po parę razy, gdy z każdym razem coraz bardziej jej coś nie pasowało. W końcu dowiadując się, obróciła się na powrót do mężczyzny:
— Gdzie się podziała skrzynka? — zapytała poirytowanym tonem.
— Jaka skrzynka?
— Zasłonięta obrusem w kwiatki, która przed chwilą znajdowała się w rogu pokoju — z każdą sekundą pokazywała coraz bardziej swoje zdenerwowanie.
— Nie było tutaj żadnej skrzynki… — tymczasem mężczyzna zamyślił się na chwilę, dochodząc powoli do pewnego wniosku — to może być sprawka żab.
— Troglodytów?
— Dokładnie.
— Skoro tak mówisz… poddam cię w takim razie moim mocom czytania w myślach — „Może pod wpływem presji załamie się i powie mi prawdę?”
— Ale ostrzegam, po piwku mogę mieć nieprzyzwoite myśli — uśmiechnął się delikatnie zawadiackim uśmiechem, nie sprzeczał się, jednak usiadł wygodnie na krześle. Dziewczyna w tym czasie zaczęła odgrywać swoją rolę, wyciągnęła dłonie przed siebie, dotknęła nimi jego głowy i z zamkniętymi oczami przybrała skupiony wyraz twarzy. Zleceniodawca nie poddał się jednak jej aktorstwie najwyraźniej nawet go nieświadomy.
— Dobrze już — dziewczyna odpuściła, dochodząc do wniosku, że mężczyzna mówi prawdę.
— Skoro już wiesz, że jestem uczciwy, mogę pokazać dalszą część mieszkania, albo przejdźmy do interesów.
— Dobrze, jednakże niech pan wpierw powie, gdzie mogła się podziać skrzynka.
— Najpewniej już jest daleko stąd.
— Jest pan pewien?
— Na 90%.
— Niech będzie, przejdźmy dalej… Proszę, by pan mnie jeszcze poprowadził po mieszkaniu – powiedziała Merideth, decydując się na poznanie głębiej tego człowieka.
◇──◆──◇──◆
661 słów: Merideth otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia (+30)