Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogniem i tarotem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ogniem i tarotem. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2026

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Była przyzwyczajona do nagłych wybuchów i fal uderzeniowych, ale ta śmierć potwora miała wyjątkowo duży impakt.
Wybiło ją i gruchnęła na ziemię z łoskotem. Zacisnęła zeby, kiedy łopatki uderzyły o metalową powierzchnię autodromu. Płuca próbowały złapać powietrze, szok im na to nie pozwalał. Który już raz dzisiaj?
Gdy otworzyła oczy, światła nad jej głową gasły. Migały niejednostajnie, jakby walczyły ze wszystkich sił, żeby oświetlić koniec sceny. Dahlia mimo wszystko zamknęła oczy, wzdychając z ulgą.
Kiedy Inez ją obudziła, bezczelnie wręcz, zdała sobie sprawę, że nie poleży tu długo. Ludzie zaraz się zejdą. Ostatnie czego chciała, to uporczywego przepytywania. Może by nie miała z tym problemu, ale istniała szansa, że Velez by się głupio nie wsypała i trzeba by było tuszować na siłę. Tak, panie policjancie, my się pojawiłyśmy tak przypadkiem na atrakcji. Nie, nie piłam. To tylko nieletni z obozu, który jest zaraz za tą górą. Nie, autko samo się tak wygięło, a te siniaki to się pojawiły, jak spadłam ze schodów.
Przetarła oczy.
— Zbierzmy się już. Nie możemy tu zostać.
— Nie wyciągamy kolejnych tarotów? — Inez zapytała z nadzieją.
— Jakich tar— Dahlia się zdziwiła, dopóki sobie nie przypomniała. — A, te cholerne taroty. A chcesz zostać na przepytywanie policji? Super zabawa, możesz sobie wylosować kartę wyjścia z aresztu.
— Nie, podziękuję, naprawdę. To co, w którą stronę?
— Tam, gdzie masz obóz. Misja została wykonana, to musisz wrócić. Chyba, że czegoś nie wiem o rzymskich zwyczajach.
— A, tak. Racja. Czas wrócić do obowiązków legionisty. Do legionistycznego czyszczenia akweduktu.
— Nie wiem, czy powinnam pytać.
— Spoko, czyścimy nie tylko akwedukt. Czasem latryny. Zdarza się, że trzeba też słonia umyć.
Inez wzruszyła rękami. Tak, jakby przebywanie z dużym, lądowym zwierzęciem z Afryki nie było jakoś imponujące. Za to Dahlia prawie upuściła szablę z wrażenia.
— Macie słonia?! Takiego realnego? Nie jakąś głupią zabawkę dzieciaków Hefajstosa? Czy jak się on tam u was nazywa?
— Wulkana? Niee, taki normalny słoń bojowy. Nazywa się Hannibal. Bardzo się obraża, kiedy nie może brać udziału w potyczkach wojennych. A po każdej takiej potyczce trzeba go umyć.
— Dużo czyszczenia u was.
— A daj spokój. — jęknęła Inez.
Kuśtykającym krokiem wydostały się poza teren parku rozrywki. Zajęłoby im to szybciej, gdyby nie zmęczenie i gwałtowny spadek adrenaliny po walce. W pewnym momencie Dahlii wszystko się plątało przed oczami. To, co mogła rozczytać na co dzień, było w tym momencie koszmarnym makaronem, który kłuł w oczy. Nie była pewna, czy idą w dobrą stronę. Widocznie Inez radziła sobie z tym lepiej. Albo udawała, że radzi sobie lepiej i wyszły dzięki łutowi szczęścia. Lepsze to niż tarot.
Przynajmniej otoczenie pozostało niewzruszone. Tafla wody w zatoce połyskiwała światełkami, rzuconymi przez okna wieżowców i neony. Może i gdzieś dalej jawiły się słynne atrakcje San Francisco, między innymi Golden Gate, ale tutaj można było zaznać spokoju. Spokoju, który koił skronie. Kusiło przemyć znużoną twarz, wyczerpaną wysiłkami, ale aż tak nie ufała Amerykanom w kwestii zachowania czystości cieków wodnych. Na potwierdzenie tych myśli niedaleko ich podryfowała plastikowa butelka. Inez coś wspomniała o śmiecących idiotach, a Dahlia nie kontynuowała obelg pod ich kątem. Modliła się wyłącznie o zimny prysznic i możliwość spania. Przyjęłaby wszystko, nawet ten cholerny pokój w nawiedzonym hotelu, z duchami i glitchującym się Labiryntem. Wyciągnęła z kieszeni wysłużony zegarek, który przetrwał wiele walk, sądząc po wgnieceniach i zadrapaniach na weku. Wskazówka dzielnie przesuwała się, z drobnym opóźnieniem, ale wytrwale. Miała jeszcze czas na złapanie parę obskurnych autobusów, czy przejazdów taksówką, w cenie „po znajomości”.
Inez wpatrywała się w obrys góry Tamalpais, jakby czegoś szukała. Po chwili udało się jej wypatrzeć sylwetki tańczące dookoła zimnych, niewzruszonych skał.
— Muszę podejść bliżej, żeby mnie pegazy usłyszały. Stąd zabiorą mnie do obozu.
— Od razu na czyszczenie słonia? — Dahlia nie chciała pokazać, że zazdrości tych pegazów.
— O nie, nie, nie! Muszę zreportować Lupie, co się stało. Minimalnie lepsza robota.
Kiwnęły głową. To był ten czas, żeby się rozejść. Legionistka, poprawiając gastrafetes, chwiała się lekko. Wciąż utrzymywała pogodną fasadę, tak jakby zamiast walki ze złodupcami wróciły dopiero z jedzenia waty cukrowej. Jej oczy się zaświeciły, odkąd ventus/anemoi spopieliły się z powrotem do Tartaru. Dobrze, trzeba być dumnym z takiej walki.
— Bezpiecznej drogi. — wydusiła z siebie po minucie.
— Nawzajem.

W San Francisco Dahlii udało się znaleźć taksówkę ze znajomym numerem, która zabrała ją bezpiecznie do domu. Gdy już miała zapłacić znajomemu za przewóz, przypadkiem wyciągnęła żetony na atrakcje.
— Co to jest? Tego nie przyjmę, mam rachunki do opłacenia. — taksówkarz zaśmiał się.
Sprawdziła drugą kieszeń, krzywiąc się na swoje zmęczenie.
— Racja. Masz tutaj prawdziwe dolary. A te żetony zatrzymaj sobie, może na starość będziesz chciał się bawić w elektrycznych autkach. Nawet polecam.
— O ile się zmieszczę.
Była to słuszna uwaga. Nie bez powodu tego faceta każdy nazywał Big B. Na potwierdzenie tych słów poklepał się po wielkogabarytowym brzuchu. Dahlia wielokrotnie powtarzała mu, że dostanie zawału i gdzie znajdzie podobnie uczciwego taksówkarza, który zawsze opowiadał z ekscytacją swój dzień? Za każdym razem zbywał ją, mówiąc, że to nie te lata.
— Ej, czy to nie to miejsce, w którym elektryka zaczęła świrować i parę ludzi zostało porażonych? — zapytał z podejrzliwością.
Woził ją na tyle długo, że zawsze się jej spodziewał przy wypadkach czy innych katastrofach. Często wtedy żartował, że celowo je powoduje, żeby miała o czym pisać.
— Nie wiem, o czym mówisz. — odparła, siląc się na uśmiech i otwierając drzwi auta. — Zabierz swojego dzieciaka na watę cukrową.


KONIEC WĄTKU DAHLII I INEZ.
────
[879 słów: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 15 sierpnia 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Inez poczuła, że przez ten cały czas pokładała w Dahlii swoje wszystkie nadzieje. Heroska w jej oczach była tak odważna, że Velez nie mogła się nawet do niej porównać. Odważnie władała ostrzem i mierzyła się z potworami jak równy równy, czego młodsza nie mogła raczej powiedzieć o sobie. Uwielbiała swoją broń i uważałą, że jest całkiem niezła w jej użytkowaniu, jednak zawsze na ćwiczeniach czuła, że brakuje jej tej odwagi, gdy trzymała go w rękach. Zresztą wszyscy jej to mówili, dlatego zwykle, jeśli nie musiała, nie była nigdzie wysyłana, bowiem zdecydowanie nie była najlepszą legionistką jaką Obóz Jupiter posiadał.
Mimo tego odwaga Dahlii jej pomaga. Nie zdawała sobie sprawę, że obecność Chestnut tak buduje jej własną pewność siebie. A to jeszcze chwilę temu zrobiła… Inez chciała wierzyć, że też tak potrafi. W końcu już tyle czasu była legionistką! Zdecydowanie mniej bała się potworów niż wcześniej. I może te ventus nie były słabe, to wciąż nie były tak silne by pokonać dwie półboginie. Co to, to nie! Inez czuła, że jest lepsza niż oni. Tak, zdecydowanie była! A widząc, że dziewczyna pokłada w niej wiarę (a przynajmniej tak myślała) wiedziała, że da z siebie wszystko.
I z tą myślą siedziała skupiona z naciągniętą cięciwą wpatrując się w lecącego na nich potwora. Musiała wyczuć odpowiedni moment. Jej ciało znajdowało się w jednej pozycji przez cały czas tak, że ktoś z boku musiałby się zastanawiać czy Inez jest żyjącą istotą, czy bardzo realistycznym posągiem. Gdyby Dahlia chciała teraz się do niej odezwać, czy o cokolwiek zapytać, prawdopodobnie nie uzyskałaby żadnej odpowiedzi. Jednak starsza dziewczyna chyba to wiedziała, bo nic nie mówiła. Prawdopodobnie sama była mocno skupiona, by od razu zareagować, gdy tylko usłyszy sygnał córki Arcus, ale tak naprawdę Velez nie miała pojęcia czy tak jest, bo nie zawracała teraz swojego umysłu takimi sprawami. Była w pełni skupiona na tym co ma zrobić, a jej umysł w tym jednym momencie był zupełnie czysty. Tak jak była uczona; tak, jak powinno być zawsze gdy w rękach trzymała broń.
– Impugna. – W końcu padły słowo, na które obie czekały. Głos Inez był pewny i głośny, bo naprawdę czuła, że wie co robi. Nie czekając na to, czy Dahlia nadąży wystrzeliła z gastrafetesa.
Dopiero potem skupiła swoją uwagę na dziewczynie, która zaatakowała rozwścieczonego ventus. I nagle jakby mocno wyładowanie elektryczne (a może atmosferyczne? Inez nie była pewna bo żaden prąd jej nie poraził, ale tu wszystko wydawało się dziwne) ich otoczyła, a lampy wokół nich popękały. Inez złapała mocniej za swoją broń i zamknęła oczy. Nie poczuła jednak żadnego bólu, a po chwili wokół niech powietrze się uspokoiło. Pomału zaczęła otwierać oczy i szukać swojej towarzyszki wzrokiem. Dahlia leżała kawałek od niej na ziemi, jednak nim Velez do niej podbiegła rozejrzała się wkoło czy gdzieś się nie czai przeciwnik. Jednak gdy go nie spostrzegła stwierdziła, że to wyładowanie było spowodowane śmiercią potwora. Schowała broń, wstała na równe nogi i podbiegła do kobiety.
– Dahlia! Dahlia! Udało się! – krzyczała szczęśliwa, jednak dziewczyna nic jej nie odpowiedziała. Uklęknęła przy niej prędko, a jej mina zrobiła się mniej zadowolona. – Ej, wszystko okej? Odezwij się, co? – Znów brak odpowiedzi. – Dahlia, halo? Cholera.
Inez była przerażona. Szybko, jednak wciąż delikatnie starała się przewrócić heroskę na plecy. Spojrzała na jej twarz. Była brudna, jednak nie widziała aby z głowa lała się jakaś krew. Przynajmniej nie miała raz na zewnątrz!
– Hej no. nie żartuj sobie weź… – Czyżby jednak za późno dała sygnał? Tylko ona była bezpieczna? Skupiła się za bardzo na sobie? – Dahlia, no weź.
Przyłożyła szybko ucho do jej nosa i spojrzała na jej klatkę piersiową by upewnić się, że koleżanka wciąż oddycha. Jednak nim zdążyła się przyjrzeć usłyszała wyraźny głos:
– Na bogów, uspokój się, nie gadaj tyle. Człowiek już sobie nawet poleżeć w ciszy nie może. – Inez odsunęła się natychmiast, a gdy spostrzegła ciemne oczy wpatrujące się w nią od razu zaczęła się szczerzyć. Dahlia przewróciła oczami i zaczęła się pomału podnosić.
– Czemu nic nie mówiłaś!? Wystraszyłaś mnie! – Zmarszczyła brwi niby w niezadowoleni, ale w rzeczywistości czuła właśnie dużą ulgę.
– Miałam nadzieję, że jak nie będę dawać znaków życia to sobie odpuścić i pójdziesz.
I o dziwo Inez nie poczuła się urażona, a szczerze zaśmiała się na słowa dziewczyny. Uśmiech zagościł na jej twarzy ponownie i mogła nawet przysiąc, że kąciki ust Chestnut również uniosły się ku górze.


Dahlia?
────
[715 słów: Inez otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Jak się trzymasz? — Dahlia zapytała rzeczowo.
Sytuacja na polu bitwy nieco się zmieniła. Jeden anemoi poszedł do piachu, to był plus. Minusem teraz było to, że jego towarzysz się nadął z żałości i zaczął wypuszczać coraz większe wyładowania elektryczne. Jego sylwetka nie była w stanie się ustabilizować choćby na chwilę. Rozjuszony potwór był jeszcze gorszy niż dwa zwykłe, to na pewno. Był przede wszystkim nieprzewidywalny.
— O-okej.
Inez otrzepała się z piachu, przytrzymując swoją broń. Nieporęczność takiej broni jak gastrafetes dawała się mocno we znaki. Elektryczne wystrzały wystrzeliwane losowo konfundowały półboginie, które nie były w stanie zlokalizować Briana.
— Jesteś w stanie zrobić kolejne iluzje?
Ciszę między wyładowaniami zapełniło głośne przełknięcie śliny w gardle Velez.
— Jedną, może dwie. Więcej nie dam rady, przepraszam.
— Ok. Jedna wyst— kontynuowała, dopóki nie usłyszała obok siebie wyładowania elektrycznego.
Nie dosięgnęło jej bezpośrednio, ale było wystarczająco blisko, żeby zadzwoniło w uszach. Ból przeszył na wskroś czaszkę, zatrzymując się w skroniach. Następnie włosy na rękach stanęły jej dęba i to było jedyne ostrzeżenie. W porę odskoczyła przed atakiem.
Dzięki temu mogła uporządkować myśli oraz się rozejrzeć. Było pusto, ludzie zdążyli pouciekać. Było ciemno, lampy uliczne były uszkodzone. Światła festiwalowe nad nią migały niepokojąco, kolebiąc się na sznurkach. Dahlia wpatrywała się przez sekundę w swój nerwowo przesuwający się w różne kierunki cień, dopóki się nie otrząsnęła. Miała wrażenie, jakby minęło naprawdę dużo czasu. Inez zdążyła się schować za kolejną ladą i wpatrywała się w Dahlię z oczekiwaniem na jakiś rozkaz albo choćby znak. Na to już nie miała odpowiedzi. Nie teraz.
Zawróciła i prawie szukała po omacku jakiegoś schronienia. Natrafiła w końcu na kształt klamki i od razu otworzyła drzwi. Zorientowała się, że schowała się w plastikowej budce. Ktokolwiek tutaj sprzedawał żetony na atrakcje, musiał się nudzić, patrząc na liczne kartki wypełnione rysunkami, szczególnie narządów rozrodczych. Wszystkie urządzenia przestały działać, na telefon nie miała co liczyć. Zerknęła na chwilę przez szybę i zlokalizowała Inez.
Jaki był plan? Trybiki w jej głowie zaczęły przesuwać się z dużą prędkością. Konfrontacja na otwartej przestrzeni była samobójstwem. Nie do końca wierzyła w to przesuwanie się skłębionych anemoi i venti, musiała być wyjątkowo pechowa, jeżeli przesunięcie szablą po ich „ciele” nie mogło natrafić na tą „grecką” część. Wyjątkowo. Statystyka się nie zgadzała. Nie podobała się jej też idea, że nie zwiąże swoimi umiejętnościami zirytowanego kłębka… Czym były chmury? Coś z wilgocią? Jakieś minusy, plusy? Mogła chodzić częściej do szkoły, zamiast siedzieć w tym obozie. Wymasowała skronie z ciężkim westchnięciem. Chuj w te pioruny, to robota Zeusa, a nie jej. Nagle uwagę jej uwagę zwróciło to, że gdziekolwiek ten ventus/anemoi był, światła i elektronika działały przez chwilę.
— BEAAAARS! KILL, LET'S KILL! — ryczał Brian, przewracając ze wściekłością stoiska.
Dahlia kopniakiem otworzyła drzwi i dała znak legionistce, żeby za nią biegła.
— Masz jakiś plan?
— Improwizujemy.
— Co?
Dziewczyna patrzyła na Dahlię z powątpiewaniem, kiedy wskazała ręką na jedną z atrakcji.
— Przecież to nie działa.
— Ale będzie — odparła z pewnością.
Dopiero później zaczęła się zastanawiać nad swoimi słowami. A co, jeżeli to nie wypali i zostaną z nich półboskie skwarki?
— Dobra, wchodź.
— Mam wejść DO TEGO?!
— Aha.
Po czym córka Demeter wrzuciła biedną córkę Arcus do elektrycznego samochodzika.
— Zobacz, możesz oprzeć gastrafetes na tych siedzeniach.
— Dahlia, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł…
Po czym obie usłyszały ryk potwora. Sunął ku nich z niesamowitą prędkością, na szczęście od bocznej strony.
W tym momencie cały autodrom zajaśniał chłodnymi neonami, przesuwającymi się energicznie wzdłuż paneli. Po powierzchni metalowej płyty przeoranej regularnie dziurami tańczyły elektryczne iskierki, grożąc przybyłych trzaskiem.
Elektryczny wózek, na którym były, również zabuczał. Jego metalowy pręt, którym był połączony z sufitem, zadrżał. Po czym wystartował gwałtownie i sunął niemal bezszelestnie do przodu. Jakby nie dotykał powierzchni.
Kłęby anemoi nawet nie hamowały. Brian zatoczył łuk, wypatrując zwierzyny. Uciekającej na kiczowatym, zielonym samochodziku. Gdy wszedł w pole, od razu siatka nad nimi zareagowała brzęczeniem. W tym samym momencie ruszyły inne autka.
Półboginie ledwo się zmieściły w malutkiej przestrzeni kokpitu wozika. Gdyby tylko Dahlia miała czas, narzekałaby na swoje gabaryty. Ba, teraz to było jej na rękę.
Z głośników sączyła się energiczna muzyka, z mnóstwem efektów dźwiękowych. Czym bliżej był potwór któregoś głośnika, tym szybciej się wylewała, z głośnymi trzaskami. Auta bez pasażerów obijały się gwałtownie, ratowała je tylko gumowa banda. Wśród nich anemoi z głośnym rykiem próbował nie wpadać na nie.
— Jak ociera się o te pręty, to się osłabia! — zauważyła Inez. — Może damy radę!
— Jak się tym, cholera, steruje?! — krzyknęła Chestnut.
Zderzyły się dosyć mocno z innym wózkiem. Owszem, autko było szybsze dzięki energii tego potwora, ale było równie nieprzewidywalne. Inez racjonalnie zapięła wcześniej pasy i tylko jęknęła, za to Dahlia mogła przysiąc, że wyplułaby swój żołądek i resztę wnętrzności. Tępy ból rozlał się po jej klatce piersiowej, kiedy obiła się o plastikową, tandetną kierownicę. Przestała też na chwilę oddychać.
— Musisz ruszać, ruszaj, ruszaj, rUSZAJ! — pisnęła Inez, potrząsając ramieniem Dahlii.
Potwór znalazł lukę. Otwarta, prosta, niczym droga dla wieży w szachach. Zaszarżował.
Chwila ta trwała dla nich naprawdę długo. Kolejny raz, w ostatniej chwili, uskoczyły przed atakiem.
Dahlia dopiero wtedy wciągnęła ze świstem powietrze do płuc. Udało się jej w odpowiednim momencie z ziaren, trzymanych na czarną godzinę w kieszeni, wypuścić pędy pnączy. Zaczepiła je na jednym z filarów autodromu, przeciągając cały wózek w jego stronę. Plus był taki, że nie wymagało to siły, samo autko nie stawiało oporu na tak śliskiej powierzchni.
— Udało ci się! — podekscytowała się Velez.
— Rzygać mi się chce — jęknęła boleśnie Chestnut.
Na szczęście kolejne manewry, wspierane przez pnącze, utrudniły potworowi dotarcie do nich. Inez strzelała, kiedy tylko mogła. I za każdym razem trafiała. Za każdym razem potwór nie był zadowolony, ale też nie zwalniał.
— Cagado cabrón! — legionistka zaklęła, nakładając kolejny bełt. — Czemu to nie działa!?
— Musimy go chyba zaatakować jednocześnie! Spiżem i złotem!
— Jednocześnie?!
Jedna z drugą starały przekrzykiwać się przez techno jazgoczące z głośników. Miały wrażenie, że było coraz gorzej.
— Musisz mi dać znak Velez!
— Jaki ssak?!
— ZNAK!
— Jaki znak!?
— Jakikolwiek, na bogów! Dam sobie radę! Wyceluj! Daj mi znać i wystrzel! Jak nie, to kaput!
Wcale nie nakładała presji na nowo poznana koleżankę, ale o dziwo Inez wyglądała pewniej niż zwykle. Tak, jakby weszła na inny stan świadomości. Dahlia się zastanawiała, czy właśnie teraz zobaczy efekt tego słynnego, rzymskiego wychowania. I nie chodziło jej o czyszczenie wychodków.
Dźwięk naciąganej cięciwy był czystszy i wyraźniejszy niż zwykle.
— Na impugna atakuj — odparła stanowczo Inez.


Inez?
────
[1052 słowa: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

sobota, 18 lipca 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Inez nie chciała mówić, że się bała, ale… chyba jednak trochę się tak czuła. To nie była jej pierwsza walka. ale to nie miało znaczenia, bo przy każdej stresowała się tak samo. Niby jej odporność była lepsza niż śmiertelników, ale ona nim także była. To, że widziała także potwory sprawiało, że była tylko w większym niebezpieczeństwie. Zawsze zastanawiała się wtedy jak jej tato mógł to zrobić jej mamie i ją zdradzić. Gdyby tylko tego nie zrobił mogłaby sobie spokojnie żyć… Zawsze myślała, że mu wybaczyła i naprawdę nigdy nie okazywała mu, że jest inaczej, ale gdy zagrożone było jej życie, to był jedyny czas gdy wątpiła czy naprawdę wciąż nie jest zła.
Jednak razem z Dahlią jechały na jednym wózku, miała wsparcie i to się liczyło. Naprawdę dziękowała teraz bogom, że dziewczyna tu jest. Nienawidziła samotnych wypraw, więc jak teraz wybrała się sama (a raczej została posłana) to przez cały czas trochę się obawiała. Inez była ekstrawertyczną duszą, uwielbiała być przy ludziach, nawet jeśli oni niekoniecznie uwielbiali być przy niej. Jednak najbardziej uwielbiała to uczucie, że nie jest w czymś sama, że jest ktoś kto ją rozumie, kto przeżył coś podobnego i jakkolwiek może się z nią utożsamiać.
– Dobra, damy radę. Musimy dać, nie? – zaśmiała się przytulając do siebie dotychczas niezawodną broń. – Ufam Ci – mówiąc te słowa zobaczyła jak dziewczyna zrobiła się nieco zmieszana. Dla Velez to był częsty widok. Prawie każdy komu tak w swoim życiu powiedziała dziwił się, że może takie słowa wypowiedzieć do prawie nieznajomego. Często powtarzano jej, że jest łatwowierna. I prawdopodobnie mieli rację, ale ona nie chciała nic zmieniać.
Spojrzały się na siebie i skinęły głową tym samy uzgadniając, że robią zamianę. W tym momencie Inez przerwała iluzję, a Venti stanęły nieco zbite z tropu. W tym, momencie musiały wykorzystać tę okazję i ruszyły ku nim. Okazało się jednak, że stwory są za daleko w stosunku do nich, więc zwróciły na nich uwagę w ostatnim momencie, gdy Inez wycelowała z broni. Venti zdążył zrobić unik, jednak jego zaskoczenie wzrosło. Zresztą jego towarzysz był niemniej zaskoczony, co natomiast wykorzystała Dahlia. Zamachnęła się porządnie mieczem a potwór wydał z siebie głośny, druzgocący krzyk.
„To chyba działa” – pomyślała Velez słysząc ten dźwięk. Wcześniej pomimo bólu, nie brzmiało to tak rozpaczliwie, nawet gdy trafiały. Powiedziałaby nawet, że czym dłużej trwała tamta wymiana ostrza, tym Venti się uodparniały. Brian (bo to chyba był on? Inez w tym momencie nie była pewna, mienili się jej w oczach) cisnął piorunami w Dahlie, jednak ona zrobiła unik. Dokładnie się tego spodziewała, tak samo jak kolejnej salwy, która na nią nadeszła. Cóż, to było do przewidzenia. Potwór był rozwścieczony, nie myślał sensownie.
Archie w tym czasie podleciał bliżej Inez, która przez moment zapomniała, że powinna celować. Cholera. Rozejrzała się szybko dookoła, a następnie niewiele myśląc stworzyła iluzję wielu ptaków, tym samym sprawiając, że zasłoniła się przed wzrokiem Venti. Przeturlała się szybko na prawo i bardzo dobrze. Jej przeciwnik raczej spodziewał się, że stworzy iluzję, bo uderzył z większą siłą już po chwilę w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała. Miała chwilę, by naciągnąć broń i strzelić. Zrobiła to i-
– Uważaj! – usłyszała krzyk Dahlii, a potem lecący w niej grom ze strony Briana.
– Szlag – zaklnęła i ruszyła w bok, jednak uderzenie odrzuciło ją nieco, a z jej rąk wypadł Gastrafetes. Odbiła się od ziemi i przeturlała. Poczuła jak przez moment w płucach brakuje jej powietrza. Po chwili zaczęła głośno kaszleć, jednak jakimś cudem wciąż była w całości. Przez chwilę świat wokół niej nie istniał, ale po chwili dźwięki wróciły do jej uszu. W tym momencie starsza stanęła przed nią broniąc ją przed jednym z Venti, wsadzając miecz wprost w jego brzuch. To wtedy Inez usłyszała chorobliwy krzyk bólu, a potem drugiego Venti. Wstała do klęczek i uniosła głowę. Jeden z nich się rozpadł. Czyli Dahlia miała rację! Musieli się zmienić.
Pozostał im tylko jeden, samotny i bardzo zły Venti.


Dahlia?
────
[645 słów: Inez otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

sobota, 11 lipca 2026

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Zanim miała skomentować pegazy w Obozie Herosów, coś zaiskrzyło w powietrzu.
Anemoi, czy tam venti, dało się łatwo rozpoznać. Były nieprzewidywalne, atakowały od razu, zazwyczaj pod postacią chłopców w archetypie „cocky fuckboy”. Nie jej definicja, ale dobrze oddawała te paskudy. Teraz ich postacie były osłonięte przez burzowe, ciemne chmury, w których co jakiś czas trzaskała cicho błyskawica. Było to większe niż zwykłe anemoi, ale to nie przeszkadzało. Większy przeciwnik może i był silniejszy, ale był też łatwiejszy do trafienia. Dahlia osłaniała spokojnie Inez przed ciosem tego potwora, dopóki nie usłyszała jej jęku „hijo de la chingada”.
— Co do… — skomentowała i poczuła nagły odrzut. Oraz zapach fasoli z puszki Campbella.
Nie, żeby to miało teraz jakieś znaczenie. Przeturlała się po ziemi i syknęła głośno pod nosem, kiedy zobaczyła drugiego potwora górującego nad rzymskim obozowiczem. Szanse w walce były nieco wyrównane, musiała tylko dopilnować, żeby Inez zdążyła wystrzelić z gastrafetesa. Zwykle jeden bełt załatwiał sprawę.
Zamachnęła się szablą w kierunku jednego z nich, ale zdążył uniknąć.
— Ha! Za wolno!
— Dobra robota, Archie! Go Bears! — wrzasnął radośnie drugi.
Po czym zaczęli prężyć muskuły, o ile usposobienia wiatrów mogą mieć jakiekolwiek, oraz przybijać sobie piątki. Inez otrząsnęła się i napięła bełt.
— Jakie niedźwiedzie?! — wrzasnęła, rozglądając się gorączkowo. — Gdzie?!
— Strzelaj!
Pocisk poszybował z prędkością, której nawet venti nie przewidział. Zostawił po sobie dziurę w burzowym bycie, który zaczął krzyczeć z bólu. Gdy jednak spodziewała się, że to słynne cesarskie złoto załatwi sprawę, rozpierzchnięta materia formowała się na nowo.
— Dziwne. Lupa uczyła mnie, że venti łatwo się roz-rozpadają.
— Fakt, dziwne. Może jest silniejszy i trzeba więcej strzał?
Kiwnęła głową.
Venti/Anemoi zwróciły się w ich stronę.
— Ej, ej, co to było?! Nie strzela się do takiego byka, jakim jest Brian! — błyskawice trzaskały częściej i mocniej niż zwykle.
— Najpierw niedźwiedź, potem byk? O co chodzi? — wymamrotała Inez.
Już jeden z venti miał się wbić w nią, z dużym impetem, gdyby nie osłonięcie przez Dahlię. Nie miała do odhaczenia w bingo złapania podirytowanej chmurki przesyconej zapachem Old Spice, ale nie miała innej opcji. Słyszała historie o ujarzmianiu tych istot, szczególnie przez przechwalające się dziecko Zeusa, ale nie miała pojęcia, że to rzeczywiście jest trudne. Brzmiało zabawnie, wykonanie gorsze. Włosy stanęły jej dęba, ale przynajmniej mogła w końcu zamachnąć się szablą, w różne kierunki. Szatkowała, jak mogła, po czym podniosła się z trudem. Niektóre błyskawice zaatakowały, chwilowo paraliżując miejsca styku z ciałem. Znowu poczuła podmuch.
Tym razem był silniejszy i impet wrzucił ją na stoisko lunaparkowe. Nie dość, że obiła plecy o ladę, przez co bardzo boleśnie syknęła, to jeszcze trafiła w drugą. Trafiła głową w blaszane puszki, strącając wszystkie. W oddali usłyszała wołanie rzymskiego półboga, ale nie zarejestrowała konkretnych słów.
Podniosła się i zauważyła Archiego szarżującego na nią. Wiele przeszła, ale gdyby dała się pokonać takiemu potworowi, oznaczonego w książce obozowej pod rubryką „jak cię pokona, to masz skill issue”, to by się mocno wstydziła. Nawet po śmierci. Nie miała czasu się zastanawiać, czemu nie poszedł w cholerę do Tartaru, albo przynajmniej się nie osłabił, tylko złapała pluszaka.
— Gratuluję, wyczyściłeś wszystkie puszki. Nagroda dla Miśka! Go Bears! — po czym cisnęła pluszakiem niedźwiedzia w bok. Zdezorientowany anemoi od razu skręcił, próbując złapać drogocenną zdobycz.
Inez trzymała się wyjątkowo dzielnie. Osłoniła się stołem, próbując wycelować w szamoczącego się dookoła Briana. Ventus zaplątał się w mnóstwo balonów, przez co wyglądał jak kretyn, a Inez ładowała pociski w niego. Przechodziły na wylot, acz z dziurami, które by wysłały normalnego potwora tam, skąd przybył.
— Dahlia, moje strzały nie działają! — jej głos był niemal płaczliwy.
— Ani moje szable. Musimy znaleźć jakieś miejsce na przemyślenie planu.
Po czym wyciągnęła ziarna z kieszeni. Wbiła je w ziemię i od razu stworzyła ścianę listowia, kupując im trochę czasu.
Venti przeskoczyły ten prowizoryczny mur, po czym atakowały kolejny raz dziewczyny. Wyglądały jak podirytowane osy, przy okazji wykrzykiwały bojowe przyśpiewki.
Na szczęście byli na tyle głupi, że się nie zorientowali, że atakują iluzje. Półboginie schowały się za ladą, zbierając siły.
— Niezłe iluzje. Ile mamy czasu?
— Na pewno dziesięć minut. Mogłabym dłużej, ale wymaga to ode mnie koncentracji. Dlaczego się nie chcą zabić? — Inez napinała gastrafetes, przy okazji badając, czy nie był uszkodzony.
— Nie mam pojęcia. Wydawało mi się, że trafiłam na pewno szablą.
— Ale jak twój spiż na niego nie działał, moje złoto też nie?
— Może powinnyśmy się zamienić? Może jeden z nich to anemoi, a drugi ventus i są odporni na metale z drużyny przeciwnej?
— Możliwe. O co chodzi z tymi niedźwiedziami?
— Trafiłyśmy na najgorszy typ potwora.
— Że taki… najsilniejszy?
— Nie, potwora, który normalnie siedzi w high school, w drużynie sportowej. Której maskotką jest brzydki niedźwiedź. Oni zapewne w wolnym czasie nękają inne dzieciaki i wsadzają ich głowy do kibli.
— A. Czyli trafiłyśmy na jocków.
Dahlia kiwnęła głową. Pomyślała, że mogło być jednak gorzej. To tylko jakieś mało inteligentne anemoi, które prężą mięśnie i gadają o niedźwiedziach. Arnar kiedyś spotkało młodociane harpie, które goniły jeno, wykrzykując włoskie brainroty.
— Daj znać, jak będziesz gotowa. Mam jeszcze sporo siły, pomijając ból pleców.
Inez nie wyglądała na przekonaną i przełykała gulę w gardle.
— A co, jak zamiana się nie powiedzie i oboje są odporni na nasze bronie?
— Wtedy będziemy improwizować. To niemożliwe, żeby byli odporni. Każdy ma jakąś słabość i musimy ją znaleźć. — mruknęła, szukając w głowie przydatnych informacji na temat anemoi.
Poprawiła chwyt w szablach i spojrzała na dziewczynę, która wyglądała trochę jak smutny szczeniak.
— Damy radę. Osłonię cię w razie czego.


Inez?
────
[893 słowa: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Inez zdawała sobie sprawę, że jest łatwowierna, choć na misjach zawsze stała się być bardziej uważna. Choć jej pozytywna natura nie ułatwiała dystansowania się, na co dzień naprawdę była większą kulką szczęścia. No i może faktycznie dość szybko zaufała Dahlii, ale czemu miałaby tego nie zrobić? Interesował ją fakt, że niegdyś była w Obozie Herosów. Zawsze ją interesowało jak tam jest i czy ich obozy naprawdę mocno się różniły. Przypuszczała, że tak, patrząc na historię, jednak tym bardziej chciała wiedzieć co to za różnice! No i jak miała nie zaprzyjaźnić się z kimś, kto mógł odpowiedzieć na te wszystkie pytania kotłujące się w jej głowie.
Jednak nie spodziewała się, że Dahlia będzie taka niemiła! Początkowo uznała, że to miły, niespodziewany gest z jej strony. Czemu to ona miała być testerem trucizn!? A najgorsze było to, że Inez wiedziała, że dziewczyna ma rację. Potwory często były sprytniejsze niż im się wydawało.
– Czemu mi to zrobiłaś!? – krzyknęła spanikowała i nerwowo zaczęła w miejscu przebierać nogami. – Ja nie znam się na truciznach! Mogę plotkować o tym co kto gada w iryfonach, czy przywołać ci pegaza, ale nie jestem dzieckiem Apollo!
Po chwili zobaczyła jak starsza patrzy na nią rozbawiona i zdała sobie sprawę jak głupio musi brzmieć. Zrobiła właśnie z siebie idiotkę, więc woląc nie mówić już nic więcej, jadła dalej watę.
– Nie no, ale serio, czujesz truciznę?
– Nie – odburknęła napychając się resztą słodkości.
Dziewczyny szły przed siebie znów w ciszy. Obserwowały czy nigdzie nie widać dziwnych zachowań, bądź nietypowych stworzeń. Inez dawno nie była na takiej misji i w głębi serca bardzo się tym stresowała, więc pomimo tego co zrobiła jej Dahlia, cieszyła się, że nie jestu tutaj sama.
– Latałaś kiedyś na pegazie? – Do jej uszu dotarło nagle pytanie, którego nie spodziewała się usłyszeć. Spojrzała na dziewczynę tuż obok niej. Starsza nie patrzyła w jej kierunku, jednak Velez i tak miała wrażenie, że jest realnie zainteresowana odpowiedzią.
– Tak. No wiesz, trochę mi zajęło zanim faktycznie zaczęły się mnie słuchać, ale to było tego warte. Gdy mam na przykład zły dzień nie ma nic lepszego niż lot w przestworzach. Szkoda, że my, ludzie nie potrafimy latać. To by było super ekscytujące! – Aż klasnęła w dłonie z zadowolenia, jednak po chwili uspokoiła i uśmiechnęła się nieznacznie. – Jednak robienie tego na tych majestatycznych stworzeniach jest nie mniej przyjemne, serio my-. – Dziewczyna przerwała swoją wypowiedzieć czując nagle w powietrzu coś nietypowego.
Niemal w jednej chwili obie dziewczyny stanęły gotowe do możliwego, nagłego ataku i zaczęły się rozglądać wokół. Inez trzymała mocno w dłoniach swój gastrafetes, a jej mimika twarzy od razu zmieniła się na bardzo skupioną. Teraz wyglądała zdecydowanie jak nie ona.
Już po chwili przed nimi ukazał się chłopak, na oko koło dwudziestki ze złowieszczym uśmiechem na twarzy. Gdy Velez go ujrzała w tej samej chwili zagrzmiało, a w jej głowie pojawiła się tylko jedna myśl.
– Ventus – powiedziała to na głos, tak by Dahlia to usłyszała, choć była niemal przekonana, że dziewczyna jest tego świadoma.
– Mhm, to zdecydowanie Anemoi.
Obie dziewczyny wiedziały, że mają na myśli to samo stworzenie. Cóż, są oni na tyle charakterystyczni, że naprawdę nie pomylisz z niczym innym.
– Po co tu jesteś!? Czego chcesz!? – krzyknęła Inez i ugięła kolana. Postawa, z której w każdej chwili możesz się ruszyć nie tracąc czasu. Może i nie wychodziła zbyt często na misje, ale wiedziała co robić. I mimo, że nienawidziła walczyć, to była legionistką, nie mogła pozwolić by strach ją sparaliżował. Była odważna i pewna swoich umiejętności, a to był pierwszy krok do sukcesu.
– Oh, dwójka półbogów, jak słodko. – Głos chłopaka był naprawdę nieprzyjemny; chropowaty, niemalże syczący. Inez dawno nie słyszała czegoś tak obrzydliwego. – Może chociaż wy dostarczycie mi potrzebnej rozrywki.
Teraz nie mogły się wycofać.


Dahlia?
────
[612 słów: Inez otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

— No, parę rzeczy może pasować. — Odpowiedziała Dahlia ze sztucznym uśmiechem.
Wewnętrznie dopowiedziała „ja pierdolę”.
Dlatego nie znosiła tarotów. Za bardzo kojarzyły się jej z przepowiedniami, które w sposób dosyć ogólny i enigmatyczny informowały o niebezpieczeństwie, co ich spotka i zawsze to nie było to, czego normalny człowiek czy półbóg mógłby się spodziewać. Już nie mówiąc o ludziach, którzy w te bzdury wierzyli. Inaczej, nie żeby negowała istnienie magicznych mocy, bo to by było dziwne, ale negowała ich dobroczynność. Summa summarum: uważała, że świat nie staje po twojej stronie i nie obdarza cię dobrodziejstwem, tylko maluje ci łeb na szaro. I głównie sypie ci pieprzem w oczy.
Ćpun podszywający się pod wróżkę nie tylko sypał pieprzem w oczy, ale też mocnymi środkami do butelek z alkoholem. Chciałaby o tym zapomnieć, ale czasem obrazy wracają i są żywe.
— Widzę, że zgrabnie ci poszło. Chyba jednak masz jakieś doświadczenie. Albo instynkt. — Skomentowała, uważając, żeby nie być zbyt zamyśloną.
— Może mam w sobie coś z Hekate? — Odbiorczyni komentarza się rozpromieniła.
— U was też się mówi Hekate?
— No, tak.
Grecka heroska przypomniała sobie, jak pewnego pięknego poranka w domu rodzinnym przyłapała dziewczynę swojego brata na przeglądaniu horoskopów. Na tarasie, przy kawie. Oczywiście, że wtedy zapytała ją, czy wierzy w przesądy.
— Tyle, ile trzeba.
— To znaczy?
— No nie jakoś przesadnie, ale wierzę w to, że jakaś przepowiednia może się spełnić. U nas się spełniło.
Była to całkiem sympatyczna dziewczyna, zdaniem Dahlii jedna z fajniejszych osób, która umawiała się z jej bratem. Nie obrażała się, jak dostawała multum pytań. Jak już przyjeżdżała, to pomagała przy obiadach czy śniadaniach.
Dziewczyna wzięła szczodrego łyka kawy, po czym zwróciła uwagę na konsternację na twarzy wtedy szwagierki.
— No, wróżka powiedziała raz mojemu wujkowi, że zginie od żywiołu wody, jakoś tak. Wujek się przeraził śmiertelnie i od tej pory unikał mórz, oceanów, jezior, czegokolwiek co mogło być związane z wodą. Chcieliśmy pojechać nad morze to niee, koniecznie góry. O żadnych statkach nie było mowy. A, był wtedy zapalonym wędkarzem, ale odkąd usłyszał wróżbę, przestał łowić. Tak silny był ten jego strach.
— Aha. Co dalej?
— Z braku laku został farmerem. Pomagał ojcu, wiadomo. Pewnego dnia znaleźli go w chlewiku. Utonął w baniaku dla świń. Dlatego wierzę w przepowiednie, nieważne jak dziwne.
— A. Aha.
Dahlia otrząsnęła się. Anegdota była głupia jak but, ale było w niej coś. Wtedy stała na tym tarasie i wpatrywała się w dal, procesując powieść. Teraz nie będzie zaprzątać sobie głowę tymi kartami. Każdy jest w stanie mówić takie błahostki, które dotyczą prawdopodobnie większości społeczeństwa.
— Jak się w ogóle nazywasz? — Zagaiła.
Nastolatka wyprostowała się jak struna.
— O. Oh, no tak, wybacz. Zapomniałam i się skupiłam na tych kartach! Inez. Inez Velez, legionistka Czwartej Kohorty!
Dahlia tak bardzo starała się nie unosić brwi.
— Jestem Dahlia. Domek numer cztery. W sumie tak jak ta twoja kohorta.
„Czymkolwiek ta kohorta jest”.
Inez klasnęła w ręce z zadowoleniem.
— To co teraz robimy?
— Może obchód po lunaparku? Skoro zebrali nas tutaj, to znaczy, że coś z tym miejscem jest nie tak. Tak zakładam. Nie mamy żadnych innych wskazówek.
— To prawda. Kolejka górska?
— Kolejka?
Dahlia spojrzała na nią z nieukrywanym zdziwieniem. Właśnie mają jakąś misję, Fata nie bez powodu stawiają mnóstwo niespodzianek na drogach mięsa armatniego, znaczy się, półbogów, a ta chce na kolejkę? Inez zauważyła zmianę na twarzy i się speszyła nieco.
— Po prostu… Ileż można wykonywać obowiązków w Jupiterze? Ciągle jakieś treningi, czyszczenie kibli, inspekcja akweduktu, mycie okien. Jak skończymy misję, to ja chętnie bym poszła na kolejkę.
— Ciekawie tam macie. W tym Jupiterze. — Odparła, przewracając oczami.
Obie wstały, sprawdziły swój dobytek, szczególnie broń i wyruszyły na główną arterię parku zabaw. Snuły się tak trochę niemrawo, zwracając uwagę na każdy szczegół. Nie rozmawiały, było za głośno.
W pewnym momencie Dahlia się zatrzymała przy stoisku z watą.
— Poproszę jedną.
Obserwowały, jak nitki cukru zwijały się w puszystą chmurkę, przetykaną różnymi kolorami. Inez zachwycona wpatrywała się, jak fioletowy powoli przechodził w różowy. Za to jej towarzyszka rozglądała się dalej. Czy ze znudzenia, czy poczucia obowiązku, ciężko było stwierdzić.
— Proszę. — Sprzedawca wyciągnął patyk z bombą kaloryczną, gotową na usmarowanie twarzy cukrem.
— Dziękuję. — Odpowiedziała Dahlia, po czym podała legionistce watę.
Jej oczy przybrały wielkość dolara.
— Naprawdę? Mogę?
— Tak. Weź. Nagroda za mycie kibli.
— Rany, dziękuję!
Gdy się wgryzła w smakołyk, nagle wysoka heroska pochyliła się nieco i obserwowała ją. Rzymska obozowiczka nieco się speszyła.
— Eee. Wszystko… W porządku?
— Daj znać, czy czujesz jakąś truciznę. Albo czy ci zdrętwieją kończyny. No wiesz, potwory lubią tworzyć toksyczne rzeczy, co wyglądają jak smaczne jedzonko i nim częstować bezbronnych półbogów. Taka Meduza na przykład.
Dahlia uśmiechnęła się pod nosem, widząc przerażenie gówniarza. Może było to trochę złośliwe, ale jej skrycie ukrywana, znudzona dusza chochlika wymagała ofiary.


Inez?
────
[774 słowa: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

środa, 22 kwietnia 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

Inez dalej bujała się na krześle obserwując byłą obozowiczkę Obozu Herosów. Dahlia wpatrywała się chwilę w postawione przez siebie karty, a potem spojrzała na Velez. Dziewczyna od razu uśmiechnęła się do swojej towarzyszki. Była naprawdę szczęśliwa, że kogoś tu znalazła, nawet jeśli jej nowa kumpela była od niej znacznie starsza. Różnica wieku nigdy nie była dla niej problemem, a nawet uważała, że takie rozmowy mogły być znacznie ciekawsze. Często rozmawiała z jakimiś staruszkami, które potrafiły opowiedzieć jej jeszcze o czasie gdy na świecie była wojna, a one były młodymi dziewczynami lub nawet dziećmi. Chociaż teraz było ciężej spotkać takich ludzi, a jednak! Inez miała farta by trafiać właśnie na takie osoby. Choć oczywiście siedząca naprzeciwko kobieta nie była aż tak stara! Mimo tego różnica poglądów wciąż mogła między nimi istnieć, a to sprawiało, że rozmowa mogła się nigdy nie skończyć. Oczywiście z ludźmi w jej wieku też mogła często podyskutować, szczególnie, że w Obozie Jupiter było dużo osób, które były bardzo dojrzałe ale to nigdy nie było to samo.
– Długo masz zamiar się we mnie tak wpatrywać z uśmiechem? – mruknęła starsza, na co Velez się tylko zaśmiała.
– Wybacz! Zamyśliłam się. Czasami tak mam, wiesz jak to jest.
Dahlia pokręciła głową, jednak Inez nie mogła stwierdzić czy to z politowania, czy po prostu nie wiedziała “jak to jest”. Bez słowa ciemnowłosa sięgnęła po talię kart i zebrała trzy, które leżały na stole.
– Mam wenę, teraz ja ci powróżę – powiedziała i nie czekając na słowo sprzeciwu, które obawiała się, że mogłoby nadejść, zaczęła tasować karty. Wyłożyła na środek trzy karty. – Ta – zaczęła wskazując na kartę po lewej stronie – to twoja przeszłość. Ta środkowa to twoja teraźniejszość, a po lewej to przyszłość. – Przekręciła pierwszą kartę, na której pojawiły się trzy miecze. Zamknęła oczy zastanawiając się co może powiedzieć. Kompletnie się na tym nie znała, ale uważała to za ciekawą i dość zabawną grę. – Hmm… tak czuję to. Już wiem! – Wykrzyknęła otwierając swoje brązowe oczy wpatrując się wprost w tęczówki koleżanki. – Nieustanna walka. W swojej przeszłości natknęłaś się na dużo niebezpieczeństw, którym udało Ci się sprostać. To nie było łatwe zadanie, ale wyszłaś na prostą. Źycie kładało Ci pod nogi kłody, ale ty odepchnęłaś je wszystkie wraz z dorastaniem. Wplątałaś prawdopodobnie w wiele trudnych relacji, ale to już przeszłość. – Odkryta następna karta. teraźniejszość. Dwie monety. – Los jest przewrotny po tej trudnej przeszłości. Ciągle widzisz dwie strony monety – zachichotała na ten jakże niesubtelny żart – i ciężko wybrać Ci odpowiednią drogę. Ale starasz się wyjść z całego bagna, w które wpakowały Cię duchy przeszłości. – Ostatnia karta. Pięć kielichów. – Przeszłość ma dla Ciebie w końcu coś dobrego! Znajdziesz zaufanego przyjaciela i może ukochaną osobę! W każdym razie na pewno będziesz zadowolona i staniesz się w końcu panem własnego losu.
Skończyła mówić wpatrując się w reakcje Dahlii, z której nic nie mogła wyczytać, zmarszczyła brwi, lecz już po chwili na jej twarzy znów zawitał radosny uśmiech.
– I co? Trafiłam coś? Co powiesz?


Dahlia?
────
[484 słowa: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

piątek, 27 marca 2026

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

Dahlia uniosła brew.
— Huh?
Założyła ręce na piersi i tylko obserwowała, jak cudaczna postać rozgląda się po zatęchłym namiocie. Przy okazji pogodnie paplała.
— Ja tu się tylko rozglądam, powinien tu być jakiś fajny dokument, albo wskazówki, coś w ten deseń.
— Wskazówki?
— Po prostu powiedziano mi, że powinnam znaleźć coś, co mi się przyda w zadaniu. Dla innych. Bardzo ważne zadanie. Takie… Obozowe! Gdzieś to tutaj powinno być.
Nieznajoma dalej sortowała pudełka, wyciągając szpargały.
— W porządku, ale to nie mój namiot, jakby coś. No i raczej nie wróżę.
— Nie?
— Nie.
— Kurczę, szkoda. Wydawało mi się, że w namiocie wróżki będzie wróżenie.
— Może było, ale nie jestem wróżką.
— A może jednak…
Dahlia kątem oka zobaczyła, jak dziewczyna wyciąga kolejne pudło, w którym już się znajdowały rzeczy typu karty do tarota, kula czy herbata. Postawiła je na tym nieszczęsnym, chybotliwym stoliczku. Karty się rozsypały, tworząc istny galimatias. Wskazała również na wolne krzesełko, które znalazło się obok.
— Co to jest w ogóle za ważne zadanie?
— Pewnie coś związanego z tą wrogą aurą. W sensie w tym parku rozrywki.
— Jest tutaj jakaś przeklęta aura?
— Aha.
— I masz ją oczyścić?
— Mniej więcej. Dlatego nie obraziłabym się, jakbyś chciała mi pomóc. I może jednak by się udało nam powróżyć?
Już miała zadawać pytania, między innymi „czemu ja?”, „czemu mamy wróżyć?”, gdy przed nią pojawił się plik kart.
— Kimkolwiek jesteś, ja ci muszę powiedzieć, że nigdy nie wróżyłam i nawet nie wiem, jak to się robi.
— No chyba się tylko tasuje i wyciąga trzy karty?
Złapała zrezygnowana za talię. Same karty były na pewno dobrej jakości, sztywne i nie odginały się. Rewers odbijał się słabym światłem, ale można było dostrzec jakieś art-deco ornamenty. Jak już są na takim festiwalu i jest okazja, to czemu by nie miały próbować? Półboski świat to półboski świat i nie zaskakują takie rzeczy. Była tylko jedna kwestia.
— Jesteś z Jupitera?
— Dokładnie tak.
— Nie wiedziałam, że tam też są gastrafetesy.
— Taką sobie wybrałam broń. W greckim obozie, jak rozumiem, też są?
— Tak. To jest chyba nawet grecka broń.
— Przydatna bardzo. Szczególnie lubię, jak groty z cesarskiego złota odbijają się w półmroku.
— Cesarskie złoto?
— No, to co zabija potwory. Zwykła stal nie działa, chociaż chyba ci tego nie muszę mówić? Jesteś może z Obozu Herosów?
— Tak, używa się u nas niebiańskiego spiżu. Nie wygląda może tak efektownie.
— Jak to jest w tym obozie?
— Chcesz, żebym ci teraz miała opowiedzieć, zamiast pomóc w czymkolwiek co tam chcesz?
— Racja. To co, losujemy?
Przetasowała karty, obserwując bacznie obozowicza Jupitera. Nie słyszała pozytywnych rzeczy o tym miejscu, głównie ludzie wspominali, że się tam sprząta. No i nie było podziału na boskich rodziców, co dla niej miało większy sens. Może biologicznej rodziny się nie wybiera, ale możliwość mieszkania z ludźmi różnego pochodzenia była zdecydowanie lepsza. Może gdyby pochodziła od rzymskiej wersji jej matki, to by się nie wkurzała latem? U Greków rośliny pochylały się nad łóżkami, niektóre dosłownie je zasłaniały i smyrały za bardzo przy wstawaniu w twarze, już nie mówiąc o przestrzeni zawalonej donicami czy ziemią do kwiatków/płodów rolnych. Nie musiałaby też rozmawiać, jaka marka narzędzi ogrodowych była najlepsza.
Wyciągnęła, zgodnie z sugestią, trzy karty. Nieznajoma bujała się na krześle, patrząc w oczekiwaniu na nie.
Pochyliły się nad rozdaniem, obserwując w ciszy karty „złoto”, „spiż” i „głupiec”.
— Te karty to takie mają być?
— Nie wiem. Nigdy nie losowałam tarota, ale nie przypominam sobie, żeby te. — Dahlia stuknęła palcem w dwie pierwsze karty. — Istniały w tarocie. Głupiec, owszem. Ale te?
— Ale wielka mi wróżba. Mamy złoto, mamy spiż, ja już chyba jestem głupkiem, bo zgodziłam się na tę głupią misję. Ale hej, warto było próbować!
Ciężko nie było przyznać jej racji, że ten tarot w niczym nie pomógł.


Inez?
────
[610 słów: Dahlia otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 10 marca 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

Inez nie było najbardziej asertywną osobą, więc to oczywiste, że jak została poproszona (choć czy to bardziej nie było rozkazem?) o sprawdzenie pewnego lunaparku to bez zastanowienia to zrobiła. Czasami wciąż się bała takich misji, ale była w Obozie już trzy lata! Pora wyrosnąć z dziecinnego strachu i pokazać, że jest poważną, niezależną i odważną kobietą! Nawet jeśli część z tego wcale nie było prawdą…
Znalazła się w tym miejscu nie przez przypadek, choć nie wiedziała czego tak właściwie szuka. Starała się nie wzbudzać podejrzeń, ani nie przykuwać wzroku, choć przez jej niecodzienny wygląd, nie było to takie proste. Dzieci często wskazywały na nią palcami, po to, by zawstydzeni rodzice mówili „Tak nie wolno! To bardzo niemiłe!”. Velez zawsze starała się im tylko posłać uśmiech, którym chciała przekazać, że to rozumie i to żaden problem. Zdarzało się, że słyszała czasami także nieprzychylne komentarze, ale akurat wygląd to było coś z czego była dumna i nie wstydziła się tego, kim jesteś.
Pokręciła głową łapiąc się na tym, że odrywa się myślami od swojego celu, który stał tuż przed nią. Niepozorny namiot, który wcale nie przykuwał uwagi. Jeśli w tym lunaparku miała znaleźć coś podejrzanego, to właśnie tu. W Obozie mieli co do tego miejsca złe przekonania. Złe duchy i te sprawy. Jednak wystarczyło posłać jedną osobę i oczywiście jak zwykle, musiało paść na córkę Arcus. Chociaż nie wydawało się to takie oczywiste, Velez nie miała nic przeciwko. Jednak nie spodziewała się sytuacji, którą zastała, gdy była już w środku.
Umięśniona kobieta stała naprzeciwko niej, wpatrując się swoimi ciemnymi oczami w twarz piętnastolatki. Inez od razu poczuła, że nie jest to zwykły śmiertelnik. Ciemnoskóra postać przed nią, była kimś takim jak ona sama. Ciemnowłosa nie wiedziała skąd pojawiła się ta myśl w jej głowie, ale była święcie przekonana, że tak jest.
– Słuchaj, ja tu szybko zrobię swoje rachu ciachu i nie będę Ci przeszkadzać! – rzuciła bez myślenia. – Na Jowisza! To twój namiot, prawda? Powinnam się najpierw zapytać czy mogę czyż nie? – Inez od razu zmieniła swoją postawę, co mogło nieco kolidować z jej wyglądem. Wyglądała niemal jak mały szczeniaczek, który zsikał się na środek dywanu swoich nowych właścicieli.
Jednak przez jej głowę przemknęła myśl, że powinna się lepiej zakraść.
– Hej, co ty na to: ja się tu rozejrzę na chwilę, a ty mi potem powróżysz czy inne czary mary jakie tam robisz, co? – Uśmiechnęła się szeroko na swój świetny pomysł nawet nie przedstawiając się jeszcze dorosłej przed nią dziewczynie.


Dahlia?
────
[407 słów: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 8 lutego 2026

Od Dahlii do Inez — „Ogniem i tarotem”

Szereg namiotów rozpościerał się na brzegu San Francisco. Oplecione kolorowymi wstęgami, proporczykami oraz światełkami nadawały tej scenerii dziwnie uroczy klimat — zasłona mgły wyjątkowo nie pojawiła się tego dnia, zostawiając w spokoju krajobraz, z łagodnie górującą nad okolicą Tamalpais. Światłom festiwalowym wtórowały ostrzegawcze bliki z Golden Gate. Na powierzchni wody mieszały się razem dwa światy, miasta oraz lunaparku — nazwa wyjątkowo trafna. Nad Kalifornią górowała pełna tarcza księżyca, jak gdyby jakieś bóstwo przycupnęło na nieboskłonie i oglądało poczynania śmiertelników.
Nie było jakiejś konkretnej okazji, która wytyczała akurat ten termin parku rozrywki. Kto wie, może ludzie chcieli celebrować wiosnę. O ile przy tej zatoce nigdy nie było ani za gorąco, ani za ciepło przez cały rok, tak po spędzonych kilku latach tutaj można było umiejętnie wychwycić nieśmiałe zwiastuny wiosny. Powietrze inaczej smakowało, melancholia ustępowała, bzdety ze świąt Bożego Narodzenia zostały już dawno wyrzucone do śmietników. Nawet niebo było żywsze niż zwykle, mgła niechętnie się zapuszczała.
Pojawiło się całkiem sporo osób. Głównie rodziny, gotowe pokazać swoim pociechom, jak wyglądają tego typu miejsca, ale pojawiały się też nastolatki szukające wrażeń, randkujący studenci i dorośli, którym życie nie zdusiło tej dziecięcej cząstki. Zamożniejsi ludzie zwykle wsiadali w auta i jechali kilka godzin do gigantycznych parków znajdujących się w innym stanie, przygniatających zarówno metrażem, bodźcami, jak i ceną. Wszystko to sprawiało, że tutaj klimat był nie dość, że rodzinny, to po prostu przyjemny. Jak na przechodzenie między stoiskami, słuchanie zachwyconych wrzasków, rozpaczliwych jęków, brzdęku puszek i w tym podobne, to nie przytłaczało i było sporo miejsca.
Przy namiotach ulokowały się karuzele oraz mini rollercoastery, które może i trąciły tandetą, ale były jedyną okazją doświadczenia jazdy chyboczącym wagonikiem na wąskich torach. Nie najszybszym, nie dostarczającym adrenaliny, ale jakimś. Czy strzelanie z cholernych, niecelnych strzelb, które wyglądały, jakby pamiętały wojnę secesyjną. Tylko po to, żeby wygrać pluszaka zamówionego hurtowo z Aliexpress. Za to karmelizowane jabłka oraz inne słodycze stały na przyzwoitym poziomie, podobnie jak foodtrucki z jedzeniem z różnych zakątków świata. Nad wodą, gdzie ledwo światło lunaparkowe docierało, stały ławki oraz stoły kempingowe, na których nastolatki ogarnięte trudami dorastania podejmowały pierwsze pocałunki. Takie, w których zęby się zderzały, podbródki umazane były śliną. Ci bardziej pechowi czuli znienacka obcy język w gębie.
Obok tych nieszczęsnych ławek i nastoletnich uniesień ulokował się czerwony namiot, z kiczowatymi frędzelkami oraz lampionami. Szyld wskazywał zarówno na wróżby, jak i na sekretariat. Można było się zastanowić, czy realne problemy też rozwiązywali losowaniem kart tarota. Namiot absolutnie nie rzucał się w oczy, nie miał wejścia od strony alejek, widocznie nikomu nie zależało, żeby ktokolwiek mógł tam się dostać. Tak, jakby przyciągał tylko desperatów i poszukiwaczy wrażeń.
Przed nim stanęła właśnie osoba, która nie plasowała się w żadnej z wymienionych kategorii. Na oko osiemnastoletnia, jej styl ubierania się mógłby oburzyć konserwatywnych starszych ludzi. Gdyby tylko mogła również udobruchać ich sympatycznym wyrazem twarzy. Z poważną miną spoglądała na otoczenie. Nikt nie obserwował, nikt się nie zatrzymywał przy namiocie. Wcześniej nikt nie zwracał na nią uwagi wśród gwaru, przepychanek, co najwyżej ktoś ośmielał się zaproponować jej watę cukrową. Długą chwilę zajęło rozszyfrowanie słów na szyldzie wypisanych ekstrawaganckim fontem, jeszcze dłuższą decyzja o wejściu do środka.
Można było spodziewać się kadzideł czy kiczowatego wystroju, ale było jeszcze gorzej. Był tylko chybotliwy stół zgarnięty ze stołówki, z obleśną turkusową powierzchnią, dwa krzesła, a to wszystko na trawie, bez jakiejś namiastki podłogi. Inne wyposażenie czy dekoracja praktycznie nie istniały. A doświadczyła tego dziewczyna, która pospiesznie ominęła ciężkie kotary broniące wnętrza i znalazła się w środku, zupełnie nieświadomie. Jak ćma lecąca do żarówki. W momencie ujrzenia wątpliwej jakości przestrzeni, na jej twarzy malowały się zdziwienie oraz zastanowienie, czy podjąć decyzję wyjścia i uciekania, gdzie pieprz rośnie. W ostatniej chwili przełknęła ślinę i ruszyła przodem.
— To tylko pusty namiot, z creepy stoliczkiem. — Mruknęła pod nosem, dodając sobie odwagi.
Usiadła i nagle przed nią pojawił się plik dokumentów. Magia w parku zabaw, która nie robiła wrażenia na półbogu. To nie była zdecydowanie skala treningu u gigantycznej samicy wilka, byle dwunastolatek in probatio by się przejął, ale nie legionistka z konkretnym stażem. Szybko przebierała stosy, które informowały o celach misji, statusie. Były również śmieci — klauzula o poufności na wypadek śmierci w bardzo konkretnie wymienionych przykładach, mapy sprzed kilkudziesięciu lat, paczki kart Yu-Gi-Oh, instrukcja do odkurzacza marki Dyson, esej traktujący o tym, jak bardzo misje Greków nie mają sensu ze względu na ograniczenie do trzech osób. Papier kosza, plakat do kosza, brakowało tylko ulotek „kupię mieszkanie bez pośredników”.
Przeglądanie góry śmieci nie stępiło zmysłów, szczególnie słuchu. Szum kotar zapowiedział kolejnego gościa.
Gościa, który zajął dużo przestrzeni. Właściwie, gościni, która wpatrywała się spode łba w grot strzały ułożonej na gastrafetesie.
— Na rany Aresa — Mruknęła postać. — A to miała być tylko zwykła, boska przysługa.


Inez?
────
[777 słów: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]