Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostatni sen drzewa oliwnego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostatni sen drzewa oliwnego. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ból Wintera zszedł na dalszy plan w momencie, w którym zobaczył Ziona. Nagle przypomniał sobie, po co się tu znaleźli, po co robił to wszystko i z jakiego powodu dałby się nawet pokroić żywcem, gdyby to zapewniłoby bezpieczeństwo Zionowi i Blanche. Jak on w ogóle mógł przejmować się bólem, jeśli nie był jedyną cierpiącą osobą? Nie mógł tak po prostu być takim egoistą.
Nie zdążyło mu nawet na dobre ulżyć na widok Ziona, bo zauważył, że mężczyzna siedzi nieruchomo, przywiązany do krzesła łańcuchami. Głowa opadła mu na pierś i Winter przez krótką chwilę był pewien, że to już koniec, że Amazonki pokazują im ten widok tylko po to, żeby ich torturować, chociaż Ziona nie ma już z nimi. Chłopak swój zamglony wzrok przeniósł na Blanche, dostrzegając w jej oczach podobne, przerażone ogniki, które zaraz zgasły. Blanche odetchnęła, więc Winter też odetchnął; jej spokój oznaczał, że Zion oddycha i żyje. Z trudem. Na jego ciele nie widać było żadnych poparzeń, ale za to miał pokaźną liczbę zadrapań i pręg, które wyglądały, jakby ktoś smagał go biczem. Jeśli Winter nauczył się czegokolwiek o Amazonkach w ciągu swojego kilkugodzinnego pobytu w ich magazynie (włączając to czas, przez który był nieprzytomny), to to, że przeczytały konwencję ONZ w sprawie zakazu stosowania tortur i postanowiły robić wszystko wbrew zasadom. Czarną koszulkę polo Zion miał brudną i potarganą w wielu miejscach. Przez strzępki materiału prześwitywały fioletowo-zielone siniaki na piersi. Z całą pewnością miał złamane żebra i oddychał z wysiłkiem.
Z tego wszystkiego Winter najbardziej cieszył się, że wreszcie dostał krzesło.
Nie było to zdecydowanie najwygodniejsze krzesło w jego życiu, ale nie była to też zimna posadzka jego klatki, a przede wszystkim nie musiał być przytrzymywany przez co najmniej dwie Amazonki, co samo w sobie było już poniżające. Podsunięcie mu krzesła potraktował prawie jak akt miłosierdzia dla jego obolałego ciała. Mógł się przez chwilę nawet poczuć w miarę bezpiecznie, mieć złudną nadzieję, że zaraz wszystko będzie dobrze, oczywiście pod warunkiem, że zamknąłby oczy i zatkał uszy. Byli w końcu wszyscy razem w jednym miejscu. Jeśli Winter miał trzymać się ostatków optymizmu, musiał pamiętać, że odnalezienie się z Zionem było ich priorytetem na liście celów.
— Zion — spróbował z siebie wydusić imię mężczyzny. Użycie głosu boleśnie przypomniało mu o tym, że ogień (a potem także kompulsywne wymiotowanie) kompletnie przepalił mu gardło. Wciąż szumiało mu w uszach i nie był nawet pewien, czy wydał z siebie jakikolwiek odgłos, dopóki któraś z Amazonek nie przycisnęła grotu włóczni mocniej do jego skóry. Winter poczuł, jak strużka krwi ściekła mu po szyi. Zion wciąż nie podnosił głowy.
Zaraz potem rozpoczęła się lekcja historii.
Winter nie wiedział nic o Amazonkach. Ogólnie rzecz biorąc o mitologii — która przecież stanowiła jeden z najważniejszych, a przede wszystkim najbardziej uciążliwych elementów jego życia — wiedział zdecydowanie mniej, niż powinien był wiedzieć. Szkoła była zbyt nudna, żeby o tym słuchać. W Obozie Herosów spędził zbyt mało czasu, żeby pojąć najdrobniejsze wydarzenia albo skomplikowane relacje rodzinne między bogami. Zion też próbował, co mógł, żeby wtłoczyć wiedzę do jego małego móżdżku, ale Winter i tak zapamiętywał tylko to, co sam chciał. Wiedza chłopaka o Amazonkach ograniczała się do tego, że są to wojownicze kobiety. Nie miał pojęcia, kto właśnie udziela im prelekcji, czym jest pas na jej biodrach, imię Thalestris słyszał pierwszy raz w życiu. Amazonki oczerniały ich, powołując się na jakieś mityczne włócznie, mimo że żadne z ich trójki nie było włócznikiem. Zion nosił miecz, do cholery!
Był cały czas słaby. Zagryzał zęby, żeby skupić się na czymś innym, niż na bólu. Od opowiadania królowej Amazonki rozpraszało go wszystko: chrapliwy oddech Ziona i nasłuchiwanie, czy się budzi, celowane w ich głowy włócznie, ciągła obserwacja strażniczek, paląca rana, ciągnąca się od policzka aż po szyję. Jego mózg ADHD przetwarzał wiadomości na swój sposób i nie potrzebował do tego dodatkowych rozpraszaczy. Cały czas w myślach odbijało mu się jedno pytanie: „okej, ale co my mamy z tym wspólnego?”.
Winter był zawiedziony, ale nie zaskoczony. Przyzwyczaił się już, że całe jego życie to tylko manipulacja fatum i że bycie półbogiem wiąże się z funkcjonowaniem jak marionetka, której sznurki pociągali bogowie. Królowa Amazonek sama podkreśliła, że kradzież włóczni odbyła się kilka pokoleń wstecz, czemu akurat Zion miał za to odpowiadać? Winter nie wierzył, że mężczyzna w ogóle posiada zaginione włócznie, a co dopiero wątpił w jakąkolwiek kradzież, w którą byłby zaangażowany.
Był naiwny, myśląc, że Amazonki nie zamordowałyby ich za coś, czego nawet nie posiadali.
Chrzęst łańcuchów poinformował ich, że Zion zaczął się wybudzać. Mężczyzna zdążył tylko jęknąć słabo, a w ułamku sekundy kilka włóczni znalazło się tuż przy jego szyi.
— Dobudźcie go — rzuciła królowa Amazonek, posyłając swoim podwładnym skinięcie głowy. Jedna z kobiet nachyliła się nad Zionem i strzeliła mu z otwartej ręki w twarz. Odpowiedział jej kolejnym półprzytomnym jękiem bólu.
Mięśnie Wintera reagowały szybciej niż jego zdrowy rozsądek. Spróbował się podnieść, zrobić cokolwiek, może osłonić Ziona, odepchnąć te kobiety, odwrócić ich uwagę. Zanim zdążył na dobre wstać, któraś ze strażniczek uderzyła go płaską częścią grotu włóczni w tył głowy. Zakręciło mu się w głowie i otumaniony z powrotem opadł na swoje miejsce.
— To było ostatnie ostrzeżenie — warknęła do niego królowa Amazonek. Błysnęła oczami do Blanche, dając jej do zrozumienia, że ten sam komunikat dotyczył także jej. — Pamiętajcie, że nie mamy żadnego powodu, żeby trzymać waszą dwójkę przy życiu.
To przypomniało Winterowi, że to wszystko było od początku pułapką. Paczka Amazonu, zwabienie ich do mieszkania Ziona; nie trafili tutaj, bo heroicznie odnaleźli Ziona, ale dlatego, że Winter dał się nabrać. Wyrzuty sumienia zassały jego wnętrzności. To była jego wina. Sprowadzili ich tutaj, żeby torturować Ziona. Misja ratunkowa okazała się tylko kolejną formą tortur wobec syna Ateny.
— Oni nie mają z tym nic wspólnego.
Winter rozpoznał głos Ziona, słaby i przypominający raczej rzężenie. Mężczyzna miał przymrużone powieki i potrzebował kilku sekund, żeby wziąć kolejny oddech. Klatka piersiowa unosiła się nierównomiernie.
— Nie wiemy, czy nie udzieliłeś im informacji, co stało się z artefaktami — odpowiedziała królowa oschle.
— Jak miałem udzielić im informacje, których nie posiadam? — Uniósł głos, co zostało poprzedzone atakiem astmatycznego kaszlu. Winter wystraszył się, że Zion się dusi, ale atak kaszlu zaraz ustał, a on splunął na podłogę krwią.
— Właśnie dlatego to nie jest główny powód, dla którego tutaj są, synu Ateny — syknęła.
— Wiem, że śledzicie mnie od dwóch miesięcy. Na własną rękę szukałem informacji o tych artefaktach. Nie przywrócę mojego ojca zza grobu, żeby zmusić go do gadania. Powiedziałem wam wszystko, co wiem o Thalestris i o mojej prababce.
Do tej pory Winter ani razu nie założył, że Zion mógłby kłamać. Taka opcja wydawała się zbyt absurdalna. Po co Zionowi byłyby jakieś starożytne artefakty, a tym bardziej czemu miałby je ukrywać? Nie mógł jednak odgonić od siebie mrożącego krew w żyłach uczucia, że zna Ziona na tyle długo, żeby wiedzieć, że kłamie.


Blanche?
────
[1119 słów: Winter otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Blanche CD Wintera — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Widok Wintera w takim stanie obudził w niej coś wręcz zwierzęcego. Instynkt, za którego sprawą wszelkie układane naprędce plany straciły na znaczeniu, a zdrowy rozsądek zszedł na dalszy plan. Nie liczyło się nic poza potrzebą pochwycenia go w ramiona i przejęcia choć połowy z jego ran i bólu. Równie mocno pragnęła rzucić się na Amazonki i samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość za to wszystko. Miotała się w żelaznym uścisku jednej z nich, zmuszona do biernego obserwowania, jak klatka, do której wpakowały go jak zwierzę, opuszczała się w ślimaczym tempie ku ziemi.
— Wypuśćcie go! To jeszcze tylko dzieciak, a do tego ranny! — krzyczała, ze spotęgowaną desperacją próbując dostać się do Wintera, gdy klatka spoczęła z łoskotem na ziemi i się otworzyła.
— To nie dzieciak, tylko mężczyzna — odpowiedziała Amazonka, ostatnie słowo wypowiadając jak wyzwisko. — Użył mocy. Jest zagrożeniem.
— Użył mocy, bo zawiesiłyście go pod sufitem jak kawał mięsa, zamiast udzielić mu pomocy. Jest ranny i zdezorientowany — syknęła Blanche. Po chwili wzięła jednak głęboki oddech, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją i własnym położeniem. — Proszę, nie stanowimy zagrożenia. Nie wiem, dlaczego nas tu ściągnęłyście i czego chcecie. Możemy o tym porozmawiać w cywilizowany sposób, ale najpierw pozwólcie mi mu pomóc. Musimy mu podać ambrozję albo nektar…
— Wbrew temu, jak nas postrzegasz, nie jesteśmy potworami. Jego rany zostały polane nektarem. Nie może otrzymać więcej, jeśli chcesz, żeby przeżył.
No tak, Winter był dzieckiem Chione. Jego żywiołem był śnieg, a nie trawiące płomienie ognia. Najwyraźniej oparzenia były w jego przypadku dotkliwsze niż u jakiegokolwiek innego herosa czy śmiertelnika. Nie zamierzała jednak dziękować Amazonkom czy je przepraszać za niewłaściwą ocenę. Podanie nektaru nastolatkowi poparzonemu przez grecki ogień było absolutnym minimum, a jedyne, co zrobiły poza tym, było wpakowanie go w obrożę i klatkę, jak kundla.
Po chwili, która zapewne służyła upewnieniu się, że Winter nie stanowi w tej chwili zagrożenia, a która zdawała się trwać całą wieczność, ludzka zapora pomiędzy matką a synem się rozstąpiła. W dwóch długich krokach znalazła się obok niego i uderzyła kolanami w zimną posadzkę, padając u jego boku. Odgarnęła czule włosy z jego twarzy — z tej jej połowy, której widok nie przyprawiał o mdłości — pragnąc upewnić się, że naprawdę wciąż tu jest, że go nie utraciła.
— Jestem tu. Wszystko będzie dobrze. Wydostaniemy się stąd — wyszeptała, nachyliwszy się ku niemu. Nie dbała zbytnio o to, czy otaczające ich wojowniczki to słyszały. Zignorowała to, że tak naprawdę nie miała pojęcia, jak mieliby się wydostać z tego okropnego miejsca. Liczyło się tylko to, by zapewnić mu choć odrobinę komfortu w tej strasznej chwili.
Jej serce prawie pękło, kiedy Winter wtulił się w jej dłoń. Był prawie dorosły, lecz w tej chwili wyglądał na tak drobnego, tak młodego. Jak gdyby te wszystkie lata od ich pierwszego spotkania zatarły się i znowu miała przed sobą chłopca w kolorowej bluzce z jamnikiem i rękami obklejonymi plasterkami z Kubusiem Puchatkiem.
— No, dość już tych ckliwych scenek. Wstawajcie — zażądała jedna ze stojących nad nimi wojowniczek, trącając bok Wintera czubkiem buta. Nie było to mocne kopnięcie, lecz wystarczyło, by Blanche znowu wpadła w ledwo powstrzymywaną furię.
Żadna z Amazonek nie zwracała uwagi na pełne bólu odgłosy wymykające się z ust Wintera, kiedy siłą stawiały go do pionu. Blanche po raz pierwszy w swoim życiu prawdziwie pożałowała, że nie była córką jakiegokolwiek innego bóstwa, które zapewniłoby jej coś więcej niż (nie zawsze działające) zwiększone szczęście. Wiedziała, że samymi tymi myślami mogła na siebie sprowadzić nie siedem, a siedemdziesiąt lat nieszczęścia, lecz boska duma jej matki była ostatnią sprawą, jaką miała na myśli. Nawet władza nad roślinkami byłaby bardziej przydatna do ochrony Wintera, odnalezienia Ziona i wydostania ich stąd niż większe prawdopodobieństwo trafienia szóstki w totolotka.
Wojowniczki prowadziły ich przez labirynt regałów wypełnionych kartonami przeróżnych rozmiarów. Blanche miała wrażenie, że wojowniczki celowo wybrały dłuższą, bardziej zagmatwaną trasę, a przez chwilę być może nawet chodzili w kółko, by utrudnić im zapamiętanie przebytej drogi. Poruszali się powoli, z Winterem wspartym na niej i przystającym co chwila. W pewnym momencie zwymiotował na lśniącą posadzkę, zapewne na skutek wdychanych wcześniej oparów greckiego ognia. Blanche otarła jego spocone czoło związanymi dłońmi i szeptała słowa, które w jej bezradności nawet jej samej zdawały się puste. Nie pamiętała, kiedy ostatnio była w aż tak beznadziejnej sytuacji.
W końcu wprowadzono ich do pomieszczenia wyglądającego jak sala konferencyjna i postawiono przed obliczem dwudziestoparoletniej kobiety. Mimo jej wyniosłej postury i surowego wyrazu twarzy dopiero złoty pas spoczywający na jej biodrach uświadomił Blanche, że oto mają przed sobą królową Amazonek. Jej skupienie nie pozostało na kobiecie zbyt długo, gdyż oto tuż obok, na jednym z zapewne piekielnie niewygodnych krzeseł zasiadał Zion. A raczej zwisał z niego, przywiązany do oparcia łańcuchem, w obroży takiej samej, jaka spoczywała na szyi Wintera, i nieprzytomny. Choć przez chwilę Blanche wyobrażała sobie najgorsze, jego klatka piersiowo wciąż miarowo unosiła się i opadała.
— Kolejni goście — powitała ich królowa z uśmiechem, który nawet nie próbował wyglądać na szczery i serdeczny. — Proszę, usiądźcie. Mamy dużo spraw do omówienia. Jak widzicie, wasz przyjaciel jest tymczasowo niedysponowany, ale niedługo powinien wrócić do siebie i dołączyć do naszej rozmowy.
Blanche nie zamierzała siadać. Nie ufała nikomu, poza Winterem i Zionem, ani niczemu w tym budynku, włączając w to krzesła. Zanim jednak zdołała grzecznie odmówić, została pchnięta na jedno z siedzeń, a pozbawiony jej oparcia Winter opadł na krzesło obok niej. Wbrew temu, czego się obawiała, nie uruchomił się żaden tajny mechanizm, który obwiązałby ich łańcuchami lub unieruchomił w żaden inny sposób. Nie uspokoiło jej to jednak ani trochę.
— Czy mogłabym się nareszcie dowiedzieć, dlaczego nas uprowadziłyście i przetrzymujecie? — spytała bez ogródek. Jej cierpliwość i dobre maniery zostały gdzieś w płomieniach w mieszkaniu Ziona.
— Prosto do sedna. Podoba mi się to — mruknęła przywódczyni wojowniczek. Zamiast na krześle, usiadła na skraju stołu. Być może jednak gdzieś posiadała ukryty guzik, którym zdołałaby ich przytwierdzić do krzeseł w ułamku sekundy, jeśli wykonają jeden niewłaściwy ruch. — Pozwól jednak, że zanim odpowiem na twoje pytanie, zadam własne. — Nachyliła się ku nim, przez chwilę wodząc spojrzeniem pomiędzy Blanche, Winterem a wciąż nieprzytomnym Zionem. — Co wiecie na temat Thalestris?
Ani Blanche, ani Winter nie wiedzieli nic o Thalestris. Dlatego też otrzymali skrócony kurs dawnych dziejów, w którym poznali opowieść o ostatniej odnotowanej na kartach historii królowej Amazonek, po której śmierci ich społeczność przeniosła się do ukrycia. Blanche niezbyt interesował wywód o kobiecie, która zabajerowała Aleksandra Wielkiego, by spłodzić z nim Amazonkę 2.0., najpotężniejszą dziewczynkę na świecie, jednak perfekcyjnie naostrzone włócznie wycelowane w ich kierunku nakazały jej kiwać głową w odpowiednich momentach i powstrzymywać ziewanie.
— Nie lubimy wspominać o tej części naszych dziejów, ale kilkadziesiąt lat temu para włóczni należących do Thalestris została skradziona — kontynuowała obecna królowa Amazonek. Sądząc po grymasie na jej twarzy, sprawa ta stanowiła plamę na honorze ich społeczności. — Tego haniebnego czynu dokonała zdrajczyni, która odeszła z naszych szeregów i ukrywała się przed nami latami, jak się później okazało, sprowadzając na ten świat dziecko, które potem miało swoje dzieci i tak dalej… Kilka pokoleń zajęło nam odnalezienie jej potomka, ale oto jest, Zion McQueen. Broni nie było jednak w jego mieszkaniu, a on niestety nie chce nam powiedzieć, gdzie się znajdują. Dlatego cieszymy się, że wy do nas dołączyliście, ponieważ jeśli pomożecie nam wybyć od niego tę informację, jesteśmy gotowe puścić was wolno — zakończyła z uśmiechem, który stanowił groźbę. Współpracujcie albo zginiecie marnie.


Winter?
────
[1200 słów: Blanche otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 10 maja 2026

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Winter chciałby powiedzieć, że nie pamiętał nic po wybuchu. Że ogień buchnął mu w twarz, pogrążył go w ciemności i obudził się dopiero w zupełnie innym miejscu, bezpieczny i opatrzony. Prawda była taka, że nie skorzystał z takich luksusów.
Jego instynkty samozachowawcze kliknęły szybciej, niż mechanizm otwartej przez niego pułapki. To były instynkty półboga, który większość swojego życia spędził na ulicy, uciekając przed potworami i broniąc się tylko na podstawie swoich nikłych umiejętności survivalu. Trening Blanche w ciągu tych kilku lat tylko pokazał mu, jak wykorzystywać jego moce, żeby lepiej się chronić, inne instykty przyszły same z siebie, wydawało się, że w pakiecie z byciem półbogiem.
Usłyszał trzask otwieranego mechanizmu i rzucił się w stronę Blanche. W ostatniej chwili przed wybuchem otoczył ich ścianą lodu, która pochłonęła pierwszy impakt uderzenia. Prawdopodobnie tylko dzięki temu oraz nieświadomym patronacie matki Blanche dalej żyli. Winter, półprzytomny, kilka razy w ciągu ostatnich godzin pomyślał, że może wolałby nie żyć.
Był dzieckiem bogini śniegu i lodu, nigdy do końca nie miał do czynienia z ogniem. Zdarzało mu się oparzać, raz czy dwa, zwłaszcza przy gotowaniu. Przy pierwszym spotkaniu z Blanche goniła go ziejąca ogniem drakona – potwory mitologii greckiej wyjątkowo upodobały sobie płomienie jako ich główna broń. Poparzenia były najgorszymi ranami do zagojenia, dużo gorszymi od ran od miecza, nieważne, jak niewielkiego obszaru dotykały. Winter podejrzewał, że miało to wiele wspólnego z jego zmniejszoną odpornością na ciepło.
Tego bólu, który poczuł po uderzeniu, nie był w stanie porównać do żadnego innego oparzenia. Nie porównałby tego do bycia smagniętym przez ogień drakony, zanim zdążył się schować, a już zdecydowanie nie do dotknięcia gorącego garnka. Piekła i pulsowała mu cała prawa strona twarzy, od policzka aż po szyję. Miał ochotę zedrzeć z siebie skórę żywcem. Zrobiłby to, gdyby oranie paznokciami cokolwiek by dawało, ale nie czuł już ani skrawka twarzy, a na palcach zostawała tylko krew i wysięk. Mdlał i wracał do świadomości w niekończącym się cyklu, ale za każdym razem, kiedy znowu otwierał oczy, nie był w stanie się skupić na niczym innym oprócz bólu i własnych jękach cierpienia. Wiedział, że ktoś wyniósł go z domu Ziona. Wiedział, że przemieścił się w inne miejsce. Czego nie wiedział, to to, kto go zabrał ani gdzie go zabrał.
To, że ktoś polał mu ranę nektarem, uświadomił sobie dopiero wracając do zmysłów. Tkanka wokół ran nadal pulsowała, ale ból ewidentnie zmalał. Samą ranę przestał czuć całkowicie – obawiał się, że może ogień spalił mu wszystkie nerwy, ale nie miał zamiaru sprawdzać tej teorii. Gdyby podniósł rękę do twarzy, może znowu poczułby ten piekielny ból. Bał się, że jeśli chociażby drgnie, świat znowu zamknie się w tym uczuciu. Po otwarciu oczu tylko gapił się w metalowy sufit i napawał chłodem bijącym od podłogi, na której leżał. Świat mu się kiwał i było mu niedobrze. Czuł się jak na statku wycieczkowym, ale niestabilność wizji mogła wynikać równie dobrze z ciągłego bólu i dymu, którego nawdychał się w trakcie pożaru. Jego wybawcy może podali mu doraźnie nektar na ranę, ale nie uraczyli go ambrozją, bo Winter czuł, że gardło ma spalone od żaru. Oddychał, świszcząc.
Po godzinie świat kiwał się dalej. Spróbował wstać, ale poczuł, że ręce i nogi krępują mu więzy. Był więźniem swoich wybawców, mógł się tego spodziewać. Przechylił głowę, żeby mieć lepszy obraz na otoczenie, i zarejestrował, że widok zasłaniają mu metalowe kraty. Rana na szyi znowu zaczęła boleć, ale nie na tyle, żeby Winter ponownie zemdlał z bólu – zacisnął zęby i próbował zignorować pulsowanie, skupiając się na przyjemnym chłodzie metalu przy policzku. Wizja mu się rozmazywała. Potrzebował dłuższej chwili, żeby zrozumieć, że za kratami widzi rząd kartonowych pudeł… nie, cały cholerny magazyn.
Wybuch otumanił mu też słuch, mógł mieć tylko nadzieję, że czasowo. Pomiędzy piskiem w uszach, słyszał rozchodzący się po budynku odgłos pracujących maszyn. Metalowy łańcuch nad jego głową kołysał się i wydawał skrzypiące dźwięki.
Co on tu w ogóle robił? Oprócz bólu pamiętał wybuch. Oprócz wybuchu pamiętał dom Ziona. Oprócz domu Ziona pamiętał, że ktoś tam z nim był i… Blanche. To była Blanche. Próbował ją osłonić ścianą lodu w momencie wybuchu. Przechylił głowę na wszystkie strony mimo bólu, ale w jego celi nie było kobiety. Poza tym poczuł, że coś ogranicza mu ruchy szyi, ale wciąż był zbyt otumaniony, żeby w ogóle zacząć myśleć logicznie. Jego jedyne myślenie na ten moment ograniczało się do gorączkowego przypominania sobie w głowie wyglądu Blanche, jakby to była ostatnia deska, której się trzymał. Reszta jego głowy była zaprzątnięta wyuczonymi metodami przetrwania.
Pomyślał, że musi się uwolnić. Próbował przywołać jedyną rzecz, którą wykonywał instynktownie i która jako jedyna była w stanie mu pomóc. Lód pełznął po jego nadgarstkach i kostkach, żeby pokryć metalowe więzy. Był do niczego z fizyki, ale liczył, że świat czasem działał jak w filmach i że jeśli dostatecznie się postara, to zamrozi metal na tyle, żeby pękł pod uderzeniem o podłogę. Kilkusekundowa próba zakończyła się fiaskiem, kiedy poczuł, jak wzdłuż jego szyi przebiega go prąd. To, co cały ten czas ograniczało mu ruchy, dusiło i wywierało nacisk na ranę, okazało się metalową obrożą. Prąd elektryczny przebiegł przez wszystkie jego komórki i poparzenie na nowo zaczęło palić żywym ogniem.
Z bólu przed oczami zatańczyła mu światłość, poprzedzona piskiem w uszach. Ocucił go głośny alarm. Wszystkie światła w jego celi zmieniły kolor na czerwony. Wciąż słyszał pisk, a dźwięki dochodziły do niego jak zza ściany, ale rozpoznał zdanie cyklicznie powtarzane przez alarm:
— ALARM! PRÓBA UŻYCIA MOCY! ALARM!
— Winter! — Pojedyncze zawołanie ledwo przebiło się przez alarm. Półprzytomnie do Wintera doszło, że to jego imię. Wrzask zrozpaczonej matki, która nie potrafiła go uratować, ten sam słyszał kilka godzin temu, kiedy otwierał mechanizm pułapki.
— Blanche — próbował krzyknąć, ale gardło miał wciąż przepalone. Wydał z siebie tylko żałosny, łamiący się szept.
Była gdzieś w dole. Tak daleko, a tak blisko. Kiedy metalowa cela zaczęła się opuszczać na ziemię, leżał w miejscu, wgapiając się w dyndający na suficie łańcuch i myśląc o tym, że to pewnie Blanche, zaraz go ściągnie i już nie będzie sam.
Spiżowe więzienie z łoskotem opadło na ziemię, tak, że całe ciało Wintera bezwładnie podskoczyło. Przy kratach zaczęły krzątać się dwie sylwetki. Alarm ucichł. Metalowe pręty odsunęły się.
Wzrok wciąż rozmazywał się Winterowi, ale był w stanie rozpoznać, że żadna z tych sylwetek nie była Blanche. Światło lamp zasłoniły mu postury dwóch kobiet odzianych w czarne kombinezony. Na piersi miały napis, prawdopodobnie swoje imię, ale nie był w stanie odczytać zlewających się literek.
Ze zgrozą zauważył, że obie dzierżą okropnie długie i idealnie naostrzone włócznie.


Blanche?
────
[1074 słowa: Winter otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

środa, 6 maja 2026

Od Blanche CD Wintera — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Winter miał nadprzyrodzony talent do pakowania się w kłopoty. Była to pierwsza i podstawowa zależność, którą należało mieć na uwadze, kiedy próbowało się utrzymać go przy życiu. Czego innego można by jednak spodziewać się po dzieciaku, który wparował do zakładu bukmacherskiego BETter, żeby ukryć się przed drakonem, który deptał mu po piętach? Większość z ich pierwszych interakcji zmuszała Blanche do odkurzenia umiejętności zdobytych w obozie, wypartych przez lata udawania zwyczajnej, płacącej podatki nowojorczanki, która wcale, ale to wcale nie miała za matkę jakiejś greckiej bogini.
Po czterech latach, wytworzeniu rodzinnych więzi i wspólnym zamieszkaniu, myślała, że najgorsze mieli za sobą. Winter był synem Chione, stanowił więc mniej atrakcyjny kąsek niż dzieciak Zeusa czy chociażby Ateny, a do tego w wieku siedemnastu lat może po prostu stawał się nudny lub zbyt silny dla potworów? Może i jego dało się wychować na porządnego, dokonującego tylko niewielkich nadużyć podatkowych (nie oszukujmy się, mowa o Winterze) nowojorczyka?
Błąd. Głośny, irytujący dźwięk towarzyszący udzieleniu niepoprawnej odpowiedzi w najgłupszym teleturnieju, jaki znacie.
Dowód numer jeden? Jedna z najbardziej niebezpiecznych substancji na świecie wybuchająca im w twarze tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś nie potrafił trzymać rączek przy sobie. Kolejne dowody zdają się w tej sytuacji niepotrzebne.
Wbrew temu, co pokazują w filmach, świat nie zaczął funkcjonować w zwolnionym tempie. A może to utrata przytomności była zbyt szybka, by Blanche mogła stać się tego świadkiem? Siła odrzutu po eksplozji posłała ją prosto na stojący nieopodal stół. Uderzenie potylicy o krawędź sprawiło, że zielone płomienie wypełniające mieszkanie zatańczyły przed jej oczami, po czym zniknęły. Nie czuła tego, jak grecki ogień smaga jej ciało. Nie było czasu na ostatnie myśli i rachunki sumienia. Była tylko ciemność.
Nie spodziewała się już obudzić, nie w tym ciele. Od lat w kieszeni nosiła dwie monety — drachmę, na wypadek, gdyby potrzebowała skorzystać z iryfonu, oraz obola, o którym nie wspominała nikomu. Drobna moneta była pamiątką z lat samotności, namacalnym wspomnieniem tego, że jeszcze niedawno, gdyby zmarła, nikt nie zadbałby o to, by jej dusza miała czym zapłacić za usługi Charona.
Tego dnia obol pozostał w jej kieszeni, tak jak jej dusza pozostała w jej ciele. Ciało to zaś piekło i swędziało niemiłosiernie, a ból w potylicy zdawał się pulsować, posyłając plamy bieli w jej pole widzenia. Nie był to jednak typ bólu, jakiego spodziewać by się można po świeżych, rozległych obrażeniach. Proces gojenia został przyspieszony. Ambrozja. Nie, raczej nektar, nim można polać oparzenia i rany.
Blanche nie musiała patrzeć na swoje ciało, by wiedzieć, że choć gojenie postępowało szybciej, urazy były zbyt poważne, by proces ten trwał zaledwie kilka chwil. Próbowała się rozejrzeć, lecz widziała tylko rozmyte kształty i wirujące kolory. Poruszające się wokół niej sylwetki odziane były w czerń i szarość, część z nich otaczał jednak błysk intensywnego pomarańczu. Otaczały ich kolorowe stelaże wypełnione szarymi, tekturowymi wieżami. Być może będąc w innym stanie, połączyłaby fakty. W tamtej chwili jednak oczy ciążyły jej zbyt bardzo, a umysł odmawiał posłuszeństwa.
Pomimo tego, że rany paliły wspomnieniem ognia, czuła zimno przenikające ją aż do kości. Myśl ta zakotwiczyła się w jej myślach, nie dając spokoju, domagając się czegoś natrętnie. Zimno... Zimą było zimno…
Winter!
Zmusiła powieki do ponownego uniesienia się. Rozchyliła usta, lecz zamiast imienia syna wydobyła z siebie jedynie ciche stęknięcie, które zniknęło w otaczającym ją zgiełku. Dzwonienie w uszach nasiliło się, a resztki energii znowu ją opuściły, tak jakby ten jeden dźwięk był heraklesowym wysiłkiem.
Nie wiedziała, ile czasu spędziła tym razem dryfując wśród ciemności, lecz gdy ponownie udało jej się otworzyć oczy, czuła się o niebo lepiej. Pomieszczenie, w którym się znajdowała, okazało się magazynem pełnym paczek. Nad nią stały dwie kobiety odziane w czerń, z rękami skrzyżowanymi na piersi i bronią u pasa. Wokół nich poruszali się mężczyźni w pomarańczowych kombinezonach.
Ze wszystkich stron złowrogo uśmiechało się do niej logo Amazonu. Wyglądało na to, że Amazonki mogły rzeczywiście mieć coś wspólnego z Amazonem…
Spróbowała wstać, lecz plan ten wziął w łeb, kiedy zrozumiała, że jej kończyny zostały unieruchomione jakimiś więzami. Strażniczki, zaalarmowane dźwiękami jej krótkiej szamotaniny, zwróciły się ku niej z nieprzeniknionymi wyrazami twarzy.
Miała zbyt mało czasu, by przemyśleć swoją reakcję. Porządne plany nie powstawały w ciągu zaledwie kilku sekund. Blanche nie lubiła działać pochopnie i bez chwili zastanowienia, jednak sytuacja, w której się znalazła, nie dbała o jej upodobania. Było w niej zbyt wiele znaków zapytania i wielkich czerwonych wykrzykników.
Odchrząknęła, próbując pozbyć się choć odrobiny dyskomfortu w gardle i suchości w ustach. Posłała strażniczkom wyważony uśmiech zarezerwowany do negocjacji z trudnymi wspólnikami. A potem przemówiła chropowatym głosem:
— Dzień dobry. Lub dobry wieczór. Niestety nie wiem, która jest godzina.
Nie otrzymała odpowiedzi. Najwyraźniej dobre maniery nie trzymały się tej dwójki.
— Dziękuję za opatrzenie moich ran — spróbowała ponownie.
— Nie przydalibyście się nam martwi — odparła sucho jedna ze strażniczek.
Użyła liczby mnogiej. A więc Winter też gdzieś tu był. On też otrzymał pomoc. Wciąż żył.
Kamień spadł jej z serca. Kiwnęła głową, przełykając gulę, która nagle pojawiła się w jej gardle. Było za wcześnie na rozklejanie się. Musiała go znaleźć i jakoś ich stąd wydostać.
Zion. Cholera, musiała też znaleźć Ziona. Intuicja podpowiadała jej, że to mogło okazać się jeszcze trudniejsze. Jakaś zwierzęca część jej osobowości kazała jej po prostu zadbać o swoją rodzinę i nie myśleć o nikim innym. Jednak czy Zion nie był również w jakiś sposób częścią tej rodziny?
Owszem, przez ostatnie lata oddalili się od siebie. Dawne uczucie, które ostatecznie nie rozkwitło w nic stałego, przerodziło się w pewną niezręczność towarzyszącą im przy każdym spotkaniu. Zion był jednak wciąż przyjacielem, kimś, na kogo wiedziała, że zawsze może liczyć. Znalazła się już w płomieniach greckiego ognia, by się tu znaleźć, musiała doprowadzić tę sprawę do końca.
— W momencie wybuchu był ze mną mój syn. Proszę, czegokolwiek od nas chcecie, czy mogłabym go najpierw zobaczyć?
Nie wiedziała, jaka część desperacji w jej głosie była wymuszoną przez sytuację koniecznością, a jaka — zupełnie szczera. Martwiła się o Wintera, prawdopodobnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedziała, że razem poradzą sobie lepiej niż osobno, bez względu na to, jak potoczy się reszta tej sytuacji.
O dziwo, to wystarczyło. Więzy na jej nogach zostały przecięte, lecz te na nadgarstkach wciąż wpijały się w jej skórę. Dopiero podnosząc się z podłogi zauważyła, że miała na sobie inne ubrania niż te, w których wyszła z domu. Tamte zapewne strawił ogień. Nie chciała myśleć o stanie swoich włosów, wątpiła jednak, że jakakolwiek ilość nektaru czy ambrozji działała na ten typ wytworów naskórka.
Jej wygląd był teraz jednak nieistotny. Jedna ze strażniczek podtrzymywała jej ramię, kiedy szła eskortowana przez nie pomiędzy wysokimi półkami pełnymi kartonów. Jej nogi przenikały igiełki spowodowane odrętwieniem, parła jednak przed siebie z zaciśniętymi zębami.
Musiała dotrzeć do Wintera.


Winter?
────
[1103 słowa: Blanche otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 22 marca 2026

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

W pierwszej chwili Winter był daleki do martwienia się o Ziona.
Znał go już kilka ładnych lat i w tym czasie zdążył poznać go na tyle, żeby wiedzieć, że Zion jest w stanie sobie poradzić w różnych sytuacjach. Najczęściej tracił głowę, jeśli chodziło o kobiety, ale nie zdarzało się to na tyle często, żeby Winter nie musiał potraktować takich sytuacji tylko przewróceniem oczami i bardzo dramatycznym aktem udawanych odruchów wymiotnych. Umiał walczyć, a jeśli sytuacja mu na to nie pozwalała, potrafił wychodzić z nowymi strategiami.
Znał go na tyle, że wiedział, który kubek jest jego ulubionym i że zawsze dopijał kawę, nawet jeśli zatracał się w pracy i zapominał o niej na tyle, że była już zimna. Znał go na tyle, żeby wiedzieć, że nie zostawiał płyt winylowych pozostawionych na gramofonie, nawet jeśli miał tylko wyjść do sklepu po jedną rzecz, bo — jak mówił — płyty winylowe nie były wieczne i dopóki się nie zepsują, chciał pochłaniać każdą minutę muzyki Beatlesów na własne uszy. Wiedział o Zionie, że w życiu nie ruszyłby się z mieszkania bez zegarka, bo „czuł się bez niego jak bez ręki” i znajomość czasu dawała mu bezpieczeństwo (nawet, jeśli potrafił odczytywać godzinę z zegara słonecznego i na jeszcze kilka innych, zapewne starożytnych i na wpół zapomnianych sposobów).
Wszystkie te wyżej wymienione rzeczy zostały porzucone w połowie i właśnie to spełniało kryteria martwienia się o Ziona.
Nie było żadnych śladów walki, to można było stwierdzić od razu. Tym bardziej zastanawiało go to, dlaczego spatha mężczyzny nie leżała w swoim zwyczajowym miejscu za szafą.
— Mogę już dotykać rzeczy? — zapytał Winter, bardziej sarkastycznie niż docelowo zamierzał, bo zanim Blanche mu w ogóle odpowiedziała, wyłączył gramofon i odłożył płytę na miejsce. Drażniło go to, że nic nie było tak, jak powinno.
I tak przegrzebał część szafek Ziona, jeszcze zanim Lemieux tu dojechała. Sprawdził, czy nie zostawił jakiejś karteczki, na przykład na lodówce lub poduszce. Może Zion nie wiedział, że Winter miał przyjść tego wieczoru, ale i tak bywał tu na tyle często, że w sytuacji awaryjnej Zion raczej zostawiłby mu jakąś wiadomość.
Blanche posłała mu jedno z tych swoich rodzicielskich spojrzeń, które od jakiegoś czasu często jej towarzyszyły.
Miał wrażenie, że przestanie niedługo farbować włosy na kolor biały tylko dlatego, że sama zostanie z siwymi włosami. Odkąd Millerowie się do niej wprowadzili, stresowała się praktycznie cały czas, a przecież początkowo ich relacja polegała na tym, że kobieta miała nauczyć go, jak bronić się w życiu przed potworami. Biorąc pod uwagę to, że Winter dożył siedemnastki, jej misja zakończyła się powodzeniem.
Szczerze mówiąc, trochę go to irytowało. Nikt do tej pory mu jeszcze aż tak bardzo nie matkował. Blanche przyjechała w… ile? Pięć minut, odkąd do niej zadzwonił? Jakim cudem pominęła nowojorskie korki? Ile mandatów za przekroczenie prędkości odbierze za kilka dni ze skrzynki?
Winter chwycił leżący na szafce portfel Ziona i sprawdził, czy może nie wziął ze sobą pieniędzy w gotówce.
— Zion ci nie mówił ostatnio o czymś, że będzie musiał coś załatwić? Albo, nie wiem, że ma jakieś problemy? Coś go śledziło?
Czasem czuł się przy nich jak dziecko rozwodu. Niedługo po tym, jak Winter poznał Ziona w nieco specyficznych warunkach, bo Blanche musiała ratować skórę im obojgu, ta dwójka zaczęła się ze sobą lepiej dogadywać. To znaczy: Winter wiedział, że coś między nimi było, chociaż nie mówili o tym szczególnie otwarcie. Pamiętał, że spędzili razem walentynki. Najwyraźniej do siebie nie pasowali, bo po jakimś czasie Winter przestał słyszeć o ich spotkaniach. Nigdy nie dopytywał o szczegóły. Nadal się lubili i umieli przebywać w swoim towarzystwie, zwłaszcza jeśli chodziło o niego, ale w atmosferze zawsze dało się wyczuć jakąś nikłą nutę niezręczności. Pomaganie sobie w sprawach awaryjnych, kiedy drugiemu mogło grozić niebezpieczeństwo, też nie było kwestią dyskusyjną. Nie zmieniało to faktu, że czasami głupio tęsknił za tym, jak na początku ich relacji była tylko ich trójka. Blanche nie musiałaby zadawać mu tych pytań, gdyby sama częściej z nim rozmawiała.
— Nieszczególnie — powiedział. — Ale ostatnio częściej siedział w książkach o mitologii.
Westchnął i opadł na krzesło przysunięte do stołu, na którym leżała samotna, zimna już filiżanka kawy i jedna z otwartych książek Ziona. Nie umknął mu fakt, że Blanche kątem oka obejrzała krzesło, na którym siedział, tak, jak gdyby satynowa poduszka miała zaraz wybuchnąć mu pod dupą.
— Czyli pewnie czegoś szukał — bąknęła Blanche, bardziej do siebie, niż do Wintera.
Winter przyciągnął do siebie otwartą na blacie książkę. Po samej okładce mógł stwierdzić, że książka ta miała więcej lat niż on, więcej lat nawet niż Zion i Blanche razem wzięci. Była oprawiona w prawdziwą skórę, naderwaną ze wszystkich stron, najwyraźniej sponiewierana przez bycie studiowaną przez wielu uczonych. Miała wytłoczony tytuł złotą nicią, ale Winter nie był w stanie go przeczytać. Kiedy przewertował kartki do strony, na której porzucił czytanie Zion, zdał sobie sprawę, że tekst nawet nie był w żadnym ze znanych mu języków. Jedyne, co rzucało mu się w oczy, to powtarzane wielokrotnie słowo „Amazon”.
Parsknął sam do siebie. Blanche odwróciła się i przyciągnęła książkę bliżej siebie.
— Ludzie kiedyś zamawiali z Amazonu przez książkę, czy co? — prychnął.
Blanche nie zaśmiała się. W odpowiedzi nawet nie oderwała wzroku od strony, tylko zmarszczyła brwi.
— To łacina — stwierdziła.
— Nie lepiej byłoby czytać w starożytnej grece?
— Właśnie to mnie zastanawia. Łacina to język Rzymian, a ta książka nie jest o Amazonie, tylko o Amazonkach.
— Wiedziałaś, że Zion jest potomkiem Kwiryna? — Przypomniało mu się to na wspomnienie o Rzymianach. Nagle wydało mu się to istotną informacją, skoro Zion najwyraźniej potrafił odczytywać łacinę.
Blanche pokręciła głową. Przewertowała kilka kolejnych stron w poszukiwaniu nowych informacji, chociaż Winterowi wydawało się, że nie zna łaciny tak samo, jak on.
Dopiero wtedy kątem oka Winter dostrzegł stojące przy ścianie pudło. Był przekonany, że nie było go tam wcześniej, bo jakim cudem go do tej pory nie zauważył? Myślał, że zajrzał w każdy kąt mieszkania Ziona. Pudło było otwarte, z rozerwaną taśmą na górze, a na jego boku wydrukowane było logo — o, ironio — Amazonu. Wstał od stołu, podczas gdy Blanche nadal była zajęta przeglądaniem każdej ze stron po kolei, i zdecydował się sprawdzić zawartość paczki.
Ukucnął przy pudle. W środku znajdowało się coś, co wyglądało jak metalowa kula, chociaż barwa bardziej przypominała spiż klingi jego miecza. Między dwiema półkulami znajdowała się przerwa.
— Na pewno nikt nigdy nie zamawiał z Amazonu przez jakiś, nie wiem, książkowy katalog? — zapytał. — Tutaj jest jakieś zamówienie. Może Zion się interesował wszystkim, co związane z Amazonem? Czy Amazon ma w ogóle coś wspólnego z Amazonkami? — paplając, wyciągnął palce w stronę metalowej kuli.
— Chwila, zamówienie? Z Amazonu? — powtórzyła.
Opuszki palców Wintera zetknęły się z metalową powierzchnią. Jakiś mechanizm pod palcami Wintera kliknął. Kula wydała z siebie słyszalne pssst, ale dopiero po kilku sekundach do jego nozdrzy dotarł wyczuwalny zapach siarki.
— WINTER, NIE DOTYKAJ TEG–…
Usłyszał kolejne kliknięcie, a potem kula wybuchła greckim ogniem, pochłaniając Wintera i mieszkanie Ziona.


Blanche?
────
[1128 słów: Winter otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

sobota, 21 marca 2026

Od Blanche do Wintera — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Zaledwie kilka lat temu Blanche mogłaby określić swój stosunek do lata jako ambiwalentny. Nie uważała się za osobę posiadającą ulubioną porę roku. Wszystko było kwestią odpowiedniego dobrania stroju i dodatków, bez względu na to, czy akurat panował upał, mróz czy umiarkowana temperatura powietrza.
Wszystko zmieniło się cztery lata temu. Pierwsze, przypadkowe spotkanie z Winterem Millerem było jak trzepot skrzydeł motyle, który spowodował pojawienie się tornada w jej życiu. Zanim się obejrzała, zima stała się jej ulubioną porą roku, tylko i wyłącznie dlatego, że była ulubioną porą Wintera, podczas której, paradoksalnie, rozkwitał. Upalne lata stały się zaś udręką, która z zaskakującą siłą wpływała na jej codzienne funkcjonowanie.
Jeszcze rok temu nadwyrężała plecy, wycierając wodne plamy, które średnio co kilka minut pojawiały się na posadzkach. Pozostawiały je roztapiające się kostki lodu, prowizoryczny sposób na przyniesienie przynajmniej odrobiny ulgi synowi bogini śniegu. Córce Tyche nie uśmiechała się jednak wizja horrendalnych wydatków na ortopedę czy reumatologa jeszcze przed czterdziestką. Dlatego więc przez cały ostatni rok po cichu odkładała pieniądze, by przygotować się na nadejście kolejnego lata.
Mina Wintera, kiedy wrócił do domu — teraz będącego ich wspólnym, rodzinnym domem — pierwszego dnia tegorocznych upałów, była warta każdego wydanego dolara i każdej minuty poświęconej na planowanie i nadzór montażu najsilniejszego systemu klimatyzacji, jaki udało jej się znaleźć. Od tamtego momentu, zamiast zaduchu, funkcjonowali wśród umiarkowanych lub wręcz mroźnych temperatur. Kiedy temperatura na zewnątrz zbytnio dawała się we znaki w ciągu dnia, wieczorami ich salon zmieniał się w otoczenie rodem z filmu familijnego z Jimem Carreyem i pingwinami (który, nomen omen, pojawił się w jej świadomości nie wiadomo skąd, jako że nie przypominała sobie, kiedy i dlaczego kiedykolwiek go oglądała). Kilka godzin spędzonych w kurtce we własnym domu, i to w środku lata, było niewielką ceną do zapłacenia za możliwość obserwowania zadowolenia Wintera i skradnięcia kilku dodatkowych objęć z Keen.
Tego wieczoru jednak z klimatyzacji wydobywał się jedynie lekki, przyjemny wietrzyk. Winter wyszedł z domu zaledwie kilka minut temu, postanowiwszy wykorzystać ochłodzenie spowodowane zachodem słońca na wizytę u Ziona. Kilka minut wystarczyło jednak, by Blanche siedziała jak na szpilkach. Teoretycznie próbowała skupić się na dokumentach z pracy, w praktyce skupiała się na przynoszeniu Winterowi szczęścia na odległość.
— Zrelaksuj się, bo dostaniesz zmarszczek. Ewentualnie wrzodów na żołądku — odezwała się Keen, a Blanche drgnęła zaskoczona. W swoim zamyśleniu nie zauważyła nawet, kiedy partnerka pojawiła się obok niej.
Podniosła wzrok i automatycznie uśmiechnęła się, nieco krzywo i niezbyt przekonująco. Wiedziała, że Keen była mniej skora do zamartwiania się o Wintera — musiała odepchnąć natrętne myśli, które wciąż, pomimo wielu rozmów i wspólnej pracy nad wadami ich obu, napawały ją złością, troską o tego zaniedbanego chłopca sprzed lat, którego matka prawie nigdy nie była w domu — więc nie liczyła na to, że partnerka zrozumie to dziwne uczucie w klatce piersiowej. Winter może i miał już siedemnaście lat, ale wizja jego samotnego wieczornego snucia się po mieście napawała ją strachem. Nie tylko ze względów, o które martwiłby się każdy rodzic, ale i z tych, które znane były wyłącznie półbogom.
— Nie przejmuj się moją skórą i żołądkiem. Przetrwały tak trzydzieści sześć lat, przetrwają i więcej — mruknęła, chwytając dłoń Keen.
Po latach samotności starała się wykorzystywać każdą możliwą okazję do wspólnego spędzania czasu i do odczuwania emocjonalnej i fizycznej bliskości drugiego człowieka. Przesunęła kciukiem po knykciach Keen, starając się choć na chwilę skupić się na tym uczuciu, a nie na tysiącach czarnych scenariuszy.
Jednak wtedy zadzwonił jej telefon.
Początkowo nie przejęła się, gdy zobaczyła na wyświetlaczu imię syna Ateny. Podejrzewała, że być może postanowił jedynie dać jej znać, że Winter dotarł do niego cały i zdrowy. Nie utrzymywała już zbyt regularnego kontaktu z Zionem po tym, jak po kilku nieudanych randkach stwierdzili, że jednak nic z tego nie będzie, jednak Winter wciąż stanowił łączące ich spoiwo, które nie pozwalało całkowicie się od siebie oddalić. Blanche była szczęśliwa z Keen, Winter korzystał z obecności dorosłych półbogów w swoim życiu, wszyscy byli szczęśliwi.
Jednak głos, który usłyszała po odebraniu połączenia, nie należał do Ziona. Był zbyt młody i zdecydowanie zbyt niepewny.
— Winter? — spytała, kiedy zdołała pojąć, czyj głos słyszy. — Coś się stało?
Wyprostowała plecy i puściła dłoń Keen, napięte mięśnie gotowe do ruszenia z miejsca, jeśli tylko okazałoby się to konieczne. Zanim Winter zdołał odpowiedzieć, w jej głowie już pojawił się plan działania. Xiphos miała na wyciągnięcie ręki, w postaci przypinki wbitej w tablicę korkową nad biurkiem. Kluczyki od samochodu leżały na komodzie w holu. Zion nie mieszkał daleko, jednak w kryzysowej sytuacji zawsze lepiej było mieć pod ręką pojazd.
— Blanche, chyba coś jest nie tak. Drzwi od mieszkania Ziona były otwarte, ale jego nigdzie tu nie ma. Wszystko jest chyba na swoim miejscu, nie ma bałaganu ani dziwnych śladów, no ale on przecież nie wyszedłby z domu, zostawiając uchylone drzwi.
To wystarczyło, by wstała i sięgnęła po przypinkę. Przymocowała ją do koszulki, którą miała na sobie i pocałowała Keen w policzek. Nie było czasu na wyjaśnienia.
— Zostań tam i nic nie ruszaj. Nie rozłączaj się. Będę tam za kilka minut, idę już do samochodu.
Po drodze Winter podawał jej kolejne szczegóły. Zabroniła mu czegokolwiek dotykać, jednak nie mówiła nic o rozglądaniu się. Portfel i zegarek leżały na szafce. Na stole leżała filiżanka, na wpół wypełniona jeszcze stygnącą kawą.
— Jednak czegoś dotknąłem, ale jego spathy nie ma tam, gdzie Zion zazwyczaj ją trzyma. Nie pytaj, skąd wiem, gdzie to jest — usłyszała, gdy parkowała samochód pod budynkiem, w którym mieszkał Zion.
— Nie będę pytać, ale tylko i wyłącznie dlatego, że nie mamy na to czasu. Z tego samego powodu upiecze ci się ignorowanie moich poleceń — mruknęła, wchodząc po schodach.
Drzwi wciąż były uchylone, kiedy do nich dotarła. Na chwilę zamarła, zalana nagłą falą wspomnień. Przed oczami zamajaczyło jej inne mieszkanie z uchylonymi drzwiami, kilka lat temu. Mieszkanie pachnące krwią i strachem. Mieszkanie, które widziało zbyt wiele cierpienia zadanego zbyt młodej dziewczynce.
— Blanche, to ty? — Drzwi otworzyły się szerzej. Znajoma twarz wyrwała ją z duszących wspomnień.
To mieszkanie nie zostało splamione krwią, lecz panująca w nim atmosfera nie pozwoliła jej się odprężyć. Bez słowa przekroczyła próg i zaczęła się rozglądać. Pierwszym, co rzuciło jej się w oczy, był gramofon, wciąż włączony pomimo końca płyty. Talerz obracał się, a pokój wypełniały ciche trzaski. Jednym z nawyków Ziona było wyłączanie sprzętu i chowanie płyty od razu po tym, jak album dobiegł do końca.
— Na pewno wyszedł stąd w pośpiechu. Wziął ze sobą broń. Ale dlaczego? I gdzie poszedł? — mruknęła. Nie wiedziała sama, czy przemawia do Wintera, do samej siebie, czy do czterech ścian, licząc, że jej odpowiedzą.


Winter?
────
[1075 słów: Blanche otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]