Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kawa z półboga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kawa z półboga. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 lipca 2025

Od Violet CD Ezry — ,,Kawa z półboga"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, rok temu

Violet podeszła do zlewu, aby pozbyć się mrówek z fusów na swoich dłoniach, choć nie spuszczała wzroku z harpii, która przed chwilą u nich zagościła. Normalnie, nad takimi potworami jak ona wisi aura złowrogości, wyglądająca jak krwistoczerwona snóżka dymu nad głową. Jednakże tym razem nie potrafiła jej dostrzec, a zamiast tego wiła się nad nią ledwo widoczna, biała para.
Takie przypadki interpretowane są jako neutralność, a szerzej: chwilowe zawieszenie broni, stan spoczynku czy też pierwsze myśli o poddaniu się (pełne ,,poddaję się” następuje, kiedy dym jest gęsty jak na wybór papieża) - a przynajmniej takie wnioski wyciągnęła na widok wrogiej istoty spotykającej się twarzą w twarz z półbogami, których zazwyczaj chce się zabić. To tak, jakby zwykłemu śmiertelnikowi nie chciało się pacnąć komara, który bzyczy mu nad uchem, kiedy podejmuje próbę zaśnięcia. Albo kot, któremu nie chce się upolować myszy — chociaż nie, bo większa część populacji kotów jest po prostu na to zbyt leniwa.
Przez chwilę pomyślała, czy możliwe jest ukrycie własnej aury. Przede wszystkim po to, aby uśpić czyjąś czujność, ale… nie. Wiedziałaby o tym. A może i nie?
Ezra było widocznie zestresowane ową sytuacją. Może ono coś wyczuwało? Strach i śmierć to jeno specjalność. Nie musiał nawet pokazywać z zewnątrz, że jest niespokojny — Violet widziała to od środka, że coś go dręczyło, choć nie miała pojęcia co.
W każdym razie, dopóki nie byli sami w kawiarni, wszelka agresja nie miała sensu. Nawet jeśli Violet potrafi manipulować Mgłą, wspomnieniami i w ogóle mogłaby ukryć walkę z harpią, to jednak nie ćwiczyła tego na skalę tak wielkiego terenu (nie wierzyła, że wystarczy, iż obejmie iluzją całą knajpę, a lepiej nie przyciągnąć uwagi ludzi z zewnątrz — stąd się wzięła ta ,,skala”). To co im zostaje? Przyjąć gościnnie panią harpię i poczekać na rozwój wydarzeń.
Ku niezadowoleniu osoby koleżeńskiej, Violet wzięła się za obsługę gościa, co zresztą leżało w jej obowiązku. Dotąd ignorowała go, a po przyjęciu zamówienia wzięła przeźroczysty kubek i czarny mazak do ręki.
— To jak pani ma na imię? — zapytała żwawo.
Skrzydlata dama zmrużyła oczy, ukazując dziwny spokój ducha.
— Zaraz… jak to będzie po ludzku? Estera, chyba — Jej spojrzenie powędrowało ku Ezrie. Zaśmiała się cicho. — A koleżka nie musi się denerwować. Harpie również zasługują na wakacje. Wczoraj zjadłam półboga we Francji, najadłam się po wsze czasy. Oczekuję po was, że również nie będziecie kombinować.
Van Asperen prychnął z politowaniem. Tym samym dał znać, że nie ma zamiaru robić tej kawy. A mimo to, Violet wcisnęła plastik w jego ręce i pchnęła w kierunku półki z paletą syropów do wyboru. Widząc, że Estera oddaliła się od kasy i usiadła przy stoliku, Violet wreszcie mogła im przedstawić sytuacje z jej strony.
— Prawdopodobnie ma rację — powiedziała, choć bardzo starała się, aby usłyszało to jedynie Ezra. — Nigdy nie spotkałam potwora w stanie spoczynku, ale nie jest to niezwykłe, prawda? Na przykład, wuefistka mojego brata była empuzą, choć nigdy nie zaatakowała żadnego dzieciaka w jego szkole. Wyczuł w niej istotę magiczną, lecz aura była zbyt neutralna, aby podejrzewać ją o złe zamiary.
— No tak — syknął syn Tanatosa. — Te skurwysyństwa są pośród nas. Ale nigdy nie wiesz, czy odechce jej się tych ,,wakacji”. Zaciągnijmy ją do toalety, stwórzmy iluzję dla śmiertelników albo nie wiem… w każdym razie, zabijmy ją, dopóki nie jest za późno.
— J-Ja… nie potrafię stworzyć tak wielkiej iluzji. Jeszcze nie. A nie wiem, jak mogę sprawić, że zachce jej się skorzystać z toalety. Poczekajmy, proszę.
— Niech ci będzie — westchnął niechętnie. — Ale wiedz, że przy najbliżej okazji rozszarpię tę sukę, aż jej w Hadesie nie poznają.
Ezra skończyło walczyć ze spieniaczem mleka i wlało je do kubka podpisanego imieniem Estera. Wręczyło je koleżance ostentacyjnie, zaś Violet przewróciła oczami. Będąc już przy ladzie, zawołała panią harpię po imieniu, a ta z uśmiechem przyjęła napój.
— Mam nadzieje, że już się nie spotkamy, młodzi herosi. — Wyjątkowo, nie brzmiało to, jak złorzeczenie. Wręcz przeciwnie. Odeszła w kierunku drzwi i wyszła, skrzypiąc nimi niemiłosiernie. Przez futrynę okien widziała jedynie, jak wzlatuje wysoko z kawą w ręce. I daleko, oby jak najdalej.

 ***

Połboszcze przekręciło klucz, który dostało od Steph w ramach zaufania i jeszcze pięć razy sprawdziło, czy wrota piekielnej kawiarni zostały zamknięte. W międzyczasie Violet szeptała do siebie manifestacje, aby poranna zmiana nie znalazła ani jednego powodu do czepiania się porządku. Przerwał jej, kiedy wreszcie upewnił się, że nikt nie włamie się im do miejsca pracy.
— Jakbyś chciała, możemy razem wrócić do obozu. We dwójkę będziemy mieli większe szanse z kolejną hapią.
— Oh, a ty nadal to przeżywasz? — Czarodziejka machnęła ręką.
— No cóż, nienawidzę harpii — odpowiedziało wymijająco. Pewnie chciało to mieć za sobą.
— Pamiętasz, jak mówiłam ci o założeniu tajnej kawiarni tylko dla półbogów i satyrów i... w ogóle bardziej przyjaznych istot? Może teraz będziesz bardziej chętny, co?
Ezra przewróciło oczyma.
— Mówisz, jakbyś nie miała dosyć pracy w tym kołchozie, a co dopiero w swoim własnym. Przecież sama słyszysz, jak Steph narzeka na nawał obowiązków.
— Dobra, słuchaj, jeśli po drodze wskoczymy do Maka, wynagrodzę ci przykre wspomnienia z harpiami. Zgoda? 

  Ezra? 
─── 
 [822 słów: Violet otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 7 czerwca 2025

Od Ezry CD Violet — „Kawa z półboga"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, rok temu

Ah. Lato. Czas na dopięcie ostatnich ocen, pożegnanie się z jedynym znajomym, jakiego ma się w szkole (z woźnym) i zawiązanie zielonego fartuszka z syreną wokół talii.
 
— Szczęśliwego pride month — bąknął Ezra, przechodząc obok Steph i Violet. Obie, chociaż skupione na majaczącej kobiecie, zachichotały pod nosem.
Heros podszedł do kranu i nalał do plastikowego kubka w rozmiarze grande lodowatej wody. Chwilę zastanawiało się nad ćwiartkami cytryn, ale końcowo stwierdziło, że nie – Karyna nie zasługuje na cytryny.
Ignorując niewyraźne słowa o Jezusie, o kościele, o tym, że jej zięć to załatwi, o Bogu i znowu o Jezusie, Ezra pomógł kobiecie położyć nogi na krześle, a pod głowę wepchnął jej poduszkę z krzesła, na której musiały siedzieć już setki gości. Ha! Spełniło się jej gderanie o brudzie.
Postawił wodę obok, żeby omdlała mogła napić się, gdy ocknie się chociaż trochę i nie zmieniając wyrazu twarzy, wrócił do wycierania szyby. Klęcząc przy pani Karynie, ujrzało pod słońce kilka smug na szkle, które przeoczyło.
W tym czasie mały piesek, który wyskoczył z rąk właścicielki chwilę przed jej upadkiem, zaczął powarkiwać, przestępując z łapy na łapę obok wykrzywionej z bólu twarzy kobiety. Ezra wykonało kolejną rundę wzdłuż sklepu, aby napełnić plastikową tackę wodą i podstawić ją pod krzywą mordkę zwierzaka, który zaczął radośnie chłeptać.
 
Przez dobrą chwilę w lokalu słychać było tylko spokojny jazz, skrzypienie szmaty o szkło, plask różowego języczka i szum ulicy.
— Fuj! Nawet nie wiem czy to guma do żucia, czy to plastelina — przerwał Ezra, krzywiąc się do różowej, lepkiej masy. W odpowiedzi poszkodowana klientka wznowiła swoje ochy i achy. Że zginie na sepsę od tego wszystkiego, od tych bakterii, że wszyscy zginą. Jak mogli zatrudnić takich brudasów i narkomanów i punków.
Steph otarła czoło wierzchem ręki.
— Karetka będzie za parę minut. Kurwa, muszę zapalić. — Wychrypiała i zakręciła się na pięcie. Ponownie otarła pot z twarzy. Potem ostrożnie spod oczu, aby nie rozmazać makijażu. Następnie opadła na krzesło w samym kącie kawiarni, nerwowo stukając palcami o blat, w drugiej ręce dzierżąc firmowy telefon.
Ezra wykorzystało to, że oddaliła się od nich, aby pokiwać głową do wypolerowanej wystawki z wypiekami i uklęknąć przy wzdychającej i przeklinającej wszystko, co szatańskie i satanistyczne kobiety.
— Czy ona…? — Zaczęła niepewnie Violet.
— Nie. — Wyszeptało w odpowiedzi Ezra. — Ale czy… wszystko w porządku? Nie uderzyła się za mocno w głowę? Nie możesz…?
— Chyba nie.
— Co wy tam szepczecie pod nosem, smarkacze? — Wyskrzeczała bestia.
— Czy pani pies może zjeść pup cup? — Zapytał Ezra najsłodszym głosem, na jaki było go stać.
— Papkap? Co to ma być papkap? — Kobieta nareszcie podniosła głowę, a potem usiadła na podłodze, sycząc i przykładając dłoń do czoła. Chwyciła zimną wodę i zaczęła zawzięcie łykać po co najmniej ćwierć kubka na raz. Woda zaczęła cięknąć z kącika jej ust, ciągnąc za sobą śliwkową pomadkę.
— Niesłodzona bita śmietana — wyjaśniła Violet. Piesek w odpowiedzi radośnie wskoczył na kolana właścicielki. Mimo tego, że miał zdecydowaną nadwagę, krzywe, wyłupiaste oczy, krzywe uszy i brakowało mu co najmniej jednego kła, a jego język wystawał z boku kufy, a do tego wszystkiego natura obdarzyła go bardzo skąpą szatą biało-szarych włosków, Ezra uznało go za bardzo uroczego.
 
Niestety, szczur nie doczekał się swojego papkapa. Przez drzwi wparowała para sanitariuszy, którzy bardzo prędko zabrali pacjentkę razem z pieskiem (zapewne bali się tego, co by zrobiła, gdyby odmówili) ze sobą, wysłuchali całej trójki pracowników i prędko odjechali w stronę najbliższego szpitala.
 
— Kochani, idę zapalić — oznajmiła Steph i nim jej słowa wybrzmiały do końca, już zniknęła za drzwiami.
Ezra i Violet milczeli przez dokładnie trzy sekundy, zanim ich spojrzenia nie spotkały się i oboje nie wybuchnęli śmiechem.
— Widziałeś jej szpony? Wygląda jak harpia. — Wydusiła Violet. — Typiara nie jest w stanie zrobić nic sama, dlatego jest taka zgorzkniała.
Heros uderzył dłonią o blat, z trudem łykając powietrze. — Nie mów tak– nie mów– bo trafisz podwójnie do piekła.
— Co ty, potrójnie. Przecież oprócz tego, że jestem satanistką i ją obrażam, jestem też elgiebetem.
Ezra wydało z siebie przeciągliwy, cichy pisk, za którym zalała go salwa śmiechu. Zaczął klaskać w swoje uda, przez chichot z trudem powtarzając, że nie może oddychać.
 
Minęło dobrych parę chwil, zanim dwójka pozbierała się na tyle, aby móc sprzątnąć wszystko z podłogi i doprowadzić lokal do stanu używalności. Violet wróciła do starannego czyszczenia ekspresu do kawy, a Ezra stanął na palcach, by móc wycierać z kurzu i układać butelki z syropami na półkach.
— Hej, tak à propos elgiebetów. — Zaczęło półgłosem. — Steph rzucił chłopak.
— Ten, jak mu było? Stephen? — Violet nie podnosiła wzroku znad ekspresu.
— Nie do końca. Nie chcesz się z nią umówić?
Violet zamarła, trzymając w jednej dłoni szmatkę, a w drugiej tackę ociekową. — To nie ta…
Nie dane było jej dokończyć, gdyż drzwi wejściowe otworzyły się z wdzięcznym brzękiem dzwoneczka. Do środka wkroczyła kobieta o pięknych, długich włosach, iskrzących się w promieniach słońca. Zdjęła z wyrazistego, rzymskiego nosa kwadratowe okulary przeciwsłoneczne, które zaraz osadziła na na głowie.
Violet pierwsza zorientowała się, że coś było nie tak. Zamilkła, a szmatkę rzuciła na blat.
Ezra po chwili również zauważyło to, co ona. Płaszcz, w który była owinięta wcale nie był płaszczem, a parą gigantycznych skrzydeł. Jej kozaki były szponiastymi łapami, a nos przypominał ptasi dziób.
— Kurwa, znowu? Wykrakałaś tą harpię! — Wycedził Ezra przez zaciśnięte zęby.
— Co masz na myśli przez znowu? — Wyszeptała. — Serdecznie witamy w Star—
— Co ty… Eee, co pani tu robi? — Przerwał jej heros. Jego dłoń spoczywała na zaklętym xiphosie, zwisającym z łańcucha na jejgo szyi.

Harpia przerzuciła włosy przez ramię, wydobując z nich miedziany blask. Sięgały jej do pasa, a każde pasmo było wręcz idealne.
— Latte z sojowym mlekiem, poproszę. — Jej głos był miękkszy, niż rysy jej twarzy. Niemalże przyjemny.
Jej nonszalancja sprawiły, że Ezra zacisnął mocniej zęby.
— Kto cię tu przysłał, hę? Obóz? Zeu—
Violet płynnym ruchem wzięła szmatę z blatu i trzępnęła go z całej siły w udo.
— Ezra, proszę cię. Grande, venti czy trenta? — Dziewczyna wyczarowała na swojej twarzy swój najszerszy, najbardziej starbucksowy uśmiech.
— Co ty robisz? — Sapnęło półboże w odpowiedzi.
— Swoją robotę. Opanuj się, na Bogów! — Wyszeptała karcącym tonem.
Harpia odchrząknęła i ponownie potrząsnęła lokami.
Venti, poproszę. I syrop waniliowy, jeśli można.

 Violet? 
─── 
[1005 słów: Ezra otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

sobota, 17 maja 2025

Od Violet CD Ezry — „Kawa z półboga"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Ah. Lato i wakacje.
Chociaż dzieciaki miały wolne od szkoły, to dorabiająca sobie na boku w Starbucksie Violet, miała okazję wziąć większy etat na czas wakacji. Czy się cieszyła? Trudno powiedzieć. Na pewno była odciążona od widoku Aubrey, która zwolniła się tuż po imprezie pracowniczej. Przynajmniej nie będzie jej przypominać o tym, jak bardzo zepsuła, a o niezręcznej atmosferze zapewne nie trzeba wspominać. Mogła również zarobić więcej pieniędzy, co będzie krokiem do przodu ku oszczędzaniu na collage. Ale powiedzmy sobie szczerze - kto normalny lubi swoją pracę? Na pewno nikt, kto pracuje w obsłudze klienta.
Warunki pracy były wystarczające, ani nie sprawiała problemu ani szefostwu, ani ekipie współpracowników. Świetnie się dogadywała ze współpracownikami, managerami, a przygotowywanie posiłków nie było uciążliwym zadaniem. Jednak istniał taki rodzaj klienta, który potrafił rozwalić humor na cały dzień, a trafiało się takich conajmniej kilku na jedną zmianę. Powstało aż bingo z opisami typowych problemów z ludźmi, które można nabyć w pokoju socjalnym (po ostatnim audycie opiekunka regionalna kazała im to wyrzucić, jednak ekipa zdaje się zbyt dobrze bawić, aby to zrobić). W każdym razie, to wystarczyło, aby wzbudzić niechęć do przebywania w tym miejscu; niezależnie od tego, jak obszerna jest paleta zalet.
Na całe szczęście, nie był to zbyt wymagający dzień. Owszem, pogoda aż wzywała do wypicia frappe w klimatyzowanych czterech ścianach, jednak najwidoczniej nie u nich. Zresztą na tej samej ulicy można naliczyć aż pięć Starbucksów, zaś o innych kawiarniach nie wspominając. Taka cisza przed burzą była u nich, jak najbardziej możliwa.
Heroska wykonywała pierwszą kawę tego dnia, kiedy swoją zmianę zaczęła zaledwie godzinę wcześniej. Było to najzwyczajniejsze frappe latte z syropem waniliowym. Nie żałowała lodu w szklance w gotową bazą espresso i z finezją wlewała kapkę syropu. Miała czas, zdecydowanie zbyt wiele czasu. Na końcu nalała schłodzone mleko - ot taka filozofia. Kawa została podana z uśmiechem, tak samo została przyjęta z uśmiechem. Idealnie.
W tle Ezra czyściło szyby wystawki od zewnątrz. Pozbyło się dziecięcych paluchów, które oblepiły szło, choć dzielnie walczył ze smugami, które na nim pozostały, acz środki czystości w tej firmie wołały o pomstę.
— Że tobie się chce… — mruknęła do niego, widząc jego odwagę i determinację.
— Staram się, ale zaraz rzucę to w piz… — półboszcze odburknęło i spojrzało na dziewczynę, która właśnie trzymała kolbę jednego ze sprzętów do opróżnienia. — Właściwie, mogłabyś odkamienić ten ekspres. Nie był czyszczony od wieków.
— Jasna sprawa.
Właściwie, jednym z przyjemniejszych elementów odkamieniania ekspresu było rozebranie go na części i wrzucanie je do zmywarki. Zaczęła ten proces powoli - naprawdę, nikomu się nie spieszyło, tym bardziej kiedy zobaczyła, ile zebrało się pod sprzętem starych, mokrych fusów od kawy zapuszczające się od… cholera wie kiedy, lecz zdziwiła się, że jeszcze nie wyszedł z nich jakiś potwór nazywający ją mamą.
Odwróciła się w kierunku kas, tylko dlatego, że miała przeczucie, że ktoś za nią stoi i miała rację. Stała tam kobieta z głową podniesioną do góry. Miała pod pachą małego psa, choć Violet zastanowiłaby się dwa razy czy to na pewno nie aby największy na świecie szczur. Laska była wymalowana, jakby desperacko próbowała odmłodzić się ze stu lat na co najmniej pięćdziesiąt, ale nie wychodziło jej to. W dodatku nie szło zauważył jej szponów jak u harpii. Wydawałoby się, że idzie po rekord Guinessa na najdłuższe paznokcie na świecie.
Wokoło niej rozkręcała się aura niecierpliwości. Kiedy Violet poszła umyć ręce, poczuła, jak czerwony ognik za klientką zwiększa swój żar - kończy jej się cierpliwość, jednak procedury to procedury, a rączki musiały być czyste.
— Witamy w Starbucks. W czym mogę pomóc? — Tym razem nie uśmiechała się. Wiedziała, do czego to zmierzało i była gotowa na trochę zabawy. Ciekawe dokąd poszedł Ezra, że jej nie zawołało…
— Wolniej się nie dało?! — warknął babsztyl.
— Akurat zamknęłam oczy z tyłu głowy — Po tylu miesiącach pracy udało jej się uodpornić na tego typu klientów, a nawet popracować nad odpowiednią taktyką na nich. Zero emocji i zabawne teksty. — A więc? Co dla Pani?
— Ale tu brudno… — Wzrok przedstawicielki rasy Karen zatrzymał się na ekspresie do kawy, który właśnie Violet czyściła.
— Tak, pracuję nad tym. To co podać?
— Sanepid powinien na to zerknąć.
Cholera, gdzie jest Ezra? Rozmawia się z nią jak ze ścianą…
— Wszyscy to mówią — Nie wiedziała, skąd wzięła ten tekst. Prawdopodobnie z chęci przegonienia pani Karyny z lokalu. — Mogę polecić chłodną latte, oczywiście zrobioną w drugim, czystszym ekspresie.
— I pani ma czelność proponować mi kawę kiedy macie tu tak zasyfiały lokal? — spytała oburzona, tak głośno, że garstka gości, które już sączyło kawę na miejscu spojrzała w jej kierunku. Przynajmniej wreszcie do niej dotarło to pytanie.
— Taka moja rola, proszę pani — Dziewczyna westchnęła. — Serwować kawę i w ogóle.
— Akurat jesteśmy ulubionym lokalem nowojorskiego sanepidu — Nagle z zaplecza wyłoniło się Ezra, trzymając jejgo ulubiony środek do sprzątania wszystkiego. — Jeśli przyszła tu pani po kawę, to proszę zamawiać, a jeśli postraszyć sanepidem to też się cieszymy.
— Dzięki, stary — mruknęła Violet. — Ale bingo jest moje.
— Jesteście nieprofesjonalni! — burknęła osoba za ladą. — Brudny lokal, zero skrupułów i bezczelne teksty i do tego nieprofesjonalna aparycja, jak u szatanistów! Może wy jesteście te elgiebety? Muszę porozmawiać z waszym kierownikiem.
— Oho — Oboje doskonale wiedzieli, co znaczy rozmowa ze Steph.
— Idę po Steph — Ezra ruszył w kierunku zaplecza, zaś Violet ledwie powstrzymała śmiech. Doskonale wiedziała, że lada chwila babka przegra bitwę, którą sama wywołała. Oczywiście, zostało to zauważone, ale pani Karyna nic nie powiedziała na to.
— Co tam, misiaczki? — Jest i ona - Steph. Nic nie zniszczy jej melodyjnego humoru. Oto największy koszmar pań uwielbiających zdanie “chcę rozmawiać z kierownikiem”. Kiedy kierownik sam jest młodym punkiem…
— P-pani pracownicy chcą w-wydać mi b-brudną kaw… — Zemdlała. Violet wiedziała, że tak będzie i czuła się bardzo rozbawiona faktem, że właśnie odtworzyli jednego z najbardziej popularnych memów, jakie kiedykolwiek powstały. Mimo to podeszła do klientki, chcąc sprawdzić, czy wszystko okej. Była przytomna, lecz majaczyła coś o Jezusie, Bogu i przekleństwie “tych całych elgiebetów”.
— Słuchajcie, nie mam pojęcia co jej zrobiliście, ale idę wezwać karetkę — oznajmiła Steph.
Ezra westchnął, ale postanowił wrócić do pracy. Nie trzeba było zgadywać, że robienie problemów z niczego i (prawdopodobnie) homofobia nie ruszały go od dawien dawna.

Ezra?
────
[1000 słów: Violet otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

piątek, 9 maja 2025

Od Ezry CD Violet — „Kawa z półboga"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

— Przecież bywam — bąknęło Ezra półgłosem, wdzięczne za stały szum kawiarni za ścianą. Na dźwięk słowa ‘obóz’ jego ramiona pokryła gęsia skórka. Tutaj nikt nie wiedział o tym, że wcale nie wyjeżdża nad jezioro, aby żeglować i spacerować po lasach. To jest, jak najbardziej spacerował po lasach: po lesie pełnym półbogów, satyrów i driad. A gdy nie spaceruje po lesie, macha mieczem. Uczy władać się greckim alfabetem i słucha piosenek przy ognisku. Dostaje w twarz od innych herosów. Żyje innym życiem.
Nawet jego najlepsza przyjaciółka nie wiedziała o tym, co robi w ferie.
 
Violet nie wydawała się zadowolona zbywającą odpowiedzią. Przełknęła kolejny kęs czekoladowo-czekoladowej, cukrowej bomby polanej czekoladą i już chciała wznowić temat, gdy Ezra jej przerwało.
— Po prostu mieszkam tu. Chodzę do szkoły. Pracuję. — Wzruszył ramionami. — Nie zostaje dużo czasu na… — jejgo słowa zawisły w powietrzu. Szczerze, nie miało pojęcia, jak zakończyć to zdanie.
— Ooo-kej — odparła Violet, przedłużając pierwszą głoskę w nieskończoność. — Nie boisz się?
— Czego? — Teraz Ezra musiał pochylić się do przodu i dopytać, co miała na myśli.
— Potworów? Czegoś takiego? — Półbogini radośnie odgarnęła kosmyk fioletowych włosów z czoła i ponownie zatopiła widelczyk w cieście. Beztrosko, jakby nie zdawała sobie sprawy z powagi słów, które wypowiedziała.
— Nie. — Odpowiedziało sucho Ezra i wzięło łyk wody z plasterkami limetki. Kłamał. Oczywiście. Wystarczył widok jednego mitologicznego stwora, aby zamienić jego mózg w błyszczącą galaretę, a nogi w watę.
— Może powinieneś — zaćwierkała Violet, a ta wypowiedź o dziwo nie zabrzmiała ani trochę złowrogo. Miała w sobie coś z dobrodusznej rady. Albo pomijalnego spostrzerzenia, takiego jak ‘ładna dzisiaj pogoda’. — Naprawdę musisz mnie kiedyś odwiedzić! Postawię ci na to karty.
— Myślę, że jestem w stanie przewidzieć własną śmierć.
 
W pomieszczeniu zapadła cisza. Heroska przełknęła ślinę. Poprawiła się na krześle i wzdrygnęła się, zupełnie jakby uderzył ją podmuch lodowatego powietrza.
— No tak — wykrztusiła końcowo. — Wybacz.
Odległy stukot kilku par butów i szum czyszczonego ekspresu do kawy skłoniły Ezrę do dopicia wody i podniesienia się z krzesła, które mimo wytartego siedzenia i ostrych, metalowych kantów, o które można było obić łydki, stawało się miękkim tronem w momencie, w którym kończyła się przerwa.
— Nie przepraszaj — odchrząknął, bezceremonialnie wrzucając plastikowy kubek z resztkami owoców do kosza na śmieci. — Nie masz za co.
 
Violet milczała kolejną przemyślaną chwilę, by następnie radośnie klasnąć dłońmi w swoje uda.
— Wiesz co? To z urokami to naprawdę dobry pomysł!
— Urokami? — Ezra ponownie wzdrygnęło się na dźwięk ‘nie-ludzkiego’ słowa. Nienormalnego. Dotyczącego świata, który dla śmiertelników był najwyżej bajką.
— Na irytujących klientów! Mamy tu pieprz? — Dziewczyna zaczęła rozglądać się po półkach, stając na palcach i podskakując, aby zajrzeć na samą ich górę.
— Nie będę zabijać klientów.
Fioletowowłosa zamarła i odwróciła się w stronę herosa ze skonsternowanym wyrazem twarzy.
— Ja też nie, głuptasiu. — Ezra skrzywiło się w odpowiedzi. — Uroki nie mają robić im krzywdy, tylko ich uczyć. Szacunku, na przykład. — Wyraźnie zadowolona z siebie wyciągnęła z pudełka pokaźnej wielkości słoik przyprawy do bajgli i worek czerwonego pieprzu cayenne.
— Violet? — Zaczął Ezra, marszcząc brwi. Uważnie patrzył, jak postawiła znaleziska na stoliku i zaczęła zmiatać z jego blatu okruszki. Przy okazji wzięła kolejny kęs ciasta. — Jesteś pewna, że to dobry pomysł? Co ty właściwie robisz?
Dziewczyna poderwała głowę, a jej włosy, poderwane ruchem okoliły jej twarz w widowiskowy sposób. Jej niebieskie oczy błyszczały bardziej, niż przedtem – jakby tańczyły w nich płomienie.
— Zaufaj mi! — Zakrzyknęła radośnie i zaczęła nucić pod nosem nieznaną Ezrze melodię.
— Wszystko, co złe zaczyna się słowami ‘zaufaj mi, ziom’. — Stwierdził półszeptem, co Violet zupełnie zignorowała.
 
Ezra z niepokojem patrzył, jak dziewczyna położyła na stoliku papierowy talerzyk, a następnie wysypała na niego po szczypcie pieprzu i przyprawy do bajgli, wyliczając pod nosem sezam, mak, sól i pozostałe składniki mieszanki. Zadowolona z siebie podrapała się po grzbiecie nosa, następnie zatarła dłonie i bez krztyny zahamowania wyjęła z kubka, balansującego na samej górze śmieci, już prawie wysypujących się z kosza ćwiartkę limetki. Wycisnęła kilka kropel soku na bardzo smutną kupkę przypraw, a resztkę wrzuciła z powrotem do śmieci, nie odwracając wzroku od swojej kreacji. O dziwo, trafiła.
Heros skrzywił się. Nie dość, że dziewczyna nie wydawała się niczym brzydzić - wytarła jedynie dłonie czystą serwetką, po tym, jak miała w nich limetkę, która znajdowała się w tej samej wodzie co słomka, z której pił Ezra, do tego wydawała się bardzo, bardzo dumna z czegoś, co wyglądało jak próba ‘gotowania’ w piaskownicy.
Violet nie dała się zrazić krytycznym wzrokiem. Wepchnęła jedynie resztę ciasta do buzi. Na raz.
— Odpowiedni poziom glukozy we krwi jest bardzo, bardzo ważny przy rzucaniu zaklęć — wymamrotała, zakrywając usta dłonią, aby nie stracić ani okruszka. — Oczywiście żartuję — dodała, gdy przełknęła. — Ale to ciasto jest takie dobre!
 
Zanim Ezra mruknął chociażby ‘aha’ lub ‘mhm’, Violet zatarła dłonie ostatni raz, odchrząknęła i pstryknęła palcami.
Płomienie buchnęły z centrum talerza. Były wysokie na co najmniej stopę, lizały wyciągnięte dłonie Violet, skupionej na słowach, które szeptała.
Heros patrzył na nie, czując mieszankę strachu i podziwu. Kilka czerwono-pomarańczowych iskier uniosło się do góry, w stronę sufitu, i mimo tego, że powinien zareagować - chwycić gaśnicę albo chociażby rzucić coś na mały pożar - nie mógł oderwać wzroku od tańca ognia.
Płomienie zniknęły tak szybko, jak się pojawiły.
Zostawiły po sobie zapach żaru, czegoś przywodzącego na myśl grilla bądź ognisko i ledwo wyczuwalną słodką nutę.
— Nie mam pojęcia, czy mi się udało! — Oznajmiła Violet z szerokim uśmiechem.
— Jesteś nienormalna — wydukał Ezra, patrząc na kupkę szarego popiołu, która kilka sekund wcześniej była przyprawą do bajgli z dodatkowym pieprzem i śladowymi ilościami śliny herosa. Papierowy talerzyk był nienaruszony. Pomijając czarną smugą na jego krawędzi.
— Dopiero teraz to zauważyłoś? — Odparła radośnie. — Sezam otwiera zamknięte serca, sól dla naszej osobistej ochrony, pieprz cayenne, żeby piekło ich sumienie, cebula, żeby dotarli do sęku tego, czemu są tak pełni nienawiści, czosnek, żeby nie wracali, póki nie zmienią swojego zachowania - i jako symbol mojej matki - limetka absorbuje ich negatywną energię, a mak wzmacnia to wszystko, obniżając poziom zawiści Karyn. — Uprzejmie zignorowała rozchylone wargi Ezry. — A jak to wszystko nie zadziała, to z całego serca życzę im rozwolnienia.
— Jesteś nienormalna — powtórzył heros, tym razem głosem pełnym podziwu. Tym razem był to komplement.
 
Violet wyciągnęła z kieszeni spodni malutki słoiczek, zatykany korkiem (na pytanie, czy zawsze ma przy sobie flakoniki, odpowiedziała, że oczywiście, że tak), przesypała stworzoną odrobinę proszku na odpędzanie najgorszych klientów do środka, a talerzyk starannie złożyła na pół i wepchnęła do kosza, ukrywając wszelakie dowody.
 
— Moje bąbelki! — Zakrzyknęła Steph, która nagle pojawiła się w drzwiach. Dwie minuty wcześniej i byłaby świadkiem tego, jak Violet podpala jej lokal. — Zmienimy się, co? Starość nie radość, nogi już nie te…
Herosi wymienili spojrzenia i jednocześnie ruszyli w stronę drzwi.
— Masz osiemnaście lat — prychnęło Ezra w stronę zielonowłosej.
— Dlatego masz traktować mnie z szacunkiem — zaśmiała się Steph i zmierzwiła jejgo włosy, gdy się minęli.
 
Kawiarnia była przyjemnie pusta. Stoliki błyszczały wodą, pozostałością mokrej szmaty, z głośników wydobywała się cicha muzyka, a Nowy Jork przelewał się wzdłuż okien. Ezra nieobecnie ujął zaklęty w naszyjnik xiphos w dłoń i pozwolił mu zniknąć pod koszulką My Chemical Romance, nim podszedł do zlewu, aby starannie umyć ręce.
— Następna osoba, która cię obrazi, zostanie potraktowana proszkiem. A jak potem wróci i nadal będzie niemiła, to zaklnę ją w żabę! — Oznajmiła Violet. Ezra nie chciało wiedzieć, czy zaklinanie ludzi w żaby było blefem, czy naprawdę była w stanie to zrobić.
— Nie musisz zostawać do końca zmiany. — Rzekł więc. — I tak musisz przetrawić wszystko, czego się dzisiaj nauczysz.
Dziewczyna zastanawiała przez chwilę.
— To by było nie fair. Wolę zostać i pomóc wam na koniec dnia.
— W porządku — heros skinął głową. — Ale nie czuj się zmuszona do tego przez koncern. Jakbyś umarła, ogłoszenie o pracę pojawiłoby się w gazecie szybciej, niż twój nekrolog.

  Violet? 
──── 
 [1263 słowa: Ezra otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 21 lipca 2024

Od Violet CD Ezry — „Kawa z półboga”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Kiedy grupa Herosów udaje się na misję pochodzącą z kategorii “jeśli przeżyjesz, jesteś hardcorem”, w większości przypadków na mapie oznaczone są najbardziej złowieszcze miejsca, jakie istnieją w boskim świecie. Trójkąt Bermudzki? A może tuż pod bramy pałacu Hadesa? Gdziekolwiek ci nieszczęśni wybrańcy Wyroczni Delfickiej nie zawędrują, zawsze napotkają atrakcje w postaci potworów do zgładzenia - średnio od trzech do pięciu głównych bossów w całym programie. Podsumowując: krew, pot i łzy oraz emocje jak na grzybach, kiedy najarany zjesz obsranego przez jelenie muchomora.
Co prawda, ani Ezra, ani Violet nie przebywali na takiej misji. Jednak kiedy zobaczyli u progu kawiarni szefową gangu rasowych Karen i jej Brajana w wózku mogli poczuć się dokładnie tak samo. Co tam Tytani, czy nawet sam Kronos! Zeus też trzęsie portkami na jej widok!
Córka Hekate otarła pot z czoła. Dosłownie, dlatego natychmiast pobiegła umyć ręce, aby nie oberwać za brak higieny podczas przygotowywania zamówienia. Wciąż jednak słuchała, jak Ezra dzielnie walczy z obsługą trudnego gościa… albo usłyszeniem szanownej pani przez krzyk purchlaka w wózku. Szybko znalazła się za plecami towarzysza, podglądając co jest właśnie nabijane na kasę. Cóż… okazało się, że dużo rzeczy.
— Jak mogę pomóc? — zapytała swojego mentora, kiedy już było po wszystkim. Właściwie, to miała na myśli “od czego zacząć?”, gdyż na pewno nie dało się inaczej zrealizować tego zamówienia inaczej, niż współpracą.
— Możesz umyć ręce i wrzucić bajgle do opiekacza. W tamtym kącie zapali się zielona lampka, kiedy będą gotowe. Resztą zajmę się ja.
Instrukcje były bardzo jasne. Nie zaszkodziło umyć rąk po raz drugi w przeciągu minuty. Siłą wcisnęła lateksowe rękawiczki na pół mokre dłonie, po czym ostrożnie przeniosła wymagane bajgle do podgrzewacza. Skoro Ezra zajmowało się kawami, pozostało jej manifestować nad kanapkami.
— Kochana mamusiu, niech te bajgle wyjdą idealne, aby ta modliszka nas nie pożarła. — Nie powiedziała tego na głos, choć miała nadzieję, że bogini magii ją usłyszy i pobłogosławi świętym spokojem.
Upewniwszy się, do której torby zmieści się cała karma dla Brajanusza, spakowała towar za pomocą szczypiec, uważając, aby nie rozerwać wrażliwego papieru. Po wszystkim położyła zawiniątko na ladę, tuż obok kaw, uśmiechając się nieśmiało w kierunku przedstawicielki gildii wściekłych Karen. Niestety, na odwzajemnienie grymasu nie mogła liczyć.
 
Kiedy drzwi zamknęły się za klientką, Violet wydała z siebie długi, cichy pisk jakby powietrze schodziło opon samochodu. W tamtej chwili jej emocje były właśnie taką oponą - zdychały po najstraszniejszym doświadczeniu w jej życiu.
— Hej, Ezra, tak jest zawsze?
— Większość ludzi jest normalna, a to była jedna z normalniejszych Karyn. — Ah, towarzyszu, cóż za pocieszenie!
— Czterdzieści dolarów to dużo — zauważyła Violet, chcąc również rozluźnić atmosferę gadką-szmatką.
Ezra wydawał się być niewzruszony. Jedyne z nich był odporny na wszystkie emocje świata - tak trzymać! Chociaż jedno z nich.
Nim odpowiedział, Steph wbiła z impetem w ich kółeczko. Zagadała, jak zatroskana i dumna ze swoich dzieci mamusia i przytuliła Ezrę. Na ten widok Violet poczuła się nieswojo, jakby ukłuła ją zazdrość. Jednak z zewnątrz była skuloną, wystraszoną dziewczynką, uśmiechającą się niepewnie. Zaimponowała jej troska managerki. To takie kochane z jej strony! Ale…
Kiedy myślała, że Steph nie zwróci się w jej stronę, starsza kobieta wreszcie odwróciła się w jej kierunku obdarzając ją takim samym troskliwym uśmiechem i otwierając ramiona.
— A ty, skowroneczku? Potrzebujesz się przytulić? Udało ci się zrobić twoją dziewiczą kawę?
“Skowroneczku” odbiło się echem w jej głowie, po czym popieściło jej duszę, aż zapaliło przyjemny płomyk w jej brzuchu po drodze. Właściwie, nie zdążyła odpowiedzieć na pytanie, acz już została objęta przez najukochańszą istotę w tej kawiarnii.
— J-Ja… — zająknęła się. — Ta pani była straszna. I… eee… na pewno zrobiłam swoje dziewicze bajgle. A kawę jedynie “na sucho”.
— Możesz zrobić kolejną i wziąć sobie na przerwę — Steph odwróciła się w stronę Ezry. — Oboje macie przerwę. Zasłużyliście.
 
Pokój socjalny był najbardziej ciasnym pomieszczeniem, jaki można było oglądać. Nie dość, że mieściły się tam jeden stolik i dwa krzesła na krzyż, to dodatkową atrakcją był zamek z nierozpakowanych kartonów po dostawie kubeczków do kawy na wynos, pokrywek, zapasów syropów, trzech rodzajów cukru i innych wszelkich rzeczy, które można było przechowywać w suchym miejscu i temperaturze pokojowej. Oboje siedzieli w ciszy, sącząc swoje kawy i jedząc zabrane z wystawki kawałki ciasta.
— Po tak ogromnej dawce stresu, bardzo potrzebowałam uzupełnić sobie cukier — w końcu mruknęła, próbując zmusić Ezrę do rozmowy. — To ciasto jest jedną, wielką, słodką bombą… ale nieważne. Zasłużyłam na nie.
— Mhm — wydał z siebie dźwięk, jakby nie słuchał. Albo słuchał, ale nie palił się do konwersacji. Na pewno chodziło o oba.
— W suuumie… Jesteśmy tu sami, więc mogę zadać to jedno pytanko? Pewnie, że mogę! Właściwie, dlaczego tak rzadko bywasz w obozie? Widziałam cię co najwyżej z trzy razy, a przecież jesteśmy praktycznie sąsiadami, prawda? Następnym razem załatwię ci zniżkę na uroki u mojej siostry, może przyda się na jakiegoś irytującego stałego klienta. A jeśli cię to nie przekona do odwiedzin to nie wiem, co może.

Ezra?
────
[802 słowa: Violet otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 1 lipca 2024

Od Ezry CD Violet — „Kawa z półboga”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

— Jasne — odparł Ezra. — Odwróć się.
Violet zmarszczyła brwi, a jej szczupłe dłonie, splecione na wysokości jej mostka opadły. Końcowo odwróciła się, powoli wypuszczając powietrze przez usta.
— To twoja pierwsza praca? — Głos Ezry był chrapliwy, jakby dopiero co się obudził – albo gorzej, czuwał całą noc.
— Mhm — wydukała dziewczyna, niezręcznie maskując wzdrygnięcie, które wstrząsnęło jej plecami, gdy Ezra sięgnęło po kokardkę, zawiązaną z przodu fartucha na szybko zbyt podekscytowanymi dłońmi, rozwiązało ją i ponownie złączyło wstążki na plecach Violet, zaciągając supeł na tyle ciasno, aby zabezpieczyć materiał, lecz na tyle luźno, aby nie sprawić jej dyskomfortu.
— Nie przejmuj się. Nie zaspałaś i nie wymiotowałaś na ladę, więc jesteś lepsza od większości świeżaków.
Czarnowłosa odwróciła się z piskiem gumowych podeszw, szorujących o podłogę. Jej policzki zaokrągliły się, zupełnie jakby wyobraziła sobie jej poprzedników, wbiegających przez drzwi kawiarni i puszczających pawia, opierając się o blat.
— Musisz zdjąć pierścionki. — Komentarz Ezry zmył uśmiech z warg dziewczyny. W odpowiedzi otrzymała jedynie wzruszenie ramionami. Ezra podążył czubkiem języka wzdłuż wnętrza ust, uwydatniając dwie małe dziurki po kolczykach. Violet wzięła głęboki wdech i zsunęła każdy z pierścionków, błyszczących w świetle wschodzącego słońca, kąpiącego wnętrze kapitalistycznego piekła, wysysającego pieniądze z kont ludzi, obdarowując ich w zamian kofeiną i tonami cukrowo–tłustych napojów ciepłym, wręcz złotym światłem, tak miękkim, że przez ten moment Starbucks wydawał się mieć duszę. Być oddychającą, kochaną, rodzinną kawiarenką.

Czar prysł, gdy szklane drzwi uzyskały kolejny tłustawy odcisk pulchnej dłoni na swojej i tak brudnej powierzchni, a do środka wkroczyła wysoka kobieta, pchająca przed sobą gigantyczny – zdaniem Ezry – wózek, w którym, między okruchami, kawałkami bułek i papierkami po cukierkach, siedziało dziecko, za duże – skromnym zdaniem Ezry – na poruszanie się w wózku dla dzieci.
— Dzień dobry, — wyćwierkało Ezra, zmuszając się do swojego najbardziej przyjaznego, radosnego głosu. — Co mogę—...
Wrzask dziecka zagłuszył jego następne słowa.
— Mama! — Huknęło na cały sklep. — Bajgiel!
— Co mogę podać? — Powtórzyło Ezra, nie tracąc niewzruszonego i szczerze zmęczonego wyrazu twarzy.
— No już — fuknęła kobieta. — Dzieciaki w tych czasach.
Klientka oparła dłoń na biodrze, drugą uniosła, aby obetrzeć pot z czoła, tym samym ścierając z niego warstwę brązowo–pomarańczowego podkładu.
Violet przysunęła się do Ezry, jakby chciała uchronić się przed wzrokiem kobiety, aktualnie patrolującym menu, znajdujące się na ścianie. Pierścionki, schowane w jej kieszeni szczęknęły o siebie.
— Okej — wysapała końcowo kobieta. — Wezmę Summer Skies Refresher– z prawdziwą śmietanką zamiast tego liberalnego mleka z owsa czy innego nasienia–...
— Bajgiel! — Wrzasnęło ponownie dziecko. Ezra przestąpił z nogi na nogę.
— Dobrze. Ten Refresher w rozmiarze grande, potem bajgiel z serkiem… nie, dwa. Trzy bajgle, z tostera, ten ostatni z łososiem. I kawałek sernika, i dwa takie ciastka… są wegańskie? Tak? To nie chcę tych ciastek. Dwa serniki. Zamiast ciastek. I truskawkowe Frappuccino, venti, z dodatkową śmietaną i podwójnym słodzikiem.
— To tyle? — Zapytało Ezra, zmuszając swoje blade wargi do rozciągnięcia się w uśmiechu – a raczej półuśmiechu, ściągającego jejgo zbliźnioną skórę.
— Co to za głupie pytanie? — Odparła kobieta i wytarła wnętrza dłoni o spodnie, kręcąc głową. — Zabierzcie się do roboty, mam jeszcze sprawy do załatwienia.

Violet ponownie zrobiła krok w stronę Ezry.
— Jak mogę pomóc? — Wyszeptała, obserwując klientkę, wściekle uderzającą w ekran telefonu kątem oka.
— Bajgiel! — Krzyknęło dziecko.
— Możesz… — Ezra podszedł do zlewu. — Możesz umyć ręce i wrzucić te bajgle do opiekacza. W tamtym kącie zapali się zielona lampka, kiedy będą gotowe. Resztą zajmę się ja.
Nie wszystko wychodziło w życiu Ezry. Był niezręczny, był nieśmiały, niezdarny. Ale gdy miał na sobie ten zielony fartuch niepasujący do jego włosów, gdy czuł zaklęty w naszyjnik xiphos, uderzający o jego pierś, nieco cięższy niż oczekiwałoby się po takiej zawieszce, i kiedy przez jejgo ciało płynęła za słodka i za mocna kawa, gdy miał zadanie do wykonania – nic nie mogło go powstrzymać. Był najlepszym baristą w całym Manhattanie. Wlewało mleko i śmietanę i syropy o toksycznie nasyconych kolorach do plastikowych kubków, miksowało składniki, parzyło kawę ze sprawnością wirtuoza Starbucksa. Wkrótce na blacie stały dwa kubki, obok dwie papierowe słomki i zapakowane w zielone, papierowe pudełko porcje sernika.
— Zapakować je w torebkę? — Zapytała Violet.
— Co? Tak, w tą średnią.
Obok napojów i ciast na drewno trafiły pachnące, ciepłe bajgle w biało–zielonej, papierowej torebce.
— To będzie… — Ezra stuknęło w ekran. — Trzydzieści siedem dolarów, osiemdziesiąt centów.
Kobieta prychnęła w odpowiedzi, oklepując spodnie dłońmi. Wpierw przednie, potem tylne kieszenie.
— Okej. Kartą. — Westchnęła, marszcząc nos, patrząc się w ekran telefonu. Ezra pokiwało głową z tym udawanym pół-grymasem, pół-uśmiechem, gdy zirytowana wpisała okrągłe zero dolarów w pole podpisane ‘napiwek’ i przyłożyła telefon do terminalu. Radosne kliknięcie przerwało głuchą ciszę, która zawisła w powietrzu. Ekran, skierowany w stronę klientów rozświetliła wiadomość ‘Zostali Państwo obsłużeni przez: Ezra’.
— Ezra? — Klientka po raz pierwszy od przekroczenia progu kawiarni spojrzała na obsługujące ją osoby. — Nie brzmi za bardzo dziewczęco.
— Smacznego i miłego dnia — wyszczebiotało Ezra. Kobieta chwyciła swoje zamówienie, umieściła je w koszyku pod wózkiem i – ku zgrozie nastolatków, stojących za ladą – wetknęła niebiesko–różową lemoniadę w pulchne rączki dziecka.
— Idziemy stąd, Kyle — oznajmiła. — Nie będziemy siedzieć w takich lokalach. Następnym razem, jak tu przyjdę, za kasą będzie stał jakiś więzień albo inny liberalny…
— BAJGIEL! — Ryknął Kyle w odpowiedzi.
Ezra i Violet nie odezwali się ani słowem, dopóki drzwi nie zatrzasnęły się za klientką i jej wózkiem.

— Hej, Ezra — zaczęła Violet, przełknąwszy ślinę. — Tak jest zawsze?
— M-mh. Większość ludzi jest normalna. A to… — wzruszył ramionami. — Była ta z normalniejszych Karyn.
— Czterdzieści dolarów? — Dziewczyna oparła się dłonią o blat. — To… dużo.
Ezra znowu wzruszyło ramionami. Na szczęście Violet została uwolniona z ciężaru prowadzenia rozmowy, gdyż zza drzwi dla personelu wychyliła się głowa Steph.
— Jak się mają moje dzielne, pracowite pszczółki? — Zakrzyknęła z tym swoim wielkim, lśniącym uśmiechem.
— Chcę podwyżkę — odburknęło Ezra.
Steph zmarszczyła brwi i wyłoniła się zza drzwi w całej swej podkreślanej makijażem, butami na platformie i kabaretkami krasie. Wydęła pociągnięte czarną, matową szminką usta i podeszła do chłopaka, aby go przytulić.
— Dusisz mnie, Steph. — Wymamrotał.
— Nie marudź. Ludzie zapłaciliby za połowę tego, co dostajesz ode mnie za darmo. — Zielonowłosa zmierzwiła grzywkę Ezry i posłała mu oczko, widząc jejgo skwaszoną minę. — A ty, skowroneczku? — Puściła Ezrę i odwróciła się w stronę Violet. — Potrzebujesz się przytulić? Udało ci się zrobić twoją dziewiczą kawę?


Violet?
────
[1012 słów: Ezra otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 15 kwietnia 2024

Od Violet CD Ezry — ,,Kawa z półboga"

Poprzednie opowiadanie

Violka bez wahania podążyła za herosem na spotkanie z managerką, trzymając w ręce napój, którego nie zdołała dokończyć. Tak znalazła się w ciasnym pomieszczeniu emanujące niezbyt przyjazną, wręcz chłodną energią. Prawie potknęła się o jakiś karton, jednak przestało to być ważne, kiedy zobaczyła ją — śliczną dziewczynę, nieco starszą od siebie, jednak to jej nie przeszkadzało. Uroda, choć awanturnicza, to jednak biła od niej ciepła aura, co zdecydowanie było w typie córki Hekate.
— Czy ona jest…? — ,,Półboginią”, chciała dokończyć, jednak osoba jej towarzysząca domyśliła się, do czego to zmierza i w porę ją powstrzymała. Kiedy Ezra ją uciszył, poczuła się, jakby zrobiła coś niedobrego po pijanemu i zalała się rumieńcami ze wstydu.
I wtedy nastąpił kolejny pocisk. Managerka uśpiła jej czujność słodkim uśmiechem, jednak lada chwila padły słowa o dziewczynie, a potem o kuzynce. Była skonfundowana, choć uwierzyła, że to konieczne oraz powstrzymała się od komentarza. Pozwoliła zaś Ezrie tłumaczyć, o co tu chodzi. Jedynie kiwała fioletową grzywą, aż zasłoniła sobie nią oczy.
Steph — bo tak przedstawiła się dziewczyna — wybuchnęła entuzjazmem, przekonując Violet, że znalazła się we właściwym miejscu i właściwym czasie.
— Teraz zróbmy to oficjalnie. Dzień dobry, nazywam się Steph, menadżeruję ten lokal, używam zaimków ona i jej oraz oni i ich i bardzo, bardzo chętnie cię poznam. — Dziewczęta podały sobie ręce. — Bardzo chętnie przyjmę CV, jeśli je masz i bardzo chętnie usłyszę wszystkie detale, które muszą znaleźć się na umowie o pracę. I bardzo, bardzo–bardzo chętnie zaproszę cię na dzień próbny, zanim cokolwiek podpiszesz. Ezra ci pomon– pomentoruje, prawda? Nawet dzisiaj! Kiedykolwiek zechcesz. Prawda?
Niewzruszony Ezra pewnie pokręcił w myślach głową, jednak wydukał z siebie chrypkie ,,jasne”.
— To jak? — ponaglała Steph, której uśmiech nie opuszczał.
— Cóż… eee… — To, że hekaciątko było nieco speszone, nie oznacza, że nie było szczęśliwe z powodu tak ciepłego przyjęcia. — Violet Sanderson, uczennica drugiej klasy. Właściwie to szukam pracy na weekendy, a po zakończeniu roku szkolnego na całe wakacje, jeśli to nie problem. Jeśli chodzi o CV to…
Błyskawicznie zdjęła plecak i zaczęła szperać w poszukiwaniu teczki z ogromem wydrukowanych dokumentów. Gdy ją znalazła, podała jedną z kartek managerce.
— Przyjdę jutro od rana, dobrze?
Steph i Violet znajdowały się właśnie w skromnej szatni o białych akcentach, zawierającej kilka szafek pracowniczych na krzyż i jedną drewnianą ławkę, na której właśnie dziewczęta siedziały. Fioletowo włosa właśnie przymierzała trzecią z czarnych koszulek z naszywką zielonej syreny przy kołnierzu — wciąż wisiała na niej niczym worek na śmieci.
— Niestety, nie posiadamy mniejszych koszulek. — Managerka podrapała się po brodzie zakłopotana. — Ale nie wyglądasz źle!
— Mogło być gorzej — przyznała młodsza z dziewcząt. — To wszystko, co powinnam założyć na swoją zmianę?
— Przed wejściem na salę powinny wisieć fartuchy — oznajmiła Steph. — Możesz ruszać, Ezra na ciebie czeka. Miłej zmiany!
Violet kiwnęła głową i odwzajemniła uśmiech swojej przełożonej. Miała nadzieje, że niedługo ujrzy ją znowu.
Przemknęła przez korytarz, zgarnęła po drodze wyżej wspomniany fartuch, wiążąc go ciasno oraz dołączyła do dziecka Tanatosa na sali. Panowały w niej pustki — zresztą lokal dopiero otworzył się parę minut temu. Była to okazja ku zrobieniu ,,próbnej kawy”, co Violet właśnie chciała zaproponować.
— Obsługiwałaś kiedyś ekspres do kawy? — Tak brzmiało jego pierwsze pytanie.
— Owszem — odpowiedziała zgodnie z prawdą. — Ale… tamte były o wiele prostsze. Bardziej… domowe, o ile mogę tak to nazwać. Nawet nie miały spieniacza do mleka. Tak profesjonalnego sprzętu nigdy nie obsługiwałam. Chciałabym, żebyśmy zrobili kawę na próbę. Jakąkolwiek, byle poznać podstawy. Możemy tak zrobić?

Ezra
──── 
[558 słów: Violet otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

piątek, 29 marca 2024

Od Ezry CD Violet „Kawa z półboga”

Poprzednie opowiadanie

Krew, która uciekła z policzków Ezry, gdy usłyszało wzmiankę o boskim nektarze, potrzebowała dłuższego czasu, aby do nich wrócić. Czasu, spędzonego przy mikserze, z dala od kasy, przy której czekała czarnowłosa córka Hekate. Czasu, wykorzystanego na wzięcie kilku głębszych oddechów i uspokojenie serca, którego bicie wydostawało się poza klatkę piersiową herosa, odzywało się w opuszkach jego palców i jejgo skroniach.
— Zapytam się menadżerki. — Ezra umieścił białą, papierową słomkę w wieczku napoju dziewczyny, po czym niezwłocznie podał jej plastikowy kubek. Podziękowała mu uśmiechem. Przyjął zapłatę, wydał jej niklową pięciocentówkę, która chwilę potem wylądowała w skarbonce z krzywym napisem „napiwki” i zamknął kasę. — Czy możesz tu pracować. Masz może CV?
Violet gorliwie pokiwała głową.
Drzwi na zaplecze kliknęły w zawiasach.
— Steph? — Wychrypiało Ezra, odwracając się w ich stronę. Za drzwiami nie stała Steph. Stał tam rosły chłopak w zielonym fartuchu, do którego przypięta była plakietka z jego imieniem: Keith. Równie dobrze mógł nazywać się Dwight albo Max albo Eric albo nawet John Cena. Był po prostu kolejnym pracownikiem, sprzedającym za drogą kawę w kubkach z zieloną syreną, zabawiającym klientów small talkiem i zgarniającym swoją część napiwków.
— Keith, przejmiesz kasę? — Keith nie odpowiedział. Zawiązał jedynie paski fartucha wokół swojej talii i potrącił Ezrę ramieniem, przeciskając się między nimi a wejściem za ladę. — Dzięki — bąknął mimo to Ezra.
— Violet? — Wychrypiał, zawsze ostrożny, biorąc imiona innych w usta. Violet nie uciekła, odsunęła się jedynie od lady, przy której ustawiło się już dwoje następnych klientów, rytmicznie uderzających paznokciami w dębowy blat. Stała przy ścianie, ostrożnie popijając swoje frappuccino. — Jeśli masz chwilę, możesz pójść ze mną na zaplecze.
Dopiero gdy wypowiedziało te słowa, Ezra zdało sobie sprawę z ich brzmienia.
Jak złe by nie było, już wypuściły ich usta. A Violet już się zgodziła. Ezra wyślizgnął się więc zza lady i uchylił drzwi z tabliczką „wstęp tylko dla personelu” przykrywającą napis w stylu „żyj, śmiej się i kochaj”. Wpuścił dziewczynę na zaplecze przodem. Jej oczom ukazało się chłodne w wystroju pomieszczenie. Jego białe ściany i śliskie kafelki kontrastowały z ciepłym, drewnianym wystrojem kawiarni. Wzdłuż jednej ze ścian ciągnął się metalowy blat, nad nim szafki z kartonami mleka, plastikowymi torbami pełnymi kubków, opakowaniami serwetek i słomek, stertami worków kawy i mnóstwem pudeł.
Ezra poprowadził Violet dalej, przez szereg regałów, obok chłodziarki do mniejszego, bardziej przytulnego pokoju, który zajmowała kanapa, kilka krzeseł i biurko, przy którym siedziała osoba, zakrywająca swą twarz podeszwami opartych o blat butów.
— To jest Steph, nasza menadżerka.
— Czy jest… — Ezra od razu wiedział, o co jej chodziło. „Taka jak my”. Półboginią, legatariuszką, driadą, czymkolwiek należącym do ich świata.
— Raczej nie.
— Ezra, obgadujesz mnie?
Para ciężkich butów na platformie opadła z blatu na podłogę. Steph ukazała się dwójce herosów w całej swojej krasie: włosy, farbowane na zielono, zgolone po bokach głowy, postrzępiona grzywka, wysoki irokez. Jej oczy były otoczone czarną kreską, czarnym cieniem, rzęsy pokryte grubą warstwą czarnej maskary. Tylko Steph potrafiła nosić ten makijaż z wdziękiem, nie wyglądając przy tym jak szop pracz. Pokryte czerwoną szminką usta rozchyliły się w szoku, odkrywając nieco krzywe zęby. Klasnęła w dłonie, a zdobiące je pierścionki i dziesiątki kolorowych, plastikowych bransoletek uderzyły o siebie ze szczękiem.
— Ezra! Nie mówiłeś mi, że chodzisz z dziewczynami!
Steph zeskoczyła z krzesła, zatrzasnęła firmowego laptopa i ponownie podskoczyła, tym razem w miejscu. Jej uśmiech rozciągał się po całej jej twarzy, uwydatniał dołeczki w jej policzkach i znajdujące się w nich kolczyki.
— To nie… — zaczął Ezra. — To nie moja… to moja… — Tutaj heros zaczął panicznie przekopywać całą swą wiedzę o mitologii. Violet była córką Hekate, a ona była… na pewno miała rodziców, ale Ezra za żadne skarby nie wiedziało, kim oni byli. Obie dziewczyny patrzyły na niego z uniesionymi brwiami. — To moja kuzynka. Drugiego stopnia — wypalił wreszcie, opuszczając wzrok.
Steph zmierzyła wzrokiem Violet, następnie Ezrę.
— Czyli nie umawiasz się z dziewczynami?
Ezra odchrząknął. Violet znacząco siorbnęła swoim napojem, następnie posyłając menadżerce uprzejmy uśmiech.
— To Violet. Przeprowadziła się tu– niedawno i chciała wiedzieć, czy może się zatrudnić. Na weekendy.
— Tak! — Pisnęła Steph. — Nawet nie wiecie, jak bardzo ratujecie mi tyłek. Cindy właśnie wparowała tu, uznała, że jej weganizm zabrania jej sprzedawania kawy z mlekiem i tostów z szynką — tu Steph wzięła głęboki oddech, jakby chciała dodać coś więcej — i rzuciła pracę od razu, David za tydzień wyjeżdża do Ohio– jakby miał czego tam szukać– Violet, jesteś moim cudem!
Steph poprawiła kolczyk w nosie lewą dłonią. Fioletowo–różowo–niebieski brokat błysnął na jej paznokciach. Dziewczyna odetchnęła, zupełnie jakby ciężar całego świata spadł z jej ramion w tamtym momencie i wykonała piruet, kończący się na blacie biurka. Wskoczyła na niego i wskazała dłonią na przysunięte do ściany krzesła. Kolczyki, przewleczone przez tunele zadzwoniły przy tym w jej uszach.
— Ezra, masz przerwę.
— Nie mam.
— To było stwierdzenie, nie pytanie. Wszyscy mamy przerwę! Teraz zróbmy to oficjalnie. Dzień dobry, nazywam się Steph, menadżeruję ten lokal, używam zaimków ona i jej oraz oni i ich i bardzo, bardzo chętnie cię poznam. — Zielonowłosa podała dłoń Violet. — Bardzo chętnie przyjmę CV, jeśli je masz i bardzo chętnie usłyszę wszystkie detale, które muszą znaleźć się na umowie o pracę. I bardzo, bardzo–bardzo chętnie zaproszę cię na dzień próbny, zanim cokolwiek podpiszesz. Ezra ci pomon– pomentoruje, prawda? Nawet dzisiaj! Kiedykolwiek zechcesz. Prawda?
— Jasne — wychrypiał Ezra.
— To jak?


Violet?
────
[864 słowa: Ezra otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

środa, 27 marca 2024

Od Violet do Ezry — ,,Kawa z półboga"

Ten rok dla Violet rozpoczął się obróceniem jej życia do góry nogami — nagła zmiana środowiska, utrata najbliższych i poznanie nowych, dołożenie do grafiku dnia ćwiczeń z fechtunku i magii (coś, co robi każda normalna nastolatka, prawda?) oraz… poszukiwanie pracy.
Uczęszczanie do szkoły pozostało jedynym stałym elementem w jej stylu życia, acz powoli kończył się rok szkolny, a młoda półbogini nie należała do grona osób martwiących się o własne oceny, dlatego pomyślała o podjęciu się pracy dorywczej przez czas największego luzu na zajęciach oraz na wakacje. Dziewczynie doszło ostatnio parę wydatków, a ostatnie kieszonkowe od babci Beth kończy się w zastraszającym tempie. Tak więc rozpoczęła ona tournée po nowojorskich kawiarniach, knajpach, a nawet w lodziarniach i cukierniach z teczką wypełnioną po brzegi CV w rękach.
Kiedy zaszła do kolejnego z rzędu Starbucksa, była już wykończona. Przysięgała, że jeśli lada chwila nie usiądzie i nie napije się dobrego frappuchino, to przeklnie całe to miasto tak, że nawet jej matka nie potrafiłaby zdjąć tej klątwy… oczywiście, to tylko wyolbrzymiony opis tego, jak bardzo była zła ze zmęczenia. Jeszcze nie potrafiła rzucać złych uroków na tak ogromną skalę. W każdym razie potrzebowała odpocząć.
W środku zastała ogrom ludzi, acz szybko spostrzegła jedno wolne miejsce na uboczu. Trzeba było tylko podejść do kasy i złożyć zamówienie, ale…
Wtedy spostrzegła znajomą twarz. Zwykle nie miała pamięci do osób, które widywała jedynie przez chwilkę, jednak miała na tyle rozwiniętą intuicję, że natychmiast uderzyło w nią znajome uczucie, które rozpoznało obozowicza z Long Island. Zajęło jej to chwilę, żeby poznać w pracowniku kawiarni “sąsiada” z domku 21 - jedynego do tej pory jego lokatora, który przebywał tam podczas ferii. Violet natknęła się na niego tylko kilka razy, jednak nigdy z nim nie rozmawiała.
Jednak była myśli, że heros herosowi nie jest wilkiem (chyba) bez powodu, zatem jeśli poprowadzi ich rozmowę w kreatywny sposób, może poleci ją do pracy? Ah, raz się żyje! Córa Hekate podeszła do lady, za którą stał potomek Tanatosa.
— Poproszę o Java Chip Frappuchino, ale na mleku bez laktozy i z dodatkiem boskiego nektaru. — Ostatni fragment wypowiedziała szeptem, ale bardziej żartobliwym tonem, mając nadzieję, że znajomy barista załapał aluzje.
Puściła też oczko, jednak dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że wygłupiła się przed nim. Koleś rzucił jej spojrzeniem, dając znać, że jest dla niego jedynie kolejną wariatką z ulicy, po czym chwycił za pisak i kubek.
— To będzie 6 dolarów i 95 centów. Jakie imię wpisać?
— Violet — odpowiedziała, podając odliczone 7 dolców. — Wiesz… zapytam wprost. Czy potrzebujecie dodatkowego pracownika na weekendy? Bardzo by mi zależało, aby się do was dostać.


Ezra?
◇──◆──◇──◆
[424 słowa: Violet otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]