piątek, 1 maja 2026

Od Niketasa CD Weroniki — „Pluszowe misie słuchają Highway to hell”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Po swojej wycieczce do domku szóstego (co było częścią jego NiecnegoPlanu™) i zasianiu w zadufanej w sobie i rosyjskich pisarzach grupowej szczypty niepokoju (taką ma nadzieję, taki był cel), na szybko wpada do jedenastki, rzuca w kąt wypisany długopis i wygrzebuje z szafki taki, który teoretycznie powinien pisać. Gdy prędko koryguje swoje zapiski, w myślach liczy mijające sekundy, podczas których to Weronika może wykonać nieprzewidywalny ruch na ich mistycznej planszy szachów 6D i zapędzić Niketasa w kozi róg. Rozgrywka z nią wymaga od niego większego zaangażowania intelektualnego niż spodziewał się, że będzie musiał włożyć w tak błahe przedsięwzięcie, jak rozmowa o pracę z jakąś randomową córką Ateny. Z jakiego powodu ona jest grupową, Niketas nie wiedział i chyba wolał nie wnikać w kwestionowalne wybory mieszkańców domku szóstego.
– Co robisz? – pyta tylko lekko zaniepokojony Ulfert, a grupowy pozwala sobie wcale nie ironicznie spojrzeć na niego znad zsuniętych na czubek nosa okularów. Na język ciśnie mu się proste: „spierdalaj”, ale ze względu na łączące go z Ulfem więzy krwi, postanawia zachować się trochę grzeczniej.
– Niszczę komuś życie – odpowiada zupełnie poważnym tonem i, jak gdyby nic, wraca do krążenia po niewielkim kawałku czystej podłogi i pisania w notesie, ledwo czytelnym pismem zajmując miejsce obok chaotycznie zapisanych działań dotyczących odchylenia standardowego średniego zarobku ze sprzedaży iFajstosów i energetyków oraz przewidywanego dochodu na następny miesiąc z zaznaczeniem, co aktualnie jest bardziej opłacalną inwestycją. – Albo bardziej swoje, tak po namyśle – dodaje, kręcąc młynka długopisem, który okazał się ołówkiem mechanicznym. – Niepotrzebnie się tak staram, wiesz, ta cała Weroniczka…
– Mieliśmy dzisiaj sprzedawać Boskie Fulle – przerywa mu Ulfert, bo już woli słuchanie okropnych niketasowych sloganów reklamowych od zostania wciągniętym w realizację jakiegoś kolejnego chorego planu grupowego. Niketas wie to doskonale i tę żałosną próbę kwituje krótkim śmiechem, który bardziej przypomina suchy kaszel.
– Słuchaj, braciszku. Po pierwsze, nie mam humoru. Po drugie, pierwiastek z sigmy kwadrat ze średniej sprzedaży energetyków wyszedł mi na tyle niski, że nawet jeśli nie będzie mnie z tobą, sprzedaż spadnie nam co najwyżej o dwie sztuki, nie ma jakiejś tragedii. Poradzisz sobie beze mnie.
– Ale…
– W zakresie średniej mieści się jakieś 69,7% populacji, Ulfert, zakładam, że się tam znajdujesz. – Wzdycha Niketas i nawet zsuwa okulary na czubek nosa, żeby spojrzeć na brata jak typowa niedowidząca nauczycielka na biednego ucznia, który właśnie ze stuprocentową pewnością stwiedził, że jeden dodać jeden równa się jeden. – To, że akurat ja jestem sigmą…
– Ty chyba… chyba posługujesz się tym terminem inaczej, niż ja go rozumiem??
– Chłopie, prawie cała populacja mieści się w trzech sigmach, ale ty chyba wychodzisz poza nią – oznajmia Niketas z przyklejonym do twarzy najbardziej płaskim uśmiechem, jaki można sobie wyobrazić. – A teraz – aż wstaje, żeby wykorzystać swoją przewagę wzrostu nad bratem – ty idziesz sprzedawać nasze cacka, ja załatwiam całą resztę.
Na całe szczęście okazuje się, że Ulfert nie ma zamiaru wnikać w to, czym jest „cała reszta” i Niketas w spokoju opuszcza domek (zostawiając brata z zagadką, czym jest „sigma”), poprawiwszy obozową koszulkę oraz ułożywszy usta w swój zwykły, psotliwy uśmiech, od którego ucieka połowa Obozu.
Zalążek planu już od jakiegoś czasu kreował się w jego głowie, powoli nabierając coraz bardziej wyraźnego kształtu, który próbował dać mu do myślenia, czemu w ogóle aż tak angażuje się w sprawę Weroniki. Dzięki temu jeszcze raz przejrzał wszystkie swoje motywacje i przez to, że jedną z nich jest „obrona swojego honoru (plus honoru wszystkich Hermesiątek, którego na dobrą sprawę posiadają bardzo mało)”, to jednak postanowił z niczego nie rezygnować, choć to byłoby lepsze dla jego zdrowia psychicznego.
Fioletowe włosy, błyszczący gladius u pasa i ściskany pod pachą pluszak nie wyróżniają się na tle innych obozowiczów tak bardzo, jakby chciała Weronika i Niketas, więc chłopakowi chwilę zajmuje dostrzeżenie zmierzającej do lasu dziewczyny (tak długo, że aż musiał skoczyć do jej domku, żeby zapytać o nią jakiegoś załamującego się nad szachownicą dzieciaka). Na szybko próbuje ocenić sytuację, rozpędzając silniczki swojego analitycznego umysłu ścisłowca. Opuściła domek, w którym czekała na kolejnych naiwniaków, którzy zgodzą się być przydupasami wielkiej arystokratki, córki wspaniałej bogini Ateny, której należy się cały świat i jeszcze trochę. Chłopiec zadaje sobie szybkie pytanie pomocnicze, czemu niby miałaby to robić. Odpowiedź znajduje sie sama, bo co mogłaby robić wspaniała fioletowowłosa grupowa, jak nie bawić się w Sherlocka (Niketas nie ma pojęcia, czy Rosjanie mają jakiegoś swojego ultra popularnego detektywa), któremu wciąż brakuje Watsona.
Niketas poprawia okulary. Włosy również. Zerka w swoje już bezużyteczne notatki, bo ta rozgrywka wymaga ciągłego dostosowywania się do prędko zmieniającej się sytuacji. Może właśnie przeżyłby załamanie i stwierdziłby, że znalazł się na pozycji przegranego (co jest poniekąd prawdą, zważywszy na to, że o istocie śledztwa wie znacznie mniej niż Weronika), gdyby nie fakt, że właśnie do takich rzeczy został stworzony. Do rzeczy wielkich, w których może wykazać się pełnią swoich umiejętności.
Aktualnie pełnią jego umiejętności będzie dostanie się do lasu przed Weroniczką, zmierzając do niego okrężną drogą. Po co ona tam idzie, to on nie ma pojęcia, ale pluszak i ściskany w dłoni notes pokrętnie dają mu kilka wskazówek. Sherlockuje, to jasne, ale sherlockować może po całym Obozie, nie tylko w lesie. Gdy wokół niego świszczą wymijane gałęzie, Niketas oczami wyobraźni próbuje dokładnie rozrysować sobie całą sytuację, ale ciągle odkrywa kolejne dziury logiczne. Przyznanie przed samym sobą, że ma za mało informacji, żeby wszystko sobie dodedukować jest jednak dla niego zbyt uwłaczające.
Zanim Weronika wychodzi spomiędzy drzew, chłopakowi udaje się nawet uspokoić oddech i nonszalancko oprzeć o pobliski pień. Szorstka kora wbija mu się w plecy, ale on bohatersko wytrzymuje tę niedogodność.
– Co ty tutaj robisz? – pyta, ale Niketas nie jest w stanie stwierdzić, czy brzmi na zaskoczoną, czy bardziej na dziwnie podejrzliwą.
– No, śledztwo robię – blefuje, a jakąkolwiek niepewność maskuje szerokim uśmiechem przyklejonym do twarzy. Przeczesuje włosy, trochę rozczochrane przez wiatr towarzyszący mu podczas poruszania się z prędkością około piętnastu metrów na sekundę. – Nie tym mieliśmy się zająć, paniusiu?
– Гусь свинье́ не това́рищ – dziewczyna prycha gniewnie i unosi podbródek, swoim zwyczajem zgrywając dzianą pannę, przy której on jest zaledwie brudnym bezdomnym. – Gęś nie jest przyjaciółką świni.
– Przez różnice gatunkowe byłoby to całkiem trudne, Werciu. – Najwyraźniej to błędna odpowiedź, bo grupowa jedynie jeszcze bardziej zadziera nosa i posyła chłopakowi ironiczny uśmieszek. Zaplata ramiona na piersi w bojowniczej pozie (pluszowy miś smętnie zwisa przy jej boku, trzymany za sponiewieraną tylną łapkę) i chyba próbuje dać mu do zrozumienia, że w myślach się z niego śmieje, ale jest na tyle żałosny, że nie chce tracić czasu na wypowiadanie obelg. On by takich wyzwisk z chęcią posłuchał, nawet zdążył się już wyprostować i przeczesać włosy, żeby sprawiać wrażenie godnego do walki przeciwnika.
– „Są ludzie, o których umyśle można od razu sądzić na podstawie ich głosu i śmiechu,” pisał Czechow – Weronika zaczyna jeden ze swoich wykładów, a Niketas nie potrafi powstrzymać się od suchego i krótkiego śmiechu, który najwyraźniej nie wywiera na dziewczynie żadnego wrażenia. – Ty jesteś właśnie takim człowiekiem – wytyka mu.
– Aha, i?
– Mnie nie oszukasz – cedzi Weronika. – Nawet nie wiesz, od czego zacząć. Miejsca zbrodni nie widziałeś, chłopaczku.
– Ta? – Niketas wykorzystuje swoją wspaniałą umiejętność unoszenia jednej brwi. – To czemu niby tutaj jestem?
Gdyby znał jakieś fajne cytaty, to sam by się pochwalił jakąś mądrością o przebiegłości i byciu lisem, docieraniu przez to do celu i tak dalej, ale jego mózg woli zapamiętywać inne, bardziej przydatne sprawy. Na przykład sposób obliczania ciągu złożonego z dwóch innych ciągów. Albo wszystkie istniejące wzory na pole trójkąta.


Nika?
────
[1216 słów: Niketas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Raine CD Filemona — „Grzybiarze wcale nie są lepsi od Karen”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA IV

Raine już od dawna wie, że poradniki o zdobywaniu przyjaciół mogłoby pisać lekką ręką: jest w tym absolutnym mistrzem i właśnie po raz kolejny w swoim życiu się o tym przekonuje. Triumfalnie zjeżdża na parter, kompletnie nie przejmując się dziwnymi spojrzeniami, które posyłają mu ubrani w eleganckie garnitury i garsonki ludzie. Zapewne są to tylko współpracownicy Filemona – tylko, bo on nie wygląda na osobę, która ma wielu znajomych, straszliwie oschły typ, ale mimo tej lodowatej maski Raine widzi w jego sercu rzeczywiste, wciąż tlące się dobro. Inaczej by mu nie pomógł z tym kredytem, duh.
Zjechawszy na parter, jeszcze chwilę kręci się po lśniącej, białej podłodze. Jest przekonane, że dostrzega w niej swoje odbicie, nawet całkiem nieźle, jak w tafli jakiegoś mlecznego jeziora. Dopiero po paru minutach, może kwadransie wpatrywania się w podłogę, zbiera w sobie wystarczająco dużo odwagi, żeby wyjść przed budynek.
Ostatnio bywa tu całkiem często, bo codziennie orientuje się, że wciąż nie do końca rozumie, jak działają kredyty, więc wyrobiło sobie już rutynowy zwyczaj wkraczania do banku w celu zasypywania miłych pań za okienkami pytaniami o funkcjonowanie pożyczek, dopóki go stamtąd nie wykopują i każą przeczytać regulamin na swojej stronie internetowej. Jednak zazwyczaj jest tu tylko przy okazji albo przejazdem, w drodze do pracy. Przez okna autobusów wypatruje jadącego na rowerze Filemona, czasem postanawia chwilę przejść się pieszo, ominąć bank i przejść na kolejny przystanek, znowu wsiąść do autobusu i odjechać, wszystko po to, żeby spotkać na swojej drodze tego przemiłego mężczyznę. Czasem nawet ma przy sobie jakieś drobne podarunki, ale zazwyczaj albo nie widzi Filemona, albo o tych podarunkach zapomina, a one bardzo szybko zasilają armię śmieci i gruzu na dnie plecaków i toreb Raine.
Obserwując bank, szybko doszło do wniosku, że jeden bardzo podejrzany typ kręci się tam zdecydowanie za często. Możliwe, że nawet częściej niż Raine, co jest nie do pomyślenia – ono próbuje tu być rekordzistą, cholera jasna. Zaczęło więc czasem przyglądać się facetowi, który w myślach półboga bardzo przypomina postać z kreskówi: wiecznie w tym samym ubraniu, zawsze z tak samo ułożonymi włosami i trochę niepasujący do tła, jakby ktoś go wkleił do rzeczywistego świata w Photoshopie. Gdy przygląda mu się dokładniej, gdy mrużąc oczy próbuje dostrzec szczegóły rysów jego twarzy i odróżnić płaszcz od koszuli, to typ zlewa się jeszcze bardziej, niż kiedy wzrok półboga się na nim nie skupia. Kształty łączą się ze sobą albo dziwnie rozdzielają, coś miga, włosy się glitchują, a facet jakby zacina się w swoim rutynowym krążeniu wokół banku. Raine dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że to jest zupełnie niemożliwe. Nie można mieć słabego połączenia internetowego z rzeczywistością.
Dlatego postanowiło ostrzec Filemona. Nie na co dzień spotyka się potwory, które mają wokól siebie tak gęstą Mgłę, że nawet doświadczony przez lata obozowej praktycki heros nie jest w stanie jej przebić. Pewnie Raine musiałoby podejść bliżej, możliwe, że nawet wdać się w walkę, tylko po to, zeby wreszcie ustalić, czym ten podejrzany facet jest naprawdę. Prawdopodobnie nie stanie się to w najbliższym czasie, bo mimo swojej uroczej głupoty, Raine jeszcze nie ma ochoty na przedwczesną śmierć. W tej sytuacji najbardziej niepokoi go ignorancja Filemona, który chyba woli pewnego dnia umrzeć, tak po wyjściu z pracy, kulturalnie. Oceniając go po jego zachowaniu, to może nie miałby nic przeciwko, może właśnie o to mu chodzi, ale nieważne co, Raine powzięło sobie za cel go ochronić. Dziwnie to brzmi, gdy mowa tu o trzydziestoparoletnim mężczyźnie i ledwo dwudziestolatku, ale Raine jest właściwie całkiem bohaterskie i skuteczne w obronie ludzi, nawet jeśli tego po nim nie widać, a leczenie innych idzie mu jak krew z nosa.
Oczywiście, po wyjściu z biurowca, z bijącym głośno sercem, rozgląda się dookoła. Dziwnego typa nie ma nigdzie w zasięgu wzroku, więc Raine wzdycha z ulgą i, wciąż z duszą na ramieniu, kieruje się do najbliższego przystanku. W drodze szybko wyklikuje krótką wiadomość SMS do Filemona, żeby sprawdzić, czy na pewno dał mu właściwy numer. Jesli nie odpisze, to zadfzwoni, proste. Ma przecież powód.

– Mówiłem ci, żebyś nie dzwonił. – Jest pierwszym, co słyszy Raine, gdy po kilku niesatysfakcjonujących próbach, Filemon wreszcie odbiera telefon.
– Ale mi nie odpisywałeś – argumentuje grzybiarz, uśmiechając się do słuchawki jak głupie, bo wreszcie jego najnowszy przyjaciel odebrał, dzieki bogom. Już się bało, że ten szemrany facet go dorwał i tyle po nim. – Okej, ja jeszcze chcę tylko ci powiedzieć o tym potworze, dobra? Rano chyba spieszyłeś się do pracy i nie chciałeś mnie posłuchać, więc powiem ci teraz!
– Dzieciaku, ja nie mam czasu na leczenie wybryków twojego umysłu, do jasnej Anielki – mamrocze Filemon po drugiej stronie. – Zostaw mnie w spokoju i umów się na wizytę u jakiegoś psychologa chociaż, a nie próbuj wmówić ludziom, że twoje pieprzone halucynacje są realnym zagrożeniem.
– Przecież tez jesteś herosem, Filemon! – mówi Raine, gwałtownie gestykulując, choć mężczyzna nie może tego zobaczyć. – Słuchaj, serio, bo sytuacja nie jest fajna. Widuje to coś przed twoim bankiem tak często, że mnie samego to trochę mrozi w środku, rozumiesz? Mogłobym się zająć swoimi grzybami, teraz to je powinnom spryskać wodą i zmonitorować wzrost, okej? Ja mam inne rzeczy do roboty! Ale się o ciebie martwię, zrozum to, proszę!!! – tłumaczy i naprawdę stara się brzmieć poważnie, chociaż boi się, że zwyczajowa radosna nuta, praktycznie zawsze obecna w jego głosie, dla Filemona może zwiastować kłamstwo. Ile ono się musi napracować, żeby mężczyzna w ogóle zorientował się o grożącym mu śmiertelnym zagrożeniu, to powinno być nielegalne! Ktoś cię ostrzega, że umrzesz, tylko debil może reagować tak jak- Raine nie będzie nawet w myślach nazywać swoich przyjaciół idiotami. Jeszcze nie zniżyło się do takiego poziomu.
Filemon nie odpowiada przez długą chwilę. Raine kilka razy woła do niego „halo”, aż zdaje sobie sprawę, że musiał się rozłączyć dobre kilka minut temu. Tłumaczy to sobie tym, że pewnie jest zajętym trzydziestoparoletnim mężczyzną, który na głowie ma już dom, dzieci i żonę albo męża, albo osobę małżonową, nieważne. W każdym razie, pewnie ma swoje bardzo ważne i bardzo interesujące życie, w które Raine musi się dopiero wgryźć, zanim będzie mogło rzeczywiście nazywać się przyjacielem Filemona. A zacznie się tak nazywać z dumą, jeszcze wszyscy zobaczą, że Raine jest w stanie zaprzyjaźnić się z nawet tak zaciętym gnojem, jakim jest Filemon.

Raine kontynuuje swoją obserwację banku. Nie nazwałoby tego stalkingiem, bo w końcu chodzi o sam bank, a nawet bardziej o to, kto się wokół tego banku kręci. Teraz już zawsze, gdy tylko znajduje się w okolicy, dostrzega sylwetkę tego podejrzanego, dziwnego typa. Nietrudno go rozpoznać, chociaż czasem trudno dostrzec. Wzrok Raine chce się po nim prześlizgiwać, jak po jakimś bardzo nieważnym szczególe tła, jednym z wielu śmieci zalegających na chodnikach albo zupełnie nieistotnym gołębiu. Gdy Raine wreszcie udaje się skupić swoje spojrzenie na facecie, to szybko zaczyna boleć go głowa, a świat miga przed oczami. Myśli sobie, że jest coraz gorzej. Sytuacja powoli zaczyna wymagać półboskiej interwencji, bo podejrzany typ zaraz samym swoim istnieniem wydrze dziurę w czasoprzestrzeni.
Nie ma już czasu na puste ostrzeżenia i obietnice ochrony. Raine bierze głęboki wdech, potem wydech, potem znowu wdech i znowu wydech, bo nie może zapomnieć o oddychaniu. Wyciąga swój gladius, a raczej pluszowy breloczek grzyba, w którym jest ukryty. Zawsze ma tego grzyba przypiętego do paska spodni na zielonym karabińczyku, dzięki czemu jest w stanie odróznić go od miliona podobnych breloczków. Inaczej pewnie musiałoby przez parę minut poszukać swojego miecza, zanim byłoby w stanie dzielnie dzierżyć go w dłloni i pokonać cokolwiek pojawi się na jego przepełnionej pułapkami pólboskiej drodze życia.
Przełyka ślinę, gotowe do napaści. Do zrobienia rozróby w biały dzień. Gdzieś w oddali dostrzega zmierzającego do pracy Filemona, jak zawsze jadącego na rowerze. Odnotowuje to jako dodatkowe posiłki, gdy jednak sobie nie poradzi z tym jednym potworem. Dzięki temu czuje się trochę pewniej, gdy wreszcie podchodzi do podejrzanego mężczyzny w podejrzanie długim płaszczu i podejrzanie migającej twarzy, która nie ma konkretnych rysów. Otwiera usta, żeby się z nim wesoło przywitać, ale zamiast tego z jego gardła ucieka okrzyk zaskoczenia.
Mężczyzna momentalnie zaczyna się zmieniać. Przeobrażać. Rosnąć. Tworzyć sobą groteskowy obraz prosto z horroru.
Raine ma ochotę uciekać, ale jest już za późno. Poprawia swój chwyt na rękojeści. Z do bólu zaciśniętymi zębami, rzuca się do desperackiej próby ataku.


Filemon?
────
[1353 słowa: Raine otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Od Havu CD Judasa — „What can the damned really say to the damned” [AU Event]

Poprzednie opowiadanie

Wampiry AU

TW: morderstwa, krew

Obecność Judasa zawsze przynosiła ze sobą niespokojną atmosferę. W powietrzu unosił się zapach, który przyciągał kobiety, a mężczyzn dusił. Duchowny zawsze wykorzystywał to na swoją korzyść, zapraszając młode oraz stare panny do rozmów, do tańców czy do wspólnej kolacji, podczas której nie omieszkał się dotykać je po policzkach, jak stary flirciarz. Havu zawsze przewracał oczami na ten widok. Nie mógł zaakceptować obecności Judasa w tym mieście. Czuł, że jest obcy. Nie należał do tej społeczności. Nie należał też do tego kraju, bo około rok temu przypłynął tutaj najpierw statkiem, a potem przyjechał starym parowozem do miejscowości oddalonej piętnaście kilometrów od St. Jones.
Tego dnia kołnierz koszuli zaciskał się bardziej na jego szyi. Co chwila wkładał palce między materiał, starając się poluźnić to, co go nie chciało puścić, ale nie dawał sobie z tym rady; ciasno zawiązany krawat już zdążył rozluźnić, ale nie zmniejszało to dyskomfortu. Czuł się jak ofiara chwycona przez boa dusiciela.
Mogło go tutaj dzisiaj nie być. Mógł być gdzieś, gdzie czuł się swobodnie, z ludźmi, z którymi kochał rozmawiać. Zamiast tego siedział przy stole z obcymi mężczyznami, którzy dyskutowali o swoich biznesach Nudziły go takie rozmowy. Nic z nich nie wyciągał i też rzadko kiedy w nich aktywnie uczestniczył. Obiecał jednak Judasowi, że się zjawi. Nie mógł mu odmówić — w końcu duchowny obiecał swoją pomoc.
— Młody, przed tobą stoi wielka firma. Wielkie pieniądze. Dlaczego nie chcesz pomóc staruszkowi?
Mężczyzna, który do niego mówił, był spasiony jak świnia tuczona na wielką imprezę, włosy miał przerzedzone, same zakola tak duże, że lepiej wyglądałby zgolony na łyso, a ust buchał okropnym smrodem dawno niemytych zębów.
— Nie twój interes. — Wyciągnął z kieszeni marynarki zapalniczkę oraz pudełko papierosów. W towarzystwie zawsze wszyscy palili, dmuchali sobie gęstym dymem w twarze. Często na stołach stały również kryształowe szklanki z whisky oraz lodem. Zabawa dla bogatych facetów, którzy robili wszystko, żeby tylko nie pomagać żonie w opiece nad dziećmi.
— Twój ojciec bardzo cię kocha. — Mężczyzna strzepnął popiół na ziemię i wyszczerzył się w nieszczerym uśmiechu krzywych zębów. — Musisz poprawić swoją reputację.
Havu nie odpowiedział. Zaciągnął się dymem i pozwolił mu chwilę penetrować płuca, zanim wypuścił szary obłok prosto w twarz siedzącego naprzeciwko staruszka. Tutaj nikt się nie obrażał za podobne gesty.
— Richard ma rację — wtrącił się do rozmowy inny mężczyzna. Był schludniej ubrany, ale śmierdział tak, jak cała reszta. — Miasto nie zapomina. Miasto ma oczy i uszy.
Havu dopalił papierosa, po czym wcisnął niedopałek do stojącej na środku stołu popielniczki. Podniósł się i bez żadnego „przepraszam” poszedł w swoją stronę, sam nie wiedział dokładnie dokąd, ale jak najdalej od zbyt wścibskich mężczyzn.
Wrócił do głównego pomieszczenia, okupowanego właśnie przez kobiety w długich sukniach i mężczyzn w niedopasowanych garniturach. Każdy z kolei zaczepiał jakąś damę. Jednym się to udawało, więc kończyli wtedy na kanapie złączeni w uścisku i pocałunku, a drudzy musieli radzić sobie z porażką, wypijając do dna kolejną szklankę zimnego whisky.
Podszedł do jednej kobiety, stojącej akurat pod ścianą. W smukłej dłoni dzierżyła równie smukły kieliszek z resztą białego wina. Próbowała własnie pozbyć się pijanego mężczyzny, który nie potrafiąc utrzymać się na równych nogach, łapał kobietę za skrawki materiału sukienki i do siebie przyciągał.
— Zabieraj łapy. — Havu dosyć brutalnie odtrącił od kobiety napastnika. Mężczyzna zatoczył się do tyłu i uderzył o pobliską ścianę. Nie interesowało go, czy nie robił sobie głowy. Chciał jak najszybciej stąd zniknąć.
Lisa, bo tak nazywała się kobieta, z uśmiechem pozwoliła się wyprowadzić na zewnątrz. W nocy ogród nie wyglądał tak pięknie, jak otulony złocistymi promieniami słońca, ale Havu wciąż uważał, że miał w sobie pewien wdzięk.
— Skończyłeś rozmowy biznesowe? — zapytała, unosząc kieliszek do ust. Czerwona szminka zostawiła ślady na cienkim szkle.
— Można tak powiedzieć.
Rozmowa nie powinna się skończyć o tej godzinie, ale Havu nie miał już cierpliwości do tych mężczyzn. Każdy z kolei był coraz gorszy, zadawał coraz więcej pytań i schodził na tematy, które nie powinny ich interesować. Już nie chciał myśleć o tym, że przyszedł tutaj tylko ze względu na Judasa, a pół wieczoru spędził sam ze sobą w ewentualnym towarzystwie Lisy, kiedy akurat nie miała żadnego nachalnego klienta.
— Nie musimy utrzymywać kontaktu. — Lisa odwróciła głowę, lustrując spojrzeniem schowany w ciemności ogród. Oparła się o drewnianą tarasową barierkę i westchnęła. — Jestem tylko prostytutką. Nikim więcej. Jeśli chcesz zdobyć uznanie, to nie powinieneś więcej ze mną rozmawiać.
— Ale ja nie chcę żadnego uznania. — Podszedł do niej. Stali oparci o balustradę, wpatrując się w kwiaty, których nie można było dostrzec nocą. W dzień byłoby naprawdę pięknie. — Nie potrzebuję żadnego uznania i tak samo nie potrzebuję firmy ojca. Jestem tutaj nie dlatego że chciałem, ale dlatego bo musiałem.
Lisa dopiła resztę wina, oddała Havu pusty kieliszek i wróciła bez słowa do środka. Wiedział, że jeśli zaraz czegoś nie zrobi, to może stracić przyjaciółkę. Jedyną i najlepszą, która nie traktowała go jak zwykłej taniej siły roboczej. Havu nie interesował się statusem społecznym. Nie mógł tak po prostu pozwolić jej odejść i przestać z nią rozmawiać tylko przez pryzmat tego, co w życiu robiła. Lisa nie miała wyboru. Żadnego. Była do tego zmuszona przez rodzinę, oddała całe swoje dotychczasowe piękne życie na rzecz uwolnienia się spod toksycznych wpływów matki oraz ojca. Samotnie wychowywała młodszą siostrę i pracowała ciężej niż niejeden z tych obrzydliwie bogatych facetów.
Zostawił kieliszek gdzieś na zewnątrz i wrócił do środka. Tam spotkał Judasa. Czekał na niego, jakby wiedział, gdzie wyszedł i jak długo będzie rozmawiać z Lisą.
Przełknął ślinę i podszedł do mężczyzny.
— Załatwiłem to, o czym wcześniej rozmawialiśmy — powiedział z dziwnym spokojem. Na twarz wkradł mu się delikatny uśmiech. — Może przejdziemy w bardziej ustronne miejsce?
Havu poczuł się nagle zagrożony. Nienawidził rozmawiać z Judasem w miejscach, do którego nie miały w razie czego dostępu osoby trzecie. Nie mógł się jednak nie zgodzić — poczuł się na tyle sparaliżowany i odcięty od własnego ciała, że bez żadnego słowa poszedł za mężczyzną.
Przeszli do pokoju, który czasem służył jako pokój zabaw dla mężczyzn. Spotkania obywały się w różnych miejscach, ale zawsze zaglądały do nich kurtyzany, widzące możliwości zarobku. W końcu żaden z tych facetów nie był wierny żonom i chętnie puszczał się za parę dolarów.
To spotkanie urządził Richard, mężczyzna, z którym Havu jakiś czas temu rozmawiał. Pan Richard Smith miał bardzo dużo pieniędzy i również bardzo dużo ciekawych posiadłości, które mógł wykorzystywać w dowolny sposób. Ten cały budynek działał jednocześnie jako kasyno, miejsce spotkań biznesowych, bar oraz dom publiczny, ale to ostatnie raczej tylko działało przy specjalnych okazjach, a nie na co dzień.
— Słyszałem, że nie dogadałeś się z panem Smithem. — Judas podszedł do komody i przejechał po niej dłonią, jakby chciał ocenić, czy ktoś tu jeszcze sprząta. — To mi trochę utrudniło pewne sprawy.
— Trudno — odburknął. Nie interesowały go rozmowy biznesowe, a Judas o tym doskonale wiedział. Nie będzie się w kółko dawać wykorzystywać. — Powiedziałem ci, że nie chcę tutaj przychodzić, a ty mnie do tego zmusiłeś. Nie mogłeś sam tego załatwić? Czy może chciałeś, żebym patrzył, jak obściskujesz czyjeś żony?
Judasowi nie spodobał się ton Havu. Zostawił w spokoju komodę i podszedł do młodszego od siebie mężczyzny. Dzieliło ich może dwadzieścia lat.
— Przeszkadza ci to?
— A tobie nie? — Skrzywił się, nie mogąc już dłużej ukrywać swojego obrzydzenia. — Jesteś duchownym. Księdzem. Nie wiem, nie interesowało mnie to nigdy, a na dodatek masz swoją kobietę. Nie jest ci wstyd, Judas?
— Lubię ładne kobiety — przyznał. — Ale nie tylko kobiety.
Havu zrobiło się słabo. Chciał wyjść, ale szybko się zorientował, że drzwi zostały zamknięte na klucz. Jakimś sposobem, którego nie rozumiał; bo przecież nie widział, żeby Judas je zamykał i sam też tego nie zrobił.
— Nie chcę cię skrzywdzić — kontynuował. — Ale nie mogę patrzeć na to, co robi twój ojciec. Dlaczego nie dasz sobie pomóc?
— Kim ty jesteś, żeby mi pomagać?
Judas do niego podchodził, a Havu się cofał. Pokój nie był zbyt duży, więc za chwilę spotka się plecami ze ścianą i nie będzie miał już żadnej drogi ucieczki.
— Uważam, że jest coś w tobie niezwykłego.
— O czym ty mówisz?
— Nie czujesz tego samego?
— Daj mi stąd wyjść. To ty zamknąłeś drzwi? Muszę porozmawiać z kimś. — Pot zaczął zbierać mu się na czole. Dawno nie czuł się aż tak osaczony. Zastraszony. Brakowało mu słów, by opisać to uczucie.
— Z kim? — Judas delikatnie się uśmiechnął. Wciąż sprawiał pozory delikatnego, miłego duchownego, któremu zależy tylko na wspólnym dobru. — Z tą kurtyzaną?
— Ona nic złego nie zrobiła. To dobra kobieta.
— Och, Havu, masz większe standardy, niż ona.
— Jest tylko przyjaciółką. — Gorączkowo spoglądał w kierunku drzwi. Nie miał klucza, żeby ich otworzyć. Jak miał uciec? Wyskoczyć przez okno? Znajdowali się właśnie na pierwszym piętrze. Nie miał pewności, czy sobie czegoś nie połamie.
Judas odpuścił. Zamek w drzwiach otworzył się ze szczękiem, a Havu od razu do nich podbiegł. Znowu uciekł, ale Judas tym razem wiedział, że na pewno nie na długo.
 
Następne spotkanie było jeszcze gorsze. Havu nie mógł dogadać się z nikim, bo każdy kolejny facet okazywał się większym dupkiem od poprzedniego. Judas za to starał się prowadzić pokojowe rozmowy i całkiem dobrze mu szło. Może do momentu, aż jeden nie postanowił do zdenerwować, dotykając czułego punktu.
— Masz bardzo piękną żonę, Cohen. Gdybym mógł, to już dawno bym się z nią zabawił — mówił rozmarzonym tonem. — Może mi pozwolisz, co? Na jedną noc?
Judas nienawidził, kiedy ktoś dobierał się do jego kobiet. Uniesiony emocjami i złością zaprosił mężczyznę na spotkanie w ogrodzie, gdzie brutalnie go zabił. Nikt nie dowiedział się, dlaczego umarł. Wszystko zostało upozorowane na samobójstwo.
Havu miał podejrzenia, ale nie miał też odwagi, by skonfrontować duchownego. Pozwolił się zabrać na jeszcze jedno spotkanie, gdzie obydwoje pili kieliszek po kieliszku, śmiejąc się i rozmawiając o wszystko, tylko nie o biznesie.
Judas siedział na kanapie, a obca kobieta opierała się o jego ramię. Miała piękne, bujne włosy. Wyglądała jak arystokratka i Havu wcale nie byłby zdziwiony, gdyby się okazało, że to córka jednego z miastowych bogaczy.
Sam siedział na fotelu obok i palił papierosa. Nie mógł oderwać wzroku od mężczyzny, który pozwalał sobie na flirt z obcą kobietą. Myślał o tym, jakim jest cholernym idiotą. Miał żonę. Podobno szczerze ją kochał, ale na spotkaniach zawsze obcował z innymi. Chociaż nigdy nie posuwał się do niczego więcej, jak pocałunki, to Havu wciąż uważał go za niegodnego zaufania mężczyznę.
— Elizabeth, chciałabyś pójść gdzieś, gdzie nie będzie tych wszystkich pijanych łajdaków? — zapytał.
Kobieta zamruczała. Judas uniósł wzrok i skrzyżował spojrzenie z siedzącym naprzeciwko Havu. Rudowłosemu podeszło serce do gardła. Był trochę wstawiony, ale oczy Judasa były odrealnione. Hipnotyzujące.
— Chodź, pomogę ci wstać.
Wstali razem. Judas trzymał kobietę za jej drobną dłoń, a Havu patrzył na ich splatające się palce. Robiło mu się słabo.
— Havu? — Spojrzał na mężczyznę raz jeszcze. — Pozwolisz z nami?
Poszedł. Co innego miał zrobić, jak nie ulec wpływowemu, charyzmatycznemu facetowi o posturze godnej największego bogacza, do którego lepiły się kobiety, jak muchy do miodu?
Mieszkanie Elizabeth było bardzo ładnie urządzone; jak małej arystokratki, która od narodzin była rozpieszczana przez rodziców. Nikogo oprócz niej nie było w mieszkaniu. Mieli wszystko dla siebie.
Judas usiadł z Elizabeth w salonie, obejmując ją tak, jakby już byli parą. Havu stał w progu i nietrzeźwym już spojrzeniem próbował zrozumieć, co się właśnie dzieje.
— Usiądź z nami — poprosił, na co Havu przystał.
Usiadł znowu jak wcześniej, naprzeciwko pary. Patrzył na nich dłuższą chwilę w milczeniu. Obserwował, jak Judas obejmuje w pasie Elizabeth, odgarnia z jej twarzy długie kosmyki włosów. Zaraz po tym kobieta sama zaczęła ściągać swoją suknię, najpierw zrzucając na bok bolerko, a później rozpinając guziki na piersi.
Havu mrużył oczy. Nie mógł oderwać wzroku. Coś, albo też ktoś, podświadomie kazało mu na to patrzeć. Miał obserwować ich ruchy, podążać za dłońmi, które nawzajem eksplorowały swoje ciała. Miał śledzić usta, które zaraz się zjednoczyły w głębokim pocałunku.
Judas wyciągnął dłoń ku Havu. Kątem oka patrzył na rudowłosego. Kąciki ust mężczyzny uniosły się, kiedy Havu chwycił dłoń duchownego i usiadł obok.
Może nie powinien się na to godzić. Może powinien uciec jak najdalej, wyjechać z tego miasta, zapomnieć o więzach rodzinnych oraz o relacji, która łączyła jego oraz Judasa. Stracić to wszystko. Spalić. Zakończyć.
Elizabeth objęła Havu. Smukłe palce kobiety zaczęły głaskać jego kark. Czuł, jak zaczyna powoli wkradać się między kosmyki włosów; jak za nie pociąga, nie pozwalając mu już uciec. Przyciągała go do siebie, a Judas siedział obok i to obserwował. Havu mógł poczuć dyskomfort, ale z jakiegoś powodu chciał być obserwowany. Cała ta sytuacja była surrealistyczna, nierealistyczna, jakby właśnie śnił.
Najpierw delikatnie pocałowała mężczyznę, a później ugryzła w dolną wargę. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że jej do tego nie potrzebuję. Elizabeth była tylko punktem zapalnym. Była zapałką, której główka była pocierana o krzesiwo, by zbudzić ogień.
W pewnym momencie zasnęła. Jak na pstryknięcie palców wróżki, której nie dało się zobaczyć. Osunęła się na kanapę.
Havu odetchnął z bólem. Próbował się w tym momencie przebudzić, sprowadzić sobie na właściwy tor, ale został brutalnie przyciągnięty przez siedzącego obok mężczyznę. Judas był niezwykle zdecydowany w swoich ruchach — jakby od dawna o tym marzył i planował — więc nie mógł nawet się bronić, bo nie potrafił przyjąć defensywnej postawy w obliczu kogoś tak agresywnego.
Pozwolił się przycisnąć do oparcia kanapy. Pozwolił się zdominować, tak jak pozwalały na to kobiety, które nie miały innego wyjścia, jak oddać swoje ciało w usługi.
— Nie przejmuj się — mówił, odgarniając rozczochrane włosy z czoła Havu. — Zasnęła. Niedługo się obudzi.
— Ty to zrobiłeś? — zapytał słabo. — Kim jesteś? A może raczej: czym jesteś?
Oczy Judasa zabłyszczały. Uśmiechnął się niewinnie, jak za każdym razem, gdy się spotykali.
— Niedługo poznasz prawdę.
Tymi słowami ucieszył Havu zamykając jego usta w pocałunku. Nie został o dziwo odrzucony, jak mu się wydawało, że zostanie potraktowany, a wręcz czuł się przyciągany. Havu się poddał. Pozwolił się rzucić na podłogę. Pozwolił też na to, by unieśli się w powietrzu, tracąc grunt pod nogami. Pozwolił się także rozebrać, obnażając się całkowicie przez wygłodniałym duchownym.
Nie zastanawiał się, dlaczego tak się działo. Nie chciał słyszeć wytłumaczenia na to wszystko — uznał, że lepiej byłoby żyć w niewiedzy. Już i tak podpisał pakt z diabłem, i ten diabeł szybko nie odpuści jego głowy.
 
Przez kolejne dni słyszał tylko głos Judasa. Odbijał się echem w jego czaszce. Budził w środku nocy. Błagał o ponowne spotkanie, na co on nie odpowiadał i usilnie starał się ignorować. Został opętany przez diabła w przebraniu księdza.
Wieczorem zjawił się pod kościołem. Miał nadzieję, że nie spotka w środku mężczyzny. Wiedział, że pracował w niektóre dni, więc dzisiaj nie powinien go zastać.
Wszedł do środka. Od razu myśli w jego głowie stały się głośniejsze. Krzyczały. Wrzeszczały. Chciałby go zatrzymać, ale on to ignorował, idąc dalej. Znalazł zamiatającego podłogę księdza.
— Pomóż mi — wyszeptał słabo. Nigdy nie przypuszczał, że będzie prosić o pomoc w takim miejscu. — W mojej głowie jest diabeł. Pomóż mi, proszę.
— Młody człowieku, co się stało? — Oparł miotłę o ścianę. — Wyglądasz słabo.
Havu, gdyby już do końca chciał się upokorzyć, padłby na kolana.
— Pomóż mi — odpowiedział tylko.
Ksiądz, jako że nie mógł odmówić bliźniemu w potrzebie, zaprowadził Havu do konfesjonału. Zajął swoje miejsce i zaczął wysłuchiwać spowiedzi. Z każdym kolejnym wypowiadanym przez Havu słowa, co uderzało o drzwi kościoła. Waliło najpierw pięściami, a później czymś cięższym, jakby drzewem. Havu się zatrząsł. Nie mógł skupić się na wypowiadanych słowach przez hałas, uczucie strachu i bezsilności. Głos w jego głowie krzyczał coraz głośniej, o ile było to fizycznie możliwe. Rozmazywał mu wzrok. Ogłuszał. Nie wiedział w pewnym momencie, czy dalej wymawia jakiekolwiek słowa.
Uderzenia ucichły. Havu trząsł się na całym ciele.
Drzwi puściły. Do środka wpadł nieproszony gość. Wyciągnął z konfesjonału księdza i rozszarpał na oczach wystraszonego Havu. Oderwał głowę, wydłubał oczy i wyciągnął na żywca wciąż gorące wnętrzności. Posadzka kościoła spowiła krew. Tryskała na wszystkie strony, brudząc napastnika oraz niewinnego Havu.
— Czym jesteś? — wydukał.
Judas rzucił ciało na ziemię. Zlizał z dłoni świeżą krew i się uśmiechnął. Pierwszy raz jego oczy wyglądały inaczej. Paznokcie nie były już tak ładnie przycięte, a tworzyły ostre pazury jak u dzikiego zwierzęcia. Z ust natomiast wystawały charakterystyczne kły.
— Musisz być ze mną na zawsze.
— A jeśli odmówię? — zapytał słabo.
— Zabiję cię.
Havu nie chciał odmawiać. Nawet o tym nie myślał. Skoro został już przeklęty przez samego diabła, to pójdzie w jego odjęcia i zostanie w nich do końca swojego życia; albo końca świata, bo nie wiedział, czy kogoś takiego jak Judas da się w ogóle zabić.
Judas wytarł dłoń o marynarkę. Wyciągnął ją do Havu, a Havu ją mocno ścisnął. Podniósł się i poszedł z Judasem prosto w stronę ołtarza, tak, jak prowadzi się pannę młodą do pana młodego.
— Zrób to. — Puścił jego dłoń. — Szybko.
— Będzie bolało — ostrzegł. — Umrzesz, ale zaraz wrócisz do życia. — Podciągnął rękaw koszuli, odsłaniając swoją rękę. — Nie będę mógł nic zrobić. Nie uśmierzę tego bólu.
— Rozumiem.
Pocił się. Z każdym kolejnym wypowiadanym słowem. Z każdą kolejną chwilą, jaką musiał odczekać. Trząsł się na całym ciele.
Judas zbliżył się do niego. Stanął tak blisko, że Havu mógł wyczuć metaliczny zapach krwi. I wtedy odgarnął rude loki, odsłaniając kawałek skóry szyi. Wgryzł się za jednym zamachem, delikatnie, bojąc się, że go uszkodzi. Havu zachłysnął się po raz ostatni powietrzem, zacisnął palce na ramionach Judasa. Z każdą kolejną sekundą umierał. Judas wysysał z niego życie. Ostatnie krople krwi, które mogły podświadczyć, że był zwykły, niewinnym człowiekiem.
Zrobił się cały siny na twarzy. Palce u dłoni przestały tak mocno zaciskać się na ramionach wampira. Nie czuł niczego. Ani bólu, ani strachu, ani entuzjazmu. Był naczyniem, z którego wylano całą wodę.
Opadł bezwładnie na posadzkę pod ołtarzem. Zanim jednak do końca umarł, Judas wgryzł się we własne ramię i pozwolił Havu zlizać pierwsze krople jego krwi. Mężczyzna zaraz przywarł do ręki, jak do butelki z wodą i pił. Pił, jak spragnione zwierzę. Jak potwór, który do tej pory nie miał miejsca, by się wydostać.
Słyszał szum. Dudniło mu w głowie. Z każdym kolejnym łykiem dudnienie stawało się coraz głośniejsze. Uświadomił sobie, że to, co słyszał, było jego sercem, które na nowo odzyskiwało rytm.
Zmęczony Judas upadł. Nie miał jak się zregenerować. Minęło wiele lat, odkąd ostatnim razem pozwolił komukolwiek napić się jego własnej krwi. Havu natomiast siedział obok, patrząc się pustym wzorkiem na krwawe pobojowisko, które pozostawił po sobie duchowny. Z ust ściekała mu gęsta krew. Brudziła świeżo wypraną koszulę i spodnie, które dostał kiedyś od ojca.
Musieli to spalić. Pozbyć się kościoła. Dowodów.
 
Havu długo nie mógł się pozbierać. Całe dnie siedział w ukryciu w mieszkaniu Judasa i bał się wyjrzeć nawet na minutę z ciemnego pokoju. Nie wiedział jeszcze, co uczynił i na co się zgodził. Nie docierało do niego, że sprzedał własne życie i związał się na zawsze z takim mężczyzną.
— Musisz nauczyć się polować — powiedział pewnego razu Judas. — Zwykłe ludzkie jedzenie nie będzie dla ciebie już tak samo smaczne.
Nie mylił się. Ulubione ciasto smakowało mydłem. Ukochany makaron wymiocinami. Jedyne, czego potrzebował, to krew, ale krwi nie można było zdobyć bez zadawania komuś cierpienia.
— Odpuść mi — błagał. — Nie mogę zabijać.
— Nie będziesz na razie zabijać.
Na razie.
Havu musiał więc patrzeć, jak Judas w środku nocy zaciągał niewinnych ludzi w ślepe uliczki i pokazywał, w jaki sposób wgryzać się w ludzkie szyje.
Havu był jak niemowlak, który musiał nauczyć się mówić i chodzić. Rzucał się na ludzi jak zdziczałe zwierzę. Nie potrafił przegryźć skóry w odpowiedni sposób, więc ofiary często bardzo cierpiały, zanim ostatecznie umierały.
— Źle to robisz, kochany.
Judas zawsze ze współczującym wzrokiem oglądał poczynania Havu.
— Bądź delikatniejszy.
Z jakiegoś powodu Havu bardzo denerwował się na te komentarze i odpychał Judasa od siebie z dużą siłą. Jeszcze nie wiedział, jak wielką moc teraz posiadał. Jego odepchnięcie sprawiało, że odrzucał od siebie duchownego na paręnaście metrów.
 
Źle się czuł z tym wszystkim, a jeszcze gorzej z myślą, że nigdy nie zobaczy promieni słońca. Tęsknił za dniem, ale kiedy spróbował wyjść na zewnątrz, to szybko posmakował smaku gorzkiej porażki. Skóra na jego ramionach, karku i twarzy smażyła się na żywca. Płaty skóry odpadały na ziemię, a on, nie mając gdzie się schronić, wbiegł do czyjegoś mieszkania. Miał dużo szczęścia, że właściciel okazał się wyrozumiały i podarował mu trochę wody do picia, a nie wyrzucił na zbity pysk. Wtedy już na pewno by umarł. A potem pewnie zmartwychwstał w okropnych bólach.
— Wyjedź ze mną — zaproponował pewnego dnia Judas. — Już nigdy więcej nie zobaczysz na swoje oczy ojca. Pozbędziesz się problemu. Będziesz tylko ze mną.
— Nie mogę wyjechać — przyznał. — Nie chcę zostawiać Lisy.
— Kochasz ją?
— To przyjaciółka — tłumaczył mu już któryś raz. — To ty mnie przekląłeś, zmieniłeś w wampira i sprawiłeś, że już nigdy nie ucieknę, nie ona.
— Żałujesz tego?
— Nie. — Pokręcił głową. — Żałuję tylko, że już więcej nie zobaczę słońca.
Judas nie mógł powiedzieć tego samego. On ostatni raz słońce widział kilkanaście lat temu. Nie potrafił stwierdzić, bo liczby mu się przestawały zgadzać. Po prostu zaakceptował ten fakt, jak również parę innych rzeczy, które wiązały się z byciem wampirem.
 
Kiedy był sam, bez Judasa u swojego boku, miał problemy z opanowaniem swoich żądzy. Nie jadł od kilku dni. Ludzkie jedzenie przelatywało przez niego i nie dostarczało żadnych składników odżywczych. Głodził się. Patrząc na ludzi, widział tylko chodzące mięso, które chciałby rozszarpać i zjeść.
Judas miał wrócić za dwa dni. Do załatwienia zostały mu ostatnie formalności, a nie mógł jechać razem z Havu.
Havu miał tak naprawdę zostać w domu, ale nie mógł już wytrzymać samotności, więc wyszedł, szukając Lisy. W kilku domach publicznych kobiety nie zastał. Poszedł do jej prywatnego domu.
— Lisa? — zawołał w ciemność. Drzwi zostawiła otwarte. — Jesteś może?
Zaspana kobieta wyszła z cienia. Przetarła oczy i poprawiła pogniecioną koszulę nocą. W drugiej dłoni trzymała zaś świeczkę, która pozwalała jej, chociaż odrobinę oświetlić ciemne pomieszczenia.
— Co tutaj robisz o tej godzinie? — spytała zdezorientowana. — Powinieneś spać.
— Nie mogłem zasnąć — skłamał, bo prawdą było to, że przesypiał teraz całe dnie, a wybudzał się po zachodzenie słońca. — Co u ciebie?
Lisa chwilę nie odpowiadała. Wyglądała na zmartwioną.
— Wejdź, proszę.
Havu zamknął za sobą drzwi i poszedł za kobietą do salonu. Przez cały ten czas wpatrywał się w jej odsłoniętą szyję. Nie potrafił się powstrzymać. Nie umiał jeszcze panować nad tymi żądzami, a wszystko pogarszał fakt, że był wygłodniały.
— Chciałam ci coś powiedzieć. — Odstawiła świeczkę na stół. Uważała, żeby przypadkiem jej nie trącić.
Havu nie podszedł bliżej. Stał w bezpiecznej dla kobiety odległości. Czuł zbierającą się w ustach ślinę. Ciecz przedzierała się przez zęby, zaczynała uciekać z delikatnie uchylonych warg. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Od tej idealnej, gładkiej skóry szyi. Widział pulsujące tętnice. Czuł na języku metaliczny smak krwi.
— Słuchasz mnie? — Machnęła mu dłonią przed twarzą. — Mówiłam coś przed chwilą.
Havu pokręcił nerwowo głową. Wstyd było mu przyznać, że nie usłyszał ani słowa.
— Przepraszam, chyba jestem trochę zmęczony. — Uśmiechnął się słabo. — Nie sypiam ostatnio dobrze.
Lisa spojrzała na niego współczująco.
— Usiądź proszę.
Usiadł. Uległ jej dobrej woli i szybko tego pożałował. Kiedy znajdował się tak blisko kobiety miał wrażenie, że widzi każdą żyłę przebijającą się pod cienką warstwą skóry. Chciał jej dotknąć. Zacisnąć palce na szyi i powoli udusić, żeby nie cierpiała za bardzo, kiedy będzie z niej już wysysać krew.
W ostatnim momencie zorientował się, że naprawdę nad nią wisi i zaciska palce na jej szyi. Lisa z przerażeniem próbowała go z siebie zrzucić, ale była tylko drobną kobietą, która nie miała wystarczająco siły, by się obronić.
— Lisa — szepnął. — Lisa, ja nie wiem, co się ze mną dzieje.
Puścił ją i z przerażeniem podniósł się ze starego materaca.
— Tak bardzo się o ciebie boję — przyznała. W jej oczach zebrały się łzy. — Powiedz mi, co się dzieję. Chcę znać prawdę.
Nie mógł jej tego zrobić. Nigdy nie powie jej prawdy. Swoją tajemnicę będzie dusił w sobie do końca świata. Lisa była zbyt dobrą i wrażliwą kobietą, żeby mógł zdradzić jej ten paskudny sekret.
— Nie mogę. — Zaczął się wycofywać w kierunku drzwi. — Przepraszam, ale naprawdę nie mogę ci teraz powiedzieć. Przepraszam za to, co ci zrobiłem. Nie chciałem cię skrzywdzić.
Miał wrażenie, że się zaraz rozpłacze. Czuł się tak bardzo winny.
— Nie obwiniaj się.
— Nie wiem, co chciałem zrobić. Nie chciałem, żebyś przeze mnie cierpiała. — Zacisnął zęby. — Będzie lepiej, jeśli stąd pójdę.
Wybiegł z mieszkania targany nagłymi negatywnymi emocjami. Lisa jeszcze za nim krzyczała, starając się go zatrzymać. Nawet jeśli chciał do niej wrócić, to wiedział, że nie mógł sobie na to pozwolić. Tym razem udało mu się powstrzymać, ale co by się stało, gdyby został z nią minutę dłużej? Zabiłby ją?
Zamknął się w pokoju i długo nie chciał z niego wychodzić. Żołądek domagał się jedzenia. Ciało zaczynało odmawiać posłuszeństwa. Dopiero teraz do niego dotarło, że w tym stanie nie wytrwa i w końcu będzie musiał znowu spróbować ludzkiej krwi; bo tylko to go uratuje.
Judas wrócił następnego dnia. Havu zastał skulonego na podłodze.
— Co się stało? — zapytał, odkładając torbę pod ścianę.
— Chciałem ją zabić — wybełkotał. — Chciałem ją, kurwa, zabić.
Judas wiedział o kim mówił, ale nie dawał tego po sobie poznać. W głębi duszy żałował, że się powstrzymał i że kobieta imieniem Lisa dalej chodziła po tym świecie.
— Co dokładnie się stało?
Havu z trudem podniósł się do klęczek. Była to jedna z najbardziej żałosnych pozycji, w jakiej mógł się znaleźć.
— Chciałem ją zabić. Dobrze słyszysz. — Przetarł wierzchem dłoni oślinione usta. — Jestem głodny. Nie mogę się spotykać z ludźmi, bo myślę o nich, jak o jedzeniu.
— Nie chciałbyś może zabić własnego ojca?
Źrenice Havu nagle się rozszerzyły.
— Czy ty siebie słyszysz?! — uniósł się niespodziewanie. — Nie chcę zabijać bliskich mi osób!
— Rozumiem, że życie ludzi, których nie znasz się dla ciebie nie liczy?
Zacisnął zęby. Mocno. Do bólu.
— Pozwól mi coś zjeść.
Nie musiał dwa razy prosić. Judas podał mu rękę, a Havu jak zawsze ją chwycił. Jeszcze nigdy nie odrzucił dłoni mężczyzny.
Poszli razem do pobliskiego baru, w którym zaczepili jednego z mężczyzn. Udawali zainteresowanych jego małym biznesem, żeby tak naprawdę zaciągnąć go w ustronne miejsce i zabić. Judas tylko podawał Havu instrukcje, a ten nieumiejętnie zaatakował bezbronnego mężczyznę. Kiedy wgryzał się w jego szyję i wysysał krew myślał o tym, że właśnie mordował czyjeś dziecko, ojca oraz męża. Myślał o tym wszystkim, ale nie przestawał pić. Był głodny. Musiał jakoś ugasić głód i pragnienie.
— Nienawidzę cię.
Spojrzał na Judasa pełnym nienawiści spojrzeniem. Twarz miał brudną od krwi.
— Nienawidzę tego, co ze mnie zrobiłeś. — Podniósł się z klęczek. — Jednak tego wszystkiego żałuję. Nie chcę tak żyć. Zabiję się, rozumiesz?
Judas stał i niewzruszony tego słuchał. Wiedział, że zabić się nie mógł. Nie umarłby.
— Przyzwyczaisz się — powiedział zamiast tego. — Ten ból minie. Za jakiś czas zrozumiesz, jak wolnym człowiekiem cię uczyniłem.
Havu się skrzywił. Ze złością buzującą w żyłach podszedł do mężczyzny i go uderzył. Głowa Judasa odskoczyła na bok. Nie był wzruszony. Był wniebowzięty.
Uniósł słonie i chwycił w nie twarz Havu. Zirytowany mężczyzna próbował uwolnić się z uścisku, ale przecież nie był jednym obdarzonym. Judas także miał swoje moce.
— Nie ma stąd ucieczki — szepnął, przybliżając swoją twarz do twarzy rudowłosego. Ich nosy się ze sobą zetknęły. Havu zazgrzytał zirytowany zębami. — Nie uciekniesz od swojego przeznaczenia. Twoim przeznaczeniem jest bycie ze mną. Na zawsze.
— Zabijesz mnie, jeśli nie będę tego chciał?
— Wiesz, że nie. — Pogładził policzek Havu kciukiem. — Chcę, żebyś siebie zaakceptował. Swoje nowe życie.
— To nie takie łatwe. Nie, kiedy prawie zabijam swoją najlepszą przyjaciółkę, a później w środku nocy muszę zabijać niewinnego człowieka.
Judas pocałował go czule w czoło.
— Wszystkiego cię nauczę.
Spojrzeli sobie w oczy. Obydwoje teraz mieli identycznie tęczówki, zwężone źrenice. Judas uśmiechnął się, odsłaniając kły, a Havu przestał zaciskać zęby. Napięcie w szczęce i mięśniach ramion puściło.
Zamknął oczy i pozwolił Judasowi zlizać krew z jego ust i brody. Było to znacznie bardziej intymne niż zwykły pocałunek. To było jak ostatecznie zgodzenie się na związanie swojej duszy z duszą drugiego człowieka.
— Zrób coś dla mnie. — Odsunął się na moment. — Zabij swojego ojca.
— To mój ojciec.
— Przecież go nienawidzisz, prawda?
Słodki uśmiech Judasa był zawsze cholernie charyzmatyczny. Tym jednym uśmiechem udawało mu się zwodzić każdego, kto próbował mu się sprzeciwstawić.
— Co później?
— Wyjedziemy stąd — potwierdził swoje wcześniejsze słowa. — Pozwolę ci się pożegnać z Lisą zanim znikniemy stąd na zawsze.
— Nie możemy jej zabrać? — Havu próbował dyskutować, ale Judasa bardzo ciężko było namówić do czegokolwiek. — Oni zrobią jej krzywdę. Nie może zostać tutaj sama beze mnie.
— Mogę pokryć wszystkie koszta jej życia na tyle, żeby niedługo też stąd wyjechała.
Havu nie dopytywał skąd ma takie pieniądze. Zgodził się na ten pomysł bez zaprzeczeń, poniekąd akceptując swoje nowe życia, a poniekąd dalej się bijąc w piersi, że będzie musiał zagrzebać wszystko za sobą.
 
Z ojcem spotkali się obydwoje. Judas okłamał go, że udało mu się namówić Havu do przejęcia firmy, a rudowłosy udawał, że właśnie tak było. Kiedy mężczyzna się odwrócił Judas powalił go jednym uderzeniem w głowie. Robił to w taki sposób, o jaki prosił go Havu. Nawet jeśli był nieznośnym człowiekiem, to wciąż był jego ojcem i nie chciał, by zanadto cierpiał.
Nie zgodził się także, żeby Judas wypijał z niego krew. Uznał to za obrzydliwe, a Judas nawet nie dyskutował. Skinął głową i grzecznie wyszedł z mieszkania, które można było tak właściwie nazwać małym pałac. Havu ostatni raz postawił tutaj nogę. Ostatni raz spojrzał na kanapę, na której bawił się jako małe dziecko. Ostatni raz widział swojego ojca, którego na dodatek zabili. Ostatni raz spojrzał na schody, po których zbiegał jako nastolatek, kiedy uciekał z domu i wracał dopiero następnego dnia rano.
Do Lisy poszedł sam. W jednej dłoni dzierżył bukiet różowych róż, a w drugiej trzymał pudełeczko z pieniędzmi, które dał mu Judas.
— Och! — Lisa podskoczyła w drzwiach, kiedy zauważyła w progu Havu. — Wejdź!
Zaciągnęła go do środka, tym razem nie kwestionując godziny, w jakiej znowu do niej przyszedł.
— Wyjeżdżam — powiedział ze smutkiem. Podał kobiecie bukiet i pudełko. — Nie mogę dłużej zostać.
— Nie napijesz się czegoś? — Poszła po butelkę z wodą. — Proszę, zostań.
— Nie mogę. — Pokręcił głową. W głębi siebie dusił właśnie litry łez, którym nie chciał pozwolić wydostać się na zewnątrz. — Znalazłem dla siebie przyszłość w innym mieście. Na północy.
Chwyciła jego dłonie w swoje. Mocno ścisnęła.
— Rozumiem. — Uśmiechnęła się słabo. — Naprawdę.
— Będę pisał listy. Co tydzień — obiecał. — Zostawiam ci też trochę pieniędzy. Jeśli ty też stąd wyjdziesz, powiadom mnie jakoś. W najbliższym liście wyślę ci mój nowy adres.
Lisa pokręciła głową. Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała.
— Nie… nie możesz.
— Mogę. — Zaczął się powoli wycofywać. Nie wytrzymał dłużej spojrzenia kobiety na sobie. Jeśli stąd nie wyjdzie, to się rozpłacze, jak małe dziecko przed wyjazdem do babci. Tyle że on nie był ani małym dzieckiem, ani nie wyjeżdżał na wakacje do babci. — Trzymaj się, Lisa. Kocham cię.
Wyszedł z mieszkania i dopiero kiedy znalazł się na ulicy pozwolił sobie uronić jedną łzę.
Judas nie musiał o nic pytać, by wiedzieć, co się stało. Uznawał, że tak było lepiej. Czuł się poniekąd zazdrosny o Lisę.
— Co z twoją żoną? — zapytał, kiedy wracali razem do mieszkania, które Judasowi wypożyczyła bardzo daleko rodzina.
— Przeszkadza ci?
— Ty kazałeś mi zostawić Lisę i teraz mam pozwolić, żebyś miał ze sobą ukochaną żonę?
Judas się zawahał. Pierwszy raz, odkąd się znali.
— Mogę się jej pozbyć dla ciebie.
Havu nie wiedział, czy to tego właściwie chce. Nie wiedział, czy Judas go nie oszuka. Wolał zaprzeczyć i zaakceptować jej istnienie w swoim życiu, ale Judas za bardzo do siebie wziął ich związek dusz. Następnego dnia wypił krew własnej żony i pozostawił ciepłe jeszcze ciało na kanapie. Ubrał ją w najładniejszą suknię, jaką miała w szafie, na nogi wcisnął piękne obcasy, a na pożegnanie pocałował w czoło.
— Nie czujesz się z tym źle?
— Nie, kiedy mam ciebie — odpowiedział z dziwną szczerością. — Tylko tyle potrzebuję do szczęścia.

────
[5200 słów: Havu otrzymuje 52 Punkty Doświadczenia]

Od Vex CD Inez — „To nie wandalizm tylko kameralna posiadówka!!!”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Wydostanie się z Obozu nigdy nie było dla Vex jakąś wielką filozofią, więc na ulice San Francisco wychodzą całkiem szybko, chociaż w obliczu ciągłego szczebiotania Inez, czas mija znacznie wolniej. Wysłuchiwanie wypływających z jej ust kocopołów przyprawia Vex o ciągłe ziewanie i szukanie drogi ucieczki, dokładnie tak, jak czuje się na każdej lekcji matematyki, na której w życiu było. Całe szczęście, że nikogo nie obchodzi, czy pojawia się w szkole, ale teraz dostaje okropnych flashbacków. Chciałoby nigdy nie zgodzić się na to głupie wyjście na frytki i teraz w spokoju spędzać towarzystwo z samem sobą, farbą i powoli powstającym graffitti.
Ostatecznie nie odpowiada na pytanie o sosie. Inez nie bierze tego do siebie, zaraz zaczyna mówić o czymś kompletnie innym, może na chwilę się zawstydza swoim filozoficznym poodejściem do wyboru SOSU do FRYTEK i całkiem prawdopodobne, że w jej mniemaniu to powinno stać się nową metodą typowania osobowości. Vex, nawet jeśli to zauważa, to się tym nie przejmuje i kontynuuje swoje jak najrzadsze odpowiadanie, skupiwszy się na odnalezieniu jednego zew swoich ulubionych barów. Wyjście z labiryntu w San Francisco co jakiś czas zmienia swoją lokacje i przez chwilę Vex musi analizować zapisaną w jego pamięci mapę miasta, żeby wreszcie zorientować się, gdzie te głupie tunele Dedala ich wysrały. Każdy krok tylko upewnia go, że jego przewidywania są poprawne i całkiem szybko udaje im się zasiąść w barze, który idealnie oddaje osobowość Vex. Uwielbia tutejszego barmana, który na każdego wchodzącego klienta patrzy dokładnie tak, jak ono sobie wyobraża, że patrzy na ludzi. Spod byka, groźnie, ze zmarszczonymi brwiami. Stoi za barem w sposób, do którego Vex aspiruje, a nigdy nie będzie mogło go osiągnąć – nieważne, jak wielkie mięśnie sobie wybuduje, już nie da rady urosnąć do niema dwóch metrów. Swoją genetykę potępia, ale równie mocno potępia buty na obcasach i koturnach, chyba że to glany z ogromnymi podeszwami. Jego aktualne glany mają te podeszwy zdarte tak mocno, że ostatnio musiało wyciągać z nich gwoździe, które ledwo utrzymywały się w cienkiej warstwie gumy.
– Na pewno tutaj? – pyta Inez, jeszcze zanim usiedli przy stole. Brzmi na tak zaniepokojoną, że Vex postanawia się poświęcić i rozejrzeć po dobrze znanym, pogrążonym w półmroku pomieszczeniu i nie widzi w nim niczego, co wyglądałoby jak potwór.
– No ta – odpowiada głosem ociekającym frustracją. Jaki ta pozerka ma teraz problem?
– Bo wiesz. Tutaj jest tak… Nie wiem. Wygląda jak miejsce, gdzie ludzie… w trudnej sytuacji finansowej oraz psychicznej przychodzą, żeby, wiesz, upić się do nieprzytomności albo się naćpać i… – tłumaczy, machając rękami we wszystkie strony.
– To normalny bar, lamusie – prycha Vex i, nie zważając na jej dalsze protesty, pewnym krokiem wchodzi w głąb przybytku.
– Wiesz, chyba gdzieś niedaleko były foodtrucki, dlatego w ogóle cię chciałam wziąć. Zjeść na świeżym powietrzu, rozumiesz, bo tutaj jest trochę duszno, nie wiem, czy zauważyłoś…
– Mi to jest zawsze duszno – odpowiada, skutecznie ucinając wątek. A przynajmniej myślało, że w ten sposób skutecznie go utnie i będą mogli przejść do przyglądania się menu w poszukiwaniu upragnionych frytek, na które ochotę Vex straciło podczas przedzierania się przez labirynt.
– No właśnie! – podejmuje Inez, zdecydowanie za głośno. – Lepiej dla ciebie byłoby zjeść na świeżym powietrzu, a nie w takim niewietrzonym od tygodnia barze, przecież tutaj chodzi o twoje zdrowie, a no, jak jesteś chore, to musisz o nie dbać znacznie bardziej niż wszyscy inni.
– Nie mów mi, co mam, kurwa, robić – odpowiada, na granicy przypierdolenia Inez w jej głupio uśmiechającą się twarz. Dziewczyna unosi dłonie w poddańczym geście, chyba próbując go tym udobruchać. – Słuchaj. Lubię tu przychodzić, okej? I tyle. To fajne miejsce. Ma vibe. I jak nie chcesz tu być, to droga wolna, wypierdalaj w podskokach na te swoje foodtrucki, pozerko.
– Um, przepraszam? – mówi i może Vex słyszy jawną skruchę w jej niepewnym głosie, ale niewiele go to obchodzi. Kompletnie ją ignoiruje, odwraca się od niej i opiera łokcie na barze (musi stanąć na palcach, żeby od strony barmana wyglądało to jak naturalny ruch).
– Dobry – wita się, już samo nie wie, czy bardziej zdenerwowanym, czy ponurym tonem. Jego marzeniem jest, żeby kiedyś, może za parę tygodni, może za parę lat, barman zamiast cichego skinięcia głową, odpowiedział mu: „to, co zwykle?”. Zawsze przez jakieś dwie sekundy czekało na inną reakcję, a dopiero potem przechodziło do wymamrotania pierwszych rzeczy do picia i jedzenia, które przychodziły mu do głowy, nie zawsze pilnując, żeby zamawiać to samo, wizyta po wizycie. – Klasycznego smasha. Z colą.
Barman znowu w milczeniu kiwa głową, po czym przenosi wzrok na Inez, jakby spodziewał się, że są tutaj na randce. Vex dobrze wie, że nie zamówiło obiecanych frytek. Nie miało najmniejszego zamiaru nawet domawiać do swojego ukochanego zestawu jakichś głupich frytek, które ona sobie wymyśliła. Pewnie gdyby wzięło, postanowiłaby, że skoro ono zamówiło, to ono zapłaci i jeszcze pewnie PODZIELI się z nią swoim jedzeniem. Jakby było jakimś bananem, który może trzepać kasą na prawo i lewo. Ona zdecydowanie jest dzieckiem bogatych rodziców. Inaczej nie miałaby pieniędzy na te wszystkie kolczyki, tatuaże i ubrania imitującre styl prawdziwych punków. Vex przysięga, że jest w stanie wyczuć od niej smród osób kupujących wszystko na Shein.


Inez?
────
[836 słów: Vex otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]