niedziela, 31 maja 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

– Ulfert! – woła Niketas, zamaszyście otworzywszy drzwi do domku jedenastego. Jak się spodziewał, bez jego doskonałego i eksperckiego przewodnictwa, Ulfert wyłącznie siedzi i puszcza bąki, bezpiecznie zakopany w kącie domku. Zdradza go gwałtowne uniesienie głowy, które idzie w parze ze spanikowaną miną.
Domek Hermesa jest, z założenia, za mały dla jego mieszkańców. Ulfert nie ma więc żadnej, najmniejszej choćby szansy, żeby po pierwsze podnieść się ze swojego wygodnego kącika, w którym wcale nie wbija mu się w plecy kant czyjegoś łóżka, a po drugie uciec z domku w jakikolwiek sposób. Musiałby wyminąć Niketasa w drzwiach, na co ten by mu nie pozwolił.
– Tak? – pyta, możliwie najuprzejmiej i z bólem podnosi się z podłogi, żeby stawić czoła swojemu bratu (szefowi).
– Mam dla ciebie robotę – odpowiada Niketas, tym razem odpuszczając sobie dodanie: „dobrze płatną”, bo w takim wypadku musiałby mu zaoferować jakąś stawkę, której jeszcze nie udało mu się oszacować. To znaczy, jeszcze nie wycenił, jak duży może być popyt na niejako podróbę „Boskiego Fulla”, który jednak został stworzony znacznie bardziej profesjonalnie.
– Masz ją dla mnie średnio co tydzień. Pracuję już co najmniej na czterech etatach – mamrocze Ulf, choć oboje wiedzą, że jakiekolwiek formy sprzeciwu nie zadziałają u Niketasa i jego absolutnych rządów totalitarnych.
– Ale masz wprawną rękę. Idealnie nadajesz się do tej roboty – zapewnia go grupowy, filuternie mrugając do niego oczkiem. Przy okazji chwyta go za ramię, niby w przyjacielskim geście, i brutalną siłą wyprowadza z domku. – Będziesz nam rysował etykiety.
– Znowu? – jęczy żałośnie. – Naprawdę nie możesz do tego zgarnąć kogoś od Apolla? Te „Boskie Fulle” rysował ci jakiś dzieciak od nich, nie? Dredy zielone, kolczyki? Niby czemu teraz ja?
– Nie no, najpierw rysowała Violet, ale ona wpisywała te „Strawberry Punche” i potem sam musiałem zmieniać. Ale w każdym razie, tego dzieciaka nie ma teraz w Obozie, uciekł do Minnesoty czy innego dziwnego stanu, nie wiem – tłumaczy grupowy tonem jasno wskazującym na to, że jest to sprawa niemająca najmniejszego znaczenia.
– Apollo ma też inne dzie-
– Dobra, dobra, już się tak nie wymądrzaj – ucina Niketas, bo już otwiera drzwi domku Hekate. – Hej, wspólniczko, mam naszego świetnego i BAAARDZO chętnego robotnika!
Wnętrze wygląda kompletnie inaczej niż w momencie, w którym je zostawił. Widocznie Ashon naprawdę wziął sobie do serca wszystkie groźby albo nie mógł usiedzieć na dupie przez magiczne działanie „Olimpijskiej Alfy” w wersji Beta 0.14. Aktualnie chłopak szwęda się po domku, niezgrabnie ściskając w dłoniach miotłę – wygląda na to, że trzyma ją po raz pierwszy w swoim krótkim życiu. Gdy tylko próbuje zamieść choć część kurzu, ten wzbija się w powietrze niepowstrzymaną chmurą i Ashton, zamiast pracować dalej, postanawia poczekać, aż pył opadnie. Proces powtarza się w nieskończoność, a frustracja i wściekłość na twarzy chłopaka stają się coraz bardziej widoczne. W głębi domku Erin absolutnie wczuwając się w personę szalonego i niepowstrzymanego naukowaca, już przelewa ich wspaniałą, neonoworóżową miksturę do przygotowanych szklanych buteleczek.
– Sprowadziłem dla was wspaniałego designera i w EKSKLUZYWNYM dodatku artystę! – radośnie oznajmia Niketas, a częściowo schowany za jego plecami Ulf gwałtownie kręci głową, pewnie przekonany, że to skłoni całą resztę towarzystwa do przejrzenia słabego kłamstwa i odkryją prawdziwe powołanie Ulferta. Jest nim bowiem możliwie jak najskuteczniejsze wkroczenie do nieswojego mieszkania. Opcjonalnie: zabranie stamtąd wszystkich kompletnie niepotrzebnych nikomu do życia rzeczy, w tym trzymanego w dużym słoiku rocznego zapasu landrynek albo poszewek na poduszki, których używa się wyłącznie w dnie, gdy na chatę wbija człowiekowi ta jedna snobistyczna ciotka, a we wszystkie pozostałe dni kurzą się w szafie, zakopane pod innymi poszewkami. Nic, za czym ktokolwiek by szczególnie tęsknił, jako że pod przekazanym w genach losem marnego złodziejaszka, Ulfert jest człowiekiem dobrym, tym samym tworzy coś w rodzaju ying-yang z ze swoim bratem.
Erin przygląda się Ulfowi z oświeconego wyłącznie słabymi świeczkami kąta. Akurat dzisiaj cały domek Hekate zrezygnował z zapalenia niewysłowionej ilości kadzidełek, więc herosi mogli się sobie przyjrzeć bez zbędnego przejmowania się zanieczyszczeniem dymnym równym smogowi unoszącemu się nad większością przyzwoitych miast dzisiajszego świata.
– Ty robiłeś też te „Boskie Fulle”? W sensie, etykiety? – pyta Erin miłym, zaciekawionym tonem, dzięki czemu Ulf NARESZCIE ma szansę na wytłumaczenie się i wyprowadzenie wszystkich z błędu. Udaje mu się nawet otworzyć usta, ale, jak zawsze zresztą, Niketas postanawia przerwać bratu zanim ten jeszcze uformuje jakiekolwiek zdanie w swojej głowie.
– Nie, ale wie, co robić. Dobra, paniusiu, mamy już ułożony i zapisany przepis? – grupowy zwraca się do Erin, która zaprzecza bardzo wymownym ruchem głowy. Na tyle wymownym, że wszyscy obecni wiedzą, że w trakcie tworzenia tej cudownej mikstury z dziesięć razy pogubiła się w składzie. – No, to zapisuj, proste. Chyba pamiętasz? – Kompletnie ignoruje niekoniecznie przekonującą minę dziewczyny. – W każdym razie: linią produkcyjną „Olimpijskiej Alfy” uważam za oficjalnie otwartą!
– Chyba miałeś na myśli zakład karny – mruczy Ulf, który mimo wszystko już chwycił za ołówek i losowe kartki (prawie że same wpadły mu w dłonie, a nic ważnego jeszcze na nich nie zapisano).
– Nie miałcz, tylko do pracy. Hop, hop, hop! – Niketas klaszcze w dłonie, wczuty w swoją wspaniałą rolę. – Sprzedaż otwieramy jutro, nie ma zmiłuj. Wtedy oszacuję zarobki i wasze pensje, takie tam, szczegóły i szczególiki.
– A nie umawiamy ś- – Ulfowe, zresztą dość istotne, pytanie, zostaje przerwane przez zdesperowane słowa Ashtona.
– Niketas, ale ja tu nie jestem na stałe, nie?
– Sprzątasz i pilnujesz naćpanego rodzeństwa na umowie zlecenie, jeśli ci to bardziej pasuje.


Erin?
────
[869 słów: Niketas otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 28 maja 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu usiadła na ławce obok niej. Świat się nie skończył, nie wyśmiała jej, dalej była tak samo miła jak wcześniej. Lynn trudno było określić, skąd brał się ten wyraz zakłopotania na jej twarzy; z pewnością nie była to dla nieznajomej zupełnie komfortowa sytuacja, jednak jej słowa były łagodne i powoli upewniały Lynn, że w ciągu przynajmniej następnych paru minut wszystko będzie w porządku. Słuchała jej, i zadawała pytania. Kobieta nie odpowiedziała od razu, i Arisu już zaczęła się wycofywać z rozmowy, ale Lynn naprawdę chciała odpowiedzieć, porozmawiać. Mimo że będzie to trudne. Ale kiedy następny raz będzie miała okazję, kiedy ostatni raz miała okazję?
— Czego się boję? — zaczęła, żeby kupić sobie trochę czasu na zastanowienie i nie odstraszyć dziewczyny.
Brzmiało to głupio, siedziały przecież niedaleko grobu. Martwi ludzie nie mogli mieć takiego wpływu na żywych, żeby wywoływać w nich strach. Jej lęk był jednak powiązany z Nalinem, niezaprzeczalnie. Mimo że z punktu widzenia śmiertelników jego ciało od dawna rozkładało się w ziemi. Lynn nie była śmiertelniczką, była świadoma tego, jak blisko żywych przebywają zmarli, nie mogła więc tak po prostu odciąć się od kogoś, jeśli umarł. Paradoksalnie, przez jej powodzenie, śmierć czyniła wszystko jeszcze gorszym. Nalin towarzyszył jej przez większość życia, zawsze był obecny, jeśli nie obok, to w następnym pokoju. Słyszała jego głos, widziała cień na ścianie. Po jego odejściu czuła jego obecność niekiedy jeszcze bardziej intensywnie. Widziała jego dłonie w swoich, kiedy myła rano ręce, zastanawiała się, czy dalej mieliby podobny rozmiar buta, odruchowo robiła nieco więcej jedzenia, niż musiała. Czasem przyjmowała te obrazy z sentymentem, głównie jednak starała się odrzucać jakiekolwiek znaki brata. Nawet jeśli oznaczało to wymioty z wycieńczenia, skórę szarą i cienką jak papier i długie godziny w milczeniu przeplatane szlochem. Kiedy w jej głowie pojawiała się twarz brata i staw, nad którym spędzali całe godziny, starała się zignorować tęsknotę i ciepło tego obrazu, nie zasługiwała na niego. Może w ten sposób popełniała błąd. Nalin milczał w zaświatach, tak samo jak milczał za życia. Choć rozpaczliwie chciała usłyszeć, dlaczego tak właśnie się wszystko skończyło, bała się zakładać o inną możliwość niż jej winę. Kto inny mógł powstrzymać to, co się stało?
— Boję się, że jest na mnie zły. Że nie przychodzę. Albo że przychodzę.
No tak, tak naprawdę nie była stuprocentowo pewna słuszności tego, że tu przyszła. Uważała, że musiała, czuła, że nie da rady…
— Mój brat zmarł wiele lat temu i nigdy do końca się z tym nie pogodziłam. Nie dowiedziałam się, co mogłabym zrobić, żeby temu zapobiec i czuję… złość na siebie, w jego imieniu, ponieważ on nie może już być na mnie zły?
Choć pewnie jest. Albo i nie. Lynn odczuwała wiele emocji, i ciekawym sposobem na poradzenie sobie z nimi było przypisanie im wpływu martwych, mściwych energii. Chociaż nie miała pewności, przecież jako wnuczka Tanatosa rozmawiała ze zmarłymi częściej niż żywymi. Wody Styksu skutecznie zmieniały każdy nastrój, i przyzwyczaiła się do przygaszonych kolorów, bo nie mogła sobie przypomnieć już życia spod warstwy mułu. Brat był jedyną osobą, która ją rozumiała. Razem stanowili most między światem ludzi i fantastycznych istot. Teraz czuła się jak wyrzutek w obu. Nigdy nie dokończyła studiów, rzadko rozmawiała z ludźmi. Jeszcze rzadziej z nimfami. Czasem jakaś hamadriada gapiła się na nią przez okno. Lynn zaciskała poszarzałe pięści i starała się nie rozpłakać, choć czuła, jakby nie było w niej ani jednej kropli wilgoci.
— Wiem, że to brzmi bardzo chaotycznie, ale nie jestem w stanie poukładać sobie nawet tego w głowie, a co dopiero powiedzieć w uporządkowany sposób. Po prostu… byliśmy bardzo blisko, a potem się od siebie oddaliliśmy, aż zniknął. A kiedy zniknął, ja nie mogę sobie znaleźć miejsca.


Arisu?
────
[602 słowa: Lynn otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Usiadła na samym skraju ławki, robiąc to kompletnie wbrew sobie i wbrew zdrowemu rozsądkowi, który bił na alarm i krzyczał, że powinna już odejść. Pomogła już kobiecie usiąść, zaoferowała wodę – przecież nie mogła zrobić nic więcej, przynajmniej z czysto praktycznego punktu widzenia. Niestety, były takie momenty, gdy wola Arisu kłóciła się z jej zdrowym rozsądkiem i to był dokładnie jeden z takich momentów.
Przede wszystkim, chyba wcale nie chciała odejść. Nie mogła już nic zrobić, to prawda, ale równocześnie wiedziała, że odejście byłoby tak zwyczajnie nie w porządku. Czułaby się odpowiedzialna i winna, gdyby kobieta znowu poczuła się gorzej. Gdyby miała teraz czas, to obwiniałaby o tę decyzję brata i ojca. To oni nauczyli ją tej głupiej odpowiedzialności. Przecież nawet nie wiedziała, jak teraz się zachować i co dalej robić. Na pewno byli ludzie, którzy sprawdziliby się w tej roli znacznie lepiej od Arisu. I pewnie znacznie mniej by to przeżywali.
Machnęła ostrożnie ręką, próbując przekazać w ten sposób coś w stylu „nie masz za co dziękować”, bo naprawdę nie oczekiwała podziękowań. Nie zrobiła nic specjalnego. Zaraz jednak splotła dłonie, pochylając się ostrożnie, by móc przyjrzeć się kobiecie i nie wpatrywać się tylko niegrzecznie w nagrobek.
– Cieszę się, że mogłam zrobić przynajmniej tyle – odpowiedziała powoli, zastanawiając się nad tym, co chce i co może powiedzieć bez ryzyka, że zachowa się jak nieczuły potwór.
Brakowało jej doświadczenia w takich rozmowach. Nie miała nikogo, z kim mogłaby prowadzić głębsze i poważniejsze dyskusje. Przez lata stała się mistrzem w ich unikaniu, chociaż nie było to trudne, gdy nie rozmawiała z nikim więcej, niż było to konieczne.
Czy potrafiła zrozumieć strach kobiety? Nie była pewna. Czuła pewien ucisk w żołądku, gdy o tym myślała, ale nie potrafiła dokładnie określić jego przyczyny. Wydawało jej się to okropnie głupie.
Może Arisu naprawdę powinna zignorować ten głos, który chciał, by jeszcze tu została. Nie nadawała się do bycia dobrym i wspierającym człowiekiem.
Równocześnie nie mogła okłamywać samej siebie – to, że została, nie było tylko sprawką siejących zamęt nauk z dzieciństwa. Tym bardziej nie uważała się za miłą. Podłą i samolubną, tak, ale na pewno nie miłą.
Chciała usłyszeć więcej o osobie, do której należał grób. O tym, jak ci żywi sobie z tym radzili. Chciała? To raczej nie było dobre słowo. Czuła potrzebę, by to usłyszeć, chociaż nie zamierzała wypytywać i nie była pewna, czy naprawdę chce usłyszeć odpowiedzi. Pewnie i tak nie były uniwersalne, mogły co najwyżej zaspokoić niezdrową ciekawość, której nie potrafiła wyjaśnić.
– Czego się boisz? – zapytała w końcu, trochę mocniej splatając ze sobą palce. Zaraz zdała sobie sprawę, jak okropne jest to pytanie i że zdecydowanie nie powinna go zadawać. – Przepraszam. Nie chcę być wścibska ani sprawić ci przykrości, nie musisz odpowiadać – dodała, rzucając kobiecie krótkie, przepraszające spojrzenie. Opuściła głowę, mając wrażenie, że każdy, kto ją teraz zobaczy, będzie w stanie zobaczyć też to, jak głupio jej się zrobiło. Gorzej: każdy, kto ją teraz zobaczy, będzie wiedział, jak okropne pytania zadaje i że nie radzi sobie w rozmowie.
Arisu ściskała palce tak mocno, że zbielały jej knykcie. Czuła irytację, która była pewnie jeszcze głupsza od samego zadanego pytania.
Może powinna się wytłumaczyć. Powiedzieć, że też ma brata i nawet nie jest pewna, czy dowiedziałaby się o jego śmierci. Że myśl o tym, że miałaby odwiedzać jego grób, budziła w niej mieszankę bardzo dziwnych emocji, z którymi nie wiedziała, co powinna zrobić i że to jest jeszcze bardziej irytujące, bo powinno być jej to obojętne, bo i tak był tylko podłym zdrajcą. Że to, że statystycznie umrze przed nim, wcale jej nie pomaga.
Nie, to też nie był dobry pomysł. Dlatego nie powiedziała nic więcej.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

środa, 27 maja 2026

Od Kaliny do Vex — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Wyszła z autobusu sześć przystanków za wcześnie, ubolewając nad biletem, za który będzie musiała zapłacić ponownie. Nie, wróć. Te kilka centów, które wyda na nowy bilet, nie będzie ceną biletu, a świętego spokoju. Wysiadła w nadziei, że dzięki temu zakończy kłótnię, która w ciągu dziesięciu minut zdążyła zahaczyć o torbę na siedzeniu, kolorowe włosy, kolczyki na twarzy oraz ogólne niewychowanie kalifornijskiej młodzieży. Nic bardziej mylnego.
— A ciebie to mamusia nie nauczyła, że starszych w drzwiach się przepuszcza? — usłyszała za swoimi plecami skrzeczący głos starszej kobiety.
Kalina odwróciła się z westchnięciem i ponownie spojrzała na ciut za bardzo energetyczną jak na swój wiek, staruszkę. I zdecydowanie zbyt irytującą.
— Byłam pierwsza — wzruszyła ramionami, trzymając ręce w kieszeniach. — Skąd miałam wiedzieć, że pani wysiada?
— Rozwydrzona młodzież! — kobieta splunęła na chodnik i wbiła w dziewczynę pełen nienawiści wzrok. — Za moich czasów, to starszy człowiek był świętością! Młodzi byli wycho…
Kalina jednak nie zamierzała jej słuchać. Postanowiła wykorzystać wolność, odzyskaną po wyjściu z ciasnego pojazdu i odwróciwszy się na pięcie, poszła przed siebie. Porzuciła pomysł o kontynuowaniu jazdy. Zresztą, zdążyła zapomnieć, po co w ogóle miała tam jechać.
— Zero szacunku. Bezczelność! Jak tak można! — trajkotała kobieta, która zdecydowała się podążać za Kaliną. Dziewczyna, bez bezpośredniej reakcji, postanowiła zacząć skręcać w przypadkowe uliczki w nadziei, że w końcu się odczepi. Niestety, starsza pani cały czas przyspieszała tempo, nieprzerwanie prawiąc swoje morały.
— Pani mnie śledzi? — zatrzymała się Kalina, zniecierpliwiona. Próbowała sprawiać wrażenie pewnej siebie, ale przez myśl przeszło jej, że kobieta może nie być zwykłą staruszką, a potworem, którego mogła porządnie wkurzyć. Nie był to najprawdopodobniejszy scenariusz, ale przecież nie niemożliwy. Zacisnęła dłoń na przedmiocie w kieszeni, przeklinając w myślach swoje decyzje, między innymi te o niezabieraniu z domu telefonu, ani niczego do obrony.
— Wy zawsze myślicie, że jesteście pępkiem świata — westchnęła kobieta pretensjonalnie. — Po co miałabym śledzić jakąś gówniarę.
Kalina nerwowo przełknęła ślinę, pospiesznie analizując plusy i minusy przyłożenia jej w twarz. Plusów wyszło więcej, ale mimo wszystko nie zdecydowała się na ten ruch. Zamiast tego wyjęła trzymaną w kieszeni zawieszkę z pingwinkiem, zdobytą jeszcze w autobusie i zmachała kobiecie przed twarzą.
— Nie zgubiła pani czegoś? — zaśmiała się. Z wielkim żalem (spodobała jej się) rzuciła zawieszkę na rosnącą metr od nich trawę i zaczęła biec przed siebie. Miała nadzieję, że to zajmie uwagę staruszki.
— Bezczelność!!! — wydarła się za nią kobieta. — Złodziejka!!! Łapcie ją!!! — krzyczała, co prawda nie biegnąc, ale dreptając szybciej. Musiało to zabawnie wyglądać, ale Kalina była zbyt skupiona na ucieczce i niestety nie była w stanie ocenić techniki marszobiegu seniorki.
Po przebiegnięciu dwustu, może trzystu metrów stwierdziła, że kobieta i tak nie ma szans jej dogonić. Na wszelki wypadek, zanim się zatrzymała, postanowiła skręcić w najbliższą uliczkę i…
— Kurwa! — krzyknęła osoba, w którą wbiegła.
Kalina na razie nie widziała ofiary, sama się za nią uważała. Wylądowała na chodniku, zaraz obok telefonu ze… śladami zębów na ekranie? Komuś musiało braknąć trzeciej ręki…
Odwróciła się na plecy i rozłożyła płasko na bruku, jednocześnie wlepiając wzrok w staranowanego człowieka. Miała wrażenie, że skądś zna te włosy, ale rażące w oczy słońce zdecydowanie utrudniało ich rozpoznanie.
— Co ty odpierdalasz?! — krzyczała dalej ofiara biegu Kaliny. — Jesteś nienor… CO SIĘ TAK GAPISZ?!
— Wybacz, siła wyższa — zaśmiała się, wstając.
Dopiero zmiana pozycji względem słońca pozwoliła jej spojrzeć na spotkaną osobę z bardziej przyjaznego oczom kąta. Teraz już bez problemu poznała fioletowo-różowe włosy, których nie widziała, odkąd półtora roku temu opuściła Obóz Jupiter.
— O, cześć Vex.
Vex stało przy ścianie, którą zdobiła jakaś mutacja słonia, klasyczny, wielki, stojący chuj, zamazane coś i trzy litery, jakby niedokończone słowo. W ręku Vex znajdował się czarny marker, o którego ukrycie niespecjalnie się martwiło. Kalinie przypomniało się aż, jak kilka lat temu musiała szorować ściany w całym obozie za ozdobienie jednej z nich zdaniem „jestem gejem, kocham cycki”. Piękne czasy. Teraz mogła zrobić to samo, ale bardziej bezkarnie… nie pomyślała o tym. Vex zdawało się korzystać z tej możliwości.
Nie była pewna, czy Vex ją pozna. Kiedy ostatni raz była w obozie, jej włosy były czerwone... albo zielone? No, na pewno nie niebieskie. Ale poza tym bardzo się nie zmieniła. Nie chciało jej się tłumaczyć kim jest i dlaczego zna jeno imię. Wystarczyło jej, że musi wyjaśnić powód swojej ucieczki. Chociaż i on postanowił wyjaśnić się sam.
— Bezczelna… dziewucha…! — w rogu uliczki stanęła zdyszana staruszka, widocznie zadowolona z siebie, że udało jej się dogonić Kalinę. Jej uwadze nie umknęło również Vex oraz piękne malowidło naścienne. — Skandal!!! Kolejna patologia!!! Dzwonię po policję!!!


Vex?
────
[736 słów: Kalina otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Rocznicowe radio Smells Like Teen FM

Dziś jest 27 maja 2026 roku — wszystkiego najlepszego! Ale jak to, nie masz dzisiaj urodzin? Ogłaszam zatem, że każdy członek Smellsów obchodzi dzisiaj urodziny, ponieważ 27 maja to data… czwartych urodzin bloga. Tak, jakimś cudem przeżyliśmy cztery lata żartów o przyrodzeniach, kiepskich wymysłów Ricka Riordana i jeszcze gorszych wymysłów Pana Imperatora Aleksa (moich).
Pamiętacie, jak rok temu przeprowadzaliśmy wywiady z Waszymi postaciami? W tym roku postanowiliśmy, że na podium będziecie… Wy. Wy, jako autorzy. W związku z tym przygotowaliśmy kilka pytań do Was, które pomogą nam wszystkim trochę powspominać.
Odpowiedzi możecie wysyłać na kanale #rocznica-bloga na naszym Discordzie lub prywatnie do jednego z adminów. Czas na wysyłanie odpowiedzi jest do 1 czerwca (włącznie). Potem opublikujemy Wasze wywiady w kolejnym poście eventowym. Wszystkiego najlepszego, Smellsy!

PYTANIA

1. Jakie było Twoje pierwsze wrażenie o blogu? Co Ci się spodobało na stronie?

2. Jakie było Twoje pierwsze wrażenie o serwerze Smellsów na Discordzie? Co Cię u nas zatrzymało?

3. Jakie jest Twoje ulubione wspomnienie z Discorda Smellsów? A może masz ich kilka?

4. Jakie jest Twoje ulubione wspomnienie z wątku, który prowadziłxś na Smellsach? Z kim go pisałxś?

5. Jaki był Twój ulubiony event, w którym wzixłxś udział? Dlaczego akurat ten?

6. Czy miałxś wcześniej jakieś doświadczenia z blogami? Jeśli tak, jakie to były blogi? Może pisałxś RP? Może Smellsy są Twoim pierwszym doświadczeniem?

7. Jeśli masz wiele postaci: którą z Twoich postaci pisze Ci się najlepiej? A jeśli masz jedną postać, co najbardziej w niej lubisz?

8. Jaka jest Twoja ulubiona postać innego członka bloga i dlaczego akurat ona?

Od Edel CD Dicka — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

Była przekonana, że umarł, gdy tak patrzyła na niego z góry wzgórza, jak jego bezwładne ciało leżało pod płotem. Przez jej głowę przeleciały wszystkie najgorsze scenariusze i kolejny pogrzeb, któremu będzie czuła się po części winna. Na moment spanikowała, dopóki do niego nie podbiegła i nie okazało się, że najgorszą ze szkód, jakie przytrafiły się Dickowi było oplucie go przez konia. Śmiechu warte. Na pewno nie tak ogromnego strachu, którego doświadczyła jeszcze przed sekundą.
Teraz prowadzi go przez Obóz, nie puszczając jego wątłych ramion pomimo protestów i zapewniania, że jemu to się już dziesiąty raz w miesiącu stało i jeżeli dostał wstrząśnienia mózgu, to było to już co najmniej tydzień temu, bo wtedy to dopiero się uderzył w głowę. Próbuje też puszczać mimo uszu jego pełne buty, wypowiadane drżącym głosem słowa, że on naprawdę potrafi o siebie zabrać (definitywnie nie stoi to choćby kilometr od prawdy, to stwierdzenie nigdy prawdy nie widziało ani nie słyszało o istnieniu takiego konceptu). Niekoniecznie świadomie Edel cieszy się, że chłopaczek nie należy i nigdy nie będzie należał do jej kohorty, bo wtedy to już by naprawdę oszalała. A bardzo chciałaby nie oszaleć, tyle że każdy dzień spędzany jako centurionka wyłącznie przybliża ją do stracenia zmysłów i zrobienia zjawiskowego cosplayu hamletowej Ofelii. Wręczyłaby Vergilowi najwspanialszy bukiet chwastów i długiej trawy, podarowała Cherry parę najcudowniejszych kamieni ze swoich glanów, po cyzm wspięłaby się na najwyższe drzewo nad Małym Tybrem i najbardziej majestatycznym ruchem, w rytm powiewającej w śmierdzącej bryzie rzecznej czarnej sukni, rzuciłaby się w odmęty fal.
Byłoby miło. Może miałaby ładny grób. Z napisem o treści: „Najgorsza i najbardziej pojebana centurionka w całej historii istnienia przybytku zwanego Obozem Jupiter”. I nikt by nie składał tam kwiatów, bo wszyscy by o niej zapomnieli. Jej następcą pewnie zostałby Kurt albo Dorian, albo najlepiej oboje, wtedy dopiero by się ze sobą kłócili. Pod pewnymi względami byliby lepszym wyborem niż ona, jakby nie patrzeć.
– Hej, mam tutaj takiego delikwenta, któremu plaster średnio pomoże – rzuca Edel w białą przestrzeń ambulatorium. Linoleum skrzypi pod tenisówkami Elianne, która ze swoim zwykłym, miłym uśmiechem wychyla się z zaplecza.
– Wcale nie! – upiera się Dick. – Wystarczyłaby naklejka „dzielny pacjent”!
– Tych to już masz całą kolekcję – stwierdza Elianne i ostentacyjnie przewraca oczami. – Cherry mi już powiedziała, że jesteś naszym stałym klientem.
– Ale to tylko takie zadrapanie – powatarza w kółko, choć Edel wydaje się, że jednak jego głos jest zainfekowany strachem. Może przed całą otoczką ambulatorium, które z jakiegoś powodu wywołuje przerażenie w każdym legioniście, który ma zostać tutaj przyprowadzony. – Ałć.
– Tu cię boli? – upewnia się Elianne, odgarniając włosy Dicka. – No, masz guza. Ale tylko guza. Miałeś szczęście.
– Powaga? – pyta zszokowany chłopak, tak jakby właśnie dowiedział się, że Święty Mikołaj rzeczywiście istnieje. – Ale tak serio, żadnych złamań ani nic?
– Sprawdź, czy wstrząśnienia mózgu nie ma – sugeruje Edel znad swojego notatnika, w którym odhacza to, co udało jej się dokonać tego dnia. Czyli, w gruncie rzeczy, nic. Końcem pióra stuka w puste pola do zaznaczania wykonanych zadań obok obszernej listy dzisiejszych obowiązków i zaczyna zastanawiać się nad sensem swojego centuriońskiego zapierdolu.
– Chodź na leżankę – zachęca Dicka Eli, bo chłopiec jak na razie ledwo przekroczył próg ambulatorium. Syn Fortuny uśmiecha się trochę niepewnie i wreszcie zbiera w sobie wystarczająco odwagi, żeby zrobić pierwszy krok.
Nie idzie mu szczególnie dobrze. Jakimś sposobem udaje mu się zahaczyć o jedną z zasłonek pomiędzy łóżkami i byłoby to totalnie okej i bezproblemowe, ale pewnie tylko wtedy, gdyby nie był sobą. Szarpnięta kotara postanawia wyrwać się z akurat krzywo zaczepionych spinaczy i sfrunąć na chłopca, czyniąc z niego coś w rodzaju okropnie niezdarnego i w ogóle nie przerażającego ducha. Edel w bardzo teatralnym geście rzuca notatnik na ziemię i, mając ochotę po prostu ukryć twarz w dłoniach z krzykiem: „ZNOWU TO SAMO”, postanawia ponieść bohaterską próbę złapania kotlącego się w białej takninie Dicka. Niestety, wyślizguje się z jej ramion i Del zostaje sama ze swoimi marzeniami o byciu supercenturionkokobietą.
Dick zatacza się dalej, w niekoniecznie metaforyczny sposób tańcząc ze śmiercią. Potyka się o łóżko, gdy Elianne już ma chwycić zasłonę i przynajmniej ściągnąć ją z jego głowy. Dziewczynie udaje się wyłącznie szarpnąć głową Dicka w górę i do tyłu, pewnie jeszcze bardziej pogarszająć jego prawdopodobne wstrząśnienie mózgu.
Nikt nie jest z tego faktu szczególnie zadowolony. Zwłaszcza Elianne.


Dick?
────
[703 słowa: Edel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 26 maja 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

– Ricky, ty jesteś kurwa głupi? – syczy Kuźma i trochę zaskoczona dostrzega, że niektóre dzieciaki Wulkana z jakiegoś powodu prychają głupkowatym śmiechem. Pojedyncze nawet szepczą pod nosami: „dobre” i kiwają do siebie głowami, jakby w uznaniu. Kuźma nigdy nie sądziła, że nadrabianie kultury internetowej kiedykolwiek jej się przyda, ale w tym momencie wątpi w niezawodność tego stwierdzenia tak mocno, że aż ją palce świerzbią, żeby szybko zairyfonować do Anastazego i ochrzanić go za ciągłe odkładanie w czasie zbudowania dla niej funkcjonującego iFajstosa.
– Dobra – wreszcie mówi lider Wulkaniątek, niesamowicie butny heros o ostrych rysach i surowym wyrazie twarzy. – Idziemy na układ. Budujemy wam te kółeczka. Ale nie za darmo.
– Czego niby chcecie? – prycha Kuźma, nie zdając sobie sprawy z tego, że wyplucie tych słów w taki sposób raczej przysporzy jej więcej kłopotów niż… życzliwości drugiej strony ich marnego paktu.
Nagle chłopiec gubi gdzieś całą swoją pewność siebie i potrzebował do tego tylko krótkiego pojedynku na spojrzenia z Kuźmą. W niezręcznej ciszy, która zapada pomiędzy nimi, on uśmiecha się drżącymi ustami i wykonuje nieokreślony gest ręką, chyba chcąc coś w ten sposób wytłumaczyć. W odpowiedzi Kuźma marszczy brwi, próbujac tym samym dać mu znać, że nie ma najmniejszego pojęcia, co on chce jej przekazać. Najwyraźniej chłopiec też nie wie, bo przez dłuższą chwilę wysyłają sobie nic nie znaczące znaki i dopiero po paru dłużących się sekundach Wulkaniak znowu zabiera głos (gdy Ricky już miał zarzucić kolejnym błyskotliwym żartem, którym podbniłby każdą scenę stand-upową w okolicy).
– Miałem zapytać, czy macie coś do zaoferowania… – Te słowa sprawiają, że Kuźma jeszcze mocniej marszczy brwi, bo nie jest pewna, czy ona kiedykolwiek ma bądź miała cokolwiek do zaoferowania oprócz swojej obecności i paru drobniaków skradzionych z kuchennego blatu, gdy Gaudencja nie patrzyła. Chłopiec, choć pozuje na wspaniałego lidera, wzdryga się nerwowo. – Ale… Wystarczy parę części zastępczych. Taka zwykła, mała opłata.
– Części zastępcze? – odpala się Ricky, jego oczy lśnią blaskiem niezdrowego podekscytowania, od którego Kuźmie chce już się rzygać. Kończą jej się jakiekolwiek pomysły, co ten idiota znowu wymyślił. Po pewnym czasie zgadywanie przestało mieć jakikolwiek sens. – Czyli na przykład…
– POOO PROSTU JAKIEŚ ŚRUBKI, HAHA – przerywa mu syn Wulkana, swoją drogą zdecydowanie zbyt donośnie i z za małą dozą szczerości. Aktorem nie byłby za dobrym, nawet gdyby urodził się dzieckiem Bachusa. – Tak. Śrubki. Ech. Cokolwiek. Gdzie wy macie tę trumnę?
– Pod moim łóżkiem! To znaczy, właściwie to już nie pod, a obok, bo ją stamtąd wytargałem, ale problem właśnie jest w tym, że nie mogę jej przetargać dalej bez zerwania sobie co najmniej dziesięciu mięśni, jeśli wiecie, co mam na myśli. No i mamy szkopuł taki, fajny byłby jakiś wózek widłowy albo coś, ale tego w Obozie chyba nie mamy. Zreszyą, już ustaliliśmy, że kółka, no i będą kółka – rozgadany prowadzi ich w stronę baraku piątej kohorty. Zanim wychodzą z warsztatu, Kuźma zauważa, że syn Wulkana z miną pełną boleści zakłada na dłonie bardzo grube rękawiczki i jest poklepywany przez swoje rodzeństwo, które cicho życzy mu powodzenia. – W ogóle, jak masz na imię?
– Alvin – odpowiada bardzo smutnym, ale równocześnie zdeterminowanym tonem. – W tej trumnie coś jest?
– Eee, nie wiem czy W. Raczej obok, mam taki makaron z grzybami, który własnie musimy zuty… Znaczy. Makaron z grzybami, którego możesz spró-
– Nie – stanowczo ucina Kuźma.
– No eeeeeeeeeeej!
– Chcesz, żeby on też przeżył to, co ty przeżyłeś w ambulatorium? Albo coś jeszcze gorszego?
– Jesteś dobra w straszeniu ludzi, wiedziałaś? – Ricky chichocze pod nosem, nie zważając na to, jak mocno krzywi się Kuźma po usłyszeniu jego słów. – W każdym razie, musisz i tak uważać na tę trumnę, bo jest z czystego ołowiu, dlatego grzyby tego nie przeżrą, jak przeżarły wszystko inne. A myślałem że serio będą dobrym sosem do spaghetti.
– Chyba… chyba jednak muszę wrócić, wiecie? Wziąć jakiś… kombinezon albo coś… – mamrocze Alvin, nerwowo bawiąc się swoimi rękawicami.
– Nie martw się – kąśliwie rzuca Kuźma. – Jak widać, wciąż żyję. Niestety.


Ricky?
────
[638 słów: Kuźma otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Raine umiera


Raine Cardenas


Życie półboga ma to do siebie, że zazwyczaj kończy się zbyt wcześnie i w brutalny sposób. Nie umniejsza to jej tragedii i zawsze pozostanie niesprawiedliwe. Niestety, czasami jedyne, co inny półbóg może zrobić, to pozostawienie w miejscu śmierci czegoś ważnego dla zmarłego przyjaciela — istotnej pamiątki, wspomnienia, lub siatki z pieczarkami. Więcej przeczytacie tutaj.

Od Filemona CD Raine — „Grzybiarze wcale nie są lepsi od Karyn”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Filemon podjechał pod budynek banku i zatrzymał się przed stojakiem na rowery. Zawsze bał się, że pewnego dnia ktoś ukradnie mu ten rower, bo jest bardzo ładny i nawet z daleka można stwierdzić, że dużo kosztował, ale jakoś zaganiał te myśl i o tym zapominał.
Rower przypiął na dwa zabezpieczenia — bo uważał, że to w jakiś sposób uchroni jego ulubiony sprzęt przed kradzieżą — a klucze wcisnął do kieszeni spodni. Miał już wchodzić do budynku, w którym codziennie cierpiał, kiedy zauważył tego samego dzieciaka, co wcześniej. Granatowe włosy, crocsy i… miecz w jednej ręce. Tym razem nie była to siatka ze świeżymi pieczarkami. Tym razem był to miecz i na pewno nie zabawkowy (chociaż Filemon próbował sobie wmówić, że jest to plastikowa zabawka).
Młody grzybolog uciekał przed czymś dużym i obrzydliwym. Filemon zauważył charakterystyczną czerwoną skórę potwora, przez którą zjeżyły mu się włosy na karku. Stał dłuższą chwilę przed wejściem, ignorując notorycznie zamykające się i otwierające automatyczne drzwi za plecami.
Pewnie, gdyby ruszył się wcześniej, odwrócił i zignorował krzyki oraz ryki potwora, nie musiałby uczestniczyć w tym, w czym zaraz będzie. Raine go bardzo szybko zauważył. Uniósł rękę i pomachał do niego błagalnie, czego nie dało się w żaden sposób nie spostrzec. Filemon miał na nosie okulary. Doskonale wiedział, że machnięcie jest skierowane ku niemu.
Zacisnął zęby. Nie ruszył się z miejsca nawet na krok, patrząc jak Raine ucieka przed ogromnym potworem. Zastanawiał się, co widzieli zwykli ludzi. Co widziałby on, gdyby nie został przeklęty półbóstwem? Dwumetrowego faceta z kominiarką na twarzy? A może niewyróżniającego się z tłumu typowego patusa?
Dotychczas nie mieszał się w sprawy półboskie. Ignorował umierające na ulicach dzieci, bo próbował wieść życie zwykłego śmiertelnika, którym przecież nie był. Przechodził obojętnie obok małych mitologicznych stworzeń. Nie rozmawiał o bóstwach, bo udawał niewierzącego, którego nie interesują nawet mitologiczne książki. To wszystko działo się do dzisiaj.
Pierwszy raz od kilku lat Filemon dotknął palcami swój zegarek nie w celu sprawdzenia, która jest godzina, czy w celu nastawienia wskazówek. Dotknął go w taki sposób, w jaki przywoływał kiedyś swoją broń. Zegarek przekształcił całą swoją konstrukcję, magicznie zmieniając się w długą włócznie z naostrzonym grotem.
Raine ufał Filemonowi bardziej, niż powinien. Nie miał przecież gwarancji, że obcy mężczyzna, który na dodatek za każdym razem był dla niego wredny, pomoże mu w zagrożeniu życia.
— Pierwszy raz widzę coś takiego! — krzyknął, przybiegając do Filemona. Mężczyzna przewrócił oczami. — Co to jest?!
— Coś, co cię pewnie zaraz zabije — syknął.
Mógł nie tłumaczyć Raine z czym będą musieli się mierzyć, ale skoro był już na tyle miły, by wyjść ze swoją prawdziwą tożsamością oraz pomocną dłonią, to w innych kwestiach może pozostać dupkiem.
— Obronię cię! — odkrzyknął z pełnym entuzjazmem. — Dobry z ciebie facet, wiesz? Naprawdę! Jesteś moim najlepszym przyjacielem.
Filemon zamknął na dwie sekundy oczy. Raine był strasznie naiwny skoro uważał, że jest w stanie coś zdziałać przeciwko takiej bestii.
— Najlepiej byłoby, gdybyś stąd uciekł.
Raine jednak nie słuchał. Musiał uznać, że jest jakimś bohaterem, który uratuje swojego nowego przyjaciela — którym Filemon nie był — i postawi na szali własne życie. Rzucił się do przodu i zaczął wściekle wymachiwać rękoma w stronę potwora, by zwrócić jego uwagę. Filemon stał zaraz za nim i wściekle zaciskał palce na drzewcu włóczni.
Nawet jeśli Filemon mógłby z boku popatrzeć na żałosne poczynania Raine, to nie chciał być świadkiem kolejnej bezsensownej śmierci. Obrócił w rękach włócznie i uderzył Raine samą drewnianą częścią. Cios w kolana był na tyle dobrze wymierzony i na tyle mocny, że od razu posłał półboże na ziemię.
Złapał Raine za materiał spodni i pociągnął do siebie, jakby był wypchaną watą zabawką.
— Co, bawisz się w bohatera? — Posłał mu groźne spojrzenie. — Jak chcesz się zabić, to proszę bardzo! Nie będę ci nawet w tym przeszkadzać, dzieciaku.
— Razem możemy go pokonać! — Wyrwał się Filemonowi i dosyć niezgrabnie stanął na prostych nogach. Była zima, a Raine wciąż chodził w tych samych crocsach. — Ogólnie, to uważam, że on wcale nie jest taki wielki!
Potwór akurat zdążył do nich dobiec i uderzył wielką łapą w chodnik tuż obok ich dwójki. Filemon odskoczył do tyłu, trzymając przy sobie Raine, który nawet nie zdążyłby zrobić uniku, gdyby nie pomocny mężczyzna z banku.
— Może jednak jest trochę wielki — wyszeptał. — Ale! Ale uważam, że jesteśmy w stanie go zabić razem!
Większych farmazonów Filemon nie słyszał od wielu lat. Kto mógłby być tak odpowiedzialny, by lecieć w stronę wielkiego, chyba czterometrowego, potwora z myślą, że jest w stanie zrobić mu jakąś realną krzywdą? Odruchem każdego myślącego człowieka była ucieczka.
— Słuchaj, nie bawi mnie to.
Filemon z całych sił próbował odciągnąć Raine od potencjalnej śmierci. Nie wiedział, dlaczego to robił i dlaczego tak bardzo zależało mu, żeby półbogowi nie stała się krzywda, ale nie mógł dłużej patrzeć na te żałosne próby odgrywania super bohatera. Raine przez cały czas mu się wyrywał, krzycząc coś o pomocy i o tym, że znalazł najlepszego przyjaciela na świecie i że na pewno wspólnie będą w stanie zabić tę bestię.
— Patrz na to. — Raine zacisnął palce na rękojeści swojego miecza. — Wezmę go z tej strony, a ty z drugiej!
Filemon nie wiedział, o której stronie Raine mówi. Potwór był duży, ciągle próbował uderzyć ich swoimi łapami, a na dodatek nie posiadał widocznych słabych punktów.
— Nie! — krzyknął, poirytowany. — Zabieraj się stąd, dzieciaku!
Raine pozostał głuchy na te słowa. Rzucił się biegiem w stronę potwora. Uniknął jeden z jego ataków, a Filemonowi nie pozostało nic innego, jak pobiegnięcie za nim.
Cholerny dzieciak, przeklinał w myślach, uważając, by nie dostać w głowę. Co tak duży potwór robił na ulicy San Francisco i dlaczego kręcił się akurat w okolicy jego miejsca pracy?
Raine udało się zranić potwora. Z niewielkiej ranki polało się parę kropel krwi, ale to byłoby na tyle. Potwór tak się wściekł, że czekać mogło ich już tylko najgorsze. Zamachnął się, odtrącając od siebie wirującego z mieczem Raine. Półboże poleciało na bok, uderzając o ścianę innego budynku.
Filemon zacisnął zęby i pobiegł w jego stronę, zostawiając w tyle potwora. Nie to było najważniejsze. Od początku nie chciał z tym czymś walczyć.
Raine osunął się na bok. Z jego głowy leciała strużka ciemnoczerwonej krwi.
— Widzisz? — Uśmiechnął się słabo. Tak samo jak wtedy, kiedy wciskał mu siatkę z pieczarkami. — Udało mi się.
Filemon zamknął na chwilę oczy. Ten dzieciak był niesamowicie głupi.
— Poczekaj tutaj. Zadzwonię po pomoc.
Nie zdążyłby. Po prostu zwyczajnie nie zdążyłby nawet wyjąć telefonu, by zadzownić po pogotowie. Rozwścieczony potwór ich dogonił. Uderzył wielką łapą w ścianę, przy której leżał Raine. Filemon tylko widział lecące kamienie prosto na głowę półboża. Mógł tylko patrzeć. Śledzić lot betonowych odłamków.
Z zaciśniętymi zębami, dudniącą krwią w uszach i złością odbiegł od miejsca zdarzenia. Miejsca tragicznego wypadku. Raine patrzył na niego w tak samo niewinny sposób, jak wtedy, kiedy przyszedł pytać się o cholerny kredyt na grzyby. Był dziwny. Dziecinny. Przekonany, że jest w stanie coś zrobić przeciwko trzy razy większemu przeciwnikowi od siebie.
To kończyło się za każdym razem tak samo. Znów czuł smak metalicznej krwi na języku, chociaż od tamtego dnia minęło już wiele lat. Znów poczuł w sercu to samo ukłucie żałosnej winy, chociaż nie mógł nic zrobić. Nie uchroniłby Raine przed betonowymi odłamkami. Nie był w stanie nawet go odciągnąć. Raine już i tak był ranny. Jednak to uleczyło poczucia winy, które właśnie odczuwał.
Zatrzymał się dopiero trzy ulice później. Zdyszany i spocony. Ręce trzęsły mu się z nerwów. Raine. Może był dziwny. Może był upierdliwy. Nie zasługiwał jednak na taki koniec; to że jednak urodził się jako półbóg nijako sprawiło, że śmierć dogoni go szybciej, niż śmiertelnika.
Nie poinformował nikogo, że nie przyjdzie do pracy. W tej chwili chciał tylko wyciągnąć z siebie to cholerne pochodzenie, które sprawiało, że już do końca życia, nieważne, jak bardzo by się ukrywał, musiał oglądać bezsensowne śmierci dzieciaków.
 
Kilka dni później zjawił się w miejscu, gdzie ciężkie betonowe odłamki zwaliły się na głowę niewinnego Raine. Uklęknął pod ścianą budynku i w miejscu niewidocznym dla ludzi położył siatkę z pieczarkami. Może to chociaż trochę pomoże dzieciakowi w odnalezieniu się po tamtej stronie. Bardzo chciał w to wierzyć.
On sam już obiecał sobie, że nie dotknie półboskiej broni nawet w chwili największego zagrożenia. Nienawidził wszystkich półbogów. Świat byłby lepszym miejscem, gdyby nie istnieli.

KONIEC WĄTKU PONIEWAŻ RAINE DOKONAŁ ŻYWOTA ŚWIĘTEGO AMEN
────
[1353 słowa: Filemon otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Pierwszych kilka tygodni minęło zadziwiająco spokojnie – może nawet trochę zbyt spokojnie jak na gust Chaita, ale przecież nie był paranoikiem, który jakoś bardzo by się tym przejmował i zaczął wszystko bardzo dokładnie analizować, rozkładając na zbyt małe i zbyt szczegółowe elementy. Inaczej: może czasem był paranoikiem, ale nie takim. I doskonale zdawał sobie sprawę, że szukając problemów na siłę, może co najwyżej wyolbrzymić te problemy, które tego nie wymagały. Oczywiście nie był też na tyle głupi, by założyć, że uśmiechnęło się do nich szczęście, bo to nawet jak na niego mogłoby być zbyt naiwne.
Zresztą, na co dzień i tak nie miał tyle wolnego czasu, by usiąść i naprawdę zacząć się nad tym zastanawiać. Do tego dalej nie mógł przestać myśleć o potwornej agentce nieruchomości, chociaż kiedy wrócił w tamto miejsce jakiś czas później, nie było śladu po jej obecności. Nikt nic nie wiedział, nie udało mu się też dowiedzieć nic o potencjalnych dziwnych sytuacjach w tamtej okolicy.
Dlatego, dopóki w tej lokalizacji wszystko było w porządku, to z tego korzystał. I widział, że Apollodoros też z tego korzysta, więc tym bardziej nie zamierzał tego psuć.
Lato powoli mijało, ale nie widział końca festynów. W grafiku miał wpisane jeszcze dwa festiwale, a w ukradkowych spojrzeniach, które rzucali mu szef i jedna z koordynatorek, wyczuwał, że mają dla niego jeszcze jakieś kolejne bojowe zadanie. Mógł tylko mieć nadzieję, że będzie ono przyjemniejsze od tej jednej roboty w parku i że nie będzie wymagało podróży przez pół Stanów Zjednoczonych tak jak poprzednia wakacyjna propozycja.
Tak, biorąc pod uwagę to, jakie zlecenia mu się trafiały i to, ile zastępstw w barach i knajpach brał w ciągu ostatnich dni, zdecydowanie nie miał czasu, który mógłby swobodnie poświęcić na zastanawianie się nad dziwnym spokojem w wynajmowanym budynku i okolicy.
Ale przez to wszystko miał też wrażenie, że częściej mija się z Apollodorosem, niż razem rozmawiają. Wiedział, że w rzeczywistości nie wygląda to tak źle, ale było mu głupio; znajome naprawdę bardzo mu pomagało. Chait bardzo doceniał to, że nie musi zbyt często zbliżać się do kuchni i to, że Apollodoros jest też zwyczajnie miłym towarzystwem, kiedy już udało im się spędzić razem chwilę czasu.
Myśl o tym wracała za każdym razem, kiedy wracał do mieszkania o trochę zbyt później i mało ludzkiej godzinie, co w ciągu tych kilku tygodni było synonimem „często”. Chait mógł tylko cieszyć się, że akurat dzisiaj nie bił swojego rekordu – było dopiero po dziewiątej, po ulicach jeszcze kręcili się ludzie. Otworzył stare drzwi do budynku, które kilka dni temu zaczęły chodzić trochę ciężej, ale jeszcze nie na tyle ciężko, by ktoś próbował to naprawić. To nie był żaden podejrzany sygnał, to nie był nawet problem, na który zwróciłby uwagę, gdyby akurat się nad tym nie zastanawiał. Do tablicy korkowej przyczepione były ogłoszenia o nocnych imprezach, jakaś podejrzana ulotka typu „kupię sprzedam zamienię mieszkanie” – też nic szczególnie dziwnego. Trochę podłego, gdyby ktoś starszy miał dać się oszukać, ale to tyle. Mignęło mu ogłoszenie o znalezionych kluczach z podanym numerem telefonu, by je odzyskać. Napisana odręcznie kartka zasłaniała wiszące już od dawna ogłoszenie. Mówiło coś o rozłożeniu trutki na szczury, pamiętał, że po przeczytaniu go (już dobrych kilkanaście dni po tym, gdy się wprowadzili) rozmawiał o tym z kilkoma sąsiadami, ale niczego się nie dowiedział.
Brak spotkania z niechcianymi lokatorami sugerował, że w takim razie problem mógł być już rozwiązany, po prostu nikt nie zdjął ogłoszenia.
Sięgnął po zakopane w odmętach plecaka klucze, a potem po cichu wszedł do mieszkania.
Odetchnął z ulgą, widząc zapalone światło i to, że Apollodoros siedzi jeszcze w kuchni.
– Hej – przywitał się, zamykając za sobą drzwi.
– Hej. Ciężki dzień?
Chait pokręcił głową.
– Dużo sprzątania po wydarzeniu. A ty?
Oczywiście, nie spodziewał się, że znajome będzie już spać. Mimo to obawiał się, że w jakiś sposób zakłóci mir domowy, albo zrobi jakąś inną głupotę. Tak, Chait doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma to większego sensu i że tak naprawdę nie robi nic złego.
– Dzisiaj jeszcze spokojnie, dopiero szykuje nam się spotkanie autorskie. Zostawiłom ci kolację w lodówce.
Chait uśmiechnął się w podziękowaniu. Zrobiło mu się jeszcze bardziej głupio.
– Dzięki. Naprawdę doceniam, że nie muszę robić sobie zupki chińskiej.
– Nie można żyć tylko na jedzeniu instant, a skoro i tak szykuję obiad, to naprawdę nie problem, żeby zrobić też dla ciebie.
Chait rozumiał ten tok myślenia. Działał tak samo, jeśli akurat było coś, co mógł zrobić dla siebie i dla kogoś innego.
I tak czuł się głupio. Nie chciał wykorzystywać Apollodorosa.
– Dzięki – powtórzył, odkładając plecak pod ścianę i podchodząc do lodówki.
Przez chwilę się nie odzywali. Chait zastanawiał się, czy i jakie pytanie zadać, albo co jeszcze powiedzieć. Wybijał palcami rytm na drzwiczkach lodówki, nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
– Dalej nie zdjęli tego ogłoszenia o trutce – powiedział w końcu.
Też umiesz wybrać temat, debilu.


Apollodoros?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Dzięki — mówi, wsiadając do zagraconego, zadymionego samochodu.
Jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobił, oprócz odgarnięcia chusteczek z siedzenia było odsunięcie szyby. Miał nadzieję, że nie zostanie za to okrzyczany, z powodu zakłócania działania klimatyzacji. Brak reakcji pozwolił mu jednak odetchnąć ulgą (oraz świeżym powietrzem) i przyniósł nadzieję, że nie udusi się fajkowym dymem. Niedługo po nim do auta wsiadła również Sony.
— To co, jedziemy? — zapytała ochoczo, czekając aż pojazd ruszy.
— Jedziemy — odparł od niechcenia Adam i wyrzucił wypalonego papierosa za okno, trafiając do śmietnika. Mikołaj widząc to ucieszył się, że ksiądz postanowił jednak nie robić z auta komory gazo… dymnej. — Ale przypominam, do Pensylwanii i ani metra dalej.
— A może jednak?
— Nie namówicie mnie.
— Transylwanii? — zdziwił się Mikołaj, cały czas skupiony bardziej na szukaniu tlenu, niż na rozmowie. — To nie jest w drugą stronę?
— Pensylwanii, tam gdzie wampiry — wyjaśniła Sony, rzucając mu rozbawione spojrzenie.
— Marna podróba — przewrócił oczami. — Wampiry są w Rumunii, a Rumunia w Europie.
— Czyli ty tam mieszkasz?
— Co?
— Co?
— Co? — papuguje ich Greg, podczas gdy Adam odpala silnik.
Ledwo ruszyli, a Sony zaczęła dobierać się do stojącego na podłodze sześciopaka energetyków. Mikołaj niepewnie przyglądał się, jak jego towarzysz mocuje się z folią, jednocześnie kątem oka patrząc na reakcję siedzącej z przodu dwójki. Nie był pewien, czy to dobry pomysł — dobre wychowanie mówiło, że nie. Sony jednak, oprócz nieudolnych prób cichego rozerwania folii, zdawała się nie zwracać na to uwagi.
— Bierz — odezwał się Adam, rozbawiony.
Sony wzdrygnęła się, wystraszona jego głosem, ale już bez skrępowania wyjęła z folii dwie puszki, z których jedną podała Mikołajowi. Chłopak podziękował skinieniem głowy.
— Wiesz co, jesteś drugim normalnym księdzem, jakiego spotkałem — stwierdził po chwili.
— Normalnym? — zdziwił się Adam. — To znaczy?
— No, takim ludzkim, z którym da się porozmawiać — wyjaśnił. — Albo coś.
— No to musisz mieć nisko zawieszoną poprzeczkę — zaśmiał się Greg. — Nawet nie rozmawialiście.
— Ale ma rację — wzruszyła ramionami Sony.
— No, mam na myśli, że wydajesz się… mogę mówić księdzu na "Ty"?
— Mów — odparł Adam takim tonem, jakby wszystko było mu obojętne.
— Dzięki… dziękuję… no, nieistotne, wydajesz się być normalny w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Jak nie ksiądz. Nie lubię księdzy… księdzów?
— Księży
— To jak książę… wracając. Ciężko jest lubić księży. Są dziwni.
Sony otworzyła usta, jakby chciała się wtrącić, ale postanowiła słuchać, co Mikołaj ma do powiedzenia. Ten z kolei zorientował się, że zabrnął w niezbyt pewne rejony i zaczął się bać, że za chwilę powie jedno słowo za dużo i zostaną wysadzeni nie w Pensylwanii, a w Nowym Jorku.
— Ciekawe — mruknął Adam, zachęcając Mikolaja, aby kontynuował wywód.
— Znaczy, ja nie chcę księdza urazić… po prostu miałem styczność z dużą ilością księżów… księży i jedyny normalny, jakiego spotkałem, to był taki ksiądz Szczepan z którym miałem religię w siódmej klasie. Nie kazał nam klepać formułek i grał z nami w LoLa. Wcześniejszy nas terroryzował… a później-
— Grasz w LoLa? — przerwał mu Greg, prześmiewczym tonem.
— Nie! — zaprzeczył momentalnie, odsuwając od siebie wszelkie oskarżenia i skojarzenia. — To znaczy, grałem kilka razy, ale zawsze z księdzem. Szkoda było zmarnować okazję.
— Wyglądasz, jakbyś grał — wzruszył ramionami mężczyzna.
— Wcale nie! O a potem w pierwszej liceum ledwo miałem na koniec dwóję z religii, bo się na mnie uwziął po tym, jak we wrześniu przyszedłem na jego lekcję w tęczowej koszulce. Śmieszny człowiek. O albo w podstawówce inny miał do mnie problem, że nie wziąłem udziału w konkursie o papieżu. I potem do końca podstawówki musiałem chodzić na konkursy o papieżu, bo sobie mnie upatrzył i wymyślił, że to muszę być ja… Wiedział ksiądz, że Jan Paweł II nosił czerwone buty?
W aucie zapadła cisza. Nie odezwała się nawet Sony, która w tej chwili była zajęta odrywaniem zawleczek od pustych puszek, walających się za fotelami. Mikołaj zaczął się zastanawiać, czy powiedział coś nie tak, czy po prostu wszyscy przestali go słuchać po pierwszym zdaniu. Nie był pewien, którą opcję woli.
— No, podsumowując, księża są dziwni — stwierdził obojętnym tonem, ale po chwili zdecydował się sprostować. — To znaczy, ci polscy! Może tutaj ci fajni to standard, nie znam się, nie chodzę już na szczęście do kościoła. Znaczy, nie na szczęście! Po prostu nie…
— Mikołaj chciał powiedzieć, że jesteś super — podsumowała Sony, (w końcu) ratując towarzysza z dołka, który sam pod sobą wykopał.
— Dokładnie!
— Mhm — mruknął Adam, próbując skupić się na drodze i tym, żeby zaraz nie zatrzymać się na jakimś idiocie, który prawo jazdy wygrał w chipsach. A takich w tym kraju jeździło sporo.
— No iiiii uważam, że skoro jesteś tak super, to może dasz się namówić żeby pojechać troszkę za Pensylwanię? — kontynuowała Sony. — Tak troszeczkę?
— A może jest jakaś droga na skróty do tego Pitssburga, która prowadzi przez Minnesotę? — podłapał Mikołaj.
Adam zatrzymał się nagle na czerwonym świetle z takim impetem, że gdyby Sony i Mikołaj nie zapięli pasów, obydwoje straciliby zęby.
— Jeszcze chwilę, a wysiądziecie nie w Pitssburgu, a… gdzie my jesteśmy — spojrzał na nawigację. — Wylecicie w Ithace — odparł zirytowany.
— O, to stąd był ten Odyseusz? — zaśmiał się Mikołaj, a Sony posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Przepraszamy! — prawie krzyknęła. — Ale wiesz, że cię uwielbiamy, prawda?
— Właśnie, przepraszamy, będziemy już cicho — dodał Mikołaj.
Obiecana cisza trwała jednak tylko do momentu, w którym w głowie chłopaka pojawiły się kolejne, sprzeczne informacje. Nie minęło pięć minut, a ciekawość wygrała.
— Ej, Adam — zaczął. — Ty jesteś księdzem… chrześcijańskim, nie?
— Katolickim — sprecyzował.
— I jesteś herosem? — zadał następne pytanie. Dopiero po chwili zorientował się, że może niekoniecznie był to najbezpieczniejszy pomysł. Adam jednak nie dostrzegł w jego słowach niczego dziwnego.
— No, tak.
— I wierzysz w to i to? To sobie nie zaprzecza? Trochę hipokryzja, gościu.


Sony?
────
[911 słów: Mikołaj otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Mikołaja — „A Ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, ROK TEMU

Caroline zawsze lubiła w sobie to, że potrafiła szybko myśleć i adaptować się do nowych sytuacji. Pewnie dużo do gadania miały tu jej boskie korzenie i ADHD, ale bądź co bądź była to jedna z niewielu rzeczy wynikających z jej dziwnego pochodzenia, które faktycznie się przydawały.
Głównie dlatego znalezienie się w sytuacji, w której nie miała pojęcia, co powinna zrobić, było tak poniżające. Mimo niepokoju, który powoli zagnieżdżał się w jej głowie i brzuchu, starała się nie zgrzytać zębami i myśleć nad najbardziej rozsądnym rozwiązaniem. Zgubili się, zapadał zmrok i zapowiadało się na deszcz; byli w dupie. To już wiedziała. W skupieniu zagryzła dolną wargę, wpatrując się w leśną ściółkę. Była na niemal sto procent pewna, że w żadnym punkcie nie zboczyła ze ścieżki, chociaż to byłaby ta lepsza opcja. Gorszą była wiadomość, że las się z nimi bawił. Albo coś się z nimi bawiło. Nie potrafiła stwierdzić, co było gorsze.
Westchnęła i założyła kosmyki splątanych już włosów za uszy.
— Mamy dwie możliwości — zaczęła w końcu. — Możemy albo się cofnąć, a ja spróbuję zorientować się, w którym momencie zeszliśmy ze ścieżki. Albo możemy iść dalej do przodu i szukać skraju lasu. Może i idziemy naokoło, ale na pewno nie weszliśmy w głąb. Musielibyśmy pójść w całkowicie inną stronę. Jestem pewna.
Cóż, przynajmniej próbowała brzmieć na pewną. Dzięki temu miała zarówno przywrócić sobie trzeźwość umysłu i równocześnie uspokoić Mikołaja. Mógł ją czasami irytować, ale to przez nią znalazł się w tej sytuacji i miała zamiar coś z tym zrobić.
— Nie ma sensu się cofać. Chyba — powiedział chłopak, drepcząc po ściółce w tą i z powrotem.
— Okej. Dobra. Do tej pory szliśmy po prostu na wschód. Możemy albo iść dalej w tym samym kierunku, albo skręcić odrobinę na południe, ale to może nam wydłużyć drogę. Kurwa, nigdy nie słuchałam kiedy tłumaczyli jak nie zgubić się w lesie — mruczała pod nosem, nerwowo skubiąc końcówki włosów. — Chuj, idziemy na wschód. Tylko tempo, bo jak się zrobi całkiem ciemno, to w życiu stąd nie wyjdziemy.
To powiedziawszy, szybkim krokiem ruszyła przed siebie.
— Ale na pewno wiesz, co robisz? — zapytał Mikołaj, szybko ją doganiając.
— Szczerze? Nie mam pojęcia, ale mam dobre chęci — odpowiedziała, siląc się na uśmiech.
Była zmęczona, głodna i gryzły ją myśli o tym, że do usranej śmierci nie wyjdą z tego lasu. Wiedziała jednak, że jeśli pozwoli sobie na całkiem negatywny odbiór sytuacji, straci jakikolwiek rozsądek i motywację. Zignorowała więc ból w poobijanych kolanach, burczenie w brzuchu, gęsią skórkę na ramionach i parła przed siebie, mając nadzieję, że jest do dobry kierunek.
Gdzieś nad nimi rozległo się ciche, niskie grzmienie. Caroline naprawdę liczyła, że był to grzmot. Nie chciała nawet myśleć o innych rzeczach, które mogły tak brzmieć. Równolegle do momentu, w którym zaczęło grzmieć, Mikołaj bardzo przyspieszył kroku, niemal jakby dostał skrzydeł. Ley spojrzała na niego kątem oka, ale niczego nie skomentowała. Miała większe problemy, którymi powinna się przejmować.
Cichy szum opadających na liście kropel wypełnił ciszę. Do nich realnie nie docierało praktycznie nic; ot, co jakiś czas odrobina wody spadała im na nos. Mimo to Caroline zaczęła kląć pod nosem. Przez deszczowe chmury zrobiło się ciemniej.
— Może jednak powinniśmy się cofnąć — bąknął Mikołaj gdzieś po jej lewej, ale dziewczyna tylko stanowczo pokręciła głową.
— Wtedy na pewno nie wrócimy przed zmrokiem. Chodź, jeśli idziemy w dobra stronę, to zostało nam już niewiele.
Dalej nie znała tej okolicy, niczego nie rozpoznawała. Była coraz bardziej zdesperowana i czuła, że kręcą się w kółko, kiedy nagle usłyszeli głosy.
— Ale z ciebie frajer! Mówiłeś, że wejdziesz najdalej!
Tylko raz obejrzała się, czy Mikołaj na pewno za nim idzie, zanim popruła w kierunku, z którego dochodziły głosy. Kiedy z hałasem godnym stada dzików wpadli na mikroskopijną polanę, grupa dzieciaków z jedenastego domku zaczęła z piskiem uciekać między drzewa. Caroline nawet nie zdążyła na nich nakrzyczeć, że kręcą się po lesie prawie po nocy, bo biegały tak szybko, że nie chciała ich zgubić.
Niecałe dwieście metrów dalej wyszli z lasu, choć do samego końca nie wiedziała, gdzie jest granica; tak ciemno było między drzewami nawet blisko skraju. Tutaj oczywiście nie padało; wszyscy radośnie zbierali się na kolację.
Ley pochyliła się, opierając dłonie na kolanach i wzięła głęboki oddech. Odezwała się dopiero po jakichś trzydziestu sekundach, podnosząc głowę i spoglądając na Mikołaja.
— Wiszę ci za to piwo.


Koniec wątku Caroline i Mikołaja.
────
[708 słów: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Lotus — „I dream of getting out”

Lotus z każdą kolejną porą roku coraz częściej zastanawiała się nad tym, co tak właściwie powinna robić ze swoim życiem. Zanim okazało się, że jej ojciec nie był jedynie przypadkowo poznanym mężczyzną, którego jej matka poznała w muzeum, planów miała na pęczki; chciała zostać wynalazcą, astronautą, kierowcą pociągu, operatorem wózka widłowego i miała jeszcze wiele innych opcji, a najlepiej byłoby wykonywać każdy z tych zawodów naraz. Wszystko to legło w gruzach, kiedy pierwszy raz Anina uwierzyła, że jej córka widzi potwory.
Trzynastoletnia Lotus Wright zdecydowanie nie była bezproblemowym dzieckiem, choć w większość kłopotów wpadała nieumyślnie. Nawet kiedy naprawdę starała się siedzieć bezczynnie i udawać, że wcale jej tam nie ma, coś w jej otoczeniu zawsze coś się psuło, zaczynało grać czy robiło inne dziwne rzeczy. Nic nie dawały tłumaczenia, że dziewczynka nie ruszyła nawet palcem i to nie jest jej wina. Po pierwszych kilku wpadkach wszystko po kolei spadało na nią. Przez jakiś czas Lotus próbowała się wykłócać, ale szybko straciła werwę, bo nigdy niczego to nie wnosiło.
Przestała mówić o tym, że te rzeczy dzieją się bez udziału. Gdy wokół niej działo się cokolwiek dziwnego, nawet o tym nie wspominała. Nikomu, w tym matce. Matka nigdy nie powiedziała wprost, że jej nie wierzy, ale podchodziła do tego nad wyraz obojętnie, jakby kompletnie nie obchodziło jej, czy Lotus naprawdę kłamie. Lotus, będąc jeszcze małym dzieckiem uporczywie starała się przekonać chociaż własną mamę, że jest niewinna, ale poddała się, kiedy nie przynosiło to żadnych skutków. Myślała czasami o tym, że może to przez te „wybryki” Anina zachowuje się tak neutralnie wobec własnej córki. Więc Lotus nie mówiła jej o cieniach, które widziała kątem oka. Sama zrzucała to na rozkojarzenie i bujną wyobraźnię. Nie wspominała o tym, że czasami czuje się, jakby śledziło ją coś, czego nie jest w stanie zauważyć. Przecież mogło jej się wydawać.
Dotychczasowe życie Lotus legło w gruzach, gdy pewnego dnia wracała z matką z wieczornych zakupów w supermarkecie. Nie miały samochodu, więc obciążone torbami, szły na skróty przez niezbyt przyjemne uliczki San Francisco. Latarnie były brudne, przez co ich światło wydawało się zamglone, w tle głośno ujadał pies. Lotus szła za matką i myślała tylko o tym, że pada z nóg i bardzo chciałaby już być w domu. Wieczorne powietrze było chłodne i dlatego cała zesztywniała, kiedy nagle poczuła ciepły powiew na karku, któremu towarzyszył odór zgnilizny. Zamiast wypuścić z dłoni papierową torbę, z całej siły zacisnęła na niej palce i odwróciła głowę.
Głośny krzyk rozdarł ciszę, gdy napotkała spojrzeniem bursztynowe ślepia. Nie pamiętała tego, że zamknęła oczy, a Anina znalazła się zaraz za nią i przyciągnęła córkę do piersi. Pamiętała tylko intensywny kolor oczu istoty i ciepły oddech na karku.
— Co widziałaś? Frances, co widziałaś? — pytała gorączkowo Anina, z rozpędu używając pierwszego imienia córki, chociaż wiedziała, że tego nie znosi.
W odpowiedzi usłyszała jedynie szloch. Próbowała wydobyć z córki jakiekolwiek wyjaśnienia, mając nadzieję, że może Lotus zobaczyła coś związanego ze swoim ojcem, chociaż nie miała o tym pojęcia. Od lat czekała na jakąkolwiek wiadomość od dawnego partnera. Niestety, córka miała jej niewiele do zaoferowania. Anina zaciągnęła zapłakaną dziewczynkę do mieszkania i opowiedziała jej, kim naprawdę był jej ojciec. Mówiła na zmianę z zachwytem i z goryczą. Lotus nie zapamiętała szczegółów tej rozmowy — wiedziała jedynie, że płakała tak długo, że na koniec ból prawie rozsadzał jej czaszkę.
Kilka dni później, z świetnym wyczuciem czasu, znalazła ją Lupa, a Lotus starała się nie myśleć o tym, z jaką ulgą opuszcza dom.
Teraz Lotus nie miała pojęcia jak pogodzić swoją półboską naturę ze zwykłymi, śmiertelnymi zajęciami. W teorii nikt jej tego nie zabraniał, ale w praktyce miała do odbębnienia jeszcze siedem lat stażu jako legionistka, a potem najlepiej, jakby osiedliła się w Nowym Rzymie, bo tam zawsze było coś do roboty.
Czasami zastanawiała się, jakby wyglądało jej życie, gdyby jej ojcem był zwykły śmiertelnik. Może zostałby, żeby uczestniczyć w jej życiu. Może miałaby rodzeństwo. Może jej relacja z Aniną wyglądałaby całkiem inaczej.
Może byłaby szczęśliwa.

────
[656 słów: Lotus otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 25 maja 2026

Od Oriany CD Kai — ,,My kink is karma"

Poprzednie opowiadanie 

ZIMA

W głębi duszy spodziewała się takiego obrotu spraw, nie ufając Kai, że ją posłucha. Zdążyła przekonać się, jak ta kobieta potrafi być nieokrzesana, a nie było to nic, za co mogłaby dać jej oficjalną reprymendę. Powstrzymała się od niecenzuralnych słów, uśmiechając się do policjantów. Musiała zachować wizerunek przykładnej, skrupulatnej menadżerki, która potrafiła panować nad sytuacją i zarządzać restauracją, szczególnie przy klientach, którzy oglądali się na odzianą w mundury dwójkę.
— Wiecie co? Był to fałszywy alarm — powiedziała Oriana jednak, stwierdzając, że nie chce wszystkiego roztrząsać.
— Nie możecie tak po prostu sobie nas wzywać i potem mówić, że to fałszywy alarm — fuknął wściekle wysoki mężczyzna.
— Po prostu… wyszło — rzuciła ostrzegawczy wzrok Kai — małe nieporozumienie. Przepraszamy was.
— Nie będziemy teraz ignorować zgłoszenia. — Uparł się, a towarzyszący mu Edgar przewrócił za nim oczami tak, że zarówno Kaya, jak i Oriana mogły to zobaczyć. — O co chodzi z tą kradzieżą?
Mówił coraz głośniej, przez co kobieta oblała się czerwienią ze wstydu. Goście przysłuchiwali się rozmowie, udając, że delektują się daniami.
— Sprawa wewnętrzna — niemal wyszeptała. — To znaczy… jeszcze jest niejasna, no i… — Zaplątała się w swoich słowach, niepewna, co chce powiedzieć.
— Teoretycznie mamy obowiązek, aby teraz zająć się zgłoszonym wykroczeniem — odezwało się nagle Edgar, uśmiechając się durnowato, aż krew zawrzała w Orianie. — Czemu nie chcesz, abyśmy się tym zajęli, ukrywasz coś, kochana?
Nie miała ochoty na takie prowokacje w tamtej chwili i gdyby nie byli przy ludziach, bardzo chętnie by jeno uderzyła. Uwielbiało wprowadzać jeszcze większe zamieszanie we wszystko, co tylko możliwe i nie chciała na to pozwalać, będąc sama jak kołek, bez kierowniczki, niosąc na sobie odpowiedzialność za dwójkę nowych pracowników, organizowanie przyjęć, ogarnianie dostaw, a teraz jeszcze próbując kontrolować nietaktowne poczynania Kai.
— Mieliście w ostatnich miesiącach dużo wezwań — stwierdziło Edgar. — Jak ty nad tym panujesz?
Kaya z każdą sekundą coraz bardziej marszczyła brwi, gdy jeno słuchała. Nie ukrywała swojego skrzywionego wyrazu twarzy, który spostrzegło Edgar, rzucając jej lekki, irytujący uśmiech.
— Mam rację?
— Ta-… Nie — burknęła, jakby ją zatkało, porażając jeno spojrzeniem.
— Ta, chociaż tu masz rację — milczący przez chwilę, drugi policjant, zwrócił się bezpośrednio do Edgar. — Zaginięcia waszych pracowników, nawet morderstwo, teraz kradzież. Nie pracuje u was ktoś, kto może być za to odpowiedzialny? Nie uważacie, że to trochę śmierdzi, i nie mam na myśli tego smrodu sfajczałego grilla?
Oriana, osaczona, pomachała głową na boki, jeszcze bardziej się spinając przez rzucane w jej stronę oskarżenia.
— Skoro tak bardzo chcecie się tym zajmować — mruknęła, chcąc się ich pozbyć, odwracając kota ogonem. — Tylko że nie mam nawet dostępu do kamer, więc jesteśmy gołosłowne.
— Zaraz możesz mieć.
— Nie, Edgar, kur- — Ugryzła się w język. — Nie mogę nic zrobić bez zgody kierowniczki.
Cała czwórka gapiła się niezręcznie na siebie przez parę sekund, jakby każdy zapomniał, jakie miał kwestie do powiedzenia w owej scenie i szukał pomocy w innych osobach. Restauracja zganiała na siebie same podejrzewania od dłuższego czasu — była to prawda. Głównie dlatego nie podobało jej się to, co zrobiła Kaya, nawet jeśli chciała dobrze. Nie miało to żadnego znaczenia, jakie miała zamiary, jeśli miało mieć to fatalne skutki.
Kaya stała obok niej, przestępując z nogi na nogę, gapiąc się to na jednego, to na drugiego mundurowego. Nie widziała jej się konfrontacja z ich dwójką i Orianą jednocześnie, dlatego wolała pozostać cicho, choć miała tak wiele do powiedzenia. Rosła w niej irytacja z każdym kolejnym oddechem policjantów.
— Czy podejrzany dziś jest w pracy? Możemy z nim porozmawiać?
— Jest — mruknęła białowłosa pod nosem. — Możemy porozmawiać w… biurze.
Pokiwali głową, a na niewymówiony znak Oriany poszła poszukać mężczyzny, uwalniając się spod ciężkiego wzroku menadżerki, przytłaczającego tonu wysokiego, barczystego faceta i denerwującego, odrzucającego usposobienia niskiego policjanta. Wcale jednak nie odetchnęła i dopiero gdy od nich odeszła, poczuła, jak drży przez tak głupie wpakowanie się w kłopoty. Nie była przecież durna i nie było to kompletnie kretyńskie posunięcie, ale na myśl o możliwych konsekwencjach zaczęła mieć wrażenie, że zachowała się idiotycznie — szczególnie po usłyszeniu, jak policjant wspomina o morderstwie z paru miesięcy temu oraz owych zaginięciach, które obiły się o uszy Kai, ale nie zaprzątała sobie nimi szczególnie głowy. Nie wierzyła, że restauracja może być jakimś fatum, przyciągającym wszystko, co złe i raczej sądziła, że wszystkie tamte wydarzenia to zwykłe przypadki.
Oriana w tamtej chwili przyciskała złożone ramiona do piersi, patrząc na rozłożone po drewnianym parkiecie stoliki. W ciszy czekali na (mogłoby się wydawać) ociągającą się kobietę, aż nie przyprowadziła podejrzanego kelnera. Nie potrafił ukryć swojej zdębiałej reakcji na widok mundurów — swego zdruzgotanego wyrazu twarzy, szeroko otwartych oczu i ściągniętych brwi. Oriana powiedziała mu tylko, że muszą porozmawiać, zupełnie, jakby wcale nie mieli mu postawić zarzutów.
Kaya poszła za nimi, z czym nikt się nie kłócił. Ich piątka zamknęła się w niewielkim pokoju z komputerem, biurkiem, szafkami na dokumenty i krzesłami — na jednym z nich bezceremonialnie usiadł niższy policjant, podczas gdy reszta wciąż stała, z początku w ciszy.
— No to, jak wygląda sprawa?

 
Kaya?
────
[801 słów: Oriana otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 24 maja 2026

Od Edgar CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Powiedzieć, że brakło mi słów, to za mało. Musiałom usiąść z powrotem na kanapie, czując się, jakbym miało się za moment przewrócić z nerwów. Nic więcej jednak nie powiedziałom, ani go nie oceniałom, choć nie spodziewałom się po nim czegoś takiego. To ja z naszej dwójki miałom tendencję do wpakowywania się w kłopoty, co jednocześnie nie oznaczało, że to go można określić jako kogoś zupełnie racjonalnie myślącego. Wyglądało na to, że nie był to koniec rozwikływania nierozwiązanych spraw z kiedyś.
— Wiesz, jak to w ogóle brzmi? — wyrzuciłom swoje słowa z westchnięciem. — To wygląda, jakbyś mnie wykorzystywał. Ściągasz mnie tu tylko po to.
— Nie tylko.
— No więc potwierdzasz, że trochę mnie wykorzystujesz.
Ciche parsknięcie przemieniło się w urywany, zduszony śmiech, potrząsający jego ciałem, które w ostatnim czasie wydawało mi się dziwnie smukłe. Patrzyłem na niego, nie rozumiejąc, co go tak rozśmieszyło. Miło jednak było, dla odmiany, widzieć go w takim stanie, za którym tęskniłem — choć nie chciałem tego przyznać samemu sobie, chcąc wpoić w siebie zawiść w jego stronę. Szybko jednak dotarło do mnie, że moje wysiłki są na nic. Nie kontynuowałom tematu, widząc, że jest wystarczająco przytłoczony. Mogłobym dopytywać, wyciągać od niego szczegóły, wyglądać na zainteresowane czy chętne pomocy (a rak szczerze — nie byłom), ale zamiast tego, pozwoliłom, aby sam zdecydował, co dalej z tym zrobi. Zero prób kontroli czy wymuszania.
Skoro chcesz robić ze mnie swojego psa tropiącego, to niech ci będzie.
Uniósł brodę, ale szybko spuścił wzrok, jakbym powiedział coś wyjątkowo dwuznacznego. Otworzył z powrotem laptopa, włączył zatrzymany film i usiadł na kanapie z kolanami podciągniętymi pod brodę. Wyglądał w tej pozie tak nienaturalnie, że uderzyła mnie ironia całej sytuacji — ja, denerwujący się o coś, o czym nie powinienem mieć nic do powiedzenia. My, oglądający wybrany losowo film, czego nie robiliśmy zapewne od kilkunastu miesięcy. Ucichłom, wpatrując się w monitor, z niepokojem znosząc jego towarzystwo, walcząc z rosnącym we mnie uczuciem potrzeby ucieczki w bezpieczniejsze, komfortowe miejsce. Przybraliśmy maski w tamtej chwili, wymuszając na atmosferze pomiędzy nami, aby przybrała obraz czegoś niewinnego, wcale nie duszącego. Powstrzymywałom się z całej siły od zerkania na niego kątem oka.
— Nic nie wiem o tobie z kiedyś — rzuciłem w końcu, dając ulgę ciężarowi w mojej klatce piersiowej, męczącego mnie w przedświadomości od bardzo dawna.
Z westchnieniem pokręcił głową. Nie był ani trochę skupiony na filmie, który w tamtej chwili wydawał mi się ciągnącą się w nieskończoność bzdetą, choć minęła dopiero godzina.
— Ludzie na co dzień nie rozmawiają o takich rzeczach.
Powiedział to tak, jakbyśmy wcale nie znali się już parę lat, albo jakby one nic dla niego nie znaczyły. Ścisnąłem wargi, które zadrżały.
— Ale ty o mnie wiesz dość dużo. — To niesprawiedliwe, chciałom dodać.
Artem przestał udawać, że interesuje się (przełomową, swoją drogą) sceną, która dzieje się na ekranie. Zatrzymał film, prymitywna, udawana baza spokoju runęła. Odwrócił się w moją stronę, rozluźniając spięte, ściśnięte do siebie ramiona. Ciepłe światło odbijało się w jego ciemnych, zafiksowanych na mnie tęczówkach, które najpierw obwładnęły moje usta, a potem oczy.
— Skoro tak, to co z twoją rodziną?
Gdy rzucił tym pytaniem, mogłem poczuć, jak chłód w mieszkaniu lodowaceje, wprowadzając mnie w niejakie osłupienie. Może nawet nie przez to, jaka mogła być odpowiedź, a to, że ze wszystkiego, wybrał akurat to, że w ogóle przyszły mu na język takie słowa.
— Czemu pytasz o rodzinę?
— No, wiesz, rodzina to miejsce, gdzie każdy zaczynał. Pewnie dlatego mówi o nas najwięcej.
— I jest to powód, czemu o niej nie mówię. Tak samo jak ty.
— Zakazany temat?
— Zakazany — parsknęłom z pełną powagą. — Co do tematów, to właśnie go zmieniasz.
Chwilę wbijał we mnie wzrok, dopóki nie poczułom się nim przygładzone. Wstałom nagle z kanapy pod pretekstem otworzenia okna — moja twarz płonęła. Wyjrzałom zza niego, widząc, że niebo coraz bardziej ciemnieje, o niemal nie obejmując miasta nicością i głuszą. Usłyszałem, jak zaszedł mnie od tyłu, lecz po jego niepewnej twarzy, odbijającej się w oknie rozpoznałem, że był sceptyczny co do swoich własnych zamiarów. Z nerwów, z założonymi na krzyż ramionami, szarpał się za rękaw własnej koszulki.
— Zostań na noc.
Jakby nie było mi wystarczająco źle, zrobiło mi się mdło. Reakcja mojego organizmu przekroczyła zdrowy rozsądek, gdy poczułem, że mam problem ze złapaniem tchu, jakby ktoś zacisnął palce wokół mojej szyi, a były to palce kogoś konkretnego. Długie, nieco szorstkie, zawijające wokół siebie kręcony kosmyk moich włosów z tym delikatnym szarpnięciem. Nie potrafiłom się nim oprzeć.

 
Artem?
────
[723 słowa: Edgar otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 23 maja 2026

Od Theodore'a — „Soon you'll get better”

Theodore z każdym kolejnym powrotem do domu coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że lepiej mu jest w obozie.
To nie było tak, że nie kochał matki. Dobrze pamiętał chwile spędzone z Lupą, kiedy pragnął jedynie tego, żeby Marie po niego wróciła i zabrała z powrotem do domu. Niestety (albo i stety), jego pobożne życzenie się nie spełniło. Matka Theodore'a nie była osobą szczególnie wylewną; w rodzinie Hemnesów rzadko mówiło się o emocjach. Kobieta może i napomknęła raz o tym, że bez niego w domu jest ciszej, ale poza tym nigdy nie pokazała, że tęskni za synem.
Tak przynajmniej wydawało się Theodore'owi. Łatwo mu było nie zauważyć drobnych rzeczy. Na przykład tego, że za każdym razem, kiedy wracał do domu, do jedzenia zawsze było coś, co wyjątkowo lubił. Albo tego, że w jego pokoju zawsze była zmieniona pościel i nigdy nie było tam ani grama kurzu. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że w tygodniu przyjazdu syna brała wieczorne nadgodziny, żeby w piątek i sobotę móc być wcześniej w domu. Wolał nie doszukiwać się tych rzeczy, bo prostsze było wmawianie sobie, że nikt go w tym domu nie chce.


W piątek po południu już miał otworzyć drzwi do mieszkania własnym kluczem, kiedy ktoś nacisnął klamkę od wewnątrz. Marie szeroko otworzyła drzwi; wciąż ubrana była w służbowy strój, a na jasnoszarej marynarce miała plamkę po sosie pomidorowym.
— No, jesteś już. Mogłeś dać znać, że będziesz później — powiedziała, odsuwając się, żeby wpuścić syna do środka.
Nie uśmiechnęła się, ale rysy jej twarzy złagodniały nieznacznie. Gdy Theo po krótkim przywitaniu od razu skierował się w stronę swojego pokoju, lekko złapała go za ramię.
— Czekaj, chcesz jeść zimny obiad? Najpierw zjedz — dodała, marszcząc się nieco.
— Dobra, odłożę plecak i przyjdę — rzucił chłopak przez ramię.
W kuchni pachniało serem i pomidorami. Odgarnął z czoła włosy, które wpadały mu do oczu i zajrzał do piekarnika. W naczyniu żaroodpornym przykrytym folią aluminiową znalazł lazanię. Zmarszczył brwi. To nie było danie, którego wykonanie zajmowało niewiele czasu. Z tego, co pamiętał, matka powinna skończyć pracę niewiele ponad godzinę temu. To przynajmniej wyjaśniało to, dlaczego się nie przebrała i w dodatku poplamiła sobie marynarkę. Tylko po co to wszystko? Równie dobrze mogła zrobić coś na szybko.
Nie wiedział, że wyszła z pracy godzinę wcześniej.
Nie zastanawiał się nad tym jednak zbyt długo, tylko zabrał się do jedzenia, bo lazania była jego niezaprzeczalnie ulubionym daniem. Usiadł przy kuchennym stole i wpatrywał się w kwiecistą ceratę, widelcem rozgrzebując posiłek. Ciszę w mieszkaniu rozpraszał jedynie dobiegający z salonu szum telewizora.
— Gdzie Alice? — zawołał, zmywając po sobie talerz.
Nie otrzymał odpowiedzi, ale usłyszał kroki matki na korytarzu. Wycierał ręce o spodnie, gdy Marie stanęła w drzwiach i oparła się o framugę, krzyżując ramiona na piersi.
— Usiądź. Musimy porozmawiać.
Theodore chciałby powiedzieć, że ta zagrywka na niego nie działa, ale jego serce momentalnie przyspieszyło. Ostatnim razem, kiedy usłyszał od niej te słowa, okazało się, że spłodził go rzymski bożek. Nie chciał tego powtarzać. Cofnął się i usiadł na tym samym krześle, co wcześniej.
— Coś się stało? — zapytał z nutą niepewności w głosie.
Przy matce jakoś zawsze tracił werwę do udawania, że nic go nie obchodzi.
— Wyprowadziła się w zeszłym tygodniu. Postanowiła, że skończy szkołę mieszkając u Brandona. Trzasnęła drzwiami i wyszła — wyjaśniła Marie, siląc się na obojętny ton.
Theo miał wrażenie, że powinien poczuć coś więcej, niż tylko zdziwienie. Alice była jego starszą siostrą. Przyrodnią, ale wciąż siostrą, choć ich relacja była skomplikowana. Delikatnie mówiąc. To przez Alice przestał czuć się tutaj jak w domu. Mimo tego czuł się winny przez to, że tak bardzo miał ją w dupę.
— Może tego właśnie chciała. Żyć na swoim — powiedział, wstając. — Nie możemy jej zatrzymywać.
Wydawało mu się, że Marie chciała coś powiedzieć, kiedy mijał ją w drzwiach, ale zrobił to za szybko, żeby się zatrzymać.


────
[630 słowa: Theodore otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel CD Dahlii — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

— I właśnie wtedy ten durny babsztyl zażądał zwrotu pieniędzy! Wyobrażasz sobie? Przecież to jakaś bezczelność — prychnęła Isobel, odrzucając pukle rudych włosów na plecy.
Choć w barze było parno i non stop narzekała na zbyt wysoką temperaturę, teraz, gdy wyszła na zewnątrz, wiało jej po nogach i żałowała, że wczesną wiosną zdecydowała się na założenie krótkich spodenek. Jedynie przyspieszyła kroku. Im szybciej załatwią sprawę, tym przecież lepiej.
— O, to już to osiedle. Zaraz będziemy — powiedziała, zerkając na Dahlię, która ze zmarszczonymi brwiami rozglądała się dookoła.
No, może słowo osiedle było przesadzone. Kilka bloków, które lata świetności miały już dawno za sobą, goła ziemia zamiast trawnika i kontenery, z których śmieci już dawno zaczęły się wysypywać. Niezbyt urocze miejsce do mieszkania. Is może i mieszkała w mikrokawalerce, ale u niej pod klatką zawsze było czysto. Ba, miała nawet kawałek trawnika z prawdziwego zdarzenia! W każdym razie na pewno żyła w lepszych warunkach, niż panowały tutaj. Barny kiedyś napomknął jej coś o tym, że wykupił w jednym z bloków dwa mieszkania i je połączył, dzięki czemu miał wygodną nadwyżkę miejsca, ale nie miała zielonego pojęcia, dlaczego wybrał do życia tak paskudne miejsce.
— W którym bloku mieszka? — zapytała Dahlia, poważnie zastanawiając się nad tym, czy odzyskanie jej plecaka jest tego wszystkiego warte.
— Chyba w piętnastym. Barny napomknął mi coś, że to, jeden z tych ładniej… Chryste panie, jak tu capi.
Isobel skrzywiła się, na moment zakrywając rękawem nos. Była pewna, że po powrocie do domu będzie długo zmywać z siebie cały ten smród. Czuła, że już przykleił się do jej ubrań, skóry i włosów. Obrzydlistwo. W pośpiechu minęły kontenery na śmieci i Is skręciła w jedną z mniejszych uliczek.
Przed blokiem numer piętnaście była nawet nie do końca zdemolowana ławka, a obok rosło kilka przywiędłych kwiatków. Najwyraźniej to Barty miał na myśli, mówiąc, że to jeden z najładniejszych bloków na osiedlu. Może faktycznie mniej śmierdziało tu brudną szmatą, ale poza tym nie widziała dużej różnicy. Zatrzymała się i obrzuciła wzrokiem stare drzwi i zdecydowanie niedziałający domofon.
— Mam nadzieję, że obędzie się bez większych problemów. Marzę o prysznicu. I łóżku. Ale najpierw niech Falafąs odda ci plecak — powiedziała w końcu i sięgnęła dłonią do (na szczęście czystej) klamki i zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi. — Byle tylko nie pobudzić sąsiadów, bo wezwą policję i wszystkich nas zawiną. A ja nie mam czasu siedzieć na komisariacie — szeptała do Dahlii, kiedy mozolnie wdrapywały się na ostatnie — czwarte — piętro.
No, mozolnie to może wspinała się Isobel, bo Dahlia poradziła sobie z tą wspinaczką dużo lepiej. To już naprawdę utwierdziło Is w przekonaniu, że powinna częściej chodzić na siłownię.
— Masz na to w ogóle jakiś plan? — zapytała po cichu Dahlia, kiedy już stanęły przed drzwiami do mieszkania dwudziestego ósmego.
— No wiesz… Właściwie to nie. Ale będziemy szybko myśleć. — Is uśmiechnęła się i sięgnęła do drzwi.
— Czekaj-
…Ale ona już zapukała. Odczekała chwilę, w lekkim napięciu, ale absolutnie nic się nie wydarzyło. Zapukała ponownie, z tym samym efektem. Westchnęła jakby z żalem. Miała nadzieję, że nie będzie musiała się do tego uciekać.
— Plan jest taki: wchodzimy, zabieramy plecak, wychodzimy. Jak coś pójdzie nie tak, to… Zwiewamy — powiedziała, posyłając Dahlii cień swojego nonszalanckiego uśmiechu.
Ostrożnie pociągnęła za klamkę, ale drzwi oczywiście okazały się zamknięte. Jasne już było to, co Isobel musi zrobić dalej.
Gdzieś w środku wiedziała, że to już nie jest robienie żartów dzieciakom z innego domku w obozie, tylko włamanie, ale Falagacośtam nie brzmiał jej na osobę, która dobrowolnie odwiedziłaby komisariat policji. Ta świadomość zdejmowała jej trochę ciężaru z ramion, choć wciąż czuła się nieco dziwnie, kiedy grzebała w swojej torebce. Zawsze miała przy sobie albo swój autorsko zmontowany wytrych, albo coś, co w razie potrzeby mogło służyć jako jeden. Choć od przeprowadzki do San Francisco rzadko używała go w celu innym, niż otwieranie zatrzaśniętych drzwi łazienki służbowej w barze, raczej nie umiała się z nim rozstać.
— Nie pytaj — rzuciła tylko w stronę Dahlii, opierając się ramieniem o ścianę. Miała nadzieję, że chociaż trochę zasłoni swoim ciałem to, że zamek ustąpił niemal od razu. Wsunęła wytrych do kieszeni spodni. — Badziewie — dodała zapobiegawczo, uśmiechając się lekko.
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypieniem. Isobel nie ryzykowała włączenia światła, tylko pozwoliła drzwiom otworzyć się na roścież, żeby światło z klatki schodowej zalało choć korytarz wejściowy. Z miejsca dało się zauważyć, że mieszkanie jest okrutnie zagracone. Czuć w nim było, że właściciel dawno nie wietrzył tego wnętrza.
Ostrożnie stawiała kroki na brudnej podłodze, starając się na nic nie nadepnąć, co wcale nie było takie proste.
— Zamkniesz drzwi? — poprosiła, odwracając się do Dahlii, której sylwetkę wciąż mogła zobaczyć w słabym świetle z klatki schodowej.
Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem.
— Musimy znaleźć jakiś włącznik światła, bo się poprzewracamy — zauważyła Dahlia, a Is zaczęła ostrożnie obmacywać ściany w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogło służyć do włączenia oświetlenia.
Ostatecznie Dahlia w końcu znalazła częściowo ukryty za jakimś tandetnym obrazem włącznik i korytarz zalało żółte światło.
Mieszkanie było maleńkie; Isobel powiedziałaby, że jest niewiele większe od jej własnego. A może to bałagan, który był wszechobecny, aż tak je optycznie pomniejszał. W każdym razie, próby znalezienia plecaka Dahlii wcale nie trwałyby długo. Zapewne byłby jedną z nielicznych nowych i czystych rzeczy tutaj, więc rzucałby się w oczy. A jednak plecaka nigdzie nie było. Isobel od niechcenia przeglądała asortyment mieszkania, chociaż nie było tu nic wartego jej uwagi.
— Nic z tego, nie ma go tutaj — powiedziała w końcu, wracając do Dahlii, która właśnie zajrzała do mikroskopijnej, brudnej kuchni.
— Pewnie ma go ze sobą. Chodźmy już stąd, nie ma sensu się tu dłużej kręcić, powinnyśmy…
Dahlia zamilkła, kiedy rozległ się odgłos zamaszystego otwierania drzwi. Isobel zamarła, wpatrując się w otwarte drzwi do kuchni i rozświetlone wnętrze mieszkania. Rzeczony Fagalala stanął we framudze, z plecakiem Dahlii na ramieniu i pseudo groźną miną i spojrzał na nie, jakby nigdy w życiu nie widział ich na oczy. Co, oczywiście, prawdą nie było.
— A co wy tutaj, kurwa, robicie?


Dahlia?
────
[972 słowa: Isobel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]