piątek, 22 maja 2026

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

– A to nie byłoby właśnie łatwiejsze? – pyta Mikołaj z dość sporą dozą zaskoczenia i równie sporą dozą kompletnego niezrozumienia zawiłych procesów myślowych, które pędzą przez umysł Sony, wywijając pętelki mniej więcej co dwie milisekundy. Nie można z pewnością stwierdzić, że Apolliniątko rozumie własne procesy myślowe. Pewnie ostatecznie z zawiłych supłów wyplątuje wyłącznie skrawki oryginalnych, znacznie bardziej szalonych pomysłów.
– Nie wiem, jak to tam u was wygląda w tej Europie – beztrosko wzrusza ramionami – ale tutaj znaleźć dobry pociąg, który cię zawiezie gdziekolwiek dalej niż do najbliższego miasta, to jest… to jest sztuka. Już nie mówiąc o tym, że bardzo niewygodna i droga. Poza tym Adam zawsze ma cały zestaw przetrwania w bagażniku i pewnie uprze się, żeby postawić nam obiad, ale spać to pewnie będziemy musieli u niego w samochodzie. W każdym razie, kto by nie skorzystał? – tłumaczy, próbując odnaleźć dobry kurs na gęsto zapisanej tablicy. – O, jest, nasz pociąg będzie na peronie drugim.
– To nie będzie wykorzystywanie? – chłopakowi wymyka się to pytanie, chociaż koncept dorosłego księdza wykorzystywanego przez losową nastolatkę mało komu zmieściłby się w głowie.
– Co ty gadasz w ogóle. – Sony macha ręką, wyruszywszy w skomplikowaną drogę na peron drugi, klucząc pośród schodów, tuneli i ślepych uliczek kompletnej koszmaru architektonicznego. – Adam po prostu jest miły, gorzej byłoby, jakbyśmy odmówili, serio. Zabrał mnie raz na długą wycieczkę i potem się musiałam trochę za długo tłumaczyć rodzicom, czemu mnie nie było w domu…
– Aha. No to jeśli tak, to okej – wreszcie stwierdza Mikołaj, choć nie wygląda na to, że skonsternowanie całkowicie go opuściło. – A bilety to kupujemy?
– Eee, chyba tam będą automaty! – Sony wskazuje gdzieś przed siebie, po czym jednak się odwraca i wpatruje w drugi koniec korytarza, w którym aktualnie się znajdują, przy czym wydaje z siebie typowe odgłosy ciężko myślącego człowieka. – Albo tam? W sumie to dawno mnie tu nie było. Ale na tej stacji na pewno jakieś były.
– O której mamy pociąg?
– Zadajesz trudne pytania – śmieje się Sony i z radosnym uśmiechem rusza przed siebie. Może w stronę biletomatu, może nie, okaże się za jakiś czas. Mikołaj podąża za nią, już bez kolejnych komentarzy. Według Apolliniątka nieposiadanie biletów na pociąg nie jest niczym, co wymaga jakiegoś szczególnego przerażenia. Ona regularnie zapomina o tym, że przed wyjściem z domu powinna wziąć ze sobą na przykład portfel albo chociaż parę walających się od miesiąca na biurku banknotów. I co, dalej żyje. Jakoś zawsze udawało jej się wydostać z opresji, nawet jeśli wymagało to nieszczególnie bezpiecznych podróży autostopem.
Jedyny biletomat, wspaniały, ociekający amerykańskością AMTRAK KIOSK, jaki udaje im się wreszcie odnaleźć, nie działa. Sony zbywa to wzruszeniem ramion i postanawia poprowadzić Mikołaja dalej, jeszcze głębiej w odmęty dworca, który z każdym krokiem coraz bardziej przypomina twór podobny do Labiryntu.
– Możemy chyba kupić w pociągu, nie? – Chłopak nerwowo zerka na zegarek w swoim telefonie, choć właściwie żadne z nich nie wie, o której odjeżdża ich pociąg.
– Ale tam są droższe!
– Jak to: droższe?
– No, normalnie. Dzień dobry! Dwa bilety na najbliższy pociąg do centrum Nowego Jorku, poproszę! – woła Apolliniątko, wreszcie dobiwszy do kasy biletowej. Siedząca za szybą kobieta posyła Sony nieszczególnie miłe spojrzenie, lustruje ją od końca związanych w kucyki dredów, przez kolczyki na twarzy, aż po kolorowy top. Wzdycha, powoli wpisuje coś w swój komputerek i dopiero wtedy nareszcie się odzywa.
– Ok. Normalne?
– Ile masz lat? – Sony wbija wzrok w Mikołaja, kasjerka znowu głęboko wzdycha, wielce sfrustrowana, bo musi wykonywać swoją pracę.
– Szesnaście, ale to chyba jasne, że mam mniej niż osiemnaście, co nie? W Obozie jesteśmy razem.
– Ech, no to trudno. Dwa normalne – zwraca się z powrotem do kasjerki, ignorując zdziwione spojrzenie chłopaka i jego zmarszczone brwi.
Dopiero gdy bezpiecznie siedzą na swoich miejscach, po zapłaceniu za bilety istnej fortuny, Mikołaj powraca do tematu.
– Ale czemu normalne? Mamy przecież poniżej osiemnastu lat.
– I co z tego?
– No??? Powinniśmy mieć ulgę???
– Nie??? – Sony wpatruje się w niego, zszokowana. – Jeżdżę pociągami, od kiedy trafiłam do Obozu, wiem, jak to działa. Dzieciaki do dwunastu lat płacą połowę ceny. Studenci od siedemnastu lat płacą ze zniżką iluś tam procent. Jak jesteś zwykłym, przeciętnym nastolatkiem, to płacisz normalnie, jak każdy. W Europie macie inaczej??
– W Polsce to każdy uczeń ma zniżkę.
– Wow, serio? Jakby tak tutaj było, to bym oszczędziła literalnie MILIONY. Albo bardziej moi rodzice, ale wciąż. Płacenie pełnej ceny absolutnie ssie, już lepiej ci czasem wyjdzie zapłacić za paliwo.
– Najbardziej wolny kraj na świecie, hm?
– Co?
– Nic, nic.

– ADAM! – wrzeszczy Sony, gdy udaje jej się dostrzec wystające ponad tłum siwe włosy. Mogłoby się wydawać, że z tej radości rzuci się księdzu w ramiona, ale jedynie podaje mu rękę na przywitanie, po czym przesadnie teatralnym gestem wskazuje na Mikołaja. – A to Micoway! Mój nowy przyjaciel!
– Mikołaj – poprawia ją chłopak, ale Sony wciąż nie widzi różnicy.
– Hej – wita się Adam, prezentując sobą niekoniecznie dobry przykład dla młodzieży: w palcach trzyma tlącego się papierosa, jego uszy błyszczą od pokaźnej kolekcji kolczyków, a oczy ozdobione są delikatnym makijażem, który i tak nie jest w stanie ukryć fioletowych worów chronicznego niewyspania. O jego profesji świadczy wyłącznie wciśnięta w kołnierz koszuli koloratka, która w zestawieniu z ogólną prezencją Adama tworzy dość groteskowy obraz. – Żeby nie było, Sony. Nie podwożę was do Minnesoty, zrozumiałoś? Ciesz się, że w ogóle się zgodziłem i na was poczekałem.
– A co, jedziesz gdzieś? – pyta Apolliniątko, w podskokach podążając za najbardziej nonszalanckim i dziwnym księdzem, jakiego widział świat.
– Do Pittsburga. Greg potrzebował kogoś, kto by się z nim wymieniał za kierownicą – tłumaczy niezadowolonym tonem. Łatwo wywnioskować, że wolałby zostać w domu, zamiast jechać do Pensylwanii. – Mój kuzyn – dodaje, znacząco patrząc na Mikołaja. – A ani Mary, ani Daphne, tym bardziej Caroline nie były gotowe aż tak się dla niego poświęcić. Moje ciotki i babcia.
– Aha, znowu się dałeś na to namówić? – śmieje się Sony. Gdy zbliżają się do samochodu, wesoło macha ręką do czekającego na nich Grega.
– Yo, Siwy Jezu, ty się w misjonarza bawisz? Darmowa podwózka dla aż dwójki dzieciaków?
– Gdzieś w Piśmie musi być fragment o pomaganiu nieletnim w potrzebie – stwierdza Adam, zasiadając za kierownicą.
Sony uprzejmie otwiera tylne drzwi dla Mikołaja, kłaniając się w książecym geście i równie majestatycznie wskazując wnętrze zagraconego puszkami i zużytymi chusteczkami samochodu.


Mikołaj?
────
[1015 słów: Sony otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 21 maja 2026

Od Edel CD Theodore'a — „Goopya Peezda”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Wkroczywszy do biura, Edel nie ma pewności, czy nie przyłapali pretora na nielegalnej przerwie od pracy (albo zupełnie legalnej, po prostu przerwie). Wielce niekompetentny przywódca Obozu Jupiter powoli podnosi głowę z ułożonych na biurku rąk i, przecierając dłońmi twarz, najpierw mamrocze coś brzmiącego jak wezwanie o pomoc do wszystkich bogów, którzy go słyszą, aż wreszcie zaczyna mówić wyraźniej. Co ważniejsze, głośniej.
Izan kurwa, ja cię- Och. Edel. – Po tych słowach Vergil dodaje ciche: „dzięki bogom” i prostuje się, przybierając bardziej poprawną dla pretora postawę. – I Theodore. Cześć.
– Masz chwi- Znaczy. To sprawa niecierpiąca zwłoki – zaczyna Edel, porzucając swoją postawę totalnego people pleasera, której czasem się ugina. Zamiast kontynuować, musi na moment przerwać i ukryć potężne ziewnięcie za dłonią.
– Haha. Zwłoki – gorzko prycha Theodore. Doprawdy wspaniałe poczucie humoru. Gdyby byli w innej sytuacji, Del zaśmiałaby się, ale tak z uprzejmości.
Vergil, zdezorientowany przez słowa chłopaka, marszczy brwi i wbija w niego spojrzenie, które tak samo, jak może być zaciekawione, może być również wściekłe (po nim to zawsze trudno poznać). Druga opcja zdaje się bardziej prawdopodobną, zwłaszcza dodając do sytuacji kontekst niedawnego i najprawdopodobniej nieprzyjemnego spotkania pretora z Izanem (który ostatnio odwiedza go częściej, niż Vergil Cherry).
– Przepraszam. I, no, tak, znaleźliśmy zwkłoki – kontynuuje Edel, odchrząknąwszy po przydługim ziewnięciu. Zachowanie choćby minimalnego profesjonalizmu w tak sennej atmosferze powoli staje się dla niej zadaniem niemożliwym do wykonania. – W labiryncie, dwójka obozowiczów, czwarta kohorta…
– Standardowa procedura – rzuca Vergil i w pośpiechu przerzuca zgromadzone na blacie papiery, prawie przewracając swoją ogromną misę pełną fasolek. – Zaraz ci to znajdę… trzeba te ciała tu przynieść, bo rozumiem, że ich nie macie. Pogrzeb wyprawimy-
– Oni umarli – wtrąca się Theodore, skupiając na sobie wzrok centurionki. Chłopiec wbija nieruchomy wzrokwbija w Vergila, jego zaciśnięte pięści drżą, głos przesiąknięty jest… Edel trudno to określić, bo taka ilość goryczy i wściekłości nie pasuje jej do drobnej postaci bladego chłopaka.
Powietrze staje się ciężkie jak w niewietrzonej od pięciu godzin sali lekcyjnej, a centurionka nagle stwierdza, że jeśli nie wypije litra espresso, to zaraz padnie na ziemię jak sim z wyzerowanym paskiem energii. Vergil trzaska szufladami, przetrząsając zgromadzone w nich papiery i chwilę zajmuje mu uniesienie się, spojrzenie na Theodore'a i… zakrycie ust dłonią, bo nie może powstrzymać ziewnięcia.
– Tak, umarli – mówi wreszcie. Rzuca Edel spojrzenie błagające o szybką pomoc i, gdyby mógł, to pewnie podszedłby do niej, żeby wyszeptać: „Ja cię proszę, ty jesteś lepsza z dziećmi”. – Zajmujemy się tym właśnie.
– Mówicie o tym, jak… Nie wiem, sucho! Jakby, jakby to był nikt ważny, jakby oni…
– Theo, nie możemy dla nich nic więcej zrobić – przerywa mu Edel i waha się przed dobraniem następnych słów.
Nie wystarczyłoby przyznanie, że też chciałaby móc krzyczeć, płakać i popaść w stan ogólnej rozpaczliwej desperacji, bo z każdym dniem coraz trudniej jest jej odnaleźć kolejne kojące wyrzuty sumienia kłamstwo. To nieodpowiedni moment na elaboraty o okresach bez śmierci będących zbyt krótkimi przerwami pomiędzy pogrzebami, na eseje o statystycznej ilości nieudanych misji i starconych ludziach, na opowieść o kopniakach na szczęście i ostatnich zasłyszanych słowach. Z rozmów o czasie kochania i umierania, przemijalności życia i byciu półbogiem nazbierała już tyle przydatnego materiału, że gdyby zebrała się w sobie, to napisałaby potężną pracę naukową na ten temat.
Wpatrując się w wykrzywioną złością twarz chłopaka, Edel zamiast czuć się osaczona albo zwyczajnie smutna, że on też musi to przeżywać, próbuje nie zamknąć oczu na sekundę zbyt długo. Odszukiwanie poprawnych słów przypomina grzebanie w wypełnionej gęstą watą poduszce, w której, oprócz oplatającego palce puchu, nie ma nic. Jej mózg postanowił przetransformować się w gęsty i lepki budyń, bez choćby ślada myśli w sobie.
– Posłuchaj, chciałeś tu przyjść i zeznawać – po trochę zbyt długiej przerwie zwraca się do Theodore'a tonem, który podłapała od swoich nauczycielek. – Teraz jest czas na to. Będziemy ich opłakiwać, gdy wreszcie odzyskamy ich ciała i wyprawimy pogrzeb, a nie w momencie, kiedy jesteśmy w… w kropce. Tak, możesz czuć frustrację, to jest naturalne, ale jeśli masz utrudniać sprawę, to muszę cię poprosić o wyjście.
– Czemu wy mówicie o tym w ten sposób? – Theodore przenosi wzrok z Edel na Vergila, bo najwyraźniej odpowiedź dziewczyny w ogóle go nie zadowala. Szuka ratunku w pretorze, zapewnienia, że się naprawdę bardzo przejmuje i nie znajduje niczego, co może go usatysfakcjonować.
– Mógłbyś się uspokoić? – kąśliwie rzuca Vergil, któremu wreszcie udaje się znaleźć stosowne dokumenty. – Okej, Edel, tutaj będzie trzeba to uzupełnić, daj to centurionom czwórki i weźcie znajdźcie kogoś, kto pójdzie z wami po te ciała. A. I trzeba im dać jakąś reprymendę, że nie zauważyli zniknięcia dwóch legionistów. Problem z przeniesieniem jest w czym, w wadze?
– Jak próbowaliśmy do nich podejść, zaatakowała nas amfisbena.
– Oooooch, tak – mruczy Vergil i przez chwilę stuka palcami w biurko bez odrobiny rytmu. – Weźcie jakiegoś dzieciaka Marsa do pomocy.
Zapada chwila ciszy, podczas której Edel intensywnie wpatruje się w Vergila.
– Aaaaaalbo nie dzieciaka Marsa. O, Jowisza na przykład. Friedrich wam pomoże.


Theodore?
────
[803 słowa: Edel otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

środa, 20 maja 2026

Od Aye CD Chaita — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Aye wręcz uginało się pod ciężarem zmęczenia. Czuło, że zaraz głowa jejmu wybuchnie od wszechobecnego hałasu. Dzieci nieustannie krzyczały, piszczały i głośno się śmiały, a ich rodzice niezbyt interesowali się ich dobrobytem; stali gdzieś na uboczu, rozmawiali ze sobą i nawet nie zwracali uwagi, że ich syn albo córka zaczepia biedną panią ze stoiska, albo gania za miejskimi gołębiami, które przyleciały tutaj tylko w poszukiwaniu jedzenia.
— Nie możemy razem? — zapytało, zwracając uwagę na to, że Chait nie uwzględnia siebie w planie ucieczki. — Chyba też nie chcesz tutaj być, prawda?
Chait był jednak typem osoby, która najpierw pomyślała o innych, a dopiero później o sobie. Skutkowało to później bezsensownym męczeniem się na głupich festiwalach, straganach czy innych atrakcjach organizowanych dla dzieci albo młodzieży.
— To przeze mnie tutaj jesteś.
Aye wyraźnie się skrzywiło. Nawet nie próbowało ukryć niesmaku, który od razu pojawił się na jejgo twarzy. Co to znaczy, że przez niego tutaj się znalazło? Przecież nie było to niczyją winą! Festiwal musiał być ogłaszany wcześniej, a oni o tym zwyczajnie nie wiedzieli, bo nie byli w stanie śledzić każdego możliwego informatora.
— Właściwie, ty też o tym nie wiedziałeś, prawda? — zwróciło uwagę. — Z jakiej to okazji? Wiesz coś więcej?
Chait wzruszył ramionami. Był bardzo zmęczony, ale przez lata pracy w takich miejscach nauczył się to dobrze ukrywać.
— Takie rzeczy nie muszą być organizowane na specjalne okazje. Czasem wystarczy, że ktoś ma dużo pieniędzy i za dużo wolnego czasu. Czasem brakuje też pracowników i proszą o pomoc każdego, nawet jeśli ma się wolne.
— Aha.
Aye nie kryło swojego zdziwienia. Była to dla niejgo bardzo dziwna forma pracy. Wyobrażało sobie Chaita, który w spokojne — takie jak te — popołudnie odbierał telefon od szefa, który kazał mu jak najszybciej zjawić się w danym miejscu, bo za dwie godziny zaczynają festiwal dla dzieci.
Ich rozmowę przerwała jedna z koleżanek Chaita. Podbiegła do nich, ocierając przy okazji spływający pot z czoła.
— Co wy robicie? Zaczyna przychodzić więcej dzieci! — wydyszała. Dziewczyna zgięła się w pół i oparła ręce na kolanach. Oddychała tak ciężko, jakby właśnie przebiegła półmaraton.
Chaitowi zadrżał kącik wargi. Z całych sił starał się zapanować nad wyrazem swojej twarzy, by wciąż wyglądać tak samo przyjaźnie.
— Niestety nie mamy już czasu — odpowiedział najłagodniej, jak się tylko dało.
Aye na potwierdzenie tych słów pokiwało głową. Chciało jakkolwiek dodać Chaitowi otuchy, bo samo z siebie nie chciałoby nigdy w życiu obcować z tak denerwującą osobą, jaką była ta… Jessica? Karolina? Już nawet nie pamiętało imion tych dziewczyn.
— Nie żartuj sobie, Chait. — Dziewczyna powoli się wyprostowała. Uśmiechnęła się w najbardziej irytujący sposób, w jaki tylko mogła to zrobić. — Jeszcze tylko godzinkę, dobrze?
Obydwoje wiedzieli, że jeśli zgodzą się tutaj zostać, to na godzince się nie skończy. Kolejki do stoisk były już ogromne. Rodziny z dziećmi przybywało, jakby teleportowali się z drugiego końca miasta specjalnie dla tego jednego festiwalu. Aye na sam ten widok robiło się słabo i naprawdę — ale to naprawdę — nie chciało już w tym uczestniczyć.
— Mam ważne spotkanie rodzinne — skłamał. Przez cały czas perfekcyjnie ukrywał swoje zdenerwowanie. Aye było pełen podziwu. — Następnym razem, dobrze?
Dziewczyna cmoknęła. Zmarszczyła się na twarzy, a wcześniejszy, nienaturalnie szeroki uśmiech, został zastąpiony grymasem.
— Zostajecie jeszcze, jasne? Nie mogę teraz pozwolić sobie na braki kadrowe.
— Nie pracuje dzisiaj — podkreślił ten istotny fakt Chait. — Nie będziemy zostawać tutaj ani minuty dłużej.
Jeśli Chait miał problem z asertywnością, to tym razem udowodnił, że gdy trzeba, umie się postawić.
— Naprawdę was potrzebuję.
Jessica chyba miała problem ze zrozumieniem słowa „nie”. Chait westchnął w odpowiedzi. Ile razy jeszcze musiał powtórzyć, że tutaj nie zostaną, aby dziewczyna w końcu to zrozumiała?
— Skoczę tylko do toalety.
Jessica byłaby naprawdę nieludzka, gdyby zabroniła Chaitowi pójść się wysikać, więc tylko kiwnęła głową i wróciła na swoje stanowisko. Półbóg jednak miał inny plan, a toaleta była tylko wymówką.
— Uciekamy stąd. — Uśmiechnął się najszerzej, jak tylko potrafił w tej sytuacji. Ten uśmiech jakoś pomógł Aye w ukojeniu swojego zdenerwowania i przebodźcowania.
Chait, jako że był dzieckiem Iris, mógł stworzyć tęczę i za pomocą tej tęczy przenieść się w zupełnie inne miejsce. Tak też właśnie zrobił. Stworzył tęczę w miejscu, w którym pozostawali niezauważeni i przeniósł ich w inną część miasta. Znacznie spokojniejsza, o ile to słowo było odpowiednie w kontekście opisywanej jakiejkolwiek dzielnicy Nowego Jorku.
Plecy Aye spotkały się ze ścianą budynku, a Chait wylądował w koszu na śmieci. Dosłownie. Z niewiadomego powodu trafili w ślepy zaułek, gdzie cuchnęło trupem, a słońce nawet nie próbowało tutaj zaglądać.
— Serio z nimi pracujesz? — zapytało Aye. To było pierwsze pytanie, które nasunęło się jejmu na myśl. — Przecież oni cię nawet nie szanują.
— Zły dzień, czy coś.
Złego dnia jednak raczej nie miały te dziewczyny, ale oni. Nie dość, że musieli pracować za darmo, to Chait jeszcze wylądował w kuble na śmieci i śmierdział tak samo paskudnie, co stereotypowy pijaczyna.
— Po prostu cię wykorzystują. — Aye zmarszczyło brwi. Za każdym razem, kiedy spotykał Chaita, widział go wykonującego prace, której nawet nie lubił. — Strasznie śmierdzisz. Bez obrazy.
Chait się zaśmiał, czego Aye nie rozumiało i patrzyło się na niego przez dobrą minutę bez żadnego słowa. To takie śmieszne, że ubrania miał umazane jakimś starym jogurtem i że śmierdział rozkładającymi się resztkami jedzenia?
— Czyli rozumiem, że już nie chcesz ze mną spędzić reszty tego dnia?
— Nie. — Pokręciło głową. Czasem było zbyt bezpośrednie. — Ale jeśli się umyjesz, to znajdę godzinę.
— Mówisz poważnie?
— Takie to dziwne? — naburmuszyło się.
Aye jakoś poczuło się urażone. Przecież cały czas mówiło poważnie!
— W takim razie chcesz wpaść do mnie? Zmienię ubrania i będę jak nowy.
Aye miało od razu odmówić. Propozycja wydawała się jejmu co najmniej dziwna i nie na miejscu; ale z jakiegoś powodu powstrzymało się przed opryskliwą odpowiedzią i kiwnęło głową na tak.

────
[937 słów: Aye otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny — „Nie taka jajecznica straszna, jak ją bananują”

Kalina wyszła zirytowana z łazienki, trzymając w ręce szczoteczkę do zębów. W ciągu ostatnich trzydziestu minut budzik jej współlokatorki dzwonił już piąty raz, nadal nie przynosząc żadnego efektu.
— Wstajesz?! — zastukała pięścią do drzwi Amandy, gotowa wejść do środka, aby ją obudzić.
— Yhm… już… — odpowiedział jej niemrawy głos.
Wzruszyła ramionami i wróciła do mycia zębów. Nie była w stanie pojąć, jakim cudem jej przyjaciółka, śpiąca z telefonem przy poduszce, przesypiała każdy budzik, podczas gdy ją samą budziły te same melodie, ale dochodzące zza ściany. W pewnym sensie nawet zazdrościła dziewczynie tak mocnego snu. Na pewno przydałby się jej w dni, w które mając zajęcia po południu, zostaje brutalnie obudzona o siódmej. Taki dzień był na przykład dzisiaj.
Kiedy skończyła, umyła twarz i powolnym krokiem poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę i dobrą minutę analizowała jej zawartość, zastanawiając się nad możliwymi opcjami śniadania. W końcu zamknęła ją, nic nie wyciągając ze środka i chwyciła za czajnik. Ledwo zdążyła wlać do niego wodę, kiedy znowu usłyszała budzik Amandy.
Odstawiła czajnik za kuchenkę i skierowała się w stronę pokoju współlokatorki. Tym razem nie pukała w drzwi, po prostu weszła z hukiem do środka.
— Albo wstań, albo wyłącz w końcu ten cholerny budzik — powiedziała stanowczo.
Amanda przetarła oczy dłońmi i spojrzała na nią zdezorientowana.
— Co…? — zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu cały czas dzwoniącego telefonu.
— Na którą masz?
— A która jest?
— Jakoś po ósmej? — Kalina powiedziała niepewnie, bezskutecznie szukając zegara na ścianie.
— Co? — Amanda w momencie się rozbudziła. W końcu udało jej się znaleźć telefon, leżący na drugim końcu łóżka i wyłączyć budzik. Widok ósmej piętnaście sprawił, że niemal wyskoczyła z łóżka. — Dlaczego mnie nie obudziłaś?
— A miałam? — zdziwiła się Kalina. — Będę robić jajecznicę, zrobić ci?
— Jezu, jakbyś mogła — dziewczyna popatrzyła na nią, nie kryjąc wdzięczności. — Kochana jesteś.
— Wiem — zaśmiała się, wychodząc.
Idąc do kuchni, Kalina przypomniała sobie śniadanie, które często jadała u babci, kiedy była dzieckiem. Kobieta uwielbiała eksperymentować z dziwnymi połączeniami smakowymi, co małej Kalinie bardzo się podobało. Z chęcią zjadała tosty z jajkiem i keczupem lub jajecznicę z bananem. To właśnie ją miała zamiar teraz odtworzyć.
Krojąc banana w kostkę, zaczęła mieć wątpliwości, czy na pewno dobrze pamięta sposób, w jaki jej babcia robiła tę jajecznicę. Pomysł wydał jej się absurdalny i, mimo że jadła to danie setki razy, zaczęła mieć wątpliwości, czy wspomnienia nie płatają jej figla. Nie była też pewna, czy takie śniadanie będzie smakować Amandzie. Ostatnie wahanie jednak szybko się rozwiało, bo doszła do wniosku, że jeśli dziewczynie takie jedzenie się nie spodoba, to może zacznie wstawać wcześniej, żeby uniknąć jedzenia go w przyszłości.
Rozbełtała jajka w misce i przypomniała sobie, że zapomniała o najważniejszym. Wyjęła z szafki masło orzechowe i dodała je do jajek, a następnie posoliła mieszankę. Wszystko oczywiście na oko. Następnie zaczęła podsmażać kawałki banana na patelni z rozgrzanym masłem, do których po paru minutach wlała jajka. Po drodze przypomniała sobie, że zaaferowana budzikiem przyjaciółki, w końcu nie włączyła czajnika.
Niedługo później jajecznica była skończona. Nie wyglądała na najapetyczniejsze danie na świecie, ale przecież wygląd nie musiał odzwierciedlać smaku, prawda? Poza tym, czy rozmemłane jajka kiedykolwiek wyglądały dobrze?
— Gotowe! — krzyknęła w głąb mieszkania i wyjęła talerz z szafki. Nałożyła sobie połowę przygotowanej porcji i już miała usiąść przy stole, kiedy nagle zobaczyła, że w całości zajęty jest puzzlami.
Z westchnięciem przyjrzała się ułożonej ramce, której poprzedniego wieczora jeszcze tutaj nie było. Ramka idealnie mieściła się na blacie, zostawiając na jego brzegach może pięć centymetrów marginesu. Środek stołu zajęty był nieudolnymi próbami ułożenia innych elementów układanki. W skrócie, nie było na stole ani grama miejsca na cokolwiek, co nie było puzzlami.
— Pomożesz mi z tym później? — wchodząca do kuchni Amanda zauważyła, że jej przyjaciółka wpatruje się w układany przez nią obrazek. — Dzięki — dodała, kiedy Kalina ruchem głowy wskazała na patelnię.
— Zobaczę — odparła bez przekonania i usiadła na krześle, postanawiając położyć talerz na parapecie. — Długo zamierzasz to układać?
— Jak mi pomożesz, to pewnie krócej — zaśmiała się. — Co to jest? — spytała zdziwiona, czując nietypowy zapach.
— Jajecznica — wzruszyła ramionami Kalina i wzięła do ust kawałek. Ku jej uldze, jajecznica nie była tak zła, jak się spodziewała, że będzie. Co prawda nie było to wybitne danie, ale całkiem przyzwoite. Wymagało jedynie drobnych poprawek.
— Na pewno? — Amanda nałożyła jajka na talerz, bacznie im się przyglądając.
— Nie, jaja se robię — przewróciła oczami.
— No w sumie to tak.
Amanda usiadła po drugiej stronie stołu, ale w przeciwieństwie do Kaliny, talerz położyła na kolanach. Cały czas niepewnie wpatrywała się jedzenie.
— Z czym to jest?
— Zgadnij, przecież cię nie otruję — zaśmiała się. — Ja jem i żyję.
Dziewczyna podniosła wzrok znad talerza i rozejrzała po kuchni, zastanawiając się nad czymś. Całe wahanie uleciało z niej jak z balonika, kiedy zobaczyła zegar. W pośpiechu zaczęła jeść jajecznicę.
— I jak? — zapytała Kalina zaciekawiona, nie potrafiąc nic wyczytać z miny przyjaciółki.
— Ciekawe… — zastanowiła się. — To banan?
— Banan — potwierdziła.
— No w sumie… spodziewałam się czegoś gorszego — stwierdziła szybko, poganiana mijającymi sekundami.
— Mówiłam — uśmiechnęła się dumna z siebie Kalina.
— Wygląd nie zachęca, zrobiłabym to lepiej — zaśmiała się, uśmiechając się na znak, że nie ma na myśli nic złego.
— Trzeba było wstać godzinę wcześniej — Kalina wzruszyła ramionami i odłożyła swój talerz do zlewu. Wyłączyła gwiżdżący czajnik i wyciągnęła kubek z szafki. — Chcesz herbatę?
— Mam autobus za dziesięć minut — odparła z ustami pełnymi jedzenia.
W pośpiechu dokończyła posiłek i wybiegła na korytarz, rozglądając się za butami.
— Dzięki! — krzyknęła, szukając drugiego trampka.
— Chyba go widziałam u ciebie — przypomniała sobie Kalina. Okazało się, że miała rację.
— Możesz poukładać trochę te puzzle, jak będzie ci się nudzić, nie obrażę się — powiedziała, trzymając za klamkę.
— Nie, dzięki. Nie lubię puzzli — zaśmiała się Kalina. — Co to w ogóle za obrazek?
— Pod stołem leży pudełko.
Dziewczyna weszła do kuchni i spojrzała pod stół.
— No chyba cię coś boli — stwierdziła zaskoczona, nie kryjąc oburzenia.
— No ja wiem, ale jak będziemy układać we dwie, to szybko- — zaczęła tłumaczyć się Amanda przekonana, że Kalinie chodzi o dwa tysiące elementów.
— Nie, nie — przerwała jej. — Nie mam zamiaru układać jebanego akweduktu.


────
[984 słowa: Kalina otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Kalina Novák

Chyba lepiej się dogadać, niż się nie dogadać, nie?


DZIECKO MERKUREGO

poniedziałek, 18 maja 2026

Od Anastazego do Havu — „Ustęp (ale nie mickiewiczowski)”

– Zrobisz mi ten telefon? – Kuźma przechyla się przez oparcie kanapy, obserwując szykującego się do wyjścia Anastazego. O ile w tej pozycji jest w stanie obserwować coś więcej niż kawałek ściany nad jego głową.
– No.
– A kiedy? – nachalnie dodaje, teraz wisząc głową w dół w pozycji tak ryzykowanej, że gdyby mężczyzna nie skupiał się wyłącznie na swoich sznurówkach, to przestraszony krzyknąłby coś w stylu: „Przestań, bo spadniesz, rozwalisz sobie nos i będziemy musieli jechać do szpitala!”. Albo by nie krzyknął, żeby nie wpuszczać do mieszkania ducha PolskiejMamy™.
– Kiedyś na pewno – odpowiada, podając jej tę jakże precyzyjną datę. – Nie spal mieszkania, jak mnie nie będzie.
– Jeśli zagrożę, że spalę, to zrobisz mi ten telefon szybciej?
– Nie – ucina Anastazy i próbuje udawać, że wcale go ta groźba nie przestraszyła (niestety, większość rzeczy, które mówi Kuźma brzmi dziwnie strasznie). Próbuje przekopać się przez miliony kurtek i bluz na wieszkach w przedpokoju, bo gdzieś w tym motłochu zostawił klucze, ale nie wie gdzie i ile miesięcy temu. Dopiero po zanurkowaniu w kieszenie swojego rozpadającego się płaszcza udaje mu się chwycić znajomy brelok przedstawiający wehikuł Pana Samochodzika.
– A mogę pójść z tobą?
– Aż tak ci się w życiu nudzi? Serio? – Mężczyzna wpatruje się w nią z uniesionymi brwiami. – Do pracy idę. Zadanie domowe odrób, a nie.
– Ja po prostu zawsze chciałam się nauczyć jak naprawiać te wszystkie, wiesz, sprzęty kuchenne i łazienkowe. Przecież to bardzo przydatne w życiu – oznajmia, dalej próbując odnaleźć najwygodniejszą najdziwniejszą pozycję na sofie.
– Jak ci się tak nudzi, to idź na spacer, a nie maltretuj kanapę – rzuca Anastazy na odchodne i wychodzi z mieszkania.
Po paru minutach wraca, bo w roztargnieniu zapomniał skrzynki z narzędziami.

Na podany adrest trafia spóźniony. Pierwszy raz znajduje się w tej części miasta i najpierw w ogóle musiał się zorientować, do jakiego pociągu metra wsiąść i na jakiej stacji wysiąść, co było zadaniem niesamowicie trudnym, bo akurat tutaj iFajstos Anastazego co chwilę traci zasięg. Mapy i GPS postanowiły sabotować go na każdym kroku i dość długo zwyczajnie kręcił się w kółko, pytając ludzi, gdzie jest i którą mamy godzinę. Na całe szczęście powstrzymał się od pytania o datę, bo wtedy zostałby uznany za kogoś gorszego niż creep próbujący zdobyć serca losowych dziewcząt, które przygotowują się na wieczorny Girls Night.
– Kto tam? – pyta szeleszczący, dobiegający z domofonu głos.
– Złota rączka – odpowiada Anastazy, niekoniecznie wiedząc, czy na pewno zadzwonił pod dobry numer. Lekka mżawka osiadła gęstymi kroplami na szkłach jego okularów i cały świat jest dla niego teraz jedną wielką rozmazaną plamą. – Do pana… pana Koskinena?
Bzzzzzzzzzzzzzzzzz – odpowiada domofon.
Anastazy próbuje równocześnie wchodzić po schodach, nie upuścić skrzynki z narzędziami i wyczyścić okulary. Jego klient dostrzega go właśnie w takiej dziwniej, powyginanej pozie, a syn Hefajstosa to go w ogóle nie dostrzega, dopóki nie słyszy trochę zdziwionego „Dzień dobry”.
– Dobry – mówi szybko i równie szybko zakłada przekrzywione okulary. Smugi przysłaniają mu świat w podobnym stopniu, jak kropelki wody, ale na ten moment postanawia to zignorować. – W czym problem? – pyta, wprosiwszy się do mieszkania. Rudy facet, prawdopodobnie Koskinen w swojej własnej osobie, szczerzy się głupkowato i w trochę przerysowanym geście drapie się w kark.
– No, wiesz. To taki trochę. Gówniany problem – odpowiada wymijająco, a Anastazy ni cholerę nie rozumie, o co mu niby chodzi.
– Aha. Gówniany – powtarza i stawia ciężką skrzynkę na podłodze, żeby rozmasować skostniałe palce, w które od niemal godziny wbijał się plastik. – Ale z czym ten problem?
– Ha, ha. – Anastazy nie śmieje się razem z Koskinenem. – Ee, no z kiblem.
– A. A. Aha. Aha. To dlatego. Okej, Jezu – szamocze się ze słowami i przykłada dłoń do czoła w geście kompletnego załamania samym sobą. Prostego żartu nie potrafi zrozumieć. – Nieważne. Zajmę się tym.
– A ile się będzie za to należało? – natychmiast dopytuje Koskinen, jeszcze przed wskazaniem Anastazemu drogi do łazienki.
– No, zależy ile potrwa naprawa. – Wzrusza ramionami. – Dwadzieścia pięć dolarów za godzinę.
– A jeśli potrwa krócej??
– To sobie możesz obliczyć proporcjami, jeśli tak to cię ciekawi – odpowiada Anastazy, na moment zapominając, że typowy Amerykanin nie za bardzo potrafi liczyć. Chociaż, jakby nie patrzeć, nazwisko stojącego przed nim mężczyzny nie jest klasycznie amerykańskie, więc może choć trochę zna się na matematyce.
– Ta, już się do tego rwę – prycha Koskinen, najwyraźniej niezadowolony ze skąpej odpowiedzi Anastazego.
– Gdzie ta łazienka? – pyta Hefajstosiak, bardzo profesjonalnie ignorując zirytowaną minę mężczyzny.
Są momenty w ludzkim życiu, gdy człowiek chciałby stracić jakiś ze swoich zmysłów. Czasem nawet parę z nich. Anastazy najczęściej ma tak ze słuchem – wolałby nie słyszeć głupiego amerykańskiego gadania, które mija się z jakimkolwiek sensem. Albo wolałby nie musieć wysłuchiwać szczebiotania starszych babć, które obszernie opowiadają mu o swoich poglądach politycznych, podczas gdy on próbuje w spokoju wymienić uszczelkę w ich kranie. Tym razem jednak chciałby być pozbawiony węchu. Jakichkolwiek receptorów zapachu. Po wejściu do łazienki bardzo chce zapytać Koskinena: „Człowieku, co ty wlewasz do tego ustępu?”, ale postanawia zachować profesjonalizm. Z zawodową zimną krwią musi zabrać się nawet do najgorszej roboty i najlepiej nie pytać o to, co znajduje w czyimś kiblu.
O ile nie jest to coś naprawdę, naprawdę dziwnego.
Woli nie myśleć o szerokiej zawartości toalety. Cokolwiek tak śmierdzi, nie może być rozpuszczonym trupem albo innym zagrażającym jego życiu i zdrowiu dziwactwem. Zawsze po skończonej robocie będzie mógł pozwać Koskinena. Jeśli to przeżyje i będzie mu się chciało, bo z doświadczenia wie, że czasem nie warto wracać do zostawionego w tyle mieszkania nawet myślami, nie mówiąc już o biciu się z byłym klientem w sądzie. Wystarczy zablokować numer i nie myśleć już nigdy więcej o znalezionych w zatkanych zlewach zębach.


Havu?
────
[911 (ten numer to kłopoty) słów: Anastazy otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Kala CD Elianne — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA V

Jemu za to San Francisco wydaje się obskurne. Jak zawsze zresztą. Piękne miasto pełne obsranych przez gołębie chodników, unoszonych przez wiatr śmieci i żulów proszących o przysługi o znacznie wyższej wartości niż parę drobniaków na najtańsze piwo w pobliskim sklepie. Kal mógłby jeszcze przeżyć to absolutne zniszcznie całego miasta, jego powolne rozpadanie się na strzępy, gdyby nie pogoda – ona już jest kroplą, która przeważa osobistą czarę goryczy chłopaka. Nieważne od pory roku, San Francisco stanowi ostoję dla wszelkiej wilgotności i pochmurności, przyprawiając Kala o kolejne epizody depresyjne i przymus noszenia związanych włosów, bo inaczej po pięciu minutach byłyby wyłącznie napuszoną wełną. Codziennie pól godziny spędza na wybraniu pasującej do jego stroju szpilki do włosów, po czym cały dzień próbuje odgonić od siebie myśl, że jednak wybrał złą, wygląda jak ostatni kretyn i każda mijana przez niego osoba w myślach sobie z niego kpi.
Wychodząc na spotkanie z Eli był bliski wciśnięcia na głowę losowej czapki i pierdolnięcia wszystkich szczotek, gumek, szpilek i spinek w cholerę, ale przegrzebanie ogromnej szafy w przedpokoju to zadanie, które przerosło go tego ranka. Tuż przed wyjściem z drogerii, Kal prędko przejrzał się w najbliższym lustrze i na szybko poprawił fryzurę, której i tak nie dało się już odratować. Po wyjściu, oprócz ust Elianne, na policzkach poczuł chłodny i mocny podmuch powietrza. Już chyba wolał deszcz.
– Kawę, mówisz – mamrocze, ledwo słysząc cokolwiek przez huczący w jego uszach wiatr. Założyłby kaptur, ale nie może zdecydować, czy będzie to lepsze dla jego włosów, czy właśnie gorsze.
– No! – potwierdza Elianne podniesionym głosem, przytrzymując grzywkę na czole. Kal powstrzymuje się od kąśliwej uwagi, że to i tak nie pomoże jej niemożliwym do ujarzmienia włosom, a jej fryzura już dawno straciła kształt. – Jakaś kawiarnia, gdzieś tu chyba była blisko… O!
– To jest piekarnia i do tego taka piekarnia, do której nie mam za-ELI SŁUCHASZ TY MNIE W OGÓLE – krzyczy sfrustrowany, ale jest już za późno. Eli zdecydowanie zapomina, że powinna skonsultować z nim wparowanie do losowej PIEKARNI, która nigdy nawet nie stała obok kawiarni. Mimo tego chłopaka nie dziwi, że sklep przyciągnął Elianne: przytulne, utrzymane w pastelowym, kwietnym motywie wnętrze całkiem nieźle wpasowuje się w jej gust.
– Kal? – odzywa się głos zza lady i on już wie, że jest zgubiony. Stracił krótką chwilę, podczas której jeszcze mógł wybiec z piekarni i udawać, że nigdy go tam nie było.
– hEj FlOrEnCe – duka, pragnąc jak najszybciej zniknąć z powierzchni Ziemi. Ściska ramię Elianne, która BARDZO próbuje zorientować się, co się dzieje, ale zamiast tego jest powoli zaciągana w stronę wyjścia przez Kala, który nie ma najmniejszego zamiaru niczego tłumaczyć.
– Kochanie, coś się stało? – Trudno powiedzieć, czy niska kobieta brzmi bardziej na zszokowaną, czy zmartwioną. – Czemu nie jesteś w szkole? Ach. Tak. Sobota. Potrzebujesz cze-
– Yyy, nie, ma-Fl-mhmppgg, nie, nic nie… Wszystko okej. Tak. Wszystko. Wszystko okej – mamrocze Kal, próbując ponaglającym spojrzeniem zmusić zdezorientowaną Elianne do ucieczki.
– Och! – wykrzykuje kobieta, gdy wreszcie zauważa, że oprócz chłopaka ktoś inny też znajduje się w piekarni. – To ty musisz być… Eli, zgadza się? – zatrzymuje się na moment, celując pulchnym palcem w dziewczynę, która, wciąż nie odzyskawszy głosu, kiwa głową. Florence najwyraźniej jest dumna z siebie, że nie pomyliła jej z jedną z licznych koleżanek Kala. – Nie mówiłeś, że idziesz na randkę! – strofuje chłopaka, a on nawet nie ma sily na udawanie niezręcznego uśmiechu albo przeprosiny, że nie mówi jej wszystkiego. Po prostu wzrusza ramionami, utrzymując beznamiętny wyraz twarzy. – Jeju, a ja w fartuchu… Dobrze, nieważne, już, sekundkę… Dzieci, nie stójcie tak w progu, zaraz wam zrobię herbatkę, pogoda dzisiaj straszna, to się trochę rozgrzejecie – szczebiocze Florence i zaraz znika na zapleczu, w pośpiechu rozwiązując pasek roboczego fartuszka.
– Czekaj! – sprzeciwia się Eli, gdy Kal chce wykorzystać moment na taktyczny odwrót. – Kto to w ogóle jest?
– Mogę ci wytłumaczyć, jak będziemy w tej cholernej kawiarni.
– No chyba nie, przecież ta pani poszła nam robić herbatę, to będzie niemiłe!
– Na bogów, Eli! – jęczy Kal, już trzymając dłoń na klamce. – Naprawdę nie ma potrze-
– Wytłumaczysz mi, co się dzieje? – przerywa mu, a chłopak wreszcie ulega. Jeszcze mu kłótni brakuje do pełni szczęścia.
– To moja… Inaczej. To dziewczyna mojego taty – wzdycha z miną młodopolskiego dekadenta.
– Że… że co proszę? – Elianne marszczy brwi, najwyraźniej jeszcze bardziej zdezorientowana niż wcześniej. – TO BYŁA WENUS? – krzyczy szeptem, a Kal bardzo gwałtownie, z przerażeniem wypisanym w oczach, kręci głową.
– Nie, gdzie tam, Wenus, skąd ci to w ogóle do głowy przyszło? Po prostu… no, wiesz. Mój tata. Znalazł sobie. Dziewczynę. Kobietę. I, ee, to ona? Śmiertelniczka? – precyzuje, najlepiej jak jest w stanie.
– Nie powiedziałeś mi, że masz mamę? – W tym momencie Eli najwyraźniej przechodzi przez co najmniej dziesięć stanów żałoby.
– W sensie, od początku wiedziałaś, że mam mamę, ale po prostu nie mamę – tłumaczy pobieżnie. – To trochę świeża sprawa, okej? I sprawa bardziej mojego ojca, niż moja.
– Czemu jej nie poznałam w tamte walentynki?
– Skończ już.
– Powiedz mi teraz, to się nie będzie ciagnął smród – upiera się, krzyżując ramiona na piersi.
– Była wtedy… Cholera, no, nie pamiętam. Jakiś MasterChef albo inne… jakiś tam konkurs, eee… W każdym razie, gdzieś musiała pojechać, nie było jej. Poza tym, to nie jest nic pewnego, jakby, nie żeby byli chociaż narzeczeństwem albo coś… – Nic z tego, co mówi, nie wydaje się satysfakcjonować Elianne. Kal ma ochotę rzucić się pod rozpędzony samochód, byleby tylko uniknąć tej rozmowy i każdej przyszłej rozmowy, w ogóle to zapomnieć o potrzebie prowadzenia konwersacji z innymi ludźmi. – Przepraszam, okej? Możemy o tym nie rozmawiać akurat teraz? – pyta, szepcząc szybko i trochę niewyraźnie, bo z zaplecza wynurza się burza fioletowych loków.
– Możecie ściągnąć kurtki! – informuje ich Florence z radosnym uśmiechem na twarzy. Ze stukotem obcasów podbiega do jedynego stoliczka w pomieszczeniu i stawia na nim tacę z pięcioma pudełkami herbat oraz dwoma kubkami, jakimś cudem nie wylawszy z nich ani kropli. – Nie wiedziałam, jaką lubisz, złociutka, więc tu masz owocowe, tu kolejne owocowe… tu też owocowe, tutaj jest taka z imbirem, rozgrzewająca, tutaj zwykła czarna, a tutaj cukier. Kal, tu masz swoją, już posłodziłam. – Wskazuje na błyszczący, różowy kubek z napisem: „Jeśli przechodzisz przez piekło, idź dalej”. Ten Elianne najwyraźniej pochodzi z tego samego zestawu, tyle że na nim wygrawerowano „Spróbuj być tęczą w czyjejś chmurze”. – Podać wam do tego ciasto? Mam taki świeżo upieczony serniczek, zaraz wam pokroję…
Przyparty do muru (Eli już usiadła), z miną niesamowicie zgnębioną, Kal siada na jednym z dwóch niskich krzeseł i wbija wzrok w swój kubek. To nawet nie tak, że nie lubi Florence. Kobieta jest słodka, sięga mu do ramienia i z całych sił stara się zachowywać jak jego prawdziwa mama. Po prostu chłopak nie może powstrzymać wrażenia, że jej sposób bycia najzwyczajniej w świecie przynosi mu nic więcej, jak wstyd i przypał przed każdym, kto akurat jest w pobliżu.


Elianne? ────
[1111 słów: Kal otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 17 maja 2026

Od Weroniki do Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Historycy uwielbiają mówić o imperiach, jakby człowiek rodził się dopiero wtedy, gdy nauczył się liczyć podatki. A przecież pierwszą oznaką cywilizacji nie było ani pismo, ani prawo — tylko chwila, w której ktoś uznał, że obcy ból jest ważniejszy od własnego głodu. Reszta to już administracja.
Zabawne zresztą, że ludzie przez tysiące lat patrzyli w niebo, zanim wymyślili dla niego poprawne słowo. Najpierw była trwoga, potem poezja, dopiero na końcu gramatyka. Tak samo z miłością: najpierw gotowość do ruiny, później pieśni o ruinie, a dopiero potem moraliści próbujący wszystko ponumerować.
Ale oczywiście współczesny człowiek wierzy, że istnieje dopiero wtedy, gdy zostawi po sobie cyfrowy ślad. To bardzo wzruszające. Mrówki też zostawiają ścieżki.
Zadowolona z siebie Weronika przechadzała się po obozie, klejąc zdania w mentalnym notatniczku. Na punkt honoru postawiła sobie uporządkowanie, złożenie i uszeregowanie pokoi w pałacu pamięci. Wbrew pozorom było to bardziej męczące niż sprzątanie realnego pokoju w swoim domku. Gdzieś musiała uporządkować filozoficzne myśli, tuż obok najlepszych ironicznych odzywek Anno Domini 2025. Daleko gdzieś w tyle zostawiła pokój, zabarykadowany na kilka spustów, w którym trzymała jakiekolwiek informacje związane z Niketasem. Nie, żeby chciała. O wrogach trzeba wiedzieć wszystko, żeby nie zaskoczyli. A Niketas zaskakiwał ku rozpaczy galaxowłosej grupowej domku.
Tak się kręciła, że nie zauważyła, kiedy prawie wpadła na inną dziewczynę. Prawie, bo jej nieskazitelna intuicja w ostatniej chwili kazała jej odskoczyć krokiem zwiewnym, niczym baletnicy. Już miała porządnie ochrzanić prowodyrkę zdarzenia, kiedy zauważyła grymas na znajomej twarzy.
— Och, brutalna siła, która ugięła się pod moją filozofią, ironią oraz szpadą! — Skomentowała złośliwie.
Kojarzyła ją z pojedynku, który w jej myślach był zdecydowanie jednym z lepszych. W końcu wygrała z córką boga wojny. Potomstwo Aresa to nie byle kto, całymi dniami siedzą na treningach, a nocami biją się na poduszki. Są pierwsi do walk na miecze, topory, katapulty i bogowie wiedzą co jeszcze, żeby to dotarło do ciebie, drogi czytelniku, że grupowa domku Ateny pokonała nie byle kogo, żadną tam płotkę… Z gracją baletnicy, językiem ostrym jak brzytwa. W jej głowie.
Zawsze ignorowała resztę obozowiczów, która śmiała coś mówić o tym, że w starciu z Caroline ledwo wygrała, była spocona jak dzik, dwa razy się potknęła w drodze do domu ze zmęczenia. Kiedyś krzyknęła ze złości na swoją siostrę, która mruczała pod nosem, że Caroline pewnie tego dnia miała okres czy tam zły humor, bo tak to by zwinęła Weronikę, jak precelka. Powiedzmy, że była czuła na tym punkcie.
Dziewczyny przez chwilę mierzyły się w niepisanym konkursie, wkładając możliwie jak najwięcej pogardy oraz lekceważenia. To były spojrzenia, którym obdarzało się zazwyczaj zdeptanemu na chodniku robaka. Głównie karalucha.
— Ironicznie to możesz zrobić baranka o ścianę, Weronika. — Odburknęła.
Po czym minęła córkę Ateny.
— Wszystko na świecie jest głupstwem oprócz samego śmiechu. — Skwitowała Weronika.
Po czym ruszyła dalej w swoją drogę. W myślach przeklinała na Caroline, bowiem przez nią powstał bałagan w pokoju „cytaty z literatury na każdy dzień”. Jak można przeszkadzać Nice w czynnościach umysłowych? Niedorzeczne, kiedyś karma spotka tą troglodytkę. Przez chwilę zamyśliła się jednak nad czymś innym. Przecież Caroline wybyła do miasta, prawdopodobnie Nowego Jorku, to czemu tutaj jest? To się nie godzi.
I tak była do tyłu z obowiązkami. Próbowała je nadrabiać, kiedy rusz, tylko dlatego, że utknęła w kiblu na dłuższy czas przez głupie zagrywki Niketasa, który podrzucał jej na spotkaniach grupowych ostre rzeczy. Od których dostawała bólu brzucha. Wyliczyła, że mogła poświęcić czas na myślenie o dzieciakach Aresa na dokładnie 5 sekund w ciągu dnia i limit został przekroczony już dawno.
Przed kolacją atmosfera była spokojna, chociaż Weronika wyczuła pewną nerwowość, kiedy przyszła na plac treningowy. Zignorowała to, że to ona mogła ją wywołać, zamiast tego skupiła się na tym, czy ekwipunek treningowy był zgodny z zasadami HAACP, nie przemieszczał się znienacka i nie był obsmarowany jakimś psikusem Hermesiaków. Połowę mieczy kazała oddać do wyważenia, część do polerowania, ku rozpaczy trenujących.
— Bez dyskusji! To niebezpieczne. Możecie ten czas przeznaczyć na, na przykład, zajmowanie się tymi mieczami! Po co wam miecze, skoro nie umiecie o nie dbać!? Sio mi stąd.
Skrzyżowała ręce i kręciła głową na pozostałe wyposażenie. Rozwalone, zniszczone… wyrzygane? Wolała się nie upewniać.
— Jak zawsze dzieci Aresa muszą przejawiać zwierzęce zapędy. — Skomentowała na głos.
Pałac pamięci miał schowek na miotły, w którym przechowywała zdania na temat innych obozowiczów.
— Dzieci Ateny, jak zawsze, uważają się za lepszych. — Usłyszała z tyłu.
Odwróciła się na pięcie, trochę zbyt nerwowo jak na jej gust, i zobaczyła Caroline. Ważyła ona miecz w dłoni, wymachując nim w powietrzu.
— Bo jesteśmy. Nie ma w tym żadnej filozofii, myśl poleci śmielej i trafi, czego nie można powiedzieć o zwykłym kamieniu.
— Uważaj, żeby ten kamień nie rozbił ci okna samozachwytu.
— Czy to zaproszenie do konfrontacji? Oby nie baletowej, tutaj zwycięzca byłby tylko jeden. — Wsadziła w tą wypowiedź jak największy akcent ironii.
— Ot, sparing. Tylko się nie zafilozofuj na śmierć.
En garde!
Weronika wyciągnęła pierwszą, lepszą szpadę i ustawiła się w pozycji, podobnie jak jej przeciwniczka. Wymieniały się wzrokiem. Weronika zauważyła, że Caroline jest w lepszej kondycji (czyżby Nowy Jork wpływał dobroczynnie na nerwy?), ale nie miała zamiaru się poddawać. Znaczy to tylko, że walka będzie lepsza i może coś wyciągnie z tego sparingu.
Brzdęki szabli się rozległy gwałtownie po terenie. Naprzeciw wykwintnej gracji występowało bezczelnie błoto, blokując możliwość tworzenia, jakże, efektownych piruetów. Jesień uderzyła z całych sił, utrudniając treningi i wspólne posiadówki. Wszystko przez Chejrona, który stwierdził, że półbogowie powinni doświadczyć od czasu do czasu jakiejś gorszej pogody. Wspominał coś o docenieniu słońca oraz możliwości treningu w grząskim terenie, ale Nika wtedy była zajęta walką o ołówek z Grupowym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Caroline widocznie lepiej się czuła w tych warunkach (czy trzeba wspominać coś o zwierzęcych upodobaniach potomstwa Aresa?), wymierzając celne ciosy, które ciężko było sparować. Nika uciekła do tego, co zna najlepiej.
— Ach, nie oczekuj, że dam ci fory. Szczególnie po tej żałosnej walce, w której próbowałaś forsować brutalną siłą!
Zaatakowała.
Caroline niewzruszona odbiła cios.
— Mhm.
— Za to aprobuję rzucenie wyzwania. Zawsze warto próbować chronić honoru swojego rodzica. Czyżby ktoś dostał szlaban za przegranie walki?
— Sądzisz, że Ares zwróciłby uwagę na sparing? A co, twoja matka oglądała i klaskała w dłonie z zadowoleniem? Wow, pojedynek na wykałaczki, super sprawność umysłowa, Weroniko! Dostajesz naszywkę dzielnego skauta. — Odbiła ironią.
Weronice przestało pasować to, że cały czas przeciwniczka była defensywna w walce. Niczym sęp, który wyczekuje błędu ofiary.
— Lepsza naszywka dzielnego skauta niż pochwały od boga dzikusów.
Córka Ateny już miała przygotowany plan, rozstawiony jak figury na planszy. Zrobi zwód, szybki blef, uniknie i wtedy powinna mieć czyste okno do zaatakowania. Rozplanowane co do każdego szczegółu. Dopóki Caroline nie otworzyła ust, niech bogowie ją przeklną na wieki.
— A nie żelki od Niketasa, cukiereczku?
Nika wybałuszyła oczy.
— Co, ale skąd t— Wydukała z siebie.
To wszystko, co mogła powiedzieć, zanim dostała płazem miecza w skroń. Straciła równowagę i wylądowała ogłuszona zadkiem w błotku.
— Brutalna siła i żelki wygrały! — Krzyknęła Caroline do grupy wiwatujących obozowiczów.


Caroline?
────
[1138 słów: Weronika otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

sobota, 16 maja 2026

Od Sony CD Lairy — „A fisher of fish”

Poprzednie opowiadanie

Sony z trudem przychodzi liczenie sytuacji, w których zabrakło mu słów. Nie brakuje mu palców ani miejsca na kartkach, brakuje mu dokładnych, jasnych wspomnień. To były pojedyncze, niewarte zapamiętania momenty. Gdy słowa nie chciały wyjść z jego gardła i uformować się w dobrze znane kształty na języku, Każda taka chwila wydaje się Sony okropnie odległa, jakby próbowała wbić się w pamięć kogoś innego. Albo siebie przed tym, gdy odważyło się mówić.
Patrzy na Lairę, na trzymane w jej dłoniach pokrowce i na spakowaną torbę, a niewidzialne szwy zamykają mu usta na dobre. W mózgu pojawia się pustka, której nie spotkało od lat i która pojawia się w najgorszym momencie. Bez słowa, z miną wyrażającą wyłącznie czysty szok, wyciąga dłonie po szorstkie pokrowce.
Coś tu śmierdzi, ale Sony nie jest w stanie dostrzec, co dokładnie. Ono nigdy nie oddałoby komuś swoich instrumentów, a już na pewno nie najpiękniej brzmiącego, obklejonego naklejkami bębenka. Musiałoby wiedzieć, że już nigdy więcej na nich nie zagra, a to stanowi dla niego dość niewyobrażalny koncept.
– Wow. Dziękuję – duka Sony po zbyt długiej chwili milczenia, opierając dłuższy z pokrowców na ramieniu. – Ale dlaczego?
– Jak to, „dlaczego”? – pyta Laira z uśmiechem na twarzy, ale nawet Sony dostrzega, że w tej minie nie ma oni odrobiny radości.
– Nie masz zamiaru już nigdy łowić? – doprecyzowuje pytanie. – Bo czemu masz oddawać mi coś, co jest twoim hobby. Takim, które robisz codziennie, nieważne, jaka jest pogoda i co masz zaplanowane. I które sprawia ci radość. To dziwne – tłumaczy, marszcząc brwi w zdegustowanej minie bardzo podejrzliwego dzieciaka. Laira dalej uśmiecha się w ten smutny, nieszczery sposób i patrzy nie w twarz Sony, skupiając się raczej na krajobrazie za otwartymi na oścież drzwiami.
– To nie takie proste – odpowiada wreszcie, choć niczego to nie tłumaczy. Sony nie jest już nieświadomym świata dzieciaczkiem. Równie dobrze mogłoby zostać grupowym domku siódmego, jakby tylko chciało. Ma zamiar to powiedzieć, domagać się jakiegoś lepszego wytłumaczenia, ale ubiega go Laira, której wreszcie udało się dosunąć zamek torby. – Hej. Dbaj o ten sprzęt w moim imieniu.
– Ale! – potyka się na własnych słowach, obserwując, jak Laira zarzuca sobie bagaż na ramię. – Ale chociaż czasem coś napisz. Albo, albo, jeśli napiszesz, albo zadzwonisz, to mogę do ciebie przyjechać, co ty na to?Jeszcze nigdy mnie nie było w San Francisco, ale mogę być ten pierwszy raz, to nie jest aż tak daleko. To nie drugi koniec świata. Odwiedzę cię i pójdziemy razem na ryby, przywiozę to wszystko i w ogóle…
– Okej. – Dziewczyna kiwa głową, choć wydaje się nieobecna.
Sony nie obchodzi, czy to etycznie poprawne i dopuszczalne, tak zmuszać kogoś do przytulenia. Laira lekko poklepuje go po plecach w geście delikatnego zasygnalizowania, że ma się od niej odkleić i wrócić do jakichkolwiek obozowych zajęć, jakie miało w planach. Mówi coś o pociągu albo o autobusie, a Sony, próbując nie stracić z oczu porzuconych na ziemi pokrowców, przegrzebuje wszystkie swoje kieszenie, tylko jednym uchem słuchając mamrotu Lairy.
– Masz. Prawie zapomniałom – śmieje się i wsuwa na nadgarstek przyjaciółki własnoręcznie zrobioną bransoletkę przyjaźni. Takie same dostali od niego Erico i Emiliano, gdy się wyprowadzali. Na całe szczęście pamiętali o pisaniu i dzwonieniu. – I jeszcze to. – Wciska w dłonie Lairy wypchaną kopertę. Pełną zdjęć, suchych liści i rysunków.
– Dziękuję. Trzymaj się, dzieciaku.

JESIEŃ V

Wiadomość o jej śmierci trafiła do Sony późno. Zbyt późno, żeby mogło dołączyć do jakiejkolwiek ceremonii pogrzebowej. Ostatecznie nie wie, czy jest temu wdzięczne, czy wciąż wściekłe – może gdyby ją prawowicie pożegnało, to szybciej pogodziłoby się z jej utratą?
Pokrowce z wędką i spławikami wylądowały w kącie domku siódmego, a teraz oczy Sony zazwyczaj prześlizgują się po nich, jakby nie istniały. Jakby w tamtym miejscu nie było niczego więcej oprócz obdartej ściany, którą powinni odmalować już lata temu, ale wciąż o tym zapominają.
Trudno mu nawet przesiadywać nad jeziorem. Na bosaka spacerować przy brzegu, stawiać ostrożne kroki na skrzypiącym molo. Co jakiś czas zdaje sobie sprawę, że tam zawędrowało, że właśnie siedzi w tym samym miejscu, w którym uczyło się łowić, nazwało swoją pierwszą rybę, rozpoczęło krótką przyjaźń. Pogrążone w myślach zbyt głęboko, by pamiętało, jak się tam znalazło.
Raz wyciągnęło z pokrowca wędkę. Zważyło ją w dłoni, przesunęło palcami po żyłce. Pustka, którą ta krótka czynność obudziła w jego klatce piersiowej, wystarczyła, żeby próbowało zapomnieć o łowieniu i o dręczączej obecności zbierających kurz pokrowców. Wciąż nie chce o tym myśleć. Nie chce mieć głowy zaprzątniętej wyłącznie ponurymi myślami.
Dlatego postanawia zrobić to, co potrafi najlepiej.
Siada pod ścianą domku dziewiątego, z kieszeni wyciąga trzymający się na granicy śmierci telefon. Na Mapach Google szuka kolejnego celu wartego osiągnięcia, do którego podróż sprawi mu więcej przyjemności, niż pobyt na miejscu.


koniec wątku Sony i Lairy
────
[766 słów: Sony otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Isobel — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Znużona, pośród gwaru ludzi, którym by nie dała nawet paprotki do popilnowania, zastanawiała się, co tu w ogóle robi. Pierwsze wrażenie? „Demeter, zabierz mnie stąd, możesz zamienić mnie w roślinkę, cokolwiek” pomyślała. Dotarła jednak do konkluzji, że nic by tutaj nie przeżyło za zasłoną gęstego dymu.
Gdy wróciła do domu i wzięła prysznic, zastanawiała się, czy ten plecak jest jej w ogóle potrzebny. To tylko plecak. Nie ufała losowym zbiegom okoliczności, a kradzież wyświechtanego przedmiotu, w siłowni pełnej ludzi z bogatszym wyposażeniem, należała do nich. Nie mając nic lepszego do roboty następnego dnia (dalej dostawała coraz mniej zadań, bo nie posługiwała się elektroniką), poszła do dzielnicy, w którym rzeczony bar miał się znajdować.
Była to bez wątpienia obskurna speluna, samo znalezienie jej zajęło trochę czasu. Na szyld natrafiła wyłącznie dlatego, że jej uwagę zwrócił przebiegający obok szczur. Dahlia cieszyła się, że nie ubrała się w smart casual, tylko włożyła pierwszą lepszą bluzkę, ale nawet i w niej czuła się zbyt elegancko. Zeszła po schodkach i wraz z otwarciem drzwi uderzyły jej w twarz kłęby dymu papierosowego. Miejsce było tak old school, że nawet mieli swoją tablicę ze zdjęciami (prawdopodobnie) tubylców, którzy prezentowali swoje zdobycze wędkarskie.
Nie pokazała swojego szoku, ale było ewidentne, że Isobel ni wuja nie pasowała do tego miejsca. Wizualizowała o wiele czystsze miejsca, może bardziej eleganckie, które nie wymagały patrzenia pod nogi w celu niezdeptania szczura. A przynajmniej nowo poznana koleżanka zasługiwała na to, bo Dahlia nie wątpiła w to, że po jej zatrudnieniu zwiększyła się liczba osób odwiedzających ten… przybytek. Wystarczyło jej jedno rozejrzenie się po sali, żeby zobaczyć spojrzenia dziadków oraz delikwentów, jakie rzucali Isobel.
Sama pracowniczka nie dawała po sobie tego poznać, poruszała się jak ryba w wodzie i roztaczała aurę całkiem niezłej charyzmy. Na pewno była to zasługa rosłego chłopa przemieszczającego się tu i ówdzie, który zdążył się przyzwyczaić do jej obecności. Dosłownej, bo gestykulowała naprawdę żywo, konieczny dodatek do komunikacji przy pierdzących głośnikach.
— Mieszka nad twoim współpracownikiem? To wszystko chyba jest za proste.
— Co masz na myśli? — Isobel podawała kolejny kufel i przeliczała podany jej kwitek banknotów.
— W tak dużym mieście, jak San Francisco, wyłapałyśmy tak szybko jedną osobę? — Dahlia pokręciła głową. — Coś tu jest nie tak.
— Hej, hej, przesadzasz! To twój plecak i trzeba go odzyskać. Sądzę, że to zrządzenie losu, że akurat sobie przypomniałam o jego szpetnej buźce. Falagamus? To jest imię czy nazwisko? Kto się tak, do cholery, nazywa?
— Na to pytanie to ci nie odpowiem. — Dahlia wzruszyła rękami, pozwalając sobie na nikły uśmiech.
Isobel zniknęła w gąszczu, z tacą pełną piw. Może na siłowni nie wycisnęła dużej wagi przez brak techniki, ale na pewno miała w sobie sporo siły. I doświadczenia w manewrowaniu między stolikami oraz klientami. Dahlia nie miała innego wyboru jak czekać przy tej ladzie, wpatrując się w cokolwiek, co Barny robił. Resztę widziała jak przez mgłę, ale przynajmniej odór fajek już tak nie gryzł jej gardła.
— Bar zamyka się o drugiej… — Usłyszała niebezpiecznie blisko prawego ucha i się wzdrygnęła.
— Bogowie! Nie do ucha! Prawie zeszłam na zawał.
Skarciła też siebie w myślach, za nieuwagę. Była przecież na tyle wyczulona w życiu, że ciężko było ją podejść. A jednak. Nawet nie piła, co trochę bardziej odbiło się na jej poczuciu bezpieczeństwa. Czyżby przebywanie z Arnar otępiło jej zmysły?
— Uważaj, bo w tej okolicy ludzie wolą tego jednego Boga i chętnie ci wcisną pamflety o tym, jaki nie jest super.
— No tak, totalnie w tym miejscu czuć boską obecność. — Dodała w myślach „Dionizosa chyba”. — Coś mówiłaś?
— Tak, bar zamyka się o drugiej, ja mogę wyjść nieco wcześniej i możemy zajrzeć do szacownego Falafela. — Rozpromieniła się dziewczyna.
— O drugiej w nocy?
— No tak, zapomniałam, że taki chłop jak on jest wzorcowym, szanowanym obywatelem, który musi dobrze się wyspać, żeby pójść do normalnej pracy za biurkiem. — Ironizowała Isobel, wycierając szmatką stolik obok.
Podsłuchujący Barny tylko podniósł brew.
— Isobel, to tylko plecak… Nie będę wyważać drzwi o drugiej w nocy!
— Grzecznie poprosimy, grzecznie odda. I wcale nie musimy wyważać drzwi! — Ściszyła głos i uśmiechnęła się niczym chochlik. — Ja na przykład bardzo dobrze dogaduję się z drzwiami. Bezgłośnie. Trzeba nauczyć cholernego gówniarza manier. Chcesz może piwo? Chcesz, dzisiaj świeże lane i w dodatku zmywarka działa, także kufel będzie czyściutki.
Córka Demeter nawet nie miała jak zaprotestować. Westchnęła i pozwoliła sobie poczekać, żeby zobaczyć, jak się sprawa rozwinie. Doszła do takiego momentu w życiu, że ostatnio częściej traciła kontrolę i nie wiedziała, jak się z tym czuć. Arnar przekonywało ją, że za bardzo chce ustalać wszystko, gdzie powinna popłynąć z nurtem wydarzeń. Jak miała traktować jeno słowa poważnie, jeżeli na jednym ze spotkań z tym dzieckiem Hermesa dosłownie wyskoczyli z okna, uciekli przed latającą, obleśną świnią, która wsunęła na śniadanie jakiegoś półboga po drodze. Wtedy zdecydowanie płynęła z nurtem, bo nie miała wyboru. Nie mówiąc o równi pochyłej, czyli Lucienie próbującym manipulować nią za pomocą wina. A teraz będzie czekać na rudowłose uosobienie ADHD, które ma zamiar włamać się do domu jakiegoś złodziejaszka, bo chce bohatersko odzyskać plecak Dahlii. W którym dokładnie momencie straciła trakcję?
Prychnęła pod nosem i wzięła łyk zimnego piwa.

Chłodnawe powietrze uderzyło w twarz, kiedy w końcu z zadymionego, zatłoczonego przybytku wyszła na ulicę. Piwo było w porządku, ale nic nie zastępowało detoksu płuc. W barze dalej przebywało sporo gości, ale widocznie nowa znajoma była w stanie wyprosić wcześniejsze wyjście.
— Załatwimy to szybko. Na pew… — Zaćwierkało coś z boku.
Dahlia wzdrygnęła się już drugi raz. O dwa za dużo.
— Cholera jasna, może jakieś ostrzeżenie? Podkradasz się zbyt cicho!
— A, tak, jasne. Tak już chciałam powiedzieć, wystarczy, że cię zobaczy i na pewno odda ci twoją własność. A jak go nie będzie w domu, to może nawet lepiej, się tylko odszuka i weźmie.
— Chyba, że design tego plecaka się jemu spodobał i teraz chodzi z nim po mieście, wypełniając go innymi skradzionymi rzeczami. — Odburknęła Dahlia
— To wtedy coś wymyślimy. A teraz kierunek na południe! Co mi tylko przypomniało, jak mój znajomy ukradł drugiemu zegarek i przez dłuższy czas go szukaliśmy, a następnie…
Oto tym sposobem Dahlia nie miała jak zaprotestować i ruszyła z Isobel w drogę, słuchając wielu opowieści.


Isobel?
────
[1010 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne CD Kala — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Elianne zamyśliła się, opierając podbródek na czubku rączki grabi. Niezbyt przejmowała się tym, że pewnie są umazane w ziemi czy tam bogowie wiedzą czym. Kal już wrócił do pracy (choć widząc jej minę, co jakiś czas zerkał na nią kątem oka, trochę zaniepokojony), a sama Eli wciąż próbowała sobie wyobrazić chłopaka w innej fryzurze. Nie było to wcale takie proste; białe kosmyki na tyle mocno utknęły jej w głowie, ze nie potrafiła ich zastąpić niczym innym. Zabębniła palcami o trzon grabi.
— Różowy to wcale nie jest taki zły pomysł. Jaśniutki, taki pudrowy. Nie różniłby się nawet jakoś mocno od białego — powiedziała w końcu i wyprostowała się, bo wypadało w końcu wrócić do pracy.
Uśmiechnęła się, kiedy Kal posłał jej przez ramię wyjątkowo sceptyczne spojrzenie.
— Nie wydaje mi się.
— No weź, pomyśl o tym.
Chłopak odwrócił się do niej plecami, czym wywołał jej śmiech. Elianne poprawiła opadające jej na czoło kosmyki włosów i poważnie zabrała się za grabienie. Chciała zdążyć na kolację.

Centurionka na ogół uważała się za osobę dosyć miłą. Nie lubiła konfliktów i niesnasek, więc zwykle po prostu trzymała się od nich z daleka. Zdecydowanie wolała przeprosić i załagodzić tym sytuację, niż tworzyć spór, który potrwa na trzy pokolenia wprzód. Często się uśmiechała i lubiła, kiedy ludzie wokół niej również byli w dobrym humorze - nie miała problemu z komplementowaniem, rozluźnianiem atmosfery i utrzymywaniem dookoła siebie raczej pozytywnej aury. Źle się czuła, gdy ktoś na opak rozumiał jej słowa i wychodziła na zołzę, co niestety czasem się zdarzało. Krótko mówiąc, wybierała życie w przyjaznych stosunkach.
Jednak, jak się okazało, taki stan rzeczy mogła utrzymywać do czasu.
Ponowne spotkanie Elianne z Theodorem miało miejsce zaledwie kilka dni później, zaraz przed obiadem. Eli właśnie miała zamiar skierować się na stołówkę, kiedy wpadła na syna Somnusa. Uśmiech szybko zniknął z jej twarzy, gdy zorientowała się, na kogo się natknęła.
— O, to ty — rzucił chłopak, spoglądając na centurionkę.
— Przepraszam, spieszę się.
Elianne nawet nie siliła się na posyłanie mu wymuszonego uśmiechu, tylko od razu odwróciła się, żeby odejść. Niestety zatrzymały ją kolejne słowa Theodore'a:
— Pogadałaś już z chłopakiem?
Zatrzymała się w pół kroku, wzięła głęboki oddech i policzyła do pięciu. Naprawdę miała nadzieję, że w tym czasie chłopak odejdzie i da jej święty spokój. Jako że nie usłyszała odgłosu kroków, odwróciła się z powrotem do niego.
— Powiesz mi w końcu jaki masz do nas problem? Wtrącasz się w sprawy, które w ogóle cię nie dotyczą, i które ani trochę nie powinny cię obchodzić, skoro nie masz o nich zielonego pojęcia. W dodatku twoje komentarze są po prostu niekulturalne, bo nikt z odrobiną kultury osobistej nie wtyka nosa w prywatne sprawy innych ludzi. Weź znajdź sobie coś do roboty, bo inaczej zrobię to ja i obiecuję, że prędko się już do mnie nie odezwiesz. I odpierdol się od Kala — rzuciła na odchodne, już obracając się w stronę stołówki.
Nie obejrzała się przez ramię, ale gdyby to zrobiła, zobaczyłaby zdezorientowanego Theodore'a, który dopiero po chwili otrząsnął się i odszedł. Eli życzyła mu, żeby tego dnia dostał jakiś paskudny przydział. Ot, żeby udowodnić, że karma istnieje.
Na obiedzie pojawiła się już bez apetytu, ale za to z raczej bojową miną. Kal, który już siedział przy stoliku, posłał jej dość zdziwione spojrzenie.
— Coś się stało? — zapytał, gdy dziewczyna zajmowała miejsce na ławce obok niego.
Elianne milczała przez moment. Potrzebowała chwili na opanowanie nerwów, choć już czuła, że złość zaczyna z niej uchodzić, pozostawiając po sobie raczej niesmak.
— Miałam nieprzyjemną rozmowę z jakimś zidiociałym legionistą — powiedziała jedynie, przykładając wierzch dłoni do czoła. Czuła nadchodzący ból głowy.
Kal nie drążył tematu, a Eli była mu za to bardzo wdzięczna.

WIOSNA

— A co myślisz o tym? — zapytała Elianne, podnosząc z półki maleńką buteleczkę lakieru do paznokci. Gdyby ktoś kazał jej opisać kolor lakieru, powiedziałaby, że to mieszanka błękitu z turkusem. Przybliżyła buteleczkę do swojej twarzy, ale zanim Kal zdążył jej odpowiedzieć, sama zdecydowała. — Nie, za ciemny.
W wolną sobotę, korzystając z całkiem przyjemnej już pogody, wyciągnęła Kala na zakupy. Za dwa tygodnie organizowane były dwudzieste urodziny jej brata, Christophera i Elianne uparła się, że potrzebuje takiego lakieru do paznokci, który będzie zgrywał się z kolorem jej oczu. Myślała, że to nie będzie szczególnie trudne — blady błękit był raczej popularnym odcieniem niebieskiego. A jednak okazało się, że w każdym dotychczasowym kolorze coś jej nie pasowało. Byli już w drugiej drogerii i dziewczynie powoli nudziło się przetrząsanie tych półek.
— Hm, a ten? — zapytała ponownie, kładąc sobie na dłoni inną buteleczkę.
Kal zajrzał jej przez ramię i niemal od razu pokręcił głową.
— Zbyt intensywny — rzucił, wymijając ją, żeby przejść na drugi koniec alejki.
Elianne westchnęła. Liczyła, że załatwią to w maksymalnie dziesięć minut, a teraz własne zachcianki gryzły ją w dupę. Już bez większego przekonania zaczęła przesuwać buteleczki. Nie mogła minąć nawet minuta, kiedy ktoś ostrożnie złapał ją za ramię i odwrócił w swoją stronę. Kal nie powiedział ani słowa, tylko od razu przyłożył coś do jej skroni. Eli zerknęła w górę na jego zmrużone oczy i zaciśnięte usta. Skupiony na analizie chłopak stanął tak blisko, że niemal czuła na czole jego oddech.
Kal w końcu cofnął się o krok i wręczył jej skrupulatnie wybraną buteleczkę.
— Ten będzie pasował — powiedział, wymijając ją, żeby jeszcze zajrzeć do innej części sklepu.
Obok jednej z półek wypełnionych kosmetykami, na ścianie przytwierdzone było lustro. Elianne przejrzała się w nim, przykładając buteleczkę z lakierem do twarzy. Odcień był idealny. Już była gotowa pogodzić się z porażką i wybrać jakiś inny, byle jaki ładny kolor, a jednak szczęście się do niej uśmiechnęło. A raczej uśmiechnął się do niej Kal, który wyczuwał kolory zdecydowanie lepiej niż ona.
Entuzjazm do niej wrócił i niemal w podskokach ruszyła do kasy, żeby zapłacić. Kal czekał na nią w pobliżu wyjścia, kiedy dziewczyna niemal z nabożną czcią pakowała zakup do torby. Cała w skowronkach wyszła na zewnątrz; nie trzeba jej było wielkich rzeczy do szczęścia. Już przed sklepem stanęła przy Kalu i przelotnie pocałowała go w policzek.
— Dziękuję, jesteś cudowny! Teraz to już na pewno stawiam kawę — powiedziała z uśmiechem, łapiąc go pod ramię.
Kiedy miała dobry humor, San Francisco już wcale nie wydawało się takie obskurne.


Kal?
────
[1013 słów: Elianne otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

piątek, 15 maja 2026

Podsumowanie eventu AU

Po krótkim przedłużeniu czasu trwania eventu z Alternative Universe przyszedł w końcu moment jego zamknięcia. Czy taki minievent wymaga podsumowania? Prawdopodobnie nie, ale trzymajmy się blogowych standardów (stąd też podsumowanie nie pojawiło się wcześniej).

STATYSTYKI

✰ W ciągu Event AU napisaliście dziewięć opowiadań. Jak na pierwszy raz to całkiem solidnie.
✰ Wśród tych dziewięciu opowiadań były cztery samodzielne opowiadania, jeden wątek z trzema opowiadaniami oraz jeden wątek z dwoma opowiadaniami.
✰ Najbardziej przypadły wam do gustu wampiry AU, które dostały jeden wątek i jedno samodzielne opowiadanie, oraz pieski AU – tutaj pojawiły się dwa opowiadania samodzielne. Za to najdłuższym wątkiem pochwalić może się dziki zachód AU, dodany do listy przez was (dzięki, Szczypior!). Ostatnie samodzielne opowiadanie dzieje się za to w klimatach cyrk AU.
✰ A dodatkowo: najdłuższe eventowe opowiadanie to z całą pewnością opowiadanie Kuźmy. 18 507 słów? Myślę, że przez jakiś czas pozostanie w czołówce blogowych opowiadań, nie tylko tych eventowych.

Nikt nie mówił, że to będzie długie podsumowanie. Jeśli jeszcze nie czytaliście, to teraz po-eventowe zadanie: idźcie czytać dziewięć eventowych opowiadań! Nie będę wam ich przecież spoilerować.
Gratuluję wszystkim, którzy wzięli udział!

niedziela, 10 maja 2026

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Winter chciałby powiedzieć, że nie pamiętał nic po wybuchu. Że ogień buchnął mu w twarz, pogrążył go w ciemności i obudził się dopiero w zupełnie innym miejscu, bezpieczny i opatrzony. Prawda była taka, że nie skorzystał z takich luksusów.
Jego instynkty samozachowawcze kliknęły szybciej, niż mechanizm otwartej przez niego pułapki. To były instynkty półboga, który większość swojego życia spędził na ulicy, uciekając przed potworami i broniąc się tylko na podstawie swoich nikłych umiejętności survivalu. Trening Blanche w ciągu tych kilku lat tylko pokazał mu, jak wykorzystywać jego moce, żeby lepiej się chronić, inne instykty przyszły same z siebie, wydawało się, że w pakiecie z byciem półbogiem.
Usłyszał trzask otwieranego mechanizmu i rzucił się w stronę Blanche. W ostatniej chwili przed wybuchem otoczył ich ścianą lodu, która pochłonęła pierwszy impakt uderzenia. Prawdopodobnie tylko dzięki temu oraz nieświadomym patronacie matki Blanche dalej żyli. Winter, półprzytomny, kilka razy w ciągu ostatnich godzin pomyślał, że może wolałby nie żyć.
Był dzieckiem bogini śniegu i lodu, nigdy do końca nie miał do czynienia z ogniem. Zdarzało mu się oparzać, raz czy dwa, zwłaszcza przy gotowaniu. Przy pierwszym spotkaniu z Blanche goniła go ziejąca ogniem drakona – potwory mitologii greckiej wyjątkowo upodobały sobie płomienie jako ich główna broń. Poparzenia były najgorszymi ranami do zagojenia, dużo gorszymi od ran od miecza, nieważne, jak niewielkiego obszaru dotykały. Winter podejrzewał, że miało to wiele wspólnego z jego zmniejszoną odpornością na ciepło.
Tego bólu, który poczuł po uderzeniu, nie był w stanie porównać do żadnego innego oparzenia. Nie porównałby tego do bycia smagniętym przez ogień drakony, zanim zdążył się schować, a już zdecydowanie nie do dotknięcia gorącego garnka. Piekła i pulsowała mu cała prawa strona twarzy, od policzka aż po szyję. Miał ochotę zedrzeć z siebie skórę żywcem. Zrobiłby to, gdyby oranie paznokciami cokolwiek by dawało, ale nie czuł już ani skrawka twarzy, a na palcach zostawała tylko krew i wysięk. Mdlał i wracał do świadomości w niekończącym się cyklu, ale za każdym razem, kiedy znowu otwierał oczy, nie był w stanie się skupić na niczym innym oprócz bólu i własnych jękach cierpienia. Wiedział, że ktoś wyniósł go z domu Ziona. Wiedział, że przemieścił się w inne miejsce. Czego nie wiedział, to to, kto go zabrał ani gdzie go zabrał.
To, że ktoś polał mu ranę nektarem, uświadomił sobie dopiero wracając do zmysłów. Tkanka wokół ran nadal pulsowała, ale ból ewidentnie zmalał. Samą ranę przestał czuć całkowicie – obawiał się, że może ogień spalił mu wszystkie nerwy, ale nie miał zamiaru sprawdzać tej teorii. Gdyby podniósł rękę do twarzy, może znowu poczułby ten piekielny ból. Bał się, że jeśli chociażby drgnie, świat znowu zamknie się w tym uczuciu. Po otwarciu oczu tylko gapił się w metalowy sufit i napawał chłodem bijącym od podłogi, na której leżał. Świat mu się kiwał i było mu niedobrze. Czuł się jak na statku wycieczkowym, ale niestabilność wizji mogła wynikać równie dobrze z ciągłego bólu i dymu, którego nawdychał się w trakcie pożaru. Jego wybawcy może podali mu doraźnie nektar na ranę, ale nie uraczyli go ambrozją, bo Winter czuł, że gardło ma spalone od żaru. Oddychał, świszcząc.
Po godzinie świat kiwał się dalej. Spróbował wstać, ale poczuł, że ręce i nogi krępują mu więzy. Był więźniem swoich wybawców, mógł się tego spodziewać. Przechylił głowę, żeby mieć lepszy obraz na otoczenie, i zarejestrował, że widok zasłaniają mu metalowe kraty. Rana na szyi znowu zaczęła boleć, ale nie na tyle, żeby Winter ponownie zemdlał z bólu – zacisnął zęby i próbował zignorować pulsowanie, skupiając się na przyjemnym chłodzie metalu przy policzku. Wizja mu się rozmazywała. Potrzebował dłuższej chwili, żeby zrozumieć, że za kratami widzi rząd kartonowych pudeł… nie, cały cholerny magazyn.
Wybuch otumanił mu też słuch, mógł mieć tylko nadzieję, że czasowo. Pomiędzy piskiem w uszach, słyszał rozchodzący się po budynku odgłos pracujących maszyn. Metalowy łańcuch nad jego głową kołysał się i wydawał skrzypiące dźwięki.
Co on tu w ogóle robił? Oprócz bólu pamiętał wybuch. Oprócz wybuchu pamiętał dom Ziona. Oprócz domu Ziona pamiętał, że ktoś tam z nim był i… Blanche. To była Blanche. Próbował ją osłonić ścianą lodu w momencie wybuchu. Przechylił głowę na wszystkie strony mimo bólu, ale w jego celi nie było kobiety. Poza tym poczuł, że coś ogranicza mu ruchy szyi, ale wciąż był zbyt otumaniony, żeby w ogóle zacząć myśleć logicznie. Jego jedyne myślenie na ten moment ograniczało się do gorączkowego przypominania sobie w głowie wyglądu Blanche, jakby to była ostatnia deska, której się trzymał. Reszta jego głowy była zaprzątnięta wyuczonymi metodami przetrwania.
Pomyślał, że musi się uwolnić. Próbował przywołać jedyną rzecz, którą wykonywał instynktownie i która jako jedyna była w stanie mu pomóc. Lód pełznął po jego nadgarstkach i kostkach, żeby pokryć metalowe więzy. Był do niczego z fizyki, ale liczył, że świat czasem działał jak w filmach i że jeśli dostatecznie się postara, to zamrozi metal na tyle, żeby pękł pod uderzeniem o podłogę. Kilkusekundowa próba zakończyła się fiaskiem, kiedy poczuł, jak wzdłuż jego szyi przebiega go prąd. To, co cały ten czas ograniczało mu ruchy, dusiło i wywierało nacisk na ranę, okazało się metalową obrożą. Prąd elektryczny przebiegł przez wszystkie jego komórki i poparzenie na nowo zaczęło palić żywym ogniem.
Z bólu przed oczami zatańczyła mu światłość, poprzedzona piskiem w uszach. Ocucił go głośny alarm. Wszystkie światła w jego celi zmieniły kolor na czerwony. Wciąż słyszał pisk, a dźwięki dochodziły do niego jak zza ściany, ale rozpoznał zdanie cyklicznie powtarzane przez alarm:
— ALARM! PRÓBA UŻYCIA MOCY! ALARM!
— Winter! — Pojedyncze zawołanie ledwo przebiło się przez alarm. Półprzytomnie do Wintera doszło, że to jego imię. Wrzask zrozpaczonej matki, która nie potrafiła go uratować, ten sam słyszał kilka godzin temu, kiedy otwierał mechanizm pułapki.
— Blanche — próbował krzyknąć, ale gardło miał wciąż przepalone. Wydał z siebie tylko żałosny, łamiący się szept.
Była gdzieś w dole. Tak daleko, a tak blisko. Kiedy metalowa cela zaczęła się opuszczać na ziemię, leżał w miejscu, wgapiając się w dyndający na suficie łańcuch i myśląc o tym, że to pewnie Blanche, zaraz go ściągnie i już nie będzie sam.
Spiżowe więzienie z łoskotem opadło na ziemię, tak, że całe ciało Wintera bezwładnie podskoczyło. Przy kratach zaczęły krzątać się dwie sylwetki. Alarm ucichł. Metalowe pręty odsunęły się.
Wzrok wciąż rozmazywał się Winterowi, ale był w stanie rozpoznać, że żadna z tych sylwetek nie była Blanche. Światło lamp zasłoniły mu postury dwóch kobiet odzianych w czarne kombinezony. Na piersi miały napis, prawdopodobnie swoje imię, ale nie był w stanie odczytać zlewających się literek.
Ze zgrozą zauważył, że obie dzierżą okropnie długie i idealnie naostrzone włócznie.


Blanche?
────
[1074 słowa: Winter otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]