Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Domino Wilde. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Domino Wilde. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 maja 2024

Od Domino CD Tiry — ,,Witaj w obozie"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Spojrzenie ciemnookiego syna Iris, od niemal dwóch dni nieustannie wypełnione niepokojem, również na krótki, naprawdę krótki moment powędrowały ku wskazanemu budynkowi. Te pstrokate witraże, te wielobarwne ściany… cały domek numer czternaście, choć minął dopiero jeden dzień, stanowił już dla chłopca nowy dom, bezpieczną przystań, nowe ,,sanctum sanctorum”. Odkąd przekroczył granicę obozu, czuł się oderwany od tej zupełnie nowej rzeczywistości, zupełnie jak niepasujący puzel i dopiero wewnątrz tegoż niepozornego budynku zdołał ukoić nerwy podrażnione przez natłok informacji, zmęczenie i brak leków. Jedna drobna łezka opuściła jego oko, ale Domi zdążył skorzystać z chwili nieuwagi ze strony obozowej weteranki i szybko wytarł policzek, modląc się do swej boskiej matki, by Tira nie zwróciła na to uwagi.
Choć jego wzrok spoczywał na domku numer czternaście przez naprawdę długą chwilę i nie był w stanie tego ujrzeć, syn Iris wyraźnie poczuł na swej skórze, jak pstrokato odziana dziewuszka spogląda na niego niemal oceniająco. Plecy Everesta nawiedzone zostały wyjątkowo nieprzyjemną falą gęsiej skórki, co chłopiec starał się ukryć za wszelką cenę. Choć jego cichutki głosik, zauważalnie zaniepokojone i rozlatane oczy, zasadniczo cała jego mowa ciała krzyczeć mogła ,,BOJĘ SIĘ, POMOCY, JA CHCĘ W TO WEJŚĆ POWOLI” do każdego, kto specjalizował się w odczytywaniu tego rodzaju znaków, młody Wilde wolał nie zdradzać swoich odczuć, trzęsąc się na samą myśl, że ktoś może chcieć go ocenić w takim miejscu. Choć przechodził przez to wiele razy, nigdy nie przyzwyczaił się do faktu, że ktokolwiek mógłby chcieć ocenić, czy warto się z nim zadawać. Gdzieś z tyłu głowy chłopca nagle pojawiła się niezwykle natrętna myśl, którą Domi starał się bez ustanku odpychać, nawet zadając Tirze pytanie o jej domek. ,,A co gdybyś poszedł, schował się pod jakże ciepłą kołderkę i pozwolił temu wszystkiemu samodzielnie wejść do twojego życia w odpowiednim czasie?” jego podświadomość pytała w kółko, ale za każdym razem odpowiedź brzmiała ,,nie”.
Wszystko to wydarzyło się ledwie w ciągu kilku sekund. Potem chłopiec na powrót odwrócił się w stronę Tiry, czując się jak totalny idiota. Po naprawdę krótkim momencie zastanowienia jego własne pytanie skierowane ku dziewczynie wydawało się tak bezsensowne, jak zakładanie sandałów na skarpety. Te wszystkie kolory, które miała na sobie… ,,marny z ciebie jednak detektyw, młody detektywie Wilde” skarcił samego siebie w myślach. ,,Przecież to jasne jak słońce! Skoro jest tak kolorowo ubrana, musi też być dzieckiem Iris, bo dziecko, którego innego boga założyłoby na siebie aż tyle kolorów?”. Dość logiczny tok rozumowania, nieprawdaż? Szkoda tylko, że okazał się mylny i przez to ciemnowłosy nastolatek poczuł się jeszcze bardziej głupio. Duma i pewność siebie, jakie wręcz biły od Tiry na odległość, gdy odpowiadała na pytanie, sugerowały, że bynajmniej nie jest to żart, choć Everestowi naprawdę ciężko było w to uwierzyć. Córka Afrodyty ubierająca się aż tak… niemodnie? Czy dzieci tej bogini nie posiadały przypadkiem najlepszego wyczucia stylu pośród wszystkich herosów? Jak doszło do tego, że córka bogini piękności stwierdziła, że nie pasujące do siebie kolory tworzą idealny zestaw? Tyle pytań kłębiło się w młodym umyśle syna Iris, jednak żadne nie opuściło jego ust. Był pewny, że za każde z nich dostałby w łeb mieczem albo stalową tarczą. Przemilczał więc jedynie odpowiedź Tiry i podreptał za nią grzecznie do pawilonu jadalnego, tracąc pierwszą okazję do nawiązania dłuższej konwersacji.
Oczy chłopca, wbite w ziemię dokładnie tak, jak przy każdej pierwszej przechadzce po sąsiedztwie nowego miejsca zamieszkania, śledziły ruch pięt Tiry. Trzymanie się blisko córki Afrodyty stanowiło w tamtej chwili priorytet dla młodego detektywa i bynajmniej nie dlatego, że mimo wszystko wyglądała co najmniej dobrze i na pierwszy rzut oka wydawała się … interesująca i… nawet fajna mimo braku zgodności z Dominowym wyobrażeniem starszego obozowicza czy dziecka bogini piękności. Jeszcze parę minut temu święcie przekonany był nawet, iż tak pstrokato ubrany ktoś może jedynie denerwować inne osoby samą swoją obecnością, miło zatem się zaskoczył, odkrywając, że dziewczyna bynajmniej nie jest upierdliwa i nie rozmawia się z nią ciężko, choć te urywki konwersacji ciężko w ogóle nazwać rozmową. Włosy po raz drugi opadły mu na czoło, zostały jednak odgarnięte szybkim ruchem.
,,Może warto będzie dać temu szansę, może będzie chciała się zakolegować , skoro zgodziła się oprowadzić mnie po obozie…” zaczął jeden z typowych dla siebie wewnętrznych wywodów, gdy nagle dziewczyna zatrzymała się, co Domino powtórzył ledwie sekundę później. Dopiero wtedy dostrzegł, że jej futrzasty sweterek był teraz zawiązany wokół jej pasa. Ten jeden niewinny akcent, zupełna drobnostka, głupota… umysł ciemnookiego syna Iris na krótki moment najechany został przez armię wspomnień. Nie był nawet w stanie policzyć, ilu koleżankom z różnych klas zdarzało się nosić bluzy czy kurtki w taki sposób. Nagle na ten jeden moment obóz stał się znacznie bardziej przyziemnym miejscem. W następnej chwili wszystko wróciło jednak do “normy”.
— Macie pegazy tutaj?! — niemal krzyknął głosem tak piskliwym, że aż samego siebie zadziwił.
Ekscytacja, którą ujrzeć można było wcześniej w jego ciemnych oczach, zaczęła niespodziewanie rosnąć. ,,PEGAZY! AAAAAAAAAAAAA!” chłopiec krzyczał w myślach, zupełnie niczym nastolatka na widok młodego Justina Biebera. Mityczne konie ze skrzydłami z opowieści Bricka… Everestowi niełatwo było uwierzyć, że te cudowne stworzenia mogły być gdzieś w obozie. Byłby pobiegł ich szukać, gdyby nie ponowne odwrócenie uwagi.
— Siatkówka? Ale jaki to ma sens w obozie dla herosów, skoro mamy się tu uczyć walczyć żeby przeżyć poza obozem? Nie lepiej by było załatwić boisko do jakiegoś sportu, w którym trzeba wysiłku? Przecież… — Tym razem wywód wybrzmiewać zaczął na głos, chłopiec mruczał jednak pod nosem, mówiąc bardziej do siebie niż do Tiry.
Ona zresztą nawet nie zdawała się zwracać uwagi na jego nieszczególnie sensowny monolog. Właściwie sam również na moment odciął się od otoczenia i nawet nie zauważył, że włosy znów przysłoniły mu oczy. Dopiero po chwili podświadomie przypomniał sobie, że ktoś właśnie miał dalej oprowadzać go po obozie. Olawszy włosy, nie mając już chęci na ponowne odgarnianie ich, wiedząc, iż pewnie w którymś momencie znowu zasłonią mu oczy, ruszył za żwawo dreptającą przez błoto Tirą. Sam nie posiadał obuwia odpowiedniego do takich warunków, trampki jego wyglądały zatem jak zniszczone, wytarte piłki.
— Macie tu amfiteatr… Gra ktoś tutaj czasami jakieś przedstawienia? I dlaczego nie lubisz sportów? Przecież sport to zdrowie, a wy podobno wiecie najwięcej o zdrowiu i urodzie… — Chłopiec wyrzucił z siebie, mając na myśli dzieci Afrodyty mówiąc “wy”. Jego kroki przyspieszyły, zupełnie jakby nie dbał o to, jak bardzo ubrudzi sobie trampki. Ledwie kilka sekund zajęło mu zrównanie się z oprowadzającą go po obozie Tirą.

Tira
──── 
 [1046 słów: Domino otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

piątek, 19 kwietnia 2024

Od Domino — „Trafiony-zatopiony” — część 1 [Walentynki]

Zawartość listu:
„Naprawdę źle mi prosić kogoś o pomoc, ale! Wydarzył się malutki, maciupeńki wypadek i… jeśli zobaczysz gdzieś złotą strzałę, zwróć ją do Boga miłości — Amora! Och, i nie interesuj się tą dwójką, która nagle, z niewiadomych przyczyn, się w sobie zakochała. To wszystko jest do odkręcenia!
ps. radzę nie ukrywać strzały ani, brońcie się, nie używajcie jej do obrony przed potworami ”.
Pierwszych kilkanaście dni po przeprowadzce do Obozu Herosów stanowiło dla syna Iris bardzo nieprzyjemną próbę psychologiczną. Zdawanie niezapowiedzianego sprawdzianu z wprowadzania w życie rad udzielonych przez doktor Gibbons, jeszcze do niedawna opiekującą się nim panią terapeutkę, szedł chłopcu jak krew z nosa — zadziwiająco wolno, a przez to niezbyt efektywnie. Nie trzeba było być orłem by dojrzeć w jego postawie i zachowaniu, iż tęsknił za dawnym życiem, bez względu na to jak trudne i niewygodne było. Brakowało mu jego prostej, acz przydatnej i wyjątkowo przyjemnej rutyny, która zginęła męczeńską śmiercią w paszczy Ortrosa. Brakowało mu wszystkich głupich żarcików, które urządzał razem z Brickiem, który podzielał jego pokręcony humor. Ale nie za przyjacielskimi wypadami na miasto, ani nawet za sesjami terapeutycznymi tęsknił najbardziej, o nie. W największym stopniu brakowało mu najwierniejszych towarzyszy w przeprawie w przeprawie przez rzekę rozpaczy — przepisanych niegdyś przez doktor Gibbons antydepresantów, które pomagały mu przebrnąć przez śmierć ojca nawet bardziej niż cała terapia. A teraz, gdy nie musiał już przesiadywać wieczorami z nosem w podręcznikach tylko po to, by choć trochę poprawić sytuację szkolną, późnymi porami znajdował się ogrom czasu, by pozwolić potokowi myśli pędzić w sobie tylko znanym kierunku… którym niemal za każdym razem okazywały się wspomnienia dziesiątek, jeśli nie setek godzin spędzonych z Alexandrem Wilde. Dlatego właśnie chłopak starał się zrzucać sobie na głowę możliwie jak najwięcej obowiązków i danych innym obietnic — zwyczajnie nie chciał sprawiać samemu sobie zbytecznego cierpienia, a nieustająca praca stanowiła dostateczne zastępstwo nieobecnych już tabletek na tyle, by Domino wprawiony był przez większą część dnia w stosunkowo dobry nastrój.
Aklimatyzacja w tym nowym, zupełnie zwariowanym miejscu nie przebiegała tak szybko, jak zakładał ułożony jeszcze przed przeprowadzką plan. Obóz pełen nadpobudliwych dzieciaków definitywnie nie należał do kanonu miejsc, w którym zawieranie nowych znajomości mogłoby stanowić zadanie łatwe dla straumatyzowanego nastolatka i być może właśnie z tego powodu ten straumatyzowany nastolatek postanowił przykleić się do jedynej osoby, którą jakkolwiek znał, zupełnie niczym rzep do psa. Dzielenie się z Tirą, bo właśnie tak nazywała się ta “szczęśliwa” istotka, swoim błazeńskim humorem stanowiło dopiero początek tej potencjalnie długoterminowej znajomości. A drugi z miliona etapów, przez które Domino przechodził już wraz z Brickiem… cóż, wspólne przechadzki oraz luźne pogaduchy o niczym pojawiły się niedużo później, jednak przejście między tymi dwiema fazami nigdy nie zabierało ogromnej ilości czasu.
Dzień jednego z właśnie takich spacerów wypadł dokładnie w Walentynki. Dzień zakochanych, w czasie którego zły humor był niemalże niemożliwy do osiągnięcia z jednego, prostego powodu — pozytywne emocje, nad którymi w wyczuwalny sposób górowała miłość, wisiały w powietrzu i udzielały się każdemu, nawet takiemu smutasowi jak Domino. I dlatego żywo prowadził dyskurs ze swą rozmówczynią, starając się jednak nie dostać oczopląsu od wielobarwnych elementów jej nietypowej garderoby, które w niesamowity sposób kontrastowały z nieporwanymi jeszcze spodniami wojskowymi i obozową koszulką, która rzucała się w oczy z kilometra, przykrytą tą samą koszulą, którą miał na sobie pierwszego dnia, oczywiście wyczyszczoną wcześniej wraz ze spodniami.


— … i potem ten kochanek potknął się o próg zwalniający. — Domino wyrzucił z siebie, kończąc opowieść o jakże epickim pościgu za poszukiwanym kochankiem, w którym to pościgu uczestniczył “nieokreślony detektyw”, którym w rzeczywistości był ojciec chłopca. Cichuteńki chichot na krótki moment wypełnił otoczenie. Młody heros zwyczajnie nie potrafił oprzeć się otaczającej go zewsząd pozytywnej atmosferze, zapominając nawet o fakcie, że zasadniczo nawet nie bardzo lubił to święto.
Nagle, bez choćby najmniejszej zapowiedzi przy dwójce półbogów pojawił się… gołąb. Latający szczur, przekleństwo Nowego Jorku, przybył tak niespodziewanie, że Domino aż podskoczył na jego widok, a goszczący dotąd na jego twarzy banan zrzedł. “Tylko nie panikuj” pomyślał, totalnie panikując, starając się przy tym odsunąć od zwierzęcia na bezpieczną, według własnej opinii, odległość, podczas gdy te przerażające ślepię wpatrywało się w niego, wywołując naprawdę nieprzyjemne ciarki. Everest nie chciał znowu paść “ofiarą” ataku tych paskudnych, łakomych na chleb, nie posiadających sumienia ani skrupułów, małych, niedocenianych potworów. Od siedmiu lat nawet nie odważył się podejść do choćby jednego szczura ze skrzydłami, i teraz nie było inaczej. Decyzji jego nie zmienił nawet fakt, iż gołąb ten był jedynie kurierem mającym dostarczyć mu i Tirze list, który dziewczyna odwiązała od jego pokracznej nogi i przeczytała na głos za namową chłopca.
— Czyli zapowiada się życiowa przygoda. — nastolatek wyrzucił z siebie z entuzjazmem, jednak nieco łamiącym się jeszcze głosem pomimo faktu, że potencjalny napastnik postanowił już odlecieć i zostawić Domino idącego dalej ze swą towarzyszką, starającego się otrząsnąć przy użyciu swoich głupawych żartów aż do momentu, w którym napotkali dwójkę herosów… którzy definitywnie pasowali do opisu zaprezentowanego przez Amora — trzymających się za rączkę i prawiących sobie miłe komplementy pomimo faktu, iż Domi widział ich już co najmniej raz kłócących się i prawie walczących, i nawet jeśli ich jeszcze nie znał, rozumiał że to najprawdopodobniej wina wspomnianych przez bożka strzał, co jedynie wzmogło pokręcony humor herosa, który jął prawić improwizowane dowcipy na temat zapominalskiego Amora, Toma i Jerry’ego oraz zakochanych, szukając aprobaty u kraczącej obok Tiry.

[810 słów: Domino otrzymuje 8+20PD]
Chyba nie sądzicie, że z czaromową Tiry coś mogło pójść nie tak, prawda? Dwójka herosów poszła na poszukiwania upartych strzał, które jak na złość nie chciały wrócić do swojego właściciela. I pewnie nigdy by do niego nie wróciły, gdyby nie spotkały dwójki, niepokonanych, herosów.

sobota, 17 lutego 2024

Od Domino CD Tiry — „Witaj w obozie”

Poprzednie opowiadanie

Świecące jasno słońce, przesuwające się leniwie po błękitnym niczym rzeka firmamencie wolnym od wszelkich chmur, hojnie jak na wiosenną porę obdarowywało Obóz Herosów swymi darami w postaci światła i ciepła, zbliżając się ku punktowi górowania nad widnokręgiem. Delikatny, orzeźwiający wiaterek momentami przebiegał od niechcenia po okolicach zatoki Long Island, w przyjemny sposób pobudzając zmysły tych, którzy zwracali nań uwagę. Zlewające się w jeden wielki miszmasz głosy rozgadanych obozowiczów – niskie i wysokie, kobiece i męskie, dziecięce i już niemal dorosłe – wypełniały otoczenie, roznosząc się w każdym możliwym kierunku. A w samym środku tego wszystkiego znalazł się on – syn Iris, zagubiony niczym szczeniaczek w gęstej mgle, dostarczony w jednym kawałku do Obozu ledwie dobę wcześniej.
Przekroczenie magicznej bariery oznaczało dla niego postawienie grubej kreski na dotychczasowym życiu, dalekim od łatwego czy normalnego, a także ostateczne pożegnanie z zataczającymi wokół niego kręgi problemami. Tutaj Everest zaczynał zupełnie nowy rozdział swej egzystencji, niejako prowadzoną na oślep podróż w nieznane. Tutaj, gdzie jeszcze nikt go nie znał, gdzie nikt nigdy nie słyszał o jego wybrykach, mógł zacząć nowe życie z kartą czystą niczym łza.
Być może właśnie ten zupełnie nowy start napawał chłopca lękiem, który skutecznie powstrzymywał go przed opuszczeniem domku numer czternaście. Być może nie był jeszcze gotowy na to wszystko, a decyzję o przybyciu do Obozu podjął pochopnie pod wpływem zmęczenia, kofeiny i siły perswazji najbliższego przyjaciela. Zatem być może przydzielony przez Chejrona, zarządcę tego miejsca, przewodnik był dokładnie tym, czego Domino potrzebował, by otworzyć się na ten zwariowany, niezrozumiały świat, którego nagle stał się częścią. I ostatecznie być może jakaś niewielka cząstka niego samego wierzyła, że z pomocą z zewnątrz może to się udać, co skłoniło go do spotkania się z rzeczonym przewodnikiem w okolicach południa, zgodnie z zarządzeniem kształcącego herosów centaura.
Droga łącząca otoczony domkami herosów plac z Wielkim Domem nie był długa, a jednak Domino czuł się zupełnie tak, jakby między opuszczeniem domku Iris a dotarciem do altany rzeczonej „siedziby głównej” upłynęła cała wieczność. Wieczność, w której czasie nie mógł wtopić się w otaczający go zewsząd tłum herosów, udając, że był tam od zawsze. Wieczność, w której czasie przyciągał wzrok obozowiczów, niechybnie zaciekawionych chłopcem ubranym w wojskowe spodnie i zieloną koszulę, strój jakże kontrastujący z typowymi dla Obozu jaskrawo-pomarańczowymi koszulkami. Wieczność, która z każdą kolejną chwilą coraz bardziej pobudzała nie tylko strach przed tym, że nigdy nie będzie tutaj pasował, ale również niejaką ekscytację tym wszystkim, co mogło na niego czekać w nowym życiu.
A gdy już w końcu dotarł na miejsce spotkania i ujrzał osobę wyznaczoną do oprowadzenia go po Obozie, na moment odebrało mu mowę. Jeszcze będąc w drodze, wyobrażał sobie, że na progu Wielkiego Domu przywita go ktoś starszy, prawdopodobnie jakiś obozowy weteran o wielu bliznach i ogromnym doświadczeniu… a tymczasem czekała tam na niego dziewczyna tak przyozdobiona przeróżnymi barwami, że na myśl przywodziła tylko rzygi jednorożca, czyli dokładne przeciwieństwo spodziewanej osoby.
— Um… możli… — Domino zaczął cicho, jednak zanim zdążył dokończyć choćby jedno słowo, Tira postanowiła zagłuszyć go kontynuacją wykonywania powierzonego jej zadania. Jaki więc chłopak miał wybór, poza uważnym wysłuchaniem tego, co różowowłosa miała do powiedzenia? Odpowiedź brzmi – żaden. Dopiero po zadanym przez nią pytaniu, z dodatkiem kilku dodatkowych zdań, dostał szansę zostania wysłuchanym, z której nie zamierzał rezygnować, najpierw jednak podążył za nią z powrotem w stronę domków.
— Mówisz trochę szybko. I nie. Chyba. Nie wiem, który to jedenasty, ale mieszkam w tamtym. — powiedział nieco głośniej niż poprzednio, wskazując palcem na ozdobiony witrażami domek dzieci Iris, po czym odgarnął ręką włosy, które chyba jedynie z czystej złośliwości opadły mu na czoło. — A ciebie do którego przydzielili? — spytał po chwili, korzystając z chwili ciszy z jej strony do zagajenia jakkolwiek sensownej i niejednostronnej rozmowy, nadal podążając krok w krok za niższą od niego, a mimo to narzucającą stosunkowo żwawe tempo dziewczyną, zastanawiając się, ile ona tak właściwie może mieć lat i jak długo już jest w Obozie.


Tira?
◇──◆──◇──◆
[642 słowa: Domino otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

sobota, 27 stycznia 2024

Od Domino — „Finalna ucieczka”

„...Wiem już, do kogo to wyślę, będzie zabawnie. [*cichy chichot, potem odchrząknięcie*] Dziennik młodego detektywa, wpis numer ostatni.
Zacznę może od tego, że tak, pomyliłem mój kubek termiczny z kubkiem Vincenta i skapnąłem się dopiero przed chwilą, po wypiciu na raz połowy zakrętki kawy, która chyba właśnie zaczyna działać.
Potwierdzam! Ma bardzo dużo energii, muszę iść… biec?... truchtem, żeby nadążyć! [*cichy chichot*]
To był Brick… który jest kozą. Znaczy nie całkowicie kozą, bo kozy nie gadają. Jest tak w połowie kozą, w sensie ma kozie nóżki. I takie śmieszne małe rogi na głowie.
Satyr, Domi. Satyr, nie pół-koza.
Oj dobra tam, człowiek-koza jesteś i tyle. No ale wracając… pani Gibbons podobno też jest albo była takim człowiekiem-kozą, jeśli wierzyć Brickowi. Wiem, to brzmi bardzo głupio. Ale to nie koniec głupich rzeczy, o nie! Panie i panowie, czy kto tam tego będzie słuchał poza państwem Maxwell, usiądźcie sobie i trzymajcie się kapeluszy, bo przyszedł czas na WIELKIE opowiadanie pod tytułem… dwóch głupich to podwójne szczęście! [*głośny śmiech*] Przepraszam… przepraszam. Po prostu mnie to rozbawiło. No więc zaczynamy opowiadanie.
Daj, ja zacznę, ty sobie poopowiadasz od psa, bo już widzę ten twój chaos. [*chwila ciszy*] A więc cofamy się w czasie do dzisiejszego ranka. Ja i Domi poszliśmy na terapię, bo podobno Gibbons poszła na zwolnienie, co jest kompletną bzdurą, ale mniejsza… i podobno pani Maxwell znalazła dla Domiego nową terapeutkę, a na pierwszą sesję nie chciał iść sam, więc zaprosił mnie jako, powiedzmy, wsparcie emocjonalne, bo jesteśmy przyjaciółmi. No i poszliśmy i usiedliśmy w takiej jakby poczekalni, żeby czekać, aż nas ktoś zawoła czy coś, bo Domi podobno miał ustaloną jakąś godzinę. Ja się nie znam, nie wiem, jak to działa, ale to mało ważne. No i siedzieliśmy tam pół godziny i nikt nie wyszedł, nie zawołał go ani ni…
To były straszneeee nudy. Brick w którymś momencie wziął sobie kilka krzeseł, ustawił w rządku i zaczął sobie chodzić między nimi slalomem.
Tak, a ty przez pół godziny siedziałeś i kręciłeś młynka kciukami. Ale nieważne. No więc nie było nic, żadnego znaku. Znudziło mi się już czekanie, bo mogliśmy równie dobrze być wtedy gdzieś w parku czy coś, więc zmusiłem tego tu głąba, żeby poszedł do środka i się zapytał, czy można wejść, ale zanim nacisnął na klamkę, w środku coś jakby wybuchło i nagle drzwi dosłownie wyleciały z zawiasów i walnęły o ścianę naprzeciwko.
Dobra, teraz ja! [*chwila ciszy*] Drzwi przeleciały mi dosłownie przed nosem i brakowało dosłownie chyba tylko centymetra, żeby walnęły mi w twarz i odkręciły głowę. Zajrzałem do środka i okazało się, że nic tam nie wybuchło, tylko… uwaga, uwaga, trzymajcie się teraz siedzeń… przez ścianę wpadł tam wielki, bardzo wielki psiur. Ale nie byle jaki psiur, o nie! Psiur z DWIEMA GŁOWAMI i wścieklizną!
Ortros, tak dla ścisłości. Chyba słychać, jaki chaos Domi ma teraz w głowie, więc będę trochę mu pomagał.
Dobra, cicho. Więc wielki psiur z aż dwiema głowami. I wścieklizną. I wielką chęcią, żeby nas zjeść. A raczej, żeby MNIE zjeść.
I znowu, tak dla ścisłości… Domi to wiadomo, ale ja nadal nie wiem, skąd Ortros się tam wziął, ale cóż… może jego pan puścił go na moment, żeby sobie coś upolował. Ale aż mnie ciarki przechodzą na samą myśl.
Cicho! Co ja miałem… a, tak. A teraz epickie wymra… wymarm… wy-ma-new-rowanie wielkiego psiura!
Tylko nie takie epickie i nie wymanewrowanie.
Gadasz głupoty.
Nie, właśnie ty teraz gadasz głupoty. Te twoje opowiadanie po dwóch nieprzespanych nocach i jednej kawie to nie był dobry pomysł, mówiłem.
Dobra, nie przerywaj… a więc nie epickie i nie wymanewor… wymaneworw… wy ma new ro wa nie. To jak to nazwać?
Tchórzowska ucieczka może?
Ja bym tego tak na pewno nie nazwał, ale niech ci będzie. Więc tchórzowska ucieczka. Mam wrażenie, czy nagle jesteś na mnie zły?
Nie zły. Zmęczony trochę.
Dobra… no więc jeszcze raz. Ucieczka. Jako że jesteśmy głupi, a głupi mają szczęście, to szczęśliwie uciekliśmy psiurowi w korytarzu i potem przez dobre dziesięć minut uciekaliśmy przed nim w mieście, dopóki mnie nie złapała kolka. Dziesięć minut to dużo jak na taki sprint, a biegłem szybko, bo potrafiłem zrównać się z moim człowiekiem-kozą, a on szybko zasuwał na tych koślawych nóżkach.
Ej, ale bez takich!
Przecież żartuję!
No ja mam nadzieję. [*chwila ciszy*] O, ZOBACZ! Tam niedaleko jest już Obóz, więc się streszczaj.
To teraz tak w skrócie, bo zaraz wejdziemy do Obozu, a tam nie będę mógł wziąć dyktafonu. Więc psiura zgubiliśmy w okolicach szkoły, a jak już byliśmy pewni, że nic nas nie zje, poszliśmy do mnie do domu, ale tylko na chwilę. Byłem i nadal jestem pewny, że nie na pewno nie będę ryzykować śmiercią, więc wziąłem sobie mój ucieczkowy plecak z tym kubkiem z kawą, dyktafonem, dwiema kasetami i odrobiną żarła. Annabelle próbowała mnie zatrzymać, ale nie udało jej się. Potem poszliśmy ukraść samochód… tak, możecie mnie aresztować za to, bo to ja wybiłem szybę i ZMUSIŁEM SIŁĄ Bricka, żeby prowadził, bo podobno mieliśmy jechać daleko, więc pojechaliśmy. Oczywiście kozy, nawet jeśli nie całkowite, nie potrafią prowadzić, więc chyba tylko cudem nie zginęliśmy w wypadku, ale powiedziałem Brickowi, że zostawiamy auto i dalej idziemy na piechotę, więc samochód Vincenta będzie stał i czekał gdzieś w połowie drogi między New Haven a Nowym Jorkiem. I tu znowu wracamy do dziwności, proszę państwa! Wiem, że mi nikt nie uwierzy, bo i tak już to wszystko brzmi tak, jakbym brał narkotyki czy coś, ale i tak opowiem. Otóż proszę państwa… [*głośne westchnienie*] jestem termosem.
[*donośny śmiech*]
Z czego się tak śmiejesz?
Nie termosem, czubku, tylko herosem! [*kontynuacja śmiechu*]
Nieważne! [*śmiech, potem chwila ciszy*] Dobra, jeszcze raz… więc, drodzy państwo, zapewne policję też witam, bo jak państwo Maxwell tego posłuchają, to zgłoszą porwanie… jestem HEROSEM. Czyli dzieckiem człowieka i boga, znaczy bogini… konkretnie jakiejś greckiej, tylko nie wiadomo której. I podobno jest więcej takich jak ja w Obozie, do którego ja i Brick zaraz dotrzemy, a z którego nie zamierzam odchodzić, dopóki mnie nie wyrzucą, także widzimy się zapewne nigdy!
Ale wiesz, że po osiemnastce już nie możesz tam być?
Aha. No trudno. Ale dobra, myślisz, że powinienem to wysłać do kogoś oprócz Maxwellów?
Może zrób kopię i wyślij do tych rodzin, co lubisz.
Dobry pomysł. A więc adios seniores i senioritas! Mam nadzieję, że pana Maxwella ktoś kopnie w dupę w moim imieniu!”.


◇──◆──◇──◆
[1055 słów: Domino otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Domino Wilde

A TRUE FRIEND STABS YOU IN THE FRONT

zdjecieDomino WildeON/JEGO — 13 LAT — PÓŁBÓG — BRYTYJCZYK — 0 PD — 3 PU — 100 PZnonamerecords

SYN IRIS