Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zlecenie #5. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zlecenie #5. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 grudnia 2023

Od Blanche — zlecenie #5 — część 9

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

TW: śmierć, zwłoki, krew, wzmianki o duszeniu, rasizmie oraz igłach

Drzwi gwałtownie uchyliły się, gdy za nie szarpnęła. Jednak nie to sprawiło, że zachwiała się i musiała przytrzymać framugi, by nie upaść. Drewno zostało przez kogoś bądź coś rozpłatane, a rząd wystających z niego wielkich drzazg wbił jej się boleśnie w dłoń. Nie czuła jednak bólu, nie widziała tych kilku kropli krwi, które spadły na podłogę. I tak nie miały one żadnego znaczenia w porównaniu z kałużą czerwieni rozlaną zaledwie kilka kroków od niej, kałuży czerwieni, w której leżała Grace. 
Blanche wiedziała, że nie jest już w stanie jej pomóc, czuła to gdzieś pod skórą. Pomimo tego znalazła w sobie jednak dość siły, by oderwać się od futryny (razem z tymi cholernymi drzazgami) i podejść do dziewczynki na drżących nogach. Grace wyglądała jak porcelanowa lalka, czekająca, aż ktoś podniesie ją z zimnej posadzki, czule pogładzi po włosach i odłoży na honorowe miejsce na półce, wśród ozdobnej zastawy i figurek słoni z uniesionymi trąbami. A może raczej wyglądałaby tak, gdyby nie szereg głębokich ran przecinających jej ciało i krew, która posklejała jej ciemne loki i ubrudziła jasną bluzkę. 
Palce kobiety same powędrowały na bok szyi dziewczynki. Odczekała chwilę, łudząc się, że cokolwiek wyczuje. Nie czuła jednak nic poza lepkością krwi i suchym szlochem, który wstrząsnął jej własnym ciałem. 
Była w zbyt dużym szoku, by płakać. Być może wciąż działały na nią resztki adrenaliny, którą czuła, gdy próbowała dotrzeć tu na czas. 
W panice próbowała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała o pierwszej pomocy. Czy powinna w ogóle próbować jej udzielić? Grace zmarła zapewne niedawno, ale była to śmierć straszna, przy której straciła mnóstwo krwi. 
Drżącą ręką schowała przypinkę, w którą znowu zmienił się jej miecz, do torebki, i wyjęła z niej telefon. Skoro sama nie wiedziała, co zrobić, musiała zaczerpnąć opinii eksperta. Co oznaczało, że miała dosłownie minutę, przez którą czekała na połączenie z dyspozytorem numeru alarmowego, by wymyślić jakąś wiarygodną historyjkę. 
— Halo — zaczęła, a jej głos dziwnie zachrypiał. Do tej pory nie zauważyła tego, jak bardzo ściśnięte było jej gardło. — Znalazłam ciało. Dziewczynka, nieco ponad dziesięć lat. Prawdopodobnie zaatakowało ją jakieś dzikie zwierzę albo kilka dzikich zwierząt… ma wiele głębokich ran, a wokół niej jest tak dużo krwi… — zamilkła. 
Dopiero teraz, kiedy mówiła o tym wszystkim na głos, dotarła do niej cała sytuacja, w której się znalazła, i jej ostateczność. Grace nie żyła. A ona, osoba, na którą dziewczynka liczyła, nie dała rady jej pomóc. Zawiodła ją. 
Dopiero teraz popłynęły łzy. 
— Gdzie się pani znajduje? Dobrze rozumiem, że do zdarzenia doszło na zewnątrz? — odpowiedział męski głos. 
— Nie, nie na zewnątrz. Jestem w jej mieszkaniu, Forest Houses, budynek 12., mieszkanie 59. Przedpokój jest w ruinie… 
— Zna pani tę dziewczynkę? 
— Tak, znam ją, ale od niedawna. Brała, wraz ze swoim ojcem, udział w badaniu statystycznym, które prowadzę. Została wytypowana do dodatkowego wywiadu, który właśnie chciałam przeprowadzić, ale… — urwała, by stłumić szloch. Żeby jej opowieść była wiarygodna, musiała zapewne być przejęta, ale nie aż tak, jak była w rzeczywistości. 
— Proszę nie dotykać niczego wokół siebie. Najbliższy patrol policji wraz z karetką pogotowia jest już w drodze. Wspominała pani coś o ojcu dziewczynki. Czy mogłaby pani podać jego imię i nazwisko oraz numer telefonu? Jeden z funkcjonariuszy skontaktuje się z nim. Na miejscu pojawi się również psycholog, który będzie do dyspozycji zarówno ojca, jak i pani, jeśli będzie pani tego potrzebować. 
— Ja… Podeszłam do niej i sprawdziłam, czy ma puls. Poza tym nic nie dotykałam — wyjaśniła, po czym podała dyspozytorowi dane kontaktowe Patricka Pullsona. 
Potem pozostało jej już tylko czekanie. To, co według zegarka w telefonie wynosiło zaledwie siedem minut, kobiecie zdawało się trwać całe godziny. Jej wzrok gdzieś w trakcie tych okropnych kilku minut sam powędrował ku szeroko otworzonym, zamglonym oczom dziewczynki. Ręka sama jej drgnęła ku stygnącemu ciału, wiedziona nagłą chęcią zamknięcia powiek dziecka. Może wtedy udałoby jej się wmówić samej sobie, że Grace tylko odpoczywała po walce, że zaraz wstanie i zapyta Blanche o to, czy znalazła jakieś odpowiedzi. 
Córka Tyche westchnęła i położyła dłonie na własnych kolanach. Obiecała dyspozytorowi, że nie będzie niczego dotykać. Nie mogła nic zrobić. Była zbyt wolna. Zawiodła Grace. Doprowadziła do jej śmierci. Zabiła Grace. 
Drgnęła, gdy drzwi za nią nagle otworzyły się szerzej. Przez chwilę szarpała się z torebką, chcąc wyciągnąć z niej przypinkę. Nie udało jej się to jednak, na szczęście, a przy niej po chwili zjawił się funkcjonariusz policji. Gdzieś obok przeszli również lekarz i ratownik medyczny, którzy pochylili się nad Grace.  
(Nie było ani śladu wspomnianego przez dyspozytora psychologa. Najwyraźniej uznano, że bliscy zamordowanego dziecka nie zasługiwali na jego uwagę). 
Każda komórka w ciele panny Lemieux krzyczała, że powinna coś zrobić, kazać im odejść i zostawić dziewczynkę w spokoju. Czy nie widzą, że umarła? Czy nie widzą, że ona, ta, która miała jej pomóc, ją zawiodła? Miała ochotę krzyczeć, szarpać się i płakać. Zamiast tego wbiła puste spojrzenie w czapkę policjanta, starając się zrozumieć, czego on od niej chce. 
Nie miała żadnego prawa do żałoby po Grace. Znała ją zaledwie od kilku tygodni. Spotkała ją raz, kilka razy rozmawiały telefonicznie, wymieniły kilkanaście esemesów. I tyle. Nie była jej rodziną, nie była przyjaciółką rodziny. Była dla niej nikim, przypadkową nieznajomą, która pośrednio doprowadziła do jej śmierci, bo była zbyt głupia, by w porę połączyć fakty. 
 
Policjant zadawał zbyt wiele pytań. Odpowiadała mu najkrócej, jak potrafiła. Tu półsłówko, tam zaledwie dwa słowa, gdzieś może jakieś zdanie pojedyncze. Minimum, które pozwalało jej nie zagubić się za bardzo w oficjalnej wersji zdarzeń. 
Choć Blanche unikała tego widoku, wiedziała, że ciało zostało już spakowane do worka jak jakiś przedmiot, a kolejne przedmioty wokoło oznaczone jako dowody. Czyżby policjanci, których nagle namnożyło się w przedpokoju, sądzili, że zbrodni winny był jednak człowiek, a nie zwierzę? 
I tak wiedzieli tyle, co nic. Wysłaliby ją do szpitala psychiatrycznego, gdyby powiedziała im prawdę. 
Gdzieś w środku kolejnego zadanego jej pytania drzwi znowu się otworzyły. Policjant urwał w pół słowa i posłał pełne współczucia spojrzenie mężczyźnie, który właśnie przekroczył próg domu, swojego własnego domu. 
Blanche wbiła paznokcie w nieuszkodzoną przez drzazgi dłoń, próbując powstrzymać się od płaczu, gdy Patrick Pullson padł na kolana prosto w jedną ze znaczących posadzkę plam krwi. Szloch, który opuścił jego usta w tym momencie, zdawał się należeć do rannego, wręcz umierającego, zwierzęcia, a nie do człowieka. 
— Nie… — wydusił z siebie po chwili. — To niemożliwe! To nie jest moja córeczka… To musi być jakieś nieporozumienie! — Zerwał się na równe nogi i złapał za kołnierz najbliższego sobie policjanta. — To jakiś głupi żart, prawda? Kto jest za to odpowiedzialny? Kto… — Urwał. 
Rozbiegany wzrok mężczyzny spoczął na Blanche. Zanim ta zdołała cokolwiek zrobić, w dwóch długich krokach znalazł się koło niej i celował oskarżycielski palec prosto w jej twarz, prawie dźgając ją w nos. 
— To ty… Wiedziałem, że nie można ci ufać. Wiedziałem, że przyniesiesz nam tylko nieszczęście. To przez ciebie nie żyje moja mała córeczka! — wrzeszczał, a jego ślina pryskała na twarz kobiety. 
Córka Tyche stała jak wmurowana. Łzy znowu cisnęły się jej do oczu. Gardło zatkała gula. Ojciec Grace miał rację. To przez nią zginęła jego córka. Była potworem w takim samym stopniu, w jakim było nim to, co bezpośrednio zgładziło dziewczynkę. 
— O czym pan mówi? Dlaczego sądzi pan, że to wina panny Lemieux? — wtrącił się policjant, który wcześniej zbierał zeznania kobiety. 
— Przepraszam. Próbowałam pomóc. Chciałam ją chronić, tak jak pan, naprawdę chciałam… Ale byłam zbyt wolna… — wydusiła z siebie w końcu Blanche, patrząc w oczy zrozpaczonemu ojcu, licząc na to, że zauważy i zrozumie to, że dzieliła z nim ból. 
Patrick przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał pchnąć ją do ściany, zacisnąć palce na jej gardle i trzymać tak, aż przestanie się rzucać i charczeć, zwiotczeje i, gdy tylko puści ją, pełen odrazy, opadnie na podłogę, gdzieś wśród cudzej krwi. A ona wiedziała, że, poza instynktem, który sam nakazywałby jej walczyć, nie opierałaby mu się zbyt mocno. Zasłużyła na to. 
Mężczyzna jednak zrobił coś zupełnie innego. Owszem, wyciągnął ku niej dłonie, ale zamiast przylgnąć nimi go jej krtani, rozpaczliwie pochwycił poły jej marynarki i, znów padając na kolana, zaniósł się donośnym płaczem. 
— Wiedziałem, że coś jej zrobią — wychrypiał po jakimś czasie. — Kręcili się przy niej od dawna. Naprawdę próbowałem ją chronić. I wierzę, że pani też, chociaż nie wiem, czy powinienem pani ufać. Ale ona pani ufa… — Urwał, na chwilę przenosząc wzrok na czarny wór. — Ufała. A moja mała Grace znała się na ludziach jak nikt. 
— Przepraszam bardzo, kim są ci „oni”? — wtrącił się policjant, który zdawał się dowodzić tą sprawą. 
— Kosmici! — wykrzyknął pan Pullson, znowu wstając (prawie przewracając przy tym Blanche, o którą nagle się wsparł całym ciężarem swojego ciała). — To oni zabili moją córeczkę! Tylko oni byliby w stanie zrobić tu taki bałagan! 
Funkcjonariusz najwyraźniej uznał to za spowodowane szokiem bredzenie. Skinął głową ku stojącemu na uboczu medykowi, który nagle znalazł się tuż za Pullsonem i jednym, wprawnym ruchem wbił mu igłę w szyję. Już po chwili wysoki mężczyzna padł mu prosto w ramiona. 
— Czy to w ogóle legalne? — mruknęła po chwili milczenia Blanche, zszokowana obrotem spraw. 
— Proszę się tym nie przejmować. Pośpi przez najbliższe kilka godzin, a potem będzie jak młody bóg — wyszczerzył się dowódca. 
— Młody bóg? Właśnie stracił córkę! Ma prawo do emocji tym spowodowanych, nawet jeśli wiąże się to z opowieściami o kosmitach! — zauważyła panna Lemieux. 
— Niech się paniusia cieszy, że skończył tylko tak. Ludzie jego pokroju często kończą gorzej — zasugerował mężczyzna, a ton jego głosu zdradzał, że nie miał tu na myśli fantazji o kosmitach, a inną, widoczną na pierwszy rzut oka, cechę. 
Krew zawrzała w żyłach córki Tyche, ale powstrzymała się od prowadzenia dalszej dyskusji z rasistą. Zapamiętała tylko nazwisko zapisane na plakietce przy mundurze. Już następnego dnia skarga na niego powinna znaleźć się odpowiednio wysoko w szeregach policji. 
Wiedziała też, że będzie musiała zadzwonić do pana Pullsona za kilka godzin, by sprawdzić, czy nie zostały mu podane kolejne środki i czy po prostu czegoś nie potrzebował. Nie zamierzała zostawić go samego w tej sytuacji. 
— Czy jestem jeszcze do czegoś potrzebna? — spytała jedynie innego policjanta, wyglądającego na bardziej kompetentnego, chcąc móc już uciec z tego miejsca. 
— Musi udać się pani z nami na komendę w celu złożenia oficjalnych zeznań. Możliwe również, że w przyszłości zgłosimy się do pani w celu zadania jeszcze kilku pytań. 
— Czy to oznacza, że sądzicie, że nie zrobiło tego zwierzę, a człowiek? — spytała ostrożnie.
— Jesteśmy w trakcie zbierania śladów. Nie mogę na ten moment powiedzieć pani nic więcej. 
Skinęła głową, bo i ona nie miała mu do powiedzenia nic więcej. 
 
Do domu wyruszyła jakieś dwie godziny później, spod starego, obskurnego budynku miejscowej komendy policji. Nie robiono jej tam problemów. Najwyraźniej nie załapała się (jeszcze?) do ich listy podejrzanych. 
Nie pamiętała, jak dotarła z powrotem do Obozu. Prawdopodobnie trafiła tam na grzbiecie tego samego pegaza, który zabrał ją do domu Grace, ale… Nie była pewna. Gdy przemierzała Obóz, zapadał już zmierzch. Obozowicze zgromadzili się wokół ogniska, śpiewając pieśni. 
Ktoś próbował ją zatrzymać, ale zignorowała nawoływanie. Odeszła stamtąd najszybciej, jak była w stanie i wsiadła do samochodu. 
Jechała powoli, bojąc się, że wskutek chwili nieuwagi wjedzie samochodem w drzewo, pieszego czy inny pojazd. Kierowcy wyprzedzających ją samochodów trąbili na nią i pokazywali w jej kierunku pewne sugestywne gesty, ale ona miała to gdzieś. Była zmęczona. Lewa dłoń piekła jak cholera. Była zrozpaczona, wściekła na siebie i… i odczuwała jeszcze mnóstwo innych emocji i uczuć, których sama nie potrafiła nazwać. 
Telefon zadzwonił, gdy była już pod domem. Głos, który usłyszała po odebraniu, brzmiał jeszcze gorzej, niż się spodziewała. 
— Pani mi wierzy, że to zrobili kosmici, prawda? 
Pierwsze pytanie zadane przez mężczyznę wybiło ją z rytmu. Może jeszcze nie doszedł w pełni do siebie po działaniu podejrzanej substancji, którą wmusili w jego organizm policjanci? 
— Wydaje mi się, że to inne stworzenie, równie trudne do pojęcia przez innych ludzi, jak kosmici — wyjaśniła, podchodząc do drzwi wejściowych swojego domu. 
— W takim razie jak nazwałaby pani to, co zabiło moją Grace? — spytał Patrick, a coś w jej sercu ukłuło przez to, z jaką czułością wspominał swoją córkę. 
— Potworem, panie Pullson. Nazwałabym to coś po prostu potworem. 
Miała nadzieję, że kiedyś uda jej się spotkać tego potwora, potwora, który zabił najcudowniejszą dziewczynkę na świecie. Miała również nadzieję, że będzie wtedy w stanie wbić mu swój xiphos prosto w serce, aż po samą rękojeść, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką zrobi w swoim życiu.

ZLECENIE ZAKOŃCZONE

◇──◆──◇──◆ 
[2029 słów: Blanche otrzymuje 20 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

sobota, 15 lipca 2023

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

TW: śmierć, zwłoki, krew

Drzwi zareagowały na twoje szarpnięcie i gwałtownie uchyliły się.
Przed sobą widziałaś ciało oparte o ścianę. Grace, rozpoznałaś dziewczynkę, chociaż jej twarz była rozorana pazurami. Wyglądało na to, że uciekała przed czymś do swojego mieszkania i nie zdążyła zamknąć drzwi na czas. Sprawcą morderstwa był ewidentnie mitologiczny potwór — śmiertelne stworzenie nie byłoby zdolne do zasiania takiego spustoszenia w przedpokoju.
Jedynym, co zostało nietknięte, był telefon dziewczynki. Palce dziecka zamarły na jego ciemnym ekranie, plamiąc go krwią w swoim ostatnim akcie — chęci wezwania pomocy.

niedziela, 9 kwietnia 2023

Od Blanche — zlecenie #5 — część 8

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Początkowo słowa pochylonego nad kwiatami dziecka zdawały się być pozbawione sensu. Blanche nie wiedziała, kim może być to całe Hel. Jeszcze większą zagadkę stanowiło powiązanie tego kogoś z wilkiem, z którego powodu się tu znalazła, czy, co najważniejsze, z samą Grace. Ton jej rozmówcy nie pozostawiał jednak miejsca wątpliwościom — Grace była w bezpośrednim niebezpieczeństwie. Panna Lemieux zbyt wiele czasu straciła na bezowocnych poszukiwaniach. A teraz… Mogła zmienić mało.
Mimo wszystko postanowiła spróbować. Rzuciła się biegiem ku wylotowi Labiryntu, z którego przed chwilą wyszła. Skupiła się przy tym na Grace, próbując przynieść jej jak najwięcej szczęścia. Nie mogła teraz tracić nadziei i koncentracji. Musiała wierzyć, że uda jej się coś wskórać. Nie mogła tak po prostu dać tej małej, cudownej dziewczynce umrzeć. Wtedy ją to uderzyło. Hel. Nordycka bogini, władczyni świata umarłych. Lecz jaki interes miała na Bronxie, do tej pory zdominowanym raczej przez Hadesa, ewentualnie Plutona? „Czy na pewno?” podpowiadał głosik w jej głowie. Skąd miała mieć pewność, że w tę całą i tak już niedorzeczną mieszankę wielkich starożytnych bytów, w których istnienie nie wierzyła już spora część ludzkości, nie było zamieszane więcej istot, niż jej się dotychczas zdawało? Skoro w okolicy świetnie bawiły się bóstwa greckie i rzymskie, co broniło podobnych rozrywek innym, o których istnieniu przed wiekami wiedzieli śmiertelnicy zamieszkujący przeróżne zakątki świata?
Po labiryncie przemieszczała się wręcz mechanicznie. Najwyraźniej tym razem błogosławieństwo matki było jej przychylne, ponieważ udało jej się nie wpakować w żadną z pułapek. W międzyczasie wciąż wysilała umysł, próbując znaleźć wyraźniejsze powiązania Grace z całym tym nordyckim cyrkiem, który najwyraźniej wchodził w grę w tej sytuacji. No bo co wspólnego z tym wszystkim miał na przykład…
Wilk. Blanche nie wiedziała wiele o świecie istot, o których istnieniu wiedzieli mieszkańcy północnych rejonów Europy, ale wyraźnie kojarzyła opowieści o jakimś wielkim wilku, który zamiast wykarmiać ludzi, wolał raczej sam się nimi żywić, czy coś w tym rodzaju. I choć kobieta nie miała pewności, czy pofatygował się do Grace osobiście, czy wysłał jakichś swoich kumpli, sprawa trąciła nim na kilometr, gdy już pamiętało się o jego istnieniu. Wypadła z labiryntu i od razu skierowała się ku stajniom. Samochodem czekałaby ją co najmniej godzinna wycieczka, zaś pegaz mógł pokonać ten dystans znacznie szybciej.
— Oddam go niedługo, obiecuję! — krzyknęła jedynie w kierunku zdziwionego jej nagłym wtargnięciem półboga, który szykował się właśnie do dosiadania skrzydlatego rumaka, zanim sama, najdelikatniej jak była w stanie w pośpiechu, wspięła się na jego grzbiet. Problem polegał na tym, że nie potrafiła latać na pegazach. Próbowała tego kilkukrotnie za swych obozowych lat, lecz zawsze kończyło się to klapą. Najmniejszym problemem były siniaki, przynajmniej dwa razu udało jej się złamać rękę. Stworzenia te najwyraźniej po prostu za nią nie przepadały. Osobnik, którego miała pod sobą w tej chwili, najprawdopodobniej w jakiś sposób zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, ponieważ bez najmniejszego sprzeciwu ruszył w obranym przez nią kierunku. I, co najważniejsze w tej chwili, okazał się być naprawdę szybki.
Chwilę później, z delikatnymi objawami choroby powietrznej, wylądowała w ustronnym punkcie osiedla, na którym mieszkała Grace. Choć dalszą drogę pokonała ile sił w nogach, zdawało jej się, że przemieszcza się w ślimaczym tempie. Zatrzymała się dopiero pod drzwiami odpowiedniego mieszkania. Chwyciła przypinkę, która w jej dłoni przeobraziła się w xiphos i szarpnęła za klamkę. Krew w uszach dudniła jej tak głośno, że nie miała nawet pewności, czy zza drzwi dobiegają jakiekolwiek odgłosy.  

◇──◆──◇──◆ 
[555 słów: Blanche otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

niedziela, 26 lutego 2023

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Nieznajome zawachało się, patrząc na Blanche.
— Zdaje się, że twoja młoda przyjaciółka niedługo znajdzie się w objęciach Hel.
Ze współczuciem uśmiechnęło się, a jejgo wzrok wydawał się spoczywać na kimś obok ciebie.
— Możesz zmienić mało, Blanche. Ale jeśli się pośpieszysz, a bogowie będą łaskawi...
Grace możesz spodziewać się w jej mieszkaniu. Powodzenia.

wtorek, 21 lutego 2023

Od Blanche — Zlecenie #5 — część 7

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Plan był prosty. Ale przecież kiedy ostatnio jakikolwiek jej plan, bez względu na swój poziom trudności, przyniósł jakiekolwiek konkretne efekty? 
Miała tylko wejść i wyjść, jak po pieczątkę, ale los chciał inaczej. Los zawsze chciał inaczej. („Matko, czymże zawiniłam, że tak ci się ostatnimi czasy naraziłam?”, cisnęło jej się na język). 
Dlatego też teraz stała w niewielkim rozkroku, nie wiedząc, którą z dróg wybrać. Pierwotnie zamierzała wybrać tę wprost, prowadzącą w kierunku większości zabudowań obozu. Tam zaś znaleźć miała człowieka, który być może, nareszcie, rzuciłby większe światło na sprawę pochodzenia Grace. Z jej prawej strony jednak pojawiła się kolejna niespodzianka na i tak już, jak jej się zdawało, zbyt długiej drodze. 
Niespodzianka prawdopodobnie była w podobnym wieku do Grace. W głowie Blanche od razu zawitała myśl równie niespodziewana, co niechciana — „Ciekawe, czy, jeśli Grace dołączyłaby do obozu, dogadałyby się? Może zostałyby przyjaciółkami?”. Zacisnęła pięść, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni, niezbyt głęboko, jedynie na tyle, by otrzeźwić umysł. Nie miała czasu na zamienianie się w sentymentalnego głupca. 
„Dziecko umrze?” — to pytanie raz po raz obijało się o ścianki umysłu panny Lemieux. Gdzieś wraz z nim pojawiło się uczucie kurczącego się czasu. Gdzieś z tyłu jej świadomości pojawił się zegar i tykał nieubłaganie — tik-tak, tik-tak — jakby chciał powiedzieć „Twój czas się kończy, kochaniutka. Masz go coraz mniej. Działaj, jeśli nie chcesz płakać”. 
Jej spotkanie z ciemnowłosą małą istotką, której liczne bransoletki wydały z siebie głuchy brzdęk, gdy wyciągnęła gwałtownie dłonie ku kwiatkom, które przekazywały jej ważne wieści, mogło być tylko i wyłącznie dziełem przypadku. Dziecko, o którym było mowa, mogło żyć po drugiej stronie globu, nieświadome istnienia półbogów, Obozu Jupiter czy Blanche Lemieux. Wszystko to mogło być kolejnym głupstwem, które miało odciągnąć ją od prawdziwego celu jej wyprawy. Ale z drugiej strony… 
Dzieckiem, o którym kwiaty opowiadały dziewczynce z kokardą we włosach, mogła być Grace. Grace mogła nieubłaganie zbliżać się ku swojej śmierci, o wiele szybciej, niż do tej pory zdawało się Blanche. Owszem, dotychczas zdawała sobie sprawę z ryzyka, lecz ani razu przez myśl nie przeszło jej to, że mogło one być tak ogromne i tak bliskie. Być może po prostu nie chciała o tym myśleć. Patrząc na tę sprytną młodą damę, której ducha nie zniszczył ani nieco zatęchły pokoik gdzieś na osiedlu w Bronxie, ani ojciec, który we wszystkim widział dzieło kosmitów, nie chciało się przecież myśleć, że coś mogło się jej niedługo przytrafić. Ot, takie pobożne życzenie. 
Bogowie ostatnimi czasy nie uśmiechali się w kierunku Blanche zbyt często. 
Jednak może teraz, gdzieś w tych kwiatkach i ustach młodej heroski, odnaleźć miała jeden z tych ich rzadkich uśmiechów? 
Dlatego właśnie podjęła taką, a nie inną decyzję, i skierowała swe kroki ku niewielkiej polance usianej kwiatkami, które najwyraźniej, jeśli tylko potrafiło się ich słuchać, zdradzały swe sekrety. Bo, nawet jeśli owym dzieckiem, na które czekała śmierć, nie była Grace, miało to spotkać jakieś zapewne niewinne dziecko. A obok takich wieści nie przechodziło się obojętnie. 
Wilk nie zając, być może nie ucieknie. 
— Przepraszam — mruknęła więc, zbliżywszy się do dziewczynki — przez przypadek usłyszałam twoje słowa o dziecku, które ma umrzeć. Czy… kwiaty wiedzą może, o kogo chodzi? 
 
◇──◆──◇──◆
[520 słów: Blanche otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

niedziela, 1 stycznia 2023

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Blanche zauważyła dziecko, siedzące na trawie i przebierające w kwiatkach.
— Dziecko umrze? Ale dlaczego mi to pokazujecie, skoro nawet nie jest w naszym obozie?
Popatrzyło się chwilę w kwiatki, w ciszy obserwując ich kształty.
— Kto, na wszystkie kwiatki świata?! — wykrzyczało z przerażeniem.
Możesz podejść, dopytać się, a nuż chodzi o Grace, chyba że wolisz znaleźć wilkołaka. Wybór należy do ciebie, byle podjęty szybko (nic nie podpowiadam).

sobota, 31 grudnia 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 6

Poprzednie opowiadanie

LATO

Jak na dziecko Tyche, Blanche ostatnimi czasy miała dołująco wręcz niewiele szczęścia. I tym razem jej błagalne manifestacje zdały się na nic. Być może była to kwestia złego sformułowania? Słyszała kiedyś (co prawda od zwykłego śmiertelnika, który jednak ogromnie pasjonował się wszelkimi zagadnieniami związanymi z mistycyzmem i, jak zdawało się pannie Lemieux, mógł prawdopodobnie widzieć przez Mgłę), że tego typu afirmacje działały lepiej, gdy używało się w nich czasu przeszłego.
No, w każdym razie po prostu dupa blada z tego wyszła, ale przynajmniej miała jakiś kolejny trop.
— Dziecko Marsa? — mruknęła, a kawa nijak nie pomagała na senną mgłę, która otaczała jej umysł.
Kofeina nigdy na nią nie działała tak, jak powinna. Z jednej strony wiedziała, że była to konsekwencja typowego dla półbogów ADHD, z drugiej oczekiwała czegoś, czegokolwiek od losu za picie tej siekiery, która w tym lokalu nie była nawet szczególnie dobra. W tym przypadku odpowiedzialność za swą senność mogła też choć częściowo przerzucić na konto siedzącej naprzeciwko niej kobiety. Lana zawsze miała na nią taki efekt, częściowo uspokajający, częściowo usypiający. Jedni powiedzieliby, że to pewnie sprawka jej pochodzących od Somnusa cech, inni, że był to dowód, że Blanche w jakiś sposób czuła się przy niej bezpiecznie. Biała mogła tylko westchnąć, wiedząc, że w innej rzeczywistości mogłaby czuć się tak codziennie i tworzyć z panną Wilson całkiem zgraną parę.
— Wilk to święte zwierzę Marsa. Zdarza się, że w ramach błogosławieństwa daruje on umiejętność zmiany w niego niektórym swoim potomkom. Pamiętasz Florence, znajomą z kohorty, o której ci czasem opowiadałam?
— Pamiętam. Została centurionem, a potem prawie pretorem, ale mocno oberwało jej się w walce z wilkołakami. Nie była już w stanie sprawnie się poruszać, walczyć i, w konsekwencji, objąć tak ważnego stanowiska. Przykra historia.
— Uratowała tamtego dnia wiele ludzi. Kilka z ran, które odniosła, przyjęła na siebie, własną piersią zasłaniając najmłodszych obozowiczów in probatio. Mars docenił to i pobłogosławił ją właśnie tą umiejętnością. Jako wilk było jej znacznie łatwiej się poruszać niż jako człowiek.
— No dobrze, ale wątpię, że to była Florence. Nie wspominałaś, że wyjechała gdzieś na drugi koniec świata?
— Nie do końca. Zaszyła się gdzieś w głuszy, właśnie jako wilk, i słuch po niej zaginął — sprostowała Lana, odkładając na stół z cichym brzdękiem kubek po swej herbacie.
— Czyli nadal śmiem wątpić, że mogła kręcić się gdzieś po Bronxie. A tego typu błogosławieństwa pewnie nie zdarzają się zbyt często, co?
— Masz rację, to dość rzadka sprawa. Żaden bóg nie trzaska błogosławieństwami na prawo i lewo. Za moich czasów zdarzyło się to tylko raz. Słyszałam o kilku takich sytuacjach z przeszłości, ale ci ludzie już pewnie poumierali, albo są staruszkami, więc pewnie nie mieliby po co nawiedzać małych dziewczynek. No, chyba że to kwestia ich pojebania i powinni zostać wsadzeni za kratki.
— Czyli jestem w kropce? — westchnęła Blanche i przełknęła ostatni łyk stygnącej już kawy.
— Niezupełnie. Jakiś czas temu obiła mi się o uszy w miarę świeża plotka z obozu. Jakiś syn Marsa zdobył posadę pretora i właśnie za to udało mu się zgarnąć błogosławieństwo tatusia.
— Czyli teraz mam się uganiać za jakimś dzieciakiem?
— Nastolatkiem.
— Jeden pies. Czy, w tym przypadku, wilk — mruknęła, pocierając dyskretnie skroń, w której czuła ucisk zbliżającej się migreny.
— A masz coś lepszego do roboty? — Uniosła brew.
— Nie. No dobra, czyli wygląda na to, że teraz czeka mnie wycieczka do Obozu Jupiter — rzekła z udawanym entuzjazmem.
— Nie mówię, że to ten młody, ale nawet jeśli to nie on, to może będzie miał lepsze informacje ode mnie w temacie swojego rodzeństwa z błogosławieństwem. O ile w ogóle z tym mamy do czynienia. Przepraszam, Blanche, naprawdę nie mam co do tego pewności — dodała, gdy zapłaciły już i zbierały się do wyjścia.
— No coś ty, nie przepraszaj! Naprawdę bardzo mi pomogłaś. Gdyby nie ty, kręciłabym się w kółko, a teraz mam przynajmniej jakiś trop. Powinnam zresztą poszerzyć swoją wiedzę na temat bogów i półbogów z twojej strony podwórka. To nigdy nie była moja mocna strona. Ale teraz, jeśli Grace do nich należy to… — urwała w środku zdania, widząc wyraz twarzy Lany.
— Przywiązałaś się do tej młodej — zauważyła. Najgorsze jednak nie było samo to zdanie, a ton, którym je wypowiedziała, taki, jak gdyby przytaczała coś najbardziej oczywistego i normalnego na świecie. — To dobrze — Uśmiechnęła się delikatnie, choć w jej oczach dostrzec można było coś, co Blanche zdawało się być smutkiem.
— Daj spokój, to przecież nie ma znaczenia. Muszę po prostu dowiedzieć się, kim jest i bezpiecznie zaprowadzić ją do obozu, jeśli tego wymaga jej pochodzenie. Wtedy najprawdopodobniej nasze ścieżki się rozejdą.
Chciała jak najszybciej ukrócić tę rozmowę, która niebezpiecznie przeszła na stronę uczuć. Panna Lemieux nienawidziła rozmawiać o uczuciach, zwłaszcza tych swoich. Podziękowała więc Lanie jeszcze raz i oznajmiwszy, że nie chce tracić czasu, pożegnała się z nią.
By nie być gołosłowną, do własnego domu wróciła jedynie na chwilę i niedługo później znalazła się w Obozie Herosów. Potem wystarczyło już tylko przejść przez Labirynt i jakoś wytłumaczyć się Terminusowi, w jakim celu przybywa do Obozu Jupiter (gdzieś w trakcie tego ostatniego niestety tracąc swą przypinkę, która najwyraźniej spodobała się małej dziewczynce towarzyszącej posągowi).
Kolejnym punktem programu było zaś odszukanie pretora.

◇──◆──◇──◆
[840 słów: Blanche otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

środa, 28 grudnia 2022

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Lana zamyśliła się, patrząc na swoją zieloną herbatę.
— Nie można tego wykluczyć — zaczęła ostrożnie. — Ale czy Lupa nie wypadłaby pozytywnie w jej oczach? Z tego, co mówisz, wygląda na to, jakby dziewczyna się jej bała, a przecież Lupa nie powinna robić niczego negatywnie nacechowanego. Zresztą, Lupa pewnie wzięłaby ją od razu pod swoją opiekę, jeżeli ta byłaby dzieckiem któregoś z naszych bogów. Chyba mamy do czynienia z czymś całkowicie obcym. I nie mówię o kosmitach.
Po chwili atmosfera tajemnicy opadła a na twarzy kobiety znów zajaśniał standardowy wyraz.
— Może któreś z dzieci Marsa zmieniło się w wilka? — spytała.

wtorek, 6 grudnia 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 5

Poprzednie opowiadanie

LATO

Oprócz niepokojącej Blanche naiwności, Grace Pullson cechowała również najwyraźniej niezwykła inteligencja. No bo, umówmy się, jaki przeciętniak ot tak wymyśliłby w niecałą minutę całą opowieść szyfrującą swój numer telefonu? Być może młoda była dzieckiem Ateny? Chociaż, jeśli podejrzenia Blanche co do tożsamości wspomnianej przez dziewczynkę wilczycy miały okazać się prawidłowe, cała teoria szła się hajtać.
Jak powszechnie wiadomo, wielcy geniusze często pozostawali niezrozumiani. I tak prawdopodobnie było teraz z tą biedną dziewczyną. Po minie panny Lemieux prawdopodobnie dało się w tym momencie odczytać to, że, jeśli tylko ludzkie mózgi były maszynami, koła zębate w jej głowie kręciłyby się w szaleńczym tempie, próbując rozszyfrować wiadomość. O ile niektóre z cyfr podane były jak na tacy, co do pozostałych miała pewne zastrzeżenia.
„Patrzę chyba z pięć razy”, czyli 5. „Ubrałam się raz dwa” wskazywało na to, że kolejne były 1 i 2. „W pierwszym odruchu” to 1, a „cztery skrzydła” — 4. Jako że skrzydła były podwójne, po czwórce następowało 2. Ale to dawało przecież tylko sześć cyfr, a potrzebowała siedmiu!
Może to „pięć razy” nie oznaczało samej piątki, ale i następującą za nią cyfrę 1? A może fakt, że dziwne stwory „zniknęły” sugerować miał 0?
Gdyby nie przebywała w towarzystwie osoby nieletniej, jasnowłosa kobieta przeklęłaby teraz siarczyście. Czasu na proste dopytanie się dziewczyny oczywiście nie było, bo chwilę później powrócił do nich jej ojciec. Blanche została więc sama ze swoim mętlikiem w głowie, kilkoma cyframi zakreślonymi z tyłu notatnika, w którym wcześniej spisywała opowiedziane przez dwuosobową rodzinę bzdury o kosmitach i otaczającymi ich przynajmniej dziesięcioma znakami zapytania. Wyglądało na to, że w momencie próby kontaktu z dziewczyną będzie musiała bawić się w wyliczankę i modlić o to, że któreś z jej podejrzeń okaże się prawidłową kombinacją cyfr.
— Bardzo dziękuję za rozmowę i za kawę — powiedziała w końcu, gdy dopiła ciepły napój i wysłuchała przynajmniej pięciu kolejnych opowieści o kosmitach, udając, że wcale nie przeżywa cholernego kryzysu i to wcale nie tak, że już tylko jedna kolejna historia dzieliła ją od odpięcia przypinki, którą tego dnia nosiła przy koszuli.
Komórkę wyciągnęła tuż po przekroczeniu progu domostwa rodziny Pullson. Po chwili odszukała kolejny z numerów, który w jej kontaktach pozostawał wciąż jedynie z powodu tego, że „tak wypadało”. To, jak wiele starych znajomości odkurzała w rzeczywistości czy w swej pamięci przez jedną dziewczynę, mogłoby być nawet śmieszne, gdyby nie to, ile złych wspomnień niosły za sobą te podróże w przeszłość.
Lana Wilson nie była złym człowiekiem. Prawdopodobnie poznały się po prostu w złym momencie. Nie wiedziały jednak, że już niecały miesiąc po tym spotkaniu w obskurnym barze, który zainicjował ich krótki, namiętny i dość burzliwy związek, miało stać się coś, co było kolejnym ciosem prosto w serce Blanche. Śmierć Wendy przyszła nagle i zadziałała na jej przyjaciółkę mocniej, niż powinna. To zaś oczywiście zauważyła Lana. Zauważyła też, jakimi uczuciami przez te wszystkie lata jej dziewczyna darzyła tę kobietę, która zawsze gdzieś czaiła się w jej opowieściach. Gdy spróbowała zainicjować rozmowę na ten temat, została nazwana bezduszną suką. „I co, może nie mam prawa cierpieć? Bo nie jestem jej pierdolonym mężulkiem? Bo ja sama próbowałam sobie jakkolwiek ułożyć życie bez niej na miejscu, na którym chciałabym, żeby była? Tak, kocham ją, zawsze kochałam, ale sama odsunęłam się na bok, by nie przeszkadzać jej szczęściu. A ty jeszcze teraz masz do mnie jakieś pretensje!”, krzyczała jej w twarz panna Lemieux, a w jej oddechu wyczuwalny zapach alkoholu, którego tego wieczora wypiła zdecydowanie zbyt dużo.
Lana wyszła wtedy z jej mieszkania, by później powrócić tam tylko raz, po swoje rzeczy. Jakiś czas później udało im się spotkać ponownie i, choć teoretycznie przegadały wtedy wszystko, a Blanche z całego serca przeprosiła ją za swoje zachowanie, ich relacja nigdy nie wróciła na poziom wyższy niż „tolerujące się znajome, które są również swoimi eks”. Teraz jednak jej opinia, jako córki Somnusa, rzymskiego alter-ego Hypnosa, i jedynej znanej Blanche osoby, która należała do społeczności Obozu Jupiter, była potrzebna od zaraz.
„Od zaraz” nastąpiło dopiero kilka tygodni później. Przez ten czas panna Lemieux prowadziła swój własny research i kilkukrotnie rozważała próbę kontaktu z Grace. Uznała jednak, że nie chce kusić losu, gdyby telefon dziewczyny znajdował się pod mniejszym lub większym nadzorem jej ojca. To los bowiem chciał, że w momencie, w którym do niej zadzwoniła, Lana była w trakcie podróży dookoła świata, bez stałego zasięgu czy łącza internetowego. (Tak, to brzmiało jak coś, co ta kobieta już od dawna chciałaby zrobić). Dlatego też sprawa ta poczekać musiała aż do momentu jej powrotu.
Spotkały się na neutralnym gruncie, przytulnej kawiarence gdzieś pośrodku drogi pomiędzy ich obecnymi miejscami zamieszkania. Obie sączyły swoje ciepłe napoje, Blanche czarną, niesłodzoną kawę, a Lana zieloną herbatę, która najwyraźniej wciąż, pomimo upływu lat, pozostawała jej faworytem.
— I co uważasz? Myślisz, że to mogła być Lupa? — spytała Blanche, zakończywszy swoją opowieść, mimo iż wiedziała, że chociażby brak dokładniejszego opisu wilka, mógł stać się źródłem pewnych problemów.
„Bądź Lupą, bądź Lupą, błagam”, powtarzała w myślach, czekając na odpowiedź. Ona sama nie miała sił na kolejne tygodnie poszukiwań, a sama Grace mogła prawdopodobnie nawet nie mieć przed sobą tyle czasu. Bycie półbogiem to w końcu cholernie niebezpieczna sprawa.

◇──◆──◇──◆
[847 słów: Blanche otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

czwartek, 10 listopada 2022

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

— Jadłam właśnie moje śniadanie, kiedy z pola zaczęły dochodzić hałasy. Patrzę chyba z pięć razy, ale przez okno nic nie widać. No to ubrałam się raz dwa i wyszłam z domu. Widziałam jakieś zwierzę dobierające się do śmieci. W pierwszym odruchu chciałam uciekać, ale gdy zwierzę się obejrzało, samo zniknęło. Przez chwilę wyglądało, jakby miało cztery skrzydła. Takie podwójne, jak mają motyle. W tamtej chwili uznałam to za głupi wymysł, ale kto wie, może wie Pani, czy kosmici nie przybierają czasem kształtów gigantycznych, psowatych motyli?

sobota, 5 listopada 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 4

Poprzednie opowiadanie

LATO

Młoda Grace była ufna. Zbyt ufna jak na gust Blanche. Od razu powróciły do niej wspomnienia tego, jak wielu spośród jej znajomych z obozu poległo, ponieważ powierzyło swe zaufanie niewłaściwym osobom czy istotom. Tuż potem w jej pamięci pojawiła się mocno już zamglona twarzyczka małej Diany, jej pierwszej przyjaciółki w życiu, która często przemierzała z nią biegiem korytarze kasyna pana Lemieux. Dia również zaufała komuś, komu nie powinna. Co prawda miała tylko sześć lat i niewiele wiedziała jeszcze o okrutnym świecie, w którym żyła, ale mężczyzna, wraz z którym pewnego dnia opuściła plac zabaw, na pewno nie był przyjacielem jej rodziców, za którego się podawał. Wtedy, według dziecięcej logiki Blanche, Diana po prostu zniknęła. Co prawda pewnego dnia do jej domu przyszli panowie w mundurach i chcieli rozmawiać o jej przyjaciółce, lecz nie miało to dla niej zbyt dużego sensu. Być może Di rzeczywiście poznała skrzydlatego jednorożca i na jego grzbiecie odleciała do krainy magii, jak to zawsze marzyła?
Diana nigdy nie pojawiła się już na placu zabaw czy w kasynie. Jej rodzice, zanim ostatecznie się wyprowadzili, zawsze sprawiali wrażenie smutnych. Dorastając, Blanche zrozumiała, że jej przyjaciółka w rzeczywistości zmarła. Jednak dopiero lata później, przeszukując internet w zupełnie innej sprawie, natknęła się na artykuł o ciele dziewczynki, nagim i osamotnionym, porzuconym w lesie w pobliżu miejsca, w którym wówczas mieszkały. Opis jej wyglądu i inicjały, które podano, pasowały do Diany. Nie czytała dalej artykułu. Wyłączyła go i postanowiła nie wracać już więcej do tej sprawy. Jej Dia była wesołą, pełną życia dziewczynką, a nie martwym, zimnym ciałem, które ktoś skalał.
A jednak teraz, jako dorosła kobieta, sama nachylała się ku tej dziewczynie, twierdząc, że ta może jej zaufać. Co prawda nie chciała jej skrzywdzić, lecz skąd miała mieć świadomość, jakie konsekwencje dla młodej Grace przyniesie jej wizyta? Co, jeśli jej ojciec dostanie jakiegoś ataku szału? Wyglądał na zdolnego do tego typu akcji. Co, jeśli rzeczywiście była ona heroską i, uświadamiając jej to, Blanche skazywała ją na jeszcze większe niebezpieczeństwo? Co, jeśli w swoich czynach, choć nie do końca świadomie, miała niewiele różnić się od tamtego zwyrodnialca, który zamordował niewinną sześciolatkę?
— Widziałam cholernie dużego wilka — odpowiada Grace, a w jej głosie wyraźnie słychać strach.
— Wilka? — powtarza Blanche, nie do końca będąc w stanie odnaleźć w swej głowie jakiegokolwiek powiązania do dużych wilków. — No cóż, to prawdopodobnie nie będą kosmici… — mruknęła, próbując rozluźnić jakoś atmosferę i jednocześnie dać sobie chwilę na zastanowienie się.
Panna Lemieux nie miała zbyt dużo powiązań z Obozem Jupiter, dlatego też zapewne tak długo zajęło jej dojście do pewnego wniosku, który dla wielu innych mógłby być zapewne prosty. Lupa, bogini wilczyca, która wykarmiła założycieli Rzymu, Romulusa i Remusa. Jednak… Choć kobieta nie posiadała zbyt obszernej wiedzy na temat bogini, nie wydawało jej się, że byłaby ona skłonna zapuścić się do Nowego Jorku tylko po to, by ukazać się jednej dziewczynce…
Ale czy miała jakiekolwiek inne pomysły?
— Słuchaj, Grace, myślę, że mogę wiedzieć, kogo widziałaś, ale z drugiej strony nie mam co do tego pewności. Będę potrzebowała trochę czasu, żeby skontaktować się ze starą znajomą, który może wiedzieć trochę więcej. Potrzebowałabym więc jakiegoś kontaktu do ciebie, ale z drugiej strony wiem, że twój ojciec nie byłby tym zachwycony… — wyszeptała gorączkowo. — Tak, rozumiem, wydaje mi się, że to rzeczywiście może wskazywać na próbę kontaktu mieszkańców obcej planety — dodała nieco głośniej, puszczając oczko dziewczynie, na wypadek, gdyby jej ojciec podsłuchiwał i miał zaniepokoić się ciszą, która nastała w tamtym momencie.
— Tak… Wie pani co, ostatnio, jakieś siedem tygodni temu, przydarzyła mi się jeszcze jedna, podobna historia. Było około godziny ósmej rano… — zaczęła nagle opowiadać Grace, a Blanche dobrą chwilę zajęło zrozumienie, dlaczego ta to robi.
Uśmiechnęła się delikatnie. Dziewczyna miała łeb. 718 stanowiło jeden z numerów kierunkowych nowojorskiej dzielnicy Bronx. Teraz więc pozostało wyłapać kolejne siedem cyfr numeru i liczyć na to, że ojciec Grace, który prawdopodobnie miał do nich ponownie dołączyć lada chwila, nie domyśli się, co właśnie było grane.


◇──◆──◇──◆
[650 słów: Blanche otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia+10]

poniedziałek, 17 października 2022

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Dziewczyna rozgląda się na boki, upewniając się, że mężczyzna poszedł.
— Nie mam pojęcia, ale być może to naprawdę oni. Szukałam w mitach greckich i rzymskich, ale nie znalazłam niczego podobnego — mówi z zaskakującą ufnością, wciąż wychylając się w poszukiwaniu wracającego, wściekłego ojca. Zniża głos. — Chciałam zaglądnąć też do opowieści ludowych czy innych bzdur, ale mój ojciec to zobaczył i od tamtego momentu posądza mnie o brak wiary w ufoludki. A to nie tak, że ja nie wierzę, ale po prostu nie wydaje mi się, żeby mieli jakieś interesy w szpiegowaniu mojej rodziny. Zresztą, częściej widuje sąsiadów, którzy próbują mnie odebrać od ojca, niż kosmitów.
Widać, że chce powiedzieć coś jeszcze. "Możesz mi zaufać" — mówisz. Widocznie jesteś przekonująca.
— Widziałam cholernie dużego wilka — mówi. Ewidentnie się boi.

poniedziałek, 12 września 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 3

Poprzednie opowiadanie
[LATO]

Przez chwilę wydawało jej się, że się przesłyszała. Nikt o pełni władz umysłowych nie zdradzał chyba przecież obcej osobie, z którą rozmawiał przez zaledwie dwie minuty, że „wie, że kosmici istnieją, i nie zamierza pozwolić, aby uprowadzili jego córkę”, czyż nie?
Chociaż… Cholera, sama widziała w swojej przeszłości przynajmniej kilka różnorodnych dziwnych stworzeń, o których opowieści zapewne mogłyby się stać dla niej biletem do oddziału zamkniętego, jeśli zostałyby opowiedziane niewłaściwej osobie. Dlaczego więc miałaby teraz żartować sobie z mężczyzny, który wierzył w coś, co większości społeczeństwa wydałoby się zapewne bardziej prawdopodobne niż poruszające się po okolicy bóstwa czczone jeszcze w starożytności, które raz na jakiś czas dają się ponieść kilku upojnym chwilom ze śmiertelnikami?
Sprawa kosmitów stawiała przed nią jednak kolejny problem. Co jeśli mała Grace przejęła bujną wyobraźnię po ojcu i to, co rzekomo widziała, było jedynie kolejnymi urojonymi mieszkańcami Marsa (i nie miała tu teraz na myśli alter ego Aresa) czy innego Księżyca? Co jeśli miała teraz wyłącznie zmarnować czas, pijąc herbatę (a może specjalną miksturę odstraszającą kosmitów?) w jaskini jakichś ekscentryków?
Chociaż, z drugiej strony… Co jeśli dziewczynka rzeczywiście była córką któregoś z bogów i już niedługo mogłoby ją spotkać ogromne zagrożenie?
Kurwa, z roku na rok robiła się coraz bardziej miękka. Powinna wziąć się w garść i zignorować ten cholerny instynkt macierzyński, który wraz z coraz bardziej natarczywym biciem zegara biologicznego, coraz wyraźniej dawał się we znaki.
 
Z powstałej sytuacji wyszła tylko jedna dobra rzecz — nowa strategia. Teraz, stojąc przed drzwiami mieszkania numer 59, wiedziała już, jak chce podejść do sprawy. Od teraz panna Blanche Lemieux zdecydowanie wierzyła w istnienie kosmitów i zagrożenie z nimi związane. Wierzyła w to tak bardzo, że gdy tylko znajomy przekazał jej podsłuchane wieści o dziewczynce, która widzi dziwne stwory, wiedziała, że musi ją odwiedzić. Ktoś przecież musi ochronić to biedne dziecko, przekazać mu najnowszą wersję foliowej czapeczki czy innego gówna.
W głębi duszy modliła się tylko o jedno — choć chwilę sam na sam z dziewczynką. Musiała wyciągnąć z niej jak najwięcej bez obecności ojca. A potem, w zależności od rezultatu, naprędce zmontować kolejny punkt planu. To znaczy: albo szybko się stamtąd ulotnić, albo jakoś przenieść małą do obozu bez ściągania na siebie podejrzenia współpracy z kosmitami.
Zapowiadał się długi dzień. Mogła rzeczywiście po prostu wziąć ze sobą trochę nektaru, dolać go dziecku do napoju i liczyć na to, że nie spali się żywcem. Wtedy przynajmniej czekałoby ją najwyżej więzienie, a nie rozmowa, która zapewne miała przypominać spacer po wysoko zawieszonej linie. Jeden fałszywy krok i już po niej.
Drzwi otworzyły się, a przed nią stanął dość potężnie zbudowany mężczyzna. Zapewne należał do typu survivalowców, którzy byli już gotowi na nalot kosmitów. Mogła się założyć, że gdzieś w okolicy miał schron, w szafkach poupychane stosy konserw, a w sejfie broń. Broń, którą mógłby ją postrzelić, gdyby tylko uznał ją za kosmitkę…
— Dzień dobry, ja… — zaczęła, lecz on przerwał jej ostrym gestem uniesienia dłoni.
— Panna Lemieux? — warknął.
— Zgadza się.
— Jakie zasady podałem podczas naszej rozmowy telefonicznej? — spytał nagle, zamiast kulturalnie wpuścić ją za próg.
— Nie mogę zostać dłużej niż na godzinę, wyprowadzać pańskiej córki z domu i… wymieniać się numerami czy „robić innych głupot”, czyż tak? — odpowiedziała, starając się z całej siły ukryć rosnącą w niej irytację.
— Zgadza się. Proszę wejść. Przepraszam, musiałem się upewnić, czy to pani. Kosmici potrafią naśladować rozmaite głosy i na pewno mogliby się pod panią podszywać. Na szczęście mój telefon ma blokadę na ich podsłuchy i mam pewność, że nie mogą wiedzieć, co pani powiedziałem, gdy rozmawialiśmy — wyjaśnił ze śmiertelną wręcz powagą, gdy już weszli do niewielkiego korytarza.
— Tak, rozumiem, oczywiście. Cieszę się, że tak dba pan o bezpieczeństwo własne i córki.
— Tak, tak. Proszę, przejdziemy do salonu. Mówiła pani, że dlaczego chce się pani spotkać z moją Grace?
Przed odpowiedzią uratowała ją niewysoka dziewczyna, na oko może dwunastoletnia, która właśnie wpadła niczym pocisk do przedpokoju.
— Dzień dobry! — zawołała z szerokim uśmiechem.
Och, dzięki ci, Tyche, być może ta mała jednak nie jest tak szurnięta, jak jej ojciec…
— Dzień dobry, Grace. Twój tata zapewne przekazał ci, że chciałabym z tobą porozmawiać?
— Porozmawiamy w salonie — mruknął górujący nad nią mężczyzna, zanim jego córka zdążyła odpowiedzieć.
Oczywiście, że wszystko będzie się odbywało pod ścisłym nadzorem.
Pan Pullman najwyraźniej nie należał do najbardziej gościnnych ludzi w okolicy. Po prostu posadził zadek na kanapie, córce wskazał miejsce tuż obok siebie, a swej gościni — na przeciwległym do niej wysiedzianym już mocno fotelu. Nie zamierzał też najwyraźniej zmarnować tej okazji, ponieważ przez cały czas wbijał w kobietę twarde spojrzenie.
— A więc co panią sprowadza? — spytał po chwili milczenia.
— Prowadzę ankietę dotyczącą świadków niezwykłych zdarzeń. Jeden z moich współpracowników usłyszał mimochodem pańską rozmowę na temat czegoś, co widziała Grace. Chciałabym poprosić ją o opisanie widzianych przez nią stworzeń. Być może mogłabyś też mi powiedzieć, czy widziałaś te stwory w jakichkolwiek książkach czy filmach, dobrze, Grace? — zwróciła się do dziewczynki, wyjmując z torby notatnik.
Przez następne kilka minut dziewczynka, na której to teraz spoczywał uważny wzrok jej ojca, opisywała kreatury, które widziała na przestrzeni ostatniego półrocza. Kilka z nich sama potrafiła sprawnie nazwać, a te, z którymi miała problem, były jednak dobrze znane Blanche. Bazyliszki prześlizgujące się ulicami miasta, gryfon dostrzeżony kątem oka na wycieczce szkolnej, pegaz przelatujący na horyzoncie z kimś na swym grzbiecie…
— Kosmici przyjmują różne formy. Jestem pewien, że to oni. Obserwują moją Grace, bo chcą ją porwać! — wykrzyknął nagle pan Pullman, a jego córka skuliła się nieco w sobie. Blanche zdawało się jednak, iż ruch ten wynikał bardziej ze strachu przed gniewem ojca, niż przed atakiem kosmitów. A może kobieta po prostu za bardzo chciała, by sprawy poszły po jej myśli i tylko sama się łudziła?
— Zanim zadam kolejne pytanie, czy mogłabym poprosić o kawę? Najzwyklejsza czarna, bez cukru. Przepraszam, zawsze ją piję o tej porze — rzuciła mimochodem, zwracając się z delikatnym uśmiechem do mężczyzny.
— Oczywiście — stwierdził, wstając, jednak gdy przechodził obok niej, pochylił się ku niej delikatnie. — Nawet nie próbuj nic kombinować pod moją nieobecność — wycedził przez zęby.
— Grace, wierzysz w to, co twój tata mówi o kosmitach? Sądzisz, że to byli oni? — szepnęła cichutko Blanche, gdy kroki Patricka rozbrzmiewały już dość daleko, by mogła podejrzewać, iż jest bezpieczna.
◇──◆──◇──◆
[1019 słów: Blanche otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 23 sierpnia 2022

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

—Witam — odezwał się niski, ochrypnięty głos, i zaraz przerwał, by móc usłyszeć, co masz do powiedzenia. — Chcesz przyjść do naszego domu? Jasne, o ile nie masz czterdziestu lat i nie jesteś jedną z tych internetowych koleżanek... Dzisiaj? Skoro tak to bądź po szóstej, nie zostań dłużej niż na godzinę i oczywiście nie licz, że wyjdziesz gdzieś z domu razem z moją córką. O, o, jeszcze jedno. Jak usłyszę, że wymieniacie się numerami bądź robicie inne głupoty, to nie pozwolę na żadną z nich. Wiem, że kosmici istnieją, i nie zamierzam pozwolić, aby uprowadzili moją córkę, panno Lemieux.

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 2

Poprzednie opowiadanie

Czas przełknąć gorzki smak starych wspomnień i wrócić do człowieka, który — prawdopdobnie jako jedyny — mógłby naprowadzić Blanche na bliższy trop. Trzy kliknięcia i rozmowa telefoniczna z Aaronem kończy się otrzymaniem numeru do ojca poszukiwanej dziewczynki. „Dzień dobry, dzwonię w sprawie fotowoltaiki. Olimp Company proponuje montaż systemu używającego blasku Apolla”.

[LATO]

Panna Lemieux dopiero gdzieś w środku pakowania, otoczona ubraniami na zmianę (gdyby jej bojowe zadanie miało trwać więcej niż jedna popołudniowa herbatka) i kilkoma przydatnymi szpargałami, zdała sobie sprawę z tego, jak pochopnie zaczęła działać. Być może to sam kontakt z Blackwoodem aż tak wyprowadził ją z równowagi, a może wpływał na nią fakt, że ostatnio przez pracę naprawdę rzadko dobrze się wysypiała. W każdym razie ze znacznym opóźnieniem dwie komórki mózgowe połączyły się w myśl o treści: „i co, idiotko, tak po prostu wparujesz obcym ludziom do domu i zaczniesz wypytywać o mitologiczne stwory?”.
Nie miała pojęcia, jak miałaby podejść do sprawy, którą postawił przed nią dawny znajomy. Jej ojciec sam wyjawił jej prawdę o jej pochodzeniu, nawet jeśli początkowo mu nie uwierzyła. Uwierzyć zaś kazał jej czyhający na jej życie potwór, przed którym uratowała ją Wendy. To ona też zaprowadziła ją do obozu.
(Powinna jak najszybciej uciąć myśli o tej dwójce, jeśli nie chciała się popłakać).
Jak zaś prawdę powinna poznać mała Grace? Jak delikatnie wyjaśnić komuś, że jednym z jego rodziców jest potężna ponadludzka istota prawie tak stara, jak świat? Jak ostrożnie przekazać komuś informację, że od teraz te dziwne stwory mogą czyhać na jego życie przez cały czas?
A co jeśli to wszystko było tylko urojeniami? Co, jeśli dziewczynka miała tylko niezwykle bujną wyobraźnię i potrzebę zwrócenia na siebie uwagi? Jak wtedy wyjaśniłaby jej swoją nagłą obecność w jej życiu i zwinęła się szybko, by nie namącić jeszcze bardziej?
— Kurwa — westchnęła i po chwili wahania wyciągnęła komórkę z kieszeni. Wyglądało na to, że po kilkunastu latach milczenia nadszedł dla niej i Aarona czas na dwie rozmowy dziennie.
— Halo? — wymruczał głos po drugiej stronie linii, a ona dopiero wtedy spojrzała na wiszący na ścianie zegar. Pierwsza w nocy. No pięknie.
— Przepraszam, nie wiedziałam, że jest już tak późno. Nie chciałam się obudzić.
— Nie ma za co przepraszać. Domyślam się zresztą, że nie dzwoniłabyś do mnie, gdyby nie byłoby to bardzo ważne — zauważył ociekającym wręcz od sarkazmu głosem. Zawsze uważała, że mąż Wendy nawet obudzony w środku nocy miałby na wszystko odpowiednią uszczypliwą czy żartobliwą odpowiedź. Teraz już miała co do tego pewność podpartą dowodami.
— Taak… Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że chyba nie mogę ot tak do nich pojechać i spytać, czy dziewczyna jest córką bóstwa. Potrzebuję ich jakoś na to przygotować. Masz może jakiś kontakt do jej ojca? Najlepiej numer telefonu?
— Jeszcze nie wiesz, że ja mam wszystkie kontakty, jakich tylko możesz zapragnąć? Po tych wszystkich latach? — Udawał urażonego, lecz w jego głosie słyszała uśmiech. — Zaraz wyślę ci w wiadomości. Ale obiecaj mi, że do niego zadzwonisz dopiero rano.
— Wiesz, że nie wykonuję rozkazów nikogo, kto nie jest moim przełożonym — prychnęła.
— Wiem. Nadal uważam, że świat będzie o wiele bardziej niebezpiecznym miejscem od chwili, w której nareszcie zasiądziesz na wymarzonym stanowisku prezesa.
— Wtedy odpowiadać będę wyłącznie przed samymi bogami. — Roześmiała się. Przez chwilę wszystko zdawało się takie, jak całe lata temu, kiedy pomimo własnego bólu udało jej się zaprzyjaźnić z Aaronem i spędzać całe dnie na śmianiu się z nim i Wendy. Ale to tylko przez chwilę. — Dzięki, Blackwood. Dam ci już się wyspać. Dobranoc.
— Dobranoc, Blanche — odpowiedział i się rozłączył.
Po chwili ekran rozbłysnął się jeszcze jedną wiadomością od niego. Na tę już nie odpowiedziała. Po prostu przełożyła pakowanie się na kolejny dzień i poszła spać.
Było tuż po dziewiątej, gdy dotknęła symbolu słuchawki tuż obok wpisanego przez siebie numeru, który kilka godzin wcześniej podał jej Aaron. Siedziała wygodnie na kanapie, wiedząc, że do tego typu dyskusji powinna podejść na spokojnie. Spokój zaś zapewniała jej mała manipulacja własnym szczęściem, którego pozwoliła sobie dokonać, jak zawsze, gdy miała przed sobą jakiś ważny cel.
Plan działania był prosty. Grzecznie się przywitać i przedstawić. Podać, od kogo otrzymało się numer i wspomnieć o zasłyszanej przez swego informatora rozmowie. Udać pasjonata mitologii, który zbiera informacje na temat tego typu sytuacji, twierdząc, iż w każdym porzekadle jest ziarnko prawdy. Mimochodem spytać, czy te kilkanaście lat temu nie spędzał czasu z kimś dziwnym, a mała Grace nie trafiła do niego w jakiś nietypowy sposób.
Teraz pozostało tylko liczyć na to, że nie dało się tego zepsuć.
— Halo? — odezwał się ostrożny głęboki głos po drugiej stronie połączenia.
— Dzień dobry. Nazywam się Blanche Lemieux, a pański numer otrzymałam od znajomego, Aarona Blackwooda. Dzwonię, ponieważ… — rozpoczęła zgodnie z opracowanym wcześniej planem.


◇──◆──◇──◆
[718 słów: Blanche otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia+10]

czwartek, 4 sierpnia 2022

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Dzień dobry.
Chociaż patrząc na decyzję, którą podjęłaś — może nie taki dobry. Mimo negatywnej relacji z informatorem postanowiłaś pomóc nieznanej dziewczynie, nie wiedząc nic o jej powiązaniach z bogami oraz nie biorąc nikogo ze sobą. Abyś mogła zacząć działać i zbliżyć się do nieuchronnej tragedii, najpierw musisz znaleźć się pod wskazanym adresem. Tylko, proszę, zadbaj o zdrowie psychiczne Grace i działaj metodą małych kroczków. Nie bierz obozowego pegaza. Kolejny wybór, który stoi przed tobą, to zapoznanie się z Grace. Nie znasz jej numeru, także nie możesz do niej zadzwonić i poinformować ją o twoich odwiedzinach. Chyba że zapytasz się swojego kolegi o kontakt z jej ojcem. Równie dobrze możesz spróbować dowiedzieć się czegoś o niej (google wita). Dość sporo ludzi dzieli się z internetem ważnymi informacjami. Przypomnę ci tylko, że musisz znaleźć jakiś sposób na dowiedzenie się, czy młoda faktycznie jest półbogiem. Trochę głupio byłoby wziąć śmiertelniczkę z urojeniami do obozu, aby jedynie zniszczyć jej światopogląd i zmarnować resztę życia. O ile przejrzałaby mgłę. Ja proponuję podać jej nektar. Najwyżej zginie.

sobota, 23 lipca 2022

Od Blanche — zlecenie #5

Numer, który pojawił się na ekranie jej komórki w akompaniamencie irytującej systemowej muzyczki, należał do tych, które pozostawały zapisane w pamięci telefonu tylko i wyłącznie dlatego, że „tak wypada”. Ostatnie połączenie z nim odbyło się dobre kilka lat temu, dlatego też zepchnięte gdzieś w odmęty niepamięci imię zdołało wytrącić Blanche z równowagi.
Przez chwilę walczyła z samą sobą. Czy powinna w ogóle odbierać? Ich ostatnia rozmowa była wymianą uprzejmości po pogrzebie osoby, którą oboje kochali, lecz którą tylko jedno z nich mogło mieć. Gdyby kobieta miała teraz okazję przesłuchać ją ponownie, zapewne usłyszałaby jego niewyraźne pomruki, skutek próby zagłuszenia żałoby alkoholem, i własne wrogie krótkie odpowiedzi. Nie, nie zajmie się jego dziećmi. Gówno ją obchodzi to, że się upił i nie powinien zajmować się małymi. Niech spierdala, nic nie jest winna Wendy, zwłaszcza teraz, kiedy ona nie żyje.
Wystarczyłaby jeszcze tylko chwila wahania, a połączenie zostałoby samoistnie odrzucone, a Blackwood mógłby co najwyżej poplotkować sobie z automatyczną sekretarką. Pchnięta jednak niejasnym przeczuciem, że ta rozmowa mogła nieść coś bardzo dla niej ważnego, ostatecznie wcisnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła aparat do ucha.
— Słucham? — zaczęła, siląc się na profesjonalny ton. Nie zamierzała dać mężczyźnie poznać po jej głosie, jak bardzo obawiała się usłyszeć znowu ten należący do niego.
— Cześć, Blanche, to ja, Aaron — odpowiedział, jak zauważyła z zadowoleniem kobieta, dość niepewnym tonem. — Wiem, że nie mieliśmy kontaktu od kilku lat, a nasza ostatnia rozmowa nie była zbyt przyjacielska, ale… — kontynuował, ale ona nie zamierzała pozwolić mu tak po prostu zjawiać się znowu w jej życiu i rzucać w nią tym, czym zamierzał właśnie rzucić.
— No właśnie, skoro wiesz, to po co dzwonisz? — warknęła, w myślach raz po raz wyrzucając sobie to, że, odbierając połączenie od niego, zachowała się jak skończona idiotka.
— Bo wiem, że to, co próbuję ci powiedzieć, może cię zainteresować. Nie chodzi tu o mnie ani o moje dzieci. Jasno się wyraziłaś, że nie chcesz mieć z nami nic wspólnego i zamierzam w dalszym ciągu szanować twoją decyzję — obiecał, a w jego głosie nie odnalazła żadnych emocji.
Normalne biznesowe połączenie. Tak, to była w stanie znieść.
— Dlaczego więc, w takim razie dzwonisz? — westchnęła.
— Kiedy odprowadzałem dziś Ginny i Sylvię do szkoły, przypadkiem podsłuchałem jakiegoś ojca, który opowiadał sąsiadce, że jego córka widzi stwory z mitologii. Myślę, że mała może być półboginią. Sądzę, że powinnaś porozmawiać z nią i z jej ojcem.
— Czekaj, czekaj, bo nie wiem, czy dobrze to rozumiem… Nagle do mnie dzwonisz tylko dlatego, że uznałeś, że powinnam zadbać o jakieś przypadkowe dziecko, które może być półbogiem? Czy tobie już do końca padło na łeb? — prychnęła, czując, jak wypełnia ją złość.
Kurwa, dlaczego miałaby dbać o jakąś przypadkową dziewczynkę, skoro jego córki, dla których kiedyś była „ciocią” nie widziały jej od dobrych kilku lat, a zarodek, który nieco później postanowił zagnieździć się w jej macicy, bez większego zawahania podłożyła pod topór aborcji? Nie, to się zdecydowanie nie trzymało kupy. Ona plus dzieci równało się wielka katastrofa z przynajmniej trzema wybuchami i dziesiątkami ofiar.
— Nie. Dzwonię dlatego, że wiem, że dbasz o innych ludzi, zwłaszcza tych, którzy potrzebują pomocy. Dlatego, że kiedyś byłaś w podobnym położeniu do tego, w którym znajduje się teraz ta dziewczynka i, gdyby nie mądrość twojego ojca i pomoc Wendy, cholera wie, co by z tobą było. Czy nie sądzisz, że powinnaś coś zrobić, chociażby ze względu na pamięć pana Lemieux i małą Blanche, która gdzieś tam jeszcze w tobie jest?
— Może ty z takim darem krasomówczym wyminąłeś się z powołaniem w karierze politycznej, Blackwood? — wycedziła, sarkazmem próbując ukryć to, jak bardzo wpłynęły na nią jego słowa.
— Nie wiem. Ale wiem, że masz zbyt dobre serce, żeby mi teraz odmówić.
— Spierdalaj — wycedziła odruchowo, po czym zamknęła oczy i policzyła do dziesięciu. Musiała się uspokoić. — Znasz adres tego faceta? — spytała w końcu po chwili milczenia.
— Mogę ci go za chwilę wysłać w wiadomości.
— Poproszę — westchnęła, pogodzona ze swoim cholernym psim losem.
— Dziękuję, Blanche.
— Niby za co? — prychnęła.
— Nie wiem. Za to, że odebrałaś. Za to, że mnie wysłuchałaś. Za to, że się zgodziłaś.
— Za to, że teraz się rozłączam, też? — spytała i, nie czekając na odpowiedź, zakończyła połączenie.
Miała ochotę cisnąć smartfonem przez cały pokój, roztrzaskać go na małe kawałeczki o jedną ze ścian. Zamiast tego jednak siedziała wciąż bez ruchu, ściskając go kurczowo w dłoni aż do momentu, kiedy kilka minut później ciszę przeciął dźwięk powiadomienia.

Forest Houses, budynek 12., mieszkanie 59. Facet to Patrick Pullson, jego córka ma na imię Grace. Za rozłączenie się też dziękuję.

Odczekała kilka minut, zanim odpisała:

Jeszcze mi nie dziękuj. Najpierw muszę coś zdziałać z tą dwójką.

Zablokowała komórkę i od razu zabrała się za pakowanie. Wyglądało na to, że czekała ją wycieczka na Bronx.