Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hobby horsing to nie sport zespołowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hobby horsing to nie sport zespołowy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lutego 2026

Od Kuźmy CD Philip — „Hobby horsing to nie sport zespołowy”

Poprzednie opowiadanie

Jej, super, teraz Kuźma może posprzątać stajnie bardziej efektywnie! To zupełnie nie to, czego chciała! Nie ma pojęcia, kto o zdrowym umyśle pragnąłby, żeby to centurionka pilnowała go przy codziennych, wspaniałych obozowych obowiązkach. Teraz, zamiast obijać się i patrzeć, jak ktoś inny wykonuje najgorszą robotę (Kuźma sprawnie ignoruje to, że ten niecny plan nigdy jej się nie udał i najtrudniejsze obowiązki koniec końców przypadały właśnie jej), będzie musiała rzeczywiście pracować, pewnie nawet w pocie czoła, bo nad plecami będzie czuła coś na kształt bicza więziennego stróża.
Fakt, że idą do ambulatorium zamiast natychmiastowego udania się do stajni i paprania się z końskim gównem, wbrew pozorom nie poprawia humoru Kuźmy. Tam czekają na nich tylko te głupie lekarki, które zapominają, że ich główną pracą jest wypisywanie leków, a nie gadki moralizatorskie o zdrowym trybie życia i higienie snu. Zawsze, gdy dziewczynka zawita tam (tylko wtedy, gdy znajduje się w stanie skrajnej desperacji), wychodzi stamtąd bez tego, po co przyszła, a co najwyżej z meliską i poklepaniem po plecach. Już bardziej ma ochotę na użeranie się z przerażonymi końmi niż nudą wywołaną bezsensownym monologiem o zdrowiu w wykonaniu Elianne, Cherry, lub kogoś jeszcze gorszego od nich.
– Ja poczekam tutaj – mówi Kuźma, ale zanim kończy zdanie, Philip otwiera przed nimi drzwi. Trochę bardziej przed legionistką, niż przed sobą, więc siedząca za biurkiem Elianne praktycznie od razu dostrzega znajomą, gęstą czuprynę, wory pod oczami i bladą cerę. Wystarczy, że lekko unosi głowę znad papierów, a jej wzrok od razu spotyka się ze zmęczonymi oczami córki Pavora.
– Ku-Kooshma, już ci mówiłam…
– Możesz mówić Cosmo – uczynnie przerywa jej Kuźma, która od rzeczywistej wymowy swojego imienia jeszcze bardziej nienawidzi tego kalectwa wychodzącego z ust przeciętnego obcokrajowca, gdy próbuje się do niej zwrócić (dziwne, że jeszcze nie kazała ludziom nazywać ją inaczej niż Cosmo. Mogłaby stać się, tak dla przykładu, Teklą, żeby wciąż utrzymać tradycję rodzinną).
– Tak… Znaczy, dobrze – gubi się Elianne i aż odwraca wzrok od dziewczynki, żeby uciec nim gdzieś do swoich papierów (na jej twarzy doskonale widać dyskomfort towarzyszący każdemu, kto musi znienacka porozmawiać z córką najstraszliwszego boga lęków). Trochę przygarbiona dokańcza to, co próbowała powiedzieć: – W każdym razie. Mówiłam ci wcześniej, że nie mogę ci przepisać kolejnych leków…
– Ja tutaj nie po to – przerywa jej Kuźma i, zmuszona przez okoliczności, wchodzi do ambulatorium. Opiera się o ścianę tuż za progiem, żeby wyraźnie pokazać wszystkim obecnym, że i tak zaraz stamtąd wybiegnie oraz nie ma zamiaru wdawać się z nikim w zbędne dyskusje.
– Ale… – Zagubiona Elianne jeszcze przez chwilę patrzy na legionistkę, a ona ledwo powstrzymuje się od skomentowania tego zachowania astronomicznie miłym: „Co się lampisz, parówo dęta?”, które zasłyszała lata temu, zanim z Gaudencją przeprowadziły się do Stanów. To była jakaś reklama albo dziwna przeróbka reklamy, na którą trafiła w czasach, gdy trzymane przez nią telefony nie próbowały samodzielnie zhakować systemu cyberbezpieczeństwa Lidla. – Okej. To… – Tym razem kieruje pytający wzrok na centurionkę, a Kuźma nie może powstrzymać pogardliwych myśli o tym, jak Elianne jest niekompetentna w swojej pracy (chociaż tak właściwie nie zrobiła nic złego).
– Potrzebuję czegoś na ból głowy – rzuca Philip, głosem napiętym równie mocno, jak wszystkie mięśnie w jej ciele (Kuźma ma nadzieję, że to nie przez usłyszenie od Eli o tamtej domniemanej lekomanii i że jej centurionka nie postanowi poruszyć tego tematu w niedalekiej przyszłości, a najlepiej to w ogóle nigdy).
Zanim Elianne ruszy do szafki z lekami, to najpierw chwilę się zastanawia, a potem wyciąga skądś termometr i, nakazawszy Philip wsadzić go sobie pod pachę, przeprowadza z nią krótki wywiad. Tego Kuźma nie lubi w niej najbardziej, jakby po prostu nie mogła przejść do rzeczy, wcisnąć potrzebującym w łapy ten ibuprofen i zająć się ważniejszymi sprawami, niż czyjaś boląca głowa. Córka Arcus odpowiada na pytania Eli tonem tak znudzonym, że dla wszystkich musi być jasna jej niechęć do rozmowy o tym, ile dzisiaj piła, a ile jadła, czy ostatnio często się stresuje lub denerwuje, czy dobrze się wysypia (pewnie gdyby odpowiadała na te pytania zgodnie z prawdą, prezentując normalne życie centurionki piątej kohorty, Elianne oprócz przeciwbólowych wypisałaby jej receptę na lepszy styl życia). Po zmierzeniu temperatury, która okazuje się w normie, następuje czas na zmierzenie ciśnienia i gdy Kuźma już myśli, że będą tu siedzieć, aż Elianne nie pobierze krwi Philip i nie przebada próbki laboratoryjnie, lekarka (albo pielęgniarka?) odpuszcza i małym kluczykiem otwiera szklaną gablotkę z lekami. Są strzeżone niemal tak, jak alkohol przed dzieciakami Bachusa, co poniekąd przeraża Kuźmę i powoduje, że pod tą ścianą przy drzwiach zaczyna rozmyślać nad powodem wprowadzenia aż takich środków ostrożności. Bo co, nurofen działa uzależniająco na dzieci Apolla?
Wychodzą z ambulatorium i milczą przez całą drogę do stajni, bo też nie ma o czym tu rozmawiać (hej, smaczne te tabletki? Mają taki słonawy posmak, nie? A woda? Jak smaczna, pewnie to H2O Acqua Azzurra, ona jest najlepsza w całych Stanach). Philip zgniata już pusty plastikowy kubeczek, który wręczyła jej Elianne, zakazując jej połykać tabletek na sucho albo, jak zawsze robi Kuźma, na ślinę. Aż strach zapytać, czy leki zaczynają działać, bo centurionka patrzy na wszystko, co wydaje jakiekolwiek dźwięki tak, jakby chciała to poszatkować i spalić, byleby otoczyła ją absolutna cisza i to ona ukoiła dręczący ją ból.
Dopiero dotarłszy do stajni, Kuźma cicho pyta:
– To co mam robić?
Patrzy na Philip, która wygląda, jakby chciała powiedzieć: „To, co do ciebie należy, duh. Stajni nigdy nie sprzątałaś?”, przez co dziewczynka ma ochotę przywalić jej w twarz i odejść, żeby przez cały dzień tylko pierdzieć na swoim łóżku, czytając swoją ulubioną creepypastę po raz enty. Zamiast tego z rękoma wciśniętymi w kieszenie stoi obok starszej dziewczyny i gapi się na nią w sposób, którego określenie słowami „spode łba” nie oddawałoby nawet w połowie. Kuźma wpatruje się w wyższą o trzydzieści centymetrów dziewczynę, nawet nie próbując unieść głowy. Znaczącą część twarzy Philip przysłania jej grzywka, a wzrok szybko rozmazuje się od wysiłku, jaki musi włożyć w próbę utrzymania oczu w tej nienaturalnej pozycji. Poza tym, mocno się garbi. W ostatecznym rozrachunku wygląda po prostu jak edgy nastolatka, która próbuje zbuntować się swojej mamie i nie wynieść dzisiaj śmieci (w tym przypadku: nie wynieść końskiego gówna).


WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG 20.04.2026 (jedna z postaci trafiła do NPC)
────
[1010 słów: Kuźma otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

sobota, 7 lutego 2026

Od Philip CD Kuźmy — „Hobby horsing to nie sport zespołowy”

Poprzednie opowiadanie

Lato, w końcu lato! - tak cieszyła się Wanda, a z nią i Philip — lato oznaczało dłuższe wieczory, pikniki, truskawki maczane w roztopionej czekoladzie — pyszny sposób na korzystanie z coraz wyższych temperatur. Jeśli chodzi o czekoladę, opalanie się czy siedzenie w cieniu — tu słońce nie stanowiło aż takiego problemu. Gorzej było na przykład ze stajnią, jak dziś rano przekonała się Philip. O świcie — coś koło czwartej, wstała i ubrała się, ruszyła w kierunku stajni, na krótką przejażdżkę z Juanem. Wracając jakiś czas później, odrzucił ją smród — kiedy budynek zaczął bardziej się nagrzewać razem ze wznoszącym się ponad horyzont słońcem, zapach stawał się coraz bardziej intensywny. Tak być nie może, stajnia musi być natychmiast posprzątana.
Już to rano popsuło jej nastrój, nie mówiąc już o tej okropnej, domorosłej pokrace chemika. Myślała, że skoro jakiś czas temu trafił na obserwację w ambulatorium, trochę przystopuje — ale najwyraźniej nic nie stłamsi w nim ducha odkrywcy i poszukiwacza nowych doznań. Bogowie, niech ten dzień się już skończy. Do otumanionych nieco snem i zapewne toksycznym dymem legionistów wykrzyczała polecenia na dziś, i myślała, że po kłopocie, może iść po zimny kompres na pękającą od złości i gorąca głowę, ale nie — właśnie, kiedy skończyła jeść śniadanie, załatwiła zaledwie połowę najpilniejszych spraw i dowiedziała się o kolejnych dziesiątkach takich, i była wolna choć na ułamek chwili — jakiś karzełek w kołtunach zastąpił jej drogę. Na szczęście szybko wykrztusił — wykrztusiła, Philip po chwili rozpoznała w zmęczonej i sponiewieranej istocie Kuźmę Grzegorczyk, swoją legionistkę — z siebie problem, z którym przyszła, bez zbędnych przeprosin, tytułów i innych pierdół słowem wstępu. Tyle z plusów.
– Czemu? – zapytała, choć nie ciekawił ją wcale powód, dla którego ktoś nie chciał wykonać jej polecenie. Coraz bardziej miękcy robią się ci legioniści, ona nawet nie pomyślałaby o wypowiedzeniu takich słów, jakie teraz usłyszała! Pamięta jeszcze czasy, kiedy to małe dziecko nosiło tabliczkę in probatio… matko, z czym do ludzi…
– One się mnie boją. Z jakąś pomocą dam radę, jakby, w sensie, żeby ktoś uspokajał konie…
– Kiedyś posprzątałaś sama.
– Twoja dziewczyna mi wtedy pomogła.
O czym ona gada? Philip z trudem wysiliła bolącą głowę, i faktycznie — przypomniała sobie podobną sytuację. Wanda opowiadała jej o dziewczynce, której bały się konie.
Nie była to całkowita subordynacja, jedynie jakieś dziwne, niezrozumiałe dla niej wymagania. No ale stajnia ma być posprzątana. Nie zmusi Kuźmy do tego, skoro faktycznie istniały przeszkody na drodze do właściwego wykonania zadania, znajdzie jej jakiegoś chwilowo nieużytecznego legionistę i sprawa załatwiona.
Tylko że — kiedy się rozejrzała się dookoła — nikogo nie było w zasięgu wzroku. Wyjęła z kieszeni pomiętą listę zadań i policzyła nazwiska — wszyscy coś robili. Przeklęty Ricky Haru i jego eksperymenty, tak by na pewno kogoś znalazła.
– Cóż, w takim razie – westchnęła zrezygnowana Philip – to ja ci potowarzyszę. Tylko najpierw muszę coś zrobić z tym koszmarnym bólem głowy. Nie ma chwili do stracenia.


Kuźma?
────
[464 słowa: Philip otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 25 stycznia 2026

Od Kuźmy do Philip — „Hobby horsing to nie sport zespołowy”

Barak, z niewyjaśnionego powodu, wydaje się dziwnie zamglony, gdy tylko otwiera oczy. „Wina niewyspania” – myśli, przecierając powieki. Mgła nie znika, więc pewnie jest bardzo niewyspana i…
To zdecydowanie nie jest pikanie czyjegoś budzika?
Jak nagle porażona prądem, zrywa się z łóżka i próbuje dostrzec coś przez zasłonę dymną, która pełznie po całym baraku. Ktoś łapie ją za rękę i siłą wyciąga z łóżka, krzycząc coś o nuggetsach, kimś imieniem „Dick” i głupich pomysłach niedorosłych chłopców. Dopiero gdy udaje im się wydostać z zadymionego baraku, Kuźma rozpoznaje Lexi, z którą w ciągu całego swojego obozowego życia miała tyle wspólnego, że jedynym, co o niej wie, jest jej ciche parskanie przez sen dochodzące z łóżka nad Kuźmą i które aż za bardzo przeszkadza jej w zaśnięciu, dopóki po paru minutach nie ucichnie (rozlegnie się znowu po paru godzinach). Dziewczyna zbyt długo nie pozostaje przy koleżance, tylko posyła jej nieszczery uśmiech (przynajmniej tak odbiera go córka Pavora) i mówi coś o swoim koledze, który śpi w tym bardziej zadymionym baraku. Kuźma, wciąż niedobudzona, marszczy brwi i chyba dodatkowo straszy tym starszą o parę lat koleżankę. Albo ona po prostu lubi wszędzie bardzo szybko biegać.
Zanim dziewczynka orientuje się w sytuacji, na parę sekund przejmuje się tym, że podczas nagłego biegu spodnie prawie zsunęły się jej z bioder, włosy przybrały postać napuszonego hełmu, a jej służąca za piżamę koszulka spada jej z ramienia (warto dodać, że to koszulka ze szpetnym nadrukiem Bonny'ego z FNAFA, kupiona dla niej przez jakiegoś wujka, który nie wie, co to FNAF i zdecydowanie nie jest w stanie rozróżnić podróbki od prawdziwego merchu). Doprowadza się do znośnego porządku, podobnie jak cała reszta lokatorów jej baraku, którzy stoją na brukowanej ulicy w samych skarpetkach albo, jeśli nie są psychopatami, bez skarpetek. Odzywa się też parę głosów nieśmiało pytających, co się stało, ale Kuźma chyba wie, co. Inni też powinni wiedzieć. Pewnie teraz, gdy pozostała część piątej kohorty wietrzy dwa ze swoich baraków, Ricky tłumaczy się, jakie połączenie których związków chemicznych doprowadziło do tak potężnego wybuchu, że przed piątą rano dym ogarnął AŻ DWA baraki. Pewnie jest z tego osiągnięcia niezwykle dumny.
Kuźma chciałaby mieć czas, żeby zapytać tego idiotę, co mu strzeliło do głowy ORAZ pożalić mu się, że przez niego nie udało jej się znaleźć szczotki na czas (wywietrzywszy barak, legioniści z piątej kohorty mieli zaskakująco mało czasu na zebranie się do kupy), więc cały dzień dziewczynka musi spędzić w awaryjnym, niskim kucyku, którego rozplątanie po calym dniu roboty przyprawi ją o wyrwanie sobie co najmniej kilkuset skołtunionych włosów. Grzywka też nie chce układać jej się w jakkolwiek znośny sposób i ciągle czuje, że na środku głowy samoistnie tworzy jej się przedziałek (a grzywkę właśnie ma po to, żeby nie mieć przedziałka, więc cała jej fryzura przestaje mieć sens). Na śniadaniu stawia się niezwykle naburmuszona, a gdy jeszcze słyszy, że dzisiaj przypada jej mycie stajni, ma ochotę zacząć wrzeszczeć, rzucać talerzami i natychmiast uciec z Obozu. Nie robi nic z tych rzeczy, ale zaniepokojeni koledzy i koleżanki, sami nie wiedząc czemu, odsuwają się od niej, niemrawo żując swoje śniadania. Niektórzy posuwają się nawet do przejścia do stołu po drugiej stronie sali, co Kuźma wspaniałomyślnie ignoruje.
Dopiero wtedy, gdy teoretycznie powinna już co najmniej wyczyścić jakieś ćwierć stajni, udaje jej się złapać Philip. Ledwo powstrzymuje się od desperackiego złapania jej za rękaw i jak małe dziecko zaskomlenia, że ona nie chce myć końskiego gówna.
– E, centurionko – mówi tonem mężczyzny, który zaczepia ładne dziewczyny na ulicy (nienaumyślnie). – Ja nie mogę czyścić stajni.
– Czemu? – Philip nie wydaje się zaskoczona — jej twarz wciąż zachowuje jej zwykły, beznamiętny wyraz, który odrzuca niedostatecznie odważnych lub zdesperowanych ludzi od zaczepiania jej.
– One się mnie boją – skarży się Kuźma, powstrzymując chęć zwrócenia uwagi centurionki na wystający z jej warkocza kosmyk włosów, który zaraz odwiedzi Obóz Herosów. Philip marszczy brwi i zamiast obojętnej zmienia się w lekko poirytowaną, bo Kuźma pewnie w jednej chwili zniszczyła cały jej plan na dzisiejszy dzień, do którego obowiązki rozdzielała jakiś tydzień temu. Dziewczynce już wydaje się, że jedyną odpowiedzią, jaką otrzyma, będzie: „No i co ja mam z tym zrobić?” (czego spodziewałaby się po każdym organie władzy przypominającym rodzica mnogiej zgrai głupich dzieciaków o nadprzyrodzonych mocach), więc dodaje szybko: – Z jakąś pomocą dam radę, jakby, w sensie, żeby ktoś uspokajał konie…
– Kiedyś posprzątałaś sama.
Oczy Kuźmy otwierają się szerzej ze zdziwienia, bo nie spodziewała się po niej takiej pamięci. Było to rok… nie, nawet dwa lata temu, jeśli dziewczynka dobrze liczy i, tak zupełnie szczerze, w tym momencie bardzo cieszy się, że przez te minione dwa lata miała spokój od stajni, koni i siana. Mimo przypomnienia sobie tego faktu w miarę szybko, Kuźma wciąż jest wzięta z zaskoczenia i przez chwilę po prostu nie wie, co odpowiedzieć, aż wreszcie wybąkuje pierwszą rzecz, jaka przychodzi jej do głowy:
– Twoja dziewczyna mi wtedy pomogła.
Tym razem Philip wydaje się wstrząśnięta. Albo właśnie się nie wydaje, bo Kuźma ma niezły problem z odczytaniem jej mimiki twarzy (może przez to, że stresuje ją ta rozmowa, nie do końca jest w stanie to stwierdzić).
– Nie mówiła ci o tym? – Kuźma przejmuje pałeczkę i nawet jest w stanie wlać w ton swojego głosu więcej niedowierzenia niż ironii. – Wiesz, to była ta, Wanda. – Dziewczynka wciąż nie ma pojęcia, co myśli o tym Philip, bo po prostu nie patrzy jej w twarz. Zamiast zerknąć, brnie dalej w to dziwne wytłumaczenie, słowa dobierając na tyle ostrożnie, żeby nie obrazić centurionki (bo w obrażaniu ludzi, wcale tego nie chcąc, okazuje się dość dobra, a naprawdę bardzo nie chce mieć dzisiaj do czynienia z końmi): – No i. Jesteśmy teraz, jakby, koleżankami. I ona. Mówiła coś o jakichś. Planach wspólnych potem, jak już wyjdzie z Obozu. I inne takie.
Skupia się na nieziemsko interesujących kamieniach, bo nagle przygniata ją wyższość pozycji centurionki nad nią, legionistką, która wciąż pamięta ciężar plakietki in probatio na szyi i nie dopuszcza do siebie świadomości, że już rok, od kiedy nie musi jej nosić.
Ma szczerą nadzieję, że nie rozsiewa wokół siebie oszałamiającej aury strachu, która zepsułaby cały plan wymigania się od dostania kopytem prosto w pierś po raz drugi w ciągu jej obozowej kariery. Albo już nie drugi, a trzeci, ale jednego z nich nie pamięta.


Philip?
────
[1027 słów: Kuźma otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]