Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Don't hang yourself inside my courtroom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Don't hang yourself inside my courtroom. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 sierpnia 2026

Od Cherry CD Arisu — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nawet cholerna taśma klejąca była cała w brokacie.
Cherry czuła się całkowicie bezużyteczna. To była jej wina. Nie musiała zaglądać na najwyższe półki, kto jej kazał to robić? Miała pod ręką wystarczającą ilość badziewnych ozdób na niższych piętrach magazynu. Sama Arisu zainsynuowała, że zaglądanie tam nie ma większego sensu. Może miała bardziej sprawdzone przeczucia od Cherry, a może matka Wiktoria szepnęła jej na uszko, że lepiej tam nie patrzeć. Szkoda, że bogini zwycięstwa nie sprawiła także, że tuby z brokatem okazałyby się niewypałami.
Sklejoną taśmę rzuciła wściekle na kupkę rzeczy kompletnie bezużytecznych, która notabene sama była teraz kupką brokatu. Odgarnęła włosy z twarzy i ze złością zauważyła, że policzki ma pokryte brokatem, więc próbowała mało skutecznie strzepnąć z siebie kawałki plastiku. Złośliwie przykleiły jej się do spoconych dłoni.
Przechodziła wszystkie etapy żałoby. Na raz, prawdopodobnie, bo nie była pewna, na którym etapie aktualnie jest. Czuła się do niczego i wcale nie pomagał jej fakt, że to ona była centurionką i powinna przejąć dowodzenie, ale to Arisu w pierwszej chwili wiedziała, co powinni zrobić. Cherry najchętniej jeszcze chwilę postałaby pośrodku tego syfu i pozastanawiała się nad sensem swojego życia.
Ze złością zaczęła strzepywać brokat zgromadzony na półkach i kartonach (tych zamkniętych, bo o tych otwartych, do środka których dostał się brokat i zmieszał się ze wszystkimi starożytnymi proporcami, nawet nie chciała myśleć) na podłogę. To i tak nie robiło już większej różnicy, skoro cała podłoga była brudna, a one i tak musiały od czegoś zacząć. Jeszcze chwila sam na sam z nadmiernym analizowaniem tego, jak przeprowadzić misję sprzątania, a Cherry mogłaby zwariować.
Z wielką ulgą przyjęła powrót Arisu, nawet jeśli oznaczało to, że teraz faktycznie muszą zacząć sprzątać. Przynajmniej teraz nie była z tym sama.
— Pomyślałam, że najpierw zamieciemy półki, a potem częściowo odkurzymy podłogę — poczuła głupią potrzebę wytłumaczenia się przed dziewczyną.
Arisu bez zbędnego gadania podała jej miotełkę do kurzu. Cherry westchnęła i zajęła się górnymi półkami. Teraz nawet gdyby okazało się, że Merwkurwiątka przygotowały więcej pułapek, nie miałoby to większego znaczenia. Gdyby kolejną pułapką miałyby być ukryte gdzieś laseczki dynamitu z systemem samozapłonu, to Cherry mogłaby im nawet podziękować.
W normalnych warunkach najlepszą formą umilenia sprzątania dla Cherry byłoby puszczenie playlisty składającej się z piosenek Shakiry i Pitbulla, ale teraz irytował ją nawet szelest miotełki. Kompletna cisza też by ją irytowała. Teraz dziękowała bogom, że jej towarzyszka nie była szczególnie rozmowna, bo gorsze byłoby tylko sprzątanie z kimś, kto nie umie pracować w ciszy, albo…
Drzwi magazynu otworzyły się, a podmuch otwieranych drzwi poderwał w powietrze jedną z kupek brokatu. Tak, tylko tego brakowało. Brakowało, żeby zjawił się przypadkowy obozowicz i został świadkiem tego, jak centurionka Czwartej Kohorty niezgrabnie zamiata brokat i jest na skraju załamania nerwowego. Nie lubiła czuć, że za swoimi plecami jest obiektem plotek i śmiechów, a niestety plotki rozchodziły się po Obozie Jupiter niezmiernie szybko.
— O. O chuj — skomentował przybysz dosyć trafnie. W przeciwieństwie do Cherry i Arisu, nie zareagował kompletnym załamaniem nerwowym. Chłopak o niebieskich włosach wytrzeszczył oczy na syf, a potem przeniósł wzrok kolejno na dziewczyny.
Cherry miała po dziurki w nosie dzieciaków Merkurego. Atlas miał pecha, że zjawił się w nieodpowiednim czasie.
— To byłeś ty? — syknęła, zaciskając palce na miotełce do kurzu, jakby chciała się nią bronić albo odwrotnie, szykowała się do ataku.
Atlas będący winowajcą w zasadzie miałby sens. Przede wszystkim spełniał najważniejsze kryterium: był dzieckiem Merkurego. Miał wyboistą relację zarówno z Arisu, jak i z Cherry. Źle patrzyło mu z oczu. Czy już wspominałem, że był dzieckiem Merkurego?
— Ja? Ja co? — zapytał nieskładnie, podnosząc ręce, ciężko stwierdzić, czy w geście poddania, czy w ramach obrony przed miotełką. — Że ja, że brokat? Nie, nie, nie. To nie ja. Arisu, powiedz, że to nie ja!
— Niestety to nie on — mruknęła cierpiętniczo Arisu. Nawet nie podniosła wzroku zza zmiotki. Ani trochę nie brzmiało to tak, jakby go broniła. Raczej była zawiedziona, że nie może niesłusznie zabić jakiegoś dzieciaka Merkurego, a tym bardziej, że Atlasowi się nie oberwie. — Był w składziku. Powiedziałam mu, że może nam pomóc.
— A ja jestem grzecznym chłopcem i oczywiście zawsze słucham się mądrzejszych koleżanek bez żadnego powodu — oznajmił, uśmiechając się głupio. — Cherry, a mogę jutro mieć wolne?
— Nie — odpowiedziały mu równocześnie.
Był na tyle mądry, żeby przyjąć miotłę, którą wcisnęła mu Arisu.
Cherry uniosła brew, wodząc wzrokiem pomiędzy ich dwójką, ale nie odezwała się ani słowem. Przynajmniej udało im się na chwilę odwrócić uwagę Cherry od myślenia o brokacie. Jeszcze rok temu Arisu w jego towarzystwie wyglądała, jakby chciała wbić nóż w jego serce i żywcem go przekręcić. Teraz była zdolna do ignorowania jego egzystencji, zamiast tego skupiając się na zamiataniu półek. A Atlas dobrowolnie przyszedł do tego magazynu! Nikt nie musiał przykuwać go łańcuchami do ściany, żeby nie mógł uciec! Ostatecznie Cherry dochodziła do wniosku, że nie powinna się tym interesować. Nie wypadało się tak zastanawiać nad czyimiś relacjami. Jeśli w końcu doszli do jakiegoś porozumienia, teoretycznie mogła być z siebie dumna, przecież właśnie o ich współpracę początkowo jej chodziło.
— Eee… a tak w sumie, to co się tutaj stało? — wyrwał ją z domysłów Atlas.
Bardzo nieudolnie zamiatał brokat w większe kupki. Przestał, żeby zadać pytanie, jakby nie potrafił robić dwóch rzeczy równocześnie. Na jego nieszczęście Arisu znała tę taktykę odwrócenia uwagi i gniewnie pokazała mu palcem w stronę niezamiecionych płatków brokatu pod regałem. Zmierzył ją krótkim zerknięciem, zdecydował, że nie wygra i sięgnął tam miotłą.
Cherry nawet nie wiedziała jak to wytłumaczyć, żeby nie zabrzmieć kompletnie żałośnie. Chciałaby zachować chociaż jakieś resztki swojej godności. Zwykłe przyznanie się, że dała się wrobić w pułapkę dzieci Merkurego, było ciosem poniżej jej honoru.
— Dzieci Merkurego zastawiły pułapkę w magazynie — bąknęła w odpowiedzi.
— Ahaaa. — Ewidentnie trawił, co dziewczyna właśnie do niego powiedziała. Na jego twarzy można było dostrzec, że trybiki jego mózgu działają bardzo powoli. — I nie możecie tego zrobić jakoś szybciej? Nie wiem, poprosić dzieciaka Jupitera, żeby wydmuchał cały ten brokat przez drzwi? Albo żeby jakieś dziecko wodnego bożka czy innego Neptuna go wypłukało?
Cherry wymieniła z Arisu bardzo zmęczone spojrzenie, które miało jej przekazać: „zabij go, bo ja już nie mam siły”.
— Tylko sugeruję — wymamrotał Atlas defensywnie, nagle speszony tym, że dziewczyny po cichu planują morderstwo.


Arisu?
────
[1017 słów: Cherry otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

środa, 19 sierpnia 2026

Od Arisu CD Cherry — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Kiedy Arisu kilka chwil temu podchodziła do wspinającej się Cherry, by w razie jakiegoś wypadku stać blisko i móc zareagować, to zakładała, że wypadkiem tym może być co najwyżej odłamany szczebelek albo Cherry chwiejąca się na starej, zniszczonej drabinie. Na coś takiego byłaby w stanie zareagować. Mogła trzymać drabinę, mogła pomóc w zejściu z niej, mogła rzeczywiście wziąć pudła, by odstawić je gdzieś na bok. Mogła zrobić wiele rzeczy.
Niestety, zdecydowanie nie było nic, co mogła zrobić… z tym.
Nie chciała nawet rozglądać się po magazynie, bo bała się tego, co może zobaczyć. Jeszcze przez chwilę stała w bezruchu, już nawet nie przeklinając, bo ileż można bez sensu powtarzać to samo.
Arisu nienawidziła brokatu. To był po prostu fakt, coś, co uważała za na tyle zrozumiałe, by nie musieć nikomu się z tego tłumaczyć. Brokat był przecież szkodliwy dla środowiska, zanieczyszczał wody, wciskał się wszędzie, a do tego był paskudnie irytujący i nie dało się go w żaden sposób pozbyć, kiedy już znalazło się w jego pobliżu.
W skrócie: brokat był dokładnie taki sam, jak dzieciaki Merkurego i Arisu darzyła jedno i drugie dokładnie takimi samymi uczuciami.
Uniosła dłoń, by wytrzepać chociaż część tego badziewia z włosów, chociaż doskonale wiedziała, że kompletnie nic jej to nie da. Nie była pewna, czy istnieje cokolwiek, co mogło jej w tej chwili pomóc. Znaczy, pomóc fizycznie – psychicznie na pewno bardzo pomogłoby jej zabicie jakiegoś dzieciaka Merkurego. Obrzuciła szybkim, krótkim spojrzeniem okolicę wokół niej, starając się nie zwracać uwagi na to, że wszystko wokół się świeci.
– Krzesła też są w brokacie – powiedziała tonem wypranym z emocji nawet bardziej niż zazwyczaj. Podeszła do ściany, pod którą stało kilka starych, składanych krzesełek, poukrywanych za kartonami.
Kartony też było w brokacie. Może Arisu byłaby bardziej zaskoczona, gdyby znalazła coś, co nie jest całe w brokacie? W tej chwili na pewno byłoby to bardziej niezwykłe.
Wyciągnięcie jednego z krzeseł oznaczało kolejną świecącą chmurę w powietrzu, ale teraz to raczej nie miało już żadnego znaczenia. I tak obie były skazane na spędzenie reszty życia w tym gównie. Ich życie na pewno będzie dłuższe, niż życie debili, którzy uznali, że cały ten pomysł to dobry żart.
Podała krzesło Cherry. Dziewczyna uśmiechnęła się do niej, chociaż Arisu mogła przysiąc, że w tej chwili obie są dziesięć sekund od mordu, może piętnaście od płaczu i maksymalnie dwadzieścia od wysadzenia wszystkiego w powietrze. To i tak były bardzo optymistyczne statystyki.
Arisu nie wyciągała kolejnego krzesła. Zamiast tego usiadła na podłodze, w końcu nieco odważniej patrząc na stan magazynu. Przeszło jej przez myśl, że teraz, zanim zaczną przygotowania do Ludi Romani, będą musiały to wszystko posprzątać, bo przecież w takich warunkach nie dało się pracować. Czy to w ogóle dało się posprzątać?
Czuła drobinki brokatu na twarzy, na skórze rąk, na szyi. Spróbowała zetrzeć część z czoła, ale miała wrażenie, że tylko lepi się bardziej. Przez chwilę była gotowa zedrzeć sobie skórę, jeśli to miał być jedyny sposób, by się tego pozbyć.
Co wiedziała o czyszczeniu brokatu? Że to zmora, przede wszystkim. Nie miała z nim większego doświadczenia, bo ojciec też raczej go unikał. Podobnie do konfetti, był to raczej typ dekoracji, który widziała na większych imprezach w miastach. I kilka razy w czasach, gdy jeszcze chodziła do zwykłej szkoły.
– Przydałby się odkurzacz – mruknęła, kiedy cisza między nią a Cherry ciągnęła się już kilka chwil za długo. Potem doszła do wniosku, że odkurzacz im nie pomoże. – Albo dynamit. Dużo dynamitu.
Cherry wydała z siebie dźwięk, który mógł być śmiechem, ale równie dobrze mógł być też płaczem. Arisu rozumiałaby i jedno, i drugie. To drugie pewnie nawet bardziej, bo zdecydowanie nie żartowała.
Jeszcze raz przetarła twarz, wiedząc, że tylko bardziej rozciera na niej brokat. Dalej chciała kogoś zabić, może nawet trochę bardziej, niż wcześniej. Może ta chęć rosła z każdą sekundą.
Westchnęła. Długo, bardzo ciężko. A potem podniosła się, bez żadnego celu i skutku otrzepując spodnie i patrząc, jak wokół znowu zaczynają latać drobinki brokatu.
Mogły siedzieć i załamywać się nad swoim losem. Ale to znaczyło, że będą musiały dalej tkwić też w tym gównie. Czas na płakanie znajdzie się później, kiedy już pozbędą się przynajmniej części kłopotu.
Czy wyeliminowaną częścią tego kłopotu będzie brokat, czy dzieci Merkurego – jeszcze nie była pewna. Była za to gotowa podjąć tę decyzję impulsywnie, jeśli którykolwiek z dzieciaków Merkurego wejdzie jej w drogę.
– Trzeba to ogarnąć na tyle, żebyśmy mogły zająć się przygotowaniami – zauważyła Cherry.
Arisu nie odpowiedziała od razu.
– Pójdę po miotły i miotełki do kurzu. I mokre ręczniki.
Tym razem to Cherry westchnęła, ale też w końcu wstała z krzesła.
– Zobaczę, czy w którymś pudle nie będzie taśmy klejącej – powiedziała.
Arisu skinęła głową. To też powinno zadziałać, przynajmniej na to, co było wokół nich. Musiały jeszcze ogarnąć siebie, ale to chyba i tak nie miało sensu, dopóki brokat wypełniał każdy centymetr przestrzeni, w której przebywały. Nawet jeśli teraz się umyją, to zaraz znowu będą całe w tym syfie.
Powinny pewnie poprosić o pomoc. Może w ogóle Cherry powinna zmusić do pracy dzieciaki Merkurego, skoro to była ich wina. Z drugiej strony, to wszystko trzeba było ogarnąć szybko i sprawnie, a przy okazji nie zabić ich, zanim w ogóle zaczną.
To nie wydawało się nawet wykonalne, na pewno nie było wykonalne dla Arisu. Co gorsza, potem jeszcze więcej osób chodziłoby po obozie, obsypując go brokatem.
Znowu stały tak jeszcze przez chwilę, zanim Arisu w końcu wyszła z magazynu. Otrzepała dłonie najdokładniej, jak mogła, by przenieść wszystko bez większych strat. Utkwiła wzrok w punkcie przed sobą, ignorując każdą mijaną po drodze osobę i tylko czasem rzucając ludziom krótkie, wyjątkowo wściekłe spojrzenia, kiedy wydało jej się, że patrzą na nią z chociaż minimalnym rozbawieniem lub jakimkolwiek innym wyrazem twarzy, który w danej chwili wydał jej się atakujący i uderzający w jej godność.
Czy w ogóle jeszcze mogła mówić o godności, idąc do schowka na miotły w takim stanie? Prawdopodobnie nie. Tym bardziej miała ochotę zabić każdego, kto stanie jej na drodze. Już nie musiał to być dzieciak Merkurego. Miała tylko nadzieję, że ktokolwiek dzisiaj zajmował się sprzątaniem, nie zamknął za sobą schowka na miotły. Nie miała ochoty jeszcze dodatkowo latać po Obozie Jupiter, szukając kogoś, kto ma przy sobie klucz.
Wtedy chyba po prostu strzeliłaby sobie w łeb swoją własną bronią.
Nie mogła odetchnąć z ulgą, że schowek jest otwarty, bo jeszcze zanim zobaczyła otwarte drzwi, to zobaczyła niebieskie włosy. Nie miała czasu zastanawiać się, czy Atlas zajmuje się zleconym mu zadaniem, czy właśnie wybiera drogę ucieczki. W sumie to nie była nawet jej sprawa, przynajmniej nie dzisiaj.
– Arisu? A tobie co—
– Nie wkurwiaj mnie, Walker – fuknęła wściekle, nie pozwalając mu dokończyć i unosząc dłoń, jakby miała zamiar zaraz mu walnąć.
Przez chwilę chyba był zaskoczony. Może już dawno tak na niego nie przeklinała. Potem wydało jej się, że poczuł się urażony i prawie zrobiło jej się głupio. Chyba dlatego go nie walnęła.
Atlas nie był odpowiedzialny za żart w magazynie. Nie mógł być za niego odpowiedzialny, bo by go wykonać musiałby z własnej woli wejść do tego magazynu. Dlaczego miałby to robić? Był wkurwiający, ale tym, że był śmierdzącym leniem i uciekał od obowiązków, nie dlatego, że chodził w miejsca, w których może czekać go ich więcej.
Nie zamierzała go przepraszać. Dalej był dzieciakiem Merkurego, dalej był winny. Przede wszystkim był winny, bo był Atlasem, czyli był winny zawsze.
– Podaj mi dużą miotłę, małą miotełkę do kurzu, mniejsze wiadro i ręczniki papierowe – rzuciła, krzyżując ręce na piersiach i patrząc na niego wściekle. Mógł się do czegoś przydać, zanim uciekł.
Najbardziej chyba zdziwiło ją, że faktycznie to zrobił. Wzięła od niego miotłę i miotełkę i już chciała mu podziękować, ale wtedy stanął, unosząc ręcznik ponad jej głową, tak, by nie mogła go dosięgnąć.
Dlatego tylko kopnęła go w piszczel. Syknął z bólu i irytacji, podkulając nogę, a wtedy odebrała mu ręcznik, trzymając go daleko od ciała.
– Możesz przyjść, pomóc mnie i Cherry w magazynie z dekoracjami – rzuciła, chociaż przecież nie chciała jego pomocy, odwracając się i nie czekając dłużej na jego reakcję.
Nie obchodziło ją, czy przyjdzie. Nalała wody do wiadra i ruszyła z powrotem do magazynu, starając się nie zwracać uwagi na to, że teraz musi wyglądać jak jeszcze większa idiotka.
– Wszystko mam – powiedziała, odstawiając wiadro z wodą i ręcznik przed drzwiami.
Dalej widziała tylko brokat. Cherry też dalej była w brokacie. Oczywiście, Arisu wiedziała, że to wszystko nie zniknie magicznie w trakcie jej nieobecności. I tak poczuła się rozczarowana. To wszystko przecież dalej mogło być tylko złym snem.


Cherry?
────
[1400 słów: Arisu otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 26 lipca 2026

Od Cherry CD Arisu — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Uwaga Arisu o przejrzeniu najstarszych rzeczy miała sens. Cherry była prawie pewna, że niektóre z tych rekwizytów były mniej więcej w takim samym wieku, co Starożytny Rzym (a z całą pewnością takie miała wrażenie po niesamowitej ilości kurzu, od której nieustannie kręciło jej się w nosie). Nie zdziwiłoby jej, gdyby w którymś z tych kartonów znajdowało się używane tersorium cesarza Kaliguli albo coś podobnego, co nie nadawało się do skarbca magicznych artefaktów, ale było zbyt starożytne, żeby tak po prostu wyrzucić je do śmieci. Wyciągnęła z przeglądanego przed nią pudła poplątaną girlandę i odłożyła dekorację na prowizoryczną kupkę rzeczy na pewno nadających się do wyrzucenia.
Pytanie o brokat i konfetti zbiło ją z tropu. Cherry uniosła wzrok, zobaczyła absolutnie zdegustowaną minę drugiej dziewczyny odrażonej widokiem tuby z konfetti i nie mogła powstrzymać śmiechu. Zastawiła usta, próbując się uspokoić i chociaż trochę ukryć fakt, że aż tak ją to rozbawiło, nie chciała przecież, żeby Arisu pomyślała, że się z niej śmieje. Nie śmiała się przecież dosłownie z niej. Bardziej śmieszył ją fakt, że taka wojowniczka jak Arisu całkiem poważnie brzydziła się brokatem.
— Przepraszam, przepraszam — powtórzyła Cherry, kiedy przestała chichotać. Na jej twarzy nadal plątał się głupi uśmieszek. — Nie śmieję się z ciebie. Nie musimy używać konfetti i brokatu, jeśli ich nie lubisz. Jakby nie było, to my ustalamy, co będzie w tym roku tematem przewodnim.
Stety lub niestety brokat był ważnym elementem większości dekoracji, które posiadali. No bo przecież kto nie lubił brokatu? Może świecidełka były jedną rzeczą, ale sprzątanie po nim to drugie. Po kilkunastu minutach przeglądania pudeł Cherry zaczęła zauważać wplątane płatki brokatu w miejscach wszelakich i spodziewała się znajdować je na sobie jeszcze przez najbliższy tydzień. Otrzepała dłonie, próbując zrzucić z siebie resztki mikroplastiku.
Może nawet trochę popierała Arisu. W jej domu rodzinnym zawsze było pełno ozdóbek i popierdółek. Jej mama była artystką, brokat nie był obcym jej widokiem. Cherry uważała się za minimalistkę, bo na wspomnienie o wszystkich pstrokatych rzeczach w mieszkaniu zbierało jej się na mdłości. W studio matki panował wieczny bałagan, farby i inne fikuśne przyrządy artystyczne walały się po podłodze, nieużywane sztalugi zastawiały okna, a podniszczone obrazy były ustawione wzdłuż ściany i przesuwane tylko w trakcie mycia podłóg, bo chociaż Melanie uważała je za swoje twórcze porażki, to nie mogła zdobyć się na wyrzucenie ich. Odłożenie na kupkę śmieci kolejnego śmierdzącego proporca było dla Cherry wręcz wyzwalające.
— Jestem raczej minimalistką — zaczęła Cherry, zagajając o temat przewodni imprezy. Przeniosła wzrok od Arisu i bardzo szybko omiotła ją wzrokiem od stóp do głów. Odcienie szarości w ubiorze dziewczyny zdecydowanie kontrastowały z różowym image Cherry. — I sądzę, że ty chyba też. — Westchnęła. — Wiesz, możemy się po prostu nie przejmować tym całym pseudokonkursem na to, kto zrobi większe show. I tak nie przebijemy Pierwszej Kohorty sprzed trzech lat, która przygotowała wszystko w cesarskim złocie.
Na wspomnienie o incydencie z Pierwszą Kohortą Arisu nawet nie próbowała ukryć, że się skrzywiła. Jedynka słynęła z legatariuszy, którzy drzewo genealogiczne mieli prawie tak poplątane, jak prawdziwi rzymscy bogowie. Parę nepotycznych wtyków to tu, to tam, Obóz Jupiter obsypany w cesarskim złocie nie był dla nich czymś niezwykłym. Cherry, tak jak większość osób z niższych rangą kohort, nie przepadała za chwalącymi się na prawo i lewo bananowymi dziećmi. Ostatecznie Hayashi wyraźnie odetchnęła, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że centurionka jest po jej stronie.
— Nikt nie powiedział, że minimalistyczny festiwal też nie może robić wrażenia — odpowiedziała. Próbowała się przy tym uśmiechnąć, ale wyglądało, jakby zapomniała, jak to się robi. Cherry uśmiechnęła się zamiast niej.
Odeszła kilka kroków w tył, żeby stanąć na samym środku magazynu. Cherry należała do wyższych dziewczyn, ale nawet ona nie mogła sięgnąć do pudeł ustawionych przy samym suficie. Większość kartonów leżących na widoku zdążyła już w myślach posegregować jako „mniej warte uwagi” i „bardziej warte uwagi”.
— Chyba potrzebuję drabiny — obwieściła ze wzrokiem wlepionym w najwyższe kartony.
— Myślisz, że tam będzie coś, czego użyjemy? — zapytała Arisu. Głos dziewczyny nie ociekał w żaden sposób jadem, ale Cherry pomyślała, że Arisu nie uznała tego za dobry pomysł, w końcu mieli jeszcze inne pudła do dokładnej segregacji.
— Tylko zajrzę, co tam jest — rzuciła w odpowiedzi, rozglądając się za kątami pomieszczenia i ukrytymi miejscami, żeby znaleźć drabinę. Drewniana drabina schowała się między regałem magazynowym a ścianą. — Chcę mniej więcej się zorientować, co gdzie jest, potem możemy ułożyć jakiś plan, czego potrzebujemy. Vergil powiedział, że w razie potrzeby możemy skorzystać z obozowego budżetu i coś dokupić, ale chyba wystarczy nam to, co tutaj mamy. I tak będzie tylko więcej śmieci.
Oparła drabinę o chyboczący się regał. Zbutwiałe drewno i klekoczące półki nie świadczyły o tym, że jest to najlepszy czy w ogóle najmądrzejszy pomysł. Gdyby Cherry miała coś dopisać do obozowego budżetu zamiast kiczowatych dekoracji, byłby to nowy sprzęt w obozie. Leczenie legatariuszy po wypadkach z wysokości to jedno, problem pojawiał się wtedy, jeśli w wypadku ucierpiałby sam lekarz.
Arisu trzymała się blisko, sprawdzając kartony na wysokości jej rąk. Jeśli przeniosła się po to, żeby asekurować drabinę, to nic nie powiedziała, ale i tak Cherry trochę to pocieszyło. Było to jakieś wsparcie, nawet jeśli oznaczało, że potencjalnie obie wylądowałyby w ambulatorium.
Szczebel zaskrzypiał, kiedy Cherry postawiła na nim nogę. Delikatnie kopnęła go kilka razy czubkiem buta, żeby sprawdzić, czy nie zawali się od razu pod jej ciężarem, po czym wspięła się aż do najwyższej półki. Udało jej się nawet ignorować niestabilną drabinę, w momencie, kiedy zaczęła zaglądać do pudeł.
— Sporo tu obozowych rzeczy — powiedziała do Arisu, chociaż nie pofatygowała się, żeby spojrzeć w dół. — Jakieś bannery SPQR, flagi, jest nawet zapasowy orzeł Piątej Kohorty. Ale taki… plastikowy. Chyba używali go, kiedy ten prawdziwy się zgubił. — Zmarszczyła brwi. — W sumie to całkiem dziwne, że nikt nie ruszał tych rzeczy.
— Może przez to, że ktoś położył to na najwyższej półce, nikomu nie chciało się sprawdzać, co tam jest?
— Może. Podam ci to pudło, dobra? Uwaga, wygląda na ciężkie.
Słowa wypowiedziane chwilę przed tragedią. Cherry podniosła obiema rękoma karton i w tym samym momencie usłyszała kliknięcie. Nie zdążyła się wycofać, bo w tej sekundzie wszystkie kartony na najwyższej półce wybuchły w powietrze — o, ironio — brokatem. Pisnęła i przytrzymała się regałów, chybocząc półkami jeszcze mocniej, a na koniec całego brokatowego występu stoczyła się jeszcze ostatnia tuba z konfetti i wybuchła z żałosnym, pierdzącym odgłosem na podłogę. Ta sama tuba, którą wcześniej odłożyła Arisu.
Usłyszała, jak druga dziewczyna przeklina. Cherry zachwiała się i zeskoczyła z drabiny. To, że jakimś cudem nie wybiła sobie wszystkich zębów, był chyba tylko darem podarowanym jej od matki Arisu.
Szybko pożałowała, że nie spadła i nie skończyła nieprzytomna na podłodze. Ten pieprzony brokat był wszędzie. Jeśli Cherry wcześniej myślała, że będzie płatki brokatu znajdować przez następny tydzień, to teraz była pewna, że nie pozbędzie się go aż do następnego festiwalu. Był na niej, na Arisu, na podłodze, pewnie nawet jakiś zapomniany pająk w kącie skończył brokatowy. Czuła go we włosach i na twarzy.
— Kurwa — powiedziała krótko, wyjątkowo spokojnie jak na to, że brokat miała nawet w piździe.
Z któregoś kartonu wystrzelił papierowy samolocik origami, który spadł tuż pod stopami Cherry. Na skrzydle miał koślawy, brokatowy napis: „AKADEMIA PRANKUW MERWKURWIAKÓW”.
— Chyba muszę sobie usiąść — powiedziała, bo tylko liczenie od dziesięciu do zera i myślenie o słodkich szczeniaczkach powstrzymywało ją, żeby się nie rozpłakać i nie zabić pierwszego lepszego dziecka Merkurego, które znajdzie.


Arisu?
────
[1204 słowa: Cherry otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 7 maja 2026

Od Arisu CD Cherry — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Czy Arisu chciała pomóc w organizacji Ludi Romani? Nie, za żadne skarby. Gdyby Cherry nie przypomniała jej, że to już ten moment i faktycznie trzeba zacząć coś robić, to pewnie nawet by o tym za bardzo nie pamiętała. Miała dużo ważniejsze sprawy na głowie.
Jakie były to sprawy? Cóż, na pewno coś by wymyśliła, gdyby ktoś miał pytać o konkrety. Musiała przecież, na przykład, dalej pilnować tego pofarbowanego na niebiesko idioty, który dalej jakimś cudem nie wyleciał z Obozu Jupiter. Mogła mieć bardzo ważne spotkanie z bratem, w końcu dalej widywała się z nim raczej rzadko. Mogła być potrzebna przy czymkolwiek innym niż organizacja Ludi Romani.
Więcej: innym niż organizacja Ludi Romani w towarzystwie Cherry. Chyba wolała już sprzątać kible. Sama, nie w towarzystwie Atlasa.
Tu nawet nie chodziło o to, że Arisu jakoś wyjątkowo nie lubiła Cherry. Nie lubiła jej tylko czasami i zazwyczaj były to te momenty, kiedy musiała się przed nią tłumaczyć, słuchać opieprzu za coś, czego winowajcą był Atlas, albo kiedy po raz kolejny została przydzielona do pracy z tym debilem. Gdyby faktycznie poświęciła chwilę, by się nad tym zastanowić, to doszłaby do bardzo logicznego wniosku, że jej niechęć nie jest tak naprawdę niechęcią do samej centurionki.
To po prostu rozciągająca się na innych niechęć do Atlasa. Niestety, nigdy nie znalazła chwili, by się nad tym zastanowić.
Teraz kiedy weszły we dwie do magazynu, myślała tylko o tym, czy może jakoś się z tego wymigać. Przecież to nie mogło skończyć się dobrze. Arisu naprawdę nie lubiła pracy w grupie, do tego nie miały dobrej relacji, a Cherry pewnie uważała ją za nieodpowiedzialną (Arisu chciała, ale nie mogła jej winić).
Przeniosła wzrok ze stojącego w kącie, starego kartonu na Cherry, ale nie odpowiedziała jej od razu. Zamiast tego podeszła do innego pudła, kucając przy nim i otwierając je bez większego przekonania.
– Raczej nie bardzo – odpowiedziała, teraz patrząc już na cokolwiek, byle nie na dziewczynę.
Nie była pewna, czy ją tym rozczarowała. Miała nadzieję, że nie, bo nie odpowiadała złośliwie. Nie czuła, by miała jakiekolwiek predyspozycje, by mówić o dekorowaniu i dawać jakiekolwiek rady. Oczywiście, wiedziała, jak ten festiwal wyglądał rok, dwa, a nawet trzy lata temu, ale ta wiedza nie wydawała jej się szczególnie przydatna – nie mogły raczej zrobić dokładnie tego samego. To raczej nie wpłynęłoby pozytywnie na wizerunek kohorty.
Odgarnęła leżącą na wierzchu, poplątaną girlandę z proporczykami, zaglądając głębiej do kartonu, ale jego zawartość nie była w żaden sposób inspirująca. Sama uznałaby, że są to po prostu śmieci, o których ktoś zapomniał, albo które po prostu bał się wyrzucić.
– Nie jestem szczególnie kreatywna. Ani artystyczna – dodała, nagle czując potrzebę usprawiedliwienia się, chociaż przecież Cherry nie zdążyła jeszcze nic jej zarzucić. Może nawet nie zamierzała nic jej zarzucać.
W końcu na nią spojrzała, prostując się i odruchowo otrzepując spodnie. Centurionka zajęta była jakimś innym kartonem.
– A ty?
Cherry zastanowiła się chwilę, patrząc po półkach. Czy faktycznie mogła widzieć wśród tego bałaganu coś przydatnego? Arisu nie chciała w nią wątpić, ale to, ile badziewia walało się wokół nich, samo w sobie było wystarczającym powodem do wątpliwości. Nie było to złośliwe w stosunku do samej Cherry. Arisu miała wrażenie, że nawet na jej twarzy na chwilę też pojawiło się zwątpienie.
– Chyba muszę najpierw zobaczyć, co jeszcze tutaj znajdziemy.
Arisu skinęła ostrożnie głową, ledwo powstrzymując grymas. Spodziewała się tej odpowiedzi, a i tak poczuła się, jakby dostała właśnie wyrok śmierci. Sama też jeszcze raz rozejrzała się po magazynie.
Pudło. Drugie pudło. Jakieś zwinięte banery wciśnięte w wolne miejsce pod ścianą. Drzewce do chorągwi, ustawione pod takim kątem, że spadając na pewno kogoś by zabiły, a do tego w taki miejscu, że zdecydowanie zbyt łatwo mogły spaść. Albo to Arisu była zbytnią perfekcjonistką – to też mogła być prawda.
Dalej stało jeszcze więcej pudeł. Z jednego wystawał gruby materiał chorągwi, kilka było zamkniętych. Uniosła głowę, by spojrzeć na te poustawiane wyżej kartony i jakieś kolejne materiały, do których nie miała szans sięgnąć bez drabiny.
– To… Ja zajmę się resztą tych na dole, a ty weźmiesz te wyżej? – zaproponowała, bo sytuacja była wystarczająco niezręczna bez dyskusji o wzroście i kompleksach.
Cherry przystała na tę propozycję, ale jeszcze przez chwilę obie stały w bezruchu w tych samych miejscach. Dopiero po chwili Arisu westchnęła z rezygnacją, pochylając się nad kolejnym pudłem. Kątem oka widziała, że Cherry też zabiera się za przeglądanie kartonów.
Czy była równie niezadowolona? Arisu nie potrafiła tego ocenić. Wydawało jej się, że każdy normalny człowiek byłby niezadowolony z tej roboty, ale tu znowu pojawiało się pytanie, czy Cherry zaliczała się do takich ludzi. Dalej pozostawała centurionką w Obozie Jupiter, a to nie mogło dobrze wpływać na czyjś stan psychiczny. Arisu użerała się z Atlasem i miała dość, nie chciała nawet myśleć o tym, jak źle jest, gdy ma się pod sobą więcej niż jednego takiego debila. Przeszło jej przez myśl, że sama może należeć do tego grona debili i poczuła ukłucie irytacji.
Nie, nie mogło tak być. Winowajcą wszystkich problemów, które sprawiała, zawsze był Atlas. Chociaż dalej się o nie obwiniała, bo miała go pilnować i szło jej to fatalnie, to nie mogła zrównać się do jego poziomu. Musiała po prostu być skuteczniejsza w zapobieganiu takim sytuacjom. Albo w końcu go zabić, co byłoby prawdopodobnie najskuteczniejszym rozwiązaniem, które przy okazji pozbawiłoby ich problemu i było korzystne dla wszystkich.
Oczywiście, mogła o tym marzyć, ale wiedziała, że to nie jest opcja. Nie mogła wszystkiego rozwiązywać morderstwem.
Przecież jak już w końcu opuści Obóz Jupiter (a przecież opuści. Musi opuścić), to jako kapitan będzie musiała radzić sobie z gorszymi przypadkami i gorszymi sprawami. I na pewno będzie to robić skuteczniej, niż robią to władze w obozie.
Wzięła w ręce jeden z wieńców laurowych. Starała się robić to delikatnie. Wyglądał na stary, był już podniszczony i nie mogła wyczuć zapachu. Zbliżyła go do twarzy, ale to też nie pomogło. Przetarła jeden z liści wawrzynu między palcami. Też nie dało żadnego skutku.
Odłożyła wieniec na miejsce, tak samo ostrożnie, jak wcześniej go podnosiła. Ręce zadrżały jej, kiedy go puszczała i przez chwilę było jej głupio.
Już Shayel lepiej dbał o stan suszonych liści laurowych, a przecież był tylko śmiertelnikiem.
– Znalazłaś coś?
Przeniosła wzrok na Cherry i pokręciła głową.
– Na pewno nic ciekawego. – Wyprostowała się. Cherry stała przy jednym z regałów, z jedną dłonią opartą na kartonie. Arisu wychyliła głowę, próbując zajrzeć do środka. – A ty?
W końcu poddała się i podeszła kilka kroków do przodu.
– Tutaj są rozety dekoracyjne, a w tym dużym kartonie więcej proporczyków.
W końcu odważyła się stanąć obok Cherry i zajrzeć do jeszcze kolejnego pudła. Było w nim jeszcze więcej serpentyn i girland. Sięgnęła po nie, przeplatając cienki sznurek między palcami.
– Część rzeczy jest dość stara. Powinnyśmy upewnić się, że wybieramy takie, które jeszcze nie sparciały – mruknęła, nie patrząc na dziewczynę. Nie chciała wchodzić w rolę ekspertki, bo w dalszym ciągu zdecydowanie nią nie była.
Ale pamiętała dekorowanie imprez z czasów, gdy podróżowała z ojcem i Shayelem. Pamiętała, że ojciec uczył ją jak dbać o trwałość materiałów, jak je przechowywać i konserwować. Pamiętała, jak krzyczał na Shayela, kiedy ten łatał kolejną dziurę na torbie, i jak kazał im sprawdzać stan lin, czy na pewno żadna nie jest przetarta.
Przy tylu festiwalach i świętach to wszystko musiało się niszczyć. Nie wiedziała nawet, jak często wymieniane są dekoracje.
Gdzieś między girlandami i serpentynami zaplątała się tuba z konfetti. Przełożyła ją na bok, tylko po to, by zobaczyć obok niej taką samą, tylko że z brokatem.
Nigdy z własnej woli nie użyła brokatu. Teraz nawet nie chciała go dotknąć. Odsunęła się jak rażona piorunem.
– Czy… Konfetti i brokat to obowiązkowa część świętowania? – zapytała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Wiedziała, że jeśli odpowiedź będzie twierdząca, to ze sprzątania po Ludi Romani na pewno będzie musiała się wykręcić. I znaleźć jakiegoś naiwniaka, który te upierdliwe dekoracje rozłoży za nią. Już nawet wiedziała, kto byłby tym naiwniakiem.


Cherry?
────
[1300 słów: Arisu otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 22 marca 2026

Od Cherry do Arisu — „Don't hang yourself inside my courtroom”

To, że Czwarta Kohorta będzie organizować Ludi Romani, Cherry wiedziała przecież już od zeszłego roku. W zasadzie wiedziała to już dwa lata temu, bo wszystkie kohorty organizowały festiwal po kolei i nie, z całą pewnością organizacji nie uważano za wielki konkurs tego, kto bardziej zabłyśnie. Rok temu festiwalowi przewodziła Piąta Kohorta. Dwa lata temu była to Jedynka, więc cykl zaczął się od nowa. Kiedy we wrześniu spadły pierwsze jesienne liście, a legioniści chwycili za grabie, Cherry pomyślała: „jest jeszcze dużo czasu”. Kiedy obchodziła święta z rodziną Halstonów, pomyślała: „okej, jeszcze jest czas”. Kiedy pogoda na powrót się rozpogadzała, ptaszki śpiewały, a kwiaty zakwitły, pomyślała: „cholera, trzeba zacząć o tym myśleć na poważnie”.
Tyle że zawsze coś jej przeszkadzało. Epidemia sraczki w ambulatorium, wybuch akweduktu, wszystko okazywało się na ten moment ważniejsze niż przygotowania do największego festiwalu Rzymian, który i tak miał się odbyć dopiero we wrześniu. Nie była centurionką pierwszy rok, miała już za sobą organizację Ludi Romani, powinna dać sobie radę; a przynajmniej tak jej się wydawało, dopóki niecały miesiąc przed festiwalem Elianne nie oznajmiła jej, że musi wrócić do domu i nie weźmie udziału we wrześniowym świętowaniu.
Nie zrobiła tego specjalnie, oczywiście. Cherry nie robiła jej wyrzutów. Sama kazała jej pierwszorzędnie wracać do domu, tym bardziej, jeśli była to pilna sytuacja. Z Elianne czy nie, festiwal musiał się odbyć. Cherry miała jeszcze całą Czwartą Kohortę pod sobą, musiała tylko ją rozdysponować do odpowiednich zadań i dopilnować, żeby nikt się po drodze nie zabił, a już brońcie bogowie nie wysadził Koloseum. (Przynajmniej przed Ludi Romani, bo wysadzenia w trakcie się już zdarzały, ale kto do cholery wymyślił odgrywanie scenek bitew morskich na lądzie?).
Poza tym miała jeszcze drugą organizatorkę Ludi Romani. Zgodnie z tradycją, festiwal otwierało zawsze dziecko bogini zwycięstwa, Wiktorii, a tak się składało, że jedynym dzieckiem Wiktorii w Czwartej Kohorcie była Arisu Hayashi.
Szkoda, że Arisu chyba nie lubiła Cherry.
Tak jej się przynajmniej wydawało, to znaczy: jeszcze nigdy nie miały ze sobą na tyle pozytywnych interakcji, żeby Cherry w ogóle była w stanie określić, czy ocena Arisu w stosunku do niej może być sprawiedliwa. Gdyby miała policzyć wszystkie sytuacje na palcach, to wszystkie były albo negatywne, albo co najwyżej neutralne, a Arisu nie była szczególnie ekspresywną osobą, żeby można było to jednoznacznie określić.
Hayashi była w jej mniemaniu dobrą legionistką. Cherry zawsze ją lubiła (chociaż była mało obiektywna, bo w swojej kohorcie lubiła wszystkich, niezależnie od tego, jak bardzo potrafili jej zaleźć za skórę). Do pewnego czasu nie mogłaby nawet powiedzieć na nią złego słowa; to znaczy do czasu, dopóki nie zaczęła przydzielać ją do wspólnych obowiązków z Atlasem Walkerem, co zawsze kończyło się źle. I zawsze kończyło się opieprzem tej dwójki.
Cherry nie zdziwiło więc ani trochę, kiedy zaczepiła Arisu sierpniowego wieczoru przy wyjściu z kolacji, a dziewczyna odpowiedziała jej wzdrygnięciem się, jakby już była gotowa na opieprz.
— Hej Arisu. — Twarzą w twarz, kiedy nie prawiła jej reprymend ani nie rozdzielała obowiązków, Cherry czuła się przy niej niemal niezręcznie. — Czy masz…
— Jeśli o to chodzi, to nie wiem, gdzie jest Atlas.
Cherry zamrugała.
— Nie. Nie, nie mam na myśli Atlasa — obroniła się szybko. Czy ona poważnie przychodziła do Arisu do tej pory tylko w tej sprawie? — Chciałam zapytać, czy nie chciałabyś może zacząć od jutra ze mną przygotowań do Ludi Romani.
— Jeśli nie będę miała w tym czasie innych obowiązków…
No tak, przecież to Cherry odpowiadała za ich przydział.
— Nie, jasne, że nie. Przydzielę je wszystkim innym i będziemy mogły pójść do magazynu rozejrzeć się za ozdobami z zeszłych lat. — Uśmiechnęła się krzywo, chyba tylko po to, żeby wywrzeć na Arisu jakieś dobre wrażenie.
Dziewczyna skinęła jej głową. Cherry musiała przeżyć jeszcze bardzo niezręcznie wymienione „to do zobaczenia” i rozejść się w swoje strony, chociaż miała wrażenie, że na tej właśnie rozmowie wyczerpały się wszystkie jej zdolności komunikacyjne.

🜼


Następnego dnia musiały jeszcze zahaczyć o pretorium, żeby odebrać od Vergila klucz do magazynu. Mózg Cherry pracował na najwyższych obrotach, żeby wymyślić jakiś temat do rozmowy, cokolwiek, co mogłoby rozluźnić atmosferę między nimi — dalej miała wrażenie, że Arisu nie znosi jej w swoim towarzystwie i niezręczność z całą pewnością temu nie pomagała — ale koniec końców uznawała, że może jednak dla nich obu zdrowiej psychicznie będzie, jeśli wszystko przemilczą.
— Zajmujecie się Ludi Romani? Już? Tak wcześnie? — zapytał Vergil, podając jej niewielki kluczyk z cesarskiego złota.
Miał na sobie okulary, których nigdy nie nosił, jeśli miał załatwiać sprawy w Nowym Rzymie. W zasadzie nigdy nie widziała go w oprawkach poza domem. Najwyraźniej miał cały dzień papierkowej roboty.
— Nie chcę robić tego na ostatnią chwilę, skoro Elianne nie może mi pomóc — mruknęła w odpowiedzi.
Wymienili się krótkimi spojrzeniami. Arisu odwróciła na chwilę głowę, Cherry zauważyła, że dziewczyna czyta tytuły ksiąg w gabinecie pretorium. Vergil wykorzystał chwilę nieuwagi dziewczyny i próbował zapytać Cherry na migi coś pomiędzy: „co z nią [czemu ma minę jak kot srający na pustyni]?” i „czy wszystko jest okej?”. Cherry przymknęła na chwilę oczy i cicho westchnęła, co miało znaczyć mniej więcej: „jeśli nie odezwę się dzisiaj do wieczora, to znaczy, że zakopała mnie żywcem i będziesz musiał szukać mnie w podziemiach Koloseum”.
Nie była pewna, czy zrozumiał, ale kiedy Arisu znowu się do nich odwróciła, uśmiechnął się w tak głupi i szczenięcy sposób, jakby miał coś przed nią do ukrycia.

🜼


Magazyn nie był tak zakurzony, jak początkowo myślała, że będzie. Rzymianie obchodzili dużo świąt. Cherry nie dziwiło już nawet kiedy jednego dnia musieli ściągać wieńce laurowe z budynków, a za tydzień zakładać je z powrotem. Ludi Romani było jednak największym i możliwe, że najważniejszym ze świąt obchodzonych dalej w Nowym Rzymie, a w dodatku trwało kilka dni. Musiały przygotować dużo ozdóbek.
Cherry westchnęła, włączając światło w pokoju i omiatając wzrokiem cały stos kartonów. Z pudełek wystawały serpentyny (raczej średnio kojarzone ze Starożytnym Rzymem), fioletowe proporce, ususzone wieńce laurowe, które powinni wyrzucić i poprosić któreś z dzieci Ceres o przygotowanie nowych. Cherry mignęły gdzieś odświętne uzdy dla pegazów i tubki z brokatem.
Podparła się pod boki, jakby miała dzięki temu lepiej widzieć. Była córką Apollina, miała jakiś dryg do sztuki, tym bardziej że jej matka była malarką. Nie uważała się za totalne bezguście, jeśli chodziło o estetykę. Z dwojga złego była dużo lepsza, jeśli chodziło o sztukę, niż gdyby miała chwycić za instrument. Nie zmieniało to faktu, że po swoim ojcu odziedziczyła raczej zdolności lekarskie.
— Masz jakiś pomysł? — zapytała, odwracając się w stronę Arisu.
To nie tak, że w nią wątpiła, ale nie spodziewała się raczej po niej jakichś artystycznych zainteresowań. Może po prostu chciała zacząć jakiś temat, bo chyba sama powiesiłaby się na którejś z dostępnych serpentyn, gdyby miała to przekładać przez kolejne kilka godzin w niezręcznej ciszy.


Arisu?
────
[1104 słowa: Cherry otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]