Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Och moja piękna szpada kobieto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Och moja piękna szpada kobieto. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 września 2026

Od Weroniki CD Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Człowiek nauczył się uciekać na długo przed tym, zanim wymyślił słowo „tchórzostwo”. Miało to swoje zalety. Lew nie oczekiwał heroizmu, wróg nie wygłaszał jeszcze przemówień o honorze, a przeżycie kolejnego dnia uchodziło za wystarczająco przekonujące uzasadnienie dla szybkiego przebierania nogami.
Dopiero później dorobiliśmy do biegania całą metafizykę. Jedni uciekają od przeszłości, drudzy gonią przyszłość, jeszcze inni przez całe życie „dążą do celu”, co brzmi znacznie dostojniej niż przyznanie, że bardzo boją się stanąć w miejscu. Oczywiście wszystko zmienia się, kiedy to za tobą ktoś biegnie. Wtedy filozofia zazwyczaj przegrywa z kondycją.

Mrugała, zdecydowanie przekraczając dzienny limit ruchów powieką. Caroline już dawno tu nie było, ale Weronika wciąż procesowała nagły wylew cytatu, a także potwarz, niemalże cios w policzek. Tołstoj! TOŁSTOJ?! Gdyby powiedziała to ojcu, już dawno by wyleciała za drzwi. Już nieraz dostawała spazmów, kiedy ludzie bezczelnie żartowali o Zbrodni jakiegoś Ikara. Sama czuła się jak Ikar, zbliżyła się za bardzo do słońca (w przypadku dzieciaka Aresa lepiej pasowała bomba), podpaliło skrzydła jej wzniosłych ideałów i zostawiona sama sobie, spiralowała do bezdennego morza głupoty. Zderzyła się z powierzchnią realnego świata. Mentalna notka zapisana, nie lekceważyć metra sześćdziesiąt coś przekorności. Zignorowała również komentarz tejże mentalnej notki, że trzeba było jej nie lekceważyć dwie walki temu.
Odwróciła się, niechętnym wzrokiem mierząc uniwersytet. Wytropienie było proste, wystarczyło parę plotek oraz połechtanie ego paru kretynek z domku Afrodyty. Reszta była chłodną kalkulacją, podjętą w minutę sześć.
Uśmiechnęła się ironicznie, przeciągając się.
— Obym teraz trafiła na rzeczywiste wyzwanie, nie igraszkę dla dzieci.

Weronika stukała palcem w kierownicę, czekając na czerwonym świetle. Przechadzała się po pałacu pamięci, wybierając informacje o Aresie. Wiadomo, porywczy bóg wojny wrzucał na świat owoce pełne temperamentu, które nie były w stanie przeżyć tygodnia bez choćby jednej gry terenowej, opartej na legalnym biciu innych. Miał też długą historię beefa z jej Matką. Co to był za pomysł, przydzielenie różnych aspektów do obu bogów? Atena była wystarczająco mądra, żeby udźwignąć kolejne obowiązki, w najgorszym razie podzieliłaby sprawiedliwie. Tym bardziej zaskoczyła ją informacja, że Caroline studiuje. Dzieciak Aresa był w stanie trafić bez mapy i strzelić wystarczająco punktów na egzaminach? Brzmiało jak syzyfowa robota. Weronice udało się dodzwonić na szybko do ichniego Biura Spraw Studenckich (całkiem sprawnie poszło jej podszywanie się pod czyjąś matkę, włączając w to ciężki, rosyjski akcent, pełen pretensji) i rzeczywiście była dzisiaj poprawka. Wcale przy okazji nie udało się jej naprowadzić przy okazji rozmowę tak, ze dowiedziała się, że rzeczywiście panna Leyanall jest na liście studentów.
„Fakty to najbardziej uparta rzecz pod słońcem" mruknęła pod nosem. Z frustracją musiała przyjąć, że ktoś rzeczywiście trafił na uniwersytet, wytrzymuje pierwszy rok i w dodatku pisze egzaminy. Co jak co, ale też ten cytat był dobrze wymówiony. Poczucie kontroli Weroniki wariowało i kręciło się w miejscu, przypominając niebezpiecznie trajektorię lotu Ikara, zanim zderzył się z powierzchnią. Byleby nie było drastycznie uciętę, jak za jednym zamachem uderzenia siekiery.
Ustawiła lusterko i inne bzdety na desce rozdzielczej oraz naciągnęła płaszcz na twarz. Zauważyła machnięcia reką, ale zignorowała. Jedno, drugie, trzecie… W końcu było i to machnięcie, którego oczekiwała. Zajechała przypadkiem na chodnik, ale szybko wyprostowała kierownicę, klnąc pod nosem po rosyjsku. Było to Columbus Circle, 8th Avenue, dosyć znane miejsce do łapania taksówek. Gdy Caroline postawiła nogę w taksówce, Weronika czekała aż zamknie drzwi. Gdy to zrobiła, nacisnęła od razu przycisk blokowania drzwi.
— To nie był Toł— zaczęła od razu.
— KURWANIESTRASZMNIETAK! — Caroline aż podskoczyła, łapiąc za klamkę. Szarpała nią dosyć mocno. Jak dobrze, że Nika pomyślała o tej blokadzie.
— Jak śmiesz skalać imię Tołstoja! — kontnuowała Weronika, naciskając pedał gazu. — To był cytat Dostojewskiego, doucz się z łaski swojej na tym uniwersytecie. A po drugie, masz na karku cały Obóz! Urządzili grę terenową pod tytułem łapać Caroline. Gratuluję!
— Super, w dupie to mam! Skąd ty w ogóle wzięłaś auto?! Umiesz w ogóle jeździć? — zaskoczenie Caroline szybko ustąpiło klasycznej złości.
— A co, to takie trudne?!
— Spierdalam stąd! — Caroline nagle się zamachnęła.
Weronika oglądała, niczym w zwolnionym tempie, jak Caroline podnosi rękę i wpatruje się w szybę. Zakręciła kierownicą, żeby straciła równowagę.
— KURWA! Wypuść mnie, bo cię uduszę! Nie masz szans w walce ze mną, szczególnie na pięści.
— Raz dałam ci wygrać i już problem. — Nika przewróciła oczami.
— Ty za to jesteś problemem całego Obozu. — wysyczała Caroline. — Dokąd my właściwie jedz-
— Nieprawda. — Weronika jej przerwała. Skupiła się na drodze, byleby wyminąć dziury. — Moje rodzeństwo na przykład trzyma na stole licznik, kiedy wyjeżdżam do Nowego Jorku. — Kolejne wyminięcie dziury. — Mają zamiar wykorzystać ten czas ze mną, który im został. Kochani są. Nie to, co twoi zwierzęcy pobratymcy. — Podkreśliła wyniośle.
Nie zauważyła za to, jak Caroline uśmiecha się pod nosem i stara się nie roześmiać na wspomnienie o liczniku. Zaraz potem coś do niej dotarło.
— No tak, idziesz do Nowego Jorku. — zapewne w myślach dokończyła „bogowie, za jakie grzechy mogę spotkać tą pizdę na ulicy przypadkowo?”
„'Bo,' odpowiedział cudzoziemiec i, przymrużywszy oczy, spojrzał w niebo, gdzie, przeczuwając wieczorny chłód, czarne ptaki sunęły bezgłośnie, 'Aniuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie tylko go kupiła, ale już go rozlała.'”
— A, tak, kojarzę. Stephen King, nie?
Weronika odwróciła się od razu, i z frustracją spojrzała twardo Caroline w oczy. Poruszała ustami, tak, jakby chciała cos powiedzieć, ale zajęło jej to za długo. W końcu zacisnęła usta w wąską kreskę, wciąż świdrując szyderczo uśmiechającą się córkę Aresa. Stawiała opór, patrząc bezczelnie swoimi oczami, których jelonek Bambi by się nie powstydził.
— ALE PATRZ NA DROGĘ!!! — Caroline rzuciła się do kierownicy.
Obie dziewczyny przytrzymywały kierownice kurczowo i skręcały na różne strony świata, wrzeszcząc. Żółtke autko miotało, czy to w prawo, czy w lewo na ulicach manhattanowego SoHo. W końcu jego tor jazdy się uspokoił, ale dalej na kierownicy były cztery pary rąk.
— Czy ty próbujesz odpierdalać piruety nawet samochodem, Moronova?!
— Nie twoja sprawa, Lameass!
— Cunt!
— Bitch!
Zamiast walki na szpady wymieniały się walką na wiązanki słowne, odpychając się rękami i próbując dotrzec do kierownicy. W końcu Weronika wdepnęła mocno hamulec, przez co obie wylądowały na desce rozdzielczej, a impet z pewnością nie był przyjemny.
— Dość tego! Ściga cię trzy czwarte Obozu. Jak wrócisz, to dostaniesz w buźkę, nie wiem czy od Pana D czy któregoś domku, bo za schwytanie ciebie wyznaczył nagrodę. To taka cholerna gra terenowa, w której ty jesteś flagą i nie będą się patyczkować.
— Co jest nagrodą? — skrzywiła się Caroline.
— Miesiąc immunitetu na czyszczenie kibli oraz mnóstwo drachm. Na tyle dużo, że możesz zainwestować w listwę dla swojego domku. — warknęła Weronika. Nie trzeba było przekonywać, że nagroda była naprawdę wysoka. — Dlatego odstawiam cię do teatru baletowego i jadę po swoich, żeby się nie włóczyli po niebezpiecznym mieście.
— A. Aha. Trzeba było tak od razu, wiesz, Weronika? Polecam przestać być pizdą z problemem komunikacyjnym. „Hej Caroline, sorry za wystalkowanie ciebie, ale ściga cię calutki Obóz i zwiążą cię jak świnkę, jak wrócisz. Taryfa 2 dolce za milę”. Czemu akurat jebane balety?
— Oh, fuck off. Dbam o swoje rodzeństwo, w dupie mam lampucerę co myli ważnych pisarzy. Marnie widzę twoje szanse na zdanie tego wprowadzenia do makroekonomii, jak czytać nawet nie umiesz.
Nacisnęła na zwolnienie blokady drzwi. Caroline, nieco zaskoczona, mogła wyjść w końcu z puszki, co uczyniła od razu.
— Skąd ty wiesz co dzisiaj pisałam? Nikomu nie mówiłam o tym. Stalk-
Weronika kontynuowała przez uchyloną szybę, ucinając pytania Leyanall. Wyglądała, jakby naprawdę starała się nie wybuchnąć.
— Gdzie mogą szukać dzieciaka Aresa? Poszukaj sobie w swojej liście w głowie, jak bardzo balety są prawdopodobne. Pomyśl o tym, tylko pomyśl!
Zamknęła okno i wdepnęła gaz. Samochód podskoczył i ruszył z piskiem, zostawiając studentkę z nowym naręczem doświadczeń. Zostawiła też za sobą fasadę eleganckiego, klasycystycznego teatru, mocno oświetlonego na tle innych budynków. Weronika kręciła głową, a mentalnemu notatnikowi oberwało się capslockiem.


Caroline?
────
[1264 słowa: Weronika otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Caroline zwiała z Obozu Herosów przy pierwszej okazji, ale, do kurwy nędzy, czy ktoś mógł się jej dziwić? Miała egzamin! Co miała zrobić, poprosić pana D, żeby jej wypisał usprawiedliwienie? „Przepraszam, studentka Caroline Leyanall nie mogła wziąć udziału w egzaminie wraz z resztą grupy, ponieważ musiała przejąć władzę w domku rodzeństwa lekko pierdolniętej córki Ateny (matki)”? Przecież z miejsca dostałaby skierowania na testy narkotykowe. Planowała wyskoczyć tylko na półtorej godzinki, odbębnić ten głupi test i dać się złapać dzieciakom Ateny. Ot, po krzyku. Dzieci pobawiłyby się w Nowym Jorku, ona nie musiałaby pierdolić się z drugim terminem i wszyscy byliby absolutnie szczęśliwi!
Niestety, jej plany chuj strzelił. Co prawda początek udał się bez zastrzeżeń; odpaliła stoper, kazała im odczekać pół godziny, zanim będą mogli za nią ruszyć, a sama naokoło przez las wyszła z obozu. Złapała taksówkę, dotarła na uczelnię i znalazła salę, w której mieli pisać egzamin. Napisała go w rekordowo krótkim czasie i przed wyjściem skoczyła jeszcze do łazienki. Akurat myła ręce, kiedy kątem oka wyjrzała za okno i zaklęła pod nosem, przy okazji zwracając na siebie uwagę dziewczyny palącej pod ścianą. Prawie jak w liceum. Uśmiechnęła się do niej krzywo, a potem znowu wyjrzała na zewnątrz.
Na przeciwko budynku jej wydziału stała dwójka podejrzanie znajomych dzieciaków i rozmawiała ze sobą; dziewczyna pokazywała palcem na drzwi wejściowe. Ciekawe, dlaczego Weronika nie nauczyła jej, że brzydko jest pokazywać palcem. Skąd oni w ogóle wiedzieli, na jakiej uczelni studiuje, a tym bardziej na jakim wydziale? Po Obozie Herosów plotki zdecydowanie zbyt szybko się rozchodzą. W każdym razie, zauważyła tylko dwójkę dzieciaków Ateny (matki), czyli pewnie reszta była gdzieś indziej. W końcu skąd mogli wiedzieć, gdzie akurat się uda? Odsunęła się od okna, żeby jej przypadkiem nie zauważyli, wytarła dłonie w spodnie (znowu nie było ręcznika papierowego) i wyszła z łazienki.
Na szczęście zdążyła poznać budynek na tyle dobrze, że dałaby radę się po nim przemieszczać z zawiązanymi oczami. Poza tym miała palące koleżanki, więc znała absolutnie wszystkie skróty i wyjścia z wydziału. Dzięki temu udało jej się wyjść po całkowicie drugiej stronie budynku. Teraz tylko zostało jej złapać powrotną taksówkę i przekraść się do obozu tak, żeby na końcu się z nich wszystkich pośmiać. Odeszła ulicę od uczelni i zaczęła machać na taksówkę.
— Ha! Tu cię mam! Kto by pomyślał, że będziesz na tyle głupia, by wyjść na otwarty teren? Spodziewałby się ktoś, że masz w sobie choć krztynę rozumu — rozbrzmiał głos gdzieś za jej plecami.
Caroline zaczęła się w głowie modlić do jakiegokolwiek bóstwa, które było patronem cierpliwości, bo jej własna wyczerpała się już przy pierwszym słowie Weroniki. Jeszcze nie zdążyła się do niej w pełni odwrócić, a ta już dalej nadawała:
— Co ty sobie myślałaś, zostawiając moje rodzeństwo na pastwę losu? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, na co ich naraziłaś? Życie to odpowiedzialność, a nie tylko przyjemności i ułuda! — Dźgnęła ją palcem w klatkę piersiową.
Usta Caroline rozciągnęły się w najbardziej diabolicznym, bezczelnym uśmiechu, jaki tylko miała w swoim zanadrzu. Przyłożyła sobie dłoń do czoła.
Pewien człowiek, skazany na śmierć, na godzinę przed straceniem mówi czy też myśli, że gdyby mu wypadło żyć gdzieś na wyżynie, na skale, na takim wąziutkim upłazie, że tylko dwie stopy się zmieszczą — a dokoła będą przepaści, ocean, wieczny mrok, wieczna samotność i wieczna burza — i że ma tak pozostawać, stojąc na kwadratowym łokciu przestrzeni, całe życie, tysiąc lat, wieczność — to lepiej tak żyć niźli zaraz umrzeć! Byle żyć, żyć i żyć! Jakkolwiek — byle żyć!… Jakież to prawdziwe! Boże, jakie prawdziwe! — mówiła z przesadnym zachwytem, kończąc to wszystko głębokim westchnieniem. — Dobrze mówił ten Tołstoj, co nie? Wzruszył mnie aż tak, że się nauczyłam tego na pamięć — dodała, ocierając sobie wyimaginowane łzy z oczy.
Weronika przez kilka chwil wyglądała, jakby dostała obuchem w głowę, a potem jej policzki aż poczerwieniały ze złości. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła. Chyba była aż tak załamana, że raz w życiu zabrakło jej słów.
— To na razie! — rzuciła Caroline z szerokim uśmiechem, pomachała jej radośnie, po czym rzuciła się do biegu w boczną uliczkę.


Weronika?
────
[673 słowa: Caroline otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 6 sierpnia 2026

Od Weroniki CD Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Ileż by teraz dała, żeby podzielić, niczym Raskolnikow lichwiarkę, Pana D na malutkie kawałki. Gladiusem, siekierą, wszystko jedno.

— Oni potrzebują wsparcia! Muszą rozwijać swoje zainteresowania i mają się nie opierdalać! — krzyknęła Weronika za wychodzącą Caroline.
Jej się zdecydowanie nie podobał ten cały obrót sprawy. Z drugiej strony nie miała pojęcia, kogo by wybrała podczas swojej nieobecności. Jasne, Chejron cały czas zawracał jej głowę tym, że musiała znaleźć zastępcę, ale rodzeństwo jest za młode na tak odpowiedzialną funkcję. O bogowie, co się stanie z tym domkiem, jak będzie musiała wybyć? Aż dostała dreszczy.
Gorączkowo zapisywała na kartce swoje rozkazy dla domku. W ten sposób się upewniała, że po jej powrocie nic się nie wywróci do góry nogami, a samo rodzeństwo nie zostanie małpim gajem z chęcią mordu. Spodziewała się wszystkiego po Aresiakach. Gdy podniosła głowę, zobaczyła Maura w progu drzwi.
— Dobrze, że jesteś. — westchnęła.
Maur coś odmruknął pod nosem. Zawsze miał jakieś swoje odzywki i Weronika mogłaby przysiąc, że usłyszała coś o „wylosowaniu krótszej słomki”. Nieistotne, były ważniejsze rzeczy.
— Złóż raport.
— Caroline kazała nam skakać w workach po ziemniakach.
— W jakich workach po ziemniakach?
— Przez przeszkody.
— Robi z was małpy?
— Ta. — Maur od niechcenia układał swoją kostkę Rubika.
— To okropne! Masz tutaj listę, co powinniście robić, tutaj wyliczone racje batoników z ambrozją, na wypadek. Jakby uszkodziła was podczas treningu. A jutro…
— Jutro mamy wyznaczoną akcję drużynową.
— Co? — Weronika wpadła w większy stupor.
Brat podłubał w nosie.
— No, jutro będziemy mieć zadanie drużynowe. Polowanie na Caroline. Że ona się gdzieś ukryje, a my mamy ją znaleźć. Dobra, daj tę listę. Idę już sobie, bajo. — wyrwał jej kartkę z ręki.
— Zaczek—
Brat zniknął szybko w drzwiach, zostawiając ją samą. Wpatrywała się w tabelki oraz akapity, z których wyłaniały się obowiązki oraz zobowiązania. Zwykle uwielbiała to robić, ale w tym momencie odczuwała duży dyskomfort. Co jej po tym, skoro nie ma pewności, czy zrobią wszystko? Wstałaby, gdyby nie te głupie wymagania dzieci Apolla. To tylko wstrząśnienie, jaki jest problem? Przynajmniej troglodytka dla słusznego celu chce zostawić domek, to się chwali, sam pomysł "zadania" też nie był zły. Musi tylko znaleźć sposób, żeby przekazywać rozkazy.
Aż ją głowa rozbolała. Zrezygnowała z dalszych myśli i poszła spać. Z nadzieją, że się jej uda przejąć domek z powrotem.

Kolejnego dnia odwiedziła ją Chloe.
— Kiedy wracasz? — zapytała rzeczowo z progu.
Weronika podniosła głowę.
— Oby teraz. Jak sytuacja?
— Jest zabawnie. Otóż Pan D przewidział, że Caroline ucieknie. Kazał nam zorganizować się w grupy ścigające, w ramach treningu. Chejron wciąż nie wrócił.
— Grupy ścigające? Chyba nie masz na myśli…
— Tak, mamy ścigać Caroline wszelkimi dostępnymi środkami i zabrać ją z powrotem do Obozu. Z zachowaniem wszelkich środków. Część przyszykowała już naboje ze środkami usypiającymi od Apolloniątek.
— Że co.
— Pan D powiedział, że inni bogowie mieli pretensje, że nie jesteśmy tak wyszkoleni, jak rzymianie. Dlatego stwierdził, że to super okazja, żebyśmy się wykazali. Ja sądzę, ze wykażemy się co najwyżej obliczaniem, ile paliwa w baku zostanie przeznaczone na gonitwę.
— Poza GRANICAMI Obozu?!
— Dobra, dobra, będziemy organizować tylko na terenie Obozu. Narysujemy karton z podobizną Caroline i będziemy szukać po krzakach. — odparła sarkastycznie.
Przez ten cały czas jadła chrupki i wpatrywała się, jak dusza ulatuje z Weroniki.
— Przecież to niebezpieczne!
— Tak.
— Może się coś wam stać.
— Aha.
— i to wszystko, żeby ściągnąć głupią troglodytkę.
— Mhm.
— Kto się zajmuje domkiem podczas nieobecności?
— Ja. Reszta już wyruszyła.
Nika nie pamiętała, kiedy ostatnio była tak zszokowana. Mogłaby przysiąc, że prawdopodobnie jest w śpiączce, po tym feralnym uderzeniu przez Caroline. „To tylko koszmar” powtarzała sobie w głowie, trzęsąc się ze złości.
Wygramoliła się z łóżka i otworzyła okno. Zakręciło się jej w głowie, ale chęć powstrzymania była większa.
— Ruszam za nimi. Muszę ich zawrócić, cholera jasna!


Caroline?
────
[610 słów: Weronika otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Caroline nigdy, przenigdy nie chciała zostać grupową nawet swojego domku. Za dużo w tym było pierdolenia się z gówniarzami, bezsensownych spotkań i dodatkowych zadań. Lubiła swoje życie jako przeciętna obozowiczka. Hulaj dusza, piekła nie ma! Dlatego wściekła się, kiedy Dionizos zdecydował przydzielić ją na grupową domku Ateny. Jej ze wszystkich bogów. Wszystkie jej dzieci były nadęte jak balony i patrzyły na nią, jakby była zgniecionym robakiem na podeszwie ich butów. Na litość boską, ona już nawet nie była prawowitą obozowiczką, a poza tym, Weronika dostała w głowę na własne życzenie. W sprawiedliwym pojedynku. Jedyna niesprawiedliwą w tym wszystkim rzeczą było to, że dostała za to karę.
Po tym, jak już nakrzyczała na rodzeństwo Weroniki, że „mają się zająć własnymi dupami i broń boże niczego nie kombinować”, zakradła się do domku dzieciaków Apollo. Poczekała, aż opustoszeje i dopiero wtedy weszła do środka.
— Słuchaj, kurwa — powiedziała, mrużąc oczy, kiedy tylko zobaczyła Weronikę leżącą na jednym z łóżek. — Lepiej szybko zbieraj się z tego wyra, bo ja jutro rano muszę być w Nowym Jorku i iść na zajęcia. Co ja mam powiedzieć wykładowcom? Że musiałam się zajmować zasmarkanymi półbogami?
Zatrzymała się tuż przy łóżku widocznie nabzdyczonej dziewczyny, ledwo powstrzymując się przed dźgnięciem jej palcem. Szanse na to, że Weronika by jej go odgryzła były małe, ale przecież nigdy nie wolno mówić nigdy. Caroline za bardzo ceniła sobie posiadanie wszystkich dziesięciu palców.
— Może twoje rodzeństwo jest zasmarkane. I zaślinione. Moje od urodzenia ma wpojoną kulturę osobistą. Wszystkie dzieci Ateny wiedzą, jak powinny zachowywać się w towarzystwie. Ty też mogłabyś spróbować się tego nauczyć — fuknęła Weronika, krzyżując ramiona na piersi.
Caroline policzyła w myślach do pięciu, a potem do dziesięciu. Naprawdę nie potrzebowała więcej kłopotów. Zamordowanie kogoś w pseudo szpitalnym łóżku i poniesienie tego konsekwencji zdecydowanie zaliczało się do dużych kłopotów. Pogodziła się już z tym, że na pewno nie dotrze jutro na uczelnię (rozkazów bogów się nie łamie, jeśli chce mieć się wszystkie sprawne kończyny), ale fakt, że przez te dwa dni będzie musiała użerać się z małymi kopiami Weroniki, absolutnie niczego nie ułatwiał.
— Moją kulturą osobistą się nie przejmuj. Nie twój problem. Powiedz mi lepiej, co ja mam do cholery zrobić. Czytać im książeczki? Rozmawiać o emocjach? Bo w tym to ja akurat nie jestem dobra — burknęła, podpierając dłonie na biodrach. — Co wy w ogóle robicie całymi dniami? Wszyscy czytają rosyjską literaturę, czy tylko ty jesteś aż tak pierdolnięta.
Weronika aż się żachnęła. Chciała usiąść, ale kiedy zbyt szybko podniosła głowę, na jej twarzy pojawił się brzydki grymas bólu. Powoli opadła z powrotem na miękkie poduszki.
— To klasyka. Wiedziałabyś, gdybyś miała choć odrobinę jakiegokolwiek gustu — powiedziała, przyglądając dłoń do czoła. — To rosyjska literatura ustaliła nurty-
— Weź skończ — wtrąciła Caroline. — Gdybym cię nie znała, to bym zapytała, czy nie masz przypadkiem wstrząśnienia mózgu. Ale widzę, że absolutnie wszystko jest w porządku — rzuciła sarkastycznie.
Od gadania tej dziewczyny zaczynała ją boleć głowa. Ból w skroniach nasilał się, kiedy przypominała sobie, że będzie musiała to znosić przez następne dwa dni.
— A może mam wstrząśnienie mózgu? To wszystko to twoja wina. Jakbyś znała zasady walki fair play, to do niczego by nie doszło. — Weronika pociągnęła nosem i ostentacyjnie odwróciła twarz w drugą stronę.
Gdyby Caroline tak bardzo nie lubiła swoich włosów, to pewnie już zaczęłaby rwać je z głowy. Miała ochotę wyjąć telefon i zadzwonić do mamy, żeby zabrała ją do domu. Czego nie robiła od podstawówki. A telefon zostawiła w mieszkaniu w Nowym Jorku, bo jeszcze ceniła sobie swoje życie na tyle, żeby nie przynosić go do Obozu Herosów.
Zdążyła jedynie wziąć długi, głęboki oddech, kiedy drzwi domku Apollo się otworzyły.
— Caroline? Tobie nie wolno tu być — powiedział z niepokojem jeden z dzieciaków Apollo, którego dziewczyna średnio kojarzyła.
Dyskretnie przyjrzał się Weronice, jakby upewniał się, że nadal jest w jednym kawałku. Tak jakby podejrzewał, że w ciągu tych kilku minut Caroline złapała jedną z poduszek i udusiła nią córkę Ateny. Może i dobrze, że przyszedł.
— No już, przecież nie nie robię — burknęła, unosząc obie dłonie do góry. Jeszcze raz spojrzała na Weronikę. — Bierz dupę w troki — rzuciła jedynie.
Obrzuciła dzieciaka Apollo niechętnym spojrzeniem i wycofała się, żeby wyjść. Tylko tego brakowało, żeby jeszcze ktoś naskarżył na nią do Pana D., że nie stosuje się do jego rozkazów.
Czekały ją naprawdę ciężkie dni.


Weronika?
────
[706 słów: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

środa, 22 lipca 2026

Od Weroniki CD Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Ludzie uwielbiają opowiadać historię zwycięzców, jakby porażka była jedynie przypisem pisanym drobnym drukiem. A przecież większość świata powstała właśnie z rzeczy, które miały się nie udać. Z miast odbudowanych po pożarach. Z teorii wyśmianych przez współczesnych. Z ludzi, którzy przegrali wystarczająco wiele razy, by w końcu nauczyć się czegoś poza pychą. Wygrywanie jest efektowne, ale to porażka wykonuje całą niewidzialną pracę.
— Puszczaj, troglodytko! — wrzasnęła Weronika.
Na swoim filozoficznym bingo nie miała jeszcze bycia ciągniętym za fraki, szczególnie przez kogoś, kto ją pokonał w walce. Nie chciała się do tego przyznać, że to była sprawiedliwa walka. Ubodło ją to, że nikt nie starał się jej pomóc, nawet jej rodzeństwo.
Przeszli obok jednego z dzieciaków Hermesa. Nika kojarzyła go, był to jeden z przydupasów Niketasa, jeśli nie ten główny. Teraz miała siłę zwrócić uwagę tylko na jedną rzecz.
— Nie wiedziałam, że masz brata bliźniaka, Ulfert. — zagadała.
Oboje spojrzeli na nią zaskoczeni. Zwierzę, które ją ciągnęło, zatrzymało się na chwilę. Zorientowała się po tym, jak szacowne cztery litery przestały ją trzeć od ziemi.
— Z nią jest bardziej coś nie tak niż zwykle. — usłyszała w odpowiedzi.
Miała już zaprotestować, ale zamroczyło ją przed oczami. To jeszcze nie była jej pora na sen, nie zdążyła przeczytać swojej ulubionej strony Mistrza i Małgorzaty. Gdy tego nie robi, zazwyczaj następny dzień jest tak udany, jak pomysły niektórych grupowych.


Obudziła się na łóżku polowym. Koło niej krzątały się dzieciaki Apolla. Poczuła nagle przeszywający ból w skroni i jęknęła aż z bólu. Ucichło i po otworzeniu oczu zobaczyła poważne wyrazy twarzy. Oraz tkaninę namiotu polowego w kolorze khaki. Oraz dziurę w niej, która od razu ją zdołowała. To miłe, że chociaż oni znają powagę sytuacji i wspierają ją w ubolewaniu. Jedno z nich odchrząknęło.
— Dobrze się czujesz, Weronika?
— Mogło być lepiej.
Westchnęła i nagle się poderwała do pozycji siedzącej. Zignorowała nagły zawrót głowy.
— Ale muszę już iść. Mój domek mnie potrzebuje.
— Nie możesz.
— Jestem grupową.
— Super, cieszę się. Według Pana D masz zostać w łóżku i odpoczywać.
— Że co?
— No.
— A kto jest moim zastępcą? Moje rodzeństwo jest za młode na jakiekolwiek dowodzenie. Jeszcze będą chcieli robić dzień głupich planszówek zamiast ważnych, rozwijających rzeczy jak szachy. O bogowie, a jakby zaczęli grać w Monopoly?
W tym miejscu dzieciak Apolla się speszył, ale czekał uprzejmie na zakończenie tyrady Weroniki. Głową ją tak bolała, że nawet nie kłopotała się identyfikacją, jak się nazywał. Wszystkie pomioty słonecznego dupka wyglądały podobnie, przez co teoretyzowała, że Apollo przekazuje bardzo silny fenotyp swoim dzieciom w porównaniu z resztą bogów.
— Eeee, kiedy Pan D się dowiedział, że dostałaś w dekiel, to machnął ręką i wyznaczył Caroline na twoje zastępstwo. Chejron jest na wyjeździe służbowym.
Dobrze, że nic w tym momencie nie jadła, bo by się zakrztusiła.
— Słucham? Troglodytka na moim miejscu?!
— Caroline zareagowała równie, eee, żywiołowo. Próbowała wyjaśnić, że nie jest nawet obozowiczem. Pan D nie chciał o tym słyszeć i powiedział jej, że w takim razie daje jej misję i jak jej nie wykona, to zamieni ją w śmierdzącego koziołka. Czy coś w tym stylu. Cały Pan D. Śmieszek jeden.
Weronika zeskoczyła na podłogę, prychając coś o poczuciu odpowiedzialności, ale nagle ją ścięło. Poczuła dotyk na ramionach, a potem miękką powierzchnię pod zadkiem. Jej lekarz miał zażenowaną minę.
— Ciebie też to dotyczy. Wyjdziesz ze szpitalika bez naszej zgody, to też możesz dostać rogi i kopytka.
Jęknęła przeciągle, z frustracji, po czym ukryła twarz w poduszce.
— Oby tylko obóz nie spłonął. — pociągnęła nosem. — Na ile będzie… zastępować?
— Na dwa dni. Stwierdzili, że szkoda czasu na wdrażanie dzieciaka Ateny w procedury odkąd nikogo nie dopuszczasz do nich. No i dwa dni dla Caroline to wymiar kary za uszkodzenie grupowego. A teraz idź spać. Bo pojawi ci się, nie stąd ni zowąd, postać w rogu pokoju.
— Słucham? Czy tylko ja dostałam w głowę?
Ciao. — jej opiekun pomachał jej na pożegnanie i bardzo szybko uciekł z jej „boksu”.


Caroline?
────
[639 słów: Weronika otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 21 czerwca 2026

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

Widząc zdezorientowaną minę Weroniki, Caroline uśmiechnęła się jeszcze odrobinę szerzej. Życie w Nowym Jorku było z pewnością mniej intensywne, ale teraz dochodziła do wniosku, że także mniej ciekawe. Siłownia trzy razy w tygodniu to nie to samo, co dobry sparing. Co prawda nie taki, jaki przeprowadziła przed chwilą, bo tego nie nazwałaby dobrym sparingiem. Weronika najwyraźniej bardzo wypadła z rytmu bez kogoś, kto ustawiłby ją do pionu. Caroline cieszyła się, że swoją wizytę w Obozie Herosów może poświęcić na coś tak szlachetnego.
— Rewanż! Oszukane zwycięstwo to nie zwycięstwo, a sromotna przegrana! — zawołała Weronika, choć wciąż podpierała się dłońmi o podłoże i z pewnością wyglądała, jakby mroczki latały jej przed oczami.
— Gówno nie przegrana — odezwał się ktoś w tłumie, wywołując tym grymas na twarzy Weroniki. Temat fekaliów był chyba dla niej nie wystarczająco wyniosły.
— Laska, nie oszukiwałam — powiedziała Caroline, spoglądając na nią z góry. Satysfakcjonujące. — Trzeba umieć skupić się na mieczu.
Wbiła czubek swojego ostrza w ziemię i podparła się na nim z niemal znudzoną miną. Nie, żeby ona szczególnie świetnie radziła sobie z przegrywaniem, ale jej wygraną był w stanie potwierdzić tłum gapiów. Weronika miała tupet żeby w ogóle sugerować jej, że oszukiwała. Na szczęście Caroline uczyła się panowania nad sobą.
— Twoje zagranie było bezkompromisowo niehonorowe. Wstyd zalałby mnie całą, gdybym chociaż pomyślała, żeby zachować się tak haniebnie jak ty — fuknęła Weronika, podnosząc się z ziemi.
Ze zdecydowanie zbyt dumną w porównaniu do sytuacji miną otrzepała dłonie o i tak już brudne spodnie. Jeszcze wyżej uniosła podbródek, jakby chciała podyskutować z bogami. Ley była pewna, że ma im mnóstwo do powiedzenia. Zastanawiała się, czy Weronika kiedykolwiek się z którymś z nich spotkała. Obstawiała, że nie, bo za te gadki już by ją ktoś spalił. Obrzuciła dziewczynę uważniejszym spojrzeniem; tam, gdzie uderzyła ją płazem miecza, skóra już była zaczerwieniona. Nie planowała zaatakować mocno, ale pewnie wykwitnie tam później siniak.
— Dostałaś w głowę. Idź lepiej sprawdź, czy nic ci się tam nie poprzestawiało. Chociaż może tak byłoby lepiej. — Ostatnią część mruknęła bardziej do siebie, niż do Weroniki.
Rzeczona poszkodowana wyglądała na oburzoną.
— Rany wojenne dodają szlachetności. Poza tym, dobry wojownik nie odmawia rewanżu — powiedziała z taką dozą pogardy, na jaką było jej stać.
Caroline przewróciła oczami. Rozmawiając z Weroniką zawsze czuła się, jakby grała w bardzo kiepskim, czarno-białym filmie, ale tym razem przechodziła samą siebie. Najwyraźniej przegrana nie działała dobrze na jej nerwy.
— Strasznie męczysz dupę — westchnęła Ley, ale sprawnie z powrotem uniosła swój miecz.
Weronika uśmiechnęła się tryumfalnie, choć nie wyglądała już na tak zadowoloną z siebie, jak wcześniej. Podniosła z ziemi swoją szpadę, która przy jej upadku odleciała metr dalej. Mało to było wyniosłe, ale zaraz wyprostowała się jak struna i stanęła w pozycji, która zapewne miała reprezentować gotowość do walki. Caroline za to wydawała się raczej znudzona - bez problemu wygrała pierwszy sparing, więc wygrana i tak leżała po jej stronie. Rewanż to była tylko formalność, żeby Weronika dała jej święty spokój.
— Tym razem nie wywiniesz się moim umiejętnościom — powiedziała w końcu hardo Weronika, wyprowadzając pierwsze pchnięcie.
— Mniej gadaj, więcej rób. Może się w końcu czegoś nauczysz.
Ley całkiem bawiło obserwowanie Weroniki, kiedy udawała, że wcale jej to nie wkurwia. Robiła wtedy śmieszną minę — dumne spojrzenie, zmarszczone brwi i usta wykrzywione w grymasie złości.
— Nie potrzebuję uczyć się od kogoś, kto walczy jak zwierzę — sarknęła Weronika.
— Zwierzę, z którym przegrałaś — odpowiedziała Caroline z promiennym uśmiechem, który w połączeniu z tym, jak szybko się poruszała, nie wyglądał szczególnie przyjaźnie.
Przytyki Weroniki bardziej ją śmieszyły, niż irytowały. Średnio była w stanie traktować tą dziewczynę na poważnie. Wszystkie słowa, które padały z jej ust brzmiały, jakby urwała się z jakiejś kiepskiej pseudofilozoficznej książki. Może nawet odrobinę jej współczuła. Życie z takim stylem bycia nie mogło być łatwe.
— To nie była przegrana, tylko potknięcie.
Tak, z pewnością ktoś ją gnębił w dzieciństwie.
— Ty to robisz specjalnie? Czy trzeba ci przypieprzyć moc-
Zanim Ley zdążyła dokończyć przytyk, Weronika nagle zachwiała się na nogach. Szpada wyleciała jej z dłoni.
— No bez jaj. — Caroline złapała ją za ramię zanim zdążyła polecieć do przodu i rozbić sobie nos o twarde podłoże. — Japierdole, aż tak mocno to nie dostałaś — burknęła, odrzucając swój miecz na ziemię.
— Co ty robisz? Możemy kontynuować — zaprotestowała Weronika, ale jej głos nie był już tak mocny, niż wcześniej.
— Ktoś mnie jeszcze za to udupi — mruknęła ponuro Caroline, nie do końca delikatnie ciągnąc ją w stronę skrzydła szpitalnego.


Weronika?
────
[723 słowa: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 17 maja 2026

Od Weroniki do Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Historycy uwielbiają mówić o imperiach, jakby człowiek rodził się dopiero wtedy, gdy nauczył się liczyć podatki. A przecież pierwszą oznaką cywilizacji nie było ani pismo, ani prawo — tylko chwila, w której ktoś uznał, że obcy ból jest ważniejszy od własnego głodu. Reszta to już administracja.
Zabawne zresztą, że ludzie przez tysiące lat patrzyli w niebo, zanim wymyślili dla niego poprawne słowo. Najpierw była trwoga, potem poezja, dopiero na końcu gramatyka. Tak samo z miłością: najpierw gotowość do ruiny, później pieśni o ruinie, a dopiero potem moraliści próbujący wszystko ponumerować.
Ale oczywiście współczesny człowiek wierzy, że istnieje dopiero wtedy, gdy zostawi po sobie cyfrowy ślad. To bardzo wzruszające. Mrówki też zostawiają ścieżki.
Zadowolona z siebie Weronika przechadzała się po obozie, klejąc zdania w mentalnym notatniczku. Na punkt honoru postawiła sobie uporządkowanie, złożenie i uszeregowanie pokoi w pałacu pamięci. Wbrew pozorom było to bardziej męczące niż sprzątanie realnego pokoju w swoim domku. Gdzieś musiała uporządkować filozoficzne myśli, tuż obok najlepszych ironicznych odzywek Anno Domini 2025. Daleko gdzieś w tyle zostawiła pokój, zabarykadowany na kilka spustów, w którym trzymała jakiekolwiek informacje związane z Niketasem. Nie, żeby chciała. O wrogach trzeba wiedzieć wszystko, żeby nie zaskoczyli. A Niketas zaskakiwał ku rozpaczy galaxowłosej grupowej domku.
Tak się kręciła, że nie zauważyła, kiedy prawie wpadła na inną dziewczynę. Prawie, bo jej nieskazitelna intuicja w ostatniej chwili kazała jej odskoczyć krokiem zwiewnym, niczym baletnicy. Już miała porządnie ochrzanić prowodyrkę zdarzenia, kiedy zauważyła grymas na znajomej twarzy.
— Och, brutalna siła, która ugięła się pod moją filozofią, ironią oraz szpadą! — Skomentowała złośliwie.
Kojarzyła ją z pojedynku, który w jej myślach był zdecydowanie jednym z lepszych. W końcu wygrała z córką boga wojny. Potomstwo Aresa to nie byle kto, całymi dniami siedzą na treningach, a nocami biją się na poduszki. Są pierwsi do walk na miecze, topory, katapulty i bogowie wiedzą co jeszcze, żeby to dotarło do ciebie, drogi czytelniku, że grupowa domku Ateny pokonała nie byle kogo, żadną tam płotkę… Z gracją baletnicy, językiem ostrym jak brzytwa. W jej głowie.
Zawsze ignorowała resztę obozowiczów, która śmiała coś mówić o tym, że w starciu z Caroline ledwo wygrała, była spocona jak dzik, dwa razy się potknęła w drodze do domu ze zmęczenia. Kiedyś krzyknęła ze złości na swoją siostrę, która mruczała pod nosem, że Caroline pewnie tego dnia miała okres czy tam zły humor, bo tak to by zwinęła Weronikę, jak precelka. Powiedzmy, że była czuła na tym punkcie.
Dziewczyny przez chwilę mierzyły się w niepisanym konkursie, wkładając możliwie jak najwięcej pogardy oraz lekceważenia. To były spojrzenia, którym obdarzało się zazwyczaj zdeptanemu na chodniku robaka. Głównie karalucha.
— Ironicznie to możesz zrobić baranka o ścianę, Weronika. — Odburknęła.
Po czym minęła córkę Ateny.
— Wszystko na świecie jest głupstwem oprócz samego śmiechu. — Skwitowała Weronika.
Po czym ruszyła dalej w swoją drogę. W myślach przeklinała na Caroline, bowiem przez nią powstał bałagan w pokoju „cytaty z literatury na każdy dzień”. Jak można przeszkadzać Nice w czynnościach umysłowych? Niedorzeczne, kiedyś karma spotka tą troglodytkę. Przez chwilę zamyśliła się jednak nad czymś innym. Przecież Caroline wybyła do miasta, prawdopodobnie Nowego Jorku, to czemu tutaj jest? To się nie godzi.
I tak była do tyłu z obowiązkami. Próbowała je nadrabiać, kiedy rusz, tylko dlatego, że utknęła w kiblu na dłuższy czas przez głupie zagrywki Niketasa, który podrzucał jej na spotkaniach grupowych ostre rzeczy. Od których dostawała bólu brzucha. Wyliczyła, że mogła poświęcić czas na myślenie o dzieciakach Aresa na dokładnie 5 sekund w ciągu dnia i limit został przekroczony już dawno.
Przed kolacją atmosfera była spokojna, chociaż Weronika wyczuła pewną nerwowość, kiedy przyszła na plac treningowy. Zignorowała to, że to ona mogła ją wywołać, zamiast tego skupiła się na tym, czy ekwipunek treningowy był zgodny z zasadami HAACP, nie przemieszczał się znienacka i nie był obsmarowany jakimś psikusem Hermesiaków. Połowę mieczy kazała oddać do wyważenia, część do polerowania, ku rozpaczy trenujących.
— Bez dyskusji! To niebezpieczne. Możecie ten czas przeznaczyć na, na przykład, zajmowanie się tymi mieczami! Po co wam miecze, skoro nie umiecie o nie dbać!? Sio mi stąd.
Skrzyżowała ręce i kręciła głową na pozostałe wyposażenie. Rozwalone, zniszczone… wyrzygane? Wolała się nie upewniać.
— Jak zawsze dzieci Aresa muszą przejawiać zwierzęce zapędy. — Skomentowała na głos.
Pałac pamięci miał schowek na miotły, w którym przechowywała zdania na temat innych obozowiczów.
— Dzieci Ateny, jak zawsze, uważają się za lepszych. — Usłyszała z tyłu.
Odwróciła się na pięcie, trochę zbyt nerwowo jak na jej gust, i zobaczyła Caroline. Ważyła ona miecz w dłoni, wymachując nim w powietrzu.
— Bo jesteśmy. Nie ma w tym żadnej filozofii, myśl poleci śmielej i trafi, czego nie można powiedzieć o zwykłym kamieniu.
— Uważaj, żeby ten kamień nie rozbił ci okna samozachwytu.
— Czy to zaproszenie do konfrontacji? Oby nie baletowej, tutaj zwycięzca byłby tylko jeden. — Wsadziła w tą wypowiedź jak największy akcent ironii.
— Ot, sparing. Tylko się nie zafilozofuj na śmierć.
En garde!
Weronika wyciągnęła pierwszą, lepszą szpadę i ustawiła się w pozycji, podobnie jak jej przeciwniczka. Wymieniały się wzrokiem. Weronika zauważyła, że Caroline jest w lepszej kondycji (czyżby Nowy Jork wpływał dobroczynnie na nerwy?), ale nie miała zamiaru się poddawać. Znaczy to tylko, że walka będzie lepsza i może coś wyciągnie z tego sparingu.
Brzdęki szabli się rozległy gwałtownie po terenie. Naprzeciw wykwintnej gracji występowało bezczelnie błoto, blokując możliwość tworzenia, jakże, efektownych piruetów. Jesień uderzyła z całych sił, utrudniając treningi i wspólne posiadówki. Wszystko przez Chejrona, który stwierdził, że półbogowie powinni doświadczyć od czasu do czasu jakiejś gorszej pogody. Wspominał coś o docenieniu słońca oraz możliwości treningu w grząskim terenie, ale Nika wtedy była zajęta walką o ołówek z Grupowym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Caroline widocznie lepiej się czuła w tych warunkach (czy trzeba wspominać coś o zwierzęcych upodobaniach potomstwa Aresa?), wymierzając celne ciosy, które ciężko było sparować. Nika uciekła do tego, co zna najlepiej.
— Ach, nie oczekuj, że dam ci fory. Szczególnie po tej żałosnej walce, w której próbowałaś forsować brutalną siłą!
Zaatakowała.
Caroline niewzruszona odbiła cios.
— Mhm.
— Za to aprobuję rzucenie wyzwania. Zawsze warto próbować chronić honoru swojego rodzica. Czyżby ktoś dostał szlaban za przegranie walki?
— Sądzisz, że Ares zwróciłby uwagę na sparing? A co, twoja matka oglądała i klaskała w dłonie z zadowoleniem? Wow, pojedynek na wykałaczki, super sprawność umysłowa, Weroniko! Dostajesz naszywkę dzielnego skauta. — Odbiła ironią.
Weronice przestało pasować to, że cały czas przeciwniczka była defensywna w walce. Niczym sęp, który wyczekuje błędu ofiary.
— Lepsza naszywka dzielnego skauta niż pochwały od boga dzikusów.
Córka Ateny już miała przygotowany plan, rozstawiony jak figury na planszy. Zrobi zwód, szybki blef, uniknie i wtedy powinna mieć czyste okno do zaatakowania. Rozplanowane co do każdego szczegółu. Dopóki Caroline nie otworzyła ust, niech bogowie ją przeklną na wieki.
— A nie żelki od Niketasa, cukiereczku?
Nika wybałuszyła oczy.
— Co, ale skąd t— Wydukała z siebie.
To wszystko, co mogła powiedzieć, zanim dostała płazem miecza w skroń. Straciła równowagę i wylądowała ogłuszona zadkiem w błotku.
— Brutalna siła i żelki wygrały! — Krzyknęła Caroline do grupy wiwatujących obozowiczów.


Caroline?
────
[1138 słów: Weronika otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]