Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalina Novák. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalina Novák. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 sierpnia 2026

Od Kaliny — „Jednak nie lubię zimy”

CW: ALKOHOL

Mieszkała w Kalifornii od siedmiu lat i od siedmiu lat, rok do roku, powtarzał się ten sam schemat. Jechała na lotnisko w cienkiej bluzie, a w zapasie miała cienką, jesienną kurtkę (bo przecież jest ciepło, prawda?). Po paru godzinach lotu wysiadała w Pradze, wychodziła na zewnątrz i zaczynała żałować roku tęsknoty za śniegiem. Kalina za każdym razem zadawała sobie pytanie, czy na pewno tak bardzo zależy jej na spotkaniu rodziny w Boże Narodzenie. Może wolałaby przylatywać na Wielkanoc? Za rok przylecę na wiosnę - myśli, a dwanaście miesięcy później ponownie stoi na praskim lotnisku i przeklina śnieżycę.
Kiedy była młodsza, matka odbierała ją samochodem z lotniska. Piękne czasy, szkoda tylko, że minęły. Później kobieta uznała, że Kalina jest dość samodzielna, aby móc dojechać z lotniska pociągiem. Zawsze jednak obiecała odebrać ją z pobliskiego dworca, aby dziewczyna nie musiała martwić się zdążeniem na jeden z pięciu busów dziennie, do którego i tak nie miała pewności, czy zmieści się z walizką. Tak miało być i tym razem. Kiedy Kalina zapytała matkę, czy odbierze ją z dworca, otrzymała jednak wiadomość o treści "jestem zajęta, przecież jest blisko, ostatnio przyszłaś sama".
To była prawda, z tą różnicą, że ostatni raz, kiedy Kalina odwiedziła rodzinną miejscowość był w środku lata. Udało jej się wtedy zdobyć tanie bilety w ostatniej chwili, miała ze sobą jedynie plecak, a o osiemnastej było jeszcze ciepło i jasno. Jedynymi faktami, które teraz się pokrywały była godzina oraz brak większego bagażu. Kalina zastanawiała się, czy jest sens brać walizkę. W końcu uznała, że przecież najpotrzebniejsze rzeczy zmieszczą jej się do plecaka, a ubrania ma w domu. Ostatnio to wystarczyło, a teraz nie miało? Po zobaczeniu SMS'a od matki po raz kolejny podziękowała sobie samej za tą decyzję.
W domu miała również zimową kurtkę, której nie zabrała ze sobą do Stanów. Bo i po co? Temperatury w San Francisco nie spadały poniżej dziesięciu stopni, a dziewczynie szkoda było tracić cennego miejsca na zimowe ciuchy. Nie spodziewała się godzinnego marszu przez zaspy śnieżne.
Pierwsze pięć minut Kalina podziwiała widoki. Szła odśnieżonym chodnikiem, mijała pięknie ozdobione budynki i zachwycona robiła wszystkiemu zdjęcia.
Po dziesięciu minutach jesienna kurteczka zaczęła dawać znaki, że może jednak nie jest wystarczająca na zawrotne trzy stopnie, a dziewczyna powinna była wziąć coś grubszego.
Kolejne pięć minut później wyszła z centrum miasta. Ozdoby świąteczne stały się coraz rzadsze i zaczęło się robić coraz zimniej. Po chwili skończył się odśnieżony chodnik.
Po dwudziestu minutach Kalina odważyła się wyciągnąć zmarznięte ręce z kieszeni. Wyjęła telefon i wysłała przyjaciółce kilka wiadomości, w których narzekała, że jednak nie lubi zimy, uwielbia te zabójczo wysokie temperatury na które narzekała całe lato, a tak w ogóle to nigdy więcej nie przyleci do Czech w zimie. Zdziwiona zauważyła, że Amanda od razu odczytała. To u niej nie była jakaś trzecia w nocy? Nie poczekała na odpowiedź - wolała nie ryzykować odmrożeniem palców.
Niedługo później stanęła przed trudnym wyborem. Mogła iść pół godziny chodnikiem lub dziesięć minut przez las. Wybór był prosty. Szkoda tylko, że w tych dziesięciu minutach nie uwzględniła ciemności, zimna i zasp po kolana. Dziesięć minut zamieniło się w trzydzieści, a Kalina zaczęła kwestionować wszystkie wybory, których dokonała przez ostatnie kilka lat.
Kiedy w końcu dotarła na miejsce była głodna, zmęczona, zmarznięta i przemoczona. Była prawie pewna, że następnego dnia obudzi się z katarem (oby tylko), a biedne fioletowe trampki nie wyschną do dnia jej wyjazdu. Kiedy dochodziła do klatki schodowej czuła się, jakby była już w domu - przypomniała sobie, że w postsowieckich blokach nie ma kamer, a ona przecież może latać. Kiedy jednak weszła do środka, usłyszała rozmawiające na korytarzu sąsiadki, a jej marzenia zostały zniszczone. Z trudem wdrapała się na drugie piętro i stanęła przed drzwiami. Czuła się tak, jakby przed chwilą wpadła do rzeki po pas. Jak Anna z "Krainy Lodu", której sukienka dosłownie zamarzła.
Sięgnęła do kieszonki w plecaki i zaczęła grzebać. Wyczuła w niej telefon, portfel, ładowarkę, coś… mokrego? Klucza jednak nie było. Głośno westchnęła i nacisnęła dzwonek do drzwi. Raz, drugi raz, trzeci, dziesiąty. W międzyczasie minęła ją jedna z rozmawiających wcześniej sąsiadek.
— Dzień dobry — przywitała się, nawet nie wymuszając uśmiechu.
— Dzień dobry Kalinko! Matko, jak ja cię dawno nie widziałam… — kobieta, mocno trzymająca pieska na smyczy, na szczęście nie zatrzymała się na kolejną pogawędkę. Zwierzę ciągnęło tak mocno, jakby chciało powiedzieć coś w stylu "Albo idziemy JUŻ, albo będziesz po mnie sprzątać!"
W końcu usłyszała dźwięk przekręcania klucza. W drzwiach stanęła, a raczej oparła o ścianę, jej matka. Kalina spojrzała na nią odkarżycielsko.
— Obiecałaś, że przyjedziesz.
— Taak? — Kobieta nie wyglądała na przejętą. — Nie pamiętam.
Kalina bez słowa rzuciła plecak na korytarz i weszła do kuchni. Przywitał ją stos naczyń w zlewie (ciekawe kto będzie musiał je umyć), a na blacie stały puste butelki, głównie po winie.
— Na ciebie zawsze można liczyć — westchnęła słysząc, że matka poszła za nią. — Dzięki.
— Nie ma za coo.
Kalina wzięła do ręki czajnik i bez słowa minęła matkę. Nie miała siły robić miejsca w zlewie i postanowiła po prostu napełnić go w łazience. Przy okazji w końcu zdjęła mokre buty i skarpetki.
— Mílaaa, z kim rozmawiasz? — Z sypialni kobiety usłyszała obcy, męski głos. Przez sekundę myślała, że może jej ojciec postanowił wrócić, ale gdy tylko wyszła z łazienki, jej oczom ukazał się blondyn w bokserkach. Tak na oko, może kilka lat starszy od niej samej. — Długo jeszcze?
— Kto to jest? — spytała z rezygnacją, nawet nie oczekując zadowalającej odpowiedzi. Przynajmniej dowiedziała się co tak naprawdę przeszkodziło kobiecie w odebraniu jej z dworca.
Matka jedynie uśmiechnęła się szeroko, chwyciła jedną z butelek wina i popędziła w objęcia mężczyzny. Kalina odprowadziła ją wzrokiem z niedowierzaniem. Czy była zaskoczona? Nie, ani trochę. Zawiedziona? Jak najbardziej. Postawiła czajnik na kuchence i starając się nie patrzeć w stronę sypialni, do której pijana para postanowiła nie zamykać drzwi, poszła do swojego pokoju.
— Kalinko, skarbie — zawołałą ją jeszcze jej matka. — Nie masz może ochoty iść do jakiejś koleżanki? Albo na spacer?
— Nie ma opcji.
Weszła do pokoju, zatrzasnęła drzwi i w mokrych ciuchach rzuciła się na łóżko. Wtuliła twarz w poduszkę i zaczęła płakać. Teraz już była pewna - nigdy więcej nie wróci do domu na święta.


────
[1013 słów: Kalina otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ładne — zgodziła się Isobel, przyglądając się trzymanym przez Kalinę kolczykom.
— To chyba jakaś pawica — zastanowiła się dziewczyna. — Albo… nie wiem, ciężko stwierdzić jaka. Ale coś z oczkami.
— Paź królowej? — Isobel powiedziała na głos pierwszą, lepszą nazwę, która wpadła jej do głowy.
— One są inne — pokręciła głową Kalina. — Takie żółto-czarne. O, a może nastrosz półpawik… chociaż on chyba miał mniej oczek. Albo…
— Jezu, i ty to wszystko pamiętasz? — zdziwiła się Isobel, słuchając kolejnych nazw rzucanych przez Kalinę.
— Albo po prostu jakiś nieistnieją-… co? — wyrwana z motylego transu Kalina spojrzała zdezorientowana na Isobel, na co dziewczyna zareagowała śmiechem.
— Może się mylę, ale chyba lubisz motyle — stwierdziła i zaśmiała się ponownie. Tym razem powodem śmiechu był nieplanowany rym. — Masz jakiegoś ulubionego?
— O kurcze, na pewno mam — zastanowiła się. — Właśnie te pawice są super. Na przykład pawica gruszówka jest świetna, taka szaro-zielona. I one mega ładnie się nazywają po łacinie. Saturnia jakaśtam. Jak saturn, mega im pasuje.
— Tak kosmicznie.
— I wyglądają kosmicznie! Jest na przykład pawica atlas, która zamiast kropek ma trójkąty — opowiadała rozemocjonowana. — Dosłownie jak nie z tej ziemi! Czekaj, pokażę ci.
Kalina odłożyła kolczyki z powrotem na regał i sięgnęła do kieszeni po telefon. Już chciała wybrać ikonkę przeglądarki, ale zamiast okna wyszukiwania na ekranie pojawiło się wielkie powiadomienie. „Pozostało 5% baterii. Twoje urządzenie wyłączy się za 30… 29… 28…". Zdążyła jedynie zobaczyć urywek wiadomości od Amandy. Coś o lampie i pieczarce za półtora dolara? Zanim jednak zdążyła dowiedzieć się, o co chodzi, ekran zmienił kolor na czarny. Z westchnięciem włożyła telefon z powrotem i wzruszyła ramionami.
— A jednak nie — wyszczerzyła zęby w głupim uśmiechu. — Zwykle zapominam telefon z domu i zostawiam go na kablu, a teraz całkiem zapomniałam go naładować — wytłumaczyła się.
— Nic się nie stało, kiedyś zobaczę — odparła Isobel z uśmiechem. — Mi też się zdarza.
— Wiesz co? Chyba serio je wezmę, lampy i tak tu nie znajdę — Kalina znowu zaczęła przyglądać się kolczykom. — Są ładne, nawet jeśli nie są niczym konkretnym.
— To prawda, super są. Ja chyba też nie znajdę tu doniczki — Isobel ostatni raz rzuciła okiem na ogrodniczą alejkę. — Miało być tanio i dobrze, a jest droga tandeta. Idziemy stąd? — zaproponowała.
— Jasne, tylko pójdę zapłacić.
Kilka minut później wyszły ze sklepu. Stojąc na chodniku, Kalina zajęła się odpakowywaniem kolczyków i zamienianiem ich miejscami z tymi, które miała na sobie jeszcze przed sekundą. Isobel rozglądała się dookoła, próbując wypatrzeć miejsce, do którego mogą się udać.
— Szukamy innego sklepu? — zaproponowała Kalina, gdy w końcu uporała się z kolczykami.
— Wiesz co? Nie chce mi się za bardzo — stwierdziła Isobel, niechętnie analizując szyldy pobliskich lokali.
— Tu blisko chyba i tak nie ma nic ciekawego, musiałybyśmy pójść gdzieś dalej.
— Nie chcesz może iść do jakiejś kawiarni? Jakiejś taniej? — zapytała Isobel po chwili ciszy. — Przy okazji poszukamy toalety — dodała ciszej ze śmiechem.
— Mieszkam niedaleko — Kalina jakby odruchowo wskazała głową kierunek. Ścisnęła w kieszeni drobniaki, które zostały jej po zakupie kolczyków. To był drogi interes… ale dla motyli było warto. — Może wpadniesz na herbatkę?
— Jasne! — odpowiedziała żywo, nie ukrywając zadowolenia z braku konieczności wydawania pieniędzy na overpriced kawę tylko po to, żeby dostać dostęp do kawiarnianej łazienki.
— Okej, a wracając do motyli…
Kalina prowadziła Isobel najpierw chodnikiem, a później osiedlowymi skrótami, którymi po zmroku odważyłby się iść co najwyżej dresiarz albo idiota. Po drodze opowiedziała jej o zmrocznikach, które w większości zdobią ładne paseczki. Szczególną uwagę zwróciła na zmrocznika oleandrowca, który podobnie jak pawica atlas, wyglądał jak przybysz z innej planety. Isobel dowiedziała się również o wstęgówkach, które zostały porównane przez Kalinę do włosów, które może i mają najnudniejszy kolor świata, ale ich spód, przez większość czasu ukryty, pofarbowany jest na przepiękny, żywy róż, czy błękit.
— Jest jeszcze cerura vinula — przypomniała sobeie. — Nie pamiętam angielskiej nazwy, ale łacińska brzmi jak rura. I jej gąsienica też wygląda jak taka rura.
— Jak rura? — wizja gąsienicy-rury wydała się Isobel bardzo interesująca.
— No, jakby ciągle coś pożerała — zaśmiała się Kalina. — Albo jakby była czymś wiecznie zawiedziona.
— Skąd ty to wszystko wiesz? — zaciekawiła się Isobel. — W sensie, skąd w ogóle pomysł, żeby się tym zainteresować?
— Kilka lat temu kupiłam na lotnisku atlas, no i tak jakoś wyszło — odpowiedziała Kalina po chwili zastanowienia. — Usłyszałam, że na obozie… na który wysłała mnie matka, będą nam zabierać telefon i spanikowałam, że się zanudzę — zaśmiała się.
— Jakiś obóz dla niegrzecznych dzieci? — zaśmiała się Isobel. — Ciebie też na takie wysyłali?
— A żebyś, kurwa, wiedziała. Jesteśmy.
Kalina musiała wysilić mózg, aby przypomnieć sobie kod do domofonu. Zwykle otwierała te drzwi tak po prostu, przypadkowym kluczem z kieszeni, ale nawet jeśli była to wina trefnego zamka (co wyjaśniałoby częstą obecność meneli), nie chciała tego robić przy Isobel. Na szczęście zasada „do trzech razy sztuka” sprawdziła się idealnie i trzecia próba okazała się udana.
— Zapraszam, drugie piętro — otworzyła drzwi i puściła Isobel przodem. — Mam nadzieję, że współlokatorka nie zostawiła bałaganu — dodała żartem. W rzeczywistości bardziej martwiła się o swój bałagan. Najbardziej stresujący był fakt, że nie miała pojęcia, gdzie zostawiła używaną obecnie jako piżamę, obozową koszulkę. Były trzy opcje — pod kołdrą, na krześle, albo na wierzchu w łazience. Pozostało liczyć na to, że Isobel nie skojarzy spranego SPQR z obozem dla półbogów, a co najwyżej częstym myśleniem o Starożytnym Rzymie.


Isobel?
────
[854 słowa: Kalina otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 12 lipca 2026

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ale zajebista! — Kalina podbiegła do Isobel i zaczęła oglądać krokodyla ze wszystkich stron. Wyglądała naprawdę ciekawie, była niewielka, na baterie, a przy okazji nie aż tak dziwna, żeby spotkać się z dezaprobatą Amandy.
Piękny sen skończył się, kiedy przejęła lampę od dziewczyny i, w poszukiwaniu cenówki, odwróciła do góry nogami. Miała nadzieję, że lampa będzie w miarę tania. Była poobijana z kilku stron i wymagała zamalowania ubytków w farbie, co powinno obniżać jej cenę. Plus, z definicji, używane rzeczy powinny być tańsze. Spojrzała na cyfrę z niedowierzaniem, upewniając się, czy na pewno nie patrzy na nią od złej strony. Isobel, zainteresowana reakcją Kaliny, nachyliła się nad przedmiotem i spojrzała na przyklejoną na podstawce metkę.
— Bóg ich opuścił — westchnęła Kalina, delikatnie ostawiając krokodyla na półkę. — I to nie jeden.
— Wszyscy bogowie świata — skrzywiła się Isobel. — On jest ze złota, czy co?
— Ceni się, skubany — wystawiła krokodylowi język i spojrzała na niego urażona. — Ciekawe, ile bierze za noc — zaśmiała się.
— Może dodali jedno zero za dużo? — dziewczyna ponownie spojrzała na spód krokodyla, zupełnie tak, jakby cena przez te kilka sekund miała ulec zmianie. — Albo inna waluta? Jest sama cyfra.
— Co tu jest blisko? Meksyk? Bo koron się nie spodziewam — odparła ironicznie, niezbyt przekonana. — Proszę cię, oni nie wiedzą o istnieniu innych walut — przewróciła oczami, a dopiero później przypomniała sobie, że nie ma pojęcia skąd pochodzi Isobel. — Bez urazy, nie wszyscy Amerykanie…
— Wyglądam na Amerykankę? — zdziwiła się. — Rany, jak chciałaś mnie urazić, to tym — dodała żartobliwie.
— A to nie jesteś stąd? — nie wiedziała, czy ma odetchnąć z ulgą, czy panikować, że naprawdę obraziła Isobel. Zamiast tego postanowiła zacząć się tłumaczyć. — Znaczy, nie, nie wyglądasz! Po prosty zdziwiłam się, że ktoś tu przyjechał z własnej woli… znaczy, ja też, ale ja tu mieszkam pół życia, ale to inna sprawa, nieważne. Nie uważam, że jesteś głupia, w życiu! Wydajesz się super, po prostu… dobrze mówisz po angielsku? — uśmiechnęła się głupio, gotowa do ucieczki. Podczas pobytu w obozie spotkała ludzi z całego świata. Nie powinna być zdziwiona, zwłaszcza w tym mieście. — PRZEPRASZAM! Już przestaję mówić!
— Ja też… nie słychać ak… NIE PRZEPRASZAJ! — Isobel próbowała wbić się w krótkie przerwy, jakie robiła Kalina na wzięcie oddechu. Za każdym razem dziewczyna zdołała ją przegadać, co nie zdarzało się za często. — jestem ze Szkocji — wyjaśniła w końcu.
— To dlatego jesteś ruda! — wypaliła od razu Kalina, nie zastanawiając się nad brzmieniem jej słów.
— Ee… chyba?
— AAAA TO NIE MIAŁO BRZMIEĆ ŹLE! — spanikowała. — Rude włosy są super! Chciałam kiedyś pofarbować się na rudo, ale farba była dziwna i skończyłam żółta jak kurczak. A potem stwierdziłam, że super będzie przykryć to fioletowym no i wyszło jeszcze większe gówno. Kiedyś to zrobię.
— Tak, są ładne — przytaknęła Isobel. — Ale… ludzie przez nie mylili mnie z matką, nie wiem, teraz matka mieszka daleko więc chyba mi się podobają. No i-
— Twoja matka też jest ruda?! — wybuchła Kalina. — Damn, cała rodzina rudych, ale super! Prawdziwa szkocka rodzina… A może to w Irlandii było… jeden ciul. Twój ojciec też jest rudy? A chodzi w kilcie? I gra na tym… jak to było? Dudach? Naprawdę tak jest???
— Tak właściwie- to raczej w święta…
— Nieeee, teraz to ja brzmię jak głupia baba ze Stanów, przepraszam!
— Spoko, one są raczej głupie w inny sposób — zaśmiała się Isobel. — Ostatnio taka jedna była zaskoczona, że w piwie jest alkohol, bo przecież nazywa się piwo. O albo inna się zdziwiła, że wyprosiliśmy ją jak przyszła z małym dzieckiem.
— Pracujesz w jakimś barze? — zainteresowała się Kalina.
— Tak — przytaknęła. — Innym razem przyszła jakaś Karen z pretensją, że świeżo lane piwo nie smakuje jak smakowe ze sklepu. Głupia pizda, chciała zwrot kasy.
— To u mnie w kawiarnii ostatnio chciała latte bez mleka, albo inna chciała ode mnie zniżkę pracowniczą… której nawet nie mam!
— Przynajmniej czasem potrafią być zabawne — zaśmiała się. — Co z tą lampą?
— Lampą? — Kalina zdążyła na moment zapomnieć, że szukała lampy. — A kij z tą lampą, znajdę gdzieś indziej, ty szukałaś doniczki, nie? O albo wczoraj jakaś baba wylała na siebie kawę i miała pretensje DO MNIE, że się nią pobrudziła. I jeszcze chciała nową.
— No, patrzyłam na nie- — przytaknęła, kiedy Kalina znowu zaczęła mówić. — U mnie przynajmniej raz w tygodniu pijane chłopy wylewają tak piwo! I też pretensje!
— Podziwiam, że ich obsługujesz — stwierdziła poważniejszym tonem. — Mi się o dziwo nie zdarzyło obsługiwać chlejusów… Nie mogłabym tak.
— Nie no, niektórzy są spoko. To są raczej… powiedzmy, że wyjątki.
— Ale te wyjątki są najgorsze — przytaknęła.
Wolnym krokiem ruszyły w stronę doniczek, na kilka sekund przerywając rozmowę. Ta krótka cisza trwała jednak za długo. Pierwsza odezwała się Kalina.
— Wiesz co? Trochę ci mimo wszystko zazdroszczę.
— Pracy w barze? — Isobel spojrzała na nią zaskoczona. Dopiero co powiedziała, że nie byłaby w stanie tam wytrzymać, a teraz zmieniła zdanie?
— Nie! W życiu — zaśmiała się. — Tego, że wiesz do kogo z rodziny jesteś podobna.
— Serio? — dziewczyna nie wiedziała, czy bardziej zdziwiłaby ją poprzednia opcja, czy może jednak ta. — Możemy się zamienić — odparła, wysilając się na uśmiech.
— W sensie, cała rodzina mojej matki ma raczej ciemne włosy, a ja jestem blondynką. Nie wiem jak działają geny, pewnie jakiś dziadek miał jasne, ale nie znam go, więc się nie liczy.
— Przynajmniej możesz się do nich nie przyznawać — zaśmiała się Isobel, a Kalina ze śmiechem przyznała jej rację. — A ojciec?
— Nie wiem, widziałam go lata temu — przyznała. — Pewnie siedzi najebany i zbiera truskawki. Może i miał blond… albo już siwe… nie pamiętam.
— Truskawki? — ożywiła się nagle Isobel, w głowie której pojawił się obraz pijanego Dionizosa na polu truskawek. Szybko jednak wyrzuciła tą myśl z głowy. Jakby Kalina rzeczywiście była jego córką, poznałyby się lata temu.
— W Holandii — wyjaśniła szybko. — Wiesz, ten mem że się pojedzie na truskawki do Holandii… i legalne narkoty- z resztą co ja pierdolę, to nie jest nawet mój ojciec.
— To może ten prawdziwy jest blondynem — zauważyła Isobel.
— Może… nie, raczej nie.
— A skąd wiesz?
— Przeczucie — zaśmiała się Kalina. — Nieważne, sorry, dość o mnie.


Isobel?
────
[975 słów: Kalina otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny CD Vex — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Kurwa — wyszeptała pod nosem Kalina, starając się nie roześmiać w twarz stojącego centralnie przed nią kanara. Ich sytuacja wyglądała tak, jakby któreś z nich wypowiedziało przed chwilą słowa '”gorzej już nie będzie” albo „teraz na pewno uciekliśmy”. A nie, chwila.
— Jest bilecik? — mężczyzna przeszywał jej duszę pustym spojrzeniem, zmęczonego życiem nudziarza.
— Sekundka, bo się wywrócę — uśmiechnęła się do niego i kucnęła na podłodze aby zawiązać buta, a przy okazji zebrać myśli. Jednocześnie wykorzytała, że znajduje się bliżej uszu Vex niż kontrolera. — Udawaj, że zasypiasz — szepnęła do niego.
Wyprostowała się po paru sekundach, mając nadzieję, że Vex posłusznie wykona polecenie. Kątem oka widziała grymas na jego twarzy, ale na szczęście heros zamknął oczy.
— Minęła — powiedział kontroler zniecierpliwiony.
— Panie k… kochany konduktorze…? kontrolerze? Jak to się nazywa? — zaczęła Kalina, próbując kupić im tyle czasu, ile tylko będzie w stanie. Żałowała, że wszystkie wyścia z metra znajdowały się tak daleko. Mimo wszystko miała nadzieję, że uda im się dotrwać do najbliższej stacji i szybko uciec. Miała plan, ale nie liczyła na jego powodzenie. — No, sprawa wygląda tak…
— Słucham — wymamrotał. Domyślał się, że czeka go długa rozmowa, która z pewnością przedłuży jego pracę o dwa, lub trzy przystanki.
— Proszę pana, nie mamy biletów, ale mamy powód — powiedziała z kamienną twarzą. — Bardzo dobry powód i jeśli da nam pan mandat, będzie to znaczyło, że nie ma pan serca.
Twarz kontrolera biletów wyrażała jednocześnie irytację, znudzenie i coś w stylu „kobieto, przyjmij ten mandat i daj mi spokój”. Kalina widząc to wzięła głęboki oddech i spojrzała szybko na Vex. Musiała pomyśleć nad odpowiednim doborem słów, żeby jednocześnie wyjść z pociągu bez utraty ani dolara oraz nie zginąć z rąk herosa. Nie wiedziała, które było trudniejsze.
— No, słucham — ponaglał ją mężczyzna. — Bo kończy mi się cierpliwość.
— Bo widzi pan… mój przyjaciel jest bardzo, ale to bardzo chory… — Kalina wysiliła się na smutny ton, który nie wskazywał na chęć roześmiania się. Starała się nie patrzeć na wkurwione Vex, bo to skończyłoby się tragedią. — To była nagła sytuacja.
Kontroler uniósł brew, niezbyt przekonany. Dziewczyna widziała, jak patrzy na Vex oceniająco. Pewnie w pracy spotkał już mnóstwo osób, które w celu uniknięcia mandatu wmawiały mu to samo… ale wąsy tlenowe nastolatka wyglądały przekonująco.
— Mój przyjaciel ma bardzo duże problemy… jak pan pewnie widzi, prawie umiera… — szeptała Kalina, próbując brzmieć bardzo emocjonalnie. Była słabą aktorką, ale miała nadzieję, że jest choć trochę przekonująca. — Nagle… nagle dostał ataku… zaczął się dusić… musimy jak najszybciej dostać się do… — rozejrzała się jeszcze raz, w poszukiwaniu tablicy z wypisanymi przystankami. Niestety jej nie znalazła. — Do jego lekarza…
— Ojej, rozumiem… — w oczach mężczyzny pojawiły się łzy. Chyba to kupił. — Daleko jedziecie? Może wam pomóc?
— Jeszcze jeden przystanek, damy sobie radę… — odpowiedziała czując, że jeszcze trochę, a zepsuje wszystko wybuchem śmiechu. Albo wybuchem złości Vex, kto wie. — Wie pan, to jest taka straszliwa, niezidentyfikowana choroba… proszę o wyrozumiałość i litość…
— Rozumiem, przepraszam… — odparł smutnym, zatroskanym głosem.
— Taki los w tak młodym wieku… — wtrąciła się stojąca obok pani. Dokładnie ta, która wcześniej stanęła na sznurówce Kaliny. — To straszne…
— Prawda? — zgodziła się z nią nastolatka. — To jak będzie, odpuści nam pan mandacik?
— Proszę im podarować… to dobre dzieci — poparła ją kobieta.
— Oczywiście, jedźcie dokąd tylko potrzebujecie — odpowiedział kontroler. — Zdrowia dla kolegi — z tymi słowami wyminął Kalinę i zniknął w grupie pozostałych pasażerów. Pojazd w końcu zaczął zwalniać. Kalina odetchnęła z ulgą i już miała powiedzieć coś do Vex. W porę jednak przypomniała sobie o drugiej rozmówczyni. Westchnęła zniecierpliwiona.
— To straszny los… — kontynuowała kobieta. — Jak chcecie, znam dobrego pulmonologa… może będzie w stanie mu pomóc. Gdzieś tu mam kontakt do niego… — zaczęła grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu komórki.
Kalina próbowała zasłaniać przed jej wzrokiem Vex, które siedziało nawet nie wkurzone, a wkurwione. Ze wszystkich sił starało się powstrzymać przed zabiciem dziewczyny w tej sekundzie, jednocześnie wysypując ich kłamstwo.
— Dziękujemy, ale jest w dobrych rękach — odpowiedziała z uśmiechem, niecierpliwie zerkając w stronę drzwi. — Przepraszam, już wysiadamy.
Pociągnęła Vex za rękaw i nie patrząc za siebie, ruszyła do wyjścia. Jedyne, na co miała nadzieję to to, że kobieta nie zacznie nagle krzyczeć na widok śmiertelnie chorego nastolatka, który nagle się ożywił i popierdalał żwawo przez cały wagon. Jeszcze tego im brakowało.
— CZY CIEBIE, KURWA, POJEBAŁO?! — krzyknęło Vex jak tylko udało im się opuścić metro. Nie przejmowało się pozostałymi ludźmi w tunelu, nawet tymi, którzy widzieli wcześniejszy teatrzyk. — CO TO, DO CHOLERY JEBANEJ, MIAŁO BYĆ?
— Nie ma za co — wyszczerzyła się, dumna z siebie.


Vex?
────
[731 słów: Kalina otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

piątek, 10 lipca 2026

Od Kaliny CD Vex — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Nie! — zaprzeczyło stanowczo, rozmasowywując obolały policzek. — Przywidziało ci się! — dodało, widząc, jak Kalina otwiera usta.
Kalina, której w końcu udało się opanować wybuch śmiechu, spojrzała na niego badawczo. Jednocześnie starała się patrzeć na chodnik za Vex — wypatrując babcię oraz samo Vex, czy przypadkiem się nie zatacza. Zirytowane dziecko Marsa najwidoczniej musiało to dostrzec, bo cofnęło się od niej o krok, czy dwa.
— Wszystko okej? — zapytała w końcu.
— Oczywiście — wzruszyło ramionami Vex, próbując wyczuć, czy na jego twarzy przypadkiem nie pojawia się wielki siniec. Jeśli się pojawi, przynajmniej będzie pasował mu do włosów… póki nie zzielenieje.
— Ale na-
— Zamknij się — urwało, w końcu przestając dotykać swoją twarz. Wzięło głęboki oddech, zmrużyło oczy i spojrzało na dziewczynę. — Co ty odpierdalasz?
— To znaczy? — zaśmiała się głupkowato, uciekając wzrokiem. — Nie wiem, teraz na przykład stoję.
— Kurwa, pytam serio. Co jej zrobiłaś?
— Nic- — kątem oka Kalina dostrzegła starszą panią, która nie poddając się, nadal podążała ich śladem. Szybsze dreptanie było teraz wolnym dreptaniem, ale złowieszcze wymachiwanie telefonem pozostało. Dziewczyna była pod wrażeniem jej kondycji, bo mimo sędziwego wieku kobiety, tej mógłby jej pozazdrościć niejeden przeszkolony heros. — Jak ten pierdolony ślimak — westchnęła.
— Jaki, kurwa, ślimak?
Nie czekając na reakcję towarzysza, Kalina złapała Vex za rękę i zaczęła uciekać wolnym, ale szybszym niż zwykły chód tempem. Skręciła w kolejną uliczkę i zaczęła rozglądać się za miejscem, które nie będzie na widoku. Słabe krzyki kobiety stawały się coraz głośniejsze i Kalina miała wrażenie, że ogląda jakiś słaby horror, którego fabuła polega na tym, że główny bohater jest goniony przez niezidentyfikowane stwory, wydające niepokojące odgłosy. W tym przypadku potwór był zidentyfikowany — była nim zwykła staruszka, a niepokojące odgłosy brzmiały mniej więcej „złodzieje! wandale! niewychowana młodzież!”, a słowa oddzielały przerwy na zaczerpnięcie tchu.
— Po schodach nas nie do- — pomyślała, a przy okazji wypowiedziała własne myśli na głos. Po chwili, gdy już skręciła w stronę klatki schodowej, przypomniała sobie, że idzie z Vex. — Albo może i nie.
— Chodź tu — Vex zaciągnęło ją gdzieś na bok.
Wpadli do pierwszego lepszego sklepu spożywczego. Był to typowy sklepik osiedlowy, gdzie sporą część klientów stanowili pijani panowie i starsze panie, przychodzące na ploteczki. W tej chwili jednak wydawał się idealnym schronieniem mimo zaskoczonego wzroku kasjerki. Kalina zniknęła między regałami, a Vex dogoniło ją po parunastu sekundach, walcząc o każdy oddech i marząc o chwili spokoju.
— Może tu nie wejdzie — stwierdziła wesoło Kalina, dostrzegając kątem oka Vex. Z udawanym zainteresowaniem czytała etykiety smakowych piw na regale, udając, że nie widzi czerwonej od wysiłku i wkurwienia (zwłaszcza wkurwienia) twarzy herosa. — Mango-banan? Fu, ktoś to pije?
— Nie zmieniaj tematu — irytację w głosie nastolatka dało się usłyszeć w całym sklepie. — Wpadasz na mnie… przerywasz mi PRACĘ, ciągasz po mieście… rodzinę jej zabiłaś?!
— To ty złamałoś prawo, nie ja — wzruszyła ramionami. — Nie boli cię ta głowa?
— To ciebie nazwała złodziejem — zauważyło ostro, a na pytanie odpowiedziało zabójczym spojrzeniem. — Co jej ukradłaś? Pokaż, ocenię czy było warto — dodało szeptem.
— Nic nie mam! — uniosła obie ręce ku górze, jakby Vex było co najmniej policjantem. — I nie krzycz, bo nas stąd wyrzucą.
— To ty krzyczysz! — odparło wkurzone Vex. — I kłamiesz! Jakbyś jej nie okradła, nie byłoby problemu!
— Nie mam ani jednej jej rzeczy! — tłumaczyła się Kalina. Była gotowa w desperacji wywrócić na lewą stronę wszystkie sześć kieszeni. Za bardzo obawiała się jednak ilości śmieci i innych, przypadkowych przedmiotów.
— Akurat.
— Naprawdę, oddałam jej — zaśmiała się. — Nie moja wina, że jest ślepa.
— Ja pier- dzień dobry! — wyraz twarzy Vex zmienił się w sekundzie.
Za Kaliną stała pracownica sklepu. Z założonymi na piersi rękami uważnie słuchała ich rozmowy, gotowa na ewentualną konfrontację.
Dziewczyna niepewnie odwróciła głowę do tyłu i odskoczyła wystraszona na widok kobiety. Cudem nie uderzyła w regał pełen szklanych butelek. Całe szczęście, bo nie uśmiechało się jej płacić za zmarnowany w ten sposób alkohol. Stanęła obok Vex i po prostu wybuchnęła śmiechem.
— Do widzenia — kobiecie najwidoczniej nie było do śmiechu. — Złodzieje.


Vex?
────
[638 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Od Kaliny do Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

'Co myślisz?'
'Pojebało cię?'
Z westchnięciem odłożyła telefon do kieszeni i wróciła do spaceru między regałami. Była na misji. To znaczy, sama nazwała to zadanie misją - tak było ciekawiej. Poprzedniego wieczoru zepsuła lampkę w mieszkaniu i obiecała Amandzie, że ją odkupi. Z pozoru prosta sprawa, ale byłaby jeszcze prostsza, gdyby jej współlokatorka nie krytykowała każdej znalezionej przez nią opcji. Przed chwilą zanegowała świecącego tyranozaura, wyskakującego z jaja, a gdy Kalina wysłała jej psa, który ma na głowie żyrandol (a przy okazji robi kupę), kazała jej znaleźć normalny sklep.
Problem tkwił w tym, że Kalina już była w „normalnym sklepie” i patrzyła na „normalne” lampy. Ich pierwszym problemem był fakt, że są nudne jak flaki z olejem. No bo kto chciałby mieć na biurku zwyczajną, szarą czy niebieską lampę, kiedy może mieć kurę znoszącą świecące jajo? Na właśnie taką kurę teraz patrzyła i widziała jej same zalety. Była jasna, oryginalna, a przede wszystkim tania. Dużo tańsza niż nowe, szare abażury. Może była delikatnie uszczerbiona, ale to nie ujmowało jej urokowi. Wysłała zdjęcie Amandzie, a odpowiedź dostała niemal od razu.
'Japierdole.'
'Wiesz co?'
'Obojetne mi to juz, nie mam czasu'
'Sama cos wybierz, przezyje jakos'
'BYLE NIE TO'
Szybko odpisała jakieś „oki <333" i zadowolona wróciła na początek działu z lampami. Postanowiła przejrzeć wszystkie opcje jeszcze raz, bez stresu o aprobatę współlokatorki. Ponownie przyjrzała się wiszącej małpie, trzymającej żarówkę, kotu o świecących oczach, krasnalowi ogrodowemu oraz kilku dinozaurom. W końcu jej uwagę przykuła doniczka w kształcie głowy ze stopami i tym sposobem trafiła na dział ogrodniczy. Donice okazały się być jeszcze ciekawsze niż lampki. Jedne były w kształcie butów, drugie ludzików i gnomów, a trzecie zwierząt. To właśnie przy tych ostatnich kucała rudowłosa dziewczyna, przyglądająca się właśnie doniczce w kształcie słonia.
— O matko, jaka fajna! — odezwała się Kalina, podchodząc do nieznajomej.
— Prawda??? — uśmiechnęła się tamta w odpowiedzi. — Szkoda, że taka droga.
— Ew — Kalina spojrzała na wskazywaną przez nią cenę. — Za wielka, żeby wynieść oknem — zaśmiała się.
Doniczka rzeczywiście była wielka. Tak właściwie, była to raczej donica. Stojący na płytkach słoń sięgał dziewczynie do kolan i wyglądał, jakby był odlany z betonu.
— A wiesz jaka ciężka? — spytała w odpowiedzi. — Jak słoń.
Słowa Isobel rozśmieszyły Kalinę bardziej niż powinny, na co tamta również zareagowała śmiechem. Już miała się pożegnać i odejść, ale wpadł jej do głowy pewien pomysł.
— Wyglądasz na kogoś, kto ma dobry gust — stwierdziła i nie czekając na reakcję dziewczyny bardziej stwierdziła, niż spytała: — pomożesz mi.
— Okej — Isobel wyglądała na zaskoczoną, ale bez wahania się zgodziła. — W czym?
— W wyborze lampy — odparła i zaczęła iść w stronę działu z lampami. Po drodze postanowiła zapobiec niezręcznej ciszy i opowiedzieć historię starej lampy. — No bo, muszę kupić nową lampkę, bo poprzednia się zepsuła. Znaczy, teoretycznie to ja ją zepsułam, ale to przecież nie moja wina, że Amanda, w sensie moja współlokatorka, postawiła ją na stole w kuchni. Puzzli sie jej zachciało. Od miesiąca blokuje stół. No i przeciągnęła kabel przez całą kuchnie, ktoś musiał w końcu się na tym wywrócić, nie? Więc fajnie by było jakby ta była na baterie. No i muszę kupić nową. I teoretycznie powinnam kupić taką samą… ale ona była brzydka. Nie szkoda mi jej. Poza tym, takie były tylko w sklepach meblowych a tam jest za drogo. Gorzej niż ten słoń. Tu jest taniej. No i pokazywałam Amandzie różne opcje, ale nic jej się nie podobało no i w końcu stwierdziła że ma to w dupie i kazała mi wybrać samej. A ja nie wiem która jest najfajniejsza… — opowiadała w tempie dorównującym katarynce. Isobel nawet nie próbowała jej przerywać. W końcu wskazała palcem na kilka opcji. — Myślałam o tej, tej, tej… i może o tej. O i ta jest fajna. Tamte też mają potencjał, ale na nie nie patrz bo są za drogie — wskazała na najwyższą półkę.
— Ale ktoś musiał mieć kolekcję — zaśmiała się Isobel przypominając sobie, że są w sklepie z używanymi rzeczami.
— Więc… którą byś wzięła?


Isobel?
────
[649 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

środa, 27 maja 2026

Od Kaliny do Vex — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Wyszła z autobusu sześć przystanków za wcześnie, ubolewając nad biletem, za który będzie musiała zapłacić ponownie. Nie, wróć. Te kilka centów, które wyda na nowy bilet, nie będzie ceną biletu, a świętego spokoju. Wysiadła w nadziei, że dzięki temu zakończy kłótnię, która w ciągu dziesięciu minut zdążyła zahaczyć o torbę na siedzeniu, kolorowe włosy, kolczyki na twarzy oraz ogólne niewychowanie kalifornijskiej młodzieży. Nic bardziej mylnego.
— A ciebie to mamusia nie nauczyła, że starszych w drzwiach się przepuszcza? — usłyszała za swoimi plecami skrzeczący głos starszej kobiety.
Kalina odwróciła się z westchnięciem i ponownie spojrzała na ciut za bardzo energetyczną jak na swój wiek, staruszkę. I zdecydowanie zbyt irytującą.
— Byłam pierwsza — wzruszyła ramionami, trzymając ręce w kieszeniach. — Skąd miałam wiedzieć, że pani wysiada?
— Rozwydrzona młodzież! — kobieta splunęła na chodnik i wbiła w dziewczynę pełen nienawiści wzrok. — Za moich czasów, to starszy człowiek był świętością! Młodzi byli wycho…
Kalina jednak nie zamierzała jej słuchać. Postanowiła wykorzystać wolność, odzyskaną po wyjściu z ciasnego pojazdu i odwróciwszy się na pięcie, poszła przed siebie. Porzuciła pomysł o kontynuowaniu jazdy. Zresztą, zdążyła zapomnieć, po co w ogóle miała tam jechać.
— Zero szacunku. Bezczelność! Jak tak można! — trajkotała kobieta, która zdecydowała się podążać za Kaliną. Dziewczyna, bez bezpośredniej reakcji, postanowiła zacząć skręcać w przypadkowe uliczki w nadziei, że w końcu się odczepi. Niestety, starsza pani cały czas przyspieszała tempo, nieprzerwanie prawiąc swoje morały.
— Pani mnie śledzi? — zatrzymała się Kalina, zniecierpliwiona. Próbowała sprawiać wrażenie pewnej siebie, ale przez myśl przeszło jej, że kobieta może nie być zwykłą staruszką, a potworem, którego mogła porządnie wkurzyć. Nie był to najprawdopodobniejszy scenariusz, ale przecież nie niemożliwy. Zacisnęła dłoń na przedmiocie w kieszeni, przeklinając w myślach swoje decyzje, między innymi te o niezabieraniu z domu telefonu, ani niczego do obrony.
— Wy zawsze myślicie, że jesteście pępkiem świata — westchnęła kobieta pretensjonalnie. — Po co miałabym śledzić jakąś gówniarę.
Kalina nerwowo przełknęła ślinę, pospiesznie analizując plusy i minusy przyłożenia jej w twarz. Plusów wyszło więcej, ale mimo wszystko nie zdecydowała się na ten ruch. Zamiast tego wyjęła trzymaną w kieszeni zawieszkę z pingwinkiem, zdobytą jeszcze w autobusie i zmachała kobiecie przed twarzą.
— Nie zgubiła pani czegoś? — zaśmiała się. Z wielkim żalem (spodobała jej się) rzuciła zawieszkę na rosnącą metr od nich trawę i zaczęła biec przed siebie. Miała nadzieję, że to zajmie uwagę staruszki.
— Bezczelność!!! — wydarła się za nią kobieta. — Złodziejka!!! Łapcie ją!!! — krzyczała, co prawda nie biegnąc, ale dreptając szybciej. Musiało to zabawnie wyglądać, ale Kalina była zbyt skupiona na ucieczce i niestety nie była w stanie ocenić techniki marszobiegu seniorki.
Po przebiegnięciu dwustu, może trzystu metrów stwierdziła, że kobieta i tak nie ma szans jej dogonić. Na wszelki wypadek, zanim się zatrzymała, postanowiła skręcić w najbliższą uliczkę i…
— Kurwa! — krzyknęła osoba, w którą wbiegła.
Kalina na razie nie widziała ofiary, sama się za nią uważała. Wylądowała na chodniku, zaraz obok telefonu ze… śladami zębów na ekranie? Komuś musiało braknąć trzeciej ręki…
Odwróciła się na plecy i rozłożyła płasko na bruku, jednocześnie wlepiając wzrok w staranowanego człowieka. Miała wrażenie, że skądś zna te włosy, ale rażące w oczy słońce zdecydowanie utrudniało ich rozpoznanie.
— Co ty odpierdalasz?! — krzyczała dalej ofiara biegu Kaliny. — Jesteś nienor… CO SIĘ TAK GAPISZ?!
— Wybacz, siła wyższa — zaśmiała się, wstając.
Dopiero zmiana pozycji względem słońca pozwoliła jej spojrzeć na spotkaną osobę z bardziej przyjaznego oczom kąta. Teraz już bez problemu poznała fioletowo-różowe włosy, których nie widziała, odkąd półtora roku temu opuściła Obóz Jupiter.
— O, cześć Vex.
Vex stało przy ścianie, którą zdobiła jakaś mutacja słonia, klasyczny, wielki, stojący chuj, zamazane coś i trzy litery, jakby niedokończone słowo. W ręku Vex znajdował się czarny marker, o którego ukrycie niespecjalnie się martwiło. Kalinie przypomniało się aż, jak kilka lat temu musiała szorować ściany w całym obozie za ozdobienie jednej z nich zdaniem „jestem gejem, kocham cycki”. Piękne czasy. Teraz mogła zrobić to samo, ale bardziej bezkarnie… nie pomyślała o tym. Vex zdawało się korzystać z tej możliwości.
Nie była pewna, czy Vex ją pozna. Kiedy ostatni raz była w obozie, jej włosy były czerwone... albo zielone? No, na pewno nie niebieskie. Ale poza tym bardzo się nie zmieniła. Nie chciało jej się tłumaczyć kim jest i dlaczego zna jeno imię. Wystarczyło jej, że musi wyjaśnić powód swojej ucieczki. Chociaż i on postanowił wyjaśnić się sam.
— Bezczelna… dziewucha…! — w rogu uliczki stanęła zdyszana staruszka, widocznie zadowolona z siebie, że udało jej się dogonić Kalinę. Jej uwadze nie umknęło również Vex oraz piękne malowidło naścienne. — Skandal!!! Kolejna patologia!!! Dzwonię po policję!!!


Vex?
────
[736 słów: Kalina otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

środa, 20 maja 2026

Od Kaliny — „Nie taka jajecznica straszna, jak ją bananują”

Kalina wyszła zirytowana z łazienki, trzymając w ręce szczoteczkę do zębów. W ciągu ostatnich trzydziestu minut budzik jej współlokatorki dzwonił już piąty raz, nadal nie przynosząc żadnego efektu.
— Wstajesz?! — zastukała pięścią do drzwi Amandy, gotowa wejść do środka, aby ją obudzić.
— Yhm… już… — odpowiedział jej niemrawy głos.
Wzruszyła ramionami i wróciła do mycia zębów. Nie była w stanie pojąć, jakim cudem jej przyjaciółka, śpiąca z telefonem przy poduszce, przesypiała każdy budzik, podczas gdy ją samą budziły te same melodie, ale dochodzące zza ściany. W pewnym sensie nawet zazdrościła dziewczynie tak mocnego snu. Na pewno przydałby się jej w dni, w które mając zajęcia po południu, zostaje brutalnie obudzona o siódmej. Taki dzień był na przykład dzisiaj.
Kiedy skończyła, umyła twarz i powolnym krokiem poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę i dobrą minutę analizowała jej zawartość, zastanawiając się nad możliwymi opcjami śniadania. W końcu zamknęła ją, nic nie wyciągając ze środka i chwyciła za czajnik. Ledwo zdążyła wlać do niego wodę, kiedy znowu usłyszała budzik Amandy.
Odstawiła czajnik za kuchenkę i skierowała się w stronę pokoju współlokatorki. Tym razem nie pukała w drzwi, po prostu weszła z hukiem do środka.
— Albo wstań, albo wyłącz w końcu ten cholerny budzik — powiedziała stanowczo.
Amanda przetarła oczy dłońmi i spojrzała na nią zdezorientowana.
— Co…? — zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu cały czas dzwoniącego telefonu.
— Na którą masz?
— A która jest?
— Jakoś po ósmej? — Kalina powiedziała niepewnie, bezskutecznie szukając zegara na ścianie.
— Co? — Amanda w momencie się rozbudziła. W końcu udało jej się znaleźć telefon, leżący na drugim końcu łóżka i wyłączyć budzik. Widok ósmej piętnaście sprawił, że niemal wyskoczyła z łóżka. — Dlaczego mnie nie obudziłaś?
— A miałam? — zdziwiła się Kalina. — Będę robić jajecznicę, zrobić ci?
— Jezu, jakbyś mogła — dziewczyna popatrzyła na nią, nie kryjąc wdzięczności. — Kochana jesteś.
— Wiem — zaśmiała się, wychodząc.
Idąc do kuchni, Kalina przypomniała sobie śniadanie, które często jadała u babci, kiedy była dzieckiem. Kobieta uwielbiała eksperymentować z dziwnymi połączeniami smakowymi, co małej Kalinie bardzo się podobało. Z chęcią zjadała tosty z jajkiem i keczupem lub jajecznicę z bananem. To właśnie ją miała zamiar teraz odtworzyć.
Krojąc banana w kostkę, zaczęła mieć wątpliwości, czy na pewno dobrze pamięta sposób, w jaki jej babcia robiła tę jajecznicę. Pomysł wydał jej się absurdalny i, mimo że jadła to danie setki razy, zaczęła mieć wątpliwości, czy wspomnienia nie płatają jej figla. Nie była też pewna, czy takie śniadanie będzie smakować Amandzie. Ostatnie wahanie jednak szybko się rozwiało, bo doszła do wniosku, że jeśli dziewczynie takie jedzenie się nie spodoba, to może zacznie wstawać wcześniej, żeby uniknąć jedzenia go w przyszłości.
Rozbełtała jajka w misce i przypomniała sobie, że zapomniała o najważniejszym. Wyjęła z szafki masło orzechowe i dodała je do jajek, a następnie posoliła mieszankę. Wszystko oczywiście na oko. Następnie zaczęła podsmażać kawałki banana na patelni z rozgrzanym masłem, do których po paru minutach wlała jajka. Po drodze przypomniała sobie, że zaaferowana budzikiem przyjaciółki, w końcu nie włączyła czajnika.
Niedługo później jajecznica była skończona. Nie wyglądała na najapetyczniejsze danie na świecie, ale przecież wygląd nie musiał odzwierciedlać smaku, prawda? Poza tym, czy rozmemłane jajka kiedykolwiek wyglądały dobrze?
— Gotowe! — krzyknęła w głąb mieszkania i wyjęła talerz z szafki. Nałożyła sobie połowę przygotowanej porcji i już miała usiąść przy stole, kiedy nagle zobaczyła, że w całości zajęty jest puzzlami.
Z westchnięciem przyjrzała się ułożonej ramce, której poprzedniego wieczora jeszcze tutaj nie było. Ramka idealnie mieściła się na blacie, zostawiając na jego brzegach może pięć centymetrów marginesu. Środek stołu zajęty był nieudolnymi próbami ułożenia innych elementów układanki. W skrócie, nie było na stole ani grama miejsca na cokolwiek, co nie było puzzlami.
— Pomożesz mi z tym później? — wchodząca do kuchni Amanda zauważyła, że jej przyjaciółka wpatruje się w układany przez nią obrazek. — Dzięki — dodała, kiedy Kalina ruchem głowy wskazała na patelnię.
— Zobaczę — odparła bez przekonania i usiadła na krześle, postanawiając położyć talerz na parapecie. — Długo zamierzasz to układać?
— Jak mi pomożesz, to pewnie krócej — zaśmiała się. — Co to jest? — spytała zdziwiona, czując nietypowy zapach.
— Jajecznica — wzruszyła ramionami Kalina i wzięła do ust kawałek. Ku jej uldze, jajecznica nie była tak zła, jak się spodziewała, że będzie. Co prawda nie było to wybitne danie, ale całkiem przyzwoite. Wymagało jedynie drobnych poprawek.
— Na pewno? — Amanda nałożyła jajka na talerz, bacznie im się przyglądając.
— Nie, jaja se robię — przewróciła oczami.
— No w sumie to tak.
Amanda usiadła po drugiej stronie stołu, ale w przeciwieństwie do Kaliny, talerz położyła na kolanach. Cały czas niepewnie wpatrywała się jedzenie.
— Z czym to jest?
— Zgadnij, przecież cię nie otruję — zaśmiała się. — Ja jem i żyję.
Dziewczyna podniosła wzrok znad talerza i rozejrzała po kuchni, zastanawiając się nad czymś. Całe wahanie uleciało z niej jak z balonika, kiedy zobaczyła zegar. W pośpiechu zaczęła jeść jajecznicę.
— I jak? — zapytała Kalina zaciekawiona, nie potrafiąc nic wyczytać z miny przyjaciółki.
— Ciekawe… — zastanowiła się. — To banan?
— Banan — potwierdziła.
— No w sumie… spodziewałam się czegoś gorszego — stwierdziła szybko, poganiana mijającymi sekundami.
— Mówiłam — uśmiechnęła się dumna z siebie Kalina.
— Wygląd nie zachęca, zrobiłabym to lepiej — zaśmiała się, uśmiechając się na znak, że nie ma na myśli nic złego.
— Trzeba było wstać godzinę wcześniej — Kalina wzruszyła ramionami i odłożyła swój talerz do zlewu. Wyłączyła gwiżdżący czajnik i wyciągnęła kubek z szafki. — Chcesz herbatę?
— Mam autobus za dziesięć minut — odparła z ustami pełnymi jedzenia.
W pośpiechu dokończyła posiłek i wybiegła na korytarz, rozglądając się za butami.
— Dzięki! — krzyknęła, szukając drugiego trampka.
— Chyba go widziałam u ciebie — przypomniała sobie Kalina. Okazało się, że miała rację.
— Możesz poukładać trochę te puzzle, jak będzie ci się nudzić, nie obrażę się — powiedziała, trzymając za klamkę.
— Nie, dzięki. Nie lubię puzzli — zaśmiała się Kalina. — Co to w ogóle za obrazek?
— Pod stołem leży pudełko.
Dziewczyna weszła do kuchni i spojrzała pod stół.
— No chyba cię coś boli — stwierdziła zaskoczona, nie kryjąc oburzenia.
— No ja wiem, ale jak będziemy układać we dwie, to szybko- — zaczęła tłumaczyć się Amanda przekonana, że Kalinie chodzi o dwa tysiące elementów.
— Nie, nie — przerwała jej. — Nie mam zamiaru układać jebanego akweduktu.


────
[984 słowa: Kalina otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Kalina Novák

Chyba lepiej się dogadać, niż się nie dogadać, nie?


DZIECKO MERKUREGO