Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nostradamusie zlituj się. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nostradamusie zlituj się. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 lipca 2025

Od Terry'ego CD Violet — „Nostradamusie zlituj się”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Czuje się źle. Z wielu powodów, które bombardują jego umysł. Zajął jej czas, kompletnie niepotrzebnie, nic i tak się nie zmieni. Nie tylko to, bo jeszcze okazała się na tyle miła, że zniosła jego głupie humorki, po czym jeszcze dała mu prezent, na który on w żadnym razie nie zasługuje i… po prostu dawno nikt nie był dla niego tak miły.
Nawet gdy przyklejał się do poszczególnych osób w obozie, nieszczególnie będąc rozmownym, tylko po prostu chodząc dookoła jak bezpański pies oczekujący jakiegoś smacznego kąska, to i tak nikt nie traktował go jak… jak chociaż kolegę. Nie był niczyją ulubioną osobą, każdy miał lepszych znajomych, zawsze był tylko na doczepkę. A gdy w końcu ktoś zwrócił na niego uwagę, to oczywiście musiała to być nieodpowiednia osoba.
Chłodny kryształ swoją obecnością parzy jego skórę, jego dotyk z jakiegoś powodu jest zdecydowanie zbyt… zbyt wyczuwalny, jak gdyby wcale tam nie pasował, bo rzeczywiście nie pasował. Powstrzymując chęć natychmiastowego oddania go Violet (jest dla niego zdecydowanie zbyt miła, żeby odmówił prezentu), kiwa głową. Posłucha jej, czemu miałby jej nie posłuchać? Gdy już się zbierze w sobie, gdy już rzeczywiście porozmawia z Jenny, gdy wreszcie przed nią stanie i powie to, co mówi każdy wykładowca podczas zajęć o tytule: „Powiedz nie”, które wszyscy uznają za nieprzydatne i nudne. Może gdyby wtedy słuchał uważnie…
Przynajmniej wyjechał do obozu. Na stałe. Nie musiał, mógł mieszkać w domu, ale wtedy pomyślał, że to może być pierwszy krok. Ograniczenie kontaktu. Coś, co by mogło pomóc. Odcięcie wiążących go z nią sznurów przywiązania, które sam mozolnie splatał przez lata. Tyle że… nie potrafił jej ignorować przez cały rok. Wracał do domu, a gdy wracał do domu, czekała na niego przed drzwiami, łapała go za dłoń i zanim się obejrzał, to zatykał uszy i zamykał oczy, żeby nie słyszeć bełkotliwych krzyków, żeby nie widzieć nieznajomych ludzi, towarzystwa nieodpowiedniego dla dziecka.
Pstryk, wraca do rzeczywistości. Miga podziękowania, bo naprawdę, naprawdę jest wdzięczny, chciałby to lepiej wyrazić, ale nigdy nie potrafi. Lekko się uśmiecha, jak zawsze wymuszenie, usta mu trochę drżą. Violet chyba rozumie, bo też się uśmiecha, ale znacznie bardziej naturalnie. Terry trochę jej zazdrości. Tej dziwnej łatwości w uśmiechu.
— Trzymaj się, młody — mówi Violet, gdy już stoją w drzwiach. Lekko go przytula na pożegnanie, a zanim on wpada na to, co zrobić z rękoma, uścisk się kończy. — Daj potem znać, jak ci poszło.
Miga, że tak, że obiecuje. Ma nadzieję, że Violet rozumie, albo przynajmniej domyśla się, co ma na myśli. Znowu dziękuje, bo jakoś tak wypada.
I ucieka.
Szybkim krokiem, żeby jak najszybciej znaleźć się w swoim domku. W połowie drogi dopada go ogromne zmęczenie, dłonie trzęsą mu się jeszcze bardziej niż zazwyczaj, niepokój zalegający w piersi boleśnie przypomina mu o swojej obecności. Na samą myśl o próbie rozmowy, powiedzenia tylu słów i przymusem uporania się z nieuchronną kłótnią.
Chciałby, żeby kryształ na jego szyi okazał się magicznym przedmiotem z bajki, magiczny dar, dzięki któremu poradziłby sobie ze wszystkim ot tak, nawet teraz.
Szkoda, że to tak nie działa.
Może kiedyś Violet doczeka się ich ponownej rozmowy.


Koniec wątku Terry'ego i Violet.
────
[508 słów: Terry otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

piątek, 4 lipca 2025

Od Violet CD Terry'ego — ,,Nostradamusie zlituj się"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Tak, Violet znała język migowy. Pokrótce. Rosalie uczyła jej parę chwytów, kiedy od czasu do czasu musiała powiedzieć coś innemu głuchemu chłopaczkowi, który czasem zapominał o założeniu aparatu słuchowego. Poznała, kiedy Terry ułożył słowo kojarzące się z zaprzeczeniem, a potem było to albo ,,rozmawiać” albo ,,mówić”.
Patrzyła na jego zawiedzioną minę, co zdecydowanie utrzymało ją w przekonaniu, co młody chciał przekazać.
— Dobrze — powiedziała stanowczo, unosząc głowę. — Nie będę cię do niczego zmuszać, ale wiesz, że jeśli nie chcesz przyjąć mojej pomocy, moja rola na tym się kończy?
Terry przymknął oczy i spuścił brązową łepetynę na dół. Jego policzki zaczerwieniły się w mig, a wielkie oczęta zaszkliły, lecz nie wypłynęła z nich ani jedna łza.
— Przepraszam… zawiodłem… — wymamrotał, dukając te dwa, niełatwe dla niego słowa.
Na początku była wściekła, że chłopak milczy, ani nie daje sobie pomóc, ale ten widok zmiótł ją z planszy, jak marnego pionka.
Serce Violet zmiękło, a potem rozkruszyło się niczym zmiażdżona babeczka. Pospiesznie chwyciła Terry’ego za obie dłonie, ściskając je w geście troski.
— Nikogo nie zawiodłeś, młody. Dopóki nie stchórzysz, zawiedziesz tylko samego siebie.
Nagle czarodziejce wpadł do głowy jeden pomysł. Owszem, mogła mu pomóc również i bez wiedzy, co tak naprawdę się dzieje. Wystarczyło, aby Terry miał odwagę stawić czoła temu, cokolwiek go przerasta.
Swego czasu naszyjnik z małym odłamkiem cytrynu pomagał nabrać jej sił, aby mówić o swoich uczuciach. Kupiony został w lokalnym sklepie ezoterycznym przez babcie Gwen, jako prezent na pocieszenie małej Violet, która zaczęła rozumieć, jak mocno ojciec ją zawodzi. Jak po raz pierwszy zaczynała czuć się przykro z tego powodu, a potem jak świat powariował wraz z odkryciem swojej tożsamości i śmiercią babci. Cytryn o mocy pewności siebie pozwalał jej o tym rozmawiać. Liczyła na to, że tym razem pomoże Terry'emu — niekoniecznie miała na myśli, żeby się wygadał, lecz aby nabytą odwagą mógł zrobić, co do niego należy. Musiała jedynie oczyścić kamień ze swojej energii, jednak dało się to zrobić po drodze z pomocą jednego słowa wypowiedzianego w myślach.
Kiedy znalazła ową biżuterię, zawiesiła ją na szyi syna Demeter, jeszcze bardziej wprawiając chłopca w dezorientacje. Odłamek kryształu słonecznego odcienia na srebrnym łańcuszku schował się za jego kołnierz.
— Miej go przy sobie, kiedy będziesz z nią rozmawiać, zgoda?

Terry? 
─── 
 [366 słów: Violet otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 17 czerwca 2025

Od Terry'ego CD Violet — ,,Nostradamusie zlituj się"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

,,Nie i nigdy nie będę.”
Super, koniec, do widzenia.
Po co coś robić, kiedy można tego nie robić? Zostawić wszystko w tyle, udać, że niczego nie było. Odejść w swoją stronę, zapomnieć, że w ogóle kiedykolwiek się spotkali, zapomnieć, czego dotyczyła ich rozmowa.
Terry boleśnie przygryza wargę, wybierając pomiędzy zamilknięciem a podjęciem próby zwierzenia się. Gdyby nie wydawało mu się, że nieważne, co wybierze, i tak na tym straci, wybór może byłby trochę łatwiejszy. Nie pomaga chwila na zastanowienie się, on już nie pamięta połowy zadanych mu pytań, zlepionych w jednej wypowiedzi, nie potrafi odtworzyć ich w głowie, słowa klucze rozbiegły się na wszystkie strony, pozostawiając marne ,,co, czemu, po co”.
Nie wie, ale jak ma powiedzieć, że nie wie?
Chciałby potrafić się zdecydować.
Świat byłby łatwiejszy, gdyby nikt nie zmuszał go do zabierania głosu. Wszystko i tak wyjdzie zbyt chaotycznie, żeby Violet go zrozumiała. Skrawek potoku jego myśli wyszarpany na zewnątrz będzie równie logiczny, co rebusy, które z jakiegoś powodu z założenia mają być nierozwiązywalne.

 
Nie wie, ile czasu już minęło. Jak długo wisi nad nimi ta cisza, a im dłużej ona trwa, tym jemu będzie trudniej się odezwać, spróbować przerwać ten niematerialny mur swoją siłą woli, której absolutnie nie posiada. Albo posiada jej niezwykle mało.
Violet też siedzi cicho. Może myśli, że to mu pomoże? Nic dziwnego. Zna go tylko przez chwilę. Jenny w takich momentach zawsze przejmuje inicjatywę…
Zresztą, przy niej Terry może tylko słuchać. Monologi to jej specjalność.

 
Kiedyś był u psychologa. Zapytał go kiedyś, czy mógłby wydusić z siebie choćby jedną głoskę.
Sama propozycja sprawiła, że Terry nie był w stanie odezwać się przez całą sesję. Jak głupio człowiek musi wyglądać, próbując wydusić z siebie krótkie ,,a”, podczas gdy ktoś wbija w niego swój wzrok, analizuje jego zachowanie, zapisuje coś w swoim notatniczku i, nawet jeśli nieświadomie, niemożliwie go stresuje.
Nigdy nie wymyślili sposobu, jak pokonać jego niemoc mówienia, bo Terry nigdy nie wrócił na terapię.

 
Terry unosi drżące dłonie, nie patrząc na Violet, miga jedno zdanie. Dobrze wie, że ona i tak go nie zrozumie, ale może przynajmniej domyśli się, o co może mu chodzić.
Serce bije mu zaskakująco szybko. Nie pomaga jakakolwiek racjonalna próba wytłumaczenia sobie, że przecież nic się nie dzieje. Nie pomaga powiedzenie sobie, że to sukces, że przynajmniej się poruszył i wysłał jakikolwiek znak, że w jakiś… pokrętny sposób uwolnił się od przymusu mówienia, niekoniecznie uciekając od samej Violet (co również chciałby zrobić, ale zamiganie ,,muszę iść” wydaje się w tej sytuacji co najmniej nietaktowne).
,,Nie mogę mówić” w tym wypadku pasuje znacznie lepiej.
Jego myśli próbują udowodnić mu, że Violet go nie zrozumie. Że znaki w migowym nie są na tyle proste do odczytania, gdy się ich nie zna, żeby dziewczyna miała, chociaż mgliste pojęcie, na temat tego, co się dzieje. Już więcej potrafią osoby, które różnymi środkami zmuszały go do nauczenia ich bezsensownych zlepków słów, jak na przykład ,,mężczyzna lody” i tym podobne. Przynajmniej rozpoznaliby, że nie chodzi ani o mężczyznę, ani o lody.
Odczuwanie irracjonalnego strachu przed odezwaniem się.
Terry nawet nie wie, czy to ma jakąś swoją nazwę. 

  Violet? 
──── 
[512 słowa: Terry otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

sobota, 7 czerwca 2025

Od Violet CD Terry'ego — „Nostradamusie zlituj się"

Poprzednie opowiadanie

Violet pospiesznie chwyciła chłopaka za ręce. Jakkolwiek ten pomysł wydawał się absurdalny, pomyślała, że ciepło jej dłoni będzie działać uspokajająco, jednak efekt wcale nie przychodził tak łatwo. Terry cały drżał, mogąc z łatwością przybrać formę wiertarki, gdyby było mu dane posiadać moc zmiennokształtnego, ale tak zdecydowanie zamieniłby się w wiertarkę lub zabawkowego robaka na baterie, zaś w międzyczasie wyglądał, jakby jego dusza desperacko próbowała opuścić ciało i samodzielnie odlecieć do Hadesu tuż pod oblicze samego Pana Podziemi.
Gdyby ręce bruneta nie były unieruchomione przez czarodziejkę, przetarłby oczy z zaskoczenia, nie mając pojęcia co się właściwie dzieje i co starsza obozowiczka miała na myśli. Natomiast wsłuchał się w powoli wypowiadane słowa, uciekając oczyma, gdzie popadnie, byle nie złapać kontaktu wzrokowego z nią.
— Wiem, że rozmawiamy ze sobą pierwszy raz i nie ufasz mi na tyle, aby powiedzieć mi wszystko, jak leci. Wiem też, że bardzo trudno rozmawia się o takich sprawach i być może potrzebujesz czasu, aby sam sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Ale jeśli mam ci pomóc, musisz się otworzyć i po kolei wyrzucić to, co wadzi ci na wątrobie. Zauważ, że nie powiedziałam “wszystko”. Nie musisz mówić wszystkiego, Terry. Powiedz mi to, co jest najważniejsze, a szczegóły możesz sobie zostawić, jeśli są niewygodne. Tylko dzięki temu, mogę coś zdziałać po magicznemu, lub nie. Obiecuję, że nie zrobię twojej przyjaciółce krzywdy. Chyba, że będzie uparta jak osioł.
Chłopak od Demeter już miał zaprotestować przerażony, ale Violet kontynuowała.
— No dobrze, niech ci będzie. Włos z jej głowy nie spadnie. W każdym razie przyniosę ci szklankę wody księżycowej. Pozwoli ci oczyścić umysł. W międzyczasie, daj sobie czas na zastanowienie się.
— Co właściwie chcesz wiedzieć? — zapytał w końcu. Dało się wyczuć, iż wciąż ma wątpliwości, czy powinien się otworzyć przed obcą. Nie jest to dziwne, jeśli oboje na co dzień widzą się jedynie gdzieś w tle, wśród mnóstwa innych obozowiczów.
— Czy twoja przyjaciółka jest półboginią? Czego wzięcie ci proponuje? Dlaczego nie jesteś w stanie się od niej odciąć? I co niby ma się z nią dziać i co się dzieje z tobą przez nią? Co ona ci zrobiła?
Tak wiele pytań wymagało ogromnej szklanki wody na poczekanie. Terry potrzebował mnóstwo czasu dla siebie, aby przywoić sobie burze pytań i przemyśleć swoje odpowiedzi. Zatem jak obiecała, wstała z miejsca i ruszyła w kierunku szafki, w której rezydenci domku Hekate trzymali naczynia. Pod nos chłopaka podsunęła pełną już szklankę z wodą. Księżycową, jak obiecała.
— Gotowy?

 Terry? 
─── 
[400 słów: Violet otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

sobota, 17 maja 2025

Od Terry'ego CD Violet — „Nostradamusie zlituj się"

Poprzednie opowiadanie

Im dłużej to trwa, tym Terry bardziej stara się unikać wzroku Violet, skupiając się na wyginaniu swoich palców i na wymyślaniu kolejnych odpowiedzi, ułożenia swoich pytań tak, żeby zabrzmiały naturalnie i w miarę konkretnie. Przy każdym wypowiadanym słowie zalewa go kolejna fala wstydu, trochę jak podczas prywatnej rozmowy z nauczycielem, w której wszystko, co powiesz, nagle może świadczyć o twojej nieznajomości najważniejszych podstaw omawianej sprawy.
Gdy Violet zaczyna zadawać pytania, Terry po pierwsze nie wie, na którym z nich powinien się skupić, a po drugie, kiedy już udaje mu się na czymkolwiek skoncentrować, treść wypowiedzianych przez dziewczynę zdań ucieka mu z głowy. Jedyne, o czym pamięta, to istota problemu, ale skonstruowanie jakiejś dobrej wypowiedzi, która nagle nie byłaby zbytnio wyrwana z kontekstu, trochę go przerasta (bardziej niż trochę, przerasta go na tyle, że perspektywa wyduszenia z siebie choćby jednej samogłoski staje się przerażająca). W tym przypadku milczenie nie jest jedynie koniecznym rozwiązaniem, ale też (na całe szczęście) całkiem naturalnym. Przynajmniej nikt na niego nie krzyczy, że ma odpowiedzieć cokolwiek, byleby rozmowa nie umarła, Violet radzi sobie z podtrzymaniem jej znacznie lepiej, niż on kiedykolwiek by mógł.
Tylko że Terry nie przywykł do zwierzania się ledwo co poznanym osobom, ba, on nie przywykł do zwierzania się komukolwiek! Nagle wszystkie problemy wydają się być banalne i tak proste do rozwiązania, że aż wstyd mówić, że spędzają sen z powiek. Bo łatwo jest powiedzieć, że czasem powinno się odmówić, zerwać znajomość, przestać się odzywać. Ale czy nie postawiono go w sytuacji, w której musi powiedzieć cokolwiek, byleby jakoś odpowiedzieć, przy czym odmowa zdradzenia szczegółów wydaje mu się, z jakiegoś powodu, niegrzeczna i nietaktowna?
— Kiedyś… mu-musi nastąpić moment — zaczyna dukać, wciąż niekoniecznie przekonany do pomysłu zwierzania się Violet (nie, że kompletnie jej nie ufa, ale z drugiej strony, jak można obdarzyć bezgranicznym zaufaniem kogoś, z kim rozmawia się po raz pierwszy?) — w którym nie dam rady jej odmówić. — Zdaje sobie sprawę, że to niczego nie tłumaczy, że takie zdanie da się zinterpretować na tak wiele możliwych sposobów, ale mówienie tu o konkretach to jak obgadywanie Jenny, której zawsze obiecywał, że nikomu o niczym nie powie. — Bo coraz częściej proponuje mi wzięcie. N-nie chcę spędzić życia na… — (tu następuje zupełnie niepotrzebna przerwa w środku zdania, odkrycie przez Terry’ego, jak głupio brzmiałoby to zdanie i całkowita zmiana toru jego wypowiedzi) — Bo widzę, co się z nią dzieje. I wiem, że ona oczekuje ode mnie tylko towarzystwa. I to wszystko obróci się przeciwko mnie. I-i… no — kończy wreszcie, pogubiwszy się w tym wszystkim tak bardzo, że brnięcie dalej w jakiekolwiek próby wytłumaczenia swojego problemu bez rzeczywistego wytłumaczenia go.
Woli nawet nie zerkać na Violet, żeby dowiedzieć się, jaką ma minę. I tak pewnie źle by ją zinterpretował, lepiej, żeby nie patrzył. Lepiej, żeby stąd zniknął, bo…
— Niepotrzebnie zawracam ci głowę — mamrocze cicho z głową spuszczoną w dół. Siedzi na kanapie jak skazaniec, jego splecione dłonie niemal imitują kajdanki. — Nie-nieważne.
Nie zdobywa się na jaśniejszą sugestię, że może już by sobie poszedł i nie dokładał Violet problemów. Chociaż, nie chodzi tylko o to, on po prostu już dawno przestał czuć się komfortowo w sytuacji, która skupia się całkowicie wokół niego, wywleka go w strumień światła reflektorów, zmusza do zaangażowania się.
W głowie Terry’ego pojawia się myśl, że w ogóle nie powinien był się tutaj znaleźć.

Violet?
────
[547 słów: Terry otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 20 kwietnia 2025

Od Violet CD Terry'ego — „Nostradamusie zlituj się"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Kiedy przyszło jej tłumaczyć każdą z kart, nie było to łatwe do podjęcia zadanie. Przed sobą widziała chłopca, który nie przestawał otrzymywać ciosów i panicznie się bał otrzymać kolejny nóż w plecy. A nie były to karty w żaden sposób pozytywne.
Wpatrywał się w nią wielkimi, szklanymi oczami. One lada chwila mogły wybuchnąć płaczem, obciążone zmęczeniem. A ta dziewczyna, kimkolwiek by nie była, ściskała bezradnego Terrego za gardło, sprawiając że żyje w ciągłym strachu. O siebie? O nią? O cokolwiek innego? Violet nie musiała tego wiedzieć, żeby znać odpowiedź na jego pytanie. Jednak wierzyła, że pomoże w podjęciu mu decyzji.
— Król buław — wskazała na pierwszą kartę po lewej. — Jest odwrócony i tak samo musimy przewrócić interpretacje do góry nogami. Zazwyczaj możemy mówić o sile i determinacji, ale… nie teraz, kiedy karta jest odwrócona. Myślę, że chodzi o wyzwanie. To odpowiada na pytanie, co w ogóle pchnęło cię, żeby iść w tą relacje. Albo postawiłeś sam siebie przed wyzwaniem albo ktoś inny chciał cię sprawdzić. Jak ci poszło? Pewnie już wiesz.
Przesunęła palec na kartę pośrodku. Przerażenie w oczach Terrego coraz bardziej ją rozbrajało.
— Piątka kielichów to wyobrażenie, jak wasza relacja wygląda w tym momencie. Jest całkowicie pewna, że oczekiwałeś zupełnie czegoś innego od niej i nie zdała twojego testu. Zawiodłeś się na niej i prawdopodobnie cierpisz przez to.
— A-A ten trup…? — zająknął się szeptem, mając na myśli ostatnią kartę. — Czy ona umrze? Czy ja umrę?
Violet zaśmiała się cicho i potrząsnęła głową w geście zaprzeczenia.
— Niezupełnie. Śmierć oznacza coś nowego albo odpuszczenie tego, co jest teraz. Wiesz, myślę, że ta relacja zakończy się takim odpuszczeniem. Męczysz się, Terry. Czy warto w to brnąć dalej? Czy warto odpuścić dla własnego zdrowia? Decyzja należy do ciebie. W każdym razie, to jest odpowiedź na twoje pytanie. Odpuszczenie, a co z tym zrobisz będzie leżało w twoim interesie.
Chłopiec milczał nie zmieniwszy wyrazu twarzy. Nie wyczuła u niego żadnych nowych emocji; wciąż bał się tak samo jak na początku ich spotkania. Dalej trzymała go niepewność i ból. Ten sam poziom, bez świeżej aury. Serce się rozpadało na milion kawałków na widok tego dzieciaka. Aż sama by poszła wyjaśnić tą dziewczynę, gdyby mogła. Nie miała bladego pojęcia, co mu zrobiła, choć potrafiła wyczuć coś ciężkiego w powietrzu. Musiała wyciągnąć do niego rękę dosłownie i w przenośni. Wiedziała, że musi to zrobić. Chciała to zrobić.
— Terry, czy jest jeszcze coś, w czym mogę ci pomóc? Może niekoniecznie magicznego, ale gdybym miała stanąć w twojej obronie, nie ma sprawy. Cokolwiek się dzieje, oczywiście.

 Terry?
──── 
[416 słów: Violet otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 6 kwietnia 2025

Od Terry'ego CD Violet — ,,Nostradamusie zlituj się"

Poprzednie opowiadanie

Brązowe oczy przez chwilę wyrażają kompletne niezrozumienie, ale w końcu zamykają się, a Terry naprawdę bardzo próbuje wyrzucić z siebie negatywne emocje, czyli w sumie wszystkie, które w tej chwili odczuwa. Wdech, wydech.
Nie wychodzi. Od początku to wiedział.
Bo co, ma się stać simem z podstawowym ustawieniem bycia ,,pogodnym”? To w ogóle jest możliwe?
Wdech, wydech, tym razem trochę wolniejszy.
Nie pomaga. Wszystkie te medytacje, metody na uspokojenie się, sposoby na radzenie sobie z kotłującymi się w środku człowieka emocjami nigdy mu nie pomagały, nigdy niczego z niego nie wypędzały. Tylko frustrowały, szarpały jego nerwami, bo nieważne, jak się starał, to nic mu się nie udawało. Idiotyzm. Chyba jest jakimś błędem w systemie. Oczywiście, zamiast o tym powiedzieć, postanawia otworzyć oczy i kiwnąć głową na znak, że tak, jasne, udało mu się. Chociaż pytanie, którego treść zna już od dawna, wciąż nie chce przejść mu przez gardło. Brzmi głupio, bo powinien móc sam to określić, zmierzyć się ze wszystkim sam, zdefiniować swoją przyszłość i nie ufać głupim wróżbom, nieważne jak prawdziwe mogą się wydawać.
— Jak dokładne… ma być pytanie? — Duka, wahając się przy każdym słowie, wciąż niepewny, czy na pewno chce się czegokolwiek dowiadywać.
— Najlepiej jak najdokładniejsze. Im bardziej ogólne, tym trudniejsza do zinterpretowania będzie odpowiedź — tłumaczy Violet, sprawnie tasując karty. — Chyba że na dobry początek chcesz spróbować prostego rozkładu na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość? Wtedy nie musisz niczego mówić. Wystarczy, że skupisz się na swojej intencji i zadasz pytanie nie mi, a kartom.
Terry lekko marszczy brwi, przygląda się szybko przekładanym kartom. Jego pytające spojrzenie przenosi się na Violet, bo za cholerę nie potrafi pojąć, po co wyciągać karty na przeszłość i teraźniejszość.
— Mogę wytłumaczyć dokładniej — sugeruje dziewczyna po dłuższej ciszy, najwyraźniej domyślając się, że Terry nie ma zamiaru sformułować najprostszego pytania. — Karta na przeszłość mówi o tym, co doprowadziło cię do obecnej sytuacji, ta na teraźniejszość obrazuje problem, wiesz, skupia się na nim. Trzecia… mówi, co się stanie, jeśli niczego nie zmienisz.
Terry powoli kiwa głową z ponurą miną. Spodziewa się, że to będzie bardzo pesymistyczna wróżba, bo raczej siedzenie z założonymi rękoma, bycie biernym i dawanie sobą pomiatać jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. Znowu próbuje wziąć wdech i wydech, znowu niczego mu to nie daje, więc wreszcie postanawia całkowicie skupić się na tym, że zaraz może dowie się czegoś przydatnego.
Słowo klucz: może. Pewnie karty nie powiedzą mu niczego, czego już nie wie, ale chyba warto od czegoś zacząć…?
— To stawiamy? — dopytuje Violet, bo chyba już zorientowała się, że Terry’ego trzeba trochę popchnąć w odpowiednim kierunku, żeby podjął jakąś decyzję. — Potem możemy użyć innego rozkładu, żebyś tym razem spytał o szczegóły.
Chłopiec kiwa głową, półświadomie migając ,,tak, tak”, co dla niewtajemniczonej osoby wygląda jak nerwowe pstrykanie.
— Skup się na intencji i wyciągnij trzy karty — instruuje go Violet, wyciągając do niego talię.
Terry zaciska zęby i myśli o rosnącym w nim niepokoju, niepewności, która ciągle go prześladuje, o jego chęci odcięcia się, desperackiej ucieczki, która nie wychodzi mu z jednego, prostego powodu — i tak ciągle wraca.
Wyciąga pierwszą kartę.
Przy drugiej uwagę zwraca na wszystkie okropne wspomnienia, wieczny zapach używek, którego nie może sprać ze swoich ubrań. Ciągle obecne poczucie, że robi coś złego, że nie powinien nigdy znaleźć się w niektórych miejscach, że jest zwyczajnie wykorzystywany i nic z tym nie robi, mimo że to widzi. Bezgraniczne zaufanie, którym nikt nie powinien zostać obdarzony.
Drżącą dłonią wyciąga kolejną kartę.
I nareszcie to, co jakkolwiek kojarzy mu się z przyszłością. Zawód, rozczarowanie, gorycz, wyrzuty sumienia, żal. Uczucie, że gdy robi coś dla siebie, psuje wszystko innym. Tęskne spojrzenie, kryjąca się za nim złość, że ją zostawił, mimo że ona zrobiła dla niego tyle dobrego i przy okazji złożyła na jego barkach więcej, niż jakikolwiek trzynastolatek byłby w stanie unieść.
Próbuje nie zwymiotować, kładąc przed sobą trzecią kartę.
Nie wie, co oznaczają znajdujące się na nich symbole. Pochyla się nad nimi razem z Violet, która jednak decyduje się zadać mu pytanie:
— Czego próbujesz się dowiedzieć? Na pewno pomoże mi w interpretacji…
Sformułowanie dobrze brzmiącej odpowiedzi zajmuje mu chwilę, podczas której nie dość, że obraca w głowie najróżniejsze słowa, to jeszcze wpatruje się w szczegóły na kartach, dopracowane rysunki i żywe kolory.
— Jak zakończy się moja relacja z najlepszą przyjaciółką — szepcze, jakby zdradzał Violet swój najpilniej strzeżony sekret. — I czy… dam radę ją zakończyć.
— Chyba nie jest najlepszą przyjaciółką, co?
Terry kręci głową.
Może gdyby przestała brać. Palić. Pić. Przestała ciągnąć go po klubach i strasznych, opuszczonych miejscach, które grożą zawaleniem. Nie zabierała go na koncerty, na które nie chce iść. Nie zmuszała go do ciągłych kłamstw sprzedawanych jej mamie, która mimo wszystko ciągle mu ufała.
Chyba zasmucił tym Violet. Powinien raczej spytać o coś bardziej pozytywnego, żeby razem się zaśmiali z wróżby i rozeszli się w dobrych humorach, oboje przekonani, że wszystko będzie dobrze. Zepsuł nastrój.
Chociaż, czy nie o to chodzi we wróżbach, żeby dowiedzieć się czegoś o swoich największych obawach…? 
 
Violet? 
─── 
 [815 słów: Terry otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 27 marca 2025

Od Violet CD Terry'ego — „Nostradamusie zlituj się"

Poprzednie opowiadanie

Wczesna wiosna to upragniony czas, kiedy nareszcie nauczyciele dają na luz, a przynajmniej osobom, które uczą się systematycznie (i za pomocą magicznych napojów, acz to nieistotny szczegół) i nie grozi im kibel w tej samej klasie. Violet była jedną z takich osób, więc zdecydowanie zwolniło jej się kilka dobrych chwil w ciągu dnia, a co za tym szło - pojawienie się nudy. Nagle owa nuda zostaje inspiracją do zrobienia rzeczy, które przekładało się z powodu innych, bardziej wciągających zajęć. Jakich rzeczy? Choćby posprzątanie zapuszczonego przez zimę ganku domku Hekate? Chociaż… po co? Lepiej wziąć książkę o ziołach i ich magicznych właściwościach, usiąść na tym samym zasyfionym ganku (prędzej czy później Rosalie się tym zajmie) oraz wciągnąć się w naukową lekturę, która kto wie, może kiedyś uratuje komuś życie podczas heroicznej misji półboga, na której jeszcze nie była, choć chciałaby się dobrze przygotować?
Jednak tym razem Violet nie potrafiła się skupić. Czuła na sobie jakiś ślad pochodzący z zewnątrz. Nie pozwalał jej wczytać się w literki, których rozszyfrowanie tak czy siak wymagało większego wysiłku dla dyslektyka z kategorii półboskiego Greka. Kiedy podniosła wzrok zauważyła dzieciaka, prawdopodobnie od Demeter, stojącego jak słup na Biegunie Północnym i gapiącego się nieprzytomnie bez żadnego wyrazu. Zignorowała go, myśląc, że może akurat przypadkiem złapali się wzrokiem, lecz owe dręczące uczucie nie minęło. Podnosząc wzrok ponownie, odkryła, że chłopak szedł w jej kierunku. 
— Stawiacie karty tarota? — Oto pytanie, które zbiło ją z tropu. Nie, żeby od razu była negatywnie nastawiona do kogoś znajomego (no dobrze, poza Lairą, ale tu wyprzedziła ją wiedźmia intuicja), ale brzmiało ono dość dziwnie, kiedy było skierowane dosłownie do córki bogini magii.
— Owszem, to jedna z… powiedzmy, naszych usług — odpowiedziała z uśmiechem. Właściwie to mogła kontynuować, aczkolwiek wychodziła z założenia, iż po prostu odpowiedziała na zadane pytanie.
— Bo… chyba zainteresowany — Młodzieniaszek zająknął się. — byłbym zainteresowany.
Violet wstała z krzesła i gestem dłoni pokazała mu drzwi. Otworzyła je i zaprosiła bruneta do środka.
— Rozgość się na kanapie. Za chwilę wyciągnę swoją talie. Swoją drogą, czy dzieci Demeter nie potrafią same sobie wywróżyć poprzez rośliny? Zawsze byłam ciekawa, jak to działa.
Chłopiec milczał, jak grób. Pewnie się speszył, ale córka Hekate domyśliła się, iż młody ma jakieś powody, że przyszedł akurat do niej. W międzyczasie czarownica usiadła naprzeciw niemu dzierżąc talie kart z uroczym motywem króliczków. — Rozumiem i nie dziwię się. Często, kiedy wróżę coś dla siebie, korzystam w dwóch metod jednocześnie. Dodaje mi to pewności, że dobrze zinterpretowałam wróżbę. Przykładowo mam talie kart tarota, ale lada chwila wyciągam wahadełko, aby potwierdzić to i owo. Ale mniejsza o to. Zacznijmy od podstawowego pytania. Jak masz na imię?
— T-Terry — Brunecik znów się zająkał, pokazując zdenerwowanie. Sprawiał wrażenie, że przyszedł tu z kwestią życia i śmierci.
— Dobrze, Terry — powiedziała spokojnie, oczyszczając karty strużką światła wydobywającego się z jej dłoni. — Weź głęboki wdech i wydech. Wyrzuć z siebie wszystkie emocje, jakie się w tobie gromadzą. Negatywna energia tym bardziej zwiększa ryzyko nieprzychylnej wróżby, zatem, że tak powiem, oczyść myśli. Jak to zrobisz opowiedz mi, co byś chciał wiedzieć.

Terry?
───
 [500 słów: Violet otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 20 marca 2025

Od Terry'ego do Violet — „Nostradamusie zlituj się"

Są pewne rzeczy, które każdy czasem chce zrobić, wpadające do głowy głupoty, przed wykonaniem których powstrzymuje nas milion wymówek: a to nie ma czasu, jednak stwierdza się, że to głupie, nie chce się wydawać pieniędzy… albo po prostu zbyt boi się wykonać pierwszy krok i dać sobie prezent od siebie dla siebie. Terry stoi więc przed pozornie łatwym wyborem, głównie pchany dziecięcą ciekawością i chęcią spróbowania czegoś nowego (zaszczepioną w nim radą jego przyjaciółki, a raczej dwiema radami, które brzmiały: “spróbuj czegoś nowego, korzystaj z życia!” oraz “nie masz psychy”), a także powstrzymywany tylko własną niepewnością i brakiem zaufania do obiecywanej skuteczności wszelkich spirytualistycznych praktyk. Pewnie większość osób na jego miejscu stwierdziłaby, że przecież nie ma niczego do stracenia, ale Terry wcale tak nie uważa, o nie. Tak naprawdę ma wiele do stracenia, bo jeśli się ośmieszy, to już nigdy nikt nie spojrzy na niego w tym obozie tak samo, sam wypchnie się w oślepiające światło reflektorów i w usta plotkarzy, spełniając tym samym wszystkie swoje największe koszmary. Każdy jego błąd, który wywoływał w nim przygniatającą go falę zawstydzenia, a w najgorszych przypadkach nawet niewyjaśnione i bezpodstawne wyrzuty sumienia, mocno odbijał się na tym, co myślał, że sądzą o nim inni półbogowie, tak jakby oni przejmowali się nim bardziej niż on sobą. Przejmowanie się zdaniem innych w przypadku Terry’ego potrafi wspinać się na nieosiągalne przez nikogo innego poziomy, wspomagane tendencją chłopca do dopowiadania sobie wszystkich najgorszych rezultatów, nie zważając na żadne okoliczności łagodzące (ani na to, że wszyscy zapewniają go o niepoprawności jego założeń). Od zawsze wolał przemykać się wszędzie jak duch, nie zwracając na siebie uwagi innych osób, pozostawać gdzieś na pograniczu, co najwyżej przyglądając się innym osobom, które, w przeciwieństwie do niego, naprawdę starały się jak najlepiej wykorzystywać oferowane im przez życie dobra.
Dlatego Terry (czego wszyscy mogli się po nim spodziewać), po długim namyśle decyduje się jednak odpuścić, pogrzebać swój pomysł razem z ciekawością bardzo, bardzo głęboko na peryferiach swojego umysłu oraz najlepiej o nich zapomnieć (oczywiście jego mózg i tak będzie mu podsuwał wszystkie niewykonane pomysły i niedokończone koncepty, prześladując go i wmawiając mu jego nieudolność). Tylko czasem, gdy kątem oka zauważa dzieci Hekate, trochę za długo wbija w nie swoje spojrzenie i odwraca je gwałtownie, obracając głowę w przeciwną stronę.
Oczywiście do czasu, bo cóż to byłby za świat, gdyby pech nagle nie zdecydował, że będzie go prześladować (co uparcie robi już od trafienia chłopca do obozu). Nie, żeby wcześniej go nie dręczył, ale im starszy jest Terry i im mniej ma prywatności oraz miejsca dla siebie (bogowie, przeklnijcie te okropne domki), tym mocniej pech się do niego przykleja. Jego łapska chwytają Terry’ego niespodziewanie, znienacka i bez pozostawienia mu choć odrobiny czasu na przygotowanie się i przemyślenie swoich działań.
Pewnego dnia, gdy wzrok Terry’ego na parę sekund za dużo blokuje się na pewnej fioletowej czuprynie, ta niestety również zwraca na niego uwagę. I to już za dużo, żeby Terry potrafił komfortowo odwrócić wzrok i odejść w swoją stronę (choć raczej nikt nie robi tego komfortowo, a raczej w mniejszym lub większym poczuciu zawstydzenia, ale wiadomo — nie zrobiłby tego nawet niekomfortowo). Na zbyt długą chwilę zamiera w bezruchu, w niezdecydowaniu, zatrzymany pomiędzy jednym oddechem a drugim, zbyt zaskoczony, żeby zareagować od razu. W gratisie dostaje od losu nagły zastrzyk stresu, który miesza mu w głowie, spowalniając bieg jego myśli, wzmagając drżenie rąk i przyśpieszając bicie serca. Nie chce wyjść na wariata, który się na kogoś gapi (pewnie nie przyszłoby to nikomu przez myśl), nie chce sprawić dziwnego pierwszego wrażenia (przy czym wydaje mu się, że już to zrobił i nie ma dla niego ratunku) i absolutnie nie ma pojęcia, co innego może zrobić, oprócz podejścia do córki Hekate i, jak gdyby nigdy nic, zapytania jej o to, o co zdecydował, że nigdy jej nie zapyta. Postępuje wbrew sobie, wbrew swoim instynktom, a to coś, czego nienawidzi najbardziej na świecie i w dodatku mu to totalnie nie wychodzi. Nigdy.
— Stawiacie karty tarota? — mówiąc to, przy okazji automatycznie miga, na czym zazwyczaj kończy się jego wieczna niewiedza, co ludzie robią z rękoma, gdy ze sobą normalnie rozmawiają.
Po czym zdaje sobie sprawę z tego, że się nie przywitał, że ani me, ani be, tylko od razu wyjechał z randomowym pytaniem, nad którym może i zastanawiał się przez długi czas, ale przez to, że tak długo wylegiwało się w jego głowie, straciło całą naturalność i dla chłopca zabrzmiało niemożliwie głupio. Chociaż, czego innego mógł się po sobie spodziewać? Tylko niezręcznie wyrzuconych z siebie słów, które na szczęście tym razem przybrały poprawny kształt, zgodny z gramatyką, co w sytuacjach stresowych wychodzi mu zaskakująco rzadko.
Dziewczyna przez chwilę wygląda na nieco zdezorientowaną (Terry dopowiada sobie, że niewiele osób pyta ją o coś takiego i czuje się przez to minimalnie gorzej), ale zaraz odpowiada z uśmiechem:
— Owszem, to jedna z… powiedzmy, naszych usług.
I tyle, żadnego pytania, czy chciałby z niej skorzystać, nic w tym stylu, czyli ślepa uliczka dla Terry’ego, wypowiedź, na którą zdecydowanie powinien jakoś odpowiedzieć, ale nie potrafi znaleźć żadnego punktu zaczepienia, dzięki któremu jego słowa nie brzmiałyby nienaturalnie i nietaktownie. Myśli za dużo, zdecydowanie za dużo, próbując dobrać odpowiednie słowa w sytuacji, w której tak naprawdę nie musi się aż tak starać, bo nikt go nie zabije za jedno złe słówko.
— Bo… chyba zainteresowany — Zacina się na moment, jego dłonie zamierają w powietrzu, po czym najpierw miga, a potem mówi dalej — byłbym. Zainteresowany.
(Powinien popracować nad umiejętnością komunikacji z ludźmi).

Violet?
───
 [902 słowa: Terry otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]