sobota, 11 lipca 2026

Od Dahlii CD Chaita — „Haul away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Czy myślała cały czas o tym kretynie, który napsuł jej krwi parę lat temu? Może. Czy myślała, jak go unikać na różne sposoby? Możliwe. Rozważała, skąd mogła kojarzyć Chaita? Tak. Czy to miało jakikolwiek związek z jakąś głupią walką na plastikowe szabelki? Nie. Tego była pewna, przecież tego dnia dzieci były zachwycone, a czas im szybciej mijał.
Już w szatni rozważała, jakie powinna brać zmiany, a jakich powinna uniknąć. Z kim się wymienić i na co. Wcześniej parę razy zerkała na tablicę, próbując spamiętać godziny oraz stanowiska. Nie było tragedii, choć mogło być lepiej.
W gąszczu tych myśli wkradło się pytanie Chaita. Nawet się nie wzdrygnęła. Odpowiedziała machinalnie, tak, jak odpowiadała w swoich rozważaniach.
— Jakiej sytuacji? Że z tym kierownikiem?
— No, z tymi szablami. Czy to było… okej? Że mieliśmy sparing?
— Nasz największy problem, Chait, w tym momencie jest to, że ten koordynator jest pełen gówna. — skwitowała sucho, a parę osób w szatni parsknęło śmiechem. — Nie jakieś walki na plastikowe szabelki, które spotkały się z pozytywnym odzewem. Gdyby to nie było zgodnie z OSHA, bardzo szybko by nam przerwali.
Chait tylko nerwowo się uśmiechnął i kiwnął głową. Dahlia chwilę zatrzymała myśli, wpatrując się w niego. Może powinna nieco zwolnić? Wyglądał mizernie i poprawiał plecak zdecydowanie za często. Żarówki o wyjątkowo chłodnej barwie światła tylko pogłębiały ten depresyjny widok.
— Słuchaj. Stresowanie się w nowym miejscu pracy jest, eee, naturalne. Nie zrobiłeś nic złego. Jeszcze. Po prostu… trafiliśmy na mojego nemezis.
— A, aha. Nemezis.
— Wiesz, co to znaczy? — upewniała się.
Już miała wielokrotnie problem z powodu używania greckich słówek, które dla innych brzmiały zbyt mądrze i elokwentnie. Wyjaśnianie tego też było problematyczne. „Wychowywałam się w obozie, w którym razem z innymi dzieciakami z ADHD uczyłam się greki oraz mitów, to jest dla mnie naturalne i normalne”.
— Tak, tak, wiem. Orientuję się. — skwitował od razu, unosząc ręce. — Nie lubimy tego koordynatora i go unikamy.
— Ja na pewno unikam. Ty jeszcze mu nie podpadłeś. On i tak pewnie uważa, że to ja cię do tego performansu zmusiłam.
Stanęli na korytarzu przed tablicą stanowisk. Szukali swoich nazwisk, po czym wskazała na mapie, gdzie Chait ma się udać. Tego dnia mieli pracować na zupełnie osobnych punktach, jedno w księżniczkowej strefie a drugie w sci-fi. Dała koledze parę wskazówek, jak radzić sobie w tej pierwszej lokacji i już miała ruszyć w swoją stronę, gdyby nie postać stojąca we framudze. Na końcu korytarza. Światło dzienne musiało być wyjątkowo mocne, bo zauważyła, jak głowa cienia prawie styka się z jej butami.
— O, dobrze, że cię widzę, Dahlia. Zmiana planów. Sprzątacze zachorowali i potrzebujemy kogoś na cito. — padł mocny nacisk na „dobrze”.
Przekleństwo memłało się w jej ustach.
— To przykre.
— Już rozmawiałem z innym koordynatorem. Dzisiaj idziesz na sprzątanie. — uśmiechnął się sztucznie Nathaniel.
Stanęli naprzeciwko siebie. Mało było ludzi, którzy byli w stanie zrównać się z jej wzrostem, ale on był jednym z nich. Był za to dosyć cherlawej postury. Co się pierwsze rzucało w oczy, to jego gładka czaszka. Nie można było mu zarzucić braku schludności, swoje wąsy oraz brodę utrzymywał nienagannie. Miał też wyjątkowo irytujący, zdaniem Dahlii, tik podwijania wąsa.
— Co za zbieg okoliczności. Drugiego dnia nagle ktoś zachorował i to ja mam pracować. Taka potrzebna jestem. Złota rączka. — chłodno odpowiedziała.
Przynajmniej wiedziała, jak w jego towarzystwie rozmawiać, żeby nie dostać uwagi. Ostatnim razem prawie skończyła z dyscyplinarką. Teraz popełniła zasadniczo tylko jeden błąd.
Obejrzała się za siebie, sprawdzając, czy Chait dalej tam stoi. Oczywiście, że stał. Co ma robić świeżak, kiedy jego „mentorka” wdaje się w dyskusję z koordynatorem? Nate to zauważył i momentalnie oczy mu się zwęziły.
— A to kto?
— Świeżak z Nowego Jorku. Wdrażam go w zasady, koordynatorze. — akcentowała ostatnie słowo.
Mierzył Chaita od góry do dołu. Widocznie w jego oczach był zbyt drobny i mizerny, więc machnął reką.
— Myślę, że możesz kontynuować mentorowanie przy sprzątaniu. Przydzielę ci go, w ramach towarzystwa. Żeby nie było, że sama masz zamiar wykonać czarną robotę.


— Zabawa. — to był jej jedyny komentarz. Po tym, jak się przebrali w stroje sprzątaczy, całą drogę Dahlia wpatrywała się morderczym wzrokiem w płytki. Chait dotrzymywał jej kroku, wpatrując się dyplomatycznie w miotłę oraz wiaderka. Możliwe, że dla innych wyglądała właśnie jak krążownik, który idzie na pełnowymiarową wojnę i pospiesznie odsuwali się jej z drogi, a on mógł tylko nerwowo się uśmiechać do nich.
Stanęli przed znajomą strefą. Zamiast wchodzić po mostkach, musieli zejść na poziom jaskini. Nie było głęboko, w ścianach były ukryte włączniki światła, generalnie nie było niczego, co by miało być niebezpieczne. W pewnym momencie zatrzymała się i rozłożyła środki do czyszczenia.
— To… tutaj? — niepewnie zapytał się Chait.
— Tak. Okazuje się, ze trzeba czyścić kamienie w jaskiniach. Super robota.
Mrugnął parę razy.
— Czyszczenie kamieni?
— Tak. Jest wilgotno, plus dzieci lubią tutaj pluć. Patrzą, gdzie to spada.
— Czyścimy ślinę dzieci z kamieni.
— Tak.
Po czym wzięła jedno z wiaderek, postawiła na ziemi. Wzięła głęboki oddech, stała tak jeszcze chwilę, po czym nagle jednym, celnym kopniakiem posłała wiaderko w czeluść jaskini. Zniknęło w ciemności, można było tylko usłyszeć głośny trzask. Przyniosło to natychmiastową ulgę. Gdy się odwróciła, Chait szybko odwrócił wzrok, szorując kamienie szeroką szczotką. Wzięła swoją, po czym zajęła się swoją partią ściany.
— To nie twoja wina. — przerwała ciszę między nimi.
Miała wrażenie, że Chait rzadko sam z siebie pyta. Wydawał się tym typem osoby, co nie chce się narzucać. Nawet na moment wezbrało się w niej poczucie winy, że z jej powodu teraz szoruje zatęchłą grotę, zamiast być dobrze ubranym, miłym kelnerem w świecie księżniczek. Zbierałoby się dalej, gdyby nie fakt, że to nie ona przydzieliła go do tej roboty. Należały się jemu wyjaśnienia.
— Widocznie dalej boli go, że odrzuciłam go na randce, na którą zgodziłam się z litości. — wyjaśniła, najkrócej jak mogła, przy okazji się krzywiąc. — Bogowie, jakie to żenujące. Aż mnie dreszcze przechodzą, jak o tym opowiadam.


Chait?
────
[959 słów: Dahlia otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Zanim miała skomentować pegazy w Obozie Herosów, coś zaiskrzyło w powietrzu.
Anemoi, czy tam venti, dało się łatwo rozpoznać. Były nieprzewidywalne, atakowały od razu, zazwyczaj pod postacią chłopców w archetypie „cocky fuckboy”. Nie jej definicja, ale dobrze oddawała te paskudy. Teraz ich postacie były osłonięte przez burzowe, ciemne chmury, w których co jakiś czas trzaskała cicho błyskawica. Było to większe niż zwykłe anemoi, ale to nie przeszkadzało. Większy przeciwnik może i był silniejszy, ale był też łatwiejszy do trafienia. Dahlia osłaniała spokojnie Inez przed ciosem tego potwora, dopóki nie usłyszała jej jęku „hijo de la chingada”.
— Co do… — skomentowała i poczuła nagły odrzut. Oraz zapach fasoli z puszki Campbella.
Nie, żeby to miało teraz jakieś znaczenie. Przeturlała się po ziemi i syknęła głośno pod nosem, kiedy zobaczyła drugiego potwora górującego nad rzymskim obozowiczem. Szanse w walce były nieco wyrównane, musiała tylko dopilnować, żeby Inez zdążyła wystrzelić z gastrafetesa. Zwykle jeden bełt załatwiał sprawę.
Zamachnęła się szablą w kierunku jednego z nich, ale zdążył uniknąć.
— Ha! Za wolno!
— Dobra robota, Archie! Go Bears! — wrzasnął radośnie drugi.
Po czym zaczęli prężyć muskuły, o ile usposobienia wiatrów mogą mieć jakiekolwiek, oraz przybijać sobie piątki. Inez otrząsnęła się i napięła bełt.
— Jakie niedźwiedzie?! — wrzasnęła, rozglądając się gorączkowo. — Gdzie?!
— Strzelaj!
Pocisk poszybował z prędkością, której nawet venti nie przewidział. Zostawił po sobie dziurę w burzowym bycie, który zaczął krzyczeć z bólu. Gdy jednak spodziewała się, że to słynne cesarskie złoto załatwi sprawę, rozpierzchnięta materia formowała się na nowo.
— Dziwne. Lupa uczyła mnie, że venti łatwo się roz-rozpadają.
— Fakt, dziwne. Może jest silniejszy i trzeba więcej strzał?
Kiwnęła głową.
Venti/Anemoi zwróciły się w ich stronę.
— Ej, ej, co to było?! Nie strzela się do takiego byka, jakim jest Brian! — błyskawice trzaskały częściej i mocniej niż zwykle.
— Najpierw niedźwiedź, potem byk? O co chodzi? — wymamrotała Inez.
Już jeden z venti miał się wbić w nią, z dużym impetem, gdyby nie osłonięcie przez Dahlię. Nie miała do odhaczenia w bingo złapania podirytowanej chmurki przesyconej zapachem Old Spice, ale nie miała innej opcji. Słyszała historie o ujarzmianiu tych istot, szczególnie przez przechwalające się dziecko Zeusa, ale nie miała pojęcia, że to rzeczywiście jest trudne. Brzmiało zabawnie, wykonanie gorsze. Włosy stanęły jej dęba, ale przynajmniej mogła w końcu zamachnąć się szablą, w różne kierunki. Szatkowała, jak mogła, po czym podniosła się z trudem. Niektóre błyskawice zaatakowały, chwilowo paraliżując miejsca styku z ciałem. Znowu poczuła podmuch.
Tym razem był silniejszy i impet wrzucił ją na stoisko lunaparkowe. Nie dość, że obiła plecy o ladę, przez co bardzo boleśnie syknęła, to jeszcze trafiła w drugą. Trafiła głową w blaszane puszki, strącając wszystkie. W oddali usłyszała wołanie rzymskiego półboga, ale nie zarejestrowała konkretnych słów.
Podniosła się i zauważyła Archiego szarżującego na nią. Wiele przeszła, ale gdyby dała się pokonać takiemu potworowi, oznaczonego w książce obozowej pod rubryką „jak cię pokona, to masz skill issue”, to by się mocno wstydziła. Nawet po śmierci. Nie miała czasu się zastanawiać, czemu nie poszedł w cholerę do Tartaru, albo przynajmniej się nie osłabił, tylko złapała pluszaka.
— Gratuluję, wyczyściłeś wszystkie puszki. Nagroda dla Miśka! Go Bears! — po czym cisnęła pluszakiem niedźwiedzia w bok. Zdezorientowany anemoi od razu skręcił, próbując złapać drogocenną zdobycz.
Inez trzymała się wyjątkowo dzielnie. Osłoniła się stołem, próbując wycelować w szamoczącego się dookoła Briana. Ventus zaplątał się w mnóstwo balonów, przez co wyglądał jak kretyn, a Inez ładowała pociski w niego. Przechodziły na wylot, acz z dziurami, które by wysłały normalnego potwora tam, skąd przybył.
— Dahlia, moje strzały nie działają! — jej głos był niemal płaczliwy.
— Ani moje szable. Musimy znaleźć jakieś miejsce na przemyślenie planu.
Po czym wyciągnęła ziarna z kieszeni. Wbiła je w ziemię i od razu stworzyła ścianę listowia, kupując im trochę czasu.
Venti przeskoczyły ten prowizoryczny mur, po czym atakowały kolejny raz dziewczyny. Wyglądały jak podirytowane osy, przy okazji wykrzykiwały bojowe przyśpiewki.
Na szczęście byli na tyle głupi, że się nie zorientowali, że atakują iluzje. Półboginie schowały się za ladą, zbierając siły.
— Niezłe iluzje. Ile mamy czasu?
— Na pewno dziesięć minut. Mogłabym dłużej, ale wymaga to ode mnie koncentracji. Dlaczego się nie chcą zabić? — Inez napinała gastrafetes, przy okazji badając, czy nie był uszkodzony.
— Nie mam pojęcia. Wydawało mi się, że trafiłam na pewno szablą.
— Ale jak twój spiż na niego nie działał, moje złoto też nie?
— Może powinnyśmy się zamienić? Może jeden z nich to anemoi, a drugi ventus i są odporni na metale z drużyny przeciwnej?
— Możliwe. O co chodzi z tymi niedźwiedziami?
— Trafiłyśmy na najgorszy typ potwora.
— Że taki… najsilniejszy?
— Nie, potwora, który normalnie siedzi w high school, w drużynie sportowej. Której maskotką jest brzydki niedźwiedź. Oni zapewne w wolnym czasie nękają inne dzieciaki i wsadzają ich głowy do kibli.
— A. Czyli trafiłyśmy na jocków.
Dahlia kiwnęła głową. Pomyślała, że mogło być jednak gorzej. To tylko jakieś mało inteligentne anemoi, które prężą mięśnie i gadają o niedźwiedziach. Arnar kiedyś spotkało młodociane harpie, które goniły jeno, wykrzykując włoskie brainroty.
— Daj znać, jak będziesz gotowa. Mam jeszcze sporo siły, pomijając ból pleców.
Inez nie wyglądała na przekonaną i przełykała gulę w gardle.
— A co, jak zamiana się nie powiedzie i oboje są odporni na nasze bronie?
— Wtedy będziemy improwizować. To niemożliwe, żeby byli odporni. Każdy ma jakąś słabość i musimy ją znaleźć. — mruknęła, szukając w głowie przydatnych informacji na temat anemoi.
Poprawiła chwyt w szablach i spojrzała na dziewczynę, która wyglądała trochę jak smutny szczeniak.
— Damy radę. Osłonię cię w razie czego.


Inez?
────
[893 słowa: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

piątek, 10 lipca 2026

Od Vex CD Kaliny — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ V

Wciąga powietrze w płonące żywym ogniem płuca, żeby mieć w nich wystarczająco dużo powietrza na wykrzyknięcie cudownej, improwizowanej wiązanki przekleństw. I z jakiegoś powodu nikt go jeszcze nie powstrzymuje ani nie ucisza (to dziwna odmiana od obozowej rzeczywistości), więc udaje mu się wydusić z siebie:
– TY ZJEŁ—
Ale Kalina wyczuwa odpowiedni moment na strategiczne wymierzenie Vex bolesnego kuksańca w bok, przez co wiązanka przekleństw zmienia się w smutny skowyt zranionego zwierzaka.
– Niczego nie ukradłam – oświadcza pewna siebie dziewczyna, mimo że pracownica sklepu nie wydaje się skora do zmiany zdania. Ani do zmiany miny na jakąś niewyrażającą ogromnej niechęci.
– Ty kurwo – Vex uzupełnia to wspaniałe oświadczenie, wściekłe patrząc Kalinie prosto w oczy. – To bolało.
– Jeśli się stąd nie wyniesiecie, dzwonię na policję – oznajmia sprzedawczyni, już trzymając telefon w gotowości. Kolejna się znalazła.
– Chcieliśmy tylko kupić, eee, kupić… – Kalina plącze się w słowach, gdy zdaje sobie sprawę z tego, że znajdują się w alejce pełnej alkoholu i żadne z nich nie ma skończonych dwudziestu jeden lat. To niekoniecznie daje im dużo wymówek.
– Szlugi – uzupełnia Vex, bo najwyraźniej właśnie takie rzeczy jako pierwsze przychodzą mu do głowy. Zakzane jabłko i te sprawy. Odpowiada im zszokowane milczenie ekspedientki, która bardzo natarczywym wzrokiem wpatruje się w wąsy tlenowe Vex. – ALE. Ale. Skoro tak nas traktujesz. To niczego tu NIE KUPIMY. I tu już nigdy NIE WRÓCIMY. I wystawimy temu sklepu… temu… sklepo- TEMU MIEJSCU opinię zero gwiazdek na Googlu, żebyś premii nie dostała – wyrzuca z siebie zdecydowanie za dużo słów, jak na czas, w którym chciało to wszystko wypowiedzieć i oprócz tego, że jego słowa ciągle przerywał szum bardzo głośnego wciągania powietrza, to dodatkowo kończy zadyszane. – IDZIEMY, KURWA, STĄD – decyduje i odwraca się, głośno tupiąc rozpadającymi się martensami, prawdopodobnie wykorzystując resztki swojej energii (będąc i tak przez większość czasu napędzane wyłącznie adrenaliną).
– Co to było? – pyta Kalina, gdy nieszczęśliwie z powrotem znajdują się na ulicy, wciąż z tymi samymi problemami, jak parę minut temu.
– Chuj. Nieważne. – Vex rozgląda się pospiesznie, a razem z nim dziewczyna, oboje wypatrują przeklętej, drepczącej staruszki.
– Tam jest, stara jędza – informuje Kalina, niepotrzebnie przyciszając głos. Babsztyl bowiem zadreptał już całkiem daleko podczas nieprzyjemnej interakcji półbogów ze sprzedawczynią. Pewnie babunia wciąż jest przekonana, że dwójka młodocianych przestępców w spokoju dalej marszobiegnie przed siebie, w czym starowinka ukazuje swoje dość małe pojęcie o tym, że młodzież jednak może być bardziej mądra niż głupia.
– No. To po prostu wracamy, skąd przyszliśmy – stwierdza Vex, ale Kalina już kręci głową.
– Ale mogli wezwać policję do tego twojego… wyrazu artystycznego…?
– Nieeeee, daj spokój. – Wzrusza ramionami, szczerze mając gdzieś, czy policja wieczorem zapuka w drzwi mieszkania jego matki, czy nie. – I niby gdzie indziej mamy iść?
– No, na przy-
– PANI ROSALIE!!! – wrzeszczy jakiś facet z przeciwległej strony ulicy. – TU SĄ!!!
– NO JA PIERDOLĘ NIC INNEGO …… NIE MASZ DO ROBOTY PÓŁMÓZGI …… TROGLODYTO ANALFABETO …… JEBANY ĆWIERĆINTELIGENCIE – wrzeszczy Vex, najgłośniej jak potrafi, choć z dość uciążliwymi chwilami ciszy na szybki wdech. – PIES CI MATKĘ JEBAŁ!!!
– CHODŹ – krzyczy Kalina, z niepokojem zauważając, że spory tłum ludzi zgromadzonych wokół nich nie tylko wbija w nich ciekawskie spojrzenia, ale niektórzy nawet ich nagrywają. Jeżeli to wyląduje na jakimś tiktoku, to żadne z nich nie będzie miało życia. Potencjalnie równbież połowa nastolatków/młodych dorosłych z niebieskimi i fioletowymi włosami, ktorzy mieszkają w San Francisco i w spokoju wiodą życie normalnych obywateli.
– NIE BĘDZIESZ MI ROZKAZYWAĆ – oznajmia Vex, ale mimo tego i tak rusza za dziewczyną, niemiłosiernie wkurwione na cały świat.
Wznawiają swoje tempo nieszczególnie szybkiej ucieczki (na szczęście żaden z gapiów nie jest na tyle zaangażowany w sytuację, żeby ich gonić), bo pani Rosalie coraz bardziej się do nich zbliża swoim pełnym nienawiści dreptaniem.
Chyba żadne z półbogów nie do końca wie, gdzie mają zamiar uciec. I jak mają zamiar to zrobić. Dopóki nie docierają do zejścia do metra, które Vex prawie omija, bo jakiś czas temu postanowiło patrzeć tylko przed siebie i mieć w dupie cały świat dookoła. Kalina musi aż pociągnąć go za rękaw bluzy, żeby wreszcie się zorientowało, że los podsuwa im pod nos rozwiązanie wszystkich problemów. Ochoczo schodzą po schodach, oboje już zadyszeni i zdenerwowani, a czekanie tych parunastu sekund na przyjechanie następnego pociągu w jakąkolwiek stronę przyprawia ich o stan przedzawałowy. Oboje bardzo niepodejrzanie nie wiedzą, co zrobić z rękami i ciągle oglądają się za siebie, jakby zaraz do metra miała wbiec cała armia komandosów od zadań specjalnych i bardzo tajnych. Ludzie, jak to ludzie, nie zwracają na nich wiekszej uwagi poza tym, że oboje mają kolorowe włosy i, co za tym idzie, jakieś zaimki w pakiecie.
Wskakują do pierwszego lepszego wagonu pociągu jadącego w pierwszą lepszą stronę, oboje zbyt nabuzowani i wściekli na całą populację 60+ całego okrągłego świata, żeby w ogóle spojrzeć, gdzie jadą. I gdzie mogą wysiąść, żeby dostać się… gdzieś.
Wagon jest cały zatłoczony, ale wystarczy, że Vex ostentacyjnie wskazuje na swoje wąsy tlenowe i magicznie znajduje się dla niego miejsce siedzące. Dla Kaliny nie. Zmuszona jest stać nad Vex, ściśnięta razem z innymi ludźmi jak sardynka w puszce.
– Teraz na pewno jej uciekliśmy – oznajmia Vex, rozsiadając się na swoim twardym i bardzo niewygodnym siedzonku tak szeroko, jak tylko jest w stanie, tylko trochę naruszając prywatną przestrzeń kobiety siedzącej obok niego.
– No nie wiem – mamrocze Kalina z niepokojem wymalowanym na twarzy i w oczach. – Oni tam nas nagrali.
– Na bogów, ale ty przesadzasz – wzdycha Vex i ostentacyjnie przewraca oczami. – Takich filmików jest w internecie milion.
– Ale mogą nas zidentyfikować.
– Ta. I rozwieszą za nami plakaty gończe, jak w tych wszystkich filmach, których się pewnie naoglądałaś.
– Aha, super, zabij się.
– Jej. – Vex odpowiada Kalinie uniesionymi kciukami w górę i sztucznym uśmiechem, po czym wraca do miny wkurzonego ojca, który wraca do domu po przepracowaniu piętnastu godzin w swojej szanowanej firmie. – Widzisz stąd te takie tablice, co się wyświetlają przystanki?
Kalina staje na palcech i rozgląda się nad głowami ludzi, ale totalnie niczego nie może dostrzec. Kręci więc głową, a Vex bardzo głośno wzdycha.
– Zajebiście – podsumowuje ich aktualną sytuację. Są jak uciekinierzy w kreskówce, a do tego nie mają ani prowiantu, ani niczego do picia, ani pewnie w ogóle jakiejś porządnej ilości pieniędzy…
– Bileciki do kontroli~!
ANI biletów, ani pewnie możliwości kupienia tych biletów. Vex nie ma też przy sobie żadnego dokumentu tożsamości.
– Serio. – Vex patrzy Kalinie prosto w oczy wzrokiem pokonanego człowieka pozbawionego nadziei na ratunek. Uśmiechają się do siebie. Uśmiechami pokonanych herosów. – Masz jakieś fajne moce, które jakimś cudem wyciągną nas z tej sytuacji, czy…?


Kalina?
────
[1059 słów: Vex otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Arnar CD Dahlii – „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Na swojej liście, obok taska: „Zostać porwanym”, Arnar zamaszystym gestem rysuje prześlicznego ptaszka (tak zawsze czytało w gazetkach i innych magazynach – wykonane zadania odznaczać ptaszkami; trochę mu się to nie podoba, bo ptaki należą do szeroko pojętego królestwa zwierząt, więc zamiast nich rysuje uproszczone loga McDonalda, na widok który również trochę się wstydzi). Zuperłnie szczerze nie spodziewało się, że będzie miało na tyle szczęścia, żeby naprawdę zostać pełnoprawnie porwanym. Raczej myślało, że będzie musiało specjalnie ukartować całą sytuację, ale tego by sobie w życiu nie wybaczyło. Nawet jako bardzo dumne ze swojego pochodzenia dziecko Hermesa ma jakieś zasady honoru i jeśli przez oszustwo może dojść do celu, to jeszcze spoko, ale jeśli oszustwo jest tym celem, to odbiera to bardzo dużą część zabawy w odhaczaniu rzeczy na liście zadań.
– Panowie są wspaniali – zwraca się do dwójki mężczyzn w garniturach i ciemnych okularach, którzy ze skwaszonymi minami skupiają się na gburowatym prowadzeniu limuzyny. – Dzięki panom spełniłom swoje marzenie. Chcą panowie parę pesos, może?
Mężczyźni mu nie odpowiedzieli, ale wqymienili ze sobą trochę zdezorientowane spojrzenia, które Arnar odebrało jako: „Nie mamy pojęcia, czym, do jasnego chuja, jest pesos”, ale tak naprawdę oznaczały: „PRZECIEŻ NIE BRALIŚMY NIKOGO Z PSYCHIATRYKA”.
Zadowolone Arnar rozsiadło się wygodniej na tylnej kanapie luiksusowego samochodu i wyjrzało przez ciemną szybę na migające za oknem miasto. Nawet go nie związali, choć ono tak naprawdę trochę nalegało, bo w końcu to jedna z podstawowych zasad bycia porwanym. Może poszło za nimi zbyt dobrowolnie, więc w sumie nie musleli sie wysilać. Postanowiło machnąć na to ręką i skupić się na tym, że będzie musiało uciec, zanim postanowią poodcinać mu palce. W jego głowie jest to zdecydowanie znacznie bardziej proste niż powinno być. Może to dzięki tamtej ucieczce przed gorgoną jest takie pewne siebie.
Limuzyna wreszcie zajeżdża na miejsce, a przynajmniej Arnar domyśla się tergo dzięki temu, że się zatrzymali. I nie zatrzymali się na stacji paliw ani pod Walmartem, więc to oznacza, że są u celu. Proste rozumowanie nader inteligentnego półboga.
Jeden z facetów w okularach otwiera mu drzwi, drugi mamrocze coś co może być zarówno „Chodź za nami” jak i „Chłód złamany”. Arnar drogą czystej dedukcji dociera do tego, która z tych opcji jest poprawna i posłusznie idzie za mężczyznami.
– O cholerka – wydusza z siebie, gdy przed nim, jak spod ziemi, wyrasta znajoma postać (czyli facet, któremu ukradło portfel i z Lucienem sprawili, że rzuciła go jego ówczesna lala). – Pan… Lewis Trolley?
– Lawliet Taylor.
– Aha. No tak. Rzeczywiście – oznajmia Arnar z uśmiechem, przyglądając się Taylorowi, który ani trochę nie wydaje się zadowolony z ich ponownego spotkania, choć najwyraźniej to on tutaj sprawadził nieszczęsnego półboga. – Jak się pan ma?
– Posłuchaj, jak oddasz mi moje pieniądze, to wszystko rozejdzie się po kościach. I żadnej z twoich nie połamiemy.
– Mhmmmmm – mruczy Arnar, kiwając się na piętach. – Ale ja ich nie mam.
– ???
– No. Nie mam. Gdzieś mi musiał wypaść.
Lawliet Taylor nie wytrzymuje i jego twarz przybiera bardziej znajomy Arnar kolor – wściekłą czerwień. Zamiast poprosić o to swoich ochroniarzy (z których jeden dłubie w nosie, a drugi drapie się po dupie), rzuca się na herosa samodzielnie i wychodzi mu to co najwyżej miernie. Arnar nawet nie musi się wysilać, bo nawet we śnie jest szybsze od faceta w obcisłym garniaku, który chyba w swoich najśmielszych snach jest w stanie ukryć wystający piwny brzuszek.
– To ja będę lecieć – oznajmia Arnar po uniknięciu kolejnych kilku ciosów, patrząc prosto w oczy zadyszanego Lawlieta Taylora. – Ale mogę dać panu parę pesos, bo i tak mi się do niczego nie przydadzą. Znaczy, mogłobym przejść się do kantoru, ale ciągle o tym zapominam.
– AAAAARFFHFHHFFGGGGGGGGGGGGGGGGH – odpowiada Lawliet Taylor, podczas gdy jego ochroniarze przyglądają się tej żałosnej potyczce z bezpiecznej odległości.
– No to nie. Strzałeczka! – Arnar, dumne z siebie, opuszcza miejsce zdarzenia. Za sobą słyszy wrzask Lawlieta Taylora, który karze swoim facetom w okularkach przeciwsłonecznych gonić uciekiniera, ale okazuje się, że to właśnie uciekinier miał być fundatorem ich wypłaty.
Jak w każdym filmie akcji tego typu, Arnar bezpiecznie ukrywa się w ciemnym zaułku po szybkim zakupie wody mineralnej na pobliskiej stacji benzynowej. Znalezionym w kieszeni drucikiem robi dziury w zakrętce i w świetle już powoli zachodzącego słońca rozbryzguje wodę na prawie całą alejkę.
Tęcza jakaś jest, ale trochę marna.
Wygrzebuje z kieszeni coś, co w dotyku bardziej przypomina drachmę, niż pesos albo dolary i rzuca tym w ledwo migocącą tęczunię.
– Hej Iris, jesteś super bardzo cię lubię. Połączysz mnie z Dahlią Chestnut, ładnie proszę? – Drachma znika, a zamiast niej w kropelkach wody pojawia się rozdygotana twarz, która nie jest twarzą córki Demeter. – Pęcisław?
– ARnR?
– Hej, Pęcisław, porwali mnie.
– …c0?
– Porwali. Jestem gdzieś trochę daleko, ale w sumie to nie wiem, gdzie.
– dhIa ćb szka!!!
– Eeeeee, okej? Powiedz Dahlii, że wrócę jakimś autobusem do centrum, oki? Chyba daleko nie jestem, ale nie wiem w sumie.
– KRWA N SŁSZ Ć.
Arnar nie zdążyło się pożegnać, bo skończyła mu się woda mineralna. Z poczuciem dobrze wykonanego zadania, idzie szukać najbliższego przystanku autobusowego.


Dahlia?
────
[816 słów: Arnar otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

Jesień IV

Powrót do baraku Ricky'ego jest dla Kuźmy jak powrót do szkoły po wakacjach spędzonych na wszystkim, byle nie na żadnej formie nauki. W środku śmierdzi milionem niezidentyfikowanych substancji, których zapachy niefortunnie się na siebie nałożyły i jednogłośnie postanowiły przybrać swąd spalonego toksycznego mleka. Dziewczyna z całego serca współczuje wszystkim tutejszym lokatorom, dopóki nie orientuje się, że przecież wszyscy już dawno przyzwyczaili się do ekscesów Ricky'ego, z których zapach jest naprawdę najmniejszym problemem.
Całą swoją ekscentryczną grupką pochylają się nad ołowianą trumną Marii Skłodowskiej-Curie i pomiędzy nimi przelatuje niewypowiedziane przez nikogo pytanie: „To co tak właściwie teraz robimy?”. Atmosfera zmienia się dopiero wtedy, gdy któreś z dzieciaków Wulkana dostrzega spokojnie odpoczywające na jeszcze niedziurawym talerzu spaghetti. Wulkaniątko postanawia wznieść zatem okrzyk pełen niewysłowienie ogromnego zdumienia, a dopiero potem rzec podniesionym głosem:
– CO TO KURWA JEST.
– Latający Potwór Spaghetti – odpowiada Kuźma, wypluwając z siebie każdą sylabę z obrzydzeniem godnym zagozałego konfederaty, który właśnie odkrył istnienie kobiet. – Teraz leży. Ale może ci wlecieć w twarz i jeszcze bardziej wykrzywić nos, jak się nie uspokoisz. Zresztą. Rozmawialiśmy już o tym. To te grzyby. Nie narkotyki.
– Wy na pewno nie chcecie tym kogoś zabić? – rzeczowo pyta Alvin, który z dużą dozą niepewności i niepokoju poprawia swoje pancerne rękawiczki, żeby na pewno nie odsłoniły choćby najmniejszego fragmentu jego skóry. – Bo możemy powiedzieć centurionom i wtedy…
– Centurioni już wiedzą – ucina Kuźma. – Prawda, Ricky?
– Zostałem poddany torturom – mamrocze chłopak, co niekoniecznie ma jakikolwiek sens bez żadnego kontekstu. – Jeśli się tego nie pozbędziemy, to zostanę poddany kolejnym.
– Właśnie. Po to ta trumna.
– Inaczej zatrujemy ekosystem i już nigdy nie powstaną nowe Pokemony. I wszystkie inne wyginą. A moje karty… – Ricky nadgarstkiem wyciera nos, z którego sączą się gęste gluty. – To byłoby bardzo smutne.
– Okeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeej – Alvin i reszta Wulkaniątek wydają się jeszcze bardziej zdezorientowani niż wcześniej. – Dorobimy te kółka i spadamy. Tyle. Zapominamy o wszystkim, co się tutaj działo. Koniec.
– Mamy podpisać jakąś deklarację poufności? – prycha Kuźma, mimo że w głębi serca odczuwa coś w rodzaju ulgi.
– Mogę podpisać się ogniem – mówi Ricky i z jakiegoś powodu każdy go ignoruje. Chyba wszyscy stwierdzają, że to nigdy nie miało być pytaniem i nie ma sensu rozpoczynać kłótni, bo żadna deklaracja poufności nagle nie pojawi się w trumnie. – Gdzieś nawet miałem takie fajne zapałki!! Serio, takie wiecie. Takie super fajne, takie… nie potrafię wytłumaczyć, czekajcie, czekajcie, zaraz wam pokażę!!! – Z tymi słowami Ricky nurkuje pod łóżko, żeby jeszcze długo spod niego nie wyskoczyć.
– Długo wam to zajmie? – pyta Kuźma, po czym bardzo dokładnie lustruje skrawek łóżka Ricky'ego, żeby ostrożnie na nim usiąść i usłyszeć zgłuszone stęknięcie spod swojego tyłka. – Sorry.
– Nie szkodzi!! – odpowiada Ricky i przesuwa swoją akcję poszukiwawczą na trochę inny kawałek zakurzonej podłogi.
– Eee, nie, chwilkę tylko – rzuca Alvin, wracając do pytania dziewczyny. Skądś wyczarował kilka kółek od fotela biurowego i Kuźma podejrzewa, że po prostu nosi milion takich niepotrabnych części w swoich obszernych spodniach moro z większą ilością kieszeni niż najśmielsze wyobrażenia heroski o spodniach rasowych budowlańców.
– A one nie-
– MAM – przerywa jej Ricky, a jego krzyk zostaje odrobinę stłumiony przez materac. Chłopak desperacko próbuje wydostać się spod łóżka, ale czołganie się do tyłu tragicznie go zawodzi. Gdy wreszcie, po zdobyciu kilkunastu nowych siniaków i wzburzeniu ogromnej chmury kurzy, przez którą Kuźmie łzawią oczy, Ricky triumfalnie staje na obydwu nogach, cały brudny i wymięty, ale szczęśliwy. W dłoni tryumfalnie ściska pudełko jakby od zapałek, ale nie do końca. – MOJE ZAPAŁKI!!! – Potrząsa pudełeczkiem i, ku zdumieniu wszystkich obecnych, wydaje ono z siebie charakterystyczny dźwięk dla METALOWYCH przedmiotów obijających się o siebie.
– Pokaż. – Kuźma odbiera Ricky'emu pudełko zapałek, ogląda je pobieżnie (etykietę pieczołowicie zdrapano), a gdy odważa się je otworzyć, odkrywa kilkadziesiąt metalowych pałeczek, które w życiu obok zapałek nie stały. Wyglądają bardziej jak patyczki, których używa się do nauki liczenia we wczesnej podstawówce. – Jaki szajs. Ty tego nigdy nie zapalisz.
– Ej – mówi Ricky z bardzo smutną miną. – Kiedyś mi się udało.
Kuźma nie ma zamiaru uwierzyć mu w te słowa.


Ricky?
────
[650 słów: Kuźma otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Lucasa — „Ryan Gosling to dosłownie ja”

Poprzednie opowiadanie

— Ale dlaczego ja? — mężczyzna nie był przekonany. — Jest tyle ludzi dookoła.
— Bo… wygląda pan… jakby umiał to zrobić? — uśmiechnął się głupkowato. Starał się brzmieć tak miło, jak tylko potrafił.
— Ja… pan? — spojrzał na Mikołaja zaskoczonym wzrokiem. Nastolatek zorientował się, że może jednak mimo starań powiedział coś nie tak.
— Jesteś stary, Lucas — zaśmiała się stojąca obok Mia. — Potrzymać ją? — spytała, wystawiając ręce po Ruby.
— Mam dwadzieścia lat! — oburzył się, oddając dziewczynie dziecko. — Mów mi na „ty”, proszę — zwrócił się do Mikołaja, który patrzył na niego badawczo, jakby próbował go z czymś skojarzyć.
— Lucas? — zapytał zdziwiony.
— Coś nie tak? — Lucas wyglądał na zdezorientowanego. Spojrzał niepewnie na Mię, a potem zadał następne pytanie Mikołajowi. — Znamy się?
— Nie — odparł szybko Mikołaj. — Znaczy tak…tak jakby, ale nie, raczej nie.
Lucas był coraz bardziej zagubiony, co Mikołaj doskonale widział. Chłopak zaczynał żałować, że kiedyś się odezwał. Próbował pocieszać się tym, że nikt w tym mieście go nie zna i nawet jak się zbłaźni, to nikt go nie zapamięta. Był jednak pewien, że Lucasa skądś zna. I nie był to tylko jego niedawny sen.
— Nie wiem, powiedz mu, że twoje dziecko lubi Barbie… Albo coś takiego — zaproponował.
— Ma roczek, mówiłem już.
— Tylko? Myślałem, że… wygląda na starszą — odparł bez zastanowienia i spojrzał na Mię. — O, albo że to dla twojej dziewczyny!
— To nie jest moja dziewczyna! — zaprzeczył, słysząc, jak Mia zaczyna się śmiać.
— To możesz skłamać!
— Ty też.
Mikołaj odwrócił wzrok, nie chcąc przyznać Lucasowi racji. Jego duma nie pozwalała mu ani na to, ani na przepychanie się między zakochanymi faneczkami Ryana Goslinga. Autograf jednak musiał zdobyć. Była to kwestia po pierwsze, ponownie dumy, a po drugie, ważniejsze, pięćdziesięciu złotych, o które założył się z przyjaciółką.
— Strasznie tu głośno, a Ruby chyba usypia — odezwała się w końcu Mia, a gdy Lucas na nią spojrzał, wskazała ruchem głowy na pobliską kawiarnię. — Poczekam z nią tam, okej?
— Jasne, zaraz przyjdę — odparł z uśmiechem i odprowadził dziewczynę wzrokiem. — Dzięki.
— Jesteś wyższy, poczują twoją dominację i cię przepuszczą — powiedział w końcu Mikołaj, łapiąc się pierwszego argumentu, jaki przyszedł mu do głowy.
— Ale to ty jesteś fanem — trafnie zauważył Lucas, w którego głosie nie dało się wyczuć nawet cienia irytacji.
I tu pojawił się problem. Mikołaj w ostatniej chwili ugryzł się w język, aby nie wydało się, że okłamał Lucasa. Tak naprawdę chłopak nie wiedział o aktorze nic, może poza powszechnienie znanymi faktami. Wiedział jedynie, że grał Kena i Rylanda. I to właśnie ten drugi sprawił, że tego dnia znalazł się w całkowicie mu obcym mieście.
Wracał właśnie z dość długiego pobytu w domu i Los Angeles, dziwnym trafem, znalazło się „po drodze” z Polski do Nowego Jorku. Jakiś czas temu spotkał się ze znajomymi na nocowanie, podczas którego postanowili obejrzeć „Projekt Hail Mary”. To właśnie wtedy Mikołajowi przyśniła się walka z klonami Rylanda w Rylandlandzie i to właśnie wtedy chłopak założył się z Elizą o zdobycie autografu autora. Wyczytali gdzieś, że Gosling będzie miał spotkanie z fanami, a jako że Mikołaj i tak niedługo miał wracać do Stanów, to co mu szkodziło wylądować na lotnisku w innym mieście? Jego europejski sposób myślenia stwierdził, że skoro będzie w tym samym państwie, to na jego drugi koniec trafi przecież bez większego problemu w kilka godzin.
— Ale widzisz? Ty mnie teraz bardziej przekonujesz, że tego nie zrobisz, niż ja ciebie, że to zrobisz — powiedział z poważną miną.
— I co?
— To znaczy, że jesteś bardziej przekonujący niż ja.
— To tak nie działa.
— Błagam! Muszę się jeszcze dzisiaj dostać do Nowego Jorku! Nie mam czasu! — Mikołaj prawie że klęknął przed Lucasem na kolana. — Błagam!


Lucas?
────
[589 słów: Mikołaj otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny CD Vex — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Nie! — zaprzeczyło stanowczo, rozmasowywując obolały policzek. — Przywidziało ci się! — dodało, widząc, jak Kalina otwiera usta.
Kalina, której w końcu udało się opanować wybuch śmiechu, spojrzała na niego badawczo. Jednocześnie starała się patrzeć na chodnik za Vex — wypatrując babcię oraz samo Vex, czy przypadkiem się nie zatacza. Zirytowane dziecko Marsa najwidoczniej musiało to dostrzec, bo cofnęło się od niej o krok, czy dwa.
— Wszystko okej? — zapytała w końcu.
— Oczywiście — wzruszyło ramionami Vex, próbując wyczuć, czy na jego twarzy przypadkiem nie pojawia się wielki siniec. Jeśli się pojawi, przynajmniej będzie pasował mu do włosów… póki nie zzielenieje.
— Ale na-
— Zamknij się — urwało, w końcu przestając dotykać swoją twarz. Wzięło głęboki oddech, zmrużyło oczy i spojrzało na dziewczynę. — Co ty odpierdalasz?
— To znaczy? — zaśmiała się głupkowato, uciekając wzrokiem. — Nie wiem, teraz na przykład stoję.
— Kurwa, pytam serio. Co jej zrobiłaś?
— Nic- — kątem oka Kalina dostrzegła starszą panią, która nie poddając się, nadal podążała ich śladem. Szybsze dreptanie było teraz wolnym dreptaniem, ale złowieszcze wymachiwanie telefonem pozostało. Dziewczyna była pod wrażeniem jej kondycji, bo mimo sędziwego wieku kobiety, tej mógłby jej pozazdrościć niejeden przeszkolony heros. — Jak ten pierdolony ślimak — westchnęła.
— Jaki, kurwa, ślimak?
Nie czekając na reakcję towarzysza, Kalina złapała Vex za rękę i zaczęła uciekać wolnym, ale szybszym niż zwykły chód tempem. Skręciła w kolejną uliczkę i zaczęła rozglądać się za miejscem, które nie będzie na widoku. Słabe krzyki kobiety stawały się coraz głośniejsze i Kalina miała wrażenie, że ogląda jakiś słaby horror, którego fabuła polega na tym, że główny bohater jest goniony przez niezidentyfikowane stwory, wydające niepokojące odgłosy. W tym przypadku potwór był zidentyfikowany — była nim zwykła staruszka, a niepokojące odgłosy brzmiały mniej więcej „złodzieje! wandale! niewychowana młodzież!”, a słowa oddzielały przerwy na zaczerpnięcie tchu.
— Po schodach nas nie do- — pomyślała, a przy okazji wypowiedziała własne myśli na głos. Po chwili, gdy już skręciła w stronę klatki schodowej, przypomniała sobie, że idzie z Vex. — Albo może i nie.
— Chodź tu — Vex zaciągnęło ją gdzieś na bok.
Wpadli do pierwszego lepszego sklepu spożywczego. Był to typowy sklepik osiedlowy, gdzie sporą część klientów stanowili pijani panowie i starsze panie, przychodzące na ploteczki. W tej chwili jednak wydawał się idealnym schronieniem mimo zaskoczonego wzroku kasjerki. Kalina zniknęła między regałami, a Vex dogoniło ją po parunastu sekundach, walcząc o każdy oddech i marząc o chwili spokoju.
— Może tu nie wejdzie — stwierdziła wesoło Kalina, dostrzegając kątem oka Vex. Z udawanym zainteresowaniem czytała etykiety smakowych piw na regale, udając, że nie widzi czerwonej od wysiłku i wkurwienia (zwłaszcza wkurwienia) twarzy herosa. — Mango-banan? Fu, ktoś to pije?
— Nie zmieniaj tematu — irytację w głosie nastolatka dało się usłyszeć w całym sklepie. — Wpadasz na mnie… przerywasz mi PRACĘ, ciągasz po mieście… rodzinę jej zabiłaś?!
— To ty złamałoś prawo, nie ja — wzruszyła ramionami. — Nie boli cię ta głowa?
— To ciebie nazwała złodziejem — zauważyło ostro, a na pytanie odpowiedziało zabójczym spojrzeniem. — Co jej ukradłaś? Pokaż, ocenię czy było warto — dodało szeptem.
— Nic nie mam! — uniosła obie ręce ku górze, jakby Vex było co najmniej policjantem. — I nie krzycz, bo nas stąd wyrzucą.
— To ty krzyczysz! — odparło wkurzone Vex. — I kłamiesz! Jakbyś jej nie okradła, nie byłoby problemu!
— Nie mam ani jednej jej rzeczy! — tłumaczyła się Kalina. Była gotowa w desperacji wywrócić na lewą stronę wszystkie sześć kieszeni. Za bardzo obawiała się jednak ilości śmieci i innych, przypadkowych przedmiotów.
— Akurat.
— Naprawdę, oddałam jej — zaśmiała się. — Nie moja wina, że jest ślepa.
— Ja pier- dzień dobry! — wyraz twarzy Vex zmienił się w sekundzie.
Za Kaliną stała pracownica sklepu. Z założonymi na piersi rękami uważnie słuchała ich rozmowy, gotowa na ewentualną konfrontację.
Dziewczyna niepewnie odwróciła głowę do tyłu i odskoczyła wystraszona na widok kobiety. Cudem nie uderzyła w regał pełen szklanych butelek. Całe szczęście, bo nie uśmiechało się jej płacić za zmarnowany w ten sposób alkohol. Stanęła obok Vex i po prostu wybuchnęła śmiechem.
— Do widzenia — kobiecie najwidoczniej nie było do śmiechu. — Złodzieje.


Vex?
────
[638 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 9 lipca 2026

Od Chaita CD Aye — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait bardzo długo był pewny, że Aye jednak żartuje, albo przynajmniej kłamie i zaraz rzuci jakimś „wiesz co, jednak nie, spadam do domu”, albo czymś w tym stylu. Z całą pewnością byłoby to dla Chaita zrozumiałe, chociaż sam pewnie by czegoś takiego nie zrobił.
Pomijając, że przed chwilą uciekł z festynu dla dzieci, na którym przecież zobowiązał się zostać jeszcze chwilę. Było to wbrew własnej woli, ale jednak. Przez myśl przeszło mu pytanie, czy powinien spodziewać się kłopotów za godzinę, jutro, albo za tydzień… Ale szybko uznał to za mało istotny w tej chwili problem. Będzie miał mnóstwo czasu, by zastanawiać się nad tym, gdy następnym razem pojawi się w siedzibie organizatora.
Problemowi zdecydowanie bliżej było do „jutro” niż „za tydzień”.
Poprawił plecak, strzepując z niego jakieś okruszki i inne drobne śmieci. Może powinien sobie trochę lepiej radzić z korzystaniem z półboskich umiejętności. Prawie na pewno powinien, ale nie robił tego szczególnie często, starał się więc obwiniać o to brak praktyki. Mógł tylko cieszyć się, że Aye nic się nie stało w trakcie tej krótkiej podróży.
Wyszli z zaułka, Chait przodem, tylko krótko oglądając się na Aye, by upewnić się, że na pewno wszystko w porządku (poza tym, że nic nie było w porządku). Nie byli daleko od nowego mieszkania, więc sytuacja nie była aż tak tragiczna, jak mogła być.
– Nawet nie jesteśmy daleko – rzucił tonem niemal optymistycznym. Mniej optymistycznym, niż chciał, ale dalej zbyt optymistycznym jak na dotychczasowy przebieg tego dnia.
Co miało być następne? Zza rogu wyskoczy na nich rozpędzony samochód, kierowany przez półboga uciekającego przed jakimś potworem? Pewnie nawet nie powinien o tym myśleć, bo zaraz okaże się prawdą. W tej chwili nie zdziwiłby się, gdyby na następnej ulicy trwał pokaz lokomotyw. Chociaż to może przynajmniej spodobałoby się Aye.
Znowu się na nie obejrzał. Przeszli ulicę w milczeniu, które nie było aż tak straszne, jak mógł się spodziewać. Dalej trochę się obwiniał. Widział, że Aye jest zmęczone i wiedział, że to jednak w większości jest jego wina. Mógł odmówić od razu, mógł dokładniej sprawdzić listę wydarzeń w okolicy. Przecież mógł nawet zdobyć informacje o tym bezpośrednio u źródła. Nie miał żadnej wymówki, po prostu o tym nie pomyślał, bo mało kto by to zrobił. Zresztą, nawet gdyby to zrobił, to nie spodziewałby się, że jakieś dwie nawiedzone dziewczyny skłonią ich do pracy. No, że skłonią do pracy Aye, bo do tego zwyczajnie nie miały prawa.
– To też nie tak, że to zawsze tak wygląda – powiedział, kiedy zatrzymali się przed przejściem. Jakaś kobieta spojrzała na nich, marszcząc z niezadowoleniem nos, ale Chait tylko uśmiechnął się do niej przepraszająco. – Ściągają w trakcie wolnego, ale… normalnie nie zmuszają do pracy też osób spoza grona pracowników od zaraz. Nie miały prawa zmuszać do tego ciebie.
Nie powstrzymał grymasu na twarzy. Zachowanie tych dziewczyn było okropnie nieprofesjonalne. I ryzykowne, chociaż wcześniej o tym nie myślał.
– Ze mną też powinien najpierw skontaktować się ktoś z góry – dodał jeszcze, wzruszając ramionami. Ta część nie obchodziła go aż tak bardzo. Pewnie powinna bardziej.
Często robił nadgodziny, ale takie sytuacje, jak ta, naprawdę nie były codziennością. Aye nie wyglądało na przekonane, a Chait nawet nie miał siły, by się tłumaczyć lub usprawiedliwiać. Bo co miał powiedzieć? „No, tak, na co dzień daję się wykorzystywać, bo nie lubię nie mieć zajęcia i wiedzą, że zawsze przyjdę”? Nie, Aye pewnie nawet to nie interesowało.
– I tak nie rozumiem, czemu się na to godzisz – odezwało się w końcu.
Chait uśmiechnął się, bo przez chwilę to była jedyna odpowiedź, na jaką potrafił wpaść. Bo przecież uśmiech zawsze był jakąś odpowiedzią. Był wystarczająco uniwersalny, chociaż wydawało mu się, że ostatnio jakoś mniej skuteczny.
– Lubię tę pracę – powtórzył.
Nie skłamał. Nie oczekiwał, że Aye zrozumie taką odpowiedź. Wiele osób nie rozumiało i nie było w tym nic złego.
Pokonali ostatnią odległość dzielącą ich od budynku. Nie był to naturalny sposób zakończenia rozmowy, ale może tak było lepiej.
– Nie wiem, co planujemy robić, ale proponuję, żebyś weszło na górę. Jest gorąco, a po tym… wszystkim pewnie chce ci się pić – zaproponował. – O tej godzinie nie powinno być mojego współlokatora.
Widział, że Aye się waha, ale w końcu z westchnieniem skinęło głową:
– Dobrze.
Chait i tak nie zgodziłby się, by czekało na niego na słońcu. Pewnie już to wiedziało.
Weszli po schodach, Chait cały czas przodem. Tak jak się spodziewał, w mieszkaniu nikogo nie było. Na całe szczęście. Nawet jemu zabrakłoby cierpliwości, by tłumaczyć, co się stało. Nie chciał też stawiać Aye w kolejnej niezręcznej i głupiej sytuacji.
Rzucił plecak do łazienki, ale zanim sam do niej wszedł, jeszcze zaprowadził Aye do kuchni. Nalał do szklanki zimnej wody i postawił ją na blacie.
– Za chwilę przyjdę.
Aye skinęło głową, więc Chait tym razem już zniknął w łazience. Chociaż starał się nie narzekać, to zmianę ubrań zdecydowanie przyjął z ulgą. Teraz kiedy stał sam, pochylony nad umywalką, poczuł też okropne zmęczenie. Większe, niż podczas malowania twarzy dzieciakom, czy podczas bezowocnych prób dyskusji z Karoliną i Jessicą, albo Jessicą i Karoliną, bo już nie pamiętał, która była którą. Może źle zrobił, proponując Aye jeszcze jakieś wspólne zajęcie. Może powinien pogodzić się z tym, że zawsze coś pójdzie nie tak, bo nawet teraz chyba było nie tak. Myślał o tym wyjątkowo często.
Przebrał się, zostawiając plecak w łazience i tylko wyjmując z niego telefon i dokumenty.
– Dzięki, że nie uciekłoś – powiedział, wychodząc z łazienki. – Wiesz, co chciałobyś robić przez tę godzinę?
Sam nie chciał już nic proponować.


Aye?
────
[900 słów: Chait otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

środa, 8 lipca 2026

Od Kai CD Oriany — „My kink is karma”

ZIMA, rok temu

Poprzednie opowiadanie

W tamtym momencie Kaya bardzo pożałowała tego, że zadzwoniła na policję. Chciała dobrze, a wyszło jak zwykle. Na dodatek przyjechał jakiś znajomy Oriany, a ona wcale nie wydawała się być zadowolona na jego widok. Kaya czuła się zwyczajnie niezręcznie.
W pomieszczeniu dla menagerów było bardzo mało miejsca. Cisnęli się obok siebie jak sardynki w puszce, nie wspominając o wysokim i szerokim policjancie, który przez cały czas musiał się garbić, żeby w ogóle dobrze widzieć ekran monitora. Hudson, podejrzany kasjer, potarł wierzchem dłoni czoło. Nie odezwał się ani słowem. Nie odezwał się nawet wtedy, kiedy wysłana przez Orianę Kaya poszła po niego w celu „wyjaśnienia” paru spraw.
— Pewnie zastanawiasz się po co się tutaj zebraliśmy, co? — zaczął wyższy policjant.
Hudson odchrząknął. Wyglądał jak wezwany do dyrektorki smarkacz, który przez ostatni tydzień dokuczał kujonom i w końcu się doigrał.
— Spokojnie, nie musisz się denerwować.
Zdecydowanie nie zabrzmiało to pocieszająco z ust policjanta, który za chwilę miał zabrać podejrzanego na komisariat w celu złożenia wyjaśnienia.
— Potrzebujemy dostępu do kamer — upomniał się stojący obok niższy policjant. Przez cały czas trzymał dłonie w kieszeni spodni. Nie wyglądał ani trochę poważnie. Kaya czuła jakąś niezrozumiałą irytację, kiedy na niego spoglądała. Jeszcze niebywale denerwował ją sposób, w jaki odzywał się do Oriany.
— Może najpierw wytłumaczę mu, o co w tym wszystkim chodzi, dobrze? — Zmierzyła policjanta groźnym spojrzeniem. Gdyby Oriana w taki sposób spojrzała się na Kayę, to chyba nie pozbierałaby się po tym po tygodniu. — Hudson, jesteś podejrzany o kradzież. Mówiąc oczywiście w dużym skrócie.
Kaya nerwowo się poruszyła. Zrobiło się jej strasznie duszno przez obecność tylu osób w tak małym pomieszczeniu. Hudson nie ruszył się za to nawet na centymetr, wciąż pusto wpatrując się w jeszcze ciemny ekran monitora. Wyglądał, jakby właśnie oczekiwał na przedstawienie ostatecznych dowodów, do których przyzna się bez problemu i również bez problemu uda się z policjantami na komisariat.
— Zauważyłam, że zawsze po twoich zmianach znika trochę pieniędzy — Oriana zaczęła tłumaczenie. — W ciągu miesiąca zaginęło nam prawie 2 tysiące dolarów, co jest już dziwne i wymagało sprawdzenia, pewnie rozumiesz.
Hudson kiwnął powoli głową.
— Potrzebujemy sprawdzić, czy te podejrzenia wobec ciebie są… prawdziwe. — Oriana odwróciła się i wybudziła komputer ze snu. Zalogowała się do systemu i najpierw włączyła zapis kamer sprzed tygodnia. — Obejrzymy sobie najpierw to, żeby od razu nie przechodzić do późniejszych dni.
— Czemu?
Ten sam policjant, którego Kaya uważała za denerwującego, się odezwał. W odpowiedzi cisnęło się jej głupie „bo nie ma dżemu”, ale postanowiła się nie odzywać do momentu rozwiązania tej sprawy. I tak to jej wina, że tutaj w ogóle przyjechali.
— Musiałabym dłużej szukać, a mi się nie chce. — Oriana słusznie zignorowała zaczepkę policjanta i włączyła pierwszy zapis.
W pokoju spędzili półtora godziny. W tym czasie udało im się ustalić, że Hudson, podejrzany o kradzież, rzeczywiście na każdej swojej zmianie podbierał trochę banknotów z kasetki i wkładał je do kieszeni spodni. Był na tyle głupi i nierozsądny, że robił to pod widokiem kamer. Kaya nie przypuszczała, że mógłby wpaść na taki pomysł. Po prostu nie uważała go za półgłówka, o.
— Jesteś zła? — zapytała Kaya po tym, jak policjanci odjechali z Hudsonem.
Oriana siedziała na obrotowym krześle przed ekranem monitora. Nie wyłączyła zakładki z kamerami, wciąż wpatrując się w zatrzymany obraz na Hudsonie.
— Po prostu jestem zmęczona.

 

ZIMA, obecnie

— Czy on naprawdę musi z nami być? — szepnęła Kaya do Oriany, kiedy Edgar poszedł domówić jakieś napoje.
To było ICH wyjście, a ten bezczelny dupek dołączył się do nich przypadkowo, kiedy zauważył je na mieście. Siedzieli teraz razem z nim przy stoliku w małej restauracji.
— Przeszkadza ci?
Tylko tyle zdążyła powiedzieć Oriana, bo Edgar akurat zdążył do nich wrócić. Usiadł — jak na złość — obok Kai. Uśmiechnął się słodko do przyjaciółki, tak, jakby był tutaj zaproszony i położył na stoliku coś, co zdecydowanie nie wyglądało jak bezalkoholowy napój.
— Co tutaj razem robicie? — zapytał się, spoglądając na Kayę.
Dziewczyna była wyraźnie zirytowana. Nie była specem od ukrywania emocji na twarzy, więc Edgar musiał doskonale widzieć, że się jej nie podoba jego obecność.
— Jemy — odburknęła. — Jak zresztą widzisz.
— Chyba już nie. — Zerknął na puste talerze. — Chcecie wyjść na karaoke?
Totalnie się tego nie spodziewała. Na usta cisnęła się jej odpowiedzieć „nie”, ale szybko zmieniła zdanie, gdy pomyślała, że w ten sposób może uda im się go zgubić. Gdzieś po drodzie w tłumie ludzi.
— Czemu nie. — Wzruszyła ramionami. — Co o tym myślisz?
— Nienawidzę karaoke, Edgar.
— Oj tam. — Machnął ręką. — Wypiję to i idziemy.
Edgar pił bardzo łapczywie. Kayę aż zemdliło na widok szybko znikającego napoju. Umiała w dosyć szybkim tempie wypić piwo albo drinki, ale nigdy nie udało się jej tego zrobić aż tak szybko.
Poszły za nim do jakiejś speluny. Kai brakowało innych określeń na to miejsce. Stare drzwi zaprowadziły je do karaoke umieszczonego w ciemnej piwnicy. Wszędzie latały kolorowe światła, a jedyny pracownik wyglądał jakby niedawno dał sobie w nos. Cudowne miejsce.
— Mają tu piwo?
Zdążyła się trochę rozejrzeć, ale nigdzie nie zauważyła jakiegoś barku.
— Nie tylko piwo.
Edgar wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. Oriana już trochę mniej.

lesbijkuj je okej?
────
[824 słowa: Kaya otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 7 lipca 2026

Od Blanche — „Marry Me Pasta”

— To nie może być aż tak trudne — Blanche mruczy pod nosem.
Spojrzenie ma wbite w ekran telefonu i wyświetlony na nim przepis. Makaron z sosem nie jest żadną wyżyną kulinarną, nawet ktoś tak nieobyty z gotowaniem powinien dać sobie radę. Wyciąga więc garnki i patelnie, rozkłada wszystkie potrzebne składniki na blacie kuchennym.
Suszone pomidory w zalewie są jej pierwszym przeciwnikiem. Walczy ze słoikiem, a potem z oleistą zalewą, która gdzieś w trakcie przekładania pomidorów na deskę do krojenia rozlewa się po połowie blatu. Wyciera to w akompaniamencie własnych przekleństw. Nigdy nie lubiła suszonych pomidorów, ale skoro przepis ich wymagał, to musi się przemóc, dla dobra sprawy.
Sieka pomidory, cebulę i czosnek. Zacina się tylko raz, co jest świetnym wynikiem. Bez problemu posługuje się xiphosem, ale zdecydowanie nie lubi się z nożami kuchennymi. Przy szykowaniu i krojeniu piersi kurczaka zacina się kolejne dwa razy. Wrzuca wszystko na patelnię — cholera, może powinna smażyć kurczaka i resztę osobno? — i wygrzebuje z szafki plastry z Kubusiem Puchatkiem. Antyczny relikt, który jednak wciąż klei się do jej skóry i być może nie załatwi ją żadnym zakażeniem.
Zanim znowu zwraca uwagę na patelnię, powietrze wypełnia swąd spalenizny. Kolejna litania przekleństw towarzyszy jej, gdy uświadamia sobie, że zawartość patelni nie miesza się sama. Ratuje, co się da, kończy smażenie i gotuje wodę na makaron. Tego już nie idzie popsuć. To tylko woda i makaron. Wsypuje całe opakowanie, ustawia minutnik i zajmuje się przyprawianiem sosu, do którego wlewa śmietankę i dodaje parmezan.
Minutnik przerywa ciszę, Blanche patrzy do garnka i… tym razem brakuje jej już nawet przekleństw. Pół wody wygotowane, pół makaronu spalone i przyklejone do ścianek garnka. Znowu ratuje co się da z makaronu, a garnek razem z jego resztą wywala do kosza.
— Jest dobrze. Po prostu porcje będą mniejsze — wmawia sama sobie, mieszając makaron z sosem.
Nabiera makaron z sosem na łyżkę, dmucha przez chwilę, by go schłodzić, i próbuje. A potem od razu wypluwa. Woda do makaronu nie była osolona. Sos otrzymał zaś nadmiar soli i pieprzu. Nie jest to jednak największym problemem. Kurczak, cholerny najdroższy kurczak od szczęśliwej kurki biegającej po trawiastych pagórkach, zanim została zabita najbardziej humanitarną możliwą metodą, jest w środku surowy.
Nazwa potrawy zdaje się z niej szydzić, kiedy usuwa kartę z wyszukiwarki. Marry Me Chicken Pasta. Po tym popisie kulinarnym Keen zdecydowanie nie chciałaby za nią wyjść. Blanche zaciera więc ślady zbrodni. Ma najprawdziwsze łzy w oczach, kiedy wywala wszystko do kosza. Razem z patelnią. Sprzątanie pobojowiska, jakie zostało z kuchni, zajmuje jej godzinę.
Kiedy Keen i Winter wracają do domu, zapach spalenizny został już dawno wywietrzony i przykryty wonią świeczki zapachowej. Śmieci zostały wyniesione, kuchnia wysprzątana na błysk. Na stole, zamiast kurczaka o sugestywnej nazwie, leży pudełko z pizzą.
Drużyna Wintera przegrała mecz. Blanche przegrała pojedynek z własną kuchnią. Jedynie Keen zdaje się zadowolona, całuje policzek swojej partnerki i sięga po pierwszy kawałek pizzy. Zabawia ich jakąś głupią historyjką ze swojej nowej pracy. Blanche do uśmiechu wystarcza śmiech ukochanej. Ich złączone wysiłki przywołują uśmiech również na twarz Wintera.
Pierścionek ukryty na dnie szuflady musi jeszcze poczekać. I bez niego rodzina Blanche jest idealna. Jej następny plan nie powinien jednak zawierać w sobie gotowania.


────
[524 słowa: Blanche otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Oriany — ,,Mieć czy być"

Powroty do domu bywały trudne. Wpadała w przygnębienie przez samo zerknięcie w kalendarz, gdzie widniała data planowanych odwiedzin — choć nie była ona nawet zaznaczona, a po prostu widniał na kalendarzu numer dnia, którego miała przyjechać.
Powroty do domu bywały trudne, a szczególnie pakowanie się. Nigdy nie była dobra w pakowaniu, czy to na jednodniowe wycieczki, czy wakacje i zawsze o czymś musiała zapomnieć. Nawet robienie listy nie było szczególnie pomocne. W robieniu list też nie była dobra, bo — znowu — nie pamiętała, co na nią wpisać.
Jej pokój owiał się głuchą pustką, gdy opuściła ojca. Stracił swoje dawne kolory i życie. Nikt już nie podlewał w nim roślin, nie zawieszał nowych plakatów i nie zostawiał bałaganu na biurku oraz niedopitej kawy. Zabrała ze sobą wszystkie płyty cd i winyle, przybory do malowania, szkicowniki, figurki i pluszaki. Szafki i ściany były puste, a łóżko przykryte białą pościelą, jak w szpitalu. Miała tam jeszcze parę swoich ubrań, ale były to raczej ubrania znoszone i dość stare, a niektóre z nich ledwo nadawały się nawet na piżamę i zawsze brała dodatkową bieliznę, parę spodni, koszulki i ewentualnie bluzę. W łazience, o dziwo, miała nadal miejsce na swoją szczoteczkę, którą zawsze wymieniał jej ojciec, choć przecież wyprowadziła się dobrych parę lat temu. Gdy przyjeżdżała, używała jego kosmetyków, stwierdzając, że nie będzie zajmować miejsca w swojej niewielkiej walizce tak nieważnymi bzdetami — choć może powinna, skoro jak już przyjeżdżała (ten raz na parę miesięcy), to na co najmniej tydzień. Jest to dość długi czas.
Mieszkanie powinno już dawno doczekać się remontu, ale jedyna osoba w nim mieszkająca nie przejmowała się takimi rzeczami i też zdecydowanie nie miała na to środków. Salon nie wyglądał jeszcze tak źle, ale cała kuchnia okryła się wilgocią, kafelki na podłodze wyglądały jak ze średniowiecza, a kuchenka jak z czasów przedwojennych. Kuchnia była szczególnie zaniedbana, gdyż nikt nie interesował się tym, aby dać jej trochę życia nowymi zapachami oraz smakami.
Mimo to nie zmuszała się nigdy do przyjeżdżania tutaj. Chciała przyjeżdżać, mimo tego małego ukłucia w klatce piersiowej, gdy kupowała bilet. Wypierała nieprzyjemne emocje, by jej do końca nie pochłonęły, gdyż były pozostałością z przeszłości, którą nie chciała już żyć. Wystarczająco na nią wpłynęła i tak długo nie chciała się odczepić, że po dziś spogląda na innych z nieufnością, unika ich i zamyka się w sobie (nawet jeśli tego nie chce). Jeśli coś miało ją kontrolować, to nie będzie to już to, co miało miejsce kiedyś i powinno odejść w zapomnienie.
Rozgościła się w salonie z kubkiem gorącej czekolady, jakby bywała tu codziennie, siadając z tabletem na kanapie i spięła przeszkadzające jej włosy. Nie włączała telewizora i czekała w ciszy, z towarzystwem tylko i jedynie własnych myśli, co było ryzykowne, bo mogły ją pożreć w każdym, najmniej spodziewanym momencie. Stwierdziła, że mieszkanie samemu i męczenie się ze sobą musi być naprawdę dobijające. Przykryła się kocem aż po szyję, przyciągając kolana pod brodę, dla zabicia czasu wodząc rysikiem po ekranie, dziękując bogom, że nie ma w pomieszczeniu zegara, który tykaniem swoich wskazówek wpędzałby ją w niepokój.
Dopiero dźwięk otwieranych drzwi przywrócił ją do rzeczywistości. Od razu odłożyła tablet na stolik i opuściła stopy na chłodną podłogę. Zauważyła, że za oknami zrobiło się już ciemno i dopadła ją nagła senność. Gdy wstała ociężale z kanapy, mężczyzna zdążył już zdjąć buty oraz kurtkę w przedpokoju. Okazał się jej ubrany w białą koszulę i czarny krawat, przy czym uśmiechnął się ciepło na jej widok, jakby wyczekując na opinię.
— Pasuje do ciebie — stwierdziła, podchodząc do niego i pociągając figlarnie za krawat. — Nie daj się tym razem wylać, co?
Parsknął w odpowiedzi i ujął córkę w ramiona, głaszcząc ją po włosach, zachwycając się tym, jak długie urosły. Z rezerwą wtuliła twarz w jego klatkę piersiową, wyczuwając od niego zapach perfum, których przecież nigdy w życiu nie używał. Była to jednak miła odmiana od zapachu alkoholu, który czuła od niego parę lat wcześniej.

 
────
[643 słowa: Oriana otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Edgar CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Artem rzadko kiedy wyglądał na spłoszonego. A gdy już to robił, przyjmował pozycję obronną, której nie było widać po nim na pierwszy rzut oka. Nie wyglądał do końca na wystraszonego, ale również nie na pewnego siebie, uciekając wzrokiem w bok, gotowy w każdej sekundzie, aby się ulotnić i zdystansować. Chcąc coś powiedzieć, wydobyłom z siebie niezrozumiały bełkot, na który mężczyzna spojrzał na mnie wyczekująco. Nie podnosząc się, wetknęłom palce pod szkła okularów i przycisnęłom je mocno do powiek, aż rozbolały mnie gałki oczne, a gdy z powrotem odzyskałom widok na świat, przez moment był on zmroczony.
Nie wiedząc, czy oczekiwanie Artema na moją odpowiedź odbywa się w cierpliwości, usiadłom w spięciu na brzegu kanapy, nerwowo przebierając palcami u rąk. Nie chciałom nawet spoglądać mu na twarz, ale on zbliżył się do mnie znowu, na tyle blisko, że nasze uda się dotknęły. Spięłom się znowu, mając nadzieję (co musiałoby być trudne), że nie widać po mnie aż tak, że czuję się w tej sytuacji zagubione. I przytłoczone. W sposób, który mnie pociągał i nalegał do padnięcia w przegranej.
— N-Nie — wyszeptałom. — Nie.
— A co innego z tym zrobisz? — spytał.
Pochylił się do przodu, chcąc spojrzeć mi w twarz. Podejrzewałom, że rzeczywiście obawia się, iż mam zamiar od niego odejść i nie chciałom sprawiać takiego wrażenia, dlatego wyprostowałom się i przestałom go unikać, zażenowane tym, że jako dwudziesto-sześciolatek zawstydzam się w takiej chwili i tracę głowę, choć nie było to dla mnie nic nowego. Czułom się jak na swojej pierwszej randce.
— Nie wiem.
— Może razem coś z tym zrobimy?
Pokręciłem głową, modląc się o to, aby ktoś odebrał mi głos, bym nie musiał się już zmuszać do mówienia. Mężczyzna złapał moją brodę, odwracając twarz w jego stronę. Zmrużyłom powieki, gryząc się w policzki.
— Co z tym zrobimy, Edgar?
— Nie wiem — powtórzyłom beznamiętnie. — Masz na myśli to, co stało się przed chwilą, czy wszystko?
— Pocałowałem cię. To się stało. Nazywaj rzeczy po imieniu.
Zniżył dłoń i delikatnie zacisnął ją wokół mojej szyi, głaszcząc kciukiem pompującą pod jego dotykiem tętnice. Przełknęłom ślinę, co wyczuł pod palcami i odetchnął cicho. Ręka mężczyzny powędrowała niżej, zatrzymując się powyżej mojego mostka, gdy zahaczył o kołnierz koszulki. Z każdą chwilą, z coraz większą gwałtownością, rosła we mnie temperatura. Mogłem wybuchnąć i wątpiłem, że skończyłoby się to dobrze, choć dla nas i tak już nie było ratunku. Tyle zdążyliśmy zepsuć rzeczy i ich żałować, że kolejny błąd nic by nie znaczył. Chciał zabrać rękę, ale odpowiednio szybko ją złapałem, unosząc do swoich warg. Pocałowałem go w wierzch dłoni, spotykając się w odpowiedzi z zaabsorbowanymi na mnie oczami i momentalnie poczułem się jeszcze bardziej głupio. Speszony, nie wiedząc, czy powinienem pozostać przy nim, czy odejść, niespokojnie się poruszyłem, a Artem zażyle objął mnie ramionami i znowu pocałował. Jego wargi poruszały się w tempo moich z niewyobrażalną harmonią, z powodu której nawet na chwilę nie chciałem się odsuwać, aby nie wyprowadzić nas z rytmu, przez co zaczęliśmy drażnić się dotykiem po wszystkich zakamarkach ciała. Wszystkich.
Mój telefon na stoliku zaczął wibrować. Niczym poparzony, ze zdenerwowaniem odsunąłem się od Artema, jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro wrzącej wody. Wziąłem telefon do ręki i widząc, kto do mnie dzwoni, od razu się rozłączyłem, po czym rzuciłem z hukiem urządzenie z powrotem na stolik. Pchnąłem Artema na bok kanapy, opierając ręce po obu stronach jego głowy. Wciśnięty w oparcie pozwalał na to, abym palcami wodził mu po wargach.
— Kim jest…
— Nikim ważnym.
Nie pozwoliłem mu spytać o nic więcej. Artem się nie opierał, gdy nagle przejąłem inicjatywę, a ten fakt rozpalał mnie od środka. Zapomniałem o otaczającej nas rzeczywistości, o rzeczach, które miały miejsce dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj i dawniej, zapomniałem o zdrowym rozsądku, o tym, jak powinno to wyglądać i o tym, że jutro będziemy tego żałować, a mój stan był bliski upojeniu. Wszystkie te rzeczy pozostały w tyle mojej głowy, będąc jedynie tłem dla naszych ciężkich westchnień, nie mając nawet najmniejszej szansy, by przedrzeć się do mojej świadomości. Nic z tego nie było wtedy ważne, gdy zamotaliśmy się w sobie wzajemnie, wspierając wzajemnie swoje własne impulsy, wspólnie wprowadzając się w gęstą zamieć. Przez długie parę sekund patrzyliśmy sobie w oczy, jakbyśmy chcieli to przerwać, ale nic nie powiedzieliśmy i powróciliśmy bez dalszego wahania do bezmyślnego, nęcącego dotyku.
Bezmyślnego. Bo tak jednym słowem można było opisać ten moment. Był bezmyślny. Rządziły mną emocje, nieposkromione pragnienie, którego nie opisałbym jako żądze, a coś stęsknionego, długo wyczekującego, na skraju wyczerpania, bliskie temu, aby się poddać. A gdy już zyskało to, czego chciało przez te parę lat, zupełnie się w tym zatraciło, sabotując tym nawet moją pamięć. Byłem obecny ciałem, ale nie duchem, a tym bardziej nie umysłem. Nie pamiętam dokładnej chronologii wydarzeń, ale mogę wszystko to ponownie poczuć, z tą samą intensywnością. Mogę przywołać to uczucie bycia pod nim, kompletnie pod jego kontrolą, jakbym sam nie musiał nic już nigdy nie robić, bo to on będzie tym, który będzie mną kierował. Możliwe, że zawładnął mną tak bardzo, że oprócz mego ciała, przejął też moje wspomnienia. Nigdy nie doświadczyłem czegoś takiego, po żadnym narkotyku.
Spośród wszystkiego, gdzieś w tle odzywał się letni wiatr za oknem oraz dzwoniący znowu telefon, ale skupione byłom tylko na oddechu Artema. Wstrząsały mną drgawki za każdym razem, gdy zmieniał miejsce ucisku. Gdy dłonie z talii uciekały do bioder, uciskając je z taką siłą, nie dawały mi żadnej wolności. Całował mnie w brodę, szyję i ramię, a ja odwzajemniałem się, podgryzając mu uszy, obojczyki i skórę na podbrzuszu. Odgarniał przy tym włosy z mojego czoła i łapczywie się we mnie wpatrywał, co starałem się z całej siły ignorować, by nie wybuchnąć wstydem. Ze sposobu, w jaki na mnie patrzył, mogłom jedynie się domyślić, że cieszy go ten widok. W pewnym momencie powróciła do mnie ta zawiść, która często rodziła się we mnie w jego towarzystwie i pragnienie, by obrócić wszystko w konkurencję, odwrócić nasze role, ale mój obraz był zbytnio znęcony i po prostu słuchałem niemych poleceń mężczyzny. Mógł zrobić wszystko, co by zechciał dla własnej przyjemności i nieszczególnie bym oponował, nawet gdyby mi się to nie podobało, o ile jest to możliwe — ta jego srogość i bestialstwo były wszystkim, co w nim uwielbiałem od momentu, gdy się poznaliśmy. Nic a nic się nie zmienił.
Nie sądziłem, że coś może sprawiać wrażenie, jakby trwało w nieskończoność i jednocześnie, jakby zajęło parę niezliczonych chwil, ale jedno było pewne — mógłbym to powtarzać bez przerwy i tak samo się gubić, w złotych oczach i natarczywych pocałunkach. W rozpalonej skórze, silnych dłoniach, ocierając się o świeży zarost, odurzając się jego cytrynowym zapachem i nie mając go nigdy dość. Będzie mnie to nawiedzać w snach i dopiero się okaże, czy będą one koszmarami.

 
Artem?
────
[1107 słów: Edgar otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 5 lipca 2026

Od Lucasa do Mikołaja — „Ryan Gosling to dosłownie ja”

Lucasowi w końcu udało się spotkać z Mią. Ostatni raz widział swoją przyjaciółkę z rok, jak nie dwa lata temu.
— Widzę, że naprawdę dużo mnie ominęło — Mia się roześmiała, kołysząc Ruby.
— Taa, chłop z studiów co nie daje mi żyć, była dziewczyna, aktualna dziewczyna i dziecko.
— W porównaniu z tobą mam naprawdę nudne życie!
— Byłaś na erasmusie na Malcie, miałaś chłopaka, ale na erasmusie poznałaś laskę z którą złapałaś od razu vibe i doszło do ciebie, że ten gość nie był dla ciebie?
— Ajj tam, ale wiesz, że dalej mamy kontakt? Andrea ma nawet wkrótce przylecieć! Ma rodzinę tu, w Los Angeles. Tak poza tym. Słyszysz Lucas?
Lucas odwrócił się w bok, a jego oczom ukazał się tłum ludzi. Cały tłum ludzi.
— Co się tam dzieje? — zapytał.
— Chodźmy sprawdzić.
Lucas wraz z Mią (i Ruby na rękach) próbowali przedostać się przez ludzi, jednak poczuł, że na coś nadepnął. Była to zawieszka z kosmitą z tego najnowszego filmu „Projekt Hail Mary”.
— Ktoś to zgubił… — powiedział sam do siebie student, rozglądając się wokół.
— To moje!
Podbiegł do nich młody chłopak, nastolatek. Miał jasne włosy, ubrany w zieloną bluzę, a do plecaka miał pare innych przypinek z tak zwanym Rockym.
— Dziękuję bardzo za znalezienie! — młody podziękował, po czym się odwrócił ponownie w strone, gdzie patrzył każdy. Próbował nawet stanąć na palcach, by wyjrzeć zza pleców wyższych od niego ludzi.
— A… — Lucas ponownie podszedł do nastolatka. — Mógłbyś opowiedzieć nam co się tam dzieje? Widzę, że całkiem duży tłum…
Chłopak spojrzał ponownie na syna Ateny.
— Ryan Gosling przyjechał do Los Angeles! Niby ma udzielić jakiegoś wywiadu… czekamy na dziennikarza, a właśnie, chciałbyś mi w czymś pomóc?
— W czym?
— Jest taka mała sprawa. To mój ulubiony aktor i bardzo chciałbym autograf, tylko no widzisz... nie mam szans wśród tego tłumu i czy… mógłbyś mi zrobić przysługę i spróbować zdobyć ten autograf?
— Jak mam to zrobić? Mam tak samo małe szanse na przedostanie się przez ten tłum co ty — Lucas odpowiedział.
— Nie wiem… — chłopak podrapał się po głowie, po czym spojrzał na dziecko na rękach mężczyzny. — Powiesz, że to dla twojego bąbelka.
— Ona ma dopiero roczek.
— A nie wiem! Wymyśl cokolwiek, tylko proszę, pomóż mi zdobyć ten autograf, dobrze?


Mikołaj?
────
[362 słów: Lucas otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

sobota, 4 lipca 2026

Od Theodore'a — „Everyone deserves sunshine” cz. 2

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Theodore Hemnes jawnie i niezaprzeczalnie był tchórzem.
Nie było w nim ani krzty odwagi, żeby odprawić Charliego z kwitkiem. W milczeniu odsunął się na bok, wpuszczając chłopaka do środka. Deszcz kropel spadł z jego ubrań i włosów na wytartą podłogę korytarza. Z zakłopotaniem przeczesał palcami zlepione wilgocią kosmyki. Theo nigdy nie widział, żeby Charlie zachowywał się tak niepewnie w tym mieszkaniu. Nawet kiedy odwiedził go pierwszy raz, czuł się jak u siebie.
Teraz jednak stał na środku korytarza, wyłamując palce, gdy u jego stóp tworzyła się niewielka kałuża z deszczówki.
— Przyniosę mopa — rzucił w końcu Theo i czym prędzej zniknął w kuchni.
Spędził tam zdecydowanie więcej niż czasu, niż zajmowało wzięcie do ręki stojącego pod ścianą mopa. Skupiał się głównie na tym, żeby wyrzucić z głowy obraz wściekle różowych włosów, zadymionego salonu i czyichś orzechowych oczu. Kiedy w końcu zebrał się w sobie i wrócił na korytarz, Charliego już tam nie było. Tam, gdzie wcześniej stał, zostały tylko jego buty, za to podłogę znaczył smutny, mokry ślad prowadzący aż do łazienki. Ze szpary, którą stworzyły uchylone drzwi, wylewał się miękki strumień światła. W maleńkim pomieszczeniu chłopak zajęty był odciskaniem wody ze swojej bluzy, z której jakoś w końcu się oswobodził. Koszulkę też miał przesiąkniętą wilgocią, ale przynajmniej już nie kapała niego woda. Mniej więcej.
Theo chwilę spędził wpatrując się w wąski obraz, jaki prezentowała mu szpara w drzwiach. Potem przełknął ślinę i zabrał się za wycieranie mokrych śladów z podłogi. Dobrze, że miał coś, czym mógł zająć ręce. Łatwiej było mu wywijać mopem niż myśleć o tym, że w końcu dojdzie do konfrontacji, której tak rozpaczliwie próbował uniknąć. Kiedy skończył, a Charlie wciąż siedział w łazience, wrócił do kuchni, żeby nastawić wodę na herbatę. W głowie słyszał głos Marie, który napominał go, że gościem trzeba się zająć, jednak ciężko mu było myśleć o Charliem w kategorii gościa.
Gdy grzebał w szafce w poszukiwaniu dodatkowej torebki cukru (Charlie nie potrafił znieść nawet myśli o gorzkiej herbacie), usłyszał cichy trzask zamykanych drzwi łazienki, a zaraz potem kilka powolnych kroków. Nie odwrócił się, kiedy chłopak odsunął sobie jedno z krzeseł przy kuchennych stole i na nim usiadł. Już przypomniał sobie, gdzie jest cukier, ale dalej przetrząsał wszystkie szafki po kolei. Dzięki temu przynajmniej stał odwrócony do Charliego plecami.
— Skąd wiedziałeś, że jestem w domu? — zapytał w końcu, przerywając nieznośną ciszę. Wolał zacząć od łatwiejszych pytań.
— …Twoja mama dała mi znać. Poprosiłem ją o to parę tygodni temu. Powiedziałem, że nie odpisujesz na żadne wiadomości, a ona chyba zaczęła się martwić, że się pokłóciliśmy, czy coś…. nie wiem. Pokłóciliśmy się? — Wahanie w głosie Charliego tak bardzo do niego nie pasowało, że Theo poczuł, jak na pół sekundy oddech staje mu w piersi.
Powoli postawił na blacie w końcu „znaleziony” cukier.
— Nie — odpowiedział obojętnie. — Zielona czy borówkowa? — dopytał, przechodząc do szuflady, w której trzymali herbatę.
— Borówkowa.
Charlie nerwowo podrapał się po karku, zauważając, że przyjaciel nie spojrzał na niego ani razu, odkąd wszedł do kuchni.
— To… co się stało? Przesadziłem wtedy z alkoholem, mało pamiętam. Strasznego miałem po tym kaca — powiedział, parskając słabą imitacją swojego normalnego śmiechu. — Christie zadzwoniła do mnie z samego rana po imprezie i strasznie mnie opieprzyła. Powiedziała, że jestem skończonym idiotą. Myślałem, że chodzi jej o Dorcas, ale potem kazała mi z tobą „w końcu porozmawiać” i się rozłączyła — dodał, skubiąc skórkę przy lewym kciuku. — Pytałem parę razy, ale nic więcej nie chciała mi powiedzieć. Ty nie odpisywałeś na żadne wiadomości i wracałeś do domu. Nie wiem, co zrobiłem, ale chciałbym to wyjaśnić, żebyś znowu chciał ze mną rozmawiać. Jesteś moim najlepszym przyjacielem.
Przez kuchnię przedarł się głośny gwizd czajnika.
Ramiona Theodore'a zesztywniały już kiedy z ust chłopaka padło imię Dorcas. Potem było tylko coraz gorzej. Dopiero po chwili zorientował się, że pisk, który brzęczał mu w uszach wcale nie powstał w jego głowie, tylko pochodzi od czajnika. Powoli sięgnął dłonią i wyłączył kuchenkę. Wyciągając kubki z szafki usłyszał, jak za nim Charliemu wyrywa się ziewnięcie. Pierdolone zdolności. Aura senności musiała wylewać się z niego falami, kiedy ledwo mógł opanować drżenie dłoni.
Kiedy stawiał przed Charliem kubek z posłodzoną już herbatą, wciąż na niego nie patrzył. Wlepiał wzrok w drewniany blat stołu, siadając na przeciwko chłopaka. Mocno trzymał swój kubek w dłoniach, chociaż parzył go w palce.
— Wcale nie jeżdżę do szkoły tylko do obozu dla potomków rzymskich bogów i dlatego nie mam telefonu bo zeżarłyby mnie potwory i moim ojcem jest Hypnos czyli bóg snu i dlatego teraz ziewasz bo nie umiem się kurwa kontrolować — wyrzucił z siebie ciurkiem.
Nie wiedział, dlaczego to powiedział. Ukrywał przed Charliem dwie bardzo ważne prawdy o sobie, i w ostateczności wolał zrzucić na niego tą drugą. Wbrew pozorom, mogła dokonać mniejszych szkód. W końcu zacisnął usta w wąską linię i uniósł wzrok na chłopaka. Jasne włosy zdążyły mu już przeschnąć i znów wyglądały na miękkie. Właśnie unosił kubek do ust, kiedy Theo zrzucił na niego bombę. Ostrożnie odstawił go z powrotem na stół.
— Że co? — zapytał, wpatrując się w przyjaciela z czymś w rodzaju zmieszanej konsternacji, zdziwienia i bardzo intensywnego myślenia. W końcu trzasnął się otwartą dłonią w czoło tak niespodziewanie, że Theodore prawie podskoczył. — Japierdole. Wiedziałem, że to nie może być zwykła szkoła. Za mało o niej mówiłeś, poza tym ty nigdy nie chciałeś się uczyć. Boże.
Charlie zamilkł i zamrugał kilkakrotnie.
— I co, biega tam jakiś Zeus? — wypalił po chwili.
— …To mitologia grecka. W rzymskiej jest Jupiter. Nie mów o bogach. Jak im się nudzi, to podsłuchują. Częściej, niż faktycznie się do nas odzywają — odpowiedział Theo, czując, jak jego myśli powoli wracają na odpowiednie tory.
Niezbyt długo mógł się tym cieszyć, bo Charlie w końcu znowu zmarszczył brwi.
— Mam dużo pytań. Bardzo dużo. Ale to wcale nie wyjaśnia, dlaczego nie dałeś znaku życia rzez półtorej miesiąca — powiedział w końcu, przez to Theo znowu odwrócił wzrok.
Charlie właśnie usłyszał, że ojcem jego najlepszego przyjaciela jest bóstwo, a i tak bardziej martwił się o to, czy między nimi jest wszystko w porządku. Może to właśnie dlatego Theo czuł się tak, jak się czuł. Charlie miał priorytety na dobrym miejscu.
— Co u Dorcas? — zapytał zamiast odpowiadać.
Pożałował tego pytania, kiedy tylko twarz chłopaka wykrzywił grymas.
— Czemu pytasz? — Napił się herbaty. — Anya wyrzuciła ją z imprezy niedługo potem, jak poszedłeś. Razem z jakimś tam Aidenem z którym się obściskiwała, kiedy ja byłem zajęty leżeniem na kanapie. Nie widziałem jej od tamtego czasu i więcej nie chce. Zachlałem wtedy wszystkie szare komórki i głupio zrobiłem. Mam nauczkę. Kobiety to chyba jednak nie dla mnie — powiedział, z westchnięciem się przeciągając. Naprawdę oczy mu się kleiły. Ramiona Theodore'a za to znowu zesztywniały. — Zaraz. Boże, Theo. Ty się tak o nią wkurzyłeś? — zapytał, unosząc brwi.
Theodore nie zaprzeczył, więc Charlie wiedział, że trafił w sedno.
— Przepraszam, że cię tam tak dla niej zostawiłem. Byłem pijany, ona się nagle napatoczyła i… no. Jakbym mógł to powtórzyć to od razu kazałbym jej spieprzać. Wiem, że nie chciałeś iść na tą imprezę, a ja cię zaciągnąłem i na końcu zepsułem sprawę. Nie chciałem, serio.
Wyglądał na szczerze zmartwionego. Theo rozchylił usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale o chwili na powrót je zamknął. Potrząsnął tylko głową. Może lepiej było to zostawić tak, jak było.
— Nikogo tam nie znałem. A na nią od początku było szkoda twojego czasu — powiedział jedynie zdawkowo, ale Charlie westchnął z ulgą.
— Jezu, trzeba było tak od razu. Prawie sobie wyrwałem połowę włosów kiedy cię nie było. Nie strasz mnie tak więcej — poprosił, a na jego usta wrócił pewniejszy uśmiech. Taki, jaki Theo znał.
Theo poczuł bardzo nieprzyjemny dysonans. Z jednej strony w jego klatce piersiowej rozlało się ciepło, a z drugiej coś bardzo nieprzyjemnie kuło go w środku. Postarał się to w sobie zdusić. Wiele rzeczy był w stanie zrobić, żeby znowu mieć najlepszego przyjaciela. Nawet jeżeli coś miało go przy tym non stop boleć.
Posłał chłopakowi krzywy uśmiech.
— Wiesz, jak jest. Nie lubię gadać o emocjach — powiedział jedynie.
— Wiem, wiem. Czaję.
Przez krótką chwilę panowała cisza, kiedy oboje w tym samym momencie sięgnęli po swoje kubki.
— Teraz czekam na co najmniej dwugodzinne wyjaśnienia na temat twojego obozu. Chcę wiedzieć wszystko. Dalej nie jestem na sto procent pewien, że ci się to nie przyśniło — dodał Charlie, marszcząc nos.
Theo westchnął, odstawił kubek i podwinął rękaw swetra, pokazując chłopakowi obozowy tatuaż. Brwi Charliego poszybowały tak wysoko, że prawie zniknęły pod rozczochraną grzywką.
— Okej. O tym też mi opowiesz. Zaczynaj.
Chłopak zignorował szpilę, która nieustannie dźgała go w serce i zaczął opowiadać o tym, jak pewnego pięknego dnia spotkał wielką, przerażającą, magiczną wilczycę.


────
[1413 słów: Theodore otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]