Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atlas Walker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atlas Walker. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 października 2026

Od Atlasa — drabble „Rodzeństwo”

W ośrodku adopcyjnym rodzeństwa trzymały się razem. Obserwował rozbite, kilkuosobowe rodziny i zastanawiał się, czy gdzieś w świecie ma brata lub siostrę. Może był jedynym dzieckiem, które jego matka oddała do adopcji, a może wręcz przeciwnie, gdzieś niedaleko był ktoś mu bliski, o kim nawet nie zdawał sobie sprawy.
W obozie ilość dzieci Merkurego była przytłaczająca. Głupio liczył, że może nazywać swoim rodzeństwem kogoś, kogo ledwie poznał, kiedy ich jedynym łącznikiem był znikający ojciec, podobne umiejętności i konieczność uczęszczania na te same treningi. Ci ludzie byli mu obcy, a ich prawdziwe rodzeństwo zostawało w domu, do którego zawsze mogli wrócić.


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

sobota, 17 października 2026

Od Atlasa — drabble „Flaga”

Flaga Kanady na słupie machała do niego drwiąco. Atlas zjeżył się mimowolnie na jej widok w irracjonalnym strachu, że jeśli zbyt długo będzie się w nią wpatrywać, to ktoś zauważy, że tak naprawdę był tu obcy. Tylko w Obozie Jupiter pełnym wyrzutków i multi kulti nie musiał bać się deportacji.
Nie był w Kanadzie od sześciu lat. Mógł opakować perfekcyjnie amerykański akcent, żywić się samymi burgerami i udawać, że nie rozpoznaje krajów Europy (czy cokolwiek Amerykanie uprawiali), ale Stany nigdy nie zastąpiły mu poczucia przynależności. Żeby pójść dalej, musiał najpierw pogodzić się z tym, że do Kanady już nie wróci.


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 15 października 2026

Od Atlasa — drabble „Kotwica”

— Jak to nie potrafisz zawiązać węzła rybackiego?
— Nie uczą takich rzeczy w Obozie Jupiter. Ani w szkole. Ani na koloniach. Ani, kurwa, nigdzie, poza nie wiem, statkiem.
Arisu fuknęła na niego zirytowana. Kazała mu się przesunąć. Nie pofatygowała się, żeby pokazać, jak sam mógłby to zrobić, uważała go za imbecyla i przypominała o tym przy każdej okazji. Przypatrywał się pracy jej rąk, kiedy przeplatała sznur.
Dziwnie było mu przyznać przed sobą, że wolał wiązać węzły rybackie z Arisu, niż być sam. Jeszcze dziwniej było przyznać, że jego jedyną kotwicą trzymającą go w Obozie Jupiter była dziewczyna, która nazywała go prostakiem.


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

środa, 14 października 2026

Od Atlasa — drabble „Ostrzeżenie”

Eksplorowanie podziemnych przejść obozu miało swoje plusy i minusy. Do plusów zaliczyłby przede wszystkim to, że mógł zgrabnie uciekać, jeśli akurat ktoś go potrzebował. Przydawała się możliwość ekspresowego przejścia z punktu A do punktu B, kiedy akurat zaspał na trening. Minusem było to, że w tunelach coś mogło uciąć mu głowę — na przykład pretor, gdyby dowiedział się o korzystaniu z niedostępnych dla legionistów przejść.
Wielki, czerwony znak przyczepiony do mosiężnych drzwi wyglądał jak ewidentne ostrzeżenie świadczące, że nie powinno się przekraczać tego progu. Nie potrafił odczytać rozmazanego ze starości napisu. Ostrzeżenie nie mogło go zatrzymać, jeśli nie umiał go przeczytać.


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 8 października 2026

Od Atlasa — drabble „Grabić”

Szło mu opornie. Jego żałosna kupka liści była dużo mniejsza od kupki Arisu. Wiatr podrywał suche listki w powietrze, które uciekały spod ząbków jego grabi.
Odłożył narzędzie tylko na chwilę. To nie jego wina, że Arisu jakimś cudem była zdolna do teleportacji tuż obok niego, kiedy był przekonany, że już na niego nie patrzy.
— Grabisz sobie, Walker — mruknęła, dźgając go grabiami w goleń. Była chodzącym ucieleśnieniem kobiety, która powiedziałaby „ciebie dotknęłabym co najwyżej kijem”.
Uśmiechnął się głupio.
— Grabię? Czyli jednak jesteś zdolna do żartów?
Zgromiła go wzrokiem.
— To nie był żart. Wracaj do roboty albo wiesz, gdzie wylądują te grabie.


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 4 października 2026

Od Atlasa — drabble „Sen”

— To tylko sen. Wróć do łóżka — Camara powiedziała to z wyraźnym ponagleniem w głosie, ale zamiast faktycznie odesłać go do pokoju, postawiła przed nim kubek parującej herbaty.
Nie umiał jej sensownie wyjaśnić, że miał złe przeczucia. O tym, kim jest potwór, Atlas miał dowiedzieć się dopiero za kilka lat, w Obozie Jupiter. To był sen, powtarzali mu pracownicy opieki społecznej, znajdując go w kuchni przy zapalonym świetle, byle jak najdalej od łóżka. To tylko sen, przypominał sobie, leżąc zlany potem w ciemności pokoju. To tylko sen, ale kły tych potworów wydawały się prawdziwe i Atlas czuł, że są coraz bliżej.


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 15 września 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Fakt, że jego czas w Obozie Jupiter się kończył, Atlas brał za pewnik. Codziennie igrał z losem i cierpliwością centurionów. Nigdy nie nastawiał się, że w ogóle dożyje obozowej emerytury i osiągnie mistyczne dziesięciolecie stażu na służbie, większość osób kończyła przed tym z odgryzioną głową, a Atlas, nawet jeśli nie miał w zwyczaju zbyt często opuszczać obozu, a zatem i raczej nie narażał się na atak potworów, nie widział siebie w Nowym Rzymie. Miałby niby osiąść się w jednym z tych noworzymskich domków przy akwedukcie i ustabilizować się z innym półbogiem? Spacerować wzdłuż brzegu Małego Tybru, trzymając się za ręce? Może jeszcze miałby iść do pracy? To nie było w jego stylu.
Prędzej czy później ktoś miał go wyrzucić. Za nieróbstwo, na przykład. Za narażenie swoich kolegów. Za koncertowe spierdolenie czegoś nawet bardziej niż zawsze, czegoś, co przekroczyłoby granicę. Może gdyby ten dzień nie nadszedł odpowiednio szybko, Atlas w końcu sam spakowałby plecak i wymknął się przez barierę niezauważony, bywając to tu, to tam, tak jak to było, zanim znalazł się wśród innych półbogów. Przebywanie zbyt długo w jednym miejscu też nie było w jego stylu, był przecież dzieckiem boga podróżnych.
W myślach zawsze układał wiele różnych scenariuszy, ale nigdy, przenigdy nie pomyślałby, że wyrzucą go stąd za zgubienie dziecka. To było zbyt dużo, nawet jak na niego, a poprzeczka leżała nisko, bo zdarzyło mu się już wybuchnąć akwedukt. Przynajmniej wtedy nikt (poza stanem psychicznym dwóch osób i pewnej centurionki za nich odpowiedzialnej) nie ucierpiał.
— W sensie… poddajemy się? — dopytał Atlas, nagle chętny do tego, żeby to Arisu objęła prowadzenie.
Arisu ścisnęła usta w wąską kreskę i posłała mu nieodgadnione spojrzenie w odpowiedzi, na tyle żałosne, że nawet nie poczuł się mordowany wzrokiem. Atlas pomyślał, że przecież dzieci Wiktorii nie miały w zwyczaju się poddawać, bo było to równoznaczne z przegraną, ale wyjątkowo przemilczał ten fakt.
— Po prostu wróćmy — mruknęła.
W drodze powrotnej dzieci zaczęły marudzić. Zebulon nie odzywał się do nikogo, zakładając ramiona na piersi i ściągając czoło w złości. Przedtem zrobił swoim opiekunom cały wykład o tym, że przecież im obiecali, a koniec końców nie zobaczyli nic. Jego złość udzielała się innym dzieciom. Wszyscy, łącznie z Atlasem i Arisu, szli przez Obóz Jupiter naburmuszeni.
Mogli wrócić przez tunele, tak, żeby nie natknęli się na kogoś w drodze powrotnej, ale Walker nie odezwał się, że zna drogę. I tak wszyscy mieli już dość ciemności. Najbliżej przyłapania byli w momencie, kiedy trzech młodszych legionistów śmignęło obok ich pochodu, ale byli zbyt zajęci gonitwą za pegazami, żeby zwrócić uwagę na gromadkę dzieci. Któryś legionista spłoszył pasące się pegazy i teraz wystraszone konie szybowały po niebie, nakłaniane przez krzyczących do nich półbogów do zejścia na ląd. Część dzieci nawet przestała marudzić, zachwycona, że mogli zobaczyć koniki.
Zeszli na wydeptaną ścieżkę prowadzącą na Pola Marsowe. Atlasowi życie przelatywało przed oczami. Nawet jeśli moment jego odejścia z Obozu Jupiter zbliżał się nieubłaganie, czuł, że ma tu jeszcze niedokończone sprawy. Cokolwiek sobie nie wmawiał i jak czarnego scenariusza nie miał w głowie, nie był jeszcze gotowy, żeby stąd odejść. Może i nawet nie chciał, ale nie mógł powiedzieć tego na głos, bo wtedy miałby wobec siebie jakieś zobowiązanie. No i pozostawała kwestia dziecka… nie był istotą bez serca, żeby się tym nie przejmować. Jasne, w pierwszej kolejności najważniejsze było dla niego ratowanie własnej skóry i szukając Kailey, myślał głównie o tym, że nie chce ponosić konsekwencji za swoją nieodpowiedzialność, ale teraz, kiedy stracili już wszystkie nadzieje, dopadły go wyrzuty sumienia, że przez niego zgubiło się dziecko. Co powiedzą rodzicom? Co powiedzą siostrom Kailey?
Była też Arisu. On mógł być samotnym wilkiem, mieszkać na ulicy i dać się zjeść pierwszemu lepszemu potworowi, ale dla niej Obóz Jupiter wydawał się ważny. Przy nim zawsze wpadała w kłopoty. Nie mieli żadnej interakcji, w której dziewczyna nie skończyłaby wściekła albo mając kompletnie przejebane. Może ktoś pięć lat temu się pomylił i Atlas nie był synem Merkurego, tylko boga nieszczęścia? Słyszał, że niektóre dzieci Fortuny i Invidii mogły przyciągać pecha.
— Arisu — przywołał jej imię. Wchodząc na teren Pól Marsowych, zrównali ze sobą krok, nie musząc już dłużej otwierać i zamykać pochodu. Na otwartej przestrzeni dzieci zgubiły nieco szyk i zaczepiały się wzajemnie. Zebulon próbował zachęcić kolegów do gry w berka. — Ogólnie to… sorry, że przeze mnie zawsze masz przejebane. Tak ogólnie to trochę cię lubię, chociaż strasznie mnie wkurwiasz.
Chyba trochę przesadzał. Czuł się, jakby szedł na wojnę, w miejsce, z którego już nie wróci, i zebrało mu się na durne wyznania. Przed Arisu. ARISU. Ona go nawet nie lubiła, nie chciała tego słuchać. Zaraz przywali mu za to, że w ogóle próbował ją przepraszać, bo żadne przeprosiny nie wynagrodzą jej kłopotów, a w ogóle to powinien się zamknąć, bo zakłóca jej ostatnie chwile ciszy i względnego spokoju.
— KAILEY!
Atlas podniósł głowę tak szybko, że prawie skręcił sobie kark. Serce zamarło mu w piersi. Hailey próbowała wyjść z szeregu, podekscytowana na czyjś widok.
Kailey siedziała skulona pośrodku okręgu utworzonego z drewnianych mieczy treningowych i łkała. Miała zasmarkaną od płaczu twarz, ale poza tym wyglądała na całą i zdrową. Nie przypominała mirażu.
Walker puścił się przed siebie biegiem. Skracając dystans między sobą a dzieckiem, klęknął przed dziewczynką i w pierwszej kolejności obejrzał ją ze wszystkich stron. Dziesięć palców u rąk, stóp raczej nie miał zamiaru sprawdzać. Zero zadrapań. Miała ubłocone spodenki od klękania na ziemi. Nie, to niemożliwe, sprawdź jeszcze raz. Płakała? Coś jej się stało?
— Kailey — wypowiedział jej imię. Dziewczynka próbowała otrzeć smarki rękawem koszulki. — Kailey, czemu płaczesz? Stało ci się coś? Gdzie byłaś?
— Poszłam siku. O, tam. — Wskazała drżącym palcem w stronę czegoś tak oczywistego, jak przenośne toalety na samym krańcu Pól Marsowych. Próbowała się uspokoić, ale zamiast tego z jej gardła wyrwał się kolejny szloch. — A-ale jak wróciłam, to nikogo nie było.
Atlas usłyszał za sobą przyspieszone kroki. Arisu popędzała dzieci. Siostry Kailey zbiegły ze wzgórza.
— Kailey, gdzie byłaś? Pan Atlas mówił, że będziesz czekać w Obozie Jupiter, ale tam cię nie było! — wytknęła Bailey, urażona, że siostra nie spełniła obietnicy.
— Byłam siku — powtórzyła Kailey, wpadając w jeszcze większy płacz. Atlas otwierał i zamykał usta jak ryba, bo jego umiejętności obchodzenia się z dziećmi kończyły się w momencie, kiedy któreś zaczynało płakać. — Przepraszam… nie wiedziałam, że mam gdzieś czekać…
— Nie, Kailey, to nie twoja wina — powiedział uspokajająco Atlas.
— Nie poczekaliśmy na Kailey? — zapytała Hailey. Dyskusja zaczynała zbliżać się w niebezpieczne rejony.
— Byliście w Obozie Jupiter? — dopytała żałośnie Kailey.
Bailey podekscytowana pokiwała głową i zaczęła opowiadać siostrze co zobaczyli i jakie to nie było super, podkreślając, że widzieli latające pegazy, a Kailey — jak się okazało — była zagorzałą koniarą. Uspokoiła się na pół minuty, zanim nie wpadła w kolejny szloch, tym razem dlatego, że ominęło ją tyle rzeczy.


Arisu?
────
[1109 słów: Atlas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

sobota, 22 sierpnia 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Atlas diagnozę ADHD po raz pierwszy usłyszał w podstawówce. Nie miał pojęcia, co to do końca znaczy jeszcze przynajmniej przez kolejnych kilka lat. Miła pani psycholog mówiła mu: „po prostu urodziłeś się trochę inny od innych”. W szkole czasami miał specjalne względy, jak na przykład dłuższy czas na kartkówkach albo ciężkie westchnięcia dyrektora, kiedy znowu sprawił jakiś kłopot, a wychowawczyni wspominała o orzeczeniu.
W Obozie Jupiter dowiedział się, że ADHD było mechanizmem przetrwania półbogów. Dzięki ADHD był w stanie skupić się w ferworze walki z potworami. Jego ciało było nastawione na to, żeby być legionistą, nie na to, żeby ślęczyć w nudnej klasie i słuchać o równaniach diofantycznych.
Teraz pomyślał, że tak naprawdę wszystko sprowadzało się do tego jednego momentu. ADHD nie przygotowało go na przeżycie w półboskim świecie, ADHD zadbało o to, żeby mógł teraz stać jak kołek pośrodku grupki ujadających dzieci i nie wariować. Biorąc pod uwagę to, że jego organizm znajdował się w fazie „walcz lub uciekaj”, w sumie nie różniło się to za dużo od walki z potworami.
Jeden dzieciak mówił coś o orłach, drugi o treningach, trzeci o koniach. Zebulon cały czas kołysał się w miejscu i szarpał za rękę kolegi. Jessica zaczęła pociągać nosem. Brian chciał kanapkę z masłem orzechowym i dżemem, ale dżem koniecznie musiał być taki, jaki zawsze dawał mu tata, bo żadnego innego nie lubił. Arisu wydała swoje polecenie. Zebulon robił do koleżanki niezidentyfikowane miny i Atlas zastawił mu usta ręką, tylko po to, żeby poczuć, jak chłopiec liże mu dłoń. Włożył całą siłę woli w to, żeby nie zacząć krzyczeć, bo przypomniał sobie o wszystkich niezidentyfikowanych przedmiotach lizanych i zjadanych przez dzieci, jako przykład mając w głowie wizję glutów.
Jeszcze raz, wróć. Arisu wydała polecenie. „Wiesz, jak poruszać się po obozie, żeby unikać ludzi i obowiązków”. Czy to był komplement? Zależy, od której strony miał to interpretować i czego akurat dotyczyła sytuacja. W normalnych warunkach ze strony Arisu to byłaby złośliwa uwaga, w tym przypadku nawet brzmiało jak komplement. „Więc znajdź nam taką trasę, żebyśmy mogli sprawdzić teren najbardziej po cichu, jak się da”. Polecenie. Powierzyła mu zrobienie czegoś. Czegoś innego niż sprzątanie, tynkowanie dziur albo siedzenie cicho, żeby jej nie wkurwiać.
Małe uczucie dumy, że został jakkolwiek pochwalony przez dziewczynę, szybko zostało zdeptane przez coś, czego Atlas nienawidził absolutnie najbardziej, a była to presja i poczucie obowiązku. Arisu powierzyła mu zadanie, ODPOWIEDZIALNE zadanie, którego nie mógł spieprzyć, a co gorsza, nie mógł się nawet skutecznie od niego wymigać. Nie miał nawet kilku dni roboczych, żeby przetrawić sam fakt, że musi coś zrobić i przygotować się na to psychicznie (albo znaleźć powód, żeby od tego uciec).
Przecież sam wcześniej sugerował jej, że jest dzieckiem boga podróży i (prawie) niezawodną orientację w terenie miał wbudowaną w procesor. Wiedział, że pod ich stopami jest system tuneli. Jeśli zignorowałby fakt, że mogli poruszać się nimi wyłącznie pretorzy, to z całą pewnością wiedziałby, w którą stronę skręcić.
— Wiesz, że bardzo ci się nie spodoba mój pomysł, prawda?
To było pytanie retoryczne. Nawet najlepszy pomysł na świecie nie spodobałby się Arisu, gdyby został wymyślony przez Atlasa, a ten konkretny już z całą pewnością nie zaliczał się do najlepszych.

Zaletą obecności dzieci było to, że Arisu nie mogła publicznie zlinczować Atlasa. Gdyby wykrzyczała wszystko to, co mamrotała pod nosem, najprawdopodobniej wyrządziłaby nieodwracalną szkodę w ich małych, plastycznych umysłach. Nie mogła nawet szczególnie mocno sprzeczać się, że to zły pomysł i w ogóle to czy jego pojebało, bo nie mogli zdradzić przed dziećmi, że to nie jest element wycieczki.
Zebrali się jak najbliżej siebie. Atlas włączył mechanizm naścienny i tunel rozjaśnił słaby ogień ułożonych kolejno pochodni.
Tak, mieli przejebane, jeśli ktoś by ich zobaczył, to czekało ich wydalenie z obozu, publiczna egzekucja, bla, bla, bla, nie trzeba było się dodatkowo powtarzać. Mimo wszystko Atlas uznał włamanie się do podziemnych tuneli za jedną z bezpieczniejszych dla nich opcji. Bezpieczniejszą, niż paradowanie na widoku Obozu Jupiter z gromadką rozwrzeszczanych dzieci, to na pewno. Nawet rozwrzeszczenie nie stanowiło już problemu, bo dzieci były zbyt wystraszone panującą dookoła ciemnością i pająkami wielkości ich głowy, żeby piszczeć im nad uchem o kanapce z masłem orzechowym i dżemem.
— Nikt tu nie ma wstępu — próbował udobruchać Arisu Atlas.
— Och, doprawdy? — syknęła na niego.
Ich obecność była swoistym zaprzeczeniem.
— Nikt oprócz pretorów. — Atlas tylko się pogrążał. — …i kogoś, kto potrafi otwierać magicznie zaklęte zamki.
Pomachał jej palcami przed twarzą, podkreślając, że chodzi mu o niego samego. Wydawała się tylko bardziej wkurzona.
— Pretorzy chodzą tędy, żeby szybko się przemieścić z punktu A do punktu B. Poza tym to droga ucieczki w razie gdyby obóz był pod atakiem.
— Boję się ciemności — załkała Jessica, przerywając im sprzeczkę. W nikłym blasku pochodni Atlas dostrzegł, jak po zaczerwienionych policzkach spływają jej łzy. Łkanie przerwała tylko na pociągnięcie nosem.
Jej strach udzielał się pozostałym dzieciom. Wszystkie miały oczy szerokie jak spodki. Brian trząsł się jak osika. Nawet Zebulon przestał się wiercić, chociaż wciąż rozglądał się bacznie z zaciekawieniem i jako jedyny nie wydawał się na skraju płaczu.
— Gdzie idziemy? — zapytał Kalel, wlepiając swoje szczenięce spojrzenie w Atlasa i Arisu. Wciąż ściskał dłoń Zebulona.
— To droga na skróty — wytłumaczył Atlas. W teorii nikogo nie okłamał. — Sprawdzimy wszystko po kolei. Stajnie, orły, treningi…
— Łaźnie też? — zapytał z nadzieją Brian.
Atlas miał nadzieję, że nie, bo Kailey powita ich z otwartymi ramionami od razu po przejściu pierwszego włazu i wcale nie będą musieli iść już dalej.
— Zobaczymy.
W oczach dziecka było to równoznaczne ze zgodą, więc niektóre z dzieciaków rozbudziły się nieco. Atlas chyba wolał je kompletnie zastraszone.
— A będziemy mogli wejść do basenu?
— Nie mam kostiumu kąpielowego — powiedziała Bailey zawiedziona.
Atlas pociągnął Arisu za rękaw i pokazał jej palcem pierwszy właz kilka metrów dalej. Długa drabina wspinała się po ścianie i prowadziła do klapy z cesarskiego złota.
— To powinno być wyjście do zbrojowni. Wszystkie wyjścia są zamknięte magicznie, ale powinienem umieć je otworzyć.
Pojawiało się kilka ważniejszych pytań. Na przykład to, czy powinni wyjść wszystkimi dziećmi. Może lepiej by było, żeby Atlas szybko sprawdził teren, a reszta została w dole? Poza tym umieszczanie Zebulona w okolicach prawdziwych mieczy i łuków mogło nie być najlepszym pomysłem. Walker spojrzał na Arisu, licząc, że to ona przejmie dowodzenie. Jego działka polegała na tym, żeby przeprowadzić ich przez Obóz Jupiter w miarę sekretnie, nie mógł brać też ewentualnej odpowiedzialności za ucięte paluszki.


Arisu?
────
[1045 słów: Atlas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 26 lipca 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Atlas prawie nie pamiętał swojego dzieciństwa. Jego dzieciństwo było zbiorem szczątkowych wspomnień, których nie potrafił przypisać do żadnego okresu. Żadne wspomnienie nie trzymało się kupy i mógłby pomyśleć, że to sprawka Mgły, która bardzo usilnie próbowała zatuszować jakiekolwiek nadnaturalne zdarzenie, których w jego życiu było zapewne po pęczki, zanim jeszcze trafił do Obozu Jupiter. Kiedy jeszcze mieszkał w Kanadzie, terapeutka powiedziała mu, że niepamięć najprawdopodobniej jest wynikiem traumy i jego dysfunkcyjnej sytuacji rodzinnej.
Z tego wszystkiego najlepiej pamiętał, że sprawiał problemy. Wszystkim. Ludziom w ośrodku, nauczycielom w szkole, rodzinom zastępczym, innym dzieciakom, które z nim przebywały. Nic dziwnego, był półbogiem z ADHD, w dodatku synem boga złodziejstwa, handlu, podróżników i całego szelmostwa, które mogło występować na tym świecie. Teraz kiedy szedł w korowodzie osób statystycznie sięgających mu do łydek, zdał sobie sprawę, że najbardziej współczuł właśnie swoim przedszkolankom. Spieprzał. Multum razy. Zupełnie jak Kailey. Zdarzało mu się uderzyć innego dzieciaka, tak, jak robił to Zebulon. Dzięki bogom, że na tym etapie edukacji nie miał jeszcze do czynienia z ostrymi mieczami czy potworami, bo mały Atlas sam w sobie pracował jak jednoosobowa armia. Nie był wtedy jeszcze, rzecz jasna, myślącą jednostką (nadal nie był), ale w trakcie pochodu do Obozu Jupiter, naszła go refleksja, że w ostatnim czasie często dopadała go karma. Jeśli tym razem jego karmą miało być pilnowanie grupki takich samych dzieciaków jak on, to bał się, co będzie następne.
Zgubili dzieciaka i mieli zamiar wejść całą przedszkolną grupą w samo serce Obozu Jupiter, czego Atlas się spodziewał? Że na ich przyjście obóz magicznie opustoszeje, usłyszą o promocji 2+2 w kawiarni Bombilo i zbierze się taka kolejka, że nikt nie zauważy wycieczki do koszarów albo samotnej, płaczącej dziewczynki, która radośnie obwieści, że się zgubiła? Oczywiście, że musieli kogoś spotkać, prędzej czy później. Z dwojga złego może to i lepiej, że na samym wstępie, może unikną podwójnego ośmieszenia się, kiedy w zgiełku zaginie im kolejne dziecko.
Atlas stanął za małym Zebulonem i oparł mu dłonie na barkach, modląc się, żeby załapał aluzję, że jest to czas na zamknięcie się i pozwolenie gadać dorosłym. Szkoda, że jedynym dorosłym w towarzystwie była Arisu (bo z całą pewnością nie Atlas), a ona zajęła się odliczaniem w myślach od dziesięciu do zera, żeby przypomnieć sobie, że w tych czasach znęcanie się nad dziećmi jest passé i nawet w mikroświecie Starożytnego Rzymu tego nie praktykują. Od legionisty dzieliła go odległość kilku dzieci i nie mógł się do niego przybliżyć, bo był przekonany, że odwróci się tylko na chwilę, a po drodze zgubi kolejne troje bąbli. Za takie coś nie zostałby już tylko wydalony z Obozu Jupiter. Za takie coś byłby pewnie poszukiwany listem gończym w Stanach Zjednoczonych. Ekstradycji z kraju mógłby już nie wytrzymać.
Walker miał to szczęście — albo właśnie jego brak — że wiedział, kim jest stojący przed nimi legionista. Ze wszystkich opcji różnych osób w obozie, która mogłaby ich zatrzymać, ta nie wydawała się taka najgorsza. Atlas mógłby wręcz powiedzieć, że była gdzieś pośrodku spektrum. Gorsze od tego mógłby być jakiś centurion, pretor, albo gorzej, mogła być to Cherry Amoret. Przed nimi stał legionista raczej niewyróżniający się z tłumu. Atlas kojarzył, że był z Trzeciej Kohorty i mówili na niego Theo. Pamiętał, że był młodszy od niego i od Arisu i że stosunkowo niedawno wstąpił do legionu. Przez pewien czas chodziły o nim plotki, bo początkowo nie potrafił kontrolować swoich mocy jako dziecko Somnusa i przypadkiem usypiał przypadkowych ludzi na swojej drodze. Walker czuł, że serce nadal pędzi mu w piersi i ani trochę nie jest śpiący, więc zgadywał, że Theo nauczył się kontrolować swoje moce.
— Taaak. Wycieczka. Pokazujemy dzieciakom co, gdzie, i jak, jeszcze zanim wstąpią do legionu… za kilka lat, oczywiście — wytłumaczył Atlas. W myślach odmówił już swoje najgorliwsze modlitwy w intencji Merkurego i wszystkich przedszkolanek, które kiedykolwiek wkurwił w swoim życiu.
— Jeszcze nigdy nie widziałem wycieczki w Obozie Jupiter. — Theo wyraźnie zmarszczył brwi.
No, z całą pewnością było to jakieś stwierdzenie. Trafne nawet. Jeśli Atlas miałby polecić jakąś wycieczkę w okolicy, to postawiłby raczej na Nowy Rzym, zdecydowanie ładniejszy i bezpieczniejszy, a do tego widok torturowanych legionistów jest zredukowany do minimum. Malownicza byłaby także wycieczka do San Francisco, most Golden Gate albo Alamo Square wydawały się ciekawsze od stajennych przerzucających odchody pegazów.
— To nowy pomysł — pomogła mu Arisu. Atlas ochoczo pokiwał głową.
— Ahaaa. Podobno młodsi legioniści boją się strasznych rzeczy w obozie. Wiesz, ostrych mieczy, katapult, rozpruwania pluszaków dla wróżb, performatywnego zabijania się tylko po to, żeby zaraz wyleczyć się ambrozją. Te dzisiejsze dzieci są coraz słabsze psychicznie i w ogóle. Centurioni nie chcą, żeby ciągle moczyły łóżka.
— Będziemy rozpruwać pluszaki?! Mordować się?! Ostrymi mieczami?! — wykrzyknął Zebulon z entuzjazmem.
— Będziemy… rozpruwać pluszaki? M-mordować się… ostrymi mieczami? — powtórzyła Jessica słabo.
Atlas postanowił zignorować wszystkie nakazy i zakazy obcowania z dziećmi i zakrył Zebulonowi usta.
Zmarszczka między brwiami Theo wcale nie znikła. Po tym wszystkim, co usłyszał, mogła się tylko powiększyć.
— Powinienem… powinienem powiedzieć o tym centurionowi? — zapytał Theo.
— Nie! — odparował.
Atlasowi serce podeszło do gardła. Nie chciał słyszeć słowa „centurion” w przeciągu najbliższych kilku godzin, a zwłaszcza nie w takim kontekście. Zaakceptowałby co najwyżej „centurion osobiście chce wam wręczyć nagrodę za wszystkie wasze zasługi”, oczywiście pod warunkiem, że znajdą Kailey. W zasadzie bez Kailey też mogliby dostać nagrodę, tylko musieliby odpowiednio wmówić rodzicom, że nigdy nie mieli trojaczków i tak naprawdę od zawsze wychowywali tylko Hailey i Bailey. Po co im w ogóle było trzecie dziecko? I to jeszcze w tej ekonomii?
— Nasza centurionka o tym już wie. To był jej pomysł — skłamała Arisu.
W przeciwieństwie do Atlasa nie przejawiała większych objawów paniki. Wieczny grymas złości widoczny na jej twarzy nie zdradzał absolutnie nic nowego. Atlas, jako syn boga oszustw, sam musiał przyznać, że była całkiem przekonująca. Z tego samego powodu musiał też przyznać, że za tak okropne kłamstwo hipotetycznie mogliby beknąć jeszcze bardziej. Co innego zgubić dziecko, a co innego perfidnie kłamać przypadkowemu legioniście o odgórnym nakazie władz. Atlas był z niej nawet trochę dumny.
Theo przypatrywał im się jeszcze chwilę. Nieśpiesznie przebiegł wzrokiem po dziecięcych twarzyczkach, w większości milczących, skuszonych opcją późniejszego pobicia swojego opiekuna w nagrodę za bycie grzecznym. (Atlas był skłonny sam im wręczyć drewniane miecze w nagrodę, jeśli nic nie zdradzą). Zwrócił uwagę na wciąż przytrzymywanego Zebulona, śliniącego Walkerowi rękę. Ostatecznie legionista wzruszył ramionami, szczękając zbroją, i machnął dłonią.
— W sumie to co mnie to — mruknął i odszedł.
Atlas trzymał Zebulona jeszcze chwilę, czekając, aż Theo odejdzie na bezpieczną odległość. Tak szybko, jak tylko go puścił, zaczął z obrzydzeniem wycierać dłoń o koszulkę. Arisu odwróciła się i przeliczyła dzieci po raz kolejny, upewniając się, że nikt nie uciekł podczas tej krótkiej dyskusji.
— Panie Atlasie? To będziemy czy nie? Będziemy? Będziemy??? — wypytywał Zebulon.
Atlas ostatnimi resztkami cierpliwości powstrzymał się, żeby znowu nie zatkać mu ust.
— Pospiesz się — syknęła Arisu do Atlasa, jakby potrafił telepatycznie przyspieszyć poszukiwania kilkulatki i uciszyć dzieciaka o morderczych zapędach.
Musiał myśleć jak dziecko. Ale tak… bardziej, niż zawsze.
— Okej, dzieci. — Klasnął w dłonie, żeby zwrócić na siebie uwagę. Miał nadzieję, że nikt, kto nie powinien, tego nie usłyszał. — Czysto hipotetycznie, gdybyśmy mieli grać tutaj w chowanego, to gdzie byście się schowali?
— Co to znaczy hipote… hipotetyczka?
— Gramy w chowanego? — podekscytował się znowu Zebulon.
— Nie. Pod żadnym pozorem nie gramy w chowanego — odpowiedziała mu surowo Arisu.
Atlas westchnął i posłał dziewczynie spojrzenie, które mówiło tylko: „próbowałem”.


Arisu?
────
[1213 słów: Atlas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 3 maja 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

„Gdzie jest Kailey?” było takim prostym pytaniem, a jednak, gdyby Arisu nie wypowiedziała go na głos, pewnie by na to nie wpadł. Pytanie „gdzie jest Kailey?” oznaczało, że Kailey nie znajdowała się w pobliżu, a przecież cały czas była obok, o, tam, stała w parze z dziewczynką o imieniu Jessica, po tym, jak Atlas musiał na samym początku wytłumaczyć jej, że nie może trenować w trójkę z siostrami, bo jest to fizycznie niemożliwe w ich treningu. Pilnowanie ich należało przecież do ich podstawowych obowiązków, jak mieli do cholery w trzy minuty zgubić całego człowieka, metr dwadzieścia wzrostu, któremu jadaczka się nie zamykała, więc chodził jak mały alarm? W tej samej sekundzie stanęło mu serce. Myśli nie nadążały za kipiącą adrenaliną. Od razu spojrzał w tę stronę, gdzie jeszcze trzy minuty temu stała Kailey trenująca z Jessicą, ale Jessica była tam sama, wiercąc się w miejscu i próbując wykopać w ziemi dziurę drewnianym mieczykiem. Nie było Kailey. W panice przeanalizował kolejną parę. Nie było Kailey. W oddali nie widział Kailey. Obrócił się wokół własnej osi w miejscu, lustrując wzrokiem każdy centymetr Pól Marsowych, ale nigdzie. Nie. Było. Kailey.
Arisu mogła wysnuwać o Atlasie różne rzeczy; na przykład to, że jest skończonym leniem, nierobem, darmozjadem, dziadem i wrzodem (wszystkie te odpowiedzi były prawidłowe), ale jeśli chodziło o zadanie, które lubił wykonywać, to potrafił całkiem nieźle się przygotować. Szermierka nie wymagała od niego użycia mózgu. Praca z dziećmi? Sam był na podobnym poziomie intelektualnym, może tylko trochę większy i w teorii bardziej doświadczony. Nie była to jego pierwsza taka robota w Obozie Jupiter, Cherry zdarzało się mu powierzać dzieciaki pod trening, chociaż z całą pewnością nie w takiej liczbie i nie w towarzystwie Arisu. Jedyne, co musiał zrobić, to przeczytać (i zapamiętać) kilka dostarczonych mu formularzy, a kiedy Arisu tłumaczyła dzieciom, jak poprawnie ułożyć stopy do trzymania miecza, przełożyć teorię na praktykę, to znaczy: okropnie mu się nudziło, a nie miał zamiaru tego słuchać, więc przyglądał się dzieciom.
Na przykład z trojaczków od Merkurego tylko Hailey miała diastemę. Bailey miała bliznę nad brwią. Kailey…
— Kailey ma pieprzyk nad wargą — powiedział niezbyt mądrze.
W tej samej sekundzie był w stanie zobaczyć, jak na twarzy Arisu wykwita załamanie nerwowe. Zaraz jednak dziewczyna się opanowała (względnie), najwyraźniej uznając, że Atlas jej w niczym nie pomoże i jeśli zaraz czegoś nie zrobi, to Kailey zostanie zjedzona przez potwora za magiczną barierą, ALBO GORZEJ, Cherry ich zabije za tak gównianą robotę. Pochyliła się lekko nad pozostałą dwójką z trojaczków Merkurego i zapytała:
— Wiecie, gdzie jest wasza siostra?
Hailey wskazała palcem w stronę wydrążonej przez Jessicę dziury w ziemi.
— Tam była — powiedziała.
Nie, nie mogli spanikować. Ostatnie, czego im brakowało, to żeby razem z nimi spanikowała cała gromada dzieci. Jeśli jeszcze któreś dziecko zaczęłoby płakać, to Atlas chyba zacząłby krzyczeć w powietrze. Sam poprosiłby Arisu, żeby go zabiła.
Ukucnął przed Jessicą.
— Jessica, widziałaś gdzieś Kailey?
Dziewczynkę bardziej interesowała wykopana wcześniej dziura w ziemi. Usilnie rozgrzebywała ją dalej swoim butem, wszystko, żeby nie spojrzeć Atlasowi w oczy. Ewidentnie była z tych nieśmiałych dzieci, takich, które wstydziły się przed dużym, niebieskowłosym panem. Gdyby Atlas nie dobrał jej Kailey do pary, prawdopodobnie nawet nie znalazłaby sobie koleżanki.
— Poszła gdzieś — wyszeptała do grudki ziemi.
Atlas próbował nie podnieść głosu, żeby pośpieszyć ją w odpowiadaniu.
— Gdzie?
— Tam. — Nieśmiało pokazała w stronę Obozu Jupiter.
Atlas nie wiedział, czy mu ulżyło, czy spanikował jeszcze bardziej. Jeśli poszła w stronę Obozu Jupiter, znaczyło to, że nie skierowała się ani w stronę wzgórz, gdzie jakiś potwór zjadłby ją za barierą, ani w stronę Małego Tybru, więc raczej nie znajdą jej w rzece. Ale skoro poszła do Obozu Jupiter, to musiała wmieszać się w tłum ludzi, a jeśli ktoś by ją znalazł bez opieki, to dostaną podwójny opieprz. Z dwojga złego Atlas wolałby, żeby nic jej nie zjadło, ale jeśli to miało zatuszować sprawę, to–…
Arisu pociągnęła go w górę za koszulkę. Nie miała w sobie ani krztyny delikatności; to znaczy, nigdy wobec niego jej nie miała, ale jeśli Atlas wcześniej myślał, że się hamowała, to teraz zdecydowanie tego nie zrobiła. Poczuł, jak jej paznokcie wbiły się w jego ciało, kiedy szarpnęła go w bok.
— Pójdę jej szukać — syknęła do niego, na tyle cicho, żeby reszta dzieci jej nie usłyszała. Tym razem nie popełniła tego samego błędu i, chociaż mówiła do Atlasa, ani na chwilę nie oderwała wzroku od pilnowanej grupki. — Ty z nimi zostaniesz. Przysięgam, jeśli pod moją nieobecność coś im się stanie albo kolejne zniknie, to osobiście…
— Zwariowałaś? — przerwał jej. Nagle zirytowało go to, że Arisu chciała załatwić ten problem sama, chociaż oboje mieli przejebane. Dlaczego, bo uważała, że zrobi to lepiej? — Z naszej dwójki to ja jestem synem Merkurego. Bóg podróżnych, kojarzysz? Znajdę ją!
— Widziałam już twoje umiejętności orientacji w terenie w walentyn–… — ugryzła się w język — …w trakcie misji, kiedy miałeś znaleźć pole golfowe.
— To nie to samo — obronił się.
— Nie mamy na to czasu! — warknęła. — Nie mam gwarancji, że nawet nie uciekniesz!
To uraziło go do żywego, chociaż wiedział, że Arisu na palcach mogła policzyć sytuacje, w których pokazał jej, że można mu ufać. Przecież nie zostawiłby jej samej z bandą rozwrzeszczanych dzieciaków… nie, nie chodziło nawet o nią. Nie chciałby, żeby któremuś z dzieciaków pod jego opieką coś się stało.
Brak odpowiedzi z jego strony spowodował, że Arisu mogła się przez chwilę zastanowić. Przetarła czoło, jakby to miało pomóc jej się namyśleć, fuknęła dosyć wokalnie i tradycyjnie spiorunowała go wzrokiem. Z emocji nawet machnęła ręką, prawie uderzając tym samym Atlasa.
— Pójdziemy wszyscy — wysyczała.
Nie przyjmowała odmowy. Wróciła pomiędzy dzieciaki. Atlas ruszył za nią jak jej cień, nie wiedząc, czy powinien zacząć się śmiać, czy raczej zacząć płakać.
— Co to w ogóle znaczy? — zapytał ją naglącym szeptem. — Przypniesz im wszystkim smycz i wejdziesz tak o, między ludzi?
— Gdybym miała smycz, to bym cię nią udusiła, farbowany kretynie — warknęła.
Błagam, chciał powiedzieć Atlas. Błagam, skończ już moje męki na tej ziemi.
— Zmiana planów — obwieściła Arisu do gromadki dzieci. Próbowała zachować spokój, ale stojący obok Atlas wyczuwał napięcie w jej głosie. — Pójdziemy…
— Pójdziemy wszyscy na wycieczkę! — przerwał jej Atlas, zdecydowanie bardziej entuzjastycznie, chociaż po karku spływał mu pot i letnie słońce nie miało z tym nic wspólnego. — Na wycieczkę do Obozu Jupiter. Zobaczycie, jak wygląda trening legionistów, na własne oczy!
Podopieczni podekscytowali się. Jeden z dzieciaków zaczął podskakiwać w miejscu. Wymieniali się ze sobą wesołymi piskami.
— A co z Kailey? — zapytała Bailey.
— Musimy na nią poczekać! — przejęła się Hailey, marszcząc brwi zmartwiona.
— Kailey… Kailey już na nas tam czeka — wymyślił Atlas.
— To nie fair — jęknęła Bailey. — Czemu Kailey mogła iść wcześniej, a my nie?
Atlas pomyślałby raczej: czemu Kailey nie mogła być taka grzeczna jak inne dzieci, ale na szczęście nie musiał się w tej kwestii odzywać, bo Arisu zaczęła zaganiać wszystkich w formację.
— Ustawcie się wszyscy gęsiego — zakomenderowała. — Parami. Trzymajcie się za ręce, żeby się nie zgubić. Nie odchodźcie od nas! Ja będę szła z przodu, Atlas za wami — mówiąc to, posłała chłopakowi uciszające spojrzenie, póki jeszcze nie zdążył zacząć narzekać, że może to on chciał iść z przodu. — Miecze zostawcie tutaj. Wrócimy do nich jak najszybciej.
Jak najszybciej, żeby nikt się nie zorientował. Na nieszczęście Atlasa, ostatnią parą okazał się buzujący emocjami Zebulon i Kalel. Zebulon tak się wiercił, że prawie wyrywał drugiemu chłopakowi rękę ze stawów, ale kolega znosił to dzielnie.
— A będziemy mogli tam też potrenować? — zaczął serię pytań Zebulon, odwracając się do stojącego za nim Atlasa. — Będziemy mogli bić się prawdziwymi mieczami? Będziemy?! A możemy założyć prawdziwą zbroję? A czy pretor pokaże nam, jak się walczy? A czy ktoś z legionistów potrafi strzelać laserami z oczu?
Atlas miał nadzieję, że Arisu wie, jak sprawić, żeby ta jej formacja gęsiego stała się niewidzialna.


Arisu?
────
[1271 słów: Atlas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

sobota, 14 marca 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Dzieci były dla Atlasa najłatwiejszą widownią dla jego błazenady; i prawdopodobnie jedyną, którą faktycznie potrafił skutecznie rozśmieszyć, a nie sprawić, że wszyscy wokół będą zwijać się z zażenowania. Dopóki wywoływał u nich chichot, mógł się czuć lepszym nauczycielem od Arisu, a już zdecydowanie tym fajniejszym nauczycielem, o którym dzieciaki będą opowiadać w domach. Wiadome było, kto z tej dwójki jest dobrym gliną, a kto jest złym gliną.
Atlas podniósł się do siadu, uśmiechając głupio do dzieci. Humoru nie zepsuła mu nawet powaga Arisu, próbująca zmusić go do wstania i zachowania (pozorowanej) klasy, której zdecydowanie NIE wymagała sytuacja.
Miała pecha, że zaraz oblazły go najodważniejsze dzieci. W pozycji półsiedzącej były bardziej na jego poziomie, więc wykorzystały to, żeby ciągnąć go za obozową koszulkę i zadawać swoje dziecięce pytania.
— A czy pan… czy pan już kiedyś naprawdę umarł? — zapytało jakieś zasmarkane dziecko, pociągając nosem.
— Nie, nie. Ja jestem niezniszczalny — odpowiedział, idiotycznie napinając mięśnie ramienia i wywołując tym samym u dzieci kolejny chichot. Usłyszał, jak Arisu prycha gdzieś w tle.
— A walczył pan kiedyś z jakimś potworem?
— I to niejednym.
— I wygrał pan?
Pomyślał, że „czasami” było złą odpowiedzią. Czasami po prostu uciekał. Może nawet częściej niż czasami.
— Eee… — Tak, to była mądrzejsza odpowiedź.
— Skąd się biorą dziury w serze? — uratowało go kolejne dziecko.
— To dlatego, że w procesie fermentacji wydziela się dwutlenek węgla, który tworzy takie przestrzenie i–…
— A skąd się biorą dzieci?
— Na to pytanie odpowie wam Arisu — odrzekł, wskazując na dziewczynę za ich plecami.
Dzieci umilkły na widok strasznej pani. Piorunowała wzrokiem, ale nie ich, tylko samego Atlasa, jakby próbowała telepatycznie mu przekazać, że jest już martwy i żaden drewniany miecz oraz małoletni świadkowie jej nie powstrzymają. Atlas, wykorzystując, że dzieciaki dały mu trochę przestrzeni, podniósł się na równe nogi i poprawił chwyt na mieczu.
— …na to pytanie odpowie wam po treningu — dokończył, uznając, że nie chce robić dzieciom traumy w postaci stania się młodocianymi świadkami morderstwa. (Albo gorzej, kłótni małżeńskiej). Dwóch smarków wydało z siebie smutny jęk, ale nie przejął się tym za bardzo, bo wiedział, że zaraz zapomną o tym pytaniu. — W walce mieczem ważny jest uchwyt miecza. Tak jak mówiła Arisu, to — postukał o element drewnianego kijka — jest rękojeść. To, czym będziemy dzisiaj walczyć, to tylko drewniany kijek, ale za jakiś czas będziecie trzymać prawdziwy miecz, który jest bardzo ciężki –…
— A moja mama ma włócznię!
— A mój tata strzela z łuku!
— …albo będziecie trzymać coś innego, ale dzisiaj uczymy się tylko miecza. Jak będziecie grzeczni, to mogę powiedzieć pani Cherry, żebyśmy następnym razem poćwiczyli na przykład strzelanie z kuszy. — Dramatycznie ściszył głos, chociaż i tak każdy mógł go usłyszeć. — Wiecie, słyszałem, że Arisu jest specjalistką w kusznictwie. — Oczy zwróciły się w stronę dziewczyny. Nie wyglądała na szczególnie zadowoloną z tego względu.
— Rękojeść trzymamy mocno. Musicie pilnować też ułożenia stóp, żeby były szeroko rozstawione. Jeśli nie będziecie mieć pewnej postawy, to przeciwnik wytrąci wam miecz z dłoni albo was przewróci — kontynuowała za niego Arisu, ignorując jego istnienie. — No, spróbujcie.
Pierwsi ochotnicy zaczęli nieporadnie wymachiwać drewnianym mieczykiem. Żadne nie wykonało ćwiczenia poprawnie, a Arisu chodziła między grupkami jak drapieżnik polujący na ofiarę. Co jakiś czas pokazywała im, gdzie postawić stopy i gdzie trzymać palce. Jednemu chłopcu wytłumaczyła, że miecz trzyma się z tej drugiej strony i jakimś cudem zachowała przy tym poważny wyraz twarzy.
Po pierwszych pięciu minutach dzieci zaczęły się kręcić, najwyraźniej okropnie znudzone koniecznością stania w bezruchu. Atlasa zaciekawiło, ile z tych dzieciaków miało ADHD. Większość była już dalszymi legatariuszami, w teorii nie potrzebowali dodatkowego mechanizmu przetrwania, jakim był neuroatypowy mózg u półbogów. Zresztą, Atlasowi też zaczynało się już nudzić. Może i nie miał pewności co do neuroatypowości tych dzieciaków, ale zdecydowanie miał pewność co do swojej. Półbogowie przecież uczyli się w ferworze walki. Jemu samemu wykłady dotyczące poprawności technik używania miecza wchodziły jednym uchem i wychodziły drugim.
— W szermierce tak naprawdę najbardziej liczy się kreatywność — odezwał się, kiedy Arisu z powrotem stanęła niedaleko (w bezpiecznej odległości) niego. — Po latach treningu wasze ciało będzie instynktownie pamiętać, w jakiej pozycji układać ręce i stopy. Ale czasem będziecie musieli zrezygnować z tych wszystkich technik, bo nie będziecie mieli takiego pola manewru.
Dla tych dzieciaków musiał brzmieć wybitnie mądrze, ale Arisu spiorunowała go wzrokiem, najwyraźniej urażona tym, że miał zamiar pominąć szkółkę poprawnego rozstawienia łokci. Chyba zamierzała go opieprzyć, ale Atlas był w połowie swojego wystąpienia jako błazen.
— Musicie być kreatywni i zaskoczyć przeciwnika. Na przykład tak.
Wyskoczył w stronę Arisu i zamachnął się mieczem. Ciął z boku, ale Arisu zablokowała uderzenie. Naparł na nią mocniej i dziewczyna musiała zrobić krok do tyłu.
Wycelował w nogi, ewidentnie z zamiarem podcięcia ich tak, żeby jego przeciwniczka się przewróciła, ale Arisu była zbyt czujna. Nadepnęła na miecz butem tak mocno, że prawie wypadł Atlasowi z dłoni. Utknął w dziwnej pozycji, na wpół schylony przed Arisu, z mieczem przygwożdżonym między ziemią a stopą dziewczyny.
— Podcięcie nóg nie jest techniką w szermierce — skomentowała, bardziej do dzieci, niż do Atlasa, jakby chciała go ośmieszyć.
To była jego kolej, żeby zgromić ją wzrokiem od dołu. Co ona wiedziała o szermierce, żeby mówić mu, co było poprawne, a co nie? Błędy też były elementem walki, ale najważniejsze było, żeby…
Wykorzystał przewagę w masie ich ciał. Odchylił miecz jak dźwignię. Zaskoczona Arisu zatoczyła się do tyłu, a Atlas wtedy szybko podłożył jej stopę pod drugą nogę i tym sposobem dziewczyna wylądowała tyłkiem w błocie. Dzieci znowu zachichotały, małe grzmoty cieszące się z czyjegoś nieszczęścia.
— Kreatywność jest bardzo ważna, kiedy — wyszczerzył się zupełnie złośliwie do Arisu — czasem podwinie wam się noga w walce. Możecie sami spróbować.
„Możecie sami spróbować” było okropnym błędem ze strony Atlasa. Odwrócił wzrok od smarkaczy tylko na chwilę, żeby podać rękę Arisu i odwrócić jej uwagę od tego, jak bardzo chciała go teraz zabić. I tak by nie przyjęła jego pomocy, ale mógł chociaż udawać niewiniątko.
Nie zdążył nawet wystawić dłoni w jej stronę. Arisu podniosła się wściekle, otrzepała ubrania z ziemi i błota i zacisnęła palce na mieczu (w bardzo dobrze wyuczony sposób, musiał to przyznać) tak, jakby miała się zamachać i zajebać mu gonga. Powstrzymało ją chyba tylko to, że przerwały im krzyki jakiegoś dzieciaka.
— A MASZ, A MASZ!
Arisu i Atlas wymienili ze sobą bardzo krótkie spojrzenie, w ułamku sekundy upewniając się między sobą, że tak, dobrze słyszą i tak, brzmiało to, jakby mieli mieć przesrane, jeśli nie powstrzymają tego dostatecznie szybko. Egzekucja Atlasa została odroczona na później.
Rozsunęli grupkę dzieci i ich oczom ukazał się widok chłopca używającego miecza na swoim koledze w sposób, którego zdecydowanie im nie pokazywali. Z całą swoją siłą wymierzał cios za ciosem w kolana drugiego dzieciaka, który zdążył się już wyłożyć tyłkiem w ziemię tak, jak zrobiła to wcześniej Arisu. Gdyby nie to, że smarkacze zostali obłożeni ze wszystkich stron ochraniaczami, Atlas zacząłby obawiać się, że młody odetnie mu nogi tym tępym mieczem. Leżący na ziemi piszczał i krzyczał wniebogłosy, a nie płakał chyba tylko dlatego, że był w zbyt dużym szoku.
Atlas odciągnął napastnika na bok, a Arisu ukucnęła przy jego ofierze. Przez chwilę smarkacz wymachiwał mieczem jeszcze na oślep, prawie przy tym pozbawiając Atlasa możliwości posiadania własnych dzieci w przyszłości (za co w sumie mógłby mu podziękować, biorąc pod uwagę, jak sobie z nimi radził).
— Ale fajny ten miecz! — zapiszczał mały agresor, kiedy zorientował się, że nie napędzają go już krzyki jego ofiar. — Dobrze to robiłem?!
Atlas nawet nie wiedział co mu powiedzieć. Technicznie rzecz biorąc, na faktycznego przeciwnika by to mogło podziałać, Walker nie mógł odjąć mu tej pasji do wybijania komuś zębów. Zdawał się kompletnie nie zdawać sobie sprawy z tego, że mógł zrobić komuś krzywdę, zupełnie szczęśliwy, że dali mu możliwość machania mieczem.
— To Zebulon zaczął! — powiedziała jakaś dziewczynka w tłumie, wskazując palcem na przytrzymywanego przez chłopaka malca.
Atlas szybko przewertował w głowie formularze wszystkich dzieci. Jeśli Zebulon był tym chłopcem, którego boskie pochodzenie nadal pozostawało nieznane, to obawiał się, czego jeszcze mogą się o nim dowiedzieć.


mamo bo gniotek pękł w salonie
────
[1306 słów: Atlas otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 17 lutego 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA III

To, że wiadro rzucone przez Arisu w niego nie trafiło, było chyba szczęściem darowanym przez jego głupotę. Przez chwilę patrzył, jak pęknięte wiadro toczyło się po posadzce akweduktu, żeby zaraz wpaść do wody i popłynąć z nurtem. Po drodze natrafiło na nogę Arisu i trącnęło ją jak na złość, więc dziewczyna tylko wydała z siebie nieartykułowane dźwięki i ze złością odkopała je z powrotem.
A najgorsze w tym jest to, że w końcu dopadła go moralność. Nie dlatego, że dziewczyna go zwyzywała — to, szczerze mówiąc, weszło mu jednym uchem i wyszło drugim, przy okazji trochę go drażniąc. Moralność dopadła go w momencie, kiedy zauważył, że dziewczyna płacze. Prędko otarła mokrym rękawem twarz (co zdecydowanie nic jej nie dało, a Atlas był wręcz pewien, że rozsmarowała sobie po policzku resztki tynku), ale żadne z nich tego nie skomentowało.
Jakoś do tej pory chyba nie wpadł na to, że Arisu ma jakieś uczucia. To znaczy uczucia poza złością, bo tej miała aż nazbyt mieszczącej się w tym swoim śmiesznie małym wzroście. Każde ich spotkanie równało się z tym że zachowywała (próbowała zachować) grobową twarz i ograniczyć się do krótkich, acz skutecznych wiązanek. Fakt, że zmusił ją do krzyczenia w eter, rzucania wiadrami i płakania, trochę zagrał mu na sumieniu.
Stał w wodzie i patrzył, jak Arisu próbuje przebić się przez nurt. Przez chwilę miał ochotę rzucić za nią „przepraszam”. Takie proste słowo, zawieszone na końcu jego języka. Umiałby je przeliterować. Umiałby je napisać, może nawet bez żadnego błędu. Więc dlaczego nie potrafił go po prostu powiedzieć?
Może nawet nie było takiej potrzeby. W tym momencie cokolwiek by nie zrobił lub nie powiedział, Arisu i tak by tego nie przyjęła. Zresztą, wątpił, że sama dziewczyna jest w stanie mówić takie rzeczy albo że jego przeprosiny cokolwiek by zmieniły w jej podejściu do niego; to tak, jakby próbował przykleić na ślinę plakat do ściany.
Ostatecznie przysiadł na niewielkim murku i zdjął z siebie obozową koszulkę, żeby wycisnąć ją z nadmiaru wody, zanim Arisu wróci — bo musiała wrócić, nawet nie zakładał, że go po prostu zostawiła. Ich kontakty ograniczały się tylko do wzajemnej irytacji, a jednak wiedział, że dziewczyna tego nie odpuści. Może poszła ochłonąć. Z całą pewnością poszła po kolejną porcję zaprawy murarskiej i nowe wiadro. Atlas mógłby się zaoferować, żeby jej pomóc, ale miał w sobie na tyle instynktu samozachowawczego, żeby wiedzieć, że musi dać jej czas, albo zostanie utopiony już na amen w wodach akweduktu.
Założył koszulkę z powrotem (nadal mokrą, ale łudził się, że może chociaż odrobinę szybciej wyschnie, skoro miał tu siedzieć kolejne kilka godzin) i ciesząc się, że zimy w San Francisco nie były spektakularne. A kiedy tak siedział smętnie na murku, z butami nadal tkwiącymi w wodzie, przypatrzył się dziurze w ścianie, o którą poszło tyle zachodu.
Jakimś cudem Arisu udało się zatynkować tę cholerną dziurę wręcz idealnie.

***

Dostali burę od Cherry. Potem burę od Elianne. Potem burę od Vergila. Potem Cherry na jakiś czas uznała, że może jednak lepiej ich odseparować, zamiast zmuszać do współpracy.
Był to całkiem logiczny krok, rzecz jasna; Arisu nie wyglądała na nieszczęśliwą z tego powodu. Szczerze mówiąc, zaczęła traktować go tak samo, jak jeszcze przed ich poznaniem, czyli jak nieznajomego prostaka z tej samej kohorty.
Atlas nie potrafił o tym zapomnieć. Może zżerały go wyrzuty sumienia, sam nie potrafił nawet nazwać tego uczucia, ale denerwowało go, że Arisu traktuje go jak powietrze. A przecież tego pierwotnie chciał! Otrzymał wszystko to, czego pragnął — święty spokój, to, żeby Arisu i Cherry dały mu święty spokój, i jeszcze raz szerokopojętny święty spokój. Dlatego tak bardzo denerwowało go, że na każdym śniadaniu, obiedzie, kolacji, rozdaniu obowiązków, porannym joggingu Czwartej Kohorty, treningu, dziewczyna ani razu nie odwzajemniała jego spojrzenia. Zaczynał myśleć, że to on ma na jej punkcie obsesję.
To nie tak, że Arisu kompletnie ignorowała jego obecność. Raz nadepnęła mu na stopę, kiedy próbował uciec z treningu. Raz podała mu sól, kiedy powiedział do niej: „hej, podasz mi sól?” (i nawet go przy tym nie zwyzywała!). Raz go faktycznie zwyzywała, kiedy urządził sobie z faunami koncert na obrzeżach obozu, a za perkusję posłużyły mu puste puszki nadgryzione przez kopytnych. Raz położył wszystkie jej strzały do gastrafetes na najwyższej półce, żeby zrobić jej na złość.
Poza tym nie nawiązali żadnej rozmowy.
Tak, Atlas zdecydowanie miał wyrzuty sumienia. Nie potrafił inaczej nazwać tej dziwnej potrzeby nawiązania z nią rozmowy.

LATO, ROK TEMU

Od walentynek Atlas i Arisu wymieniali ze sobą rozmowy raczej szczątkowe.
W ich relacji nic wielkiego się nie zmieniło; to znaczy, nie mieli żadnej relacji, od tego zacznijmy. Walentynki były tylko misją. Idiotycznym zrządzeniem losu bogów. Półboską drogą krzyżową.
Po tej misji Atlasowi na swój sposób ulżyło.
Nie szukał jej wzroku już tak często w tłumie (a może to ona pojawiała się w jego zasięgu częściej?). Nie zająknął się, nawet kiedy Cherry wyciągnęła ich z szeregu i — bardzo zrezygnowanym głosem jak na różowowłosą córkę Apollina — obwieściła:
— Będziecie uczyć dzieci podstawowej obsługi broni.
To nie była szczególna nowość dla Atlasa. Już kilka razy trenował młodszych legionistów; Cherry z jakiegoś powodu ufała mu tylko w tej kwestii, jakby nie sądziła, że jest na tyle nieodpowiedzialny, żeby zostawić dwunastolatka samego ze stojakiem pełnym mieczy. Poza tym dzieci z jakiegoś powodu go lubiły; pewnie dlatego, że mentalnie były na podobnym poziomie z Atlasem.
— Jak chcecie, żeby dzieci się wzajemnie pozabijały, to nawet sama Arisu wystarczy — prychnął.
— Ha-ha, bardzo śmieszne. — Cherry założyła ramiona na piersi.
— Jesteś pewna, że chcesz dać dzieci akurat pod opiekę Atlasa? — dopytała Arisu.
Cherry westchnęła, jakby to było faktycznie trudne pytanie i jakby zastanawiała się nad tym sama.
— Oboje jesteście dobrzy w tym, co robicie — powiedziała, unikając jednoznacznej odpowiedzi na pytanie legionistki. — Być może najlepsi. Chcę, żebyście przekazali część tej wiedzy.
Atlas jakże dorośle (na poziomie reprezentatywnego, odpowiedzialnego dorosłego, który może pracować z dziećmi) wystawił język w stronę Arisu.
Cherry wręczyła im kilka formularzy. Na każdym widniało imię i nazwisko podopiecznego, numer kontaktowy rodziców, adres i znane boskie pochodzenie (to ostatnie chyba tylko po to, żeby ich ostrzec). Atlas zaczął przeglądać kartki, ale Arisu wyrwała mu je z ręki i sama zaczęła czytać.
Chłopiec o imieniu Brian, jego prapraprababcią była bogini Juwentas. Jessica, wnuczka Eskulapa. Parę innych stronic z siedmioletnimi legatariuszami. Trafiły się nawet trojaczki pochodzenia Merkurego o imionach Bailey, Hailey i Kailey. Jedynym półbogiem był dzieciak o wdzięcznym imieniu Zebulon, ale nigdzie nie było żadnego drobnego druczku, kto jest jego boskim rodzicem. Atlas obawiał się, że będą musieli odkryć to sami. Żadne z nich nie miało więcej niż dziesięć lat.
— To są głównie dzieci naszych weteranów z Nowego Rzymu — wytłumaczyła Cherry. — Za dwa, trzy lata, może dołączą do legionu.
Atlas podniósł nieśmiało rękę.
— Mam jeszcze jedno pytanie. Co w przypadku, jeśli zgubię Arisu wśród tych dzieci?
Pierwszy raz od kilku miesięcy oberwał od dziewczyny w piszczel.


Arisu?
────
[1118 słów: Atlas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 28 października 2025

Od Atlasa — drabble „Przebranie”

Szarpała się jak wściekły pies na łańcuchu. Różnica ich wzrostu tylko zaplątała ją jeszcze bardziej w materiał. Atlasa zdziwiło, że jeszcze nie rozerwała koszulki wpół — byłoby prościej, niż próbować się spod niej wydostać.
Zmarszczony materiał prawie ukrywał napis „Our get along shirt”.
— Uspokoiłaś się już? — zapytał.
Wyglądała, jakby miała wziąć luźny koniec tkaniny i spróbować go nim udusić. Zamiast tego podjęła się przetestowania maksymalnej odległości, w jakiej mogła od niego przebywać, siedząc w tej samej koszulce. (Atlas nadal czuł napierające na jego bok ramię Arisu).
Wyklęła go w co najmniej dwóch językach.
— To tylko przebranie — skwitował. — Dobrze, że nie kajdanki.


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 27 października 2025

Od Atlasa — drabble „Kajdanki”

— MUSICIE nauczyć się współpracować.
Nie podzielał zdania Cherry. Nie podzielał też zdania pretora. Rozwiązanie było przecież tuż przed nimi; wystarczyło, że zamiast próbować nauczyć ich współpracować na siłę, po prostu już nigdy więcej nie dopuszczą do ich spotkania. Nie mogli ponownie wybuchnąć obozu, jeśli znowu będą traktować się jak powietrze, prawda?
Skuli ich kajdankami do siebie. Byli jak dwaj uciekinierzy, dezerterzy z więzienia, którzy musieli żyć razem, dopóki się nie uwolnią.
Mógł w każdej chwili odejść z Obozu Jupiter. Zignorować obowiązki i dać się zabić jakiemuś potworowi gdzieś pod mostem. Kajdanki były odpięte, więc dlaczego nadal w nich siedział dobrowolnie?


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 16 października 2025

Od Atlasa — drabble „Kocioł”

— No… można powiedzieć, że zrobił się niezły kocioł.
Uśmiechnął się półgębkiem, tak głupio, że wręcz przeprosinowo.
— Kocioł? Ty to nazywasz kotłem?! — syknęła na niego Cherry.
Do tej pory nie widział jej aż tak wkurzonej. Nawet przed nim nie stała; chodziła w tę i z powrotem po pokoju, co jakiś czas wyrzucając dłonie w powietrze i przecierając oczy ze zdenerwowania.
Kiedy emocje opadły i wstępnie opanowano chaos w Obozie Jupiter, Cherry wzięła go na stronę. Bez Arisu, bo, jak powiedziała — wszyscy wiedzą, kto był wykonawcą tego pomysłu.
— Kocioł byłby wtedy, gdyby do Obozu Jupiter wpadł potwór. Ty wysadziłeś pół cholernego akweduktu!


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

środa, 15 października 2025

Od Atlasa — drabble „Broda”

Może zapomniał się przez kilka dni golić. Może stwierdził, że nikt nie zwróci na to uwagi, bogowie, miał dwadzieścia lat, posiadanie kilkudniowego zarostu nie powinno być dziwne.
Może nie pomyślał, że ze wszystkich rzeczy, które zrobił, najbardziej zirytuje ją właśnie broda.
Tak wyglądał jego koniec — nie wiedział, co takiego dokonał, że Arisu szła w jego stronę ze sztyletem w dłoni. Jeszcze bardziej nie rozumiał, dlaczego nie poderżnęła mu gardła.
Przecięła mu skórę na policzku, kiedy spróbował się gwałtownie odsunąć. Potem już tylko czekał, patrząc, jak pozostałości po brodzie układają się na jego kolanach.
— Miałem zamiar pofarbować ją na niebiesko — jęknął.


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 14 października 2025

Od Atlasa — drabble „Wiedźma”

Pierwsze spotkanie z Arisu nie należało do najprzyjemniejszych.
Każde kolejne… też nie, ale przy pierwszym nie był jeszcze przyzwyczajony do jej jadowitego charakteru. Pomyślał wtedy, że ma do czynienia z wiedźmą.
Miała zielone oczy — faktycznie zielone, a nie brudnopiwne jak inni. Kobiety z zielonymi oczami palono kiedyś na stosie, już wtedy powinna zapalić mu się czerwona lampka. Dzierżyła klucze do składziku na miotły i przeklinała go z taką samą zaciekłością, jakby rzucała zaklęcia.
— Wiesz, że nie musisz się przebierać na Halloween? — zapytał ją innym razem. — Wyglądasz jak wiedźma.
Może i na miotle nie umiała latać, ale potrafiła nią nieźle bić.


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

środa, 8 października 2025

Od Atlasa — drabble „Język”

Siniaki po uderzeniu mopem na żebrach. Mokre ubrania po wylądowaniu w wodach akweduktu. Półksiężyce po wbitych w dłoń paznokciach. Wyrywana sobie wzajemnie mapa San Francisco.
Mało rozmawiali. Ich relacja była bardziej fizyczna; ale nie w przyjemny, satysfakcjonujący sposób, tylko w wersji pękniętej śledziony i kopania się po kostkach jak dzieci. Pech chciał, że oboje mieli cięty język, ich przewagą była więc bezpodstawna szamotanina, bo wyzwiska obosiecznie już nic nie dawały.
Atlas miał wrażenie, że tak naprawdę nigdy nie dała mu szansy. Albo dała mu ich zbyt dużo, a on je wszystkie zaprzepaścił. Czemu nie mogli po prostu znaleźć wspólnego języka?


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 7 października 2025

Od Atlasa — drabble „Stacja”

PIĘĆ LAT TEMU

Plecak z tępym odgłosem wylądował na posadzce stacji. Atlas usiadł obok niego, trzymając paski, jakby były ostatnim łączeniem go z poprzednim życiem.
Czekał na pociąg, o którym nie wiedział nic. Nie miał planu. Trzeba było uciekać, więc wziął plecak i swoje nogi za pas. Był na cholernym peronie, coś musiało kiedyś przyjechać.
Całe życie na coś czekał. Najpierw na rodzinę, która nigdy nie nadeszła. Później już chyba tylko na cud. Czekał, aż nagle stanie się lepszą wersją siebie, chociaż cały czas uciekał przed swoimi konsekwencjami.
Teraz czekał na rozwiązanie, czy szybciej znajdzie go policja, czy szybciej na stację wjedzie pociąg.


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 5 października 2025

Od Atlasa — drabble „Metal”

Atlas miał jedenaście lat, kiedy pierwszy raz usiadł za kółkiem.
Nie, ojciec nie uczył go jeździć. Nazywał siebie samoukiem, ale tak naprawdę wtedy odkrył również, że całkiem dobrze potrafi otwierać zamki bez wzbudzania alarmu i połączenie samochodowych kabelków wcale nie jest trudne; Merkury był więc przy nim przy pierwszej jeździe w jakiś sposób.
Przy jego nauce jazdy było także dziesięciu szkieletowych wojowników dzierżących włócznie. Wraz z pierwszym odpaleniem silnika, zamiast radia, jego uszu dobiegł zgrzyt rozrywanego od zewnątrz metalu karoserii.
Nikt go nie nauczył jeździć, więc przy pierwszym naciśnięciu pedała, przejechał kościstego potwora. To i tak nie był jego samochód.


────
[100 słów: Atlas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]