środa, 16 września 2026

Od Doriana CD Kurta i Edel — „Serve the servants”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, dwa lata temu

Dorian trzymając Terminatora za kark wszedł do restauracji. Zaraz za nim pojawił się Kurt, który nie mógł się nawet na chwilę powstrzymać z obraźliwymi komentarzami na temat Edel. Dziewczyna wypuściła ciężko powietrze z ust. Przeżyła z ich dwójką wystarczająco dużo czasu, że zdążyła się jakkolwiek przyzwyczaić do sarkastycznych, zupełnie niepotrzebnych docinek.
John Johnson zniknął z pola widzenia Edel i Kurta. Brat nawet nie uznał tego za dziwne, bo pierwszą jego myślą było to, że na pewno poszedł skorzystać z toalety.
— Nikogo tutaj nie ma — szepnęła zdenerwowana Edel. Zdążyła już pozbawić się wszystkich skórek przy paznokciach. — Dlaczego w ogóle ta restauracja stoi po środku niczego?
Dorian może nie widział, ale słyszał i potrafił stwierdzić, że restauracja świeci pustkami. W takich fast-foodowych restauracjach zawsze było głośno, a w tej nie było słychać nawet muchy. Na dodatek powietrze w środku było ciężkie, jakby ktoś rozpuścił tutaj niedawno jakiś gaz.
— Oj, dzieci, dzieci — John odezwał się niespodziewanie. Wystraszona Edel podskoczyła, na co Kurt prychnął i przewrócił oczami. — To specjalna restauracja dla specjalnych gości.
— Ciekawe kto jest tym specjalnym gościem — zastanowił się Kurt, mrużąc oczy.
— Chyba nie myślisz o mnie?
Dorian zacisnął dłonie w pięści i ze złości aż zapłonął czerwienią na policzkach. Kurt zachichotał pod nosem.
— Przecież nie jesteście zwykłymi dziećmi — kontynuował John, ignorując nagły wybuch złości Doriana. — Wycieczki szkolne tutaj się nie zapuszczają. Trafiliście tutaj przez przypadek, mam rację?
John uśmiechał się szeroko, chodząc wte i wewte po pustej restauracji. MacDonald bez klientów wyglądał strasznie dziwnie. Nienaturalnie.
Edel wyczuwając zagrożenie, zaczęła się powoli wycofywać. Przez ten czas musiała znosić dwójkę nieznośnych braci, a teraz trafiło na obcego faceta, który przywiózł ich do restauracji po środku niczego. Wolała się stąd ulotnić, nawet jeśli nie miała już żadnych sił.
— No i co? — odezwał się Dorian. Nie bał się staruszka. Miał ze sobą Terminatora i nie zawahałby się go użyć. — Nawet jeśli trafiliśmy tutaj przez przypadek, to co to zmienia?
— Spokojnie, nie chce wam zrobić krzywdy — odpowiedział szybko, zmieniając ton głosu na taki, w jakim mówi się do małych dzieci. — Ta restauracja naprawdę istnieje. Nie postawiła jej żadna magia.
— To dlaczego nikogo tutaj nie ma? — Dorian był już znudzony tą rozmową. John ciągle omijał sedno sprawy, a oni musieli tutaj stać i czekać na nie wiadomo na co. Może za chwilę spadnie im na głowę jakiś potwór?
— Restauracja jest niewidoczna dla zwykłych ludzi — wytłumaczył. — Mam oczywiście na myśli śmiertelników.
Edel mimowolnie chwyciła Kurta i Doriana za dłoń. Obydwoje wyrwali się z jej uścisku jak poparzeni. Dziewczyna to zignorowała.
John klasnął w dłonie. Spanikowana Edel odwróciła się w stronę drzwi, ale wtedy zauważyła, że przed nimi stoi… stado koni. Dokładniej mówiąc, stado centaurów.
— Poznajcie moich kolegów! — krzyknął uradowany i w tym momencie do środka zaczęło wchodzić kilkanaście nieparzystokopytnych.
Nagle w restauracji, w której chwilę temu panowała pustka i jedynym odgłosem były oddechy trójki półbogów oraz kroki Johna Johnsona, zawrzało. Centaury zaczęły ze sobą żywo rozmawiać, kilku z nich podeszło do lady, aby coś zamówić, bo niespodziewanie wraz z nimi pojawili się także pracownicy. Kurt i Edel pierwszy raz widzieli centaura w ubraniu roboczym z MacDonalda, sypiącego frytki.
— Usiądźcie — polecił John. — A jeśli chcecie coś zamówić, to zapraszam do lady! Mamy świetnych kasjerów.
Jak na zawołanie, całej trójce zaburczało w brzuchu. Terminator cicho zaskomlał, bo też nie jadł od dobrych kilkunastu godzin i jeśli zaraz nie zostanie nakarmiony, to zje na kolacje koninę (której miał tutaj pod dostatkiem).
— No to… zamawiamy? — zapytała nieśmiało Edel. Siedziała naprzeciwko braci, nerwowo odrywając resztki skórek przy paznokciach.
— Myślicie, że nuggetsy są z kurczaka czy z konia? — zażartował Dorian.
Zaśmiał się tylko Kurt.
— Jeśli nic nie chcecie, to ja spróbuję coś zamówić. — Edel podniosła się i podeszła do lady, przy której obsługiwał niezwykle przystojny centaur. Szkoda, że Dorian nie mógł go zobaczyć.
Inne koniowate pozajmowały wolne miejsca i zaczęły ze sobą głośno rozmawiać. Naprawdę głośno. Terminator ziewnął i położył się u stóp Doriana, upominając go o jedzenie.
— Zamawiasz? — zapytał Kurta.
— Jeszcze mi tam naplują, fuj. — Odwrócił się.
— Paniusia z ciebie — zadrwił i sam podszedł do lady, żeby wziąć sobie jakiegoś burgera, frytki i nuggetsy dla Terminatora.
— Ile tych nuggetsów dla ciebie, kochany? — zapytał kasjer, stukając kopytami.
— Nie mów do mnie kochanie — zwrócił mu natychmiast uwagę. — A ile myślisz, że zjadłby taki pies? — Wskazał na Terminatora.
— Hmm, myślę, że przynajmniej czterdzieści.
Dorian się zamyślił. Czy naprawdę pies wielkości Terminatora najadłby się jedynie czterdziestoma małymi nuggetsami?
— Niech będzie.
Centaur podał mu numerek i poprosił, żeby usiadł, bo u nich panuje kultura przynoszenia jedzenia do stolika. Dziwne, bo przecież w normalnych fast-foodach trzeba samodzielnie odebrać swoje zamówienie.
Edel siedziała przy stoliku z obrażonym Kurtem i ciężko wzdychała. Nie wiadomo, czy była to wina stresu, zmęczenia czy przebodźcowania, bo było tutaj naprawdę głośno. John Johnson, który ich przed chwilą zostawił, przyszedł i bez pytania usiadł obok Edel.
— Jak wam się podoba, dzieciaki? — zapytał z szerokim uśmiechem. — Centaury potrafią się bawić, prawda?
— Pan też jest centaurem?
— A jak myślicie?


Kurt?
────
[813 słów: Dorian otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne do Arisu — „I solemnly swear that I am up to no good”

Elianne tego dnia zdecydowanie wstała lewą nogą.
Przede wszystkim, przez pół nocy nie mogła spać. Jakaś wyjątkowo uparta i głośna mucha wybrała sobie akurat ją za ofiarę, i co chwilę wybudzała dziewczynę ze snu, który był bardziej drzemką, kręcąc się nad jej głową. Eli naprawdę kochała wiosnę, ale wolałaby, gdyby z jej przybyciem nie pojawiało się stado insektów. Gdyby mogła, otoczyłaby cały Obóz Jupiter niewidzialną barierą, która zatrzymywałaby całe to paskudztwo. Niestety, jedyne co dała jej w genach boska matka to taki wygląd, że wszyscy wiecznie zakładali, że ma dwanaście lat. Niezbyt przydatna umiejętność.
Na śniadaniu dwoje obozowiczów in probatio pokłóciło się na tyle, że musiała interweniować, więc ostatecznie nawet nie zdążyła wypić do końca kawy. Była niewyspana i poddenerwowana, a dzień przecież dopiero się zaczął. Poza tym, oprócz wykonania swoich zwykłych obowiązków, musiała też wybrać się po coś do San Francisco, a nie wymyśliła jeszcze, kogo zaciągnie za sobą. Wszyscy akurat dzisiaj musieli być zajęci. Chciała mieć to już po prostu za sobą, więc postanowiła, że złapie kogoś ze swojej kohorty i postawi przed decyzją dokonaną.
Nieszczęśnikiem, na którego padło, była Arisu. Elianne dostrzegła ją, kiedy akurat zmierzała w stronę Pola Marsowego i magazynu z bronią. Ot, miała pecha i była pierwszą osobą, jaką centurionka zauważyła.
— Hej, Arisu! — zawołała, próbując zwrócić na siebie uwagę dziewczyny znajdującej się kilkanaście metrów przed nią.
Arisu zatrzymała się i obejrzała przez ramię, a Eli szybkim krokiem pokonała dzielący je dystans.
— Robisz teraz coś ważnego? — zapytała, kiedy tylko znajdowała się w odległości, z której mogła normalnie mówić.
— Miałam pomóc przy przeglądzie broni — odpowiedziała Hayashi, wciskając dłonie do kieszeni.
Wiosenne poranki bywały chłodne i Elianne sama czuła, że wieje jej po karku. Może przed wyjściem powinna jednak jeszcze zabrać szalik z baraku.
— To świetnie się składa, bo potrzebuję pomocy w znalezieniu czegoś, czego będzie wam brakować. Słyszałaś o tym dzieciaku na in probatio, który wczoraj wybrał się na wycieczkę do San Francisco? — zatrzymała się i poczekała, aż Arisu skinie głową. — Spanikował i zostawił grecki ogień na jednym z osiedli mieszkalnym. W kontenerach na śmieci. Trzeba to stamtąd zabrać, zanim nie daj boże ktoś to podpali, albo po prostu znajdzie. Pójdziesz ze mną?
Może i w pewnym stopniu to była prośba, i to taka zadana z uśmiechem, ale jednocześnie było słychać, że na to pytanie jest raczej tylko jedna odpowiedź. Elianne naprawdę rzadko musiała powoływać się na swoją pozycję, ale dzisiaj była gotowa to zrobić. Była w zdecydowanie bardziej bojowym nastroju, niż zwykle. Na szczęście Arisu może i skrzywiła się lekko (Eli wcale jej się nie dziwiła, sama wolałaby zostać w obozie), ale najwyraźniej postanowiła ugryźć się w język.
— Gdzie konkretnie? Znaczy, na którym osiedlu? — zapytała jedynie.
Eli zmarszczyła brwi, próbując sobie przypomnieć nazwę. Była pewna, że Vergil jej ją podał. ale ciągle jej umykała.
— Chyba Hayes Valley. Tak czy siak, trzeba będzie iść labiryntem — dodała, kiwając głową.
— …Po prostu załatwmy to szybko — mruknęła Arisu, idąc w kierunku punktu, gdzie znajdowało się wejście do labiryntu.
Zapowiadał się naprawdę owocny dzień.

Elianne nie miała innego wyjścia, niż dobrze znać labirynt. Musiała przyznać, że naprawdę się rozleniwiła, odkąd ponownie go otworzono; nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio udała się gdzieś normalnymi drogami, ale czy można było ją winić? Zdecydowanie wolała przejść się dziesięć minut podziemnym korytarzem, niż spędzić czterdzieści w dusznym, zatłoczonym autobusie. Żałowała tylko, że nie da się go nauczyć na pamięć. Zdecydowanie łatwiej by się z nim pracowało, gdyby tylko nie trzeba było mieć oczu dookoła głowy, nawet kiedy w teorii dobrze znało się część przejść. Kiedyś za każdym razem nosiła ze sobą papierowe zapiski, żeby broń boże nie skręcić gdzieś źle, ale teraz je wszystkie miała w głowie.
Po drodze raczej nie rozmawiała z Arisu. Przede wszystkim, przez labirynt najlepiej było przejść jak najszybciej i jak najciszej. Niby nikt w ostatnim czasie nie zgłaszał, żeby jakieś potworzysko kręciło się w tunelach w pobliżu Obozu Jupiter, ale nigdy nic nie wiadomo. Może coś przypałętało się akurat dzisiaj, specjalnie dla nich? Elianne naprawdę nie miała ochoty tego dnia brudzić sobie rąk. Wystarczy już, że będzie zmuszona grzebać w śmietniku, bo jakiś dzieciak postanowił urządzić sobie samowolną wycieczkę i nie pomyślał, że to, co wyniósł z obozu, wypadałoby zwrócić.
Zawsze była bardziej pobłażliwa wobec obozowiczów in probatio, niż zwykłych legionistów. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dla większości z nich to już do końca będzie najtrudniejszy rok ich obozowej kariery i nie chciała im tego jeszcze bardziej uprzykrzać. Zresztą, sama pamiętała jeszcze, jak to jest być dzieciakiem z tabliczką na szyi. Nic miłego. Ten wybryk jednak wyjątkowo wyprowadził ją z równowagi, bo była to taka głupota, że aż trochę szkoda było jej czasu, który musi poświęcić na posprzątanie tego bałaganu. Nurkowanie w kontenerach z pewnością było na jednym z ostatnich miejsc listy rzeczy, które miała ochotę robić.
Śledziła wzrokiem ściany, szukając punktów rozpoznawczych, które miały zaprowadzić je mniej więcej w okolice tamtego osiedla. Na razie wszystko jej się zgadzało.
— Powinniśmy być już blisko — powiedziała w końcu przyciszonym głosem, odwracając głowę do Arisu.
— Wcześniej tu tak nie cuchnęło — rzuciła Arisu, marszcząc nos.
Eli oderwała swoją uwagę od malunku na kamiennej ścianie i na chwilę skupiła się na tym, że wokół nich faktycznie unosił się nieprzyjemny odór. Była nieco zbyt skupiona na innych rzeczach, żeby to wcześniej zauważyć, ale teraz w nozdrza drapał ją smród zgniłych jajek. Tylko tego jej dzisiaj brakowało, żeby dopadło je coś, czemu daje z pyska siarką.
— W takim razie chodźmy szybciej, a z powrotem trzeba będzie pójść innym przejściem — powiedziała, przyspieszając kroku.
Nie miała ochoty na interakcje z czymś, co mogło ją powalić już samym swoim smrodem. Zaraz powinny być na miejscu, więc przecież nic już nie mogło pójść nie tak.


Arisu?
────
[937 słów: Elianne otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 15 września 2026

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, obecnie

Ikar przynajmniej miał przyzwoitość spaść.
To więcej, niż można powiedzieć o większości ludzi, którzy obierają sobie cel, poświęcają mu lata, zdrowie i kilka relacji, a po jego osiągnięciu natychmiast przesuwają granicę odrobinę dalej. Szczyty mają tę paskudną właściwość, że z bliska przestają wyglądać jak szczyty. Zawsze widać z nich coś wyższego.
Być może właśnie na tym polega największa ułomność człowieka: nie na tym, że jest mały, śmiertelny i wyjątkowo łatwo zrobić mu krzywdę, lecz na jego całkowitej niezdolności do uznania któregokolwiek z tych faktów za argument przeciwko czemukolwiek.
Dlatego przepływa oceany.

Wszystkie linijki z mentalnego notesu kotłowały się teraz w głowie z tej feralnej jesieni, kiedy się prawie utopiła. Powodem była woda. Oraz spojrzenie w oczy Mikołajowi. Pamiętała wątki, jakie sie tam rozgrywały. Pamiętała również wybuch chłopaka. Potem, na spotkaniach grupowych, jescze bardziej zlewał się ze ścianą i niechętnie odpowiadał na pytania. Weronika tylko liczyła na to, że czegoś się nauczył po tym całym bajzlu, a tak to ignorowała go. Jeszcze bardziej forsowała pomysły, jakie należało wprowadzić. Coraz częściej zaszywała się też w odludziu leśnym, z książką w rękach. Ostatnimi czasy też pisała recenzje nowych wydań.
Ale najpierw ab ovo. Wcześniej wpatrywała się w toń wody, stojąc na brzegu. Jezioro tego dnia było wyjątkowo spokojne. W dodatku nie było obozowiczów, kto lubił wodę ten siedział w największym, a w dodatku musiał lubić względnie niską temperaturę. Gdy przyjdzie lato, wtedy to będzie problem, w dodatku wrócą ci wakacyjni obozowicze. Pokręciła głową, gdy pomyślała, ile dzieciaków musi ustawić do pionu. Czas na naukę. Ważną naukę.
Za każdym razem, kiedy zanurzała głowę pod powierzchnią, ogarniała ją panika. Starała się z nią walczyć na wiele różnych sposobów, ale wciąż wracały do niej obrazy z topienia się, zarówno po raz pierwszy, jak i po raz drugi. Prychała na wszelkie strony i sapała jak lokomotywa. W głowie przewijała strony staroświeckich podręczników „ABC Pływania”, próbowała powtarzać rysowane ręcznie schematy. Nogi prosto, skręt tułowia, ręka do kraula. Wpatrywała się minutami w nie. Ręce do kraula, woda w gardle, zakrztusiła się. Obrót głowy w teorii był prosty, teraz, w praktyce, był zadaniem wręcz niemożliwym. To było niezwykle irytujące, że woda stawiała jej opór na tyle, że nie miała jak zręcznie przełożyć tego na taniec (tak, w ten sposób uczyła się walki). Już przejście na pointy było względnie krótsze niż opanowanie machania nogami w tych głupich pozycjach. Motywowała się, jakżeby inaczej, cytatami z książek. To tylko jedna z wielu stacji krzyżowych, jakie spotka na swojej drodze. Kiedy się poddawała, przed oczami stawał jej ojciec, który marszczył krzaczaste brwi i mruczał coś o niepowodzeniu.
Kaszląc, wyturlała się na brzeg. Pochyliła się nad tymi stronami ponownie, wyciągając również z plecaka „Pływanie dla idiotów” jako ostatnią deskę ratunku. Kto by chciał uznawać się za idiotę? Nagle podniosła wzrok, czując, że ktoś ja obserwuje i nie myliła się. Grupowy domku Dionizosa stał przy kierunkowskazie i wpatrywał się w nią. Na szczęście dla Weroniki nie jadł truskawek. Nie była zaskoczona, co najwyżej zmarszczyła brwi.
— Pływamy, co? — nerwowo zaczął.
— Długo już tak obserwujesz? — odparła z chłodem Weronika.
— Jakieś dwie minuty? Może mniej?
— Mhm.
Wciąż stała nad książkami, wciąż woda z niej spływała i kapała na liście oraz papier. Była ubrana tylko w najprostszy czarny kostium dwuczęściowy, była przyzwyczajona do niskiej temperatury. Jej kostki i kolana oblepiały bandaże oraz taśmy kinezjologiczne, milczące świadectwo dawnych lekcji baletowych. W gorszych dniach nagi potrafiły mocno pobolewać, przez co wcale nie wyżywała się na współobozowiczach. Ani trochę. Widziała, jak wzrok Mikołaja analizował jej ciało, dopóki nie zauważył blizn na udach. Na jego wesołkowato głupiej twarzy zawitało zafrasowanie.
— Ja nie chciałem… Znaczy się, nie miałem tego na myśli. Że no. Żebyś się pocięła. Tak tylko głupio powiedziałem. Nawet jeżeli mnie wkurwisz czasem… Czy tam zawsze. Nie myślałem… Eee, bardzo źle jest?
Przewróciła oczami, już nawet nie siląc się na ironizowanie.
— Cichaj już. To są stare blizny. Nawet się nie znamy, to po co bym miała przejmować się twoim zdaniem? — skrzywiła się.
Pamiętała ten wyrzut, ale bardziej przejęło ją to, że się skupił na niej, zamiast poprawić to, co zjebał. Imbecyl. Do tej pory uważała, że nie było w tym nic z jej winy. Jeżeli płakała w poduszkę tamtego dnia, to z powodu prawie odejścia na tamten świat, a także tego, że Obóz był cholernie niewydolny. Ze świadomością, że za niedługo z niego odejdzie. I zostawi wiele niedokończonych spraw.
Wróciła do ćwiczeń w wodzie, tylko po to, żeby dostać kolejnego ataku paniki przy zanurzeniu głowy i po raz kolejny schrzanić kraula.
— Fuuuuck! — wrzasnęła zirytowana.


Mikołaj?
────
[741 słów: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Fakt, że jego czas w Obozie Jupiter się kończył, Atlas brał za pewnik. Codziennie igrał z losem i cierpliwością centurionów. Nigdy nie nastawiał się, że w ogóle dożyje obozowej emerytury i osiągnie mistyczne dziesięciolecie stażu na służbie, większość osób kończyła przed tym z odgryzioną głową, a Atlas, nawet jeśli nie miał w zwyczaju zbyt często opuszczać obozu, a zatem i raczej nie narażał się na atak potworów, nie widział siebie w Nowym Rzymie. Miałby niby osiąść się w jednym z tych noworzymskich domków przy akwedukcie i ustabilizować się z innym półbogiem? Spacerować wzdłuż brzegu Małego Tybru, trzymając się za ręce? Może jeszcze miałby iść do pracy? To nie było w jego stylu.
Prędzej czy później ktoś miał go wyrzucić. Za nieróbstwo, na przykład. Za narażenie swoich kolegów. Za koncertowe spierdolenie czegoś nawet bardziej niż zawsze, czegoś, co przekroczyłoby granicę. Może gdyby ten dzień nie nadszedł odpowiednio szybko, Atlas w końcu sam spakowałby plecak i wymknął się przez barierę niezauważony, bywając to tu, to tam, tak jak to było, zanim znalazł się wśród innych półbogów. Przebywanie zbyt długo w jednym miejscu też nie było w jego stylu, był przecież dzieckiem boga podróżnych.
W myślach zawsze układał wiele różnych scenariuszy, ale nigdy, przenigdy nie pomyślałby, że wyrzucą go stąd za zgubienie dziecka. To było zbyt dużo, nawet jak na niego, a poprzeczka leżała nisko, bo zdarzyło mu się już wybuchnąć akwedukt. Przynajmniej wtedy nikt (poza stanem psychicznym dwóch osób i pewnej centurionki za nich odpowiedzialnej) nie ucierpiał.
— W sensie… poddajemy się? — dopytał Atlas, nagle chętny do tego, żeby to Arisu objęła prowadzenie.
Arisu ścisnęła usta w wąską kreskę i posłała mu nieodgadnione spojrzenie w odpowiedzi, na tyle żałosne, że nawet nie poczuł się mordowany wzrokiem. Atlas pomyślał, że przecież dzieci Wiktorii nie miały w zwyczaju się poddawać, bo było to równoznaczne z przegraną, ale wyjątkowo przemilczał ten fakt.
— Po prostu wróćmy — mruknęła.
W drodze powrotnej dzieci zaczęły marudzić. Zebulon nie odzywał się do nikogo, zakładając ramiona na piersi i ściągając czoło w złości. Przedtem zrobił swoim opiekunom cały wykład o tym, że przecież im obiecali, a koniec końców nie zobaczyli nic. Jego złość udzielała się innym dzieciom. Wszyscy, łącznie z Atlasem i Arisu, szli przez Obóz Jupiter naburmuszeni.
Mogli wrócić przez tunele, tak, żeby nie natknęli się na kogoś w drodze powrotnej, ale Walker nie odezwał się, że zna drogę. I tak wszyscy mieli już dość ciemności. Najbliżej przyłapania byli w momencie, kiedy trzech młodszych legionistów śmignęło obok ich pochodu, ale byli zbyt zajęci gonitwą za pegazami, żeby zwrócić uwagę na gromadkę dzieci. Któryś legionista spłoszył pasące się pegazy i teraz wystraszone konie szybowały po niebie, nakłaniane przez krzyczących do nich półbogów do zejścia na ląd. Część dzieci nawet przestała marudzić, zachwycona, że mogli zobaczyć koniki.
Zeszli na wydeptaną ścieżkę prowadzącą na Pola Marsowe. Atlasowi życie przelatywało przed oczami. Nawet jeśli moment jego odejścia z Obozu Jupiter zbliżał się nieubłaganie, czuł, że ma tu jeszcze niedokończone sprawy. Cokolwiek sobie nie wmawiał i jak czarnego scenariusza nie miał w głowie, nie był jeszcze gotowy, żeby stąd odejść. Może i nawet nie chciał, ale nie mógł powiedzieć tego na głos, bo wtedy miałby wobec siebie jakieś zobowiązanie. No i pozostawała kwestia dziecka… nie był istotą bez serca, żeby się tym nie przejmować. Jasne, w pierwszej kolejności najważniejsze było dla niego ratowanie własnej skóry i szukając Kailey, myślał głównie o tym, że nie chce ponosić konsekwencji za swoją nieodpowiedzialność, ale teraz, kiedy stracili już wszystkie nadzieje, dopadły go wyrzuty sumienia, że przez niego zgubiło się dziecko. Co powiedzą rodzicom? Co powiedzą siostrom Kailey?
Była też Arisu. On mógł być samotnym wilkiem, mieszkać na ulicy i dać się zjeść pierwszemu lepszemu potworowi, ale dla niej Obóz Jupiter wydawał się ważny. Przy nim zawsze wpadała w kłopoty. Nie mieli żadnej interakcji, w której dziewczyna nie skończyłaby wściekła albo mając kompletnie przejebane. Może ktoś pięć lat temu się pomylił i Atlas nie był synem Merkurego, tylko boga nieszczęścia? Słyszał, że niektóre dzieci Fortuny i Invidii mogły przyciągać pecha.
— Arisu — przywołał jej imię. Wchodząc na teren Pól Marsowych, zrównali ze sobą krok, nie musząc już dłużej otwierać i zamykać pochodu. Na otwartej przestrzeni dzieci zgubiły nieco szyk i zaczepiały się wzajemnie. Zebulon próbował zachęcić kolegów do gry w berka. — Ogólnie to… sorry, że przeze mnie zawsze masz przejebane. Tak ogólnie to trochę cię lubię, chociaż strasznie mnie wkurwiasz.
Chyba trochę przesadzał. Czuł się, jakby szedł na wojnę, w miejsce, z którego już nie wróci, i zebrało mu się na durne wyznania. Przed Arisu. ARISU. Ona go nawet nie lubiła, nie chciała tego słuchać. Zaraz przywali mu za to, że w ogóle próbował ją przepraszać, bo żadne przeprosiny nie wynagrodzą jej kłopotów, a w ogóle to powinien się zamknąć, bo zakłóca jej ostatnie chwile ciszy i względnego spokoju.
— KAILEY!
Atlas podniósł głowę tak szybko, że prawie skręcił sobie kark. Serce zamarło mu w piersi. Hailey próbowała wyjść z szeregu, podekscytowana na czyjś widok.
Kailey siedziała skulona pośrodku okręgu utworzonego z drewnianych mieczy treningowych i łkała. Miała zasmarkaną od płaczu twarz, ale poza tym wyglądała na całą i zdrową. Nie przypominała mirażu.
Walker puścił się przed siebie biegiem. Skracając dystans między sobą a dzieckiem, klęknął przed dziewczynką i w pierwszej kolejności obejrzał ją ze wszystkich stron. Dziesięć palców u rąk, stóp raczej nie miał zamiaru sprawdzać. Zero zadrapań. Miała ubłocone spodenki od klękania na ziemi. Nie, to niemożliwe, sprawdź jeszcze raz. Płakała? Coś jej się stało?
— Kailey — wypowiedział jej imię. Dziewczynka próbowała otrzeć smarki rękawem koszulki. — Kailey, czemu płaczesz? Stało ci się coś? Gdzie byłaś?
— Poszłam siku. O, tam. — Wskazała drżącym palcem w stronę czegoś tak oczywistego, jak przenośne toalety na samym krańcu Pól Marsowych. Próbowała się uspokoić, ale zamiast tego z jej gardła wyrwał się kolejny szloch. — A-ale jak wróciłam, to nikogo nie było.
Atlas usłyszał za sobą przyspieszone kroki. Arisu popędzała dzieci. Siostry Kailey zbiegły ze wzgórza.
— Kailey, gdzie byłaś? Pan Atlas mówił, że będziesz czekać w Obozie Jupiter, ale tam cię nie było! — wytknęła Bailey, urażona, że siostra nie spełniła obietnicy.
— Byłam siku — powtórzyła Kailey, wpadając w jeszcze większy płacz. Atlas otwierał i zamykał usta jak ryba, bo jego umiejętności obchodzenia się z dziećmi kończyły się w momencie, kiedy któreś zaczynało płakać. — Przepraszam… nie wiedziałam, że mam gdzieś czekać…
— Nie, Kailey, to nie twoja wina — powiedział uspokajająco Atlas.
— Nie poczekaliśmy na Kailey? — zapytała Hailey. Dyskusja zaczynała zbliżać się w niebezpieczne rejony.
— Byliście w Obozie Jupiter? — dopytała żałośnie Kailey.
Bailey podekscytowana pokiwała głową i zaczęła opowiadać siostrze co zobaczyli i jakie to nie było super, podkreślając, że widzieli latające pegazy, a Kailey — jak się okazało — była zagorzałą koniarą. Uspokoiła się na pół minuty, zanim nie wpadła w kolejny szloch, tym razem dlatego, że ominęło ją tyle rzeczy.


Arisu?
────
[1109 słów: Atlas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Noel — „Promocja na dzieci! Jedno w cenie zera!!!”

15 LAT TEMU

— Spotkamy się jeszcze?
— Spodziewaj się — kobieta uśmiechnęła się tajemniczo i wyszła z hotelowego pokoju.
— Zaczekaj! Zapomniałaś…
Na korytarzu nie było po niej śladu. Louis mógłby przysiąc, że rozpłynęła się w powietrzu.

Drugi, a jednocześnie ostatni raz zobaczył ją niespełna rok później. W rzucanym przez krzesło cieniu dojrzał zarys kobiecej sylwetki. Widział jej twarz. Piękne oczy, dokładnie takie, jak zapamiętał, wpatrzone były w niego. Nie odezwała się słowem. To było jak sen.
Świtem obudził go płacz dziecka. Na początku myślał, że śni. Krzyk stawał się jednak na tyle denerwujący, że w końcu zdał sobie sprawę z brutalnej prawdy. W jego pokoju leżało dziecko. Prawdziwe dziecko. Żywe dziecko. Krzyczące wniebogłosy dziecko, które za moment postawi na nogi cały dom! Przecież nawet nie był u siebie!
— Cholera jasna… świetny moment sobie wybrałaś — mruknął, wstając z łóżka. Niechętnie podszedł do niemowlaka, przyglądając mu się bezradnie. Na jego widok dziecko przestało płakać. Wybałuszyło swoje wielkie oczy i wlepiło je w Louisa, szukając w mężczyźnie ojca.
— Dzięki — uśmiechnął się. — I co ja mam z tobą zrobić, co?
Za oknem wschodziło słońce, dochodziła szósta rano. Wiedział, że musi działać szybko. Że też musiała odnaleźć go w dzień, który razem z rodzeństwem spędzał w domu rodzinnym. Przepraszam, mamo, za zepsutą rocznicę — pomyślał rozbawiony, biorąc do ręki kartkę papieru. Zawód? Dla rodziców! Nie pierwszy, nie ostatni.
Złożył kartkę w pół i przywiązał do ciemnego becika, w którym, na całe szczęście, zostało dostarczone niemowlę. Ostrożnie wziął dziecko na ręce i otworzył okno na oścież. Uważając, aby nie zdeptać maminych kwiatów, wyszedł na ogródek i powolnym krokiem doszedł na ganek.
— Przepraszam… — wyszeptał, kładąc dziecko na jednej z ławek. Tej naprzeciwko drzwi wejściowych. Wytrzepał koc, którym przykryte było siedzisko i owinął nim bobasa. Zbliżała się jesień, a poranki były zimne. Mimo nieprzyjemnej sytuacji nie chciał, aby dzieciak umarł z zimna. — Za moment ktoś cię znajdzie…

Nie musiał długo czekać. To znaczy, obiektywnie. Dla niego każda sekunda była jak minuta, a minuta jak godzina. Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak się stresował. Może kiedy rzucił studia? Albo wywrócił szafkę z kolekcją porcelanowych słoników ojca? Tak, to mogło być to.
Było może koło siódmej, gdy w korytarzu usłyszał lekkie kroki młodszej siostry. Charlotte idzie pobiegać, będzie ciekawie. Skrzypnięcie drzwi do przedsionka, ubieranie butów… noż pospiesz się z tymi sznurówkami! W końcu dźwięk przekręcania zamka. Kolejne skrzypnięcie. Krzyk. Wstrzymał oddech, czekając na rozwój sytuacji.
— CO SIĘ STAŁO?! — usłyszał spanikowany krzyk drugiej siostry, tym razem starszej. Kobieta wybiegła z pokoju, dobiegła do drzwi i do jego uszu doszło głośne przekleństwo.
Wziął głęboki oddech i postanowił dołączyć do przedstawienia. Powolnym krokiem, udając zaspanego, wyszedł na korytarz. Przeciągnął się i skierował w stronę, z której dobiegała ożywiona dyskusja.
— Co się dzieje? — wysapał, pocierając oczy. — Dajcie ludziom pospać, a nie jak zwierzęta…
— Louis — odezwała się Charlotte. Głos dwudziestolatki brzmiał nadzwyczaj poważnie. — Ktoś podrzucił nam dziecko.
— Wiesz coś o tym? — wypaliła Juliette, odwijając gruby koc.
— Co? Czemu akurat ja?
Siostry wymieniły rozbawione spojrzenia. Charlotte wzruszyła ramionami, a Juliette bez słowa wniosła niemowlaka do środka. Ostrożnie położyła dziecko na kanapie w salonie.
— Co się robi w takiej sytuacji? — zainteresował się Louis. — Dzwoni gdzieś? Nie wiem, na policję? Do okna życia?
— Do łosia Teofila — zaśmiała się Charlotte.
— Ale zabawne…
— Jest jakiś list — Juliette wyciągnęła wsuniętą pod materiał kartkę. Przyjrzała się jej uważnie.
Louis ziewnął przeciągle, ze wszystkich sił powstrzymując wybuch śmiechu. Młodsza z sióstr wyrwała papier z ręki starszej i przeczytała na głos.
— „Ja swoje zrobiłam, teraz twoja kolej. Nie próbuj mnie szukać. Weź odpowiedzialność. Idioto. Wiesz kto”. Wiesz? — zwróciła się do Louisa, który właśnie doszedł do wniosku, że musi popracować nad składnią. Zdążył zapomnieć o „idiocie”, dodanym dla podbicia wiarygodności.
— Ale dlaczego ja? — udał zaskoczonego.
— Kto wie, kogo tam sprowadzasz do tego swojego kampera.
— Nikogo, komu podałbym adres rodziców! Szanujmy się! — obruszył się. Po chwili doszedł do wniosku, że może wybrał złą opcję dialogową. Musi to odkręcić. — Chyba.
— Moja przyjaciółka jest położną, może będzie wiedziała, co zrobić… — mówiła do siebie Juliette, trzymając niemowlę na rękach. — Cholera, nie mamy tu nawet mleka…
— To dzwoń, na co czekasz?
— Lottie, przyniesiesz mój telefon? — poprosiła cicho. — Tylko nie obudź Matthewa…
Charlotte przytaknęła i opuściła salon, wyraźnie niezadowolona wizją spotkania z ledwo obudzonym, nielubianym szwagrem. Polecenie „nie obudź go” wzięła bardzo poważnie.
— A teraz szczerze — spojrzała na Louisa poważnym wzrokiem. — To twoje?
— A bo ja wiem? — mężczyzna wzruszył ramionami. — Nawet jeśli, to co?
— Chcę wiedzieć, na czym stoimy. Po prostu — westchnęła. — Znam cię, oceniam, wiem, że byłbyś w stanie. Ale pomyślałeś kiedyś, co potem?
— Jeśli mówisz o alimentach… — Louis zaśmiał się nerwowo. — Jestem spłukany.
— W dupie mam twoje alimenty — wypaliła Juliette. Momentalnie tego pożałowała, widząc, jak trzymane przez nią dziecko otwiera oczy. Ściszyła głos. — To twoje, czy jakaś wybrała ten dom tak o, na oślep?
Louis zastanowił się na moment. Rozważał wszystkie potencjalne konsekwencje przyznania się oraz nieprzyznania. W końcu wziął głęboki oddech i odpowiedział siostrze.
— Może i moje. Prawdopodobnie. I co? Co mam z nim zrobić? — spytał zrezygnowany.
— Wziąć odpowiedzialność, tak jak napisała twoja lafirynda! — chciała krzyczeć, ale szeptała. — Jesteś, do cholery, dorosły.
— Zaraz dorosły, jakbym dalej studiował, nadal miałbym zniżki studenckie — zaśmiał się. — Z resztą, ja się nie nadaje do dzieci! Nie mam kasy, nie mam miejsca, gdzie ja go wezmę?
— Na pewno nie do twoich kolegów ćpunów.
— Hippisów — poprawił siostrę, urażony.
— Jeden pies. Trzeba było myśleć, zanim…
Urwali rozmowę, gdy w drzwiach stanął zaspany Matthew. Obok niego przecisnęła się speszona Charlotte i wręczyła telefon właścicielce.
— Powiedz twojemu mężowi, żeby ubierał do spania skarpetki. Błagam… — wyszeptała.
— Czemu nie śpicie? — mężczyzna zignorował skargi dziewczyny. — Co wy… Skąd wzięliście to dziecko?
— Magiczna wróżka z lasu przyniosła, wiesz? — rzuciła ironicznie Charlotte. Wtedy jeszcze nie wiedziała, jak blisko prawdy jest.


────
[931 słów: Noel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Noel Lessard

Jakiej płci jesteś? Ulubionej francusko-kanadyjskiej (Quebec)


DZIECKO TRIVII

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Truskawka, rzucona w złości, rozciapała się na ścianie jednego z pobliskich domków. Mikołaj przygryzł wargi i wbił wzrok w trawę, próbując siłą powstrzymać łzy przed wypłynięciem. Zderzały się w nim dwa sprzeczne uczucia: współczucie oraz coraz większa nienawiść do Weroniki. A naprawdę zdążył ją polubić. Mimo trudnego charakteru dziewczyny, zdążył poczuć do niej odrobinę sympatii. W jego wcześniejszych docinkach nie było ani trochę niechęci, jedynie próba znalezienia wspólnego języka, może trochę na opak. Szkoda, że jak zawsze musiał wszystko zepsuć.
— A wiesz co? Pierdol się! — krzyknął na widok środkowego palca córki Ateny. — Nic dziwnego, że nikt cię tu nie lubi!
— Spierdalaj! — Weronika nawet się nie odwróciła. Cały czas szła przed siebie, kierując się w stronę domku Ateny. Mikołajowi nie umknęło, że dwójka dzieci, które przed chwilą przyglądały się ich kłótni z okien domku szóstego, teraz opuściły budynek, patrząc w stronę grupowej jedynie kątem oka. Uśmiechnął się pod nosem. Mądry ruch, jak na dzieci Ateny przystało.
— Widzisz?! Nawet one przed tobą uciekają! — wypalił. — Nikt nie chce spędzać czasu z taką nieznośną wywłoką!
Weronika nadal szła przed siebie, co zaczynało denerwować chłopaka. Wziął głęboki oddech i przyśpieszył kroku. Kiedy udało mu się dogonić dziewczynę, mocno złapał ją za ramię. Odwróciła się, a Mikołaj uznał za całkiem upokarzające, że aby spojrzeć jej w twarz, musi unieść głowę do góry.
— Czego jeszcze chcesz? Daj mi, kurwa, spokój!
— Co jest z tobą nie tak?! Sama wymyślasz jakieś lekcje, sama wkładasz sobie patyk w szprychy, a potem płaczesz, że spadłaś. I po cholerę ci to było?! Po cholerę wszystkich okłamałaś?! Żeby się dowartościować??? Sorry, że nie skoczyłem za tobą, nie jestem tak głupi! Szkoda, że cię wyciągnęli.
Córka Ateny, czerwona jak te biedne truskawki, otworzyła usta, a po chwili je zamknęła, nie wypowiadając ani słowa. Popatrzyła na Mikołaja ze wściekłością i pobiegła w stronę domku. Syn Dionizosa zacisnął pięści i rzucił za nią na odchodne:
— Tylko się nie potnij! Albo zrób to skutecznie, bo jak ci znowu nie wyjdzie, to nikt ci już nie pomoże! Cały obóz cię nienawidzi!
Widział, jak Weronika wchodzi do domku i trzaska drzwiami. Miał nadzieję, że nie zobaczy jej przynajmniej do spotkania grupowych, a najlepiej już nigdy. Nie miał ochoty nigdy więcej słyszeć jej głosu, a tymbardziej tych durnych cytacików.
Odwrócił się na pięcie i prawie podskoczył, widząc, że dookoła zebrała się niezła gromadka, wyraźnie zainteresowana kłótnią dwójki grupowych. Wśród nich napotkał zawiedzione spojrzenie Sony. Mikołaj szybko odwrócił wzrok od Apolliniątka i pobiegł przed siebie.
Dlaczego musiał to powiedzieć?
Usiadł na trawie pod jakąś ścianą i przytulił kolana do klatki piersiowej. Już nie próbował ukrywać łez, było mu wszystko jedno. Weronika miała rację. Był bezużyteczny, nawet nie potrafił uratować tamtego dzieciaka. Jako grupowy powinien być odpowiedzialny za bezpieczeństwo wszystkich obozowiczów, nie tylko swoje rodzeństwo. Ale on się nawet o to nie prosił! Nie chciał być grupowym! A z resztą, dzieciak Nike ostatecznie został bezpiecznie odstawiony na brzeg. Woda opadła, a nikomu nic się nie stało. Kilka osób zostało podtopionych, a największego pecha miała Weronika. Ale co on mógł zrobić? Nie była statkiem, a on jego kapitanem, aby utopić się razem z nią. Bo tak skończyłyby się jakiekolwiek próby ratowanie dziewczyny przez niego. Może powinien ją przeprosić?
Ale za co? Zaśmiał się sam do siebie, bezradnie patrząc w przestrzeń. Ta cała szopka to był jej pomysł. To wszystko była jej wina. Nie zamierzał przepraszać, to jemu pierwszemu należały się przeprosiny… prawda?
I jeszcze ten pieprzony nereid. Tak, Nika, masz rację! Marzę o tym, aby do niego wrócić! Przepraszam, że jesteś zazdrosna i marzysz o byciu obmacaną przez pierdoloną nimfę! Nie wiedziałem! Mogłaś wskoczyć do tej wody, spodobałoby ci się! Z obrzydzeniem dotknął wciąż wilgotnego ramienia, za które kilkadziesiąt minut temu złapała go mokra, oślizgła dłoń. Córka Ateny miała rację w jednym. Nie był nikim specjalnym. Nie zasługiwał na miłość.
Wrócił pamięcią do tamtego okropnego dnia, z pierwszej liceum. Ile to już będzie? Dwa lata? Nadal doskonale pamiętał delikatny wietrzyk, szum liści wierzby, wianek ze stokrotek od Feliksa… i nieprzemyślane wyznanie, wypowiedziane pod wpływem emocji. Potem wszystko działo się szybko. Prawie się pocałowali, ich twarze dzieliły centymetry, ale zamiast pocałunku, Mikołaj usłyszał śmiech byłego przyjaciela. Naprawdę myślałeś, że mógłbym chodzić z facetem? — zapytał wtedy Feliks, rozbawiony jego zaskoczonym spojrzeniem. Myślisz, że zniżyłbym się do twojego poziomu? Potem nagły pocałunek w czoło i środkowy palec na do widzenia.
Następnego dnia w szkole czekały go setki obelg, siniec pod okiem i życzenia śmierci. Kiedyś ich za to nienawidził, a teraz sam nie był dużo lepszy. Może nawet gorszy.


Weronika?
────
[743 słowa: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ej, która jest godzina? — Amanda stanęła w drzwiach, trzymając w ręce mopa. Drugą ręką grzebała w zostawionej w przedpokoju torebce, szukając telefonu.
Kalina spojrzała na mały wyświetlacz na piekarniku, który zwykle robił za jedyny działający zegar w mieszkaniu. Przynajmniej od czasu, kiedy w jej budziku padły baterie; to będzie jakieś dwa miesiące. Ekranik był czarny. Zaskoczona wyciągnęła telefon z kieszeni i szybko przypomniała sobie, że on również czekał na naładowanie baterii.
— Cholera, dobra, nieważne — przerwała rozpaczliwe poszukiwania i oparła mopa o jedną z szafek. — Macie to, ja muszę wydrukować coś przed zajęciami.
Kalina odprowadziła przyjaciółkę wzrokiem i niechętnie spojrzała na lampę, a właściwie to, co z niej zostało i westchnęła głęboko.
— A byłaby z niej taka piękna pieczarka…
— Teraz jest pieczarkowy placek — odparła z uśmiechem Isobel, odrzucając kabel w kałużę.
— Plastikowy, śmierdzący placek. Co za idiota robi lampy z plastiku?
— Chińskie dzieci.
— Oby to się chociaż zmyło… — spojrzała na czarną, osmoloną plamę.
Po chwili namysłu i oceny sytuacji („na ile procent porazi mnie prąd, jak dotknę wodę przez drewniany kijek?”) Kalina sięgnęła po mopa. Przetarła sobie ścieżkę do kuchenki, a resztę postanowiła zostawić na później. Lepiej poczekać, aż będzie nie na sto, a tysiąc procent bezpiecznie, nie? Płytki nie napuchną jak panele, mogą poczekać.
— Dalej chcesz tą herbatę, nie? — zaśmiała się, biorąc do ręki pusty czajnik.
— Jeśli to nie problem — odparła Isobel z uśmiechem.
Kalina nalała wodę do czajnika i postawiła naczynie na kuchence. Przekręciła kurek raz, drugi, przeklęła, a po chwili trzeci.
— Jebany iskrownik — westchnęła i zaczęła rozglądać się za zapalniczką.
Nagle z pokoju Amandy dobiegło kilka głośnych przekleństw i odgłosy walenia w biurko. Po chwili do przekleństw dołączyło wyzywanie laptopa, drukarki, a rykoszetem oberwało rażące w oczy słońce.
— Co się dzieje?! — zaniepokoiła się Kalina.
— Znowu nie ma internetu!
— A jest w ogóle prąd? — Isobel zaczęła rozglądać się za jakimkolwiek włącznikiem światła.
— Jest — wzruszyła ramionami Kalina, podpalając gaz wydobywający się z palnika zapalniczką. — Jest, bo ja tak mówię.
— Nie wybuchnij kuchenki, błagam cię — do kuchni zajrzała zrezygnowana Amanda. — Nie ma prądu, chyba wyjebałyśmy korki.
— Oby tylko korki… jak się okaże, że popaliłyśmy elektrykę, to w życiu się nie wypłacimy.
— Dobrze, że mieszkanie jest całe — zauważyła Isobel, próbując znaleźć jakieś pozytywne aspekty sytuacji.
— Dobra, ja uciekam, bo zaraz się spóźnię — Amanda cofnęła się do przedpokoju i ubrała kurtkę. — Zadzwonisz do Christopha, żeby sprawdził te korki?
— Ta, jasne — machnęła ręką, gdy współlokatorka opuszczała mieszkanie. — Do kostnicy zadzwonię — dodała kilka sekund później.
Pstryknęła włącznik światła i z nadzieją zawiesiła wzrok na lampie. Nic się nie wydarzyło.
— Christoph to właściciel? — zapytała Isobel, zainteresowana reakcją Kaliny na wydane polecenie. Ta jedynie przytaknęła i wróciła do pstrykania włącznikiem.
— Ta, a jak usłyszy co się stało, to będziemy w dupie — westchnęła po chwili. — Wielkiej, czarnej dupie. I nawet nie mówię o kaucji.
— Nie możecie same sprawdzić tych korków? Może akurat uda się naprawić.
Kalina zostawiła włącznik w spokoju i zastanowiła się. Na jej twarzy pojawił się mały uśmiech.
— Oficjalnie? Nie. Korki są w piwnicy, my nie płacimy za piwnicę, więc nie mamy klucza — wzruszyła ramionami. — Ale kto powiedział, że potrzebny nam klucz?
Isobel spojrzała na nią badawczym, ale i zaintrygowanym spojrzeniem.
— Idziemy do piwnicy — zarządziła i nie czekając na reakcję Isobel, wyszła z kuchni.


Isobel?
────
[528 słów: Kalina otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Człowiek nauczył się uciekać na długo przed tym, zanim wymyślił słowo „tchórzostwo”. Miało to swoje zalety. Lew nie oczekiwał heroizmu, wróg nie wygłaszał jeszcze przemówień o honorze, a przeżycie kolejnego dnia uchodziło za wystarczająco przekonujące uzasadnienie dla szybkiego przebierania nogami.
Dopiero później dorobiliśmy do biegania całą metafizykę. Jedni uciekają od przeszłości, drudzy gonią przyszłość, jeszcze inni przez całe życie „dążą do celu”, co brzmi znacznie dostojniej niż przyznanie, że bardzo boją się stanąć w miejscu. Oczywiście wszystko zmienia się, kiedy to za tobą ktoś biegnie. Wtedy filozofia zazwyczaj przegrywa z kondycją.

Mrugała, zdecydowanie przekraczając dzienny limit ruchów powieką. Caroline już dawno tu nie było, ale Weronika wciąż procesowała nagły wylew cytatu, a także potwarz, niemalże cios w policzek. Tołstoj! TOŁSTOJ?! Gdyby powiedziała to ojcu, już dawno by wyleciała za drzwi. Już nieraz dostawała spazmów, kiedy ludzie bezczelnie żartowali o Zbrodni jakiegoś Ikara. Sama czuła się jak Ikar, zbliżyła się za bardzo do słońca (w przypadku dzieciaka Aresa lepiej pasowała bomba), podpaliło skrzydła jej wzniosłych ideałów i zostawiona sama sobie, spiralowała do bezdennego morza głupoty. Zderzyła się z powierzchnią realnego świata. Mentalna notka zapisana, nie lekceważyć metra sześćdziesiąt coś przekorności. Zignorowała również komentarz tejże mentalnej notki, że trzeba było jej nie lekceważyć dwie walki temu.
Odwróciła się, niechętnym wzrokiem mierząc uniwersytet. Wytropienie było proste, wystarczyło parę plotek oraz połechtanie ego paru kretynek z domku Afrodyty. Reszta była chłodną kalkulacją, podjętą w minutę sześć.
Uśmiechnęła się ironicznie, przeciągając się.
— Obym teraz trafiła na rzeczywiste wyzwanie, nie igraszkę dla dzieci.

Weronika stukała palcem w kierownicę, czekając na czerwonym świetle. Przechadzała się po pałacu pamięci, wybierając informacje o Aresie. Wiadomo, porywczy bóg wojny wrzucał na świat owoce pełne temperamentu, które nie były w stanie przeżyć tygodnia bez choćby jednej gry terenowej, opartej na legalnym biciu innych. Miał też długą historię beefa z jej Matką. Co to był za pomysł, przydzielenie różnych aspektów do obu bogów? Atena była wystarczająco mądra, żeby udźwignąć kolejne obowiązki, w najgorszym razie podzieliłaby sprawiedliwie. Tym bardziej zaskoczyła ją informacja, że Caroline studiuje. Dzieciak Aresa był w stanie trafić bez mapy i strzelić wystarczająco punktów na egzaminach? Brzmiało jak syzyfowa robota. Weronice udało się dodzwonić na szybko do ichniego Biura Spraw Studenckich (całkiem sprawnie poszło jej podszywanie się pod czyjąś matkę, włączając w to ciężki, rosyjski akcent, pełen pretensji) i rzeczywiście była dzisiaj poprawka. Wcale przy okazji nie udało się jej naprowadzić przy okazji rozmowę tak, ze dowiedziała się, że rzeczywiście panna Leyanall jest na liście studentów.
„Fakty to najbardziej uparta rzecz pod słońcem" mruknęła pod nosem. Z frustracją musiała przyjąć, że ktoś rzeczywiście trafił na uniwersytet, wytrzymuje pierwszy rok i w dodatku pisze egzaminy. Co jak co, ale też ten cytat był dobrze wymówiony. Poczucie kontroli Weroniki wariowało i kręciło się w miejscu, przypominając niebezpiecznie trajektorię lotu Ikara, zanim zderzył się z powierzchnią. Byleby nie było drastycznie uciętę, jak za jednym zamachem uderzenia siekiery.
Ustawiła lusterko i inne bzdety na desce rozdzielczej oraz naciągnęła płaszcz na twarz. Zauważyła machnięcia reką, ale zignorowała. Jedno, drugie, trzecie… W końcu było i to machnięcie, którego oczekiwała. Zajechała przypadkiem na chodnik, ale szybko wyprostowała kierownicę, klnąc pod nosem po rosyjsku. Było to Columbus Circle, 8th Avenue, dosyć znane miejsce do łapania taksówek. Gdy Caroline postawiła nogę w taksówce, Weronika czekała aż zamknie drzwi. Gdy to zrobiła, nacisnęła od razu przycisk blokowania drzwi.
— To nie był Toł— zaczęła od razu.
— KURWANIESTRASZMNIETAK! — Caroline aż podskoczyła, łapiąc za klamkę. Szarpała nią dosyć mocno. Jak dobrze, że Nika pomyślała o tej blokadzie.
— Jak śmiesz skalać imię Tołstoja! — kontnuowała Weronika, naciskając pedał gazu. — To był cytat Dostojewskiego, doucz się z łaski swojej na tym uniwersytecie. A po drugie, masz na karku cały Obóz! Urządzili grę terenową pod tytułem łapać Caroline. Gratuluję!
— Super, w dupie to mam! Skąd ty w ogóle wzięłaś auto?! Umiesz w ogóle jeździć? — zaskoczenie Caroline szybko ustąpiło klasycznej złości.
— A co, to takie trudne?!
— Spierdalam stąd! — Caroline nagle się zamachnęła.
Weronika oglądała, niczym w zwolnionym tempie, jak Caroline podnosi rękę i wpatruje się w szybę. Zakręciła kierownicą, żeby straciła równowagę.
— KURWA! Wypuść mnie, bo cię uduszę! Nie masz szans w walce ze mną, szczególnie na pięści.
— Raz dałam ci wygrać i już problem. — Nika przewróciła oczami.
— Ty za to jesteś problemem całego Obozu. — wysyczała Caroline. — Dokąd my właściwie jedz-
— Nieprawda. — Weronika jej przerwała. Skupiła się na drodze, byleby wyminąć dziury. — Moje rodzeństwo na przykład trzyma na stole licznik, kiedy wyjeżdżam do Nowego Jorku. — Kolejne wyminięcie dziury. — Mają zamiar wykorzystać ten czas ze mną, który im został. Kochani są. Nie to, co twoi zwierzęcy pobratymcy. — Podkreśliła wyniośle.
Nie zauważyła za to, jak Caroline uśmiecha się pod nosem i stara się nie roześmiać na wspomnienie o liczniku. Zaraz potem coś do niej dotarło.
— No tak, idziesz do Nowego Jorku. — zapewne w myślach dokończyła „bogowie, za jakie grzechy mogę spotkać tą pizdę na ulicy przypadkowo?”
„'Bo,' odpowiedział cudzoziemiec i, przymrużywszy oczy, spojrzał w niebo, gdzie, przeczuwając wieczorny chłód, czarne ptaki sunęły bezgłośnie, 'Aniuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie tylko go kupiła, ale już go rozlała.'”
— A, tak, kojarzę. Stephen King, nie?
Weronika odwróciła się od razu, i z frustracją spojrzała twardo Caroline w oczy. Poruszała ustami, tak, jakby chciała cos powiedzieć, ale zajęło jej to za długo. W końcu zacisnęła usta w wąską kreskę, wciąż świdrując szyderczo uśmiechającą się córkę Aresa. Stawiała opór, patrząc bezczelnie swoimi oczami, których jelonek Bambi by się nie powstydził.
— ALE PATRZ NA DROGĘ!!! — Caroline rzuciła się do kierownicy.
Obie dziewczyny przytrzymywały kierownice kurczowo i skręcały na różne strony świata, wrzeszcząc. Żółtke autko miotało, czy to w prawo, czy w lewo na ulicach manhattanowego SoHo. W końcu jego tor jazdy się uspokoił, ale dalej na kierownicy były cztery pary rąk.
— Czy ty próbujesz odpierdalać piruety nawet samochodem, Moronova?!
— Nie twoja sprawa, Lameass!
— Cunt!
— Bitch!
Zamiast walki na szpady wymieniały się walką na wiązanki słowne, odpychając się rękami i próbując dotrzec do kierownicy. W końcu Weronika wdepnęła mocno hamulec, przez co obie wylądowały na desce rozdzielczej, a impet z pewnością nie był przyjemny.
— Dość tego! Ściga cię trzy czwarte Obozu. Jak wrócisz, to dostaniesz w buźkę, nie wiem czy od Pana D czy któregoś domku, bo za schwytanie ciebie wyznaczył nagrodę. To taka cholerna gra terenowa, w której ty jesteś flagą i nie będą się patyczkować.
— Co jest nagrodą? — skrzywiła się Caroline.
— Miesiąc immunitetu na czyszczenie kibli oraz mnóstwo drachm. Na tyle dużo, że możesz zainwestować w listwę dla swojego domku. — warknęła Weronika. Nie trzeba było przekonywać, że nagroda była naprawdę wysoka. — Dlatego odstawiam cię do teatru baletowego i jadę po swoich, żeby się nie włóczyli po niebezpiecznym mieście.
— A. Aha. Trzeba było tak od razu, wiesz, Weronika? Polecam przestać być pizdą z problemem komunikacyjnym. „Hej Caroline, sorry za wystalkowanie ciebie, ale ściga cię calutki Obóz i zwiążą cię jak świnkę, jak wrócisz. Taryfa 2 dolce za milę”. Czemu akurat jebane balety?
— Oh, fuck off. Dbam o swoje rodzeństwo, w dupie mam lampucerę co myli ważnych pisarzy. Marnie widzę twoje szanse na zdanie tego wprowadzenia do makroekonomii, jak czytać nawet nie umiesz.
Nacisnęła na zwolnienie blokady drzwi. Caroline, nieco zaskoczona, mogła wyjść w końcu z puszki, co uczyniła od razu.
— Skąd ty wiesz co dzisiaj pisałam? Nikomu nie mówiłam o tym. Stalk-
Weronika kontynuowała przez uchyloną szybę, ucinając pytania Leyanall. Wyglądała, jakby naprawdę starała się nie wybuchnąć.
— Gdzie mogą szukać dzieciaka Aresa? Poszukaj sobie w swojej liście w głowie, jak bardzo balety są prawdopodobne. Pomyśl o tym, tylko pomyśl!
Zamknęła okno i wdepnęła gaz. Samochód podskoczył i ruszył z piskiem, zostawiając studentkę z nowym naręczem doświadczeń. Zostawiła też za sobą fasadę eleganckiego, klasycystycznego teatru, mocno oświetlonego na tle innych budynków. Weronika kręciła głową, a mentalnemu notatnikowi oberwało się capslockiem.


Caroline?
────
[1264 słowa: Weronika otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Caroline zwiała z Obozu Herosów przy pierwszej okazji, ale, do kurwy nędzy, czy ktoś mógł się jej dziwić? Miała egzamin! Co miała zrobić, poprosić pana D, żeby jej wypisał usprawiedliwienie? „Przepraszam, studentka Caroline Leyanall nie mogła wziąć udziału w egzaminie wraz z resztą grupy, ponieważ musiała przejąć władzę w domku rodzeństwa lekko pierdolniętej córki Ateny (matki)”? Przecież z miejsca dostałaby skierowania na testy narkotykowe. Planowała wyskoczyć tylko na półtorej godzinki, odbębnić ten głupi test i dać się złapać dzieciakom Ateny. Ot, po krzyku. Dzieci pobawiłyby się w Nowym Jorku, ona nie musiałaby pierdolić się z drugim terminem i wszyscy byliby absolutnie szczęśliwi!
Niestety, jej plany chuj strzelił. Co prawda początek udał się bez zastrzeżeń; odpaliła stoper, kazała im odczekać pół godziny, zanim będą mogli za nią ruszyć, a sama naokoło przez las wyszła z obozu. Złapała taksówkę, dotarła na uczelnię i znalazła salę, w której mieli pisać egzamin. Napisała go w rekordowo krótkim czasie i przed wyjściem skoczyła jeszcze do łazienki. Akurat myła ręce, kiedy kątem oka wyjrzała za okno i zaklęła pod nosem, przy okazji zwracając na siebie uwagę dziewczyny palącej pod ścianą. Prawie jak w liceum. Uśmiechnęła się do niej krzywo, a potem znowu wyjrzała na zewnątrz.
Na przeciwko budynku jej wydziału stała dwójka podejrzanie znajomych dzieciaków i rozmawiała ze sobą; dziewczyna pokazywała palcem na drzwi wejściowe. Ciekawe, dlaczego Weronika nie nauczyła jej, że brzydko jest pokazywać palcem. Skąd oni w ogóle wiedzieli, na jakiej uczelni studiuje, a tym bardziej na jakim wydziale? Po Obozie Herosów plotki zdecydowanie zbyt szybko się rozchodzą. W każdym razie, zauważyła tylko dwójkę dzieciaków Ateny (matki), czyli pewnie reszta była gdzieś indziej. W końcu skąd mogli wiedzieć, gdzie akurat się uda? Odsunęła się od okna, żeby jej przypadkiem nie zauważyli, wytarła dłonie w spodnie (znowu nie było ręcznika papierowego) i wyszła z łazienki.
Na szczęście zdążyła poznać budynek na tyle dobrze, że dałaby radę się po nim przemieszczać z zawiązanymi oczami. Poza tym miała palące koleżanki, więc znała absolutnie wszystkie skróty i wyjścia z wydziału. Dzięki temu udało jej się wyjść po całkowicie drugiej stronie budynku. Teraz tylko zostało jej złapać powrotną taksówkę i przekraść się do obozu tak, żeby na końcu się z nich wszystkich pośmiać. Odeszła ulicę od uczelni i zaczęła machać na taksówkę.
— Ha! Tu cię mam! Kto by pomyślał, że będziesz na tyle głupia, by wyjść na otwarty teren? Spodziewałby się ktoś, że masz w sobie choć krztynę rozumu — rozbrzmiał głos gdzieś za jej plecami.
Caroline zaczęła się w głowie modlić do jakiegokolwiek bóstwa, które było patronem cierpliwości, bo jej własna wyczerpała się już przy pierwszym słowie Weroniki. Jeszcze nie zdążyła się do niej w pełni odwrócić, a ta już dalej nadawała:
— Co ty sobie myślałaś, zostawiając moje rodzeństwo na pastwę losu? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, na co ich naraziłaś? Życie to odpowiedzialność, a nie tylko przyjemności i ułuda! — Dźgnęła ją palcem w klatkę piersiową.
Usta Caroline rozciągnęły się w najbardziej diabolicznym, bezczelnym uśmiechu, jaki tylko miała w swoim zanadrzu. Przyłożyła sobie dłoń do czoła.
Pewien człowiek, skazany na śmierć, na godzinę przed straceniem mówi czy też myśli, że gdyby mu wypadło żyć gdzieś na wyżynie, na skale, na takim wąziutkim upłazie, że tylko dwie stopy się zmieszczą — a dokoła będą przepaści, ocean, wieczny mrok, wieczna samotność i wieczna burza — i że ma tak pozostawać, stojąc na kwadratowym łokciu przestrzeni, całe życie, tysiąc lat, wieczność — to lepiej tak żyć niźli zaraz umrzeć! Byle żyć, żyć i żyć! Jakkolwiek — byle żyć!… Jakież to prawdziwe! Boże, jakie prawdziwe! — mówiła z przesadnym zachwytem, kończąc to wszystko głębokim westchnieniem. — Dobrze mówił ten Tołstoj, co nie? Wzruszył mnie aż tak, że się nauczyłam tego na pamięć — dodała, ocierając sobie wyimaginowane łzy z oczy.
Weronika przez kilka chwil wyglądała, jakby dostała obuchem w głowę, a potem jej policzki aż poczerwieniały ze złości. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła. Chyba była aż tak załamana, że raz w życiu zabrakło jej słów.
— To na razie! — rzuciła Caroline z szerokim uśmiechem, pomachała jej radośnie, po czym rzuciła się do biegu w boczną uliczkę.


Weronika?
────
[673 słowa: Caroline otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 14 września 2026

Od Oriany CD Kai — ,,My kink is karma"

Poprzednie opowiadanie 

ZIMA

Zabrakło jej słów w gardle, dlatego Oriana mogła tylko pokręcić głową niedowierzająco. Położyła dłoń na ramieniu Kai i poczuła, jak jej mięśnie mocno się spinają. Gładkim, delikatnym ruchem odsunęła od siebie kobietę na pewną odległość, pokazując, by dała jej więcej przestrzeni. Białowłosa, ze zmarkotniałą twarzą, odpuściła naciskanie na nią. Odeszłą o parę kroków z nadzieją, że Oriana będzie w stanie się dzięki temu przynajmniej odrobinę otworzyć, ale zamiast tego, szybko założyła torbę na ramię, nawet się z nią nie pożegnała i wyszła z szatni, jakby uciekała przed własną nieudolnością. Przekonana była, że Kaya pójdzie za nią, złapie w drodze i każe wygadać wszystko, co siedzi w jej głowie. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Zatrzymała się niedaleko restauracji i westchnęła, wypuszczając parę z ust, która w popłochu rozpłynęła się w powietrzu.

 
Przez kilkudniowy urlop nie wychodziła prawie z domu, wykorzystując Edgar, aby zrobiło jej zakupy. Malowała, słuchała dużo muzyki, posprzątała w szafkach pierwszy raz od paru miesięcy. W końcu zrobiła coś produktywnego, bo chodząc ciągle do pracy, nie była w stanie wyjść ze stanu zamrożenia i poczuła się, jakby wyszła z długotrwałego epizodu depresyjnego i, co prawda, może nie wpadła w hipomanię, ale jednak poczuła się żywsza, jakby brak kontaktu z ludźmi był uzdrowieniem dla wszystkich jej trosk.
Gdy Kaya do niej napisała parę razy, ta nie mogła się powstrzymać i ją zablokowała, choć nawet przecież jej nie męczyła wiadomościami, nie wydzwaniała, ewentualnie wysłała głupi filmik, którego w tamtej chwili Oriane nie miała ochoty oglądać, a tym bardziej nie komentować — tak czy inaczej, nie była uciążliwa, a mimo to, tak niemile ją potraktowała.
Jak głupia była — robiąc z siebie kompletną idiotkę — nagle odblokowując Kayę i pytając, czy ma ochotę wyjść w tym tygodniu. Nie miała konkretnego planu i uznała, że będzie improwizować. Było jej głupio, ale byłoby jeszcze bardziej, gdyby spotkały się dopiero w pracy. Umówiła się więc z nią na ławce przy parku, a jej przyjaciółka przyszłą dwie minuty spóźniona — mimo to, nieprędko do niej podeszła, uśmiechając się uroczo. Nie wyglądała ani na obrażoną, ani urażoną, przez co Oriana poczuła ulgę na sercu.
— Ta restauracja bez ciebie umiera — zagadała.
— No bez przesady.
— Ostatnio mam wrażenie, że szefowa jest na mnie cięta — stwierdziła. — Zapytała mnie, czy mam jakiś związek z twoim nagłym wolnym.
Oriana wgapiła się w Kayę. Zaczęła akurat taki temat, mimo tamtego wszystkiego, co się stało, ale może to lepiej to lepiej, że nie poruszają tego wątku. Milczenie to też forma komunikacji. Może powiedzieć naprawdę wiele. A raczej miała taką nadzieję — że powie wszystko za nią, gdy słowa blokowały jej się w przełyku i nie chciały przejść dalej.
— Nie przejmuj się tym.
— Jesteście jakoś blisko?
— Powiedzmy — zacięła się, jakby sama sobie przerywając — że mi pomogła kiedyś z czymś.
Kobieta spojrzała na nią z zaciekawieniem. Zauważyła, że Oriana nie chce jej za dużo mówić i usiadła obok, poprawiając swój długi płaszcz.
— Jak tam?
— Okej — stwierdziła, ale zabrzmiało to tak niechętnie, jakby ją okłamywała. — Chyba odpoczęłam. A przynajmniej tak mi się wydaje.
— Nie dziwię się. Jak jesteś, to wszystko ogarniasz, a teraz? Jest chaos. Nie wyobrażam sobie, co by było, gdybyś tu nie pracowała.
—Daj spokój. Ciągle myślę o zwalnianiu się, a nic nie robię w tym kierunku.
— Racja. Z kim ja wtedy będę gadać?
— Zwolniłabyś się wtedy ze mną.
Kaya uśmiechnęła się — kobieta normalnie z nią rozmawiała, a już spodziewała się, że będzie ignorowana w nieskończoność. Wiedziała, że Oriana unika wszelkich niewygodnych tematów i spraw, które mogłyby naruszyć jej integralność. Aż dusiło ją w środku, żeby coś powiedzieć, ale musiała się powstrzymać, ze względu na nią, żeby znowu nie doszło do pogorszenia sytuacji. Musiała po prostu wytrzymać, ale nie wiedziała, jak długo da radę to zrobić, gdy w środku targały nią emocje. Musiała zadowolić się tym, że Oriana jest znowu z nią, nawet jeśli w rzeczywistości się ukrywa.
— Myślałam, że pójdziemy na wystawę?
— Wystawę?
— Do muzeum. Nie wiem, czy takie coś cię jara, ale dawno nie byłam. A w sumie… może być fajnie dla odmiany się przejść z kimś dla towarzystwa.
Białowłosa starała się nie okazać zbyt gwałtownie swojego entuzjazmu — zachichotała jednak, po czym położyła głowę na ramieniu Oriany, wtulając się w materiał jej kurtki. Nie muszą na razie o tym rozmawiać. Pewnie nadejdzie prędzej czy później na to pora, ale na razie nie muszą.

 
Kaya?
________
[711 słów: Oriana otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 13 września 2026

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Najpierw znika brzeg. Potem powierzchnia zaczyna przypominać szybę, za którą istnieje jakiś jaśniejszy i zdecydowanie bardziej odpowiedni dla człowieka świat. Wreszcie zostaje już tylko głębia i nieprzyjemne odkrycie, że morze nie musi człowieka ciągnąć w dół. Wystarczy, że przestanie mu pomagać utrzymywać się na górze.
Trudno o bardziej elegancki sposób przegrania dyskusji z fizyką.

Weronika się topiła.
Pociemniało jej przed oczami. Ciemne kształty falowały jej przed oczami, nie wyglądały jak ręce. Wszystko jedno zresztą, nie reagowały. Nie młóciły wody. Powierzchnia wody nagle przestawała być błękitna. Zasnuł ją ciemny kolor.
Zdążyła tylko pomyśleć: „Tato, tęsknię za tobą”.
Osunęła się w mrok.

Bolało ją wszystko. Zwymiotowała od razu. Kaszlała, dopóki nie przeszły spazmy przez jej ciało. Wypluwała wodę, jak mogła.
Ujrzała nad sobą mnóstwo ciekawskich twarzy. Rozpoznała od razu zaaferowane Sony. Mikołaja też. Jebany idiota, idź poszukać jakichś truskawek, a nie tak patrzysz na mnie, pomyślała. Marzyła tylko, żeby się w końcu od niej odwalili. Tyle się stara dla innych a oni co? Niewdzięczni.
Jęczała z bólu, kiedy się podnosiła. Na szczęście dużo osób obserwujących ją stwierdziło, że zostawiło żelazko w swoim domku i musi po nie iść. Sony chciało sprawdzić jej oddech, ale Weronika odepchnęła je.
— Dobrze, że udało się w porę ciebie wyciągnąć. Gdyby nie hipokamp, możliwe, że, eee, nieważne, masz ochotę na ambrozję? — szczebiotało. Grupowa domku nr 6 nawet nie musiała pytać, co chciało powiedzieć. Wystarczył ton, żeby się domyśleć, że gdzieś by tam dryfowała na dnie z rybkami i nereidami. — Musisz dobrze odpocząć i przełożyć lekcje pływania na inny dzień.
Pacjentka machnęła ręką. Zwróciła uwagę na Mikołaja, który wyglądał czegoś w morzu. Prychnęła, przypominając sobie, jak bardzo miał w dupie tego tonącego dzieciaka a wolał się umizgiwać do jakiegoś strumyka płci męskiej. Nie obchodziło ją, że to było rzadkie, najchętniej te wszystkie nimfy wodne spuściła w kanalizacji. Zabrała swoja manatki i kierowała się w stronę Obozu.
Jak na złość, grupowy domku Dionizosa zauważył ją i podbiegł do niej.
— S-siema. Myślałem, że umiesz pływać i że sobie poradzisz.
Zbyła go milczeniem. Płuca za bardzo ją bolały, żeby się wypowiedzieć, zresztą, co miała powiedzieć? Pływam chujowo, hipokoń nagle wrzucił mnie do wody i nie mogłam się utrzymać na powierzchni? Mikołaj widocznie nie zauważył jej złego humoru.
— Możemy przełożyć na inny dzień, o taka środa, wiesz, żeby Obóz nauczył się pływać. Wiesz, może zdążysz kupić strój i pokażesz nam, te sprawy? Pasuje ci godzina dwunasta?
Po czym wyciągnął truskawkę z kieszeni i ją schrupał. To była ostatnia słomka Weroniki.
— PIERDOL SIĘ MIKOŁAJ! — wrzasnęła.
Podskoczył, mrugając oczami.
— PIERDOL SIĘ TY I TE TWOJE TRUSKAWKI I TE CAŁE JAKIEŚ SŁOWA, WACKI, JEBANE NEREIDY. NAWET NIE MOŻESZ DOPILNOWAĆ DZIECIAKA!!! SUKA! BLYAT!!! — wrzasnęła na całe gardło. Bardzo szybko zaczęła tego żałować, pobolewało od razu.
— No, idź się umawiać z tym nereidem, który jest znany z tego, że podrywa każdego! Nie jesteś specjalny, jesteś jednym z wielu! No, idź do innych i powiedz, jaka ja to nie jestem zjebana! Najlepiej Niketasowi się poskarż, o! Bo chciałam zrobić cokolwiek innego niż wywijanie mieczem piąty raz w tygodniu! Do zobaczenia na następnym spotkaniu grupowym, ha-ha, Morozova się prawie utopiła, super temat! — wyrzygała z siebie całą litanię, a łzy uderzały jej do oczu. Zostawiła za sobą skonfundowanego Mikołaja, któremu ręka z truskawką zamarła w połowie drogi. Na odchodne pokazała mu środkowy palec.


Mikołaj?
────
[545 słów: Weronika otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Z małą pomocą hipokampa, udało mu się wdrapać na grzbiet stworzenia. Mocno przylgnął do mokrej grzywy i obiecał sobie, że nigdy więcej jej nie puści. A przynajmniej do czasu, kiedy pod stopami nie znajdzie stałego lądu. A wtedy uklęknie, ucałuje go i przysięgnie go kochać i szanować do końca życia. Serce biło mu jak szalone, a on z szeroko otwartymi oczami przyglądał się wodzie, wypatrując powrotu morskiego flirciarza. Może gdyby okoliczności były inne…
Do uszu Mikołaja przerażone krzyki jednego z obozowiczów. Tego samego, którego wcześniej próbował uratować. Odważył się odwrócić głowę do tyłu i zobaczył, jak najady robią z chłopaka ludzką huśtawkę. Jedna nimfa trzymała herosa za ręce, druga za nogi, a trzecia chyba szykowała się do wskoczenia na dzieciaka.
— Nie mój domek, nie moje małpy… — powiedział pod nosem, odwracając wzrok. Oby nie miał beefa z matką, bo tylko ona może go teraz uratować.
— Nie ma za co! — usłyszał z drugiej strony.
Spojrzał na Weronikę, która, wyraźnie oburzona brakiem podziękowania za ratunek, wyglądała, jakby rozważała jak z powrotem wrzucić syna Dionizosa do wody. Mikołaj mocniej złapał grzywę rumaka i westchnął głęboko.
— Dziękuję ci, jakże cudowna córko wielce wielmożnej Ateny matki przenajświętszej za ten bohaterski czyn, który wymagał od ciebie niewyobrażalnego poświęcenia i męstwa. — Ostrożnie puścił jedną rękę i teatralnym gestem przyłożył do piersi. — Jak to mawiał Słowacki: Weronika Winkelriedem herosów! Poświęci się, choćby na dno miała… Ej!
Hipokamp, którego dosiadał Mikołaj, niespodziewanie wierzgnął. Ręka chłopaka w ostatniej chwili wróciła na grzywę, ratując go przed ponowną kąpielą.
— Nie pajacuj — prychnęła Weronika.
— Ale naprawdę tak powiedział!
— Drugi raz ci nie pomogę.
— Pisał jeszcze, że Rosjanie to pizdy — wzruszył ramionami. — Parafrazując. Ale to chyba akurat Maleńczuk.
— Spierdalaj.
Tym razem to Weronika przeżyła minizawał, gdy jej wierzchowiec podskoczył, jakby spłoszony. Do otwartych ust dziewczyny, gotowych do wypowiedzenia kolejnych wyzwisk lub cytatów, dostała się woda, którą w panice zaczęła odkasływać. Mikołaj rzucił okiem na ocean, po którym płynęli.
— Truskawki?
— Teraz już ich nie łowisz? — rzuciła dziewczyna, rzucając pływającym owocom nieufne spojrzenie.
— A co, zgłodniałaś?
Po chwili do wody wpadła kolejna truskawka, a hipokampy zarżały nieprzyjemnie.
— A to chuje — Mikołaj podniósł wzrok i dokładnie w tej chwili dostał w nos truskawką. — Kurwa!
— No i po cholerę je przynosiłeś?! — Weronika unikała ciosów, kołysząc się na boki. W końcu udało jej się złapać jeden z owoców, który z całej siły rzuciła w stronę agresywnych nereid. Ku rozbawieniu Mikołaja, nie trafiła.
Chłopak w tym czasie, ryzykując kolejne spotkanie z hot-nereidem-2-metry-od-ciebie, wychylił się i pozbierał część pływających truskawek. Złapał krawędź koszulki i włożył owoce do powstałego „koszyka”. Chcą wojny? Dostaną wojnę.
— Mój dzielny rumaku — zwrócił się do hipokampa. — Dzisiaj rozegramy drugi Grunwald. Wierzę w ciebie.
Rozpoczęła się bitwa na śnieżki. Z tą różnicą, że nie było śnieżek. Nie było nawet zimy. Były truskawki, które nawet nie były białe. Zasady były te same, no, pomijając przewagę nereid — zarówno ilościową, jak i środowiskową. Mikołaj atakował nimfy, nimfy atakowały ich, a Weronika, która nie uzbierała wcześniej odpowiedniego zapasu amunicji, oprócz unikania truskawek, próbowała również je łapać.
— Druga! — krzyknął dumny z siebie, gdy truskawka trafiła w twarz drugą nereidę. Dla kontrastu on sam oberwał co najmniej pięć razy.
— Dziwki za dobrze celują — prychnęła Weronika, unikając latających owoców.
Mikołaj zastanowił się chwilę, próbując ustalić, jak bardzo beznadziejna jest ich sytuacja. Byli kilkadziesiąt metrów od brzegu, na strachliwych rumakach, które prowadziły ich w bliżej nieokreślonym kierunku. Czy mogło być piękniej?
— Ej — zagadnął. — Myślisz, że nereidy piją wodę z morza?
— Oceanu — poprawiła. — Nie wiem, chyba tak. A co?
— Posejdon mnie zabije, jak pobawię się w Jezusa i zmienię wodę w wino i upiję mu nimfy, nie?
Córka Ateny zamrugała kilkukrotnie, po czym spojrzała na chłopaka jak na idiotę. Mikołaj sam nie wiedział, czy byłby w stanie to zrobić i czy jego pomysł ma jakikolwiek sens. Skoro jednak Weronika wyglądała, jakby nad nim myślała, nie mógł być aż tak głupi.
— A hipokampy?
— Da się upić konie?
Jak na zawołanie, oba wierzchowce zarżały ostrzegawczo. Dwójka nastolatków odwróciła wzrok od siebie i spojrzała w przód.
— Cholera jasna, co znowu? — westchnęła Weronika, widząc dwie nereidy płynące w ich kierunku.
— Zostawcie nas!
— Jak sobie życzysz — zaśmiała się jedna z nimf, podpływając do hipokampa, na którym siedziała Weronika. Klasnęła mu przed pyskiem. — Bu!
Wierzchowiec podniósł się na tylnej płetwie niczym na nogach, zrzucając córkę Ateny z grzbietu. Dziewczyna głośno przeklęła i runęła w wodę. Mikołaj, przerażony, pogłaskał swojego hipokampa po szyi, uspokajając go cicho. Cały czas obserwował, jak Weronika walczy z falami, podczas gdy te wredne piz— przepraszam, nimfy, przeganiają drugiego z koni. Dobrze, że Weronika umie pływać — pomyślał.


Weronika?
────
[751 słów: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Morze jest prawdopodobnie najstarszą rzeczą, której człowiek bezskutecznie próbował nadać znaczenie. Widział w nim matkę, grób, granicę świata, drogę do bogów i wystarczająco dużo metafor, żeby na kilka tysięcy lat zapewnić zatrudnienie poetom. Samo morze, z właściwym sobie brakiem zainteresowania, konsekwentnie pozostawało słoną wodą.
Może właśnie dlatego tak dobrze nadaje się do mówienia o człowieku. Stajemy na brzegu czegoś, czego nie potrafimy objąć wzrokiem, i natychmiast zakładamy, że musi mieć to coś wspólnego z nami. Przypływ staje się tęsknotą, sztorm gniewem, a głębia, oczywiście, podświadomością. Trudno przecież dopuścić myśl, że coś może być ogromne i zupełnie nas nie dotyczyć.
Morze jakoś sobie z tym radzi. Miało kilka miliardów lat, żeby przywyknąć do ludzkiej potrzeby bycia głównym bohaterem.

— W moich książkach są filozoficzne zagadnienia, a nie głupie siksy bawiące się obozowiczami! — prychnęła Weronika.
Mikołaj przewrócił oczami, skupiając się wciąż na dzieciakach. Nerwowo rozglądał się na boki i wzdrygał się, kiedy fale uderzały w jego klatkę piersiową jedna po drugiej. Hipokamp zdawał się nic z tego nie robić.
— Moi drodzy, pamiętajcie o machaniu nogami! To one robią robotę! — krzyczała w stronę swojego rodzeństwa.
— Ty masz czas ich instruować, kiedy ktoś się tam topi?!
— Nie masz jakichś truskawek do zaopiekowania się w międzyczasie? — odparła ironicznie Nika.
Zaciskała kurczowo rękojeść swojego sztyleciku, którego nosiła w celu podniesienia swojej pewności siebie, kiedy akurat nie mogła wziąć ze sobą gladiusa. Skupiona wypatrywała choćby poruszenia na skłębionej falami powierzchni wody. Przez jej myśl przemknęło, że musi wyglądać w sumie cool, jak tak na tym morskim koniku pruje przez żywioł. Nastrój jej nieco prysł, kiedy popatrzyła na twarz Mikołaja. Miała wrażenie, że chłopak zwróci zaraz nie tylko truskawki zjedzone przed chwilą, ale także śniadaniowe parówki i fasolę.
— Znasz legendę o beczce? — zaczęła.
— Weronika, jaka, kurwa, legenda o beczce? — Mikołaj wybałuszył oczy.
— Zamknij łaskawie swoją jadaczkę. Otóż był sobie car Sałtan i miał żonę, która miała urodzić mu dziecko. Była też najmłodszą z sióstr, trzech sióstr, więc te siostry i swatka były zazdrosne o nią. Jak pojechał na wojnę, urodził się, prrr, ogarnij się koniu! — Hipokamp wierzgnął gwałtownie, na tyle, że Weronika sama zbladła jak ściana. — Siostry upiły posłańca i wsadziły list, że jednak urodziła nie chłopca, nie dziewczynkę, lecz nieznaną potworinkę.
— Co ma beczka z tym wspólnego?
— No, że kazał zamknąć matkę z dzieckiem w beczce. — Uśmiechnęła się ironicznie.
— Czy ty w tym momencie znalazłaś jakieś beczki pływające obok nas, że o tym opowiadasz? Radosna historyjka do ululania obozowicza na wieki wieków? Super bajki opowiada wam matka.
Wpatrywała się z irytacją w niego. Gdy już miała otworzyć usta, obok nich wynurzyły się głównie nereidy. Weronika wnioskowała, że było to miejsce, w którym idealnie wody słodkie mieszały się ze słonymi, czyli obie grupy nimf wodnych, słodkowodnych i słonowodnych mogły akurat się spotkać i dręczyć wspólnie obozowiczów. Jedna z nich trzymała dzieciaka Nike. Co jak co, ale matka mu nie dała wygrywania w pływaniu. Na szczęście nastolatek był względnie cały, nie licząc szoku i przerażenia, jakie malowały się na jego twarzy.
Mikołaj był bliżej niego. Kiedy wyciągnął po niego rękę, najady wespół z nereidami odsunęły się. Specjalnie balansowały dzieciakiem tak, żeby syn Dionizosa był zmuszony zejść nieco z Hipokampa i trzymając się kurczowo zwierzaka, próbował złapać syna Nike. Co jakiś czas fale zalewały mu głowę, sprawiając, że prychał i krztusił się słoną wodą. Do uszu dobiegał mu ciągły chichot tych cholernych stworzeń.
Weronika spieszyła na pomoc, flankując najady. Parę najad westchnęło.
— Najada. Nereida. Oczywiście. Byłoby przecież nieznośnie banalne, gdyby woda była po prostu mokra.
— Ojej, łaskawa grupowa domku Wiecznie Wymądrzałej Dziewicy zaszczyciła nas swoją obecnością. Co tam, Weronika? Szukasz towarzystwa wśród wodnych boginek? Mam całkiem imponujący strumień niedaleko, nie to, co wasze żałosne próby taplania się w brodzikach. — wypaliła najładniejsza z nimf.
Najady i/lub Nereidy były jednym z najbardziej pizdowatych stworzeń, na jakie można było się natknąć w Obozie Herosów. Morozova mogła się tylko zastanawiać, czy one były na czwartym miejscu, czy może dopiero za Niketasem. Gdyby to od niej zależało, delegowałaby je do czyszczenia wychodków oraz rur kanalizacyjnych.
— Przepraszam. Nie wiedziałam, że ten strumyk ma osobowość. Zwykle zakładam to dopiero przy zbiornikach powyżej hektara. — odparła, a niektóre nereidy wydały z siebie zdziwione dźwięki, zasłaniając usta.
Zapanowało poruszenie. Ta, którą Weronika obraziła, była prawdopodobnie przywódczynią. Była to naprawdę nieśmieszna parodia Mean Girls, gdyby tylko dosięgała jakkolwiek poziomu tego filmu. A Nika nie miała o nim dobrego mniemania.
— Co się dzieje? Czy jeśli obrażę jedną z was, rzeka wystąpi z brzegów, czy najpierw dostanę oficjalne upomnienie? Pytam proceduralnie. Nie chciałabym zostać utopiona bez zachowania właściwej drogi administracyjnej. Zakładam, że pierwsze przewinienie to nagana, drugie klątwa, a dopiero trzecie kończy się śmiercią przez żywioł. — dogryzała dziewczyna, kątem oka patrząc na próby Mikołaja. Dzielnie walczył z jedną z wodnych kurew. — I komu właściwie przysługuje odwołanie? Posejdonowi? Radzie Najad? Zeusowi? Chociaż nie, do Zeusa wolałabym niczego nie zgłaszać. Historia sugeruje, że kontakt z działem personalnym Olimpu rzadko kończył się dobrze.
Jej hipokamp zaczynał nerwowo wierzgać się. Nie miała dużo czasu, liczyła na drugiego grupowego.
W tym czasie blondyn już miał złapać dzieciaka, ale został znienacka wciągnięty pod wodę. Co gorsza, za nogawki spodni. Jego wierzchowiec na szczęście dzielnie wyciągnął go za kołnierz.
— Kurwa mać, która to z was?! — zareagował ze złością. Rozumiał żarty, pranki, ale to była już przesada.
— Ja. — usłyszał przy uchu.
Poczuł nagle rękę na ramieniu, potem kolejną na klatce piersiowej i gdy się odwrócił, jego oczom ukazał się… Najad? Nereidynek? Najadynek? Osoba nimfowodna? Mrugnął szybko oczami, a kiedy zdał sobie sprawę, że ich twarze dzieli dokładnie 2,5 centrymetra, zaczerwienił się. Czy męskie nimfy istniały? Dlaczego, na bogów, znalazł się w dziwnej sytuacji, w której typ (albo typiara, może niesłusznie zakłada płeć ze względu na androgeniczny wygląd?) bez koszuli się do niego przykleja, w co najmniej nieodpowiednim momencie?
— Masz chłopaka? — mruknął niczym ratownik ze Słonecznego Patrolu.
— Co? — Mikołaj z każdą sekundą tracił rezon. Na domiar złego, te jaskrawe, niebieskie oczy świdrowały go na wskroś. Starał się uciekać wzrokiem, na tyle, ile mógł, w czym mu absolutnie nie pomagała słona woda.
— Bo mam fatalny charakter, ale trzymam się zasad. — uśmiechnął się flirciarsko, puszczając oczko. — Co tam chowasz w nogawkach?
— Yyy, eee… Nogi? — chłopak balansował rozpaczliwie na powierzchni wody. Czy w wodzie można się pocić przez beznadziejne flirciarskie teksty? Bycie mokrym było już wystarczająco koszmarne sensorycznie.
Nagle na twarzy tego nereidka pojawił się grymas złości. Nanosekundę później czyjaś ręka zniekształciła jeszcze bardziej facjatę, odpychając go od Mikołaja.
— Spływaj, sardynko. — wysyczała cierpko Nika.


Mikołaj?
────
[1060 słów: Weronika otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]