wtorek, 23 czerwca 2026

Od Chaita CD Dahlii — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie odpowiedział Dahlii od razu. Na chwilę znowu spojrzał w miejsce, w którym doszło do nieprzyjemnej rozmowy, marszcząc brwi i ściągając usta w wąską linię.
Pracował jako animator od lat. Nie, że jakoś bardzo wielu, ale jednak lat. Wiedział, że ludzie są różni. Oczywiście, że w swojej karierze spotkał też tych okropnych. Przed oczami na chwilę stanął mu nawet jeden konkretny kierownik z jego normalnego, codziennego miejsca pracy. Ten sam, z którym pracował jakimś cudem zawsze wtedy, gdy obowiązki zmieniały się z „animator dla dzieci i osoba pilnująca porządku” na „cholerny półbóg wpadający w kłopoty”. Sam siebie nie lubił za to, jak fałszywie miły zwykle dla niego jest. Zwykle też nie mógł nic na to poradzić.
Ten konkretny mężczyzna wydawał się jednak jeszcze gorszy. Nie była to pewnie żadna obiektywna cecha, na którą Chait mógłby się powołać. Wydawał się po prostu dziwnie nieprzyjemny, bardziej, niż było to konieczne w danej sytuacji. Chaitowi przeszło przez myśl, że wydarzyło się jeszcze coś, czego nie usłyszał, ale to też nie miało sensu.
– Och, tak. Pewnie. Do jutra – rzucił w końcu, odwracając się do Dahlii i uśmiechając prawie bez rezygnacji. Nawet uniósł dłoń i pomachał jej delikatnie na pożegnanie. Miał nadzieję, że nie odebrała tego jako olewające lub niegrzeczne. Nie zamierzał przecież być niemiły akurat w stosunku do niej.
Może powinien ją zatrzymać i zapytać, czy wszystko w porządku. Tak, na pewno powinien, przecież on też był odpowiedzialny za walkę na plastikowe szabelki.
A i tak nie ruszył się z miejsca. Przez cały dzień nie zająknęli się słowem o tym, czy już wcześniej skądś się znali – nie chciał stwarzać sytuacji, w której będą zmuszeni o tym porozmawiać. Myśli Chaita od razu uciekły w stronę Aye, które przez jedno głupie pytanie do dzisiaj nie mogło zaznać spokoju od jego towarzystwa, w połączeniu z najgłupszymi możliwymi powodami przebywania w tym właśnie towarzystwie. Przyznawanie się do boskiego pochodzenia i wspólnego pobytu w obozie nigdy nie kończyło się dobrze. Nieważne, czy mieszkali w tym samym mieście, czy w dwóch różnych stanach. Zresztą, ten dzień był wystarczająco męczący, nie chciał jeszcze dodatkowo zmuszać Dahlii do rozmowy o irytującym szefie.
Poczekał, aż ta zniknie za zakrętem, zanim sam ruszył do wyjścia. Podejrzewał, że to było jeszcze bardziej niegrzeczne niż ta późna, pospieszna odpowiedź. Pozostało mu uznać, że to nie jest problem na teraz, bo teraz i tak już nic z tym nie zrobi. Jeszcze raz obejrzał się za siebie, na drzwi do szatni. Miał nadzieję, że reszta współpracowników okaże się bardziej sympatyczna, niż na razie mu się wydawało.
Poprawił plecak na ramieniu, przyspieszając kroku. Na pewno przesadzał, przecież nie mogło być aż tak źle. Nigdy nie było aż tak źle.

*

O dziwo nie wpadł na Dahlię w innych miejscach – ani ogarniając kilka spraw w okolicy parku, ani pod drzwiami hostelu, w którym się zatrzymywał. Podejrzewał, że to nawet nie było za bardzo prawdopodobne. Bo dlaczego niby miałoby być? Chyba po prostu nie potrafił przestać myśleć o tamtej sytuacji. I o tym, że jednak powinien od razu zapytać, czy wszystko w porządku.
To on zwykle był tym, który zbierał baty za głupie zachowania, a każde to zachowanie było głupsze od ich sparingu. Czuł się zwyczajnie niekomfortowo, że teraz jakimś cudem go to ominęło (nie miało znaczenia, czemu go to ominęło. Naprawdę).
Jeszcze zanim wszedł na teren parku rozrywki wiedział, że zapyta Dahlię o całą tę sytuację jak tylko ją zobaczy. I o to, co konkretnie miała na myśli, mówiąc o zabawie. Miał nadzieję, że nie zrozumie go źle. Nie miał nic przeciwko kłopotom. Przyzwyczaił się. Podejrzewał, że szef z jego pracy w Nowym Jorku też jest jak najbardziej przyzwyczajony i tylko czeka na telefony ze skargą, że kogo on tutaj wysłał. Podczas poważnej rozmowy w biurze on będzie zrezygnowany, a Chait tylko wyszczerzy zęby i przeprosi, kompletnie nie mając tych przeprosin na myśli.
Z tą myślą przemknął korytarzem, jeszcze tylko na krótki moment zatrzymując się przed wejściem do szatni, tak w ostatniej chwili zastanowienia się nad sensem życia i reszty pracy w tym miejscu. Nic szczególnie głębokiego, mimo wszystko.
Wszedł do środka, kiwając głową jakiemuś chłopakowi, z którym złapał kontakt wzrokowy. Odpowiedział tym samym gestem, ale bez uśmiechu. Chait nie zamierzał się o to obrażać. Zamiast tego rozejrzał się, szukając w tłumie Dahlii. Zobaczył ją przy jednej z szafek, więc tylko złapał mocniej pasek plecaka i od razu do niej podszedł. Nie było sensu czekać.
– Dahlia. – Uśmiechnął się na przywitanie, mierząc ją tylko odrobinę zmartwionym spojrzeniem. Odpowiedziała mu, ale nawet za bardzo tego nie zarejestrował. – Słuchaj, ech… Wszystko w porządku? Po tej wczorajszej… – Zawahał się. – Sytuacji?
Mówił pół tonu ciszej, nie chcąc zwracać uwagi innych pracowników. Ich reakcje wczoraj nie wydawały się szczególnie zachęcające. Albo po prostu sobie to wyobrażał. Dlatego na razie wbijał wzrok w Dahlię. I jeszcze raz poprawił plecak, udając, że to wcale nie jest nerwowy gest.


Dahlia?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

Isobel nigdy nie miała ojca, który dawałby jej bojowe zadania. Te zwykle wymyślała sobie sama, ale to już przecież nie była taka frajda. Poza tym zawsze musiała sama trzymać latarkę. Zmarnowany potencjał. Dlatego choć miała cała listę ważnych rzeczy do zrobienia, zgodziła się pomóc nieznajomej.
— Isobel. Tak w ogóle — powiedziała, żeby osoba stojąca przed nią dostała jakiś inny przydomek.
Wyciągnęła rękę do dziewczyny i energicznie nią potrząsnęła.
— Kalina. Isobel, fajne imię.
— Zajebiste, co nie? Dzięki, twoje też jest ciekawe. — Is wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
Skoro to miały już z głowy, z powrotem odwróciła się do półki z lampami. Sama przyszła tu tylko po jakiś obrus (przeczytała gdzieś, że w każdym domu musi być chociaż jeden, ładny obrus dla gości), ale widok tak… nietuzinkowej alejki z lampami zaciekawił ją na tyle, że zapomniała o obrusie. Teraz już znowu o nim pamiętała, ale przecież mogła poszukać go za parę minut.
— Trudny wybór — westchnęła, przechadzając się wśród półek.
— Strasznie! Za dużo ładnych rzeczy — odpowiedziała Kalina, dotrzymując jej kroku. — Stoję tu już z piętnaście minut i w ogóle nie mogę się zdecydować. Piekło na ziemi.
Is wodziła wzrokiem po różnych ciekawych egzemplarzach. Wszystkie przykuwały uwagę, ale gdyby tak miała zatrzymać się przy każdej i dokładnie ją obejrzeć, siedziałaby tu chyba aż do zamknięcia. Nawet, gdyby robiły to z Kaliną we dwie. Trzeba było jakoś minimalizować stratę czasu, chociaż wcale nie było to takie łatwe.
— Potrzebna ci jest jakaś mniejsza czy większa? — zapytała w końcu, odwracając się do dziewczyny.
— Szczerze, to taka średnia. Nie ogromna, bo mnie nie stać, ale też nie jakaś maleńka, bo potrzebuję światła — wyjaśniła Kalina, zatrzymując się przy lampie w kształcie kaczki. Dotknęła jej plastikowego dzioba. — No, mniej więcej takiego rozmiaru. Tylko nie ta konkretna, bo ten plastik wygląda, jakby miał się spalić po godzinie. Za cienki — dodała.
— Okej. Wielkości tęczowej kaczki. Zakodowane — powiedziała Isobel, skinając głową tak służbowo, jakby co najmniej odbierała polecenie od pułkownika.
W końcu swoje zadania traktowała poważnie. Znalezienie odpowiedniej lampy było naprawdę odpowiedzialnym zadaniem, którego nie każdy mógłby się podjąć. A przynajmniej tak sobie wmawiała.
— Co myślisz o tej? — zapytała, wskazując palcem na lampę w kształcie kota siedzącego po turecku z bębenkiem w przednich łapach, któremu z pleców wystawał stelaż z żarówką.
Kalina podeszła bliżej i nieznacznie przekrzywiła głowę w bok, przyglądając się zmrużonym, plastikowym kocim ślepiom.
— Żarówka jest za mała, będzie chujowo świecić — zadecydowała w końcu, przechodząc dalej. — Jakbym wkręciła większą, to stelaż mógłby tego nie przeżyć. Wiesz, jak jest — dodała, muskając opuszkami palców kolejną lampę, która jednak najwyraźniej nie przyciągnęła wystarczającej uwagi.
— Szkoda, jakby się zawaliła na kota. Śmieszny ma pyszczek — skwitowała Is, lekko pstrykając plastikowego kota w nos.
Sama by sobie postawiła taką na stoliku nocnym, tylko średnio miała fundusze na takie bzdety. Może tu kiedyś po nią wróci, jeśli nikt w tym czasie nie wykupi tego arcydzieła. Byłaby straszna szkoda, jakby miała się kurzyć u kogoś innego.
— O, ta wygląda okej.
Z rozważań nad biednym plastikowym kotem wyrwał ją głos Kaliny, która stała już kilka kroków dalej i podnosiła inną lampę. Is podeszła bliżej i przyjrzała się jej dokładniej.
— To… żaba? — zapytała, nie do końca pewna siebie.
— Ropucha. Chyba. Ten cylinder i okulary trochę zniekształcają obraz — wyjaśniła Kalina, wyciągając przed siebie zdobycz. — Ale jakby nie patrzeć, jest całkiem urocza.
— No, każda potwora znajdzie swojego amatora, czy jakoś tak. Ale nie wysiedziałabym z nią w pokoju. Cały czas wygląda, jakby się na mnie gapiła — wzdrygnęła się lekko i wyjęła lampę z dłoni Kaliny, żeby pokazać jej swoją perspektywę. — Widzisz?
Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby prowadziła z biedną lampą bitwę na spojrzenia.
— Może faktycznie trochę dziwnie się patrzy. Kto wie, może ożywa w nocy — wzruszyła ramionami i machnęła ręką, żeby Is odstawiła lampę z powrotem na półkę.
Wymieniły się opiniami na temat jeszcze kilku co to durniejszych lamp, kiedy nagle Isobel zatrzymała wzrok na jednej z nich. Zakochała się od pierwszego wejrzenia.
— Bogowie słodcy, a co to za cudo? — zapytała, zbliżając się do upatrzonego przedmiotu.
Niemal z nabożną czcią podniosła lampę i zaprezentowała ją Kalinie. Lampa była tak właściwie krokodylem w okularach przeciwsłonecznych, który siedział pod parasolem. Parasol był tak naprawdę kloszem, pod którym znajdowała się żarówka. Brakowało tylko drinka z palemką.
— Nie wiem, jak ty, ja bym brała w ciemno.

Kalina?
────
[696 słów: Isobel otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu — „Long time no see” cz. 3

Poprzednie opowiadanie

– O proszę, jeszcze żyjesz.
Shayel spojrzał na nią, unosząc brwi, ale przepuścił ją w drzwiach mieszkania, nawet tego nie komentując. Przeszła obok niego z dumnie uniesioną głową, łapiąc pasek torby i zrzucając ją na brzeg kanapy (dalej tej samej. Prawdopodobnie miała nie zmienić się nigdy). Na to też nie zareagował. Usłyszała, jak zamyka drzwi, a potem kątem oka zobaczyła, jak przechodzi do ciasnej kuchni, stając na palcach, by sięgnąć do jednej z szafek.
– Napijesz się czegoś? – zapytał, wyjmując kubek i odwracając się do niej. Kosmyki włosów opadały mu na oczy i potrząsnął głową, żeby odgarnąć je na bok. Arisu przez chwilę odniosła wrażenie, że ich rozmowy za każdym razem są identyczne.
– Herbaty.
Nie musiała mu odpowiadać, bo już sięgał po pojemnik. Z tej odległości nie była w stanie przeczytać, co na nim jest. Z bliższej pewnie też by nie była – litery wydawały się zbędnie ozdobne. Podejrzewała, że nie jest to dobry znak.
Mimo to usiadła na podłodze obok kanapy, opierając się o nią plecami. Nie była jeszcze pewna, po co do niego przyszła. Ostatnim razem widzieli się latem, teraz za oknem spadały już liście, a pogoda była jeszcze bardziej nijaka. Starała się nie myśleć o tym, że widuje się z Shayelem średnio co kwartał. Nie była pewna, czy jej to odpowiada, czy przeszkadza. I jeśli przeszkadza – czy dlatego, że widzi go tak często, czy tak rzadko. Jakimś cudem wydawało jej się, że wszystkie te możliwości są prawdziwe w tym samym czasie, ale to przecież nawet nie miało sensu.
Na pewno myślała o nim częściej, niż zanim zamieszkał w San Francisco. I mogła z pełnym przekonaniem stwierdzić, że akurat to ją bardzo irytuje. Nie lubiła o nim myśleć. Nie lubiła tego, że jego głupia moralność wraca do niej częściej, niż do tej pory. Była głupia, naiwna i nie dało się przełożyć jej na codzienne życie. Tak samo jak tego, co wmawiał jej ojciec.
O nim z jakiegoś powodu też myślała teraz częściej.
Podniosła się trochę, by ze swojego miejsca na podłodze spojrzeć na stół. Ściągnęła leżący na nim magazyn. Prawdopodobnie jedyną kolorową rzecz w zasięgu jej wzroku, co pewnie bardzo źle świadczyło o samym Shayelu. Dziwiło ją, że w XXI wieku wychodzą jeszcze papierowe magazyny. A jeszcze bardziej to, że Shayel takie czyta.
Spośród mieszających się literek i słów wyłapała coś o tundrze. Zmarszczyła brwi, zamykając gazetę jeszcze raz. Na pierwszej stronie spośród wielu barw udało jej się wyłapać coś o roślinności arktycznej.
– Czy tobie skończyły się dobre… nie, jakiekolwiek książki? – zapytała, odkładając magazyn z powrotem na stół. Zmarszczyła przy tym nos, przenosząc wzrok na brata, który dalej stał nad kubkiem herbaty. Wydał z siebie westchnięcie, które mogło być tylko westchnięciem pełnym rezygnacji.
– Nie.
Bardzo, bardzo oczekiwała wyjaśnień. Tych, o które nie zamierzała pytać, ma się rozumieć. Nie zamierzała wykazywać zainteresowania większego niż to absolutnie konieczne.
– Jeden z… innych pracowników archiwum… – Shayel sam zaczął, co Arisu przyjęła równocześnie z ulgą i z irytacją. Czy widział, że ją to ciekawi? – Usłyszał, jak rozmawiam z kimś o podróżach. Uznał, że mnie to zaciekawi.
Zdecydowanie nie wyglądał na zaciekawionego. Nie potrafiła mu się dziwić, ale prychnęła z rozbawieniem, odwracając wzrok. Shayel jeszcze przez chwilę patrzył na nią z czymś, co pewnie mogło być odebrane jako dezaprobata, ale czego zdecydowanie nie odebrała w ten sposób.
W końcu jednak się poddał. Podszedł do niej i postawił na stole kubek z parującą herbatą. Minęła kolejna sekunda, zanim zdecydował się usiąść obok niej na podłodze. Skinęła mu głową w podzięce i znowu zapadła cisza. Arisu sięgnęła po herbatę, gotowa pozostać w tym milczeniu tak długo, jak będzie musiała, choćby do końca swojej dzisiejszej wizyty.
Shayel jej nie zaprosił, znowu odwiedziła go sama z siebie. W ciągu pięciu poprzednich lat w obozie nie wychodziła nigdzie tak często, jak w ciągu ostatniego roku i oczywiście, że to właśnie jego o to obwiniała. Od kiedy zamieszkał w San Francisco, przestał wysyłać jej listy. Rozumiała to. Więcej, uważała, że kompletnie ją to nie obchodzi, bo przecież i tak nigdy ich nie czytała. Dalej dziwnie było wiedzieć, że jest tak niedaleko. To tyle.
Jak na złość, on też się nie odzywał. Siedział przy drugim końcu kanapy, oparty o nią jednym ramieniem, przewracając karty magazynu, który go nie interesował. Mimo wszystko Arisu w jakiś sposób cieszyła się, że miał w pracy kogoś, z kim był na tyle blisko, by wymieniać się takimi rzeczami. Shayelowi nie robiło to różnicy, prawdopodobnie. Może powinna kiedyś go o to spytać.
– Może przynajmniej gazety czytasz teraz online?
Prawie sapnęła z irytacją. Oczywiście, że musiała w końcu się odezwać. Była czasami taka żałosna.
– Zostawiłem dzisiejszy numer w pracy.
Oczywiście. Powstrzymała się od wywrócenia oczami. Był taki przewidywalny. Musiał to zauważyć, bo znowu się odezwał:
– Przecież wiesz, że nie jestem fanem technologii.
Tak, tak. Wiedziała. Nie mogła nawet się z tym kłócić, chociaż bardzo chciała.
– Ale jak podróżowaliśmy, to z ojcem czytaliście też online.
Mogła nie zaczynać tego tematu. Shayel skinął głową.
– To prawda. Tak łatwiej dowiedzieć się, że… kolejny poseł w Polsce uniknął więzienia, albo cokolwiek innego.
Teraz ona skinęła powoli głową. Nigdy nie uważała swojego argumentu za dobry. Po prostu czuła potrzebę, by zwrócić na to uwagę. Chyba czuła też większą niż zwykle potrzebę, by faktycznie z nim rozmawiać, a nie tylko siedzieć w ciszy. Akurat o to nie mogła obwiniać Shayela. Zdecydowanie jej się to nie podobało. Pewnie powinna obwiniać kobietę z cmentarza, ale nie miała serca, by to robić.
Upiła łyk herbaty i od razu zmarszczyła nos.
– Jest okropna.
Shayel mruknął coś cicho.
– Mogę nalać ci soku – zaproponował. Odstawiła kubek z powrotem na stół.
– Nie, nie. Nie trzeba. Tylko błagam, gdziekolwiek to kupiłeś, nie rób tego nigdy więcej.
Przez chwilę miała wrażenie, że Shayel się uśmiechnie. Normalnie pewnie by jej to wystarczyło. Teraz jeszcze bardziej ją zirytowało.
– Oczywiście. Musiałem trochę oszczędzić w zeszłym miesiącu.
Arisu spojrzała na niego, marszcząc brwi, ale pokręcił głową, jakby próbował pokazać, że to nic takiego.
– Potrzebujesz pomocy? Mogę opuścić obóz i—
– Nie.
Prawie podkuliła ramiona, chociaż nie zabrzmiał inaczej. Dalej mówił spokojnie, może nawet trochę bez przejęcia. Może to dlatego tak ją to zirytowało. Nie tłumaczył się dalej, co zirytowało ją jeszcze bardziej. Co za skończony idiota. Prawie zaczęła się o niego martwić, a on traktował to tak olewczo? Powstrzymała prychnięcie. Mógł tylko marzyć o tym, że jeszcze kiedykolwiek się nim przejmie.
Podniosła się, przesiadając się na kanapę. Nie chciała nawet siedzieć na tym samym poziomie co on. Koc, który teraz zakrywał obicie, był miękki i gładki, dużo bardziej przyjemny od materiału na siedziskach. Jednak musiał coś zmienić przez tych kilka miesięcy mieszkania tutaj. Do tej pory była pewna, że nie zmienia nic, bo siedzi gotów do wyprowadzki.
Może jednak tak nie było.
Z irytacją sięgnęła po leżący na podłokietniku zeszyt. Mniej zniszczony niż zwykle – musiał być nowszy. Shayel nie protestował, ale w zasadzie to prawie nigdy nie protestował, gdy zaczynała grzebać w jego rzeczach.
Może dlatego, że i tak średnio była w stanie przeczytać, co pisze. Czasami było lepiej, ale zazwyczaj było gorzej lub po prostu źle. Nawet Shayel przyznawał, że to wina jego charakteru pisma, a nie tylko dysleksji Arisu. Miał przynajmniej tyle honoru.
Przekartkowała kilka stron z różnymi liniami i dziwnymi symbolami, które zrozumieć mógł tylko Shayel. Na jednej mignęły jej jakieś opisy i rzucone luzem zdjęcia starych monet. To kolejna rzecz, którą pewnie mógł trzymać online, ale z tylko sobie znanego powodu tego nie robił. Nie było sensu z nim dyskutować.
– Byłeś na jakimś filmie? – zapytała, wyjmując spomiędzy kartek świstek papieru. Shayel zadarł głowę, by na to spojrzeć.
– Nah. To bilety do muzeum.
To faktycznie było bardziej w jego stylu. Była pewna, że i tak każde muzeum w okolicy widział już co najmniej kilka razy i że pójdzie jeszcze kilka następnych. Kiedyś, oczywiście, chodziła razem z nim.
– Możesz iść ze mną następnym razem.
Zgodziła się, zanim zdążyła uznać, że to zły pomysł. I prawie od razu tego pożałowała.

────
[1300 słów: Arisu otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 21 czerwca 2026

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

Widząc zdezorientowaną minę Weroniki, Caroline uśmiechnęła się jeszcze odrobinę szerzej. Życie w Nowym Jorku było z pewnością mniej intensywne, ale teraz dochodziła do wniosku, że także mniej ciekawe. Siłownia trzy razy w tygodniu to nie to samo, co dobry sparing. Co prawda nie taki, jaki przeprowadziła przed chwilą, bo tego nie nazwałaby dobrym sparingiem. Weronika najwyraźniej bardzo wypadła z rytmu bez kogoś, kto ustawiłby ją do pionu. Caroline cieszyła się, że swoją wizytę w Obozie Herosów może poświęcić na coś tak szlachetnego.
— Rewanż! Oszukane zwycięstwo to nie zwycięstwo, a sromotna przegrana! — zawołała Weronika, choć wciąż podpierała się dłońmi o podłoże i z pewnością wyglądała, jakby mroczki latały jej przed oczami.
— Gówno nie przegrana — odezwał się ktoś w tłumie, wywołując tym grymas na twarzy Weroniki. Temat fekaliów był chyba dla niej nie wystarczająco wyniosły.
— Laska, nie oszukiwałam — powiedziała Caroline, spoglądając na nią z góry. Satysfakcjonujące. — Trzeba umieć skupić się na mieczu.
Wbiła czubek swojego ostrza w ziemię i podparła się na nim z niemal znudzoną miną. Nie, żeby ona szczególnie świetnie radziła sobie z przegrywaniem, ale jej wygraną był w stanie potwierdzić tłum gapiów. Weronika miała tupet żeby w ogóle sugerować jej, że oszukiwała. Na szczęście Caroline uczyła się panowania nad sobą.
— Twoje zagranie było bezkompromisowo niehonorowe. Wstyd zalałby mnie całą, gdybym chociaż pomyślała, żeby zachować się tak haniebnie jak ty — fuknęła Weronika, podnosząc się z ziemi.
Ze zdecydowanie zbyt dumną w porównaniu do sytuacji miną otrzepała dłonie o i tak już brudne spodnie. Jeszcze wyżej uniosła podbródek, jakby chciała podyskutować z bogami. Ley była pewna, że ma im mnóstwo do powiedzenia. Zastanawiała się, czy Weronika kiedykolwiek się z którymś z nich spotkała. Obstawiała, że nie, bo za te gadki już by ją ktoś spalił. Obrzuciła dziewczynę uważniejszym spojrzeniem; tam, gdzie uderzyła ją płazem miecza, skóra już była zaczerwieniona. Nie planowała zaatakować mocno, ale pewnie wykwitnie tam później siniak.
— Dostałaś w głowę. Idź lepiej sprawdź, czy nic ci się tam nie poprzestawiało. Chociaż może tak byłoby lepiej. — Ostatnią część mruknęła bardziej do siebie, niż do Weroniki.
Rzeczona poszkodowana wyglądała na oburzoną.
— Rany wojenne dodają szlachetności. Poza tym, dobry wojownik nie odmawia rewanżu — powiedziała z taką dozą pogardy, na jaką było jej stać.
Caroline przewróciła oczami. Rozmawiając z Weroniką zawsze czuła się, jakby grała w bardzo kiepskim, czarno-białym filmie, ale tym razem przechodziła samą siebie. Najwyraźniej przegrana nie działała dobrze na jej nerwy.
— Strasznie męczysz dupę — westchnęła Ley, ale sprawnie z powrotem uniosła swój miecz.
Weronika uśmiechnęła się tryumfalnie, choć nie wyglądała już na tak zadowoloną z siebie, jak wcześniej. Podniosła z ziemi swoją szpadę, która przy jej upadku odleciała metr dalej. Mało to było wyniosłe, ale zaraz wyprostowała się jak struna i stanęła w pozycji, która zapewne miała reprezentować gotowość do walki. Caroline za to wydawała się raczej znudzona - bez problemu wygrała pierwszy sparing, więc wygrana i tak leżała po jej stronie. Rewanż to była tylko formalność, żeby Weronika dała jej święty spokój.
— Tym razem nie wywiniesz się moim umiejętnościom — powiedziała w końcu hardo Weronika, wyprowadzając pierwsze pchnięcie.
— Mniej gadaj, więcej rób. Może się w końcu czegoś nauczysz.
Ley całkiem bawiło obserwowanie Weroniki, kiedy udawała, że wcale jej to nie wkurwia. Robiła wtedy śmieszną minę — dumne spojrzenie, zmarszczone brwi i usta wykrzywione w grymasie złości.
— Nie potrzebuję uczyć się od kogoś, kto walczy jak zwierzę — sarknęła Weronika.
— Zwierzę, z którym przegrałaś — odpowiedziała Caroline z promiennym uśmiechem, który w połączeniu z tym, jak szybko się poruszała, nie wyglądał szczególnie przyjaźnie.
Przytyki Weroniki bardziej ją śmieszyły, niż irytowały. Średnio była w stanie traktować tą dziewczynę na poważnie. Wszystkie słowa, które padały z jej ust brzmiały, jakby urwała się z jakiejś kiepskiej pseudofilozoficznej książki. Może nawet odrobinę jej współczuła. Życie z takim stylem bycia nie mogło być łatwe.
— To nie była przegrana, tylko potknięcie.
Tak, z pewnością ktoś ją gnębił w dzieciństwie.
— Ty to robisz specjalnie? Czy trzeba ci przypieprzyć moc-
Zanim Ley zdążyła dokończyć przytyk, Weronika nagle zachwiała się na nogach. Szpada wyleciała jej z dłoni.
— No bez jaj. — Caroline złapała ją za ramię zanim zdążyła polecieć do przodu i rozbić sobie nos o twarde podłoże. — Japierdole, aż tak mocno to nie dostałaś — burknęła, odrzucając swój miecz na ziemię.
— Co ty robisz? Możemy kontynuować — zaprotestowała Weronika, ale jej głos nie był już tak mocny, niż wcześniej.
— Ktoś mnie jeszcze za to udupi — mruknęła ponuro Caroline, nie do końca delikatnie ciągnąc ją w stronę skrzydła szpitalnego.


Weronika?
────
[723 słowa: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne CD Kala — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA V

Elianne nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem ktoś nadskakiwał jej tak, jak teraz robiła to Florence. Była zbyt przyzwyczajona do ludzi, którzy ze względu na jej dziecięcą, wiecznie uśmiechniętą twarz uważali, że mogą jej z łatwością wejść na głowę. Na szczęście to, że trafiła do obozu dla rzymskich herosów w wieku dziewięciu lat, pozwoliło jej wyrobić pewną odporność. Odmiana była całkiem przyjemna.
Florence była przemiła i ciągle ją zagadywała. Nie w ten irytujący, wścibski sposób - po prostu wydawała się ciekawa, jaka tak naprawdę jest dziewczyna, którą interesował się syn jej partnera. Eli miała nadzieję, że będzie zadowolona z wyników.
— Tak, mam trójkę rodzeństwa. Braci. Cała wesoła gromada — odpowiedziała na jedno z pytań z nieznacznym uśmiechem, wybierając jedną z owocowych herbatek, które zaproponowała jej kobieta.
— Jeju, całe życie z facetami! Jak to przetrwałaś? — dopytała Florence ze śmiechem, już zabierając zbędne opakowania herbat, z których dziewczyna nie skorzystała.
— Jakoś z mamą dałyśmy radę — wyjaśniła Eli zdawkowo. Nie było sensu tłumaczyć, że spędziła z nimi na stałe tylko połowę dotychczasowego życia.
— Jasne, no tak. Kal za to na pewno się cieszy, że jest jedynakiem, prawda?
Florence uśmiechnęła się do chłopaka, który w odpowiedzi posłał jej dość cierpiętnicze spojrzenie.
Kąciki ust Eli wciąż unosiły się w uśmiechu, choć kątem oka wciąż widziała, że Kal chyba nie cieszy się z jej obecności tutaj. Wciąż wpatrując się w kobietę, ostrożnie sięgnęła po jego dłoń pod blatem stolika, tak, żeby nie ściągnąć uwagi Florence i nie wprawić go w jeszcze większe zakłopotanie. Po cichu chciała mu przekazać, że jest okej. Czuła, że Kal jest spięty, ale nie puściła jego dłoni.
— To pani lokal? Bardzo przytulny — rzuciła, zmieniając temat.
— Boże, jaka pani! Mów mi Florence. I tak, to moja piekarnia. Mała, ale własna. Cieszę się, że ci się podoba — zaszczebiotała kobieta, stawiając przed nimi ozdobny talerz z równiutkimi kawałkami sernika. — Częstujcie się.
Ciężko było jej odmówić. Eli średnio miała ochotę na ciasto, ale uśmiechnęła się uprzejmie i nałożyła sobie porcję na mały talerzyk. Zanim zdążyło paść kolejne pytanie, dzwonek wiszący nad drzwiami wydał z siebie głośny, wysoki odgłos i Florence zostawiła dwójkę nastolatków, żeby stanąć za ladą. Elianne wykorzystała ten moment, żeby uważniej przyjrzeć się Kalowi.
— Jest bardzo miła. Jesteś zły? — zapytała cicho, a Kal ledwo zdążył otworzyć usta, zanim odpowiedziała sobie sama: — jesteś. Zjemy ciastko i pójdziemy.
— To jest jakaś porażka — wyrzucił z siebie chłopak, palcami wolnej dłoni ściskając nasadę swojego nosa. Drugą, pod stolikiem, wciąż trzymała Eli. Teraz ścisnęła ją mocniej.
— Jest okej. Serio. Napij się herbaty. Zaraz wyjdziemy — dodała nieco łagodniejszym głosem.
Była trochę rozdarta pomiędzy tym, żeby nie zrobić przykrości Florence, a chęcią pozbycia się z twarzy Kala miny, którą ostatnio widziała, kiedy ktoś kazał mu czyścić parapety brudną ścierą. Nie była do końca pewna, dlaczego jest aż tak niepocieszony, ale wiedziała, że sama się do tego przyłożyła zgadzając się na propozycję Florence, więc chciała jakoś temu zaradzić. Kiedy kobieta była zajęta obsługiwaniem klienta i na chwilę zniknęła na zapleczu, Eli przelotnie oparła głowę na ramieniu Kala. Kiedy na powrót się wyprostowała, zabrała się za swój sernik. Posłała Kalowi uśmiech, kiedy powoli sięgnął po swój kubek.
— Jak sernik? Nawet nie próbowałam, mam nadzieję, że wyszedł — powiedziała rozpromieniona Florence, kiedy już mogła do nich wrócić. Otrzepała dłonie o swój fartuch.
— Przepyszny, nie ma się pa… Nie masz się o co martwić.
Elianne uśmiechnęła się, ostrożnie odkładając widelczyk na talerzyk. Upiła łyk swojej herbaty, patrząc na uradowaną Florence.
— Super, to zjedz jeszcze kawałek. Kal, ty nie jesz? — zapytała, nieznacznie marszcząc brwi.
— Jedliśmy wcześniej obiad. Ja nie mogłam się powstrzymać przed sernikiem, ale Kal ma silniejszą wolę niż ja — gładko wyjaśniła Eli ze śmiechem. Zabębniła palcami o swój kubek. — Będziemy się już zbierać? Muszę jeszcze kupić lakier do włosów. Dziękuję za herbatę i ciasto. Naprawdę bardzo miło było mi panią poznać — dodała, po raz kolejny uśmiechając się do Florence.
— Kochana, to nic takiego. Zostańcie jeszcze parę minut, dopijcie herbatę. Jak nie zobaczę pustych kubków, to was nie wypuszczę. — Florence na wpół poważnie pogroziła im palcem.
Najwyraźniej nad tym nie będą w stanie przejść.


Kal?
────
[667 słów: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Od Vex CD Kaliny — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

Melodramatycznie przewraca oczami, bo przecież doskonale wie, że rozwścieczona staruszka, która myśli, że wszystko jej wolno, jest gorsza od policji. I to z bardzo prostego powodu. Jakikolwiek szanujący się stróż prawa poczekałby co najmniej pół godziny od przyjęcia zgłoszenia i dopiero wtedy postanowiłby łaskawie odpalić samochód, żeby przejechać swoim rozklekotanym gratem na drugi koniec miasta, wciąż kurczowo ściskając nadzieję, że jednak nie będzie musiał niczego robić i sprawa załatwi się sama. Kiedyś któryś z nich spisał Vex, bo nikt nie pozwolił mu odejść spokojnym krokiem z miejsca zdarzenia, tylko jakiś osiłek trzymał herosowi ręce za plecami i wrzeszczał do ucha, że mu dzieci budzi. Potłuc butelek na ulicy już nawet nie można.
– A weź spierdalaj – sugeruje babci, celując w nią odkręconą końcówką markera. Staruszka desperacko ściska w roztrzęsionej od wściekłości lub reumatyzmu dłoni swoją jedyną broń (telefon) przed zdeprawowanym nastolatkiem i losową hipiską, ale wciąż nie uczyniła najważniejszej części swojego ataku (nie odblokowała telefonu, nie mówiąc już o wpisaniu numeru, a o rzeczywistym zadzwonieniu nawet nie myśląc).
– Jak ty się do starszych odzywasz!!! – wrzeszczy kobieta już mocno zachrypniętym głosem, bo drze się tak od dobrych kilkunastu minut, albo w ogóle cały dzień, bo wszystko dookoła nie pada jej pod buty i nie całuje podeszw, żeby ona mogła na spokojnie kupić w pobliskim sklepiku paczkę papierosów, wiśniówkę i resztę potrzebnych do przetrwania itemków. – W ogóle szacunku do autorytetu nie masz gówniarzu!!!
– A ty do młodych, stara kurwo – fuka Vex i z pewną dozą zadowolenia odnotuje zaskoczone, ale takie zaskoczone z nutą podziwu, spojrzenie Kaliny (której imienia kompletnie nie pamięta i również nie przypomina sobie, skąd ona może go znać). Ma tylko nadzieję, że dziewczyna nie spróbuje go powstrzymać przed radosnym wpierdoleniem osiedlowej babci.
– DOSYĆ TEGO!!! – postanawia wrzasnać staruszka, a zza załomu uliczki do Vex i Kaliny docierają głosy zaniepokojonych przechodniów, którzy próbują dowiedzieć się, kto zaatakował biedną babuleńkę.
– Niech już pani odpuści, na serial się pani spóźni.
– DZWONIĘ – babcia bardzo głośno zagłusza wszelkie próby odwrócenia jej uwagi, jakie dzielnie poniosła Kalina. Niestety, przez trzęsące się palce staruszka nie może trafić w żaden z klawiszy, które byłyby jej w tym momencie potrzebne.
– Ale proszę pani, zaraz się zaczyna coś tureckiego, pewnie teraz jest taka godzina, co seniorzy akurat siedzą w domach…
– JA CI ZARAZ DAM MAŁOLATO – ostrzega babcia, ale swojej groźby nie spełnia, bo brak na nią miejsca w kolejce zadań do wykonania.
Wedle zasady „pokemony trzymają się razem, nawet jeśli tak w sumie to się nie znają”, Vex chwyta Kalinę za szmaty i zaciąga ją w miejsce, które w głowie określa: „gdzieś na pewno, chuj wie gdzie dokładnie, ale tam na pewno nie będzie tej starej szajbuski”.
– Gdzie wy idziecie!! ZNOWU UCIEKACIE, NIEWDZIĘCZNE BACHORY!!! TA WSPÓŁCZESNA MŁODZIEŻ, NIE TO CO KIEDYŚ!!! – Babcia w krzyk (stara się dreptać za półbogami w typowym babciowym tempie, bo trochę się już zmęczyła), a zza zakrętu wreszcie wychyla się jakiś mężczyzna w średnim wieku. – ŁAPAJ ICH PAN!!!
– Ich? – Niepewność w głosie łysawego facecika najwyraźniej doprowadza dostojną starszą panią do naprawdę ekstremalnie białej gorączki, jeszcze bielszej niż kilka sekund wcześniej.
– A KOGO? MNIE? WNUSIU ICH TRZEBA SZYBKO JA BĘDĘ DZWONIĆ NA POLICJĘ A TY ICH ŁAPAJ!!! WANDALE NIEWDZIĘCZNE!!!
– Ale… ale tak w sumie to to jeszcze dzieci są…
– DZIECKA CZY NIE DZIECKA, WANDALE I ZŁODZIEJE!!!
Półbogów w ich niekoniecznie bardzo spiesznej ucieczce odprowadzają nieboskie wrzaski babci, która teraz skupia się na wylaniu jątrzącego jej wnętrzności gniewu na nic niewinnemu magistrowi inżynierowi elektrotechniki, co pewnie nigdy w życiu nie mógł się zdobyć na zabicie choćby najdrobniejszego insekta. Przed zniknięciem w kolejnej uliczce, Vex udało się jeszcze wystawić w stronę facecika i babci środkowego palca, którego niestety żadne z nich nie zauważyło, ale za to nastolatkowi udało się osiągnąć boską satysfakcję wynikającą z samego popełnienia tego czynu.
Vex z początku próbowało nadać ich ucieczce tempa całkiem szybkiego, a przynajmniej odbieranego jako takie przez osoby do stu trzydziestu centymetrów wzrostu. Jednak towarzyszący temu marszobiegowi wysiłek szybko przerósł nieszczęsne dziecko Marsa, które na swoich plecach oprócz bagażu traum musi dźwigać również całą jedną wielką butlę z tlenem. Marszobieg staje się więc zwykłym marszem, gdy tylko znikają z pola widzenia tamtej przeklętej staruszki i mogą bezpiecznie ukryć się za ścianą. Kalina, która najwyraźniej ma niezłe płuca, niemal wyprzedza Vex. Ale tylko niemal. Spotyka się to ze sporym zaskoczeniem z jego strony, bo trochę za dużo było w tym myśli i dziwnego znaku, że dziewczyna naprawdę zna go całkiem nieźle.
Po czym zdaje sobie sprawę z tego, że przecież wciąż ściska jej koszulkę i trzyma ją na wyciągnięcie ręki, więc dziewczyna nie mogła zrobić nic innego, jak posłusznie zwolnić (chyba w międzyczasie głośno sprzeciwiła się takiemu traktowaniu, ale Vex było zbyt skupione na oddychaniu, żeby jej słuchać).
– Sorry. – Wreszcie ją puszcza i nawet przeprasza, choć wcale nie jest mu przykro. Odwraca się do niej i patrzy w punkt niedaleko jej twarzy, żeby na szybko dodać: – A teraz lep- KURWA JA PIERDOLĘ—
Zatacza się w przeciwną stronę, niż w tą, w którą próbowało iść, kurczowo trzymając się za głowę. Jest prawie pewne, że chyba złamało sobie oczodół albo inną kość policzkową.
Oszołomienie i rozlewające się po twarzy ciepło sprawiają, że dopiero po paru sekundach docierają do niego słowa Kaliny (ledwo je z siebie wydusza, bo jakoś na równi z krzykiem Vex zaczęła się śmiać), które tym razem go, a nie tamtą staruchę, doprowadzają do białej gorączki.
– Czy ty właśnie weszłoś w słup?


Kalina?
────
[888 słów: Vex otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny do Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

'Co myślisz?'
'Pojebało cię?'
Z westchnięciem odłożyła telefon do kieszeni i wróciła do spaceru między regałami. Była na misji. To znaczy, sama nazwała to zadanie misją - tak było ciekawiej. Poprzedniego wieczoru zepsuła lampkę w mieszkaniu i obiecała Amandzie, że ją odkupi. Z pozoru prosta sprawa, ale byłaby jeszcze prostsza, gdyby jej współlokatorka nie krytykowała każdej znalezionej przez nią opcji. Przed chwilą zanegowała świecącego tyranozaura, wyskakującego z jaja, a gdy Kalina wysłała jej psa, który ma na głowie żyrandol (a przy okazji robi kupę), kazała jej znaleźć normalny sklep.
Problem tkwił w tym, że Kalina już była w „normalnym sklepie” i patrzyła na „normalne” lampy. Ich pierwszym problemem był fakt, że są nudne jak flaki z olejem. No bo kto chciałby mieć na biurku zwyczajną, szarą czy niebieską lampę, kiedy może mieć kurę znoszącą świecące jajo? Na właśnie taką kurę teraz patrzyła i widziała jej same zalety. Była jasna, oryginalna, a przede wszystkim tania. Dużo tańsza niż nowe, szare abażury. Może była delikatnie uszczerbiona, ale to nie ujmowało jej urokowi. Wysłała zdjęcie Amandzie, a odpowiedź dostała niemal od razu.
'Japierdole.'
'Wiesz co?'
'Obojetne mi to juz, nie mam czasu'
'Sama cos wybierz, przezyje jakos'
'BYLE NIE TO'
Szybko odpisała jakieś „oki <333" i zadowolona wróciła na początek działu z lampami. Postanowiła przejrzeć wszystkie opcje jeszcze raz, bez stresu o aprobatę współlokatorki. Ponownie przyjrzała się wiszącej małpie, trzymającej żarówkę, kotu o świecących oczach, krasnalowi ogrodowemu oraz kilku dinozaurom. W końcu jej uwagę przykuła doniczka w kształcie głowy ze stopami i tym sposobem trafiła na dział ogrodniczy. Donice okazały się być jeszcze ciekawsze niż lampki. Jedne były w kształcie butów, drugie ludzików i gnomów, a trzecie zwierząt. To właśnie przy tych ostatnich kucała rudowłosa dziewczyna, przyglądająca się właśnie doniczce w kształcie słonia.
— O matko, jaka fajna! — odezwała się Kalina, podchodząc do nieznajomej.
— Prawda??? — uśmiechnęła się tamta w odpowiedzi. — Szkoda, że taka droga.
— Ew — Kalina spojrzała na wskazywaną przez nią cenę. — Za wielka, żeby wynieść oknem — zaśmiała się.
Doniczka rzeczywiście była wielka. Tak właściwie, była to raczej donica. Stojący na płytkach słoń sięgał dziewczynie do kolan i wyglądał, jakby był odlany z betonu.
— A wiesz jaka ciężka? — spytała w odpowiedzi. — Jak słoń.
Słowa Isobel rozśmieszyły Kalinę bardziej niż powinny, na co tamta również zareagowała śmiechem. Już miała się pożegnać i odejść, ale wpadł jej do głowy pewien pomysł.
— Wyglądasz na kogoś, kto ma dobry gust — stwierdziła i nie czekając na reakcję dziewczyny bardziej stwierdziła, niż spytała: — pomożesz mi.
— Okej — Isobel wyglądała na zaskoczoną, ale bez wahania się zgodziła. — W czym?
— W wyborze lampy — odparła i zaczęła iść w stronę działu z lampami. Po drodze postanowiła zapobiec niezręcznej ciszy i opowiedzieć historię starej lampy. — No bo, muszę kupić nową lampkę, bo poprzednia się zepsuła. Znaczy, teoretycznie to ja ją zepsułam, ale to przecież nie moja wina, że Amanda, w sensie moja współlokatorka, postawiła ją na stole w kuchni. Puzzli sie jej zachciało. Od miesiąca blokuje stół. No i przeciągnęła kabel przez całą kuchnie, ktoś musiał w końcu się na tym wywrócić, nie? Więc fajnie by było jakby ta była na baterie. No i muszę kupić nową. I teoretycznie powinnam kupić taką samą… ale ona była brzydka. Nie szkoda mi jej. Poza tym, takie były tylko w sklepach meblowych a tam jest za drogo. Gorzej niż ten słoń. Tu jest taniej. No i pokazywałam Amandzie różne opcje, ale nic jej się nie podobało no i w końcu stwierdziła że ma to w dupie i kazała mi wybrać samej. A ja nie wiem która jest najfajniejsza… — opowiadała w tempie dorównującym katarynce. Isobel nawet nie próbowała jej przerywać. W końcu wskazała palcem na kilka opcji. — Myślałam o tej, tej, tej… i może o tej. O i ta jest fajna. Tamte też mają potencjał, ale na nie nie patrz bo są za drogie — wskazała na najwyższą półkę.
— Ale ktoś musiał mieć kolekcję — zaśmiała się Isobel przypominając sobie, że są w sklepie z używanymi rzeczami.
— Więc… którą byś wzięła?


Isobel?
────
[649 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja do Weroniki — „Ach te klasyki”

Spacerował po obozie, przeklinając jesienną pogodę i rozglądając się w poszukiwaniu jakiejś żywej duszy. „Musicie nauczyć się doceniać słońce” — powiedział pewnego dnia Chejron i sprawił, że dziewięćdziesiąt procent obozowiczów zamknęło się w domkach i opuszczało je jedynie na posiłki i, opcjonalnie, obowiązki. Chłopak dziwił się, że nikt nie korzysta z pięknego (i zapewne krótkiego) okienka pogodowego — ciepłego słoneczka, delikatnego wiatru i udawania, że czarna chmura deszczowa w oddali nie istnieje.
Podszedł do jeziora, aby opłukać długopis, który ucierpiał na skutek spotkania z błotem. Biedna, żółta kaczka na sprężynce zmieniła kolor na brązowy tak samo, jak niegdyś czerwone trampki i dół jego nogawek. Zachciało mu się przeskakiwać przez kałuże. Przynajmniej jego rozpadający się notes nie ucierpiał, jego nie mógłby po prostu wypłukać. A co gorsza, musiałby od nowa szukać ludzi i pytać ich o to samo.
Rozejrzał się dookoła i pod jedną ze ścian dostrzegł fioletowowłosą dziewczynę. Siedziała na ławce i czytała książkę. Rzucił okiem na krzywą tabelkę w notesie i wytarł długopis o koszulkę. Zawahał się na moment zastanawiając się, czy na pewno chce jej przeszkadzać. Ale tylko na moment. Z głupim uśmiechem usiadł obok córki Ateny.
— Hejjj Rrrronika! — przywitał się, w myślach skacząc z radości i powtarzając „zawsze chciałem to zrobić!”. Imię dziewczyny zapamiętał bez większych problemów (co w jego przypadku było dość rzadkie) głównie dzięki skojarzeniu z „Heathers” i odkąd tylko je poznał czekał na taką okazję. — Sonda uliczna!
Weronika niechętnie podniosła wzrok znad książki i obdarzyła Mikołaja zażenowanym spojrzeniem. Chłopak na wszelki wypadek cofnął się na koniec ławki, cały czas próbując zachować ten sam, niezbyt przekonujący wyraz twarzy.
— Co? — odezwała się w końcu po chwili ciszy. Przymknęła książkę, zaznaczając stronę palcem i zaczęła przyglądać się trzymanym przez chłopaka przedmiotom. Po jej ironicznym uśmieszku widać było, w którym momencie zauważyła kaczy długopis. Więcej uwagi dziewczyny zabrała jednak krzywa tabelka. — Co to jest?
Mikołaj jednak już jej nie słuchał. Skupił się na okładce trzymanej przez Weronikę książki, a raczej na znajdujących się na niej informacjach, zapisanych cyrylicą. Próbował przypomnieć sobie alfabet, wyuczony przez niego na początku liceum podczas fazy, która brzmiała mniej więcej „jestem taki inny, czytam klasyki!”. Trwała ona może kilka miesięcy, a rozpoczęła się przez wyuczenie na pamięć monologu z „Kordiana” na potrzeby teatralne. Następnym etapem był dość performatywny zachwyt nad „Lalką”, a potem przeżycie „Szewców”. W ich wyniku chłopak poczuł, że nie tylko stracił iq, ale też szacunek nowej klasy, gdy przez cały wrzesień nazywał ludzi sflądrysynami i trylobitami sylurskimi. Ale przynajmniej zdobył punkt więcej na sprawdzianie z geologii i dowiedział się, że flądra nie jest gatunkiem foki.
Gdy po przebrnięciu z trudem przez „Sklepy Cynamonowe” sięgnął po „Mistrza i Małgorzatę”, postanowił przerzucić się na wschodnią literaturę, licząc na więcej odciętych głów i gadających kotów. Na ziemię ściągnął go, nomen omen, „Idiota”, którego przeczytał równe pięćdziesiąt dwie strony, odłożył na półkę i włączył AO3. Już nigdy więcej go nie otworzył. Tak samo jak kupionych w tym czasie sześciu innych książek. Jeśli dobrze rozszyfrował cyrylicę, książka Weroniki była napisana właśnie przez Dostojewskiego. Tytułu jednak już się nie podjął.
— Jak widać, nie każdy z tego wyrasta… — skomentował pod nosem i dopiero słysząc własne słowa zorientował się, że powiedział to na głos. Przełknął nerwowo ślinę i szybko rozważył plusy i minusy tłumaczenia się. Postanowił liczyć na to, że dziewczyna nagle ogłuchła.
— Z czego? — spytała niechętnie, podnosząc wzrok znad notesu.
Uśmiech zniknął z twarzy przerażonego Mikołaja, który szukając inspiracji do sensownej odpowiedzi, zaczął rozglądać się dookoła w panice. W końcu z powrotem spojrzał na narysowaną przez siebie tabelkę, a dokładniej małą żabkę przy jednej z dwóch kresek pod „tak”. Pod „nie”, z mojego kronikarskiego obowiązku, było ich aż siedem.
— To znaczy… z nieumiejętności pływania! — próbował wybrnąć. — Boooo… to jest bardzo ważne! Co jak nas zaleje? Umiesz pływać? — spytał, w końcu przypominając sobie cel zaczepienia Weroniki.


Weronika?
────
[625 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 9 czerwca 2026

Od Arnar CD Dahlii i Luciena — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA IV

Wiedza nie wypełnia ich umysłów w magiczny sposób, powietrze nie migoce od fascynującego brokatu zwiastującego pojawienie się bogini na środku korytarza ani zniknąd nie rozbrzmiewa nieznajomy, donośny głos. Nawet nigdzie nie pojawia się tęcza, co w zamkniętym pomieszczeniu byłoby całkiem interesującym zjawiskiem. Bogowie są od zawsze znani z bycia niewysłowienie leniwymi istotami, dla których nawet najprostsze przekazanie informacji stanowi czynność na tyle trudną do zrobienia, że starają się uprościć ją do najbardziej elementarnego kiwnięcia palcem. Zwłaszcza jeśli prosi ich o to jakieś marne herosiątko. Wtedy dodatkowo mają tendencję do rozumienia wszystkiego na opak albo niedokładnego wykonania powierzonego im zadania.
Biorąc pod uwagę światowej klasy debilizm i ogólne nieogarnięcie życiowe Arnar, ono nigdy nie dowiedziałoby się, że coś miało zostać mu przekazane. Irys wykonując swoją pracę, za którą Dahlia musiała wybulić niezłą kasę, postanowiła, niczym jakaś marna podróba Batmana, wyświetlić wiadomość od córki Demeter w punkcie ogólnodostępnym dla wszystkich. Na środku czystego, bezchmurnego nieba, które ciężko byłoby doprosić o tęczę, gdyby nie wspaniała boska interwencja. Dla zwykłych śmiertelników litery pewnie przybierają postać smutnych, trochę zdeformowanych chmurek, a każdy półbóg z wadą wzroku jest aktualnie biedny i niedoinformowany, bo iFajstosy w całej swej innowacyjności nie posiadają jeszcze żadnego odpowiednika Twittera. Na razie Hefajstosiaki wypuściły wersję beta aplikacji o kreatywnej nazwie Iriphonny, której ikonka przypomina słabą apkę randkową dla osób ze społeczności queerowej. Jeszcze nie dodali opcji zmiany profilowego, które defaultowo jest soczystą emotką truskawki, co zdecydowanie zniechęca półbogów do instalacji.
Arnar, jak zawsze, ratuje ktoś inny niż jego mózg lub cokolwiek powiązanego ze świadomością. Na niebo zwraca uwagę wyłącznie dzięki Lucienowi, który w konsekwencji ataku paniki szarpie się właśnie z klamką najbliższego okna, próbując otworzyć je bardziej niż na szerokość kilku marnych centymetrów (czyli tym samym wyrwać je z ramy).
– Ejejejej, kochanie, popatrz! – Arnar próbuje zwrócić uwagę Luciena na napisy na niebie, ale on nie ma najmniejszego zamiaru go słuchać. Wreszcie odpuszcza molestowanie klamki i skupia na złapaniu do płuc jakiegokolwiek powietrza. Szybkie wdechy i jeszcze szybsze wydechy skutecznie rozpraszają Arnar, które choć raz w życiu próbuje skupić się na czymś, co rzeczywiście może im pomóc. Nie na co dzień obserwuje się sekretne wiadomości wyświetlane na niebie. – Uwa-uwaga. herme… herOsi? Dzik. Dziki. Dziki labiryyynt w… o. To chyba o nas chodzi. Dziki Labirynt w naszym hotelu – oznajmia skonsternowane Arnar, ledwo odczytawszy chwiejne litery. W jego głowie układa się bardzo chwiejny i niekoniecznie dobry plan, którego osią mają być nowo zdobyte informacje. – Dobra, Lucien? Czas na wydostanie się stąd.
– Co? – odpowiada mu płaczliwie, ledwo wyduszone słowo. Zaczerwienione oczy wbijają w Arnar smutne spojrzenie, za którym widocznie nie ma zbyt wielu koherentnych myśli. Dobrze przynajmniej zobaczyć, że chłopak jest w stanie opanować swoją panikę na tyle, że by zacząć w miarę normalnie oddychać.
– Jesteśmy w dzikim Labiryncie – radośnie odpowiada Arnar, co wydaje się tylko jeszcze mocniej pogrążać Luciena w ogromnej dziurze pesymizmu.
– Czyli nie znajdziemy Dahlii? I co to w ogóle znaczy, że dziki Labirynt?
– Nie no, znajdziemy. Ja to w ogóle myślę, że to ona wysłała nam tę wiadomość, ale nie wiem, czemu pojawiła się na środku nieba, to trochę takie, wiesz, ekstrawaganckie rozwiązanie, nie? A dziki Labirynt, no, nie wiem, może po prostu nikt go jeszcze nie udomowił i nie wie, jak się zachować – odpowiada Arnar i swoim bardzo dobrym sposobem prze do przodu, nie zwracając uwagi na to, że literalnie nie ma pojęcia, w jakiej części hotelu są, a tym bardziej które to piętro. – Poza tym. Dahlia wróci, jak skończy sikać.
– Coś długo sika – kąśliwie zauważa Lucien, drepcząc za Arnar i nerwowo rozglądając się dookoła.
– Może ma zaparcie.
– Gubisz się w zeznaniach – oskarża go chłopak, wyraźnie coraz bardziej zdenerwowany tą sytuacją.
– Oj tam, kochanie, trzeba po prostu wrzucić na luz i oswoić Labirynt. – Arnar nie traci swojego optymizmu, chociaż te słowa brzmią dziwnie w jego ustach. Ostatnim, czym rzeczywiście by się zajęło, jest oswajanie czegokolwiek lub kogokolwiek, bo w tej sztuce jest piekielnie niedoświadczone (chyba że zaliczamy do tego jego przyjaźń z Dahlią).
– Ty nigdy nawet nie wyprowadzałoś psów ze schroniska, o czym ty w ogó-
– Ktoś tu jest?!
Wydaje się, że głos dochodzi zza załomu korytarza, na którym aktualnie znajdują się Lucien i Arnar. Może być to wrażenie złudne, biorąc pod uwagę niemożliwy do pojęcia układ hotelu, ale Hermesiątko i tak zakłada, że jeżeli ktoś tu jest, to właśnie za załomem korytarza. Ignorując zdrowy rozsądek i ściskającą jego przedramię dłoń Luciena, który bardzo gwałtownie kręci głową i układa usta w słowa: „Arnarze Bakke, NIE”, ono nie tylko stawia parę kroków w domniemanym kierunku, z którego dochodzi niezidentyfikowany głos, ale też postanawia nie zachować absolutnej ciszy.
– Tak!! My!!! – krzyczy na tyle głośno, żeby ta nadprogramowa osobistość usłyszała go nawet w przypadku znajdowania się gdzieś indziej niż za mistycznym załomem korytarza.
– My, czyli kto?! – odwrzaskuje Ktoś i rzeczywiście wyskakuje zza tego zakrętu, mierząc w parkę półbogów krótkim sztyletem (skutkuje to przerażonym piskiem Luciena, który na śmierć zapomina o tym, że posiada podobny, może nawet dłuższy sztylet). – O. Nie jesteście potworem?
– No chyba ci się coś ostro pomyliło – mamrocze roztrzęsiony Lucien, wycierając spocone dłonie o spodnie. – To ty tutaj sprawiasz większe zagrożenie.
– Co wy tu- ooo, pewnie jesteście niczego nieświadomymi gośćmi i mam okazję uratować was z opresji?! – pyta podekscytowana, jak się okazuje, dziewczyna i aż klaszcze w dłonie, uważając, żeby nie pociąć się swoim sztyletem. – Jestem Khai, przyjaciele mówią na mnie Khai, jakby co!
– Siema, a ja jestem Arnar. – Ściskają sobie dłonie, a coś dziwnego w wypowiedzi nowej koleżanki zauważa wyłącznie Lucien, który wygląda, jakby próbował przeprocesować, czym różni się „Khai” od „Khai”. Przynajmniej Arnar (które wybrało opcję niekwestionowania niczego) wyczytuje to z jego skonfundowanej miny i prawie niezauważalnie poruszających się ustach, które raz po raz układają się w kształt imienia dziewczyny. – A to Lucien – dodaje z uśmiechem, bo chłopak nie wygląda na skorego do przedstawienia się samodzielnie.
– Świetnie, super, fajnie!! – oznajmia wciąż niezmiernie podekscytowana Khai. – To nie pierwszy raz, jak kogoś ratuję, żebyście wiedzieli. Jestem kimś w rodzaju tutejszego superbohatera i, nikomu nie mówcie, ale potrafię parę różnych sztuczek, które mogą nas stąd wyprowadzić! - opowiada tonem rasowego przewodnika wycieczek szkolnych, który bardzo chce wzbudzić zainteresowanie w znudzonych uczniach podstawówki.
– Bardziej nas interesuje, gdzie jest wyjście, a nie jakieś sztuczki – życzliwie informuje ją Lucien. – Zgubiliśmy naszą koleżankę. Przyjaciółkę. Eee, moją kuzynkę z trzeciej wody po kisielu. Nieważne. Nieważne, trochę mi…
– Kochanie, spokojnie. – Arnar pocieszająco głaszcze chłopaka po roztrzepanej czuprynie i odwraca się do Khai. – No, to prowadź!
– Pewnie nie do końca rozumiecie, co tu się dzieje – zaczyna Khai, gdy już prowadzi ich w stronę, z której prawdopodobnie przyszła (przy czym Arnar i Lucien wiedzą, że to raczej ich nigdzie nie doprowadzi i więcej sensu rzeczywiście miałoby wyskoczenie przez okno). – I nie wiem, czy dacie radę w ogóle to zrozumieć…
– Nie no, proste, przecież był ten wielki napis na niebie i w ogóle. – Arnar próbuje wzruszyć ramionami, ale wczepiony w jego rękę Lucien skutecznie mu to uniemożliwia.
– Widzieliście go?
– Taaaaak??
– Jesteście herosami?
– A myślałaś, że czym, koniem? – prycha Lucien, ale jego prychnięcie bardziej przypomina żałosny kwik.
– Słońce, nie mów tak. Proszę. Bo jeszcze tu przyjdą. – Nagle Arnar przybiera znacznie poważniejszy wyraz twarzy i Lucien rzeczywiście wyszeptuje przeprosiny.
Khai przez moment po prostu stoi, trochę zszokowana, jako że to, w jaki sposób postrzegała rzeczywistość jeszcze chwilę temu, okazało się całkowicie niepoprawne. Przenosi wzrok z Arnar na Luciena i z Luciena na Arnar, podczas gdy oni wbijają w dziewczynę spojrzenia pragnące natychmiastowego wydostania się z tego przeklętego hotelu. Wszystko kwituje śmiech Khai, niekoniecznie zrozumiały dla pozostałej dwójki.
– Sorry, ja jestem z Obozu Herosów, więc wiecie…
– Ale ja przez sześć lat byłom grupowym! Ty tak serio nie pamiętasz? – pyta Arnar, choć samo nie pamięta Khai i jakby teraz powiedziała, że też była grupową, to by chyba pierdolnęło głową w ścianę tego cholernego labiryntu. – On w sumie też. – Lucien posłusznie kiwa głową na te słowa.
– Przez SZEŚĆ LAT?
– Tak????
– Okej dobrze wiedzieć to teraz chodźmy – Khai usilnie próbuje zamaskować niezręczność sytuacji. Arnar to akceptuje, bo dla co jak co, ale ono niezręczności się nie boi (tylko dlatego, że dla niego niezręczność nieszczególnie istnieje). Lucien wydaje się tylko trochę bardziej przerażony niż zazwyczaj, co też wychodzi wszystkim na plus. – To, skoro mamy się-
– Czy ja nie słyszałom rżenia przypadkiem. – Arnar odwraca się i bardzo uważnie skanuje cały korytarz, który nagle wygląda na znacznie dłuższy, niż chwilę wcześniej. – Jak nic słyszałem rżenie.
– Daj już spokój z tymi końmi! – jęczy Lucien, a zdezorientowana Khai aż opadają ręce. – Po prostu chodźmy, jak wyjdziemy, to tam już w ogóle nie będzie koni! Ja ci przysięgam, nigdy już nie zażartuję z tego głupiego kaktusa, pozwolę ci go w końcu wyrzucić!
– On tam jest – szepcze Arnar, ze zmrużonymi powiekami wpatrując się w zbyt długi korytarz. Gdzieś na jego końcu coś miga czerwienią. Jak nic właśnie stuka na niego kopytem. – ON TAM JEST – powtarza, tym razem już z większą dozą paniki w głosie (ogromną) (przekraczającą panikę Luciena) (poprzeczka akurat jest dość wysoko). – MUSIMY STĄD NATYCHMIAST SPIERDALAĆ – oznajmuje i od razu rusza przed siebie, ciągnąc za sobą Luciena.
Khai stoi parę kroków przed nimi, ale nagła szarża przerażonego Arnar, które co jedną dwudziestą szóstą kroku zerka za siebie, sprawia, że parę kroków powoli przestaje być jakimikolwiek krokami. W tej niemożliwej do opanowania sytuacji Khai cofa się, nie zdążywszy się obrócić.
Na jej nieszczęście, rozwiązały jej się buty. To znaczy, już dawno były rozwiązane i dopiero teraz żałuje, że nie chciało jej się na moment schylić i z powrotem zasupłać sznurówek.
Zwykłym zrządzeniem losu, wszystko idzie nie tak, jak powinno. Piekielnie długi dywan, którym wyłożona jest podłoga korytarza, zwija się pod jej nogami. Khai nadeptuje na jedną ze swoich sznurówek, może też podłoga nagle staje się krzywa, że dopomóc w zniszczeniu brawury dziewczyny. Albo ona po prostu nie potrafi chodzić do tyłu.
W każdym razie Lucien w desperacji próbuje zacisnąć palce na jej koszulce, ale okazuje się zbyt wolny.


Lucien?
────
[1622 słowa: Arnar otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 7 czerwca 2026

Od Weroniki — „Później będzie tylko zupa z kotem”

Nikt nie zauważył, kiedy wkradła się na salę. Na szczęście to nie był jakiś gigantyczny teatr, ot jeden z wielu pomniejszych, ale za to oszczędzał na bezpieczeństwie. Kiedy będzie miała własną pracę, w tym własne pieniądze, to wyśle im maila ze wskazówkami, co należy koniecznie poprawić. Na ten moment tylko prychnęła, gdy cieć zrobił leniwy obchód, nawet nie zaglądając do schowka. Nie oczekiwała też, że kamery są lepsze. O ile nie były atrapami.
Ale dzięki temu była w stanie obserwować niezauważona próby grupy baletowej. Sala była dosyć duża, z wydzielonymi balkonami (chociaż bardziej adekwatną nazwą były pseudobalkony), właśnie skryła się w jednym z nich. Rzadko kiedy ustawiali światło, a gdy to robili, nigdy nie rozjaśniali widowni.
Ważyła telefon w rękach. Rozpisywała w głowie plusy i minusy włączenia go, szacowała też swoje szanse na przeżycie. Nawet nie patrzyła w kierunku grupy baletowej. Potrzebowała bezpiecznej przestrzeni, w której mogła posłuchać miłej dla ucha muzyki. Westchnęła i nacisnęła przycisk włączania. Ekran zabrzęczał, mignąwszy logiem producenta. Startował zdecydowanie za długo, a Weronika pomyślała o tym, że musi się kiedyś szarpnąć na te głupie iFajstosy. Przeliczyła wcześniej pieniądze w portfelu i spodziewała się, że z dwudziestoma dolarami, minus bilet powrotny do Obozu, nie da rady kupić czegoś lepszego.
Ekran w końcu rozbłysnął, obnosząc się pęknięciami. To była jej wina, mogła lepiej pilnować dzieciaków, mogła nie brać go z domku, mogła też uniknąć typa, który wpadł na nią. Powodów było wiele, ale jednego nie była w stanie zrzucić na siebie. Ten telefon miał już dobre 6 lat i po prostu zdychał. Miała duże nadzieje zobaczyć powiadomienie przy SMS-ach, ale nic się nie pojawiło. Głupia, od jakiegoś czasu nie dostawała od niego wiadomości, to czego się spodziewała? Scrollowała w górę, cały czas czytając wiadomości. Głównie jej. „Hej, jak tam konferencja?”, „Przeczytałam dzisiaj tę książkę, o której miałeś wykład”, „Kiedy wrócisz do domu?”. „Czemu nie odpisujesz?”.
Z grobową miną sprawdzała resztę apek. Weszła w maile, żeby wyczyścić jak zawsze spam i newslettery, dopóki nie zobaczyła nowej wiadomości. Rozpoznała nadawcę, było to imię i nazwisko jej ojca. Serce zabiło mocniej. Może ojciec rozpisał się w mailu, bo w zwykłej wiadomości skończył się limit znaków? Weszła w treść maila, przeczytała pierwsze zdanie i prawie cisnęła komórką przez salę. Ojciec pomylił adresatów, zamiast do jakiegoś studencika, który miał poprawić rozdział, wysłał do niej. Najbardziej w tym wszystkim zirytowało ją to, że zrobił jej taką nadzieję.
— Dupek. — Szepnęła.
Jeszcze kilka lat temu by zrobiła raban i na siłę pojechała na jego wykład. Dzisiaj wiedziała, że to nie ma sensu, nie miała już trzynastu lat. Po prostu musi ciężej pracować, być lepsza z tej literatury. Wtedy będzie miała o czym porozmawiać z ojcem i w końcu dojdzie do jakichś dyskusji, w których udowodni mu, że nie jest gorsza niż jego studenciaki. Może będą w końcu wymieniali się teoriami. Albo zagrają w szachy, kto wie. Może w końcu będzie jak dawniej.
Już miała wyłączyć komórkę, gdy zobaczyła wyskakujące powiadomienie z konfy Ateniątek. Nie angażowała się w ogóle w ich sprawy. Tam dzieciaki pisały same głupoty typu six seven, rizz, a Weronika była ponad to. Kliknęła dymek, tylko dla kontynuacji dołowania się. Wyskoczyły jej jakieś obrazki oraz slogany.
— Czym, do cholery, jest ten Boski Full? OLIMPIJSKA ALFA? Jakiś nowy brainrot? — Mruknęła pod nosem obojętnie, dopóki nie zwróciła uwagi na to, gdzie był sprzedawany i przez kogo.


────
[552 słowa: Weronika otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ulfert stał i wymachiwał flagą zrobioną naprędce z czyjejś białej koszulki, na której rano napisał kolorowymi markerami „OLIMPIJSKA ALFA” (a przynajmniej taki był zamysł, bo „F” mogło być równie dobrze „E” a „M”, „N”), podczas gdy Erin z Niketasem rozkładali pierwsze oficjalne stoisko, na którym można było nabyć ten boski napój. No i był jeszcze Ashton, któremu ku zdziwieniu dziewczyny Niketas powierzył bardzo odpowiedzialne zadanie, jakim było dostarczenie produktów na miejsce sprzedaży. Pewnie dlatego, że nikomu dobrowolnie nie chciałoby się dźwigać kartonów z puszkami, a że Ashton nie robi dobrowolnie nic, to nadawał się do tej roboty idealnie. Erin do tej pory zastanawiała się, gdzie w domku Hermesa dokonano hurtowej produkcji etykiet, ale nie zdziwiłaby się, jakby okazało się, że pod ziemią mają całą fabrykę i magazyn rzeczy ukradzionych. Takich jak to stoisko z tęczową markizą, które kiedyś miało koła, ale już ich nie miało, więc cała czwórka musiała pchać je na miejsce sprzedaży wybrane przez Niketasa, który podobno zebrał kiedyś dane o najbardziej uczęszczanych miejscach w Obozie w godzinach szczytu i poza nimi (zostawili za sobą długi łysy ślad na trawie, który zapewne za chwilę wywoła zawał u wszystkich dzieci Demeter). Dlatego teraz stali przed pawilonem jadalnym i czekali, aż reszta obozu zacznie schodzić się na śniadanie.
— Ej, a czemu ty tak machasz tą flagą, kiedy jest pusto? — zaciekawiła się Erin.
— Tak na wszelki wypadek, jakby zaraz ktoś przyszedł. Która godzina?
— 7:37 — odpowiedział Niketas, wyjmując z kieszeni zegarek. — Zwykle pierwsi ludzie są tu około 7:42, więc machaj dalej tą flagą. Mięśnie sobie zbudujesz, to będzie ci łatwiej jutro, pojutrze i tak dalej. A ty — wskazał na Ashtona, który właśnie się pojawił — ile jeszcze tych kartonów zostało?
— To… już… ostatni… — wysapał chłopak, brutalnie kładąc pudło na ziemi.
— Cudownie, poszło szybciej, niż zakładałem — Poklepał brata po głowie, jednak szybko cofnął rękę. — Fuj, kiedy ty ostatnio myłeś głowę?
— Z cztery dni temu?
— Czyli możemy dopisać wszy do receptury. Halo gdzie jest receptura????
— Jak to mawiają, receptura zmienną jest — odrzekła Erin, wykładając ostatnie puszki.
— Nikt tak nie mawia??? Ach, no tak, to pewnie powiedzonko dzieci Hekate.
— Dokładnie! Dlatego receptury nie ma i nie będzie, bo większość składników znalazła się tam przez przypadek. Ale nie szkodzi, różnorodność smaków jest teraz atrakcyjna.
Niketas zamyślił się na chwilę, wyjął stos karteczek samoprzylepnych z kieszeni i nabazgrał coś ołówkiem.
— To może mieć sens… — podparł podbródek ręką jak grecki filozof — Co produkcję będziemy zmieniać smak napoju, a co za tym idzie, będzie trzeba rysować nowe etykiety, ale da się zrobić — na te słowa Ulf na chwilę przestał machać flagą, westchnął, po czym wrócił do machania, mamrocąc coś pod nosem.
— Mówiłeś coś? — Niketas obrócił się do brata. — Zawsze mogę obciąć ci pensję, jak ci się coś nie podoba.
— Nie no, wszystko w porządku. Po prostu narysowanie rakiety kosmicznej trzymającej się na balonie z gumy to szczyt mojej kreatywności więc inne mogą nie być takie cool.
— Tym się będziemy zamartwiać później. Patrzcie, pierwsi klienci.
Rzeczywiście, w stronę kantyny zmierzała dwójka dzieci, chłopak i dziewczynka, na oko dwunastoletnich. Z tego, co kojarzyła Erin byli od Apolla. Zatrzymali się przed stoiskiem.
— A co tu rozdajecie? — zapytała dziewczynka.
— Nie rozdajemy, tylko sprzedajemy, a sprzedajemy coś tak zajebistego, że nie pożałujecie żadnych pieniędzy — syn Hermesa wziął na siebie rolę przekonywania klientów (bo pewnie jako jedyny miał do tego talent). — A jako że jesteście pierwszymi klientami, dostaniecie zniżkę wysokości całej jednej drachmy! Niepowtarzalna okazja, nie sądzicie?
— Dobra, a za ile takie?
— 4 dolary.
— ILE?!
— Cena relatywna do jakości — zapewniła Erin, wykładając im dwie puszki.
— To jak będzie? Wiecie, jak to jest, lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się czegoś nie zrobiło…
— Dobra, już dobra — dzieci wyciągnęły monety z kieszeni. Niketas przeliczył je jeszcze dwa razy, by upewnić się, że wszystko się zgadza, i dopiero wtedy pozwolił na wydanie dzieciakom puszek.
Appollątka odeszły dalej w kierunku jadalni, usiedli przy stole i otworzyli puszki Olimpijskiej Alfy. Kiedy wzięli łyk, dało się słyszeć przeciągłe „WOOOOOOOOOOOOW”.


Niketas?
────
[651 słów: Erin otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

To była ulga, że Chaitowi też to nadal nie zeszło z myśli, bo Apollodoros ma o tym na tyle złe przeczucia, że nie może o tym skrawku papieru zapomnieć. Gdyby nie pewne… detale to by pewnie dawno zapomniało o sprawie, ot ogłoszenie, które wszystkim wypadło z głowy. Tylko że nie może sobie na to pozwolić.
— Wiem, też je obserwuję od jakiegoś czasu. Podpytałem bardziej sąsiadów i… zaczynam się coraz bardziej martwić. — Doros przygryzł wargę, zanim zaczął mówić dalej. — Wiesz, to wszystko wygląda normalnie do momentu, gdzie sąsiedzi opowiadają o tym w tak dziwny sposób, który dla nich ma sens… w ten sposób. — Od sytuacji z „agentką nieruchomości” połączenie tego wyrazu z konkretnym tonem znaczyło jedno, nie musieli sobie tłumaczyć, to po prostu weszło w nawyk. — Ale okej, może to nic poważnego prawda? Ci tuż nad nami pokazywali mi ostatnio zdjęcia tych zniszczeń, normalnej wielkości gryzoń takich nie robi, to raz. Dwa… hmmm… Jest taki jeden mit o Apollonie Smintejskim, wiesz? Człowiek w wiosce ściąga na siebie boski gniew, co powoduje plagę myszy, które absolutnie niszczą im pola. W micie ojciec odwiedza tamto miejsce i ze względu na pozytywne przyjęcie zabija strzałami tamtą mysią plagę.
— Okej… nie że ci nie wierzę, ale tu chodzi o szczury, z tego, co rozumiemy, tak? — Chait był zmartwiony, oczywiście, ale ewidentnie miał pewne wątpliwości, co nie jest złą rzeczą, ma w tej sytuacji sens po ich przeżyciach tym bardziej.
— To była moja pierwsza myśl, wiesz? Natomiast to nadal na pierwszy rzut oka dość podobne gryzonie, może coś w tłumaczeniu poszło nie tak? Albo w tej piwnicy nie były do rozpoznania? I tak żywią się wszystkim, co tam jest, do zniszczeń, więc jeśli problem nadal jest… My przynajmniej jak coś możemy się łatwiej obronić.
— Dobra jak coś, to po prostu normalna trutka do kieszeni przy okazji, chyba preferowana opcja. — Zaśmiali się niezręcznie z absurdalności tej sytuacji.
Nie śpieszyło im się do zejścia do piwnicy, także ze względu na brak czasu (oraz trutek na przecenie). Z czasem jednak nie mogli przestać tego ignorować, zwłaszcza że jakby ich dłuższe pomieszkiwanie w bloku spowodowało zwiększenie aktywności małych przekleństw, jak je czasami nazywali dla rozładowania napięcia.
Przy wejściu herosa zdziwił brak mocnego zapachu pleśni… nawet te piwnice takie złe nie były, no poza… uczuciem. Że tam głębiej coś jest w „towarzystwie”, że jedyny powód, czemu nie wyczuli jeszcze ich zapachu, to dlatego, że potwory mają gniazda gdzieś w dalszych odmętach pomieszczeń. Szło trochę za kolegą, jakby rzeczywiście to były potwory, to klasycznie łuczników trzyma się jednak w tylnych liniach, tak?
Chwilę po Chaicie zauważył kątem oka ruch, po którym do ich uszu doszedł pisk pomieszany z? Dziwnym, animalistycznym dźwiękiem, ale zbyt głośny na maleńkiego szczura… Nie no, może to jednak akustyka??? Prawda??? Robi z igły widły i to tylko mały gryzoń, tak???
Świst metalu w powietrzu, po chwili przemieszany z piskiem rannej bestii rozdarł powietrze w mgnieniu. One… pomiędzy myszą a szczurem, jakby stały na tylnych łapach, to byłyby wyższe od kilkulatka… Wychudzone, jakby ich głód był nie do zaspokojenia nieważne od ilości pożywienia. Pierwszy zraniony mieczem został wybity z rytmu. Apollodoros zareagował instynktownie, atakując bez wydłużonego namysłu. Uczył się poprawnych podstaw, aż stały się drugą naturą. Nie, że teraz miał czas oceniać technikę strzału, najważniejsze, że przeszyła cel i zadała obrażenia. Kolejna i kolejna tak jak ostrze ucinające głośne piski tych… istot.
Nie każde uderzenie Chaita trafiało, niektóre strzały Dorosa chybiły, trafiając w posadzkę, ale się trzymali. Żadne obrażenia, których nie jest w stanie zaleczyć po wszystkim. Stadko powoli spotykało się ze śmiercią, ale nadal, to, że jest ich tyle... i jakby chodziły większymi klatkami wentylacyjnymi… To będzie cały blok do wytępienia.
Zaszumiało jeno w uszach po walce, nagle po ciągłym hałasie słychać było tylko wodę w rurach… Sprzątanie nie było przyjemne, ale konieczne. Leczenie zadrapań i ran znane, o wiele przyjemniejsze dla półboga. Jest to dla jeno… forma komfortu, pomagać w ten sposób. Wrócili do siebie windą, nie mieli jakoś ochoty na schody. Czeka ich teraz długa droga do kompletnej „deratyzacji”, ale jedno stadko mniej, to jedno mniej.


Chait?
────
[670 słów: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja — „Sen o Rylandzie”

— Pospiesz się! — krzyczał na niego ktoś zza drzwi. — Spóźnimy się!
— Już idę! — odparł, otwierając oczy. Niepewnie rozejrzał się po pokoju, który wyglądał jak wyjęty prosto z bajki o dzikim zachodzie.
Nagle wszystko sobie przypomniał. Całą podróż z Sony… nie, to była Erin. Ale z obozu wyszedł z Sony… No, może się przemieniła. Nieistotne. Podszedł do szafy, aby się ubrać, ale okazało się, że był już ubrany. Był pewien, że nie spał w wyjściowych ciuchach. Musiał przegapić moment, kiedy się przebierał. W końcu wyszedł z pokoju, gdzie czekała na niego znajoma obozowiczka.
— Gdzie my tak właściwie idziemy? — zapytał Erin, która stała zniecierpliwiona przy ścianie.
— Wykonać misję od Apollo — odpowiedziała obojętnie. — Nie mów, że nie pamiętasz?
— Od Apollo? — zdziwił się Mikołaj. To imię… lub nazwa? coś mu mówiło, ale nie mógł przypomnieć sobie co. W końcu coś zaczął kojarzyć. — W sensie, Apollo 13? Jesteś z NASA?
— Co? — Erin spojrzała na chłopaka rozbawiona i powoli zaczęła schodzić po schodach. Mikołaj poszedł za nią. — Niee, Apollo boga mpregu. Popełnił błąd w obliczeniach i teraz my musimy go naprawić.
— Aha… fajnie — przytaknął. — A gdzie jesteśmy?
— Jak to, gdzie? — zdziwiła się dziewczyna. — W Nowym Rylandlandzie, w Kansas. Apollo wysłał nas tutaj rakietą, bo to taka dziura, że nawet psy przestały szczekać dupami.
Mikołaj przyjął te informacje tak, jakby były oczywistą oczywistością. Nie zadawał więcej pytań, po prostu szedł za Erin, która zdawała się wiedzieć, co robi.
Wkrótce wyszli z niewielkiego domku i znaleźli się w uliczce, którą Mikołaj doskonale znał, mimo że nigdy wcześniej w niej nie był. Wyglądała dokładnie tak, jak w oczach jego wyobraźni wyglądało miasteczko z siódmego tomu „Zwiadowców”. Na środku była nawet wielka, drewniana szubienica, na której chłopak spodziewał się zobaczyć książkowego Halta. Zamiast zwiadowcy, na podeście stał jednak jakiś blondyn.
Drugą rzeczą, jaka przykuła jego uwagę, był wygląd mieszkańców. Wszyscy wyglądali niemal identycznie. Różnili się wzrostem, kolorem włosów lub ubiorem, ale łączyła ich twarz. Wszyscy, co do jednego, wyglądali jak Ryan Gosling. Jedynymi ludźmi w zasięgu wzroku chłopaka, którzy wyglądali inaczej byli Erin oraz stojący na podeście mężczyzna.
— Oni są z kazirodztwa? — zapytał Mikołaj na głos, nie przejmując się tym, że ktoś może go usłyszeć. Jakimś cudem nikt się nie odwrócił.
— A myślisz, że jak powstało to miasto? Bóg mpregu wie, co robi. — wzruszyła ramionami Erin. — Zamknij się, słucham.
Jak na zawołanie, odezwał się Ryan Gosling stojący obok skazańca.
— Niniejszym oświadczam, że ten tutaj oto stojący OBCY SZKODNIK… jak mu tam? Lucas Veneryland… jest WINNY — przemówił donośnym tonem, a tłum zaczął wiwatować.
— Ja chciałem tylko… pluszaka! — tłumaczył się Lucas. — Dla mojej Ruby!
Tłum zaczął buczeć.
— Cisza! — krzyknął Ryan Kat Gossling. — Więc powiedz nam! Pochwal się! Dlaczego dajesz małemu dziecku… PREZENTY.
— No bo… — Lucas spojrzał na niego błagalnym spojrzeniem. — kocham moją córeczkę…
— Kochasz DZIECKO?! — znowu zagrzmiał. — TO NIEDOPUSZCZALNE!
— ŚCIĄĆ GO O GŁOWĘ! — krzyknął z ziemi Ryan Gosling wyglądający jak Królowa Kier.
— Lucas Veneryland zostaje skazany na ścięcie i dostaje BANA NA ŻYCIE! — krzyczał dalej Gosling Kat.
— To nasza szansa — poinformowała Mikołaja Erin i zdjęła opaskę z oka. Z miejsca, w którym powinno być oko, zaczęła strzelać laserami, powalając na ziemię armię Ryanów Goslingów. — Teraz!
Mikołaj nie wiedział, co ma robić. Podświadomość kazała mu biec przed siebie. Wbiegł na ścianę budynku i odbijając się od krawędzi dachu, wskoczył na drewniany podest. Podniósł z podłogi miecz, którego jeszcze przed chwilą tam nie było i zaczął walczyć z katem.
— Spierdalaj do Barbielandu! — krzyknął, spychając mężczyznę z podestu.
— Jestem Ryland! — odpowiedział Ryan Gosling, po czym zniknął, zastrzelony laserem Erin.
Mikołaj chwycił Lucasa za rękę i pobiegł przed siebie, ciągnąc go. Po chwili dołączyła do nich Erin i całą trójką uciekali przed armią goniących ich Rylandów.
Ucieczka nie trwała jednak dlugo. Zanim zdążyli uciec z miasta, przed nimi wyrósł kolejny podest z gilotyną.
— Myślicie, że wrócicie do domu? — zapytał stojący na górze Ryland, uśmiechając się złowieszczo. — Wiecie co się z wami stanie? Patrzcie na to!
Ryland wyjął… chyba z dupy? zza pleców pluszowego Rylanda. Położył pluszaka pod szubienicą i spojrzał głęboko w oczy Lucasa.
— Nie… — wyszeptał Lucas.
— Tak! — krzyknął Ryland i opuścił nóż. Pluszowa głowa Rylanda stoczyła się z podestu i zaczęła toczyć przez miasto niczym śmieszna kula z dzikiego zachodu.
— Uciekamy! — krzyknęła Erin i zastrzeliła Rylanda laserem. Szkoda tylko, że na jego miejscu pojawiło się dwóch nowych.
Tym razem przed nimi pojawiło się auto, kierowane przez jakiegoś księdza. Na miejscu pasażera siedziało Sony, zadowolone popijając energetyka. Rolę kół w aucie pełniły głowy Rylandów… ale to chyba nie jest istotne.
— Wsiadajcie! — krzyknęło Sony, otwierając tylne drzwi.
Cała trójka wsiadła bez zadawania pytań. Jechali przez Nowy Rylandland dwieście na godzinę, a mimo tego nie byli w stanie uciec przez goniącą ich armią Rylandów. W końcu prowadzący auto Adam postanowił zawrócić. Teraz jechał prosto na biegnący tłum. Jechał… jechał… jechał… i wjechał.
I wszyscy wybuchli.
Kiedy Mikołaj obudził się następnego dnia, potrzebował kilku minut, aby zastanowić się nad życiowymi wyborami. Przetarł oczy i przypomniał sobie, że znajduje się w salonie znajomego. Była piąta rano, a wszyscy pozostali nadal spali. Na stoliku stała pusta butelka po wódce, a obok niej laptop, który aż wył od przegrzania. Na wciąż niewygaszonym ekranie wyświetlony był dokończony „Projekt Hail Mary”. Pod stolikiem leżał pluszany Ryland. Dokładnie taki sam, jaki w jego śnie zginął pod gilotyną.
Mikołaj nie wiedział, co ma myśleć o tym śnie. Był jednak pewien jednej rzeczy. Kiedy wróci do obozu, koniecznie musi zapytać Erin, czy naprawdę potrafi strzelać laserami z oka.


────
[890 słów: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, Aleks nie chce nigdy więcej rozmawiać o tym opowiadaniu]

sobota, 6 czerwca 2026

Od Lucasa — „Magia astrofagów”

— Więc jak z Monice?
Lucas westchnął ciężko, podpierając swoją głowę o dłonie.
Ostatnim czasem wyglądał odrobinę lepiej. Przez wakacje udało mu się całkiem wypocząć, ale tylko od nauki. Ruby jest coraz bardziej ruchliwa i ciekawska świata. Pomału też zaczyna mówić. Potrafi powiedzieć tata i…. to tyle na razie.
— Na pierwsze…. spotkanie poszliśmy do parku rozrywki — Lucas zaczął opowiadać, przyglądając się zaciekawionemu Irielowi. — Bawiliśmy się naprawdę dobrze. Wiesz, jak byłem mały, często odwiedziałem tego typu miejsca. Upolowałem jej nawet misia.
— Spotkanie? Boże, Lucas mów wprost, randka. Serio stary, nie ma co się wstydzić.
— Jeszcze nie jesteśmy razem — sprostował. — To dopiero takie… wstępne poznawanie się. Niby mówiła, że nie miałaby nic przeciwko, żeby również zajmować się Ruby. Monice jest z wielodzietnej rodziny, a jako najstarsza, można by rzec, że od zawsze kimś się zajmowała.
Lucas chwycił za leżący obok telefon.
— To już jest 16! — Krzyknął, podnosząc się. — Opowiem ci kiedy indziej Iriel, ja muszę lecieć! Opiekuj się Ruby, tak jak ci powiedziałem, dobrze?
Iriel przytaknął, obserwując jak Lucas w pośpiechu ubiera cienką kurtkę, a następnie wybiega z urodziwej kawiarenki. Za wszystko na świecie zapomniał, że dziś jest umówiony z Monice, i to jeszcze w San Francisco.

— Już myślałam, że mnie wystawiłeś — Monice poprawiła swoje loki, patrząc na rozczuchranego Lucasa.
— Przepraszam najserdeczniej… Musiałem oddać przyjacielowi Ruby na ten czas — Lucas zaczął się tłumaczyć, próbując złapać oddech.
Kobieta zaczęła się rozglądać wokół. Byli omówieni do kina.
— Na co właściwie idziemy? — zapytała Monice.
Lucas wyprostował się, rozglądając się po pomieszczeniu. Oko przykuł mu plakat filmu, gdzie główną rolę grał Gosling.
— Może… Hail Mary?
— Hmm… może być…

— I co, podobało jej się? — zapytał Iriel.
Był kolejny dzień. Spotkali się w tym samym miejscu co wtedy.
— Tak bardzo, że potem poszliśmy na mały spacer, do parku obok. Tam mi powiedziała, że… w sumie to chciałaby spróbować czegoś więcej niż tylko spotykanie się po przyjacielsku.


────
[307 słów: Lucas otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Dahlii CD Isobel — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Wystarczył jeden rzut oka na plecak, żeby stwierdzić, że był zdecydowanie jej. Już miała otworzyć usta, żeby wydusić jakąś odpowiedź, ale Isobel była pierwsza. Wychyliła się zza szafy.
— My to tam wuj, co ten plecak robi na twoim ramieniu? — Oskarżycielsko wskazała palcem.
Pan Falafel obrócił się na pięcie i zniknął z pola widzenia.
— Za nim!
Zanim Dahlia zdążyła zorientować, w jakiej sytuacji są, przed jej oczami mignęła burza rudych włosów.
— Wspaniale. — Mruknęła.
Po czym również zbiegła po schodach, przeskakując kilka stopni naraz w dół.

Gdy wybiegła z klatki, szybko zauważyła, w którą stronę biegną. Isobel coś wykrzykiwała w kierunku typa, oby nie obudziła całego osiedla. Jeszcze by tego brakowało, żeby jacyś sąsiedzi się zbiegali. Mogli w dodatku okazać się typami spod ciemnej gwiazdy. Dahlia oczywiście podążała za nimi, ale podejrzewała, że nowo poznana koleżanka zaraz padnie z wyczerpania. Dobrze, że w przeciwieństwie do niej, chodziła regularnie na tę głupią siłownię. I uciekała z innymi dorosłymi półbogami przed potworami.
Zastanawiała się jak najprościej zatrzymać ziutka. Owszem, były tutaj jakieś chwasty, ale bardzo słabe. W dodatku nie chciała znowu wyjaśniać, czy przekonywać, że Is ma tylko schizę po iluśtam godzinach pracy. Albo, że się uderzyła w głowę. Po zobaczeniu całej sadzonki wyrastającej znienacka z doniczki i oplatającej uciekającego. I tak to miasto całe śmierdziało bogami oraz mitologią. Nieco inną, bo rzymską, ale są pewne podobieństwa.
W pewnym momencie złodziej skręcił na schody, uciekając w dół, w stronę parku. Wtedy byłoby prościej zagarnąć go bezszelestnie jakimś krzakiem? Dahlia dużymi susami przeskoczyła rząd stopni, po czym skręciła w lewo. Zastanawiała się, gdzie w ogóle jest Isobel. Czyżby opadła z sił i teraz odpoczywa na górze?
Biegła wzdłuż wysokiego muru. W oddali słyszała, pomijając odgłosy tenisówek odbijających się od podłoża, szum wody i wrzask mew. Nie słyszała nikogo innego.
Nagle zauważyła spadający kształt. Cała scena odgrywała się niczym w zwolnionym tempie. Osoba zniżała, rude włosy w świetle pobliskiej latarni powiewały wściekle na boki. Machała nogami, Dahlia w którymś momencie zauważyła dziwne odbicie w powietrzu, które wypchnęło dziewczynę do przodu. Lądowała kolanami na barkach złodzieja. Impet zmiótł go na auto jak pacynkę. Wyrżnął twarzą, to na pewno nie było przyjemne, zawył z bólu. Isobel również się potoczyła po chodniku.
— O jasna cholera. — Krzyknęła odruchowo Dahlia, komentując całą sytuację.
— Nic mi nie jest! — Odkrzyknęła Isobel.
Po czym ruszyła od razu w kierunku Falagamusa i wyszarpywała plecak. Na to córka Demeter już była zbyt zdziwiona.
— Pojebało cię, laska.
— Patrz, mamy twój plecak! — Is wychrypiała, prawdopodobnie czując jeszce impakt z upadku.
Chciała zamachać nim wesoło w powietrzu, ale widocznie plecak miał swoją wagę i opadł na chodnik. Dahlia pomogła jej wstać, rzuciła tylko okiem na złodzieja, ale coś innego przykuło jej uwagę.
— Idziemy, szybko! — Rozkazała.
— Co się dzieje?
Nagle zawyły syreny policyjne.
— Zaatakowałyśmy gościa i ukradłyśmy mu plecak. Uciekajmy, nie wyjaśnimy się tam.
Isobel kiwnęła głową i chciała zrobić kroki do przodu, ale się zachwiała. Nic dziwnego, mimo wszystko skoczyła na kogoś. Może kolana jej rozbolały, może uderzyła się w głowę? Dahlia już nie traciła czasu na wyjaśnienia, tylko przerzuciła dziewczynę przez ramię i od razu puściła się biegiem. Nagle usłyszała typowy dla nowej koleżanki potok słów.
— Ale ciężki ten plecak. Co tam nosiłaś w nim, cegły? Na dodatkowe obciążenie na maszynę? — Rozległ się dźwięk otwierania plecaka. — O kur… czaki. Dahlia, musisz koniecznie uciec przed pałami! Pronto!
— A co ja robię?! Co tam w ogóle jest?!
— Wygląda jak eeeeeee… — Zaskakująco długo zbierała myśli. — Tak to się nazywa? Heroina? Nie, dobra. Kokaina. Wygląda to jak bochenek kokainy.
Nogi się pod Dahlią prawie ugięły. To chyba miało sens, zabranie wyświechtanego plecaka innej osoby. Co prawda nie wiedziała do końca, czy z niego by się dało zebrać jakiekolwiek informacje o niej, czy tam DNA, czy cokolwiek innego, ale poczuła dreszcze. Jak policjanci je przeszukają, to trafi do pudła na co najmniej kilka lat.
— Możesz mnie puścić, czuję się lepiej, tylko weź ten plecak! — Krzyknęła po chwili Isobel.
Gdy już postawiła ją na ziemi, biegły dalej. W pewnym momencie skręciły w alejki, byleby zgubić trop. Plecak nie był ciężki, ale Dahlia miała poczucie, że się jej wrzyna boleśnie w ramiona. Za dużo się działo dzisiaj. Isobel w pewnym momencie weszła na schody przeciwpożarowe i zajrzała przez pierwsze, lepsze drzwi, po czym pogmerała w mechaniźmie. Ustąpił od razu.
— Szybko poszło, podobnie jak ten skok w powietrzu. — Zauważyła z przekąsem Dahlia.
Zamknęły za sobą drzwi i szybko opadły na podłogę, procesując zdarzenie.
— Jaki skok w powietrzu? Ktoś się chyba tutaj nie wyspał i ma jakieś schizy. — Zaprzeczyła żywo Isobel. — Wydawało c—
Is nie zwracała uwagi na znaki koleżanki, która usilnie próbowała ją ściszyć. W tym momencie po prostu zatkała ręką jej usta. Słyszały, jak kroki przebiegały obok, w tym rozmowę przez krótkofalówkę. Mało brakowało, a by usłyszeli klasyczny potok słów. Gdy już przycichły, a dziewczyny zdążyły złapać oddech i rozejrzeć się po, jak się okazało, zamkniętym lokalu sklepowym.
— Życie już wystarczająco mi rzuca dzieciakami Hermesa, ale chociaż nie wrzucaj mnie do więzienia. — Skomentowała Dahlia, zdejmując rękę.
Spojrzały od razu na plecak znajdujący się w kącie. Jakby był niebezpiecznym zwierzęciem, zdolnym w każdej chwili do ataku. Lub tykającą bombą.
— Co robimy z tym, eee, bochenkiem kokainy?


Isobel?
────
[850 słów: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]