wtorek, 14 lipca 2026

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Is wzruszyła ramionami, przesuwając wzrok z Kaliny na rząd plastikowych doniczek.
— Zresztą, po co komu ojciec? — zapytała, unosząc kąciki ust w uśmiechu.
Nie, żeby miała coś do Hermesa. No dobra, może miała maleńkie pretensje o to, że miał ją głęboko w dupie, ale lata obcowania z innymi dzieciakami bogów sprawiły, że przynajmniej nie czuła się w tym samotna. Łatwo jest spłodzić kilkadziesiąt dzieciaków, gorzej się potem nimi interesować. Z tego, co wiedziała, Hermes miał kilku swoich ulubieńców, z którymi częściej się kontaktował, ale Isobel najwyraźniej nigdy nie była jednym z nich. Może jeszcze przez pierwsze trzy lata starała się zostać kimś, kim ojciec mógł się zainteresować, ale potem zrezygnowała, bo nie przyniosło to absolutnie żadnych efektów. Is już we wczesnym dzieciństwie dowiedziała się, że rodzice to beznadziejna sprawa i nie opłaca się marnować czasu i energii na naprawienie czegokolwiek, co z nimi związane. W wieku piętnastu lat zobaczyła ojca na własne oczy i postanowiła się tym zadowolić. Swój stosunek do niego uznawała za raczej neutralny i rzadko o nim mówiła.
— …Po to żeby zarabiał na truskawkach w Holandii? — zaproponowała Kalina.
Is wybuchnęła śmiechem, ściągając na siebie wzrok niezbyt zadowolonej ekspedientki. Posłała kobiecie uśmiech i zapomniała o niej, kiedy tylko znowu stanęła do niej plecami.
— Okej, muszę przyznać, ma to jakiś sens — powiedziała, wciąż z uśmiechem błąkającym się na ustach.
— Jasne, że ma. Sama się przez chwilę zastanawiałam, czy może nie pojechać na truskawki, ale jednak wybrałam studia — dodała dziewczyna, zapomniawszy o doniczkach.
W głowie Is gdzieś tam jeszcze plątała się myśl o zakupie doniczki, ale kątem oka ciągle dostrzegała ich ceny i stwierdziła, że chyba jednak jej nie stać. Kto liczy sobie sześć dolców za taki kawałek plastiku? Jej kwiatek najwyraźniej jeszcze trochę będzie musiał posiedzieć w słoiku z wodą, dopóki nie trafi na jakąś lepszą promocję w lokalnym chińczyku.
— Studiujesz?
— Tak! Dziennikarstwo. A ty?
— Sinologię. Fajna sprawa, ale nauki w chuj — westchnęła, w tym momencie już udając, że ogląda doniczki, żeby pracownica sklepu jej stąd nie wyrzuciła.
— Sinologia… Chiny, tak? Czy Azja generalnie?
— Nie, nie, Chiny — wyjaśniła Is, oglądając jedną z absurdalnie drogich doniczek. — Jezu, ktoś serio za to tyle płaci?
Kalina zajrzała jej przez ramię. Skrzywiła się, naśladując tym samym minę dziewczyny.
— ILE? Nieźle sobie liczą — skwitowała.
Is odstawiła przedmiot na półkę, uważając, żeby niczego przy tym nie przewrócić. Pokręciła głową z dezaprobatą.
— Masakra… Dziennikarstwo. Lubisz pisać?
— Musiałabym umieć się na tym skupić. — Kalina zaśmiała się. — Lubię rozmawiać z ludźmi. Poznawać ich przeżycia, historie. Praca w dziennikarstwie byłaby dla mnie jak spełnienie marzeń — powiedziała i uśmiechnęła się przy tym tak szeroko, że Isobel nie mogła tego nie odwzajemnić. — A dlaczego ty wybrałaś sinologię?
Isobel wzruszyła ramionami.
— Szukałam czegoś… mniej normalnego. Rozważałam różne strony świata, ale padło na Chiny.
Kiedy Isobel wybierała kierunek studiów, szukała czegoś, co pozwoliłoby oderwać jej się od codzienności. Nie było jej stać na podróże, a takie studia to była pewna tego namiastka. Dzięki temu mogła przynajmniej wyobrażać sobie, że się wyrwała. Jedyny przypadek, w którym jej matka zainteresowała się tym, co jej córka zamierza zrobić ze swoim życiem, skończył się burzliwą kłótnią i stwierdzeniem, że Isobel Collins jest na świetnej drodze do zmarnowania osiemnastu lat życia. Na szczęście Is wtedy już dawno miała jej zdanie w dupie.
— Brzmi sensownie. Chociaż ja raczej… jezu, jakie piękne! — jęknęła Kalina, po tym, jak zabłądziła wzrokiem w róg alejki, gdzie znajdowała się biżuteria.
Zanim Is zdążyła chociaż zamrugać, dziewczyny już przed nią nie było. Przetruchtała bliżej półki, na której coś wpadło jej w oko i wydawała się tym całkowicie zaabsorbowana. Isobel, która lubiła błyskotki i wtrącanie nosa w czyjeś sprawy, ruszyła w jej ślady.
Rozpromieniona Kalina zaprezentowała jej kolczyki w kształcie motyli, których skrzydła zmontowane były z maleńkich, zabarwionych na różne kolory szkiełek i cienkiego drutu. Wyglądała, jakby ktoś właśnie wręczył jej gwiazdkę z nieba.
— Muszę je mieć — powiedziała tak zdecydowanie, że Is w żadnym wypadku nie byłaby w stanie zaprotestować.


Kalina?
────
[643 słowa: Isobel otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 13 lipca 2026

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

— Jeśli potarłabyś je w odpowiedni sposób, i stanęła… hm, z południa czy północy… W każdym razie, musiałabyś mieć wiatr za sobą! Albo przed sobą. Zależy jaki. Jakie mamy wiatry w Ameryce? Taki wilgotny byłby słaby, choć może właśnie dlatego miałabyś mieć wiatr z tyłu… no, ale i jak tak dmuchniesz jeszcze i…
— Staniesz na jednej nodze, odśpiewasz "Twinkle, Twinkle, Little Star" po hebrajsku, chwycisz się za nos i zdejmiesz skarpetkę?
— Nie wiem, co skarpetki… Ale możliwe, że nucenie mogłoby pomóc, wiesz, to zawsze wpływa na ciśnienie, ruch powietrza!
Ich rozmowę przerwało chrząknięcie jednego z dzieci Wulkana. Przez parę sekund Ricky zdążył zapomnieć, że tu są. Kiedy odwrócił się w stronę głosu, i twarzy z wypisanym "mamy sobie kurwa pójść, czy co? za obejrzenie takiego występu w cyrku musieliby mi zapłacić", zobaczył kółeczka od zwykłego, biurowego krzesła w dłoniach półboga. Wedle oczu merwkurwiaka, były pokryte co najmniej złotem i diamentami; tak się wgapił, że aż się zachwiał. I poleciał, a waląc o podłogę wydobył z siebie pisk, zaakompaniowany przez brzęki, szelesty i trzaski różnych przedmiotów w jego kieszeniach. Pewnie właśnie one ciągnęły go ku ziemi, i zdradziecki ciężar jego spodni tylko czekał na takie momenty jak ten. Kiedy trafił na podłoże, podniosła się chmura pyłu i kurzu, która osiadła na jego włosach, ubraniach i ciele podczas poszukiwań zapałek. Jako akcent na koniec, Ricky donośnie kichnął — głośniej, niż można by się spodziewać po kimś postury obgryzionego smażonego kurczaka.
— Żyję! — ledwo słyszalnie wydusił z siebie po dłuższej chwili młody chemik. Jego kończyny zaczęły się trząść, kiedy chwiejnie, ale z entuzjazmem rosnącym z każdą chwilą Ricky zaczął podnosić się z podłogi. Podczas upadku coś rozlało mu się w kieszeni, i jego kolano parę razy rozpaczliwie poślizgało się w poszukiwaniu oparcia, zanim syn Merkurego upadł ponownie. Potem spróbował znowu, z jeszcze większym entuzjazmem. Co spowodowało jeszcze szybszy upadek. Kiedy w końcu chwycił wyciągniętą mu na pomoc rękę — nie wiedział czyją, przed oczami latały mu plamki — prawie zwalił ową osobę na ziemię przez swoje chaotyczne ruchy. W końcu, przy wielu „kurwa” i „ja pierdolę”, Rickiemu udało się podnieść. Możliwe, że zmotywowało go „Kręci ci się w głowie? Jak tak słabo się czujesz, może zajrzymy ponownie do ambulatorium?”. Wspomnienie horrorów poza ludzkim zrozumieniem błyskawicznie wyczyściło mroczki sprzed oczu i usunęło wiotkość kończyn. Ricky stanął na obie nogi, jakby nic się nie stało. Nawet powierzchownie otarł twarz z kurzu wierzchem dłoni, żeby wyglądać bardziej przekonująco. I zdławił w sobie grymas bólu, kiedy jego biodro, lekko stłuczone przy upadku, zaprotestowało przeciwko przeniesieniu ciężaru ciała z jednej nogi na drugą. Żadnego ambulatorium nie trzeba.
— Dobra, zabierzmy się do roboty! Nie mamy całego dnia! — spojrzenie Rickiego znowu powędrowało na kółeczka, przez to całe zamieszanie odłożone na stolik kawałek stąd. Nie mógł sobie pozwolić na ich stratę. — Mamy śrubki, prawda, takie mocne? Możemy też użyć kleju.
Od razu ukucnął przy łóżku, i zaczął wyciągać — a bardziej komicznie się wyginać przy próbie wyciągania — ołowianą trumnę.
— Czy ktoś, kurwa, pilnował tego makaronu?


Kuźma?
────
[488 słów: Ricky otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Bardzo często myślę, że powinnam — powiedziała Lynn. Zamknęła oczy i skupiła się na oddechu, starając się nie myśleć o tym, że właśnie zwierza się jakiejś obcej dziewczynie. Ale ona, jak się wydawało, nie miała nic przeciwko. Kobieta czuła się bardzo naturalnie, mówiła to, co czuje.
— Ale chyba już niczego nie zmienię w ten sposób. Nigdy już nie cofnę się do tego dnia i nie dowiem się, czy mogłabym coś zrobić.
To brzmiało bardzo ładnie, uspokajająco wręcz, jakby zostało napisane na kredowym papierze jakiejś ulotki, z wizytówką psychiatry pod spodem. Lynn czuła się trochę dziwnie z tymi słowami. jakby nie mogła do końca się z nimi utożsamić. Nie wiedziała, czy może.
— Chyba najbardziej logicznym rozwiązaniem byłoby zachowanie takiego złotego środka między żałobą, jaką jestem mu winna, a życiem dalej. Bo czuję, że powinnam przeżywać te negatywne emocje, nie zapominać Nalina, ale nie wiem, w jakim stopniu mam się dręczyć. I czy nie robię po prostu w ten sposób z siebie ofiary. W końcu to on umarł, nie ja. Wiem, że nadal tu jest w pewnym stopniu, ale nie wiem, czy moja postawa go satysfakcjonuje. Może uważa, że jestem żałosna.
Oj, to zabrzmiało ostro. Nie planowała mówić aż tak długo, ale było trochę za późno na uciekanie, więc po prostu zaśmiała się nerwowo. Śmiech po chwili zamieniał się w kaszel. Ale Arisu nie powiedziała nic, nie odeszła sobie.
Przypuszczała, że rozmówczyni rozumiała ją w pewien sposób - wspomniała również o swoim bracie. Oczywiście, nie wiedziała co się stało. Lynn dość wyraźnie chyba dała do zrozumienia, co stało się z Nalinem - w końcu siedziały na cmentarzu. Czy Arisu chciała również współczucia? Kobieta nie chciała, żeby rozmowa stała się nierównomierna i odczuła, że zignorowała jej emocje. Powiedziała że rozumie. Czemu Lynn nie zrobiła tego samego w odpowiedzi?
— A jak z twoim bratem? Jestem pewna, że nie zrobiłaś nic nie tak, jeśli coś się stało, na pewno nie wynikało z twojej winy.
Idiotycznie ułożone słowa, bardziej żałosna próba skierowania tematu na coś innego po jej żałosnym wyznaniu, którego sama do końca nie zrozumiała.


Arisu?
────
[337 słów: Lynn otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Elianne CD Doriana — „Sherlock Holmes ale inaczej”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Elianne przycisnęła zwierzątko do piersi, ruszając w kierunku Pól Marsowych. Świnka morska uspokoiła się, kiedy tylko trafiła na jej ręce. Może wcześniej wyczuwała niechęć Doriana i dlatego broniła się przed nim ząbkami i pazurami? W każdym razie teraz siedziała spokojnie z pyszczkiem wciśniętym w sweter Eli. Dziewczyna machinalnie gładziła kciukiem jej miękkie futerko. Łatwo było zapomnieć, że trzyma w dłoniach potencjalnego potwora.
— Pewnie i tak jej nie znajdziemy — burknął gdzieś zza niej Dorian. Terminator przytaknął mu kichnięciem tak głośnym, że stworzonko w ramionach Elianne niemalże podskoczyło.
— Nie marudź. To był twój pomysł — odpowiedziała, brnąc do przodu. — Lotus na pewno gdzieś tu jest, gdzie miałaby pójść?
— Szukać drugiej świnki morskiej na przykład?
— Mam nadzieję, że nie.
Skoro jedna świnka morska mogła narobić tyle chaosu, nawet nie chciała myśleć o tym, co mogłyby zrobić dwie świnki morskie. Pewnie rozpętałoby się piekło.
Na Polu Marsowym wciąż trenowały ostatnie niedobitki. Eli choćby chciała, nie umiała skojarzyć wszystkich twarzy z imionami. Mając pełne ręce roboty, trudno było jej zorientować się we wszystkich nowych obozowiczach, którzy nie trafiali do jej kohorty. Trafiła jednak na parę osób, które znała, więc raz za razem przywdziewała na twarz uśmiech i zadawała to samo pytanie.
— Hej, widziałaś może Lotus?
— Kogo?
— Taka z drugiej kohorty, trochę wyższa ode mnie, czerwone włosy, bo-
— A po co ci ta świnka morska?
To pytanie za każdym razem wybijało ją z rytmu, bo zapominała, że ciągle trzyma zwierzątko w rękach.
— Nie moja.
— Nie widziałam nikogo z czerwonymi włosami.
Więc szukali dalej.
— Nie wierzę, że umiała zgubić się w tłumie — mruknęła do Doriana Eli, kiedy przepytała już każdą możliwą osobę.
Dwie w ogóle nie wiedziały o kim mówi, jedna jej nie widziała, a dwie następne wskazały jej dwa przeciwne kierunki, gdzie rzekomo miała skierować się Lotus.
— Terminator. Czujesz coś? — zapytał chłopak, sięgając ręką w lewo, gdzie pies szedł tuż przy jego nodze.
Terminator w odpowiedzi tylko zaskamlał, spuszczając głowę.
Elianne już miała westchnąć i zawrócić się w stronę centrum obozu, ale nagle między krzewami mignęły jej czerwone włosy. Przytrzymując jedną dłonią świnkę morską, drugą wyciągnęła nad głowę i pomachała.
— Lotus! Hej, Lotus!
Postać w krzakach zamarła, ale po chwili wyłoniła się z pomiędzy gałązek. Lotus w dłoniach trzymała reklamówkę wypchaną trawą.
— O boże, Matylda — zawołała, kiedy zobaczyła, co Eli trzyma w dłoniach.
W paru susach dobiegła do nich (trzymając się trochę z dala od Terminatora), ale zanim zdążyła wyciągnąć dłonie po swoje zwierzątko, Dorian zażądał:
— Odczaruj ją.
Lotus wyglądała na raczej zbitą z tropu.
— Jak mam ją odczarować? To świnka morska — odpowiedziała, spoglądając to na chłopaka, to na Eli.
— Mamy podejrzenia, że to zaklęty w świnkę morską potwór — wyjaśniła Elianne, nieco odsuwając od siebie Matyldę. Jęknęła, kiedy zobaczyła, że zwierzę wygryzło jej dziurę w swetrze. — Mój ulubiony sweter — westchnęła ze zrezygnowaniem.
— Matylda! Zła świnka — skarciła Lotus, pochylając się, żeby spojrzeć Matyldzie w oczy. — Wybacz. — Posłała Eli skruszony uśmiech, kiedy na powrót się wyprostowała. — To żaden potwór. Pod śmietnikiem w San Francisco ją znalazłam, chyba ktoś ją wyrzucił.
— I przywlokłaś ją do obozu? — zapytał Dorian, unosząc brwi.
— Nie mogłam jej tam zostawić, poza tym… Oj — bąknęła Lotus, patrząc gdzieś ponad ramieniem Elianne.
Dziewczyna zerknęła przez ramię. Z westchnieniem oddała świnkę Lotus, wygładziła przód przedziurawionego już swetra i odwróciła się.
— Mamy towarzystwo — rzuciła półgłosem do Doriana, łapiąc go za ramię, żeby też odwrócił się twarzą do gości.
W ich stronę prędko zmierzał rozjuszony Vergil i bardzo zadowolony z siebie Izan. Na sam widok tego drugiego Elianne poczuła falę irytacji, ale zmusiła się do uśmiechu. Dorian spiął się obok niej, kiedy dotarł do nich niezbyt zadowolony głos Vergila, który odpowiadał coś Izanowi.
Im bliżej byli, tym bardziej Eli starała się, żeby jej uśmiech wyglądał wiarygodnie. Uśmiechnięta, dziecięca twarz czasami sprawiała, że była lekceważona, a czasami wzbudzała sympatię. Naprawdę miała nadzieję, że tym razem trafi na ten drugi scenariusz. Vergil chyba ją lubił, ale wyglądał na złego, więc nigdy nic nie wiadomo. Zrobiła krok do przodu, występując przed Doriana i Lotus.
— Oto są winowajcy. Przywlekają jakieś śmierdzące zwierzęta do mojego obozu! — powiedział oskarżycielsko Izan, pokazując na nich palcem.
Elianne stłumiła westchnienie. To będzie ciężka przeprawa.


Dorian?
────
[675 słów: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline do Blanche — „Here comes the siedem lat nieszczęścia”

Po tym, jak wyprowadziła się z domu, Caroline szybko nauczyła się gotować. Restauracje w Nowym Jorku były drogie, a nie chciała obciążać rodziców tym, że jest zbyt leniwa i musi jeść na mieście, więc nie miała większego wyboru. Zwykle wybierała jakieś proste i szybkie dania, nic specjalnego. Przez to nowi znajomi ze studiów często do niej wpadali, bo "jezu, to jest sto razy lepsze niż kluski ze sklepu" i "nie chce mi się gotować więc w akademiku jem zupki chińskie, miła odmiana". Makaron z kurczakiem i szpinakiem i butelka wina w piątkowy wieczór to zawsze był dobry pomysł.
Czasami jednak bywała leniwa. Szczególnie, jeśli miała za sobą koszmarny egzamin i naprawdę zasługiwała na nagrodę. W pobliżu swojego mieszkania miała jedną knajpkę, którą szczerze uwielbiała. Świętowała coś? Szła na obiad. Spotykała się ze znajomymi? Szła z nimi na obiad. Miała bardzo zły dzień? Szła na obiad i w domu piła drinka, bo w tej zapyziałej Ameryce (którą sama sobie wybrała jako miejsce zamieszkania) dalej nie mogła go sobie legalnie kupić w restauracji. Co za szkoda.
Tym razem powodem do odświętnego, wychodnego obiadu był upierdolony egzamin. Caroline miała topić się w smutku wraz z koleżanką (która test zdała, ale chciała być lojalna), ale nie wszystko poszło zgodnie z planem. Dziewczyna siedziała sama przy dwuosobowym stoliku, smutnie sącząc wodę z cytryną. Wpatrywała się w ekran swojego telefonu, gdzie Kathy zostawiła jej wiadomość na dostarczonym.
— No bez jaj — wymamrotała pod nosem, trąc czoło wierzchem dłoni.
Kathy raczej się nie spóźniała, a Caroline czekała na nią już od piętnastu minut, bez żadnego ostrzeżenia. Już wcześniej zamówiła sobie ulubioną sałatkę, więc tak czy siak była uziemiona, nawet jeśli Kathy nie przyjdzie. Nieco zbyt głośno odłożyła telefon na stolik ekranem do dołu i podparła podbródek na dłoni.
Niestety, nawet wtedy miała pecha. Kiedy próbowała ponownie sięgnąć po swój telefon, łokciem przewróciła wysoką szklankę, wciąż do połowy wypełnioną wodą, kostkami lodu i plasterkami cytryny. Pies by to drapał, gdyby oblała sam stolik, bo nawet nie był przykryty obrusem. Pościerałaby to serwetkami i po krzyku. Niestety, woda chlusnęła na nogi przechodzącej obok niej kobiety. Caroline przeklęła pod nosem, w pierwszym odruchu odsunęła swój telefon na bok, a w drugim uniosła wzrok na kobietę, która zatrzymała się przy jej stoliku. Widząc obryzgane wodą spodnie, sięgnęła po chusteczki.
Rano podczas robienia makijażu stłukła maleńkie lusterko dołączone do zestawu cieni. Nigdy szczególnie nie przejmowała się zabobonami, ale ten najwyraźniej się sprawdzał.
— Boże, przepraszam panią najmocniej — powiedziała, wyciągając w jej stronę dłoń z plikiem serwetek. — Straszna ze mnie niezdara.
Jeśli tak miało wyglądać najbliższe 2556 dni jej życia, to ona to pierdoli.


Blanche?
────
[429 słów: Caroline otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 12 lipca 2026

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ale zajebista! — Kalina podbiegła do Isobel i zaczęła oglądać krokodyla ze wszystkich stron. Wyglądała naprawdę ciekawie, była niewielka, na baterie, a przy okazji nie aż tak dziwna, żeby spotkać się z dezaprobatą Amandy.
Piękny sen skończył się, kiedy przejęła lampę od dziewczyny i, w poszukiwaniu cenówki, odwróciła do góry nogami. Miała nadzieję, że lampa będzie w miarę tania. Była poobijana z kilku stron i wymagała zamalowania ubytków w farbie, co powinno obniżać jej cenę. Plus, z definicji, używane rzeczy powinny być tańsze. Spojrzała na cyfrę z niedowierzaniem, upewniając się, czy na pewno nie patrzy na nią od złej strony. Isobel, zainteresowana reakcją Kaliny, nachyliła się nad przedmiotem i spojrzała na przyklejoną na podstawce metkę.
— Bóg ich opuścił — westchnęła Kalina, delikatnie ostawiając krokodyla na półkę. — I to nie jeden.
— Wszyscy bogowie świata — skrzywiła się Isobel. — On jest ze złota, czy co?
— Ceni się, skubany — wystawiła krokodylowi język i spojrzała na niego urażona. — Ciekawe, ile bierze za noc — zaśmiała się.
— Może dodali jedno zero za dużo? — dziewczyna ponownie spojrzała na spód krokodyla, zupełnie tak, jakby cena przez te kilka sekund miała ulec zmianie. — Albo inna waluta? Jest sama cyfra.
— Co tu jest blisko? Meksyk? Bo koron się nie spodziewam — odparła ironicznie, niezbyt przekonana. — Proszę cię, oni nie wiedzą o istnieniu innych walut — przewróciła oczami, a dopiero później przypomniała sobie, że nie ma pojęcia skąd pochodzi Isobel. — Bez urazy, nie wszyscy Amerykanie…
— Wyglądam na Amerykankę? — zdziwiła się. — Rany, jak chciałaś mnie urazić, to tym — dodała żartobliwie.
— A to nie jesteś stąd? — nie wiedziała, czy ma odetchnąć z ulgą, czy panikować, że naprawdę obraziła Isobel. Zamiast tego postanowiła zacząć się tłumaczyć. — Znaczy, nie, nie wyglądasz! Po prosty zdziwiłam się, że ktoś tu przyjechał z własnej woli… znaczy, ja też, ale ja tu mieszkam pół życia, ale to inna sprawa, nieważne. Nie uważam, że jesteś głupia, w życiu! Wydajesz się super, po prostu… dobrze mówisz po angielsku? — uśmiechnęła się głupio, gotowa do ucieczki. Podczas pobytu w obozie spotkała ludzi z całego świata. Nie powinna być zdziwiona, zwłaszcza w tym mieście. — PRZEPRASZAM! Już przestaję mówić!
— Ja też… nie słychać ak… NIE PRZEPRASZAJ! — Isobel próbowała wbić się w krótkie przerwy, jakie robiła Kalina na wzięcie oddechu. Za każdym razem dziewczyna zdołała ją przegadać, co nie zdarzało się za często. — jestem ze Szkocji — wyjaśniła w końcu.
— To dlatego jesteś ruda! — wypaliła od razu Kalina, nie zastanawiając się nad brzmieniem jej słów.
— Ee… chyba?
— AAAA TO NIE MIAŁO BRZMIEĆ ŹLE! — spanikowała. — Rude włosy są super! Chciałam kiedyś pofarbować się na rudo, ale farba była dziwna i skończyłam żółta jak kurczak. A potem stwierdziłam, że super będzie przykryć to fioletowym no i wyszło jeszcze większe gówno. Kiedyś to zrobię.
— Tak, są ładne — przytaknęła Isobel. — Ale… ludzie przez nie mylili mnie z matką, nie wiem, teraz matka mieszka daleko więc chyba mi się podobają. No i-
— Twoja matka też jest ruda?! — wybuchła Kalina. — Damn, cała rodzina rudych, ale super! Prawdziwa szkocka rodzina… A może to w Irlandii było… jeden ciul. Twój ojciec też jest rudy? A chodzi w kilcie? I gra na tym… jak to było? Dudach? Naprawdę tak jest???
— Tak właściwie- to raczej w święta…
— Nieeee, teraz to ja brzmię jak głupia baba ze Stanów, przepraszam!
— Spoko, one są raczej głupie w inny sposób — zaśmiała się Isobel. — Ostatnio taka jedna była zaskoczona, że w piwie jest alkohol, bo przecież nazywa się piwo. O albo inna się zdziwiła, że wyprosiliśmy ją jak przyszła z małym dzieckiem.
— Pracujesz w jakimś barze? — zainteresowała się Kalina.
— Tak — przytaknęła. — Innym razem przyszła jakaś Karen z pretensją, że świeżo lane piwo nie smakuje jak smakowe ze sklepu. Głupia pizda, chciała zwrot kasy.
— To u mnie w kawiarnii ostatnio chciała latte bez mleka, albo inna chciała ode mnie zniżkę pracowniczą… której nawet nie mam!
— Przynajmniej czasem potrafią być zabawne — zaśmiała się. — Co z tą lampą?
— Lampą? — Kalina zdążyła na moment zapomnieć, że szukała lampy. — A kij z tą lampą, znajdę gdzieś indziej, ty szukałaś doniczki, nie? O albo wczoraj jakaś baba wylała na siebie kawę i miała pretensje DO MNIE, że się nią pobrudziła. I jeszcze chciała nową.
— No, patrzyłam na nie- — przytaknęła, kiedy Kalina znowu zaczęła mówić. — U mnie przynajmniej raz w tygodniu pijane chłopy wylewają tak piwo! I też pretensje!
— Podziwiam, że ich obsługujesz — stwierdziła poważniejszym tonem. — Mi się o dziwo nie zdarzyło obsługiwać chlejusów… Nie mogłabym tak.
— Nie no, niektórzy są spoko. To są raczej… powiedzmy, że wyjątki.
— Ale te wyjątki są najgorsze — przytaknęła.
Wolnym krokiem ruszyły w stronę doniczek, na kilka sekund przerywając rozmowę. Ta krótka cisza trwała jednak za długo. Pierwsza odezwała się Kalina.
— Wiesz co? Trochę ci mimo wszystko zazdroszczę.
— Pracy w barze? — Isobel spojrzała na nią zaskoczona. Dopiero co powiedziała, że nie byłaby w stanie tam wytrzymać, a teraz zmieniła zdanie?
— Nie! W życiu — zaśmiała się. — Tego, że wiesz do kogo z rodziny jesteś podobna.
— Serio? — dziewczyna nie wiedziała, czy bardziej zdziwiłaby ją poprzednia opcja, czy może jednak ta. — Możemy się zamienić — odparła, wysilając się na uśmiech.
— W sensie, cała rodzina mojej matki ma raczej ciemne włosy, a ja jestem blondynką. Nie wiem jak działają geny, pewnie jakiś dziadek miał jasne, ale nie znam go, więc się nie liczy.
— Przynajmniej możesz się do nich nie przyznawać — zaśmiała się Isobel, a Kalina ze śmiechem przyznała jej rację. — A ojciec?
— Nie wiem, widziałam go lata temu — przyznała. — Pewnie siedzi najebany i zbiera truskawki. Może i miał blond… albo już siwe… nie pamiętam.
— Truskawki? — ożywiła się nagle Isobel, w głowie której pojawił się obraz pijanego Dionizosa na polu truskawek. Szybko jednak wyrzuciła tą myśl z głowy. Jakby Kalina rzeczywiście była jego córką, poznałyby się lata temu.
— W Holandii — wyjaśniła szybko. — Wiesz, ten mem że się pojedzie na truskawki do Holandii… i legalne narkoty- z resztą co ja pierdolę, to nie jest nawet mój ojciec.
— To może ten prawdziwy jest blondynem — zauważyła Isobel.
— Może… nie, raczej nie.
— A skąd wiesz?
— Przeczucie — zaśmiała się Kalina. — Nieważne, sorry, dość o mnie.


Isobel?
────
[975 słów: Kalina otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny CD Vex — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Kurwa — wyszeptała pod nosem Kalina, starając się nie roześmiać w twarz stojącego centralnie przed nią kanara. Ich sytuacja wyglądała tak, jakby któreś z nich wypowiedziało przed chwilą słowa '”gorzej już nie będzie” albo „teraz na pewno uciekliśmy”. A nie, chwila.
— Jest bilecik? — mężczyzna przeszywał jej duszę pustym spojrzeniem, zmęczonego życiem nudziarza.
— Sekundka, bo się wywrócę — uśmiechnęła się do niego i kucnęła na podłodze aby zawiązać buta, a przy okazji zebrać myśli. Jednocześnie wykorzytała, że znajduje się bliżej uszu Vex niż kontrolera. — Udawaj, że zasypiasz — szepnęła do niego.
Wyprostowała się po paru sekundach, mając nadzieję, że Vex posłusznie wykona polecenie. Kątem oka widziała grymas na jego twarzy, ale na szczęście heros zamknął oczy.
— Minęła — powiedział kontroler zniecierpliwiony.
— Panie k… kochany konduktorze…? kontrolerze? Jak to się nazywa? — zaczęła Kalina, próbując kupić im tyle czasu, ile tylko będzie w stanie. Żałowała, że wszystkie wyścia z metra znajdowały się tak daleko. Mimo wszystko miała nadzieję, że uda im się dotrwać do najbliższej stacji i szybko uciec. Miała plan, ale nie liczyła na jego powodzenie. — No, sprawa wygląda tak…
— Słucham — wymamrotał. Domyślał się, że czeka go długa rozmowa, która z pewnością przedłuży jego pracę o dwa, lub trzy przystanki.
— Proszę pana, nie mamy biletów, ale mamy powód — powiedziała z kamienną twarzą. — Bardzo dobry powód i jeśli da nam pan mandat, będzie to znaczyło, że nie ma pan serca.
Twarz kontrolera biletów wyrażała jednocześnie irytację, znudzenie i coś w stylu „kobieto, przyjmij ten mandat i daj mi spokój”. Kalina widząc to wzięła głęboki oddech i spojrzała szybko na Vex. Musiała pomyśleć nad odpowiednim doborem słów, żeby jednocześnie wyjść z pociągu bez utraty ani dolara oraz nie zginąć z rąk herosa. Nie wiedziała, które było trudniejsze.
— No, słucham — ponaglał ją mężczyzna. — Bo kończy mi się cierpliwość.
— Bo widzi pan… mój przyjaciel jest bardzo, ale to bardzo chory… — Kalina wysiliła się na smutny ton, który nie wskazywał na chęć roześmiania się. Starała się nie patrzeć na wkurwione Vex, bo to skończyłoby się tragedią. — To była nagła sytuacja.
Kontroler uniósł brew, niezbyt przekonany. Dziewczyna widziała, jak patrzy na Vex oceniająco. Pewnie w pracy spotkał już mnóstwo osób, które w celu uniknięcia mandatu wmawiały mu to samo… ale wąsy tlenowe nastolatka wyglądały przekonująco.
— Mój przyjaciel ma bardzo duże problemy… jak pan pewnie widzi, prawie umiera… — szeptała Kalina, próbując brzmieć bardzo emocjonalnie. Była słabą aktorką, ale miała nadzieję, że jest choć trochę przekonująca. — Nagle… nagle dostał ataku… zaczął się dusić… musimy jak najszybciej dostać się do… — rozejrzała się jeszcze raz, w poszukiwaniu tablicy z wypisanymi przystankami. Niestety jej nie znalazła. — Do jego lekarza…
— Ojej, rozumiem… — w oczach mężczyzny pojawiły się łzy. Chyba to kupił. — Daleko jedziecie? Może wam pomóc?
— Jeszcze jeden przystanek, damy sobie radę… — odpowiedziała czując, że jeszcze trochę, a zepsuje wszystko wybuchem śmiechu. Albo wybuchem złości Vex, kto wie. — Wie pan, to jest taka straszliwa, niezidentyfikowana choroba… proszę o wyrozumiałość i litość…
— Rozumiem, przepraszam… — odparł smutnym, zatroskanym głosem.
— Taki los w tak młodym wieku… — wtrąciła się stojąca obok pani. Dokładnie ta, która wcześniej stanęła na sznurówce Kaliny. — To straszne…
— Prawda? — zgodziła się z nią nastolatka. — To jak będzie, odpuści nam pan mandacik?
— Proszę im podarować… to dobre dzieci — poparła ją kobieta.
— Oczywiście, jedźcie dokąd tylko potrzebujecie — odpowiedział kontroler. — Zdrowia dla kolegi — z tymi słowami wyminął Kalinę i zniknął w grupie pozostałych pasażerów. Pojazd w końcu zaczął zwalniać. Kalina odetchnęła z ulgą i już miała powiedzieć coś do Vex. W porę jednak przypomniała sobie o drugiej rozmówczyni. Westchnęła zniecierpliwiona.
— To straszny los… — kontynuowała kobieta. — Jak chcecie, znam dobrego pulmonologa… może będzie w stanie mu pomóc. Gdzieś tu mam kontakt do niego… — zaczęła grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu komórki.
Kalina próbowała zasłaniać przed jej wzrokiem Vex, które siedziało nawet nie wkurzone, a wkurwione. Ze wszystkich sił starało się powstrzymać przed zabiciem dziewczyny w tej sekundzie, jednocześnie wysypując ich kłamstwo.
— Dziękujemy, ale jest w dobrych rękach — odpowiedziała z uśmiechem, niecierpliwie zerkając w stronę drzwi. — Przepraszam, już wysiadamy.
Pociągnęła Vex za rękaw i nie patrząc za siebie, ruszyła do wyjścia. Jedyne, na co miała nadzieję to to, że kobieta nie zacznie nagle krzyczeć na widok śmiertelnie chorego nastolatka, który nagle się ożywił i popierdalał żwawo przez cały wagon. Jeszcze tego im brakowało.
— CZY CIEBIE, KURWA, POJEBAŁO?! — krzyknęło Vex jak tylko udało im się opuścić metro. Nie przejmowało się pozostałymi ludźmi w tunelu, nawet tymi, którzy widzieli wcześniejszy teatrzyk. — CO TO, DO CHOLERY JEBANEJ, MIAŁO BYĆ?
— Nie ma za co — wyszczerzyła się, dumna z siebie.


Vex?
────
[731 słów: Kalina otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ignorowała Pęcka, idąc wzdłuż ulicy. Satyr nigdy nie miał nic mądrego do powiedzenia ale teraz to przesadził. Raz tylko spojrzała na niego, a on natychmiast próbował przybrać najlepszą minę jaką miał, ale psuł to czymkolwiek co wchodziło i wychodziło z jego ust.
— Skibidi załamka, nie?
Westchnęła.
Jak w iluśtammilionowym mieście miała znaleźć przyjaciela? To słowo dziwnie dla niej brzmiało, ale z braku laku trzeba było się przyzwyczaić. Może miało na liście specyficzne „bycie porwanym przez limuzynę”, dała sobie rękę uciąć, że było coś podobnego.
W pewnym momencie ktoś powiedział jej, że widział limuzynę. Za tym rogiem, na parkingu. Zadowolona pobiegła w tą stronę, dopóki się nie okazało, że to był cholerny parking chroniony z dwudziestoma zaparkowanymi limuzynami. Stanęła na chodniku i wpatrywała się tępo w nie.
— Jak ja mam tutaj znaleźć cokolwiek? — mruknęła pod nosem.
Przechodzień usłyszał ją i podszedł od razu do niej.
— Jakby Pani chciała, to mogłaby znaleźć Boga w swoim sercu. — zaaferował się Amerykanin w wieku średnim.
Skrzyżowała ręce na piersi.
— A skąd taka sugestia, że nie mam już Boga w sercu? — odparła.
— Bo jakby Pani chciała, to by dawno poprosiła Stwórcę o odpowiedzi.
— Mówi Pan, ze mam zapytać się swojego Stwórcy o rozwiązania? — uśmiechnęła się pod nosem. To było tak absurdalne, że aż zabawne. „Hejka Demeter, pomóż mi znaleźć mojego porwanego kumpla.” „Spoko córka, już się robi, dostanę odznakę Matki Roku po raz pierwszy w życiu?”
— Dokładnie tak. Miłego dnia. — Kiwnął swoją czerwoną czapeczką z napisem „Make America Great Again”.
Wzruszyła ramionami, po czym zauważyła patyk. Skwitowała, że wyglądał dokładnie tak, jak te wszystkie patyki w westernach do szukania wody na pustyni. Nagle do głowy wpadł jej głupi pomysł, ale dzisiaj głupszego i tak nic nie wymyśli.
Wzięła go do ręki i chodziła z nim, czekając na jakieś wibracje albo jakiekolwiek znaki od bogów. Może odkryje supermoc pt. kompas do szukania idiotów. To było i tak zdecydowanie lepsze, niż przywoływanie satyrów. Do czego byli jej potrzebni, mogła się tylko zastanawiać, a i tak nie miała odpowiedzi.
Nie czuła tajemnej mocy w patyku. Szła ulicami Nowego Jorku, z patykiem w rękach, wyglądając jak średnio rozgarnięta osoba. Niektórzy przechodzili koło niej, jak gdyby nic. Zwykła środa.
Niestety satyr uczepił się jej jak rzep do psiego ogona. W pewnym momencie krzyczał coś do niej, ale go zignorowała.
— Spierdalaj, Pęcek. Szukam Arnar za pomocą patyka, nie widzisz?
— Nie słychać cię, Arnar!
Odwróciła się na pięcie i zauważyła iryfon. A właściwie cokolwiek, co udawało iryfon.
— Arnar, gdzie jesteś?
— Bee, przesuń się!
— Sobie dzwonisz, czy mi? Pokaż mi tą cholerną wizję.
Przepychali się, dopóki się nie rozłączyła wizja. W jej miejscu pojawiła się twarz jakiejś nimfy.
— Dziękujemy za skorzystanie z iRyfonu. Jak oceniasz jakość naszej usługi?
— Mocne pięć na dziesięć. — skomentowała Dahlia.
— Hej piękna. — Pęcek wyszczerzył zęby.
— Dziękujemy za opinię, miłego dnia.
— Zauważyła mnie i podziękowała. — ucieszył się satyr.
— Żyć mi się czasem nie chce. — odparła słabo półbogini.
— Jeżeli czujesz myśli samobójcze jako półbóg, możemy połączyć kryzysowo z linią MPJU, Martwy Półbóg Jest Useless, założoną przez Zeusa. Niech tylko potwór przerwie twoją linię życia. Łączę, jesteś 2451123 w kolejce. Nie rozłączaj się.
— Rozłączam się.
A to wszystko działo się przed ścianą. Ludzie przechodzili obok, komentując coś o ćpunach oglądających ściany. Niektórzy ubolewali, ze nawet ktoś tak młody jak Pęcisław już zaczyna brać narkotyki.
— Działa ten patyk?
— No, zajebiście, nie widać?
— Pysznie wygląda.
Rzuciła mu od niechcenia. Niech się na coś chociaż przyda. Patyk, nie Pęcek. Stanęła przed autobusem, zastanawiając się nad całą sytuacją. Podjęła decyzję, że najlepsze będzie szukanie Arnar, jeżdżąc jakimś pojazdem. Później się będzie martwić, jak wysiąść z autobusu.
— A co, jak będzie konduktor autobusowy? — odezwał się satyr.
— Jaki, kurczę, konduktor autobusowy?
— No, że sprawdza czy masz pieniądze.
— Ale tutaj się płaci przy wejściu do autobusu. Skąd ta idea w ogóle?
— A w sumie nie wiem.
Weszli do środka pojazdu, po zapłaceniu za bilety. Nawet nie zdążyła się rozsiąść, a już z głośników płynęło Zombie Lady.


Arnar?
────
[646 słów: Dahlia otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu znowu poczuła w żołądku ten głupi ucisk, który był trochę zbyt duży, by mogła go zignorować, i trochę zbyt znajomy, by nie uznać go od razu za okropnie irytujący. Wręcz nienaturalnie, w ten sposób, w który irytować mogą tylko te rzeczy, które bardzo chce się ignorować, chociaż oczywiste jest, że nie da się tego robić.
Chociaż starała się przekonać samą siebie, że jak najbardziej da się to robić i że nie jest to ani nic dziwnego, ani złego. Oczywiście wiedziała, że jest złe, a na pewno nie do końca dobre, ale do tej pory całkiem skutecznie przekonywała samą siebie, że wcale tak nie jest. Nie tylko ten ucisk, który towarzyszył jej od początku tej dyskusji, ale tez każdy inny, który pojawiał się w najbardziej absurdalnych i nieodpowiednich sytuacjach w jej życiu.
Do tej pory działało całkiem dobrze, więc czemu teraz nie mogła zepchnąć go w odmęty świadomości?
– Chyba… trochę rozumiem – mruknęła, zanim zdołała ugryźć się w język.
Głupia, durna idiotka. Nie miała prawa tak mówić; nie miała prawa rozumieć, a jej relacja z bratem zdecydowanie nie zasługiwała na to, by wyciągać ją na światło dzienne w takiej chwili. Idiota, który nazywał siebie jej bratem, dalej żył. Cholera, od kilku miesięcy mieszkał wcale nie tak daleko, mogła spotkać się z nim, gdy tylko naszła ją na to ochota (pod warunkiem, że akurat mogła wyjść z obozu, rzecz jasna). W żadnym stopniu nie pokrywało się to z sytuacją tej kobiety, chociaż Arisu bardzo długo udawała, że Shayel jest dla niej martwy. Może to było nawet gorsze.
Na pewno było dla niej w jakiś sposób prostsze. Chyba. Teraz już sama nie była pewna. Jej myśli skakały między Shayelem, słowami siedzącej obok kobiety i tym nieprzyjemnym uciskiem, który dalej nie chciał zniknąć i tylko stawał się coraz bardziej irytujący.
Arisu zacisnęła dłonie na ławce, ale pomogło to zdecydowanie mniej, niż miała nadzieję, że pomoże.
– Znaczy… – zaczęła, chociaż usprawiedliwianie się wcale nie brzmiało teraz sensownie, a tym bardziej nie było odpowiednie.
Przeniosła jeszcze na chwilę wzrok na nagrobek. Nie mogła powiedzieć, że jej brat nie żyje. Przez długi czas była to dla niej prawda, ale teraz byłoby to tylko okropne kłamstwo, którego nie mogła powiedzieć komuś, kto sam tkwił w żałobie. Nie mogła powiedzieć, że chciałaby, by jej własny brat nie żył. Nawet nie była pewna, czy to prawda, czy tylko niedojrzałe emocje, do których nie chciała się przyznać. Na pewno byłoby to coś okropnego do powiedzenia w tej chwili, nie musiała być dobra w emocje, by to wiedzieć.
Odetchnęła. Powoli, może nawet trochę zbyt wolno, jakby miało jej to kupić więcej czasu. Te sekundy tak naprawdę nie miały znaczenia. W niczym jej nie pomogły, tylko przedłużały dyskusję, która nigdy nie powinna się zacząć. Kobieta, jak na złość, jej nie przerywała.
– Też mam brata. – Dokończyła w końcu Arisu. – I też kiedyś byliśmy blisko, dopóki nie trafiłam do Obozu Jupiter. Oczywiście, to… nie jest to samo.
Naprawdę nie chciała zabrzmieć jak nieczuła kretynka, która porównuje brata debila do cudzej tragedii. Shayel zasłużył na wszelkie wyzwiska, jakie kiedykolwiek padły w jego stronę, sama zdecydowała, że już jej na nim nie zależy i wszystkie te podjęte decyzje były całkowicie świadome. Nie rozumiała, czemu w ogóle myśli o Shayelu podczas tej rozmowy. Nie zasługiwał na to.
Podobno. Bo mimo to, ucisk w żołądku dalej dawał o sobie znać w wyjątkowo nieprzyjemny sposób.
– Nie wiem, co się stało – kontynuowała, starając się brzmieć spokojnie. – Ale nie zawsze można coś zrobić. Nie… Nie powinnaś się obwiniać.
Czy sama obwiniałaby się, gdyby Shayelowi coś się stało, kiedy z nim nie rozmawiała? Na pewno. On też obwiniałby się, gdyby coś stało się jej.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

sobota, 11 lipca 2026

Od Dahlii CD Chaita — „Haul away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Czy myślała cały czas o tym kretynie, który napsuł jej krwi parę lat temu? Może. Czy myślała, jak go unikać na różne sposoby? Możliwe. Rozważała, skąd mogła kojarzyć Chaita? Tak. Czy to miało jakikolwiek związek z jakąś głupią walką na plastikowe szabelki? Nie. Tego była pewna, przecież tego dnia dzieci były zachwycone, a czas im szybciej mijał.
Już w szatni rozważała, jakie powinna brać zmiany, a jakich powinna uniknąć. Z kim się wymienić i na co. Wcześniej parę razy zerkała na tablicę, próbując spamiętać godziny oraz stanowiska. Nie było tragedii, choć mogło być lepiej.
W gąszczu tych myśli wkradło się pytanie Chaita. Nawet się nie wzdrygnęła. Odpowiedziała machinalnie, tak, jak odpowiadała w swoich rozważaniach.
— Jakiej sytuacji? Że z tym kierownikiem?
— No, z tymi szablami. Czy to było… okej? Że mieliśmy sparing?
— Nasz największy problem, Chait, w tym momencie jest to, że ten koordynator jest pełen gówna. — skwitowała sucho, a parę osób w szatni parsknęło śmiechem. — Nie jakieś walki na plastikowe szabelki, które spotkały się z pozytywnym odzewem. Gdyby to nie było zgodnie z OSHA, bardzo szybko by nam przerwali.
Chait tylko nerwowo się uśmiechnął i kiwnął głową. Dahlia chwilę zatrzymała myśli, wpatrując się w niego. Może powinna nieco zwolnić? Wyglądał mizernie i poprawiał plecak zdecydowanie za często. Żarówki o wyjątkowo chłodnej barwie światła tylko pogłębiały ten depresyjny widok.
— Słuchaj. Stresowanie się w nowym miejscu pracy jest, eee, naturalne. Nie zrobiłeś nic złego. Jeszcze. Po prostu… trafiliśmy na mojego nemezis.
— A, aha. Nemezis.
— Wiesz, co to znaczy? — upewniała się.
Już miała wielokrotnie problem z powodu używania greckich słówek, które dla innych brzmiały zbyt mądrze i elokwentnie. Wyjaśnianie tego też było problematyczne. „Wychowywałam się w obozie, w którym razem z innymi dzieciakami z ADHD uczyłam się greki oraz mitów, to jest dla mnie naturalne i normalne”.
— Tak, tak, wiem. Orientuję się. — skwitował od razu, unosząc ręce. — Nie lubimy tego koordynatora i go unikamy.
— Ja na pewno unikam. Ty jeszcze mu nie podpadłeś. On i tak pewnie uważa, że to ja cię do tego performansu zmusiłam.
Stanęli na korytarzu przed tablicą stanowisk. Szukali swoich nazwisk, po czym wskazała na mapie, gdzie Chait ma się udać. Tego dnia mieli pracować na zupełnie osobnych punktach, jedno w księżniczkowej strefie a drugie w sci-fi. Dała koledze parę wskazówek, jak radzić sobie w tej pierwszej lokacji i już miała ruszyć w swoją stronę, gdyby nie postać stojąca we framudze. Na końcu korytarza. Światło dzienne musiało być wyjątkowo mocne, bo zauważyła, jak głowa cienia prawie styka się z jej butami.
— O, dobrze, że cię widzę, Dahlia. Zmiana planów. Sprzątacze zachorowali i potrzebujemy kogoś na cito. — padł mocny nacisk na „dobrze”.
Przekleństwo memłało się w jej ustach.
— To przykre.
— Już rozmawiałem z innym koordynatorem. Dzisiaj idziesz na sprzątanie. — uśmiechnął się sztucznie Nathaniel.
Stanęli naprzeciwko siebie. Mało było ludzi, którzy byli w stanie zrównać się z jej wzrostem, ale on był jednym z nich. Był za to dosyć cherlawej postury. Co się pierwsze rzucało w oczy, to jego gładka czaszka. Nie można było mu zarzucić braku schludności, swoje wąsy oraz brodę utrzymywał nienagannie. Miał też wyjątkowo irytujący, zdaniem Dahlii, tik podwijania wąsa.
— Co za zbieg okoliczności. Drugiego dnia nagle ktoś zachorował i to ja mam pracować. Taka potrzebna jestem. Złota rączka. — chłodno odpowiedziała.
Przynajmniej wiedziała, jak w jego towarzystwie rozmawiać, żeby nie dostać uwagi. Ostatnim razem prawie skończyła z dyscyplinarką. Teraz popełniła zasadniczo tylko jeden błąd.
Obejrzała się za siebie, sprawdzając, czy Chait dalej tam stoi. Oczywiście, że stał. Co ma robić świeżak, kiedy jego „mentorka” wdaje się w dyskusję z koordynatorem? Nate to zauważył i momentalnie oczy mu się zwęziły.
— A to kto?
— Świeżak z Nowego Jorku. Wdrażam go w zasady, koordynatorze. — akcentowała ostatnie słowo.
Mierzył Chaita od góry do dołu. Widocznie w jego oczach był zbyt drobny i mizerny, więc machnął reką.
— Myślę, że możesz kontynuować mentorowanie przy sprzątaniu. Przydzielę ci go, w ramach towarzystwa. Żeby nie było, że sama masz zamiar wykonać czarną robotę.


— Zabawa. — to był jej jedyny komentarz. Po tym, jak się przebrali w stroje sprzątaczy, całą drogę Dahlia wpatrywała się morderczym wzrokiem w płytki. Chait dotrzymywał jej kroku, wpatrując się dyplomatycznie w miotłę oraz wiaderka. Możliwe, że dla innych wyglądała właśnie jak krążownik, który idzie na pełnowymiarową wojnę i pospiesznie odsuwali się jej z drogi, a on mógł tylko nerwowo się uśmiechać do nich.
Stanęli przed znajomą strefą. Zamiast wchodzić po mostkach, musieli zejść na poziom jaskini. Nie było głęboko, w ścianach były ukryte włączniki światła, generalnie nie było niczego, co by miało być niebezpieczne. W pewnym momencie zatrzymała się i rozłożyła środki do czyszczenia.
— To… tutaj? — niepewnie zapytał się Chait.
— Tak. Okazuje się, ze trzeba czyścić kamienie w jaskiniach. Super robota.
Mrugnął parę razy.
— Czyszczenie kamieni?
— Tak. Jest wilgotno, plus dzieci lubią tutaj pluć. Patrzą, gdzie to spada.
— Czyścimy ślinę dzieci z kamieni.
— Tak.
Po czym wzięła jedno z wiaderek, postawiła na ziemi. Wzięła głęboki oddech, stała tak jeszcze chwilę, po czym nagle jednym, celnym kopniakiem posłała wiaderko w czeluść jaskini. Zniknęło w ciemności, można było tylko usłyszeć głośny trzask. Przyniosło to natychmiastową ulgę. Gdy się odwróciła, Chait szybko odwrócił wzrok, szorując kamienie szeroką szczotką. Wzięła swoją, po czym zajęła się swoją partią ściany.
— To nie twoja wina. — przerwała ciszę między nimi.
Miała wrażenie, że Chait rzadko sam z siebie pyta. Wydawał się tym typem osoby, co nie chce się narzucać. Nawet na moment wezbrało się w niej poczucie winy, że z jej powodu teraz szoruje zatęchłą grotę, zamiast być dobrze ubranym, miłym kelnerem w świecie księżniczek. Zbierałoby się dalej, gdyby nie fakt, że to nie ona przydzieliła go do tej roboty. Należały się jemu wyjaśnienia.
— Widocznie dalej boli go, że odrzuciłam go na randce, na którą zgodziłam się z litości. — wyjaśniła, najkrócej jak mogła, przy okazji się krzywiąc. — Bogowie, jakie to żenujące. Aż mnie dreszcze przechodzą, jak o tym opowiadam.


Chait?
────
[959 słów: Dahlia otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Zanim miała skomentować pegazy w Obozie Herosów, coś zaiskrzyło w powietrzu.
Anemoi, czy tam venti, dało się łatwo rozpoznać. Były nieprzewidywalne, atakowały od razu, zazwyczaj pod postacią chłopców w archetypie „cocky fuckboy”. Nie jej definicja, ale dobrze oddawała te paskudy. Teraz ich postacie były osłonięte przez burzowe, ciemne chmury, w których co jakiś czas trzaskała cicho błyskawica. Było to większe niż zwykłe anemoi, ale to nie przeszkadzało. Większy przeciwnik może i był silniejszy, ale był też łatwiejszy do trafienia. Dahlia osłaniała spokojnie Inez przed ciosem tego potwora, dopóki nie usłyszała jej jęku „hijo de la chingada”.
— Co do… — skomentowała i poczuła nagły odrzut. Oraz zapach fasoli z puszki Campbella.
Nie, żeby to miało teraz jakieś znaczenie. Przeturlała się po ziemi i syknęła głośno pod nosem, kiedy zobaczyła drugiego potwora górującego nad rzymskim obozowiczem. Szanse w walce były nieco wyrównane, musiała tylko dopilnować, żeby Inez zdążyła wystrzelić z gastrafetesa. Zwykle jeden bełt załatwiał sprawę.
Zamachnęła się szablą w kierunku jednego z nich, ale zdążył uniknąć.
— Ha! Za wolno!
— Dobra robota, Archie! Go Bears! — wrzasnął radośnie drugi.
Po czym zaczęli prężyć muskuły, o ile usposobienia wiatrów mogą mieć jakiekolwiek, oraz przybijać sobie piątki. Inez otrząsnęła się i napięła bełt.
— Jakie niedźwiedzie?! — wrzasnęła, rozglądając się gorączkowo. — Gdzie?!
— Strzelaj!
Pocisk poszybował z prędkością, której nawet venti nie przewidział. Zostawił po sobie dziurę w burzowym bycie, który zaczął krzyczeć z bólu. Gdy jednak spodziewała się, że to słynne cesarskie złoto załatwi sprawę, rozpierzchnięta materia formowała się na nowo.
— Dziwne. Lupa uczyła mnie, że venti łatwo się roz-rozpadają.
— Fakt, dziwne. Może jest silniejszy i trzeba więcej strzał?
Kiwnęła głową.
Venti/Anemoi zwróciły się w ich stronę.
— Ej, ej, co to było?! Nie strzela się do takiego byka, jakim jest Brian! — błyskawice trzaskały częściej i mocniej niż zwykle.
— Najpierw niedźwiedź, potem byk? O co chodzi? — wymamrotała Inez.
Już jeden z venti miał się wbić w nią, z dużym impetem, gdyby nie osłonięcie przez Dahlię. Nie miała do odhaczenia w bingo złapania podirytowanej chmurki przesyconej zapachem Old Spice, ale nie miała innej opcji. Słyszała historie o ujarzmianiu tych istot, szczególnie przez przechwalające się dziecko Zeusa, ale nie miała pojęcia, że to rzeczywiście jest trudne. Brzmiało zabawnie, wykonanie gorsze. Włosy stanęły jej dęba, ale przynajmniej mogła w końcu zamachnąć się szablą, w różne kierunki. Szatkowała, jak mogła, po czym podniosła się z trudem. Niektóre błyskawice zaatakowały, chwilowo paraliżując miejsca styku z ciałem. Znowu poczuła podmuch.
Tym razem był silniejszy i impet wrzucił ją na stoisko lunaparkowe. Nie dość, że obiła plecy o ladę, przez co bardzo boleśnie syknęła, to jeszcze trafiła w drugą. Trafiła głową w blaszane puszki, strącając wszystkie. W oddali usłyszała wołanie rzymskiego półboga, ale nie zarejestrowała konkretnych słów.
Podniosła się i zauważyła Archiego szarżującego na nią. Wiele przeszła, ale gdyby dała się pokonać takiemu potworowi, oznaczonego w książce obozowej pod rubryką „jak cię pokona, to masz skill issue”, to by się mocno wstydziła. Nawet po śmierci. Nie miała czasu się zastanawiać, czemu nie poszedł w cholerę do Tartaru, albo przynajmniej się nie osłabił, tylko złapała pluszaka.
— Gratuluję, wyczyściłeś wszystkie puszki. Nagroda dla Miśka! Go Bears! — po czym cisnęła pluszakiem niedźwiedzia w bok. Zdezorientowany anemoi od razu skręcił, próbując złapać drogocenną zdobycz.
Inez trzymała się wyjątkowo dzielnie. Osłoniła się stołem, próbując wycelować w szamoczącego się dookoła Briana. Ventus zaplątał się w mnóstwo balonów, przez co wyglądał jak kretyn, a Inez ładowała pociski w niego. Przechodziły na wylot, acz z dziurami, które by wysłały normalnego potwora tam, skąd przybył.
— Dahlia, moje strzały nie działają! — jej głos był niemal płaczliwy.
— Ani moje szable. Musimy znaleźć jakieś miejsce na przemyślenie planu.
Po czym wyciągnęła ziarna z kieszeni. Wbiła je w ziemię i od razu stworzyła ścianę listowia, kupując im trochę czasu.
Venti przeskoczyły ten prowizoryczny mur, po czym atakowały kolejny raz dziewczyny. Wyglądały jak podirytowane osy, przy okazji wykrzykiwały bojowe przyśpiewki.
Na szczęście byli na tyle głupi, że się nie zorientowali, że atakują iluzje. Półboginie schowały się za ladą, zbierając siły.
— Niezłe iluzje. Ile mamy czasu?
— Na pewno dziesięć minut. Mogłabym dłużej, ale wymaga to ode mnie koncentracji. Dlaczego się nie chcą zabić? — Inez napinała gastrafetes, przy okazji badając, czy nie był uszkodzony.
— Nie mam pojęcia. Wydawało mi się, że trafiłam na pewno szablą.
— Ale jak twój spiż na niego nie działał, moje złoto też nie?
— Może powinnyśmy się zamienić? Może jeden z nich to anemoi, a drugi ventus i są odporni na metale z drużyny przeciwnej?
— Możliwe. O co chodzi z tymi niedźwiedziami?
— Trafiłyśmy na najgorszy typ potwora.
— Że taki… najsilniejszy?
— Nie, potwora, który normalnie siedzi w high school, w drużynie sportowej. Której maskotką jest brzydki niedźwiedź. Oni zapewne w wolnym czasie nękają inne dzieciaki i wsadzają ich głowy do kibli.
— A. Czyli trafiłyśmy na jocków.
Dahlia kiwnęła głową. Pomyślała, że mogło być jednak gorzej. To tylko jakieś mało inteligentne anemoi, które prężą mięśnie i gadają o niedźwiedziach. Arnar kiedyś spotkało młodociane harpie, które goniły jeno, wykrzykując włoskie brainroty.
— Daj znać, jak będziesz gotowa. Mam jeszcze sporo siły, pomijając ból pleców.
Inez nie wyglądała na przekonaną i przełykała gulę w gardle.
— A co, jak zamiana się nie powiedzie i oboje są odporni na nasze bronie?
— Wtedy będziemy improwizować. To niemożliwe, żeby byli odporni. Każdy ma jakąś słabość i musimy ją znaleźć. — mruknęła, szukając w głowie przydatnych informacji na temat anemoi.
Poprawiła chwyt w szablach i spojrzała na dziewczynę, która wyglądała trochę jak smutny szczeniak.
— Damy radę. Osłonię cię w razie czego.


Inez?
────
[893 słowa: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

piątek, 10 lipca 2026

Od Vex CD Kaliny — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ V

Wciąga powietrze w płonące żywym ogniem płuca, żeby mieć w nich wystarczająco dużo powietrza na wykrzyknięcie cudownej, improwizowanej wiązanki przekleństw. I z jakiegoś powodu nikt go jeszcze nie powstrzymuje ani nie ucisza (to dziwna odmiana od obozowej rzeczywistości), więc udaje mu się wydusić z siebie:
– TY ZJEŁ—
Ale Kalina wyczuwa odpowiedni moment na strategiczne wymierzenie Vex bolesnego kuksańca w bok, przez co wiązanka przekleństw zmienia się w smutny skowyt zranionego zwierzaka.
– Niczego nie ukradłam – oświadcza pewna siebie dziewczyna, mimo że pracownica sklepu nie wydaje się skora do zmiany zdania. Ani do zmiany miny na jakąś niewyrażającą ogromnej niechęci.
– Ty kurwo – Vex uzupełnia to wspaniałe oświadczenie, wściekłe patrząc Kalinie prosto w oczy. – To bolało.
– Jeśli się stąd nie wyniesiecie, dzwonię na policję – oznajmia sprzedawczyni, już trzymając telefon w gotowości. Kolejna się znalazła.
– Chcieliśmy tylko kupić, eee, kupić… – Kalina plącze się w słowach, gdy zdaje sobie sprawę z tego, że znajdują się w alejce pełnej alkoholu i żadne z nich nie ma skończonych dwudziestu jeden lat. To niekoniecznie daje im dużo wymówek.
– Szlugi – uzupełnia Vex, bo najwyraźniej właśnie takie rzeczy jako pierwsze przychodzą mu do głowy. Zakzane jabłko i te sprawy. Odpowiada im zszokowane milczenie ekspedientki, która bardzo natarczywym wzrokiem wpatruje się w wąsy tlenowe Vex. – ALE. Ale. Skoro tak nas traktujesz. To niczego tu NIE KUPIMY. I tu już nigdy NIE WRÓCIMY. I wystawimy temu sklepu… temu… sklepo- TEMU MIEJSCU opinię zero gwiazdek na Googlu, żebyś premii nie dostała – wyrzuca z siebie zdecydowanie za dużo słów, jak na czas, w którym chciało to wszystko wypowiedzieć i oprócz tego, że jego słowa ciągle przerywał szum bardzo głośnego wciągania powietrza, to dodatkowo kończy zadyszane. – IDZIEMY, KURWA, STĄD – decyduje i odwraca się, głośno tupiąc rozpadającymi się martensami, prawdopodobnie wykorzystując resztki swojej energii (będąc i tak przez większość czasu napędzane wyłącznie adrenaliną).
– Co to było? – pyta Kalina, gdy nieszczęśliwie z powrotem znajdują się na ulicy, wciąż z tymi samymi problemami, jak parę minut temu.
– Chuj. Nieważne. – Vex rozgląda się pospiesznie, a razem z nim dziewczyna, oboje wypatrują przeklętej, drepczącej staruszki.
– Tam jest, stara jędza – informuje Kalina, niepotrzebnie przyciszając głos. Babsztyl bowiem zadreptał już całkiem daleko podczas nieprzyjemnej interakcji półbogów ze sprzedawczynią. Pewnie babunia wciąż jest przekonana, że dwójka młodocianych przestępców w spokoju dalej marszobiegnie przed siebie, w czym starowinka ukazuje swoje dość małe pojęcie o tym, że młodzież jednak może być bardziej mądra niż głupia.
– No. To po prostu wracamy, skąd przyszliśmy – stwierdza Vex, ale Kalina już kręci głową.
– Ale mogli wezwać policję do tego twojego… wyrazu artystycznego…?
– Nieeeee, daj spokój. – Wzrusza ramionami, szczerze mając gdzieś, czy policja wieczorem zapuka w drzwi mieszkania jego matki, czy nie. – I niby gdzie indziej mamy iść?
– No, na przy-
– PANI ROSALIE!!! – wrzeszczy jakiś facet z przeciwległej strony ulicy. – TU SĄ!!!
– NO JA PIERDOLĘ NIC INNEGO …… NIE MASZ DO ROBOTY PÓŁMÓZGI …… TROGLODYTO ANALFABETO …… JEBANY ĆWIERĆINTELIGENCIE – wrzeszczy Vex, najgłośniej jak potrafi, choć z dość uciążliwymi chwilami ciszy na szybki wdech. – PIES CI MATKĘ JEBAŁ!!!
– CHODŹ – krzyczy Kalina, z niepokojem zauważając, że spory tłum ludzi zgromadzonych wokół nich nie tylko wbija w nich ciekawskie spojrzenia, ale niektórzy nawet ich nagrywają. Jeżeli to wyląduje na jakimś tiktoku, to żadne z nich nie będzie miało życia. Potencjalnie równbież połowa nastolatków/młodych dorosłych z niebieskimi i fioletowymi włosami, ktorzy mieszkają w San Francisco i w spokoju wiodą życie normalnych obywateli.
– NIE BĘDZIESZ MI ROZKAZYWAĆ – oznajmia Vex, ale mimo tego i tak rusza za dziewczyną, niemiłosiernie wkurwione na cały świat.
Wznawiają swoje tempo nieszczególnie szybkiej ucieczki (na szczęście żaden z gapiów nie jest na tyle zaangażowany w sytuację, żeby ich gonić), bo pani Rosalie coraz bardziej się do nich zbliża swoim pełnym nienawiści dreptaniem.
Chyba żadne z półbogów nie do końca wie, gdzie mają zamiar uciec. I jak mają zamiar to zrobić. Dopóki nie docierają do zejścia do metra, które Vex prawie omija, bo jakiś czas temu postanowiło patrzeć tylko przed siebie i mieć w dupie cały świat dookoła. Kalina musi aż pociągnąć go za rękaw bluzy, żeby wreszcie się zorientowało, że los podsuwa im pod nos rozwiązanie wszystkich problemów. Ochoczo schodzą po schodach, oboje już zadyszeni i zdenerwowani, a czekanie tych parunastu sekund na przyjechanie następnego pociągu w jakąkolwiek stronę przyprawia ich o stan przedzawałowy. Oboje bardzo niepodejrzanie nie wiedzą, co zrobić z rękami i ciągle oglądają się za siebie, jakby zaraz do metra miała wbiec cała armia komandosów od zadań specjalnych i bardzo tajnych. Ludzie, jak to ludzie, nie zwracają na nich wiekszej uwagi poza tym, że oboje mają kolorowe włosy i, co za tym idzie, jakieś zaimki w pakiecie.
Wskakują do pierwszego lepszego wagonu pociągu jadącego w pierwszą lepszą stronę, oboje zbyt nabuzowani i wściekli na całą populację 60+ całego okrągłego świata, żeby w ogóle spojrzeć, gdzie jadą. I gdzie mogą wysiąść, żeby dostać się… gdzieś.
Wagon jest cały zatłoczony, ale wystarczy, że Vex ostentacyjnie wskazuje na swoje wąsy tlenowe i magicznie znajduje się dla niego miejsce siedzące. Dla Kaliny nie. Zmuszona jest stać nad Vex, ściśnięta razem z innymi ludźmi jak sardynka w puszce.
– Teraz na pewno jej uciekliśmy – oznajmia Vex, rozsiadając się na swoim twardym i bardzo niewygodnym siedzonku tak szeroko, jak tylko jest w stanie, tylko trochę naruszając prywatną przestrzeń kobiety siedzącej obok niego.
– No nie wiem – mamrocze Kalina z niepokojem wymalowanym na twarzy i w oczach. – Oni tam nas nagrali.
– Na bogów, ale ty przesadzasz – wzdycha Vex i ostentacyjnie przewraca oczami. – Takich filmików jest w internecie milion.
– Ale mogą nas zidentyfikować.
– Ta. I rozwieszą za nami plakaty gończe, jak w tych wszystkich filmach, których się pewnie naoglądałaś.
– Aha, super, zabij się.
– Jej. – Vex odpowiada Kalinie uniesionymi kciukami w górę i sztucznym uśmiechem, po czym wraca do miny wkurzonego ojca, który wraca do domu po przepracowaniu piętnastu godzin w swojej szanowanej firmie. – Widzisz stąd te takie tablice, co się wyświetlają przystanki?
Kalina staje na palcech i rozgląda się nad głowami ludzi, ale totalnie niczego nie może dostrzec. Kręci więc głową, a Vex bardzo głośno wzdycha.
– Zajebiście – podsumowuje ich aktualną sytuację. Są jak uciekinierzy w kreskówce, a do tego nie mają ani prowiantu, ani niczego do picia, ani pewnie w ogóle jakiejś porządnej ilości pieniędzy…
– Bileciki do kontroli~!
ANI biletów, ani pewnie możliwości kupienia tych biletów. Vex nie ma też przy sobie żadnego dokumentu tożsamości.
– Serio. – Vex patrzy Kalinie prosto w oczy wzrokiem pokonanego człowieka pozbawionego nadziei na ratunek. Uśmiechają się do siebie. Uśmiechami pokonanych herosów. – Masz jakieś fajne moce, które jakimś cudem wyciągną nas z tej sytuacji, czy…?


Kalina?
────
[1059 słów: Vex otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Arnar CD Dahlii – „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Na swojej liście, obok taska: „Zostać porwanym”, Arnar zamaszystym gestem rysuje prześlicznego ptaszka (tak zawsze czytało w gazetkach i innych magazynach – wykonane zadania odznaczać ptaszkami; trochę mu się to nie podoba, bo ptaki należą do szeroko pojętego królestwa zwierząt, więc zamiast nich rysuje uproszczone loga McDonalda, na widok który również trochę się wstydzi). Zuperłnie szczerze nie spodziewało się, że będzie miało na tyle szczęścia, żeby naprawdę zostać pełnoprawnie porwanym. Raczej myślało, że będzie musiało specjalnie ukartować całą sytuację, ale tego by sobie w życiu nie wybaczyło. Nawet jako bardzo dumne ze swojego pochodzenia dziecko Hermesa ma jakieś zasady honoru i jeśli przez oszustwo może dojść do celu, to jeszcze spoko, ale jeśli oszustwo jest tym celem, to odbiera to bardzo dużą część zabawy w odhaczaniu rzeczy na liście zadań.
– Panowie są wspaniali – zwraca się do dwójki mężczyzn w garniturach i ciemnych okularach, którzy ze skwaszonymi minami skupiają się na gburowatym prowadzeniu limuzyny. – Dzięki panom spełniłom swoje marzenie. Chcą panowie parę pesos, może?
Mężczyźni mu nie odpowiedzieli, ale wqymienili ze sobą trochę zdezorientowane spojrzenia, które Arnar odebrało jako: „Nie mamy pojęcia, czym, do jasnego chuja, jest pesos”, ale tak naprawdę oznaczały: „PRZECIEŻ NIE BRALIŚMY NIKOGO Z PSYCHIATRYKA”.
Zadowolone Arnar rozsiadło się wygodniej na tylnej kanapie luiksusowego samochodu i wyjrzało przez ciemną szybę na migające za oknem miasto. Nawet go nie związali, choć ono tak naprawdę trochę nalegało, bo w końcu to jedna z podstawowych zasad bycia porwanym. Może poszło za nimi zbyt dobrowolnie, więc w sumie nie musleli sie wysilać. Postanowiło machnąć na to ręką i skupić się na tym, że będzie musiało uciec, zanim postanowią poodcinać mu palce. W jego głowie jest to zdecydowanie znacznie bardziej proste niż powinno być. Może to dzięki tamtej ucieczce przed gorgoną jest takie pewne siebie.
Limuzyna wreszcie zajeżdża na miejsce, a przynajmniej Arnar domyśla się tergo dzięki temu, że się zatrzymali. I nie zatrzymali się na stacji paliw ani pod Walmartem, więc to oznacza, że są u celu. Proste rozumowanie nader inteligentnego półboga.
Jeden z facetów w okularach otwiera mu drzwi, drugi mamrocze coś co może być zarówno „Chodź za nami” jak i „Chłód złamany”. Arnar drogą czystej dedukcji dociera do tego, która z tych opcji jest poprawna i posłusznie idzie za mężczyznami.
– O cholerka – wydusza z siebie, gdy przed nim, jak spod ziemi, wyrasta znajoma postać (czyli facet, któremu ukradło portfel i z Lucienem sprawili, że rzuciła go jego ówczesna lala). – Pan… Lewis Trolley?
– Lawliet Taylor.
– Aha. No tak. Rzeczywiście – oznajmia Arnar z uśmiechem, przyglądając się Taylorowi, który ani trochę nie wydaje się zadowolony z ich ponownego spotkania, choć najwyraźniej to on tutaj sprawadził nieszczęsnego półboga. – Jak się pan ma?
– Posłuchaj, jak oddasz mi moje pieniądze, to wszystko rozejdzie się po kościach. I żadnej z twoich nie połamiemy.
– Mhmmmmm – mruczy Arnar, kiwając się na piętach. – Ale ja ich nie mam.
– ???
– No. Nie mam. Gdzieś mi musiał wypaść.
Lawliet Taylor nie wytrzymuje i jego twarz przybiera bardziej znajomy Arnar kolor – wściekłą czerwień. Zamiast poprosić o to swoich ochroniarzy (z których jeden dłubie w nosie, a drugi drapie się po dupie), rzuca się na herosa samodzielnie i wychodzi mu to co najwyżej miernie. Arnar nawet nie musi się wysilać, bo nawet we śnie jest szybsze od faceta w obcisłym garniaku, który chyba w swoich najśmielszych snach jest w stanie ukryć wystający piwny brzuszek.
– To ja będę lecieć – oznajmia Arnar po uniknięciu kolejnych kilku ciosów, patrząc prosto w oczy zadyszanego Lawlieta Taylora. – Ale mogę dać panu parę pesos, bo i tak mi się do niczego nie przydadzą. Znaczy, mogłobym przejść się do kantoru, ale ciągle o tym zapominam.
– AAAAARFFHFHHFFGGGGGGGGGGGGGGGGH – odpowiada Lawliet Taylor, podczas gdy jego ochroniarze przyglądają się tej żałosnej potyczce z bezpiecznej odległości.
– No to nie. Strzałeczka! – Arnar, dumne z siebie, opuszcza miejsce zdarzenia. Za sobą słyszy wrzask Lawlieta Taylora, który karze swoim facetom w okularkach przeciwsłonecznych gonić uciekiniera, ale okazuje się, że to właśnie uciekinier miał być fundatorem ich wypłaty.
Jak w każdym filmie akcji tego typu, Arnar bezpiecznie ukrywa się w ciemnym zaułku po szybkim zakupie wody mineralnej na pobliskiej stacji benzynowej. Znalezionym w kieszeni drucikiem robi dziury w zakrętce i w świetle już powoli zachodzącego słońca rozbryzguje wodę na prawie całą alejkę.
Tęcza jakaś jest, ale trochę marna.
Wygrzebuje z kieszeni coś, co w dotyku bardziej przypomina drachmę, niż pesos albo dolary i rzuca tym w ledwo migocącą tęczunię.
– Hej Iris, jesteś super bardzo cię lubię. Połączysz mnie z Dahlią Chestnut, ładnie proszę? – Drachma znika, a zamiast niej w kropelkach wody pojawia się rozdygotana twarz, która nie jest twarzą córki Demeter. – Pęcisław?
– ARnR?
– Hej, Pęcisław, porwali mnie.
– …c0?
– Porwali. Jestem gdzieś trochę daleko, ale w sumie to nie wiem, gdzie.
– dhIa ćb szka!!!
– Eeeeee, okej? Powiedz Dahlii, że wrócę jakimś autobusem do centrum, oki? Chyba daleko nie jestem, ale nie wiem w sumie.
– KRWA N SŁSZ Ć.
Arnar nie zdążyło się pożegnać, bo skończyła mu się woda mineralna. Z poczuciem dobrze wykonanego zadania, idzie szukać najbliższego przystanku autobusowego.


Dahlia?
────
[816 słów: Arnar otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

Jesień IV

Powrót do baraku Ricky'ego jest dla Kuźmy jak powrót do szkoły po wakacjach spędzonych na wszystkim, byle nie na żadnej formie nauki. W środku śmierdzi milionem niezidentyfikowanych substancji, których zapachy niefortunnie się na siebie nałożyły i jednogłośnie postanowiły przybrać swąd spalonego toksycznego mleka. Dziewczyna z całego serca współczuje wszystkim tutejszym lokatorom, dopóki nie orientuje się, że przecież wszyscy już dawno przyzwyczaili się do ekscesów Ricky'ego, z których zapach jest naprawdę najmniejszym problemem.
Całą swoją ekscentryczną grupką pochylają się nad ołowianą trumną Marii Skłodowskiej-Curie i pomiędzy nimi przelatuje niewypowiedziane przez nikogo pytanie: „To co tak właściwie teraz robimy?”. Atmosfera zmienia się dopiero wtedy, gdy któreś z dzieciaków Wulkana dostrzega spokojnie odpoczywające na jeszcze niedziurawym talerzu spaghetti. Wulkaniątko postanawia wznieść zatem okrzyk pełen niewysłowienie ogromnego zdumienia, a dopiero potem rzec podniesionym głosem:
– CO TO KURWA JEST.
– Latający Potwór Spaghetti – odpowiada Kuźma, wypluwając z siebie każdą sylabę z obrzydzeniem godnym zagozałego konfederaty, który właśnie odkrył istnienie kobiet. – Teraz leży. Ale może ci wlecieć w twarz i jeszcze bardziej wykrzywić nos, jak się nie uspokoisz. Zresztą. Rozmawialiśmy już o tym. To te grzyby. Nie narkotyki.
– Wy na pewno nie chcecie tym kogoś zabić? – rzeczowo pyta Alvin, który z dużą dozą niepewności i niepokoju poprawia swoje pancerne rękawiczki, żeby na pewno nie odsłoniły choćby najmniejszego fragmentu jego skóry. – Bo możemy powiedzieć centurionom i wtedy…
– Centurioni już wiedzą – ucina Kuźma. – Prawda, Ricky?
– Zostałem poddany torturom – mamrocze chłopak, co niekoniecznie ma jakikolwiek sens bez żadnego kontekstu. – Jeśli się tego nie pozbędziemy, to zostanę poddany kolejnym.
– Właśnie. Po to ta trumna.
– Inaczej zatrujemy ekosystem i już nigdy nie powstaną nowe Pokemony. I wszystkie inne wyginą. A moje karty… – Ricky nadgarstkiem wyciera nos, z którego sączą się gęste gluty. – To byłoby bardzo smutne.
– Okeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeej – Alvin i reszta Wulkaniątek wydają się jeszcze bardziej zdezorientowani niż wcześniej. – Dorobimy te kółka i spadamy. Tyle. Zapominamy o wszystkim, co się tutaj działo. Koniec.
– Mamy podpisać jakąś deklarację poufności? – prycha Kuźma, mimo że w głębi serca odczuwa coś w rodzaju ulgi.
– Mogę podpisać się ogniem – mówi Ricky i z jakiegoś powodu każdy go ignoruje. Chyba wszyscy stwierdzają, że to nigdy nie miało być pytaniem i nie ma sensu rozpoczynać kłótni, bo żadna deklaracja poufności nagle nie pojawi się w trumnie. – Gdzieś nawet miałem takie fajne zapałki!! Serio, takie wiecie. Takie super fajne, takie… nie potrafię wytłumaczyć, czekajcie, czekajcie, zaraz wam pokażę!!! – Z tymi słowami Ricky nurkuje pod łóżko, żeby jeszcze długo spod niego nie wyskoczyć.
– Długo wam to zajmie? – pyta Kuźma, po czym bardzo dokładnie lustruje skrawek łóżka Ricky'ego, żeby ostrożnie na nim usiąść i usłyszeć zgłuszone stęknięcie spod swojego tyłka. – Sorry.
– Nie szkodzi!! – odpowiada Ricky i przesuwa swoją akcję poszukiwawczą na trochę inny kawałek zakurzonej podłogi.
– Eee, nie, chwilkę tylko – rzuca Alvin, wracając do pytania dziewczyny. Skądś wyczarował kilka kółek od fotela biurowego i Kuźma podejrzewa, że po prostu nosi milion takich niepotrabnych części w swoich obszernych spodniach moro z większą ilością kieszeni niż najśmielsze wyobrażenia heroski o spodniach rasowych budowlańców.
– A one nie-
– MAM – przerywa jej Ricky, a jego krzyk zostaje odrobinę stłumiony przez materac. Chłopak desperacko próbuje wydostać się spod łóżka, ale czołganie się do tyłu tragicznie go zawodzi. Gdy wreszcie, po zdobyciu kilkunastu nowych siniaków i wzburzeniu ogromnej chmury kurzy, przez którą Kuźmie łzawią oczy, Ricky triumfalnie staje na obydwu nogach, cały brudny i wymięty, ale szczęśliwy. W dłoni tryumfalnie ściska pudełko jakby od zapałek, ale nie do końca. – MOJE ZAPAŁKI!!! – Potrząsa pudełeczkiem i, ku zdumieniu wszystkich obecnych, wydaje ono z siebie charakterystyczny dźwięk dla METALOWYCH przedmiotów obijających się o siebie.
– Pokaż. – Kuźma odbiera Ricky'emu pudełko zapałek, ogląda je pobieżnie (etykietę pieczołowicie zdrapano), a gdy odważa się je otworzyć, odkrywa kilkadziesiąt metalowych pałeczek, które w życiu obok zapałek nie stały. Wyglądają bardziej jak patyczki, których używa się do nauki liczenia we wczesnej podstawówce. – Jaki szajs. Ty tego nigdy nie zapalisz.
– Ej – mówi Ricky z bardzo smutną miną. – Kiedyś mi się udało.
Kuźma nie ma zamiaru uwierzyć mu w te słowa.


Ricky?
────
[650 słów: Kuźma otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Lucasa — „Ryan Gosling to dosłownie ja”

Poprzednie opowiadanie

— Ale dlaczego ja? — mężczyzna nie był przekonany. — Jest tyle ludzi dookoła.
— Bo… wygląda pan… jakby umiał to zrobić? — uśmiechnął się głupkowato. Starał się brzmieć tak miło, jak tylko potrafił.
— Ja… pan? — spojrzał na Mikołaja zaskoczonym wzrokiem. Nastolatek zorientował się, że może jednak mimo starań powiedział coś nie tak.
— Jesteś stary, Lucas — zaśmiała się stojąca obok Mia. — Potrzymać ją? — spytała, wystawiając ręce po Ruby.
— Mam dwadzieścia lat! — oburzył się, oddając dziewczynie dziecko. — Mów mi na „ty”, proszę — zwrócił się do Mikołaja, który patrzył na niego badawczo, jakby próbował go z czymś skojarzyć.
— Lucas? — zapytał zdziwiony.
— Coś nie tak? — Lucas wyglądał na zdezorientowanego. Spojrzał niepewnie na Mię, a potem zadał następne pytanie Mikołajowi. — Znamy się?
— Nie — odparł szybko Mikołaj. — Znaczy tak…tak jakby, ale nie, raczej nie.
Lucas był coraz bardziej zagubiony, co Mikołaj doskonale widział. Chłopak zaczynał żałować, że kiedyś się odezwał. Próbował pocieszać się tym, że nikt w tym mieście go nie zna i nawet jak się zbłaźni, to nikt go nie zapamięta. Był jednak pewien, że Lucasa skądś zna. I nie był to tylko jego niedawny sen.
— Nie wiem, powiedz mu, że twoje dziecko lubi Barbie… Albo coś takiego — zaproponował.
— Ma roczek, mówiłem już.
— Tylko? Myślałem, że… wygląda na starszą — odparł bez zastanowienia i spojrzał na Mię. — O, albo że to dla twojej dziewczyny!
— To nie jest moja dziewczyna! — zaprzeczył, słysząc, jak Mia zaczyna się śmiać.
— To możesz skłamać!
— Ty też.
Mikołaj odwrócił wzrok, nie chcąc przyznać Lucasowi racji. Jego duma nie pozwalała mu ani na to, ani na przepychanie się między zakochanymi faneczkami Ryana Goslinga. Autograf jednak musiał zdobyć. Była to kwestia po pierwsze, ponownie dumy, a po drugie, ważniejsze, pięćdziesięciu złotych, o które założył się z przyjaciółką.
— Strasznie tu głośno, a Ruby chyba usypia — odezwała się w końcu Mia, a gdy Lucas na nią spojrzał, wskazała ruchem głowy na pobliską kawiarnię. — Poczekam z nią tam, okej?
— Jasne, zaraz przyjdę — odparł z uśmiechem i odprowadził dziewczynę wzrokiem. — Dzięki.
— Jesteś wyższy, poczują twoją dominację i cię przepuszczą — powiedział w końcu Mikołaj, łapiąc się pierwszego argumentu, jaki przyszedł mu do głowy.
— Ale to ty jesteś fanem — trafnie zauważył Lucas, w którego głosie nie dało się wyczuć nawet cienia irytacji.
I tu pojawił się problem. Mikołaj w ostatniej chwili ugryzł się w język, aby nie wydało się, że okłamał Lucasa. Tak naprawdę chłopak nie wiedział o aktorze nic, może poza powszechnienie znanymi faktami. Wiedział jedynie, że grał Kena i Rylanda. I to właśnie ten drugi sprawił, że tego dnia znalazł się w całkowicie mu obcym mieście.
Wracał właśnie z dość długiego pobytu w domu i Los Angeles, dziwnym trafem, znalazło się „po drodze” z Polski do Nowego Jorku. Jakiś czas temu spotkał się ze znajomymi na nocowanie, podczas którego postanowili obejrzeć „Projekt Hail Mary”. To właśnie wtedy Mikołajowi przyśniła się walka z klonami Rylanda w Rylandlandzie i to właśnie wtedy chłopak założył się z Elizą o zdobycie autografu autora. Wyczytali gdzieś, że Gosling będzie miał spotkanie z fanami, a jako że Mikołaj i tak niedługo miał wracać do Stanów, to co mu szkodziło wylądować na lotnisku w innym mieście? Jego europejski sposób myślenia stwierdził, że skoro będzie w tym samym państwie, to na jego drugi koniec trafi przecież bez większego problemu w kilka godzin.
— Ale widzisz? Ty mnie teraz bardziej przekonujesz, że tego nie zrobisz, niż ja ciebie, że to zrobisz — powiedział z poważną miną.
— I co?
— To znaczy, że jesteś bardziej przekonujący niż ja.
— To tak nie działa.
— Błagam! Muszę się jeszcze dzisiaj dostać do Nowego Jorku! Nie mam czasu! — Mikołaj prawie że klęknął przed Lucasem na kolana. — Błagam!


Lucas?
────
[589 słów: Mikołaj otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]