WIOSNA, dwa lata temu
Dorian trzymając Terminatora za kark wszedł do restauracji. Zaraz za nim pojawił się Kurt, który nie mógł się nawet na chwilę powstrzymać z obraźliwymi komentarzami na temat Edel. Dziewczyna wypuściła ciężko powietrze z ust. Przeżyła z ich dwójką wystarczająco dużo czasu, że zdążyła się jakkolwiek przyzwyczaić do sarkastycznych, zupełnie niepotrzebnych docinek.
John Johnson zniknął z pola widzenia Edel i Kurta. Brat nawet nie uznał tego za dziwne, bo pierwszą jego myślą było to, że na pewno poszedł skorzystać z toalety.
— Nikogo tutaj nie ma — szepnęła zdenerwowana Edel. Zdążyła już pozbawić się wszystkich skórek przy paznokciach. — Dlaczego w ogóle ta restauracja stoi po środku niczego?
Dorian może nie widział, ale słyszał i potrafił stwierdzić, że restauracja świeci pustkami. W takich fast-foodowych restauracjach zawsze było głośno, a w tej nie było słychać nawet muchy. Na dodatek powietrze w środku było ciężkie, jakby ktoś rozpuścił tutaj niedawno jakiś gaz.
— Oj, dzieci, dzieci — John odezwał się niespodziewanie. Wystraszona Edel podskoczyła, na co Kurt prychnął i przewrócił oczami. — To specjalna restauracja dla specjalnych gości.
— Ciekawe kto jest tym specjalnym gościem — zastanowił się Kurt, mrużąc oczy.
— Chyba nie myślisz o mnie?
Dorian zacisnął dłonie w pięści i ze złości aż zapłonął czerwienią na policzkach. Kurt zachichotał pod nosem.
— Przecież nie jesteście zwykłymi dziećmi — kontynuował John, ignorując nagły wybuch złości Doriana. — Wycieczki szkolne tutaj się nie zapuszczają. Trafiliście tutaj przez przypadek, mam rację?
John uśmiechał się szeroko, chodząc wte i wewte po pustej restauracji. MacDonald bez klientów wyglądał strasznie dziwnie. Nienaturalnie.
Edel wyczuwając zagrożenie, zaczęła się powoli wycofywać. Przez ten czas musiała znosić dwójkę nieznośnych braci, a teraz trafiło na obcego faceta, który przywiózł ich do restauracji po środku niczego. Wolała się stąd ulotnić, nawet jeśli nie miała już żadnych sił.
— No i co? — odezwał się Dorian. Nie bał się staruszka. Miał ze sobą Terminatora i nie zawahałby się go użyć. — Nawet jeśli trafiliśmy tutaj przez przypadek, to co to zmienia?
— Spokojnie, nie chce wam zrobić krzywdy — odpowiedział szybko, zmieniając ton głosu na taki, w jakim mówi się do małych dzieci. — Ta restauracja naprawdę istnieje. Nie postawiła jej żadna magia.
— To dlaczego nikogo tutaj nie ma? — Dorian był już znudzony tą rozmową. John ciągle omijał sedno sprawy, a oni musieli tutaj stać i czekać na nie wiadomo na co. Może za chwilę spadnie im na głowę jakiś potwór?
— Restauracja jest niewidoczna dla zwykłych ludzi — wytłumaczył. — Mam oczywiście na myśli śmiertelników.
Edel mimowolnie chwyciła Kurta i Doriana za dłoń. Obydwoje wyrwali się z jej uścisku jak poparzeni. Dziewczyna to zignorowała.
John klasnął w dłonie. Spanikowana Edel odwróciła się w stronę drzwi, ale wtedy zauważyła, że przed nimi stoi… stado koni. Dokładniej mówiąc, stado centaurów.
— Poznajcie moich kolegów! — krzyknął uradowany i w tym momencie do środka zaczęło wchodzić kilkanaście nieparzystokopytnych.
Nagle w restauracji, w której chwilę temu panowała pustka i jedynym odgłosem były oddechy trójki półbogów oraz kroki Johna Johnsona, zawrzało. Centaury zaczęły ze sobą żywo rozmawiać, kilku z nich podeszło do lady, aby coś zamówić, bo niespodziewanie wraz z nimi pojawili się także pracownicy. Kurt i Edel pierwszy raz widzieli centaura w ubraniu roboczym z MacDonalda, sypiącego frytki.
— Usiądźcie — polecił John. — A jeśli chcecie coś zamówić, to zapraszam do lady! Mamy świetnych kasjerów.
Jak na zawołanie, całej trójce zaburczało w brzuchu. Terminator cicho zaskomlał, bo też nie jadł od dobrych kilkunastu godzin i jeśli zaraz nie zostanie nakarmiony, to zje na kolacje koninę (której miał tutaj pod dostatkiem).
— No to… zamawiamy? — zapytała nieśmiało Edel. Siedziała naprzeciwko braci, nerwowo odrywając resztki skórek przy paznokciach.
— Myślicie, że nuggetsy są z kurczaka czy z konia? — zażartował Dorian.
Zaśmiał się tylko Kurt.
— Jeśli nic nie chcecie, to ja spróbuję coś zamówić. — Edel podniosła się i podeszła do lady, przy której obsługiwał niezwykle przystojny centaur. Szkoda, że Dorian nie mógł go zobaczyć.
Inne koniowate pozajmowały wolne miejsca i zaczęły ze sobą głośno rozmawiać. Naprawdę głośno. Terminator ziewnął i położył się u stóp Doriana, upominając go o jedzenie.
— Zamawiasz? — zapytał Kurta.
— Jeszcze mi tam naplują, fuj. — Odwrócił się.
— Paniusia z ciebie — zadrwił i sam podszedł do lady, żeby wziąć sobie jakiegoś burgera, frytki i nuggetsy dla Terminatora.
— Ile tych nuggetsów dla ciebie, kochany? — zapytał kasjer, stukając kopytami.
— Nie mów do mnie kochanie — zwrócił mu natychmiast uwagę. — A ile myślisz, że zjadłby taki pies? — Wskazał na Terminatora.
— Hmm, myślę, że przynajmniej czterdzieści.
Dorian się zamyślił. Czy naprawdę pies wielkości Terminatora najadłby się jedynie czterdziestoma małymi nuggetsami?
— Niech będzie.
Centaur podał mu numerek i poprosił, żeby usiadł, bo u nich panuje kultura przynoszenia jedzenia do stolika. Dziwne, bo przecież w normalnych fast-foodach trzeba samodzielnie odebrać swoje zamówienie.
Edel siedziała przy stoliku z obrażonym Kurtem i ciężko wzdychała. Nie wiadomo, czy była to wina stresu, zmęczenia czy przebodźcowania, bo było tutaj naprawdę głośno. John Johnson, który ich przed chwilą zostawił, przyszedł i bez pytania usiadł obok Edel.
— Jak wam się podoba, dzieciaki? — zapytał z szerokim uśmiechem. — Centaury potrafią się bawić, prawda?
— Pan też jest centaurem?
— A jak myślicie?
────
[813 słów: Dorian otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]