Pokazywanie postów oznaczonych etykietą At the risk of feeling dumb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą At the risk of feeling dumb. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 sierpnia 2026

Od Vergila CD Ivy — „At the risk of feeling dumb”

Poprzednie opowiadanie

Vergil w zasadzie nie zakładał, że Ivy się zgodzi mu pomóc, tym bardziej nie zakładał też, że Ivy będzie chciał mu pomóc… osobiście. Fizycznie. Wchodził do gabinetu z zamiarem usłyszenia czegoś w stylu: „to nie mój problem, masz do wyboru receptę na alprazolam albo grzeczne wyproszenie cię z gabinetu”. W najoptymistyczniejszym scenariuszu było to, że psychiatra poda mu parę konkretnych informacji o Dantem. Vergila nie interesowało łamanie tajemnicy lekarskiej bardziej, niż było w tym przypadku konieczne, absolutnie nie znał się na lekach i w sumie to nie chciał pytać, na co Dante w ogóle choruje (z góry założyłby, że — tak, jak praktycznie wszycy półbogowie — Dante nie radzi sobie z traumą i cierpi na zespół stresu pourazowego, a psychiatra-heros byłby najbliższy temu, żeby w ogóle zrozumieć koncept tego, że twoich przyjaciół rozszarpały potwory). Podanie adresu, namiarów na jego rodzinę lub znajomych, wskazówka jak go znaleźć, wszystko to mogłoby być dla Vergila wystarczające.
Postanowił, że wrócenie do Obozu Jupiter na kolejne kilka godzin nie ma sensu. Jeszcze mniej sensu miało czekanie na Ivy pod gabinetem albo pod budynkiem centrum zdrowia psychicznego. List do obozu powstaje na kolanie Vergila, siedząc z nogami zwisającymi z kalifornijskiego wieżowca. Nie miał przy sobie żadnego sensownego pergaminu, więc papierem została chusteczka ukradziona z przydrożnego sklepu, gdzie chwilę temu kupował hot doga i kawę na wynos, a za atrament posłużył mu zacinający się długopis za 50 centów. Nie, żeby stało się coś niesamowicie ciekawego w ciągu tych kilku godzin, kiedy Vergila nie było w Obozie Jupiter, ale czuł się w obowiązku, żeby poinformować senat o postępach w misji; chociażby na potrzeby tego, gdyby któryś z potworów Dantego zabił go po drodze i kolejna osoba musiałaby pociągnąć sprawę tam, gdzie Vergil ją zostawił.
Gotowy list przytroczył do siodła obozowego pegaza, tego samego, który sprowadził go do San Francisco, i poklepał go po szyi. Koń zarżał, wypuszczając w mroźne powietrze obłoczki ciepłego oddechu, po czym poderwał się w niebo. Vergil pociągnął jeszcze łyk rozwodnionej kawy i zdał sobie sprawę, że bez pegaza będzie musiał schodzić kilkanaście pięter w dół o własnych nogach.
Gdyby tylko umiał otwierać portale.
W ciągu kilku ostatnich dni Vergil nasłuchał się o Dantem tylu epitetów, że spokojnie mógłby wymienić synonimy słowa „szurnięty” bez zająknięcia. To, że jego starzy koledzy z Obozu Jupiter mogli go tak nazywać, to jedno. Nie każdy dał się lubić, Vergil też nie nazywał miło Izana za jego plecami. To, że szurniętym nazwał go jego własny lekarz psychiatrii, sprawiło, że całkowicie zaburzony został obraz Dantego w głowie Vergila. No bo co to w ogóle konkretnie znaczyło? Nie sądził, że niewiara w mitologię była wystarczającym argumentem, żeby ochrzcić kogoś szalonym bez żadnego wahania. Biegał nago po ulicy w środku zimy? Zostawiał na placach zabaw niepokojące rysunki postaci z koszmarów? Lubił sernik z rodzynkami? Gorzej, nie lubił sernika wcale?
System rozumowania interakcji społecznych Vergila był całkiem prosty, jeśli chodziło o angażowanie się w mitologię i zawsze sprowadzał się do rozmowy lub walki. Czasem walka prowadziła do rozmowy (rzadko), a czasem rozmowa do walki (często). Z całą pewnością nie było nic pomiędzy. Problem pojawiał się wtedy, kiedy nie potrafił w żaden sposób skategoryzować Dantego do jednego rozwiązania.
Ugryzł się w język, żeby nie odpowiedzieć Ivy prostym „nie wiem”. W obozie czy też nie, w teorii miał świecić przykładem. Nauczył się już dawno, że wszyscy patrzyli na niego w nadziei, że zawsze miał jakiś plan (nigdy go nie miał), a przyznanie się do niewiedzy wywoływało tylko popłoch.
— Chcę sprawdzić, jak zareaguje na konfrontację — powiedział powoli, stosunkowo dyplomatycznie. Jeszcze chwila i na czole wyskoczyłaby mu żyłka od zbyt intensywnego myślenia. — A potem… w zależności od tego, jak zareaguje…
— Powodzenia — skwitował Ivy. To suche stwierdzenie było dla Vergila czymś pomiędzy złośliwością, szczerością, zrezygnowaniem i poczuciem beznadziei. Zaskakujące, ile różnych korelacji mogło zawierać jedno słowo.
Stali kilkanaście niezręcznych sekund przed kwadratowym, niskim blokiem z pomarańczowej cegły, dopóki Ivy nie przypomniało się, że to on zna adres i to on powinien prowadzić. Vergil wcisnął dłonie w kieszenie kurtki i ruszył za nim po schodach w górę.
Nie był przyzwyczajony do tego, żeby oddawać komuś prowadzenie, Ivy zresztą też nie wyglądał, jakby często był liderem, ale nie było wątpliwości, że to on jakkolwiek zna Dante. Sam przecież przyznał, że Dante jest trochę obłąkany i ciężko było przewidzieć, jak zareaguje na widok kogoś obcego nachodzącego go w domu… chociaż Vergil personalnie bardziej wystraszyłby się, gdyby to właśnie jego psychiatra do niego przyszedł osobiście. Ivy kulturalnie użył dzwonka do drzwi.
Vergil nasłuchiwał, ale po drugiej stronie nie rozległo się żadne krzątanie. Nikt nie krzyknął żadnego „zapraszam”, „zaraz przyjdę” albo „spierdalaj”. Halston w myślach odliczył do dziesięciu sekund, zanim Ivy wcisnął przycisk od dzwonka ponownie.
— Może nie ma go w domu — powiedział Ivy półszeptem, jako ostatnia deska ratunku decydując się na zapukanie do drzwi.
— Wiesz, gdzie indziej go szukać?
Zupełnie jakby marzył o bieganiu po San Francisco, żeby znaleźć domniemanie niebezpiecznego półboga. Najnormalniejszy czwartek.
— Wiem, gdzie pracuje na nocki, ale nie znam adresu. Ale to dosyć… specyficzne miejsce.
Vergil nadwyrężał jego tajemnicę lekarską. „Pracuje w nocy” mogło oznaczać wiele rzeczy: stację benzynową, ochroniarstwo, barmaństwo. Jeśli Ivy nie zamierzał powiedzieć mu wprost i nie miał też adresu, oznaczało to, że to jeszcze nie był koniec ich współpracy.
Wychylił się, żeby pociągnąć za klamkę od drzwi, ostatni raz, tylko po to, żeby móc odhaczyć w swojej głowie punkt, że zrobili tutaj wszystko co mogli. Ku jego zdziwieniu, klamka poddała się pod jego naciskiem i drzwi uchyliły się.
— Zostawia otwarte? — zapytał Vergil, bardziej retorycznie w eter, niż z zamiarem usłyszenia realnej odpowiedzi od Ivy.
— To akurat dziwne. — Ivy zmarszczył brwi. — Jest paranoikiem.
Lekarz popchnął drzwi, ukazując ich oczom widok korytarza kawalerki Dantego. W domu wszystkie światła były zgaszone. Ivy postąpił krok, żeby wejść na korytarz i rozejrzeć się, czy w mieszkaniu na pewno nikogo nie ma.
W korytarzu coś błysnęło. Delikatna poświata, która nie miała żadnego sensownego źródła światła. Vergil musiał zamrugać parę razy, żeby upewnić się, że to nie jego wada wzroku płata mu figle, ale obraz w korytarzu był ewidentnie zakrzywiony. Zanim Ivy zdążył na dobre wparować do środka, Vergil złapał go za materiał płaszcza i zatrzymał w miejscu.
— Czekaj, to chyba jest portal — wytłumaczył szybko.
Wygrzebał z kieszeni kurtki zgnieciony w kulkę paragon za hot doga i kawę, po czym rzucił świstek papieru w korytarz. Niewidzialna siła wciągnęła paragon w połowie lotu.


Ivy?
────
[1048 słów: Vergil otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 13 sierpnia 2026

Od Ivy CD Vergila — „At the risk of feeling dumb”

Poprzednie opowiadanie

Potrzebuje długiej chwili, paru długich sekund, aby dotarło do niego, co dokładnie (a raczej kogo) ma na myśli przybyły. Odwraca od niego wzrok, wzdychając cicho, czując się, jak zapędzony w pułapkę, z której nie ma wyjścia, a jakakolwiek próba wydostania się z niej kończy się ucięciem nóg. Ivy nie musi być przecież szczególnie mądry, aby domyślić się, co implikują jego słowa o ,,obozie wojskowym”, o którym słyszał nie jeden raz. I nie chce mieć z tym nic do czynienia. Z żadnymi kwestiami dotyczącymi Obozu Jupiter. A może raczej kwestiami dotyczącemi Dantego. Z drugiej strony, źle by mu było, gdyby zostawił pretora z jakimś problemem, w którym może pomóć. Odkłada swoje notatki, stwierdzając, że nie będzie z nich dalszego użytku — zapisał aż jedno zdanie — prostuje się, jak w przygotowaniu na to, co może zaraz usłyszeć na temat swojego pacjenta, którego doskonale zna. Zna aż za bardzo. I niekiedy tego żałuje.
Vergil wpatruje się w niego z powagą, jakby była to sprawa życia i śmierci.
— Możliwe, że leczę. Zdajesz sobie sprawę, że i tak nie mogę udzielić ci żadnych informacji? — zwraca się do niego bezpośrednio, mając cichą nadzieję, że to pomoże w daniu do zrozumienia Halstonowi, że nie jest ani trochę chętny na współpracę.
Nie chce prawić mu tu morałów o tajemnicy lekarskiej, gdyż wygląda na wystarczająco inteligentnego, by zdawać sobie z niej sprawę (choć przecież można powiedzieć, że w pewnych przypadkach może ona zostać złamana). Mężczyzna wierci się na krześle, a jego ramiona opadają — musiał spodziewać się takiej odpowiedzi.
— Jest to… dość ważna sprawa, proszę pana — mówi i jak na jeszcze większe, wiarygodniejsze potwierdzenie, kiwa lekko głową. — Gwarantuję, że nie wyszkodzi ani Panu, ani pańskiemu pacjentowi żadnego kłopotu.
— W takim razie, po co ci on, skoro nie ma mieć żadnych kłopotów? — Ivy krzywi się z niedowiary, próbując się nie wzdrygnąć.
— Nie, nie, chyba źle się rozumiemy — odpowiada szybko, gestykulując przy swoich słowach. — Naprawdę, chodzi tylko o wyjaśnienie pewnej istotnej sprawy.
— W takim razie, możesz mi ją wyjaśnić.
Vergil kiwa głową i mówi mu o portalach, potworach i swoich podejrzeniach. Psychiatra słucha z uwagą, nie odwracając wzroku ani nie potakując, przez co pretor musi zastanawiać się, czy do mężczyzny na pewno dociera to, co mówi. Nie zatrzymuje sie z wyjaśnieniami ani na chwilę, a gdy kończy monolog, bez ruchu oczekuje na reakcję. Ivy trawi jego wypowiedź, myśląc o Dante, jak bardzo problem pasuje do jego osoby i jak absurdalne to w pewny sposób jest.
Jeśli Vergil potrzebuje Dantego, Ivy nie sądzi, że ten będzie z nim współpracować. Poprawka, jest to pewne, że nawet jeśli syn Marsa dotrze do półboga, może nie uzyskać chcianego rezultatu, jakikolwiek on jest. Bo jeśli było to przemówienie do rozsądku Dantemu, z pewnością się mu to nie uda. Był osobą zbyt trudną do obycia i (tym bardziej) ujarzmienia.
— Mogę ci pomóc go znaleźć. Nic więcej… raczej ci nie pomogę.
Iskierki nieśmiało pojawiają się w oczach Vergila. Uśmiecha się z widoczną wdzięcznością, a Ivy ma nadzieję, że nie będzie tego żałował. Żegna się z nim, gdy postanawiają, że spotkają się jakiś czas później, gdy skończy pracę. Gdy wychodzi z jego gabinetu, opada ciężarnie na krzesło, chowa twarz w dłoniach i wzdycha ciężko, zastanawiając się, czy nie wpakował się przypadkiem w jakąś popieprzoną aferę.

 
Vergil zgodnie z obietnicą wraca do niego po paru godzinach, życzliwie się z nim witając. Ivy nie wie, jak Dante może zareagować na ich przyjście — tak naprawdę nigdy nie wiadomo, jak może zareagować na… cokolwiek. Żadnej jego reakcji nie da się przewidzieć, czy będzie to wybuch złości, agresja, płacz czy śmiech. Ta ostatnia byłaby najmilej widziana, o ile nie przemieniłaby się w psychopatyczną manię Dantego czy przytłaczającą lawinę euforii.
Nie jest pewien także, czy zastaną go w domu. Była to jednak najszybsza droga, jaką mogli wybrać, aby mieć jak największe prawdopodobieństwo na spotkanie kłopotliwego półboga. A im szybciej to załatwią, tym lepiej dla nich obydwóch (nie brzmiało to jednak wcale na proste zadanie).
— Jeśli tu go nie będzie, to albo na niego poczekamy, albo… może być dosłownie wszędzie— zwraca się do Vergila, nie chcąc mu robić nadziei i uśmiecha się łagodnie.— Ostrzegam, jest szurnięty. I to serio szurnięty.
— Tak, słyszałem to — parska, a gorąca para leci mu z ust. — Nawet dokładnie tak samo powiedziane.
Zatrzymują się przed niższym blokiem, spoglądając na siebie niepewnie i do Ivy dociera, że TO ON musi przejąć inicjatywę. Cholera, sam się na to zgodził! W końcu nie powinien też ot tak, bez wsparcia, po prostu pochnąć Vergila w szpony tego obłąkańca. Nagle czuje się odpowiedzialny za to, co mogłoby się wydarzyć, za to, że mogłoby coś pójść nie tak i wcale mu się to nie podoba. To jest zły pomysł. A może przesadza. Jak zawsze. Lęka się Dantego na tyle, że zaczyna rozważać wycofanie się, powiedzenie pretorowi, że on NAPRAWDĘ ale to NAPRAWDĘ jest szurnięty. Zaburzony psychicznie na tyle, że nie rozpoznaje, co jest rzeczywistością, a co jego wymysłem. Zaciska usta, zaciskając pięści w kieszeniach płaszcza.
— Co właściwie zamierzasz z nim zrobić? Powiedzieć mu, żeby przestał, czy masz ambitniejszy pomysł?

Verdżil?
────
[829 słów: Ivy otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Vergila do Ivy — „At the risk of feeling dumb”

Vergil zaczął być za to wszystko odpowiedzialny w momencie, kiedy bezmyślnie wyrzucił z siebie pytanie:
— Co to w ogóle znaczy, że nie wierzy w żadne pegazy i koziołki na dwóch nogach?
Co z grubsza zapoczątkowało całą aferę z wariatami, a potem to on musiał siedzieć w gabinecie u psychiatry, a nie ktoś inny.
— On zawsze był… uch, dziwny — odezwał się Gabriel.
Nazwanie kogoś „dziwnym” na forum Senatu, wśród ludzi, którzy wszyscy w jakiś sposób byli potomkami bogów, było odważnym stwierdzeniem. Vergil nie nazwałby nikogo na sali dziwnym, nawet Izana, którego mógł przecież wyzywać od debili i innych półgłówków. Słowo „dziwny” po prostu nie mieściło się w jego słowniku w momencie, kiedy wierzył w rzymskich bogów i dowodził obozem przetrwania dla nastolatków z ADHD, placówką, której nawet „normalni” ludzie z zewnątrz nie byli w stanie zobaczyć. Kiedy wszystko w życiu Vergila było dziwne, stawało się to normalnością.
Gabriel wstał, pozwalając sobie na tę uprzejmość, żeby zachować należyte zasady Senatu i poprawił zsuwającą się z ramienia togę.
— Ten syn Janusa, Dante. Był w innej kohorcie, nigdy z nim nie gadałem — Gabriel uniósł dłonie w obronnym geście, chociaż nikt go nie oceniał — ale spora część obozu chyba niezbyt go lubiła. Chodziły różne plotki. Podobno był trochę szurnięty i myślał, że jest na jakimś obozie wojskowym, a wszystkie sprawy okołomitologiczne to tylko zwidy.
— Był kilka lat w obozie i myślał, że po prostu ma zwidy? — powtórzył Vergil.
— No… co do tego plotki były dosyć zbieżne. — Gabriel wzruszył ramionami. Kiedy Vergil potarł skronie, był to dla niego znak, że może już usiąść.
— Pretorze, nie wydaje mi się, żeby ktoś otwierał te portale celowo — zwróciła się do niego Mei.
W zasadzie cała ta afera była wynikiem problemu, który podjęła ambasadorka Wenus. Mei utrzymywała, że w San Francisco od dłuższego czasu pojawiają się niezidentyfikowane portale prowadzące w różne miejsca. Półbogowie teleportują się przez drzwi, próbując wejść do McDonalda i lądując w KFC po drugiej stronie ulicy. Portale przyciągają potwory. Gabriel, ambasador Bachusa, potwierdza, że częściej go atakują. Mei znalazła ciało półbogini, weteranki Obozu Jupiter, którą rozpoznano jako Lizzie Graves, córkę Merkurego. Vergil sam nie wiedział, kto rzucił podejrzenie na przypadkowego syna Janusa, który już dłuższy czas temu opuścił Obóz Jupiter, ale był to lepszy trop niż żaden.
— Sprawdzę to — obwieścił Vergil po krótkiej chwili zastanowienia. Na marginesie jego notatek zapisał wielkimi literami „DANTE THORN, SYN JANUSA, SAN FRANCISCO” i podkreślił tę godność trzema wykrzyknikami, zupełnie, jakby miał zamiar o tym zapomnieć, a przecież doskonale wiedział, że to wszystko nie da mu spokoju. W głębi duszy odrobinę cieszył się, że może choć na chwilę opuścić Obóz Jupiter. — Gabriel — usłyszał, jak jakiś duch na trybunach fuka głośno, bo zwrócenie się do weterana imieniem, a nie określeniem „drogi ambasadorze Bachusa, wielmożny konsulu Nowego Rzymu, obrońco praw wina i winorośli” naruszało przynajmniej trzy zasady — zgaduję, że nie masz żadnego kontaktu z tym Dante? Albo chociaż kontakt do kogoś, kto ma z nim kontakt?
— Pretorze — przerwała Mei, zanim Gabriel zdążył na dobre pokręcić głową — ja… znam pewnego psychiatrę.


Wizyta Vergila u psychiatry była ściśle profesjonalna. Biznesowa, można byłoby to nazwać. Usłyszał, że Ivy Scarlett, dziecko Eskulapa, nie będzie chciał spotkać się z nim, jeśli na wstępie powie mu, że chodzi o mitologię. Vergil, odrzucając wszelkie propozycje porwania psychiatry, kiedy będzie spał, otoczenia go i ignorując wszystkie jeszcze krwawsze sugestie, umówił się, jak amerykańska służba zdrowia przykazała, telefonicznie.
Czekając w kolejce, ściskał pomiętą kartkę ze swoim numerkiem i bardzo próbował nie myśleć o tym, co ludzie o nim myślą.
Na poczekalni byli sami śmiertelnicy. Tak sądził, przynajmniej, że są to śmiertelnicy. Nie oceniał ich pod żadnym względem innym niż to, czy zaraz nie wyrosną im kły i nie spróbują go zabić. Z nerwów podskakiwał nogą tak bardzo, że przypadkowy potwór zauważyłby go już dawno, a z całą pewnością usłyszałby go po samym tupaniu. Fakt, że byli to śmiertelnicy, wcale nie poprawiał mu humoru. Co oni sobie o nim myśleli? Siedział przed gabinetem, umówiony do lekarza psychiatry. Vergil nie potrzebował psychiatry, wszystko było z nim w najlepszym w porządku, dlaczego ktoś miałby w ogóle pomyśleć inaczej? Ale ci śmiertelnicy nie wiedzieli, że Vergil jest tutaj z powodów czysto BIZNESOWYCH i PROFESJONALNYCH (bo przecież z jakiego innego powodu by tutaj był?), a to było chyba nawet gorsze od potworów, którym mógłby po prostu odciąć łeb mieczem, żeby nie myśleli za dużo. Vergil, rzecz jasna, nie miał żadnych problemów ani tym bardziej żadnych powodów, żeby znaleźć się u psychiatry. Innych niż takie biznesowe i profesjonalne.
Co, jeśli ci ludzie na poczekalni myśleli, że jest jakimś, cholera wie, wariatem? Czy wyglądał na takiego, kto potrzebuje pomocy? Nie może na takiego wyglądać, Vergil radził sobie ze wszystkim doskonale sam.
Drzwi otworzyły się. Natłok myśli przerwało mu skupienie się na tym jednym, jedynym zadaniu, żeby podejrzeć przez wąską szparę, jak wyglądał jego lekarz. Znaczy, nie jego jego lekarz, rzecz jasna, lekarz, z którym miał spotkanie biznesowe, o którym druga strona nie wiedziała.
— Pan Vergil Halston? — usłyszał ze środka gabinetu.
Nikt w poczekalni nawet nie podniósł głowy. Starsza pani nadal rozwiązywała krzyżówkę, nastolatek wciąż grał w Subway Surfers na telefonie. Vergil i tak się przejął, że teraz wszyscy znają jego imię i nazwisko, mając z tyłu głowy fakt, że w San Francisco był praktycznie duchem. Czemu w tym pieprzonym kraju nie obowiązywało RODO?
Zamknął za sobą drzwi. Ku jego niezadowoleniu i wbrew zeznaniom świadków, nic nie przeniosło go w magiczną otchłań po drugiej stronie zatoki. Wtedy Vergil przynajmniej miałby chociaż jakieś wyjaśnienie, dlaczego nie mógł się tutaj zjawić.
Jego psychiatra sam wyglądał, jakby potrzebował psychiatry. Był wątły i chorobliwie chudy, z całą pewnością nie przedstawiał się, jakby chociaż raz w życiu trzymał jakikolwiek miecz, nawet taki plastikowy. Miał bladą karnację, porównywalną do Vergila, podkreślając fakt, że Vergil nie mógł nawet wychodzić na słońce. W pierwszej chwili Vergil pomyślał, że źle trafił, dostał błędne informacje, Mei zrobiła mu taki żarcik i teraz niepotrzebnie robi z siebie debila. W drugiej chwili pomyślał dokładnie to samo, ale było już za późno, żeby po prostu uciec. Dyslektyczny mózg Vergila z trudem odczytał napis „doktor Ivy Scarlett” na piersi psychiatry i nie uspokoiło go to ani trochę.
— Proszę usiąść.
— Ja w sprawie czysto formalnej — wypalił Vergil, siadając na krześle. Usiadł na samym krańcu, przygotowany do tego, żeby odwrócić się i pójść stąd jak najszybciej.
Lekarz nie był szczególnie zdziwiony jego stwierdzeniem. Nie oderwał nawet wzroku od kartki, zapisując tylko coś w karcie pacjenta. Vergil próbował podejrzeć, co dokładnie, ale nie był w stanie. Pewnie słyszał często podobne teksty. „Pacjent w stanie kolejnej deluzji, oderwany od rzeczywistości”. Nie, nie mógł tak napisać, przecież Vergil jeszcze na dobre się nie odezwał, prawda?
— Leki? — dopytał Ivy.
Vergil pokręcił głową tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało pod ruchem jego ciała.
— Nie, nie. Nie biorę żadnych leków. I żadnych nie potrzebuję.
— W karcie jest napisane, że jest to pana pierwsza wizyta, tak?
— I ostatnia. — Pokiwał głową.
Ivy powrócił do swoich zapisków i dopisał coś, co na gust Vergila nieco zbyt bardzo przypominało: „podejrzenie myśli samobójczych”.
— Więc… jaki jest problem?
Pierwszy raz, kiedy Ivy oderwał wzrok od karty. Vergil poczuł się wręcz speszony pod naciskiem jego zgniłozielonych tęczówek, ale nie odwrócił głowy. Zaraz cała ta iluzja zniknie. Wystarczy, że mu zakomunikuje, z czym dokładnie przychodzi i Ivy będzie w stanie oddzielić go od faktycznych pacjentów.
— Czy leczy pan człowieka, który mówi, że widzi pegazy i uczęszczał kiedyś na magiczny obóz wojskowy?


przychodzi półbóg do psychiatry a psychiatra też półbóg
────
[1219 słów: Vergil otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]