Pokazywanie postów oznaczonych etykietą At the risk of feeling dumb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą At the risk of feeling dumb. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 sierpnia 2026

Od Ivy CD Vergila — „At the risk of feeling dumb”

Poprzednie opowiadanie

Potrzebuje długiej chwili, paru długich sekund, aby dotarło do niego, co dokładnie (a raczej kogo) ma na myśli przybyły. Odwraca od niego wzrok, wzdychając cicho, czując się, jak zapędzony w pułapkę, z której nie ma wyjścia, a jakakolwiek próba wydostania się z niej kończy się ucięciem nóg. Ivy nie musi być przecież szczególnie mądry, aby domyślić się, co implikują jego słowa o ,,obozie wojskowym”, o którym słyszał nie jeden raz. I nie chce mieć z tym nic do czynienia. Z żadnymi kwestiami dotyczącymi Obozu Jupiter. A może raczej kwestiami dotyczącemi Dantego. Z drugiej strony, źle by mu było, gdyby zostawił pretora z jakimś problemem, w którym może pomóć. Odkłada swoje notatki, stwierdzając, że nie będzie z nich dalszego użytku — zapisał aż jedno zdanie — prostuje się, jak w przygotowaniu na to, co może zaraz usłyszeć na temat swojego pacjenta, którego doskonale zna. Zna aż za bardzo. I niekiedy tego żałuje.
Vergil wpatruje się w niego z powagą, jakby była to sprawa życia i śmierci.
— Możliwe, że leczę. Zdajesz sobie sprawę, że i tak nie mogę udzielić ci żadnych informacji? — zwraca się do niego bezpośrednio, mając cichą nadzieję, że to pomoże w daniu do zrozumienia Halstonowi, że nie jest ani trochę chętny na współpracę.
Nie chce prawić mu tu morałów o tajemnicy lekarskiej, gdyż wygląda na wystarczająco inteligentnego, by zdawać sobie z niej sprawę (choć przecież można powiedzieć, że w pewnych przypadkach może ona zostać złamana). Mężczyzna wierci się na krześle, a jego ramiona opadają — musiał spodziewać się takiej odpowiedzi.
— Jest to… dość ważna sprawa, proszę pana — mówi i jak na jeszcze większe, wiarygodniejsze potwierdzenie, kiwa lekko głową. — Gwarantuję, że nie wyszkodzi ani Panu, ani pańskiemu pacjentowi żadnego kłopotu.
— W takim razie, po co ci on, skoro nie ma mieć żadnych kłopotów? — Ivy krzywi się z niedowiary, próbując się nie wzdrygnąć.
— Nie, nie, chyba źle się rozumiemy — odpowiada szybko, gestykulując przy swoich słowach. — Naprawdę, chodzi tylko o wyjaśnienie pewnej istotnej sprawy.
— W takim razie, możesz mi ją wyjaśnić.
Vergil kiwa głową i mówi mu o portalach, potworach i swoich podejrzeniach. Psychiatra słucha z uwagą, nie odwracając wzroku ani nie potakując, przez co pretor musi zastanawiać się, czy do mężczyzny na pewno dociera to, co mówi. Nie zatrzymuje sie z wyjaśnieniami ani na chwilę, a gdy kończy monolog, bez ruchu oczekuje na reakcję. Ivy trawi jego wypowiedź, myśląc o Dante, jak bardzo problem pasuje do jego osoby i jak absurdalne to w pewny sposób jest.
Jeśli Vergil potrzebuje Dantego, Ivy nie sądzi, że ten będzie z nim współpracować. Poprawka, jest to pewne, że nawet jeśli syn Marsa dotrze do półboga, może nie uzyskać chcianego rezultatu, jakikolwiek on jest. Bo jeśli było to przemówienie do rozsądku Dantemu, z pewnością się mu to nie uda. Był osobą zbyt trudną do obycia i (tym bardziej) ujarzmienia.
— Mogę ci pomóc go znaleźć. Nic więcej… raczej ci nie pomogę.
Iskierki nieśmiało pojawiają się w oczach Vergila. Uśmiecha się z widoczną wdzięcznością, a Ivy ma nadzieję, że nie będzie tego żałował. Żegna się z nim, gdy postanawiają, że spotkają się jakiś czas później, gdy skończy pracę. Gdy wychodzi z jego gabinetu, opada ciężarnie na krzesło, chowa twarz w dłoniach i wzdycha ciężko, zastanawiając się, czy nie wpakował się przypadkiem w jakąś popieprzoną aferę.

 
Vergil zgodnie z obietnicą wraca do niego po paru godzinach, życzliwie się z nim witając. Ivy nie wie, jak Dante może zareagować na ich przyjście — tak naprawdę nigdy nie wiadomo, jak może zareagować na… cokolwiek. Żadnej jego reakcji nie da się przewidzieć, czy będzie to wybuch złości, agresja, płacz czy śmiech. Ta ostatnia byłaby najmilej widziana, o ile nie przemieniłaby się w psychopatyczną manię Dantego czy przytłaczającą lawinę euforii.
Nie jest pewien także, czy zastaną go w domu. Była to jednak najszybsza droga, jaką mogli wybrać, aby mieć jak największe prawdopodobieństwo na spotkanie kłopotliwego półboga. A im szybciej to załatwią, tym lepiej dla nich obydwóch (nie brzmiało to jednak wcale na proste zadanie).
— Jeśli tu go nie będzie, to albo na niego poczekamy, albo… może być dosłownie wszędzie— zwraca się do Vergila, nie chcąc mu robić nadziei i uśmiecha się łagodnie.— Ostrzegam, jest szurnięty. I to serio szurnięty.
— Tak, słyszałem to — parska, a gorąca para leci mu z ust. — Nawet dokładnie tak samo powiedziane.
Zatrzymują się przed niższym blokiem, spoglądając na siebie niepewnie i do Ivy dociera, że TO ON musi przejąć inicjatywę. Cholera, sam się na to zgodził! W końcu nie powinien też ot tak, bez wsparcia, po prostu pochnąć Vergila w szpony tego obłąkańca. Nagle czuje się odpowiedzialny za to, co mogłoby się wydarzyć, za to, że mogłoby coś pójść nie tak i wcale mu się to nie podoba. To jest zły pomysł. A może przesadza. Jak zawsze. Lęka się Dantego na tyle, że zaczyna rozważać wycofanie się, powiedzenie pretorowi, że on NAPRAWDĘ ale to NAPRAWDĘ jest szurnięty. Zaburzony psychicznie na tyle, że nie rozpoznaje, co jest rzeczywistością, a co jego wymysłem. Zaciska usta, zaciskając pięści w kieszeniach płaszcza.
— Co właściwie zamierzasz z nim zrobić? Powiedzieć mu, żeby przestał, czy masz ambitniejszy pomysł?

Verdżil?
────
[829 słów: Ivy otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Vergila do Ivy — „At the risk of feeling dumb”

Vergil zaczął być za to wszystko odpowiedzialny w momencie, kiedy bezmyślnie wyrzucił z siebie pytanie:
— Co to w ogóle znaczy, że nie wierzy w żadne pegazy i koziołki na dwóch nogach?
Co z grubsza zapoczątkowało całą aferę z wariatami, a potem to on musiał siedzieć w gabinecie u psychiatry, a nie ktoś inny.
— On zawsze był… uch, dziwny — odezwał się Gabriel.
Nazwanie kogoś „dziwnym” na forum Senatu, wśród ludzi, którzy wszyscy w jakiś sposób byli potomkami bogów, było odważnym stwierdzeniem. Vergil nie nazwałby nikogo na sali dziwnym, nawet Izana, którego mógł przecież wyzywać od debili i innych półgłówków. Słowo „dziwny” po prostu nie mieściło się w jego słowniku w momencie, kiedy wierzył w rzymskich bogów i dowodził obozem przetrwania dla nastolatków z ADHD, placówką, której nawet „normalni” ludzie z zewnątrz nie byli w stanie zobaczyć. Kiedy wszystko w życiu Vergila było dziwne, stawało się to normalnością.
Gabriel wstał, pozwalając sobie na tę uprzejmość, żeby zachować należyte zasady Senatu i poprawił zsuwającą się z ramienia togę.
— Ten syn Janusa, Dante. Był w innej kohorcie, nigdy z nim nie gadałem — Gabriel uniósł dłonie w obronnym geście, chociaż nikt go nie oceniał — ale spora część obozu chyba niezbyt go lubiła. Chodziły różne plotki. Podobno był trochę szurnięty i myślał, że jest na jakimś obozie wojskowym, a wszystkie sprawy okołomitologiczne to tylko zwidy.
— Był kilka lat w obozie i myślał, że po prostu ma zwidy? — powtórzył Vergil.
— No… co do tego plotki były dosyć zbieżne. — Gabriel wzruszył ramionami. Kiedy Vergil potarł skronie, był to dla niego znak, że może już usiąść.
— Pretorze, nie wydaje mi się, żeby ktoś otwierał te portale celowo — zwróciła się do niego Mei.
W zasadzie cała ta afera była wynikiem problemu, który podjęła ambasadorka Wenus. Mei utrzymywała, że w San Francisco od dłuższego czasu pojawiają się niezidentyfikowane portale prowadzące w różne miejsca. Półbogowie teleportują się przez drzwi, próbując wejść do McDonalda i lądując w KFC po drugiej stronie ulicy. Portale przyciągają potwory. Gabriel, ambasador Bachusa, potwierdza, że częściej go atakują. Mei znalazła ciało półbogini, weteranki Obozu Jupiter, którą rozpoznano jako Lizzie Graves, córkę Merkurego. Vergil sam nie wiedział, kto rzucił podejrzenie na przypadkowego syna Janusa, który już dłuższy czas temu opuścił Obóz Jupiter, ale był to lepszy trop niż żaden.
— Sprawdzę to — obwieścił Vergil po krótkiej chwili zastanowienia. Na marginesie jego notatek zapisał wielkimi literami „DANTE THORN, SYN JANUSA, SAN FRANCISCO” i podkreślił tę godność trzema wykrzyknikami, zupełnie, jakby miał zamiar o tym zapomnieć, a przecież doskonale wiedział, że to wszystko nie da mu spokoju. W głębi duszy odrobinę cieszył się, że może choć na chwilę opuścić Obóz Jupiter. — Gabriel — usłyszał, jak jakiś duch na trybunach fuka głośno, bo zwrócenie się do weterana imieniem, a nie określeniem „drogi ambasadorze Bachusa, wielmożny konsulu Nowego Rzymu, obrońco praw wina i winorośli” naruszało przynajmniej trzy zasady — zgaduję, że nie masz żadnego kontaktu z tym Dante? Albo chociaż kontakt do kogoś, kto ma z nim kontakt?
— Pretorze — przerwała Mei, zanim Gabriel zdążył na dobre pokręcić głową — ja… znam pewnego psychiatrę.


Wizyta Vergila u psychiatry była ściśle profesjonalna. Biznesowa, można byłoby to nazwać. Usłyszał, że Ivy Scarlett, dziecko Eskulapa, nie będzie chciał spotkać się z nim, jeśli na wstępie powie mu, że chodzi o mitologię. Vergil, odrzucając wszelkie propozycje porwania psychiatry, kiedy będzie spał, otoczenia go i ignorując wszystkie jeszcze krwawsze sugestie, umówił się, jak amerykańska służba zdrowia przykazała, telefonicznie.
Czekając w kolejce, ściskał pomiętą kartkę ze swoim numerkiem i bardzo próbował nie myśleć o tym, co ludzie o nim myślą.
Na poczekalni byli sami śmiertelnicy. Tak sądził, przynajmniej, że są to śmiertelnicy. Nie oceniał ich pod żadnym względem innym niż to, czy zaraz nie wyrosną im kły i nie spróbują go zabić. Z nerwów podskakiwał nogą tak bardzo, że przypadkowy potwór zauważyłby go już dawno, a z całą pewnością usłyszałby go po samym tupaniu. Fakt, że byli to śmiertelnicy, wcale nie poprawiał mu humoru. Co oni sobie o nim myśleli? Siedział przed gabinetem, umówiony do lekarza psychiatry. Vergil nie potrzebował psychiatry, wszystko było z nim w najlepszym w porządku, dlaczego ktoś miałby w ogóle pomyśleć inaczej? Ale ci śmiertelnicy nie wiedzieli, że Vergil jest tutaj z powodów czysto BIZNESOWYCH i PROFESJONALNYCH (bo przecież z jakiego innego powodu by tutaj był?), a to było chyba nawet gorsze od potworów, którym mógłby po prostu odciąć łeb mieczem, żeby nie myśleli za dużo. Vergil, rzecz jasna, nie miał żadnych problemów ani tym bardziej żadnych powodów, żeby znaleźć się u psychiatry. Innych niż takie biznesowe i profesjonalne.
Co, jeśli ci ludzie na poczekalni myśleli, że jest jakimś, cholera wie, wariatem? Czy wyglądał na takiego, kto potrzebuje pomocy? Nie może na takiego wyglądać, Vergil radził sobie ze wszystkim doskonale sam.
Drzwi otworzyły się. Natłok myśli przerwało mu skupienie się na tym jednym, jedynym zadaniu, żeby podejrzeć przez wąską szparę, jak wyglądał jego lekarz. Znaczy, nie jego jego lekarz, rzecz jasna, lekarz, z którym miał spotkanie biznesowe, o którym druga strona nie wiedziała.
— Pan Vergil Halston? — usłyszał ze środka gabinetu.
Nikt w poczekalni nawet nie podniósł głowy. Starsza pani nadal rozwiązywała krzyżówkę, nastolatek wciąż grał w Subway Surfers na telefonie. Vergil i tak się przejął, że teraz wszyscy znają jego imię i nazwisko, mając z tyłu głowy fakt, że w San Francisco był praktycznie duchem. Czemu w tym pieprzonym kraju nie obowiązywało RODO?
Zamknął za sobą drzwi. Ku jego niezadowoleniu i wbrew zeznaniom świadków, nic nie przeniosło go w magiczną otchłań po drugiej stronie zatoki. Wtedy Vergil przynajmniej miałby chociaż jakieś wyjaśnienie, dlaczego nie mógł się tutaj zjawić.
Jego psychiatra sam wyglądał, jakby potrzebował psychiatry. Był wątły i chorobliwie chudy, z całą pewnością nie przedstawiał się, jakby chociaż raz w życiu trzymał jakikolwiek miecz, nawet taki plastikowy. Miał bladą karnację, porównywalną do Vergila, podkreślając fakt, że Vergil nie mógł nawet wychodzić na słońce. W pierwszej chwili Vergil pomyślał, że źle trafił, dostał błędne informacje, Mei zrobiła mu taki żarcik i teraz niepotrzebnie robi z siebie debila. W drugiej chwili pomyślał dokładnie to samo, ale było już za późno, żeby po prostu uciec. Dyslektyczny mózg Vergila z trudem odczytał napis „doktor Ivy Scarlett” na piersi psychiatry i nie uspokoiło go to ani trochę.
— Proszę usiąść.
— Ja w sprawie czysto formalnej — wypalił Vergil, siadając na krześle. Usiadł na samym krańcu, przygotowany do tego, żeby odwrócić się i pójść stąd jak najszybciej.
Lekarz nie był szczególnie zdziwiony jego stwierdzeniem. Nie oderwał nawet wzroku od kartki, zapisując tylko coś w karcie pacjenta. Vergil próbował podejrzeć, co dokładnie, ale nie był w stanie. Pewnie słyszał często podobne teksty. „Pacjent w stanie kolejnej deluzji, oderwany od rzeczywistości”. Nie, nie mógł tak napisać, przecież Vergil jeszcze na dobre się nie odezwał, prawda?
— Leki? — dopytał Ivy.
Vergil pokręcił głową tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało pod ruchem jego ciała.
— Nie, nie. Nie biorę żadnych leków. I żadnych nie potrzebuję.
— W karcie jest napisane, że jest to pana pierwsza wizyta, tak?
— I ostatnia. — Pokiwał głową.
Ivy powrócił do swoich zapisków i dopisał coś, co na gust Vergila nieco zbyt bardzo przypominało: „podejrzenie myśli samobójczych”.
— Więc… jaki jest problem?
Pierwszy raz, kiedy Ivy oderwał wzrok od karty. Vergil poczuł się wręcz speszony pod naciskiem jego zgniłozielonych tęczówek, ale nie odwrócił głowy. Zaraz cała ta iluzja zniknie. Wystarczy, że mu zakomunikuje, z czym dokładnie przychodzi i Ivy będzie w stanie oddzielić go od faktycznych pacjentów.
— Czy leczy pan człowieka, który mówi, że widzi pegazy i uczęszczał kiedyś na magiczny obóz wojskowy?


przychodzi półbóg do psychiatry a psychiatra też półbóg
────
[1219 słów: Vergil otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]