Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W jakie gry gramy? Tak.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W jakie gry gramy? Tak.. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 sierpnia 2026

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Wyklinała wszystkich bogów. Następnym razem weźmie taksówkę.
Autobus się rozpadał, siedzenia były brudne, a towarzystwo nieciekawe. Cieszyła się, że tylko idiota by stwierdził, że jest bezbronną, bezsilną niewiastą. Pęcek z braku laku wyciągał resztki waty w siedzeniach i ją wyjadał. Obok nich czarnoskóry chłopak w dresie malował tagi na oparciu krzesła. Dahlia chciała oprzeć się czołem o szybę, ale ktoś przed nią chyba ją wylizał. Wolała się nie zastanawiać, czemu.
— Co on rysuje? — Satyr machał wesoło kopytkami.
— Nie interesuj się. — ucięła.
Bawił się za dobrze, w przeciwieństwie do niej. Nie każdego dnia ma misję odnaleźć swojego przyjaciela w kurewsko dużym mieście, jakim był Nowy Jork. W śmierdzącym autobusie.
— Jak natrafi na nas jakiś potwór, to się zastrzelę.
— Niby czym?
— Nibynóżką. — warknęła na satyra.
Ten wzruszył ramionami i oglądał widoki, przeżuwając bezmyślnie watę.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. W tym momencie Nowy Jork nie był aż tak brzydki, kiedy otulała go pomarańczowa zasłona. I kiedy nie patrzyła przez lepkie smugi na szybie. Były bardzo… konsekwentne. Wpatrywała się w nie, jak w nowoczesną abstrakcję, próbując wyłuskać jakikolwiek sens. W obu przypadkach od początku wiedziała, że go nie znajdzie. Po dłuższej chwili znudzona Dahlia rozejrzała się po wnętrzu pojazdu. Po drugiej stronie również były te ślady, tym razem pojedyncze. Przetarła oczy, zwalczając chęć spania, wciąż sunąc wzrokiem po rozmazach. Dopóki nie dotarła do ich źródła.
Był to język. Długi, lśniący zdrowo magentą. Szeroki. Kończył się w czarnym, żabim pysku.
Wiele słyszała o troglodytach, jednak byli rzadkim widokiem. Unikali się wzajemnie, nie interesując się swoimi sprawami. Ten, który prawdopodobnie z nudów szurał językiem po oknie, był wdzięczny do oglądania. Podobnie jak reszta pasażerów, ubrany był w bluzę dresową. Oraz w czapkę full cap New York Yankees. Czym dalej, było gorzej. Pierwsze w oczy rzuciły się gatki Calvina Kleina. Z nich zsuwały się spodnie, zgodnie z modą „skejterską” czy jakkolwiek to się zwało. U tego żaboluda utrzymywały się na poziomie kolan, trzymając się ledwo z przodu. Kiedy się odwrócił, by spojrzeć krytycznym wzrokiem na Pęcka, zauważyła węzeł z pasa, który jakimś cudem trzymał całość, ale tylko za pierwsze przelotki spodni.
Jegomość podniósł się. W rękach trzymał deskorolkę. Słyszała historie o tym, jak troglodyci lubują się w przebierankach i roleplayu, ale teraz dopiero miała okazję ujrzeć na żywo troglodytę skejcika. A teraz wpatrywał się w nich swoimi wybałuszonymi oczami. Przynajmniej odkleił język od okna.
Ssssssssssick! — wymruczał.
Zeskoczył z krzesełka i podszedł do nich. Satyr nie był zbytnio zachwycony.
— Chhhcecie possłuchać mlask mmojego łłłapu?
— Łapu?
Troglodyta kaszlnął krótko i kontynuował.
— Joł, joł mlask. Freesstyle.
— No dobra.
Uderzył się piąstką w klatkę piersiową. O ile to można było tak nazwać.
— Jestem z bagna, ale chrrk wbiłem do NYC, Zeus błyskawice? Ja mam śśśluz i styl, ej! Possejdon macha trójjjj-kum-zębem, robi fale. Ja łobię kum-kum, wszyscy: stary, ale…
Wypluł z siebie kanonadę nieokreślonych dźwięków, które miały być jakimś beatboxem. Dahlia nie wiedziała, czy być pod wrażeniem, czy nie.
— Nowy Jork! Żżaby! Bogi! Kum Nie uciekaj, bo mam nnogi! Kum Olimp, Bronx i Central Park, Kum, Kum, drop the mic. Hermes kum ma sssandały, w NYC sssiedzą pedały. Atena mądra? Sssspoko, szanuję damę kum, ale zzgubiła się w metrze na linii M, amen! Kum Cerber pilnuje wejścia do metra, kontroler biletów? To Hydra jest, beka, kum.
Zatrzymał się i wpatrywał się w nich pytająco. Pęcek gwizdnął z uznaniem. Dahlia jednak była pod wrażeniem, głównie inteligencji takiego papudraka.
— To jest nawet dobre. Musisz poszukać kogoś, kto ci muzykę dorobi. Może syreny?
Żaboludź uśmiechnął się szeroko, od ucha do ucha.
— Sssyreny? Fałszzz jak ropucha, kum, jedna otworzyła dziób kum zdechła mi mucha!
Satyr odwrócił się do Dahlii.
— Niezły jest.
— Słyszę.
— Ej żabik, jest może gdzieś w okolicy magiczny transport? No wiesz, taki dla półbogów. — zagaił Pęcek.
— Olimp wysssoko, Manhattan kum też, jak nie masz drachmy, to nie jedziesz, wiesz.
— Czy on nazwał nas gołodupcami? — obruszył się.
— Jedziemy autobusem, zgadnij. — odparła.
Kum. Zeus ma pioruny kum Hadesss ma ccień, Demeter ma mlask marchew, ja mam błoto kum. Dzień. To był fresssstyle. Mlask.
Satyr się skrzywił i bez mrugnięcia okiem odpowiedział:
— To było akurat przestępstwo. Nad tym popracuj.
Autobus zatrzymywał się na przystanku, a troglodyta niespiesznie stanął na desce. Odbił się raz i wyskoczył z pojazdu nonszalanckim backflipem.
— Czyli coś tutaj jest, ale za drachmę. Cholerne przewalutowanie.
Bardzo szybko jednak odczuła złośliwość tego miasta. Stanęli w morderczym korku, co było dziwne, biorąc pod uwagę godzinę. Dahlia z satyrem z każdą minutą byli coraz bardziej sfrustrowani, nie mówiąc o klaksonach.
— Ej Dahlia, zobacz. — W pewnym momencie satyr przerwał jej myśli.
— Co? — odwróciła się i przed nią było Arnar.
Zamrugała oczami, Arnar tak samo. Dzieliły ich dokładnie dwie szyby autobusów, ona w jedną stronę, Arnar w drugim autobusie w drugą. Pojazdy przesuwały się centymetrami, a w ich środku zaczęła się pantomima. Arnar zaczęło machać, Dahlia wskazała ręką wyjście. Syn Hermesa rysował jakieś szlaczki na szybie, co nie było trudne, bo ręce miał upierdolone jakąś nieznaną substancją. Musiała się dobrze zastanowić, co w ogóle czyta, dopóki nie ogarnęła, że Arnar pisze zdania. Szkoda tylko, że nie ogarnęło, że ona ma widok na lustrzane odbicie tych zdań i musiała się wysilić. Co było trudne przy przebodźcowanym półbogu, przed nią literki skakały jak najęte. Jeszcze tam pisali do siebie i migali, coraz bardziej gorączkowo. Przy czym jedno irytowało się coraz bardziej, a drugie było jeszcze bardziej clueless.
— Ej Dahlia. Bo ten jego autobus jedzie, kurwa, do Filadelfii.


Arnar?
────
[892 słowa: Dahlia otrzymuj 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 2 sierpnia 2026

Od Arnar CD Dahlii — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Będąc samo nie wie gdzie, Arnar bawi się całkiem dobrze, jeśli porównać go do innych porwanych osób. Idzie nieznanym sobie chodnikiem, pogwizdując piosenkę, która istnieje tylko w jego głowie i tylko trochę przypomina „Zombie Lady”. Nagle jego wzrok z błękitnego, bezchmurnego nieba przenosi się na zbitą na ślinę z paru kawałków blachy i desek budkę, z której wydobywa się przepyszny zapach soczystych kiełbas. Arnar zaciera dłonie jak mucha, która rozgościła się na kupie gówna i z nowym zastrzykiem energii (chociaż wcale nie jest aż takie głodne) podchodzi do budki, żeby oprzeć się na ladzie i spojrzeć prosto w oczy sprzedawcy. Lada jest trochę za nisko, żeby mogło się o nią wygodnie podeprzeć, więc komicznie wypina tyłek, żeby z perspektywy sprzedawcy/kucharza/prawdopodobnego właściciela wyglądać jak filuterna dziunia, która ma ogromną ochotę na soczystą kiełbasę.
– Dzień dobry – bardzo grzecznie się wita. Facet za ladą patrzy na niego podejrzliwie. – Wie pan, bo ja…
– To nie jadłodajnia – mężczyzna uprzedza cokolwiek, co Arnar chciało powiedzieć i jest to w pewnym sensie urażenie jego honoru, bo od razu wzięto go za osobę w kryzysie bezdomności.
– Proszę pana, ja… uciekłem z domu. Po tym, jak mama umarła, to tata…
– Nie jestem terapeutą – wzdycha sprzedawca, ściskając nasadę nosa kciukiem i palcem wskazującym. – Młody, jak chcesz pomocy, to zadzwoń na jakąś infolinię, a nie zadręczaj prostego człowieka, których chce na życie zarobić.
– Zbyt się boję, że każą mi wrócić do domu – wyznaje Arnar ze smutną miną. – Próbuję dostać się do przyjaciółki i jej rodziców, oni obiecali mi pomóc. I po prostu… zabrałem z portfela taty ile mogłem, wie pan? Tylko że potrzebuję biletów na autobus, a nie jadłem nic od wczoraj…
– Ile ty w ogóle masz lat? – przerywa mu mężczyzna, który wreszcie staje tak, że Arnar jest w stanie odczytać jego plakietkę z imieniem. Freddie.
Heros bardzo szybko próbuje ocenić, na ile lat może wyglądać, żeby nie przesadzić z odmładzaniem się. Najchętniej to szybko by zairyfonowało do Luciena, bo on jest dobry w takie rzeczy (nie jest), ale w tej sytuacji niestety musi myśleć szybko. Bez telefonów do zaufanej bliskiej osoby.
– Piętnaście – odpowiada na tyle szybko, żeby to jeszcze brzmiało naturalnie.
Freddie kiwa głową, najwyraźniej się nad czymś zastanawia. Arnar nie wie, czy to jest moment, w którym powinno jeszcze coś mówić, czy poczekać na ocenę okiem najbardziej śmiertelnego śmiertelnika, jakiego spotkało w ciągu ostatnich kilku tygodni. Zawsze może pójść na łatwiznę i gdy Freddie się odwróci to po prostu użyć swoich bardzo długich ramion twinka i ukraść wszystkie pieniądze z budki.
– Masz. – Gdy Arnar już myśli, że zaraz Freddie każe mu wypierdalać, ten podaje mu ociekającą tłuszczem kiełbasę na papierowym talerzyku. – Na koszt firmy.
– Dzięki!!! – Szczerzy się najszerzej, jak ktokolwiek może na widok darmowej kiełbasy ze śmierdzącej budki na odludziu.
– Powodzenia, młody – żegna się Freddie, a Arnar już planuje powiadomienie Luciena o tym, jak w bohaterski i totalnie etyczny sposób zaoszczędziło parę dolarów i jeszcze więcej centów.
Gdy wreszcie dociera do miejsca, które wygląda całkiem jak przystanek autobusowy, ma już całe ręce i trochę koszuli w tłuszczu, bo Freddie chyba zapomniał dać mu jakiegoś widelczyka. Ociera dłonie o spodnie i wyciera usta rękawem, zanim ponosi dość ciężką próbę rozczytania wyblakłego od słońca, krzywo powieszonego jazdy. Ledwo udaje mu się przebrnąć przez datę, od której obowiązuje i nazwę pierwszej z wymienionych firm przewoźników (wciąż nie było w stanie rozszyfrować paru szczególnie wytartych liter), a potem po prostu się poddaje i postanawia poczekać. W końcu jakiś autobus wreszcie tutaj przyjedzie. Siada na zakurzonym chodniku, w miejscu, które nie jest aż tak ubrudzone, jak inne i z brodą wspartą na dłoniach wpatruje się raz w jeden horyzont, a raz w drugi, chociaż droga wygląda na jednokierunkową.
Wreszcie jakiś autobus nadjeżdża. Arnar z wesołym uśmiechem powitalnym podnosi się z chodnika, żeby równie radośnie pomachać do kierowcy. Po wejściu do środka Arnar nie ma pojęcia, w którą stronę jedzie i czy dobrze jedzie, ale jest zadowolone z tego, że przynajmniej się przemieszcza. Zazwyczaj szuka prostych rzeczy w życiu, które przy odpowiedniej narracji sprawiają, że to życie jest lepsze.
W całej tej beztrosce jednak stwierdza, że miło byłoby mieć przy sobie jakiś telefon i móc wysłać takiej Dahlii swoją lokalizację. I tak ogólnie lepiej wiedzieć, gdzie się znajduje, a nie liczyć na swoje szczęście. Tak sobie o tym myśli, siedząc w pozycji melancholijnego myśliciela na niekoniecznie wygodnym siedzisku w autobusie i patrzy przez zabrudzoną zaciekami i tłustymi odciskami palców szybę w poszukiwaniu znanych mu punktów orientacyjnych jak na przykład Statua Wolności albo pomnik wielkiego guzika z igłą.


Dahlia?
────
[744 słów: Arnar otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 12 lipca 2026

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ignorowała Pęcka, idąc wzdłuż ulicy. Satyr nigdy nie miał nic mądrego do powiedzenia ale teraz to przesadził. Raz tylko spojrzała na niego, a on natychmiast próbował przybrać najlepszą minę jaką miał, ale psuł to czymkolwiek co wchodziło i wychodziło z jego ust.
— Skibidi załamka, nie?
Westchnęła.
Jak w iluśtammilionowym mieście miała znaleźć przyjaciela? To słowo dziwnie dla niej brzmiało, ale z braku laku trzeba było się przyzwyczaić. Może miało na liście specyficzne „bycie porwanym przez limuzynę”, dała sobie rękę uciąć, że było coś podobnego.
W pewnym momencie ktoś powiedział jej, że widział limuzynę. Za tym rogiem, na parkingu. Zadowolona pobiegła w tą stronę, dopóki się nie okazało, że to był cholerny parking chroniony z dwudziestoma zaparkowanymi limuzynami. Stanęła na chodniku i wpatrywała się tępo w nie.
— Jak ja mam tutaj znaleźć cokolwiek? — mruknęła pod nosem.
Przechodzień usłyszał ją i podszedł od razu do niej.
— Jakby Pani chciała, to mogłaby znaleźć Boga w swoim sercu. — zaaferował się Amerykanin w wieku średnim.
Skrzyżowała ręce na piersi.
— A skąd taka sugestia, że nie mam już Boga w sercu? — odparła.
— Bo jakby Pani chciała, to by dawno poprosiła Stwórcę o odpowiedzi.
— Mówi Pan, ze mam zapytać się swojego Stwórcy o rozwiązania? — uśmiechnęła się pod nosem. To było tak absurdalne, że aż zabawne. „Hejka Demeter, pomóż mi znaleźć mojego porwanego kumpla.” „Spoko córka, już się robi, dostanę odznakę Matki Roku po raz pierwszy w życiu?”
— Dokładnie tak. Miłego dnia. — Kiwnął swoją czerwoną czapeczką z napisem „Make America Great Again”.
Wzruszyła ramionami, po czym zauważyła patyk. Skwitowała, że wyglądał dokładnie tak, jak te wszystkie patyki w westernach do szukania wody na pustyni. Nagle do głowy wpadł jej głupi pomysł, ale dzisiaj głupszego i tak nic nie wymyśli.
Wzięła go do ręki i chodziła z nim, czekając na jakieś wibracje albo jakiekolwiek znaki od bogów. Może odkryje supermoc pt. kompas do szukania idiotów. To było i tak zdecydowanie lepsze, niż przywoływanie satyrów. Do czego byli jej potrzebni, mogła się tylko zastanawiać, a i tak nie miała odpowiedzi.
Nie czuła tajemnej mocy w patyku. Szła ulicami Nowego Jorku, z patykiem w rękach, wyglądając jak średnio rozgarnięta osoba. Niektórzy przechodzili koło niej, jak gdyby nic. Zwykła środa.
Niestety satyr uczepił się jej jak rzep do psiego ogona. W pewnym momencie krzyczał coś do niej, ale go zignorowała.
— Spierdalaj, Pęcek. Szukam Arnar za pomocą patyka, nie widzisz?
— Nie słychać cię, Arnar!
Odwróciła się na pięcie i zauważyła iryfon. A właściwie cokolwiek, co udawało iryfon.
— Arnar, gdzie jesteś?
— Bee, przesuń się!
— Sobie dzwonisz, czy mi? Pokaż mi tą cholerną wizję.
Przepychali się, dopóki się nie rozłączyła wizja. W jej miejscu pojawiła się twarz jakiejś nimfy.
— Dziękujemy za skorzystanie z iRyfonu. Jak oceniasz jakość naszej usługi?
— Mocne pięć na dziesięć. — skomentowała Dahlia.
— Hej piękna. — Pęcek wyszczerzył zęby.
— Dziękujemy za opinię, miłego dnia.
— Zauważyła mnie i podziękowała. — ucieszył się satyr.
— Żyć mi się czasem nie chce. — odparła słabo półbogini.
— Jeżeli czujesz myśli samobójcze jako półbóg, możemy połączyć kryzysowo z linią MPJU, Martwy Półbóg Jest Useless, założoną przez Zeusa. Niech tylko potwór przerwie twoją linię życia. Łączę, jesteś 2451123 w kolejce. Nie rozłączaj się.
— Rozłączam się.
A to wszystko działo się przed ścianą. Ludzie przechodzili obok, komentując coś o ćpunach oglądających ściany. Niektórzy ubolewali, ze nawet ktoś tak młody jak Pęcisław już zaczyna brać narkotyki.
— Działa ten patyk?
— No, zajebiście, nie widać?
— Pysznie wygląda.
Rzuciła mu od niechcenia. Niech się na coś chociaż przyda. Patyk, nie Pęcek. Stanęła przed autobusem, zastanawiając się nad całą sytuacją. Podjęła decyzję, że najlepsze będzie szukanie Arnar, jeżdżąc jakimś pojazdem. Później się będzie martwić, jak wysiąść z autobusu.
— A co, jak będzie konduktor autobusowy? — odezwał się satyr.
— Jaki, kurczę, konduktor autobusowy?
— No, że sprawdza czy masz pieniądze.
— Ale tutaj się płaci przy wejściu do autobusu. Skąd ta idea w ogóle?
— A w sumie nie wiem.
Weszli do środka pojazdu, po zapłaceniu za bilety. Nawet nie zdążyła się rozsiąść, a już z głośników płynęło Zombie Lady.


Arnar?
────
[646 słów: Dahlia otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

piątek, 10 lipca 2026

Od Arnar CD Dahlii – „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Na swojej liście, obok taska: „Zostać porwanym”, Arnar zamaszystym gestem rysuje prześlicznego ptaszka (tak zawsze czytało w gazetkach i innych magazynach – wykonane zadania odznaczać ptaszkami; trochę mu się to nie podoba, bo ptaki należą do szeroko pojętego królestwa zwierząt, więc zamiast nich rysuje uproszczone loga McDonalda, na widok który również trochę się wstydzi). Zuperłnie szczerze nie spodziewało się, że będzie miało na tyle szczęścia, żeby naprawdę zostać pełnoprawnie porwanym. Raczej myślało, że będzie musiało specjalnie ukartować całą sytuację, ale tego by sobie w życiu nie wybaczyło. Nawet jako bardzo dumne ze swojego pochodzenia dziecko Hermesa ma jakieś zasady honoru i jeśli przez oszustwo może dojść do celu, to jeszcze spoko, ale jeśli oszustwo jest tym celem, to odbiera to bardzo dużą część zabawy w odhaczaniu rzeczy na liście zadań.
– Panowie są wspaniali – zwraca się do dwójki mężczyzn w garniturach i ciemnych okularach, którzy ze skwaszonymi minami skupiają się na gburowatym prowadzeniu limuzyny. – Dzięki panom spełniłom swoje marzenie. Chcą panowie parę pesos, może?
Mężczyźni mu nie odpowiedzieli, ale wqymienili ze sobą trochę zdezorientowane spojrzenia, które Arnar odebrało jako: „Nie mamy pojęcia, czym, do jasnego chuja, jest pesos”, ale tak naprawdę oznaczały: „PRZECIEŻ NIE BRALIŚMY NIKOGO Z PSYCHIATRYKA”.
Zadowolone Arnar rozsiadło się wygodniej na tylnej kanapie luiksusowego samochodu i wyjrzało przez ciemną szybę na migające za oknem miasto. Nawet go nie związali, choć ono tak naprawdę trochę nalegało, bo w końcu to jedna z podstawowych zasad bycia porwanym. Może poszło za nimi zbyt dobrowolnie, więc w sumie nie musleli sie wysilać. Postanowiło machnąć na to ręką i skupić się na tym, że będzie musiało uciec, zanim postanowią poodcinać mu palce. W jego głowie jest to zdecydowanie znacznie bardziej proste niż powinno być. Może to dzięki tamtej ucieczce przed gorgoną jest takie pewne siebie.
Limuzyna wreszcie zajeżdża na miejsce, a przynajmniej Arnar domyśla się tergo dzięki temu, że się zatrzymali. I nie zatrzymali się na stacji paliw ani pod Walmartem, więc to oznacza, że są u celu. Proste rozumowanie nader inteligentnego półboga.
Jeden z facetów w okularach otwiera mu drzwi, drugi mamrocze coś co może być zarówno „Chodź za nami” jak i „Chłód złamany”. Arnar drogą czystej dedukcji dociera do tego, która z tych opcji jest poprawna i posłusznie idzie za mężczyznami.
– O cholerka – wydusza z siebie, gdy przed nim, jak spod ziemi, wyrasta znajoma postać (czyli facet, któremu ukradło portfel i z Lucienem sprawili, że rzuciła go jego ówczesna lala). – Pan… Lewis Trolley?
– Lawliet Taylor.
– Aha. No tak. Rzeczywiście – oznajmia Arnar z uśmiechem, przyglądając się Taylorowi, który ani trochę nie wydaje się zadowolony z ich ponownego spotkania, choć najwyraźniej to on tutaj sprawadził nieszczęsnego półboga. – Jak się pan ma?
– Posłuchaj, jak oddasz mi moje pieniądze, to wszystko rozejdzie się po kościach. I żadnej z twoich nie połamiemy.
– Mhmmmmm – mruczy Arnar, kiwając się na piętach. – Ale ja ich nie mam.
– ???
– No. Nie mam. Gdzieś mi musiał wypaść.
Lawliet Taylor nie wytrzymuje i jego twarz przybiera bardziej znajomy Arnar kolor – wściekłą czerwień. Zamiast poprosić o to swoich ochroniarzy (z których jeden dłubie w nosie, a drugi drapie się po dupie), rzuca się na herosa samodzielnie i wychodzi mu to co najwyżej miernie. Arnar nawet nie musi się wysilać, bo nawet we śnie jest szybsze od faceta w obcisłym garniaku, który chyba w swoich najśmielszych snach jest w stanie ukryć wystający piwny brzuszek.
– To ja będę lecieć – oznajmia Arnar po uniknięciu kolejnych kilku ciosów, patrząc prosto w oczy zadyszanego Lawlieta Taylora. – Ale mogę dać panu parę pesos, bo i tak mi się do niczego nie przydadzą. Znaczy, mogłobym przejść się do kantoru, ale ciągle o tym zapominam.
– AAAAARFFHFHHFFGGGGGGGGGGGGGGGGH – odpowiada Lawliet Taylor, podczas gdy jego ochroniarze przyglądają się tej żałosnej potyczce z bezpiecznej odległości.
– No to nie. Strzałeczka! – Arnar, dumne z siebie, opuszcza miejsce zdarzenia. Za sobą słyszy wrzask Lawlieta Taylora, który karze swoim facetom w okularkach przeciwsłonecznych gonić uciekiniera, ale okazuje się, że to właśnie uciekinier miał być fundatorem ich wypłaty.
Jak w każdym filmie akcji tego typu, Arnar bezpiecznie ukrywa się w ciemnym zaułku po szybkim zakupie wody mineralnej na pobliskiej stacji benzynowej. Znalezionym w kieszeni drucikiem robi dziury w zakrętce i w świetle już powoli zachodzącego słońca rozbryzguje wodę na prawie całą alejkę.
Tęcza jakaś jest, ale trochę marna.
Wygrzebuje z kieszeni coś, co w dotyku bardziej przypomina drachmę, niż pesos albo dolary i rzuca tym w ledwo migocącą tęczunię.
– Hej Iris, jesteś super bardzo cię lubię. Połączysz mnie z Dahlią Chestnut, ładnie proszę? – Drachma znika, a zamiast niej w kropelkach wody pojawia się rozdygotana twarz, która nie jest twarzą córki Demeter. – Pęcisław?
– ARnR?
– Hej, Pęcisław, porwali mnie.
– …c0?
– Porwali. Jestem gdzieś trochę daleko, ale w sumie to nie wiem, gdzie.
– dhIa ćb szka!!!
– Eeeeee, okej? Powiedz Dahlii, że wrócę jakimś autobusem do centrum, oki? Chyba daleko nie jestem, ale nie wiem w sumie.
– KRWA N SŁSZ Ć.
Arnar nie zdążyło się pożegnać, bo skończyła mu się woda mineralna. Z poczuciem dobrze wykonanego zadania, idzie szukać najbliższego przystanku autobusowego.


Dahlia?
────
[816 słów: Arnar otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 24 marca 2026

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

Z ciężkim sercem wyciągnęła plik banknotów, skrupulatnie przeliczając każdy papier z osobna. Nie spodziewała się, że będzie musiała pokryć koszta zniszczeń Pęcka. Wróć, spodziewała się, ale nie aż tak wysokich. Miała już się wykłócać, że to nie było aż tak kosztowne, dopóki nie usłyszała w oddali beczenia. Mogli pójść do jakiejś speluny, która w ofercie miała siedlisko hazardu, to może chociaż by się odkuli. Jeśli i tak ich by nie wyrzucono za „dziecko” które żre karty.
Ostatnimi resztkami siły zgarnęła mały paragon z niebotyczną kwotą i wróciła do ich stolika. Ze zdziwieniem zauważyła dwie rzeczy:
1) Było czysto.
2) Za to współtowarzyszy nie było.
Skonsternowana stwierdziła, że w takim razie czekają na zewnątrz.
Konsternacja pogłębiła się, gdy po wyjściu na rześkie powietrze rozejrzała się i w ogóle nie mogła ich znaleźć.
— Eeee. Arnar?
Pęcek w tym momencie mógłby zostać spuszczony w szyb kanalizacyjny i by się nie przejęła. Ale gdzie mógł pójść Pan Cellulitis? Czy serio będzie szukać typa, może i charakterystycznego, w tym cholernym mieście? Westchnęła ciężko.
A może to była właśnie dobra okazja, żeby zmyć się stąd, nie zawracać sobie głowy kolejnymi kosztami i potencjalnymi potworami? Gdyby właśnie poszła w siną dal, tak, jak to miała w zwyczaju? Skierowała się w kierunku noclegu, czekając na zielone światło.
Tylko tym razem coś ją frustrowało. Do głowy wlewały się jej scenariusze, co mogło stać się z Arnar i czemu jeno nie było przed barem. Może teraz potrzebuje jej pomocy, walcząc z potworem przebranym za Pęcka, gdzieś w szemranej alejce? Albo z taksówki wyskoczyli ludzi i wrzucili jeno do bagażnika, porywając dla okupu? Wiedziała, że to mocno irracjonalne, w końcu ile by było warte? Może w tysiącach ale pesos, Lucien by dorzucił kilka Reese's. Tych mniejszych.
— No jasny chuj. — Mruknęła pod nosem znienacka.
Nawet nie zaskakiwało to przechodniów czekających obok niej. Albo mieli słuchawki w uszach, albo byli wystarczająco przyzwyczajeni do ekscesów. Gdy w końcu wyświetlił się zielony ludzik na sygnalizacji, nie ruszyła się z miejsca. Odwróciła się i zmierzyła się z pierwszym problemem.
Gdyby była Arnar, gdzie by poszła? Jak zacząć myśleć i poruszać się jak Hermesiak? Potarła skronie, licząc, że odpowiedź przyjdzie jej znienacka. Może coś było na tej liście, co by zmusiło jeno do skorzystania natychmiast? Raczej nic związanego z piekarnią, bankomat odpadał, dużo tutaj było kamienic, co też nie było na jej bingo.
Skręciła w pierwszą lepszą uliczkę i nasłuchiwała. Cóż, zostało jej sporo podobnych uliczek. Już się nie mogła doczekać, aż przejdzie się wśród szczyn, worków na śmieci, albo natrafi na ślepą uliczkę. Gdyby chociaż miała taką umiejętność, że jakiekolwiek chwasty w okolicy by dawały jej znać, kto tędy przechodził i jak wyglądał.
Dopóki nie usłyszała zawodzenia Pęcka. Pobiegła czym prędzej w jego stronę, tylko po to, żeby ze zdziwieniem obserwować, jak biegnie za limuzyną. Która właśnie ruszyła bezszelestnie na czerwonym świetle. Tego to już satyr nie mógł dogonić.
— Pęcisław, co się odjebało?
— No, ten bęcwał! Zobaczył coś w tej puszce i nawet nie zauważyłem, kiedy ruszyli! Wspomniał coś o liście.
— Co tam było?
— Nie wiem, ty czytałaś t—
— W tej limuzynie, tępy koźle.
— Nie mam pojęcia! Znalazłem soczystą puszkę i czekałem na jeno. Myślałem, że wyjdzie z niej, normalni ludzie, nawet półbogowie, tak robią!
Opadły jej ręce. Częściowo przez to, że jej strachy się spełniły, a częściowo przez to, że teraz w życiu nie dogonią auta. Już widziała oczami wyobraźni, jak tłumaczy Lucienowi, co się stało.
— To ma zaskakująco dużo… Sensu. I co my teraz zrobimy? Nie mam praktycznie pieniędzy na taksówkę. Zapamiętałeś chociaż rejestrację?
— A co to?
— Rozumiem, czyli nie. I co teraz? Jesteśmy bez pieniędzy, bez pomysłów. Bez wsparcia. Z fusów nie wywróżę jeno lokalizacji.
Nie uzyskała odpowiedzi. Tak już siedzieli sobie obaj, na krawężniku, kontemplując różne rzeczy. Satyr patrzył na puszki, Dahlia wbijała wzrok w ziemię. To było zbyt absurdalne. W dodatku odganiała gołębie, żądne okruszków i prawdopodobnie ich towarzystwa.
— Dalej nie wiem co zrobić. Szczególnie bez pieniędzy. — Wymamrotała skapitulowanym głosem.
Satyr odwrócił się do niej. Nie, żeby liczyła na jakiekolwiek wsparcie od niego, ale może go nie doceniała?
— Mam propozycję. Słuchaj, jak potrzesz długo powieki, to widać takie kolorowe plamki.
Patrzyła na niego w ciszy, procesując tą wypowiedź. Najlepsze, na co ją było stać, to kamienną minę oraz powstanie z krawężnika, zostawiając satyra samego.


Arnar?
────
[704 słów: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 22 marca 2026

Od Arnar CD Dahlii – „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

Arnar otwiera usta, żeby zaraz je zamknąć. Obdarowuje Dahlię drżącym, spanikowanym uśmiechem i wkłada cały swój wysiłek w kopnięcie swojego mózgu i wymyślenie jakiejś dobrej, koherentnej odpowiedzi, ale nagle czuje się jak w grze otome, w której zabrakło nu punktów potrzebnych na wybranie odpowiedniej opcji dialogowej i teraz musi obejrzeć dziesięć reklam albo wydać dwadzieścia dolców, żeby cokolwiek zrobić.
– A co to jest ce-
– Dahlia słuchaj – pytanie Pęcisława zostaje dramatycznie przerwane – to nie tak jak… Okej inaczej. Ja tylko… okej, wiesz co, to jest ta PRYWATNA część listy, do której dostęp mam tyko ja, jasne? – Arnar znowu próbuje wyrwać wyświechtaną kartkę z uścisku Dahlii, ale gdy dochodzi do prostego porównania ich sił, to niestety kobieta ma lepsze statystyki. W tej walce idzie jej aż za dobrze, bo Hermesiak ZA ŻADNE SKARBY nie chce roztargać listy sporządzanej wśród łez i cierpienia (oraz wśród magazynów skierowanych do stereotypowych kobiet).
– Nie, Arnar, TY słuchaj. – Dahlia pochyla się nad stołem pokrytym zmasakrowanym kartonem i nadgryzionymi pionkami. – Pamiętasz, jak usiadłoś ze mną na podłodze i powiedziałoś, że jestem edgylordem?
– Ta, prawie pogubiliśmy wtedy wszystkie szklane kulki – odpowiada całkiem zadowolone z tego, że temat wydaje się dryfować w stronę czegoś zupełnie innego. Nawet się trochę rozchmurza i kolory powoli wracają na jeno twarz.
– To teraz twoja kolej – uroczyście oznajmia kobieta, ale jedyne, z czym się spotyka, to zdezorientowane spojrzenie Arnar. Jeno mózg wyraźnie stara się przeprocesować jej słowa, ale napotyka przy tym niesamowicie dużo trudności, bo jakoś nie uważa siebie za edgylorda. Raczej jest przeciwieństwem. Edgylordowie nie noszą kolorowych koszul, nie rzucają głupimi żartami i w ogóle. Jakoś by się Arnar nie mieściło w głowie, że mogłoby być postawione na równi z Dahlią w takim aspekcie.
– Na bycie… Kurwa, Pęcek! – Hermesiątko odsuwa się od satyra w tempie ultraszybkim, prawie spadając przy tym z krzesła. – Ale żeby tak kolczyki?!
– Weeeeeeź, wyglądają smacznie. – Pęcisław przewraca oczami, ale posłusznie opada z powrotem na swoje siedzenie. – Nudzę się, wylosuj jakąś kartę z pytaniem. To tytan?
– Nie wiem, Lucien mi kupił. – Arnar szybko poprawia kolczyki i przesiada się na kolejne krzesło, byleby być dalej od nieznośnego satyra. Już spokojniej, układa dłonie na stole i ze swoim zwykłym krzywym uśmiechem skupia się na Dahlii. Wyglądającej na ekstremalnie zirytowaną i rzucającej Pęcisławowi spojrzenia pełnie nienawiści. – Pytałom, czy to moja kolej na bycie prawie zgubionym.
– Nie, na bycie skonfrontowanym z rzeczywistością, bęcwale.
– A-aha.
– Wylosuj kartę, mówię coś!
Arnar posłusznie sięga po jedną z rozrzuconych na stole kart. Pomarańczowy i powyginany świstek plastikowego papieru wywołuje w niem jakieś poczucie straty albo żałoby nad dalekim członkiem rodziny, o którego śmierci dowiedziało się miesiąc po pogrzebie. Jak może pozwolić na maltretowanie pionków, planszy i kos- okej, co do kostek musiałoby się zastanowić, to akurat widok tych poszarpanych kart jest dla nieno… co najmniej przygnębiający. Dusza potomka Hermesa domaga się w tym wypadku sprawiedliwości.
– Pęcek, patrzenie na te karty przyprawia mnie o dreszcze – mamrocze, ale satyra najwyraźniej nic to nie obchodzi i tylko pogania Arnar dłonią, żeby przeczytało pytanie. – „Wymień imię na literę L”.
– Lopadotemachoselachogaleokranioleipsanodrimhypotrimmatosilphioparaomelitokatakechmenokichlepi-kossyphophattoperisteralektryonoptekephalliokigklopeleiolagoiosiraiobaphetraganopterygon.
Po pierwszych trzech sylabach Arnar rezygnuje ze zwrócenia Pęcisławowi uwagi, że to ono powinno odpowiedzieć na wylosowane przez siebie pytanie, przynajmniej na ile orientuje się o zasadach tej gry, z której pochodzi karta. Po dzisiesięciu sylabach wymienia z Dahlią zaniepokojone spojrzenia i szepcze jej do ucha o opętaniach z horrorów, które oglądało z młodszym bratem. Potem przestaje liczyć kolejne sylaby. Razem wpatrują się w Pęcisława, dopóki nie skończy i nie oczekuje braw albo czegoś podobnego.
– Dobra, nieważne, zignoruj go. Trolluje – stwierdza Dahlia. – Wracając. Mama cię nie nauczyła, żeby nie wierzyć wszystkiemu, co jest w takich gazetkach? – Przy okazji, daje Arnar subtelne znaki, by zostawiło pieniądze na stole i razem z nią wyszło z tej przeklętej restauracji. Ono jednak nie rozumie jej spanikowanych ruchów oczu, więc tylko rozsiada się wygodniej, zamiast wymyślać wymówki.
– No ej! To prawdziwe imię! Jak pracowałem w obozie…!
– Moja mama też takie czytała! – Arnar przekrzykuje zirytowanego Pęcisława. – Lubiła takie rzeczy, zawsze w łazience mieliśmy taki koszyk z gazetami i…
– Współczuję – beznamiętnie stwierdza Dahlia. – No, to ja cię nauczę. W takich szmatłowcach piszą największe idiotyzmy. I wywołują kompleksy. Czy ty w ogóle masz cellulit?
– No, jakby… – waha się Arnar i próbuje wspomóc się gestami, które niczego nie znaczą. Jeno policzki nagle stają się cholernie gorące, a w tym momencie, pewnie w jedynym momencie w jeno życiu, wszystkie głupie żarciki wypływają z jeno umysłu. Do ścieków. – Ja…
– Co to jest ten cały cellulit? – Pęcisław wreszcie dochodzi do głosu. Buja się na krześle z kopytami wyłożonymi na blacie stołu, niebezpiecznie blisko napoju Arnar. – Ale, BAAAAAAA!!! Sorry, to taki tik. Akhem. Ale my mieliśmy grać. Wy wiecie, ile się napracowałem, żeby…
– Sklej pysk, poważną rozmowę mamy – ucisza go Dahlia. – No. Cellulit to jak ci się. Tłuszcz tak. Nieukłada prosto.
– To trzeba było tak od razu! – Oświecone Arnar zamaszystym ruchem wykreśla z listy usuwanie cellulitu. – Czy ja ci wyglądam na kogoś, kto ma tłuszcz gdziekolwiek?
– Ale to ty to wpisałoś.
– No, każdy czasem głupoty wpisuje. Mam zbyt kościste dupsko, żeby stamtąd jeszcze coś usuwać. – Przelatuje wzrokiem przez listę, jakby miało się tam ukryć kolejne usuwanie cellulitu. – Ej, wszystko ok? – pyta, bo zauważa, że Dahlia siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach, w stanie kompletnego załamania.
– Kurwa, myślałam, że masz jakieś kompleksy, a ty po prostu… Nieważne.
– WRACAMY DO GRY!!! – wrzeszczy satyr i, jeśli wcześniej jeszcze tego nie zrobili, zwracają na siebie uwagę prawdopodobnie dziewięćdziesięciu procent gości oraz personelu baru. Jeden z kelnerów wymienia spojrzenia z drugim i kiwają do siebie głowami.
– Przepraszam państwa – Gdy Arnar ma już posłusznie rzucić dziwną kością z tak wielkimi ubytkami, jak mleczaki uzależnionego od cukru dzieciaka, facet z obsługi pochyla się nad ich stołem. – Zakłócają państwo… porządek…?
– Już nawet w planszówki w barze nie można zagrać? Ty z drzewa spadłeś, chłoptasiu? – denerwuje się Pęcisław, na oczach kelnera w najlepsze spożywając kawałki aluminium.
– Oczywiście, już się zbieramy – zapewnia spanikowanego kelnera Dahlia. – Pęcek, weź to pozbieraj, ja zapłacę.
– A ja?
– Ty, Arnar… nie wiem, rób, co zwykle robisz.
Po czym poszła za kelnerem, a Arnar, z niejasnymi instrukcjami, nie wie, czy ma raczej zacząć tasować karty, czy uciekać z baru przez okno w łazience.


bullshitu ciąg dalszy
────
[1011 słów: Arnar otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

sobota, 7 lutego 2026

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

— Jaki akwedukt? — Już nawet nie mrugała oczami zaskoczona. Mrugała podejrzliwie.
— No, takie coś czym płynie wod-
— Wiem, czym jest akwedukt. Ale ja tu nie widzę żadnego akweduktu, nawet w tym miszmaszu planszówkowym.
Zauważyła, jak oczy jenu się rozbłysły. For fuck's sake. Jak się na coś upierało, to często było niepowstrzymane. A jak jakimś cudem się udało od czegoś odciągnąć Arnar, to mamrotało przez cały dzień o tym, co by mogło osiągnąć, gdyby nie cholerni Lucien, Dahlia, Chejron, kasjerka, policjant i tak można było wymieniać do końca ludzi, którzy nie zgadzali się na jakikolwiek chory pomysł.
— Musimy zobaczyć jakiś akwedukt. — Skwitowało.
— Aha.
— Dokończmy rozrywkę, błagam! — Wtrącił się błagalnie Pęcek.
Zwrócili głowy w jego stronę. Synchronicznie westchnęli, jedno ciężko, drugie z rozbawieniem. Gdy zobaczyła kelnera idącego z cierpiętniczą miną w ich stronę, przejęła koszyk nachosów i usiadła z powrotem na swoim miejscu. Planszówka może i beznadziejna, ale nie odmówi jakiegoś chrupania, do tego z dipem serowym. Arnar porwało parę kawałków i włożyło do ust, próbując powstrzymać serię okruszków spadających na niezbyt czystą podłogę. Dahlia zarejestrowała, jak wpatruje się w te kawałki ze złością. Po czym na twarzy wkradło się zaskoczenie, zwieńczone uśmieszkiem.
Uśmiechnęła się pod nosem. Pamiętała pierwsze spotkanie, te zamaszyste machnięcia miotłą, na której archeolodzy mogliby podziwiać ery funkcjonowania lokalu z maszynami do gier, przy oględzinach warstw oleju oraz śmieci, rzecz jasna. Sam fakt, że nie musi sprzątać, bo to nie jeno miejsce pracy, cieszył.
— Aaaaaaaa — Zaczęło, odchylając głowę.
— Hm?
— aaaa KWEDUKT — Dokończyło, wlepiając wzrok w buta.
Dahlia miała to gdzieś i rzuciła kostkami, żeby przez chwilę Pęcisław mógł wyskrobać ze swojej głowy jakiekolwiek zasady. Co krążyło w głowie tego satyra, oprócz komórki mózgowej okutej w puszkę po zupie Campbell?
— Możesz wymienić te króliki na świnkę.
— Super. Do czego mi potrzebna świnka?
— Żeby ludzie mogli zjeść! O, tutaj. — Wskazał na sześciokątne żetoniki z wioskami. Zjadł przy okazji łucznika wystającego z wysokiej wieży. Z nadzieją, że nikt nie zauważy.
— Na chuj ci akwedukt? — Podjęła temat, gdy zapadła cisza. Arnar w tym czasie kombinowało żurawia origami z etykietki po piwie, jako zadanie stworzenia środka transportu dla księżniczki z Marchewkowego Pola.
Widocznie ten temat nie dawał jej spokoju.
— Chcę zobaczyć go przed ślubem. Widzisz, mam listę rzeczy do zrobienia, zanim stanę się pełnoprawnym dorosłym, poważnym człowiekiem. Już się zaręczyłom, jak będę mężem, to mogę nie mieć tak dużo czasu na życie, Dahlia.
Przy każdym słowie, wymawianym powoli, podnosiła coraz wyżej brew. Nie trzeba było znać długo Arnar, żeby wiedzieć, że traktuje to poważnie. I było w tym coś uroczo naiwnego. Szczęka jej opadła, gdy wyciągnęło z kieszeni listę, która rozpostarła się na całej długości, zasłaniając przy okazji karty Pokemon. Pęcisław już miał się rzucić na świeżą celulozę, ale dzieciak Hermesa powstrzymał go sprytnie plastikowym krokodylem, którego paszcza zacisnęła się na ręce satyra. Żałowała, że w miejscu na zęby nie było żadnych ostrz, żeby chwilowo go zająć. Podobno mają jakieś niezawodne sposoby na rany.
— To imponująca lista. Bardzo. — Podniosła ją, rzucając okiem na niektóre pozycje. — Czy ty piszesz drukowanymi literami?
— To są bardzo ważne rzeczy, a uczyli mnie, że ważne rzeczy podkreśla się dużą literą. Wszystko jest ważne.
W tle małe silikonowe krzesełka, ułożone w stosie, rozsypały się. Przewracając klepsydrę.
— Spróbować liczi… Wyśledzić Nirwanę, kim ona jest?
— No właśnie nie wiem. Lucien coś często mruczy o spotkaniu z nią i spełnieniu. Nie rusza mnie to. — Skrzyżowało ręce na piersi i zmrużyło oczy.
Zapadła cisza, podczas której Dahlia z niezmienionym wyrazem twarzy wpatrywała się w jeno oczy.
— Po prostu chcę wiedzieć, kim ona jest. Może się spotykać, ile chce. Nie rusza mnie to. Ale chcę wiedzieć. Nie znam jej. Nie stresuje mnie ani trochę, że nie wiem, o co chodzi. — Wypaliło nieco podirytowane.
— Nie chodzi o ten zespół?
— Jaki zespół?
— No, że Nirvana. Może Lucien jest wielkim fanem Nirvany?
— To mi mógł powiedzieć, kupiłobym wtedy bilety na koncert.
Starała się nie zaśmiać, przybrała zamiast tego dość neutralną minę i kiwnęła głową.
— Może być ciężko z biletami. Co tu dalej mamy? Szydełkowanie… Nauczyć się robić wino, miłe. Zainwestować na giełdzie?
— Aha. — Przytaknęło.
— Nauczyć się pisać kursywą.
— Aha.
— Sztuczki w łóżku…? — Podniosła wzrok, lustrując poważnie jeno twarz.
Jakiś szczon dwa stoliki dalej usłyszał jej wypowiedź i się wyprostował. Zdecydowanie nie wyglądał, jakby miał dwadzieścia jeden lat. Tym bardziej że po obejrzeniu się za siebie i spotkaniu z piorunującym wzrokiem Dahlii wzdrygnął się i odszedł z piwem na drugi koniec baru. Na czym to ja skończyłam? A, sztuczki.
Nauczyła się jednego ze znajomości z Arnar. Praktycznie nigdy nie rzucało drobnymi innuendo, patrzyło na świat przez różowe okulary, z perspektywy dziecka. Nie mogła tylko zdefiniować, czy chodziło może o akrobacje, czy może skakanie przez płonącą obręcz. Tego by się prędzej spodziewała.
— Myślałom o kartach, ale też o ręcznikach. Widziałom ładne zdjęcia, jak są ułożone w łabądki. Wstążeczki, serca, takie duperele. To bardzo romantyczne. No i może coś z poduszkami, pierzem, płatkami róż.
— Niegłupie. Doceni.
— Rzuć bierkami. — Pęcek instruował dalej. Rozległ się dźwięk rozsypanych plastikowych patyczków.
Gdy prześlizgnęła wzrokiem po liście, omijając puszczanie kaczki 15 razy czy postawienie tarota, natrafiła na specyficzną sekcję. Pod zadaniem „wymówić sos worecterserire” przebiegała czerwona linia.
— Oho, czerwony kol— Chciała dokończyć, gdy nagle Arnar wystrzeliło z zamiarem zabrania tej części listy z jej rąk. Natychmiast odsunęła jeno jedną ręką, drugą próbując ustabilizować świstek. Zamiast utrzymywać siebie w ryzach i oddać posłusznie dzieło hermesiaka, poczuła przemożną chęć bycia złośliwą osobą. Tak, jak za starych czasów w Obozie. Zrobili wcale niemały galimatias.
Po przeczytaniu treści zamarła, a Arnar przestało ją gryźć i dopełniło jękiem przegranego. Jeszcze nigdy nie widziało tak otępionego wzroku Dahlii.
— Arnar, co to jest, do cholery?
— Czytałom ostatnio gazetkę, jak czekałom na zamknięcie pracy. Podrzuconą przez koleżankę kosmetyczkę. Jak zobaczyłom dział „zanim wyjdziesz za mąż” to skorzystałom…
Milczała. Procesowała wypowiedź.
— …i zapomniałom o jednej z ważniejszych rzeczy. No, wszystkie te artykuły mówią, jakie to nie jest ważne zrobienie tego przed ślubem. Żeby… Nie żałować. Dlatego tam napisałom seks. Jakoś tak zapomnieliśmy o tym.
— Nie w tym widzę problem. — Odparła.
Zapadła cisza. Dahlia mogłaby przysiąc, że trwała wieczność. Arnar łatwo się rumieniło, ale teraz wyglądało jak kartka papieru. Jeno bielactwo jakby stało się mniej widoczne.
— A. Aha.
Wpatrywali się dalej w siebie, mrugając oczami co jakiś czas.
— A… co? — wydusiło.
Cicho odpowiedziała.
— Usuwanie cellulitu.


Arnar?
────
[1029 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

sobota, 24 stycznia 2026

Od Arnar CD Dahlii — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

Gry to jego pasja. Jedna z rzeczy, w których jest naprawdę dobry i nie sądzi tak tylko on, ale wszyscy dookoła, wliczając w to cały ród dzieci Hermesa. Kompletny miszmasz, z jakim właśnie się zmagają, nie jest w stanie powstrzymać tak doświadczonego zawodnika, jakim jest Arnar. Pęcisław może pragnie być bogiem stworzonego przez siebie świata, ale to herosi wyjdą z tego starcia zwycięsko.
Hermesiak tak skupia się na próbach rozgryzienia tego, na czym polega gra, że prawie gubi się w tasowaniu. Tym bardziej gubi się w rozmowie.
– Ja? Ja nie wiem o co chodzi? – śmieje się Pęcisław. – Przecież napisałem cały regulami, Dahluś, nie rozśmieszaj mnie nawet. O, tu masz: podpis i odcisk mojego ko- Sorki, tu akurat… ugryzłem instrukcję…
– Dahlia. Już chyba mam plan – wbija się w ich konwersację Arnar, konspiracyjnym i głośnym szeptem.
– Nie masz planu – stwierdza kobieta, a satyr radośnie jej potakuje. – A my w to już nie gramy – dobitnie oznajmia, na co satyr tym razem gwałtownie kręci głową. Dahlia chyba oszczędza sobie udowadnianie mu, że przecież nawet on sam nie zna zasad i już zdążył zjeść ćwierć swojej instrukcji.
– Po prostu musisz uwierzyć w moją umiejętność odnajdywania się w każdej sytuacji – tłumaczy Arnar, dokładnie przyglądając się zawiłej konstrukcji sklejonej z co najmniej pięciu planszy do gry, na którą Pęcisław wysypał podwędzone z innych planszówek przedmioty. – Trzeba tylko dostrzec wzór i wtedy…
– Tutaj nie ma wzoru. To nawet nie ma nazwy. – Dahlia wbija wzrok w trochę zmieszanego satyra, a lawirujący między stolikami barman próbuje postawić gdzieś zamówione przez nich drinki.
– Otóż ma! – sprzeciwia się Pęcisław, ale nie jest w stanie kontynuować (i to chyba lepiej dla niego), bo właśnie kelenr desperacko próbuje umieścić ich napoje na zabałaganionym stole.
– Przesunąłby pan te karty? – pyta mężczyzna, a Arnar natychmiast chwyta stosik pomarańczowych tekturek z krzykliwym napisem: „Gorący ziemniak!” na rewersie.
– Ej, Dahlia, co robią chomiki? – pyta, przeczytawszy tekst na jednej z kart.
– Nazwałem to cacko… – Pęcisław chowa głowę za swoim regulaminem. – Eee, daj mi… sekundkę…
– Co robią chomiki???
– To pani zamawiała… puszkę? – Heroska bez słowa wskazuje Pęcisława, a puszka ląduje na zniszczonym zamku, bo kelner zaczyna mieć dość.
– DAHLIA CO ROBIĄ CHOMIKI.
– Nie wiem, kręcą się? W tym takim… kółku. – Arnar kiwa głową tak, jak wyobraża sobie, że pokiwałby głową nauczyciel, gdyby kiedykolwiek odpowiedział poprawnie na zadane pytanie (nie, żeby nie znał odpowiedzi, po prostu szybciej mówił, niż myślał. – To… dobra odpowiedź? – dopytuje zaskoczona Dahlia.
– Nie wiem, nie ma klucza.
– Ta gra nazywa się – uroczyście oznajmia Pęcisław – „PODPALENIE OBOZU HEROSÓW”.
Żadne z półbogów nie jest ani zachwycone, ani tym bardziej spodziewało się, że ta gra właśnie na tym polega. Patrzą na siebie nieco sceptycznie i oboje rozumieją, że żadne z nich nie wychwyciło nawet najdrobiejszej przesłanki, że będą palić Obóz. Dahlia wzrusza ramionami, Pęcisław wpatruje się w swoich graczy z nadzieję, a Arnar wreszcie postanawia przerwać napięte milczenie.
– A gdzie tu jest Obóz? – Hermesiak nisko pochyla się nad planszą, próbując dojrzeć gdzieś znajomy zarys miejsca, w którym spędził… z siedem lat? Albo trochę mniej?? Nieważne. Zna Obóz na pamięć, na pewno gdzieś rozpozna jego mikromapkę…
– Eeeeeee, gdzieś na północnym wschodzie chyba.
– Gdzie jest północny wschód?
– Północ jest tam, gdzie rośnie mech na drzewach…
– Arnar. – Dahlia postanawia znowu zabrać głos. – To przecież jest jakaś pułapka.
– Coś ty! – wrzeszczy Pęcisław, urażony do żywego. – Satyrowie pomagają półbogom, a nie zastawiają na nich pułapki! A teraz, jako, hm, but i samochód, musicie uniemożliwić… temu tam. Naparstkowi… zburzenia akweduktu!!!
– Dobra. – Arnar już zaciera dłonie, szybko zapomniawszy o poszukiwanym przez siebie Obozie. – Dahlia, potrzebuję w tym twojej pomocy…
– Może zamiast tego – kobieta wskazuje na bliżej nieokreślone miejsce na blacie – pójdziemy sobie na spacer? Albo gdzieś, gdzie jest wstęp wzbroniony dla satyrów? Tak, super? – pyta kobieta i zanim ktokolwiek jej odpowie, wstaje od stołu. – Pęcisław, możesz zjeść te swoje planszówki.
– Ale…
– A co z akweduktem? – wcina się Arnar. – Nigdy w życiu nie widziałem akweduktu. Mamy takie w Nowym Jorku? – pyta z oczami błyszczącymi z ekscytacji jak u małego dziecka. (Warto dodać, że w sumie nie wie, czym właściwie są akwedukty — wyobraża je sobie po prostu jak jakieś bardzo stare, w połowie zniszczone ruiny, które na pewno mają jakiś kształt).


Dahlia?
────
[682 słowa: Arnar otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii do Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

— Na co my tak właściwie patrzymy? — Mruknęła sceptycznie Dahlia.
Stół wyglądał jak pole bitewne. Jest szansa, że nim był.
Naprzeciwko siebie, pochyleni nad figurkami i planszami, siedzieli półbogowie. Dwójka przyjaciół (a właściwie jedno utrzymuje, że przyjaciół, drugie kategorycznie temu zaprzecza), wpatrywała się tępo w rozłożone karty i notki z instrukcjami.
— Mam jakiś koncept, ale tylko związany z kartami. Co do reszty… nie. — Odparło Arnar.
Pomysł wpadł do głowy, kiedy przyszła pora na kolejne odwiedziny związane z notką z Obozu Herosów. Chcieli, jak za starych dobrych czasów, zagrać w karty w jakiejś spelunie, ale przypałętała im się trzecia osoba.
Po prawicy Arnar, a lewicy Dahlii, umościł się na poduszkach satyr. Był ledwo zauważalny, daszek czapki wystawał zza gigantycznej płachty, którą dumnie nazywał instrukcją. Czy tam regulaminem. Używał tego na przemian, a reszta mogła tylko się domyślać, czy znał znaczenie tych słów, czy nie.
— Mówię, to jest bardzo prosta gra. Tylko pierwszy raz jest ciężki. — Odpowiedział wesoło.
Dahlia przewróciła oczami. Wielokrotnie się zastanawiała, jakim cudem zawsze wiedział, gdzie ją znaleźć, nawet jeżeli to był drugi brzeg USA. Jeszcze Arnar, nawet nie bacząc na to, kim ten satyr jest i co tu robi, od razu się zgodziło na rozrywkę. Niewiele trzeba było, żeby zachęcić dzieciaka Hermesa do czegokolwiek związanego z kartami oraz oszukiwaniem.
— Dobra Pęcisław. Po prostu powiedz nam, co mamy zrobić.
— I co te karty robią?
— Arnar, jeszcze nie teraz. Nawet nie wiemy, jaki jest pierwszy krok.
— Musicie wziąć pionki.
Spojrzeli wszyscy na miszmasz na planszy.
— Jaka jest definicja pionka? — Arnar zmarszczyło brwi.
— No, to są te metalowe cośki.
Dahlia już sięgała po pionek w kształcie auta, gdy Arnar zabrało jej sprzed nosa.
— Halo? To by—
— Kopyta ci walo! — Odpowiedział mimowolnie satyr.
Spiorunowała go wzrokiem, na co ten w odpowiedzi schował się za kartą z zasadami. Westchnęła zrezygnowana i wzięła metalowego buta.
— Gdzie mamy położyć?
— Chwila…
Czas upływał w akompaniamencie nerwowego wertowania kartek. Półbogowie zainteresowali się kartami i podczas casualowej rozmowy o ich stanie zachowania Arnar zaczęło je tasować, robiąc przy okazji triki. Które może nie robiły na reszcie jakiegoś wrażenia, ale miło było poczuć ponownie ich teksturę oraz to, jak się układają w rękach. Miały dziwną szatę graficzną. Zamiast klasycznych kolorów i cyfr były obrazki z potworami czy robotami, a wartości były absurdalne, na przykład 490, 760, 1000.
— Zakręćcie kółkiem.
— Jakim kółkiem?
— No, tym co ma cztery kolory.
— To jest dla ciebie kółko? To kwadrat ze wskazówką!
— Czepiacie się.
Arnar zręcznie zakręciło wskazówką i po chwili padło na czerwoną strefę. Satyr spojrzał z ukosa i zadowolony oznajmił:
— Lewa noga na zamek.
Spotkał się ze skonfundowanym wzrokiem. Arnar próbowało po swojemu wykoncypować, co dalej.
— Myślę, że ten twój but jest na lewą stopę i powinnaś przesunąć w stronę tam, gdzie lawa, wtedy to by miało sens z czerwoną stre—
JEB!
Kopyto padło z ciężkim impetem na planszę, rozwalając największy budynek. Kawałki poleciały w różne strony, szczególnie na Arnar, które miało pecha znaleźć się bliżej struktury.
Dahlia spojrzała spode łba na niszczyciela zamku.
— Mam wrażenie, że nie wiesz, o co chodzi i skleiłeś kilka gier w jedno — Warknęła.


Arnar?
────
[505 słów: Dahlia otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]