Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaktukonie??? bardzo śmieszne naprawdę brawo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaktukonie??? bardzo śmieszne naprawdę brawo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 września 2025

Od Arnar CD Luciena i Dahlii — „Kaktukonie??? Bardzo śmieszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

— Łapaj go!
— NIE WYWAL SIĘ — wrzeszczy Lucien, gdy w biegu Arnar ogląda się na niego przez ramię. — I ty go łap!
— Winoroślami go!
Zanim Arnar wpada na staruszkę, która w spokoju próbuje donieść swoje zakupy do domu, odczytuje z miny Luciena prosty przekaz: "Odwal się od moich winorośli".
— Przepraszam najmocniej szanowną panią!! — Arnar wykonuje szybki ukłon i biegnie dalej, zostawiając oszołomioną babcię z lekko otwartymi ustami gotowymi do wykrzykiwania obelg w stronę głupiego młokosa. Lucien z politowaniem kręci głową, prawie potyka się o własne nogi.
Ile on może tak biec? To pytanie pojawia się w głowach ich dwójki, gdy manewrują między przechodniami, którzy uciekający dywan traktują jak codzienność. Śmiertelnicy. Wszyscy tłumaczą sobie dziwne zjawiska, porównując je do aktorów ulicznych czy innych dziwnych eventów, które ciągle rozgrywają się na nowojorskich ulicach. Parę dzieciaków już pstryknęło im kilka zdjęć albo nagrało filmy, które pewnie wrzucą na tiktoka z opisem krzyczącym o jakimś performansie na środku ulicy. Znajdą dla pogoni dywanu milion filozoficznych wytłumaczeń, ostatecznie stwierdzając, że to metafora do pogoni za nieważnymi sprawami… albo coś takiego.
Arnar coraz bardziej wysuwa się na prowadzenie, Lucien próbujący za niem nadążyć zaczyna tracić dech. Małe nóżki dywanu nie są w stanie dorównać długim susom urodzonego biegacza.
— MAM CIĘ!!! — Triumfalny wrzask rozbrzmiewa echem w wąskiej uliczce. — …Karpoi? Lucien, to tyl…! Lucien?
Ogląda się za siebie, ale chłopaka ani widu, ani słychu. Wspina się na palce i próbuje dojrzeć Luciena nad głowami przechodniów, choć zdrowy rozsądek podpowiada, że powinno szukać raczej pod nimi. Zanim Arnar udaje się go dostrzec, Lucien zatrzymuje się przed niem i kładzie dłoń na jeno ramieniu, kurczowo je ściska i najchętniej to by przeniósł na Hermesiątko cały swój ciężar. Arnar współczująco obejmuje go ramieniem, na drugim opiera ich cudem odzyskany dywan. Będzie co opowiadać dzieciom.
— …Cze… czemu on nam… spierdolił…? — pyta Lucien, wykrztuszając słowa pomiędzy ciężkimi wdechami.
— A! Dywan, tak dywan, on nam… — Arnar rozgląda się dookoła. — Yyy, był tu taki karpoi, ale już go chyba nie ma.
— On też nam spierdolił…? — Lucien unosi do Arnar spojrzenie bardzo smutnego szczeniaczka. — I Dahlia też?
— Cze– Nie, daj spokój. Dahlia, Dahlia sobie tylko robi żarty, wiesz, jaka ona jest, prawda?
— Nawet nie waż się zamiatać tego pod dywan! 

 *

— Mówiłem. Poszła sobie. — Smętnie stoją nad stolikiem, przy którym wcześniej siedziała Dahlia i jej stek. Brakuje im tylko czarnych ubrań i róży, a dywan mógłby być… czerwony, na przykład, tak odświętnie. Wtedy wyglądaliby jak biedna para na pogrzebie przyjaciółki.
— A państwo tutaj, bo…? — pyta drżącym głosem uśmiechnięta pani, która próbowała jeść swoją carbonarę. Mężczyzna siedzący naprzeciwko niej uśmiecha się zaciśniętymi, pobielałymi wargami. Pewnie podobnie zaciska pięści pod stołem.
— Bo… koleżanka tutaj… — Lucien ponosi niezgrabną próbę wytłumaczenia się, ale wygląda bardziej jak bliski płaczu przedszkolak, niż dystyngowany mężczyzna, który mógłby jadać w restauracjach.
— Martwiliśmy się, że ta koleżanka — podejmuje Arnar — za nas nie zapłaciła, bo nagle sobie przypomnieliśmy, że zostawiliśmy nasz dywan — klepie nowego członka ich rodziny po trochę brudnym materiale. — No i musieliśmy po niego wracać. Do kawiarni, bo tam go zostawiliśmy. Ale wyszliśmy tak szybko, że zapomnieliśmy zapłacić i zastanawialiśmy się… No, właśnie, tak było. Do widzenia!
Ciągnie Luciena za sobą, żeby jak najszybciej usunąć się z podwórka restauracji (ludzie zaczynają na nich dziwnie patrzeć, jakby to nie była ich codzienność). Odprowadzeni zostają pomrukiem faceta w garniaku (o treści: "Mogli przecież zadzwonić") i zaniepokojonym spojrzeniem uśmiechniętej kobiety, którym przeszkodzili w zapewne bardzo romantycznej kolacji. Wlokąc się noga za nogą, przemierzają tę samą trasę, którą poprzedniego dnia uciekali przed gorgoną. Lucien raz po raz ogląda się przez ramię, mimo zapewnień Arnar, że, kochanie, złej pani już nie ma, poszła sobie i możesz w końcu wyjść spod łóżka. Cisza między nimi rozciąga się aż do otwarcia drzwi ich mieszkania, gdy Lucien na chwilę zatrzymuje się przed progiem.
— I tutaj… tutaj właśnie pierwszy raz ją spotkałem… i myślałem, że ma biegunkę…
— Słońce, przestań dramatyzować.
— Nie dramatyzuję — upiera się Lucien, głośno zatrzaskując za sobą drzwi. — Miej troszkę więcej empatii.
Arnar przybiera minę, która ma obrazować zastanawiającego się nad sensem życia filozofa.
— Okej, dobra — odpowiada wreszcie. — To patrz. Może nie mamy Dahlii, ale mamy dywan! — oznajmia radośnie.
— …
— Mamy dywan!!!
— To nie jest empatia.
Niespeszone, Arnar bierze ich DYWAN i rozpoczyna manewrowanie po mieszkaniu z niebieskim rulonem na ramieniu. Na ich kanapie wciąż leży kocyk i poduszka Dahlii, schludnie złożone. Na ich widok Lucien znowu przypomina Arnar niesamowicie smutnego psa, któremu już zbierają się łzy w oczach, bo jego rodzeństwo zjadło całą karmę, zanim on zdążył podbiec do miski. Przecież Dahlia nie umarła, bez przesady… Właśnie, nikt nie umarł. Totalnie nikt nie umarł. (Arnar nagle spięło się z niejasnego dla Luciena powodu).
— Patrz, jak pasuje! — Uradowane Hermesiątko wskazuje na ich piękny, niebieski dywan z przesadną energią jak na pokazanie zakurzonego i zmaltretowanego kawałka materiału. W niektórych miejscach trudno stwierdzić, czy na pewno jest niebieski. — Idealne wymiary! Dahlia naprawdę umie wybierać dywany!
— Tak… Dahlia… umie wybierać — pociągnięcie nosem — dywany.
— No, już, już. Jeszcze się z nią kiedyś spotkamy. Heros herosa znajdzie! — Lucien nie wydaje się pocieszony. Arnar przetrząsa szufladki swojego umysłu w poszukiwaniu jakiejś śmiesznej anegdotki, żeby choć trochę poprawić nastrój. — Ej, a wiesz, że Dahlia oszukiwała na automatach?
— Ale przecież poznaliście się w barze.
Patrzą na siebie. Kącik rozciągniętych w uśmiechu ust Arnar lekko drga, gdyby było postacią z komiksu, to po skroni spływałaby nu kropelka potu. Lucien marszczy brwi w konsternacji, próbując połączyć fakty.
— Oszukiwała na automatach w barze.
— Czy ty możesz chociaż raz przestać kręcić?
— Nie, Lucien, błagam cię, ale…
— Arnar, to ja ciebie błagam, bo to już jest jakaś przesada…
— Ale słuchaj, to wcale nie tak, tak naprawdę…
— To już kolejny raz, gdy… ej, patrz. — Lucien podchodzi do parapetu, jakby wcale nie zaczął żadnej kłótni.
— Dzięki bogom — prawie bezgłośnie szepcze Arnar, bo naprawdę nie miało ochoty opowiadać mu o latających świniach i ofierze pogrzebanej pod szczątkami wybuchniętej fontanny. — Co tam ma– AAAAARH!
Arnar łapie się za serce i odskakuje od parapetu, potyka się o podwinięty koniec dywanu. Na parapecie, z jakiegoś powodu, stoi kaktus, którego nigdy nie kupowali. Którego nigdy nie było w ich mieszkaniu. Kaktus o kształcie niebezpiecznie przypominającym konia.

KONIEC WĄTKU </3
────
[1003 słowa: Arnar otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 14 września 2025

Od Dahlii CD Luciena i Arnar — „Kaktukonie??? Bardzo śmieszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

Ledwo uszli z życiem, a wciąż nie uczą się na błędach. Gdy usłyszała zgrzyt krzesełek dostawionych do stolika, wnętrzności się jej zacisnęły, a serce spadło. Do okrężnicy.
Arnar z energią golden retrievera coś szczebiotało o kawie, Lucien patrzył się na nią intensywnie. Na heroskę, nie potencjalną kawę. Intensywnie ciemne tęczówki, podkreślone niewyspaniem, dodawały do wszechobecnej aury paranoi. Cała scena by się nadała do jakiegoś kadru filmu o przygaszonej kolorystyce, gdyby nie usadowiony komicznie między nimi dywan. Został postawiony na sztorc, wiadomo, że w celu obserwowania go, żeby się nie zgubił (kolejny raz), ale już swoje przecierpiał i pochylał się nad stołem. Jak kołnierz płaszcza smutnego, starego, zdekapitowanego człowieka. Dahlia pomyślała o tym, że wsadziłaby mu jakąś fajkę w gębę tkaniny. Melancholijny staruszek z bawełny zafarbowanej błękitem kobaltowym, młody siwy chłopak nerwowo rozglądający się na boki, radosne dziecko w pstrokatej koszuli, z pstrokatą aparycją, pstrokatymi myślami zostali kukiełkami w teatrzyku dla niegrzecznych półboskich dzieci. Którego puentą jest „nie zbierajcie się w grupy, bo pożre was Meduza”.
Dahlia jest obserwatorem aktu pierwszego. Stek również jest obserwatorem, cichym, stygnącym, zasłaniającym się figlarnie sałatką. Jest nieco bardziej zarumieniony niż w jej guście, ale po wczorajszej pączkowej niespodziance nie chciała kusić losu.
— Udało się wam odzyskać dywan — Zmieniła nieco tor rozmowy.
— Taak, jest nawet całkiem nienaruszony! — Spojrzeli na rzeczony przedmiot z dumą, jak rodzice dziecka, które w porę sobie przypomniało o zasianiu rzeżuchy.
— Zastanawialiśmy się, czy wrócić tam w ogóle. Ale chyba już tyle pieniędzy poszło na niego, że konfrontacja z kolejnym potworem byłaby korzystniejsza. Zastanawialiśmy się też, czy… ekhem, żyjesz.
— Ja tam wierzyłem w ciebie od początku — Twarz Arnara Retrievera się rozpromieniła. Bardzo się cieszył ze spotkania, dawał to po sobie poznać, co tylko sprawiało, że Dahlia czuła się jak wrak człowieka.
Tak, wiele sytuacji mieli za sobą, tak, nieco się zżyli. To było problemem, dużego kalibru, nie po to uciekała. Ile razy już zrywała z kimś, dla samego utrzymania bezpieczeństwa, bo dana osoba miała ciekawe plany na życie, marzenia, pomysły, które naprawdę szkoda było przerwać nagłą śmiercią z rąk potwora. W jej oczach zakrawało to o egoizm. Już w głowie miała scenariusze typu „gdyby świnia zrobiła szarżę na nich”, „gdyby Gorgona akurat wbiła mocniej szpony”, gdyby, gdyby, gdyby. Jeszcze na dokładkę był Lucien, z którym dzieliła podobne obawy. Na jej twarzy pojawił się grymas. Miało, kurwa, skończyć się na kartach.
Arnar zauważyło skrzywienie oblicza.
— No jedz, jedz, pewnie już stygnie.
Bogowie, jeno odczytywanie subtelnych sygnałów było rozczulające. Wróciła do widelca i niespiesznie grzebała nożem w steku. Za to Lucien pochylił się nad stołem, bezczelnie ignorując akt jedzenia mięsa.
— Pytanie o Gorgonę było poważne. Skąd mamy wiedzieć, że nie zaatakuje? Że nie jest w pobliżu?
— Mówiłom ci, jest doświadczona. Nie byle kto wybiera dywan.
Między półbogiem a prawdą, nie przyszła tutaj przypadkowo. Starała się sobie wmówić, że tak od niechcenia przyszła akurat tutaj, w sąsiedztwie tego przybytku z pączkami. Pod latarnią najciemniej czy coś. A tak naprawdę liczyła na to, że zobaczy tę dwójkę względnie całą. Oczywiście, nie przemyślała tego, że oni dołączą się do niej, wykazując totalny brak PHP. Półboskiej Higieny Przeżycia. Możliwe, że za dużą ocenę im wystawiła.
Teatrzyk dalej się odgrywał.
— No okej Arnar, ale Gorgona to nie byle jaki przeciwnik. Nie wiem jak uważałoś na zajęciach z potworów…
— Na tych zajęciach najlepiej się wtedy grało w karty. Wtedy to były wymagania dla grupowego.
Lucien prychnął.
— Co innego? Po prostu nas wtedy uczyli, że to jedne z cięższych przeciwników, cymbale. Tylko naprawdę silni herosi od silnych boskich rodziców są w stanie ogarnąć temat, bez urazy — zwrócił się do Dahlii, kiwnęła głową w celu przekazania „none taken”, dalej żując obiad — I nie da się tak po prostu o zabić!
— No okej Lucien, ale ważne, że nikt nie zginął, jesteśmy cali i zdrowi, nic tylko się cieszyć!
— A czemu miałby zginąć?
— No nie wiem, różne rzeczy się dzieją. Gorgony syczą, świnie latają…
Jaka świnia lata? Na bogów, Arn-
— Eee — Zapeszył się dzieciak Hermesa — No przecież nie takie, co są różowe i duże, duh. I nie trafiają w żadnych półbogów. Ani w fontanny. Mówię ci, nie ma czego się obawiać.
Ze zdenerwowanym śmiechem zamieszał w swojej kawie. Dzieciak Dionizosa wyglądał, jakby właśnie zobaczył kopnięcie szczeniaczka. Podenerwowany, patrzył spode łba, a to na Arnar, a to na córkę Demeter. Zacisnął usta. Z jej perspektywy zdecydowanie sam wyglądał jak szczeniaczek, wyczekujący odpowiedzi. Ciemny sweter z miękką fakturą dodawał tylko wrażenia. Technicznie herosi to takie kundelki do zgarnięcia z ulicy, takie porzucone. Obóz Herosów był takim jednym wielkim schroniskiem…
— Syn chyba za mocno w głowę dostał od Gorgony — Mruknęła, kończąc posiłek, w celu ratowania swojego partner in crime.
— Nie pierwszy i nie ostatni raz…
— Odpowiadając na twoje pytanie, po prostu zmyliłam ją. Trochę tego, trochę tamtego. Nie narzekam na benefity od matki. — Wytarła pieczołowicie twarz chusteczką. — I uspokój się. Widać, że się denerwujesz.
Obserwowali, jak od jakiegoś czasu z kieszeni wyłażą mu winorośle. Wyginały się, jak w konwulsjach, gdy podnosił za każdym razem ton. Przy okazji nabierały objętości. Dahlia skorzystała z zamieszania.
— Ja nie chcę nic mówić…
— Ale…? — Spojrzeli na nią w napięciu.
— Gdzie jest dywan?
Obrócili się jak jeden mąż. Gdyby to była kreskówka, już by się pojawiły linie symbolizujące brak dywanu. Zsynchronizowali się także w otwieraniu ust.
— No nieeeeee — jęknęło Arnar przeciągle, a Lucien rozejrzał się od razu, gorączkowo. Wręcz komicznie. Nagle jedno z nich zauważyło ruch z pierzei ulicy.
— Tam!
— Czemu on nam spierdala?!
Dywan podrygiwał, uciekając na… Małych nóżkach? Przywodził na myśl ministerstwo głupich kroków, bo balansował naprawdę koślawo. A to w lewo, a to w prawo, jak lody gibki.
Zerwali się na równe nogi. Prawie wywrócili krzesła po drodze, prawie potknęli się o doniczkę. Arnar prawie wpadło do kanalizacji, ze względu na otwarty właz. Brakowało tylko kolejnego efektu komediowego, jakim była gigantyczna szyba trzymana przez dwójkę robotników. Może jeszcze nadepnięcie na ogon kota?
Heroska została na swoim miejscu. Mruknęła pod nosem coś o debilach, zostawiając szczodry napiwek na stole, byleby pokryć koszty ich kaw. PHP, drodzy państwo, PHP. Długo się zastanawiała, czy użyć karpoi, czy jakiejś wytrzymałej roślinki, zdolnej do utrzymania wagi dywanu. Za każdym razem, gdy na niego patrzyła, góra kiwała na znak zgody. Czy to od wiatru, czy zrządzenia boskiego, nie zastanawiała się. Reasumując, oni biegli za karpoi dzielnie podtrzymującym dywan, a ona odchodziła w przeciwną stronę, przeciągając się. Procesowanie tego, co się w ogóle odjebało w ostatnich dniach, pewnie za niedługo uderzy ją znienacka, a nie bardzo chciała tego po sobie pokazać. Mimo wszystko uśmiechnęła się po raz pierwszy tego dnia.
Pytanie, czy na ten teatrzyk zostanie spuszczona kurtyna, czy jednak zaczną się kolejne akty.


Arnar?
────
1086 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

środa, 10 września 2025

Od Luciena CD Dahlii i Arnar — „Kaktukonie??? Bardzo śmieszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

Lucien spróbował wyrwać się z uścisku Dahlii, szarpiąc się, jak owca schwytana przez drapieżcę. Dziewczyna coś szepnęła biednemu dzieciakowi Dionizosa na ucho, ale ten nie chciał słuchać, szapiąć się dalej i ignorując narastający ból w ramieniu. Krew kapała za nim, tworząc zachęcająca dla gorgony ścieżkę.
Arnar mówił coś o schronieniu, o tym, by przeszli w tamtą stronę (ale Lucien nawet nie rozumiał, co to znaczy „tamta" strona), a Dahlia się nie odzywała. W końcu stanęła i mruknęła cicho ni to do siebie, ni to do dwójki herosów:
— Rozdzielmy się.
Arnar zdławił śmiech, przełknął głośno ślinę, która nie chciała przecisnąć się przes suchę gardło.
— Nikt się nie rozdzieli — powiedział stanowczo. — Musimy wyjść z tego razem, okej?
Dahlia jednak nie posłuchała. Uśmiechnęła się do Arnara przepraszająco, a do Luciena skinęła głową. Odbiegła w stronę drugich schodów, które prowadziły do innego wyjścia, nie tego, którym weszli. Po chwili syn Dionizosa usłyszał ryk gorgony oraz krzyki heroski.
— Musimy jej pomóc — warknął, nie patrząc na Arnara. Zacisnął palce na zranionym ramieniu. Próbował stłumić ból, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej nieznośny. Kłujący, rwący, jakby ktoś wbijał mu w mięśnie rozgrzany do czerwoności żeliwny pręt. — Stanie się jej krzywda.
— Poradzi sobie. Naprawdę. — Położył dłoń na ramieniu chłopaka, próbując go uspokoić i uchronić przed zbliżającym się atakiem paniki. — Jest doświadczoną heroską. Umiała nawet wybrać dywan w sklepie.
— Nie żartuj sobie teraz. — Lucien odtrącił dłoń Arnar i zaczął nasłuchiwać kolejnych wrzasków Dahlii lub pisków gorgony. Niczego już nie słyszał. Tylko głosy ludzi, którzy przyszli na stację metra. — Dlaczego nic nie słyszę? — Uniósł spojrzenie ku schodom, którymi uciekła córka Demeter. Chwilę się wpatrywał w stopnie, zastanawiając się, czy zdołałby się po nich teraz wspiąć. Z tą wstrętną raną i bólem, który prawie składał go z nóg.
— Wracamy do domu.
I rzeczywiście pozwolił Arnarowi zaprowadzić się do domu. Wrócili obolali, ranni i ubrudzeni tak, jakby wykopywali co najmniej węgiel kamienny. Lucien nie mógł przestać myśleć o Dahli, o tym, jak z poświęceniem pobiegła na górę, prosto do wściekłej gordony. Jak swoim wrzaskiem próbowała odwrócić uwagę potwora od ich dwójki. Jak później nie słyszał już niczego, jakby rozpłynęła się w powietrzu razem z tym paskudnym stworem.
Arnar przemył ranę Luciena. Przez cały czas unikał pytań, dotyczących Dahlii. Albo mruczał coś o „doświadczonej" herosce.
— Arnar — zaczął Lucien, sprawdzając palcami, czy zawiązany przez Arnara bandaż dobrze się trzyma. — Gdzie jest nasz dywan?
— Dywan… — zaśmiał się głupkowato w odpowiedzi. — Był chyba taki dywan, no, był.
— Kupiliśmy dywan. Gdzie on jest?
— Ty… rzeczywiście. — Poszedł do salonu, jakby chciał się upewnić, że nowy dywan na pewno nie leży na miejscu starego. Spotkał się tylko ze smutnym, pustym parkietem. Miejscem, gdzie kiedyś leżała piękna rzecz, którą obrzygał. 

 
Dopiero następnego dnia wrócili do kawiarni, w której najprawdopodobniej zostawili swój cenny dywan. Arnar pięć razy upewniał się, że nigdzie nie czai się na nich gorgona (to byłoby niedorzeczne, gdyby kolejny dzień z rzędu coś chciało ich zabić). W końcu pociągnął Luciena za sobą, otworzywszy uprzednio drzwi. Na wejściu powitał ich dźwięk denerwującego dzwoneczka.
— Dzień dobry. — Arnar podszedł do lady. Z wyraźnym niepokojem przyglądał się sprzedawczyni. Przez te wszystkie sytuacje zaczynają tracić zaufanie do przypadkowych ludzi. — Został może u państwa, um… dywan? Taki zwykły, zwinięty dywan.
— Och, tak, coś zostało — Sprzedawczyni posłała Arnarowi ciepły uśmiech. Wyszła zza lady i zaprowadziła go na tyły kawiarni. Lucien potruchtał za nimi. Z jakiegoś powodu Arnar o nim zapomniał i chciał pójść tam sam.
— Taki niebieski? — Stanęła przed drzwiami, które prowadziły na zaplecze.
— Tak, tak. Niebieski. Tak. Taki puchaty, prawda? — Arnar schował dłonie do kieszeni spodni. Był cały spięty. Gotowy do ewentualnej walki.
Sprzedawczyni uśmiechnęła się porozumiewawczo, uchyliła drzwi od zaplecza i zwinnie wślizgnęła się do środka, zostawiając Arnara oraz Luciena samych. Wróciła po niecałej chwili z szerokim uśmiechem na twarzy oraz dywanem, który okazał się zbyt ciężki na drobną kobietę, jaką była. Z całych sił próbowała wytargać ciężką rzecz z zaplecza, a stanowiło to nie lada wyzwanie. Arnar szybko wziął się do pomocy.
— Wezmę to, dzięki! — Zarzucił sobie dywan na plecy (sprzedawczyni odetchnęła z głośnym „wow") i podszedł do Luciena, stojącego pod ścianą. Całą tę sytuację obserwował z bezpiecznej odległości.
— Wszystkiego dobrego! — Sprzedawczyni pożegnała herosów. Dzwoneczek znów nieprzyjemnie głośno zadzwonił, kiedy otworzyli drzwi wyjściowe. Z jakiegoś powodu Lucien będzie teraz ten dźwięk kojarzyć z gorgonami i cholernie bolącym ramieniem.
— Dobrze, że dywan nie ucierpiał — Arnar odezwał się pierwszy, przerywając ciszę. — Patrz, jaki ładny!
— Na pewno ładniejszy od tego w konie.
Szli powoli, rozglądając się we wszystkie strony. Lucien obawiał się teraz wszystkiego: rowerzystów (bo co, jeśli potwory nauczyły się jeździć na rowerach?), samochodów, których było pełno na ulicach Nowego Jorku, psów, bo przecież mogły być to wściekłe piekielne ogary lub chimery, gotowe, by odgryźć im głowy. Nieustannie w głowie planował wszystkie możliwości ucieczki. Myślami wyobraźni łapał pnącza winorośli, jakby chciał je bardziej wytrenować.
— Słyszałeś to? — Zatrzymał się gwałtownie. Arnar usłyszał go z opóźnieniem i musiał się cofnąć parę kroków z tym wielkim dywanem zarzuconym na bark. — Chyba znam ten głos.
Lucien zaczął szukać kogoś, kogo już znał. Kojarzył. Gdyby był psem, to zapewne tropiącym i wytropiłby Dahlię z odległości pięciu kilometrów.
Córka Demeter siedziała w jednej z nowojorskich restauracji. Na talerzu miała już swój obiad: grubego steka ozdobionego niepotrzebnym zielskiem oraz przypieczone ziemniaczki. Zdawała się nie zauważać (albo nie chciała zauważyć) Luciena, żarliwie wpatrującego się w jej twarz.
— Dahlia! — wypalił w końcu i podbiegł do dziewczyny. Pech chciał, że siedziała akurat na zewnątrz, przy jedynym wolnym stoliku, który miała do zaoferowania restauracja. Wspomniana restauracja nazywała się… mięsny jeż. Jakoś tak. Lucien nie przyjrzał się dokładnie szyldowi.
Dahlia podniosła głowę znad talerza i zmarszczyła brwi. Jej mina mówiła jedno: myślała, że pozbyła się tych dwóch debili raz na zawsze.
— Czyli wszystko z wami dobrze — powiedziała, odłożywszy sztućce na bok. Przeszkadzali jej w jedzeniu. Zimny stek smakuje jak podeszwa, a ona nie była fanką gumowatego mięsa. — To fajnie.
— To się stało z tą gorgoną?
— No, jak to co? Zniknęła.
— Zabiłaś ją? — zapytał już ciszej. Jakaś parka, siedząca za Dahlią zaczęła ich podsłuchiwać. — Czy uciekła?
Arnar podszedł bliżej, dywan postawił na ziemi i ciężko odetchnął.
— Odpełzła w siną dal, czy coś. — Wzruszyła ramionami. — Mogę… zjeść?
— Ale… jak się czujesz? Nie boisz się siedzieć sama w restauracji? Po tym wszystkim?
— Najwyżej ze steka wyjdzie mi gorgona. — Machnęła ręką. Prawda była taka, że bała się tak samo, jak oni, ale wolała się oddalić od tej dwójki, by nie przyciągać kolejnych potworów. Trójka półbogów w dużym mieście… to nie mogło się dobrze skończyć. Na dodatek Arnar zniknął w środku restauracji, by coś zamówić. Poprosił jeszcze o dwa dodatkowe krzesła.

Dahlia?
────
[1080 słów: Lucien otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

piątek, 5 września 2025

Od Arnar CD Dahlii i Luciena — „Kaktukonie??? Bardzo śmieszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

— Okej, już raz to przerabialiśmy, nie, Lucien? — Usta Arnar rozciągają się w uśmiechu przepełnionym przerażeniem. Zimny pot spływa nu po karku, pustym wzrokiem wpatruje się w marmoladową krew spływającą po brodzie Dahlii. — Pączki i te… i te sprawy.
— Szo je cieje? — wykrztusza heroska z policzkami wypchanymi ciastem i (prawdopodobnie nie) marmoladą.
— Długa historia — mówi Lucien. — Nie połknęłaś tego, prawda? Nie połknęłaś? — pyta spanikowany, bardziej skupiając się na niej, niż na innym, bardziej bezpośrednim zagrożeniu. Jego umysł wciąż próbuje wyprzeć to, że znowu będzie musiał z czymś walczyć, z czymś, co prawdopodobnie zabiło już kilku nowojorskich półbogów.
— Krefff gorgony sssa krefff półboga — powtarza miła kasjerka, żeby o sobie przypomnieć i przechodzi nad ladą, powoli, niczym z horroru. Nie na tyle powoli, żeby zaraz nie rzucić się na herosów. Arnar próbuje uniknąć jej niezwykle ostrych tipsów, którym udaje się lekko zadrasnąć jeno policzek. Żeton od pokera prawie wylatuje nu z palców, gdy próbuje dobyć swojego miecza.
Lucien zachowuje resztki zdrowego rozsądku, dopada do drzwi. Szarpie klamką, ale nie daje to wiele – nie wiedzą kiedy, ale gorgonie udało się zamknąć drzwi. Może wystarczyło pstryknięcie jej kościstych palców, stuknięcie doklejanych paznokci i już, nie ma ucieczki. Dahlia wyrzuca lepkiego pączka w kąt, wypluwa obślinione resztki na podłogę. Arnar, gdyby nie było właśnie zajęte walką przypominającą ciuciubabkę, wymamrotałoby ciche „fuj” (ono akurat nie powinno się odzywać po tym, jakie przedstawienie odwaliło poprzedniego wieczoru).
— Arnar, otwórz te drzwi! — woła Lucien, w jego dłoni pojawia się parazonium. Ceremonialny sztylet, wspaniale wybrał!
— Do tego to ja się muszę skupić, wiesz?!
Staje ramię w ramię z Dahlią, ona z szablami, ono ze swoim mieczem. Jest sens walczyć z gorgoną? Która to z sióstr? Czapeczka i ogromne afro jasno sugerują największe zagrożenie, jakie mogli sobie wylosować. Na wszelki wypadek Arnar od początku walczy ze zmrużonymi oczami, jak kret próbuje dostrzec gorgonę przez cienkie szparki zamazane zasłoną rzęs. Służbowa czapka z daszkiem frunie na cukierniczą szybę, rozwiane włosy kasjerki szybko zmieniają się w miliony syczących węży. Kościste palce wydłużają się, obrzydliwe tipsy zmieniają się w haczykowate szpony, uniform kasjerki rozdziera się na plecach, żeby wypuścić szare skrzydła na wolność.
— Przecież wypraliśmy te ubrania! — wrzeszczy pomiędzy unikami przed ciosami gorgonich szponów. — Kupiłom perfAAAAAARG! — Te słowa zlewają się z wibrującym krzykiem bólu. Zaciska powieki, tnie na oślep, żeby odpędzić od siebie gorgonę, które szpony wbiły się w jeno bok. Przytrzymując no tak, potwora próbuje dobrać się do jeno twarzy. Gdyby nie szable Dahlii, mogłoby pożegnać się z głową. Szpony z nieprzyjemnym mlaśnięciem wysuwają się z ciała Arnar, potwora z szyderczym chichotem odskakuje przed ostrzami.
— Przymknij się! — warczy Dahlia, próbując ciąć jak najcelniej, ale gorgona rusza się zbyt szybko, a heroska za mało widzi. — Zajmij się tymi cholernymi drzwiami!
Arnar posłusznie wycofuje się za Luciena i Dahlię, nagle najzwyklejszy zamek zdaje się sprawiać nu podobną trudność jak włamanie się do sejfu największego banku na świecie. Nie jest w stanie się skupić, gdy próbuje równocześnie obserwować, czy nikt za niem nie umiera, gdy ostry ból rozdziera jeno bok. Dahlia odkrywa, że wszystkie rośliny w cukierni tak naprawdę są sztuczne, a Demeter jeszcze żadnego dzieciaka nie obdarzyła kontrolą plastiku. Winorośle Luciena próbują przecisnąć się przez szczelinę pod drzwiami, Arnar przypadkowo nadeptuje jedną z nich. Podłoga jest zbyt gruba, żeby jakakolwiek łodyga mogła się przez nią przebić.
W skrócie – znaleźli się w idealnej, antyherosowej pułapce. Że też tego wcześniej nie wyczuli!
Szczękają ostrza szabli i sztyletu, Arnar zaczyna się pocić. Przykłada drżące palce do zamka, powtarza sobie, że od nieno zależy wszystko (ich życie, marzenia, dywan) i odkrywa, że to wcale nie pomaga. Głęboki oddech, uspokój się, przypomnij sobie medytacje dzieciaków Hypnosa. Osłaniają cię. Na tyle, na ile potrafią.
— Pospiesz się! — wrzeszczy do nieno Lucien, krew na ramieniu i klatce piersiowej przesącza się przez materiał jego bluzy. Dahlia zaczyna potykać się o własne nogi, gdy próbuje odbijać ciosy potwory za dwóch. Sztylet Luciena ani razu nie sięgnął gorgony, krótkie ostrze nie jest w stanie dosięgnąć jej obrzydliwego cielska podczas walki na oślep; może gdyby mógł się bardziej zbliżyć, popatrzeć, gdzie tak właściwie chce zadać cios…
— Weź mój miecz! — Arnar upuszcza ostrze na podłogę i kopie je do chłopaka, w nadziei, że nie odetnie mu przy tym pięt. Lucien nawet nie dziękuje, tylko chwyta rękojeść i próbuje się nie przewrócić, zataczając się z nieodpowiednio dla niego wyważonym xiphosem w dłoniach.
Zamek, zamek, zamek. Nie królewski, nie od kurtki. Bez ciążącego w jednej dłoni miecza, Arnar przykłada obie dłonie do drzwi, jakby to mogło nu w jakiś sposób pomóc. Spina się, marszczy brwi, próbuje wyrzucić ze swojego umysłu jakikolwiek strach, ból, stres, poczucie śmiertelnego zagrożenia czyhającego nad jego ramieniem. Satysfakcjonujące kliknięcie sprawia, że podskakuje, nagle zszokowany swoimi umiejętnościami. Więc jednak…? Klamka ugina się pod jeno dłonią, drzwi otwierają się, nieświeże powietrze ulicy nagle wydaje się niesamowicie pięknie pachnące po tłamszeniu się w cukierni wypełnionej słodkim zapachem pączków, kwaśnego potu i smrodu potwora.
— Udało się! — wrzeszczy Arnar i wszyscy biorą nogi za pas. Wypadają z lokalu, Arnar ledwo udaje się zachować równowagę. Dahlia upada na ziemię, przetacza się, żeby nieco sprawniej się podnieść, a Lucien odskakuje w bok i unosi dłoń, przywołując więcej winorośli do życia.
Roślina blokuje drzwi, gdy przeciska się przez nie gorgona. Zatrzymuje ją w progu zaledwie na chwilę, chwilę, która daje herosom parę sekund na odbiegnięcie parę metrów dalej i przygotowanie się do dalszej walki, bo ucieczka równałaby się z pazurami i zębami wbitymi w czyjeś plecy. Ostre szpony z łatwością przecinają biedne rośliny, które nie miały czasu, żeby porządnie wyrosnąć. Presja była zbyt duża już wtedy, gdy bezskutecznie próbowały przecisnąć się pod drzwiami, a co dopiero, gdy nagle musiały spięciokrotnić swoją objętość. Lucien wciska Arnar jeno miecz, zajmuje się walką swoją winoroślą, sztylet tutaj się nie przyda. Dahlia wreszcie jest w stanie… kontrolować palmy i marne źdźbła trawy wyrastające ze szczelin chodnika. Przeklina pod nosem, poprawia chwyt na szablach. Na tej ulicy nie ma nawet kaktusów! Jej ciało powoli zaczyna odmawiać jej posłuszeństwa, nie wie, czy to od wysiłku, czy od krwi, której smak wciąż czuje na języku. Świat przed nią wydaje się chwiać, prawie zapomina, że ma w zanadrzu więcej sztuczek, niż tylko marne poprawianie wzrostu trawy.
Z ziemi, jak krety, wysuwają się główki trójki karpoi. Swoimi pestkowymi oczami rozglądają się dookoła, lokalizując zagrożenie. Ich ostre ząbki i krótkie pazurki odnajdują ciało gorgony, unikającej ciosów Arnar, równocześnie próbującej przeciąć nowe pędy oplatającej ją winorośli. Stworki rzucają się na nią swoimi ciałami przerośniętych niemowląt, wczepiają się w jej ramiona i brzuch. Gorgona ryczy z wściekłości, podczas gdy Arnar zostawia ją zmagającą się z roślinnymi bobasami i dopada do Dahlii. Kobieta powoli zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością, przestaje odróżniać, czy krew na jej koszulce wciąż jest gorgonia, czy jej własna.
— Jedz to. — Arnar podsuwa jej batonik ambrozji pod nos. Wyrzuty sumienia niepewnie pukają do komnat jego umysłu, gdy nie potrafi przekierować swoich myśli na inny tor, tylko ciągle powtarzają nu, że to jeno wina. Mogło szybciej otworzyć tamte drzwi.
Lucien do nich dobiega, przez ramię ogląda się na swoją klatkę z winorośli. Bełkocze coś o ucieczce, próbuje zarzucić sobie Dahlię na ramię. Ona odtrąca jego ręce, folia aluminiowa z ambrozji chrzęści w jej zaciśniętej pięści.
Nie ma czasu na podziękowania za prawdopodobne uratowanie życia. Najszybciej, jak tylko mogą (kulawo i truchtem), zmykają przez kolejne przecznice, próbując wmówić sobie, że wcale nie słyszą szumu gorgonich skrzydeł, ba, że te odległe ryki istnieją tylko w ich głowach. Gdy wreszcie zatrzymują się na moment, bo już nie mogą biec dalej, wszyscy ledwo dyszą, opierają dłonie na kolanach. Szybko bijące serce prawie wypadają z klatek piersiowych, przechodnie oglądają się na nich, na jakichś dziwaków, którzy biegają po ulicach, cali ubrudzeni kurzem i krwią. Kolejny dzień z rzędu. Zaczną straszyć nimi małe dzieci?
— Musimy się stąd zmywać — mamrocze Lucien, jego wzrok wbrew woli podąża w stronę, z której przybiegli. Krew wciąż kapie z jego ramienia na chodnik. — Ona nas zaraz znajdzie. Umrzemy.
Arnar szybko poklepuje się po kieszeniach, jakby to było pierwsze i jedyne, co zawsze przychodzi nu do głowy. Macha głową na wszystkie strony, aż wreszcie odnajduje zejście do metra. Wskazuje na nie palcem.
— Przeskoczymy przez barierki! — krzyczy, już rusza w kierunku schodów. Jak najlepiej zasłania mokrą, czerwoną plamę na swojej koszulki, gdy prawie spada ze schodów. — Zawsze przez nie przeskakuję!
— Myślałem, że masz miesięczny! — wrzeszczy Lucien. Wbrew woli ogląda się za siebie, Dahlia musi go przytrzymać, gdy ślizga się na stopniach. — Ona tam jest — mówi już znacznie ciszej, kurczowo zaciska palce na koszulce Dahlii.
Ryk gorgony odbija się echem w podziemnym tunelu.


Lucien?
────
[1403 słowa: Arnar otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Luciena i Arnara — „Kaktukonie??? Bardzo śmieszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

Dahlia zastanawiała się, jakim cudem ta dziwaczna dwójka:
1) przeżyła
2) jest ze sobą od prawdopodobnie dłuższego czasu
Wszystko potoczyło się nie tak, jak oczekiwała. Raz na jakiś czas zdarzało się jej mieć nadzieje, tylko po to, żeby wyrzucić do kosza na pół roku, po jakimś głupim incydencie. Chociaż szczerze mówiąc, bawiła się całkiem nieźle, lepiej niż przez ostatnie dwa lata. Możliwe, że to przez aurę dzieciaka Hermesa. Zaczęło się niewinnie — wybrała dywan, który odpowiadał Lucienowi, stwierdziła, że jednak nie weźmie dywanu w konie ze względu na nagłą reakcję Arnar, które próbowało nieudolnie ukryć. Pamiętała ich pierwszą rozmowę i domyślała się, że to musiało być naprawdę podszyte niechęcią/strachem. Gdy stanęli przy kasie, poczuła nagle falę relaksu. Otępiło jej zmysły, a Arnar i Lucien przekomarzali się jak zawsze, coś mówiąc o falliczności grzybkolampki. Czy raczej muchomorolampki.
– Oi mates. Zastanawialiście się może, co się stanie, jak wszystko będzie zautomatyzowane, a pieniądze będą wyłącznie gdzieś w elektronicznych chmurach? – Poruszyła nagle poważnie temat, którego trzymała w sobie od jakiegoś czasu. Arnar zamrugało głupio, a Lucien westchnął, ale jakby… Zgodnie?
– Zastanawiałem się. I tak już nieco ograniczyliśmy co mogliśmy, ale od wielu rzeczy się nie ucieknie. Sąsiedzi dookoła nas mają coraz lepsze sprzęty i słyszę codziennie jazgot iluśtamcalowego telewizora w HaDe i innymi wynalazkami.
– Mogło być gorze–... – Arnar chyba przechodziło tą rozmowę już któryś raz w życiu – Do tej pory żyjemy, NIKT nie umarł.
Żeby tak nie umieć kłamać to trzeba potrafić. Zwłaszcza będąc grupowym domku jedenastego. Musiało być naprawdę potężne w swojej uczciwej perswazji, że się jenu to udawało. Zbyt usilnie postawiony akcent na „nikt” pozostawił po sobie niezręczną ciszę przerywaną pikaniem terminali.
– Irytuje mnie na przykład to, że musimy przejść do kasy, która jako jedyna przyjmuje gotówkę. Oczywiście ta kasa jest zapełniona starszymi paniami. Oczywiście, że wyciągają pieniądze w tempie, w którym zdążyłbym wyhodować winorośl bez mocy. Oczywiście, że m- PROSZĘ NIE WJEŻDŻAĆ MI WÓZKIEM W ZADEK! – Narzekania Luciena przerwało przypadkowe szturchnięcie wózkiem prowadzonego, notabene, przez starszą panią. Utknęli w dosyć sporej kolejce. – Nie wiem, co zrobię, gdy wprowadzą płatności całkowicie elektroniczne. Wykopię dół w przedmieściach Nowego Jorku i będę żywić się tym, co wyhoduję.
– Myślę, że pasowałby do ciebie ten kapelusz, jaki mają farmerzy, ten słomiany – Arnar się nie zniechęcało. – Może mi się uda w tych automatach zarobić na szopę, wyremontujemy, nazwiemy biznes „Analogowe Kasyno”! Będziesz mógł tam upijać dzieciaki i same będą dawać kasę. W sumie to długa nazwa, może ją skrócimy do „Ana-
– Nie, proszę – Lucien z Dahlią odpowiedzieli jednocześnie, patrząc na siebie przez chwilę bez nadziei. Syn Dionizosa, z grymasem na twarzy, sprzedał kuksańca osobie partnerskiej. Zmizerniał trochę.
– Jak długo się już stresujesz, Lucien? – zapytała w miarę naturalnie, żeby podsłuchiwacze mogli pomyśleć, że rozmawiają o pracy.
– Już od dłuższego czasu. Dzieją się jakieś dziwne rzeczy, coraz więcej naszych znajomych umiera nagle.
– Wiemy o tym z nekrologów.
– Ano. Plus jesteśmy oboje, na kilkudziesięciu metrach kwadratowych i nie wiadomo, czy kiedyś co- ktoś by nie przyszedł z problemem. Niebezpieczna okolica. Dużo eee bojówek i kradzieży. No i osoba, z którą już siedzę na tych cholernych metrach kwadratowych, nie chce mi powiedzieć łaskawie o co chodzi! – Zmarszczył gniewnie brwi do Arnar, które zaczęło pogwizdywać, udając niewiniątko.
– Zastanawiałam się, jak udaje się wam przeżyć. Ale to chyba już kwestia tego, że z wiekiem mniej przyciągamy, uhh, niechcianych gości? Może od czasu do czasu trafi się jakiś uh, sprzedawca garnków firmy „Harpia”. Taki plus urodzenia się w niezbyt bogatej rodzinie.
– Jakie garnki?
– Arnar… Przysięgam na bogów, użyj swojej mózgownicy.
– Przepraszam bardzo, już jakiś czas pracuję w tych automatach i na pewno byłoby nas stać na garnki – Nadąsało się.
– No właśnie nie chciałbyś tych garnków, pajacu. Tak samo, jak nie chciałbyś różowych świnek skarbonek ze skrzydłami.
– Aaah. No to nie chcemy tego. Ale w sumie zobaczę, ile jesteśmy do przodu za to.
Arnar dumnie sięgnęło do portfela. Dahlia wzruszyła ramionami i z kieszeni spodni wyciągnęła metalowe, nieco zmarnowane życiem, pudełko. Na nim była odrapana grafika z jakimiś kotkami. Z niego wyciągnęła plik banknotów, poukładane według jakiegoś systemu, bo była w stanie wyciągnąć bardzo szybko odpowiednią kwotę za dywan. W tym samym czasie do rąk dziecka Hermesa wpadł plik podobnych banknotów, ale zmarszczyło brwi.
– Coś nie tak, Arnar? – Lucien przewidział, co nastąpi – Czyżby coś drobnego?
– N-nie, ależ skąd. Ja zapłacę, stać mnie, stać! Jestem takim providerem dla naszej rodziny – puścił oczko do… W sumie nie wiadomo kogo, chyba do ich obu.
Kasjer z etykietką „jestem Jack, uczę się” spojrzał na osobliwą trójkę, która obserwowała przesuwający się leniwie rulon dywanu. Jack przewertował banknoty i zestresowany, widocznie to był jego pierwszy dzień, spojrzał na Dahlię i nieśmiało wydukał:
– Pański eeee syn??? Dał za mało, brakuje konkretnie dwadzieścia jeden dolarów.
– Jak to?! Przeliczał-
– Połowa z nich to jakieś banknoty, które pierwszy raz na oczy widzę. P-pesos?
Rozłożył przed nimi pieniądze i rzeczywiście nieco się różniły. Lucien uśmiechnął się pod nosem, próbując nie parsknąć ze śmiechu. Ostatnie co by przyszło komukolwiek do głowy, patrząc na córkę Demeter oraz dzieciaka Hermesa, to wskazać ich pokrewieństwo. Byli wysocy, na tym się kończyło. Arnar wyglądało na dotknięte tą uwagą, natomiast Dahlia popatrzyła na niego z wyrzutem. Biedny kasjer wyglądał, jakby miał zapaść się pod ziemię ze wstydu.
– Synu, może jednak potrzebujesz pieniędzy? – powiedziała po dłuższej chwili. Mimo jej całkowitej obojętności Arnar załapało w migi i niczym dzieciak z fiksacją na punkcie teatru odpyskowało:
– Mówiłom, że samo sobie poradzę! Za kogo ty mnie masz? Po prostu pieniądze mi się zawieruszyły i nie zauważyłom tych pesosów wygranych uczciwie!
Przewrócili oczami. Gdy już uregulowali płatność, a Jack mógł w końcu odpocząć, zgodnie stwierdzili, że to czas na porę lunchową. Był tylko jeden problem — średnio było gdzie zamówić cokolwiek zjadliwego. Z dywanem na plecach nowojorscy półbogowie szukali przybytku. W końcu trafili.
Solid Rock Donuts wydawało się ciekawą alternatywą. Zanim jednak trafili, Dahlia kontemplowała zaistniały bieg rzeczy. Poczuła moment takiego relaksu, jakiego nie odczuwała przez dobrych parę miesięcy, może lat. Czy to była kwestia natrafienia na półbogów ze znajomego jej Obozu Herosów, którzy mieli szczęście jakoś przeżyć? Raczej nie, właściwie unikała jak ognia. Czy to była kwestia dogadania się z Arnar? Możliwe, ale tym bardziej nie próbowała kontynuować głębszych relacji. Starała się walczyć z tym uczuciem i o dziwo było ciężko. Bardzo ciężko. Tak, jakby wszelkie lampki ostrzegawcze zniknęły, co już stanowiło poważne przesłanki do uruchomienia gigantycznej żarówki ewakuacyjnej z wielką tabliczką „DANGER!!!”. Której również nie było, ale nawet nie miała jak z tym walczyć. Po prostu weszli, przyciągnięci magią tego miejsca. Ot zwykła piekarnia, nieco skomercjonalizowana przez jakieś korpo, z neutralną estetyką typu „kocham naturę jestem taki ekologiczny”. Jakaś kamienna ściana, eleganckie stoliczki drewniane, niektóre zrobione z palet, poduszki, duperele. Taka kawiarniopiekarnia. Zdecydowanie na czasie. Zerknęła na towarzyszy, którzy byli rozluźnieni i kiwali głową. W przypadku Arnar to po jak najbardziej normalne, ale w przypadku Luciena? Prawdopodobnie oboje wiedzieli, że coś jest nie tak, ale nie mieli jak skwestionować.
Dahlia nawet pączków nie lubiła, a pierwsza podeszła do lady. Obsługiwała ją kasjerka, bez etykietki świadczącej o tym, że się uczy. Była to najdziksza burza loków/afro, niemożliwe do sprecyzowania. Oczy nie były widoczne, bo osoba nie dość, że była niska, to jeszcze miała daszek naciągnięty głęboko na twarz. Głos miała za to sympatyczny.
– W czym pomósss-pomóc? – To był zdecydowanie dziwny akcent.
– Uhm, poproszę donuta z marmoladą?
– Juszzzsię robi.
Gdy heroska otrzymała pączka, czekała wyjątkowo długo na rozmienienie gotówki. Może jej by się ta etykietka przydała? Dahlia zniecierpliwiona ugryzła przekąskę i natychmiast żałowała. Zawartość donuta pozostawiała wiele do życzenia, bo zamiast gęstej marmolady wyciekła od razu czerwona ciecz, która ubrudziła jej koszulkę. Zaklęła cicho pod nosem i już miała poprosić herosów o chusteczkę, ale wstrzymała się na widok ich min. Wyrażały zaskoczenie, nie, lęk. To był prawdziwy strach.
– Rossmienione. Krew półboga za krew gorgony.


Arnar?
────
[1280 słów: Dahlia otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

piątek, 22 sierpnia 2025

Od Luciena CD Dahlii i Arnara — „Kaktukonie??? bardzo śmieszne naprawdę brawo"

Poprzednie opowiadanie

Lucien trzymał dłoń Arnara jeszcze przez chwilę, a Dahlia w końcu zabrała głos. Spojrzała na dwójkę jak na skończonych idiotów (bo co innego miała sobie pomyśleć) i powiedziała:
— Mogę zostać.
Arnar załamał ręce, bo przygotował się na odmowę, a Lucien szeroko się uśmiechnął. Znaczyło to, że wygrał, chociaż na początku nawet nie zgadzał się na ten zakład.
— Specjalnie to zrobiłaś — wytknął Arnar, patrząc na Dahlię w taki sposób, jakby właśnie zdradziła najlepszego przyjaciela, pozostawiając go na pożarcie hienom. — Wiem to.
— Nie, po prostu… nie opłaca mi się wracać teraz — przyznała, wzruszając ramionami. Obojętność pasowała do twarzy kobiety tak dobrze, jakby się już taka urodziła albo jakby ktoś wyrzeźbił ją w glinie i nie mógł tego później zmienić.
— Lucien… co z kanapą? — Arnar z przejęciem spojrzał na mebel, który jakiś czas temu skręcał na trytyki. Wolałby nie rozkładać sofy, bo wiedział, że wtedy nadawałaby się do wyrzucenia tak samo, jak dywan. Biedny dywan. Był całkiem ładny, ale faktem było, że o niego nie dbali.
— Cóż… — zaczął chłopak, nie wiedząc, z której strony powinien ugryźć temat. — Nie możemy rozłożyć kanapy. To taki model — skłamał, ale kłamstwa przechodziły mu przez gardło gorzej niż Arnarowi, bo jaki model kanapy się nie rozkłada?
— Nie muszę mieć rozłożonej — mruknęła w odpowiedzi heroska. — Może być tak, jak jest.
Arnar odetchnął z ulgą, a Lucien poklepał go po ramieniu. Musieli się nawzajem wspierać, bo właśnie zaoferowali przypadkowej półbogini nocleg, a w ich mieszkaniu panował istny bałagan, którego Lucien jeszcze nie zdążył ogarnąć; i tak w kuchni można było spotkać stos nieumytych naczyń (nikomu nie chciało się tego zmywać), w przedpokoju syn Dionizosa rzucił ubrania, które chciał wyrzucić, a w łazience czekało w koszu pranie.
— Super. Przyniosę ci koc. I poduszki.
Lucien zniknął w sypialni, by wrócić z kocykiem w jamniczki i poduszką w księżniczki. Dahlia nic nie powiedziała na ten temat, jakby już się przyzwyczaiła, że tego dnia nie spotka jej nic normalnego i przyjęła rzeczy z udawaną wdzięcznością.
— To… dobranoc? — mruknął Arnar, patrząc, jak ich nowa wspólna koleżanka kładzie się na kanapie i zamyka oczy. Całkowicie niewzruszona.
Szepnęła coś w odpowiedzi, na co Arnar uśmiechnął się słabo, a Lucien uciekł do sypialni, nie chcąc jej dłużej przeszkadzać.
— Wiesz, mam pomysł — zaczął, kiedy usiedli na dużym łóżku małżeńskim. — Pójdziemy jutro do sklepu. I kupimy nowy dywan.
— Lucien, nie mogę…
— Przegrany zakład. — Wetknął palca między żebra Arnara. Dziecko Hermesa jęknęło z bólu. — Kupimy nowy dywan.
— Dobra! — Odsunął się, nie chcąc wystawiać się na kolejny atak. — Kupimy nowy dywan!

 
Dlaczego Dahlia zgodziła się pójść z nimi do sklepu? To było pytanie, które krążyło Lucienowi w głowie, kiedy stali we trójkę w sklepie budowlanym w dziale z dywanami, a Dahlia z Arnarem dyskutowali, czy ten się nada, czy może jest za miękki. Patrzył na nich z widocznym skonsternowaniem, ale starał się nie rozkładać tej sytuacji na czynniki pierwsze.
— Ten jest całkiem ładny — powiedział, dotknąwszy jednego z dywanów. — Kolorystycznie pasuje i jest całkiem miękki.
Arnar właśnie kończył kłócić się z Dahlią.
— Niebieski? — zdziwił się, spoglądając w stronę Luciena, głaszczącego dywan, jakby był to najmilszy zwierzak na świecie. — Nie wiem, czy chcę niebieski.
Lucien przewrócił oczami. Musiał wszystko mu zepsuć. Ze wszystkich dywanów, które obejrzeli, ten najbardziej mu się spodobał. No i był miękki. I nie za duży. I wyglądał na taki, który łatwo będzie później wyczyścić.
— A masz inny pomysł? — burknął, nie próbując ukryć nawet irytacji. — Od godziny stoimy przy tych dywanach.
— Hej, spokojnie. — Arnar objął Luciena ramieniem. — Na wybranie dywanu potrzeba czasu. Nie denerwuj się.
Lucien myślał, że zaraz wyjdzie z siebie. Przez godzinę jedyne, czego się nasłuchał, to jak Dahlia i Arnar wykłócają się o głupoty, wyzywając siebie przy okazji od debili.
— A mogę sobie wybrać lampkę nocną? — zapytał z głośnym westchnięciem. — Ty wybierzesz dywan, okej?
Arnar klepnął Luciena w ramię. Jak konia. Albo psa.
— Pewnie. Nie martw się. Dahlia to prawdziwa znawczyni dywanów, prawda?
Kobieta pokiwała głową.
— Podoba mi się ten w konie.
— Nie chcę dywanu w konie! — zaprzeczył Lucien. — Arnar, ty się, kurwa, boisz koni!
— To prawda. — Zbladł na twarzy, jakby właśnie sobie o tym przypomniał. Realizacja dopadła go szybciej, niż był na to przygotowany. — Nie chce żadnego dywanu z końmi! — krzyknął do Dahli, która właśnie zwijała rzeczony dywan w rulon, by go zabrać do kasy. — Nie chcę koni!
Pracownik sklepu odpowiedzialny za dział z dywanami wyłonił się z jednej z alejek, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. Kiedy zobaczył, że to tylko trójka debili kłócąca się o głupi dywan postanowił wrócić do swoich obowiązków. Lucien wcale mu się nie dziwił.
— Idę na lampki. — Wyminął dwójkę herosów, a przechodząc, rzucił okiem na dywan z końmi. — A to nie są przypadkiem jednorożce?
— Jednorożce to też konie — odpowiedziała Dahlia głosem prawdziwego znawcy, profesorki filologii końskiej.
— Nieważne. — Machnął ręką. — Wybierzcie coś, co nie będzie końmi, a będę zadowolony.
Dahlia chyba nie była zadowolona. Bardzo spodobał się jej ten cholerny dywan w konie. Idąc w stronę alejek z lampkami, żyrandolami i innymi żarówkami, Lucien zobaczył, jak Arnar zaczyna szarpać się z Dahlią o tamten dywan z kopytnymi zwierzętami. Jeszcze trochę, a pracownik, który przed chwilą sprawdzał sytuacje, będzie musiał interweniować, by ich od siebie oddzielić.
Wystawa lampek prezentowała się naprawdę pięknie, ale Lucien nie mógł wybrać zwykłej lampki nocnej. Wziął tę w kształcie grzyba. Muchomora. Świeciła się jednocześnie białym oraz czerwonym światłem.
— Hej, Arnar, patrz. — Podniósł zdobycz do góry, kiedy wracał do dwójki herosów na dział z dywanami. — Mam grzyba.
— Zajebisty! — Klasnął w dłonie tak ucieszony, jak dziecko po otrzymaniu ulubionego lizaka. — To muchomor. Wiedziałeś?
— Tak, znam się na grzybach.
— Naprawdę?
Zamrugał oczami. Nie wiedział, czy Arnar w tym momencie jest poważny i uwierzył chłopakowi w tak głupie kłamstwo, czy zaczął właśnie jedną ze swoich gierek, w które Lucien nienawidził grać.
— Co do dywanu — przerwała im Dahlia, wykorzystując chwilę ciszy — wybraliśmy ten.
Lucien podniósł wzrok i zobaczył… nie dywan w konie. Normalny, błękitny dywan.
— Czyli jednak umiesz wybrać dywan. — Uśmiechnął się do Arnara.
— Przecież mówię, że najlepszą znawczynią dywanów jest Dahlia. To ona wybrała.
— Masz super gust co do dywanów, Dahlia — poprawił się. — Rozumiem, że możemy już pójść zapłacić?
— A mogę ten dywan w konie? — Spojrzała tęsknym wzrokiem w kierunku nadal zwiniętego dywanu. — Zabiorę sobie go do domu.
— Czemu pytasz o zgodę? — Skrzywił się Lucien.
— Bo twój partner boi się koni.
Arnar zaśmiał się niezręcznie, ale było widać, jak napina wszystkie mięśnie na wspomnienie o samych koniach. Nawet nie musiał na nie patrzeć, żeby zacząć drżeć ze strachu.
— Weź sobie nawet dziesięć tych dywanów. Po prostu stąd chodźmy.

Koniara?
────
[1066 słów: Lucien otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Od Arnara CD Luciena i Dahlii — ,,Kaktukonie??? bardzo śmieszne naprawdę brawo"

Poprzednie opowiadanie

Przytula się do chłodnej porcelany… porcelany? To z tego robi się muszle klozetowe? To chyba głupie, bo z tego samego materiału robi się te całe cholernie drogie, fikuśne filiżanki, które kolekcjonują dziwni starzy mężczyźni posiadający zbyt wiele pieniędzy, żeby je rozsądnie wydać. Z jakiegoś powodu Arnar śmieszy ta myśl. Chichocze, prawie krztusząc się wymiocinami.
To właśnie nazywa się groteską?
Lucien chyba trochę nie wie, co ze sobą zrobić, bo nie ma tutaj zbyt wielu włosów do trzymania (znaczy, jakby bardzo chciał…). Arnar czuje jego delikatny dotyk na ramieniu, a wraz z nim pojawia się nagłe poczucie, że… w przyspieszonym tempie doświadcza wszystkich stanów pomiędzy byciem kompletnie spitym aż do trzeźwości. Tak szybko, że dostaje kolejnych torsji i kręci mu się w głowie, świat wokół nagle wydaje się niezbyt realny. Po czym nagle wszystko wraca wraz ze świadomością, że rzeczywistość nie jest najprzyjemniejsza, nie w tym momencie. Kibel nie jest już taki zimny pod jeno rozgrzanymi dłońmi, smród uderza w jeno nozdrza ze zdwojoną siłą, a ono nagle czuje się jak kompletny przegryw. W otępiałej głowie kołocze się cień złości na Luciena, że z premedytacją doprowadził no do takiego stanu, ale czy ono sobie na to nie zasłużyło?
Przepłukuje usta wodą, nieprzyjemny posmak czuje nawet w nosie. To zawsze takie dziwne. Wymiociny w nosie. Spłuczka jest zdecydowanie za głośna.
— Jak się czujesz…? — pyta Lucien, chyba świadomy wszystkich swoich błędów (zapomnienia jak słabą głowę ma jego partner).
— Fenomenalnie — mamrocze kąśliwie. — Ale spoko.
— Spoko? Co "spoko"? — Lucien wydaje się iście przerażony, że od komplikacji poalkoholowych Arnar zaczyna gadać od rzeczy.
— No, że nie musisz przepraszać. Wino było dobre — próbuje zażartować, ale wychodzi nu to trochę zbyt sucho. — Po prostu daj mi coś do picia. Bez alkoholu. Proszę.
Skruszony Lucien człapie do kuchni, a że mieszkanie nie należy do największych, przechodzi przez najmniejszą linię oporu: zamiast tańcować na podłodze, żeby uniknąć wdepnięcia w połowicznie przetrawione chipsy z baru, przechodzi przez kanapę. Na ten widok Dahlia uśmiecha się, trudno powiedzieć, czy bardziej szyderczo, czy z rozbawieniem.
— Masz. — Lucien wyciąga do Arnar szklankę z wodą. Ono odkleja czoło od chłodnych kafelków, żeby wypić wszystko prawie na raz.
— Równie dobrze mogłeś to nalać tutaj, wiesz? — zauważa swoim zwyczajnym, rozbawionym tonem.
— Nie pomyślałem — odpowiada Lucien, ale skąd niby miałby wciąż szklankę w łazience? Postanawia zostawić tę uwagę dla siebie.
Arnar chichocze lekko, mimo że nikomu innemu nie jest do śmiechu. I raczej już nie będzie. Zmęczenie wyzuło z ich ciał całą energię, której resztki utracili na upicie się tym cholernym winem. Dahlia chyba zaczyna przysypiać pod tymi drzwiami, chociaż co Arnar do tego, może nawet zostać na noc, jeśli by chciała. Prawdopodobnie nie chce. Ale czy wypuszczenie jej z bezpiecznego (pseudobezpiecznego z trójką półbogów w środku) mieszkania byłoby rozsądne? Arnar chyba nie chce o tym teraz myśleć. — Trochę z ciebie wrak człowieka — rzuca Dahlia, gdy Arnar wreszcie wyczłapuje z łazienki.
— Nawzajem. — Jakimś cudem zdobywa się na słaby, ale przynajmniej szczery, uśmiech.
Włos sklejone w wilgotne od potu kosmyki smutno zwisają na jeno czoło, na całym ciele wciąż widać osiadły uliczny pył. Wygląda gorzej niż Dahlia, która przynajmniej nie upiła się do porzygu dwoma kieliszkami wina i dziesięć minut później dostała w gratisie zwalającego z nóg kaca.
— Trzeba to posprzą-
— Ja się tym zajmę. — Lucien zdecydowanie wziął sobie do serca rolę bycia dobrym chłopakiem (w pocieszaniu to on jest niewiele lepszy od Arnar). O swoim powołaniu niestety zapomniał pół godziny temu. Trudno się mówi, w każdym związku coś musi co jakiś czas zazgrzytać.
Arnar nareszcie zrzuca z siebie bluzę, w której zaczynało nu się robić cholernie gorąco. Poszarpana koszula i sklejona skrzepłą krwią nadaje się już tylko na śmietnik, ale zanim rozbierze się przy Dahlii (czy byłaby to duża różnica, skoro i tak mogłoby się do niej odwrócić plecami?), reflektuje się i na moment znika w sypialni.
Wszystko nagle staje się okropnie leniwe, jakby powietrze zaczęło lepić się jak melasa, rozciągać i ugniatać, a ono ma ochotę paść na łóżko i nie wstawać z niego przez najbliższe dwanaście godzin. Jakimś cudem nagle znajduje się w kuchni, upychając koszulę w zsypie na śmieci.
— Jeszcze ci się zakażenie jakieś wda. Tężec. Byłoś szczepione na tężca? — zagaduje no Dahlia, nie ruszając się ze swojego zagrzanego miejsca na podłodze. — Weź to chociaż przemyj.
Gazy przyniesione przez Luciena (który zniknął z mieszkania razem z dywanem i Arnar lekko marszczy brwi, gdy to zauważa) leżą nietknięte na kanapie. Czy naprawdę od razu zajęli się piciem…? Czasem Arnar zadziwia jeno własna głupota. Chociaż w stresie ukrywanego bardzo oczywistego kłamstwa najwyraźniej potrafi zrobić wszystko, byleby udobruchać swojego chłopaka.
— Zostajesz na noc? — pyta Arnar, nonszalancko i ostrożnie, bo siedząc plecami do Dahlii, która niekoniecznie ostrożnie wbija mu namoczoną środkiem dezynfekującym gazę w plecy (jeno pomysł z przebraniem się w innym pokoju jednak był pozbawiony sensu). Arnar oczami wyobraźni widzi jej minę: zaskoczoną, ale równocześnie zniesmaczoną i nieufną. Ze zmarszczonymi brwiami. I złamanym przez bliznę kącikiem ust, który wykrzywia jej twarz w grymasie obrzydzenia. Tak, jakby zdrapywała z kuchenki zaschniętą zeszłomiesięczną owsiankę.
— Chyba śnisz — mamrocze, a Arnar wcale to nie zaskakuje. Lekko wzrusza ramionami.
— Wiesz, świnie nadzwyczaj cię lubią — próbuje i zaraz syczy z bólu, bo Dahlia na moment przestaje chociaż próbować być delikatną. — Ała — dodaje pretensjonalnie.
— Tym razem naprawdę obiecuję, że już nigdy się nie spotkamy.
— Tak bardzo boisz się przegrać ze mną w kolejnej partyjce?
— Kolejnej partyjki też nigdy nie będzie, pacanie.
Gdy Lucien wraca do mieszkania wszystko jest perfekcyjnie uprzątnięte, chociaż na podłodze zieje puste miejsce po dywanie, które aż razi w oczy.
— Dlaczego od razu go wyrzuciłeś? — pyta Arnar znad kolejnej szklanki wody. Wygląda na to, że dopiero co wzięło ibuprofen, bo aluminiowe opakowanie szeleści w jeno dłoni.
— Był już stary. — Lucien wzrusza ramionami. — Doczyszczenie go zajęłoby wieki, nie odkurzaliśmy go od miesięcy. I był brzydki. Już dawno chciałem go wyrzucić i chyba potrzebowałem ostatecznego zastrzyku motywacji.
— Nie ma za co, kochanie.
— I wiesz. Chciałem może kupić jakiś… wiesz, bardziej pasujący do wystroju i tak dalej. Jakiś… nie wiem, może niebieski?
— Nie, wiesz co — Arnar w zamyśleniu przekrzywia głowę — niebieski gryzłby się ze ścianami jakoś między trzecią a piątą, gdy słońce tak śmiesznie wpada przez okno.
— Nieśmieszne.
— To co, ja się będę zbierać — wcina się Dahlia, bo uznaje niewypalony żart za idealny moment na swoje wtrącenie. — Dobranoc.
— Możesz spać na kanapie — natychmiast oferuje Lucien, nagły król gościnności. Najpierw winko, prawidłowo, teraz miejsce do spania, poduszka w kształcie jednorożca i kocyk w misie malujące tęcze na niebie. Dorzuci pluszaczka, jeśli gość zgodzi się nie męczyć kanapy rozkładaniem (po epickim kanapowym załamaniu nerwowym Arnar zmieniło się w złotą rączkę i skręciło ją trytytkami, więc trzyma się już tylko na słowo honoru).
— Zakład, że się nie zgodzi? — Arnar wyciąga gotową do uścisku dłoń do Luciena. Posyła Dahlii rozbawione spojrzenie znad ramienia chłopaka.
— Zakład o co? — ostrożnie pyta Lucien.
— No o to, że się nie zgodzi — powtarza tonem prezentera telewizyjnego, który teatralnie udaje zaskoczenie i dodatkowo zwraca się do innych per "głuptasie".
— Jaka stawka, miałem na myśli.
— Dam ci wybrać, jak się już założymy.
Dopiero wtedy Lucien potrząsa dłonią Arnar z Dahlią jako niemą obserwatorką tego przedstawienia. Chyba powinna była usunąć się z mieszkania, gdy próbowali się ze sobą logicznie porozumieć. 

Lucien?
────
[ 1182 słowa: Arnar otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia

Od Dahlii CD Arnara i Luciena — ,,Kaktukonie??? bardzo śmieszne naprawdę brawo"

Poprzednie opowiadanie

Dahlia Jakoś Tam jeszcze nigdy nie chciała tak bardzo uciec jak wtedy.
Żałowała siedzenia w piwnicy z obdartymi ze skóry plecami. Na szczęście nie były jej, należały do Arnar. Żałowała posłuchania się zarówno jeno jak i jego chłopaka, który wyglądał, jakby zaraz miał spuścić na Nowy Jork atomówkę. Prosto w nią, ale czy się temu dziwiła?
Przede wszystkim zadawała sobie pytania: kim był ten Colin? Czy właśnie byli świadkami śmierci półboga, prawdopodobnie dosyć potężnego, że świniak na niego poleciał od razu? DLACZEGO DZIECIAK HERMESA NIE POTRAFI KŁAMAĆ?! Niech ziemia ją pochłonie i niech Matka zrobi z Dahlii jakąś roślinkę. Jedyny problem roślinki to dostęp do wody i potencjalne zerwanie. Roślinka nie przejmuje się atmosferą, którą można ciąć jak nożem. Heroska już po prostu zazdrościła Colinowi na ten moment. Brudna, śmierdząca trującymi oparami i potem, podtrzymywała swoją rękę. Bark wysyłał pulsujące fale bólu, ale technicznie skóra nie była jakoś bardzo naruszona. Ot, rany wojenne. Jeszcze trzymała się w kupie, ale powoli wracała ta chęć do zaszycia się w jakiejś norce i zahibernowania się na pół roku. Bez patrzenia na ludzi, bez interakcji z nimi.
Gdy przekroczyła próg i rozsiadła się na kanapie, dostała parę gazików, bandaży, co przyjęła z niebywałą ulgą. Dostała również proszki na… biegunkę? Miała się odezwać, że to jej nie dotyczy, gdy poczuła jak Arnar nadepnęło na jej stopę. Aha, reasumując, w oczach Luciena jest prawdopodobnie jakąś dzikuską wyciągniętą z miejskiej dżungli, która być może pobiła jego chłopaka, dostała sraczki i jeszcze domaga się opatrywania raz.
— Ja pierdolę. — mruknęła cicho pod nosem. Co miała robić innego, niż zgadzać się na cokolwiek, czym rzucało Arnar? Jeszcze nigdy nagła defenestracja nie wydawała się kusząca. Jeszcze propozycja alkoholu, która wprowadziła ją w niepokój. Tak, niech jeszcze niech dobije się. Nie chcąc robić przykrości gospodarzowi, który i tak był zdecydowanie bardziej napięty i spanikowany niż ona, wzięła łyk do ust.
Dionizos, eh?
Prawie dostała ataku paniki. Prawie, bo alkohol ją zmulił od razu. Dostała, bo wyczuła, że z winem coś jest nie tak. Im dłużej piła, tym bardziej czuła, jak ktoś nakłada obręcz na jej czaszkę. Arnar już totalnie odleciało, a Lucien obserwował ich ze swojego fotela, niczym jakiś psychiatra. Heroska znała różne smaki wina, ciężko żeby nie, skoro podkradała ojcu w jego prywatnym barku od 14 roku życia, a od 16 musiała harować, zbierając wino za karę. Ojciec nie był zadowolony z wody pachnącej winnie w butelkach. To był jej ulubiony alkohol i nie umywał się do sake. Zdawała sobie sprawę z sił umiejętności dzieci Dionizosa - ciężko było przeoczyć winorośle oraz chwilowe otumanienia podczas picia napoi gazowanych. Znała to uczucie i było okropne. Sytuacja patowa.
Ale stwierdziła, że popłynie z prądem. Arnar radośnie ćwierkało swojej połówce i kolebało się na kanapie, a Dahlia udawała, że też się robi pijana i momentami chyba wychodziła zbyt entuzjastyczna. Walka z czymkolwiek, co ci grzebie w głowie, była ciężka. Jej koleżeństwo miało zdecydowanie słabą głowę.
— Eeeeej Daaaaaanielaaaaa… Opowiedzieć ci coś? — Zwróciło się do niej, patrząc na rękę i nawet nie czekało na odpowiedź. — Idzie pies, no taki no na przykład, o, owczarek niemiecki! Tak, więc idzie owczarek niemiecki do lekarza. I u lekarza, u lekarza… Nie, czekaj. To lekarz pyta…
Rzuciła szybkim okiem na Luciena, który dalej wyglądał, jakby chciał utopić szczeniaczki w rzece. Możliwe, ze akurat owczarki niemieckie.
— Lekarz pyta, co cię boli piesku… A piesek, znaczy się owczarek niemiecki, odpowiada — I zaczął w tym momencie tak naśmiewać się do rozpuku, ze mu łzy ciurkiem popłynęły po twarzy. Własny żart go rozbawił, a nawet puenty nie dokończył. Złapał się za brzuch i tarzał się po kanapie, rycząc dalej. Zostawił w ten sposób dwójkę herosów. Bardziej awkward już być nie mogło, ale nie będzie ukrywać, trochę ją to rozbawiło. Po prostu głupek. Lucien wkrótce sie odezwał.
— Z daleka?
Czuła jak jego zaklęcie wymusiło automatyczną odpowiedź, o której jej mózg. Ciało przygotowało się do zgoła innej odpowiedzi. — San Francisco, spierdalaj.
Po czym zamilknęła od razu i wbiła wzrok w kapcie Luciena. Który na pewno nie był zadowolony. Siedzieli przez chwilę w bezruchu, a ciszę rozdzielał śmiech trzeciego.
— Ja chcę tylko wiedzieć, co się sta-HAHAHAHAAAAHAHAHHHHHHH- Stało. Arnar, ogarnij się, zjebie.
— Graliśmy w karty.
— Aha.
— Ktoś ukradł Arnar całkiem niezłą sumkę pieniędzy.
— Tehhoihihihihooo — Rzeczony okradziony dalej umierał ze śmiechu.
— Wypchnęliśmy gościa przez okno.
— Ah- co?
Arnar nagle wstało, zdusiło śmiech i wyjęczało w śmiechowych konwulsjach — C-co p-pana boli? B-b-b-BARK aaaaa-AHAHAAAAA — po czym puścił potężnego pawia na dywan, jakby to była puenta. To było również najszybsze wstawienie się, jakie widziała. Lucien chyba był tez pod wrażeniem, ale teraz przerażony krzyczał jeno imię. Dahlia również wstała, dzięki bogom za przerwanie niezręcznego wywiadu. Ale czy to było lepsze?
Złapała po strażacku półboga, który chwiał się. A właściwie chciała, gdyby nie to, ze uwiesił się jej szyi i nie chciał puścić. Dostała przerośniętego, kościstego pluszaka i kierowała się z nim do łazienki. Lucien kręcił się dookoła, zadawał pytania Arnar, tym razem już nie podejrzliwie, a z troską. Jakimś cudem ustawili go, jak klocek w tetrisie, zeby zlał się z kiblem w jedno i mógł czynić akty wymiotowania. Mimo wszystko dalej się śmiał, słabo, ale śmiał. Wraz ze zdartymi plecami oraz smrodem wina/kanalizacji wyglądał jak siedem nieszczęść wyciągnięte spod mostu. Co za dzień uroczy, pomyślała heroska. Wcześniej chciała to samo zrobić, ze stresu, ale chyba w tym momencie już wszystko było jej obojętne.
— Wiem, że się nie znamy. Ale nigdy więcej nie proponuj kolejnemu półbogowi swojego magicznego wina. Bo niewiele brakowało, żebym zaczęła się bronić. — Powiedziała Lucienowi, który właśnie wbiegł do łazienki z ręcznikami, proszkami i całym naręczem badziewia, które mówiło "przepraszam skarbie, poskładamy cię". Wzdrygnął się. Pomimo słabej sztuczki nawet było jej szkoda, toteż wyciągnęła jakieś nasionka z chwastami, które pachniały orzeźwiająco. A przynajmniej taki był konsensus, bo akurat te właściwości to miała gdzieś, do teraz. Wyszła z łazienki, zostawiła wszystko Lucienowi, po czym skierowała się w stronę drzwi. Tak bardzo chciała w końcu stąd wyjść, uciec, trzech półbogów to za dużo. Nawet nie zauważyła, że zapomniała o niewyspaniu się, spędzonym produktywnie dniu i dzikich akcji.
Usiadła gwałtownie przed drzwiami. Bark (ha, ha) niemiłosiernie szarpał jej mięśnie, wysyłał bolesne impulsy, a nogi zaczęły drżeć. Możliwe, że jakimś głupim uczynkiem przeholowała całą swoją wytrzymałość fizyczną. Oparła czoło o drzwi i tak zastygła, śmiejąc się żałośnie, trochę ze swojej głupoty, a trochę z żartu Arnar. Bark, bark. 


  Arnar? 
 ──── 
 [1044 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Luciena CD Arnara i Dahlii — ,,Kaktukonie??? bardzo śmieszne naprawdę brawo"

Poprzednie opowiadanie

Stali w ciszy, patrząc się na siebie niezręcznie jak podczas integracji pierwszego dnia w szkole. Lucien uśmiechnął się nieśmiało, ale zaraz pozbył się niewinnego wyrazu twarzy, widząc czerwone plamy na ubraniach półbogów. Najpierw zmarszczył brwi, a potem zaczął nerwowo drapać się po rękach, chcąc zachować powagę szczególnie, że właśnie zapoznawał się z nową osobą.
— Okej, więc… — odezwał się pierwszy — ktoś mi wytłumaczy, co się naprawdę stało?
Arnar pozwoliło sobie na krótki śmiech.
— No… pobiliśmy się z kimś. Nic takiego. — Wzruszyło ramionami, uśmiechając się w taki sposób, w jaki to zazwyczaj robiło, gdy chciało ukryć swoje niecne plany. Albo ukryć to, że było świadkiem śmierci Colina, którego Lucien chciał zaprosić na imprezę imieninową.
Dahlia pokiwała głową, chcąc dodać Arnarowi otuchy, bo co innego mogła zrobić w tej sytuacji? Wyglądała jak kominiarz, który właśnie zszedł z najbardziej uwalonego komina na świecie: przetarcia na ubraniach, czarne smugi na rękach oraz niezidentyfikowane czerwone plany, które wyglądały jakby oprócz bójki ubijali kurczaki.
— Od kiedy… nie, Arnar, to nie ma sensu. — Zmarszczył brwi jeszcze bardziej. — Ty nigdy się z nikim nie bijesz, to po pierwsze, a po drugie…
— No widzisz, czasem warto zmienić… upodobania.
Lucien zamrugał. Patrzył na Arnara jak na skończonego debila, ignorując zupełnie istnienie obcej kobiety.
— Przestań lecieć sobie ze mną w chuja, dobrze? — Uśmiechnął się nerwowo. Kąciki ust chłopaka drgały. — Wróć do domu — rozkazał. — Ty też wejdź.
Dahlia potuptała za Arnarem, który mógł tylko potulnie spuścić głowę i pójść za zdenerwowanym Lucienem w piżamie w dobermany. Ubranie wcale nie dodawało mu powagi, ale byłe grupowe Hermesiaków już się przekonało na własnej skórze, że lepiej nie lekceważyć kogoś, kto może cię upić zwykłą wodą.
Lucien zaprowadził dwójkę herosów do salonu, kazał im usiąść na kanapie (prosząc w myślach, by nie zostawili na obiciu czarnych śladów) i zniknął w kuchni, gdzie szukał apteczki, o której wcześniej wspominał Arnar. I leków na sraczkę, bo uwierzył swojemu partnerowi, że koleżanka, którą poznał w barze ma problemy z wypróżnianiem.
— I co — Lucien wrócił z saszetkami na problemy jelitowe i z kilkoma opakowaniami gaz — to była bójka o dwa centy czy dwadzieścia dolców?
— O… nowe katy. Tak, to była wina kart! — Zaśmiał się Arnar, ale ani Lucienowi, ani Dahlii nie było do śmiechu. — Mówię serio. Jakiś ziomek ze mną przegrał i próbował mnie oszukać, no ale nie wiedział, czyim jestem dzieckiem — zaczął mówić, unikając oceniającego wzroku chłopaka. — No to… po prostu odebrałem swoje karty i… tak wyszło, że chyba mu się to nie spodobało. To się trochę poszarpaliśmy. I poznałem w ten sposób nową koleżankę. — Wskazał an Dahlię. — Nazywa się… jakoś tam.
— Jakoś tam?
— Ale! Nieważne. — Arnar klasnął w dłonie. — Ważne, że… wszyscy żyją.
— Wszyscy żyją — powtórzył Lucien. — Wszyscy, kurwa, żyją, tak? — Zadrżała mu powieka.
Arnar zbladł, ale wciąż utrzymywał na twarzy uśmiech typowego dzieciaka Hermesa, który teraz Lucien najchętniej starłby swoimi winoroślami. Tymi samymi, o których ostatnio Arnar tak często opowiada. Że mu pomogą, bo przecież od tego są winorośla.
— Nie o to mi chodziło, wiesz, okej? — Spróbował zmienić ton na łagodniejszy. — Może przyniesiesz swoje wino, hm? Pijesz wino? — Odwrócił się do kobiety. — Jeśli nie, to teraz się napijesz. Lucien, proszę… jedno wino.
Lucien przewrócił oczami, położył na kanapie, tuż obok uda Arnara pudełko z saszetkami i wyszedł do piwnicy. Jeśli w grę wchodziło dobre wino to… może atmosfera przestanie być taka spięta. A Lucien oprócz wina miał jeszcze kilka sztuczek, które pomogą tę atmosferę rozluźnić.
Wrócił do dwójki herosów z jedną butelką, bo to wystarczy, żeby sobie ich rozpić na tyle, by zaczęli mówić prawdę. Przynajmniej taki miał plan, kiedy schodził do piwnicy: upić i kobietę, i Arnara, by opowiedzieli, co naprawdę wydarzyło się w tym „barze" (bo podejrzewał, że nawet w tym barze ich nie było).
Uśmiechnął się i otworzył butelkę przy pomocy otwieracza, których w domu trzymał kilka w różnych miejscach, a ten konkretny wziął z kuchni.
Nalał szkarłatny napój do trzech kieliszków.
— To moje ulubione! — krzyknął do herosów z kuchni. — Najlepsze, jakie miałem — mówił, uśmiechając się do siebie, bo właśnie w głowie zwiększał procent zawartości alkoholu w dwóch kieliszkach. Tak, żeby już po dwóch kolejkach Arnar i Dahlia byli nie tyle co wstawieni, a najebani.
— Skąd jesteś? — zapytał, podając Dahlii kieliszek. — Długo się znacie?
— Z… daleka — odpowiedziała i upiła pierwszy łyk. — Smaczne. Sam robisz? Rozumiem, że jesteś dzieckiem tego… hm.
— Dionizosa. Tak, sam robię. — Skinął głową. — Dlatego na etykiecie znajdziesz oryginalną nazwę.
Dahlia spojrzała na butelkę.
— Lucevine?
— Dokładnie.
— Jesteś narcyzem?
— Co? — Odstawił kieliszek na stolik. — Nie! Co w tym złego, że nazwałem w ten sposób moje wino?
Arnar zaczął się głupio śmiać, a Dahlia w odpowiedzi głupio się uśmiechnęła.
— Nie martw się, ja doceniam twoje wino — powiedział do Luciena, kiedy skończył pić. — Mogę jeszcze?
Lucien złagodniał na twarzy, widząc, jak Arnarowi szybko przychodzi picie alkoholowego trunku. Dziwił się, że jeszcze nie połączył kropek i nie poczuł różnicy w winie, które pił. A pił te wina już wiele razy.
— Pewnie. — Sięgnął po butelkę i nalał Arnarowi trochę więcej, niż wcześniej. Chciał mieć pewność, że po tej kolejce przestanie być trzeźwy. Naprawdę na to liczył.
Kątem oka spojrzał na Dahlię, która kończyła dopijać wino.
— A ty? — zapytał. — Wypijmy całe, co?
— Dawaj.
Nalał jej tak samo dużo, co Arnarowi. Siedział teraz i czekał, aż procenty zaczną działać i będzie mógł przeprowadzić swoje prawdziwe przesłuchanie.
— Hej… trochę…. um. — Arnar spróbował się podnieść, ale na chwiejnych nogach ciężko było mu utrzymać równowagę. Zaśmiał się do siebie jak nieporadne dziecko. — Śmieszne, co nie? Jak ty masz na imię? Daniela?
— Dahlia.
— Aaaaa, Dahlia, no tak — zaczął śmiać się głośniej.
Lucien oglądał tę wymianę zdań z fotela.
— Smakowało ci wino? Pamiętaj… to domowej roboty. Do-mo-wej.
— Tak, tak — roześmiała się, rozluźniając wcześniej spięte mięśnie twarzy. — Domowe. Dobre. Takie babcine.
— Jakie babcine! — oburzył się. — To robił ten oto — wskazał na Luciena — mistrz wina! Sam mistrz! Dahlia, rozumiesz to?!
— Mistrz wina! — krzyknęła niespodziewanie. — Cudowne!
— Tak!
— Ej — przerwał im Lucien — a może się trochę uspokoicie, co? — Odłożył swój kieliszek na bok. — Gdzie w końcu byliście?
— Gdzie… gdzie my byliśmy, Dahlia? — Arnar dramatycznie odwrócił się do kobiety. — Gdzie my byliśmy?!
— Nie wiem.
— Jak to!
Lucien przetarł twarz dłonią. Może nie był to dobry pomysł? 
 
Dahlia? 
────
[1007 słów: Lucien otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Arnar CD Dahlii — "Kaktukonie??? bardzo śmieszne naprawdę brawo"

Poprzednie opowiadanie

W takich sprawach półbogowi nie pomaga nawet ultra szybki refleks po tatusiu. Arnar intuicyjnie osłania się ramionami, choć w tym zamęcie nie ma najmniejszego pojęcia, z której strony może nadejść cios. Polega wyłącznie na swoim instynkcie, mocno uśpionym przez te wszystkie lata spokojnego obozowego życia i potem tylko trochę mniej spokojnego w Nowym Jorku. Szybki i niedostatecznie wysoki wzlot w powietrze nie daje wiele, gdy roztrzaskane kawałki fontanny wybuchają we wszystkie strony. Nie orientuje się, kiedy upadek na popękany chodnik wyszarpuje stęknięcie bólu z jego piersi, choć to prędzej krótki drift po betonie, niż prosty upadek. Szoruje po chodniku, jak uradowany strzelonym golem piłkarz. Tylko że na plecach, nie kolanach. Po finałowym zatrzymaniu się wśród mokrego gruzu odkrywa, że jeno koszula postanowiła się poddać i teraz na jeno plecach zieje wielka, stylowa dziura. Obdarta do krwi skóra piecze nieprzyjemnym bólem, a w głowie czaszce dudni od tego całego hałasu… i może nu się wydawać, ale chyba przy okazji coś uderzyło no w głowę. Trudno utrzymać rachubę, gdy wszystko dzieje się na raz.
— Spoko-luzik! — woła Arnar, przybierając możliwie najradośniejszy ton głosu, jaki jest w stanie. Odchrząkuje, żeby złagodzić uciążliwe drapanie w gardle i próbuje się jakoś zgrabnie podnieść, ale w obecnej sytuacji nie może liczyć na zgrabne ruchy. Przystaje obok Dahlii (w duchu dziękuje, że przynajmniej odrzuciło ich w tę samą stronę) i pochyla się nad nią, opierając się o śmietnik. — Co tam, bark ci wypadł?
— Bark mi… — Dahlia nawet nie ma siły na tłumaczenie, a tym bardziej sprawdzanie, czy przypadkiem nie dorobiła się kolejnej wspaniałej blizny. — Nie pora na głupie żarty.
— No, w każdym razie, mnie to tam tylko drasnęło — oznajmia Arnar z dumą (mistrzowsko ignoruje nieprzyjemne uczucie krwi spływającej po plecach). — Jestem dobre w uniki. Tylko nie wiem gdzie jest Colin, ale jakoś się pewnie znajdzie, może kanałami spłynął… Wskoczył do fontanny… Potrzebujesz pomocy?
Dahlia odtrąca wyciągniętą dłoń i jakoś udaje jej się podnieść. Rzuca Arnar nieprzyjemne, zirytowane spojrzenie, a ono tylko uśmiecha się przepraszająco (lub raczej w swojej głowie tak się uśmiecha). Dziewczyna niespokojnie rozgląda się dookoła, bo ostrzegawcze świńskie ryki znowu docierają do ich uszu.
— Już pal licho tamtego koleżkę, musimy się stąd wynieść. W miarę szybko — zarządza Dahlia, uważając siebie za jedyną osobę w towarzystwie, która myśli logicznie. Nie wie tylko, czy postawiłaby wściekle różową świnię nad, czy pod Arnar. — Inaczej nie będzie czego po nas zbierać. Korzystamy, dopóki tego tu nie ma.
— Okej, to pa tera!
— Nosz, co zno… Idioto, ty…!
Dahlia, chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc, ale równie bardzo nie chce mieć Arnar na sumieniu), patrzy, jak ono wbiega jakby po niewidzialnych schodach, wyżej i wyżej. Nie zatrzymuje się, tylko przez pół minuty krąży w powietrzu jak natrętny komar, żeby na szybko omieść wzrokiem cały plac. Trochę trudno dostrzec niektóre rzeczy w bladym świetle lamp ulicznych, ale hej! Dobrze będzie wiedzieć, w którą stronę absolutnie nie uciekać, bo będzie tam na nich czekać skrzydlate, krwiożercze bydlę! Wreszcie dostrzega monstrum, które właśnie radośnie… Arnar szybko stwierdza, że jednak wolałoby tego nie widzieć. Żołądek buntuje się, kwas drapie no w gardło. Na krótką chwilę gubi krok, prawie spada na ziemię, pewnie po to, żeby dołączyć do kolekcji mokrych plam na chodniku. Szybko ląduje obok Dahlii i gdyby się lepiej przyjrzeć, możnaby dostrzec w jeno postawie znacznie mniej poprzedniej energii.
— Co ty wyczyniasz, pajacu? — syczy Dahlia. — Mamy uciekać, a nie…
— Colin kupił nam trochę czasu — przerywa jej Arnar, nagle robi nu się sucho w ustach. — Świnia ma zajęcie i mam nadzieję, że mnie nie widziała. Ani nie wyczuła. Tędy. — Wskazuje wąską, boczną uliczkę. — Oni… ona jest po drugiej stronie placu. Poza tym, w takiej uliczce nawet się nie zmieści.
Odkłada uczucia na bok (oraz ucisza piskliwy głosik, który podpowiada nu, że Colin mógł mieć przy sobie portfel) i zanim znowu poczuje w płucach duszący gaz (czy potwory mogłyby być choć troszeczkę, minimalnie słabsze, tak, żeby się je może dało pokonać?) biegnie przed siebie. Zna okolicę, jedyne co, to trochę zwalnia kroku, żeby w miarę dostosować swoje tempo do Dahlii. Pasowałoby, żeby jakoś nadążyła i ma nadzieję, że jednak pobiegnie za niem, a nie postanowi znowu sobie zniknąć. Biegają zygzakiem i naokoło najwęższymi uliczkami, prześladowani przez odległe ryki i złudne chrumkanie, niepewni, czy na następnym skrzyżowaniu nie wbiegną prosto w tłuste cielsko fai. Dostrzegliby wtedy świeżą krew na jej racicach i ryju, a gdyby otwarła paszczę, żeby zaryczeć…
Arnar zatrzymuje się pod swoją klatką, nareszcie. Codzienne spacery podejrzanymi i nieuczęszczanymi ulicami w końcu nu się przydały. Podczas gdy ono drżącymi palcami (prawie czuje wściekły świński oddech na karku) wstukuje kod do drzwi, Dahlia dopiero do nieno dobiega, bo szaleńcze tempo Hermesiątka dla każdego jest co najmniej męczące.
— Skoczę po klucze do piwnicy i apteczkę, a ty tu na razie zostań, oki? — rzuca swoje instrukcje do Dahlii, gdy grube drzwi zatrzaskują się za nimi. Wciąż jeszcze uspokajają oddechy i bicie serc, ale tu trzeba myśleć szybko, bo Lucien już pewnie wie, że Arnar wraca do mieszkania.
— Skoro już tu jesteśmy — Dahlia wydaje się być bardzo niezadowolona z tego faktu — To może chociaż załatwimy to w twoim mieszkaniu, co, geniuszu?
— Mój chłopak nie może się o tym dowiedzieć — syczy Arnar, które już rozpoczyna wędrówkę po schodach (Dahlia wlecze się za niem, bo po takiej akcji samotne stanie tuż pod drzwiami bloku każdego napawałoby co najmniej niepokojem, może strachem).
— A. Śmiertelnik? — Niemal nu współczuje.
— Nie, paranoik.
Dziewczyna prycha słabym śmiechem. Arnar też cicho chichocze, ale jeno klatka piersiowa natychmiast odpowiada nu ostrym ukłuciem bólu. Jeno dłoń zaciska się na poręczy schodów, aż znowu jest w stanie spokojnie iść.
— Poza tym. Tylko się lekko potłukłom, wielkie rzeczy. To nic, czemu byśmy nie zaradzili w przyjemnej piwnicy — elaboruje dalej, nie pozwalając Dahlii nawet słowem pisnąć o jeno nie aż tak idealnym stanie… o ile w ogóle miała zamiar rzucić jakąś kąśliwą uwagą.
— Jak sobie chcesz. Ale weź chociaż przetrzyj twarz, chyba że zawsze wracasz takie brudne do domu.
— Co prawda Lucien czasem każe mi się umyć — mówi Arnar ze swoim krzywym uśmiechem — ale pierwszy raz byłoby aż tak źle. — Pociera policzki o i tak zakurzony i wilgotny rękaw zniszczonej koszuli, pewnie tylko rozmazując na niej brud i pył. Nie zapali światła, nie będzie widać. — To poczekaj tutaj, ja to załatwię. — Puszcza Dahlii oczko.
Dźwięk niesie się echem po klatce, gdy pobrzękują jeno klucze z milionem breloków zrobionych z kapsli po piwie. Nie domyka drzwi, bo i tak zaraz wyjdzie i przynajmniej ułatwi Dahlii podsłuchiwanie, jeśli by chciała. W przedpokoju chwyta pierwszą bluzę, jaka wpada nu w ręce i jeszcze szybciej ją zakłada. Zwinne palce nie przydają się tylko do kradzieży.
— Hej — mruczy Lucien, wyczłapuje z sypialni. — Domofon mnie obudził.
— Sorki. — Uśmiecha się Arnar. Na jeno szczęście w mieszkaniu nie pali się żadne światło. — Ja tylko jeszcze muszę skoczyć do piwnicy i…
— Że co? — Lucien wydaje się nie wiedzieć, czy przypadkiem wciąż nie śpi. — Jest jakaś druga w nocy, po co ty chcesz iść do piwnicy?
— W barze spotkałom… koleżankę. Coś tam pogadaliśmy i powiedziałom jej o ten naszej kolekcji wina w piwnicy, to chciała jedną butelkę. No, to ja jej mówię, że chodźmy teraz, bo potem zapomnimy, ale jakoś nam tak zeszło w tym barze… bo nie wzięłom zegarka — tłumaczy Arnar, grzebiąc po szafkach.
— A po co ci apteczka? — Arnar gryzie się w język, żeby nie rzucić: "Nie zadawaj tylu pytań, słonko, wiem, co robię".
— Bo ta koleżanka ma problemy. — Wyciąga z palca kolejną historyjkę. — Z… to trochę wstydliwe, ale ma ostrą biegunkę i jak mówię ostrą, to mam na myśli taką cholernie uciążliwą. A my chyba mamy jakieś proszki na to…
— Proszki to sobie możesz wziąć z pudełka z lekami w łazience, a nie z apteczki — prycha Lucien. — W co ty grasz?
— W nic — mówi Arnar swoim najbardziej przekonującym tonem i nawet całuje Luciena w czółko, żeby się nie martwił. Efekt chyba jest odwrotny.
— I znowu śmierdzisz — narzeka chłopak. — Kazałem ci zmienić te perfumy…
— Zaraz wracam!
— Czy ty mnie w ogóle…! O, hej.
Arnar nie spodziewało się, że Lucien wyjdzie za niem na klatkę schodową. A powinno się tego spodziewać. Uśmiecha się więc szeroko, stojąc ramię w ramię z przygarbioną Dahlią, oboje pięknie oświetleni przez zapalającą się na czujkę ruchu lampkę. Trudno powiedzieć, które z nich jest bardziej poturbowane i ubrudzone.
— Wdałoś się w jakieś walki gangów w tych swoich barach…? — pyta załamany Lucien, na szybko przeczesuje palcami roztrzepane włosy. Jego piżama w dobermany tylko dopełnia obrazu zaspanego pięciolatka (wzrost się nawet w miarę zgadza).
— Tak, ona jest z przeciwnego — wypala Arnar, wskazując Dahlię palcem.
— Chyba odwrotnie, bo byś mnie nie zapraszało na chatę.
— Tak, ona jest z mojego. 

  Dahlia?? 
──── 
 [1417 słów: Arnar otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]