Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 lipca 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Niketas pieczołowicie układa nowozdobyte monety we wcześniej przygotowanym pudełeczku a.k.a skarbonce w kształcie pirackiej skrzyni skarbów należącej do bliżej niezidentyfikowanego Kogoś z domku Hermesa. Nikt nie ma zamiaru wnikać w to, czyj ten skarb dokładnie jest, bo równie dobrze może leżeć tam ukradziony od rodzeństwa, które już dawno zniknęło z Obozu. To rodzeństwo i tak pewnie ukradło tę skarbonkę od jakiegoś dzieciaka Posejdona albo innego bachora, który lubił wodę nieco bardziej niż każdy normalny, przeciętny dzieciak.
– Nie jestem pewien jednego – stwierdza Ulfert, próbując przezwyciężyć powoli postępującą zadyszkę – czy to było wow w sensie, że zajebiste, czy wow w sensie, że obrzydliwe gówno.
– Ty to się lepiej nie zastanawiaj – rzeczowo odpowiada mu Niketas. Poprawia okulary przeciwsłoneczne, choć słońce jeszcze nie zdążyło porządnie rozgościć się na bezchmurnym niebie. Trochę mruży za nimi oczy, żeby dokładniej dostrzec apollinowe rodzeństwo i dojrzeć ich miny pełne ekstazy. – No, moim zdaniem, to zaraz będziemy mieć tutaj kolejkę na pół Obozu. W tym całą populacje domku Apolla.
– I co na to Chejron? – pyta Erin, która właśnie stara się ułożyć puszki w trójkąt pitagorejski, wedle zaleceń Niketasa. Niestety, nie przyniósł dla niej miarki, linijki, ani definicji trójkąta pitagorejskiego, więc gdy co jakiś czas dopytuje go, czy dobrze jej idzie, on zasypuje ją całym esejem poprawek, których ona nie zapamiętuje. W ten sposób trójkąt rozrasta się coraz bardziej i coraz dalej mu od pitagorejskiego.
– Jak to co? Jemu za puszkę policzymy dwa razy więcej. Wygląda na bogatego – odpowiada Ashton i nerwowo zerka na Niketasa, jakby miał zaraz dostać w łeb za to, że wtrąca się w sprawy, w które nie powinien. I rzeczywiście dostaje w łeb, ale nie tak mocno.
– Chejron będzie miał nas w dupie, dopóki w tych puszkach nie ma telefonów. Ani niczego innego, co ten stary kuc uzna za zagrażające naszemu życiu i zdrowiu. – Grupowy wydaje się na tyle pewny siebie, że cała reszta po prostu wzrusza ramionami i wraca do swoich zajęć (zajęciem Niketasa jest rozwiązywanie swoich szyfrokrzyżówek i okazjonalne odganianie much).
Przewidzenia największego matematyka z domku Hermesa szybko okazują się trafne i przed ich stoiskiem powoli układa się niezła kolejka, z czego większość jest blond łucznikami, opcjonalnie nieblond muzykami. Najgorsze są reakcje na cenę, bo Niketas słysząc piskliwe „COOOOOO” sześćdziesiąty dziewiąty raz, ma ochotę przypierdolić w twarz niedoszłego klienta kijem od flagi Ulferta. Zamiast tego uśmiecha się miło i bezsensownie się powtarza.
– Ale co tak właściwie różni to od zwykłych energetyków? – pyta jakiś dzieciak, który jest na tyle sceptyczny co do „Olimpijskiej Alfy”, że przez jego narzekanie kolejka urosła co najmniej pięciokrotnie. Przez niego uśmiech Niketasa powoli zaczyna drżeć i w strategię marketingową zaczyna wtrącać się Erin.
– Skład – odpowiada dziewczyna tonem rodzica, który odpowiada dziecku na pytanie, czemu wsiadają do czerwonego, a nie zielonego tramwaju.
– Ale co w nim tak właściwie jest?
– Tu – Ashton (który nie wiedzieć czemu ciągle kręci się obok stoiska) podaje chłopakowi ulotkę z Recepturą™. – Przeczytaj se.
– Ale czemu tego nie ma na puszkach?
– Porównaj sobie wielkość tej kartki do puszki – sugeruje Niketas, z umiarkowaną siłą uderzając w lichy blat ich stoiska. Odwraca się ze znacznie bardziej wymuszonym uśmiechem niż wcześniej do następnej klientki. – 4 dolary za sztukę.
– Powiem Chejronowi.
Twarze aż czwórki herosów-sprzedawców/pomocników/chuj-wie-czemu-Ashton-wciąż-tu-jest odwracają się, a ich oczy wbijają się w naburmuszoną dziewczynkę. Dziewczynę. Ulfert aż przestaje wymachiwać flagą (robi to z ogromną ulgą, bo wreszcie ma moment na przetarcie spoconego czoła i złapanie oddechu). Niketas ściąga okulary i ostentacyjnie je czyści, zanim wracają na jego nos. Wzdycha głęboko, nieprzekonany co do tego, czy na pewno chce odpowiadać.
– To groźba karalna – wtrąca Erin. – Przecież to tylko pomaga. Patrz na nich. – Wskazuje na jakieś dzieciaki, które zachowują się jakby zamiast zwykłego energola napiły się koktajlu z nieprzeznaczonych dla osób w ich wieku grzybków. – Patrz jak dobrze się bawią.
– Po pierwsze – oznajmia dziewczyna tonem „Um, actually” – to jest zdzierstwo. Ta puszka ponoć ma dwieście pięćdziesiąt mililitrów, ale nie jest wypełniona napojem do brzegu, a znając tego tutaj – wskazuje palcem na Niketasa, który unosi brwi, otwiera usta i wbija palec wskazujący w swoją klatkę piersiową – to jest tam tylko jakieś sto mililitrów tego całego „energetyka”. A po…
– Ty masz prostownicę w oczach? – mądrze pyta Ashton.
– Na pewno nie chodzi ci o prostownicę – kontruje Ulfert. – To już prędzej linijka.
– Ale płyn mierzy się w szklankach – zauważa Erin. – W przepisach zawsze jest, że „pół szklanki mleka” albo coś takiego.
– Ty masz szklanki w oczach? – powtarza swoje pytanie Ashton.
– Jestem córką Ateny – dumnie odpowiada dziewczyna, a Niketas mamrocze pod nosem, że teraz to już wszystko jest dla niego jasne.
– Dzieci Ateny mają szklanki w…
– Dzieci Ateny są obdarzone umiejętnością zwaną „myślenie”, której najwyraźniej ty nie posiadasz – wtrąca CórkaBoginiMądrości™™™™™™™™, uśmiechając się szeroko. Pewnie wydaje jej się, że teraz wygląda jak typowa #mean_girl z musicalu. Niketas uważa, że wygląda bardziej jak ktoś, komu bardzo fajnie byłoby przywalić z liścia i określiłby to #rzal_i_bul.
– Kupujesz, czy nie? – pyta grupowy, już bez swojego uśmiechu i strategii marketingowej. Coś ostatnio wszyscy ci idioci od Ateny lubią się do niego przyczepiać jak rzep do psiego ogona i coraz mniej mu się to podoba. Zawsze myślą, że są mądrzejsi od innych. Dupki.
– Może jak dasz mi zniżkę, to nie powiem Chejronowi.
– Słuchaj, laleczko. W dupie mam to, komu co powiesz. Jak ci się nie podoba, to nara.
– Mogłeś grzeczniej – zwraca mu uwagę Erin, gdy parę osób z kolejki idzie za dziewczyną ze zrezygnowaniem wymalowanym na twarzy.
– Grzeczniej, czyli jej powiedzieć, żeby wypierdalała? Kochana, z takimi nie ma sensu się kłócić. Cztery dolce – mówi do kolejnej osoby, która z uśmiechem wywala swoje ciężko zarobione (wysłane od rodziców) pieniądze na parę godzin haju wywołanego tęczowo-brokatowym chemicznym wytworem, który pewnie nie przeszedłby ani jednego testu jakości w Unii Europejskiej i nigdy nie mógłby zostać tam dopuszczony do sprzedaży. Na całe szczęście, Niketas i Erin znajdują się w Ameryce i nie muszą przejmować się głupimi restrykcjami Europejczyków.
– Ale mnie w to nie mieszajcie, jeśli Chejron jednak tu przyjdzie, dobra? – pyta Ulf, który wznawia machanie flagą. – Jakby, ja tu jestem tylko niewolnikiem.
Niketas posyła mu Spojrzenie, przez które Ulfert uśmiecha się niezręcznie i wymachuje kijem od miotły trochę szybciej.
– Dobra, ja spadam! – oznajmia Ashton, ale grupowy łapie go za ramię w pół kroku.
– Kochanieńki – mówi tonem kompletnie niepasującym do tego słowa, a irytacja wreszcie wylewa się z niego przez powoli pękające szczeliny w fasadzie najlepszego sprzedawcy w historii świata. – Ale te pieniądze to oddaj, co?
– Jakie pie-
– Cukiereczku.
– Okej, okej, bogowie. To tylko taki test – broni się Ashton i wysypuje na stoisko, tuż obok niedoszłego trójkąta pitagorejskiego, jakieś trzydzieści dolarów w drobniakach. – W sensie, test. Pensję swoją chcia-
– W zamian mogę ci testowo skopać dupę – ucina Niketas, po czym odwraca się do kolejnego klienta, który stoi za obsługiwaną przez Erin osobą o bardzo gęstych i bardzo napuszonych blond włosach. – Hejeczka, laleczko, cztery dolarki będą za puszkę. Jak się ładnie uśmiechniesz, to dorzucę naklejkę gwiazdki.
Dziewczyna się nie uśmiecha.
– Co do tej Receptury™ – wtrąca się dzieciak, któremu wreszcie udaje się przebrnąć przez całość ulotki. – Co macie na myśli z „taka pasta z jednorożcami na opakowaniu (tęczowa)”?
– Ty czytać nie potrafisz? – pyta Erin.
Niketas. Po prostu. Się uśmiecha.
I wyrywa chłopaczkowi Recepturę™ z rąk.


|
Erin?
────
[1178 słów: Niketas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 7 czerwca 2026

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ulfert stał i wymachiwał flagą zrobioną naprędce z czyjejś białej koszulki, na której rano napisał kolorowymi markerami „OLIMPIJSKA ALFA” (a przynajmniej taki był zamysł, bo „F” mogło być równie dobrze „E” a „M”, „N”), podczas gdy Erin z Niketasem rozkładali pierwsze oficjalne stoisko, na którym można było nabyć ten boski napój. No i był jeszcze Ashton, któremu ku zdziwieniu dziewczyny Niketas powierzył bardzo odpowiedzialne zadanie, jakim było dostarczenie produktów na miejsce sprzedaży. Pewnie dlatego, że nikomu dobrowolnie nie chciałoby się dźwigać kartonów z puszkami, a że Ashton nie robi dobrowolnie nic, to nadawał się do tej roboty idealnie. Erin do tej pory zastanawiała się, gdzie w domku Hermesa dokonano hurtowej produkcji etykiet, ale nie zdziwiłaby się, jakby okazało się, że pod ziemią mają całą fabrykę i magazyn rzeczy ukradzionych. Takich jak to stoisko z tęczową markizą, które kiedyś miało koła, ale już ich nie miało, więc cała czwórka musiała pchać je na miejsce sprzedaży wybrane przez Niketasa, który podobno zebrał kiedyś dane o najbardziej uczęszczanych miejscach w Obozie w godzinach szczytu i poza nimi (zostawili za sobą długi łysy ślad na trawie, który zapewne za chwilę wywoła zawał u wszystkich dzieci Demeter). Dlatego teraz stali przed pawilonem jadalnym i czekali, aż reszta obozu zacznie schodzić się na śniadanie.
— Ej, a czemu ty tak machasz tą flagą, kiedy jest pusto? — zaciekawiła się Erin.
— Tak na wszelki wypadek, jakby zaraz ktoś przyszedł. Która godzina?
— 7:37 — odpowiedział Niketas, wyjmując z kieszeni zegarek. — Zwykle pierwsi ludzie są tu około 7:42, więc machaj dalej tą flagą. Mięśnie sobie zbudujesz, to będzie ci łatwiej jutro, pojutrze i tak dalej. A ty — wskazał na Ashtona, który właśnie się pojawił — ile jeszcze tych kartonów zostało?
— To… już… ostatni… — wysapał chłopak, brutalnie kładąc pudło na ziemi.
— Cudownie, poszło szybciej, niż zakładałem — Poklepał brata po głowie, jednak szybko cofnął rękę. — Fuj, kiedy ty ostatnio myłeś głowę?
— Z cztery dni temu?
— Czyli możemy dopisać wszy do receptury. Halo gdzie jest receptura????
— Jak to mawiają, receptura zmienną jest — odrzekła Erin, wykładając ostatnie puszki.
— Nikt tak nie mawia??? Ach, no tak, to pewnie powiedzonko dzieci Hekate.
— Dokładnie! Dlatego receptury nie ma i nie będzie, bo większość składników znalazła się tam przez przypadek. Ale nie szkodzi, różnorodność smaków jest teraz atrakcyjna.
Niketas zamyślił się na chwilę, wyjął stos karteczek samoprzylepnych z kieszeni i nabazgrał coś ołówkiem.
— To może mieć sens… — podparł podbródek ręką jak grecki filozof — Co produkcję będziemy zmieniać smak napoju, a co za tym idzie, będzie trzeba rysować nowe etykiety, ale da się zrobić — na te słowa Ulf na chwilę przestał machać flagą, westchnął, po czym wrócił do machania, mamrocąc coś pod nosem.
— Mówiłeś coś? — Niketas obrócił się do brata. — Zawsze mogę obciąć ci pensję, jak ci się coś nie podoba.
— Nie no, wszystko w porządku. Po prostu narysowanie rakiety kosmicznej trzymającej się na balonie z gumy to szczyt mojej kreatywności więc inne mogą nie być takie cool.
— Tym się będziemy zamartwiać później. Patrzcie, pierwsi klienci.
Rzeczywiście, w stronę kantyny zmierzała dwójka dzieci, chłopak i dziewczynka, na oko dwunastoletnich. Z tego, co kojarzyła Erin byli od Apolla. Zatrzymali się przed stoiskiem.
— A co tu rozdajecie? — zapytała dziewczynka.
— Nie rozdajemy, tylko sprzedajemy, a sprzedajemy coś tak zajebistego, że nie pożałujecie żadnych pieniędzy — syn Hermesa wziął na siebie rolę przekonywania klientów (bo pewnie jako jedyny miał do tego talent). — A jako że jesteście pierwszymi klientami, dostaniecie zniżkę wysokości całej jednej drachmy! Niepowtarzalna okazja, nie sądzicie?
— Dobra, a za ile takie?
— 4 dolary.
— ILE?!
— Cena relatywna do jakości — zapewniła Erin, wykładając im dwie puszki.
— To jak będzie? Wiecie, jak to jest, lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się czegoś nie zrobiło…
— Dobra, już dobra — dzieci wyciągnęły monety z kieszeni. Niketas przeliczył je jeszcze dwa razy, by upewnić się, że wszystko się zgadza, i dopiero wtedy pozwolił na wydanie dzieciakom puszek.
Appollątka odeszły dalej w kierunku jadalni, usiedli przy stole i otworzyli puszki Olimpijskiej Alfy. Kiedy wzięli łyk, dało się słyszeć przeciągłe „WOOOOOOOOOOOOW”.


Niketas?
────
[651 słów: Erin otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 31 maja 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

– Ulfert! – woła Niketas, zamaszyście otworzywszy drzwi do domku jedenastego. Jak się spodziewał, bez jego doskonałego i eksperckiego przewodnictwa, Ulfert wyłącznie siedzi i puszcza bąki, bezpiecznie zakopany w kącie domku. Zdradza go gwałtowne uniesienie głowy, które idzie w parze ze spanikowaną miną.
Domek Hermesa jest, z założenia, za mały dla jego mieszkańców. Ulfert nie ma więc żadnej, najmniejszej choćby szansy, żeby po pierwsze podnieść się ze swojego wygodnego kącika, w którym wcale nie wbija mu się w plecy kant czyjegoś łóżka, a po drugie uciec z domku w jakikolwiek sposób. Musiałby wyminąć Niketasa w drzwiach, na co ten by mu nie pozwolił.
– Tak? – pyta, możliwie najuprzejmiej i z bólem podnosi się z podłogi, żeby stawić czoła swojemu bratu (szefowi).
– Mam dla ciebie robotę – odpowiada Niketas, tym razem odpuszczając sobie dodanie: „dobrze płatną”, bo w takim wypadku musiałby mu zaoferować jakąś stawkę, której jeszcze nie udało mu się oszacować. To znaczy, jeszcze nie wycenił, jak duży może być popyt na niejako podróbę „Boskiego Fulla”, który jednak został stworzony znacznie bardziej profesjonalnie.
– Masz ją dla mnie średnio co tydzień. Pracuję już co najmniej na czterech etatach – mamrocze Ulf, choć oboje wiedzą, że jakiekolwiek formy sprzeciwu nie zadziałają u Niketasa i jego absolutnych rządów totalitarnych.
– Ale masz wprawną rękę. Idealnie nadajesz się do tej roboty – zapewnia go grupowy, filuternie mrugając do niego oczkiem. Przy okazji chwyta go za ramię, niby w przyjacielskim geście, i brutalną siłą wyprowadza z domku. – Będziesz nam rysował etykiety.
– Znowu? – jęczy żałośnie. – Naprawdę nie możesz do tego zgarnąć kogoś od Apolla? Te „Boskie Fulle” rysował ci jakiś dzieciak od nich, nie? Dredy zielone, kolczyki? Niby czemu teraz ja?
– Nie no, najpierw rysowała Violet, ale ona wpisywała te „Strawberry Punche” i potem sam musiałem zmieniać. Ale w każdym razie, tego dzieciaka nie ma teraz w Obozie, uciekł do Minnesoty czy innego dziwnego stanu, nie wiem – tłumaczy grupowy tonem jasno wskazującym na to, że jest to sprawa niemająca najmniejszego znaczenia.
– Apollo ma też inne dzie-
– Dobra, dobra, już się tak nie wymądrzaj – ucina Niketas, bo już otwiera drzwi domku Hekate. – Hej, wspólniczko, mam naszego świetnego i BAAARDZO chętnego robotnika!
Wnętrze wygląda kompletnie inaczej niż w momencie, w którym je zostawił. Widocznie Ashon naprawdę wziął sobie do serca wszystkie groźby albo nie mógł usiedzieć na dupie przez magiczne działanie „Olimpijskiej Alfy” w wersji Beta 0.14. Aktualnie chłopak szwęda się po domku, niezgrabnie ściskając w dłoniach miotłę – wygląda na to, że trzyma ją po raz pierwszy w swoim krótkim życiu. Gdy tylko próbuje zamieść choć część kurzu, ten wzbija się w powietrze niepowstrzymaną chmurą i Ashton, zamiast pracować dalej, postanawia poczekać, aż pył opadnie. Proces powtarza się w nieskończoność, a frustracja i wściekłość na twarzy chłopaka stają się coraz bardziej widoczne. W głębi domku Erin absolutnie wczuwając się w personę szalonego i niepowstrzymanego naukowaca, już przelewa ich wspaniałą, neonoworóżową miksturę do przygotowanych szklanych buteleczek.
– Sprowadziłem dla was wspaniałego designera i w EKSKLUZYWNYM dodatku artystę! – radośnie oznajmia Niketas, a częściowo schowany za jego plecami Ulf gwałtownie kręci głową, pewnie przekonany, że to skłoni całą resztę towarzystwa do przejrzenia słabego kłamstwa i odkryją prawdziwe powołanie Ulferta. Jest nim bowiem możliwie jak najskuteczniejsze wkroczenie do nieswojego mieszkania. Opcjonalnie: zabranie stamtąd wszystkich kompletnie niepotrzebnych nikomu do życia rzeczy, w tym trzymanego w dużym słoiku rocznego zapasu landrynek albo poszewek na poduszki, których używa się wyłącznie w dnie, gdy na chatę wbija człowiekowi ta jedna snobistyczna ciotka, a we wszystkie pozostałe dni kurzą się w szafie, zakopane pod innymi poszewkami. Nic, za czym ktokolwiek by szczególnie tęsknił, jako że pod przekazanym w genach losem marnego złodziejaszka, Ulfert jest człowiekiem dobrym, tym samym tworzy coś w rodzaju ying-yang z ze swoim bratem.
Erin przygląda się Ulfowi z oświeconego wyłącznie słabymi świeczkami kąta. Akurat dzisiaj cały domek Hekate zrezygnował z zapalenia niewysłowionej ilości kadzidełek, więc herosi mogli się sobie przyjrzeć bez zbędnego przejmowania się zanieczyszczeniem dymnym równym smogowi unoszącemu się nad większością przyzwoitych miast dzisiajszego świata.
– Ty robiłeś też te „Boskie Fulle”? W sensie, etykiety? – pyta Erin miłym, zaciekawionym tonem, dzięki czemu Ulf NARESZCIE ma szansę na wytłumaczenie się i wyprowadzenie wszystkich z błędu. Udaje mu się nawet otworzyć usta, ale, jak zawsze zresztą, Niketas postanawia przerwać bratu zanim ten jeszcze uformuje jakiekolwiek zdanie w swojej głowie.
– Nie, ale wie, co robić. Dobra, paniusiu, mamy już ułożony i zapisany przepis? – grupowy zwraca się do Erin, która zaprzecza bardzo wymownym ruchem głowy. Na tyle wymownym, że wszyscy obecni wiedzą, że w trakcie tworzenia tej cudownej mikstury z dziesięć razy pogubiła się w składzie. – No, to zapisuj, proste. Chyba pamiętasz? – Kompletnie ignoruje niekoniecznie przekonującą minę dziewczyny. – W każdym razie: linią produkcyjną „Olimpijskiej Alfy” uważam za oficjalnie otwartą!
– Chyba miałeś na myśli zakład karny – mruczy Ulf, który mimo wszystko już chwycił za ołówek i losowe kartki (prawie że same wpadły mu w dłonie, a nic ważnego jeszcze na nich nie zapisano).
– Nie miałcz, tylko do pracy. Hop, hop, hop! – Niketas klaszcze w dłonie, wczuty w swoją wspaniałą rolę. – Sprzedaż otwieramy jutro, nie ma zmiłuj. Wtedy oszacuję zarobki i wasze pensje, takie tam, szczegóły i szczególiki.
– A nie umawiamy ś- – Ulfowe, zresztą dość istotne, pytanie, zostaje przerwane przez zdesperowane słowa Ashtona.
– Niketas, ale ja tu nie jestem na stałe, nie?
– Sprzątasz i pilnujesz naćpanego rodzeństwa na umowie zlecenie, jeśli ci to bardziej pasuje.


Erin?
────
[869 słów: Niketas otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

środa, 29 kwietnia 2026

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ostatnią rzeczą, jaką widziała Erin, zanim jej (już i tak ograniczony) wzrok przysłoniła największa chmura kurzu w historii domku numer dwadzieścia, był Ashton rzucający się na Niketasa niczym niezdarny dziki kot, albo dzik. Następnie zamiast w swoją ofiarę, znaczy grupowego, trafił całym ciałem w jedną z wielu półek z książkami i bogowie wiedzą, z czym jeszcze, a potem wszyscy zaczęli dusić się kurzem, pozbywać się go z układu oddechowego i odgarniać rękami, jakby to cokolwiek miało dać. Wszyscy poza Joshuą, który obudził się, zafascynowany sztucznymi ogniami, które (jak miała nadzieję Erin) tylko mu się przyśniły. Córka Hekate nie chciała tego mówić na głos, ale nie była pewna, czy zaraz coś nie wybuchnie, a oni nie zginą mało heroiczną śmiercią, pożarci przez ogień.
— Co tu się- — z głębi domku wynurzyła się Rosalie, grupowa dwudziestki. Złapała kontakt wzrokowy typu „kim wy kurwa jesteście i co wy kurwa zrobiliście” z całą trójką, zerknęła jedynie kątem oka na wciąż śmiejącego się Joshuę, po czym rzuciła, że nie wróci, dopóki nie będzie posprzątane, choćby miała spędzić noc w lesie, i w akompaniamencie dramatycznego skrzypienia drzwi wyszła na zewnątrz.
— Za to — Niketas ruchem ręki objął cały ten bajzel — zapłacisz podwójnie, ty mały g- — zanim dokończył, Ashton znów spróbował go zaatakować (chłopak ewidentnie ma problemy z agresją, chociaż nie wygląda), ale tym razem Erin zdążyła w porę złapać go za koniec koszulki, bo znów nie wyhamowałby przed kolejną półką.
— To jest oszustwo! — młodszy Hermesiak przyjął wielce obrażony ton głosu i pozycję, ale na nikogo się nie rzucił.
— No i co???? Oboje mamy oszustwo we krwi, amatorze. A poza tym, jakby na to spojrzeć, wcale cię nie oszukałem, po prostu nie powiedziałem ci, ile masz zapłacić. Powinieneś się domyślić, że za darmo nic nie ma — Niketas wzruszył ramionami, ale chyba nie zauważył, że nie mówi w stronę brata, a do ściany. Po chwili zdjął pokryte kurzem okulary i wytarł je o koszulkę, by cokolwiek widzieć.
— Ale to twoja wina!
— Jakbyś mi nie podskakiwał, nic z tego by się nie stało — starszy syn Hermesa ewidentnie nie zamierzał ustępować młodemu.
Erin próbując uniknąć bratobójstwa, wtrąciła, że w sumie to i tak wypadałoby tu posprzątać, bo nikt nie robił tego od… odkąd czarownice były jeszcze palone na stosach.
— Cudownie, tania siła robocza się przyda. Ashton — Niketas wskazał palcem na brata, który już prawie otworzył usta, pewnie po to, by oznajmić, że wcale nie ma tak na imię, jednak grupowy znów był szybszy. — Jeśli posprzątasz to na błysk, zastanowię się i może pozwolę ci zapłacić jedynie trzy czwarte ceny więcej. Ale nic nie obiecuję.
— A jak posprzątam cały dom? — Ashton wydawał się pogodzony z przegraną.
— NIE! — Erin sama siebie zaskoczyła nagłą reakcją. — Nie jestem półbogiem godzinę, żeby pozwolić agresywnemu i wkurwionemu dzieciakowi Hermesa grzebać w rzeczach. A nawet gdyby, i tak musiałbyś zapłacić — dodała, zanim zrobił to Niketas, który pokiwał głową, bawiąc się guzikiem koszuli.
— Weź sobie tego tam do pomocy, jeśli ci się uda — grupowy wskazał na Joshuę, który w tej chwili wciąż leżąc, wyciągał ręce w stronę sufitu i wykonywał nimi niezidentyfikowane znaki jak jakiś Wiedźmin z Temu.
— Podziękuję — wymruczał młody, widząc, że nic nie wskóra w dyskusji ze starszym bratem.
— No, to do roboty — rzucił Niketas, po czym z dłońmi splecionymi za plecami, niczym szef korporacji robiący obchód po biurze, podszedł do gara z miksturą. — Trochę kurzu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, co nie?
— Alergikom pewnie tak… — syn Hermesa spojrzał na nią wymownie, jakby miała w żadnym wypadku nie kończyć tej myśli. — …będziemy musieli dodać do listy alergenów, tak na wszelki wypadek. Ale myślę, że są tu już bardziej szkodliwe rzeczy.
— Właśnie, nie mamy listy alergenów… — pośpiesznie wyciągnął (zakurzoną) książkę z krzyżówkami z kieszeni, i zaczął pisać coś na ostatniej stronie. — To będzie najbardziej komiczna lista alergenów w historii czarnego rynku — oznajmił z dumą w głosie.
— Z całą pewnością — dziewczyna przytaknęła temu jakże oczywistemu faktowi (nie żeby kiedykolwiek miała do czynienia z czarnym rynkiem), uwierzyła w doświadczenie Hermesiaka. Erin spojrzała na blat. Nie podobało jej się, że słoiczki z brokatem dalej tam są. Trochę obawiała się, że jak zaraz ich stamtąd nie weźmie, to kolejne z nich skończą w kotle, wzięła się więc za sprzątanie miejsca pracy.
— Zakładam, że masz już jakiegoś niewolnika od etykiet? — zagadała Niketasa, który właśnie przestał notować, cokolwiek notował.
— Czytasz mi w myślach, czy co? Właśnie miałem po niego iść — z tymi słowy podszedł w stronę drzwi. — Mówię ci, będą zajebiste. Już ja tego dopilnuję.
— Zostawiasz mnie z- — zanim dokończyła pytanie, drzwi zdążyły już zatrzasnąć się za chłopakiem.
— Ej, a to nie te sztuczne ognie, o których gadał tamten? — Ashton spytał po chwili. Erin spodziewała się, że robi sobie z niej jaja, ale dzieciak rzeczywiście z zaciekawieniem, czy raczej chęcią kradzieży, oglądał paczkę sztucznych ogni.
— Skąd ty to-?
— Służyły chyba jako zakładka w jakiejś dziwnej książce.


Niketas?
────
[790 słów: Erin otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 19 kwietnia 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Niketas z nutą sceptycyzmu miesza wywar i tylko trochę obawia się, że chochla spłonie od najlżejszego kontaktu z powierzchnią tego prototypu energetyka. Zwala całą winę za jakikolwiek dzisiejszy nieprofesjonalizm na zmęczenie, przy czym stwierdza, że tym razem będzie musiał kraść– to znaczy odbierać jako swoją wypłatę większą część zarobionych pieniędzy niż w przypadku „Boskiego Fulla”. Mógłby nawet powiedzieć, że współpraca z Violet nauczyła go jednego — trzeba bardzo dokładnie nadzorować swoich podwładnych, bo inaczej zaczną wymyślać dziwne triki, żeby TO ON był tym obałamuconym wokół palca. A jedna z pierwszych odwiecznych zasad niketasowej działalności polega na tym, że on nigdy nie jest niczyją marionetką.
– Joshua! – Niketas kiwa palcem na wciąż oszołomionego brata. – Jest takie przysłowie, wiesz?
– Jakiejakie??? – pyta podekscytowany, podskakując przy kotle z brokatową zupą.
– Eee, Niketas, a nie lepiej, żeby ktoś inny spróbował? Bo nie wiem, jakie to może mieć na nim efekty, jak jest- – Mało brakuje, żeby palec Niketasa w akompaniamencie z głośnym „CIIIIIII” dotknął ust Erin.
– Zatem, Joshua. Takie przysłowie: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Chcesz przetestować? – proponuje swojemu przyrodniemu bratu, którego bynajmniej nie traktuje jako brata. Może tania siła robocza lub niewolnicy byłyby lepszymi określeniami na stosunek Niketasa do jego współlokatorów. Chyba zacznie ich tak nazywać, zanim ktoś oskarży go o nepotyzm w jego firmie.
– JASNE!!! – Entuzjazm dzieciaka wskazuje wyłącznie na jego niekoniecznie dobry stan mentalny. Duszkiem połyka cały napój zaserwowany mu w wyszczerbionym fioletowym kubku, po czym dość głośno beka. Niketas ledwo powstrzymuje się przed zestrofowaniem go i nieszkodliwym uderzeniem go w okolice głowy za bycie niekulturalnym wieśniakiem w towarzystwie swojego szefa. O, i damy. Nie zapominajmy o damach.
– I jak? – pierwsza pyta Erin, która chyba wreszcie przestała tak bardzo przejmować się etycznością ich eksperymentów na biednym Joshui.
– ZAJEBISTE!!!! LEPSZE OD POPRZEDNIEGO!!!!!!!!!!! – wrzeszczy chłopiec, wyrzucając ramiona w górę.
– Nie jesteś najlepszym królikiem doświadczalnym – ostatecznie stwierdza Niketas, trochę załamany wynikiem.
– A nie mówiłam? – wtrąca Erin. Hermesiak ma ogromną ochotę zrobić głęboki wdech i potem kurwa wydech, ale zamiast tego po prostu przywołuje na twarz swój zwykły, zawadiacki uśmiech i rzuca coś o skoczeniu chybcikiem po innego szczura, który będzie w miarę zdrowy na umyśle.
Chaos domku jedenastego nie zostaje zakłócony przybyciem Niketasa. Jest to dalej chaos jak każdego innego dnia, nawet gdy grupowy chwyta za kołnierz jednego z ekstremalnie głośnych graczy bingo (aktualnie kłócą się o zasady: jedni twierdzą, że grali w bingo rozbierane, drudzy – na papiery wartościowe) i wyciągając go z domku, tłumaczy zasady dzisiejszego zlecenia. Chłopaczek próbuje tłumaczyć się, że przecież nie wysyłał nigdzie swojego CV (a przynajmniej tego nie pamięta) i że nie podpisywał żadnej umowy, wedle której może być teraz używany jako królik doświadczalny. Jego bezsensowna paplanina trwa tak długo, że Niketas wyłącza się po mniej więcej trzydziestu czterech i sześciu siódmych procenta. Jadaczka zamyka mu się, dopiero gdy zostaje wprowadzony do środka domku Hekate. Od razu rozgląda się dookoła, wydaje się, że zaciekawiony, ale Niketas zna to spojrzenie. On po prostu szuka czegoś idealnego do szybkiego wsadzenia sobie w kieszeń i zabrania w celu zastawienia przedmiotu w najbliższym lombardzie.
– Dobra, Ashton…
– Ale ja mam na imię-
– DOBRA, ASHTON, teraz została tylko degustacja. – Niketas uśmiecha się miło, w sumie nikt nie wie, do kogo, ale to jest totalnie okej.
Gdy Erin nalewa miksturę do szklanki ASHTONA, grupowy próbuje odnaleźć Joshuę. Aż mruży oczy (dookoła jest zdecydowanie zbyt wiele osób, żeby się poświęcił i ściągnął okulary), aż wreszcie odnajduje chłopca zwiniętego w kulkę pod frędzlowatym kocem pod jedną ze ścian domku, ułożonego wygodnie na grubym dywanie. Jeżeli to taki efekt ma „Olimpijska Alfa”, to Niketas popełni na sobie defenestrację i nigdy więcej nawet nie spojrzy na tę pozbawioną jakiegokolwiek talentu córke Hekate.
– No, i jak? – znowu pyta Erin, co przykuwa uwagę Niketasa do powoli sączącego energetyk Ashtona.
– W pizdu słodkie – stwierdza chłopak po paru mlaśnięciach i jeszcze kilku łykach. – Ale w sumie to nic z tym nie róbcie.
– Konstruktywna krytyka, ta? – fuka Niketas, nagle czując się niekomfortowo w tym pomieszczeniu. Żeby poczuć się lepiej, przeczesuje włosy.
– Hm, hm, hm… – Ashton najwyraźniej bawi się świetnie. Przynajmniej nie jest natychmiastowo naćpany, więc można powiedzieć, że „Olimpijska Alfa” przestała być betą. – No, fajne.
– Super, a nie wiem, czujesz się jak po energetyku? – dopytuje Erin, choć to powinno być całkiem logiczne, bo zawartość kofeiny w takiej szklance pewnie przekracza wszelkie standardy, jakie mogą narzucić władze. Chociaż w tej Ameryce to nigdy nic nie wiadomo. Może akurat wpisują się w górną granicę standardów z tym ich specyfikiem, którym pewnie równie dobrze można byłoby odrdzewiać części samochodowe.
– Eeee, nie wiem, ja usypiam po energetykach.
– No, jak każdy. – Niketas wzrusza ramionami. – To jest taki. Prawdziwy energetyk dla herosów, rozumiesz? Co działa, jak powinny zwykłe.
– Taaaaaaaaaaaaaaaaaaaak? – pyta Ashton i od razu duszkiem wypija całą resztę napoju. – To mega fajnie super cool.
– Ty wiesz, że teraz musisz za to zapłacić? W tym świecie nie ma nic za darmo – informuje go Niketas, będąc w trakcie procesu wyciągania całkiem grubego pliku banknotów z portfela chłopaka.
– Kiedy ty to- – próbuje spytać Erin, ale przeszkadza jej w tym głośny krzyk gniewu Ashtona, który od razu próbuje rzucić się na swojego grupowego i tym samym pokazuje wszystkim obecnym, że w Obozie jest co najwyżej od wczoraj.
Niketas, swoim ulubionym zwyczajem, robi najprostszy w świecie unik – po prostu przesuwa się o krok w bok. Wkłada w ten ruch wszystko, co dał mu ojciec (akurat w tym wypadku nie chodzi mu o jakieś umiejętności bycia najlepszym na świecie krętaczem i okropnym szefem), przez co Ashton nawet nie orientuje się, że zamiast w Niketasa wpada w regał z opasłymi, pewnie magicznymi tomami.
Zanim ktokolwiek z nich jest w stanie powiedzieć „motyla noga”, połowa z tych książek radośnie wylatuje ze swojego miejsca i otwiera się na losowych stronach tuż pod nogami Ashtona, uprzednio odbiwszy się od jego głowy. W powietrze wzlatuje chmura kurzu i wszyscy, jak jeden mąż, zaczynają kaszleć, kichać, łzawić i machać we wszystkie strony rękami, żeby ten pył od siebie jakimś cudem odsunąć. Nawet Joshua się budzi, wesoło krzycząc: „SZTUCZNE OGNIE?????? ALE FAJNIE!!!!!!!!!!!” i nikt nie wie, gdzie on, do cholery, widzi jakiekolwiek sztuczne ognie (przy czym pewnie wszyscy mają nadzieję, że to dzieje się tylko w jego głowie i nic w tym przepełnionym dziwnymi badziewiami domku naprawdę nie wybuchnęło i sypało iskrami na wszystkie strony).


Erin?
────
[1029 słów: Niketas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

piątek, 3 kwietnia 2026

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Erin odgarnęła sprzed twarzy chmurę kurzu, która uniosła się z podłogi pod gwałtownie zatrzaśniętymi drzwiami, przez które właśnie wybiegł Niketas, zostawiając ją ze swoim naćpanym bratem i bulgoczącym kotłem. Młody hermesiak zdawał się nie zwracać uwagi na resztę otoczenia, tylko opłakiwał stratę swojej, zapewne niesamowicie smacznej, kulki plasteliny. Za chwilę jednak opamiętał się i na jego twarz powrócił nazbyt rozmarzony wyraz. Opadł na kanapę i zaczął wpatrywać się głupio w kolorowy sufit. Jeszcze jakieś cztery godziny i będzie można go wypuścić, pomyślała dziewczyna, tymczasem wracając do pracy nad wcale nie podejrzaną miksturą.
— Atrament, żelki, oranżada w proszku… — wyliczała przedmioty znalezione w ciasnej szufladzie, w której teoretycznie powinny znajdować się zioła. Nie takie zioła, tylko takie dodające smaku niczym słodka przyprawa. Wszystkie zbędne wyrzucała na podłogę, łącznie z… tynkiem? Kto tu, kurwa, schował TYNK. Pod jego grubą warstwą, w końcu znalazła, co chciała — praktycznie niezużyte woreczki z przeróżnymi ziołami. Całe w tynku. Położyła je obok słoiczków z brokatem, rzuconych wcześniej przez Niketasa na blat. Co tam jeszcze trzeba znaleźć? Właśnie, nazwa… Że coś boskiego? „Boski” było już wykorzystane, poza tym „Boska alfa” brzmi nudno…
Stała pogrążona w myślach monotonnie mieszając zawartość kotła, gdy nagły huk wyrwał ją z rozmyślań. Gwałtownie odwróciła się od naczynia, chyba trącając coś ręką. Podeszła do kanapy, na której przed chwilą leżał Joshua, obecnie również leżący, ale na podłodze. Biedaka musiał wyczerpać nadnaturalny optymizm i dosłownie padł ze zmęczenia, przy okazji śliniąc się na deski. Dziewczyna przewróciła oczami i wróciła, aby sprawdzić, co takiego ucierpiało przez jej niezdarność. Początkowo nie widziała nic szczególnego, gdy nagle mikstura zabulgotała, a na powierzchnię wypłynął słoiczek po czerwonym brokacie.
— Ja pierdolę… — przeklęła swój brak koordynacji ruchowej i wyłowiła słoiczek, zanim cały brokat znalazł się w mieszaninie. Nie zamierzała robić wszystkiego od nowa, szczególnie że brakłoby jej kluczowych składników. Nikt przecież nie umarł od odrobiny brokatu, prawda? W każdym razie żaden półbóg, zbyt mało ekstremalna taka śmierć.
Po chwili drzwi otworzyły się, po czym zamknęły z powrotem w akompaniamencie przekleństw dochodzących z zewnątrz. Erin podeszła do drzwi i otworzyła je, wiedząc, kogo tam zastanie. Owszem, stał tam Niketas, i owszem, trzymał w rękach dwa spore, kartonowe pudła. Zdziwienie musiało być wymalowane na twarzy dziewczyny, chociaż w sumie, czy miała się czemu dziwić?
— Dzięki, już myślałem, że zignorujesz moje cierpienie — położył pudła na podłodze i rozprostował plecy, jakby jego kości liczyły sobie cztery razy tyle lat. — Nie potrzebowałbym pomocy, gdyby nie te głupie drzwi, które otwierają się nie w tę stronę, jaką chcę. Czy ty go uśpiłaś??? — spojrzał z niedowierzaniem na brata, wciąż śpiącego jak gdyby nigdy nic. Z wrażenia zdjął na chwilę okulary i przetarł oczy.
— Sam się uśpił — Erin wzruszyła ramionami.
— Aha. Głupi dzieciak udaje zmęczonego. Co ja mam powiedzieć? — zanim zaczął się rozwodzić na temat swoich przewlekłych bólów, Erin przerwała mu pytaniem o zawartość pudeł. — Ach, tak. Pasta do zębów dla dzieci o smaku gumy balonowej. Nie, nie, nie, nic nie mów — praktycznie krzyknął, powstrzymując córkę Hekate od otworzenia ust (czego wcale nie zamierzała robić). — Dzięki temu to będzie miało słodszy smak, więc bachory prędzej poczują się zachęcone. No i pomyśl, to nie będzie zwykły energetyk, tylko myjący zęby, smakujący dzieciństwem energetyk!
— Dobra, jasne, czaję. To dodajmy może jeszcze gumę balonową w czystej postaci, żeby dało się robić balony?
— Pomyślimy nad tym. Wymyśliłaś tę nazwę? — tradycyjnie opadł na kanapę, z jakiegoś powodu powstrzymując się od użycia śpiącego w najlepsze brata jako podnóżka.
— Noooo, prawie. Chciałeś coś boskiego, co może kojarzyć się z bogami? Przepotężny, łaskawy, pedalski…
— OLIMPIJSKI!!! — chłopak aż podskoczył na kanapie, unosząc triumfalnie książkę z krzyżówkami. Erin wzdrygnęła się, cudem unikając przypadkowego wrzucenia do kotła różowego brokatu. — Cóż za genialny timing, hasłem był Olimp! — z wdzięcznością pocałował stronę, na której przed chwilą bazgrał odpowiedzi. — Niech więc będzie „Olimpijska Alfa” — zadecydował. — Trochę pijackiego humoru i przy okazji tematycznie.
— Nie zapomnijmy dodać do reklamy, że po wypiciu poczują w sobie prawdziwą moc Alfy. Podobno to jest teraz tuff, czy jakoś tak.
— Tak, racja, moi niewol-, bracia ciągle to do siebie krzyczą. Dobra, kończmy ten wywar bogów.
— W sumie, jest tam już chyba wszystko poza pastą do zębów.
— I gumą balonową — dodał Niketas.
— Niech zgadnę, zaraz wybiegniesz, a po chwili wrócisz z hurtową dostawą gumy balonowej?
— Akurat tak się składa, że nie potrzebuję hurtowej dostawy gumy — rzekł dumnie, chyba puszczając oczko, chociaż średnio było to widać przez ciemne okulary. — Mam tego TYLE w jedenastce — zarysował rękoma szeroki okrąg w powietrzu. — Myślisz, że czym naprawiamy wszystkie zepsute przedmioty? No chyba nie młotkiem czy jakimś śrubokrętem jak jacyś amatorzy.
— Co ty, w życiu bym nie wpadła na naprawianie rzeczy narzędziami. A swoją drogą, u mnie też pewnie chowa się gdzieś guma balonowa. Jeżeli ktoś schował do szuflady z ziołami tynk, to i to się znajdzie — z udawanym załamaniem pokręciła głową, a hermesiak parsknął krótkim śmiechem.
— Albo wiesz co, zróbmy to najpierw bez tej gumy — Niketas rozmyślił się po chwili. Jakiś inny królik sprawdzi, jak smakuje. Nie możemy przesadzić, nie? Zaraz by nam klienci odlecieli na balonach z gumy.
— Ekstremalne założenia — Erin wycisnęła pierwszą tubkę pasty do zębów do mikstury, która zabarwiła się na różowo i trochę zgęstniała. Mamrocąc pod nosem, dolała więcej gazowanego soku. — No, coś z tego wyszło — powiedziała, z dumą opierając ręce na biodrach.


Niketas?
────
[862 słowa: Erin otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 21 marca 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Podczas gdy Erin przegrzebuje roczny zapas zupek chińskich, które jakiś debil wcisnął do szafki z ziołami, Niketas zajmuje się pilnowaniem naćpanego brata. Dzieciak na nowo odkrywa funkcjonowanie otaczającego go świata i zachowuje się przy tym, jak trzylatek, który jeszcze nie do końca zdaje sobie sprawę ze swojego istnienia. Już po kwadransie Niketas stwierdza, że jest zdecydowanie za młody na bycie ojcem i prawdopodobnie nigdy nie będzie wystarczająco stary.
– Ej!!!
– Tak, Joshua? – wzdycha grupowy, idealnie naśladując ton zmęczonego pracą i życiem rodzica, który wciąż musi zwracać uwagę na swoją ukochaną, nadpobudliwą pociechę.
– Świat jest taki piękny!!! – To najwyraźniej stało się nowym mottem dzieciaka. Ewentualnie zapomniał, jak artykułuje się inne słowa, czemu Niketas nawet by się nie zdziwił. – A ty siedzisz w tych krzyżówkach tylko! Przeszlibyśmy się, a nie!!!
– A może byś tak nie wrzeszczał, co? – mówiąc to, pochyla się nad swoją szyfrokrzyżówką i szuka rad dla początkujących ojców pośród swoich notatek na marginesach. – I nie. Nigdzie nie idziemy.
– ALE-
– Jeśli jeszcze coś powiesz, to ci nogi z dupy powyrywam, młokosie. – Ta groźba nie robi na Joshui większego wrażenia i chłopiec już otwiera usta, żeby powiedzieć coś jeszcze, ale Niketas, jako (pół)bóg szybkości, wcina mu się we wdech przed początkiem pierwszego słowa. – Chłopcze, wiesz, jaką ja mam nad tobą władzę? – Dzieciak kręci głową. – Otóż. Jeśli tylko będę chciał, to cały Obóz z jakiegoś powodu, nie wiem, jakiego, może uznać cię za naćpanego ekshibicjonistę i do końca pobytu tutaj będziesz miał…
– Ty chyba nie każesz mu się rozebrać i wybiec z domku? – rzuca Erin znad kociołka. Niketas przenosi wzrok z wyszczerzonego w maniakalnym uśmiechu Joshui na swoją pracownicę (wspólniczką może być… nie jest nawet na papierze, ale pewnie nie jest tego świadoma, bo nie przeczytała umowy).
– A bo ja wiem? – Chłopak serwuje Erin jeden ze swoich najwspanialszych uśmiechów szefa idealnego. – Ewentualnie możemy go zabić. Nikt się nie zorientuje. Mam w domku jeszcze takich trzydziestu. Pstryknę palcami i przyjdą.
– Ty jesteś jakimś władcą minionków, czy co?
– Jestem dyrektorem dobrze prosperującej i perfekcyjnie funkcjonującej firmy. – Niketasowi tylko wydaje się, że ta odpowiedź cokolwiek tłumaczy. – Dobra. Masz te ziółka? Jakiś rozmaryn, tego ten?
– Minęło dziesięć minut! – bulwersuje się Erin i kilka opakowań zupek wypada z jej dłoni, na całe szczęście spadają na podłogę, a nie do wspaniałego, nowatorskiego prototypu energetyka.
– Ja po prostu wierzę w twoje umiejętności, cukiereczku. – Niketas pochyla się nad kociołkiem, uważając przy tym, żeby na pewno do niego nie wpaść i nie stać się wiecznie naćpanym, niezrównoważonym psychicznie Obelixem. – Mi się wydaje, że trzeba to jakoś podkręcić.
– Co masz na-
– „Boski Full” był naprawdę udanym projektem, to mu trzeba przyznać, nawet się sprzedawał i w ogóle. Ale, kurka wodna, jak teraz robimy sequel, to chyba rozumiesz, że on musi mieć coś specjalnego, nie? – pobieżnie tłumaczy, mieszając wywar. – Naszym targetem są dzieciaki z przedziału jedenaście a czternaście lat, więc, paniusiu, trzeba tutaj zrobić coś, co im się spodoba.
– Dołączać do każdej puszki zabawki? – sugeruje Erin po chwili namysłu (podczas monologu Niketasa udało jej się upchać większość zupek z powrotem do szafki, wyciągnąwszy stamtąd pudełko ze słoiczkami ziół). – Idioci, nie podpisali niczego… – mamrocze, wąchając jakieś zmielone liście wyglądające tak samo, jak zmielone liście w pięciu innych pojemnikach.
– ZABAWKI???!!! – wrzeszczy Joshua i natychmiast przybiega do kociołka. Niketas bardzo głęboko wzdycha i podaje mu wygrzebany z kieszeni stary kawałek plasteliny. Chłopiec wydaje z siebie przerażająco wysoki pisk szczęścia, jakby dostał najnowsze PlayStation.
– Nie, przereklamowane. Wzrosłyby koszty produkcji, laleczko. Tu trzeba wykazać się podstawą przedsiębiorczą. – Niketas zaczyna przechadzać się po domku, rozglądając się po półkach. – Moglibyście tu czasem światło zapalić, co?
– No, jakbyśmy mieli lampę, to może byśmy zapalali.
Grupowy zadziera głowę, żeby zetknąć się z widokiem sufitu pokrytego kolorowymi szmatami oraz zwisającymi z ich krańców kryształkami i frędzlami. Z politowaniem kręci głową, ale powstrzymuje się od komentarza.
– Dobra. Podstawa przedsiębiorcza. Macie tu jakiś brokat?
– Przed tobą – wytyka mu Erin, ledwo podnosząc wzrok znad kociołka.
– Hę? – Niketas marszczy brwi i rozgląda się dookoła, przy okazji odgarniając włosy z czoła, jakby to miało mu pomóc. – Że gdzie?
– No, przed tobą.
Grupowy wreszcie się poddaje i na krótką chwilę ściąga okulary, żeby wreszcie rozróżnić słoiczki z brokatem od słoiczków z rozczłonkowanymi insektami.
– Okej, mam, więc…
– Gratulacje, Sherlocku.
– Zaraz pożegnasz się z wysoką pensją, paniusiu – prycha Niketas. Gdy się do niej odwraca, z powrotem ma na nosie okulary, a w dłoniach ściska kilka słoiczków z różnokolorowym brokatem. – Jaki to będzie miało smak?
– A bo ja wiem? – Erin, trochę niemrawo, miesza wywar i nawet nabiera trochę płynu na łyżkę, ale nie ma aż tak dużo odwagi, żeby go spróbować.
– To dopasujemy kolor do finalnego produktu, nie ma sprawy. – Rzuca słoiczki na stolik usłany kartami tarota. – Kolejny aspekt, to nazwa, pamiętamy, nie zapominamy…
– Ty nie lecisz trochę za szybko?
– Czas to pieniądz, paniusiu, czas to pieniądz – wytyka dziewczynie Niketas. – Ta nazwa musi mieć jakieś nawiązanie do boskości, co nie? „Boski Full”, ale kolejny sezon, rozumiesz? – tłumaczy, poprawiając przy tym włosy. – Więc…
– Okej, okej! – Erin zaciera dłonie. – Dzieciaki mają to kupować, więc… Wiesz, jak teraz jest, teraz mają te swoje slangi i w ogóle…
– Nie nazwę mojego produktu „Skibidi 67 Ohayo”, chyba coś ci się pomyliło.
– Nie, no weź – prycha dziewczyna, najwyraźniej urażona za tak słabą ocenę jej kreatywności. – Bardziej myślałam o tych wszystkich literach greckich, a nie… a nie o tym czymś.
– A. Aha. Okej, to jest bardziej akceptowalne – stwierdza Hermesiak z tak ogromną dozą sceptycyzmu, że nawet entuzjazm bawiącego się plasteliną Joshui trochę opada.
– No. Wiesz. Na przykład… sigma? Alfa…?
– BYŁO TAKIE PIWO. – Erin aż podskakuje, gdy w głowie Niketasa odblokowuje się wspomnienie pochylającego się nad kuflem dziadka. Zawsze wtedy mamrotał, że to amerykańskie „Blue Moon” jest niczym w porównaniu z grecką „Alfą”, zawsze powtarzał, że gdy jego wspaniały wnuczek skończy osiemnaście lat, pojadą razem do Grecji na piwo, bo ta Ameryka jest okropnym żartem pod każdym względem, a on tak bardzo żałuje emigracji, że gdyby nie te wszystkie herosy i bogi, to już by pakował manatki i wskakiwał do samolotu.
– Co??? Jakie piwo???
– Greckie. Greckie piwo. Piwo „Alfa”, kobieto, jesteś genialna! – ekscytuje się Niketas, w którego głowie już zaczyna formować się wzór na etykietę, logo i całą kampanię reklamową. – I do tego dodamy coś, wiesz, takie jakieś nawiązanie do bos- Joshua, ty gówniarski ćwierćinteligencie! Plasteliny! Się! NIE JE! – Niketas wyrywa resztki plasteliny z zaciśniętej pięści brata. – Od teraz ty go pilnujesz – zadyszany, zwraca się do Erin. Poprawia przekrzywione okulary, przeczesuje włosy i zanim dziewczyna zdąży odpowiedzieć, on już trzyma dłoń na klamce drzwi wyjściowych. – Wrócę, jak zrealizuję mój kolejny wspaniały pomysł, a ty w tym czasie ogarnij to… ten. Zioła.
– Ale-
– Przy okazji, paniusiu, możesz pomyśleć nad tą drugą częścią nazwy.
– Jaką drugą-!
Niketas z ulgą zatrzaskuje za sobą drzwi i wreszcie przestaje być w połowie ślepy. Wciąga w płuca świeże, niewypełnione zapachem kadzidełek powietrze i dziarsko rusza przed siebie, żeby w tylko sobie wiadomym celu, kupić kilkadziesiąt tubek pasty dla dzieci o najdziwniejszym smaku i kolorze, jakie uda mu się znaleźć.


Erin?
────
[1142 słowa: Niketas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

środa, 4 marca 2026

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Skrzypiąca podłoga zakłóciła dziwną ciszę, która nastała po niezwykle dramatycznym zamknięciu „extra szyfrokrzyżówek” przez Niketasa.
— Ej, żartowałam z tym „Ufo Śmierdzielem”. Nie sądziłam, że weźmiesz tak gównianą nazwę na poważnie — wytłumaczyła się Erin. Może ironia rzeczywiście nie wybrzmiała w jej głosie? — W każdym razie uważam, że trzeba zrezygnować z „Boskiego Fulla” — na te słowa Niketas podniósł zamyślony wzrok znad książki — To już przeszłość! — ciągnęła dalej. — Ludzie się nacieszyli, biznes się udał, i w ogóle, ale jakbym to ja była konsumentem, to bardziej przyciągnęłoby mnie coś świeżego. Coś, co zaskoczy na nowo! — zabrzmiała jak główny bohater kreskówki dla dzieci, wygłaszający motywacyjną przemowę, która musiała nie trafić do publiczności, bo niewidzialny tłum nie zaczął klaskać i nie natarł na nieistniejącego wroga. A syn Hermesa w dalszym ciągu patrzył na nią spojrzeniem niczym z posągu greckiego filozofa i w końcu odezwał się, wzdychając przy tym.
— No dobra. Niech ci będzie. Ale pod dwoma warunkami: ma to nie być żaden "śmierdziel" i na etykiecie ma być nawiązanie do starego, dobrego, „Boskiego Fulla”.
— Bomba. Właściwie mam już skompletowane trochę potencjalnych składników, które akurat miałam pod ręką — wskazała na półkę, na której stał niewielki czarny kociołek wyjęty z bajki o czarownicach, a obok niego przeróżne pudełka, woreczki i słoiki. — Nie pamiętam co to dokładnie jest, ale na to przyjdzie czas.
— Dobra, słuchaj. Wrzuć co tam uważasz za słuszne do tego gara, byle by działało, a ja wrócę za… No, jeszcze dzisiaj wrócę. Niedługo.
Po tych słowach wstał gwałtownie z kanapy i praktycznie wybiegł z domku, zostawiając za sobą tylko pogryziony ołówek. Erin nawet nie próbując zgadywać, po co udał się chłopak, zajęła się ważeniem dziwacznej mikstury. Zupełnie wypadło jej z głowy, jakie właściwości miały zawartości konkretnych woreczków. Gadając sama do siebie, próbowała dodać sobie pewności, że na pewno nic jej się nie pomyliło i niewielki łyk nie sprawi, że wykazujący się ponadprzeciętną odwagą dzieciak uniesie się w powietrze i już nigdy nie wróci na powierzchnię Ziemi.
Uczniowie chemii w szkołach podstawowych byliby zachwyceni niewielkim, lecz satysfakcjonującym „KABOOM”, które powstało w wyniku reakcji czegoś tam z czymś tam. W akompaniamencie wybuchu, drzwi otworzyły się gwałtownie. Taki timing mogła mieć tylko jedna osoba. Ale do środka weszły dwie — Niketas oraz trzymany przez niego za brudną od błota bluzę młodszy dzieciak Hermesa, którego imię nie było Erin znane.
— O, czyli rzeczywiście masz królika doświadczalnego?
— No, raczej nie sprzedałabyś kiepskiego napoju ludowi obozu, co nie? Plus, twierdzisz, że nie znasz się na energetykach ani na niczym takim, więc ktoś to musi ocenić, a ten tutaj jest bardzo chętny — młodszy przełknął ślinę i pokiwał nerwowo głową. Dziewczynę zaciekawiło jaki terror wprowadza grupowy Jedenastki. — W ogóle to faktycznie wyglądasz jak obłąkany Nikola Tesla.
Erin spojrzała na swoje odbicie w lśniącej drewnianej szafie i bez skutku usiłowała wygładzić jakoś wygładzić stojące na głowie włosy.
— Nie jest dużo gorzej niż jak po długiej drzemie, serio. Wracając, testujemy to… coś?
— Mhm. — chłopak pokiwał energicznie głową, niszcząc sobie przy tym fryzurę, którą zaraz znów poprawił. Popchnął brata lekko w kierunku potencjalnego produktu sprzedaży. Erin wygrzebała z szuflady głęboką łyżkę, przemieszała nią substancję i podała młodemu Hermesiakowi. Ten wziął ją niechętnie i powąchał zawartość kręcąc nosem.
— Naprawdę muszę? — odezwał się pierwszy raz, odkąd brat go tu przytargał. Brzmiał na co najwyżej dwanaście lat.
— Przecież nic ci nie będzie — Niketas celowo zabarwił ton głosu pewnością siebie, uśmiechając się przy tym pod nosem niczym czarny charakter z kreskówki. W gruncie rzeczy oboje wiedzieli, że spożycie prototypu może wywołać nieplanowane skutki uboczne. Dzieciak przełknął ślinę i w końcu opróżnił łyżkę. Na jego twarzy w momencie pojawił się szeroki uśmiech.
— O kurwa! Jakie to dobre!!!! Jaki świat jest piękny!!!! — jego rozszerzone oczy rozglądały się po pomieszczeniu, jakby był pod wpływem bogowie wiedzą czego. Córka Hekate dyskretnie zasłoniła kocioł pierwszą lepszą szmatą, na wypadek, gdyby mikstura okazała się silnie uzależniająca a na jej widok lub zapach Hermesiak miałby stać się agresywny, czy coś. Na razie na szczęście nie sprawiał większych problemów.
— Nie miałaś dodać do tego czegoś energetycznego?
— No, wydawało mi się, że dodałam. Ale chyba z jakimś ulepszeniem. Widzisz, ile tego jest? Sam byś się pogubił — wskazała ręką na wiklinowy koszyk z woreczkami i ich tajemniczą zawartością.
— Pewnie użyłaś dodatku „naćpanie” — podsumował trafnie syn Hermesa, obserwując kątem oka swojego eksperymentalnego szczura, znaczy brata, który w tej chwili zachwycał się sufitem. — A więc, ile to coś może działać? Nie mogę zostać oskarżony o nielegalny handel narkotykami, wiesz, reputacja, takie sprawy.
— To ty nie handlowałeś już czymś nielegalnie?
— No… Pewnie tak było, ale niczym o tak widocznych efektach, więc żadna obozowa policja się nie domyśliła — w głosie chłopaka wybrzmiała duma.
— A, no dobra. Chyba nie powinno działać dłużej niż zwykła kofeina, może cztery godziny?
— Hm — Niketas wrócił do siedzenia krzywo na kanapie, znalazł zostawiony wcześniej ołówek i zaczął bazgrać coś na ostatniej kartce szyfrokrzyżówek. — Przez te cztery godziny będziemy trzymać go tu w izolatce, jednocześnie wymyślając nazwę, a ty przypomnisz sobie, który z tych magicznych proszków serio się nada — jego ton nie pozostawiał możliwości sprzeciwu. Prawdę mówiąc, Erin podobała się ta współpraca. Do tej pory nie czuła, jak bardzo brakowało jej jakiejkolwiek formy rozrywki, innej niż obowiązkowe obozowe zajęcia.
— Tak jest, szefie — zasalutowała w odpowiedzi.


Niketas?
────
[852 słowa: Erin otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 12 lutego 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Wróciwszy do jedenastki, Niketas wzdycha jak cierpiący, stary człowiek i pada na podłogę przy swoim łóżku, opierając plecy o drewnianą, wyszczerbioną i ogólnie pokaraną przez los ramę. Jednym, dość gwałtownym szarpnięciem ściąga okulary, po czym kolejnym i mniej nagłym ruchem przeciera zmęczone oczy (które wcale nie są takie zmęczone). Wzdycha po raz drugi i nareszcie doczekuje się upragnionej atencji. Słyszy, że Ulfert pyta go, czy po drodze spotkał Weronikę lub Caroline (z jakiegoś powodu to zawsze są ciemnowłose i niższe od niego kobiety) i na te słowa Niketas w pierwszej chwili spina całe ciało, ale nie, na całe szczęście, ostatnio ich drogi krzyżują się coraz rzadziej albo wcale, bo Caroline zdążyła uciec przed jego zemstą do Nowego Jorku (wydaje jej się, że uciekła, bo Niketas równie dobrze może jakimś sposobem znaleźć się w mieście i ją, jakimś sposobem, znaleźć). I bardzo dobrze. Teatralnie przesadzonym gestem macha ręką w odpowiedzi i z powrotem wsuwa na nos okulary, płynnie i bezbłędnie trafiając oprawkami za uszy.
– Mamy nową umowę z córą Hekate, tą taką pół ślepą laleczką, wiesz – odpowiada i pochyla się, żeby wygrzebać pomięty kawałek papieru z kieszeni spodni. Ulfert mruży oczy, próbując odczytać choćby tytuł, ale poddaje się nawet szybciej niż Erin. – Ej, nawet nie zauważyłem, że na drugiej stronie ja tu coś liczyłem, fajnie. – Wyrywa kartkę Ulfertowi i śledzi swoje zapiski, trzymając papier zdecydowanie za blisko twarzy, żeby to wyglądało normalnie. – A, twoją wypłatę. Dobra, to nieważne.
– Jak to: nieważne? – Tym razem kartka zostaje wyrwana Niketasowi. – Co to w ogóle jest?
– Obliczenia, mówiłem przecież – chichocze, co wypada w perfekcyjny sposób zarówno wrednie, jak i na łamach „oj, ty mały, głupiutki misiu”.
– Ale to nie jest zwykłe obliczenie procentów i takie tam…?
– Myślisz, że ja, JA, obliczałbym twoje wynagrodzenie jakimiś głupimi procentami? Za kogo ty mnie niby masz, braciak? – prycha chłopiec i marszczy brwi tak, że aż popycha nimi okulary.
Ulfert najchętniej złapałby się za głowę i bardzo dokładnie przestudiował gąszcz niewyraźnych liczb, ale Niketas jest znacznie szybszy i Bardzo Ważna Umowa Oraz Miesięczny Dochód Ulferta ląduje w jego kieszeni, jeszcze bardziej zmięta niż wcześniej. Zarzuca na plecy swoją ukochaną kurtkę, choć dzisiejsza temperatura nie jest nawet bliska chłodnej i zanim znowu wychodzi (Ulf powstrzymuje się, żeby rzucić do niego frazesem zmartwionej bezrobotnej żony, coś w stylu: „Odpocznij, sen ci dobrze zrobi”), unosi palec wskazujący i wykonuje całkiem niezły piruet na czyimś zagubionym szaliku. Paznokciem celuje w brata, a on już się boi, co tym razem wymyślił jego wspaniały (i młodszy o rok) grupowy.
– Weź mi skocz po energola – rzuca tylko i zatrzaskuje za sobą drzwi, a Ulf może tylko pomarzyć o oddaniu mu pieniędzy za tę przysługę.
Niketas znowu nie puka do drzwi domku dwudziestego w przerwie od obmyślania ekstremalnie ryzykownego planu zemsty, wypatrywania w tłumie intensywnie kosmicznie fioletowych włosów i zaczepiania nowych obozowiczów konspiracyjnie szeptanymi propozycjami handlowymi (i zatrudnienia w budowanej przez niego korporacji). Akurat przetrzepuje palcami włosy, gdy Erin znowu szczeka coś o wchodzeniu nieproszonym do prywatnej przestrzeni dzieci Hekate, w której żadne z nich go nie chce. Pada na kanapę jak bezwładna kukła i prezentuje sobą obraz prawdziwego szefa mafii, jeżeli szefem mafii mógłby być chuderlawy nastolatek w wymiętej ostro pomarańczowej koszulce.
– No, siemka, siemka i te sprawy – komentuje wypowiedź Erin, dając jej tym samym do zrozumienia, że ma gdzieś podstawową etykietę oraz zasady społeczne zmuszające ludzi do pukania w drzwi. – Tak ci przypomnę – mówi niewyraźnie, przetrzepując kieszenie kurtki – że ci się deadline zbliża, księżniczko.
– Co proszę?
– No, na umowie było – stwierdza tak, jakby myślał, że Erin rzeczywiście odczytała jego pięknie wykaligrafowane zasady zatrudnienia (jego pismo jest co najmniej dalekie od ładnego, na spektrum brzydkich pism jest nawet niedaleko czytelnego, ale na tyle czytelnego, że trzeba na moment pochylić się nad naprędce napisaną notką, żeby zdać sobie sprawę, że h wygląda jak k). – No i. Chciałem zapytać, jak ci idzie, czy receptura jest już w stadium testów, co u psa, takie tam, zwykła taka, powiedzmy, wizytacja dyrektora spółki i w ogóle – informuje ją, wygrzebawszy skądś wymiętą książeczkę, na pierwszy rzut oka wyglądającą jak „200 krzyżówek panoramicznych”, ale okazującą się „extra szyfrokrzyżówkami”, bo sudoku ostatnio mu się znudziło.
– To nie takie proste, tak o sobie wy, tamyślić energetyk, ale! Jestem blisko wrzeszczenia „eureka” i biegania po Obozie jak obłąkany Nikola Tesla – rzuca Erin i przemyka prawie na drugą stronę domku z towarzyszącym jej na każdym kroku brzękiem szklanych koralików owiniętych wokół jej szyi naszyjników. Niketas nawet nie raczy jej obserwować, tylko mruczy pod nosem „ega, esa, eta… eta??”, mrużąc oczy za ciemnymi szkłami, bo z nieznanego mu powodu w dwudziestce nigdy nie zapala się głównych lamp na suficie, tylko wszystko oświetla się małymi pipidówami z frędzlowatymi, wzorzystymi kloszami, które zamiast świecić, rozpraszają w kątach pomarańczową poświatę (dają wystarczająco dużo światła, tylko on sam decyduje się oślepiać okularami). Ewentualnie są jeszcze świece, jeśli Hekaciątka buntują się przeciwko używaniu prądu, a atmosfery dopełnia smród kadzidełkowego dymu i ciężkie zasłony blokujące jakiekolwiek światło dzienne lub nocne, zazwyczaj szczelnie zaciągnięte. – Przepatrzyłam jakieś ziółka, wiesz, takie typowe sprawy, potem walnęłam wywar i parę barwników, żeby wyglądało jak jakieś kosmiczne ścieki…
– …Kosmiczne, powiadasz – powtarza nieprzekonany Niketas. – To my teraz idziemy bardziej w jakieś, nie wiem, sci-fi estetyki, ta? „Boski Full” dawał taką magiczne dziewczynki energię, chociaż – urywa na moment – rebranding nie byłby aż taki zły, jakaś taka galaktyczna nazwa, zmusi-poprosiłbym kogoś o jakieś rysuneczki rakiet i innych takich pierdół na etykiety… – wciąż dość niepewnym tonem zaczyna myśleć na głos, a słowa klucze szybko spisuje na marginesie szyfrokrzyżówki, którą, tak swoją drogą, już prawie rozwiązał.
– Ale to coś ci się w tym nie podoba? – Erin, oprócz wbijania w chłopaka ostrego, ciekawskiego spojrzenia, odzywa się dość pretensjonalnym tonem. – Jak chciałeś stary przepis, to trzeba było mi dać stary przepis, a nie teraz kręcisz nosem – elaboruje, choć Niketas pokręcił głową już w połowie jej wypowiedzi.
– Stary przepis to top secret, paniusiu – odpowiada jej z krzywym uśmiechem, a jego palce znów podróżują do jego włosów, utrzymujących jego fikuśną fryzurę wyłącznie siłą woli chłopaka. – Na twojej umowie też było. Poufność jest fundamentem każdej udanej współpracy.
– To robimy jakiegoś „Ufo Śmierdziela” i do przodu – decyduje Erin tonem nieznoszącym sprzeciwu.
– …„Ufo Śmierdziel”…? Ty tak serio?
– Odezwał się „Boski Full”.
– Laleczko, ale „Boski Full” akurat ma klasę.
– I co jeszcze? Szacun na dzielni?
– A żebyś wiedziała! – Z tymi słowami zatrzasnąłby swoje krzyżówki, ale, ku jego nieszczęściu, ich okładka jest niewiele bardziej twarda niż strony. Zamiast satysfakcjonującego huknięcia, słychać marne „fusz” zmiętych kartek.
Niketas stwierdza, że nawet żałosne „fusz” ma potencjał na bycie bardzo dramatycznym „fusz” w odpowiednim nastroju, którego akurat teraz nie zbudował i minimalnie tego żałuje.


Erin?
────
[1085 słów: Niketas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 2 lutego 2026

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Czyjeś kroki wybudziły Erin z płytkiej drzemki, w którą zapadła po śniadaniu. Zarejestrowała wzrokiem wychodzącą z domku bez słowa Rose, a po chwili znów zasnęła.
Siedziała za kierownicą jakiegoś starego samochodu, któremu groziło odpadnięcie wszystkich kół, jednak uparcie prowadziła dalej, usiłując dogonić wielkiego psa cuchnącego środkiem do mycia kibli. Zza wybitej szyby widać było różowe drzewa, rosnące na różowej trawie, rosnącej wzdłuż różowej, żwirowej drogi, po której toczył się samochód…
Nie wiedziała, ile czasu później obudziło ją skrzypnięcie i głośny trzask drzwi.
— Rose? — zawołała ochrypniętym jeszcze ze snu głosem, chcąc upewnić się, że to siostra wróciła. Dokądkolwiek poszła. Odpowiedział jej jednak inny głos, nie obcy, ale zaskoczyło ją, że go słyszy. Chociaż chyba nie powinno. Kurwa, czy oni znają koncept pukania do drzwi??? Nie potrafiła powstrzymać się od komentarza na ten temat. Od razu pożałowała niemiłego tonu, jakim przywitała grupowego Hermesa. No nic, może się nie obrazi. Niketas rozkładając się na kanapie, zaczął wyjaśniać jej powód najścia. Tak, pamiętam ten biznes narkotykowy… Kurwa, co? Energetykowy… Procesowała w myślach słowa chłopaka, jednocześnie patrząc na swoje absolutnie rozczochrane odbicie w niewielkim lusterku wiszącym na ścianie, pomiędzy wszystkimi innymi przedmiotami i półkami. Gdy Hermesiak skończył mówić, pokiwała powoli głową, przetwarzając propozycję partnerstwa. Plusy? Może przestanie jej się nudzić i na coś się przyda. Minusy? Poza oczywistym — kłopotami i potencjalnym oszustwem, chyba żadne. Ale propozycja brzmiała kusząco, chociaż dziewczyna sama nie wiedziała dlaczego. Co będzie, to będzie, pomyślała. Przeniosła spojrzenie z przypadkowego punktu na ścianie na Niketasa i odwzajemniła jego nieustanny uśmiech. Chłopak musiał wziąć to za zgodę, bo uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Bomba! — odezwał się, automatycznie sięgając ręką do włosów. Erin oparła się o pusty kawałek ściany, czekając, aż grupowy zacznie kolejny dłuższy wywód. — No to słuchaj. Twoja matka to bogini magii, więc założyłem, że umiesz w magię. Bo takie zwykłe napoje to nudy, z odrobiną nieprzewidywalnej magii wszystko jest lepsze — potrząsnął głową, jeszcze bardziej rozwalając włosy, by zaraz znowu je poprawić. — Chociaż nie musimy ograniczać się tylko do energetyków… Można wyprodukować mikstury wszystkich smaków, każda mająca inny skutek… Albo jakieś inne przedmioty przepowiadające przyszłość, czy czym tam zajmują się wiedźmy. Ja odpowiadam za sprzedaż i marketing, ty za produkcję. Dalej w to wchodzisz, co nie? — upewnił się tonem nieznoszącym sprzeciwu.
— No, wchodzę. Ej, ale ty nie założyłeś, że ja umiem produkować energetyki, prawda? — szczerze mówiąc, nie miała pojęcia o produkcji czegokolwiek. Owszem, umiała robić mikstury, ale nikt nigdy żadnego z jej wytworów nie wypił, a tym nie za opłatą.
— Trudno, nauczysz się — chłopak machnął ręką. — W razie czego skombinuję jakiegoś królika doświadczalnego — Erin parsknęła krótkim śmiechem. — To jest cyrograf, znaczy umowa, taka biznesowa umowa, którą musisz podpisać tak dla zasady — Niketas kontynuował, wyjmując z kieszeni jeansowej kurtki złożony kawałek papieru. Dziewczyna sięgnęła po kartkę i rozłożyła ją. Rozbawił ją widok kilku kolumn tekstu zapisanych wypisującym się, granatowym długopisem tak niewyraźnie, że nie próbowała doszukiwać się znaczenia tych słów. Dzieciak Hermesa w końcu brał biznes na poważnie, więc pewnie nie było tam napisane "oświadczam, iż zgadzam się do końca życia biegać po Obozie z gołą dupą", prawda? Erin udało się rozczytać pojedyncze słowa i żadnym z nich nie było "dupa". — Nie mam długopisu, wypisał się — dodał z wyprzedzeniem.
— Zauważyłam — Erin prześledziła wzrokiem pomieszczenie, próbując odgadnąć, gdzie trzymają długopisy. Podeszła do szafki, na której ktoś z jej rodzeństwa zostawił fioletowy, żelowy cienkopis z brokatem i wpisała swoje imię w krzywy prostokąt w rogu papieru.
— Czekaj, jeszcze data urodzenia, numer dowodu, imiona rodziców, rodowód kota… — Erin popatrzyła na Niketasa przerażonym wzrokiem. — Nie no, żartuję — chłopak wstał z kanapy i z powrotem wsadził zmiętą kartkę do tej samej kieszeni. — No to mamy deal, zaczynamy jutro! — ruszył do drzwi i entuzjastycznym krokiem opuścił budynek.
Córka Hekate przed chwilę wpatrywała się w drzwi, kwestionując wszystkie swoje życiowe decyzje. Po kilku minutach próg przekroczyła Rose.
— Coś nie tak? — zapytała zmieszana przybyła.
— Nie, wszystko w porządku — Erin odpowiedziała siostrze, uśmiechając się pod nosem.


Niketas?
────
[643 słów: Erin otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 27 stycznia 2026

Od Niketasa do Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Nowe lato, nowy Niketas. Albo: nowe lato, nowa banda gówniarzy, która plącze mu się pod nogami i próbuje przeszkodzić w utrudnionym przez nawał obowiązków istnieniu. Już zdążył przyłapać młodociany gang swojego rodzeństwa, buntowniczą latorośl w domku jedenastym, która próbowała podwędzić coś z jego PRYWATNYCH rzeczy (podczas gdy on nadzorował trening, biegając pomiędzy walczącymi i opowiadając im żarty o homoseksualnych wynalazcach gier komputerowych, tak długo, aż przez nieuwagę nie dostaną po żebrach). Gdy, bardzo podekscytowane swoim wyskokiem, jedenastolatki już prawie położyły swoje lepkie łapy na nieodpieczętowanej talii kard, jak spod ziemi pod stopami wyrósł im grupowy. Niemal tak, jakby na karku zainstalowany miał alarm przeciwkradzieżowy, i gdy ktoś tylko spróbuje zabrać cokolwiek, co należy do niego, kręgosłup wybucha mu znośnym, ale dokuczliwym bólem i dodatkowo nawiguje go do miejsca kradzieży. Małe oczka niskich pseudozłodziei wpatrują się w bezkresną czerń szkieł okularów przeciwsłonecznych, gdy grupowy pochyla się nad nimi jak ojciec, który wraca w piątkowy wieczór do domu, a mama „mu powiedziała”.
Ze wszystkich kar, jakie można otrzymać w Obozie Herosów, każda wydaje się Niketasowi zbyt lekka (najchętniej wrzuciłby dzieciaki do jeziora i sprawdził, które potrafi pływać). Pod okularami drga mu powieka i zdaje sobie z tego sprawę tylko Ulfert, który bardzo chaotycznie próbuje załagodzić sytuację, rzucając frazesami typu: „To tylko dzieci” i „Nie wiedziały, że akurat te karty są dla ciebie w jakiś bardzo specyficzny sposób ważne” oraz „Daj spokój, przecież widać, że już nigdy nie zrobią czegoś takiego, haha”.
– Ulf. – Po zbyt długiej mowie wściekłego rodzica, która jest niewarta zapisywania, Niketas wreszcie zamiast do dzieciaków zwraca się do swojego brata (nazywanego również „pomocnikiem”, „zastępcą wielebnego grupowego” oraz „ej, zrób to”). – Zaprowadzisz ich gdzieś, gdzie jest jakaś długa ściana. – Teraz Ulfert spodziewa się co najmniej polecenia rozstrzelania jedenastolatków. – I każesz robić im przysiady. Nie takie zwykłe. Opierasz się o ścianę plecami, nogi uginasz w kolanach, rozumiesz? – Chłopiec niepewnie kiwa głową. – Ten, który wytrzyma najdłużej – zwraca się z powrotem do dzieciaków, które już dawno przestały słuchać jego wyrzutów – nie będzie musiał, dajmy na to, wypastować tej podłogi. – Ostentacyjnym gestem wskazuje na panele w domku, do których, żeby je wypastować, trzeba byłoby się najpierw dostać, a tego zadania już dawno nikt się nie podjął. – Ulf, ty ich będziesz pilnować. Jeżeli poddadzą się za szybko i dadzą wygrać jednemu, to oprócz tej podłogi, każ im odkurzyć lampę i zeskrobać wszystkie gumy do żucia z framugi tamtego łóżka.
– Tam są jakieś…
– Tak – odpowiada Niketas tonem, który aż krzyczy, że Ulf nie chce wiedzieć, ile dokładnie jest tam gum.
Grupowy wychodzi z domku ze świadomością swojej porażki jako człowieka, którego mają bać się wszyscy w Obozie. Albo nie tyle ze świadomością porażki na całej linii podczas prowadzonej przez samego siebie wojny ze światem (albo raczej przeprowadzania ciągłych akcji dywersyjnych), ale akurat na szczeblu wychowywania najmłodszych, którzy jeszcze nie wiedzą, gdzie dokładnie się znaleźli i jak źle będzie im podpaść grupowym, których traktują jak jeszcze gorszych przewodniczących klasy. Dzisiejsza młodzież robi się coraz bardziej pewna siebie, podczas gdy Niketas, zarobiony bardziej niż przez ostatnie parę lat (głupie potwory, głupie wzmożone środki ostrożności), nie ma nawet czasu rano ułożyć włosów i umyć twarzy, a co dopiero zająć się tym, co lubi najbardziej — niszczeniem czyichś żyć, ale głównie to zatruwaniem pozornego szczęścia Ulferta oraz handlem nielegalnymi substancjami i przedmiotami.
Odgarnia rozproszone kosmyki z czoła, przemierzając krzywe drogi Obozu i przepychając się pomiędzy spoconymi nastolatkami. Przy okazji, mijając radosne i bose dziecko Apolla, rzuca z miłym uśmieszkiem, że jeden z nowych rekrutów domku jedenastego bardzo, naprawdę bardzo, chce posłuchać o sposobie zakładania strun w gitarze, pod każdym technicznym i metaforycznym względem. Ogólnie chciałby być gitarzystą. I właśnie znajduje się pod jakąś długą ścianą, razem ze znajomymi odgrywając performens siedzenia na niewidzialnych krzesłach. Dzieciak cieszy się niemiłosiernie, bo w całym Obozie słynie z możliwości wyrzucania z siebie nieprzerwanego potoku słów przez co najmniej parę godzin, gdzięki czemu przyda się jako irytujący dodatek do kary złodziejaszków.
Niketas na szybko poprawia zmiętą koszulkę, zanim bez pukania wchodzi do domku dwudziestego. Spotyka znany mu już układ mebli, choć pozbawiony paru istotnych rzeczy, które zapamiętał z ostatnich wizyt. Gdzieś zniknęła kolekcja kapeluszy z ogromnymi rondami, fioletowy młynek do kawy w zestawie z równie fioletową kawiarką i nigdzie w zasięgu wzroku nie ma żadnej charakterystycznej, zdobionej skrzyneczki, w której przechowywali swoje zyski.
Ostatnie fiolki z Boskim Fullem™ (a.k.a. Strawberry Punchem™) Niketas zostawił sobie właśnie na początek lata, ale półboski energetyk kończył się szybciej, niż przewidział. Od ostatniego, smutnego rozliczenia z Violet, która porzuciła ich biznes na rzecz podrywania lesbijek w Nowym Jorku, minęło już ładne parę miesięcy, a w tym czasie kieszenie chłopaka zdążyły stać się tak puste, jak miejsce w jego sercu, gdzie powinny znajdować się wyrzuty sumienia.
– Rose? – woła ktoś z głębi domku, zaraz po tym, jak Hermesiak przekracza próg.
– Niestety nie, paniusiu – odpowiada Niketas z uśmiechem przyklejonym do twarzy.
– ??? – jedna z pozostałych córek Hekate, jeśli grupowy się nie myli, Erin lub jakaś inna Emmeranne, wpatruje się w niego z zaskoczonym gniewem. – Pukać nie potrafisz?
Zanim dziewczynie udaje się go zatrzymać, Niketas starym zwyczajem zajmuje sobą prawie całą kanapę i chwyta najbliższy wyrób książkopodobny, który wpada mu w dłonie. Przeczesuje włosy palcami i poprawia okulary, nic nie robiąc sobie z niezbyt przyjaznego powitania.
– Przyszedłem w sprawie interesów – informuje ją w taki sposób, jakby się z nią witał. Chyba w całym swoim życiu nie powiedział niczego normalniejszego (przynajmniej dla niego robienie interesów równa się z codziennością). – Kojarzysz Violet, nie? Twoja urocza siostrzyczka. No, więc mieliśmy układ. Korzystny dla obu stron, ogólnie dla całego Obozu i takie tam, rozumiesz. Ale ona się zmyła, więc, co raczej jest już oczywiste, szukam nowego partnera. Lub partnerki – tłumaczy pobieżnie, a podczas tych paru zdań poprawia sobie fryzurę jakieś pięć razy i ani na moment nie przestaje się uśmiechać.
Niketas, będąc zupełnie szczerym, nie przygotował się na wypadek, w którym Erin mu z marszu odmawia, każe mu się wynosić i nigdy więcej nie pokazywać się jej nie oczy. Swoją porażkę w planach rozpisywanych w notatnikach traktował co najwyżej pobieżnie, o ile w ogóle dopuszczał jej zajście. Tym razem jest podobnie — jeśli nie wygra jego krętactwo i miły uśmiech, dopiski do swojej mapy myśli naskrobie późną nocą, i przy słabym świetle latarki poświęci na to swoje cenne godziny snu, byle tylko sprawdzić, czy Aresiaki wciąż są tak impulsywne, jak tydzień temu, a dzieciaki Afrodyty nadal lubią dostawać listy od anonimowych obozowiczów, z których potem wyciągają najohydniejsze plotki do rozsiania po całym Long Island.
Przypomina sobie, że wciąż musi się odwdzięczyć tamtej lasce od Aresa. Postanawia uwzględnić to w jednym ze swoich najnowszych przedsięwzięć, a część obowiązków grupowego oddać Ulfowi. Wciąż nie do końca potrafi pojąć, skąd Arnar miał tyle czasu na romansowanie z jakimiś alkoholikami (powód jest prosty: najzwyczajniej w świecie zaniedbywał obowiązki grupowego albo udawał, że ich nie ma i w najlepsze grał z innymi w bingo po nocach, na co Niketas nigdy się nie zdobędzie, bo ma zbyt sztywny kodeks moralny oraz ogromne poczucie odpowiedzialności za swoich podwładnych/pracowników).


Erin?
────
[1152 słów: Niketas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]