Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dante Thorn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dante Thorn. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 lipca 2026

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

ZIMA, obecnie

Poprzednie opowiadanie

Miałem wrażenie, że Ivy zaczął mnie unikać. Każde kolejne spotkanie przekładał albo odwoływał, tłumacząc to złym stanem zdrowia lub innymi wypadkami losowymi. Za pierwszymi trzema razami uwierzyłem, bo mógł być to zwykły zbieg okoliczności, ale za kolejnym razem zaczynałem w to wątpić. Okłamywał mnie. Czułem to.
Krążyłem po dzielnicy, w której mieszkał z nadzieją, że w końcu na niego trafię, ale za każdym razem się to nie udawało. Może się przeprowadził? Tylko dlaczego miałby to robić, nie informując mnie? Przecież się przyjaźniliśmy.
Pewnego wieczoru postanowiłem się przejść do kliniki, w której przyjmował pacjentów. Nie byłem umówiony na żadną wizytę (w sumie nie pamiętam, kiedy ostatni raz u niego byłem), ale to w niczym nie przeszkadzało, bo okazało się, że znowu zapomnieli zamknąć drzwi na noc.
W środku panował półmrok, świeciły się tylko małe, niebieskie lampki, które nie wiem, co robiły, ale na pewno rozświetlały mi jakkolwiek korytarz. Ivy lubił zostawać po godzinach pracy. Pamiętałem, kiedy mniej więcej przychodził i wychodził, więc w ogóle się nie zdziwiłem, gdy zastałem go w gabinecie.
Uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka. Siedział przy biurku pochylony nad stosem dokumentów. Obok stał kubek z parującą cieczą, zapewne kawą, bo nie wiem, czy pijał herbaty.
— Nie śpisz? — zapytałem, choć było to oczywiste pytanie retoryczne, bo Ivy wyglądał, jakby miał problemy ze snem i rzadko kiedy sypiał. Podobnie jak ja. Mieliśmy tyle wspólnych cech.
Gwałtownie podniósł się z siedzenia. Szok od razu wkradł się na jego twarz, a ja poczułem smutek, bo nie oczekiwałem takiej reakcji z jego strony. Nie powinien się ucieszyć na mój widok? Tak dawno siebie nie widzieliśmy…
— Co tutaj robisz? — zapytał, starając się zapanować nad drżeniem warg.
Przeszkodziłem mu w czymś. Być może zajęty był ważnymi dokumentami. Nie wiem. Nie chciałem teraz nad tym rozmyślać.
— Drzwi były otwarte. — Wzruszyłem ramionami tak, jakby to była oczywista oczywistość. — Chciałem sprawdzić, co u ciebie. Dawno się nie widzieliśmy i trochę się stęskniłem, rozumiesz? — Uśmiechnąłem się słodko, odsłaniając zęby.
Ivy wypuścił z trudem powietrze przez nos. Chwilę się na mnie patrzył, mięlił w dłoniach kawałek papieru, który mógł być skrawkiem ważnego dokumentu.
— Nie musisz mnie tak nachodzić — powiedział, zgrabnie unikając kontaktu wzrokowego. — Coś się stało? Potrzebujesz innych leków?
Nie spodobało mi się, że zaczął rozmowę właśnie od tego. Od leków. Nie przyszedłem tutaj po prochy. Chciałem się z nim zobaczyć. Nie widzieliśmy się od dawna. Przyjaciele powinni widywać się częściej, prawda?
— Nie. — Pokręciłem głową.
Wszedłem wgłąb pomieszczenia. Uznałem, że skoro mi odpowiadał, to też zaprosił mnie do środka.
— W takim razie czego potrzebujesz?
Usiadłem na krześle na przeciwko biurka Ivy. Splotłem palce i się uśmiechnąłem. Wizyty wieczorne byłyby o wiele przyjemniejsze.
— Chciałem się z tobą spotkać, tak jak mówiłem wcześniej. Dawno się nie widzieliśmy, a trochę zaczynało mi się nudzić.
Przeczesałem palcami włosy. Umyłem je nawet zanim do niego przyszedłem. Potrzebowałem wyglądać ładnie. Poświęciłem też trzy godziny na ubranie się i umalowanie. Mam nadzieję, że to zauważył.
Ivy podniósł kubek, w którym miał jakiś gorący napój i upił jego łyk. Odwrócił wzrok i spojrzał na stronę, którą miał wyświetloną na ekranie laptopa.
— Nie możemy się spotykać.
Zacisnąłem zęby. Co znaczyło, że nie możemy? Przecież już tutaj byłem. Już się z nim spotkałem.
— Już się spotykaliśmy — wytknąłem mu istotny fakt. Zapomniał o naszym wspólnym wyjściu jesienią? — Podobało ci się.
To nie było pytanie. Wiedziałem, że mu się podobało. Nie był osobą imprezową. Nie miał nawet przyjaciół. Kiedy jednak był ze mną to się otworzył. Podobało mu się. Musiało mu się podobać.
Ivy przymknął oczy. Upił kolejny łyk gorącego napoju, odstawił kubek na biurko i kolejny raz, unikając kontaktu wzrokowego, powiedział:
— To było jednorazowe wyjście. Zasady są takie, że…
— Zasady mnie nie obowiązują — przerwałem mu. Z nerwów zacząłem wykręcać sobie palce. — Chcę z tobą wyjść. Kończysz już pracę?
— Dzisiaj nie mogę.
Dalej próbował się wymigać. Nie podobało mi się to zachowanie. Denerwowało mnie. Szczerze i naprawdę chciałbym teraz go udusić. Zmusić, żeby ze mną wyszedł. Nie jutro, nie kiedyś. Teraz.
Poczułem, że w oczach zaczynają zbierać mi się łzy. To wszystko było JEGO winą!
— Teraz — wycedziłem niemalże przez zęby. — Teraz wychodzimy, okej? — Spróbowałem się uśmiechnąć, ale wyszedł mi raczej bardzo brzydki grymas.
Ivy zamilkł. Nie nic powiedział przez dłuższą chwilę, a ja wciąż nerwowo strzelałem kostkami w palcach. Jeśli zaraz ze mną stąd nie wyjdzie, to nie wiem, co zrobię, ale na pewno nie będzie to miłe.
— Wychodzimy, okej?! — krzyknąłem, nie mogąc dłużej wytrzymać tej ciszy. — Wychodzimy!
Ivy drgnął nieznacznie, ale nie wstał. Cholera, dlaczego on mi to robi? Dlaczego tak się zachowuje? Chce, żebym targnął się na własne życie? Nie, nie mogę się zabijać. Jest zbyt piękny, żebym się zabijał przez niego.
— Proszę — powtórzyłem już trochę spokojniej, chociaż cieknących po policzkach łez nie dało się już tak ładnie ukryć. Zaraz skończę z całym rozmazanym makijażem. Przez niego. — Wyjdźmy stąd.
Ivy zamknął klapę laptopa. Odłożył stos dokumentów na bok i podniósł się z fotela.
— Gdzie chcesz wyjść?
Miałem wrażenie, że drżał mu głos. To przeze mnie? Jestem aż tak beznadziejny?
— Czy ty się mnie boisz?
Pogubiłem się już w tym wszystkim. Bałem się, że każde kolejne słowo i każde kolejne pytanie tylko psuje naszą relację.

man i love when schizofrenia
────
[845 słów: Dante otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 2 czerwca 2026

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, rok temu

Nie mogłem uwierzyć własnym uszom! Ivy, ten Ivy, zgodził się ze mną wyjść. Uśmiechałem się jeszcze długą chwilę, zanim poluźniłem napięte mięśnie twarzy.
— W takim razie o osiemnastej.
Ivy nie odpowiadał dłuższą chwilę. Widziałem, że ucieka wzrokiem; spogląda a to na szyld jednego ze sklepów odzieżowych, a to na przechodzącą parę nieznajomych. Nie podobało mi się, że mnie tak ignorował, ale nie mogłem też pozwolić, by nasza relacja już na wstępie została zepsuta. Postanowiłem udawać, że tego nie zauważam.
— Dobrze. Niech będzie.
Uśmiechnąłem się szeroko do mężczyzny na pożegnanie i odszedłem w swoją stronę. Najchętniej poczekałbym u niego w domu, ale przecież musiałem się przygotować. Znaleźć ciuchy, buty, ułożyć włosy i zrobić twarz. Miałem nadzieję, że kiedy się spotkamy, on również ubierze się inaczej niż zwykle i pozwoli mi się poznać z innej strony. Byłem taki ciekawy jego osoby. Jego upodobań do spędzania wolnego czasu, jego pijanego głosu i chwiejnych kroków. Chciałem to dzisiaj wszystko zobaczyć.
Byłem pierwszy. Czekałem przed wejściem do wybranego klubu i oglądałem się w przedniej kamerce telefonu. Wiał akurat dosyć lekki wiatr i rozgarniał moje ułożone włosy we wszystkie strony.
Ivy się nie spóźnił. Zjawił się dziesięć minut przed osiemnastą. Na ramiona narzucony miał długi, czarny płaszcz. Wyglądał oszołamiająco.
— Hej! — Przywitałem mężczyznę żywym machaniem ręki. Zauważyłby mnie pewnie z kilometra — nie bez powodu lubiłem ubierać się na kolorowo — ale sam jego widok poprawił mi humor i nie mogłem się oprzeć, by do niego nie pomachać.
Ivy podszedł zupełnie niespiesznie. Nie uśmiechnął się wcale, ale wytłumaczyłem sobie, że to pewnie ze stresu, bo wyglądał na osobę, która nie chodziła do klubów w ogóle.
— Usiądźmy gdzieś na boku.
Powiedział to od razu, kiedy złapałem za klamkę i pociągnąłem drzwi do siebie, by je otworzyć. Wolałem zazwyczaj siedzieć bliżej baru, ale postanowiłem zrobić tym razem wyjątek — wszystko po to, by zbyt szybko się nie zniechęcił i został ze mną do samego rana.
— Wolisz piwo czy drinki? — zapytałem od razu, kiedy usiadłem. Wolałem przejść do konkretów. Przecież nie będę tutaj siedział o suchym pysku. — Ja zazwyczaj zaczynam od mniejszych drinków.
— Wolałbym na razie coś… bezalkoholowego. — Przewiesił swój płaszcz przez oparcie krzesła. — Wydaje mi się, że też powinieneś tak zacząć. Czasem dobrze jest spróbować zabawy całkiem na trzeźwo. Ciągłe picie jest niezdrowe.
Przewróciłem oczami. Nie przyszliśmy tutaj przecież, żeby pić owocowe soczki. Nie przyszedłem też tutaj po to, żeby słuchać morałów, bo takich nasłuchałem się już wiele w całym życiu. Chciałem tylko dobrze spędzić czas.
— Raz można sobie pozwolić — próbowałem zachęcać go dalej. — Może wezmę ci coś, co sam lubię?
Ivy wyraźnie się zawahał. Zauważyłem przebiegający po jego twarzy cień wątpliwości i niechęci.
— Proszę, weź m-
— Zaczekaj tutaj. — Podniosłem się szybko, nie pozwalając mu celowo dokończyć zdania. — Zaraz wrócę.
Bez dalszego namawiania poszedłem do baru i zamówiłem dwa takie same drinki — kolorowe, w małych szklankach, żeby nie zaczynać od razu od większych i o całkiem delikatnych alkoholach, by nie zrazić od razu Ivy'ego. Sam drink miał pewnie ledwo pięć procent i mógł jedynie połaskotać nasze palce u nóg, ale lepiej zacząć w taki sposób, niż narazić siebie na utratę nowego przyjaciela.
Postawiłem szklanki na stoliku i usiadłem na krześle naprzeciwko mężczyzny.
— Zaufaj mi — uśmiechnąłem się, jak zawsze, całkiem przekonująco — nie będzie mocny. Chciałem tylko, żebyś spróbował moje smaki.
Nawet jeśli Ivy w głowie kwestionował swoje decyzje i tak postanowił spróbować swojego napoju. Nie skrzywił się, ale też się nie uśmiechnął.
— Całkiem dobre — przyznał. — Powiedz mi, jak często tutaj przychodzisz?
— Może cztery razy w tygodniu? — zastanowiłem się. — Czy to jakieś pytanie pułapka?
Pokręcił głową.
— Nie, ale nie uważasz, że to zbyt często?
Zmarszczyłem brwi. Nie spodobało mi się, że zaczął prawić mi kolejne morały.
— Uważam, że to nawet zbyt rzadko.
Ivy nic nie odpowiedział. Może to i lepiej? Gdybym znowu w odpowiedzi usłyszał coś w rodzaju morału, to chyba nie zdołałbym siebie dłużej powstrzymywać. Czy to, że tak często bywam w klubach było problemem? Czy to właśnie przez to mógłby mnie przestać lubić?
— A tak w ogóle, Ivy, mój drogi, jesteś może wolny?
— Jutro jestem zajęty. Właściwie, do końca tygodnia jestem zajęty.
— Nie o to pytam.
Niemożliwe, że był taki nieświadomy. Niewinny. Całkiem to urocze.
— Jeśli chodzi o resztę miesiąca, to również może być problem. Więcej raczej nie chciałbym z tobą wy…
— Poczekaj — przerwałem mu. — Naprawdę nie rozumiesz, o co pytam?
Pochyliłem się do przodu i zamrugałem parę razy. Nie do wiary.

Ivy wyjdziesz za mn?
────
[720 słów: Dante otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 29 marca 2026

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Jakoś przez cały czas miałem nadzieję, że jestem z nim na dobrej drodze, żeby zostać przyjaciółmi (a może czymś więcej?). Mężczyzna to jednak wszystko zepsuł w tej krótkiej chwili, a to sprawiło, że poczułem narastającą w mojej piersi złość. Miałem ochotę wstać i zacząć rwać sobie włosy z głowy tylko po to, żeby ten zareagował i zaczął mnie uspokajać.
Wpatrywałem się w niego tak przez długą chwilę, starając się uspokoić chęć wykrzyknięcia mu w twarz wszystkich rzeczy, o których teraz myślałem. Przecież mnie zazwyczaj się nie odrzuca. Dostałem kosza? Chciałem się tylko zaprzyjaźnić! Czego on nie rozumie?
— Potrzebuję tego numeru — kontynuowałem, udając, że nie słyszałem, co do mnie wcześniej mówił. Nie mógł mi odmówić. Nie wyjdę stąd, dopóki nie napisze mi na kartce ciągu dziewięciu cyfr. — Czuję, że sobie bez tego nie poradzę.
— Dante…
Słyszałem, że jego głos zadrżał. Nie wiedziałem, czy to ze strachu, stresu czy może jednak tego szczęścia z racji tego, że zaoferowałem mu swoją przyjaźń. Postanowiłem się uśmiechnąć. Uśmiech zawsze potrafił kupić innych.
— Obiecuję, że nie będę wypisywał, kiedy nie będzie to potrzebne.
Mężczyzna poprawił kołnierz koszuli.
— Może następnym razem.
Ale dla mnie nigdy nie ma następnego razu! Kiedy ktoś tak mówi, wiem, że próbuje się mnie pozbyć; a ja bardzo nie chciałem stąd wychodzić bez jego numeru. Potrzebowałem się kontaktować z Ivy. Czułem, że bez tego kontaktu całe to leczenie przepadnie, a ja zostanę zjedzony przez wilkołaka.
— Nie. — Pokręciłem głową. Teraz to mój głos zaczął drżeć. Rozumiałem, że zaczynam tracić kontrolę. — Nie, okej?
— Obiecuję, że…
— Nie! — wrzasnąłem, całkowicie niespodziewanie, bo nawet ja nie wiedziałem, że w tym momencie nie wytrzymam i pozwolę swojej złości uciec. Z roztargnieniem przeczesałem palcami włosy. Mój oddech przyspieszył, serce tłukło się w piersi. Kurwa, nie wyjdę stąd, jeśli nie…
Ktoś otworzył drzwi i zaraz wszedł do środka. Obca osoba położyła swoje brudne ręce na moich ramionach. Zdenerwowało mnie to jeszcze bardziej.
— Następnym razem porozmawiamy, dobrze, Dante? Tymczasem dziękuję za wizytę i pamiętaj, żeby wykupić leki.
Zostałem siłą podciągnięty do góry i wyprowadzony z pomieszczenia. Nawet nie próbowałem się szarpać — i tak bym nie wygrał z kimś, kto wyglądał jak kawał byka. Skąd oni biorą takich ochroniarzy?
 
Wiedziałem gdzie mieszkał i to mi wystarczyło, żeby wieczorem czekać w okolicy. Szukałem charakterystycznych długich włosów i równie charakterystycznego stylu ubioru. Może w oczach innych nie wyróżniał się niczym specjalnym, to dla mnie był idealny. Był kimś, kogo na pewno szukałem od lat. To ta igła w stogu siana.
Mężczyzna pojawił się na widoku około godzinę od mojego przybycia w okolice. Szedł spokojnie, w dłoni trzymał zapalonego papierosa. Był taki piękny, że poczułem chęć, by zrobić mu zdjęcie.
— Hej. — Podszedłem się przywitać.
Ivy wypuścił z ręki papierosa.
— Co tutaj robisz?
Nawet nie schylił się, żeby go podnieść.
— Źle się czuję — skłamałem. — Szukałem apteki, ale nie mogę żadnej znaleźć.
— Apteka jest ulicę stąd. Mam nadzieję, że pomogłem.
Chciał szybko odejść, ale skutecznie zagrodziłem mu drogę. Podniosłem z ziemi papierosa i mu go podałem. Nie mógł się przecież zmarnować.
— Jesteś po godzinach pracy, prawda? — Uśmiechnąłem się. — W takim razie nie jestem już zwykłym klientem i możemy gdzieś wyjść.
Musiałem przyprzeć go do muru, naprawdę! Bez tego w życiu nie zgodziłby się na wspólne wyjście. Tak czasem trzeba — pokazać komuś, że nie ma innej możliwości.
— Chyba się nie rozumiemy.
Poczułem jakąś delikatność w głowie mężczyzny. Było to dla mnie jak cukierek, osładzający gorzki dzień. Mógł do mnie mówić tak całą wieczność.
— Proszę. — Gdyby nie to, że staliśmy na chodniku, a chodniki nie słyną z wyjątkowej czystości, to bym przed nim uklęknął. Och, jakbym ja chciał uklęknąć przed tym facetem. — Tylko jeden raz.
Ivy był dosyć nieugięty. Dawno nie widziałem aż tak nieugiętej osoby, ale koniec końców uległ moim błaganiom i wskazał drogę do najbliższej kawiarni. Nie odezwał się do mnie ani słowem, co poniekąd rozumiem i uszanowałem jego decyzję do momentu zajęcia przed nas stolika. Mężczyzna specjalnie wybrał taki z dala od okien i innych ludzi. Nie przeszkadzało mi to — tak nawet było lepiej.
— Nie chcę być niemiły, ale Dante, uważam, że powinieneś znaleźć sobie innych przyjaciół.
Ten komentarz puściłem mimo uszu. Kelnerka akurat stawiała na stole pucharek z truskawkowymi lodami oraz czarną kawę w zwykłej filiżance.
— Lubisz tutaj przychodzić na kawę? — zapytałem, zlizując trochę bitej śmietany z lodów.
— Może być.
Odpowiadał mi zdawkowo. Tak, jakby robił to dzieciak, który dopiero uczy się mówić. Nie przeszkadzało mi to.
— Zawsze chciałeś być lekarzem?
— Nie.
— Kim innym chciałeś być? Lotnikiem? Może marynarzem? — Grzebałem w lodach, patrząc cały czas w oczy mężczyzny. Wiedziałem, że unika tego spojrzenia, ale już nie miał gdzie uciec. — Praca lekarza chyba nie jest łatwa, prawda?
— Nigdy nie była.
Uśmiechnąłem się. Chyba zaczynał być ze mną szczery. Kochałem szczerość. Kochałem fakt, że mogłem z nim tutaj rozmawiać. Że mogłem z nim siedzieć w kawiarni na osobności, a nie w strasznym gabinecie, który kojarzył mi się z wrednymi pielęgniarkami i jeszcze gorszymi lekarzami.
Ivy kawę wypił dosyć szybko. Myślałem, że takimi napojami należy się delektować, ale najwidoczniej mężczyzna nie lubił męczenia jednego picia przez godzinę. Nie przeszkadzało mi to wcale, tak samo, jak nie przeszkadzały mi inne jego zachowania.
— Mogę wrócić do domu? — zapytał, powoli podnosząc się z miejsca.
— Poczekaj. — Złapałem go za dłoń. Miał zimne palce i szorstką skórę. — Mogę cię odprowadzić.
— Doceniam, ale naprawdę dam radę wrócić sam. Sam wiesz, że… mieszkam niedaleko stąd.
Unikał mojego spojrzenia cały czas. Nie spodobało mi się to. Teraz wolałem, żeby na mnie patrzył.
— W takim razie nie powinien być to żaden problem.
Skończyło się na tym, że całą drogę szedłem jakieś dwa kroki za nim, a on co jakiś czas się na mnie oglądał. Czułem się trochę jak kryminalista, ale starałem się zrozumieć jego perspektywę. Może naprawdę nie lubił być odprowadzany pod same drzwi?
— Pamiętaj… żeby wziąć dzisiaj leki. — Zatrzymał się, kiedy znaleźliśmy się już bardzo blisko bloku, w którym mieszkał. Wiatr zawiewał mu włosy na twarz. — I weź może dwie tabletki zamiast jednej, okej? Powiesz mi potem, czy coś się zmieniło.
— A mogę trzy?
— Dwie wystarczą. — Pokręcił głową. — Na razie wystarczą.
Było mi przykro, że musieliśmy się pożegnać, ale pozwoliłem mu wrócić do domu. Przecież dopiero zaczynaliśmy budować swoją przyjaźń i byłoby to co najmniej dziwne, gdybym już u niego sypiał, prawda?

ivy?
      ps. mozesz go zabic
────
[1025 słów: Dante otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 10 marca 2026

Od Dantego — „Półbóg naturopata w twojej okolicy”

Ostatnim razem zgubiłem portfel jakieś cztery, może pięć, miesięcy temu. Dawno nie czułem takiego strachu. To było uczucie porównywalne do stresu, który towarzyszy człowiekowi podczas ucieczki przez głodnym niedźwiedziem.
Sprawdziłem chyba wszystkie kieszenie i jedyne, co znalazłem, to stary paragon, nadgryzioną szminkę (nie wiem, kto mógł ją ugryźć) oraz cukierek. Słodycz zjadłem, bo musiałem sobie jakoś poradzić z tą ciężką i żenującą sytuacją. Szczególnie że przed chwilą zamówiłem sobie deser i chciałem rzucić napiwek dla tego pięknego kelnera, który przyjął ode mnie zamówienie.
Czekając, aż dostane swoje jedzenie, sprawdziłem jeszcze raz wszystkie kieszenie. Znalazłem dokładnie to samo, co przed chwilą. Może tak naprawdę nie wziąłem w ogóle portfela z domu? Nie, to raczej niemożliwe. Zawsze zabierałem go ze sobą. Był taki ładny, ozdobiony diamencikami, jak dla dorastającej dziewczynki w wieku wczesnoszkolnym.
— Pożyczyłem.
Zdezorientowany odwróciłem się i zobaczyłem wysokiego faceta z MOIM portfelem w ręce. Stał i patrzył się na mnie z szerokim uśmiechem. Pamiętam, że ostatnim razem spotkaliśmy się w jakimś obskurnym barze. Pamiętam też, że obiecał mi prochy.
— Tak? To oddaj teraz.
Dosiadł się do mnie bez pozwolenia. Był taki wysoki, że ledwo mieścił się przy tych małych i ciasnych stolikach. Zakładam, że raczej projektowali to z myślą o krasnalach, a nie o ponad dwumetrowych chłopach z niesamowicie długimi nogami.
— Kochany, nie denerwuj się. To zwykła zapłata za tamte prochy. Dziwię się, że jeszcze cię w ogóle spotkałem.
— Kochany — podkreśliłem pierwsze słowo, myśląc, że w ten sposób go wyprowadzę z równowagi — a mi się coś wydaje, że prochy były za darmo.
Evan, bo tak miał na imię ten denerwujący koleś, cmoknął na mnie jak na psa.
— Powróżyć ci z ręki?
Spiąłem się. Był jakąś cholerną wróżką? Wyczyta z moich rąk przyszłość, która okaże się niezwykle brutalna? Umrę z łap jakiegoś wilkołaka albo innego potwora?
— Możesz mi powróżyć z czegoś innego, ale nie z ręki.
Nawet nie wiedziałem, z czego jeszcze można wróżyć. Chyba z fusów, prawda? Z tych okropnie gorzkich pozostałościach kawy.
— Wróże tylko z rąk. No i ze snów czasem, ale rozumiesz — nachylił się nad stolikiem — to już robię u siebie w domu za parę monet.
— A wiesz może, czy… czy to pomaga na pewne przypadłości natury psychicznej? — zaciekawiłem się. Skoro miałem problemy z lekami od lekarza, to może ktoś taki, jak Evan, byłby w stanie mi pomóc. Mogłem na chwilę odłożyć w kąt moją niechęć i nijaką nienawiść do tego kolesia, jeśli tylko okazałoby się, że mnie zaczaruje i wyleczy.
— Nie leczę ćpunów.
— Nie jestem ćpunem — syknąłem.
— Ja to widzę trochę inaczej. — Wzruszył ramionami. Wyciągnął z kieszeni papierosa i go zapalił. — Chcesz bucha?
— Chętnie.
Wyciągnąłem rękę i wziąłem od niego papierosa. Zaciągnąłem się dymem. Brakowało mi tego przyjemnego, drapiącego uczucia w gardle.
— Oddasz mi ten portfel, kochany? — przypomniałem się. Przecież nie pozwolę mu odejść z moimi pieniędzmi.
Evan rzucił na stół moją własność. Różowe diamenciki rozproszyły światła z kawiarenkowych lamp.
Westchnąłem. Akurat w tym momencie przyszły moje lody i jego mrożona kawa, którą zamówił na mój rachunek.
— Jak wygląda czarowanie we śnie? — zapytałem, bo przypomniało mi się, że o czymś podobnym chwilę temu wspomniał. — Nie jestem ćpunem. Możesz na mnie spróbować.
— Nosisz w portfelu prochy dla zabawy? — siorbnął swoim napojem. Niesamowicie zdenerwował mnie ten dźwięk. — Chyba że to mąka, ale patrząc po twoich oczach, myślę, że to nie jest mąka.
— To leki — skłamałem. — Takie rozpuszczalne.
— Za kogo ty mnie masz? Wiesz ile narkotyków w swoim życiu już widziałem?
Mogłem się tego w sumie spodziewać po kimś, kto też nosił takie pyszności przy sobie. I na imprezach rozdawał je za przysługi obcym ludziom, jakby kosztowało to dolara oraz dwie gumy balonowe.
— Dobra, a jak tego nie wezmę, to mnie zaczarujesz?
— Mogę spróbować.
 
Evan mieszkał w totalnej melinie. W środku śmierdziało kadzidełkami. Ich zapach był na tyle nużący, że zachciało mi się jednocześnie spać i rzygać. Myślałem, że nie wytrzymam.
Gdzieś w rogu pokoju stało parę pustych butelek po piwie, a koło kanapy leżał stos ubrań, które chyba czekały w kolejce do pralki.
— Jesteś wróżką?
To pytanie wymsknęło mi się z ust całkowitym przypadkiem. Evan nie wyglądał jak wróżka. Evan wyglądał jak oszust, który był dodatkowo wyższy od większości mężczyzn w tym kraju.
— Czarownicą — odpowiedział, wyrzucając stos ubrań w miejsce, gdzie już leżały jakieś ubrania. — Połóż się.
Zrobiłem to, o co mnie poprosił. Było całkiem wygodnie. Kanapa chyba była wykonana z prawdziwej skóry, bo nie trzeszczała tak, jak te sztuczne.
— Masz czym mi zapłacić? — upewnił się.
— Jakiej zapłaty oczekujesz? Tylko pieniężnej?
— Nie musi być tylko pieniężna. Ważne, żebyś mi czymś zapłacił.
— W takim razie zapłacę ci po swojemu, jeśli ci to odpowiada.
Evan chyba szybko zrozumiał, o co mi chodziło, bo o nic więcej nie pytał. Poszedł przygotować sobie kilka kadzidełek, jakiś amulecik, którym chwilę pomachał mi przed nosem i miskę, do której ludzie rzygają, jak się źle poczują po nocnej imprezie.
— Czasem robię w niej sałatki. — Położył wspomniane naczynie na ziemię. — Więc jak możesz, to ostrożnie z nią. Chciałbym ją jeszcze wykorzystać.
— Obiecuję, że będę z nią ostrożny. — Uśmiechnąłem się. — Zawsze jestem.
— Wiedziałem, że będziesz grzeczny.
Podniósł raz jeszcze amulecik i zaczął machać nim przed moją twarzą. Znacznie dłużej niż chwilę temu. Wcześniej pewnie testował, czy w ogóle zadziała (nie znam się na wróżkowych sprawach).
Dosyć szybko mnie odcięło. Nie wiem, jak to możliwe, przecież to był tylko zwykły naszyjnik. Może ten duszący zapach kadzidełek mnie pokonał? Może tak naprawdę się udusiłem i właśnie umarłem w domu jakiegoś lokalnego dziwaka, którego poznałem w przypadkowym barze?
Dryfowałem w ciemności. Nie widziałem niczego, oprócz pojawiających się raz za razem błysków światła. To chyba były bramy niebios. Poszedłem do nieba. Byłem grzecznym chrześcijaninem. Nigdy nie wierzyłem w bogów, ale teraz byłem grzeczny.
— Moja śpiąca królewno, pora wstać.
Głos Evana docierał do mnie stopniowo, jakby przedzierał się przez głębiny oceanu.
— Nie chcę trupa w moim domu — mówił dalej, a ja czułem, jak moje usta wykrzywiają się w niemrawym uśmiechu. Trochę tak, jakbym nie panował nad własnym ciałem.
Oczy otworzyłem dopiero po paru chwilach. Evan siedział na fotelu, niedaleko kanapy, na której leżałem. Przeglądał coś w telefonie.
— Nic nie znalazłem. Przykro mi.
Ostatnie kadzidełko się dopalało. W pomieszczeniu było siwo od dymu. Zachciało mi się rzygać.
— Czyli jestem zdrowy?
— Chyba przeciwnie.
Uznałem to za sukces. Skoro nic nie znalazł w mojej głowie, to znaczyło, że mogę być teraz uzdrowiony. Mogłem już więcej nie widzieć potworów. Tych obrzydliwych wilkołaków i innych stworów, które przyprawiały mnie o dreszcze.
— Ile godzin potrzebujesz, żebym ci za to zapłacił? — Podniosłem się do siadu. Ta kanapa to najlepsze, co ten człowiek miał w swoim domu. Przeczuwałem, że pewnie ją komuś ukradł, bo raczej nie wygląda na kogoś, kogo stać na mebel z prawdziwej skóry.
— Godzina wystarczy.
Uśmiechnąłem się.
— Słabo się cenisz. W godzinę niewiele da się zrobić.
— Nie zakazuje ci kończyć na godzinie, piękny.
— Możesz potraktować to jak napiwek.
Chociaż napiwek wolałem zostawić jakiemuś kelnerowi, to Evan w tym momencie wyglądał dla mnie na godnego polecenia człowieka, który wykonał dobrą robotę. Jeszcze nie wiem, jak długo terapia będzie działać, ale jeśli przeżyję dzień bez halucynacji, to wrócę do niego jeszcze raz. Będę wracać tak długo, jak tylko będzie to możliwe. Widziałem w nim swoją szansę.

────
[1176 słów: Dante otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

środa, 31 grudnia 2025

Od Dantego do Janusa (list)

15 lat temu

Szkoła wojskowa, 20 grudnia

Magiczny Nadnaturalny?


Tatusiu!



Szanowny ojcze boski i półboski imieniem Janus,

Czy ja piszę list do świętego Mikołaja? Wszyscy piszą, więc ja też pomyślałem, że napiszę. Problem jest tylko taki, drogi Mikołaju, że kazali mi na ciebie mówić Janus. Janusz? Dlaczego? Może jesteś z bieguna południowego a nie północnego?

W tym roku chciałbym dostać

Dowiedziałem się właśnie, że nie jesteś świętym Mikołajem i żebym cię przeprosić. No to przepraszam. Kim jesteś? Czarodziejem? Tutaj wszyscy mówią o jakichś czarodziejach. Jak to w ogóle działa? Jesteś kimś, kogo moja mama pokochała, a potem rozprysnąłeś się w powietrzu? Nie, nie, nie…. czekaj, ja wiem. Ty jesteś clownem!

Nie mogę już wyrwać tego wstępu, więc jak coś to nie czytaj, bo mi znowu ktoś mówi, że to brzmi źle. Okiś?

Moje imię to Dante. D-A-N-T-E. Chciałem przeliterować, bo czasem ktoś powie do mnie Denny albo Denis, a to trochę brzydkie imiona.

Lubię dużo rzeczy. Na przykład lubię śpiewać. Chciałbym być piosenkarką jak Ariana Grande. Tak w sumie to żartuję. Nie lubię nawet Ariany Grande i w sumie nie wiem, co lubię. Mieszkam w tym miejscu od chyba roku? Albo krócej? Nie liczę czasu… znaczy nieeee ja go liczę, ale teraz nie pamiętam.

Dajesz wiarę, że tutaj od trzech dni wszyscy siedzą i piszą listy? Dziwne. Znaczy okeeeej może to są listy do świętego Mikołajaaa. Albo do kogoś tam z rodziny. Albo do czarodzieja, takiego jak ty. Dzieci wierzą tutaj w bajki, to ja też coś napiszę, żeby nie było. Lubię bajki, ale jestem na nie trochę za stary już. No ale niech im będzie.

Jestem D-A-N-T-E i mam TRZYNAŚCIE lat. Mam ileś tam centymetrów wzrostu (mogę podać w stopach, jak wolisz, ale nie podam bo nie pamiętam) i mam rozmiar buta chyba 42 ale nie chce mi się zaglądać pod podeszwę. Lubię kolor różowy. Nie mam braci. a moja mama nooooooooo mama no jest sobie gdzieś tam NIEWAŻNE


Chcesz mi wysłać trochę ciasteczek Reese's? Lubię je. No i nie mogę chyba prosić o za dużo bo nie jesteś świętym Mikołajem. No ale ciasteczka, mniaaam.

Okej teraz posłuchaj. Jeśli jesteś gdzieś tam i dostaniesz ten list, to mnie zaczaruj. Wyczaruj mi brodę, okej? Ale taką długą, do samej ziemi. Wtedy uwierzę, że istniejesz. No a jak nie będę mieć brody za tydzień, to wiem, że to tylko bajeczki. Znaczy wiem, że to bajeczki. No.

Chciałbym też kiedyś mieć kotka albo pieska. Ale nie wiem nie mam ręki do zwierząt. Czasem zapomnę pójść na śniadanie a co dopiero żeby pamiętać o nakarmieniu kota albo psa. Tragedia.

Umiem sztuczki z kartami. Na przykład umiem je bardzo szybko potasować ale na tym się kończy moja magia. Jaka jest twoja magia? Taki mój przyjaciel najlepszy powiedział, że on jest pół… bogiem???????? i że jego ojciec jest ojcem uhhhhh wojny. STRASZNE! Mrozi krew w żyłach. I powiedział, że on czasem może uhhhhhh nakrzyczeć na przeciwnika i go bardzo przestraszyć. Nazywa to okrzykiem wojennym. Dziwna ta szkoła wojskowa. W sensie okej może te dzieci są w szoku, w końcu wyjechały od rodziny i trafiły do tego internatu i muszą się uczyć jak walczyć w staroświecki sposób. Bo tutaj nie ma nawet gnatów. Czaisz. Glock jakiś by się przydał chociaż no bez jaj. A mi każą chodzić W ZBROI co ja ze średniowiecza jestem? I każą mi machać tam mieczem takim serio ostrym. Pokroiłem nim raz pomidora na takie cienkie plasterki.

Jak się pisało zakończenia listów?

Z poważaniem, całuski, buziaczki i uściski rąk,

DANTE nie DENNIS nie DENNY

D-A-N-T-E

ps. ej w sumie jak to spalę to i tak tego nie przeczytasz to chyba nici z mojej brody. chyba że magicznie zobaczysz TO PAMIĘTAJ O MNIE

sobota, 29 listopada 2025

Od Dantego CD Dahlii i Ishy — „Podróż przez kręgi piekieł”

Poprzednie opowiadanie

LATO

W pierwszej chwili chciałem uciec. Wstać i wyjść, nie myśląc o tym, czy komuś się coś stanie. W drugiej jednak chwili pomyślałem, że to byłoby wybitnie głupie i zapewne zostałbym znienawidzony już na zawsze. W takim wypadku postanowiłem dalej siedzieć na swoim miejscu.
Mieszałem w szklance plastikową słomką. Napój, który wcześniej wyglądał naprawdę ładnie, został zniszczony; bita śmietana wymieszała się z truskawkową, gęstą cieczą, tworząc na powierzchni obraz rozpaczy.
Na ziemię poleciało parę talerzy (tak przynajmniej mi się wydawało), które rozbiły się z przerażającym trzaskiem. Spiąłem zestresowany ramiona, przyjmując od razu pozycję obronną. Siedząca naprzeciwko mnie Daniella… Da… Dominica? zmarszczyła brwi i zerknęła na moją drogą koleżankę Isabellę.
— Ładny dzień, prawda?
Uśmiechnąłem się szeroko, chcąc ukryć swoją niepewność. Myślałem też, że w ten sposób może rozluźnię atmosferę i przestane się bać o własne życie.
— Co?
— No, ładny dzień… jak ty. — Puściłem oczko w stronę Ingrid. Ekspedientka sklepu z pluszakami prychnęła i skrzyżowała ręce na piersi. — Złość piękności szkodzi.
Podniosła się ze swojego siedzenia, uprzednio rzuciwszy kartą menu na stół. Na jej twarzy zagościły rumieńce, które raczej nie były winą wstydu tylko czystej złości.
— Nie wiem jak wy, ale ja stąd wychodzę.
Widziałem, jak zaczyna się obracać. Spokojnie, próbując uspokoić własne nerwy.
Kiedy zbliżała się do drzwi, coś znowu trzasnęło. Był to tak cichy odgłos, że wiedziałem, że to nasz koniec. Że teraz, w tej właśnie chwili, coś obrzydliwie strasznego otwiera drzwi od kuchni i zaczyna węszyć w powietrzu.
Wręcz słyszałem miękkie kroki potwora. Oczami wyobraźni nawet widziałem jego świecące oczy, czarne futro i kły gotowe, by odgryźć mi głowę.
— Wstawaj.
Nie miałem czasu zaprotestować. Wyższa kobieta złapała mnie pod ramię i pociągnęła w stronę wyjścia.
— Hej, he he, poczekaj. — Próbowałem się wyślizgnąć z ucisku, ale wtedy chwyciła mnie jeszcze mocniej, znacznie pewniej, niż przed momentem. — Wiesz, ogólnie to jestem dosyć delikatny, no i wiesz… możesz mnie tak nie trzymać?
Puściła mnie, dopiero kiedy wyszliśmy na zewnątrz. Któryś przechodzeń spojrzał na nas ze zdegustowaniem. Pożegnałem go środkowym palcem, krzycząc, żeby się odpierdolił. Dlaczego to zawsze są mężczyźni?
Poprawiłem pogniecioną koszulę. Daniella miała szczęście, że nie rozciągnęła mi materiału. To przecież kosztowało dużo pieniędzy. Nawet nie pamiętam ile dokładnie, ale na pewno więcej, niż mogłoby mi się wydawać.
— Proponuję przejść się do kawiarni.
Isabella westchnęła. Przetarła twarz otwartą dłonią.
— Ja podziękuję.
— Ależ nalegam, piękna pani.
Zamachnęła się, żeby mnie uderzyć. Ledwo udało mi się to uniknąć.
— Okej! Chciałbym się czegoś napić, dobra?
— Przed chwilą piłeś…
— Chciałbym się napić czegoś ładnego — wtrąciłem się, przerywając Danielli. — Ci tutaj — Wskazałem na szyld wiszący nad nami — mają okropną bitą śmietanę. Wiesz, jak to wyglądało? Jak gówno! Nie będę pijać takich rzeczy.
Odwróciłem się teatralnie na pięcie.
— A znam dobrą kawiarnię, gdzie serwują naprawdę pyszne kawy. I ciasta.
 
Zarzuciłem nogę na nogę. Oparłem się łokciem o niewielki stolik i wbiłem wzrok w kartę menu. Widziałem wiele interesujących pozycji i na nic nie mogłem się zdecydować.
— Ej, Darcy, wolałabyś czekoladę na gorąco czy może coś mniej słodkiego?
— Mam wybierać za ciebie?
— Myślę, że masz dobry gust. — Popchnąłem kartę w jej kierunku. Plastikowy bloczek poleciał po stoliku i prawie odleciał na drugi koniec sali.
Kobieta przyjrzała się dostępnym daniom, mruknęła pod nosem, ale w końcu zdecydowała mi się pomóc:
— Gorąca czekolada. Wyglądasz, jakbyś lubił takie rzeczy.
Nie mogę powiedzieć, że nie zgadła. Nie byłem teraz chętny na takie słodkości, bo gorąca czekolada jest napojem strasznie słodkim, wręcz przesłodzonym, a chwilę wcześniej bałem się, że jakaś krwiożercza bestia rozerwie nas na kawałki.
— Szybciej.
Zaczęła pospieszać mnie Isabella. Patrzyła na mnie spode łba z założonymi rękoma na piersi. Na twarzy kobiety, a właściwie na jej czole, widniała głęboka zmarszczka, sugerująca, że prędzej czy później znowu spróbuje mnie uderzyć.
— Oj, no! Daj mi się nacieszyć.
— Czym? Tylko ty się cieszysz, że z nami tutaj siedzisz. Myślisz, że chcę tutaj być? Siedzę tu tylko ze względu na bezpieczeństwo.
Zignorowałem to. Nie potrzebowałem psuć sobie humoru. I znowu się stresować czymś, co nie istniało i było wytworem tylko mojej szaleńczej wyobraźni.
Zawołałem kelnerkę i poprosiłem o czekoladę. Zemdliło mnie na myśl, że będę musiał to wypić, ale chciałem zdobyć zaufanie kobiety, z którą niedawno piłem. Wydawała mi się interesująca. Jak niezbadane głębiny oceanu, czy jak się mówi na takich tajemniczych ludzi.
Kiedy na stole pojawiły się nasze zamówienia, od razu otworzyłem usta, by coś powiedzieć. Przerwał mi niestety niezidentyfikowany warkot. Poczułem, jak włosy jeżą mi się na rękach. Z niepokojem zaglądnąłem kobietom w oczy. Nie wyglądały, jakby słyszały to samo, co ja.
— Wierzycie w duchy?
Isabella odstawiła kawę z hukiem na stolik.
— Kurwa, gościu. — Wzięła chusteczkę leżącą obok i wytarła usta. — Kim ty jesteś?
Warczące stworzenie przestało się odzywać. Na chwilę zapanowała cisza. Słyszałem tylko, jak obsługująca nas przed chwilą kelnerka zaczęła zbierać filiżanki ze stolika obok. Jej ruchy zdawały się nienaturalnie miękkie i powolne. Jakby wcale… nie była człowiekiem.
To chyba nie był mój dzień. Zdecydowanie nie był to mój dzień.
Mrugnąłem. Tylko tyle wystarczyło, żeby nagle przed nami wyrósł przerażający stwór. Był tak wielki, że rzucał cień na nasz stolik. Przed oczami zrobiło mi się ciemno. Chyba mdlałem.
— Hej… wiecie…
Chciałem dokończyć „on nas śledził”, ale wtedy potwór rzucił czymś o stół. Wszystko, co trzymaliśmy na drewnianym stoliku, rozsypało się, rozlazło, ogólnie zostało zniszczone i wręcz zrównane z ziemią. Podniosłem się z siedzenia i z przerażeniem zacząłem szukać wyjścia. Nie patrzyłem na Danielle ani Isabellę. Interesowała mnie znowu moja własna dupa, co było co najmniej nie na miejscu, ale od wielu lat walczyłem o życie i nie chciałem go teraz tracić.
Drzwi wyjściowe były zablokowane. Potwór chyba wiedział, że będziemy chcieli wyjść tak samo, jak weszliśmy, więc zastawił je krzesłami i stołami. Nie wiem, czy ktokolwiek z naszej trójki miałby tyle siły, by to poprzesuwać. Niewiele myśląc, pobiegłem na zaplecze. Na suficie wisiał znak wskazujący drogę ewakuacyjną.
— Dante?!
Usłyszałem krzyk za swoimi plecami, ale nawet te wrzaski nie sprawiły, że się zatrzymałem.
Dobiegłem do drzwi wyjściowych na zapleczu. Naturalnie wyglądały na zamknięte, ale gdy je popchnąłem… zamek przeskoczył. Wypadłem na zewnątrz, potykając się o własne buty.
Chwilę później dobiegła do mnie jedna kobieta, a potem następna. Obie zatrzasnęły za sobą duże, czarne drzwi.
— Chciałeś nas zabić?!
Pracownica sklepu złapała mnie za koszulę i przyciągnęła do siebie. Strasznie dyszała. Pot ściekał jej kropelkami po czole.
— Hej, spokojnie, to pewnie był jakiś pijany chłop. Ćpun. Wiecie, czasem się tak zdarza.
Odsunąłem się tak, by zachować bezpieczną odległość między nimi. Nie chciałem wychodzić na wariata. Dopiero co się poznaliśmy. Nie muszą słuchać o czymś, co tylko ja widzę. One pewnie uciekały przed agresywnym, naćpanym chłopem, a ja próbowałem uniknąć śmierci z łap okropnego potwora. Tak pewnie to wyglądało.
— Może… spotkamy się jutro? — Uśmiechnąłem się najszerzej, jak tylko potrafiłem.

schizofrenik ma schizofrenie
────
[1104 słowa: Dante otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 2 listopada 2025

Od Dantego — „Moneta” [Smellstober]

Miasto spowiła noc. Na chodnikach przesiadywała teraz najgorsza banda z San Francisco. Kobiety przyspieszały kroku. Kurczowo ściskały pasek swojej torebki. Patrzyły przed siebie, nie pozwalały sobie na przypadkowe skrzyżowanie wzroku z bandziorami. Obserwowałem je uważnie. Podziwiałem, z jakim opanowaniem są w stanie poruszać się po mieście w takich godzinach.
Kobieta, z którą szedłem, uśmiechnęła się do mnie. Jej ciepły uśmiech rozpalił moje serce. Przyjemnie się na nią patrzyło. Na jej rozwiane ciemne włosy, umalowane oczy i bordowe usta.
Poprawiła obcisłą sukienkę, która zdążyła się jej podwinąć, odsłaniając kawałek uda. Nasze kroki zgrywały się ze sobą. Byłem prowadzony stukotaniem jej obcasów. Uwiązany na smyczy.
Martha zaprowadziła mnie do kasyna. Nigdy wcześniej nie byłem w takim miejscu. Miałem zwyczajnie za mało pieniędzy, żeby bawić się w hazard; ale jej nie mogłem odmówić. Nie tym pięknym oczom, które przez całą drogę spoglądały na mnie z ukradka.
Weszliśmy razem. Noga przy nodze. Ręka przy ręce. Martha odgarnęła włosy. Widziałem, jak opadają na jej plecy. Uśmiechnęła się do mnie. Powiedziała coś, czego nie zrozumiałem, bo przez cały czas patrzyłem na jej usta. Jak się poruszają, gdy mówi. Jak skóra na jej twarzy się rozciąga.
— Poczekaj na mnie. Muszę coś załatwić. — Musnęła moje ramię i odeszła w swoją stronę. Słyszałem tylko oddalający się stukot obcasów.
Zostałem sam pośród bogatych mężczyzn. Każdy z nich wyglądał na takiego, co ma portfel wypchany po brzegi. Pachniało tutaj cygarem. Dobrej jakości cygarem. Zapach był tak silny, że nie mogłem się oprzeć.
Podszedłem do jednej grupki.
— W co panowie grają? — zagaiłem z szerokim uśmiechem.
Potarłem dłoń o dłoń, udając, że jest mi zimno. Zazwyczaj to działało.
— Chciałbyś spróbować?
Mężczyzna wcisnął ręce w kieszenie garniturowych spodni. Patrzył na mnie z góry. Denerwowało mnie to.
Uśmiechnąłem się już nieco złośliwiej.
— Pewnie.
Westchnął. Pokręcił głową i zerknął na swoich kolegów, którzy spojrzeli na mnie w ten sam, irytujący sposób. Jakbym był tylko głupim dzieciakiem, szukający dobrej zabawy. Chociaż prawdę mówiąc, nie mylili się. Byłem głupim dzieciakiem, szukającym dobrej zabawy; zapach cygara zwabił mnie do nich, jak ćmę do światła. Podszedłem na oślep, ignorując wszystkie czerwone flagi. W moich oczach liczyło się tylko to, by trzymać w zębach cygaro.
Miałem już siadać z nimi do stołu. Ściskałem w dłoni ramę krzesła.
— Och, widzę, że nie mogę cię zostawiać.
Martha dotknęła mojego ramienia. Rozpłynąłem się pod dotykiem kobiety. Delikatnym, jakby jej dłonie zostały stworzone z czystego jedwabiu.
Zastygłem w zgięciu. Uśmiechnąłem się do mężczyzn. Jeden ich na widok kobiety zagwizdał. Poczułem obrzydzenie. Wyprostowałem się, otworzyłem usta w celu odpyskowania, ale Martha wiedziała, co chcę zrobić. Wiedziała i zdołała mnie uspokoić, zanim było za późno. Zanim zdążyłem rozpętać bójkę z silniejszymi ode mnie, nadzianymi kolesiami.
Zjechała ręką z mojego ramienia. Jej szczupłe palce splotły się z moimi. Zabrakło mi tchu.
— Chodź.
Jej miękki głos sprawił, że znów zostałem przypięty do niewidzialnej smyczy. Nawet nie spojrzałem na tych mężczyzn. Głód na cygaro minął. Byłem z nią. Chciałem z nią być.
Martha zaprowadziła mnie do innego pomieszczenia. Wszędzie stały duże kanapy. Na oparciach leżały czerwone poduszki.
Usiedliśmy na jednej z nich. Zatopiłem się w miękkości tych poduch.
— Kochany, posłuchaj — zaczęła ze spokojem. Położyła torebkę na kolanach, otworzyła zamek i zaczęła czegoś szukać. — Musisz uważać w takich miejscach — wyciągnęła puder — tacy faceci nie są mili.
Nie przykładałem dużej wagi do jej słów. Interesowało mnie, że była tutaj ze mną. Siedziała obok. Nasze kolana stykały się ze sobą.
W drugim pomieszczeniu stały stoły do gier w ruletkę. Widziałem jak kilku mężczyzn siedzi, trzyma się za głowę i obserwuje kręcącą się kulkę. Ciekawiło mnie, jak dużo pieniędzy zostawili w tym miejscu. Jak bardzo puste portfele już mieli.
— Dante. — Martha ścisnęła moją dłoń. Spojrzałem na nią z zaskoczeniem. Wzdrygnąłem się przez ten niespodziewany dotyk. Nie potrafiłem przyzwyczaić się do jej miękkich dłoni. — Grałeś kiedyś w pokera?
Uśmiechnąłem się. Chciałem skłamać. Tak bardzo chciałem skłamać.
— Nie.
Nie potrafiłem. Nie przy niej.
— Jeśli dla mnie wygrasz, to będę twoja.
 
Usiadłem przy pierwszym wolnym stole. Oprócz mnie do gry włączył się jeden starszy facet z siwą brodą, wyglądający raczej jak dziadek (ale cholernie przystojny), kobieta, paląca dobrej jakości tytoń i jeszcze jeden mężczyzna.
Patrzyliśmy sobie w oczy w skupieniu. Nigdy wcześniej nie grałem w pokera. Prawdę mówiąc, zawsze najgorzej radziłem sobie w grach karcianych.
W pomieszczeniu było duszno. Dym papierosowy mieszał się z ziołem. Kręciło mi się w głowie. Przyjemne uczucie rozpaliło mnie tak samo, jak robiła to Martha. Chciałem grać. I chciałem wygrać.
Uśmiechnąłem się do starszego mężczyzny. Głaskał swoją siwą brodę. Patrzył na mnie spod byka.
— Dlaczego się w to pchasz, młody? — zapytał.
Miał naprawdę głęboki głos. Moje serce zadrżało. Nie wiem, czy ze strachu, czy z podekscytowania.
— Lubię pogrywać z przystojnymi mężczyznami. — Puściłem do niego oczko. — I z pięknymi kobietami.
Uśmiechnąłem się do jedynej kobiety. Czarnowłosa wypuściła dym z ust. Poprawiła duże okulary, które zaczynały zsuwać się z jej nosa.
Myślałem, że odpowie na moją zaczepkę. Zazwyczaj to działało; ale ona siedziała w ciszy, odwróciła wzrok i skupiła się na dużym stole, na który zaraz zaczniemy wyrzucać pieniądze, karty oraz żetony. Dopiero jak spojrzałem na to, co stało przede mną, uświadomiłem sobie, w co tak naprawdę się wpakowałem.
— Zagramy szybko, hm?
Ktoś stanął za moimi plecami. Nie zdążyłem się odwrócić, bo zaraz znalazł się w kompletnie innym miejscu. Z czarującym uśmiechem na twarzy patrzył na nas wszystkich. Wyglądał, jakby został wyjęty z bajki.
— Nie przyszedłem tutaj na krótkie gierki — odburknął ten, którego przed chwilą nazwałem „przystojnym mężczyzną”. — Zamierzasz to zacząć, czy mam czekać na twoje durne sztuczki?
— Kilka sztuczek cię nie zbawi. — Machnął ręką.
Widziałem, że na mnie patrzył. Czułem przeszywający wzrok na swoim ciele.
Od razu się rozluźniłem. Odwzajemniłem uśmiech, którym mnie uraczył. Słodki jak cukierek. O wiele lepszy od tych, z którymi miałem dzisiaj zagrać. Wolałbym, żeby siedział na miejscu tego starego buca.
— Możesz rozdać karty?
Przewrócił oczami. Uśmiech cały czas nie schodził mu z twarzy. Wyglądał jak największa…
— Powiedziałem coś — przypomniał się.
Wstał z miejsca. Krzesło szurnęło o podłogę, przechyliło się w momencie, kiedy zrobił krok ku blondynowi i upadło z głuchym łomotem na trochę brudny dywan.
Oczekiwałem szamotaniny. Chaosu. Nagłego zamieszania; bo w takich miejscach nie byłoby to niczym dziwnym, szczególnie że właśnie w takich budynkach ludzie nie raz tracą swoje majątki. Zamiast tego… blondyn znikł.
Kiedy mrugnąłem, on już stał za mną. Zaciskał dłoń na moim ramieniu.
— Chodź stąd.
Wstałem. Zupełnie nie wiedziałem, dlaczego to robiłem. Jego głos pociągnął mnie za sobą. Prosto w jakieś ustronne miejsce, gdzie żaden cholerny przemądrzały bogacz nie będzie nam przeszkadzał.
Przeczesał włosy ręką.
— Wybacz, musiałem coś z nim zrobić. Już któryś raz próbuje zaczynać w ten sposób bójki.
Puścił mi oczko.
— Nie ma sprawy, ja…
Przypomniało mi się. Przypomniało mi się, co powiedziała do mnie Martha. Jeśli dla niej wygram, to ona… będzie moja. Zostanie ze mną na zawsze. Tak właśnie powiedziała.
Poczułem nagłą złość. Zrobiło mi się gorąco w piersi i nie była to wina futra, które miałem na sobie narzucone.
— Poczekaj. — Wyciągnąłem otwartą dłoń ku niemu, jakbym kazał mu przestać coś robić, chociaż blondyn nie robił kompletnie nic. Po prostu stał i na mnie patrzył. — Ja muszę zagrać w tego pokera.
— Jesteś pewien?
— Muszę.
Odwrócił się. Spojrzał w stronę stołu, przy którym przed chwilą siedziałem.
— Mam lepszy pomysł.
Zmarszczyłem brwi. Czułem, że tracę cierpliwość. Potrzebowałem wygrać. Dla niej.
Schował ręce do kieszeni. Uśmiechnął się do mnie czarująco. Prawie mnie to kupiło.
— Najpierw musisz wygrać ze mną.
— Co to znaczy?
Mój głos zaczął drżeć. Stresowałem się. Nie. Ja się bałem, że ją stracę. Że już więcej nie spojrzę na tę piękną kobietę. Na jej długie, ciemne włosy i bordowe usta. Że już nie poczuję jej intensywnych, kwiatowych perfum.
— Pomyśl o jakiejś karcie.
Widząc moje zawahanie, zachęcił mnie do tego skinieniem głowy. Nie mogąc ruszyć się z tego miejsca, po prostu zobrazowałem sobie w myślach jedną z kart do gier. Nie znałem się na tym za bardzo, to widziałem tylko numerki oraz kolory.
— Czy karta, o której myślałeś, to ósemka pik?
Wyciągnął kartę z rękawa, jakby był moim prywatnym magikiem i przedstawiał mi swoje sztuczki.
— Chyba… nie.
Rozpromieniłem się. Myślałem, że to koniec moich problemów. Byłem przekonany, że czarujący blondyn zniknie i pozwoli mi wrócić do gry w pokera. Oczami wyobraźni widziałem siebie i Marthę.
— Och, myślę, że to musiała być ta karta.
— Nie — zaprzeczyłem twardo. — Mogę już wrócić?
Mrugnąłem. Tylko tyle wystarczyło, żeby zniknął. Zobaczyłem go przy innym stole. Dłoń miał zaciśniętą w pięść. Otworzył ją, dopiero kiedy zacząłem się do niego zbliżać. Na otwartej ręce leżało parę pogniecionych banknotów oraz kilka monet.
Od razu sprawdziłem swoje kieszenie. Puste.
— Jaka szkoda — zaśmiał się. — Potrzebujesz pieniędzy, żeby zagrać.
 
Martha znikła. Nie poczekała na mnie. Blondyn znikł z moimi pieniędzmi.
Rzeczywiście, nie różniłem się za bardzo od osób, które przychodziły do kasyna, by zagrać. Do domu wróciłem bez niczego. Moim ciałem jedynie wstrząsały dreszcze. Znowu byłem sam na sam ze swoim strachem. Bałem się, że coś mnie zabije.

────
[1465 słów: Dante otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia +13 za event]

czwartek, 30 października 2025

Od Dantego — drabble „Nuta”

Kiedy był dzieckiem, mama nuciła mu do snu pewną melodię. Nigdy nie usłyszał słów tej piosenki. Zawsze przed snem, ale też w chwilach, kiedy nie radził sobie z emocjami, kobieta brała chłopca na kolana i cicho śpiewała mu do ucha. Dante usypiał w jej objęciach.
Siedział teraz przy otwartym oknie. Wdychał chłodne październikowe powietrze i nucił pod nosem tę samą melodię, którą znał od małego dziecka. Nie było już przy nim mamy. Sam musiał się uspokoić. Utwierdzić w przekonaniu, że nic nie chce go znowu zabić.
Wyciągnął papierosa. Włożył go sobie między zęby i odpalił. Nie przestawał nucić uspokajającej melodii.

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

środa, 29 października 2025

Od Dantego — drabble „Widmo”

Dante przycisnął zimną dłoń do ust Ivy. Jego długie palce delikatnie otulały twarz mężczyzny, jakby chciał ukołysać go do snu.
Drżał cały na ciele. Pot zbierał się kropelkami na czole. Ivy próbował wyrwać się z tego uścisku. Zacisnął rękę na nadgarstku mężczyzny. Jego przerażony wzrok wręcz błagał o wolność.
Dante przekroczył już każdą możliwą granicę. Przełknął nerwowo ślinę zanim odważył się odezwać.
— Nie ruszaj się. Proszę… naprawdę, proszę.
Zszokowany Ivy nie przestał zaciskał ręki. Zmarszczył groźnie brwi, a Dante rozglądał się w tym czasie po pokoju. Kropla potu zaczęła spływać po jego rozgrzanej skroni.
W ciemnym pokoju zauważył widmo potwora.

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 28 października 2025

Od Dantego — drabble „Przebranie”

— Idziesz na jakiś bal karnawałowy?
Pewien chłopak dosiadł się do niego. Był wyraźnie podpity. Czerwony na twarzy i rozczochrany. Miał w sobie coś, przez co Dante dalej chciał z nim rozmawiać, chociaż tekst, który przed chwilą usłyszał nie był wcale górnolotny.
Zanim zdążył odpowiedzieć, nieznajomy wyciągnął z kieszeni parę banknotów i rzucił je na stół. Dante spojrzał najpierw na pieniądze, a później na niego.
— Masz. To dla ciebie. — Puścił oczko do Dantego. — To przebranie jest boskie.
— Jakie przebranie?
— No, chodzi mi o to futro! — krzyknął. Jego głos zniknął w pogłosie głośnej muzyki. — Jesteś może jakimś wilkołakiem? Chcesz mnie zjeść, co?

────
[100 słów: Dantego otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 26 października 2025

Od Dantego — drabble „Kajdanki”

Pchnięty na łóżko, opadł na nie bezwładnie. Głowa spotkała się z niebywale miękka poduszką, a ciało zatopiło się w równie puchatym materacu. Westchnął z rozkoszy. Druga osoba nad nim zawisła. Jedna ręka znalazła się tuż obok jego głowy.
Palce muskały wargi Dantego. Rozmazywały i tak roztarty po wieczornym piciu makijaż.
— Jak masz na imię? — zapytał.
Jego głos drżał w głowie Dantego. Nawet się nie znali. Nie wiedział, kto nad nim wisi. Widział tylko piękne oczy, przystojną twarz i wargi, które chciał pocałować.
— Dante.
Szarpnął nim. Odwrócił tyłem tak, by ręce znalazły się na jego plecach. Poczuł na nadgarstkach coś puchatego.

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Dantego — drabble „Numer”

Młoda kobieta uśmiechnęła się do Dantego. Miała bardzo ładne, niebieskie oczy i równie piękny makijaż, który dodatkowo podkreślał ich błękit.
Dante nie miał odwagi zapytać o numer. Właściwie bał się, że zaraz ją straci, bo tak dobrze im się rozmawiało. Siedzieli sami przy barku, odwróceni twarzami ku sobie, stykając się butami.
— Nie chcesz się napić? — zapytała pierwsza, sięgając do torebki. Wyciągnęła telefon. Dante już myślał, że zaproponuje następnie spotkanie, ale ona zawołała barmana i zamówiła im po drinku. — Nie martw się. Ja zapłacę.
Wieczór minął w spokoju. Szkoda, że więcej się już nie spotkali. Mógł poprosić o ten cholerny numer.

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

sobota, 25 października 2025

Od Dantego — drabble „Glina”

Zerwał się gwałtownie z łóżka. Nawet nie zdążył zasnąć. Od kilku godzin leżał, wpatrywał się w sufit i błagał swój umysł, by nie odpłynął.
Ktoś lub coś zrzuciło na ziemię gliniany talerz. Rozleciał się z hukiem na miliony małych i dużych kawałków. Dante stał w kuchni, próbując uspokoić swój oddech. Ze strachu nie zadbał o swoje bezpieczeństwo i zdążył pokaleczyć swoje palce, kiedy próbował na szybko pozbierać ostre elementy.
Oblizał strużkę krwi. Przerażenie nie pozwoliło mu przestać i zbierał kawałki dalej, raniąc palce i dłonie coraz bardziej. Z ran lała się czerwona ciecz. Kapała na podłogę, tworząc jeszcze większy bałagan.

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

piątek, 24 października 2025

Od Dantego — drabble „Słowo”

Ivy siedział spięty na fotelu. Ręce miał ze sobą splecione, złożone na kolanie. Patrzył wszędzie, tylko nie na Dantego, który siedział naprzeciwko niego.
Mężczyzna poprawił parę razy włosy zanim zdecydował się odezwać.
— Znowu coś widziałem — zaczął z udawanym spokojem. — Nie wiem, co to było, ale zdecydowanie chciało mnie zabić.
Ivy się nie odezwał. Pozwolił swojemu pacjentowi mówić, a słowa zaczęły uciekać z ust Dantego potokiem. Jakby były częścią porywistego wiatru, łamiącego drzewa, czy też rzeki, niszczącej brzegi.
— Czuję oddech tego czegoś. Widzę czasem jego oczy. Czuję jego straszny zapach. — Nerwowo podrapał się po nosie. — Pewnego dnia umrę. I co wtedy?

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 23 października 2025

Od Dantego — drabble „Ropucha”

Zdjąłem buty razem ze skarpetkami i rzuciłem je na trawę. Moja mama stała już w rzece z nogami zanurzonymi po kolana. Machała do mnie zachęcająco. Jej uśmiech rozświetlał jej twarz.
— Chodź szybko! Pokażę ci żabki!
Zadowolony podbiegłem do niej. Przedzierałem się przez spokojnie płynącą wodę, chlapiąc nią dookoła.
— Gdzie?
— O, tutaj. — Wskazała palcem na ukrytą żabkę pod lilią wodną. — Złapać ci ją?
Pokiwałem ochoczo głową, a mama zaczęła powoli zbliżać się do płaza. Pamiętam, że udało jej się ją złapać za pierwszym razem. Wróciła do mnie już z żabą w rękach.
Powiedziała, że mogę ją pogłaskać i tak też zrobiłem.

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

środa, 22 października 2025

Od Dantego — drabble „Witryna”

Zazwyczaj widział, jak ludzie zatrzymują się przed sklepowymi witrynami, by obejrzeć wystawiony towar. Przyglądali się, oceniali, czy im się to podoba, po czym wchodzili do środka, by to coś kupić.
 
Słońce już powoli zachodziło. Dante zatrzymał się przed sklepem odzieżowym. Jego postura odbijała się w witrynie. Podszedł bliżej, przechylił do przodu i zaczął poprawiać włosy, które zdążyły rozlecieć się we wszystkie strony świata.
— Co pan robi? — Sprzedawca wyglądnął na zewnątrz. Dante się wyprostował i uśmiechnął. — Myśli pan, że pana nie widać?
— Och, tylko spokojnie, chciałem tylko poprawić ubrania.
— Zjeżdżaj stąd. Nie kupujesz, to mi tutaj nie stój. — Machnął nerwowo ręką.

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 21 października 2025

Od Dantego — drabble „Dzwonek”

Była noc. Przechadzał się po mieście, jak zmęczona dusza, dla której nigdzie nie było miejsca. Zatrzymał się przed wejściem na plażę i nie zdejmując butów, pokierował się ku piaszczystemu podłożu. Ciężko było mu ustabilizować postawę ciała na obcasach, ale parł do przodu, podziwiając spokojne wody oceanu.
Wszystkie dodatki, które dzisiaj ubrał brzęczały metalicznie na wietrze. Obijały się o siebie z każdym kolejnym krokiem mężczyzny. Sprawiały, że niósł za sobą niepokojącą melodię, odstraszającą innych. Jak dzwonki, które wieszało się na drzwi, by w wietrze dni przyjemnie śpiewały.
Spojrzał na ocean. Fale rozbijały się o brzeg. Ukląkł. Zanurzył rękę w chłodnej wodzie.

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 20 października 2025

Od Dantego — drabble „Latarnia”

Pociągnąłem nosem. Chłód przeszywał moje ciało, chociaż temperatura nie wskazywała pewnie mniej niż dwanaście stopni.
Wzdrygałem się co chwilę. Dreszcze szarpały moim kręgosłupem, a ja próbowałem zmusić siebie, by jak najszybciej wrócić do domu. Czułem się obserwowany. Bałem się odwrócić, bo przerażała mnie wizja czerwonych ślepi, czających się na mnie w ciemnościach.
Zatrzymałem się dopiero w świetle ulicznej latarni. Odetchnąłem głęboko i szczelnie opatuliłem siebie rękoma. Dłonie zaciskałem w pięści, szczękałem zębami. Wydawało mi się, że coś na mnie warczy. Że czemuś ślina ucieka spomiędzy zębów.
Nogi prowadziły mnie dalej. Przyspieszałem co chwilę kroku. Próbowałem uciec. Tylko znowu przed czym?

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 19 października 2025

Od Dantego — drabble „Przyjaciel”

Siedziałem na kanapie u mojego psychiatry. Czekałem, aż poda mi leki. Przez cały ten czas, odkąd tutaj byłem, nie potrafiłem oderwać oczu od niego. Patrzyłem, jak ziewa, jak poprawia nerwowo rękawy swetra. Fascynował mnie.
W końcu wstał, a ja odprowadziłem go wzrokiem do szafek, w których trzymał leki. Już nawet wiedziałem, co dokładnie tam chowa i czego mogę się spodziewać. Wrócił do mnie z jednym opakowaniem i trzęsącą dłonią podał mi leki. Bez uśmiechu. Bez żadnego słowa. Jakbym wcale nie istniał.
— Denerwujesz się? — zapytałem, jakby to już nie było oczywiste. — Przecież jesteśmy przyjaciółmi, prawda?
Nie spotkałem się z żadną odpowiedzią.

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

sobota, 18 października 2025

Od Dantego — drabble „Dziecko”

Nie był już dzieckiem. Czuł się jak dziecko. Czuł się jak samotne małe dziecko, kiedy wiedział, że mama już nie wróci. Że został na tym świecie sam. Że już więcej nikt się do niego tak szczerze nie uśmiechnie. Nie pokocha i nie opowie bajki. Czule nie dotknie, nie odgarnie długich włosów za ucho. Nie pocałuje w nos, w czoło ani w zdarte kolano.
Może to właśnie wtedy postradał zmysły. Zgubił swoją prawdziwą osobowość i zaczął ukrywać ją pod płaszczykiem charyzmatycznego i do bólu zakłamanego gościa. Był nikim bez tego. Pusty w środku. Zranione dziecko, którego nikt nigdy nie potrafił wyleczyć.

────
[100 słów: Dante otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]