Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misje poboczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misje poboczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 grudnia 2024

Od Rickiego — zlecenie #3

Syn Merkurego leżał wygodnie, zakopany w pościeli i przykryty trzema kocami. W dłoniach biografia Marii Skłodowskiej-Curie i byłby to idealny wieczór, gdyby nie jeden szczegół. Nie mógł określić przyczyny, ale odczuwał dyskomfort. Na tyle uciążliwy, żeby z westchnieniem zaznaczyć stronę zużytym papierkiem lakmusowym i zacząć robić coś w kierunku usunięcia tego problemu — okazało się, że była nim mała, czarna tekturka wciśnięta w prześcieradło, uwierająca go wcześniej w kostkę. Zamrugał i wymruczał pod nosem jej treść: ,,Witeliusz prosi, byś wyprowadziło psa jego sąsiadki lary w Nowym Rzymie. Oto adres: Papieżowa 69/420”.
Spojrzał na nadgarstek, na zegarek z Ben 10. Przestał działać już wiele przypadków wybuchów i zalań temu, ale hej, dwa razy na dobę cały czas wskazywał właściwą godzinę, prawda? Podrapał się po głowie i stwierdził, że w sumie nie jest tak zimno i spacer mu nie zaszkodzi. A jak wróci, zrobi sobie jeszcze herbatę i dokończy książkę.
Dzięki tej nadziei i zapałowi udało mu się dotrzeć pod wskazany adres, choć pogoda i inne okoliczności starały się go zwrócić z tej drogi i przypomnieć o ciepłym łóżku. Ricky dotrzymał swojego postanowienia i stanął przed drzwiami pani lary, zadzwonił dzwonkiem i uśmiechnął się szeroko.
— Wchodź, kochanie! — Kobieta otworzyła niemal natychmiastowo. Szybszy od niej był tylko wspomniany na karteczce pies. Okazał się jamnikiem o trzech wyszczerzonych ostrymi zębami pyszczkach.
— Mini Cerber! Ale jazda! — Syn Merkurego nachylił się już pomiziać wszystkie uszka, mimo że ich właściciel zaczął trzema kompletami kłów nadgryzać mu różne części ciała lub garderoby.
— Co wieczór chodzę z nim na długie spacery, dziś jednak mam inne plany. — Lara przy lustrze układała włosy i przyglądała się swoim ubraniom.
— Idę na kolację z pewnym szczególnym dżentelmenem i na pewno to będzie niezapomniana noc. Chcę jednak, by moje maluszki też dobrze się bawiły, więc pamiętaj o smaczkach, uważaj, żeby się nie kłóciły, a środkowa głowa….
Przerwał jej kolejny dzwonek do drzwi. Mętna poświata wokół lary rozbłysła nagle, kiedy otwarła i zobaczyła, kto przyszedł.
— Witeliuszu! Będziemy się już zbierać, zamknij potem drzwi, klucze wiszą na kołku!
Odchodzącą parę larów zagłuszył miniaturowy Cerber. Ricky, według wskazówek zabrał klucz, smaczki z półki i wyszedł.
Gdyby półbóg nie był synem Merkurego, tego wieczoru prawdopodobnie wyzionąłby ducha. W krępym ciałku drzemała wielka siła — mimo śniegu i krótkich nóżek jamnik biegał i skakał bardziej energicznie niż niejeden jednogłowy pies. Może nawet dwa albo trzy.
Piesek paroma kółkami wokół latarni przywiązał do niej Rickiego smyczą, następnie prawie zrzucił go do Małego Tybru i pogryzł mu rękawiczki na drobne strzępy.
Merwkurwiak usadził w końcu jamnika w miejscu. Pewnie nie na długo, ale zamierzał skorzystać z chwili i wypełnić prośbę lary o smaczkach.
— Jesteście głodni? No? Na pewno jesteście!
Wyjął z kieszeni trzy smaczki. Rzucił jednym — złapał go pyszczek po lewej. Drugi trafił do pyszczka po prawej. Trzeci wypadł mu na śnieg, i już złapał go zdrętwiałymi palcami i odwrócił twarz w stronę psa, kiedy nagle została ona owiana falą gorąca.
To, czego lara nie zdążyła dokończyć — środkowa głowa ziała ogniem. Wykorzystała swoją umiejętność i pomściła straszną niesprawiedliwość, a teraz chrupała smaczka z zadowoleniem, patrząc małymi oczkami na osmaloną twarz opiekuna. 

 ──── 
[509 słów: Ricky otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia + 30 za zlecenie]

niedziela, 7 stycznia 2024

Od Heather (od Krasnala Ogrodowego) — zlecenie #17

Nawet nie byłem pewny, jak długo siedziałem pod ławką, wydawało się, że minęły już miesiące. Czułem kurz na swoich oczach, co jak można się domyślić, nie było przyjemne. Moja ceramiczna budowa nie pozwalała na mruganie, więc mogłem tylko narzekać na swój tragiczny los.
Zdążyłem zauważyć rutynę kilku mięsnych, wyższych, zwykle niebrodatych krasnali, ale też podsłuchać rozmowę kilku z nich. Zdaje się, że powinienem nazywać ich ludźmi czy herosami, choć niektórzy nazywani byli też legatariuszami bądź centurionami. Mimo tego wolałem zostać przy „ludzie”.
Pewnego dnia jednak pojawił się ktoś nowy, zobaczyłem jakiegoś niskiego człowieka o blond włosach, coś mi mówiło, że to właśnie ten człowiek uwolni mnie z mojego cierpienia zakurzonych oczu. Czułem, że jakieś robaki robią sobie na mnie mieszkanie.
Zauważyłem, że jeden z dobrze znanych mi ludzi powitał nowego, poprzez podanie ręki. Zaobserwowałem ten nietypowy tik już kilka razy, widocznie był to pewien rodzaj pozdrowienia. Nie słyszałem, co mówią, jednak ich ekspresja mówiła mi, że gdyby byli krasnalami ogrodowymi, ludzie nazwaliby ich „smętne krasnale ogrodowe”. Na szczęście, na mnie ust nie można było zobaczyć, zasłaniała je moja szara, gęsta broda. Oczy za to były dobrze widoczne i jak już podkreślałem, zakurzone.
Dwójka ludzi zaczęła się przemieszczać, widocznie Rodia, gdyż tak go nazywano, opisywał miejsca, na które sam miałem widok. Nie wiedziałem, co mówi, ale mogłem sobie wyobrazić. „Tu mieszkają ludzie o niskim statusie społecznym, a tu o wysokim. Nie mam pojęcia, co klasyfikuje ludzi, bo o wzrost na pewno nie chodzi”. Jakoś tak.
Długo nie zajęło, aby niższy człowiek dostał jakiegoś olśnienia, tak to nazywano, i podbiegł do mnie, klękając i wyciągając mnie z zacienionego piekła. Wyższy dobiegł nieco później, głównie dlatego, że nie był pewien, co się stało.
– Kurwa, kolejny krasnal? – zapytał ze śmiechem w głosie chłopak, patrząc na mnie. Miał naprawdę piękne niebieskie oczy. Mimo tego niższy człowiek szybkim ruchem ręki przetarł moje zakurzone powieki, otwierając mi oczy na światło i piękno tego świata. Nareszcie byłem w stanie zobaczyć drzewa, słońce, ptaki… Ach, gdybym tylko mógł, zapłakałbym, a słona łza spłynęłaby po mojej ceramicznej, wrażliwej brodzie. Niestety, nie jestem zdolny do płaczu, nieważne jak bardzo bym próbował. Chyba że rosa na mnie zostanie bądź będzie padać deszcz. Mimo tego, przez te miesiące nie czułem żadnego z tych zjawisk. Wydawało mi się, że pogoda zawsze pozostawała taka sama.
– UKRADLI MI KRASNALA! – krzyknął nagle ubrany na czarno człowiek, a wtedy nagle przypomniało mi się. Tak, pamiętałem! To była Heather, heroska. Widziałem ją, wydawała się o mnie kiedyś dbać tak jak o moich innych porcelanowych braci i siostry.
– Że co? – zapytał, unosząc brwi Rodia. Niemądry Rodia, mądra Heather. Skradziono mnie, ale kto to zrobił, och, kto? Kto byłby w stanie uczynić coś takiego? Szczególnie mi i miłosiernej Heather?
– No, zajebali mi krasnala! Przysięgam, miałam takiego w Obozie Herosów. Wiedziałam, że zaczyna być ich mniej! – zbulwersowała się, przecierając mnie jeszcze raz, widocznie zauważyła więcej kurzu. Mnie już kurz nie przeszkadzał, nie miałem go na oczach ani na brodzie, więc byłem zadowolony. Mimo tego Heather o mnie dbała. Heather jest miła.
– E, to wiesz, może chcesz pójść do rzeczy znalezionych, bo- – zaczął mówić, tak jak nazywano go, legatariusz, jednak przerwano mu.
– Tak, tak, wiem, nie mam matki, ale wątpię, że znajdę Nemezis w rzeczach znalezionych. Nie musisz szpanować tym, że masz obu rodziców. – machnęła ręką, jakby mając nadzieję, że Rodia się odczepi.
– Nie, chodzi mi o to, że ciągle znajdujemy jebane krasnale ogrodowe. Są w rzeczach znalezionych, możesz je stamtąd wziąć. – wytłumaczył legatariusz. – Najpierw radziłbym ci znaleźć kogokolwiek, kto podkłada i kradnie te krasnale. – zaradził herosce, która już snuła plany. Widziałem to po jej oczach, myślała co zrobić i byłem pewny, że wybierze mądrze. W końcu jest bardzo mądra.
– Dobra, macie tu dzieci Hefajstosa? W sensie Wulkana. – poprawiła się niska heroska.
– Mój dziadek to Wulkan. – wypuścił powietrze z płuc centurion, widocznie zdenerwowany. Czyżby już o tym nie wspominał? Och, Heather nie ma dobrej pamięci, ale mimo tego, jest mądra.
– To super, umiesz jakieś te… pułapki, kamery czy coś? – uniosła brwi, widocznie miała już plan. A ten plan musiał wyjść, jej plany zawsze wychodziły. Dobrze to wiedziałem, plany mądrych ludzi zawsze są mądre.
– Teoretycznie. Możemy iść do mojej mamy, będzie wiedzieć więcej. – zaproponował Heather.
– Nie, wystarczy mi. Weź mi zmontuj kilka jakichś takich małych kamer i pułapki takie… wiesz, jak z „Kevin sam w domu”, ale bardziej zaawansowane. – rozkazała rówieśnikowi, sama zaczynając coś notować. Och, znałem ten notatnik! Można było tam znaleźć wszystko, przepisy na jedzenie, notatki z lekcji, ale też wiersze z punktu widzenia rzeczy, takich jak buty czy korona króla. Nie dziwiłem się, że Heather pisała takie rzeczy, w końcu Heather umie wszystko.
Nastała noc, a ja musiałem spać w sianie, razem z moją wybawicielką, ale jej to nie przeszkadzało, bo wiedziała, że jej plan za niedługo wejdzie w życie i znajdziemy winowajcę. Znajdziemy tego, kto mnie ukradł!
Obudziłem się o świcie, kiedy to heroska o dwóch kolorach oczu zabrała mnie na poranny bieg dookoła obozu. Była to pierwsza okazja w całym moim kruchym życiu, aby poczuć wiatr w brodzie i zobaczyć jak to jest biegać. Sam nie byłem do tego zdolny. W jej szybkim spacerze przerwało jej pojawienie się prawie śpiącego centuriona, który podał jej kamery.
– Masz, pułapki muszę zamontować sam. – ziewnął, przynajmniej zakrywając usta. Może jednak zna trochę kultury, Heather nie ucierpi na rozmowie z nim. Jedynie kiwnęła zadowolona w odpowiedzi i dała mu znak ręką, aby szedł za nią. Tak zaczęła się nasza podróż przez labirynt. Nie było łatwo, ale oboje wydawali się mieć drogę wrytą w pamięć. To świadczyło o tym, że nie są tacy głupi, jacy mogliby się wydawać. Szybko znaleźliśmy się w obozie, gdzie trafiliśmy na niskiego mężczyznę z trzema moimi braciami pod pachą. Wszyscy, oprócz mnie, wydali z siebie coś między krzykiem a westchnieniem.
– ZŁODZIEJ KRASNALI! – krzyknęła Heather, a Rodia chciał już ratować moich ceramicznych braci, kiedy to winowajca rzucił nimi o ziemię i uciekł. Mimo to Rodia był bardzo szybki i dogonił go, w końcu powalając na ziemię. Heather podbiegła ze mną do niego, gdzie dopiero mu się przyjrzeli.
– Kurwa, ała… – mruknął obolały człowiek, który wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać. Mnie też chciało się płakać, zabił moich braci i za to należy mu się zemsta! Gdybym mógł ją zrobić. Niestety moja budowa utrudnia jakikolwiek ruch. – Nie jestem złodziejem, to moje krasnale. Ja tu byłem pierwszy, zapomniałem ich wziąć. – próbował się wytłumaczyć, ale ja w ogóle go nie pamiętałem. Nie mogłem kiedyś należeć do niego, bo nie wiedziałem kto to. Zauważył, że oboje nie są przekonani, więc kontynuował. – No, jestem synem Nemezis, ja tu mieszkałem… – z jego oczu zaczęły lecieć łzy, a ja mogłem się tylko śmiać. W myślach. Niech cierpi, zasłużył na to. Oczywiście, nie obeszło się bez porządnego pobicia go od dwójki herosów, jednak w końcu wyszedł cało, a ja zostałem odłożony na półkę tam, gdzie powinienem być. Obok Heather.
Minęło kilka dni, a obok mnie pojawili się moi bracia i siostry, którzy również zostali skradzeni przez zdrajcę Nemezis. Teraz obserwuję codziennie Heather i innych herosów, Heather upewnia się, że widzę dużo świata. Nawet czasem zostawia mnie przed drzwiami innych domków, a kiedy ktoś mnie znajdzie, odnoszą mnie do wybawicielki. To nasza zabawa, którą oboje bardzo lubimy. Zauważyłem też, że heroska lubi pisać o mnie opowiadania. Kilka razy mi je czytała i jestem dość zadowolony z tego, jak mnie przedstawiono.


◇──◆──◇──◆
[1209 słów: Heather (a raczej jej krasnal ogrodowy) otrzymują 12 PD+30]

niedziela, 31 grudnia 2023

Od Kazue — zlecenie #9

Spokojnie sobie ćwiczyła walkę mieczem, a nagle jakaś dwójka dziwaków do niej podeszła. Jeden zaczął coś tam gadać o graniu na jakimś instrumencie, a drugi beztwarzowiec wydawał się potakiwać burczeniem brzucha. Dopiero kiedy zerknęła na brzuch nietypowego stworzenia, zauważyła… że, no, jego twarz znajduje się na jego torsie. Różne dziwy widziała, więc jedyne co sobie pomyślała to „aha, zajebiście”. Podobno ten brzuchomówca chciał nauczyć się na czymś grać. Wszystko byłoby ok, gdyby sama wiedziała, jak się gra na czymkolwiek, oprócz na nerwach. Jasne, jej brat coś tam umie, ale chuj jej po bracie w Vermont.
– No… e… jaki instrument ci się widzi? – spytała, starając się patrzeć w oczy jej nowego koleżki bez czucia się niesamowicie niekomfortowo.
– Wiesz, myślałem o czymś w stylu fletu. – odpowiedział, a Kazue od razu zaczęła sobie wyobrażać, jak blemmjowie mieliby grać na flecie.
– O, nie… może coś w stylu ukulele albo gitara? – zaproponowała, patrząc jak ekspresja… torsu się zmienia.
– Och, skoro nie flet, to może saksofon? – spytał, a jedyna odpowiedź, jaka przychodziła herosce do głowy to ucieczka. Mimo tego nie może tak po prostu biedaka zostawić. Westchnęła, po czym wyciągnęła spod łóżka gitarę, która była tam w sumie… od bogowie wiedzą jak długo. Wyglądała, jakby jakiś hipis grał na niej ballady do swojej ukochanej. Podała ją uprzejmemu koledze, czekając, aż sam coś z nią wymyśli.
– Bę, bę… – zaczął dotykać strun, naciągając je, żeby robiły jakoś dźwięk. A z tego, co było jej wiadomo, nie tak grało się na gitarze. Wzięła ją, po czym zaczęła się trochę męczyć z nastrojeniem jej, ale jakimś cudem jej się udało. Chyba oglądanie jak jej brat grał było przydatne. Potem podała ją znowu blemmjowi, a po chwili szperania wyciągnęła również kostkę, na której był wizerunek czegoś, czego nie mogę opisać.
– Okej, trzymasz kostkę i drugą ręką trzymasz struny na tym czymś, to się chyba nazywa szyjka, rączka, nie wiem, niezbyt mnie to interesuje. – spróbowała ustawić ręce Grześka (przynajmniej tak go postanowiła nazywać), aby były tak, jak pokazywała. – I zmieniasz palce, kostką brzęczysz te struny, które trzymasz. – dodała, dając znak, żeby spróbował coś zagrać. Było źle, ale nie tragicznie! – Dobra, przy- przestaniesz już? Dziękuję. Przydałoby się, abyś znał jakieś nuty… – zaczęła się zastanawiać, na tym jej wiedza się kończyła. Na szczęście, ma magiczne urządzenie zwane telefonem. Wyszukała najłatwiejsze nuty do nauczenia się i o, są! – C-dur, e-moll, A-dur… a wiesz co, pierdol, wszystko już umiesz. – stwierdziła, rozsiadając się. – Aby grać, po prostu chwytasz i napierdalasz tym kogoś, kto cię wkurzył. Tak, dokładnie tak. – potwierdziła, kiedy Grzesiek zaczął ćwiczyć wymachy. – A jak chcesz jakiś dźwięk, to sobie znajdź tabulatury. To takie coś, że masz sześć linii, odpowiadają strunom i masz tam zapisane jakieś cyferki, które coś znaczą. Nie martw się, złapiesz od razu. Tak, idź się pochwalić. – kiedy jej nowy kolega wybiegł z domku Aresa, aż się wzruszyła. Ach, tak szybko dorastają… ej, tak właściwie, czy ta gitara nie była pamiątką po jakimś zmarłym herosie...? A chuj, trudno, nie będzie mu przeszkadzać, już nie żyje. A nawet jeśli, to nic z tym nie zrobi. Sorry, martwy nieznajomy bracie.


◇──◆──◇──◆
[508 słów: Kazue otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia + 30 PD za wykonane zlecenie]

czwartek, 28 grudnia 2023

Od Blanche — zlecenie #5 — część 9

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

TW: śmierć, zwłoki, krew, wzmianki o duszeniu, rasizmie oraz igłach

Drzwi gwałtownie uchyliły się, gdy za nie szarpnęła. Jednak nie to sprawiło, że zachwiała się i musiała przytrzymać framugi, by nie upaść. Drewno zostało przez kogoś bądź coś rozpłatane, a rząd wystających z niego wielkich drzazg wbił jej się boleśnie w dłoń. Nie czuła jednak bólu, nie widziała tych kilku kropli krwi, które spadły na podłogę. I tak nie miały one żadnego znaczenia w porównaniu z kałużą czerwieni rozlaną zaledwie kilka kroków od niej, kałuży czerwieni, w której leżała Grace. 
Blanche wiedziała, że nie jest już w stanie jej pomóc, czuła to gdzieś pod skórą. Pomimo tego znalazła w sobie jednak dość siły, by oderwać się od futryny (razem z tymi cholernymi drzazgami) i podejść do dziewczynki na drżących nogach. Grace wyglądała jak porcelanowa lalka, czekająca, aż ktoś podniesie ją z zimnej posadzki, czule pogładzi po włosach i odłoży na honorowe miejsce na półce, wśród ozdobnej zastawy i figurek słoni z uniesionymi trąbami. A może raczej wyglądałaby tak, gdyby nie szereg głębokich ran przecinających jej ciało i krew, która posklejała jej ciemne loki i ubrudziła jasną bluzkę. 
Palce kobiety same powędrowały na bok szyi dziewczynki. Odczekała chwilę, łudząc się, że cokolwiek wyczuje. Nie czuła jednak nic poza lepkością krwi i suchym szlochem, który wstrząsnął jej własnym ciałem. 
Była w zbyt dużym szoku, by płakać. Być może wciąż działały na nią resztki adrenaliny, którą czuła, gdy próbowała dotrzeć tu na czas. 
W panice próbowała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała o pierwszej pomocy. Czy powinna w ogóle próbować jej udzielić? Grace zmarła zapewne niedawno, ale była to śmierć straszna, przy której straciła mnóstwo krwi. 
Drżącą ręką schowała przypinkę, w którą znowu zmienił się jej miecz, do torebki, i wyjęła z niej telefon. Skoro sama nie wiedziała, co zrobić, musiała zaczerpnąć opinii eksperta. Co oznaczało, że miała dosłownie minutę, przez którą czekała na połączenie z dyspozytorem numeru alarmowego, by wymyślić jakąś wiarygodną historyjkę. 
— Halo — zaczęła, a jej głos dziwnie zachrypiał. Do tej pory nie zauważyła tego, jak bardzo ściśnięte było jej gardło. — Znalazłam ciało. Dziewczynka, nieco ponad dziesięć lat. Prawdopodobnie zaatakowało ją jakieś dzikie zwierzę albo kilka dzikich zwierząt… ma wiele głębokich ran, a wokół niej jest tak dużo krwi… — zamilkła. 
Dopiero teraz, kiedy mówiła o tym wszystkim na głos, dotarła do niej cała sytuacja, w której się znalazła, i jej ostateczność. Grace nie żyła. A ona, osoba, na którą dziewczynka liczyła, nie dała rady jej pomóc. Zawiodła ją. 
Dopiero teraz popłynęły łzy. 
— Gdzie się pani znajduje? Dobrze rozumiem, że do zdarzenia doszło na zewnątrz? — odpowiedział męski głos. 
— Nie, nie na zewnątrz. Jestem w jej mieszkaniu, Forest Houses, budynek 12., mieszkanie 59. Przedpokój jest w ruinie… 
— Zna pani tę dziewczynkę? 
— Tak, znam ją, ale od niedawna. Brała, wraz ze swoim ojcem, udział w badaniu statystycznym, które prowadzę. Została wytypowana do dodatkowego wywiadu, który właśnie chciałam przeprowadzić, ale… — urwała, by stłumić szloch. Żeby jej opowieść była wiarygodna, musiała zapewne być przejęta, ale nie aż tak, jak była w rzeczywistości. 
— Proszę nie dotykać niczego wokół siebie. Najbliższy patrol policji wraz z karetką pogotowia jest już w drodze. Wspominała pani coś o ojcu dziewczynki. Czy mogłaby pani podać jego imię i nazwisko oraz numer telefonu? Jeden z funkcjonariuszy skontaktuje się z nim. Na miejscu pojawi się również psycholog, który będzie do dyspozycji zarówno ojca, jak i pani, jeśli będzie pani tego potrzebować. 
— Ja… Podeszłam do niej i sprawdziłam, czy ma puls. Poza tym nic nie dotykałam — wyjaśniła, po czym podała dyspozytorowi dane kontaktowe Patricka Pullsona. 
Potem pozostało jej już tylko czekanie. To, co według zegarka w telefonie wynosiło zaledwie siedem minut, kobiecie zdawało się trwać całe godziny. Jej wzrok gdzieś w trakcie tych okropnych kilku minut sam powędrował ku szeroko otworzonym, zamglonym oczom dziewczynki. Ręka sama jej drgnęła ku stygnącemu ciału, wiedziona nagłą chęcią zamknięcia powiek dziecka. Może wtedy udałoby jej się wmówić samej sobie, że Grace tylko odpoczywała po walce, że zaraz wstanie i zapyta Blanche o to, czy znalazła jakieś odpowiedzi. 
Córka Tyche westchnęła i położyła dłonie na własnych kolanach. Obiecała dyspozytorowi, że nie będzie niczego dotykać. Nie mogła nic zrobić. Była zbyt wolna. Zawiodła Grace. Doprowadziła do jej śmierci. Zabiła Grace. 
Drgnęła, gdy drzwi za nią nagle otworzyły się szerzej. Przez chwilę szarpała się z torebką, chcąc wyciągnąć z niej przypinkę. Nie udało jej się to jednak, na szczęście, a przy niej po chwili zjawił się funkcjonariusz policji. Gdzieś obok przeszli również lekarz i ratownik medyczny, którzy pochylili się nad Grace.  
(Nie było ani śladu wspomnianego przez dyspozytora psychologa. Najwyraźniej uznano, że bliscy zamordowanego dziecka nie zasługiwali na jego uwagę). 
Każda komórka w ciele panny Lemieux krzyczała, że powinna coś zrobić, kazać im odejść i zostawić dziewczynkę w spokoju. Czy nie widzą, że umarła? Czy nie widzą, że ona, ta, która miała jej pomóc, ją zawiodła? Miała ochotę krzyczeć, szarpać się i płakać. Zamiast tego wbiła puste spojrzenie w czapkę policjanta, starając się zrozumieć, czego on od niej chce. 
Nie miała żadnego prawa do żałoby po Grace. Znała ją zaledwie od kilku tygodni. Spotkała ją raz, kilka razy rozmawiały telefonicznie, wymieniły kilkanaście esemesów. I tyle. Nie była jej rodziną, nie była przyjaciółką rodziny. Była dla niej nikim, przypadkową nieznajomą, która pośrednio doprowadziła do jej śmierci, bo była zbyt głupia, by w porę połączyć fakty. 
 
Policjant zadawał zbyt wiele pytań. Odpowiadała mu najkrócej, jak potrafiła. Tu półsłówko, tam zaledwie dwa słowa, gdzieś może jakieś zdanie pojedyncze. Minimum, które pozwalało jej nie zagubić się za bardzo w oficjalnej wersji zdarzeń. 
Choć Blanche unikała tego widoku, wiedziała, że ciało zostało już spakowane do worka jak jakiś przedmiot, a kolejne przedmioty wokoło oznaczone jako dowody. Czyżby policjanci, których nagle namnożyło się w przedpokoju, sądzili, że zbrodni winny był jednak człowiek, a nie zwierzę? 
I tak wiedzieli tyle, co nic. Wysłaliby ją do szpitala psychiatrycznego, gdyby powiedziała im prawdę. 
Gdzieś w środku kolejnego zadanego jej pytania drzwi znowu się otworzyły. Policjant urwał w pół słowa i posłał pełne współczucia spojrzenie mężczyźnie, który właśnie przekroczył próg domu, swojego własnego domu. 
Blanche wbiła paznokcie w nieuszkodzoną przez drzazgi dłoń, próbując powstrzymać się od płaczu, gdy Patrick Pullson padł na kolana prosto w jedną ze znaczących posadzkę plam krwi. Szloch, który opuścił jego usta w tym momencie, zdawał się należeć do rannego, wręcz umierającego, zwierzęcia, a nie do człowieka. 
— Nie… — wydusił z siebie po chwili. — To niemożliwe! To nie jest moja córeczka… To musi być jakieś nieporozumienie! — Zerwał się na równe nogi i złapał za kołnierz najbliższego sobie policjanta. — To jakiś głupi żart, prawda? Kto jest za to odpowiedzialny? Kto… — Urwał. 
Rozbiegany wzrok mężczyzny spoczął na Blanche. Zanim ta zdołała cokolwiek zrobić, w dwóch długich krokach znalazł się koło niej i celował oskarżycielski palec prosto w jej twarz, prawie dźgając ją w nos. 
— To ty… Wiedziałem, że nie można ci ufać. Wiedziałem, że przyniesiesz nam tylko nieszczęście. To przez ciebie nie żyje moja mała córeczka! — wrzeszczał, a jego ślina pryskała na twarz kobiety. 
Córka Tyche stała jak wmurowana. Łzy znowu cisnęły się jej do oczu. Gardło zatkała gula. Ojciec Grace miał rację. To przez nią zginęła jego córka. Była potworem w takim samym stopniu, w jakim było nim to, co bezpośrednio zgładziło dziewczynkę. 
— O czym pan mówi? Dlaczego sądzi pan, że to wina panny Lemieux? — wtrącił się policjant, który wcześniej zbierał zeznania kobiety. 
— Przepraszam. Próbowałam pomóc. Chciałam ją chronić, tak jak pan, naprawdę chciałam… Ale byłam zbyt wolna… — wydusiła z siebie w końcu Blanche, patrząc w oczy zrozpaczonemu ojcu, licząc na to, że zauważy i zrozumie to, że dzieliła z nim ból. 
Patrick przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał pchnąć ją do ściany, zacisnąć palce na jej gardle i trzymać tak, aż przestanie się rzucać i charczeć, zwiotczeje i, gdy tylko puści ją, pełen odrazy, opadnie na podłogę, gdzieś wśród cudzej krwi. A ona wiedziała, że, poza instynktem, który sam nakazywałby jej walczyć, nie opierałaby mu się zbyt mocno. Zasłużyła na to. 
Mężczyzna jednak zrobił coś zupełnie innego. Owszem, wyciągnął ku niej dłonie, ale zamiast przylgnąć nimi go jej krtani, rozpaczliwie pochwycił poły jej marynarki i, znów padając na kolana, zaniósł się donośnym płaczem. 
— Wiedziałem, że coś jej zrobią — wychrypiał po jakimś czasie. — Kręcili się przy niej od dawna. Naprawdę próbowałem ją chronić. I wierzę, że pani też, chociaż nie wiem, czy powinienem pani ufać. Ale ona pani ufa… — Urwał, na chwilę przenosząc wzrok na czarny wór. — Ufała. A moja mała Grace znała się na ludziach jak nikt. 
— Przepraszam bardzo, kim są ci „oni”? — wtrącił się policjant, który zdawał się dowodzić tą sprawą. 
— Kosmici! — wykrzyknął pan Pullson, znowu wstając (prawie przewracając przy tym Blanche, o którą nagle się wsparł całym ciężarem swojego ciała). — To oni zabili moją córeczkę! Tylko oni byliby w stanie zrobić tu taki bałagan! 
Funkcjonariusz najwyraźniej uznał to za spowodowane szokiem bredzenie. Skinął głową ku stojącemu na uboczu medykowi, który nagle znalazł się tuż za Pullsonem i jednym, wprawnym ruchem wbił mu igłę w szyję. Już po chwili wysoki mężczyzna padł mu prosto w ramiona. 
— Czy to w ogóle legalne? — mruknęła po chwili milczenia Blanche, zszokowana obrotem spraw. 
— Proszę się tym nie przejmować. Pośpi przez najbliższe kilka godzin, a potem będzie jak młody bóg — wyszczerzył się dowódca. 
— Młody bóg? Właśnie stracił córkę! Ma prawo do emocji tym spowodowanych, nawet jeśli wiąże się to z opowieściami o kosmitach! — zauważyła panna Lemieux. 
— Niech się paniusia cieszy, że skończył tylko tak. Ludzie jego pokroju często kończą gorzej — zasugerował mężczyzna, a ton jego głosu zdradzał, że nie miał tu na myśli fantazji o kosmitach, a inną, widoczną na pierwszy rzut oka, cechę. 
Krew zawrzała w żyłach córki Tyche, ale powstrzymała się od prowadzenia dalszej dyskusji z rasistą. Zapamiętała tylko nazwisko zapisane na plakietce przy mundurze. Już następnego dnia skarga na niego powinna znaleźć się odpowiednio wysoko w szeregach policji. 
Wiedziała też, że będzie musiała zadzwonić do pana Pullsona za kilka godzin, by sprawdzić, czy nie zostały mu podane kolejne środki i czy po prostu czegoś nie potrzebował. Nie zamierzała zostawić go samego w tej sytuacji. 
— Czy jestem jeszcze do czegoś potrzebna? — spytała jedynie innego policjanta, wyglądającego na bardziej kompetentnego, chcąc móc już uciec z tego miejsca. 
— Musi udać się pani z nami na komendę w celu złożenia oficjalnych zeznań. Możliwe również, że w przyszłości zgłosimy się do pani w celu zadania jeszcze kilku pytań. 
— Czy to oznacza, że sądzicie, że nie zrobiło tego zwierzę, a człowiek? — spytała ostrożnie.
— Jesteśmy w trakcie zbierania śladów. Nie mogę na ten moment powiedzieć pani nic więcej. 
Skinęła głową, bo i ona nie miała mu do powiedzenia nic więcej. 
 
Do domu wyruszyła jakieś dwie godziny później, spod starego, obskurnego budynku miejscowej komendy policji. Nie robiono jej tam problemów. Najwyraźniej nie załapała się (jeszcze?) do ich listy podejrzanych. 
Nie pamiętała, jak dotarła z powrotem do Obozu. Prawdopodobnie trafiła tam na grzbiecie tego samego pegaza, który zabrał ją do domu Grace, ale… Nie była pewna. Gdy przemierzała Obóz, zapadał już zmierzch. Obozowicze zgromadzili się wokół ogniska, śpiewając pieśni. 
Ktoś próbował ją zatrzymać, ale zignorowała nawoływanie. Odeszła stamtąd najszybciej, jak była w stanie i wsiadła do samochodu. 
Jechała powoli, bojąc się, że wskutek chwili nieuwagi wjedzie samochodem w drzewo, pieszego czy inny pojazd. Kierowcy wyprzedzających ją samochodów trąbili na nią i pokazywali w jej kierunku pewne sugestywne gesty, ale ona miała to gdzieś. Była zmęczona. Lewa dłoń piekła jak cholera. Była zrozpaczona, wściekła na siebie i… i odczuwała jeszcze mnóstwo innych emocji i uczuć, których sama nie potrafiła nazwać. 
Telefon zadzwonił, gdy była już pod domem. Głos, który usłyszała po odebraniu, brzmiał jeszcze gorzej, niż się spodziewała. 
— Pani mi wierzy, że to zrobili kosmici, prawda? 
Pierwsze pytanie zadane przez mężczyznę wybiło ją z rytmu. Może jeszcze nie doszedł w pełni do siebie po działaniu podejrzanej substancji, którą wmusili w jego organizm policjanci? 
— Wydaje mi się, że to inne stworzenie, równie trudne do pojęcia przez innych ludzi, jak kosmici — wyjaśniła, podchodząc do drzwi wejściowych swojego domu. 
— W takim razie jak nazwałaby pani to, co zabiło moją Grace? — spytał Patrick, a coś w jej sercu ukłuło przez to, z jaką czułością wspominał swoją córkę. 
— Potworem, panie Pullson. Nazwałabym to coś po prostu potworem. 
Miała nadzieję, że kiedyś uda jej się spotkać tego potwora, potwora, który zabił najcudowniejszą dziewczynkę na świecie. Miała również nadzieję, że będzie wtedy w stanie wbić mu swój xiphos prosto w serce, aż po samą rękojeść, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką zrobi w swoim życiu.

ZLECENIE ZAKOŃCZONE

◇──◆──◇──◆ 
[2029 słów: Blanche otrzymuje 20 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

czwartek, 21 września 2023

Od Mistrza Gry do Souksakhone — „Na ratunek 112” (zlecenie #8)

Kto rano wstaje, temu Mistrz Gry daje!
A co? Na przykład woń żula Mietka, tak mocną, że można by typa uznać za potomka Kloacyny. Ale Mieczysław to spoko ziomek, jest gotów paść ci do stóp za pudełko z ciepłym, domowym posiłkiem. Nie mówiąc już nawet o tym, że ktoś NARESZCIE bierze go na serio!
— Słuchaj, młody, ja wiem, że wszyscy mnie tu mają za świra — zaczął, mlaskając nieco, ponieważ oczywiście od razu się rzucił na dzieło kulinarne twojej mamy. — I mi to tam pasuje, niech sobie ludzie gadają, mam ich w du… Dobra, nie będę przy młodzieńcu się tak wyrażał. Mam ich gdzieś. Ale oni też mnie mają gdzieś, a te zasra… — znowu przerwał, krzywiąc się nieco. — Sorry, siła przyzwyczajenia. No, w każdym bądź razie… Co to ja miałem…? — zaciął się, a swoją konsternację próbował ukryć, pchając sobie do gęby zdecydowanie za dużo jedzenia jak na jeden raz. — A, tak — kontynuował z jeszcze na wpół pełną jadaczką. (Radzę się odsunąć, żeby nie zostać oplutym). — Te przeklęte kolczaste węże urządziły sobie imprezę w moim dobytku! Na początku ja też myślałem, że to delirka, bo co innego takie tańczące leprechauny, a co innego te… — odchrząknął, szukając zamiennika dla „skurwysynów” czy innych „gówien” — ...stwory. Ale potem znowu było lepiej z wódką, no i to już nie mogła być delirka, a moja kufajka, jak była spalona, tak jest!
Zamaszystym ruchem odłożył pojemnik z resztką jedzenia na chodnik, by móc z niego poderwać to, co zostało z jego ukochanej kufajki. Z nieokreślonym bliżej mamrotaniem prawie wcisnął ci reszty starego ciucha pod nos, chcąc ukazać ci potęgę jego osobistej tragedii.
— Moja biedna kufajeczka! Młody, ona pamięta odległe czasy, kiedy ja jeszcze pracowałem! Czy ty wiesz, kiedy ja ostatnio, kurrr…czę, pracowałem? Musisz mi pomóc, bo te dziady pewnie tu znowu wrócą i jak tak dalej pójdzie, to z dymem pójdę ja! Bo policja oczywiście chu… To znaczy, nic niewarta. Ale ty wyglądasz na mądrego chłopca — wyszczerzył się, ukazując ci resztki swoich zębów. — Pomożesz biednemu starszemu panu, prawda?
No jak by można było odmówić temu pięknemu uśmiechowi? To znaczy, jasne, możesz odmówić, żyjemy w wolnym kraju, ale wtedy złamiesz mu serce. Możesz też się zgodzić i od razu przejść w tryb detektywa, zebrać zeznania świadka lub rozejrzeć się w okolicy i spróbować znaleźć jakieś dowody. Tylko może najpierw załóż coś cieplejszego, żebyś się nie przeziębił.

poniedziałek, 18 września 2023

Od Souksakhone — „Na ratunek 112” (zlecenie #8)

Niedziela rano, a dokładniej 6 NAD ranem, większość dzieci w Nowym Jorku jeszcze spała, ale nie Sou. Sou jest z Azjatyckiego domostwa w Azjatyckim sąsiedztwie, o tej godzinie wszyscy już byli na nogach, czy tego chcą, czy nie. Starsza sąsiadka, która co rano przychodziła pomóc mu i mamie, z impetem weszła do pokoju z odkurzaczem napierdalającym na pełnej, krzycząc do niego coś o byciu leniem i że jest tu syf. Chłopak nawet nie mógł sprawdzić godziny na telefonie, bo już go ta baba wyganiała do ubrania się! Sou szybko wziął coś do ubrania i uciekł do łazienki, gdzie mógł się ubrać w długie czarne spodnie ze skórzanym paskiem, białą koszulkę i czarną koszulę ze wzorem w Garfielda. To, że musiał ubierać się przyzwoicie, nie oznacza, że nie mógł ociekać dripem.
Souksakhone wyszedł z łazienki, wkładając koszulkę do spodni, i poszedł do kuchni, która była połączona z dużym pokojem i jadalnią. Od razu można było poczuć ostry zapach przypraw, który mógł nie jednego zwalić z nóg.
– Cześć, mamo, potrzebujesz czegoś? – Sou pochylił się do swojej opiekunki, by ją przytulić na dzień dobry.
– Tak, ułóż wszystko na stół, proszę. Tylko ostrożnie, błagam – od kiedy Sou stłukł 8 misek i 2 talerze w wieku 12 lat, jego mama nie daje mu spokoju i zawsze błaga go o ostrożność za każdy razem, gdy chłopak miał choćby najmniejszą styczność ze szkłem i porcelaną. – a i zawołaj panią Santos i resztę, okej?
– PANI SANTOS! – Souksakhone krzyknął, ale szybko poczuł siłę laczka mamusi na sobie.
– Idź do niej!
Z westchnieniem od niechcenia, mężczyzna poszedł do pokoju obok i poinformował kobietę o śniadaniu, a potem wyszedł z mieszkania, by powiedzieć to samo panu Santos i ich synowi. Albo wnukowi, kto wie, oni wyglądają, jakby mogli mieć prawnuków nawet.
Sou zazwyczaj jadł wszystkie posiłki z sąsiadami, nie tylko to dawało jego mamie poczucie, że nie jest sama, ale także było tańsze! Rzadko kiedy zostawało jedzenie na talerzu.
Śniadanie szybko i przyjemnie minęło, po wszystkim państwo Santos wróciło do siebie, Sou wziął się za sprzątanie, a jego matka ustawiła swój laptop na stole, aby dokończyć swój projekt, który miał być skończony na wtorek. Dzień jak co dzień, dopóki jego mama nie zaczęła gadać.
– Kochanie, Pamiętasz żula Mietka spod sklepiku osiedlowego?
– Kogo? – na te słowa jego mama spojrzała na niego krzywo, chociaż nie było to nic obraźliwego… Ale to nawet najstarsi górale nie wiedzą, dlaczego mamy takie są.
– Tego, co od lat opowiada każdemu, kto chce wysłuchać historie o wróżkach, czy leprechaunach, które ukradły mu drobniaki na piwo…
– A, on… No pamiętam – niech ona nawet nie kontynuuje, jemu tak się nie chciało sprawdzać żadnych problemów związanego z jego bożą stroną.
– ale jego ostatnia opowieść o kolczastych stworach, które spaliły mu już koc, czapkę i kufajkę brzmi trochę zbyt realistycznie. Myślę, że ktoś powinien się tym zainteresować.
– Yhm… – chłopak kiwnął głową, udając, że nie wie, o co chodzi.
– Tak, mówię o Tobie, Souksakhone.
– Ale- – Sou obrócił się w stronę matki.
– Żadnego „ale”! A, jeszcze możesz panu Mietkowi zanieść to pudełko z jedzeniem.
Chłopak jęknął i wyłączył wodę. Odstawił mokre naczynia na bok i poszurał w stronę drzwi, po drodze biorąc posiłek dla Mieczysława, aby włożyć buty i wyjść z domu. Na korytarzu była para nastolatków, która została zmuszona przez rodziców zrobić szybkie zakupy czy wynieść śmieci, przez chwilę z nimi porozmawiał podczas schodzenia na dół.
Na zewnątrz było zimno, zbyt zimno na zwykłą koszulę, ale już zszedł na dół, a nie chciało mu się wlec po schodach na piętro, więc chłopak po prostu wolał pocierpieć. Szybko ruszył w stronę sklepiku, przy którym zazwyczaj można było spotkać dobrze wszystkim znanego Mietka (chyba że straż go wygoniła). Dzisiaj jednak straż nawet nie chciała go prosić o pójście, z zaciekawieniem słuchali zeznań mężczyzny. Miejscowy bezdomny aż gubił się w słowach ze złości, pokazując straży jego zniszczony koc, z którego już teoretycznie nic nie było, ale jedynie co mogli zrobić to tylko coś wpisać w notatnik, wzruszyć ramionami i pójść sobie. Może i jego rzeczy zostały zniszczone, ale nikt mu nadal nie potrafi uwierzyć w jakieś stworki-potworki. Kiedy straż miejska już sobie poszła, Sou podszedł do mężczyzny.
– Dzień dobry, mam nadzieję, że nie przeszkadzam – zaczął, podając pudełko z jeszcze ciepłym śniadaniem – czy chciałby Pan powiedzieć, co się wydarzyło jeszcze raz? Ja totalnie Panu wierzę, dlatego chciałbym się dowiedzieć więcej.


◇──◆──◇──◆
[714 słów: Sou otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia + 30 za rozpoczęcie zlecenia]

sobota, 15 lipca 2023

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

TW: śmierć, zwłoki, krew

Drzwi zareagowały na twoje szarpnięcie i gwałtownie uchyliły się.
Przed sobą widziałaś ciało oparte o ścianę. Grace, rozpoznałaś dziewczynkę, chociaż jej twarz była rozorana pazurami. Wyglądało na to, że uciekała przed czymś do swojego mieszkania i nie zdążyła zamknąć drzwi na czas. Sprawcą morderstwa był ewidentnie mitologiczny potwór — śmiertelne stworzenie nie byłoby zdolne do zasiania takiego spustoszenia w przedpokoju.
Jedynym, co zostało nietknięte, był telefon dziewczynki. Palce dziecka zamarły na jego ciemnym ekranie, plamiąc go krwią w swoim ostatnim akcie — chęci wezwania pomocy.

piątek, 28 kwietnia 2023

Od Louise — zlecenie #6

Spokojne popołudnie Louise — czyli wygrzewanie się w słoneczku z książką zostało zakłócone przez jakiegoś nerwowego chłopaka, który mrucząc tylko parę słów wyjaśnienia, kazał jej pójść ze sobą.
— Jaki znowu Kaktus?
— Kakus — powiedział czerwonowłosy, ciągnący za sobą Louise. — Chowa się w lesie od paru tygodni i kradnie nam rzeczy.
— I ja mam wam niby w tym pomóc? Czemu po prostu nie zabijecie tego Koksa i będzie spokój?
— Kakus — kolejny raz zaznaczył heros, niezdecydowany czy się rozpłakać, czy wyryć imię potwora Louise na czole. — Myślisz, że o tym nie rozważaliśmy? Powiedział, że jeśli coś mu zrobimy, nigdy nie odzyskamy naszych rzeczy.
— Czyli ten Kutas gdzieś je schował? Może je zjadł? Po prostu go poddajcie torturom, na litość bogów, jesteście herosami, nie nastolatkami przeprowadzającymi babcię przez ulicę.
— W sensie że... łaskotanie? Albo zmusić go do zjedzenia styropianu?
Louise, prawie potykając się, rzuciła mu spojrzenie mówiące "Ja ciebie uczyć nie będę!".
Wtedy rozległy się krzyki — oto dotarli już do znajomych owego półboga, którzy najwyraźniej byli już mocno zniecierpliwieni.
— No, gdzie macie tego Krokusa? — zapytała Louise, krzyżując ramiona na piersi. — Nie po to ten biedak ciągał mnie po całym lesie, żebyśmy się teraz rozeszli do domów.
— Kaku... — chciał ją poprawić jeden ze zgromadzonych, ale czerwonowłosy młodzian klepnął go w ramię i coś szepnął mu w ucho. Ten również mu coś odszepnął, ale na tyle dyskretnie, że słyszeli to prawie wszyscy. "Clive, do jasnej cholery, w całym obozie nie było nikogo innego?"
Clive, jak się okazało, wzruszył ramionami.
— Schował się?
— Kakusie! — krzyknął któryś z obozowiczów. Kiedy to nie pomogło, zaczęli krzyczeć wszyscy — i wtedy stał się cud, bowiem z pobliskiej jamy wyłonił się szkaradny stwór. Z braku gałek ocznych założył sobie jedne z tych okularków z dyndającymi na sprężynkach parodiami oczu, miał również ubłocone niecałkowite ogrodniczki, a dalszą część wystroju stanowiły przeróżne korzenie i rośliny.
— Skończyliście palić już mój las? — wybełkotał.
— Właź.. — zaczął jeden z chłopaków.
— Wyczuwam, że przyprowadziliście kogoś ze sobą. Niech dokona prezencji, niechże ją poznam — kontynuował niezrażenie Kakus.
— Cześć, Korpusie. Przyprowadzili mnie tutaj, bo podobno ukradłeś im coś, i masz problem z oddaniem.
Kakus obrócił się w stronę Louise i najwyraźniej wspaniałomyślnie zignorował jej słabą pamięć do imion lub celowe przejęzyczenie wywołane zjawiskiem "nudzi mi się, będzie śmiesznie".
— Ukryłem oto te przedmioty ich pożądania w owych skrzyniach — zaprezentował ruchem ręki potwór. Jego bełkotliwy i niezrozumiały ton nie pasował do języka wyraźnie stylizowanego na wytworny.
— Jednakże jest w tym zagwozdka — bowiem otworzyć je może tylko rozwiązanie zagadki.
W tym momencie Clive westchnął i zwrócił się do Louise:
— Widzisz? Kto nie rozwiązałby zagadki starego nudziarza jak nie dziecko Ateny?
Kakus zgromił ich surowym spojrzeniem, jak nauczyciel, który przyłapał uczniów na szeptaniu, i mówił dalej:
— Jak mniemam, skoro tę młodą damę przyprowadziliście do pomocy i jest ona tu obecna i do pomocy gotowa, chcecie zapewne treść tej zagadki poznać.
Obozowicze energicznie pokiwali głowami. Kakus odchrząknął i zaczął mówić.
— Co rano chodzi na czterech, po południu na dwóch...
— Człowiek — przerwała mu Louise. — tę zagadkę wykorzystał już Sfinks wieki temu, wszyscy ją znają.
— Nie dałaś mi dokończyć! — wrzasnął urażony potwór. — Co jest z tą dzisiejszą młodzieżą nie w porządku?
— Musisz podać nam inną zagadkę, Kapusiu. To chyba trochę nie w porządku brać zagadki innych potworów.
Kakus nachmurzony zaczął chodzić w kółko, szurając i wzniecając tumany kurzu. Wyjął z kieszeni telefon i zaczął agresywnie w niego stukać, tak że Louise zaczęła już obliczać sekundy pozostałe do życia ekranowi urządzenia.
— O, może to... Nie, jednak nie.
Przywódczyni domku Ateny kiwnęła głową i podeszła do skrzyń. Uważnie je obstukała i dmuchnęła w zawiasy i szparki, przyłożyła ucho i zrobiła szereg rzeczy właściwych panom z brzuszkiem i wąsem w koszulce ubrudzonej tynkiem.
— A znacie takie… Czemu Jaś trzyma gazetę... na bogów, nie ta strona.
Louise próbowała zajść Kakusa z tyłu, ale ten siedział przed swoją jamką i ani myślał się ruszyć. Kiedy zauważył podchody córki Ateny, grzecznym warknięciem uświadomił jej, że może sobie do każdej dziupli, orzecha i każdej wiewiórce do dupy na tej polance zajrzeć, ale do jego domu nie wejdzie.
— Twoja stara jest tak stara… nie, to obraźliwe.
Kakus energicznie skrolował, rysując ekran swoimi pazurami. Cud, że jeszcze coś widział.
— Ten, kto mnie tworzy, nie potrzebuje mnie, kiedy to robi... — zaczął w końcu dumny potwór. Louise chciała coś powiedzieć, a może tylko kichnąć, ale Clive prewencyjnie uderzył ją łokciem w brzuch, żeby siedziała cicho.
— Ten, który mnie kupuje, nie potrzebuje mnie dla siebie. Ten, kto mnie użyje, nie będzie o tym wiedział. Czym jestem?
Louise usiadła na jednej ze skrzyń i głęboko się zastanowiła.
— Ręcznik? Nie, może... jakieś... A, czekaj…
Kakus wyciągnął z kieszeni ozdobny kluczyk i zaczął się nim bawić.
— No, dalej Louise. Znasz odpowiedź — szepnął Clive.
— Problem w tym, że to nieistotne. Po prostu odciągnijcie jego uwagę.
Czerwonowłosy chciał zadać jeszcze jedno pytanie, ale w końcu zrezygnował i spełnił prośbę Louise. W końcu nie na darmo została przywódczynią Domku Ateny, prawda?
— Koń? Czyjaś matka?
Louise okrążała Kakusa, który początkowo nieufnie, potem jednak oddalił się od swojej nory. Wtedy blondynka dała znak grupce obozowiczów, którzy przejęli obowiązek krzyczenia głupich odpowiedzi.
— But? Może... Coś takiego, wiem! Kosz na śmieci!
Kakus zrezygnowany przysiadł na skrzyni i oparł błoniaste dłonie na skroni.
— Jesteście beznadziejni, zaiste.
— Trumna! — wrzasnęła w końcu dumnie Louise, niespodziewanie pojawiając się obok nich.
I od razu chwyciła klucz dyndający na lichym sznureczku z dłoni potwora. Sznurek zerwał się, Kakus wrzasnął i zamachnął się na Louise, która spokojnie obejrzała klucz, cofając się uprzednio poza zasięg kreatury.
— Trumna, w której nawet nie spoczniesz! — odwrzasnęła mu. Kakus porzucił nawet potrzebę stylizowania mowy na czarno-białe filmy i począł gonić za córką Ateny po polance. Blondynka chwyciła jakiś porzucony miecz i ciachnęła go po czole.
— Dalej, Clive! Dobij Kastrata!
— Ale nasze skarby?
— Zaufaj mi!
Rzuciła miecz unurzany w kakusowej krwi do jednego z obozowiczów, który złapał go niesłychanie zręcznie. Rozgorzała walka — ślepy potwór i paru zdezorientowanych herosów. Louise znowu gdzieś wsiąkła.
Kakus szykował się już do rozdzielenia czyjejś głowy od tułowia, kiedy inny, ranny w nogę kolega Clive'a dźgnął go w ramię.
— Szybko! — krzyknęła nagle córka Ateny, próbująca podnieść jedną ze skrzyń. Jeden z walczących, prawdopodobnie syn Aresa, sądząc po muskulaturze, podbiegł do niej i przejął skrzynię.
— Nie da się ich rozbić — uprzedził Louise, nie wiedząc. o co jej chodzi.
— Wiem, mięśniaku, rzuć w niego!
I takim to sposobem Kakus został zagrzebany pod swoimi skrzyniami, a herosi patrzyli otępiali na blondynkę.
— Mieliśmy odzyskać skarby. Nie go zabijać — zaczął zdenerwowany Clive.
— Odzyskacie.
— Jak, skoro skrzynie, w których są, są upaćkane potworną krwią? Pewnie wszystko się w nich zbiło i potrzaskało.
— Sęk w tym — kontynuowała spokojnie Louise, wytrzymując spokojnie mordercze spojrzenia półbogów. — Że ich tam nie ma. Kto wam powiedział, że należy ufać potworom? Nie wzięliście pod uwagę możliwości, że będzie kłamać?
Blondynka ruszyła w stronę jamki Kakusa. Skrzywiła się od smrodu, jednak dzielnie przekroczyła cienisty próg i machnęła ręką, żeby ruszyli za nią.
— Skrzynie były bardzo elegancko wyrzeźbionymi blokami kamienia. Trudno się było o tym zorientować przez kunszt twórcy, jednak pewność zyskałam, kiedy chwyciwszy klucz Kapusia. zorientowałam się, że ten nie jest nawet podobny do fałszywego zamku. Szczerze mówiąc, wyglądał bardziej jak klucz do jednej z szopek na broń, który zgubił się w ubiegłym miesiącu.
Louise poprowadziła nastolatków za sobą, przez meandry śmieci i gruzu.
— Więc weszłam tutaj i zobaczyłam jakiś błysk. Trąbki? Czy puzonu? To mi wystarczyło. Szanowny Kompas schował wasze przedmioty pożądania pod własnym tyłkiem.
Zaświeciła trzymaną w ręce latarką i wskazała na stos.
— Książka o szachach, kij golfowy, paczka po papierosach — pusta i umazana szlamem, figurka jakiegoś pokemona, i...
Tu Louise zacięła się. Ostatnim przedmiotem na stosie, już wyzbieranym przez grupę herosów, był kamień. Biały. Znajomy.
— Henry? Ale..
Poklepała się po kieszeni. Jeszcze rano go głaskała… I zrobiła mu sweterek w kwiatki...
— Faktycznie, nie zauważyłam. Dobrze, że jesteś.

◇──◆──◇──◆ 
[1278 słów: Louise otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia, +30 za zlecenie]

niedziela, 9 kwietnia 2023

Od Blanche — zlecenie #5 — część 8

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Początkowo słowa pochylonego nad kwiatami dziecka zdawały się być pozbawione sensu. Blanche nie wiedziała, kim może być to całe Hel. Jeszcze większą zagadkę stanowiło powiązanie tego kogoś z wilkiem, z którego powodu się tu znalazła, czy, co najważniejsze, z samą Grace. Ton jej rozmówcy nie pozostawiał jednak miejsca wątpliwościom — Grace była w bezpośrednim niebezpieczeństwie. Panna Lemieux zbyt wiele czasu straciła na bezowocnych poszukiwaniach. A teraz… Mogła zmienić mało.
Mimo wszystko postanowiła spróbować. Rzuciła się biegiem ku wylotowi Labiryntu, z którego przed chwilą wyszła. Skupiła się przy tym na Grace, próbując przynieść jej jak najwięcej szczęścia. Nie mogła teraz tracić nadziei i koncentracji. Musiała wierzyć, że uda jej się coś wskórać. Nie mogła tak po prostu dać tej małej, cudownej dziewczynce umrzeć. Wtedy ją to uderzyło. Hel. Nordycka bogini, władczyni świata umarłych. Lecz jaki interes miała na Bronxie, do tej pory zdominowanym raczej przez Hadesa, ewentualnie Plutona? „Czy na pewno?” podpowiadał głosik w jej głowie. Skąd miała mieć pewność, że w tę całą i tak już niedorzeczną mieszankę wielkich starożytnych bytów, w których istnienie nie wierzyła już spora część ludzkości, nie było zamieszane więcej istot, niż jej się dotychczas zdawało? Skoro w okolicy świetnie bawiły się bóstwa greckie i rzymskie, co broniło podobnych rozrywek innym, o których istnieniu przed wiekami wiedzieli śmiertelnicy zamieszkujący przeróżne zakątki świata?
Po labiryncie przemieszczała się wręcz mechanicznie. Najwyraźniej tym razem błogosławieństwo matki było jej przychylne, ponieważ udało jej się nie wpakować w żadną z pułapek. W międzyczasie wciąż wysilała umysł, próbując znaleźć wyraźniejsze powiązania Grace z całym tym nordyckim cyrkiem, który najwyraźniej wchodził w grę w tej sytuacji. No bo co wspólnego z tym wszystkim miał na przykład…
Wilk. Blanche nie wiedziała wiele o świecie istot, o których istnieniu wiedzieli mieszkańcy północnych rejonów Europy, ale wyraźnie kojarzyła opowieści o jakimś wielkim wilku, który zamiast wykarmiać ludzi, wolał raczej sam się nimi żywić, czy coś w tym rodzaju. I choć kobieta nie miała pewności, czy pofatygował się do Grace osobiście, czy wysłał jakichś swoich kumpli, sprawa trąciła nim na kilometr, gdy już pamiętało się o jego istnieniu. Wypadła z labiryntu i od razu skierowała się ku stajniom. Samochodem czekałaby ją co najmniej godzinna wycieczka, zaś pegaz mógł pokonać ten dystans znacznie szybciej.
— Oddam go niedługo, obiecuję! — krzyknęła jedynie w kierunku zdziwionego jej nagłym wtargnięciem półboga, który szykował się właśnie do dosiadania skrzydlatego rumaka, zanim sama, najdelikatniej jak była w stanie w pośpiechu, wspięła się na jego grzbiet. Problem polegał na tym, że nie potrafiła latać na pegazach. Próbowała tego kilkukrotnie za swych obozowych lat, lecz zawsze kończyło się to klapą. Najmniejszym problemem były siniaki, przynajmniej dwa razu udało jej się złamać rękę. Stworzenia te najwyraźniej po prostu za nią nie przepadały. Osobnik, którego miała pod sobą w tej chwili, najprawdopodobniej w jakiś sposób zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, ponieważ bez najmniejszego sprzeciwu ruszył w obranym przez nią kierunku. I, co najważniejsze w tej chwili, okazał się być naprawdę szybki.
Chwilę później, z delikatnymi objawami choroby powietrznej, wylądowała w ustronnym punkcie osiedla, na którym mieszkała Grace. Choć dalszą drogę pokonała ile sił w nogach, zdawało jej się, że przemieszcza się w ślimaczym tempie. Zatrzymała się dopiero pod drzwiami odpowiedniego mieszkania. Chwyciła przypinkę, która w jej dłoni przeobraziła się w xiphos i szarpnęła za klamkę. Krew w uszach dudniła jej tak głośno, że nie miała nawet pewności, czy zza drzwi dobiegają jakiekolwiek odgłosy.  

◇──◆──◇──◆ 
[555 słów: Blanche otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

piątek, 7 kwietnia 2023

Od Ricky'ego — zlecenie #4

„Burza zniszczyła część muzeum Nowego Rzymu. Próbujemy go odbudować, ale część magicznych artefaktów jest pod gruzami, część rozwiał wiatr, a część podkradły nam fauny. Możesz je odnaleźć? Tylko… uważaj. Nie bez powodu były zabezpieczone”.
Muzeum Nowego Rzymu dla większości legionistów nie było ciekawym miejscem — w końcu to muzeum. Zbierająca kurz graciarnia. Kiedy podczas którejś z burz zawaliła się jego część, parę legionistów wywróciło oczami z powodu zorganizowania akcji wygrzebywania eksponatów. „Większość z tych staroci i tak została wygrzebana z ziemi. Czemu nie przywrócić im tego stanu?” - mruknął któryś nieco głośniej od kolegów (którzy podzielali jego zdanie). Od razu wręczono mu szpadel i został wydelegowany do pracy przy odkopywaniu owych staroci.
Ricky Haru był jednym z niewielu, który zaangażował się w to wydarzenie z potrzeby serca. Muzeum Nowego Rzymu było miejscem, gdzie chętnie i często przebywał (jak prawie wszędzie), denerwował strażników, pukał w gablotki (najlepiej te oznaczone jako najbardziej niebezpieczne), i przy tym wyzywał zwiedzających, którzy to robili. Spędził tu niejedno popołudnie, kłócąc się z przewodnikiem i zeskrobując przedpotopowy mech czy glinę z eksponatów do eksperymentów, kiedy tylko strażnik się odwrócił. Na wieść o tym straszliwym wydarzeniu wziął zestaw małego archeologa i do kompletu założył nawet kapelusik wędkarski, mimo faktu, że obecnie panowało lato i prażyło słońce. Do kapelusika dopasował podkolanówki w kaczuszki i żeby dopełnić swój outfit prawie jak z Pinteresta, założył też płaszczyk przeciwdeszczowy z noworzymskiego kiosku (edycja limitowana - fauny w różowych kaloszkach). Tradycyjnie przy wyjściu został parę razy spytany, na jakie to przyjęcie się wybiera i czy na pewno nie będzie mu za zimno w taką pogodę (grzecznie odpowiadał, że ma jeszcze podkoszulek, nie pojmując w swej prostocie ironii). Potem puścił się pędem w swoich pomarańczowych kaloszach (te natomiast przykuwały wzrok obserwatora śmiejącymi się chmurkami), skacząc w każdą napotkaną kałużę, aż w końcu fauny na jego płaszczu razem z różowym ogumieniem znikły pod warstwą błota.
Kiedy już docierał na miejsce, któreś z drzew niespodziewanie chlusnęło resztką wody z wczorajszego deszczu prosto na Rickiego. Wszystko spłynęło po nim jak po kaczce, dzięki odpowiedniemu ubiorowi. Zanim zabrał się do pracy, rozwiesił płaszcz na krzaku i zdjął kapelusz, żeby sobie wyschły, i energicznie chwycił szpadel w koszulce wyjątkowo bez żadnego nadruku.
Największe kawałki gruzu zostały odgarnięte przez słonia Hannibala i pegaza centurionki, a także co silniejszych legionistów. Zebranym pozostawało jak najdelikatniej przekopywać się przez sterty gruzu, żeby jeszcze bardziej nie uszkodzić i tak pewnie pokaleczonych już artefaktów. Praca w pełnym słońcu i nie do końca chciana skutkowała wiązankami przekleństw i ciągłymi przerwami na wypicie lub oblanie się wodą. Ricky jednak nie poddawał się i z cierpliwością nieprzystojącą dziecku Merkurego pieczołowicie odkładał na bok cegły, kawałki drewna i różne śmieci. Spodziewał się, że będzie wręcz deptał po muzealnych eksponatach - tymczasem ledwo co znalazł parę grzebyków z epoki brązu (nieuszkodzonych, bo przywalonych wyjątkowo odporną płytą nagrobną, którą również szybko zabezpieczono). Minuty mijały niczym godziny i znacząca część ochotników już się poddała. Przy pracy pozostali ci, którzy zostali do tego zmuszeni, no i Ricky.
— Pst, Merkurwiaku — szepnął ktoś nagle.
Ricky odwrócił się, sądził bowiem że to jeden z jego kolegów. Nikt w zasięgu wzroku nie wyrażał chęci podjęcia konwersacji z małym chemikiem.
— Ricky, no!
Szept zabrzmiał ponownie i Ricky ponownie się odwrócił. Z powodu wielu wybuchów, które radośnie w życiu wywołał, jego słuch znacznie ucierpiał. To cud, że coś w ogóle słyszał - nie wspominajmy więc już o możliwości lokalizacji owego tajemniczego głosu.
— Ricky.
Tym razem głos zabrzmiał nieco bardziej kobieco - i syn Merkurego ponownie się obrócił, zauważył jednak postać. Philip Morris, jego centurionkę.
— Ehe?
— Nie „ehe”, tylko proszę. Pójdziesz ze mną.
— Ale…
— Żadnych ale. Idziemy.
Ricky obrzucił tęsknym wzrokiem gruzy, pomachał do paru ptaszków przysiadłych na kamieniach, i zebrawszy swój ekwipunek, ruszył. Centurionka ruszyła obok niego.
— Gdzie idziemy?
— Dowiesz się na miejscu.
— A mogę chociaż odnieść szpadel? Trochę ciężki...
Czarnowłosa zmierzyła go wzrokiem i już myślał, że powie, żeby się nie wydurniał, ale niespodziewanie jej twarz zmieniła się i powiedziała trzy krótkie słowa, które nie przeszły przez jej usta nawet w snach legionistów Piątej Kohorty:
— Jasne. Czemu nie.
Ricky postanowił nie ryzykować pytania o tą nagłą zmianę nastroju - zawsze mogła odebrać mu ten szpadel i nim go walnąć. Skręcili więc przy stajniach w stronę baraków.
— O, Juan! Cześć, Juanie!
Piękny pegaz wybiegł im na spotkanie, widząc swą przyjaciółkę. Zbliżając się jednak, zmarszczył niespodziewanie nozdrza i przystanął w pewnej odległości, gapiąc się podejrzliwie.
— Coś nie tak? — spytała Philip, bowiem Ricky również stanął, sądząc, że centurionka przywita się z Juanem.
— No… Juan.
— Co z nim?
Philip obrzuciła ogiera wzrokiem i nie pogłaskawszy go nawet po pysku, ruszyła dalej. Ricky postanowił przerzucić tworzenie teorii spiskowych dotyczących pogorszenia relacji najszczęśliwszej pary w Obozie Jupiter (Philip i Juan, nierozłączni od pieluchy) i przyspieszył, ochlapując wszystko naokoło błotem z kałuży.
W końcu dotarli do baraków. Było pusto - większość legionistów odkopywała artefakty lub ćwiczyła. Syn Merkurego odłożył swoje rzeczy, strącając szalkę Petriego z dziwnymi dymiącymi grzybkami. Coś wpadło mu do głowy. Powoli odwrócił się do Philip, stojącej spokojnie w drzwiach. To dziwne. Czemu go nie pogania?
— Chciałabyś może... zobaczyć szybko mój eksperyment?
Twarz centurionki wykrzywiła się.
— To zajmie tylko chwileczkę!
— No dobrze — odparła czarnowłosa, podchodząc do Rickiego. — Byle szybko.
Mały chemik nie dał się dwa razy prosić. Błyskawicznie zaczął rzucać probówkami, rozlewać różne substancje w ramach przygotowania. Centurionka odruchowo pochyliła się, w zaciekawieniu lub udając zaciekawienie.
— I teraz wlewam to tu, i to do tego. Tylko to przed tym, bo wtedy to — machnął ręką, strącając jakąś kolbę na ziemię — nie zrobi tego, ale jak to zrobi, to to podgrzeję i patrz...
— Patrzę — potwierdziła Philip.
— To mieszam z tym i…
— I?
Ricky odczekał parę sekund i wlał jeszcze trochę tego do tamtego, po czym błyskawicznie się odsunął. Wybuch osmalił ponownie ściany baraku, fioletowo-zielony dym zasnuł pole widzenia, a spod tego wszystkiego przebił się głos syna Merkurego:
— Prawdziwa Philip nie byłaby dla mnie miła!
Chwycił szpadel i dla pewności wymierzył w miejsce, gdzie przed wybuchem stała jego centurionka (lub jakikolwiek byt się pod nią podszywający).
— Prawdziwa Philip nie interesowałaby się moimi doświadczeniami!
Dalej walił szpadlem na oślep, wywołując taki rumor, że pewnie zwołał pół Obozu Jupiter. I tak było - po chwili do jego uszu dobiegł tupot stóp legionistów. Wymierzył więc raz ostatni i zakrzyknął:
— Prawdziwa Philip nie ignorowałaby Juana!
Jak się okazało, Rickiego uczepił się jakiś demon. Przybrał twarz osoby, której syn Merkurego by posłuchał i strach pomyśleć, co by się stało, gdyby przez pojedyncze incydenty na pozór niezbyt rozgarnięty Ricky Haru nie zorientował się, że to nie prawdziwa Philip (w końcu nieraz opisywano ją jako postać demoniczną). Wszystko jednak dobrze się skończyło - jedynie kaloszki w śmiejące się chmurki nie przeżyły tego zdarzenia, a Ricky nabawił się kolejnych oparzeń i powodu dla przedwczesnej głuchoty.


◇──◆──◇──◆
[1068 słów: Ricky otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia + 30 za wykonanie misji]

niedziela, 26 lutego 2023

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Nieznajome zawachało się, patrząc na Blanche.
— Zdaje się, że twoja młoda przyjaciółka niedługo znajdzie się w objęciach Hel.
Ze współczuciem uśmiechnęło się, a jejgo wzrok wydawał się spoczywać na kimś obok ciebie.
— Możesz zmienić mało, Blanche. Ale jeśli się pośpieszysz, a bogowie będą łaskawi...
Grace możesz spodziewać się w jej mieszkaniu. Powodzenia.

wtorek, 21 lutego 2023

Od Blanche — Zlecenie #5 — część 7

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Plan był prosty. Ale przecież kiedy ostatnio jakikolwiek jej plan, bez względu na swój poziom trudności, przyniósł jakiekolwiek konkretne efekty? 
Miała tylko wejść i wyjść, jak po pieczątkę, ale los chciał inaczej. Los zawsze chciał inaczej. („Matko, czymże zawiniłam, że tak ci się ostatnimi czasy naraziłam?”, cisnęło jej się na język). 
Dlatego też teraz stała w niewielkim rozkroku, nie wiedząc, którą z dróg wybrać. Pierwotnie zamierzała wybrać tę wprost, prowadzącą w kierunku większości zabudowań obozu. Tam zaś znaleźć miała człowieka, który być może, nareszcie, rzuciłby większe światło na sprawę pochodzenia Grace. Z jej prawej strony jednak pojawiła się kolejna niespodzianka na i tak już, jak jej się zdawało, zbyt długiej drodze. 
Niespodzianka prawdopodobnie była w podobnym wieku do Grace. W głowie Blanche od razu zawitała myśl równie niespodziewana, co niechciana — „Ciekawe, czy, jeśli Grace dołączyłaby do obozu, dogadałyby się? Może zostałyby przyjaciółkami?”. Zacisnęła pięść, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni, niezbyt głęboko, jedynie na tyle, by otrzeźwić umysł. Nie miała czasu na zamienianie się w sentymentalnego głupca. 
„Dziecko umrze?” — to pytanie raz po raz obijało się o ścianki umysłu panny Lemieux. Gdzieś wraz z nim pojawiło się uczucie kurczącego się czasu. Gdzieś z tyłu jej świadomości pojawił się zegar i tykał nieubłaganie — tik-tak, tik-tak — jakby chciał powiedzieć „Twój czas się kończy, kochaniutka. Masz go coraz mniej. Działaj, jeśli nie chcesz płakać”. 
Jej spotkanie z ciemnowłosą małą istotką, której liczne bransoletki wydały z siebie głuchy brzdęk, gdy wyciągnęła gwałtownie dłonie ku kwiatkom, które przekazywały jej ważne wieści, mogło być tylko i wyłącznie dziełem przypadku. Dziecko, o którym było mowa, mogło żyć po drugiej stronie globu, nieświadome istnienia półbogów, Obozu Jupiter czy Blanche Lemieux. Wszystko to mogło być kolejnym głupstwem, które miało odciągnąć ją od prawdziwego celu jej wyprawy. Ale z drugiej strony… 
Dzieckiem, o którym kwiaty opowiadały dziewczynce z kokardą we włosach, mogła być Grace. Grace mogła nieubłaganie zbliżać się ku swojej śmierci, o wiele szybciej, niż do tej pory zdawało się Blanche. Owszem, dotychczas zdawała sobie sprawę z ryzyka, lecz ani razu przez myśl nie przeszło jej to, że mogło one być tak ogromne i tak bliskie. Być może po prostu nie chciała o tym myśleć. Patrząc na tę sprytną młodą damę, której ducha nie zniszczył ani nieco zatęchły pokoik gdzieś na osiedlu w Bronxie, ani ojciec, który we wszystkim widział dzieło kosmitów, nie chciało się przecież myśleć, że coś mogło się jej niedługo przytrafić. Ot, takie pobożne życzenie. 
Bogowie ostatnimi czasy nie uśmiechali się w kierunku Blanche zbyt często. 
Jednak może teraz, gdzieś w tych kwiatkach i ustach młodej heroski, odnaleźć miała jeden z tych ich rzadkich uśmiechów? 
Dlatego właśnie podjęła taką, a nie inną decyzję, i skierowała swe kroki ku niewielkiej polance usianej kwiatkami, które najwyraźniej, jeśli tylko potrafiło się ich słuchać, zdradzały swe sekrety. Bo, nawet jeśli owym dzieckiem, na które czekała śmierć, nie była Grace, miało to spotkać jakieś zapewne niewinne dziecko. A obok takich wieści nie przechodziło się obojętnie. 
Wilk nie zając, być może nie ucieknie. 
— Przepraszam — mruknęła więc, zbliżywszy się do dziewczynki — przez przypadek usłyszałam twoje słowa o dziecku, które ma umrzeć. Czy… kwiaty wiedzą może, o kogo chodzi? 
 
◇──◆──◇──◆
[520 słów: Blanche otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

niedziela, 1 stycznia 2023

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Blanche zauważyła dziecko, siedzące na trawie i przebierające w kwiatkach.
— Dziecko umrze? Ale dlaczego mi to pokazujecie, skoro nawet nie jest w naszym obozie?
Popatrzyło się chwilę w kwiatki, w ciszy obserwując ich kształty.
— Kto, na wszystkie kwiatki świata?! — wykrzyczało z przerażeniem.
Możesz podejść, dopytać się, a nuż chodzi o Grace, chyba że wolisz znaleźć wilkołaka. Wybór należy do ciebie, byle podjęty szybko (nic nie podpowiadam).

sobota, 31 grudnia 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 6

Poprzednie opowiadanie

LATO

Jak na dziecko Tyche, Blanche ostatnimi czasy miała dołująco wręcz niewiele szczęścia. I tym razem jej błagalne manifestacje zdały się na nic. Być może była to kwestia złego sformułowania? Słyszała kiedyś (co prawda od zwykłego śmiertelnika, który jednak ogromnie pasjonował się wszelkimi zagadnieniami związanymi z mistycyzmem i, jak zdawało się pannie Lemieux, mógł prawdopodobnie widzieć przez Mgłę), że tego typu afirmacje działały lepiej, gdy używało się w nich czasu przeszłego.
No, w każdym razie po prostu dupa blada z tego wyszła, ale przynajmniej miała jakiś kolejny trop.
— Dziecko Marsa? — mruknęła, a kawa nijak nie pomagała na senną mgłę, która otaczała jej umysł.
Kofeina nigdy na nią nie działała tak, jak powinna. Z jednej strony wiedziała, że była to konsekwencja typowego dla półbogów ADHD, z drugiej oczekiwała czegoś, czegokolwiek od losu za picie tej siekiery, która w tym lokalu nie była nawet szczególnie dobra. W tym przypadku odpowiedzialność za swą senność mogła też choć częściowo przerzucić na konto siedzącej naprzeciwko niej kobiety. Lana zawsze miała na nią taki efekt, częściowo uspokajający, częściowo usypiający. Jedni powiedzieliby, że to pewnie sprawka jej pochodzących od Somnusa cech, inni, że był to dowód, że Blanche w jakiś sposób czuła się przy niej bezpiecznie. Biała mogła tylko westchnąć, wiedząc, że w innej rzeczywistości mogłaby czuć się tak codziennie i tworzyć z panną Wilson całkiem zgraną parę.
— Wilk to święte zwierzę Marsa. Zdarza się, że w ramach błogosławieństwa daruje on umiejętność zmiany w niego niektórym swoim potomkom. Pamiętasz Florence, znajomą z kohorty, o której ci czasem opowiadałam?
— Pamiętam. Została centurionem, a potem prawie pretorem, ale mocno oberwało jej się w walce z wilkołakami. Nie była już w stanie sprawnie się poruszać, walczyć i, w konsekwencji, objąć tak ważnego stanowiska. Przykra historia.
— Uratowała tamtego dnia wiele ludzi. Kilka z ran, które odniosła, przyjęła na siebie, własną piersią zasłaniając najmłodszych obozowiczów in probatio. Mars docenił to i pobłogosławił ją właśnie tą umiejętnością. Jako wilk było jej znacznie łatwiej się poruszać niż jako człowiek.
— No dobrze, ale wątpię, że to była Florence. Nie wspominałaś, że wyjechała gdzieś na drugi koniec świata?
— Nie do końca. Zaszyła się gdzieś w głuszy, właśnie jako wilk, i słuch po niej zaginął — sprostowała Lana, odkładając na stół z cichym brzdękiem kubek po swej herbacie.
— Czyli nadal śmiem wątpić, że mogła kręcić się gdzieś po Bronxie. A tego typu błogosławieństwa pewnie nie zdarzają się zbyt często, co?
— Masz rację, to dość rzadka sprawa. Żaden bóg nie trzaska błogosławieństwami na prawo i lewo. Za moich czasów zdarzyło się to tylko raz. Słyszałam o kilku takich sytuacjach z przeszłości, ale ci ludzie już pewnie poumierali, albo są staruszkami, więc pewnie nie mieliby po co nawiedzać małych dziewczynek. No, chyba że to kwestia ich pojebania i powinni zostać wsadzeni za kratki.
— Czyli jestem w kropce? — westchnęła Blanche i przełknęła ostatni łyk stygnącej już kawy.
— Niezupełnie. Jakiś czas temu obiła mi się o uszy w miarę świeża plotka z obozu. Jakiś syn Marsa zdobył posadę pretora i właśnie za to udało mu się zgarnąć błogosławieństwo tatusia.
— Czyli teraz mam się uganiać za jakimś dzieciakiem?
— Nastolatkiem.
— Jeden pies. Czy, w tym przypadku, wilk — mruknęła, pocierając dyskretnie skroń, w której czuła ucisk zbliżającej się migreny.
— A masz coś lepszego do roboty? — Uniosła brew.
— Nie. No dobra, czyli wygląda na to, że teraz czeka mnie wycieczka do Obozu Jupiter — rzekła z udawanym entuzjazmem.
— Nie mówię, że to ten młody, ale nawet jeśli to nie on, to może będzie miał lepsze informacje ode mnie w temacie swojego rodzeństwa z błogosławieństwem. O ile w ogóle z tym mamy do czynienia. Przepraszam, Blanche, naprawdę nie mam co do tego pewności — dodała, gdy zapłaciły już i zbierały się do wyjścia.
— No coś ty, nie przepraszaj! Naprawdę bardzo mi pomogłaś. Gdyby nie ty, kręciłabym się w kółko, a teraz mam przynajmniej jakiś trop. Powinnam zresztą poszerzyć swoją wiedzę na temat bogów i półbogów z twojej strony podwórka. To nigdy nie była moja mocna strona. Ale teraz, jeśli Grace do nich należy to… — urwała w środku zdania, widząc wyraz twarzy Lany.
— Przywiązałaś się do tej młodej — zauważyła. Najgorsze jednak nie było samo to zdanie, a ton, którym je wypowiedziała, taki, jak gdyby przytaczała coś najbardziej oczywistego i normalnego na świecie. — To dobrze — Uśmiechnęła się delikatnie, choć w jej oczach dostrzec można było coś, co Blanche zdawało się być smutkiem.
— Daj spokój, to przecież nie ma znaczenia. Muszę po prostu dowiedzieć się, kim jest i bezpiecznie zaprowadzić ją do obozu, jeśli tego wymaga jej pochodzenie. Wtedy najprawdopodobniej nasze ścieżki się rozejdą.
Chciała jak najszybciej ukrócić tę rozmowę, która niebezpiecznie przeszła na stronę uczuć. Panna Lemieux nienawidziła rozmawiać o uczuciach, zwłaszcza tych swoich. Podziękowała więc Lanie jeszcze raz i oznajmiwszy, że nie chce tracić czasu, pożegnała się z nią.
By nie być gołosłowną, do własnego domu wróciła jedynie na chwilę i niedługo później znalazła się w Obozie Herosów. Potem wystarczyło już tylko przejść przez Labirynt i jakoś wytłumaczyć się Terminusowi, w jakim celu przybywa do Obozu Jupiter (gdzieś w trakcie tego ostatniego niestety tracąc swą przypinkę, która najwyraźniej spodobała się małej dziewczynce towarzyszącej posągowi).
Kolejnym punktem programu było zaś odszukanie pretora.

◇──◆──◇──◆
[840 słów: Blanche otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

środa, 28 grudnia 2022

Od Mistrza Gry do Blanche — zlecenie #5

Lana zamyśliła się, patrząc na swoją zieloną herbatę.
— Nie można tego wykluczyć — zaczęła ostrożnie. — Ale czy Lupa nie wypadłaby pozytywnie w jej oczach? Z tego, co mówisz, wygląda na to, jakby dziewczyna się jej bała, a przecież Lupa nie powinna robić niczego negatywnie nacechowanego. Zresztą, Lupa pewnie wzięłaby ją od razu pod swoją opiekę, jeżeli ta byłaby dzieckiem któregoś z naszych bogów. Chyba mamy do czynienia z czymś całkowicie obcym. I nie mówię o kosmitach.
Po chwili atmosfera tajemnicy opadła a na twarzy kobiety znów zajaśniał standardowy wyraz.
— Może któreś z dzieci Marsa zmieniło się w wilka? — spytała.

wtorek, 6 grudnia 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 5

Poprzednie opowiadanie

LATO

Oprócz niepokojącej Blanche naiwności, Grace Pullson cechowała również najwyraźniej niezwykła inteligencja. No bo, umówmy się, jaki przeciętniak ot tak wymyśliłby w niecałą minutę całą opowieść szyfrującą swój numer telefonu? Być może młoda była dzieckiem Ateny? Chociaż, jeśli podejrzenia Blanche co do tożsamości wspomnianej przez dziewczynkę wilczycy miały okazać się prawidłowe, cała teoria szła się hajtać.
Jak powszechnie wiadomo, wielcy geniusze często pozostawali niezrozumiani. I tak prawdopodobnie było teraz z tą biedną dziewczyną. Po minie panny Lemieux prawdopodobnie dało się w tym momencie odczytać to, że, jeśli tylko ludzkie mózgi były maszynami, koła zębate w jej głowie kręciłyby się w szaleńczym tempie, próbując rozszyfrować wiadomość. O ile niektóre z cyfr podane były jak na tacy, co do pozostałych miała pewne zastrzeżenia.
„Patrzę chyba z pięć razy”, czyli 5. „Ubrałam się raz dwa” wskazywało na to, że kolejne były 1 i 2. „W pierwszym odruchu” to 1, a „cztery skrzydła” — 4. Jako że skrzydła były podwójne, po czwórce następowało 2. Ale to dawało przecież tylko sześć cyfr, a potrzebowała siedmiu!
Może to „pięć razy” nie oznaczało samej piątki, ale i następującą za nią cyfrę 1? A może fakt, że dziwne stwory „zniknęły” sugerować miał 0?
Gdyby nie przebywała w towarzystwie osoby nieletniej, jasnowłosa kobieta przeklęłaby teraz siarczyście. Czasu na proste dopytanie się dziewczyny oczywiście nie było, bo chwilę później powrócił do nich jej ojciec. Blanche została więc sama ze swoim mętlikiem w głowie, kilkoma cyframi zakreślonymi z tyłu notatnika, w którym wcześniej spisywała opowiedziane przez dwuosobową rodzinę bzdury o kosmitach i otaczającymi ich przynajmniej dziesięcioma znakami zapytania. Wyglądało na to, że w momencie próby kontaktu z dziewczyną będzie musiała bawić się w wyliczankę i modlić o to, że któreś z jej podejrzeń okaże się prawidłową kombinacją cyfr.
— Bardzo dziękuję za rozmowę i za kawę — powiedziała w końcu, gdy dopiła ciepły napój i wysłuchała przynajmniej pięciu kolejnych opowieści o kosmitach, udając, że wcale nie przeżywa cholernego kryzysu i to wcale nie tak, że już tylko jedna kolejna historia dzieliła ją od odpięcia przypinki, którą tego dnia nosiła przy koszuli.
Komórkę wyciągnęła tuż po przekroczeniu progu domostwa rodziny Pullson. Po chwili odszukała kolejny z numerów, który w jej kontaktach pozostawał wciąż jedynie z powodu tego, że „tak wypadało”. To, jak wiele starych znajomości odkurzała w rzeczywistości czy w swej pamięci przez jedną dziewczynę, mogłoby być nawet śmieszne, gdyby nie to, ile złych wspomnień niosły za sobą te podróże w przeszłość.
Lana Wilson nie była złym człowiekiem. Prawdopodobnie poznały się po prostu w złym momencie. Nie wiedziały jednak, że już niecały miesiąc po tym spotkaniu w obskurnym barze, który zainicjował ich krótki, namiętny i dość burzliwy związek, miało stać się coś, co było kolejnym ciosem prosto w serce Blanche. Śmierć Wendy przyszła nagle i zadziałała na jej przyjaciółkę mocniej, niż powinna. To zaś oczywiście zauważyła Lana. Zauważyła też, jakimi uczuciami przez te wszystkie lata jej dziewczyna darzyła tę kobietę, która zawsze gdzieś czaiła się w jej opowieściach. Gdy spróbowała zainicjować rozmowę na ten temat, została nazwana bezduszną suką. „I co, może nie mam prawa cierpieć? Bo nie jestem jej pierdolonym mężulkiem? Bo ja sama próbowałam sobie jakkolwiek ułożyć życie bez niej na miejscu, na którym chciałabym, żeby była? Tak, kocham ją, zawsze kochałam, ale sama odsunęłam się na bok, by nie przeszkadzać jej szczęściu. A ty jeszcze teraz masz do mnie jakieś pretensje!”, krzyczała jej w twarz panna Lemieux, a w jej oddechu wyczuwalny zapach alkoholu, którego tego wieczora wypiła zdecydowanie zbyt dużo.
Lana wyszła wtedy z jej mieszkania, by później powrócić tam tylko raz, po swoje rzeczy. Jakiś czas później udało im się spotkać ponownie i, choć teoretycznie przegadały wtedy wszystko, a Blanche z całego serca przeprosiła ją za swoje zachowanie, ich relacja nigdy nie wróciła na poziom wyższy niż „tolerujące się znajome, które są również swoimi eks”. Teraz jednak jej opinia, jako córki Somnusa, rzymskiego alter-ego Hypnosa, i jedynej znanej Blanche osoby, która należała do społeczności Obozu Jupiter, była potrzebna od zaraz.
„Od zaraz” nastąpiło dopiero kilka tygodni później. Przez ten czas panna Lemieux prowadziła swój własny research i kilkukrotnie rozważała próbę kontaktu z Grace. Uznała jednak, że nie chce kusić losu, gdyby telefon dziewczyny znajdował się pod mniejszym lub większym nadzorem jej ojca. To los bowiem chciał, że w momencie, w którym do niej zadzwoniła, Lana była w trakcie podróży dookoła świata, bez stałego zasięgu czy łącza internetowego. (Tak, to brzmiało jak coś, co ta kobieta już od dawna chciałaby zrobić). Dlatego też sprawa ta poczekać musiała aż do momentu jej powrotu.
Spotkały się na neutralnym gruncie, przytulnej kawiarence gdzieś pośrodku drogi pomiędzy ich obecnymi miejscami zamieszkania. Obie sączyły swoje ciepłe napoje, Blanche czarną, niesłodzoną kawę, a Lana zieloną herbatę, która najwyraźniej wciąż, pomimo upływu lat, pozostawała jej faworytem.
— I co uważasz? Myślisz, że to mogła być Lupa? — spytała Blanche, zakończywszy swoją opowieść, mimo iż wiedziała, że chociażby brak dokładniejszego opisu wilka, mógł stać się źródłem pewnych problemów.
„Bądź Lupą, bądź Lupą, błagam”, powtarzała w myślach, czekając na odpowiedź. Ona sama nie miała sił na kolejne tygodnie poszukiwań, a sama Grace mogła prawdopodobnie nawet nie mieć przed sobą tyle czasu. Bycie półbogiem to w końcu cholernie niebezpieczna sprawa.

◇──◆──◇──◆
[847 słów: Blanche otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, +10 za zlecenie]

sobota, 5 listopada 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 4

Poprzednie opowiadanie

LATO

Młoda Grace była ufna. Zbyt ufna jak na gust Blanche. Od razu powróciły do niej wspomnienia tego, jak wielu spośród jej znajomych z obozu poległo, ponieważ powierzyło swe zaufanie niewłaściwym osobom czy istotom. Tuż potem w jej pamięci pojawiła się mocno już zamglona twarzyczka małej Diany, jej pierwszej przyjaciółki w życiu, która często przemierzała z nią biegiem korytarze kasyna pana Lemieux. Dia również zaufała komuś, komu nie powinna. Co prawda miała tylko sześć lat i niewiele wiedziała jeszcze o okrutnym świecie, w którym żyła, ale mężczyzna, wraz z którym pewnego dnia opuściła plac zabaw, na pewno nie był przyjacielem jej rodziców, za którego się podawał. Wtedy, według dziecięcej logiki Blanche, Diana po prostu zniknęła. Co prawda pewnego dnia do jej domu przyszli panowie w mundurach i chcieli rozmawiać o jej przyjaciółce, lecz nie miało to dla niej zbyt dużego sensu. Być może Di rzeczywiście poznała skrzydlatego jednorożca i na jego grzbiecie odleciała do krainy magii, jak to zawsze marzyła?
Diana nigdy nie pojawiła się już na placu zabaw czy w kasynie. Jej rodzice, zanim ostatecznie się wyprowadzili, zawsze sprawiali wrażenie smutnych. Dorastając, Blanche zrozumiała, że jej przyjaciółka w rzeczywistości zmarła. Jednak dopiero lata później, przeszukując internet w zupełnie innej sprawie, natknęła się na artykuł o ciele dziewczynki, nagim i osamotnionym, porzuconym w lesie w pobliżu miejsca, w którym wówczas mieszkały. Opis jej wyglądu i inicjały, które podano, pasowały do Diany. Nie czytała dalej artykułu. Wyłączyła go i postanowiła nie wracać już więcej do tej sprawy. Jej Dia była wesołą, pełną życia dziewczynką, a nie martwym, zimnym ciałem, które ktoś skalał.
A jednak teraz, jako dorosła kobieta, sama nachylała się ku tej dziewczynie, twierdząc, że ta może jej zaufać. Co prawda nie chciała jej skrzywdzić, lecz skąd miała mieć świadomość, jakie konsekwencje dla młodej Grace przyniesie jej wizyta? Co, jeśli jej ojciec dostanie jakiegoś ataku szału? Wyglądał na zdolnego do tego typu akcji. Co, jeśli rzeczywiście była ona heroską i, uświadamiając jej to, Blanche skazywała ją na jeszcze większe niebezpieczeństwo? Co, jeśli w swoich czynach, choć nie do końca świadomie, miała niewiele różnić się od tamtego zwyrodnialca, który zamordował niewinną sześciolatkę?
— Widziałam cholernie dużego wilka — odpowiada Grace, a w jej głosie wyraźnie słychać strach.
— Wilka? — powtarza Blanche, nie do końca będąc w stanie odnaleźć w swej głowie jakiegokolwiek powiązania do dużych wilków. — No cóż, to prawdopodobnie nie będą kosmici… — mruknęła, próbując rozluźnić jakoś atmosferę i jednocześnie dać sobie chwilę na zastanowienie się.
Panna Lemieux nie miała zbyt dużo powiązań z Obozem Jupiter, dlatego też zapewne tak długo zajęło jej dojście do pewnego wniosku, który dla wielu innych mógłby być zapewne prosty. Lupa, bogini wilczyca, która wykarmiła założycieli Rzymu, Romulusa i Remusa. Jednak… Choć kobieta nie posiadała zbyt obszernej wiedzy na temat bogini, nie wydawało jej się, że byłaby ona skłonna zapuścić się do Nowego Jorku tylko po to, by ukazać się jednej dziewczynce…
Ale czy miała jakiekolwiek inne pomysły?
— Słuchaj, Grace, myślę, że mogę wiedzieć, kogo widziałaś, ale z drugiej strony nie mam co do tego pewności. Będę potrzebowała trochę czasu, żeby skontaktować się ze starą znajomą, który może wiedzieć trochę więcej. Potrzebowałabym więc jakiegoś kontaktu do ciebie, ale z drugiej strony wiem, że twój ojciec nie byłby tym zachwycony… — wyszeptała gorączkowo. — Tak, rozumiem, wydaje mi się, że to rzeczywiście może wskazywać na próbę kontaktu mieszkańców obcej planety — dodała nieco głośniej, puszczając oczko dziewczynie, na wypadek, gdyby jej ojciec podsłuchiwał i miał zaniepokoić się ciszą, która nastała w tamtym momencie.
— Tak… Wie pani co, ostatnio, jakieś siedem tygodni temu, przydarzyła mi się jeszcze jedna, podobna historia. Było około godziny ósmej rano… — zaczęła nagle opowiadać Grace, a Blanche dobrą chwilę zajęło zrozumienie, dlaczego ta to robi.
Uśmiechnęła się delikatnie. Dziewczyna miała łeb. 718 stanowiło jeden z numerów kierunkowych nowojorskiej dzielnicy Bronx. Teraz więc pozostało wyłapać kolejne siedem cyfr numeru i liczyć na to, że ojciec Grace, który prawdopodobnie miał do nich ponownie dołączyć lada chwila, nie domyśli się, co właśnie było grane.


◇──◆──◇──◆
[650 słów: Blanche otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia+10]

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Od Blanche — zlecenie #5 — część 2

Poprzednie opowiadanie

Czas przełknąć gorzki smak starych wspomnień i wrócić do człowieka, który — prawdopdobnie jako jedyny — mógłby naprowadzić Blanche na bliższy trop. Trzy kliknięcia i rozmowa telefoniczna z Aaronem kończy się otrzymaniem numeru do ojca poszukiwanej dziewczynki. „Dzień dobry, dzwonię w sprawie fotowoltaiki. Olimp Company proponuje montaż systemu używającego blasku Apolla”.

[LATO]

Panna Lemieux dopiero gdzieś w środku pakowania, otoczona ubraniami na zmianę (gdyby jej bojowe zadanie miało trwać więcej niż jedna popołudniowa herbatka) i kilkoma przydatnymi szpargałami, zdała sobie sprawę z tego, jak pochopnie zaczęła działać. Być może to sam kontakt z Blackwoodem aż tak wyprowadził ją z równowagi, a może wpływał na nią fakt, że ostatnio przez pracę naprawdę rzadko dobrze się wysypiała. W każdym razie ze znacznym opóźnieniem dwie komórki mózgowe połączyły się w myśl o treści: „i co, idiotko, tak po prostu wparujesz obcym ludziom do domu i zaczniesz wypytywać o mitologiczne stwory?”.
Nie miała pojęcia, jak miałaby podejść do sprawy, którą postawił przed nią dawny znajomy. Jej ojciec sam wyjawił jej prawdę o jej pochodzeniu, nawet jeśli początkowo mu nie uwierzyła. Uwierzyć zaś kazał jej czyhający na jej życie potwór, przed którym uratowała ją Wendy. To ona też zaprowadziła ją do obozu.
(Powinna jak najszybciej uciąć myśli o tej dwójce, jeśli nie chciała się popłakać).
Jak zaś prawdę powinna poznać mała Grace? Jak delikatnie wyjaśnić komuś, że jednym z jego rodziców jest potężna ponadludzka istota prawie tak stara, jak świat? Jak ostrożnie przekazać komuś informację, że od teraz te dziwne stwory mogą czyhać na jego życie przez cały czas?
A co jeśli to wszystko było tylko urojeniami? Co, jeśli dziewczynka miała tylko niezwykle bujną wyobraźnię i potrzebę zwrócenia na siebie uwagi? Jak wtedy wyjaśniłaby jej swoją nagłą obecność w jej życiu i zwinęła się szybko, by nie namącić jeszcze bardziej?
— Kurwa — westchnęła i po chwili wahania wyciągnęła komórkę z kieszeni. Wyglądało na to, że po kilkunastu latach milczenia nadszedł dla niej i Aarona czas na dwie rozmowy dziennie.
— Halo? — wymruczał głos po drugiej stronie linii, a ona dopiero wtedy spojrzała na wiszący na ścianie zegar. Pierwsza w nocy. No pięknie.
— Przepraszam, nie wiedziałam, że jest już tak późno. Nie chciałam się obudzić.
— Nie ma za co przepraszać. Domyślam się zresztą, że nie dzwoniłabyś do mnie, gdyby nie byłoby to bardzo ważne — zauważył ociekającym wręcz od sarkazmu głosem. Zawsze uważała, że mąż Wendy nawet obudzony w środku nocy miałby na wszystko odpowiednią uszczypliwą czy żartobliwą odpowiedź. Teraz już miała co do tego pewność podpartą dowodami.
— Taak… Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że chyba nie mogę ot tak do nich pojechać i spytać, czy dziewczyna jest córką bóstwa. Potrzebuję ich jakoś na to przygotować. Masz może jakiś kontakt do jej ojca? Najlepiej numer telefonu?
— Jeszcze nie wiesz, że ja mam wszystkie kontakty, jakich tylko możesz zapragnąć? Po tych wszystkich latach? — Udawał urażonego, lecz w jego głosie słyszała uśmiech. — Zaraz wyślę ci w wiadomości. Ale obiecaj mi, że do niego zadzwonisz dopiero rano.
— Wiesz, że nie wykonuję rozkazów nikogo, kto nie jest moim przełożonym — prychnęła.
— Wiem. Nadal uważam, że świat będzie o wiele bardziej niebezpiecznym miejscem od chwili, w której nareszcie zasiądziesz na wymarzonym stanowisku prezesa.
— Wtedy odpowiadać będę wyłącznie przed samymi bogami. — Roześmiała się. Przez chwilę wszystko zdawało się takie, jak całe lata temu, kiedy pomimo własnego bólu udało jej się zaprzyjaźnić z Aaronem i spędzać całe dnie na śmianiu się z nim i Wendy. Ale to tylko przez chwilę. — Dzięki, Blackwood. Dam ci już się wyspać. Dobranoc.
— Dobranoc, Blanche — odpowiedział i się rozłączył.
Po chwili ekran rozbłysnął się jeszcze jedną wiadomością od niego. Na tę już nie odpowiedziała. Po prostu przełożyła pakowanie się na kolejny dzień i poszła spać.
Było tuż po dziewiątej, gdy dotknęła symbolu słuchawki tuż obok wpisanego przez siebie numeru, który kilka godzin wcześniej podał jej Aaron. Siedziała wygodnie na kanapie, wiedząc, że do tego typu dyskusji powinna podejść na spokojnie. Spokój zaś zapewniała jej mała manipulacja własnym szczęściem, którego pozwoliła sobie dokonać, jak zawsze, gdy miała przed sobą jakiś ważny cel.
Plan działania był prosty. Grzecznie się przywitać i przedstawić. Podać, od kogo otrzymało się numer i wspomnieć o zasłyszanej przez swego informatora rozmowie. Udać pasjonata mitologii, który zbiera informacje na temat tego typu sytuacji, twierdząc, iż w każdym porzekadle jest ziarnko prawdy. Mimochodem spytać, czy te kilkanaście lat temu nie spędzał czasu z kimś dziwnym, a mała Grace nie trafiła do niego w jakiś nietypowy sposób.
Teraz pozostało tylko liczyć na to, że nie dało się tego zepsuć.
— Halo? — odezwał się ostrożny głęboki głos po drugiej stronie połączenia.
— Dzień dobry. Nazywam się Blanche Lemieux, a pański numer otrzymałam od znajomego, Aarona Blackwooda. Dzwonię, ponieważ… — rozpoczęła zgodnie z opracowanym wcześniej planem.


◇──◆──◇──◆
[718 słów: Blanche otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia+10]