Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 września 2026

Od Kala CD Filemona — „Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA V

Z niezrozumiałego dla niego powodu, Kal musiał na szybko wytłumaczyć przed samym sobą swoje zachowanie, jakby właśnie stał nad nim przełożony i pytał, dlaczego odpyskował stałemu klientowi. Tutaj powód był naprawdę bardzo prosty, bo to ten niebieskowłosy delikwenciak wszystko zaczął, a do tego rozpościerał wokół siebie aurę sfrustrowanego i zmęczonego życiem człowieka. Aurę tak ogromną, że Kal prawie nie mógł się przez nią przebić ze swoimi emocjami, co w pewnym sensie było osiągnięciem. Heros powinien był sobie wytłumaczyć, że typ pewnie ma zły dzień, że jest pracownikiem banku uwięzionym na przykrótkiej smyczy przyczepionej do zbyt ciasnej obroży, ale przejmowanie się jakimś nieznajomym mężczyzną było ostatnią rzeczą, którą chciałby robić Kal po męczącym dniu w szkole. Miał ochotę tylko jak najszybciej wrócić do mieszkania, rzucić się na łóżko i usnąć, równocześnie chcąc, żeby dzisiaj się skończyło, a jutro nie nadeszło.
Straszenie policją zadziałało na Kala równie dobrze, jak zadziałałoby kazanie mu stanąć w kącie i przemyśleć swoje zachowanie. Nie miał pewności, czy w takiej sytuacji policja bardziej nie przejęłaby się potencjalnym groomingiem dziwnego pracownika banku niż podejrzeniem „stalkingu” ze strony smutnego osiemnastolatka, z którego partnerka jego ojca uczyniła chłopca na posyłki najwyraźniej w bardzo złym miejscu i jeszcze gorszym czasie. Załatwiał naprawdę bardzo prostą sprawę: wychodził ze szkoły i szedł do domu, nie przejmując się swoimi półboskimi obowiązkami i będąc prawdopodobnie jednym z najgorszych centurionów od pięciu dekad, ale trudno mu wyplenić stare nawyki unikania Obozu jak ognia, gdy nie ma ochoty na przebywanie w nim. Miał wrócić tam jutro, pojutrze, może w tym tygodniu, w sensie kiedyś na pewno wróci i bohatersko nie stawi czoła wszystkim problemom, które się tam w tym czasie nazbierały. Liczył wyłącznie na to, że jego kohorta była w miarę ogarnięta i krótkie wakacje dla centuriona jej nie zaszkodzą, ale teraz zaczynał wątpić, czy to on jest wystarczająco ogarnięty, żeby przebywać w mieście. Był tu przez bardzo długie dwa dni i już chyba wolał Obóz od… tego, co się tutaj działo.
Chłopak nie poświęcił się na tyle, żeby odwrócić się do mężczyzny i wytłumaczyć mu, że, jakby co, to policja będzie miała go w dupie i już prędzej Kalowi uda się zagrać przestraszonego młodzieńca, niż ktokolwiek będzie współczuć czterdziestoletniemu bucowi. Dla kontekstu Kal niestety musiałby dodać, że co prawda może miał ładną twarz, ale w aktorstwie jego największym osiągnięciem mogłoby być co najwyżej granie drzewa, co i tak pewnie skończyłoby się na tym, że zostałby wyrzucony na zbity pysk za źle odegraną rolę. Przez nadmiar rzeczy do wytłumaczenia, postanowił uszanować swoje prawo do milczenia i jak najszybciej uciec z miejsca zdarzenia.
Odchodząc spod banku, słyszał jeszcze jakieś pomrukiwania ze strony faceta, które najprawdopodobniej nie były przeznaczone dla Kala. Chłopak odnotował w swoim nieistniejącym dzienniku, że oto dnia dzisiejszego jakiś facet zepsuł mu humor jeszcze bardziej, niż zrobiła to konieczność podniesienia się z łóżka i uczestniczenia w życiu zwykłego nastolatka ze zwyczajnym życiem, który skrywa w sobie co najwyżej nieleczoną depresję i nadnaturalną matkę, którą widział raz w życiu. Pogrążony w tych cudownych, optymistycznych myślach spóźnił się na pociąg metra, który miał dowieźć go do domu jakieś pół godziny przed powrotem jego ojca, co oszczędziłoby nastolatkowi wysłuchiwania zbędnych pytań o jego samopoczucie, niekoniecznie najlepsze oceny i widoczne na twarzy przemęczenie, którego nie ukrywał nawet najlepiej wykonany makijaż. W głowie Kala winowajcą tej sytuacji również został głupi pracownik banku, który w tym momencie równie dobrze mógłby być jakąś boginią totalnego nieszczęścia i zgorzknienia, która z jakiegoś powodu zdecydowała się na objawienie się randomowemu herosowi w przebraniu. Co prawda, gdyby to Kal był boginią totalnego nieszczęścia i zgorzknienia, też wybrałby jako swoje przebranie zmęczonego życiem pracownika banku bądź innego miejsca, gdzie pracuje się za minimalną stawkę i nawet nie można nikogo poprosić o coś na kształt napiwku. Ewentualnie wybrałby siebie, ale to już nieco bardziej subiektywna opinia.
Z tą jakże cudowną myślą, Kal wsiadł do przepełnionego pociągu i jak za dotknięciem różdżki od razu stał się jeszcze bardziej sfrustrowany i zgorzkniały, absorbując emocje zgromadzonych wokół niego ludzi. Spóźnionych na popołudniowe zmiany, niechcących wracać do domów, borykających się z problemami, które nic Kala nie obchodziły, a i tak musiał być przez nie dotykany. Bardzo boleśnie i nieprzyjemnie, bo wcinały się one prosto do jego umysłu.
Przez bardzo krótki moment rozważył zostanie terapeutą, ale prędko odrzucił tę idiotyczną myśl. Po miesiącu pracy to on skończyłby w psychiatryku, a to tylko w najlepszym wypadku.

Zmiany w swoim stylu życia wprowadził bardzo szybko po tamtym niekoniecznie przyjemnym spotkaniu z panem pracownikiem banku. Zaczął od jak najszybszej zmiany swojej codziennej trasy dom-szkoła oraz obóz-dom, bo, niestety, obydwie przebiegały obok budynku, w którym pracował prześladujący go mężczyzna. Kalowi wydawało się, że to wystarczy i już nigdy się nie spotkają, bo prawdopodobnie mają zupełnie inne plany dnia i bardzo możliwe, że mężczyzna wcale nie mieszka gdzieś w okolicy, tylko dojeżdża do pracy z drugiego końca San Francisco. Była to niesamowicie pocieszająca myśl, dopóki Kal nie dostrzegł tego faceta jadącego rowerem dokładnie tą trasą, którą nastolatek wybrał na swoją nową codzienną drogę do wszystkich miejsc, w których bywał częściej niż raz w miesiącu. Bogowie chyba bardzo chcieli skrzyżować ich losy, umieszczając bank obok przystanku metra, z którego codziennie korzystał Kal, żeby dostać się do szkoły i do najbliższego wejścia do Labiryntu.
Tak więc, gdy tylko zobaczył ponuro jadącego rowerem niebieskowłosego groomera, Kal mocno pochylił głowę i wlepił oczy w chodnik, niestety nie posiadając telefonu, którym mógłby się w tym momencie zająć. W tym momencie przeklinał swój bądź co bądź oryginalny wygląd i naprawdę miał nadzieję, że facet weźmie go raczej za jedną z białowłosych alternatywek, a nie akurat tego chłopaka, który na tamtej okropnej imprezie integracyjnej przyniósł im stos ciast.
Jego nadzieje zostały niesamowicie szybko brutalnie zamordowane.
– Czemu ty się tu kręcisz? – Usłyszał pytanie, które zostało wypowiedziane znanym mu głosem, równie suchym i przepełnionym zgorzknieniem, jak podczas ich spotkania parę dni wcześniej.
Znów miał ochotę odpyskować, zalany falą nieswojej frustracji, ale na szczęście zostało w nim wystarczająco samokontroli, żeby tego nie zrobić. Z westchnieniem uniósł głowę i odgarnął z twarzy zagubione kosmyki włosów, żeby spojrzeć facetowi w twarz, od razu tego pożałować i skupić wzrok na punkcie gdzieś nad jego uchem.
W odpowiedzi wyłącznie wzruszył ramionami, z zamiarem jak najszybszego odejścia, co niestety w tym przypadku nie podziałało tak dobrze, jak działało zazwyczaj.
– Czy ty możesz przestać za mną łazić? – burknął mężczyzna, co Kal odebrał jako zapowiedź bezpośredniego zagrożenia i momentalnie pożałował, że nie miał przy sobie gazu pieprzowego. – Śledzenie mnie to jakieś twoje nowe hobby, czy jak?
– Właściwie, to raczej skupiałem się na unikaniu pana – odpowiedział chłodno i spróbował przeć przed siebie, jakby nic się nie wydarzyło. Mężczyzna miał przewagę w postaci roweru, więc Kal naprawdę musiał skupić swój zazwyczaj pogrążony w osowiałej mgle umysł, żeby wydedukować jakąś nieszczególnie błyskotliwą konkluzję związaną z aktualną godziną i tym, gdzie sam próbował się dostać. – Do widzenia, bo się pan jeszcze spóźni do pracy. A ja do szkoły. I tak dalej. – wymamrotał w celu ponaglenia mężczyzny i jasnego zasygnalizowania mu, żeby się od niego odczepił.
Tylko nie pomyślał o tym, że przez tego dziwnego paranoika może zostać odebrany jako ktoś, kto zna jego plan dnia na pamięć i tak, jego hobby to śledzenie, stalking i jakaś dziwna obsesja na losowym dorosłym mężczyźnie.


Filemon?
────
[1193 słowa: Kal otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

sobota, 19 września 2026

Od Filemona CD Kala — „Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Filemon najpierw zmierzył wzrokiem młodego chłopaka, a potem odwrócił się do niego plecami. Nawet nieszczególnie przyjrzał się temu, co trzymał w rękach, bo już wystarczająco był zmęczony. Ostatni raz zgodził się uczestniczyć w jakimś nudnym przyjęciu pracowniczym. Ostatni. Nie przyszedłby, ale przez bite trzy godziny zachęcała go koleżanka z pracy.
— Przepraszam? — powtórzył.
Filemon nie mógł odwrócić się bardziej do ściany, więc postanowił zostać w bezruchu. Może jak uda, że nie słyszy, to pójdzie do kogoś innego? Taktyka warta przetestowania.
— Mam tort — powiedział jeszcze raz. — I też nie chcę tutaj być.
— No to wyjdź — odburknął.
— Nie mam na to czasu. — Chłopak złapał Filemona za łokieć i pociągnął.
Zaskoczony mężczyzna gwałtownie się odwrócił. Nie spodziewał się, że doświadczy czegoś takiego. Niechcianego dotyku.
— Bierz to ode mnie. — Wcisnął Filemonowi pudło z tortem do rąk i szybko wyszedł z przyjęcia.
Bezczelny, pomyślał. Tak właśnie zapamiętał tego chłopaka. Jaki bezczelnego gówniarza.
Filemon oddał pakunek komuś innemu i wrócił na swoje miejsce. Mianowicie pod ścianę, skąd mógł wszystkich obserwować i w spokoju spoglądać na zegarek. Jeszcze trzy godziny i dwadzieścia sześć minut.
Kiedy w spokoju próbował wytrwać ten okropny wieczór, zauważył tego samego chłopaka. Przecież wychodził jakąś godzinę temu. Samo odwrócenie się do ściany może mu nie pomóc, więc od razu odstawił talerz z niedojedzonym jabłecznikiem i skierował się w stronę toalet.
Zanim zdążył zamknąć się w jednej z kabin, poczuł, że ktoś chwyta go za skrawek rękawa koszuli.
— Też nie chciałem tutaj wracać — powiedział, widząc, że Filemon nawet nie drgnął. — Okazało się, że jeszcze mam dla was ciasteczka.
— To daj komuś.
— Nie wkurwiaj mnie — warknął nagle. — Połowa osób na tej imprezie jest już nawalona. Bierzesz to ode mnie, czy nie?
— Rozkazujesz mi, gówniarzu? — Odwrócił się. Brwi na jego czole groźnie się ze sobą zbiegły. — Dawaj to, wrzucę do kibla. — Wyrwał mu torebkę z wypiekami.
— No to wrzucaj, mi to zwisa!
Poszedł. Tak po prostu. Filemon nie wyrzucił ciastek do toalety, bo jeszcze miał minimalny szacunek do osoby, którą musiała je wypiekać i też nie chciał marnować dobrego jedzenia. Rzucił torebkę na stół i wrócił do toalety, gdzie przesiedział ostatnie piętnaście minut i wyszedł, nie informując nikogo, bo nie było nawet kogo. Cała grupa chodziła pijana, wątpliwe, że pamiętaliby o tym, że wyszedł.
— Czego ty znowu chcesz?
Chłopak, jak się okazało, stał przed wejściem. Akurat zaczęło padać, a on chował się pod małym daszkiem.
— Jak myślisz? — odparł niezbyt zainteresowany.
Filemon bez słowa wyciągnął parasol, otworzył go przed nosem chłopaka i poszedł do domu. Szczerze miał nadzieję, że stał tam wystarczająco długo, bo na to zasługiwał. I że tort był niedobry. Najlepiej byłoby, gdyby wszyscy się zatruli, posrali i nie przyszli jutro do domu. Miałby spokój.


Pierwsze, co usłyszał po przekroczeniu progu banku, było to, że dzisiaj pójdzie na inne stanowisko, zastąpił jakiegoś debila z kacem. Oczywiście długo dyskutował, bo dlaczego on, akurat on ze wszystkich dostępnych osób, musi zastępować jakiegoś alkoholika?
Ostatecznie się zgodził (został zmuszony), więc poszedł do nieswojego biurka. Syf, jaki zastał, był gorszy, niż syf, który zostawiają pijani studenci. Jeszcze brakowałoby tylko nasrać na środku.
Rzucił na ziemię brudne kartki, osmarkane chusteczki i wypisane długopisy. Obrzydliwe. Nie dość, że wczoraj musiał użerać się z jakimś nieznośnym dzieciakiem, to teraz musiał pracować w takich obrzydliwych warunkach.
Nagrodą okazała się możliwe szybsze wyjście z pracy. Świetnie, może powinien za to prezesowi buty wycałować? Nieważne, najważniejsze, że mógł stąd wyjść. To się liczyło.
Dobry humor skończył się (nigdy nie miał dobrego humoru) w momencie, kiedy znowu zobaczyć tamtego chłopaka. Po prostu szedł chodnikiem, ale sama jego obecność sprawiła, że Filemon się zdenerwował. Może powinien go zatrzymać i trochę mu jeszcze nawrzucać za wczoraj? Nie, może lepiej nie, bo jeszcze ktoś to zgłosi za znęcanie się nad dziećmi.
Zignorował go. Myślał, że go zgubił, ale chyba ich los inaczej napisał całą tę historię. Wpadli na siebie jak w tandetnym filmie.
— Śledzisz mnie? — to było pierwsze, co powiedział Filemon do chłopaka.
— Daj mi spokój.
— Nie, ty mi daj spokój.
— No, chciałbym, ale za mną łazisz.
Obydwoje stali pośrodku chodnika i gniewnie się na siebie patrzyli. Najgorsze było, że żaden z nich nie chciał z jakiegoś powodu odpuścić.
— Jak się nazywasz, gówniarzu?
— A co, policjantem jesteś? — prychnął i wyminął Filemona.
— Zaraz mogę się przejść na policję. Tylko cię ostrzegam.


Kal?
────
[700 słów: Filemon otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 30 sierpnia 2026

Od Kala do Filemona — „Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna”

O byciu centurionem nie dowiedział się wczoraj, ani nawet przedwczoraj, choć w zupełności czuł, że tak właśnie było. Jego zdaniem Vergil nie popisał się tym wyborem, a Rodion nie popisał się swoim odejściem i rozpoczęciem własnego, fuj, dorosłego życia, bo co jak co, ale on wyglądał na takiego, który wiedział, co robi. Był dobry w wydawaniu poleceń. Dobry w utrzymywaniu twardej dyscypliny wśród głupich legionistów, którzy regularnie próbowali przeprowadzać na sobie lobotomię, posługując się włóczniami. Przy nim Kal prezentował się jak gówniarz, który dopiero co zaczął podstawówkę. Brzmiało to dla niego jak zawoalowany podstęp, który miał wzbudzić w nim większe poczucie przynależności i odpowiedzialności wobec Obozu, trochę skrócić smycz, na której go trzymali. Nie podobało mu się to, ale nie odmówił, co, z perspektywy czasu, powinien był zrobić. Postawić twardą granicę, powiedzieć, że czuje się dobrze jako legionista i nie ma zamiaru wychylać się poza szereg. Tylko gdy rozmawia z tobą pretor, to trochę ciężko jest znaleźć właściwe słowa odmowy poza pretensjonalnym: „nie, odmawiam!!!”, do tego człowiekowi towarzyszy ściskające klatkę piersiową poczucie bycia przyszpilonym do ściany. Ostatecznym wyjściem może być tylko grzeczna zgoda i jak najszybsza ucieczka.
Właśnie dlatego, zamiast świętować dobrą nowinę z Elianne, klasycznie kitrając się w krzakach, Kal wymknął się do San Francisco. W nadziei, że jeszcze nikt nie wiedział o jego awansie i nikt nie będzie próbował do niego dotrzeć, żeby pogonić go z wykonywaniem nowych obowiązków. On musiał oswoić się z tym wszystkim, przeczytać parę notatek o tym, co właściwie powinien robić jako centurion oprócz panoszenia się wszędzie i wyglądania poważnie, co robił już od sześciu lat przynależności do Obozu. No, może pięć. Teoretycznie mógłby spytać o to Elianne, ale wtedy nie będzie mógł wykazać się swoją samodzielnością i odpowiedzialnością i innymi aspektami, którymi powinien wykazywać się centurion. Za tydzień się wszystkiego nauczy, a jeśli nie, to będzie problem przyszłego Kala.
Miejscem, w którym ostatecznie skończył, był jego pokój. Na wejściu trochę się zdziwił, ujrzawszy nienagannie pościelone łóżko i kompletny brak porzuconych na podłodze szpargałów. Obejrzał się za siebie w ruchu niekoniecznie wytłumaczalnym, bo drzwi do mieszkania były zamknięte, a jego ojciec na pewno teraz był w pracy. I przecież Kal ostatnio był tutaj co najmniej parę dni temu, więc dokładny moment pościelenia jego łóżka mogliby ocenić wyłącznie doświadczeni detektywi.
Bez większego żalu spowodowanego zepsuciem czyjejś ciężkiej pracy, Kal zakopał się w kołdrach i kocach, wtulił twarz w jedną z poduszek i postanowił przespać cały dzień, a z byciem centurionem uporać się jutro, ewentualnie pojutrze. Przed kimkolwiek, kto będzie miał o to problem, będzie udawał niewiniątko i może wreszcie zrobi jakiś użytek ze swoich mocy.
Leżał tak może z pięć minut, co jest zdecydowanie zbyt krótkim czasem na zaśnięcie. Przerwał mu szczęk kluczy w zamku, przez który poderwał się do siadu najgwałtowniej w swoim całym życiu. Jego tata wciąż powinien być w pracy, więc po szybkim przemyśleniu wszystkiego, pozostała tylko jedna opcja i Kal bardzo by chciał, żeby okazała się nieprawdziwa.
Niezsynchronizowany stukot obcasów i szamotanina w przedpokoju zdradziła więcej, niż chłopakowi było potrzebne. Gdyby był milszy, to może rzeczywiście podniósłby się z łóżka, podszedł do Florence i pomógłby jej z czymkolwiek, z czym właśnie miała problem. Na szczęście mógł po prostu udawać, że niczego nie słyszał i z powrotem położyć się na bardzo wygodnych poduszkach, przykryć kołdrą i naprawdę przespać cały dzień. Może gdyby nie stukała tymi obcasami aż tak głośno, to by dał radę, ale dla świętego spokoju i niekierowany żadnym ludzkim odruchem empatii, Kal westchnął bardzo głośno i rzeczywiście wyszedł ze swojego pokoju, po drodze na szybko przeczesawszy włosy palcami.
– Hej – wymamrotał, widzą w przedpokoju wysoką wieżę pasteloworóżowych pudełek, które objętością przezwyciężały fioletowe loki Florence. Oraz wysokością przebijały ją całą. Tylko spod nich wystawała długa spódnica z falbankami i szpilki.
Na jego przywitanie odpowiedział mu okrzyk zaskoczenia, a jedno z pudełek prawie spoczęło pod jego nogami, które w ostatnim momencie przytrzymał na szczycie ściskanej przez kobietę wieży.
– Kal, słońce, przestraszyłeś mnie! – oznajmiła Florence, choć wcale nie musiała tego mówić, bo Kal był obdarzony umiejętnością interpretowania wydarzeń, które widział. – Pomożesz mi z tym?
Może gdyby nie zapytała, to mógłby tak ją tak zostawić bez większego poczucia winy, ale teraz już nie miał wyboru. W milczeniu odebrał jej część pudełek i sprawnie wymanewrował w wąskim korytarzu, żeby ułożyć je na stole w salonie. Nie miał zamiaru roztrząsać tego, jakim cudem Florence udało się to wszystko przytaszczyć do mieszkania, ani po co ona to zrobiła. Totalnie nie jego spra…
– Jeju, kochanie, tak się cieszę, że cię widzę! – wykrzyknęła Florence, gdy tylko pozbyła się ze swoich rąk pozostałych pudełek i od razu nie omieszkała przytulić chłopaka, który nie zdążył się odsunąć. – Akurat dziewczynka, która miała mi z tym wszystkim pomóc, rozchorowała się, biedactwo. Powiedz, masz teraz wolną chwilę? Potrzebuję pomocy z tymi wszystkimi ciastami.
– …Wszystkimi? – Kal próbował zliczyć wszystkie pudełka, ale poddaje się jeszcze przed połową.
– Nie, nie, to znaczy z częścią – wytłumaczyła, chichocząc. – Widzisz, kochanie, część z nich trzeba dostarczyć na takie jedno przyjęcie, ono jest niedaleko. To spotkanie pracowników tego banku dwie przecznice dalej, to będzie to, to i to. – Wskazała na trzy pudełka, po czym bardzo szybko złożyła z nich osobną wieżę i Kal nie miał najmniejszego pojęcia, jak odróżniła je od kilkunastu takich samych różowych prostokątów. – Zapiszę ci adres na karteczce i…
– Florence, ale ja…
– Słońce, proszę. – Florence złożyła dłonie jak do modlitwy. – Mam na dzisiaj tyle zamówień, a wszystko mi się porozpadało, to jedyne, o co cię proszę. Mogę w zamian upiec coś dla ciebie i twojej milusiej dziewczyny, Elianne, prawda? Powiedz, jaki smak lubi?
To już było przekupstwo. Dodatkowo gra niewarta świeczki. Zgodził się tylko dlatego, że w tamte walentynki zamiast pełnowymiarowych, pysznych ciasteczek Eli mogła co najwyżej poczęstować się dymem i węglem.
Jednak postawił Florence jeden warunek: zanim pójdzie, musi się pomalować.

Stanął przed budynkiem, czując się ekstremalnie idiotycznie. Nie do końca wiedział, jak powinien się ubrać na dostarczenie ciast na przyjęcie pełne mężczyzn w pełnych garniturach, więc po prostu wszystko olał i się nie przebierał, żeby dumnie wkroczyć do środka w oversized swetrze, krótkich spodenkach i ocieplaczach na kostkach, co zdecydowanie nie było optymalnym strojem i było mu trochę zimno. To i tak było nieważne, bo przecież on tylko tam wejdzie, przekaże im ciasta, wyjdzie, biegiem wróci do mieszkania i postara się nie przeziębić. Bardzo proste.
Problem zaczął się już w momencie, gdy wszedł. Okazało się, że to całe przyjęcie już się zaczęło, wszyscy ze sobą rozmawiali, trzymając w dłoniach drinki lub tańczyli na parkiecie. Przy czym zdecydowanie nie wyglądało to tak, jak wyobrażał sobie Kal i mało kto miał na sobie pełny garnitur, ale postanowił to zbyć wzruszeniem ramion. Szybko rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegokolwiek stołu, na którym mógłby odłożyć te ciasta i uciec, ale każdy z tych w zasięgu jego wzroku był już w pełni zastawiony.
Przeklął w myślach swoje obecne położenie, po czym poszukał wzrokiem kogokolwiek, kto nie był aktualnie czymś zajęty. Jego oczy spoczęły na podpierającym ścianę niebieskowłosym mężczyźnie, którego też wybrał na swoją ofiarę.
– Mam ciasta – powiedział bez zbędnego przywitania. – Gdzie je położyć?


Filemon?
────
[1160 słów: Kal otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]