środa, 30 września 2026

Od Apollodorosa — „Pain breaks rhytm”

Było zwykle wyjątkowo odporne na warunki pracy w tym podtypie gastronomii — ciągły szum szeptów, klimatyzacji, wyparzarki, ekspresów, pieca. Regularne stukanie o siebie naczyń noszonym z zaplecza na bar, a potem w drugą stronę na tacach. Wycieranych tych kubków, kiedy nadal są gorące. Siniaków od przeciskiwania się w tłumie z zamówieniami tak, że dostało się kantem stołu nie raz i nie dwa. Mocnych zapachów ze wszelkich możliwych stron. Godziny na nogach bez nawet chwili, by usiąść. Oparzenia od wylanych kaw czy herbat, przypadkowego dotknięcia się gołą skórą na przedramieniu o nagrzany piec tuż obok końcówki noszonych rękawiczek, które mają temu zapobiegać. Wyrabiał sobie tę odporność zmiana po zmianie. Jest tylko jeden problem z tą odpornością — nie zawsze wystarcza i bywa osłabiona.
Apollodoros nie ma bladego pojęcia, dlaczego obudził się z tak silnym bólem głowy, tym bardziej czemu najsilniejsze leki przeciwbólowe, jakie mieli w mieszkaniu, tylko ściszały łomotanie, a nie się go pozbywały. Czuło się, jakby ktoś próbował na nim trepanacji czaszki i próbował zrobić z niej dzwon, bijając mocniej młotem.
Było za jasno, nawet jeśli większość światła biła z lampek i abażurów, a nie chłodnych halogenów na suficie. Za głośne, wysokie śmiechy klientów dawały uczucie wbijania mu szpili, brzęki porcelany sprawiały, że aż się momentami wzdrygało. Robiło swoją pracę wolniej, żeby wyszła dobrze, no i żeby się nie przemęczać. Było kompletnie wybite ze swojego rytmu w pracy, tej wewnętrznej melodii, która pomagała z ogarnięciem wszystkiego na raz. Jeszcze zmiana w piątek, piątek, kiedy studenci kończą wcześniej zajęcia z okazji jakichś obchodów na najbliższym kampusie. Ciągle ktoś coś chce, nie można nawet odpocząć chwilę na zapleczu. Choć zaplecze też niezbyt pomaga, z szumami lodówek, maszyn do lodu, pieca, wyparzarki.
Musi po prostu... przetrwać do końca zmiany… i będzie okej… będzie w porządku wtedy… to tylko kilka godzin więcej. Kilka godzin więcej zdenerwowanych klientów, którzy wyżywają się krzykami na obsłudze, absolutnie utrudniają prac, jakby robili to celowo… Niby zawsze mogło być gorzej, ale zawsze mogło być też lepiej… Byleby do końca.


────
[328 słów: Apollodoros otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Aureliusz umiera


Aureliusz Adarns Collins


Śmierć dopadła kolejnego półboga. Więcej możecie przeczytać tutaj.

wtorek, 29 września 2026

Od Edel — „The cold dark street tonight”

Nowy Jork powitał ją zapachem smażonych na starym tłuszczu frytek. Nie narzekała, bo był to lepszy zapach niż smród potu w przepełnionym autokarze, wiozącym ją z lotniska do centrum. Gorszy od wyperfumowanego samolotu, ale po autobusie standardy nosa Edel samodzielnie zakopała się kilka metrów pod ziemią.
To Silas podsunął jej frytki pod nos, sam mając nimi wypakowane usta. Zanim postanowiła dokładniej się im przyjrzeć albo chociaż wyciągnąć po nie rękę, wymamrotała niewyraźne „chwileczkę” i obejrzała z trudem wyszarpaną z autokaru walizkę dla upewnienia się, czy to na pewno ta należąca do niej i czy przypadkiem nie miała ogromnej dziury, przez którą wypadły wszystkie jej rzeczy. Dopiero wtedy wyprostowała się i uśmiechnęła do przyjaciela, który bezprecedensowo ukradł około ćwierć frytek z zaoferowanej jej pół minuty wcześniej torebki.
– Może byś się przywitał? – zapytała żartobliwie, na co mężczyzna ostentacyjnie pomachał jej torebką z frytkami jeszcze bliżej twarzy niż wcześniej. Wreszcie ją od niego odebrała, nie bez dużej dozy obrzydzenia, której nawet nie próbowała ukrywać. Przezroczysta od tłuszczu papierowa torebka była obrzydliwa w dotyku i Edel od razu poczuła potrzebę ucieczki do pierwszej z brzegu łazienki, żeby umyć ręce i już nigdy nie myśleć o tym, jak śliski potrafi być papier. – Nie kupuję w McDonaldzie – zwróciła uwagę Silasowi, który desperacko próbował przełknąć resztki jedzenia, żeby móc wydusić z siebie jakąkolwiek odpowiedź.
– Aha? Oskarżasz mnie o coś takiego? – wytłumaczył wreszcie i wygrzebał z kieszeni wymiętą chusteczkę, obejrzał ją i z wahaniem wyrzucił ją do najbliższego kosza na śmieci. Błagalnie spojrzał na Edel, zanim dodał: – Są z jakiegoś stoiska takiego starszego pana. Bardzo się ucieszył, że ktoś cokolwiek od niego kupił – wytłumaczył, w międzyczasie wycierając usta podaną mu przez Edel chusteczką. Dziewczyna ledwo go zrozumiała, prawdopodobnie dzięki temu, że Silas rzadko wyłączał swój spikerski głos i nawet mając w ustach trzy szlugi, z jakiegoś powodu potrafił mówić niespodziewanie wyraźnie.
– Świetnie – mruknęła i bez przekonania spróbowała jednej z frytek, które były już kompletnie zimne. Żałowała, że Silas nie pomyślał o tym, żeby poszli na jedzenie, jak Edel będzie już z nim, a nie dopiero do niego zmierzała.
– Kręcisz nosem, jakbym ci wcisnął do ręki psie gówno opakowane w papier prezentowy – oznajmił, prędzej żartem niż z pretensjami. – To była jedyna opcja wege, a jak mi jeszcze powiesz, że „nie kupuję w McDonaldzie” jest równoznaczne z „nie jadam jakichkolwiek fastfoodów”, to spadniesz w moich oczach o dobre kilka miejsc na tierliście moich przyjaciół.
– Jem – odpowiedziała Edel, tak bardzo naciskając na to słowo, jakby udowodnienie tego Silasowi miało przysporzyć jej realne korzyści. – I nie mówię tego przez… tierlistę twoich przyjaciół. Kto w ogóle takie ma?
– Nie martw się, i tak utrzymałabyś się ponad ludźmi, z którymi jebałem się w klubach. – Mężczyzna wzruszył ramionami z przyklejonym do twarzy uśmiechem, który bardzo nie pasował Edel do wypowiadanych przez niego słów.
– A… okej? – wydukała jedną z najsłabszych odpowiedzi, jakie kiedykolwiek wymyśliła w całym swoim życiu.
Szli dalej w milczeniu, aż Edel nie wyrzuciła opakowania po frytkach, a Silas nie wypalił papierosa, zapalonego zmęczoną życiem zapalniczką, która działała równie dobrze jak krzesiwo, którym próbowano podpalać ogniska na obozach survivalowych.
– Wiesz – mruknął Silas, kopnąwszy zagubioną na chodniku zwiniętą w kulkę ulotkę – zastanawiałem się, czy w ogóle cię odbierać.
– Aha? – Edel wykorzystała wszystkie swoje umiejętności, które umożliwiały jej bardzo amatorskie uniesienie jednej brwi, co nigdy nie wyglądało tak, jak powinno.
– Nie, po prostu, nie znasz już drogi na pamięć? Czekałbym na ciebie ze świeżo ugotowanym obiadkiem, nie musiałabyś jeść jakichś frytek z ulicy…
– Nie wierzę, że potrafiłbyś ugotować obiad lepszy od frytek z ulicy – stwierdziła Edel. – Dodatkowy czas wykorzystałbyś na–
Urwała, bo koła jej walizki zahaczyły o coś leżącego na chodniku. Szarpnęła nią mocniej, bo nigdy nie byłaby zaskoczona śmieciami na ulicy Nowego Jorku, ale koła walizki perfidnie zaplątały się w, jak się okazało, materiał. Kucając, Edel skupiła się na wyrwaniu go z kółek, dopiero potem zauważywszy, że materiał wciąż przyczepiony jest do czyjejś ręki.
– Bardzo przepraszam! – wykrzyknęła, natychmiast puszczając czyjąś koszulę. Silas oparł się na walizce dziewczyny i spojrzał nad nią, wodząc wzrokiem od czyichś palców, po brak ramienia.
– Chyba nie masz kogo przepraszać – rozsądnie zauważył, po czym kucnął obok niej i jednym szarpnięciem uwolnił walizkę.
– Fakt. Racja – wydukała Edel, której z jakiegoś powodu łatwiej było zaakceptować czyjeś szczątki niż potencjalnie wściekłego menela. Mogła pochwalić się długim i szerokim doświadczeniem w obcowaniu z trupami, najczęściej takimi, na których przedramionach wypalono tatuaże. – Zadzwonię na…
– Weź, będziemy musieli zeznawać przez pół dnia – jęknął Silas, teatralnie łapiąc się za głowę. – A jemu i tak już nic nie pomoże. Albo jej. Nie mogę spytać o zaimki.
– Nie mogę tego tak po prostu zostawić – powiedziała, a mężczyzna kiwnął głową w odpowiedzi tak, jakby zgadzał się na najdziwniejszą jedzeniową zachciankę swojej ciężarnej żony.
Zajrzała głębiej w uliczkę, kierując się bardziej swoim przeczuciem, niż jakąkolwiek logiczną przesłanką. Silas okazał się na tyle miły, że odpalił latarkę w telefonie i oboje mogli zobaczyć sponiewierane ciało. Heros szybko wyłączył światło, ale Edel nie potrafiła wymazać sprzed oczu obrazu, który widziała może przez dwie sekundy. Szeroko otwarte oczy wydawały wpatrywać się prosto w nią, a równocześnie były bardziej puste niż gałki oczne porcelanowej lalki. Zlepione krwią włosy ginęły w brunatnej plamie na bruku, poszarpane ubrania wiły się wokół ciała, w ostrym świetle latarki tworzyły z niego mankament nieprzypominający ludzkich szczątków. Wśród tego bezładu wyły się zadane monstrualnymi pazurami i kłami rany, wyrwy wśród warstw ubrań i niewielkich skrawków nierozerwanego ciała. Edel wzięła parę głębokich wdechów, oszukując się, że nowy smak w jej ustach nie zwiastuje szybkiego opróżnienia jej żołądka z dopiero co zjedzonego obiadu.
– Kurwa – zdołała wydusić, próbując otrząsnąć się z szoku i odrzucić mdłości, w czym odezwanie się niekoniecznie pomogło.
– To chyba jeden z naszych – rzucił Silas, który większość swojego ciężaru przeniósł na rozklekotaną walizkę Edel (ściskając jej rączkę niepotrzebnie mocno).
– Przepraszam, co? – burknęła, rozdarta pomiędzy skuleniem się na chodniku i wciśnięciem głowy między nogi a zachowaniem pozy niewzruszonej byłej centurionki z długim stażem.
– To chyba jeden z naszych – powtórzył, a z jego miny Edel mogła wyczytać wyłącznie obrzydzenie. – Mam na myśli, żaden cywil by tak nie skończył, rozumiesz.
– Tak, rozumiem – rzuciła gorzko i wreszcie wykręciła numer na policję.

Silas otworzył przed nią drzwi, wpuszczając do ciemnego mieszkania snop światła z korytarza. Najciszej, jak potrafiła, rozebrała się i przeniosła walizkę do salonojadalniokuchni, gdzie bez zapalania lampy rzuciła się na kanapę. Silas najwyraźniej miał zamiar oświetlić sobie drogę do swojego pokoju wyłącznie światłem ekranu prawie rozładowanego telefonu, ale przeszkodziło mu w tym nagłe otwarcie się sąsiednich drzwi i pojawienie się w nich jego kochanej współlokatorki.
– Ładnie to tak wracać po nocach? – warknęła, uderzając we włącznik światła. Edel zmrużyła oczy od nagłego błysku i boleśnie uświadomiła sobie, że w tym momencie wolałaby być gdziekolwiek indziej niż na tej wysłużonej kanapie w towarzystwie wykończonego (i trochę na nią złego) przyjaciela oraz jego wściekłej współlokatorki. – Po tobie jeszcze się tego spodziewałam, ale ty, Edel, serio?
– Byliśmy na komisariacie – wymamrotał Silas i przepchnął się obok Yasmin.
– Gdzie, kurwa?
– Na komisariacie, dobranoc. – Tymi słowami mężczyzna zakończył temat i zniknął w czeluściach swojego pokoju.
– Co wy odpierdoliliście? – Yasmin odwróciła się do Edel, teraz równie wściekła, jak i zaskoczona.
– Nic – odpowiedziała, rozkładając przygotowany dla niej koc. – Znaleźliśmy trupa, najpewniej herosa. Zadzwoniłam na policję. Przesłuchiwali nas. Trochę zeszło z formalnościami.
– Jakiego herosa?
Edel nawet nie miała siły komentować tego, że w całej tej historii najbardziej interesuje ją właśnie ten aspekt.
– Nie wiem, jutro pewnie obsmarują na jego temat z dziesięć artykułów o zagadkowej śmierci młodego mężczyzny rozszarpanego przez dzikie zwierzęta w centrum Nowego Jorku.
– Już są – poinformowała ją Yasmin, pochylona nad smartfonem. – Aureliusz Collins. Niczego sobie, ale nie kojarzę – wyraziła swoją nader ważną o tej porze opinię.
Edel nie przejęła się tym na tyle, żeby wysilić się na odpowiedź inną niż: „dobranoc, zgaś światło, proszę”.


────
[1272 słowa: Edel otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 28 września 2026

Od Lucasa CD Mikołaja — „Ryan Gosling to dosłownie ja”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Lucas spojrzał z ukosa na Mikołaja.
— Serio się pytam! Kto to… znasz go?
— To postać fikcyjna.
— Ale co ma Sebastian Wilder do Ryana Goslinga?
— To jedna z jego najpopularniejszych ról.
Po tej krótkiej wymianie zdań nastąpiła krótka, niezręczna cisza.
— Po co chciałeś ten autograf, skoro nic nie wiesz? — spytał Lucas.
— Jakby ci to powiedzieć… to był zakład.
— ZAKŁAD? Chcesz mi powiedzieć, że jedziemy w tym małym, ciasnym, śmierdzącym kiblu i będziemy w nim przez co najmniej dobre parę godzin, tylko dlatego, że się założyłeś!
— Trochę tak… ale nie udawaj takiego sztywnego okej! Nie wierzę, że nic szalonego nie robiłeś, gdy byłeś w moim wieku! Wy od Ateny jesteście tacy sztywni.
Lucas zacisnął zęby. Głupio było mu powiedzieć, że w wieku Mikołaja sam wyprawiał nie lepsze rzeczy. Razem z siostrą Louise, trzymał w małej szopce niedaleko Obozu Herosów małe szczeniaczki. Kiedyś razem z nią i jednym z jego rodzeństwa, Avery, wybrali się do Nowego Jorku. Na studiach poznał przyjaciela Ariela, który prowadzi bujne, imprezowe życie. Nikt by po nim nie stwierdził, że jest stałym bywalcą barów. Znaczy, był. Wiele się zmieniło, odkąd pojawiła się Ruby, która w pewnym sensie, trochę spowolniła tryb życia Lucasa.
— Hej, wszystko dobrze?
Z transu rozmyślań wyrwał Lucasa głos Mikołaja.
— Tak, czemu coś miałoby być nie tak?
— Myślałem, że cię uraziłem czy coś…
— Nie, wszystko dobrze. Wspominałem o… głupich rzeczach, jakie zrobiłem.
Mikołaj uniósł głowę zaciekawiony.
— Ukrywałem przed Chejronem zgraję małych piesków — kontynuował Lucas. — Wraz z moją siostrą, ówczesną grupową domku Ateny.
Młodszy heros się roześmiał.
— Naprawdę? Trzymaliście pieski? Gdzie!
— W szopce w lesie. Niestety musieliśmy je oddać. Są podobno w Obozie Jupiter. Ciekawe, co tam u nich.
— I nikt się nigdy nie dowiedział?
— Nie. To była taka nasza mała tajemnica.
— Słodko. Ja to zawsze chciałbym mieć kota… takiego jasnego, płowego i nazwałbym go Franek.
Tok rozmowy zaburzył komunikat.
— Uwaga, uwaga! Awaria w pociągu! Wszyscy są proszeni, aby opuścić pociąg przy najbliższej stacji kolejowej!
— Co?! — Mikołaj wykrzyknął. — Przecież… gdzie my w ogóle jesteśmy!
Lucas wyszedł z łazienki, by spojrzeć na komunikat. Kolejny przystanek, na którym mają opuścić pociąg to Flagstaff.
— I gdzie jesteśmy? — Mikołaj niedługo później również wyszedł z łazienki.
— W Flagstaff, miasto w Arizonie. Mamy godzinę 18… I jest weekend…
— To pójdziemy na miasto się bawić!
— Nigdzie nie idziemy! Musisz wrócić do Obozu Herosów cały i zdrowy!
— Nie rób ze mnie dzieciaka! Mam 16 lat! No dawaj, może coś fajnego będzie!
— Tylko nie waż mi się stać w kolejnej kolejce, po kolejny autograf!


Mikołaj?
────
[407 słów: Lucas otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Kala CD Filemona — „Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA V

Z niezrozumiałego dla niego powodu, Kal musiał na szybko wytłumaczyć przed samym sobą swoje zachowanie, jakby właśnie stał nad nim przełożony i pytał, dlaczego odpyskował stałemu klientowi. Tutaj powód był naprawdę bardzo prosty, bo to ten niebieskowłosy delikwenciak wszystko zaczął, a do tego rozpościerał wokół siebie aurę sfrustrowanego i zmęczonego życiem człowieka. Aurę tak ogromną, że Kal prawie nie mógł się przez nią przebić ze swoimi emocjami, co w pewnym sensie było osiągnięciem. Heros powinien był sobie wytłumaczyć, że typ pewnie ma zły dzień, że jest pracownikiem banku uwięzionym na przykrótkiej smyczy przyczepionej do zbyt ciasnej obroży, ale przejmowanie się jakimś nieznajomym mężczyzną było ostatnią rzeczą, którą chciałby robić Kal po męczącym dniu w szkole. Miał ochotę tylko jak najszybciej wrócić do mieszkania, rzucić się na łóżko i usnąć, równocześnie chcąc, żeby dzisiaj się skończyło, a jutro nie nadeszło.
Straszenie policją zadziałało na Kala równie dobrze, jak zadziałałoby kazanie mu stanąć w kącie i przemyśleć swoje zachowanie. Nie miał pewności, czy w takiej sytuacji policja bardziej nie przejęłaby się potencjalnym groomingiem dziwnego pracownika banku niż podejrzeniem „stalkingu” ze strony smutnego osiemnastolatka, z którego partnerka jego ojca uczyniła chłopca na posyłki najwyraźniej w bardzo złym miejscu i jeszcze gorszym czasie. Załatwiał naprawdę bardzo prostą sprawę: wychodził ze szkoły i szedł do domu, nie przejmując się swoimi półboskimi obowiązkami i będąc prawdopodobnie jednym z najgorszych centurionów od pięciu dekad, ale trudno mu wyplenić stare nawyki unikania Obozu jak ognia, gdy nie ma ochoty na przebywanie w nim. Miał wrócić tam jutro, pojutrze, może w tym tygodniu, w sensie kiedyś na pewno wróci i bohatersko nie stawi czoła wszystkim problemom, które się tam w tym czasie nazbierały. Liczył wyłącznie na to, że jego kohorta była w miarę ogarnięta i krótkie wakacje dla centuriona jej nie zaszkodzą, ale teraz zaczynał wątpić, czy to on jest wystarczająco ogarnięty, żeby przebywać w mieście. Był tu przez bardzo długie dwa dni i już chyba wolał Obóz od… tego, co się tutaj działo.
Chłopak nie poświęcił się na tyle, żeby odwrócić się do mężczyzny i wytłumaczyć mu, że, jakby co, to policja będzie miała go w dupie i już prędzej Kalowi uda się zagrać przestraszonego młodzieńca, niż ktokolwiek będzie współczuć czterdziestoletniemu bucowi. Dla kontekstu Kal niestety musiałby dodać, że co prawda może miał ładną twarz, ale w aktorstwie jego największym osiągnięciem mogłoby być co najwyżej granie drzewa, co i tak pewnie skończyłoby się na tym, że zostałby wyrzucony na zbity pysk za źle odegraną rolę. Przez nadmiar rzeczy do wytłumaczenia, postanowił uszanować swoje prawo do milczenia i jak najszybciej uciec z miejsca zdarzenia.
Odchodząc spod banku, słyszał jeszcze jakieś pomrukiwania ze strony faceta, które najprawdopodobniej nie były przeznaczone dla Kala. Chłopak odnotował w swoim nieistniejącym dzienniku, że oto dnia dzisiejszego jakiś facet zepsuł mu humor jeszcze bardziej, niż zrobiła to konieczność podniesienia się z łóżka i uczestniczenia w życiu zwykłego nastolatka ze zwyczajnym życiem, który skrywa w sobie co najwyżej nieleczoną depresję i nadnaturalną matkę, którą widział raz w życiu. Pogrążony w tych cudownych, optymistycznych myślach spóźnił się na pociąg metra, który miał dowieźć go do domu jakieś pół godziny przed powrotem jego ojca, co oszczędziłoby nastolatkowi wysłuchiwania zbędnych pytań o jego samopoczucie, niekoniecznie najlepsze oceny i widoczne na twarzy przemęczenie, którego nie ukrywał nawet najlepiej wykonany makijaż. W głowie Kala winowajcą tej sytuacji również został głupi pracownik banku, który w tym momencie równie dobrze mógłby być jakąś boginią totalnego nieszczęścia i zgorzknienia, która z jakiegoś powodu zdecydowała się na objawienie się randomowemu herosowi w przebraniu. Co prawda, gdyby to Kal był boginią totalnego nieszczęścia i zgorzknienia, też wybrałby jako swoje przebranie zmęczonego życiem pracownika banku bądź innego miejsca, gdzie pracuje się za minimalną stawkę i nawet nie można nikogo poprosić o coś na kształt napiwku. Ewentualnie wybrałby siebie, ale to już nieco bardziej subiektywna opinia.
Z tą jakże cudowną myślą, Kal wsiadł do przepełnionego pociągu i jak za dotknięciem różdżki od razu stał się jeszcze bardziej sfrustrowany i zgorzkniały, absorbując emocje zgromadzonych wokół niego ludzi. Spóźnionych na popołudniowe zmiany, niechcących wracać do domów, borykających się z problemami, które nic Kala nie obchodziły, a i tak musiał być przez nie dotykany. Bardzo boleśnie i nieprzyjemnie, bo wcinały się one prosto do jego umysłu.
Przez bardzo krótki moment rozważył zostanie terapeutą, ale prędko odrzucił tę idiotyczną myśl. Po miesiącu pracy to on skończyłby w psychiatryku, a to tylko w najlepszym wypadku.

Zmiany w swoim stylu życia wprowadził bardzo szybko po tamtym niekoniecznie przyjemnym spotkaniu z panem pracownikiem banku. Zaczął od jak najszybszej zmiany swojej codziennej trasy dom-szkoła oraz obóz-dom, bo, niestety, obydwie przebiegały obok budynku, w którym pracował prześladujący go mężczyzna. Kalowi wydawało się, że to wystarczy i już nigdy się nie spotkają, bo prawdopodobnie mają zupełnie inne plany dnia i bardzo możliwe, że mężczyzna wcale nie mieszka gdzieś w okolicy, tylko dojeżdża do pracy z drugiego końca San Francisco. Była to niesamowicie pocieszająca myśl, dopóki Kal nie dostrzegł tego faceta jadącego rowerem dokładnie tą trasą, którą nastolatek wybrał na swoją nową codzienną drogę do wszystkich miejsc, w których bywał częściej niż raz w miesiącu. Bogowie chyba bardzo chcieli skrzyżować ich losy, umieszczając bank obok przystanku metra, z którego codziennie korzystał Kal, żeby dostać się do szkoły i do najbliższego wejścia do Labiryntu.
Tak więc, gdy tylko zobaczył ponuro jadącego rowerem niebieskowłosego groomera, Kal mocno pochylił głowę i wlepił oczy w chodnik, niestety nie posiadając telefonu, którym mógłby się w tym momencie zająć. W tym momencie przeklinał swój bądź co bądź oryginalny wygląd i naprawdę miał nadzieję, że facet weźmie go raczej za jedną z białowłosych alternatywek, a nie akurat tego chłopaka, który na tamtej okropnej imprezie integracyjnej przyniósł im stos ciast.
Jego nadzieje zostały niesamowicie szybko brutalnie zamordowane.
– Czemu ty się tu kręcisz? – Usłyszał pytanie, które zostało wypowiedziane znanym mu głosem, równie suchym i przepełnionym zgorzknieniem, jak podczas ich spotkania parę dni wcześniej.
Znów miał ochotę odpyskować, zalany falą nieswojej frustracji, ale na szczęście zostało w nim wystarczająco samokontroli, żeby tego nie zrobić. Z westchnieniem uniósł głowę i odgarnął z twarzy zagubione kosmyki włosów, żeby spojrzeć facetowi w twarz, od razu tego pożałować i skupić wzrok na punkcie gdzieś nad jego uchem.
W odpowiedzi wyłącznie wzruszył ramionami, z zamiarem jak najszybszego odejścia, co niestety w tym przypadku nie podziałało tak dobrze, jak działało zazwyczaj.
– Czy ty możesz przestać za mną łazić? – burknął mężczyzna, co Kal odebrał jako zapowiedź bezpośredniego zagrożenia i momentalnie pożałował, że nie miał przy sobie gazu pieprzowego. – Śledzenie mnie to jakieś twoje nowe hobby, czy jak?
– Właściwie, to raczej skupiałem się na unikaniu pana – odpowiedział chłodno i spróbował przeć przed siebie, jakby nic się nie wydarzyło. Mężczyzna miał przewagę w postaci roweru, więc Kal naprawdę musiał skupić swój zazwyczaj pogrążony w osowiałej mgle umysł, żeby wydedukować jakąś nieszczególnie błyskotliwą konkluzję związaną z aktualną godziną i tym, gdzie sam próbował się dostać. – Do widzenia, bo się pan jeszcze spóźni do pracy. A ja do szkoły. I tak dalej. – wymamrotał w celu ponaglenia mężczyzny i jasnego zasygnalizowania mu, żeby się od niego odczepił.
Tylko nie pomyślał o tym, że przez tego dziwnego paranoika może zostać odebrany jako ktoś, kto zna jego plan dnia na pamięć i tak, jego hobby to śledzenie, stalking i jakaś dziwna obsesja na losowym dorosłym mężczyźnie.


Filemon?
────
[1193 słowa: Kal otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Pierwszą myślą Kuźmy jest stwierdzenie, że przecież jest jeszcze za wcześnie na Halloween i pułapki fałszywych, ruszających się drzew. Druga myśl, w szoku, próbuje obliczyć, ile dokładnie kwadransów jest do Halloween, równocześnie kłócąc się z innymi myślami na temat rodzaju drzewa, które ich zaatakowało. Z pewnością jest liściaste, to każdy może stwierdzić na pierwszy rzut oka oraz po pierwszym dostaniu z liścia od zdenerwowanej driady. Jednakże dla umysłu Kuźmy w tym momencie ważniejsze jest to, czy zdenerwowany jest jakiś dąb, czy np. buk. Kora buków zawsze wydawała się Kuźmie o wiele atrakcyjniejsza niż jakiejś, dajmy na to, sosny. Szara i gładka, zawsze przyjemnie zimna w dotyku – jakby spoliczkowano ją właśnie taką gałęzią, to dziewczyna byłaby odrobinę mniej wkurwiona, niż gdyby dostała w mordę świerkiem.
Wracając do tematu, po początkowym szoku, do Kuźmy dociera parę bardzo ważnych faktów, o których najchętniej by zapomniała, odwróciłaby się na pięcie i prędko uciekła z miejsca zdarzenia, opcjonalnie zostawiając tu biednego Ricky'ego, o którym też by zapomniała. Jednak w tym momencie dziewczyna czuje się aż nazbyt realna, więc z godnym podziwu brakiem natychmiastowej paniki rzuca okiem na trzy ważne punkty wokół siebie:

1. Trumnę, która poturbowana leży parę metrów dalej i jeżeli się otworzyła, to mogą mieć spory problem.
2. Wkurwioną driadę, która niestety nie jest bukiem ani nawet topolą. Jest niesamowicie wykrzywionym złością dębem jakimśtam, który wrzeszczy wniebogłosy o nieszanowaniu lasów i ludziach, którzy w ogóle nie rozumieją, przez jakie tortury na tle historycznym przeszła kalifornijska flora.
3. Ricky'ego, który nie ma pewności, czy wciąż żyje.

To wszystko zajmuje jej cenne sekundy, podczas których driada wykonuje swój pierwszy ruch, oczywistym sposobem oszukując rzut na inicjatywę. Kuźmie udaje się tylko wyartykułować ciche: „a chuj ci w dupę jebana kurwo”, bo szanowna pani dąb postanawia jako pierwszego zaatakować Ricky'ego. Jak zawsze Kuźma boleśnie przekonuje się o tym, że wybieranie jej na samym końcu nie ogranicza się wyłącznie do lekcji wychowania fizycznego, a do wszystkich aspektów życia. Za ten konkretny wybór driady powinna być wdzięczna, ale w tym przypadku niestety uważa, że ma większe szanse przetrwania niż Ricky (nie, że w niego nie wierzy – po prostu tak samo pomyślałaby każda osoba, która potrafi myśleć). Z drugiej strony kwestionuje ruch nimfy również za to, że nie zaatakowała ich dwójki równocześnie i nie upiekła dwóch pieczeni na jednym ogniu, ale może po prostu jest zbyt zaślepiona gniewem, żeby w ogóle pomyśleć o takiej opcji.
– BONIE DYDY – wrzeszczy chłopak, widząc nadlatujące w jego stronę gałęzie. Ratuje go chyba tylko czyste szczęście i jakiś ułamek nadnaturalnej prędkości odziedziczonej po ojcu. Patyki świstają wokół niego, przerywają koszulkę i jedną z kieszeni spodni, z której wypada parę garści szklanych kulek umazanych czymś koloru jasnopomarańczowego. Ricky nie podejmuje szczególnie inteligentnej decyzji, automatycznie się po nie schylając i próbując je wygrzebać z błota, po czym wsadzić z powrotem do którejś z nieprzepełnionych kieszeń. Na jego szczęście jest to wystarczająco niespodziewany ruch, żeby na moment zbić driadę z tropu. Pozostałe gałęzie przelatują kilkadziesiąt centymetrów nad Rickym, który pakuje do kieszeni ziemię z ewentualną zawartością kulek.
– ZABILIŚCIE NAS, WYCINALIŚCIE NAS, PALILIŚCIE NAS!!!! – wrzeszczy driada, strzelając dookoła liśćmi jak małymi, ale piekielnie ostrymi nożykami. – A TERAZ NISZCZYCIE NASZE KORZENIE SWOIM TOKSYCZNYM METALEM!!!
W tym czasie Kuźma prowizorycznie ukrywa się za innym drzewem, strzela palcami dla dodania scenie większego kinematograficznego potencjału i skupia się na świecie zupełnie metafizycznym. Gdzieś w jej pobliżu trzeszczy kora i świstają gałęzie, podczas gdy ona w najlepsze stoi z zamkniętymi oczami i butami głęboko zakopanymi w grząskim błocie. Dziewczyna nurkuje w umyśle driady, jej intuicja prowadzi ją dokładnie w to miejsce, którego potrzebuje – jak po sznurku, przemieszcza się wgłąb, aż wreszcie odkrywa bardzo smutny największy strach nimfy. Od współczucia odciąga Kuźmę nie tylko jej zwykłe nastawienie do innych ludzi oraz nierozumienie konceptu empatii, ale też nagły, ostry ból, który rozpościera się gdzieś w okolicy jej piszczela i wrzaski Ricky'ego („Jasny wodór!”, „Do stu chlorów!”). Dziewczyna bierze niepotrzebny głęboki wdech i aktywuje rzadko używaną moc, która z początku porusza się jak zardzewiały mechanizm starego zegara, a dopiero potem rozkręca się i wpada na właściwe tory.
Driada zatrzymuje się i szeroko otwartymi oczyma rozgląda dookoła. Kuźma wpatruje się w nią w nerwowym oczekiwaniu, podczas gdy schowany za gnijącym konarem Ricky wciąż mamrocze coś o pierwiastkach chemicznych; dopiero po chwili dociera do niego, że zagrożenie może nie minęło, ale ktoś wyraźnie wcisnął pauzujący je przycisk i wychyla się zza swojego konara, żeby dokładniej rozeznać się w sytuacji.
Parę sekund ciszy mija równie gwałtownie, jak się zaczęło. Las i pola dookoła nagle wypełnia wrzask, od którego drżą liście innych drzew i trzęsie się ziemia. Kuźma nie miała najmniejszego pojęcia, że driada potrafi krzyczeć tak głośno, ba, że cokolwiek jest w stanie krzyczeć równie głośno i piskliwie jak przedszkolak, któremu ukradnie się lizaka.
– DLACZEGO WSZYSTKO PŁOOOOOOOOOONIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!
– To mój grecki ogień! – radośnie odpowiada Ricky, po czym orientuje się, że to, co rzucił, nie było bombą, tylko piłką stworzoną z nałożonych na siebie gumek recepturek. – To jednak nie mój grecki ogień! – koryguje, tak jakby driadę to obchodziło.
Kuźma z całych sił ignoruje ból uszu i brzęczenie w głowie, próbując dostać się do Ricky'ego. Z pierwszym krokiem do rzeczy ignorowanych dodaje również ból lewej nogi, na którą w tym momencie woli nie patrzeć, czując spływającą po niej krew i prawdopodobnie tkwiące w niej ciało obce. Jej buty topią się we wrzechobecnym błocie, gdy, w bardzo dramatyczny sposób upadłszy na ściółkę, wrzeszczy do Ricky'ego: „SPIERDALAMY”. On krzyczy do niej coś o trumnie, na co ona nawet nie próbuje odpowiadać. Ma tylko nadzieję, że jeżeli wieko trumny postanowiło się choćby uchylić, to ukryty w środku radioaktywny makaron pozostaje dalej bezpieczny na talerzu, a sos nie wylewa się na niczego nieświadomą ściółkę. Gdy Ricky podnosi się z ziemi, Kuźma już prawie myśli, że po prostu ją tutaj zostawi, niezdolną do sprawnego chodzenia (może byłaby zdolna do jakiegoś innego sposobu przemieszczania się lub kulejącej parodii chodzenia). Jednak chłopak najwyraźniej się nad nią lituje, podbiega do niej i przez chwilę oboje patrzą na siebie, zastanawiając się nad kolejnym ruchem.
– Może cię podniosę i wtedy… – proponuje Ricky, ale Kuźma zaraz mu przerywa.
– Przecież ty mnie nie uniesiesz, troglodyto – prycha, potem wyciąga do niego obydwie ręce. – Najpierw to weź mi pomóż wstać.
Ricky'emu ledwo się to udaje. Gdy dziewczyna przenosi cały ciężar na zdrową nogę i przy okazji wspiera się na chłopaku (co dopisuje do swojej listy najwstydliwszych rzeczy, które kiedykolwiek zrobiła), jest w stanie jakoś stać. Potem próbuje jakoś iść i w pewnym sensie jej się udaje, bo dzięki kurczowemu ściskaniu ramienia Ricky'ego udaje jej się brnąć w przód, pomijając to, że każdy krok powoduje w niej rosnącą chęć zabicia siebie lub kogoś innego (gdy Ricky próbuje ją wesprzeć i objąć ramieniem, rzuca w niego wiązanką przekleństw, uderza i byłaby gotowa do wykonania wszelkich niezbędnych środków, przez które chłopak nie odważyłby się jej już nigdy dotknąć, ale powstrzymuje się wyłącznie z powodów logistycznych).
Dwójka herosów desperacko przemieszcza się w stronę otwartej przestrzeni, odprowadzana przez wrzaski domagające się wody i pomocy. Drzewa dookoła dygocą coraz mocniej, driady budzą się ze swojego snu, a Kuźma trzyma się głupiej nadziei, że w Obozie nikt nie słyszy hałasu, który w pełni świadomie spowodowała. Niech się cieszą, że jeszcze żadna z driad nie pożegnała się z życiem. Ani żaden półbóg się z nim nie pożegnał. Chociaż jeden półbóg jest tego bliski, z twarzą skrzywioną bólem i zalanym potem czołem, ale o tym można porozmawiać już w ambulatorium. Jeżeli uda im się do niego dotrzeć.


Ricky?
────
[1231 słów: Kuźma otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 27 września 2026

Od Inez CD Theodore'a — „It's nice to have a friend”

Poprzednie opowiadanie

Inez od jakiegoś czasu czuła, że idzie jej gorzej na treningach. Możliwe, że nieświadomie przykładała się do nich mniej? A może brakowało jej towarzysza? Ostatnio często trenowała sama. Oczywiście miało to też swoje plusy, ale Velez nie lubiła być sama na dłuższą metę. W ostatnim czasie czuła się jednak bardzo samotna w obozie. Za każdym razem, gdy miała wrażenie, że zyskiwała jakąś nową osobę do kolegowania się, to relacja ta szybko urywała się, a dziewczyna znów zostawała sama.
Dlatego ucieszyła się, gdy Theo do niej podszedł. Wydawał się godnym przeciwnikiem. Był lekko umięśniony, tego samego wzrostu co Inez. Ona sama była całkiem nie najgorzej zbudowana, więc sądziła, że da sobie radę, szczególnie że w broni krótkodystansowej liczyła się głównie zwinność.
Wzięła więc z magazynu wybraną przez siebie broń i ruszyła ponownie na Pola.
– Powiedz mi więc… Jak masz na imię? – zapytała dziewczyna trochę nieśmiało. W końcu chłopak dokładnie wiedział, do kogo podchodzi, a ona… cóż, niestety nie. Czasami miała problem z zapamiętywaniem imion pomimo tylu lat w obozie.
– Theo – odpowiedział i choć nie pokazywał po sobie żalu, poczuł lekką irytację na wiadomość o tym, że dziewczyna nie wie, kim jest.
– Ach tak! Coś mi świta! – Uśmiechnęła się pogodnie. – Wiesz… raczej nie jestem najlepsza w tego typu walce, więc masz przewagę – powiedziała, wybierając odpowiednie miejsce na rozpoczęcie ich sparingu. – Zdecydowanie preferuję broń długodystansową. Ale nie spocznę i spróbuję wygrać!
Choć Hemnes nic nie powiedział, podobała mu się postawa Inez. Lubił kiedy ludzie byli zawzięci. To znaczyło, że nie będzie nudno, bo nawet gdy dziewczyna będzie ciągle przegrywać, to jej duch walki się nie złamie. A przynajmniej na to liczył.
– Mam taką nadzieję.
Wiedział jednak, że Inez nie ma pojęcia, że sztylety to jego bajka. Ulubiona broń, dobrze leżała mu w rękach. To z nią czuł się bezpiecznie. Wiedział też, że Velez za to posługuje się gastrafetesem. Niewielu Obozowiczów tak naprawdę się nim posługiwało i Theodore musiał przyznać sobie cicho w myślach, że to całkiem imponujące. Jednak tacy ludzie zazwyczaj mają bardzo małe wyczucie w broni krótkodystansowej.
Z Inez nie było inaczej. Szkoliła się dużo, aby jak najlepiej radzić sobie ze swoją bronią. To nie było łatwe, głównie ze względu na jej wagę. Mimo to jakaś zwinność w niej jeszcze pozostała. Dlatego też, gdy dwójka nastolatków zaczęła sparing, Theo nie był w stanie tak od razu obezwładnić Inez. Mimo wszystko była dzieckiem któregoś z bogów, nie mogli być słabi. I mimo wszystkich starań już po chwili Theo stał za Inez, przykładając jej scyzoryk do krtani.
– Mam Cię – szepnął jej do ucha.


Theodore?
────
[419 słów: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

piątek, 25 września 2026

Od Theodore'a do Inez — „It's nice to have a friend”

Theodore niestety nigdy nie miał tego przywileju, jakim było obudzić się rano wyspanym. Może i zdarzało się, kiedy był młodszy, ale jakoś średnio to pamiętał. Szczytem jego samokontroli było wytrzymywanie całego dnia na nogach, jak normalny człowiek. Obiło mu się kiedyś o uszy, że jego greckie „rodzeństwo” przesypia całe dnie. W co lepsze dni nawet lubił Obóz Jupiter, ale miło by było nie musieć zrywać się na musztrę bladym świtem (albo ciemną nocą, gdy nadchodziła zima).
Dzień był pochmurny i mokry; Theo buty już miał całe uwalane w błocku, a ledwo zdążył wejść na trawę. Wyglądało na to, że musiało długo padać w nocy. Wyśmienicie. Niczego tak nie pragnął, jak wytarzania się w błocie podczas treningu. Dawno tego nie robił! Im dłużej trenował, tym mniej lądowania dupskiem w błocie zaliczał. Najwyraźniej jego treningi popłacały.
Nawet mimo tego, że jego mózg tego dnia wydawał się oklejony watą cukrową, a deszczowe chmury łypały na niego groźnie z góry, miał całkiem niezły humor. Przez ostatnich kilka dni dręczyły go zatkane zatoki, ale choróbsko w końcu dało mu spokój, więc czuł się znacznie lepiej. Może i było wilgotno, ale pogoda i tak była idealna na trening. Słońce nie dawało mu po oczach, na razie nie padało. Było ślisko, ale do tego już się przyzwyczaił; godziny spędzone na gołej ziemi Pola Marsowego zdecydowanie go na to przygotowały.
Miał do spożytkowania dwie godziny treningu i tym razem nie miał zamiaru znęcać się nad biednymi kukłami, więc postanowił rozejrzeć się za jakimś towarzystwem. Niestety spóźnił się parę minut, więc teraz musiał już złapać kogoś na szybko. Podszedł do pierwszej osoby, która wyglądała, jakby się za czymś rozglądała. Nawet całkiem ją kojarzył.
— Ty jesteś Inez, co nie? — zapytał, obchodząc ją dookoła (dawno już nauczył się, żeby nie szturchać kogoś, kto akurat w dłoniach trzyma broń).
Inez spojrzała na niego i uśmiechnęła się promiennie.
— Tak, tak. Coś potrzeba?
— Masz z kim trenować? Mam dość kukieł — powiedział Theo, drapiąc się po karku.
Dziewczyna rzuciła okiem na jego pochwę ze sztyletem.
— Wiesz co, i tak muszę trochę popracować z bronią krótkodystansową. Gastrafetes mnie rozpieszcza, poza tym ostatnio dość się nastrzelałam. — Wzruszyła lekko ramionami. — Jeśli pójdziesz ze mną do magazynu, żebym mogła wziąć sobie coś do ćwiczeń, to możemy pokombinować — dodała.
Theo posłał jej swój popisowy, krzywy uśmiech i skinął głową. Co prawda średnio chciało mu się zawracać z powrotem w stronę magazynu, ale wciąż wolał to, niż bezsensowne dźganie słomianej kukły przez dwie godziny. Pozbawił głów już wystarczającą ilość kukieł.
— No, to chodź. Szybko, bo jeszcze będą kazali nam zostać dłużej, a na sto procent będzie padać — ponaglała Inez, już zostawiając go w tyle. Theodore musiał przyspieszyć, żeby ją dogonić.
Może jednak za wcześnie pochwalił dzień z tym nie wpadaniem w błoto.


Inez?
────
[451 słów: Theodore otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

— Do zobaczenia? — zaśmiał się. Oczami wyobraźni widział scenę z Mean Girls, w której Weronika, jako Regina George, odchodząc obrażona wpada pod autobus. Szkoda, że tu autobusem mógł być co najwyżej pegaz lub rozpędzony Hermesiak. — Aż tak nie możesz się mnie doczekać?
Z głupkowatym uśmiechem na twarzy patrzył na Weronikę, która jeszcze na moment zatrzymała się w miejscu. Obróciła się przez ramię i spojrzała na Mikołaja z pogardą.
— Nie udawaj głupszego niż jesteś — prychnęła. — Wiesz dobrze, o czym mówię.
— Może i wiem, ale ja tam problemu nie widzę. Bogowie! Jaka tragedia! Mikołaj nie próbuje przegadać wielkiej Weroniczki, która ciągle trajkocze! I co my teraz poczniemy?
Teatralnie rozłożył ręce na boki i uniósł oczy ku niebu. Przez moment miał ochotę do tego paść na kolana, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Oj nie, nie będzie klękał przed Weroniką. Nie w tym życiu. Ani żadnym ze stu następnych.
— Dobra, daruj sobie — córka Ateny skrzywiła się i poprawiła plecak. — I tak nie zrozumiesz.
— A co mam rozumieć? Po co mam się przekrzykiwać na tych spotkaniach? Kłócić z tobą? Niketas ci nie wystarcza?
— Nie ma większej radości dla głupiego, jak znaleźć głupszego od siebie — westchnęła dziewczyna. — Dogadalibyście się. Oby jak najdalej ode mnie.
— Tak mówisz?
Mikołaj przywołał w myślach głośnego Hermesiaka i mimowolnie się skrzywił. Przez ostatnie kilka lat miał okazję odbyć z nim tylko kilka interakcji, raczej krótszych, albo, powiedzmy, oficjalnych. Jeśli tak można określić spotkania grupowych, na których Mikołaj świetnie się bawił, ale częściej jako widz improwizowanej komedii, a nie ich czynny uczestnik. Cóż, w tej jednej, jedynej kwestii Weronika się nie myliła. Ale po co miał się angażować? Ostatnim razem, kiedy chciał (a przynajmniej teraz mówił, że chciał) się do czegoś przydać, prawie utopił pół obozu.
Wolał trzymać się z daleka od kłopotów, którymi domek jedenasty śmierdział na kilometr. Zbyt dużo rzeczy uchodziło mu na sucho, żeby specjalnie pchać się do paszczy lwa i prosić o kłopoty. Jeśli chodzi o wątpliwie legalne pomysły, zdecydowanie wolał wyprawy przez pół kraju z obcym księdzem i Sony, niż cokolwiek, co wymyśliłby Niketas. Jeśli mieliby znaleźć wspólny język, byłby to język nienawiści wobec Weroniki.
— A tak wracając do tej wycieraczki — Zeskoczył z kamienia na którym stał i poszedł za Weroniką. — To może to tylko moja opinia, ale totalnie gustu nie masz. Serio? Napis welcome?
Dziewczyna skutecznie go ignorowała Szła przed siebie równym tempem.
— Widać, że masz pięćdziesiąt lat umysłowo. Jeśli miałbym być wycieraczką, to taką w kotki. Albo w gwiazdki. O, albo ostatnio widziałem taką ładną w grzybki, może załatwię taką do dwunastki przed jesienią…
— Cicho bądź — stanęła w bezruchu.
— Tak, tak, wcześniej narzeka że się nie odzywam, a teraz cicho bądź! Zdecyduj się, kobieto.
— Nie o tym- nie, serio — uciszyła go gestem ręki. — Słyszałeś to?
— Co znowu?
Niechętnie przestał mówić i przez kilkanaście sekund obydwoje nasłuchiwali w ciszy.
— Mówiłem, psychiatryk — zignorował mordercze spojrzenie dziewczyny. — Nika, kurwa, to się nazywa schizofrenia.
— Sam jesteś schizofrenia — fuknęła.
— To nie ja mówię do siebie myśląc, że nikt nie słyszy! — skłamał.
— Czasem muszę porozmawiać z kimś mądrym.
— To chyba właśnie nie z samą sobą. Nie myślałaś może o- co to było?
Oboje odwrócili się w stronę lasu. Wypatrywali ruchu, czekając na kolejny krzyk. Płacz? Mikołaj nerwowo przełknął ślinę. W końcu machnął ręką i minął Weronikę.
— Pewnie driady się kłócą. Szkoda czasu.
— Żartujesz? — córka Ateny wyglądała na oburzoną. Mikołaj westchnął zniecierpliwiony. — Ciebie NAPRAWDĘ to nie obchodzi? A co, jeśli wilki właśnie pożerają twoje rodzeństwo?
— W obozie nie ma wilków — przypomniał z uśmiechem. — A moje rodzeństwo potrafi rozmawiać ze zwierzętami. Chyba.
— Jeśli mają tak niewyparzoną gębę jak ty, to nawet gorzej!
— Naprawdę chcesz tam iść?
Próbował maskować niepokój uśmiechem. Nie chciał pokazać po sobie, że słowa Weroniki na niego wpłynęły. Chce iść do lasu? Spoko, mogą iść. Niech tylko znajdzie odpowiedni kij, taki, którym odmierzy bezpieczną odległość od córki Ateny. Miał tylko nadzieję, że odziedziczona po mamusi przemą- mądrość zawiera w sobie dobrą orientację w terenie. Lepszą, niż w zeszłym roku miała Caroline.


Weronika?
────
[651 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Caroline zastanawiała się, czy w Obozie Herosów jest jakieś miejsce, w którym mogłaby zgłosić nękanie przez innego obozowicza. Jeśli takowe jeszcze nie istniało, to wiedziała już, że się, kurwa, upewni, żeby od tego dnia już stacjonowało. Zwykły wtorek, a ona już niemal przeżyła wypadek samochodowy. Drugi raz w życiu! Jak ktoś nie ma ochoty strzelić jej na pasach, to jakaś idiotka prawie rozwala samochód, w którym Caroline akurat zdarzyło się siedzieć na miejscu pasażera. Kto to widział takie cyrki? Może powinna po prostu zacząć trzymać się od dzieciaków Ateny na długość kija od szczotki? Na razie chyba nie widziała dla siebie innego wyjścia.
Samochód, który prowadziła Weronika zdążył już dawno odjechać z piskiem opon, a Caroline jeszcze uspokajała mdłości, które wywołało gwałtowne hamowanie. Mogłaby przysiąc, że jej wnętrzności niemal zrobiły fikołka. Dobrze, że nie miała czasu zjeść śniadania, bo zarzygałaby albo tę głupią deskę rozdzielczą, albo teraz swoje buty i chodnik. Przynajmniej oszczędziła roboty jakiejś biednej ekipie sprzątającej. Poza tym chyba już nigdy nie pokazałaby się na tej ulicy, a to byłoby dość niefortunne, bo bywała tutaj dość często. Jej ulubiona restauracja znajdowała się niemal naprzeciwko teatru.
Wracając do teatru; chyba powinna spieprzać stąd w podskokach. Przedtem raczej uważała potomków Ateny na zbyt mądrych na to, żeby naskoczyć na kogoś z dzidami, ale w ostatnim czasie miała tą nieprzyjemność poznać jeden przypadek, który zachwiał wszystkimi jej przekonaniami. Nawet jeśli przypadek tylko potwierdza regułę, to dalej chyba niczego już nie mogła być pewna.
Poprawiła pasek torby, który zsuwał jej się z ramienia i szybkim krokiem zaczęła iść przez chodnik. W Nowym Jorku nigdy nie panowały pustki, ale w porze lunchu było tłoczno. Z jednej strony to działało na jej korzyść, bo teoretycznie mogła zgubić się w tłumie, ale z drugiej wzdrygała się za każdym razem, kiedy wśród ludzi mignęły jej blond włosy. Zresztą, co tam blond włosy! Weronika powiedziała, że biega za nią po mieście ze trzy czwarte obozu. Większość z nich znała bądź kojarzyła chociażby z widzenia, ale na pewno zdążyło się już pojawić paru takich, których w życiu nie widziała na oczy. Co w skrócie oznaczało, że ktoś może wyskoczyć na nią z każdej strony i w każdej chwili. Kurwa, co za dziecinada! Czuła się prawie jak w podstawówce, kiedy grali w podchody, albo może raczej w berka. Wszystko tylko dlatego, że chciała być pilną, przykładną studentką i jak człowiek przyjść na egzamin. A pies to wszystko jebał.
— E, tam chyba jest! — Zawołał ktoś po jej prawej.
Obejrzała się przez ramię i w odległości paru metrów od siebie dostrzegła Chloe. Nie chciała obrażać Ateny, bo i tak już pewnie miała przesrane, ale w końcu reakcją jej organizmu na widok dzieci bogini będą wymioty. Czuła to w kościach.
Klnąc pod nosem, przyspieszyła kroku. Staranowała przy tym parę osób łokciami, ale nawet nie siliła się na mamrotanie przeprosin. Żałowała, że nie wzięła sobie żadnej kurtki z kapturem, ale skąd mogła wiedzieć, że znajdzie się w aż tak durnej sytuacji? Czuła się jak w komedii, i to takiej kiepskiej. Brakowało tylko, żeby potknęła się o skórkę po bananie i przewróciła na ten głupi ryj.
Już miała dyskretnie przemknąć pasami, kiedy ktoś złapał ją za tył kurtki. Obróciła się na pięcie na tyle szybko, że uścisk zniknął, ale za to rozległo się trzaśnięcie niepokojące przypominające odgłos rozrywanego szwu. Zajebiście, teraz jeszcze do listy strat mogła dopisać swoją ulubioną kurtkę.
— Jeszcze raz ktoś mnie dotknie, to dostanie w zęby i nie będę patrzeć na to, że macie po dziesięć lat.
— Siedemnaście!
— No to jedenaście.
Stanęła twarzą w twarz z naburmuszoną Chloe. Miała w sobie jeszcze na tyle kultury osobistej, żeby zrobić parę kroków w bok i nie blokować ludziom chodnika przy przejściu dla pieszych. Nie było sensu biec, bo nie było mowy, że uda jej przedrzeć się skutecznie przez tłum, a jeszcze na dobitkę ktoś wziąłby ją za naćpaną i zadzwonił po policję.
— Boże, ale ty jesteś okropna. Wszystkich was tak wychowują na zwierzęta? — burknęła Chloe, krzyżując ramiona na piersi. Caroline pod jej wzrokiem czuła się, jakby dziewczyna obserwowała każdy jej ruch i wcale nie czuła się z tym dobrze.
— Za dużo czasu spędzasz z siostrą. Zdecydowanie za dużo.
— Czy ty nie możesz po prostu wrócić do obozu? Nie, sorry. Dać nam zaprowadzić cię do obozu? Chcę moje drachmy.
— EJ! Przecież będą też moje! — zaprotestował zza jej ramienia Maur.
Chloe machnęła na brata ręką, ale ten najwyraźniej nie miał zamiaru odpuścić swoich ciężko zarobionych pieniędzy, bo zaczął się z nią wykłócać, przez co czujne spojrzenie Chloe na chwilę przestało skupiać się na uciekinierce. Caroline miała dość użerania się z tym bezsensownym pościgiem, ale jednocześnie raczej nie słynęła ze swojej cierpliwości, więc wycofała się szybko.
— Słuchajcie, bo- — wtrąciła jakaś obozowiczka, której imię Caroline zawsze myliła (Charin? Chyba Charin).
— Cicho! — uciszyła ją Chloe. — Nawet mnie nie denerwuj, bo to ja tutaj dowodzę i ty możesz mi co najwyżej…
Caroline uśmiechnęła się pod nosem i śmignęła w bok. Kiedy Charin szturchnęła Maura w ramię i cała trójka w końcu spojrzała w stronę córki Aresa, ta już nurkowała w boczną uliczkę.
Może to i lepiej, że Weronika ją tutaj wywiozła. Stąd miała bliżej do obozu. Ba, znała nawet jeden skrót! Miała tego dnia już zdecydowanie dość poruszania się pojazdami mechanicznymi, więc postanowiła ostatni fragment drogi przejść na piechotę. Na samym początku skręciła parę razy, żeby nie mieć ogona i w końcu ruszyła w dobrym kierunku.
Dziesięć minut. Tyle udało jej się przeżyć w błogim spokoju i względnej samotności. Do obozu został jej niecały kilometr. Teraz to już nawet miałaby gdzieś, czy ktoś ją tu złapie; niech biedne dzieciaki dostaną swoje drachmy, byle nie jęczały jej nad uchem. W międzyczasie zdążyła zdjąć kurtkę, bo od szybkiego tempa zrobiło jej się ciepło i po względnych oględzinach okazało się, że faktycznie, boczny szew na kurtce poszedł się, krótko mówiąc, jebać. Wkurwiona już zdecydowanie ponad normę, wyłączyła telefon i schowała go głęboko do torby. Nie chciało jej się znowu kluczyć i wchodzić do obozu na około, lasem, więc po prostu ruszyła w stronę głównego wyjścia. Co jej mogli zrobić? Wyrzucić ją? Przecież i tak przychodziła tu już tylko z nudów. Z chęcią grzecznie zasugerowałaby panu D, że powinien się zainteresować bardziej szkoleniem herosów, skoro cała ich chmara nie potrafiła złapać jej jednej, ale chyba wolała się już nie odzywać. Wykorzystała swój limit „głupi ma zawsze szczęście” na ten dzień.
Miała przed sobą tylko ostatni zakręt, więc w głowie już przepraszała pana D i wracała do domu, kiedy za jej plecami trzasnęła gałązka. Półboski instynkt kazał jej odwrócić się szybko i miękko ugiąć kolana, co zrobiła. Kiedy jednak zobaczyła, kto ową gałązkę zdewastował, stwierdziła, że chyba jednak dzisiaj naprawdę wolałaby bliskie spotkanie z harpią.
— Czy ty naprawdę chcesz mnie dzisiaj doprowadzić do zawału? — prychnęła, prostując się i spod byka patrząc na stojącą przed nią Weronikę.
— Ja? To ty dzisiaj nic nie robisz, tylko doprowadzasz wszystkich do bólu głowy! Studentka się znalazła, pomyślałby kto. Nie wiem, kto cię przyjął na tę uczelnię, ale z pewnością był niespełna rozumu. Dostojewski mówił, że edukacja…
Niestety nie zdążyła dokończyć tego zdania, bo Caroline stwierdziła, że nie będzie w stanie znieść kolejnego odklejonego monologu i jej przerwała.
— W chipsach wygrałam stypendium. A ty wisisz mi kurtkę — dodała i podetknęła naderwane ubranie Weronice niemal pod nos.
Weronika zamrugała, skrzywiła się i odsunęła sobie kurtkę sprzed twarzy. Caroline pożałowała, że nie użyła mocniejszych perfum. Może zapamiętałaby sobie duszący zapach i już więcej by się do niej nie zbliżyła.
—Nie umiesz szyć? Nawet tego cię nie nauczyli? Zresztą — wzruszyła ramionami i spojrzała na nią z góry, — nie dziwię się, że tego nie pojęłaś. Szycie wymaga umiejętności i gracji, to jak taniec palcami. Zresztą, wszystko, czego patronką jest Atena wymaga pewnego szczególnego poś-
— No, w końcu!
Obie dziewczyny w jednym momencie spojrzały w stronę wejścia do obozu, gdzie, o dziwo, pojawił się sam pan D. Musiało mu się niezwykle nudzić, skoro postanowił się pofatygować.
— Lefanull, żeby to mi był ostatni raz. Modozrova, gratulacje, wygrywasz dzisiaj dyżur na zmywaku. Razem z koleżanką. Jak zgubiłyście jakieś dziecko, to policzymy się jutro. Miłej zabawy! — rzucił im na odchodne znudzonym głosem.
Caroline miała ochotę krzyczeć. Głośno. I długo.
— …wiesz w ogóle, ile osób poszło mnie szukać? — zapytała, odwracając się do Weroniki.
To chyba nie był koniec jej dzisiejszych męczarni.


Weronika?
────
[1363 słowa: Caroline otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

Istnieje kilka rzeczy, które człowiek otrzymuje bez pytania: nazwisko, śmiertelność i cudze zdanie na swój temat.
To ostatnie jest szczególnie hojnym darem. Ludzie, którzy znają cię od tygodnia, bez trudu wyjaśnią twoje motywacje. Ci, którzy znają cię od lat, zrobią to jeszcze chętniej, ponieważ zgromadzili wystarczająco dużo materiału, żeby ignorować wszystko, co nie pasuje do wcześniejszych ustaleń. Z czasem powstaje z tego całkiem spójna osoba.
Niekoniecznie ty.
To jednak szczegół techniczny.

— Tak, drogi Mikołaju, wszystko, byleby było dla ciebie wygodnie. — odburknęła, siląc się na dozę ironii. — Bo po co się zastanawiać, czy coś pożre twoje rodzeństwo. Przecież można rozłożyć się na kanapie i mieć w nosie wszystko. Grupowy to tylko głupia plakietka, prawda?
Zapisała sobie na przyszłość myśl o Kronosie pożerającym własne dzieci, jedno po drugim. Zawsze, gdy słuchała o początkach Bogów Olimpijskich, majaczył się przed nią obraz Goi. Była świadoma tego, co potwory potrafią zrobić z herosami, a i tak się wzdrygnęła. Czy w sumie podobnie nie postępowali bogowie, rzucali własnymi dziećmi, jak mięso armatnie, w tabuny potworów? Wyrzuciła prędko tę myśl, jej matka w życiu by się nie zgodziła na coś takiego. Na wszystko musiało być strategiczne wytłumaczenie, wszakże nie robiliby Obozu Herosów i Obozu Jupiter.
Nie interesowało ją już, jak rozmówca zareagował. Poczuła minusy, jak w Simsach, w dodatku trzymające się w parze, dokładające się do i tak konkretnego stosu minusów (praktycznie każdy obozowicz zarobił na swojego minusa, niektórzy mieli ich zdecydowanie więcej, patrz: Niketas). Gdyby była w stanie wyjść z siebie, przejąć panel sterowania i delegować Simem o imieniu Mikołaj, to już by to dawno zrobiła. Dałaby może jakieś użyteczne rozwijanie sobie umiejętności, na przykład ćwiczenie charyzmy przed lustrem i nauka savoir-vivre (kiedy Weronika miała 13 lat, w jej ręce wpadł wysłużony laptop, na którym mogła w te Simsy pykać. Wciągnęła się na dobre kilka tygodni, dzień w dzień delektując się poczuciem kontroli, dopóki nie odinstalowała). A tak to stał tutaj, jak kołek, jakby ktoś mu anulował czynność.
— No dokładnie, więc możesz się dalej topić i machać rękami. — warknął Mikołaj. — Zaproponuj jeszcze jakieś kolejne głupie zajęcia. Mam pomysł, może po nauce pływania nauka szydełkowania, żeby złapać potwora we francuski supełek czy inny kunszt? Warsztaty lepienia garnków z organicznej gliny prosto z serca Toskanii?
Powiedział to akurat wtedy, kiedy Weronika podjęła kolejną próbę pływania. Kolejną nieudaną, co nie zrażało ją to. Plusem uznania grupowego domku Dionizosa za żałosnego było to, że można było się mniej przejmować jego zdaniem. Wystarczy, że już wcześniej trafiała na jego żenujące żarty. Kiedy był poruszany temat zawodów, zawsze wspominał coś o wyciąganiu chuja z wody, dekoncentrując innych.
— Komuś się nie podoba propozycja wprowadzenia różnych technik walki z różnych kultur? Ojejku, tak mi przykro.
— Mam nadzieję, że wtedy te żelki z chilli ci smakowały! Ładnie ci uszy poczerwieniały.
— Mogłyby konkurować z twoimi, kiedy ten nimfotyp podpłynął do ciebie i mówił coś o nogawkach.
— Zazdrosna?
— Tak, jestem niezmiernie zazdrosna o jakiś pomniejszy, śmierdzący strumyk. — przewróciła oczami.
Wyszła ponownie na brzeg i performatywnie poprawiała, z namaszczeniem wręcz, taśmy kinezjologiczne.
— „Żyjemy w kraju, w którym nie ma dróg, są tylko kierunki”. — westchnęła.
Mikołaj puścił kolejną kaczkę. Odbiła się od spokojnej powierzchni z pięć razy, zanim podzieliła los poprzedniczek.
— U ciebie, Weronika, to jest kierunek na psychiatryk. — odparł od razu.
— A wciąż ty tutaj siedzisz, tak bardzo chcesz się ze mną wybrać tam? — zaczęła się irytować. Zebrała wszystkie książki, notesy do kupy i wkładała w odpowiednie miejsca w plecaku. Nawet tutaj był porządek. — Zostawiam ci ten cytat do własnej interpretacji, może się przyda.
— Już lecę zaimponować reszcie jakimiś głupimi cytatami. Na przykład, o, „Zbrodnia bez kary to tylko przedsiębiorczość”.
— Źle to powiedziałeś. — naprostowała od razu Weronika, zgrzytając zębami.
— Może Raskolnikow tak pomyślał. — delikwent włożył ręce do kieszeni i uśmiechnął się głupkowato.
— Nie pomyślał!
— Powinien był. Książka byłaby krótsza.
Dziewczyna w tym czasie ubrała się, z trudem trafiając w nogawki spodni z powodu bezeceństw, jakie on wygłaszał. Kiedy się uporała z tym zadanie, zamaszyście założyła pasek plecaka na ramię i zadarła nos, przechodząc obok Mikołaja. Cierpliwość na dzisiaj się wyczerpała, odpoczynek w domku dobrze jej zrobi.
— Do zobaczenia na najbliższym spotkaniu grupowym. Fajnie, że znowu będziesz pełnić funkcję wycieraczki! Taką z dużym napisem WELCOME. Przynajmniej grupa nie naniesie błota! — wykrzyknęła sfrustrowana na pożegnanie, zostawiając go za sobą. Tak, jak zrobiła to jesienią.


Mikołaj?
────
[705 słów: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

– Ryby chciałem łowić – odpowiada Greg, trzymając jedną rękę na kierownicy, a drugą zanurzoną w pudełku z McDonalda, w którym już chyba nie ma ani jednego nuggetsa. Mimo tego mężczyzna bardzo uporczywie w nim grzebie, tak jakby miał znaleźć tam drugie dno, a w nim kolejne dwadzieścia kurczaków.
– Ryby? W Pittsburgu? – pyta Sony, marszczy brwi i odwraca się do Mikołaja. Chłopak wzrusza ramionami, pewnie nie mając najmniejszego pojęcia o aglomeracji Pittsburga i jeziorach, jakie można w nich znaleźć. – A to nie jest takie wiesz, duże miasto?
– Aha – potakuje mężczyzna, przy czym bardzo łatwo można wyczuć, że z trudem ukrywa śmiech.
– Ty nas próbujesz wkręcić – demaskuje go Mikołaj, a Sony w poczuciu zostania kompletnie totalnie zdradzoną, wystawia język do przedniego lusterka. Za mało uważała na fizyce, żeby zrozumieć, że Greg nie widzi dokładnie tego samego w lusterku, co ona, więc w jej głowie Greg został dobitnie poinformowany o jej dysaprobacie.
– Może ta. – Greg uśmiecha się do jezdni przed sobą zadowolony ze swojego średniej jakości ragebaitingu dwójki dzieciaków. Niestety to zadowolenie jest poniekąd przyćmione przez nieodnalezienie żadnych nuggetsów w przetłuszczonym kartonowym pudełku. – Ale tak serio, jadę tam na takie komediowe show.
– W sensie że kabaret? – dopytuje Mikołaj.
Greg kręci głową.
– Improwizowane przedstawienie wędrownej grupy teatralnej? – próbuje Sony.
– …Nie, ale brzmi fajnie.
– Greg, czy ty chcesz zostać komikiem? – pyta Mikołaj trochę zaniepokojonym i współczującym tonem, prawdopodobnie szybko rozpoznawszy marne umiejętności opowiadania żartów Grega. A bardziej jakikolwiek brak przesłanek odnośnie tego, żeby mężczyzna w ogóle chciał opowiedzieć jakiś bardziej wyrafinowany żart od „wchodzi pies do baru, a tam drzwi”.
– Myślałam, że twoim hobby jest, wiesz, łowienie ryb. W ogóle, jak bym z tobą teraz połowiła, bo taka dziewczyna na Obozie mnie nauczyła i złowiłam taką WIEEEEEEEEEELKĄ rybę i nazwałam ją Helenka. No i. Mogłabym z tobą połowić. A ty mi poopowiadasz żarty i może trochę poćwiczysz te swoje umiejętności komediowe i…
– Wy po prostu we mnie nie wierzycie. – Z ragebaitingu przechodzi bardzo szybko do guilt trippingu. – Słuchajcie, ja już jestem zapisany na ten event, przygotowywałem się i w ogóle. Ja sobie dam radę. Ryby połowię kiedy indziej.
Może gdyby Sony albo Mikołaj lepiej orientowali się w geografii Sanów Zjednoczonych, mogliby zachęcić Grega do łowienia ryb dzięki poleceniu mu kilku jezior o oryginalnych, niepowtarzalnych i obiektywnie zabawnych nazwach, które przy odpowiednim podejściu przydałyby mu się w jego skeczach. Mógłby zrobić cały segment o podróży z dwójką nastolatków i księdzem wzdłuż i wszerz Ameryki, objeżdżając jezioro za jeziorem i odkrywając, jak wspaniałe mają nazwy i gdzie mogą dowieźć ich istne wyżyny ludzkiej kreatywności. Albo może on już wie o istnieniu tych jezior, tylko brakuje mu ostatniego zapalnika, iskierki odpalającej całą lawinę pomysłów, którą mogłaby dostarczyć mu dwójka dzieciaków na tylnej kanapie jego samochodu.
Sony patrzy na Mikołaja, Mikołaj patrzy na Sony, oboje nie wyciągają niczego dobrego ze swoich spojrzeń. Dopiero Sony decyduje się na bardzo istotny ruch w komunikacji niewerbalnej, czyli na próbę odpalenia swojego telefonu z nadzieję, że plama wylewającego się ekranu jeszcze nie zasłoniła całego wyświetlacza. Jakimś cudem, mimo że urządzenie było podpięte do ładowarki już dobre osiem godzin, naładowało się wyłącznie do dwudziestu dwóch procent. Kolejnym cudem jest to, że ten wynik zadowala Sony, bo telefon jest, uwaga, funkcjonalny. W notatniku pisze: „4j mes jki4ę mof4 ś4by to KUREWA ej msz jkieś moce by go jkoś prekonać ten?????????????????”.
Mikołaj odpisuje jej: „Moge go upic”. Gdy oddaje jej telefon, Sony przez długą chwilę wpatruje się w jego wiadomość, żeby potem z rozczarowaniem pokręcić głową i równie rozczarowanie westchnąć.
„A ja go mg ogluszć”.
„LE on prowadzi”.
„To ty chciłś go upic”.
Sony próbuje jeszcze raz podać Mikołajowi telefon, ale on macha na to ręką w oczywistym geście, że niczego przez to nie osiągną. Dlatego Sony zamyśla się bardzo głęboko i próbuje rozważyć pozostałe opcje, których nie mają zbyt wiele. Oprócz tego, że mogliby ukraść jakieś rowery. Albo lepiej, mogliby ukraść motocykle, wtedy…
Jej rozmyślania przerywają bardzo głośne pierwsze nuty piosenki, która jakiś czas temu była radiowym hitem i jakimś cudem dotarła nawet do Sony: „Zombie lady”. Te dźwięki wywołują zarówno w niej, jak i w Mikołaju reakcję podobną do PTSD i zanim się z tego otrząsają, Greg jest już w środku rozmowy telefonicznej.
– Czy mogłaby mi pani to jeszcze raz wytłuma- Przepraszam bardzo, to ja tutaj jestem poszkodowany.
Herosi wymieniają pomiędzy sobą spojrzenia dwójki rodzeństwa widzącej, że ich rodzice się rozwodzą.
– Jaki pseudonim sceniczny przepraszam bardzo? I jak to do wczoraj? Przecież nie może mnie pani tak po prost- kurwa mać. – Greg rzuca komórkę na kolana Adama, a ten dopiero teraz podnosi się z poduszki, żeby prychnąć pod nosem parę przekleństw, spojrzeć na kuzyna jak na swojego największego wroga i z powrotem się położyć.
– Co się stało? – ostrożnie pyta Sony.
– Ponoć miałem im przesłać jakiś pseudonim sceniczny. Do wczoraj. Jakby mnie nie mogli wywołać z imienia, pies im matkę ruchał.
– Ahaaaaaaa, to w takim razie nie masz już nic ważnego do robienia w Pittsburgu? – zadając to pytanie, Sony wykazuje się zadziwiającą zdolnością empatii i współczucia. Żeby dodać sobie dodatkowych punktów i sprawić, że Greg teraz na pewno się zgodzi, zawodowo trzepocze rzęsami do lusterka, a w tym czasie Mikołaj patrzy na nią jak na pojeba.
– TO ZNACZY – wtrąca się chłopak – bardzo nam przykro. I w ogóle. Na pewno się dostaniesz na jakieś… inne, lepsze show, wiesz. Ale też. Teatr jest trochę taki, przere- znaczy, ten, biznes komediowy jest taki trochę przereklamowany i w ogóle.
– TAK DOKŁADNIE – dodaje Sony, kto wie czy ze względu na zatuszowanie swojego faux pas, czy po prostu chce, żeby rozmowa była bardziej dynamiczna. – Ale Greg, jakby nie wszystko jest stracone, bo ja na przykład się bardzo znam na tych wszystkich scenicznych sprawach, Micoway zresztę też, co nie?
– Taaaaaaaaaaaaaaaak, mamy do tego taki naturalny talent.
– Więc wiesz, Greg, jakby co, to my możemy, wiesz…
Mężczyzna wzdycha głęboko. Przez chwilę chyba rozważa swoje opcje (czyt. natychmiastowe zawrócenie i odpoczęcie vs zawiezienie dwójki idiotów do Minnesoty bez żadnych oczywistych korzyści), aż ostatecznie wzdycha jeszcze raz i mówi:
– Lepiej żeby w tej Minnesocie były jakieś fajne jeziora.
Sony wydaje z siebie prawie ultradźwiękowy pisk czystej radości i przybija tryumfalne piątki z Mikołajem.


Mikołaj?
────
[1008 słów: Sony otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 24 września 2026

Event — Smellstober 2026!

Odmawiam przyjęcia do świadomości, że zaraz zaczyna się jesień, bo piszę ten post na zapas, żeby w dniu rozpoczęciu Smellstobera radośnie wylegiwać się na greckich wakacjach.
Oto wyczekiwany Smellstober 2026. Krótkie wyjaśnienie dla niewtajemniczonych, którzy nigdy nie brali udziału w tym jakże kameralnym evencie: Smellstober jest oparty na Inktoberze, artystycznym challenge’u, który polega na rysowaniu przez 31 dni października rysunków inspirowanych 31 słowami (promptami). Nasz challenge, zamiast codziennych rysunków, ma pobudzić Waszą wyobraźnię do pisania opowiadań przez cały miesiąc. Na potrzeby opowiadań eventowych, minimum słów (300) zostaje ograniczone do… limitu 100. Równo. W trakcie Smellstobera piszemy tylko drabbles, czyli opowiadania liczące równo 100 słów. Listę tegorocznych tematów możecie zobaczyć na końcu tego posta.
Ze względu na pewne problemy z zeszłego roku, w tej edycji odbędzie się tylko jedno głosowanie: na ostatnie, finałowe opowiadanie, które jest jednocześnie dłuższą formą wypowiedzi.

ZASADY

✰ Opowiadanie należy zatytułować poprawnie: „Od [imię postaci] — drabble [temat]”.
✰ Na 31 dni podane jest 31 tematów, którymi inspirujecie swoje drabbles. Rzecz jasna nie musicie realizować wszystkich dni (ale stracicie wtedy szanse na jedną z nagród!).
✰ Każdy drabble powinien mieć 100 słów. Dokładnie równo, nie 99 i nie 101. I tak, będziemy tego pilnować, więc lepiej wklejcie tekst w pięć liczników słów dla pewności.
✰ Wszystkie drabbles powinny utrzymywać nastrój jesienny lub halloweenowy, mroczny — interpretujcie to, jak tylko chcecie.
✰ A skoro już o porze roku mowa, to drabbles będą kanoniczne dla waszych postaci, to znaczy, wszystko to, co opiszecie, wydarzyło się w ich życiu. Chronologią możecie bawić się, jak chcecie; jesień dwa lata temu, jesień teraz, ważne, żebyście pamiętali, że event to nie żadne AU.
✰ Drabble liczą się normalnie do terminów. Korzystajcie z dnia dobroci dla zwierząt.
✰ ...ale trzeba napisać ich dziesięć jedną postacią, żebyśmy skasowali jej jedno ostrzeżenie. Sorry.
✰ Drabble nie liczą się też jako pełnoprawne opowiadanie, więc za ich pomocą nie można ani dołączyć do bloga nową postacią, ani postaci przywrócić.
✰ Jeśli pominiecie jeden dzień, nie będziecie mogli wrócić już do tego tematu później. Przykro mi :(
✰ Ze względu na szybki przemiał opowiadań, konkretny prompt przypada od północy jednego dnia do północy już następnego, czytaj: o godzinie 00:02 obowiązuje już następny temat i nie dodajemy spóźnionych drabbli. Jeśli spóźnicie się maksymalnie dziesięć minut, możecie nas ładnie poprosić, ale proszę tego nie nadużywać.
✰ Jedna postać może napisać tylko jedno drabble na dany temat.
✰ Tak jak poprzednim razem, dostajecie od nas dodatkowe sześć tematów, które nie wliczają się w żaden dzień czelendżu. Jeśli któregoś dnia nie spodoba wam się temat, możecie, zamiast niego, użyć jednego z tematów z dodatkowej puli. Dla przykładu: nie spodoba wam się temat dnia czternastego, „ostrzeżenie”, więc zamiast tego piszecie drabble na temat zamienny, np. „dom”. Jedyny temat, którego nie możecie zamienić, to temat ostatni, „labirynt”, z przyczyn podanych w następnym nagłówku.
✰ Raz wykorzystanego tematu zamiennego nie możecie wykorzystać ponownie.

OSTATNI DZIEŃ

Ostatni dzień Smellstobera (no, mniej więcej, w końcu jeszcze czeka nas głosowanie i podsumowanie eventu) to 31. października. W tym dniu zapominamy o drabblach i odgórnym limicie 100 słów; finałowe opowiadanie jest dłuższą formą odpowiedzi i wymagamy, aby minimalnie składało się z 500 słów. Opowiadanie to ma dłuższy termin na przekazanie go administracji i należy je dostarczyć między 31 października a 5 listopada. Po zebraniu wszystkich opowiadań, odbędzie się głosowanie na Waszego faworyta.

NAGRODY

Ze względu na to, że zeszłoroczne nagrody nie do końca się sprawdziły, w tym roku wprowadzamy coś zupełnie innego: od teraz za szczególne dokonania w eventach (nie tylko w Smellstoberze!), będziecie dostawać graficzne odznaki widoczne w kartach postaci. Odznaki te będą ekskluzywne i będzie można je zdobyć tylko raz w ciągu każdego jednego eventu. A wracając do nagród:
✰ 5 Punktów Doświadczenia za każde opowiadanie dla postaci, której ono dotyczy.
✰ Dodatkowe 130 PD do rozdania pomiędzy postacie autora, który napisze najwięcej drabbli.
✰ Wyróżnienie na stronie, kolumnie bocznej i Discordzie bloga, dodatkowe 50 PD (przyznane postaci, którą napisano zwycięskie opowiadanie) oraz specjalna odznaka (która będzie zarezerwowana tylko dla jednego wygranego!) dla osoby, która wygra głosowanie na najciekawsze opowiadanie finałowe.
✰ Za wykonanie czelendżu w 100% (napisanie wszystkich drabbli i opowiadania w ciągu 31 dni eventu) anulowanie wszystkich ostrzeżeń na postacie, jeśli takie upomnienia posiada.
✰ Dla postaci, którymi wykonano czelendż w 100% (czyli tych, od których pojawiło się 30 drabbli oraz opowiadanie), specjalna odznaka eventowa.

W tym roku nie ma Troglodyty, ale może wynajdziecie coś obiektywnie gorszego. Start eventu przypada na 1 października i dopiero wtedy przyjmujemy Wasze drabbles do akceptacji. A teraz lećcie pisać drabble, kartkówki, czy co wy tam macie (albo pijcie drinka z palemką, tak jak ja) ཐི ₍^.ˬˬ.^₎ ཋྀ

Od Aye CD Chaita — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Żeby ominąć Mantikorę musieli obrać znacznie dłuższą drogę. Aye widziało drogę nawet dobrze, ale bardziej niż wyjście stresowało jejgo obecność tego potwora. W ustach dalej czuło gorzki smak brudnej wody, w której pewnie było tyle zarazek, że po powrocie do domu będzie musiało wypić płyn do dezynfekcji, żeby poczuć się lepiej. Chait był również cały brudny, a przecież niedawno się przebierał.
Nie było im dane dobrze spędzić wolny czas. Zawsze się coś działo i chyba nigdy nie kończyło dobrze. Gdy Aye o tym myślało, to poczuło się jeszcze gorzej; bo co jeśli ze spotkania z Mantikorą nie wyjdą cało?
— Niedaleko są wąskie tunele — powiedziało, wskazując ręką przed siebie.
Chait widział tylko ciemność, ale musiał zaufać zdolnościom towarzysza. Bez tego sam by tutaj z pewnością zginął i został rozszarpany przez mitologicznego stwora.
Razem weszli do tunelu, który widział Aye i szybko się okazało, że tym razem będą musieli iść na czworaka.
— Ale tutaj śmierdzi — mruknął Chait, przeciskając się przez tunel.
Aye próbowało nawigować, prowadząc ich jak najkrótszą trasą, ale było to dosyć trudne, bo przecież… znajdowali się pod ziemią i mieli bardzo ograniczone możliwości.
Aye czuło pod dłońmi wilgoć, ale było zbyt obrzydzone, żeby sprawdzić, czego tak naprawdę dotyka. Mogło to być dosłownie wszystko i chyba lepiej pozostać nieświadomym. Już i tak ledwo przeżyło bliskie spotkanie z wodą z kanałów.
Na całe szczęście przejście nie było zbyt długie i po kilku minutach morderczego przeciskania się na kolanach wyszli do znajdzie większego korytarza. Pachniało (a raczej śmierdziało) jeszcze gorzej niż w tym małym tuneliku.
— Z tego co widzę, to Mantikora jest po drugiej stronie, więc nie powinna tak szybko tutaj przyjść — wytłumaczyło Aye. — Przynajmniej mam taką nadzieję.
Mantikora mogła równie dobrze przybrać ludzką postać i przecisnąć się przez ten sam tunel — wtedy nie byłby to problem. W takim też wypadku musieli się pospieszyć i Aye od razu poprowadziło ich do drugiego przejścia, które okazało się jeszcze węższe, niż poprzednie.
Aye stanęło przed wejściem. Otwór był tak mały, jakby został stworzony specjalnie dla rodziny szczurów.
— Tędy? — zapytał trochę podejrzliwie Chait.
— Tędy — potwierdziło Aye, ale miało takie same wątpliwości, co jejgo kolega.
Jeśli tutaj utkną, to nikt ich nie wyciągnie, a potwór będzie miał wystarczająco dużo czasu, żeby tutaj przyjść. Jakoś nie chciałoby mieć napisane na nagrobku: utknęło w dziurze, zjedzone przez Mantikorę.
— Tutaj już musimy się czołgać.
Aye widziało koniec tego tunelu i wiedziało, że nie jest on krótki. Było to jednak chyba jedyne przejście, które umożliwiłoby im szybsze dotarcie do wyjścia.
— Naprawdę?
Kiwnęło głową i kucnęło przed wejściem. Parę głębszych wdechów i wcisnęło się pierwsze. Tak chyba muszą się czuć żołnierze w trakcie szkolenia zawodowego. Ubrudzeni gównem, resztkami jedzenia i zwłok zwierząt. Dobrze, że Aye potrafiło się powstrzymać i nie zwróciło obiadu.
Obydwoje poruszali się bardzo powoli. Chait głośno sapał za Aye i co parę minut pytał, czy daleko jeszcze, a Aye z bólem odpowiadało, że tak. Samo chciałoby stąd już wyjść.
— Dobrze, że nie mam klaustrofobii — zażartował w pewnym momencie w celu złagodzenia sytuacji.
Aye westchnęło. Tak, to dobrze, że Chait nie miał klastrufobii, ale znacznie większym problemem nie było to, a ta cholerna Mantikora.
Aye zaczęły boleć łokcie. Wiedziało, że najprawdopodobniej ściera sobie z nich całą skórę, tak samo, jak z palców u dłoni. O butach nawet nie chciało rozmawiać, bo i tak były całe mokre oraz brudne. Możliwe też, że podarte, o czym się dowie, kiedy wyjdą na zewnątrz. Chait czołgał się tuż za nim, co parę metrów zatrzymując się, żeby ponarzekać na obecne warunki. Aye tego nie komentowało, ale pozwalało się koledze zatrzymać.
— Jeszcze parę metrów i stąd wyjdziemy — powiedziało w pewnym momencie.
Oczami wyobraźni widział, jak wychodzą z tych kanałów na światło dzienne i zaczerpują świeżego (wcale nie, bo mieszkali w Nowym roku) powietrza.
— Błagam szybciej! — jęczał Chait.
— To się ruszaj — wymamrotało i przyspieszyło.
Te ostatnie parę metrów było najgorsze. Byli obolali, mieli obdarte do krwi dłonie oraz ręce, a ich ubrania nasiąkły wszystkim, co tylko możliwe.
Aye wypadło pierwsze. Od dłuższego czasu mogło się wyprostować. Jejgo kręgosłup zatrzeszczał, jak starej babci.
— Szybciej! — pospieszał Chaita. W tym smrodzie wyczuł zapach Mantikory. Musiała być blisko.
— Nie mogę! — odkrzyknął.
Zdesperowane Aye złapało Chaita za nadgarstek i z całej siły wyciągnęło na zewnątrz. Chłopak wypadł jak szmaciana lalka na ziemię.
— Oj — mruknął. Zapomniało, że miał trochę więcej siły, niż przeciętni półbogowie.
— Dzięki, chyba nastawiłeś mi bark! — Podniósł się z dziwnym uśmiechem na twarzy.
Aye trochę zraziło to, jak szczęśliwy był Chait. Naprawdę się nie martwił o swoje życie? O to, że śmierdzi jak spocona krowa?
— Teraz w lewo i po prawej stronie powinna być drabinka. To będzie nasze wyjście.

Chait?
────
[759 słów: Aye otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Ze wszystkich członków „Olimpijska Alfa” sp. z o.o. tylko Niketas rzeczywiście zwraca uwagę na donośny huk przewracającego się, masywnego i puszkowego trójkąta niepitagorejskiego, który już powoli zaczynał przypominać czworościan foremny (jest to bolesną nieprawdą, bardzo daleko jest mu do bryły jakkolwiek foremnej, a o czworościanie w tym beznadziejnym przypadku lepiej nie wspominać). Hałasowi przewracających i obijających się o siebie puszek akompaniuje syk wybuchających energetyków, które w marzeniach Niketasa stworzyłyby całkiem niezłą fontannę, ale niestety ograniczyły się do raczej mało imponującej, pieniącej się kałuży brokatu. Niketas widzi przed oczami simsowe indykatory informujące o straconych/wydanych funduszach, druzgocąca wizualizacja strat, które pewnie nie zostaną zrekom-pensowane w gotówce, a prędzej w ogólnym upokorzeniu sprawców i mogłoby to być całkiem niezłym układem, gdyby przy okazji nie zmarnowali miesięcznych funduszy na utrzymanie domku dwunastego, którego podłoga nadaje się do jak najszybszej wymiany, a dach ZNOWU przecieka. Niketas musi się mierzyć z naprawdę ciężkimi sprawami, cięższymi niż jakiś tam ostrzał. I to jeszcze ostrzał z nieprawdziwych pocisków, nawet nie strzał ze stępionymi grotami. Marne, niewypolerowane szyszki padają z nieba jak zapowiedziany tysiące lat temu rybny deszcz w Apokalipsie św. Jana. I w tem z niebios zaczną spadać szyszki i nastąpi „Olimpijskiej Alfy” kres. To jeszcze gorszy koniec niż upadek „Boskiego Fulla”, który i tak był bardzo bolesnym doświadczeniem dla Niketasa. Wolałby o tym nie myśleć, będąc atakowanym przez stado wściekłych… z tej odległości i w okularach przeciwsłonecznych Niketas nie jest w stanie stwierdzić, kto właściwie do nich strzela. Na swoje szczęście nie dostrzega w tłumie nikogo z powiewającymi na wietrze galaktycznymi włosami, więc przynajmniej od tego jest wolny. W tym momencie. Na chwilę. Krótką, jeśli się nie myli.
– PADNIJ!!! – wrzeszczy Erin i miło byłoby powiedzieć, że nie musi tego dwa razy powtarzać. Wciąż nie musi, wyłącznie może, jeśli bardzo chce, ale sprawa wygląda tak, że nikt jej nie słucha i każdy w panice postanawia wyciągnąć innego asa z rękawa. Albo nie asa, ale jakąś kartę na pewno. Można tylko zastanawiać się, czy ich ruchy wykazują istnienie jakiejkolwiek myśli w ich głowach.
Ulfert chowa się za trzymaną przez siebie flagą, nie trzymając już za trzonek, tylko za materiał. Rozpościera go przed sobą jak typowy wakacjowicz rozstawiający parawan na plaży. Flaga mocno przeciwstawia się zmuszaniu jej do przebranżowienia się na tarczę, przy czym nie jest nawet w połowie tak duża jak Ulf, który desperacko próbuje zrobić coś, dzięki czemu by się za nią zmieścił. Równie dobrze mógłby po prostu skulić się na trawi i przykryć się płachtą jak kocem. Ashton wpada na trochę lepszy pomysł, ale tylko trochę, bo zwyczajnie ucieka w stronę, z której nie rzucają szyszek. Idzie mu to całkiem nieźle, dopóki nie potyka się o rozwiązane sznurówki swoich w 100% markowych conversów, które wcale nie mają na sobie księżyców zamiast gwiazdek. Ten manewr sprawia, że Ashton majestatycznie stacza się ze wzgórza, żeby potem równie majestatycznie zderzyć się z tarczą strzelniczą. Zamiast szyszek grozi mu co najwyżej parę siniaków i opcjonalne wstrząśnienie mózgu, którym nie ma zamiaru się teraz obchodzić tak samo jak reszta ferajny nie ma zamiaru obchodzić się Ashtonem.
Najbardziej brawurową postawą wykazuje się Niketas, który zamiast przejść do defensywy, postanawia zaatakować. Albo zrobić coś, co nie jest do końca atakiem, ale jest imponującą rzeczą do zrobienia.
– Idę tam! – powiadamia Erin, która najwyraźniej nie ma tutaj wiele do gadania, bo mimo że głośno mu się sprzeciwia, on nawet nie przejmuje się jej krzykami na tyle, żeby zarejestrować, o co jej chodzi.
Wykorzystując swój zbyt dobry jak na przeciętnego szesnastolatka refleks i imponującą szybkość, pewnie stawia kroki w stronę atakujących go dzieciaków. Stara się być najbardziej nonszalancki, jaki może być w tej sytuacji – nie rusza z miejsca swoich ciemnych okularów, trzyma dłonie w kieszeniach dżinsowej kurtki i próbuje iść tak, jakby stosował się do dawno wyuczonej choreografii, a nie wykonywał bardzo szybkie obliczenia rachunku prawdopodobieństwa i przeciętnej trajektorii lotu szyszki, żeby odnaleźć jak najbezpieczniejsze miejsce do postawienia następnego kroku. Ta taktyka sprawdza sie przez około trzy sekundy, aż pierwsza szyszka uderza go prosto w splot słoneczny, a on desperacko próbuje tego po sobie nie pokazać i przez łzy w oczach dojrzeć, co dzieje się wokół niego. Dopiero po chwili zdaje sobie sprawę z tego, że Erin z jakiegoś powodu znajduje się tuż za nim, a wszystkie szyszki dobijają się od… powietrza przed nimi?
– Wowie, paniusiu, fajna sztuczka – komplementuje ją, prostuje się i idzie naprzód ze znacznie większym wigorem i pewnością siebie niż wcześniej. – Chyba zasłużyłaś sobie na podwyżkę. – Szybko zdaje sobie sprawę z własnego błędu i jeszcze szybciej dodaje: – Nie. Nie, na podwyżkę nie. Może na premię. Ale ta premia i tak pójdzie na pokrycie strat, które spowodowały te wszystkie szyszki, więc w sumie to nic nie dostaniesz.
– Zajebiście – mruczy Erin, która nie wygląda, jakby go słuchała. Chłopak wzrusza ramionami i stwierdza, że nie każdy jest tak cudowny jak on i może wykorzystywać swoje moce bez wkładania w to odrobiny wysiłku.
Obstrzeliwujące ich dzieciaki najwyraźniej zdają sobie sprawę z popełnionego przez siebie błędu (czyt. zapomnieli, że herosi mają, na przykład, moce), który jest niegodny, jak się okazuje, dzieciom Ateny. Niketas od razu rozpoznaje dzieciaczki, które ciągle kręcą się wokół nóg Weroniki, albo raczej kręcą się wokół jej miejsca zamieszkania i pieczołowicie unikają swojej grupowej. Nie, żeby ich krytykował. Niketas ich w stu procentach rozumie.
Szyszkowi strzelcy zarządzają odwrót, co nawet Niketas i Erin są w stanie dosłyszeć z miejsca, w którym się znajdują. Bez żadnego planu przyspieszają kroku, niepowstrzymywani przez przymus chowania się za niewidzialną tarczą, najwyraźniej zbyt uparci, żeby odpuścić tym delikwenciakom. Niketas nawet wrzeszczy za nimi, żeby nawet nie myśleli o ucieczce, bo w nagrodę za tak cudownie przemyślany atak dostaną darmowe energetyki – krzyczy to jak najbardziej przekonującym tonem, który nie mógłby przekonać dwulatka, który nie do końca rozumie znaczenie kierowanych do niego słów.
Jedenastolatkowie szybko muszą stawić czoła problemowi pod tytułem: „W sumie to nie ustaliliśmy, w którą stronę jest odwrót” i najpierw rozpierzchają się na różne strony, potem zdają sobie sprawę, że biegną gdzieś kompletnie sami, robią drugi odwrót z kolei i w ten sposób dają Niketasowi wystarczająco dużo czasu, żeby dobiec do pierwszego lepszego z nich. Erin dobiega na miejsce, gdy chłopakowi udaje się unieruchomić znacznie mniejszego od niego dzieciaka, trzymając go równocześnia za kołnierz i włosy. Reszta dzieciaków zatrzymała się w pół kroku, widząc swojego ziomala przetrzymywanego przez wroga.
– Co wy najlepszego odpierdalacie? – Niketas zwraca się do swojego zakładnika, który jest bliski rozbeczenia się. Według grupowego, chłopiec powinien zaakceptować ryzyko bólu, cierpienia oraz zaburzeń pracy mózgu, gdy w ogóle postanowił strzelać do kogoś sprawującego pozycję wyższą niż on w tym kurwidołku.
– Niketas, zaraz wyrwiesz mu grzywkę – wtrąca się Erin zanim chłopiec zdąży odpowiedzieć. Jakiś pierwiastek w spojrzeniu dzieciaka okazuje jej wdzięczność. Dużo pierwiastków w spojrzeniu Niketasa odpowiada jej: „Ty tak, kurwa, na serio, laska?”.
Przerywa im Głos. Dobrze znany wszystkim w Obozie. Niketas wzdycha bardzo przeciągle na jego dźwięk.
– Тупицы! Co tu się najlepszego wyrabia?


Erin?
────
[1137 słów: Niketas otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]