Poprzednie opowiadanie
WIOSNA IV
Słuchanie o zwierzętach hodowalnych jest ekstremalnie inspirujące, szczególnie dla wyobraźni. Edel, jako lewicowa wegetarianka i przeciwniczka wszelkiej krzywdzie dziejącej się zwierzęciom musi prawie dosłownie ugryźć się w język, żeby nie skomentować zarówno pełnej brokatu i magii historyjki o cielęcim porodzie na pace ciężarówki, jak i o przewozie zwierząt na takie odległości w takich warunkach (mimo że jeszcze nawet nie rzuciła okiem na pakę ciężarówki), a także o karmieniu świń frytkami. Dziewczyna decyduje uśmiechać się miło i kiwać głową, bo rozpoczęcie dyskusji o prawach zwierząt oraz walki o ich dobrobyt mogłoby sprawić, że ich jedyny ratunek (cytując: „mieli tyle szczęścia!”) przestałby być czymkolwiek bliskim do ratunku i postanowiłby nie tylko odjechać sobie w siną dal, lecz także mógłby stać się agresywny wobec trójki biednych, porzuconych przez ich opiekunów dzieciaków.
– Wow, super – sucho rzuca Dorian, a wypowiedziane przez niego „super” równie dobrze mogłoby zostać uznane za „z zimną krwią zamorduję całą twoją rodzinę i pozwolę, żeby twoje pałaszujące fryteczki prosiaczki pożarły ich trupy, a podczas tego rytuału ty będziesz przywiązany do krzesła i musiał to wszystko oglądać”. Przynajmniej Edel tak to odbiera. Mężczyzna tylko miło się uśmiecha, najwyraźniej nie widząc w dziwnym niewidomym chłopaczku żadnego zagrożenia.
– Bardzo dziękujemy, panie…? – pyta Edel.
– John Johnson, miło poznać, panienko – John Johnson mruga do dziewczyny i pstryka w daszek swojej czapki. – Mamy taką tradycję w rodzinie, że każdy pierworodny ma na imię John. Mój ojciec to John, mój dziadek to John, mam kuzyna Johna i drugiego kuzyna Johna… wujka pewnie jakiegoś też! Ale mój brat to już jest Johnatan, a drugi brat Jean, a trzeci Juan. Czwartego nie mam, a trochę szkoda, bo może nazywałby się Tom – śmieje się, chyba myśląc, że zarzucił jakimś inteligentnym żartem. Edel trochę z wyczerpania, a trochę ze zwykłego bycia miłą, wymusza suchy chichot, co najwyraźniej jest ponad siły Kurta i Doriana. – Dobra, dzieciaki, to wskakujcie na pakę. Po drodze może złapiemy jakiegoś McDonalda, co?
– Byłoby cudownie – rzuca Edel, choć wcale tak nie myśli, podczas gdy bracia już wspinają się na ciężarówkę.
Na pace jest niemal równie gorąco, jak na środku pustyni. Obrzydliwości ich sytuacji dodaje fakt, że unosi się tu bardzo intensywny zapach nigdy niemytych zwierząt, ich paszy i ich odchodów i w ogóle wszystkiego, co związane jest z chlewem. Gorące cielska ocierają się o skórę i ubrania, świnie otaczają herosów ze wszystkich stron, a gdy Edel patrzy w oczy jednemu ze zwierząt, czuje, że ono byłoby w stanie zjeść ją na żywca. Nawet nie wie, dlaczego. Po prostu jest coś w tych małych, paciorkowatych oczkach i w pysku, który nie wyraża żadnej emocji. Świnie co jakiś czas trochę się kołyszą, suną po blasze albo próbują przespacerować się wśród swoich towarzyszek i Edel w ciagu pięciu minut skończyła całkowicie zastawiona czterema świniami, podobnie jak Kurt i Dorian. Pewnie się z tego cieszyli, że w końcu mają czas dla siebie. Najlepiej radził sobie Terminator, który troszkę sterroryzował prosiaki swoją wielkością i teraz wszystkie zerkają na niego z poważnym szacunkiem, zostawiając mu z dwa centymetry przestrzeni osobistej. Groteski dodaje ciągła gadanina Johna Johnsona, której żaden z półbogów nie jest w stanie usłyszeć przez ryk silnika i odgłosy wydawane przez zwierzęta.
Edel ma ogromną nadzieję, że jednak nie zatrzymają się w żadnym fastfoodzie, bo wtedy musiałaby wejść do przestrzeni publicznej, śmierdząc prosiakami. Gdyby miała na sobie ogrodniczki i słomiany kapelusz to mogłaby zbudować wrażenie osoby, która właśnie powinna tak pachnieć, ale zdecydowanie wygląda bardziej na kogoś, kto roznosi wokół siebie słodki zapach papai.
Gdy już nie muszą się do siebie odzywać, Kurt i Dorian z radością to wykorzystują. Ewentualnie wymieniają między sobą skrawki zdań, których Edel nie byłaby w stanie usłyszeć, nawet jeśli nie byłyby wypowiadane półgłosem. Tak czy siak prędzej zintegrowałaby się ze świniami, o które się opiera w poszukiwaniu półwygodnej pozycji, niż z dwójką nastolatków z kohorty, którą zarządza. Z westchnieniem (błąd, musi teraz nabrać w płuca więcej powietrza zakrapianego obrzydliwym swądem) zmienia pozycję i opiera swój notatnik na zgiętych nogach, dopiero teraz orientując się, że gdzieś musiała zgubić swój długopis. Zrezygnowana, wymienia zdesperowane spojrzenie z jedną ze świń, która pomaga jej w sposób ekskluzywny dla wszystkich delikatnie ohydnych zwierząt – parę kropli ciągnącej się, gęstej śliny spada na kartki z notatnika Edel. Bardzo niemetaforyczne krople przeważają szalę i dziewczyna z obrzydzeniem wyrywa kilka stron, żeby potem zgnieść je w kulkę i wepchnąć do kieszeni, bo nawet w takiej sytuacji nie wyobraża sobie zaśmiecić jakiejś tam pustyni.
– Jak daleko jest stąd do San Francisco? – woła na tyle głośno, że może chociaż Kurt i Dorian ją usłyszą, choć wątpi w to, że akurat od nich otrzyma miłą odpowiedź. Albo w ogóle jakąkolwiek odpowiedź.
– Centurionka nie powinna znać się na geografii? – cięta riposta Doriana trafia w Edel jeszcze przed tym, jak pytanie powisiało w powietrzu jakieś dwie sekundy. Jeszcze nawet nie dojrzało.
– Śmieszne – komentuje Kurt, wcale nie brzmiąc na rozbawionego.
– Osiem godzin, dzieciaki!!! – wrzeszczy John. – Co wy, nie uważaliście, jak wam opowiadali o planie wycieczki? Ci nauczyciele to serio muszą być jacyś nie ten tego. Brać tutaj dzieciaki, nie mówić im o nakryciach głowy, zostawiać je na pastwę losu i na przegrzanie! Co za czasy!! To wszystko przez tę nową politykę, mówię wam.
– Spałam, jak tu jechaliśmy – odpowiada Edel, choć nie jest pewna, czy ta odpowiedź jest w ogóle wymagana i czy tym razem John ją usłyszy. Jej poharatane struny głosowe powoli przestają jej słuchać, a język już jakiś czas temu postanowił zmienić się w suchego gluta, który tylko czasem trafia w dobre miejsce w ustach.
Edel najchętniej by się przespała, ale odnalezienie komfortowego miejsca wraz z pociesznymi świnkami w trzęsącej się na każdym, najmniejszym kamyczku przyczepie nie sprzyjało jakiejkolwiek formie relaksu. Wpatrywanie się w niebo też nie działa, bo jedyne, co Edel może zobaczyć, to oślepiające słońce. Pozostaje wpatrywanie się w prześliczne tyłki świń. Ewentualnie w ich jeszcze śliczniejsze oczy. Edel ma ochotę się zabić. Albo zabić kogoś. Nie świnie. Świnie na to nie zasługują. To one są ofiarami tej sytuacji.
Dziewczyna delikatnie próbuje przegonić parę prosiaków, żeby dostać się bliżej Kurta i Doriana, ale zwierzęta mają gdzieś jej próby. Edel przez chwilę patrzy na nie bezradnie, mamrocze jakieś przeprosiny i próbuje siłą przesunąć parę świnek, które w odpowiedzi żałośnie kwiczą, ale rzeczywiście przesuwają się o parę niewielkich przesunięć raciczek. Heroska przeciska się pomiędzy nimi i po paru minutach męczarni wreszcie stwierdza, że jest wystarczająco blisko braci, żeby z nimi normalnie porozmawiać.
– Kiedy Terminator będzie w stanie nas stąd zabrać? – pyta, patrząc raz na Kurta (który aktualnie wpatruje się w widoczny ponad grzbietami świń horyzont), a raz na Doriana (definitywnie najbardziej znudzonego z całej ich paczki, co jakiś czas odnajdującego rozrywkę w skubaniu sierści najbliższej świni).
– Terminator odpoczywa – odpowiada Dorian, jakby Edel wcale tego nie wiedziała.
– Chyba nie chcecie siedzieć tutaj osiem godzin?
– Może ty nie chcesz – prycha Kurt, wciąż nie obdarzając dziewczyny najkrótszym spojrzeniem.
– Nawet jeśli Terminator odpocznie, to zabierze tylko nas. Mnie i Kurta. Ewentualnie tylko mnie. Jeszcze się zastanowię.
Edel. Edel po prostu się poddaje. Kiwa głową, mówi: „aha okej” i chce wrócić do swojego odosobnionego świniowego kącika, ale zdaje sobie sprawę z tego, że ten kącik już nie istnieje, a przemieszczenie się gdzie indziej będzie wymagało ponownego grania świniami w bardzo nudnego tetrisa. Dlatego po prostu zostaje przy chłopakach, w głowie ustalając, co produktywnego może zrobić przez osiem godzin.
Szybko odpowiada sobie, że w sumie to nic.
Nuda zaczyna im doskwierać jakieś dwadzieścia minut od rozpoczęcia jazdy, a warto zaznaczyć, że czuli, jakby to dwadzieścia minut trwało co najmniej dwadzieścia godzin. Nie mają tutaj absolutnie żadnego zajęcia i w pewnym momencie Edel najzwyczajniej w świecie wyrwała kartkę ze swojego notesu, żeby metodą prób i błędów odkryć, jak składa się łabędzia z origami. Doznała wszystkich stanów od zniecierpliwienia do absolutnej furii, wykonała szybkie ćwiczenie oddechowe i aktualnie powtarza ten proces na kartce wymiętej bardziej, niż zdrowie psychiczne ich wszystkich razem wziętych. Dodatkowo blaszana podłoga z każdą kolejną sekundą staje się coraz bardziej niewygodna, a Edel zdaje się, że zamiast się ochładzać, jest tylko coraz bardziej gorąco. Gdy wyciera pot z czoła, to nie wie, czy na dłoni zostają resztki jej makijażu czy już złuszczający się naskórek. Każda z opcji jest równie nieprzyjemna do zaakceptowania.
– Może jednak ten telefon do Vergila nie był takim złym pomysłem – rzuca to stwierdzenie w przestrzeń, niekoniecznie oczekując jakiejkolwiek reakcji. – Mógłby wysłać tu kogoś, kto umie się teleportować.
Odpowiada jej cisza. Tylko Dorian po raz dziesiąty w ciągu ostatnich dwóch minut zmienia pozycję na trochę bardziej komfortową.
– To takie dość bezbolesne wyjście z sytuacji, wiecie? Albo, nie wiem, jak dojedziemy do jakiegoś miasta to możemy pożegnać się z Johnem i złapać normalnego stopa. Albo poruszać się normalnym transportem publicz…
– Mówisz o sobie. Ja polegam na Terminatorze – oznajmia niewzruszony Dorian.
Edel bierze głęboki wdech. Jeszcze siedem godzin i czterdzieści minut. Może w tym czasie jakiś bóg się nad nią zlituje i po prostu ją zabije. Dziewczyna w myślach zaczyna pisać pierwszy szkic rozmowy z Vergilem o tym, że kończy służbę. Nawet nie wie, czy to rozmowa, czy ma mu wysłać jakieś wypowiedzenie, bo raczej nie rozmawia się o takich rzeczach, ale ten moment, ta teleportacja, to poczucie bezsilności – to jest jej koniec i to jest moment, w którym ona nie zamierza dłużej pełnić jakiejkolwiek służby obok Kurta i Doriana. Nawet jeśli w tym momencie dopięli swego, to ona, kolokwialnie mówiąc, ma to gdzieś.
Wreszcie zatrzymują się w jakimś McDonaldzie. Wbrew oczekiwaniom Edel, jest to McDonald na kompletnym odludziu otoczony kompletnie niczym i to w ogóle nie jest podejrzane, że McDonald stoi sobie ot tak pośrodku niczego, to normalne dla fastfoodów. Są wszędzie. Nawet tam, gdzie nie ma niczego. Spoceni, zmęczeni i pragnący szybkiej śmierci, powoli wydostają się z pełnej świń przyczepy.
– Super, że go tu wybudowali, nie? – mówi John, stojąc obok ciężarówki z rękoma opartymi na biodrach. – Bo wiecie, ja tą trasą często jeżdżę i w ogóle. To jest takie optymalne miejsce, żeby był tu McDonald, idealnie się czasowo mieści w harmonogram posiłków, wiecie?
– Ciekawe – odpowiada Edel. Automatycznie kiwa głową, gdy John jeszcze kontynuuje, prowadząc ich dziwną grupkę do bardzo niepodejrzanego McDonalda. Jedyną myślą, jaka aktualnie pojawia się w głowie Edel, jest to, że może jakby zeszła do toalety w tej restauracji, to okazałoby się, że jest tal Labirynt Dedala. Naprawdę już wolałaby szybką rundkę po Labiryncie niż dalszą podróż w tej okropnej ciężarówce.
John uprzejmie otwiera im drzwi i z jakiegoś powodu Edel nawet nie jest zaskoczona tym, że w restauracji nikogo nie ma.
Dorian?
────
[1718 słów: Edel otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]