poniedziałek, 21 września 2026

Od Dante CD Ivy — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Przymknąłem na chwilę oczy w celu uspokojenia szalejących myśli. Ivy na pewno nie mówił tego wszystkiego na poważnie. Może miał zły dzień? Może coś się stało? Muszę tak myśleć, bo przecież innego wytłumaczenia na to zachowanie nie ma!
Przetarłem wierzem dłoni twarz, ignorując czarne smugi rozmazanego tuszu do rzęs. Nie miało to teraz żadnego znaczenia. Nie odtrącił mnie, więc podobam mu się nawet w takim wydaniu. To się liczy. Prawdziwy mężczyzna. Jeszcze nigdy takiego nie poznałem. Zawsze każdy najpierw myślał o sobie, a dopiero później o mnie. Życzyłem im najgorszego. Może dalej życzę; ale o Ivy nigdy nie powiem złego słowa. Kiedy na niego patrzę czuję spokój w sercu. Szalejące myśli nie są tak męczące. Jego obecność naprawdę mi pomaga! Nie chcę z niego rezygnować, ale nie wiem jak to mu wytłumaczyć.
— Czy… — przełknąłem ślinę, z trudem zbierając się do wypowiedzenia bardzo ważnych dla mnie słów — jeśli przestanę być twoim pacjentem, to będę mógł się z tobą spotykać?
Bałem się, że zabrzmiałem żałośnie i desperacko. Ale taka była prawda — desperacko chciałem zatrzymać go przy sobie. Gdybym mógł, to rozkazałbym mu zostać, lecz nie miałem takich umiejętności.
Ivy ciężko wypuścił powietrze z ust. Spojrzał na mnie i poczekał aż się podniosę z ziemi. Nie powiedział niczego nietaktownego, ale cisza z jego strony też mnie raniła.
Ivy, powiedz, co robię nie tak, a się zmienie.
— Musisz dać mi czasu — powiedział spokojnie.
Poczułem, jak coś przewraca mi się w żołądku. Może w całości był to ten narząd, a może był to dzisiejszy obiad. Nie potrafiłem stwierdzić. Zaraz potem pojawił się nieznośny ucisk głowy. Miałem ochotę znów się rozpłakać. Pierwsza łza spłynęła po moim policzku. Roztarłem ją palcem wskazującym.
— Chcę, żebyś wiedział, że jesteś dla mnie wszystkim!
Nie odpowiedział. Mam jednak nadzieję, że zrozumiał i zaczął mnie zauważać. Ja pewnie rzuciłbym się za nim w ogień. Naprawdę. Poświęciłbym wszystko!
Wyszedłem z gabinetu. Oczy strasznie piekły mnie od płaczu i makijażu, który rozmywając się, wpływał mi pod powieki. Wolałem jednak ten rodzaj bólu, niż bycie odrzuconym przez mojego ukochanego Ivy.

 

WIOSNA

Zniknąłem na cały miesiąc (a może na dwa?). Przez cały ten czas krzątałem się po różnych barach i podrywałem przystojnych mężczyzn. Niestety każdy z nich był takim samym dupkiem, łasnych na ładnych chłopców. Od siebie mieli niewiele do zaoferowania. Nawet to, co mieli w gaciach, było warte tylko śmiechu.
Nikt po prostu nie dorównywał Ivy, bo nikt nim nie był. Nikt go nigdy nie zastąpi. Nikt nie okaże mi tyłem wsparcia, co on.
Nie wypisywałem do niego, żeby to było jasne. Starałem się powstrzymywać, chociaż było to trudne. Za każdym razem, kiedy miałem telefon w dłoniach, to odruchowo wchodziłem w naszą konwersację. Rozmawiając z kimś na tinderze też co chwilę włączałem aplikacje smsów. Nie potrafiłem bez niego żyć.
W końcu nie wytrzymałem. Napisałem do niego. Chciałem zwykłego, nie zobowiązującego spotkania. Minęło dużo czasu. Zima zdążyła się skończyć, a na jej miejsce wkradła się wiosna. Wiosna przecież jest taką piękną porą roku — to właśnie wtedy przytrafiają się ludziom najpiękniejsze rzeczy.
Ivy nie odpisywał przez dwa dni, aż do pewnego wieczora, kiedy leżałem w wannie i myłem włosy. Usłyszałem powiadomienie. Poderwałem się, rozchlapując dookoła wodę i złapałem do mokrych rąk telefon z szafki.
Ivy. To on. To naprawdę on!
Moja dłon zadrgała. Chciałem zadzwonić. Chciałem usłyszeć jego głos.
— Możemy się spotkać pod pewnym warunkiem — przeczytałem.
Serce tłukło się w mojej klatce piersiowej. On NAPRAWDĘ chce mnie zobaczyć.
— Zgodzę się na wszystko — odpisałem.
Nieważne, co to będzie, nie wytrzymam ani jednego dnia dłużej bez niego.
— Nie dotykaj mnie.
Spochmurniałem. Dlaczego postawił akurat taki warunek? Czy ja naprawdę przekroczyłem jego przestrzeń osobistą? Aż tak, żeby zabraniał mi dotyku?
— Czy to znaczy, że nie mogę cię nawet przytulić?
Przegryzłem wargę, błagając w myślach, żeby pozwolił mi chociaż na to.
— Nie.
Piana z włosów spłynęła mi na czoło. Zabronił mi podstawowej czynności. Przytulania.
— Na pewno? — dopytałem jeszcze, ale tego wieczora mi już nie odpisał.
Pogodziłem się z tym (trochę nie, ale musiałem sobie wmawiać, że tak). Musiałem uszanować to, o co prosił, żeby zatrzymać go przy sobie. Bez tego znowu go stracę. Znów zniknie mi z oczu.
Spotkanie ustaliliśmy później. Musiałem przystać na jego propozycję spotkania się w kawiarni. Lubiłem kawiarnie i dobre kawy, więc nie miałem z tym żadnego problemu. Może właśnie zostałem zaproszony na randkę?
Szykowałem się cały wieczór. Żaden outfit mnie do końca nie zadowalał — a to brakowało mi koloru, a to kolory całkiem się ze sobą gryzły, a to nie mogłem znaleźć pasującej biżuterii. Poświęciłem na to równo pięć godzin. Dopiero przed samym wyjściem poczułem, że jestem gotowy.
Stanąłem przed lustrem i ostatni raz poprawiłem układane na lakier włosy. Odetchnąłem i z wielką nadzieją na poprawę naszej relacji, wyszedłem z domu. Obym mu się spodobał. Makijaż dostosowałem dla niego. Tylko dla niego. Biżuterię, która miałem na sobie zakładałem tylko na szczęście. Moim największym talizmanem jednak był naszyjnik po mamie. Oby przyniósł dużo szczęścia.

Ivy?
────
[806 słów: Dante otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Artema CD Edgar — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Artem zignorował słowa Edgara. Bardziej przestraszył go nagły krzyk, który chyba, a raczej na pewno, zwrócił uwagę mieszkających w tym budynku ludzi. Również tych, na których czekali i chcieli sobie zamienić parę słów z Artemem. Byłoby to bardzo smutne, gdyby tylko przez impulsywnego Edgar udało im się odnaleźć byłego kolegę.
— Kto tam jest?!
Artem od razu, kiedy usłyszał krzyk, podniósł się i pociągnął za sobą wyrywającego się Edgar. Siłą wepchnął go do jakiegoś zagraconego starymi szmatami i meblami kąta. Sam wskoczył gdzieś obok i przycisnął się do przyjaciela, nie puszczając skrawka jego koszulki, żeby przypadkiem nie wpadł na kolejny głupi pomysł.
— Cicho — szepnął ostrzegawczo, na co Edgar jeszcze bardziej zmarszczyło brwi. Wcale nie miało ochoty siedzieć cicho, a zachowanie Artema denerwowało go coraz bardziej.
Usłyszeli szybkie kroki. Stukot butów o drewniane panele, które dawno nadawały się do wymiany. Trzask drzwi, potem stukot kolejnych butów.
— Usłyszałem coś! — powiedział głośno jeden z mężczyzn. — Naprawdę!
— Przecież widzisz, że nikogo tutaj nie ma — drugi z nich miał zdecydowanie bardziej znudzony ton głosu. — Zaczynasz mieć omamy?
— Kurwa, z tobą się nigdy nie da porozmawiać — warknął. — Jeszcze nas ktoś okradnie z towaru i co wtedy? Gówno! Przeszukaj lepiej chatę!
— Twoją starą prędzej przeszukam!
Sprzeczali się jeszcze przez chwilę, aż w końcu jeden z nich wrócił na wyższe piętro, a drugi poszedł do innego pokoju, cały czas przy tym przeklinając pod nosem. Najwyraźniej rzadko kto z zewnątrz się tutaj zapuszczał i nie mieli powodów do obaw. Cóż było się dziwić, kiedy okolica była naprawdę nieprzyjemna? W biały dzień ktoś mógł ci włożyć kosę między żebra i nawet za to nie odpowiedzieć, bo bardzo wątpliwe, że ktokolwiek zwróci uwagę.
Artem poluźnił uścisk i wypuścił z palców potarganą koszulkę Edgar.
— Nie będę ci pomagać, jak będziesz się tak zachowywać — warknęło pod nosem.
— Ciszej — upomniał go od razu, bo zdenerowowane Edgar miało w zwyczaju podnoszenie głosu.
— Nie uciszaj mnie.
Zaczął się podnosić, ale Artem od razu złapał go za łokieć i pociągnął z powrotem na dół.
— Skąd masz w ogóle pewność, że to bezpieczne?
— O czym ty teraz pierdolisz? — Podniósł się jeszcze raz. — Przestań paniusiować i wstawaj.
Edgar doskonale wiedział w jaki punkt uderzyć, żeby ogarnąć nieobecnego Artema. Mężczyzna od razu się podniósł i z naburmuszoną miną wyszedł z zagraconego kąta. Bez słowa i nawet nie oglądając się na przyjaciela poszedł przeszukiwać pierwsze pomieszczenie.
Otworzył każdą szufladkę, zaglądnął do każdej szafki. Nie znalazł niczego, co mogłoby im pomóc, chyba że pomocne okazałyby się pogniecione, puste kartki papieru. Albo jakieś resztki jedzenia, bo najwyraźniej nikt tutaj po sobie nie sprzątał.
W drugim pomieszczeniu znalazł tylko gazety sprzed dwóch lat i inne nic nie warte śmieci. Najwyraźniej wszystko to, co cenne, mieli dobrze schowane.
— Zapiszę sobie ten adres — powiedział niespodziewanie Edgar. — Wyślę tutaj kogoś później.
— Genialny pomysł — odpowiedział sarkastycznie. — Wojsko też naślesz?
— Dobra, kurwa, albo chcesz mojej pomocy albo stąd wychodzę.
— No to wyjdź.
Edgara nie trzeba było dłużej przekonywać. I tak był już wystarczająco poddenerwowany przez ciągłe niezrozumiałe humorki Artema. Burknął coś pod nosem i skierował się w stronę wyjścia.
Wrócił po niecałej minucie z krzykiem. Roztrzęsione schowało się za plecami Artema.
— Jakieś inne wyjście? — zapytało.
Zachowywało się tak, jakby Artem znał każde tajne przejście w tej okolicy. A o dziwo tak nie było. Można było się spodziewać, skoro spędził tutaj pierwsze lata życia w Ameryce, ale nie doświadczył żadnego podziemnego przejścia jak w filmach hollywood.
— A to niby ja mam przestać paniusować, co?
Edgar nawet nie miało ochoty odpyskować — coś sprawiło, że bardzo się wystraszył i zabrakło jejmu języka w gębie. Po prostu pokręciło głową i wskazało przed siebie, tam, gdzie znajdowały się drzwi wyjściowe. Te same, przez które tutaj weszli.
— Wchodzimy stąd zanim ktoś usłyszy.
Chciał wyjść, ale Edgar mocno złapało za jego koszulkę. Jak dziecko, które nie chciało pozwolić ojcu wyjść do pracy albo matce, która chciała zostawić je samo w przedszkolu. Płaczliwie coś wybełkotało pod nosem, na co Artem przewrócił oczami i zignorował. Dosłownie pociągnął za sobą Edgar.
Jeden z mężczyzn, którego usłyszeli wcześniej już zaczął zbiegać po schodach. Drugi chyba nie przejmował się, że mieli nieproszonych gości i nawet nie ruszył się z miejsca. Dobrze wiedzieć, że w patusiarni można było znaleźć chociaż jedną inteligentną osobę.
Artem bardzo się spieszył, ale Edgar tylko go hamowało. Zapierał się tak bardzo, że ciężko było się ruszyć, nawet jeśli trochę czasu spędzało się na siłowni.
— No żesz, czy ty jesteś, kurwa normalny?! — wypalił w końcu, zatrzymując się.
Zdenerwowany po prostu podniósł Edgar i zarzucił sobie przez ramię jak worek ziemniaków. Tak będzie szybciej.
Popędził do drzwi, ale zanim zdołał przez nie wyjść, zauważył dobrze znaną osobę. Szef tych wszystkich przegrywów życiowych wrócił. Zawsze miał obrzydliwe żabią mordę, ale tym razem wyglądał jeszcze bardziej jak żaba (a może było tak zawsze?).
— Dzieeeeeń dobrryyy?
Oblizał wargi. Okropnie przy tym mlaskał. Artem już zapomniał, jakie to było zawsze odrażające.
— Puść mnie! — wrzasnął Edgar.
— Jezu, zawsze miałeś taką żabią mordę? — Skrzywił się, na co mężczyzna w średnim wieku nawet nie zareagował.
— On JEST żabą! — krzyczał Edgar. — To ŻABA!
— Jak, kurwa, żaba?
Zanim Edgar zdołał cokolwiek odpowiedzieć (albo wykrzyczeć), za nimi stał już jeden z mieszkańców tego pięknego budynku. W jednej ręce trzymał tępy nóż, a drugą podtrzymywał zsuwające się z tyłka spodnie.
— Szefie! — krzyknął. — Kim oni są?!
Żabi szef mlasnął.
— Pssyjaciele?
— Szefie, nie! — Mężczyzna rozpaczliwie podbiegł do swojego przywódcy. — Oni tu weszli nieproszeni! Wyrzuć ich!
Artem obserwował te scenę ze zdegustowaniem. Nie tak zapamiętał sobie to wszystko.
— Proszę obydwoje wypierdalać — mruknął Edgar dziwnie spokojnym tonem.
O dziwo, obywoje rzeczywiście… wyszli. Żabi mężczyzna opuścił próg domu, a drugi wrócił na górę, cały czas drapiąc się po tyłku. Artem poczuł tylko dziwnie mrowienie w klatce piersiowej, jakoby te słowa także jego dotyczyły. Ostatecznie on jedyny nie wyszedł i dalej stał tam, gdzie wcześniej.
— Widzisz? Mój pomysł z czarami wcale nie był taki zły.
— Skończ — westchnął. — I proszę postaw mnie na nogi.
— Ty mnie o coś prosisz?
— To ostatni raz, przysięgam.
Artem mógł jejgo zwyczajnie zrzucić na ziemię, ale nie był już takim dupkiem i odstawił przyjaciela na nogi. Całkiem miłe z jego strony, a przecież zawsze mógł zabić, prawda?

Żabo?
────
[1004 słowa: Artem otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 20 września 2026

Od Edgar CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Czyli nie mieliśmy żadnego konkretnego planu. Nie było to, oczywiście, żadną  nowością w naszym przypadku, że nie omówiliśmy dalszego przebiegu wydarzeń i w tamtej chwili pozostało nam czekać na ich rozwój, na który zbytnio nie będziemy wpływać. Było to jak wieczne płynięcie pod prąd z nadzieją, że nie trafi się w drodze na mocny zryw bądź skały, z którymi zetknięcie byłoby bardzo bolesne.
Dyskomfort wynikający z bycia w takim miejscu sprawiał, że z każdą chwilą miałem coraz mniejszą ochotę tu być. Trudno było aż uwierzyć, że Artem mógł obracać się w takim środowisku — i też trudno było mi sobie to wyobrazić. Była to melina pełna niebezpiecznych ćpunów i alkoholików, przez których śniadanie cofało mi się do gardła. Widziałem naprawdę wiele miejsc w życiu, w wielu podobnych przebywałem, ale to był zupełnie inny świat, do którego nie chciałem się zapuszczać. Do tej pory mi się to udawało.
Nie wiedziałem, na co czekamy, więc pozostało mi zaufać Artemowi, pomimo, że nigdy mi nie wspominał o takich rzeczach. Była to jego przeszłość, więc teoretycznie nie miał takiego obowiązku, ale jakoś i tak mnie to raniło. Było to niesprawiedliwe, że o mnie wie tak dużo, a ja o nim nic. Z innej strony, kto by chciał się chwalić, że obracał się w… takim miejscu jak te? Co, jak zaraz zostaniemy porwani, a moje organy sprzedane na czarnym rynku? Nie sądzę, aby były dużo warte.
Czekaliśmy jakiś czas, obserwując otoczenie. Już drugi papieros tlił się między moimi palcami.
— To oni. - Wyprowadził mnie z zamyślenia
— I co teraz, detektywie? — Uśmiechnęłom się do mężczyzny. — Mam im pogrozić? Pobić?
— Nie teraz.
— Jakoś muszą się odczepić.
Ruszyłom o krok, ale Artem złapał mnie za łokieć. Równie szybko jednak mnie puścił, po czym skrzyżował ramiona na piersi, odwracając wzrok.
— To ich zaczarujesz.
— To nie są żadne czary, człowieku — westchnęłom. — Co ty sobie myślisz? Że jak to działa?
— Masz inny pomysł?
— Czemu ja mam być pomysłodawcą?
— Tylko pytam cię o poradę.
Nie tak to zabrzmiało, ale postanowiłom tego nie kwestionować.
— Może rzeczywiście coś wymyślmy, zanim… Co w ogóle chcesz osiągnąć?
Wyglądał na nieobecnego, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej, niż ciałem. Zmarszczyłem brwi przez jego zachowanie, nie wiedząc, co może tak go dekoncentrować i odwracać uwagę od rzeczywistości, ale utrudniał naszą współpracę. Byłem powoli gotowy na to, aby wrócić do domu.
— Rozumiesz, co do ciebie mówię?
— Jasne, że tak.
Tak długo staliśmy i się sprzeczaliśmy, że naturalnie dwójka mężczyzn znikła z naszego pola widzenia. Rzuciłom Artemowi zirytowane spojrzenie i poszłom dalej się rozglądać, ale podejrzani przepadli bez śladu. Straciliśmy swoją szansę. Podreptał za mną, aż poszliśmy jeszcze głębiej w uliczkę, która wyglądała, jakby nie było z niej wyjścia. Wyglądała jak dzielnica osób niższego sortu społecznego, którzy skrywają się przed światem, aby przypadkiem ich czyny nie spotkały się z konsekwencjami. Miałom tylko nadzieję, że mój wygląd nie wzbudzi w nikim gniewu — Artem nie miał się za bardzo o co obawiać (nie, żebym go obrażał. Taki był fakt).
— Muszą się tu kręcić jeszcze.
— Nie miałeś może zwidów?
Wyburczał coś w odpowiedzi i przewrócił oczami. Trzymałem swoją cierpliwość na cienkim sznurku, który mógł pęknąć w każdej chwili, a to nie miałoby ani cienia szansy zakończyć się dobrze. Przez myśl przeszedł mi powód, czemu mógłby tak dziwnie się zachowywać, ale prędko zacząłem starać się wyprzeć go z środka głowy. Skoro aż tak porzucił ten temat — a raczej, w ogóle nie poruszył — to czemu miałoby go to męczyć? Właściwie, obydwoje zachowywaliśmy się, jakby nigdy nic się nie stało, ale i tak, cisza z jego strony była bolesna. Momentalnie spochmurniałem i zachciałem wrócić do domu.
Było mi z jakiegoś powodu ogromnie wstyd.
Wpadłom na wybitny, łatwy w wykonaniu pomysł, aby podpytać tutejszych o parę informacji, ale Artem się nie zgodził. A może bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że nie pozwolił. Wziął mnie tu ze sobą, jednocześnie wiążąc mi ręce. Naburmuszyłom się na niego, ale nawet nie zwrócił na to uwagi, ignorując wszystko, co się wokół niego dzieje.
Och, powinnom porzucić ten temat.
Pozwalając sobie przełamać tę bezsensowną bezczynność, postanowiłom poeksplorować podejrzany budynek, do którego wkroczył jeden z dziwnych typów. Artem zmierzył mnie uważnie wzrokiem, zacisnął wargi, jakby chciał mnie powstrzymać, ale zamiast tego, wszedł za mną do środka. Domyśliłom się, że to musi być czyjeś mieszkanie, może nawet paru z nich. Cokolwiek z tego wyjdzie, może nam pomoże — wolałem to, niż znosić obecność wyobcowanego Artema.
— Ktoś jest w środku — szepnął do mnie, starając się pociągnąć mnie do ustronnego kąta.
— Więc bądź cicho.
Wcisnął nas w wąskie miejsce przy schodach prowadzących na wyższe piętro. Zaczęłom nasłuchiwać, a z oddali usłyszałom lekkie kroki.
— Znasz kogoś jeszcze tutaj?
Nie odpowiedział.
— Musisz zacząć ze mną współpracować — syknęłom cicho, powstrzymując się od wzniesienia tonu.
Westchnął tylko, opierając się o ścianę. Nawet nie patrzył mi w twarz, a to był mój ostatni powód. To było wszystko, co miał mi do powiedzenia? Czyli nic?
— Kurwa! — wrzasnęłom w końcu, aż podskoczył. Zbyt głośno. Zdecydowanie zbyt głośno. — Skup się! Co z tobą? Jeszcze kilkanaście minut wcześniej byłeś normalny!

 
Artem?
────
[820 słów: Edgar otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Aye — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie mieli czasu, by użalać się nad sobą albo przeklinać na szczura, który pewnie był przerażony równie mocno, co oni. Właściwie to nie mieli nawet czasu skupić myśli. Chait poderwał się jeszcze zanim dobrze upadł. Wierzchem dłoni starł z oczu maź, mocniej chwytając za broń. Drugą ręką pociągnął do góry krztuszącego się i plującego Aye, zaciskając palce na jego ramieniu.
– Musimy uciekać – rzucił przyduszonym głosem. Mantikora była już coraz bliżej. Instynkt kazał mu walczyć, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, że nie teraz. Jeszcze nie teraz.
Chait nie dał Aye czasu, by pewnie stanąć na nogach. Nie puścił jego ramienia, tylko szarpnął gwałtownie, rzucając się dalej tunelem. Czuł nieprzyjemne dudnienie gdzieś z tyłu głowy. Przez szum w uszach przebijał się tylko kaszel Aye i krzyk potwora, który uparcie ich gonił. Jeden z kolców śmignął zdecydowanie zbyt blisko ich głów, wzburzając brudną wodę.
Wiedział, że technicznie ich to nie zabije, ale na pewno by im w żaden sposób nie pomogło.
Nie puścił ramienia Aye, nawet gdy ten w końcu złapał rytm i przestał się potykać. Ostatnie, na co Chait zamierzał w tej chwili pozwolić, to by przypadkiem się rozdzielili, albo by znajomy został gdzieś z tyłu, prędzej czy później zdany na niełaskę Mantikory.
Była od nich szybsza. Cały czas czuł, jak się do nich zbliża. Próbowali zgubić ją na zakrętach, ale nie był pewny, czy ją to chociaż trochę spowalnia. Ale przecież nie mógł pozwolić, by tak łatwo któryś z nich stał się dla niej obiadem.
– Chait—
Zerknął kątem oka na Aye. Wskazywał coś przed nimi. Chait podążył wzrokiem we wskazanym kierunku, ale potrzebował chwili, by zrozumieć, co widzi.
Jeden z bocznych tuneli. Wejście do niego było wąskie, węższe od tych, którymi przebiegli do tej pory. Na tyle wąskie, by musieli iść pojedynczo, ale równocześnie powinny utrudnić Mantikorze swobodne poruszanie się, a przynajmniej utrudnić skuteczne ataki ogonem. Skinął słabo głową, nie chcąc tracić energii na zbędną komunikację i pociągnął Aye mocniej, popychając go, by wpadł w korytarz jako pierwszy. Wbiegł zaraz za nim i nie pozwolił mu się zatrzymać.
Jeszcze nie.
Do ich uszu dotarł kolejny krzyk potwora.
Dla pewności skręcili jeszcze raz, w inną odnogę tunelu. Jak wcześniej Chait mniej więcej orientował się, jaki dystans pokonali i gdzie może ich wyprowadzić najbliższe wyjście na powierzchnię, tak teraz nie był już nawet pewny, czy przypadkiem nie zrobili jakiegoś bardzo skomplikowanego kółka. Oparł się o ścianę, nasłuchując, ale Mantikora na chwilę została gdzieś w tyle.
Obaj byli zdyszani. Aye znowu się rozkaszlał. Chait nawet nie chciał sobie wyobrażać, jak paskudnym uczuciem musiało być zakrztuszenie się tym cholerstwem. Czekał, aż chociaż trochę się uspokoi, zanim zdecydował się odezwać:
– Masz swoją broń? – zapytał półgłosem, odpychając się od ściany i stawiając kilka ostrożnych, cichych kroków w stronę drugiej części tunelu. Potwór dalej gdzieś tam był.
Aye wytarł usta dłonią i skinął głową, chociaż nie wydawał się zadowolony.
– Chcesz z tym walczyć?
Chait zawahał się tylko przez sekundę. To był tragiczny pomysł. Byli zmęczeni po całym dniu, osłabieni i poruszali się po ciemnych, mokrych korytarzach. W największych z nich Mantikora mogła swobodnie używać ogona i pokonywać ogromne odległości, w wąskim oni nie mogli walczyć ramię w ramię. Do tej pory udało im się uniknąć trucizny, ale to też nie mogło trwać wiecznie, nie mieli aż tyle szczęścia.
Gdyby nie byli w kanałach, to mógłby przynajmniej użyć iluzji, by jakoś odwrócić uwagę potwora. Mógłby zrobić most albo w ogóle przenieść ich (lub przynajmniej Aye) gdzieś w cholerę, jeśli starczyłoby mu na to siły.
Tutaj byli skazani na własne bronie i wizję termiczną Aye. Nie byli w szczególnie dobrym położeniu.
Ucieczka przed Mantikorą i wydostanie się z kanałów też nie brzmiały szczególnie realistycznie. Mieli być tu celowo uwięzieni? Chciałby założyć, że to Aye się pomylił i zwyczajnie źle ich poprowadził, ale to też nie miało żadnego sensu.
– Nie, raczej nie. Na pewno nie w tej formie.
Przez chwilę stali tak w milczeniu. Chait wytarł dokładniej twarz. Zaczął nerwowo stukać palcami o udo, wpatrując się w ciemność.
– Widzę, gdzie może być jakieś wyjście, ale musielibyśmy się cofnąć – odezwał się Aye.
Obaj wiedzieli, że mogą wtedy wpaść na potwora. Nie musieli mówić tego na głos.
– Możemy spróbować go ominąć – mruknął w końcu Chait. – Jeśli będziemy szli wąskimi tunelami, to albo go spowolnimy, albo będzie musiał przybrać ludzką formę.
Wiedział, że wolałby uniknąć bezpośredniego starcia. Ten potwór na pewno był od nich silniejszy, prawdopodobnie też bardziej wytrzymały. Ledwo udało im się go zgubić, a i to tylko na chwilę. Nie potrafił przypomnieć sobie żadnych innych, istotnych szczegółów, chociaż czuł, że powinien wiedzieć.
– Pozostaje też pytanie, czy tym razem trafimy na normalne wyjście.
Powiedział to bardziej sam do siebie. Nie zamierzał krytykować Aye, bo to nie była jego wina. To okoliczności takie były. Wydarzyło się zbyt wiele, czy Chait uznał, że tym razem ot tak znajdą drabinkę i właz, który pozwoli im się wydostać.


Aye?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Havu CD Judasa — „Mary On A Cross”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Można powiedzieć, że było to bardzo nierozsądne z ich strony, ale czy istnieje na świecie człowiek, który całe życie myślał zanim coś zrobił? W tej sytuacji nad myślami górował tylko głupi impuls. Impuls, który pchał ludzi do dziwnych czynów, takich jak obmacywanie się w korytarzu, prowadzącym do łazienek na imprezie, gdzie ludzie dużo piją i również — dużo sikają.
Za późno zorientowali się, że ktoś otwiera drzwi, a mieli stosunkowo dużo czasu na reakcje, ponieważ drzwi strasznie skrzypiały (szkoda, że takiej drogiej restauracji nie było stać na wd-40), dając im o wiele wcześniej znak.
— Coś się stało? — zapytał mężczyzna, którego Havu trochę kojarzył z wyglądu, ale nie mógł sobie zupełnie przypomnieć skąd.
Nachylony Judas momentalnie się wyprostował. Nie był ani trochę zadowolony, że ktoś im przeszkodzić, ale czego innego mógł się spodziewać? Że ktoś nakryje ich peleryną niewidką i całkiem znikną z widoku?
Havu odchrząknął. Chociaż się zestresował i momentalnie spiął całe ciało, musiał zagrać na czas i odegrać jakąś wiarygodną scenkę zanim mężczyzna sobie coś pomyśli.
— Niestety kolega słabiej się poczuł — odpowiedział. — Potrzebował przemyć twarz zimną wodą, ale nie udało nam się dotrzeć do łazienki.
— Może pomogę? — Uśmiechnął się tamten delikatnie. — Za dużo alkoholu pewnie, co?
Judasa bardzo uraził ten komentarz, ale nic nie odpowiedział, pozwalając się zaprowadzić do łazienki. Gdyby tylko burknął coś pod nosem, to cały wysiłek Havu poszedłby na marne. Jak później się z tego inaczej wytłumaczyć?
— Księża chyba za dużo pić nie mogą, prawda? — dopytywał dalej, a Judas w tym czasie teatralnie ochlapywał sobie twarz wodą.
— Na pewno nie aż tyle — przyznał Havu, chociaż nie znał się zupełnie na obyczajach księży katolickich. Wiedział natomiast, że Judas umiał i często chciał dużo wypić. Nadal miał to głupie nagranie z jakiegoś baru. — Dzięki za pomoc.
— Nie ma sprawy. — Machnął dłonią. — Jonas by mi nie darował, gdybym nie pomógł jego bratu — zaśmiał się szczerze.
Już wiedział, skąd kojarzył tego mężczyznę. Chociaż za długo mu się nie przyglądał, to było niemożliwe, żeby czyjaś twarz mu tak zapadła w pamięci. Znał tych ludzi dobre dwie godziny, jak mógłby zapamiętać zupełnie obcą osobę?
Judas sam wyłączył wodę i z ociągnięciem przetarł dłonią mokrą twarz. Całą grzywkę również miał mokrą i wyglądał trochę jak zbity, smutny pies.
— Super, dzięki — wymamrotał.
— Mam nadzieję, że już jest lepiej.
— Tak, spoko, to po prostu spadek ciśnienia i takie tam. — Judas jeszcze raz przetarł mokrą twarz. — Nie musisz tutaj stać, Adler.
Mężczyzna kiwnął głową.
— Nie ma co się wstydzić. Ja też tak miewam — westchnął. — Cieszę się, że już jest lepiej.
Uśmiechnął się jeszcze raz i wyszedł z łazienki, zostawiając ich razem. Dopiero wtedy Havu rozluźnił spięte ramiona i wypuścił całe powietrze z płuc.
— Może mi trochę opowiesz, kto to był? — zapytał, ale Judas od razu uniknął jego spojrzenia i też wyszedł z łazienki.
Przed drzwiami zebrała się już pierwsza mała kolejka wstawionych ludzi. Najwidoczniej wznoszenie pięć razu toastu nie było najlepszym pomysłem. Picie czystej wódki ogólnie nie jest najlepszym pomysłem nigdy.
Havu poszedł za Judasem i śledził go aż do samego wyjścia. Zatrzymali się dopiero na parkingu restauracji, gdzie nie było nikogo, oprócz nich.
— Co ci jest? — zapytał znowu, już trochę bardziej poirytowany.
Judas nie odpowiedział. Wsunął rękę do marynarki i wyciągnął z niej pogniecione i zmęczone życiem pudełko papierosów.
— Nic, muszę po prostu zapalić. — Wzruszył ramionami.
Było to całkowicie normalne zachowanie, wcale nie tak dziwne, jak to, że stali obydwoje w ciemnościach na parkingu i trochę marzli, bo temperatura dobijała właśnie trzynastu stopni.
— Tak? Tylko to? — Uniósł podejrzliwie brwi.
Judas przez cały czas zachowywał się dziwnie i było to na tyle irytujące, że Havu mógłby go do reszty wieczora wkurwiać i chodzić z tamtą dziewczyną, byleby tylko grać mu na nerwach; ale z jakiegoś powodu się powstrzymał, bo widział, że ta sytuacja i to, że w ogóle tutaj był, nie było dla niego łatwe.
Podszedł bliżej i wyrwał mężczyźnie pudełko z rąk. Judas zareagował zbyt późno (albo miał bardzo opóźnione reakcje) i nie odzyskał już papierosów z powrotem.
— Oddaj mi to.
Havu odwrócił się do niego plecami. Wyciągnął jednego papierosa, wsadził sobie w zęby i podpalił własną zapaliczką, którą zawsze trzymał w kieszeni spodni.
— Powiem ci teraz, co sobie myślę, a ty będziesz słuchać.
Judasowi nigdy nie podobało się takie stawianie mu warunków, ale tym razem na to — z widocznym trudem — przystał.
— Po pierwsze: jesteś strasznie zazdrosnym przegrywem, a po drugie: jesteś jeszcze bardziej żałosny, bo nie potrafisz powiedzieć, że tamten chłop jest facetem twojego własnego brata.
Judas nic nie powiedział, a Havu zacisnął zęby. Poczuł, że może trochę przesadził. W końcu było to „skomplikowane”, a jeśli coś było zapieczętowane tym mianem, to nie mogło być też łatwym tematem do rozmów. Chciał nawet przeprosić, ale Judas w tym momencie zwiesił głowę.
— Mówiłem, że to skomplikowane.
Przewrócił oczami. Nie mógł się spodziewać niczego innego.
— Szczerze, powiedziałbym ci, żebyś mi possał, ale jeszcze wziąłbyś to na serio.
Judas uniósł brew.
— Co?
— Nic.
Obydwoje zamilkli. Zrobiłoby się jeszcze bardziej niezręcznie, ale Judas, nie mogąc już wytrzymać bez śmierdzącego dymu, podszedł z zamiarem odebrania swojej własności. Przez dwie godziny walczył z tą chęcią zapalenia i jeśli teraz wróci do środka bez miligrama nikotyny w żyłach, to zawiśnie pod sufitem (jeszcze nie wiedział, czy on, czy jego brat).
— Mogę? — zapytał, wyciągając dłoń.
— Nie ma jakiegoś przykazania „nie pal“?
— O co ci chodzi?
— W końcu jestem teraz twoim kolegą księdzem, zapomniałeś? — Uśmiechnął się wrednie.
Judas się skrzywił, ale w końcu podszedł jeszcze bliżej. Jeśli zaraz nie zapali, to rozpłynie się w powietrzu. Na dodatek jeśli za chwilę nie wrócą, to ktoś zauważy ich nieobecność i zacznie ich szukać. Szczególnie, że pewnie niedługo na sale wjedzie tort.
Havu schował od razu ręce za plecy. W jednej dłoni wciąż trzymał pudełko papierosów.
— Tylko jeden — poprosił niemal błagalnie.
Trochę zraziło go, w jaki sposób o to prosi, więc mu podał pudełko i poczekał, aż wypali tego śmierdzącego papierosa. Swojego skończył dużo wcześniej, więc stał pod ścianą budynku, obserwując z pewnej odległości mężczyznę.
— Podejdź tutaj — powiedział, kiedy Judas w końcu wrzucił niedopałka do śmieci.
Miało zabrzmieć to bardziej jak prośba, a z jego ust wybrzmiał rozkaz. Kompletnie odwrotne od tego, co chciał osiągnąć.
— Możesz się… tak jakby… pochylić?
Judas był trochę zbyt wysoki, żeby Havu mógł dosięgnąć jego włosów, więc kiedy trochę się nachylił mógł bez problemu poprawić mokre kosmyki mężczyzny. Czując, że znowu są tak blisko siebie momentalnie poczuł nieznośny gorąc w okolicach policzków i uszu. Szczerze, nienawidził, że był taki blady, bo wiele łatwiej było to wszystko zauważyć.
Poprawił także koszulę mężczyzny i krawat, który zdołał się przekrzywić.
— Możemy teraz wracać. — Położył dłonie na barkach Judasa i trochę go od siebie odepchnął.
— Ach? — Wyprostował się zdziwiony (albo bardziej zszokowany, że mógł zostać tak miło potraktowany).
— A żeby ci nie było tak smutno, to mam coś na szczęście. — Odszedł Judasa od tyłu.
Zamachnął się i uderzył Judasa z otwartej dłoni w tylną część ciała. Tylko w taki sposób mógł sobie poradzić ze wcześniejszym napięciem i cholernymi wypiekami na twarzy.

ale ass slap
────
[1144 słowa: Havu otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Kai CD Oriany — „My kink is karma”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Zgodziła się. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby odmówić. Chociaż na wystawach nie bywała za często (o ile w ogóle), to motywowało ją, że będzie tam razem z Orianą. Przy okazji może nie wyjdzie na ignorantkę, która nie interesuje się tym rodzajem sztuki.
Muzeum, do którego poszły nie było zbyt duże. Wielkością nie mogło nawet dorównywać narodowemu, mogącemu pomieścić tysiące turystów. Budynek był mały i skromnie urządzony, a prowadziły go przemiłe panie, jak się okazało, artystki niektórych prezentowanych dzieł. Kaya o żadnej z nich nie słyszała, ale Oriana już tak i z trudem powstrzymywała ekscytację, kiedy wchodziły do środka.
— Wolisz taką klasyczną sztukę, czy taką bardziej… nieklasyczną? — zapytała, zatrzymując się przed pierwszym obrazem. To chyba była sztuka, jak to się mówiło, nowoczesna. Obraz przedstawiał kolorowe kwadraty i trójkąty, ułożone w specyficzny sposób.
— Zależy, co rozumiesz, mówiąc „klasyczna”.
Kaya bardzo chciała uczestniczyć w rozmowie o sztuce, ale nie miała żadnego punktu zaczepienia. Nie wiedziała, o czym mogą rozmawiać, bo znała się… chyba tylko na popularniejszych dziełach takich jak Monalisa.
— No takie… „dama z łasiczką” na przykład — odpowiedziała ostrożnie.
— Wymieniasz takie najpopularniejsze — zauważyła, a Kaya od razu się speszyła.
Przeszły do kolejnego pomieszczenia, w którym mieściły się już obrazy przedstawiające różne krajobrazy. W końcu coś, co Kaya mogła w spokoju skomentować bez strachu, że coś źle zrozumie (bo kolorowe kwadraty były dla niej jedynie kolorowymi kwadratami).
— Oo, ale ładne! — Wskazała na obraz przedstawiający wzburzone morze. Przypominało jej to dom rodzinny. Fale uderzały o brzeg niewielkiej wyspy. — Kocham morze.
— Dosyć zwykły obraz. — Oriana stanęła obok niej. Na tyle blisko, że zetknęły się ramionami. Przez Kayę przeszedł prąd. — Ale rozumiem, dlaczego ci się podoba. To pewnie te kolory, prawda?
— Chyba tak — przyznała, chociaż nie widziała niczego oszołamiającego w niebiesko-szarych kolorach. Wydawały jej się całkiem zwykłe, jeśli mówimy o obrazie przedstawiającym wodę. — Przypomina mi też dom rodzinny. Zanim wyjechaliśmy do Ameryki.
Oriana kiwnęła głową.
— Mieszkałaś blisko morza?
— Oceanu. — Uśmiechnęła się. — Wiesz, na Islandii.
— Ach, no tak. Nie byłam zbyt dobra z geografii.
— Serio? — zachichotała zdziwiona. — Nie wyglądasz na osobę, która jest słaba z geografii.
— Na dużo rzeczy nie wyglądam.
Zanim Kaya zdążyła zapytać, o co chodzi, ta przeszła do kolejnego pomieszczenia z obrazami. Najwidoczniej musiało być to coś, o czym nie lubiła rozmawiać. Albo też wolała o tym na razie nie mówić Kai.
— Hej, wiesz co? — Kaya stanęła przed Orianą, zasłaniając jej całkowicie widok na obraz, przed którym teraz stała. — Może chcesz do mnie wpaść?
Kaya nawet niespecjalnie byłaby zdziwiona, gdyby jej odmówiła, ale co szkodziło spróbować? Może właśnie to był ten czas, kiedy Oriana powie jej „tak“?
— Nie mogę — odpowiedziała po chwili wahania. Odwróciła od razu wzrok, żeby nie patrzeć Kai w oczy. Chociaż dziewczyna była wyrozumiała i nie naciskałaby Oriany, to i tak zrobiło się jej trochę przykro. — Może innym razem — dodała.
— Jasne. — Pokręciła głową. — Nie przejmuj się.
Zaraz po tym wyszły z muzeum, z którego najwięcej wyciągnęła Oriana. Kaya nie mogła powiedzieć, że się jej nudziło, bo wcale tak nie było, ale przy okazji dowiedziała się, że nie zna się na sztuce. W ogóle. Nawet nie chciała za bardzo przyznawać się przed Orianą, bo wolała grać oczytaną.
Pożegnały się przed wyjściem. Kaya naprawdę liczyła do ostatniej chwili, że Oriana zmieni zdanie i z nią pójdzie. Tak się jednak nie stało. Następnym razem zobaczą się pewnie w pracy.
 
— Rozłożysz to na każdym stoliku? — Oriana wcisnęła jej do rąk obrusy i zniknęła za ladą. Kaya nawet nie zdążyła się przywitać, jej usta zastygły w niewielkim rozwarciu.
Zrobiła to, o co poprosiła ją Oriana i szybko wróciła, żeby w końcu normalnie porozmawiać. Jak bardzo się zdziwiła, kiedy okazało się, że dziewczyna dzisiaj odgrywa poważną menadżerkę i nie ma zamiaru rozmawiać z nią po przyjacielsku. Wydawała tylko polecenia, poprawiała ją, kiedy przypadkiem coś źle zrobiła, a na koniec zmiany kazała jej sprzątać oraz myć rzeczy, na które nikt wcześniej nie zwracał uwagi.
— Mamy mieć jakąś inspekcję? — zapytała, podnosząc się z kolan. Skończyła właśnie myć nóżki półek na napoje.
— Nie interesuj się.
To, jak wrednie i chłodno zabrzmiała, wzbudziło w Kai jakąś złość, której do tej pory nie odczuwała względem Oriany.
— Ej, o co chodzi? — Zmarszczyła zirytowana brwi. — Cały dzień traktujesz mnie, jakby między nami nic się nie stało — wytknęła to od razu. — Na dodatek każesz mi na kolanach myć jakieś śmierdzące gówna i jesteś zwyczajnie niemiła.
Kiedy już zaczynała w ten sposób mówić, to nic nie było w stanie zatrzymać jej potoku słów. Mogła nawet gorsze rzeczy wygarnąć Orianie, ale jednak zachowała w sobie resztki swojej miłej osobowości i starała się zabrzmieć w miarę delikatnie.

Oriana?
────
[750 słów: Kaya otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 19 września 2026

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

— Wszystko okej…? — zapytał odruchowo i ruszył do przodu.
Po paru krokach, widząc, jak Weronika go ignoruje i wraca do wody, stanął w miejscu. Początkowo chciał odejść, zostawić ją w spokoju, ale ciekawość kazała mu zostać. W ciszy obserwował kolejne próby dziewczyny, a początkowe zaciekawienie powoli przeradzało się w zmartwienie. Zamach jedną ręką, zanurzenie głowy, nagłe wynurzenie, po chwili znowu: nieudolna próba przybrania pozycji, wymachy nogami, zamach ręką, twarz w wodzie, wynurzenie, przekleństwo. W końcu zmęczona usiadła na brzegu i brała głębokie wdechy, delektując się powietrzem.
— Ty nadal tutaj? — rzuciła w stronę jeziora, nawet nie patrząc w stronę Mikołaja.
— To jakaś forma samookaleczania? — zawiesił wzrok na mokrej plamie dookoła Weroniki. — Przejaw masochizmu?
Córka Ateny wzięła głęboki oddech. Widział, jak zamyka oczy, odchyla się do tyłu, po chwili odciska wodę z włosów. Nie chcąc jej denerwować samym spojrzeniem, przeniósł je na leżące gdzieniegdzie kamyki. Ten ma śmieszny kształt — pomyślał, czekając na reakcję ze strony dziewczyny. Ta jednak milczała. Speszony wziął do ręki płaski kamyk i zamachnął się, puszczając kaczkę. Odbił się raz, drugi i wpadł do wody. Mikołaj patrzył na rozchodzące się małe fale, niezadowolony z wyniku. Podszedł kilka kroków bliżej wody, szukając nowego kamyka.
Spiął się, słysząc nagle chłodny ton Weroniki.
— Jeśli chcesz się naśmiewać, to lepiej sobie idź. Nie mam siły z tobą gadać.
— Nie miałem takiego zamiaru — wzruszył ramionami. — Po prostu… zaskoczyłaś mnie.
W wodzie zobaczył idealny kamyk, a gdy tylko po niego sięgnął, wzdrygnął się. Spodziewał się, że woda w jeziorze będzie zimna, ale nie że aż tak. Rzucił okiem na strój Weroniki, która właśnie przywdziewała swój ironiczny uśmieszek. Na sam jej widok zrobiło mu się jeszcze zimniej.
— Super, coś jeszcze?
— Co ty tak właściwie robisz? — spytał w końcu, odrzucając kamyk. Niechętnie opłukał dłoń z błota w lodowatej wodzie, a następnie wytarł ją o materiał flaneli. — Bo chyba nie zaprzyjaźniasz się z nimfami?
Weronika skrzywiła się nieznacznie.
— Pływam, nie widać?
— Nie bardzo — przyznał.
— Och zamknij się już — prychnęła. — Uczę się, okej? Może być?
Mikołaj ugryzł się w język, powstrzymując się przed wypowiedzeniem na głos swoich myśli. Wielka, cudowna Weronika Morozova czegoś się uczy? Przyznaje, że czegoś nie potrafi? Wydarzenia z jesieni faktycznie musiały na nią wpłynąć. Może zmądrzała. Trochę. Skłamałby, mówiąc, że w pewien sposób mu to nie imponuje.
— Nie za zimno jest? — niechętnie patrzył na taflę wody. — Ja rozumiem, zwycięzcy muszą czuć mróz, chłód zwycięstwa czy coś, ale bez przesady…
— Jest idealnie — wzruszyła ramionami. — Nie widzę problemu. Poza tym musimy odpowiedzialnie nauczyć się pływać, zanim wznowimy lekcje. A to planujemy zacząć, kiedy tylko się ociepli.
— Lekcje? — Mikołaj spojrzał na dziewczynę z niedowierzaniem, jakby właśnie powiedziała niewiarygodnie słaby żart. — Naprawdę chcesz się dalej w to bawić?
Teraz to Weronika patrzyła na niego jak na idiotę.
Cóż za niepojęta różnica między znajomością świata a umiejętnością korzystania z tej znajomości! — westchnęła. — Wiesz dobrze, że mamy poważny problem, a nie chcesz go rozwiązać? Jesteś głupszy, niż myślałam.
— Nie chcę, sory.
Córka Ateny, lekko zbita z tropu, zacisnęła usta. Wodziła wzrokiem za Mikołajem, który powoli chodził w tę i z powrotem, aby ostatecznie usiąść po turecku na trawie. Po drodze zwrócił uwagę na tytuł książki, leżącej obok plecaka dziewczyny.
— „Pływanie dla idiotów”? — zdziwił się. — Naprawdę się uczysz? Myślałem, że podtapiasz.
— Po cholerę miałabym to robić?
— Żeby się przyzwyczaić. W sensie, wiesz, dłużej wstrzymać oddech…
— Uczę się i ty też powinieneś — powiedziała ostro. — To nie są żarty, Mikołaj. Obóz potrzebuje—
— Nie, nie powinienem. W dupie mam Obóz — przerwał jej.
Nie miał nawet najmniejszego zamiaru uczyć się pływać dla jakiegoś Obozu. Nie był jednym z tych, którzy poświęcali się dla idei, dla samego faktu poświęcenia, a właśnie tym była dla niego nauka pływania. Nienawidził wody, nienawidził bycia mokrym, nienawidził stroju, w jakim się pływało. Plusem męskich kąpielówek było to, że w przeciwieństwie do stroju Weroniki, były długie i zakrywały uda. Mimo tego nie lubił się aż tak rozbierać. Poza tym przerażała go wizja uduszenia się, a zbiorniki wodne niebezpiecznie podnosiły ryzyko śmierci w taki sposób. Nawet te płytkie. Wzdrygnął się na wspomnienie brutalnego wrzucenia do miejskiej fontanny w pierwszej klasie liceum. Nie wiedział, co było wówczas gorsze — walka o życie, czy widok menela sikającego do niej kilka dni później.
— Jesteśmy grupowymi, naszym obowiązkiem jest zadbać o bezpieczeństwo reszty obozowiczów — Weronika z całych sił próbowała pozostać spokojna. Nie chciała się kłócić, ale podejście Mikołaja do sprawy działało jej na nerwy. — Osłabiamy obóz swoim brakiem podstawowych umiejętności. Tak nie może być.
Mikołaj westchnął.
— Grupowymi jesteśmy my, jest Niketas, jest Charin i jest jeszcze kilka innych osób. Dlaczego akurat my?
— Bo nam zależy?
— Tobie zależy — przewrócił oczami. — Szczerze? Fajnie tu jest, ale nie mogę się doczekać, aż skończę osiemnaście lat, wyprowadzę się i nigdy więcej nie usłyszę ani słowa o pływaniu. Może przez rok nic nas nie zaleje. Potem niech martwią się inni.
— Ale—
— Nie mam zamiaru wchodzić do tej wody nigdy więcej. Ani do żadnej innej. Ty rób, co chcesz.


Weronika?
────
[804 słowa: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Vergila CD Izana — „Pretor zawsze będzie moim wrogiem”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Czy Vergil był odważny? Nie, Vergil ani trochę nie czuł się odważnie, ale przynajmniej jedna osoba w towarzystwie musiała udawać, że wie, co robi, i akurat padło na niego. Na jego nieszczęście przeważnie padało na niego, bo ludzie z góry zakładali, że jako pretor będzie wiedział, co zrobić. Izan w naturalnych warunkach działał odwrotnie: wierzył, że pretor nie jest zdolny do niczego, więc brał sprawy w swoje ręce. Ale w miejscu pyskującego Izana stał teraz śmiertelnie wystraszony chłopak, który ściskał materiał pretorskiej peleryny, a Vergil nawet nie miał okazji, żeby go wyśmiać, bo sam trząsł portkami ze strachu.
Szli korytarzem po omacku. Vergilowi wydawało się, że w świetle płonących pochodni poznaje drogę, ale tunel wyglądał jak każdy inny korytarz w koloseum. Zresztą, nawet ze słabym instynktem samozachowawczym nie mieli wyboru; mogli albo wrócić się do pokoju, gdzie znowu odpalą miotacz ognia albo jakąś inną, bardziej śmiertelną pułapkę, albo iść przed siebie i liczyć na orientację w terenie Halstona.
Vergil prawie wyskoczył z własnej skóry, kiedy przejście doprowadziło ich do następnego pomieszczenia. Wzdłuż półek regałów były umieszczone noże, sztylety i krótkie miecze, osadzone starannie na drewnianych posadzkach. Inskrypty na rękojeściach imitowały starożytne rzymskie ostrza rytualne, którymi zarzynało się zwierzęta dla bogów (dopóki progresywny Nowy Rzym nie przerzucił się na rozcinanie pluszaków). Vergila przeszedł dreszcz na myśl, że może tym razem to oni mieli być rytualną ofiarą.
Stalowe pręty zastawiły im drogę i Izan zaczął panikować jeszcze bardziej. Vergil wstrzymał oddech, przygotowując się na najgorsze, ale otaczające ich bronie nie zaczęły lewitować i nie poderżnęły im gardeł. Wytężył wzrok i ostrożnie zbliżył się do regału z ostrzami. Teraz kiedy mógł zważyć nóż w dłoni, jego palce przejechały po drewnianych słojach rękojeści. W opuszkę wbiła mu się drzazga.
Przeklął siebie za to, że nie założył okularów (chociaż nawet mając świadomość, że byłyby dla niego przydatne, najprawdopodobniej i tak by ich ze sobą nie wziął, nie wychodził przecież z nimi z domu). Gdyby tylko miał lepszy wzrok, zauważyłby od razu, że te straszne bronie to tak naprawdę pomalowane drewno, inskrypty są narysowane krzywo, a mądre starorzymskie słowa to nic innego jak „herbata”, „małża” i „szynka”. Obrócił drewniany nożyk w rękach i zauważył także napis „made in China”. To były dziecięce zabawki, takie same, jakie można było zobaczyć wśród asortymentu straganów na lokalnym targu, sprzedawane nadpobudliwym dzieciom legatariuszy, które bardzo chciały pomachać już mieczem i rozładować swoje ADHD.
Chwilę później pokój zaczął wypełniać się różowym gazem. Vergil chciałby móc przyznać, że zachowywał się lepiej od Izana, wściekle biegającego po pokoju jak mucha, ale jego instynkty przetrwania uciekły gdzieś na samym wejściu do koloseum. Wymachiwał dłońmi, próbując odgonić od siebie dym, ale słodka woń prędko dotarła do jego nozdrzy i spowodowała, że razem z Izanem runął jak długi na ziemię.

Obudził się jako drugi, zdzielony w policzek przez Izana. Po raz kolejny w tym dniu. Izan powinien się cieszyć, że Vergil był wciąż ledwie żywy po tak gwałtownym obudzeniu i nie do końca dochodziło do niego, co właściwie się dzieje. W tej samej sekundzie świadomość trafiła w niego jak pocisk w cietrzewia i poklepał się po ubraniach, jakby chciał sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu i czy naprawdę nie umarł.
Różowy gaz. Czym był ten gaz? Miał słodki zapach. Gdyby Cherry tu była, prawdopodobnie od razu wiedziałaby, co to za specyfik, ale on z chemikiem miał wspólnego tylko tyle, że był z jednym w związku. Różowy gaz o słodkim zapachu, który sprawił, że oboje zemdleli w ciągu kilku sekund. Czemu ktoś chciał, żeby byli nieprzytomni, skoro nie zrobił im potem żadnej krzywdy? Nie przeniósł ich nawet do innego pokoju, dalej byli otoczeni przez regały zastawione drewnianymi mieczykami dla dzieci. No i Izan był różowy. W sumie to wszystko było różowe.
Zaraz, wszystko było różowe?
— Izan, zawsze byłeś taki różowy?
Izan podniósł głowę i Vergil dostrzegł, że mężczyzna ma źrenice wielkie jak spodki. Poza tym wszystko mieniło mu się w oczach jaskrawym różem, a za Kingiem migotała tęcza.
— Vergil, zawsze miałeś taki głupi ryj?
Zaśmiali się. Oboje. Mocniej i głośniej niż wymagała tego sytuacja, a nie wymagała tego wcale. Śmiali się, dopóki Vergila nie zaczął boleć brzuch ze śmiechu.
Vergil zapomniał, że jeszcze chwilę temu zadawał sobie jakieś wewnętrzne pytania i próbował przeanalizować sytuację. Po co miał analizować sytuację, skoro było mu tutaj tak wygodnie? Może gdyby byli bardziej przytomni, zorientowaliby się, że skutkiem ubocznym różowego gazu była absolutnie wesolutka fazunia.
Próbowali się podnieść na chyboczących nogach. Izan musiał znowu przytrzymywać się pretorskiej peleryny brata, ale tym razem Vergil nawet nie próbował go odepchnąć. Trzymał Izana przy sobie w półuścisku.
— Vergil, Vergil brachu, widziałeś, jakie tu są bajeranckie miecze? En garde! — Mężczyzna wystawił jeden z eksponatów naostrzonym końcem w stronę szyi Vergila.
Vergil zachichotał i wziął inny mieczyk. Nawet pod wpływem środków aromatyczno-rozśmieszających, dwóch synów Marsa potrafiło całkiem skutecznie parować swoje ataki. Drewniane miecze obijały się od siebie z trzaskiem, a obu szermierzy śmiało się do siebie jak głupi do sera. Izan raz potknął się o sznurówki swoich butów i wpadł w najbliższy regał, zrzucając kilka zabawek na podłogę. Zamiast zwyzywać niesprawiedliwość świata i Vergila za zbyt głośne oddychanie, tak, jak robił to zawsze, Izan zaczął się śmiać ze swojej niezdarności.
— Ej, obczaj ten sztylet. — Vergil wyciągnął swoje lepkie ręce w stronę jedynej zabawki, która nie spadła pod wpływem uderzenia w szafę przez Izana. Podniósł ostrze, a gdzieś głęboko w podświadomości od czaszki odbiła mu się głucha myśl, że sztylet ten jest cięższy w dłoni niż drewniane zabawki. Zimny w dotyku, jakby metalowy.
Gdzieś za ich plecami kliknął mechanizm, ale oboje byli zbyt zajęci fajną zabawką dla dużych dzieci.
— Ty, pokaż!
— Rzucę ci!
Rzucił. Najprawdziwszy sztylet z cesarskiego złota, świeżo ukradziony z pretorskiego skarbca, wysadzany kamieniami szlachetnymi. Całe szczęście, że rozweselony Vergil chybił, bo ostrze przefrunęło nad ramieniem Izana, odbiło się od ściany i uderzyło z łoskotem o posadzkę.
— Ej, ta dziura w ścianie zawsze tu była? — zapytał Izan, kiedy Vergil schylił się po sztylet.
— Jaka znowu dziura?
Wspomniana dziura była przejściem, które otworzyło się pod wpływem podniesienia sztyletu. Różowy gaz zaczął uciekać z ich zamkniętego pokoju i Vergil czuł, jak powoli klaruje mu się umysł. Zamrugał kilkukrotnie i potrząsnął głową. Na czoło Izana zaczęła znowu wracać gniewna zmarszczka.


Izan?
────
[1024 słowa: Vergil otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Filemona CD Kala — „Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Filemon najpierw zmierzył wzrokiem młodego chłopaka, a potem odwrócił się do niego plecami. Nawet nieszczególnie przyjrzał się temu, co trzymał w rękach, bo już wystarczająco był zmęczony. Ostatni raz zgodził się uczestniczyć w jakimś nudnym przyjęciu pracowniczym. Ostatni. Nie przyszedłby, ale przez bite trzy godziny zachęcała go koleżanka z pracy.
— Przepraszam? — powtórzył.
Filemon nie mógł odwrócić się bardziej do ściany, więc postanowił zostać w bezruchu. Może jak uda, że nie słyszy, to pójdzie do kogoś innego? Taktyka warta przetestowania.
— Mam tort — powiedział jeszcze raz. — I też nie chcę tutaj być.
— No to wyjdź — odburknął.
— Nie mam na to czasu. — Chłopak złapał Filemona za łokieć i pociągnął.
Zaskoczony mężczyzna gwałtownie się odwrócił. Nie spodziewał się, że doświadczy czegoś takiego. Niechcianego dotyku.
— Bierz to ode mnie. — Wcisnął Filemonowi pudło z tortem do rąk i szybko wyszedł z przyjęcia.
Bezczelny, pomyślał. Tak właśnie zapamiętał tego chłopaka. Jaki bezczelnego gówniarza.
Filemon oddał pakunek komuś innemu i wrócił na swoje miejsce. Mianowicie pod ścianę, skąd mógł wszystkich obserwować i w spokoju spoglądać na zegarek. Jeszcze trzy godziny i dwadzieścia sześć minut.
Kiedy w spokoju próbował wytrwać ten okropny wieczór, zauważył tego samego chłopaka. Przecież wychodził jakąś godzinę temu. Samo odwrócenie się do ściany może mu nie pomóc, więc od razu odstawił talerz z niedojedzonym jabłecznikiem i skierował się w stronę toalet.
Zanim zdążył zamknąć się w jednej z kabin, poczuł, że ktoś chwyta go za skrawek rękawa koszuli.
— Też nie chciałem tutaj wracać — powiedział, widząc, że Filemon nawet nie drgnął. — Okazało się, że jeszcze mam dla was ciasteczka.
— To daj komuś.
— Nie wkurwiaj mnie — warknął nagle. — Połowa osób na tej imprezie jest już nawalona. Bierzesz to ode mnie, czy nie?
— Rozkazujesz mi, gówniarzu? — Odwrócił się. Brwi na jego czole groźnie się ze sobą zbiegły. — Dawaj to, wrzucę do kibla. — Wyrwał mu torebkę z wypiekami.
— No to wrzucaj, mi to zwisa!
Poszedł. Tak po prostu. Filemon nie wyrzucił ciastek do toalety, bo jeszcze miał minimalny szacunek do osoby, którą musiała je wypiekać i też nie chciał marnować dobrego jedzenia. Rzucił torebkę na stół i wrócił do toalety, gdzie przesiedział ostatnie piętnaście minut i wyszedł, nie informując nikogo, bo nie było nawet kogo. Cała grupa chodziła pijana, wątpliwe, że pamiętaliby o tym, że wyszedł.
— Czego ty znowu chcesz?
Chłopak, jak się okazało, stał przed wejściem. Akurat zaczęło padać, a on chował się pod małym daszkiem.
— Jak myślisz? — odparł niezbyt zainteresowany.
Filemon bez słowa wyciągnął parasol, otworzył go przed nosem chłopaka i poszedł do domu. Szczerze miał nadzieję, że stał tam wystarczająco długo, bo na to zasługiwał. I że tort był niedobry. Najlepiej byłoby, gdyby wszyscy się zatruli, posrali i nie przyszli jutro do domu. Miałby spokój.


Pierwsze, co usłyszał po przekroczeniu progu banku, było to, że dzisiaj pójdzie na inne stanowisko, zastąpił jakiegoś debila z kacem. Oczywiście długo dyskutował, bo dlaczego on, akurat on ze wszystkich dostępnych osób, musi zastępować jakiegoś alkoholika?
Ostatecznie się zgodził (został zmuszony), więc poszedł do nieswojego biurka. Syf, jaki zastał, był gorszy, niż syf, który zostawiają pijani studenci. Jeszcze brakowałoby tylko nasrać na środku.
Rzucił na ziemię brudne kartki, osmarkane chusteczki i wypisane długopisy. Obrzydliwe. Nie dość, że wczoraj musiał użerać się z jakimś nieznośnym dzieciakiem, to teraz musiał pracować w takich obrzydliwych warunkach.
Nagrodą okazała się możliwe szybsze wyjście z pracy. Świetnie, może powinien za to prezesowi buty wycałować? Nieważne, najważniejsze, że mógł stąd wyjść. To się liczyło.
Dobry humor skończył się (nigdy nie miał dobrego humoru) w momencie, kiedy znowu zobaczyć tamtego chłopaka. Po prostu szedł chodnikiem, ale sama jego obecność sprawiła, że Filemon się zdenerwował. Może powinien go zatrzymać i trochę mu jeszcze nawrzucać za wczoraj? Nie, może lepiej nie, bo jeszcze ktoś to zgłosi za znęcanie się nad dziećmi.
Zignorował go. Myślał, że go zgubił, ale chyba ich los inaczej napisał całą tę historię. Wpadli na siebie jak w tandetnym filmie.
— Śledzisz mnie? — to było pierwsze, co powiedział Filemon do chłopaka.
— Daj mi spokój.
— Nie, ty mi daj spokój.
— No, chciałbym, ale za mną łazisz.
Obydwoje stali pośrodku chodnika i gniewnie się na siebie patrzyli. Najgorsze było, że żaden z nich nie chciał z jakiegoś powodu odpuścić.
— Jak się nazywasz, gówniarzu?
— A co, policjantem jesteś? — prychnął i wyminął Filemona.
— Zaraz mogę się przejść na policję. Tylko cię ostrzegam.


Kal?
────
[700 słów: Filemon otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Izana CD Vergila — „Pretor zawsze będzie moim wrogiem”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Izan napierał na mebel całym ciężarem swojego ciała. Na jego czole pojawiły się żyły. Wyglądał, jakby przeżywał bolesną walkę na kiblu po zjedzeniu kebaba z ostrym sosem. Vergil również z całych sił starał się przesunąć szafkę. Dwójka mężczyzn miała problem ze zwykłym meblem.
Szafka ustąpiła nagle. Zawzięty Izan nie odsunął się w odpowiednim momencie. Poleciał do przodu, lądując boleśnie na ziemi. Dobrze, że w ostatniej chwili osłonił twarz, bo wybiłby sobie jedynki.
Vergil przeszedł nad nim, ale poczekał, aż sam się podniesie. Nawet chciał wyciągnąć do niego rękę, ale zrezygnował po krótkim namyśle. Izan i tak odrzuciłby pomoc pretora.
— Ty mnie popchnąłeś?! — krzyknął na cały głos, gdy już się podniósł.
Zaczął namiętnie poprawiać włosy. Vergil przewrócił oczami.
— Sam się przewróciłeś.
Izan zapłonął na twarzy. Przyznanie się do błędu było dla niego poniżające. Lepiej zrzucić winę na kogoś innego. Najlepiej na Vergila, tego bezużytecznego, denerwujące pretora i brata jednocześnie.
— Nieprawda!
Zamierzał wykłócać się dalej, ale Vergil już go nie słuchał. Szafka bowiem skrywała kolejne tajne przejście. Na dodatek było tak schowane, jakby właściciel pokoju nie chciał, żeby nieproszeni goście je odnaleźli.
Na ścianach wisiały pochodnie, które ładnie oświetlały całe przejście. Vergil szedł pierwszy, a Izan dwa kroki za nim. Pomimo tego, że widoczność była dobra, mężczyzna nie odrywał dłoni od ściany, bojąc się, że zaraz się zgubi.
Tunel wydawał się nie mieć końca. Szli przez dłuższy czas, a Izan zaczynał coraz głośniej dyszeć. Próbował ukryć fakt, że ma klaustrofobię i zaczyna robić mu się duszno.
— Daleko jeszcze? — zapytał poirytowany.
— Boisz się?
Izan od razu się wyprostował. Nikt nie będzie mu sugerować, że się czegoś boi! Jest synem Marsa i również jego ambasadorem!
— Ja się niczego nie boję! — odwarknął od razu.
Vergil się odwrócił, żeby na niego zerknąć, a kiedy wrócił spojrzeniem na niekończący się tunel, Izan wypuścił z trudem powietrze. Tak naprawdę cholernie się stresował i chciałby w końcu stąd wyjść.
Pretor nagle się zatrzymał. Zagapiony Izan wpadł na jego plecy. Zanim jednak zdążył się oburzyć i zwyzywać Vergila, jakiś dziecięcy śmiech odbił się echem o ściany tunelu. Izan ze strachu się zatrząsł i zacisnął palce na pretorskiej pelerynie.
— To ty? — zapytał, mocniej uwieszając się na ubraniu Vergila. — To nie jest śmieszne! Przestań!
— Puść mnie, porwiesz mi ubranie. — Spróbował wyrwać się z uścisku Izana, ale ten tylko mocniej chwycił kawałek materiału. — Co ty robisz?
— Nie interesuj się! — odburknął.
Śmiech dziecka znowu odbił się echem. Izan cicho jęknął ze strachu. Jeszcze jeden raz, a wskoczy Vergilowi w ramiona.
Vergil zamachnął się, uwalniając się od Izana.
— Idziemy — zarządził.
Izan przecząco pokręcił głową. Prędzej wolałby walczyć ze stadem dużych mrówek niż iść w stronę przerażającego, dziecięcego śmiechu. Scena jak z horroru. Obydwoje też mieli instynkt głównych bohaterów takich filmów, bo zamiast uciekać, pchali się w źródło problemu.
Skulony Izan szedł za Vergilem, obierając taktykę, że gdyby coś się stało, to pretor posłuży mu za tarczę.
Tunel w końcu się skończył. Wyszli do pomieszczenia podobnego do tamtego pokoju, tylko w tym nie wisiały sugestywne plakaty na ścianach. Nie było też półek z książkami, a zamiast tego na regałach leżały różne tasaki, noże oraz sztylety. Izanowi włos zjeżył się na karku.
— Ej, debilu, chodźmy stąd. — Izan chciał się wycofać, ale ktoś zamknął wyjście. Mógł tylko patrzeć na grube, metalowe pręty. — Ktoś sobie jaja robi!
— W takim miejscach jest dużo pułapek, to nic dziwnego, że…
— Gówno! — krzyknął. — Chcesz mnie zabić. Pewnie współpracujesz z tym gówniarzem!
Vergil trzymał się na ostatnich resztkach cierpliwości. Zbyt długo przebywał z Izanem w tej samej przestrzeni. Dobrze, że nie był wilkiem, bo wtedy musiałby dodatkowo walczyć ze smrodem potu i okropnych męskich perfum podobnych do tych szamponów 12w1 zapach gorącego samca alfa.
Postanowił nie odpowiadać (dobry wybór) i zignorował przeklinającego na cały świat Izana. Vergil jako jedyny potrafił trzeźwo spojrzeć na tę sytuację. Chciał się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Kto robił im żarty? Dlaczego chcą ich nastraszyć?
Podszedł do regału i podniósł nóż. Obrócił go zwinnie w dłoniach i dosyć szybko zrozumiał, że nie jest wykonany nawet z metalu. To drewno pomalowane srebrną farbą.
— Te rzeczy nie są prawdziwe — powiedział, zerkając na Izana. Raczej mówił to do siebie, bo mężczyzna siedział w kącie, mamrocząc, że tutaj zginie.
— Dlaczego to zbudowałeś?! — krzyknął nagle do Vergila. Jego krzyk stał się na tyle przerażający i ochrypły, że pretor prawie wypuścił z dłoni drewniany nóż. — Nigdy stąd nie wyjdziemy. Umrzemy z głodu…
— Myślałem, że jesteś odważniejszy.
Izan się nastroszył.
— Ja tylko trzeźwo myślę — odpowiedział wymuszonym, spokojniejszym tonem. — Jestem realistą.
Vergil miał ochotę wbić kolejną szpilkę, ale wolał nie ryzykować ewentualnym szałem ambasadora. Musiałby wtedy kolejną godzinę wysłuchiwać bluzgów. Na co mu to?
— Myślę, że kolejne wyjście będzie… — przerwał mu dziwnie głośny syk. Pokój zaczął napełniać się różowym gazem.
— Zatruje nas! — wrzasnął rozpaczliwie Izan.
Zaczął biegać po całym pokoju, jak mucha, która przez przypadek wleciała do domu i nie potrafiła z niego wylecieć. Gazu zaczęło przybywać. Izan kaszlnął i w ostatnim momencie, zanim stracił przytomność, rzucił się Vergilowi w objęcia. Obydwoje padli na ziemię.
Izan obudził się, czując pod sobą coś miękkiego. Nie była to jego pościel ani łóżko (bo chwilę myślał, że to sen i wcale nie gania z pretorem jakiegoś srala), a Vergil. Leżał na swoim bracie. Swoim największym wrogu.
Poderwał się jak poparzony. Obudzili się w pomieszczeniu, które wydawało się jakieś inne. Wydawało, bo przecież nikt nie zdołałby przenieść dwójki ciężkich chłopów. Wszystko też byłoby do zniesienia, gdyby nie fakt, że tutaj nie znajdowało się żadne oświetlenie. Żadnych pochodni. Żadnych lampek albo chociaż smutno zwisających żarówek.
— Wstawaj, kurwa! — zamachnął się i trzepnął Vergilowi z liścia.
Pretor otworzył z trudem oczy. Złapał się za policzek.
— Ej, Izan, za przeproszeniem… czy ciebie pojebało?
— Nastaw drugi policzek! Nie bądź cipcią! — Uniósł dłoń.
Zanim zdążyli się pobić, przeszkodził im ten sam dziecięcy śmiech. Teraz wydawało się, jakby był jeszcze bliżej. Jakby nad ich głowami.
Izan się uspokoił. Nie będzie bić pretora, kiedy sam srał w gacie ze strachu. Zostawi to sobie na później.
— To pewnie ten sral. — Zazgrzytał zębami. — Jakieś go dorwę… jak go dorwę, to mu nogi z dupy powyrywam!
Vergil chciał się wtrącić, żeby dodać, że ciężko byłoby mu wyrwać nogi duchowi, ale powstrzymał się od tego komentarza.
— Wypuść nas gówniarzu!


Vergil?
────
[1018 słów: Izan otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Ivy CD Dantego — ,,For the hell of it”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA


Ivy opiera się o biurko ze zwieszoną głową i nie podnosi nadal wzroku na mężczyznę, jednak może wyczuć, że w oczach Dantego pojawiają się łzy. Może też wyczuć tę charakterystyczną, przeciągłą nutę w jego głosie, przypominającą skomlenie. Waży na języku potencjalne słowa, ale wszystkie mają zbyt duży ciężar, aby pacjent mógł je udźwignąć (tak samo jak ono). Tkwi w jednej, ciągle tej samej sekundzie, aż cierpną mu przedramiona, aż martwi się, że nigdy nie wydostanie się z tej pozycji.
— Dante-
Ten, jakby dość się nie niecierpliwił, na dźwięk swego imienia sztywnieje, oczekując na odpowiedź Ivy, jakakolwiek by ona nie była. Chce po prostu cokolwiek od niego usłyszeć, przygotowuje się więc jak na nadchodzący cios. Ivy trzyma go w niepewności — zupełnie, jakby robił to specjalnie.
— Nie jest normalne, że mnie tak nachodzisz — mówi z trudem. — Nie jest normalne, że mnie śledzisz.
— Ale…
— Wiemy obydwaj, co robisz. Nie udawaj głupiego. Nie jesteś głupi, naprawdę.
Półbóg kuli się w sobie spłoszony, a Ivy kontynuuje, zastanawiając się, czy może do Dante docierają konsekwencje jego akcji. Czuje przypływ nagłych myśli i musi pozwolić im swobodnie przedrzeć się przez barierę, aby nie utopiły się w gąszczu lęku.
— Złamałem przez ciebie swoje zasady, ale nawet nie o to tu chodzi. Naruszasz ciągle kolejne granice. Naruszasz… moją przestrzeń. Też fizyczną.
— Co takiego źle robię? — pyta ze zduszonym jęknięciem.
— Czuję się, jakbyś obserwował każdy mój krok.
— Gadasz w kółko o swoich głupich zasadach. Może dlatego jesteś taki nieszczęśliwy — parska ze zbolałym śmiechem.
Psychiatra kręci głową, wzdycha i prostuje się, zaczynając chować rzeczy do torby. Dopiero zauważa, jak mocno trzęsą mu się dłonie, gdy Dante podchodzi bliżej, zagradzając mu drogę do wyjścia. Psychiatra nie rusza się ze swojego miejsca.
— Wystarczy tego — mówi Ivy, zaciskając zęby i rzucając Dantemu nieprzyjazne spojrzenie.
— Poczułeś się urażony? Myślisz, że czemu całe życie nikogo nie masz? Taka prawda! Jestem jedynym, który chciał spędzić z tobą czas, a tak mi się odwdzięczasz! Sam sobie to robisz. — Popycha go tak niespodziewanie, że Ivy z trudem utrzymuje równowagę. — Czemu? Czemu robiłeś mi nadzieję? No, powiedz coś! Jesteś naprawdę… okropny. Nienawidziłeś mnie ten cały czas i udawałeś, przyznaj to. Po prostu powiedz to. Wolę usłyszeć prawdę.
— Nie wywołasz we mnie poczucia winy. Nie uda ci się mnie zmanipulować już nigdy więcej.
Dante po tych słowach wygląda, jakby miał wybuchnąć, ale zamiast tego, pociąga teatralnie nosem, odsuwając od mężczyzny — wciąż torując mu drogę, nie chcąc dać mu nigdzie uciec, a swoją obecnością nadal roztacza groźby zatrzymania go w pułapce, jeśli się zbuntuje. Psychiatra z podejrzliwością trzyma się na baczności, spinając swoje barki. Rośnie mu gula w krtani, nie może powstrzymać trzęsienia kończyn, a o dziwo zachowuje spokój.
— Nie chcesz… mnie więcej widzieć? 
— Nie wiem — waha się, nie wiedząc samo, czy tak naprawdę jest. — Tak by było najlepiej. Polecę ci innego lekarza. I tak nie widzę, aby moje leczenie ci pomagało. Może ktoś inny bardziej ci pomoże.
— Pomaga. To ty mi pomagasz najbardziej! Naprawdę. Daj mi szansę. Nawet mi jej nie dałeś i tak po prostu chcesz się mnie pozbyć?
Ton Dantego na zmianę łagodnieje, po czym wznosi się z drżeniem. Każda kolejna fala jest coraz bardziej niespodziewana i prawdopodobnie Ivy powinno przystopować, ale gdy już się otworzyło i przez ten moment nie czuło strachu, wykorzystało okazję. Tę błogą krótką chwilę bez zduszonego w sobie lęku. Żałować może później.
— Nie wiem, jak do ciebie przemówić.
— Może zaczniemy od nowa?
— Wiesz, jak głupio to brzmi?
— Nie, mówię serio. Musisz mi tylko zaufać. Dać drugą szansę.
— Nie.
— Czemu, Ivy?
W końcu, nie wytrzymując braku odpowiedzi, Dante ponownie wybucha, a łzy ciekną mu po twarzy i skapują z brody na podłogę. Pada na kolana przed Ivy, pociągając nosem i wyjąc jak dziecko. Psychiatra o mało się nad nim nie lituje — ten widok ściska go za serce, a mężczyzna musi myśleć, że zaraz Ivy otrze jego poliki, pomoże wstać i pozwoli siebie uścisnąć, po czym, jak za każdym razem, da się uwieść urokowi Dantego. Zamiast tego, odwraca wzrok — czeka, aż płacz ustanie. Ignoruje półboga, który łapie go za nogawki spodni, skomląc brzydko i żałośnie, mamrocząc pod nosem niezrozumiałe frazy. Uspokaja się dopiero po paru dłużących się minutach, jego płacz łagodnieje, ale nie przestaje trzymać Ivy za ubranie. Nie poddaje się do samego końca. Robi wszystko, aby zwrócil na niego uwagę, aby wrócił ten sam Ivy, który tyle razy zwracał się do niego z troską. Tym razem jej nie otrzymuje. Zostaje sam ze swoimi emocjami, myślami, nikt nie może pomóc mu ich rozplątać, bo nikt już nie chce mu pomóc. Zaciska mocno powieki, modląc się, by albo zniknął z tego świata, albo został zabity (bo po co mu tu być, skoro został właśnie tak okrutnie odrzucony?).
Rani go znowu nieznośną ciszą. Dante jest już pewien, że robi to wszystko specjalnie, aby go poniżyć, w odwecie za to, co mu robił. Skierowana przeciw niemu zawiść dopada go w jednym momencie. Jest bezsilny, rozstrzęsiony, nieprzewidywalny. 
— Czy chociaż… przez chwilę mnie lubiłeś? — pyta cicho,  zachrypniałym, słabym głosem.
Ivy nie odpowiada na to pytanie.

 
Dante?
────
[824 słowa: Ivy otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

środa, 16 września 2026

Od Doriana CD Kurta i Edel — „Serve the servants”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, dwa lata temu

Dorian trzymając Terminatora za kark wszedł do restauracji. Zaraz za nim pojawił się Kurt, który nie mógł się nawet na chwilę powstrzymać z obraźliwymi komentarzami na temat Edel. Dziewczyna wypuściła ciężko powietrze z ust. Przeżyła z ich dwójką wystarczająco dużo czasu, że zdążyła się jakkolwiek przyzwyczaić do sarkastycznych, zupełnie niepotrzebnych docinek.
John Johnson zniknął z pola widzenia Edel i Kurta. Brat nawet nie uznał tego za dziwne, bo pierwszą jego myślą było to, że na pewno poszedł skorzystać z toalety.
— Nikogo tutaj nie ma — szepnęła zdenerwowana Edel. Zdążyła już pozbawić się wszystkich skórek przy paznokciach. — Dlaczego w ogóle ta restauracja stoi po środku niczego?
Dorian może nie widział, ale słyszał i potrafił stwierdzić, że restauracja świeci pustkami. W takich fast-foodowych restauracjach zawsze było głośno, a w tej nie było słychać nawet muchy. Na dodatek powietrze w środku było ciężkie, jakby ktoś rozpuścił tutaj niedawno jakiś gaz.
— Oj, dzieci, dzieci — John odezwał się niespodziewanie. Wystraszona Edel podskoczyła, na co Kurt prychnął i przewrócił oczami. — To specjalna restauracja dla specjalnych gości.
— Ciekawe kto jest tym specjalnym gościem — zastanowił się Kurt, mrużąc oczy.
— Chyba nie myślisz o mnie?
Dorian zacisnął dłonie w pięści i ze złości aż zapłonął czerwienią na policzkach. Kurt zachichotał pod nosem.
— Przecież nie jesteście zwykłymi dziećmi — kontynuował John, ignorując nagły wybuch złości Doriana. — Wycieczki szkolne tutaj się nie zapuszczają. Trafiliście tutaj przez przypadek, mam rację?
John uśmiechał się szeroko, chodząc wte i wewte po pustej restauracji. MacDonald bez klientów wyglądał strasznie dziwnie. Nienaturalnie.
Edel wyczuwając zagrożenie, zaczęła się powoli wycofywać. Przez ten czas musiała znosić dwójkę nieznośnych braci, a teraz trafiło na obcego faceta, który przywiózł ich do restauracji po środku niczego. Wolała się stąd ulotnić, nawet jeśli nie miała już żadnych sił.
— No i co? — odezwał się Dorian. Nie bał się staruszka. Miał ze sobą Terminatora i nie zawahałby się go użyć. — Nawet jeśli trafiliśmy tutaj przez przypadek, to co to zmienia?
— Spokojnie, nie chce wam zrobić krzywdy — odpowiedział szybko, zmieniając ton głosu na taki, w jakim mówi się do małych dzieci. — Ta restauracja naprawdę istnieje. Nie postawiła jej żadna magia.
— To dlaczego nikogo tutaj nie ma? — Dorian był już znudzony tą rozmową. John ciągle omijał sedno sprawy, a oni musieli tutaj stać i czekać na nie wiadomo na co. Może za chwilę spadnie im na głowę jakiś potwór?
— Restauracja jest niewidoczna dla zwykłych ludzi — wytłumaczył. — Mam oczywiście na myśli śmiertelników.
Edel mimowolnie chwyciła Kurta i Doriana za dłoń. Obydwoje wyrwali się z jej uścisku jak poparzeni. Dziewczyna to zignorowała.
John klasnął w dłonie. Spanikowana Edel odwróciła się w stronę drzwi, ale wtedy zauważyła, że przed nimi stoi… stado koni. Dokładniej mówiąc, stado centaurów.
— Poznajcie moich kolegów! — krzyknął uradowany i w tym momencie do środka zaczęło wchodzić kilkanaście nieparzystokopytnych.
Nagle w restauracji, w której chwilę temu panowała pustka i jedynym odgłosem były oddechy trójki półbogów oraz kroki Johna Johnsona, zawrzało. Centaury zaczęły ze sobą żywo rozmawiać, kilku z nich podeszło do lady, aby coś zamówić, bo niespodziewanie wraz z nimi pojawili się także pracownicy. Kurt i Edel pierwszy raz widzieli centaura w ubraniu roboczym z MacDonalda, sypiącego frytki.
— Usiądźcie — polecił John. — A jeśli chcecie coś zamówić, to zapraszam do lady! Mamy świetnych kasjerów.
Jak na zawołanie, całej trójce zaburczało w brzuchu. Terminator cicho zaskomlał, bo też nie jadł od dobrych kilkunastu godzin i jeśli zaraz nie zostanie nakarmiony, to zje na kolacje koninę (której miał tutaj pod dostatkiem).
— No to… zamawiamy? — zapytała nieśmiało Edel. Siedziała naprzeciwko braci, nerwowo odrywając resztki skórek przy paznokciach.
— Myślicie, że nuggetsy są z kurczaka czy z konia? — zażartował Dorian.
Zaśmiał się tylko Kurt.
— Jeśli nic nie chcecie, to ja spróbuję coś zamówić. — Edel podniosła się i podeszła do lady, przy której obsługiwał niezwykle przystojny centaur. Szkoda, że Dorian nie mógł go zobaczyć.
Inne koniowate pozajmowały wolne miejsca i zaczęły ze sobą głośno rozmawiać. Naprawdę głośno. Terminator ziewnął i położył się u stóp Doriana, upominając go o jedzenie.
— Zamawiasz? — zapytał Kurta.
— Jeszcze mi tam naplują, fuj. — Odwrócił się.
— Paniusia z ciebie — zadrwił i sam podszedł do lady, żeby wziąć sobie jakiegoś burgera, frytki i nuggetsy dla Terminatora.
— Ile tych nuggetsów dla ciebie, kochany? — zapytał kasjer, stukając kopytami.
— Nie mów do mnie kochanie — zwrócił mu natychmiast uwagę. — A ile myślisz, że zjadłby taki pies? — Wskazał na Terminatora.
— Hmm, myślę, że przynajmniej czterdzieści.
Dorian się zamyślił. Czy naprawdę pies wielkości Terminatora najadłby się jedynie czterdziestoma małymi nuggetsami?
— Niech będzie.
Centaur podał mu numerek i poprosił, żeby usiadł, bo u nich panuje kultura przynoszenia jedzenia do stolika. Dziwne, bo przecież w normalnych fast-foodach trzeba samodzielnie odebrać swoje zamówienie.
Edel siedziała przy stoliku z obrażonym Kurtem i ciężko wzdychała. Nie wiadomo, czy była to wina stresu, zmęczenia czy przebodźcowania, bo było tutaj naprawdę głośno. John Johnson, który ich przed chwilą zostawił, przyszedł i bez pytania usiadł obok Edel.
— Jak wam się podoba, dzieciaki? — zapytał z szerokim uśmiechem. — Centaury potrafią się bawić, prawda?
— Pan też jest centaurem?
— A jak myślicie?


Kurt?
────
[813 słów: Dorian otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]