Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 017. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 017. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 września 2024

Od Wintera CD Ziona — „017”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, ROK TEMU

Wstyd, który poczuł Winter, można było porównać tylko do zwrócenia się do nauczycielki per „mamo”. Ewentualnie do odmachania osobie na ulicy, która wcale nie machała do ciebie. Albo do tego, gdy rodzic zostawia cię w szkole i mówi do ciebie przy kolegach: „tylko bądź grzeczny, synusiu”. Mniej więcej tak właśnie czuł się Winter, kiedy dorosły, prawie trzydziestoletni chłop wparował do klasy jego matematycznej prześladowczyni i radośnie obwieścił:
— Dzień dobry, nazywam się Zion McQueen i chciałbym porozmawiać o pańskich chujowych metodach nauczania.
Miał ochotę się schować, ukryć gdzieś za ścianą, wejść pod ławkę, cokolwiek, byleby tylko uniknąć wzroku tej jędzy. Może jeszcze dałoby się uciec i udawać, że nie miał nic wspólnego z Zionem? Ale nie, jak na złość, belferka od razu nawiązała z nim kontakt wzrokowy, nawet jeśli Winter usilnie starał się wcisnąć pomiędzy szafę a framugę drzwi, a Zion zastawiał jej na niego widok.
— Przepraszam, ale kim pan jest i co pan tutaj robi?!
Klasa chichotała. Nie była to, na całe szczęście, klasa Wintera, ale o szybkości rozprzestrzeniania się plotek w statystycznej szkole średniej mogli być nieświadomi tylko ludzie, którzy nigdy do takowej nie chodzili. Nie, żeby Winter miał w tej szkole jakąkolwiek reputację poza „ten dziwny dzieciak” i „trzymajcie się od niego z daleka”, ale wolał, kiedy inni uczniowie nie wiedzieli o jego istnieniu i przypominali sobie o nim tylko w wyjątkowych sytuacjach (na przykład wtedy, kiedy rzekomo wysadził pisuar w męskiej toalecie, a tak naprawdę byli to delfinowi wojownicy, ale kto by mu uwierzył, bo na pewno nie dyrektor?).
— Zaraz, co pan–...
Głos nauczycielki wyrwał go z zamyślenia. Nie zdążył nawet dobrze zareagować, bo Zion już sięgał do czekającej na niego przy tablicy kredy i po chwili zaczął rozpisywać z nieprzyjemnym piskiem równanie, które zapewne zapamiętał z porzuconego w śmietniku zeszytu Wintera.
— I tak — zwieńczył Zion, starannie dorysowując ostatnie cyfry w równaniu — to właśnie powinno wyglądać. Nie rozumiem, czemu pani–...
Bla, bla, bla, oblicz masę Słońca, jeśli wiesz, że Winter za piętnaście minut zostanie wydalony ze szkoły. Mało rozumiał z tłumaczenia Ziona. Spodziewał się, że nauczycielka jeszcze mniej. Z nerwów wirowało mu w głowie i pomyślał, że tak właśnie wygląda karma. Zamienił Ziona w wielką bryłę lodu i tak teraz się na nim mścił, robiąc z niego pośmiewisko przy kilkunastu durnych dzieciakach i potworzycy, która śniła mu się po nocach. Winter był głupi, tak cholernie głupi, że zaufał trzydziestoletniemu mężczyźnie w garniturze, który zbyt rzadko się uśmiechał i przedstawił się jako syn Ateny. A może to nadal był efekt zamrożenia? Może moce Wintera zmroziły Zionowi mózg? Może się rozchorował i dostał gorączki?
— Zion… — zaczął, ale nie było dane mu dokończyć. Nadal stał w miejscu jak kostka lodu, a Zion nadal mamrotał na wpół do siebie, tłumacząc jakieś skomplikowane równane, w momencie, kiedy do klasy wszedł dyrektor.

⋆⁺₊❅。

Fakt, że nie wezwano policji, był prawdopodobnie tylko cudem. Może zbawienną mocą Mgły, bo policja nie poradziłaby sobie ze stężeniem dwóch półbogów na metr kwadratowy. Może gdzieś tam Chione, Atena albo inny Zeus nadal nad nimi czuwali.
Mózg Wintera i tak tego nie przyswajał. Myślami był daleko, w skrzynce pocztowej, w której za kilka dni miał pojawić się list do jego matki potwierdzający wydalenie ze szkoły. Po raz kolejny w tym dniu się zastanawiał, czego on właściwie się spodziewał.
Szli w milczeniu, obok siebie, chociaż teoretycznie nie mieli ze sobą nic wspólnego. Zion dopiął swego, na złość Winterowi czy też nie, tego nadal nie wiedział, ale byli dla siebie jak zupełnie obcy ludzie. Łączył ich tylko głupi wypadek z mocą młodszego chłopaka i srebrny termos z zupą, który został na blacie kuchennym w mieszkaniu McQueena.
Szary plecak smętnie zwisał z jednego ramienia Wintera. Część książek, które wyciągnął przed oddaniem klucza do szafki dyrektorowi, dzielnie przyciskał do piersi. Część trzymał Zion, chociaż nie poprosił go o pomoc. Błądził myślami, liczył pęknięcia w chodniku i napawał się chaosem w jego głowie, starając się nie przypominać sobie o wielkim napisie „debil”, który został namalowany na jego (już byłej) szafce czerwonym sprayem podczas wizyty u dyrektora.
W końcu Zion przeklął pod nosem i wygrzebał telefon z kieszeni. Winter zmarszczył czoło i już, już miał mu powiedzieć, żeby dał sobie spokój z dzwonieniem do ludzi, bo nie ma ochoty użerać się tego dnia także z prawdziwymi potworami, nie takimi, które udawały nauczycieli, ale mężczyzna szybko przyłożył słuchawkę do ucha.
— Dzień dobry, Zion McQueen z tej strony. Czy mogę rozmawiać z panem Stantonem? Tak, Zion McQueen. Pan Stanton będzie wiedział, o kogo chodzi.
Przystanął na środku chodnika. Winter przystanął zaraz za nim. Blondyn pokazał mu niezidentyfikowany ruch ręką, po czym odszedł kilka metrów dalej, zapewne po to, żeby porozmawiać z kimś z dala od jego czternastoletnich uszu.
Czy w ogóle powinien na niego czekać? Zion mógłby po prostu oddać mu te książki i iść w piguły.
Zdążył policzyć pęknięcia w chodniku kolejny raz, zanim starszy mężczyzna do niego nie wrócił. Jeszcze przez chwilę stukał coś na klawiaturze, po czym schował telefon do kieszeni i zwrócił na Millera całą swoją uwagę stalowoszarych oczu.
— Jak ci się widzi moja była szkoła?

⋆⁺₊❅。

Pan Stanton okazał się mężczyzną w podeszłym wieku, który z troską dbał o ostatnie kilkanaście włosów pozostałych na jego półłysej głowie i któremu niemiłosiernie trzęsły się ręce. W jego gabinecie roznosił się zapach parzonej kawy i Winter zastanowił się, czy trzęsące dłonie nie były wynikiem nadmiaru kofeiny. Tak czy nie, wskazał ich dwójce krzesła przed swoim biurkiem i objął palcami kubek, jakby to była jego ostatnia deska ratunku.
Wydawał się bardziej roztrzęsiony od siedzącego przed nim dzieciaka. Wzrok błękitnych oczu błądził to tu, to tam, co chwilę odchrząkiwał i jąkał się za każdym razem, kiedy prowadzili jakąś rozmowę.
O panie Jeremiahu Stantonie Winter i Zion rozmawiali po drodze. Okazało się, że liceum, w którym był dyrektorem, było również szkołą, którą Zion skończył. Być może dlatego, że trafił tam stosunkowo późno, nie zamierzali tego rozważać.
— Zawsze miał jakąś wysoką tolerancję na półbogów — tłumaczył Zion.
— Półbogów? To nie byłeś jedynym, który tam chodził?
Wzdrygnął się niemal niezauważalnie i wzruszył ramionami.
— Nie wiem. — Coś w jego szarych oczach zabłyszczało, jakiś przebłysk świadomości. — Wiem za to, że kiedy zaczynałem chodzić do tej szkoły, pan Stanton miał córkę. Zawsze miałem wrażenie, że jest półboginią, ale nigdy nie widziałem jej w Obozie Herosów. Teraz myślę, że mogła być w Obozie Jupiter. Albo… — spojrzał na Wintera kątem oka i zawahał się — …albo gdzieś indziej. W każdym razie zmarła, zanim skończyła liceum. Pan Stanton zawsze jakoś łaskawiej patrzy na dzieciaki z problemami.
„Dzieciaki z problemami”, Winter powtarzał to w myślach, raz po raz, kiedy Zion próbował wytłumaczyć panu Stantonowi zaistniałą sytuację; w okrojonej wersji, znaczy się. Wyidealizowanej wręcz. Takiej, w której biedny Winter Miller padł ofiarą okrutnej nauczycielki, która w dodatku, o zgrozo, nie umiała uczyć. Sam zainteresowany próbował zająć się czymkolwiek, byleby tylko nie patrzeć na trzęsące się dłonie swojego być-może-przyszłego dyrektora. Na lampę ze spaloną żarówką. Na starannie poukładane książki w gabinecie z połamanymi grzbietami i powyrywanymi stronami, gdzie większość z jakiegoś powodu była napisana przez autorów o nordycko brzmiących nazwiskach.
A pan Stanton słuchał. Raz po raz kiwał głową i komentował tłumaczenie Ziona jedynie mruknięciami. W końcu postukał trzęsącymi się palcami o kubek, odchrząknął i zaczął wyciągać papiery spod biurka, zapewne do dokumentacji nowego ucznia.
— Więc, Zion — zaczął bardzo powoli — bardzo… bardzo młodo zostałeś ojcem.
— Zaraz… co? — Zion przekrzywił głowę, aż blond kosmyk włosów nie spadł mu na czoło. Przez naprawdę bardzo krótką chwilę rozważał, co pan Stanton do niego powiedział, zupełnie jakby zwrócił się w innym języku.
Jedno dziwne spojrzenie Ziona wystarczyło, żeby Winter zrozumiał, o co się rozchodzi.
— Nie, nie, nie, nie! — powiedział na jednym wdechu. — Zion jest… przyjacielem rodziny. Przyjacielem mojej mamy. Tak.
— Ona… — odchrząknął syn Ateny, na powrót przybierając neutralny wyraz twarzy — jego mama, znaczy się… upoważniła mnie, żebym wypełnił z nim dzisiaj dokumenty. Nie mogła tutaj przyjść. Jest w pracy.
Winter nachmurzył się. Była w pracy, no tak. Niezaprzeczalnie.
Gdyby pan Stanton miał więcej włosów, zapewne wszystkie stanęłyby mu dęba. Zamiast tego spalił buraka, powiedział kilka razy pod nosem: „przepraszam, przepraszam” i podsunął Zionowi do wypełnienia plik dokumentów.
Kolejne piętnaście minut wypełniania papierów nie było zbyt interesujące. Pan Stanton zaparzył sobie kolejny kubek kawy. Zion zatrzymał się na chwilę przy wpisywaniu imienia rodzica. Postukał kilka razy długopisem o kartkę, po czym zapisał imię Keen Miller, jakby faktycznie znał tę kobietę od zawsze. Skąd on w ogóle znał jej imię? Przy numerze telefonu Zion zapisał zupełnie nieznany Winterowi ciąg cyfr, ale nie zawahał się przy tym ani chwilę.
Wnętrzności Millera chłopaka co chwilę wywracały się do góry nogami. Będzie mieć przez to kłopoty. Bogowie, oboje będą mieć przez to kłopoty, ale teraz się tym nie martwił, bo siedział przy nim dorosły mężczyzna w garniturze, który zdawał się wiedzieć, co robi.
Jeśli będzie mieć kłopoty, to nie on sam. I trochę go to pocieszyło.

⋆⁺₊❅。

Przed drzwiami głównymi szkoły, Zion wepchnął mu kartkę z planem lekcji do ręki.
— Kończysz jutro o 17. Będę wtedy w domu, możesz wpaść i odebrać swój termos.
Powiedział to niemal żołnierskim tonem. Winter miętosił nerwowo kartkę w dłoniach. Kim w ogóle był Zion McQueen? Czemu mu pomagał, skoro Winter omyłkowo prawie go nie zabił? Kilka tygodni temu myślał, że mężczyzna jest goniącym go po Nowym Jorku pedofilem, a teraz czuł się bezpiecznie, zupełnie tak, jakby faktycznie znał go całe życie.
Był naiwny. Po prostu.
— Skąd znałeś imię mojej mamy? — zapytał w końcu, kiedy blok Ziona widniał już przed nimi.
— Strzelałem.
— Zaraz, co?
Zion wzruszył ramionami, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Winter zmarszczył czoło.
Może po prostu dzieci Ateny takie były.
— A ten numer? Ten, który wpisałeś? Nie znam go.
— To mój numer — potwierdził Zion. — Postaraj się nie rozrabiać za dużo. Jeśli zadzwonią do mnie, to będzie trochę… niezręczne.

⋆⁺₊❅。

„Drogi Winterze Millerze,
z przykrością informujemy, że list nadany na twój adres od Kissena Creek High School został nieoczekiwanie zniszczony w trakcie wysyłki. Kurier Hermes Express donosi o niespodziewanym zamienieniu się listu w płatek śniegu i odfrunięciu z wiatrem. Skargi prosimy kierować na adres: Empire State Building, piętro 600.

Za utrudnienia przepraszamy,
firma Hermes Express”.



Koniec wątku Wintera i Ziona.
────
[1661 słów: Winter otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]

sobota, 11 maja 2024

Od Ziona CD Wintera — „017”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA II

Niezręczna cisza rozrywała siedemnastoletniego Ziona od środka. Biuro dyrektora ewidentnie nie pasowała do reszty liceum. Zewsząd biła sztuczna ekstrawagancja. Drewniane boazerie na ścianach za biurkiem zasłaniały różnorakie dyplomy, czy to przyznane szkole, czy samemu dyrektorowi. Po lewo i po prawo od wejścia stały ogromne półki wypakowane po brzegi książkami, ładnymi, obitymi w skórzane okładki, z grawerowanymi tytułami i autorami, których Zion ewidentnie nie kojarzył. W końcu w centralnej części pomieszczenia stało masywne biurko z ciemnego, błyszczącego się niemiłosiernie drewna. Na biurku leżały masy papierów, zdjęcie lub dwa, odwrócone od Blondyna w taki sposób, że nie zauważył, co na nich widniało, telefon stacjonarny i pojemny, metalowy segregator na długopisy, ołówki i inne pierdoły, z których korzystał dyrektor. W tamtym momencie przy biurku na razie siedziało dwóch mężczyzn, a raczej mężczyzna i chłopiec, ramię w ramię, po tej samej stronie. Jednym z nich był oczywiście Zion McQueen. Przydługawe, blond włosy ułożone były à la Leonardo DiCaprio i zasłaniały mu większość czoła. W skórzanej ramonesce, pod którą nosił koszulkę sygnowaną Metallicą, spranych Levi’sach po ojcu i w mocnych, wysokich martensach próbował wyglądać groźnie. Po jego prawicy siedział nauczyciel historii Herosa. Jego brązowy, wypłowiały garnitur i okulary o cienkich, stalowych ramkach i grubych szkłach dodawały mu trochę inteligencji, choć jego obłąkane oczy psuły cały wizerunek człowieka wykształconego.
W końcu do pomieszczenia wszedł trzeci mężczyzna. Ewidentnie niższy (choć przy Zionie, który już wtedy mierzył prawie sześć i pół stopy, każdy wydawał się niższy) i starszy od towarzyszących mu teraz jegomości. Siwe, kończące mu się już włosy były ładnie zaczesane do tyłu, a skrupulatnie przystrzyżona broda dodawała dyrektorowi profesjonalizmu. Przeczłapał cały gabinet w ciszy i zasiadł przy biurku. Z głębokim westchnięciem założył na nos okulary i przywitał syna Ateny i siedzącego obok niego nauczyciela zimnym spojrzeniem i zaczął mówić:
— Podobno są z tobą problemy, Zion. — Przerwał ciszę chropowatym głosem. — Nie słyszałem jeszcze, by któryś z moich uczniów wyłudzał pieniądze od nauczyciela.
— Nie byle jakie pieniądze! Mówimy tutaj o pięćdziesięciu dolarach! Dla kogoś z taką pensją, jak moja to jest naprawdę spora suma! — Swoje trzy grosze musiał dodać nauczyciel historii.
Starsi mężczyźni zwrócili swoje oczy ku Młodzieńcowi.
— Zacznijmy od tego, że pieniądze wygrałem w uczciwym zakładzie i w mojej klasie znajdzie się na to wielu świadków. — I wtem Zion rozpoczął tłumaczenie się z powodu wizyty w gabinecie dyrektora. Sytuacja wyglądała następująco: pan Davis, nauczyciel historii zarzucił uczniom, że niewystarczająco uczyli się na sprawdzian wiedzy z mitologii starożytnych Greków, na co Blondyn, z dozą kpiny odparł, że z łatwością mógłby wymienić więcej mitologicznych stworzeń niż Davis. Nie wiedział jednak, że w taki sposób niezwykle obrazi starego fanatyka greckiej cywilizacji, który obruszony słowami Nastolatka zaproponuje mu prosty układ: oboje mają pięć minut na wypisanie jak największej liczby mitologicznych stworzeń, a ten, który napisze więcej, wygrywa pięć dyszek. Heros bez zastanowienia się zgodził. Po pięciu minutach wyłoniono zwycięzcę, z pięćdziesięcioma czterema podpunktami na kartce — Ziona.
Przegrana oczywiście nie zadowoliła pana Davisa (w szczególności, że w ciągu tych pięciu minut udało mu się zapisać jedynie dwadzieścia jeden stworów) i ten udał się do dyrektora, wmawiając mu, że Młodzieniec próbuje od niego wyłudzić pieniądze.
— …a najgorsze w tym wszystkim jest to, że nadal nie mam tych pięciu dych! — Skwitował całą historię McQueen. — Wcześniej byłem tylko biedny, a teraz jestem, i biedny, i oszukany.
Zmarnowany dyrektor nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać, widząc, jak bardzo jego szkoła spadła na psy. Wyciągnął on zza pazuchy skórzany portfel i wręczył Zionowi obiecane przez pana Davisa pięćdziesiąt dolarów.
— Robercie, pozwól, że porozmawiamy. — Zwrócił się do nauczyciela siedzącego naprzeciw. — Zion, możesz wracać na lekcje.

***

I właśnie to wspomnienie wierciło mu w mózgu, napawając go jakimś dziwnym lękiem i tą samą, co wtedy niechęcią, gdy tylko z Winterem przekroczyli mury szkoły. Choć korytarze były wysokie i puste, to wydawały się też niezwykle klaustrofobiczne w oczach Dwudziestosześciolatka. Analizował przebywane przez siebie pomieszczenia, by w jakikolwiek sposób zrozumieć, co czuł w tym momencie zniesmaczony tym miejscem Winter. W końcu, po paru minutach, które wydawały się, że ciągnęły się w nieskończoność, dotarli pod pracownię matematyczną. Dzieciak Chione próbował jeszcze coś powiedzieć synowi Ateny, ale ten bez zastanowienia wparował do klasy, przerywając odbywające się tam zajęcia.
— Dzień dobry, nazywam się Zion McQueen i chciałbym porozmawiać o pańskich chujowych metodach nauczania.

Winter?
──── 
 [700 słów: Zion otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 31 grudnia 2023

Od Wintera CD Ziona — „017”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Dwa tygodnie temu wyglądało to mniej więcej tak: Blanche okazała się posiadać samochód. Zjawiła się, oczywiście, niezbyt zadowolona z obrotu spraw, ale najwyraźniej uznała zamrożenie przypadkowego mężczyzny za sytuację awaryjną na tyle, że bez zbędnego gadania pomogła Winterowi wtaszczyć go do swojego mieszkania. Pomysł z zadzwonieniem do Blanche okazał się strzałem w dziesiątkę — być może był to przypadek, a może aura dziecka Tyche, ale wraz z pojawieniem się zmęczonej życiem kobiety, zza chmur zaczęło wychylać się słońce i wkrótce tapicerka jej samochodu była mokra od topniejącego lodu.
Również Winter nieco uspokoił się na ten widok. Chociaż sam nigdy nie odczuwał zimna, nadal zdawał sobie sprawę z ryzyka hipotermii, ale wiedział, że teraz problem ten nie należał tylko do niego, miał w końcu przy sobie (na jej nieszczęście) Blanche. Lód zaczął szybciej topnieć wraz z jego uspokajaniem się, ale na to Winter nie zwrócił już uwagi. Był zbyt zajęty ściskaniem zaczerwienionych palców Ziona po tym, jak zobaczył ich niemrawe przebieranie, skupiony na tym, że leżąca obok niego bryła lodu jeszcze żyje.
Nie wezwali lekarza. Znaczy, nie od razu. Najpierw, już w mieszkaniu Blanche, po tym, jak jakimś cudem przemycili kilkudziesięciokilogramowy lodowy posąg przed jej sąsiadami, przykryli go potężną warstwą koców i podkręcili temperaturę do stopnia panującego w najgłębszych częściach Tartaru. Dopiero po długiej debacie, która polegała na rozważaniu jak wytłumaczyć śmiertelnikowi, dlaczego chowają w mieszkaniu nieznajomego mężczyznę na granicy hipotermii, Zion odmroził się na tyle, żeby szczękającymi zębami zaproponować im zadzwonienie do jego osobistego lekarza, który w swoim życiu widział już wiele dziwnych przypadków związanych ze swoim pacjentem.
No tak, Zion też był półbogiem. Nikt normalny nie przeżyłby tak długo pod postacią lodowego posągu.
Zadzwonili więc. Zion został odwieziony do domu, Winter musiał wytłumaczyć Blanche sytuację, a potem znowu rozeszli się w swoje strony na jakiś czas.
Przez te dwa tygodnie Winter nie mógł usiedzieć. Nie, żeby przejmował się goniącym go przez Nowy Jork pedofilem, ale może mężczyzna faktycznie chciał mu pomóc? Zresztą, to nie miało większego znaczenia. Wszystko i tak sprowadzało się do tego, że prawie kogoś zabił — albo może i zabił, tego sam nie wiedział.
Musiał więc to sprawdzić.
Kiedy niósł do Ziona termos z zupą (własnoręcznie robioną, pragnął zaznaczyć), prędko zorientował się, że w oknach jego mieszkania migoczą światła. Żył więc, świetnie. Winter miał jeszcze szansę się odwrócić i wziąć nogi za pas.
Szkoda, że już i tak odwiedziny przypłacił lekcją matematyki, z której i tak już był zagrożony, a po kolejnej nieobecności spodziewał się, że niedługo jego matka odbierze telefon od dyrektora, że został wywalony ze szkoły. Co tam, miał mało do stracenia. Gdyby poszedł na matematykę, zabiłaby go nauczycielka. Jeśli pójdzie do mieszkania obcego mężczyzny, być może zabije go Zion. A jak uda mu się od niego bezpiecznie wrócić, to zginie uduszony przez matkę.
Zapukał. Raz. Potem drugi. Nie otworzył mu, go co zirytowało, chociaż właściciel mieszkania miał do tego zasadniczo pełne prawo. Potem już po prostu zaczął trzaskać otwartą ręką w drzwi, aż Zion mu nie otworzył.
Wyglądał… no, nie za dobrze. Od razu zdał sobie sprawę, że nigdy nie miał okazji dobrze mu się przypatrzeć, prawdopodobnie zajęty ciągłym uciekaniem. Przydługie blond włosy miał starannie uczesane, chociaż okrutnie śmierdział papierosami i drzwi otworzył mu w dresach. Winter uznał, że przypomina człowieka za wszelką cenę próbującego zachować spokój, chociaż wokół niego panował zupełny chaos.
— Mam zupę — podniósł termos, żeby Zion, na zachętę, mógł go lepiej zobaczyć. — Pomyślałem, że może się przyda. Dobra. Rozgrzewająca. Sam robiłem.
W odpowiedzi Zion westchnął i oparł zrezygnowany czoło o framugę, a Winter bez zbędnych pytań wtarabanił mu się do domu.

Zion dołączył do niego w kuchni, kiedy Winter już się rozgościł i bezpardonowo przelewał zupę do miski. Przebrał spodnie, chociaż chłopak nie wiedział z jakiego powodu. Kiedy nalał już potrawki do jednej miski i kulturalnie odłożył termos na blat, Zion wyjął drugą miskę i wlał do niej resztkę zupy, zaraz podając ją Winterowi.
— Nie powinieneś być teraz w szkole? — zapytał, podejrzliwie dłubiąc łyżką w makaronie.
Winterowi prawie wyrwało się zapytanie: „a ty w pracy?”, ale prędko ugryzł się w język.
Wciągnął kluski z głośnym siorbaniem.
— Uciekłem z matematyki — odpowiedział z pełną buzią. — I tak jej nie umiem. No i zaraz mnie wywalą. Nie chcę tam wracać tylko po to, żeby znowu usłyszeć krzyki tej erynii. W sensie ona jest śmiertelniczką aż do bólu, zasięgnąłem rady u dwóch satyrów i jakiegoś cyklopa, ale wolę sobie to tłumaczyć tak, jakby chciała mnie zeżreć.
Zion wyciągnął się, żeby chwycić ze stołu chustkę, którą kulturalnie otarł sobie usta i wskazał na rzucony w kąt plecak Wintera.
— Masz ze sobą tę matematykę?
— Eee…
Bądź miły, bądź miły, powtarzał sobie w myślach, po czym sięgnął do plecaka i wyciągnął rozpadający się zeszyt w kratkę z bazgrołami, które potrafiłby przeczytać tylko drugi półbóg. Zion przyjął od niego zeszyt i przerzucał kartki, coraz mniej zainteresowany zupą, ku ujmie Wintera. W końcu wyciągnął długopis, przysunął się bliżej chłopaka i powoli, mówiąc jak do dziecka, zaczął mu tłumaczyć.
— Widzisz? I to, powinno się robić o, tak. Ale spokojnie, znam jeszcze na to prostszy sposób.
Winter spojrzał to na zeszyt, to na Ziona, poprawił się na krześle i odrzekł:
— Wiesz, że nie zrobiłem ani jednego zadania w tym zeszycie, nie? Nauczycielka matematyki w poprzedniej szkole robiła to tak, jak ty, ale Pani Erynia kazała mi zostać po lekcjach i dyktowała mi te zadania tak, jak je napisałem.
Zion zmarszczył brwi, nerwowo stukając długopisem o zeszyt.
— Więc to nie twoja wina. Ta nauczycielka po prostu chujowo uczy.
— To samo im mówiłem, ale nikt mnie nie słucha! — jęknął Winter. — Fajnie by było, gdyby nareszcie ktoś mądrzejszy wytłumaczył im wszystkim, że to nie ze mną jest problem.
Nie znał siły swoich słów, dopóki Zion nie ocenił schludności swojego ubrania ze wszystkich stron, nie przekreślił błędnie wykonanych zadań w zeszycie i nie zaproponował:
— Wiesz, może ja mógłbym z nią porozmawiać.
— Jesteś… yyy… synem boga matematyki?
Ku jego zaskoczeniu, Zion parsknął szczerym śmiechem.
— Blisko. Ateny. — Winter nagle poczuł się strasznie głupi. Jak mógł nie zauważyć tych blond włosów, stalowoszarych oczu i inteligencji, której jemu samemu zdecydowanie brakowało? — To co?
Przypomniało mu się przyjemnie ciepłe uczucie w sercu, kiedy Blanche odpowiedziała na jego „telefon alarmowy” — jakby nie był wreszcie sam. Jakby nareszcie był przy nim dorosły, na którym mógł polegać ze swoimi problemami, a on przytuli go i powie: „cokolwiek się nie stanie, zawsze będę z tobą”.
— Nie powinieneś nadal siedzieć w domu?
W srebrnych oczach Ziona zamigotał ten uparty błysk syna Ateny.
— Siedzę w domu już ponad dwa tygodnie i, szczerze mówiąc, nie uznaję bezczeszczenia matematyki. Zresztą, czy sam nie powiedziałeś, że już nie masz w tej szkole nic do stracenia?
Winter ukrył twarz w dłoniach, zrezygnowany, po czym ochoczo pokiwał głową i wrzucił zeszyt od matematyki do kosza.


Zion?
◇──◆──◇──◆
[1112 słów: Winter otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

piątek, 29 grudnia 2023

Od Ziona CD Wintera — „017”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

— Siedzę w domu już drugi tydzień, naprawdę, uważam, że mogę wracać do pracy — Zion oparł swoje łokcie na biurku lekarza i wbił swój wzrok w jego twarz.
— Zion. Załatwiałem ci badania do prawa jazdy, u mnie się badasz, u mnie się szczepisz i uwierz mi, nigdy nie widziałem cię w takim stanie. Prawie załapałeś się pod odmrożenia drugiego stopnia — odparł starszy mężczyzna siedzący za biurkiem, poprawiający swoje okulary — Posłuchaj mnie. Przyjmiesz teraz to zwolnienie na trzy tygodnie, a ja załatwię sobie numer do twojego pracodawcy i jak tylko się dowiem, że przyszedłeś do pracy, to będziesz szukać sobie nowego lekarza. Zrozumiano?
Zion przegrał tę batalię słowną. Siedzenie w domu wydawało się o wiele fajniejsze niż szukanie nowego lekarza, zważając na to, że ten, do którego chodził, leczył również jego ojca.

***

Nudę leczył szachami, papierosami i o wiele za wcześnie wypitymi martini, oczywiście bez lodu, do którego miał zrazę. W trakcie swojego urlopu zdążył obejrzeć parę seriali, przetestować nowe przepisy w kuchni i próbował zacząć ćwiczyć (to jedyne, co mu nie wyszło). Nawet zaczął planować remont, ale że siły nie pozwalały mu wychodzić z domu, to na planach pozostało.

***

I tę nudę w końcu przerwało pukanie do drzwi. Blondyn nie otworzył od razu, chciał się upewnić czy na pewno dobrze słyszał. Ściszył autoodtwarzanie albumu „In Rainbow”, od Radiohead i przysłuchał się dokładniej. Tym razem nie pukanie, a już raczej trzaskanie podniosło Ziona z kanapy. Syn Ateny pofatygował się do drzwi, bezszelestnie, jak najciszej potrafił, by zajrzeć przez wizjer na klatkę schodową. Jedyne co zobaczył, to biała, znajoma czupryna należąca do Wintera Millera — smarkacza, przez którego Zion przestał lubić lód w drinku, przez którego Zion siedział w domu od dwóch tygodni, smarkacza, który zamroził połowę ciała Ziona. McQueen zastanowił się, czy na pewno chce otworzyć te drzwi. Dłuższą chwilę spędził tam, co chyba nie spodobało się stojącemu pod drzwiami nastolatkowi. Rozległo się ponowne pukanie i Blondyn usłyszał stłumiony głos:
— Dobry. Ja z zupą.


Winter?
◇──◆──◇──◆
[321 słów: Zion otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

poniedziałek, 14 sierpnia 2023

Od Wintera CD Ziona — „017”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Plan był prosty i nie wymagał żadnego wyzwania intelektualnego ze strony Wintera: zadzwonić i spierdolić.
Bloku w życiu nie widział na oczy. To znaczy, domyślał się, że widział; ale praktycznie każdy wieżowiec Nowego Jorku wyglądał tak samo. A żeby numer mieszkania był równie nieprzypadkowy co sam domofon, Winter — zwracając uwagę na dosyć spory wiek swojego towarzysza i jego niewielkie pojęcie o czternastoletnich, zbuntowanych herosach — wybrał liczbę 69.
— Hej! — usłyszał już, kiedy zniknął za rogiem.
Miał nie biec. Bieganie w Nowym Jorku wzbudzało podejrzenia. Nie był może marvelowskim superzłoczyńcą kradnącym torebki, a po Queens nie panoszył się Spider-Man w czerwonym kostiumie, ale Winter wzbudzał dużo podejrzeń już i bez biegania między przechodniami. Zawsze mógł też zacząć się drzeć, że goni go pedofil, ale miał wrażenie, że ta karta — razem z cierpliwością Ziona — została już przez niego wykorzystana.
Na dzisiaj, znaczy się.
Jego mały móżdżek był w stanie w panice pomieścić tylko te dwa pomysły; później zaczął już biec.
Zion ewidentnie miał go dość. Był pewien, że po tym dobitnym akcie „mam cię w dupie, zostaw mnie”, zrozumie aluzję i postanowi zostawić go w świętym spokoju, ale badania udowodniły, że zbyt długie przebywanie z Winterem Millerem powoduje poważne uszczerbki w inteligencji i zdrowiu psychicznym.
— Hej! — usłyszał za sobą znowu.
Skręcił w prawo, wypadając obok parku naprzeciw budowanego wieżowca.
Tu już nie chodziło o panią Berrycloth. Ten koleś był totalnie stuknięty.
Wpadł na plac budowy, dziwnie spokojny o tej porze, wślizgiem wskakując za zaparkowaną koparkę i wzniecając tym samym tumany kurzu. Próbował wstrzymywać oddech, ale odgłosy tętniącego życiem Nowego Jorku i tak skutecznie go zagłuszały, więc tylko przyszpilił się plecami do maszyny, modląc się, aby żaden skrawek jego białej czupryny nie wystawał zza rogu.
Usłyszał cichą klątwę pod nosem.
Nie przejdzie, pomyślał Winter. To jasne, że nie przejdzie przez taśmę. Jest starym zgredem, który myśli tylko o tym, że ominął dzień w pracy. I że podczas biegu pogiął sobie świeżo wyprasowaną koszulę.
A potem Zion delikatnie chwycił go za ramię, odwracając w swoją stronę.
— O co ci chodzi?! — jęknął Winter, odpychając od siebie mężczyznę. Jego brudne, ubłocone ręce zostawiły na jego koszuli kolejny ślad.
— Przestań uciekać, chcę ci tylko pomóc — mruknął Zion. — Możliwe, że wiem, kim…
— Bogowie, wytkajcie się wszyscy! Kolejna Matka Teresa się znalazła! — syknął, wymachując rękoma.
To, że zrobiło się niepokojąco zimno jak na tę porę roku, zauważył dopiero po czasie. Odłamek lodu spłynął z jego dłoni, spotkał się z ziemią i zamroził w półkole wszystko w promieniu pięciu metrów — z Zionem włącznie. I połową osłaniającej ich koparki.
Zion stał się częściowo lodowym posągiem; częściowo, bo lód pokrywał sporą część jego głowy i prawą stronę jego ciała. Jeszcze przez chwilę próbował poruszyć lewą ręką, jakby dać jakiś znak Winterowi, ale zaraz palce zrobiły się czerwone i skostniały z zimna.
Winter jęknął, ukrywając twarz w rękach. Sekundę później oszroniły mu się policzki, które wytarł wierzchem dłoni. Jeśli go tutaj tak zostawi, zamarznie. A on nie miał, do cholery, mocy roztapiania, bo był synem tylko bogini zimy, a lato jej nie dotyczyło. Przynajmniej tak mu się wydawało, albowiem mocy roztapiania w sobie jeszcze nie odkrył.
Blanche Lemieux, otrząsnął się. Co na jego miejscu zrobiłaby Blanche?
Zaraz zaczął grzebać w kieszeniach marynarki Ziona. Jeśli miał jakiekolwiek przeciwskazania, to Winter ich nie słyszał — albo Zion po prostu już umarł. A wolałby nie macać trupa w centrum Nowego Jorku. W ogóle, cholera, wolałby nie mieć nikogo na sumieniu, nawet jeśli ten ktoś gonił go przez pół miasta i prawdopodobnie był pedofilem.
Wyciągnąwszy telefon, spoconymi ze stresu palcami wystukał numer, którym Blanche męczyła go non stop, dopóki nie potrafił wyrecytować go z pamięci jak Lu cytat z Asterixa i Obelixa o marchwi i cenieniu życia.
— Dzień dobry? Madam? Ja wiem, że miałem dzwonić w sprawach awaryjnych, ale…– Nie no, nic mi nie jest. Tylko przypadkiem znowu kogoś zamroziłem. I chyba zaraz umrze. Ma pani może samochód?


Zion?
◇──◆──◇──◆
[640 słów: Winter otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Od Ziona CD. Winter "017"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

— Przykro mi, ale spieszę się do pracy. Nie mam czasu odprowadzać tego gów… przemiłego chłopca do domu, poza tym… — rzucił spojrzeniem na dzieciaka — …wygląda na takiego, który sobie poradzi.
Pani Berrycloth nie była zadowolona z odpowiedzi blondyna.
— Ciągle chodzisz do tej pracy, Zion! Przyda ci się dzień wolny, a tobie. - wskazała na zaskoczonego całym zajściem chłopca — A tobie, mój drogi, przyda się eskorta do domku.
I Zion, i nowo poznany młodzieniec nie mieli już sił protestować przeciwko pani Berrycloth. Wyszli z kawiarni i rozpoczęli lawirowanie pomiędzy wszędobylskimi przechodniami. Dzieciak prowadził, blondyn trzymał się z tyłu, próbując wcisnąć szefowi przez telefon, jak on się źle nie czuje i musi zostać w domu. Na chłopaku skupił się po rozłączeniu telefonu.
— Zapnij kurtkę.
— Nie jest mi zimno.
— W kawiarni narzekałeś na temperaturę. Jak ty w ogóle masz na imię?
— Winter, proszę pana.
— Tylko nie pan, proszę cię… Zion. — powiedział blondyn i odruchowo wyciągnął rękę w stronę chłopca.
Winter był zaskoczony, ale uścisnął dłoń starszego mężczyzny, uśmiechnął się krzywo i schował ją z powrotem do kieszeni.
Zion nie był fanem dzieci, czy innych młodych osób. Może dlatego, że nie miał z żadnym kontaktu odkąd skończył 18 lat, a żadnych znajomych z dziećmi nie miał, z rodziną też nie utrzymywał kontaktu. Chłopak z kawiarni nie był wyjątkiem i umocnił go, że nie jest z tych, którzy dzieci nie lubią.
Reszta ich spaceru przebiegła w ciszy. Oboje wiedzieli, że są tu tylko przez panią Berrycloth, oboje chcieli wrócić już do domu i zająć się swoimi sprawami.
***
— Proszę bardzo, to tutaj! — dzieciak wskazał na drzwi jednego z wielu bloków mieszkalnych Nowego Jorku.
— Numer mieszkania? — zapytał syn Ateny, pochłaniając wzrokiem domofon.
Winter zamyślił się po czym wyrzucił z ust liczbę. Blondyn wyklikał coś na domofonie, po czym zaczekał na odpowiedź.
— Halo? — głos starszej kobiety rozbrzmiał w uszach mężczyzny.
— Dzień dobry, ja przyprowadziłem pani wnuka, zgubił się chłopak i musiałem mu pomóc, proszę otworzyć drzwi.
— Co?! Nie dam się znowu okraść, wy łobuzy! Właźcie do góry, czekam na was! — swój okrzyk skwitowała jeszcze paroma przekleństwami i czymś co zabrzmiało, jak przeładowanie strzelby.
Przerażony Zion spojrzał się na chłopca, ale zobaczył jedynie jego cień znikający za rogiem.
Winter?
◇──◆──◇──◆
[357 słów: Zion otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

piątek, 2 grudnia 2022

Od Wintera CD Ziona — „017”

Poprzednie opowiadanie

Szczerze mówiąc, po prostu nie wiedział co ze sobą zrobić.
Nienawidził tej cholernej szkoły. Nawet nie dlatego, że jakiś czas temu jego WF-ista okazał się niezbyt miłym Minotaurem. I na pewno nie dlatego, że w ciągu miesiąca dostał pięć uwag i dyrektorka zagroziła mu, że jeszcze jedno przewinienie, a będzie musiał (znowu) szukać nowej szkoły, więc — Winter, intelektualista — postanowił do szkoły w ogóle nie chodzić, żeby i nie dostać uwagi szóstej.
Nie. Cały czas chodziło o to, że tego dnia miał mieć trzy godziny z matematyki. I choćby nie wiem co, nauczycielka matematyki nie chciała się ukazać pod postacią wilkołaka; wtedy Winter przynajmniej miałby jakieś wyjaśnienie, czemu jest takim suczyskiem.
Z dwojga złego wolał kawiarnię „Western Coffee” i gorącą czekoladę, bo miła ekspedientka za ladą powiedziała mu, że nie sprzedają kawy dzieciom. (I przemilczał to, że dziadek Orlon pozwalał mu pić kawę, odkąd skończył dziesięć lat, powtarzając, że dzisiejsze dzieciaki powinny znać się na aromacie zamiast na wszystkich rodzajach Somersby).
Gdzieś po piętnastu minutach, podczas których wysiorbał całą gorącą czekoladę, a na kolejną nie było go stać, zaczął się cholernie nudzić. Początkowo wyciągnął z plecaka podręcznik i próbował się czegoś uczyć, ale z każdym, coraz bardziej rozmazującym się przed oczami zdaniem, rzucił naukę w tempie szybszym, niż gdy pił swoją czekoladę duszkiem. Finalnie rozsypał po stole torebkę cukru i zaczął grzebać w nim palcem, rysując niezidentyfikowane kształty.
Po godzinie miła ekspedientka przestała być miła. Świdrowała go wzrokiem, gapiła się regularnie w zegarek i prędko odwracała głowę, kiedy Winter nawiązywał z nią kontakt wzrokowy.
Kolejne pół godziny wodził palcami po krawędziach filiżanki, z głową opartą niezbyt grzecznie o stół i rękami umorusanymi w cukrze, kiedy do kawiarni weszła nowa osoba. Blondwłosy mężczyzna o surowej twarzy — Winter w pierwszej chwili pomyślał, że jest europejczykiem. Rozmawiał z ekspedientką zgrabnym, wysublimowanym amerykańskim, akcentując każde słowo żywcem z literatury klasycznej.
Winter chciałby być mądry.
Teraz i mężczyzna obrysowywał go wzrokiem. Miller oblizał palce z cukru i zaczął chować do plecaka podręcznik, uznając to za znak do ulotnienia się.
Czarne koturny sztybletów zastukały o śliską od roztapiającego się przedwiosennego śniegu podłogę. Winter zgrabnym gestem wyjął z plecaka xiphos pod postacią piłki i ścisnął go w dłoni.
— Nie zgubiłeś się przypadkiem? — zagadnął blondwłosy mężczyzna.
Zwracanie na siebie uwagi zawsze kończyło się tak samo — najpierw zaczepiał go przechodzeń, a potem przez pół Nowego Jorku goniła go jakaś harpia.
Winter spojrzał na mężczyznę godnego pożałowania wzrokiem smutnego szczeniaczka, wykrzywił bladą twarzyczkę w podkowę i, łamiącym się głosem, odpowiedział naprawdę głośno:
— Nie, proszę pana, nie mam zdjęć swoich stóp na sprzedaż…
Przynajmniej pięć osób w kawiarni odwróciło się w stronę jego stolika. I wszyscy, jak jeden mąż, posyłali pełne przerażenia spojrzenia blondwłosemu mężczyźnie, który wyglądał, jakby naprawdę starał się nie stracić cierpliwości.
— Nie, nie, nie, to nieporozumienie! — Ekspedientka odeszła zza lady, zdecydowanie zbyt mocno machając rękami i posyłając przepraszający uśmiech do gości kawiarni. Silnym ruchem dłoni usadziła blondwłosego mężczyznę przy stoliku Wintera i przysunęła sobie krzesło do ich dwójki. — Przepraszam, synku, poprosiłam Ziona, żeby cię zaczepił, bo martwiłam się tym, jak długo siedzisz tu sam.
— Mówiłem, pani Berrycloth — westchnął Zion, zakładając ramiona na piersi.
— Zion może i wygląda trochę strasznie, ale to człowiek o złotym sercu, zaręczam.
Winter wcisnął piłkę z powrotem do plecaka, marszcząc czoło.
— Mogła pani osobiście mi powiedzieć, pani Berrycloth — westchnął Winter, niezręcznie wyszczerzając zęby i wstając od stolika. — Ulotniłbym się szybciej, gdyby pani mnie poprosiła…
— Nie o to mi chodzi — wyparowała. — Zgubiłeś się? Coś się stało?
— Nie, spokojnie, już pójdę do domu.
— Mógłbyś mi dać telefon do swoich rodziców?
Przez chwilę zastanowił się, czy nie rzucić się właśnie do ucieczki.
— Po… co?
— Jeśli się zgubiłeś, będę musiała poinformować albo twoich rodziców, albo policję…
— Wiem, gdzie mieszkam! — sapnął. — Nic się nie dzieje, naprawdę. Miałem czas wolny po lekcjach i chciałem tylko wypić trochę gorącej czekolady. Czy tylko mi jest tak zimno? Brr. Normalnie wiosna jak u George’a Michaela.
Milczący do tej pory Zion sięgnął do kieszeni garnituru, odblokował telefon i pokazał Winterowi jego tarczę.
— Jest prawie ósma.
— I?
— I szkoła ledwo się zaczęła, a ty już jesteś wolny po lekcjach. Zresztą, spóźnię się do pracy. — Wstał.
— Tak, a ja wrócę do domu.
Pani Berrycloth zatrzymała Ziona ruchem dłoni.
— Daleko masz do domu, cukiereczku? — zagaiła Wintera.
— Dziesięć minut drogi — zmyślił szybko.
— To świetnie — umiechnęła się. — Zion cię odprowadzi.


Zion?
◇──◆──◇──◆
[712 słów: Winter otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 5 listopada 2022

Od Ziona do Wintera — „017”

Jedyne co było ciepłe tego dnia to zapomniany już papieros, który zginął gdzieś pod podeszwą Ziona. Blondyn chwycił za oszronioną klamkę kawiarnianych drzwi i wszedł do środka. Lokal mieścił się naprzeciwko wieżowca, w którym półbóg pracował, więc Zion często tu przychodził w przerwach w pracy. Tak było i tego dnia. Nic nowego, mężczyzna ustawił się w kolejce, odklepał z pamięci swoje ulubione zamówienie i już miał odchodzić od lady, gdy właścicielka lokalu zatrzymała go. Znali się od dawna, od czasu, gdy Zion zaczął pracować. Przychodził do tej kawiarni codziennie, z baristami był tutaj na ty. Starsza, czarnoskóra kobieta poprawiła swoją burzę siwych włosów, po czym wbiła wzrok w blondyna.
— Zion, musisz dyskretnie się odwrócić. Przy tamtym stoliku siedzi dzieciak, chyba się zgubił. Siedzi tak już drugą godzinę.
— Przykro mi, pani Berrycloth, mam pracę, nie mogę się nim zająć. Poza tym dzieciaki w tych czasach są strasznie wredne, zaraz okrzyknie mnie pedofilem i spryska gazem pieprzowym, nie piszę się na to.
— Po pierwsze, mówiłam ci już, mów do mnie Victoria. Po drugie, jesteś mi winien 6 dolarów.
— Przecież zawsze płaciłem 4.50…
Kobieta skwitowała go tylko wymownym spojrzeniem. Wyciągnął z portfela pięć dolarów, położył banknot na ladzie, przewrócił oczami i rzucił „Reszty nie trzeba”, wzdychając ciężko. Nie był do końca zadowolony ze swojej roli niańki, aczkolwiek zostawienie starszej osoby z dorastającym dzieckiem nie również by go nie zadowoliło. Tym razem mógł zobaczyć chłopca w pełnej krasie, spod jasnych włosów łypała w stronę mężczyzny para dzikich oczu, zimniejszych od lodu. Chociaż… to nie oczy były zimne, tylko aura dziecka. Zion wcześniej nie zwrócił na to uwagi, ale jego zapach i otoczka różniły się od tej pani Berrycloth czy współpracowników. Młodzieniec najwyraźniej zauważył, że blondyn się do niego zbliża i wyciągnął ze szkolnego tornistra niewielką piłeczkę. Zion przysiadł się do stolika, który okupował chłopiec.
— Nie zgubiłeś się przypadkiem?


Winter?
◇──◆──◇──◆
[304 słowa: Zion otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]