wtorek, 5 maja 2026

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait uśmiechnął się tylko na tę teorię Apollodorosa. Nie był pewny, czy całkiem się z nią zgadza, ale nie zamierzał też się z nią kłócić. Nie wydawało mu się, by faktycznie konkretnie wtedy się spotkali. W każdym razie tak, by rozmawiać, zamienić więcej niż kilka słów. Miał wrażenie, że wtedy lepiej by go pamiętał, ale też przecież nie mógł być tego pewny.
Był tylko pewny, że kojarzył jego imię z obozu. Było to bardzo mało informacji, a jeśli faktycznie spędził tam tylko krótki moment, to równie dobrze ktoś inny mógł o nim mówić.
Chait miał wrażenie, że zaczyna to analizować trochę za bardzo. Jakby było to faktycznie coś bardzo istotnego.
– A poza tym, długo byłeś w obozie? – zapytał Apollodoros, kiedy w końcu podnieśli się z miejsc i powoli ruszyli ku zejściu. No tak, jakimś cudem do tej pory uniknął bardziej szczegółowej rozmowy na temat samego obozu.
Chait zastanowił się chwilę, odchylając głowę do tyłu i przez moment obserwując niebo. Dopiero zaczynało się ściemniać, a słońce dalej raziło w oczy. Wspomnienia z obozu wracały tylko przy takich rozmowach, a naprawdę starał się ich unikać. Nie był pewny, czy w ogóle jest o czym mówić.
– Kilka lat? – odpowiedział, chociaż brzmiało to bardziej jak pytanie. – Ale często spędzałem tam więcej, niż tylko wakacje, więc trochę mi się to wszystko rozmywa. Nie wiem, czy gorsze było mieszkanie w mieście, czy z innymi dzieciakami. – Uśmiechnął się tylko trochę zbyt kwaśno.
I zaraz skarcił się za to w myślach. Poczuł się jak idiota (był idiotą), kiedy Apollodoros spojrzał na niego z zainteresowaniem.
– Nie, żeby to było coś poważnego – wytłumaczył szybko. – Obóz miał ten plus, że nie trzeba było martwić się o szukanie mieszkania. Tutaj coś próbuje nas zeżreć i jeszcze musimy za to płacić, tam przynajmniej byliśmy tylko tanią siłą roboczą.
Chciał, żeby zabrzmiało to jak żart, ale żaden z nich nie wydawał się przekonany. Miał wrażenie, że Apollodoros wygląda na zmartwionego. Zestresowało go to nieco bardziej, niż powinno.
Przystanęli przy zejściu do metra, obok barierek. Chait szybko odwrócił wzrok, gdzieś w stronę ulicy opanowanej przez morderczą agentkę nieruchomości. Z tyłu głowy pojawiły się wątpliwości, które do tej pory starał się ignorować, skupiając się na rozmowie ze znajomym.
Czy dobrze zrobili, tak zwyczajnie uciekając? Tak długo, jak potwór pozostawał żywy, tak długo stanowił zagrożenie dla innych półbogów. Czysto statystycznie niewielu półbogów dożywało pełnoletności i ogólnie wieku, w którym mieliby mierzyć się z poszukiwaniem własnego mieszkania. Z drugiej strony, Chait zdążył przecież poznać wielu mniej i bardziej dorosłych, którzy te statystyki psuli. Jeszcze z trzeciej strony, w pewnym momencie w sidła potwora mógł trafić jakiś dzieciak, wepchnięty w szpony niebezpieczeństwa przez własnego, nieświadomego niczego rodzica. Skończy się tragedią, w której ktoś straci kogoś bliskiego. Ile takich historii poznał w Obozie Herosów? Ile ich słyszał, kiedy odwiedzał Obóz Jupiter?
Zaczął nerwowo stukać palcami o metalową barierkę. Czy to była jednorazowa sytuacja? Czy jakaś przemyślana taktyka?
Może powinien pomóc Apollodorosowi dostać się w bezpieczne miejsce, a potem samemu wrócić? Nie zamierzał narażać znajomego, nie miał do tego prawa. Ich rozmowa o Obozie Herosów, pochodzeniu i przeszłości nagle wydała się bardzo mało znacząca. Chait i tak już wcześniej powinien się domyślić, kim jest Apollodoros, czy to ze względu na specyficzne imię, które już przecież skądś kojarzył, czy ze względu na jakieś inne oczywiste wskazówki, które jakimś cudem przegapił.
Byłby o to na siebie zły, gdyby nie miał do tego innego, dużo ważniejszego powodu.
– Coś się stało?
Wrócił wzrokiem do Apollodorosa, znowu zmuszając się do uśmiechu. Pokręcił delikatnie głową.
– Nie, nie. Wszystko okej.
Nie mógł nic z tym zrobić, przynajmniej teraz. Musiał poczekać, aż się rozdzielą. Zaczął już analizować, czy będzie w stanie dostać się tam tęczą, czy potwór dalej tam będzie, czy po tak długim ignorowaniu treningów będzie w ogóle w stanie cokolwiek z tym zrobić.
Jeśli tam zginie, to nikomu nie pomoże.
Zaczął wybijać rytm jeszcze szybciej, skacząc wzrokiem między Apollodorosem a tym bliżej nieokreślonym punktem.
– Ale wiesz – dodał bardzo szybko, nim jego milczenie mogło wydać się niepokojące. – Tułam się po pokojach i mieszkaniach do wynajęcia od lat, ale na coś takiego jeszcze nigdy nie trafiłem. Może powinniśmy bardziej uważać. Chyba było kilka bardziej sprawdzonych agencji na liście?
Jego wzrok znowu uciekł w stronę tamtej ulicy. Tylko na chwilę.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 3 maja 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

„Gdzie jest Kailey?” było takim prostym pytaniem, a jednak, gdyby Arisu nie wypowiedziała go na głos, pewnie by na to nie wpadł. Pytanie „gdzie jest Kailey?” oznaczało, że Kailey nie znajdowała się w pobliżu, a przecież cały czas była obok, o, tam, stała w parze z dziewczynką o imieniu Jessica, po tym, jak Atlas musiał na samym początku wytłumaczyć jej, że nie może trenować w trójkę z siostrami, bo jest to fizycznie niemożliwe w ich treningu. Pilnowanie ich należało przecież do ich podstawowych obowiązków, jak mieli do cholery w trzy minuty zgubić całego człowieka, metr dwadzieścia wzrostu, któremu jadaczka się nie zamykała, więc chodził jak mały alarm? W tej samej sekundzie stanęło mu serce. Myśli nie nadążały za kipiącą adrenaliną. Od razu spojrzał w tę stronę, gdzie jeszcze trzy minuty temu stała Kailey trenująca z Jessicą, ale Jessica była tam sama, wiercąc się w miejscu i próbując wykopać w ziemi dziurę drewnianym mieczykiem. Nie było Kailey. W panice przeanalizował kolejną parę. Nie było Kailey. W oddali nie widział Kailey. Obrócił się wokół własnej osi w miejscu, lustrując wzrokiem każdy centymetr Pól Marsowych, ale nigdzie. Nie. Było. Kailey.
Arisu mogła wysnuwać o Atlasie różne rzeczy; na przykład to, że jest skończonym leniem, nierobem, darmozjadem, dziadem i wrzodem (wszystkie te odpowiedzi były prawidłowe), ale jeśli chodziło o zadanie, które lubił wykonywać, to potrafił całkiem nieźle się przygotować. Szermierka nie wymagała od niego użycia mózgu. Praca z dziećmi? Sam był na podobnym poziomie intelektualnym, może tylko trochę większy i w teorii bardziej doświadczony. Nie była to jego pierwsza taka robota w Obozie Jupiter, Cherry zdarzało się mu powierzać dzieciaki pod trening, chociaż z całą pewnością nie w takiej liczbie i nie w towarzystwie Arisu. Jedyne, co musiał zrobić, to przeczytać (i zapamiętać) kilka dostarczonych mu formularzy, a kiedy Arisu tłumaczyła dzieciom, jak poprawnie ułożyć stopy do trzymania miecza, przełożyć teorię na praktykę, to znaczy: okropnie mu się nudziło, a nie miał zamiaru tego słuchać, więc przyglądał się dzieciom.
Na przykład z trojaczków od Merkurego tylko Hailey miała diastemę. Bailey miała bliznę nad brwią. Kailey…
— Kailey ma pieprzyk nad wargą — powiedział niezbyt mądrze.
W tej samej sekundzie był w stanie zobaczyć, jak na twarzy Arisu wykwita załamanie nerwowe. Zaraz jednak dziewczyna się opanowała (względnie), najwyraźniej uznając, że Atlas jej w niczym nie pomoże i jeśli zaraz czegoś nie zrobi, to Kailey zostanie zjedzona przez potwora za magiczną barierą, ALBO GORZEJ, Cherry ich zabije za tak gównianą robotę. Pochyliła się lekko nad pozostałą dwójką z trojaczków Merkurego i zapytała:
— Wiecie, gdzie jest wasza siostra?
Hailey wskazała palcem w stronę wydrążonej przez Jessicę dziury w ziemi.
— Tam była — powiedziała.
Nie, nie mogli spanikować. Ostatnie, czego im brakowało, to żeby razem z nimi spanikowała cała gromada dzieci. Jeśli jeszcze któreś dziecko zaczęłoby płakać, to Atlas chyba zacząłby krzyczeć w powietrze. Sam poprosiłby Arisu, żeby go zabiła.
Ukucnął przed Jessicą.
— Jessica, widziałaś gdzieś Kailey?
Dziewczynkę bardziej interesowała wykopana wcześniej dziura w ziemi. Usilnie rozgrzebywała ją dalej swoim butem, wszystko, żeby nie spojrzeć Atlasowi w oczy. Ewidentnie była z tych nieśmiałych dzieci, takich, które wstydziły się przed dużym, niebieskowłosym panem. Gdyby Atlas nie dobrał jej Kailey do pary, prawdopodobnie nawet nie znalazłaby sobie koleżanki.
— Poszła gdzieś — wyszeptała do grudki ziemi.
Atlas próbował nie podnieść głosu, żeby pośpieszyć ją w odpowiadaniu.
— Gdzie?
— Tam. — Nieśmiało pokazała w stronę Obozu Jupiter.
Atlas nie wiedział, czy mu ulżyło, czy spanikował jeszcze bardziej. Jeśli poszła w stronę Obozu Jupiter, znaczyło to, że nie skierowała się ani w stronę wzgórz, gdzie jakiś potwór zjadłby ją za barierą, ani w stronę Małego Tybru, więc raczej nie znajdą jej w rzece. Ale skoro poszła do Obozu Jupiter, to musiała wmieszać się w tłum ludzi, a jeśli ktoś by ją znalazł bez opieki, to dostaną podwójny opieprz. Z dwojga złego Atlas wolałby, żeby nic jej nie zjadło, ale jeśli to miało zatuszować sprawę, to–…
Arisu pociągnęła go w górę za koszulkę. Nie miała w sobie ani krztyny delikatności; to znaczy, nigdy wobec niego jej nie miała, ale jeśli Atlas wcześniej myślał, że się hamowała, to teraz zdecydowanie tego nie zrobiła. Poczuł, jak jej paznokcie wbiły się w jego ciało, kiedy szarpnęła go w bok.
— Pójdę jej szukać — syknęła do niego, na tyle cicho, żeby reszta dzieci jej nie usłyszała. Tym razem nie popełniła tego samego błędu i, chociaż mówiła do Atlasa, ani na chwilę nie oderwała wzroku od pilnowanej grupki. — Ty z nimi zostaniesz. Przysięgam, jeśli pod moją nieobecność coś im się stanie albo kolejne zniknie, to osobiście…
— Zwariowałaś? — przerwał jej. Nagle zirytowało go to, że Arisu chciała załatwić ten problem sama, chociaż oboje mieli przejebane. Dlaczego, bo uważała, że zrobi to lepiej? — Z naszej dwójki to ja jestem synem Merkurego. Bóg podróżnych, kojarzysz? Znajdę ją!
— Widziałam już twoje umiejętności orientacji w terenie w walentyn–… — ugryzła się w język — …w trakcie misji, kiedy miałeś znaleźć pole golfowe.
— To nie to samo — obronił się.
— Nie mamy na to czasu! — warknęła. — Nie mam gwarancji, że nawet nie uciekniesz!
To uraziło go do żywego, chociaż wiedział, że Arisu na palcach mogła policzyć sytuacje, w których pokazał jej, że można mu ufać. Przecież nie zostawiłby jej samej z bandą rozwrzeszczanych dzieciaków… nie, nie chodziło nawet o nią. Nie chciałby, żeby któremuś z dzieciaków pod jego opieką coś się stało.
Brak odpowiedzi z jego strony spowodował, że Arisu mogła się przez chwilę zastanowić. Przetarła czoło, jakby to miało pomóc jej się namyśleć, fuknęła dosyć wokalnie i tradycyjnie spiorunowała go wzrokiem. Z emocji nawet machnęła ręką, prawie uderzając tym samym Atlasa.
— Pójdziemy wszyscy — wysyczała.
Nie przyjmowała odmowy. Wróciła pomiędzy dzieciaki. Atlas ruszył za nią jak jej cień, nie wiedząc, czy powinien zacząć się śmiać, czy raczej zacząć płakać.
— Co to w ogóle znaczy? — zapytał ją naglącym szeptem. — Przypniesz im wszystkim smycz i wejdziesz tak o, między ludzi?
— Gdybym miała smycz, to bym cię nią udusiła, farbowany kretynie — warknęła.
Błagam, chciał powiedzieć Atlas. Błagam, skończ już moje męki na tej ziemi.
— Zmiana planów — obwieściła Arisu do gromadki dzieci. Próbowała zachować spokój, ale stojący obok Atlas wyczuwał napięcie w jej głosie. — Pójdziemy…
— Pójdziemy wszyscy na wycieczkę! — przerwał jej Atlas, zdecydowanie bardziej entuzjastycznie, chociaż po karku spływał mu pot i letnie słońce nie miało z tym nic wspólnego. — Na wycieczkę do Obozu Jupiter. Zobaczycie, jak wygląda trening legionistów, na własne oczy!
Podopieczni podekscytowali się. Jeden z dzieciaków zaczął podskakiwać w miejscu. Wymieniali się ze sobą wesołymi piskami.
— A co z Kailey? — zapytała Bailey.
— Musimy na nią poczekać! — przejęła się Hailey, marszcząc brwi zmartwiona.
— Kailey… Kailey już na nas tam czeka — wymyślił Atlas.
— To nie fair — jęknęła Bailey. — Czemu Kailey mogła iść wcześniej, a my nie?
Atlas pomyślałby raczej: czemu Kailey nie mogła być taka grzeczna jak inne dzieci, ale na szczęście nie musiał się w tej kwestii odzywać, bo Arisu zaczęła zaganiać wszystkich w formację.
— Ustawcie się wszyscy gęsiego — zakomenderowała. — Parami. Trzymajcie się za ręce, żeby się nie zgubić. Nie odchodźcie od nas! Ja będę szła z przodu, Atlas za wami — mówiąc to, posłała chłopakowi uciszające spojrzenie, póki jeszcze nie zdążył zacząć narzekać, że może to on chciał iść z przodu. — Miecze zostawcie tutaj. Wrócimy do nich jak najszybciej.
Jak najszybciej, żeby nikt się nie zorientował. Na nieszczęście Atlasa, ostatnią parą okazał się buzujący emocjami Zebulon i Kalel. Zebulon tak się wiercił, że prawie wyrywał drugiemu chłopakowi rękę ze stawów, ale kolega znosił to dzielnie.
— A będziemy mogli tam też potrenować? — zaczął serię pytań Zebulon, odwracając się do stojącego za nim Atlasa. — Będziemy mogli bić się prawdziwymi mieczami? Będziemy?! A możemy założyć prawdziwą zbroję? A czy pretor pokaże nam, jak się walczy? A czy ktoś z legionistów potrafi strzelać laserami z oczu?
Atlas miał nadzieję, że Arisu wie, jak sprawić, żeby ta jej formacja gęsiego stała się niewidzialna.


Arisu?
────
[1271 słów: Atlas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline — „So High School”

Caroline nie spodziewała się, że takie słowa kiedykolwiek przyjdą jej do głowy, ale tęskniła za liceum. Po cichu i nie do końca się do tego przyznawała, ale naprawdę tęskniła.
Nowy Jork wcale nie był aż tak przyjemnym miejscem, jakim wydawał się, kiedy przyjeżdzała tu na wakacje. Podczas każdego wyjazdu dziewięćdziesiąt procent czasu i tak spędzała w obozie, więc amerykańskie miasto wydawało jej się utopią. Kiedy tu zamieszkała, szybko zmieniła zdanie. Już pierwszej nocy zatęskniła ze przedmieściami Londynu (gdzie było ciszej), swoim domem (w którym ściany były grubsze niż w jej nowym mieszkaniu), za jedzeniem i wieloma innymi bzdetami, na które wcześniej nawet nie zwracała uwagi.
Najbardziej i tak tęskniła za przyjaciółkami. Z każdym tygodniem coraz bardziej. Kiedy przyjeżdżała tu tylko na wakacje, i tak było jej ciężko, nawet ze świadomością, że niedługo się zobaczą. Teraz nie miała bladego pojęcia, kiedy znowu spotka się z dziewczynami. Dystans, inne uczelnie i różnica czasu często uniemożliwiały im nawet dłuższe rozmowy przez telefon. Caroline była świadoma tego, że ryzykuje, kiedy siedzi na łóżku z urządzeniem w dłoni, ale była w stanie się poświęcić. Wyświetlacz pokazywał, że jest chwilę po dwudziestej trzeciej, więc w Anglii powinna być teraz godzina osiemnasta. Z tego co pamiętała, w środy Isabelle kończyła o piętnastej, a Sabrine i Alex o siedemnastej trzydzieści. Wszystkie trzy powinny być w stanie teraz odebrać połączenie. Włączyła kamerkę i wsłuchując się w irytujący dźwięk sygnału, postawiła telefon na biurku.
Kiedy Isabelle dolączyła do rozmowy, najpierw rozległ się głośny trzask i imponująca wiązanka przekleństw, a dopiero potem na ekranie pojawiła się twarz dziewczyny.
— Cześć! Sory, znowu spadł mi telefon. Muszę kupić inne, mniej śliskie etui. Ale to jest takie ładne…. Dobra, chuj. Co u ciebie? — zapytała, mniej lub bardziej skutecznie próbując oprzeć o coś telefon.
Na twarz Caroline wpłynął szeroki uśmiech. Miło było znów ją słyszeć.
— Wróciłam właśnie z bardzo nudnych zajęć o finansach. Wykładowca wygląda jakby miał ze sto dwadzieścia lat. Co najmniej. I jeździ jakimś fiatem. Czego on ma mnie nauczyć o finansach? — prychnęła, rozsiadając się na biurowym fotelu. Nie żeby był jakiś szczególnie wygodny, ale na pewno lepszy niż drewniane krzesła, w których spędzała całe dnie.
— Może chowa w garażu dwa mercedesy? Nigdy nie wiesz, co facet trzyma w garażu. — Iz wzruszyła ramionami, ponownie poprawiając telefon, żeby stał prosto. Nagle się roześmiała. — Zupełnie jak Broody! Pamiętasz tego sylwestra? Wtedy…
…Caroline miała siedemnaście lat, cztery egzaminy w przyszłym tygodniu i pełno myśli o tym, że wszystko obleje, nie dostanie się na żadne studia i skończy pod mostem. Nie była w szczególnie imprezowym nastroju, ale przecież nie mogła przesiedzieć sylwestra w domu. Matka niemal wepchnęła ją w ręce przyjaciółek, mówiąc coś o tym, że ostatnio przesadza i musi wyjść do ludzi. Więc wyszła, choć była pewna, że swoim ponurym nastrojem zatruwa zabawę wszystkim dookoła. Świetna impreza.
Niemal oblała się zawartością swojego kubka, kiedy ktoś od tyłu szarpnął się za ramię. Odwróciła się i zobaczyła Sabrine, na której twarzy mieszał się niepokój z rozbawieniem.
— Zgubiłam Alex. Iz już jej szuka. Pomóż — poprosiła, krzycząc, żeby było ją słuchać mimo dudniącej w uszach muzyki.
— Kurwa, Rina. Miałaś jedno zadanie — westchnęła Caroline, ale wyrzucając kubeczek do najbliższego worka na śmieci, ruszyła w stronę wyjścia z salonu, ciągnąc dziewczynę za sobą.
Po dziesięciu minutach poszukiwań nie mogły znaleźć już ani Alex, ani Isabelle. Jakby obie dziewczyny rozpłynęły się w powietrzu. Sabrine zaczynała panikować, Caroline była już wkurwiona i coraz częściej posługiwała się łokciami, kiedy musiała przepychać się przez bandy pijanych nastolatków. W końcu zatrzymały się pod jedynymi drzwiami, za którymi jeszcze nie szukały.
— Czy Broody mówił coś o tym, że nie wolno wchodzić do garażu? — zapytała, spoglądając na Sabrine, która wpatrywała się w drewniane drzwi z ostatką nadziei w oczach.
Kiedy pokręciła głową, Caroline po prostu przekręciła klamkę. Weszła do środka, gdzie było dużo chłodniej i ciszej, niż w pozostałych pomieszczeniach. Byłoby tu całkiem cicho, gdyby ktoś w kącie właśnie nie wybuchnął śmiechem.
Isabelle i Alex siedziały w dziecięcym basenie wypełnionym plastikowymi kulkami. Żeby zmieściły się tam obie, musiały przycisnąć podkulone kolana do klatek piersiowych. Alex trzymała w dłoni swój plastikowy kubek. Caroline musiała zamrugać kilka razy, żeby upewnić się, że sobie tego nie wymyśliła. Sabrine parsknęła urywanym, niepewnym śmiechem, czym zwróciła na siebie uwagę dziewczyn.
— O, znalazłyście nas! — powiedziała, ucieszona Isabelle, machając do nich.
Caroline nie wiedziała, czy bardziej dziwi ją pierdolony basen z kulkami, czy to, że Alex kiwa się na boki. Rzadko widywała baseny z kulkami i rzadko widywała Alex pijaną. Za to na pewno nigdy nie spodziewała się, że zobaczy pijaną Alex w basenie z kulkami. A potem się roześmiała, czując, że pewien ciężar z jej ramion właśnie opadł. Myśli o egzaminach jakoś zniknęły z jej głowy.
— Mam kilka py…
— …Pamiętam. Ciężko byłoby to zapomnieć — powiedziała, parskając śmiechem, choć uśmiech na jej twarzy przyjął zdecydowanie zbyt nostalgiczny wyraz.
Zerknęła na ekran telefonu, kiedy przyszło jej powiadomienie. Alex pisała, że jej i Sabrine wypadły dodatkowe zajęcia i nie mogą teraz rozmawiać.
Caroline oddałaby w tej chwili naprawdę wiele, żeby na chwilę cofnąć się w czasie.


────
[828 słów: Caroline otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Lotus — „Kto chodzi na chemię ten się w cyrku nie śmieje”

4 LATA TEMU

— Frances, powiesz nam wszystkim jaka jest odpowiedź na pytanie czwarte?
Dziewczynka jeszcze przez kilka chwil wlepiała wzrok w puste strony swojego zeszytu, zanim zorientowała się, że tamte słowa skierowane były do niej. Czasami zapominała, że ma pierwsze imię. Naprawdę chciałaby, żeby taki stan się utrzymał, ale najwidoczniej nie wszyscy byli gotowi jej na to pozwolić.
— Lotus. Proszę pani — poprawiła kobietę, w ostatniej chwili dodając do swoich słów zwrot grzecznościowy. Ciągle ją upominali, że o tym zapomina, no ale bądźmy szczerzy - po co to komu potrzebne?
— Po raz kolejny przypominam ci, panno Wright, że będę się do ciebie zwracać zgodnie z tym, co mam zapisane w dzienniku. I proszę, tym razem bez dyskusji — powiedziała nauczycielka znudzonym głosem, niemalże przewracając oczami.
Lotus już dawno utwierdziła się w tym, że nie znosi tej baby. Może miało to coś wspólnego z tym, że na ponad połowie zajęć musiała użerać się z jej irytującą córką. Nawet nie potrafiła stwierdzić, kto jest gorszy - matka, czy córka. Kobieta była niemiła dla ogółu klasy, ale Lotus miała wrażenie, że jej nie lubi w jakiś szczególny sposób. Nie umiała znaleźć na to żadnego racjonalnego powodu; może chemia nie była jej ulubionym przedmiotem, ale oceny miała przeciętne, nigdy nie przeszkadzała na lekcjach i za każdym razem mówiła tej starej prukwie dzień dobry na korytarzu. Odkąd zrozumiała, że kobieta raczej nie darzy jej sympatią, starała się nawet trochę podciągnąć, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Z jej pracami tak czy siak zawsze coś było nie tak, a nauczycielka wcale nie stała się bardziej Lotus przychylna. Wytrzymała ze dwa miesiące takiej pracy i zwyczajnie się poddała. Stwierdziła, że ma babę kompletnie w poważaniu.
Jedynym momentem, w którym stawała kantem było nazywanie jej pierwszym imieniem. Czy prosiła naprawdę aż o tak wiele? To przecież nie było tak, że imię Lotus sobie wymyśliła i nakleiła sobie na piersi plakietkę z napisem "Mam na imię Lotus", żeby wszystkie dzieci się tak do niej zwracały. Nie, imię było we wszystkich jej dokumentach niemal na równi z pierwszym. Nie rozumiała więc, skąd brał się ten irracjonalny konflikt. Może kobieta po prostu chciała zrobić jej na złość. Wcale by jej to nie zdziwiło.
— Odpowiedź na czwarte pytanie, Frances — powtórzyła dobitnie nauczycielka, zakładając ramiona na piersi.
Lotus wzięła jeden, ale bardzo długi i głęboki wdech. Na język cisnęło jej się wiele słów, które jednak niewiele miały wspólnego z zadanym jej pytaniem. Jedyną rzeczą, która ją powstrzymywała było to, że nie chciała, żeby matkę znowu wezwali do szkoły. Pracowała i nie miała czasu na te bzdety. Więc Lotus się powstrzymała.
— Nie znam odpowiedzi na pytanie czwarte, proszę pani — odpowiedziała najgrzeczniejszym tonem, jaki potrafiła z siebie wykrzesać.
Niemal mogła przysiąc, że widziała, jak kąciki ust kobiety drgnęły. Głupia, stara raszpla.
— Niedobrze — skwitowała jedynie i zaczęła pisać coś w laptopie.
Matkę pewnie jednak wezwą do szkoły, ale bliżej końca semestru, kiedy okaże się, że Lotus będzie musiała zaliczyć przedmiot. Na powrót spuściła wzrok i zaczęła się machinalnie bawić śrubką, która wystawała z górnej części nóżki stolika. Jakby miała odrobinę dłuższe paznokcie, to z łatwością by ją wykręciła. Myśl ta była kusząca, ale i tak cokolwiek złego nie stałoby się w tej sali, podejrzenia od razu padały na Lotus. Częściowo dlatego, że w tej klasie była wyjątkowo nielubiana, a częściowo dlatego, że rzeczy w jej otoczeniu faktycznie wyjątkowo często się psuły. A raczej były po prostu rozkładane na części pierwsze i składane z powrotem z dodatkami, które często nie spełniały oczekiwanej funkcji. Co Lotus mogła poradzić na to, że to wszystko było tak nudne, a ona naprawdę nie umiała siedzieć i nic nie robić? Jej ostatnią ofiarą był kalkulator koleżanki. Kiedy z nim skończyła, każdy przycisk pełnił inną od pierwotnej funkcję, a po dziesięciu minutach kompletnie przestał działać. Po tamtej sytuacji nikt już z Lotus nie siadał i nie chciał jej pożyczać rzeczy.
Chociaż siedziała w rogu sali, najdalej od drzwi jak tylko mogła, kiedy zadzwonił dzwonek, pierwsza znalazła się na korytarzu. Nie miała zamiaru przebywać w jednym pomieszczeniu z tą durną babą ani sekundy dłużej, niż naprawdę musiała.


────
[666 słów: Lotus otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Niketasa — „Pluszowe misie słuchają Highway to hell”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Przyjrzała mu się wnikliwie. Może nonszalacko oparł się o drzewo, tak jak wcześniej o framugę drzwi, ale tym razem było inaczej.
— Był dzisiaj jakiś maraton? Trening biegania z workami dookoła placu? — Nie omieszkała nie wypełnić swojej wypowiedzi kąśliwą ironią. — Jesteś taki czerwony.
— Nie jestem pluszakiem, nie ma co na mnie patrzeć, Werrcia. — Uśmiechnął się szerzej. — A gdy delta jest ujemna, to funkcja nie ma miejsca zerowego!
Jedna z brwi Weroniki wystrzeliła na czoło. Nawet ktoś z problemem odczytywania emocji z twarzy od razu rozpoznałby, że to było pytanie. Lekko niedowierzające, ale pytanie.
— Myślałem, że to domek mądrości, liczenia i tak dalej, ale widzę, że się myliłem. Chodzi o to, że… Wiesz co, miałem jakąś elegancką metaforą, ale nie jestem tym typem. Faktem jest to, że nie masz na czym oprzeć tego śledztwa. Tylko się kręcisz głupio, zamiast prosić mądrzejszych o pomoc.
Już miała zareagować, otworzyła nawet usta, żeby coś powiedzieć, ale coś ją tknęło. Zmieniła zdanie i uśmiechnęła się w ripoście.
— W tym momencie przecinasz moje miejsce zerowe. Dlaczego? Myślałam, że cię nie obchodzą bycie detektywem. A tu proszę, jesteś.
— Obchodzi mnie niebycie przydupasem. Odrzuciłaś, lalunia, moja szczodrą propozycję i teraz będę tylko podziwiać twoje próby.
— Rzucasz mi wyzwanie, N-n-n… Natanielu? Nikodemie? — Odparła złośliwie.
Oczywiście, że udawała zamyślenie. Zdążyła go w myślach przeklinać wiele razy, za każdym razem zmieniając inwektywy na coraz bardziej kreatywne. Ciężko, żeby się to imię nie wryło w pamięć.
Poprawił kurtkę. Jeżeli coś go tknęło, to nie dał po sobie tego poznać. Głupie okulary, jak już miał zmarszczyć brwi czy zmrużyć oczy, to nie można było tego tak łatwo zobaczyć. To nie było uczciwe.
— Niee, ależ skąd. Jestem zbyt zajęty, mam swój biznes. Liczę podatki, procenty i wbrew pozorom zajmuje to trochę czasu! — Chełpił się.
Dziewczyna przewróciła oczami, wymijając go i ruszając dalej. Wciąż z pluszakiem u swojego boku. Gdy spacerowała, usłyszała za sobą jego kroki. Odwróciła się, żeby upewnić się, gdzie on jest. Jak na złość, postanowił przyczepić się do niej, jak rzep do psiego ogona. Bezpieczne 2 czy 3 metry za nią. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie fakt, że przeżuwał coś bardzo głośno i rozpraszał jej myśli. Gumę? Prawdopodobnie. Jak nie przeszkadzanie na zebraniach grupowych, to tutaj, a i tak miała pewne podejrzenia, kto ostatnio zepsuł jej spotkanie grupowe.
— Są sprawy, Barbaro Pietrowno, o których nie tylko nie można mówić mądrze, ale o których mówić jest niemądrze. — Mruknęła pod nosem.
Przystanęła nagle, po czym oparła się o drzewo i wrzasnęła na Niketasa, że jest jakimś skończonym imbecylem, że za nią chodzi i ją irytuje, przy okazji niszcząc materiały dowodowe i depcząc po wielkiej spuściźnie wielkich poetów rosyjskich i literatów i innych ważnych ludzi sztuki. Wsunęła kartkę w drzewo, korzystając z dywersji i z tego, że się głupowato uśmiecha w jej generalnym kierunku. Gdy już skończyła swoją tyradę, obróciła się na pięcie, trzepnęła włosami i ruszyła bardzo szybkim krokiem w kierunku obozu.
Zostawiła szczegółowe informacje, ale dla kogoś z jej domku. Była ciekawa, czy Niketas w ogóle zauważył, że to zrobiła, a po drugie, czy w ogóle zrozumie jej treść. Sam fakt, że przyszedł się z nią spotkać, mówił jej tylko jedno. Że jest zainteresowany sprawą. Czy dla samego rozwiązania sprawy, czy żeby ją irytować, nieważne. Pokaże temu dzieciakowi, gdzie jego miejsce.
Tym razem nie słyszała jego kroków. Oddała się myślom, szczególnie o literaturze oraz o tym, że gdzieś ma nagranie z jakiegoś niszowego baletu, podejmującego różne tematy i aspekty, w tym filozoficzne. Było to zdecydowanie przyjemniejsze niż jakieś bawienie się z dzieciaczkami z Obozu. Żeby to jeszcze były te fajniejsze podrostki, którym można jakkolwiek przekazać wiedzę, a nie takie pyskate, z przerośniętym ego, wypierdki Hermesa. Wydawało się jej to jakkolwiek dziwne, ale tęskniła za poprzednim grupowym. Czy domek Hermesa był kiedykolwiek spokojny? Nie. Za to przynajmniej się skupiali na dobrej zabawie. Teraz miała wrażenie, że dzieją się tam dziwne kalkulacje oraz podejrzane transakcje. Nikt jej nie chciał powiedzieć koherentnego, co w trawie piszczy, a to był zawsze pierwszy krok do tego, że coś jest przed nią ukrywane. Już zdążyła przez wiele lat wyczuwać niechęć ludzi do jej osoby, strata tych osób, co pozwalało wyciągnąć jej wnioski i dostrzec jakąś całość. Złożoną ze szczegółów.
Pomyślała złośliwie. „Powodzenia Nikodem”. Treścią kartki w końcu był rządek jego jakże ukochanych cyfr.
„1. e4 d5
2. exd5 Hxd5”
Spojrzała na pluszaka, który cały czas zwisał u jej boku i wyrzuciła go jednym niedbałym ruchem do kosza. A teraz czas się umyć i jutro zaplanuje, co dalej. Ich swoista partia się zaczęła, a Nika miała wrażenie, że zdecydowanie chodzi o honor. Pal już licho te pluszaki, one miały być tylko odskocznią od życia obozowicza, które może nie było nudne, ale czegoś brakowało. Marnowała się mentalnie, nikt nie dorównywał jej w partiach szachowych oraz Chejron coraz częściej prosił ją o krótkie sprawozdania, takie w maksymalnie dziesięciu słowach. Na prywatności powiedział, że docenia jej poetycką wrażliwość, ale czasem trzeba prosto i krótko, szczególnie dla innych grupowych. Cóż, to było miłe z jego strony.
Zerknęła na partię szachową zostawioną przez Maura i się uśmiechnęła lekko, tym razem szczerze i bez cienia sarkazmu. Maur zdecydowanie zrobił dobry krok.


Niketas?
────
[847 słów: Weronika otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

piątek, 1 maja 2026

Od Niketasa CD Weroniki — „Pluszowe misie słuchają Highway to hell”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Po swojej wycieczce do domku szóstego (co było częścią jego NiecnegoPlanu™) i zasianiu w zadufanej w sobie i rosyjskich pisarzach grupowej szczypty niepokoju (taką ma nadzieję, taki był cel), na szybko wpada do jedenastki, rzuca w kąt wypisany długopis i wygrzebuje z szafki taki, który teoretycznie powinien pisać. Gdy prędko koryguje swoje zapiski, w myślach liczy mijające sekundy, podczas których to Weronika może wykonać nieprzewidywalny ruch na ich mistycznej planszy szachów 6D i zapędzić Niketasa w kozi róg. Rozgrywka z nią wymaga od niego większego zaangażowania intelektualnego niż spodziewał się, że będzie musiał włożyć w tak błahe przedsięwzięcie, jak rozmowa o pracę z jakąś randomową córką Ateny. Z jakiego powodu ona jest grupową, Niketas nie wiedział i chyba wolał nie wnikać w kwestionowalne wybory mieszkańców domku szóstego.
– Co robisz? – pyta tylko lekko zaniepokojony Ulfert, a grupowy pozwala sobie wcale nie ironicznie spojrzeć na niego znad zsuniętych na czubek nosa okularów. Na język ciśnie mu się proste: „spierdalaj”, ale ze względu na łączące go z Ulfem więzy krwi, postanawia zachować się trochę grzeczniej.
– Niszczę komuś życie – odpowiada zupełnie poważnym tonem i, jak gdyby nic, wraca do krążenia po niewielkim kawałku czystej podłogi i pisania w notesie, ledwo czytelnym pismem zajmując miejsce obok chaotycznie zapisanych działań dotyczących odchylenia standardowego średniego zarobku ze sprzedaży iFajstosów i energetyków oraz przewidywanego dochodu na następny miesiąc z zaznaczeniem, co aktualnie jest bardziej opłacalną inwestycją. – Albo bardziej swoje, tak po namyśle – dodaje, kręcąc młynka długopisem, który okazał się ołówkiem mechanicznym. – Niepotrzebnie się tak staram, wiesz, ta cała Weroniczka…
– Mieliśmy dzisiaj sprzedawać Boskie Fulle – przerywa mu Ulfert, bo już woli słuchanie okropnych niketasowych sloganów reklamowych od zostania wciągniętym w realizację jakiegoś kolejnego chorego planu grupowego. Niketas wie to doskonale i tę żałosną próbę kwituje krótkim śmiechem, który bardziej przypomina suchy kaszel.
– Słuchaj, braciszku. Po pierwsze, nie mam humoru. Po drugie, pierwiastek z sigmy kwadrat ze średniej sprzedaży energetyków wyszedł mi na tyle niski, że nawet jeśli nie będzie mnie z tobą, sprzedaż spadnie nam co najwyżej o dwie sztuki, nie ma jakiejś tragedii. Poradzisz sobie beze mnie.
– Ale…
– W zakresie średniej mieści się jakieś 69,7% populacji, Ulfert, zakładam, że się tam znajdujesz. – Wzdycha Niketas i nawet zsuwa okulary na czubek nosa, żeby spojrzeć na brata jak typowa niedowidząca nauczycielka na biednego ucznia, który właśnie ze stuprocentową pewnością stwiedził, że jeden dodać jeden równa się jeden. – To, że akurat ja jestem sigmą…
– Ty chyba… chyba posługujesz się tym terminem inaczej, niż ja go rozumiem??
– Chłopie, prawie cała populacja mieści się w trzech sigmach, ale ty chyba wychodzisz poza nią – oznajmia Niketas z przyklejonym do twarzy najbardziej płaskim uśmiechem, jaki można sobie wyobrazić. – A teraz – aż wstaje, żeby wykorzystać swoją przewagę wzrostu nad bratem – ty idziesz sprzedawać nasze cacka, ja załatwiam całą resztę.
Na całe szczęście okazuje się, że Ulfert nie ma zamiaru wnikać w to, czym jest „cała reszta” i Niketas w spokoju opuszcza domek (zostawiając brata z zagadką, czym jest „sigma”), poprawiwszy obozową koszulkę oraz ułożywszy usta w swój zwykły, psotliwy uśmiech, od którego ucieka połowa Obozu.
Zalążek planu już od jakiegoś czasu kreował się w jego głowie, powoli nabierając coraz bardziej wyraźnego kształtu, który próbował dać mu do myślenia, czemu w ogóle aż tak angażuje się w sprawę Weroniki. Dzięki temu jeszcze raz przejrzał wszystkie swoje motywacje i przez to, że jedną z nich jest „obrona swojego honoru (plus honoru wszystkich Hermesiątek, którego na dobrą sprawę posiadają bardzo mało)”, to jednak postanowił z niczego nie rezygnować, choć to byłoby lepsze dla jego zdrowia psychicznego.
Fioletowe włosy, błyszczący gladius u pasa i ściskany pod pachą pluszak nie wyróżniają się na tle innych obozowiczów tak bardzo, jakby chciała Weronika i Niketas, więc chłopakowi chwilę zajmuje dostrzeżenie zmierzającej do lasu dziewczyny (tak długo, że aż musiał skoczyć do jej domku, żeby zapytać o nią jakiegoś załamującego się nad szachownicą dzieciaka). Na szybko próbuje ocenić sytuację, rozpędzając silniczki swojego analitycznego umysłu ścisłowca. Opuściła domek, w którym czekała na kolejnych naiwniaków, którzy zgodzą się być przydupasami wielkiej arystokratki, córki wspaniałej bogini Ateny, której należy się cały świat i jeszcze trochę. Chłopiec zadaje sobie szybkie pytanie pomocnicze, czemu niby miałaby to robić. Odpowiedź znajduje sie sama, bo co mogłaby robić wspaniała fioletowowłosa grupowa, jak nie bawić się w Sherlocka (Niketas nie ma pojęcia, czy Rosjanie mają jakiegoś swojego ultra popularnego detektywa), któremu wciąż brakuje Watsona.
Niketas poprawia okulary. Włosy również. Zerka w swoje już bezużyteczne notatki, bo ta rozgrywka wymaga ciągłego dostosowywania się do prędko zmieniającej się sytuacji. Może właśnie przeżyłby załamanie i stwierdziłby, że znalazł się na pozycji przegranego (co jest poniekąd prawdą, zważywszy na to, że o istocie śledztwa wie znacznie mniej niż Weronika), gdyby nie fakt, że właśnie do takich rzeczy został stworzony. Do rzeczy wielkich, w których może wykazać się pełnią swoich umiejętności.
Aktualnie pełnią jego umiejętności będzie dostanie się do lasu przed Weroniczką, zmierzając do niego okrężną drogą. Po co ona tam idzie, to on nie ma pojęcia, ale pluszak i ściskany w dłoni notes pokrętnie dają mu kilka wskazówek. Sherlockuje, to jasne, ale sherlockować może po całym Obozie, nie tylko w lesie. Gdy wokół niego świszczą wymijane gałęzie, Niketas oczami wyobraźni próbuje dokładnie rozrysować sobie całą sytuację, ale ciągle odkrywa kolejne dziury logiczne. Przyznanie przed samym sobą, że ma za mało informacji, żeby wszystko sobie dodedukować jest jednak dla niego zbyt uwłaczające.
Zanim Weronika wychodzi spomiędzy drzew, chłopakowi udaje się nawet uspokoić oddech i nonszalancko oprzeć o pobliski pień. Szorstka kora wbija mu się w plecy, ale on bohatersko wytrzymuje tę niedogodność.
– Co ty tutaj robisz? – pyta, ale Niketas nie jest w stanie stwierdzić, czy brzmi na zaskoczoną, czy bardziej na dziwnie podejrzliwą.
– No, śledztwo robię – blefuje, a jakąkolwiek niepewność maskuje szerokim uśmiechem przyklejonym do twarzy. Przeczesuje włosy, trochę rozczochrane przez wiatr towarzyszący mu podczas poruszania się z prędkością około piętnastu metrów na sekundę. – Nie tym mieliśmy się zająć, paniusiu?
– Гусь свинье́ не това́рищ – dziewczyna prycha gniewnie i unosi podbródek, swoim zwyczajem zgrywając dzianą pannę, przy której on jest zaledwie brudnym bezdomnym. – Gęś nie jest przyjaciółką świni.
– Przez różnice gatunkowe byłoby to całkiem trudne, Werciu. – Najwyraźniej to błędna odpowiedź, bo grupowa jedynie jeszcze bardziej zadziera nosa i posyła chłopakowi ironiczny uśmieszek. Zaplata ramiona na piersi w bojowniczej pozie (pluszowy miś smętnie zwisa przy jej boku, trzymany za sponiewieraną tylną łapkę) i chyba próbuje dać mu do zrozumienia, że w myślach się z niego śmieje, ale jest na tyle żałosny, że nie chce tracić czasu na wypowiadanie obelg. On by takich wyzwisk z chęcią posłuchał, nawet zdążył się już wyprostować i przeczesać włosy, żeby sprawiać wrażenie godnego do walki przeciwnika.
– „Są ludzie, o których umyśle można od razu sądzić na podstawie ich głosu i śmiechu,” pisał Czechow – Weronika zaczyna jeden ze swoich wykładów, a Niketas nie potrafi powstrzymać się od suchego i krótkiego śmiechu, który najwyraźniej nie wywiera na dziewczynie żadnego wrażenia. – Ty jesteś właśnie takim człowiekiem – wytyka mu.
– Aha, i?
– Mnie nie oszukasz – cedzi Weronika. – Nawet nie wiesz, od czego zacząć. Miejsca zbrodni nie widziałeś, chłopaczku.
– Ta? – Niketas wykorzystuje swoją wspaniałą umiejętność unoszenia jednej brwi. – To czemu niby tutaj jestem?
Gdyby znał jakieś fajne cytaty, to sam by się pochwalił jakąś mądrością o przebiegłości i byciu lisem, docieraniu przez to do celu i tak dalej, ale jego mózg woli zapamiętywać inne, bardziej przydatne sprawy. Na przykład sposób obliczania ciągu złożonego z dwóch innych ciągów. Albo wszystkie istniejące wzory na pole trójkąta.


Nika?
────
[1216 słów: Niketas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Raine CD Filemona — „Grzybiarze wcale nie są lepsi od Karen”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA IV

Raine już od dawna wie, że poradniki o zdobywaniu przyjaciół mogłoby pisać lekką ręką: jest w tym absolutnym mistrzem i właśnie po raz kolejny w swoim życiu się o tym przekonuje. Triumfalnie zjeżdża na parter, kompletnie nie przejmując się dziwnymi spojrzeniami, które posyłają mu ubrani w eleganckie garnitury i garsonki ludzie. Zapewne są to tylko współpracownicy Filemona – tylko, bo on nie wygląda na osobę, która ma wielu znajomych, straszliwie oschły typ, ale mimo tej lodowatej maski Raine widzi w jego sercu rzeczywiste, wciąż tlące się dobro. Inaczej by mu nie pomógł z tym kredytem, duh.
Zjechawszy na parter, jeszcze chwilę kręci się po lśniącej, białej podłodze. Jest przekonane, że dostrzega w niej swoje odbicie, nawet całkiem nieźle, jak w tafli jakiegoś mlecznego jeziora. Dopiero po paru minutach, może kwadransie wpatrywania się w podłogę, zbiera w sobie wystarczająco dużo odwagi, żeby wyjść przed budynek.
Ostatnio bywa tu całkiem często, bo codziennie orientuje się, że wciąż nie do końca rozumie, jak działają kredyty, więc wyrobiło sobie już rutynowy zwyczaj wkraczania do banku w celu zasypywania miłych pań za okienkami pytaniami o funkcjonowanie pożyczek, dopóki go stamtąd nie wykopują i każą przeczytać regulamin na swojej stronie internetowej. Jednak zazwyczaj jest tu tylko przy okazji albo przejazdem, w drodze do pracy. Przez okna autobusów wypatruje jadącego na rowerze Filemona, czasem postanawia chwilę przejść się pieszo, ominąć bank i przejść na kolejny przystanek, znowu wsiąść do autobusu i odjechać, wszystko po to, żeby spotkać na swojej drodze tego przemiłego mężczyznę. Czasem nawet ma przy sobie jakieś drobne podarunki, ale zazwyczaj albo nie widzi Filemona, albo o tych podarunkach zapomina, a one bardzo szybko zasilają armię śmieci i gruzu na dnie plecaków i toreb Raine.
Obserwując bank, szybko doszło do wniosku, że jeden bardzo podejrzany typ kręci się tam zdecydowanie za często. Możliwe, że nawet częściej niż Raine, co jest nie do pomyślenia – ono próbuje tu być rekordzistą, cholera jasna. Zaczęło więc czasem przyglądać się facetowi, który w myślach półboga bardzo przypomina postać z kreskówi: wiecznie w tym samym ubraniu, zawsze z tak samo ułożonymi włosami i trochę niepasujący do tła, jakby ktoś go wkleił do rzeczywistego świata w Photoshopie. Gdy przygląda mu się dokładniej, gdy mrużąc oczy próbuje dostrzec szczegóły rysów jego twarzy i odróżnić płaszcz od koszuli, to typ zlewa się jeszcze bardziej, niż kiedy wzrok półboga się na nim nie skupia. Kształty łączą się ze sobą albo dziwnie rozdzielają, coś miga, włosy się glitchują, a facet jakby zacina się w swoim rutynowym krążeniu wokół banku. Raine dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że to jest zupełnie niemożliwe. Nie można mieć słabego połączenia internetowego z rzeczywistością.
Dlatego postanowiło ostrzec Filemona. Nie na co dzień spotyka się potwory, które mają wokól siebie tak gęstą Mgłę, że nawet doświadczony przez lata obozowej praktycki heros nie jest w stanie jej przebić. Pewnie Raine musiałoby podejść bliżej, możliwe, że nawet wdać się w walkę, tylko po to, zeby wreszcie ustalić, czym ten podejrzany facet jest naprawdę. Prawdopodobnie nie stanie się to w najbliższym czasie, bo mimo swojej uroczej głupoty, Raine jeszcze nie ma ochoty na przedwczesną śmierć. W tej sytuacji najbardziej niepokoi go ignorancja Filemona, który chyba woli pewnego dnia umrzeć, tak po wyjściu z pracy, kulturalnie. Oceniając go po jego zachowaniu, to może nie miałby nic przeciwko, może właśnie o to mu chodzi, ale nieważne co, Raine powzięło sobie za cel go ochronić. Dziwnie to brzmi, gdy mowa tu o trzydziestoparoletnim mężczyźnie i ledwo dwudziestolatku, ale Raine jest właściwie całkiem bohaterskie i skuteczne w obronie ludzi, nawet jeśli tego po nim nie widać, a leczenie innych idzie mu jak krew z nosa.
Oczywiście, po wyjściu z biurowca, z bijącym głośno sercem, rozgląda się dookoła. Dziwnego typa nie ma nigdzie w zasięgu wzroku, więc Raine wzdycha z ulgą i, wciąż z duszą na ramieniu, kieruje się do najbliższego przystanku. W drodze szybko wyklikuje krótką wiadomość SMS do Filemona, żeby sprawdzić, czy na pewno dał mu właściwy numer. Jesli nie odpisze, to zadfzwoni, proste. Ma przecież powód.

– Mówiłem ci, żebyś nie dzwonił. – Jest pierwszym, co słyszy Raine, gdy po kilku niesatysfakcjonujących próbach, Filemon wreszcie odbiera telefon.
– Ale mi nie odpisywałeś – argumentuje grzybiarz, uśmiechając się do słuchawki jak głupie, bo wreszcie jego najnowszy przyjaciel odebrał, dzieki bogom. Już się bało, że ten szemrany facet go dorwał i tyle po nim. – Okej, ja jeszcze chcę tylko ci powiedzieć o tym potworze, dobra? Rano chyba spieszyłeś się do pracy i nie chciałeś mnie posłuchać, więc powiem ci teraz!
– Dzieciaku, ja nie mam czasu na leczenie wybryków twojego umysłu, do jasnej Anielki – mamrocze Filemon po drugiej stronie. – Zostaw mnie w spokoju i umów się na wizytę u jakiegoś psychologa chociaż, a nie próbuj wmówić ludziom, że twoje pieprzone halucynacje są realnym zagrożeniem.
– Przecież tez jesteś herosem, Filemon! – mówi Raine, gwałtownie gestykulując, choć mężczyzna nie może tego zobaczyć. – Słuchaj, serio, bo sytuacja nie jest fajna. Widuje to coś przed twoim bankiem tak często, że mnie samego to trochę mrozi w środku, rozumiesz? Mogłobym się zająć swoimi grzybami, teraz to je powinnom spryskać wodą i zmonitorować wzrost, okej? Ja mam inne rzeczy do roboty! Ale się o ciebie martwię, zrozum to, proszę!!! – tłumaczy i naprawdę stara się brzmieć poważnie, chociaż boi się, że zwyczajowa radosna nuta, praktycznie zawsze obecna w jego głosie, dla Filemona może zwiastować kłamstwo. Ile ono się musi napracować, żeby mężczyzna w ogóle zorientował się o grożącym mu śmiertelnym zagrożeniu, to powinno być nielegalne! Ktoś cię ostrzega, że umrzesz, tylko debil może reagować tak jak- Raine nie będzie nawet w myślach nazywać swoich przyjaciół idiotami. Jeszcze nie zniżyło się do takiego poziomu.
Filemon nie odpowiada przez długą chwilę. Raine kilka razy woła do niego „halo”, aż zdaje sobie sprawę, że musiał się rozłączyć dobre kilka minut temu. Tłumaczy to sobie tym, że pewnie jest zajętym trzydziestoparoletnim mężczyzną, który na głowie ma już dom, dzieci i żonę albo męża, albo osobę małżonową, nieważne. W każdym razie, pewnie ma swoje bardzo ważne i bardzo interesujące życie, w które Raine musi się dopiero wgryźć, zanim będzie mogło rzeczywiście nazywać się przyjacielem Filemona. A zacznie się tak nazywać z dumą, jeszcze wszyscy zobaczą, że Raine jest w stanie zaprzyjaźnić się z nawet tak zaciętym gnojem, jakim jest Filemon.

Raine kontynuuje swoją obserwację banku. Nie nazwałoby tego stalkingiem, bo w końcu chodzi o sam bank, a nawet bardziej o to, kto się wokół tego banku kręci. Teraz już zawsze, gdy tylko znajduje się w okolicy, dostrzega sylwetkę tego podejrzanego, dziwnego typa. Nietrudno go rozpoznać, chociaż czasem trudno dostrzec. Wzrok Raine chce się po nim prześlizgiwać, jak po jakimś bardzo nieważnym szczególe tła, jednym z wielu śmieci zalegających na chodnikach albo zupełnie nieistotnym gołębiu. Gdy Raine wreszcie udaje się skupić swoje spojrzenie na facecie, to szybko zaczyna boleć go głowa, a świat miga przed oczami. Myśli sobie, że jest coraz gorzej. Sytuacja powoli zaczyna wymagać półboskiej interwencji, bo podejrzany typ zaraz samym swoim istnieniem wydrze dziurę w czasoprzestrzeni.
Nie ma już czasu na puste ostrzeżenia i obietnice ochrony. Raine bierze głęboki wdech, potem wydech, potem znowu wdech i znowu wydech, bo nie może zapomnieć o oddychaniu. Wyciąga swój gladius, a raczej pluszowy breloczek grzyba, w którym jest ukryty. Zawsze ma tego grzyba przypiętego do paska spodni na zielonym karabińczyku, dzięki czemu jest w stanie odróznić go od miliona podobnych breloczków. Inaczej pewnie musiałoby przez parę minut poszukać swojego miecza, zanim byłoby w stanie dzielnie dzierżyć go w dłloni i pokonać cokolwiek pojawi się na jego przepełnionej pułapkami pólboskiej drodze życia.
Przełyka ślinę, gotowe do napaści. Do zrobienia rozróby w biały dzień. Gdzieś w oddali dostrzega zmierzającego do pracy Filemona, jak zawsze jadącego na rowerze. Odnotowuje to jako dodatkowe posiłki, gdy jednak sobie nie poradzi z tym jednym potworem. Dzięki temu czuje się trochę pewniej, gdy wreszcie podchodzi do podejrzanego mężczyzny w podejrzanie długim płaszczu i podejrzanie migającej twarzy, która nie ma konkretnych rysów. Otwiera usta, żeby się z nim wesoło przywitać, ale zamiast tego z jego gardła ucieka okrzyk zaskoczenia.
Mężczyzna momentalnie zaczyna się zmieniać. Przeobrażać. Rosnąć. Tworzyć sobą groteskowy obraz prosto z horroru.
Raine ma ochotę uciekać, ale jest już za późno. Poprawia swój chwyt na rękojeści. Z do bólu zaciśniętymi zębami, rzuca się do desperackiej próby ataku.


Filemon?
────
[1353 słowa: Raine otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]