Dziki Zachód AU
Drobne kamienie spadały, grzęznąc w pomarańczowym żwirze.
Będą spadać jeszcze przez dobre kilka lat z urwiska, w cieniu milczących olbrzymów. Niektóre zwietrzeją i po rozpadzie będą zatrzymywać przyszłych bliźniaków. Reszta osunie się pod ciężarem ciał zwierząt. Nad nimi, szyderczo, przeskoczą biegacze, rozsiewające na swojej drodze niezliczoną ilość nasion. Twarda skorupa ziemi, wysokie kamienie i suche, skarłowaciałe rośliny, a nad nimi masywy skalne atakujące niebo.
Wszystko zabarwione cynobrem zachodzącego słońca.
Mogłoby się zdawać, że na to pustkowie nie zawędrowała żadna ludzka stopa, gdyby nie tory. Ich ciągi rozorały ziemię, odbijając w jednym punkcie na dwie strony, jak zerwane szwy.
Kolejne kamienie potoczyły się wzdłuż drogi. Tym razem pod naporem kopyt końskich.
Kary Morgan stąpał ostrożnie po osuwisku, bez cienia zdenerwowania. Na nim siedziała dobrze zbudowana postać, której sylwetkę zasłaniał kapelusz oraz lekki płaszcz. Wszystkie toboły przytroczone do siodła były zaskakująco uporządkowane i nic nie miało prawa choćby dyndać. Kiedy już udało się przebyć tę najgorszą część, koń szedł dalej niespiesznym krokiem. Jeździec rozglądał się na boki, raczej ze znudzenia.
W oddali, na torach, majaczył się kształt. Przez chwilę wydawało się, że to jakaś iluzja, która nierzadko się pojawiała wędrowcom, szczególnie tym pod wpływem. Ale im dłużej czas mijał, tym bardziej było to realne, że coś się porusza na torach. Niebo było czyste, nie buchały żadne kłęby pary, ani nie rozlegał się głośny stukot. Koń się nie zatrzymywał, ale jeździec już ostrożniej ściągał wodze.
Gdy kształt przestał się majaczyć i zbliżał się do rozstaju, wraz z nim przyszło stukotanie. Była to drobna drezyna, widocznie lekka, skoro aż jedna osoba mogła ją napędzać. W przeciwieństwie do konia, z drezyny wystawały pakunki, tobołki, kawałki ubrań, przez co wyglądała jak mikro cyrk osobliwości. Gdzieniegdzie znajdowały się nawet małe proporce. Żeby było tego mało, osoba wymachująca wajchą również była specyficzna, przez rozciągające się na skórze plamy, widoczne szczególnie na rękach.
Jeździec pospieszył nieco konia, chcąc się zrównać z drezynką.
— Proszę tego nie robić! Mam broń i nie zawaham się jej użyć! — Zareagował od razu drezyniarz.
Z bliska mógł zobaczyć poważny wyraz twarzy, przez którą biegły blizny. Nie był w stanie wyczytać, czy właśnie ta osoba chce go zabić, czy zagadać. Postać nie odpowiadała.
— Ani kroku dalej tą chabetą!
— Chabetą? — Padła w końcu odpowiedź. Głębokim, kobiecym głosem.
Postać na wózku nieco zaskomliła, kiedy grzebiąc ręką w jednym z tobołków, nie mogła w stanie albo odszukać, albo wyciągnąć broni. Kobieta spięła konia i podbiegli przekornie do drezyny.
— To nie chabeta! Co taki cudak jak ty tutaj robi?
Gdy się facet odwrócił, ze strzelbą w ręce, wrzasnął głośno na widok konia. W tym czasie lasso, wyciągnięte wcześniej spod płaszcza, wyślizgnęło się z dużą prędkością. Rozległ się potężny huk.
W tym miejscu każde z nich by przysięgało, że minęło kilka minut. Podczas gdy w rzeczywistości było to kilka sekund, chwilę zajęło im zrozumienie sytuacji. Leżeli na ziemi, jedno ściągnięte sznurem, drugie z krwawiącym uchem. Drezyna pojechała dalej, ale już niespiesznie i bez impetu, za to spłoszony koń puścił się biegiem wzdłuż torów.
Pierwsza wstała kobieta i od razu przyciągnęła człowieka, tocząc go po ziemi, zwiniętego w kiełbaskę. Złapała za kołnierz koszuli i potrząsnęła nim mocno.
— Co to, kurwa, było?!
— Zostaw mnie ty dzikusko! Mówiłom, że użyję tej broni!
— Nie zrobiłam nic, co by sprawiło, żebyś zaatakował, głąbie kapuściany!
— Zbliżyłaś się koniem!
Przestała nim miotać, gdy dotarło do niej, że w tym momencie wierzchowiec znikał z oczu.
— To tylko koń, do cholery.
Rozplątała cudaka i westchnęła ciężko.
— AŻ koń! Ja się boję koni!
Jeżeli już patrzyła na niego jak na dziwaka, to tym zdaniem sprawił, że teraz był dla niej kosmitą.
— Jak ty funkcjonujesz tutaj, na Zachodzie, na którym poruszamy się właśnie końmi?
— Jakoś sobie radzę. Taką drezyną. Pociągi.
Podeszło do maszyny i oglądało z każdej strony, czy jest nieruszona. Z ulgą stwierdziło, że nic się nie stało, podobnie jak z torbami (niektóre spadły, fakt, ale dało się szybko je zebrać) i zobaczyło też, że kobieta ruszyła szybkim krokiem w kierunku konia. Wskoczyło na drezynę.
Nabrała spokojnego tempa i zrównało się wkrótce z dziwną postacią. Faktem było też to, że zwracało na siebie uwagę wszędzie, gdzie się dało, ale to samo można było powiedzieć o niej. Czy kiedykolwiek widziało tak solidną babę?
— Podwieźć cię?
Zerknęła na niego z ukosa. Widocznie oboje zdali sobie z tego sprawę, że dopadnięcie konia pieszo było ciężkim zadaniem. Wskoczyła na ławkę, po czym w podzięce (prawdopodobnie) przejęła wajchę, napędzając wózek.
— Konie uciekają może daleko?
— Ten raczej nie. Po prostu się spłoszył i pewnie za niedługo go zobaczymy.
Osobnik poprawił swój kapelusz oraz wygniecione kołnierze koszuli.
— Może się przedstawimy, jak już jedziemy razem? Jestem Arnar Bakke.
— Dahlia.
— Ładnie, ładnie. Bez nazwiska?
Wzruszyła ramionami. Nawet nie musiała kontynuować pytań, Arnar samo paplało.
— Ta drezyna i toboły to jedyne co mi zostało. Przygotowałom się w porę i akurat udało mi się uciec, zanim spalili mój dom. A mogłom jednak kogoś wynająć… Tak to jest, kiedy się zajmuje człowiek bankowością i pożyczkami, ale nie chcą oddawać, psie syny. Widziałom tylko pochodnie i wiedziałom, że mam zbiec, akurat niedaleko były tory. Ten wózek jest o tyle fajny, że można go popychać po równym terenie gładko, a wtoczenie go nie zajmuje długo. Na czym to ja skończyłom? Aha, no jadę teraz do Saint… Saint, Saint coś. Nie Saint Penis, nie?
— Denis. — Mruknęła pod nosem. Nawet nie była zdziwiona przygodą.
Zajęta była prowizorycznym bandażowaniem ucha. Na szczęście pocisk nie rozerwał całego, tylko zostawił dosyć mały ubytek.
— A, no właśnie, Denis. Jadę tam, bo może mi się bardziej poszczęści. Wiesz, zebrać kapitał, najpierw na pokerze, potem pierwsze pożyczki.
— Mhm.
— Słyszałom też historię, że tu są jeszcze nieodkryte złoża złota.
— To niemożliwe. Gorączka złota już minęła.
— Otóż nie! Mam bardzo dobrego informatora i powiem ci, że jest szansa.
Zmarszczyła brwi. Kojarzyła te okolice i każdy mówił, że wszystko zostało wyeksploatowane. W tym momencie trwały tylko potyczki między stróżami prawa a bandytami, którzy chcieli skorzystać z szybkiego zarobku. Głównie okradając tych, co to złoto wydobywali.
— Potrzebujesz może pieniędzy, Dahlia?
— Każdy potrzebuje.
— Tak, ale mogłobym mieć robotę dla ciebie. Nie jesteś zaciekawiona tymi złożami?
— Czemu ja? Prawie mnie zastrzeliłoś.
— Mam talent do ludzi. Powiedzmy, że dobre przeczucie.
— Najpierw znajdźmy mojego konia, bo w tym momencie odczuwam tylko przeczucie skręcenia ci karku.
Niezrażone Arnar się uśmiechnęło.
— Umowa stoi.
— Jaka umowa, nic nie by—
— Zaufaj mi, za te pieniądze będziesz mogła kupić stado innych koni… — Zawahało się, widząc jej morderczy wzrok. Czasem zapominało, że ludzie rzeczywiście się przywiązują do tych szkap. — …które będą dotrzymywać towarzystwa twojemu. One są stadne, nie?
— Ano.
Czerwień krajobrazu ustępowała chłodnym tonom. I tak odjeżdżali skrzypiącą od ciężaru drezyną, po zaskakującym spotkaniu, w kierunku nowej przygody.
────
[1091 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]