czwartek, 9 kwietnia 2026

Od Edel CD Dicka — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Edel powtarza sobie, że jest osobą cierpliwą i wyrozumiałą. Udowodniła sobie to już tyle razy, że gdyby pisała CV, to nawet nie zastanawiałaby się, jak może się w nim przedstawić. Dlatego, bardzo cierpliwie, targa legionistę za szmaty, żeby bezpiecznie wyprowadzić go POZA wodę. Jest jednak zbyt miła, żeby kogoś dosłownie ciągnąć za mokre ubrania. Wykazuje się kolejną szczyptą wyrozumiałości i wyprowadza go na brzeg, trzymając go w pasie na wzór przeprowadzania przez jezdnię staruszki, tuż po tym, jak majestatycznie, wręcz na wzór starego, pierdolniętego przez piorun dębu, opadł na dno. Nie chcąc ryzykować, Edel chwilę później wpycha sobie kurczaka pod pachę, wynosi go z rzeki i ze stoickim spokojem ignoruje świeże zadrapania na rękach, zakażone każdym istniejącym rodzajem gronkowca, który akurat postanowił spędzić swój długo wyczekiwany urlop w Małym Tybrze.
Kurczak jest bezpieczny. Legionista raczej też. Edel siada obok niego na trawie, wreszcie puszczając niezdrowego na umyśle Nuggetsa, który zaraz postanawia uciec na drugi koniec Ameryki (centurionka ma szczerą nadzieję, że jednak tego planu nie zrealizuje). Dziewczyna na szybko ocenia stan wiercącego się na trawie nastolatka (dziesięć razy zatrzymywała go przed natychmiastowym pobiegnięciem za swoim zwierzakiem), co teoretycznie powinna była zrobić przed transportem kurczaka, ale zbyt skupiła się na punkcie pierwszym każdego poradnika pierwszej pomocy: zadbaniu o bezpieczeństwo na miejscu zdarzenia. Topiący się drób zdecydowanie przyczyniłby się do naruszenia wszelkich zasad BHP, jakich nie uczono ich na żadnym szkoleniu dla centurionów, bo nikt nie wpadłby na to, że gdziekolwiek, kiedykolwiek i komukolwiek w ratowaniu czyjegoś życia przeszkodziłby topiący się drób, a nie, dla przykładu, ogromna latająca świnia.
– AŁA!!! – Donośny krzyk jest pierwszym, co wypływa z ust chłopaka, oczywiście nie licząc bezowocnych próśb o puszczenie go na pogoń za kurczakiem. Zszokowana Edel cofa dłoń tuż po tym, jak najdelikatniej na świecie, odgarnęła mu włosy z czoła i spróbowała ocenić, czy przyda się tu plaster, czy raczej trzeba będzie załatwić mu gips.
– Gdzie cię boli? – odzywa się u niej ta mechaniczna reakcja wychowawcy obozowego. Równie automatycznie poklepuje legionistę po plecach, gdy ten nagle krztusi się bogowie wiedzą czym. Może własną śliną.
– Głowa. – Jakby na dowód swojego cierpienia, chłopak przykłada dłonie do skroni i niemiłosiernie się krzywi. Edel wzdycha, bo szybko dochodzi do wniosku, że jest zmuszona wyciągnąć ciężkie działa centuriońskiej mocy.
– To idziemy do ambulatorium – decyduje i od razu wstaje, a jej ruchom akompaniują pełne przerażenia krzyki legionisty. – Uderzyłeś się w głowę, jeszcze masz jakieś wstrząśnienie mózgu. Jestem prawie pewna, że na moment zemdlałeś – wyjaśnia i miała zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale jej własne myśli jej przerywają. Przypomina sobie o porzuconym gdzieś na trawie notatniku, najważniejszym przedmiocie w jej życiu. Oraz o paru innych swoich atrybutach, które również rzuciła gdzieś obok koszyka z jedzeniem opanowanym przez inwazję mrówek. Rozproszona, zacina się, a ten moment krótkiego zawahania zostaje szybko wykorzystany przez rannego.
– Ja naprawdę nie muszę iść do żadnego ambulatorium! – upiera się chłopak, ale Edel w te słowa nie wierzy.
– Chyba cię zmartwię, ale rozbiłeś sobie czoło.
– Nie pierwszy raz! – hardo odpowiada legionista, próbując nonszalancko odgarnąć mokre włosy z oczu. Prawie wybija sobie przy tym oko i pewnie nawet bogowie nie wiedzą, jak mogło do tego dojść. – Możesz mi sprawdzić oczy. Jak jest wstrząśnienie mózgu, to było coś ze źrenicami… Nie pamiętam tylko, co.
– Mam ci tak poświecić latarką prosto w oczy? – pyta Edel, dokładnie tak, jak rodzice pytają: „A jak Antek wskoczy do studni, to też za nim wskoczysz?”.
– Tak – odpowiada chłopiec, całkowicie poważnie.
– Nie. Nie mam latarki.
Nadzieja w bardzo widoczny sposób ucieka z oczu legionisty.

Człapią w kierunku Obozu, trzymając się na tyle daleko brzegu rzeki, żeby na pewno nikt już sobie tam nie popływał. Za nimi ciągnie się mokry ślad, woda wciąż kapie im z ubrań i włosów, wylewa się z butów. Każdemu krokowi towarzyszy chlupotanie i Edel już nie wie, czy po prostu przestała czuć wodę w swoich glanach, czy jakimś cudem zalało jej czaszkę od środka.
– Jak masz na imię? – pyta dziewczyna, przerywając niezręczną ciszę. Prawie dotarli już do stajni. Jest progres.
– Dick, a ty? – Na moment podnosi wzrok ze swoich butów, co Edel odczytywała jako rodzaj ukazywania swojego speszenia albo urazy, bo jednak centurionka prowadzi go gdzieś, gdzie nie chce być. Jednak zaraz przekonuje się, że to raczej sposób, dzięki któremu Dick jest w stanie utrzymać minimalne bezpieczeństwo podczas zwykłego spaceru.
Żadne z nich nie wie, na czym się poślizgnął. Ani czemu pomachał rękoma tak gwałtownie, że uderzył Edel prosto w splot słoneczny. Dziewczyna zajęta jest łapaniem się za brzuch i próbą złapania oddechu, podczas gdy Dick po prostu… nie dość, że się przewraca, to jeszcze postanawia stoczyć się z górki. Brakuje nagle zlatującego z nieba pianina, żeby dopełnić scenerii.
Chłopiec toczy się prosto pod ogrodzenie stajni i wygląda na to, że nie ma najmniejszego zamiaru się zatrzymywać.


Dick?
────
[782 słowa: Edel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 7 kwietnia 2026

Od Isobel CD Dahlii — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Isobel po powrocie do mieszkania parę razy przeklinała sprawę ukradzionego plecaka. Nie żeby cokolwiek jej się znudziło; wręcz przeciwnie — poświęcała biednemu plecakowi zdecydowanie więcej, niż powinno. I to był jej problem, bo kiedy usiadła przy biurku, zobaczyła na nim porozrzucane kartki z niedokończonym referatem. Po przeczytaniu tego, co już miała, okazało się, że są to tylko jakieś niezbyt powiązane ze sobą skrawki informacji i jej własnych, pokręconych przemyśleń. Pół biedy, gdyby musiała poprawić i dokończyć tekst. Niestety, Is musiała napisać calusieńki referat od nowa. W każdy inny czwartek z większymi lub mniejszymi trudnościami byłoby to łatwiejsze, ale jej tok myśli ciągle zaburzały pytania w stylu: „Skąd ja znam tego faceta?”, lub „Na cholerę mu był ten plecak?”.
Klientów w barze miała naprawdę wielu. Stałych bywalców zwykle znała nawet z imienia, ale na piwo przychodziło też mnóstwo osób, które ten bar widziały pierwszy i ostatni raz. Miała dobrą pamięć, ale po pewnym czasie pracy nauczyła się wyrzucać z głowy niepotrzebne informacje. Takowymi były między innymi twarze klientów baru. Zdecydowanie miała wiele innych, bardziej wartych do zapamiętania rzeczy. Więc dlaczego, do cholery, ta konkretna twarz została w jej głowie?
Napisanie tego nieszczęsnego referatu zajęło jej dwa razy dłużej, niż zwykle, a normalnie i tak trwało to dość długo. Finalnie oddała dnia następnego dnia z rana, cztery godziny po tym, jak wprowadziła ostatnie poprawki. Cudownie spędzona noc. Bardzo starała się nie wyglądać jak trup. Naprawdę bardzo.
Na szczęście w barze znalazła się kilka godzin i litr kawy później, jak zwykle jadąc na wyimaginowanej energii i promiennym uśmiechu. Humor miała zdecydowanie lepszy, bo siedząc na jednym z wyjątkowo nudnych wykładów, nagle przypomniała sobie, skąd zna mężczyznę-złodzieja z nagrania. Dzięki temu, mimo małej ilości snu, pracowała nakręcona jak pozytywka, kręcąc się w tą i z powrotem za barem. Barny nie wiedział, czy powinien się śmiać, czy zrugać ją za to, że w końcu się potknie i rozbije sobie ten rudy czerep o kant baru. W końcu wybrał śmiech, co Is kwitowała przewróceniem oczami i mamrotaniem pod nosem. Mogło tam paść coś o starych prykach i nieumiejętnym smażeniu frytek.
Lawirując między stolikami, często spoglądała w kierunku drzwi. Wypatrywała Dahlii, bo czuła, że jeszcze chwila i wybuchnie, jeśli jej nie opowie o tym, co sobie przypomniała. Zwykle nie myślała o tym za dużo, ale w tej chwili żałowała, że choćby trzymanie telefonu w dłoni mogło na nią ściągnąć jakąś wściekłą empuzę. Chwilę zastanawiała się, czy Dahlia uważa ją za dziwną, bo nie zapytała o numer telefonu, ale w sumie to miała to gdzieś.
Prawie wylała piwo z kufla, kiedy kobieta w końcu pojawiła się w drzwiach baru. Z rozbawieniem zauważyła, że stare pijaczki obrzucają ją zaniepokojonymi spojrzeniami. Z jednej strony Dahlia może i wyglądała, jakby mogła ich poskładać jedną ręką, ale zazwyczaj byli tak skorzy do bójek, że miło było widzieć ich przestraszonych. Świetna sprawa. Zaczęła machać do Dahlii (jakby trudno było ją przeoczyć za barem), jednocześnie podając klientowi jego kufel.
— Cześć! Boże, dobrze, że już jesteś. Siadaj, siadaj — machnęła ręką w stronę hokerów stojących po drugiej stronie baru. Wytarła dłonie w szmatkę.
Dahlia po chwili usiadła na wskazanym miejscu.
— Dalej nie mam pojęcia, po co komu był mój plecak — powiedziała, nieco podnosząc ton, żeby było ją dobrze słychać przez harmider panujący w barze.
Is aż klasnęła w dłonie, po czym oparła się o blat.
— Ja wiem, dlaczego pamiętam tego gościa. Ze dwa tygodnie temu w sobotę mieliśmy tu straszny ruch, jak nigdy. Ledwo się wyrabiałam na zakrętach, serio! No i nie dość, że pracowałam za dwóch, to jakiś palant jeszcze chciał się ze mną kłócić, że nie zapłaci nam za piwo, bo jak szedł do stolika to się potknął i je wylał — mówiła, gestykulując żywo. Barny co jakiś czas pojawiał się obok, ale sprawnie unikał jej latających w powietrzu dłoni. Nie miał przy niej innego wyjścia, niż się przyzwyczaić. — Pokłóciłam się z nim trochę, pogadał coś o tym, że baby do garów, no ale Barny wyszedł zza baru i nagle odechciało mu się kłócić. Rzucił tego głupiego dolca na bar, trzasnął drzwiami i wyszedł. Paskudny typ. Nie wiem dlaczego od razu nie przypomniałam sobie, że stąd go pamiętam — skończyła w końcu, biorąc na końcu głęboki wdech. Szybkie wypluwanie z siebie informacji było męczące.
Dahlia milczała przez chwilę, przyswajając ten dziwny zbieg okoliczności.
— Wiesz o nim cokolwiek oprócz tego, że jest gburem? — zapytała w końcu, opierając łokcie o bar.
— Nie, niestety nie. — Isobel pokręciła głową. — Ale Barny go chyba kojarzy, bo jeszcze długo psioczył pod nosem. BARNY! — zawołała, odwracając się w stronę zaplecza. Raczej na taką nie wyglądała na taką, ale potrafiła się głośno wydrzeć.
Mężczyzna doczłapał się do baru. Był chyba jedyną obecną tam osobą, która górowała nad Dahlią.
— Co?
— Pamiętasz tego gnojka, co nie umiał utrzymać kufla w dłoni i jeszcze nie chciał zapłacić?
Isobel siłą rzeczy musiała się odwrócić plecami do Dahlii, żeby porozmawiać z drugim barmanem. Barny skrzywił się i skinął głową.
— Co z nim? Znowu przylazł? — zapytał, rozglądając się po barze.
Is machnęła ręką.
— Nie, nie. Ale znasz go? Kolega jest chyba w dodatku złodziejem.
— Gówniarz mieszka na moim osiedlu. Wybił mi kiedyś szybę w piwnicy. Nigdy nie zapłacił za wstawienie nowej.
— Paskudny typ. Jak się nazywa?
— Jakiś Falagamus albo Falagemus. Mieszka nade mną i tupie co najmniej tak, jakby był słoniem. A po co w ogóle o niego wypytujesz? — Barny zmarszczył brwi. Isobel zwykle nie interesowała się aż tak klientami, a na pewno nie tymi, którzy działali jej na nerwy.
— Tak sobie. Hej, Kip chyba woła o drinka. Załatwisz to? Zaraz wrócę do pracy — powiedziała, uśmiechając się promiennie.
Potem odwróciła się z powrotem do Dahlii, widocznie z siebie zadowolona.
— Tutaj naprawdę żadne informacje nie giną. Biedny Barny chyba trochę przeszedł z tym gnojkiem. Najważniejsze, że wiemy już, kim jest — dodała, jednocześnie wychylając się, żeby podać barmanowi jedną z butelek, które stały obok niej.
— Cóż, facet nie prezentuje się jak ktoś warty poznania — powiedziała Dahlia, krzywiąc się nieznacznie.
— Nie mamy go poznać, tylko sprawić, żeby oddał ci plecak!
Uśmiech na twarzy Is nie zwiastował niczego dobrego.


Dahlia?
────
[995 słów: Isobel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Od Judasa CD Havu — „Take me to church”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Trójka mężczyzn oraz nastolatek pierwszą godzinę jechali w ciszy. W samochodzie śpiewał cicho David Bowie. Człowiek kultury. Czuć było silny zapach papierosów, jakby dym wchłonął już na wieki w skórzane, sztywne fotele. Vincent patrzył przez okno na mijające ich tereny, Havu przed siebie, Judas na swoje nogi. Potarł zaczynające go boleć oczy. Poczuł się senny i zapewne uciąłby sobie drzemkę, gdyby znajdowali się w samochodzie kogoś innego, bo musiał pozostać nieustannie w gotowości. Starszy facet budził w nich większy niepokój, niż ksiądz jest w stanie u kogoś wywołać, nawet jeśli wyglądał niewinnie. Jakby to można powiedzieć, ,,z oczu źle mu patrzyło”. Najwyżej mogliby go pokonać, jednak najbardziej prawdopodobną możliwością było, że uprowadza ich potwór, bo Vincent z jakiegoś powodu został ulubiony przez ich wrogów. I nawet nie chodziło o to, że jest nadal dzieciakiem. Bo nie dość, że był nadal dzieciakiem, to po prostu przyciągał kłopoty.
— Gdzie zmierzacie?
Nie wiedział, że ma w aucie właśnie dwóch zbiegów, którzy dokonali tak karygodnej zbrodni, jak okradnięcie pubu. Z zapewne kilkuset złotych. Oni natomiast lubili sprawiać kłopoty.
— San Francisco.
— Rany. Czemu was aż tutaj wywiało? Jesteście koczownikami, czy co? — zaśmiał się z własnego żartu.
Nie mogli być szczerzy, bo nie powiedzą mu, że przypadkiem się tu teleportowali. Pozostało im wymyślić jakąś godną wiary wymówkę, żeby zapobiec niezręcznej podróży. Judas poczuł na sobie wzrok Havu, który nadal siedział cicho — najwyraźniej pozwolił drugiemu mężczyźnie, aby przejął inicjatywę.
— Macie szczęście, bo jadę w tym kierunku — dodał jednak mężczyzna, zanim zdążył coś wymyśleć.
Judas miał ochotę zakwestionować ten szczęśliwy przypadek. Gdzie on mógł jechać? Chociaż, oni sami tam zmierzali, więc kim jest, aby go oceniać? Uśmiechnął się za jego plecami. Nie może go wypytywać.
— To prawda.
Mijali puste pola i nieliczne osoby, które zmierzały w nieznane o tej późnej porze. Opanowała ich ciemnota, przez którą cała trójka miała ochotę iść spać — Vincent zdecydował się na to jako jedyny z nich, usypiając na ramieniu Havu, a rudowłosy dołączył do niego. Ksiądz uznał, że nie będzie im przeszkadzać. W środku było duszno, natomiast okna były nieuchylone. Judas może i nie miał choroby lokomocyjnej, ale w takich warunkach zaczynało mu robić się źle. Czuć było spaleniznę, charakterystyczny aromat tapicerki i skóry, a klimatyzacja nie działała. Na dodatek, aby stworzyć idealne warunki do porzygu, mężczyzna wywiesił sobie perfumowaną zawieszkę o waniliowym, mocnym zapachu.
— Czym się Pan zajmuje? — spytał, starając się odwrócić swoją uwagę.
— Uprowadzam znalezionych przy ulicy przybłędów, a co?
Półbóg udał, że się śmieje. Miał ochotę otworzyć drzwi i wyskoczyć z jadącego samochodu.
Mężczyzna wyciągnął papierosa. A raczej cygaretę.
— Palisz?
— Ej, może nie przy dziecku.
— Nie jest aż takim dzieckiem. Pewnie ma, ile, szesnaście lat? W tym wieku nastolatki już palą.
Zapalił, mimo oczywistego niezadowolenia Judasa. Strzepywał popiół do samochodowej popielniczki. W półbogu zapłonął ogień ogień i zapragnął, aby złapać za kierownicę, po czym skręcić z ulicy, aby wyrżnąć w najbliższe drzewo. Opanował się, zagryzł wargi, wsłuchując się w lecące Depeche Mode, zadziwiając się, że ten facet nie słucha muzyki z pokroju country.
— Niedługo będę musiał was porzucić. Wpadniecie do naszego domu, zanim wyruszycie dalej — to nie było pytanie — żona może wam zrobić kolację.
— Uh… Raczej podziękujemy.
— Musicie być głodni. Pański kolega i tak wygląda, jakby przydał mu się porządny odpoczynek. I wytrzeźwienie.
— Nie możemy. To okropnie uprzejme z Pana strony, ale… to byłoby z naszej strony złe, gdybyśmy tak zrobili. — Judas zaczął gubić się we własnych słowach.
Spojrzał na śpiącą dwójkę, na lekko uchylone usta Havu. Zapewne wszyscy woleli jak najszybciej wrócić do domu, ale dalsza droga i tak zajęłaby im dłuższy czas (o ile znajdą kolejną podwózkę). Nie będą prosić mężczyzny o pieniądze, aby złapać taksówkę. Na kolejnego chętnego mogliby czekać w nieskończoność. Głodni oczywiście nie byli, ale mogliby potraktować tę propozycję jako najzwyklejszą w świecie uprzejmość, która chętnie spotkałaby się z akceptacją. W pewnych warunkach, które w tej sytuacji nie były spełnione.
Szturchnął półboga w ramię, aby uzyskać jakieś wsparcie, a za trzecią próbą przebudził się i ledwo przytomny spojrzał na Judasa. Chciał się wyprostować, ale poczuł Vincenta na swoim ramieniu i pozostał w prawie-leżącej pozycji. Ksiądz wbił w niego ponaglające, niemalże złe spojrzenie, że zostawił go samego w jego towarzystwie.
— Nasz nowy przyjaciel zaprasza nas na kolację.
Potrzebował paru sekund, aby powrócić do rzeczywistości i zrozumieć, co do niego powiedział.
— Eee… — Zmarszczył brwi. — Nie wiem, trochę się spieszyliśmy, już nie pamiętasz?
— Oj, ludzie nie są zbyt chętni na podwożenie autostopowiczów — rzucił zadziwiająco ostro starzec. — Możecie się spieszyć, ale nigdy nie dotrzecie na czas.
Gromiące słowa wytrąciły ich z równowagi, potwierdzając, że powinni opuścić pojazd. Gdyby tylko ten cholerny Vincent mógł ich teleportować bez problemów. Gdyby tylko Havu pozostał tym cholernym dzieckiem Plutona, tak jak sobie kiedyś wymyślił. Gdyby tylko którekolwiek z nich miało magiczne moce, pozwalające im wrócić do domu.
Havu potajemnie ścisnął Judasa za dłoń, jak telepatycznie przekazując mu nieme słowa ,,nie podoba mi się to”. Odwzajemnił gest, mówiąc ,,,może nie uwierzysz, ale mi też się to nie podoba. Mimo to nie byli w stanie nic począć, zastygając po prostu w miejscu. Mężczyzna działał na nich w niepokojący sposób, jak gdyby miał zdolność panowania nad innymi.
— Przyjdziecie do mnie na kolację i zostaniecie na noc, dobra?
— Nie, my— naprawdę, ale to naprawdę, nie możemy, bo— no, czas nas jednak nagli i każda sekunda się liczy.
Mężczyzna wymamrotał pod nosem coś, czego nie byli w stanie dosłyszeć. Przeszły ich dreszcze. Vincent obudził się przez głośne głosy.
— A co takiego ważnego was czeka? Skoro was podwożę, to powinniście być wdzięczni — fuknął.
— Spotkanie rodzinne.
— Aha. Jasne. I kim dla siebie jesteście? Z pewnością nie wyglądacie jak bracia. A tego dzieciaka to co, uprowadziliście?
— Muszę się KONIECZNIE odlać. — Dał radę wydusić z siebie Judas, choć bardziej adekwatne byłoby powiedzenie, że chce mu się rzygać.
Prowadzący westchnął głośno na jego słowa i stanął po przemierzeniu paru metrów. Znaleźli się w miejscu, gdzie wokół nich nie było absolutnie niczego. Żadnych mieszkań, lasów, znaków drogowych. Żadnych ludzi. Nie wiedzieli, gdzie są i właściwie nie mieli pewności, że zmierzają do San Francisco. Wysiadanie na tym odludziu było równie złym pomysłem, co jechanie z osobą, która stała się wyjątkowo podejrzana.
Judas wysiadł z samochodu, trzasnął drzwiami, odszedł kawałek, stając pod drzewem, odwrócił się tyłem i udawał, że właśnie sika, zastanawiając się, co zrobić. Czuł się zbyt wystraszony, jak nie mający sił do tego, aby się bronić, gdyby coś się wydarzyło. Wstrząsał nim niepokój. Próbował znaleźć jakieś rozwiązanie, ale w głowie miał mętlik. Coś przejęło kontrolę nad jego myślami.
Gdy się odwrócił, mężczyzna stał przed nim. Nie słyszał, aby do niego wychodził i tak blisko podchodził. Nie wyczuł jego obecności. To jednak nie było najstraszniejsze, bo starzec miał w ręce pieprzoną piłę łańcuchową, na której widok Judas już na serio posikał się w gacie. A raczej w piżamę.

 
Havu?
────
[1114 słowa: Judas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Mikołaja — „A Ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, ROK TEMU

Caroline naprawdę włożyła całą siłę swojej woli w to, żeby nie zacząć krzyczeć. Tego tylko brakowało, żeby coś tu przylazło i chciało ich zeżreć. Biorąc głęboki oddech, skupiła się na tym, co czuła: pieczenie na lewym przedramieniu, gdzie otarła się o korę drzewa i zdarła sobie skórę, bolesne pulsowanie kostki, na którą krzywo upadła i ból podrapanych dłoni. Krzywiąc się, otrzepała je o i tak przybrudzone już spodnie i spróbowała sprawdzić, czy jej kostka jest na pewno tylko obita. Ignorowała przy tym Mikołaja, który wydawał się zdecydowanie zbyt rozbawiony, jak na jej gust. Na jego miejscu sama pewnie by się śmiała, ale teraz, znajdując się na pozycji ofiary, w ogóle nie było jej do śmiechu.
Kostka bolała, ale wydawało się, że wszystko jest na swoim miejscu. Całe szczęście. W końcu niby nie spadła z dużej wysokości, ale skręcić kostkę można i na prostej drodze. Prędzej by się doczołgała do obozu, niż pozwoliła się tam zaprowadzić Mikołajowi. Zresztą, chłopak pewnie z chęcią by ją tu zostawił. Szkoda, że sam na pewno nie trafi z powrotem na skraj lasu.
Sięgnęła po krzaczek jemioły, który wcześniej zrzuciła z drzewa. Podczas upadku większość białych owoców odpadła i pewnie leżała gdzieś w trawie, ale na gałązkach wciąż dało się kilka znaleźć. Dając sobie jeszcze chwilę na odpoczynek (i pozbieranie własnej dumy), wciąż na siedząco zaczęła je odrywać i ostrożnie wrzucać do zawiniętej chusteczki, którą wygrzebała z kieszeni.
— Teraz będziesz tu tak siedzieć? Zaraz będzie ciemno — ponaglił ją Mikołaj, krzyżując ramiona na piersi.
— To co? Mam nadzieję, że szybko biegasz — mruknęła Caroline, rzucając mu jedynie przelotne spojrzenie. Starała się nie rozduszać drobnych owocków między palcami.
Chłopak prychnął i przewrócił oczami.
— Mózg też sobie uszkodziłaś, spadając? Rusz dupę.
Caroline nie spieszyła się chyba tylko po to, żeby zrobić mu na złość. W ciągu jednak powoli wsadziła chusteczkę z powrotem do luźnej kieszeni bluzy i podpierając się o pień nieszczęsnego drzewa, wstała. Oprócz lekkiego grymasu wykrzywiającego jej twarz raczej nie wyglądała na to, że cokolwiek ją boli, ale okazało się, że nieco utyka. Pewnie mogłaby tego nie robić, ale wolała nie obciążać celowo i tak obolałej już kostki. Trochę żałowała, że spowolniła powrót do obozu z przekory; im było ciemniej, tym las wyglądał inaczej i trudniej jej było wypatrzeć znaki rozpoznawcze, dzięki którym zwykle się po nim poruszała.
— Zdążymy wrócić na kolację? Zanim zaczną nas szukać — zapytał Mikołaj, wciskając dłonie do kieszeni.
Bez słońca prześwitującego przez korony drzew w lesie zrobiło się chłodno. Caroline nie miała zegarka, ale próbowała mniej więcej określić godzinę na podstawie tego, jak ciemno już było.
— Jeśli się nie zgubimy, to będziemy przed czasem — powiedziała jedynie.
Zdobyła to, co chciała, spadła z drzewa i była zmęczona, a poza tym musiała skupić się na tym, żeby trzymać się swojej ścieżki, więc straciła ochotę na ich durne przekomarzanki. W ciszy lepiej szło się po lesie; miała nadzieję, że usłyszą, jeśli cokolwiek się nimi zainteresuje. Nie do końca się bała, ale niestety była świadoma tego, że są w niezbyt ciekawej sytuacji. Raczej nie powinno im się nim stać, ale szanse na to, że coś złego się wydarzy, również były obecne. Większe niż za dnia.
— Masz w ogóle ze sobą jakąś broń? — zapytała, zerkając w bok na Mikołaja.
— A skąd do cholery miałem wiedzieć, że ciągniesz mnie do lasu? — burknął w odpowiedzi chłopak.
Miało to jakiś sens, choć Caroline zwykle miała przy sobie chociaż sztylet, nawet jeśli szła tylko zbierać truskawki. Nie od dziś wiadomo, że dzieci Aresa są dziwne.
— Taka beztroska cię kiedyś ugryzie w dupę — powiedziała, krzywiąc się, kiedy z rozpędu oparła cały ciężar swojego ciała na uszkodzonej kostce.
— Boże, po co mam popierdalać wszędzie z meczem? Obóz jest chroniony, co nie?
Caroline rzuciła mu jedno pobłażliwe spojrzenie.
— Obyś się nigdy nie przekonał.
Szli w ciszy, podczas gdy w ciemności drzewa coraz bardziej zlewały się ze sobą. Caroline już dawno klęłaby pod nosem, ale tym razem wolała nie kusić losu. Nie, kiedy Mikołaj był nieuzbrojony, a ona sama była spowolniona przez tę cholerną nogę. Próbowała przyspieszyć, ale bez większego skutku.
— Nie możesz iść, nie wiem, chociaż trochę szybciej? — syknął Mikołaj, pochylając się bardziej w jej stronę.
— Gdybym kurwa mogła, to bylibyśmy w obozie dziesięć minut temu — mruknęła, ale zacisnęła zęby, minimalnie zwiększając tempo.
Po zaledwie dwóch minutach zatrzymała się nagle, ciągnąc Mikołaja za rękaw, żeby również stanął w miejscu. Zmarszczyła brwi.
— Nie szliśmy tędy wcześniej. Nie było rozwidlenia — powiedziała, obrzucając wzrokiem rozchodzącą się na dwie strony ścieżkę.
Mikołaj spojrzał na nią mniej więcej tak, jakby zakomunikowała mu, że ziemia jest płaska.
— To gdzie niby jesteśmy? — parsknął.
— Nie wiem. Trzeba się cofnąć — burknęła sfrustrowana, już odwracając się na pięcie.
Była pewna, że uważnie wybierała ścieżkę, ale najwidoczniej musiała się pomylić i skręcić gdzieś w lewo albo w prawo. Zmrok zapadł już niemal całkowicie, a ciemność wcale nie miała ułatwić jej znalezienia odpowiedniej drogi. Pierdolone drzewa, lasy i brak latarek.


Mikołaj?
────
[802 słowa: Caroline otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 5 kwietnia 2026

Od Aye CD Chaita — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

Aye się od razu zgodziło. Parki dla niejgo zawsze były miejscem spokojnym, bez denerwujących tłumów (o ile matki z dziećmi akurat nie chciały wyjść na spacer). W kawiarniach, jeśli już przebywało, to raczej niedługą chwilę, bo zawsze kończyło się to tak, że do środka wpadła grupka przyjaciół i bardzo głośno zaczynała ze sobą rozmawiać; a Chait bardziej ucieszyłby się ze spotkana, które trwałoby dłużej niż marną godzinę.
Aye wzięło dla siebie średnią kawę bez cukru i bez mleka (niezbyt lubiło słodkie), a Chait wziął coś, co było totalnym przeciwieństwem upodobań smakowych Filipińczyka — cholernie słodką kawę ze słodkim syropem i bitą śmietaną. Aye aż zemdliło na sam widok tej adominacji.
Ze sprzedawczynią pożegnali się od razu, jak dostali swoje napoje. Chait, o dziwo, nawet nie zatrzymał się na pogaduszki, co już było miłą odmianą.
 
W parku nie było zbyt wielu ludzi — tylko jacyś artyści, którzy szkicowali miejski krajobraz albo starsze osoby, chcące poodychać świeższym powietrzem.
— Pod drzewem będzie okej? — zapytał Chait, wskazując malutkie drzewo płaczącej wierzby. Jej długie, giętkie gałęzie tworzyły coś w rodzaju kopuły, pod którą mogliby się schować.
— Idealne.
Chait nie był przyzwyczajony do tonu uciszonego Aye. Uciekł spojrzeniem tak, żeby już nie patrzeć na przyjaciela i poszedł rozłożyć na trawie swoją cienką bluzę. Chociaż w Nowym Jorku było ciepło latem, to dzisiaj zapowiadali przelotne opady i warto było mieć ze sobą coś, czym można byłoby się nakryć.
Aye zdjęło swoją narzutkę i położyło obok rozłożonej bluzy Chaita. Bardzo uważnie sprawdzał miejsce, żeby przypadkiem nie glebnąć się na mrowisko czerwonych mrówek. To byłaby już przesada.
— Lubisz swoją pracę? — zapytało niespodziewanie. Lubiło ciszę, ale nurtowało jejgo to od jakiegoś czasu. Ilekroć bowiem widziało Chaita, miało wrażenie, że chłopak tak nienawidzi swojej roboty, że tylko szuka sposobu, by się z niej wyrwać.
— Lubię — odpowiedział niemal natychmiast.
Aye się skrzywiło. Miało wrażenie, że właśnie jest świadkiem okropnego kłamstwa.
— Sporo tak mówisz. — Wzruszyło ramionami. — To fajnie.
 
Nawet nie byli w połowie swoich kaw, kiedy Aye rzuciło się w oczy coś bardzo dziwnego — kilkoro ludzi zaczęło rozkładać coś przy usypanej z kamieni ścieżce. Stali bardzo blisko ich drzewka i musiało się wysilać, żeby cokolwiek zobaczyć spomiędzy gałęzi.
— Dzisiaj jest jakieś święto? — zapytało bardziej siebie, niż Chaita.
— Nie wydaje mi się, a co się stało? — Chłopak odstawił kubeczek z kawą na trawę i podszedł na kolanach do Aye. Odsunął jedną z gałęzi i wyjrzał na zewnątrz. — Co oni tu robią? — Zmarszczył brwi.
— Znasz tych ludzi?
— Nie — zaprzeczył od razu, żeby przypadkiem nie rzucać na siebie podejrzeń. Aye już od początku ich spotkania było bardzo podejrzliwe. — Rozpoznaje jednak to logo. — Wskazał na rozstawiony banner z jakimś kolorowym napisem. — To taka firma, która zajmuje się organizacją różnych zabaw dla dzieci.
— Zabaw dla dzieci? — Odwróciło wzrok przerażone. Jakich dzieci? Przecież nikogo nie powinno być o tej porze w parku. — Myślisz, że…
— Możemy się stąd przenieść, jeśli chcesz.
Chait wiedział, że Aye się zgodzi. Nawet nie poczekał na potwierdzenie, a już zebrał z trawy swoją bluzę i zgarnął niedobity kubek z trawy.
Wymknęli się pod wierzby i ruszyli w przeciwnym kierunku. Park nie był mały, więc nie powinno być ich w innym miejscu, prawda? Idąc jednak dalej, zrozumieli, jak bardzo się pomylili — wzdłuż ścieżki stali kolejni ludzie, którzy rozstawiali następne budki i kolorowe banery. Było ich tak wiele, że Aye zastanawiało się, czy może jednak nie przegapili jakiegoś niepisanego święta, takiego, o którym się wie, ale nie widnieje w kalendarzu.
Chait uśmiechał się do osób, które mijali — niektórych znał, a inni mówili mu cześć z przyzwyczajenia. Każdemu odpowiadał, do niektórych żywo machał, a idące obok niego Aye prosiło w myślach, że się to już skończyło.
Przeszli prawie cały park, aż w końcu znaleźli miejsce, gdzie nie było nikogo, kto mógłby im dalej przeszkadzać. Kawa, którą Aye odebrał ciepłą, zdążyła wystygnąć.
— Nie wiem, czy nie lepiej byłoby pójść w inne miejsce — zasugerowało spokojnie. — Jak zacznie się tutaj jakiś festiwal dla dzieci, to przestanie być tutaj przyjemnie.
Chait nie uważał, żeby tak nie było — bardzo chciał się stąd wyrwać i bardzo zależało mu na samopoczuciu przyjaciela.
— Też o tym myślałem — zgodził się. — Możemy…
Nie zdążył dokończyć. Jedna z dziewczyn podeszła do nich i zaczepiła Chaita. Cały czas nienaturalnie się uśmiechała, jakby była ulepiona z jakiejś plasteliny.
— Hej, jesteś Chait prawda? Murray?
Gdyby Chait nie był taki miły, to mógłby ją okłamać; ale Chait był bardzo miły, więc pokiwał głową i się na dodatek uśmiechnął.
— Świetnie! — Klasnęła w dłonie. Aye podskoczyło w miejscu na tej niespodziewany gest. — Jesteś w stanie nam pomóc. Jedna dziewczyna mówiła, że cię zauważyła i…
— Bardzo chętnie, ale teraz z kimś jestem. — Zerknął na Aye. — Nie mogę tak po prostu…
— Ale to się o nic nie martw! — przerwała mu. — Możecie nam razem pomóc. Jedna para rąk do tego nie wystarczy.
— Nie możecie poprosić o pomoc kogoś innego? — Aye się wtrąciło, zanim Chait się na cokolwiek zdążył zgodzić. — Jesteśmy trochę zajęci.
Dziewczyna zachowywała się tak, jakby tego nie słyszała. Dalej stała z uśmiechem i czekała na ostateczną zgodę Chaita. Na dodatek podeszła do niej koleżanka tak samo denerwująco uśmiechnięta. Dlaczego oni wszyscy się w taki sposób uśmiechali?
— To co? Możemy was prosić?
Aye, jak wiadomo, nie było asertywne. Chait również nie był. Zostali skazani na te dziewuchy i na robienie czegoś, czego żaden z nich nie chciał.
— Ile to zajmie? — zapytał tylko, kiedy ruszyli w stronę jednego z rozłożonych stoisk.
— Z waszą pomocą pewnie jakąś chwilkę.
Kiedy ktoś tak mówił, zawsze było jasne, że nie zajmie ci to chwilkę. Ile to tak właściwie była chwilka? Dziesięć minut? Piętnaście? A może dwie godziny?

wspolczuje im
────
[913 słów: Aye otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

piątek, 3 kwietnia 2026

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Erin odgarnęła sprzed twarzy chmurę kurzu, która uniosła się z podłogi pod gwałtownie zatrzaśniętymi drzwiami, przez które właśnie wybiegł Niketas, zostawiając ją ze swoim naćpanym bratem i bulgoczącym kotłem. Młody hermesiak zdawał się nie zwracać uwagi na resztę otoczenia, tylko opłakiwał stratę swojej, zapewne niesamowicie smacznej, kulki plasteliny. Za chwilę jednak opamiętał się i na jego twarz powrócił nazbyt rozmarzony wyraz. Opadł na kanapę i zaczął wpatrywać się głupio w kolorowy sufit. Jeszcze jakieś cztery godziny i będzie można go wypuścić, pomyślała dziewczyna, tymczasem wracając do pracy nad wcale nie podejrzaną miksturą.
— Atrament, żelki, oranżada w proszku… — wyliczała przedmioty znalezione w ciasnej szufladzie, w której teoretycznie powinny znajdować się zioła. Nie takie zioła, tylko takie dodające smaku niczym słodka przyprawa. Wszystkie zbędne wyrzucała na podłogę, łącznie z… tynkiem? Kto tu, kurwa, schował TYNK. Pod jego grubą warstwą, w końcu znalazła, co chciała — praktycznie niezużyte woreczki z przeróżnymi ziołami. Całe w tynku. Położyła je obok słoiczków z brokatem, rzuconych wcześniej przez Niketasa na blat. Co tam jeszcze trzeba znaleźć? Właśnie, nazwa… Że coś boskiego? „Boski” było już wykorzystane, poza tym „Boska alfa” brzmi nudno…
Stała pogrążona w myślach monotonnie mieszając zawartość kotła, gdy nagły huk wyrwał ją z rozmyślań. Gwałtownie odwróciła się od naczynia, chyba trącając coś ręką. Podeszła do kanapy, na której przed chwilą leżał Joshua, obecnie również leżący, ale na podłodze. Biedaka musiał wyczerpać nadnaturalny optymizm i dosłownie padł ze zmęczenia, przy okazji śliniąc się na deski. Dziewczyna przewróciła oczami i wróciła, aby sprawdzić, co takiego ucierpiało przez jej niezdarność. Początkowo nie widziała nic szczególnego, gdy nagle mikstura zabulgotała, a na powierzchnię wypłynął słoiczek po czerwonym brokacie.
— Ja pierdolę… — przeklęła swój brak koordynacji ruchowej i wyłowiła słoiczek, zanim cały brokat znalazł się w mieszaninie. Nie zamierzała robić wszystkiego od nowa, szczególnie że brakłoby jej kluczowych składników. Nikt przecież nie umarł od odrobiny brokatu, prawda? W każdym razie żaden półbóg, zbyt mało ekstremalna taka śmierć.
Po chwili drzwi otworzyły się, po czym zamknęły z powrotem w akompaniamencie przekleństw dochodzących z zewnątrz. Erin podeszła do drzwi i otworzyła je, wiedząc, kogo tam zastanie. Owszem, stał tam Niketas, i owszem, trzymał w rękach dwa spore, kartonowe pudła. Zdziwienie musiało być wymalowane na twarzy dziewczyny, chociaż w sumie, czy miała się czemu dziwić?
— Dzięki, już myślałem, że zignorujesz moje cierpienie — położył pudła na podłodze i rozprostował plecy, jakby jego kości liczyły sobie cztery razy tyle lat. — Nie potrzebowałbym pomocy, gdyby nie te głupie drzwi, które otwierają się nie w tę stronę, jaką chcę. Czy ty go uśpiłaś??? — spojrzał z niedowierzaniem na brata, wciąż śpiącego jak gdyby nigdy nic. Z wrażenia zdjął na chwilę okulary i przetarł oczy.
— Sam się uśpił — Erin wzruszyła ramionami.
— Aha. Głupi dzieciak udaje zmęczonego. Co ja mam powiedzieć? — zanim zaczął się rozwodzić na temat swoich przewlekłych bólów, Erin przerwała mu pytaniem o zawartość pudeł. — Ach, tak. Pasta do zębów dla dzieci o smaku gumy balonowej. Nie, nie, nie, nic nie mów — praktycznie krzyknął, powstrzymując córkę Hekate od otworzenia ust (czego wcale nie zamierzała robić). — Dzięki temu to będzie miało słodszy smak, więc bachory prędzej poczują się zachęcone. No i pomyśl, to nie będzie zwykły energetyk, tylko myjący zęby, smakujący dzieciństwem energetyk!
— Dobra, jasne, czaję. To dodajmy może jeszcze gumę balonową w czystej postaci, żeby dało się robić balony?
— Pomyślimy nad tym. Wymyśliłaś tę nazwę? — tradycyjnie opadł na kanapę, z jakiegoś powodu powstrzymując się od użycia śpiącego w najlepsze brata jako podnóżka.
— Noooo, prawie. Chciałeś coś boskiego, co może kojarzyć się z bogami? Przepotężny, łaskawy, pedalski…
— OLIMPIJSKI!!! — chłopak aż podskoczył na kanapie, unosząc triumfalnie książkę z krzyżówkami. Erin wzdrygnęła się, cudem unikając przypadkowego wrzucenia do kotła różowego brokatu. — Cóż za genialny timing, hasłem był Olimp! — z wdzięcznością pocałował stronę, na której przed chwilą bazgrał odpowiedzi. — Niech więc będzie „Olimpijska Alfa” — zadecydował. — Trochę pijackiego humoru i przy okazji tematycznie.
— Nie zapomnijmy dodać do reklamy, że po wypiciu poczują w sobie prawdziwą moc Alfy. Podobno to jest teraz tuff, czy jakoś tak.
— Tak, racja, moi niewol-, bracia ciągle to do siebie krzyczą. Dobra, kończmy ten wywar bogów.
— W sumie, jest tam już chyba wszystko poza pastą do zębów.
— I gumą balonową — dodał Niketas.
— Niech zgadnę, zaraz wybiegniesz, a po chwili wrócisz z hurtową dostawą gumy balonowej?
— Akurat tak się składa, że nie potrzebuję hurtowej dostawy gumy — rzekł dumnie, chyba puszczając oczko, chociaż średnio było to widać przez ciemne okulary. — Mam tego TYLE w jedenastce — zarysował rękoma szeroki okrąg w powietrzu. — Myślisz, że czym naprawiamy wszystkie zepsute przedmioty? No chyba nie młotkiem czy jakimś śrubokrętem jak jacyś amatorzy.
— Co ty, w życiu bym nie wpadła na naprawianie rzeczy narzędziami. A swoją drogą, u mnie też pewnie chowa się gdzieś guma balonowa. Jeżeli ktoś schował do szuflady z ziołami tynk, to i to się znajdzie — z udawanym załamaniem pokręciła głową, a hermesiak parsknął krótkim śmiechem.
— Albo wiesz co, zróbmy to najpierw bez tej gumy — Niketas rozmyślił się po chwili. Jakiś inny królik sprawdzi, jak smakuje. Nie możemy przesadzić, nie? Zaraz by nam klienci odlecieli na balonach z gumy.
— Ekstremalne założenia — Erin wycisnęła pierwszą tubkę pasty do zębów do mikstury, która zabarwiła się na różowo i trochę zgęstniała. Mamrocąc pod nosem, dolała więcej gazowanego soku. — No, coś z tego wyszło — powiedziała, z dumą opierając ręce na biodrach.


Niketas?
────
[862 słowa: Erin otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Artema CD Edgar — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

Artem zacisnął usta w wąską kreskę, kiedy w progu swojego mieszkania zobaczył Edgar. Minęło tyle czasu i już zapomniał, że niegdyś przebywał tutaj średnio cztery dni w tygodniu, co stanowiło trzy czwarte czasu.
— Po co mnie zapraszasz? — zapytał, ściągając z nóg buty. Obuwie odłożył tam, gdzie zawsze je odkładał, kiedy przychodził do Artema. Wiedział, że Rosjanin prędzej ukręciłby mu łeb, gdyby wszedł w brudnych buciorach w głąb mieszkania. — No, bo wiesz… dawno tego nie robiłeś.
— Mam ci coś do powiedzenia. — Kiedy zorientował się, jak to mogło zabrzmieć, od razu się poprawił, dodając: — Tak jakby. W sensie… chodzi o coś innego, niż myślisz, że chodzi.
Edgar tego nie skomentowało, chociaż mogło i w głębi duszy na pewno chciało. Wolało jednak skorzystać z tego, że tutaj było i mogło znowu siedzieć na kanapie w mieszkaniu Artema. Tej małej, miniaturowej kanapie, która zajmowała większość salonu. Mieszkania w Nowym Jorku raczej do dużych nie należały, szczególnie jeśli mieszkało się samemu i za wszystko również płaciło się samemu.
Artem nie usiadł obok. Stanął nad Edgarem, jak kat, czekający na rozkaz, żeby ściąć jejmu głowę. Nie wiedział tak naprawdę, od czego powinien zająć, bo trochę się tego nazbierało.
— Nie spanikuj, okej?
— Jak tak mówisz, to już panikuję. — Poruszyło się niespokojnie na kanapie. — Rozumiem, że zapraszasz mnie tylko, gdy masz jakieś problemy?
Artem przewrócił oczami.
— Chodzi o to, że… tak jakby, hmm… — zamyślił się. Tak szczerze nie wiedział, z której strony powinien ugryźć temat, by nie wystraszyć Edgara. Wystarczyło jedno źle wypowiedziane słowo, a pewnie przyjaciel by mu nie odpuścił ukrywania takich informacji. — Ogólnie to mogę sobie z tym sam poradzić.
— No tak, jak ze wszystkim. Jesteś takim niezależnym facetem.
— Śmiejesz się ze mnie teraz?
— W sumie to tak. — Uśmiechnęło się drwiąco. — Możesz mi o tym powiedzieć później. Dopiero co przyszedłem, wiesz?
Artem kiwnął głowę i poszedł nalać sobie wody. Nie zaplanował niczego specjalnego na ten wieczór. Nigdy nie planował, bo, prawdę mówiąc, nie lubił nawet tego robić. Był typem, który żył tu i teraz. Czasem wkurwiał tym podejściem Edgara, szczególnie wtedy, kiedy przyjaciel potrzebował czasu przed podjęciem jakiejś decyzji.
Usiadł obok na kanapie. Była to tak mała sofa, że nie mógł usiąść po drugiej stronie, by nie dotykać przypadkiem Edgar, bo rzeczona druga strona nie istniała. Mógł kiedyś pomyśleć o większym meblu, ale nie wie, czy to możliwe w obecnym stanie rzeczy. To mieszkanie było zwyczajnie zbyt małe.
— Co chcesz robić? — zapytał, zapominając, że to on jest gospodarzem i powinien sobie sam odpowiedzieć na to pytanie.
— Nie wiem. — Edgar wzruszyło ramionami. Z zaintrygowaniem obserwowało Artema. Ten przenikliwy wzrok dokuczał mężczyźnie, przez co już któryś raz poprawił się nerwowo na kanapie. — Zdecyduj.
Do głowy przyszedł mu tylko najbardziej oklepany pomysł — oglądanie filmu. Wybrał dla nich jakiś jeden z nowszych horrorów, bo bardzo był ciekawy, czy jest w stanie się wystraszyć. Edgar na to przystanęło, nie mając innych pomysłów na ich wspólny wieczór.
— Dobrze się czujesz? — zapytało w trakcie filmu. Artem siedział pochylony, łokcie opierał na kolanach i nosem prawie wchodził w ekran laptopa. — Nie musisz tak siedzieć.
— Wygodnie mi tak — skłamał.
Był jeszcze gorszym kłamcą od Edgar i obydwoje o tym wiedzieli. Nie chciał jednak na razie rozmawiać o swoich małym problemie i wolał zostawić to już bardziej dla siebie, skoro wcześniej Edgarowi nie spodobało się to, że chciał go o coś poprosić.
— Z pewnością — prychnęło.
Dwadzieścia minut przesiedzieli w ciszy. Edgar nie widziało niektórych części filmu przez zasłaniającego część ekranu Artema. Zaczynało jejgo to drażnić, a jak coś jejgo drażniło, to dawało o tym po sobie poznać.
Przez samą końcówką filmu, Edgar podniosło się z miejsca i położyło dłoń na klapie laptopa. Zamknęło urządzenie szybkim ruchem, uważając przy tym, by przypadkiem nie uszkodzić Artemowi nosa.
— O co chodzi?
— O nic — odwarknął. Wyprostował się pierwszy raz od godziny. Zamrugał oczami, czując, że zaczynają go boleć.
— Tak, wiem, że chciałom o tym pogadać później, ale najwidoczniej musimy teraz.
Artem poczuł się urażony. Nic nie musiał i mógł tego w sumie w ogóle nie robić. Nie wiedział, co mu przyszło do głowy, żeby jejgo tutaj zapraszać.
— Wielkoduszne się zrobiłoś — prychnął. Skrzyżował ręce na piersi. W oczach Edgar wyglądał teraz bardziej jak obrażone dziecko.
— Nie wiem, kurwa, masz jakieś długi, jak ja, czy o co chodzi?
— Za kogo ty mnie masz? Myślisz, że jestem takim debilem, by się zadłużać u kogokolwiek? — wypalił. Dopiero potem przypomniał sobie, co powiedział i, że w sumie to mógł zwyczajnie zamknąć mordę.
— Myślę, że jesteś — fuknęło Edgar. — Zawsze byłeś dupkiem.
— Powiedz mi coś, czego nie wiem. — Uśmiechnął się zgryźliwie. — Dobra, dość tego. Powiem ci, o co chodzi, ale nie możesz panikować.
— Czyli się zadłużyłeś?
— Nie, kurwa, posłuchaj, to było tak, że kiedyś… bardzo dawno temu — zaczął, jakby opowiadał bajkę dla dzieci. — No, tak chwilę po tym, jak przyjechałem do Stanów.
— Okej, zaczyna mnie to martwić.
— Nie będę mówił dalej, jak zaczniesz panikować — ostrzegł. Edgar umilkło i pozwoliło mu dalej mówić. — Te kilka lat temu zaprzyjaźniłem się z pewnymi facetami. Ogólnie byli spoko, ale jeszcze wtedy nie ogarniałem zbyt dobrze angielskiego, żeby wiedzieć, że się w coś wpierdalam. Zdarza się, co nie?
— Ja pierdolę, Artem…
— Daj mi skończyć. — Skrzywił się z nerwów. Już był wystarczająco poddenerwowany tą sytuacją i tym, że o tym opowiada Edgarowi. — Pracowałem sobie wtedy w jakiejś melinie i nie miałem za dużo hajsu, a oni zaoferowali mi robotę. Taką wiesz… na czarno. I jakby… hmm, pomagałem im przekazywać informację o potencjalnych klientach.
— Klientach? — Brwi Edgar powędrowały wysoko do góry. — Jakich znowu, kurwa, klientach?
— Dobra, mówiąc w skrócie, to zadawałem się z dealerami i dla nich nijako pracowałem.
— Nie…
— No, zdarza się. — Wzruszył ramionami beznamiętnie. W środku był zestresowany i wkurwiony, ale przecież nie mógł tego pokazać Edgarowi. W sumie nie tylko jejmu. Po prostu nikomu nie pokazywał swoich słabych punktów. — Wyrwałem się od nich i nigdy o nich już nie usłyszałem, ale okazuje się, że mnie znaleźli i chyba chcą coś sobie ze mną wyjaśnić. Może to przez to, że ostatnim klientom zacząłem wciskać do łap worki z cukrem?
— A więc ich oszukałeś?
— Musiałem. To zaczynało wymykać się spod kontroli. Kiedy klienci dowiedzieli się, że dostają lewy towar, zrobił się mały chaos, a ja to wykorzystałem, żeby uciec. Nigdy mnie nie szukali… jak dotąd.
Edgar zamilkło. Nawet brakło jejmu słów, by powiedzieć cokolwiek. Artem tylko westchnął. Zachowywał się, jakby przed chwilą opowiedział dziecku bajeczkę na dobranoc, a nie zwierzył się z dosyć poważnego problemu.
— Zgłoś to.
Artem zachichotał.
— Właśnie zgłaszam. Przypominam, że pracujesz w policji.

policja otwierac
────
[10063 słowa: Artem otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]