piątek, 27 marca 2026

Od Arisu CD Atlasa — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Arisu westchnęła głęboko. Zamknęła oczy i ucisnęła palcami nasadę nosa. W myślach odliczyła od zera do dziesięciu i od dziesięciu do zera. Nie pomogło.
Spojrzała na wojowniczo agresywnego dzieciaka, potem na trzymającego go Atlasa. Nie szukała w nim pocieszenia ani wsparcia, ale też nie życzyła mu bycia następną ofiarą gówniarza. Byłoby to dla niej zaskakujące, gdyby miała czas się nad tym zastanowić. Teraz myślała tylko o tym, że nigdy więcej nie chce zajmować się trenowaniem dzieci. Chyba wolała już czyścić kible. Byle bez Atlasa.
– Nic ci się nie stało? – zwróciła się do dalej leżącego na ziemi chłopca.
Nie skończyła mówić, a ten już zaniósł się histerycznym płaczem. Arisu drgnęła gwałtownie, w ostatniej chwili opanowując się na tyle, by nie odskoczyć. Tylko odsunęła się delikatnie, czując, jak sztywnieją jej ramiona.
Cherry ich zabije. Jakimś cudem do tej pory wychodzili cało ze wszystkich głupich sytuacji, ale to mógł być koniec. Bo jak wyjaśnić centurionce, a potem pewnie też rodzicom malucha, że ten został ofiarą agresywnego półboga podczas pierwszego dnia swojego przyjaznego dzieciom szkolenia? Kiedy powinien być pod stałym, uważnym nadzorem?
Odetchnęła powoli. Usłyszała, że Atlas mówi coś do kogoś – zakładała, że do młodego półboga, ale nie mogła teraz się na tym skupić.
– Coś się stało? Coś cię boli? – pytała ostrożnie, znowu delikatnie pochylając się nad chłopcem. Ten pociągnął nerwowo nosem, podniósł załzawione spojrzenie…
I przytulił się do niej mocno. Zacisnął palce na koszulce Arisu, dalej łkając. Przez chwilę trwała w bezruchu. Pozwalała się obejmować, ze wzrokiem wbitym przed siebie i z dłońmi zaciśniętymi w pięści tylko trochę zbyt mocno.
Och.
Pogłaskała go po głowie, bardzo delikatnie i jeszcze bardziej niezręcznie. Gdzieś za plecami usłyszała parsknięcie śmiechem Atlasa, ale nie mogła w tej chwili odwrócić się, by zamordować go wzrokiem. Dzieciak trzymał się jej mocno, w jakiś dziwnie przejmujący sposób, przez który nie potrafiła od razu go odsunąć.
To było okropnie głupie.
Odczekała chwilę, aż chłopiec się uspokoi, zanim wyswobodziła się z jego uścisku.
– Wszystko w porządku? – zapytała znowu. Pokiwał głową, brzydko pociągając nosem i przecierając dalej załzawione, zapuchnięte i zaczerwienione oczy. Arisu przyjrzała mu się uważnie, ale wydawało jej się, że naprawdę nic poważnego mu się nie stało. – Dasz radę wstać?
Chłopiec przytaknął cicho, więc Arisu sama podniosła się powoli i wyciągnęła do niego rękę. Skorzystał z pomocy, otrzepując strój z ziemi. Wyglądał trochę spokojniej niż chwilę temu.
– Chcesz na razie odpocząć? Możesz posiedzieć z boku i popatrzeć.
– Chcę trenować.
Głos dalej miał zmieniony po wcześniejszym ataku płaczu, ale zabrzmiał całkiem pewnie. Arisu obejrzała się na Atlasa z ulgą, której nie zdążyła od razu powstrzymać.
– Świetnie. Pamiętaj, by dać znać mnie lub Atlasowi, jeśli poczujesz się gorzej, dobrze?
Chłopiec skinął głową, ale został tuż przy jej boku, widać jeszcze nie przekonany wystarczająco, by wrócić do pozostałych. Schyliła się, żeby podać mu drewniany mieczyk, wcześniej porzucony w błocie. Może jednak Cherry jeszcze ich nie zabije. Arisu z powrotem odwróciła się do Atlasa i zmrużyła oczy, wpatrując się w stojącego przy nim małego agresora.
– Komuś mogła stać się krzywda.
Dzieciak przewrócił oczami i zirytował ją tym jeszcze bardziej.
– Ale mówiliście, że mam zaskoczyć przeciwnika! Zadziałało!
Teraz Arisu posłała pełne irytacji spojrzenie Atlasowi. Chłopak przez chwilę wyglądał na kompletnie zaskoczonego i zbitego z tropu tym pytaniem. Najchętniej opieprzyłaby go w dokładnie tej sekundzie, ale to był na to bardzo zły moment. Jak bardzo nie byłoby to kuszące, przed dzieciakami powinni utrzymać wspólny front i nie dać sobie wejść na głowę.
Przynajmniej tak jej się wydawało, chociaż z tyłu głowy wył alarm, protestując przed zawarciem jakiegokolwiek sojuszu z tym debilem.
– No… To prawda.
Prawie się zamachnęła, żeby mu walnąć, bo to była najgłupsza odpowiedź, jakiej mógł udzielić, ale on kontynuował:
– Ta część wyszła ci dobrze. Ale trzeba wyczuć dobry… wiesz, odpowiedni moment. To taki nie był.
To, jak okropnie Atlas próbował się tłumaczyć, było wręcz urocze w tym, jak bardzo było żałosne. Arisu założyła ramiona na piersiach, unosząc brew i patrząc na niego z politowaniem. Odpowiedział poirytowanym spojrzeniem.
– Poza tym, nie bijemy kolegów! Chyba że zaatakują pierwsi.
Otworzyła usta, żeby zaprotestować. Nie zdążyła, bo poszkodowany chłopiec rzucił się do przodu, z mieczem uniesionym trochę zbyt wysoko i ze zdecydowanie zbyt dużym zapałem. Zdążył z całej siły walnąć go w bark i w biodro, zanim Arisu i Atlas zdążyli zareagować.
Dziewczyna złapała dzieciaka za ramię i odciągnęła w bok. W tym samym momencie chłopak złapał Zebulona, prawie podnosząc go do góry, byle odsunąć poza zasięg miecza.
Ich spojrzenia skrzyżowały się na chwilę. Nie wiedziała, czy chce przekazać mu „zabiję cię, nikt nie znajdzie twoich zwłok wśród tego błota i brudnej ziemi”, czy coś bardziej pozytywnego (mniej śmiertelnego), jak „przysięgam, wyjdziemy stąd, to wsadzę ci ten miecz tam, gdzie być nie powinien”. Nie mogła jednak oprzeć się wrażeniu, że jedyne, co jest w spojrzeniu zarówno jej, jak i Atlasa, to zwykła panika.
– Nie o to mu chodziło! – krzyknęła na dzieciaki. Stanęli z Atlasem między nimi, odgradzając jedno od drugiego ramionami. – Mówił ogólnie, nie o tej sytuacji. Nie wolno wam rzucać się na siebie!
Zgromiła wzrokiem ich wszystkich, nie omijając nawet (a może szczególnie) Atlasa. Wydało jej się, że jakoś się skulili – a przynajmniej ci młodsi debile.
– Uspokoiliście się już obaj? – warknęła. – To macie podać sobie ręce na zgodę. I nie robić więcej takich rzeczy!
Młody półbóg nie wyglądał na przekonanego. Utkwiła w nim przeszywające, wściekłe spojrzenie, aż w końcu niechętnie uścisnął wyciągniętą przez drugiego z dzieciaków dłoń.
– Świetnie. Obaj cali i pogodzeni? Możemy wrócić do treningu?
Spojrzenie Arisu znowu spoczęło na Atlasie, jakby wróciła do szukania tysiąca różnych sposobów na pozbycie się go. Oczywiście, o tym też myślała, ale nie był to w tej chwili główny bieg jej myśli. Idiota nie zaprotestował i to była jedyna rzecz, która aktualnie ją obchodziła.
Wrócili do ustawiania dzieciaków w parach i przekazywania im dodatkowej wiedzy. Upewnili się, że sprawiająca problemy dwójka nie jest razem w parze. Arisu nie była pewna, czy to dobry pomysł, ale pociągnęła Zebulona aż do Kalela. Skoro jako jedyny miał jakieś podstawy, to może miał dzięki temu większe szanse.
I chociaż nie ustalili tego między sobą, to z Atlasem i tak na zmianę obserwowali, czy dzieciak na pewno nie próbuje znowu nikogo zabić drewnianym mieczykiem. Przynajmniej o tę jedną rzecz nie musiała bardzo się martwić.
Przeszła kolejny raz między trenującymi dziećmi. Poprawiła postawę dwójki młodszych dzieci, pochwaliła sposób, w jaki poruszał się inny chłopiec (wydawało jej się, że to ten praprawnuk Juwentas). Nie była przecież potworem.
Tylko od czasu do czasu rzucała Atlasowi zirytowane spojrzenie, dalej pamiętając o tym, że musi dzisiaj znaleźć sposób, by go zabić. Irytowało ją, że ma dobry kontakt z większością tych dzieciaków. Równocześnie zwalała winę na to, że sam jest wielkim, głupim bachorem w ciele głupiego dorosłego.
– Kailey? Popraw uchwyt – podeszła do dwójki z trojaczków. Odpowiedziały jej tylko zmarszczone brwi.
– Jestem Hailey.
Nie zdążyła odpowiedzieć.
– Tu w ogóle nie ma Kailey. Rozmawiasz z Hailey i Bailey. – Atlas stanął za Arisu, wskazując drugie z trojaczków.
– Dokładnie!
Jeśli Atlas chciał tym poprawić swój wizerunek w oczach Arisu, to osiągnął tym odwrotny efekt. Na szczęście Arisu była pewna, że Atlas nigdy nie zechciałby poprawić swojego wizerunku w jej oczach, więc nie miała nawet czym się przejąć. Kopnęła go, kiedy dzieciaki na chwilę odwróciły wzrok.
I sama zmarszczyła brwi.
– Ale w takim razie, gdzie jest Kailey?


Atlas?
────
[1200 słów: Arisu otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

Dahlia uniosła brew.
— Huh?
Założyła ręce na piersi i tylko obserwowała, jak cudaczna postać rozgląda się po zatęchłym namiocie. Przy okazji pogodnie paplała.
— Ja tu się tylko rozglądam, powinien tu być jakiś fajny dokument, albo wskazówki, coś w ten deseń.
— Wskazówki?
— Po prostu powiedziano mi, że powinnam znaleźć coś, co mi się przyda w zadaniu. Dla innych. Bardzo ważne zadanie. Takie… Obozowe! Gdzieś to tutaj powinno być.
Nieznajoma dalej sortowała pudełka, wyciągając szpargały.
— W porządku, ale to nie mój namiot, jakby coś. No i raczej nie wróżę.
— Nie?
— Nie.
— Kurczę, szkoda. Wydawało mi się, że w namiocie wróżki będzie wróżenie.
— Może było, ale nie jestem wróżką.
— A może jednak…
Dahlia kątem oka zobaczyła, jak dziewczyna wyciąga kolejne pudło, w którym już się znajdowały rzeczy typu karty do tarota, kula czy herbata. Postawiła je na tym nieszczęsnym, chybotliwym stoliczku. Karty się rozsypały, tworząc istny galimatias. Wskazała również na wolne krzesełko, które znalazło się obok.
— Co to jest w ogóle za ważne zadanie?
— Pewnie coś związanego z tą wrogą aurą. W sensie w tym parku rozrywki.
— Jest tutaj jakaś przeklęta aura?
— Aha.
— I masz ją oczyścić?
— Mniej więcej. Dlatego nie obraziłabym się, jakbyś chciała mi pomóc. I może jednak by się udało nam powróżyć?
Już miała zadawać pytania, między innymi „czemu ja?”, „czemu mamy wróżyć?”, gdy przed nią pojawił się plik kart.
— Kimkolwiek jesteś, ja ci muszę powiedzieć, że nigdy nie wróżyłam i nawet nie wiem, jak to się robi.
— No chyba się tylko tasuje i wyciąga trzy karty?
Złapała zrezygnowana za talię. Same karty były na pewno dobrej jakości, sztywne i nie odginały się. Rewers odbijał się słabym światłem, ale można było dostrzec jakieś art-deco ornamenty. Jak już są na takim festiwalu i jest okazja, to czemu by nie miały próbować? Półboski świat to półboski świat i nie zaskakują takie rzeczy. Była tylko jedna kwestia.
— Jesteś z Jupitera?
— Dokładnie tak.
— Nie wiedziałam, że tam też są gastrafetesy.
— Taką sobie wybrałam broń. W greckim obozie, jak rozumiem, też są?
— Tak. To jest chyba nawet grecka broń.
— Przydatna bardzo. Szczególnie lubię, jak groty z cesarskiego złota odbijają się w półmroku.
— Cesarskie złoto?
— No, to co zabija potwory. Zwykła stal nie działa, chociaż chyba ci tego nie muszę mówić? Jesteś może z Obozu Herosów?
— Tak, używa się u nas niebiańskiego spiżu. Nie wygląda może tak efektownie.
— Jak to jest w tym obozie?
— Chcesz, żebym ci teraz miała opowiedzieć, zamiast pomóc w czymkolwiek co tam chcesz?
— Racja. To co, losujemy?
Przetasowała karty, obserwując bacznie obozowicza Jupitera. Nie słyszała pozytywnych rzeczy o tym miejscu, głównie ludzie wspominali, że się tam sprząta. No i nie było podziału na boskich rodziców, co dla niej miało większy sens. Może biologicznej rodziny się nie wybiera, ale możliwość mieszkania z ludźmi różnego pochodzenia była zdecydowanie lepsza. Może gdyby pochodziła od rzymskiej wersji jej matki, to by się nie wkurzała latem? U Greków rośliny pochylały się nad łóżkami, niektóre dosłownie je zasłaniały i smyrały za bardzo przy wstawaniu w twarze, już nie mówiąc o przestrzeni zawalonej donicami czy ziemią do kwiatków/płodów rolnych. Nie musiałaby też rozmawiać, jaka marka narzędzi ogrodowych była najlepsza.
Wyciągnęła, zgodnie z sugestią, trzy karty. Nieznajoma bujała się na krześle, patrząc w oczekiwaniu na nie.
Pochyliły się nad rozdaniem, obserwując w ciszy karty „złoto”, „spiż” i „głupiec”.
— Te karty to takie mają być?
— Nie wiem. Nigdy nie losowałam tarota, ale nie przypominam sobie, żeby te. — Dahlia stuknęła palcem w dwie pierwsze karty. — Istniały w tarocie. Głupiec, owszem. Ale te?
— Ale wielka mi wróżba. Mamy złoto, mamy spiż, ja już chyba jestem głupkiem, bo zgodziłam się na tę głupią misję. Ale hej, warto było próbować!
Ciężko nie było przyznać jej racji, że ten tarot w niczym nie pomógł.


Inez?
────
[610 słów: Dahlia otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 26 marca 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

Lynn czuła się, jakby była ogarnięta gorączką. Czy świat, czy ona się chwiała, czy tylko jej wyobraźnia powodowała takie wrażenie, wzrok uciekał wszędzie, z daleka od nagrobka tuż przed nią. Pojedyncze, ostre elementy otoczenia jak ptak na drzewie, chmura okrutnie jaskrawo jasna, kamień pod stopami, smuga na kamieniu, chrzęst żwiru. Nie chciały się połączyć w spójny obraz rzeczywistości, ale zlewały się w coś innego — chaos! Kwiaty w spoconych rękach ciążyły, szorstki liść nieprzyjemnie uwierał wnętrze jej dłoni, ale ściskała badylki coraz bardziej kurczowo, jakby były barierką, zza której oglądała piekło, i tylko usilne się jej trzymanie ratowało ją przed zepchnięciem w czeluść.
Nagle odwróciła się od nagrobka, na który i tak nie mogła spojrzeć, dlaczego? nie potrafiła sobie przypomnieć, ale musiał być jakiś powód. Na ścieżce stała młoda dziewczyna, miała śnieżnobiałe włosy, które iskrzyły w promieniach słońca. Musiała coś powiedzieć, chyba oczekiwała jakiejś odpowiedzi, kiedy powiedziała coś do Lynn, w końcu ta się odwróciła. "Co pani tu robi?" „W czymś pomóc?” „Zgubiła się pani?” — kobieta rozważała możliwe opcje. Nagły trzask gałązki nie przestraszył jej tak bardzo, już wcześniej nieświadomie wyrwała się z zamętu własnych myśli dzięki niedosłyszanemu niestety przez ten stan na granicy świadomości komunikat z ust dziewczyny, ale i tak podskoczyła.
— Przepraszam, nie chciałam przeszkadzać — rzuciła dziewczyna, wyraźnie tak zawstydzona, jak i ona i już się odwróciła, kiedy zmieniła zdanie.
W paru słowach wyraziła swoją troskę, przedstawiła się i przedstawiła powód swojego… naruszenia spokoju Lynn? Wyglądała, jakby takie słowo czekało na końcu jej języka. Jednak źle zrozumiała milczenie kobiety, nie była oburzona tą napaścią. Nie była też aż tak pogrążona w żałobie, no nie można się tak nad sobą użalać. Była po prostu trochę otępiona słońcem i ograniczona własnym umysłem. Półnimfa zrobiła krok w przód, kolejny krok od grobu Nalina, co nagle wyczuła tak wyraźnie, jakby była uwiązana na smyczy, albo uwierał jej łańcuch u kostki.
— Nie nie, skąd, nie przeszkadzasz. Jestem z okolicy, wpadłam na grób brata i chyba po prostu zrobiło mi się trochę słabo. Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony.
Pierwsze słowa zabrzmiały nieco skrzekliwie, ale potem było już coraz łatwiej. Łatwiej było zignorować łańcuch na kostce. Dziewczyna chyba też powinna się rozpogodzić, ale obecnie Lynn nie mogła tego zauważyć, słońce wyjrzało zza chmury i świeciło jej prosto w oczy, a nieznajomej rozświetliło jeszcze bardziej włosy. Najpierw zmrużyła oczy, a następnie przesunęła nad nie dłoń, aby lepiej się jej przyjrzeć. Dopiero kiedy usłyszała cichy, suchy odgłos gdzieś niżej, obok stóp, zorientowała się, że wypuściła z rąk kwiaty. Od razu, jakby to dziecko było, a nie już w połowie zasuszony pęk chwastów, schyliła się gwałtownie.


Arisu?
────
[429 słów: Lynn otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Lairy CD Sony — „A Fisher of Fish”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

Poranne łowienie, a przynajmniej w cieplejszych miesiącach, stało się dla Lairy czymś więcej, niż tylko sposobem na zabicie wolnego czasu. Zdecydowanie była to jedna z jej ulubionych form relaksu. Cicha, spokojna odskocznia od otaczającego ją zgiełku obozowego życia, od hałasów, obowiązków i tego okropnego, męczącego uczucia, że powinna być gdzieś indziej, robić więcej.
Powietrze było jeszcze chłodne, nasiąknięte wilgocią poranka a tafla jeziora przypominało trochę lustro, aż chciało się zacząć mamrotać pod nosem „Lustereczko powiedz przecie…”. Ptaki już dawno zaczęły swój koncert, choć Laira mogła wręcz przysiąc, że jakieś dwa ptaszory miały między sobą małą wojnę, sądząc po dźwiękach, jakie wydawały.
Obecność Sony była do tego przyjemnym dodatkiem. Nie czymś nachalnym, czy męczącym — czymś po prostu naturalnym, co sama z chęcią by wybrała. Dzielenie się z kimś swoją pasją do wędkowania wyszło jej na dobre ale i okazało się też cholernie satysfakcjonujące. Najważniejsze, że nie musiała tłumaczyć ciszy, czy na siłę jej zagłuszać. Sony robiło to mimowolnie swoim szczebiotaniem, co ani trochę jej nie przeszkadzało.
Przesunęła palcami po wędce, poprawiając żyłkę i wypuściła powietrze z płuc. Może to przez spokój tego miejsca, a może przez to, jak na swój sposób towarzystwo Sony działało na nią relaksująco. Szczerze? Po raz pierwszy od dawna nie czuła, że musi spieszyć się gdzieś.

WIOSNA V

Kłótnia, czy może raczej prawdziwa awantura, jakby jakiś szatan wyszedł z dna piekieł, którą miała jakże wątpliwą przyjemność stoczyć z Violet nie należała do najbardziej zajebistych doświadczeń w jej życiu. Nie mówiąc już o tym, że pół, jak nie trzy-czwarte osób z obozu ją słyszało. Krzyki wciąż odbijały się echem gdzieś tam z tyłu jej głowy, zmieszane z ciekawskimi spojrzeniami herosów, które im rzucali. Nadal miała przed oczami pełne żalu i gniewu oczu Violet.
Cicho liczyła, że jej problem się skończył.
Nie wiedziała tylko, jak głęboko w dupie niedługo będzie.
Teraz siedziała po prostu na łóżku, które jak na jej gusta, było zbyt małe i zbyt twarde, by spać na nim wygodnie. Wpatrywała się w półotwartą, przerzucaną przez ramię torbę, która była w połowie zapełniona niedbale złożonymi ubraniami. Nie miała zbyt wiele rzeczy w obozie. Westchnęła, wrzucając torbę narzędzi do środka.
Pakowanie nigdy nie było dla niej przyjemnie, zawsze kojarzyło jej się z kolejnym okropnym doświadczeniem.
Z uciekaniem od problemów.
Musiała zawijać dupę z obozu, takie przecież były zasady, no i jakimś cholernym cudem przeteleportować się do San Francisco. Znaczy tak - miała możliwość transportu dostępne dla półboskiego pierda tylko po prostu… nie chciała. Uznała, że po prostu zrobi sobie wycieczkę krajoznawczą licząc, że po drodze nic jej nie zeżre.
Violet wybrała za to Nowy Jork.
I o to był ten cały, kurewsko głośny, pierdolony harmider.
Bo przecież obiecały, że będą razem.
Laira zacisnęła szczękę czując, jak coś cholernie ciężkiego osiada na jej klatce piersiowej. I mimo iż z początku sądziła, że była to złość, tak szybko zrozumiała, jak bardzo się myli. To było coś głębszego, zdecydowanie bardziej upierdliwego; uczucie, którego nie mogła się pozbyć nawet siłą.
Może gdyby przypieczętowały ten pakt krwią.
Ewentualnie jakimś dzikim zaklęciem, które przykleiło by je do siebie jak superglue.
Mogły też walnąć ofiarę z baranka bożego dla ich starych i może wtedy to by cokolwiek dało, sprawiłoby, że słowa “będziemy przy sobie” nie spierdolą jak karaluch przy zapalonym świetle.
Parsknęła cicho pod nosem, przecierając twarz dłonią.
Głupie.
Wiedziała, że to było głupie.
A jednak mimo wszystko, bolało jak jasna cholera.
Zamknęła torbę jednym, płynnym ruchem, jakby tym gestem miała zamknąć temat i już więcej do niego nie wracać. Jakby nie liczyło się już więcej to, co zostało między nimi niedopowiedziane.
Podnosząc wzrok niemal podskoczyła, widząc znajomą twarz stojącą w drzwiach. Nie była dobra w czytaniu emocji u innych, toteż nie bardzo wiedziała, czy Sony jest po prostu smutno, czy to ich neutralna mina.
— Dobrze cię widzieć — uśmiechnęła się, trochę na siłę, trochę z przyzwyczajenia, choć jej intencje były szczere w stu procentach.
Sony oparło się o framugę, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Nie była przyzwyczajona do takiego spokoju od dziecka Apolla.
— Więc… — zaczęło, grzebiąc butem w podłodze, jakby to było nagle najciekawsze zajęcie świata. — Dzisiaj wyjeżdżasz?
Laira odpowiedziała jedynie krótkim skinieniem głowy, nie ufając samej sobie, by użyć słów.
— A Violet? — padło ciszej, jakby niepewnie. — Ponoć miałyście wyjechać we dwie. Razem. Bardzo cię lubi.
Półbogini czuła, jak te słowa wiszą nad nią niczym kosa. Bardzo cię lubi. No, właśnie widziała, szczególnie po tej całej awanturze. Swoją uwagę skupiła więc na zamku torby, który za cholerę nie chciał się dopiąć, chociaż próbowała piąty raz.
— Cóż… — zaczęła, a słowa ugrzęzły jej gdzieś w gardle. — To po prostu bardzo skomplikowane — dodała w końcu, tonem, który przypominał tłumaczenie dziecku, dlaczego nie wolno napieprzać w wujka zabawkowym młotkiem.
— Lesbijki są dziwne — wymamrotało Sony pod nosem, aczkolwiek bardziej do siebie, niż do swojej rozmówczyni. Laira jednak to słyszała i mimo wszystko, mimo tego zmęczenia, złości i frustracji, które towarzyszyły jej od początku tego dnia (swoją drogą zdawał jej się ciągnąć bez końca) — parsknęła rozbawiona.
Krótko.
Ale jednak.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo — zamilkła na moment. — Słuchaj, dzisiaj jest mój ostatni dzień w obozie, także mam coś dla ciebie.
Sony uniosło brwi wyraźnie zaskoczone, obserwując, jak Laira wyciąga spod łóżka ciemnozielony pokrowiec a później drugi, mniejszy i do tego szary. Przez chwilę trzymała je w dłoniach, jakby zastanawiała się co powiedzieć, czy może jest pewna swojej decyzji.
— To mój ukochany zestaw — powiedziała w końcu, podając im pokrowiec z wędką — I najlepsze spławiki, jakie mam. Część jest ręcznie robiona.
Westchnęła z dumą, mierzwiąc herosowi włosy na głowie.
— Zajmij się nimi dla mnie, zgoda?


Sony?
────
[910 słów: Laira otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Niketasa — „Pluszowe misie słuchają Highway to Hell”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Zadrżała ze złości, niczym Charybda, która już miała złapać i pożreć Odyseusza. Cholernego Odyseusza, o smaku truskawkowym i formie żelkowych miśków. Jak ON śmiał? Przecież to ledwo od ziemi odrosło, a już się panoszy i, co gorsza, zaciska mocno to cholerne opakowanie żelek.
Przez chwilę się tak siłowali, patrząc na siebie nawzajem. Miała nadzieje, że dzieciak widzi przez te okulary, jak ona wręcz wizualizuje tysiące sztyletów lecących w jego pyszałkowatą twarz. Jak to Dostoj-, nie, Bułhakow mówił: Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy — nigdy!
Uśmiechnęła się jadowicie pod nosem i odpuściła.
— Wiesz co, rozmyśliłam się. Tak naprawdę nie potrzebuję tych twoich głupich żelków.
— Ojej, jaka szkoda, Werrrrcia. — Akcentując przesadnie jej imię, Niketas ostentacyjnie wyrzucił żelki do kosza.
Zatkało ją z wrażenia. Oczywiście, nie chciała dać po sobie tego poznać, ale ta akcja ją ubodła. Ten dzieciak pożałuje, że w ogóle się urodził. Grupową Ateny tak traktować?! I biedne żelki, które nie były niczemu winne?
Nie pamiętała, kiedy ostatnio się tak zirytowała. Szybko rzuciła okiem do notesu. Aha, półtora tygodnia temu, po tym, jak jakiś frajer na randce bezczelnie jej zarzucił, że traktuje wszystkich z góry i mruczy pod nosem jakieś niezrozumiałe cytaty, niemające pokrycia z sytuacją. I że jest agresywna. Oczywiście, Weronika pokazała, gdzie jest jego miejsce, nawrzucała mu coś o byciu cholernym facecikiem z wybujałym ego i odeszła. Mężczyźni to takie cholerne dupki. Oprócz literatów, rzecz jasna. Oni należeli do innego wymiaru, uduchowionego.
— Żebyś wiedział. Wiesz co, wolę poczekać na PRAWDZIWEGO asystenta. Takiego, który nie będzie kwestionował moich rozkazów. I takiego, który nie będzie wyrzucał niczego ważnego do kosza.
Odwróciła się na pięcie, zadarła nos i prychnęła. To powinno pokazać gówniarzowi jego miejsce. Odchodziła niespiesznym krokiem, nawet można by rzec, baletowym. Jakby mogła, to by zakończyła piruetem, ale bez przesady. Nie miała piętnastu lat. Przez myśl przeszło jej, żeby zerknąć w gardziel kosza i wyłowić bohatersko utraconą zdobycz, ale czy by ryzykowała, że ktoś ją zobaczy wkładającą rękę do KOSZA? No właśnie. Wymruczała pod nosem Bądź pan nie takim jak wszyscy, choćby pan miał być tylko sam jeden, takim jaki pan jest, na co jakiś dzieciak z domku Dionizosa przechodzący obok niej zareagował głośnym „co?”. Zignorowała go, przecież nie będzie poświęcać tak nieistotnej kreaturze uwagi, szczególnie gdy w grę wchodzą przemyślenia. Starannie łączone linijkami słów, spiętymi w klamry. Wszystko miało sens, początki, końce, przypisy, odnośniki — w formie równych liter, starannie wykaligrafowanych. Nawet tutaj trzymała ją perfekcja.

Myślała, że będzie prościej. Że dzieciaki same będą lgnąć do tak ciekawego konceptu, jakim było śledztwo. I to nie z byle nikim, a z grupową domku numer sześć. Rozpruty pluszak patrzył na nią smętnie spode łba, siedząc na parapecie.
Domek dzieci Ateny był… uporządkowany. Nawet, jak znajdowało się w nim kilka stołów kreślarskich, teleskopy, rulony papieru, to nie sprawiał wrażenia zagraconego. Przez prostokątne okna przebijało się słońce, ocieplając wnętrze i nadając mu przytulności.
Weronika lubiła myśleć, że w słońcu jej włosy mienią się blaskiem, niczym jakaś galaktyka. Rodzeństwo po prostu wzruszało ramionami na jej poetyckie metafory, odbąkiwując coś o ładnym kolorze i nic więcej. Niektórym widocznie matka poskąpiła nieco humanistycznych darów. Otrząsnęła się i spojrzeniem omiotła planszę, na której dumnie prężyły się figurki szachowe. Gdy jej brat, Maur, zrobił pierwszy ruch, uśmiechnęła się. Ironicznie, jakżeby inaczej.
— Wszystko jest w szczegółach, Maur! — Zagrzmiała.
Biedny dzieciak podskoczył.
— Przecież dopiero zaczęliśmy…
Zanim Weronika mu odpowiedziała, usłyszała pukanie. Podskoczyła, zbyt entuzjastycznie niż by chciała się przyznać, po czym otworzyła drzwi.
Przewróciła oczami na widok gościa, który wczoraj podgrzewał jej ciśnienie, już słyszała, jak "RRRRRR' wwierca się w jej półkule. Niech wszyscy poeci, zarówno martwi, jak i żywi, rosyjscy czy nie, powstrzymają ją przed morderstwem. Powtarzała sobie, że to nie sugestia genewska, a konwencja. Nie spuści atomówki na kpiący uśmiech Niketasa, niestety podpadał jeszcze pod inną konwencję, praw dziecka.
— Eee, kim ty jesteś? — Rżnęła głupa.
— Jednym z detektywów, a co, laleczko? Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Tak jak łatwo mnie nie zignorujesz podczas spotkań grupowych.
— A. Aha. Myślałam, ze grupowym był ten wysoki — Zaznaczyła dobitnie przymiotnik, oczekując reakcji. — blondyn. Z bielactwem. Widocznie domek Hermesa teraz ratuje się jakimiś dzieciakami.
— Starego psa nie nauczysz nowych sztuczek. Jak ci idą poszukiwania ASYSTENTÓW do sprawy pluszakowej?
Zgrzytnęła zębami.
— Idzie… Dobrze. Nie potrzebuję pomocy. Idź się pobawić z innymi w berka.
— Twoja strata. Życzę powodzenia.
Coś w tym przesadnie życzliwym głosie było nie tak, na tyle, że ciarki przebiegły po jej plecach. Bo co innego, kiedy się ścierali, niczym na szpady, a co innego, gdy ktoś znienacka zaczyna być miły. Niedobrze. Wyjęła notes i zapisała sobie ważną notatkę, na co Niketas zareagował praktycznie tym samym. Podniosła brew, zrobił to samo. Gdy westchnęła i usłyszała taką samą reakcję, zamknęła drzwi przed jego nosem. W prawdziwym nieszczęściu poznaje się swą własną cielesność i duchową moc, ustala się granice swoich „możliwości”, swej fizycznej wydolności i moralnej siły. - mruknęła pod nosem, delektując się rytmem tego zdania.
Nawet nie wracała do partii szachów.
— Przegrałeś. Wystarczyło, że przesunąłeś pionek na c4 i już wiem, że jakiegokolwiek gambitu bym nie użyła, przegrałbyś. — Rzuciła szybko do brata, po czym w swoim aneksie gorączkowo przeszukiwała rzeczy.
— Damy radę, Watsonie. — Podniosła zwycięsko pluszaka, pewna swoich możliwości. - Wracamy na miejsce zbrodni. Ty i ja. No i Dostojewski duchem!


Niketas?
────
[858 słów: Weronika otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 24 marca 2026

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

Z ciężkim sercem wyciągnęła plik banknotów, skrupulatnie przeliczając każdy papier z osobna. Nie spodziewała się, że będzie musiała pokryć koszta zniszczeń Pęcka. Wróć, spodziewała się, ale nie aż tak wysokich. Miała już się wykłócać, że to nie było aż tak kosztowne, dopóki nie usłyszała w oddali beczenia. Mogli pójść do jakiejś speluny, która w ofercie miała siedlisko hazardu, to może chociaż by się odkuli. Jeśli i tak ich by nie wyrzucono za „dziecko” które żre karty.
Ostatnimi resztkami siły zgarnęła mały paragon z niebotyczną kwotą i wróciła do ich stolika. Ze zdziwieniem zauważyła dwie rzeczy:
1) Było czysto.
2) Za to współtowarzyszy nie było.
Skonsternowana stwierdziła, że w takim razie czekają na zewnątrz.
Konsternacja pogłębiła się, gdy po wyjściu na rześkie powietrze rozejrzała się i w ogóle nie mogła ich znaleźć.
— Eeee. Arnar?
Pęcek w tym momencie mógłby zostać spuszczony w szyb kanalizacyjny i by się nie przejęła. Ale gdzie mógł pójść Pan Cellulitis? Czy serio będzie szukać typa, może i charakterystycznego, w tym cholernym mieście? Westchnęła ciężko.
A może to była właśnie dobra okazja, żeby zmyć się stąd, nie zawracać sobie głowy kolejnymi kosztami i potencjalnymi potworami? Gdyby właśnie poszła w siną dal, tak, jak to miała w zwyczaju? Skierowała się w kierunku noclegu, czekając na zielone światło.
Tylko tym razem coś ją frustrowało. Do głowy wlewały się jej scenariusze, co mogło stać się z Arnar i czemu jeno nie było przed barem. Może teraz potrzebuje jej pomocy, walcząc z potworem przebranym za Pęcka, gdzieś w szemranej alejce? Albo z taksówki wyskoczyli ludzi i wrzucili jeno do bagażnika, porywając dla okupu? Wiedziała, że to mocno irracjonalne, w końcu ile by było warte? Może w tysiącach ale pesos, Lucien by dorzucił kilka Reese's. Tych mniejszych.
— No jasny chuj. — Mruknęła pod nosem znienacka.
Nawet nie zaskakiwało to przechodniów czekających obok niej. Albo mieli słuchawki w uszach, albo byli wystarczająco przyzwyczajeni do ekscesów. Gdy w końcu wyświetlił się zielony ludzik na sygnalizacji, nie ruszyła się z miejsca. Odwróciła się i zmierzyła się z pierwszym problemem.
Gdyby była Arnar, gdzie by poszła? Jak zacząć myśleć i poruszać się jak Hermesiak? Potarła skronie, licząc, że odpowiedź przyjdzie jej znienacka. Może coś było na tej liście, co by zmusiło jeno do skorzystania natychmiast? Raczej nic związanego z piekarnią, bankomat odpadał, dużo tutaj było kamienic, co też nie było na jej bingo.
Skręciła w pierwszą lepszą uliczkę i nasłuchiwała. Cóż, zostało jej sporo podobnych uliczek. Już się nie mogła doczekać, aż przejdzie się wśród szczyn, worków na śmieci, albo natrafi na ślepą uliczkę. Gdyby chociaż miała taką umiejętność, że jakiekolwiek chwasty w okolicy by dawały jej znać, kto tędy przechodził i jak wyglądał.
Dopóki nie usłyszała zawodzenia Pęcka. Pobiegła czym prędzej w jego stronę, tylko po to, żeby ze zdziwieniem obserwować, jak biegnie za limuzyną. Która właśnie ruszyła bezszelestnie na czerwonym świetle. Tego to już satyr nie mógł dogonić.
— Pęcisław, co się odjebało?
— No, ten bęcwał! Zobaczył coś w tej puszce i nawet nie zauważyłem, kiedy ruszyli! Wspomniał coś o liście.
— Co tam było?
— Nie wiem, ty czytałaś t—
— W tej limuzynie, tępy koźle.
— Nie mam pojęcia! Znalazłem soczystą puszkę i czekałem na jeno. Myślałem, że wyjdzie z niej, normalni ludzie, nawet półbogowie, tak robią!
Opadły jej ręce. Częściowo przez to, że jej strachy się spełniły, a częściowo przez to, że teraz w życiu nie dogonią auta. Już widziała oczami wyobraźni, jak tłumaczy Lucienowi, co się stało.
— To ma zaskakująco dużo… Sensu. I co my teraz zrobimy? Nie mam praktycznie pieniędzy na taksówkę. Zapamiętałeś chociaż rejestrację?
— A co to?
— Rozumiem, czyli nie. I co teraz? Jesteśmy bez pieniędzy, bez pomysłów. Bez wsparcia. Z fusów nie wywróżę jeno lokalizacji.
Nie uzyskała odpowiedzi. Tak już siedzieli sobie obaj, na krawężniku, kontemplując różne rzeczy. Satyr patrzył na puszki, Dahlia wbijała wzrok w ziemię. To było zbyt absurdalne. W dodatku odganiała gołębie, żądne okruszków i prawdopodobnie ich towarzystwa.
— Dalej nie wiem co zrobić. Szczególnie bez pieniędzy. — Wymamrotała skapitulowanym głosem.
Satyr odwrócił się do niej. Nie, żeby liczyła na jakiekolwiek wsparcie od niego, ale może go nie doceniała?
— Mam propozycję. Słuchaj, jak potrzesz długo powieki, to widać takie kolorowe plamki.
Patrzyła na niego w ciszy, procesując tą wypowiedź. Najlepsze, na co ją było stać, to kamienną minę oraz powstanie z krawężnika, zostawiając satyra samego.


Arnar?
────
[704 słów: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Chaita — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

Starła pot z czoła.
To była niezła walka. Na tyle niezła, że dużo dzieciaków było zachwyconych i nie odklejały się od balustrad. Zauważyła, jak jedno z nich ciągnęło za koszulkę rodzica i krzyczało „też chcę tak walczyć, tato, kupisz mi szablę?!”. Inne się sprzeczało z koleżanką, czy aby na pewno „ten mniejszy pan” przegrał, bo ze złamaną szablą da się dalej walczyć.
Oparła się o skrzynię, wciąż procesując sparing. Bronie pozostawały wiele do życzenia, ale za to zwody, natarcia, symulacje udowodniły jej, że zna Chaita z Obozu Herosów. Ten konkretny, grecki styl walki był nie do przeoczenia. Na początku starała się sobie wmawiać, że jej nie obchodzi jakiś drugi półbóg, ale chęć upewnienia się, z kim ma do czynienia, brała górę. Nie chciała się też przyznawać, nawet przed sobą, że teraz postawiła cel dowiedzenia się, jakiego on ma boskiego rodzica. Kto wie, może kiedyś walczyli, ale nie zapamiętała go jakoś szczególnie?
Słońce zachodziło, lampy powoli się zapalały jedna za drugą. Park rozrywki jeszcze długo będzie otwarty, do dwudziestej trzeciej, za to im kończyła się powoli zmiana. Chait wciąż odmachiwał dzieciakom, odpowiadając niektórym na pytania albo komplementy, kątem oka Dahlia zauważyła zmienników. Podeszła do kolegi, odmachując dzieciom, i pochyliła się do niego.
— Kapitan nas wzywa, majtku.
Nawet nie zdążył zareagować, gdy usłyszeli jęki rozczarowania i niezadowolenia. Rodzice uspokajali kiedy mogli, podziękowali za performance i starali się zabrać swoje latorośle. Wydawało się jej, że dzieci w tych czasach mają spalone styki od tabletów, ale jak widać, jeszcze mogła mieć nadzieję, że nie będzie tak źle. Poprzednim razem była świadkiem wielu grup, których najzwyczajniej w świecie nie były zainteresowane czymkolwiek. No, chyba że rollercoasterami.
Kiedy odchodzili, zerkała co jakiś czas na Chaita. Dalej się uśmiechał, pomimo zmęczenia trzymał się na nogach i wyglądał na zadowolonego. Ciężko nie było uśmiechnąć się pod nosem.
— I jak ci się podobał pierwszy dzień pracy?
— Było w porządku. Naprawdę.
— Bardzo szybko załapałeś robotę. Inni zwykle potrzebują więcej czasu.
— Nie kłamałem, kiedy mówiłem, że mam doświadczenie jako animator.
Pominęli całkowicie tematy związane ze sparingiem. Czuła, że nie ma co drążyć tematu. Owszem, mogłaby powiedzieć "hej, dobrze ci też szło z szablą", ale nie spodziewała się jakiejś pozytywnej reakcji. Kto wie, może by się spiął i przestał dobrze sobie radzić w pracy? Zakładała, że potrzebuje pieniędzy, biorąc pod uwagę szmat drogi przebyty aż z Nowego Jorku. Długo rozpatrywała w głowie scenariusze, grzebała także w pamięci jakiekolwiek wspomnienia, w których mogłaby go zidentyfikować.
Nie postawiła stopy w obozie od jakichś kilku lat, bardzo dużą część wspomnień po prostu wyparła. Tak, jakby ktoś upuścił świecę na mapę skojarzeń z obozowiczami. Twarze, nazwiska się mieszały i mogła wyciągnąć tylko pojedyncze nitki. Takie, jak to uczucie znajomego zastanawiania sie nad imieniem nowego-nienowego kolegi.
Właśnie się odezwał, wybudzając ją z myśli.
— Chyba już dotarliśmy. Trzeba tam zbliżyć kartę, prawda?
Wskazał szare, bezpłciowe drzwi, za którymi znajdowała się tak samo pozbawiona koloru klitka, z automatem do zarejestrowania czasu pracy.
— A. Tak, tak.
Po przekroczeniu progu i zakończeniu pracy udali się do szatni. Tam Dahlia poinstruowała, gdzie ma się udać do sekcji męskiej, w której są toalety i prysznice, po tym jak parę współpracowników zażartowało o pracy na galerach, z której wracają śmierdzący niewolnicy. Dobrze, że park codziennie wieczorem uruchamiał pralnię na swój koszt, bo nie uśmiechałoby się jej szukać innej w okolicy. Kiedy już się odświeżyła pod prysznicem, a ubrania wrzuciła do kontenera, natrafiła w szatni na inną grupę, która dopiero co skończyła. Był też tam jeden z koordynatorów, który napsuł jej krwi te kilka lat temu i od tej pory jej nie znosił, ze wzajemnością. A teraz tutaj był.
Westchnęła ciężko. Dzień zakończył się bardzo dobrą notą, a koordynator Nathaniel ma zapewne zamiar jej to zjebać. Wyglądał na niezadowolonego, bardziej niż zwykle. Dahlia często się zastanawiała, czy kiedykolwiek te brwi odpoczywają, czy zawsze ma taką minę srającego kota. Nie doszła jeszcze do konsensusu. Wyminęła go, idąc do swojej szafki z pokerową miną. Pokazanie, że jego widok w jakikolwiek sposób ją ruszył, byłoby aktem słabości i startowałaby z przegranej pozycji. Według niej.
— Nie sądzisz, że lepiej by było zostawić performance tym, którzy rzeczywiście muszą go zrobić? Zwracaliście za dużo uwagi.
Oczywiście. Nie przerywała wkładania pudełka śniadaniowego oraz termosu do torby.
— Coś było nie tak, koordynatorze?
— Przeszkadzaliście w występie z kartami i pochodniami.
Zamknęła szafkę i odwróciła się do rozmówcy.
— Przykro mi, że byle sparing plastikowymi szabelkami zwrócił większą uwagę. Może trzeba było lepiej zaaranżować te występy, koordynatorze?
— Radzę ci się nie wychylać poza posadę.
— Naszym celem jest zabawianie dzieciaków i uważam, że tutaj zrobiliśmy dobrą robotę. A teraz wybacz, mam lepsze plany niż stanie tutaj. — Uśmiechnęła się pod nosem. Powstrzymując mocno chęć splunięcia.
Zwykle nie była tak szorstka i nienawistna dla innych, ale ten facet potrafił nadepnąć perfekcyjnie na każdy jej odcisk. Ktoś jej kiedyś powiedział, że każdy musi mieć jakieś nemezis (ha, ha, półboski świecie) i on z całą pewnością tym był. Musiała po tamtym sezonie procesować swoje emocje i instynkty, prawie też poszła do psychologa. Dla osoby postronnej wydawałoby się to paradoksalne, że nie prostowała swoich traum z misji, i że jej granicą był wredny ziutek z pracy, ale gdyby opowiedziała komuś o przygodach z leukrotami, to by trafiła na oddział zamknięty. Ciekawe, czy są jacyś biedni półbogowie zamknięci w izolatkach, z kaftanem bezpieczeństwa, bo odważyli się mówić o spotkaniach z potworami?
Rozejrzała się po szatni. Parę osób ją obserwowało z uśmieszkami na twarzy, część miała dość po kilku godzinach chodzenia w słońcu. Jeszcze inni po prostu nie wiedzieli co robić, kiedy patrzyła na nich to odwracali wzrok. Zauważyła Chaita przy wyjściu z szatni, który prawdopodobnie miał już wyjść, ale nagłe wydarzenie odwróciło jego uwagę i zamurowało w miejscu. Gdy zobaczył, że Dahlia się zbliża, otworzył pospiesznie jej drzwi.
— No to będziemy mieć zabawę, Chait. — Mruknęła, kiedy przechodziła obok niego. — Do jutra?


Chait?
────
[959 słów: Dahlia otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]