środa, 27 maja 2026

Rocznicowe radio Smells Like Teen FM

Dziś jest 27 maja 2026 roku — wszystkiego najlepszego! Ale jak to, nie masz dzisiaj urodzin? Ogłaszam zatem, że każdy członek Smellsów obchodzi dzisiaj urodziny, ponieważ 27 maja to data… czwartych urodzin bloga. Tak, jakimś cudem przeżyliśmy cztery lata żartów o przyrodzeniach, kiepskich wymysłów Ricka Riordana i jeszcze gorszych wymysłów Pana Imperatora Aleksa (moich).
Pamiętacie, jak rok temu przeprowadzaliśmy wywiady z Waszymi postaciami? W tym roku postanowiliśmy, że na podium będziecie… Wy. Wy, jako autorzy. W związku z tym przygotowaliśmy kilka pytań do Was, które pomogą nam wszystkim trochę powspominać.
Odpowiedzi możecie wysyłać na kanale #rocznica-bloga na naszym Discordzie lub prywatnie do jednego z adminów. Czas na wysyłanie odpowiedzi jest do 1 czerwca (włącznie). Potem opublikujemy Wasze wywiady w kolejnym poście eventowym. Wszystkiego najlepszego, Smellsy!

PYTANIA

1. Jakie było Twoje pierwsze wrażenie o blogu? Co Ci się spodobało na stronie?

2. Jakie było Twoje pierwsze wrażenie o serwerze Smellsów na Discordzie? Co Cię u nas zatrzymało?

3. Jakie jest Twoje ulubione wspomnienie z Discorda Smellsów? A może masz ich kilka?

4. Jakie jest Twoje ulubione wspomnienie z wątku, który prowadziłxś na Smellsach? Z kim go pisałxś?

5. Jaki był Twój ulubiony event, w którym wzixłxś udział? Dlaczego akurat ten?

6. Czy miałxś wcześniej jakieś doświadczenia z blogami? Jeśli tak, jakie to były blogi? Może pisałxś RP? Może Smellsy są Twoim pierwszym doświadczeniem?

7. Jeśli masz wiele postaci: którą z Twoich postaci pisze Ci się najlepiej? A jeśli masz jedną postać, co najbardziej w niej lubisz?

8. Jaka jest Twoja ulubiona postać innego członka bloga i dlaczego akurat ona?

Od Edel CD Dicka — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

Była przekonana, że umarł, gdy tak patrzyła na niego z góry wzgórza, jak jego bezwładne ciało leżało pod płotem. Przez jej głowę przeleciały wszystkie najgorsze scenariusze i kolejny pogrzeb, któremu będzie czuła się po części winna. Na moment spanikowała, dopóki do niego nie podbiegła i nie okazało się, że najgorszą ze szkód, jakie przytrafiły się Dickowi było oplucie go przez konia. Śmiechu warte. Na pewno nie tak ogromnego strachu, którego doświadczyła jeszcze przed sekundą.
Teraz prowadzi go przez Obóz, nie puszczając jego wątłych ramion pomimo protestów i zapewniania, że jemu to się już dziesiąty raz w miesiącu stało i jeżeli dostał wstrząśnienia mózgu, to było to już co najmniej tydzień temu, bo wtedy to dopiero się uderzył w głowę. Próbuje też puszczać mimo uszu jego pełne buty, wypowiadane drżącym głosem słowa, że on naprawdę potrafi o siebie zabrać (definitywnie nie stoi to choćby kilometr od prawdy, to stwierdzenie nigdy prawdy nie widziało ani nie słyszało o istnieniu takiego konceptu). Niekoniecznie świadomie Edel cieszy się, że chłopaczek nie należy i nigdy nie będzie należał do jej kohorty, bo wtedy to już by naprawdę oszalała. A bardzo chciałaby nie oszaleć, tyle że każdy dzień spędzany jako centurionka wyłącznie przybliża ją do stracenia zmysłów i zrobienia zjawiskowego cosplayu hamletowej Ofelii. Wręczyłaby Vergilowi najwspanialszy bukiet chwastów i długiej trawy, podarowała Cherry parę najcudowniejszych kamieni ze swoich glanów, po cyzm wspięłaby się na najwyższe drzewo nad Małym Tybrem i najbardziej majestatycznym ruchem, w rytm powiewającej w śmierdzącej bryzie rzecznej czarnej sukni, rzuciłaby się w odmęty fal.
Byłoby miło. Może miałaby ładny grób. Z napisem o treści: „Najgorsza i najbardziej pojebana centurionka w całej historii istnienia przybytku zwanego Obozem Jupiter”. I nikt by nie składał tam kwiatów, bo wszyscy by o niej zapomnieli. Jej następcą pewnie zostałby Kurt albo Dorian, albo najlepiej oboje, wtedy dopiero by się ze sobą kłócili. Pod pewnymi względami byliby lepszym wyborem niż ona, jakby nie patrzeć.
– Hej, mam tutaj takiego delikwenta, któremu plaster średnio pomoże – rzuca Edel w białą przestrzeń ambulatorium. Linoleum skrzypi pod tenisówkami Elianne, która ze swoim zwykłym, miłym uśmiechem wychyla się z zaplecza.
– Wcale nie! – upiera się Dick. – Wystarczyłaby naklejka „dzielny pacjent”!
– Tych to już masz całą kolekcję – stwierdza Elianne i ostentacyjnie przewraca oczami. – Cherry mi już powiedziała, że jesteś naszym stałym klientem.
– Ale to tylko takie zadrapanie – powatarza w kółko, choć Edel wydaje się, że jednak jego głos jest zainfekowany strachem. Może przed całą otoczką ambulatorium, które z jakiegoś powodu wywołuje przerażenie w każdym legioniście, który ma zostać tutaj przyprowadzony. – Ałć.
– Tu cię boli? – upewnia się Elianne, odgarniając włosy Dicka. – No, masz guza. Ale tylko guza. Miałeś szczęście.
– Powaga? – pyta zszokowany chłopak, tak jakby właśnie dowiedział się, że Święty Mikołaj rzeczywiście istnieje. – Ale tak serio, żadnych złamań ani nic?
– Sprawdź, czy wstrząśnienia mózgu nie ma – sugeruje Edel znad swojego notatnika, w którym odhacza to, co udało jej się dokonać tego dnia. Czyli, w gruncie rzeczy, nic. Końcem pióra stuka w puste pola do zaznaczania wykonanych zadań obok obszernej listy dzisiejszych obowiązków i zaczyna zastanawiać się nad sensem swojego centuriońskiego zapierdolu.
– Chodź na leżankę – zachęca Dicka Eli, bo chłopiec jak na razie ledwo przekroczył próg ambulatorium. Syn Fortuny uśmiecha się trochę niepewnie i wreszcie zbiera w sobie wystarczająco odwagi, żeby zrobić pierwszy krok.
Nie idzie mu szczególnie dobrze. Jakimś sposobem udaje mu się zahaczyć o jedną z zasłonek pomiędzy łóżkami i byłoby to totalnie okej i bezproblemowe, ale pewnie tylko wtedy, gdyby nie był sobą. Szarpnięta kotara postanawia wyrwać się z akurat krzywo zaczepionych spinaczy i sfrunąć na chłopca, czyniąc z niego coś w rodzaju okropnie niezdarnego i w ogóle nie przerażającego ducha. Edel w bardzo teatralnym geście rzuca notatnik na ziemię i, mając ochotę po prostu ukryć twarz w dłoniach z krzykiem: „ZNOWU TO SAMO”, postanawia ponieść bohaterską próbę złapania kotlącego się w białej takninie Dicka. Niestety, wyślizguje się z jej ramion i Del zostaje sama ze swoimi marzeniami o byciu supercenturionkokobietą.
Dick zatacza się dalej, w niekoniecznie metaforyczny sposób tańcząc ze śmiercią. Potyka się o łóżko, gdy Elianne już ma chwycić zasłonę i przynajmniej ściągnąć ją z jego głowy. Dziewczynie udaje się wyłącznie szarpnąć głową Dicka w górę i do tyłu, pewnie jeszcze bardziej pogarszająć jego prawdopodobne wstrząśnienie mózgu.
Nikt nie jest z tego faktu szczególnie zadowolony. Zwłaszcza Elianne.


Dick?
────
[703 słowa: Edel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 26 maja 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

– Ricky, ty jesteś kurwa głupi? – syczy Kuźma i trochę zaskoczona dostrzega, że niektóre dzieciaki Wulkana z jakiegoś powodu prychają głupkowatym śmiechem. Pojedyncze nawet szepczą pod nosami: „dobre” i kiwają do siebie głowami, jakby w uznaniu. Kuźma nigdy nie sądziła, że nadrabianie kultury internetowej kiedykolwiek jej się przyda, ale w tym momencie wątpi w niezawodność tego stwierdzenia tak mocno, że aż ją palce świerzbią, żeby szybko zairyfonować do Anastazego i ochrzanić go za ciągłe odkładanie w czasie zbudowania dla niej funkcjonującego iFajstosa.
– Dobra – wreszcie mówi lider Wulkaniątek, niesamowicie butny heros o ostrych rysach i surowym wyrazie twarzy. – Idziemy na układ. Budujemy wam te kółeczka. Ale nie za darmo.
– Czego niby chcecie? – prycha Kuźma, nie zdając sobie sprawy z tego, że wyplucie tych słów w taki sposób raczej przysporzy jej więcej kłopotów niż… życzliwości drugiej strony ich marnego paktu.
Nagle chłopiec gubi gdzieś całą swoją pewność siebie i potrzebował do tego tylko krótkiego pojedynku na spojrzenia z Kuźmą. W niezręcznej ciszy, która zapada pomiędzy nimi, on uśmiecha się drżącymi ustami i wykonuje nieokreślony gest ręką, chyba chcąc coś w ten sposób wytłumaczyć. W odpowiedzi Kuźma marszczy brwi, próbujac tym samym dać mu znać, że nie ma najmniejszego pojęcia, co on chce jej przekazać. Najwyraźniej chłopiec też nie wie, bo przez dłuższą chwilę wysyłają sobie nic nie znaczące znaki i dopiero po paru dłużących się sekundach Wulkaniak znowu zabiera głos (gdy Ricky już miał zarzucić kolejnym błyskotliwym żartem, którym podbniłby każdą scenę stand-upową w okolicy).
– Miałem zapytać, czy macie coś do zaoferowania… – Te słowa sprawiają, że Kuźma jeszcze mocniej marszczy brwi, bo nie jest pewna, czy ona kiedykolwiek ma bądź miała cokolwiek do zaoferowania oprócz swojej obecności i paru drobniaków skradzionych z kuchennego blatu, gdy Gaudencja nie patrzyła. Chłopiec, choć pozuje na wspaniałego lidera, wzdryga się nerwowo. – Ale… Wystarczy parę części zastępczych. Taka zwykła, mała opłata.
– Części zastępcze? – odpala się Ricky, jego oczy lśnią blaskiem niezdrowego podekscytowania, od którego Kuźmie chce już się rzygać. Kończą jej się jakiekolwiek pomysły, co ten idiota znowu wymyślił. Po pewnym czasie zgadywanie przestało mieć jakikolwiek sens. – Czyli na przykład…
– POOO PROSTU JAKIEŚ ŚRUBKI, HAHA – przerywa mu syn Wulkana, swoją drogą zdecydowanie zbyt donośnie i z za małą dozą szczerości. Aktorem nie byłby za dobrym, nawet gdyby urodził się dzieckiem Bachusa. – Tak. Śrubki. Ech. Cokolwiek. Gdzie wy macie tę trumnę?
– Pod moim łóżkiem! To znaczy, właściwie to już nie pod, a obok, bo ją stamtąd wytargałem, ale problem właśnie jest w tym, że nie mogę jej przetargać dalej bez zerwania sobie co najmniej dziesięciu mięśni, jeśli wiecie, co mam na myśli. No i mamy szkopuł taki, fajny byłby jakiś wózek widłowy albo coś, ale tego w Obozie chyba nie mamy. Zreszyą, już ustaliliśmy, że kółka, no i będą kółka – rozgadany prowadzi ich w stronę baraku piątej kohorty. Zanim wychodzą z warsztatu, Kuźma zauważa, że syn Wulkana z miną pełną boleści zakłada na dłonie bardzo grube rękawiczki i jest poklepywany przez swoje rodzeństwo, które cicho życzy mu powodzenia. – W ogóle, jak masz na imię?
– Alvin – odpowiada bardzo smutnym, ale równocześnie zdeterminowanym tonem. – W tej trumnie coś jest?
– Eee, nie wiem czy W. Raczej obok, mam taki makaron z grzybami, który własnie musimy zuty… Znaczy. Makaron z grzybami, którego możesz spró-
– Nie – stanowczo ucina Kuźma.
– No eeeeeeeeeeej!
– Chcesz, żeby on też przeżył to, co ty przeżyłeś w ambulatorium? Albo coś jeszcze gorszego?
– Jesteś dobra w straszeniu ludzi, wiedziałaś? – Ricky chichocze pod nosem, nie zważając na to, jak mocno krzywi się Kuźma po usłyszeniu jego słów. – W każdym razie, musisz i tak uważać na tę trumnę, bo jest z czystego ołowiu, dlatego grzyby tego nie przeżrą, jak przeżarły wszystko inne. A myślałem że serio będą dobrym sosem do spaghetti.
– Chyba… chyba jednak muszę wrócić, wiecie? Wziąć jakiś… kombinezon albo coś… – mamrocze Alvin, nerwowo bawiąc się swoimi rękawicami.
– Nie martw się – kąśliwie rzuca Kuźma. – Jak widać, wciąż żyję. Niestety.


Ricky?
────
[638 słów: Kuźma otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Raine umiera


Raine Cardenas


Życie półboga ma to do siebie, że zazwyczaj kończy się zbyt wcześnie i w brutalny sposób. Nie umniejsza to jej tragedii i zawsze pozostanie niesprawiedliwe. Niestety, czasami jedyne, co inny półbóg może zrobić, to pozostawienie w miejscu śmierci czegoś ważnego dla zmarłego przyjaciela — istotnej pamiątki, wspomnienia, lub siatki z pieczarkami.

Od Filemona CD Raine — „Grzybiarze wcale nie są lepsi od Karyn”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Filemon podjechał pod budynek banku i zatrzymał się przed stojakiem na rowery. Zawsze bał się, że pewnego dnia ktoś ukradnie mu ten rower, bo jest bardzo ładny i nawet z daleka można stwierdzić, że dużo kosztował, ale jakoś zaganiał te myśl i o tym zapominał.
Rower przypiął na dwa zabezpieczenia — bo uważał, że to w jakiś sposób uchroni jego ulubiony sprzęt przed kradzieżą — a klucze wcisnął do kieszeni spodni. Miał już wchodzić do budynku, w którym codziennie cierpiał, kiedy zauważył tego samego dzieciaka, co wcześniej. Granatowe włosy, crocsy i… miecz w jednej ręce. Tym razem nie była to siatka ze świeżymi pieczarkami. Tym razem był to miecz i na pewno nie zabawkowy (chociaż Filemon próbował sobie wmówić, że jest to plastikowa zabawka).
Młody grzybolog uciekał przed czymś dużym i obrzydliwym. Filemon zauważył charakterystyczną czerwoną skórę potwora, przez którą zjeżyły mu się włosy na karku. Stał dłuższą chwilę przed wejściem, ignorując notorycznie zamykające się i otwierające automatyczne drzwi za plecami.
Pewnie, gdyby ruszył się wcześniej, odwrócił i zignorował krzyki oraz ryki potwora, nie musiałby uczestniczyć w tym, w czym zaraz będzie. Raine go bardzo szybko zauważył. Uniósł rękę i pomachał do niego błagalnie, czego nie dało się w żaden sposób nie spostrzec. Filemon miał na nosie okulary. Doskonale wiedział, że machnięcie jest skierowane ku niemu.
Zacisnął zęby. Nie ruszył się z miejsca nawet na krok, patrząc jak Raine ucieka przed ogromnym potworem. Zastanawiał się, co widzieli zwykli ludzi. Co widziałby on, gdyby nie został przeklęty półbóstwem? Dwumetrowego faceta z kominiarką na twarzy? A może niewyróżniającego się z tłumu typowego patusa?
Dotychczas nie mieszał się w sprawy półboskie. Ignorował umierające na ulicach dzieci, bo próbował wieść życie zwykłego śmiertelnika, którym przecież nie był. Przechodził obojętnie obok małych mitologicznych stworzeń. Nie rozmawiał o bóstwach, bo udawał niewierzącego, którego nie interesują nawet mitologiczne książki. To wszystko działo się do dzisiaj.
Pierwszy raz od kilku lat Filemon dotknął palcami swój zegarek nie w celu sprawdzenia, która jest godzina, czy w celu nastawienia wskazówek. Dotknął go w taki sposób, w jaki przywoływał kiedyś swoją broń. Zegarek przekształcił całą swoją konstrukcję, magicznie zmieniając się w długą włócznie z naostrzonym grotem.
Raine ufał Filemonowi bardziej, niż powinien. Nie miał przecież gwarancji, że obcy mężczyzna, który na dodatek za każdym razem był dla niego wredny, pomoże mu w zagrożeniu życia.
— Pierwszy raz widzę coś takiego! — krzyknął, przybiegając do Filemona. Mężczyzna przewrócił oczami. — Co to jest?!
— Coś, co cię pewnie zaraz zabije — syknął.
Mógł nie tłumaczyć Raine z czym będą musieli się mierzyć, ale skoro był już na tyle miły, by wyjść ze swoją prawdziwą tożsamością oraz pomocną dłonią, to w innych kwestiach może pozostać dupkiem.
— Obronię cię! — odkrzyknął z pełnym entuzjazmem. — Dobry z ciebie facet, wiesz? Naprawdę! Jesteś moim najlepszym przyjacielem.
Filemon zamknął na dwie sekundy oczy. Raine był strasznie naiwny skoro uważał, że jest w stanie coś zdziałać przeciwko takiej bestii.
— Najlepiej byłoby, gdybyś stąd uciekł.
Raine jednak nie słuchał. Musiał uznać, że jest jakimś bohaterem, który uratuje swojego nowego przyjaciela — którym Filemon nie był — i postawi na szali własne życie. Rzucił się do przodu i zaczął wściekle wymachiwać rękoma w stronę potwora, by zwrócić jego uwagę. Filemon stał zaraz za nim i wściekle zaciskał palce na drzewcu włóczni.
Nawet jeśli Filemon mógłby z boku popatrzeć na żałosne poczynania Raine, to nie chciał być świadkiem kolejnej bezsensownej śmierci. Obrócił w rękach włócznie i uderzył Raine samą drewnianą częścią. Cios w kolana był na tyle dobrze wymierzony i na tyle mocny, że od razu posłał półboże na ziemię.
Złapał Raine za materiał spodni i pociągnął do siebie, jakby był wypchaną watą zabawką.
— Co, bawisz się w bohatera? — Posłał mu groźne spojrzenie. — Jak chcesz się zabić, to proszę bardzo! Nie będę ci nawet w tym przeszkadzać, dzieciaku.
— Razem możemy go pokonać! — Wyrwał się Filemonowi i dosyć niezgrabnie stanął na prostych nogach. Była zima, a Raine wciąż chodził w tych samych crocsach. — Ogólnie, to uważam, że on wcale nie jest taki wielki!
Potwór akurat zdążył do nich dobiec i uderzył wielką łapą w chodnik tuż obok ich dwójki. Filemon odskoczył do tyłu, trzymając przy sobie Raine, który nawet nie zdążyłby zrobić uniku, gdyby nie pomocny mężczyzna z banku.
— Może jednak jest trochę wielki — wyszeptał. — Ale! Ale uważam, że jesteśmy w stanie go zabić razem!
Większych farmazonów Filemon nie słyszał od wielu lat. Kto mógłby być tak odpowiedzialny, by lecieć w stronę wielkiego, chyba czterometrowego, potwora z myślą, że jest w stanie zrobić mu jakąś realną krzywdą? Odruchem każdego myślącego człowieka była ucieczka.
— Słuchaj, nie bawi mnie to.
Filemon z całych sił próbował odciągnąć Raine od potencjalnej śmierci. Nie wiedział, dlaczego to robił i dlaczego tak bardzo zależało mu, żeby półbogowi nie stała się krzywda, ale nie mógł dłużej patrzeć na te żałosne próby odgrywania super bohatera. Raine przez cały czas mu się wyrywał, krzycząc coś o pomocy i o tym, że znalazł najlepszego przyjaciela na świecie i że na pewno wspólnie będą w stanie zabić tę bestię.
— Patrz na to. — Raine zacisnął palce na rękojeści swojego miecza. — Wezmę go z tej strony, a ty z drugiej!
Filemon nie wiedział, o której stronie Raine mówi. Potwór był duży, ciągle próbował uderzyć ich swoimi łapami, a na dodatek nie posiadał widocznych słabych punktów.
— Nie! — krzyknął, poirytowany. — Zabieraj się stąd, dzieciaku!
Raine pozostał głuchy na te słowa. Rzucił się biegiem w stronę potwora. Uniknął jeden z jego ataków, a Filemonowi nie pozostało nic innego, jak pobiegnięcie za nim.
Cholerny dzieciak, przeklinał w myślach, uważając, by nie dostać w głowę. Co tak duży potwór robił na ulicy San Francisco i dlaczego kręcił się akurat w okolicy jego miejsca pracy?
Raine udało się zranić potwora. Z niewielkiej ranki polało się parę kropel krwi, ale to byłoby na tyle. Potwór tak się wściekł, że czekać mogło ich już tylko najgorsze. Zamachnął się, odtrącając od siebie wirującego z mieczem Raine. Półboże poleciało na bok, uderzając o ścianę innego budynku.
Filemon zacisnął zęby i pobiegł w jego stronę, zostawiając w tyle potwora. Nie to było najważniejsze. Od początku nie chciał z tym czymś walczyć.
Raine osunął się na bok. Z jego głowy leciała strużka ciemnoczerwonej krwi.
— Widzisz? — Uśmiechnął się słabo. Tak samo jak wtedy, kiedy wciskał mu siatkę z pieczarkami. — Udało mi się.
Filemon zamknął na chwilę oczy. Ten dzieciak był niesamowicie głupi.
— Poczekaj tutaj. Zadzwonię po pomoc.
Nie zdążyłby. Po prostu zwyczajnie nie zdążyłby nawet wyjąć telefonu, by zadzownić po pogotowie. Rozwścieczony potwór ich dogonił. Uderzył wielką łapą w ścianę, przy której leżał Raine. Filemon tylko widział lecące kamienie prosto na głowę półboża. Mógł tylko patrzeć. Śledzić lot betonowych odłamków.
Z zaciśniętymi zębami, dudniącą krwią w uszach i złością odbiegł od miejsca zdarzenia. Miejsca tragicznego wypadku. Raine patrzył na niego w tak samo niewinny sposób, jak wtedy, kiedy przyszedł pytać się o cholerny kredyt na grzyby. Był dziwny. Dziecinny. Przekonany, że jest w stanie coś zrobić przeciwko trzy razy większemu przeciwnikowi od siebie.
To kończyło się za każdym razem tak samo. Znów czuł smak metalicznej krwi na języku, chociaż od tamtego dnia minęło już wiele lat. Znów poczuł w sercu to samo ukłucie żałosnej winy, chociaż nie mógł nic zrobić. Nie uchroniłby Raine przed betonowymi odłamkami. Nie był w stanie nawet go odciągnąć. Raine już i tak był ranny. Jednak to uleczyło poczucia winy, które właśnie odczuwał.
Zatrzymał się dopiero trzy ulice później. Zdyszany i spocony. Ręce trzęsły mu się z nerwów. Raine. Może był dziwny. Może był upierdliwy. Nie zasługiwał jednak na taki koniec; to że jednak urodził się jako półbóg nijako sprawiło, że śmierć dogoni go szybciej, niż śmiertelnika.
Nie poinformował nikogo, że nie przyjdzie do pracy. W tej chwili chciał tylko wyciągnąć z siebie to cholerne pochodzenie, które sprawiało, że już do końca życia, nieważne, jak bardzo by się ukrywał, musiał oglądać bezsensowne śmierci dzieciaków.
 
Kilka dni później zjawił się w miejscu, gdzie ciężkie betonowe odłamki zwaliły się na głowę niewinnego Raine. Uklęknął pod ścianą budynku i w miejscu niewidocznym dla ludzi położył siatkę z pieczarkami. Może to chociaż trochę pomoże dzieciakowi w odnalezieniu się po tamtej stronie. Bardzo chciał w to wierzyć.
On sam już obiecał sobie, że nie dotknie półboskiej broni nawet w chwili największego zagrożenia. Nienawidził wszystkich półbogów. Świat byłby lepszym miejscem, gdyby nie istnieli.

KONIEC WĄTKU PONIEWAŻ RAINE DOKONAŁ ŻYWOTA ŚWIĘTEGO AMEN
────
[1353 słowa: Filemon otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Pierwszych kilka tygodni minęło zadziwiająco spokojnie – może nawet trochę zbyt spokojnie jak na gust Chaita, ale przecież nie był paranoikiem, który jakoś bardzo by się tym przejmował i zaczął wszystko bardzo dokładnie analizować, rozkładając na zbyt małe i zbyt szczegółowe elementy. Inaczej: może czasem był paranoikiem, ale nie takim. I doskonale zdawał sobie sprawę, że szukając problemów na siłę, może co najwyżej wyolbrzymić te problemy, które tego nie wymagały. Oczywiście nie był też na tyle głupi, by założyć, że uśmiechnęło się do nich szczęście, bo to nawet jak na niego mogłoby być zbyt naiwne.
Zresztą, na co dzień i tak nie miał tyle wolnego czasu, by usiąść i naprawdę zacząć się nad tym zastanawiać. Do tego dalej nie mógł przestać myśleć o potwornej agentce nieruchomości, chociaż kiedy wrócił w tamto miejsce jakiś czas później, nie było śladu po jej obecności. Nikt nic nie wiedział, nie udało mu się też dowiedzieć nic o potencjalnych dziwnych sytuacjach w tamtej okolicy.
Dlatego, dopóki w tej lokalizacji wszystko było w porządku, to z tego korzystał. I widział, że Apollodoros też z tego korzysta, więc tym bardziej nie zamierzał tego psuć.
Lato powoli mijało, ale nie widział końca festynów. W grafiku miał wpisane jeszcze dwa festiwale, a w ukradkowych spojrzeniach, które rzucali mu szef i jedna z koordynatorek, wyczuwał, że mają dla niego jeszcze jakieś kolejne bojowe zadanie. Mógł tylko mieć nadzieję, że będzie ono przyjemniejsze od tej jednej roboty w parku i że nie będzie wymagało podróży przez pół Stanów Zjednoczonych tak jak poprzednia wakacyjna propozycja.
Tak, biorąc pod uwagę to, jakie zlecenia mu się trafiały i to, ile zastępstw w barach i knajpach brał w ciągu ostatnich dni, zdecydowanie nie miał czasu, który mógłby swobodnie poświęcić na zastanawianie się nad dziwnym spokojem w wynajmowanym budynku i okolicy.
Ale przez to wszystko miał też wrażenie, że częściej mija się z Apollodorosem, niż razem rozmawiają. Wiedział, że w rzeczywistości nie wygląda to tak źle, ale było mu głupio; znajome naprawdę bardzo mu pomagało. Chait bardzo doceniał to, że nie musi zbyt często zbliżać się do kuchni i to, że Apollodoros jest też zwyczajnie miłym towarzystwem, kiedy już udało im się spędzić razem chwilę czasu.
Myśl o tym wracała za każdym razem, kiedy wracał do mieszkania o trochę zbyt później i mało ludzkiej godzinie, co w ciągu tych kilku tygodni było synonimem „często”. Chait mógł tylko cieszyć się, że akurat dzisiaj nie bił swojego rekordu – było dopiero po dziewiątej, po ulicach jeszcze kręcili się ludzie. Otworzył stare drzwi do budynku, które kilka dni temu zaczęły chodzić trochę ciężej, ale jeszcze nie na tyle ciężko, by ktoś próbował to naprawić. To nie był żaden podejrzany sygnał, to nie był nawet problem, na który zwróciłby uwagę, gdyby akurat się nad tym nie zastanawiał. Do tablicy korkowej przyczepione były ogłoszenia o nocnych imprezach, jakaś podejrzana ulotka typu „kupię sprzedam zamienię mieszkanie” – też nic szczególnie dziwnego. Trochę podłego, gdyby ktoś starszy miał dać się oszukać, ale to tyle. Mignęło mu ogłoszenie o znalezionych kluczach z podanym numerem telefonu, by je odzyskać. Napisana odręcznie kartka zasłaniała wiszące już od dawna ogłoszenie. Mówiło coś o rozłożeniu trutki na szczury, pamiętał, że po przeczytaniu go (już dobrych kilkanaście dni po tym, gdy się wprowadzili) rozmawiał o tym z kilkoma sąsiadami, ale niczego się nie dowiedział.
Brak spotkania z niechcianymi lokatorami sugerował, że w takim razie problem mógł być już rozwiązany, po prostu nikt nie zdjął ogłoszenia.
Sięgnął po zakopane w odmętach plecaka klucze, a potem po cichu wszedł do mieszkania.
Odetchnął z ulgą, widząc zapalone światło i to, że Apollodoros siedzi jeszcze w kuchni.
– Hej – przywitał się, zamykając za sobą drzwi.
– Hej. Ciężki dzień?
Chait pokręcił głową.
– Dużo sprzątania po wydarzeniu. A ty?
Oczywiście, nie spodziewał się, że znajome będzie już spać. Mimo to obawiał się, że w jakiś sposób zakłóci mir domowy, albo zrobi jakąś inną głupotę. Tak, Chait doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma to większego sensu i że tak naprawdę nie robi nic złego.
– Dzisiaj jeszcze spokojnie, dopiero szykuje nam się spotkanie autorskie. Zostawiłom ci kolację w lodówce.
Chait uśmiechnął się w podziękowaniu. Zrobiło mu się jeszcze bardziej głupio.
– Dzięki. Naprawdę doceniam, że nie muszę robić sobie zupki chińskiej.
– Nie można żyć tylko na jedzeniu instant, a skoro i tak szykuję obiad, to naprawdę nie problem, żeby zrobić też dla ciebie.
Chait rozumiał ten tok myślenia. Działał tak samo, jeśli akurat było coś, co mógł zrobić dla siebie i dla kogoś innego.
I tak czuł się głupio. Nie chciał wykorzystywać Apollodorosa.
– Dzięki – powtórzył, odkładając plecak pod ścianę i podchodząc do lodówki.
Przez chwilę się nie odzywali. Chait zastanawiał się, czy i jakie pytanie zadać, albo co jeszcze powiedzieć. Wybijał palcami rytm na drzwiczkach lodówki, nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
– Dalej nie zdjęli tego ogłoszenia o trutce – powiedział w końcu.
Też umiesz wybrać temat, debilu.


Apollodoros?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Dzięki — mówi, wsiadając do zagraconego, zadymionego samochodu.
Jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobił, oprócz odgarnięcia chusteczek z siedzenia było odsunięcie szyby. Miał nadzieję, że nie zostanie za to okrzyczany, z powodu zakłócania działania klimatyzacji. Brak reakcji pozwolił mu jednak odetchnąć ulgą (oraz świeżym powietrzem) i przyniósł nadzieję, że nie udusi się fajkowym dymem. Niedługo po nim do auta wsiadła również Sony.
— To co, jedziemy? — zapytała ochoczo, czekając aż pojazd ruszy.
— Jedziemy — odparł od niechcenia Adam i wyrzucił wypalonego papierosa za okno, trafiając do śmietnika. Mikołaj widząc to ucieszył się, że ksiądz postanowił jednak nie robić z auta komory gazo… dymnej. — Ale przypominam, do Pensylwanii i ani metra dalej.
— A może jednak?
— Nie namówicie mnie.
— Transylwanii? — zdziwił się Mikołaj, cały czas skupiony bardziej na szukaniu tlenu, niż na rozmowie. — To nie jest w drugą stronę?
— Pensylwanii, tam gdzie wampiry — wyjaśniła Sony, rzucając mu rozbawione spojrzenie.
— Marna podróba — przewrócił oczami. — Wampiry są w Rumunii, a Rumunia w Europie.
— Czyli ty tam mieszkasz?
— Co?
— Co?
— Co? — papuguje ich Greg, podczas gdy Adam odpala silnik.
Ledwo ruszyli, a Sony zaczęła dobierać się do stojącego na podłodze sześciopaka energetyków. Mikołaj niepewnie przyglądał się, jak jego towarzysz mocuje się z folią, jednocześnie kątem oka patrząc na reakcję siedzącej z przodu dwójki. Nie był pewien, czy to dobry pomysł — dobre wychowanie mówiło, że nie. Sony jednak, oprócz nieudolnych prób cichego rozerwania folii, zdawała się nie zwracać na to uwagi.
— Bierz — odezwał się Adam, rozbawiony.
Sony wzdrygnęła się, wystraszona jego głosem, ale już bez skrępowania wyjęła z folii dwie puszki, z których jedną podała Mikołajowi. Chłopak podziękował skinieniem głowy.
— Wiesz co, jesteś drugim normalnym księdzem, jakiego spotkałem — stwierdził po chwili.
— Normalnym? — zdziwił się Adam. — To znaczy?
— No, takim ludzkim, z którym da się porozmawiać — wyjaśnił. — Albo coś.
— No to musisz mieć nisko zawieszoną poprzeczkę — zaśmiał się Greg. — Nawet nie rozmawialiście.
— Ale ma rację — wzruszyła ramionami Sony.
— No, mam na myśli, że wydajesz się… mogę mówić księdzu na "Ty"?
— Mów — odparł Adam takim tonem, jakby wszystko było mu obojętne.
— Dzięki… dziękuję… no, nieistotne, wydajesz się być normalny w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Jak nie ksiądz. Nie lubię księdzy… księdzów?
— Księży
— To jak książę… wracając. Ciężko jest lubić księży. Są dziwni.
Sony otworzyła usta, jakby chciała się wtrącić, ale postanowiła słuchać, co Mikołaj ma do powiedzenia. Ten z kolei zorientował się, że zabrnął w niezbyt pewne rejony i zaczął się bać, że za chwilę powie jedno słowo za dużo i zostaną wysadzeni nie w Pensylwanii, a w Nowym Jorku.
— Ciekawe — mruknął Adam, zachęcając Mikolaja, aby kontynuował wywód.
— Znaczy, ja nie chcę księdza urazić… po prostu miałem styczność z dużą ilością księżów… księży i jedyny normalny, jakiego spotkałem, to był taki ksiądz Szczepan z którym miałem religię w siódmej klasie. Nie kazał nam klepać formułek i grał z nami w LoLa. Wcześniejszy nas terroryzował… a później-
— Grasz w LoLa? — przerwał mu Greg, prześmiewczym tonem.
— Nie! — zaprzeczył momentalnie, odsuwając od siebie wszelkie oskarżenia i skojarzenia. — To znaczy, grałem kilka razy, ale zawsze z księdzem. Szkoda było zmarnować okazję.
— Wyglądasz, jakbyś grał — wzruszył ramionami mężczyzna.
— Wcale nie! O a potem w pierwszej liceum ledwo miałem na koniec dwóję z religii, bo się na mnie uwziął po tym, jak we wrześniu przyszedłem na jego lekcję w tęczowej koszulce. Śmieszny człowiek. O albo w podstawówce inny miał do mnie problem, że nie wziąłem udziału w konkursie o papieżu. I potem do końca podstawówki musiałem chodzić na konkursy o papieżu, bo sobie mnie upatrzył i wymyślił, że to muszę być ja… Wiedział ksiądz, że Jan Paweł II nosił czerwone buty?
W aucie zapadła cisza. Nie odezwała się nawet Sony, która w tej chwili była zajęta odrywaniem zawleczek od pustych puszek, walających się za fotelami. Mikołaj zaczął się zastanawiać, czy powiedział coś nie tak, czy po prostu wszyscy przestali go słuchać po pierwszym zdaniu. Nie był pewien, którą opcję woli.
— No, podsumowując, księża są dziwni — stwierdził obojętnym tonem, ale po chwili zdecydował się sprostować. — To znaczy, ci polscy! Może tutaj ci fajni to standard, nie znam się, nie chodzę już na szczęście do kościoła. Znaczy, nie na szczęście! Po prostu nie…
— Mikołaj chciał powiedzieć, że jesteś super — podsumowała Sony, (w końcu) ratując towarzysza z dołka, który sam pod sobą wykopał.
— Dokładnie!
— Mhm — mruknął Adam, próbując skupić się na drodze i tym, żeby zaraz nie zatrzymać się na jakimś idiocie, który prawo jazdy wygrał w chipsach. A takich w tym kraju jeździło sporo.
— No iiiii uważam, że skoro jesteś tak super, to może dasz się namówić żeby pojechać troszkę za Pensylwanię? — kontynuowała Sony. — Tak troszeczkę?
— A może jest jakaś droga na skróty do tego Pitssburga, która prowadzi przez Minnesotę? — podłapał Mikołaj.
Adam zatrzymał się nagle na czerwonym świetle z takim impetem, że gdyby Sony i Mikołaj nie zapięli pasów, obydwoje straciliby zęby.
— Jeszcze chwilę, a wysiądziecie nie w Pitssburgu, a… gdzie my jesteśmy — spojrzał na nawigację. — Wylecicie w Ithace — odparł zirytowany.
— O, to stąd był ten Odyseusz? — zaśmiał się Mikołaj, a Sony posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Przepraszamy! — prawie krzyknęła. — Ale wiesz, że cię uwielbiamy, prawda?
— Właśnie, przepraszamy, będziemy już cicho — dodał Mikołaj.
Obiecana cisza trwała jednak tylko do momentu, w którym w głowie chłopaka pojawiły się kolejne, sprzeczne informacje. Nie minęło pięć minut, a ciekawość wygrała.
— Ej, Adam — zaczął. — Ty jesteś księdzem… chrześcijańskim, nie?
— Katolickim — sprecyzował.
— I jesteś herosem? — zadał następne pytanie. Dopiero po chwili zorientował się, że może niekoniecznie był to najbezpieczniejszy pomysł. Adam jednak nie dostrzegł w jego słowach niczego dziwnego.
— No, tak.
— I wierzysz w to i to? To sobie nie zaprzecza? Trochę hipokryzja, gościu.


Sony?
────
[911 słów: Mikołaj otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]