sobota, 12 września 2026

Od Arisu CD Cherry — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu nie była pewna, czy cieszy się z tego, że Atlas faktycznie przyszedł pomóc. Z jednej strony znaczyło to, że posłuchał tego, co mówiła. Z drugiej jednak mógł przyjść tylko dlatego, że chciał osobiście zobaczyć tragedię, do której doszło w magazynie. Nie spodziewała się po nim żadnej dobroci serca, więc zdecydowanie bardziej stawiała na tę opcję.
Tym bardziej że nigdy nie zakładała, że naprawdę przyjdzie. Miał idealną okazję do bezpiecznej ucieczki – przecież wiedział, że Cherry i Arisu są w magazynie. Nikt by go nie powstrzymał. A to znaczyło, że tym bardziej musiał przyjść z czystej ciekawości. I jeszcze cały czas gadał, i gadał i je rozpraszał. I nawet teraz próbował tych durnych sztuczek. Nie zmienił się ani trochę, od kiedy zostali zmuszeni do współpracy, a minęło już tak wiele czasu. Och, dlaczego nie mógł być odpowiedzialny za ten durny brokat? Wtedy Cherry na pewno pozwoliłaby w końcu go zabić!
Nagle zapragnęła podejść do Atlasa i kopnąć go za samo to, że na pewno miał złe intencje. Bo zawsze je miał.
Ale nie mogła tego zrobić. Nie przy Cherry, w końcu przy centurionce nie wypadało, nieważne, jak bardzo Arisu miała na to ochotę. Na szczęście na pewno będzie miała okazję zrobić to później.
– Tylko tego nam brakuje. Żeby to cholerstwo jeszcze bardziej rozniosło się po całym obozie – syknęła wściekle, bo propozycja Atlasa była zbyt głupia, by ją przemilczeć, nawet jeśli milczenie było najlepszą taktyką. Nie chciała wierzyć, że naprawdę o to pytał. – Ominąłeś fragment, więc może skup się na jednej czynności.
Jeśli Atlas chociaż przez chwilę myślał o kłóceniu się, to nie dał tego po sobie poznać. Skrzywił się, unosząc dłoń z miotłą, jakby to miało w czymkolwiek mu pomóc i wcale nie było tylko dodatkowym pretekstem do ataku.
– Dobra, dobra. Rany…
Arisu postanowiła zignorować wzrok Cherry, który poczuła na swoich plecach. Tylko sapnęła z irytacją i spojrzała krytycznie na wyższe półki, te bezpośrednio nad nią, na których też osiadł brokat i na których dalej pozostawało go zdecydowanie zbyt dużo. Nie sięgała do nich, oczywiście, że do nich nie sięgała. Może powinna zlecić sprzątanie ich Atlasowi, ale spodziewała się, że ten specjalnie zacznie zmiatać je akurat na jej głowę.
Mogła wskazać to miejsce Cherry, która i tak zajmowała się wyższymi punktami magazynu, ale centurionka wyglądała, jakby i bez tego miała już dość egzystencji. Nieważne, jak napięta relacja była między nimi na co dzień – Arisu nie była potworem, który dręczy psychicznie już i tak udręczonych ludzi (chyba że tym człowiekiem był Atlas. Jakim w ogóle cudem on pojawiał się w każdym jej rozważaniu?). Ostatecznie westchnęła i przesunęła drabinę, dalej tak samo niestabilną, jak kilka minut temu.
– Uważaj—
Arisu spojrzała na Cherry i machnęła ręką, by ja uspokoić.
– Tylko kilka stopni. Chcę sięgnąć do tych wyższych półek.
Spodziewała się, że usłyszy jakiś złośliwy komentarz od Atlasa, ale ten siedział dziwnie cicho. Wiedziała, że na nią patrzy i że w tym celu przerwał zamiatanie, ale tym razem nie zaczęła od razu na niego krzyczeć. Liczyła, że wróci do roboty po dobroci.
I wrócił. W końcu nie miał innego wyjścia. Po chwili obserwowania, czy Arisu na pewno zaraz nie spadnie z drabiny, w procesie skręcając sobie kark, Cherry też wróciła do sprzątania. A Arisu naprawdę nie miałaby nic przeciwko temu, by skręcić sobie kark.
Przez sekundę myślała o tym, czy może celowo rzucić się z drabiny, ale miała resztki szacunku do samej siebie. Chyba. Chwilowo.
Cała trójka milczała niemal całkowicie zgodnie. Arisu kątem oka obserwowała, jak Atlas kilka razy przerywa zamiatanie i otwiera usta, odwracając się do nich, ale ostatecznie tylko potulnie wraca do pracy po tym, jak potraktowany zostaje bardzo wściekłym spojrzeniem. Nie zawsze było to spojrzenie Arisu, Cherry czasem była szybsza. Arisu nie była pewna, czy jej spojrzenia też są tak wściekłe, czy tylko krytyczne, ale i tak była to w jakiś sposób miła odmiana. Dobrze było widzieć, jak ktoś inny też cierpi przez towarzystwo tego idioty.
Nie była pewna, ile już siedzą w tym magazynie. Czas okropnie się dłużył, a brokatu dalej wszędzie było tak samo dużo. Momentami Arisu miała wręcz wrażenie, że jest go jeszcze więcej, chociaż nie miało to kompletnie żadnego sensu. Udało im się zejść już na niższe partie i prawie skończyć zamiatanie półek. Kiedy chwilę temu Arisu próbowała ostrożnie zsunąć się z drabiny, ta zachybotała się niebezpiecznie i stuknęła o półki, podnosząc w powietrze jeszcze jakąś zbłąkaną chmurę brokatu, której jakimś cudem nikt nie zauważył.
Cherry i Arisu bez słowa wskazały to miejsce Atlasowi, a Arisu zajęła się zgarnianiem brokatu z najniższych półek. Prawie cieszyła się, że już blisko końca. Niestety tylko prawie.
Patrzyła na zamiecioną w róg kupkę świecącego badziewia, a potem na wszystko wokół – też dalej tak samo świecące. Atlas też już zaczął się świecić, ale ze wszystkich rzeczy, które wydarzyły się tego dnia, ta była akurat niesamowicie satysfakcjonująca.
Przynajmniej nie tylko ona i Cherry będą przez najbliższe miesiące się tego pozbywać. A on zdecydowanie zasłużył na jakąkolwiek formę prześladującej go karmy za istnienie. Mogła być to forma mniej szkodliwa dla środowiska, ale hej, przecież nie można w życiu mieć wszystkiego.
W końcu wyprostowała się i spojrzała na Cherry.
– To chyba wszystko – powiedziała, chociaż w jej głosie nie było nawet odrobiny przekonania. – To… zostało odkurzyć podłogę?
Dziewczyna westchnęła w odpowiedzi, ale skinęła głową.
– Przynajmniej tyle, żeby dało się korzystać z magazynu.
Tym razem to Arisu skinęła głową. Żałowała, że to nie będzie koniec wszystkich ich problemów.
– I dalej musimy wybrać dekoracje. Są jakieś pudła, które nie ucierpiały?
Rozejrzały się po magazynie, ignorując Atlasa, który znowu przerwał zamiatanie, by posłuchać, o czym rozmawiają. Teraz już i tak był właściwie bezużyteczny.
– Powinno wystarczyć.
Znowu sięgnęły po miotły. Arisu odsunęła kilka zamkniętych pudeł w bezpieczniejsze miejsce, to jest, jak najdalej od zebranej kupki brokatu, z kilku strzepując jeszcze jakieś zbłąkane resztki, które później pewnie sprawiłyby im dodatkowy problem.
Ta część poszła im wyjątkowo sprawnie, mimo obijającego się Atlasa.
– Poproszę kogoś, żeby wziął dekoracje i przeniósł je na miejsce – odezwała się Cherry, kiedy udało im się uprzątnąć wszystko przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Arisu przyjęła to z ulgą. Opłukała dłonie w resztce wody z wiadra i wycierając je w papier. Dało to minimalnie lepszy efekt od strzepywania wszystkiego na podłogę. Czuła, że jeszcze chwila w towarzystwie brokatu i zacznie strzelać z gastrafetes do przypadkowych legionistów, których spotka na swojej drodze. Zerknęła kątem oka na Atlasa.
– Zawsze możesz wykorzystać, że już tu jest i wie o incydencie – rzuciła, wzruszając obojętnie ramionami.
Chociaż chyba nawet nie zależało jej, by ukryć całą tę sprawę. Może sprawcy tego niesamowitego dowcipu wtedy szybciej by wpadli. A jak już wpadną (bo na pewno wpadną) to lepiej dla nich, by od razu zaczęli żałować, że się urodzili.


Cherry?
────
[1100 słów: Arisu otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

środa, 9 września 2026

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Cała trójka obserwowała, jak brązowa pieczarka, w akompaniamencie czajnika, zmienia formę z dorodnego grzyba w… rozpuszczonego grzyba. Zapach spalonego plastiku stawał się coraz bardziej intensywny, a gwizd coraz bardziej irytujący.
Amanda rzuciła się na ratunek nie lampy, ale stołu, a dokładniej wciąż rozłożonych (choć, ku uciesze Kaliny, prawie skończonych) puzzli. Złapała rozgrzaną nóżkę w ręce i, zaskoczona temperaturą, strąciła ją na kuchenne płytki. Cała trójka odskoczyła, a z miejsca, w którym kabel łączył się z lampą, wydobyło się kilka iskier.
— O kurwa — podsumowała Isobel.
— Trzeba było za okno!
— Żeby nam zwisała na tym kablu?! Nie, dzięki.
Kalina w panice wertowała zakładki w mózgu, próbując znaleźć tę o tytule „zasady postępowania w razie pożaru”. Co prawda lampa jeszcze nie stanęła w płomieniach, ale wyglądała, jakby zaraz miała. Nikt nie odważył się wypiąć jej z gniazdka, a kabel iskrzył się coraz bardziej. Szkoda — pomyślała — że iskrownik w kuchence nie działa tak dobrze. Smród plastiku stawał się nie do zniesienia, więc otworzyła na oścież jedno z okiem.
Nie gasić oleju wodą, nie gasić prądu wodą, (kurwa, czajnik, zamknij mordę!), odciąć dostęp tlenu… właśnie! Chwyciła z wieszaka jedną ze ścierek, tą, której było jej najmniej szkoda i szybkim ruchem przykryła lampę tak, aby zakryć miejsce połączenia z kablem. W międzyczasie Isobel, która stała zaraz obok kuchenki, wyłączyła palnik.
Zapadła cisza. Czajnik przestał gwizdać, a lampa przestała trzaskać. Cała trójka odetchnęła z ulgą myśląc, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Zaczęły się śmiać, a Kalina ostrożnie podeszła do byłej pieczarki. Nagle szmata stanęła w płomieniach.
— Jezu… — syknęła, ledwie unikając poparzenia rąk lub twarzy.
Isobel, która również zamierzała podejść do lampy, z niepokojem dotknęła swoje długie, a co za tym idzie, bardziej narażone na złapanie ognia włosy. To, że były ogniście rude niestety nie znaczyło, że polubiłyby się z żywiołem.
— Brawo, gratulacje — Amanda niechętnie zmierzyła wzrokiem współlokatorkę.
— A gdzie „O mój Boże! Żyjesz?! Nic ci nie jest?!” — oburzyła się dziewczyna.
— Trzeba było myśleć! To było do przewidzenia, że—
— Trzeba było sprawdzić, zanim podłączyłaś to gówno!
— Cisza!!!
Kalina i Amanda, jedna bardziej zdenerwowana od drugiej, zaskoczone spojrzały na Isobel. Bez słowa spojrzały w to samo miejsce, w które wpatrzona była dziewczyna i przeklęły głośno. Na całe szczęście ogień, nie mając w najbliższym sąsiedztwie nic oprócz zimnych płytek, nie zdążył się rozprzestrzenić.
— Macie tu gaśnicę? — zapytała z nadzieją. — Macie, prawda???
— No, jakby ci to…
— Mamy — Kalina przypomniała sobie o gaśnicy zostawionej przez właściciela mieszkania. — Gdzie ona jest?
— W tej chwili… u sąsiada — Amanda odwróciła wzrok, unikając kontaktu wzrokowego z Kaliną i Isobel. — Jakiś czas temu organizował imprezę i ktoś podpalił firankę — wyjaśniła szybko.
Kalina bezradnie przyglądała się tańczącemu na środku kuchni ognisku. Ogień, na całe szczęście, powoli zaczynał się zmniejszać, zostawiając pod sobą czarną, spaloną plamę. A propo kaucji…
— Trzeba wypiąć kabel z gniazdka — stwierdziła trzeźwo Isobel, niechętnie patrząc na znajdujący się po drugiej stronie kuchni kontakt.
— Ktoś chętny do skakania nad ogniskiem? Ewentualnie można zrobić parkour po stole… — Kalina zaczęła analizować trasę między torbą z zakupami, talerzem, doniczką i tysiącem puzzli.
— Albo polecieć — zaśmiała się Amanda żałośnie. — No co?
Zanim zdążyły zebrać myśli, Isobel wydobyła z siebie głośne "kurwa mać!". Rolka ręcznika papierowego, która przed sekundą leżała na stole, została sturlana przez podmuch wiatru i wpadła prosto w ogień. Żeby było jeszcze śmieszniej, jeden z listków został przytrzaśnięty talerzem, przez co rolka rozwinęła się.
Isobel w panice złapała czajnik z kuchenki i chlupnęła wrzątkiem w ogień, odcinając papierową ścieżkę — czerwony dywan rozwinięty dla ognia, aby mógł swobodnie dostać się na blat stołu. Ogień, na całe szczęście, prawie zniknął. Przed porażeniem prądem uratowały ją ogromne ilości szczęścia oraz, przede wszystkim, drewniana rączka. Teraz jednak cała kuchnia pływała w groźnie wyglądających, elektrycznych kałużach. Dostęp do gniazdka stał się jeszcze trudniejszy.


Isobel?
────
[609 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

— Lepsze — świst — niż… mmmpgh — urywany, szybki oddech — si-aaaaa-łownia!
Z ostatnim krzykiem wypluł z ust błoto, poderwane tam wcześniej przez energiczny wymach stopą. Nie ma chyba już miejsca na Rickiego ciele i wewnątrz dostępnych otoczeniu otworów, gdzie nie znajdowałby się pot, kurz i brud.
Kiedy ołowianej trumnie nudziło się grzęźnięcie w ściółce (co robiła większość czasu), wyskakiwała z niej z głośnym klaśnięciem. Zachowywała swoją pozycję ponad powierzchnią błota niezbyt długo; każdy kolejny ruch w przód oznaczał również ruch w dół. A wtedy, żeby przemieścić ją w górę, czasem trzeba było zastosować ruch w tył — transport odbywał się więc pod hasłem „krok w przód, dwa kroki do tyłu”.
— Potrzebujemy bardzo daleko odejść? — spytał się Ricky tonem dziecka powtarzające tysięczny raz „daleko jeszcze?” w drodze do domu.
— Tak, daleko — odpowiadała wkurzona Kuźma początkowo, a potem zaczęła go zupełnie ignorować.
Apollo pędzący po niebie swoim słonecznym rydwanem chyba uznał, że trzeba dwójkę półbogów zmotywować do przyspieszenia, bo wieczór zaczął zapadać coraz szybciej. Coraz trudniej było odróżnić w zmroku korzeń drzewa i stopę Kuźmy. Rickiego dało się przynajmniej namierzyć po głosie — nieustannie komentującym otoczenie (to drzewo wygląda, jakby miało szalik), a także brzęczących po kieszeniach mniej lub bardziej niebezpiecznych drobiazgach. Przecież breloczek z Pokemonów był jak talizman siły, kluczowy do dźwigania po ciemku ołowianej trumny w lesie. Albo coraz bardziej mokre papierowe słomki w paski. I tasiemka ozdobna w dżdżownice (przynajmniej dopasowała się do otoczenia). To, że jego amulety mogły go obciążać, jakoś nie przechodziło przez głowę herosa. To, że milion szklanych kulek osobno ważyło prawie nic, było powszechnym faktem, a to, że zebrane w jednym miejscu próbowały się wyrwać na wolność przez dół jego kieszeni, było zaledwie teorią, w którą Ricky nie wierzył. Żel w kształcie arbuza, który dawno już stracił swoją antybakteryjną zawartość na rzecz jak najbardziej bakteryjnej brudnej mazi — mógł rozmazywać się po jego udzie, a heros radośnie to ignorował.
Więc robiło się coraz ciemniej, cienie się zagęszczały. Leśne duchy kładły się spać, i nie przyjmowały z radością dwóch sapiących półbogów obijających się o siebie na ich terenie.
— Idioto, uważaj na drzewa! — krzyczała co jakiś czas Kuźma.
— Na wszystkie pierwiastki, taki głupi nie jestem! — coś w tym stylu odkrzykiwał Ricky.
I ruszali dalej.
— Może już się zatrzymamy? — zaproponował młody chemik, po czym nie czekając na odpowiedź, upuścił ołowianego kolosa na korzeń.
Trudno było określić, kto wrzasnął pierwszy — córka Pavora, Ricky, czy drzewo.
Pokryte korą dłonie zacisnęły się dookoła trumny i szybciej, niż herosi mogli mrugnąć, odrzuciły ołów na bok.


Kuźma?
────
[409 słów: Ricky otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Jak na złość, była po drugiej stronie parady.
Dahlia nie spodziewała się tak licznej obecności. Po dłuższym manewrowaniu w grupie wywnioskowała, że to jest ogólnie parada o szeroko pojętym temacie kobiecości i zeszły się tu głównie grupy radykalno-feministyczne. Wszędzie banery, plansze. Wielokrotnie dostała w twarz cholernym sloganem.
— Hej, nie powinno cię tu być! — usłyszała tuż przy uchu.
Machinalnie zignorowała, to musiało być do kogoś innego. Dopóki ten ktoś nie szarpnął ją za ramię. Reszta kobiet obserwowała całe zajście. W powietrzu było dziwne napięcie. Teraz się zoorientowała, że wokół niej tworzyła się przestrzeń. Tak, jakby co najmniej śmierdziała i pluła kwasem.
— Hm? — mruknęła, odwracając się.
Pierwsze, co się jej rzuciło w oczy, to niebieskie włosy. Powstrzymała się od powiedzenia "wspaniale, dobrze się zaczyna". Niska kobieta z rzeczonymi włosami, okrągłymi okularami i kurwikami w oczach machała przed nią banerem, którego treści Dahlia nie była w stanie rozszyfrować. Może i litery były duże, ale kto normalny pisze hasła kursywą?
— To jest bezpieczna przystań dla wszystkich kobiet. Womyn. Wchodzisz tutaj z butami. — buńczuchnie krzyknęła.
Dahlia prawie przewróciła oczami. Nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy ktoś ją zaczepia z powodu transfobii. Szczególnie odkąd kiedy nastroje się pogarszały w tym piekle na Ziemi jakim było USA. Najgorsze było to, że z każdą falą problemów jaka przypływała, obrywało jej się. Podczas zamieszek związanych z Black Lives Matter wystarczająco przeklinała Demeter za przekazaną jej melaninę (nikt od strony ojca nie był czarnoskóry, same filipińskie oliwkowe cery), homofobia i bifobia były na porządku dziennym, z przyzwyczajenia nosiła przy sobie dokumenty poświadczające, że tak, jest obywatelem amerykańskim. Z Marie żartowały, że brakowało tylko, żeby była niepełnosprawna.
Przez to była daleka od ucieczki. Stawiała czoła gorszym istotom i nie chodziło jej bynajmniej o mitologiczne paskudztwa. Ta parada w porównaniu z MAGA i jeszcze bardziej radykalnymi odłamami wyglądała jak sobotnia herbatka z lalkami. Wyciągnęła stary, wysłużony dyktafon.
— Dzień dobry, jestem dziennikarką, z eee, „SISTORIES”. — modliła się, żeby akurat w Nowym Jorku w środku rad-femkowej parady nie wyskoczyła osoba związana z tym wydawnictwem. — Biorę udział w różnych wydarzeniach związanych z szeroko pojętą kobiecością, szczególnie os- kobiet czarnoskórych i badam relacje między opresją a patriarchatem.
Wypluła to z siebie. Nie dość, że kontrolowanym tempem, to jeszcze specjalnie podwyższyła nieco głos. Żeby nie przyczepiła się do niej żadna debilka z wadą słuchu.
— O, kojarzę! Czytam regularnie „SISTORIES”! — odezwała się dziewczyna, stojąca obok. Dahlia kiwnęła głową.
Odbiorczyni wiadomości straciła na chwilę rezon. Wpatrywała się w jej bliznę na tyle długo, że było to niegrzeczne.
— O, oh. — poprawiła okulary i chwyciła się mocniej swojego baneru. — Ja…
— W tym momencie patrzymy, jakie grupy feministyczne biorą udział w tej paradzie. Czy chcecie się przedstawić, do kogo należycie? Czym się kierujecie w życiu? Jakie są wasze postulaty? — przyłożyła nieco bezczelnie mikrofon do zaczepiającej.
— Yyy, eee, jesteśmy z grupy XX Amazons! — wskazała na swój baner.
Dahlia dopiero teraz mogła rozczytać część słów: „WomXXn”, „precz z penisami”, „siostry walczcie!”, podpisane zamaszyście nazwą grupy. Oczywiście, że Amazonki. Jakby świat grecki nie mógł się wystarczająco od niej odpierdolić.
— Dążymy do świata skonentrowanego na Ziemi i kobietach, poprzez, eee, budowanie projektów, grup, przestrzeni, yyy, projektów wyłącznie dla kobiet, kobiet kochających kobiety i radykalnych feministek. — Zerknęła na Dahlię. — Oczywiście, obejmują one też, eee, uczynienie antyrasizmu integralną częścią naszych działań!
„No, jasne, koleżanko. Przed chwilą mnie zaczepiłaś, a stojące obok butch laski zignorowałaś” pomyślała z irytacją dziennikarka.
— Rozwój ruchu kobiet jest ważny i eee, chcemy wzmacniać istniejące oraz nowe kultury oraz relacje oparte na władzy, dawaniu, trosce i współpracy między ludźmi oraz z Ziemią i wszystkimi jej istotami. Wyznajemy bogini Dianę, która stoi w centrum kobiecej kosmologii. Jest, eee, protektorką kobiet i dzikiej, nieokiełznanej natury. Ogólnie przyjmujemy, ze ona, z tytułem Dziewicy, była głównie określana jako niedostępna dla mężczyzn, taka sama dla siebie. Żadnego kontaktu z mężczyznami, dlatego Diana jest boginią lesbijek. A, i uważamy też, że w tej przestrzeni nie ma miejsca dla żadnych transpłciowych osób. Chodzi nam głównie o kobiety urodzone jako kobiety, z chromosomami XX. Nie jakieś konie trojańskie, bo tym właśnie są transkobiety.
Dahlia kiwnęła głową. Zignorowała silniejszy akcent stawiany na kobiecość oraz ostrzegawczy wzrok w jej stronę. Mentalnie uderzała głową o ścianę.
— Jakie są jeszcze inne grupy tutaj, oprócz was?
— Tam są Wolf, jeszcze obok są uhh, kobiety zebrane wokół „Female Erasure”. Tam dalej społeczność wiedźm.
— Dziekuję za informacje, idę teraz przesłuchać kolejne grupy. Życze miłej parady.
Atmosfera nieco się rozluźniła. Parę lasek stwierdziło, ze Dahlia jest totalnie ich sister, więc nie zaszkodzi ich womanhood i tak dalej. Niektóre dalej wpatrywały się w nią z podejrzliwością, ale można było to całkowicie zignorować bez przeszkód. Tylko gdzie jest Pęcisław? Nawet nie miała nadziei żadnej dla Arnar.
Zobaczyła nagle mobilną grupkę z głośnikami, która wykrzykiwała różne hasła. Żarówka w jej głowie się zaświeciła.
— Przepraszam, zgubiłam swoją siostrę. Pomożecie, tak kobieta kobiecie? — uśmiechnęła się sztucznie.
— Jasne, siostro. Podaj mi imię i może jakieś znaki szczególne. — Jedna z nich przygotowała mikrofon.
— Będzie to, uhh, Arnar-Arnarleigh. Ona ma bielactwo i raka gardła. Biedna, ludzie myślą, że ma jabłko Adama i mylą ją z facetem. A, jest z nią młodszy brat Peter.
— Arnarleigh? Ciekawe imię. — Rozmówczyni pokiwała ze współczuciem. — Kto woła?
— Dahlia.
— Dobrze siostro, już wołamy. Stań przy nas.
Po czym ryknęła do mikrofonu, a głośniki przekazały dalej w hen.
— UWAGA! DAHLIA SZUKA SIOSTRY ARNARLEIGH I JEJ BRATA PETERA. ZNAKI SZCZEGÓLNE: BIELACTWO I RAK GARDŁA WYGLĄDAJĄCY JAK JABŁKO ADAMA! PROSZONE SĄ O PODEJŚCIE DO NAS!
Dahlia jeszcze chwilę się sunęła za nimi, jak smród w gaciach, przebywając w środowisku iście specyficznym. Już układała scenariusze, że przyjdzie tylko Pęcek, bo Arnar zostało porwane przez międzygalaktyczną flotę. Albo realistyczniej, przez policję, za zwędzenie kryształu Svarowskiego w kształcie Shreka. Opcji było nieskończenie wiele, autobus do Filadelfii był tylko kroplą wylewającą czarę goryczy.
Ktoś ją dotknął w ramię.
— Nie jestem zainteresowana wzięciem udziału w orgii. — odpowiedziała zmęczona.
— Jaka orgia? — zdziwiło się Arnar.
Odwróciła się i zobaczyła dzieciaka Hermesa. Pęcek również się nie zgubił. Arnar nałożyło na siebie perukę podejrzanie przypominającą te, które nosiły cosplejerki Hatsune Miku. Człapało też niezgrabnie, bo skądś wytrzasnęło szpilki. Szkoda, że nie zdjęło skarpetek, każda w różnych kolorach. Kobiety obok nich przechodziły, szepcząc między sobą "Biedna, nie ma koordynacji. To pewnie przez tego raka."
— Bogowie, w końcu. — odpowiedziała Dahlia z ulgą. — Zaraz wyjdziemy z tego piekła i masz mi koniecznie opowiedzieć, co się z tobą stało. Gdzie pojechałoś, czemu masz koszulę całą w tłuszczu, czemu wsiadłoś w autobus do Filadelfii, jak miałam odebrać od ciebie ten głupi iryfon?
Po każdym pytaniu obijała jeno głowę pięścią, nie mocno, ale żeby poczuło powagę sytuacji.


Arnar?
────
[1078 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Lotus — „All I do is try”

Lotus w zamyśleniu zagryzała końcówkę ołówka, gapiąc się w stronę z krzyżówką. Można by pomyśleć, że ktoś, kto ma dysleksję raczej będzie unikał krzyżówek, jednak ona raz na jakiś czas postanawiała spróbować. Zwykle odpadała po wpisaniu jednego hasła, bo potem okazywało się, że pomyliła kolejność i literek i żadne słowa już się nie wpasowywały. Dała sobie kolejną szansę tylko i wyłącznie dlatego, że była tragicznie znudzona, a miała jeszcze do spożytkowania cztery godziny, zanim położenie się do łóżka byłoby w jakikolwiek sposób sensowne. Siedziała przy stole w kuchni i jednym uchem słuchała muzyki, którą cicho emitowało radio. Właśnie łamała sobie głowę nad wpisaniem w kratki słowa „multimedia”, kiedy usłyszała, jak klucz przekręca się w drzwiach wejściowych mieszkania. Zerknęła na zegarek. W teorii Anina powinna wrócić do domu już ponad godzinę temu, ale czasami jej zmiany bywały ruchome, więc Lotus niezbyt się martwiła. Ostatnio jej matka radziła sobie na tyle dobrze, że z jej ramion opadł duży ciężar. Częściej się uśmiechała, wracając do domu.
Przestała gryźć biedny, zmaltretowany ołówek i odłożyła go na książeczkę z krzyżówkami. Odchyliła się do tyłu na krześle, żeby lepiej widzieć drzwi frontowe; wydawało jej się, że usłyszała śmiech, a Anina raczej nie była jedną z tych osób, które śmieją się same do siebie. Przelotnie zerknęła na swój strój - poplamioną koszulkę i spodnie od piżamy; matka mogła ją ostrzec, jeśli planowała zapraszać gości.
Musiała zamrugać kilka razy, kiedy dwie osoby weszły do mieszkania. Pierwsza pojawiła się Anina, ale zaraz za nią pojawiła się jej trochę młodsza i wyższa wersja. Lotus nie widziała ciotki Ivy od lat. Pięciu, może sześciu. Ostatnim razem nie mogła mieć więcej, niż dziesięć lat.
— Boże, Frances! Kochanie, jaka ty już jesteś duża — zaszczebiotała kobieta, podchodząc do siostrzenicy i porywając ją w objęcia.
Lotus otoczyła woń perfum o zapachu sztucznej wiśni, nagle pod policzkiem czuła materiał miękkiego szalika ciotki. Minęło tyle lat, a Ivy wciąż była tak całkowicie inna, niż swoja siostra, że patrzenie na nie prawie bolało.
— Co zrobiłaś z włosami? To na stałe? Mama ci pozwoliła? Ale jest dobrze, nie martw się — dodała Ivy z rozpromienionym uśmiechem, w końcu odsuwając się od dziewczyny, która dopiero wtedy normalnie odetchnęła.
— Cześć — wydusiła z siebie w końcu, przywołując na twarz uśmiech.
— Zrób cioci kawę — rzuciła Anina, zdejmując płaszcz.
Lotus posłusznie nastawiła czajnik i zaczęła tłuc się po szafkach, żeby znaleźć niewyszczerbiony kubek, kawę i cukier.
— Naprawdę nie wierzę, że cię widzę! Dopiero co byłaś takim maleńkim berbeciem, a tu proszę, jaka pannica wyrosła — mówiła Ivy, rozsiadając się na jednym z tych mniej rozchybotanych krzeseł przy stole. — Co tam w szkole? Gdzie w ogóle się teraz uczysz?
Dziewczyna wcale nie musiała patrzeć na matkę, żeby wiedzieć, że się zgarbiła. Zawsze robiła to samo, jeśli już raz na jakiś czas zdarzało się, że ktoś pytał Lotus o szkołę. No tak, przecież nie mogła tak jak inne matki pochwalić się nazwą placówki, do której chodzi jej dziecko i wyciągnąć listę osiągnięć, o ile nie chciała mówić o tym, że jej córka naprawdę dobrze radzi sobie w walce mieczem. Udając, że wciąż szuka słoiczka z kawą, który doskonale widziała, wciąż wpatrywała się w głąb szafki.
— Do takiej jednej zawodowej z internatem, na obrzeżach — bąknęła, w końcu odchodząc od blatu, żeby przygotować ciotce kawę. — Nic specjalnego.
— W zawodowej? Jak mama! Pewnie urabiasz się po łokcie, co? — zapytała kobieta ze śmiechem. Może i nie miała na myśli niczego złego, ale ramiona Lotus i tak opadły jeszcze odrobinę bardziej.
Kiedy w końcu postawiła przed Ivy kubek, zrobiła krok w kierunku wyjścia z kuchni i podrapała się po karku.
— Może powinnam-
— Nie, nie, nawet o tym nie myśl. Z ciotką nie posiedzisz? Taki szmat czasu się przecież nie widziałyśmy. Zostań — powiedziała Ivy, machając ręką. Lotus niemrawo przytaknęła głową i usiadła na jednym z krzeseł. — No, z twoją mamą to już trochę porozmawiałam po drodze, teraz twoja kolej. Co tam jeszcze u ciebie słychać? Masz jakiegoś kawalera?
Lotus poczuła, jak jej policzki oblewają się rumieńcem. Dlaczego to musiało być takie niezręczne? Już miała zapaść się pod ziemię, czy jeszcze miała poczekać parę minut, żeby dać się upokorzyć nieco bardziej?
— Nie mam — wydusiła z siebie, wlepiając wzrok w przetarty blat drewnianego stołu.
— A może dziewczynę?
— Ivy! — zganiła siostrę Anina.
— No co? — broniła się obruszona kobieta, unosząc brwi. — No dobra, nieważne. Mama się nie zna — szepnęła konspiracyjnie do siostrzenicy, puszczając jej oczko. Zupełnie nie zwracała uwagi na to, że starsza siostra rzuca jej w tej chwili bardzo karcące spojrzenie. — To czym dokładnie zajmujesz się w tej szkole? Jakiś kucharz, czy coś bardziej ekstrawaganckiego?
Dziewczyna zawahała się. Przelotnie zerknęła na matkę, która wyglądała na spiętą.
— Kochanie, a nastawiłaś to pranie tak, jak cię prosiłam? — zapytała Anina, zanim Lotus zdążyła odpowiedzieć Ivy.
Lotus pierwszy raz słyszała o jakimkolwiek praniu. Pokręciła głową.
— Ojej, zapomniałam. To nastawię je szybko, żeby jeszcze zdążyło wyschnąć — powiedziała, starając się odpowiednio powoli wstać z krzesła.
Gdyby posłuchała swoich myśli i zerwała się stamtąd tak szybko, jak chciała, krzesło z trzaskiem spotkałoby się z podłogą. Wychodząc z kuchni, mocno zagryzała wnętrze policzka. Nie spodziewała się ciotki Ivy i jej gąszczu pytań, ale to wcale nie znaczyło, że nie chciała na nie odpowiadać. Wszystkie związane z nią wspomnienia z dzieciństwa były pozytywne; Ivy zawsze była bardziej optymistycznym i rozluźnionym odpowiednikiem starszej siostry, ale w pewnym momencie ich drogi bardzo się rozeszły i Lotus latami jej nie widywała.
Jednak najwyraźniej Anina nie robiła żadnych wyjątków i nawet przed tak bliską rodziną wstydziła się córki. Zdecydowaną większość czasu spędzały tylko we dwie, więc Lotus naprawdę często zdarzało się o tym zapomnieć. Zawsze jednak w końcu kończyło się na zderzeniu z rzeczywistością i tym, że nie ważne, ile zrobi, dla Aniny zawsze najbardziej liczyła się jedyna rzecz, nad którą Lotus nie miała kontroli — nie mogła przecież zmienić tego, kim była.


────
[951 słów: Lotus otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

sobota, 5 września 2026

Od Dahlii CD Luciena i Arnar — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA IV

— Czemu w ogóle mnie pytasz o kabanosy?
— Bo kabanosy z koniem to realny, martwy koń. — zapierało się Arnar.
Dahlia westchnęła. Poddała się, ale było to jednoznaczne z akceptacją. Za długo znała Arnar, żeby się zdziwić jeno tokiem myślenia.
Lucien mrużył oczy zirytowany, blady jak ściana. Czy mu się dziwiła? No, nie. To było całkowicie normalne. Aż się poczuła głupio, że śmierć jakiegoś półboga jej nie ruszyła, ale przynajmniej była w stanie z Arnar wspierać Luciena w tym stanie rzeczy.
— Lucien, chcesz może czegoś się napić? — zasugerowała.
Przytaknął zrezygnowany.

Przez całą drogę rozmawiali o przyziemnych rzeczach, co jakiś czas zerkając na Luciena. Gdy weszli do mieszkania, pierwsze co zrobił, to ruszył na tapczan. Arnar i Dahlia popatrzyli na siebie, po czym gestykulowali plan działania. Nie było to w żaden sposób efektywne, ale żadne z nich nie śmiało naruszać strefy zmęczonego Luciena.
Kobieta wślizgnęła się cicho do pokoju i zapaliła lampkę, która dała ciepłe światło, wręcz otulające. Zastała go leżącego na tapczanie, ze wzrokiem wbitym w sufit, oraz rękami skrzyżowanymi na piersi. Bardzo nie chciał pokazywać, że najchętniej to by się rozpłakał. Chciał wstać, doprowadzić siebie do porządku, może wygładzić wgniecenia na koszuli. Za to Dahlia uniemożliwiła mu to, podnosząc tapczan i przekręcając Luciena jak parówkę na grillu. Kiedy rozłożyła całość, rzuciła w jego kierunku poduszki oraz koc.
— Co ty robisz? — zaprotestował Lucien.
— Przecież nie pójdziesz tak spać.
— Ale ja jeszcze nie idę spać.
— Nie szkodzi. — obwinęła go znienacka w koc.
Lucien przez chwilę wyglądał jak burrito, i to nieco przypalone, ze względu na czarno-pomarańczowy kolory motywu tygrysa. Oparła go o dwie poduszki, robiąc mu wygodne siedzisko i rozczochrała mu głowę.
— Przestań! — żachnął się, chociaż na jego twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.
— Rodzeństwo ci nigdy tak nie robiło?
— Że zawijali w wrapa i wsadzali w poduszki? To chyba mój pierwszy raz.
— Jedynak. — prychnęła, jednak bez cienia sarkazmu czy ironii.
Niedługo po tym przyszło Arnar, z dużym kubkiem pełnym aromatycznej herbaty. Lucienowi udało się wyjąć ręce z koca i z wdzięcznością przyjął od partnera napój. Wpatrywał się, jak na powierzchni pływał plasterek cytryny, odbijając się od ścianek kubka. Cząstki tego plasterka uciekały na dno, rozpierzchając się na boki. Tak, jak te buty…
Westchnął ciężko i przetarł skroń. Podniósł głowę. Nikt się w niego nie wpatrywał, z przesadną troską, czy też z oczekiwaniem na jakąkolwiek reakcję. Dahlia wodziła wzrokiem po komiksie, ciężko było to nazwać czytaniem. Arnar wyjęło jedną ze swoich talii i kręciło machinalnie kartami, co jakiś czas obserwując z niezadowoleniem wyłamane rogi czy wyszczerbione krawędzie. Zachowywali się tak, jakby wrócili z męczącej wycieczki. Co nie było zaskoczeniem, ale zachowywali się… normalnie. Chyba tego najbardziej w tym momencie oczekiwał.
Z zamyśleń Dahlii wyrwał ją dźwięk pociągnięć nosa. Gdy podniosła głowę, zobaczyła, jak Arnar przytula swojego partnera i głaszcze go po włosach. Lucien schował twarz w odmętach koca, szlochając. Dalej nikt się nie odzywał, a jak już wymieniali spojrzenia, to z pewną dozą współczucia. Jako półbogowie nigdy się nie oszukiwali, czy to w Obozie, czy później szerokim świecie, że większość przetrwa. Człowiek przygotowywał się do pojęcia śmierci współtowarzyszy, czy też rodzeństwa, już na poziomie przygotowywania całunu dla tych, co wyruszali na misje. Nie był to ostatni raz, kiedy znowu zostaną przemieleni przez machiny Tkaczek Losu, a zwisało tylko pytanie, kto będzie kolejny. I każde z nich miało nadzieję, że byle nie ktoś z ich trójki.
— Ja po prostu chciałem mieć normalne w-wakacje. — wydusił z siebie Lucien po dłuższej chwili. Arnar przytuliło go mocniej. — Takie, żebym poczuł się normalny. Bez tych zasranych duchów. I rżenia koni. I czegokolwiek innego. Potrzebuję wina, dajcie mi wina. — ochrypł.
— Obiecuję, zrobię ci normalne wakacje. — odparło cierpliwie Arnar.
— Nie obiecuj, dobrze wiemy, jak to się skończy! Wyskoczy jakieś chujstwo zza krzaka, kiedy będziemy akurat podziwiać, nie wiem co, największą rzeźbę ziemniaka na świecie. A co, jak cię zrani? Co, jak umrzesz i jedyne co będę miał po tobie, to cholernego buta?! — wrzasnął, wyraźnie podenerwowany.
Na to też nie wiedzieli, jak zareagować. Po części dlatego, że miał jakąś rację. To było irytujące. To było wpisane w boskie DNA.
— To będziesz miał tego cholernego buta. — ucięło Arnar. Lucien, wyraźnie zaskoczony, otworzył usta. — Lucien, wiem, że jest beznadziejnie. Ale zanim taki potwór mnie zje, wolałobym przynajmniej spędzić z tobą czas jak najlepiej, najfajniej. Będziemy oglądać przecież największego ziemniaka na świecie, to już coś.
Ich towarzyszka milczała, podsuwając chusteczki. Rozległo się smarkanie. Arnar stukało palcem w czoło Luciena, jak gdyby chcąc podkreślić każdą kropkę kończącą zdanie.
— Zrobisz super wino. Rozwiniesz swój pomysł na biznes, jaki zawsze chciałeś mieć. Ja odhaczę rzeczy z listy. Nie rozklejaj się tak, przecież mamy wziąć ślub. Jak już umrę, to chociaż jako, eee. No. Umrzemy chociaż jako małżeństwo, tak?
— Jesteś idiotą. — Lucien wydawał z siebie dźwięki szlochu wymieszanego ze śmiechem. Trudno powiedzieć, co przeważało.
— Będę ci robił super sztuczki w łóżku. — Lucien zerknął ukradkiem na twarz Dahlii, która nawet nie drgnęła. Bardzo szybko wysunął wniosek, że albo ona wie, albo jest przyzwyczajona bardziej niż on. Arnar kontynuował. — Znowu rzucę śmierdzącą szmatą w potwora, żeby ciebie chronić.
Ostatnie zdanie było wypowiedziane z taką ilością powagi, że oboje spojrzeli na nieno.
— Musicie mi kiedyś opowiedzieć o tej szmacie. — odezwała się w końcu.
— Tak, to była ta najbardziej romantyczna część, doceniam. — Lucien dalej siąpał nosem, jednak częściej ukradkiem się uśmiechał.
— Chodzi o to, że. — Arnar niewzruszone, dalej z całkowitą powagą ciągnęło. — Nie jesteś sam. Jak już walczymy, to razem, bo o to chyba chodzi, tak? Życie półboga to nie rurki z kremem, ale jak już jestem z tobą, to jakby tego kremu jest więcej, co nie?
Dahlia odchrząknęła.
— Może na tym zakończymy przemowy motywacyjne. Wyśpij się, Lucien. Płacz, ile chcesz, nikt cię tu nie będzie oceniał. Zrobić ci kolejną herbatę?
Nie, żeby miała coś przeciwko tej naiwnej atmosferze romantycznej. To było nawet urocze, ale i ona sama miała jedną, wielką gulę w gardle i żołądku. Każdy kolejny heros skreślony z życia dobijał, do tego się nie dało przyzwyczaić. Czuła się z tym mizernie i ostatnimi czasy wpatrywała się zaskakująco za często w toń zatoki. To była kusząca perspektywa, odejść na własnych zasadach. Ale nie teraz. Wciąż była jakaś nadzieja, że będzie lepiej.
Przynajmniej atmosfera już nie była taka ciężka. Wszyscy byli zmęczeni i zmizerniali, ale na swój sposób. Lucien widocznie odczuwał jakąś ulgę, Arnar potrafiło w kryzysowych sytuacjach być wyjątkowo odporne. Wielokrotnie się zastanawiała, czy to właśnie bycie głupkowatym to nie było wymuszone radzenie sobie z tym światem. Nie do końca wierzyła, że nie myśli. Miała coraz więcej powodów, żeby twierdzić, że tworzy przekonujące pozory.
Jednocześnie jakaś część jej cieszyła się, że siedzą tu razem i nie są na tyle beznadziejnymi przypadkami, że przeżyli. Tak, jakby ktoś zdjął paręnaście kilogramów z jej bagażu.
— Możemy jutro pójść na stary tramwaj. Żeby uratować chociaż te wakacje. — zaproponowała.
— A potem obejrzymy jakieś bajki? — Lucien już nawet się nie silił na zachowanie fasady dorosłego człowieka.
— Tak, obejrzymy jakieś bajki.
— Ja tam nie rozumiem, co się w tych bajkach dzieje. — Arnar zmarszczyło brwi.
Reszta prychnęła na niego.


Koniec wątku Dahlii, Luciena i Arnar.
────
[1152 słowa: Dahlia otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu milczała przez chwilę. Wbiła wzrok w nagrobek, chociaż jej myśli nie były nawet blisko samego zmarłego. Może to było z jej strony nieodpowiednie, w końcu był na swój sposób winowajcą (chociaż było to okropnie złe określenie, a ona nie miała przez nie kompletnie nic negatywnego na myśli) całej tej rozmowy. Z drugiej strony, chyba i tak nie ona była zobowiązana do myślenia o nim. Nie wiedziała nic poza tym, co do tej pory udało jej się usłyszeć.
Poza tym siedząca obok kobieta myślała o swoim bracie wystarczająco często w pojedynkę. Może to był w tym wszystkim największy problem. Arisu przez chwilę bardzo chciała zapytać, czy jest ktokolwiek, kto mógłby jakoś ją odciążyć. Pomóc w niesieniu tej żałoby, która trwała już tak długo, ale też pomóc w codziennym życiu. Kobieta wyglądała, jakby potrzebowała kogoś takiego.
Szybko jednak doszła do wniosku, że to pytanie jest raz, że niewłaściwie, dwa – raczej zbędne. W życiu nigdy nie można było liczyć na pomoc kogoś innego, o tym mogła mówić z całkowitą pewnością popartą doświadczeniem. No, przynajmniej chciała sobie wmawiać, że jest to poparte doświadczeniem. Może miała na karku dużo mniej lat, niż siedząca obok towarzyszka i może nie straciła brata w tak samo dosłowny sposób, ale o tym naprawdę wiedziała bardzo dużo.
Inni ludzie (półbogowie, istoty – to naprawdę bez znaczenia) tylko sprawiali kłopoty, a na sam koniec i tak trzeba było sobie radzić w pojedynkę. Co gorsza, trzeba było jeszcze ogarniać bałagan, którego narobili.
To i tak nie była ta część, na której Arisu skupiła się najbardziej. To, na koniec dnia, nie miało przecież znaczenia. Żadna z nich nie mogła nic z tym zrobić.
– To nic złego, jeśli nie chcesz – odpowiedziała, na chwilę bardziej skupiając się na tym, co miało znaczenie. A przynajmniej ona uważała, że je ma. – Mam na myśl… Wydaje mi się to normalne.
Sama przecież też nie chciała spotykać się z Shayelem, gdy dowiedziała się, że ten przyjechał do San Francisco. Nie otwierała listów od niego, więc dowiedziała się o tym nagle i od razu stanęła przed bardzo ograniczonymi opcjami. A przecież mówiła tu o spotkaniu z żywym kretynem, który po prostu wyjechał. Nie o spotkaniu z dawno zmarłym bliskim.
Na takie spotkanie prawdopodobnie nigdy sama by się nie zdecydowała. Może było w tym coś żałosnego, ale to nie było istotne. Nawet Shayel i ojciec nie czepialiby się jej w takich okolicznościach.
Przeniosła wzrok na kobietę. Wyglądała na spiętą trochę bardziej niż do tej pory, ale to mogło być tylko wrażenie. Arisu poczuła, że ucisk w żołądku znowu staje się trochę większy. Powstrzymała nerwowe przełknięcie śliny. Nieważne, jak bardzo chciała w tej chwili narzekać na swojego brata i na to, w jaki sposób dowiedziała się o jego przybyciu. To nie było istotne – ani teraz, ani nigdy.
– To nie jest coś prostego – dodała, chcąc jakoś się wytłumaczyć. Nie miała w końcu na myśli nic złego. Może powinna nauczyć się lepiej komunikować swoje myśli. Nie, to też nie było teraz istotne. – Przynajmniej tak mi się wydaje.
Poprawiła się na ławce, znowu kierując wzrok na grób, by potem spojrzeć na korony drzew i na słonecznie niebo nad nimi. Niektórzy pewnie uznaliby taką pogodę za ironiczną. Nie wiedziała, czy może doradzić kobiecie coś jeszcze. Podejrzewała, że nie. Nigdy nie była w tym dobra. Shayel był w tym jeszcze gorszy. Ojciec też nigdy nie radził sobie najlepiej. Może to była kolejna rzecz, o którą powinna ich obwiniać.
Zaczynała coraz bardziej się tym wszystkim frustrować. Ta rozmowa dotykała wszystkich tematów, których Arisu nie chciała dotykać. I dalej ją ciągnęła, bo przecież nie mogła przerwać.
– Patrzeć na to z innej strony też możesz zacząć krok po kroku – zakończyła.


WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG 8.09.2026 (jedna z postaci trafiła do NPC)
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]