czwartek, 26 marca 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

Lynn czuła się, jakby była ogarnięta gorączką. Czy świat, czy ona się chwiała, czy tylko jej wyobraźnia powodowała takie wrażenie, wzrok uciekał wszędzie, z daleka od nagrobka tuż przed nią. Pojedyncze, ostre elementy otoczenia jak ptak na drzewie, chmura okrutnie jaskrawo jasna, kamień pod stopami, smuga na kamieniu, chrzęst żwiru. Nie chciały się połączyć w spójny obraz rzeczywistości, ale zlewały się w coś innego — chaos! Kwiaty w spoconych rękach ciążyły, szorstki liść nieprzyjemnie uwierał wnętrze jej dłoni, ale ściskała badylki coraz bardziej kurczowo, jakby były barierką, zza której oglądała piekło, i tylko usilne się jej trzymanie ratowało ją przed zepchnięciem w czeluść.
Nagle odwróciła się od nagrobka, na który i tak nie mogła spojrzeć, dlaczego? nie potrafiła sobie przypomnieć, ale musiał być jakiś powód. Na ścieżce stała młoda dziewczyna, miała śnieżnobiałe włosy, które iskrzyły w promieniach słońca. Musiała coś powiedzieć, chyba oczekiwała jakiejś odpowiedzi, kiedy powiedziała coś do Lynn, w końcu ta się odwróciła. "Co pani tu robi?" „W czymś pomóc?” „Zgubiła się pani?” — kobieta rozważała możliwe opcje. Nagły trzask gałązki nie przestraszył jej tak bardzo, już wcześniej nieświadomie wyrwała się z zamętu własnych myśli dzięki niedosłyszanemu niestety przez ten stan na granicy świadomości komunikat z ust dziewczyny, ale i tak podskoczyła.
— Przepraszam, nie chciałam przeszkadzać — rzuciła dziewczyna, wyraźnie tak zawstydzona, jak i ona i już się odwróciła, kiedy zmieniła zdanie.
W paru słowach wyraziła swoją troskę, przedstawiła się i przedstawiła powód swojego… naruszenia spokoju Lynn? Wyglądała, jakby takie słowo czekało na końcu jej języka. Jednak źle zrozumiała milczenie kobiety, nie była oburzona tą napaścią. Nie była też aż tak pogrążona w żałobie, no nie można się tak nad sobą użalać. Była po prostu trochę otępiona słońcem i ograniczona własnym umysłem. Półnimfa zrobiła krok w przód, kolejny krok od grobu Nalina, co nagle wyczuła tak wyraźnie, jakby była uwiązana na smyczy, albo uwierał jej łańcuch u kostki.
— Nie nie, skąd, nie przeszkadzasz. Jestem z okolicy, wpadłam na grób brata i chyba po prostu zrobiło mi się trochę słabo. Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony.
Pierwsze słowa zabrzmiały nieco skrzekliwie, ale potem było już coraz łatwiej. Łatwiej było zignorować łańcuch na kostce. Dziewczyna chyba też powinna się rozpogodzić, ale obecnie Lynn nie mogła tego zauważyć, słońce wyjrzało zza chmury i świeciło jej prosto w oczy, a nieznajomej rozświetliło jeszcze bardziej włosy. Najpierw zmrużyła oczy, a następnie przesunęła nad nie dłoń, aby lepiej się jej przyjrzeć. Dopiero kiedy usłyszała cichy, suchy odgłos gdzieś niżej, obok stóp, zorientowała się, że wypuściła z rąk kwiaty. Od razu, jakby to dziecko było, a nie już w połowie zasuszony pęk chwastów, schyliła się gwałtownie.


Arisu?
────
[429 słów: Lynn otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Lairy CD Sony — „A Fisher of Fish”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

Poranne łowienie, a przynajmniej w cieplejszych miesiącach, stało się dla Lairy czymś więcej, niż tylko sposobem na zabicie wolnego czasu. Zdecydowanie była to jedna z jej ulubionych form relaksu. Cicha, spokojna odskocznia od otaczającego ją zgiełku obozowego życia, od hałasów, obowiązków i tego okropnego, męczącego uczucia, że powinna być gdzieś indziej, robić więcej.
Powietrze było jeszcze chłodne, nasiąknięte wilgocią poranka a tafla jeziora przypominało trochę lustro, aż chciało się zacząć mamrotać pod nosem „Lustereczko powiedz przecie…”. Ptaki już dawno zaczęły swój koncert, choć Laira mogła wręcz przysiąc, że jakieś dwa ptaszory miały między sobą małą wojnę, sądząc po dźwiękach, jakie wydawały.
Obecność Sony była do tego przyjemnym dodatkiem. Nie czymś nachalnym, czy męczącym — czymś po prostu naturalnym, co sama z chęcią by wybrała. Dzielenie się z kimś swoją pasją do wędkowania wyszło jej na dobre ale i okazało się też cholernie satysfakcjonujące. Najważniejsze, że nie musiała tłumaczyć ciszy, czy na siłę jej zagłuszać. Sony robiło to mimowolnie swoim szczebiotaniem, co ani trochę jej nie przeszkadzało.
Przesunęła palcami po wędce, poprawiając żyłkę i wypuściła powietrze z płuc. Może to przez spokój tego miejsca, a może przez to, jak na swój sposób towarzystwo Sony działało na nią relaksująco. Szczerze? Po raz pierwszy od dawna nie czuła, że musi spieszyć się gdzieś.

WIOSNA V

Kłótnia, czy może raczej prawdziwa awantura, jakby jakiś szatan wyszedł z dna piekieł, którą miała jakże wątpliwą przyjemność stoczyć z Violet nie należała do najbardziej zajebistych doświadczeń w jej życiu. Nie mówiąc już o tym, że pół, jak nie trzy-czwarte osób z obozu ją słyszało. Krzyki wciąż odbijały się echem gdzieś tam z tyłu jej głowy, zmieszane z ciekawskimi spojrzeniami herosów, które im rzucali. Nadal miała przed oczami pełne żalu i gniewu oczu Violet.
Cicho liczyła, że jej problem się skończył.
Nie wiedziała tylko, jak głęboko w dupie niedługo będzie.
Teraz siedziała po prostu na łóżku, które jak na jej gusta, było zbyt małe i zbyt twarde, by spać na nim wygodnie. Wpatrywała się w półotwartą, przerzucaną przez ramię torbę, która była w połowie zapełniona niedbale złożonymi ubraniami. Nie miała zbyt wiele rzeczy w obozie. Westchnęła, wrzucając torbę narzędzi do środka.
Pakowanie nigdy nie było dla niej przyjemnie, zawsze kojarzyło jej się z kolejnym okropnym doświadczeniem.
Z uciekaniem od problemów.
Musiała zawijać dupę z obozu, takie przecież były zasady, no i jakimś cholernym cudem przeteleportować się do San Francisco. Znaczy tak - miała możliwość transportu dostępne dla półboskiego pierda tylko po prostu… nie chciała. Uznała, że po prostu zrobi sobie wycieczkę krajoznawczą licząc, że po drodze nic jej nie zeżre.
Violet wybrała za to Nowy Jork.
I o to był ten cały, kurewsko głośny, pierdolony harmider.
Bo przecież obiecały, że będą razem.
Laira zacisnęła szczękę czując, jak coś cholernie ciężkiego osiada na jej klatce piersiowej. I mimo iż z początku sądziła, że była to złość, tak szybko zrozumiała, jak bardzo się myli. To było coś głębszego, zdecydowanie bardziej upierdliwego; uczucie, którego nie mogła się pozbyć nawet siłą.
Może gdyby przypieczętowały ten pakt krwią.
Ewentualnie jakimś dzikim zaklęciem, które przykleiło by je do siebie jak superglue.
Mogły też walnąć ofiarę z baranka bożego dla ich starych i może wtedy to by cokolwiek dało, sprawiłoby, że słowa “będziemy przy sobie” nie spierdolą jak karaluch przy zapalonym świetle.
Parsknęła cicho pod nosem, przecierając twarz dłonią.
Głupie.
Wiedziała, że to było głupie.
A jednak mimo wszystko, bolało jak jasna cholera.
Zamknęła torbę jednym, płynnym ruchem, jakby tym gestem miała zamknąć temat i już więcej do niego nie wracać. Jakby nie liczyło się już więcej to, co zostało między nimi niedopowiedziane.
Podnosząc wzrok niemal podskoczyła, widząc znajomą twarz stojącą w drzwiach. Nie była dobra w czytaniu emocji u innych, toteż nie bardzo wiedziała, czy Sony jest po prostu smutno, czy to ich neutralna mina.
— Dobrze cię widzieć — uśmiechnęła się, trochę na siłę, trochę z przyzwyczajenia, choć jej intencje były szczere w stu procentach.
Sony oparło się o framugę, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Nie była przyzwyczajona do takiego spokoju od dziecka Apolla.
— Więc… — zaczęło, grzebiąc butem w podłodze, jakby to było nagle najciekawsze zajęcie świata. — Dzisiaj wyjeżdżasz?
Laira odpowiedziała jedynie krótkim skinieniem głowy, nie ufając samej sobie, by użyć słów.
— A Violet? — padło ciszej, jakby niepewnie. — Ponoć miałyście wyjechać we dwie. Razem. Bardzo cię lubi.
Półbogini czuła, jak te słowa wiszą nad nią niczym kosa. Bardzo cię lubi. No, właśnie widziała, szczególnie po tej całej awanturze. Swoją uwagę skupiła więc na zamku torby, który za cholerę nie chciał się dopiąć, chociaż próbowała piąty raz.
— Cóż… — zaczęła, a słowa ugrzęzły jej gdzieś w gardle. — To po prostu bardzo skomplikowane — dodała w końcu, tonem, który przypominał tłumaczenie dziecku, dlaczego nie wolno napieprzać w wujka zabawkowym młotkiem.
— Lesbijki są dziwne — wymamrotało Sony pod nosem, aczkolwiek bardziej do siebie, niż do swojej rozmówczyni. Laira jednak to słyszała i mimo wszystko, mimo tego zmęczenia, złości i frustracji, które towarzyszyły jej od początku tego dnia (swoją drogą zdawał jej się ciągnąć bez końca) — parsknęła rozbawiona.
Krótko.
Ale jednak.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo — zamilkła na moment. — Słuchaj, dzisiaj jest mój ostatni dzień w obozie, także mam coś dla ciebie.
Sony uniosło brwi wyraźnie zaskoczone, obserwując, jak Laira wyciąga spod łóżka ciemnozielony pokrowiec a później drugi, mniejszy i do tego szary. Przez chwilę trzymała je w dłoniach, jakby zastanawiała się co powiedzieć, czy może jest pewna swojej decyzji.
— To mój ukochany zestaw — powiedziała w końcu, podając im pokrowiec z wędką — I najlepsze spławiki, jakie mam. Część jest ręcznie robiona.
Westchnęła z dumą, mierzwiąc herosowi włosy na głowie.
— Zajmij się nimi dla mnie, zgoda?


Sony?
────
[910 słów: Laira otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Niketasa — „Pluszowe misie słuchają Highway to Hell”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Zadrżała ze złości, niczym Charybda, która już miała złapać i pożreć Odyseusza. Cholernego Odyseusza, o smaku truskawkowym i formie żelkowych miśków. Jak ON śmiał? Przecież to ledwo od ziemi odrosło, a już się panoszy i, co gorsza, zaciska mocno to cholerne opakowanie żelek.
Przez chwilę się tak siłowali, patrząc na siebie nawzajem. Miała nadzieje, że dzieciak widzi przez te okulary, jak ona wręcz wizualizuje tysiące sztyletów lecących w jego pyszałkowatą twarz. Jak to Dostoj-, nie, Bułhakow mówił: Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy — nigdy!
Uśmiechnęła się jadowicie pod nosem i odpuściła.
— Wiesz co, rozmyśliłam się. Tak naprawdę nie potrzebuję tych twoich głupich żelków.
— Ojej, jaka szkoda, Werrrrcia. — Akcentując przesadnie jej imię, Niketas ostentacyjnie wyrzucił żelki do kosza.
Zatkało ją z wrażenia. Oczywiście, nie chciała dać po sobie tego poznać, ale ta akcja ją ubodła. Ten dzieciak pożałuje, że w ogóle się urodził. Grupową Ateny tak traktować?! I biedne żelki, które nie były niczemu winne?
Nie pamiętała, kiedy ostatnio się tak zirytowała. Szybko rzuciła okiem do notesu. Aha, półtora tygodnia temu, po tym, jak jakiś frajer na randce bezczelnie jej zarzucił, że traktuje wszystkich z góry i mruczy pod nosem jakieś niezrozumiałe cytaty, niemające pokrycia z sytuacją. I że jest agresywna. Oczywiście, Weronika pokazała, gdzie jest jego miejsce, nawrzucała mu coś o byciu cholernym facecikiem z wybujałym ego i odeszła. Mężczyźni to takie cholerne dupki. Oprócz literatów, rzecz jasna. Oni należeli do innego wymiaru, uduchowionego.
— Żebyś wiedział. Wiesz co, wolę poczekać na PRAWDZIWEGO asystenta. Takiego, który nie będzie kwestionował moich rozkazów. I takiego, który nie będzie wyrzucał niczego ważnego do kosza.
Odwróciła się na pięcie, zadarła nos i prychnęła. To powinno pokazać gówniarzowi jego miejsce. Odchodziła niespiesznym krokiem, nawet można by rzec, baletowym. Jakby mogła, to by zakończyła piruetem, ale bez przesady. Nie miała piętnastu lat. Przez myśl przeszło jej, żeby zerknąć w gardziel kosza i wyłowić bohatersko utraconą zdobycz, ale czy by ryzykowała, że ktoś ją zobaczy wkładającą rękę do KOSZA? No właśnie. Wymruczała pod nosem Bądź pan nie takim jak wszyscy, choćby pan miał być tylko sam jeden, takim jaki pan jest, na co jakiś dzieciak z domku Dionizosa przechodzący obok niej zareagował głośnym „co?”. Zignorowała go, przecież nie będzie poświęcać tak nieistotnej kreaturze uwagi, szczególnie gdy w grę wchodzą przemyślenia. Starannie łączone linijkami słów, spiętymi w klamry. Wszystko miało sens, początki, końce, przypisy, odnośniki — w formie równych liter, starannie wykaligrafowanych. Nawet tutaj trzymała ją perfekcja.

Myślała, że będzie prościej. Że dzieciaki same będą lgnąć do tak ciekawego konceptu, jakim było śledztwo. I to nie z byle nikim, a z grupową domku numer sześć. Rozpruty pluszak patrzył na nią smętnie spode łba, siedząc na parapecie.
Domek dzieci Ateny był… uporządkowany. Nawet, jak znajdowało się w nim kilka stołów kreślarskich, teleskopy, rulony papieru, to nie sprawiał wrażenia zagraconego. Przez prostokątne okna przebijało się słońce, ocieplając wnętrze i nadając mu przytulności.
Weronika lubiła myśleć, że w słońcu jej włosy mienią się blaskiem, niczym jakaś galaktyka. Rodzeństwo po prostu wzruszało ramionami na jej poetyckie metafory, odbąkiwując coś o ładnym kolorze i nic więcej. Niektórym widocznie matka poskąpiła nieco humanistycznych darów. Otrząsnęła się i spojrzeniem omiotła planszę, na której dumnie prężyły się figurki szachowe. Gdy jej brat, Maur, zrobił pierwszy ruch, uśmiechnęła się. Ironicznie, jakżeby inaczej.
— Wszystko jest w szczegółach, Maur! — Zagrzmiała.
Biedny dzieciak podskoczył.
— Przecież dopiero zaczęliśmy…
Zanim Weronika mu odpowiedziała, usłyszała pukanie. Podskoczyła, zbyt entuzjastycznie niż by chciała się przyznać, po czym otworzyła drzwi.
Przewróciła oczami na widok gościa, który wczoraj podgrzewał jej ciśnienie, już słyszała, jak "RRRRRR' wwierca się w jej półkule. Niech wszyscy poeci, zarówno martwi, jak i żywi, rosyjscy czy nie, powstrzymają ją przed morderstwem. Powtarzała sobie, że to nie sugestia genewska, a konwencja. Nie spuści atomówki na kpiący uśmiech Niketasa, niestety podpadał jeszcze pod inną konwencję, praw dziecka.
— Eee, kim ty jesteś? — Rżnęła głupa.
— Jednym z detektywów, a co, laleczko? Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Tak jak łatwo mnie nie zignorujesz podczas spotkań grupowych.
— A. Aha. Myślałam, ze grupowym był ten wysoki — Zaznaczyła dobitnie przymiotnik, oczekując reakcji. — blondyn. Z bielactwem. Widocznie domek Hermesa teraz ratuje się jakimiś dzieciakami.
— Starego psa nie nauczysz nowych sztuczek. Jak ci idą poszukiwania ASYSTENTÓW do sprawy pluszakowej?
Zgrzytnęła zębami.
— Idzie… Dobrze. Nie potrzebuję pomocy. Idź się pobawić z innymi w berka.
— Twoja strata. Życzę powodzenia.
Coś w tym przesadnie życzliwym głosie było nie tak, na tyle, że ciarki przebiegły po jej plecach. Bo co innego, kiedy się ścierali, niczym na szpady, a co innego, gdy ktoś znienacka zaczyna być miły. Niedobrze. Wyjęła notes i zapisała sobie ważną notatkę, na co Niketas zareagował praktycznie tym samym. Podniosła brew, zrobił to samo. Gdy westchnęła i usłyszała taką samą reakcję, zamknęła drzwi przed jego nosem. W prawdziwym nieszczęściu poznaje się swą własną cielesność i duchową moc, ustala się granice swoich „możliwości”, swej fizycznej wydolności i moralnej siły. - mruknęła pod nosem, delektując się rytmem tego zdania.
Nawet nie wracała do partii szachów.
— Przegrałeś. Wystarczyło, że przesunąłeś pionek na c4 i już wiem, że jakiegokolwiek gambitu bym nie użyła, przegrałbyś. — Rzuciła szybko do brata, po czym w swoim aneksie gorączkowo przeszukiwała rzeczy.
— Damy radę, Watsonie. — Podniosła zwycięsko pluszaka, pewna swoich możliwości. - Wracamy na miejsce zbrodni. Ty i ja. No i Dostojewski duchem!


Niketas?
────
[858 słów: Weronika otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 24 marca 2026

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

Z ciężkim sercem wyciągnęła plik banknotów, skrupulatnie przeliczając każdy papier z osobna. Nie spodziewała się, że będzie musiała pokryć koszta zniszczeń Pęcka. Wróć, spodziewała się, ale nie aż tak wysokich. Miała już się wykłócać, że to nie było aż tak kosztowne, dopóki nie usłyszała w oddali beczenia. Mogli pójść do jakiejś speluny, która w ofercie miała siedlisko hazardu, to może chociaż by się odkuli. Jeśli i tak ich by nie wyrzucono za „dziecko” które żre karty.
Ostatnimi resztkami siły zgarnęła mały paragon z niebotyczną kwotą i wróciła do ich stolika. Ze zdziwieniem zauważyła dwie rzeczy:
1) Było czysto.
2) Za to współtowarzyszy nie było.
Skonsternowana stwierdziła, że w takim razie czekają na zewnątrz.
Konsternacja pogłębiła się, gdy po wyjściu na rześkie powietrze rozejrzała się i w ogóle nie mogła ich znaleźć.
— Eeee. Arnar?
Pęcek w tym momencie mógłby zostać spuszczony w szyb kanalizacyjny i by się nie przejęła. Ale gdzie mógł pójść Pan Cellulitis? Czy serio będzie szukać typa, może i charakterystycznego, w tym cholernym mieście? Westchnęła ciężko.
A może to była właśnie dobra okazja, żeby zmyć się stąd, nie zawracać sobie głowy kolejnymi kosztami i potencjalnymi potworami? Gdyby właśnie poszła w siną dal, tak, jak to miała w zwyczaju? Skierowała się w kierunku noclegu, czekając na zielone światło.
Tylko tym razem coś ją frustrowało. Do głowy wlewały się jej scenariusze, co mogło stać się z Arnar i czemu jeno nie było przed barem. Może teraz potrzebuje jej pomocy, walcząc z potworem przebranym za Pęcka, gdzieś w szemranej alejce? Albo z taksówki wyskoczyli ludzi i wrzucili jeno do bagażnika, porywając dla okupu? Wiedziała, że to mocno irracjonalne, w końcu ile by było warte? Może w tysiącach ale pesos, Lucien by dorzucił kilka Reese's. Tych mniejszych.
— No jasny chuj. — Mruknęła pod nosem znienacka.
Nawet nie zaskakiwało to przechodniów czekających obok niej. Albo mieli słuchawki w uszach, albo byli wystarczająco przyzwyczajeni do ekscesów. Gdy w końcu wyświetlił się zielony ludzik na sygnalizacji, nie ruszyła się z miejsca. Odwróciła się i zmierzyła się z pierwszym problemem.
Gdyby była Arnar, gdzie by poszła? Jak zacząć myśleć i poruszać się jak Hermesiak? Potarła skronie, licząc, że odpowiedź przyjdzie jej znienacka. Może coś było na tej liście, co by zmusiło jeno do skorzystania natychmiast? Raczej nic związanego z piekarnią, bankomat odpadał, dużo tutaj było kamienic, co też nie było na jej bingo.
Skręciła w pierwszą lepszą uliczkę i nasłuchiwała. Cóż, zostało jej sporo podobnych uliczek. Już się nie mogła doczekać, aż przejdzie się wśród szczyn, worków na śmieci, albo natrafi na ślepą uliczkę. Gdyby chociaż miała taką umiejętność, że jakiekolwiek chwasty w okolicy by dawały jej znać, kto tędy przechodził i jak wyglądał.
Dopóki nie usłyszała zawodzenia Pęcka. Pobiegła czym prędzej w jego stronę, tylko po to, żeby ze zdziwieniem obserwować, jak biegnie za limuzyną. Która właśnie ruszyła bezszelestnie na czerwonym świetle. Tego to już satyr nie mógł dogonić.
— Pęcisław, co się odjebało?
— No, ten bęcwał! Zobaczył coś w tej puszce i nawet nie zauważyłem, kiedy ruszyli! Wspomniał coś o liście.
— Co tam było?
— Nie wiem, ty czytałaś t—
— W tej limuzynie, tępy koźle.
— Nie mam pojęcia! Znalazłem soczystą puszkę i czekałem na jeno. Myślałem, że wyjdzie z niej, normalni ludzie, nawet półbogowie, tak robią!
Opadły jej ręce. Częściowo przez to, że jej strachy się spełniły, a częściowo przez to, że teraz w życiu nie dogonią auta. Już widziała oczami wyobraźni, jak tłumaczy Lucienowi, co się stało.
— To ma zaskakująco dużo… Sensu. I co my teraz zrobimy? Nie mam praktycznie pieniędzy na taksówkę. Zapamiętałeś chociaż rejestrację?
— A co to?
— Rozumiem, czyli nie. I co teraz? Jesteśmy bez pieniędzy, bez pomysłów. Bez wsparcia. Z fusów nie wywróżę jeno lokalizacji.
Nie uzyskała odpowiedzi. Tak już siedzieli sobie obaj, na krawężniku, kontemplując różne rzeczy. Satyr patrzył na puszki, Dahlia wbijała wzrok w ziemię. To było zbyt absurdalne. W dodatku odganiała gołębie, żądne okruszków i prawdopodobnie ich towarzystwa.
— Dalej nie wiem co zrobić. Szczególnie bez pieniędzy. — Wymamrotała skapitulowanym głosem.
Satyr odwrócił się do niej. Nie, żeby liczyła na jakiekolwiek wsparcie od niego, ale może go nie doceniała?
— Mam propozycję. Słuchaj, jak potrzesz długo powieki, to widać takie kolorowe plamki.
Patrzyła na niego w ciszy, procesując tą wypowiedź. Najlepsze, na co ją było stać, to kamienną minę oraz powstanie z krawężnika, zostawiając satyra samego.


Arnar?
────
[704 słów: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Chaita — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

Starła pot z czoła.
To była niezła walka. Na tyle niezła, że dużo dzieciaków było zachwyconych i nie odklejały się od balustrad. Zauważyła, jak jedno z nich ciągnęło za koszulkę rodzica i krzyczało „też chcę tak walczyć, tato, kupisz mi szablę?!”. Inne się sprzeczało z koleżanką, czy aby na pewno „ten mniejszy pan” przegrał, bo ze złamaną szablą da się dalej walczyć.
Oparła się o skrzynię, wciąż procesując sparing. Bronie pozostawały wiele do życzenia, ale za to zwody, natarcia, symulacje udowodniły jej, że zna Chaita z Obozu Herosów. Ten konkretny, grecki styl walki był nie do przeoczenia. Na początku starała się sobie wmawiać, że jej nie obchodzi jakiś drugi półbóg, ale chęć upewnienia się, z kim ma do czynienia, brała górę. Nie chciała się też przyznawać, nawet przed sobą, że teraz postawiła cel dowiedzenia się, jakiego on ma boskiego rodzica. Kto wie, może kiedyś walczyli, ale nie zapamiętała go jakoś szczególnie?
Słońce zachodziło, lampy powoli się zapalały jedna za drugą. Park rozrywki jeszcze długo będzie otwarty, do dwudziestej trzeciej, za to im kończyła się powoli zmiana. Chait wciąż odmachiwał dzieciakom, odpowiadając niektórym na pytania albo komplementy, kątem oka Dahlia zauważyła zmienników. Podeszła do kolegi, odmachując dzieciom, i pochyliła się do niego.
— Kapitan nas wzywa, majtku.
Nawet nie zdążył zareagować, gdy usłyszeli jęki rozczarowania i niezadowolenia. Rodzice uspokajali kiedy mogli, podziękowali za performance i starali się zabrać swoje latorośle. Wydawało się jej, że dzieci w tych czasach mają spalone styki od tabletów, ale jak widać, jeszcze mogła mieć nadzieję, że nie będzie tak źle. Poprzednim razem była świadkiem wielu grup, których najzwyczajniej w świecie nie były zainteresowane czymkolwiek. No, chyba że rollercoasterami.
Kiedy odchodzili, zerkała co jakiś czas na Chaita. Dalej się uśmiechał, pomimo zmęczenia trzymał się na nogach i wyglądał na zadowolonego. Ciężko nie było uśmiechnąć się pod nosem.
— I jak ci się podobał pierwszy dzień pracy?
— Było w porządku. Naprawdę.
— Bardzo szybko załapałeś robotę. Inni zwykle potrzebują więcej czasu.
— Nie kłamałem, kiedy mówiłem, że mam doświadczenie jako animator.
Pominęli całkowicie tematy związane ze sparingiem. Czuła, że nie ma co drążyć tematu. Owszem, mogłaby powiedzieć "hej, dobrze ci też szło z szablą", ale nie spodziewała się jakiejś pozytywnej reakcji. Kto wie, może by się spiął i przestał dobrze sobie radzić w pracy? Zakładała, że potrzebuje pieniędzy, biorąc pod uwagę szmat drogi przebyty aż z Nowego Jorku. Długo rozpatrywała w głowie scenariusze, grzebała także w pamięci jakiekolwiek wspomnienia, w których mogłaby go zidentyfikować.
Nie postawiła stopy w obozie od jakichś kilku lat, bardzo dużą część wspomnień po prostu wyparła. Tak, jakby ktoś upuścił świecę na mapę skojarzeń z obozowiczami. Twarze, nazwiska się mieszały i mogła wyciągnąć tylko pojedyncze nitki. Takie, jak to uczucie znajomego zastanawiania sie nad imieniem nowego-nienowego kolegi.
Właśnie się odezwał, wybudzając ją z myśli.
— Chyba już dotarliśmy. Trzeba tam zbliżyć kartę, prawda?
Wskazał szare, bezpłciowe drzwi, za którymi znajdowała się tak samo pozbawiona koloru klitka, z automatem do zarejestrowania czasu pracy.
— A. Tak, tak.
Po przekroczeniu progu i zakończeniu pracy udali się do szatni. Tam Dahlia poinstruowała, gdzie ma się udać do sekcji męskiej, w której są toalety i prysznice, po tym jak parę współpracowników zażartowało o pracy na galerach, z której wracają śmierdzący niewolnicy. Dobrze, że park codziennie wieczorem uruchamiał pralnię na swój koszt, bo nie uśmiechałoby się jej szukać innej w okolicy. Kiedy już się odświeżyła pod prysznicem, a ubrania wrzuciła do kontenera, natrafiła w szatni na inną grupę, która dopiero co skończyła. Był też tam jeden z koordynatorów, który napsuł jej krwi te kilka lat temu i od tej pory jej nie znosił, ze wzajemnością. A teraz tutaj był.
Westchnęła ciężko. Dzień zakończył się bardzo dobrą notą, a koordynator Nathaniel ma zapewne zamiar jej to zjebać. Wyglądał na niezadowolonego, bardziej niż zwykle. Dahlia często się zastanawiała, czy kiedykolwiek te brwi odpoczywają, czy zawsze ma taką minę srającego kota. Nie doszła jeszcze do konsensusu. Wyminęła go, idąc do swojej szafki z pokerową miną. Pokazanie, że jego widok w jakikolwiek sposób ją ruszył, byłoby aktem słabości i startowałaby z przegranej pozycji. Według niej.
— Nie sądzisz, że lepiej by było zostawić performance tym, którzy rzeczywiście muszą go zrobić? Zwracaliście za dużo uwagi.
Oczywiście. Nie przerywała wkładania pudełka śniadaniowego oraz termosu do torby.
— Coś było nie tak, koordynatorze?
— Przeszkadzaliście w występie z kartami i pochodniami.
Zamknęła szafkę i odwróciła się do rozmówcy.
— Przykro mi, że byle sparing plastikowymi szabelkami zwrócił większą uwagę. Może trzeba było lepiej zaaranżować te występy, koordynatorze?
— Radzę ci się nie wychylać poza posadę.
— Naszym celem jest zabawianie dzieciaków i uważam, że tutaj zrobiliśmy dobrą robotę. A teraz wybacz, mam lepsze plany niż stanie tutaj. — Uśmiechnęła się pod nosem. Powstrzymując mocno chęć splunięcia.
Zwykle nie była tak szorstka i nienawistna dla innych, ale ten facet potrafił nadepnąć perfekcyjnie na każdy jej odcisk. Ktoś jej kiedyś powiedział, że każdy musi mieć jakieś nemezis (ha, ha, półboski świecie) i on z całą pewnością tym był. Musiała po tamtym sezonie procesować swoje emocje i instynkty, prawie też poszła do psychologa. Dla osoby postronnej wydawałoby się to paradoksalne, że nie prostowała swoich traum z misji, i że jej granicą był wredny ziutek z pracy, ale gdyby opowiedziała komuś o przygodach z leukrotami, to by trafiła na oddział zamknięty. Ciekawe, czy są jacyś biedni półbogowie zamknięci w izolatkach, z kaftanem bezpieczeństwa, bo odważyli się mówić o spotkaniach z potworami?
Rozejrzała się po szatni. Parę osób ją obserwowało z uśmieszkami na twarzy, część miała dość po kilku godzinach chodzenia w słońcu. Jeszcze inni po prostu nie wiedzieli co robić, kiedy patrzyła na nich to odwracali wzrok. Zauważyła Chaita przy wyjściu z szatni, który prawdopodobnie miał już wyjść, ale nagłe wydarzenie odwróciło jego uwagę i zamurowało w miejscu. Gdy zobaczył, że Dahlia się zbliża, otworzył pospiesznie jej drzwi.
— No to będziemy mieć zabawę, Chait. — Mruknęła, kiedy przechodziła obok niego. — Do jutra?


Chait?
────
[959 słów: Dahlia otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 23 marca 2026

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

Poszło szybko, łatwo i miło – czyli dokładnie tak, jak Sony wyobraża sobie idealną współpracę, na którą, ku jej szczerej rozpaczy, nie trafia szczególnie często. Znalezienie odpowiedniej osoby graniczy z niemożliwością, a podbijanie do losowych półbogów z Obozu stało się dla niej swego rodzaju hazardem, w którym zazwyczaj ma jednak mniej niż pięćdziesiąt procent szans na wygranie. Pewnie jakby znalazła gdzieś pośród herosów jakiegoś dobrego matematyka, to by jej obliczył, ile statystycznie obozowiczów jest w stanie zgodzić się na takie ekstremalne propozycje, ale ponownie: trudno znaleźć matematyka, który nie będzie narcystycznym dzieckiem Ateny, a narcystyczne dzieci Ateny nie są szczególnie skore do pomagania radosnym dzieciom Apolla.
Sony wpada do domku, wrzuca do wciąż nieopróżnionego po wcześniejszej podróży plecaka ze dwie nieśmierdzące koszulki, tabliczkę czekolady i z charakterystyczną dla siebie beztroską stwierdza, że więcej jej nie potrzeba. Tylko wymienia klapki na zielone trampki (które przeżyły zdecydowanie za wiele i mają porównywalną ilość dziur, co typowe crocsy), oczywiście nie zakładająć skarpetek. Tak przygotowana, jak wzorowy obieżyświat, jest gotowa na wszystko, co przyniesie jej okropny, wielki świat Stanów Zjednoczonych.
Pod stajniami nie musi czekać długo – Mikołaj zyskuje w jej głowie kolejnego plusika, bo chłopak jednak ma niezłe wyczucie wyczucie czasu (Sony wciąż nie wie, która może być godzina, to dziecko po prostu żyje na czuja i na oko).
– Super! No to, skoro jest druga, a mam bardzo dużą nadzieję, że jest druga, to musimy zdążyć na szóstkę i z szóstki chyba się na coś przesiadało, ale nie pamiętam na co. Na pociąg chyba…
– A to nie mieliśmy mieć podwózki? – pyta widocznie zaniepokojony Mikołaj. Sony poniekąd go rozumie, bo według wszelkich normalnych społecznych przykazań, jazda samochodem z nieznajomym księdzem jest znacznie bardziej komfortowa niż tłuczenie się dokądś kolejami Long Island.
– No tak, ale najpierw to musimy dostać się do Nowego Jorku. W pociągu sobie podładuję telefon i zadzwonię do Adama! – ochoczo tłumaczy Sony i gestykuluje przy tym tak gwałtownie, że prawie wyprawia swojego smartfona w podróż liniami lotniczymi elektronicznego Tanatosa.
– To on jeszcze nie wie??
Sony nie przestaje się uśmiechać, żeby Mikołaj nie wycofał się z tego pomysłu. Zaczyna też iść przed siebie, wykorzystując technikę manipulacyjną o nazwie: „jak nie ruszysz dupska, to zostawię cię samego w tym supermarkecie i nie będziesz mieć ani taty, ani tego lizaka, o którego drzesz ryja na cały sklep od piętnastu minut!!!”. Jej strategia działa i już po chwili bardzo nie ukradkiem wymykają się z Obozu, a każdy pewnie myśli, że biegną do najbliższej stacji benzynowej, żeby kupić zapas zupek chińskich i żelków truskawkowych.
– No, nie wie, ale się dowie, więc wszystko git i w ogóle. – Sony macha na to ręką, raźnie idąc na dobrze jej znany przystanek autobusowy. – Poza tym. Nawet jeśli, nie wiem, śpi albo coś, to się znajdzie ktoś inny, ja mam dużo znajomych, więc nic się nie bój i nic się nie martw! Wiesz, jak to jest z dorosłymi, któryś z nich na pewno będzie miał dla nas czas!
– Weź podładuj teraz. – Mikołaj podaje jej powebanka, po czym musi obserwować, jak Sony owija kabel wokół swojego telefonu i próbuje znaleźć odpowiedni kąt, pod którym urządzenie zczai, że coś do niego podpięto oraz, opcjonalnie, przewidywany czas ładowania nie będzie wynosił szesnastu godzin. – To jak. Wiesz, ze słuchawkami na kabel.
– No, taki vintage vibe – śmieje się Sony, ściskając swoją powerbankowo-telefonową budowlę tak, jakby zależało od tego jej życie. – Jeździłeś już do Nowego Jorku? W sensie, że autobusem i pociągiem, i potem znowu autobusem?
– Eee, chyba nie? Nie pamiętam…?
– Spoko, każdy musi przeżyć ten pierwszy raz. Trzeba tylko kupić bilety i inne takie, a to jest, no, intuicyjne, nie? – szczebiocze, usadawiając się na wąskiej ławeczce przystanku. Zanim Mikołaj zdąży odpowiedzieć, ona zadaje kolejne, według niej znacznie ważniejsze pytanie: – Ej, a jak się pisze twoje imię? Zaczyna się na „M” i masz „W” w samym środku, prawda? Bo zawsze w sumie byłam ciekawa, jak do ciebie wołali w Obozie i w ogóle, wiesz, obce imiona i tak dalej, a trudno tak zapisać ze słuchu czasem…
– Znasz mo- Znaczy. Nie?? Tak się nie pisze??? Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy???? – Mikołaj gapi się na Sony z tak ogromnym zaskoczeniem, że nawet jej, certyfikowanej gadule, trochę brakuje języka w gębie (nie wie zresztą, czemu jest taki zszokowany, bo jako obcokrajowiec chyba musi często dostawać takie pytania??).
– No bo. Mi-co-way. Prawda? Micoway. Jak… zmodyfikowana mikrofalówka. – Chłopak wygląda, jakby usłyszał jedno z największych bluźnierstw na świecie. – No weź, mi też zawsze mówią, że nazywam się jak to studio od Spidermana i Kpopowych Łowczyń Demonów, czymkolwiek to jest. Nie wiem, nie oglądam filmów…
– Czekaj, czekaj – wtrąca się Mikołaj. – Nie żaden „Majkołej”, tylko Mikołaj.
– No i jaka jest różnica?
– Bo tutaj chodzi o… czekaj, napiszę ci, tylko… – Zaczyna grzebać w swoim plecaku, prawdopodobnie w poszukiwaniu jakiekolwiek skrawka papieru i czegoś do pisania. Sony uczynnie podaje swój rozpadający się szkicownik (na utrzymanie go w ryzach musiała użyć naprawdę dużej ilości taśmy klejącej i super glue) w zestawie z pogryzionym ołówkiem. – Yyy, dzięki. Okej, już… O, i widzisz, to się tak zapi-
– Nie mogę się rozczytać, masz jakieś takie… e… ciekawe pismo. To jest „G”? – Wskazuje na jednego z kulfonów tworzących imię Mikołaja i unosi na chłopaka wzrok szczerej nadziei, że udało jej się zgadnąć.
– …Nie. To jest „J”.
– Aha, dobra. Fajnie. I to się czyta Micoway, tak? – Na szczęście, ratując Mikołaja z zupełnego postradania zmysłów, nadjeżdża ich autobus.
Sony radośnie zeskakuje z ławeczki, wskakuje do pojazdu i ponaglająco macha na chłopaka, który próbuje nie sprawić, żeby powierzony mu szkicownik rozsypał się po chodniku. Wygodnie rozsiadają się na tylnej kanapie i póki nie wracają do przerwanej rozmowy, Sony próbuje uruchomić telefon. Już powinien mieć około pięciu procent, a jeśli nie, to zdecydowanie jest to znak, że heroska musi odpuścić sobie kolejne podróże i zaoszczędzić pieniądze na nowy sprzęt.
– No więc, to nie jest Mi-
– Czekaj, Micoway, będę dzwonić – ostrzega go Sony i przykłada telefon do ucha. Chwilę czekają w trochę niezręcznej ciszy, aż wreszcie ze słuchawki odzywa się niesamowicie zmęczony głos, którego krótkie „halo” zostaje przerwane szybkim ziewnięciem. – Hej, Adam!
– Och. Sony. – Głos dobiegający z telefonu jest na tyle głośny, że przy odrobinie skupienia Mikołaj jest w stanie dosłyszeć, co mówi ksiądz-taksówkarz. – Dlaczego dzwonisz…?
– Potrzebuję podwózki, dla mnie i dla kolegi, jedziemy do Minnesoty i fajnie by było, jakbyś nas zawiózł… gdzieś bliżej tamtych rejonów. Nie musi być do samej Minnesoty, ale wiesz, tam jest taki festiwal i ja BAAAAAAAARDZO chcę na niego pojechać!!! Więc, zgodzisz się?
– Co ci znowu… Rodzice wiedzą? – Nie pierwszy raz odbywają taką rozmowę i Sony doskonale wie, co odpowiedzieć. Przy czym Adam zawsze jej wierzy, bo w końcu jej ojcem jest sam Apollo, bóg aktorstwa i paru innych mniej ważnych rzeczy.
– Oczywiście. Kupili mi bilety – mówi bez najdrobniejszego zająknięcia.
– No, to dobra. Podwiozę was. Ale…
– SUPER DZIĘKI PA!!! – Rozłącza się i radośnie uśmiecha do Mikołaja. – No i widzisz? Wszystko załatwione, mówiłam, że tak będzie. Jak ma się znajomości, to się ma znajomości.
– Ale… gdzie my się z nim spotkamy? – niepewnie dopytuje chłopak, a Sony tłumaczy to tym, że on jeszcze musi się przyzwyczaić do chaotyczności randomowych wypadów na drugą stronę Stanów.
– To się ogarnie w Nowym Jorku, więc nic się nie bój, Micoway.


Mikołaj?
────
[1183 słów: Sony otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 22 marca 2026

Od Ash CD Quinn — „Ding-Dong! The Sphynx Is Dead”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

Ash już prawie zepchnęło na tył świadomości dziwne uczucie, jakie pojawiło się, kiedy dowiedziało się, że Quinn ma dziewczynę, kiedy nagle w rozmowie pojawiło się kolejne obce imię. Keith. W przeciwieństwie do Ashley, wspomnienie jego osoby nie wiązało się z grymasem na twarzy Quinn. Nie, dzieciak Kloacyny śmiał się, wspominając wspólne odpały ze swoim nowym przyjacielem.
Ze swoim nowym przyjacielem? Musiało przyhamować w tym wewnętrznym monologu, bo zaczynało brzmieć jak ta głupia cizia Ashley. Ba, brzmiało jak zazdrosna była, która wydzwania na twój numer po piętnaście razy na godzinę, żeby na koniec kazać „wrócić do tej swojej nowej dupy”. Może to powietrze w Jupiterze im szkodziło, za dużo pseudo-Rzymian na metr kwadratowy czy coś.
Dobrze, że Quinn miało nowego kumpla. Zasługiwało na więcej ludzi, z którymi mogło odwalać dziwne akcje. Więcej ludzi, którzy widzieli w nim coś więcej niż zapaszek odziedziczony po matce.
A jednak coś dziwnego i nieprzyjemnego zatrzepotało w ich brzuchu na myśl, że Quinn mógłby ich zastąpić kimś innym. Kimś lepszym i bardziej na niego zasługującym.
W końcu odchrząknęło, próbując przegonić natrętne myśli i uczucia. Najwyraźniej tego samego potrzebował ich przyjaciel, który nagle przełknął ślinę i spuścił wzrok, niepewnie zmieniając temat.
Nie podobała im się ta niezręczność. Do jasnej cholery, byli przyjaciółmi, razem topili głowy przypadkowych obozowiczów w kiblach i robili rozróbę w stołówce. Ich relacja już dawno temu zaszła za daleko na niezręczne milczenie.
— Wypraszam sobie, nikt nie dostał w mordę. Jestem teraz poważnem grupowem, muszę dawać przykład rodzeństwu — oświadczyło z udawanym oburzeniem i powagą. — Teraz tylko im grożę, wymachując ostrzem — dodało po chwili, znowu się szczerząc. — Czasem działa, czasem nie, ale ogólnie na szczęście się mnie słuchają, a Chejron jeszcze mnie nie zdegradował.
— „Jeszcze” to tu słowo klucz — zaznaczyło Quinn, trącając ich w bok. Wyglądało na bardziej rozluźnione niż przed chwilą, co Ash zarejestrowało z ulgą. Wszystko wracało do normy.
— No słuchaj, jak Chejron się wkurzy i mnie wywali ze stołka, to najwyżej zastrajkuję i przeniosę się do was. Ten wasz wojskowy dryl mi się zawsze podobał. No i wtedy nie musiałobym napierdalać się z przerośniętymi mrówami czy innym zwierzyńcem, żeby się z tobą zobaczyć.
Wizja codziennego funkcjonowania blisko Quinn sprawiła, że coś w ich brzuchu znowu wykonało jakieś dziwne manewry. Nie podobało im się to wrażenie, które trudno byłoby zrzucić na niestrawność pokarmową. Uczucia były zbyt skomplikowane, nawet przy regularnych, comiesięcznych sesjach z ich psychoterapeutką.
Mina Quinn nie pomagała. Kloacyniątko zdawało się… rozmarzone? Zamyślone? Cholera wie, w każdym razie było w tym za dużo czegoś delikatnego, co sprawiało, że syreny alarmowe w głowie Ash zrobiły kurewsko głośne ijo ijo. Zanim uległo autodestrukcji, palnęło pierwsze, co przyszło im na myśl wśród tego chaosu:
— Ej, wiesz, że ostatnio znalazłom czaszkę szczura?
Kryzys zażegnany, rozmowa sprowadzona na bezpieczniejsze tory. Tylko dlaczego to pojebane uczucie nie minęło?

LATO V

Owo pojebane uczucie nie minęło przez cały bity rok. Dwanaście miesięcy, podczas których, zamiast zniknąć, dziwne myśli i przeżycia wyłącznie się nasilały. Dwanaście sesji, podczas których wyrzucało z siebie prawie identyczne monologi tylko po to, żeby potem zignorować panią Hawkes, gdy próbowała im coś delikatnie zasugerować, naprowadzić ich na drogę ku autorefleksji czy innemu gównu.
Ash nie należało może do najinteligentniejszych czy najmądrzejszych półbogów, było dzieckiem boga wojny i alkoholiczki, a nie bogini mądrości i jakiegoś zakichanego profesora. Ale nie było na tyle głupie, żeby po wielu miesiącach udręki nie domyślić się w końcu, co może być grane. Było jednak zbyt zaparte emocjonalnie, żeby pozwolić sobie na przeżycie tego w pełni i podjęcie odpowiednich kroków.
Jeszcze gorzej zrobiło się, kiedy usłyszało o tym, że Keith w imieniu Quinn zerwał z Ashley. Ulga, którą wówczas odczuło, była zbyt duża jak na samą troskę o przyjaciela. Kolejny starannie budowany mur runął niczym domek z kart.
Czasem od ataku lepsza była obrona. Albo wręcz ucieczka. Dlatego też unikało zbyt głębokich rozmów z Quinn, bojąc się, że coś palnie. Rzadziej pojawiało się w Obozie Jupiter, zasłaniając się obowiązkami. Pchało się do każdej roboty, od czyszczenia stajni po groźne misje. Udawało odważne i uczynne, podczas gdy tak naprawdę było obrzydliwym tchórzem.
Wycieczka do Nowego Meksyku na zlecenie Wyroczni miała być kolejną możliwością ucieczki. Odskocznią, która zajmie ich myśli. Okazją do oberwania w łeb wystarczająco mocno, by ckliwe głupoty, których nie rozumiało i nigdy wcześniej nie czuło, zostały z niego skutecznie wybite.
Skończyło się na wpierdolu od przerośniętego knura.
Dzik erymantejski pojawił się na ich drodze przypadkowo. Nie on był główną atrakcją wycieczki. Najwyraźniej poczuł się tym urażony. A Ash, głupie, uparte Ash, rzuciło się na okazję od losu i na samego dzika. Agresja, siła fizyczna, szczęk broni — te rzeczy rozumiało. Te rzeczy były w ich krwi.
Coś ich rozkojarzyło. Może to uczucie szczeciny ocierającej się o skórę przypomniało im to dziwne uczucie przeciągania dłonią po króciutkich włosach Quinn, gdy nagle zgoliło się na buzz cut. Może to błysk wielkich szabli przypomniał im o tym, z jaką uwagą Quinn oglądało zbierane przez nich kości. Może to ten szaleńczy błysk w oczach bestii przypomniał im o tym, jak oczy ich przyjaciela lśniły, gdy przyszedł im na myśl jakiś genialny pomysł. A może — i to będzie najmniej romantyczna rzecz, jaką kiedykolwiek zobaczycie — coś w woni zwierzęcia przypominało im naturalny zapach Quinn, który przestało już traktować jako smród.
Cokolwiek by to nie było, wystarczyła chwila nieuwagi, by wielki świniaK poprzestawiał im kilka żeber. W łeb, zgodnie z własnym życzeniem, też dostało. Gdyby nie towarzysze wyprawy, pewnie już gryzłoby piach. Gdyby nie oni, nie trafiłoby też do ambulatorium w Obozie Jupiter. Na poziomie logicznym rozumiało tę decyzję — Jupiter znajdował się bliżej Nowego Meksyku niż Obóz Herosów — jednak na poziomie emocjonalnym chciało co najmniej kazać im się jebać, nawet jeśli uratowali im życie.
Różowowłosa legionistka też nie zasłużyła na ich gniewne spojrzenia. Gdyby wystarczająco skupiło rozmazane spojrzenie i pokonało kociokwik w głowie, być może uświadomiłoby sobie, że to Cherry, centurionka kohorty, do której należało Quinn. Zarówno wzrok, jak i myślenie miały jednak inne plany na ten dzień.
Ambrozja miała smak brownie, jedynego ciasta, jakie kiedykolwiek upiekło z Diego. Ash nie miało jednak czasu, by nacieszyć się tym smakiem. Do ambulatorium wparowało Quinn, któremu najwyraźniej ktoś doniósł o miejscu przebywania ich kumpla. Mówiło coś, a może nawet krzyczało, ale Ash nie było w stanie rozróżnić wypowiadanych przez nie słów. Wiedziało tylko, że Quinn wyglądało naprawdę korzystnie w tym świetle.
— No hej, przystojniaku — wybełkotało z głupawym uśmieszkiem.


Quinn?
────
[1044 słowa: Ash otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]