niedziela, 2 sierpnia 2026

Od Kala CD Elianne — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA V

Florence ma talent do sprawiania, że Kal czuje się niekomfortowo, gdy ona tylko się odezwie. Wewnątrz brzucha wszystkie organy mu się skręcają, gdy obserwuje jej styl bycia, który równie dobrze mógłby opisać emotką =D (rysowałby ją na cienkim papierze nienastruganym ołówkiem, tak mocno przyciskając go do kartki, że przebiłby się na drugą stronę). Chciałby wiedzieć, z czym dokładnie ma problem. Z jej słodkim głosem, zdrabnianiem słów, byciem po prostu miłą kobietą? Jest coś w jej osobie, co mu tak nie pasuje, że chciałby już więcej jej nie zobaczyć, ale równocześnie wie, że tak naprawdę Florence jest najlepszą osobą, jaką mógł wybrać jego ojciec. Może dlatego, że nie przestraszyły jej dziwne opowieści o obozach przetrwania i bogach. Może dlatego, że ciągle próbuje przesyłać mu wiadomości, rozmawiając z gołębiami. Może dlatego, że już kolejny miesiąc kłóci się z ojcem Kala o to, że młody człowiek jak on powinien mieć własny telefon już od kilku dobrych lat.
Wciąż. Nie lubi przebywać z nią sam na sam. Woli żyć obok niej, szybko przemykając między kuchnią lub łazienką a swoim pokojem, starając się wybierać momenty, w których nie ma jej w żadnym z tych miejsc ANI w korytarzu. Tak samo robi z ojcem już od lat – on nauczył się, że jego syn nie należy do najbardziej rozmownych ludzi, więc nawet gdy dostrzega skradającego się korytarzem chłopaka, nie zaczyna rozmowy. Florence za to zawsze ma coś do powiedzenia i jej próby rozpoczęcia dyskusji przyprawiają Kala o bóle głowy.
Z bólem serca pije herbatę, która rzeczywiście jest jego ulubioną. Co do takich rzeczy, Florence ma niezawodną pamięć (kolejny powód do nienawidzenia jej). Sytuacja, w której znajduje się wraz z Elianne, wywołuje w nim przytłaczające uczucie niepokoju i wstydu, napływającego falą wielkości tsunami, gdy tylko otwierają się drzwi i kolejny zaskoczony klient widzi dwójkę nastolatków na randce w piekarni, w której zazwyczaj nikt nie zatrzymuje się na dłużej niz na pogawędkę z miłą ekspedientką.
Odkłada pusty kubek, który śmieje się z niego napisem o przechodzeniu przez piekło. Zdecydowanie przez coś takiego właśnie przechodzi. Czując na sobie wzrok ludzi, którzy prawdopodobnie wcale na niego nie patrzą, bezmyślnie skubie skórki przy paznokciach, niecierpliwie czekając, aż Elianne wreszcie skończy ten przeklęty sernik.
– Właśnie, Kal, słońce! – Chłopak wzdryga się, gdy Florence znowu pojawia się przy stoliku, tym razem ściskając sporej wielkości torbę. – Jak ostatnio byłam na mieście, to kupiłam dla ciebie parę rzeczy – mówi, mrugając okiem, jakby to był jakiś ich mały sekret. Tak właściwie, to Kal nie ma najmniejszego pojęcia, co jest w tej torbie. – Miałam ci wysyłać zdjęcia i pytać, czy na pewno chcesz, haha. Zapomniałam, że musiałabym je przesłać listowo.
– Nie trzeba było – mamrocze Kal. Mimo tego wyciąga dłoń po torbę, żeby przynajmniej zniknąć stąd szybciej i nie spędzać cennych minut na kłóceniu się, że przecież nie musi mu niczego kupować i chyba jest jakaś nienormalna, skoro to robi.
– Daj mi znać, czy ci się spodobają! Jak nie, to coś się poradzi, więc nie wstydź się powiedzieć, że ci się nie pasują! – Z szerokim uśmiechem poklepuje Kala po głowie, a on jest za wolny, żeby się w porę odsunąć.
– Super – stwierdza chłopak i każdy z minimalną umiejętnością odczytywania tonu czyjejś wypowiedzi może domyślić się, że wcale nie jest super. Kal momentalnie podnosi się z krzesła i trochę zbyt gwałtownie ciągnie za sobą Elianne, która wolną ręką musi podtrzymać krzesło, żeby się nie wywróciło. – To pa.
– Do widzenia – Eli macha Florence na pożegnanie. – Sernik był naprawdę pyszny! Herbata też!
– Wstąpcie jeszcze kiedyś!
Gdy zamykają się za nimi drzwi piekarni i wraz z nimi uderza ich w twarze bezlitostny wiatr, o którym Kal już zdążył zapomnieć. Psuje mu to humor jeszcze bardziej. Puszcza dłoń Elianne, żeby założyć kaptur i już nie łapie jej z powrotem, tylko chowa zacisniętą pięść do kieszeni. Torba od Florence jest dziwnie ciężka, pewnie wypchana po brzegi jakimiś badziewiami, które jej się z Kalem skojarzyły, i teraz przy każdym kroku obija się o jego nogi, bo nawet nie da się jej normalnie nieść. Jej uszy wbijają się w jego palce, a on, gdyby był odrobinę bardziej niewdzięczny i bez sumienia, zacząłby szukać jakiegoś odpowiednio dużego i niestrzezonego kontenera na śmieci, żeby pozbyć się niechcianego prezentu. Na całe szczęście ma w sobie za duże tendencje do odczuwania nadmiernego poczucia winy, żeby coś takiego zrobić.
– Lakier do włosów, ta? Czy to była wymówka, żeby szybciej się od niej uwolnić? – pyta Elianne, próbując dać jej do zrozumienia, że nie ma ochoty na dalsze chodzenie po sklepach. Do których ona i tak go zaciągnie, jeśli będzie wystarczająco chciała, więc jego sprzeciw zupełnie nie ma sensu. Zerka na dziewczynę przez futrzaną krawędź kaptura i wreszcie lituje się nad nią na tyle, żeby znowu złapać ją za rękę, po czym natychmiast odwrócić wzrok.
Zaczyna się zastanawiać, czy ona kiedykolwiek użyła lakieru do włosów.


Elianne?
────
[790 słów: Kal otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Judasa do Havu — ,,Mary On A Cross”

Oczywiście, że nie mogło być zbyt długo spokojnie.
Judas zdążył zapomnieć, że gdy życie wydaje się w pewnej chwili piękne, to zaraz przyjdzie tornado, które zmiecie wszystko to z powierzchni ziemi. Z drugiej strony, mógł zacząć patrzeć na świat przez różowe okulary, bo już nie miewał problemów ze znikającym dzieckiem, potworami goniącymi go po uliczkach san Francisco czy próbującym zabić go mężczyzną (półbogiem) z piłą łańcuchową. Nawet nie napotykały go żadne sytuacje związane ze zmarłymi, a to już było coś. Mógłby polecieć na wakacje, rozłożyć się na hamaku w jakimś ciepłym kraju z książką i zapomnieć o wszystkim, co go otacza, bo w końcu zaczął mieć spokojny żywot (może to była kwestia tego, w jakim wieku już jest).
Havu nie spędzał z nim aż tyle czasu, jakby on chciał, ale może była to kwestia tego, że bywał w pracy po kilkanaście godzin, a nie mógł zakazać mu pracować. Denerwował się, gdy nie widywali się codziennie, a sama myśl o tym, że nie wie, co robi mężczyzna, doprowadzała go do szału. Dopiero gdy był z nim, galopujące myśli się zatrzymywały, napięcie z niego spływało jak gorąca woda — w innym razie tylko czekał, aż znowu się zobaczą i nawet udzielając mszy, zdecydowanie nie skupiał się na jej treści. Czy był zdradliwy wobec swojego Pana? Może trochę. A może bardzo. W końcu postawił tego mężczyznę ponad wszystko, nawet ponad własne życie i zrobiłby wszystko, co jest w stanie, aby zatrzymać go przy sobie.
Przychodził do niego z kwiatami, ze słodkościami, a Havu uśmiechał się, odbierał prezent i czasem nawet się czerwienił i całował w polik. Zdarzyło się im parę razy wyjść, na kawę czy na piwo, po którym wracali do domu jednego z nich i zaczynali się całować, a nawet dotykać, ale nie dochodziło do niczego więcej, bo rudowłosy w porę się opamiętywał, gwałtownie odpychał drugiego i po długim prysznicu szedł spać. Ale to wszystko było okej, choć Judas coraz bardziej się frustrował i powstrzymywał przed wybuchem. Tak samo wtedy, gdy Havu odmawiał mu spotkań albo wychodził z kimś innym. Nienawidził czuć się odrzucony — miał wrażenie, że nie jest dla niego aż tak ważny i ta myśl siedziała mu nieustannie z tyłu głowy. Zdarzyło się, że ksiądz obraził się na niego na parę dni, nagle się denerwował i zmieniał kompletnie humor, krzyknął w twarz albo wypowiedział dużo niemiłych słów. Nie powinien taki być, prawda? Ale to chyba było normalne, co nie? To normalne w każdej relacji. To normalne w przyjaźni, szczególnie tak długiej i głębokiej.
Poszli razem do sklepów, a potem coś zjeść. Usiedli przy stoliku na uboczu, nie odzywając się do siebie w pierwszej chwili. Havu siorbał swojego shake’a, patrząc na innych ludzi. Wyglądał w ostatnich dniach, jakby nie czesał się od miesiąca i nie chciało mu się ubierać w nic wytwornego. Judas nie pytał o to. Nie pytał też o swoje podejrzenie, że rudowłosy trochę schudł i wydawał się jeszcze bardziej blady niż zwykle, a o to było i tak dość trudno.
— Wiesz co — zaczął — mam zaproszenie i chcę, żebyś poszedł ze mną.
— Gdzie?
— Eee… tak jakby — westchnął. — Poznasz moją rodzinę. Powiedzmy.
— Że. Co.
Zdębiał, otwierając szeroko oczy.
— Może nie, że poznasz… Znaczy, w pewnym sensie tak. — Uśmiechnął się niezręcznie. — Ale nie w takim sensie, jakim myślisz.
Czuł się durnie i przebierał pod stolikiem nogami. Nie wiedział nawet, jak brzmią takie słowa wypowiedziane z jego ust i co może czuć Havu — pewne było, że nie wyglądał na chętnego. Czekał, aż Judas powie coś więcej, ale ten tylko wykrzywiał dalej wargi, oczekując na jego kolejną reakcję.
— Ale po co, mam tam być, do cholery?
— Moja rodzina wyprawia… coś.
— I czemu ja mam tam być? — wypalił z parsknięciem.
— A nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Dla zabawy. Nie chcesz najeść się i napić za darmo?
— Nie wiem, czy w takich warunkach — odparł. — I jako kto tam będę? Bo chyba nie twój…
Zamilkł. Po krótkiej ciszy odwrócił głowę i podparł ją o dłoń.
— Powiedzmy, że to skomplikowane.
Stwierdził to, jakby właśnie ustawił taki status ich związku na facebooku, a jednak te słowa były dość jednoznaczne. Gdy mężczyzna przychodzi jako osoba towarzysząca drugiego mężczyzny na jakiekolwiek spotkanie rodzinne osób, których ten w ogóle nie zna, raczej rzadko się myśli, że to tylko kolega. Bo kto, jako osoba płci męskiej, zabiera zwykłego kolegę ot tak na wydarzenia, typu, przykładowo, wesele? Jeśli z nim pójdzie, osoby tam mogą w pierwszej chwili pomyśleć, że są kimś więcej, niż tylko kolegami.
— Myślałem, że nie masz kontaktu z rodziną.
Zmarszczył się i westchnął, jakby Havu właśnie go obraził. Nie mogąc znaleźć w sobie słów na to, zamilkł i znowu poczuł, że spotyka się z odrzuceniem, że drugi mężczyzna nie chce się z nim pokazywać, choć było to absurdalne, bo miał prawo po prostu nie chcieć widzieć jego rodziny. Ta propozycja sama w sobie była przecież absurdalna. Zdusił w sobie emocje, wytykając sobie w duszy własny anty-racjonalizm.
— Nie mam. Sądzą, że wypada mnie zapraszać na imprezy.
Pokiwał głową w odpowiedzi, a Judas poczuł się głupio, że przeszło mu przez głowę, aby zapraszać Havu. Jednak czułby się jeszcze bardziej głupio, idąc tam samemu, siedząc samemu ze swoimi rodzicami i bratem, starając się nie zabić ich spojrzeniem. Jakiekolwiek towarzystwo mu się przyda, a nie ma nikogo innego, kogo mógłby zabrać. Może myślał egoistycznie (to było bardzo… prawdopodobne).

 
Havu?
────
[872 słowa: Judas otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 1 sierpnia 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu miała ochotę pokręcić bardzo gwałtownie głową, oburzając się i krzycząc, bo przecież oczywiście, że nie wynikało z jej winy. To była w pełni wina Shayela, tylko i wyłącznie. Może powinna wykrzyczeć, że przecież ją porzucił – dokładnie wszystko to, o czym myślała od początku przyjścia na cmentarz i co powtarzała sobie tak często, że jakiś czas naprawdę w to wierzyła. Że jest dupkiem, że łamie obietnice, że chociaż dalej żył, to równie dobrze mógłby być martwy, bo nie zrobiłoby jej to zupełnie żadnej różnicy.
Ale nie mogła tego zrobić. Nie w tych okolicznościach, nie przy tej kobiecie, ani w ogóle nigdy, bo takie zachowanie nie było godne kapitana statku, podróżnika, walczącego z potworami półboga, eksperta w kusznictwie i innych tytułów, do których dążyła, albo które przypisywali jej inni, nie zawsze zgodnie z jej wolą. Siedząca obok niej kobieta cierpiała, bo straciła brata, a Arisu zachowywała się jak gówniara, trzymając urazę sprzed lat.
Tę myśl odrzuciła jednak równie szybko. Shayel zasługiwał na każdą negatywną uwagę, to nie ulegało wątpliwości. Zmuszał ją do tego, by w kółko, ciągle i ciągle od nowa analizowała to samo, chociaż miała tego już zdecydowanie dość. Od kiedy wrócił, myślała o tym wszystkim jeszcze częściej, a teraz osiągało to już szczyt, którego nie chciała zdobyć.
– Mój brat… – zaczęła, chociaż dalej nie do końca wiedziała, co powinna powiedzieć. W końcu westchnęła z rezygnacją. – Znaczy, przyrodni brat. Jest śmiertelnikiem – wyjaśniła w końcu, splatając dłonie na kolanach.
I znowu na sekundę zamilkła, wpatrując się w coś przed sobą. Już nie w grób, nawet nie w coś konkretnego. Nie wiedziała, czy powinna nawiązać kontakt wzrokowy z kobietą, czy może jednak nie był to dobry pomysł. Chyba wolała, gdy rozmawiały tylko o niej, o obwinianiu się i przeżywaniu żałoby. Może nigdy nie powinna była mieszać w to wszystko Shayela.
Teraz musiała jakoś to wszystko wyjaśnić. Nie mogła zakończyć na tym głupim zdaniu, jakby wyjaśniało cały sens konfliktu, zrozumienia, o którym wcześniej tak bezsensownie palnęła, czy w ogóle egzystencji Arisu i jej brata.
– Nasz kontakt urwał się, kiedy zostawił mnie pod opieką Obozu Jupiter – powiedziała w końcu, bo przecież nie było to kłamstwo. Nie musiała od razu mówić całej prawdy. – On dużo wyjeżdża i podróżuje, praktycznie nie ma miejsca, w którym zatrzymałby się dłużej.
Nie wspomniała o tym, że do niej pisał i że to ona nigdy nie chciała utrzymać żadnej formy kontaktu, nawet jeśli mieli taką opcję. Nie chciała mówić o tym, jak okropnie poczuła się zraniona lata temu, bo przecież miała piętnaście lat i uważała się za bardzo dorosłą i do dzisiaj nie powiedziała Shayelowi wprost, że dalej chciałaby z nim podróżować, zadając tylko ogólne pytania i udając grzeczne, ale sztuczne zainteresowanie jego historiami. Nigdy nie przyznałaby, że jeszcze wchodząc na teren cmentarza myślała o tym, co może mu opowiedzieć, zupełnie jakby chciała mu zaimponować.
Może wcale nie była dojrzała bardziej niż te sześć lat temu.
– Więc… Nie wydaje mi się, by cokolwiek wynikało z mojej winy – kontynuowała, doskonale wiedząc, że obiektywnie może to być kłamstwo.
Zerknęła kątem oka na kobietę, która dalej pozwalała jej mówić. Arisu nie rozumiała, czemu. Przecież nic, co mówiła, nie miało tak naprawdę żadnego znaczenia. Shayel żył, po prostu unikali kontaktu. Byli w lepszej sytuacji od niej.
– Nie wiem, czy powinnaś się dręczyć – zmieniła temat, a przynajmniej odsunęła rozmowę od samej siebie. – Znaczy… Czy to ci pomaga?
Wątpiła, by pomagało. Nie mogła mówić z czystego doświadczenia, ale wiedziała, że jej własna złość nigdy jej nie pomogła. Nieważne, jak długo sobie to wmawiała, to nigdy niczego nie zmieniło.
W końcu spojrzała na kobietę pewnie, odwracając do niej głowę.
– Nie musisz się dręczyć, by o nim pamiętać, prawda?


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie mógł przestać myśleć o tych durnych szczurach całą zmianę. Jeśli mieliby je wybić, to muszą znaleźć wtedy absolutnie wszystkie, co do każdego okazu. Co, jednak jeśli to nie jest problem tylko w ich bloku? Wrócą z jakiegoś… Nie wiedziało, jak miałyby się przedostać, ale z jego doświadczenia istoty głodne na półbogów, były zadziwiająco zdolne do znalezienia sobie drogi, jeśli tego wymagała sytuacja. Muszą mieć jednak jakiś plan z Chaitem na to wszystko... po prostu muszą.
No i Apollodoros nie może być ciężarem dla współlokatora ze swoimi wyobrażeniami najgorszej sytuacji. Musi być teraz wsparciem, podtrzymywać promienie słoneczne i ich morale, jak najdłużej. Chait ma za wiele problemów, żeby zrzucać na niego dbanie o ich nastroje. Nie wypił herbaty (nie, że Doros swoją wypił, ale to inna sprawa). Siedzieli w tej ciszy tak długo, że za oknem ptaki się zdążyły rozwrzeszczeć minimum pięć razy.
Wmusiło w siebie posiłki w pracy przez zaciśnięte gardło na samo wspomnienie tego obrzydliwego, zatęchłego zapachu, który unosił się od tych… bestii. Z tego, co rozumie, to gryzonie raczej dbają o swoją higienę, te normalne w sensie. Do tego każdy zbyt głośny dźwięk szuranych o linoleum krzeseł przypominało jeno piski oraz syki z walki. Przejdzie mu, zawsze mu przecież przechodzi… prawda? Czas leczy rany i takie tam…
Mają czekać, aż kolejne ogłoszenia o szczurach się pojawią? Szukać w tym czasie informacji? Poza tym jednym mitem, o którym wspomniał kiedyś, nie mieli więcej informacji. Taka gorgona? Harpie? Klasyki, prawie każdy półbóg miał przynajmniej raz z nimi w jakiejś formie doświadczenie. Te… istoty? Po raz pierwszy dla nich. Ten temat nasilił się zwłaszcza, pod koniec zmiany oraz w trakcie powrotu komunikacją miejską.
Wydają się działać w sporej części zespołowo, więc nawet jeśli jeden osobnik na raz dla dwójki nie byłby problemem, to ich stadu już będzie stanowiło trudność. Już pomijając, że nie mają bladego pojęcia, czy ugryzienie nie skończy się kompletnie im nieznaną infekcją. Jeszcze pół biedy jakby to była wścieklizna czy coś innego z ugryzień dzikich zwierząt znanych ludziom. Nakłamią, że jakiś obcy pies? W szpitalu wmówi się, że cokolwiek, co gryzie w Nowym Jorku lub okolicach ich napadło w trakcie łażenia gdzieś w zalesionych terenach. Zapłacą strasznie, ale zadziała. Gorzej, jeśli to coś mało znanego przeciętnym lekarzom, a jego umiejętności medyczne nie zadziałają…
Wzięło głębokie oddechy przecznicę od ich bloku… Da radę. Rudzielec wszedł w swoją personę z kategorii „wsparcie dla bliskich” dosyć szybko. W bloku chodził jak najciszej po schodach. Częściowo dlatego, że było już po ciszy nocnej, oraz by nasłuchiwać podejrzanych szmerów w rurach. Zastało przyjaciela nad ledwo nadgryzioną kanapką w ich kuchni. Bez herbaty ani niczego, po prostu kanapka na pierwszym lepszym talerzyku z szafki, dwa czy trzy kęsy wzięte. Chait wyglądał na zmęczonego bardziej niż zwykle.
— Hej — To samo powitanie padło z ich ust w tym samym czasie, ciche, ledwo ponad szeptem.
— Musimy zaczekać…tak czy siak, co nie? Ty masz niedługo te festiwale, ja sporo dwunastogodzinnych zbyt blisko siebie. Wypadałoby zebrać jakieś zapasy, potrenować, cokolwiek, strategia. Jeśli znajdziemy o nich więcej informacji, to lepiej, ale bez nastawiania się. Chociaż po twojej minie zakładam, że to jest oczywiste. — Kręciło się po kuchni jak zwykle. Musi pójść na łucznicę jak najszybciej, po chwilę spokoju ducha.
— Czasami trzeba powiedzieć oczywiste, nie przejmuj się. — Chait wzruszył ramionami. — Zawsze możemy też podłożyć trutki, z nadzieją, że może któraś w tym czasie zadziała. — Apollodoros zauważył, jak współlokator klepie się po kieszeniach, w typowym geście palacza szukającego fajki oraz zapalniczki.
— Zaraz wrócę, okej? Nie miałem okazji w drodze z roboty. — Szatyn mruknął, wychodząc na te ikoniczne rusztowania schodów w razie pożaru. Minęło pewnie maksymalnie dziesięć minut, ale kakofonia stęknięć, pisknięć, szeptów i innych odgłosów budynku pełnego życia przeciągała się w nieskończoność.
Ledwo rozmawiali nad kolacją, po niej, czy słuchając dudnienia koncertu? Albo meczu ileś ulic od nich. Rano pewnie wstaną, znowu zjedzą w niezręcznym napięciu, bo żadne z nich nie otworzy się na szczerość, oni tacy nie są. Nie wpadną w pełni w codzienną rutynę, tylko w jej cień przeszyty paranoją o każdy najmniejszy podejrzany sygnał, który dojdzie do ich zmysłów. Nieważne czy tutaj, w ich ciasnej kawalerce, czy poza nią.


Chait?
────
[682 słowa: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

piątek, 31 lipca 2026

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Zupełnie szczerze nigdy jakoś szczególnie nie interesowała się światopoglądem Adama. Był księdzem, to był księdzem, na tym według Sony kończyła się jakakolwiek filozofia. Poza tym, będąc jeszcze bardziej szczerą, miała dość nikłe pojęcie na temat szeroko pojętych wierzeń, jeżeli nie chodziło o bogów greckich i rzymskich (o których i tak nauczyła się stosunkowo późno i wciąż nie do końca ogarnia wszystkie te religijne sprawy, tj. składania ofiar, modlitwy, takie tam). Jej rodzice zamiast wciągać ją w doktrynę katolicką i chrzcić ją jeszcze zanim potrafiła wyartykułować pierwsze słowo, poili ją kakao ceremonialnym, prezentowali jej taniec uwalnianiec, uczyli ugniatać czakrę oraz śpiewali pieśni o naturze, grając na djemble i mandolinie lub lirze korbowej, czasem też na fletni pana lub okarynie. O chrześciijaństwie wie tyle, że jest tam jakiś Bóg, typ, którego ukrzyżowali i papież (którego nie ukrzyżowali). Oraz że księża noszą takie śmieszne kołnierzyki, o które kiedyś spytała Adama, bo myślała, że to jego personalny wybór estetyczny (co w tamtym momencie uznawała za raczej dziwny personalny wybór estetyczny). Dlatego rozmowie Mikołaja z Adamem przysłuchiwała się z nieukrywanym zainteresowaniem w celu rozszerzenia swoich horyzontów.
Teraz jej wzrok z Mikołaja gładko przepływa na Adama, bo w pytaniu chłopaka nie widzi niczego szczególnie niemiłego, o co nie powinno pytać się trzymającego kierownicę rozpędzonego samochodu księdza.
Najpierw Adam wydaje z siebie niezrozumiały dźwięk. Albo jest to zrozumiały dźwięk, tylko że jego przesłanie nie dociera do tylnej kanapy. Sony i Mikołaj w niemal bezbłędnej synchronizacji pochylają się do przodu, żeby lepiej słyszeć zachrypnięty głos księdza.
– Moim zdaniem to nie ma tak, że wierzysz albo że nie wierzysz – wtrąca się Greg, który ledwo wypowiada słowa, próbując się nie roześmiać (Sony chyba nie rozumie żartu). – Pewnie gdyby miał powiedzieć, co ceni w życiu najbardziej, to…
– Zamknij się – ostro przerywa mu Adam. – Dzieciaku, pomiędzy wiarą a jej brakiem jest jeszcze… duża część… czysto ideologiczna – pokrętnie wyjaśnia i da się poczuć, że niekoniecznie ma ochotę o tym teraz rozmawiać. Mimo że temat wydaje się Sony całkiem interesujący, na tyle, że ma ogromną ochotę pociągnąć Adama za język i spróbować dowiedzieć się, o jaką ideologię mu chodzi i czy żeby ją wyznawać naprawdę trzeba aż zostać księdzem.
Zapada cisza na tyle długa, że w sumie nikt nie wie, czy Adam ma zamiar kontynuować swoją przemowę sam z siebie, czy potrzebuje pomocy. Sony już otwiera usta, żeby zasypać go pytaniami pomocniczymi, a Mikołaj ze zmarszczonymi brwiami próbuje przeanalizować tę odpowiedź tak, żeby nie podejrzewać Adama o palenie gejów na stosach w wolnym czasie.
– Właściwie, to – kontynuuje ksiądz i Sony, trochę zawiedziona, zamyka usta, głośno stukając zębami – w chrześcijaństwie bardziej zwracam uwagę na ogóle poglądy i takie tam. Kochaj bliźniego, nie kłam, nie zabijaj i tak dalej. Wszystko to jest całkiem… przyjemne, cała ta teoria. Nastawienie do świata i do ludzi.
– Chyba nie reprezentujesz go za dobrze, co, Siwy Jezu? – wcina się Greg (znowu używając tego obrzydliwego przezwiska) i Adam, który już i tak dość mocno marszczył brwi, teraz marszczy je jeszcze bardziej.
– Właśnie pomagam bliźniemu swemu – prycha, a irytacja wylewa się z tych kilku słów wartkimi strumieniami.
– Czyli – odzywa się Mikołaj – wyznajesz chrześcijaństwo nie jako wiarę, ale… zbiór poglądów? Na życie? To w ogóle ma sens, żeby aż zostawać księdzem?
– Może dobrze płacą – sugeruje Sony. – Albo chodzi o organy. Organy ładnie grają. Adam, umiesz na-
– Patrzcie jaki ładny parking pośrodku niczego – rzuca ksiądz.
– Gdzie? – Sony przykleja nos do szyby, żeby dojrzeć cokolwiek innego niż ekrany akustyczne i inne pojazdy. – Nie widzę.
– Chodziło mu o to, żebyśmy się zamknęli – wyjaśnia jej Mikołaj, znacznie przyciszając głos.
– Ahaaaa.
Rozczarowana i trochę naburmuszona wciska się w fotel ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Przypatruje się Gregowi, który coraz częściej nerwowo spogląda na Adama i wygląda tak, jakby bardzo chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział, czy to już odpowiedni moment. Mężczyzna walczy ze sobą bardziej, niż typowy nastolatek pragnący wyznać miłość swojej wakacyjnej kraszi w ostatni dzień wyjazdu. Sony na migi próbuje przekazać Mikołajowi, żeby kopnął fotel Grega i jakoś go pospieszył, ale niestety nie udaje jej się przekazać jasnej wiadomości, bo w efekcie ubocznym mogłaby skopać fotel Adama i spowodować wypadek samochodowy (Mikołaj pyta ją, czy ma poprosić dorosłych o zatrzymanie się gdzieś na szybkie opróżnienie pęcherzy).
Ostatecznie Greg nie potrzebuje żadnej pomocy w postaci przemocy (niespodziewane).
– Nie chcesz się może wymie-
– Jeszcze nie – ucina Adam. – I tak nie mam gdzie zaparkować.
Mikołaj i Sony wymieniają między sobą takie spojrzenia, jakby właśnie doświadczyli kłótni doomed gay yaoi (pomijając to, że a) była to wymiana niepełnych trzech zdań i b) obserwują dwójkę kuzynów, z których jeden jest księdzem).
– Siwy Jezu, a jak tam twoja zaćma? – Greg decyduje się na wyciągnięcie ciężkich dział.
– Jaka zaćma? – wydusza z siebie Mikołaj.
Sony na moment marszczy brwi, bo ni chuja nie pamięta, czym jest zaćma. Jak sobie przypomina, to robi wielkie oczy i wpatruje się w kark Adama, bo nie ma najmniejszej szansy dostrzec jego twarzy.
– TY ŚLEPNIESZ?
– Można w ogóle tak prowadzić? – dopytuje Mikołaj.
– Nie no, raczej można – uspokaja go Sony. – Adam woził mnie już dużo razy.
– Nie wiem, czy wiesz, ale to dowód anegdotyczny.
– Co to jest dowód anegdotyczny?
– To taki… Nieważne! Jak to ma ksiądz zaćmę?
Nie mam żadnej zaćmy – cedzi Adam.
Greg przechyla się w fotelu i odwraca się do nastolatków, jakby w tym momencie naprawdę bardzo potrzebował patrzeć im w zszokowane twarze.
– Ma takie magiczne krople do oczu – mówi konspiracyjnym półszeptem i wspomaga się niezbyt obrazową gestykulacją. – One mu trochę naprawiają ten wzrok, ale na przykład ja mu średnio wierzę.
– To czemu akurat wziąłeś Adama na ten wyjazd? – dopytuje Sony, naśladując ton głosu Grega.
– Nie było nikogo lepszego, kto nie ma zaćmy.
– Ale my z nim jechaliśmy w nocy. Pamiętam. To było jak rozładował mi się telefon, nie było nocnych autobusów i odjechał mi pociąg. Albo odwołali mi pociąg. Ale łapałam stopa na chodniku i chyba potem nawet padał deszcz i Adam prowadził.
– Bo ten skurczybyk jest po prostu upartym idiotą.
Adam wydaje z siebie bardzo sfrustrowane westchnięcie, które przy okazji jest na tyle głośne, że wszyscy natychmiast zwracają na niego uwagę.
– Wy bardzo nie chcecie dojechać do tej Minnesoty, co?
Na moment wszyscy wreszcie się zamykają i właśnie w tym momencie niemal słychać, jak umysły Sony, Grega i Mikołaja usilnie próbują przepracować swoją sytuację.
– Dobra, a jakby tak – wreszcie odzywa się Greg – zatrzymać się w pobliskim McDonaldzie, zjeść coś i zmienić się za kierownicą.
Adam w milczeniu potakuje.
– A daleko jeszcze? – pyta Sony.
– Jeszcze jakieś cztery godziny – odpowiada Adam. – Więc polecam wam się przespać. Albo zastanowić, czy wy na pewno chcecie jechac do tej Minnesoty. Przewartościujcie swoje priorytety i tak dalej.
Sony bardzo wymownie przewraca oczami na tę sugestię, że jej plan może być choćby w paru marnych procentach uznawany za piekielnie głupi.
Mikołaj?
────
[1108 słów: Sony otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Khai umiera


Khai Rokke


Wieść o śmierci kolejnego półboga dotarła już do wielu osób. O tym, w jaki sposób zginęła córka Posejdona, możecie przeczytać tutaj. A była to z całą pewnością specyficzna śmierć.

Od Luciena CD Arnar i Dahlii — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

ZIMA, rok temu

Poprzednie opowiadanie

Lucien w ostatnim momencie próbował chwycić Khai za skrawek materiału jej koszulki, ale dziewczyna wyślizgnęła mu się i poleciała razem z czerwonym dywanem prosto w paszczę… potwora? Syn Dionizosa patrzył jak ich nowa koleżanka koziołkuje, przewraca się i uderza o poszczególne elementy wystroju holu, a później z krzykiem znika.
Lucien w milczeniu spojrzał na Arnar, a Arnar odwzajemnił od razu ten sam, skonfudowany wyraz twarzy. W całej ich karierze półboskiej nie wydarzyło im się coś podobnego — żeby dywan, albo hotel, zjadł innego półboga.
— Co z nią? — Lucien zapytał bardziej siebie samego, niż Arnar. Podświadomie znał odpowiedź na to pytanie, ale wolał, żeby odpowiedział mu na to ktoś inny. Albo żeby najlepiej nikt nie odpowiadał, tak, by mógł żyć w jakiejś deluzji.
— Nie zawracajmy sobie teraz tym głowy. — Arnar trochę nerwowo, jak na siebie, się uśmiechnęło. — Może teraz uda nam się wyjść? Może w taki sposób ten hotel został właśnie… no, wiesz… jak to się mówi…
— Udomowiony? Udobruchany?
— No, coś takiego. — Kiwnęło zgodnie głową. — Nieważne, chodźmy stąd!
Arnar szeptało jeszcze do siebie coś o rżeniu koni, o samych koniach mówiąc szczerze, i o tym jak bardzo nienawidzi hotelów. Wyjść udało im się zadziwiająco prosto i Lucien przez dłuższy czas wątpił w ich powodzenie; bo jak to przez dwie godziny (albo dłużej?) biegali po hotelu, nie mogąc z niego wyjść, a kiedy potwór, odpowiedzialny za to wszystko się najadł, wypuścił ich nie zważając już na nic?
Lucien zatrzymał się przed wejściem i obejrzał na drzwi wyjściowe. Nic nie wskazywało na to, żeby znowu trafili do labiryntu stworzonego przez potwora. Ani żeby doświadczali omamów wzrokowych.
Arnar z zadowoleniem stanął obok Luciena i się wyprostował jak struna. Dumnie wypiął pierś do przodu, a ręce podparł na biodrach.
— Widzisz? Mówiłem, że się uda. — Zadarł podbródek, uśmiechając się, jak skończony kretyn.
Lucien uniósł kącik ust do góry. Wciąż był przerażony, oczy piekły go niesamowicie, ale myśl, że udało im się wydostać go nijako pocieszała. Jeśli tylko nie przypomni sobie Khai, to będzie dobrze. Będzie dobre.
Znów zakręciło mu się w głowie. Podparł się o Arnar i nachylił do przodu, by pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, zwiastującego ewentualne omdlenie. Gdyby teraz poleciał plackiem na ziemię, to byłoby to co najmniej żenujące.
— Widzieliście moją wiadomość?
Dahlia pojawiła się znikąd. Kiedy Lucien otworzył oczy, zobaczył przed swoją twarzą jej długie nogi. Nie miał nawet siły, żeby podnieść głowę i spojrzeć na twarz przyjaciółki.
— Oczywiście! — odpowiedział z dumą Arnar. — Dzięki temu udało nam się udomowić ten hotel! Wystarczyło go nakarmić.
— Nakarmić? — zdziwiła się Dahlia. — Czym?
— No… jakby to powiedzieć — zaciął się. Lucien dalej opierał się o jego nogi. — Jedzeniem.
Dahlia milczała. Lucienowi w tym momencie zebrało się na wymioty.
— A co było tym jedzeniem? — dopytywała dalej.
Arnar zacisnęło usta. Nie chciał odpowiadać na to pytanie, bo czemu miałby opowiadać o tragicznej śmierci ich nowej koleżanki Khai, na którą przyjaciele wołają Khai i której rozwiązały się sznurówki w najbardziej kluczowym momencie ucieczki?
W tym momencie przez okno wyleciał najpierw jeden, a później drugi but. Rzeczy Khai. Skarpetek już brakowało, więc najwidoczniej były smaczniejsze od obuwia.
— Och. — Dahlia od razu zrozumiała, co było tym jedzeniem i chyba przestała chcieć się dopytywać bardziej. Zaakceptowała ten stan rzeczy bardziej niż roztrzęsiony Lucien, któremu hotel wyrzucił jednego buta pod jego nogi. I na którego musiał się patrzeć z rozpaczą.
Jeszcze chwilę wcześniej ten but pięknie wyglądał na nogach nowej koleżanki. Leżał pewnie idealnie i był bardzo wygodny, bo inaczej by tak szybko w nich nie biegała. Teraz but leżał pod jego nogami i całe szczęście, że nie był cały we krwi, bo inaczej zemdlałby już na sto procent i nie obudziłby się przez następne dwa dni.
— Możemy stąd już iść? — zapytał słabo, zaciskając palce na koszulce Arnar.
 
Z jakiegoś powodu trafili do restauracji w innym hotelu, która wyglądała jak rodem wyjęta z Kevina samego w Nowym Jorku. Lucien czuł się przytłoczony nagłą śmiercią Khai, a restauracyjne ostre oświetlenie, pozłacane ściany oraz sufity z diamentowymi abażurami przytłaczały go jeszcze bardziej. Czuł, że za chwilę wyjdzie z siebie, a był to pomysł nikogo innego, jak właśnie Arnar.
— Tutaj Kevin mieszkał.
— To nie ten hotel — odpowiedział słabo Lucien.
— Jak to? — Zdziwienie od razu namalowało się na twarzy Arnar. — Nawet choinkę postawili taką samą.
— Tak, bo mamy zimę i zaraz są święta… — westchnął. — Na dodatek jesteśmy w San Francisco, a nie w Nowym Jorku. Zapomniałeś o tym?
Arnar udawało, że nie słyszało tej odpowiedzi i dalej zachwycało się hotelem, do którego według niego trafił główny bohater kultowego filmu z lat dziewięćdziesiątych. Lucien natomiast z bolącą głową próbował przeżyć to gadanie, a siedząca obok Dahlia piła gorącą czekoladę. Jako jedyna z ich trójki zdecydowała się coś zamówić.
— Gdzie będziecie dzisiaj spać? — podjęła Dahlia. — Chyba nie w hotelu?
— Nie — od razu odpowiedział Lucien. Nie było nawet mowy, że tam wrócą. Szczególnie nie z Arnar, który obsesyjnie wszędzie widział konie i na dodatek słyszał ich rżenie.
— Możemy u ciebie? — wtrącił się Hermesiątko. — U ciebie na pewno nie ma koni!
Dahlia mogła się spodziewać takiego obrotu spraw. Mogła. Patrząc na to, z kim się zadawała i z kim się zaprzyjaźniła, to mogła się spodziewać dosłownie wszystkiego.
— To prawda. — Przytaknęła głową. — U mnie nie ma koni. Żywych.
— A to masz martwe? — przeraził się Arnar nie na żarty. — To chyba jeszcze gorzej. Lucien, co my zrobimy? Martwych koni też się boję.
— Może zaniesiemy je do tego potwora z hotelu, żeby się nimi najadł? — Wzruszył ramionami. Wciąż strasznie bolała go głowa. Próbował to ignorować, ale z każdym kolejnym słowem ból przybierał na sile. Dawno nie miał takiej migreny. — Zresztą co może ci zrobić martwy koń? Nawet nie będzie mógł rżeć, bo nie żyje.
— W sumie racja — przyznało Lucienowi rację.
— Wiecie, że nie o to mi chodziło? — Dahlia wtrąciła się po wypiciu czekolady. Cierpliwie czekała, aż przestaną gadać, ale skoro się tak nie stało, to musiała naprostować swoje słowa. — Mam na myśli na przykład koce albo poduszki. Może też jakieś obrazy, na których są konie. Nie o dosłownie martwe zwierzęta.
— A kabanosy jakie jesz?
— Nie wiem, z kurczaka?
— Okej. — Arnar na chwilę się uspokoiło. — To śpimy dzisiaj u ciebie.

dahlia???
────
[1001 słów: Lucien otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]