sobota, 21 lutego 2026

Od Aye — „The Wildflower Bouquet i zły adres" — część 2 [Walentynki]

Poprzednie opowiadanie

„Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres–... och”

Rozsądnie byłoby zamknąć te drzwi i udawać, że wcale nie spotkał (znowu) Chaita. W walentynki. Warto byłoby to podkreślić, bo ostatnim razem, jak dane było im się spotkać w święto zakochanych, to wyszli z tego z uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym.
Mimo to Aye się zatrzymało. Omiotło spojrzeniem Chaita, jego spięta posturę ciała i smutno wyglądający bukiet kwiatów. Postanowiło mu pomóc. Jakoś zrobiło jejmu się szkoda, że ten nieszczęsny półbóg znowu zostawił wmieszany w zajęcie, które widocznie nie sprawia mu radości.
— Mogę adres? — zapytało, puściwszy klamkę od drzwi.
Chait wygrzebał z kieszeni karteczkę, na której miał podane dane klienta oraz adres. Podał świstek papieru Aye, a półboże chwilę wpatrywało się w koślawe litery.
— To… chyba po drugiej stronie miasta — wypowiedziało te słowa ostrożnie. Wolało Chaita nie dobijać. Jakimś cudem przeoczył dwie literki w nazwie ulicy, przez co trafił w zupełnie inne miejsce.
— Och… tak. — Ścisnął mocniej bukiet. — Ha-ha, to naprawdę…
Aye westchnęło. Patrzenie na Chaita w tym stanie nie sprawiało jejmu żadnej radości. Nie czuło satysfakcji, szczęścia, że ten denerwujący bachor Iris przyjechał jeden koniec miasta zamiast na drugi. Szczerze chciało mu jakoś pomóc.
Widząc, że Chait już zabiera się do odejścia, wyciągnęło ku niemu rękę.
— Poczekaj.
Chait powoli się odwrócił. Bukiet trzymał już kwiatami do dołu, tak, jak powinno się go poprawnie transportować.
— Wiem, jak tam dojechać. Może będzie ci łatwiej, jeśli pojedziemy razem? Przynajmniej się nie zgubisz…
Chait w mgnieniu oka cały się rozpromienił. Nie wiedział, czy powinien uściskać Aye (czego w końcu nie zrobił, bo byłoby to zbyt dziwne), podać jejmu rękę (też sobie dał spokój), czy po prostu się uśmiechnąć najszerzej, jak tylko potrafił.
 
— Na pewno nie masz na dzisiaj planów? — zapytał, kiedy siedzieli już w wagoniku metra obok obściskującej się parki. — Bo wiesz… jeśli ci przeszkadzam, to możesz wrócić do domu. Stąd chyba sobie poradę.
Aye pokręciło głową. Siedząca obok nich para naprawdę głośno się całowała. Wręcz pożerała siebie nawzajem.
— Nie obchodzę walentynek.
— Głupie święto, prawda? — zaśmiał się Chait w odpowiedzi. Nie wiadomo, czy istnieje dwójka półbogów, która tak bardzo nienawidziła tego święta, co oni.
— Nie wiem, to ty siedzisz w różowej bluzie z bukietem kwiatów. — Uśmiechnęło się rozbawione. Jakoś ten specyficzny ubiór Chaita wywoływał w niej sprzeczne emocje; bo z jednej strony uśmiech sam z siebie pojawiał się na jejgo ustach, a z drugiej odczuwało taką żenadę, że czuło ciarki przebiegające wzdłuż kręgosłupa.
Wysiedli na przedostatnim przystanku. Jeśli Chait rozwoził te kwiaty od rana, to właśnie musiał dobijać dwunastej godziny pracy, bo słońce zaczynało zbliżać się ku horyzontowi. Pomarańczowe zabarwienie nieba przypomniało im, że to idealna godzina dla wszystkich par, by wyjść na miasto w celu udania się do restauracji, w której mieli rezerwacji. Musieli więc przepychać się przez tłum zakochańców na stacji metra, a potem jeszcze przez tłum ludzi na ulicach, zanim dotarli pod wskazany adres (tym razem już poprawny).
Stanęli przed starymi, rozpadającymi się drzwiami; gdzieniegdzie odpadała niebieska farba, a klamka była tak wytarta, który służyła pięciu pokoleniom.
Chait zadzwonił dzwonkiem. Przez pierwszą minutę nikt nie raczył otworzyć im drzwi, więc Aye zdecydowało się zapukać.
Chwila ciszy i w końcu drzwi otworzyła starsza kobieta. Dłonie widocznie się jej trzesły, mocno zaciskała palce na lasce, która pomagała jej chodzić.
— W czym mogę pomóc? — Uśmiechnęła się, odsłaniając piękną protezę.
— Poczta kwiatowa — zaczyna ze spokojem Chait. — Przyszliśmy dostarczyć ten bukiet. Pani Marianna zgadza się?
Kobieta nie dosłyszała. Uśmiechała się cały czas tak samo szeroko i trochę niepokojąco.
— Moi kochani, wejdźcie do środka! — Kiedy żadno z nich się nie ruszyło, starsza kobieta próbowała zgarnąć ich do domu przy pomocy swojej laski. — No, już, już! Szybciutko. Dzisiaj mrozi.
Weszli do środka. Nie z własnej woli. Babcia bardzo nalegała i raczej nie pozwoliłaby im nawet odejść (nie z tą laską, którą tak zwinnie wymachiwała).
Aye grzecznie ściągnęło buty. Nie chciało nabrudzić starszej kobiecie w przedpokoju. Zgadywał, że pewnie już i tak ciężko jest jej utrzymywać porządek w niemałym mieszkaniu.
Pociągnięty za nim Chait również zrzucił ze stóp swoje buty.
— Proszę pani — zaczął jeszcze raz, starając się mówić głośno i wyraźnie. — Przychodzimy jako poczta kwiatowa. Chcę dostarczyć dla pani bukiet.
Kobieta znikła w kuchni. Usłyszeli stukot naczyń.
— Piękna z was para, moi kochani — powiedziała, wracając do nich. Przez cały czas się uśmiechała. — Naprawdę piękna. Przepiękna! W tych czasach już nie ma takiej miłości. Teraz ludzie się nie kochają. Zapominają, czym jest miłość — mówiła do siebie, znosząc do drugiego pokoju talerze. — Nikt teraz nikogo nie szanuje. Wielka szkoda, wielka! Wy wyglądacie tak uroczo razem. Pasujecie do siebie.
— Przepraszam, my przychodzimy z poczty…
— No, chodźcie do mnie, chodźcie! Poczęstuję was ciastem i herbatą! — zawołała, a oni nie mając innego wyboru, udali się do jadalni, w której kobieta ułożyła na stole talerze oraz przekąski.
Aye starało się usiąść z dala od Chaita, ale w małym mieszkanku kobiety nie było dużo miejsca, więc syn Iris i tak musiał zająć miejsce obok dziecka Hefajstosa. Było im do granic możliwości niekomfortowo. Nie mogli jednak pokazać tego przed starszą kobietą, która na dodatek niedosłyszała i — może też — niedowidziała.
Dostarczony bukiet wcisnęli do wazonu, w którym stały już uschnięte róże.
— Bardzo proszę, moje gołąbeczki. — Postawiła na stole dzbanek z herbatą. — Mam nadzieję, że lubicie zieloną. Kupuję ją od mojej wieloletniej przyjaciółki. Prowadzi sklep z herbatami.
— Tak, bardzo dziękuję — odpowiedział Chait z uśmiechem. — Chcę powiedzieć… jeśli mnie pani oczywiście słyszy.
— Ach, więc mówisz, że jesteś w szczęśliwym związku?
— Nie to miałem…
— Spokojnie, mój kochany. — Babcia klepnęła Chaita w ramię. — Ja też stresowałam się przed ślubem.
Kobieta z trudem usiadła na swoim (tak się wydaje) ulubionym fotelu. Laskę oparła o oparcie mebla.
— Kiedy brałam ślub z moim Johnem… — Uśmiechnęła się szeroko. — Pamiętam, jakby było to wczoraj. Byliśmy młodzi. Mieliśmy niespełna dwadzieścia lat i całe życie przed sobą — zaczęła się rozmarzać. — Dzień przed ślubem strasznie się stresowałam. Dostałam, jakby to powiedzieć… no, mówiąc wprost, to sraczki.
Chait prawie udławił się herbatą. Nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Aye musiało klepnąć kolegę w plecy.
— Cały dzień nie mogłam zejść z toalety. Słuchajcie, tak mnie brzuch bolał, że sobie nie wyobrażacie. Myślałam, że będziemy musieli ten ślub przełożyć!
Nastała cisza. Chait w tym czasie siorbał ciepłą herbatę, a Aye niechętnie wbijało widelec w kawałek sernika. Był dobry. Babciny.
Nieoczekiwanie kobieta głośno charknęła i zawyła.
— Mój John! Zostawił mnie jakieś trzy lata temu…
Zaczęła zanosić się płaczem. Nikt z ich dwójki nie wiedział, co powinni zrobić, ale nie ruszyli się nawet o milimetr. Zbyt nieprzewidywalna ta babcia była. Jeszcze któregoś z nich wzięłaby za tego martwego męża i nie pozwoliła wyjść z domu.
— To on był przy mnie, gdy miałam tę sraczkę! Pomagał mi! — szlochała. — Zabrała go ona… śmiercionośna choroba. Paskudztwo jakich mało.
Z nosa kobiety pociekły naprawdę długie gile. Obrzydziło to Aye jedzenie. Przestało jejmu się podobać sernik, który próbowało dojeść.
— Mam nadzieję, że wy będziecie szczęśliwi. — Otarła twarz z łez i z glutów rękawem za dużej koszulki. — Wyglądacie tak młodo… tak szczęśliwe. Jak ja z Johnem.
Jeszcze jedno słowo o małżeństwie, a Aye poczuje chęć wyskoczenia przez okno. Nawet zastanawiało się, czy tak nie będzie łatwiej. Po prostu wyskoczyć i zakończyć cierpienie, przez które właśnie muszą przechodzić.
Kobieta podniosła się z fotela z trudem. Dopiero teraz dostrzegła świeży bukiet w wazonie.
— Och, od kogo to?
— Jak już mówiłem, jesteśmy…
Kobieta wyjęła karteczkę spośród kwiatów. Niespodziewanie krzyknęła. Nagle cały smutek z niej odleciał.
— Jonathan! Mój skarb najkochańszy! — Chciała skoczyć, ale upomniał ją schorowany kręgosłup i zwyrodniałe kolana. Głośno sapnęła, próbując unormować oddech. — Mój syn wysłał mi bukiet. Mój jedyny synalek… wyglądał zupełnie jak ty. — Wskazała na dzieciaka Hefajstosa. — Jonathan? Czy to ty?
Aye wstało. Miało już dość tego cyrku. Czuło się, jakby trafiło do zakładu zamkniętego, a ta pani była najgroźniejszym pacjentem ze wszystkich. Rozumiał, że starsi ludzie chorują na… demencję albo mają problem ze słuchem. To jednak było przesadą.
— Pomyliła mnie pani z kimś — powiedział, nerwowo pociągając za długie kosmyki włosów, których tym razem nie upięło w żadną ładną fryzurę. — Bukiet został dostarczony, a my chcemy wrócić do domu. Rozumie pani?
Kobieta jednak miała inne plany i złapała Aye za ramię. Mocno zacisnęła swoją dłoń.
— Jonathan proszę…
Aye próbowało się wyślizgnąć z tego uścisku, ale nie mogło się ruszyć. Jak na babkę o lasce, to miała całkiem sporo siły.
— Jesteśmy tylko pocztą kwiatową — wtrącił się Chait. Po miłym gościu pozostało już tylko wspomnienie. Teraz wyglądał na wyjątkowo zniecierpliwionego i zirytowanego. — Skończyliśmy pracę. Dziękujemy pani za poczęstunek oraz herbatę. Nikt z nas jednak nie jest pani synem, okej?
Niedosłysząca starsza kobieta słyszała tylko to, co chciała usłyszeć, więc nawet nie ruszyła się o krok.
— Jonathan… pamiętasz, jak mamusia cię karmiła groszkiem? Nienawidziłeś groszku.
— Ja nie jestem…
Wtedy cały świat zawirował. Aye zobaczyło tęcze, a potem bardzo jasny błysk i… obudził się na jednej z ulic Nowego Jorku. Spojrzało z szokiem na Chaita. Zapomniało, że był na obiedzie u staruszki z synem Irys, który potrafił się poruszać przy pomocy takiego narzędzia, jak właśnie tęcza.
— Nie zorientuje się? — zapytało tylko.
Chait machnął dłonią.
— Miała najprawdopodobniej demencję. Albo coś podobnego. Myślę, że ten syn z nią mieszka i wróci później do domu.
Pokiwało powoli głową. Wciąż do niejgo nie dochodziło, co się tak właściwie stało. Przynajmniej ten sernik był smaczny.
— Dziękuję za pomoc. Znowu. — Chait złapał za zamek bluzy i powoli ją rozpiął. Ta sytuacja najwidoczniej bardzo go rozgrzała. — I przepraszam, że znowu wciągnąłem cię w jakieś problemy. Nie wiedziałem, że trafimy pod adres chorej babci.
— W porządku.
Nie było to w porządku, ale wolało nie smucić Chaita. Już wystarczająco był zestresowany i zażenowany tym, co się chwilę wcześniej wydarzyło. To, ile razy zostali nazwani małżeństwem, przechodzi wszelkie oczekiwania. Nawet w zeszłym roku nie było aż tak źle.
— Dasz radę stąd wrócić?
— Och, um… nie wiem, czy dam radę utworzyć znowu tęczę, ale… — jęknął niepewnie. Jak na dzieciaka Irys nie był tak wprawiony w użytkowanie tęczy. Zdołał ich teleportować tylko dwie ulice dalej.
— Nieważne. — Machnęło ręką. — Wróć ze mną. Darujmy sobie to wszystko. Jeśli się znowu zgubisz i znajdziesz mnie przypadkowo, to urwę ci łeb.
Chait się rozpromienił. Wyglądał jak najszczęśliwszy dzieciak na świecie. W tym szczęściu chwycił Aye za dłonie i mocno je uściskał.
— Przepraszam! — Cofnął się jak poparzony.
— Zaraz urwę ci ten łeb i tutaj. — Uśmiechnąło się. Nie obchodziło jejgo już, czy Chait uściskał jejmu dłonie bez pytania, czy zaraz jejgo przypadkiem nie przytuli. Marzył tylko o tym, by wrócić do domu. Spokojnego mieszkania, w którym nie mieszkały żadne babcie z demencją. — Ruszaj się. Chcę wrócić przed osiemnastą.

[1714 słów: Aye otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

Od Chaita — „The Wildflower Bouquet i zły adres" — część 1 [Walentynki]

„Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres–... och”.

– Poczta kwiatowa? – Chait przechylił głowę, marszcząc brwi i patrząc na Ruth z niezrozumieniem.
Kiedy dziewczyna – będąca jego ex, co było dla sytuacji dość istotne – pojawiła się pod jego drzwiami w walentynki z samego rana, od razu zaczął zakładać najgorsze scenariusze. Że coś się stało, że facet z nią zerwał, że jej mieszkanie wybuchło, że któregoś z jej braci wyrzucono ze szkoły (czas najwyższy), albo coś innego, równie dramatycznego.
Teraz patrzył na nią jeszcze nie do końca przytomnym wzrokiem, próbując zrozumieć, o co właściwie go prosi.
– Ludzie zamawiają bukiety na specjalne okazje, wy je rozwozicie na wskazane adresy…
Gestykulowała przy tym, pochylona delikatnie do przodu, jakby to w jakiś sposób miało sprawić, że jej słowa staną się łatwiejsze w odbiorze.
Nie działało.
My?
Sapnęła z irytacją.
– Jeden z kurierów miał wypadek. Potrzebujemy kogoś na zastępstwo.
Przetarł twarz dłońmi. Nie do końca wiedział, jak to odebrać. Miał wrażenie, że powinien poczuć się urażony tym, że przyszła do niego. Jakby założyła, że na pewno nie ma żadnych walentynkowych planów i będzie mógł ot tak rzucić wszystko i pół dnia jeździć po mieście rozwożąc kwiatki.
Nie mógł jednak poczuć się tym urażony, bo jeśli tak założyła, to miała całkowitą rację. Kiedy stanęła w jego drzwiach, od progu nawijając o święcie, o kwiatach, transporcie i zamówieniach, musiał spojrzeć na wiszący na ścianie kalendarz i przez chwilę męczyć się ze skaczącymi, niewyraźnymi literkami, zanim udało mu się odczytać datę. Kompletnie zapomniał o istnieniu walentynek.
Zdecydowanie nie miał też na ten dzień żadnych planów. Po zeszłorocznej katastrofie związanej z tym przeklętym świętem i przeklętą misją, wyparł dzień zakochanych ze świadomości.
– Czym mam się poruszać po mieście? – zapytał, chociaż nie miało to najmniejszego znaczenia.
Ruth zaświeciły się oczy. Chait doskonale wiedział, że to pytanie jest podpisaniem wyroku, ale nie mógł nic na to poradzić. Nie zostawiłby jej w potrzebie, choćby miał pokonywać Nowy Jork na pegazie.
– Przecież masz prawko. Zresztą, mają rowery dla pracowników.
Nie wiedział, która opcja mniej do niego przemawia, ale tylko westchnął i skinął głową. Miał swoje metody na docieranie w odległe miejsca. Ruth nie musiała o nich wiedzieć.
– Dobra. Gdzie jest ta kwiaciarnia i o której mam tam być?
– Tak w sumie… – zaczęła, przeciągając sylaby. – To potrzebujemy cię już zaraz-teraz. Podrzucę cię?
Uśmiechnęła się słodko, wiedząc, że Chait na pewno się na nią nie zezłości. Jej uśmiech zawsze działał; po latach nic się w tej kwestii nie zmieniło. Wywrócił oczami, zrezygnowany.
– Poczekam w samochodzie. Nie powiem ci, żebyś się nie spieszył, bo jednak potrzebuję, żebyś się spieszył.
Przez chwilę patrzył, jak schodzi po schodach, zanim zdecydował się zamknąć drzwi. Dotarł do niego jeszcze rzucony przez ramię krzyk „tylko ubierz się na różowo”.
Z szacunku do sąsiadów nie krzyknął w odpowiedzi „po moim trupie”.
Po walentynkowej misji znielubił też różowy kolor.


Kwiaciarnia mieściła się w niskim budynku, otoczonym przez inne identyczne budynki. Chait wysiadł z auta i ruszył za Ruth, tylko krótko zerkając na szyld i tabliczkę z godzinami pracy. Przed wejściem stało kilka rowerów, w stanie gdzieś między opłakanym a wymagającym natychmiastowej likwidacji i tablica zachęcająca do składania zamówień online.
Chociaż nigdy nie był wielkim miłośnikiem kwiatków, to wielobarwne wnętrze i intensywne, mieszające się zapachy były miłą odmianą od szarej pogody i smrodu na zewnątrz.
– Przyprowadziłam zastępstwo! – Ruth zajrzała za ladę, poprawiając zarzucony na kark szalik.
Z zaplecza wyjrzał do nich niski chłopak. Nie mógł być starszy od nich, miał trochę zbyt długie, czarne włosy spięte spinkami, różowe okulary i ściskał w dłoni kilka odciętych gałązek.
Z jakiegoś powodu wyglądał dokładnie jak ktoś, kto prowadziłby kwiaciarnię. Chait nie potrafił tego do końca wyjaśnić.
Ledwo usłyszał wymamrotane „dzięki” i podszedł bliżej, przerzucając przez ramię przeszkadzającą mu kurtkę.
– Przepraszam za kłopot. – Chłopak miał cichy głos, tylko trochę niepewny, może zbyt słaby. Równocześnie uśmiechał się miło, w sposób, który z jakiegoś powodu wywoływał w człowieku wyrzuty sumienia.
Chait odpowiedział uśmiechem. Wcisnął dłonie w kieszenie różowej bluzy, dalej nie wierząc, że faktycznie ją założył i wzruszył obojętnie ramionami.
– Żaden problem. To, czym mam się zająć? – Wszedł za pracownikiem kwiaciarni i Ruth na zaplecze, rozglądając się ze źle ukrywanym zaciekawieniem.
– Dostaniesz kwiaty i adresy. Wpisujesz je do nawigacji, dostarczasz kwiaty. To głównie niespodzianki, opłaty już są pobrane.
Skinął delikatnie głową. Zignorował kwestię nawigacji, uznając, że bez problemu poradzi sobie bez tego. Wręcz poczuł się urażony sugestią, że będzie jej potrzebował. Przecież bardzo dużo poruszał się po mieście, różnymi środkami transportu.


Pierwszy adres był jakieś pół godziny drogi spacerem. Oficjalnie korzystał z jednego ze starych rowerów, tego najmniej zniszczonego. Zostawił nawet w kwiaciarni kurtkę, bo przecież „zaraz się zgrzeje”. Zresztą, wcale nie było aż tak zimno, bluza powinna w zupełności mu wystarczyć.
Stanął przed ładnym budynkiem, wręcz dziwnie ładnym jak na okolicę. Ktoś wpuścił go do środka, więc szybko przemknął schodami na odpowiednie piętro, obchodząc się z ogromnym bukietem najdelikatniej jak tylko potrafił. Czerwone róże były wielkie, jeszcze nierozwinięte i ułożone w kształt serca. Nikt nie pytał go o zdanie, ale gdyby takie pytanie padło, to Chait powiedziałby, że wygląda to nieco kiczowato.
Nigdy nie był szczególnym fanem święta zakochanych. Czy kiedy był z Ruth, czy wcześniej, przy jakichś bardziej szczeniackich relacjach – nigdy nie rozumiał tego naciskania na okazywanie sobie uczuć. Słuchał o romantycznych randkach, o tym, jak ludzie organizują cały dzień wokół tego, by skończyć razem w łóżku i czuł tylko i wyłącznie dziwny dyskomfort.
Zadzwonił dzwonkiem umieszczonym obok drzwi. Otworzyła mu kobieta, trochę starsza od niego, wysoka i obiektywnie ładna, chociaż miała podkrążone oczy i wyglądała, jakby od kilku dni bardzo źle spała.
– Poczta kwiatowa – przywitał się, wyciągając w jej stronę bukiet, chociaż trochę się zmartwił.
– Od kogo? – Sięgnęła do ukrytej wśród róż karteczki.
Chait nie czytał zapisanej na niej dedykacji, bo nie wypadało, ale teraz zaczął myśleć, że może jednak powinien. Oczy kobiety powiększały się z każdą chwilą, aż w końcu krzyknęła, ciskając bukietem o ziemię.
– Co za kawał chuja!
Cofnął się o pół kroku, tak na wszelki wypadek. Nie zdążył zapytać, co się stało.
– Wyobrażasz to sobie? – złapała bukiet z powrotem, wpadając do mieszkania. Bał się spuścić ją z oczu, więc ostrożnie zajrzał do środka. – Ten skurwiel najpierw mnie zdradza, a teraz ma czelność mówić, że ON wybacza MNIE!
Nie krzyczała na niego, ale i tak jakoś się skulił. Wpadła przez drzwi najbliżej wejścia. Stojąc w progu, widział tylko umywalkę i kawałek toalety.
– Czy jego do kurwy pojebało? – Cisnęła kwiatami do muszli. – Zdradził mnie z moją najlepszą przyjaciółką! Może ona zaraz też wyśle mi bukiet kwiatów?!
Chait nawet nie próbował jej odpowiedzieć. Zacisnął nerwowo dłonie na ściągaczu bluzy, marząc tylko o tym, by już być z powrotem w kwiaciarni. W końcu kobieta wróciła do niego, dalej tak samo nabuzowana.
– Przepraszam. To nie twoja wina. Masz może wizytówkę firmy? Już ja mu odeślę bukiet. Niech spierdala.
Przytaknął grzecznie, w pośpiechu wyciągając jedną z tekturek, wciśniętych mu przez pracownika kwiaciarni, zanim wyruszył z zamówieniem.


Po tej pierwszej, tragicznej wręcz dostawie chciał zrezygnować. Chciał zrezygnować jeszcze bardziej, kiedy po powrocie do kwiaciarni opowiedział sytuację Ruth i musiał znieść jej atak złości na kompletnie nieznanego jej mężczyznę, a potem jej dodatkowy atak śmiechu, bo przecież oczywiście, że spotkało to akurat Chaita. Kogo innego miało spotkać?
Szczerze współczuł kobiecie i do następnej osoby wyruszył okropnie zestresowany.
Ostatecznie odetchnął z ogromną ulgą. Dostawa była w spokojnej okolicy, a bukiecik był bardzo skromny, ale uroczy – kilka czerwonych i różowych róż, przetykanych białą gipsówką. Dalej nie zdecydował się na przeczytanie liściku.
Otworzyła mu młoda dziewczyna, może osiemnastoletnia. Oczy zabłyszczały jej na widok kwiatów i myślał, że zaraz popłacze mu się ze szczęścia na klatce schodowej.
– Ona jest taka kochana – powiedziała mu, przyciskając kwiaty do piersi. – Na urodziny zrobiła mi ręcznie wyszywanego misia i domowe czekoladki.
Uśmiechnął się do niej. Nie rozmawiali dłużej, ale też poprosiła go o wizytówkę, powtarzając, że musi za rok wymyślić coś równie świetnego.
Od razu z tego adresu wyruszył pod kolejny, tym razem z bukietem z białych i zielonych róż. Kobieta po czterdziestce była równie zachwycona, co tamta nastolatka.


Po tych i jeszcze kilku innych spokojnych dostawach Chait zaczął myśleć, że może jednak nie jest aż tak źle. Ten start był przykry, ale od tamtej pory nie wydarzyło się nic podobnego. Tylko raz, jeszcze pod samą kwiaciarnią, ktoś prawie zniszczył jeden z ogromnych bukietów, kiedy Chait pomagał innemu pracownikowi wnieść go do samochodu. Ostatecznie uniknęli kolizji.
Ten adres miał być ostatnim, pod który miał przyjechać. Według słów pracownika wyprzedali już większość gotowych bukietów i kwiatów, z których mogliby zrobić kompozycje. Chait przyjął to z ulgą. Czuł rosnące zmęczenie tym ciągłym przemieszczaniem się po mieście.
Jednak cieszyło go, że zdecydował się pomóc, zamiast siedzieć w domu.
Zapukał do drzwi, przekładając bukiet do drugiej ręki. Był w innym stylu niż pozostałe, które dzisiaj rozwiózł. Nie było w nim oklepanych, czerwonych róż, zresztą, w ogóle nie było żadnych róż. Chait kompletnie nie znał się na kwiatach, więc potrafił rozpoznać tylko pofarbowaną na różne kolory gipsówkę, ale cały bukiet był niesamowicie kolorowy i gęsty od różnych kwiatów. Uważał, że zdecydowanie jest najładniejszy ze wszystkich, które do tej pory widział – ale może przemawiały przez niego cechy dzieciaka Iris.
Przez chwilę nikt nie otwierał. Uniósł dłoń, by zapukać jeszcze raz, ale w końcu usłyszał dźwięk przekręcanego zamka.
Otworzył usta, żeby się przywitać i przedstawić, ale z jego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Nerwowo poprawił sobie trzymane w rękach kwiaty i znowu otworzył usta. I zaraz znowu je zamknął.
Bo co, cholera, miał powiedzieć?
Przez twarz Aye przebiegło w tym samym czasie co najmniej kilka różnych emocji. Zaczęło się od zaskoczenia, które bardzo szybko zmieniło się w konsternację i panikę, kiedy skierował wzrok na bukiet. Panika znowu zaraz ustąpiła miejsca czemuś, co można było w najlżejszych słowach nazwać irytacją.
– Co ty tu robisz.
To nie zabrzmiało jak pytanie, ale Chait chciał zapytać dokładnie o to samo. Nie zrobił tego, bo sam jeszcze był na etapie zaskoczenia. Nerwowym ruchem wyciągnął z kieszeni karteczkę z adresem. Odkaszlnął. Nagle poczuł, że w bluzie jest mu zbyt ciepło.
– Och. Um… Cóż, nie wyglądasz na panią Mariannę… – wymamrotał w końcu.
Aye wyglądał, jakby miało mu zaraz zatrzasnąć drzwi przed nosem. Chait dziwił się, że nie zrobił tego na sam jego widok.
– Przepraszam – poprawił się od razu, już normalnym tonem, może tylko trochę za bardzo przepraszającym. – Ja… Nie przyszedłem do ciebie. Znaczy, chyba. Pomagam jako poczta kwiatowa, z okazji walentynek. – Nazwa święta z trudem przeszła mu przez gardło. – Więc jeśli nie mieszka z tobą żadna Marianna, to…
– Pomyliłeś adres.
Z jakiegoś powodu Chaitowi zrobiło się okropnie wstyd, chociaż Aye powiedział na głos oczywistą prawdę, której obaj byli świadomi.
– …Tak. Wybacz. – Westchnął.
Aye zaczął zamykać drzwi.
– Czekaj. Ugh. Możesz mi powiedzieć, czy ten adres jest, chociaż gdzieś blisko? – poprosił Chait, czując jeszcze większy wstyd.
Nie mógł bardzo się pomylić, a przynajmniej taką miał nadzieję. Może to po prostu sąsiedni budynek albo ten po drugiej stronie ulicy. Albo w ogóle po prostu złe piętro. Tak, miał nadzieję, że to po prostu coś tak głupiego.


NASTĘPNE OPOWIADANIE

[1800 słów: Chait otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia +20 PD]

Od Isobel CD Dahlii — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Isobel już od jakiegoś czasu czuła, że koszulka zaczyna nieprzyjemnie kleić się do jej pleców, a dawno niedręczone mięśnie robią się ściągnięte. Zdecydowanie jej forma straciła na swojej świetności od kiedy opuściła obóz. Nie posiadała jednak na tyle wolnego czasu, żeby na stałe się tym zająć. Chyba już jakiś czas temu pogodziła się z tym, że jeśli coś postanowi ją zeżreć, zamiast postawić na walkę będzie musiała bardzo szybko spieprzać. Może zamiast szukać czasu na siłownię powinna zacząć biegać?
Słysząc słowa Dahlii, zatrzymała się i otarła czoło wierzchem dłoni. Mimo zmęczenia posłała jej promienny uśmiech.
— Dzięki za dzisiaj, świetny trening. Pewnie już tu więcej nie przyjdę, ale było miło — powiedziała i już miała wrócić do swojego ćwiczenia, kiedy zwróciła na skonfundowaną twarz Dahlii i brak odpowiedzi. — Coś nie tak?
Kobieta rozejrzała się jeszcze raz dookoła siebie.
— Nie, po prostu chyba przełożyłam gdzieś plecak — powiedziała, zaglądając za hantle i ławki. — Albo ktoś go wziął.
Is zmarszczyła brwi i próbowała sobie przypomnieć, co widziała, kiedy podeszła do Dahlii. Może ręki by sobie nie dała za to uciąć, ale była w stanie założyć się o to, że jakiś brązowy plecak leżał obok pierwszej maszyny, na której Dahlia ćwiczyła.
— Taki jasnobrązowy z naszywką? — zapytała, kładąc dłonie na biodrach.
Dahlia spojrzała na nią z ulgą.
— Tak, widziałaś go gdzieś? Byłam pewna, że tutaj go zostawiłam.
Jeszcze raz, dla pewności rozejrzała się na boki, ale niestety plecak nie pojawił się w zasięgu wzroku, więc wróciła spojrzeniem do Isobel, która aż klasnęła w dłonie. Dziwny entuzjazm jak na sytuację, w której się znalazły.
— Uwielbiam programy detektywistyczne! Zaraz go znajdziemy — zapewniła, z niespodziewaną energią porzucając swoje niedokończone ćwiczenie.
To była prawda, ale tylko połowiczna. Dahlia nie wyglądała jej na kogoś, kto często gubi rzeczy, więc prawdopodobieństwo, że ktoś gwizdnął jej plecak, było większe. Is nie podobała się myśl, że ktoś mógł coś ukraść na jej oczach. Nie żeby to było jakieś strasznie trudne kiedy była zajęta wypluwaniem sobie płuc na bieżni, ale jej duma i tak ucierpiała. Uczeń (którego nie znała) przerósł mistrza (którym nie była)? Ujma na honorze.
— …pewnie po prostu gdzieś leży — powiedziała Dahlia, nie będąc aż tak zbitą z tropu, jak można by się spodziewać. Pewnie miała już wiele okazji, żeby naoglądać się ludzi z ich dziwactwami.
— Ostatnio widziałam go tam. — Is wskazała palcem kąt siłowni.
Już z daleka mogła stwierdzić, że na dziewięćdziesiąt procent plecaka tam nie ma, bo odznaczałby się na ciemnej podłodze, ale i tak każdy trop trzeba było sprawdzić. Kilkoma dużymi krokami pokonała dzielącą ją od ściany odległość i dokładnie obeszła maszynę dookoła, ale nic tam nie znalazła, jak można było się spodziewać.
— Na pewno go stąd zabrałam — wtrąciła Dahlia, która chcąc nie chcąc przeszła się za dziewczyną.
Wciąż miała nadzieję że plecak sam się znajdzie.
— Tam gdzie skończyłyśmy już go nie widziałam. Ktoś go musiał zabrać stamtąd. Dość szybko. Hm — mruknęła i zamilkła na chwilę, wpatrując się w podłogę. — Często tu przychodzisz?
— Dość regularnie.
— Coś kiedyś zniknęło?
— Mi nigdy. I nie słyszałam też, żeby komuś innemu coś ukradli.
— A to skurwysyn. Pewnie cię obrał na swoją pierwszą ofiarę. Ale poszukajmy jeszcze — powiedziała, poprawiając włosy, które zaczynały wymykać się z kucyka.
Szukanie w jej wykonaniu opierało się na jednej, szybkiej rundce po siłowni, a potem od razu zaczęły się przesłuchania.
— Przepraszam, widziała może pani plecak? Taki jasnobrązowy, na pewno rzucał się w oczy — zagadnęła dziewczynę, która stała na maszynie imitującej schody.
Odstawiła swój różowy kubek z wielkim napisem "STANLEY" i wyciągnęła słuchawki z uszu. Posłała Isobel spojrzenie może nie tyle pobłażliwe, co niezainteresowane.
— Nie, nie rozglądałam się — odpowiedziała i odcięła się od niej, na powrót zakładając słuchawki.
Is nie policzyła, ile razy zadawała wciąż to samo pytanie różnym osobom, ale na pewno podeszła do każdej osoby na sali. W pewnym momencie zorientowała się, że Dahlii z nią nie ma, i zdezorientowana rozejrzała się dookoła. Zobaczyła ją po drugiej stronie sali; znowu kręciła się w miejscu, gdzie plecak zaginął. Isobel nie sądziła, żeby wcześniej zdołały go przeoczyć, ale powtórne sprawdzenie przecież nikomu nie szkodziło.
Z tylko odrobinę mniejszym zapałem podeszła do Dahlii, drapiąc się po szyi.
— Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział, plecak rozpłynął się w powietrzu — poinformowała ją, wzdychając.
— Pójdę się zapytać pracownika. Mają tu kamery. Powinnam to zrobić od razu — odpowiedziała Dahlia, głową kiwając w stronę ściany, na której znajdowała się jedna z kamer.
Isobel popatrzyła we wskazanym kierunku i zamrugała kilka razy, jakby kamera pojawiła się tam dopiero w tej chwili. Nie pomyślała wcześniej, żeby rozejrzeć się wyżej niż na poziomie swojego wzroku. Mogła się domyśleć, że w siłowni będą kamery.
— O. Mądre — bąknęła tylko.
I poszła za Dahlią jak smród po gaciach, kiedy ta zaczęła iść w stronę recepcji. Bolały ją już mięśnie, towarzystwo kobiety było całkiem miłe, a zaginiony plecak był ciekawszy niż kolejna seria ćwiczeń. Kiedy Dahlia jej nie wygoniła, postanowiła, że może jej towarzyszyć.
Mężczyzna z recepcji był całkiem miły, ale nie od razu pokazał im nagranie. Mówił coś o tym, że nie może i musi zadzwonić do kierownika, ale poddał się po dwóch minutach rozmowy z Is. To, że kątem oka spoglądał na posturę Dahlii chyba też dało mu do myślenia. Zniknął na chwilę, po czym wrócił z tabletem w dłoniach. Isobel instynktownie zrobiła krok w tył, widząc diabelskie urządzenie. Wcześniej opierała się o ladę, ale wolała znajdować się od tabletu trochę dalej. Nie uciekłaby za daleko na tych obolałych nogach.
— W której sali pani ćwiczyła? — zapytał facet z plakietką z napisem "Jim" na piersi, patrząc na Dahlię.
Dahlia jednak jeszcze przez chwilę była zajęta posyłaniem Is trochę zdziwionego, trochę niezidentyfikowanego spojrzenia, kiedy ta tak pospiesznie odsunęła się od lady. Dopiero potem odpowiedziała Jimowi, który po chwili ciszy znalazł odpowiednie nagranie.
— Kiedy własność zginęła?
— Nie wiem. Około pół godziny temu.
Mężczyzna lekko marszczył brwi, przewijając nagranie. Zmarszczył je jeszcze bardziej, kiedy dotarł do interesującego go fragmentu.
— Wygląda na to, że ktoś naprawdę ukradł pani plecak. Proszę zobaczyć — powiedział, odwracając tablet ekranem do nich. — Zna pani tego mężczyznę?
Zanim Dahlia odpowiedziała, Is zajrzała jej przez ramię. Ciekawość pokonała niechęć do elektroniki. Oczywiście ona nie znała postaci na nagraniu. Może dlatego, że była tu pierwszy raz w życiu. Spojrzała na Dahlię, która teraz marszczyła brwi nawet bardziej, niż Jim.
— Tak, znam go.


Dahlia?
────
[1028 słów: Isobel otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

piątek, 20 lutego 2026

Od Mikołaja — „Nietypowa prośba” [Walentynki]

W walentynki wszędzie są promocje dla par, więc czemu nie poudawać jednej, oszczędzić trochę i dobrze się przy tym bawić?

— Mikołaj!
Mikołaj szedł przed siebie, z założonymi na uszy słuchawkami. Głośna muzyka skutecznie zagłuszała wołającą za nim przyjaciółkę.
— Mikołaj no! Ej! — Nie poddawała się Eliza, coraz bardziej przyspieszając krok. Udało jej się uzyskać jego uwagę dopiero, gdy złapała go za ramiona, omal nie przyprawiając o zawał serca.
— Jezus Maria — wyszeptał wystraszony Mikołaj, zsuwając słuchawki na szyję. Lekko się wzdrygnął przez nagły powiew zimnego wiatru, który dotknął jego uszu, a następnie spojrzał na przyjaciółkę pytająco. — Co jest?
— Jezusa nie znam, ale Maria się na mnie obraziła, dzięki, że pytasz — wysapała rozbawiona, łapiąc oddech po gonitwie. — Masz plany na dzisiaj? Nie wyglądasz jakbyś miał.
— Na dzisiaj? — zastanowił się. — Nie wiem, muszę się pouczyć na geo- ej!
— To już masz — wtrąciła się w połowie zdania. — Idziemy gdzieś.
— Gdzie? — zestresował się nagłą zmianą planów, wywołaną przez Elizę. Jeszcze bardziej zestresowała go przechodząca nieopodal para, trzymająca się za ręce. Dotarło do niego, że przecież są walentynki. Ona chyba nie proponowała mu… — Dzisiaj?
— Nie, wczoraj — przewaliła oczami i poszła w stronę przystanku autobusowego. — No dzisiaj, a kiedy?
Mikołaj nic nie odpowiedział. Zdenerwowany obserwował czerwone włosy dziewczyny, gdy ta próbowała rozczytać rozkład autobusów z odległości, na którą pozwalał zebrany przy nim tłum. Miał szczerą nadzieję, że Eliza po prostu nie popatrzyła w kalendarz i proponowała mu zwykłe, najzwyklejsze przyjacielskie wyjście.
Od dwóch lat grali razem w teatrze, a w tym roku poszli do tego samego liceum. Przez ten czas zdążyli się mocno zaprzyjaźnić. Nigdy jednak nie mieli okazji porozmawiać o tym, co do siebie czują. Mikołaj darzył dziewczynę ogromnym zaufaniem, ale traktował ją bardziej jak siostrę. Nie był w stanie myśleć o niej w romantyczny sposób, nawet jeśli w tej chwili próbował. Miał ogromną nadzieję, że Eliza czuje do niego to samo i nic więcej.
Nie skłamię nawet mówiąc, że porównanie relacji z Elizą oraz Feliksem, najlepszym przyjacielem Mikołaja było momentem, w którym chłopak zaczął mocniej kwestionować swoją orientację. Bał się przyznać to sam przed sobą, ale spośród tej dwójki to właśnie Feliks był tym, z którym wolałby wyjść w ten konkretny dzień, w tym konkretnym celu. Żałował nawet, że nie miał w sobie wystarczająco odwagi, żeby go o to zapytać.
— Zajebiście, za 5 minut jedzie — odezwała się w końcu Eliza, odchodząc od rozkładu.
— Gdzie my tak właściwie jedziemy?
— Pamiętasz tę wrotkarnię, o której ostatnio rozmawialiśmy? — spytała z uśmiechem, a Mikołaj przytaknął.
— Co cię tak nagle wzięło? — zaśmiał się, próbując naprowadzić dziewczynę na ścieżkę, która poprowadzi ją do rozwiania wszelkich wątpliwości. — Nie możemy iść w na przykład piątek? Sobotę?
— Nie możemy, bo w piątek będą droższe bilety — wzruszyła ramionami. Mikołaj spojrzał na nią pytająco.
— To znaczy?
— No, głupia sprawa, dzisiaj jest promocja dla par — popatrzyła na bok, widocznie zażenowana. — Połowę taniej! Dyskryminacja singli.
Mikołaj odetchnął z ulgą na widok jej entuzjazmu. Czyli to chyba nie była randka.
— Lila nie chciała iść? — zdziwił się.
— Nie, bo Lila jest leniwa. Poza tym, jak by to wyglądało? — Eliza się skrzywiła. — Siblings or dating? TWINS or dating? Nie dość, że gejowo, to jeszcze kazirodztwo. Społeczeństwo by wybuchło — zażartowała.
— Nie! Jezu, nie! — zaśmiał się Mikołaj. — Po prostu wydaje mi się, że nikt tam nie będzie sprawdzał, czy naprawdę się umawiacie, czy przyjaźnicie. Po prostu chcą ściągnąć klientów. Możesz pójść z kimkolwiek — wzruszył ramionami. — O, jedzie.
— A myślisz, że co ja od ciebie chcę? — spytała zdziwiona i nie czekając na odpowiedź, wsiadła do autobusu. Odszukała dwa wolne miejsca i zajęła to od okna. Po chwili Mikołaj zajął miejsce obok.
— A bo ja wiem — wzruszył ramionami.
— Przecież nie zapytam cię o chodzenie tylko po to, żeby pójść na wrotki — przewaliła oczami. — A potem zerwać.
— Nie? — Mikołaj tym razem naprawdę odetchnął z ulgą. Eliza popatrzyła na niego rozbawiona.
— To ty nie jesteś gejem? — spytała ze śmiechem, ale nie ukrywając zaskoczenia.
Mikołaj spojrzał na nią przerażonym wzrokiem, dokładnie takim, jakby właśnie wyznała, że widziała, jak morduje dziecko w lesie.
— Nie! — odpowiedział niemal natychmiast, a potem zaśmiał się nerwowo. — To znaczy… nie, chyba nie, skąd ten pomysł?
— Nie wiem, spójrz w lustro — wzruszyła ramionami rozbawiona. — Naprawdę nie?
— Może — zaczerwienił się, tym razem nie od zimna. Nie spodziewał się, że jego myśli któregoś dnia wyjdą z jego głowy i zostaną wypowiedziane na głos.
— Wiedziałam! — ucieszyła się. Mikołaj nerwowo rozejrzał się po autobusie. — A co myślisz o Feliksie? Dobrze kombinuję?
— Ciszej! — Mikołaj zarumienił się jeszcze bardziej i schował twarz w dłoniach. — Błagam cię, cicho bądź!
Odpowiedział mu śmiech piętnastolatki, która na szczęście postanowiła nie kontynuować tematu.
— A myślisz, że Feliks myśli to samo? — sam zdziwił się własnym pytaniem i od razu go pożałował. Ponownie zlustrował wzrokiem cały autobus.
— Spokojnie, nie ma go tu — zaśmiała się. — Myślę, że powinieneś sam go spytać.
— Spierdalaj — odparł żartobliwie i odwrócił wzrok speszony. — A co, jak mnie znienawidzi?
— Jakby miał cię za coś znienawidzić, zrobiłby to już dawno. Ile wy się znacie?
— No, długo.
— Zrozumie — uśmiechnęła się zachęcająco. — Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to przecież nagle mu nie odjebie. Po prostu zostaniecie przyjaciółmi.
— Obyś miała rację — przewrócił oczami.
Przez następne kilka minut nie odezwali się do siebie ani słowem. Myśli Mikołaja skupione były wokół usłyszanych przed chwilą słów oraz uczucia, jakim darzył Feliksa. Nie potrafił od nich uciec ani na moment, nie ważne, jak usilnie próbował. Eliza również wyglądała, jakby bardzo chciała coś powiedzieć, ale nadal tego nie zrobiła. Odezwała się dopiero, gdy w końcu wysiedli z autobusu.
— Słuchaj, jest jeszcze jedna sprawa, o której ci nie powiedziałam — zaśmiała się nerwowo.
— To znaczy? — Mikołaj zestresował się na dźwięk tych słów.
— No, znowu głupia sprawa, ale jesteśmy w końcu aktorami, nie? — omijała temat, jak tylko mogła. Mikołaj jedynie przytaknął, nie potrafiąc zdobyć się na żadną sensowną odpowiedź. — No i w sumie to teraz nawet gramy parę… nie myślisz, że dobrze byłoby umieć wczuć się w te role?
— To znaczy? — zapytał w końcu niepewnie, przerażony. — Chcesz się lizać? Nie, dzięki.
— Nie! — zaprzeczyła nerwowo. — Poudawać.
— Mówiłem już, że oni nie będą sprawdzać, czy my naprawdę-
— Wiem! — przerwała mu.
— To o co ci chodzi?
Eliza zaśmiała się zdenerwowana. Wzięła głęboki oddech i odezwała się dopiero po chwili.
— No, pokłóciłam się ostatnio z kuzynem, już nieważne o co — zaczęła szybko wyjaśniać, nie patrząc na coraz bardziej zagubioną minę Mikołaja. — No i powiedziałam mu, że mam chłopaka. On mi nie uwierzył. No i się o to założyliśmy.
— No, i?
— I on tu pracuje — wypaliła w końcu.
Mikołaj, słysząc to, nie tylko poczuł ogromną ulgę, ale i wybuchnął śmiechem. Nie mógł uwierzyć, że Eliza wymyśliła cały ten teatrzyk tylko po to, aby wygrać jakiś zakład.
— Nie mogłaś tak od razu? — spytał rozbawiony.
— Nie, bo byś się wykręcił — wzruszyła ramionami, czerwona ze wstydu. — A tak to już tu jesteś i nie masz wyjścia.
— Nienawidzę cię, wiesz? — zaśmiał się i złapał dziewczynę za rękę, gdy w końcu weszli do budynku.



[1109 słów: Mikołaj otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia +20 PD]

czwartek, 19 lutego 2026

Od Havu — „Ja o zupie ty o dupie” [Walentynki]

„To były wasze ostatnie wspólne walentynki”

Sztuka nowoczesna zawsze była specyficzna. Ciekawa i niebanalna. Niebanalny był też obraz przedstawiający stojącą na balkonie kobietę, u której nóg spała kura z pisklętami. Havu był zachwycony. Kura została odwzorowana z taką dbałością o szczegóły, że gdyby podejść bliżej, to można by było dostrzec zadrapania na jej małym dziobie.
Inne obrazy nie były tak interesujące. Ten miał w sobie coś, czego nie można było wytłumaczyć słowami.
— Przestań się tak gapić na te kury.
Przewrócił oczami. Tak ostentacyjnie, jak tylko się dało. W czym niby przeszkadzał? Tylko stał i podziwiał piękno ptaków.
— A ty przestań się gapić na rozebrane laski — podjął ze złośliwym uśmiechem. — Nie wiedziałem, że tak ci się podobają cycki.
Na drugim obrazie pośród zboża leżała okryta prześwitującą chustą kobieta. Wyglądała na dosyć młodą i ładną, ale według Havu artysta mógł się postarać bardziej.
— Nie rozumiesz sztuki. — Usłyszał w odpowiedzi.
— Na moje jesteś po prostu zbo-czeń-cem.
— Proszę, nie denerwuj mnie — westchnął. — Chciałem pomyśleć.
Havu pewnie by się nie zamknął, gdyby nie to, że przeszkodziła im… jakaś postać. Zielony, żabi stwór stał przed obrazem przedstawiającym Napoleona. Na głowie miał duży cylinder, a na ramionach elegancką marynarkę. Co dziwne, nie miał na sobie żadnych spodni ani butów.
— Zassstanawialiście się kiedyś, sssso to znasssy być bohaterem? — zasyczał.
Podejmowanie rozmowy z tym płazim stworem nie było dobrym pomysłem. Obydwoje wiedzieli to od początku, gdy odwracając od obrazów spojrzenia, napotkali się na żabie nogi i obrzydliwie zielony pysk.
Może na lepsze by im wyszło, gdyby zajęli się swoimi sprawami i udawali, że nie są opętani przez mitologiczne moce.
— Jesteś żabą Napoleonem?
Od tego się zaczęło. Troglodyta nie opuszczał ich na krok. Kiedy przeszli do następnego pomieszczenia, żaba szła za nimi.
Plask, plask, plask.
Odwrócili się. Troglodyta oglądał teraz obraz przedstawiający mężczyznę zanurzonego po kolana w bagnie. Może przypominało mu to żabi domek?
Wyglądało to tak, jakby troglodyta nie chciał ich zostawiać. Z jakiegoś niezrozumiałego dla nich powodu. Havu uważał to za zabawne, ale Judasowi wcale nie było do śmiechu, bo brzydził go obraz chodzącej za nimi żaby. Nie wspominając o irytującym dźwięki, jaki z siebie ten żabol wydawał, gdy chodził. Nie było to zwykle plaskanie. Było to naprawdę głośne uderzanie czegoś miękkiego i mokrego o wyszlifowaną podłogę muzeum. Gorzej, niż gdyby chodzić z kimś, kto założył na nogi płetwy.
— Przeszkadza mi to.
— To tylko żaba. — Wzruszył ramionami Havu. — Pójdzie sobie.
— Od godziny chodzi za nami. Czego chce? Nie możemy tego zabić?
— Boisz się żab?
— Po prostu są obrzydliwe — westchnął. Wyglądał na zdegustowanego samą myślą, że ten żabi stwór mógłby chodzić za nimi przez cały dzień. — Zabijmy to.
— Wyobraź sobie, że to zabijasz, a z niego wyłazi pełno małych żab. Chcesz tego?
Judas zamiast tego wyobraził sobie, jak chwyta za igłę oraz nitkę i zszywa Havu usta. Tak permanentnie.
— Wkurwiasz mnie dzisiaj. Tak wyjątkowo.
— A to jakaś nowość? — Odwrócił się i spojrzał raz jeszcze na troglodytę. Żabi stwór stał teraz przed obrazem z nagimi kobietami. Westchnął. Nawet żaba. — Mam pomysł. Chodź ze mną.
Havu poprowadził Judasa do wyjścia. Zupełnie zignorował fakt, że żaba również za nimi poszła, cały czas plaskając swoimi żabimi nogami o kafelkową podłogę.
Kiedy wyszli z muzeum, Havu obrał nieznany nikomu kierunek, sądząc, że może to zniechęcić troglodytę. Po co miałby chodzić za parką półbogów, którzy chcieli tylko popatrzeć na obrazy sztuki nowoczesnej? Szybko jednak przekonał się, że troglodyta ma inne plany i całą drogę szedł parę kroków za ich dwójką.
— To prawie jak nowe zwierzątko — zauważył Havu. Cała ta sytuacja zdawała się go bawić w przeciwieństwie do skrajnie obrzydzonego Judasa. Parę razy nawet złapał się za sygnet, który nosił na palcu, ale ostatecznie porzucał pomysł zabijania denerwującego żabiego stwora. — Podobno lubisz przybłędy. Nie chcesz nowego pieska?
— Przestań, jeszcze nas usłyszy — syknął.
Judas był święcie przekonany, że ta żaba ich podsłuchuje.
— I co takiego może usłyszeć? Myślisz, że żaby mają taki świetny słuch?
— Tak. Uczyli nas w szkołach. Żaby mają ponadprzeciętny słuch i słyszą więcej niż człowiek. — Odwrócił głowę i zerknął na troglodytę. Żaba szła za nimi, co jakiś czas zatrzymując się, by wciągnąć z ziemi jakiegoś ostałego przez zimę robala. — A to coś… na pewno podsłuchuje. Na Boga, znowu zgrzeszyłem.
Havu uderzył mężczyznę z łokcia. Mógł zrobić to zdecydowanie mocniej, bo Judas nawet się nie zgiął.
— Świetnie, to może opowiesz, który obraz był twoim ulubionym? Czyżby ten z nagą kobietą, leżącą w zbożu? To twoje klimaty? Fetysze? — mówił to, nie przestając się uśmiechać. — Myślisz, że żaby też mają fetysze?
— Nie patrzyłem na nagą kobietę. To wbrew…
— Czemu? Wbrew temu śmiesznemu celibatowi, który zdążyłeś już dziesięć razy złamać?
Judas zacisnął dłonie w pięści. Zachowywanie spokoju wychodziło mu z wyraźnym trudem.
— To przypadek.
— Przypadek, że akurat na walentynki chciałeś wyjść do muzeum sztuki nowoczesnej? Jezusie, Judas jesteś tragiczny w kłamstwa — zaśmiał się.
Żaba również się zaśmiała.
— Panowie ssszy wiessie mossse gdzie sssnajde prawdziwego bohatera? — Troglodyta się uśmiechnął, odsłaniając dziąsła. No tak, żaby nie miały zębów.
 
Unikanie troglodyty okazało się trudniejszym zadaniem, niż z początku się wydawało. Żabi kolega poszedł za nimi wszędzie. Podkreślam, wszędzie, bo Havu nawet nie mógł w spokoju wejść do publicznej toalety bez swojego nowego towarzysza. Skończyło się to tak, że on sikał, a żaba stała w przejściu i czekała aż skończy.
Potem było coraz gorzej, bo troglodyta przestał być cierpliwy. Zrobił się jeszcze bardziej upierdliwy, ciągle prosząc, by wskazali mu prawdziwego bohatera, którego szukał. Havu nawet pytał, czy nie mówi o Napoleonie (tego, któremu tak bacznie przyglądał się w muzeum), ale żaba tylko patrzyła na niego pustym spojrzeniem i powoli mrugała.
Weszli do pierwszej lepszej restauracji, która napatoczyła im się po drodze. Po części dlatego, bo zgłodnieli, ale też z myślą, że może troglodyta odpuści i pójdzie zawracać dupę komuś innemu. Pech chciał, że trafili akurat na czyjąś imprezę urodzinową, a jednym z kelnerów też był… troglodyta.
Dwie żaby w jednym miejscu. Tego jeszcze im brakowało. Ich przyjaciel na dodatek oszalał, gdy dostrzegł swojego pobratymca w fikuśnym fartuszku, niosącego tacę z napojami.
— To onnnn! — syknął i rzucił się biegiem w kierunku żabiego kelnera. Biegł tak, że nie patrzył na to, czy kogoś trąca, czy nie. Jedna kelnerka się o niego potknęła. Havu jakimś cudem złapał lecący talerz z gorącymi ziemniakami.
— Łap go! — krzyknął do Judasa, który z jakiegoś powodu poczuł, że to dobry czas na modlitwę i siedział ze złożonymi rękoma. — Ruszaj dupę! — Zamachnął się i kopnął mężczyznę w tylną część ciała. Dopiero to wybudziło go z chwilowego transu.
— Nie ma tu miejsca! — odkrzyknął poirytowany.
Znaleźli się pośrodku ogromnej imprezy. Wszędzie byli ludzie. Dosłownie wszędzie. Przy każdym możliwym stoliku. W każdym przejściu. Wyglądało to koszmarnie.
Walentynki. Chyba ostatni raz wychodzą wspólnie na walentynki.
Zaczęli się razem przeciskać przez tłum. Przepraszali i udawali, że nie słyszą, kiedy komuś spadła jedna, a potem druga szklanka z musującym szampanem. Musieli się szybko z tym uwinąć, zanim żabol zdąży wyrządzić komuś poważniejszą krzywdę.
— Chodź tu! — Havu przecisnął się przez dwóch wysokich mężczyzn i chwycił żabę za nogę. Troglodyta się przewrócił.
Stwory może i były małe, ale za to siły im nie brakowało. I częściowo sprytu również. Wykręcił się w odpowiedni sposób, by wyślizgnąć się (dosłownie, bo zostawił na dłoni Havu obrzydliwą maź) z uścisku.
Żaba biegła dalej, przeskakując przez krzesła i ludzkie głowy. Miał naprawdę dobre wybicie. Żabi kelner, którego obrał sobie za cel, nie zwrócił na niego szczególnej uwagi. Dalej roznosił gościom napoje.
Judas wpadł właśnie na jakąś kobietę i przypadkiem ochlapał ją czerwonym winem. Pech chciał, że miała na sobie białą koszulkę. Chwilę stał skołowany przed nią i próbował przeprosić.
— Chodź tu, kurwa, celibacie. — Został odciągnięty agresywnym szarpnięciem. — Przepraszam, paniusiu, to sprawa życia i śmierci! — krzyknął do kobiety, a ta odpowiedziała wyzwiskiem, w którym nazwała go rudą, bezczelną małpą.
Wyminęli obciskającą się parę, na której widok Havu wyjątkowo zmarszczył się na twarzy z obrzydzenia, a później wpadli na zaplecze, kierując się prosto do gorącej kuchni. Żaba musiała akurat tam pobiec, bo jego żabi kolega wrócił po kolejne danie do zaniesienia.
— Halo! Tutaj nie można! — krzyknął kucharz, którego zignorowali. — Proszę wyjść! Rozumiecie, proszę…
Żaba wybiła się w powietrze. Wskoczyła na zawieszoną pod sufitem lampę, która pod jej ciężarem urwała się i spadła kucharzowi na głowę. Troglodyta wylądował bezpiecznie na ziemi. Kucharz nieszczególnie bezpiecznie.
— Ej, co jest?! — Inny kucharz wybiegł na nich z metalową chochlą. Najpierw zamachnął się na Judasa, a później próbował trafić w Havu. — Dzwonię na policję! — wrzeszczał.
Havu zaklął pod nosem. Jeśli za chwilę nie złapią tej denerwującej żaby, to trafią na dołek za powalenie lampą kucharza, chociaż to nie oni na nią wskoczyli.
— Jebana żaba. Wracaj tu! — krzyczał, ale troglodyta miał ich głęboko w dupie. O dziwo cylinder wciąż trzymał się na jego żabiej łepetynie.
Chcieli pobiec dalej, ale śliska podłoga okazała się zdradziecka — Havu stracił równowagę i w pierwszym odruchu złapał rękaw płaszcza Judasa. Mężczyzna stracił grunt pod nogami, ale próbował jeszcze chwilę się ratować. We dwójkę byli jednak trochę zbyt ciężscy, by wyjść z tego zwycięsko i wpadli na blat, na którym stała gorąca zupa.
Wystarczył jeden ruch, jedna ręka, która przypadkiem pociągnęła za sobą gar, by cały ciepły bulion z makaronem wylądował na ich ubraniach, głowach oraz podłodze.
Judas leżał na brudnej, kuchennej ziemi, a Havu na nim. Był to zdecydowanie najgorszy upadek, jakiego w życiu doświadczył. Nawet w obozie nie zdarzyło mu się wylać na ziemie gorący gar zupy.
— Nie patrz się tak na mnie — powiedział z przekąsem, czując na sobie świdrujący wzrok Judasa. — Pierwszy raz oblałeś się zupą?
Spróbował się podnieść, ale poczuł coś ciężkiego na swoich plecach. To był on — troglodyta. Usiadł sobie na plecach rudowłosego i z zadowoleniem przyglądał się bałaganowi, który wyrządził.
— Chyba musimy zostać w tej zupie. — Teraz to Judas skorzystał z niekomfortowej sytuacji, w jakiej się znaleźli, by podenerwować Havu.
Havu zacisnął zęby. Makron spadł mu z włosów prosto na twarz Judasa.
— Lubisz makaron nitki? — Uśmiechnął się, próbując powstrzymać śmiech. Makaron zepsuł całą atmosferę.
— Może lubię.
Wziął ten makaron i włożył sobie do ust. Przegryzł kilka razy i przełknął.
O ja pierdolę.
Przerwał im ryk policyjnej syreny. Żaba też już dawno zdążyła zejść Havu z pleców.
Poderwali się na równie nogi, prawie znowu przewracając. Musieli siebie nawzajem powstrzymywać, bo cała podłoga była teraz w zupie. Makaron kleił im się do podeszwy butów.
Kucharz z chochlą zdążył zniknąć. Pewnie wezwał z innymi policję, która zaraz zastanie ich w doprawdy żałosnym stanie, chyba że zdążą stąd wyjść.
— Wyjście ewakuacyjne! Szybko.
Chwycił Judasa za mokrą dłoń i wyciągnął z dusznej, śmierdzącej gorącą zupą, kuchni. Na ich szczęście (a raczej nieszczęście) drzwi ewakuacyjne pozostały otwarte. Dobrze, że restauracja działała zgodnie z zasadami, bo gdyby zamykali takie wyjścia na klucz, to mogliby jeszcze ich za to zgłosić.
Samo wyjście na zewnątrz też nie oznaczało wygranej — musieli się przecież jeszcze schować. Jeden z policjantów kręcił się przy budynku, próbując znaleźć dwóch dorosłych facetów, którzy zepsuli czyjeś walentynkowe przyjęcie.
— Nie odzywaj się — syknął Havu.
Jakimś sposobem udało mu się ich obydwu schować w cieniu. Nie było to łatwe zadanie, bo zazwyczaj prościej było schować się samemu, a nie z chłopem mierzącym metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu, który na dodatek lepił się cały od zupy, a z jego włosów spadały nitki rozgotowanego makaronu.
Zbyt długo to wszystko trwało. Nie mogli się ruszyć, bo istniała szansa, że Havu nie da rady utrzymać Judasa w cieniu. Wolał zostać przyparty do muru; a przez to, że stał tak z nim w bez ruchu, może odnowił tę zupową atmosferę, w której chwilę temu się znaleźli.
— Hej, łapy przy sobie — warknął, czując, że go obejmuje od tyłu. Pachniał jak tani bulion drobiowy. — Mamusia cię nie nauczyła?
— Jestem samoukiem — szepnął mu do ucha.
Skurwysyn. Nawet w tej sytuacji.
Mógłby go odepchnąć, gdyby nie to, że wtedy zniszczyłby tę całą badziewną przykrywkę. Pozwolił mu się dotknąć, bo nie miał innego wyboru. I najgorsze, że nawet mu się to spodobało.
— Hej, Judas. — Odwrócił się do niego. Drzwi wyjścia ewakuacyjnego się uchyliły. Jeden policjant wyszedł na zewnątrz. — Lubisz, jak ktoś patrzy?
Nie pozwolił mu odpowiedzieć. Upewnił się jeszcze, że formacja cienia dalej się utrzymuje i bez słowa pociągnął mężczyznę za oblepiony tłustą zupą kołnierz. Przez sekundę patrzył mu prowokująco w oczy, zanim finalnie go pocałował.
Dłoń mężczyzny owinęła się wokół jego karku, druga zaś objęła go w talii, zamykając w szczelnym uścisku, z którego już się nie dało wydostać.
Drzwi trzasnęły z hukiem. Policjant wrócił do środka restauracji.
— Jedenasty raz. — Odsunął się, odsłaniając ich przed światem żywych. Policja już raczej tutaj nie wróci.
— Co?
— Jedenasty raz złamałeś swój głupi celibat.
Judas westchnął. Teraz to było jego ostatnie zmartwienie.
— Nie chcesz złamać go po raz dwunasty? — rzucił całkowicie pewny siebie.
— Ugh, nie. Wystarczy mi. — Odepchnął mężczyznę od siebie. — Jesteś okropny w podrywach. Jak ty mogłeś kiedykolwiek kogoś wyrwać?
Ich dyskusja mogłaby rozwinąć się jeszcze bardziej, ale Havu po prostu wyszedł na ulicę w mokrych ciuchach i z ukrywaną złością próbował wyczarować na telefonie najszybszą trasę powrotną do domu.
Przez myśl mu przeszło, że to już na pewno będą ich ostatnie walentynki. Wiedział jednak, że gdyby otrzymał znowu zaproszenie, to by je przyjął nawet kosztem użerania się z denerwującym troglodytą.
 
— Jesteś z siebie dumny? — zapytał, żaby, która usiadła naprzeciwko nich w metrze. Nikt inny nie chciał obok ich dwójki siedzieć. Przepotwornie śmierdzieli zdechłą kurą.
— Dziękuję wam. Znalasssłem go.
Troglodyta wysiadł na najbliższej stacji. Mieli nadzieję, że już więcej go nie spotkają.

[2182 słowa: Havu otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

Od Vergila CD Izana — „Pretor zawsze będzie moim wrogiem”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Przez twarz Vergila przemknęło wiele emocji naraz. W pierwszej chwili prychnął suchym śmiechem kompletnie bez wesołości, bo to była zawsze najrozsądniejsza odpowiedź wobec jego obecnego rozmówcy. Rozjuszyło to Izana jeszcze bardziej, więc Vergil zmarszczył gniewnie brwi i omiótł mężczyznę oceniającym spojrzeniem.
— Ty chyba nie mówisz poważnie — warknął.
— JA ZAWSZE JESTEM POWAŻNY! — Izan zaryczał na niego z takim impetem, że Vergil poczuł na swoim policzku kropelki śliny. — W przeciwieństwie do ciebie! Ty nigdy nie jesteś poważny!
Od ich obu buzowała złość. To częściowo był dar nadany im przez ich ojca; jak bardzo Vergil nie chciał o tym zapomnieć, Izan był nadal jego bratem. Ich gniew podsycał się wzajemnie i promieniował do otoczenia. Vergil ugryzł się w język z ripostą tylko dlatego, że usłyszał, jak tłum Forum Romanum za jego plecami zaczął między sobą szeptać i czuł na sobie oceniające spojrzenia ludzi wpatrujące się w jego fioletową pelerynę.
Speszył się. Nagle miał ochotę zerwać z siebie ten idiotyczny pretorski ciuszek, upchnąć go jak najgłębiej w kieszeni i krzyknąć do wszystkich zgromadzonych: „hej, to tylko ja, Vergil Halston, patrzcie, jestem taki sam jak wy!”. Izan zauważył jego wahanie i wyszczerzył cały arsenał krzywych zębów.
— Co jest, pretorze? Czyżbyś–…
— Tam jest — powiedział Vergil nagle, wskazując palcem na punkt za plecami Izana.
Izan odwrócił się gwałtownie, strzelając wzrokiem po ludziach.
— CO? Jest?! Gdzie jest?! JA GO ZNALAZŁEM PIERWSZY. — I zaczął przepychać się przez tłum ludzi, żeby dostać się do serca targowiska.
Vergil doskonale wiedział, że nikogo tam nie zobaczył, ale i tak zaczął przeciskać się razem za nim.
Na Forum Romanum zasady nie obowiązywały. Wszyscy, którzy wpadali na Vergila, żeby stanąć w kolejce do stoisk, mruczeli pod nosem „patrz, jak leziesz”. Niektórzy odwracali wzrok, zauważali insygnia pretora i ograniczali się do krótkiego „przepraszam”. Pomiędzy ludźmi przechodził pryszczaty nastolatek, ciągnąc przed sobą skrzypiący wózek z lodami i przekrzykując tłum zawołaniem: „Nawet Neptun wyszedł z wody, by spróbować nasze lody!” (nawet mimo tego, że była jesień, a wszyscy na targowisku chodzili w cieplejszych bluzach albo letnich kurtkach). Vergil przeszedł obok jednego z handlarzy i usłyszał za sobą kuszącą „-50% na jabłka, tylko dla pretora”, co wzbudziło niezadowolenie u osób czekających w kolejce po owoce.
Znalazł Izana przesłuchującego młodego mężczyznę sprzedającego eliksiry. Za prowizoryczną, drewnianą ladą, znajdował się kocioł pełen bulgoczącej mazi. Kocioł ten był z całą pewnością niezgodny z zasadami półboskiego sanepidu i na widok zbliżającej się pretorskiej peleryny mężczyzna zasłonił naczynie nogą, ale Vergil udawał, że tego nie widzi.
— No, mów! Widziałeś tutaj tego fioletowego dzieciaka?! — dyszał nad nim Izan. Kolorowe probówki prawie spadły z wystawy pod wpływem jego barytonu.
— Panie, ja tu tylko eliksiry sprzedaję! — odpowiedział mu chłopak, intensywnie gestykulując. — Tutaj jest pełno tych duchów. Jestem dzieckiem Trivii, myślisz, że to jedyne duchy, które tutaj widzę?
— Żaden lar nic nie mówił, że ktoś zaginął? — zapytał Vergil. Założył ramiona na piersi, ale pomyślał, że w ten sposób pewnie wygląda groźniej, więc szybko opuścił dłonie wzdłuż ciała.
— To są duchy. One cały czas giną. — Sprzedawca zmarszczył nos. — Ewentualnie drą się na nas, że wszystko robimy nie po rzymsku, na Forum Romanum śmierdzi Grekiem i w ogóle za ich czasów to były czasy, a teraz to nie ma czasów. I–…
— Tam jest, pieprzony skurczybyk! — krzyknął Izan, nie dając sprzedawcy dokończyć myśli. Nie dał mu też w świętym spokoju sprzedawać eliksirów, bo zerwał się tak gwałtownie, że trącił jeden z magicznych flakonów, który przewrócił kolejny, aż wszystkie nie poroztrzaskiwały się jak szklane domino.
— Ty cholerny…!
Któryś eliksir zabulgotał. Któryś wypalił dziurę w posadzce na oczach Vergila. Jakaś mrówka oblana fioletową mazią urosła do rozmiarów torebkowego pieska.
— Dorwę go — syknął Vergil, nie wiadomo czy bardziej do siebie, czy do sprzedawcy. Na palcach przeszedł między kawałkami szkła i popędził za Izanem. — Proszę napisać wniosek o reparacje pobitewne! Dopiszę to do kosztów!

Izana dogonił całkiem szybko, bo ciężko było go nie zauważyć. Rozdzielił przed sobą wszystkich ludzi i zwyzywał każdego napotkanego po drodze, mówiąc coś o tym, że jest na finiszu nieudanego śledztwa pretora. Nie był też wcale zadowolony, kiedy Vergil znowu do niego dołączył.
— Jeszcze tu jesteś? Nie popłakałeś się nad rozlanym eliksirem? — prychnął Izan, lustrując wzrokiem otoczenie jak pies obronny.
Vergil wbił sobie paznokcie w dłonie, żeby mu nie przywalić.
— Czy ty jesteś pojebany? Zniszczyłeś temu gościowi stoisko — obwinił go.
— I co z tego? Zrobi sobie nowe eliksiry, bogowie. Mógł ich lepiej pilnować. — Izan machnął ręką tak mocno, że prawie wybił Vergilowi zęby. — Ty zawsze się przejmujesz takimi bzdetami. Idź lepiej nawpierdalać się fasolek wszystkich smaków. Im jesteś bardziej potrzebny.
— Jak mam robić cokolwiek, skoro muszę cię pilnować, żebyś nie odwalił czegoś głupiego?! Ty nawet nie wiesz, gdzie idziesz! Łazisz za każdym larem, którego spotkasz! Zauważyłeś w ogóle, że wracamy się do Koloseum?!
— Bo tam ostatni raz był ten sral, geniuszu.
— To po co w ogóle poszliśmy szukać go na Forum Romanum?
— Bo mi kazałeś!
— Ja… JA CI KAZAŁEM?!
— Szukacie kogoś? — padło pytanie za ich plecami.
Oboje odwrócili się tak gwałtownie, że — wstyd przyznać — Vergil musiał się złapać ramienia Izana, żeby nie zaryć twarzą o ziemię. Izan nawet nie zwrócił na to większej uwagi, bo wyglądał, jakby zobaczył… no, ducha. Lara, dokładniej. Fioletowy, lewitujący starzec, którego broda sięgała prawie kolan.
— To ty! Ty jesteś Lucjan Gnojusz Kabulon?! — Z ust Izana brzmiało to bardziej jak obelga niż pytanie.
Lar pogroził Izanowi swoją prowizoryczną laską (starożytną gałęzią, najwyraźniej musiała umrzeć razem z nim), która przeniknęła go na wylot.
— Uważaj, do kogo mówisz, stultus! Jeszcze tak przed pretorem… — rozjuszył się. — Jam jest Publiusz Porcius i zadałem ci pytanie, młodzieńcze.
Podczas gdy Izan dyszał i sapał na tak wyraźną zniewagę, Vergil sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął w stronę ducha podarowane mu wcześniej przez dziecko ogłoszenie. Wątpił, że lar potrafił odczytać współczesny angielski (zwłaszcza taki napisany dziecięcym, dyslektycznym pismem). Publiusz Porcius przez chwilę analizował okazaną mu kartkę, żeby w końcu pokiwać ze zrozumieniem głową.
— Ach, tak, Lucjusz. Znam tego młodzieńca. Te najmłodsze lary zawsze bawią się w chowanego w podziemiach Koloseum, a potem się gubią. Może to nawet i lepiej, żaden smarkacz wtedy nie drze mi się nad uchem, kiedy próbuję spać. Za moich czasów, to wszystkie te dzieci były zdyscyplinowane. Pretorze, ostatnio jakiś niedorostek z Piątej Kohorty powiedział mi, że nie mam skibidi ryżu, czy jakoś tak. Mnie! Chodziłem po tych ziemiach, kiedy pierwsi handlarze przewozili ryż! Za moich czasów pretor już dawno zakopałby takiego leno żywcem pod ziemią, ale dobrze, teraz praktykuje się ten… pacyfizm…
Vergil wyłączył się gdzieś w połowie. Izan skupił się na tym, żeby przekonywać Publiusza do propagandy przeciwko pretorowi, ale myśli Vergila były już w Koloseum — czyli to tam od początku mieli trafić. Nie cierpiał schodzić pod ziemię, jeśli nie musiał. Nie uśmiechało się do niego też szukanie przenikającego przez ściany ducha w pomieszczeniach pełnych pułapek.


sto lat sto lat
────
[1108 słów: Vergil otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

środa, 18 lutego 2026

Od Kai — „After Midnight” [Walentynki]

„W walentynki wszędzie są promocje dla par, więc czemu nie poudawać jednej, oszczędzić trochę i dobrze się przy tym bawić?”


Pisała i usuwała wiadomość już któryś raz. Nie pasował jej dobór słownictwa. Nie pasowała jej długość tej wiadomości. Nie pasował jej sam wydźwięk.
Miała wrażenie, że najpierw brzmi zbyt poważnie, a innym razem zbyt niepoważnie. Nie wiedziała, w jaki sposób wstrzelić się w ten mistyczny złoty środek. Może nie powinna tak nad tym myśleć? Z drugiej jednak strony, co jeśli Oriana źle zrozumie jej intencje?
Ostatecznie napisała coś, co brzmiało jak śmieszne zaproszenie na bal w przedszkolu; ale nie był to bal w przedszkolu, tylko jedna z imprez organizowanych przez jej ulubiony bar. Miało być cukierkowo, przyjemnie i bajkowo.
Na odpowiedź czekała długo. Zdążyła się przyzwyczaić. Oriana nie miała w zwyczaju szybkiego odpisywania na żadne wiadomości, a o rozmowach telefonicznych można było sobie pomarzyć.
 
— Pracuję jutro. Nie wiem, czy to dobry pomysł.
Stanęły koło wejścia do cukierkowego baru, którego nazwa brzmiała CANDY. Właściciele nie byli zbyt kreatywni, ale przynajmniej od początku ludzie wiedzieli, czego mogą się spodziewać.
— A jednak już wyszłaś — zauważyła Kaya. — Już nie ma odwrotu.
— Sama nie wiem, dlaczego się zgodziłam.
Grymas jednak nie wstąpił na twarz Oriany, jak to zazwyczaj miało miejsce, kiedy nie była zadowolona. Patrzyła na mieniący się na różowo szyld.
— Mają dzisiaj zniżki.
— Tak, walentynkowe. — Przewróciła oczami.
O walentynkach chyba obydwie zapomniały.
— Wiem, jak możemy się na nie załapać.
Głupi uśmiech nie schodził Kai z twarzy. Musiała, podkreślam, musiała namówić do tego Orianę. Chciała się dzisiaj dobrze bawić i przy okazji oszczędzić trochę pieniędzy; a to wszystko byłoby możliwe, gdyby Oriana wcieliła się z nią w rolę aktorki i odegrały razem cudowną parę zakochanych.
Nie powiedziała wprost o co chodzi, ale Oriana nie była głupia. Dosyć szybko w jej głowie zaświeciła się lampka ostrzegawcza, która wręcz nakazywała, by wycofała się już teraz. Pociągnięta jednak żywą energią Kai weszła z dziewczyną do środka, do lukrowanego pomieszczenia, przyozdobionego masą serduszek, sztuczną watą cukrową oraz mieniącymi się na różowo światełkami. Wszystko było tak urocze, że z tego uroku można było dostać światłoczułej epilepsji.
Zanim Oriana była w stanie doczytać całe menu z drinkami do końca Kaya przejęła inicjatywę i pierwsza zagadała do barmanki.
— Czy promocja dla par obejmuje też te drinki? — zapytała, wskazując palcem na napój, który nazywał się YOUR SWEETEST UNICORN.
— Tak, kochanie — odpowiedziała barmanka z uśmiechem. — Rozumiem, że wasza dwójka jest razem?
Oriana otwierała już usta, a ich kształt układał się w soczyste „nie“, ale Kaya okazała się szybsza.
— Tak, tak — potwierdziła. Oriana przeklęła pod nosem. — Poproszę w takim razie tego oraz… może tego waszego najnowszego?
— Och, masz na myśli SPARKLING JOY?
— I jeśli można dodać do niego dodatkowy brokat, to byłoby super!
Barmanka przyjęła zamówienie, wzięła od Kai niecałe dziesięć dolarów i zabrała się do roboty.
— Hej, nie zgadzałam się na coś… takiego — mruknęła Oriana, kiedy Kaya w końcu (po tych pięciu minutach składania zamówienia) się do niej odwróciła. — Mogłaś mnie zapytać o zdanie. Wolałabym zapłacić pełną kwotę, niż bawić się w jakieś udawanie pary.
Kaya zdecydowanie nie chciała płacić pełnej kwoty. Chciała skorzystać z promocji i się dobrze przy tym bawić. Kto sprawdzi, czy rzeczywiście są parą? Nie mogą tego zrobić, więc zamierza z tego korzystać. W przeciwieństwie do Oriany ona nie czuła żadnego wstydu, gdy dla dziesięciu dolarów nazywała swoją znajomą z pracy ukochaną dziewczyną.
Barmanka postawiła na ladzie dwa kolorowe i mieniące się w różowych światłach drinki. Obydwa wyglądały na cholernie słodkie. Na sam ich widok zaswędziały Orianę zęby.
— Chodź tam! — Kaya skinęła głową w stronę stolika przy oknie. — Będziemy miały widok na ulicę.
Oriana wolała pójść gdzieś do kąta z dala od ludzi, ale nie wyraziła sprzeciwu. Nawet nie zdążyłaby nic powiedzieć, bo Kaya już postawiła ich napoje na stoliku i siadała na różowym krześle.
Bez słowa dosiadła się do stolika i spojrzała niechętnie na drinki.
— Który jest mój?
— Czekaj… ten twój to był — zamyśliła się — sparkling joy. I miał mieć dodatkowy brokat.
— Dlaczego dodałaś do mojego drinka dodatkowy brokat?
— Jest ładniejszy.
Rzeczywiście był ładny. Małe drobinki mieniły się cieczy, rozpraszając kolorowe światła. Wyglądały jak kryształki, które ludzie dodawali do pamiątkowych kul śnieżnych.
Po godzinie Kaya miała już na stole dwie kolejne szklanki. Oriana nie chciała następnego drinka, a białowłosa to zaakceptowała. Nie chciała się w końcu narzucać — i tak ledwo co wyciągnęła Orianę z domu.
— Kocham te promocje. — Z uśmiechem postawiła na stoliku następnego drinka. Tym razem nie wyglądał już na tak przesłodzonego, ozdobionego górą bitej śmietany i oprószonego jadalnym brokatem. Był inny niż te, które zazwyczaj zamawiała i to chyba zaciekawiło Orianę.
— To jakaś ich specjalność, czy co?
— To jedyny w swoim rodzaju… drink dla par! — Włożyła do drinka dwie rurki. — Spróbuj ze mną.
— Nie.
— Prooooszę! Mieliśmy udawać parę!
— To był twój pomysł — ucięła. — Nie mam ochoty się w to dłużej bawić.
Kaya wyraźnie posmutniała. Siorbnęła sama trochę delikatnie kwaśnego napoju.
— Jesteś denerwująca — burknęła nagle Oriana i nachyliła się nad stolikiem. Złapała w dwa palce rurkę i skosztowała napoju, który wyjątkowo jej nie zasmakował. Był najgorszy z nich wszystkich. Doprawdy obrzydliwy. Tak gorzki, ale zarazem tak kwaśny, że wykręcał dziurę w mózgu.
Odsunęła od siebie szklankę z kwaśną miną. Kaya z uśmiechem przyjęła pozostałą resztkę dla siebie. Wszystko wypiła odrobinę za szybko, ale alkohol zaczynał uderzać jej do głowy; zaczęła się zbyt rozkręcać, trochę zbyt dobrze bawić i nie potrafiła już przestać. Od tego momentu wszystko zależało od tego, czy jej koleżanka zapanuje nad sytuacją, która lada moment może wyrwać się spod kontroli.
Białowłosa zsunęła się z krzesła i ruszyła w kierunku baru, by zamówić sobie coś jeszcze. Nie chciała przestać siedzieć o suchym gardle. W tle grała typowo popowa muzyka, do której całą drogę się kiwała. Z uśmiechem oparła się o kontuar i poprosiła tę samą barmankę o kolejny trunek.
— Twoja dziewczyna się nie martwi? — zagaiła. Wsypywała właśnie do szklanki lód. — Który raz ty tutaj przychodzisz?
— Wszystko jest okeeej — przeciągnęła. — Robisz po prostu pyszne drinki.
Barmanka postawiła gotowy napój przed białowłosą. Kaya ścisnęła chłodną szklankę i przyciągnęła ją do siebie z utęsknieniem. Uśmiech przez cały czas nie schodził jej z twarzy. Czuła się zbyt szczęśliwie i nie chciała tego kończyć.
Wróciła do Oriany prawie w podskokach (zapewne by skakała, ale wolała nie wylać na siebie słodkiej cieczy, która pewnie posklejałaby jej palce u rąk). Usiadła naprzeciwko i zaprezentowała dziewczynie, co tym razem postanowiła zamówić. Oriana włożyła dużo wysiłku w to, by cokolwiek zrozumieć — Kaya zaczęła mówić strasznie niewyraźnie, połykając co drugą sylabę w słowie — ale koniec końców dotrwała do końca.
— Nie powinnaś przystopować? To już chyba piąty drink.
— Nie nooooo, takie promocjeeee.
— Nie będziesz tutaj chlać w nieskończoność.
Kaya się zamyśliła.
— Okej, w takim razie zatańcz ze mną. Obok jest sala z parkietem.
Oriana wyraźnie się spięła. Jej barki się zwężyły. Przybrała pozycję obronną, której Kaya teraz nawet nie zauważyła. Nie w stanie, w jakim była.
— Niezbyt lubię tańczyć. Ogólnie nie lubię takich imprez.
— Nie bądź nudziarą — naciskała dalej. — Tylko na chwilkę.
 
Oriana stała pośród tłumu, a wokół niej skakała Kaya. Białe włosy co chwilę trącały jej twarz, plątały się z jej własnymi złotymi kosmykami. Czuła się przytłoczona całym tym tłumem, ale z jakiegoś powodu dalej tutaj była.
Kaya złapała Orianę niespodziewanie za dłonie. Pociągnęła do siebie w rytm muzyki. Miała naprawdę ciepłe ręce. Długie palce i rozbiegane spojrzenie, z którym ciężko było się teraz spotkać; a czuła, że naprawdę wolałaby w tej sytuacji patrzeć dziewczynie w oczy.
Ludzie skakali, wrzeszczeli i śpiewali. Kaya wydzierała się ile sił miała w płucach do jakiejś dennej popowej muzyki, którą Oriana oceniałby najwyżej na cztery na dziesięć.
Przez cały ten szaleńczy taniec to córka Apolla prowadziła Orianę. Nie pozwalała jej, chociaż na moment zaczerpnąć powietrza, zatrzymać się i odpocząć. Pociągała ją do siebie, a ich ciała się o siebie obijały. Pierwszy raz w ciągu tego wieczora poczuła, że się jej tutaj podoba.
Kaya się uśmiechnęła. Złapała z Orianą spojrzenia. Pomyślała, że w tych szaleńczo różowych światła, które padały na ich twarze, dziewczyna ma naprawdę ładne oczy. Czasem im się przyglądała, gdy były razem na zmianie. Nie rozumiała, jak można mieć tak dogłębnie szare oczy.
— Chcesz przyjść do mnie?! — krzyknęła do Oriany. Przez ten tłum miała się wydzierać, żeby stojąca całkiem blisko dziewczyna miała w ogóle szansę ją usłyszeć. — Mam kota.
— Nie wiem, czy…
— Chodź. Jest tu trochę za głośno.
Puściła Orianę i poprawiła włosy, wciskając jeden z kosmyków za ucho. Próbowała złapać oddech po tym szaleńczym tańcu, w którym obie gubiły krok, następowały sobie na buty i popychały w nie te strony, co trzeba.
— Dasz radę? — zapytała tylko, widząc, że Kaya odrobinę się chwieje. — Jak się zrzygasz to cię tutaj zostawię. Przysięgam.
— Nie jestem taka słaba — zaśmiała się. — Za kogo ty mnie masz?
— Tak? To prowadź.
Oriana posłała Kai prowokujący uśmiech. Dziewczyna przyjęła to wyzwanie i wyprowadziła je z tłumu spoconych, pijanych ludzi. Dopiero po wyjściu poczuła, jak zimno dzisiaj jest i że wybrała naprawdę żałosne ubrania na tę pogodę. Chłód zmroził jej nogi, futro, które miała narzucone na barki, wcale nie powstrzymywało mroźnego wiatru.
 
Oriana pomogła Kai wejść do taksówki i nawet za nią podała adres, pod który miały się udać. Przed drzwiami jednak to białowłosa siłowała się z zamkiem i drżącą dłonią, która nie pozwalała jej trafić kluczem w otwór. Uparcie twierdziła, że sobie świetnie sama poradzi.
— Pumpernikiel! — Podniosła kota z ziemi, zanim w ogóle weszły obydwie do środka.
— Co za głupie imię.
— Ja je wymyślałam — obruszyła się.
— Nieważne już. — Machnęła ręką. — Wiesz… podobało mi się nawet dzisiaj.
Kaya posłała jej uśmiech człowieka, który jednak zaraz się zrzyga.
— Ha, widzisz, a nie mówiłam? — Odstawiła kota na ziemię. — A teraz… teraz wybacz.
Pognała do łazienki, w której się zamknęła. Bynajmniej nie zrobiła tego w barze i dotrwała do domu.

[1580 słów: Kaya otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia + 20 PD]