Nic nie wskazywało na to, że ten dzień może być jednym z ostatnich. Pogoda była bardzo ładna, świeciło słońce, ludzi na ulicach nie było zbyt wielu, a ostatnie kwiaty kwitły. Wczesna jesień była jedną z ładniejszych pór roku. Ademir nie miał na dzisiaj nic zaplanowane. Chciał po prostu odpocząć, pogrążyć się we własnych myślach oraz tekście książki, którą ostatnio próbował dokończyć.
Ademir szedł się spotkać z jednym ze swoich nowych znajomych. Nie miał ich zbyt dużo, a odkąd opuścił obóz, w którym spędził większość dzieciństwa i nastoletniego życia wcale nie było mu się tak łatwo odnaleźć w nowej rzeczywistości. Z Mei urwał mu się kontakt, czego się nie spodziewał i chyba dalej nie mógł się pogodzić ze stratą nowej przyjaciółki. Została mu tylko praca i współpracownicy, z którymi czasem wychodzić do kawiarni.
Mark czekał na Ademira w umówionym miejscu. Był wiecznie uśmiechnięty, pogodny i duchowo bardzo pasował do półboga. Szkoda, że był jedynie człowiekiem i nie zrozumiałby niczego z opowieści o mitycznych obozach. Ademir nigdy nikomu o tym nie opowiadał. Jak miałby to w ogóle wytłumaczyć bez wychodzenia na schizofrenika?
— Cześć! — przywitał się już z daleka, machając do Ademira. — Wejdźmy do środka.
Ademir czuł w powietrzu ciężką atmosferę, ale jeszcze nie mógł stwierdzić, co jest tego powodem. Mark wydawał się tak samo pogodny, mówił tym samym tonem i tak samo szeroko się uśmiechał.
Usiedli przy pierwszym wolnym stoliku. Ludzi o tej porze nie było zbyt wielu.
— Mam wrażenie, że się coś stało — powiedział z uśmiechem, biorąc do ręki kartę menu, którą przed chwilą podała im kelnerka. — Mam rację?
— Jest coś, o czym chciałem z tobą porozmawiać. — Uśmiech z ust Marka zszedł. — To raczej nie będzie dla ciebie przyjemne.
— Nie przejmuj się. — Machnął dłonią. — Jakoś sobie z tym poradzę.
Mark w to oczywiście nie wątpił. Był jednak bardzo wrażliwy i ciężko było mu mówić o rzeczach, które skrzywdzą jego znajomych.
— Podsłuchałem ostatnio rozmowę — zaczął ze względnym spokojem. — Może będzie lepiej, jeśli najpierw coś zamówimy.
Ademir wziął dla siebie zwykłe latte, a Mark wziął coś cholernie słodkiego. Na sam widok kawy z toną bitej śmietany robiło się źle na żołądku.
— Chodzi o to, że ruch w kawiarni spadł.
— Nie jakoś znacząco — zastanowił się Ademir. Faktem było, że ostatnio przyjmowali mniej klientów. Faktem również było to, że Mark pracuje trochę krócej od Ademira i jest chyba najnowszym nowym pracownikiem. — Chcesz powiedzieć, że chcą cię zwolnić? Z racji tego, że jesteś ostatnią osobą, którą zatrudnili?
— Nie mnie. — Pokręcił głową. — Myślą nad tobą.
Ademir ściągnął brwi. Nie wydawało mu się to w żaden sposób logiczne. Przecież pracował tutaj od roku i brał tyle nadgodzin, że kierownictwo powinno być z niego zadowolone. Sam ruch również jakoś znacząco nie spadł. Bynajmniej on tego nie zauważył.
— Nade mną?
— Nie wiem dlaczego. — Mark odwrócił wzrok. Czuł się źle, że to on przekazywał taką smutną wiadomość. — Nie wiem też, czy będziesz jedyny. Słyszałem, że rozmawiali o braku pieniędzy i o tym, że w ostatnim czasie za dużo nowych osób zatrudnili. Wolą zatrzymać nowych, ale starych chcą już zwolnić. To się trochę kupy nie trzyma.
— W takim razie rozumiem, że chyba niedługo się pożegnamy.
Ademir miał bardzo przyjezdny uśmiech. Nie smucił się niepotrzebnie, żeby też nie wpędzać kolegi w złe samopoczucie. On sobie z tym poradzi jak zresztą ze wszystkim innym.
— Poczekaj, może jeszcze się wszystko wyjaśni, okej? — Mark próbował pocieszać Ademira zupełnie bez powodu. Ademir wiedział, że nic się nie wyjaśni. Kierownictwo wiedziało, co robi. Najwidoczniej uznali, że chcą zagrać w ten sposób. Nie mógł wpędzać siebie w fałszywą nadzieję.
— Nie będę czekał. — Pokręcił głową. — Znajdę coś innego. Nie przejmuj się. — Uśmiechnął się. — Skończyłeś już swoją kawę?
— Och… tak, przepraszam, trochę wiesz…
— Rozumiem, nie musisz się naprawdę przejmować tą całą sytuacją. Praca niczego nie definiuje. Dalej będziemy mogli się ze sobą widywać.
Markowi chodziło jednak o samopoczucie Ademira. Wiedział doskonale, że ich kontakt nie umrze. Martwił się po prostu o kolegę. Ta sytuacja nie była fair.
Z kawiarni wyszły niedługo po tej rozmowie i rozstali się na jednej z krzyżówek. Mark poszedł w prawo, a Ademir w lewo. Półbóg całą drogę rozmyślał, co dalej z nim będzie. Nie miał oszczędności, bo w tych czasach ciężko było na cokolwiek odłożyć. Nie chciał też wracać do obozu, bo dopiero co się zaaklimatyzował w San Francisco. Nowy Rzym? Mógłby się na tym zastanowić, ale znowu oznaczało to porzucanie znajomych, których tutaj sobie znalazł.
Był zbyt zamyślony, żeby zauważyć, że przechodzi w miejscu bez pasów drogowych. Zbyt pogrążony w szalejących myślach, zwątpieniach i nadziei, której mieć nie powinien. Zbyt pochłonięty tym, co już nie miało istotnego znaczenia.
Samochód pojawił się niespodziewanie. Wyrósł przed nim jak potwory, z którymi musiał się użerać za czasów nastoletnich. Samochodu jednak nie dało się pokonać przy pomocy zwykłej broni. Samochodu nie dało się zatrzymać. Półbogowie nie umierali tylko przez mityczne stwory. Umierali także jak zwykli ludzie. Może taki koniec był idealnym końcem dla Ademira — zmienił całe swoje życie, poniekąd zapominając o półboskim pochodzeniu, wtopił się w zwykłych śmiertelników i tak też zginął.
Jeszcze dzisiaj strony gazet i strony internetowe obiegnie informacja o tragicznym wypadku z udziałem pieszego. Zwykłego człowieka, bo przecież śmierć Ademira nie będzie niczym niezwykłym. Jego śmierć nie przyciągnie ciekawskich półbogów, którzy będą chcieli się dowiedzieć, co za potwór grasuje w okolicy.
rip dla Ademira
────
[865 słów: Ademir otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia których i tak już nie wykorzysta]

