poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Od Aye CD Chaita — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Aye nie miał żadnego pomysłu. W mieszkaniu Chaita panował taki spokój, że nawet chciał zaproponować, żeby tutaj zostali, ale byłoby to co najmniej dziwne (tak uważał), więc końcowo wzruszył ramionami. Chait też nie miał pomysłu, co mogą robić, a szczególnie po tych wszystkich sytuacjach.
— Możemy się przejść i może coś po drodze znajdziemy — zaproponował coś w końcu, widząc, ze Aye nie ma żadnego pomysłu i pomału zaczyna czuć się coraz bardziej niezręcznie.
Kiwnął głową w odpowiedzi.
— Mam nadzieję, że nie trafimy na twoich współpracowników.
Chait się trochę zawstydził. Nie chciał znów iść w miejsca, gdzie kiedyś pracował, ale po słowach Aye czuł, że musi uważać jeszcze bardziej, niż zamierzał. Jeśli znowu trafiliby na kogoś pokroju Karoliny albo Jessicy, to mogliby zerwać kontakt. I inicjatorem pewnie byłby Aye.
— Nie musisz się o to martwić — zapewnił, chociaż sam nie był tego taki pewien. Może zaczyna mieć coraz większe paranoje? — Pójdziemy w spokojniejszą okolicę.
Jak powiedział, tak też zrobił, prowadząc Aye jakimiś alejkami i ulicami, którymi nie chodziło zbyt dużo ludzi. Jak na sam Nowy Jork było tutaj w miarę czysto, chociaż ze dwa razy przed nogami przebiegł im szczur. Też muszą sobie jakoś radzić w miastach, prawda?
Dziwnie zaczęło się robić, kiedy szczurów zaczęło pojawiać się coraz więcej. Najpierw dwa, potem już sześć, następnie dziesięć… ich liczba stale rosła. Aye starał się zachować trzeźwość umysłu i nie panikować, bo nie był typem osoby, która najpierw panikowała, a dopiero później myślała. Chait za to zaczął zwalniać kroku.
— Może tutaj mieszkają — powiedział Aye, zanim Chait zdążył otworzyć usta. — Szczury to bardzo stadne zwierzęta.
Był to oczywiście niepodważalny fakt, o którym Chait już wiedział. Przeszkadzała mu natomiast ich liczba. Zazwyczaj widział jednego, może dwa szczury. Nie zdarzyło mu się nigdy wcześniej widzieć aż tylu na raz.
— Okej. — Pokiwał głową, starając się zgodzić z Aye. — Może masz rację.
Szli dalej, a szczurów przed ich nogami pojawiało się coraz więcej. Aye zmarszczyło brwi. W końcu wydało mu się to zbyt dziwne.
— Coś nie gra — mruknął do siebie i odszedł do Chaita. Chłopak od razu za nim pobiegł.
Aye skierował się w stronę kanalizacji w chodniku. Z zaciekawieniem kucnął przed nią tuż przy ścianie jednego budynku. Chait zrobił to samo.
— One stamtąd uciekają — stwierdził, kiedy Chait zaczął wciskać palce między kratki.
— Dlaczego? — zdziwił się. — Ktoś wrzucił tam trutkę?
Pokręcił głową. To byłoby zbyt łatwe. Już nie wspominając o tym, że trutka zabija zwierzęta, a nie je wygania z ich miejsca bytowania.
Aye podniósł kratkę jedną ręką. Zaskoczony Chait nie wiedział, czy powinien się odsunąć, więc pozostał w bezruchu. Dzieciak Hefajstosa zapomniał, że nie powinien chwalić się swoją siłą bez wcześniejszego uprzedzenia.
Nachylił się nad otworem, wielką, czarną dziurą i próbował zauważyć cokolwiek w ciemności. Przed twarzą wybiegł mu jeszcze jeden szczur i zaraz po nim, z tej przerażającej ciemności, wyłoniła się ręka, która chwyciła go za koszulkę. Został wciągnięty do środka.
Chwilę szamotał się i próbował wydostać z ucisku, aż nie poczuł pod nogami zimnej, brudnej wody. Postać — albo najprawdopodobniej potwór — który go tutaj wciągnął zniknął.
— Chait? — zawołał, unosząc głowę. Chłopak dalej wisiał nad otworem. Nie wiedział co ma zrobić. — Nic mi nie jest.
— Schodzę do ciebie! — krzyknął.
— Co? Nie… nie trzeba.
Było już jednak za późno. Chait rzucił się w przepaść. Przed upadkiem uratował go jakiś zalążek wyplutej z ust tęczy. Taka poduszka powietrzna.
Chait poprawił fryzurę, koszulkę i spodenki, które miał na sobie, po czym uśmiechnął się dumny z siebie do Aye.
— Wolałem, żebyś został na górze — przyznał Aye, krzywiąc się od razu. Nie mógł bez końca ukrywać charakterystycznego grymasu. — Byłoby mi łatwiej stąd wyjść.
— Nie martw się. Zaraz coś wymyślimy.
To słynne niemartwienie się Chaita zaczynało coraz bardziej brzmieć jak puste słowa. Szczególnie, kiedy mówiąc to, nerwowo pocierał dłoń o dłoń.
Aye wybrał milczenie. Za dużo już się dzisiaj odzywał. W tej sytuacji też wolał pozostać cicho, by stwór, który siedział w ściekach ich nie odnalazł.
— Co teraz? — zapytał Chait po chwili. Chyba zakładał, że plan wydostania się na powierzchnię omówią wspólnie.
— Chodźmy w tamtą stronę. — Aye wskazał ręką na jedną część tunelu. — Widzę tam światło.
Chait nic nie widział.
— Na pewno?
— Może widzę trochę więcej, niż ty. — Wzruszył ramionami. — Uważam, że to będzie najrozsądniejsze.
Chait nie chciał się kłócić (i nawet nie mógł), więc przystał na to i poszedł za Aye. Otaczająca ich ciemność była przerażająca. Na dodatek strasznie śmierdziało, bo broczyli nogami w brudnej wodzie, w której pewnie różne żyjątka zdążyły się rozłożyć lub były w trakcie rozkładu. Aye bardzo żałował, że miał na nogach sandały.

Chait? nie wiem co oni teraz zrobią szczerze
────
[743 słowa: Aye otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 8 sierpnia 2026

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Wyklinała wszystkich bogów. Następnym razem weźmie taksówkę.
Autobus się rozpadał, siedzenia były brudne, a towarzystwo nieciekawe. Cieszyła się, że tylko idiota by stwierdził, że jest bezbronną, bezsilną niewiastą. Pęcek z braku laku wyciągał resztki waty w siedzeniach i ją wyjadał. Obok nich czarnoskóry chłopak w dresie malował tagi na oparciu krzesła. Dahlia chciała oprzeć się czołem o szybę, ale ktoś przed nią chyba ją wylizał. Wolała się nie zastanawiać, czemu.
— Co on rysuje? — Satyr machał wesoło kopytkami.
— Nie interesuj się. — ucięła.
Bawił się za dobrze, w przeciwieństwie do niej. Nie każdego dnia ma misję odnaleźć swojego przyjaciela w kurewsko dużym mieście, jakim był Nowy Jork. W śmierdzącym autobusie.
— Jak natrafi na nas jakiś potwór, to się zastrzelę.
— Niby czym?
— Nibynóżką. — warknęła na satyra.
Ten wzruszył ramionami i oglądał widoki, przeżuwając bezmyślnie watę.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. W tym momencie Nowy Jork nie był aż tak brzydki, kiedy otulała go pomarańczowa zasłona. I kiedy nie patrzyła przez lepkie smugi na szybie. Były bardzo… konsekwentne. Wpatrywała się w nie, jak w nowoczesną abstrakcję, próbując wyłuskać jakikolwiek sens. W obu przypadkach od początku wiedziała, że go nie znajdzie. Po dłuższej chwili znudzona Dahlia rozejrzała się po wnętrzu pojazdu. Po drugiej stronie również były te ślady, tym razem pojedyncze. Przetarła oczy, zwalczając chęć spania, wciąż sunąc wzrokiem po rozmazach. Dopóki nie dotarła do ich źródła.
Był to język. Długi, lśniący zdrowo magentą. Szeroki. Kończył się w czarnym, żabim pysku.
Wiele słyszała o troglodytach, jednak byli rzadkim widokiem. Unikali się wzajemnie, nie interesując się swoimi sprawami. Ten, który prawdopodobnie z nudów szurał językiem po oknie, był wdzięczny do oglądania. Podobnie jak reszta pasażerów, ubrany był w bluzę dresową. Oraz w czapkę full cap New York Yankees. Czym dalej, było gorzej. Pierwsze w oczy rzuciły się gatki Calvina Kleina. Z nich zsuwały się spodnie, zgodnie z modą „skejterską” czy jakkolwiek to się zwało. U tego żaboluda utrzymywały się na poziomie kolan, trzymając się ledwo z przodu. Kiedy się odwrócił, by spojrzeć krytycznym wzrokiem na Pęcka, zauważyła węzeł z pasa, który jakimś cudem trzymał całość, ale tylko za pierwsze przelotki spodni.
Jegomość podniósł się. W rękach trzymał deskorolkę. Słyszała historie o tym, jak troglodyci lubują się w przebierankach i roleplayu, ale teraz dopiero miała okazję ujrzeć na żywo troglodytę skejcika. A teraz wpatrywał się w nich swoimi wybałuszonymi oczami. Przynajmniej odkleił język od okna.
Ssssssssssick! — wymruczał.
Zeskoczył z krzesełka i podszedł do nich. Satyr nie był zbytnio zachwycony.
— Chhhcecie possłuchać mlask mmojego łłłapu?
— Łapu?
Troglodyta kaszlnął krótko i kontynuował.
— Joł, joł mlask. Freesstyle.
— No dobra.
Uderzył się piąstką w klatkę piersiową. O ile to można było tak nazwać.
— Jestem z bagna, ale chrrk wbiłem do NYC, Zeus błyskawice? Ja mam śśśluz i styl, ej! Possejdon macha trójjjj-kum-zębem, robi fale. Ja łobię kum-kum, wszyscy: stary, ale…
Wypluł z siebie kanonadę nieokreślonych dźwięków, które miały być jakimś beatboxem. Dahlia nie wiedziała, czy być pod wrażeniem, czy nie.
— Nowy Jork! Żżaby! Bogi! Kum Nie uciekaj, bo mam nnogi! Kum Olimp, Bronx i Central Park, Kum, Kum, drop the mic. Hermes kum ma sssandały, w NYC sssiedzą pedały. Atena mądra? Sssspoko, szanuję damę kum, ale zzgubiła się w metrze na linii M, amen! Kum Cerber pilnuje wejścia do metra, kontroler biletów? To Hydra jest, beka, kum.
Zatrzymał się i wpatrywał się w nich pytająco. Pęcek gwizdnął z uznaniem. Dahlia jednak była pod wrażeniem, głównie inteligencji takiego papudraka.
— To jest nawet dobre. Musisz poszukać kogoś, kto ci muzykę dorobi. Może syreny?
Żaboludź uśmiechnął się szeroko, od ucha do ucha.
— Sssyreny? Fałszzz jak ropucha, kum, jedna otworzyła dziób kum zdechła mi mucha!
Satyr odwrócił się do Dahlii.
— Niezły jest.
— Słyszę.
— Ej żabik, jest może gdzieś w okolicy magiczny transport? No wiesz, taki dla półbogów. — zagaił Pęcek.
— Olimp wysssoko, Manhattan kum też, jak nie masz drachmy, to nie jedziesz, wiesz.
— Czy on nazwał nas gołodupcami? — obruszył się.
— Jedziemy autobusem, zgadnij. — odparła.
Kum. Zeus ma pioruny kum Hadesss ma ccień, Demeter ma mlask marchew, ja mam błoto kum. Dzień. To był fresssstyle. Mlask.
Satyr się skrzywił i bez mrugnięcia okiem odpowiedział:
— To było akurat przestępstwo. Nad tym popracuj.
Autobus zatrzymywał się na przystanku, a troglodyta niespiesznie stanął na desce. Odbił się raz i wyskoczył z pojazdu nonszalanckim backflipem.
— Czyli coś tutaj jest, ale za drachmę. Cholerne przewalutowanie.
Bardzo szybko jednak odczuła złośliwość tego miasta. Stanęli w morderczym korku, co było dziwne, biorąc pod uwagę godzinę. Dahlia z satyrem z każdą minutą byli coraz bardziej sfrustrowani, nie mówiąc o klaksonach.
— Ej Dahlia, zobacz. — W pewnym momencie satyr przerwał jej myśli.
— Co? — odwróciła się i przed nią było Arnar.
Zamrugała oczami, Arnar tak samo. Dzieliły ich dokładnie dwie szyby autobusów, ona w jedną stronę, Arnar w drugim autobusie w drugą. Pojazdy przesuwały się centymetrami, a w ich środku zaczęła się pantomima. Arnar zaczęło machać, Dahlia wskazała ręką wyjście. Syn Hermesa rysował jakieś szlaczki na szybie, co nie było trudne, bo ręce miał upierdolone jakąś nieznaną substancją. Musiała się dobrze zastanowić, co w ogóle czyta, dopóki nie ogarnęła, że Arnar pisze zdania. Szkoda tylko, że nie ogarnęło, że ona ma widok na lustrzane odbicie tych zdań i musiała się wysilić. Co było trudne przy przebodźcowanym półbogu, przed nią literki skakały jak najęte. Jeszcze tam pisali do siebie i migali, coraz bardziej gorączkowo. Przy czym jedno irytowało się coraz bardziej, a drugie było jeszcze bardziej clueless.
— Ej Dahlia. Bo ten jego autobus jedzie, kurwa, do Filadelfii.


Arnar?
────
[892 słowa: Dahlia otrzymuj 8 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 6 sierpnia 2026

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— A do czego ci to? — podejrzliwie zapytała.
Weronika zamknęła książkę, pretensjonalnie głaszcząc ją po grzbiecie. Kojarzyła tego chłopaka, był jednym z grupowych. Był jednym z tych idiotów, co się nie wypowiadali i kiwali głową, czekając z nadzieją na koniec spotkania. W dodatku zaczerpnął maniery Niketasa, akcentując to cholerne R w jej imieniu. Nie miała pewności, ale od razu przydzieliła Mikołaja do ciemnej strony mocy. Nie będzie bratać się z jakimś potencjalnym przydupasem domku Hermesa. Ergo, wróg. A wrogom nigdy się nie wyznaje słabości. Wrogom, którzy rysują krzywe, brzydkie tabelki.
— Jakby zalało. No wiesz, powódź.
— Oczywiście, że umiem pływać! — warknęła.
Mikołaj odskoczył nieco, całkowicie zaskoczony jej tonem.
— Yyy, dobrze, już wpis— już nacisnął na długopis i miał zaznaczyć zamaszystego ptaszka w kolumnie "umie pływać", ale Weronika wyrwała zeszyt z jego ręki.
— To niedobrze. Tylko osiem osób umie pływać! Mieszkamy nad cholerną zatoką Long Island i tylko osiem osób z całego Obozu umie pływać.
— No właśnie. — Mikołaj odzyskiwał rezon. — Tylko osiem osób, na razie. Zostały mi jeszcze dwa domki. Możesz mi oddać zeszyt? Oddasz i, hehe, spływam stąd.
— Musisz zrobić lepszą tabelkę. Ta jest brzydka i nieczytelna. Co to za plamy? — powąchała zeszyt. — Pachną alkoholem, co za zaskoczenie.
Mikołaj wyrwał jej zeszyt.
— Już nie przesadzaj. Da się rozczytać.
— Problem jest większy! — Nika wstała.
Kiedy jakiś nieuważny obozowicz przeszedł obok nich, zafukała na niego z tekstem "czemu ty nie umiesz pływać, co?", sprawiając że odszedł szybciej. Już od jakiegoś czasu ludzie trzymali dystans od niej, obawiając się rozkazów czy krytyki. Ten dzieciak widocznie zapomniał, czemu.
— Musimy coś z tym zrobić. To nasza odpowiedzialność, jako grupowych.
Mikołaj wpatrywał się w nią z głupią miną.
— Huh?
— No, dowiadujemy się, że nasz Obóz nie przetrwa w czasie kryzysu wodnego. Jeżeli Posejdon kiedyś się zirytuje, to żadna modlitwa nie pomoże półbogowi w przypadkowym zalaniu zatoki. Nie mamy żadnych kół ratunkowych, mamy parę łódek na krzyż. Już nie mówiąc o misjach, w których półbóg może zostać zaatakowany przez morskiego, czy tam rzecznego potwora!
— Mamy za to dużo drzwi. Starczy dla wszystkich, nie to co na Titanicu. — wesoło rzucił syn Dionizosa.
— To nie jest zabawne. To jest przerażające. Co, jak dostaniemy górę lodową znienacka? — zaczęła machać żywo rękami.
— Hej, hej, Werrrrrrr—
— Skończ.
— Okej. Chciałem tylko powiedzieć, żebyś wrzuciła na luz. Mamy tu całkiem niezłe bariery ochronne, ładną pogodę i słoneczko przez cały rok. Truskawki. One chyba wypijają dużo wody, nie?
— Chcesz rzucać truskawkami w potwora morskiego? Czy ty jesteś normalny? Nie. Tak nie może być!
Przez ten cały czas kręciła się w kółko, zastanawiając się głęboko. Książka Dostojewskiego leżała pod drzewem, czekając, aż właścicielka skończy swoją tyradę. Mikołaj w tym czasie rysował kaczuszkę obok tabelki.
— Jutro, punkt ósma, musimy zebrać wszystkich na plaży. Jako grupowi.
— Oo, super, plażowe zabawy. Mogę przynieść drinki.
— Żadne zabawy! Musimy nauczyć naszych podopiecznych pływać.
Rozmówca pokiwał poważnie głową.
— No to wezmę jeszcze truskawki.
— Po co truskawki?
— Są, eee, lekko się je trawi. Energia. Sok truskawkowy, czy coś.
— No dobra, może być. Dam znać Chejronowi, że treningi z pływania muszą być obowiązkowe.
Już miała ruszyć w stronę głównego domku, kiedy przypomniała sobie coś. Odwróciła się do Mikołaja, wpatrując się w jego zeszyt.
— Ej, a pokaż na chwilę.
Wzruszył rękami i trzymał mocno zeszyt, pokazując jego zawartość Weronice. Próbując rozczytać pismo, trafiła w końcu na rubrykę „Niketas: nie umie pływać”.
— A to debil. — skomentowała.

Nazajutrz zebrali się przy pomoście. Był domek szósty, połowa domku dwunastego i rozbitki z domków pomniejszych bogów. Całkiem sporo osób, dużo z nich ziewało i przecierało oczy. Mikołaj pojawił się, zgodnie z zapewnieniami, z koszem truskawek. O dziwo był w całkiem dobrym humorze.
— Super, że jesteśmy. Dobra, to trzeba pokazać, jak się pływa. Wskakuj do wody.
Mikołaj popatrzył na nią tak, jakby spadła z księżyca.
— Ale że ja?
— A nie?
— Ale ja nie umiem pływać.
Wpatrywali się w siebie tak przez dłuższy czas.
— No, nie pytałaś się. Nie umiem pływać. Przyszedłem tutaj, żeby sie nauczyć. Wiesz, kryzys, Titanic. A ty umiesz pływać przecież.
Weronika przełknęła głośno przekleństwo w ustach.
— No tak, ale ja nie mogę jednocześnie pokazać i opisywać, jak to robić. Muszę przedstawić BHP, zasady dobrego oddychania i takie tam. — zaczęła się pocić. — Ktoś musi być w wodzie.
— No to wskocz do wody, pokaż i potem opiszesz.
— Nie!
— Dlaczego nie?
— Bo… nie. Nie!
— To tylko pływanie. Sama wspominałaś, że w razie misji, powodzi przez Posejdona i innych takich, obozowicze muszą umieć pływać. Potwory morskie. Rzeczne.
Reszta obozowiczy patrzyła tępo na ich kłótnie. Weronika modliła się, żeby w tym momencie Zeus ją trafił ze swojego pioruna. Albo żeby Hades zapadł ją pod ziemię. Mogą być nawet te latające szczury Afrodyty, byleby ją zabrały w cholerę.


Mikołaj?
────
[625 słów: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Ileż by teraz dała, żeby podzielić, niczym Raskolnikow lichwiarkę, Pana D na malutkie kawałki. Gladiusem, siekierą, wszystko jedno.

— Oni potrzebują wsparcia! Muszą rozwijać swoje zainteresowania i mają się nie opierdalać! — krzyknęła Weronika za wychodzącą Caroline.
Jej się zdecydowanie nie podobał ten cały obrót sprawy. Z drugiej strony nie miała pojęcia, kogo by wybrała podczas swojej nieobecności. Jasne, Chejron cały czas zawracał jej głowę tym, że musiała znaleźć zastępcę, ale rodzeństwo jest za młode na tak odpowiedzialną funkcję. O bogowie, co się stanie z tym domkiem, jak będzie musiała wybyć? Aż dostała dreszczy. Przecież mieli tylko szesnaście lat.
Gorączkowo zapisywała na kartce swoje rozkazy dla domku. W ten sposób się upewniała, że po jej powrocie nic się nie wywróci do góry nogami, a samo rodzeństwo nie zostanie małpim gajem z chęcią mordu. Spodziewała się wszystkiego po Aresiakach. Gdy podniosła głowę, zobaczyła Maura w progu drzwi.
— Dobrze, że jesteś. — westchnęła.
Maur coś odmruknął pod nosem. Zawsze miał jakieś swoje odzywki i Weronika mogłaby przysiąc, że usłyszała coś o „wylosowaniu krótszej słomki”. Nieistotne, były ważniejsze rzeczy.
— Złóż raport.
— Caroline kazała nam skakać w workach po ziemniakach.
— W jakich workach po ziemniakach?
— Przez przeszkody.
— Robi z was małpy?
— Ta. — Maur od niechcenia układał swoją kostkę Rubika.
— To okropne! Masz tutaj listę, co powinniście robić, tutaj wyliczone racje batoników z ambrozją, na wypadek. Jakby uszkodziła was podczas treningu. A jutro…
— Jutro mamy wyznaczoną akcję drużynową.
— Co? — Weronika wpadła w większy stupor.
Brat podłubał w nosie.
— No, jutro będziemy mieć zadanie drużynowe. Polowanie na Caroline. Że ona się gdzieś ukryje, a my mamy ją znaleźć. Dobra, daj tę listę. Idę już sobie, bajo. — wyrwał jej kartkę z ręki.
— Zaczek—
Brat zniknął szybko w drzwiach, zostawiając ją samą. Wpatrywała się w tabelki oraz akapity, z których wyłaniały się obowiązki oraz zobowiązania. Zwykle uwielbiała to robić, ale w tym momencie odczuwała duży dyskomfort. Co jej po tym, skoro nie ma pewności, czy zrobią wszystko? Wstałaby, gdyby nie te głupie wymagania dzieci Apolla. To tylko wstrząśnienie, jaki jest problem? Przynajmniej troglodytka dla słusznego celu chce zostawić domek, to się chwali, sam pomysł "zadania" też nie był zły. Musi tylko znaleźć sposób, żeby przekazywać rozkazy.
Aż ją głowa rozbolała. Zrezygnowała z dalszych myśli i poszła spać. Z nadzieją, że się jej uda przejąć domek z powrotem.

Kolejnego dnia odwiedziła ją Chloe.
— Kiedy wracasz? — zapytała rzeczowo z progu.
Weronika podniosła głowę.
— Oby teraz. Jak sytuacja?
— Jest zabawnie. Otóż Pan D przewidział, że Caroline ucieknie. Kazał nam zorganizować się w grupy ścigające, w ramach treningu. Chejron wciąż nie wrócił.
— Grupy ścigające? Chyba nie masz na myśli…
— Tak, mamy ścigać Caroline wszelkimi dostępnymi środkami i zabrać ją z powrotem do Obozu. Z zachowaniem wszelkich środków. Część przyszykowała już naboje ze środkami usypiającymi od Apolloniątek.
— Że co.
— Pan D powiedział, że inni bogowie mieli pretensje, że nie jesteśmy tak wyszkoleni, jak rzymianie. Dlatego stwierdził, że to super okazja, żebyśmy się wykazali. Ja sądzę, ze wykażemy się co najwyżej obliczaniem, ile paliwa w baku zostanie przeznaczone na gonitwę.
— Poza GRANICAMI Obozu?!
— Dobra, dobra, będziemy organizować tylko na terenie Obozu. Narysujemy karton z podobizną Caroline i będziemy szukać po krzakach. — odparła sarkastycznie.
Przez ten cały czas jadła chrupki i wpatrywała się, jak dusza ulatuje z Weroniki.
— Przecież to niebezpieczne!
— Tak.
— Może się coś wam stać.
— Aha.
— i to wszystko, żeby ściągnąć głupią troglodytkę.
— Mhm.
— Kto się zajmuje domkiem podczas nieobecności?
— Ja. Reszta już wyruszyła.
Nika nie pamiętała, kiedy ostatnio była tak zszokowana. Mogłaby przysiąc, że prawdopodobnie jest w śpiączce, po tym feralnym uderzeniu przez Caroline. „To tylko koszmar” powtarzała sobie w głowie, trzęsąc się ze złości.
Wygramoliła się z łóżka i otworzyła okno. Zakręciło się jej w głowie, ale chęć powstrzymania była większa.
— Ruszam za nimi. Muszę ich zawrócić, cholera jasna!


Caroline?
────
[615 słów: Weronika otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel CD Dahlii — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Is przez chwilę zastanawiała się, czy bardziej przejmuje się tym, że Dahlia zdemaskowała jej półboską stronę, czy tym, że mają plecak pełen kokainy. Kokainę można spuścić w toalecie. Dzieciaka Hermesa nie. Chyba. W każdym razie, Dahlia najwyraźniej uznała, że to kokaina jest ich głównym problemem.
— A co się robi z kokainą? Wciąga, co nie? — zapytała, zerkając na plecak. Kiedy odwróciła się z powrotem i zobaczyła, jakim spojrzeniem obrzuciła ją Dahlia, zdecydowanie potrząsnęła głową. — Nie, nie, co ty. Nie będę tego wciągać. Tylko zawsze mi się myli z heroiną.
— Nie chcę pytać — mruknęła pod nosem Dahlia, podchodząc do plecaka.
Isobel usiadła na brudnych schodkach i podparła podbródek na dłoni.
— Dziwne, że było go stać na tyle kokainy, a nie na to, żeby kupić sobie plecak. Bez sensu — powiedziała marszcząc brwi. — Pewnie wystarczyłoby, żeby sprzedał z jedną działkę. Ja rozumiem dealować, ale kraść? Nie przesadzajmy.
Dahlia w tym czasie złapała plecak za uszy i podniosła, jeszcze raz zaglądając do środka.
— To już nieważne. Trzeba się tego jakoś pozbyć, bo naprawdę nie wybieram się do więzienia — rzuciła, ostrożnie zasuwając plecak.
— Zawsze można to spuścić w toalecie.
— Nie wniosę tego do mieszkania.
— Publicznej toalecie?
— Nie możemy z tym wejść do jakiegoś McDonalda.
Is westchnęła.
— Może jakaś rzeczka? Coś tu gdzieś na pewno płynie.
— Wytrujemy wszystkie ryby.
— To ja już nie wiem. — Wyrzuciła dłonie w powietrze, po czym zagryzła dolną wargę. — A może studzienka kanalizacyjna? Jestem pewna, że widziałam jedną tu obok, przed zakrętem — przypomniała sobie.
Dahlia milczała przez chwilę, zastanawiając się nad tym pomysłem. Właściwie mogły albo wysypać to do kanalizacji, albo do śmietnika. Jedno rozwiązanie gorsze od drugiego, ale wszystko było lepsze, niż wrócenie z tym do do domu.
— Chyba nie mamy innego wyjścia — powiedziała w końcu, wzdychając.
Wstając, Is otrzepała spodnie z kurzu, a potem ruszyła do drzwi, kiedy Dahlia zarzucała sobie plecak na ramiona. Najpierw wytknęła głowę przez szparę w drzwiach, rozejrzała się na boki, a dopiero potem machnęła dłonią na Dahlię, że mogą iść. Czuła się jak jakiś przemytnik nielegalnych przedmiotów. Chociaż tak właściwie to właśnie to robiła. Zbiegła po niezbyt stabilnych schodach i zaczęła rozglądać się za miejscem, w którym mogła przysiąc, że widziała studzienkę kanalizacyjną. Upewniła się, że Dahlia za nią idzie i kontynuowała rozglądanie się na boki. Choć raz w swoim życiu postanowiła się zamknąć, żeby przypadkiem nikt nie zwrócił na nie większej uwagi, niż powinien.
Kiedy w końcu zauważyła metalową kratę w chodniku, uśmiechnęła się z satysfakcją.
— No! Wiedziałam, że gdzieś tutaj była — powiedziała i skręciła między dwie dość już nadgryzione zębem czasu kamienice.
Śmierdziało tam stęchlizną i nadgniłymi owocami, ale i tak planowały spędzić tu tak mało czasu, jak tylko mogły, więc była w stanie to zignorować. Przykucnęła przy kracie i zaczęła szperać przy jej otwarciu; co prawda nie była w żaden sposób zamknięta, ale na pewno nikt od dawna jej nie dotykał, bo zardzewiała i nie chciała sie otworzyć. W końcu zaparła się stopami o ziemię i pociągnęła na tyle mocno, że krata odskoczyła. Złapała ją w ostatniej sekundzie przed tym, jak huknęła o kostkę brukową.
— Wsypuj — rzuciła, unosząc wzrok na Dahlię. Wciąż w kuckach przytrzymywała kratę, żeby nie narobiła hałasu.
Dahlia zsunęła plecak z ramion, otworzyła go i próbowała wymanewrować nim tak, żeby wypchany, plastikowy woreczek strunowy sam wpadł do studzienki. Na pewno nie miała zamiaru go dotykać.
— To serio wygląda trochę jak bochenek — zauważyła Is po chwili namysłu, przyglądając się workowi kokainy, jakby to była najnormalniejsza na świecie rzecz.
— Ta. Nie spojrzę już na chleb tak samo — mruknęła Dahlia, a potem woreczek w końcu wypadł z plecaka i z cichym tąpnięciem wpadł do dziury.
Nawet nie chlupnęło; ostatnio raczej nie padało. Is miała nadzieję, że akurat tego dnia z nieba spadną tony wody, żeby utopić właśnie zutylizowaną przez nią kokainę. Kiedy próbowała z powrotem zamknąć kratę, z góry usłyszały skrzek jakiejś starszej baby.
— A co wy tam robicie? Znowu kradniecie kratę? Dzwonię na policję!
Wychylała się z okna, niemal zaplątana w brudną firankę i groziła im pięścią. Is zamrugała, zastanawiając się, dlaczego ktoś miałby kraść zardzewiałą kratę do studzienki kanalizacyjnej. Druga część zdania dotarła do niej dopiero kiedy Dahlia pociągnęła ją za nadgarstek, żeby wstała, i kopniakiem zamknęła kratę.
— Nie będę znowu uciekać przed policją — zaznaczyła, już ruszając w kierunku wyjścia z alejki.
— Gdzie wy się wybieracie? Wracajcie tutaj! W tej chwili! — zawołała w tym samym czasie babcia z okna.
Is na odchodne wyszczerzyła się do niej, zanim nie zniknęły za rogiem.


Dahlia?
────
[730 słów: Isobel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Caroline nigdy, przenigdy nie chciała zostać grupową nawet swojego domku. Za dużo w tym było pierdolenia się z gówniarzami, bezsensownych spotkań i dodatkowych zadań. Lubiła swoje życie jako przeciętna obozowiczka. Hulaj dusza, piekła nie ma! Dlatego wściekła się, kiedy Dionizos zdecydował przydzielić ją na grupową domku Ateny. Jej ze wszystkich bogów. Wszystkie jej dzieci były nadęte jak balony i patrzyły na nią, jakby była zgniecionym robakiem na podeszwie ich butów. Na litość boską, ona już nawet nie była prawowitą obozowiczką, a poza tym, Weronika dostała w głowę na własne życzenie. W sprawiedliwym pojedynku. Jedyna niesprawiedliwą w tym wszystkim rzeczą było to, że dostała za to karę.
Po tym, jak już nakrzyczała na rodzeństwo Weroniki, że „mają się zająć własnymi dupami i broń boże niczego nie kombinować”, zakradła się do domku dzieciaków Apollo. Poczekała, aż opustoszeje i dopiero wtedy weszła do środka.
— Słuchaj, kurwa — powiedziała, mrużąc oczy, kiedy tylko zobaczyła Weronikę leżącą na jednym z łóżek. — Lepiej szybko zbieraj się z tego wyra, bo ja jutro rano muszę być w Nowym Jorku i iść na zajęcia. Co ja mam powiedzieć wykładowcom? Że musiałam się zajmować zasmarkanymi półbogami?
Zatrzymała się tuż przy łóżku widocznie nabzdyczonej dziewczyny, ledwo powstrzymując się przed dźgnięciem jej palcem. Szanse na to, że Weronika by jej go odgryzła były małe, ale przecież nigdy nie wolno mówić nigdy. Caroline za bardzo ceniła sobie posiadanie wszystkich dziesięciu palców.
— Może twoje rodzeństwo jest zasmarkane. I zaślinione. Moje od urodzenia ma wpojoną kulturę osobistą. Wszystkie dzieci Ateny wiedzą, jak powinny zachowywać się w towarzystwie. Ty też mogłabyś spróbować się tego nauczyć — fuknęła Weronika, krzyżując ramiona na piersi.
Caroline policzyła w myślach do pięciu, a potem do dziesięciu. Naprawdę nie potrzebowała więcej kłopotów. Zamordowanie kogoś w pseudo szpitalnym łóżku i poniesienie tego konsekwencji zdecydowanie zaliczało się do dużych kłopotów. Pogodziła się już z tym, że na pewno nie dotrze jutro na uczelnię (rozkazów bogów się nie łamie, jeśli chce mieć się wszystkie sprawne kończyny), ale fakt, że przez te dwa dni będzie musiała użerać się z małymi kopiami Weroniki, absolutnie niczego nie ułatwiał.
— Moją kulturą osobistą się nie przejmuj. Nie twój problem. Powiedz mi lepiej, co ja mam do cholery zrobić. Czytać im książeczki? Rozmawiać o emocjach? Bo w tym to ja akurat nie jestem dobra — burknęła, podpierając dłonie na biodrach. — Co wy w ogóle robicie całymi dniami? Wszyscy czytają rosyjską literaturę, czy tylko ty jesteś aż tak pierdolnięta.
Weronika aż się żachnęła. Chciała usiąść, ale kiedy zbyt szybko podniosła głowę, na jej twarzy pojawił się brzydki grymas bólu. Powoli opadła z powrotem na miękkie poduszki.
— To klasyka. Wiedziałabyś, gdybyś miała choć odrobinę jakiegokolwiek gustu — powiedziała, przyglądając dłoń do czoła. — To rosyjska literatura ustaliła nurty-
— Weź skończ — wtrąciła Caroline. — Gdybym cię nie znała, to bym zapytała, czy nie masz przypadkiem wstrząśnienia mózgu. Ale widzę, że absolutnie wszystko jest w porządku — rzuciła sarkastycznie.
Od gadania tej dziewczyny zaczynała ją boleć głowa. Ból w skroniach nasilał się, kiedy przypominała sobie, że będzie musiała to znosić przez następne dwa dni.
— A może mam wstrząśnienie mózgu? To wszystko to twoja wina. Jakbyś znała zasady walki fair play, to do niczego by nie doszło. — Weronika pociągnęła nosem i ostentacyjnie odwróciła twarz w drugą stronę.
Gdyby Caroline tak bardzo nie lubiła swoich włosów, to pewnie już zaczęłaby rwać je z głowy. Miała ochotę wyjąć telefon i zadzwonić do mamy, żeby zabrała ją do domu. Czego nie robiła od podstawówki. A telefon zostawiła w mieszkaniu w Nowym Jorku, bo jeszcze ceniła sobie swoje życie na tyle, żeby nie przynosić go do Obozu Herosów.
Zdążyła jedynie wziąć długi, głęboki oddech, kiedy drzwi domku Apollo się otworzyły.
— Caroline? Tobie nie wolno tu być — powiedział z niepokojem jeden z dzieciaków Apollo, którego dziewczyna średnio kojarzyła.
Dyskretnie przyjrzał się Weronice, jakby upewniał się, że nadal jest w jednym kawałku. Tak jakby podejrzewał, że w ciągu tych kilku minut Caroline złapała jedną z poduszek i udusiła nią córkę Ateny. Może i dobrze, że przyszedł.
— No już, przecież nie nie robię — burknęła, unosząc obie dłonie do góry. Jeszcze raz spojrzała na Weronikę. — Bierz dupę w troki — rzuciła jedynie.
Obrzuciła dzieciaka Apollo niechętnym spojrzeniem i wycofała się, żeby wyjść. Tylko tego brakowało, żeby jeszcze ktoś naskarżył na nią do Pana D., że nie stosuje się do jego rozkazów.
Czekały ją naprawdę ciężkie dni.


Weronika?
────
[706 słów: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne — „Wherever you are you will always be in my heart”

Eli nie miała pojęcia, co w nią wstąpiło, ale zapewne składała się na to cała seria niefortunnych zdarzeń. Bolał ją brzuch, pakując się przegapiła śniadanie, jej włosy wyglądały jak bocianie gniazdo, a poprzedniego wieczora posprzeczała się z Kalem. Może i się pogodzili, ale coś nadal ściskało ją w brzuchu. Poza tym była zmęczona i marzyła o tym, żeby dwa najbliższe dni przeleżeć w łóżku.
Wszystko złożyło się na to, że kiedy w niedzielę rano zadzwoniła dzwonkiem do domu rodzinnego, a drzwi otworzyła jej rozpromieniona Camille, Eli najzwyczajniej w świecie się rozpłakała. Po prostu poczuła, jak jej gardło nieznośnie się zaciska, a oczy wezbrały jej łzami. Wciąż ściskając w dłoniach swoją torbę, stojąc w progu, pozwoliła im popłynąć.
Szeroki uśmiech Camille szybko zamienił się w zmarszczone z troską brwi.
— Jezu, kochanie, co się stało? — zapytała, wychodząc na ganek, żeby przytulić Elianne.
— Nic — mruknęła Eli, z ulgą chowając się w objęciach kobiety. — Po prostu… — próbowała wyjaśnić, ale głos jej się załamał. — Nie wiem.
Sweter Camille pachniał tymi samymi perfumami, których używała, odkąd tylko Eli pamiętała. Zapach ten kojarzył się jej z domem i to sprawiło, że jeszcze bardziej zadrżała.
— No już, już — wymamrotała uspokajająco kobieta, ostrożnie przeczesując palcami splątane loki dziewczynki.
Odsunęła się odrobinę, żeby móc odgarnąć jej włosy z czoła.
— Wejdźmy do domu, co? Porozmawiamy.

Elianne szybko została posadzona na kanapie, z kocem narzuconym na ramiona i pudełkiem chusteczek. Wciąż pociągała nosem, ale policzki miała już względnie suche i zaczynało jej być głupio przez ten niczym nie spowodowany wybuch. Zwykle umiała nad sobą panować, ale może robiła to już zbyt długo. Cam krzątała się po kuchni, robiąc herbatę, jednak co chwilę zerkała na Eli kątem oka.
— Tata poszedł na spacer i do piekarni, myślał że będziesz później — wyjaśniła, szukając cukierniczki. — Chłopcy jeszcze śpią.
— To dobrze — mruknęła Eli, bawiąc się nadprutym rogiem koca.
Camille w końcu przeszła do salonu i postawiła dwa kubki na stoliku, po czym usiadła obok dziewczynki. Uśmiechnęła się do niej.
— Teraz opowiadaj, co w obozie? Ktoś ci dokucza? — zagaiła, nie chcąc ponownie pytać wprost, co doprowadziło Eli do płaczu.
— Nie. Centurionom się nie dokucza — westchnęła, a Camille tylko pokiwała głową, bo wciąż nie do końca rozumiała, na czym polega ta rola. — Po prostu miałam kiepską noc i poranek.
Sięgnęła po swoją herbatę i złapała ciepły kubek w obie dłonie, po czym oparła głowę na ramieniu kobiety. Dawno nie miała ku temu okazji, a czasami tęskniła za nią tak bardzo, że aż coś kuło ją w piersi.
— Chcesz o tym porozmawiać? — zapytała łagodnie Cam, ponownie przeplatając między palcami jej włosy.
— Nie ma o czym. Tylko wstałam w złym humorze — mruknęła, przymykając oczy.
Poczuła, jak Camille opiera policzek o czubek jej głowy.
— Wiesz, że możesz zawsze wszystko mi powiedzieć? Jestem po twojej stronie, nieważne w jakiej sprawie — powiedziała cicho, a Elianne poczuła, jak łzy na powrót napływają jej do oczu.
Milczała przez chwilę.
— Wiem. Dziękuję. Kocham cię — szepnęła tylko, mocniej zaciskając palce na ceramicznym kubku.
— Ja ciebie też. — Camille pocałowała czubek jej zmierzwionej głowy. — Na poprawę humoru, mam dla ciebie niespodziankę. Musisz jeszcze poczekać, ale będzie warto — dodała z uśmiechem, krótko ściskając dziewczynkę.
Żyjąc z trójką braci Eli już dawno nauczyła się, że niespodzianka nie zawsze oznacza coś dobrego, ale ufała Camille, że nie chciałaby jej akurat tego dnia dobić jeszcze bardziej. Tylko skinęła głową, w końcu biorąc się za picie swojej herbaty.
— Jesteś głodna? My jeszcze nie jedliśmy, bo twój tata jak zwykle ma na wszystko czas i nie ma go już z pół godziny — powiedziała Cam, z rozbawieniem przewracając oczami.
Elianne uniosła kąciki ust w małym uśmiechu. Tak, to brzmiało jak jej tata. W końcu ostatni raz pociągnęła nosem i podniosła głowę z ramienia Camille. Zanim zdążyła zakomunikować, że już czuje się lepiej, usłyszała skrzypienie schodów i znajomy głos.
— Mamo? Robiłaś kawę?
Poczuła, jak resztka ciężaru opada z jej ramion. Nie widziała się z najstarszym bratem od czerwca, kiedy to wpadł do domu na tydzień, bo znalazł sobie pracę w pobliżu uczelni na całe wakacje. To było ponad pięć miesięcy temu i Eli boleśnie odczuwała jego nieobecność podczas każdej wizyty w domu.
Camille roześmiała się, widząc jak dziewczyna pospiesznie odstawia herbatę na stolik.
— To właśnie twoja niespodzianka. Wstała szybciej, niż podejrzewałam.
Eli już słuchała jej tylko jednym uchem, bo Chris zdążył już podejść od tyłu do kanapy i posłać siostrze jeden ze swoich mistrzowskich, krzywych uśmiechów.
— Cześć, El. Wyglądasz, jakby ktoś nasikał ci do herbaty.
— Dupek — mruknęła pod nosem Elianne, ale wcale nie przeszkodziło jej to w wdrapaniu się na oparcie kanapy, żeby przytulić brata.
— Od kiedy przeklinasz przy mamie?
— Dupek to nie jest przekleństwo.
— Jak na ciebie? Jest.
— Żebym zaraz nie musiała-
Chłopak wykorzystał okazję, i wbił jej palce w żebra. Eli zaśmiała się i zaczęła wyrywać się z jego uścisku.
— Mamo! — poskarżyła się piskliwie, kiedy Chris za żadne skarby nie chciał jej uwolnić z tej męczarni.
Im była starsza, tym rzadziej zwracała się do Camille w ten sposób, ale to wciąż było coś, co mówiła instynktownie. Nie umiała pozbyć się dziwnego zmieszania, które zawsze wtedy odczuwała, jakby Juwentas miała zaraz pojawić się na środku ich salonu i ją za to ukarać. A jednak od zawsze wiedziała, że chociaż Camille nie jest z nią w żaden sposób spokrewniona, wciąż jest jedyną matką, którą Elianne kiedykolwiek uznawała. Była zbyt zajęta wyrywaniem się z ramion brata, żeby zauważyć, że uśmiech Cam złagodniał.
— Christopher, odstaw siostrę. Nie macie już po pięć lat — zganiła go, ale po jej głosie słychać było, że powstrzymywała się od śmiechu.
Eli w końcu wylądowała z powrotem na kanapie, oddychając ciężko i rozmasowując obolałe żebra.
— Zdrajca — fuknęła w stronę brata, ale nie potrafiła ukryć uśmiechu.
To, co dręczyło ją rano, szybko zniknęło z jej głowy. Dawno nie czuła się, jakby była w domu, choć przecież regularnie w nim bywała.
Trzasnęły drzwi frontowe.
— Czy ktoś jest głodny? — zawołał z korytarza ojciec Eli.
Pozwoliła sobie opaść na miękkie, kanapowe poduszki. Chciałaby zatrzymać czas.



────
[975 słów: Elianne otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]