Niketas pieczołowicie układa nowozdobyte monety we wcześniej przygotowanym pudełeczku a.k.a skarbonce w kształcie pirackiej skrzyni skarbów należącej do bliżej niezidentyfikowanego Kogoś z domku Hermesa. Nikt nie ma zamiaru wnikać w to, czyj ten skarb dokładnie jest, bo równie dobrze może leżeć tam ukradziony od rodzeństwa, które już dawno zniknęło z Obozu. To rodzeństwo i tak pewnie ukradło tę skarbonkę od jakiegoś dzieciaka Posejdona albo innego bachora, który lubił wodę nieco bardziej niż każdy normalny, przeciętny dzieciak.
– Nie jestem pewien jednego – stwierdza Ulfert, próbując przezwyciężyć powoli postępującą zadyszkę – czy to było wow w sensie, że zajebiste, czy wow w sensie, że obrzydliwe gówno.
– Ty to się lepiej nie zastanawiaj – rzeczowo odpowiada mu Niketas. Poprawia okulary przeciwsłoneczne, choć słońce jeszcze nie zdążyło porządnie rozgościć się na bezchmurnym niebie. Trochę mruży za nimi oczy, żeby dokładniej dostrzec apollinowe rodzeństwo i dojrzeć ich miny pełne ekstazy. – No, moim zdaniem, to zaraz będziemy mieć tutaj kolejkę na pół Obozu. W tym całą populacje domku Apolla.
– I co na to Chejron? – pyta Erin, która właśnie stara się ułożyć puszki w trójkąt pitagorejski, wedle zaleceń Niketasa. Niestety, nie przyniósł dla niej miarki, linijki, ani definicji trójkąta pitagorejskiego, więc gdy co jakiś czas dopytuje go, czy dobrze jej idzie, on zasypuje ją całym esejem poprawek, których ona nie zapamiętuje. W ten sposób trójkąt rozrasta się coraz bardziej i coraz dalej mu od pitagorejskiego.
– Jak to co? Jemu za puszkę policzymy dwa razy więcej. Wygląda na bogatego – odpowiada Ashton i nerwowo zerka na Niketasa, jakby miał zaraz dostać w łeb za to, że wtrąca się w sprawy, w które nie powinien. I rzeczywiście dostaje w łeb, ale nie tak mocno.
– Chejron będzie miał nas w dupie, dopóki w tych puszkach nie ma telefonów. Ani niczego innego, co ten stary kuc uzna za zagrażające naszemu życiu i zdrowiu. – Grupowy wydaje się na tyle pewny siebie, że cała reszta po prostu wzrusza ramionami i wraca do swoich zajęć (zajęciem Niketasa jest rozwiązywanie swoich szyfrokrzyżówek i okazjonalne odganianie much).
Przewidzenia największego matematyka z domku Hermesa szybko okazują się trafne i przed ich stoiskiem powoli układa się niezła kolejka, z czego większość jest blond łucznikami, opcjonalnie nieblond muzykami. Najgorsze są reakcje na cenę, bo Niketas słysząc piskliwe „COOOOOO” sześćdziesiąty dziewiąty raz, ma ochotę przypierdolić w twarz niedoszłego klienta kijem od flagi Ulferta. Zamiast tego uśmiecha się miło i bezsensownie się powtarza.
– Ale co tak właściwie różni to od zwykłych energetyków? – pyta jakiś dzieciak, który jest na tyle sceptyczny co do „Olimpijskiej Alfy”, że przez jego narzekanie kolejka urosła co najmniej pięciokrotnie. Przez niego uśmiech Niketasa powoli zaczyna drżeć i w strategię marketingową zaczyna wtrącać się Erin.
– Skład – odpowiada dziewczyna tonem rodzica, który odpowiada dziecku na pytanie, czemu wsiadają do czerwonego, a nie zielonego tramwaju.
– Ale co w nim tak właściwie jest?
– Tu – Ashton (który nie wiedzieć czemu ciągle kręci się obok stoiska) podaje chłopakowi ulotkę z Recepturą™. – Przeczytaj se.
– Ale czemu tego nie ma na puszkach?
– Porównaj sobie wielkość tej kartki do puszki – sugeruje Niketas, z umiarkowaną siłą uderzając w lichy blat ich stoiska. Odwraca się ze znacznie bardziej wymuszonym uśmiechem niż wcześniej do następnej klientki. – 4 dolary za sztukę.
– Powiem Chejronowi.
Twarze aż czwórki herosów-sprzedawców/pomocników/chuj-wie-czemu-Ashton-wciąż-tu-jest odwracają się, a ich oczy wbijają się w naburmuszoną dziewczynkę. Dziewczynę. Ulfert aż przestaje wymachiwać flagą (robi to z ogromną ulgą, bo wreszcie ma moment na przetarcie spoconego czoła i złapanie oddechu). Niketas ściąga okulary i ostentacyjnie je czyści, zanim wracają na jego nos. Wzdycha głęboko, nieprzekonany co do tego, czy na pewno chce odpowiadać.
– To groźba karalna – wtrąca Erin. – Przecież to tylko pomaga. Patrz na nich. – Wskazuje na jakieś dzieciaki, które zachowują się jakby zamiast zwykłego energola napiły się koktajlu z nieprzeznaczonych dla osób w ich wieku grzybków. – Patrz jak dobrze się bawią.
– Po pierwsze – oznajmia dziewczyna tonem „Um, actually” – to jest zdzierstwo. Ta puszka ponoć ma dwieście pięćdziesiąt mililitrów, ale nie jest wypełniona napojem do brzegu, a znając tego tutaj – wskazuje palcem na Niketasa, który unosi brwi, otwiera usta i wbija palec wskazujący w swoją klatkę piersiową – to jest tam tylko jakieś sto mililitrów tego całego „energetyka”. A po…
– Ty masz prostownicę w oczach? – mądrze pyta Ashton.
– Na pewno nie chodzi ci o prostownicę – kontruje Ulfert. – To już prędzej linijka.
– Ale płyn mierzy się w szklankach – zauważa Erin. – W przepisach zawsze jest, że „pół szklanki mleka” albo coś takiego.
– Ty masz szklanki w oczach? – powtarza swoje pytanie Ashton.
– Jestem córką Ateny – dumnie odpowiada dziewczyna, a Niketas mamrocze pod nosem, że teraz to już wszystko jest dla niego jasne.
– Dzieci Ateny mają szklanki w…
– Dzieci Ateny są obdarzone umiejętnością zwaną „myślenie”, której najwyraźniej ty nie posiadasz – wtrąca CórkaBoginiMądrości™™™™™™™™, uśmiechając się szeroko. Pewnie wydaje jej się, że teraz wygląda jak typowa #mean_girl z musicalu. Niketas uważa, że wygląda bardziej jak ktoś, komu bardzo fajnie byłoby przywalić z liścia i określiłby to #rzal_i_bul.
– Kupujesz, czy nie? – pyta grupowy, już bez swojego uśmiechu i strategii marketingowej. Coś ostatnio wszyscy ci idioci od Ateny lubią się do niego przyczepiać jak rzep do psiego ogona i coraz mniej mu się to podoba. Zawsze myślą, że są mądrzejsi od innych. Dupki.
– Może jak dasz mi zniżkę, to nie powiem Chejronowi.
– Słuchaj, laleczko. W dupie mam to, komu co powiesz. Jak ci się nie podoba, to nara.
– Mogłeś grzeczniej – zwraca mu uwagę Erin, gdy parę osób z kolejki idzie za dziewczyną ze zrezygnowaniem wymalowanym na twarzy.
– Grzeczniej, czyli jej powiedzieć, żeby wypierdalała? Kochana, z takimi nie ma sensu się kłócić. Cztery dolce – mówi do kolejnej osoby, która z uśmiechem wywala swoje ciężko zarobione (wysłane od rodziców) pieniądze na parę godzin haju wywołanego tęczowo-brokatowym chemicznym wytworem, który pewnie nie przeszedłby ani jednego testu jakości w Unii Europejskiej i nigdy nie mógłby zostać tam dopuszczony do sprzedaży. Na całe szczęście, Niketas i Erin znajdują się w Ameryce i nie muszą przejmować się głupimi restrykcjami Europejczyków.
– Ale mnie w to nie mieszajcie, jeśli Chejron jednak tu przyjdzie, dobra? – pyta Ulf, który wznawia machanie flagą. – Jakby, ja tu jestem tylko niewolnikiem.
Niketas posyła mu Spojrzenie, przez które Ulfert uśmiecha się niezręcznie i wymachuje kijem od miotły trochę szybciej.
– Dobra, ja spadam! – oznajmia Ashton, ale grupowy łapie go za ramię w pół kroku.
– Kochanieńki – mówi tonem kompletnie niepasującym do tego słowa, a irytacja wreszcie wylewa się z niego przez powoli pękające szczeliny w fasadzie najlepszego sprzedawcy w historii świata. – Ale te pieniądze to oddaj, co?
– Jakie pie-
– Cukiereczku.
– Okej, okej, bogowie. To tylko taki test – broni się Ashton i wysypuje na stoisko, tuż obok niedoszłego trójkąta pitagorejskiego, jakieś trzydzieści dolarów w drobniakach. – W sensie, test. Pensję swoją chcia-
– W zamian mogę ci testowo skopać dupę – ucina Niketas, po czym odwraca się do kolejnego klienta, który stoi za obsługiwaną przez Erin osobą o bardzo gęstych i bardzo napuszonych blond włosach. – Hejeczka, laleczko, cztery dolarki będą za puszkę. Jak się ładnie uśmiechniesz, to dorzucę naklejkę gwiazdki.
Dziewczyna się nie uśmiecha.
– Co do tej Receptury™ – wtrąca się dzieciak, któremu wreszcie udaje się przebrnąć przez całość ulotki. – Co macie na myśli z „taka pasta z jednorożcami na opakowaniu (tęczowa)”?
– Ty czytać nie potrafisz? – pyta Erin.
Niketas. Po prostu. Się uśmiecha.
I wyrywa chłopaczkowi Recepturę™ z rąk.
|
────
[1178 słów: Niketas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]