niedziela, 8 lutego 2026

Od Dahlii do Inez — „Ogniem i tarotem”

Szereg namiotów rozpościerał się na brzegu San Francisco. Oplecione kolorowymi wstęgami, proporczykami oraz światełkami nadawały tej scenerii dziwnie uroczy klimat — zasłona mgły wyjątkowo nie pojawiła się tego dnia, zostawiając w spokoju krajobraz, z łagodnie górującą nad okolicą Tamalpais. Światłom festiwalowym wtórowały ostrzegawcze bliki z Golden Gate. Na powierzchni wody mieszały się razem dwa światy, miasta oraz lunaparku — nazwa wyjątkowo trafna. Nad Kalifornią górowała pełna tarcza księżyca, jak gdyby jakieś bóstwo przycupnęło na nieboskłonie i oglądało poczynania śmiertelników.
Nie było jakiejś konkretnej okazji, która wytyczała akurat ten termin parku rozrywki. Kto wie, może ludzie chcieli celebrować wiosnę. O ile przy tej zatoce nigdy nie było ani za gorąco, ani za ciepło przez cały rok, tak po spędzonych kilku latach tutaj można było umiejętnie wychwycić nieśmiałe zwiastuny wiosny. Powietrze inaczej smakowało, melancholia ustępowała, bzdety ze świąt Bożego Narodzenia zostały już dawno wyrzucone do śmietników. Nawet niebo było żywsze niż zwykle, mgła niechętnie się zapuszczała.
Pojawiło się całkiem sporo osób. Głównie rodziny, gotowe pokazać swoim pociechom, jak wyglądają tego typu miejsca, ale pojawiały się też nastolatki szukające wrażeń, randkujący studenci i dorośli, którym życie nie zdusiło tej dziecięcej cząstki. Zamożniejsi ludzie zwykle wsiadali w auta i jechali kilka godzin do gigantycznych parków znajdujących się w innym stanie, przygniatających zarówno metrażem, bodźcami, jak i ceną. Wszystko to sprawiało, że tutaj klimat był nie dość, że rodzinny, to po prostu przyjemny. Jak na przechodzenie między stoiskami, słuchanie zachwyconych wrzasków, rozpaczliwych jęków, brzdęku puszek i w tym podobne, to nie przytłaczało i było sporo miejsca.
Przy namiotach ulokowały się karuzele oraz mini rollercoastery, które może i trąciły tandetą, ale były jedyną okazją doświadczenia jazdy chyboczącym wagonikiem na wąskich torach. Nie najszybszym, nie dostarczającym adrenaliny, ale jakimś. Czy strzelanie z cholernych, niecelnych strzelb, które wyglądały, jakby pamiętały wojnę secesyjną. Tylko po to, żeby wygrać pluszaka zamówionego hurtowo z Aliexpress. Za to karmelizowane jabłka oraz inne słodycze stały na przyzwoitym poziomie, podobnie jak foodtrucki z jedzeniem z różnych zakątków świata. Nad wodą, gdzie ledwo światło lunaparkowe docierało, stały ławki oraz stoły kempingowe, na których nastolatki ogarnięte trudami dorastania podejmowały pierwsze pocałunki. Takie, w których zęby się zderzały, podbródki umazane były śliną. Ci bardziej pechowi czuli znienacka obcy język w gębie.
Obok tych nieszczęsnych ławek i nastoletnich uniesień ulokował się czerwony namiot, z kiczowatymi frędzelkami oraz lampionami. Szyld wskazywał zarówno na wróżby, jak i na sekretariat. Można było się zastanowić, czy realne problemy też rozwiązywali losowaniem kart tarota. Namiot absolutnie nie rzucał się w oczy, nie miał wejścia od strony alejek, widocznie nikomu nie zależało, żeby ktokolwiek mógł tam się dostać. Tak, jakby przyciągał tylko desperatów i poszukiwaczy wrażeń.
Przed nim stanęła właśnie osoba, która nie plasowała się w żadnej z wymienionych kategorii. Na oko osiemnastoletnia, jej styl ubierania się mógłby oburzyć konserwatywnych starszych ludzi. Gdyby tylko mogła również udobruchać ich sympatycznym wyrazem twarzy. Z poważną miną spoglądała na otoczenie. Nikt nie obserwował, nikt się nie zatrzymywał przy namiocie. Wcześniej nikt nie zwracał na nią uwagi wśród gwaru, przepychanek, co najwyżej ktoś ośmielał się zaproponować jej watę cukrową. Długą chwilę zajęło rozszyfrowanie słów na szyldzie wypisanych ekstrawaganckim fontem, jeszcze dłuższą decyzja o wejściu do środka.
Można było spodziewać się kadzideł czy kiczowatego wystroju, ale było jeszcze gorzej. Był tylko chybotliwy stół zgarnięty ze stołówki, z obleśną turkusową powierzchnią, dwa krzesła, a to wszystko na trawie, bez jakiejś namiastki podłogi. Inne wyposażenie czy dekoracja praktycznie nie istniały. A doświadczyła tego dziewczyna, która pospiesznie ominęła ciężkie kotary broniące wnętrza i znalazła się w środku, zupełnie nieświadomie. Jak ćma lecąca do żarówki. W momencie ujrzenia wątpliwej jakości przestrzeni, na jej twarzy malowały się zdziwienie oraz zastanowienie, czy podjąć decyzję wyjścia i uciekania, gdzie pieprz rośnie. W ostatniej chwili przełknęła ślinę i ruszyła przodem.
— To tylko pusty namiot, z creepy stoliczkiem. — Mruknęła pod nosem, dodając sobie odwagi.
Usiadła i nagle przed nią pojawił się plik dokumentów. Magia w parku zabaw, która nie robiła wrażenia na półbogu. To nie była zdecydowanie skala treningu u gigantycznej samicy wilka, byle dwunastolatek in probatio by się przejął, ale nie legionistka z konkretnym stażem. Szybko przebierała stosy, które informowały o celach misji, statusie. Były również śmieci — klauzula o poufności na wypadek śmierci w bardzo konkretnie wymienionych przykładach, mapy sprzed kilkudziesięciu lat, paczki kart Yu-Gi-Oh, instrukcja do odkurzacza marki Dyson, esej traktujący o tym, jak bardzo misje Greków nie mają sensu ze względu na ograniczenie do trzech osób. Papier kosza, plakat do kosza, brakowało tylko ulotek „kupię mieszkanie bez pośredników”.
Przeglądanie góry śmieci nie stępiło zmysłów, szczególnie słuchu. Szum kotar zapowiedział kolejnego gościa.
Gościa, który zajął dużo przestrzeni. Właściwie, gościni, która wpatrywała się spode łba w grot strzały ułożonej na gastrafetesie.
— Na rany Aresa — Mruknęła postać. — A to miała być tylko zwykła, boska przysługa.


Inez?
────
[777 słów: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 7 lutego 2026

Od Lynn do Arisu — „Szósty lipiec”

Szósty lipiec.
Dzień szczególnie upalny — Lynn, ledwo wstała i zaczęła się krzątać, już się spociła, i oparzyła stopy na podłodze nagrzanej od słońca — wstała długo po jego wschodzie, nie nastawiła budzika. Obudziła się idealnie w czasie tych paru południowych, najgorętszych godzin. Może to ten upał ją obudził. Co można jeszcze zrobić w taką pogodę? Nie no, na pewno jest dużo roboty. Ale i woda przyniesiona ze studni stała w ocienionym kącie, i stół był czysty, a nie można było nieskończenie zamiatać podłogi. Roślin nie można było podlać, zaraz się ugotują w każdej kropli wody. Okna nagrzane, nie nadawały się do mycia — a nawet gdyby Lynn zaczęła wypatrywać smug na nich, rozbolałaby ją głowa. Wybrała sobie, chatkę na pustkowiu. Na szczerym polu. W zimie idealnie odsłonięta przed wiatrem, w lecie bez żadnej ochrony wystawiona z każdej strony na słońce. Trzeba by coś posadzić.
Z chęcią zajęłaby się nawet teraz. Z radością zrobiłaby wszystko, co odwróciłoby jej uwagę od przygotowanej wczoraj wiązanki kwiatów na stoliku nocnym. Wszystko, co zajęłoby ją na tyle, żeby nie musiała spoglądać w stronę kalendarza, gdzie świeciła na czerwono data — szósty lipiec.
Zaznaczona zresztą przez nią.
Minęło już wiele lat i stwierdziła, że tak dłużej być nie może. O Nalinie nie zapomni, może jakoś się oswoi z jego śmiercią? Okaże mu szacunek. Może brat nękał ją przez jej ignorancję, jej bezsilność, bezradność. Niewykluczone też, że uważał, iż oprócz nieustannych kryzysów i epizodów depresyjnych, nie celebrowała jego pamięci z należnym mu szacunkiem. Może nie smakował mu ten strach, jakim karmiła jego wybredną duszę w Hadesie. Może zbrzydło mu szlochanie po nocy i jej samobiczowanie.
Robi to w końcu dla niego.
Zaznaczyła więc datę w kalendarzu, przygotowała bukiet, ususzyła, czując chwilowe podekscytowanie — może brat teraz na nią patrzy i się uśmiecha? Teraz, w gorącu i wynikającym z tego stanu bólu głowy nie była już tak pełna nadziei. Może bała się, że to pójście na cmentarz będzie otwartym przyznaniem się do tego, że przez ostatnie lata go zaniedbywała i nie robiła tego, co należy. Pewnie na domiar złego jeszcze nie znajdzie grobu. Właśnie taka z niej siostra — tak samo uważna za życia, jak i po śmierci — czyli wcale.
A może przesadzała właśnie w drugą stronę — starała się wynagrodzić swoją nieobecność przy jeszcze zmagającym się z problemami, ale oddychającym i obecnym Nalinie, przez performatywne popłakanie przy jego nagrobku?
W podobny sposób zadręczała się od wielu lat. Zaraz po śmierci brata była w zbyt wielkim szoku, żeby podjąć jakiekolwiek działanie, a potem było jej dziwnie wyjść z tego stanu. Co nie znaczy, że ten bukiet, który patrzył na nią jak wyrzut sumienia, był pierwszym. Było ich już wiele, nawet parę ukradkowych przechadzek pod cmentarnym murem. Nagrobek Nalina był jak niewyraźne wspomnienie, nigdy nie wytrzymywała długo w tym miejscu.
Dość, to się musi skończyć. Chwyciła kwiaty, wstała zdecydowanie — zakręciło się jej w głowie, więc musiała zwolnić, ale zapału starczyło jej na energiczny marsz aż do furtki. Tam zatrzymała się, prawie się odwróciła, ale szła dalej. Po drodze starała się zagłuszać wszelkie myśli. I takim sposobem, truchtając od drzewa do drzewa, dotarła na cmentarz za wzgórzem, więc na szczęście w miarę w cieniu. Weszła — i tutaj ponownie się zatrzymała. Wzrok uciekał jej na wszystkie strony, tylko nie w kierunku nagrobka przed nią.
Szósty lipiec. Dzień urodzenia Nalina.


Arisu?
────
[542 słowa: Lynn otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

— Jaki akwedukt? — Już nawet nie mrugała oczami zaskoczona. Mrugała podejrzliwie.
— No, takie coś czym płynie wod-
— Wiem, czym jest akwedukt. Ale ja tu nie widzę żadnego akweduktu, nawet w tym miszmaszu planszówkowym.
Zauważyła, jak oczy jenu się rozbłysły. For fuck's sake. Jak się na coś upierało, to często było niepowstrzymane. A jak jakimś cudem się udało od czegoś odciągnąć Arnar, to mamrotało przez cały dzień o tym, co by mogło osiągnąć, gdyby nie cholerni Lucien, Dahlia, Chejron, kasjerka, policjant i tak można było wymieniać do końca ludzi, którzy nie zgadzali się na jakikolwiek chory pomysł.
— Musimy zobaczyć jakiś akwedukt. — Skwitowało.
— Aha.
— Dokończmy rozrywkę, błagam! — Wtrącił się błagalnie Pęcek.
Zwrócili głowy w jego stronę. Synchronicznie westchnęli, jedno ciężko, drugie z rozbawieniem. Gdy zobaczyła kelnera idącego z cierpiętniczą miną w ich stronę, przejęła koszyk nachosów i usiadła z powrotem na swoim miejscu. Planszówka może i beznadziejna, ale nie odmówi jakiegoś chrupania, do tego z dipem serowym. Arnar porwało parę kawałków i włożyło do ust, próbując powstrzymać serię okruszków spadających na niezbyt czystą podłogę. Dahlia zarejestrowała, jak wpatruje się w te kawałki ze złością. Po czym na twarzy wkradło się zaskoczenie, zwieńczone uśmieszkiem.
Uśmiechnęła się pod nosem. Pamiętała pierwsze spotkanie, te zamaszyste machnięcia miotłą, na której archeolodzy mogliby podziwiać ery funkcjonowania lokalu z maszynami do gier, przy oględzinach warstw oleju oraz śmieci, rzecz jasna. Sam fakt, że nie musi sprzątać, bo to nie jeno miejsce pracy, cieszył.
— Aaaaaaaa — Zaczęło, odchylając głowę.
— Hm?
— aaaa KWEDUKT — Dokończyło, wlepiając wzrok w buta.
Dahlia miała to gdzieś i rzuciła kostkami, żeby przez chwilę Pęcisław mógł wyskrobać ze swojej głowy jakiekolwiek zasady. Co krążyło w głowie tego satyra, oprócz komórki mózgowej okutej w puszkę po zupie Campbell?
— Możesz wymienić te króliki na świnkę.
— Super. Do czego mi potrzebna świnka?
— Żeby ludzie mogli zjeść! O, tutaj. — Wskazał na sześciokątne żetoniki z wioskami. Zjadł przy okazji łucznika wystającego z wysokiej wieży. Z nadzieją, że nikt nie zauważy.
— Na chuj ci akwedukt? — Podjęła temat, gdy zapadła cisza. Arnar w tym czasie kombinowało żurawia origami z etykietki po piwie, jako zadanie stworzenia środka transportu dla księżniczki z Marchewkowego Pola.
Widocznie ten temat nie dawał jej spokoju.
— Chcę zobaczyć go przed ślubem. Widzisz, mam listę rzeczy do zrobienia, zanim stanę się pełnoprawnym dorosłym, poważnym człowiekiem. Już się zaręczyłom, jak będę mężem, to mogę nie mieć tak dużo czasu na życie, Dahlia.
Przy każdym słowie, wymawianym powoli, podnosiła coraz wyżej brew. Nie trzeba było znać długo Arnar, żeby wiedzieć, że traktuje to poważnie. I było w tym coś uroczo naiwnego. Szczęka jej opadła, gdy wyciągnęło z kieszeni listę, która rozpostarła się na całej długości, zasłaniając przy okazji karty Pokemon. Pęcisław już miał się rzucić na świeżą celulozę, ale dzieciak Hermesa powstrzymał go sprytnie plastikowym krokodylem, którego paszcza zacisnęła się na ręce satyra. Żałowała, że w miejscu na zęby nie było żadnych ostrz, żeby chwilowo go zająć. Podobno mają jakieś niezawodne sposoby na rany.
— To imponująca lista. Bardzo. — Podniosła ją, rzucając okiem na niektóre pozycje. — Czy ty piszesz drukowanymi literami?
— To są bardzo ważne rzeczy, a uczyli mnie, że ważne rzeczy podkreśla się dużą literą. Wszystko jest ważne.
W tle małe silikonowe krzesełka, ułożone w stosie, rozsypały się. Przewracając klepsydrę.
— Spróbować liczi… Wyśledzić Nirwanę, kim ona jest?
— No właśnie nie wiem. Lucien coś często mruczy o spotkaniu z nią i spełnieniu. Nie rusza mnie to. — Skrzyżowało ręce na piersi i zmrużyło oczy.
Zapadła cisza, podczas której Dahlia z niezmienionym wyrazem twarzy wpatrywała się w jeno oczy.
— Po prostu chcę wiedzieć, kim ona jest. Może się spotykać, ile chce. Nie rusza mnie to. Ale chcę wiedzieć. Nie znam jej. Nie stresuje mnie ani trochę, że nie wiem, o co chodzi. — Wypaliło nieco podirytowane.
— Nie chodzi o ten zespół?
— Jaki zespół?
— No, że Nirvana. Może Lucien jest wielkim fanem Nirvany?
— To mi mógł powiedzieć, kupiłobym wtedy bilety na koncert.
Starała się nie zaśmiać, przybrała zamiast tego dość neutralną minę i kiwnęła głową.
— Może być ciężko z biletami. Co tu dalej mamy? Szydełkowanie… Nauczyć się robić wino, miłe. Zainwestować na giełdzie?
— Aha. — Przytaknęło.
— Nauczyć się pisać kursywą.
— Aha.
— Sztuczki w łóżku…? — Podniosła wzrok, lustrując poważnie jeno twarz.
Jakiś szczon dwa stoliki dalej usłyszał jej wypowiedź i się wyprostował. Zdecydowanie nie wyglądał, jakby miał dwadzieścia jeden lat. Tym bardziej że po obejrzeniu się za siebie i spotkaniu z piorunującym wzrokiem Dahlii wzdrygnął się i odszedł z piwem na drugi koniec baru. Na czym to ja skończyłam? A, sztuczki.
Nauczyła się jednego ze znajomości z Arnar. Praktycznie nigdy nie rzucało drobnymi innuendo, patrzyło na świat przez różowe okulary, z perspektywy dziecka. Nie mogła tylko zdefiniować, czy chodziło może o akrobacje, czy może skakanie przez płonącą obręcz. Tego by się prędzej spodziewała.
— Myślałom o kartach, ale też o ręcznikach. Widziałom ładne zdjęcia, jak są ułożone w łabądki. Wstążeczki, serca, takie duperele. To bardzo romantyczne. No i może coś z poduszkami, pierzem, płatkami róż.
— Niegłupie. Doceni.
— Rzuć bierkami. — Pęcek instruował dalej. Rozległ się dźwięk rozsypanych plastikowych patyczków.
Gdy prześlizgnęła wzrokiem po liście, omijając puszczanie kaczki 15 razy czy postawienie tarota, natrafiła na specyficzną sekcję. Pod zadaniem „wymówić sos worecterserire” przebiegała czerwona linia.
— Oho, czerwony kol— Chciała dokończyć, gdy nagle Arnar wystrzeliło z zamiarem zabrania tej części listy z jej rąk. Natychmiast odsunęła jeno jedną ręką, drugą próbując ustabilizować świstek. Zamiast utrzymywać siebie w ryzach i oddać posłusznie dzieło hermesiaka, poczuła przemożną chęć bycia złośliwą osobą. Tak, jak za starych czasów w Obozie. Zrobili wcale niemały galimatias.
Po przeczytaniu treści zamarła, a Arnar przestało ją gryźć i dopełniło jękiem przegranego. Jeszcze nigdy nie widziało tak otępionego wzroku Dahlii.
— Arnar, co to jest, do cholery?
— Czytałom ostatnio gazetkę, jak czekałom na zamknięcie pracy. Podrzuconą przez koleżankę kosmetyczkę. Jak zobaczyłom dział „zanim wyjdziesz za mąż” to skorzystałom…
Milczała. Procesowała wypowiedź.
— …i zapomniałom o jednej z ważniejszych rzeczy. No, wszystkie te artykuły mówią, jakie to nie jest ważne zrobienie tego przed ślubem. Żeby… Nie żałować. Dlatego tam napisałom seks. Jakoś tak zapomnieliśmy o tym.
— Nie w tym widzę problem. — Odparła.
Zapadła cisza. Dahlia mogłaby przysiąc, że trwała wieczność. Arnar łatwo się rumieniło, ale teraz wyglądało jak kartka papieru. Jeno bielactwo jakby stało się mniej widoczne.
— A. Aha.
Wpatrywali się dalej w siebie, mrugając oczami co jakiś czas.
— A… co? — wydusiło.
Cicho odpowiedziała.
— Usuwanie cellulitu.


Arnar?
────
[1029 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy „I was thinking... maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Piekło istnieje, a Ricky właśnie je przeżył. Wyszedł cało. Zbawiony. Ocalały. Tak musieli czuć się ułaskawieni skazańcy, na których głowy już rzucała cień gilotyna. Tak musiał czuć się Dante po opuszczeniu kręgów piekielnych. Tak musiał czuć się Odyseusz po ocaleniu przed Scyllą i Charybdą. Tak musiała czuć się Maria Skłodowska — no, akurat nie mógł sobie przypomnieć o żadnym tragicznym incydencie z życia chemiczki, z którego wyszłaby szczęśliwie, cało i zwycięsko — ale samo porównanie siebie do Marii Skłodowskiej poprawiło jego nastrój i sprawiło, że nogi przestały mu się nieco trząść, po czymkolwiek stało się za drugą stroną tej zasłonki. Lekarze to słudzy Lucyfera. Do końca życia będzie mył ręce, zęby, spał na poduszce ortopedycznej, jadł zdrowo, pił wodę, uprawiał sport i unikał niebezpieczeństw — wszystko zaraz, naraz, od teraz, byle już tu nigdy nie trafić. Może założy nawet rękawice ochronne podczas następnego eksperymentu…
Słońce świeciło na zewnątrz tak samo, jak gdyby nic się nie stało. Ale Ricky widział i przeżył już rzeczy. Nie będzie już takim samym człowiekiem.
Mimo obecnego gdzieś w tłumie jego myśli faktu, że to grzybki są bezpośrednią przyczyną, dla której się tu znalazł, nie fatum i gniew bogów, nadal czuł się zadowolony ze swojego eksperymentu. Takich rzeczy pod mikroskopem to nigdy w życiu nie widział — swojego mikroskopu potem też, roztopił się niedługo po tym, jak światło lampki dotknęło kawałka grzybka, który no cóż, zapalił się. Tortury, które przeszedł, nie wykorzeniły więc jego dumy, jednak zrozumiał, że grzybków faktycznie trzeba się pozbyć. To wyzwanie, miało więc potrzebny do otrząśnięcia się po badaniach dreszczyk emocji — ale będzie zabawa!
Mniej zadowolona była Kuźma. Ale Ricky nie przejmował się tym — pewnie tylko udawała, na pewno chętnie zakopie z nim grzybki sześć metrów pod ziemią w ołowianej trumnie, w końcu od czego są przyjaciele?
Ostatnie słowa wypowiedział na głos, kiedy już szli w stronę baraku, razem z masą innych pomysłów na to, jak się pozbyć grzybków. Większość propozycji Kuźma odrzucała jako nieskuteczne, niektórych nawet nie komentowała.
— A skąd ty masz zamiar wziąć ołowianą trumnę? — popełniła błąd — zamiast jawnego zaprotestowania, nazwania go idiotą, zadała p y t a n i e co do realizacji przedstawionego pobieżnie planu — w oczach Rickiego było to niewiele dalekie od radosnego klaśnięcia w dłonie, krzyknięcia „genialny pomysł” i pobiegnięcia po łopatę.
— Jak byłem mały, odlałem z Josephem taką, chciałem zrobić przedstawienie o życiu Marii Skłodowskiej Curie, o całym jej życiu. Tylko nikt nie chciał pozwolić na zakopanie siebie w takiej trumnie, nawet wejście do niej... więc trzymam ją pod łóżkiem. Nie jest nawet taka duża, ale zgrabna, idealnie pomieści to — wskazał brodą na grzybki na metalowym półmisku, z resztkami talerza.


Kuźma?
────
[431 słów: Ricky otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Philip CD Kuźmy — „Hobby horsing to nie sport zespołowy”

Poprzednie opowiadanie

Lato, w końcu lato! - tak cieszyła się Wanda, a z nią i Philip — lato oznaczało dłuższe wieczory, pikniki, truskawki maczane w roztopionej czekoladzie — pyszny sposób na korzystanie z coraz wyższych temperatur. Jeśli chodzi o czekoladę, opalanie się czy siedzenie w cieniu — tu słońce nie stanowiło aż takiego problemu. Gorzej było na przykład ze stajnią, jak dziś rano przekonała się Philip. O świcie — coś koło czwartej, wstała i ubrała się, ruszyła w kierunku stajni, na krótką przejażdżkę z Juanem. Wracając jakiś czas później, odrzucił ją smród — kiedy budynek zaczął bardziej się nagrzewać razem ze wznoszącym się ponad horyzont słońcem, zapach stawał się coraz bardziej intensywny. Tak być nie może, stajnia musi być natychmiast posprzątana.
Już to rano popsuło jej nastrój, nie mówiąc już o tej okropnej, domorosłej pokrace chemika. Myślała, że skoro jakiś czas temu trafił na obserwację w ambulatorium, trochę przystopuje — ale najwyraźniej nic nie stłamsi w nim ducha odkrywcy i poszukiwacza nowych doznań. Bogowie, niech ten dzień się już skończy. Do otumanionych nieco snem i zapewne toksycznym dymem legionistów wykrzyczała polecenia na dziś, i myślała, że po kłopocie, może iść po zimny kompres na pękającą od złości i gorąca głowę, ale nie — właśnie, kiedy skończyła jeść śniadanie, załatwiła zaledwie połowę najpilniejszych spraw i dowiedziała się o kolejnych dziesiątkach takich, i była wolna choć na ułamek chwili — jakiś karzełek w kołtunach zastąpił jej drogę. Na szczęście szybko wykrztusił — wykrztusiła, Philip po chwili rozpoznała w zmęczonej i sponiewieranej istocie Kuźmę Grzegorczyk, swoją legionistkę — z siebie problem, z którym przyszła, bez zbędnych przeprosin, tytułów i innych pierdół słowem wstępu. Tyle z plusów.
– Czemu? – zapytała, choć nie ciekawił ją wcale powód, dla którego ktoś nie chciał wykonać jej polecenie. Coraz bardziej miękcy robią się ci legioniści, ona nawet nie pomyślałaby o wypowiedzeniu takich słów, jakie teraz usłyszała! Pamięta jeszcze czasy, kiedy to małe dziecko nosiło tabliczkę in probatio… matko, z czym do ludzi…
– One się mnie boją. Z jakąś pomocą dam radę, jakby, w sensie, żeby ktoś uspokajał konie…
– Kiedyś posprzątałaś sama.
– Twoja dziewczyna mi wtedy pomogła.
O czym ona gada? Philip z trudem wysiliła bolącą głowę, i faktycznie — przypomniała sobie podobną sytuację. Wanda opowiadała jej o dziewczynce, której bały się konie.
Nie była to całkowita subordynacja, jedynie jakieś dziwne, niezrozumiałe dla niej wymagania. No ale stajnia ma być posprzątana. Nie zmusi Kuźmy do tego, skoro faktycznie istniały przeszkody na drodze do właściwego wykonania zadania, znajdzie jej jakiegoś chwilowo nieużytecznego legionistę i sprawa załatwiona.
Tylko że — kiedy się rozejrzała się dookoła — nikogo nie było w zasięgu wzroku. Wyjęła z kieszeni pomiętą listę zadań i policzyła nazwiska — wszyscy coś robili. Przeklęty Ricky Haru i jego eksperymenty, tak by na pewno kogoś znalazła.
– Cóż, w takim razie – westchnęła zrezygnowana Philip – to ja ci potowarzyszę. Tylko najpierw muszę coś zrobić z tym koszmarnym bólem głowy. Nie ma chwili do stracenia.


Kuźma?
────
[464 słowa: Philip otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Praca i po pracy”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

— Jeśli cię to pocieszy, to ja też mam podobny problem. — Doros uśmiechnął się krzywo. — Umowa się niedługo kończy, a współlokator się wyprowadza do osoby partnerskiej. No i szukałbym kogoś na jego miejsce, ale znowu podwyższyli ceny czynszu. Ta klitka nie jest tego warta, zwłaszcza z problemami z pleśnią, które musimy rozwiązywać sami jako lokatorzy, bo jaśnie landlord ma nas gdzieś. — Westchnął cicho i wrócił na chwilę do stoiska. Kiedy znowu mieli spokój, to wskoczył znowu do rozmowy z Chaitem. — Wiesz… w sumie, jeśli nie znajdziesz nikogo innego, to możemy szukać czegoś razem. O ile ci nie przeszkadza to, że znamy się równie długo, jak losowi współlokatorzy na początku roku w akademiku.
Chait nie wydawał się całkowicie z góry odrzucać tej propozycji, to już coś. Może nawet w oczach mężczyzny było widać cień chęci pomieszanej z formą? Ulgi? Pewnie to złe słowo, ale w tym tłumie trudno wymyślić teraz lepsze. Zawsze lepiej zapytać, niż potem żałować. Tak, może z tego wyjść horror, ale jeno intuicja na nieno nie wrzeszczy, że do czegoś takiego dojdzie.
— Oczywiście, nie przeszkadza mi to ani trochę. Zwłaszcza że też szukasz, więc… no. — Odpowiedź wyrwała go z zamyślenia, po czym dała mu poczucie ulgi. — No to super, to dogadane. Wymienimy się numerami i będziemy sobie wysyłać oferty, jeśli coś dobrego, to umawiamy spotkanie z właścicielem? Czy masz jakiś inny pomysł?
— Nie no, tak jest okej, tylko z góry mam stary, nieco popsuty telefon, więc mogę odpisywać rzadko. Po prostu albo się zawiesił, albo ma znowu problem z powiadomieniami. — Apollodoros podziękował za to bogom w myślach, jego wymówka w takim razie najprawdopodobniej przejdzie bez kwestionowania czemu. Ach te półboskie problemy.
— Żaden problem, bo ja mój także często mam nie dość, że wyciszony, to jeszcze zgubiony na dnie torby. Często też pracuję godzinami nad obrazem, no i nie mam go przy sobie, bo znając mnie, jeszcze by wpadł mi do farb. — Wyjął swój kalendarz, otworzył na tylnych stronach i podstawił Chaitowi z długopisem do pary. — Napisz mi tutaj, ja ci zaraz dam swój numer.
— Jasne. — Napisał mu bez problemu, bez marudzenia jak niektórzy, że czemu do kalendarza. Trafił mu się po prostu idealnie. Rudzielec wypisał mu na karteczce swoje dane, po czym podał ją Chaitowi.
— No to załatwione, dzięki za wzięcie tej propozycji. — Spojrzał na niego uśmiechnięty od ucha do ucha.


Chait?
────
[382 słowa: Apollodoros otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

czwartek, 5 lutego 2026

Od Arnar — „Ty nigdy łabędzi nie widziałeś?”

Nie istnieje nic lepszego niż miła, pełna uroku i prześlicznych widoków wycieczka, podczas której jedno z nich daje z siebie wszystko, żeby nie zacząć wrzeszczeć z frustracji, mając wrażenie, że asfalt parzy go nawet przez podeszwy butów. Po czym dosadnie, wciąż krzycząc, dodać, że absolutnie nie idą dalej, tylko kładą się tu i teraz, bo akurat znalazł jedyny kawałek cienia istniejący w całym Nowym Jorku. W przeciwieństwie do buzującej w Lucienie irytacji, Arnar (któreno pomysłem było ryzykowne wyjście z klimatyzowanego mieszkania) beztrosko poprawia czapkę z daszkiem (wpycha ją głębiej na głowę, zmuszone użyć do tego dwóch rąk), a jej wciąż ledwo udaje się przykryć jeno gęstą czuprynę i co parę minut podjeżdża nu za wysoko na czole, pokonywana przez waleczną, rozczochraną grzywkę.
– Może byśmy kupili te lody w pudełku i bardzo szybko wrócili do domu – proponuje Lucien, już od wyjścia z mieszkania zachowując się jak wleczący się za Papą Smerfem Maruda, który co chwilę pyta, czy daleko jeszcze.
– Ale ja chciałom iść z tobą do budki! A ty się zgodziłeś! – prostestuje Arnar tonem aż nadto dziecinnym, a Lucien tylko wzdycha i wyciera pot z czoła, prawdopodobnie, jak ma nadzieję Hermesiąko, w głowie przyznając nu rację, że rzeczywiście się zgodził i teraz jest uwięziony w tym piekle dopóki nie kupią lodów. – Dramatyzujesz, nie jest aż tak ciepło.
– Przestanę dramatyzować, jeśli w tej budce będzie alkohol.
– Właśnie dlatego tak długo jej szukamy! W budkach z lodami zazwyczaj są lody, może gofry i jakieś slushie, ale nie wino i czysta! – bulwersuje się Arnar, mimo że znacznie logiczniej byłoby stwierdzić, że jest zbyt gorąco na kłótnie dotyczące asortymentu budek z lodami.
– Dobra, to wiesz, co zrobimy? – Zainteresowane Arnar aż przystaje, żeby lepiej go słyszeć i momentalnie porzuca wcześniejszą lekko poirytowaną minę, by zastąpić ją uprzejmym, ciekawskim uśmiechem. – Postawisz mi slushie, a ja zmienię je w… coś, co będzie mrożone i zawierało alkohol, jeszcze nie wiem, co dokładnie.
Niespodziewanie, Arnar wybucha śmiechem, całkowicie pochłonięte przez koncept Luciena pijącego mrożone wino o smaku bananowym, co… prawdopodobnie nie wydarzy się w tym życiu i w żadnym alternatywnym uniwersum. Chłopak chyba nie widzi w tym nic tak śmiesznego, ale skoro Arnar się zgadza na ten absurdalnie głupi pomysł (nie tak głupi jak większość ich pomysłów), to nie będzie dolewać oliwy do ognia i nie spyta, co w tym jest takiego śmiesznego.
– Masz w skarbonce coś więcej niż pesos? – pyta nieco zaniepokojony Lucien, gdy wreszcie podchodzą do lady najbliższej kolorowej budki. Z wnętrza wychyla się niezbyt przyjaźnie wyglądająca licealistka, która najwyraźniej nie jest szczególnie zadowolona z konieczności wykonania swojej pracy.
– Właściwie, to mam portfel – dumne z siebie, pokazuje mu starą portmonetkę, od której miejscami odchodzi skóra – z dolarami w środku.
– Ty to ukradłoś jakiejś potrzebującej staruszce?
– Eee, trudno stwierdzić, nie wiem, skąd to mam. – Wzrusza ramionami i zaraz po tym odwraca się z radosnym, szerokim uśmiechem do ekspedientki (wszystko słyszała). – Supermenowe i bananowe poproszę. Po gałce. I slushie do tego.
– Jaki smak? – pyta dziewczyna, wbijając zmęczone oczy w Arnar.
– Jaki smak? – powtarza Hermesiątko, wbijając szczęśliwe ślepia w Luciena.
– Pomi- – zaczyna automatycznie odpowiadać, zanim reflektuje się, że smaku pomidorowego nie ma w menu. W momencie zawahania, gdy szuka ratunku w tabliczce z menu, Arnar nie może powstrzymać się przed uśmiechnięciem się jeszcze szerzej. – Yy, jabłkowy – nieudolnie kończy, wybierając pierwszy smak, jaki udało mu się odcyfrować z tabliczki.
– Jabłkowy – Arnar uczynnie powtarza informację dziewczynie, która jeszcze coś mamrocze pod nosem, zanim podaje nu lody i niedługo potem slushie. Okazuje się, że w swojej portmonecce Arnar rzeczywiście ma nieduży plik pomiętych dolarów i dobrze idzie nu ukrycie, że samo jest tym faktem dość mocno zdziwione.

– Ej, Lucien – wymlaskuje Arnar w przerwie od powstrzymywania swoich lodów od przemiany w wartki strumień mleka płynący w dół jeno przedramion – a jak wrócimy do domu, to pokażę ci sztuczki? – stwierdza, pytając.
– Jakie? – rzuca chłopak, siorbiąc swoje procentowe slushie.
– A, takie w łóżku. – Wzrusza ramionami, bo nie widzi najmniejszej potrzeby tłumaczenia czegoś, co ma być niespodzianką.
– Przepraszam? – Lucien marszczy brwi, przekonany, że źle usłyszał. Prawie opluwa się czymś, co właśnie z wyrafinowanego drinka zmieniło się w piwo o smaku pomidorowym.
– Za co? – Skonfundowane Arnar też marszczy brwi i niemal pozwala, żeby supermanowa stróżka dotknęła jeno palców.
– Nie, to znaczy… Że jakie sztuczki?
– Nie powiem ci, bo wtedy nie będzie niespodzianki.
Lucien wpatruje się w partnera z drugiego końca plastikowego, różowego stoliczka intensywnie zaniepokojonym spojrzeniem. Arnar z uniesioną brwią obserwuje, jak jeno partner szybko rozgląda się dookoła, jakby sprawdzał, czy niemrawo scrollująca tiktoka licealistka przypadkiem ich nie podsłuchuje. Rumieniec szybko wykwita na jego twarzy, gdy wraca zażenowanym wzrokiem do Arnar, po czym zaraz wbija spojrzenie w swoje slushie, które desperacko próbuje znowu zmienić w cokolwiek, co nie jest pomidorowym piwem. Dopiero gdy Arnar przyłapuje chłopaka na bezmyślnym skubaniu skórek swoich warg (co robi zdecydowanie za często, żeby nie zaczęło być niepokojące), postanawia ograć tę sytuację w żartobliwy, wyluzowany sposób (sytuację, która stała się niezręczna w sposób dziwny i niezrozumiały dla biedneno Arnar).
– A co ty się tak rumienisz? – pyta z chytrym uśmieszkiem, próbując sprawiać wrażenie osoby, która doskonale wie, co robi.
– Ru-rumienię się? – Lucien, ku swojej zgubie, rumieni się jeszcze bardziej. – Wcale się nie rumienię. To od alkoholu.
– Aha. – Arnar, prawie że niewzruszone, kontynuuje konsumpcję swojego niemal shake'a (na chwilę zostawić lody bez opieki, a już się roztapią). Powiedziałoby coś jeszcze, ale nic nie przychodzi nu do głowy.
– Ale – niespodziewanie odzywa się Lucien – że już?
– Co „już”? – Chciałoby zrozumieć, o co mu chodzi. Zaproponowało, a raczej… oznajmiło najzupełniej normalną rzecz, której chłopak zdecydowanie powinien się spodziewać, mieszkając z niem. Czy Lucien na pewno się dobrze czuje. Czy on nie ma gorączki przypadkiem.
– No… że teraz? Tak… szybko??
– Szyb… Nie? – Arnar oszczędza mu pytania o to, co ma na myśli, mówiąc „szybko”. Ramiona Luciena wreszcie się rozluźniają i on cały wygląda na spokojniejszego. Nawet przestaje się aż tak rumienić. – Po pierwsze, to tutaj nie mamy łóżka, więc… – przerywa, gdy Lucien ukrywa twarz w dłoniach i wydaje z siebie dźwięk podobny do piszczenia czajnika. – Wszystko okej??
– Ja po prostu nie wiem, czy jestem na to gotowy… – mamrocze Lucien tak cicho, że Arnar, bardzo głęboko pochyliwszy się nad stolikiem, ledwo rozumie słowa klucze.
– Nie wiem, czemu miałbyś nie być, przecież ja wiem, co robię – zapewnia go, ale nie spodziewało się, że jeno słowa sprawią tylko tyle, że chłopak zarumieni się jeszcze bardziej i powie coś, czego ono za nic w świecie nie potrafi rozszyfrować. – Eee, zaufaj mi? – dodaje niepewnie. – To tylko… jeśli tak bardzo chcesz, to mogę ci dokładnie powiedzieć, co chcę ci pokazać, ale myślałom, że lubisz niespodzianki?
– Ja… nie, nie tłumacz – stwierdza Lucien i bierze głęboki wdech. – To… tylko muszę… – urywa i przeciera dłonią najpierw oczy, potem policzki, patrzy gdzieś poza Arnar, wraca do nieno wzrokiem, uśmiecha się słabo…
– Jakby co – nie ma pojęcia, co innego może mu zaoferować – to nie musi być dzisiaj.
– Nie, znaczy, spoko, okej, nie, że… że nie chcę, ale… – Jeśli Arnar się nie przesłyszało, to przeklął pod nosem. – Ja się po prostu muszę przygotować.
Hermesiątko mruga, trochę zdezorientowane.
– Ale ja wszystko przygotowałom? – mówi niepewnie. – Poza tym, ty nic nie musisz przygotowywać, bo to ja będę…
– NIEWAŻNE – gwałtownie i głośno ucina Lucien. Tak głośno, że nawet sprzedawczyni unosi wzrok znad ekranu spojego telefonu, żeby posłać im poirytowane spojrzenie i wrócić do oglądania tiktoka. – Nie drąż.
– Okej, kochanie, przepraszam?
– Nie jestem zły – odpowiada za bardzo naburmuszonym tonem, żeby zabrzmiało to prawdziwie i chyba dostrzega niepewną minę Arnar, bo dodaje: – Serio, tylko tak z tym wyskoczyłoś i…
– Najpierw to ci w ogóle miałom nie mówić – oznajmia ze śmiechem. Lucien najpierw wygląda na przerażonego jeno słowami, po czym tłumaczy to sobie tak, że Arnar w tym przypadku musi żartować.
– Tylko co? – odpowiada z trochę wymuszonym uśmiechem.
– Postawić cię przed faktem dokonanym.
– Jesteś OKROPNE – stwierdza całkowicie czerwony Lucien, ale tym razem mówi to tym swoim charakterystycznym tonem, którego używa zawsze, gdy przekomarza się z Arnar i wyzywa no na żarty.
Uśmiechają się do siebie, po czym Lucien wciąż utrzymuje, że to alkohol uderzył mu do głowy i to dlatego jest taki czerwony i gorąc też się do tego przyłożył i ogólnie to wszystko jest totalnie okej i jest wyluzowany. Tak.
Arnar tylko się z niego śmieje.

Przygotowawszy wszystko, Arnar ukrywa się w ich sypialni, gdy Lucien wreszcie wraca do domu i oznajmia swoje przybycie głośnym: „hej, wróciłem”.
– Super – odpowiada skupione Hermesiątko, na szybko poprawiając zbudowaną przez siebie nastrojową scenkę miłosną, skrzętnie ułożoną na ich profesjonalnie poskładanej pościeli.
Lucien staje w drzwiach sypialni z reklamówką w dłoni, która prawie wypada mu z dłoni, gdy ogarnia wzrokiem łóżko. Brwi podjeżdżają mu wysoko na czoło i usta pozostają lekko rozchylone po tym, jak miał zamiar coś powiedzieć, ale kompletnie zapomniał, co.
– A teraz patrz – mówi Arnar trzęsącym się z ekscytacji głosem i wyciąga swoją najpiękniejszą talię kart. Jednak zanim udaje nu się choćby je przetasować, Lucien odzyskuje głos.
– To są… to są łabędzie? Łabędzie z ręczników? …Całujące się lub robiące cokolwiek, co wymaga stykania się dziobami, łabędzie z ręczników? – pyta, wyglądając, jakby miał zemdleć. Arnar stwierdza, że pewnie z zachwytu.
– TAK.
– I to są te sztuczki, które mi chciałoś pokazać?
– TAK.
– Czyli… Ja pierdolę, okej, dobra – mówi to takim tonem, że Arnar już chce zapytać, czy dobrze się czuje, po czym wybucha głośnym śmiechem. – TO?
– Tak, to – odpowiada Hermesiątko, trochę naburmuszone, bo jeszcze nie skomplementował jeno starań. – Nauczyłom się tego od Ulferta, bo w wakacje pracował w jakimś hotelu i…
– Ale ja jestem głupi – mamrocze Lucien, ledwo łapiąc oddech. Arnar patrzy na niego wzrokiem najbardziej zdezorientowanego kota na świecie. – Już nieważne. – Wciąż chichocze, gdy wspina się na palce, żeby ponieść próbę pocałowania Arnar. Wciąż nieco zdezorientowane, uczynnie się pochyla, żeby ułatwić mu zadanie. Zanim Lucienowi udaje się skutecznie odwrócić uwagę Arnar od wysuwających mu się z dłoni kart, ono odsuwa się na moment, żeby zapytać niepewnie:
– Czyli jednak ci się podoba?
– Tak – odpowiada Lucien z szerokim uśmiechem. – W sumie, to mi ulżyło. Nie spodziewałem się.
Arnar marszczy brwi i zaciekawione przekrzywia głowę, praktycznie odpychając od siebie zdziwionego chłopaka.
– Czekaj, czekaj – mówi, zanim syn Dionizosa zdąży zapytać, co się stało. – To co ty niby kupiłeś?
– C0… kupiłem?
– Co masz w tej reklamówce? – Arnar wskazuje na porzucone u progu sypialni zakupy Luciena, o których najwyraźniej chłopak tak po prostu zapomniał.
– NIE, NIC TU NIE MAM!! – wrzeszczy i zrywa się do biegu, żeby doskoczyć do siatki przed Arnar, które, próbując nie przewrócić się ze śmiechu, stara się utrudnić mu to zadanie w każdy możliwy sposób. – ZOSTAW MNIE!!! PIĘKNE ŁABĘDZIE, KOCHANIE!!! ZAJMIJ SIĘ ŁABĘDZIAMI!!!
– Piękna reklamówka, kochanie.
– PRZYRZEKAM, ŻE WYRZUCĘ TĘ TORBĘ PRZEZ OKNO, JEŚLI JESZCZE RAZ PO NIĄ SIĘGNIESZ – grozi Lucien, gdy zadyszany i zarumieniony przytula zakupy do piersi. – Ani mi się rusz. Zaraz wracam.
Po tych słowach zostawia roześmiane Arnar i przekrzywione przez ich szamotaninę łabędzie w sypialni, żeby w tempie natychmiastowym zutylizować zawartość reklamówki.


────
[1783 słowa: Arnar otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]