sobota, 11 lipca 2026

Od Dahlii CD Chaita — „Haul away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Czy myślała cały czas o tym kretynie, który napsuł jej krwi parę lat temu? Może. Czy myślała, jak go unikać na różne sposoby? Możliwe. Rozważała, skąd mogła kojarzyć Chaita? Tak. Czy to miało jakikolwiek związek z jakąś głupią walką na plastikowe szabelki? Nie. Tego była pewna, przecież tego dnia dzieci były zachwycone, a czas im szybciej mijał.
Już w szatni rozważała, jakie powinna brać zmiany, a jakich powinna uniknąć. Z kim się wymienić i na co. Wcześniej parę razy zerkała na tablicę, próbując spamiętać godziny oraz stanowiska. Nie było tragedii, choć mogło być lepiej.
W gąszczu tych myśli wkradło się pytanie Chaita. Nawet się nie wzdrygnęła. Odpowiedziała machinalnie, tak, jak odpowiadała w swoich rozważaniach.
— Jakiej sytuacji? Że z tym kierownikiem?
— No, z tymi szablami. Czy to było… okej? Że mieliśmy sparing?
— Nasz największy problem, Chait, w tym momencie jest to, że ten koordynator jest pełen gówna. — skwitowała sucho, a parę osób w szatni parsknęło śmiechem. — Nie jakieś walki na plastikowe szabelki, które spotkały się z pozytywnym odzewem. Gdyby to nie było zgodnie z OSHA, bardzo szybko by nam przerwali.
Chait tylko nerwowo się uśmiechnął i kiwnął głową. Dahlia chwilę zatrzymała myśli, wpatrując się w niego. Może powinna nieco zwolnić? Wyglądał mizernie i poprawiał plecak zdecydowanie za często. Żarówki o wyjątkowo chłodnej barwie światła tylko pogłębiały ten depresyjny widok.
— Słuchaj. Stresowanie się w nowym miejscu pracy jest, eee, naturalne. Nie zrobiłeś nic złego. Jeszcze. Po prostu… trafiliśmy na mojego nemezis.
— A, aha. Nemezis.
— Wiesz, co to znaczy? — upewniała się.
Już miała wielokrotnie problem z powodu używania greckich słówek, które dla innych brzmiały zbyt mądrze i elokwentnie. Wyjaśnianie tego też było problematyczne. „Wychowywałam się w obozie, w którym razem z innymi dzieciakami z ADHD uczyłam się greki oraz mitów, to jest dla mnie naturalne i normalne”.
— Tak, tak, wiem. Orientuję się. — skwitował od razu, unosząc ręce. — Nie lubimy tego koordynatora i go unikamy.
— Ja na pewno unikam. Ty jeszcze mu nie podpadłeś. On i tak pewnie uważa, że to ja cię do tego performansu zmusiłam.
Stanęli na korytarzu przed tablicą stanowisk. Szukali swoich nazwisk, po czym wskazała na mapie, gdzie Chait ma się udać. Tego dnia mieli pracować na zupełnie osobnych punktach, jedno w księżniczkowej strefie a drugie w sci-fi. Dała koledze parę wskazówek, jak radzić sobie w tej pierwszej lokacji i już miała ruszyć w swoją stronę, gdyby nie postać stojąca we framudze. Na końcu korytarza. Światło dzienne musiało być wyjątkowo mocne, bo zauważyła, jak głowa cienia prawie styka się z jej butami.
— O, dobrze, że cię widzę, Dahlia. Zmiana planów. Sprzątacze zachorowali i potrzebujemy kogoś na cito. — padł mocny nacisk na „dobrze”.
Przekleństwo memłało się w jej ustach.
— To przykre.
— Już rozmawiałem z innym koordynatorem. Dzisiaj idziesz na sprzątanie. — uśmiechnął się sztucznie Nathaniel.
Stanęli naprzeciwko siebie. Mało było ludzi, którzy byli w stanie zrównać się z jej wzrostem, ale on był jednym z nich. Był za to dosyć cherlawej postury. Co się pierwsze rzucało w oczy, to jego gładka czaszka. Nie można było mu zarzucić braku schludności, swoje wąsy oraz brodę utrzymywał nienagannie. Miał też wyjątkowo irytujący, zdaniem Dahlii, tik podwijania wąsa.
— Co za zbieg okoliczności. Drugiego dnia nagle ktoś zachorował i to ja mam pracować. Taka potrzebna jestem. Złota rączka. — chłodno odpowiedziała.
Przynajmniej wiedziała, jak w jego towarzystwie rozmawiać, żeby nie dostać uwagi. Ostatnim razem prawie skończyła z dyscyplinarką. Teraz popełniła zasadniczo tylko jeden błąd.
Obejrzała się za siebie, sprawdzając, czy Chait dalej tam stoi. Oczywiście, że stał. Co ma robić świeżak, kiedy jego „mentorka” wdaje się w dyskusję z koordynatorem? Nate to zauważył i momentalnie oczy mu się zwęziły.
— A to kto?
— Świeżak z Nowego Jorku. Wdrażam go w zasady, koordynatorze. — akcentowała ostatnie słowo.
Mierzył Chaita od góry do dołu. Widocznie w jego oczach był zbyt drobny i mizerny, więc machnął reką.
— Myślę, że możesz kontynuować mentorowanie przy sprzątaniu. Przydzielę ci go, w ramach towarzystwa. Żeby nie było, że sama masz zamiar wykonać czarną robotę.


— Zabawa. — to był jej jedyny komentarz. Po tym, jak się przebrali w stroje sprzątaczy, całą drogę Dahlia wpatrywała się morderczym wzrokiem w płytki. Chait dotrzymywał jej kroku, wpatrując się dyplomatycznie w miotłę oraz wiaderka. Możliwe, że dla innych wyglądała właśnie jak krążownik, który idzie na pełnowymiarową wojnę i pospiesznie odsuwali się jej z drogi, a on mógł tylko nerwowo się uśmiechać do nich.
Stanęli przed znajomą strefą. Zamiast wchodzić po mostkach, musieli zejść na poziom jaskini. Nie było głęboko, w ścianach były ukryte włączniki światła, generalnie nie było niczego, co by miało być niebezpieczne. W pewnym momencie zatrzymała się i rozłożyła środki do czyszczenia.
— To… tutaj? — niepewnie zapytał się Chait.
— Tak. Okazuje się, ze trzeba czyścić kamienie w jaskiniach. Super robota.
Mrugnął parę razy.
— Czyszczenie kamieni?
— Tak. Jest wilgotno, plus dzieci lubią tutaj pluć. Patrzą, gdzie to spada.
— Czyścimy ślinę dzieci z kamieni.
— Tak.
Po czym wzięła jedno z wiaderek, postawiła na ziemi. Wzięła głęboki oddech, stała tak jeszcze chwilę, po czym nagle jednym, celnym kopniakiem posłała wiaderko w czeluść jaskini. Zniknęło w ciemności, można było tylko usłyszeć głośny trzask. Przyniosło to natychmiastową ulgę. Gdy się odwróciła, Chait szybko odwrócił wzrok, szorując kamienie szeroką szczotką. Wzięła swoją, po czym zajęła się swoją partią ściany.
— To nie twoja wina. — przerwała ciszę między nimi.
Miała wrażenie, że Chait rzadko sam z siebie pyta. Wydawał się tym typem osoby, co nie chce się narzucać. Nawet na moment wezbrało się w niej poczucie winy, że z jej powodu teraz szoruje zatęchłą grotę, zamiast być dobrze ubranym, miłym kelnerem w świecie księżniczek. Zbierałoby się dalej, gdyby nie fakt, że to nie ona przydzieliła go do tej roboty. Należały się jemu wyjaśnienia.
— Widocznie dalej boli go, że odrzuciłam go na randce, na którą zgodziłam się z litości. — wyjaśniła, najkrócej jak mogła, przy okazji się krzywiąc. — Bogowie, jakie to żenujące. Aż mnie dreszcze przechodzą, jak o tym opowiadam.


Chait?
────
[959 słów: Dahlia otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Zanim miała skomentować pegazy w Obozie Herosów, coś zaiskrzyło w powietrzu.
Anemoi, czy tam venti, dało się łatwo rozpoznać. Były nieprzewidywalne, atakowały od razu, zazwyczaj pod postacią chłopców w archetypie „cocky fuckboy”. Nie jej definicja, ale dobrze oddawała te paskudy. Teraz ich postacie były osłonięte przez burzowe, ciemne chmury, w których co jakiś czas trzaskała cicho błyskawica. Było to większe niż zwykłe anemoi, ale to nie przeszkadzało. Większy przeciwnik może i był silniejszy, ale był też łatwiejszy do trafienia. Dahlia osłaniała spokojnie Inez przed ciosem tego potwora, dopóki nie usłyszała jej jęku „hijo de la chingada”.
— Co do… — skomentowała i poczuła nagły odrzut. Oraz zapach fasoli z puszki Campbella.
Nie, żeby to miało teraz jakieś znaczenie. Przeturlała się po ziemi i syknęła głośno pod nosem, kiedy zobaczyła drugiego potwora górującego nad rzymskim obozowiczem. Szanse w walce były nieco wyrównane, musiała tylko dopilnować, żeby Inez zdążyła wystrzelić z gastrafetesa. Zwykle jeden bełt załatwiał sprawę.
Zamachnęła się szablą w kierunku jednego z nich, ale zdążył uniknąć.
— Ha! Za wolno!
— Dobra robota, Archie! Go Bears! — wrzasnął radośnie drugi.
Po czym zaczęli prężyć muskuły, o ile usposobienia wiatrów mogą mieć jakiekolwiek, oraz przybijać sobie piątki. Inez otrząsnęła się i napięła bełt.
— Jakie niedźwiedzie?! — wrzasnęła, rozglądając się gorączkowo. — Gdzie?!
— Strzelaj!
Pocisk poszybował z prędkością, której nawet venti nie przewidział. Zostawił po sobie dziurę w burzowym bycie, który zaczął krzyczeć z bólu. Gdy jednak spodziewała się, że to słynne cesarskie złoto załatwi sprawę, rozpierzchnięta materia formowała się na nowo.
— Dziwne. Lupa uczyła mnie, że venti łatwo się roz-rozpadają.
— Fakt, dziwne. Może jest silniejszy i trzeba więcej strzał?
Kiwnęła głową.
Venti/Anemoi zwróciły się w ich stronę.
— Ej, ej, co to było?! Nie strzela się do takiego byka, jakim jest Brian! — błyskawice trzaskały częściej i mocniej niż zwykle.
— Najpierw niedźwiedź, potem byk? O co chodzi? — wymamrotała Inez.
Już jeden z venti miał się wbić w nią, z dużym impetem, gdyby nie osłonięcie przez Dahlię. Nie miała do odhaczenia w bingo złapania podirytowanej chmurki przesyconej zapachem Old Spice, ale nie miała innej opcji. Słyszała historie o ujarzmianiu tych istot, szczególnie przez przechwalające się dziecko Zeusa, ale nie miała pojęcia, że to rzeczywiście jest trudne. Brzmiało zabawnie, wykonanie gorsze. Włosy stanęły jej dęba, ale przynajmniej mogła w końcu zamachnąć się szablą, w różne kierunki. Szatkowała, jak mogła, po czym podniosła się z trudem. Niektóre błyskawice zaatakowały, chwilowo paraliżując miejsca styku z ciałem. Znowu poczuła podmuch.
Tym razem był silniejszy i impet wrzucił ją na stoisko lunaparkowe. Nie dość, że obiła plecy o ladę, przez co bardzo boleśnie syknęła, to jeszcze trafiła w drugą. Trafiła głową w blaszane puszki, strącając wszystkie. W oddali usłyszała wołanie rzymskiego półboga, ale nie zarejestrowała konkretnych słów.
Podniosła się i zauważyła Archiego szarżującego na nią. Wiele przeszła, ale gdyby dała się pokonać takiemu potworowi, oznaczonego w książce obozowej pod rubryką „jak cię pokona, to masz skill issue”, to by się mocno wstydziła. Nawet po śmierci. Nie miała czasu się zastanawiać, czemu nie poszedł w cholerę do Tartaru, albo przynajmniej się nie osłabił, tylko złapała pluszaka.
— Gratuluję, wyczyściłeś wszystkie puszki. Nagroda dla Miśka! Go Bears! — po czym cisnęła pluszakiem niedźwiedzia w bok. Zdezorientowany anemoi od razu skręcił, próbując złapać drogocenną zdobycz.
Inez trzymała się wyjątkowo dzielnie. Osłoniła się stołem, próbując wycelować w szamoczącego się dookoła Briana. Ventus zaplątał się w mnóstwo balonów, przez co wyglądał jak kretyn, a Inez ładowała pociski w niego. Przechodziły na wylot, acz z dziurami, które by wysłały normalnego potwora tam, skąd przybył.
— Dahlia, moje strzały nie działają! — jej głos był niemal płaczliwy.
— Ani moje szable. Musimy znaleźć jakieś miejsce na przemyślenie planu.
Po czym wyciągnęła ziarna z kieszeni. Wbiła je w ziemię i od razu stworzyła ścianę listowia, kupując im trochę czasu.
Venti przeskoczyły ten prowizoryczny mur, po czym atakowały kolejny raz dziewczyny. Wyglądały jak podirytowane osy, przy okazji wykrzykiwały bojowe przyśpiewki.
Na szczęście byli na tyle głupi, że się nie zorientowali, że atakują iluzje. Półboginie schowały się za ladą, zbierając siły.
— Niezłe iluzje. Ile mamy czasu?
— Na pewno dziesięć minut. Mogłabym dłużej, ale wymaga to ode mnie koncentracji. Dlaczego się nie chcą zabić? — Inez napinała gastrafetes, przy okazji badając, czy nie był uszkodzony.
— Nie mam pojęcia. Wydawało mi się, że trafiłam na pewno szablą.
— Ale jak twój spiż na niego nie działał, moje złoto też nie?
— Może powinnyśmy się zamienić? Może jeden z nich to anemoi, a drugi ventus i są odporni na metale z drużyny przeciwnej?
— Możliwe. O co chodzi z tymi niedźwiedziami?
— Trafiłyśmy na najgorszy typ potwora.
— Że taki… najsilniejszy?
— Nie, potwora, który normalnie siedzi w high school, w drużynie sportowej. Której maskotką jest brzydki niedźwiedź. Oni zapewne w wolnym czasie nękają inne dzieciaki i wsadzają ich głowy do kibli.
— A. Czyli trafiłyśmy na jocków.
Dahlia kiwnęła głową. Pomyślała, że mogło być jednak gorzej. To tylko jakieś mało inteligentne anemoi, które prężą mięśnie i gadają o niedźwiedziach. Arnar kiedyś spotkało młodociane harpie, które goniły jeno, wykrzykując włoskie brainroty.
— Daj znać, jak będziesz gotowa. Mam jeszcze sporo siły, pomijając ból pleców.
Inez nie wyglądała na przekonaną i przełykała gulę w gardle.
— A co, jak zamiana się nie powiedzie i oboje są odporni na nasze bronie?
— Wtedy będziemy improwizować. To niemożliwe, żeby byli odporni. Każdy ma jakąś słabość i musimy ją znaleźć. — mruknęła, szukając w głowie przydatnych informacji na temat anemoi.
Poprawiła chwyt w szablach i spojrzała na dziewczynę, która wyglądała trochę jak smutny szczeniak.
— Damy radę. Osłonię cię w razie czego.


Inez?
────
[893 słowa: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

piątek, 10 lipca 2026

Od Vex CD Kaliny — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ V

Wciąga powietrze w płonące żywym ogniem płuca, żeby mieć w nich wystarczająco dużo powietrza na wykrzyknięcie cudownej, improwizowanej wiązanki przekleństw. I z jakiegoś powodu nikt go jeszcze nie powstrzymuje ani nie ucisza (to dziwna odmiana od obozowej rzeczywistości), więc udaje mu się wydusić z siebie:
– TY ZJEŁ—
Ale Kalina wyczuwa odpowiedni moment na strategiczne wymierzenie Vex bolesnego kuksańca w bok, przez co wiązanka przekleństw zmienia się w smutny skowyt zranionego zwierzaka.
– Niczego nie ukradłam – oświadcza pewna siebie dziewczyna, mimo że pracownica sklepu nie wydaje się skora do zmiany zdania. Ani do zmiany miny na jakąś niewyrażającą ogromnej niechęci.
– Ty kurwo – Vex uzupełnia to wspaniałe oświadczenie, wściekłe patrząc Kalinie prosto w oczy. – To bolało.
– Jeśli się stąd nie wyniesiecie, dzwonię na policję – oznajmia sprzedawczyni, już trzymając telefon w gotowości. Kolejna się znalazła.
– Chcieliśmy tylko kupić, eee, kupić… – Kalina plącze się w słowach, gdy zdaje sobie sprawę z tego, że znajdują się w alejce pełnej alkoholu i żadne z nich nie ma skończonych dwudziestu jeden lat. To niekoniecznie daje im dużo wymówek.
– Szlugi – uzupełnia Vex, bo najwyraźniej właśnie takie rzeczy jako pierwsze przychodzą mu do głowy. Zakzane jabłko i te sprawy. Odpowiada im zszokowane milczenie ekspedientki, która bardzo natarczywym wzrokiem wpatruje się w wąsy tlenowe Vex. – ALE. Ale. Skoro tak nas traktujesz. To niczego tu NIE KUPIMY. I tu już nigdy NIE WRÓCIMY. I wystawimy temu sklepu… temu… sklepo- TEMU MIEJSCU opinię zero gwiazdek na Googlu, żebyś premii nie dostała – wyrzuca z siebie zdecydowanie za dużo słów, jak na czas, w którym chciało to wszystko wypowiedzieć i oprócz tego, że jego słowa ciągle przerywał szum bardzo głośnego wciągania powietrza, to dodatkowo kończy zadyszane. – IDZIEMY, KURWA, STĄD – decyduje i odwraca się, głośno tupiąc rozpadającymi się martensami, prawdopodobnie wykorzystując resztki swojej energii (będąc i tak przez większość czasu napędzane wyłącznie adrenaliną).
– Co to było? – pyta Kalina, gdy nieszczęśliwie z powrotem znajdują się na ulicy, wciąż z tymi samymi problemami, jak parę minut temu.
– Chuj. Nieważne. – Vex rozgląda się pospiesznie, a razem z nim dziewczyna, oboje wypatrują przeklętej, drepczącej staruszki.
– Tam jest, stara jędza – informuje Kalina, niepotrzebnie przyciszając głos. Babsztyl bowiem zadreptał już całkiem daleko podczas nieprzyjemnej interakcji półbogów ze sprzedawczynią. Pewnie babunia wciąż jest przekonana, że dwójka młodocianych przestępców w spokoju dalej marszobiegnie przed siebie, w czym starowinka ukazuje swoje dość małe pojęcie o tym, że młodzież jednak może być bardziej mądra niż głupia.
– No. To po prostu wracamy, skąd przyszliśmy – stwierdza Vex, ale Kalina już kręci głową.
– Ale mogli wezwać policję do tego twojego… wyrazu artystycznego…?
– Nieeeee, daj spokój. – Wzrusza ramionami, szczerze mając gdzieś, czy policja wieczorem zapuka w drzwi mieszkania jego matki, czy nie. – I niby gdzie indziej mamy iść?
– No, na przy-
– PANI ROSALIE!!! – wrzeszczy jakiś facet z przeciwległej strony ulicy. – TU SĄ!!!
– NO JA PIERDOLĘ NIC INNEGO …… NIE MASZ DO ROBOTY PÓŁMÓZGI …… TROGLODYTO ANALFABETO …… JEBANY ĆWIERĆINTELIGENCIE – wrzeszczy Vex, najgłośniej jak potrafi, choć z dość uciążliwymi chwilami ciszy na szybki wdech. – PIES CI MATKĘ JEBAŁ!!!
– CHODŹ – krzyczy Kalina, z niepokojem zauważając, że spory tłum ludzi zgromadzonych wokół nich nie tylko wbija w nich ciekawskie spojrzenia, ale niektórzy nawet ich nagrywają. Jeżeli to wyląduje na jakimś tiktoku, to żadne z nich nie będzie miało życia. Potencjalnie równbież połowa nastolatków/młodych dorosłych z niebieskimi i fioletowymi włosami, ktorzy mieszkają w San Francisco i w spokoju wiodą życie normalnych obywateli.
– NIE BĘDZIESZ MI ROZKAZYWAĆ – oznajmia Vex, ale mimo tego i tak rusza za dziewczyną, niemiłosiernie wkurwione na cały świat.
Wznawiają swoje tempo nieszczególnie szybkiej ucieczki (na szczęście żaden z gapiów nie jest na tyle zaangażowany w sytuację, żeby ich gonić), bo pani Rosalie coraz bardziej się do nich zbliża swoim pełnym nienawiści dreptaniem.
Chyba żadne z półbogów nie do końca wie, gdzie mają zamiar uciec. I jak mają zamiar to zrobić. Dopóki nie docierają do zejścia do metra, które Vex prawie omija, bo jakiś czas temu postanowiło patrzeć tylko przed siebie i mieć w dupie cały świat dookoła. Kalina musi aż pociągnąć go za rękaw bluzy, żeby wreszcie się zorientowało, że los podsuwa im pod nos rozwiązanie wszystkich problemów. Ochoczo schodzą po schodach, oboje już zadyszeni i zdenerwowani, a czekanie tych parunastu sekund na przyjechanie następnego pociągu w jakąkolwiek stronę przyprawia ich o stan przedzawałowy. Oboje bardzo niepodejrzanie nie wiedzą, co zrobić z rękami i ciągle oglądają się za siebie, jakby zaraz do metra miała wbiec cała armia komandosów od zadań specjalnych i bardzo tajnych. Ludzie, jak to ludzie, nie zwracają na nich wiekszej uwagi poza tym, że oboje mają kolorowe włosy i, co za tym idzie, jakieś zaimki w pakiecie.
Wskakują do pierwszego lepszego wagonu pociągu jadącego w pierwszą lepszą stronę, oboje zbyt nabuzowani i wściekli na całą populację 60+ całego okrągłego świata, żeby w ogóle spojrzeć, gdzie jadą. I gdzie mogą wysiąść, żeby dostać się… gdzieś.
Wagon jest cały zatłoczony, ale wystarczy, że Vex ostentacyjnie wskazuje na swoje wąsy tlenowe i magicznie znajduje się dla niego miejsce siedzące. Dla Kaliny nie. Zmuszona jest stać nad Vex, ściśnięta razem z innymi ludźmi jak sardynka w puszce.
– Teraz na pewno jej uciekliśmy – oznajmia Vex, rozsiadając się na swoim twardym i bardzo niewygodnym siedzonku tak szeroko, jak tylko jest w stanie, tylko trochę naruszając prywatną przestrzeń kobiety siedzącej obok niego.
– No nie wiem – mamrocze Kalina z niepokojem wymalowanym na twarzy i w oczach. – Oni tam nas nagrali.
– Na bogów, ale ty przesadzasz – wzdycha Vex i ostentacyjnie przewraca oczami. – Takich filmików jest w internecie milion.
– Ale mogą nas zidentyfikować.
– Ta. I rozwieszą za nami plakaty gończe, jak w tych wszystkich filmach, których się pewnie naoglądałaś.
– Aha, super, zabij się.
– Jej. – Vex odpowiada Kalinie uniesionymi kciukami w górę i sztucznym uśmiechem, po czym wraca do miny wkurzonego ojca, który wraca do domu po przepracowaniu piętnastu godzin w swojej szanowanej firmie. – Widzisz stąd te takie tablice, co się wyświetlają przystanki?
Kalina staje na palcech i rozgląda się nad głowami ludzi, ale totalnie niczego nie może dostrzec. Kręci więc głową, a Vex bardzo głośno wzdycha.
– Zajebiście – podsumowuje ich aktualną sytuację. Są jak uciekinierzy w kreskówce, a do tego nie mają ani prowiantu, ani niczego do picia, ani pewnie w ogóle jakiejś porządnej ilości pieniędzy…
– Bileciki do kontroli~!
ANI biletów, ani pewnie możliwości kupienia tych biletów. Vex nie ma też przy sobie żadnego dokumentu tożsamości.
– Serio. – Vex patrzy Kalinie prosto w oczy wzrokiem pokonanego człowieka pozbawionego nadziei na ratunek. Uśmiechają się do siebie. Uśmiechami pokonanych herosów. – Masz jakieś fajne moce, które jakimś cudem wyciągną nas z tej sytuacji, czy…?


Kalina?
────
[1059 słów: Vex otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Arnar CD Dahlii – „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Na swojej liście, obok taska: „Zostać porwanym”, Arnar zamaszystym gestem rysuje prześlicznego ptaszka (tak zawsze czytało w gazetkach i innych magazynach – wykonane zadania odznaczać ptaszkami; trochę mu się to nie podoba, bo ptaki należą do szeroko pojętego królestwa zwierząt, więc zamiast nich rysuje uproszczone loga McDonalda, na widok który również trochę się wstydzi). Zuperłnie szczerze nie spodziewało się, że będzie miało na tyle szczęścia, żeby naprawdę zostać pełnoprawnie porwanym. Raczej myślało, że będzie musiało specjalnie ukartować całą sytuację, ale tego by sobie w życiu nie wybaczyło. Nawet jako bardzo dumne ze swojego pochodzenia dziecko Hermesa ma jakieś zasady honoru i jeśli przez oszustwo może dojść do celu, to jeszcze spoko, ale jeśli oszustwo jest tym celem, to odbiera to bardzo dużą część zabawy w odhaczaniu rzeczy na liście zadań.
– Panowie są wspaniali – zwraca się do dwójki mężczyzn w garniturach i ciemnych okularach, którzy ze skwaszonymi minami skupiają się na gburowatym prowadzeniu limuzyny. – Dzięki panom spełniłom swoje marzenie. Chcą panowie parę pesos, może?
Mężczyźni mu nie odpowiedzieli, ale wqymienili ze sobą trochę zdezorientowane spojrzenia, które Arnar odebrało jako: „Nie mamy pojęcia, czym, do jasnego chuja, jest pesos”, ale tak naprawdę oznaczały: „PRZECIEŻ NIE BRALIŚMY NIKOGO Z PSYCHIATRYKA”.
Zadowolone Arnar rozsiadło się wygodniej na tylnej kanapie luiksusowego samochodu i wyjrzało przez ciemną szybę na migające za oknem miasto. Nawet go nie związali, choć ono tak naprawdę trochę nalegało, bo w końcu to jedna z podstawowych zasad bycia porwanym. Może poszło za nimi zbyt dobrowolnie, więc w sumie nie musleli sie wysilać. Postanowiło machnąć na to ręką i skupić się na tym, że będzie musiało uciec, zanim postanowią poodcinać mu palce. W jego głowie jest to zdecydowanie znacznie bardziej proste niż powinno być. Może to dzięki tamtej ucieczce przed gorgoną jest takie pewne siebie.
Limuzyna wreszcie zajeżdża na miejsce, a przynajmniej Arnar domyśla się tergo dzięki temu, że się zatrzymali. I nie zatrzymali się na stacji paliw ani pod Walmartem, więc to oznacza, że są u celu. Proste rozumowanie nader inteligentnego półboga.
Jeden z facetów w okularach otwiera mu drzwi, drugi mamrocze coś co może być zarówno „Chodź za nami” jak i „Chłód złamany”. Arnar drogą czystej dedukcji dociera do tego, która z tych opcji jest poprawna i posłusznie idzie za mężczyznami.
– O cholerka – wydusza z siebie, gdy przed nim, jak spod ziemi, wyrasta znajoma postać (czyli facet, któremu ukradło portfel i z Lucienem sprawili, że rzuciła go jego ówczesna lala). – Pan… Lewis Trolley?
– Lawliet Taylor.
– Aha. No tak. Rzeczywiście – oznajmia Arnar z uśmiechem, przyglądając się Taylorowi, który ani trochę nie wydaje się zadowolony z ich ponownego spotkania, choć najwyraźniej to on tutaj sprawadził nieszczęsnego półboga. – Jak się pan ma?
– Posłuchaj, jak oddasz mi moje pieniądze, to wszystko rozejdzie się po kościach. I żadnej z twoich nie połamiemy.
– Mhmmmmm – mruczy Arnar, kiwając się na piętach. – Ale ja ich nie mam.
– ???
– No. Nie mam. Gdzieś mi musiał wypaść.
Lawliet Taylor nie wytrzymuje i jego twarz przybiera bardziej znajomy Arnar kolor – wściekłą czerwień. Zamiast poprosić o to swoich ochroniarzy (z których jeden dłubie w nosie, a drugi drapie się po dupie), rzuca się na herosa samodzielnie i wychodzi mu to co najwyżej miernie. Arnar nawet nie musi się wysilać, bo nawet we śnie jest szybsze od faceta w obcisłym garniaku, który chyba w swoich najśmielszych snach jest w stanie ukryć wystający piwny brzuszek.
– To ja będę lecieć – oznajmia Arnar po uniknięciu kolejnych kilku ciosów, patrząc prosto w oczy zadyszanego Lawlieta Taylora. – Ale mogę dać panu parę pesos, bo i tak mi się do niczego nie przydadzą. Znaczy, mogłobym przejść się do kantoru, ale ciągle o tym zapominam.
– AAAAARFFHFHHFFGGGGGGGGGGGGGGGGH – odpowiada Lawliet Taylor, podczas gdy jego ochroniarze przyglądają się tej żałosnej potyczce z bezpiecznej odległości.
– No to nie. Strzałeczka! – Arnar, dumne z siebie, opuszcza miejsce zdarzenia. Za sobą słyszy wrzask Lawlieta Taylora, który karze swoim facetom w okularkach przeciwsłonecznych gonić uciekiniera, ale okazuje się, że to właśnie uciekinier miał być fundatorem ich wypłaty.
Jak w każdym filmie akcji tego typu, Arnar bezpiecznie ukrywa się w ciemnym zaułku po szybkim zakupie wody mineralnej na pobliskiej stacji benzynowej. Znalezionym w kieszeni drucikiem robi dziury w zakrętce i w świetle już powoli zachodzącego słońca rozbryzguje wodę na prawie całą alejkę.
Tęcza jakaś jest, ale trochę marna.
Wygrzebuje z kieszeni coś, co w dotyku bardziej przypomina drachmę, niż pesos albo dolary i rzuca tym w ledwo migocącą tęczunię.
– Hej Iris, jesteś super bardzo cię lubię. Połączysz mnie z Dahlią Chestnut, ładnie proszę? – Drachma znika, a zamiast niej w kropelkach wody pojawia się rozdygotana twarz, która nie jest twarzą córki Demeter. – Pęcisław?
– ARnR?
– Hej, Pęcisław, porwali mnie.
– …c0?
– Porwali. Jestem gdzieś trochę daleko, ale w sumie to nie wiem, gdzie.
– dhIa ćb szka!!!
– Eeeeee, okej? Powiedz Dahlii, że wrócę jakimś autobusem do centrum, oki? Chyba daleko nie jestem, ale nie wiem w sumie.
– KRWA N SŁSZ Ć.
Arnar nie zdążyło się pożegnać, bo skończyła mu się woda mineralna. Z poczuciem dobrze wykonanego zadania, idzie szukać najbliższego przystanku autobusowego.


Dahlia?
────
[816 słów: Arnar otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

Jesień IV

Powrót do baraku Ricky'ego jest dla Kuźmy jak powrót do szkoły po wakacjach spędzonych na wszystkim, byle nie na żadnej formie nauki. W środku śmierdzi milionem niezidentyfikowanych substancji, których zapachy niefortunnie się na siebie nałożyły i jednogłośnie postanowiły przybrać swąd spalonego toksycznego mleka. Dziewczyna z całego serca współczuje wszystkim tutejszym lokatorom, dopóki nie orientuje się, że przecież wszyscy już dawno przyzwyczaili się do ekscesów Ricky'ego, z których zapach jest naprawdę najmniejszym problemem.
Całą swoją ekscentryczną grupką pochylają się nad ołowianą trumną Marii Skłodowskiej-Curie i pomiędzy nimi przelatuje niewypowiedziane przez nikogo pytanie: „To co tak właściwie teraz robimy?”. Atmosfera zmienia się dopiero wtedy, gdy któreś z dzieciaków Wulkana dostrzega spokojnie odpoczywające na jeszcze niedziurawym talerzu spaghetti. Wulkaniątko postanawia wznieść zatem okrzyk pełen niewysłowienie ogromnego zdumienia, a dopiero potem rzec podniesionym głosem:
– CO TO KURWA JEST.
– Latający Potwór Spaghetti – odpowiada Kuźma, wypluwając z siebie każdą sylabę z obrzydzeniem godnym zagozałego konfederaty, który właśnie odkrył istnienie kobiet. – Teraz leży. Ale może ci wlecieć w twarz i jeszcze bardziej wykrzywić nos, jak się nie uspokoisz. Zresztą. Rozmawialiśmy już o tym. To te grzyby. Nie narkotyki.
– Wy na pewno nie chcecie tym kogoś zabić? – rzeczowo pyta Alvin, który z dużą dozą niepewności i niepokoju poprawia swoje pancerne rękawiczki, żeby na pewno nie odsłoniły choćby najmniejszego fragmentu jego skóry. – Bo możemy powiedzieć centurionom i wtedy…
– Centurioni już wiedzą – ucina Kuźma. – Prawda, Ricky?
– Zostałem poddany torturom – mamrocze chłopak, co niekoniecznie ma jakikolwiek sens bez żadnego kontekstu. – Jeśli się tego nie pozbędziemy, to zostanę poddany kolejnym.
– Właśnie. Po to ta trumna.
– Inaczej zatrujemy ekosystem i już nigdy nie powstaną nowe Pokemony. I wszystkie inne wyginą. A moje karty… – Ricky nadgarstkiem wyciera nos, z którego sączą się gęste gluty. – To byłoby bardzo smutne.
– Okeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeej – Alvin i reszta Wulkaniątek wydają się jeszcze bardziej zdezorientowani niż wcześniej. – Dorobimy te kółka i spadamy. Tyle. Zapominamy o wszystkim, co się tutaj działo. Koniec.
– Mamy podpisać jakąś deklarację poufności? – prycha Kuźma, mimo że w głębi serca odczuwa coś w rodzaju ulgi.
– Mogę podpisać się ogniem – mówi Ricky i z jakiegoś powodu każdy go ignoruje. Chyba wszyscy stwierdzają, że to nigdy nie miało być pytaniem i nie ma sensu rozpoczynać kłótni, bo żadna deklaracja poufności nagle nie pojawi się w trumnie. – Gdzieś nawet miałem takie fajne zapałki!! Serio, takie wiecie. Takie super fajne, takie… nie potrafię wytłumaczyć, czekajcie, czekajcie, zaraz wam pokażę!!! – Z tymi słowami Ricky nurkuje pod łóżko, żeby jeszcze długo spod niego nie wyskoczyć.
– Długo wam to zajmie? – pyta Kuźma, po czym bardzo dokładnie lustruje skrawek łóżka Ricky'ego, żeby ostrożnie na nim usiąść i usłyszeć zgłuszone stęknięcie spod swojego tyłka. – Sorry.
– Nie szkodzi!! – odpowiada Ricky i przesuwa swoją akcję poszukiwawczą na trochę inny kawałek zakurzonej podłogi.
– Eee, nie, chwilkę tylko – rzuca Alvin, wracając do pytania dziewczyny. Skądś wyczarował kilka kółek od fotela biurowego i Kuźma podejrzewa, że po prostu nosi milion takich niepotrabnych części w swoich obszernych spodniach moro z większą ilością kieszeni niż najśmielsze wyobrażenia heroski o spodniach rasowych budowlańców.
– A one nie-
– MAM – przerywa jej Ricky, a jego krzyk zostaje odrobinę stłumiony przez materac. Chłopak desperacko próbuje wydostać się spod łóżka, ale czołganie się do tyłu tragicznie go zawodzi. Gdy wreszcie, po zdobyciu kilkunastu nowych siniaków i wzburzeniu ogromnej chmury kurzy, przez którą Kuźmie łzawią oczy, Ricky triumfalnie staje na obydwu nogach, cały brudny i wymięty, ale szczęśliwy. W dłoni tryumfalnie ściska pudełko jakby od zapałek, ale nie do końca. – MOJE ZAPAŁKI!!! – Potrząsa pudełeczkiem i, ku zdumieniu wszystkich obecnych, wydaje ono z siebie charakterystyczny dźwięk dla METALOWYCH przedmiotów obijających się o siebie.
– Pokaż. – Kuźma odbiera Ricky'emu pudełko zapałek, ogląda je pobieżnie (etykietę pieczołowicie zdrapano), a gdy odważa się je otworzyć, odkrywa kilkadziesiąt metalowych pałeczek, które w życiu obok zapałek nie stały. Wyglądają bardziej jak patyczki, których używa się do nauki liczenia we wczesnej podstawówce. – Jaki szajs. Ty tego nigdy nie zapalisz.
– Ej – mówi Ricky z bardzo smutną miną. – Kiedyś mi się udało.
Kuźma nie ma zamiaru uwierzyć mu w te słowa.


Ricky?
────
[650 słów: Kuźma otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Lucasa — „Ryan Gosling to dosłownie ja”

Poprzednie opowiadanie

— Ale dlaczego ja? — mężczyzna nie był przekonany. — Jest tyle ludzi dookoła.
— Bo… wygląda pan… jakby umiał to zrobić? — uśmiechnął się głupkowato. Starał się brzmieć tak miło, jak tylko potrafił.
— Ja… pan? — spojrzał na Mikołaja zaskoczonym wzrokiem. Nastolatek zorientował się, że może jednak mimo starań powiedział coś nie tak.
— Jesteś stary, Lucas — zaśmiała się stojąca obok Mia. — Potrzymać ją? — spytała, wystawiając ręce po Ruby.
— Mam dwadzieścia lat! — oburzył się, oddając dziewczynie dziecko. — Mów mi na „ty”, proszę — zwrócił się do Mikołaja, który patrzył na niego badawczo, jakby próbował go z czymś skojarzyć.
— Lucas? — zapytał zdziwiony.
— Coś nie tak? — Lucas wyglądał na zdezorientowanego. Spojrzał niepewnie na Mię, a potem zadał następne pytanie Mikołajowi. — Znamy się?
— Nie — odparł szybko Mikołaj. — Znaczy tak…tak jakby, ale nie, raczej nie.
Lucas był coraz bardziej zagubiony, co Mikołaj doskonale widział. Chłopak zaczynał żałować, że kiedyś się odezwał. Próbował pocieszać się tym, że nikt w tym mieście go nie zna i nawet jak się zbłaźni, to nikt go nie zapamięta. Był jednak pewien, że Lucasa skądś zna. I nie był to tylko jego niedawny sen.
— Nie wiem, powiedz mu, że twoje dziecko lubi Barbie… Albo coś takiego — zaproponował.
— Ma roczek, mówiłem już.
— Tylko? Myślałem, że… wygląda na starszą — odparł bez zastanowienia i spojrzał na Mię. — O, albo że to dla twojej dziewczyny!
— To nie jest moja dziewczyna! — zaprzeczył, słysząc, jak Mia zaczyna się śmiać.
— To możesz skłamać!
— Ty też.
Mikołaj odwrócił wzrok, nie chcąc przyznać Lucasowi racji. Jego duma nie pozwalała mu ani na to, ani na przepychanie się między zakochanymi faneczkami Ryana Goslinga. Autograf jednak musiał zdobyć. Była to kwestia po pierwsze, ponownie dumy, a po drugie, ważniejsze, pięćdziesięciu złotych, o które założył się z przyjaciółką.
— Strasznie tu głośno, a Ruby chyba usypia — odezwała się w końcu Mia, a gdy Lucas na nią spojrzał, wskazała ruchem głowy na pobliską kawiarnię. — Poczekam z nią tam, okej?
— Jasne, zaraz przyjdę — odparł z uśmiechem i odprowadził dziewczynę wzrokiem. — Dzięki.
— Jesteś wyższy, poczują twoją dominację i cię przepuszczą — powiedział w końcu Mikołaj, łapiąc się pierwszego argumentu, jaki przyszedł mu do głowy.
— Ale to ty jesteś fanem — trafnie zauważył Lucas, w którego głosie nie dało się wyczuć nawet cienia irytacji.
I tu pojawił się problem. Mikołaj w ostatniej chwili ugryzł się w język, aby nie wydało się, że okłamał Lucasa. Tak naprawdę chłopak nie wiedział o aktorze nic, może poza powszechnienie znanymi faktami. Wiedział jedynie, że grał Kena i Rylanda. I to właśnie ten drugi sprawił, że tego dnia znalazł się w całkowicie mu obcym mieście.
Wracał właśnie z dość długiego pobytu w domu i Los Angeles, dziwnym trafem, znalazło się „po drodze” z Polski do Nowego Jorku. Jakiś czas temu spotkał się ze znajomymi na nocowanie, podczas którego postanowili obejrzeć „Projekt Hail Mary”. To właśnie wtedy Mikołajowi przyśniła się walka z klonami Rylanda w Rylandlandzie i to właśnie wtedy chłopak założył się z Elizą o zdobycie autografu autora. Wyczytali gdzieś, że Gosling będzie miał spotkanie z fanami, a jako że Mikołaj i tak niedługo miał wracać do Stanów, to co mu szkodziło wylądować na lotnisku w innym mieście? Jego europejski sposób myślenia stwierdził, że skoro będzie w tym samym państwie, to na jego drugi koniec trafi przecież bez większego problemu w kilka godzin.
— Ale widzisz? Ty mnie teraz bardziej przekonujesz, że tego nie zrobisz, niż ja ciebie, że to zrobisz — powiedział z poważną miną.
— I co?
— To znaczy, że jesteś bardziej przekonujący niż ja.
— To tak nie działa.
— Błagam! Muszę się jeszcze dzisiaj dostać do Nowego Jorku! Nie mam czasu! — Mikołaj prawie że klęknął przed Lucasem na kolana. — Błagam!


Lucas?
────
[589 słów: Mikołaj otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny CD Vex — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Nie! — zaprzeczyło stanowczo, rozmasowywując obolały policzek. — Przywidziało ci się! — dodało, widząc, jak Kalina otwiera usta.
Kalina, której w końcu udało się opanować wybuch śmiechu, spojrzała na niego badawczo. Jednocześnie starała się patrzeć na chodnik za Vex — wypatrując babcię oraz samo Vex, czy przypadkiem się nie zatacza. Zirytowane dziecko Marsa najwidoczniej musiało to dostrzec, bo cofnęło się od niej o krok, czy dwa.
— Wszystko okej? — zapytała w końcu.
— Oczywiście — wzruszyło ramionami Vex, próbując wyczuć, czy na jego twarzy przypadkiem nie pojawia się wielki siniec. Jeśli się pojawi, przynajmniej będzie pasował mu do włosów… póki nie zzielenieje.
— Ale na-
— Zamknij się — urwało, w końcu przestając dotykać swoją twarz. Wzięło głęboki oddech, zmrużyło oczy i spojrzało na dziewczynę. — Co ty odpierdalasz?
— To znaczy? — zaśmiała się głupkowato, uciekając wzrokiem. — Nie wiem, teraz na przykład stoję.
— Kurwa, pytam serio. Co jej zrobiłaś?
— Nic- — kątem oka Kalina dostrzegła starszą panią, która nie poddając się, nadal podążała ich śladem. Szybsze dreptanie było teraz wolnym dreptaniem, ale złowieszcze wymachiwanie telefonem pozostało. Dziewczyna była pod wrażeniem jej kondycji, bo mimo sędziwego wieku kobiety, tej mógłby jej pozazdrościć niejeden przeszkolony heros. — Jak ten pierdolony ślimak — westchnęła.
— Jaki, kurwa, ślimak?
Nie czekając na reakcję towarzysza, Kalina złapała Vex za rękę i zaczęła uciekać wolnym, ale szybszym niż zwykły chód tempem. Skręciła w kolejną uliczkę i zaczęła rozglądać się za miejscem, które nie będzie na widoku. Słabe krzyki kobiety stawały się coraz głośniejsze i Kalina miała wrażenie, że ogląda jakiś słaby horror, którego fabuła polega na tym, że główny bohater jest goniony przez niezidentyfikowane stwory, wydające niepokojące odgłosy. W tym przypadku potwór był zidentyfikowany — była nim zwykła staruszka, a niepokojące odgłosy brzmiały mniej więcej „złodzieje! wandale! niewychowana młodzież!”, a słowa oddzielały przerwy na zaczerpnięcie tchu.
— Po schodach nas nie do- — pomyślała, a przy okazji wypowiedziała własne myśli na głos. Po chwili, gdy już skręciła w stronę klatki schodowej, przypomniała sobie, że idzie z Vex. — Albo może i nie.
— Chodź tu — Vex zaciągnęło ją gdzieś na bok.
Wpadli do pierwszego lepszego sklepu spożywczego. Był to typowy sklepik osiedlowy, gdzie sporą część klientów stanowili pijani panowie i starsze panie, przychodzące na ploteczki. W tej chwili jednak wydawał się idealnym schronieniem mimo zaskoczonego wzroku kasjerki. Kalina zniknęła między regałami, a Vex dogoniło ją po parunastu sekundach, walcząc o każdy oddech i marząc o chwili spokoju.
— Może tu nie wejdzie — stwierdziła wesoło Kalina, dostrzegając kątem oka Vex. Z udawanym zainteresowaniem czytała etykiety smakowych piw na regale, udając, że nie widzi czerwonej od wysiłku i wkurwienia (zwłaszcza wkurwienia) twarzy herosa. — Mango-banan? Fu, ktoś to pije?
— Nie zmieniaj tematu — irytację w głosie nastolatka dało się usłyszeć w całym sklepie. — Wpadasz na mnie… przerywasz mi PRACĘ, ciągasz po mieście… rodzinę jej zabiłaś?!
— To ty złamałoś prawo, nie ja — wzruszyła ramionami. — Nie boli cię ta głowa?
— To ciebie nazwała złodziejem — zauważyło ostro, a na pytanie odpowiedziało zabójczym spojrzeniem. — Co jej ukradłaś? Pokaż, ocenię czy było warto — dodało szeptem.
— Nic nie mam! — uniosła obie ręce ku górze, jakby Vex było co najmniej policjantem. — I nie krzycz, bo nas stąd wyrzucą.
— To ty krzyczysz! — odparło wkurzone Vex. — I kłamiesz! Jakbyś jej nie okradła, nie byłoby problemu!
— Nie mam ani jednej jej rzeczy! — tłumaczyła się Kalina. Była gotowa w desperacji wywrócić na lewą stronę wszystkie sześć kieszeni. Za bardzo obawiała się jednak ilości śmieci i innych, przypadkowych przedmiotów.
— Akurat.
— Naprawdę, oddałam jej — zaśmiała się. — Nie moja wina, że jest ślepa.
— Ja pier- dzień dobry! — wyraz twarzy Vex zmienił się w sekundzie.
Za Kaliną stała pracownica sklepu. Z założonymi na piersi rękami uważnie słuchała ich rozmowy, gotowa na ewentualną konfrontację.
Dziewczyna niepewnie odwróciła głowę do tyłu i odskoczyła wystraszona na widok kobiety. Cudem nie uderzyła w regał pełen szklanych butelek. Całe szczęście, bo nie uśmiechało się jej płacić za zmarnowany w ten sposób alkohol. Stanęła obok Vex i po prostu wybuchnęła śmiechem.
— Do widzenia — kobiecie najwidoczniej nie było do śmiechu. — Złodzieje.


Vex?
────
[638 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]