poniedziałek, 28 września 2026

Od Lucasa CD Mikołaja — „Ryan Gosling to dosłownie ja”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Lucas spojrzał z ukosa na Mikołaja.
— Serio się pytam! Kto to… znasz go?
— To postać fikcyjna.
— Ale co ma Sebastian Wilder do Ryana Goslinga?
— To jedna z jego najpopularniejszych ról.
Po tej krótkiej wymianie zdań nastąpiła krótka, niezręczna cisza.
— Po co chciałeś ten autograf, skoro nic nie wiesz? — spytał Lucas.
— Jakby ci to powiedzieć… to był zakład.
— ZAKŁAD? Chcesz mi powiedzieć, że jedziemy w tym małym, ciasnym, śmierdzącym kiblu i będziemy w nim przez co najmniej dobre parę godzin, tylko dlatego, że się założyłeś!
— Trochę tak… ale nie udawaj takiego sztywnego okej! Nie wierzę, że nic szalonego nie robiłeś, gdy byłeś w moim wieku! Wy od Ateny jesteście tacy sztywni.
Lucas zacisnął zęby. Głupio było mu powiedzieć, że w wieku Mikołaja sam wyprawiał nie lepsze rzeczy. Razem z siostrą Louise, trzymał w małej szopce niedaleko Obozu Herosów małe szczeniaczki. Kiedyś razem z nią i jednym z jego rodzeństwa, Avery, wybrali się do Nowego Jorku. Na studiach poznał przyjaciela Ariela, który prowadzi bujne, imprezowe życie. Nikt by po nim nie stwierdził, że jest stałym bywalcą barów. Znaczy, był. Wiele się zmieniło, odkąd pojawiła się Ruby, która w pewnym sensie, trochę spowolniła tryb życia Lucasa.
— Hej, wszystko dobrze?
Z transu rozmyślań wyrwał Lucasa głos Mikołaja.
— Tak, czemu coś miałoby być nie tak?
— Myślałem, że cię uraziłem czy coś…
— Nie, wszystko dobrze. Wspominałem o… głupich rzeczach, jakie zrobiłem.
Mikołaj uniósł głowę zaciekawiony.
— Ukrywałem przed Chejronem zgraję małych piesków — kontynuował Lucas. — Wraz z moją siostrą, ówczesną grupową domku Ateny.
Młodszy heros się roześmiał.
— Naprawdę? Trzymaliście pieski? Gdzie!
— W szopce w lesie. Niestety musieliśmy je oddać. Są podobno w Obozie Jupiter. Ciekawe, co tam u nich.
— I nikt się nigdy nie dowiedział?
— Nie. To była taka nasza mała tajemnica.
— Słodko. Ja to zawsze chciałbym mieć kota… takiego jasnego, płowego i nazwałbym go Franek.
Tok rozmowy zaburzył komunikat.
— Uwaga, uwaga! Awaria w pociągu! Wszyscy są proszeni, aby opuścić pociąg przy najbliższej stacji kolejowej!
— Co?! — Mikołaj wykrzyknął. — Przecież… gdzie my w ogóle jesteśmy!
Lucas wyszedł z łazienki, by spojrzeć na komunikat. Kolejny przystanek, na którym mają opuścić pociąg to Flagstaff.
— I gdzie jesteśmy? — Mikołaj niedługo później również wyszedł z łazienki.
— W Flagstaff, miasto w Arizonie. Mamy godzinę 18… I jest weekend…
— To pójdziemy na miasto się bawić!
— Nigdzie nie idziemy! Musisz wrócić do Obozu Herosów cały i zdrowy!
— Nie rób ze mnie dzieciaka! Mam 16 lat! No dawaj, może coś fajnego będzie!
— Tylko nie waż mi się stać w kolejnej kolejce, po kolejny autograf!


Mikołaj?
────
[407 słów: Lucas otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Kala CD Filemona — „Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA V

Z niezrozumiałego dla niego powodu, Kal musiał na szybko wytłumaczyć przed samym sobą swoje zachowanie, jakby właśnie stał nad nim przełożony i pytał, dlaczego odpyskował stałemu klientowi. Tutaj powód był naprawdę bardzo prosty, bo to ten niebieskowłosy delikwenciak wszystko zaczął, a do tego rozpościerał wokół siebie aurę sfrustrowanego i zmęczonego życiem człowieka. Aurę tak ogromną, że Kal prawie nie mógł się przez nią przebić ze swoimi emocjami, co w pewnym sensie było osiągnięciem. Heros powinien był sobie wytłumaczyć, że typ pewnie ma zły dzień, że jest pracownikiem banku uwięzionym na przykrótkiej smyczy przyczepionej do zbyt ciasnej obroży, ale przejmowanie się jakimś nieznajomym mężczyzną było ostatnią rzeczą, którą chciałby robić Kal po męczącym dniu w szkole. Miał ochotę tylko jak najszybciej wrócić do mieszkania, rzucić się na łóżko i usnąć, równocześnie chcąc, żeby dzisiaj się skończyło, a jutro nie nadeszło.
Straszenie policją zadziałało na Kala równie dobrze, jak zadziałałoby kazanie mu stanąć w kącie i przemyśleć swoje zachowanie. Nie miał pewności, czy w takiej sytuacji policja bardziej nie przejęłaby się potencjalnym groomingiem dziwnego pracownika banku niż podejrzeniem „stalkingu” ze strony smutnego osiemnastolatka, z którego partnerka jego ojca uczyniła chłopca na posyłki najwyraźniej w bardzo złym miejscu i jeszcze gorszym czasie. Załatwiał naprawdę bardzo prostą sprawę: wychodził ze szkoły i szedł do domu, nie przejmując się swoimi półboskimi obowiązkami i będąc prawdopodobnie jednym z najgorszych centurionów od pięciu dekad, ale trudno mu wyplenić stare nawyki unikania Obozu jak ognia, gdy nie ma ochoty na przebywanie w nim. Miał wrócić tam jutro, pojutrze, może w tym tygodniu, w sensie kiedyś na pewno wróci i bohatersko nie stawi czoła wszystkim problemom, które się tam w tym czasie nazbierały. Liczył wyłącznie na to, że jego kohorta była w miarę ogarnięta i krótkie wakacje dla centuriona jej nie zaszkodzą, ale teraz zaczynał wątpić, czy to on jest wystarczająco ogarnięty, żeby przebywać w mieście. Był tu przez bardzo długie dwa dni i już chyba wolał Obóz od… tego, co się tutaj działo.
Chłopak nie poświęcił się na tyle, żeby odwrócić się do mężczyzny i wytłumaczyć mu, że, jakby co, to policja będzie miała go w dupie i już prędzej Kalowi uda się zagrać przestraszonego młodzieńca, niż ktokolwiek będzie współczuć czterdziestoletniemu bucowi. Dla kontekstu Kal niestety musiałby dodać, że co prawda może miał ładną twarz, ale w aktorstwie jego największym osiągnięciem mogłoby być co najwyżej granie drzewa, co i tak pewnie skończyłoby się na tym, że zostałby wyrzucony na zbity pysk za źle odegraną rolę. Przez nadmiar rzeczy do wytłumaczenia, postanowił uszanować swoje prawo do milczenia i jak najszybciej uciec z miejsca zdarzenia.
Odchodząc spod banku, słyszał jeszcze jakieś pomrukiwania ze strony faceta, które najprawdopodobniej nie były przeznaczone dla Kala. Chłopak odnotował w swoim nieistniejącym dzienniku, że oto dnia dzisiejszego jakiś facet zepsuł mu humor jeszcze bardziej, niż zrobiła to konieczność podniesienia się z łóżka i uczestniczenia w życiu zwykłego nastolatka ze zwyczajnym życiem, który skrywa w sobie co najwyżej nieleczoną depresję i nadnaturalną matkę, którą widział raz w życiu. Pogrążony w tych cudownych, optymistycznych myślach spóźnił się na pociąg metra, który miał dowieźć go do domu jakieś pół godziny przed powrotem jego ojca, co oszczędziłoby nastolatkowi wysłuchiwania zbędnych pytań o jego samopoczucie, niekoniecznie najlepsze oceny i widoczne na twarzy przemęczenie, którego nie ukrywał nawet najlepiej wykonany makijaż. W głowie Kala winowajcą tej sytuacji również został głupi pracownik banku, który w tym momencie równie dobrze mógłby być jakąś boginią totalnego nieszczęścia i zgorzknienia, która z jakiegoś powodu zdecydowała się na objawienie się randomowemu herosowi w przebraniu. Co prawda, gdyby to Kal był boginią totalnego nieszczęścia i zgorzknienia, też wybrałby jako swoje przebranie zmęczonego życiem pracownika banku bądź innego miejsca, gdzie pracuje się za minimalną stawkę i nawet nie można nikogo poprosić o coś na kształt napiwku. Ewentualnie wybrałby siebie, ale to już nieco bardziej subiektywna opinia.
Z tą jakże cudowną myślą, Kal wsiadł do przepełnionego pociągu i jak za dotknięciem różdżki od razu stał się jeszcze bardziej sfrustrowany i zgorzkniały, absorbując emocje zgromadzonych wokół niego ludzi. Spóźnionych na popołudniowe zmiany, niechcących wracać do domów, borykających się z problemami, które nic Kala nie obchodziły, a i tak musiał być przez nie dotykany. Bardzo boleśnie i nieprzyjemnie, bo wcinały się one prosto do jego umysłu.
Przez bardzo krótki moment rozważył zostanie terapeutą, ale prędko odrzucił tę idiotyczną myśl. Po miesiącu pracy to on skończyłby w psychiatryku, a to tylko w najlepszym wypadku.

Zmiany w swoim stylu życia wprowadził bardzo szybko po tamtym niekoniecznie przyjemnym spotkaniu z panem pracownikiem banku. Zaczął od jak najszybszej zmiany swojej codziennej trasy dom-szkoła oraz obóz-dom, bo, niestety, obydwie przebiegały obok budynku, w którym pracował prześladujący go mężczyzna. Kalowi wydawało się, że to wystarczy i już nigdy się nie spotkają, bo prawdopodobnie mają zupełnie inne plany dnia i bardzo możliwe, że mężczyzna wcale nie mieszka gdzieś w okolicy, tylko dojeżdża do pracy z drugiego końca San Francisco. Była to niesamowicie pocieszająca myśl, dopóki Kal nie dostrzegł tego faceta jadącego rowerem dokładnie tą trasą, którą nastolatek wybrał na swoją nową codzienną drogę do wszystkich miejsc, w których bywał częściej niż raz w miesiącu. Bogowie chyba bardzo chcieli skrzyżować ich losy, umieszczając bank obok przystanku metra, z którego codziennie korzystał Kal, żeby dostać się do szkoły i do najbliższego wejścia do Labiryntu.
Tak więc, gdy tylko zobaczył ponuro jadącego rowerem niebieskowłosego groomera, Kal mocno pochylił głowę i wlepił oczy w chodnik, niestety nie posiadając telefonu, którym mógłby się w tym momencie zająć. W tym momencie przeklinał swój bądź co bądź oryginalny wygląd i naprawdę miał nadzieję, że facet weźmie go raczej za jedną z białowłosych alternatywek, a nie akurat tego chłopaka, który na tamtej okropnej imprezie integracyjnej przyniósł im stos ciast.
Jego nadzieje zostały niesamowicie szybko brutalnie zamordowane.
– Czemu ty się tu kręcisz? – Usłyszał pytanie, które zostało wypowiedziane znanym mu głosem, równie suchym i przepełnionym zgorzknieniem, jak podczas ich spotkania parę dni wcześniej.
Znów miał ochotę odpyskować, zalany falą nieswojej frustracji, ale na szczęście zostało w nim wystarczająco samokontroli, żeby tego nie zrobić. Z westchnieniem uniósł głowę i odgarnął z twarzy zagubione kosmyki włosów, żeby spojrzeć facetowi w twarz, od razu tego pożałować i skupić wzrok na punkcie gdzieś nad jego uchem.
W odpowiedzi wyłącznie wzruszył ramionami, z zamiarem jak najszybszego odejścia, co niestety w tym przypadku nie podziałało tak dobrze, jak działało zazwyczaj.
– Czy ty możesz przestać za mną łazić? – burknął mężczyzna, co Kal odebrał jako zapowiedź bezpośredniego zagrożenia i momentalnie pożałował, że nie miał przy sobie gazu pieprzowego. – Śledzenie mnie to jakieś twoje nowe hobby, czy jak?
– Właściwie, to raczej skupiałem się na unikaniu pana – odpowiedział chłodno i spróbował przeć przed siebie, jakby nic się nie wydarzyło. Mężczyzna miał przewagę w postaci roweru, więc Kal naprawdę musiał skupić swój zazwyczaj pogrążony w osowiałej mgle umysł, żeby wydedukować jakąś nieszczególnie błyskotliwą konkluzję związaną z aktualną godziną i tym, gdzie sam próbował się dostać. – Do widzenia, bo się pan jeszcze spóźni do pracy. A ja do szkoły. I tak dalej. – wymamrotał w celu ponaglenia mężczyzny i jasnego zasygnalizowania mu, żeby się od niego odczepił.
Tylko nie pomyślał o tym, że przez tego dziwnego paranoika może zostać odebrany jako ktoś, kto zna jego plan dnia na pamięć i tak, jego hobby to śledzenie, stalking i jakaś dziwna obsesja na losowym dorosłym mężczyźnie.


Filemon?
────
[1193 słowa: Kal otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Pierwszą myślą Kuźmy jest stwierdzenie, że przecież jest jeszcze za wcześnie na Halloween i pułapki fałszywych, ruszających się drzew. Druga myśl, w szoku, próbuje obliczyć, ile dokładnie kwadransów jest do Halloween, równocześnie kłócąc się z innymi myślami na temat rodzaju drzewa, które ich zaatakowało. Z pewnością jest liściaste, to każdy może stwierdzić na pierwszy rzut oka oraz po pierwszym dostaniu z liścia od zdenerwowanej driady. Jednakże dla umysłu Kuźmy w tym momencie ważniejsze jest to, czy zdenerwowany jest jakiś dąb, czy np. buk. Kora buków zawsze wydawała się Kuźmie o wiele atrakcyjniejsza niż jakiejś, dajmy na to, sosny. Szara i gładka, zawsze przyjemnie zimna w dotyku – jakby spoliczkowano ją właśnie taką gałęzią, to dziewczyna byłaby odrobinę mniej wkurwiona, niż gdyby dostała w mordę świerkiem.
Wracając do tematu, po początkowym szoku, do Kuźmy dociera parę bardzo ważnych faktów, o których najchętniej by zapomniała, odwróciłaby się na pięcie i prędko uciekła z miejsca zdarzenia, opcjonalnie zostawiając tu biednego Ricky'ego, o którym też by zapomniała. Jednak w tym momencie dziewczyna czuje się aż nazbyt realna, więc z godnym podziwu brakiem natychmiastowej paniki rzuca okiem na trzy ważne punkty wokół siebie:

1. Trumnę, która poturbowana leży parę metrów dalej i jeżeli się otworzyła, to mogą mieć spory problem.
2. Wkurwioną driadę, która niestety nie jest bukiem ani nawet topolą. Jest niesamowicie wykrzywionym złością dębem jakimśtam, który wrzeszczy wniebogłosy o nieszanowaniu lasów i ludziach, którzy w ogóle nie rozumieją, przez jakie tortury na tle historycznym przeszła kalifornijska flora.
3. Ricky'ego, który nie ma pewności, czy wciąż żyje.

To wszystko zajmuje jej cenne sekundy, podczas których driada wykonuje swój pierwszy ruch, oczywistym sposobem oszukując rzut na inicjatywę. Kuźmie udaje się tylko wyartykułować ciche: „a chuj ci w dupę jebana kurwo”, bo szanowna pani dąb postanawia jako pierwszego zaatakować Ricky'ego. Jak zawsze Kuźma boleśnie przekonuje się o tym, że wybieranie jej na samym końcu nie ogranicza się wyłącznie do lekcji wychowania fizycznego, a do wszystkich aspektów życia. Za ten konkretny wybór driady powinna być wdzięczna, ale w tym przypadku niestety uważa, że ma większe szanse przetrwania niż Ricky (nie, że w niego nie wierzy – po prostu tak samo pomyślałaby każda osoba, która potrafi myśleć). Z drugiej strony kwestionuje ruch nimfy również za to, że nie zaatakowała ich dwójki równocześnie i nie upiekła dwóch pieczeni na jednym ogniu, ale może po prostu jest zbyt zaślepiona gniewem, żeby w ogóle pomyśleć o takiej opcji.
– BONIE DYDY – wrzeszczy chłopak, widząc nadlatujące w jego stronę gałęzie. Ratuje go chyba tylko czyste szczęście i jakiś ułamek nadnaturalnej prędkości odziedziczonej po ojcu. Patyki świstają wokół niego, przerywają koszulkę i jedną z kieszeni spodni, z której wypada parę garści szklanych kulek umazanych czymś koloru jasnopomarańczowego. Ricky nie podejmuje szczególnie inteligentnej decyzji, automatycznie się po nie schylając i próbując je wygrzebać z błota, po czym wsadzić z powrotem do którejś z nieprzepełnionych kieszeń. Na jego szczęście jest to wystarczająco niespodziewany ruch, żeby na moment zbić driadę z tropu. Pozostałe gałęzie przelatują kilkadziesiąt centymetrów nad Rickym, który pakuje do kieszeni ziemię z ewentualną zawartością kulek.
– ZABILIŚCIE NAS, WYCINALIŚCIE NAS, PALILIŚCIE NAS!!!! – wrzeszczy driada, strzelając dookoła liśćmi jak małymi, ale piekielnie ostrymi nożykami. – A TERAZ NISZCZYCIE NASZE KORZENIE SWOIM TOKSYCZNYM METALEM!!!
W tym czasie Kuźma prowizorycznie ukrywa się za innym drzewem, strzela palcami dla dodania scenie większego kinematograficznego potencjału i skupia się na świecie zupełnie metafizycznym. Gdzieś w jej pobliżu trzeszczy kora i świstają gałęzie, podczas gdy ona w najlepsze stoi z zamkniętymi oczami i butami głęboko zakopanymi w grząskim błocie. Dziewczyna nurkuje w umyśle driady, jej intuicja prowadzi ją dokładnie w to miejsce, którego potrzebuje – jak po sznurku, przemieszcza się wgłąb, aż wreszcie odkrywa bardzo smutny największy strach nimfy. Od współczucia odciąga Kuźmę nie tylko jej zwykłe nastawienie do innych ludzi oraz nierozumienie konceptu empatii, ale też nagły, ostry ból, który rozpościera się gdzieś w okolicy jej piszczela i wrzaski Ricky'ego („Jasny wodór!”, „Do stu chlorów!”). Dziewczyna bierze niepotrzebny głęboki wdech i aktywuje rzadko używaną moc, która z początku porusza się jak zardzewiały mechanizm starego zegara, a dopiero potem rozkręca się i wpada na właściwe tory.
Driada zatrzymuje się i szeroko otwartymi oczyma rozgląda dookoła. Kuźma wpatruje się w nią w nerwowym oczekiwaniu, podczas gdy schowany za gnijącym konarem Ricky wciąż mamrocze coś o pierwiastkach chemicznych; dopiero po chwili dociera do niego, że zagrożenie może nie minęło, ale ktoś wyraźnie wcisnął pauzujący je przycisk i wychyla się zza swojego konara, żeby dokładniej rozeznać się w sytuacji.
Parę sekund ciszy mija równie gwałtownie, jak się zaczęło. Las i pola dookoła nagle wypełnia wrzask, od którego drżą liście innych drzew i trzęsie się ziemia. Kuźma nie miała najmniejszego pojęcia, że driada potrafi krzyczeć tak głośno, ba, że cokolwiek jest w stanie krzyczeć równie głośno i piskliwie jak przedszkolak, któremu ukradnie się lizaka.
– DLACZEGO WSZYSTKO PŁOOOOOOOOOONIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!
– To mój grecki ogień! – radośnie odpowiada Ricky, po czym orientuje się, że to, co rzucił, nie było bombą, tylko piłką stworzoną z nałożonych na siebie gumek recepturek. – To jednak nie mój grecki ogień! – koryguje, tak jakby driadę to obchodziło.
Kuźma z całych sił ignoruje ból uszu i brzęczenie w głowie, próbując dostać się do Ricky'ego. Z pierwszym krokiem do rzeczy ignorowanych dodaje również ból lewej nogi, na którą w tym momencie woli nie patrzeć, czując spływającą po niej krew i prawdopodobnie tkwiące w niej ciało obce. Jej buty topią się we wrzechobecnym błocie, gdy, w bardzo dramatyczny sposób upadłszy na ściółkę, wrzeszczy do Ricky'ego: „SPIERDALAMY”. On krzyczy do niej coś o trumnie, na co ona nawet nie próbuje odpowiadać. Ma tylko nadzieję, że jeżeli wieko trumny postanowiło się choćby uchylić, to ukryty w środku radioaktywny makaron pozostaje dalej bezpieczny na talerzu, a sos nie wylewa się na niczego nieświadomą ściółkę. Gdy Ricky podnosi się z ziemi, Kuźma już prawie myśli, że po prostu ją tutaj zostawi, niezdolną do sprawnego chodzenia (może byłaby zdolna do jakiegoś innego sposobu przemieszczania się lub kulejącej parodii chodzenia). Jednak chłopak najwyraźniej się nad nią lituje, podbiega do niej i przez chwilę oboje patrzą na siebie, zastanawiając się nad kolejnym ruchem.
– Może cię podniosę i wtedy… – proponuje Ricky, ale Kuźma zaraz mu przerywa.
– Przecież ty mnie nie uniesiesz, troglodyto – prycha, potem wyciąga do niego obydwie ręce. – Najpierw to weź mi pomóż wstać.
Ricky'emu ledwo się to udaje. Gdy dziewczyna przenosi cały ciężar na zdrową nogę i przy okazji wspiera się na chłopaku (co dopisuje do swojej listy najwstydliwszych rzeczy, które kiedykolwiek zrobiła), jest w stanie jakoś stać. Potem próbuje jakoś iść i w pewnym sensie jej się udaje, bo dzięki kurczowemu ściskaniu ramienia Ricky'ego udaje jej się brnąć w przód, pomijając to, że każdy krok powoduje w niej rosnącą chęć zabicia siebie lub kogoś innego (gdy Ricky próbuje ją wesprzeć i objąć ramieniem, rzuca w niego wiązanką przekleństw, uderza i byłaby gotowa do wykonania wszelkich niezbędnych środków, przez które chłopak nie odważyłby się jej już nigdy dotknąć, ale powstrzymuje się wyłącznie z powodów logistycznych).
Dwójka herosów desperacko przemieszcza się w stronę otwartej przestrzeni, odprowadzana przez wrzaski domagające się wody i pomocy. Drzewa dookoła dygocą coraz mocniej, driady budzą się ze swojego snu, a Kuźma trzyma się głupiej nadziei, że w Obozie nikt nie słyszy hałasu, który w pełni świadomie spowodowała. Niech się cieszą, że jeszcze żadna z driad nie pożegnała się z życiem. Ani żaden półbóg się z nim nie pożegnał. Chociaż jeden półbóg jest tego bliski, z twarzą skrzywioną bólem i zalanym potem czołem, ale o tym można porozmawiać już w ambulatorium. Jeżeli uda im się do niego dotrzeć.


Ricky?
────
[1231 słów: Kuźma otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 27 września 2026

Od Inez CD Theodore'a — „It's nice to have a friend”

Poprzednie opowiadanie

Inez od jakiegoś czasu czuła, że idzie jej gorzej na treningach. Możliwe, że nieświadomie przykładała się do nich mniej? A może brakowało jej towarzysza? Ostatnio często trenowała sama. Oczywiście miało to też swoje plusy, ale Velez nie lubiła być sama na dłuższą metę. W ostatnim czasie czuła się jednak bardzo samotna w obozie. Za każdym razem, gdy miała wrażenie, że zyskiwała jakąś nową osobę do kolegowania się, to relacja ta szybko urywała się, a dziewczyna znów zostawała sama.
Dlatego ucieszyła się, gdy Theo do niej podszedł. Wydawał się godnym przeciwnikiem. Był lekko umięśniony, tego samego wzrostu co Inez. Ona sama była całkiem nie najgorzej zbudowana, więc sądziła, że da sobie radę, szczególnie że w broni krótkodystansowej liczyła się głównie zwinność.
Wzięła więc z magazynu wybraną przez siebie broń i ruszyła ponownie na Pola.
– Powiedz mi więc… Jak masz na imię? – zapytała dziewczyna trochę nieśmiało. W końcu chłopak dokładnie wiedział, do kogo podchodzi, a ona… cóż, niestety nie. Czasami miała problem z zapamiętywaniem imion pomimo tylu lat w obozie.
– Theo – odpowiedział i choć nie pokazywał po sobie żalu, poczuł lekką irytację na wiadomość o tym, że dziewczyna nie wie, kim jest.
– Ach tak! Coś mi świta! – Uśmiechnęła się pogodnie. – Wiesz… raczej nie jestem najlepsza w tego typu walce, więc masz przewagę – powiedziała, wybierając odpowiednie miejsce na rozpoczęcie ich sparingu. – Zdecydowanie preferuję broń długodystansową. Ale nie spocznę i spróbuję wygrać!
Choć Hemnes nic nie powiedział, podobała mu się postawa Inez. Lubił kiedy ludzie byli zawzięci. To znaczyło, że nie będzie nudno, bo nawet gdy dziewczyna będzie ciągle przegrywać, to jej duch walki się nie złamie. A przynajmniej na to liczył.
– Mam taką nadzieję.
Wiedział jednak, że Inez nie ma pojęcia, że sztylety to jego bajka. Ulubiona broń, dobrze leżała mu w rękach. To z nią czuł się bezpiecznie. Wiedział też, że Velez za to posługuje się gastrafetesem. Niewielu Obozowiczów tak naprawdę się nim posługiwało i Theodore musiał przyznać sobie cicho w myślach, że to całkiem imponujące. Jednak tacy ludzie zazwyczaj mają bardzo małe wyczucie w broni krótkodystansowej.
Z Inez nie było inaczej. Szkoliła się dużo, aby jak najlepiej radzić sobie ze swoją bronią. To nie było łatwe, głównie ze względu na jej wagę. Mimo to jakaś zwinność w niej jeszcze pozostała. Dlatego też, gdy dwójka nastolatków zaczęła sparing, Theo nie był w stanie tak od razu obezwładnić Inez. Mimo wszystko była dzieckiem któregoś z bogów, nie mogli być słabi. I mimo wszystkich starań już po chwili Theo stał za Inez, przykładając jej scyzoryk do krtani.
– Mam Cię – szepnął jej do ucha.


Theodore?
────
[419 słów: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

piątek, 25 września 2026

Od Theodore'a do Inez — „It's nice to have a friend”

Theodore niestety nigdy nie miał tego przywileju, jakim było obudzić się rano wyspanym. Może i zdarzało się, kiedy był młodszy, ale jakoś średnio to pamiętał. Szczytem jego samokontroli było wytrzymywanie całego dnia na nogach, jak normalny człowiek. Obiło mu się kiedyś o uszy, że jego greckie „rodzeństwo” przesypia całe dnie. W co lepsze dni nawet lubił Obóz Jupiter, ale miło by było nie musieć zrywać się na musztrę bladym świtem (albo ciemną nocą, gdy nadchodziła zima).
Dzień był pochmurny i mokry; Theo buty już miał całe uwalane w błocku, a ledwo zdążył wejść na trawę. Wyglądało na to, że musiało długo padać w nocy. Wyśmienicie. Niczego tak nie pragnął, jak wytarzania się w błocie podczas treningu. Dawno tego nie robił! Im dłużej trenował, tym mniej lądowania dupskiem w błocie zaliczał. Najwyraźniej jego treningi popłacały.
Nawet mimo tego, że jego mózg tego dnia wydawał się oklejony watą cukrową, a deszczowe chmury łypały na niego groźnie z góry, miał całkiem niezły humor. Przez ostatnich kilka dni dręczyły go zatkane zatoki, ale choróbsko w końcu dało mu spokój, więc czuł się znacznie lepiej. Może i było wilgotno, ale pogoda i tak była idealna na trening. Słońce nie dawało mu po oczach, na razie nie padało. Było ślisko, ale do tego już się przyzwyczaił; godziny spędzone na gołej ziemi Pola Marsowego zdecydowanie go na to przygotowały.
Miał do spożytkowania dwie godziny treningu i tym razem nie miał zamiaru znęcać się nad biednymi kukłami, więc postanowił rozejrzeć się za jakimś towarzystwem. Niestety spóźnił się parę minut, więc teraz musiał już złapać kogoś na szybko. Podszedł do pierwszej osoby, która wyglądała, jakby się za czymś rozglądała. Nawet całkiem ją kojarzył.
— Ty jesteś Inez, co nie? — zapytał, obchodząc ją dookoła (dawno już nauczył się, żeby nie szturchać kogoś, kto akurat w dłoniach trzyma broń).
Inez spojrzała na niego i uśmiechnęła się promiennie.
— Tak, tak. Coś potrzeba?
— Masz z kim trenować? Mam dość kukieł — powiedział Theo, drapiąc się po karku.
Dziewczyna rzuciła okiem na jego pochwę ze sztyletem.
— Wiesz co, i tak muszę trochę popracować z bronią krótkodystansową. Gastrafetes mnie rozpieszcza, poza tym ostatnio dość się nastrzelałam. — Wzruszyła lekko ramionami. — Jeśli pójdziesz ze mną do magazynu, żebym mogła wziąć sobie coś do ćwiczeń, to możemy pokombinować — dodała.
Theo posłał jej swój popisowy, krzywy uśmiech i skinął głową. Co prawda średnio chciało mu się zawracać z powrotem w stronę magazynu, ale wciąż wolał to, niż bezsensowne dźganie słomianej kukły przez dwie godziny. Pozbawił głów już wystarczającą ilość kukieł.
— No, to chodź. Szybko, bo jeszcze będą kazali nam zostać dłużej, a na sto procent będzie padać — ponaglała Inez, już zostawiając go w tyle. Theodore musiał przyspieszyć, żeby ją dogonić.
Może jednak za wcześnie pochwalił dzień z tym nie wpadaniem w błoto.


Inez?
────
[451 słów: Theodore otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

— Do zobaczenia? — zaśmiał się. Oczami wyobraźni widział scenę z Mean Girls, w której Weronika, jako Regina George, odchodząc obrażona wpada pod autobus. Szkoda, że tu autobusem mógł być co najwyżej pegaz lub rozpędzony Hermesiak. — Aż tak nie możesz się mnie doczekać?
Z głupkowatym uśmiechem na twarzy patrzył na Weronikę, która jeszcze na moment zatrzymała się w miejscu. Obróciła się przez ramię i spojrzała na Mikołaja z pogardą.
— Nie udawaj głupszego niż jesteś — prychnęła. — Wiesz dobrze, o czym mówię.
— Może i wiem, ale ja tam problemu nie widzę. Bogowie! Jaka tragedia! Mikołaj nie próbuje przegadać wielkiej Weroniczki, która ciągle trajkocze! I co my teraz poczniemy?
Teatralnie rozłożył ręce na boki i uniósł oczy ku niebu. Przez moment miał ochotę do tego paść na kolana, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Oj nie, nie będzie klękał przed Weroniką. Nie w tym życiu. Ani żadnym ze stu następnych.
— Dobra, daruj sobie — córka Ateny skrzywiła się i poprawiła plecak. — I tak nie zrozumiesz.
— A co mam rozumieć? Po co mam się przekrzykiwać na tych spotkaniach? Kłócić z tobą? Niketas ci nie wystarcza?
— Nie ma większej radości dla głupiego, jak znaleźć głupszego od siebie — westchnęła dziewczyna. — Dogadalibyście się. Oby jak najdalej ode mnie.
— Tak mówisz?
Mikołaj przywołał w myślach głośnego Hermesiaka i mimowolnie się skrzywił. Przez ostatnie kilka lat miał okazję odbyć z nim tylko kilka interakcji, raczej krótszych, albo, powiedzmy, oficjalnych. Jeśli tak można określić spotkania grupowych, na których Mikołaj świetnie się bawił, ale częściej jako widz improwizowanej komedii, a nie ich czynny uczestnik. Cóż, w tej jednej, jedynej kwestii Weronika się nie myliła. Ale po co miał się angażować? Ostatnim razem, kiedy chciał (a przynajmniej teraz mówił, że chciał) się do czegoś przydać, prawie utopił pół obozu.
Wolał trzymać się z daleka od kłopotów, którymi domek jedenasty śmierdział na kilometr. Zbyt dużo rzeczy uchodziło mu na sucho, żeby specjalnie pchać się do paszczy lwa i prosić o kłopoty. Jeśli chodzi o wątpliwie legalne pomysły, zdecydowanie wolał wyprawy przez pół kraju z obcym księdzem i Sony, niż cokolwiek, co wymyśliłby Niketas. Jeśli mieliby znaleźć wspólny język, byłby to język nienawiści wobec Weroniki.
— A tak wracając do tej wycieraczki — Zeskoczył z kamienia na którym stał i poszedł za Weroniką. — To może to tylko moja opinia, ale totalnie gustu nie masz. Serio? Napis welcome?
Dziewczyna skutecznie go ignorowała Szła przed siebie równym tempem.
— Widać, że masz pięćdziesiąt lat umysłowo. Jeśli miałbym być wycieraczką, to taką w kotki. Albo w gwiazdki. O, albo ostatnio widziałem taką ładną w grzybki, może załatwię taką do dwunastki przed jesienią…
— Cicho bądź — stanęła w bezruchu.
— Tak, tak, wcześniej narzeka że się nie odzywam, a teraz cicho bądź! Zdecyduj się, kobieto.
— Nie o tym- nie, serio — uciszyła go gestem ręki. — Słyszałeś to?
— Co znowu?
Niechętnie przestał mówić i przez kilkanaście sekund obydwoje nasłuchiwali w ciszy.
— Mówiłem, psychiatryk — zignorował mordercze spojrzenie dziewczyny. — Nika, kurwa, to się nazywa schizofrenia.
— Sam jesteś schizofrenia — fuknęła.
— To nie ja mówię do siebie myśląc, że nikt nie słyszy! — skłamał.
— Czasem muszę porozmawiać z kimś mądrym.
— To chyba właśnie nie z samą sobą. Nie myślałaś może o- co to było?
Oboje odwrócili się w stronę lasu. Wypatrywali ruchu, czekając na kolejny krzyk. Płacz? Mikołaj nerwowo przełknął ślinę. W końcu machnął ręką i minął Weronikę.
— Pewnie driady się kłócą. Szkoda czasu.
— Żartujesz? — córka Ateny wyglądała na oburzoną. Mikołaj westchnął zniecierpliwiony. — Ciebie NAPRAWDĘ to nie obchodzi? A co, jeśli wilki właśnie pożerają twoje rodzeństwo?
— W obozie nie ma wilków — przypomniał z uśmiechem. — A moje rodzeństwo potrafi rozmawiać ze zwierzętami. Chyba.
— Jeśli mają tak niewyparzoną gębę jak ty, to nawet gorzej!
— Naprawdę chcesz tam iść?
Próbował maskować niepokój uśmiechem. Nie chciał pokazać po sobie, że słowa Weroniki na niego wpłynęły. Chce iść do lasu? Spoko, mogą iść. Niech tylko znajdzie odpowiedni kij, taki, którym odmierzy bezpieczną odległość od córki Ateny. Miał tylko nadzieję, że odziedziczona po mamusi przemą- mądrość zawiera w sobie dobrą orientację w terenie. Lepszą, niż w zeszłym roku miała Caroline.


Weronika?
────
[651 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Caroline zastanawiała się, czy w Obozie Herosów jest jakieś miejsce, w którym mogłaby zgłosić nękanie przez innego obozowicza. Jeśli takowe jeszcze nie istniało, to wiedziała już, że się, kurwa, upewni, żeby od tego dnia już stacjonowało. Zwykły wtorek, a ona już niemal przeżyła wypadek samochodowy. Drugi raz w życiu! Jak ktoś nie ma ochoty strzelić jej na pasach, to jakaś idiotka prawie rozwala samochód, w którym Caroline akurat zdarzyło się siedzieć na miejscu pasażera. Kto to widział takie cyrki? Może powinna po prostu zacząć trzymać się od dzieciaków Ateny na długość kija od szczotki? Na razie chyba nie widziała dla siebie innego wyjścia.
Samochód, który prowadziła Weronika zdążył już dawno odjechać z piskiem opon, a Caroline jeszcze uspokajała mdłości, które wywołało gwałtowne hamowanie. Mogłaby przysiąc, że jej wnętrzności niemal zrobiły fikołka. Dobrze, że nie miała czasu zjeść śniadania, bo zarzygałaby albo tę głupią deskę rozdzielczą, albo teraz swoje buty i chodnik. Przynajmniej oszczędziła roboty jakiejś biednej ekipie sprzątającej. Poza tym chyba już nigdy nie pokazałaby się na tej ulicy, a to byłoby dość niefortunne, bo bywała tutaj dość często. Jej ulubiona restauracja znajdowała się niemal naprzeciwko teatru.
Wracając do teatru; chyba powinna spieprzać stąd w podskokach. Przedtem raczej uważała potomków Ateny na zbyt mądrych na to, żeby naskoczyć na kogoś z dzidami, ale w ostatnim czasie miała tą nieprzyjemność poznać jeden przypadek, który zachwiał wszystkimi jej przekonaniami. Nawet jeśli przypadek tylko potwierdza regułę, to dalej chyba niczego już nie mogła być pewna.
Poprawiła pasek torby, który zsuwał jej się z ramienia i szybkim krokiem zaczęła iść przez chodnik. W Nowym Jorku nigdy nie panowały pustki, ale w porze lunchu było tłoczno. Z jednej strony to działało na jej korzyść, bo teoretycznie mogła zgubić się w tłumie, ale z drugiej wzdrygała się za każdym razem, kiedy wśród ludzi mignęły jej blond włosy. Zresztą, co tam blond włosy! Weronika powiedziała, że biega za nią po mieście ze trzy czwarte obozu. Większość z nich znała bądź kojarzyła chociażby z widzenia, ale na pewno zdążyło się już pojawić paru takich, których w życiu nie widziała na oczy. Co w skrócie oznaczało, że ktoś może wyskoczyć na nią z każdej strony i w każdej chwili. Kurwa, co za dziecinada! Czuła się prawie jak w podstawówce, kiedy grali w podchody, albo może raczej w berka. Wszystko tylko dlatego, że chciała być pilną, przykładną studentką i jak człowiek przyjść na egzamin. A pies to wszystko jebał.
— E, tam chyba jest! — Zawołał ktoś po jej prawej.
Obejrzała się przez ramię i w odległości paru metrów od siebie dostrzegła Chloe. Nie chciała obrażać Ateny, bo i tak już pewnie miała przesrane, ale w końcu reakcją jej organizmu na widok dzieci bogini będą wymioty. Czuła to w kościach.
Klnąc pod nosem, przyspieszyła kroku. Staranowała przy tym parę osób łokciami, ale nawet nie siliła się na mamrotanie przeprosin. Żałowała, że nie wzięła sobie żadnej kurtki z kapturem, ale skąd mogła wiedzieć, że znajdzie się w aż tak durnej sytuacji? Czuła się jak w komedii, i to takiej kiepskiej. Brakowało tylko, żeby potknęła się o skórkę po bananie i przewróciła na ten głupi ryj.
Już miała dyskretnie przemknąć pasami, kiedy ktoś złapał ją za tył kurtki. Obróciła się na pięcie na tyle szybko, że uścisk zniknął, ale za to rozległo się trzaśnięcie niepokojące przypominające odgłos rozrywanego szwu. Zajebiście, teraz jeszcze do listy strat mogła dopisać swoją ulubioną kurtkę.
— Jeszcze raz ktoś mnie dotknie, to dostanie w zęby i nie będę patrzeć na to, że macie po dziesięć lat.
— Siedemnaście!
— No to jedenaście.
Stanęła twarzą w twarz z naburmuszoną Chloe. Miała w sobie jeszcze na tyle kultury osobistej, żeby zrobić parę kroków w bok i nie blokować ludziom chodnika przy przejściu dla pieszych. Nie było sensu biec, bo nie było mowy, że uda jej przedrzeć się skutecznie przez tłum, a jeszcze na dobitkę ktoś wziąłby ją za naćpaną i zadzwonił po policję.
— Boże, ale ty jesteś okropna. Wszystkich was tak wychowują na zwierzęta? — burknęła Chloe, krzyżując ramiona na piersi. Caroline pod jej wzrokiem czuła się, jakby dziewczyna obserwowała każdy jej ruch i wcale nie czuła się z tym dobrze.
— Za dużo czasu spędzasz z siostrą. Zdecydowanie za dużo.
— Czy ty nie możesz po prostu wrócić do obozu? Nie, sorry. Dać nam zaprowadzić cię do obozu? Chcę moje drachmy.
— EJ! Przecież będą też moje! — zaprotestował zza jej ramienia Maur.
Chloe machnęła na brata ręką, ale ten najwyraźniej nie miał zamiaru odpuścić swoich ciężko zarobionych pieniędzy, bo zaczął się z nią wykłócać, przez co czujne spojrzenie Chloe na chwilę przestało skupiać się na uciekinierce. Caroline miała dość użerania się z tym bezsensownym pościgiem, ale jednocześnie raczej nie słynęła ze swojej cierpliwości, więc wycofała się szybko.
— Słuchajcie, bo- — wtrąciła jakaś obozowiczka, której imię Caroline zawsze myliła (Charin? Chyba Charin).
— Cicho! — uciszyła ją Chloe. — Nawet mnie nie denerwuj, bo to ja tutaj dowodzę i ty możesz mi co najwyżej…
Caroline uśmiechnęła się pod nosem i śmignęła w bok. Kiedy Charin szturchnęła Maura w ramię i cała trójka w końcu spojrzała w stronę córki Aresa, ta już nurkowała w boczną uliczkę.
Może to i lepiej, że Weronika ją tutaj wywiozła. Stąd miała bliżej do obozu. Ba, znała nawet jeden skrót! Miała tego dnia już zdecydowanie dość poruszania się pojazdami mechanicznymi, więc postanowiła ostatni fragment drogi przejść na piechotę. Na samym początku skręciła parę razy, żeby nie mieć ogona i w końcu ruszyła w dobrym kierunku.
Dziesięć minut. Tyle udało jej się przeżyć w błogim spokoju i względnej samotności. Do obozu został jej niecały kilometr. Teraz to już nawet miałaby gdzieś, czy ktoś ją tu złapie; niech biedne dzieciaki dostaną swoje drachmy, byle nie jęczały jej nad uchem. W międzyczasie zdążyła zdjąć kurtkę, bo od szybkiego tempa zrobiło jej się ciepło i po względnych oględzinach okazało się, że faktycznie, boczny szew na kurtce poszedł się, krótko mówiąc, jebać. Wkurwiona już zdecydowanie ponad normę, wyłączyła telefon i schowała go głęboko do torby. Nie chciało jej się znowu kluczyć i wchodzić do obozu na około, lasem, więc po prostu ruszyła w stronę głównego wyjścia. Co jej mogli zrobić? Wyrzucić ją? Przecież i tak przychodziła tu już tylko z nudów. Z chęcią grzecznie zasugerowałaby panu D, że powinien się zainteresować bardziej szkoleniem herosów, skoro cała ich chmara nie potrafiła złapać jej jednej, ale chyba wolała się już nie odzywać. Wykorzystała swój limit „głupi ma zawsze szczęście” na ten dzień.
Miała przed sobą tylko ostatni zakręt, więc w głowie już przepraszała pana D i wracała do domu, kiedy za jej plecami trzasnęła gałązka. Półboski instynkt kazał jej odwrócić się szybko i miękko ugiąć kolana, co zrobiła. Kiedy jednak zobaczyła, kto ową gałązkę zdewastował, stwierdziła, że chyba jednak dzisiaj naprawdę wolałaby bliskie spotkanie z harpią.
— Czy ty naprawdę chcesz mnie dzisiaj doprowadzić do zawału? — prychnęła, prostując się i spod byka patrząc na stojącą przed nią Weronikę.
— Ja? To ty dzisiaj nic nie robisz, tylko doprowadzasz wszystkich do bólu głowy! Studentka się znalazła, pomyślałby kto. Nie wiem, kto cię przyjął na tę uczelnię, ale z pewnością był niespełna rozumu. Dostojewski mówił, że edukacja…
Niestety nie zdążyła dokończyć tego zdania, bo Caroline stwierdziła, że nie będzie w stanie znieść kolejnego odklejonego monologu i jej przerwała.
— W chipsach wygrałam stypendium. A ty wisisz mi kurtkę — dodała i podetknęła naderwane ubranie Weronice niemal pod nos.
Weronika zamrugała, skrzywiła się i odsunęła sobie kurtkę sprzed twarzy. Caroline pożałowała, że nie użyła mocniejszych perfum. Może zapamiętałaby sobie duszący zapach i już więcej by się do niej nie zbliżyła.
—Nie umiesz szyć? Nawet tego cię nie nauczyli? Zresztą — wzruszyła ramionami i spojrzała na nią z góry, — nie dziwię się, że tego nie pojęłaś. Szycie wymaga umiejętności i gracji, to jak taniec palcami. Zresztą, wszystko, czego patronką jest Atena wymaga pewnego szczególnego poś-
— No, w końcu!
Obie dziewczyny w jednym momencie spojrzały w stronę wejścia do obozu, gdzie, o dziwo, pojawił się sam pan D. Musiało mu się niezwykle nudzić, skoro postanowił się pofatygować.
— Lefanull, żeby to mi był ostatni raz. Modozrova, gratulacje, wygrywasz dzisiaj dyżur na zmywaku. Razem z koleżanką. Jak zgubiłyście jakieś dziecko, to policzymy się jutro. Miłej zabawy! — rzucił im na odchodne znudzonym głosem.
Caroline miała ochotę krzyczeć. Głośno. I długo.
— …wiesz w ogóle, ile osób poszło mnie szukać? — zapytała, odwracając się do Weroniki.
To chyba nie był koniec jej dzisiejszych męczarni.


Weronika?
────
[1363 słowa: Caroline otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]