wtorek, 17 lutego 2026

Od Inez CD Vex — „To nie wandalizm tylko kameralna posiadówka!!!”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Inez przez moment była z siebie nawet dumna! Kuźma zawsze mówiła jej, że jest zbyt miękka dla ludzi, a jeśli chce czasami coś osiągnąć, to musi użyć manipulacji. To nie tak, że dziewczyna nie miała tej świadomości, w końcu nie żyła od wczoraj, ale zawsze uważała, że są lepsze sposoby niż to. Przecież każdego da się jakoś przekonać, co nie? A jednak zjawiło się ktoś taki jak Vex i nic nie jest proste ani oczywiste. Ciemnowłosa z całego serca miała tego dość, ale nie chciała zachowywać się jak naburmuszony dzieciak, który nabierze powietrza w policzki, tupnie nóżką i odejdzie. Dlatego całą siłą woli zmusiła się, by w jej oczach ukazały się łzy i… bingo! Nawet na kogoś tak nieczułego, jak fioletowowłose to zadziałało! Velez wiedziała, że każdy ma swój czuły punkt, a kto mógłby być wredny dla kogoś takiego jak Inez? Nie da się bez końca (a przynajmniej tak mówiła zawsze Kuźma, która uwielbiała Inez)!
– Jaki sos najbardziej lubisz do frytek? O! A może jadasz bez sosu? – Dziewczyna zaczęła temat, gdy razem z Vex ruszyli, aby przekąsić ten ziemniaczany dar od bogów.
– Uh… Jakie to ma znaczenie? – Nie wydawało się mocno zainteresowane rozmową, ale fakt, że odpowiedziało Inez potraktowała jako zgodę do dalszej rozmowy.
– Żartujesz sobie! To z czym jesz frytki to kwintesencja twej osoby! – Inez wyrzuciła ręce do góry jakby niemal urażona stwierdzeniem osoby, z którą rozmawiała. – Jeśli jesz frytki z ketchupem to jesteś bardzo zwyczajny, nie kombinujesz, ale jesteś spoko. Frytki z samą solą? Trochę dziwak z Ciebie, ale generalnie jesteś w porządku. Frytki z sosem śmietanowym lub czosnkowym: tak trzymaj; jesteś super nie zmieniaj się! Słodko-kwaśny: nic dziwnego, że nie masz przyjaciół. Musztarda: chyba nikt cię nie lubi.
Vex patrzyło się na punka jak na idiotkę. Miała wrażenie, że w tym momencie mocno ją oceniało, ale przecież to nie jej wina, że zawsze dodatek do frytek pokazywał jej jaką osobą jest jej rozmówca. Zawsze przejeżdżała się na osobach, które kochały sos słodko-kwaśny lub musztardę. Za to śmietanka i czosnek to były zawsze najukochańsze osoby na świecie.
– Nie patrz tak na mnie. Dodatki do jedzenia mogą przekazać więcej niż myślisz.
– Jesteś jebnięta.
– No patrz, ty też, tylko ja na punkcie dodatków, a ty innych rzeczy. – Dziewczyna uśmiechnęła się radośnie, jednak po chwili dotarło do niej jak niemiło musiało to zabrzmieć. Zaczęła wymachiwać rękami jak opętana i bardzo mocno kręcić głową. – To nie miało tak zabrzmieć! Chodziło mi, że mamy wiele wspólnego i- AŁA!
Nie zdążyła skończyć swojej myśli, gdy chwyciła się za kark, chwilę po tym jak od ciągłego wymachiwania coś jej tam strzeliło. Usłyszała ciche prychnięcie Vex i wiedziała, że po jeno głowie przechodzi tylko myśl “co za idiotka”. Z drugiej strony udało jej się utrzymać rozmowę, więc czuła się na wygranej pozycji. Przynajmniej póki co.


Vex?
────
[461 słów: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Theodore'a CD Edel — „Goopya peezda”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Theodore nie był w stanie stwierdzić, jak się czuł.
Z jednej strony miał wrażenie, że wszystko w nim się gotuje. Czuł, jak krew wrze mu w żyłach i zachęca do działania, do wzięcia spraw w swoje ręce i zrobić to, czym powinien zająć się ktoś inny już dawno, dawno temu. Nie rozumiał, jak można wpaść na dwa trupy (przecież to równie dobrze mógł być on, to były dzieciaki w jego wieku, mieli na sobie takie same koszulki jak on, pewnie mieli przyjaciół i rodziny, do których mieli wrócić, na pewno mogliby żyć jeszcze długo, dlaczego musieli umrzeć?) i przejść obok tego tak obojętnie, jakby to była normalna sytuacja. Czuł się tak, jakby zrobił coś obrzydliwego, przez co zasługiwał jedynie na zesłanie do Hadesu. Było mu niedobrze i przez chwilę jedyną myślą w jego głowie było to, żeby nie zwymiotować Edel na buty. Nie wiedział, dlaczego w ogóle zaproponował, że pójdzie z nią do Vergila, bo najchętniej zmywałby teraz z siebie ten smród w łaźni, szorując skórę tak długo, aż pozbędzie się wszystkich pozostałości tego dnia. Denerwowało go to, że centurionka próbowała go ugłaskać jak dzieciaka, któremu nikt nie chce kupić lizaka.
Emocje buzowały w nim na tyle, że zaczął się ich bać. Już od dawna się tak nie czuł. Od dawna nie pozwolił sobie się tak czuć. Nie miał pojęcia, gdzie podziała się cała ta jego cudownie działająca samokontrola, na której tak polegał. Nie wiedział, jak sobie z tym radzić, i to było najgorsze.
Z drugiej strony czuł się wyblakły. Jakby stracił coś, czego do tej pory nie zauważał, choć było to coś naprawdę ważnego. Chciał zrobić coś, cokolwiek, ale nie miał pojęcia, co mogłoby to być. Był tylko głupim legionistą, z niezbyt długim stażem, którego najważniejszym obowiązkiem było w tej chwili nieopuszczanie treningów. Nie brzmiało to jak coś, co mogłoby zmienić coś, co ma jakiekolwiek znaczenie. Ta świadomość sprawiła, że jego ramiona opadły, a gniew powoli go opuszczał, jakby strawił już wszystko, co mógł znaleźć. Miał wrażenie, że nie czuje nic. Słowa dobiegające zarówno zza drzwi, jak i ze strony Edel, nagle przestały go obchodzić. Po co miał się nimi przejmować, skoro i tak niczego nie wnosiły?
Kręciło mu się w głowie na tyle, żeby co jakiś czas musiał na chwilę zamknąć oczy i głębiej odetchnąć. Może z powodu intensywnego biegu, szoku albo tego, że w tym momencie nieświadomie korzystał ze swojej mocy intensywniej, niż powinien. Widział, że Edel zamykają się oczy i zaczyna ziewać, ale nie wiedział, jak to powstrzymać. Zabawne; myślał, że już całkiem nieźle panuje nad tą dziwną stroną siebie. Najwidoczniej dzisiaj był dzień uświadamiania Theodorowi jak mało jest tak naprawdę w stanie zrobić.
— W każdym razie, jeśli macie do naszego pretora jakąś poważną sprawę, to i tak wam nie pomoże. Jest niekompetentny. Znacie to słowo? N-i-e-k-o-m-p-e-t-e-n-t-n-y. Zupełnie jak… — mówił Izan, wypinając pierś, żeby wyglądać na potężniejszego niż Edel, choć tych czterech centymetrów różnicy nie potrafił nadrobić.
To wybudziło chłopca z otępienia. Uniósł wzrok na mężczyznę, na widok którego na usta cisnęło mu się kilka niezbyt pochlebnych słów, ale uznał, że to i tak nie ma większego znaczenia. Przetarł oczy.
— Niestety musimy porozmawiać z Vergilem, więc jeśli mógłbyś zejść z przejścia, to byłabym bardzo wdzięczna — próbowała go grzecznie spławić Edel, choć zmęczenie wyraźnie odznaczało się na jej twarzy.
Izan próbował stłumić ziewnięcie. Takie czyny nie sprzyjały dostojnemu ambasadorowi.
— Nie wolicie porozmawiać ze mną? Jestem pewien, że mogę wam pomóc… Lepiej. Na pewno lepiej, niż Vergil. Co wy na… to? — Przerwał ziewnięciem. — No co jest, kurwa? Za słabą kawę mi dzisiaj zrobili. No, to jak?
— Mam do zgłoszenia znalezione zwłoki. Pomożesz? — zapytała w końcu Edel, której najwidoczniej zabrakło już cierpliwości, co wraz ze zmęczeniem nie było najlepszą kombinacją.
— Oj, no wiesz, od tego specem akurat jest Vergil — bąknął mężczyzna, drapiąc się po karku. — A ja akurat mam teraz bardzo ważne spotkanie. Poradzicie sobie sami, dzieciaki? Powodzenia.
Zdołał odejść bardzo szybko, biorąc pod uwagę fakt, że zamykały mu się oczy. Edel przetarła twarz dłonią, zanim zapukała do drzwi, którymi dopiero co trzasnął Izan.
— Proszę. — Usłyszeli stłumiony, zawczasu poirytowany głos zza drzwi.
Theodore zastanawiał się, czy może jeszcze się wycofać. Niestety, chyba już było na to za późno, bo zanim się obejrzał, znajdował się w pretorskim biurze. Przymknął oczy. Tym razem po to, żeby skupić się na nie usypianiu wszystkich dookoła. Nie chciał, żeby pretor znowu padł przy nim jak pretor, a ta sytuacja bardzo temu sprzyjała. Najwidoczniej niestabilność emocjonalna wcale mu nie służyła.


Edel?
────
[748 słów: Theodore otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Artema — „Highway to stacja metra” [Walentynki]

— Proszę, pojedźmy windą.
Edgar zdobyło się na odwagę i przed samym zejściem do metra przyznał nie tylko przed sobą, ale też przed Artemem, że nie da rady schodzić po schodach. Ból w kostce nasilał się coraz bardziej, promieniując do kolana oraz bioder. Kolejne kroki mogą zakończyć się upadkiem, a przecież nie może upadać, na pewno nie przed nim. Gdyby Artema z nim teraz nie było, to zamówiłby sobie ubera i już dawno siedział w ciepłym mieszkaniu.
Artem się zatrzymał. Spojrzał na tabliczkę z nazwą stacji.
— Przecież to winda dla niepełnosprawnych.
Edgar jęknęło. Czuło się jak niepełnosprawne, bo jeszcze chwilę temu wpadło w wyrytą w chodniku dziurę, źle stanęło i coś sobie uszkodziło. Noga jak na zawołanie dała o sobie znać i pierwszy raz od dłuższej chwili skrzywił się z bólu, próbując tym samym przekonać Artema, by zjechali metrem.
Godzina była już dosyć późna, a stanie w minusowych temperaturach raczej nie należało do najprzyjemniejszych aktywności, więc Artemowi nie zostało nic innego jak zawołać starą, obmalowaną graffiti windę.
Edgar z ulgą wczłapało się do środka i oparło plecami o zimną ścianę. Artem tylko wcisnął odpowiedni guzik na panelu, urządzenie chrząknęło, wypluło ze starych głośników ryk staroświeckiej muzyki i zaczęło zjeżdżać.
Tuż przed najniższym piętrem windą coś szarpnęło. Może w ten sposób chciała oznajmić pasażerom, że dalej nie pojedzie i żeby sobie teraz radzili.
Muzyka grała bez przerwy, zupełnie nieruszona tak samo, jak nieruszona była teraz winda. Artem wlepiał wzrok w zabudowane drzwi windy, zastanawiając się, czy w tym momencie wkurwia go bardziej obecność Edgara, czy zepsuta maszyna, która miała do przejechania trzy albo cztery piętra w dół.
— No to co, skaczemy?
Odwrócił się do Edgara z wymalowanym wrednym uśmieszkiem na twarzy.
— Błagam nie.
— Lepiej się czegoś złap.
Nie słuchając narzekań Edgara, Artem poderwał się do góry. Upadł z hukiem. Maszyna złowrogo się zatrzęsła, muzyka na chwilę przestała grać, ale zaraz zapętlona melodia odnalazła swój tor i dalej upierdliwie brzęczała.
— Może… może poczekajmy, okej?
Edgar podniósł się z ziemi (bo ze strachu musiał przykleić się do brudnego podłoża) i wyciągnął dłoń w stronę Artema.
— Tak, poczekajmy chuj wie ile, aż nas stąd wyciągną.
Artem kopnął w drzwi. Te nawet nie rozwarły się na milimetr. Dwie ściany dalej się ze sobą stykały i nie chciały wypuścić ofiar ze swoich objęć. To prawie tak, jakby pożarł ich metalowy potwór.
— Tutaj się włącza alarm. — Wskazało na panel. — Ten taki czerwony przycisk.
— Wiesz, która jest godzina? Myślisz, że ci ludzie teraz pracują i aż zadzwonią do nich debile, którzy utknęli w windzie dla niepełnosprawnych?
— Mogłeś mi pozwolić zadzwonić po ubera!
— Nawet nie wiedziałem, że chcesz podjechać jakimś uberem, debilu.
Edgar zamilkło. Rzeczywiście nic nie powiedział. Całą drogę udawał, że wszystko jest w porządku, tłumiąc nasilający się ból w kostce. Teraz spocony próbował zapanować nad sytuacją, do której sam doprowadził. Na własne życzenie.
Artem prychnął, ale nadusił na czerwony przycisk. Nic się nie stało. Muzyka za to zaczęła głośniej grać. Może przez przypadek odnalazł tajny sposób, by podgłośnić to ustrojstwo?
Zniesmaczony odwrócił się w stronę drzwi. Czuł, że jeśli stąd nie wyjdzie w ciągu dziesięciu minut, to oszaleje. Nawet nie przez denerwującą obecność Edgara, ale przez dudniącą bez ładu i składu melodię.
— Zadzwonię tam.
Wyciągnął telefon i odnalazł na specjalnej naklejce numer do serwisanta. Pech chciał, że nie zdążył nawet wykręcić numeru, bo w połowie jego wpisywania telefon po prostu się wyłączył. Widział te ostatnie trzy procent baterii, ale myślał, że zdąży. Myślał i się przemyślał, bo teraz ich szanse na ratunek znacząco spadły.
— Zadzwonię do Oriany. Tak będzie szybciej.
Edgar pogmerał w kieszeni, wygrzebał z niej swój telefon i wykręcił numer do przyjaciółki.
Pierwszy sygnał, drugi sygnał, trzeci sygnał.
Artem zaczął się niecierpliwić. Domyślił się już po trzecim, że Oriana nie odbierze.
— Dzwoń po ten serwis.
— Nie mam zasięgu.
— Kłamiesz.
Edgar nie kłamał. Ten pierwszy raz od dawna nie kłamał. Odwrócił telefon wyświetlaczem w stronę Artema i poczekał, aż poirytowany przyjaciel potwierdzi, że rzeczywiście… telefon nie łapał ani jednej kreski zasięgu.
Poczekali chwilę w dłużącej się ciszy. Muzyka drażniła ich w uszy, ale nie dało się jej w żaden sposób wyciszyć. Ani wyłączyć. Jedyne rozwiązanie to wdrapanie się pod sam sufit i zerwanie głośnika, do czego już przymierzał się Artem.
— Dlaczego Oriana akurat teraz musi od ciebie nie odbierać?
Edgar wzruszyło ramionami. Chyba się już do tego przyzwyczaił.
— Może coś robi.
— Dosłownie napisałeś jej, że będziesz za godzinę w domu. Powinna odebrać.
— Daj spokój.
— Nie wkurwiaj mnie — odwarknął ostrzegawczo. — Dzwoń do niej.
Edgar nie zadzwonił. Właściwie to trochę nie chciał, bo wiedział, że bezsensowne dzwonienie do Oriany w niczym nie pomoże. Przyjaciółka i tak nie odbierze. Nie lubiła rozmawiać przez telefon, a sms może nawet w tej sytuacji do niej nie dotrzeć. Pomijając fakt, że siedzą w miejscu, w którym nie ma zasięgu, a gdy już się pojawia jedna kreska to na marne dziesięć sekund, które są i tak niewystarczające, by wezwać pomoc.
Byli skazani na siebie. Na długie siedzenie w małej przestrzeni. Ze sobą. Na patrzenie na siebie i myślenie, czy jeszcze kiedyś stąd wyjdą (pewnie tak, ale po ilu godzinach, to nie wiadomo).
— Nie możesz tego naprawić? W końcu jesteś jakimś tam… mechanikiem?
Artem uniósł brew.
— No… coś tam liczysz. Naprawiasz. Komputery? Winda chyba też ma komputer?
W pierwszej chwili pomyślał, że Edgar żartuje. W drugiej natomiast domyślił się, że to pytanie zadane zupełnie na poważnie.
— Pewnie. Zaraz obliczę siłę, jaką muszę przyłożyć, żeby otworzyć te pierdolone drzwi.
Resztkami woli powstrzymał się przed uderzeniem w panel sterujący. Jeszcze brakowało, żeby wysiadło w tej windzie zasilanie i siedzieli w klatce bez światła.
— Co ci się stało w tę nogą, tak swoją drogą? — zapytał dopiero teraz, bo przez cały ten czas zbyt był zdenerwowany faktem utknięcia w windzie. Zupełnie nie zwracał uwagi na kulejącego Edgara, który w tym momencie siedział wciśnięty w kąt.
— Nic.
— Mam nadzieję, że cierpisz, bo to przez to siedzę teraz w tej rozjebanej windzie.
Znowu zamilkli. Jeden z nich siedział z ręką zaciśniętą wokół kostki, a drugi wpatrywał się w nierozsuwalne drzwi, jakby siłą woli próbował je otworzyć.
— Jakbyś zaczął teraz ze mną skakać, to…
— Nie.
— Nie bądź pizdą. Trzeba to sprowadzić jakoś na dół.
Edgar przegryzło wargę. Naprawdę wolałby tu siedzieć w spokoju i czekać, aż przyjdzie jakiś serwisant i ich wyciągnie.
— Wolę poczekać.
 
Artem siedział naprzeciwko Edgara. Oparty o ścianę czuł się jak zwierzę w klatce, które czeka, aż wróci właściciel i je nakarmi.
— Grasz w kółko i krzyżyk?
— Co? — Edgar oderwał swoją uwagę od napuchniętej kostki i spojrzał na Artema. — Co to w ogóle za pytanie?
— Co innego chcesz robić w tej sytuacji? Grasz czy nie?
Wygrzebał z kieszeni malutki ołówek i nabazgrolił na ścianie siatkę do gry w kółko i krzyżyk. Nie czekając na policjanta zaczął pierwszy i postawił krzyżyk pośrodku.
Edgar wziął od Artema ołówek i postawił kółko w górnym rogu siatki. Wymieniali się tym nieszczęsnym ołówek jeszcze kilkanaście razy, zmieniając raz po raz pole do gry i zamalowując w ten sposób pół windowej ściany. Obok ich rysunków widniały inne przedstawiające głównie kutasy albo cycki. Ciekawe, czy autorzy też się tutaj zatrzasnęli?
— Znowu wygrałem. — Artem z uśmiechem postawił ostatni krzyżyk i połączył go z pozostałą dwójką. — Dwadzieścia jeden do piętnastu.
Przez te parę godzin zaczęli się zachowywać jak za dawnych lat; dwójka przyjaciół, która poznała się przez przypadek i zupełny przypadek złapała nić porozumienia. I pewnie byłoby tak dalej, gdyby nie to, że Edgar (jak zawsze) musiał zepsuć tę atmosferę.
— Wiesz, że niedługo są walentynki?
Artem spochmurniał.
— Głupie święto dla głupich zakochanych. No i co?
— Chciałem się pośmiać z ludzi, którzy to obchodzą.
— Wcale nie to miałeś na myśli.
— A co? Ty obchodzisz? — złośliwie się uśmiechnął. — Uraziłem cię?
W odpowiedzi tylko trącił wyciągniętą nogę Edgara butem.
— Nigdy nie obchodziłem walentynek. Bezsensowne święto. Może to ciebie uraziłem?
Edgar odpowiedział tak samo, trącając Artema swoim butem.
— Też nigdy nie obchodziłem walentynek. Ktoś w ogóle lubi to święto? Żałosne. Wszystko jest wtedy bez powodu drogie.
Znowu go trącił.
— A co uważasz o tych głupich ciasteczkach albo tortach w kształcie serc? Mdli mnie na ten widok.
Edgar odrobinę się przesunęło.
— Obrzydliwe. To jest dla ciebie apetyczne? Jak te wszystkie walentynkowe ozdoby. Przesycone kolorem różowym jak w bajce dla dzieci.
— Wiesz, co jest jeszcze gorsze? Te wszystkie pary oświadczające się sobie akurat w walentynki.
Edgar się uśmiechnęło i znów przesunęło o parę centymetrów.
— Ale wiesz co? Myślę, że ty to lubisz. Tę całą walentynkową otoczkę. — Posłało Artemowi prowokujący uśmiech.
Artem się przesunął, trochę bardziej, niż Edgar przesuwał się dotychczas.
— Nie. Myślę, że to ty lubisz walentynki. Lubisz te różowe serduszka, lubisz patrzeć na całujące się pary. Jesteś żałosny, Edgar.
— Uważaj, do kogo to mówisz. Tak naprawdę jesteś zazdrosny. Sam chciałbyś siedzieć w słodkiej, różowej kawiarni i jeść urocze ciasteczka w kształcie serduszek.
Artem złapał Edgara za nadgarstek, a Edgar zacisnął palce na rozpiętej kurce Artema.
— Jesteś cwelem, Edgar. Marzysz o tych różowych kawiarniach i różowych polewach. Nakarmić cię takim ciasteczkiem? Zadowoliłoby cię to, żałosna kurwo?
Ich oddechy się ze sobą praktycznie stykały i stawały jednością. Spojrzenia nie uciekały na boki. Palce zaciskały się coraz bardziej. Edgar wydawał się być jeszcze bliżej niż sekundę temu.
— Nie jestem taki łatwy do zadowolenia, wiesz? Musisz zrobić coś więcej, niż tylko nakarmić mnie różowymi ciasteczkami.
— Nic dla ciebie nie zrobię. Mogę cię co najwyżej udusić.
— Nie zrobiłbyś tego. Jesteś słabym skurwysynem, który widzi tylko czubek własnego nosa. Nie pozbyłbyś się mnie. Nigdy.
— Bardzo chętnie zrobię to przy pierwszej możliwej okazji.
Mówiąc to, palce Artema przestały tak gorączkowo ściskać nadgarstek Edgara, a dłoń policjanta zostawiła w spokoju rozpiętą kurtkę Rosjanina; i zamiast wrócić do siebie jakimś cudem powędrowała w stronę odkrytego barku, by zacisnąć się na gorącym karku.
— Zrób to. Pozbądź się mnie i o wszystkim zapomnimy.
— Pierdolony manipulatorze. — Pochylił się do przodu, by złączyć ich czoła. — Marzę o dniu, w którym znikniesz z mojego życia.
Gorące powietrze z ust Edgara otulało jego zaciśnięte wargi.
— Mogę zniknąć teraz. Naprawdę.
Usłyszeli hałas. Chrząknie, brzęczenie i buczenie jednocześnie. Winda ruszyła z wyraźnym trudem. Jechała powoli, bardzo ociężale i z widoczną czyjąś pomocą. Po zatrzymaniu, drzwi się same nie otworzyły, oczywiście, to byłoby zbyt piękne.
Ktoś krzyknął raz, drugi, a potem przy pomocy czegoś, przypominającego łom, otworzył przesuwane drzwi.
W drzwiach stanął mężczyzna ubrany w ciuchy, które nie sugerowały, że pracuje przy naprawach wind albo że jest jakkolwiek powiązany z taką brudną robotą.
— Przepraszam, że trwało to aż trzy godziny. Czasem ten system alarmowy nie daje nam znać od razu.
Artem poderwał się na równe nogi. Zupełnie ignorując Edgara, wyszedł na peron.
— Która jest godzina?
— Za chwilę wybije pierwsza. Macie dużo szczęścia. Zmianę zazwyczaj kończymy o drugiej. — Uśmiechnął się uprzejmie.
 
Praktycznie pusty pociąg nadjechał dopiero po dziesięciu minutach.
— Nie jedziesz ze mną? — zapytał Edgar, widząc, że Artem za nim nie wchodzi.
— Nie, a co? Nie dasz rady dojść ze stacji do domu?
— Spierdalaj. Jestem samowystarczalny.
Drzwi się zamknęły, pociąg odjechał. Artem musiał odczekać kolejne piętnaście minut, by wrócić do swojego mieszkania.

[1800 słów: Artem otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

poniedziałek, 16 lutego 2026

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

— Co?
Mikołaj zamrugał kilka razy, próbując przetrawić entuzjastyczny monolog, usłyszany przed paroma sekundami. To nie tak, że go nie słuchał. Słuchał, nawet bardzo uważnie, ale pogubił się jakoś w połowie. Wyłapał coś o festiwalu, dwóch tygodniach… albo dniach? księdzu, starszych paniach, noclegach i… miłym księdzu?
— Pytałam, czy pojedziesz ze mną na festiwal do Minnesoty! — wyjaśniła na początku wolniej, jak do dziecka. Po chwili jednak wypowiedź rozmówcy Mikołaja wróciła do poprzedniego tempa. — Taki fajny, koniecznie musisz jechać! Będzie mega fajowsko!
— Jaki festiwal? — zapytał sceptycznie, nie chcąc za wcześnie pokazać, że propozycja go zainteresowała. — Do Minnesoty? Gdzie w ogóle jest Minnesota?
Zadając to pytanie, poczuł się jak ci Amerykanie, z których zawsze się śmiał, gdy nie wiedzieli, czym jest kontynent. Jego wiedza o Stanach Zjednoczonych była jednak ograniczona porównywalnie do wiedzy przeciętnego Amerykanina o Europie. Opierała się na wiedzy pozyskanej z Hamiltona, znajomości języka oraz trasie z Obozu na lotnisko, ewentualnie zahaczającej o jakieś sklepy spożywcze. Wiedział, że Minnesota jest jednym z pięćdziesięciu stanów, ale którym? To już była wiedza tajemna i odległa. I do tej pory wydawało mu się, że niezbyt potrzebna.
— Nie no, poważnie? — Sony wyglądała na zbitą z tropu. Nie na długo. Po chwili zaczęła kreślić rękami wielki, niewidzialny prostokąt. — To są Stany nie? — Mikołaj przytaknął. — My jesteśmy tu — wskazuje jeden punkt, gdzieś z boku. Mikołaj znowu przytakuje. — To Minnesota jest gdzieś tam. Znaczy w sumie to z twojej perspektywy tam — pokazała w jedną, a później drugą stronę, a uśmiech nadal nie schodził z jej twarzy. — No, w każdym razie, dwa dni stąd.
Im bardziej Mikołaj próbował skupić się na wyimaginowanej mapie, tym bardziej jego uwaga uciekała w stronę zielonych dredów rozmówcy. Widział Sony w obozie wiele razy (ciężko było nie zobaczyć), ale pierwszy raz rozmawiali. Pierwszy raz miał więc okazję przyglądnąć się jej fryzurze z bliska i skłamałby, mówiąc, że mu się nie podoba. Dopiero po chwili zorientował się, że zawiłe tłumaczenie dobiegło końca. Wyniósł z niego tyle, że Minnesota jest daleko.
— To co? — został wyrwany z zamyślenia. — Jedziemy?
Entuzjazm Sony sprawiał, że Mikołaj nie mógł odmówić. Zresztą, nawet nie chciał odmawiać. Nie miał zielonego pojęcia, na co się zgadza, ale miał dość bezczynnego siedzenia w obozie. Mimo wakacji, nie działo się tu nic szczególnego i chłopak miał tego serdecznie dość. Miał ochotę bez większego zawahania przystać na propozycję dzieciaka Apollo (co było, tak przy okazji, jedyną rzeczą, którą wiedział o potencjalnym towarzyszu podróży), ale coś go powstrzymywało.
— Jak planujemy się tam dostać? — zapytał wyraźnie zainteresowany. Całkowicie umknęła mu już wzmianka o miłym księdzu, która wcześniej tak go zaciekawiła. — Mega fajne włosy — dodał po chwili czekający na wypowiedzenie od kilku miesięcy komplement.
— Dzięki. Mówiłam, że mam zaprzyjaźnionego księdza-prawie-taksówkarza. Znaczy w sumie to nie, ale w sumie to tak — zaczęła dokładniej tłumaczyć swój plan, nie ukrywając podekscytowania. — No a jak nie, to zawsze są pociągi, autobusy, jakieś statki, balony, rakiety, no, mamy dużo opcji! Mam wszystko zaplanowane! Mniej więcej.
— No dobra — zastanowił się chwilę. — A dlaczego powinienem się zgodzić? — zapytał, odwlekając decyzję, aby mieć czas na znalezienie minusów wyprawy. Na razie nie znalazł żadnych.
— A dlaczego miałbyś się nie zgodzić?
— My tak w ogóle możemy tak po prostu stąd pójść i pojechać?
— A dlaczego nie? — Sony wyglądała na zdziwioną pytaniem.
— Nie wiem, nie musimy tu być i hm, trenować? Mamy jakieś obowiązki i w ogóle… — wyraził na głos swoje wątpliwości, ale widział, że Sony najwyraźniej się nimi nie przejmuje.
— Wolisz przeżyć przygodę, zwiedzić Stany i posłuchać fajnej muzyki, czy gnić w tej dziurze całe lato? — zapytała raczej retorycznie.
— Nie będziemy mieć kłopotów?
— Tym będziemy się martwić za dwa tygodnie — uśmiechnęła się szeroko. — To co?
— Zgoda — już po sekundzie żałował wypowiedzianych słów. — Kiedy?
— Dzisiaj — Mikołaj zdziwił się na dźwięk tego słowa jeszcze bardziej niż po usłyszeniu wcześniejszej propozycji. — O… drugiej? Czekaj za stajniami. Albo ja poczekam. No, wiesz, o co chodzi.
— A która jest?
Sony w odpowiedzi przepraszająco pokazała mu rozładowany telefon i odwróciła się w stronę domku numer siedem. Zanim Mikołaj zdążył zrobić to samo, dodała jeszcze:
— Tylko przyjdź! I nikomu nie mów.
— Jasne — odparł i poszedł spakować najważniejsze rzeczy (czytaj: telefon, słuchawki, powerbanka i ładowarkę). Gdy dotarł do domku, zorientował się, że nawet nie wie, jak jego nowy znajomy ma na imię. Nie wierzył, że się na to zgodził.


Sony?
────
[703 słowa: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Mikołaja — „A Ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Caroline była zmęczona, głodna i zniecierpliwiona. A to był całkiem niebezpieczny zbieg okoliczności dla osób, które akurat przy niej przebywały.
— Przemoc nie jest rozwiązaniem — wymamrotała pod nosem, niezbyt przejmując się tym, czy Mikołaj ją usłyszał, czy nie. I tak gadała do siebie. Podobno to pomaga.
Miała w planach wziąć bardzo głęboki oddech i policzyć do dziesięciu, ale doliczyła tylko do pięciu, kiedy usłyszała szelest podłoża za sobą. Obejrzała się przez ramię i zobaczyła jedynie plecy odchodzącego od niej Mikołaja. Całkiem odważnie; nie sądziła, że faktycznie będzie w stanie odejść i pójść w swoją stronę. Szkoda, że zamiast iść w kierunku wyjścia z lasu, ruszył w jego głąb.
Wymruczała coś o durnych winodojarach i podeszła do pnia drzewa, które wcześniej wskazał jej chłopak. Nie wyglądało na aż tak wysokie, jak z daleka. A Caroline nie była na tyle ciężka, żeby łamały się pod nią wszystkie gałęzie, prawda? Była zdesperowana i pokrzepiona faktem, że nawet jeśli spadnie i obije sobie dupę, to przecież nikt tego nie zobaczy, skoro Mikołaj już sobie poszedł.
Wytarła dłonie o spodnie, żeby pozbyć się śliskiej warstewki potu, i zaczęła jeszcze raz oceniać swoje możliwości. Kora pnia drzewa była mocno porowata, więc Caroline pewnie znalazłaby na niej oparcie dla stóp. Problem polegał na tym, że pierwsze, drobne gałęzie pojawiały się dopiero jakiś metr nad jej głową. Niezbyt często musiała wspinać się na drzewa i ciężko było jej ocenić, jakiego kalibru jest to problem. Wypowiadając w głowie krótką modlitwę do ojca, rozpoczęła swoje pierwsze podejście.
Zsunęła się po jakichś trzydziestu sekundach, zdzierając sobie skórę z dłoni. Poirytowana, naciągnęła rękaw sportowej bluzki aż po czubki palców. Pewnie ją porwie, ale materiał przynajmniej sprawnie przyczepiał się do kory. Poza tym mogła w ten sposób ochronić podrażnioną już skórę przed szorstką powierzchnią.
Znajdowała się nieco ponad dwa metry nad ziemią, stojąc na najstabilniejszej gałęzi, jaką znalazła, kiedy w zasięgu jej wzroku znów znalazł się Mikołaj. Z nieprzyjemnym grymasem na twarzy. Niezadowolenie? Wkurwienie? Desperacja? Ciężko było jej stwierdzić.
— Co, nie znalazłeś drogi powrotnej? — zawołała, zwracając na siebie jego uwagę.
— Spierdalaj!
Jednak podszedł pod drzewo, na które usiłowała się wdrapać. Tak, z bliska mogła stwierdzić, że to właśnie desperację widziała na jego twarzy. Całkiem sprawnie zamaskowaną, ale jednak desperację. Za dobrze znała ten wyraz twarzy, żeby móc go przeoczyć.
Caroline posłała Mikołajowi bezczelny uśmiech.
— Roślinki ci nie pomogły trafić do obozu? Zaprowadzić się za rączkę? — zapytała, opierając się plecami o chropowaty pień. Dłonią trzymała się gałęzi nad swoją głową.
— Przynajmniej nie jestem takim idiotą, żeby włazić na drzewo po durną jemiołę — prychnął w odpowiedzi, krzyżując ramiona na piersi.
— To idź się nażryj tego swojego cisu — powiedziała Caroline, manewrując na gałęzi tak, żeby odwrócić się do Mikołaja plecami.
Dzięki temu nie widziała, jak chłopak prezentuje jej swój arsenał dwóch środkowych palców. Niestety miała na głowie większe zmartwienie, takie jak podciągnięcie się na gałęzi. Nagle pożałowała, że częściej nie trenowała z cięższą bronią. W tej chwili zdecydowanie przydałyby się jej trochę mniej wiotkie ręce. Ostatecznie jej się udało, chociaż boleśnie obiła sobie biodro i była pewna, że załatwiła sobie pokaźnego siniaka.
— Tylko nie spadnij!
Był jeden plus: teraz mogła naprawdę spiorunować chłopaka wzrokiem z góry. Nie zaszczyciła go jednak żadnym słowem, bo miała ważniejsze sprawy na głowie. Choć stojąc na ziemi wiatr odczuwała jako lekki powiew, im wyżej się znajdowała, tym silniejszy ten powiew się stawał. Mogła o tym pomyśleć, kiedy ustalała swoje szanse na nie połamanie obu nóg. Niestety było już na to za późno, a ona nie miała zamiaru się poddawać, skoro została jej tylko mniejsza połowa drogi.
Na szczęście tutaj nie musiała się głowić, żeby znaleźć oparcie dla stóp i dłoni, bo gałęzie były wszędzie. Trudniej było za to skupić się na tyle, żeby nie wydłubać sobie oka jedną z nich. Gdyby wiedziała, że będzie łazić po drzewach, zabrałaby ze sobą okulary.
Nie musiała włazić na sam czubek, żeby dostać się do krzaczków jemioły, bo te sukcesywnie pożerały całą koronę drzewa. Przylgnęła plecami do pnia drzewa i upewniła się, że stopy ma porządnie zaczepione o gałęzie. Zlecenie z jakichś pięciu metrów nie było jej marzeniem. Lubiła mieć sprawne wszystkie kończyny, a miała już tę nieprzyjemność dowiedzieć się, jak to jest funkcjonować z połamanymi kośćmi. Sięgnęła po zielony kłębek najbliżej niej i z grymasem na twarzy zaczęła odrywać go od gałęzi. Przypadkiem zgniotła w palcach parę mętnych, białych owoców i teraz jej skóra była pokryta lepkim sokiem. Ohyda.
— Złapiesz, jak to zrzucę na dół? — zawołała, mając nadzieję, że Mikołaj wciąż sterczy pod drzewem.
— Nic im się nie stanie, jak spadną! — poinformował ją z dołu chłopak.
Dziwne, że wciąż chciał z nią rozmawiać.
Po kolejnej minucie krzaczek poszybował w dół, po drodze obijając się o kilka gałęzi. Caroline miała nadzieję, że ostało się na nim chociaż kilka owoców.
— Fuj — mruknęła, wycierając dłonie o spodnie. Miała nadzieję, że dopierze potem te plamy.
Potem zerknęła w dół.
— O kurwa.
Wcześniej tego nie robiła, żeby się nie rozpraszać. Teraz jednak musiała pokonać tę drogę, ale ziemia wydawała się wyjątkowo odległa, gałęzie rzadsze, a jej nogi nagle zrobiły się dziwnie miękkie.
— Złazisz czy nie? — ponaglił ją Mikołaj, widocznie zniecierpliwiony.
— Na chuj na mnie czekasz, jak ci się spieszy? — prychnęła, tym razem zerkając w górę. Zdecydowanie się ściemniało, a była pewna, że po ciemku na pewno stąd nie zejdzie.
— Chcę widzieć, jak spadasz!
Caroline tego nie skomentowała, tylko jeszcze raz skalkulowała swoje możliwości.
Miała przejebane.


Mikołaj?
────
[885 słów: Caroline otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Philip — „List” [Walentynki]

List miłosny.

Wanda,
jeszcze parę lat temu byłoby to totalnie nie w moim stylu, zawsze uważałam walentynki za głupie konsumpcjonistyczne święto, wykorzystywane przez śmiertelników, żeby wykorzystywać innych śmiertelników - naciąganie ich na wydawanie pieniędzy, marnowanie czasu czy pozowanie do zdjęć w głupich sweterkach. „Jeśli twój luby nie wynajął ci pokoju hotelowego, nie kupił kolacji, zegarka, telefonu, słuchawek… (listę można było ciągnąć w nieskończoność) tak naprawdę cię nie kocha!” - ile tego słyszałam i jak bardzo mnie to za każdym razem wkurzało. Jakby walentynki były egzaminem z przedmiotu miłości. Znienawidzone przeze mnie głupie baby starały się otrzymać namacalny dowód, jednocześnie pragnąc niewyobrażalnego uczucia. Ale musiało być możliwe do zmierzenia przez ilość wydanych pieniędzy i głupich uśmiechów, które nie mogły przejawiać odrobinki zmęczenia, nawet jeśli już dobre pół godziny jedna z tych wariatek kasowała kolejne zdjęcia z chłopakiem, bo krzywo wyszła, albo nie było widać całego bukietu z czterdziestu róż i nowej bransoletki.
Juan mnie szturcha, że mam przestać wypisywać takie głupoty. To w końcu list miłosny do Ciebie, a nie narzekanie, że urodziłam się w złej generacji.
Zanim straciłam wątek przez moją nienawiść do otoczki walentynek, jaką zapamiętałam, chciałam wyrazić pewną myśl - że nadal myślę tak samo. Skręca mnie, kiedy słyszę, jak dziewczyny z baraku porównują, ile kwiatów było w ich bukietach.
Ale tak jak z wieloma rzeczami, nauczyłam się, że nie muszę na nie patrzeć tylko w jeden sposób. Mogę czuć irytację i złość, ale jednocześnie - co byłoby dla mnie wspomniane już parę lat temu niewyobrażalne - uśmiechać się na widok czekoladek w opakowaniu w kształcie serca. Albo pisać ten list. Mogłabym go napisać w dowolnym innym dniu, bez okazji, ale wybrałam to dotychczas znienawidzone przeze mnie święto. I choć odruchowo zebrało mi się na wymioty, kiedy zobaczyłam w sklepie cały regał walentynkowych kartek, podeszłam bliżej i wybrałam jedną. Kupiłam i teraz na niej piszę. Oraz na kartce wyrwanej z zeszytu - nie starczyło mi miejsca przez moje głupie gadanie. Mam nadzieję, że nie pogniewasz się za to i nie znudzisz się moim przydługim pisaniem. Mogłabym zawrzeć wszystko w dwóch słowach - kocham Cię - jednak chcę powiedzieć coś więcej.
Jesteś najcudowniejszym, co mi się w życiu przytrafiło. I najbardziej niespodziewanym. Kocham Twoje włosy, oczy, uśmiech i przepyszne pierogi, które jemy razem - nawet jeśli to tylko takie odgrzewane ze sklepu, z Tobą wszystko smakuje wybornie. Z Tobą każda chwila staje się cudowna i żałuję, że mija tak szybko - chciałabym ponownie przeżyć każdy spędzony wspólnie moment. Wrócić do czasu, kiedy się dopiero poznałyśmy, kiedy nieśmiało odkrywałyśmy, że możemy stać się kimś więcej, niż tylko przyjaciółkami, kiedy zorientowałam się, że Cię kocham. Nasze pikniki, spacery, nawet kłótnie, są dla mnie najdroższym, co posiadam. Czasem budzę się w środku nocy - śnię o Tobie - i orientuję się, że to nie był sen. Naprawdę mam taką cudowną, nieziemską, absolutnie prześliczną, najmądrzejszą i najlepszą pod słońcem dziewczynę. I kiedy moje serce rozpiera miłość do Ciebie, wiem, że Ty czujesz to samo. Kiedy patrzę w Twoje oczy, patrzysz w moje z tym samym uczuciem. Całujesz mnie tak, jakby było to jedynym, czego byś chciała. Kiedy mnie przytulasz, nie chcę nic innego już robić. Chciałabym całą wieczność spędzić w Twoich objęciach.

Kocham Cię - Philip.




[518 słów: Philip otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

Od Lynn — „Nic nie zamawiałam” [Walentynki]

„Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres–... och”.

Walentynki nigdy nie były dla Lynn jakimś szczególnym dniem. Nie, żeby nigdy nie wzdychała za jakimś legionistą czy legionistką, jednak zawsze na przeszkodzie stawała nauka, kompleksy, i zdroworozsądkowe odkładanie związków na później, kiedy już będzie ustabilizowana, najlepiej z pracą i sznureczkiem tytułów z nią związanych. Parę imprez walentynkowych, na których była, spędziła ściskając kubeczek w kącie.
Jednak Nalin lubił to święto. Do któregoś momentu zawsze budził ją rano, zawsze zaskakując ją jakimś prezentem czy miłym słowem. Nawet w ostatnich latach ich wspólnego życia starał się podtrzymywać tę tradycję, chyba żeby poczuć się lepiej, znaleźć jakąś nieszkodliwą dla akademickiego sukcesu odskocznię od codzienności. Tym bardziej czułe były te ostatnie podarunki, nawet jeśli było to tylko serduszko na kartce, które narysował pewnie na kolanie, Lynn czuła od niego taką miłość, że bazgrolik stawał dla niej droższy niż wszystko, co posiadała. A może jej się wydawało. Może obaj siebie oszukiwali. Może Nalin traktował tę tradycję również jako element rutyny, razem z budzikiem, wykreślaniem zrobionych zadań w kalendarzu i zaznaczaniu w agresywne kółko czerwonym markerem tych, których nie udało mu się zrobić na koniec dnia. Może mimochodem kupował czekoladki w drodze z zajęć. Może pozbywał się niechcianych prezentów od tajemniczych adoratorek. Nie brakowało ich przecież — Nalin wyglądał jak lustrzane odbicie Lynn i z jakiegoś powodu przez jego milczenie i odizolowanie się od otaczających go ludzi był odbierany jako tajemniczy, seksowny melancholik — nie jak jego siostra, która była dla wszystkich cichą dziwaczką.
Wolała jednak wyobrażać sobie, że w całym tym chaosie, jaki towarzyszył kresowi ich czasu razem, Walentynki były jednym z niezmiennych wydarzeń, które cyklicznie, na powrót ich zbliżało. Znikał chłód, traciły znaczenie niewypowiedziane słowa, liczyło się to parę sekund radosnego uśmiechu, zanim któreś z nich odchrząknęło, że musi się szykować na zajęcia albo powtórzyć słówka. Chciała wierzyć, że trzymał te wszystkie momenty w sercu tak jak ona. Miała nadzieję, że w swoich ostatnich chwilach przypomniał sobie chociaż parę. Że umiliły mu cierpienie, zanim wszystko rozpłynęło się w nicość. Może, gdyby ona również starałaby się, żeby uczynić te dni specjalnymi, wspomnienia byłyby żywsze, może powstrzymałyby tę kroplę, która przelała czarę smutku Nalina.
Dziś również były walentynki, tak samo jak owe lata temu. Jednak nie obudził jej łagodny głos jej brata, ale walenie w drzwi. Zaspana wygramoliła się z pościeli, żeby spojrzeć przez wizjer — jakiś kurier. Przecież nic nie zamawiała ani nic nikt do niej nie wysłał. Biedny chłopak, taki kawał drogi zajechał na nic.
— Kwiaty dla pani! — powitał ją z uśmiechem, ignorując jej zapewne koszmarny wygląd o tak wczesnej porze. Wyglądał tak miło, że Lynn zrobiło się szkoda, że zaraz go odprawi i każe mu szukać właściwego adresata owego bukietu.
— Nic nie zamawiałam…
— Jestem pewien, proszę spojrzeć — pokazał Lynn karteczkę przytwierdzoną do wstążki. Przetarła jeszcze zamglone oczy. Chyba jej nie myliły. Ale coś było zdecydowanie nie tak.
— Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres — protestowała dalej. Odwróciła jednak karteczkę — gdzie pewnie widniało imię właściwego adresata, żeby pokazać kurierowi, że jest pewna na sto procent. — Widzi pan? — westchnęła. — To nie... Och.
„Wszystkiego najlepszego z okazji walentynek, siostrzyczko”.



[505 słów: Lynn otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia + 20 PD]