Poprzednie opowiadanie
JESIEŃ
Morze jest prawdopodobnie najstarszą rzeczą, której człowiek bezskutecznie próbował nadać znaczenie. Widział w nim matkę, grób, granicę świata, drogę do bogów i wystarczająco dużo metafor, żeby na kilka tysięcy lat zapewnić zatrudnienie poetom. Samo morze, z właściwym sobie brakiem zainteresowania, konsekwentnie pozostawało słoną wodą.
Może właśnie dlatego tak dobrze nadaje się do mówienia o człowieku. Stajemy na brzegu czegoś, czego nie potrafimy objąć wzrokiem, i natychmiast zakładamy, że musi mieć to coś wspólnego z nami. Przypływ staje się tęsknotą, sztorm gniewem, a głębia, oczywiście, podświadomością. Trudno przecież dopuścić myśl, że coś może być ogromne i zupełnie nas nie dotyczyć.
Morze jakoś sobie z tym radzi. Miało kilka miliardów lat, żeby przywyknąć do ludzkiej potrzeby bycia głównym bohaterem.
— W moich książkach są filozoficzne zagadnienia, a nie głupie siksy bawiące się obozowiczami! — prychnęła Weronika.
Mikołaj przewrócił oczami, skupiając się wciąż na dzieciakach. Nerwowo rozglądał się na boki i wzdrygał się, kiedy fale uderzały w jego klatkę piersiową jedna po drugiej. Hipokamp zdawał się nic z tego nie robić.
— Moi drodzy, pamiętajcie o machaniu nogami! To one robią robotę! — krzyczała w stronę swojego rodzeństwa.
— Ty masz czas ich instruować, kiedy ktoś się tam topi?!
— Nie masz jakichś truskawek do zaopiekowania się w międzyczasie? — odparła ironicznie Nika.
Zaciskała kurczowo rękojeść swojego sztyleciku, którego nosiła w celu podniesienia swojej pewności siebie, kiedy akurat nie mogła wziąć ze sobą gladiusa. Skupiona wypatrywała choćby poruszenia na skłębionej falami powierzchni wody. Przez jej myśl przemknęło, że musi wyglądać w sumie cool, jak tak na tym morskim koniku pruje przez żywioł. Nastrój jej nieco prysł, kiedy popatrzyła na twarz Mikołaja. Miała wrażenie, że chłopak zwróci zaraz nie tylko truskawki zjedzone przed chwilą, ale także śniadaniowe parówki i fasolę.
— Znasz legendę o beczce? — zaczęła.
— Weronika, jaka, kurwa, legenda o beczce? — Mikołaj wybałuszył oczy.
— Zamknij łaskawie swoją jadaczkę. Otóż był sobie car Sałtan i miał żonę, która miała urodzić mu dziecko. Była też najmłodszą z sióstr, trzech sióstr, więc te siostry i swatka były zazdrosne o nią. Jak pojechał na wojnę, urodził się, prrr, ogarnij się koniu! — Hipokamp wierzgnął gwałtownie, na tyle, że Weronika sama zbladła jak ściana. — Siostry upiły posłańca i wsadziły list, że jednak urodziła nie chłopca, nie dziewczynkę, lecz nieznaną potworinkę.
— Co ma beczka z tym wspólnego?
— No, że kazał zamknąć matkę z dzieckiem w beczce. — Uśmiechnęła się ironicznie.
— Czy ty w tym momencie znalazłaś jakieś beczki pływające obok nas, że o tym opowiadasz? Radosna historyjka do ululania obozowicza na wieki wieków? Super bajki opowiada wam matka.
Wpatrywała się z irytacją w niego. Gdy już miała otworzyć usta, obok nich wynurzyły się głównie nereidy. Weronika wnioskowała, że było to miejsce, w którym idealnie wody słodkie mieszały się ze słonymi, czyli obie grupy nimf wodnych, słodkowodnych i słonowodnych mogły akurat się spotkać i dręczyć wspólnie obozowiczów. Jedna z nich trzymała dzieciaka Nike. Co jak co, ale matka mu nie dała wygrywania w pływaniu. Na szczęście nastolatek był względnie cały, nie licząc szoku i przerażenia, jakie malowały się na jego twarzy.
Mikołaj był bliżej niego. Kiedy wyciągnął po niego rękę, najady wespół z nereidami odsunęły się. Specjalnie balansowały dzieciakiem tak, żeby syn Dionizosa był zmuszony zejść nieco z Hipokampa i trzymając się kurczowo zwierzaka, próbował złapać syna Nike. Co jakiś czas fale zalewały mu głowę, sprawiając, że prychał i krztusił się słoną wodą. Do uszu dobiegał mu ciągły chichot tych cholernych stworzeń.
Weronika spieszyła na pomoc, flankując najady. Parę najad westchnęło.
— Najada. Nereida. Oczywiście. Byłoby przecież nieznośnie banalne, gdyby woda była po prostu mokra.
— Ojej, łaskawa grupowa domku Wiecznie Wymądrzałej Dziewicy zaszczyciła nas swoją obecnością. Co tam, Weronika? Szukasz towarzystwa wśród wodnych boginek? Mam całkiem imponujący strumień niedaleko, nie to, co wasze żałosne próby taplania się w brodzikach. — wypaliła najładniejsza z nimf.
Najady i/lub Nereidy były jednym z najbardziej pizdowatych stworzeń, na jakie można było się natknąć w Obozie Herosów. Morozova mogła się tylko zastanawiać, czy one były na czwartym miejscu, czy może dopiero za Niketasem. Gdyby to od niej zależało, delegowałaby je do czyszczenia wychodków oraz rur kanalizacyjnych.
— Przepraszam. Nie wiedziałam, że ten strumyk ma osobowość. Zwykle zakładam to dopiero przy zbiornikach powyżej hektara. — odparła, a niektóre nereidy wydały z siebie zdziwione dźwięki, zasłaniając usta.
Zapanowało poruszenie. Ta, którą Weronika obraziła, była prawdopodobnie przywódczynią. Była to naprawdę nieśmieszna parodia Mean Girls, gdyby tylko dosięgała jakkolwiek poziomu tego filmu. A Nika nie miała o nim dobrego mniemania.
— Co się dzieje? Czy jeśli obrażę jedną z was, rzeka wystąpi z brzegów, czy najpierw dostanę oficjalne upomnienie? Pytam proceduralnie. Nie chciałabym zostać utopiona bez zachowania właściwej drogi administracyjnej. Zakładam, że pierwsze przewinienie to nagana, drugie klątwa, a dopiero trzecie kończy się śmiercią przez żywioł. — dogryzała dziewczyna, kątem oka patrząc na próby Mikołaja. Dzielnie walczył z jedną z wodnych kurew. — I komu właściwie przysługuje odwołanie? Posejdonowi? Radzie Najad? Zeusowi? Chociaż nie, do Zeusa wolałabym niczego nie zgłaszać. Historia sugeruje, że kontakt z działem personalnym Olimpu rzadko kończył się dobrze.
Jej hipokamp zaczynał nerwowo wierzgać się. Nie miała dużo czasu, liczyła na drugiego grupowego.
W tym czasie blondyn już miał złapać dzieciaka, ale został znienacka wciągnięty pod wodę. Co gorsza, za nogawki spodni. Jego wierzchowiec na szczęście dzielnie wyciągnął go za kołnierz.
— Kurwa mać, która to z was?! — zareagował ze złością. Rozumiał żarty, pranki, ale to była już przesada.
— Ja. — usłyszał przy uchu.
Poczuł nagle rękę na ramieniu, potem kolejną na klatce piersiowej i gdy się odwrócił, jego oczom ukazał się… Najad? Nereidynek? Najadynek? Osoba nimfowodna? Mrugnął szybko oczami, a kiedy zdał sobie sprawę, że ich twarze dzieli dokładnie 2,5 centrymetra, zaczerwienił się. Czy męskie nimfy istniały? Dlaczego, na bogów, znalazł się w dziwnej sytuacji, w której typ (albo typiara, może niesłusznie zakłada płeć ze względu na androgeniczny wygląd?) bez koszuli się do niego przykleja, w co najmniej nieodpowiednim momencie?
— Masz chłopaka? — mruknął niczym ratownik ze Słonecznego Patrolu.
— Co? — Mikołaj z każdą sekundą tracił rezon. Na domiar złego, te jaskrawe, niebieskie oczy świdrowały go na wskroś. Starał się uciekać wzrokiem, na tyle, ile mógł, w czym mu absolutnie nie pomagała słona woda.
— Bo mam fatalny charakter, ale trzymam się zasad. — uśmiechnął się flirciarsko, puszczając oczko. — Co tam chowasz w nogawkach?
— Yyy, eee… Nogi? — chłopak balansował rozpaczliwie na powierzchni wody. Czy w wodzie można się pocić przez beznadziejne flirciarskie teksty? Bycie mokrym było już wystarczająco koszmarne sensorycznie.
Nagle na twarzy tego nereidka pojawił się grymas złości. Nanosekundę później czyjaś ręka zniekształciła jeszcze bardziej facjatę, odpychając go od Mikołaja.
— Spływaj, sardynko. — wysyczała cierpko Nika.
Mikołaj?
────
[1060 słów: Weronika otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]