Poprzednie opowiadanie
TW: SPOŻYWANIE NARKOTYKÓW, KREW
WIOSNA, ROK TEMU
Starucha wydzierała się wniebogłosy. Usłyszały tyradę o brudzie, syfie, upadku obyczajów, cholernych gówniarzach i prostytucji, a to wszystko w ciągu minuty. Cały czas nawiązywała do kradzieży studzienek, czy tam krat, co było swego rodzaju talentem. Szkoda, że dziewczyny nie miały dyktafonu.
— Tak narzeka na nas. A zaraz obudzi wszystkich, głupia flądra. — wesoło skomentowała Isobel.
Zachowywała się tak, jakby dopiero co wróciła z siłowni, a nie z pościgu. Powróciła do swojego trajktowania, jakby miały zaraz iść na kawę czy inną matchę. Ignorując fakt, że przed chwilą spuszczały do kanałów cholerną pakę narkotyków. Najnormalniejsza rzecz w San Francisco, o trzeciej w nocy.
Dahlia za to rozglądała się nerwowo. Na boki, w górę, wyglądała za każdy róg.
— Spokojnie, policja już nie powinna wrócić. — usłyszała nagle przy uchu. Wcale się nie wzdrygnęła. — W razie czego uciekniemy. A swoją drogą, jesteś może z tego świata boskiego? Bo mówiłaś, że dziecko Hermesa i w ogóle, to znaczy, że siedzisz w tych tematach, prawda? Może jesteś z tego rzymskiego obozu? Obóz Jubiler? Nie, coś przekręciłam, czekaj…
W oddali rozległ się głuchy łoskot oraz metaliczny brzdęk. Jednostajny, wwiercający się w ucho. Ziemia się lekko zatrzęsła.
Szczebiocząca dziewczyna zauważyła duży niepokój na twarzy Dahlii, wywołany tymi dźwiękami i przystanęła.
— Co, jednak policja nas zauważyła? — Isobel chciała się odwrócić i zobaczyć, o co chodziło.
Nie zdążyła. Coś zaskrzeczało i złapało ją za kostkę. Z krzykiem upadła na ziemię, a gdy się obejrzała, zauważyła metaliczne płyty, od których odbijało się światło latarni ulicznej. Istota szarpała nogę, po czym odrzuciła Is na bok. Na szczęście Dahlia zareagowała na tyle szybko, że córka Hermesa nie skończyła jako naleśnik na ścianę, swoiste apéritif dla monsieur potwora, tylko poturlała się metr dalej.
Kiedy trzymała potwora, z obrzydzeniem zauważyła, że to był gigantyczny robal. Skolopendra, w stosunku do normalnego osobnika była większa co najmniej kilkudziesięciokrotnie. Przy okazji bardzo wiła się i drżała.
Isobel zmrużyła oczy kilka razy, zanim się ogarnęła.
— O cholera. Chyba nakarmiłyśmy potwora bochenkiem kokainy.
Dahlia podniosła wzrok. Jama gębowa i jej okolice były upstrzone białym proszkiem. Gdyby miała czas, przewróciłaby oczami i stwierdziła, że to absolutnie chujowy dzień. W tym momencie to nie miało znaczenia. Odepchnęła potwora, który wił się zdecydowanie zbyt dynamicznie, jak na gusta półbogów. A więc tak wyglądał przerośnięty robal na potężnej dawce narkotyków.
Słyszała o Skolopendrze. Na zajęciach z „ABC Rozpoznaj Potwora” Chejron podkreślał, że ten potwór jest jednym z największych, jakie można znaleźć w morzu. Co prawda nie były nad morzem, a Skolopendra zazwyczaj jest co najmniej wielkości rywala Godzilli, ale to coś wciąż było groźnym przeciwnikiem. Jedną z wyniesionych lekcji z tych zajęć był fakt, że potwory mnożyły się jak oszalałe. Na tyle, że można było z nudów kreślić drzewka genealogiczne. Kto wie, może właśnie trafiły na baby Skolopendrę, która rosła sobie zdrowo w wilgotnym środowisku, to jest w kanałach i odżywia się pysznymi półbogami. W tym momencie robal miał fazę nastoletniego próbowania nielegalnych rzeczy i teraz będą musiały się zająć odwykiem. Dahlia miała tak bardzo cholerną nadzieję, że dzieciak nie rozwija się pod czujnym okiem matki, tylko uciekł z domu i żyje na własną odnóżkę. Jedną z setek.
Skolopendrątko miało szczęki ostre jak brzytwa, bo właśnie przecięło bez problemu skuter zaparkowany zgodnie z prawem na wyznaczonym miejscu. Dobrze, że Dahlia zdecydowała się tym razem ukryć za samochodem, gdyż monstrum utknęło na chwilę w dachu. Wykorzystała ten czas na gorączkowe szperanie w kieszeniach. Z ulgą wyciągnęła nasionka.
— Isobel, jesteś w okolicy? — krzyknęła, z nadzieją, że odpowie.
— Tak. Nie wiem, co to za stonoga na sterydach, ale żyję! — rozległ się głos zza rogu.
Isobel, kiedy nie zaskakiwał ją ktoś od tyłu, była całkiem zwinna i szybka. Pozostało tylko mieć nadzieję, że nie jest tak zmęczona po nocnej gonitwie. To byłby całkiem nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Czas na plan, jakie się tworzy plany, walcząc z owadem? Najpierw podstawy.
— Masz broń?
Dziewczyna wychyliła się zza rogu z widocznym grymasem na twarzy.
— Co ty, wracałam z pracy. Po co mi parazonium w pracy? Do otwierania piwa?
— To trzymaj za mnie kciuki w takim razie. — odparła Dahlia.
Nie była tak szybka, jak potwór. Trzeba było wymyśleć co innego, żeby mogła bezpiecznie uciec. A najlepiej, gdyby obie bezpiecznie uciekły. Gdyby miała mieć dolara za każde spotkanie dzieciaka Hermesa w dziwnym miejscu, przeżycia z nim dziwnej przygody, podczas której musieli uciekać od potężnego potwora, to miałaby dwa dolary. To nie jest dużo, ale dziwne, że wydarzyło się dwa razy.
Pluła sobie w brodę. Dlaczego takie rzeczy zawsze się przydarzały, kiedy przebywała z jakimś innym herosem? Jak wszystko będzie zmierzało ku najgorszemu, to znowu będzie musiała przez kilka dni udawać sama przed sobą, że nie rusza ją śmierć kolejnego półboga. I kolejnego. I kolejnego. Dobrze, że w San Francisco nie robią na zapas całunów i stosów. Ileż można by było znieść poczucia winy.
Postawiła jasny plan. Spróbuje, chociaż ten kolejny raz, utrzymać kogoś przy życiu. Jeżeli znowu jej nie wyjdzie…
Zagryzła zęby.
— A żeby to cię pies jebał. — rzuciła do mini wersji Skolopendry.
Ponownie próbowała złapać cielsko potwora. Wydawałoby się, że naćpane pseudozwierzę będzie otępione w walce, ale wystarczająco dużo Dahlia widziała potyczek. Zarówno w Obozie, jak i w swojej dziennikarskiej karierze. Złapała za parę segmentów, unikając obleśnych odnóży. Wyczuła pod palcami ciepło nasion, pozwalając im wykiełkować.
Rozległ się trzask. Pędy wiły się dookoła paskudy, wbijając się cierniami w miękkie części. Potwór zaskowyczał i rzucał się na boki, ale córka Demeter była o krok do przodu. Rośliny posłusznie wodziły za impulsem, oplatając się wokół SUV-a, przytwierdzając robala w jednym miejscu. Całość tworzyła najbardziej groteskową kokardkę, jaką tylko można było wyobrazić. Nie zostało wiele czasu, z samochodu z pewnością ostanie się kupka postrzępionych kawałków metalu oraz plastiku.
Dahlia rozejrzała się na boki, szukając rudych włosów. Dostrzegła Is majstrującą przy zamku jakiegoś sklepu. Ucieszyła się, że nie tylko ona miała plan.
Pnącza pękały z trzaskiem, a paskuda miała coraz większe pole do szamotania się. Został tylko jeden as w rękawie.
Skupiła się na okolicznych donicach. Z ziemi było prościej przywołać to, co było jej potrzebne, tylko musiała się zebrać w sobie i przekazać energię. Czy tam czakrę, jak niektórzy herosi gadali.
Jedna z donic wybuchła. Ze szczątków wylęgło się karpoi o najbardziej jaskrawym kolorze, o jakim tylko mogłaby pomyśleć. Pitajowe karpoi, o soczystej, różowej skórce, rzuciło się z bojowym rykiem (zapiszczało) na skolopendrątko. Dahlia pomyślała, że kupi tym czas i pozwoli to na ucieczkę z tego przeklętego miejsca. Zmierzała w stronę Isobel.
Zauważyła kątem oka ruch, ale niedostatecznie szybko zareagowała. Gdyby tylko stała metr dalej.
Isobel nerwowo przekręcała drutem w zamku. Sklep, do którego się włamywała, był fancy manufakturą perfum. Zadawała sobie gorączkowo pytania, jak może się przydać w walce z mitycznym pierdolcem, dopóki nie ogarnęła w swoim półboskim CV, że zajmowała się alchemią. W Obozie były może i lepsze składniki, dostępne w wielu domkach (oczywiście wszyscy szli do domku Hekate), ale towary były całkiem przyzwoite. Przecież mogłaby skombinować najbardziej łatwopalne odczynniki i upiec robala na wolnym ogniu. W której kieszeni miała zapalniczkę?
Kiedy zamek kliknął, rzuciła się gorączkowo, identyfikując zawartości flakonów po zapachu. Drzewo sandałowe nie, anyż nie, kwietne w porządku, ale nie akurat te, co ją interesowały. Może jednak klasyczna, dobra trucizna? Pytanie, czy można mieszać magiczne napoje i kokainę? Czy zaszkodzi to robalowi wielkości małej ciężarówki? Oby.
Z radością zobaczyła, że nazwa sklepu nie była na wyrost. Na zapleczu były reagenty i kolby, w pudełkach znajdowała składniki. Okazało się, że produkowali także personalizowane mydełka, więc miała wszystko. Może zapyta się później, czy szukają osób do pracy.
Otrząsnęła się i przystąpiła do mieszania, zapalając przy okazji palnik. Może zrobi dwie mikstury naraz, zawsze to jakaś większa szansa na sukces.
Z zamyśleń wyrwał ją trzask szkła. Gdy wyjrzała zza zaplecza, zobaczyła dziurę w witrynie, oraz epicką walkę bejbi Skolopendry z brzydkim, różowym dzieciakiem, z którego wystawały zielone łodyżki. Wpatrywała się w tę zaskakująco dziwną wersję Mortal Kombat. Nagle podskoczyła, słysząc stęknięcie dobiegające z podłogi.
— Bogowie, Dahlia, trzymasz się?
Na szczęście była przytomna. Na nieszczęście, potwór przeciął dosyć głęboko lewą rękę. Wzdłuż żył i kości, kończąc na klatce piersiowej. Krew sączyła się w niepokojącym tempie.
— N-nie. — wyszeptała, starając się tamować krwawienie.
Zgięła ramię, sycząc z bólu.
— Widziałam mnóstwo szmat, już lecę, wytrzymaj. — nie wybiło to Is z rytmu. Bogom niech będa dzięki za treningi.
Wróciła na zaplecze. Kolejne zwycięstwo, apteczka wisiała na ścianie, a na regałach leżały, poukładane w zgrabną kostkę, płaty materiału. Przyniosła wszystko, przystępując do metodycznego opracowania. Z pierwszą pomocą było jak z jazdą na rowerze, tego się nie zapominało. Musiała tylko powstrzymać nudności na widok czegoś, co przypominało (chyba) kość. Widok mignął dosłownie na chwilę, a już wiedziała, że zapamięta to na długo.
— Słuchaj, mam plan. — starała się dodać otuchy.
— To dobrze. — szepnęła Dahlia, walcząc z nudnościami.
— I to sprytny. A potem poskładamy cię.
Po czym Isobel zniknęła na zapleczu.
Isobel?
────
[1447 słów: Dahlia otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]