czwartek, 26 lutego 2026

Od Izana — „To domówka a nie przedszkole!” — część 1 [Walentynki]

„Piąte koło u wozu.”

Imprezę rozkręcił jakiś znajomy znajomego. Nie pamiętał jego imienia. Wiedział tylko, że ma niezłą chatę, zdolną pomieścić około dwudziestu uczestników.
Przyszedł dziesięć minut spóźniony. Nie tłumaczył się, bo przecież jest Izanem Kingiem i tłumaczyć się może co najwyżej swojemu ojcu. To, że jego kolega nie potrafił się zebrać i przez dwadzieścia minut siedział w toalecie, zapewne mając stresową sraczkę, już nie było jego winą.
Od siebie też za dużo nie przyniósł — miał tylko jedną butelkę czystej wódki oraz opakowanie ciastek, które chyba były już przeterminowane, bo znalazł je w dziwnej szafce w kuchni.
— Właź! — warknął do kolegi, który całą drogę narzekał na ból brzucha. Nie chciał tego nawet słuchać. Musieli stawić się na tej imprezie. — Zaraz się wysrasz.
Izan zapukał do drzwi. Chwilę pokręcił się przed wejściem, aż w końcu sam wszedł do środka, nie czekając na zaproszenie. I tak nikt się nie obrazi.
Po wejściu zdjął ubłocone buty (akurat musieli przejść przez uwaloną ulicę), odwiesił wysłużoną przez lata kurtkę i pogonił Oliviera.
— Wiesz co — jęknął kolega, łapiąc się teatralnie za brzuch — przywitaj się, a ja pójdę do kibla.
Izan nawet nie zdążył odpowiedzieć. Olivier pobiegł w stronę toalety, przeskakując z nogi na nogę. Mógł tylko machnąć na to ręką i pójść do salonu, gdzie siedziała już reszta zgrai. Otoczeni puszkami po piwach rozmawiali o kobietach, grach typowo dla facetów i czymś równie męskim.
— Patrzcie, kto przyszedł! — krzyknął któryś z chłopaków. — Sam Izan King! Cześć Izan!
Podnieśli się wszyscy razem i otoczyli Izana, tak, jakby właśnie spotkali celebrytę, Izan z uśmiechem każdego przywitał, napinając przy okazji mięśnie. Przecież był taki potężny i rozpoznawalny.
— W co tam gracie? — zapytał, zaglądając jednemu chłopakowi przez ramię. Widział rozłożone na stoliku karty. — Poker?
— Nie no coś ty… to zostawiamy na później — zaśmiał się w odpowiedzi. — Jak wszyscy przyjdą to zaczniemy.
— Zagrajcie ze mną!
— Nie, nie, Izan, słuchaj — zaczął Nataniel. Wyglądał na bardzo podekscytowanego. — Zaprosiliśmy kilka osób z innych kierunków. Takiego jednego kujona z pedagogiki też. Czy tam psychologii? Nie wiem, co ten cwel studiuje, ale będzie zabawnie, zobaczysz! — zarechotał nieznośnym nawet jak na Izana śmiechem.
— Cwel z pedagogiki? — zamyślił się, próbując sobie przypomnieć o kim była właściwie mowa. — Chodzi o… blondasa?
— No, a o kogo innego? Przecież to największy laluś na tej uczelni.
Izan się uśmiechnął. Niczego tak bardzo nienawidził, jak tego nieznośnego blondasa (no dobra, Vergila nienawidził bardziej), którego mijał na uczelni. Widząc, jak dziewczyny do niego lgnąły czuł w sobie jakąś niewyobrażalną złość. Przecież to do niego powinny kleić się te wszystkie laski! Jakiś kujon zabiera mu atencję!
— Zabiję go dzisiaj. Przysięgam. — Zacisnął dłonie w pięści i strzelił kostkami. — Zatłukę.
— Kogo bijemy? — wtrącił się Olivier. Dopiero co wyszedł z łazienki.
— Blondasa. Pokażę ci, jak tylko go zobaczę.
 
Na domówkę przyszło więcej osób, niż Izan zakładał, że w ogóle przyjdzie. Pełno różnych dziewczyn i chłopaków, których nawet nie kojarzył z widzenia, przesiadywała teraz w każdym pokoju w mieszkaniu Nataniela. Rozmawiali ze sobą głośno, komentowali zachowania innych ludzi i pili alkohol. Pili tak, jakby byli dzieciakami Dionizosa i potrafili manipulować swoją trzeźwością, a za parę godzin będą błagać o wybaczenie, klęcząc przed klozetem.
Izan rozgrywał właśnie partyjkę pokera z kolegami. Wygrywał, bo oszukiwał. Nie grał fair. To nie było dla niego zabawne. On MUSIAŁ wygrać. Zawsze. Nieważne z kim gra. Musiał wygrać i kropka.
— Izan King jak zwykle niepokonany — jęknął Nataniel, rzucając kartami na stół. — Nigdy z tobą nie wygram.
Izan wypiął klatkę piersiową. Dumnie uniósł podbródek i wyszczerzył zęby. Pomiędzy jedynkami miał trochę czipsów, które jadł od dobrej godziny.
— Wszystkich dzisiaj rozjebię. Szczególnie tego blondasa.
Gdy to powiedział, do mieszkania weszła kolejna osoba. Przywitała się z siedzącymi obok chłopaków dziewczynami i jak gdyby nigdy nic, poszła dalej. Izana trochę to rozsierdziło. Każdy się z nim dzisiaj przywitał. Każdy. Nawet jeśli osobiście go nie znali, to zbyt bali się go olać.
Podniósł się z siedzenia. W korytarzu mignęły mu w oczach jasne, złociste włosy. To musi być on, pomyślał. Nikt inny nie ma tak denerwująco złotych włosów.
— Ej! — krzyknął. Chłopak się zatrzymał. — Blondas, wiem, że to ty!
— Znamy się? — zapytał ze spokojem.
Izan nienawidził spokoju. Chciał, żeby inni widzieli, jaki jest groźny, potężny i niesamowity.
— Jestem Izan King. Znasz mnie, cwelu, rozmawialiśmy kiedyś!
Chłopak się odwrócił. Na ramionach zarzucone miał specjalne nosidełko, a w nim siedziało małe dziecko. Izan trochę zwątpił, czy na pewno krzyczy na odpowiednią osobę.
— A, tak, to ty. Wiecznie drzesz ryja.
— Co ty powiedziałeś?! — warknął. — Uważaj do kogo mówisz! Wiesz, z kim rozmawiasz? Z AMBASADOREM MARSA! — wrzeszczał, stukając nogą, jak zdenerwowane dziecko.
— Tak się składa, że chuj mnie obchodzi, kim jesteś. Przyszedłem, bo dostałem zaproszenie, a nie mogłem z nikim zostawić dziecka.
— Teraz mnie wkurwiłeś.
— Ty chyba ciągle jesteś wkurwiony — zauważył. — W każdym razie… idę się czegoś napić, a ty baw się dobrze.
Chciał odejść, ale Izan złapał chłopaka za łokieć. Zmusił go, by się odwrócił. By patrzył mu w twarz.
— Słuchaj no. Jak masz na imię w ogóle? Raphael?
— Lucas — westchnął. — Powiesz w końcu, czego ode mnie chcesz? Obudzisz mi zaraz dziecko.
— Chcę z tobą zagrać.
Lucas zaczynał się niecierpliwić. Stali w korytarzu, blokując przy okazji innym przejście i przeprowadzali rozmowę, która do niczego nie prowadziła. Lucas jasno powiedział, że nie będzie się ostro bawił, bo ma ze sobą dziecko, a Izanowi to najwidoczniej przeszkadzało. Co miał zrobić z córką? Zostawić ją bez opieki? Wszyscy, którzy mu dotychczas pomagali poszli na jakieś nudne walentynkowe randki.
— Oddaj komuś dziecko — polecił Izan. — Tak będzie prościej.
Lucas się skrzywił.
— Mam oddać obcej osobie swoje dziecko tylko po to, żebyś zagrał ze mną w głupie karty? — Spojrzał z odrazą na Izana.
— Nie patrz tak na mnie! — krzyknął. — Pamiętaj, że patrzysz na…
—…ambasadora Marsa. Ciągle o tym krzyczysz. Daj sobie spokój.
Izan z rosnącego niecierpliwienia pomyślał, że mógłby zabrać dziecko Lucasowi i oddać swojemu koledze, ale ostatecznie porzucił tę myśl. Byłoby to już zbyt głupie. Szczególnie że to tylko dziecko, które przeszkadza mu w porachunkach.
— Oddaj dziecko Monice. Ona lubi dzieci. Jest, wiesz… przedszkolanką. — Uśmiechnął się, błyskając swoimi brudnymi od chipsów zębami.
Lucas się widocznie wahał. Przytulił córkę i pogłaskał ją po krótkich włosach.
— Ale jeśli jej się coś stanie — zaczął grozić — to urwę ci łeb i rzucę na pożarcie dziwkom.
— Tylko nie dziwki! Nie waż się! Moja głowa jest więcej warta niż jakieś jebiące się panienki!
Lucas poczuł dumę. Jego groźba podziałała. Izan nie mógł go oszukać i oddać dziecko komuś, kto mógłby je zaniedbać.

[1052 słowa: Izan otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

Od Kala — „Dramat z kuchnią w roli głównej” — część 2 [walentynki]

Poprzednie opowiadanie

To miał być tylko miły gest. To, że przy okazji spłonęła kuchnia, to całkiem niemiły dodatek.

– Masz już plany na walentynki? – zapytała go Ezra, gdy akurat zebrali się całą trójką w jego mieszkaniu. Stały skład: zajmująca całe łóżko Mischa, siedząca na dywanie Ezra i skulony na krześle biurowym Kal. Już dawno nauczył dziewczyny, żeby nawet nie próbowały zajmować jego miejsca.
– To znaczy? – zapytał, trochę markotnie, bo tak naprawdę najchętniej by je stąd wyprosił (każdy wie, że to nieprawda).
– No, z Elianne. Idziecie gdzieś?
– O, właśnie! Eli! – zawołała Mischa, gwałtownie podnosząc się do siadu. – A poznamy ją kiedyś? Za mało o niej mówisz, więc to ja muszę porozmawiać z nią – ostro zaargumentowała swoje pytanie i chłopak niekoniecznie wie, czy podejrzewa Elianne o bycie toksyczną, manipulatorską szują, czy raczej ma ochotę dowiedzieć się, jak jej przyjaciel jest słaby w całowaniu i we wszystkich innych związkowych sprawach (chciałby jej przypomnieć, że jego matką jest bogini miłości, a, co za tym idzie, on bardzo dobrze radzi sobie z ogarnianiem takich spraw).
– Ja wciąż myślę, że on sobie ją wymyślił – szepnęła do niej Ezra, ale Kal i tak to usłyszał. Podejrzewał, że miał usłyszeć. Posłał jej poirytowane spojrzenie (liczył, że poprawnie je odczyta) i nie zdobył się na nic więcej, bo właśnie był zajęty odnajdywaniem odpowiedniej daty w kalendarzu. – No i co? Jakie plany?
Kalowi niestety nie udało się wymyślić wspaniałego, zaskakującego planu walentynkowej niespodzianki w parę sekund, więc po chwili milczenia po prostu wzruszył ramionami. Z trochę niewiadomego mu powodu wywołało to ogromne obruszenie Ezry, która emitowała swoją osobą tak duże niedowierzenie, że chłopak też prawie zaskoczył się własnymi słowami.
– Ale jak to nie wiesz?
– No, normalnie, skąd mam wiedzieć? – prychnął Kal, urażony tym pytaniem do żywego.
– Ile wy już ze sobą jesteście? – Ezra zadała pytanie teoretycznie pomocnicze, które półbogowi w ogóle nie pomogło.
– Jakiś rok? – odpowiedziała za niego Mischa, zastanowiwszy się nad tym głęboko. Kalowi trudno było wydusić, że jeszcze nie, że to dopiero od lata, a nie zeszłej zimy, więc ostatecznie tego nie powiedział.
– No, właśnie! – zawołała Ezra, przy czym Kal nie wiedział, o co dokładnie jej chodziło. Poprosiłby ją o rozwinięcie, gdyby nie próbował zlać się z oparciem krzesła. – Dziewczyna zasługuje na coś specjalnego!
– To moje urodziny, nie jej.
W pokoju zapadła cisza, której Kal w ogóle się nie spodziewał. Atmosfera stała się ciężka od zaskoczenia obu dziewczyn i nawet Mischa nie od razu wyskoczyła z błyskotliwą uwagą, którą tylko ona mogłaby wymyślić.
– To ty masz urodziny czternastego lutego? – zapytała, wymawiając słowa tak wolno, że stała się kompletnie niepodobna do osoby, za którą miał ją Kal przez ostatnie trzy… cztery lata? Musiałby wykonać w myślach skomplikowane działania matematyczne, żeby wreszcie dotrzeć do tego, że tak, to były cztery lata.
– No. – Kal, trochę zawstydziwszy się swoim nagłym wyznaniem, zapadł się jeszcze głębiej w krzesło.
– Nareszcie będę mogła męczyć cię głupimi kartkami urodzinowymi – wymamrotała Ezra znad ekranu telefonu, a chłopak obawiał się, że właśnie zapisała sobie datę jego urodzin w kalendarzu. To chyba ostatnie, czego potrzebował.
– A ja ci zawsze piekłam urodzinowe babeczki w październiku – jęknęła bliska płaczu Mischa, choć Kal w żadnym razie nie uważał jej błędu za jakieś pokrętne faux pas.
– To w takim razie powinniście odwrócić role płciowe i to ona powinna cię gdzieś zaprosić – z tym błyskotliwym pomysłem wyskoczyła Ezra, uśmiechając się szeroko. Mischa jej przyklasnęła (dosłownie) i wyszczerzyła jeszcze szerzej, niż ona.
– Tak! Albo, wiesz co – dziewczynę najwyraźniej oświeciło – ty upieczesz jakieś ciasteczka albo inne pierdoły jako urodzinowe ciasteczka albo pierdoły, o których tylko ty będziesz wiedział, że będą urodzinowe i w ten sposób zasygnalizujesz jej, że to dla ciebie specjalny dzień!
– Ale to nie jest żaden specjalny dzień – żachnął się Kal. – I nie chcę jej nic sygnalizować.
– I tak możesz coś upiec, a potem wbić w to samotną, smutną i już dziesięć razy zapalaną świeczkę, żeby wieczorem, w ciemnościach swojego pokoju, zdmuchnąć ją i pomyśleć, jakim smutnym człowiekiem jesteś i jak bardzo nikt cię nie potrzebuje – zasugerowała Ezra i wtedy Kal poprosił Mischę o przepis (nie w celu wykonania zaprezentowanego planu, co zaznaczył później jeszcze jakieś dziesięć razy).

Zepsuł sobie humor. Chciałby powiedzieć, że Elianne po prostu po sobie nie pokazuje, jak bardzo jej też popsuł nastrój, ale niestety czuje jej dziwną w tej sytuacji radość i napięcie, towarzyszące jej od kiedy się dzisiaj zobaczyli, którego źródła Kal do teraz nie potrafi znaleźć. Tamte spalone na węgiel ciasteczka chłopak dopisuje do swoich największych porażek życia, które wywołały w nich zbyt gwałtowną reakcję emocjonalną (nie przyznałby się Elianne, że piekąc je, doznał mikro-ataku paniki, bo przez chwilę pomyślał, że okażą się niejadalne albo dziewczyna ma alergię na czekoladę i to od samego początku był okropny pomysł, a on jest bezużyteczny) i próbuje żyć dalej, skupiając się nie na swoich emocjach, w tym kłujących go w serce niewyjaśnionych wyrzutów sumienia, a na otoczeniu. Na uczuciach Elianne, które trochę poprawiają mu humor, gdy rozgaszczają się w jego umyśle (tym razem świadomie przez niego zaproszone).
Niekoniecznie mu się udaje odczuć choćby ułamek towarzyszącej dziewczynie radości. Oddalanie się od złych myśli też nie działa, bo jego mózg bezmiernie pragnie urządzić mu pokaz slajdów ze wszystkich największych i najdrobniejszych błędów, które popełnił w życiu. Końcówką zdrowego rozsądku trzyma się na granicy popadnięcia we wciągający go wir wyrzutów i wyzwisk. Nagle nie ma ochoty na żadne walentynki, ale teraz, gdy Elianne już jest w jego domu, on nie może uciec do baraku i zakryć głowy kołdrą. Nie może jej nagle wyprosić, do czego już przyzwyczaiły się Mischa i Ezra, nie może zamknąć się w pokoju albo zwyczajnie stwierdzić, że on zaraz wróci i zamknąć się w łazience, żeby poużalać się nad sobą w wannie. W jego oczach relacja jego i Elianne jest jeszcze zbyt krucha, żeby wystawiać ją na próby większe niż wyskakujący z krzaków Izan King.
– Przepraszam – mamrocze, mimo swoich bezskutecznych, ale gorących starań, żeby jednak tego nie mówić. Chcąc jakoś wyrwać się z wykreowanego przez własny umysł piekła, ściska dłoń dziewczyny, jakby to miało sprowadzić go na ziemię.
– Nie masz za co – stwierdza Elianne i posyła mu miły uśmiech, który wręcz nakazuje mu zamknięcie jadaczki i nieprzepraszanie za każdą drobnostkę. Kal próbuje przywołać na twarz coś na kształt uśmiechu, ale porzuca ten pomysł w połowie.
– Chciałem powiedzieć, że mam, ale chyba nie chcesz tego słuchać – mówi wreszcie i kuca, żeby spojrzeć na ciasteczka. Najchętniej nie opuszczałby tego posterunku, żeby żadne z ciasteczek nie przyrumieniło się odrobinę za mocno. – Myślisz, że już?
– Daj im nabrać jakiegoś koloru – śmieje się Elianne i chyba ma powiedzieć coś więcej, ale zaraz gwałtownie i z niejasnego dla chłopaka powodu (postanawia nie pytać) rzuca się do swojej torby, gdy szczęka zamek w drzwiach (po wejściu do mieszkania zapytała Kala, po co je zamyka, a on zupełnie szczerze stwierdził, że nie ufa sąsiadom, co jest stuprocentową prawdą; na szczęście nie wnikała, czemu darzy ich taką niechęcią). Oboje w całym tym ciasteczkowym armagedonie nie zauważyli, że zrobiło się na tyle późno, żeby Anthony wrócił z pracy.
– Co się stało? – Ojciec Kala natychmiast ukazuje się w drzwiach kuchni i heros podejrzewa, że biegł przez krótki korytarz mieszkania. Od razu odnajduje wzrokiem syna w poszukiwaniu oparzeń, bo to oczywiste, że zorientowałby się o szalejącym w mieszkaniu ogniu, dopiero gdy zacząłby parzyć go w stopy (Kal by temu nie zaprzeczył, jako że rzeczywiście nie sądzi, że zauważyłby dym).
– Spaliłem ciasteczka – rzuca chłopak, niepodnosząc się z kucek. Po sekundzie dodaje, zdezorientowany: – Ale skąd ty…?
– Śmierdzi dymem już od wejścia – informuje go ojciec, gdy upewnia się, że wszyscy są cali i wreszcie się uspokaja. – Cześć – zwraca się do Elianne i podaje jej dłoń przez stolik kuchenny, uśmiechając się radośnie, co od razu sprawia, że trudno uwierzyć, że Kal jest jego synem (dostał już takie komentarze od co najmniej trzech osób, które miały szansę zapoznać się z jego ojcem).
– Dzień dobry – grzecznie odpowiada Elianne i wymienia uścisk dłoni z mężczyzną. Anthony siada naprzeciwko niej i siedzą tak w formacji dziwnego trójkąta, z Kalem kucającym przy piekarniku.
– Myślisz, że już? – pyta, zanim ktokolwiek zacznie mówić o pogodzie.
– O, tak, chyba tak – odpowiada Elianne, zerknąwszy na swój zegarek. Kal, jak oparzony, szybko wyłącza piekarnik i gwałtownie go otwiera, uchylając się przed buchającą ze środka parą, jakby ciasteczka mogły spalić się w ułamku sekundy.

Anthony i Elianne odbywają rozmowę typową dla ojca twojego chłopaka i dziewczyny twojego syna, w którą Kal wtrąca się parę razy, żeby bąknąć coś w stylu: „Tato, nie przesadzaj” albo „Przecież miałeś zachowywać się normalnie”. Czuje się trochę wyłączony z rozmowy, która z założenia miała odbyć się głównie pomiędzy Eli a jego ojcem, co przeszkadza mu dopiero teraz, gdy skubie jedno z ciasteczek, sztywno siedząc na krześle. Dopiero gdy Anthony mówi coś o zostawianiu dzieciaków samych sobie i byciu zawalonym pracą (niewiele brakuje do tego, żeby porozumiewawczo mrugnął do syna, za co pewnie zostałby potraktowany milczeniem przez co najmniej tydzień).
Dopiero gdy Kal wraz z Elianne praktycznie tobią się w miękkich poduchach na kanapie, chłopak choć trochę się rozluźnia. Pomijając to, że chciałby natychmiast zasnąć i obudzić się za jakiś tydzień, to czuje się całkiem nieźle.
– Przepraszam za niego.
– Bogowie, przecież nie musisz za nic przepraszać – śmieje się Eli i swoim dziwnym zwyczajem całuje go w policzek. Robi to zawsze, gdy Kal przeprasza za coś, za co według niej nie powinien, ale od zauważenia wzoru wciąż nie doszedł do pełnego zrozumienia celu tego gestu. – Było okej, nawet lepiej, niż się spodziewałam.
– Nie gadaj – prycha chłopak, któremu akurat nie przypadło do gustu siedzenie obok dwójki trajkoczących osób. – Rozmowa kleiła wam się lepiej, niż nam.
– Teraz to ty przesadzasz. – Gdyby Kal naprawdę był wredny, to teraz wskazałby na jej rumieniec. Na szczęście, dla niej akurat ma trochę litości.
– To chcesz może… Nie wiem, mój plan kończył się na ciasteczkach. – Ucieka wzrokiem za okno, bo nagle zdaje sobie sprawę z tego, że nie zrobił niczego, dzięki czemu ten dzień mógłby być dla Elianne choć trochę bardziej wyjątkowy, niż ich codzienność. Niepotrzebnie słuchał się Ezry i Mischy, mógł po prostu poczekać, aż to Eli coś wymyśli, bo pewnie by wymyśliła, albo żeby bogowie zainteresowali się nimi tak samo, jak zrobili to rok temu. Przeżyliby kolejne wspaniałe walentynki, o których nigdy nie będą rozmawiać, zresztą, o tych pewnie też już nigdy nie wspomną. Skończyło się jak każda rzecz, za którą zabierał się on, a zdecydowanie nie miał najmniejszej ochoty na jakąś moralizatorską pogawędkę na temat „nakładania na siebie zbyt wygórowanych oczekiwań” albo czegoś podobnego, dlatego bez większego zastanowienia odwraca się do Elianne. – Ej, jest taki fi-
Urywa w połowie propozycji, bo jego wzrok z twarzy dziewczyny zsuwa się na trzymane przez nią pudełeczko. Mruga, unosi wzrok na rozpromienioną minę Elianne i dopiero wtedy zdobywa się na pytanie:
– To są jakieś oświadczyny?
– Nie – obrusza się dziewczyna i wciska mu w dłonie pudełeczko. Kal ledwo rejestruje moment, gdy dołącza do niego jakiś liścik. – Wszystkiego najlepszego, z okazji urodzin i walentynek. Ten list… przeczytaj potem, okej?
Chłopak nie wie, co powiedzieć. Zwykłe „dziękuję” zawsze dziwnie układa się na jego języku, a inicjowanie przesadnych czułości w takich momentach zdecydowanie nie jest w jego stylu. Jednak zanim zdążył dokładnie przemyśleć wszystkie posiadane opcje, całuje ją.
Gdy ona się uśmiecha, nawet radośniej, niż zazwyczaj, on i tak nie wypowiada podziękowań.
Przygląda się idealnie pasującemu na jego palec pierścionkowi. Zastępuje tamten stary, od Floyda i Kal musi przyznać, że jest zdecydowanie ładniejszy. Kolor trochę go zaskoczył, bo nie trafiał w żaden z jego ulubionych, ale wedle odwiecznej zasady przyjmowania prezentów, nie zamierza narzekać.
– To. Ten. Chcesz obejrzeć taki film? – Kal kończy urwaną myśl, nie chcąc dłużej zastanawiać się nad tym, czy ma jeszcze jakoś zareagować, czy to było wystarczające (właśnie dlatego nienawidzi obchodzić urodzin).
– Jak mi powiesz, czy ci się podoba.
– No, tak. Myślałem, że to jasne – mamrocze, szukając na półce z płytkami „Fantastycznego Pana Lisa” (jego ojciec kategorycznie odmawiał wykupienia Netflixa, HBO, Disney+ i ogólnie czegokolwiek, co wymagałoby internetu do działania). – To mój ulubiony film – wraca do tematu utrzymywanego wyłącznie przez niego, a Elianne najwyraźniej się poddaje i przygląda się, jak Kal wkłada płytę do odtwarzacza. – Oglądałaś już?
– Nie… chyba nie. Przynajmniej nie kojarzę.
– A chcesz obejrzeć? – pyta, przypomniwszy sobie, że przecież mu nie odpowiedziała, a przynajmniej nie odpowiedziała wprost.
– Jeśli mi powiesz, czemu go tak lubisz – odpowiada Elianne, ewidentnie się z niego śmiejąc.
Wzdycha cierpiętniczo i jej mówi. Ma dużo powodów. Ładna animacja poklatkowa, interesująca fabuła, lubialne postaci. Opowiadana historia, jakieś pokonywanie lęków i ograniczeń (w tym momencie każe jej nie uśmiechać się tak, jakby chwalił świnkę Peppę). Ostatecznie dochodzi do tego, że to dlatego, bo ta głupia bajka opowiada o kimś, kto nie pasuje do innych, kto chciałby być kimś innym, kto nie potrafi porzucić swoich ambicji i zainteresowań, do których kompletnie się nie nadaje.

– Mischa też chce cię kiedyś spotkać – informuje ją Kal, gdy dziewczyna już prawie stoi na klatce schodowej. – Ezra w sumie też.
– To czemu ich nie zaprosiłeś?
– Bo to chyba byłoby trochę za dużo, jak na jeden dzień. – Gdy nie czuje, że Elianne podziela jego zdanie, musi przyznać, że trochę go to boli. – Dla mnie byłoby za dużo, więc pomyślałem… Przepraszam?
– Już trudno – Eli wzrusza ramionami, ale Kal wie, że zwyczajnie nie mówi mu o tym, jak jest rozczarowana.
– Okej. To cześć – rzuca tylko i ledwo doczekawszy się cichej odpowiedzi, zatrzaskuje drzwi, bo nie wytrzymałby tam ani chwili dłużej bez kolejnego przepraszania.
Koniec końców dziękuje Elianne za to, że nie kazała mu się odprowadzać (nawet jeśli jego ojciec uznaje to za skrajnie niekulturalne dla młodego mężczyzny).



[2200 słów: Kal otrzymuje 22 Punkty Doświadczenia +20 PD]

Od Kuźmy — „7 minutes in bardzo brudna winda” – część 2 [walentynki]

Poprzednie opowiadanie

Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko na filmach, więc dlaczego to ty teraz tkwisz z kimś w windzie pomiędzy piętrami, a głośnik zaciął się na możliwie najgorszym dżinglu?

Windowa piosenka*

*Polecam włączyć, gdy Kuźma mówi: „Ja pierdolę” i wyłączyć dopiero, gdy wyjdą z windy, żeby dobrze wczuć się w przeżywane przez postacie cierpienie.

To nie pierwszy raz, gdy Kuźma ucieka się do niewygody transportu publicznego, uzasadniając to niekoniecznie efektywnym buntem przed prowadzeniem wygodnickiego trybu życia (żaden szanujący się heros nie nazwałby przechodzenia przez Labirynt Dedala „wygodnickim trybem życia”). Rano pluła sobie w brodę, bo wstała za późno, żeby zdążyć na jedyny kurs autobusu spod tunelu Caldecott, który, jak na złość, odjeżdżał stamtąd w stronę Piedmont Fields wyłącznie o ósmej trzydzieści siedem, od poniedziałku do piątku, nie licząc świąt i dni wolnych od szkoły. Zaspanie na autobus przybrawiło ją tylko o poranny pakiet przemium: parszywy humor oraz chęć zostania w łóżku na jeszcze pięć minutek i leżenie tak, ni to śpiąc, ni to będąc w pełni świadomą. Nie pomagało to, że na specjalnej karteczce, którą przypięła do ramy łóżka, wszystkie godziny kursów swojego drugiego ulubionego autobusu rozpisała bardzo malutkimi i bardzo gęsto postawionymi cyframi, których teraz nie mogła od siebie odróżnić i czuła się, jakby wpatrywała się w gąszcz wirujących mrówek. Gdy tak patrzyła na ten świstek papieru, wszystko skakało jej przed oczami bardziej przez niedobudzenie niż dysleksję, a jeśli już coś odszyfrowała, to jej mózg odmawiał przyjęcia i zakodowania informacji.
Wciąż czuje się niekoniecznie obudzona, a raczej w ogóle nieobudzona, gdy opiera się o ścianę windy i próbuje pokonać mgłę w mózgu, żeby dobić się do tego, o której odjedzie jej autobus (nie pamięta nic z tego, co wyczytała ze swojej notatki, a tym bardziej nie pamięta połowy drogi z Obozu na stację metra). Nagle, będąc chyba najbardziej niespodziewanym wydarzeniem w ciągu kuźmowego dnia, do windy wpada mała kometa w kształcie nastoletniego chłopaka. Rozpędzony intruz ledwo przeciska się między zamykającymi się drzwiami, które zszokowane aż się zatrzymują i, trochę zdezorientowane, ponownie otwierają. W metalowej klitce rozlega się ostry huk, gdy chłopakowi nie udaje się zatrzymać (albo buty poślizgnęły mu się na wypolerowanej posadzce) i prawie łamie sobie nos na panelu kontrolnym. Wszystko dzieje się w ciągu czasu potrzebnego na mrugnięcie, a na samym początku tych wydarzeń Kuźma była w trakcie opuszczania powiek, więc wiele nie zarejestrowała.
– NEODYM BIZMUT!!! – Ten wrzask budzi dziewczynę lepiej niż wszystkie alarmy, które kiedykolwiek nastawiła.
– Kurwa, czy ty jesteś jakiś popierdolony? – wymyka się z jej ust i nie żałuje tych słów nawet po tym, jak orientuje się, że mówi do swojego przyjaciela. – Ricky??
– Hejka – wita się z nią chłopak, który mimo odzyskania równowagi, wciąż opiera się o pięć guzików windy. – Przyszedłem, żeby, wiesz, tak sobie. Pochodzić razem po San Francisco i w ogóle.
Kuźma definitywnie stwierdza, że jeszcze się nie obudziła, a to część jej koszmaru. Wpatruje się w Ricky'ego z miną jeszcze bardziej zaskoczoną, niż gdy opowiedział jej o ołowianej trumnie na Marię Skłodowską-Curie. Dziewczyna próbuje ułożyć sobie to wszystko w głowie i zdecydować, czy bardziej szokuje ją nagłe pojawienie się Ricky'ego, czy to, że chłopak chce spędzić z nią czas tak bardzo, żeby ryzykując zatrzaśnięciem się w drzwiach windy, próbować do niej wskoczyć i nadążyć za ciągle uciekającą mu Kuźmą. Jej mózg zdecydowanie potrzebuje jakiejś naprawy od dzieciaków Wulkana, bo jego styki przepaliły się dobre parę godzin temu.
– Ty chcesz ze mną… w walentynki? – pyta nieskładnie, nagle odczuwając silną potrzebę ulotnienia się z windy, która wreszcie zamknęła swoje drzwi i teraz jedzie w górę, w akompaniamencie brzdąknięć gitary wypływających z głośniczka pod sufitem. – To jest chyba nielegalne, wiesz? A już na pewno nieakceptowalne społecznie.
– Co. Co ty mówisz w ogóle? – Ricky patrzy na nią tak, jakby to ona była tą bardziej zwariowaną. – Tak dobrze nam się szło po grzyby, to wiesz, pomyślałem sobie, że tak fajnie będzie przejść się gdzieś. Znowu. Czemu ty tak na mnie patrzysz, co ja zrobiłem?
– Ty mnie zapraszasz na randkę? – mówi to z takim poziomem zdegustowania i niedowierzenia, że każdy normalny adorator uciekłby z podkulonym ogonem, żeby stać w kącie przez co najmniej godzinę i przepraszać świat za popełnione grzechy.
– Nie??? – Kuźma odczuwa bezgraniczną ulgę i postanawia jeszcze nie cancelować Ricky'ego za próbę groomingu. – Przepraszam, ale… nie jesteś w moim typie.
– Aha? – Mimo że pomysł randki z nim bardziej ją przerażał niż fascynował, mówi to tonem osoby urażonej do żywego.
– Nie, że jesteś brzydka! – Od razu wzbrania się Ricky, podnosząc ramiona w poddańczym geście. – Ja po prostu… zawsze wyobrażałem sobie siebie z chemiczką u boku. Ewentualnie fizyczką albo biologistką, ale to ostateczność, jak się nie znajdzie jakaś fajna chemiczka.
– Ty to masz standar-
Winda przerywa Kuźmie w pół słowa. Wszystko chwieje się, jak podczas trzęsienia ziemi albo huraganu, dziewczyna traci grunt pod nogami i prawie łamie sobie palce, nie trafiając w uchwyt przymocowany do ściany. Próbując zamortyzować upadek jedną ręką, ląduje na ubrudzonej błotem podłodze i robi wszystko, co w jej mocy, żeby nie pocałować grudek ziemi.
Chwila strachu i po krzyku – oboje leżą na podłodze, ale są cali i zdrowi, a winda znowu wisi nawet prosto. Może lekko przechyla się w stronę, po której upadł Ricky, ale Kuźma ma ważniejsze sprawy na głowie, niż przejmowanie się czymś takim. Wspomagając się tłustym uchwytem, podnosi się do pionu i próbuje wytrzepać grudki błota z włosów i z ubrań, co nie kończy się dokładnie tak, jakby chciała. Widok brązowych smug na spodniach napawa ją mieszanką gniewu i smutku, bo akurat te dżinsy wróciły do niej z obozowej pralni zeszłego popołudnia. Podczas gdy jej dłonie giną w dawno nierozczesywanych kołtunach, Ricky przegląda wszystkie kieszenie, zapewne w poszukiwaniu rozbitych probówek czy innych zlewek. Jeżeli rozlałby tu napar z toksycznych grzybków, to Kuźma zabiłaby go, zanim oboje zdążyliby udusić się trującymi oparami.
– Żyjesz?! – woła do niej Ricky, podnosząc głos tak, jakby znajdowali się w dwóch różnych budynkach.
– Ta – mruczy Kuźma, porzucając wszelkie próby wygrzebania wilgotnego błota z włosów. – Ta winda chyba stanęła. – Wcześniej wznosiła się ledwo wyczuwalnym ruchem, ale stania w miejscu nie można pomylić nawet z najbardziej płynną jazdą. Brakuje tylko tego, żeby zgasły światła i oni spędzili całą wieczność w ciemnej puszce i dostali paranoi, bo zobaczyliby coś w mroku.
– O, rzeczywiście – przyznaje Ricky i rozgląda się po ścianach windy, jakby szukał dla nich natychmiastowego ratunku. Kuźma, nie ufając jego procesom myślowym i ich wynikom, wolałaby, żeby wcale żadnego ratunku nie szukał. – Ej, ten przycisk chyba wzywa serwis! – Wskazuje na jeden guzik na panelu kontrolnym, który ewidentnie krzyczy na nich niejasnym „ALARM”, które może oznaczać… cokolwiek autor miał na myśli. – Myślisz, że ktoś przyjdzie? Jakbym miał telefon, to bym do nich zadzwonił, ale mój ostatni spalił się, gdy robiłem jakieś eksperymenty z magnezem… albo to wtedy, gdy wybuchnął nam barak, całkiem niedawno. Nie wiem, bo w sumie to go nie używałem, mam ciekawsze rzeczy do roboty…
– Po prostu naciśnij – przerywa mu dziewczyna i Ricky natychmiast jej słucha, jak to już z nim zazwyczaj jest.
Nie dzieje się absolutnie nic, choć sama nie wiem, czego mogła się spodziewać. Nagłego odliczania do samodestrukcji? Głośnego alarmu, który huczałby gorzej, niż niejedna syrena? Kuźma patrzy w oczy Ricky'ego, który chyba też spodziewał się czegoś więcej. Na przykład tego, że dioda pod przyciskiem przynajmniej niemrawo zamruga.
– Nie działa. – Dziewczyna wzrusza ramionami, udając, że w ogóle jej to nie rusza. Bycie uwięzionym w windzie nie wywołuje w niej najmniejszego ułamka paniki, bo przecież ona, córka boga strachu, nie boi się niczego (oprócz paru rzeczy, których akurat nie ma w tym pomieszczeniu).
Kuźma nie potrafi powiedzieć, czy Ricky jest tak zaintrygowany guzikiem i klikaniem nim w rytm piosenki grającej tylko w jego głowie, ale chyba po raz pierwszy heroska jest w stanie doświadczyć ciszy, gdy chłopiec stoi obok. Spodziewałaby się, że zacząłby chociaż mówić o swoich wspaniałych pomysłach dotyczących wydostania ich z metalowej puszki, ale nie – milczy podobnie, jak w ambulatorium, gdy Cherry miała badać go pod kątem trujących grzybów zalegających w żołądku.
Gdyby dziewczyna przygotowałaby się na zostanie zamkniętą w windzie, to pewnie wyciągnęłaby z kieszeni krzyżówki i zajęłaby się sobą, zanim ktoś by ją uratował. Żaden śmiertelnik nie musiałby się przygotowywać na zostanie zamkniętym w windzie z zaprzyjaźnionym szalonym chemikiem, po prostu wyciągnąłby z kieszeni telefon i pograłby w jakieś Subway Surfers lub pasjansa, albo nawet lepiej, bo zadzwoniłby do kogoś, kto mógłby go z tej windy wyciągnąć. To, co aktualnie przeżywa Kuźma (bez telefonu, bez krzyżówek, bez głupiego zeszytu, żeby pograć w statki) brzmi jak scenariusz rodem z jej snów, ale w nich zazwyczaj przejawiał się motyw wiecznie otwartych drzwi, a nie zamkniętych. Nie narzekałaby na przerwanie tej monotonnej passy, bo prawie przestała się bać klamek naciskanych przez niewidoczne z jej perspektywy kreatury i nieprzyjemnego pisku powoli poruszanych zawiasów.
– Ja pierdolę – wymyka się wyrwanej z zamyślenia Kuźmie, gdy głośniczek windy przestaje wygrywać jakąś generyczną akustyczną piosenkę, na którą nawet nie zwracała wcześniej uwagi. Leciała sobie w tle, gdzieś z tyłu jej mózgu, stanowiąca najbardziej nijaki z nijakich podkładów muzycznych do podróży na ulice wspaniałego Oakland. Zmiana z podprzedniego brzęczenie dociera do Kuźmy dopiero, gdy po gitarowym wstępie pojawiają się pierwsze słowa.
I want to meet your madre, pay my respects to your padre, mi amor,
Bonita, bien lo sabes, y esa forma de mirarme en tus ojos…
Pomijając nudny podkład muzyczny, jeszcze nudniejszą linię melodyczną i dziwny tekst (Kuźmie wydaje się, że gdzieś w drugiej zwrotce śpiewają o cyckowej pułapce), to głos piosenkarza brzmi, jakby został wygenerowany przez sztuczną inteligencję albo został przez nią mocno przerobiony. Kuźma nie zna się na tym całym fenomenie AI, który jej koleżanki uważają za znacznie bardziej gorący i interesujący temat, niż rozsiewane po szkole plotki, co dla heroski jest ekstremalnie trudne do pojęcia. To, że nie zna się na komputerach jest wybaczalne, ale gdy nie ma pojęcia, kim jest ten cały „Chat GPT”, to każdy patrzy na nią, jakby urwała się z choinki. Po paru miesiącach domyśliła się wreszcie, że chodzi o jakiegoś internetowego korepetytora, który nagle stał się bardzo popularny i potrafi praktycznie wszystko oprócz matematyki, ale nauczyciele i tak wyzywają go za złe metody nauczania.
Skupiwszy się na muzyce (na zrozumieniu, czemu podmiot liryczny tak bardzo chce spotkać jej matkę i ojca), Kuźma dopiero po chwili zdaje sobie sprawę, że Ricky coś do niej mówi.
– Co? – mimowolnie wyrywa się z jej ust, zanim uświadomi sobie, że zrozumiała każde słowo chłopaka.
– Pytałem, czy masz śrubo-
– Nie mam – trochę za szybko odpowiada Kuźma, bo nie chce jej się czekać, aż Ricky dokończy zdanie. – Nie wiem, czemu w ogóle zakładałeś, że mogę mieć.
– Bo masz tę torbę i myślałem, że… nie wiem, co dokładnie myślałem – przyznaje i wzrusza ramionami. – Myślisz, że mógłbym odkręcić te śrubki monetą?
Kuźma unosi głowę, żeby spojrzeć tam, gdzie wskazuje Ricky. Na sufit. Potem z powrotem patrzy na chłopaka, który jest niewiele wyższy od niej, a to akurat nie jest największym osiągnięciem. Raczej mało kto jest od niej niższy, nie licząc dzieci chodzących do pierwszych klas podstawówki.
– Myślę, że nie sięgiesz sufitu.
– Jakbyś mnie podniosła…
– Ty się dobrze czujesz? – prycha dziewczyna, bo nawet nie chce sobie wyobrażać tego, jak ONA miałaby podnieść GO. Już pal licho podnieść, ale utrzymać na swoich ramionach? Bez upadania? Awykonalne.
– To może ja ciebie podniosę?
Pytanie Ricky'ego idealnie zgrywa się ze słowami piosenkarza, który śpiewa o robieniu ryzykownych rzeczy w domu. Gdy Kuźma już myśli, że utwór się skończył i jest wolna od słuchania o proszeniu jej o numer, gitarowy wstęp tego szajsu ponownie rozbrzmiewa, chyba jeszcze głośniej, niż wcześniej.
– Chyba na głowę upadłeś – mówi i puka się w czoło jak typowy ojciec, gdy zapyta się go, czy można pojechać na weekend do znajomych. – Po co ty w ogóle chcesz to odkręcać? – pyta i znowu Ricky patrzy na nią, jak zazwyczaj patrzy na osoby, które nie wiedzą, z jakiego kraju pochodziła Maria Skłodowska-Curie.
– A to nie logiczne?
– Nie.
– Wyjdziemy przez ten otwór na górę, a potem… potem coś się wymyśli, ale coś na pewno wymyślimy – radośnie tłumaczy Ricky, uśmiechając się promiennie.
– Tak robią tylko w komiksach o superbohaterach – stwierdza Kuźma. Prędzej spodziewałaby się, że chłopak będzie próbował wylać jakiś żrący kwas na podłogę, żeby wydostać ich dołem i liczyć na to, że jeszcze nie wjechali zbyt wysoko. Woli mu tego nie mówić, bo zna go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że akurat miałby coś wystarczająco toksycznego w kieszeniach, żeby wypalić nie tylko podłogę i ściany windy, ale również całe ich ciała i budynek. Albo przypadkiem pomyliłby fiolki i wystrzeliłby ich w powietrze.
Najchętniej oddałaby się rozpaczy, usiadłaby na tej uwalonej błotem podłodze, oparłaby się o tłustą od dziecięcych palców ścianę i spróbowała usnąć. Pewnie utrudniłby jej to ten obrzydliwy hiszpański, który wbija się w jej uszy i rozrywa jej nerwy na strzępy.
Zamiast usiąść, krąży wokół Ricky'ego, który samodzielnie próbuje dobrać się do upatrzonej płyty w suficie. Kuźma nie może patrzeć ani na niego, ani na ograniczające ją ściany, co jest nieco trudne, bo ogranicza ją to do wpatrywania się w obrzydliwe grudy szarego błota.
Ciekawe, ile już tu siedzą. Godzinę? Kilka godzin? Jest już wieczór? Wszystkie jej plany się rozsypały (nie miała planów, wykorzystywała wolny dzień od pracy w Obozie i nauki w szkole), od rana ma parszywy humor, chciała odpocząć od ludzi… Ma jeszcze gorszego pecha, niż zazwyczaj.
– A jakby tak-
– Ricky, daj spokój.
– Ale to jest serio dobry po-
– Mówię, żebyś, kurwa, dał spokój – powtarza, niepotrzebnie podnosząc głos. Wciska zaciśnięte pięści do kieszeni płaszcza i maszeruje po windzie szybciej, niż wcześniej, próbując skupić się na kiczeniu kroków. – Nieważne, co wymyślisz, to nas stąd nie wyciągniesz, zrozumiesz to wreszcie?
Przestaje patrzeć na Ricky'ego, przestaje w ogóle zwracać uwagę na cokolwiek, co związane z byciem zamkniętą w windzie. Nie potrzebuje rozwiązania, potrzebuje świętego spokoju, gorącego kakao i PRZERWY OD TEJ PIOSENKI. Wybucha, gdy po raz setny słyszy I see your body is like Coca-Cola i gdyby nie jakieś resztki jej umiejętności zachowania zimnej krwi, to oprócz wywrzeszczenia niecenzuralnych wyzwisk skierowanych do piosenkarza, próbowałaby roztrzaskać głośnik, posługując się tylko swoimi paznokciami i czołem. Wpatruje się w pulsującą od basów kratkę przy suficie z czystą nienawiścią, boleśnie zaciskając zęby. Próbuje nie myśleć o tym, czemu zaczęła krzyczeć.
– Hej, spokojnie? – Słyszy drżący głos Ricky'ego i zerka na niego tylko kątem oka, bo nie ma ochoty na ujrzenie jego przerażonej miny w całej okazałości. Wygląda jak wtedy w jaskini, przed wyczarowaniem różowych chmurek przez Kuźmę. Teraz co najwyżej wyhaluconowałaby mu jakiegoś Slendermana w kącie. Odwraca się do ściany i próbuje zmusić się do policzenia do dziesięciu, łudząc się, że to pomoże. Próbuje tylko przez to, że Ricky nigdy wcześniej nie bał się jej, tylko ciemności i badań w ambulatorium. Nie chciałaby dołączyć do tych lęków.
– Sorry – mamrocze wreszcie, a przy zdrowych zmysłach trzyma ją tylko wizja tego, że jeśli przesadzi, straci przyjaciela. – Poniosło mnie.
– Wiem – odpowiada Ricky i uśmiecha się do niej, jak na gust Kuźmy, zbyt radośnie. – Tak poza tym, to znowu jedziemy. Ale na dół.
– Co? – Nie wie, jakim cudem tego nie zauważyła. Chyba za bardzo wkręciła się w ignorowanie całego świata.
– Wiesz, porządnie mnie niestraszyłaś – śmieje się Ricky, gdy oboje wpatrują się w drzwi windy, które mają się zaraz otworzyć.
– Widać było – mruczy pod nosem i wbija wzrok w swoje buty. Słyszy, jak drzwi się rozsuwają i przez grzywkę dostrzega brzuchatego pana, który najwyraźniej ich stąd wyciągnął.
– No, dzieciaki, koniec jazdy, wysiada kazdy! – woła raźno i specjalnie sepleni. Jego radosny uśmiech nie maleje nawet, gdy Kuźma przechodzi tuż obok niego, prawie trącając go łokciem.
Z jakiegoś powodu, powietrze na stacji metra wydaje jej się dziwnie świeże. Nie chce o tym za dużo myśleć, bo szybko by oszalała.
– Gdzie teraz? – pyta Ricky, jak zawsze cały w skowronkach. W myślach, Kuźma znowu nazywa go wariatem, bo nie wyobraża sobie mieć tyle energii, ile on, zwłaszcza po tym, co przeżyli.
– Jadę do do… do mieszkania – zacina się w połowie i ma ochotę uderzyć się otwartą dłonią w czoło.
– Pojadę z tobą! – oznajmia, a nie prosi o pozwolenie, chłopak i mało brakuje, żeby zaczął prowadzić ją do celu.
– Jeśli kupisz mi kakao.
Parę minut później Kuźma dowiaduje się, że Ricky nie ma przy sobie złamanego grosza i za podły napój kakaopodobny (i tak smakuje lepiej niż gorąca czekolada Anastazego) musi zapłacić sama. Ogrzewa dłonie, oplatając je wokół papierowego kubka i tylko udaje, że słucha nieustającej paplaniny Ricky'ego, gdy razem stoją na przystanku. Autobus o numerze osiemdziesiąt osiem przyjeżdża szybciej, niż się tego spodziewała (to dużo powiedziane, ona po prostu nie ma pojęcia, która jest godzina, a nie ma zamiaru posuwać się do oceniania czasu za pomocą pozycji słońca na niebie) i gdy lokuje się na jednym z ostatnich wolnych siedzeń, nie zasypia tylko przez ciągłą gadaninę Ricky'ego nad swoim uchem. Kuźma ledwo pamięta o pilnowaniu przystanków i przesiadce do odpowiedniego pociągu metra, a gdy wreszcie wysiadają w San Francisco, to orientuje się, że wciąż ściska pusty kubek. Otrząsa się z sennego otumanienia, bo inaczej zapomniałaby, jak idzie się do mieszkania Gabriela i Anastazego.
– Na pewno chcesz ze mną iść? – pyta Ricky'ego, który właśnie próbował opowiedzieć jej o tym, jak Nikola Tesla kłócił się z Nicholasem Eddisonem i Kuźma nie ma pojęcia, czemu teraz opowiada jej o martwych fizykach.
– Tak! – entuzjazm w jego głosie jest niepokojąco duży. Na tyle, że można byłoby osądzić go o spożywanie substancji zabronionych i nie mowa tutaj o fioletowych grzybkach.

Kuźma otwiera drzwi bez pukania, wchodząc jak do siebie (co poniekąd jest prawdą). Rzuca torbę gdzieś w kąt i od razu zauważa, że drzwi do pokoju Anastazego są szeroko otwarte, podobnie jak okno. Jest to widok na tyle dziwny i niepodobny do syna Hefajstosa, że Kuźma nie może uwierzyć własnym oczom. Nawet jeśli Nastek dusiłby się w swojej jaskini, to nie uchyliłby okna nawet na centymetr, bo zrzuciłoby to całą górę gazet poukładanych w chwiejną piramidę na parapecie. Musi go nie być akurat teraz, gdy Kuźma chce poprosić go o zrobienie dla niej niewariującego przy niej telefonu (jest jedyną osobą, którą dziewczyna uznaje za kompetentną do podjęcia się tego zadania).
– Gdzie Anastazy? – pyta Gabriela, zanim chociaż ściągnie buty.
– W Nowym Jorku – mamrocze mężczyzna i unosi wzrok znad swojego tabletu na stojącą u progu parę nastolatków. – To twój chłopak? – Wskazuje kubkiem kawy na Ricky'ego.
– Fuj. Nie. Nie pytaj o to nigdy więcej.
– Dzień dobry!!! Jestem Ricky!!! Miło mi pana poznać, panie tato Kuźmy!!!
– Co? – równocześnie pytają zszokowani Gabriel i Kuźma, gapiąc się na roześmianego Ricky'ego, któremu mina bardzo szybko rzednie.
– To nie jest twój tata? – pyta, trochę smutny, jakby naprawdę chciał poznać rodziców przyjaciółki.
– Nie – ucina Kuźma. – I ty też nigdy więcej o to nie pytaj.



[3000 słów: Kuźma otrzymuje 30 Punktów Doświadczenia +20 PD]

środa, 25 lutego 2026

Od Theodore'a — „Fake it 'till you make it” [Walentynki]

Wszyscy wybierają się na walentynkową imprezę w parach i trochę głupio wyglądałoby pójście solo. Może możecie po prostu pójść razem.

– Nigdzie nie idę. To bez sensu. Idź sobie sam — burknął Theo, chowając twarz w poduszce, żeby nie musieć patrzeć na Charliego.
Rzadko potrafił mu odmawiać, ale miał większe szanse, kiedy go nie widział. Najlepiej byłoby, gdyby go też nie słyszał, jednak z tym niestety nie mógł niczego zrobić. Był skazany na wieczne wysłuchiwanie jego marudzenia.
— No weź daj spokój. Przecież będzie fajnie. Wyjdziesz stąd w końcu i poznasz nowych ludzi. Co w tym złego? — zapytał Charlie, okręcając się powoli na fotelu obrotowym, z głową przewieszoną przez jego oparcie, żeby do góry nogami spojrzeć na przyjaciela.
— Znam wystarczająco dużo ludzi. I nie obrażaj mojego domu.
— Mówiłem o tej twojej dziwnej szkole. To nora, bo nie z niej nie wyłazisz. Jak jakiś kret.
Theodore prychnął, wcześniej specjalnie odsuwając twarz od poduszki, żeby bardziej to wybrzmiało.
— To dalej niczego nie zmienia. Nie chcę tam iść.
— Naprawdę wolisz siedzieć w mieszkaniu z Alice i tym jej nowym fagasem? Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jak cienkie są ściany w blokach?
Poduszka, na której wcześniej leżał Theo, została wykorzystana do lepszych celów i przeleciała przez pokój. Mijając głowę Charliego o tylko niecałe pół metra. Charlie go denerwował, ale poniekąd miał rację — matka rodzeństwa pracowała dzisiaj na nockę, a Alice zapowiedziała, że wpadnie do nich chłopak. Niedopowiedzeniem byłoby stwierdzenie, że Theo go nie lubi. Byłby bardziej skłonny stwierdzić, że rzygać mu się chce na sam dźwięk jego głosu. Był wredny, obleśny i panoszył się u nich w mieszkaniu, jakby był u siebie. Chłopiec dałby sobie rękę uciąć o to, że Maria też nie przepadała za swoim nowym zięciem, ale miała więcej taktu niż syn i otwarcie tego nie okazywała. Theodore był pewien, że nie dostał jeszcze w mordę tylko dlatego, że matka zabroniłaby Alice przyprowadzać Benjamina do domu.
Westchnął, i nie mając już poduszki, za którą mógłby się schować, usiadł na skraju łóżka i przetarł twarz dłonią.
— I tak nie mamy z kim iść. To impreza walentynkowa. Pominąłeś ten szczegół? — mruknął.
Charlie wyszczerzył zęby w uśmiechu i energicznie wstał z krzesła (które równie energicznie trzasnęło; miało już swoje lata), po czym usiadł obok przyjaciela. Zanim ten zdążył się uchylić, dłonią zmierzwił mu włosy. Theo z irytacją zaczął na ślepo układać je z powrotem. Jak się można było spodziewać, z marnym skutkiem.
— Przecież idziemy razem. No daj spokój — dodał Charlie, widząc sceptycznie spojrzenie chłopaka. — Ciebie i tak nikt tu nie zna, a ja nic nie mówiłem o tym, z kim przyjdę. Będzie śmiesznie — zapewnił go.
Dla Theo „impreza walentynkowa z Charliem” i „śmiesznie” nie miały prawa wystąpić w jednym zdaniu. Pójście tam samo w sobie było kiepskim pomysłem, ale pójście tam z Charliem było całkowicie innym poziomem absurdu.
— A co z tą twoją… No, jak ona miała, Dorotheą? — zapytał, będąc gotowy użyć każdej możliwej broni.
Pożałował swoich słów, kiedy tylko uśmiech Charliego zamienił się w grymas.
— Dorcas. Już z nią nie gadam. A my teraz rozmawiamy o imprezie, nie o niej. Będzie fajnie, obiecuję — powiedział chłopak, z powrotem przywołując uśmiech na twarz.
Theodore westchnął.


Nie miał pojęcia, dlaczego ostatecznie się zgodził. Może dlatego, że nie umiał odmawiać Charliemu i było mu głupio, że wyleciał z tą Dorcas. Nawet nie zarejestrował, kiedy przyjaciel przestał się z nią umawiać. Ciężko było być na bieżąco, kiedy rzadko się widywali.
Muzykę słyszał już stojąc przed drzwiami. Pukanie nie miało najmniejszego sensu, więc Charlie po prostu wszedł do domu i zaczął rozglądać się za koleżanką, która organizowała ten cyrk. Theo trzymał się krok za nim, przesuwając wzrokiem po nieznajomych twarzach. Na początku semestru Charlie zmienił szkołę, przez co rozpadły się jego przyjaźnie z ludźmi, którzy mieli jeszcze okazję poznać Theodore'a.
— Anya? Hej, już jesteśmy — powiedział Charlie, zaczepiając jakąś stojącą do niego plecami blondynkę, którą, jak można było się spodziewać, Theo pierwszy raz widział na oczy.
— Super, że przyszedłeś. To zostaw w kuchni — wskazała na plastikową siatkę, którą Charlie trzymał w dłoni — i lećcie do salonu. Anya — dodała, zwracając uwagę na drugiego chłopaka.
— Theo — odpowiedział, posyłając jej uprzejmy uśmiech i lekko ściskając dłoń, którą do niego wyciągnęła. — Miło poznać.
Nie zdążyli porozmawiać dłużej, bo Anyę już zaczepiał ktoś inny. Charlie pociągnął przyjaciela za nadgarstek, żeby nie zgubić go w zatłoczonym i przyciemnionym pomieszczeniu. Musiał dobrze znać rozkład domu, bo w ogóle się nie wahał. W kuchni światło było zapalone i jeszcze nie kręciło się tam wiele osób. Charlie postawił przyniesione przez siebie butelki na stole i zaczął rozglądać się za kubeczkami.
— Chcesz wódkę? — zapytał, spoglądając na Theo kręcącego się przy blacie.
— Zostanę przy piwie.
Z jednej strony rzadko pił, a z drugiej był pewien, że nie dociągnie do końca imprezy na trzeźwo. Charlie wzruszył ramionami i zaczął robić sobie drinka, podczas gdy Theodore próbował znaleźć otwieracz.
— Na pewno wszystkich polubisz. Są świetni — powiedział Charlie, kątem oka widząc, że chłopak wciąż nie jest zadowolony ze swojego położenia.
Mniej więcej w tym samym czasie Theo w końcu zdołał odkapslować butelkę.
— No to chodź i mi ich przedstaw. — Posłał przyjacielowi krzywy uśmiech.
Charlie potrzebował chwili, żeby znaleźć swoich przyjaciół w całkiem sporym salonie. Większość mebli została poodsuwana pod ściany, żeby stworzyć pustą przestrzeń na środku pomieszczenia. Pociągnął Theo w stronę jednej z grupek stojących pod ścianą.
— O proszę, kto się postanowił w końcu pojawić — rzuciła jedna z dziewczyn, która pierwsza zauważyła zbliżających się chłopców.
Theodore pozwolił sobie cofnąć się o krok, kiedy Charlie został wciągnięty w wir powitań. Wszystkie te objęcia i buziaki w policzek nie były do końca w jego stylu. Przyjaciel jednak szybko wciągnął go z powrotem do okręgu.
— A to jest Theo. Theo, to Kat, Barty, Seth, Sarah, Christie, Xavier i Addie — powiedział Charlie, po kolei pokazując na postacie stojące przed nim.
W półmroku ciężko było połączyć imiona z twarzami, ale na pomoc (choć nie do końca) Theodorowi ruszyła dziewczyna z burzą brązowych loków. Objęła go krótko, tak jak wcześniej Charliego.
— Sarah — rzuciła z uśmiechem, wyciągając do niego rękę.
Po jego własnej turze przywitań trochę łatwiej było mu połapać się w tym, kto jest kim. Sarah ciągle go zagadywała, Seth rzucał na niego i Charliego zdziwione spojrzenia, a Christie po dość zwięzłym przywitaniu już się do niego nie odezwała.
Kiedy w końcu dołączyła do nich Anya, mogli naprawdę zacząć się bawić. Choć Theo wciąż nie mógł pozbyć się napięcia z ramion, nie było aż tak źle, jak sobie wyobrażał. Wszyscy oprócz Christie obdarzali go miłymi uśmiechami i wypytywali o głupoty. Nie był pewien, w którym momencie jego druga już butelka piwa zamieniła się w kubeczek — Xavier po prostu podszedł do niego i wcisnął mu go w dłoń. Wbrew pozorom alkohol z jakimś przeraźliwie słodkim sokiem nie smakował okropnie, więc powoli sączył drinka.
Wraz z przebiegiem imprezy środek salonu zamienił się w parkiet, a Sarah kilkukrotnie próbowała namówić Theodore'a, żeby z nią zatańczył. Po czwartej odmowie w końcu się poddała i zaciągnęła na parkiet Barty'ego, który nie opierał się aż tak skutecznie. Theo natomiast usadził się na jednej z dwóch kanap stojących w rogu pomieszczenia wraz z resztą towarzystwa. Anya znowu gdzieś zniknęła; prawdopodobnie upewniała się, że nikt nie wandalizuje jej domu.
Theo kończył już swojego drugiego drinka, kiedy Charlie leniwie zarzucił ramię na oparcie kanapy za jego plecami. Spojrzał na niego z ukosa, ale chłopak był zajęty rozmową z Sethem. Nie podobało mu się to. Mocniej zacisnął dłoń na Bogu winnym kubeczku i wypił resztę jego zawartości za jednym zamachem.
— Zaraz wracam — rzucił, wstając z kanapy.
Zignorował swój marny instynkt samozachowawczy, który mówił mu, że to kiepski pomysł, i nalał sobie wódki do kubeczka. Alkohol przyjemnie szumiał mu w głowie, ale dopóki wciąż był w stanie koherentnie formułować myśli, wszystko było w porządku.
Czterdzieści minut i dwa drinki później już wcale nie był taki pewny. Sarah w końcu udało się wyciągnąć go na parkiet, choć Theo w tańcu poruszał się jak słoń w składzie porcelany. Jego ciało przyzwyczajone było do walki, a nie do bujania się w rytm muzyki. Kolorowe światła ledów mieniły mu się w oczach, kiedy wracał na kanapę, na której znajdowało się coraz mniej osób.
Widział, że Charlie jest wstawiony. Widywał już ten leniwy uśmiech i błyszczące oczy na tyle często, żeby to rozpoznać. Sam jednak nie był na tyle trzeźwy, żeby poświęcić temu więcej uwagi.
— Gdzie byłeś? — zapytał Charlie, spoglądając na przyjaciela.
— Tańczyłem.
Chłopak roześmiał się.
— Serio? Boże, ja chyba nigdy nie widziałem, jak tańczysz. Nie wierzę, że mnie to ominęło — powiedział, skupiając się na Theo.
Seth bąknął coś o tym, że idzie po piwo i zostawił ich samych. Jakieś piętnaście sekund po tym głowa Charliego osunęła się na głowę Theodore'a, który zesztywniał.
— To był chyba mój ostatni drink. Ale mi się kręci w głowie — mruknął Charlie, przymykając oczy.
Chociaż Theo nie odpowiedział, czuł, jak jego serce zaczyna tłuc o żebra. Dlaczego Charlie tak się zachowywał? Był pewien, że żartował, kiedy mówił o wkręcaniu wszystkim, że przyszli na tę imprezę razem. Jaki to w ogóle miało sens?
To, że alkohol blokował jakieś sześćdziesiąt procent jego racjonalnych myśli, a liczba ta ciągle się zwiększała, w ogóle mu nie pomagało. Charlie nie odsunął się, kiedy wrócił do nich Seth. Kontynuował rozmowę z policzkiem przyciśniętym do szorstkiego materiału koszulki Theo, jakby to było w porządku.
Anya pojawiła się przed kanapą, marudząc coś o tym, że nikt nie chce z nią zatańczyć na jej własnej imprezie. Theodore niemal natychmiast wstał, żeby z nią pójść, choć najpierw i tak upewnił się, że Charlie stabilnie opiera się o kanapę.
Najwyraźniej niepotrzebnie, bo chłopak poszedł za nimi. Theo potrzebował pół minuty, żeby zgubić się wśród tańczących. Nie miał pojęcia, ile czasu spędził, kręcąc się między nimi, ale przynajmniej otaczały go same nieznajome twarze. Kiedy w końcu stwierdził, że jest już w stanie znaleźć kogoś, kto w jego głowie miał imię, wycofał się pod jedną ze ścian. Miał zamiar chwilę poczekać, aż pokój przestanie się wokół niego kręcić, ale ledwo co odzyskał kontrolę nad wzrokiem, a coś przykuło jego uwagę.
Theo był w stanie poznać Charliego nawet w ciemnym pokoju. Alkohol pewnie utrudniłby mu sprawę, gdyby nie to, że chłopak miał na sobie pierdoloną fioletową koszulkę, która ani trochę nie wtapiała się w tło. I nie byłoby absolutnie nic dziwnego w tym, że go zobaczył. Sam tu z nim przyszedł. Tym, co sprawiło, że zamarł, była różowowłosa dziewczyna, którą Charlie właśnie całował.
Nie wiedział zbyt wielu rzeczy o Dorcas; ba, zapomniał, jak miała na imię. Pamiętał za to, jak przyjaciel powiedział mu któregoś razu, że bardzo podobają mu się jej różowe włosy. Wyróżniała się, tak to określił. Theo mógł wyprzeć to z pamięci, bo zdecydowanie nie lubił o niej słuchać, ale zdołał poskładać to wszystko w kilka chwil.
Stanie w miejscu pomogło na zawroty głowy, ale teraz zrobiło mu się duszno. Myślał, że już dawno uwolnił się od tego uczucia, ale najwyraźniej czekała go przykra niespodzianka. Zdążył wziąć parę łapczywych wdechów, zanim uświadomił sobie, że zamiast tlenu dostarcza sobie zapachu alkoholu, potu i zmieszanych perfum, który oblepiał jego gardło i jeszcze bardziej go dusił.
Próbując nie zrobić nikomu większej krzywdy, przepchnął się przez parkiet, który dzielił go w linii prostej od drzwi tarasu. Wydawało mu się, że usłyszał swoje imię, ale był w stanie tylko zrzucić to na muzykę i wypaść na zewnątrz w chłodne, zimowe powietrze. Naga skóra jego przedramion pokryła się gęsią skórką, ale tego właśnie potrzebował. Czegoś, co ochłodzi palące uczucie gdzieś w jego wnętrzu, które stało się jego głównym problemem, kiedy mógł już złapać oddech. Opierając się plecami o zewnętrzną ścianę domu, próbował zignorować wszystkich wokół.
Zawiódł, bo po chwili ktoś wyszedł z domu i zaczął iść w jego stronę. Mgliście rozpoznał obojętną twarz Christie, kiedy stanęła przed nim.
— Żyjesz? — zapytała.
Czekając na odpowiedź, wyciągnęła z kieszeni kurtki paczkę papierosów. Nie zdążyła nawet odpalić zapalniczki, kiedy Theo wydusił z siebie:
— Mogę zapalić?
Dziewczyna uniosła brew, ale wyciągnęła opakowanie w jego stronę. Theo wiedział, że papieros na pewno mu nie pomoże, skoro już i tak było mu nie dobrze, ale rozpaczliwie potrzebował się na czymś skupić. Gryzący dym w płucach był łatwiejszy do zniesienia niż emocje, które teraz nim targały.
Christie nie odeszła, tylko stanęła obok niego, choć zachowała pewną odległość.
— Nie jesteście razem. Ty i Charlie — powiedziała w końcu. Nie zapytała, tylko stwierdziła fakt.
Theo dał sobie chwilę na ułożenie słów w głowie i zaciągnięcie się papierosem, zanim odpowiedział.
— Nie.
— To dlaczego się wściekasz?
Ramiona chłopaka zesztywniały. To wyjaśniało, dlaczego w ogóle do niego podeszła. Musiała widzieć to samo co on, zanim wyszedł na zewnątrz. Niestety nie miał takiej odpowiedzi, która mogłaby zadowolić którekolwiek z nich, więc nie odpowiedział.
Nie wiedział, dlaczego się wściekał. Dla Charliego cały ten wieczór był zapewne głupim, niewinnym żartem. Nie wiedział, co chłopak powiedział o nim swoim znajomym, nie wiedział, czemu tyle wypił i nie wiedział, dlaczego w ogóle tu był. Nie wiedział też, dlaczego Christie nagle z nim rozmawia, skoro nie odezwała się do niego słowem przez cały wieczór i sprawiała wrażenie, jakby ledwo tolerowała jego obecność. To było chyba jedyne pytanie, na które odpowiedź mógł w tej chwili znieść.
— Dlaczego pytasz? Myślałem, że mnie nie lubisz — rzucił w końcu, wdeptując niedopałek w zmrożoną trawę.
Christie przewróciła oczami.
— Po prostu ci nie ufam. Nie znam cię, a poza tym śmierdzisz ściemą na kilometr. Za to ten pokaz emocji był całkiem imponujący — przyznała, rzucając mu nie do końca miły uśmiech. — Zasłuż sobie na moje zaufanie. Dlaczego się wściekasz? — zapytała ponownie.
— Nie wiem. — Zaserwował jej jedyną odpowiedź, na jaką sam był gotowy.
Dziewczyna nagrodziła jego słowa chwilową ciszą. W końcu odwróciła się, żeby oprzeć się bokiem o ścianę i na niego spojrzeć.
— Dorcas miało tu nie być, bo nikt jej nie zapraszał. Cholera ją wie, skąd się tu wzięła. A Charlie jest głupi i pijany. Nie wiem, czemu miał służyć ten wasz teatrzyk — powiedziała, posyłając mu spojrzenie tak ostre, że aż się skrzywił.
Theo chętnie powiedziałby jej, że też nie ma zielonego pojęcia, po co to wszystko było. Znał Charliego od lat; miewał głupie pomysły, ale zwykle miały one jakiekolwiek uzasadnienie. Ten nie miał żadnego, na które potrafiłby wpaść.
— To był jego pomysł — mruknął jedynie i odwrócił wzrok, kiedy Christie sceptycznie uniosła brwi. — Nie wiem dlaczego.
— Weź się w końcu, kurwa, w garść i porozmawiaj z nim jak człowiek. Ślepy by zauważył, że wleczesz się za nim jak zakochany kundel. W końcu są walentynki, tak? — powiedziała, ale Theo na nią nie patrzył.
Wolał też nie słyszeć jej słów, ale takiego przywileju niestety nie dostał.
— Masz telefon? Mogę do kogoś zadzwonić? — zapytał, przybierając najbardziej obojętny wyraz twarzy, na jaki było go stać.
Dziewczyna prychnęła, ale wygrzebała z kieszeni telefon i włączyła aplikację z listą kontaktów, po czym podała go Theo.
Wiedział, że nie powinien tego robić. Wszyscy wpajali mu, że to głupie i niebezpieczne. Miał zamiar zrzucić wszystkie ewentualne konsekwencje na alkohol i zmęczenie.
Wystukał na klawiaturze numer, który chcąc nie chcąc pamiętał na pamięć, i przyłożył telefon do ucha. Po chwili odpowiedział mu bardziej niż zwykle zirytowany głos Alice.
— Przyjedziesz po mnie? — zapytał.
Tak naprawdę podejrzewał, że się nie zgodzi. Ledwo z nim rozmawiała podczas dobrych dni, a o tych złych nie chciał nawet teraz myśleć. Najwyraźniej jednak coś w jego głosie zdołało ją przekonać, że sytuacja jest kiepska. Wymruczał do telefonu adres i oddał Christie telefon.
— Dzięki — powiedział i przeszedł obok niej, żeby móc wejść z powrotem do domu.
Stojąc na zewnątrz, nawet nie zauważył, jak bardzo zmarzł. Dopiero teraz zorientował się, że prawie stracił czucie w palcach. Jedynym plusem było to, że zimne powietrze go otrzeźwiło. Wciąż kręciło mu się w głowie, ale jego myśli nie tworzyły już niezrozumiałego kłębu słów i uczuć. Szukając swojej kurtki, wpadł na Charliego, który musiał oprzeć się o ścianę, żeby zachować równowagę. Na jego twarzy nie było nawet śladu uśmiechu.
— Wychodzisz już? — zapytał niewyraźnie, łapiąc Theo za nadgarstek.
Chłopak najpierw zesztywniał, a potem zabrał rękę z jego uścisku.
— Jadę do domu. Pogadamy jutro — rzucił, znikając z pola widzenia przyjaciela tak szybko, jak tylko mógł.
Nie był już taki pewien tego, że dłonie drżały mu z zimna.
Kiedy przyjechała po niego Alice, była zła, ale nie odezwała się słowem. Przeleciała po nim wzrokiem, skrzywiła się, czując papierosy i wróciła wzrokiem do drogi. Theodore oparł głowę na zagłówku i myślał o tym, czy ma jeszcze szansę upić się na tyle, żeby niczego jutro nie pamiętać.



[2677 słów: Theodore otrzymuje 26 Punktów Doświadczenia +20 PD]

Od Ricky'ego — „7 minutes in bardzo brudna winda” — część 1 [Walentynki]

Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko na filmach, więc dlaczego to ty teraz tkwisz z kimś w windzie pomiędzy piętrami, a głośnik zaciął się na możliwie najgorszym dżinglu?

Wszyscy dzisiaj wiedzieli, co ze sobą zrobić. Całujące się pary, rodzice ściskający dzieci, czerwone baloniki-serduszka — jak co roku. Ricky mógł, tak jak w zeszłym roku, popsuć przypadkiem parę randek paroma wybuchami, ale dziś jakoś nie miał nastroju. Obudził się w nastroju na zobaczenie czegoś nowego, na jakąś podróż — to pragnienie skrystalizowało się w jego głowie po tym, jak podczas porannego rozciągania zrzucił z czyjejś półki stertę kartek walentynkowych. Wygenerowanych przez AI — niby każda inna, obrzydliwa, ale nawet nie na swój sposób — wszystkie zlewały się w jeden, bardzo smutny obraz. Pomyślał, że musi coś ze sobą zrobić. I do głowy wpadł mu genialny pomysł.
Wczoraj starał się zwerbować Kuźmę do paru eksperymentów, ale spławiła go paroma ostrymi słowami i niezawodnym alibi - „jutro będę w San Francisco”. Wtedy Rickiemu zrzedła mina, bo miał nadzieję, że potowarzyszy mu w Nowym Rzymie, ale obecnie to pierwsze miasto stało się obiektem zainteresowania. Tylko żeby ją jeszcze złapał, co jeśli już sobie poszła? Rozejrzał się dookoła — dużo ludzi, ale ani jednej córki Pavora.
Ziewnął jeszcze raz, założył skarpetki z bardzo niewyraźnym Spongebobem, wsunął spodnie na nogi, wyjął zmiętą koszulkę z nadrukiem Marii Skłodowskiej-Curie z twarzą Charliego Kirka z porównywalnie zmiętej pościeli, powąchał ją, odruchowo prawie wysmarkał nos, akurat bo zbierało mu się na kichanie, ale senność już z niego zaczęła schodzić w momencie, kiedy w jego mózgu reflektory skierowały się na wielki napis — SAN FRANCISCO Z KUŹMĄ! — więc całkiem szybko ogarnął resztę, tylko dwa razy pomylił otwory na ręce i głowę w koszulce, a potem poślizgnął się jeszcze na jednej z tych kartek, gdzie łapki misiów zlewały się z serduszkami, które trzymały — wybiegł.
Na szczęście ledwo mrugnął po wyjściu z baraku, od razu spostrzegł dziewczynę. Była dosyć daleko, a on parę razy ślizgał się na lodzie, ale nie tracił jej z oczu dłużej niż na parę sekund. I może wcale nie ignorowała jego krzyków, żeby poczekała, może po prostu go nie słyszała. Fortunnie, w Labiryncie nie było już lodu — ale i tak się poślizgnął, na czymś, co zaczęło cieknąć z jego spodni po paru poprzednich upadkach. Chyba coś mu pękło albo rozszczelniło się w kieszeni — zatrzymał się raz, żeby powąchać maź, która ściekała mu po udzie — nie pachniała bardzo toksycznie. I nadal miał nogi. A Kuźma co chwilę znikała za zakrętami w Labiryncie. Wytarł palce — jeden o włosy Marii Skłodowskiej-Curie, drugi o nos Charliego Kirka — i przyspieszył. Jeszcze parę zakrętów i znaleźli się w tunelu metra. Kuźma nie przyspieszyła, ale pojawił się wokół niej tłum ludzi — więc musiał przyspieszyć Ricky, żeby nie stracić jej z oczu.
Kiedy zniknęła za plecami jakiegoś policjanta, którego zasłoniła grupa dzieci w spodniach zapiętych ciasno paskiem gdzieś pod pośladkami, które zaczęły nagle machać rękami i nie chciały przestać, Ricky trochę się zaniepokoił. Przeczesywał wzrokiem tłum — grupka cosplayerów, matka z dzieckiem, ktoś ze szczurem na głowie, o, Kuźma — a nie, to tylko jakiś bezdomny. O, Kuźma! We właśnie zamykającej się windzie!
Merwkurwiak rzucił się biegiem do przodu i tym samym łokciem, którym uderzył jakiegoś bogom ducha winnego nastolatka, powstrzymał drzwi windy przed zamknięciem, i wrąbał się w większość przycisków na ścianie.


NASTĘPNE OPOWIADANIE

[512 słów: Ricky otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia +20 PD]

poniedziałek, 23 lutego 2026

Od Wintera CD Blanche — „Królewna Śnieżka i Zła Królowa”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, TRZY LATA TEMU

Kiedy po mieszkaniu rozległ się dzwonek do drzwi, Winter tylko zagrzebał głowę głębiej pod kołdrą.
Ktokolwiek to był — listonosz, sąsiadka, mógł to być nawet potwór — szczerze mówiąc, nie do końca go to interesowało. Nie miał zamiaru się ruszać spod kołdry. Musiałby wyjść ze swojego cichego, bezpiecznego miejsca, które chroniło go nie tylko od mrozu za oknem, ale także od szkoły i niewygodnych pytań, które zadawaliby mu znający rodzinę Millerów ludzie. „Dzień dobry, Winter, a gdzie twój dziadek?”.
Winter dzień spędzał w swoim pokoju. Tak samo, jak wczoraj. Tak samo, jak przedwczoraj. Dni mijały, za oknem jesienne liście zamieniły się w spadające płatki śniegu, a Winter miał wrażenie, że cały czas tkwi w tym samym miejscu. Dla niego wszystko zlewało się w jedno — czuł, że wraz z nadejściem zimy ma więcej energii, krew bogini śniegu buzowała w jego żyłach i szukała ujścia, ale jego mózg kompletnie utkwił w październiku, w jesiennej stagnacji.
Większość ostatniego miesiąca spędził w łóżku, a jednak mało sypiał. Kończyny ciążyły mu, jakby były z ołowiu, a pod powiekami czuł piasek, ale kiedy szykował się do snu, jego mózg zaczynał pracować na wysokich obrotach. Mógł tylko gapić się w ścianę i przywoływać obrazy, które nawiedzały go w kółko, non stop, kiedy tylko zostawał sam na sam ze swoimi myślami. W nocy jego koszmarów nie odwiedzały potwory, tak jak dotychczas. Teraz, za każdym razem, kiedy zasypiał, śnił mu się ostatni tydzień jesieni przed jego żałobą.
A może to nie był tylko tydzień? Winter już nie pamiętał. Może to były miesiące i miesiące ciągłego, coraz bardziej pogarszającego się kaszlu jego dziadka, może to był smród wypalanych papierosów towarzyszących mu od dzieciństwa. Może Orlon umierał cały czas na jego oczach, zanim jeszcze znalazł się w szpitalu, a Winter egoistycznie to ignorował.
W jednej chwili Orlon siedział na krześle, paląc papierosa przy otwartym kuchennym oknie i rozwiązując krzyżówki. Nie musiał przecież wcale siedzieć i czekać, aż Winter wróci ze szkoły, mógł być w swoim mieszkaniu po drugiej strony dzielnicy i w ogóle nie interesować się życiem wnuka. W kolejnej chwili Winter wrócił do pustej kuchni i zamkniętego okna, a kiedy ktoś wreszcie wpadł do domu, była to jego matka, oznajmiając, że Orlon wylądował w szpitalu z pogarszającym się stanem.
Miesiąc później już go nie było.
Kolejny miesiąc Winter przeleżał w łóżku. I może faktycznie, nieco, odrobinkę, trochę, zapomniał o Blanche Lemieux — najpierw, bo miał ważniejsze sprawy na głowie, a potem poinformowanie ją o czymkolwiek byłoby ostatecznym pogodzeniem się ze stratą. Przecież to jego dziadek chciał, żeby Blanche go trenowała. Winter teraz czuł się, jakby równie dobrze mógł przeleżeć w łóżku resztę życia, dopóki nie rozerwie go jakaś Echidna. Nie potrzebował treningów Blanche. Nie potrzebował jej współczucia. Nie potrzebował dowiadywać się, że to już jest koniec treningów, bo Blanche nie jest i nigdy nie była Millerom niczego winna, a prośba Orlona była wiążąca tylko przed śmiercią.
Nawet nie pomyślałby, że dzwonek do drzwi, który go tak obudził, mógł w ogóle być Blanche. Nie pomyślałby, gdyby jego uszu — przez warstwę grubej, zimowej kołdry — nie dobiegła kłótnia z korytarza. Przytłumiony drzwiami głos nie dał mu się początkowo rozpoznać.
To mogła być ta jedna sąsiadka mieszkająca piętro wyżej. Nigdy nie wiedział, jak brzmi jej prawdziwe nazwisko, dziadek nie potrafił go zapamiętać i raz mówił o kobiecie Richards, raz Rich, raz Richmond. Twarzą w twarz zwracał się do niej „proszę pani” i taki też zwrot przejął po nim Winter. Teraz już chyba nie chciał nigdy poznawać jej prawdziwego nazwiska. Dziadek go nigdy nie poznał, a życie nie mogło przecież toczyć się dalej bez niego.
Pukanie pani Richards/Rich/Richmond nie byłoby wcale dziwne. Przychodziła czasem, gdy w mieszkaniu był dziadek. Mówiła potem, że widziała przez okno, jak mężczyzna wchodzi do klatki; lubiła plotkować i niespecjalnie się z tym kryła. Winter miał czasem wrażenie, że pod przykrywką dobrodusznej sąsiadeczki, która przynosiła im niekiedy domowe konfitury, kryło się zauroczenie na jego dziadku, ale dziadek nie pamiętał przecież nawet jej nazwiska (chociaż konfitury zawsze przyjmował).
Czy była na pogrzebie? Winter nie potrafił sobie przypomnieć. Może wcale nie wiedziała o śmierci Orlona. Może żyła w niewiedzy, starym życiem, którym nadal chciałby żyć Winter. Może tylko dziwiła się, dlaczego już nie widzi przez okno mężczyzny wchodzącego do klatki.
Wszystko w nim krzyczało, żeby zostać w łóżku. Tak łatwo mógłby zignorować podnoszone głosy i echa odbijane od ścian. Ale Keen Miller nie znała pani Richards/Rich/Richmond (nie mogła, w końcu do tej pory Keen nie należała do życia Wintera), a pani Richards/Rich/Richmond nie zasługiwała, żeby dowiadywać się o tym wszystkim w taki sposób. Zwlókł się więc z łóżka, przesuwając leżącą na materacu miskę po zupce chińskiej i pustą butelkę Pepsi. Bosymi stopami dotknął zimnej podłogi i powłóczył nogami w stronę korytarza.
Wtedy doszło do niego parę informacji: po pierwsze, głos nie należał do sąsiadki, tylko do Blanche. Po drugie, cholera jasna, faktycznie nic jej nie powiedział. Nie mówiąc o tym, że odgarnął jej istnienie na tak daleki plan, że nawet nie pomyślałby, że to ona mogłaby pukać. Po trzecie, matka nie znała Blanche.
— …nie wpuszczę pani do domu — przez uchylone drzwi wejściowe Keen wyjaśniała spokojnie Blanche, chociaż jej głos ociekał jadem. — Czy pani w ogóle się słyszy? Trenowała pani z moim synem? Bez mojej wiedzy? Posłuchaj, jeśli jesteś jakąś potworzycą, znam sztuki walki, wiem, jak–…
— Nie, mamo — wymamrotał Winter, przepychając się przez drzwi. Nawet w jego uszach jego głos wydał się bardziej zachrypnięty i słabszy niż zawsze. — To jest Blanche Lemieux. Faktycznie mnie trenowała.
Nie potrafił odczytać twarzy Blanche. Spuścił wzrok tak szybko, jak tylko się dało, byleby nie mogła zobaczyć w jego oczach tej bolesnej prawdy. Nie chciał widzieć jej reakcji, kiedy zrozumie. Nie chciał widzieć współczucia albo, co gorsza, uprzejmej obojętności, bo chociaż Winterowi zawalił się świat, to w życiu Blanche był to tylko zwykły roboczy czwartek.
Popatrzył w dół i nagle stał się bardzo świadomy swoich krótkich spodenek w kratę i koszulki ze Star Warsów.
— Ja… pójdę się przebrać. Będę u siebie. Jakby co.

***

Nie do końca wiedział, czy to był dobry pomysł zostawiać matkę i Blanche same. Jeśli dłużej by się nad tym zastanowił, to Blanche pewnie nie miała żadnych pozytywnych skojarzeń z matką Wintera; w zasadzie to prawie wcale o niej nie mówił. Co w ogóle ona mogła się dowiedzieć? Winter miał wrażenie, że sam nie wiedział swojej matce zbyt dużo. Ot, przyznał, że to ona miała romans z boginią, więc nie ma ojca, chyba że jakimś magicznym sposobem podrzucono go do domu Millerów i Keen go tylko adoptowała. Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, jak wyglądał jego okres płodowy. I chyba nie chciał wiedzieć.
Resztę wniosków Blanche mogła wysnuć na podstawie własnych obserwacji: matkę Wintera poznała dopiero po roku spotkań z jej synem, co mówiło już całkiem sporo, kim była i jakie miała nastawienie do życia. W domu bywała rzadko, gdy Blanche odprowadzała chłopaka do domu, w środku czekał na niego tylko dziadek, który nawet z nimi nie mieszkał. Sam fakt, że Winter znał ulice Nowego Jorku nieco zbyt dobrze i zbyt często pakował się w kłopoty, za które nikt go nie rozliczał…
Przynajmniej tak było do tej pory. O takich wnioskach Blanche mogła myśleć na podstawie rocznej współpracy z Winterem. Do podobnych wniosków doszedłby sam Winter, gdyby został o to zapytany. Ale teraz, po śmierci dziadka, zupełnie jakby Keen Miller zmienił się układ biochemiczny mózgu, po piętnastu latach przypomniała sobie, że cały ten czas powinna grać rolę matki.
Winterowi się to nie podobało. Nie, w zasadzie to nie wiedział co o tym sądzić. Matka teraz większość czasu bywała w domu i zaczynał domyślać się, że rzuciła swoją pracę. Próbowała bardzo niezręcznie zaczynać z nim rozmowy. Winter poznał, jak gotuje i jak smakuje jej zupa. (Była nieco zbyt ostra, zupełnie inna niż ta szpitalna i niedosolona, którą robił dziadek). W ciągu miesiąca nawet udało im się pokłócić, co było samo w sobie dziwne, biorąc pod uwagę, że wcześniej prawie w ogóle nie rozmawiali.
Obecność matki w jego życiu doprowadzała go do szewskiej pasji. Nie dlatego, że nagle ktoś zaczął go pilnować. Dlatego, że Keen po piętnastu latach traktowania go jak gówno i ignorowania jego istnienia, kiedy on już nauczył się z tym żyć i więcej nie domagał się jej atencji, nagle postanowiła zaszczycić syna swoją uwagą. Dlatego, że umarł jej ojciec? Nigdy się z nim nie dogadywała, Winter często słyszał ich kłótnie przez telefon.
Nie zamieniłby za nic w świecie swojej poprzedniej rutyny. Dla jego przyjemności matka w ogóle nie musiałaby się do niego przyznawać, jeśli tylko to by sprawiło, że dziadek dalej by żył. Nie chciał jej interesownej miłości, która prawdopodobnie zakończy się razem z żałobą.
Kiedy skończył się przebierać, z drugiej części domu znowu zaczęły dobiegać go przyciszone głosy. Tym razem jednak były łagodniejsze, spokojne, jakby Blanche i Keen rozmawiały o pogodzie przy filiżance herbaty. Wezbrało to w nim nieoczekiwaną złość; sam nie wiedział, czy na matkę, czy na Blanche.
Czuł się jak wtedy, rok temu, gdy przyprowadził Blanche po raz pierwszy do swojego mieszkania, a za ścianą Orlon prosił nowopoznaną kobietę o przysługę, która miała w sumie zmienić trajektorię jej życia. Ale to nie był Orlon, to była jego matka, która przecież tylko udawała, że się o niego troszczy i… i… czemu Blanche w ogóle z nią rozmawiała? Nie wysnuła wniosków, że Keen była kimś obcym w jego życiu i nie miała prawa o nim w ogóle mówić?
Nie chciał tam wracać. Nie chciał im przerywać. Chciał jeszcze chwilę móc myśleć, że przyciszone głosy za ścianą należą do Blanche i jego dziadka, a nie do Blanche i obcej kobiety na jego miejscu. Przetarł twarz dłonią, otworzył okno na oścież i wyszedł na schody przeciwpożarowe, żeby poodychać mroźnym powietrzem Nowego Jorku.
Nadal odmawiał założenia skarpetek. Bose stopy stykały się z chłodnym metalem i Winter, bez butów, w koszulce z krótkim rękawem i dresach z treningów hokeja, prawdopodobnie nabawiłby się porządnych odmrożeń, gdyby nie był dzieckiem bogini zimy. Czuł zimno na ciele, ale było to bardziej przyjemne łaskotanie. Nie wywoływało bólu w żaden sposób. Podobne uczucie towarzyszyło innym ludziom, gdy — cali zmarznięci — wchodzili do ciepłego pomieszczenia ogrzewanego kominkiem. Winter odczuwał taką samą przyjemność, ale w sposób zupełnie odwrotny.
Zimno go uziemiało. Był tu i teraz, skupiony na łaskoczącym uczuciu odmrażania sobie palców u stóp. Mógł wciągnąć nosem powietrze i poczuć lodowate igiełki w płucach. Mógł usłyszeć toczące się dalej nowojorskie życie.
Małżeństwo za ścianą nadal się kłóciło tak samo, jak piętnaście minut temu i cztery miesiące temu. Przecznicę dalej przejeżdżała karetka. Ktoś w dole próbował odśnieżyć chodnik, szurając łopatą po zlodowaciałym betonie. Winterowi ścisnął się żołądek. Wszystko wokół niego wciąż żyło, karawana jechała dalej, więc dlaczego tylko on czuł, że stoi w miejscu, że już nigdy nie ruszy się ze swojego zimnego miejsca na schodach przeciwpożarowych, że przykryje go warstwa śniegu, że roztopi go słońce, a on nadal będzie w tym samym miejscu i nadal nie będzie czuł nic, kiedy już dawno powinien zamarznąć i–…
Odgłosy nowojorskiego życia przerwało pukanie do pokoju.
Winter oderwał wzrok od czerwonej barierki schodów, w którą musiał wpatrywać się bez ruchu przynajmniej kilka minut. Przetarł oczy, jakby to miało mu pomóc odgonić zmęczenie. Od kilku dni już nie płakał, miał wrażenie, że wyschły całe jego zasoby łez. Odchrząknął do siebie, próbując znaleźć własny głos, żeby znowu nie zabrzmieć tak żałośnie, po czym zawołał w eter:
— Proooszę.
I tak zabrzmiał żałośnie. Matka już wszystko musiała powiedzieć, Blanche nie powinna się nawet spodziewać innego widoku niż żałosny.
— Winter?
— Tutaj.
Podniósł głowę. Blanche była sama. Gdyby w tym momencie towarzyszyła jej jego matka, musiałby chyba sam uciec schodami pożarowymi aż na parter. Głową w dół. Ale nie, była sama. Winter otworzył szerzej okno, żeby mogła wgramolić się na schody obok niego.
— Twoja mama mi o wszystkim powiedziała.
Twoja mama. Jego mama. Jak Blanche mogła rzucać tymi słowami tak beztrosko? Wcześniej używała ich w zupełnie inny sposób. „Lód pod stopami przeciwnika, Winter. Twoja mama dała ci dar, więc go używaj. Wyżej trzymaj ten miecz! I tnij!”. Tak, to była jego mama. Dwa puste słowa, tak samo nieobecne w jego życiu.
Nie wiedział, co w zasadzie ma jej odpowiedzieć. „Fajnie”? „Cieszy mnie, że sobie porozmawiałyście”? Powtórzyć po raz kolejny „mój dziadek umarł”, chociaż za każdym razem, kiedy wypowiadał to na głos, czuł, jak jego wnętrzności żywcem wywracają się na drugą stronę i nie potrafił nawet powstrzymać histerii?
Nie powiedział nic. Blanche przez chwilę milczała. Bawiła się rękawem swojej koszuli. Winter kątem oka zauważył, że wyglądała dalej tak samo, kiedy ostatnim razem ją widział; jakby była jedyną stałą rzeczą w jego życiu, zatrzymaną w czasie. Włosy równej długości, wyprasowana koszula, marynarkę zapewne zostawiła w przedpokoju, nawet nie zarejestrował, czy miała ją na sobie, kiedy wchodziła do domu. Równie dobrze dnia poprzedniego mogła z nim trenować i nadal wyglądała, jakby nie minął dzień, jakby wszystko było tak samo, jak wtedy. Był na tyle spostrzegawczy, żeby wiedzieć, że celowo dbała o rutynę. Może za mało o niej wiedział. Może ona też chciała cały czas żyć przeszłością.
— Nie zadzwoniłeś, żebym przyszła na pogrzeb — powiedziała w końcu.
Nic o treningu. Żadnych kondolencji, żadnego sztucznego współczuję. Powiedziała to bardzo rzeczowo. Winter był z jakiegoś powodu jej za to wdzięczny.
Mógł jej tyle powiedzieć. Miał milion powodów, żeby nie zadzwonić. W momencie śmierci Orlona Blanche Lemieux została tylko imieniem zepchniętym w odmęty nieświadomości Wintera. Tak naprawdę prawie nie pamiętał tygodnia, w którym odbył się pogrzeb, a co dopiero o Blanche. Przypominał sobie za to doskonale jeden raz, kiedy w tym czasie chciał do niej zadzwonić. Blanche była pierwszą osobą, która przychodziła mu do głowy, kiedy Winter czuł się osaczony, jak jego ostatni instynkt przetrwania. Nie miał nikogo innego, żeby pogadać o tym, co się stało. I może tylko trochę chciał, żeby ten jeden raz to ktoś inny zainteresował się nim pierwszy, bo to właśnie czyjejś opieki wtedy potrzebował.
— Pewnie byłaś w pracy — skłamał zamiast odpowiedzi.
Blanche przysiadła się do niego bokiem. Próbowała przeanalizować jego twarz, odkryć jego emocje, ale Winter za wszelką cenę unikał wzroku. Miał łzy w oczach. Nie chciał się rozkleić. Blanche nie po to go trenowała, żeby był słaby.
— Mój tata umarł, kiedy byłam młodsza — powiedziała w końcu. Nie dodała żadnego „rozumiem cię”, Winter również był za to jej wdzięczny. — W tym czasie najbardziej chciałam po prostu nie być sama.
Blanche rzadko o sobie mówiła, a już na pewno nigdy nie powiedziała mu o swoim ojcu. W tej pozycji, tuż obok niego na schodach przeciwpożarowych, obejmująca swoje kolana w sposób tak niechlujny, że z całą pewnością pogięła sobie tę idealną koszulę, Blanche w oczach Wintera zaczęła wyglądać jak mała, francuska dziewczynka. Przez chwilę nie była smutną, dorosłą kobietą, samotnym dorosłym ze starymi przyzwyczajeniami, którym Winter mógłby się stać, gdyby teraz zamknął się w sobie.
To skłoniło go do tego, żeby odwrócić głowę w jej stronę. Może mu się wydawało, łzy szybko zamgliły mu wizję i pociekły po policzkach, ale w oczach Blanche też czaiły się łzy.
— Nie musisz mnie już trenować — powiedział. Szczerze. Naprawdę tak myślał. — Nie jesteś nic winna dziadkowi. Dam sobie radę sam.
— Wiem. Ale nie muszę być tylko twoją mentorką — zaznaczyła. — Mogę być po prostu kimś, kogo akurat potrzebujesz, Winter.
Skulił się i zapłakał w rękaw, ale pierwszy raz od kilku miesięcy poczuł ulgę.


Koniec wątku Wintera i Blanche.
────
[2509 słów: Winter otrzymuje 25 Punktów Doświadczenia]