niedziela, 13 września 2026

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Najpierw znika brzeg. Potem powierzchnia zaczyna przypominać szybę, za którą istnieje jakiś jaśniejszy i zdecydowanie bardziej odpowiedni dla człowieka świat. Wreszcie zostaje już tylko głębia i nieprzyjemne odkrycie, że morze nie musi człowieka ciągnąć w dół. Wystarczy, że przestanie mu pomagać utrzymywać się na górze.
Trudno o bardziej elegancki sposób przegrania dyskusji z fizyką.

Weronika się topiła.
Pociemniało jej przed oczami. Ciemne kształty falowały jej przed oczami, nie wyglądały jak ręce. Wszystko jedno zresztą, nie reagowały. Nie młóciły wody. Powierzchnia wody nagle przestawała być błękitna. Zasnuł ją ciemny kolor.
Zdążyła tylko pomyśleć: „Tato, tęsknię za tobą”.
Osunęła się w mrok.

Bolało ją wszystko. Zwymiotowała od razu. Kaszlała, dopóki nie przeszły spazmy przez jej ciało. Wypluwała wodę, jak mogła.
Ujrzała nad sobą mnóstwo ciekawskich twarzy. Rozpoznała od razu zaaferowane Sony. Mikołaja też. Jebany idiota, idź poszukać jakichś truskawek, a nie tak patrzysz na mnie, pomyślała. Marzyła tylko, żeby się w końcu od niej odwalili. Tyle się stara dla innych a oni co? Niewdzięczni.
Jęczała z bólu, kiedy się podnosiła. Na szczęście dużo osób obserwujących ją stwierdziło, że zostawiło żelazko w swoim domku i musi po nie iść. Sony chciało sprawdzić jej oddech, ale Weronika odepchnęła je.
— Dobrze, że udało się w porę ciebie wyciągnąć. Gdyby nie hipokamp, możliwe, że, eee, nieważne, masz ochotę na ambrozję? — szczebiotało. Grupowa domku nr 6 nawet nie musiała pytać, co chciało powiedzieć. Wystarczył ton, żeby się domyśleć, że gdzieś by tam dryfowała na dnie z rybkami i nereidami. — Musisz dobrze odpocząć i przełożyć lekcje pływania na inny dzień.
Pacjentka machnęła ręką. Zwróciła uwagę na Mikołaja, który wyglądał czegoś w morzu. Prychnęła, przypominając sobie, jak bardzo miał w dupie tego tonącego dzieciaka a wolał się umizgiwać do jakiegoś strumyka płci męskiej. Nie obchodziło ją, że to było rzadkie, najchętniej te wszystkie nimfy wodne spuściła w kanalizacji. Zabrała swoja manatki i kierowała się w stronę Obozu.
Jak na złość, grupowy domku Dionizosa zauważył ją i podbiegł do niej.
— S-siema. Myślałem, że umiesz pływać i że sobie poradzisz.
Zbyła go milczeniem. Płuca za bardzo ją bolały, żeby się wypowiedzieć, zresztą, co miała powiedzieć? Pływam chujowo, hipokoń nagle wrzucił mnie do wody i nie mogłam się utrzymać na powierzchni? Mikołaj widocznie nie zauważył jej złego humoru.
— Możemy przełożyć na inny dzień, o taka środa, wiesz, żeby Obóz nauczył się pływać. Wiesz, może zdążysz kupić strój i pokażesz nam, te sprawy? Pasuje ci godzina dwunasta?
Po czym wyciągnął truskawkę z kieszeni i ją schrupał. To była ostatnia słomka Weroniki.
— PIERDOL SIĘ MIKOŁAJ! — wrzasnęła.
Podskoczył, mrugając oczami.
— PIERDOL SIĘ TY I TE TWOJE TRUSKAWKI I TE CAŁE JAKIEŚ SŁOWA, WACKI, JEBANE NEREIDY. NAWET NIE MOŻESZ DOPILNOWAĆ DZIECIAKA!!! SUKA! BLYAT!!! — wrzasnęła na całe gardło. Bardzo szybko zaczęła tego żałować, pobolewało od razu.
— No, idź się umawiać z tym nereidem, który jest znany z tego, że podrywa każdego! Nie jesteś specjalny, jesteś jednym z wielu! No, idź do innych i powiedz, jaka ja to nie jestem zjebana! Najlepiej Niketasowi się poskarż, o! Bo chciałam zrobić cokolwiek innego niż wywijanie mieczem piąty raz w tygodniu! Do zobaczenia na następnym spotkaniu grupowym, ha-ha, Morozova się prawie utopiła, super temat! — wyrzygała z siebie całą litanię, a łzy uderzały jej do oczu. Zostawiła za sobą skonfundowanego Mikołaja, któremu ręka z truskawką zamarła w połowie drogi. Na odchodne pokazała mu środkowy palec.


Mikołaj?
────
[545 słów: Weronika otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Z małą pomocą hipokampa, udało mu się wdrapać na grzbiet stworzenia. Mocno przylgnął do mokrej grzywy i obiecał sobie, że nigdy więcej jej nie puści. A przynajmniej do czasu, kiedy pod stopami nie znajdzie stałego lądu. A wtedy uklęknie, ucałuje go i przysięgnie go kochać i szanować do końca życia. Serce biło mu jak szalone, a on z szeroko otwartymi oczami przyglądał się wodzie, wypatrując powrotu morskiego flirciarza. Może gdyby okoliczności były inne…
Do uszu Mikołaja przerażone krzyki jednego z obozowiczów. Tego samego, którego wcześniej próbował uratować. Odważył się odwrócić głowę do tyłu i zobaczył, jak najady robią z chłopaka ludzką huśtawkę. Jedna nimfa trzymała herosa za ręce, druga za nogi, a trzecia chyba szykowała się do wskoczenia na dzieciaka.
— Nie mój domek, nie moje małpy… — powiedział pod nosem, odwracając wzrok. Oby nie miał beefa z matką, bo tylko ona może go teraz uratować.
— Nie ma za co! — usłyszał z drugiej strony.
Spojrzał na Weronikę, która, wyraźnie oburzona brakiem podziękowania za ratunek, wyglądała, jakby rozważała jak z powrotem wrzucić syna Dionizosa do wody. Mikołaj mocniej złapał grzywę rumaka i westchnął głęboko.
— Dziękuję ci, jakże cudowna córko wielce wielmożnej Ateny matki przenajświętszej za ten bohaterski czyn, który wymagał od ciebie niewyobrażalnego poświęcenia i męstwa. — Ostrożnie puścił jedną rękę i teatralnym gestem przyłożył do piersi. — Jak to mawiał Słowacki: Weronika Winkelriedem herosów! Poświęci się, choćby na dno miała… Ej!
Hipokamp, którego dosiadał Mikołaj, niespodziewanie wierzgnął. Ręka chłopaka w ostatniej chwili wróciła na grzywę, ratując go przed ponowną kąpielą.
— Nie pajacuj — prychnęła Weronika.
— Ale naprawdę tak powiedział!
— Drugi raz ci nie pomogę.
— Pisał jeszcze, że Rosjanie to pizdy — wzruszył ramionami. — Parafrazując. Ale to chyba akurat Maleńczuk.
— Spierdalaj.
Tym razem to Weronika przeżyła minizawał, gdy jej wierzchowiec podskoczył, jakby spłoszony. Do otwartych ust dziewczyny, gotowych do wypowiedzenia kolejnych wyzwisk lub cytatów, dostała się woda, którą w panice zaczęła odkasływać. Mikołaj rzucił okiem na ocean, po którym płynęli.
— Truskawki?
— Teraz już ich nie łowisz? — rzuciła dziewczyna, rzucając pływającym owocom nieufne spojrzenie.
— A co, zgłodniałaś?
Po chwili do wody wpadła kolejna truskawka, a hipokampy zarżały nieprzyjemnie.
— A to chuje — Mikołaj podniósł wzrok i dokładnie w tej chwili dostał w nos truskawką. — Kurwa!
— No i po cholerę je przynosiłeś?! — Weronika unikała ciosów, kołysząc się na boki. W końcu udało jej się złapać jeden z owoców, który z całej siły rzuciła w stronę agresywnych nereid. Ku rozbawieniu Mikołaja, nie trafiła.
Chłopak w tym czasie, ryzykując kolejne spotkanie z hot-nereidem-2-metry-od-ciebie, wychylił się i pozbierał część pływających truskawek. Złapał krawędź koszulki i włożył owoce do powstałego „koszyka”. Chcą wojny? Dostaną wojnę.
— Mój dzielny rumaku — zwrócił się do hipokampa. — Dzisiaj rozegramy drugi Grunwald. Wierzę w ciebie.
Rozpoczęła się bitwa na śnieżki. Z tą różnicą, że nie było śnieżek. Nie było nawet zimy. Były truskawki, które nawet nie były białe. Zasady były te same, no, pomijając przewagę nereid — zarówno ilościową, jak i środowiskową. Mikołaj atakował nimfy, nimfy atakowały ich, a Weronika, która nie uzbierała wcześniej odpowiedniego zapasu amunicji, oprócz unikania truskawek, próbowała również je łapać.
— Druga! — krzyknął dumny z siebie, gdy truskawka trafiła w twarz drugą nereidę. Dla kontrastu on sam oberwał co najmniej pięć razy.
— Dziwki za dobrze celują — prychnęła Weronika, unikając latających owoców.
Mikołaj zastanowił się chwilę, próbując ustalić, jak bardzo beznadziejna jest ich sytuacja. Byli kilkadziesiąt metrów od brzegu, na strachliwych rumakach, które prowadziły ich w bliżej nieokreślonym kierunku. Czy mogło być piękniej?
— Ej — zagadnął. — Myślisz, że nereidy piją wodę z morza?
— Oceanu — poprawiła. — Nie wiem, chyba tak. A co?
— Posejdon mnie zabije, jak pobawię się w Jezusa i zmienię wodę w wino i upiję mu nimfy, nie?
Córka Ateny zamrugała kilkukrotnie, po czym spojrzała na chłopaka jak na idiotę. Mikołaj sam nie wiedział, czy byłby w stanie to zrobić i czy jego pomysł ma jakikolwiek sens. Skoro jednak Weronika wyglądała, jakby nad nim myślała, nie mógł być aż tak głupi.
— A hipokampy?
— Da się upić konie?
Jak na zawołanie, oba wierzchowce zarżały ostrzegawczo. Dwójka nastolatków odwróciła wzrok od siebie i spojrzała w przód.
— Cholera jasna, co znowu? — westchnęła Weronika, widząc dwie nereidy płynące w ich kierunku.
— Zostawcie nas!
— Jak sobie życzysz — zaśmiała się jedna z nimf, podpływając do hipokampa, na którym siedziała Weronika. Klasnęła mu przed pyskiem. — Bu!
Wierzchowiec podniósł się na tylnej płetwie niczym na nogach, zrzucając córkę Ateny z grzbietu. Dziewczyna głośno przeklęła i runęła w wodę. Mikołaj, przerażony, pogłaskał swojego hipokampa po szyi, uspokajając go cicho. Cały czas obserwował, jak Weronika walczy z falami, podczas gdy te wredne piz— przepraszam, nimfy, przeganiają drugiego z koni. Dobrze, że Weronika umie pływać — pomyślał.


Weronika?
────
[751 słów: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Morze jest prawdopodobnie najstarszą rzeczą, której człowiek bezskutecznie próbował nadać znaczenie. Widział w nim matkę, grób, granicę świata, drogę do bogów i wystarczająco dużo metafor, żeby na kilka tysięcy lat zapewnić zatrudnienie poetom. Samo morze, z właściwym sobie brakiem zainteresowania, konsekwentnie pozostawało słoną wodą.
Może właśnie dlatego tak dobrze nadaje się do mówienia o człowieku. Stajemy na brzegu czegoś, czego nie potrafimy objąć wzrokiem, i natychmiast zakładamy, że musi mieć to coś wspólnego z nami. Przypływ staje się tęsknotą, sztorm gniewem, a głębia, oczywiście, podświadomością. Trudno przecież dopuścić myśl, że coś może być ogromne i zupełnie nas nie dotyczyć.
Morze jakoś sobie z tym radzi. Miało kilka miliardów lat, żeby przywyknąć do ludzkiej potrzeby bycia głównym bohaterem.

— W moich książkach są filozoficzne zagadnienia, a nie głupie siksy bawiące się obozowiczami! — prychnęła Weronika.
Mikołaj przewrócił oczami, skupiając się wciąż na dzieciakach. Nerwowo rozglądał się na boki i wzdrygał się, kiedy fale uderzały w jego klatkę piersiową jedna po drugiej. Hipokamp zdawał się nic z tego nie robić.
— Moi drodzy, pamiętajcie o machaniu nogami! To one robią robotę! — krzyczała w stronę swojego rodzeństwa.
— Ty masz czas ich instruować, kiedy ktoś się tam topi?!
— Nie masz jakichś truskawek do zaopiekowania się w międzyczasie? — odparła ironicznie Nika.
Zaciskała kurczowo rękojeść swojego sztyleciku, którego nosiła w celu podniesienia swojej pewności siebie, kiedy akurat nie mogła wziąć ze sobą gladiusa. Skupiona wypatrywała choćby poruszenia na skłębionej falami powierzchni wody. Przez jej myśl przemknęło, że musi wyglądać w sumie cool, jak tak na tym morskim koniku pruje przez żywioł. Nastrój jej nieco prysł, kiedy popatrzyła na twarz Mikołaja. Miała wrażenie, że chłopak zwróci zaraz nie tylko truskawki zjedzone przed chwilą, ale także śniadaniowe parówki i fasolę.
— Znasz legendę o beczce? — zaczęła.
— Weronika, jaka, kurwa, legenda o beczce? — Mikołaj wybałuszył oczy.
— Zamknij łaskawie swoją jadaczkę. Otóż był sobie car Sałtan i miał żonę, która miała urodzić mu dziecko. Była też najmłodszą z sióstr, trzech sióstr, więc te siostry i swatka były zazdrosne o nią. Jak pojechał na wojnę, urodził się, prrr, ogarnij się koniu! — Hipokamp wierzgnął gwałtownie, na tyle, że Weronika sama zbladła jak ściana. — Siostry upiły posłańca i wsadziły list, że jednak urodziła nie chłopca, nie dziewczynkę, lecz nieznaną potworinkę.
— Co ma beczka z tym wspólnego?
— No, że kazał zamknąć matkę z dzieckiem w beczce. — Uśmiechnęła się ironicznie.
— Czy ty w tym momencie znalazłaś jakieś beczki pływające obok nas, że o tym opowiadasz? Radosna historyjka do ululania obozowicza na wieki wieków? Super bajki opowiada wam matka.
Wpatrywała się z irytacją w niego. Gdy już miała otworzyć usta, obok nich wynurzyły się głównie nereidy. Weronika wnioskowała, że było to miejsce, w którym idealnie wody słodkie mieszały się ze słonymi, czyli obie grupy nimf wodnych, słodkowodnych i słonowodnych mogły akurat się spotkać i dręczyć wspólnie obozowiczów. Jedna z nich trzymała dzieciaka Nike. Co jak co, ale matka mu nie dała wygrywania w pływaniu. Na szczęście nastolatek był względnie cały, nie licząc szoku i przerażenia, jakie malowały się na jego twarzy.
Mikołaj był bliżej niego. Kiedy wyciągnął po niego rękę, najady wespół z nereidami odsunęły się. Specjalnie balansowały dzieciakiem tak, żeby syn Dionizosa był zmuszony zejść nieco z Hipokampa i trzymając się kurczowo zwierzaka, próbował złapać syna Nike. Co jakiś czas fale zalewały mu głowę, sprawiając, że prychał i krztusił się słoną wodą. Do uszu dobiegał mu ciągły chichot tych cholernych stworzeń.
Weronika spieszyła na pomoc, flankując najady. Parę najad westchnęło.
— Najada. Nereida. Oczywiście. Byłoby przecież nieznośnie banalne, gdyby woda była po prostu mokra.
— Ojej, łaskawa grupowa domku Wiecznie Wymądrzałej Dziewicy zaszczyciła nas swoją obecnością. Co tam, Weronika? Szukasz towarzystwa wśród wodnych boginek? Mam całkiem imponujący strumień niedaleko, nie to, co wasze żałosne próby taplania się w brodzikach. — wypaliła najładniejsza z nimf.
Najady i/lub Nereidy były jednym z najbardziej pizdowatych stworzeń, na jakie można było się natknąć w Obozie Herosów. Morozova mogła się tylko zastanawiać, czy one były na czwartym miejscu, czy może dopiero za Niketasem. Gdyby to od niej zależało, delegowałaby je do czyszczenia wychodków oraz rur kanalizacyjnych.
— Przepraszam. Nie wiedziałam, że ten strumyk ma osobowość. Zwykle zakładam to dopiero przy zbiornikach powyżej hektara. — odparła, a niektóre nereidy wydały z siebie zdziwione dźwięki, zasłaniając usta.
Zapanowało poruszenie. Ta, którą Weronika obraziła, była prawdopodobnie przywódczynią. Była to naprawdę nieśmieszna parodia Mean Girls, gdyby tylko dosięgała jakkolwiek poziomu tego filmu. A Nika nie miała o nim dobrego mniemania.
— Co się dzieje? Czy jeśli obrażę jedną z was, rzeka wystąpi z brzegów, czy najpierw dostanę oficjalne upomnienie? Pytam proceduralnie. Nie chciałabym zostać utopiona bez zachowania właściwej drogi administracyjnej. Zakładam, że pierwsze przewinienie to nagana, drugie klątwa, a dopiero trzecie kończy się śmiercią przez żywioł. — dogryzała dziewczyna, kątem oka patrząc na próby Mikołaja. Dzielnie walczył z jedną z wodnych kurew. — I komu właściwie przysługuje odwołanie? Posejdonowi? Radzie Najad? Zeusowi? Chociaż nie, do Zeusa wolałabym niczego nie zgłaszać. Historia sugeruje, że kontakt z działem personalnym Olimpu rzadko kończył się dobrze.
Jej hipokamp zaczynał nerwowo wierzgać się. Nie miała dużo czasu, liczyła na drugiego grupowego.
W tym czasie blondyn już miał złapać dzieciaka, ale został znienacka wciągnięty pod wodę. Co gorsza, za nogawki spodni. Jego wierzchowiec na szczęście dzielnie wyciągnął go za kołnierz.
— Kurwa mać, która to z was?! — zareagował ze złością. Rozumiał żarty, pranki, ale to była już przesada.
— Ja. — usłyszał przy uchu.
Poczuł nagle rękę na ramieniu, potem kolejną na klatce piersiowej i gdy się odwrócił, jego oczom ukazał się… Najad? Nereidynek? Najadynek? Osoba nimfowodna? Mrugnął szybko oczami, a kiedy zdał sobie sprawę, że ich twarze dzieli dokładnie 2,5 centrymetra, zaczerwienił się. Czy męskie nimfy istniały? Dlaczego, na bogów, znalazł się w dziwnej sytuacji, w której typ (albo typiara, może niesłusznie zakłada płeć ze względu na androgeniczny wygląd?) bez koszuli się do niego przykleja, w co najmniej nieodpowiednim momencie?
— Masz chłopaka? — mruknął niczym ratownik ze Słonecznego Patrolu.
— Co? — Mikołaj z każdą sekundą tracił rezon. Na domiar złego, te jaskrawe, niebieskie oczy świdrowały go na wskroś. Starał się uciekać wzrokiem, na tyle, ile mógł, w czym mu absolutnie nie pomagała słona woda.
— Bo mam fatalny charakter, ale trzymam się zasad. — uśmiechnął się flirciarsko, puszczając oczko. — Co tam chowasz w nogawkach?
— Yyy, eee… Nogi? — chłopak balansował rozpaczliwie na powierzchni wody. Czy w wodzie można się pocić przez beznadziejne flirciarskie teksty? Bycie mokrym było już wystarczająco koszmarne sensorycznie.
Nagle na twarzy tego nereidka pojawił się grymas złości. Nanosekundę później czyjaś ręka zniekształciła jeszcze bardziej facjatę, odpychając go od Mikołaja.
— Spływaj, sardynko. — wysyczała cierpko Nika.


Mikołaj?
────
[1060 słów: Weronika otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Wydając puszki energetyka kolejnym i kolejnym dzieciakom, Erin zaczęła czuć się jak cooking_for_my_family_of_ten amerykańska matka, z tym że to, co im sprzedawała, mogło mieć nawet bardziej chemiczny skład niż ser wyklęty w kamień zaklęty wrzucany do chicken tea czy innej buldak soup. Niketas zdążył w tym czasie niezwykle performatywnie zebrać wszystkie ulotki z Recepturą™, zanim któraś znowu dostała się w ręce jakiegoś wścibskiego dzieciaka. No bo, jakby, czemu kogokolwiek miałoby obchodzić, co kupują? Pierwszą kryjówką na ulotki miała być kieszeń Ashtona, jednak okazała się dziurawa (nie wytrzymała napięcia trzymanych tam niegdyś przedmiotów), więc Niketas wepchnął ulotki w kij od flagi Ulferta.
— Kto właściwie pisał te ulotki? — spytała Erin, gdy ostatni dzieciak w kolejce po dekadzie nieudanych negocjacji wysypał Niketasowi na rękę 4 dolary w jednocentówkach. Dziewczyna była serio ciekawa, co w ogóle jest zawarte w Recepturze™, skoro ona sama nie była pewna (a była odpowiedzialna za większość tego, co przypadkowo wpadło do gara).
— Pomidor — odparł po dłuższej chwili ciszy Ulfert, machając flagą trochę wolniej, by przewiercić Erin na wylot spojrzeniem mówiącym wszystko, co dziewczyna chciała wiedzieć.
— Haaaaaalo — dzieciak, który najwidoczniej przegapił pierwszą turę sprzedaży, pojawił się przy stoisku (musiał się do niego skradać, bo nikt nawet nie usłyszał jego kroków). — Mogę jedną puszkę tego czegoś za eeeeeeee rurki z kremem? — rzeczywiście wyciągnął z kieszeni za dużej kurtki paczkę rurek z kremem.
— Przykro mi — odparł Niketas, któremu z pewnością nie było przykro — 4 dolce, albo, jak wolisz, 4 dolce i rurki z kremem.
— Dupa — odparł młody obozowicz najbardziej neutralnym z neutralnych tonów, przez co Erin nie mogła powstrzymać się od parsknięcia śmiechem.
— Nie, nie dupa — kącik ust Niketasa zadrżał — 4. Cztery. Dolary.
— Życie to nie rurki z kremem — odpyskował dzieciak, przetrząsając swoje puste kieszenie.
— Co? — odparli jednocześnie Niketas, Erin i Ulfert. I Ashton po chwili, bo w sumie nie słuchał, co się dzieje.
— Tak się teraz mówi. To teraz w modzie. Co wy internetu nie macie? Bo ogólnie to jest taka grupa sme… — urwał na chwilę — ups, chyba nie powinienem tego mówić — powiedział, po czym odbiegł, a paczka rurek z kremem wypadła mu z kieszeni. Erin podniosła słodycze, zanim ich (były) właściciel się zorientował (nie zorientował się), że właśnie stracił prowiant, na który wydał pewnie wszystkie oszczędności.
Niketas opadł z głębokim westchnięciem na leżak plażowy w hawajskie wzorki, by przeliczyć pieniądze z pirackiej skrzynki skarbonki (Erin w życiu nie widziała tyle drobniaków). Gdy już to zrobił, cała czwórka sprawiedliwie podzieliła się rurkami z kremem (Ashton dostał jedną, a Niketas o jedną więcej niż Erin i Ulfert).
— Zamierzasz się pochwalić, ile zebraliśmy? — spytał Ashton niezwykle pretensjonalnym tonem, od którego Niketas aż wyprostował się na leżaku.
— Zebraliśmy? Ty zebrałeś co najwyżej wpierdol…
Hermesiak nie zdążył dokończyć wypowiedzi, gdy nagle salwa szyszek z procy wystrzeliwana przez grupkę niezidentyfikowanych dzieciaków zza drzewa zaczęła uderzać w trójkąt-bardzo-niepotagorejski.


Niketas?
────
[468 słów: Erin otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Cherry CD Arisu — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Oblepiona brokatem, czując, jak mokre od potu kosmyki włosów przyklejają jej się do czoła, Cherry czuła, że już wszystko jej jedno. Dla zdrowia psychicznego i Cherry i Arisu (oraz w zasadzie wszystkich w towarzystwie dziewczyn, bo prawdopodobnie na nich także miało się to odbić), pułapka z brokatem mogła otworzyć się wcześniej, na przykład od razu po ich wejściu do magazynu. Przynajmniej wtedy nie zmarnowałyby tyle czasu na przetrząsanie i wyrzucanie badziewnych dekoracji, skoro teraz i tak miały zamiar wziąć pierwsze lepsze pudło, które nie oberwało szczególnie mocno brokatem. Nie podobała jej się ta opcja. Nie lubiła marnować swojego czasu. Teraz ich cała wcześniejsza praca poszła na marne. Mogłaby ponownie zrobić selekcję rzeczy w nienaruszonych pudłach, ale wszyscy byli poirytowani i zmęczeni, a nie chciała w ten sposób fatygować dalej Arisu. Robiło się już późno, ślęczenie samemu nad tymi dekoracjami doprowadziłoby ją już do szewskiej pasji, nie mówiąc o tym, że czuła, że strasznie kusi los i gdzieś tu czaiła się na nią kolejna pułapka. Nie, trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić. Nawet najobrzydliwsze dekoracje mogły stać się piękną aranżacją, jeśli ktoś miał odpowiedni gust estetyczny i kreatywność. Tej myśli musiała kurczowo się trzymać, licząc, że odziedziczyła coś nie tylko po lekarskiej stronie ojca Apollina, ale także po stronie artystycznej jego i matki.
Poza tym czuła cholernie silną potrzebę umycia się. I rozpłakania pod prysznicem.
Westchnęła. Opuściła miotełkę i wpatrzyła się w świecącego brokatem Atlasa, zastanawiając, czy powinna zaufać jakkolwiek dziecku Merkurego, czy powinna jakkolwiek zaufać jemu.
— Atlas — zaczęła, powoli artykułując jego imię i udając, że nie słyszał propozycji Arisu — czy możesz, proszę, zanieść te trzy pudła do koloseum?
Trzy pudła na całe koloseum. Musiały być naprawdę kreatywne i mieć naprawdę odpowiedni gust estetyczny, żeby to rozłożyć. Musiały też być naprawdę przekonujące, żeby namówić dzieci Ceres do sekretnego przygotowania większej ilości bukietów, niż była taka potrzeba. Resztkami swojego optymizmu wykrzesała z siebie grzeczne pytanie, zdolna nawet do powiedzenia proszę. Atlas nie mógł jej odmówić w tym stanie. W zasadzie nawet nie próbował się wymigać, przestępując tylko z nogi na nogę i opierając się o miotłę.
— …mogę — mruknął słabo, nieprzyzwyczajony do bezdyskusyjnych odpowiedzi.
— Dziękuję. — Uśmiechnęła się do niego bez przekonania.
Wymamrotał coś, co brzmiało jak „drobiazg” i schylił się po zamknięte pudełka. Uznał, że weźmie wszystkie na raz, więc Cherry musiała pomóc mu z wpakowaniem ostatniego kartonu na stos układający się w jego ramionach. Pakunki nie były ciężkie, ale ułożone w ten sposób stały się wieżą zasłaniającą widok Atlasowi. Musiał przytrzymywać kolubrynę czołem, żeby żadne pudełko nie zsunęło się na podłogę, a nawet w ten sposób miał problem, żeby wyjść z magazynu. Cherry przytrzymała mu drzwi, a on wybył chwiejnym krokiem.
Dziewczyna zamknęła za nim wejście i oparła się o ścianę. Jeśli Atlas miał zamiar wyglebić się z tymi pudłami po drodze do koloseum, ona na szczęście miała już tego nie zobaczyć, a w związku z tym — dopóki dekoracje prędzej czy później trafią na miejsce — nie będzie to jej problem.
Teraz jej problemem znowu był brokat na podłodze. Arisu wyciągnęła skądś worki na śmieci i zaczęła zmiotką wrzucać do nich drobinki świecącego plastiku. Jedna z nich musiała jeszcze przynieść z kuźni odkurzacz. Cherry nie była fanką tego… urządzenia. Wszyscy półbogowie zgodnie odmówili kupna prawowitego odkurzacza w sklepie z elektroniką, w związku z tym dzieci Wulkana musiały sklecić własny. Nigdy nie wiedziała, który przycisk odpowiada za sprzątanie, który jest odkurzaczem do liści, a który maszyną do lodów.
— Koniec na dzisiaj po sprzątaniu? — podsunęła Cherry. Sama nie była do końca zadowolona z tej propozycji, próbując zdusić w sobie uczucie, że naprawdę nic tego dnia nie zrobiły, a wręcz przeciwnie, tylko dołożyły sobie pracy. Kiedy jednak zawiesiła wzrok w szybie niewielkiego okienka magazynu, zauważyła, że słońce już prawie zaszło i powoli robiło się ciemno.
Arisu podążyła za nią wzrokiem i westchnęła.
— Tak. Tak, chyba tak.
— Jutro po porannym rozdaniu obowiązków możemy pójść do koloseum i podjąć drugą próbę. Zagadam dzieci Ceres, czy będą chciały nam pomóc.
Kiedy zaczęły odkurzać, idiotycznie łudziła się, że szybko im pójdzie. Źle. Bardzo źle. Głośny alarm nieprawidłowej odpowiedzi. Odkurzenie podłogi zajęło im kolejną godzinę, a nawet po wyłączeniu odkurzacza co chwilę znajdowały zagubione kupki brokatu ukryte w rogach, pod kartonami i pod proporcami. Cherry wróciła do baraku, popatrzyła na swoją nieskazitelnie białą pościel i resztkami sił powłóczyła nogami w stronę pryszniców. Rano na poduszce i tak znalazła pozostałości brokatu.

Następnego dnia dziwnie było widzieć Arisu niebłyszczącą. Miała (a w zasadzie to obie miały) podkrążone oczy z niewyspania. Cherry, z szacunku do siebie, nie nałożyła na twarz ani krztyny makijażu, obawiając się, że któryś z cieni okaże się brokatowy. Taki niecodzienny w jej wykonaniu image przynajmniej odstraszał wszystkich obozowiczów, którzy tego dnia planowali ją wkurzać.
Wchodząc na arenę, nagle poczuła, że koloseum jest dwa razy większe, niż je zapamiętała, a przecież widziała je już wielokrotnie w ciągu jej siedmioletniej męczarni na wzgórzach Oakland. Marne trzy pudła, które Atlas dostarczył — jakimś cudem — w jednym kawałku, nie pokryją w pełni pewnie nawet najbliższych toalet. Nawet jeśli więcej kartonów z dekoracjami przetrwało, Cherry nie miała zamiaru wracać do magazynu. Pomieszczenie za zamkniętymi drzwiami czekało na kolejnego naiwniaka, który wpadnie w jakąś pułapkę albo znajdzie pominięte resztki po brokacie.
Arisu kucnęła przy jednym z kartonów i odetchnęła z ulgą, kiedy okazało się, że zamknięty karton skutecznie uchronił dekoracje przed oberwaniem od brokatu. Materiały w środku były nieskazitelnie czyste… i cholernie różowe. Fuksja, magenta, amarant, barwy raczej kontrastujące z królewskim fioletem Obozu Jupiter. Cherry uklęknęła przy kolejnym pudle i zaczęła wyjmować różowe szarfy i papierowe serduszka.
— Dekoracje na walentynki? — zapytała retorycznie, ważąc w dłoni rekwizyt strzały Amora i pluszową atrapę dziecka w tetrowej pieluszce, za którą bóg pożądania miał pełne prawo się obrazić. — My w Obozie w ogóle obchodzimy walentynki?
Walentynki zawsze były raczej świętem na własną rękę. Okej, w kawiarni Bombilo w lutym zawsze można było kupić przesłodzone ciastka w kształcie serduszek, na rynku sprzedawali więcej kwiatów, a legioniści częściej podawali między sobą niezidentyfikowane liściki. Czasem zdarzało się, że ktoś otrzymywał zaproszenie na absurdalną walentynkową misję od któregoś z Erotes. Jako centurionka obserwowała zamieszania w relacjach między legionistami. Ale poza tym to był… dzień jak co dzień. Z pewnością nie taki, żeby gromadzić na niego specjalne dekoracje, bo centurionka dałaby sobie uciąć rękę, że nie organizowali nigdy żadnych walentynkowych imprez, do których takie materiały byłyby przydatne.
Wcześniej uparcie powtarzała sobie, że „nawet najobrzydliwsze dekoracje mogły stać się piękną aranżacją, jeśli ktoś miał odpowiedni gust estetyczny i kreatywność”. Teraz pomyślała, że walentynkowych dekoracji za nic w świecie nie dało się obronić. Mogły udawać, że nikt nie zorientuje się, jakie święto obchodzą we wrześniu, wmówić ludziom, że to także celebracja miłości, przygotować nowe dekoracje (co przeczyłoby ich pierwotnym założeniom) albo zostawić koloseum całkowicie łyse i uciec na Bahamy.


Arisu?
────
[1109 słów: Cherry otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Jedną z tych nielicznych pozytywnych cech, które dostawało się w wyniku tego, że akurat twój ludzki rodzic postanowił spiknąć się z bogiem, był niesamowicie krótki czas reakcji. Mózg Is potrafił nie sprawdzać się na naprawdę wielu płaszczyznach, ale za to potrafił bardzo szybko zareagować w sytuacji, która wymagała dobrego refleksu. Ktoś tam jej kiedyś w obozie tłumaczył, że to właśnie dlatego większość półbogów rodzi się z ADHD, ale w tamtej konkretnej chwili była zbyt zajęta podkładaniem śmierdzącej bomby pod krzesełko grupowej domku Afrodyty, więc niewiele z tego pamiętała. Zresztą, kogo obchodziły przyczyny; najważniejsze, że to działało.
— Wiecie co, ja kiedyś trenowałam akrobatykę… — wypaliła nagle, ze wzrokiem wlepionym we wciąż tlącą się, stopioną lampę. — Tak właściwie to do końca liceum. Dalej dobrze się ruszam. Powinnam doskoczyć — dokończyła, wskazując jedną z tras do gniazdka; wymagała ryzykownego przejścia nad dwiema kałużami.
Isobel oczywiście z akrobatyką miała do czynienia co najwyżej w telewizji. Chyba że można by do niej zaliczyć lawirowanie po barze z tacą, na której stało pięć piw (co wbrew pozorom wcale nie było takie łatwe). Pewnie od razu skoczyłaby, żeby wyjąć wtyczkę z gniazdka, ale jakoś nie chciała, żeby nowo poznane koleżanki oskarżyły ją o bycie na sterydach.
Przeniosła wzrok z biednej pieczarki na Kalinę, która wyglądała, jakby już liczyła w głowie, ile pieniędzy zaoszczędziłyby z Amandą, gdyby od razu kupiły tę głupią lampę za więcej niż półtora dolca.
— To się zaraz znowu zapali — rzuciła z niepokojem Amanda, cofając się jeszcze o krok.
Wszystkie trzy niemal przytulały się do blatu, żeby znaleźć się jak najdalej od strefy katastrofy. Is postanowiła, że skoro znajdowała się na miejscu zbrodni, to w pewnym sensie jest współwinna, więc pora się wziąć za naprawianie szkód.
— Dobra, to—
— Nie, nie, nie, to nie jest dobry pomysł — przerwała jej Kalina, szybko kręcąc głową. — Może damy radę to jakoś powycierać.
— Gorsze rzeczy się robiło — powiedziała jedynie Isobel, szczerząc zęby w uśmiechu.
Potem podeszła do krawędzi pierwszej, mokrej plamy i na moment zmrużyła oczy, oceniając odległość. Kuchnia wcale nie była duża, więc przecież bez problemu powinno jej się udać.
Pech chciał, że czubek jej buta trafił na wciąż rozwinięty, mokry ręcznik papierowy. Gumowa podeszwa była na tyle dobrym izolatorem, że najnieprzyjemniejszym tego elementem był odgłos chlupotania wody, ale za to się poślizgnęła. Odruchowo próbowała złapać się stołu, ale ostatecznie to może i lepiej, że jej się nie udało; nie wyglądał, jakby był na tyle solidny, żeby nie przewrócić się razem z nią. Is wylądowała więc tyłkiem na twardej, ale za to suchej podłodze. Skrzywiła się lekko. Teraz pewnie przez najbliższe kilka dni nie będzie w stanie wysiedzieć jak człowiek na wykładach.
— Chryste panie, żyjesz? — zapytała Kalina, która zaledwie chwilę później znalazła się obok. Udało jej się to zdecydowanie dużo zgrabniej. Is zmarszczyła brwi.
— Też trenujesz akrobatykę, co? — zapytała głupio, przyjmując rękę dziewczyny, która chciała pomóc jej wstać.
— Nie, skoki w dal.
— To ciekawe, bo wiesz co—
— Czy wy możecie kurwa odłączyć w końcu ten kabel z gniazdka? — przerwała im Amanda niecierpliwie, wciąż z nieufnością spoglądając na lampę, z której nadal unosiła się cienka strużka dymu.
Is zamrugała.
— A, tak — bąknęła.
Kucnęła i wyciągnęła rękę w kierunku ściany. Na pewno nie zamierzała znowu skakać. Na szczęście ta odległość była zdecydowanie mniejsza. Zatrzymała się, zanim złapała za wtyczkę.
— Jeśli kopnie mnie prąd i się przekręcę, to zażądajcie w moim imieniu, żeby napisali mi na nagrobku „to wcale nie jest tak, że elektryka prąd nie tyka” — powiedziała tylko, a potem pociągnęła kabel.
Wtyczka wyskoczyła z gniazdka wraz z paroma iskrami i pewnie gdyby izolacja kabla była w którymś fragmencie nieszczelna, to Isobel skończyłaby w konwulsjach na podłodze, ale na szczęście jego wykonanie było zdecydowanie lepsze, niż samej lampy, więc kabel spokojnie dyndał w jej dłoni. Wstała, na wszelki wypadek trzymając winowajcę w pewnej odległości.
— Po krzyku. Myślicie, że można już ją całkiem zgasić? — zapytała, zerkając na lampę.
Kalina pokręciła głową.
— Lepiej chwilę poczekajmy. Nie stać mnie na to, żeby to mieszkanie poszło z dymem.
— Nigdy więcej elektroniki z drugiej ręki — mruknęła pod nosem Amanda, ostrożnie przechodząc nad małą kałużą w progu kuchni. Musiała jakoś przetransportować tu mopa z łazienki.
Is zerknęła najpierw na zwisający z jej dłoni kabel, a potem na Kalinę.
— No, ale przynajmniej teraz już wiem, że nigdy w życiu nie spojrzę na lampę w kształcie grzyba — powiedziała, zdmuchując sobie grzywkę z oczu.


Kalina?
────
[712 słów: Isobel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Nie po to zbierałem je cały ranek, żeby teraz dać im- Ej! Zostaw to!
Weronika obserwowała z boku, jak Mikołaj, mocno trzymając rączkę koszyka, siłuje się z rozbawioną najadą. Walczył dzielnie i zawzięcie, ale kiedy już wydawało mu się, że zwyciężył, wodna nimfa zawołała koleżankę. Chłopak chlusnął w wodę, a pływające truskawki otoczyły go wesoło. On, gdy wstał, taki wesoły już nie był. Dziewczyna wybuchnęła śmiechem.
— Kurwa… mać — przeklął po polsku, odkasłując wodę między słowami.
— Twoja wina — wzruszyła ramionami. — Tak to jest, jak człowiek zajmuje się głupotami, kiedy świat się wali.
Mikołaj przerwał wykręcanie wody z koszulki i westchnął z irytacją.
— Twoja stara się wali — prychnął.
— Nie obrażaj bogini Ateny, z łaski swojej — założyła ręce na piersi. — Nie masz prawa tak mó-
— Z łaski swojej, zamknij w końcu mordę — przerwał jej. Weronika mimowolnie posłuchała polecenia i spojrzała na niego, zaskoczona nagłym przypływem agresji.
Mikołaj trzymał koszulkę u dołu, próbując ograniczyć powierzchnię, którą mokry materiał dotykał jego ciała. Bogowie — myślał — jeśli chcecie wysłać mnie do piekła, niech chociaż będzie suche. Mokra szmata nieprzyjemnie kleiła się do jego klatki piersiowej i pleców sprawiając, że nie tylko było mu zimno, ale też czuł się okropnie nieprzyjemnie. Z każdą kolejną sekundą irytacja wzrastała w nim coraz bardziej, a komentarze Weroniki zdecydowanie nie poprawiały sytuacji. Jakby tego było mało, niepokoił go ciągle podnoszący się poziom wody. Przed chwilą ocean ledwo dotykał jego kolan, a obecnie sięgał połowy ud.
— Przepraszam, ja… — odezwał się chwilę później, gdy trochę ochłonął.
Nie zdążył dokończyć. Kolejna fala, większa niż poprzednie, ochlapała ich z góry do dołu. Weronika, której do tej pory udało się pozostać względnie suchą, teraz również ociekała wodą. Z jej ust wydobyło się kilka przekleństw, tym razem rosyjskich. Woda sięgała im do pasa.
— Wracając do twojej matki — odważył się Mikołaj, unikając jej spojrzenia.
— Nie — urwała.
— Na pewno nie macie jakiejś zasady, w której pisze, że dzieci Ateny nie mogą zbliżać się do oceanów?
— Jest napisane — poprawiła. — Nie.
— To dlaczego, na bogów, tylko twoi toną?!
Weronika przerażona spojrzała w stronę zbiornika, zapominając o chęci odpyskowania. Gdzieś w oddali wypatrzyła dwójkę jej rodzeństwa, zanurzonych po szyję w wodzie. Przeklęła zdenerwowana. Po chwili przeklęli oboje, widząc jak Maur spada z hippokampa.
— Cholera jasna…
— Myślę, że jako grupowa, do tego świetna pływaczka, powinnaś ich uratować — Mikołaj na wszelki wypadek cofnął się o kilka kroków, wychodząc z pola rażenia Weroniki.
— Są mądrzy, poradzą sobie — odparła bez przekonania.
— Tchórz.
— Nie, mój drogi, Dostojewski pisał, że tchórzem jest ten, kto ucieka. A ja nie uciekam.
— Nie, ty stoisz. Jak tyka przy pomidorze.
— Przynajmniej nie truskawkach.
— A propo truskawek, patrz tam — Mikołaj ze śmiechem wskazał miejsce, w którym dwa hippokampy oraz Sony przerzucały między sobą owoc, niczym piłkę. — Chyba się polubili.
— Obraz nędzy i rozpaczy — podsumowała zrezygnowanym tonem. — Jedni się bawią, drudzy walczą o życie.
— To prawie jak w twoich książkach — zauważył Mikołaj.
Po chwili stali się naocznymi świadkami przestępstwa. Do wesołej gromadki podpłynęła jedna z najad. Hippokampy, zadowolone z nowego towarzysza zabawy, zaprosiły ją do kółeczka. kiedy jednak truskawka trafiła w ręce nimfy, ta z uśmiechem na twarzy odrzuciła ją daleko, kilkanaście metrów wgłąb oceanu. Następnie, jakby nigdy nic, podpłynęła do jednego z obozowiczów (o dziwo, tym razem nie dziecka Ateny) i wciągnęła go pod wodę.
Mikołaj i Weronika spojrzeli po sobie z przerażeniem. Całą uwagę skupili na biednym herosie, próbującym wyrwać się z mokrych objęć najady. Zignorowali też ostrzegawcze krzyki Sony. Szukające nowego zajęcia hippokampy płynęły w ich stronę.
Nagle poczuli, że coś ich unosi, a sekundę później w szybkim tempie oddalali się od miłego, suchego brzegu. Wodne koniki urządziły sobie wyścig do bliżej nieokreślonego celu, a przerażeni nastolatkowie na ich grzbietach mocno trzymali się szyi zwierząt. Mikołaj modlił się w duchu do wszystkich bogów świata, nie ważne, czy w nich wierzył, aby nagle nie wpadły na pomysł popisywania się nurkowaniem lub skakaniem salt.


Weronika?
────
[630 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]