poniedziałek, 2 lutego 2026

Od Setha CD Erin — „Dumb ways to die”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Nastolatek nie wiedział w sumie czemu zdecydował się pomóc Erin z łucznictwem. Dosłownie ręce opadały, gdy obserwował jej nieudane próby trafienia w tarcze. Zastanawiało go jakim cudem dziewczyna przeżyła taki szmat czasu, nie umiejąc się nawet posługiwać własną bronią. Ciężko westchnął, gdy półbogini zbierała strzały do kołczanu. Zdecydowanie nie ma talentu do wybierania sobie znajomych, jak nie Neil lub Misty to Erin. Chociaż dobra, potomkini Hekate po prostu była kiepska w łucznictwie, a wcześniej wymieniona dwójka to po prostu chodząca definicja patologii i wszystkiego, co nielegalne. Wychodząc ze zbrojowni natrafili na driadę, choć bardziej, by pasowało określenie, że Bryne o mało, co na nią nie wpadła — przynajmniej on pozostał czujny, ostrzegając młodszą. Później jakoś się wszystko potoczyło tak, że Seth finalnie wylądował na drzewie, odbierając po kolei pisklęcia od Erin, która z pomocą mocy unosiła je ostrożnie na wysokość, gdzie obecnie przebywał.
— Oopsie, chyba mamy problem — oznajmił wskazując na niebo, gdzie majaczyła sylwetka zapewne matki piskląt.
— Prędzej ty masz problem, złaź stamtąd! — Erin krzyknęła, lecz rudowłosy już był w drodze na ziemię, choć tym razem robił to znacznie szybciej niż wcześniej.
— Uwaga! — Jego głos rozbrzmiał sekundę przed tym, jak twardo wylądował na ziemi.
— Miałeś nie spadać — Erin z założonymi rękami popatrzyła na niego z góry.
— Skoczyłem, nie spadłem.
Dziewczyna pomogła mu podnieść się z ziemi, prawie sama lądując przy tym na leśnej ściółce.
— Dziękuję! — Oboje odwrócili się w stronę głosu driady, która machała im zza krzaka, po czym zniknęła w cieniu drzew.
— Chodźmy już stąd. Ciemno się robi — zaproponowała Erin, rozświetlając w dłoni niewielki płomień.
— Cii — Seth przyłożył palec do ust. — Słyszałaś to?
— Nic nie słyszę. Omamy słuchowe masz czy co- — Nie zdążyła dokończyć, gdyż starszy przyłożył jej dłoń do ust. Dziewczyna nieco niezadowolona zmierzyła go wzrokiem, lecz ten nie zwracał na to uwagi, gdyż był pochłonięty nasłuchiwaniem kolejnych szelestów w zaroślach.
— Czyżby ta driada wróciła? — podsunęła niebieskowłosa, zabierając dłoń ze swojej twarzy.
— To brzmi na coś większego niż driada — zauważył. Z każdym uderzeniem serca złowrogie dźwięki przybierały na sile, informując ich o zbliżającym się zagrożeniu w ich stronę. Fox zaczął żałować, że musiał być synem Eris, gdyż jego moc nie opierała się na żadnych umiejętnościach bojowych. Nawet Erin miała się w tej sytuacji lepiej dzięki zaklęciom. Jemu pozostawała walka bronią lub pięści, a skoro tego pierwszego także nie miał to musiał polegać na tym, czego nauczył się przez parę lat treningów samoobrony.
Jego rozmyślania na temat swojego dość chujowego położenia, przerwało nagłe pojawienie się przed nim ogara piekielnego. Od razu rozpoznał znajome czerwone ślepia River. Już nawet nie pamiętał, kiedy ostatnim razem ją widział — ta wolała się trzymać z dala od części obozu, gdzie przebywało więcej półbogów. W końcu widok piekielnego ogara raczej nie jest niczym codziennym, a Seth dawał jej wolną rękę, nie trzymając na siłę przy sobie.
— Zawału kiedyś dostanę przez ciebie — oznajmił do wiernej towarzyszki, która jedynie podeszła bliżej na pieszczoty. Ta robiła niemałe wrażenie przez posiadany ponad metr wzrostu w kłębie, więc głowę miała niewiele niżej niż ta chłopaka.
— To piekielny ogar…
— Owszem, ale z reguły nie gryzie — zażartował, poświęcając nieco uwagi River. — A więc, Erin to jest River, River Erin.
— Ona jest twoja? — wydukała.
— Tak, po pierwszym pobyciu letnim tutaj dostałem ją jako szczeniak — wyjaśnił, wdychając zapach siarki i dymu, który charakteryzował takżego ogara. — Jak chcesz to możesz ją pogłaskać. Przyjaciół się nie gryzie, prawda River? — W odpowiedził ogarzyca jedynie skierowała swoje czerwone oczy na potomkinie Hekate.


Erin?
────
[564 słów: Seth otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Czyjeś kroki wybudziły Erin z płytkiej drzemki, w którą zapadła po śniadaniu. Zarejestrowała wzrokiem wychodzącą z domku bez słowa Rose, a po chwili znów zasnęła.
Siedziała za kierownicą jakiegoś starego samochodu, któremu groziło odpadnięcie wszystkich kół, jednak uparcie prowadziła dalej, usiłując dogonić wielkiego psa cuchnącego środkiem do mycia kibli. Zza wybitej szyby widać było różowe drzewa, rosnące na różowej trawie, rosnącej wzdłuż różowej, żwirowej drogi, po której toczył się samochód…
Nie wiedziała, ile czasu później obudziło ją skrzypnięcie i głośny trzask drzwi.
— Rose? — zawołała ochrypniętym jeszcze ze snu głosem, chcąc upewnić się, że to siostra wróciła. Dokądkolwiek poszła. Odpowiedział jej jednak inny głos, nie obcy, ale zaskoczyło ją, że go słyszy. Chociaż chyba nie powinno. Kurwa, czy oni znają koncept pukania do drzwi??? Nie potrafiła powstrzymać się od komentarza na ten temat. Od razu pożałowała niemiłego tonu, jakim przywitała grupowego Hermesa. No nic, może się nie obrazi. Niketas rozkładając się na kanapie, zaczął wyjaśniać jej powód najścia. Tak, pamiętam ten biznes narkotykowy… Kurwa, co? Energetykowy… Procesowała w myślach słowa chłopaka, jednocześnie patrząc na swoje absolutnie rozczochrane odbicie w niewielkim lusterku wiszącym na ścianie, pomiędzy wszystkimi innymi przedmiotami i półkami. Gdy Hermesiak skończył mówić, pokiwała powoli głową, przetwarzając propozycję partnerstwa. Plusy? Może przestanie jej się nudzić i na coś się przyda. Minusy? Poza oczywistym — kłopotami i potencjalnym oszustwem, chyba żadne. Ale propozycja brzmiała kusząco, chociaż dziewczyna sama nie wiedziała dlaczego. Co będzie, to będzie, pomyślała. Przeniosła spojrzenie z przypadkowego punktu na ścianie na Niketasa i odwzajemniła jego nieustanny uśmiech. Chłopak musiał wziąć to za zgodę, bo uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Bomba! — odezwał się, automatycznie sięgając ręką do włosów. Erin oparła się o pusty kawałek ściany, czekając, aż grupowy zacznie kolejny dłuższy wywód. — No to słuchaj. Twoja matka to bogini magii, więc założyłem, że umiesz w magię. Bo takie zwykłe napoje to nudy, z odrobiną nieprzewidywalnej magii wszystko jest lepsze — potrząsnął głową, jeszcze bardziej rozwalając włosy, by zaraz znowu je poprawić. — Chociaż nie musimy ograniczać się tylko do energetyków… Można wyprodukować mikstury wszystkich smaków, każda mająca inny skutek… Albo jakieś inne przedmioty przepowiadające przyszłość, czy czym tam zajmują się wiedźmy. Ja odpowiadam za sprzedaż i marketing, ty za produkcję. Dalej w to wchodzisz, co nie? — upewnił się tonem nieznoszącym sprzeciwu.
— No, wchodzę. Ej, ale ty nie założyłeś, że ja umiem produkować energetyki, prawda? — szczerze mówiąc, nie miała pojęcia o produkcji czegokolwiek. Owszem, umiała robić mikstury, ale nikt nigdy żadnego z jej wytworów nie wypił, a tym nie za opłatą.
— Trudno, nauczysz się — chłopak machnął ręką. — W razie czego skombinuję jakiegoś królika doświadczalnego — Erin parsknęła krótkim śmiechem. — To jest cyrograf, znaczy umowa, taka biznesowa umowa, którą musisz podpisać tak dla zasady — Niketas kontynuował, wyjmując z kieszeni jeansowej kurtki złożony kawałek papieru. Dziewczyna sięgnęła po kartkę i rozłożyła ją. Rozbawił ją widok kilku kolumn tekstu zapisanych wypisującym się, granatowym długopisem tak niewyraźnie, że nie próbowała doszukiwać się znaczenia tych słów. Dzieciak Hermesa w końcu brał biznes na poważnie, więc pewnie nie było tam napisane "oświadczam, iż zgadzam się do końca życia biegać po Obozie z gołą dupą", prawda? Erin udało się rozczytać pojedyncze słowa i żadnym z nich nie było "dupa". — Nie mam długopisu, wypisał się — dodał z wyprzedzeniem.
— Zauważyłam — Erin prześledziła wzrokiem pomieszczenie, próbując odgadnąć, gdzie trzymają długopisy. Podeszła do szafki, na której ktoś z jej rodzeństwa zostawił fioletowy, żelowy cienkopis z brokatem i wpisała swoje imię w krzywy prostokąt w rogu papieru.
— Czekaj, jeszcze data urodzenia, numer dowodu, imiona rodziców, rodowód kota… — Erin popatrzyła na Niketasa przerażonym wzrokiem. — Nie no, żartuję — chłopak wstał z kanapy i z powrotem wsadził zmiętą kartkę do tej samej kieszeni. — No to mamy deal, zaczynamy jutro! — ruszył do drzwi i entuzjastycznym krokiem opuścił budynek.
Córka Hekate przed chwilę wpatrywała się w drzwi, kwestionując wszystkie swoje życiowe decyzje. Po kilku minutach próg przekroczyła Rose.
— Coś nie tak? — zapytała zmieszana przybyła.
— Nie, wszystko w porządku — Erin odpowiedziała siostrze, uśmiechając się pod nosem.


Niketas?
────
[643 słów: Erin otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 27 stycznia 2026

Od Niketasa do Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Nowe lato, nowy Niketas. Albo: nowe lato, nowa banda gówniarzy, która plącze mu się pod nogami i próbuje przeszkodzić w utrudnionym przez nawał obowiązków istnieniu. Już zdążył przyłapać młodociany gang swojego rodzeństwa, buntowniczą latorośl w domku jedenastym, która próbowała podwędzić coś z jego PRYWATNYCH rzeczy (podczas gdy on nadzorował trening, biegając pomiędzy walczącymi i opowiadając im żarty o homoseksualnych wynalazcach gier komputerowych, tak długo, aż przez nieuwagę nie dostaną po żebrach). Gdy, bardzo podekscytowane swoim wyskokiem, jedenastolatki już prawie położyły swoje lepkie łapy na nieodpieczętowanej talii kard, jak spod ziemi pod stopami wyrósł im grupowy. Niemal tak, jakby na karku zainstalowany miał alarm przeciwkradzieżowy, i gdy ktoś tylko spróbuje zabrać cokolwiek, co należy do niego, kręgosłup wybucha mu znośnym, ale dokuczliwym bólem i dodatkowo nawiguje go do miejsca kradzieży. Małe oczka niskich pseudozłodziei wpatrują się w bezkresną czerń szkieł okularów przeciwsłonecznych, gdy grupowy pochyla się nad nimi jak ojciec, który wraca w piątkowy wieczór do domu, a mama „mu powiedziała”.
Ze wszystkich kar, jakie można otrzymać w Obozie Herosów, każda wydaje się Niketasowi zbyt lekka (najchętniej wrzuciłby dzieciaki do jeziora i sprawdził, które potrafi pływać). Pod okularami drga mu powieka i zdaje sobie z tego sprawę tylko Ulfert, który bardzo chaotycznie próbuje załagodzić sytuację, rzucając frazesami typu: „To tylko dzieci” i „Nie wiedziały, że akurat te karty są dla ciebie w jakiś bardzo specyficzny sposób ważne” oraz „Daj spokój, przecież widać, że już nigdy nie zrobią czegoś takiego, haha”.
– Ulf. – Po zbyt długiej mowie wściekłego rodzica, która jest niewarta zapisywania, Niketas wreszcie zamiast do dzieciaków zwraca się do swojego brata (nazywanego również „pomocnikiem”, „zastępcą wielebnego grupowego” oraz „ej, zrób to”). – Zaprowadzisz ich gdzieś, gdzie jest jakaś długa ściana. – Teraz Ulfert spodziewa się co najmniej polecenia rozstrzelania jedenastolatków. – I każesz robić im przysiady. Nie takie zwykłe. Opierasz się o ścianę plecami, nogi uginasz w kolanach, rozumiesz? – Chłopiec niepewnie kiwa głową. – Ten, który wytrzyma najdłużej – zwraca się z powrotem do dzieciaków, które już dawno przestały słuchać jego wyrzutów – nie będzie musiał, dajmy na to, wypastować tej podłogi. – Ostentacyjnym gestem wskazuje na panele w domku, do których, żeby je wypastować, trzeba byłoby się najpierw dostać, a tego zadania już dawno nikt się nie podjął. – Ulf, ty ich będziesz pilnować. Jeżeli poddadzą się za szybko i dadzą wygrać jednemu, to oprócz tej podłogi, każ im odkurzyć lampę i zeskrobać wszystkie gumy do żucia z framugi tamtego łóżka.
– Tam są jakieś…
– Tak – odpowiada Niketas tonem, który aż krzyczy, że Ulf nie chce wiedzieć, ile dokładnie jest tam gum.
Grupowy wychodzi z domku ze świadomością swojej porażki jako człowieka, którego mają bać się wszyscy w Obozie. Albo nie tyle ze świadomością porażki na całej linii podczas prowadzonej przez samego siebie wojny ze światem (albo raczej przeprowadzania ciągłych akcji dywersyjnych), ale akurat na szczeblu wychowywania najmłodszych, którzy jeszcze nie wiedzą, gdzie dokładnie się znaleźli i jak źle będzie im podpaść grupowym, których traktują jak jeszcze gorszych przewodniczących klasy. Dzisiejsza młodzież robi się coraz bardziej pewna siebie, podczas gdy Niketas, zarobiony bardziej niż przez ostatnie parę lat (głupie potwory, głupie wzmożone środki ostrożności), nie ma nawet czasu rano ułożyć włosów i umyć twarzy, a co dopiero zająć się tym, co lubi najbardziej — niszczeniem czyichś żyć, ale głównie to zatruwaniem pozornego szczęścia Ulferta oraz handlem nielegalnymi substancjami i przedmiotami.
Odgarnia rozproszone kosmyki z czoła, przemierzając krzywe drogi Obozu i przepychając się pomiędzy spoconymi nastolatkami. Przy okazji, mijając radosne i bose dziecko Apolla, rzuca z miłym uśmieszkiem, że jeden z nowych rekrutów domku jedenastego bardzo, naprawdę bardzo, chce posłuchać o sposobie zakładania strun w gitarze, pod każdym technicznym i metaforycznym względem. Ogólnie chciałby być gitarzystą. I właśnie znajduje się pod jakąś długą ścianą, razem ze znajomymi odgrywając performens siedzenia na niewidzialnych krzesłach. Dzieciak cieszy się niemiłosiernie, bo w całym Obozie słynie z możliwości wyrzucania z siebie nieprzerwanego potoku słów przez co najmniej parę godzin, gdzięki czemu przyda się jako irytujący dodatek do kary złodziejaszków.
Niketas na szybko poprawia zmiętą koszulkę, zanim bez pukania wchodzi do domku dwudziestego. Spotyka znany mu już układ mebli, choć pozbawiony paru istotnych rzeczy, które zapamiętał z ostatnich wizyt. Gdzieś zniknęła kolekcja kapeluszy z ogromnymi rondami, fioletowy młynek do kawy w zestawie z równie fioletową kawiarką i nigdzie w zasięgu wzroku nie ma żadnej charakterystycznej, zdobionej skrzyneczki, w której przechowywali swoje zyski.
Ostatnie fiolki z Boskim Fullem™ (a.k.a. Strawberry Punchem™) Niketas zostawił sobie właśnie na początek lata, ale półboski energetyk kończył się szybciej, niż przewidział. Od ostatniego, smutnego rozliczenia z Violet, która porzuciła ich biznes na rzecz podrywania lesbijek w Nowym Jorku, minęło już ładne parę miesięcy, a w tym czasie kieszenie chłopaka zdążyły stać się tak puste, jak miejsce w jego sercu, gdzie powinny znajdować się wyrzuty sumienia.
– Rose? – woła ktoś z głębi domku, zaraz po tym, jak Hermesiak przekracza próg.
– Niestety nie, paniusiu – odpowiada Niketas z uśmiechem przyklejonym do twarzy.
– ??? – jedna z pozostałych córek Hekate, jeśli grupowy się nie myli, Erin lub jakaś inna Emmeranne, wpatruje się w niego z zaskoczonym gniewem. – Pukać nie potrafisz?
Zanim dziewczynie udaje się go zatrzymać, Niketas starym zwyczajem zajmuje sobą prawie całą kanapę i chwyta najbliższy wyrób książkopodobny, który wpada mu w dłonie. Przeczesuje włosy palcami i poprawia okulary, nic nie robiąc sobie z niezbyt przyjaznego powitania.
– Przyszedłem w sprawie interesów – informuje ją w taki sposób, jakby się z nią witał. Chyba w całym swoim życiu nie powiedział niczego normalniejszego (przynajmniej dla niego robienie interesów równa się z codziennością). – Kojarzysz Violet, nie? Twoja urocza siostrzyczka. No, więc mieliśmy układ. Korzystny dla obu stron, ogólnie dla całego Obozu i takie tam, rozumiesz. Ale ona się zmyła, więc, co raczej jest już oczywiste, szukam nowego partnera. Lub partnerki – tłumaczy pobieżnie, a podczas tych paru zdań poprawia sobie fryzurę jakieś pięć razy i ani na moment nie przestaje się uśmiechać.
Niketas, będąc zupełnie szczerym, nie przygotował się na wypadek, w którym Erin mu z marszu odmawia, każe mu się wynosić i nigdy więcej nie pokazywać się jej nie oczy. Swoją porażkę w planach rozpisywanych w notatnikach traktował co najwyżej pobieżnie, o ile w ogóle dopuszczał jej zajście. Tym razem jest podobnie — jeśli nie wygra jego krętactwo i miły uśmiech, dopiski do swojej mapy myśli naskrobie późną nocą, i przy słabym świetle latarki poświęci na to swoje cenne godziny snu, byle tylko sprawdzić, czy Aresiaki wciąż są tak impulsywne, jak tydzień temu, a dzieciaki Afrodyty nadal lubią dostawać listy od anonimowych obozowiczów, z których potem wyciągają najohydniejsze plotki do rozsiania po całym Long Island.
Przypomina sobie, że wciąż musi się odwdzięczyć tamtej lasce od Aresa. Postanawia uwzględnić to w jednym ze swoich najnowszych przedsięwzięć, a część obowiązków grupowego oddać Ulfowi. Wciąż nie do końca potrafi pojąć, skąd Arnar miał tyle czasu na romansowanie z jakimiś alkoholikami (powód jest prosty: najzwyczajniej w świecie zaniedbywał obowiązki grupowego albo udawał, że ich nie ma i w najlepsze grał z innymi w bingo po nocach, na co Niketas nigdy się nie zdobędzie, bo ma zbyt sztywny kodeks moralny oraz ogromne poczucie odpowiedzialności za swoich podwładnych/pracowników).


Erin?
────
[1152 słów: Niketas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Od Raine do Ishy — „Bonding moment na stacji benzynowej”

Raine z uśmiechem godnym pracownika miesiąca tłumaczy piętnastej osobie tego dnia, która pyta go, gdzie podziało się słońce, czemu jest taka niska temperatura i gdzie jechać, żeby znaleźć piękne, nagrzane słońcem plaże. W międzyczasie robiąc kolejnego hotdoga z większą ilością sosu niż parówki, Raine opowiada im o klimatycznym fenomenie San Francisco i zapewnia, że co roku wszyscy się mylą. Klienci nie wydają się zadowoleni, a co po niektórzy zaczynają grozić, że zgłoszą go do kierownika. Ich pomysł nie jest najmądrzejszy nie tylko dlatego, że Raine z chęcią spróbowałoby znaleźć inną pracę, ale też on nie przypomina sobie najmniejszej wzmianki o tym, że w jego kompetencje zalicza się kontrola pogody, a tej mocy, jako biedne dziecko Asklepiosa, niestety nie może tak po prostu posiąść.
Wykłócający się klienci przestają wreszcie wykłócać się z Raine, a zaczynają bardzo głośno narzekać między sobą, pewnie próbując zaplanować zorganizowany zamach na tego głupiego ekspedienta, który nawet nie zapamiętał, jaki sos zamówili (co nie mogło się wydarzyć w ich najśmielszych snach).
Raine już przygotowuje najszczerszy uśmiech, na jaki jest w stanie się zdobyć w tej sytuacji (zazwyczaj nie ma to najmniejszego znaczenia, bo jest dobry w uśmiechaniu się) i wita kolejną osobę na stacji bardzo pogodnym „dzień dobry”, w ogóle nie podobnym do tego, co naprawdę chciałby powiedzieć (czyli bardzo uprzejme, ale stanowcze, wyproszenie wcinających hotdogi awanturników).
Przez głośne rozmowy, których Raine, pogoda i przeklęte San Francisco są głównym tematem, heros nie może dosłyszeć, o co tak właściwie prosi go kobieta, która z niekoniecznie miłym wyrazem twarzy rzuca znaczące spojrzenia w stronę grupki zjadaczy hotdogów. Wreszcie, bo chyba kolejne „co?” Raine przeważa szalę, rzuca do nich:
– Może byście się ogarnęli?
Ich rozmowa przycicha, ale nie milknie całkowicie. Wrogość klientów z Raine przenosi się na kobietę, która ponownie odwraca się do ekspedienta i z politowaniem kręci głową.
– Za stanowisko numer dwa – mówi, tonem już nie tak oschłym, jaki udało się Raine usłyszeć tuż przed chwilą. – Nie zazdroszczę ci pracy tutaj – dodaje, może tylko po to, żeby to powiedzieć albo na szybko dodać Raine jakiejś otuchy w tej parszywej sytuacji, ale on, jak to on, dostrzega w tym zwykłe zaproszenie do dalszej rozmowy.
– Zazwyczaj nie jest tak źle – rozpoczyna z uśmiechem, ale klienta tylko uśmiecha się w taki sposób, w jaki uśmiechają się osoby, które przejrzały już twoją fasadę i wiedzą, jak jest naprawdę. – W sezonie letnim nagle wszyscy pytają, gdzie jest słońce i bardzo szybko denerwują się, gdy odpowiadam, że pogoda wynika z prostych czynników astronomicznych, co w żadnym razie nie jest moją specjalnością. A wiesz, jak nie ma ruchu, to mam schowany pod ladą atlas grzybów – mówi to tak, jakby było to największe przestępstwo, jakie popełnił w całym swoim życiu (prawdopodobnie kradzież jakiejś grzybni była czymś poważniejszym, ale zrobił to dla dobrej sprawy i swoich badań). – No, ale. To będzie…
Kobieta już wyciąga portfel, ale grupka napakowanych miłośników hotdogów naprawdę wzięła sobie do serca to, że ona śmiała zwrócić im uwagę na ich głośne zachowanie. Wpychają resztę parówek do ust i, nie zwracając uwagi na to, że właśnie przeszkadzają jej w prostym procesie płatności, jeden z nich próbuje wyrwać jej portfel z ręki. Pewnie nie spodziewa się, że kobiety mogą mieć choć trochę siły w dłoniach, bo nie może powstrzymać zaskoczonego stęknięcia, gdy pieniądze magicznie nie znajdują się w jego dłoni.
– Proszę pana – szybko i głośno odzywa się Raine, chcąc zdążyć, zanim ktokolwiek inny zacznie krzyczeć – za próbę kradzieży złapaną na kamerach będę musiał zgłosić pana stróżom… – Przerywa na moment i szybko mruga, bo z jakiegoś powodu głowa faceta nagle przypomina mu coś w rodzaju główki porcelanowej lalki.
– NIC MNIE NIE OB… znaczy. Przepraszam, dziękuję, ale obejdzie się bez tego – odpowiada facet, a jego koledzy patrzą na niego zdziwieni. Raine przygląda im się dokładnie, ale akurat w ich wyglądzie nie dostrzega większych anomalii. Wydaję się tak samo zdziwnieni faktem, że ich kolega postanowił tuż przed obiektywem kamery wyrywać komuś portfel, jak i tym, że kulturalnie przeprosił ekspedienta grożącego mu wezwaniem policji.
– Puszczaj, spocony baleronie – warczy kobieta i próbuje wyrwać swoją własność z ogromnych palców faceta, który mamrocze pod nosem „Przepraszam, dziękuję za propozycję, ale nie puszczę, przepraszam”. Wtedy coś klika we wciąż przesiąkniętym wiedzą wpychaną mu do glowy w Obozie Raine i gdy troszkę bardziej mruży oczy, dostrzega, że facet rzeczywiście nie ma twarzy tam, gdzie powinien mieć każdy człowiek. Jego oczy wyzierają spomiędzy dekoldu za bardzo rozpiętej koszuli i zanim Raine zdąży uznać, że to jest ekstremalnie obrzydliwe, działa jego pamięć motoryczna.
– Ee, to ja się nim zajmę! – woła niepewnie i przeskakuje przez ladę, prawie przewracając przy tym zarówno kobietę, jak i jej oprawcę. Ledwo znajduje miejsce na stopy, a jeszcze mniej miejsca ma na przemienienie swojego naszyjnika w kształcie słońca na gladius (oraz nieprzebicie nim kogokolwiek w pobliżu). – Jak już to się ogarnie, to pójdziemy sobie na jakąś grzybową, spoko? – rzuca do nieznajomej, która zdaje się nie być aż tak zaskoczona nagłym wyciągnięciem przez Raine miecza. Bardziej od niej przerażeni są faceci, którym nagle nie przeszkadza brak słońca i zmywają się ze stacji w mgnieniu oka.
– Przepraszam, a ten miecz, to możesz schować, proszę?


Isha?
────
[839 słów: Raine otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 25 stycznia 2026

Od Kuźmy do Philip — „Hobby horsing to nie sport zespołowy”

Barak, z niewyjaśnionego powodu, wydaje się dziwnie zamglony, gdy tylko otwiera oczy. „Wina niewyspania” – myśli, przecierając powieki. Mgła nie znika, więc pewnie jest bardzo niewyspana i…
To zdecydowanie nie jest pikanie czyjegoś budzika?
Jak nagle porażona prądem, zrywa się z łóżka i próbuje dostrzec coś przez zasłonę dymną, która pełznie po całym baraku. Ktoś łapie ją za rękę i siłą wyciąga z łóżka, krzycząc coś o nuggetsach, kimś imieniem „Dick” i głupich pomysłach niedorosłych chłopców. Dopiero gdy udaje im się wydostać z zadymionego baraku, Kuźma rozpoznaje Lexi, z którą w ciągu całego swojego obozowego życia miała tyle wspólnego, że jedynym, co o niej wie, jest jej ciche parskanie przez sen dochodzące z łóżka nad Kuźmą i które aż za bardzo przeszkadza jej w zaśnięciu, dopóki po paru minutach nie ucichnie (rozlegnie się znowu po paru godzinach). Dziewczyna zbyt długo nie pozostaje przy koleżance, tylko posyła jej nieszczery uśmiech (przynajmniej tak odbiera go córka Pavora) i mówi coś o swoim koledze, który śpi w tym bardziej zadymionym baraku. Kuźma, wciąż niedobudzona, marszczy brwi i chyba dodatkowo straszy tym starszą o parę lat koleżankę. Albo ona po prostu lubi wszędzie bardzo szybko biegać.
Zanim dziewczynka orientuje się w sytuacji, na parę sekund przejmuje się tym, że podczas nagłego biegu spodnie prawie zsunęły się jej z bioder, włosy przybrały postać napuszonego hełmu, a jej służąca za piżamę koszulka spada jej z ramienia (warto dodać, że to koszulka ze szpetnym nadrukiem Bonny'ego z FNAFA, kupiona dla niej przez jakiegoś wujka, który nie wie, co to FNAF i zdecydowanie nie jest w stanie rozróżnić podróbki od prawdziwego merchu). Doprowadza się do znośnego porządku, podobnie jak cała reszta lokatorów jej baraku, którzy stoją na brukowanej ulicy w samych skarpetkach albo, jeśli nie są psychopatami, bez skarpetek. Odzywa się też parę głosów nieśmiało pytających, co się stało, ale Kuźma chyba wie, co. Inni też powinni wiedzieć. Pewnie teraz, gdy pozostała część piątej kohorty wietrzy dwa ze swoich baraków, Ricky tłumaczy się, jakie połączenie których związków chemicznych doprowadziło do tak potężnego wybuchu, że przed piątą rano dym ogarnął AŻ DWA baraki. Pewnie jest z tego osiągnięcia niezwykle dumny.
Kuźma chciałaby mieć czas, żeby zapytać tego idiotę, co mu strzeliło do głowy ORAZ pożalić mu się, że przez niego nie udało jej się znaleźć szczotki na czas (wywietrzywszy barak, legioniści z piątej kohorty mieli zaskakująco mało czasu na zebranie się do kupy), więc cały dzień dziewczynka musi spędzić w awaryjnym, niskim kucyku, którego rozplątanie po calym dniu roboty przyprawi ją o wyrwanie sobie co najmniej kilkuset skołtunionych włosów. Grzywka też nie chce układać jej się w jakkolwiek znośny sposób i ciągle czuje, że na środku głowy samoistnie tworzy jej się przedziałek (a grzywkę właśnie ma po to, żeby nie mieć przedziałka, więc cała jej fryzura przestaje mieć sens). Na śniadaniu stawia się niezwykle naburmuszona, a gdy jeszcze słyszy, że dzisiaj przypada jej mycie stajni, ma ochotę zacząć wrzeszczeć, rzucać talerzami i natychmiast uciec z Obozu. Nie robi nic z tych rzeczy, ale zaniepokojeni koledzy i koleżanki, sami nie wiedząc czemu, odsuwają się od niej, niemrawo żując swoje śniadania. Niektórzy posuwają się nawet do przejścia do stołu po drugiej stronie sali, co Kuźma wspaniałomyślnie ignoruje.
Dopiero wtedy, gdy teoretycznie powinna już co najmniej wyczyścić jakieś ćwierć stajni, udaje jej się złapać Philip. Ledwo powstrzymuje się od desperackiego złapania jej za rękaw i jak małe dziecko zaskomlenia, że ona nie chce myć końskiego gówna.
– E, centurionko – mówi tonem mężczyzny, który zaczepia ładne dziewczyny na ulicy (nienaumyślnie). – Ja nie mogę czyścić stajni.
– Czemu? – Philip nie wydaje się zaskoczona — jej twarz wciąż zachowuje jej zwykły, beznamiętny wyraz, który odrzuca niedostatecznie odważnych lub zdesperowanych ludzi od zaczepiania jej.
– One się mnie boją – skarży się Kuźma, powstrzymując chęć zwrócenia uwagi centurionki na wystający z jej warkocza kosmyk włosów, który zaraz odwiedzi Obóz Herosów. Philip marszczy brwi i zamiast obojętnej zmienia się w lekko poirytowaną, bo Kuźma pewnie w jednej chwili zniszczyła cały jej plan na dzisiejszy dzień, do którego obowiązki rozdzielała jakiś tydzień temu. Dziewczynce już wydaje się, że jedyną odpowiedzią, jaką otrzyma, będzie: „No i co ja mam z tym zrobić?” (czego spodziewałaby się po każdym organie władzy przypominającym rodzica mnogiej zgrai głupich dzieciaków o nadprzyrodzonych mocach), więc dodaje szybko: – Z jakąś pomocą dam radę, jakby, w sensie, żeby ktoś uspokajał konie…
– Kiedyś posprzątałaś sama.
Oczy Kuźmy otwierają się szerzej ze zdziwienia, bo nie spodziewała się po niej takiej pamięci. Było to rok… nie, nawet dwa lata temu, jeśli dziewczynka dobrze liczy i, tak zupełnie szczerze, w tym momencie bardzo cieszy się, że przez te minione dwa lata miała spokój od stajni, koni i siana. Mimo przypomnienia sobie tego faktu w miarę szybko, Kuźma wciąż jest wzięta z zaskoczenia i przez chwilę po prostu nie wie, co odpowiedzieć, aż wreszcie wybąkuje pierwszą rzecz, jaka przychodzi jej do głowy:
– Twoja dziewczyna mi wtedy pomogła.
Tym razem Philip wydaje się wstrząśnięta. Albo właśnie się nie wydaje, bo Kuźma ma niezły problem z odczytaniem jej mimiki twarzy (może przez to, że stresuje ją ta rozmowa, nie do końca jest w stanie to stwierdzić).
– Nie mówiła ci o tym? – Kuźma przejmuje pałeczkę i nawet jest w stanie wlać w ton swojego głosu więcej niedowierzenia niż ironii. – Wiesz, to była ta, Wanda. – Dziewczynka wciąż nie ma pojęcia, co myśli o tym Philip, bo po prostu nie patrzy jej w twarz. Zamiast zerknąć, brnie dalej w to dziwne wytłumaczenie, słowa dobierając na tyle ostrożnie, żeby nie obrazić centurionki (bo w obrażaniu ludzi, wcale tego nie chcąc, okazuje się dość dobra, a naprawdę bardzo nie chce mieć dzisiaj do czynienia z końmi): – No i. Jesteśmy teraz, jakby, koleżankami. I ona. Mówiła coś o jakichś. Planach wspólnych potem, jak już wyjdzie z Obozu. I inne takie.
Skupia się na nieziemsko interesujących kamieniach, bo nagle przygniata ją wyższość pozycji centurionki nad nią, legionistką, która wciąż pamięta ciężar plakietki in probatio na szyi i nie dopuszcza do siebie świadomości, że już rok, od kiedy nie musi jej nosić.
Ma szczerą nadzieję, że nie rozsiewa wokół siebie oszałamiającej aury strachu, która zepsułaby cały plan wymigania się od dostania kopytem prosto w pierś po raz drugi w ciągu jej obozowej kariery. Albo już nie drugi, a trzeci, ale jednego z nich nie pamięta.


Philip?
────
[1027 słów: Kuźma otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline — „Jak zdać sesję w dziesięć dni"

Dzień 1
Caroline wstała o godzinie siódmej i nakrzyczała na niedziałający ekspres do kawy. Jasne, że musiał zepsuć się akurat tego dnia, kiedy miała za sobą trzy godziny snu i mniej chęci do życia, niż w przeciętny poniedziałkowy poranek. Jeszcze przez chwilę próbowała naprawić zepsute urządzenie, ale kiedy poczuła swąd palonego czegoś (co zdecydowanie nie było kawą), odłączyła ekspres od prądu. Pożar w mieszkaniu byłby wisienką na torcie.
W ciągu pięciu minut naciągnęła na siebie gustowne dresy, związała włosy i z długopisem w kieszeni wyszła z domu. Po drodze na uczelnię wpadła do kawiarni, która oczywiście musiała być zatłoczona. Czuła, jakby piasek garściami wysypywał się jej z oczu, ale nie, to jeszcze nie był koniec przygód. Pierwszy w tej sesji egzamin pisała nigdzie indziej, tylko na wydziale fizyki, z którym nie miała absolutnie nic wspólnego. Zgubiła się tylko raz, próbując dotrzeć do odpowiedniej sali.
Po napisaniu egzaminu, w drodze do domu odwiedziła punkt, który proponował naprawę sprzętów AGD. Powiedzieli, że mogą wysłać do niej pracownika najszybciej za tydzień.
Kurwa mać.

Dzień 2
Drugi z rzędu poranek bez kawy? Jak super! Żeby temu zapobiec, wystarczyłoby poprzedniego dnia kupić kawę rozpuszczalną w osiedlowym sklepiku, ale kto by na to wpadł? Na pewno nie Caroline, która myślała tylko o tym, w jaki sposób nadrobić braki na 8 godzin przed egzaminem. Nie, żeby leżało to w jej możliwościach, ale spróbować zawsze można.
Zamiast kawy wypiła herbatę. Rumianek, na uspokojenie. Przy okazji namoczyła w nim płatki pod oczy; łudziła się, że jeśli będzie wyglądała lepiej, niż się czuje, to ludzie wokół uwierzą w to, że jest na swoim miejscu (nie była). Tym razem nawet ubrała się w koszulę, żeby stwarzać pozory. Niewyprasowaną, co prawda, ale jednak koszulę.
Lepsze to niż dresy.

Dzień 3
Życie stało się prostsze, kiedy kupiła kawę. Nie była smaczna, ale działała. Szczególnie kiedy sypała cztery łyżeczki na kubek. I piła ją na jeden raz. Trzy razy dziennie. Nie widziała w tym nic złego, skoro do tej pory nie kołatało jej serce. Była zdecydowanie zbyt młoda na zawał, ale na zawalenie studiów też. Wybór był prosty.
Egzamin na godzinę dziewiątą czterdzieści był miłą odmianą. Nie wymagał zerwania się z łóżka bladym świtem i dawał jej czas na mentalne przygotowanie się. I zerknięcie do notatek, jeśli miała pewność, że od tego nie zwariuje. Zwykle jej nie miała, więc sobie odpuszczała.
— Wyglądasz jak żywy trup, Laurie — zauważyła, podchodząc pod salę zdecydowanie zbyt wcześniej.
Laurence faktycznie nie prezentował się najlepiej, siedząc na podłodze z nosem w notatkach. Brązowe loki niechlujnie opadały mu na czoło. Uniósł na nią spojrzenie, którym faktycznie mógł poszczycić się godny zombie.
— Żywy? Chciałbym — prychnął.
Wyglądał zdecydowanie tak, jak Caroline się czuła.

Dzień 4
Dla przestrogi — zupki chińskie i szczochowa kawa wcale nie działają dobrze na samopoczucie i myślenie kreatywne.

Dzień 5
— Jezu, wieki nie jadłam tak zajebistego croissanta — jęknęła Lucy, rozkładając się na wiklinowym krześle. — To chyba prawdziwe wiśnie, nie ta chemiczna maź.
Caroline spojrzała najpierw na śniadanie koleżanki, a potem na swoją lichą kawę i kanapkę. Ostatnio po słodkościach zbierało jej się na wymioty. Została jej smętna bułka z sezamem i sałatą.
— Cieszę się twoim szczęściem — mruknęła w swoją filiżankę.
— To dobrze. Jak tam twój projekt? Wiem, że miałam nie pytać, ale wyglądasz, jakbyś bardzo chciała mi o tym opowiedzieć — powiedziała Lucy z promiennym uśmiechem.
Tajemnica jej zapasu energii była Ley nieznana — Amberly biegała po uczelni jak niegasnący promyczek słońca i bez trudu zdawała wszystkie egzaminy. Pieprzona wiedźma.
— Posłuchasz dzisiaj. Jak nie zrzygam się na wykładowcę.

Dzień 6
Caroline nie miała bladego pojęcia, kto wymyślił sesję w sobotę. Co stało się z weekendem? I czasem wolnym? I pieprzonym wysypianiem się?
Kawakawakawakawakawakawakawakawakawa.
— Halo? Przepraszam? Ogłuchła pani?
Dziewczyna stukała w plastikową szybkę, bo kobieta, która siedziała po drugiej stronie, jawnie ją ignorowała, a ona była zbyt niewyspana, żeby to znosić. Z długim, poirytowanym westchnieniem kobieta wyciągnęła z uszu słuchawkę i nawet nie wysiliła się na sztuczny uśmiech.
— W czym mogę pomóc? — zapytała znudzonym tonem.
— Kiedy wyślecie kogoś do mojego ekspresu? Zapisywałam się pod nazwiskiem Leyanall.
Caroline zaczęła postukiwać paznokciami o nie do końca czysty, plastikowy blat.
— Na pewno dostała pani datę przy rejestracji. Nie mogę pomóc.
Jeden wredny uśmieszek później Caroline była na zewnątrz i klęła pod nosem na „wredną starą prukwę, która nie umie skupić się na swojej pracy”. Czy coś takiego.

Dzień 7
Wolna niedziela. Po pierwszym tygodniu sesji w swoim życiu czuła się jak średniowieczny chłop w przerwie od pańszczyzny. Na dwadzieścia cztery godziny zaprzyjaźniła się z piżamą i mrożoną herbatą. I ze swoją długą listą filmów do obejrzenia, o której ostatnio mogła zapomnieć.
Potrzebowała odpoczynku przed egzaminem z najgorszego przedmiotu, z jakim zetknęła się w swoim bardzo długim, osiemnastoletnim życiu.

Dzień 8
Tego ranka popłakała się po raz pierwszy. Kawa dalej była paskudna, skończyły jej się bułki i miała naprawdę paskudne wrażenie, że to będzie ten egzamin, którego nie zda. Trzy razy malowała rzęsy, zanim się poddała i po prostu zmyła czarne smugi spod oczu. Wyjątkowo nie myślała, że powinna wyglądać lepiej, niż się czuła.
— Nie przesadzaj, przecież będzie dobrze — pocieszała ją Lucy, kiedy siedziały na jednej z kanap stojących na korytarzu. — Jak nie zdasz, to są poprawki. — Poklepała ją po plecach.
— Naprawdę pocieszające. Czuję się świetnie — parsknęła ponurym śmiechem, odsuwając od siebie kolorowe notatki koleżanki.
Termin poprawkowy w tej chwili wydawał jej się gorszy niż potrącenie samochodem.

Dzień 9
Caroline niewiele myślała podczas pisania ostatniego egzaminu. Ot, planowała, że w końcu zje dobry obiad. Świetny makaron w swojej ulubionej, włoskiej knajpie. Może carbonarę?
— Proszę państwa, oddajemy prace.
Ułożyła równo kartki i wsunęła długopis do tylnej kieszeni spodni.

Dzień 10
— ZDAŁAM, KURWA!
Caroline wpadła do jednego z pokojów w akademiku, który należał do Lucy. Trzymała w dłoni kartkę z potwierdzeniem, które odebrała ledwo dziesięć minut temu.
Dziewczyna zerwała się z łóżka i obrzuciła ją zaspanym spojrzeniem.
— Zamknij się, mam kaca — jęknęła, z powrotem opadając na poduszki.
Najwyraźniej ona nie przejmowała się tak bardzo, jak Caroline.
— Masz kawę? — zapytała, rzucając swoją torbę w kąt pokoju.
— A co? Twój ekspres dalej nie działa?
— Chyba w nagrodę kupię sobie nowy.
Zdecydowanie zasłużyła.


────
[1001 słów: Caroline otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Niketasa — „Negocjacje w czasach wojny”

Na regularnym spotkaniu grupowych (plus Chejron), Niketas robi to, co zawsze na regularnych spotkaniach grupowych: kiwa się na krześle, udaje, że żuje gumę i ogląda swoje paznokcie, co jakiś czas dodając od siebie trzy grosze do kłótni pomiędzy grupowem Aresa a Weroniczką. Zdaniem Hermesiaka Ash przewyższa Nikę we wszystkim, w czym można człowieka przewyższać — w grę wchodzi cięty język, dobre riposty, upomnienia Chejrona za rzucane z lekkością serca groźby karalne, a nawet oryginalna aparycja (kosmiczny fiolet włosów córki Ateny dość mocno spłowiał i stał się co najwyżej mętnym błękitem, bo ostatnio w Obozie było dużo do roboty, w końcu już początek lata, zaraz zleci się tu ogromna fala dzieciaków, które nie dość, że są poturbowane po pierwszej walce z potworem, to jeszcze nie wiedzą, co to Grecja). W tym wszystkim Weronika przegrywa z kretesem, tak samo jak ze swoją petycją dotyczącą wprowadzenia cotygodniowych egzaminów ze wszystkich czternastu przedmiotów szkolnych.
– Herosi nie powinni być tylko silni, ale też inteligentni! – argumentuje, gwałtownie wymachując rękoma. Przed nią leży napoczęte opakowanie żelków truskawkowych, do których Niketas zdążył podrzucić kilka pokrojonych w drobne kawałki ostrych papryczek (podły, kiepski żart), ale Weronika, jak na złość, jest zbyt zajęta kłótnią, żeby coś przekąsić. – Cotygodniowe testy urozmaicą plan zajęć Obozu, zauważ, że przecież zostając w Obozie na cały rok, opuszczamy ważne zajęcia w szkole…
– Jeszcze nigdy przed potworem nie uratowała mnie znajomość równania chemicznego! – dobitnie stwierdza Ash. – Dobrze wiem, jak…
– Wiedza daje pokorę wielkiemu, dziwi przeciętnego, nadyma małego! Nic tak nie ogranicza prawdziwej wiedzy, jak przekonanie, że się wie to, czego się nie wie! – krzyczy Weronika i tym sposobem skutecznie zwraca na siebie uwagę wszystkich obecnych, którzy zastanawiają się, czemu ona to powiedziała. – Lew Tołstoj.
– Brawo, paniusiu. Zasłużyłaś na żeleczka.
Weronika posyła Niketasowi wściekłe spojrzenie i rzeczywiście wpycha do ust żelka. Żelka, a nie papryczkę. Niestety.
– Nikt z nas nie ma zamiaru pisać jakichś testów – gniewnie rzecza Ash i praktycznie wszyscy im potakują.
– W wychowywaniu herosów najważniejsza jest wiedza o potworach i strategii walki – mówi Chejron, zanim Weronika znowu zacytuje rosyjską literaturę. – Z tego moglibyśmy robić testy, ale…
– Nie no, bez jaj, z tego też nie robimy testów – stanowczo stwierdza Mikołaj, a Sacnite potakuje mu, kiwnąwszy głową. – Nigdy czegoś takiego nie było i żyjemy…
– W tym roku to nas trochę poumierało – cichy, trochę beznamiętny i rozmarzony głos szybko skupia uwagę wszystkich obecnych. Rosalie rumieni się, gdy to dostrzega. Mruga dużymi oczami i uśmiecha się niezręcznie. – Eee, to znaczy…
– Nie, masz rację – przyznaje Chejron. Zapada milczenie, nieprzerywane nawet ostentacyjnym mlaskaniem Niketasa ani stukaniem w blat czyichś palców, które z przerwami rozlegało się pomiędzy wypowiedziami grupowych. – Nasiliły się ataki potworów.
Rozmowa z kłótni zmienia się w czysto taktyczne przekomarzania, z których pewnie nie wyniknie nic przełomowego, nieważne, jak wszyscy chcieliby, żeby wyniknęło. Obóz działa na tych samych zasad od, z tego co orientuje się Niketas, przynajmniej paru wieków, a Chejron jest niesamowicie przeciwny wszelkiemu postępowi. Patrząc na to, że w Wielkim Domu wciąż trzymają staroświecki telefon na kabel i wciąż odkładają w czasie zalegalizowanie iFajstosów, Niketas nie wróży Obozowi świetlanej przyszłości.
Poza tym, trening przetrwania jest działką Aresiaków i Chejrona. Hermesiaki mogą co najwyżej uczyć obozowiczów, jak szybko uciekać.
Niketas kątem oka obserwuje Weronikę, która wsłuchuje się w rozmowę bardzo zaaferowana każdą rzucaną przez innych propozycją, pewnie po to, żeby przyczynić się do jej odrzucenia, tak jak oni potraktowali jej pomysł. Co rusz wkłada do ust kolejnego żelka, aż wreszcie wtedy, gdy Ash mówi coś o wprowadzeniu sprawdzania obecności na każdym treningu, Weronika nagle robi się cała czerwona na twarzy. Próbuje kaszleć jak najciszej, a Niketas nie może powstrzymać się od wrednego uśmiechu, gdy, charcząc jak umierający gruźlik, przeprasza towarzystwo i wybiega z pomieszczenia.
– Wracając – podejmuje temat Ash po krótkiej przerwie – dopuścimy tylko… dwie nieobecności na miesiąc, trening będzie codziennie…
– To ja obliczę pradopodobieństwo wagarów wśród każdej grupy wiekowej – oznajmia z uśmiechem Niketas. – Karą za nadprogramowe nieobecności będzie spalenie żywcem?


────
[640 słów: Niketas otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]