poniedziałek, 23 lutego 2026

Od Kurta CD Claude'a — „God is gay”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, DWA LATA TEMU

To był pierwszy raz, kiedy Kurt nie wstydził się przyznać sam przed sobą, że w jego wyobrażeniach to nie był jego pierwszy pocałunek z Claude'em. Wszystkie prędko od siebie odrzucał, ale gościły w jego głowie częściej, niż by tego chciał, nawet jeśli pojawiały się tylko na sekundę, zanim zaczynał pluć sobie w brodę, że w ogóle nie powinien o tym myśleć. W jego wyobrażeniach Kurt pocałował chłopaka pod rzeźbą Bachusa w ogrodzie. W jego wyobrażeniach Kurt wymykał się z treningów, żeby go pocałować. W jego wyobrażeniach ręce Kurta wodziły po jego policzku, wyczuwały tętno na szyi, wędrowały pod koszulkę i…
Nie, w żadnym z wyobrażeń Kurta nie rozegrała się ta scena, którą właśnie miał przed oczami. To nigdy nie był Toi Toi, obszczana podłoga, klejący się sedes, brak przestrzeni między nimi. W żadnej z tej wizji Kurt nie był wkurzony; na Claude'a, na Doriana, na głupiego, teleportującego cieniem psa, na jakiegoś idiotę za drzwiami, który bardzo chciał się wysrać. Nigdy nie pomyślał też o tym, że to Claude wykonałby pierwszy krok, że on badałby opuszkami krańce jego twarzy, że to on zainicjowałby pocałunek, że w ogóle Claude mógłby dzielić te same uczucia i te same wyobrażenia.
A może wariował. Może oboje wariowali. Nawdychali się toaletowych gazów niewiadomego pochodzenia, zaczęli mieć halucynacje, dopowiadać sobie rzeczy i robić głupstwa, których potem będą żałować.
Pocałunek z Claude'em był inny, niż Kurt sobie wcześniej wyobrażał. Nie potrafił nawet określić, jak się z tym czuje — krew pulsowała mu w uszach, odruchowo oblizał wargi, kiedy oderwali się od siebie i kiedy mógł poczuć na języku kroplę krwi Claude'a. Nie mógł przewidzieć żadnej rzeczy, która wydarzyła się w ostatnich piętnastu minutach i dało mu to nieoczekiwany posmak adrenaliny, którego nie czuł już od tak dawna, kiedy każdy jego dzień był skrupulatnym planowaniem. Drżały mu nogi, tak, jak po żadnym treningu, a najgorsze było w tym wszystkim to, że nawet nie mógł być na siebie zły, bo wszystko działo się gdzieś poza obszarem jego świadomości, w półśnie, sytuacji tak hipotetycznej, że nie mógł sobie jej nawet wyobrazić, a wszystko było w niej możliwe.
Ktoś uderzył w drzwi od Toi Toia, najpierw raz, potem drugi. Tym razem nie był to Kurt. Kurt musiał zrobić kilka kolejnych wdechów, ponapawać się gorącem na policzkach i przełożyć spojrzenie z niewiadomego punktu nad ramieniem Claude'a na samego chłopaka. Gdyby mógł, zrobiłby to jeszcze raz. W tym cholernym kiblu, daleko od idealnych wyobrażeń. Zanurzyłby nos w jego policzku i poczuł jego zapach, jak słodkie winogrona na greckiej wyspie, upragnione wakacje, gdzie Kurt nie musiałby myśleć o wszystkich swoich obowiązkach i „co by było, gdyby”. I czułby zapach jego skóry, a nie obrzydliwych oparów, o których nie mógł zapomnieć, bo przecież nadal znajdowali się w…
— No kurwa, sraj szybciej! — ktoś wrzasnął za drzwiami. — Bo zaraz wyrzucę cię z tego kibla!
Napotkał jego zamglony wzrok. Oczy, których unikał przez ostatnie kilka miesięcy. Nie chciał zapamiętywać dokładnego koloru jego tęczówek, bo wtedy prześladowałyby go w snach — zapamiętał tę barwę mimo woli, jak tonący chwytający się brzytwy, z każdym wymienionym, ukradkowym spojrzeniem, które trwało może ułamek sekundy. Brąz zakotwiczony pod zielenią jak liście oglądane pod nikłym światłem zmierzchu. I może Kurt mógłby postawić przed sobą postanowienie, żeby poznać dokładnie nie tylko każdą kropkę melaniny w tęczówkach Claude'a, ale też każdy skrawek skóry, każdy pieprzyk skryty pod koszulką, każdy rodzaj pocałunku, jakim mogliby się wymienić, a wszystko to gdyby przestał to kontrolować i wyślizgnął się tylko trochę, żeby zobaczyć, ile z tych wyobrażeń mogłoby stać się prawdą i jak bardzo Claude potrafiłby je nagiąć.
— A, jebać to — powiedział w końcu Kurt, sam nie wiedząc, czy mówi to do siebie, do Claude'a, czy do nieznajomego gościa za drzwiami, ale to nie było zbytnio ważne, bo zaraz jego wargi znowu były na ustach chłopaka i już nie musiał nic więcej mówić.
Nie było żadnych fajerwerków. Na swój sposób, może gdyby Kurt przejmował się tym bardziej (a później na pewno będzie się przejmował), było to niezręczne. Raz przez przypadek zderzyli się zębami. Czy Claude wcześniej kiedykolwiek się całował, czy po prostu był odważniejszy od niego? Bogowie, Kurt był w to taki beznadziejny. Wszystko wymagało treningu, nawet to.
A potem Kurt stracił grunt pod nogami.
Nie, ale dosłownie. To nie była żadna bajeczna metafora dotycząca jego odczuć pocałunku z Claude'em. Toi Toiem zatrzęsło, woda chlupnęła, a potem cały przybytek przewrócił się na bok. Kurt stracił grunt pod nogami i poleciał prosto na drugiego chłopaka. Zderzyli się czołami, nawet jeśli Kurt podtrzymał się na jednym ramieniu opartym o ścianę. Poczuł, że miał mokrą nogawkę i miał głupią nadzieję, że to była tylko czysta woda i poprzedni użytkownik kibla spłukał po sobie wodę.
Szczęście w nieszczęściu, zamek pękł i drzwi otworzyły się, uchylając światu widok dwóch ułożonych na sobie ciał ze spuchniętymi wargami i mokrych od… płynów, bogowie wiedzą jakich.
— Jasna cholera — odezwał się nieznajomy legionista. — Jednak odechciało mi się srać.
Zza pleców legionisty wychyliły się kolejne głowy. Przyszli kolejni gapie, którzy chcieli zobaczyć kręcącą się aferę i dwóch debili umorusanych w gównie. Kurt spłonął rumieńcem jeszcze mocniej niż wcześniej i odsunął się od Claude'a z takim impetem, że głowa chłopaka prawie wylądowała w kiblu.
— A wy co tu robicie? — Kilku gapiów odsunęło się, kiedy podeszła inna dziewczyna. Kurt najpierw zauważył na jej zbroi insygnia centuriona, a dopiero potem rozpoznał ją jako Philip Morris z Piątej Kohorty. Komizmu sytuacji dodał też fakt, że przydreptał za nią jej wierny pegaz, Juan, który zarżał do niej w końskim języku coś, co tylko ona potrafiła zrozumieć.
— Zamknęli nas. W kiblu — wydusił z siebie rudzielec. W jakimś przypływie szoku, samoświadomości, dżentelmeństwa i cholera wie, czego jeszcze, złapał Claude'a za ramię i podciągnął brutalnie do przodu, żeby pomóc mu wstać. Jak kolega koledze. I w ogóle.
— Co? Jak to was–… — Philip nie dokończyła, bo jej towarzysz Juan zarżał coś po końskiemu w taki sposób, że przypominało to bardziej chichot. Philip na jego rżenie zmarszczyła brwi, pokręciła głową i westchnęła. — Albo dobra, nieważne. Przerwa, idźcie się umyć. Cała reszta, zmiatajcie stąd! I postawcie tego Toi Toia z powrotem!
Kurt jeszcze nigdy tak pilnie nie wypełnił rozkazu centuriona. Po prostu chwycił Claude'a za przegub ręki i pociągnął go dalej, byle jak najmniej legionistów zapamiętało jego twarz albo gorzej, zaczęło mu zadawać pytania, jakim cudem oboje znaleźli się w kiblu i kto ich tam zamknął.
Dopiero w bezpiecznej odległości uniósł głowę, nawet nie ukrywając już rumieńców, które nadal rozchodziły się na jego policzkach.
— To… to nie oznacza, że my… My… No — nie potrafił wydusić z siebie żadnej sensownej odpowiedzi. Dźgnął Claude'a palcem wskazującym w klatkę piersiową. — …ale przyjdę rano, jeśli chcesz skoczyć do Nowego Rzymu. Mogę ci pokazać, gdzie na Forum Romanum sprzedają najlepsze strzały. Jeśli chcesz.


Koniec wątku Kurta i Claude'a (przynajmniej na razie).
────
[1116 słów: Kurt otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Kuźmy CD Philip — „Hobby horsing to nie sport zespołowy”

Poprzednie opowiadanie

Jej, super, teraz Kuźma może posprzątać stajnie bardziej efektywnie! To zupełnie nie to, czego chciała! Nie ma pojęcia, kto o zdrowym umyśle pragnąłby, żeby to centurionka pilnowała go przy codziennych, wspaniałych obozowych obowiązkach. Teraz, zamiast obijać się i patrzeć, jak ktoś inny wykonuje najgorszą robotę (Kuźma sprawnie ignoruje to, że ten niecny plan nigdy jej się nie udał i najtrudniejsze obowiązki koniec końców przypadały właśnie jej), będzie musiała rzeczywiście pracować, pewnie nawet w pocie czoła, bo nad plecami będzie czuła coś na kształt bicza więziennego stróża.
Fakt, że idą do ambulatorium zamiast natychmiastowego udania się do stajni i paprania się z końskim gównem, wbrew pozorom nie poprawia humoru Kuźmy. Tam czekają na nich tylko te głupie lekarki, które zapominają, że ich główną pracą jest wypisywanie leków, a nie gadki moralizatorskie o zdrowym trybie życia i higienie snu. Zawsze, gdy dziewczynka zawita tam (tylko wtedy, gdy znajduje się w stanie skrajnej desperacji), wychodzi stamtąd bez tego, po co przyszła, a co najwyżej z meliską i poklepaniem po plecach. Już bardziej ma ochotę na użeranie się z przerażonymi końmi niż nudą wywołaną bezsensownym monologiem o zdrowiu w wykonaniu Elianne, Cherry, lub kogoś jeszcze gorszego od nich.
– Ja poczekam tutaj – mówi Kuźma, ale zanim kończy zdanie, Philip otwiera przed nimi drzwi. Trochę bardziej przed legionistką, niż przed sobą, więc siedząca za biurkiem Elianne praktycznie od razu dostrzega znajomą, gęstą czuprynę, wory pod oczami i bladą cerę. Wystarczy, że lekko unosi głowę znad papierów, a jej wzrok od razu spotyka się ze zmęczonymi oczami córki Pavora.
– Ku-Kooshma, już ci mówiłam…
– Możesz mówić Cosmo – uczynnie przerywa jej Kuźma, która od rzeczywistej wymowy swojego imienia jeszcze bardziej nienawidzi tego kalectwa wychodzącego z ust przeciętnego obcokrajowca, gdy próbuje się do niej zwrócić (dziwne, że jeszcze nie kazała ludziom nazywać ją inaczej niż Cosmo. Mogłaby stać się, tak dla przykładu, Teklą, żeby wciąż utrzymać tradycję rodzinną).
– Tak… Znaczy, dobrze – gubi się Elianne i aż odwraca wzrok od dziewczynki, żeby uciec nim gdzieś do swoich papierów (na jej twarzy doskonale widać dyskomfort towarzyszący każdemu, kto musi znienacka porozmawiać z córką najstraszliwszego boga lęków). Trochę przygarbiona dokańcza to, co próbowała powiedzieć: – W każdym razie. Mówiłam ci wcześniej, że nie mogę ci przepisać kolejnych leków…
– Ja tutaj nie po to – przerywa jej Kuźma i, zmuszona przez okoliczności, wchodzi do ambulatorium. Opiera się o ścianę tuż za progiem, żeby wyraźnie pokazać wszystkim obecnym, że i tak zaraz stamtąd wybiegnie oraz nie ma zamiaru wdawać się z nikim w zbędne dyskusje.
– Ale… – Zagubiona Elianne jeszcze przez chwilę patrzy na legionistkę, a ona ledwo powstrzymuje się od skomentowania tego zachowania astronomicznie miłym: „Co się lampisz, parówo dęta?”, które zasłyszała lata temu, zanim z Gaudencją przeprowadziły się do Stanów. To była jakaś reklama albo dziwna przeróbka reklamy, na którą trafiła w czasach, gdy trzymane przez nią telefony nie próbowały samodzielnie zhakować systemu cyberbezpieczeństwa Lidla. – Okej. To… – Tym razem kieruje pytający wzrok na centurionkę, a Kuźma nie może powstrzymać pogardliwych myśli o tym, jak Elianne jest niekompetentna w swojej pracy (chociaż tak właściwie nie zrobiła nic złego).
– Potrzebuję czegoś na ból głowy – rzuca Philip, głosem napiętym równie mocno, jak wszystkie mięśnie w jej ciele (Kuźma ma nadzieję, że to nie przez usłyszenie od Eli o tamtej domniemanej lekomanii i że jej centurionka nie postanowi poruszyć tego tematu w niedalekiej przyszłości, a najlepiej to w ogóle nigdy).
Zanim Elianne ruszy do szafki z lekami, to najpierw chwilę się zastanawia, a potem wyciąga skądś termometr i, nakazawszy Philip wsadzić go sobie pod pachę, przeprowadza z nią krótki wywiad. Tego Kuźma nie lubi w niej najbardziej, jakby po prostu nie mogła przejść do rzeczy, wcisnąć potrzebującym w łapy ten ibuprofen i zająć się ważniejszymi sprawami, niż czyjaś boląca głowa. Córka Arcus odpowiada na pytania Eli tonem tak znudzonym, że dla wszystkich musi być jasna jej niechęć do rozmowy o tym, ile dzisiaj piła, a ile jadła, czy ostatnio często się stresuje lub denerwuje, czy dobrze się wysypia (pewnie gdyby odpowiadała na te pytania zgodnie z prawdą, prezentując normalne życie centurionki piątej kohorty, Elianne oprócz przeciwbólowych wypisałaby jej receptę na lepszy styl życia). Po zmierzeniu temperatury, która okazuje się w normie, następuje czas na zmierzenie ciśnienia i gdy Kuźma już myśli, że będą tu siedzieć, aż Elianne nie pobierze krwi Philip i nie przebada próbki laboratoryjnie, lekarka (albo pielęgniarka?) odpuszcza i małym kluczykiem otwiera szklaną gablotkę z lekami. Są strzeżone niemal tak, jak alkohol przed dzieciakami Bachusa, co poniekąd przeraża Kuźmę i powoduje, że pod tą ścianą przy drzwiach zaczyna rozmyślać nad powodem wprowadzenia aż takich środków ostrożności. Bo co, nurofen działa uzależniająco na dzieci Apolla?
Wychodzą z ambulatorium i milczą przez całą drogę do stajni, bo też nie ma o czym tu rozmawiać (hej, smaczne te tabletki? Mają taki słonawy posmak, nie? A woda? Jak smaczna, pewnie to H2O Acqua Azzurra, ona jest najlepsza w całych Stanach). Philip zgniata już pusty plastikowy kubeczek, który wręczyła jej Elianne, zakazując jej połykać tabletek na sucho albo, jak zawsze robi Kuźma, na ślinę. Aż strach zapytać, czy leki zaczynają działać, bo centurionka patrzy na wszystko, co wydaje jakiekolwiek dźwięki tak, jakby chciała to poszatkować i spalić, byleby otoczyła ją absolutna cisza i to ona ukoiła dręczący ją ból.
Dopiero dotarłszy do stajni, Kuźma cicho pyta:
– To co mam robić?
Patrzy na Philip, która wygląda, jakby chciała powiedzieć: „To, co do ciebie należy, duh. Stajni nigdy nie sprzątałaś?”, przez co dziewczynka ma ochotę przywalić jej w twarz i odejść, żeby przez cały dzień tylko pierdzieć na swoim łóżku, czytając swoją ulubioną creepypastę po raz enty. Zamiast tego z rękoma wciśniętymi w kieszenie stoi obok starszej dziewczyny i gapi się na nią w sposób, którego określenie słowami „spode łba” nie oddawałoby nawet w połowie. Kuźma wpatruje się w wyższą o trzydzieści centymetrów dziewczynę, nawet nie próbując unieść głowy. Znaczącą część twarzy Philip przysłania jej grzywka, a wzrok szybko rozmazuje się od wysiłku, jaki musi włożyć w próbę utrzymania oczu w tej nienaturalnej pozycji. Poza tym, mocno się garbi. W ostatecznym rozrachunku wygląda po prostu jak edgy nastolatka, która próbuje zbuntować się swojej mamie i nie wynieść dzisiaj śmieci (w tym przypadku: nie wynieść końskiego gówna).


Philip? ────
[1010 słów: Kuźma otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Caroline — „A Ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, ROK TEMU

Mikołaj świetnie się bawił obserwując, jak dziewczyna, jeszcze przed chwilą taka pewna siebie, nie radzi sobie z powrotem na ziemię. Była jak przerażony kotek, po którego zaraz miała przyjechać grupa bajkowych strażaków. Różnica była taka, że nie chciałby widzieć, jak ten kotek spada z hukiem na ziemię. To znaczy, Caroline też oczywiście nie życzył tragicznego w skutkach upadku, nie był psychopatą, ale jakby się troszkę poobijała… może uderzenie wbiłoby jej coś do głowy?
— Dobrze ci idzie! — krzyknął widząc, że dziewczyna nadal stoi na tej samej gałęzi. — Jeszcze tak… sto razy tyle!
— Spierdalaj! — odpowiedziała z wyraźną irytacją w głowie. Od razu jednak pożałowała, że się odezwała. Przylgnęła z całej siły do pnia, aby odzyskać równowagę.
Caroline wyglądała na przerażoną i Mikołaj żałował, że nie jest w stanie zobaczyć wyrazu jej twarzy z bliska. Jeszcze bardziej żałował, że nie miał przy sobie niczego, czym mógłby zrobić zdjęcie. Przecież miałby materiał do szantażowania jej do samego końca pobytu dziewczyny w obozie, albo jeszcze dłużej! Wyglądała starzej od niego, więc pierwsza opcja zapewne trwałaby pół roku… ale lepsze to, niż nic, prawda?
W końcu Caroline udało się zejść o dwie gałęzie w dół. Mikołaj postanowił uczcić jej osiągnięcie oklaskami, ale dziewczyna postanowiła go zignorować. Prychnął pod nosem, udając oburzonego i oparł się o jedno z pobliskich drzew. Obserwował w ciszy, jak córka Aresa powoli i pokracznie, choć na szczęście skutecznie, zbliża się ku ziemi. Bawiła go ta ironia. Waleczna i nieustraszona córka potężnego boga wojny, a nie umie nawet zejść z drzewa? A co by zrobiła, jakby w czasie walki musiała uciec na drzewo, a potem szybko z niego zejść? Zginęłaby! Co, jakby przyszło jej walczyć z wielkimi pająkami w wielkim, ciemnym lesie, jak we Władcy Pierścieni? Zostałaby owinięta siecią i pożarta jako pierwsza! Zakładając oczywiście, że pokonałyby ją gałęzie, a nie strach przed pająkami. Wtedy to zginęłaby już na sam ich widok.
Wizja Caroline walczącej z pająkami była dla Mikołaja tak zajmująca, że nawet nie zauważył, kiedy dziewczyna znalazła się na… połowie wcześniejszej wysokości? Gałęzie musiały jej sprzyjać, bo to było wręcz niemożliwe, że zamyślił się na tak długo. Gdyby cały czas poruszała się poprzednim tempem, byłaby dużo wyżej.
— Długo jeszcze? Zaraz będzie ciemno! — znudzony poinformował dziewczynę, nie dając poznać po sobie zdziwienia.
— Zamknij się! — odpowiedziała jeszcze bardziej zirytowana niż wcześniej. W tym samym czasie się poślizgnęła i Mikołaj już widział, jak leży na ziemi (i wtedy przybiega Szeloba i ją… co?). Caroline jednak udało się w ostatniej chwili złapać jakiejś gałęzi i odzyskać równowagę. Przerażonym wzrokiem spojrzała w dół i jeszcze mocniej przywarła do konara.
— Jezu, nie połam się tylko — przewrócił oczami. — Bo cię tu zostawię.
Zależało mu na tym, aby dziewczyna zeszła z drzewa w jednym kawałku głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, nie miał ochoty nikomu wyjaśniać, dlaczego tutaj są. Przecież gdyby Caroline się połamała, musiałby wezwać pomoc, a powód wchodzenia dziewczyny na drzewo musiałby zostać wyjaśniony. Zresztą, nie wezwałby pomocy, bo nie wiedział, jak wyjść z lasu. Po drugie, nadal był ciekawy, po co dziewczynie były te jagody. Miał szczerą nadzieję, że Caroline mu to wyjaśni, a najlepiej wtajemniczy w swój plan. Nie chciał mieć kłopotów, ale otrucie kogoś brzmiało interesująco. Chociaż tak naprawdę, upicie tej osoby byłoby podobnie szkodliwą opcją, a gdyby Caroline ładnie się do niego uśmiechnęła, mogliby to zrobić szybciej i bez wchodzenia na drzewo. Jej strata.
— Moja babcia zeszłaby szybciej! — krzyknął, gdy buty Caroline znajdowały się na wysokości jego głowy.
— Nie zesraj się! — odpowiedziała, szukając stopą najmniej śliskiej gałęzi.
— Chujowy wybór — skomentował widząc, jak dziewczyna wybiera najbardziej spróchniały konar ze wszystkich. Nie wyglądał, jakby miał się złamać, ale nie ryzykowałby będąc na jej miejscu.
— Zamknij mordę — dziewczyna stanęła na nim dwoma stopami. — I co? — zaśmiała się i w tym czasie obydwoje usłyszeli ciche chrupnięcie.
Mikołaj odsunął się na bezpieczną odległość i wybuchnął śmiechem widząc, jak dziewczyna panikuje. Nagły, szybki ruch sprawił, że poślizgnęła się na wilgotnym mchu. Próby ratowania się i łapania innych gałęzi nic nie dały i Caroline runęła na ziemię. Żeby było zabawniej, wylądowała na zrzuconej przez siebie wcześniej jarzębinie.
— Żyjesz? — Mikołaj podszedł do niej, nadal się śmiejąc. Na całe szczęście wysokość, z jakiej spadła dziewczyna nie była zbyt duża i upadek nie wyglądał na poważny, Z resztą, wyglądała na bardziej zażenowaną i wkurzoną, niż naprawdę obolałą. — A mogłaś zamiauczeć, spadłabyś na cztery łapy — zaśmiał się.


Caroline?
────
[714 słów: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne — „Dramat z kuchnią w roli głównej" — część 1 [Walentynki]

To miał być tylko miły gest. To, że przy okazji spłonęła kuchnia, to całkiem niemiły dodatek.

Elianne w Walentynkach najbardziej podobało się to, że w końcu nie spędzi ich na uganianiu się za zachciankami bogów. Szczególnie biorąc pod uwagę przebieg tych poprzednich. Można by nawet powiedzieć, że od zeszłego roku miała do tego święta pewien uraz.
Początkowo miała w planach zaciągnąć Kala na wycieczkę do San Francisco. Ostatnio udało jej się nawet wyhaczyć całkiem miłą kawiarnię, w której zawsze było co najmniej kilka wolnych stolików, chociaż nie miała pojęcia, dlaczego tak jest, bo w żadnym innym miejscu nie można było wypić tak świetnej herbaty. Zanim jednak zdążyła cokolwiek zaproponować, Kal wyszedł z inicjatywą.
— Mój ojciec w soboty pracuje do późna. Mogłabyś wpaść — bąknął jakiś tydzień przed Walentynkami, kiedy Eli próbowała przebrnąć przez swoją drugą kawę tego dnia i jednocześnie zastanawiać się na głos na temat tego, czy w Walentynki będzie ładna pogoda (bo przecież powinna być, co nie?). — Ale jeśli nie chcesz, to możemy zrobić coś innego — dodał równie szybko, jak wtrącił się z propozycją.
Eli oderwała wzrok od swojego kubka i posłała mu jeden z najładniejszych uśmiechów, jaki miała w zanadrzu.
— Jasne, że chcę! Głupio pytasz — powiedziała ze śmiechem.
Następny łyk kawy, jaki wzięła, smakował lepiej, niż poprzedni.

Spotkanie przebiegało jednak inaczej, niż to sobie wyobrażała. Kal najpierw zrobił jej herbatę, a potem powiedział, że coś jeszcze musi załatwić i zabronił jej wchodzić do kuchni. A potem się w niej zamknął. Elianne skwitowała to rozbawionym uniesieniem brwi.
Wolny poranek wykorzystała na wyspanie się, a ogarnięcie gniazda, w które przez noc zamieniły się jej włosy zajęło jej zdecydowanie zbyt dużo czasu. Kiedy pojawiła się w mieszkaniu Kala po południu, nie wyglądała zbyt świątecznie. Od początku miała w planach malować się tutaj, nie u siebie w domu, ale nie sądziła, że będzie miała ku temu aż taką sposobność. Zostało jej tylko usadowić się przed lustrem z kosmetyczką.
Zwykle miała na głowie ważniejsze sprawy, niż makijaż. Wczesne pobudki sprawiały, że dużo bardziej ceniła sobie dodatkowe trzydzieści minut snu, które musiałaby poświęcić na malowanie się. Lubiła kolory, więc jej makijaż zawsze był niekonwencjonalny, a to wymagało czasu. Tym razem jednak miała go aż nadto.
W pewnym momencie uświadomiła sobie, że zastygła z pędzelkiem do cieni w dłoni, bezczynnie wpatrując się w lustro. Zastanawiała się nad tym, czy ojciec Kala ją polubi, kiedy w końcu się spotkają. Wiedziała, że nowo poznani ludzie raczej nie mają z nią problemu, ale sprawy przecież mają się inaczej, kiedy poznajesz dziewczynę swojego syna, a skoro już była u nich w domu, to pewnie szanse na spotkanie były coraz większe. Sama już kilka razy rozmyślała nad zaproszeniem Kala do siebie, ale zdawała sobie sprawę z tego, że jej rodzina może być przytłaczająca. Zbyt przytłaczająca. Byli kochani, ale pewnie rzuciliby się na chłopaka całą bandą i zamęczyliby go na śmierć. Tego raczej wolałaby uniknąć. Poza tym, chciała poczekać, aż Christopher na dłużej przyjedzie do domu, żeby też mógł go poznać. Sprawa była skomplikowana i wymagała poważnej rozmowy z jej rodzicami i braćmi. Camille przy każdej okazji wypytywała, kiedy przyprowadzi Kala do domu, a Eli wiedziała, że powinna w końcu coś z tym zrobić. Na szczęście „w końcu" nie musiało oznaczać „w najbliższym czasie". Jedna rzecz zaraz.
Zamrugała kilkukrotnie i wróciła do nakładaniu różowego brokatu na powieki. Dawno nie miała okazji używać swojej ulubionej paletki, a to była dobra ku temu okazja. Po chwili namysłu nałożyła ten sam brokat na policzki zamiast rozświetlacza.
Kiedy skończyła i zdążyła już wrzucić wszystkie kosmetyki z powrotem do torby, Kal wciąż nie wychylił głowy z kuchni. Minęło jakieś czterdzieści minut, odkąd tam zniknął i powoli zaczynała się martwić, ale stwierdziła, że pewnie wie co robi.
Zmieniła zdanie zaledwie kilka chwil później, kiedy przechodząc obok drzwi poczuła coś, co bardzo przypominało spaleniznę. Zmarszczyła brwi i zapukała.
— Wszystko w porządku? — zapytała, kładąc dłoń na klamce. Zastukała w drzwi jeszcze raz, a kiedy nie otrzymała odpowiedzi, weszła do pomieszczenia.
Zastała tam stojącego w kłębie dymu Kala, który próbował jednocześnie wyciągnąć blachę z piekarnika i stłumić kaszel. Eli w ciągu kilku sekund otwierała okna na oścież, wpuszczając do środka zimne, ale świeże powietrze. Złapała w dłonie pierwszą ścierkę, jaka się jej napatoczyła i próbowała przyspieszyć wywiewanie dymu.
— …Nie macie alarmu przeciwpożarowego, co? — zapytała, spoglądając na Kala, który odstawiał blachę kompletnie zwęglonych ciasteczek na blat.
— Kurwa — mruknął jedynie, ale brak piszczącego pikania udzielił jej odpowiedzi. Nawet najgorzej działający alarm przeciwpożarowy na świecie już zdążyłby się uruchomić.
Elianne zakaszlała w ramię, upewniając się, że okna na pewno są otwarte najszerzej, jak tylko mogą. Miała przy tym nadzieję, że żaden z sąsiadów nie wezwie straży pożarnej z myślą, że w mieszkaniu wybuchł pożar. To dopiero byłyby świetne Walentynki.
Kiedy przebywanie w kuchni nie groziło już uduszeniem, tylko narażało na przykry zapach spalenizny, skupiła się na Kalu.
— Nie poparzyłeś się? — zapytała, zerkając mu przez ramię, żeby się upewnić. Nie była pewna, czy widziała, żeby trzymał blachę przez ścierkę, ale na jego dłoniach nie zauważyła żadnych oparzeń.
Chłopak wciąż się nie odezwał, wpatrując się w smutną blachę spalonych ciastek. Eli położyła dłoń na jego ramieniu i lekko je ścisnęła.
— Daj spokój, to nic. Zaraz coś wymyślimy — powiedziała, już zakasując rękawy.
— Miały być czekoladowe. Dla ciebie — rzucił w końcu Kal, trzymając dłonie zaciśnięte na brzegu blatu.
Dla Elianne liczyło się głównie to, że był dla niej w stanie ubabrać sobie ręce w cieście. Produkt finalny był mniej ważny. Wspierając się na ramieniu Kala, wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.
— Dziękuję, że pomyślałeś. Chodź, ogarniemy ten bałagan.
Kal wciąż niewiele mówił, ale kiedy już Eli odciągnęła jego dłonie od blatu robił to, o co go poprosiła. Dziewczyna najpierw chciała wyrzucić ciastka do śmietnika, ale z drugiej strony wolała zrobić to poza jego polem widzenia.
— Strasznie tu cicho. Da się załatwić jakąś muzykę? — zapytała, a kiedy Kal wyszedł z pomieszczenia, ciastka szybko wylądowały w koszu.
Wrócił po kilku chwilach z radiem. Eli całe wieki nie widziała takiego ustrojstwa, ale skoro działało, to co z tego? Pogrzebała w stacjach i po chwili cichą kuchnię wypełniła muzyka.
— Z jakiego przepisu robiłeś te ciastka? Możemy zrobić je jeszcze raz — zaproponowała, zamykając okna.
Cały dym się wywietrzył, a na jej rękach pojawiła się gęsia skórka, więc postanowiła, że tyle świeżego powietrza im wystarczy. Kal podał jej kartkę.
— Jakiś z internetu. Przyjaciółka mi dała. Nie wiem, czy wyjdą — mruknął, opierając się o blat. — Tamte te nie wyszły.
— W takim razie te wyjdą. — Eli klasnęła w dłonie. — No, to wyciągaj składniki.
Co prawda pieczenie ciastek było niezaplanowane i chaotyczne, ale miała nadzieję, że jeśli szybko zajmie czymś Kala, to chłopak nie zdąży popaść w ponury nastrój po nieudanym wypieku. Jeśli wcześniej kuchnia nie wyglądała, jakby przeszło przez nią tornado, to po tym, jak druga tura ciasteczek wylądowała w piekarniku, prezentowała się jak strefa klęski żywiołowej.
Elianne próbowała strzepać mąkę z koszulki, podczas gdy Kal mył ręce (enty raz). Sama znalazła sobie miotłę i pozamiatała podłogę, a kiedy pomieszczenie wyglądało na nieco czystsze, oparła się o stół.
— Katastrofa zażegnana — powiedziała z uśmiechem.
— Muszę iść się przebrać — wtrącił Kal w tym samym czasie, marszcząc nos.
— Popilnuję ciastek.
Chłopak rzucił zaniepokojone spojrzenie w stronę piekarnika, jakby miał znowu zacząć się dymić, ale w końcu skinął głową i zostawił Elianne samą w kuchni.
Czas mijał szybko, a dni były krótkie, więc na zewnątrz słońce powoli zaczynało się zniżać. Eli zmieniła miejsce, żeby usiąść przy stole, i podparła podbródek na dłoni. Może i ciasteczka nie znalazły dla siebie miejsca w jej walentynkowym bingo, ale wszystko dobrze się skończyło, więc nie było na co narzekać. Próbowała nie zapomnieć o tym, żeby po wyjęciu ciastek z piekarnika znaleźć swoją torbę, bo nie pamiętała już, gdzie ją rzuciła, a musiała przecież dać Kalowi jego prezent. Długo szukała pierścionka, który miał kryształki w dokładnie tym odcieniu niebieskiego, na którym jej zależało. Wstyd byłoby teraz o nim zapomnieć.
— Nie palą się? — zapytał Kal, zanim jeszcze wszedł do kuchni.
— Zobaczyłbyś, gdyby się paliły — powiedziała Eli z rozbawieniem. — Potrzebują jeszcze dziesięciu minut. Około.
Kal nie wydawał się specjalnie przekonany, bo jego wzrok co parę chwil przelatywał z zegara na piekarnik i z powrotem.
— … Nie mam pojęcia, dlaczego te poprzednie się spaliły. Nie patrzyłem na nie tylko przez chwilę — powiedział w końcu, opierając się dłońmi o blat.
— Ciastka bardzo się szybko palą, chwila wystarczy. Nie chcesz wiedzieć, jak wyglądały pierwsze ciasteczka, jakie piekłam — zaśmiała się.
Pomimo tego niepokój Kala na nią działał i sama zaczęła częściej spoglądać na piekarnik. Wcześniej nawet by nie pomyślała, że przez ciastka może powstać taki raban. Powinna już dawno nauczyć się, że wszystko jest możliwe.


NASTĘPNE OPOWIADANIE

[1401 słów: Elianne otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia +20 PD]

Od Edel CD Doriana i Kurta — „Serve the servants”

Poprzednie opowiadanie

Ona ma porozmawiać z Dorianem. Ona. Ma. Porozmawiać. Z. Dorianem.
Już myślała, że nie dadzą rady wytrącić jej z równowagi jeszcze bardziej. Nawet nie wie, czy jest bardziej poirytowana, czy zrozpaczona, czy odczuwa dziwną mieszankę kilkudziesięciu negatywnych uczuć. Przy czym jakakolwiek to nie jest emocja (lub emocje), kumuluje ją zmęczenie typowe dla człowieka, który nie może dobrze spać od… straciła rachubę, od ilu nocy dręczy ją wspaniały i bardzo kompetentny pies przewodnik.
Próbując zebrać myśli i przygotować się do rozmowy z Dorianem, stwierdza, że współczuje wszystkim osobom, które choćby decydują się na pracę w przedszkolu albo w szkole podstawowej. Właśnie do poziomu dzieci w takim wieku porównuje Kurta i Doriana. Gdyby tworzyła ich profil psychologiczny, na samym początku, dużymi i wyraźnymi literami napisałaby: „WIEK MENTALNY: OKOŁO OŚMIU LAT, MOŻE MNIEJ”.
Jeśli spróbowałaby wyrzucić z głowy złe myśli, nie zostałoby w niej nic, więc bez najmniejszej próby zmiany swojego nastawienia na trochę lepsze podchodzi do Doriana, zostawiając obrażonego Kurta w jego przytulnym kącie samoudręki (to zdecydowanie nie jest kąt, ale Edel nie potrafi nie dostrzegać w tej sytuacji analogii do przedszkolnego życia). Chłopak i pies pojawili się niby tylko kilkanaście metrów dalej, ale na pustyni przejście takiej odległości człowiek odczuwa jak przebycie paru kilometrów – piasek pożera ciężkie buty Edel, a jej wydaje się, że robiąc krok do przodu, równocześnie robi jakieś dziesięć kroków w tył.
– Hej – zaczyna jak najbardziej neutralnym tonem i dziękuje wszechświatowi, że podczastego przywitania jej głos nie postanawia się załamać. Gdy Dorian odwraca się w jej stronę gwałtownym szarpnięciem całego tułowia, jakby tak też musiał wyrażać swoją wściekłość, Edel czuje, że drobinki piasku nagle gryzą ją w gardło bardziej, niż parę sekund temu.
– Czego chcesz? – prycha bezpardonowo. Jakoś udaje mu się sprawić, że to pytanie brzmi jak zaproszenie do walki i brakuje tylko tego, żeby wyciągnął swoje iaculum i zaczął nim wymachiwać na wszystkie strony.
– Plan jest taki – oznajmia Edel, zauważywszy już jakiś czas temu, że uprzejme wstępy do wypowiedzi działają na braci jak płachta na byka i pretekst do przerwania jej. – Gdy Terminator się obudzi…
– Ja ci dam wykorzystywać mojego psa, ty zdziro! – wrzeszczy Dorian, który najwyraźniej nie potrzebuje najkrótszego wstępu, żeby wciąć się w słowa dziewczyny i dosadnie jej pokazać, że nieważne, jak dobre ma intencje, dla niego ona zawsze będzie złem wcielonym. (Uszami wyobraźni Edel słyszy pogardliwy śmiech Kurta). – Jak się będziemy teleportować, to tylko ja i on. Ja i on, rozumiesz? Nikt więcej. Nie będziecie mi psa męczyć, kurwa wasza mać.
– Nie chodziło mi o… – próbuje Edel, ale Dorian jeszcze nie skończył swojej tyrady.
– Tak, oboje jesteście tacy inteligentni! – kontynuuje, żywo gestykulując. – Najpierw jakiś pretor, jakieś teleportacje, czy wy w ogóle wiecie, że istniejecie? – Edel czuje potrzebę natychmiastowego odpowiedzenia, że tak, zdaje sobie sprawę zarówno ze swojego istnienia, jak i istnienia chłopaków oraz Terminatora. Chciałaby jednak nie, bo wtedy przynajmniej mogłaby oszukiwać się, że krzyczący na nią Dorian jest tylko nikomu niestraszną fatamorganą.
– Mógłbyś się uspokoić? – pyta go, najdelikatniej, jak tylko potrafi. To zły wybór, jak zawsze. Dzisiaj Edel jest bohaterką klasycznej tragedii i każda z opcji, jakie się przed nią otwierają, prowadzi do jej zguby.
Dorian mamrocze coś o tym, że szkoda w ogóle strzępić ryja i udaje się do swojego kącika denerwowania się na wszystkich i wszystko, symetrycznego do kącika samoudręki Kurta. Edel stoi rozdarta pomiędzy dwójką braci, z których żadny nie wykazuje najmniejszej chęci współpracy i dziewczyna nie ma nawet z kim wymienić smutnego, zdesperowanego spojrzenia, bo Terminator wciąż ucieka przed tą tragiczną rzeczywistością, wybierając sen ponad swojego pana.
Gdyby znajdowali się w serialu dla młodzieży, to Edel wyciągnęłaby swój notatnik, w którym miałaby zapisany plan na każdy możliwy problem i stamtąd wyciągnęliby obiektywnie dobre rozwiązanie sytuacji, po czym wszyscy szczęśliwie znaleźliby się z powrotem w Obozie już jakieś dwie godziny temu. Tymczasem jest smutną, rozżaloną heroską, która nie może zrobić pożytku z własnych mocy, nie mówiąc już o magicznych zdolnościach chłopaków, których chyba użyli właśnie na Edel, nie oszczędzając w środkach. Chociaż nawet przynoszenie jej pecha wychodzi im gorzej niż psucie atmosfery i obrażanie się, które sprowadzają nieszczęście na nich samych oraz zbliżają całą trójkę (czwórkę) do śmierci na jakimś wypizdowiu.
– Dorian, posłuchaj…
– Nie mów do mnie – przerywa jej i Edel odczuwa coś w rodzaju ulgi, bo tym razem przynajmniej nie krzyczy. To, że wciąż jest dla niej niemiły, nie ma aż tak dużego znaczenia – Nawet na mnie nie patrz.
– Musimy się jakoś stąd wydostać. – Nie doczekuje się odpowiedzi przez minutę, dwie, może nawet trzy (albo to tylko parę sekund, bo czas na pustyni płynie inaczej), więc kontynuuje: – Naprawdę, jestem daleka od męczenia Terminatora, uwierz. – Wciela się w rolę czułej przedszkolanki lepiej, niż sądziła, że potrafi. Aż musi się powstrzymywać, żeby nie kucnąć obok Doriana i nie zaoferować mu naklejki w kształcie złotej gwiazdki za przyzwoite sprawowanie się. – Po prostu poczekamy, aż się obudzi i wszyscy razem pójdziemy łapać stopa.
Nie wie, co może urazić Doriana i spodziewa się, że każde jej słowo, ba, każda głoska, która opuści jej słowa, może być pretekstem do kolejnego wybuchu. Jednak tym razem chyba udaje jej się do niego dotrzeć, wydaje jej się, że chłopak po prostu musi przetworzyć słowa centurionki i dlatego milczy. Albo, co pewnie jest dla niego jeszcze trudniejsze, musi przyznać, że Edel ma rację i że to dobry plan, co Kurtowi już się to udało (pomijając to, że teraz uznaje ten plan za swój).
Dziewczyna czeka cierpliwie, stojąc nad Dorianem, który zajmuje się grzebaniem w piachu. Edel uznaje tę chwilę za moment, w którym zaczyna kiełkować ich koleżeńska znajo-
– Dla twojej wiadomości, to kompletnie cię nie słuchałem. – Dorian nie unosi głowy znad piasku, dziewczyna może tylko wpatrywać się w jego rudą czuprynę i dłonie błądzące między żółtymi drobinami.
Edel już wie, co czuje. Wszechogarniającą frustrację i zmęczenie. Pracuje z ośmiolatkami, które nawet w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia nie potrafią pójść na kompromis.
– To pomysł Kurta. – Edel desperacko chwyta za ostatnią deskę ratunku.
– Jego też nie słucham – cedzi Dorian, przesypując piasek z jednej ręki do drugiej. Centurionka stawia kolejną diagnozę: nie dość, że ośmiolatek, to jeszcze z problemami z wyrażaniem swojego gniewu oraz depresją. – Róbcie sobie, co chcecie i mnie w to nie mieszajcie, jeśli łaska.
– Nie zostawimy cię tutaj – upiera się Edel, choć wie, że to fraza wyjęta prosto z kreskówki o magii przyjaźni. – Musimy się jakoś dogadać, bo przecież inaczej wszyscy pozdychamy. Od przegrzania albo z pragnienia, albo z czegoś kompletnie innego, bo nam nagle spadnie jakaś harpia na głowę i tyle po nas będzie. – Dorian wydaje się znowu jej nie słuchać, a ona jest tym wszystkim tak zmęczona, że aż czuje, jak jej nerwy zaczynają pękać, takie drobne nitki, zrywające się z cichym: „ping”, jedna po drugiej. – Chyba zapominasz, że jestem twoją centurionką – mówi tonem znacznie poważniejszym, niż wcześniej. – Mogę zdać nieprzychylny tobie raport pretorowi. Nieważne co powiesz, on uwierzy mi, a nie tobie – prze dalej, choć momentalnie zaczyna czuć się źle z wypowiedzianymi słowami. Wyrzuty sumienia nie dają jej nawet chwili na poczucie dumy ze znalezienia jakiegoś wyjścia z patowej sytuacji, od razu budzą się i sprawiają, że ma ochotę porzucić odgrywaną rolę i się popłakać.
– Czy ty mi właśnie grozisz? – syczy Dorian. Edel dostrzega, jak cały się spina. Jak jej słowa wreszcie wywierają na nim jakieś wrażenie.
– Rób, co chcesz – powtarza jego słowa i odwraca się, żeby wrócić do Kurta, po czym wreszcie zrealizować ich marny plan, którego szanse powodzenia są bliskie zeru.
Dopiero gdy jest już parę metrów dalej, tuż za sobą słyszy mamrotane pod nosem przekleństwa Doriana.
– TY byś tego NIGDY nie zrobiła. – Docierają do niej ciche, pełne jadu słowa. – Jesteś za miękka.
Edel postanawia nie odpowiadać, bo wie, że teraz albo jeszcze bardziej pogrążyłaby się w swoich groźbach, albo przeprosiłaby chłopaka i przyznała, że tak, nie dałaby rady powiedzieć nic złego o tak denerwujących legionistach, jak oni. Dorian też już nic nie dodaje, oprócz rzucanego co jakiś czas „kurwa”, któremu za każdym razem towarzyszy splunięcie w piach.
– Udało się – rzuca Edel do Kurta, który przez krótką chwilę wydaje się zaskoczony tymi słowami, ale równie dobrze Del mogło się to przewidzieć, bo na twarz chłopaka momentalnie wraca wyraz wiecznego niezadowolenia i gniewu, a po szoku nie widać najmniejszego śladu.
– Jesteście zjebani i was nienawidzę – podsumowuje sprawę Dorian, nie dając Kurtowi czasu na odpowiedzenie Edel.
Dziewczyna, choć niekoniecznie chce, po raz pierwszy podziela zdanie chłopaka.


Dorian?
────
[1370 słów: Edel otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

sobota, 21 lutego 2026

Od Aye — „The Wildflower Bouquet i zły adres" — część 2 [Walentynki]

Poprzednie opowiadanie

„Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres–... och”

Rozsądnie byłoby zamknąć te drzwi i udawać, że wcale nie spotkał (znowu) Chaita. W walentynki. Warto byłoby to podkreślić, bo ostatnim razem, jak dane było im się spotkać w święto zakochanych, to wyszli z tego z uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym.
Mimo to Aye się zatrzymało. Omiotło spojrzeniem Chaita, jego spięta posturę ciała i smutno wyglądający bukiet kwiatów. Postanowiło mu pomóc. Jakoś zrobiło jejmu się szkoda, że ten nieszczęsny półbóg znowu zostawił wmieszany w zajęcie, które widocznie nie sprawia mu radości.
— Mogę adres? — zapytało, puściwszy klamkę od drzwi.
Chait wygrzebał z kieszeni karteczkę, na której miał podane dane klienta oraz adres. Podał świstek papieru Aye, a półboże chwilę wpatrywało się w koślawe litery.
— To… chyba po drugiej stronie miasta — wypowiedziało te słowa ostrożnie. Wolało Chaita nie dobijać. Jakimś cudem przeoczył dwie literki w nazwie ulicy, przez co trafił w zupełnie inne miejsce.
— Och… tak. — Ścisnął mocniej bukiet. — Ha-ha, to naprawdę…
Aye westchnęło. Patrzenie na Chaita w tym stanie nie sprawiało jejmu żadnej radości. Nie czuło satysfakcji, szczęścia, że ten denerwujący bachor Iris przyjechał jeden koniec miasta zamiast na drugi. Szczerze chciało mu jakoś pomóc.
Widząc, że Chait już zabiera się do odejścia, wyciągnęło ku niemu rękę.
— Poczekaj.
Chait powoli się odwrócił. Bukiet trzymał już kwiatami do dołu, tak, jak powinno się go poprawnie transportować.
— Wiem, jak tam dojechać. Może będzie ci łatwiej, jeśli pojedziemy razem? Przynajmniej się nie zgubisz…
Chait w mgnieniu oka cały się rozpromienił. Nie wiedział, czy powinien uściskać Aye (czego w końcu nie zrobił, bo byłoby to zbyt dziwne), podać jejmu rękę (też sobie dał spokój), czy po prostu się uśmiechnąć najszerzej, jak tylko potrafił.
 
— Na pewno nie masz na dzisiaj planów? — zapytał, kiedy siedzieli już w wagoniku metra obok obściskującej się parki. — Bo wiesz… jeśli ci przeszkadzam, to możesz wrócić do domu. Stąd chyba sobie poradę.
Aye pokręciło głową. Siedząca obok nich para naprawdę głośno się całowała. Wręcz pożerała siebie nawzajem.
— Nie obchodzę walentynek.
— Głupie święto, prawda? — zaśmiał się Chait w odpowiedzi. Nie wiadomo, czy istnieje dwójka półbogów, która tak bardzo nienawidziła tego święta, co oni.
— Nie wiem, to ty siedzisz w różowej bluzie z bukietem kwiatów. — Uśmiechnęło się rozbawione. Jakoś ten specyficzny ubiór Chaita wywoływał w niej sprzeczne emocje; bo z jednej strony uśmiech sam z siebie pojawiał się na jejgo ustach, a z drugiej odczuwało taką żenadę, że czuło ciarki przebiegające wzdłuż kręgosłupa.
Wysiedli na przedostatnim przystanku. Jeśli Chait rozwoził te kwiaty od rana, to właśnie musiał dobijać dwunastej godziny pracy, bo słońce zaczynało zbliżać się ku horyzontowi. Pomarańczowe zabarwienie nieba przypomniało im, że to idealna godzina dla wszystkich par, by wyjść na miasto w celu udania się do restauracji, w której mieli rezerwacji. Musieli więc przepychać się przez tłum zakochańców na stacji metra, a potem jeszcze przez tłum ludzi na ulicach, zanim dotarli pod wskazany adres (tym razem już poprawny).
Stanęli przed starymi, rozpadającymi się drzwiami; gdzieniegdzie odpadała niebieska farba, a klamka była tak wytarta, który służyła pięciu pokoleniom.
Chait zadzwonił dzwonkiem. Przez pierwszą minutę nikt nie raczył otworzyć im drzwi, więc Aye zdecydowało się zapukać.
Chwila ciszy i w końcu drzwi otworzyła starsza kobieta. Dłonie widocznie się jej trzesły, mocno zaciskała palce na lasce, która pomagała jej chodzić.
— W czym mogę pomóc? — Uśmiechnęła się, odsłaniając piękną protezę.
— Poczta kwiatowa — zaczyna ze spokojem Chait. — Przyszliśmy dostarczyć ten bukiet. Pani Marianna zgadza się?
Kobieta nie dosłyszała. Uśmiechała się cały czas tak samo szeroko i trochę niepokojąco.
— Moi kochani, wejdźcie do środka! — Kiedy żadno z nich się nie ruszyło, starsza kobieta próbowała zgarnąć ich do domu przy pomocy swojej laski. — No, już, już! Szybciutko. Dzisiaj mrozi.
Weszli do środka. Nie z własnej woli. Babcia bardzo nalegała i raczej nie pozwoliłaby im nawet odejść (nie z tą laską, którą tak zwinnie wymachiwała).
Aye grzecznie ściągnęło buty. Nie chciało nabrudzić starszej kobiecie w przedpokoju. Zgadywał, że pewnie już i tak ciężko jest jej utrzymywać porządek w niemałym mieszkaniu.
Pociągnięty za nim Chait również zrzucił ze stóp swoje buty.
— Proszę pani — zaczął jeszcze raz, starając się mówić głośno i wyraźnie. — Przychodzimy jako poczta kwiatowa. Chcę dostarczyć dla pani bukiet.
Kobieta znikła w kuchni. Usłyszeli stukot naczyń.
— Piękna z was para, moi kochani — powiedziała, wracając do nich. Przez cały czas się uśmiechała. — Naprawdę piękna. Przepiękna! W tych czasach już nie ma takiej miłości. Teraz ludzie się nie kochają. Zapominają, czym jest miłość — mówiła do siebie, znosząc do drugiego pokoju talerze. — Nikt teraz nikogo nie szanuje. Wielka szkoda, wielka! Wy wyglądacie tak uroczo razem. Pasujecie do siebie.
— Przepraszam, my przychodzimy z poczty…
— No, chodźcie do mnie, chodźcie! Poczęstuję was ciastem i herbatą! — zawołała, a oni nie mając innego wyboru, udali się do jadalni, w której kobieta ułożyła na stole talerze oraz przekąski.
Aye starało się usiąść z dala od Chaita, ale w małym mieszkanku kobiety nie było dużo miejsca, więc syn Iris i tak musiał zająć miejsce obok dziecka Hefajstosa. Było im do granic możliwości niekomfortowo. Nie mogli jednak pokazać tego przed starszą kobietą, która na dodatek niedosłyszała i — może też — niedowidziała.
Dostarczony bukiet wcisnęli do wazonu, w którym stały już uschnięte róże.
— Bardzo proszę, moje gołąbeczki. — Postawiła na stole dzbanek z herbatą. — Mam nadzieję, że lubicie zieloną. Kupuję ją od mojej wieloletniej przyjaciółki. Prowadzi sklep z herbatami.
— Tak, bardzo dziękuję — odpowiedział Chait z uśmiechem. — Chcę powiedzieć… jeśli mnie pani oczywiście słyszy.
— Ach, więc mówisz, że jesteś w szczęśliwym związku?
— Nie to miałem…
— Spokojnie, mój kochany. — Babcia klepnęła Chaita w ramię. — Ja też stresowałam się przed ślubem.
Kobieta z trudem usiadła na swoim (tak się wydaje) ulubionym fotelu. Laskę oparła o oparcie mebla.
— Kiedy brałam ślub z moim Johnem… — Uśmiechnęła się szeroko. — Pamiętam, jakby było to wczoraj. Byliśmy młodzi. Mieliśmy niespełna dwadzieścia lat i całe życie przed sobą — zaczęła się rozmarzać. — Dzień przed ślubem strasznie się stresowałam. Dostałam, jakby to powiedzieć… no, mówiąc wprost, to sraczki.
Chait prawie udławił się herbatą. Nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Aye musiało klepnąć kolegę w plecy.
— Cały dzień nie mogłam zejść z toalety. Słuchajcie, tak mnie brzuch bolał, że sobie nie wyobrażacie. Myślałam, że będziemy musieli ten ślub przełożyć!
Nastała cisza. Chait w tym czasie siorbał ciepłą herbatę, a Aye niechętnie wbijało widelec w kawałek sernika. Był dobry. Babciny.
Nieoczekiwanie kobieta głośno charknęła i zawyła.
— Mój John! Zostawił mnie jakieś trzy lata temu…
Zaczęła zanosić się płaczem. Nikt z ich dwójki nie wiedział, co powinni zrobić, ale nie ruszyli się nawet o milimetr. Zbyt nieprzewidywalna ta babcia była. Jeszcze któregoś z nich wzięłaby za tego martwego męża i nie pozwoliła wyjść z domu.
— To on był przy mnie, gdy miałam tę sraczkę! Pomagał mi! — szlochała. — Zabrała go ona… śmiercionośna choroba. Paskudztwo jakich mało.
Z nosa kobiety pociekły naprawdę długie gile. Obrzydziło to Aye jedzenie. Przestało jejmu się podobać sernik, który próbowało dojeść.
— Mam nadzieję, że wy będziecie szczęśliwi. — Otarła twarz z łez i z glutów rękawem za dużej koszulki. — Wyglądacie tak młodo… tak szczęśliwe. Jak ja z Johnem.
Jeszcze jedno słowo o małżeństwie, a Aye poczuje chęć wyskoczenia przez okno. Nawet zastanawiało się, czy tak nie będzie łatwiej. Po prostu wyskoczyć i zakończyć cierpienie, przez które właśnie muszą przechodzić.
Kobieta podniosła się z fotela z trudem. Dopiero teraz dostrzegła świeży bukiet w wazonie.
— Och, od kogo to?
— Jak już mówiłem, jesteśmy…
Kobieta wyjęła karteczkę spośród kwiatów. Niespodziewanie krzyknęła. Nagle cały smutek z niej odleciał.
— Jonathan! Mój skarb najkochańszy! — Chciała skoczyć, ale upomniał ją schorowany kręgosłup i zwyrodniałe kolana. Głośno sapnęła, próbując unormować oddech. — Mój syn wysłał mi bukiet. Mój jedyny synalek… wyglądał zupełnie jak ty. — Wskazała na dzieciaka Hefajstosa. — Jonathan? Czy to ty?
Aye wstało. Miało już dość tego cyrku. Czuło się, jakby trafiło do zakładu zamkniętego, a ta pani była najgroźniejszym pacjentem ze wszystkich. Rozumiał, że starsi ludzie chorują na… demencję albo mają problem ze słuchem. To jednak było przesadą.
— Pomyliła mnie pani z kimś — powiedział, nerwowo pociągając za długie kosmyki włosów, których tym razem nie upięło w żadną ładną fryzurę. — Bukiet został dostarczony, a my chcemy wrócić do domu. Rozumie pani?
Kobieta jednak miała inne plany i złapała Aye za ramię. Mocno zacisnęła swoją dłoń.
— Jonathan proszę…
Aye próbowało się wyślizgnąć z tego uścisku, ale nie mogło się ruszyć. Jak na babkę o lasce, to miała całkiem sporo siły.
— Jesteśmy tylko pocztą kwiatową — wtrącił się Chait. Po miłym gościu pozostało już tylko wspomnienie. Teraz wyglądał na wyjątkowo zniecierpliwionego i zirytowanego. — Skończyliśmy pracę. Dziękujemy pani za poczęstunek oraz herbatę. Nikt z nas jednak nie jest pani synem, okej?
Niedosłysząca starsza kobieta słyszała tylko to, co chciała usłyszeć, więc nawet nie ruszyła się o krok.
— Jonathan… pamiętasz, jak mamusia cię karmiła groszkiem? Nienawidziłeś groszku.
— Ja nie jestem…
Wtedy cały świat zawirował. Aye zobaczyło tęcze, a potem bardzo jasny błysk i… obudził się na jednej z ulic Nowego Jorku. Spojrzało z szokiem na Chaita. Zapomniało, że był na obiedzie u staruszki z synem Irys, który potrafił się poruszać przy pomocy takiego narzędzia, jak właśnie tęcza.
— Nie zorientuje się? — zapytało tylko.
Chait machnął dłonią.
— Miała najprawdopodobniej demencję. Albo coś podobnego. Myślę, że ten syn z nią mieszka i wróci później do domu.
Pokiwało powoli głową. Wciąż do niejgo nie dochodziło, co się tak właściwie stało. Przynajmniej ten sernik był smaczny.
— Dziękuję za pomoc. Znowu. — Chait złapał za zamek bluzy i powoli ją rozpiął. Ta sytuacja najwidoczniej bardzo go rozgrzała. — I przepraszam, że znowu wciągnąłem cię w jakieś problemy. Nie wiedziałem, że trafimy pod adres chorej babci.
— W porządku.
Nie było to w porządku, ale wolało nie smucić Chaita. Już wystarczająco był zestresowany i zażenowany tym, co się chwilę wcześniej wydarzyło. To, ile razy zostali nazwani małżeństwem, przechodzi wszelkie oczekiwania. Nawet w zeszłym roku nie było aż tak źle.
— Dasz radę stąd wrócić?
— Och, um… nie wiem, czy dam radę utworzyć znowu tęczę, ale… — jęknął niepewnie. Jak na dzieciaka Irys nie był tak wprawiony w użytkowanie tęczy. Zdołał ich teleportować tylko dwie ulice dalej.
— Nieważne. — Machnęło ręką. — Wróć ze mną. Darujmy sobie to wszystko. Jeśli się znowu zgubisz i znajdziesz mnie przypadkowo, to urwę ci łeb.
Chait się rozpromienił. Wyglądał jak najszczęśliwszy dzieciak na świecie. W tym szczęściu chwycił Aye za dłonie i mocno je uściskał.
— Przepraszam! — Cofnął się jak poparzony.
— Zaraz urwę ci ten łeb i tutaj. — Uśmiechnąło się. Nie obchodziło jejgo już, czy Chait uściskał jejmu dłonie bez pytania, czy zaraz jejgo przypadkiem nie przytuli. Marzył tylko o tym, by wrócić do domu. Spokojnego mieszkania, w którym nie mieszkały żadne babcie z demencją. — Ruszaj się. Chcę wrócić przed osiemnastą.

[1714 słów: Aye otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

Od Chaita — „The Wildflower Bouquet i zły adres" — część 1 [Walentynki]

„Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres–... och”.

– Poczta kwiatowa? – Chait przechylił głowę, marszcząc brwi i patrząc na Ruth z niezrozumieniem.
Kiedy dziewczyna – będąca jego ex, co było dla sytuacji dość istotne – pojawiła się pod jego drzwiami w walentynki z samego rana, od razu zaczął zakładać najgorsze scenariusze. Że coś się stało, że facet z nią zerwał, że jej mieszkanie wybuchło, że któregoś z jej braci wyrzucono ze szkoły (czas najwyższy), albo coś innego, równie dramatycznego.
Teraz patrzył na nią jeszcze nie do końca przytomnym wzrokiem, próbując zrozumieć, o co właściwie go prosi.
– Ludzie zamawiają bukiety na specjalne okazje, wy je rozwozicie na wskazane adresy…
Gestykulowała przy tym, pochylona delikatnie do przodu, jakby to w jakiś sposób miało sprawić, że jej słowa staną się łatwiejsze w odbiorze.
Nie działało.
My?
Sapnęła z irytacją.
– Jeden z kurierów miał wypadek. Potrzebujemy kogoś na zastępstwo.
Przetarł twarz dłońmi. Nie do końca wiedział, jak to odebrać. Miał wrażenie, że powinien poczuć się urażony tym, że przyszła do niego. Jakby założyła, że na pewno nie ma żadnych walentynkowych planów i będzie mógł ot tak rzucić wszystko i pół dnia jeździć po mieście rozwożąc kwiatki.
Nie mógł jednak poczuć się tym urażony, bo jeśli tak założyła, to miała całkowitą rację. Kiedy stanęła w jego drzwiach, od progu nawijając o święcie, o kwiatach, transporcie i zamówieniach, musiał spojrzeć na wiszący na ścianie kalendarz i przez chwilę męczyć się ze skaczącymi, niewyraźnymi literkami, zanim udało mu się odczytać datę. Kompletnie zapomniał o istnieniu walentynek.
Zdecydowanie nie miał też na ten dzień żadnych planów. Po zeszłorocznej katastrofie związanej z tym przeklętym świętem i przeklętą misją, wyparł dzień zakochanych ze świadomości.
– Czym mam się poruszać po mieście? – zapytał, chociaż nie miało to najmniejszego znaczenia.
Ruth zaświeciły się oczy. Chait doskonale wiedział, że to pytanie jest podpisaniem wyroku, ale nie mógł nic na to poradzić. Nie zostawiłby jej w potrzebie, choćby miał pokonywać Nowy Jork na pegazie.
– Przecież masz prawko. Zresztą, mają rowery dla pracowników.
Nie wiedział, która opcja mniej do niego przemawia, ale tylko westchnął i skinął głową. Miał swoje metody na docieranie w odległe miejsca. Ruth nie musiała o nich wiedzieć.
– Dobra. Gdzie jest ta kwiaciarnia i o której mam tam być?
– Tak w sumie… – zaczęła, przeciągając sylaby. – To potrzebujemy cię już zaraz-teraz. Podrzucę cię?
Uśmiechnęła się słodko, wiedząc, że Chait na pewno się na nią nie zezłości. Jej uśmiech zawsze działał; po latach nic się w tej kwestii nie zmieniło. Wywrócił oczami, zrezygnowany.
– Poczekam w samochodzie. Nie powiem ci, żebyś się nie spieszył, bo jednak potrzebuję, żebyś się spieszył.
Przez chwilę patrzył, jak schodzi po schodach, zanim zdecydował się zamknąć drzwi. Dotarł do niego jeszcze rzucony przez ramię krzyk „tylko ubierz się na różowo”.
Z szacunku do sąsiadów nie krzyknął w odpowiedzi „po moim trupie”.
Po walentynkowej misji znielubił też różowy kolor.


Kwiaciarnia mieściła się w niskim budynku, otoczonym przez inne identyczne budynki. Chait wysiadł z auta i ruszył za Ruth, tylko krótko zerkając na szyld i tabliczkę z godzinami pracy. Przed wejściem stało kilka rowerów, w stanie gdzieś między opłakanym a wymagającym natychmiastowej likwidacji i tablica zachęcająca do składania zamówień online.
Chociaż nigdy nie był wielkim miłośnikiem kwiatków, to wielobarwne wnętrze i intensywne, mieszające się zapachy były miłą odmianą od szarej pogody i smrodu na zewnątrz.
– Przyprowadziłam zastępstwo! – Ruth zajrzała za ladę, poprawiając zarzucony na kark szalik.
Z zaplecza wyjrzał do nich niski chłopak. Nie mógł być starszy od nich, miał trochę zbyt długie, czarne włosy spięte spinkami, różowe okulary i ściskał w dłoni kilka odciętych gałązek.
Z jakiegoś powodu wyglądał dokładnie jak ktoś, kto prowadziłby kwiaciarnię. Chait nie potrafił tego do końca wyjaśnić.
Ledwo usłyszał wymamrotane „dzięki” i podszedł bliżej, przerzucając przez ramię przeszkadzającą mu kurtkę.
– Przepraszam za kłopot. – Chłopak miał cichy głos, tylko trochę niepewny, może zbyt słaby. Równocześnie uśmiechał się miło, w sposób, który z jakiegoś powodu wywoływał w człowieku wyrzuty sumienia.
Chait odpowiedział uśmiechem. Wcisnął dłonie w kieszenie różowej bluzy, dalej nie wierząc, że faktycznie ją założył i wzruszył obojętnie ramionami.
– Żaden problem. To, czym mam się zająć? – Wszedł za pracownikiem kwiaciarni i Ruth na zaplecze, rozglądając się ze źle ukrywanym zaciekawieniem.
– Dostaniesz kwiaty i adresy. Wpisujesz je do nawigacji, dostarczasz kwiaty. To głównie niespodzianki, opłaty już są pobrane.
Skinął delikatnie głową. Zignorował kwestię nawigacji, uznając, że bez problemu poradzi sobie bez tego. Wręcz poczuł się urażony sugestią, że będzie jej potrzebował. Przecież bardzo dużo poruszał się po mieście, różnymi środkami transportu.


Pierwszy adres był jakieś pół godziny drogi spacerem. Oficjalnie korzystał z jednego ze starych rowerów, tego najmniej zniszczonego. Zostawił nawet w kwiaciarni kurtkę, bo przecież „zaraz się zgrzeje”. Zresztą, wcale nie było aż tak zimno, bluza powinna w zupełności mu wystarczyć.
Stanął przed ładnym budynkiem, wręcz dziwnie ładnym jak na okolicę. Ktoś wpuścił go do środka, więc szybko przemknął schodami na odpowiednie piętro, obchodząc się z ogromnym bukietem najdelikatniej jak tylko potrafił. Czerwone róże były wielkie, jeszcze nierozwinięte i ułożone w kształt serca. Nikt nie pytał go o zdanie, ale gdyby takie pytanie padło, to Chait powiedziałby, że wygląda to nieco kiczowato.
Nigdy nie był szczególnym fanem święta zakochanych. Czy kiedy był z Ruth, czy wcześniej, przy jakichś bardziej szczeniackich relacjach – nigdy nie rozumiał tego naciskania na okazywanie sobie uczuć. Słuchał o romantycznych randkach, o tym, jak ludzie organizują cały dzień wokół tego, by skończyć razem w łóżku i czuł tylko i wyłącznie dziwny dyskomfort.
Zadzwonił dzwonkiem umieszczonym obok drzwi. Otworzyła mu kobieta, trochę starsza od niego, wysoka i obiektywnie ładna, chociaż miała podkrążone oczy i wyglądała, jakby od kilku dni bardzo źle spała.
– Poczta kwiatowa – przywitał się, wyciągając w jej stronę bukiet, chociaż trochę się zmartwił.
– Od kogo? – Sięgnęła do ukrytej wśród róż karteczki.
Chait nie czytał zapisanej na niej dedykacji, bo nie wypadało, ale teraz zaczął myśleć, że może jednak powinien. Oczy kobiety powiększały się z każdą chwilą, aż w końcu krzyknęła, ciskając bukietem o ziemię.
– Co za kawał chuja!
Cofnął się o pół kroku, tak na wszelki wypadek. Nie zdążył zapytać, co się stało.
– Wyobrażasz to sobie? – złapała bukiet z powrotem, wpadając do mieszkania. Bał się spuścić ją z oczu, więc ostrożnie zajrzał do środka. – Ten skurwiel najpierw mnie zdradza, a teraz ma czelność mówić, że ON wybacza MNIE!
Nie krzyczała na niego, ale i tak jakoś się skulił. Wpadła przez drzwi najbliżej wejścia. Stojąc w progu, widział tylko umywalkę i kawałek toalety.
– Czy jego do kurwy pojebało? – Cisnęła kwiatami do muszli. – Zdradził mnie z moją najlepszą przyjaciółką! Może ona zaraz też wyśle mi bukiet kwiatów?!
Chait nawet nie próbował jej odpowiedzieć. Zacisnął nerwowo dłonie na ściągaczu bluzy, marząc tylko o tym, by już być z powrotem w kwiaciarni. W końcu kobieta wróciła do niego, dalej tak samo nabuzowana.
– Przepraszam. To nie twoja wina. Masz może wizytówkę firmy? Już ja mu odeślę bukiet. Niech spierdala.
Przytaknął grzecznie, w pośpiechu wyciągając jedną z tekturek, wciśniętych mu przez pracownika kwiaciarni, zanim wyruszył z zamówieniem.


Po tej pierwszej, tragicznej wręcz dostawie chciał zrezygnować. Chciał zrezygnować jeszcze bardziej, kiedy po powrocie do kwiaciarni opowiedział sytuację Ruth i musiał znieść jej atak złości na kompletnie nieznanego jej mężczyznę, a potem jej dodatkowy atak śmiechu, bo przecież oczywiście, że spotkało to akurat Chaita. Kogo innego miało spotkać?
Szczerze współczuł kobiecie i do następnej osoby wyruszył okropnie zestresowany.
Ostatecznie odetchnął z ogromną ulgą. Dostawa była w spokojnej okolicy, a bukiecik był bardzo skromny, ale uroczy – kilka czerwonych i różowych róż, przetykanych białą gipsówką. Dalej nie zdecydował się na przeczytanie liściku.
Otworzyła mu młoda dziewczyna, może osiemnastoletnia. Oczy zabłyszczały jej na widok kwiatów i myślał, że zaraz popłacze mu się ze szczęścia na klatce schodowej.
– Ona jest taka kochana – powiedziała mu, przyciskając kwiaty do piersi. – Na urodziny zrobiła mi ręcznie wyszywanego misia i domowe czekoladki.
Uśmiechnął się do niej. Nie rozmawiali dłużej, ale też poprosiła go o wizytówkę, powtarzając, że musi za rok wymyślić coś równie świetnego.
Od razu z tego adresu wyruszył pod kolejny, tym razem z bukietem z białych i zielonych róż. Kobieta po czterdziestce była równie zachwycona, co tamta nastolatka.


Po tych i jeszcze kilku innych spokojnych dostawach Chait zaczął myśleć, że może jednak nie jest aż tak źle. Ten start był przykry, ale od tamtej pory nie wydarzyło się nic podobnego. Tylko raz, jeszcze pod samą kwiaciarnią, ktoś prawie zniszczył jeden z ogromnych bukietów, kiedy Chait pomagał innemu pracownikowi wnieść go do samochodu. Ostatecznie uniknęli kolizji.
Ten adres miał być ostatnim, pod który miał przyjechać. Według słów pracownika wyprzedali już większość gotowych bukietów i kwiatów, z których mogliby zrobić kompozycje. Chait przyjął to z ulgą. Czuł rosnące zmęczenie tym ciągłym przemieszczaniem się po mieście.
Jednak cieszyło go, że zdecydował się pomóc, zamiast siedzieć w domu.
Zapukał do drzwi, przekładając bukiet do drugiej ręki. Był w innym stylu niż pozostałe, które dzisiaj rozwiózł. Nie było w nim oklepanych, czerwonych róż, zresztą, w ogóle nie było żadnych róż. Chait kompletnie nie znał się na kwiatach, więc potrafił rozpoznać tylko pofarbowaną na różne kolory gipsówkę, ale cały bukiet był niesamowicie kolorowy i gęsty od różnych kwiatów. Uważał, że zdecydowanie jest najładniejszy ze wszystkich, które do tej pory widział – ale może przemawiały przez niego cechy dzieciaka Iris.
Przez chwilę nikt nie otwierał. Uniósł dłoń, by zapukać jeszcze raz, ale w końcu usłyszał dźwięk przekręcanego zamka.
Otworzył usta, żeby się przywitać i przedstawić, ale z jego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Nerwowo poprawił sobie trzymane w rękach kwiaty i znowu otworzył usta. I zaraz znowu je zamknął.
Bo co, cholera, miał powiedzieć?
Przez twarz Aye przebiegło w tym samym czasie co najmniej kilka różnych emocji. Zaczęło się od zaskoczenia, które bardzo szybko zmieniło się w konsternację i panikę, kiedy skierował wzrok na bukiet. Panika znowu zaraz ustąpiła miejsca czemuś, co można było w najlżejszych słowach nazwać irytacją.
– Co ty tu robisz.
To nie zabrzmiało jak pytanie, ale Chait chciał zapytać dokładnie o to samo. Nie zrobił tego, bo sam jeszcze był na etapie zaskoczenia. Nerwowym ruchem wyciągnął z kieszeni karteczkę z adresem. Odkaszlnął. Nagle poczuł, że w bluzie jest mu zbyt ciepło.
– Och. Um… Cóż, nie wyglądasz na panią Mariannę… – wymamrotał w końcu.
Aye wyglądał, jakby miało mu zaraz zatrzasnąć drzwi przed nosem. Chait dziwił się, że nie zrobił tego na sam jego widok.
– Przepraszam – poprawił się od razu, już normalnym tonem, może tylko trochę za bardzo przepraszającym. – Ja… Nie przyszedłem do ciebie. Znaczy, chyba. Pomagam jako poczta kwiatowa, z okazji walentynek. – Nazwa święta z trudem przeszła mu przez gardło. – Więc jeśli nie mieszka z tobą żadna Marianna, to…
– Pomyliłeś adres.
Z jakiegoś powodu Chaitowi zrobiło się okropnie wstyd, chociaż Aye powiedział na głos oczywistą prawdę, której obaj byli świadomi.
– …Tak. Wybacz. – Westchnął.
Aye zaczął zamykać drzwi.
– Czekaj. Ugh. Możesz mi powiedzieć, czy ten adres jest, chociaż gdzieś blisko? – poprosił Chait, czując jeszcze większy wstyd.
Nie mógł bardzo się pomylić, a przynajmniej taką miał nadzieję. Może to po prostu sąsiedni budynek albo ten po drugiej stronie ulicy. Albo w ogóle po prostu złe piętro. Tak, miał nadzieję, że to po prostu coś tak głupiego.


NASTĘPNE OPOWIADANIE

[1800 słów: Chait otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia +20 PD]