wtorek, 28 kwietnia 2026

Od Ademira — „Raz na wozie raz pod wozem”

Nic nie wskazywało na to, że ten dzień może być jednym z ostatnich. Pogoda była bardzo ładna, świeciło słońce, ludzi na ulicach nie było zbyt wielu, a ostatnie kwiaty kwitły. Wczesna jesień była jedną z ładniejszych pór roku. Ademir nie miał na dzisiaj nic zaplanowane. Chciał po prostu odpocząć, pogrążyć się we własnych myślach oraz tekście książki, którą ostatnio próbował dokończyć.
Ademir szedł się spotkać z jednym ze swoich nowych znajomych. Nie miał ich zbyt dużo, a odkąd opuścił obóz, w którym spędził większość dzieciństwa i nastoletniego życia wcale nie było mu się tak łatwo odnaleźć w nowej rzeczywistości. Z Mei urwał mu się kontakt, czego się nie spodziewał i chyba dalej nie mógł się pogodzić ze stratą nowej przyjaciółki. Została mu tylko praca i współpracownicy, z którymi czasem wychodzić do kawiarni.
Mark czekał na Ademira w umówionym miejscu. Był wiecznie uśmiechnięty, pogodny i duchowo bardzo pasował do półboga. Szkoda, że był jedynie człowiekiem i nie zrozumiałby niczego z opowieści o mitycznych obozach. Ademir nigdy nikomu o tym nie opowiadał. Jak miałby to w ogóle wytłumaczyć bez wychodzenia na schizofrenika?
— Cześć! — przywitał się już z daleka, machając do Ademira. — Wejdźmy do środka.
Ademir czuł w powietrzu ciężką atmosferę, ale jeszcze nie mógł stwierdzić, co jest tego powodem. Mark wydawał się tak samo pogodny, mówił tym samym tonem i tak samo szeroko się uśmiechał.
Usiedli przy pierwszym wolnym stoliku. Ludzi o tej porze nie było zbyt wielu.
— Mam wrażenie, że się coś stało — powiedział z uśmiechem, biorąc do ręki kartę menu, którą przed chwilą podała im kelnerka. — Mam rację?
— Jest coś, o czym chciałem z tobą porozmawiać. — Uśmiech z ust Marka zszedł. — To raczej nie będzie dla ciebie przyjemne.
— Nie przejmuj się. — Machnął dłonią. — Jakoś sobie z tym poradzę.
Mark w to oczywiście nie wątpił. Był jednak bardzo wrażliwy i ciężko było mu mówić o rzeczach, które skrzywdzą jego znajomych.
— Podsłuchałem ostatnio rozmowę — zaczął ze względnym spokojem. — Może będzie lepiej, jeśli najpierw coś zamówimy.
Ademir wziął dla siebie zwykłe latte, a Mark wziął coś cholernie słodkiego. Na sam widok kawy z toną bitej śmietany robiło się źle na żołądku.
— Chodzi o to, że ruch w kawiarni spadł.
— Nie jakoś znacząco — zastanowił się Ademir. Faktem było, że ostatnio przyjmowali mniej klientów. Faktem również było to, że Mark pracuje trochę krócej od Ademira i jest chyba najnowszym nowym pracownikiem. — Chcesz powiedzieć, że chcą cię zwolnić? Z racji tego, że jesteś ostatnią osobą, którą zatrudnili?
— Nie mnie. — Pokręcił głową. — Myślą nad tobą.
Ademir ściągnął brwi. Nie wydawało mu się to w żaden sposób logiczne. Przecież pracował tutaj od roku i brał tyle nadgodzin, że kierownictwo powinno być z niego zadowolone. Sam ruch również jakoś znacząco nie spadł. Bynajmniej on tego nie zauważył.
— Nade mną?
— Nie wiem dlaczego. — Mark odwrócił wzrok. Czuł się źle, że to on przekazywał taką smutną wiadomość. — Nie wiem też, czy będziesz jedyny. Słyszałem, że rozmawiali o braku pieniędzy i o tym, że w ostatnim czasie za dużo nowych osób zatrudnili. Wolą zatrzymać nowych, ale starych chcą już zwolnić. To się trochę kupy nie trzyma.
— W takim razie rozumiem, że chyba niedługo się pożegnamy.
Ademir miał bardzo przyjezdny uśmiech. Nie smucił się niepotrzebnie, żeby też nie wpędzać kolegi w złe samopoczucie. On sobie z tym poradzi jak zresztą ze wszystkim innym.
— Poczekaj, może jeszcze się wszystko wyjaśni, okej? — Mark próbował pocieszać Ademira zupełnie bez powodu. Ademir wiedział, że nic się nie wyjaśni. Kierownictwo wiedziało, co robi. Najwidoczniej uznali, że chcą zagrać w ten sposób. Nie mógł wpędzać siebie w fałszywą nadzieję.
— Nie będę czekał. — Pokręcił głową. — Znajdę coś innego. Nie przejmuj się. — Uśmiechnął się. — Skończyłeś już swoją kawę?
— Och… tak, przepraszam, trochę wiesz…
— Rozumiem, nie musisz się naprawdę przejmować tą całą sytuacją. Praca niczego nie definiuje. Dalej będziemy mogli się ze sobą widywać.
Markowi chodziło jednak o samopoczucie Ademira. Wiedział doskonale, że ich kontakt nie umrze. Martwił się po prostu o kolegę. Ta sytuacja nie była fair.
Z kawiarni wyszły niedługo po tej rozmowie i rozstali się na jednej z krzyżówek. Mark poszedł w prawo, a Ademir w lewo. Półbóg całą drogę rozmyślał, co dalej z nim będzie. Nie miał oszczędności, bo w tych czasach ciężko było na cokolwiek odłożyć. Nie chciał też wracać do obozu, bo dopiero co się zaaklimatyzował w San Francisco. Nowy Rzym? Mógłby się na tym zastanowić, ale znowu oznaczało to porzucanie znajomych, których tutaj sobie znalazł.
Był zbyt zamyślony, żeby zauważyć, że przechodzi w miejscu bez pasów drogowych. Zbyt pogrążony w szalejących myślach, zwątpieniach i nadziei, której mieć nie powinien. Zbyt pochłonięty tym, co już nie miało istotnego znaczenia.
Samochód pojawił się niespodziewanie. Wyrósł przed nim jak potwory, z którymi musiał się użerać za czasów nastoletnich. Samochodu jednak nie dało się pokonać przy pomocy zwykłej broni. Samochodu nie dało się zatrzymać. Półbogowie nie umierali tylko przez mityczne stwory. Umierali także jak zwykli ludzie. Może taki koniec był idealnym końcem dla Ademira — zmienił całe swoje życie, poniekąd zapominając o półboskim pochodzeniu, wtopił się w zwykłych śmiertelników i tak też zginął.
Jeszcze dzisiaj strony gazet i strony internetowe obiegnie informacja o tragicznym wypadku z udziałem pieszego. Zwykłego człowieka, bo przecież śmierć Ademira nie będzie niczym niezwykłym. Jego śmierć nie przyciągnie ciekawskich półbogów, którzy będą chcieli się dowiedzieć, co za potwór grasuje w okolicy.

rip dla Ademira
────
[865 słów: Ademir otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia których i tak już nie wykorzysta]

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Zmiana pory roku — jesień



JesieńZmiana pory roku
W Polsce słońce dopiero wychodzi na dobre, a do naszych półbogów zbliżają się smutne, jesienne chmury i przejściowe kurtki. Z jednym dniem opóźnienia, ale na blogu oficjalnie zmienia się pora roku. Koniec tłoku w Obozie Herosów, dzieciaki wracają do szkół i koledżów.
Wiadomości, które nikogo nie dziwią:
★ wątki można kontynuować w czasie przeszłym i z uwzględnieniem pory roku, w jakiej dzieje się akcja. Spis trwających wątków oraz pór roku znajdziecie pod tym linkiem,
★ uprasza się o timeskipowanie lub zamknięcie wątków, które dzieją się w 4. Roku bloga. Niedługo blogowa zima, ostatni czas, żeby przejść do nowej akcji. Nie zapomnijcie o tym!
Przypominamy (nie wierzę, że to mówię) o trwającym obecnie evencie AU i jego oficjalnym przedłużeniu do 3 maja. Miłego grillowania przy piwku i pisania o tym, że wasza postać jest kowbojem.
Następna zmiana pory roku (zima) zaplanowana jest na 27 czerwca, ponieważ ulubioną rzeczą każdego członka Smellsów jest pisanie o śniegu, kiedy zaraz wychodzisz się opalać.

x

@fedzz_z @freepik

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

— No, parę rzeczy może pasować. — Odpowiedziała Dahlia ze sztucznym uśmiechem.
Wewnętrznie dopowiedziała „ja pierdolę”.
Dlatego nie znosiła tarotów. Za bardzo kojarzyły się jej z przepowiedniami, które w sposób dosyć ogólny i enigmatyczny informowały o niebezpieczeństwie, co ich spotka i zawsze to nie było to, czego normalny człowiek czy półbóg mógłby się spodziewać. Już nie mówiąc o ludziach, którzy w te bzdury wierzyli. Inaczej, nie żeby negowała istnienie magicznych mocy, bo to by było dziwne, ale negowała ich dobroczynność. Summa summarum: uważała, że świat nie staje po twojej stronie i nie obdarza cię dobrodziejstwem, tylko maluje ci łeb na szaro. I głównie sypie ci pieprzem w oczy.
Ćpun podszywający się pod wróżkę nie tylko sypał pieprzem w oczy, ale też mocnymi środkami do butelek z alkoholem. Chciałaby o tym zapomnieć, ale czasem obrazy wracają i są żywe.
— Widzę, że zgrabnie ci poszło. Chyba jednak masz jakieś doświadczenie. Albo instynkt. — Skomentowała, uważając, żeby nie być zbyt zamyśloną.
— Może mam w sobie coś z Hekate? — Odbiorczyni komentarza się rozpromieniła.
— U was też się mówi Hekate?
— No, tak.
Grecka heroska przypomniała sobie, jak pewnego pięknego poranka w domu rodzinnym przyłapała dziewczynę swojego brata na przeglądaniu horoskopów. Na tarasie, przy kawie. Oczywiście, że wtedy zapytała ją, czy wierzy w przesądy.
— Tyle, ile trzeba.
— To znaczy?
— No nie jakoś przesadnie, ale wierzę w to, że jakaś przepowiednia może się spełnić. U nas się spełniło.
Była to całkiem sympatyczna dziewczyna, zdaniem Dahlii jedna z fajniejszych osób, która umawiała się z jej bratem. Nie obrażała się, jak dostawała multum pytań. Jak już przyjeżdżała, to pomagała przy obiadach czy śniadaniach.
Dziewczyna wzięła szczodrego łyka kawy, po czym zwróciła uwagę na konsternację na twarzy wtedy szwagierki.
— No, wróżka powiedziała raz mojemu wujkowi, że zginie od żywiołu wody, jakoś tak. Wujek się przeraził śmiertelnie i od tej pory unikał mórz, oceanów, jezior, czegokolwiek co mogło być związane z wodą. Chcieliśmy pojechać nad morze to niee, koniecznie góry. O żadnych statkach nie było mowy. A, był wtedy zapalonym wędkarzem, ale odkąd usłyszał wróżbę, przestał łowić. Tak silny był ten jego strach.
— Aha. Co dalej?
— Z braku laku został farmerem. Pomagał ojcu, wiadomo. Pewnego dnia znaleźli go w chlewiku. Utonął w baniaku dla świń. Dlatego wierzę w przepowiednie, nieważne jak dziwne.
— A. Aha.
Dahlia otrząsnęła się. Anegdota była głupia jak but, ale było w niej coś. Wtedy stała na tym tarasie i wpatrywała się w dal, procesując powieść. Teraz nie będzie zaprzątać sobie głowę tymi kartami. Każdy jest w stanie mówić takie błahostki, które dotyczą prawdopodobnie większości społeczeństwa.
— Jak się w ogóle nazywasz? — Zagaiła.
Nastolatka wyprostowała się jak struna.
— O. Oh, no tak, wybacz. Zapomniałam i się skupiłam na tych kartach! Inez. Inez Velez, legionistka Czwartej Kohorty!
Dahlia tak bardzo starała się nie unosić brwi.
— Jestem Dahlia. Domek numer cztery. W sumie tak jak ta twoja kohorta.
„Czymkolwiek ta kohorta jest”.
Inez klasnęła w ręce z zadowoleniem.
— To co teraz robimy?
— Może obchód po lunaparku? Skoro zebrali nas tutaj, to znaczy, że coś z tym miejscem jest nie tak. Tak zakładam. Nie mamy żadnych innych wskazówek.
— To prawda. Kolejka górska?
— Kolejka?
Dahlia spojrzała na nią z nieukrywanym zdziwieniem. Właśnie mają jakąś misję, Fata nie bez powodu stawiają mnóstwo niespodzianek na drogach mięsa armatniego, znaczy się, półbogów, a ta chce na kolejkę? Inez zauważyła zmianę na twarzy i się speszyła nieco.
— Po prostu… Ileż można wykonywać obowiązków w Jupiterze? Ciągle jakieś treningi, czyszczenie kibli, inspekcja akweduktu, mycie okien. Jak skończymy misję, to ja chętnie bym poszła na kolejkę.
— Ciekawie tam macie. W tym Jupiterze. — Odparła, przewracając oczami.
Obie wstały, sprawdziły swój dobytek, szczególnie broń i wyruszyły na główną arterię parku zabaw. Snuły się tak trochę niemrawo, zwracając uwagę na każdy szczegół. Nie rozmawiały, było za głośno.
W pewnym momencie Dahlia się zatrzymała przy stoisku z watą.
— Poproszę jedną.
Obserwowały, jak nitki cukru zwijały się w puszystą chmurkę, przetykaną różnymi kolorami. Inez zachwycona wpatrywała się, jak fioletowy powoli przechodził w różowy. Za to jej towarzyszka rozglądała się dalej. Czy ze znudzenia, czy poczucia obowiązku, ciężko było stwierdzić.
— Proszę. — Sprzedawca wyciągnął patyk z bombą kaloryczną, gotową na usmarowanie twarzy cukrem.
— Dziękuję. — Odpowiedziała Dahlia, po czym podała legionistce watę.
Jej oczy przybrały wielkość dolara.
— Naprawdę? Mogę?
— Tak. Weź. Nagroda za mycie kibli.
— Rany, dziękuję!
Gdy się wgryzła w smakołyk, nagle wysoka heroska pochyliła się nieco i obserwowała ją. Rzymska obozowiczka nieco się speszyła.
— Eee. Wszystko… W porządku?
— Daj znać, czy czujesz jakąś truciznę. Albo czy ci zdrętwieją kończyny. No wiesz, potwory lubią tworzyć toksyczne rzeczy, co wyglądają jak smaczne jedzonko i nim częstować bezbronnych półbogów. Taka Meduza na przykład.
Dahlia uśmiechnęła się pod nosem, widząc przerażenie gówniarza. Może było to trochę złośliwe, ale jej skrycie ukrywana, znudzona dusza chochlika wymagała ofiary.


Inez?
────
[774 słowa: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Luciena i Arnar — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

— Przestańcie z tym sikaniem. — Zmarszczyła brwi.
Nie docierało to do nich. Wrzasnęła, stojąc parę metrów dalej od nich. Usłyszała siebie, za to nie zauważyła u nich żadnej reakcji. Żadnego poruszenia ręką, wyłączając klasyczne drżenie Luciena. Arnar dalej marszczyło brwi, nie unosząc ich ani na chwilę.
Przeczuwając nadciągające silne emocje, Dahlia postanowiła nie rozmyślać o tym fakcie. Bardziej się skupiła na tym, dlaczego jej nie słyszą. Wyciągnęła ręce i przesuwając się, czekała aż natrafi na barierę. Świat boski, jakikolwiek by nie był, miał swoją logikę, której uparcie się trzymała. Nawet jeżeli wierzgała i fikała. Logika, nie Dahlia.
Natrafiła na opór. Tak, jak się spodziewała. To miejsce wyjątkowo zmieniało rozmieszczenie pokoi, było tylko jedno sensowne wyjaśnienie, na jakie tylko można sobie pozwolić w świecie herosów. Kojarzyła przeróżne historie o Labiryncie, jednak nie sądziła, że może się pojawiać w głupim hotelu i to wieżowcu. Jakiś dzieciak Ateny z Obozu mówił jej, że Labirynt to żywa tkanka, która jest granicą pomiędzy wieloma wymiarami. Próbował jej to wyjaśnić za pomocą analogii do tkaniny i o ile jej wtedy to nie przekonało, tak teraz dotarło, że to być może najlepsze określenie. Ile Labiryntu jest w tym hotelu? Konkretne piętro? Wszystkie?
Jedna rzecz tylko nie pasowała. Korytarze nie prowadziły do innych lokacji, tylko wszystko zostawało w obrębie tego hotelu. Czy to oznaczało, że Labirynt nie miał takiej mocy? Mogła tylko wnioskować. Mogła też tylko stać i się zastanawiać. Może to był rodzaj jakiegoś wymyślnego mechanizmu, niczym werk zegarka, który odliczał minuty? Nie do końca to pasowało, zmiany były dosyć nieregularne. Nie było dźwigni. Głupich płytek co się zapadają po nadepnięciu na nie jak w grach komputerowych. W sumie obejrzałaby Indianę Jonesa…
Zaobserwowała upadek Luciena z politowaniem i nagle przed nią zmaterializowała się ściana. Idea zaświeciła się w jej głowie. Chyba mogła przewidzieć, jaki to był mechanizm. Rozejrzała się i na prawo kolejny korytarz rozwarł swoją paszczę. Inaczej nie mogłaby nazwać tego, wyglądało to po prostu jak wyjście z dużego szybu wentylacyjnego.
— Na Hermesa, niech ten metal mnie utrzyma. — Mruknęła i wgramoliła się na czworaka.
Przez myśl jej przeszło, że Lucien mógłby normalnie się przejść na stojąco w tym szybie i to rozbawiło ją na tyle, że musiała siebie upomnieć. Może kiedy indziej, teraz trzeba się wydostać. Z tego powodu nie znosiła Labiryntów, one zawsze były zbyt kapryśne, nieprzewidywalne i ciężko było jej uwierzyć, że to był wyłącznie jeden. Jeżeli to była żywa tkanka, czemu miałaby nie zakładać, że ewoluuje i ma kilka warstw, odpowiadających epokom ludzkości? Co jej opowiadali obozowicze? Że trafiali często na wychodki w opuszczonych galeriach handlowych. Czasem na metro. Różne potwory. Czasem wypowiadali na głos życzenie, w nadziei na to, że głupia plątanina ścieżek ich wysłucha.
— Zaprowadź mnie do wyjścia. — Szepnęła.
Gdy już zatrzymała się w połowie szybu i czuła mocniejsze przepływy powietrza, przygotowała się do ciosu. Może nie miała miejsca, ale liczyła na to, że wystarczy sam impakt. Uderzyła pięścią w podłogę.
Plan działał nieco zbyt dobrze. Sceneria się zmieniła, owszem, dalej był to hotel, nie była już uwięziona w szybie. No właśnie.
Spodziewała się, że może upaść, ale klasyczne osiem i pół stóp. Nie więcej.
— O cholERA! — Grzmotnęła o posadzkę. Ręce i kolana miały umówione pierwsze spotkanie z grawitacją, reszta ciała podążyła za nimi. Uderzyła tak boleśnie, że od razu zabrakło jej tchu i czekała bardzo długą chwilę na wciągnięcie powietrza do płuc. Całe ciało zapiekło, a fala dreszczy przeszła od stóp do głowy. Wciąż ciężko dysząc, jęknęła z niezadowoleniem, kiedy zobaczyła aulę sali konferencyjnej. Godzinę temu by powiedziała, że jest całkiem imponująca, szczególnie wysoki sufit nadawał wrażenie przestrzenności, teraz pluła sobie w brodę.
Podnosiła się ciężko. Przy każdej próbie głębszego wdechu rozlegał się świst. Na moment poczuła się zagubiona, zamknięta w swoim ciele. Cholerne, niezgrabne, rzucające się w oczy. Mogłaby być mniejsza i może teraz by się nie kuśtykała, opierając się cały czas na meblach. Ręce oraz kolana pulsowały bólem, ale w porównaniu z klatką piersiową, był to nawet przyjemny ból. Znajomy, towarzyszący od kilkunastu lat w walkach.
Otrzeźwił ją nagle fakt, że dawno nie było duchów. Pojawiły się raz i to wszystko. Złapała za klamkę i ze zdziwieniem zobaczyła, że był to już hol hotelowy, funkcjonujący normalnie. A przynajmniej tak to wyglądało, niczego nie mogła być pewna. Nikt nie zareagował na jej widok, zwyczajny wtorek.
Wzięła się w garść i przeszła stabilnym krokiem przez hol. Zaciskała zęby, wytrzymując świeże fale bólu rozrywającego mięśnie i jakiekolwiek inne tkanki, które dzieciaki Ateny by wyliczyły na palcach. Jakieś Textus epithelialis czy jakiekolwiek inne flaki, które teraz krzyczały o pomoc lekarską. Miała nadzieję, że chociaż wyglądało to wiarygodnie.
Wyjście na zewnątrz i zaczerpnięcie niezbyt świeżego powietrza było zbyt… Proste? Nic się nie działo? Nic nie wyskoczyło? Kaszlnęła, kiedy przejechała obok ciężarówka, napędzana prawdopodobnie węglem i azbestem. Przynajmniej pewne rzeczy się nie zmieniały.
Nie było za to chłopaków. I tym się najbardziej zmartwiła. Wolała jednak wmówić sobie, że poradzą sobie, tylko może potrzebują więcej czasu. Co dwie głowy to nie jedna. Nawet jeżeli obie rozprawiają o mikcji.
Wróciłaby po nich, gdyby nie to, że dalej się czuła jak gówno. I wciąż nie miała pewności, czy ten Labirynt jest rzeczywiście Labiryntem, czy specjalnie przygotowaną masochistyczną schizofrenią dla herosów.
Rozejrzała się po okolicy i gdy zobaczyła fontannę, ucieszyła się. Może wielkością była mizerna, ale grunt, że była dokładnie tym, czego potrzebowała. Wielkie fontanny przyciągały rzesze dzieciaków i ciężko się załatwiało komunikację.
Wyskrobała z kieszeni drachmę. Obserwowała, jak moneta znika w rozbryzgach wody.
— Czcigodna Iris. Jak możesz, to poinformuj półbogów w okolicy, że jest tu dziki Labirynt, dobrze? — Wymamrotała, modląc się o pozytywne rozpatrzenie wniosku.


Arnar?
────
[917 słów: Dahlia otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

— Substancje psychoaktywne? — powtarza Ricky, jakby go olśniło. — No macie może rację, to by mogło parę rzeczy wytłumaczyć, ale najpierw musiałbym zrobić parę testów…
— Tobie nawet najbardziej psychoaktywne substancje nie zaszkodzą — warknęła szeptem Kuźma — i tak już masz beret zryty do reszty.
Przez cały dzień Kuźma lawirowała między wyrazem osłupienia i żarliwego gniewu, teraz przedstawiała właśnie to drugie. Ricky aż się przyjrzał, czy z uszu jej nie leci para.
— Ricky — warknęła ponownie, jeszcze ciszej i przez jeszcze bardziej zaciśnięte zęby — kurwa, powiedz im...!
— Jakim i-? — zapytał odruchowo, na szczęście też odruchowo szeptem, po chwili jednak zorientował się, że Kuźma ma na myśli dzieci Wulkana. Stali przed nimi, już z wyłączonymi urządzeniami, na razie spokojni, ale kto wie, na ile taki stan się utrzyma? Może by wykorzystać sytuację i zwinąć coś, te błyszczące na stole, o, albo to takie matowe z tym, wygląda jak krokodyl…
— To w końcu chcecie szmuglować dragi czy nie, o co chodzi? — po tak długiej ciszy w końcu jeden się zirytował, a Kuźma wyglądała, jakby miała się posikać ze złości.
— Nie no, narkotyki? No co ty, przysięgam na trumnę Marii Skłodowskiej-Curie - też ołowianą! To nie narkotyki! To jest niesamowicie cudowne osiągnięcie, ale podobnie jak pani Curie, niestety świat nie jest wystarczająco... wystarczający w tym przypadku. I dlatego właśnie tych kółeczek potrzebujemy…
Tutaj Ricky puścił oczko i zaczął szperać w kieszeniach. Przesuwał palcami po szklanych kulkach i monetach (w obu przypadkach ich gładką powierzchnię szpeciły niekiedy ślady zębów), paragonach, nie jego, innych ludzi, które zbierał i które już dawno wyblakły, obiecująco wyglądających kamieniach, kawałkach jego pokruszonych mlecznych zębów, obrazkach z gum Turbo i takich tam, innych istotnych przedmiotach.
— Może się jakoś dogadamy?
Niektórzy próbowali dojrzeć, czy Ricky wyciąga pieniądze (i o jakie nominały pójdzie), inni odsunęli się, jak od terrorysty — bo naprawdę bogowie wiedzą, co Ricky mógł trzymać w tych spodniach. Im dłużej Ricky grzebał w tych spodniach, tym więcej było tych drugich. Ricky zorientował się, że zaraz sytuacja wróci do punktu wyjścia, i potomkowie Wulkana znowu się zirytują brakiem odpowiedzi, stwierdził więc, że trzeba jakoś zająć ich czas. Zacisnął palce na plastikowym dinozaurze, który świecił w ciemności (nie z zamiarem oddania go, po prostu, żeby dodać sobie trochę pewności siebie — nie żeby jej potrzebował!).
— Słyszeliście kiedyś może żart o psie spawaczu?


Kuźma?
────
[374 słowa: Ricky otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 26 kwietnia 2026

Od Havu CD Judasa — „Take me to church”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Havu poruszył się niespokojnie na siedzeniu. Oparty o jego ramię Vincent mlasnął, nie ruszając się nawet o centymetr. Dzieciak trochę zaczynał mu przeszkadzać, ale to tylko dlatego, bo znaleźli się w naprawdę niekorzystnej — i chyba też niebezpiecznej — sytuacji. Judas normalnie nie sikał aż tak długo (co za dziwne spostrzeżenie), a na dodatek siedzący przed kierownicą starzec też wyszedł z pojazdu.
— Cholera, Vincent. — Havu próbował delikatnie obudzić nastolatka szturchnięciami. Chłopak zapadł jednak w bardzo głęboki sen i dobudzenie go chyba nie było w tej sytuacji możliwe. Havu musiał podjąć próbę przełożenia jego głowy tak, by opierał się o siedzenie.
Havu najpierw złapał za klamkę drzwi, pchnął je i uchylił. Wyciągnął z trudem jedną nogę na zewnątrz i — w tym samym czasie starając się ześlizgnąć z Vincenta — wyszedł z samochodu. Typowe amerykańskie auta były ogromne, a w tych ciemnościach za dobrze nie widział. Jeden zły krok dzielił go od skręconej kostki.
Zamknął za sobą drzwi i zaczął się rozglądać. Jedynym źródłem światła był włączony samochód, który oświetlał niewielką część drogi przed sobą i trochę pobocza, na którym nie rosło nic oprócz paru małych drzewek. Miał nadzieję, że dalej znajdowali się w Kalifornii. Zmiana stanu utrudniałby im powrót do domu dziesięciokrotnie.
Okrążył pojazd, krzywiąc się przy każdym kroku, a następnie poszedł w stronę niskich drzew, gdzie — jak miał nadzieję — znajdzie Judasa. Wchodząc gołymi stopami w piach i pierwsze kępki trawy usłyszał tylko szeleszczenie, jakby spłoszył dziką zwierzynę. Zaraz jednak po tym usłyszał ryk małego silnika.
— Judas? — zawołał w ciemność. — Halo?
Odpowiedziała mu cisza, która zaraz została przerwana znowu tym dziwnym odgłosem silnika. Samochód stojący na poboczu nie burczał w taki sposób. Właściwie to tego samochodu nie było prawie słychać.
Havu poszedł dalej, starając się nie wdepnąć w coś, co mogłoby być zwierzęcym gównem albo ostrym kamieniem.
— Judas?
Minął jedno drzewo, a potem kolejne. Odgłos silnika zrobił się głośniejszy i przypominał już piłę mechaniczną. Nikt nie ścinał przecież drzew o tej godzinie.
Zaginiony ksiądz znalazł się niedługo później. Biegł bardzo szybko, potykając się o własne nogi i rozdzierając przy okazji materiał spodni na ostrych gałęziach drzew. Za nim biegł starzec z piłą mechaniczną, którą Havu wcześniej usłyszał.
— Co jest kurwa?
Judas jednak nie chciał marnować czasu na wyjaśnienia, złapał Havu za rękę i pociągnął za sobą.
— On chyba chce nas zabić!
— Co ty pierdolisz w ogóle, człowieku?!
Pozwolił się prowadzić. Ze strachu nawet nie chciał się oglądać za siebie. Wszystko to, co do tej pory zjadł, powędrowało do jego ust, a sam żołądek zacisnął się w ciasno upakowaną kulę. Musiał walczyć cały czas z mdłościami, pilnować swoich nóg, by się nie potknąć i myśleć o tym, żeby jak najszybciej, kolokwialnie mówiąc, stąd spierdolić.
Razem z Judasem dopadli do samochodu pierwsi. Havu dobiegł do drzwi od strony kierowcy i wpakował się przed kierownicę, a Judas usiadł na miejscu pasażera. Obydwoje trzęśli się jak zziębnięte kurczaki, które lada moment miały zostać zmienione w pałeczki Kentucky w KFC.
— Pospiesz się! — krzyczał Judas, a Havu próbował ogarnąć jak ruszyć tym cholerstwem.
— Zamknij mordę — odpyskował mu.
Samochodem szarpnęło dwa razy, a zaraz potem wystrzelił jak z procy do przodu. Mężczyzna nie potrafił zapanować nad takim wielkim i nieprzewidywalnym pojazdem i pierwsze metry przejechał slalomem, walcząc, żeby nie wypaść z drogi.
Ostrze piły mechanicznej trzasnęło w tylne drzwi. Starzec z jakiegoś powodu zdołał ich dogonić i nie chciał odpuścić. To był jakiś horror, z którego Havu miał nadzieję się niedługo obudzić.
— Czemu on jest, kurwa, taki szybki?! — wrzasnął, zaciskając ręce na kierownicy.
Judas zaciskał zęby i wyglądał przez okno. Nieznajomy ich gonił. Biegł z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.
— Otwórz okno! — krzyknął, a kiedy Judas za pierwszym razem nie wykonał polecenia, uderzył mężczyznę w tył głowy. — Otwórz okno i rzuć w niego czymś ciężkim! Trzeba się go pozbyć.
— Czym mam rzucić?! — Otworzył skrytkę i zaczął wyrzucać z niej stos dokumentów, puste butelki po piwie i niedopałki papierosów.
— Wyrzucaj po kolei!
Judas opuścił szybę i wyrzucił pierwszą salwę dokumentów. Kilka kartek przykleiło się do starca, a inne zostały rozcięte na pół przez pracujące ostrze piły. Trochę spowolniło to napastnika, ale zdecydowanie nie pomogło im się go pozbyć.
— Co się dzieje?
Vincent, który do tej pory spał twardym snem odchrząknął i słabym głosem dał o sobie znać.
— Nie przejmuj się. To element naszej wycieczki! — Havu gwałtownie skręcił w jedną z uliczek, mając nadzieję, że w końcu uda im się zgubić starca. Nie mógł przecież biec bez końca. Nie z ciężką, działającą piłą mechaniczną.
Vincent w ostatnim momencie złapał się za siedzenie i tylko dzięki temu nie wylądował na brudnej podłodze pick-upa.
— Gdzie tamten pan?! — krzyknął, zbyt zdezorientowany, żeby połapać się w całej sytuacji. Dwójka półbogów, która za niego nijako odpowiadała, nie chciała się odezwać. Havu unikał odpowiedzi, a Judas siłą woli próbował zapanować nad swoimi emocjami, żeby być tutaj jedyną trzeźwo myślącą osobą.
— Mam pewne podejrzenia — zaczął, kiedy udało mu się już zapanować nad własnym strachem. — Ten dziadek nie może być człowiekiem.
— Co ty, kurwa, nie powiesz!
— Chcę powiedzieć, że nie jest potworem. Chyba. Wydaje mi się, że to jakiś półbóg.
Havu wolał myśleć o staruszku, jak o okropnym potworze, który chce dorwać czternastoletniego Vincenta. Myśl o tym, że ktoś może być tak psychicznie spaczony, żeby biegać za ludźmi z piłą mechaniczną, chyba zbyt go przytłaczała. Z drugiej strony również go ta sytuacja bawiła, bo czuł się, jakby wylądował w residencie evil.
— To co teraz?
Judas nie odpowiedział od razu. Myślał nad rozwiązaniem tego problemu, zanim wjadą do miasta. O wiele trudniej byłoby sobie poradzić z wariatem w miejscu publicznym.
W ciemnościach minęli ogrodzone pola oraz pojedyncze domy, w których albo nikogo nie było, albo ludzie w nich spali i nie obchodził ich pędzący przez ich niewielką miejscowość samochód. Ostre światło przeszyło mały zielony znak z napisem Adelaida Rd.
Jadąc dalej na północ, Havu zaczął zwalniać.
— Co robisz? — Judas zastanawiał się, czy powinien znowu otworzyć okno, żeby rzucić w napastnika metalowymi butelkami po piwie.
— Tutaj jest cmentarz.
Ani Judas, ani Vincent nie byli zachwyceni tym spostrzeżeniem. Cmentarzy było pełno. W każdej małej i większej miejscowości. Czasem można było znaleźć opuszczone nagrobki, których nikt nie odwiedzał od dekad, więc zarosły chwastami.
Cmentarz, o którym wspomniał Havu, był właśnie takim opuszczonym cmentarzem. Nie dało się go zobaczyć, ale on doskonale wiedział, że gdzieś w pobliżu czekają na niego niespokojne dusze, które z jakiegoś powodu nie mogły wrócić do świata umarłych. Nie zaznały spokoju, więc krążyły po okolicach, czekając na dzień, w którym ktoś by w końcu je zauważył; a nie było tak łatwo znaleźć półboga na bezludziu.
— Poczekaj. — Judas złapał Havu za nadgarstek, zanim ten nie zjechał całkowicie na pobocze. — Co ty planujesz?
— Chyba chcemy się go pozbyć, prawda?
— Dlatego stajesz na jakimś bezludziu?
— Jeśli mamy do czynienia z jakimś pierdolniętym półbogiem, to nie zgubimy go jak zwykłego człowieka. — Uśmiechnął się przebiegle. Havu miał tendencje do ukrywania swoich prawdziwych intencji, a Judasa zawsze to niesamowicie wkurwiało.
Wyszedł pierwszy z samochodu i zniknął gdzieś w wysokich trawach. Vincent chciał pójść za rudowłosym, ale został siłą powstrzymany i zamknięty w pojeździe. Judas nie chciał, żeby coś mu się stało.
— Zatrzymać może go tylko coś, co nie żyje — mówił, schylając się pod gałęziami i uważając na nierówną powierzchnię. W tych trawach mogły być jakieś dziury. — Mam tutaj z kimś do pogadania.
— Przerażasz mnie człowieku.
— Zawsze możesz wrócić do samochodu. — Wzruszył ramionami. — Podobno tak super panujesz nad emocjami.
— Zrób to, co musisz, a nie się na mnie wyżywaj, okej? — Judas skrzyżował ręce i przycisnął je do klatki piersiowej. Byli zmęczeni i zziębnięci. Nie mogli dłużej biegać na zewnątrz, jeszcze w krzakach przy porzuconych nagrobkach.
Havu poszedł głębiej, zostawiając Judasa gdzieś pod jakimś drzewem, bo przez ciemność nie mógł nawet dokładnie ocenić odległości. Wiedział, że mężczyzna tam czeka tylko po tym, jak bardzo hałasował, starając się nie wpaść w żadne zarośla.
Oprócz dwóch dusz spotkał jeszcze jeden samotny szkielet. Nie spodziewał się go w tym miejscu, ale uznał, że może mu się bardzo przydać.
— Długo tutaj jesteś? — przywitał się. Musiał bardzo wysilić swój wzrok, żeby w ogóle dostrzec kupkę kości czającą się przy jednym z nagrobków. Szkielet siedział i opierał się o kamień z wyrytymi imionami zmarłych.
— Długo.
Głos miał bardzo chrapliwy. Pewnie odezwał się pierwszy raz po wielu latach.
— Jesteś mi potrzebny.
— Dawno nie było tutaj żadnego półboga.
Szkielet się poruszył. Odgłos kości uderzającej o inne kości był jednocześnie nieprzyjemny i intrygujący. Te stwory zawsze wywoływały w Havu ambiwalentne uczucia. Z jednej strony sam zajmował się komplementowaniem szkieletów zmarłych zwierząt, a z drugiej trochę ciężko patrzyło mu się na coś, co miało przypominać człowieka, trochę żyło, ale jednak nie do końca i jeszcze zawsze próbowało nawiązać kontakt wzrokowy. Szkoda, że tylko oczu nie miały, więc patrzyło im się w te puste oczodoły.
— A już na pewno dawno nie widziałem dziecka boga śmierci.
— Taka niespodzianka. — Wzruszył ramionami.
— A twój kolega? — zapytał niespodziewanie. Podniósł się już na dwie nogi i podszedł bliżej. — Może wyjść?
Judas wcale nie stał tak daleko, żeby tego nie usłyszeć. Wyszedł z krzaków, w których się ukrywał i, potykając się o przykryte trawą przewrócone nagrobki, podszedł do Havu.
— On gada?
Szkielet zaszczękał kośćmi. Musiał poczuć się urażony.
— Lepiej nic więcej nie mów.
Judas, nawet jeśli nie chciał, to musiał się posłuchać. W końcu to nie był jego plan. On nawet w razie czego nie mógłby unicestwić tego Szkieleta, który okazał się niebezpieczny dla ich dwójki.
— Czego ode mnie potrzebujecie? — Szkielet mówił bardziej do Havu, niż do Judasa, który chwilę wcześniej przez przypadek go obraził.
— Bronisz tego cmentarza, prawda? — odpowiedział pytaniem na pytanie i zanim Szkielet zdążył odpowiedzieć, mówił dalej: — Zaraz dogoni nas pewien szaleniec. Jest też półbogiem, ale chyba trochę niespełna rozumu. Zniszczy ten cmentarz, rozumiesz? Potrzebuję cię, żebyś go zatrzymał.
— Zabiję każdego, kto spróbuje zniszczyć ten cmentarz.
— Dobrze! Cudownie! W takim razie poczekajmy. On jest bardzo szybki.
Nie minęły nawet dwie minuty, kiedy do lasu wszedł starzec z piłą mechaniczną. Szedł wolno, ostrożnie stawiał kroki. W drugiej ręce trzymał latarkę, bo w tych ciemnościach nawet nie wypatrzyłby swoich ofiar.
— Uważaj — mruknął do siebie Havu. — Zaraz nas znajdzie.
Odgłos pracującej piły mechanicznej stawał się coraz gorszy. Urządzenie chyba przestawało już powoli działać, ale znajdowało w sobie resztki siły, by napędzać ostrze.
— Zakończmy to! — krzyknął. — Jest już was za dużo na tym świecie!
Brzmiało to, jak mowa schizofrenika. Skąd wiedział, czy ma do czynienia ze zwykłymi ludźmi, czy półbogami? Obserwował ich? Widział, jak Judas pozbywa się policji?
— Te wszystkie bóstwa… to bajka! — krzyczał dalej. Havu miał wrażenie, że czuje jego oddech na karku. — Świat powinien być normalny! Złożony tylko z ludzi! Prawdziwych ludzi!
Zamachnął się i uderzył o jeden nagrobek. Ciężki kamień pękł na jednym brzegu. To wystarczyło, żeby siedzący z nimi Szkielet złapał za swój miecz, który służył mu w celach obronnych.
Z klekotem ruszył w stronę starszego półboga. W tej poświacie, rzucanej przez latarkę wyglądał jeszcze bardziej przerażająco. Za dnia pewnie wyglądał jak jeden z modeli w szkołach, którym dzieci się bawiły.
— Cholera! — usłyszeli warknięcie staruszka. — Jeszcze mi ciebie tutaj brakowało! Przepadnij!
Wycelował w Szkielet. Trafił idealnie w kręgosłup, przecinając go na pół. Myślał przez chwilę, że udało mu się zwalczyć zagrożenie. Że pokonał coś, co należy do świata boskiego. Zdziwił się, kiedy dolna część Szkieletu przysunęła się do górnej, łącząc się ze sobą jak dwa pasujące puzzle. Zaraz po tym Szkielet się podniósł i rzucił na napastnika. Był niepokonany. Pokonać przecież mógł go tylko dzieciak boga śmierci.
Havu złapał Judasa za skrawek rozciągniętej już koszulki od piżamy i pociągnął w stronę drogi, gdzie zostawił samochód. Z jakiegoś powodu umówili się telepatycznie, że to rudowłosy będzie bawił się z tym ciężkim i nieprzewidywalnym pojazdem.
— Co tam, Vincent? — zapytali obydwoje, kiedy weszli już do środka.
Chłopak siedział pośrodku i wpatrywał się w nich przerażonym spojrzeniem. Musiał zauważyć szalonego starucha z piłą mechaniczną.
— Nie przejmuj się. — Havu się uśmiechnął. — To była atrapa.
Cała ich trójka wiedziała, że to nie była atrapa i gdyby nie ten Szkielet, zostawiony na opuszczonym cmentarzu, to zostaliby w niedługim czasie zmienieni w mielonkę; a na dodatek żaden z nich nie wiedział, dlaczego starzec był tak bardzo wściekły z powodu ich istnienia.
Wracali trzy godziny. Trzy najdłuższe godziny w ich życiu. Vincent nie mógł wytrzymać i ze zmęczenia padł na siedzenia, Judas dzielnie walczył z opadającymi powiekami, a Havu skazany na taką długą jazdę śpiewał pod nosem głupie piosenki.
— Co robimy z tym samochodem? — zapytał, kiedy dojechali pod dom Judasa. Ten cholerny pick-up stanowił niemały problem.
— Zabiorę go gdzieś później.
— Skasujesz go? Weź, nie rób tego, nawet go polubiłem. — Pogłaskał czule kierownicę. — Zostaw go na jakimś uboczu. Albo w jakiejś dzielnicy z ćpunami. Myślę, że się nim zaopiekują.
Judas pokręcił głową. Ze zmęczenia bolały ich wszystkie mięśnie, zaczynając od najmniejszego palca u stopy, a kończąc na uszach.
— Wysiadaj. Musimy Vincenta stąd zabrać.
To właściwie wystarczyło, żeby wykorzystali pozostałą im energię do wyciągnięcia czternastolatka z samochodu. Przenieśli go tak, jak rodzice przenosili swoje śpiące dzieci, do domu i położyli na kanapie. Ucieszona banda psów od razu otoczyła chłopaka, dołączając do niego.
— Poczekajmy, aż się obudzi. Może wtedy da radę wrócić.
— Ty w tym czasie zmień spodnie — zauważył Havu. — Podarłeś je sobie na dupie.

KONIEC WĄTKU, BĘDZIE NASTĘPNY ELO
a judas podarl se spodnie na dupie beka
────
[2160 słów: Havu otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia]

sobota, 25 kwietnia 2026

Od Arnar CD Dahlii — „Bankowość, stara amerykańska sztuka” [AU event]

Poprzednie opowiadanie

Dziki Zachód AU

Arnar, podobnie jak drezynę, tytuł kowboja zdobyło na wspaniałej przecenie typu „znalazłom, to biorę”. Jakiekolwiek zasady, które obowiązywały na Dzikim Zachodzie ono stosowało na czuja, najprawdopodobniej w ogóle nie zdając sobie sprawy, ze jakieś istnieją. W życiu kierowało się wyczuwalnymi tylko dla niego wibracjami w powietrzu, a sfatygowany kapelusz i buty z ostrogami po prostu wyglądały tak czadersko, że nie mogło sobie odpuścić stania się kowbojem, którego największym postrachem jest jego trzeci atrybut: konie. Złamało tym samym jedną z niepisanych zasad kodeksu, a dzisiaj złamało również kolejną – z marszu zaufało dopiero co spotkanej kobiecie, zaprosiło ją na swój jedyny wóz i miejsce przechowywania całego majątku oraz podzieliło się z nią drogocenną informacją o złocie. Szanse na zostanie oszukanym w tej sytuacji wzrosły do ekstremalnie wysokich wartości (prawdopodobieństwo wyniosło prawdopodobnie jedną całość, a chciałoby więcej, ale niestety w ten sposób złamałoby fundamentalne zasady kombinatoryki i rachunku statystycznego). Czy Arnar się tym przejmowało? Tylko głupi i naiwny pomyślałby, że tak. A ono zdecydowanie było trochę głupie i trochę lekkomyślne, bo naiwnym to by się nigdy nie określiło.
Jeszcze zanim Dahlia z powrotem złapała swojego obrzydliwego, śmierdzącego i nieparzystokopytnego towarzysza doli, Arnar było bliskie zasłonięcia oczu poszarpanym rondem swojego kapelusza i zaśnięcia podczas leniwego puszczania bąków na ławeczce drezyny. Przed ostatecznym odpłynięciem powstrzymywał go wyłącznie dźwięk jego własnego głosu, gdy donośnie mówiło cokolwiek, co mu ślina na język przyniosła.
– No i wtedy mu mówię, HOLA HOLA, to moje karty i moje piwo, co mi pan… DAHLIA?????? – przerwało swoja wspaniałą i ekscytującą historię, gdy kowbojka nagle wyskoczyła z wciąż toczącej się po torach drezyny. Arnar w mgnieniu oka poderwało się z ławeczki, prawie przewróciło i przejęło dźwignię, po czym wreszcie dostrzegło, dlaczego Dahlia bez słowa opuściła jego pojazd.
W oddali (całkiem blisko) dostrzegło swojego naturalnego i odwiecznego wroga (może nie odwiecznego, ale nie pamiętało, czemu bało się koni; może to jakaś dawno zapomniana trauma z dziecińśtwa, którego niestety nie pamięta). Przełknęło ślinę, będąc w tej czynności nader dramatyczne. Palce go świerzbiły, żerby chwycić za swój wysłużony rewolwer i strzelić prosto w umięśnione cielsko potwora. Orientowało się, że mniej więcej tak kowboje rozprawiają się ze strachem: paroma celnymi strzałami uwalniają się z jego zaciskających się na płucach szponów.
Z czystego szacunku do niedawno spotkanej kobiety, Arnar zacisnęło palce na dźwigni swojej ukochanej drezyny i mimo łaskoczącego jego kark niepokoju, wzięło głęboki wdech i, teoretycznie, wzięło się też w garść. Gdy Dahlia z powrotem zasiadła na końskim grzbiecie, Arnar udało się wydać z siebie tylko żałosny półpisk zamiast pełnego krzyku strachu. Dla niego było to akurat spore osiągnięcie.
– Tylko nie patatajuj mi tu za blisko! – krzyknęło dziwnie drżącym głosem.
– Zaraz ci odpatatajuję na drugi koniec kraju – mruknęła w odpowiedzi i najwyraźniej nie miała nawet zamiaru uchylić ronda kapelusza w tym smutnym pożegnaniu.
– Czekaj! Czekajczekajczekajczekaj! – natychmiast wrzasnęło Arnar. – Ale żeby tak od razu ode mnie uciekać? Tak się zostawia przyjaciół?
– Przyjaciół? – spytała Dahlia z bardzo dobrze słyszalną kpiną. Arnar zaśmiało się w odpowiedzi, co zabrzmiało co najmniej niepewnie, ale żadne z nich tego nie zaadresowało.
– Taktak. Albo lepiej: kogoś, kto ci może załatwić szansę na niezły zarobek. – Dla potwierdzenia swoich słów, trąciło czubkiem buta jedną ze zgromadzonych na drezynie sakiew. W środku zdecydowanie coś zadzwoniło, ale ani Arnar, ani Dahlia, ani sam Bóg nie mógł mieć pewności, że akurat były to monety. Żeby dodać sobie wiarygodności, Arnar dodatkowo poruszyło brwiami w geście, który prawdopodobnie miał sugerować, że wiedziało, co robiło.
– Znaczy się, że co? – zadała bardzo ważne w tej sytuacji pytanie, które skłoniło Arnar do szybkiego zastanowienia się nad sobą.
– Przecież mówiłom – odpowiedziało tylko po paru sekundach, podczas których na szybko przewinęło w pamięci ostatnie kilkanaście, w porywach do kilkudziesięciu, minut, gdy rzeczywiście mówiło bardzo dużo bardzo różnych rzeczy. – Każdy potrzebuje pieniędzy i tak dalej. A ja mam dobre przeczucie. I umowa już przecież między nami jest, więc nie wiem, czemu ty w ogóle próbujesz sobie odjechać.
– Ano. Było coś. – Wzruszyła ramionami.
– Ano. Ano to w drogę! – zakrzyknęło Arnar i ruszyło… Dahlia ruszyła z kopyta, ono z dźwigni?? I jechali tak sobie, doborowe towarzystwo: kowbojka na koniu i osoba kowbojska na drezynie. Wspaniały duet. Idealny na okładkę książki o Dzikim Zachodzie, z dwiema ciemnymi sylwetkami na ognistym tle zachodzącego słońca.
Podczas operowania drezyną, słowa mniej cisnęły mu się na język, bo w pewnym momencie niestety dostawało zadyszki. Mimo tego, wciąż z całych sił starało się utrzymać rozmowę, przy okazji ciągle patrząc na Dahlię. Wychodziło z założenia, że jak się jedzie po torach, to zboczenie z kursu nie jest czymś szczególnie możliwym, więc trzeba poświęcać swojemu rozmówcy dziewięćdziesiąt dziewięć procent uwagi. Ostatni jeden procent wykorzystywało na poruszanie dźwignią i toczenie się do przodu z zawrotną szybkością. Chociaż, tym razem, było zmuszone poświęcić Dahlii tylko jakieś siedemdziesiąt pięć procent swojej uwagi, bo oprócz procenta przeznaczonego na monotonną pracę mięśni, to musiało skupić się na niepatrzeniu na konia. Ani w ogóle niedostrzeganiu tego, że istnieje. Co równało się z tym, że musiało skupiać się na niesłyszeniu go oraz nieczuciu go swoim niezawodnym zmysłem węchu, którego w tym momencie wolałoby nie mieć. W którymś ze swoich tobołków pewnie miało jakąś chustkę, ale problemem było to, ze musiałoby najpierw ją znaleźć, a to nie było zdarzenie gwarantowane.
– Tak jak mówiłom, chodziło wtedy głównie o tamto piwo, bo karty to były całkiem zniszczone i w ogóle do niczego, no to ja cię proszę, na co to komu niby, nie? Więc…
– Ej, chłopie! – Dahlia znowu przerwała Arnar tę samą historię i już miało jej to wytknąć, gdy zdało sobie sprawę, że jej okrzyk wcale nie był skierowany do niego. – Z torów zejdź!
Głowa Arnar momentalnie odwróciła się od Dahlii, a ramiona zamarły, bo, niestety, o hamulcu jego drezynka mogła sobie co najwyżej pomarzyć. Uśmiech szybko zszedł mu z twarzy, a zamiast kolejnej śmiesznej historyjki lub śmiechu, z ust wydostał się spanikowany wrzask.
Na torach był człowiek. Bardzo blisko. I cały czas się zbliżał. Chyba ich dostrzegł, albo usłyszał krzyk Dahlii, ale NIE SCHODZIŁ Z TORÓW i było za późno, żeby Arnar zauważyło, czmeu. Zajęło się machaniem głową na wszystkie strony, próbując odnaleźć ratunek w swoich sakwach, niebie, nawet w tym głupim koniu. który przestał wywoływać w nim aż taki lęk, jak wcześniej.
– KURWAIDIOTOPIERDOLONY!!! – rozeszło się echem po równinie. Zaraz przed tym, jak echem rozszedł się dźwięk uderzenia.
Drezyna wypadła z torów, a razem z nią wszystkie sakwy i Arnar, które potoczyło się po suchej ziemi. Poobcierało sobie przy tym wszystkie części ciała, zgubiło kapelusz i coś ciężkiego go przygniotło. Dopiero po kilkukrotnym odkasłaniu piachu, który dostał mu się do ust, zdało sobie sprawę, że w plecy wbija mu się ławeczka drezyny.
– Ja cię nie mogę – wymamrotało. Językiem sprawdziło, czy ma wszystkie zęby i inteligentnie zignorowało ból promieniujący od lewego nadgarsta aż po bark oraz krew spływającą po skroni. Czołgając się jak ledwo narodzony żółw, wytoczyło się spod ławeczki i chwiejnie podniosło się na nogi. – Czemu on się, psiakrew, nie przesunął? – rzuciło do Dahlii, która, tak mu się zdawało, stała gdzieś niedaleko.
– Coś mi się wydaje, że się chyba nigdy nie dowiemy.


Dahlia?
────
[1157 słów: Arnar otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]