Aye się od razu zgodziło. Parki dla niejgo zawsze były miejscem spokojnym, bez denerwujących tłumów (o ile matki z dziećmi akurat nie chciały wyjść na spacer). W kawiarniach, jeśli już przebywało, to raczej niedługą chwilę, bo zawsze kończyło się to tak, że do środka wpadła grupka przyjaciół i bardzo głośno zaczynała ze sobą rozmawiać; a Chait bardziej ucieszyłby się ze spotkana, które trwałoby dłużej niż marną godzinę.
Aye wzięło dla siebie średnią kawę bez cukru i bez mleka (niezbyt lubiło słodkie), a Chait wziął coś, co było totalnym przeciwieństwem upodobań smakowych Filipińczyka — cholernie słodką kawę ze słodkim syropem i bitą śmietaną. Aye aż zemdliło na sam widok tej adominacji.
Ze sprzedawczynią pożegnali się od razu, jak dostali swoje napoje. Chait, o dziwo, nawet nie zatrzymał się na pogaduszki, co już było miłą odmianą.
W parku nie było zbyt wielu ludzi — tylko jacyś artyści, którzy szkicowali miejski krajobraz albo starsze osoby, chcące poodychać świeższym powietrzem.
— Pod drzewem będzie okej? — zapytał Chait, wskazując malutkie drzewo płaczącej wierzby. Jej długie, giętkie gałęzie tworzyły coś w rodzaju kopuły, pod którą mogliby się schować.
— Idealne.
Chait nie był przyzwyczajony do tonu uciszonego Aye. Uciekł spojrzeniem tak, żeby już nie patrzeć na przyjaciela i poszedł rozłożyć na trawie swoją cienką bluzę. Chociaż w Nowym Jorku było ciepło latem, to dzisiaj zapowiadali przelotne opady i warto było mieć ze sobą coś, czym można byłoby się nakryć.
Aye zdjęło swoją narzutkę i położyło obok rozłożonej bluzy Chaita. Bardzo uważnie sprawdzał miejsce, żeby przypadkiem nie glebnąć się na mrowisko czerwonych mrówek. To byłaby już przesada.
— Lubisz swoją pracę? — zapytało niespodziewanie. Lubiło ciszę, ale nurtowało jejgo to od jakiegoś czasu. Ilekroć bowiem widziało Chaita, miało wrażenie, że chłopak tak nienawidzi swojej roboty, że tylko szuka sposobu, by się z niej wyrwać.
— Lubię — odpowiedział niemal natychmiast.
Aye się skrzywiło. Miało wrażenie, że właśnie jest świadkiem okropnego kłamstwa.
— Sporo tak mówisz. — Wzruszyło ramionami. — To fajnie.
Nawet nie byli w połowie swoich kaw, kiedy Aye rzuciło się w oczy coś bardzo dziwnego — kilkoro ludzi zaczęło rozkładać coś przy usypanej z kamieni ścieżce. Stali bardzo blisko ich drzewka i musiało się wysilać, żeby cokolwiek zobaczyć spomiędzy gałęzi.
— Dzisiaj jest jakieś święto? — zapytało bardziej siebie, niż Chaita.
— Nie wydaje mi się, a co się stało? — Chłopak odstawił kubeczek z kawą na trawę i podszedł na kolanach do Aye. Odsunął jedną z gałęzi i wyjrzał na zewnątrz. — Co oni tu robią? — Zmarszczył brwi.
— Znasz tych ludzi?
— Nie — zaprzeczył od razu, żeby przypadkiem nie rzucać na siebie podejrzeń. Aye już od początku ich spotkania było bardzo podejrzliwe. — Rozpoznaje jednak to logo. — Wskazał na rozstawiony banner z jakimś kolorowym napisem. — To taka firma, która zajmuje się organizacją różnych zabaw dla dzieci.
— Zabaw dla dzieci? — Odwróciło wzrok przerażone. Jakich dzieci? Przecież nikogo nie powinno być o tej porze w parku. — Myślisz, że…
— Możemy się stąd przenieść, jeśli chcesz.
Chait wiedział, że Aye się zgodzi. Nawet nie poczekał na potwierdzenie, a już zebrał z trawy swoją bluzę i zgarnął niedobity kubek z trawy.
Wymknęli się pod wierzby i ruszyli w przeciwnym kierunku. Park nie był mały, więc nie powinno być ich w innym miejscu, prawda? Idąc jednak dalej, zrozumieli, jak bardzo się pomylili — wzdłuż ścieżki stali kolejni ludzie, którzy rozstawiali następne budki i kolorowe banery. Było ich tak wiele, że Aye zastanawiało się, czy może jednak nie przegapili jakiegoś niepisanego święta, takiego, o którym się wie, ale nie widnieje w kalendarzu.
Chait uśmiechał się do osób, które mijali — niektórych znał, a inni mówili mu cześć z przyzwyczajenia. Każdemu odpowiadał, do niektórych żywo machał, a idące obok niego Aye prosiło w myślach, że się to już skończyło.
Przeszli prawie cały park, aż w końcu znaleźli miejsce, gdzie nie było nikogo, kto mógłby im dalej przeszkadzać. Kawa, którą Aye odebrał ciepłą, zdążyła wystygnąć.
— Nie wiem, czy nie lepiej byłoby pójść w inne miejsce — zasugerowało spokojnie. — Jak zacznie się tutaj jakiś festiwal dla dzieci, to przestanie być tutaj przyjemnie.
Chait nie uważał, żeby tak nie było — bardzo chciał się stąd wyrwać i bardzo zależało mu na samopoczuciu przyjaciela.
— Też o tym myślałem — zgodził się. — Możemy…
Nie zdążył dokończyć. Jedna z dziewczyn podeszła do nich i zaczepiła Chaita. Cały czas nienaturalnie się uśmiechała, jakby była ulepiona z jakiejś plasteliny.
— Hej, jesteś Chait prawda? Murray?
Gdyby Chait nie był taki miły, to mógłby ją okłamać; ale Chait był bardzo miły, więc pokiwał głową i się na dodatek uśmiechnął.
— Świetnie! — Klasnęła w dłonie. Aye podskoczyło w miejscu na tej niespodziewany gest. — Jesteś w stanie nam pomóc. Jedna dziewczyna mówiła, że cię zauważyła i…
— Bardzo chętnie, ale teraz z kimś jestem. — Zerknął na Aye. — Nie mogę tak po prostu…
— Ale to się o nic nie martw! — przerwała mu. — Możecie nam razem pomóc. Jedna para rąk do tego nie wystarczy.
— Nie możecie poprosić o pomoc kogoś innego? — Aye się wtrąciło, zanim Chait się na cokolwiek zdążył zgodzić. — Jesteśmy trochę zajęci.
Dziewczyna zachowywała się tak, jakby tego nie słyszała. Dalej stała z uśmiechem i czekała na ostateczną zgodę Chaita. Na dodatek podeszła do niej koleżanka tak samo denerwująco uśmiechnięta. Dlaczego oni wszyscy się w taki sposób uśmiechali?
— To co? Możemy was prosić?
Aye, jak wiadomo, nie było asertywne. Chait również nie był. Zostali skazani na te dziewuchy i na robienie czegoś, czego żaden z nich nie chciał.
— Ile to zajmie? — zapytał tylko, kiedy ruszyli w stronę jednego z rozłożonych stoisk.
— Z waszą pomocą pewnie jakąś chwilkę.
Kiedy ktoś tak mówił, zawsze było jasne, że nie zajmie ci to chwilkę. Ile to tak właściwie była chwilka? Dziesięć minut? Piętnaście? A może dwie godziny?
wspolczuje im
────
[913 słów: Aye otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]