poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ból Wintera zszedł na dalszy plan w momencie, w którym zobaczył Ziona. Nagle przypomniał sobie, po co się tu znaleźli, po co robił to wszystko i z jakiego powodu dałby się nawet pokroić żywcem, gdyby to zapewniłoby bezpieczeństwo Zionowi i Blanche. Jak on w ogóle mógł przejmować się bólem, jeśli nie był jedyną cierpiącą osobą? Nie mógł tak po prostu być takim egoistą.
Nie zdążyło mu nawet na dobre ulżyć na widok Ziona, bo zauważył, że mężczyzna siedzi nieruchomo, przywiązany do krzesła łańcuchami. Głowa opadła mu na pierś i Winter przez krótką chwilę był pewien, że to już koniec, że Amazonki pokazują im ten widok tylko po to, żeby ich torturować, chociaż Ziona nie ma już z nimi. Chłopak swój zamglony wzrok przeniósł na Blanche, dostrzegając w jej oczach podobne, przerażone ogniki, które zaraz zgasły. Blanche odetchnęła, więc Winter też odetchnął; jej spokój oznaczał, że Zion oddycha i żyje. Z trudem. Na jego ciele nie widać było żadnych poparzeń, ale za to miał pokaźną liczbę zadrapań i pręg, które wyglądały, jakby ktoś smagał go biczem. Jeśli Winter nauczył się czegokolwiek o Amazonkach w ciągu swojego kilkugodzinnego pobytu w ich magazynie (włączając to czas, przez który był nieprzytomny), to to, że przeczytały konwencję ONZ w sprawie zakazu stosowania tortur i postanowiły robić wszystko wbrew zasadom. Czarną koszulkę polo Zion miał brudną i potarganą w wielu miejscach. Przez strzępki materiału prześwitywały fioletowo-zielone siniaki na piersi. Z całą pewnością miał złamane żebra i oddychał z wysiłkiem.
Z tego wszystkiego Winter najbardziej cieszył się, że wreszcie dostał krzesło.
Nie było to zdecydowanie najwygodniejsze krzesło w jego życiu, ale nie była to też zimna posadzka jego klatki, a przede wszystkim nie musiał być przytrzymywany przez co najmniej dwie Amazonki, co samo w sobie było już poniżające. Podsunięcie mu krzesła potraktował prawie jak akt miłosierdzia dla jego obolałego ciała. Mógł się przez chwilę nawet poczuć w miarę bezpiecznie, mieć złudną nadzieję, że zaraz wszystko będzie dobrze, oczywiście pod warunkiem, że zamknąłby oczy i zatkał uszy. Byli w końcu wszyscy razem w jednym miejscu. Jeśli Winter miał trzymać się ostatków optymizmu, musiał pamiętać, że odnalezienie się z Zionem było ich priorytetem na liście celów.
— Zion — spróbował z siebie wydusić imię mężczyzny. Użycie głosu boleśnie przypomniało mu o tym, że ogień (a potem także kompulsywne wymiotowanie) kompletnie przepalił mu gardło. Wciąż szumiało mu w uszach i nie był nawet pewien, czy wydał z siebie jakikolwiek odgłos, dopóki któraś z Amazonek nie przycisnęła grotu włóczni mocniej do jego skóry. Winter poczuł, jak strużka krwi ściekła mu po szyi. Zion wciąż nie podnosił głowy.
Zaraz potem rozpoczęła się lekcja historii.
Winter nie wiedział nic o Amazonkach. Ogólnie rzecz biorąc o mitologii — która przecież stanowiła jeden z najważniejszych, a przede wszystkim najbardziej uciążliwych elementów jego życia — wiedział zdecydowanie mniej, niż powinien był wiedzieć. Szkoła była zbyt nudna, żeby o tym słuchać. W Obozie Herosów spędził zbyt mało czasu, żeby pojąć najdrobniejsze wydarzenia albo skomplikowane relacje rodzinne między bogami. Zion też próbował, co mógł, żeby wtłoczyć wiedzę do jego małego móżdżku, ale Winter i tak zapamiętywał tylko to, co sam chciał. Wiedza chłopaka o Amazonkach ograniczała się do tego, że są to wojownicze kobiety. Nie miał pojęcia, kto właśnie udziela im prelekcji, czym jest pas na jej biodrach, imię Thalestris słyszał pierwszy raz w życiu. Amazonki oczerniały ich, powołując się na jakieś mityczne włócznie, mimo że żadne z ich trójki nie było włócznikiem. Zion nosił miecz, do cholery!
Był cały czas słaby. Zagryzał zęby, żeby skupić się na czymś innym, niż na bólu. Od opowiadania królowej Amazonki rozpraszało go wszystko: chrapliwy oddech Ziona i nasłuchiwanie, czy się budzi, celowane w ich głowy włócznie, ciągła obserwacja strażniczek, paląca rana, ciągnąca się od policzka aż po szyję. Jego mózg ADHD przetwarzał wiadomości na swój sposób i nie potrzebował do tego dodatkowych rozpraszaczy. Cały czas w myślach odbijało mu się jedno pytanie: „okej, ale co my mamy z tym wspólnego?”.
Winter był zawiedziony, ale nie zaskoczony. Przyzwyczaił się już, że całe jego życie to tylko manipulacja fatum i że bycie półbogiem wiąże się z funkcjonowaniem jak marionetka, której sznurki pociągali bogowie. Królowa Amazonek sama podkreśliła, że kradzież włóczni odbyła się kilka pokoleń wstecz, czemu akurat Zion miał za to odpowiadać? Winter nie wierzył, że mężczyzna w ogóle posiada zaginione włócznie, a co dopiero wątpił w jakąkolwiek kradzież, w którą byłby zaangażowany.
Był naiwny, myśląc, że Amazonki nie zamordowałyby ich za coś, czego nawet nie posiadali.
Chrzęst łańcuchów poinformował ich, że Zion zaczął się wybudzać. Mężczyzna zdążył tylko jęknąć słabo, a w ułamku sekundy kilka włóczni znalazło się tuż przy jego szyi.
— Dobudźcie go — rzuciła królowa Amazonek, posyłając swoim podwładnym skinięcie głowy. Jedna z kobiet nachyliła się nad Zionem i strzeliła mu z otwartej ręki w twarz. Odpowiedział jej kolejnym półprzytomnym jękiem bólu.
Mięśnie Wintera reagowały szybciej niż jego zdrowy rozsądek. Spróbował się podnieść, zrobić cokolwiek, może osłonić Ziona, odepchnąć te kobiety, odwrócić ich uwagę. Zanim zdążył na dobre wstać, któraś ze strażniczek uderzyła go płaską częścią grotu włóczni w tył głowy. Zakręciło mu się w głowie i otumaniony z powrotem opadł na swoje miejsce.
— To było ostatnie ostrzeżenie — warknęła do niego królowa Amazonek. Błysnęła oczami do Blanche, dając jej do zrozumienia, że ten sam komunikat dotyczył także jej. — Pamiętajcie, że nie mamy żadnego powodu, żeby trzymać waszą dwójkę przy życiu.
To przypomniało Winterowi, że to wszystko było od początku pułapką. Paczka Amazonu, zwabienie ich do mieszkania Ziona; nie trafili tutaj, bo heroicznie odnaleźli Ziona, ale dlatego, że Winter dał się nabrać. Wyrzuty sumienia zassały jego wnętrzności. To była jego wina. Sprowadzili ich tutaj, żeby torturować Ziona. Misja ratunkowa okazała się tylko kolejną formą tortur wobec syna Ateny.
— Oni nie mają z tym nic wspólnego.
Winter rozpoznał głos Ziona, słaby i przypominający raczej rzężenie. Mężczyzna miał przymrużone powieki i potrzebował kilku sekund, żeby wziąć kolejny oddech. Klatka piersiowa unosiła się nierównomiernie.
— Nie wiemy, czy nie udzieliłeś im informacji, co stało się z artefaktami — odpowiedziała królowa oschle.
— Jak miałem udzielić im informacje, których nie posiadam? — Uniósł głos, co zostało poprzedzone atakiem astmatycznego kaszlu. Winter wystraszył się, że Zion się dusi, ale atak kaszlu zaraz ustał, a on splunął na podłogę krwią.
— Właśnie dlatego to nie jest główny powód, dla którego tutaj są, synu Ateny — syknęła.
— Wiem, że śledzicie mnie od dwóch miesięcy. Na własną rękę szukałem informacji o tych artefaktach. Nie przywrócę mojego ojca zza grobu, żeby zmusić go do gadania. Powiedziałem wam wszystko, co wiem o Thalestris i o mojej prababce.
Do tej pory Winter ani razu nie założył, że Zion mógłby kłamać. Taka opcja wydawała się zbyt absurdalna. Po co Zionowi byłyby jakieś starożytne artefakty, a tym bardziej czemu miałby je ukrywać? Nie mógł jednak odgonić od siebie mrożącego krew w żyłach uczucia, że zna Ziona na tyle długo, żeby wiedzieć, że kłamie.


Blanche?
────
[1119 słów: Winter otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Blanche CD Caroline — „Here comes the siedem lat nieszczęścia”

Poprzednie opowiadanie

Lokal, w którym się znalazła, nie był tym, czego się spodziewała po spotkaniu służbowym. Biznesmeni, z którymi miała na co dzień do czynienia, zazwyczaj wybierali znane, drogie restauracje, pragnąc uwydatnić przed nią i przed innymi swój status społeczny i majątek. Leviticus Smith, prezes zarządu spółki BETter Inc., stanowił jednak wyjątek od tej reguły. Zaprosił ją do niewielkiej knajpy ulokowanej nieopodal kampusu jednego z nowojorskich uniwersytetów.
Pan Leviticus wielkimi krokami zbliżał się ku emeryturze. Większość rozmowy spędził, chwaląc się domkiem na Malediwach, który niedawno kupił i w którym zamierzał dożyć końca swoich dni. Mimo to Blanche odchodziła od stołu zadowolona. Pan Smith obiecał, że podczas najbliższego walnego zgromadzenia zarządu spółki poprze jej kandydaturę na swojego następcę. Z jego protekcją i błogosławieństwem Tyche, prawdopodobnie miała tę posadę już w kieszeni.
Zarówno wystrój i atmosfera, jak i smak samych podanych w tym miejscu dań przypadł jej do gustu na tyle, że kierując się ku drzwiom, planowała już zaproszenie tu Keen na spontaniczną randkę. Świętowanie nadchodzącego awansu stanowiło całkiem niezłą wymówkę. Może nareszcie zdobędzie się na wyciągnięcie pierścionka i zadanie tego jednego, niezwykle ważnego pytania.
Była w dobrym humorze, którego, jak sądziła, nic tego dnia nie będzie już w stanie jej zepsuć. Powinna była jednak wiedzieć, że przychylność jej matki była stanem zmiennym i często zdawała się działać wręcz na opak.
Zaczęło się dość niewinnie. Gdy przechodziła obok jednego ze stolików, jej spodnie garniturowe zostały oblane zawartością przewróconej szklanki. Dziewczyna, która od razu przeprosiła i wyciągnęła w jej stronę paczkę chusteczek, zdawała się mniej więcej w wieku Wintera. Niska, o długich, lśniących włosach i dużych czekoladowych oczach. Coś w rysach jej twarzy przywoływało w jej wspomnieniach inną nastolatkę sprzed dwóch dekad. Odgoniła ten obraz szybko, nie chcąc pozwolić mu zniweczyć jej wyjątkowo dobrego dnia.
— Spokojnie, nic się nie stało, zdarza się najlepszym — odparła z delikatnym uśmiechem. Z wdzięcznością chwyciła oferowane jej chusteczki. — Pozwól, że przycupnę tu na chwilkę, żeby wytrzeć spodnie, dobrze?
Gdy otrzymała pozwolenie, usiadła na skraju krzesła naprzeciwko dziewczyny i zabrała się za szybkie wycieranie zmoczonych nogawek. Nie inicjowała konwersacji, mimo pogody ducha nie miała w zwyczaju zagadywania przedstawicieli młodzieży, którzy prawdopodobnie czekali na towarzystwo i nie potrzebowali jej zaczepek. W kilka minut doprowadziła się do przyzwoitego stanu i wstała.
— I już, po kłopocie — zapewniła jeszcze z kolejnym serdecznym uśmiechem i chwyciła swoją torebkę, gotowa do wyjścia. Tym razem, miała nadzieję, już bez żadnych nieoczekiwanych przygód. — Życzę smacznego i miłego dnia.
Zdołała jednak wykonać zaledwie jeden krok, ponieważ spojrzenie na przeszklone drzwi frontowe zdołało ją skutecznie zamurować. Oto przed lokalem wte i wewte przechadzał się stwór stanowiący połączenie konia i lwa. Rytmicznie machał końskim ogonem, a kopyta zapewne stukały o bruk jak w jakiejś sielankowej scence. Czerwone ślepia wpatrywały się jednak złowrogo w głąb lokalu, prosto na nią. Świetnie.
Nie udało jej się powstrzymać gwałtownego wdechu, który zwrócił uwagę czarnowłosej dziewczyny. Wzrok nieznajomej powędrował ku drzwiom, a z jej ust wydobył się podobny odgłos, a po nim ciche przekleństwo. To zwróciło uwagę Blanche. Spacerujący chodnikiem przed restauracją śmiertelnicy nie przejmowali się zbytnio stworem. Szczęśliwcy, których wzrok nie przenikał przez woal Mgły, zapewne widzieli dużego psa lub co najwyżej kucyka. Nastolatka zaczęła jednak gorączkowo szukać czegoś po kieszeniach.
Elementy układanki w głowie Blanche od razu wskoczyły na odpowiednie miejsca. Potwór nie przyszedł tu po nią. Zwabiła go ta nieznajoma. Młodsza, być może zrodzona z potężniejszego bóstwa. Na stoliku leżał telefon, który równie dobrze mógł być wabikiem na wszystkie nieszczęścia tego świata. Czy Chejron naprawdę już niczego ich nie uczył w tym obozie?
Zanim ponownie wyjrzała na zewnątrz, stwór jakby nagle zmienił zdanie i odszedł, znikając za zakrętem. Nie uznawała tego jednak za koniec zagrożenia. Potwór zapewne czaił się na nie, by zaatakować, gdy opuszczą to miejsce. Wysilała głowę, by przypomnieć sobie jego nazwę i jakiekolwiek inne informacje na jego temat, jednak najwidoczniej i w jej przypadku nauki szlachetnego centaura poszły w las. Ona przynajmniej miała jednak wymówkę upływu prawie dwóch dekad, odkąd ostatnio słyszała jego wskazówki.
Westchnęła i ponownie zajęła miejsce naprzeciwko młodej heroski. Nachyliła się ku niej i ściszyła głos.
— Sądząc po twojej reakcji na widoki za oknem, wydaje mi się, że mogłyśmy uczęszczać na ten sam letni obóz — mruknęła i, dla poparcia swoich słów, wyciągnęła z torebki pozostałości starego naszyjnika z czterema koralikami służącego jej teraz jako brelok do kluczy od mieszkania.
Uważnie przypatrywała się dziewczynie, oczekując na jej reakcję. Jeśli instynkt jej nie mylił, będą musiały współpracować, jeśli chciały bezpiecznie wrócić do swoich domów.


Caroline?
────
[734 słowa: Blanche otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Blanche CD Wintera — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Widok Wintera w takim stanie obudził w niej coś wręcz zwierzęcego. Instynkt, za którego sprawą wszelkie układane naprędce plany straciły na znaczeniu, a zdrowy rozsądek zszedł na dalszy plan. Nie liczyło się nic poza potrzebą pochwycenia go w ramiona i przejęcia choć połowy z jego ran i bólu. Równie mocno pragnęła rzucić się na Amazonki i samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość za to wszystko. Miotała się w żelaznym uścisku jednej z nich, zmuszona do biernego obserwowania, jak klatka, do której wpakowały go jak zwierzę, opuszczała się w ślimaczym tempie ku ziemi.
— Wypuśćcie go! To jeszcze tylko dzieciak, a do tego ranny! — krzyczała, ze spotęgowaną desperacją próbując dostać się do Wintera, gdy klatka spoczęła z łoskotem na ziemi i się otworzyła.
— To nie dzieciak, tylko mężczyzna — odpowiedziała Amazonka, ostatnie słowo wypowiadając jak wyzwisko. — Użył mocy. Jest zagrożeniem.
— Użył mocy, bo zawiesiłyście go pod sufitem jak kawał mięsa, zamiast udzielić mu pomocy. Jest ranny i zdezorientowany — syknęła Blanche. Po chwili wzięła jednak głęboki oddech, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją i własnym położeniem. — Proszę, nie stanowimy zagrożenia. Nie wiem, dlaczego nas tu ściągnęłyście i czego chcecie. Możemy o tym porozmawiać w cywilizowany sposób, ale najpierw pozwólcie mi mu pomóc. Musimy mu podać ambrozję albo nektar…
— Wbrew temu, jak nas postrzegasz, nie jesteśmy potworami. Jego rany zostały polane nektarem. Nie może otrzymać więcej, jeśli chcesz, żeby przeżył.
No tak, Winter był dzieckiem Chione. Jego żywiołem był śnieg, a nie trawiące płomienie ognia. Najwyraźniej oparzenia były w jego przypadku dotkliwsze niż u jakiegokolwiek innego herosa czy śmiertelnika. Nie zamierzała jednak dziękować Amazonkom czy je przepraszać za niewłaściwą ocenę. Podanie nektaru nastolatkowi poparzonemu przez grecki ogień było absolutnym minimum, a jedyne, co zrobiły poza tym, było wpakowanie go w obrożę i klatkę, jak kundla.
Po chwili, która zapewne służyła upewnieniu się, że Winter nie stanowi w tej chwili zagrożenia, a która zdawała się trwać całą wieczność, ludzka zapora pomiędzy matką a synem się rozstąpiła. W dwóch długich krokach znalazła się obok niego i uderzyła kolanami w zimną posadzkę, padając u jego boku. Odgarnęła czule włosy z jego twarzy — z tej jej połowy, której widok nie przyprawiał o mdłości — pragnąc upewnić się, że naprawdę wciąż tu jest, że go nie utraciła.
— Jestem tu. Wszystko będzie dobrze. Wydostaniemy się stąd — wyszeptała, nachyliwszy się ku niemu. Nie dbała zbytnio o to, czy otaczające ich wojowniczki to słyszały. Zignorowała to, że tak naprawdę nie miała pojęcia, jak mieliby się wydostać z tego okropnego miejsca. Liczyło się tylko to, by zapewnić mu choć odrobinę komfortu w tej strasznej chwili.
Jej serce prawie pękło, kiedy Winter wtulił się w jej dłoń. Był prawie dorosły, lecz w tej chwili wyglądał na tak drobnego, tak młodego. Jak gdyby te wszystkie lata od ich pierwszego spotkania zatarły się i znowu miała przed sobą chłopca w kolorowej bluzce z jamnikiem i rękami obklejonymi plasterkami z Kubusiem Puchatkiem.
— No, dość już tych ckliwych scenek. Wstawajcie — zażądała jedna ze stojących nad nimi wojowniczek, trącając bok Wintera czubkiem buta. Nie było to mocne kopnięcie, lecz wystarczyło, by Blanche znowu wpadła w ledwo powstrzymywaną furię.
Żadna z Amazonek nie zwracała uwagi na pełne bólu odgłosy wymykające się z ust Wintera, kiedy siłą stawiały go do pionu. Blanche po raz pierwszy w swoim życiu prawdziwie pożałowała, że nie była córką jakiegokolwiek innego bóstwa, które zapewniłoby jej coś więcej niż (nie zawsze działające) zwiększone szczęście. Wiedziała, że samymi tymi myślami mogła na siebie sprowadzić nie siedem, a siedemdziesiąt lat nieszczęścia, lecz boska duma jej matki była ostatnią sprawą, jaką miała na myśli. Nawet władza nad roślinkami byłaby bardziej przydatna do ochrony Wintera, odnalezienia Ziona i wydostania ich stąd niż większe prawdopodobieństwo trafienia szóstki w totolotka.
Wojowniczki prowadziły ich przez labirynt regałów wypełnionych kartonami przeróżnych rozmiarów. Blanche miała wrażenie, że wojowniczki celowo wybrały dłuższą, bardziej zagmatwaną trasę, a przez chwilę być może nawet chodzili w kółko, by utrudnić im zapamiętanie przebytej drogi. Poruszali się powoli, z Winterem wspartym na niej i przystającym co chwila. W pewnym momencie zwymiotował na lśniącą posadzkę, zapewne na skutek wdychanych wcześniej oparów greckiego ognia. Blanche otarła jego spocone czoło związanymi dłońmi i szeptała słowa, które w jej bezradności nawet jej samej zdawały się puste. Nie pamiętała, kiedy ostatnio była w aż tak beznadziejnej sytuacji.
W końcu wprowadzono ich do pomieszczenia wyglądającego jak sala konferencyjna i postawiono przed obliczem dwudziestoparoletniej kobiety. Mimo jej wyniosłej postury i surowego wyrazu twarzy dopiero złoty pas spoczywający na jej biodrach uświadomił Blanche, że oto mają przed sobą królową Amazonek. Jej skupienie nie pozostało na kobiecie zbyt długo, gdyż oto tuż obok, na jednym z zapewne piekielnie niewygodnych krzeseł zasiadał Zion. A raczej zwisał z niego, przywiązany do oparcia łańcuchem, w obroży takiej samej, jaka spoczywała na szyi Wintera, i nieprzytomny. Choć przez chwilę Blanche wyobrażała sobie najgorsze, jego klatka piersiowo wciąż miarowo unosiła się i opadała.
— Kolejni goście — powitała ich królowa z uśmiechem, który nawet nie próbował wyglądać na szczery i serdeczny. — Proszę, usiądźcie. Mamy dużo spraw do omówienia. Jak widzicie, wasz przyjaciel jest tymczasowo niedysponowany, ale niedługo powinien wrócić do siebie i dołączyć do naszej rozmowy.
Blanche nie zamierzała siadać. Nie ufała nikomu, poza Winterem i Zionem, ani niczemu w tym budynku, włączając w to krzesła. Zanim jednak zdołała grzecznie odmówić, została pchnięta na jedno z siedzeń, a pozbawiony jej oparcia Winter opadł na krzesło obok niej. Wbrew temu, czego się obawiała, nie uruchomił się żaden tajny mechanizm, który obwiązałby ich łańcuchami lub unieruchomił w żaden inny sposób. Nie uspokoiło jej to jednak ani trochę.
— Czy mogłabym się nareszcie dowiedzieć, dlaczego nas uprowadziłyście i przetrzymujecie? — spytała bez ogródek. Jej cierpliwość i dobre maniery zostały gdzieś w płomieniach w mieszkaniu Ziona.
— Prosto do sedna. Podoba mi się to — mruknęła przywódczyni wojowniczek. Zamiast na krześle, usiadła na skraju stołu. Być może jednak gdzieś posiadała ukryty guzik, którym zdołałaby ich przytwierdzić do krzeseł w ułamku sekundy, jeśli wykonają jeden niewłaściwy ruch. — Pozwól jednak, że zanim odpowiem na twoje pytanie, zadam własne. — Nachyliła się ku nim, przez chwilę wodząc spojrzeniem pomiędzy Blanche, Winterem a wciąż nieprzytomnym Zionem. — Co wiecie na temat Thalestris?
Ani Blanche, ani Winter nie wiedzieli nic o Thalestris. Dlatego też otrzymali skrócony kurs dawnych dziejów, w którym poznali opowieść o ostatniej odnotowanej na kartach historii królowej Amazonek, po której śmierci ich społeczność przeniosła się do ukrycia. Blanche niezbyt interesował wywód o kobiecie, która zabajerowała Aleksandra Wielkiego, by spłodzić z nim Amazonkę 2.0., najpotężniejszą dziewczynkę na świecie, jednak perfekcyjnie naostrzone włócznie wycelowane w ich kierunku nakazały jej kiwać głową w odpowiednich momentach i powstrzymywać ziewanie.
— Nie lubimy wspominać o tej części naszych dziejów, ale kilkadziesiąt lat temu para włóczni należących do Thalestris została skradziona — kontynuowała obecna królowa Amazonek. Sądząc po grymasie na jej twarzy, sprawa ta stanowiła plamę na honorze ich społeczności. — Tego haniebnego czynu dokonała zdrajczyni, która odeszła z naszych szeregów i ukrywała się przed nami latami, jak się później okazało, sprowadzając na ten świat dziecko, które potem miało swoje dzieci i tak dalej… Kilka pokoleń zajęło nam odnalezienie jej potomka, ale oto jest, Zion McQueen. Broni nie było jednak w jego mieszkaniu, a on niestety nie chce nam powiedzieć, gdzie się znajdują. Dlatego cieszymy się, że wy do nas dołączyliście, ponieważ jeśli pomożecie nam wybyć od niego tę informację, jesteśmy gotowe puścić was wolno — zakończyła z uśmiechem, który stanowił groźbę. Współpracujcie albo zginiecie marnie.


Winter?
────
[1200 słów: Blanche otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ładne — zgodziła się Isobel, przyglądając się trzymanym przez Kalinę kolczykom.
— To chyba jakaś pawica — zastanowiła się dziewczyna. — Albo… nie wiem, ciężko stwierdzić jaka. Ale coś z oczkami.
— Paź królowej? — Isobel powiedziała na głos pierwszą, lepszą nazwę, która wpadła jej do głowy.
— One są inne — pokręciła głową Kalina. — Takie żółto-czarne. O, a może nastrosz półpawik… chociaż on chyba miał mniej oczek. Albo…
— Jezu, i ty to wszystko pamiętasz? — zdziwiła się Isobel, słuchając kolejnych nazw rzucanych przez Kalinę.
— Albo po prostu jakiś nieistnieją-… co? — wyrwana z motylego transu Kalina spojrzała zdezorientowana na Isobel, na co dziewczyna zareagowała śmiechem.
— Może się mylę, ale chyba lubisz motyle — stwierdziła i zaśmiała się ponownie. Tym razem powodem śmiechu był nieplanowany rym. — Masz jakiegoś ulubionego?
— O kurcze, na pewno mam — zastanowiła się. — Właśnie te pawice są super. Na przykład pawica gruszówka jest świetna, taka szaro-zielona. I one mega ładnie się nazywają po łacinie. Saturnia jakaśtam. Jak saturn, mega im pasuje.
— Tak kosmicznie.
— I wyglądają kosmicznie! Jest na przykład pawica atlas, która zamiast kropek ma trójkąty — opowiadała rozemocjonowana. — Dosłownie jak nie z tej ziemi! Czekaj, pokażę ci.
Kalina odłożyła kolczyki z powrotem na regał i sięgnęła do kieszeni po telefon. Już chciała wybrać ikonkę przeglądarki, ale zamiast okna wyszukiwania na ekranie pojawiło się wielkie powiadomienie. „Pozostało 5% baterii. Twoje urządzenie wyłączy się za 30… 29… 28…". Zdążyła jedynie zobaczyć urywek wiadomości od Amandy. Coś o lampie i pieczarce za półtora dolara? Zanim jednak zdążyła dowiedzieć się, o co chodzi, ekran zmienił kolor na czarny. Z westchnięciem włożyła telefon z powrotem i wzruszyła ramionami.
— A jednak nie — wyszczerzyła zęby w głupim uśmiechu. — Zwykle zapominam telefon z domu i zostawiam go na kablu, a teraz całkiem zapomniałam go naładować — wytłumaczyła się.
— Nic się nie stało, kiedyś zobaczę — odparła Isobel z uśmiechem. — Mi też się zdarza.
— Wiesz co? Chyba serio je wezmę, lampy i tak tu nie znajdę — Kalina znowu zaczęła przyglądać się kolczykom. — Są ładne, nawet jeśli nie są niczym konkretnym.
— To prawda, super są. Ja chyba też nie znajdę tu doniczki — Isobel ostatni raz rzuciła okiem na ogrodniczą alejkę. — Miało być tanio i dobrze, a jest droga tandeta. Idziemy stąd? — zaproponowała.
— Jasne, tylko pójdę zapłacić.
Kilka minut później wyszły ze sklepu. Stojąc na chodniku, Kalina zajęła się odpakowywaniem kolczyków i zamienianiem ich miejscami z tymi, które miała na sobie jeszcze przed sekundą. Isobel rozglądała się dookoła, próbując wypatrzeć miejsce, do którego mogą się udać.
— Szukamy innego sklepu? — zaproponowała Kalina, gdy w końcu uporała się z kolczykami.
— Wiesz co? Nie chce mi się za bardzo — stwierdziła Isobel, niechętnie analizując szyldy pobliskich lokali.
— Tu blisko chyba i tak nie ma nic ciekawego, musiałybyśmy pójść gdzieś dalej.
— Nie chcesz może iść do jakiejś kawiarni? Jakiejś taniej? — zapytała Isobel po chwili ciszy. — Przy okazji poszukamy toalety — dodała ciszej ze śmiechem.
— Mieszkam niedaleko — Kalina jakby odruchowo wskazała głową kierunek. Ścisnęła w kieszeni drobniaki, które zostały jej po zakupie kolczyków. To był drogi interes… ale dla motyli było warto. — Może wpadniesz na herbatkę?
— Jasne! — odpowiedziała żywo, nie ukrywając zadowolenia z braku konieczności wydawania pieniędzy na overpriced kawę tylko po to, żeby dostać dostęp do kawiarnianej łazienki.
— Okej, a wracając do motyli…
Kalina prowadziła Isobel najpierw chodnikiem, a później osiedlowymi skrótami, którymi po zmroku odważyłby się iść co najwyżej dresiarz albo idiota. Po drodze opowiedziała jej o zmrocznikach, które w większości zdobią ładne paseczki. Szczególną uwagę zwróciła na zmrocznika oleandrowca, który podobnie jak pawica atlas, wyglądał jak przybysz z innej planety. Isobel dowiedziała się również o wstęgówkach, które zostały porównane przez Kalinę do włosów, które może i mają najnudniejszy kolor świata, ale ich spód, przez większość czasu ukryty, pofarbowany jest na przepiękny, żywy róż, czy błękit.
— Jest jeszcze cerura vinula — przypomniała sobeie. — Nie pamiętam angielskiej nazwy, ale łacińska brzmi jak rura. I jej gąsienica też wygląda jak taka rura.
— Jak rura? — wizja gąsienicy-rury wydała się Isobel bardzo interesująca.
— No, jakby ciągle coś pożerała — zaśmiała się Kalina. — Albo jakby była czymś wiecznie zawiedziona.
— Skąd ty to wszystko wiesz? — zaciekawiła się Isobel. — W sensie, skąd w ogóle pomysł, żeby się tym zainteresować?
— Kilka lat temu kupiłam na lotnisku atlas, no i tak jakoś wyszło — odpowiedziała Kalina po chwili zastanowienia. — Usłyszałam, że na obozie… na który wysłała mnie matka, będą nam zabierać telefon i spanikowałam, że się zanudzę — zaśmiała się.
— Jakiś obóz dla niegrzecznych dzieci? — zaśmiała się Isobel. — Ciebie też na takie wysyłali?
— A żebyś, kurwa, wiedziała. Jesteśmy.
Kalina musiała wysilić mózg, aby przypomnieć sobie kod do domofonu. Zwykle otwierała te drzwi tak po prostu, przypadkowym kluczem z kieszeni, ale nawet jeśli była to wina trefnego zamka (co wyjaśniałoby częstą obecność meneli), nie chciała tego robić przy Isobel. Na szczęście zasada „do trzech razy sztuka” sprawdziła się idealnie i trzecia próba okazała się udana.
— Zapraszam, drugie piętro — otworzyła drzwi i puściła Isobel przodem. — Mam nadzieję, że współlokatorka nie zostawiła bałaganu — dodała żartem. W rzeczywistości bardziej martwiła się o swój bałagan. Najbardziej stresujący był fakt, że nie miała pojęcia, gdzie zostawiła używaną obecnie jako piżamę, obozową koszulkę. Były trzy opcje — pod kołdrą, na krześle, albo na wierzchu w łazience. Pozostało liczyć na to, że Isobel nie skojarzy spranego SPQR z obozem dla półbogów, a co najwyżej częstym myśleniem o Starożytnym Rzymie.


Isobel?
────
[854 słowa: Kalina otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Theodore'a — „Jestem pierdolonym kurwa zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu”

CZTERY LATA TEMU

W raczej drobnym ciele trzynastoletniego Theodore'a Hemnesa mieściło się zdecydowanie więcej złości, niż to powinno być możliwe. Wciąż był niższy niż większość chłopców w jego klasie, którzy zaczęli już nabierać wzrostu i na tyle chudy, że ubrania po prostu na nim wisiały. Poprzedniego tygodnia podsłuchał, jak jedna z koleżanek jego matki mówi do niej, że Theo wygląda na młodszego, niż jest. Poza tym Alice non stop nazywała go gówniarzem i mówiła, że chyba zgubił gdzieś swój smoczek.
Dla każdego przeciętnego trzynastolatka, który uważał, że jest już przecież prawie dorosły, to sama w sobie była tragedia. Dla tego konkretnego trzynastolatka to była ostatnia kropla, która przelała buzującą w nim czarę goryczy.


— E, Teddy! Weź nam kopnij piłkę. Tylko krzywdy sobie przy tym nie zrób.
Theo podniósł głowę znad kostki Rubika, którą próbował ułożyć (pedagog szkolny wcisnęła mu ją dwa tygodnie temu, świergocząc coś o tym, że to pozwala uspokoić nerwy) i spojrzał na piłkę, która turlała się po trawie w jego stronę.
Zostało już tylko kilka dni do letniej przerwy i większość zajęć spędzali na świeżym powietrzu, pod nie do końca czujnym okiem nauczycieli. Chłopiec najchętniej przesiedziałby ten czas w domu, na pewno zmarnowałby mniej czasu, ale Marie uparła się, żeby syn do końca chodził do szkoły. Nie udało mu się wygrać tej kłótni, więc siedział na skraju szkolnego podwórka i wyjątkowo zajmował się sobą, nie sprawiając żadnych problemów. Niestety, do czasu, bo miał dziwną przypadłość przyciągania do siebie wszystkich możliwych kłopotów.
Na jego twarzy wykwitł brzydki grymas, kiedy odłożył kostkę na trawę i spojrzał na grupę starszych chłopców, których piłka zawędrowała pod jego nogi.
— Mówiłem, żebyście tak do mnie, kurwa, nie mówili — odburknął na tyle głośno, żeby choć ci najbliżej niego go usłyszeli.
Przekleństwa brzmiały dziwnie, gdy padały z jego ust, wypowiedziane wciąż dziecięcym głosem, ale Theo zdołał sobie wmówić, że brzmi całkiem groźnie.
— Co tam mówisz? Nie słyszę, bo coś tu strasznie piszczy — krzyknął do niego jeden z chłopców, po czym przez pół boiska przetoczyła się salwa śmiechu.
Dłonie Theo zwinęły się w pięści przy jego bokach. Przez chwilę nawet zastanawiał się, czy po prostu nie posłać piłki w ich stronę najmocniejszym kopniakiem, do jego się zmusi, odwrócić się i odejść. Źle sypiał, był zmęczony. Poza tym ostatnio znowu obiecał mamie, że nie będzie już sprawiał problemów. Znał ją na tyle dobrze, że dostrzegał w jej oczach skrzętnie skrywany zawód i było to spojrzenie, którego nie miał ochoty więcej oglądać.
To jak się okazało, była jednak tylko przelotna myśl, bo już po chwili trzymał brudną piłkę w dłoniach i szybkim krokiem przemierzał równo skoszoną murawę.
— Tak, tak, aport. Dzięki, Ted, nie musiałeś się fatygować — rzucił lekceważąco kapitan drużyny, wywołując kolejną salwę śmiechu wśród kolegów.
Theo wypuścił piłkę wprost pod nogi wyższego co najmniej o głowę chłopca. Gdyby ten nie mrugał właśnie z rozbawieniem do reszty drużyny, może zauważyłby, że chłopiec przed nim prawie się trzęsie. Kiedy w końcu się do niego odwrócił, niemal wyglądał na zdumionego, że dzieciak dalej tam stoi.
— No już, mały, zmykaj — powiedział, machnąwszy ręką.
Popełnił jednak przy tym pewien błąd i pochylił się nad Theo.
— Nie nazywam się Teddy — wypluł z siebie cichym głosem.
Potem jego pięść poruszyła się z cichym świstem i spotkała z nosem chłopca.


Theodore niemal żałował, że dyżurny nauczyciel akurat tym razem się im przyglądał i doszło do natychmiastowej interwencji. Zszedł z boiska bez choćby najmniejszego siniaka i od razu został zaciągnięty do gabinetu dyrektora, podczas gdy koledzy kapitana biegali dookoła niego jak kurczęta wokół kwoki. Theo zdążył jeszcze napluć mu pod nogi, zanim zabrano go z boiska.
Siedział na krzesełku na korytarzu, słysząc, jak dyrektor dzwoni do jego matki. Trzeci raz w tym miesiącu. Szef Marie musiał naprawdę nie znosić jej syna. Musiał tak długo czekać, aż ktoś po niego przyjdzie, że nawet zatęsknił za tyradami nauczycieli, które zwykle czekały na niego od razu po bójce. Ciszę znosił dużo, dużo gorzej.
Kiedy w końcu znalazł się w gabinecie wraz ze swoją matką, dyrektorem, chłopcem, którego uderzył i jego matką, zapanował chaos. Nieznajoma mu kobieta lamentowała tak nieznośnym i piskliwym głosem, że Theo miał ochotę zatkać sobie uszy. Z obojętną miną bawił się nitką, która zwisała z nadprutego rękawa jego bluzy i nawet nie udawał, że słucha tego, co do niego mówiono.
— Co ty masz w ogóle w głowie, chłopaku? Mogłeś połamać mu nos!
Baba zapiszczała tak blisko jego ucha, że automatycznie się skrzywił. Tym razem podniósł głowę. Niestety tylko po to, żeby rzucić beznamiętnie:
— Nie pani zasrany interes.
— Theodore — zganiła go od razu jego własna matka, podczas gdy druga kobieta gwałtownie nabrała powietrza w płuca, jakby zaraz miała zacząć krzyczeć.
Theo wzruszył ramionami.
— Bardzo panią przepraszam, pani Alvarez. Theo ma ostatnio ciężki okres i nie radzi sobie z emocjami. Wie, że źle zrobił, prawda? — Odwróciła się do syna i ostrzegawczo złapała go za rękę.
Chłopiec tym razem nie odpyskował, ale znowu spuścił głowę i wyłączył się z rozmowy. Nie wydusił z siebie nawet przeprosin, o które nagabywano go przez całe trzydzieści minut trwania tego cyrku. Oczywiście skończyło się to dla niego naganą, ale jego matka jakoś dała radę wyperswadować drugiej kobiecie wezwanie policji. Kiedy wychodzili z budynku szkoły, tak mocno ściskała go za ramię, że aż go zabolało, ale nie zaprotestował.
— Dlaczego? — zapytała tylko Marie, kiedy szli w stronę jej samochodu.
— Odzywał się do mnie jak do psa. Nie jestem psem — odpowiedział tylko chłopiec, spluwając w bok na chodnik.
Kobieta westchnęła. Theo zdecydowanie mógł to powiedzieć wcześniej, kiedy rozmawiali w gabinecie dyrektora. Jej syn miał jednak dziwny zwyczaj niebronienia się, kiedy za każdym razem zarzucano mu, że to on zaczął.
Naprawdę chciała, żeby umiał zawalczyć o siebie nie tylko pięściami.


────
[931 słów: Theodore otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Lizzie umiera


Lizzie Graves


Niektórzy półbogowie umierają samotnie. Informacja o śmierci Lizzie Graves, mieszkanki San Francisco i córki Merkurego, trafiła do Senatu Nowego Rzymu według relacji świadków. Wygląda na to, że wzmożone ataki potworów mogą być powiązane z otwieraniem się tajemniczych portali w kalifornijskim mieście, o czym możecie przeczytać tutaj.

Od Vergila do Ivy — „At the risk of feeling dumb”

Vergil zaczął być za to wszystko odpowiedzialny w momencie, kiedy bezmyślnie wyrzucił z siebie pytanie:
— Co to w ogóle znaczy, że nie wierzy w żadne pegazy i koziołki na dwóch nogach?
Co z grubsza zapoczątkowało całą aferę z wariatami, a potem to on musiał siedzieć w gabinecie u psychiatry, a nie ktoś inny.
— On zawsze był… uch, dziwny — odezwał się Gabriel.
Nazwanie kogoś „dziwnym” na forum Senatu, wśród ludzi, którzy wszyscy w jakiś sposób byli potomkami bogów, było odważnym stwierdzeniem. Vergil nie nazwałby nikogo na sali dziwnym, nawet Izana, którego mógł przecież wyzywać od debili i innych półgłówków. Słowo „dziwny” po prostu nie mieściło się w jego słowniku w momencie, kiedy wierzył w rzymskich bogów i dowodził obozem przetrwania dla nastolatków z ADHD, placówką, której nawet „normalni” ludzie z zewnątrz nie byli w stanie zobaczyć. Kiedy wszystko w życiu Vergila było dziwne, stawało się to normalnością.
Gabriel wstał, pozwalając sobie na tę uprzejmość, żeby zachować należyte zasady Senatu i poprawił zsuwającą się z ramienia togę.
— Ten syn Janusa, Dante. Był w innej kohorcie, nigdy z nim nie gadałem — Gabriel uniósł dłonie w obronnym geście, chociaż nikt go nie oceniał — ale spora część obozu chyba niezbyt go lubiła. Chodziły różne plotki. Podobno był trochę szurnięty i myślał, że jest na jakimś obozie wojskowym, a wszystkie sprawy okołomitologiczne to tylko zwidy.
— Był kilka lat w obozie i myślał, że po prostu ma zwidy? — powtórzył Vergil.
— No… co do tego plotki były dosyć zbieżne. — Gabriel wzruszył ramionami. Kiedy Vergil potarł skronie, był to dla niego znak, że może już usiąść.
— Pretorze, nie wydaje mi się, żeby ktoś otwierał te portale celowo — zwróciła się do niego Mei.
W zasadzie cała ta afera była wynikiem problemu, który podjęła ambasadorka Wenus. Mei utrzymywała, że w San Francisco od dłuższego czasu pojawiają się niezidentyfikowane portale prowadzące w różne miejsca. Półbogowie teleportują się przez drzwi, próbując wejść do McDonalda i lądując w KFC po drugiej stronie ulicy. Portale przyciągają potwory. Gabriel, ambasador Bachusa, potwierdza, że częściej go atakują. Mei znalazła ciało półbogini, weteranki Obozu Jupiter, którą rozpoznano jako Lizzie Graves, córkę Merkurego. Vergil sam nie wiedział, kto rzucił podejrzenie na przypadkowego syna Janusa, który już dłuższy czas temu opuścił Obóz Jupiter, ale był to lepszy trop niż żaden.
— Sprawdzę to — obwieścił Vergil po krótkiej chwili zastanowienia. Na marginesie jego notatek zapisał wielkimi literami „DANTE THORN, SYN JANUSA, SAN FRANCISCO” i podkreślił tę godność trzema wykrzyknikami, zupełnie, jakby miał zamiar o tym zapomnieć, a przecież doskonale wiedział, że to wszystko nie da mu spokoju. W głębi duszy odrobinę cieszył się, że może choć na chwilę opuścić Obóz Jupiter. — Gabriel — usłyszał, jak jakiś duch na trybunach fuka głośno, bo zwrócenie się do weterana imieniem, a nie określeniem „drogi ambasadorze Bachusa, wielmożny konsulu Nowego Rzymu, obrońco praw wina i winorośli” naruszało przynajmniej trzy zasady — zgaduję, że nie masz żadnego kontaktu z tym Dante? Albo chociaż kontakt do kogoś, kto ma z nim kontakt?
— Pretorze — przerwała Mei, zanim Gabriel zdążył na dobre pokręcić głową — ja… znam pewnego psychiatrę.


Wizyta Vergila u psychiatry była ściśle profesjonalna. Biznesowa, można byłoby to nazwać. Usłyszał, że Ivy Scarlett, dziecko Eskulapa, nie będzie chciał spotkać się z nim, jeśli na wstępie powie mu, że chodzi o mitologię. Vergil, odrzucając wszelkie propozycje porwania psychiatry, kiedy będzie spał, otoczenia go i ignorując wszystkie jeszcze krwawsze sugestie, umówił się, jak amerykańska służba zdrowia przykazała, telefonicznie.
Czekając w kolejce, ściskał pomiętą kartkę ze swoim numerkiem i bardzo próbował nie myśleć o tym, co ludzie o nim myślą.
Na poczekalni byli sami śmiertelnicy. Tak sądził, przynajmniej, że są to śmiertelnicy. Nie oceniał ich pod żadnym względem innym niż to, czy zaraz nie wyrosną im kły i nie spróbują go zabić. Z nerwów podskakiwał nogą tak bardzo, że przypadkowy potwór zauważyłby go już dawno, a z całą pewnością usłyszałby go po samym tupaniu. Fakt, że byli to śmiertelnicy, wcale nie poprawiał mu humoru. Co oni sobie o nim myśleli? Siedział przed gabinetem, umówiony do lekarza psychiatry. Vergil nie potrzebował psychiatry, wszystko było z nim w najlepszym w porządku, dlaczego ktoś miałby w ogóle pomyśleć inaczej? Ale ci śmiertelnicy nie wiedzieli, że Vergil jest tutaj z powodów czysto BIZNESOWYCH i PROFESJONALNYCH (bo przecież z jakiego innego powodu by tutaj był?), a to było chyba nawet gorsze od potworów, którym mógłby po prostu odciąć łeb mieczem, żeby nie myśleli za dużo. Vergil, rzecz jasna, nie miał żadnych problemów ani tym bardziej żadnych powodów, żeby znaleźć się u psychiatry. Innych niż takie biznesowe i profesjonalne.
Co, jeśli ci ludzie na poczekalni myśleli, że jest jakimś, cholera wie, wariatem? Czy wyglądał na takiego, kto potrzebuje pomocy? Nie może na takiego wyglądać, Vergil radził sobie ze wszystkim doskonale sam.
Drzwi otworzyły się. Natłok myśli przerwało mu skupienie się na tym jednym, jedynym zadaniu, żeby podejrzeć przez wąską szparę, jak wyglądał jego lekarz. Znaczy, nie jego jego lekarz, rzecz jasna, lekarz, z którym miał spotkanie biznesowe, o którym druga strona nie wiedziała.
— Pan Vergil Halston? — usłyszał ze środka gabinetu.
Nikt w poczekalni nawet nie podniósł głowy. Starsza pani nadal rozwiązywała krzyżówkę, nastolatek wciąż grał w Subway Surfers na telefonie. Vergil i tak się przejął, że teraz wszyscy znają jego imię i nazwisko, mając z tyłu głowy fakt, że w San Francisco był praktycznie duchem. Czemu w tym pieprzonym kraju nie obowiązywało RODO?
Zamknął za sobą drzwi. Ku jego niezadowoleniu i wbrew zeznaniom świadków, nic nie przeniosło go w magiczną otchłań po drugiej stronie zatoki. Wtedy Vergil przynajmniej miałby chociaż jakieś wyjaśnienie, dlaczego nie mógł się tutaj zjawić.
Jego psychiatra sam wyglądał, jakby potrzebował psychiatry. Był wątły i chorobliwie chudy, z całą pewnością nie przedstawiał się, jakby chociaż raz w życiu trzymał jakikolwiek miecz, nawet taki plastikowy. Miał bladą karnację, porównywalną do Vergila, podkreślając fakt, że Vergil nie mógł nawet wychodzić na słońce. W pierwszej chwili Vergil pomyślał, że źle trafił, dostał błędne informacje, Mei zrobiła mu taki żarcik i teraz niepotrzebnie robi z siebie debila. W drugiej chwili pomyślał dokładnie to samo, ale było już za późno, żeby po prostu uciec. Dyslektyczny mózg Vergila z trudem odczytał napis „doktor Ivy Scarlett” na piersi psychiatry i nie uspokoiło go to ani trochę.
— Proszę usiąść.
— Ja w sprawie czysto formalnej — wypalił Vergil, siadając na krześle. Usiadł na samym krańcu, przygotowany do tego, żeby odwrócić się i pójść stąd jak najszybciej.
Lekarz nie był szczególnie zdziwiony jego stwierdzeniem. Nie oderwał nawet wzroku od kartki, zapisując tylko coś w karcie pacjenta. Vergil próbował podejrzeć, co dokładnie, ale nie był w stanie. Pewnie słyszał często podobne teksty. „Pacjent w stanie kolejnej deluzji, oderwany od rzeczywistości”. Nie, nie mógł tak napisać, przecież Vergil jeszcze na dobre się nie odezwał, prawda?
— Leki? — dopytał Ivy.
Vergil pokręcił głową tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało pod ruchem jego ciała.
— Nie, nie. Nie biorę żadnych leków. I żadnych nie potrzebuję.
— W karcie jest napisane, że jest to pana pierwsza wizyta, tak?
— I ostatnia. — Pokiwał głową.
Ivy powrócił do swoich zapisków i dopisał coś, co na gust Vergila nieco zbyt bardzo przypominało: „podejrzenie myśli samobójczych”.
— Więc… jaki jest problem?
Pierwszy raz, kiedy Ivy oderwał wzrok od karty. Vergil poczuł się wręcz speszony pod naciskiem jego zgniłozielonych tęczówek, ale nie odwrócił głowy. Zaraz cała ta iluzja zniknie. Wystarczy, że mu zakomunikuje, z czym dokładnie przychodzi i Ivy będzie w stanie oddzielić go od faktycznych pacjentów.
— Czy leczy pan człowieka, który mówi, że widzi pegazy i uczęszczał kiedyś na magiczny obóz wojskowy?


przychodzi półbóg do psychiatry a psychiatra też półbóg
────
[1219 słów: Vergil otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]