Lucien nie mógł całe życie być bezrobotny. Patrzył, jak Arnar pracuje całe dnie i wraca zmęczony do domu. Obserwował to wszystko zbyt długo. Wszystkie próby poszukiwania pracy kończyły się tak, jak zawsze — nic z tego nie wychodziło. Problemem nie było to, że był młody. Problemem było to, że miejsc pracy brakowało, a jak już się coś znajdowało, to wymagali 100 lat doświadczenia, czego nie mógł mieć, przychodząc do pierwszej roboty w wieku dziewiętnastu lat.
Pracował ze swoim winem samotnie. Przesiadywał w piwnicy zdecydowanie za dużo czasu. Czasem nawet zapominał, że wypadłoby wrócić do mieszkania, odpocząć, zjeść coś albo się napić czegoś, co nie jest alkoholem. Tylko w taki sposób radził sobie z poczuciem bycia bezużytecznym rzepem uczepionym dupy Arnar. Czuł się jak najgorszy partner na świecie, bo przecież Arnar pracowało, a on siedział w domu i pędził wino w zapyziałej piwnicy.
Wszystko zmieniło się jednak po pewnym telefonie. Zadzwonił do niego ktoś, kto — jak się później okazało — mógł wynająć mu malutkie pomieszczenie, w którym Lucien mógłby otworzyć swój sklep. Sklep z winem, jakby to już nie było jasne.
Zgodził się niemal natychmiast, przecież to oznaczało, że będzie pracować i będzie przynosić do domu pieniądze. W końcu Arnar nie będzie się czuło z tym wszystkim takie samotne. W końcu będzie mógł się podzielić swoim sukcesem.
Nie chciał być jednak taki szybki i z powodu swojej wrodzonej paranoiczności nie powiedział o niczym Arnar, dopóki fizycznie nie postawił nogi w budynku, w którym miał niedługo powstać jego sklepik. Przez cały tydzień nie mógł spać, bojąc się, że mężczyzna od wynajmu się rozmyśli i znajdzie kogoś innego. Bał się też tego, że facet może okazać się potworem, chcącym zwabić go w ustronne miejsce, by zabić. Bał się w sumie też tego, że cały ten pomysł nie wyjdzie i marzenie o pracy legnie w gruzach.
— Wychodzę — powiedział tylko, naciągając ostatniego buta na stopę. Spieszył się, bo za jakieś pół godziny miał spotkanie z facetem od wynajmu.
— Okej.
Arnar niczego nie podejrzewało. Ufało Lucienowi, więc dlaczego miałoby się martwić? Było to całkiem na rękę chłopakowi, bo gdyby Arnar było typem dociekliwym, to szybko by się wygadał.
Zestresowany do granic możliwości Lucien czekał pod budynkiem jakieś piętnaście minut przed umówionym spotkaniem. Przez plecy przebiegały mu dreszcze, dłonie zaczynały trząść mu się w kieszeniach i nie była to wina chłodnej pogody, bo tego dnia świeciło słońce.
Mężczyzna jednak zjawił się szybciej, niż Lucien myślał. Może to i dobrze? Oszczędził mu stresu i dzięki temu zapanował też nad drżeniem kończyn. Gdyby czekał, chociaż dziesięć minut dłużej to pewnie kolana by się pod nim ugięły i runąłby jak kłoda na ziemię.
— Powodzenia w prowadzeniu biznesu.
Spotkanie zakończyło się tak szybko, że Lucien trochę w to nie wierzył. Podpisał dwa papierki, mężczyzna nawet nie chciał od niego zbyt wysokiej zaliczki i to było tyle. Teraz zaczynał się bać, że padł ofiarą scamu i będzie musiał się z tego tłumaczyć Arnar.
Co, jeśli właśnie wziął na siebie kredyt na jakieś milion dolarów i o tym nie wie? Co, jeśli zniszczył sobie właśnie życie? Nie, to przecież niemożliwe, widział dokumenty tego faceta, zna jego dane i numer telefonu. Nie mógłby być oszustem…
Tego dnia też nie mógł spać. Następnego również. Martwił się tak bardzo, że jedzenie przestało przechodzić mu przez gardło.
— Wszystko okej?
Arnar zwróciło uwagę na nietknięty przez Luciena makaron.
— Pewnie — odpowiedział beznamiętnie.
Nic nie było okej. Lucien był cholernie daleko od „okej”.
— Ostatnio jesteś jakiś taki… blady.
— Co? Wyglądam brzydko?
— Nie! — Arnar się poderwało. Trącił przy okazji szklankę z wodą, zalewając przy tym połowę stołu i podłogę. — Chodzi mi o to, że jesteś jakiś inny! — krzyczał, starając się dobrze dobierać słowa.
— Boję się, że mnie oszukali — wyrzucił z siebie pierwsze słowa. Ciężko przeszło mu to przez usta, ale jak już miał to powiedzieć, to wolał teraz.
— Kto? Przecież nauczyłom cię jak rozpoznać oszusta, pamiętasz? Razem przestudiowaliśmy jakieś 6967 sztuczek oszustów!
— Chodzi o to… — Lucien zignorował wzmiankę o 6967 sztuczkach oszustów, bo było tych sztuczek zdecydowanie mniej — że chyba znalazłem pracę, ale to taka praca, w której jakby… jest się szefem i pracownikiem jednocześnie.
— Zostałeś od razu szefem?
— Wynająłem sobie miejsce pod sklep z winami i…
— CO?! TO ŚWIETNIE!
Entuzjazm Arnar dalej nie przestał zaskakiwać Luciena. Kiedy on niemal umierał ze stresu, Arnar było totalnym przeciwieństwem.
— Boję się, że mnie ten koleś mógł oszukać. W sensie… pewnie tak nie było i w sumie nie wiem, o co się martwię…
Opowiedział dokładnie partnerowi, jak wyglądało ich spotkanie. Opisywał wygląd kartek, które podpisał (starał się zapamiętać najważniejsze paragrafy), a nawet podał aparycję mężczyzny, z którym to załatwiał. Arnar po wysłuchaniu tej opowieści krótko się zaśmiało.
— Nie był to oszust.
— Skąd wiesz?
— Bo gdyby to był oszust, to prosiłby o twoje dane konta bankowego albo chciałby więcej gotówki i nie dałby ci klucza do tego budynku.
Racja. Arnar miało rację.
— Och… tak, zapomniałem, że dał mi klucz.
— No właśnie! Wszystko jest jakby okej!
Następnego dnia poszli razem do miejsca, w którym niedługo powstanie piękny sklep winny LUCEVINE. Nikt nie wymienił zamków (o to Lucien też się bał) i nikt nie czekał na nich z siekierą (o to bał się jeszcze bardziej). Oznaczało to jedno — Lucien przestanie niedługo być bezrobotny. Wystarczy jeszcze trochę urządzić pomieszczenie i przynieść całą skrzynię wina, i można będzie otwierać!
────
[868 słów: Lucien otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]