wtorek, 29 września 2026

Od Edel — „The cold dark street tonight”

Nowy Jork powitał ją zapachem smażonych na starym tłuszczu frytek. Nie narzekała, bo był to lepszy zapach niż smród potu w przepełnionym autokarze, wiozącym ją z lotniska do centrum. Gorszy od wyperfumowanego samolotu, ale po autobusie standardy nosa Edel samodzielnie zakopała się kilka metrów pod ziemią.
To Silas podsunął jej frytki pod nos, sam mając nimi wypakowane usta. Zanim postanowiła dokładniej się im przyjrzeć albo chociaż wyciągnąć po nie rękę, wymamrotała niewyraźne „chwileczkę” i obejrzała z trudem wyszarpaną z autokaru walizkę dla upewnienia się, czy to na pewno ta należąca do niej i czy przypadkiem nie miała ogromnej dziury, przez którą wypadły wszystkie jej rzeczy. Dopiero wtedy wyprostowała się i uśmiechnęła do przyjaciela, który bezprecedensowo ukradł około ćwierć frytek z zaoferowanej jej pół minuty wcześniej torebki.
– Może byś się przywitał? – zapytała żartobliwie, na co mężczyzna ostentacyjnie pomachał jej torebką z frytkami jeszcze bliżej twarzy niż wcześniej. Wreszcie ją od niego odebrała, nie bez dużej dozy obrzydzenia, której nawet nie próbowała ukrywać. Przezroczysta od tłuszczu papierowa torebka była obrzydliwa w dotyku i Edel od razu poczuła potrzebę ucieczki do pierwszej z brzegu łazienki, żeby umyć ręce i już nigdy nie myśleć o tym, jak śliski potrafi być papier. – Nie kupuję w McDonaldzie – zwróciła uwagę Silasowi, który desperacko próbował przełknąć resztki jedzenia, żeby móc wydusić z siebie jakąkolwiek odpowiedź.
– Aha? Oskarżasz mnie o coś takiego? – wytłumaczył wreszcie i wygrzebał z kieszeni wymiętą chusteczkę, obejrzał ją i z wahaniem wyrzucił ją do najbliższego kosza na śmieci. Błagalnie spojrzał na Edel, zanim dodał: – Są z jakiegoś stoiska takiego starszego pana. Bardzo się ucieszył, że ktoś cokolwiek od niego kupił – wytłumaczył, w międzyczasie wycierając usta podaną mu przez Edel chusteczką. Dziewczyna ledwo go zrozumiała, prawdopodobnie dzięki temu, że Silas rzadko wyłączał swój spikerski głos i nawet mając w ustach trzy szlugi, z jakiegoś powodu potrafił mówić niespodziewanie wyraźnie.
– Świetnie – mruknęła i bez przekonania spróbowała jednej z frytek, które były już kompletnie zimne. Żałowała, że Silas nie pomyślał o tym, żeby poszli na jedzenie, jak Edel będzie już z nim, a nie dopiero do niego zmierzała.
– Kręcisz nosem, jakbym ci wcisnął do ręki psie gówno opakowane w papier prezentowy – oznajmił, prędzej żartem niż z pretensjami. – To była jedyna opcja wege, a jak mi jeszcze powiesz, że „nie kupuję w McDonaldzie” jest równoznaczne z „nie jadam jakichkolwiek fastfoodów”, to spadniesz w moich oczach o dobre kilka miejsc na tierliście moich przyjaciół.
– Jem – odpowiedziała Edel, tak bardzo naciskając na to słowo, jakby udowodnienie tego Silasowi miało przysporzyć jej realne korzyści. – I nie mówię tego przez… tierlistę twoich przyjaciół. Kto w ogóle takie ma?
– Nie martw się, i tak utrzymałabyś się ponad ludźmi, z którymi jebałem się w klubach. – Mężczyzna wzruszył ramionami z przyklejonym do twarzy uśmiechem, który bardzo nie pasował Edel do wypowiadanych przez niego słów.
– A… okej? – wydukała jedną z najsłabszych odpowiedzi, jakie kiedykolwiek wymyśliła w całym swoim życiu.
Szli dalej w milczeniu, aż Edel nie wyrzuciła opakowania po frytkach, a Silas nie wypalił papierosa, zapalonego zmęczoną życiem zapalniczką, która działała równie dobrze jak krzesiwo, którym próbowano podpalać ogniska na obozach survivalowych.
– Wiesz – mruknął Silas, kopnąwszy zagubioną na chodniku zwiniętą w kulkę ulotkę – zastanawiałem się, czy w ogóle cię odbierać.
– Aha? – Edel wykorzystała wszystkie swoje umiejętności, które umożliwiały jej bardzo amatorskie uniesienie jednej brwi, co nigdy nie wyglądało tak, jak powinno.
– Nie, po prostu, nie znasz już drogi na pamięć? Czekałbym na ciebie ze świeżo ugotowanym obiadkiem, nie musiałabyś jeść jakichś frytek z ulicy…
– Nie wierzę, że potrafiłbyś ugotować obiad lepszy od frytek z ulicy – stwierdziła Edel. – Dodatkowy czas wykorzystałbyś na–
Urwała, bo koła jej walizki zahaczyły o coś leżącego na chodniku. Szarpnęła nią mocniej, bo nigdy nie byłaby zaskoczona śmieciami na ulicy Nowego Jorku, ale koła walizki perfidnie zaplątały się w, jak się okazało, materiał. Kucając, Edel skupiła się na wyrwaniu go z kółek, dopiero potem zauważywszy, że materiał wciąż przyczepiony jest do czyjejś ręki.
– Bardzo przepraszam! – wykrzyknęła, natychmiast puszczając czyjąś koszulę. Silas oparł się na walizce dziewczyny i spojrzał nad nią, wodząc wzrokiem od czyichś palców, po brak ramienia.
– Chyba nie masz kogo przepraszać – rozsądnie zauważył, po czym kucnął obok niej i jednym szarpnięciem uwolnił walizkę.
– Fakt. Racja – wydukała Edel, której z jakiegoś powodu łatwiej było zaakceptować czyjeś szczątki niż potencjalnie wściekłego menela. Mogła pochwalić się długim i szerokim doświadczeniem w obcowaniu z trupami, najczęściej takimi, na których przedramionach wypalono tatuaże. – Zadzwonię na…
– Weź, będziemy musieli zeznawać przez pół dnia – jęknął Silas, teatralnie łapiąc się za głowę. – A jemu i tak już nic nie pomoże. Albo jej. Nie mogę spytać o zaimki.
– Nie mogę tego tak po prostu zostawić – powiedziała, a mężczyzna kiwnął głową w odpowiedzi tak, jakby zgadzał się na najdziwniejszą jedzeniową zachciankę swojej ciężarnej żony.
Zajrzała głębiej w uliczkę, kierując się bardziej swoim przeczuciem, niż jakąkolwiek logiczną przesłanką. Silas okazał się na tyle miły, że odpalił latarkę w telefonie i oboje mogli zobaczyć sponiewierane ciało. Heros szybko wyłączył światło, ale Edel nie potrafiła wymazać sprzed oczu obrazu, który widziała może przez dwie sekundy. Szeroko otwarte oczy wydawały wpatrywać się prosto w nią, a równocześnie były bardziej puste niż gałki oczne porcelanowej lalki. Zlepione krwią włosy ginęły w brunatnej plamie na bruku, poszarpane ubrania wiły się wokół ciała, w ostrym świetle latarki tworzyły z niego mankament nieprzypominający ludzkich szczątków. Wśród tego bezładu wyły się zadane monstrualnymi pazurami i kłami rany, wyrwy wśród warstw ubrań i niewielkich skrawków nierozerwanego ciała. Edel wzięła parę głębokich wdechów, oszukując się, że nowy smak w jej ustach nie zwiastuje szybkiego opróżnienia jej żołądka z dopiero co zjedzonego obiadu.
– Kurwa – zdołała wydusić, próbując otrząsnąć się z szoku i odrzucić mdłości, w czym odezwanie się niekoniecznie pomogło.
– To chyba jeden z naszych – rzucił Silas, który większość swojego ciężaru przeniósł na rozklekotaną walizkę Edel (ściskając jej rączkę niepotrzebnie mocno).
– Przepraszam, co? – burknęła, rozdarta pomiędzy skuleniem się na chodniku i wciśnięciem głowy między nogi a zachowaniem pozy niewzruszonej byłej centurionki z długim stażem.
– To chyba jeden z naszych – powtórzył, a z jego miny Edel mogła wyczytać wyłącznie obrzydzenie. – Mam na myśli, żaden cywil by tak nie skończył, rozumiesz.
– Tak, rozumiem – rzuciła gorzko i wreszcie wykręciła numer na policję.

Silas otworzył przed nią drzwi, wpuszczając do ciemnego mieszkania snop światła z korytarza. Najciszej, jak potrafiła, rozebrała się i przeniosła walizkę do salonojadalniokuchni, gdzie bez zapalania lampy rzuciła się na kanapę. Silas najwyraźniej miał zamiar oświetlić sobie drogę do swojego pokoju wyłącznie światłem ekranu prawie rozładowanego telefonu, ale przeszkodziło mu w tym nagłe otwarcie się sąsiednich drzwi i pojawienie się w nich jego kochanej współlokatorki.
– Ładnie to tak wracać po nocach? – warknęła, uderzając we włącznik światła. Edel zmrużyła oczy od nagłego błysku i boleśnie uświadomiła sobie, że w tym momencie wolałaby być gdziekolwiek indziej niż na tej wysłużonej kanapie w towarzystwie wykończonego (i trochę na nią złego) przyjaciela oraz jego wściekłej współlokatorki. – Po tobie jeszcze się tego spodziewałam, ale ty, Edel, serio?
– Byliśmy na komisariacie – wymamrotał Silas i przepchnął się obok Yasmin.
– Gdzie, kurwa?
– Na komisariacie, dobranoc. – Tymi słowami mężczyzna zakończył temat i zniknął w czeluściach swojego pokoju.
– Co wy odpierdoliliście? – Yasmin odwróciła się do Edel, teraz równie wściekła, jak i zaskoczona.
– Nic – odpowiedziała, rozkładając przygotowany dla niej koc. – Znaleźliśmy trupa, najpewniej herosa. Zadzwoniłam na policję. Przesłuchiwali nas. Trochę zeszło z formalnościami.
– Jakiego herosa?
Edel nawet nie miała siły komentować tego, że w całej tej historii najbardziej interesuje ją właśnie ten aspekt.
– Nie wiem, jutro pewnie obsmarują na jego temat z dziesięć artykułów o zagadkowej śmierci młodego mężczyzny rozszarpanego przez dzikie zwierzęta w centrum Nowego Jorku.
– Już są – poinformowała ją Yasmin, pochylona nad smartfonem. – Aureliusz Collins. Niczego sobie, ale nie kojarzę – wyraziła swoją nader ważną o tej porze opinię.
Edel nie przejęła się tym na tyle, żeby wysilić się na odpowiedź inną niż: „dobranoc, zgaś światło, proszę”.


────
[1272 słowa: Edel otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 28 września 2026

Od Lucasa CD Mikołaja — „Ryan Gosling to dosłownie ja”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Lucas spojrzał z ukosa na Mikołaja.
— Serio się pytam! Kto to… znasz go?
— To postać fikcyjna.
— Ale co ma Sebastian Wilder do Ryana Goslinga?
— To jedna z jego najpopularniejszych ról.
Po tej krótkiej wymianie zdań nastąpiła krótka, niezręczna cisza.
— Po co chciałeś ten autograf, skoro nic nie wiesz? — spytał Lucas.
— Jakby ci to powiedzieć… to był zakład.
— ZAKŁAD? Chcesz mi powiedzieć, że jedziemy w tym małym, ciasnym, śmierdzącym kiblu i będziemy w nim przez co najmniej dobre parę godzin, tylko dlatego, że się założyłeś!
— Trochę tak… ale nie udawaj takiego sztywnego okej! Nie wierzę, że nic szalonego nie robiłeś, gdy byłeś w moim wieku! Wy od Ateny jesteście tacy sztywni.
Lucas zacisnął zęby. Głupio było mu powiedzieć, że w wieku Mikołaja sam wyprawiał nie lepsze rzeczy. Razem z siostrą Louise, trzymał w małej szopce niedaleko Obozu Herosów małe szczeniaczki. Kiedyś razem z nią i jednym z jego rodzeństwa, Avery, wybrali się do Nowego Jorku. Na studiach poznał przyjaciela Ariela, który prowadzi bujne, imprezowe życie. Nikt by po nim nie stwierdził, że jest stałym bywalcą barów. Znaczy, był. Wiele się zmieniło, odkąd pojawiła się Ruby, która w pewnym sensie, trochę spowolniła tryb życia Lucasa.
— Hej, wszystko dobrze?
Z transu rozmyślań wyrwał Lucasa głos Mikołaja.
— Tak, czemu coś miałoby być nie tak?
— Myślałem, że cię uraziłem czy coś…
— Nie, wszystko dobrze. Wspominałem o… głupich rzeczach, jakie zrobiłem.
Mikołaj uniósł głowę zaciekawiony.
— Ukrywałem przed Chejronem zgraję małych piesków — kontynuował Lucas. — Wraz z moją siostrą, ówczesną grupową domku Ateny.
Młodszy heros się roześmiał.
— Naprawdę? Trzymaliście pieski? Gdzie!
— W szopce w lesie. Niestety musieliśmy je oddać. Są podobno w Obozie Jupiter. Ciekawe, co tam u nich.
— I nikt się nigdy nie dowiedział?
— Nie. To była taka nasza mała tajemnica.
— Słodko. Ja to zawsze chciałbym mieć kota… takiego jasnego, płowego i nazwałbym go Franek.
Tok rozmowy zaburzył komunikat.
— Uwaga, uwaga! Awaria w pociągu! Wszyscy są proszeni, aby opuścić pociąg przy najbliższej stacji kolejowej!
— Co?! — Mikołaj wykrzyknął. — Przecież… gdzie my w ogóle jesteśmy!
Lucas wyszedł z łazienki, by spojrzeć na komunikat. Kolejny przystanek, na którym mają opuścić pociąg to Flagstaff.
— I gdzie jesteśmy? — Mikołaj niedługo później również wyszedł z łazienki.
— W Flagstaff, miasto w Arizonie. Mamy godzinę 18… I jest weekend…
— To pójdziemy na miasto się bawić!
— Nigdzie nie idziemy! Musisz wrócić do Obozu Herosów cały i zdrowy!
— Nie rób ze mnie dzieciaka! Mam 16 lat! No dawaj, może coś fajnego będzie!
— Tylko nie waż mi się stać w kolejnej kolejce, po kolejny autograf!


Mikołaj?
────
[407 słów: Lucas otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Kala CD Filemona — „Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA V

Z niezrozumiałego dla niego powodu, Kal musiał na szybko wytłumaczyć przed samym sobą swoje zachowanie, jakby właśnie stał nad nim przełożony i pytał, dlaczego odpyskował stałemu klientowi. Tutaj powód był naprawdę bardzo prosty, bo to ten niebieskowłosy delikwenciak wszystko zaczął, a do tego rozpościerał wokół siebie aurę sfrustrowanego i zmęczonego życiem człowieka. Aurę tak ogromną, że Kal prawie nie mógł się przez nią przebić ze swoimi emocjami, co w pewnym sensie było osiągnięciem. Heros powinien był sobie wytłumaczyć, że typ pewnie ma zły dzień, że jest pracownikiem banku uwięzionym na przykrótkiej smyczy przyczepionej do zbyt ciasnej obroży, ale przejmowanie się jakimś nieznajomym mężczyzną było ostatnią rzeczą, którą chciałby robić Kal po męczącym dniu w szkole. Miał ochotę tylko jak najszybciej wrócić do mieszkania, rzucić się na łóżko i usnąć, równocześnie chcąc, żeby dzisiaj się skończyło, a jutro nie nadeszło.
Straszenie policją zadziałało na Kala równie dobrze, jak zadziałałoby kazanie mu stanąć w kącie i przemyśleć swoje zachowanie. Nie miał pewności, czy w takiej sytuacji policja bardziej nie przejęłaby się potencjalnym groomingiem dziwnego pracownika banku niż podejrzeniem „stalkingu” ze strony smutnego osiemnastolatka, z którego partnerka jego ojca uczyniła chłopca na posyłki najwyraźniej w bardzo złym miejscu i jeszcze gorszym czasie. Załatwiał naprawdę bardzo prostą sprawę: wychodził ze szkoły i szedł do domu, nie przejmując się swoimi półboskimi obowiązkami i będąc prawdopodobnie jednym z najgorszych centurionów od pięciu dekad, ale trudno mu wyplenić stare nawyki unikania Obozu jak ognia, gdy nie ma ochoty na przebywanie w nim. Miał wrócić tam jutro, pojutrze, może w tym tygodniu, w sensie kiedyś na pewno wróci i bohatersko nie stawi czoła wszystkim problemom, które się tam w tym czasie nazbierały. Liczył wyłącznie na to, że jego kohorta była w miarę ogarnięta i krótkie wakacje dla centuriona jej nie zaszkodzą, ale teraz zaczynał wątpić, czy to on jest wystarczająco ogarnięty, żeby przebywać w mieście. Był tu przez bardzo długie dwa dni i już chyba wolał Obóz od… tego, co się tutaj działo.
Chłopak nie poświęcił się na tyle, żeby odwrócić się do mężczyzny i wytłumaczyć mu, że, jakby co, to policja będzie miała go w dupie i już prędzej Kalowi uda się zagrać przestraszonego młodzieńca, niż ktokolwiek będzie współczuć czterdziestoletniemu bucowi. Dla kontekstu Kal niestety musiałby dodać, że co prawda może miał ładną twarz, ale w aktorstwie jego największym osiągnięciem mogłoby być co najwyżej granie drzewa, co i tak pewnie skończyłoby się na tym, że zostałby wyrzucony na zbity pysk za źle odegraną rolę. Przez nadmiar rzeczy do wytłumaczenia, postanowił uszanować swoje prawo do milczenia i jak najszybciej uciec z miejsca zdarzenia.
Odchodząc spod banku, słyszał jeszcze jakieś pomrukiwania ze strony faceta, które najprawdopodobniej nie były przeznaczone dla Kala. Chłopak odnotował w swoim nieistniejącym dzienniku, że oto dnia dzisiejszego jakiś facet zepsuł mu humor jeszcze bardziej, niż zrobiła to konieczność podniesienia się z łóżka i uczestniczenia w życiu zwykłego nastolatka ze zwyczajnym życiem, który skrywa w sobie co najwyżej nieleczoną depresję i nadnaturalną matkę, którą widział raz w życiu. Pogrążony w tych cudownych, optymistycznych myślach spóźnił się na pociąg metra, który miał dowieźć go do domu jakieś pół godziny przed powrotem jego ojca, co oszczędziłoby nastolatkowi wysłuchiwania zbędnych pytań o jego samopoczucie, niekoniecznie najlepsze oceny i widoczne na twarzy przemęczenie, którego nie ukrywał nawet najlepiej wykonany makijaż. W głowie Kala winowajcą tej sytuacji również został głupi pracownik banku, który w tym momencie równie dobrze mógłby być jakąś boginią totalnego nieszczęścia i zgorzknienia, która z jakiegoś powodu zdecydowała się na objawienie się randomowemu herosowi w przebraniu. Co prawda, gdyby to Kal był boginią totalnego nieszczęścia i zgorzknienia, też wybrałby jako swoje przebranie zmęczonego życiem pracownika banku bądź innego miejsca, gdzie pracuje się za minimalną stawkę i nawet nie można nikogo poprosić o coś na kształt napiwku. Ewentualnie wybrałby siebie, ale to już nieco bardziej subiektywna opinia.
Z tą jakże cudowną myślą, Kal wsiadł do przepełnionego pociągu i jak za dotknięciem różdżki od razu stał się jeszcze bardziej sfrustrowany i zgorzkniały, absorbując emocje zgromadzonych wokół niego ludzi. Spóźnionych na popołudniowe zmiany, niechcących wracać do domów, borykających się z problemami, które nic Kala nie obchodziły, a i tak musiał być przez nie dotykany. Bardzo boleśnie i nieprzyjemnie, bo wcinały się one prosto do jego umysłu.
Przez bardzo krótki moment rozważył zostanie terapeutą, ale prędko odrzucił tę idiotyczną myśl. Po miesiącu pracy to on skończyłby w psychiatryku, a to tylko w najlepszym wypadku.

Zmiany w swoim stylu życia wprowadził bardzo szybko po tamtym niekoniecznie przyjemnym spotkaniu z panem pracownikiem banku. Zaczął od jak najszybszej zmiany swojej codziennej trasy dom-szkoła oraz obóz-dom, bo, niestety, obydwie przebiegały obok budynku, w którym pracował prześladujący go mężczyzna. Kalowi wydawało się, że to wystarczy i już nigdy się nie spotkają, bo prawdopodobnie mają zupełnie inne plany dnia i bardzo możliwe, że mężczyzna wcale nie mieszka gdzieś w okolicy, tylko dojeżdża do pracy z drugiego końca San Francisco. Była to niesamowicie pocieszająca myśl, dopóki Kal nie dostrzegł tego faceta jadącego rowerem dokładnie tą trasą, którą nastolatek wybrał na swoją nową codzienną drogę do wszystkich miejsc, w których bywał częściej niż raz w miesiącu. Bogowie chyba bardzo chcieli skrzyżować ich losy, umieszczając bank obok przystanku metra, z którego codziennie korzystał Kal, żeby dostać się do szkoły i do najbliższego wejścia do Labiryntu.
Tak więc, gdy tylko zobaczył ponuro jadącego rowerem niebieskowłosego groomera, Kal mocno pochylił głowę i wlepił oczy w chodnik, niestety nie posiadając telefonu, którym mógłby się w tym momencie zająć. W tym momencie przeklinał swój bądź co bądź oryginalny wygląd i naprawdę miał nadzieję, że facet weźmie go raczej za jedną z białowłosych alternatywek, a nie akurat tego chłopaka, który na tamtej okropnej imprezie integracyjnej przyniósł im stos ciast.
Jego nadzieje zostały niesamowicie szybko brutalnie zamordowane.
– Czemu ty się tu kręcisz? – Usłyszał pytanie, które zostało wypowiedziane znanym mu głosem, równie suchym i przepełnionym zgorzknieniem, jak podczas ich spotkania parę dni wcześniej.
Znów miał ochotę odpyskować, zalany falą nieswojej frustracji, ale na szczęście zostało w nim wystarczająco samokontroli, żeby tego nie zrobić. Z westchnieniem uniósł głowę i odgarnął z twarzy zagubione kosmyki włosów, żeby spojrzeć facetowi w twarz, od razu tego pożałować i skupić wzrok na punkcie gdzieś nad jego uchem.
W odpowiedzi wyłącznie wzruszył ramionami, z zamiarem jak najszybszego odejścia, co niestety w tym przypadku nie podziałało tak dobrze, jak działało zazwyczaj.
– Czy ty możesz przestać za mną łazić? – burknął mężczyzna, co Kal odebrał jako zapowiedź bezpośredniego zagrożenia i momentalnie pożałował, że nie miał przy sobie gazu pieprzowego. – Śledzenie mnie to jakieś twoje nowe hobby, czy jak?
– Właściwie, to raczej skupiałem się na unikaniu pana – odpowiedział chłodno i spróbował przeć przed siebie, jakby nic się nie wydarzyło. Mężczyzna miał przewagę w postaci roweru, więc Kal naprawdę musiał skupić swój zazwyczaj pogrążony w osowiałej mgle umysł, żeby wydedukować jakąś nieszczególnie błyskotliwą konkluzję związaną z aktualną godziną i tym, gdzie sam próbował się dostać. – Do widzenia, bo się pan jeszcze spóźni do pracy. A ja do szkoły. I tak dalej. – wymamrotał w celu ponaglenia mężczyzny i jasnego zasygnalizowania mu, żeby się od niego odczepił.
Tylko nie pomyślał o tym, że przez tego dziwnego paranoika może zostać odebrany jako ktoś, kto zna jego plan dnia na pamięć i tak, jego hobby to śledzenie, stalking i jakaś dziwna obsesja na losowym dorosłym mężczyźnie.


Filemon?
────
[1193 słowa: Kal otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Pierwszą myślą Kuźmy jest stwierdzenie, że przecież jest jeszcze za wcześnie na Halloween i pułapki fałszywych, ruszających się drzew. Druga myśl, w szoku, próbuje obliczyć, ile dokładnie kwadransów jest do Halloween, równocześnie kłócąc się z innymi myślami na temat rodzaju drzewa, które ich zaatakowało. Z pewnością jest liściaste, to każdy może stwierdzić na pierwszy rzut oka oraz po pierwszym dostaniu z liścia od zdenerwowanej driady. Jednakże dla umysłu Kuźmy w tym momencie ważniejsze jest to, czy zdenerwowany jest jakiś dąb, czy np. buk. Kora buków zawsze wydawała się Kuźmie o wiele atrakcyjniejsza niż jakiejś, dajmy na to, sosny. Szara i gładka, zawsze przyjemnie zimna w dotyku – jakby spoliczkowano ją właśnie taką gałęzią, to dziewczyna byłaby odrobinę mniej wkurwiona, niż gdyby dostała w mordę świerkiem.
Wracając do tematu, po początkowym szoku, do Kuźmy dociera parę bardzo ważnych faktów, o których najchętniej by zapomniała, odwróciłaby się na pięcie i prędko uciekła z miejsca zdarzenia, opcjonalnie zostawiając tu biednego Ricky'ego, o którym też by zapomniała. Jednak w tym momencie dziewczyna czuje się aż nazbyt realna, więc z godnym podziwu brakiem natychmiastowej paniki rzuca okiem na trzy ważne punkty wokół siebie:

1. Trumnę, która poturbowana leży parę metrów dalej i jeżeli się otworzyła, to mogą mieć spory problem.
2. Wkurwioną driadę, która niestety nie jest bukiem ani nawet topolą. Jest niesamowicie wykrzywionym złością dębem jakimśtam, który wrzeszczy wniebogłosy o nieszanowaniu lasów i ludziach, którzy w ogóle nie rozumieją, przez jakie tortury na tle historycznym przeszła kalifornijska flora.
3. Ricky'ego, który nie ma pewności, czy wciąż żyje.

To wszystko zajmuje jej cenne sekundy, podczas których driada wykonuje swój pierwszy ruch, oczywistym sposobem oszukując rzut na inicjatywę. Kuźmie udaje się tylko wyartykułować ciche: „a chuj ci w dupę jebana kurwo”, bo szanowna pani dąb postanawia jako pierwszego zaatakować Ricky'ego. Jak zawsze Kuźma boleśnie przekonuje się o tym, że wybieranie jej na samym końcu nie ogranicza się wyłącznie do lekcji wychowania fizycznego, a do wszystkich aspektów życia. Za ten konkretny wybór driady powinna być wdzięczna, ale w tym przypadku niestety uważa, że ma większe szanse przetrwania niż Ricky (nie, że w niego nie wierzy – po prostu tak samo pomyślałaby każda osoba, która potrafi myśleć). Z drugiej strony kwestionuje ruch nimfy również za to, że nie zaatakowała ich dwójki równocześnie i nie upiekła dwóch pieczeni na jednym ogniu, ale może po prostu jest zbyt zaślepiona gniewem, żeby w ogóle pomyśleć o takiej opcji.
– BONIE DYDY – wrzeszczy chłopak, widząc nadlatujące w jego stronę gałęzie. Ratuje go chyba tylko czyste szczęście i jakiś ułamek nadnaturalnej prędkości odziedziczonej po ojcu. Patyki świstają wokół niego, przerywają koszulkę i jedną z kieszeni spodni, z której wypada parę garści szklanych kulek umazanych czymś koloru jasnopomarańczowego. Ricky nie podejmuje szczególnie inteligentnej decyzji, automatycznie się po nie schylając i próbując je wygrzebać z błota, po czym wsadzić z powrotem do którejś z nieprzepełnionych kieszeń. Na jego szczęście jest to wystarczająco niespodziewany ruch, żeby na moment zbić driadę z tropu. Pozostałe gałęzie przelatują kilkadziesiąt centymetrów nad Rickym, który pakuje do kieszeni ziemię z ewentualną zawartością kulek.
– ZABILIŚCIE NAS, WYCINALIŚCIE NAS, PALILIŚCIE NAS!!!! – wrzeszczy driada, strzelając dookoła liśćmi jak małymi, ale piekielnie ostrymi nożykami. – A TERAZ NISZCZYCIE NASZE KORZENIE SWOIM TOKSYCZNYM METALEM!!!
W tym czasie Kuźma prowizorycznie ukrywa się za innym drzewem, strzela palcami dla dodania scenie większego kinematograficznego potencjału i skupia się na świecie zupełnie metafizycznym. Gdzieś w jej pobliżu trzeszczy kora i świstają gałęzie, podczas gdy ona w najlepsze stoi z zamkniętymi oczami i butami głęboko zakopanymi w grząskim błocie. Dziewczyna nurkuje w umyśle driady, jej intuicja prowadzi ją dokładnie w to miejsce, którego potrzebuje – jak po sznurku, przemieszcza się wgłąb, aż wreszcie odkrywa bardzo smutny największy strach nimfy. Od współczucia odciąga Kuźmę nie tylko jej zwykłe nastawienie do innych ludzi oraz nierozumienie konceptu empatii, ale też nagły, ostry ból, który rozpościera się gdzieś w okolicy jej piszczela i wrzaski Ricky'ego („Jasny wodór!”, „Do stu chlorów!”). Dziewczyna bierze niepotrzebny głęboki wdech i aktywuje rzadko używaną moc, która z początku porusza się jak zardzewiały mechanizm starego zegara, a dopiero potem rozkręca się i wpada na właściwe tory.
Driada zatrzymuje się i szeroko otwartymi oczyma rozgląda dookoła. Kuźma wpatruje się w nią w nerwowym oczekiwaniu, podczas gdy schowany za gnijącym konarem Ricky wciąż mamrocze coś o pierwiastkach chemicznych; dopiero po chwili dociera do niego, że zagrożenie może nie minęło, ale ktoś wyraźnie wcisnął pauzujący je przycisk i wychyla się zza swojego konara, żeby dokładniej rozeznać się w sytuacji.
Parę sekund ciszy mija równie gwałtownie, jak się zaczęło. Las i pola dookoła nagle wypełnia wrzask, od którego drżą liście innych drzew i trzęsie się ziemia. Kuźma nie miała najmniejszego pojęcia, że driada potrafi krzyczeć tak głośno, ba, że cokolwiek jest w stanie krzyczeć równie głośno i piskliwie jak przedszkolak, któremu ukradnie się lizaka.
– DLACZEGO WSZYSTKO PŁOOOOOOOOOONIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!!!
– To mój grecki ogień! – radośnie odpowiada Ricky, po czym orientuje się, że to, co rzucił, nie było bombą, tylko piłką stworzoną z nałożonych na siebie gumek recepturek. – To jednak nie mój grecki ogień! – koryguje, tak jakby driadę to obchodziło.
Kuźma z całych sił ignoruje ból uszu i brzęczenie w głowie, próbując dostać się do Ricky'ego. Z pierwszym krokiem do rzeczy ignorowanych dodaje również ból lewej nogi, na którą w tym momencie woli nie patrzeć, czując spływającą po niej krew i prawdopodobnie tkwiące w niej ciało obce. Jej buty topią się we wrzechobecnym błocie, gdy, w bardzo dramatyczny sposób upadłszy na ściółkę, wrzeszczy do Ricky'ego: „SPIERDALAMY”. On krzyczy do niej coś o trumnie, na co ona nawet nie próbuje odpowiadać. Ma tylko nadzieję, że jeżeli wieko trumny postanowiło się choćby uchylić, to ukryty w środku radioaktywny makaron pozostaje dalej bezpieczny na talerzu, a sos nie wylewa się na niczego nieświadomą ściółkę. Gdy Ricky podnosi się z ziemi, Kuźma już prawie myśli, że po prostu ją tutaj zostawi, niezdolną do sprawnego chodzenia (może byłaby zdolna do jakiegoś innego sposobu przemieszczania się lub kulejącej parodii chodzenia). Jednak chłopak najwyraźniej się nad nią lituje, podbiega do niej i przez chwilę oboje patrzą na siebie, zastanawiając się nad kolejnym ruchem.
– Może cię podniosę i wtedy… – proponuje Ricky, ale Kuźma zaraz mu przerywa.
– Przecież ty mnie nie uniesiesz, troglodyto – prycha, potem wyciąga do niego obydwie ręce. – Najpierw to weź mi pomóż wstać.
Ricky'emu ledwo się to udaje. Gdy dziewczyna przenosi cały ciężar na zdrową nogę i przy okazji wspiera się na chłopaku (co dopisuje do swojej listy najwstydliwszych rzeczy, które kiedykolwiek zrobiła), jest w stanie jakoś stać. Potem próbuje jakoś iść i w pewnym sensie jej się udaje, bo dzięki kurczowemu ściskaniu ramienia Ricky'ego udaje jej się brnąć w przód, pomijając to, że każdy krok powoduje w niej rosnącą chęć zabicia siebie lub kogoś innego (gdy Ricky próbuje ją wesprzeć i objąć ramieniem, rzuca w niego wiązanką przekleństw, uderza i byłaby gotowa do wykonania wszelkich niezbędnych środków, przez które chłopak nie odważyłby się jej już nigdy dotknąć, ale powstrzymuje się wyłącznie z powodów logistycznych).
Dwójka herosów desperacko przemieszcza się w stronę otwartej przestrzeni, odprowadzana przez wrzaski domagające się wody i pomocy. Drzewa dookoła dygocą coraz mocniej, driady budzą się ze swojego snu, a Kuźma trzyma się głupiej nadziei, że w Obozie nikt nie słyszy hałasu, który w pełni świadomie spowodowała. Niech się cieszą, że jeszcze żadna z driad nie pożegnała się z życiem. Ani żaden półbóg się z nim nie pożegnał. Chociaż jeden półbóg jest tego bliski, z twarzą skrzywioną bólem i zalanym potem czołem, ale o tym można porozmawiać już w ambulatorium. Jeżeli uda im się do niego dotrzeć.


Ricky?
────
[1231 słów: Kuźma otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 27 września 2026

Od Inez CD Theodore'a — „It's nice to have a friend”

Poprzednie opowiadanie

Inez od jakiegoś czasu czuła, że idzie jej gorzej na treningach. Możliwe, że nieświadomie przykładała się do nich mniej? A może brakowało jej towarzysza? Ostatnio często trenowała sama. Oczywiście miało to też swoje plusy, ale Velez nie lubiła być sama na dłuższą metę. W ostatnim czasie czuła się jednak bardzo samotna w obozie. Za każdym razem, gdy miała wrażenie, że zyskiwała jakąś nową osobę do kolegowania się, to relacja ta szybko urywała się, a dziewczyna znów zostawała sama.
Dlatego ucieszyła się, gdy Theo do niej podszedł. Wydawał się godnym przeciwnikiem. Był lekko umięśniony, tego samego wzrostu co Inez. Ona sama była całkiem nie najgorzej zbudowana, więc sądziła, że da sobie radę, szczególnie że w broni krótkodystansowej liczyła się głównie zwinność.
Wzięła więc z magazynu wybraną przez siebie broń i ruszyła ponownie na Pola.
– Powiedz mi więc… Jak masz na imię? – zapytała dziewczyna trochę nieśmiało. W końcu chłopak dokładnie wiedział, do kogo podchodzi, a ona… cóż, niestety nie. Czasami miała problem z zapamiętywaniem imion pomimo tylu lat w obozie.
– Theo – odpowiedział i choć nie pokazywał po sobie żalu, poczuł lekką irytację na wiadomość o tym, że dziewczyna nie wie, kim jest.
– Ach tak! Coś mi świta! – Uśmiechnęła się pogodnie. – Wiesz… raczej nie jestem najlepsza w tego typu walce, więc masz przewagę – powiedziała, wybierając odpowiednie miejsce na rozpoczęcie ich sparingu. – Zdecydowanie preferuję broń długodystansową. Ale nie spocznę i spróbuję wygrać!
Choć Hemnes nic nie powiedział, podobała mu się postawa Inez. Lubił kiedy ludzie byli zawzięci. To znaczyło, że nie będzie nudno, bo nawet gdy dziewczyna będzie ciągle przegrywać, to jej duch walki się nie złamie. A przynajmniej na to liczył.
– Mam taką nadzieję.
Wiedział jednak, że Inez nie ma pojęcia, że sztylety to jego bajka. Ulubiona broń, dobrze leżała mu w rękach. To z nią czuł się bezpiecznie. Wiedział też, że Velez za to posługuje się gastrafetesem. Niewielu Obozowiczów tak naprawdę się nim posługiwało i Theodore musiał przyznać sobie cicho w myślach, że to całkiem imponujące. Jednak tacy ludzie zazwyczaj mają bardzo małe wyczucie w broni krótkodystansowej.
Z Inez nie było inaczej. Szkoliła się dużo, aby jak najlepiej radzić sobie ze swoją bronią. To nie było łatwe, głównie ze względu na jej wagę. Mimo to jakaś zwinność w niej jeszcze pozostała. Dlatego też, gdy dwójka nastolatków zaczęła sparing, Theo nie był w stanie tak od razu obezwładnić Inez. Mimo wszystko była dzieckiem któregoś z bogów, nie mogli być słabi. I mimo wszystkich starań już po chwili Theo stał za Inez, przykładając jej scyzoryk do krtani.
– Mam Cię – szepnął jej do ucha.


Theodore?
────
[419 słów: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

piątek, 25 września 2026

Od Theodore'a do Inez — „It's nice to have a friend”

Theodore niestety nigdy nie miał tego przywileju, jakim było obudzić się rano wyspanym. Może i zdarzało się, kiedy był młodszy, ale jakoś średnio to pamiętał. Szczytem jego samokontroli było wytrzymywanie całego dnia na nogach, jak normalny człowiek. Obiło mu się kiedyś o uszy, że jego greckie „rodzeństwo” przesypia całe dnie. W co lepsze dni nawet lubił Obóz Jupiter, ale miło by było nie musieć zrywać się na musztrę bladym świtem (albo ciemną nocą, gdy nadchodziła zima).
Dzień był pochmurny i mokry; Theo buty już miał całe uwalane w błocku, a ledwo zdążył wejść na trawę. Wyglądało na to, że musiało długo padać w nocy. Wyśmienicie. Niczego tak nie pragnął, jak wytarzania się w błocie podczas treningu. Dawno tego nie robił! Im dłużej trenował, tym mniej lądowania dupskiem w błocie zaliczał. Najwyraźniej jego treningi popłacały.
Nawet mimo tego, że jego mózg tego dnia wydawał się oklejony watą cukrową, a deszczowe chmury łypały na niego groźnie z góry, miał całkiem niezły humor. Przez ostatnich kilka dni dręczyły go zatkane zatoki, ale choróbsko w końcu dało mu spokój, więc czuł się znacznie lepiej. Może i było wilgotno, ale pogoda i tak była idealna na trening. Słońce nie dawało mu po oczach, na razie nie padało. Było ślisko, ale do tego już się przyzwyczaił; godziny spędzone na gołej ziemi Pola Marsowego zdecydowanie go na to przygotowały.
Miał do spożytkowania dwie godziny treningu i tym razem nie miał zamiaru znęcać się nad biednymi kukłami, więc postanowił rozejrzeć się za jakimś towarzystwem. Niestety spóźnił się parę minut, więc teraz musiał już złapać kogoś na szybko. Podszedł do pierwszej osoby, która wyglądała, jakby się za czymś rozglądała. Nawet całkiem ją kojarzył.
— Ty jesteś Inez, co nie? — zapytał, obchodząc ją dookoła (dawno już nauczył się, żeby nie szturchać kogoś, kto akurat w dłoniach trzyma broń).
Inez spojrzała na niego i uśmiechnęła się promiennie.
— Tak, tak. Coś potrzeba?
— Masz z kim trenować? Mam dość kukieł — powiedział Theo, drapiąc się po karku.
Dziewczyna rzuciła okiem na jego pochwę ze sztyletem.
— Wiesz co, i tak muszę trochę popracować z bronią krótkodystansową. Gastrafetes mnie rozpieszcza, poza tym ostatnio dość się nastrzelałam. — Wzruszyła lekko ramionami. — Jeśli pójdziesz ze mną do magazynu, żebym mogła wziąć sobie coś do ćwiczeń, to możemy pokombinować — dodała.
Theo posłał jej swój popisowy, krzywy uśmiech i skinął głową. Co prawda średnio chciało mu się zawracać z powrotem w stronę magazynu, ale wciąż wolał to, niż bezsensowne dźganie słomianej kukły przez dwie godziny. Pozbawił głów już wystarczającą ilość kukieł.
— No, to chodź. Szybko, bo jeszcze będą kazali nam zostać dłużej, a na sto procent będzie padać — ponaglała Inez, już zostawiając go w tyle. Theodore musiał przyspieszyć, żeby ją dogonić.
Może jednak za wcześnie pochwalił dzień z tym nie wpadaniem w błoto.


Inez?
────
[451 słów: Theodore otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

— Do zobaczenia? — zaśmiał się. Oczami wyobraźni widział scenę z Mean Girls, w której Weronika, jako Regina George, odchodząc obrażona wpada pod autobus. Szkoda, że tu autobusem mógł być co najwyżej pegaz lub rozpędzony Hermesiak. — Aż tak nie możesz się mnie doczekać?
Z głupkowatym uśmiechem na twarzy patrzył na Weronikę, która jeszcze na moment zatrzymała się w miejscu. Obróciła się przez ramię i spojrzała na Mikołaja z pogardą.
— Nie udawaj głupszego niż jesteś — prychnęła. — Wiesz dobrze, o czym mówię.
— Może i wiem, ale ja tam problemu nie widzę. Bogowie! Jaka tragedia! Mikołaj nie próbuje przegadać wielkiej Weroniczki, która ciągle trajkocze! I co my teraz poczniemy?
Teatralnie rozłożył ręce na boki i uniósł oczy ku niebu. Przez moment miał ochotę do tego paść na kolana, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Oj nie, nie będzie klękał przed Weroniką. Nie w tym życiu. Ani żadnym ze stu następnych.
— Dobra, daruj sobie — córka Ateny skrzywiła się i poprawiła plecak. — I tak nie zrozumiesz.
— A co mam rozumieć? Po co mam się przekrzykiwać na tych spotkaniach? Kłócić z tobą? Niketas ci nie wystarcza?
— Nie ma większej radości dla głupiego, jak znaleźć głupszego od siebie — westchnęła dziewczyna. — Dogadalibyście się. Oby jak najdalej ode mnie.
— Tak mówisz?
Mikołaj przywołał w myślach głośnego Hermesiaka i mimowolnie się skrzywił. Przez ostatnie kilka lat miał okazję odbyć z nim tylko kilka interakcji, raczej krótszych, albo, powiedzmy, oficjalnych. Jeśli tak można określić spotkania grupowych, na których Mikołaj świetnie się bawił, ale częściej jako widz improwizowanej komedii, a nie ich czynny uczestnik. Cóż, w tej jednej, jedynej kwestii Weronika się nie myliła. Ale po co miał się angażować? Ostatnim razem, kiedy chciał (a przynajmniej teraz mówił, że chciał) się do czegoś przydać, prawie utopił pół obozu.
Wolał trzymać się z daleka od kłopotów, którymi domek jedenasty śmierdział na kilometr. Zbyt dużo rzeczy uchodziło mu na sucho, żeby specjalnie pchać się do paszczy lwa i prosić o kłopoty. Jeśli chodzi o wątpliwie legalne pomysły, zdecydowanie wolał wyprawy przez pół kraju z obcym księdzem i Sony, niż cokolwiek, co wymyśliłby Niketas. Jeśli mieliby znaleźć wspólny język, byłby to język nienawiści wobec Weroniki.
— A tak wracając do tej wycieraczki — Zeskoczył z kamienia na którym stał i poszedł za Weroniką. — To może to tylko moja opinia, ale totalnie gustu nie masz. Serio? Napis welcome?
Dziewczyna skutecznie go ignorowała Szła przed siebie równym tempem.
— Widać, że masz pięćdziesiąt lat umysłowo. Jeśli miałbym być wycieraczką, to taką w kotki. Albo w gwiazdki. O, albo ostatnio widziałem taką ładną w grzybki, może załatwię taką do dwunastki przed jesienią…
— Cicho bądź — stanęła w bezruchu.
— Tak, tak, wcześniej narzeka że się nie odzywam, a teraz cicho bądź! Zdecyduj się, kobieto.
— Nie o tym- nie, serio — uciszyła go gestem ręki. — Słyszałeś to?
— Co znowu?
Niechętnie przestał mówić i przez kilkanaście sekund obydwoje nasłuchiwali w ciszy.
— Mówiłem, psychiatryk — zignorował mordercze spojrzenie dziewczyny. — Nika, kurwa, to się nazywa schizofrenia.
— Sam jesteś schizofrenia — fuknęła.
— To nie ja mówię do siebie myśląc, że nikt nie słyszy! — skłamał.
— Czasem muszę porozmawiać z kimś mądrym.
— To chyba właśnie nie z samą sobą. Nie myślałaś może o- co to było?
Oboje odwrócili się w stronę lasu. Wypatrywali ruchu, czekając na kolejny krzyk. Płacz? Mikołaj nerwowo przełknął ślinę. W końcu machnął ręką i minął Weronikę.
— Pewnie driady się kłócą. Szkoda czasu.
— Żartujesz? — córka Ateny wyglądała na oburzoną. Mikołaj westchnął zniecierpliwiony. — Ciebie NAPRAWDĘ to nie obchodzi? A co, jeśli wilki właśnie pożerają twoje rodzeństwo?
— W obozie nie ma wilków — przypomniał z uśmiechem. — A moje rodzeństwo potrafi rozmawiać ze zwierzętami. Chyba.
— Jeśli mają tak niewyparzoną gębę jak ty, to nawet gorzej!
— Naprawdę chcesz tam iść?
Próbował maskować niepokój uśmiechem. Nie chciał pokazać po sobie, że słowa Weroniki na niego wpłynęły. Chce iść do lasu? Spoko, mogą iść. Niech tylko znajdzie odpowiedni kij, taki, którym odmierzy bezpieczną odległość od córki Ateny. Miał tylko nadzieję, że odziedziczona po mamusi przemą- mądrość zawiera w sobie dobrą orientację w terenie. Lepszą, niż w zeszłym roku miała Caroline.


Weronika?
────
[651 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]