czwartek, 16 kwietnia 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

Arisu nie mogła oprzeć się wrażeniu, że kobiecie jest słabo zdecydowanie bardziej niż trochę. Przyglądała się, jak osłania oczy dłonią, obserwowała chwiejne ruchy. Co powinna zrobić, jeśli kobieta nagle tu zasłabnie? Nie spodziewała się, by gdzieś blisko kręcił się ktoś, kto będzie mógł jej pomóc. Była niemal pewna, że w okolicy są aktualnie same – przecież już wcześniej zastanawiało ją, że wszędzie jest pusto.
Nie uważała, by jej podejście tutaj było miłe. Czuła teraz wszystko, ale na pewno nie to, że zachowała się mile.
Doskoczyła, by schylić się po bukiet w tej samej chwili, co nieznajoma, ale była od niej minimalnie szybsza (miała w końcu bliżej do ziemi). Nie zrobiła tego w pełni świadomie, raczej jako bardzo głupi odruch, którego od razu pożałowała.
Podniosła ostrożnie kwiaty i od razu się wyprostowała. Krótko przyjrzała się wiązance, chociaż sama nie do końca wiedziała po co; to nie tak, że znała się jakoś specjalnie na kwiatach czy ich aranżacji. Gdyby ktoś ją zapytał, mogłaby powiedzieć tylko tyle, że kwiatki są już odrobinę wczorajsze. Zdecydowanie nie czuła się odpowiednią osobą do krytykowania ich stanu.
– Na pewno wszystko w porządku? – Upewniła się jeszcze, ostrożnie oddając wiązankę z powrotem w dłonie kobiety. Nie chciała trzymać jej zbyt długo.
Wydawała się zbyt osobista, by mógł trzymać ją ktokolwiek inny. Ta myśl wydała się Arisu bardzo głupia i naiwna, ale nie zamierzała teraz z nią walczyć. Trzymała kwiaty sekundę zbyt długo, niż było to konieczne, jakby chciała się upewnić, że na pewno będą leżały bezpiecznie w dłoniach właścicielki.
– Tak, naprawdę.
Arisu nie potrafiła tak całkowicie uwierzyć w te słowa. Przyjrzała się krótko twarzy kobiety, ale zaraz odwróciła wzrok w stronę nagrobka. Grób brata? Przez chwilę czuła dziwny ucisk w żołądku i jeszcze dziwniejszy posmak w gardle. Musiała przełknąć ciężko ślinę i dla pewności cofnęła się z powrotem o dwa kroki. Nie sprawiło to, że poczuła się bezpieczniej.
Pomyślała, że to mogło wyglądać niegrzecznie i irytujący głos Shayela powtarzającego, jak mało jej zachowanie przypomina kapitana, znowu odbił się echem gdzieś z tyłu jej głowy. Powstrzymała skrzywienie się, bo to już na pewno byłoby niegrzeczne bardziej, niż wypada. Kobieta przecież jeszcze nic strasznego jej nie zrobiła. Nie wyglądała, jakby w ogóle miała być w stanie.
Arisu znowu przeskoczyła wzrokiem z nagrobka na nią, żeby potem znowu wrócić do kamienia. Zdawała sobie sprawę, że jak na półboga bardzo rzadko myśli o śmierci. Wiedziała, że niektórzy legioniści Obozu Jupiter nigdy nie wracają, przez kilka lat pobytu widziała, jak wracają tylko ich zwłoki, słyszała, jak umierają mimo starań Cherry. Nigdy jednak nie czuła się z tym bardzo blisko związana. Nie wydawało jej się, by w obozie był ktoś, za kim naprawdę szczerze miałaby tęsknić.
Czy brakowałoby jej ludzi, z którymi razem pracowała na rzecz Kohorty? Na chwilę jej myśli zatrzymały się na pofarbowanym idiocie, z którym wyjątkowo często sprzątała, by zaraz szybko to od siebie odrzuciła. Cieszyłaby się ze świętego spokoju.
– Jestem Arisu – przedstawiła się, z powrotem odwracając się do nieznajomej i tym razem już nie odwracając wzroku. – Jesteś pewna, że nie chcesz na chwilę usiąść gdzieś w cieniu? Mogę przynieść ci wody, jeśli potrzebujesz.
Dziwny ucisk w żołądku nie chciał ustąpić. Arisu odepchnęła od siebie nagłą, irracjonalną potrzebę powrotu do baraku i odpisania na jeden z nieotwartych listów. Powstrzymała tupnięcie nogą, które byłoby zdecydowanie zbyt nerwowe i tylko sięgnęła dłonią, by chwycić pasek od torby, zanim zdała sobie sprawę, że przecież nie wzięła jej ze sobą. Splotła ręce, udając, że od początku taki był zamiar.
I znowu zerknęła na grób. Ile lat ta kobieta żyła już bez obecności brata? Jak sobie radziła? Nie zamierzała szukać tych informacji, a tym bardziej o nie pytać.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

— Szczerze? To ja się zdecydowanie zgadzam, coś z nią było nie tak. Aż człowieka ciarki przechodzą brrrr. — Nasłuchiwało, czy nie słychać ruchów potwora. Albo ich jeszcze nie dogoniła, albo umie się skradać, niedobrze. Tylko szczerze? Dorosowi coś tutaj nie pasowało poza „agentką”. Nawet ludzie z zaburzeniami lękowymi raczej tak nie reagują? Prawda? W minie Chaita oraz ruchu jakby po broń schowaną gdzieś na sobie odbijało się jego zachowanie. Szukanie wymówki, żeby się rozdzielić i zostać z agentką, jedno z drugim robiło to samo.
— Proponuje nie wracać tam i nigdy więcej nie rozważamy ofert od tej agencji… — Chait przypominał mu obecnie trochę kota, który z ukrycia nerwowo rusza uszami na wszystkie strony i patrzy się wszędzie, w oczekiwaniu na atak od większego przeciwnika. Sam pewnie nie wyglądał lepiej. Czuło bicie swojego serca, nieco podwyższone w mieszance zaskoczenia, strachu i nagłego zerwania się do biegu. Byli przylepieni do ściany, tylko wychylając się co jakiś czas z zaułka na chwilkę, by sprawdzić stan rzeczy.
— Zdecydowanie, mamy więcej ofert od innych agencji przecież… nie mam ochoty na chodzenie po pustych mieszkaniach z kobietą, która no… wygląda z jak jakiś morderca z kryminału. — Rzucił niby na poprawienie humoru, ale z tym, jak łamał mu się głos, to brzmiało to raczej żałośnie.
Stuk… stuk… stuk…
Zamroziło nu krew w żyłach natychmiastowo, po chwili jego instynkt walki wziął jednak góre. Zanim pomyślało, co dokładnie robi, to miało zamiast breloka w dłoni toxę z kołczanem. Cholera jasna nie ma zamiaru ryzykować życia przyjaciela, najwyżej mu coś wmówi. Jakoś to ogarnie… prawda?
Stuk… stuk… stuk…
Kątem oka zauważył, że Chait tez znikąd trzyma coś w dłoniach, ale nie zauważył co konkretnie. Zwinnym ruchem kołczan znalazł się na plecach, a strzała z łukiem były gotowe w poprawnej pozycji. Najwygodniej by mu było mieć dystans, ale jakoś sobie poradzi… jakoś… Dawno nie walczył z potworami. Przygotowania w treningach nie oddają pełni tego, co się dzieje w trakcie.
Wychyliło się z przyjacielem w tym samym czasie zza rogu… Pusto… Nie, że niewidzialna gorgona czy coś, tylko pusto poza… Poza grupką szczurów, która próbując wejść do jednego kosza na śmieci, zrzuciła pokrywkę, oraz uderzająca ogonem o drugi w próbie wspinaczki. Opuścił broń i spojrzał na Chaita z niedowierzaniem. On też miał broń; miecz, który Doros widział tylko w trzech miejscach — muzea, rekonstrukcje historyczne, oraz w Obozie Herosów. Odetchnęło cicho z ulgą, może przedwczesną. Nie musi się tłumaczyć, teraz tylko ogarnąć problem.
— Zbierajmy się i pogadamy o tym w bezpieczniejszym miejscu. — Wyszeptało od razu, na co dostało skinięcie głową.
Schowali bronie, po czym biegli jak oszalali jak najdalej stąd, do transportu publicznego, a nim jeszcze dalej do następnej dzielnicy. Zatrzymali się dopiero na stacji końcowej, znajdując sobie spokojne miejsce na dachu okolicznego bloku.
— Dobrze się kryjesz, bardzo długo się nie domyślałem, że możesz być półbogiem. — Apollodoros przerwał ciszę, która między nimi zapadła. — Czyim jesteś dzieckiem, jeśli chodzi o boskiego przodka?
— Iris, a ty? — Mężczyzna odpalił papierosa, nieco zmieniając to jak siedzi, żeby dym leciał za nich, nie im w twarze. Jeśli się domyślał, to nie pisnął słowa.
— Najciemniej jest pod latarnią, więc tak jak z imienia wynika; Apollo. — Uśmiechnęło się delikatnie, ale szczerze. — A tak na serio, to dla matki to, co miała z ojcem i to, że jestem, było darem od niego. Nadal tak uważa. No i stąd imię. Twój styl pasuje mi do dzieciaka Iris, podoba mi się. Masz oko do kolorów.
— Dzięki. — Chait chwilę wyglądał, jakby się zastanawiał nad poruszeniem tematu z lekko zmarszczoną brwią. — Byłeś kiedyś w Obozie Herosów przypadkiem? Charakterystyczne imię po prostu. — Wypuścił dym, który od razu poniósł wiatr.
— Bardzo krótko, ale tak. Nie mów, że się spotkaliśmy wcześniej. Los nas znowu spotkał, mówiłem ci, że to wpadanie na siebie to nie tylko przypadki. To już który? Drugi raz? Trzeci? Zależy, jak patrzysz.
Stracił poczucie czasu, ile po tym rozmawiali o wszystkim i o niczym, ale bawił się dobrze.


Chait?
────
[641 słów: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

No tak, bo przecież znalezienie mieszkania i życie w Nowym Jorku nie były wystarczająco skomplikowane i irytujące. Oczywiście, że coś jeszcze musiało pójść nie tak.
Chait powstrzymał się od pełnego rezygnacji westchnięcia. Więcej, powstrzymał się nawet przed wykonaniem jakiegokolwiek gestu, który wskazywałby na niechęć, zirytowanie czy niepokój. Nawet nie przewrócił oczami. W innych warunkach byłby z siebie dumny (wcale nie), ale w aktualnych mógł tylko kątem oka zerknąć na agentkę nieruchomości, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo, bardzo nienawidzi tego miasta.
Miasta, rynku mieszkaniowego, który przyjezdnych przyprawiał o zawał, biegających po śmietnikach szczurów, swojego boskiego pochodzenia, agentek nieruchomości, które okazywały się potworami… W natłoku wyjątkowo negatywnych emocji przeszło mu przez myśl, że hej, przynajmniej to zdarza mu się dopiero pierwszy raz!
Nie pocieszyło go to.
– Hej, Apollodoros? – zwrócił się do znajomego, szarpiąc go delikatnie do tyłu za materiał koszuli.
Jeszcze nie wiedział, jak chce wybrnąć z tej sytuacji. Powinien odpowiedzieć agentko-potworowi? Co właściwie powinien powiedzieć Apollodorosowi? Może powinien po prostu rzucić się do ucieczki i później szukać jakiejś wymówki. Najgorszy scenariusz zakładał, że zginie w trakcie ucieczki i nawet ten scenariusz miał swoje plusy: skończyłby wszystkie problemy z szukaniem mieszkania, a dodatkowo nie musiałby nic wymyślać.
Żałował, że na pewno nie zdecyduje się na tę opcję.
– Zanim wejdziemy do środka… – Miał nadzieje, że brzmi to na tyle neutralnie, że agentko-potwór nie rzuci się na niego w sekundę po tym, jak skończy mówić. – Dzisiaj nie jest strasznie gorąco, a i tak czuć śmieci. Może dobrze byłoby sprawdzić okolicę albo zapytać sąsiadów, jak bardzo jest to uciążliwe na co dzień.
Kłamał. W cale nie czuł zapachu z koszy na śmieci, a przynajmniej nie tak mocno, by było to istotne.
Oczywiście, chciał wysłać na tę ważną misję Apollodorosa. Liczył, że w trakcie jego nieobecności wymyśli jakieś trwałe rozwiązanie problemu. Nie wiedział jeszcze, czy zakłada ono walkę, miał nadzieję, że jednak uda mu się tego uniknąć. Czy w ogóle miał przy sobie broń? Musiał mieć, przecież zawsze ją nosił.
– Masz rację.
Chait odetchnął z ulgą.
– To może pójdziesz to sprawdzić? Nie będziemy kazali pani czekać…
I już żałował, że naprawdę na chwilę uwierzył w tak proste rozwiązanie. Odkaszlnął.
– Ale okolica naprawdę jest bardzo ładna, nie ma potrzeby, byście to teraz sprawdzali.
Chait odniósł wrażenie, że Apollodorosowi też przeszedł po plecach dreszcz, gdy tylko agentka-potwór znów się odezwała. Pewnie tylko tak mu się wydawało, bo sam zaczynał powoli panikować. Zrobiło mu się strasznie gorąco, zbyt gorąco jak na aktualną pogodę.
– Wierzymy, oczywiście. Ale może przy okazji poznalibyśmy sąsiadów, czy my pasujemy im jako lokatorzy. – Chait robił wszystko, by te słowa brzmiały wiarygodnie. – Może jednak lepiej, żebyś ty poszedł. – Zaśmiał się wcale nie nerwowo, zerkając na znajomego. – Zrobisz lepsze pierwsze wrażenie.
Apollodoros nie wyglądał na przekonanego.
– Mogę pójść, ale… Nie mówiłeś coś o dojazdach do pracy? Nie chcesz się upewnić, że będzie w porządku?
Chait przeklął w myślach, na wszelki wypadek dwa razy.
– Nie no, to już sprawdzałem… – Przeciągał słowa, uśmiechając się miło do agentki-potwora. Zachowuj się naturalnie, Murray. – Ale możesz przy okazji zobaczyć skrzynki na listy.
Znowu zerknął krótko na Apollodorosa. Wolał nie spuszczać potwora z oczu na dłużej niż kilka sekund. Mężczyzna otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć.
– Nie będziecie teraz nic sprawdzali!
Obaj odskoczyli. Chait przez sekundę myślał o sięgnięciu po broń. Znowu powstrzymała go obecność znajomego. Widział, że ten też wykonał dziwny ruch.
Chait zacisnął zęby.
– Chodź.
Złapał Apollodorsa za nadgarstek i rzucił się wzdłuż ulicy, ciągnąc go za sobą. Nie protestował albo to Chait po prostu go nie słyszał. Usłyszał za krzyk agentki, może nawet trochę zbyt wyraźnie. Nie obejrzał się w jej stronę.
Debil. Debil, skończony, kurwa, debil.
Musiała biec za nimi. Nie wierzył, że tak po prostu by odpuściła. Jeśli odpuściła, to zaraz będzie musiał tłumaczyć się z głupiego zachowania. Może mógł pozwolić jej się dopaść.
W końcu obejrzał się za siebie. Nie widział jej. Zgubili ją?
Wepchnął Apollodorosa w najbliższy zaułek, samemu chowając się zaraz za nim.
– Ja... Ech… – wydyszał.
Nie zadziałał instynktownie, bo instynkt kazałby mu stanąć do walki. Na pewno nie zadziałał też logicznie, bo przecież to było okropnie, okropnie głupie.
– Przepraszam – rzucił w końcu, nerwowo wyglądając zza ściany. – Ona… Wydawała się jakaś dziwna. Znaczy…
Jęknął z rezygnacją.
– Przysięgam, nie jestem wariatem.
Sam sobie nie wierzył.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Od Dahlii do Arnar — „Bankowość, stara amerykańska sztuka” [AU event]

Dziki Zachód AU

Drobne kamienie spadały, grzęznąc w pomarańczowym żwirze.
Będą spadać jeszcze przez dobre kilka lat z urwiska, w cieniu milczących olbrzymów. Niektóre zwietrzeją i po rozpadzie będą zatrzymywać przyszłych bliźniaków. Reszta osunie się pod ciężarem ciał zwierząt. Nad nimi, szyderczo, przeskoczą biegacze, rozsiewające na swojej drodze niezliczoną ilość nasion. Twarda skorupa ziemi, wysokie kamienie i suche, skarłowaciałe rośliny, a nad nimi masywy skalne atakujące niebo.
Wszystko zabarwione cynobrem zachodzącego słońca.
Mogłoby się zdawać, że na to pustkowie nie zawędrowała żadna ludzka stopa, gdyby nie tory. Ich ciągi rozorały ziemię, odbijając w jednym punkcie na dwie strony, jak zerwane szwy.
Kolejne kamienie potoczyły się wzdłuż drogi. Tym razem pod naporem kopyt końskich.
Kary Morgan stąpał ostrożnie po osuwisku, bez cienia zdenerwowania. Na nim siedziała dobrze zbudowana postać, której sylwetkę zasłaniał kapelusz oraz lekki płaszcz. Wszystkie toboły przytroczone do siodła były zaskakująco uporządkowane i nic nie miało prawa choćby dyndać. Kiedy już udało się przebyć tę najgorszą część, koń szedł dalej niespiesznym krokiem. Jeździec rozglądał się na boki, raczej ze znudzenia.
W oddali, na torach, majaczył się kształt. Przez chwilę wydawało się, że to jakaś iluzja, która nierzadko się pojawiała wędrowcom, szczególnie tym pod wpływem. Ale im dłużej czas mijał, tym bardziej było to realne, że coś się porusza na torach. Niebo było czyste, nie buchały żadne kłęby pary, ani nie rozlegał się głośny stukot. Koń się nie zatrzymywał, ale jeździec już ostrożniej ściągał wodze.
Gdy kształt przestał się majaczyć i zbliżał się do rozstaju, wraz z nim przyszło stukotanie. Była to drobna drezyna, widocznie lekka, skoro aż jedna osoba mogła ją napędzać. W przeciwieństwie do konia, z drezyny wystawały pakunki, tobołki, kawałki ubrań, przez co wyglądała jak mikro cyrk osobliwości. Gdzieniegdzie znajdowały się nawet małe proporce. Żeby było tego mało, osoba wymachująca wajchą również była specyficzna, przez rozciągające się na skórze plamy, widoczne szczególnie na rękach.
Jeździec pospieszył nieco konia, chcąc się zrównać z drezynką.
— Proszę tego nie robić! Mam broń i nie zawaham się jej użyć! — Zareagował od razu drezyniarz.
Z bliska mógł zobaczyć poważny wyraz twarzy, przez którą biegły blizny. Nie był w stanie wyczytać, czy właśnie ta osoba chce go zabić, czy zagadać. Postać nie odpowiadała.
— Ani kroku dalej tą chabetą!
— Chabetą? — Padła w końcu odpowiedź. Głębokim, kobiecym głosem.
Postać na wózku nieco zaskomliła, kiedy grzebiąc ręką w jednym z tobołków, nie mogła w stanie albo odszukać, albo wyciągnąć broni. Kobieta spięła konia i podbiegli przekornie do drezyny.
— To nie chabeta! Co taki cudak jak ty tutaj robi?
Gdy się facet odwrócił, ze strzelbą w ręce, wrzasnął głośno na widok konia. W tym czasie lasso, wyciągnięte wcześniej spod płaszcza, wyślizgnęło się z dużą prędkością. Rozległ się potężny huk.
W tym miejscu każde z nich by przysięgało, że minęło kilka minut. Podczas gdy w rzeczywistości było to kilka sekund, chwilę zajęło im zrozumienie sytuacji. Leżeli na ziemi, jedno ściągnięte sznurem, drugie z krwawiącym uchem. Drezyna pojechała dalej, ale już niespiesznie i bez impetu, za to spłoszony koń puścił się biegiem wzdłuż torów.
Pierwsza wstała kobieta i od razu przyciągnęła człowieka, tocząc go po ziemi, zwiniętego w kiełbaskę. Złapała za kołnierz koszuli i potrząsnęła nim mocno.
— Co to, kurwa, było?!
— Zostaw mnie ty dzikusko! Mówiłom, że użyję tej broni!
— Nie zrobiłam nic, co by sprawiło, żebyś zaatakował, głąbie kapuściany!
— Zbliżyłaś się koniem!
Przestała nim miotać, gdy dotarło do niej, że w tym momencie wierzchowiec znikał z oczu.
— To tylko koń, do cholery.
Rozplątała cudaka i westchnęła ciężko.
— AŻ koń! Ja się boję koni!
Jeżeli już patrzyła na niego jak na dziwaka, to tym zdaniem sprawił, że teraz był dla niej kosmitą.
— Jak ty funkcjonujesz tutaj, na Zachodzie, na którym poruszamy się właśnie końmi?
— Jakoś sobie radzę. Taką drezyną. Pociągi.
Podeszło do maszyny i oglądało z każdej strony, czy jest nieruszona. Z ulgą stwierdziło, że nic się nie stało, podobnie jak z torbami (niektóre spadły, fakt, ale dało się szybko je zebrać) i zobaczyło też, że kobieta ruszyła szybkim krokiem w kierunku konia. Wskoczyło na drezynę.
Nabrała spokojnego tempa i zrównało się wkrótce z dziwną postacią. Faktem było też to, że zwracało na siebie uwagę wszędzie, gdzie się dało, ale to samo można było powiedzieć o niej. Czy kiedykolwiek widziało tak solidną babę?
— Podwieźć cię?
Zerknęła na niego z ukosa. Widocznie oboje zdali sobie z tego sprawę, że dopadnięcie konia pieszo było ciężkim zadaniem. Wskoczyła na ławkę, po czym w podzięce (prawdopodobnie) przejęła wajchę, napędzając wózek.
— Konie uciekają może daleko?
— Ten raczej nie. Po prostu się spłoszył i pewnie za niedługo go zobaczymy.
Osobnik poprawił swój kapelusz oraz wygniecione kołnierze koszuli.
— Może się przedstawimy, jak już jedziemy razem? Jestem Arnar Bakke.
— Dahlia.
— Ładnie, ładnie. Bez nazwiska?
Wzruszyła ramionami. Nawet nie musiała kontynuować pytań, Arnar samo paplało.
— Ta drezyna i toboły to jedyne co mi zostało. Przygotowałom się w porę i akurat udało mi się uciec, zanim spalili mój dom. A mogłom jednak kogoś wynająć… Tak to jest, kiedy się zajmuje człowiek bankowością i pożyczkami, ale nie chcą oddawać, psie syny. Widziałom tylko pochodnie i wiedziałom, że mam zbiec, akurat niedaleko były tory. Ten wózek jest o tyle fajny, że można go popychać po równym terenie gładko, a wtoczenie go nie zajmuje długo. Na czym to ja skończyłom? Aha, no jadę teraz do Saint… Saint, Saint coś. Nie Saint Penis, nie?
— Denis. — Mruknęła pod nosem. Nawet nie była zdziwiona przygodą.
Zajęta była prowizorycznym bandażowaniem ucha. Na szczęście pocisk nie rozerwał całego, tylko zostawił dosyć mały ubytek.
— A, no właśnie, Denis. Jadę tam, bo może mi się bardziej poszczęści. Wiesz, zebrać kapitał, najpierw na pokerze, potem pierwsze pożyczki.
— Mhm.
— Słyszałom też historię, że tu są jeszcze nieodkryte złoża złota.
— To niemożliwe. Gorączka złota już minęła.
— Otóż nie! Mam bardzo dobrego informatora i powiem ci, że jest szansa.
Zmarszczyła brwi. Kojarzyła te okolice i każdy mówił, że wszystko zostało wyeksploatowane. W tym momencie trwały tylko potyczki między stróżami prawa a bandytami, którzy chcieli skorzystać z szybkiego zarobku. Głównie okradając tych, co to złoto wydobywali.
— Potrzebujesz może pieniędzy, Dahlia?
— Każdy potrzebuje.
— Tak, ale mogłobym mieć robotę dla ciebie. Nie jesteś zaciekawiona tymi złożami?
— Czemu ja? Prawie mnie zastrzeliłoś.
— Mam talent do ludzi. Powiedzmy, że dobre przeczucie.
— Najpierw znajdźmy mojego konia, bo w tym momencie odczuwam tylko przeczucie skręcenia ci karku.
Niezrażone Arnar się uśmiechnęło.
— Umowa stoi.
— Jaka umowa, nic nie by—
— Zaufaj mi, za te pieniądze będziesz mogła kupić stado innych koni… — Zawahało się, widząc jej morderczy wzrok. Czasem zapominało, że ludzie rzeczywiście się przywiązują do tych szkap. — …które będą dotrzymywać towarzystwa twojemu. One są stadne, nie?
— Ano.
Czerwień krajobrazu ustępowała chłodnym tonom. I tak odjeżdżali skrzypiącą od ciężaru drezyną, po zaskakującym spotkaniu, w kierunku nowej przygody.


Arnar?
────
[1091 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki — „Hau hau” [AU event]

Pieski AU

Wpatrywała się w tablicę. Tak, jakby miała zaraz uzyskać odpowiedzi na pytania, które ją trapiły.
W tym mieście było za dużo tafli, które odbijały niebo. Dopiero ciemne, wąskie alejki dawały wytchnienie, z dala od wzroku dwunożnych.
Nika siedziała na stosie palet, zastawiającym wyjście ewakuacyjne, naprzeciwko skrzyżowania. Zdążyła już uciec z miejskiego zgiełku i trafiła na wygodne przedmieścia. Żałowała tylko, że lokal, przy którym odpoczywała, nie był często odwiedzany. Gdyby było inaczej, to może by się udało znaleźć jakieś resztki jedzenia. Choćby jakaś bułka.
Na pewno minęło sporo czasu, odkąd wyswobodziła się i uciekła opiekunowi. Wystarczyła chwila nieuwagi, gdy ten ktoś uciął pogawędkę przy sklepie. Świat stanął przed nią otworem i wykorzysta tę szansę, na poszukiwaniu najważniejszego człowieka w jej życiu. Rozumiała to tak, że jeżeli do tej pory po nią nie przyjechał, to coś się stało i to ona musi go odnaleźć. Kto wie, może jest chory? Albo została porwana? Opcji było dużo.
Gdyby ktoś miał przechodzić obok, zobaczyłby na tym stosie palet dosyć dużą, płową pudlicę. A przynajmniej częściowo płową, jej sierść została pofarbowana niegdyś na fioletowo, teraz został tylko sprany kolor. Pudlicę wpatrującą się intensywnie w otoczenie, co jakiś czas powarkującą na cokolwiek, co śmiało się poruszać (czyt. papierowe śmieci). Miała na sobie zluzowaną, ciemną obrożę z wytłoczonymi ornamentami, mocno ubrudzoną.
Zeskoczyła z palet i ruszyła w drogę. Starała się węchem na kierować na jakiekolwiek poszlaki, które by wskazywały na jakiekolwiek jedzenie. I to takie nie ze śmietnika, jakieś standardy miała. Jeżeli to było możliwe, chowała się w alejkach — zdawała sobie sprawę z tego, jaką reakcję wywołują w ludziach psy jej pokroju, szczególnie ludzkie dzieci bardzo lubiły pchać ręce tam, gdzie nie chciała. W dodatku, gdy warczała na nie, zawsze była odciągana gwałtownie i besztana. Kolejne powody, żeby nie znosić ludzi.
Kierowała się na północ. Miała wrażenie, że kiedyś musiała mieszkać tam, gdzie ziemia pachniała… chłodniej. Z nutą krzemienia. Niedaleko miasta, bo czasem wskakiwała w auto, na miejscu pasażera obok Aleksandra, żeby potem być na miejscu w jakiejś kawiarni, w których zachowywała się wzorowo. Czasem zamawiał jakieś ciastko, tylko po to, żeby po kryjomu dać jej w nagrodę kawałek. W okolicy były drzewa, na tyle specyficzne, że pamiętała jak wyglądają i pachną, a póki co na nie jeszcze nie natrafiła. Pewnie jakikolwiek inny pies już dawno by się poddał w poszukiwaniach swojego właściciela, ale Nika miała dobre przeczucia. Nie miała wątpliwości co do swoich przemyśleń oraz dedukcji, gdzie powinna w ogóle się wybrać.
Gdy natrafiła w alejce na metalową siatkę, westchnęła przeciągle. Po co w ogóle są stawiane te siatki? Zanim się odwróciła, kątek oka zauważyła śmietnik i kartony, całość ulokowana dokładnie przy siatce. Jeżeli klapa śmietnika by się nie załamała pod nią (a doświadczyła tego niedawno), to by dała radę przeskoczyć. Drugi problem był taki, że wystawiłaby się na okno. Przez chwilę rozważała opcje i nawet szukała dziury w siatce, ale nic nie rzucało się w oczy. Zebrała siły i podjęła decyzję, przymierzając się do skoków. Z ulgą stwierdziła, że klapa jest dosyć solidna i jest w stanie utrzymać jej ciężar, za to zdekoncentrowała się widokiem przez okno. Dwójka ludzi się siłowała ze sobą, jedno z nich trzymało metalowy przedmiot, o wyjątkowo dziwnym kształcie. Nika była przyzwyczajona, że wyjątkowo chwalili się przeciwstawnym kciukiem i łapali, co mogli. Czy to różne patykopodobne rzeczy, czy piłkopodobne, za pomocą których wprawiali wszystko w ruch. Krzyczeli na siebie, pewnie znowu jakiś dziwny konflikt, którego nie rozumiała. Już minęła okno i miała się przymierzać do przeskoczenia siatki, gdy nagle usłyszała huk. Zadzwoniło jej w uszach, już nie mówiąc o instynktownym padnięciu plackiem na pokrywę, przez co cała się zatrzęsła. Gdy się nieco uspokoiła, ciekawość wzięła górę nad instynktem samozachowawczym i zerknęła przez szybę.
Metalowy przedmiot leżał na dywanie, a z jednego z otworów wydobywała się strużka dymu. Tamci już się nie siłowali, zamiast tego przyssali się do siebie i lizali swoje twarze. Na widok całej sytuacji przewróciła oczami. Tak bardzo próbowała rozumieć ten gatunek i do tej pory ją zaskakiwał. Aleksandr zwykł mawiać „Какие же странные у них человеческие характеры! Они даже любят так, словно ненавидят!” za każdym razem, gdy natrafiali na jakąś kuriozalną sytuację. Co prawda, nie rozumiała znaczenia tych słów, ale brzmiały bardzo dobrze i adekwatnie.
Prychnęła i wskoczyła na siatkę. Nie obyło się bez zaczepienia włosów o jakiś wystający drut, ale po kilku dniach tułaczki to już nie ruszało. Cieszyła się tylko, że nie musi znosić grzebieni, szczotek, mycia i co tam było w pakiecie. Odczekała chwilę na procesowanie impaktu skoku na łapach, po czym kontynuowała przygodę, podążając za tropem jedzenia w alejkach.
Gdy zobaczyła grupę mniejszych psów ciągnących za sobą kawałek mięsa z kością, ucieszyła się. Ten zapach był nie do pominięcia, samo mięso wyglądało dobrze, z lekką nutką fermentacji, która była jej ulubioną.
Wyszczerzyła zęby. Czas na legendarną walkę.


────
[792 słowa: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 12 kwietnia 2026

Od Luciena — „Gdy praca dla chleba, tak wino dla nieba”

Lucien nie mógł całe życie być bezrobotny. Patrzył, jak Arnar pracuje całe dnie i wraca zmęczony do domu. Obserwował to wszystko zbyt długo. Wszystkie próby poszukiwania pracy kończyły się tak, jak zawsze — nic z tego nie wychodziło. Problemem nie było to, że był młody. Problemem było to, że miejsc pracy brakowało, a jak już się coś znajdowało, to wymagali 100 lat doświadczenia, czego nie mógł mieć, przychodząc do pierwszej roboty w wieku dziewiętnastu lat.
Pracował ze swoim winem samotnie. Przesiadywał w piwnicy zdecydowanie za dużo czasu. Czasem nawet zapominał, że wypadłoby wrócić do mieszkania, odpocząć, zjeść coś albo się napić czegoś, co nie jest alkoholem. Tylko w taki sposób radził sobie z poczuciem bycia bezużytecznym rzepem uczepionym dupy Arnar. Czuł się jak najgorszy partner na świecie, bo przecież Arnar pracowało, a on siedział w domu i pędził wino w zapyziałej piwnicy.
Wszystko zmieniło się jednak po pewnym telefonie. Zadzwonił do niego ktoś, kto — jak się później okazało — mógł wynająć mu malutkie pomieszczenie, w którym Lucien mógłby otworzyć swój sklep. Sklep z winem, jakby to już nie było jasne.
Zgodził się niemal natychmiast, przecież to oznaczało, że będzie pracować i będzie przynosić do domu pieniądze. W końcu Arnar nie będzie się czuło z tym wszystkim takie samotne. W końcu będzie mógł się podzielić swoim sukcesem.
Nie chciał być jednak taki szybki i z powodu swojej wrodzonej paranoiczności nie powiedział o niczym Arnar, dopóki fizycznie nie postawił nogi w budynku, w którym miał niedługo powstać jego sklepik. Przez cały tydzień nie mógł spać, bojąc się, że mężczyzna od wynajmu się rozmyśli i znajdzie kogoś innego. Bał się też tego, że facet może okazać się potworem, chcącym zwabić go w ustronne miejsce, by zabić. Bał się w sumie też tego, że cały ten pomysł nie wyjdzie i marzenie o pracy legnie w gruzach.
 
— Wychodzę — powiedział tylko, naciągając ostatniego buta na stopę. Spieszył się, bo za jakieś pół godziny miał spotkanie z facetem od wynajmu.
— Okej.
Arnar niczego nie podejrzewało. Ufało Lucienowi, więc dlaczego miałoby się martwić? Było to całkiem na rękę chłopakowi, bo gdyby Arnar było typem dociekliwym, to szybko by się wygadał.
Zestresowany do granic możliwości Lucien czekał pod budynkiem jakieś piętnaście minut przed umówionym spotkaniem. Przez plecy przebiegały mu dreszcze, dłonie zaczynały trząść mu się w kieszeniach i nie była to wina chłodnej pogody, bo tego dnia świeciło słońce.
Mężczyzna jednak zjawił się szybciej, niż Lucien myślał. Może to i dobrze? Oszczędził mu stresu i dzięki temu zapanował też nad drżeniem kończyn. Gdyby czekał, chociaż dziesięć minut dłużej to pewnie kolana by się pod nim ugięły i runąłby jak kłoda na ziemię.
— Powodzenia w prowadzeniu biznesu.
Spotkanie zakończyło się tak szybko, że Lucien trochę w to nie wierzył. Podpisał dwa papierki, mężczyzna nawet nie chciał od niego zbyt wysokiej zaliczki i to było tyle. Teraz zaczynał się bać, że padł ofiarą scamu i będzie musiał się z tego tłumaczyć Arnar.
Co, jeśli właśnie wziął na siebie kredyt na jakieś milion dolarów i o tym nie wie? Co, jeśli zniszczył sobie właśnie życie? Nie, to przecież niemożliwe, widział dokumenty tego faceta, zna jego dane i numer telefonu. Nie mógłby być oszustem…
Tego dnia też nie mógł spać. Następnego również. Martwił się tak bardzo, że jedzenie przestało przechodzić mu przez gardło.
— Wszystko okej?
Arnar zwróciło uwagę na nietknięty przez Luciena makaron.
— Pewnie — odpowiedział beznamiętnie.
Nic nie było okej. Lucien był cholernie daleko od „okej”.
— Ostatnio jesteś jakiś taki… blady.
— Co? Wyglądam brzydko?
— Nie! — Arnar się poderwało. Trącił przy okazji szklankę z wodą, zalewając przy tym połowę stołu i podłogę. — Chodzi mi o to, że jesteś jakiś inny! — krzyczał, starając się dobrze dobierać słowa.
— Boję się, że mnie oszukali — wyrzucił z siebie pierwsze słowa. Ciężko przeszło mu to przez usta, ale jak już miał to powiedzieć, to wolał teraz.
— Kto? Przecież nauczyłom cię jak rozpoznać oszusta, pamiętasz? Razem przestudiowaliśmy jakieś 6967 sztuczek oszustów!
— Chodzi o to… — Lucien zignorował wzmiankę o 6967 sztuczkach oszustów, bo było tych sztuczek zdecydowanie mniej — że chyba znalazłem pracę, ale to taka praca, w której jakby… jest się szefem i pracownikiem jednocześnie.
— Zostałeś od razu szefem?
— Wynająłem sobie miejsce pod sklep z winami i…
— CO?! TO ŚWIETNIE!
Entuzjazm Arnar dalej nie przestał zaskakiwać Luciena. Kiedy on niemal umierał ze stresu, Arnar było totalnym przeciwieństwem.
— Boję się, że mnie ten koleś mógł oszukać. W sensie… pewnie tak nie było i w sumie nie wiem, o co się martwię…
Opowiedział dokładnie partnerowi, jak wyglądało ich spotkanie. Opisywał wygląd kartek, które podpisał (starał się zapamiętać najważniejsze paragrafy), a nawet podał aparycję mężczyzny, z którym to załatwiał. Arnar po wysłuchaniu tej opowieści krótko się zaśmiało.
— Nie był to oszust.
— Skąd wiesz?
— Bo gdyby to był oszust, to prosiłby o twoje dane konta bankowego albo chciałby więcej gotówki i nie dałby ci klucza do tego budynku.
Racja. Arnar miało rację.
— Och… tak, zapomniałem, że dał mi klucz.
— No właśnie! Wszystko jest jakby okej!
 
Następnego dnia poszli razem do miejsca, w którym niedługo powstanie piękny sklep winny LUCEVINE. Nikt nie wymienił zamków (o to Lucien też się bał) i nikt nie czekał na nich z siekierą (o to bał się jeszcze bardziej). Oznaczało to jedno — Lucien przestanie niedługo być bezrobotny. Wystarczy jeszcze trochę urządzić pomieszczenie i przynieść całą skrzynię wina, i można będzie otwierać!

────
[868 słów: Lucien otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Izana CD Cherry — „Kurs klękania przed pretorem”

Poprzednie opowiadanie

Izan chciał uciec, ale przez krzyki kobiety trochę go zmroziło. Trochę bardzo. Nigdy nie lubił gadać z kobietami, a już szczególnie z takimi, które się zdenerwowały i podnosiły głos. Z chłopami za to radził sobie w inny sposób — zazwyczaj używał do tego siły — i nigdy nie pozwalał po sobie deptać.
Izanowi wydawało się, że Cherry cała drży z nerwów. Był zbyt przerażony, żeby od niej uciec. Co, jeśli wstąpi w nią jakiś potwór i go rozszarpie w drzwiach?
— Zaraz się tym zajmę — wybąkał pod nosem, jak dzieciak, który przyznawał się do swojej winy dyrektorce na dywaniku. — Nie martw się.
Cherry jednak nie chciała puszczać Izana wolno — skąd pewność, że rzeczywiście się tym zajmie i naprawi to, co zniszczył? Takim jak on nie można było ufać, więc bardzo szybko podeszła do wystraszonego jak osaczane przez drapieżnika zwierzę Izana i uniosła podbródek, by zastraszyć ambasadora Marsa jeszcze bardziej. Izan spiął ramiona, od razu przyjmując pozycję obronną.
— Posłuchaj mnie, ptasi móżdżku — nie użyła nawet wygórowanych, obraźliwych słów, a Izan i tak opuścił zawstydzony głowę — nie puszczę cię samego. Nie ma nawet takiej mowy.
Izan pokiwał głową. Cherry pewnie się nie spodziewała, że Izan okaże się takim uległym przegrywem.
— Pójdziemy tam razem. Na moich oczach będziesz zrywać te plakaty.
— Dobrze. — Brakowało jeszcze, żeby dodał na koniec „proszę pani”.
 
Cherry nie odezwała się do Izana ani słowem, kiedy szli w stronę Nowego Rzymu. Ambasador Marsa dziękował w duchu, że nie musi z nią rozmawiać — uważał kobietę za naprawdę przerażającą.
Przed samym wejściem do miasta Cherry wskazała Izanowi słup, na którym wisiał jeden z brokatowych plakatów. Vergil wyglądał jak bardzo brzydki patyczak (mężczyzna nie dość, że był przegrywem, to jeszcze nie potrafił narysować kółka i prostych linii) i raczej nie dałoby się go rozpoznać, gdyby nie dorysowana korona oraz pretorska peleryna.
— Ściągaj to — poleciła Cherry, a Izan posłusznie podszedł do słupa i oderwał kawałek papieru. Nie był nawet taki mądry, żeby włożyć plakat w plastikową koszulkę.
Mężczyzna podał Cherry swoje naprawdę brzydkie dzieło, a ta od razu, jak wzięła w swoje ręce plakat, podarła go. Strzępki kartki stworzyły wokół kobiety okrąg.
— Gdzieś jeszcze tutaj coś powiesiłeś?
— Tylko ten jeden. — Uśmiechnął się niezręcznie. Nie skłamał. Nie mógłby przed nią.
Cherry chwilę mierzyła mężczyznę wzrokiem, aż w końcu się poddała i pociągnęła go za sobą. Izan, jak się okazało, obwiesił plakatami cały Nowy Rzym; a mówiąc cały, chodzi nawet o najdalsze zakątki, w które zapuszczają się tylko nieliczni.
— Nie mogłeś zrobić czegoś ładniejszego? — naśmiewała się Cherry, kiedy Izan ściągał kolejny plakat zawieszony na ścianie budynku. Kobieta trzymała w rękach jeszcze dwa takie twory. Każdy kolejny był brzydszy od poprzedniego. Izan nawet nie umiał odtworzyć tak prostego rysunku więcej niż trzy razy.
— To plakat… on miał… tak jakby… — zająknął się, nie wiedząc, czy jak wytłumaczy Cherry swój zamysł, to czy nie zarobi kopa w jaja. — Ośmieszyć Vergila miał.
— Domyślam się.
— Tak, ha-ha — zaśmiał się niezręcznie. Czuł, jak pierwsze kropelki potu zaczynają oblepiać mu plecy i klatkę piersiową.
— Idziemy dalej.
Pierwsza poszła dalej, a Izan podbiegł do niej niczym wierny pies. Brakowało mu tylko obroży i przyczepionej do niej smyczy.
Przy jednym ze sklepików — a raczej małego rozstawionego stoiska z owocami — sprzedawca przyglądał się właśnie rysunkowi, który wcześniej zawiesił tam Izan.
— Niech pan tego nie czyta. — Cherry zasłoniła mężczyźnie kartkę swoją dłonią. — Jakiś czubek chodził i to przyczepiał.
— Tak, wiem nawet który. — Podrapał się po głowie, próbując sobie przypomnieć. — Chodził tutaj taki jeden. Strasznie od niego śmierdziało potem.
Izan stał za nimi i to wszystko słyszał. Na samą wzmiankę o tym, że śmierdziało od niego, potem gdy rozwieszał plakaty, musiał powąchać się pod pachami. Rzeczywiście. Śmierdział.
— Chodź tutaj.
Cherry wołała Izana jak swojego podwładnego, a Izan tak też się zachowywał. Podszedł do kobiety od razu. Normalnie pewnie by zignorował taki ton i dalej wąchał swoją spoconą, śmierdzącą koszulkę.
— Zabierz to — rozkazała, a Izan bez sprzeciwu zabrał się do ściągania kartki.
Sprzedawca odsunął się na bezpieczną odległość, zapewne czując nieprzyjemny zapach od Izana. Nie ma nic gorszego, niż zapach potu. Szczególnie wtedy, kiedy było ciepło.
Izan miał już podać Cherry zdjęty plakat, kiedy uprzedził go ktoś inny. Vergil. Musiał zbierać te kartki w pobliżu. Wyrwał amabsadorowi Marsa rysunek i dokładnie mu się przyjrzał (jakby nie widział ich wcześniej), po czym spojrzał na Cherry.
— Co tutaj robisz?
— Nie widzisz? Ten przygłup rozwieszał te plakaty, to teraz będzie je ściągał.
Vergil uniósł brwi. Izan od razu spróbował przybrać groźną postawę ciała, ale obecność Cherry trochę mu to uniemożliwiała. Kobieta działała na niego w jakiś… niezbadany dotąd sposób. Może to przez to, że z kobietami nie rozmawia? Zawsze, jak jakąś widział, to uciekał.
— Jest gorzej, Cherry. — Obejrzał się za siebie. — Jakieś dzieciaki też je zaczęły zbierać.
— To źle? — zdziwiła się. — Chyba dobrze, że ściągają to badziewie.
Vergil pokręcił głową. Przestał zwracać uwagę na Izana, co trochę zabolało mężczyznę. Zawsze spierał się z — niestety — bratem, a teraz Vergil nie poświęcił mu chwili. Nie powiedział niczego obraźliwego, nie wyciągnął z kieszeni swojej obrzydliwej fasolki. Nawet na niego nie patrzył! Izan nie mógł tego przeżyć.
— Te dzieci chcą urządzić jakąś krucjatę na mnie.
— W końcu! — zarechotał Izan. — Wiedziałem, że mnie ktoś posłucha!
Wystarczyło jedno groźne spojrzenie Cherry, by się uspokoił. Nieznośny uśmieszek natychmiast zszedł mu z twarzy.
— Zaczęły się zbierać. Wiesz, jak wyglądają protesty, prawda?
Cherry się zmartwiła. Dlaczego banda dzieciaków obrała sobie Vergila za cel? Plakat był tak okropnie wykonany, że nie powinien przekonać nawet mrówki.
— Widziałem, że rozdają sobie drewniane miecze.
— Co można ci zrobić drewnianym mieczem? — prychnął Izan. — Jak chcą protestu, to powinni mieć prawdziwe miecze i pochodnie, żeby na końcu cię spalić. Jak palili kiedyś wiedźmy.
— Prawdziwa broń jest zakaza…
— Nie powinna być! — wrzasnął. — Dlatego właśnie jesteś beznadziejnym pretorem! Powinieneś zmienić to głupie prawo!
Cherry zacisnęła rękę na nadgarstku Izana. Bardzo nie chciała go dotykać, ale miała wrażenie, że nic innego nie zamknie mężczyźnie mordy.
— P-przepraszam…
— Przepraszam, co?
— P-proszę pa-pani… — wydukał Izan.
— I? — naciskała dalej Cherry.
— Przepraszam… Vergil….p-pretorze mój najlepszy. — Wbił wzrok w podłogę, nie mogąc patrzeć w takiej chwili pretorowi prosto w oczy. Już i tak został poniżony.

997 ten numer to kłopoty
────
[997 słów: Izan otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]