sobota, 14 lutego 2026

Od Vex — „Darcie ryja w języku dziwnie podobnym do greckiego”

Sianie zniszczenia jest jednym z wielu wyrafinowanych zainteresowań Vex. Od dawna przygotowywało coś naprawdę WOW, co mogłoby stanowić idealne zakończenie jeno zbyt długiego stażu w Obozie Jupiter. Wcześniej miało być to coś w stylu wielu wybuchów i ostatecznej walki dobra ze złem (Vex byłoby złem) na samym końcu filmu o superbohaterach, ale jeno relacja z Cherry zainspirowała no do calkowitej zmiany konceptu.
Głośnik ukradło od Kylo, schowało pod łóżkiem w kartonie po intensywnie fioletowych kubkach i modliło się, żeby Cherry nie wymyśliła kolejnej rewizji całego baraku. Jeśli stałoby się najgorsze, było przygotowane – to tylko głośnik, głośnik nieużywany i wyłączony, nie jest nawet najgłupszą podróbą zagrożenia. Jednak centurionka chyba uwierzyła w redemption arc, jakie przeszło Vex i nie podejrzewała, że coś idiotycznego znowu może strzelić nu do głowy.
Na tę myśl Vex śmieje się pod nosem, wyciągając długo przetrzymywany w zakurzonym pudełku głośnik i wciśnięty między materac a ramę łóżka telefon. Chwilę zajmuje nu sprawienie, żeby obydwie te rzeczy się włączyły, a jeszcze dłużej trwa połączenie ich ze sobą. Vex musi na moment przerwać, żeby na szybko wyrecytować parę wersów jednej z piosenek Mindless Self Indulgence, żeby się jako tako uspokoić, gdy jeno telefon już od dobrych paru minut odmawia wyczucia istnienia głośnika, który dosłownie leży obok niego. Wreszcie rozlega się charakterystyczna melodyjka oznajmiająca połączenie się z urządzeniem mobilnym i wsuwa to wszystko głęboko do swojego plecaka, bo, jako że nie słyszy choćby najcichszego odgłosu zwiastującego nagłe pojawienie się w Obozie hordy szarżujących na barykady potworów, czuje się nadzwyczajnie bezpiecznie. Wesoło stuka startymi podeszwami martensów o bruk obozowych ulic, kierując się na pewno nie tam, gdzie dzisiaj ma być. Ma urodziny (o których nie poinformowało nikogo i o których nikt nawet nie może pamiętać, co nu jest tylko na rękę), więc ma też wolne, o czym nie raczyło powiedzieć żadnemu z centurionów. Dowiedzą się sami.
Drzwi do ambulatorium otwiera z takim rozmachem, że prawie przysparza biedną Elianne o wstrząśnienie mózgu i złamanie jakiejś kości czaszki.
– Co ty…?!
– CHERRY!!! – Vex przewrzaskuje Eli, która wpatruje się w legioniszczze z czystym szokiem wymalowanym na twarzy. – PRZYSZŁOM SIĘ POŻEGNAĆ!!! – Donośny głos odbija się echem od ścian ambulatorium i Cherry wreszcie wychodzi Vex na spotkanie, oczywiście w tych swoich często obrzygiwanych crocsach. Przyjmuje pozę poirytowanej matki nr 3, podczas gdy legioniszcze z szerokim i niewróżącym niczego dobrego uśmiechem zsuwa z ramion swój plecak, żeby chwilę w nim pogrzebać.
– To… bardzo miłe z twojej strony, ale wrzeszczenie w ambulatorium jest… – Chery przerywa na rzecz zmęczonego westchnięcia i ściśnięcia skóry pomiędzy swoimi brwiami w bezsilnym geście poddania się. – Czy ty masz telefon? – mówi, choć jest to pytanie czysto retoryczne, bo wszyscy obecni już od dawna znają odpowiedź.
– Tak. – Brakuje tylko, żeby dodało „uwu”. Zamiast tego z podekscytowania prawie rozbija ekran i zamaszyście wyciąga z plecaka głośnik, z którego zaczynają płynąć pierwsze nuty bardzo głośnej muzyki.
– W tym momencie tylko się upokarzasz – informuje go Cherry w rytm pierwszych taktów „Θεία μανία” od Ὁπλίτης, ale Vex jest zbyt dumne z siebie, żeby jej posłuchać. Dalej w kolejce, po tym greckim darciu mordy i zrywaniu strun, ustawiło jakieś polskie piosenki podchodzące pod gatunek poezji śpiewanej, której po angielsku to jest tyle, co nic (Sanah brzmiała dla nieno bardzo jak ktoś, kto śpiewa po angielsku).
Do rękoczynów dochodzi jeszcze przed tym, jak Cherry udaje się usłyszeć śliczny głos Sanah. Centurionka nie musi robić nic, to zirytowani greckim darciem ryja legioniści wbiegają do ambulatorium, żeby zlokalizować źródło tych strasznych dla uszu odgłosów. Nikt nie mógłby drzeć się w tak piekielnie nieznośny sposób OPRÓCZ Greka. W członkach Obozu Jupiter budzi to odwieczny, przekazywany z pokolenia na pokolenie gniew, przez który nawet nie myślą, tylko rzucają się na fioletowego inicjatora jednoosobowej imprezy w rytm heavy metalu.
– KURWAAAAAAAAAAAAA ZOSTAW MNIE!!! – wydziera się Vex, zachowując się jak rozwścieczone dziecko boga wojny po wypiciu niezdrowej ilości energetyków i wypalenia równie dużej liczby blantów. Wokalista Ὁπλίτης zapewnia nu wsparcie w postaci swoich własnych krzyków, nieźle skomponowanych z rzucanymi przez nie przekleństwami.
Wbrew oczekiwaniom, nikt nie uspokaja się, gdy zaczyna grać Sanah. Można nawet stwierdzić, że z niewyjaśnionego powodu wszyscy stają się jeszcze bardziej wściekli i agresywniejsi.
– Czy możesz mi wyjaśnić, co to miało być? – pyta Vergil, intensywnie wpatrując się w posiniaczoną i umazaną bogowie wiedzą czyją krwią postać Vex, które wygląda na znacznie mniej pewne siebie, niż zazwyczaj (co nie znaczy znowu, że nagle schowa głowę w piasek i zrezygnuje z bycia największym buntownikiem wśród herosów). – Co ci strzeliło do głowy?
– A tak jakoś. Chciałom kogoś wkurwić – wzrusza ramionami i uśmiecha się jak typowy przestępca z anime, który mimo porażki doświadczył wewnętrznego katharsis i dopiął swego (przynajmniej na podłożu emocjonalnym).
– Gratuluję sukcesu – stwierdza pretor, najwyraźniej nie widząc sensu w karaniu kogoś, kto wieczorem i tak ma wynieść się z Obozu ze wszyskimi należącymi do niego rzeczami.
Vex jest z takiego obrotu spraw bardzo zadowolone. Wymienia uścisk prezesa z Vergilem i nawet kradnie mu z gabinetu całe opakowanie fasolek wszystkich smaków, czując się absolutnie bezkarnie (odebrano mu nienależący do nieno głośnik i sklejony srebrną taśmą telefon, więc w gruncie rzeczy, straty określa jako nieistniejące).
Pakuje się bez najmniejszego nawet poczucia żalu i z nikim się nie żegna, co w jeno głowie symbolizuje to, że albo nigdy tutaj nie wróci i mówi wszystkim, żeby się pierdolili, albo tutaj jeszcze wróci i wtedy powie wszystkim, żeby się pierdolili.


────
[875 słów: Vex otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Event — Walentynki 2026!

Wesołych walentynek! (Albo wesołego dnia singla).
Tym razem — stety lub niestety, sami zdecydujcie — podjęliśmy decyzję o przygotowaniu eventu walentynkowego w formie innej niż do tej pory. Przede wszystkim wzięliśmy pod uwagę opcję pisania solo (tak, nareszcie) i… testujemy nową formę eventu, o której być może dowiecie się w wakacje. (Jak będziecie grzeczni). [wink wink]

JAK TO DZIAŁA?

Reguły są proste — wybieracie jeden prompt z listy podanej niżej i piszecie. W parach czy sami, zasady są przedstawione poniżej. Prompty możecie interpretować absolutnie dowolnie — platonicznie, romantycznie, rodzinnie, możecie nawet opisać relację ze swoim najbardziej zażyłym wrogiem, stalkerem albo Troglodytą Hehe Henrykiem mieszkającym klatkę obok. Event skupia się na szerokopojętnych relacjach. Ważne jest, żeby utrzymać klimat walentynkowy; akcja opowiadań powinna się rozgrywać właśnie w tym okresie.
Na koniec eventu na naszym Discordzie odbędzie się głosowanie na najlepsze walentynkowe opowiadanie/parę.

ZASADY EVENTU

✰ Jedna postać może napisać tylko jedno opowiadanie, ale autor może napisać opowiadanie każdą postacią.
✰ Prompty nie są zaklepywane! Możecie użyć tego, który wam się podoba. Kilka osób może napisać na jeden temat.
✰ Event można wykonać na dwa sposoby:
W parach – wtedy dogadujecie się między sobą, razem wybieracie prompt i tytuł opowiadań. Wysyłając opowiadanie do akceptacji, napiszcie, kto jest was waszą parą oraz który prompt wybraliście.
Solo – wtedy nie musicie się z nikim dogadywać. Wymyślacie tytuł, piszecie, do którego to promptu i wysyłacie.
✰ Ostatni dzień na napisanie opowiadania to 28 lutego. Później nie będziemy ich przyjmować jako opowiadań eventowych. Jeśli piszecie w parze, to pamiętajcie, by zerknąć do regulaminu bloga.
✰ Tradycyjnie opowiadanie eventowe powinno liczyć minimum 500 słów.
✰ Opowiadania walentynkowe jak najbardziej liczą się do terminów.

TEMATY WALENTYNKOWE

♡ Pierwsza miłość.
♡ List miłosny.
♡ Kurs tańca.
♡ Piąte koło u wozu.
♡ Sparing.
♡ W walentynki wszędzie są promocje dla par, więc czemu nie poudawać jednej, oszczędzić trochę i dobrze się przy tym bawić?
♡ Wszyscy wybierają się na walentynkową imprezę w parach i trochę głupio wyglądałoby pójście solo. Może możecie po prostu pójść razem.
♡ To była absolutnie najgorsza randka, o jakiej można pomyśleć. Absolutnie. Najgorsza.
♡ To również była najgorsza możliwa randka. Nie dla ciebie, ale zdecydowanie przez ciebie.
♡ Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko na filmach, więc dlaczego to ty teraz tkwisz z kimś w windzie pomiędzy piętrami, a głośnik zaciął się na możliwie najgorszym dżinglu?
♡ Było tylko jedno łóżko.
♡ To miał być tylko miły gest. To, że przy okazji spłonęła kuchnia, to całkiem niemiły dodatek.
♡ To były wasze ostatnie wspólne walentynki.
♡ „Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres–... och”.

NAGRODY

✰ Odpowiednia ilość PD za ilość napisanych słów.
✰ Dodatkowe 20 PD dla postaci za napisane opowiadanie.
✰ Dodatkowe 20 PD dla wygranego/wygranych w głosowaniu.
✰ Jednorazowy immunitet na jedno ostrzeżenie dla wygranego/wygranych w głosowaniu.
✰ Buzi w czółko od admina, domyślcie się którego.


x


@freepik

piątek, 13 lutego 2026

Od Kala — „Pierścionki” cz. 9

Poprzednie opowiadanie

Uciekanie od problemów jest najbardziej udoskonaloną umiejętnością Kala (wkłada w nią wszystkie otrzymywane Punkty Doświadczenia) i mógłby szczerze przyznać, że w tej sztuce stał się profesjonalistą. Coraz częściej uciekał z Obozu Jupiter do szkoły przed niebezpieczną przyjaźnią z Elianne i jeszcze częściej uciekał ze szkoły do Obozu Jupiter przed niebezpieczną nieprzyjaźnią z Floydem, aż wreszcie kończył zamknięty w miejscu gdzieś pomiędzy, nie potrafiąc zdecydować się, czy powinien wstać z łóżka, czy udawać, że po prostu zaspał i poczekać, aż świat naprawi się sam z siebie, bez najmniejszego wkładu z jego strony. Wykonuje parę kroków, które pomagają mu wreszcie wygrzebać się spod warstw kołder i koców, żeby potem z całych sił ignorować niechęć do stawienia czoła kolejnemu dniu:

1) otwiera oczy, zawsze niezadowolony, że to mu się rzeczywiście udaje;
2) zdecydowanym ruchem podnosi górną połowę ciała, wspierając się na dłoniach – załatwia to raz, a szybko, jak wyrywanie rozchwianego mleczaka trzymającego się na ostatnim nerwie;
3) palcami przeczesuje splątane włosy, odgarnia kołdrę i przeciera lepkie powieki, zanim pozwoli sobie na nieprzyjemne spotkanie bosych stóp z chłodną podłogą;
4) opiera łokcie na kolanach, a głowę na dłoniach i oddycha tak przez chwilę, pokonując chęć zwinięcia się w kulkę (nie myśli o tym, od czego będzie uciekał tego dnia);
5) odważnie odgarnia włosy z oczu i wreszcie podnosi się do pionu, ignoruje poczucie, że wcale się nie obudził i podłoga próbuje usunąć się spod jego stóp;
6) ścieli łóżko, żeby zabić w sobie chęć ponownego ułożenia się pod jeszcze ciepłą kołdrą – gdy wszystko jest ładnie ułożone, otrzepuje dłonie i nie chce od razu niszczyć efektów swojej pracy, jakkolwiek prostą nie wydaje się czynność zwykłego pościelenia łóżka.

Nareszcie może znaleźć się w kuchni, gdzie podłoga jest jeszcze zimniejsza, ale już mniej chwiejna, okno uchylone, a dźwięki ulicy głośniejsze niż w zaduchu jego pokoju. Wstawia wodę do czajnika, sam nie wie po co, bo nie ma najmniejszej ochoty na herbatę i wraca do pokoju, żeby narzucić na pokryte gęsią skórką ramiona ogromny, ciężki sweter. Wychodzi na korytarz, żeby sprawdzić godzinę, równocześnie błagając wszystkich istniejących bogów, żeby był spóźniony na przynajmniej pięć pierwszych lekcji i już przygotowując wymówkę dla ojca, że znowu zapomniał nastawić budzika na odpowiednio wczesną godzinę albo przespał wszystkie dziesięć alarmów. Tak naprawdę od paru tygodni nie ma budzika, bo Ezra postanowiła mu go odebrać po tym, jak dowiedziała się, że jeśli Kal spojrzy na godzinę przed rozpoczęciem swojego procesu wstawania, to stwierdzi, że wcale nie musi się podnosić, bo jeszcze nie jest nawet bliski spóźnienia się na pierwszą, drugą, trzecią, czwartą lekcję… nie warto w sumie wstawać, bo zostały już tylko dwie ostatnie, w dodatku wfy. Znacznie efektywniejsze okazało się pozwalanie mu wybudzić się samemu, żeby poszedł na lekcje z tak błahego powodu, jakim są albo wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności, albo śmiertelna nuda siedzenia samotnie w pustym mieszkaniu i brak możliwości odpalenia ulubionego serialu na Netfliksie.
Jak na złość, obudził się na tyle wcześnie, żeby na spokojnie zdążyć podejść na przystanek, zanim Merr pojedzie w swoją stronę z jego poranną kawą, którą wtedy wypije sama, kwestionując to, czy chłopak aby na pewno jest na tyle chorowity, by tak często unikać zajęć szkolnych. Gdy Kal myje zęby, myśl o kimkolwiek, kto by się nim zainteresował trochę poprawia mu humor, podczas swojego codziennego ignorowania trochę obcego odbicia w lustrze (na rzecz skupienia się na własnych myślach, a nie dlatego, bo nie może na siebie patrzeć, oczywiście). Wciąż udaje, że wcale się nie widzi, gdy wprawioną dłonią ściska eyeliner i błyszczyk, w okrągłym, ubrudzonym lusterku obserwując tylko odosobnione części swojej twarzy, a nie spójny obraz, które tworzą, otoczone aureolą białych włosów (jak zwykle idealnie ułożonych parę minut po wstaniu, nie dotknięte nawet najlżejszym muśnięciem szczotki bądź grzebienia).
Na przystanku Merr nie komentuje jego wyglądu i chłopiec nie wyczuwa najmniejszej zmiany w emocjach, które zawsze wywołuje jego pojawienie się przed nią, więc zakłada, że wygląda tak samo, jak zawsze – olśniewająco (choć czasem chciałby wyglądać na zmarnowany życiem kłaczek wypluty przez bezdomnego kota, żeby jego wygląd obrazował to, jak rzeczywiście się czuje). Dziewczyna wciska mu w dłonie kubek termiczny, Kal mamrocze niewyraźne podziękowania i sprawdza, czy termos jest porządnie zakręcony. Woli mieć pewność, że kawa nie wyleje się w jego torbie.
– Na twoim miejscu rozważyłabym przerwę – niespodziewanie rzuca Merr, gdy chłopiec już ma się wyłączyć i pusto gapić w wijącą się jezdnię, próbując dostrzec mignięcie swojego autobusu. – I wsparcie psychiczne.
– Po szkole pojadę do mamy – uczynnie ją informuje. Zaczął używać tej wymówki, gdy stwierdził, że Jupiter nie jest szczególnie dobrym kłamstwem (Mischy i Ezrze sprzedał bajkę o specjalnej kolonii, w której można mieszkać albo przez cały rok, albo tylko przez wakacje i przy nich rozważa tylko te dwie opcje) bo obóz, który można do woli opuszczać i do niego wracać, kiedy tylko się zapragnie, nie wpisuje się w żaden znany śmiertelnikom koncept.
– Od tego też chyba potrzebujesz przerwy. – Ciemne oczy Merr wwiercają się w niego zza prostokątnych szkieł jej okularów, zawsze tak srogie i obojętne, że Kala przechodzą dreszcze (zwłaszcza gdy orientuje się, że jest podobnie odbierany przez wszystkich dookoła i praktycznie nikt z nich nie może wspomóc się umiejętnością wyczuwania jego emocji). – Mogę ci polecić jakiegoś terapeutę.
– Nie.
– Dam ci numer – stwierdza beznamiętnym tonem i zza etui telefonu wyciąga karteczkę z już zapisanym numerem. Po paru sekundach namysłu, ściąga pierwszy lepszy pierścionek z palca i owija notatkę wokół niego, żeby wcisnąć to zawiniątko w jego dłoń, jak babcia próbująca ukradkiem wepchnąć wnuczkowi pięćdziesiąt dolarów „na lody”.
– Czemu ty to tak…?
– Mischa mi powiedziała, że wtedy to ode mnie weźmiesz. – Wzrusza ramionami. – Nawet jeśli nie będziesz chciał. – Kal nie ma odwagi przyznać, że Mischa miała rację i ze skwaszoną miną chowa pierścionek do kieszeni. – Jak się zmusisz do pójścia do szkoły jeszcze przez jakieś dwa tygodnie, to będziesz miał spokój aż do wakacji. Potem możesz ją równie dobrze zmienić, nie wiem czemu jeszcze tego nie zrobiłeś – rzuca na odchodne i unosi dłoń w pożegnaniu, gdy nadjeżdża jej autobus.
Kal z nieznanego sobie powodu znajduje siebie stojącego na granicy płaczu. Przełyka łzy, tak jak wcześniej przełykał współczucie, litość i to ciepłe, stojące obok miłości uczucie, którymi emanowała Merr.
Gdy nadjeżdża jego autobus, nie waha się, jak zawsze ma w zwyczaju. Wsiada do niego niemal tak pewnie, jak wtedy, gdy dotarcie na lekcje nie sprawiało mu najmniejszego problemu.

Po dniu spędzonym na tworzeniu wybrakowanych i nieczytelnych notatek, ignorowaniu zaczepek Floyda oraz powtarzaniu wszystkim nauczycielom, że czuje się arcybajecznie i nie musi iść do pielęgniarki, otwiera drzwi do mieszkania, żeby rzucić wszystko na podłogę i zapomnieć, że w ogóle wyszedł dziś z domu. Przepełnia go coś w rodzaju dziwnej ulgi oraz poczucia, że o czymś zapomniał, ale nie ma zamiaru nawet zastanawiać się, o czym.
– Jak w szkole? – lekko rzuca ojciec, tonem tak ostrożnym, jak ostrożni są ludzie próbujący oswoić lwa. Kal tylko rzuca mu nieprzyjemne spojrzenie i wzrusza ramionami w geście wyjaśniającym wszystko i nic równocześnie. Anthony utrzymuje na twarzy miły uśmiech i prawie udaje mu się dojść do głosu, ale chłopiec zatyka mu usta, wciskając mu w dłoń wymiętoszoną karteczkę, ledwo co zdjętą z pierścionka (który natychmiast znalazł swoje miejsce na jednym z palców półboga). – A co to?
– Psycholog. – Prawie ucina rozmowę w tym momencie, żeby zamknąć się w ciemnym pokoju na resztę dnia, ale jego myśli, emocje otaczające ojca i coś w rodzaju pokręconych wyrzutów sumienia o nieistniejącej przyczynie zmuszają go do dodania: – Ostatnio nie czuję się dobrze. I muszę zmienić szkołę.
Okrężne peryfrazy są dla niego w tym momencie niemal tak zbędne, jak wydawał mu się pomysł pójścia do jakiegokolwiek specjalisty przed poranną rozmową z Merr. Coś w nim chce usłyszeć zapewnienie, że „przecież sobie radzi”, że „pewnie przesadza”, że „każdy w jego wieku to przeżywa” i żeby „nie wydziwiał”, ale zamiast tego do jego uszu dociera tylko pojedyncze:
– Super.
– Super? – powtarza Kal, prychając w poirytowaniu. Ojciec brzmi na zdecydowanie zbyt uradowanego prośbą swojego dziecka o pójście na terapię. – W którym miejscu to jest super?
– Miałem ci proponować dokładnie to samo. Może bez zmiany szkoły, ale miałem. – Uśmiecha się i zaciera dłonie w geście, który jest wgrany do pamięci każdego ojca. – A, tak poza tym – rzuca, gdy Kal już ma zniknąć w czeluściach swojej jaskini – tuż po zakończeniu roku jedziemy na wakacje.
– Ty jesteś pewien, że to bezpieczne? – Kal powstrzymuje się od dodania na sam koniec jakiegoś epitetu określającego skrajnego hipokrytę, bo właśnie zwraca się z tym pytaniem do człowieka, który zabrania mu zbliżania się do gniazdek elektrycznych oraz boi się, że będę musieli przeprowadzić się na wieś, żeby żaden z laptopów sąsiadów nie przyciągnął do ich mieszkania samego Kronosa.
– Tak – odpowiada ojciec stanowczym tonem. – Posiedzenie w zaciszu natury, wiesz, jakieś drzewka i jeziorko, dobrze ci, znaczy nam zrobi. I do tego będziesz miał tam towarzystwo – Kal nie uznaje tego za plus. – Rodzina mojego, hm, przyjaciela, zgodziła się pojechać tam… tam też – kończy niezgrabnie, wytrącony z rytmu przez daleką od zadowolonej minę Kala. Chłopiec nie raczy nawet westchnąć lub rzucić cierpkim „prześwietnie”, tylko zwyczajnie zamyka się w swoim pokoju, gdzie widok pościelonego łóżka nie powstrzymuje go przed rzuceniem się na nie i pomięcia skrzętnie wygładzonej kołdry.

Budzi się w środku nocy. Gwałtownie, jak po usłyszeniu wystrzału tuż przy uchu, jak po nagłym wstrząśnięciu całego jego ciała, jak lunatyk, którego wyrwano z transu. Podnosi się, podrywa się do pionu, chce się poderwać do pionu, ale powstrzymują go włosy wplątane w szorstkie frędzle dywanu, nogi zaplątane w fale kołdry, dłonie niemające siły go podeprzeć, wszystko ściąga go z powrotem w dół. Desperacko chwyta ramę łóżka, deska boleśnie wpija się w jego dłoń, stuka metal pierścionków uderzający w drewno. Powstrzymuje się przed upadkiem, oczy prawie wypadają mu z czaszki, przerażenie wybucha w klatce piersiowej o moment za późno, krew huczy w głowie.
Nie wie, która jest godzina. Nie ma jak wiedzieć, nigdzie nie ma zegara. Światło księżyca wsuwa się przez niczym niezasłonięte okna, srebrzysta poświata wije się po podłodze i zakurzonym biurku. Kal wyplątuje dywan z włosów i mruży oczy, niekoniecznie rozumiejąc, gdzie w czasie i przestrzeni się znajduje, nie potrafi połączyć faktów, wszystko jest obce i znajome, gorące i zimne, przerażające i spokojne. Ciężar powietrza przyszpila go do ziemi, gdy chce podjąć niemożliwą do wykonania próbę ucieczki. Zmięta kołdra wylewa się z łóżka i pieni się wokół nóg, przepocone ubranie, które nie jest jego piżamą, przykleja się do skóry; czuje każdą fałdę materiału, nieprzyjemnie wrastającą się w ciało. Omiata wzrokiem okno, drzwi, ściany, sufit, powoli przyswaja, że to przecież jest jego pokój. Znajomy, stary i wiecznie taki sam. Jest bezpieczny.
Jest.
Bezpieczny.
Uspokaja oddech, który kiedyś, nie wie kiedy, stał się zbyt szybki i chaotyczny, pochłaniający ogromne hausty ciężkiego, niedocierającego do płuc powietrza. Uczucie niepokoju ściska jego klatkę piersiową, mimo że wszystko jest w porządku. Nic niezwykłego. Próbuje zabić lęk głębszym oddechem, próbuje zabić go wyswobodzeniem się z kołdry, próbuje zabić go zrzucając mokre od potu ubrania, próbuje zabić go, nalewając szklankę wody w kuchni, stojąc tuż przy zlewie, przy którym niekoniecznie wie, jak się znalazł. Pomaga mu chłód płytek podłogowych, dodaje otuchy, że wciąż czuje, że wciąż jest, że jeszcze nie umarł i jest realny.
Krztusi się wodą, gdy nagle rozumie.
Powiedział, że po szkole pojedzie do mamy.
– Kurwa – wyrywa mu się z ust, to żałosne słowo, które wyciska łzy z jego piekących od niezmytego makijażu oczu. Potem dodaje kolejne i kolejne przekleństwo, wszystkie zlewają się w jego głowie w niezrozumiałą maź. Wylewający się z jego ust śluz, pochłaniający wszystko wokół, zasłaniający mu pole widzenia, spowalniający ruchy.
Jaki kolor ma niebo? – pyta sam siebie i sam sobie odpowiada, że niebieski. Jaki kolor ma trawa, ściany jego pokoju, trampki Mischy, włosy Elianne, koszulki obozowe, podłoga ambulato…
Zawiódł, zawiódł na całej linii.
Coś w nim pęka, coś w nim wybucha. Miał obowiązki, ale usnął. Spodziewano się go gdzieś, ale usnął. Centurioni się wściekają, bo on usnął. Elianne się martwi. Bo. On. Usnął.
Mógł zrobić tyle rzeczy inaczej, wszystko inaczej, gdyby tylko nie był taki głupi, bezmyślny, nieuważny, pobłażliwy. Mógł…
Skupia się na kolorach. Nie na eksplodującej pod jego powiekami czerwieni i czerni, na kolorach podłogi, nieba, kuchennych szafek, nieumytego kubka w zlewie. Skupia się na uczuciach poza jego wnętrzem, na ogarniętym sennym spokojem otoczeniu. Wsłuchuje się w szum lodówki i wiatru za oknem, cichy stukot w ścianach budynku. Siada na zimnych kafelkach, opiera głowę na kolanach. Zwraca swoją uwagę na zewnątrz, pozostawia swoje wnętrze samo sobie, pozbawia je oczekiwanej atencji. Wspina się w górę urwiska, w które próbował się wrzucić.
Powietrze wreszcie dociera do jego płuc. Wstaje, żeby przemyć twarz, żeby doprowadzić się do porządku, żeby napić się wody. Wpatruje się w najdrobniejsze szczegóły pogrążonego w mroku mieszkania, trzyma swoje myśli na wodzy, blisko bezpiecznych tematów, które nie wywołują w nim irracjonalnego lęku.
Przeprosi, po prostu przeprosi. Najgorsze, co mogą zrobić, to go zestrofować i pouczyć, żeby już nigdy tak nie robił i stawiał się na czas. Albo powie, że wymiotował pół dnia i nie był w stanie dotrzeć do Obozu. Nie mogą mu nic zrobić.
Niepokój w nim pozostaje, gryzący jego pierś od środka. Powoli staje się coraz mniej agresywny, już nie pochłania go w całości, nie pożera jego serca, ciała i umysłu.
Znów kładzie się do łóżka z nadzieją, że następny dzień przyniesie znacznie mniej rzeczy, przed którymi będzie uciekał.


────
[2183 słow: Kal otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Apollodorosa — „Praca i po pracy”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Chait przebiegł wzrokiem po zapisanym numerze, zanim sięgnął do plecaka, by schować karteczkę w jednej z przegródek portfela. Wiedział, że telefon też leży gdzieś tam na dnie, bo pamiętał, że go tam wrzucał, ale nie zdecydował się po niego sięgnąć.
Może powinien spróbować skontaktować się ze znajomym, skoro ten w dalszym ciągu nie minął stoiska Apollodorosa. Może powinien włączyć telefon, z nadzieją, że nie stanie się przez to nic strasznego i sprawdzić, ile razy próbował się do niego dodzwonić.
Westchnął i nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Zamiast tego wrzucił portfel z powrotem do głównej kieszeni, zapiął plecak tylko trochę zbyt szybko i złapał w dłonie paski, by po prostu mieć czym zająć ręce i nie męczyć znowu tej głupiej butelki wody. Do stoiska podeszli kolejni odwiedzający, więc uśmiechnął się do nich grzecznie, nie przeszkadzając znajomemu w prowadzeniu sprzedaży.
Rozejrzał się wokół pozostałych stanowisk. Rozmowa z Apollodorosem przeciągała się przez to ciągłe przerywanie, a razem z upływającym czasem znacznie zwiększał się tłum ludzi. Wyłapał jednego z pracowników obsługi targów, który szybkim marszem mijał stoiska. W dłoni ściskał apteczkę.
Chait musiał naprawdę powstrzymać się od pójścia za nim i zaproponowania jakiejś pomocy. Przecież specjalnie zrezygnował z pracy na targach. Czasami miał siebie naprawdę bardzo dość. Wrócił wzrokiem do Apollodorosa i z ulgą zauważył, że ten kończy właśnie przyjmować płatność, a grupka odchodzi z zakupami.
Kilkanaście kolejnych minut minęło im na dyskutowaniu o najbardziej odpowiadającej im lokalizacji, wielkości mieszkania, progach cenowych i tym, co z góry przekreślałoby dane miejsce. Co jakiś czas przerywali, gdy ktoś zatrzymywał się przy stoisku, ale udało im się ustalić wiele mniej lub bardziej istotnych faktów. Przede wszystkim, ich wymagania nie były szczególnie wygórowane. Były raczej w tej dolnej granicy. Chait nie zamierzał robić sobie nadziei, ale napawało to pewnym optymizmem.
Apollodoros nie był pierwszą bardziej lub mniej przypadkową osobą, z którą szukał czegoś do wynajęcia. W sumie to w tej kategorii był nawet bardziej po stronie mniej przypadkowych – to też był nawet dobry znak.
Przerwali rozmowę, gdy do stoiska podeszła trochę większa grupka zainteresowanych. Chait znowu rozejrzał się po okolicy, bo może jednak w tłumie wypatrzyłby znajomego, ale robił to już bez większej nadziei. Może powinien pogodzić się z tym, że chłopak rozpłynął się bez śladu.
Minęło już dużo czasu i musiał zaakceptować, że raczej w ten sposób go nie znajdzie. Poprawił regulację plecaka, czekając, aż Apollodoros znowu będzie miał wolną chwilę. Ten w końcu pożegnał się z ludźmi, schował zarobione pieniądze i odwrócił się do Chaita z powrotem.
Dopiero wtedy Chait się podniósł, plecak dalej ściskając w dłoni. Nie chciał znowu czegoś zrzucić albo uszkodzić. Uśmiechnął się do znajomego, poprawiając materiał bluzy i w duchu dziękując sobie, że zostawił rzeczy w szatni, a nie w samochodzie tego idioty, którego miał zamiar szukać. Jeśli nie będzie mógł go znaleźć, to zawsze będzie mógł porzucić go na pastwę tłumu i organizatorów wydarzenia.
– On już chyba się tutaj nie pojawi – powiedział, nie ukrywając rezygnacji i odrobiny rozbawienia w głosie.
– Wiesz, gdzie mógł pójść?
Apollodoros wydawał się zmartwiony i Chaitowi było z tego powodu odrobinę głupio. Sprawa nie była aż tak poważna.
– Nie wiem, gdzie ten debil polazł, skoro dalej nas nie minął, ale… No, może w którejś hali go znajdę. Przecież nie mógł rozpłynąć się w powietrzu – zauważył, wzruszając ramionami. – Pójdę na pozostałe hale, najwyżej poproszę o pomoc któregoś z pracowników. Jeszcze raz dzięki. I naprawdę przepraszam za kłopot.
– Mówiłem, że to żaden problem.
Chait dalej nie był przekonany. Miał wrażenie, że odstraszył mu kilku potencjalnych klientów. Oczywiście, wiedział też, że jest to nic ponad jego głupie wrażenie. Prawdopodobnie.
– Patrząc na pozytywy, może we dwójkę łatwiej nam będzie znaleźć mieszkanie – dodał jeszcze, wychodząc zza stoiska i stając z boku, by nie przeszkadzać przechodzącym korytarzem ludziom.
– Mam nadzieję. Odezwę się, gdy już tu skończę, żeby potwierdzić, że mam twój numer.
– Super. Będę się odzywał, jak tylko uda mi się coś znaleźć. Powodzenia w sprzedaży.
Uścisnęli sobie dłonie. Chait jeszcze pomachał Apollodorosowi, przeciskając się między jakąś grupką, która uznała, że stanie idealnie na samym środku.
Poprawił plecak na ramieniu i odetchnął, kiedy udało mu się wydostać przed halę. Wybrał tę dłuższą trasę, na zewnątrz budynku. Zimne powietrze było miłą odmianą po zatłoczonym, dusznym pomieszczeniu, chociaż i tu kręciło się mnóstwo ludzi.


Koniec wątku Chaita i Apollodorosa.
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja — „Najgorszy wróg"

Istniało wiele rzeczy, których Mikołaj nie znosił. Nie lubił brudu, kawy, idiotów, oraz basenów. Jeśli ograniczymy się tylko do czasowników, do jego wrogów należało bieganie, sprzątanie i bycie na czas, ale przede wszystkim zmienianie pościeli. Za każdym razem odwlekał tą okropną czynność w nieskończoność, a gdy przychodziła pora wykonania jej, ubolewał nad swoim losem. Właśnie dzisiaj wypadał ten dzień.
Usiadł zrezygnowany na łóżku i westchnął głęboko. Z wyrzutem patrzył na leżącego obok przeciwnika — prześcieradło z gumką. Mimo, że ta głupia szmata leżała nieruchomo, niedbale zaczepiona o dwa rogi materaca, on podświadomie czuł, że się z niego śmieje. Patrzy na niego swoimi niewidocznymi, szarymi oczkami i knuje, jak uprzykrzyć mu życie tym razem. Ale on się nie pozwoli tak traktować.
— Słuchaj, kurwo — zwrócił się do prześcieradła, gwałtownie wstając. — Albo grzecznie się założysz, albo cię wypierdolę.
Nie czekając na odpowiedź (której miejmy nadzieję, że by nie uzyskał — to by nie oznaczało uległości materiału, a raczej początki schizofrenii), po raz kolejny podniósł materac. Tym razem pamiętał o zepsutych sprężynach, więc cały czas go podtrzymywał. Za dobrze pamiętał ostatni raz, jak ciężki materac wraz z drewnianą konstrukcją spadł mu na stopę. Swoją drogą, nadal nie wiedział, czemu wtedy postanowił ją tam postawić, ale to rozważanie zostawmy na inny raz.
Z trudem naciągnął rogi materiału na trzy narożniki materaca. Zadowolony z siebie wyprostował się i spojrzał na swoje dzieło. Odnalazł wzrokiem czwarty róg i przeklął. Gdy otwierał łóżko, tamten narożnik był naciągnięty. Został w takiej pozycji po jego poprzedniej próbie, a teraz, gdy szło mu tak dobrze, postanowił się zbuntować. A co gorsza, czwarty narożnik wciśnięty był w róg pokoju.
— Ty jebana szmato — zirytował się, powoli spuszczając materac w dół.
Uważając, aby nie naruszyć pozostałych rogów, Mikołaj złapał luźny kraniec materiału i wszedł na łóżko, w celu zaczepienia go. Okazało się jednak, że gumka była naciągnięta za mocno w pozostałych trzech miejscach. Z kolejnymi westchnięciami i przekleństwami wstał i zaczął naciągać materiał, delikatnie przesuwając go w stronę pustego narożnika. Po paru minutach w końcu udało mu się zahaczyć prześcieradłem o ostatni, czwarty kraniec.
Ale żebyście nie myśleli, że poszło mu tak łatwo. To nie był koniec jego zmagań. To, że prześcieradło trzymało się w tej chwili nie znaczyło, że gdy znowu na nim usiądzie, nagle nie odskoczy. Materiał należało włożyć głęboko, aż pod materac.
W tym celu ponownie podniósł klapę i zanurkował pod spodem, w schowku pod łóżkiem. Musiał zmieścić się w jednej z przedzielonych połówek, częściowo zajętej inną pościelą, dostać ręka założonego prześcieradła, naciągnąć je, a jednocześnie podtrzymywać nogą całą konstrukcję z materacem. Nie miał ochoty utknąć pod łóżkiem. A tak w sumie to w łóżku.
— No chodź tu — wystękał, na ślepo próbując dosięgnąć materiał dłonią, ledwo mieszczącą się w małej szczelinie. Noga drętwiała mu od dziwnych pozycji, w jakich musiał trzymać ją w górze, a on sam miał przed oczami wizję tego, jak jego ręka zostaje zgnieciona przez nagle spadające łóżko. Gdyby ktoś go teraz zobaczył, postukałby się w czoło i ewentualnie wybuchnąłby śmiechem.
Po paru minutach gniecenia się w ciasnym pudle, Mikołajowi w końcu udało się naciągnąć materiał tak, jak powinien być. Wygramolił się spod łóżka i z dumą popatrzył na swoje dzieło. Zostały mu tylko ostatnie poprawki, ponaciąganie materiału na narożniki, żeby było równo, a także… założenie poszwy na kołdrę.
Całe zadowolenie wyparowało z niego wraz z momentem, w którym zobaczył złożoną na krześle, cierpliwie czekającą pościel. Kołdra była mniejszym złem, ale nadal złem.
Kilka minut zajęło mu zastanawianie się nad sensem swoich działań. W końcu doszedł do wniosku, że przecież żadna kołdra nie rozkaże mu, że ma ją ubrać. Nawet nie jest żywa. Wziął poduszkę oraz nie założoną poszwę i po prostu poszedł spać. Najwyżej zmarznie.

────
[606 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Sony do Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Jak uczeń przerażony przed byciem złapanym przez wściekłą nauczycielkę od matematyki, trzymająca telefon pomiędzy nogami Sony na szybko przegląda Mapy Google, będąc podłączoną do wrogiej wszelkim foliarzom sieci 5G (router umieszczony w domku dziewiątym nie ma szczególnie dużego zasięgu, ale można podłączyć się do niego będąc wystarczająco daleko, by na polach truskawkowych degustować się internetem o prędkości dwudziestu bajtów na sekundę) i próbując dojrzeć coś na popękanym ekranie z jasnością ustawioną na najniższą możliwą, bo bateria urządzenia ma może 2%, tak przy dobrych wiatrach. Sytuacja ładowania iFajstosów jest w Obozie sprawą co najmniej skomplikowaną, bo nikt nie pomyślał, żeby chociaż zainstalować w domkach coś tak ekstremalnie niespotykanego, jak gniazdka elektryczne. Ktokolwiek, kto musi skorzystać z prądu, żeby, dla przykładu, wysuszyć sobie włosy albo zagotować wodę nie nad przenośną kuchenką gazową, a w czajniku elektrycznym, musi ustwić się w dość sporej kolejce do domku dziewiątego, gdzie Hefajstosiaki wstają koło 4 nad ranem, żeby otworzyć swoje usługi dla najwcześniejszych rannych ptaszków. Jakieś dziesięć suszarek, trzy czajniki, luksusowy ekspres do kawy i całą płytę indukcyjną z zestawem błyszczących garnków do profesjonalnego przyrządzania zupek chińskich można znaleźć obok stacji ładowania, gdzie kable uwięzione są w wiecznie trwającej sesji intymnego obściskiwania się, a telefon leży na telefonie i powerbank leży na powerbanku (NAWET w dziewiątce brakuje gniazdek, ale brakuje ich w tym sensie, że dzieciaki Hefajstosa wolą podłączać do nich najpierw łańcuszek listw zasilających, a potem swoje wiertarki i inne szlifierki, zamiast udostępniać je dla mieszkańców innych domków – w końcu sami sobie zainstalowali te gniazdka, więc wbrew wszelkim komunistycznym zasadom, należą one tylko do nich). Dzisiejszego ranka Sony nawet nie spojrzała na długą kolejkę, zwłaszcza że jej kieszenie świeciły pustkami, gdy próbowała znaleźć drobniaki na uiszczenie symbolicznej opłaty, dzięki której Hefajstosiaki płacą abonament na obozowy internet. Zdecydowanie powinna była spojrzeć, bo jej powerbank rozładował się jakieś trzy tygodnie temu, gdy na początku lata wróciła do Obozu z jednego ze swoich refularnych wypadów w miejsca bliżej nieokreślone.
Gdy plan ma mniej więcej obmyślony (mniej niż więcej, bo telefon ostrzegawczo krzyknął, że ma 1% PODŁĄCZ ŁADOWARKĘ, ale Sony to zignorowała i smartfon postanowił popełnić zjawiskowe samobójstwo), przeciąga się i wstaje z ziemi pod domkiem Hefajstosa, rzuca okiem na kolejkę i bez najmniejszego grymasu zniechęcenia, ustawia się na jej samiuteńkim końcu, pomiędzy domkami jedenastym i dwunastym. Sony stoi już bliżej jedenastego niż dwunastego, kiedy ze śmierdzącej alkoholem siedziby dzieci Dionizosa wychodzi znajomo wyglądający chłopak, przy czym „znajomo wyglądający” dla Sony znaczy co najmniej tyle, co „najlepszy przyjaciel na zawsze”. Wesoło do niego macha, w błyskawicznym tempie przeszukawszy swoją pamięć, próbując dopasować do chłopca jakiekolwiek fakty o nim, które powinna znać. Jest grupowym, to po pierwsze. Błądzi przez moment w swojej głowie, próbując skręcić na odpowiednią ścieżkę, rozgląda się dookoła i obok „Ash”, „Rose”, „Weroniki” i „Niketasa” jakimś cudem odnajduje „Mikołaja”. Znając ją, pewnie usłyszała to imię jeden jedyny raz, rzucone mimochodem, może gdzieś w infirmerii, gdzie Millie próbowała odnaleźć ostateczne lekarstwo na kaca na polecenie swojego grupowego, bo dzień wcześniej wszyscy zabalowali zdecydowanie za mocno i za długo.
– Hej! – radośnie krzyczy Sony, a Mikołaj, wyciągnąwszy słuchawki z uszu (które zasłaniają przydługie włosy i jest to naprawdę dobry sposób na niewzbudzanie większych podejrzeń wśród obozowych opiekunów), trochę zdezorientowany patrzy w jej stronę. Niezrażona niczym, myśląc, że pewnie zastanawia się, czy ją zna, kontynuuje: – Co robisz w najbliższym tygodniu? Albo dwóch tygodniach?
– Yy – Mikołaj szybko mruga, jakby nie mógł wyostrzyć wzroku – robię… obozowe rzeczy? Jak pewnie, wiesz, większość osób tutaj??
– To przefajowsko!! Bo ja też nic nie robię!!
– Ale ja właśnie… właśnie coś robię.
– Nieeeee. – Sony macha dłonią w komicznie wyolbrzymionym geście kompletnego znieważenia wszelkich „obozowych rzeczy”, które ma zaplanowane Mikołaj. – Słuchaj, a masz może powerbanka? Mój zdechł parę dobrych lat świetlnych temu, a stanie w tej kolejce kradnie mi wszelkie kreatywne myśli.
– Kradnie ci… yhm. Znaczy, nie, nie mam.
– Kurczę blaszka. – Wygląda na to, że ich rozmowa ma się zakończyć w tym momencie, ale Sony robi tylko krótką przerwę na wzięcie głębokiego wdechu. – Ale skoro nic nie planujesz – Mikołaj najwyraźniej stwierdza, że nie ma sensu się z nią sprzeczać – to wiesz co, może byś chciał pojechać na taki festiwal, co? – Chłopiec NIE MA czasu na powiedzenie kategorycznego „nie” i ucieknięcie z miejsca zdarzenia. – Organizują go co roku w Minesocie, właśnie teraz, już mam mniej więcej obmyśloną trasę, jakieś noclegi i znajomego księdza w Nowym Jorku, który mógłby nas podwieźć. Albo w ogóle zawieźć najdalej, jak da radę, w sumie to jeszcze go nie pytałam, ale raczej się zgodzi, jest całkiem miłym księdzem, jakby nie patrzeć. I wozi całą zgrzewkę energetyków w swoim samochodzie, jeździ ze starszymi paniami i w ogóle nie wygląda na księdza, ale nim jest, rozmawialiśmy już o tym i w ogóle. – Urywa i patrzy na niego z oczekiwaniem. Czeka chwilę, po czym, nie otrzymawszy odpowiedzi (spodziewa się, że wspomnienie o Adamie prawdopodobnie zaaferowało Mikołaja bardziej niż sam festiwal), powtarza pytanie: – To chcesz ze mną jechać? Do Minesoty, to jakieś dwa dni będą – oznajmia to tak, jakby potrafiła dodać na koniec wypowiedzi emotkę „:D”.
Mikołaj jeszcze nie wie, że na wypadek odmowy Sony ma przygotowaną kolejną propozycję z trochę krótszym czasem podróży, możliwe, że też biorącą pod uwagę spotkanie się z nowojorskim księdzem.


Mikołaj?
────
[857 słów: Sony otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Edel CD Dicka — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

PLUSK.
Głośne uderzenie w wodę dociera do uszu Edel, która próbowała zagonić jakiegoś małego, rozwydrzonego legionistę do roboty (teraz ucieka ze śmiechem, niezachęcony ofertą podarowania mu plasterków z Pikachu i krzycząc coś o Tung Tung Tung Sahurze). Centurionka marszczy brwi i rozgląda się niespokojnie, bo dobry widok na Mały Tybr zasłaniają jej jakieś krzaczory i inne schowki na miotły. W towarzystwie innych, już znacznie cichszych pluskań (pierwsze z nich było nad wyraz głośne i Edel była bliska pomyślenia, że to Hannibal wpadł do Małego Tybru), Del przedziera się przez zbyt wysoką trawę. Prawie wdeptuje w czyjś niedokończony podwieczorek, który zostawiono na pastwę mrówkom. Unosi głowę znad okruszków krakersów i rozrzuconych widelców, pewna, że jakieś orzeszki czy inne chrupadła i tak ugrzęzną w podeszwach jej glanów. Przed jej oczami rozciąga się tragiczny widok albo bardziej akuratnie – widok rodem z bardzo dziwnego snu. Jakiś chłopiec desperacko próbuje się nie utopić, a w chmurze wodnej piany, wzburzonych fal (wywoływanych jego własnymi, gwałtownymi ruchami) i roztrzepanych włosów, Edel nie jest nawet w stanie stwierdzić, kim on jest. Czuje się jak w eksperymencie myślowym: „Widzisz topiące się dziecko, ale masz na sobie swoje najdroższe buty. Nie zdążysz ich ściągnąć, zanim dziecko się utopi, więc musisz albo poświęcić buty, albo biednego ucznia podstawówki, który zapomniał, że rzeki/jeziora/wszelkie zbiorniki wodne z natury są głębsze, niż się wydaje”.
Edel nawet się nad tym nie zastanawia – jej uwielbiany, wysłużony notes leci w okolice wypatroszonego koszyka z jedzeniem, razem z pospiesznie wyszarpaną ze spodni zawartością jej kieszeni. Wskoczenie do wody na pewno byłoby spektakularne i wyglądałoby niczym z tych wszystkich filmów o superbohaterach, ale problem w tym, że Edel nie była w stanie powstrzymać myśli: "A co jeśli…?" i w jej głowie już leżała na dnie ze złamaną nogą, bo akurat wskoczyła w złe miejsce. Szanse na to są piekielnie marne, ale i tak postanawia po prostu wejść do rzeki, osłaniając się ramionami przez rozbryzgującą na wszystkie strony wodą.
– Spokojnie! – wrzeszczy do chłopca, naprawdę próbując nie brzmieć na spanikowaną. – Tylko pogarszasz sprawę!
– Blllrruuurrrbbbbllluuuu!!! – odpowiada jej, nie przestając machać wszystkimi kończynami w różne strony. – Lggggggghuburghhhbrrrrrrru??!!
Skóra Edel szybko pokrywa się gęsią skórką, mokra grzywka przykleja się do czoła i wpada w oczy, gdy próbuje coś dostrzec, płynąc do spanikowanego legionisty. Głośne hausty nabieranego powietrza docierają do Del pomimo tego całego chlupotania i fal, którym zdarza się na moment zmusić ją do nurkowania. Ostatecznie, gdy wreszcie łapie ramię chłopca i zmusza go do zaprzestania szamotaniny…
Patrzą na siebie. Prosto w swoje oczy. Ich głowy wystają ponad powierzchnię wody, stopy twardo stoją na kamienistym dnie. Woda ścieka z ich włosów, stacza się po zarumienionych policzkach i kapie z bród. Przerażenie na twarzy niedoszłego topielca szybko zmienia się w… Edel nie powiedziałaby, że to zażenowanie. Raczej mina osoby, która zaraz ma powiedzieć: „Masz ci los. Znowu to samo”. Dziewczyna nawet nie wie, co powiedzieć, gdy ilość paniki zdecydowanie nie była proporcjonalna do niebezpieczeństwa sytuacji, bo zupełnym przypadkiem chłopiec znalazł się w miejscu, w którym na spokojnie mógłby stanąć.
– Nugget! – Nagle wrzeszczy biedna chłopaczyna, gdy Edel już spodziewała się usłyszeć coś w stylu: „Przepraszam za kłopot, zapomniałem, że nie potrafię pływać”. Dziewczyna rozgląda się dookoła z myślą, że nagle ujrzy spadające z nieba nuggetsy, ale nie, nic takiego się nie dzieje. Tylko chłopiec wskazuje na coś palcem i w kółko powtarza to słowo jak obłąkany.
– Czekaj, ale o czym ty…
– No, NuggeeEEEE… – Chłopcu jakimś cudem udaje się potknąć już przy pierwszym kroku na śliskim dnie rzeki. Edel łapie go, zanim jego głowa zginie pod powierzchnią wody, a ramiona zaczną wokół niego wirować. – Dzięki – mówi, ale wydaje się nieobecny duchem, wpatrzony w odległy punkt gdzieś przed sobą. – Wciąż, musimy go uratować!
Edel nareszcie dostrzega, o co mu chodzi. O biednego kurczaka, który ledwo utrzymuje dziób ponad powierzchnią wody. Wykazując się niemożliwie ogromną miłością do zwierząt (świeżo odkrytą, właśnie w tym momencie), Edel przypomina sobie wszystkie swoje lekcje pływania z pierwszej klasy podstawówki i rusza kraulem na ratunek… Nuggetsowi. Chłopiec dopinguje ją z tyłu albo po prostu coś wykrzykuje (może znowu się przewrócił) i Del naprawdę ma nadzieję, że nie przyjdzie mu do głowy płynąć razem z nią.
Nuggets okazuje się być bardzo waleczny. W miejscu, w którym kurczak desperacko próbuje się nie utopić, woda sięga Edel ledwo do pasa i nagle czuje dziwną analogię co do momentu ratowania właściciela domowej kury. Zwycięsko unosi Nuggetsa, który może trochę nałykał się wody i ma przemoczone pióra, ale poza tym, to wszystko z nim okej. Znaczy, chciałaby go zwycięsko unieść. Niestety, okazuje się, żę kurczak jest niesamowicie waleczny i Edel:

1) nie może go porządnie złapać,
2) została podrapana i podziobana podczas prób porządnego złapania go.

Zaczyna szamotać się z kurczakiem w wodzie, zamiast wpędzać go na płyciznę, zagłębiając się coraz bardziej. Mruży oczy, które szczypią od brudnej wody, wyciąga poranione dłonie, które wracają do niej tylko bardziej poranione, może ozdobione paroma drobnymi piórkami. Nuggets BARDZO nie chce dać się chwycić i najwyraźniej uwielbia kąpiele, bo woda zaczyna sięgać Edel do klatki piersiowej. Fale nieprzyjemnie uderzają w jej ramiona i obryzgują włosy, wszystkie ubrania przykleiły się do jej skóry, o butach nie wspominając.
– BLUUUUBBBRRRBHHHRAAAAAAL – dociera do niej z boku. Gdy udaje jej się skupić wzrok i nie mrugać przy tym tak bardzo (nie wie już, co jest jej łzami, a co wodą z Małego Tybru), dostrzega…
Chłopiec znowu się topi.
Kurczak też się topi.
Edel stoi pomiędzy nimi i uznaje, że ta sytuacja nie tylko jest prześmieszna – jest też sytuacją bez dobrego wyjścia. Jej umiejętności dobrego planowania zgubiła mniej więcej wtedy, gdy mokre włosy przykleiły się jej do karku, a nagle wszystko stało się abstrakcyjne jak ze snu, gdy ma się czterdziestostopniową gorączkę i mózg nagle postanawia wymyślać barwne sci-fi kryminały w twojej głowie.
Co najlepsze – żadne z nich nie dotarło do naprawdę głębokiej części rzeki.


Dick?
────
[959 słów: Edel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]