wtorek, 18 sierpnia 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

– Czy ty jesteś… Ty imbecylu. Kurwa. Serio – dyszy Kuźma, gdy znajdują się z powrotem przy trumnie, z dala od miejsca wybuchu, choć dziewczynie wciąż się wydaje, że podłoga troszkę się trzęsie. Co powinno być niemożliwe, bo choć barak piątej kohorty znajduje się niebezpiecznie blisko łaźni, to nie jst z nimi bezpośrednio połączony. – Centurioni nas pozabi– Okej, mieli na to już dużo czasu, prawda. Powinni byli nas zabić jakieś parę godzin temu, co najmniej. Albo skazać na szorowanie kibli. Znając ich sadyzm, raczej by nas przydzielili do czyszczenia stajni.
– Oj weź, nie panikuj tak. – Ricky wspaniałomyślnie rozwiewa wszystkie obawy Kuźmy jednym machnięciem dłoni. – Ciągle coś wybucham. Albo podpalam. Na przykład: moje brwi. Jeszcze nie do końca odrosły, widzisz? – Nachyla się niebiezpiecznie nisko, a Kuźma niebezpiecznie szybko się odsuwa, więc ich twarze są niebezpiecznie blisko tylko przez króciutki ułamek sekundy. W lekkim popłochu dziewczyna uderza Ricky'ego w klatkę piersiową i dopiero po chwili milczenia orientuje się, że chyba nie powinna była tego robić.
– Weź mnie następnym razem ostrzeż czy coś, debilu – mamrocze, bo nie ma to jak dobre, oschłe nieprzeprosiny. – Dawaj tę trumnę – rozkazuje, nie patrząc w stronę chłopaka, żeby przypadkiem nie zorientować się, że kształt jego brwi wcale nie jest spowodowany genetycznym pierdnięciem wszechświata, tylko że on naprawdę je sobie wydepilował w najmniej normalny sposób na całym świecie.
Podejmują, albo raczej Ricky samodzielnie podejmuje, pierwszą próbę przetransportowania trumny. Kuźma spokojnie stoi z boku, zrozpaczona załamuje ręce i przychodzi jej na myśl coś bardzo inteligentnego: powinni byli poprosić Wulkaniątka o przymocowanie do trumny jakiegoś uchwytu. Niestety, żadne z nich nie posiada mocy przepowiadania przyszłości ani logicznego myślenia, choć Kuźma naprawdę myślała, że to akurat potrafi robić na poziomie przynajmniej przeciętnym. Patrząc na wypięte pośladki Ricky'ego, dziewczyna kwestionuje naprawdę wiele podjętych przez siebie decyzji. Na przykład tę o zapoznaniu się z tym udającym człowieka eksperymentem społecznym. Ostatecznie postanawia zostawić ten problem dla Ricky'ego i uciec jak najdalej od miejsca zbrodni (wybuchu), żeby nie dajcie bogowie jakiś centurion ją z nim połączył.
– To ja pójdę po łopatę – komunikuje donośnie, a Ricky wystękuje w odpowiedzi coś w stylu: „jasne, ja se dam radę w trymiga”. – Spotkajmy się… nie wiem, za stajniami?
Chłopak w akompaniamencie stęków i jęków pokazuje jej kciuka w górę, wciąż próbując jakoś wygodnie złapać trumnę. Kuźma odwraca się i wychodzi, po drodze naciąga na głowę ogromny kaptur bluzy, która przedtem należała do jakiegoś napakowanego mężczyzny. Z wprawą przemyka między gromadzącymi się wokół niedalekiej łaźni obozowiczami, wywołując w nich na tyle niski poziom strachu, żeby z niepokojem odsuwali się jej z drogi i nawet nie myśleli o zaczepieniu jej. Wygodne, dopóki nie spowoduje u kogoś ataku paniki i będzie się czuła tak winna, że nie da rady normalnie spać przez nastepny miesiąc.
Zgarbiona, z ograniczonym przez kaptur polem widzenia, odnajduje drogę do jednego z wielu obozowych schowków. Zamyka się w nim, żeby skutecznie odgrodzić się od świata i w bardziej trzyczwartemroku niż półmroku próbuje znaleźć coś, co bardziej przypomina szpadel niż grabie. Metal nieprzyjemnie szczęka o kamienną podłogę, a drewniane kije stukają o siebie, gdy Kuźma przegrzebuje się przez zdecydowanie zbyt dużą ilość kilofów. Nigdy nie widziała, żeby ktokolwiek w Obozie używał kilofa. Z jakiegoś powodu wszystkie łopaty odłożono za nimi, co mogło znaczyć tylko to, że osobą segregującą narzędzia był jakiś nowicjusz i laluś in probatio, któremu wydaje się, że normalni ludzie częściej używają kilofów niż zwykłych szpadli.
Wciąż z kapturem na głowie (wczuwa się w misję), Kuźma zajmuje swoje miejsce na posterunku. To znaczy jeszcze nie zajmuje, jest kilkanaście metrów przed swoim posterunkiem i dopiero teraz wątpliwości zagnieżdżają się w jej głowie. Nawet nie wie, jaki proces myślowy zaszedł w jej mózgu pół godziny temu, żeby jako miejsce spotkania ustalić akurat kawałek wygniecionej trawy za stajniami.
Myśli, że to przecież nic. Patrząc na zachodzące słońce stwierdza, że wszystkie koniki już dawno poszły spać. Dlatego żaden konik nie spanikuje, gdy dziewczyna znajdzie się w zasięgu jego węchu.
Skradając się jak profesjonalny złodziej, Kuźma szybkim i niesamowicie stresogennym spacerkiem przechodzi wzdłuż ścian stajni. Jej buty zapadają się w błocie i z głośnym pluskaniem się z niego uwalniają, a z każdym takim człapnięciem Kuźma denerwuje się coraz bardziej. Wydaje jej się, że słyszy spanikowane rżenie za ścianą, nerwowe stukanie kopyt. Pod nosem, jak mantrę, powtarza swoją długą wiązankę przekleństw, żeby choć trochę zagłuszyć dźwięki, które pewnie tylko sobie wmawia, że słyszy.
Wreszcie dociera za stajnię i tam opiera się o drewnianą ścianę, żeby wziąć głęboki wdech i wydech, po czym przez chwilę stać bez ruchu, nasłuchując. Nie usłyszywszy niczego, co wskazywałoby na podniesienie protestu przerażonych koni w środku stajni, Kuźma rozluźnia się i opiera swój szpadel o ścianę, żeby w nonszalanckiej pozycji czekać na Ricky'ego. Stoi tak z ramionami splecionymi na piersi, wciąż w swoim kapturze. Naprawdę zaczyna się czuć jak morderca, który musi zakopać swoją najnowszą ofiarę. Pojemnik na makaron w kształcie trumny dużej na tyle, by zmieścił się tam dorosły człowiek, ani trochę nie pomaga.
Prawie zasypia pod tą ścianą, zanim Ricky wyczłapuje zza załomu.
– hufffhhfh – wzdycha. – Te kóleczka mi, hummpfff, one się nie kręciły w tym błocie. Utykały cały czas, puughghhh. Wiesz co, czuję, że od tego mi się zrobią zajefajne mięśnie. Ten biceps chyba już jest większy niż rano, co nie? – Specjalnie podwija rękawek koszulki, żeby Kuźma mogła zobaczyć jego bardzo chude ramię, które w najlepszym przypadku mogłaby porównać do trochę grubszego patyka.
– Aha. Może za dwadzieścia lat będziesz mógł nazwać to coś bicepsem.
– Ej! – Ricky napina się jeszcze bardziej, wpatrzony w swoje ramię. – Jak możesz tak kłamać?? Przecież on ma jakieś pięćdziesiąt centymetrów obwodu!
– Będzie miał osiemdziesiąt, jak wreszcie zakopiemy to ścierwo. – Kuźma kopie trumnę, która wydaje z siebie brzęczący dźwięk metalowego pojemnika, który ma w sobie prawie nic. – Gdzie kopiemy?
– Tutaj…? – pyta Ricky z nadzieją.
– Chyba cię pojebało. Dawaj, jeszcze trochę trzeba to popchać. Do lasu na przykład. – Celuje czubkiem łopaty w drzewa, które zaczynają rosnąć jakieś dwieście metrów od stajni. (Szpadel jest na tyle ciężki, że trzęsie się całe jej ramię, cały drążek, a tym bardziej czubek łopaty, który raz wskazuje na ziemię, raz na drzewa, a raz na niebo). – Nie chcemy otruć koni, dobra?
– Dobra. Dobra!! DOBRA!!! – wrzeszczy Ricky, po czym udaje, że podwija rękawy. – ZROBIĘ TO!!! JA. TO. ZROBIĘ!!!!!!!!
– Zamknij się, proszę. Zaraz będzie cisza nocna.
W ten sposób, o godzinie około dziewiętnastej, gdy wieczór rozpościera swoją strefę wpływów na całego, dwójka półbogów próbuje przedrzeć się poza granice Obozu, dźwigając ze sobą szpadel i trumnę z ołowiu, co w żadnym razie nie wygląda ani trochę podejrzanie. Ich buty są ubłocone tylko trochę bardziej niż nogawki spodni, a nogawki tylko trochę bardziej niż całe spodnie. Mokre, kolorowe liście przyklejają się do dżinsów i skóry, niewyposażone w rękawiczki dłonie stają się suche i zesztywniałe od wieczornego chłodu, policzki rumienią się trochę zbyt mocno, a oddech zamienia w parę. Już w pierwszej ćwiartce drogi chcą się poddać i zacząć kopać dół w szczerym polu, ale determinacja, której nigdy wcześniej w sobie nie czuli, każe im przeć przed siebie.
Może nimfy nie będą aż tak wściekłe, gdy ołowiana trumna z toksycznym spaghetti spocznie wśród ich korzeni.


Ricky?
────
[1171 słów: Kuźma otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Lynn zastanowiła się nad odpowiedzią, bo nigdy nie analizowała swojej sytuacji ze swojej perspektywy. Czy coś jej pomaga? Zawsze skupiała się na perspektywie Nalina, co mogło wydawać się szalone, w końcu to on był martwy, a ona żywa — skarciła się od razu za tak bałwochwalczą myśl. Pamięć o Nalinie była ważna. O tym zdania nie zmieni. Ale sposób, w jakim o nim pamięta?
— Nie myślałam o patrzeniu na to z innej strony — przyznała. — Wiesz, zawsze czułam się winna, więc chyba z poczuciem winy i dyskomfortem muszę iść przez życie? W taki sposób wydaje to się… właściwe.
Ale czy inny sposób by nie zadziałał?
— Pozytywne emocje jakoś nie dopasowują się do tej sytuacji, nie potrafię ich dopasować.
Lynn nie zadawała sobie nawet pytania o przyczyny. Wszystko, co w jej umyśle stało za takim modelem działań, jaki utrzymywała przez ostatnie lata, pokryło się kurzem i nie mogło zostać ruszone. Tak jak wiele innych rzeczy, z szacunku do zmarłego. Każde wzniecenie pyłu zaciemniało jej obraz i powodowało, że chciała powrócić do swojego bezpiecznego, ciemnego kąta. Może dziś naszedł moment na próbę chociaż kroku w stronę światła rozpraszającego wirujące drobinki?
Ale nie chciała ścierać tej warstwy brudu, nie chciała odkopywać się spod masy cierpienia, którego doświadczyła przez długi czas, nie chciała próbować dotrzeć do tego, co było pod spodem. Przecież i tak znajdowało się tam to samo, co doprowadziło do jej rozłąki z Nalinem, co doprowadziło do tego, że siedzi dziś nad jego grobem. Ale mogła spróbować zrobić krok w bok. Zostawić pamięć o Nalinie w spokoju i spróbować przez chwilę żyć w jej pobliżu, zamiast dławiąc się nią.
Kiedyś brat był jej prawie całym światem, a tą resztkę jeszcze należącą do niej przejął po swojej śmierci. A może to ona z własnej woli mu ją oddała, może go tam wcisnęła? Nalin należał już do innego świata, tu pozostał w postaci pustki, która w Lynn przerodziła się w otchłań.
Sytuacja Arisu nieco różniła się od tej Lynn, ale łączyło je jedno. Tak przynajmniej wydawało się kobiecie.
— Obie byłyśmy młode, kiedy straciłyśmy kogoś nam bliskiego. Może fizycznie twój brat nadal gdzieś tam jest, ale tak samo ja, potrafię wyczuć Nalina gdzieś daleko — zbyt daleko, żebym mogła się z nim spotkać. Może nie chcę.


Arisu?
────
[368 słów: Lynn otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 16 sierpnia 2026

Od Niketasa — „Oki to pa”

WIOSNA IV

Siedząc na podeście przed wejściem do domku Hermesa, Niketas może robić to, co staruszki lubią najbardziej – obserwować każdego, kogo akurat najdzie ochota na wychylenie się ze swojego łóżka w ten cudowny, wiosenny poranek będący, jak na poranek, zdcydowanie za ciepły. Chłopak mruży oczy za szkłami okularów, gdy w jego pole widzenia wchodzi kolejny półbóg, którego kieszenie (czego domyśla się Hermesiak) są wypełnione zużytymi chusteczkami i opakowaniami tabletek na alergię, w które działanie Niketas niekoniecznie wierzy. Zobaczywszy grupowego, załzawione i zaczerwienione oczy nastolatka jaśnieją nowym blaskiem, który może być po prostu kolejnymi łzami i Niketas wcale by się temu nie dziwił. Ludzie czasem dziwnie reagują na jego zachęcające uśmiechy i nonszalancką prezencję.
– Hej – pada pierwsze słowo, a Niketas wyobraża sobie, że jest teraz w scenie z filmu. Słońce dopiero co wstało, wszystko spowite jest pomarańczowym blaskiem, on, bardzo wyluzowany, wyluzowanie siedzi na drewnianym podeście i jedynego dopełnienia, jakiej tej scenie brakuje, są inne ubrania niż jaskrawa obozowa koszulka i papieros w ustach.
Niketas, próbując osadzić się w filmie o mafiozie w roli mafiozy, uśmiecha się krzywo i leniwie unosi wzrok.
– Czego dusza pragnie? – pyta chłopaczka, który przerwę po swoim „hej” postanowił spędzić na desperackiej próbie wydmuchania nosa.
– Masz może jeszcze te „Boskie Fulle”? – wydusza z siebie chłopaczyna z donośnym kichnięciem zamiast pytajnika.
– Poczekaj sekundeczkę – nakazuje mu Niketas i z bólem serca podnosi się z miejsca, w którym siedziało mu się niespodziewanie wygodnie.
Podłoga w domku Hermesa skrzypi od kiedy Niketas pierwszy raz postawił w nim stopę. Wcześniej pewnie też skrzypiała, ale w tamtych czasach chłopak był w innym, lepszym miejscu, gdzie nie było aż tylu idiotów. Może gdyby nigdy nie trafił do Obozu, nauczyłby się pływać, zamiast musieć wiązać końca z końcem dzięki sprzedawaniu lewych produktów?
Bez najmniejszych chęci i zapału przetrzepuje pudełka pod swoim łóżkiem tylko po to, żeby odkryć, że wcześniej „szybko kurczący się zapas” definitynie jest bardzo skurczony. Do torby wpycha pozostałe fiolki z „Boskim Fullem” (swoją drogą, fiolki – to był pomysł Violetki i bardzo to widać; kto w tych czasach produkuje energetyki w fiolkach?) i próbując nie przejmować się tym, jak jest ich mało, z powrotem wychodzi z domku.
– Ile chcesz? – pyta dzieciaka i ma ogromną nadzieję, że nie usłyszy żadnej liczby większej od pięciu.
– Dwa.
Niketas nie pozwala sobie nawet na najcichsze westchnięcie ulgi i szybko przelicza wręczone mu banknoty. Wszystko się zgadza, podają sobie dłonie, każde odchodzi w swoją stronę. Niketas, co już jest jego zwyczajem, kieruje się do pachnącego palo santo domku Hekaciątek, w którym ma nadzieję zastać Violet, najlepiej tylko Violet. Licząc na swoje szczęście, wchodzi do środka nieproszony i równie nieproszony zajmuje swoje miejsce na poczciwej kanapie, która nigdy nie spodziewała się, że będzie siedziskiem dla rozwydrzonego grupowego Hermesa.
– Hejeczka, Violcia! – woła w przestrzeń, rozsiadając się na prawie całą długość kanapy mogącej pomieścić około trzy lub cztery osoby. Odpowiada mu dobrze znane, sfrustrowane westchnięcie i Niketas od razu wie, że dobrze trafił. Jeżeli jest tu jeszcze jakiś dzieciak Hekate, to przynajmniej nie jest to Rosalie, która na ten moment wyraża wyłącznie chęć pogonienia Niketasa miotłą, bo próby miłej dyskusji (niemiłej też) odrzuciła już parę tygodni temu. – Co u ciebie, kochana? – pyta, równocześnie próbując rozszyfrować wzór na powieszonej na suficie makatce. Udaje mu się stwierdzić, że jest koloru zbliżonego do czarnego, a symbole na niej są w kolorze zbliżonym do białego.
– Możesz chociaż pu- Zresztą, nieważne – mruczy dziewczyna. Pokręciwszy głową w dezaprobacie, wraca do tego, co robiła przed wtargnięciem Hermesiaka do jej domku. Czyli do czegoś, co nie jest wiadome Niketasowi, który w tym zawsze pogrążonym w półmroku domku widzi co najwyżej czubek swojego nosa. Jedynym źródłem światła są te ich głupie lampki, których abażury pokryte są tak grubą warstwą kurzu, że ledwo przepuszczają pomarańczowe coś, co w najgłębszej ciemności możnaby nazwać światełkiem.
Niketas z bólem serca wsuwa okulary na czubek głowy i wreszcie przygląda się krzątającej się w dalszej części domku Violet.
– Czekaj – mówi z prawdziwym, czystym przerażeniem – czekajczekajczekajczekaj. Ty na jakieś wakajki jedziesz?
– Wakajki…? – Violet gwałtownie się do niego odwraca i wita go skonsternowanym spojrzeniem. – Niketas, ja się wyprowadzam.
– I nie miałaś mi zamiaru o tym, na przykład, powiedzieć? Czy ty sobie nie zdajesz sprawy z tego, ile ja będę miał przez to problemów? Nagle jesteś cicho, zero informacji, zapasy energoli mi się kończą, próbuję cię pospieszać i ty masz w ogóle czelność…
– Słuchaj, ostatnio miałam dużo na głowie, myślałam, że…
– To co ty myślałaś nie ma najmniejszego znaczenia! – Niketas podnosi się z miejsca i zamaszystym gestem wskazuje na leżące na łóżku walizki. – Co ja mam niby teraz zrobić? Mam ile, dwie godziny na znalezienie jakiejś alternatywy „Boskiego Fulla”? Czy ty sobie w ogóle zdajesz sprawę…
– Mam ważniejsze sprawy do załatwienia niż te energetyki! – prycha Violet, wciskając do walizki ostatnie rozrzucone po podłodze ubrania. – Tak, byliśmy partnerami. Ale ja z tym kończę. Wyjeżdżam do Nowego Jorku. Nawet nie pamiętałeś, że miałam osiemnaste urodziny.
– Bo mi nigdy nie powiedziałaś! – Niketas załamuje ręce, a potem jednak wraca do jakiejś próby bycia bardziej wściekłym szefem niż zrozpaczonym nastolatkiem i kompletnie zmienia pozycję. Jedną dłonią ściska nasadę nosa, a drugą opiera na biodrze. – Nawet nie mamy czasu na jakąś inwentaryzację, podliczenie zarobków, ostateczne rozwiązanie wszystkiego, nie mamy czasu NA NIC.
– Och, poprosiłam Ulferta, żeby się tym zajął.
Świat Niketasa właśnie rozpada się w jego oczach. Odsuwa dłoń od twarzy, żeby z czystym niedowierzeniem, w dogłębnym szoku, spojrzeć na Violet, żeby chociaż z jej miny wyczytać, czy właśnie zarzuciła bardzo nieśmiesznym żartem, czy ona tak na serio. Z jej twarzy wyczytuje jedno i sprawia to, że na jego twarzy pojawia się jakaś parodia uśmiechu.
Wyobraża sobie brata, albo raczej wspomina to, jakiego go ostatnio widział. Pogrążonego z nosem w jakichś zeszytach, z kalkulatorem u boku. Niketas ciągle przechodził obok niego i ani razu nie zwrócił na to odbiegające od normalności zachowanie oprócz krótkich komentarzy, podczas których wyśmiewał jego brak umiejętności matematycznych i potrzebę używania kalkulatora do najprostrzego dodawania.
Niketas nigdy nie spodziewał się, że ktoś ogra go w tak prosty sposób. Zwłaszcza ktoś, kogo myślał, że ma owiniętego wokół palca. Na tyle mocno, że mógł tym jednym palcem kontrolować wszystkie jego ruchy i mieć pewność, że nie wyślizgnie się z więzów. Powinien był mieć jakiś plan b. Na wypadek katastrofy, zdrady, śmierci wspólniczki. Powinien był o tym pomyśleć wcześniej, zanim zgodził się na idiotyczną skrzyneczkę do przechowywania pieniędzy i zanim zaufał Violet, że wywiąże się ze swojej części umowy.
– Czyli nawet Ulfert wiedział, ale ja nie? – prycha nasycony jakąś mieszanką wściekłości i rozpaczy. Dobrze wie, że w tym momencie brzmi idiotycznie, ale niewiele mu pozostało. W oczach Violet najwyraźnie był niczym innym, jak skończonym głupcem. – Ty sobie ze mnie żarty robisz.
– Może gdybyś mnie słuchał, to byś wiedział, że wyjeżdżam. – Dziewczyna wzrusza ramionami. – I nie zachowuj się tak, jakbyś od początku nie planował wziąć większości zysków dla siebie i zostawić mnie z niczym. Ulfertowi przynajmniej mogę ufać.
– Aha. Okej. Super. Świetnie. Właśnie to o mnie myślałaś od samego początku. Cudownie! – Niketas wydobywa z siebie wymuszony śmiech, po czym zsuwa swoje okulary na nos. – Nie myśl sobie, że ci odpuszczę – dodaje, już po odwróceniu się.
– To ma być groźba? Jeśli to groźba, to się dobrze zastanów, czy dasz radę mnie znaleźć w wielkim mieście.
Mówi coś jeszcze, ale Niketas przestaje jej słuchać i zatrzaskuje za sobą drzwi.


────
[1200 słów: Niketas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

— Mmmghm — rzucił w stronę Kuźmy Ricky, ale ona nie miała siły interpretować tego ani jako podziękowania, "poradzę sobie sam", ani w ogóle niczego innego więc po prostu go zignorowała. Pociągnęła merwkurwiaka za łokieć do łazienki, zamknęła drzwi i wskazała mu umywalkę. A ten gapił się w nią jak w cielę malowane.
— Wodą zmyj! — warknęła zirytowana dziewczyna. Odkręciła kran i podsunęła mu dozownik z mydłem. Ale syn Merkurego miał do powiedzenia tylko "ghmbfbgb" i odsunął się zarówno od umywalki, jak i niej.
— Bghmaarghh — mruknął, chyba pocieszająco Ricky. Dziewczyna zakręciła więc kurek i zrezygnowana odwróciła się. W chwili, kiedy w kącie oka straciła widok młodego wynalazcy, usłyszała skwierczenie. Zaskoczona natychmiast się odwróciła - a to kawałek tej mazi z jego twarzy, w kontakcie z kałużą na podłodze… chyba właśnie to wydało taki dźwięk. Ricky zaczął ścierać ją papierem toaletowym.
— Wiwisz? — wymamrotał już wyraźniej. — Ba maź mie mowe…
— Już rozumiem. Pospiesz się, mamy trumnę do przewiezienia — wywróciła oczami dziewczyna.
Owszem, Ricky radził sobie dość szybko. Kawałki jego skóry, które wcześniej były pokryte szarym paskudztwem, wydawały się lekko zarumienione. Kiedy już zebrał wszystko z twarzy, ulepił z papieru kulkę i ruszył w kierunku wyjścia.
— Masz zamiar zabrać to ze sobą?
— Racja!
Otworzył drzwi najbliższej kabiny, i zanim Kuźma zdołała go powstrzymać, wrzucił kulę bezpośrednio do sedesu, po czym zamknął drzwi i w paru susach, z córką Pavora ciągniętą za łokieć i breloczkiem z Kaczorem Donaldem stukającym o kafelki pokrywające ścianie łazienki, wybiegł z łazienki. Jakkolwiek daleko by nie odbiegł, nawet gdyby zapadł się pod ziemię, wszyscy w budynku słysząc wybuch, na pewno połączyli go z jedną, konkretną twarzą. Głupio wyszczerzoną, z włosami sklejonymi potem i jakimś podejrzanym śluzem, z plastrem w dinozaury na podbródku oraz powoli zmywającym się kutasem, narysowanym nie tak dawno permanentnym markerem na szyi w odwecie za zgrillowanie czyjejś złotej rybki dziwnymi, gorącymi oparami.
— To co, teraz trumna? — uśmiechnął się Ricky jeszcze szerzej.


Kuźma?
────
[311 słów: Ricky otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Lotus CD Lucasa — „Lotus VS dziecko”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Lotus była przerażona, kiedy tylko z ust małej Ruby padło słowo klucz.
— Co mówisz? Bulwa? Ja tu nie widzę żadnej bulwy! Widzisz jakąś bulwę, Lucas? — zaczęła trajkotać, uśmiechając się szeroko.
Lucas przez chwilę patrzył to na córkę, to na Lotus, jakby bardzo chciał wierzyć w to, że bulwa to faktycznie słowo, które padło z ust dziewczynki. Lotus o krok odsunęła się od wózka, bo za żadne skarby nie chciała, żeby Ruby to powtórzyła, a z jakiegoś powodu powiedziała kurwa, kiedy twarz dziewczyny pojawiła się w zasięgu jej wzroku.
Dziecięcy chichot dziewczynki zdecydowanie pokazywał, że ta bawiła się świetnie.
— …No dobrze — powiedział w końcu Lucas, choć wciąż wyglądał na nieco podejrzliwego. — Lepiej chodźmy. Im szybciej, tym lepiej — dodał, łapiąc za rączki od wózka.
Kryjąc oczy przed promieniami słońca, Lotus rozsądnie trzymała się krok przed wózkiem, czyli poza polem widzenia Ruby. Nie znała Nowego Rzymu, ale Lucas zawsze wcześniej mówił jej, gdzie powinni zakręcić, więc nie sprawiało jej to żadnego problemu.
— Do czego w ogóle jest ci potrzebna ta śrubka? — zapytał w końcu Lucas, zerkając w bok na Lotus.
— No, bo ja to generalnie mam straszny problem ze wstawaniem. A w obozie trzeba wcześnie wstawać, więc buduję budzik. Miałam już jedno podejście, ale prawie mnie za nie wywalili z baraku, bo nie umiałam go wyłączyć… Więc ten musi być lepszy! Powiedziała z szerokim uśmiechem. — Ta śrubka jest mi potrzebna właśnie do wyłącznika. Tamta się ostatecznie okazała trochę zardzewiała, dlatego nie zadziałała. Więc ta musi być idealna.
Porażka z poprzednim robotem budzącym nieco ugodziła w jej dumę, ale to przecież nie znaczyło od razu, że ma się poddać. W końcu do trzech razy sztuka, a to była dopiero jej druga próba. Poza tym, ktoś jej kiedyś powiedział, że za trzecim się zeruje, więc tak właściwie to miała nieskończoną ilość szans. Coś wspaniałego.
— W takim razie musimy ją znaleźć. Teraz w lewo. Uważaj, bo tu ludzie chodzą jak potłuczeni — pouczył ją Lucas, kiedy jakiś zawzięty biegacz minął ich w zdecydowanie zbyt małej odległości.
— Myślałam, że u nas jest chaos. Ale jednak w obozie to wszyscy chodzą jak w zegarku — rzuciła Lotus, odprowadzając pana biegacza wzrokiem.
— Słyszałem, że u was bardziej dbają o dyscyplinę.
Lotus zmarszczyła brwi i odwróciła się, żeby na niego spojrzeć. Po krótkich oględzinach na żadnej z jego rąk nie zauważyła tatuażu.
— Nie jesteś z Jupitera — stwierdziła, odpuszczając sobie pytanie.
Lucas pokręcił głową.
— Nie, z Obozu Herosów. Tutaj jestem, żeby studiować — wyjaśnił. — O, tutaj musimy zakręcić.


Lucas?
────
[404 słowa: Lotus otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

sobota, 15 sierpnia 2026

Od Lucasa CD Lotus — „Lotus VS dziecko”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Mała wygięta śrubka, mała wygięta śrubka…
Lucas przeszukiwał cały sklep, w poszukiwaniu jednej, małej śrubki, której nigdzie nie było. Oczywiście, mógł się spytać pana przy ladzie, którego jednak nie było. Cóż, papieros sam się nie zapali. Nie chciał mu przeszkadzać, niech chłop odpocznie.
Udał się w kierunku wyjścia, gdzie równo przy drzwiach zauważył dziewczynkę z Ruby. Trzymała się za włosy, patrząc prosto w wózek. Lucas przyspieszył kroku, z obawą, że coś się mogło stać jego córce.
— Ruby, wszystko do—
Ruby jednak leżała opatulona w kocyk, uroczo sie śmiejąc. Lucas przeniósł wzrok na dziewczynę.
— Nie, nie, bo… przed chwilą zakaszlała i myślałam, że… może będzie chora.. i byłoby mi tak bardzo głupio gdyby…
— Nie musisz się martwić — Lucas odpowiedział, poprawiając śpioszki córki. — Nic by się nie stało.
— A co z śrubką?
— Śrubką?… Nie ma jej tu. Może być w jakimś innym sklepie… chyba, że znajdziemy tą, którą zgubiłaś…
— A gdzie jest najbliższy jeszcze inny sklep z…
— Na drugim końcu Nowego Rzymu. Tam jest sklep budowniczy, prowadzi go ziomek mojego przyjaciela, syn Wulkana.
Zresztą, tak jak nowa opiekunka Ruby, patrząc na jej tatuaż na ręce.
— A ile jest drogi stąd do tego sklepu?
— Pół dnia na piechotę.
— To…kawał drogi…— wyszeptała dziewczynka.
Lucas usiadł na ławce, sprawdzając samopoczucie Ruby. Nie wyglądała na wystraszoną, wręcz przeciwnie. Córka Wulkana usiadła obok Lucasa.
— Nie musisz mi pomagać szukać tej śrubki, naprawdę. Sama dam radę.
— A byłaś kiedykolwiek w Nowym Rzymie?
— Um… może z raz? Dwa?
— To nigdzie sama nie idziesz.
— Hej, mam już 15 lat!
— Ja w twoim wieku spałem z włączoną lampką, bo sie bałem, że potwór przyjdzie. Nowy Rzym jest duży, łatwo tu się zgubić. Jeszcze ktoś na ciebie napadnie, albo porwie. Pójdziesz na nieprzyjemną dzielnice i co zrobisz?
To nie tak, że Lucas był wielkim chłopem. Był owszem, bardzo wysoki, ale chudziutki jak patyk. Trudno po nim stwierdzić, że spędził tyle lat w Obozie Herosów.
— Po prostu nie chcę mieć ciebie na sumieniu.
Dziewczynka się delikatnie uśmiechnęła.
— Dziękuje bardzo… jak ci na imię?
— Lucas.
— O! Też na L! Ja jestem Lotus! Jak ten kwiat!
Rozmowa z Lotus sprawiła, że Lucas przez chwilę zapomniał, że czeka ich droga przez cały Nowy Rzym. Natomiast Lotus zapomniała o tym, co przez przypadek nauczyła Ruby.
— Twoja córka ma bardzo ładne imię — Lotus kontynuowała. — Urocze.
I akurat wtedy, kiedy się nachyliła do córki Lucasa, Ruby musiała sobie przypomnieć o nowym słowie, którego się nauczyła.
— Kulwa!


Lotus?
────
[389 słów: Lucas otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Inez poczuła, że przez ten cały czas pokładała w Dahlii swoje wszystkie nadzieje. Heroska w jej oczach była tak odważna, że Velez nie mogła się nawet do niej porównać. Odważnie władała ostrzem i mierzyła się z potworami jak równy równy, czego młodsza nie mogła raczej powiedzieć o sobie. Uwielbiała swoją broń i uważałą, że jest całkiem niezła w jej użytkowaniu, jednak zawsze na ćwiczeniach czuła, że brakuje jej tej odwagi, gdy trzymała go w rękach. Zresztą wszyscy jej to mówili, dlatego zwykle, jeśli nie musiała, nie była nigdzie wysyłana, bowiem zdecydowanie nie była najlepszą legionistką jaką Obóz Jupiter posiadał.
Mimo tego odwaga Dahlii jej pomaga. Nie zdawała sobie sprawę, że obecność Chestnut tak buduje jej własną pewność siebie. A to jeszcze chwilę temu zrobiła… Inez chciała wierzyć, że też tak potrafi. W końcu już tyle czasu była legionistką! Zdecydowanie mniej bała się potworów niż wcześniej. I może te ventus nie były słabe, to wciąż nie były tak silne by pokonać dwie półboginie. Co to, to nie! Inez czuła, że jest lepsza niż oni. Tak, zdecydowanie była! A widząc, że dziewczyna pokłada w niej wiarę (a przynajmniej tak myślała) wiedziała, że da z siebie wszystko.
I z tą myślą siedziała skupiona z naciągniętą cięciwą wpatrując się w lecącego na nich potwora. Musiała wyczuć odpowiedni moment. Jej ciało znajdowało się w jednej pozycji przez cały czas tak, że ktoś z boku musiałby się zastanawiać czy Inez jest żyjącą istotą, czy bardzo realistycznym posągiem. Gdyby Dahlia chciała teraz się do niej odezwać, czy o cokolwiek zapytać, prawdopodobnie nie uzyskałaby żadnej odpowiedzi. Jednak starsza dziewczyna chyba to wiedziała, bo nic nie mówiła. Prawdopodobnie sama była mocno skupiona, by od razu zareagować, gdy tylko usłyszy sygnał córki Arcus, ale tak naprawdę Velez nie miała pojęcia czy tak jest, bo nie zawracała teraz swojego umysłu takimi sprawami. Była w pełni skupiona na tym co ma zrobić, a jej umysł w tym jednym momencie był zupełnie czysty. Tak jak była uczona; tak, jak powinno być zawsze gdy w rękach trzymała broń.
– Impugna. – W końcu padły słowo, na które obie czekały. Głos Inez był pewny i głośny, bo naprawdę czuła, że wie co robi. Nie czekając na to, czy Dahlia nadąży wystrzeliła z gastrafetesa.
Dopiero potem skupiła swoją uwagę na dziewczynie, która zaatakowała rozwścieczonego ventus. I nagle jakby mocno wyładowanie elektryczne (a może atmosferyczne? Inez nie była pewna bo żaden prąd jej nie poraził, ale tu wszystko wydawało się dziwne) ich otoczyła, a lampy wokół nich popękały. Inez złapała mocniej za swoją broń i zamknęła oczy. Nie poczuła jednak żadnego bólu, a po chwili wokół niech powietrze się uspokoiło. Pomału zaczęła otwierać oczy i szukać swojej towarzyszki wzrokiem. Dahlia leżała kawałek od niej na ziemi, jednak nim Velez do niej podbiegła rozejrzała się wkoło czy gdzieś się nie czai przeciwnik. Jednak gdy go nie spostrzegła stwierdziła, że to wyładowanie było spowodowane śmiercią potwora. Schowała broń, wstała na równe nogi i podbiegła do kobiety.
– Dahlia! Dahlia! Udało się! – krzyczała szczęśliwa, jednak dziewczyna nic jej nie odpowiedziała. Uklęknęła przy niej prędko, a jej mina zrobiła się mniej zadowolona. – Ej, wszystko okej? Odezwij się, co? – Znów brak odpowiedzi. – Dahlia, halo? Cholera.
Inez była przerażona. Szybko, jednak wciąż delikatnie starała się przewrócić heroskę na plecy. Spojrzała na jej twarz. Była brudna, jednak nie widziała aby z głowa lała się jakaś krew. Przynajmniej nie miała raz na zewnątrz!
– Hej no. nie żartuj sobie weź… – Czyżby jednak za późno dała sygnał? Tylko ona była bezpieczna? Skupiła się za bardzo na sobie? – Dahlia, no weź.
Przyłożyła szybko ucho do jej nosa i spojrzała na jej klatkę piersiową by upewnić się, że koleżanka wciąż oddycha. Jednak nim zdążyła się przyjrzeć usłyszała wyraźny głos:
– Na bogów, uspokój się, nie gadaj tyle. Człowiek już sobie nawet poleżeć w ciszy nie może. – Inez odsunęła się natychmiast, a gdy spostrzegła ciemne oczy wpatrujące się w nią od razu zaczęła się szczerzyć. Dahlia przewróciła oczami i zaczęła się pomału podnosić.
– Czemu nic nie mówiłaś!? Wystraszyłaś mnie! – Zmarszczyła brwi niby w niezadowoleni, ale w rzeczywistości czuła właśnie dużą ulgę.
– Miałam nadzieję, że jak nie będę dawać znaków życia to sobie odpuścić i pójdziesz.
I o dziwo Inez nie poczuła się urażona, a szczerze zaśmiała się na słowa dziewczyny. Uśmiech zagościł na jej twarzy ponownie i mogła nawet przysiąc, że kąciki ust Chestnut również uniosły się ku górze.


Dahlia?
────
[715 słów: Inez otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]