czwartek, 12 lutego 2026

Od Anastazego — „Siedzimy tu przez nieporozumienie” cz. 2

Poprzednie opowiadanie

– Siema! – Na progu ukazuje się siwiejący (albo fikuśnie pofarbowany) mężczyzna, a Anastazy zamiast skupić się na jego twarzy, koncentruje się na zwisających z jego uszu kolczykach w kształcie różowych osłów i dumnej odznace na jego kolorowej koszuli, która ogłasza całemu światu, że właśnie tutaj stoi „największy gej w twojej okolicy”. – Dobry wieczór, kuzynku – szarmanckim tonem prawdopodobnie gospodarz (lub losowy gość, to w sumie… nie jest dla Anastazego szczególnie klarowne) wita się z Gabrielem, chyląc głowę i unosząc kieliszek z winem w sarmackiej manierze. – I… – przechyla głowę, mrużąc jedno oko – i aaaa… MAtera! – wykrzykuje tryumfalnie z szerokim uśmiechem, pewny niezawodności swojej pamięci, a na twarzy Nastka zjawia się wyraz czystego, nieskalanego żadną inną emocją zaskoczenia (a potem podziwu do niezawodności pamięci największego geja w jego okolicy).
– Tak. To znaczy, cześć. Dzień do-dobry wieczór – plącze się w słowach i lekko zadziera głowę do góry, próbując spojrzeć facetowi w oczy. Powoli łączy w głowie kropki i domyśla się, że to ten cały Laurencjusz, certyfikowany Włoch, bo widok jego nijakich oczu i nijakich włosów odkrywa zamglone wspomnienia Nastka z Obozu. – Potocki – dodaje, choć tonem niezupełnie pewnym, co Gabriel komentuje z trudem zamaskowanym śmiechem.
Mężczyzna zaprasza ich do środka ruchem kieliszka i swoim czarującym uśmiechem zawodowego playboya. Anastazy ledwo zrzuca swoje glanopodobne buty ze stóp i już ma w dłoni szklankę z niewiadomą zawartością, stoi pośród nieznajomych ludzi, a obok Laurencjusz w najlepsze tańczy macarenę do „Hot to go”. Akceptuje wszystkie te fakty całkiem szybko (dziwnie szybko i wykazuje się przy tym niesamowicie ogromną tolerancją), równie prędko wychyla pierwszą szklankę alkoholu, odkłada ją gdziebądź i zostaje porwany przez podrygującego do rytmu muzyki Laurencjusza, którego dłonie w kolejnych krokach macareny zamiast w powietrzu, znajdują się na ciele Anastazego i na całe szczęście nie schodzą poniżej talii. Nastek nie ma najmniejszego pojęcia, gdzie jest Gabriel i czuje się z tą świadomością (albo bardziej nieświadomością?) tak niekomfortowo, jak wychowana na farmie koza postawiona w samym centrum Tokyo.
– To ty i Gabryś, ten? – pyta Potocki, ciepłymi dłońmi kierując Anastazego w chaotycznym tańcu. Stres zaczyna wylewać mu się uszami, gdy ledwo udaje mu się uniknąć zgniecenia Laurencjuszowi palców własną piętą. Wcale prawie się nie przewróciwszy i wcale nie podrzymywany w pionie przez starego-nowego znajomego, wreszcie przypomina sobie, że zadano mu pytanie.
– Ja i Gabriel? Eee, no, mieszkamy razem? – odpowiada niepewnie, niekoniecznie wiedząc, czy to o to chodziło Laurencjuszowi, gdy zadawał to zawoalowane pytanie (mózg Nastka nie jest dostosowany do czegokolwiek, co można opisać jako „nie wprost”).
– Ooo – komentuje Potocki i zmusza Anastazego do wykonania niezgrabnego piruetu. Hefajstosiak przez chwilę analizuje ton głosu mężczyzny, próbując uzgodnić w swojej głowie, czy brzmiało to bardziej jak „to kuzynek jednak prześcignął mnie w byciu największym gejem”, czy jak „super, mam to głęboko w dupie”. – Fajnie, fajnie – mówi, prawie potwierdzając tezę nr. 2. – Już się bałem, że kuzynek został całkiem sam, wiesz jak jest. To już taki wiek, że nas coraz mniej. – Nieprzyjemny dreszcz przebiega po plecach Anastazego, bo słyszy te słowa z ust młodego mężczyzny ledwo po dwudziestce, człowieka, jak to się mówi, w tym najlepszym wieku.
– Bez przesady – rzecze trochę zbyt cicho i musi powtórzyć, bo Laurencjusz nie jest obdarzony umiejętnością czytania z ruchu warg (choć tego akurat można było się spodziewać po jego personie).
– Nie wiem, czy wiesz – mówi tajemniczo – ale tutaj u nas sprawy prezentują się, delikatnie mówiąc, nieciekawie. Nawet nie ma już kogo zapraszać na imprezy – tłumaczy, choć Anastazy nie wychwytuje w jego głosie żadnego smutku, goryczy, żalu, czegokolwiek poza chrypką i żartobliwą intonacją słów, które dopasowuje do kategorii: „czarny humor, z którego akurat nie powinienem się śmieć”. Może gdyby potrafił dostrzec emocje w oczach innych ludzi, to mógłby powiedzieć coś więcej. – Śliczne okulary, tak swoją drogą – wypala Laurencjusz bez najdrobniejszej nawet zapowiedzi.
– YY. Dzięki? – wydusza z siebie Nastek, nie dowierzając, że te krzywe oprawki i upalcowane szkła można nazwać ślicznymi, ale z komplementami nie będzie dyskutować. Potocki śmieje się miękko i uzupełnia kompletny brak umiejętności tanecznych syna Hefajstosa swoimi kocimi ruchami szlifowanymi podczas profesjonalnego trenowania belgijki.
Gdy muzyka zwalnia do zbyt wolnej, by można przy niej swobodnie tańczyć macarenę, wywijać dzikie piruety i stąpać po cienkiej granicy flirtu podczas amatorskiego tango, Laurencjusz kieruje zadyszanym Anastazym do prowizorycznego barku. Zanim mężczyzna wykrztusza płuca po tych chaotycznych pląsach trwających góra dwie piosenki, w jego dłoni znowu znajduje się szklanka napełniona winem, którego kolor jest wręcz czarny w niebieskim świetle ogarniającym całe mieszkanie.
– Winifikacja to naprawdę ciekawe zajęcie, tak ci powiem – Anastazy cudem powstrzymuje się, żeby nie zapytać, czym, do cholery, jest winifikacja. – Kluczowe jest siarkowanie i fermentacja, to jasne, ale moim skromnym zdaniem sztukę i wyrafinowaną technikę widać już przy maceracji, chociażby w ustaleniu czasu jej trwania. – Jakby to miało pomóc mu zrozumieć, o czym mówi Laurencjusz, Anastazy nie powstrzymuje się przed dość obfitą degustacją trunku (co spotyka się ze sporą akceptacją Laurka, bo sam pędził to wino i zachowanie Nastka odczytuje jako ogromne uwielbienie do smaku tego napoju bogów).
Słuchając o poziomach słodkości wina, stylu wina, podziale wina, winobraniu, konsumpcji wina i winiarstwa na świecie, ukradkiem rozgląda się w poszukiwaniu Gabriela (swojego ratunku) albo kogoś, kto będzie chciał odciągnąć od niego tego natrętnego włoskiego Polaka, który, jako gospodarz, powinien być zdecydowanie bardziej rozchwytywany. Jednak Anastazy ma dość mocno zamglony wzrok, nie przez swój obecny stan lekkiego upojenia alkoholowego, a przez stan mocnego ubabrania jego okularów, które czystością nigdy nie grzeszą, ale teraz przydałaby im się porządna kąpiel.
Pomiędzy rozglądaniem się dookoła a próbowaniem coraz to innych win wręczanych mu przez Laurencjusza (oczekuje dogłębnych i koherentnych recenzji po każdym łyku, ale Anastazy już dawno pogubił się w tym, co to znaczy „koherentne”), pogłębia swoją relację z nad wyraz przylepnym gospodarzem, który nie potrafi przestać komplementować jego okularów i ciągle sugerować, że wyglądałby olśniewająco, gdyby związał część włosów w niedużego kucyka lub koka. Anastazy mu potakuje, niekoniecznie ochoczo, ale z pewną dozą zainteresowania, powoli przekonując się do pomysłu zaplecenia sobie fikuśnego warkocza, bo Laurencjusz przysięga na ściskany w dłoni kieliszek pełen wina, że byłby w stanie go uczesać. Chodzą razem po mieszkaniu, Anastazy wciąż trochę zbyt onieśmielony, żeby przyczepić się do kogokolwiek, kogo nie kojarzy z Obozu, a problem w tym, że może kojarzyć tych ludzi, ale przez lata pozmieniali się tak bardzo, że ich nie rozpoznaje. Gdy z nieznanego sobie powodu tańczy coś na wzór beligijki ale na wiejskim weselu, gdzieś miga mu wolno sączący drinka Gabriel, ale zaraz znowu znika w tłumie. Potem ma już tylko niewyraźne wspomnienie swojego współlokatora leżącego za kanapą i huk swojego serca, bijącego zbyt szybko i zbyt głośno.


────
[1073 słów: Anastazy otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Wróciwszy do jedenastki, Niketas wzdycha jak cierpiący, stary człowiek i pada na podłogę przy swoim łóżku, opierając plecy o drewnianą, wyszczerbioną i ogólnie pokaraną przez los ramę. Jednym, dość gwałtownym szarpnięciem ściąga okulary, po czym kolejnym i mniej nagłym ruchem przeciera zmęczone oczy (które wcale nie są takie zmęczone). Wzdycha po raz drugi i nareszcie doczekuje się upragnionej atencji. Słyszy, że Ulfert pyta go, czy po drodze spotkał Weronikę lub Caroline (z jakiegoś powodu to zawsze są ciemnowłose i niższe od niego kobiety) i na te słowa Niketas w pierwszej chwili spina całe ciało, ale nie, na całe szczęście, ostatnio ich drogi krzyżują się coraz rzadziej albo wcale, bo Caroline zdążyła uciec przed jego zemstą do Nowego Jorku (wydaje jej się, że uciekła, bo Niketas równie dobrze może jakimś sposobem znaleźć się w mieście i ją, jakimś sposobem, znaleźć). I bardzo dobrze. Teatralnie przesadzonym gestem macha ręką w odpowiedzi i z powrotem wsuwa na nos okulary, płynnie i bezbłędnie trafiając oprawkami za uszy.
– Mamy nową umowę z córą Hekate, tą taką pół ślepą laleczką, wiesz – odpowiada i pochyla się, żeby wygrzebać pomięty kawałek papieru z kieszeni spodni. Ulfert mruży oczy, próbując odczytać choćby tytuł, ale poddaje się nawet szybciej niż Erin. – Ej, nawet nie zauważyłem, że na drugiej stronie ja tu coś liczyłem, fajnie. – Wyrywa kartkę Ulfertowi i śledzi swoje zapiski, trzymając papier zdecydowanie za blisko twarzy, żeby to wyglądało normalnie. – A, twoją wypłatę. Dobra, to nieważne.
– Jak to: nieważne? – Tym razem kartka zostaje wyrwana Niketasowi. – Co to w ogóle jest?
– Obliczenia, mówiłem przecież – chichocze, co wypada w perfekcyjny sposób zarówno wrednie, jak i na łamach „oj, ty mały, głupiutki misiu”.
– Ale to nie jest zwykłe obliczenie procentów i takie tam…?
– Myślisz, że ja, JA, obliczałbym twoje wynagrodzenie jakimiś głupimi procentami? Za kogo ty mnie niby masz, braciak? – prycha chłopiec i marszczy brwi tak, że aż popycha nimi okulary.
Ulfert najchętniej złapałby się za głowę i bardzo dokładnie przestudiował gąszcz niewyraźnych liczb, ale Niketas jest znacznie szybszy i Bardzo Ważna Umowa Oraz Miesięczny Dochód Ulferta ląduje w jego kieszeni, jeszcze bardziej zmięta niż wcześniej. Zarzuca na plecy swoją ukochaną kurtkę, choć dzisiejsza temperatura nie jest nawet bliska chłodnej i zanim znowu wychodzi (Ulf powstrzymuje się, żeby rzucić do niego frazesem zmartwionej bezrobotnej żony, coś w stylu: „Odpocznij, sen ci dobrze zrobi”), unosi palec wskazujący i wykonuje całkiem niezły piruet na czyimś zagubionym szaliku. Paznokciem celuje w brata, a on już się boi, co tym razem wymyślił jego wspaniały (i młodszy o rok) grupowy.
– Weź mi skocz po energola – rzuca tylko i zatrzaskuje za sobą drzwi, a Ulf może tylko pomarzyć o oddaniu mu pieniędzy za tę przysługę.
Niketas znowu nie puka do drzwi domku dwudziestego w przerwie od obmyślania ekstremalnie ryzykownego planu zemsty, wypatrywania w tłumie intensywnie kosmicznie fioletowych włosów i zaczepiania nowych obozowiczów konspiracyjnie szeptanymi propozycjami handlowymi (i zatrudnienia w budowanej przez niego korporacji). Akurat przetrzepuje palcami włosy, gdy Erin znowu szczeka coś o wchodzeniu nieproszonym do prywatnej przestrzeni dzieci Hekate, w której żadne z nich go nie chce. Pada na kanapę jak bezwładna kukła i prezentuje sobą obraz prawdziwego szefa mafii, jeżeli szefem mafii mógłby być chuderlawy nastolatek w wymiętej ostro pomarańczowej koszulce.
– No, siemka, siemka i te sprawy – komentuje wypowiedź Erin, dając jej tym samym do zrozumienia, że ma gdzieś podstawową etykietę oraz zasady społeczne zmuszające ludzi do pukania w drzwi. – Tak ci przypomnę – mówi niewyraźnie, przetrzepując kieszenie kurtki – że ci się deadline zbliża, księżniczko.
– Co proszę?
– No, na umowie było – stwierdza tak, jakby myślał, że Erin rzeczywiście odczytała jego pięknie wykaligrafowane zasady zatrudnienia (jego pismo jest co najmniej dalekie od ładnego, na spektrum brzydkich pism jest nawet niedaleko czytelnego, ale na tyle czytelnego, że trzeba na moment pochylić się nad naprędce napisaną notką, żeby zdać sobie sprawę, że h wygląda jak k). – No i. Chciałem zapytać, jak ci idzie, czy receptura jest już w stadium testów, co u psa, takie tam, zwykła taka, powiedzmy, wizytacja dyrektora spółki i w ogóle – informuje ją, wygrzebawszy skądś wymiętą książeczkę, na pierwszy rzut oka wyglądającą jak „200 krzyżówek panoramicznych”, ale okazującą się „extra szyfrokrzyżówkami”, bo sudoku ostatnio mu się znudziło.
– To nie takie proste, tak o sobie wy, tamyślić energetyk, ale! Jestem blisko wrzeszczenia „eureka” i biegania po Obozie jak obłąkany Nikola Tesla – rzuca Erin i przemyka prawie na drugą stronę domku z towarzyszącym jej na każdym kroku brzękiem szklanych koralików owiniętych wokół jej szyi naszyjników. Niketas nawet nie raczy jej obserwować, tylko mruczy pod nosem „ega, esa, eta… eta??”, mrużąc oczy za ciemnymi szkłami, bo z nieznanego mu powodu w dwudziestce nigdy nie zapala się głównych lamp na suficie, tylko wszystko oświetla się małymi pipidówami z frędzlowatymi, wzorzystymi kloszami, które zamiast świecić, rozpraszają w kątach pomarańczową poświatę (dają wystarczająco dużo światła, tylko on sam decyduje się oślepiać okularami). Ewentualnie są jeszcze świece, jeśli Hekaciątka buntują się przeciwko używaniu prądu, a atmosfery dopełnia smród kadzidełkowego dymu i ciężkie zasłony blokujące jakiekolwiek światło dzienne lub nocne, zazwyczaj szczelnie zaciągnięte. – Przepatrzyłam jakieś ziółka, wiesz, takie typowe sprawy, potem walnęłam wywar i parę barwników, żeby wyglądało jak jakieś kosmiczne ścieki…
– …Kosmiczne, powiadasz – powtarza nieprzekonany Niketas. – To my teraz idziemy bardziej w jakieś, nie wiem, sci-fi estetyki, ta? „Boski Full” dawał taką magiczne dziewczynki energię, chociaż – urywa na moment – rebranding nie byłby aż taki zły, jakaś taka galaktyczna nazwa, zmusi-poprosiłbym kogoś o jakieś rysuneczki rakiet i innych takich pierdół na etykiety… – wciąż dość niepewnym tonem zaczyna myśleć na głos, a słowa klucze szybko spisuje na marginesie szyfrokrzyżówki, którą, tak swoją drogą, już prawie rozwiązał.
– Ale to coś ci się w tym nie podoba? – Erin, oprócz wbijania w chłopaka ostrego, ciekawskiego spojrzenia, odzywa się dość pretensjonalnym tonem. – Jak chciałeś stary przepis, to trzeba było mi dać stary przepis, a nie teraz kręcisz nosem – elaboruje, choć Niketas pokręcił głową już w połowie jej wypowiedzi.
– Stary przepis to top secret, paniusiu – odpowiada jej z krzywym uśmiechem, a jego palce znów podróżują do jego włosów, utrzymujących jego fikuśną fryzurę wyłącznie siłą woli chłopaka. – Na twojej umowie też było. Poufność jest fundamentem każdej udanej współpracy.
– To robimy jakiegoś „Ufo Śmierdziela” i do przodu – decyduje Erin tonem nieznoszącym sprzeciwu.
– …„Ufo Śmierdziel”…? Ty tak serio?
– Odezwał się „Boski Full”.
– Laleczko, ale „Boski Full” akurat ma klasę.
– I co jeszcze? Szacun na dzielni?
– A żebyś wiedziała! – Z tymi słowami zatrzasnąłby swoje krzyżówki, ale, ku jego nieszczęściu, ich okładka jest niewiele bardziej twarda niż strony. Zamiast satysfakcjonującego huknięcia, słychać marne „fusz” zmiętych kartek.
Niketas stwierdza, że nawet żałosne „fusz” ma potencjał na bycie bardzo dramatycznym „fusz” w odpowiednim nastroju, którego akurat teraz nie zbudował i minimalnie tego żałuje.


Erin?
────
[1085 słów: Niketas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Umysł Kużmy bardzo desperacko próbuje nie popaść w stan totalnego obłędu, przy czym szybko orientuje się, że coraz trudniej jest jej zachować jakąkolwiek jasność umysłu. Choćby taką, która graniczyła z przyzwoitą zdolnością myślenia i łączenia faktów (grzybkowe opary chyba dały jej w kość i powoli zbliża się do granicy między normalnością a epizodem maniakalnym). Każda kolejna powoli mijająca sekunda coraz lepiej uświadamia jej, że powinna była krzyknąć bardzo głośne i kategoryczne „NIE!!!”, gdy jeszcze miała na to okazję. Chciałaby (a aktualnie nie jest w stanie, bo w jej zachowaniu nie zmieniło się wiele) jakoś udowodnić Ricky'emu, że nie jest już tą samą osobą, która dwa lata temu uwierzyła mu w magiczną moc mieszanki cebuli i bryzy morskiej, która, jak Kuźma myśli o tym z perspektywy czasu, mogła wcale nie być żadną bryzą morską.
– W sensie pod łóżkiem w baraku? U nas? U ciebie w baraku?? – pyta z miną tak skrzywioną zaskoczeniem i bardzo dziwną imitacją podekscytowania, że Ricky od razu czuje mrowienie niepokoju na karku. Szybko je zdrapuje i półświadomie ucieka wzrokiem od Kuźmy, której spojrzenie z każdą chwilą tylko przybiera na intensywności.
– No, a gdzie indziej? – Kuźmie prawdopodobnie się tylko wydaje, ale na twarzy Ricky'ego widnieje dziwnie cwany uśmieszek, którym nigdy wcześniej jej nie obdarzył i do teraz była pewna, że on nie jest w stanie przybrać takiego wyrazu twarzy. Mruga i Ricky znowu jest dla niej świetnie znanym szalonym chemikiem z trochę obłąkanym spojrzeniem i dobrymi intencjami, które dla nikogo nigdy nie okazują się dobre.
– Nie, a-czeka-! – bełkocze dziewczyna, gdy Ricky bez skrupułów chwyta ją za dłoń, ściska odrobinę zbyt mocno i gwałtownie ciągnie ją w stronę niczego innego, jak jego baraku (przy okazji lawiruje talerzem z grzybową potrawką jak w najbardziej przeklętym i nienawidzonym przez graczy symulatorze kelnera). Rozmowy legionistów, obok których przebiegają, natychmiast cichną, gdy biedni półbogowie dźwigający na swoich ramionach brzemię przynależności do piątej kohorty, podążają za nimi wzrokiem i już wyobrażają sobie zniszczenia, jakie ta dwójka jest w stanie wykonać. – Ricky, ja coś mówię!
– Hm? A co? – Chłopak zatrzymuje się ułamek sekundy po tym, jak to powiedziała i Kuźma, trochę tym zaskoczona, nie jest w stanie powstrzymać dość gwałtownego i brutalnego zderzenia z jego plecami (oraz dowiedzenia się, że są one bardzo twarde i tę kolizję można porównać do nagłego spotkania ze ścianą bądź losowym słupem na środku chodnika).
– Okej, więc – odchrząkuje Kuźma, prędko odsunąwszy się od niego i sprawdziwszy, czy jakiś wybity ząb nie dynda jej nad językiem, przytwierdzony do drutu jej aparatu zaledwie jedną gumką. (Na szybko sprawdza też, czy nie ucierpiał talerz z fioletową radioaktywną mazią, ściskany przez Ricky'ego i wcale nie odczuwa ogromnej ulgi, gdy palce chemika najwidoczniej nawet nie musnęły promieniotwórczego budyniu). – Ta trumna z ołowiu. Pod twoim łóżkiem.
Ricky chyba nie potrafi odnaleźć źródła jej zaskoczenia i tylko wpatruje się w nią wzrokiem nieskalanym choćby najlżejszą i najmniej destrukcyjną myślą. Chłopiec po prostu kiwa głową, gdy Kuźma dalej nic nie mówi, tylko wciąż się na niego gapi, w oczekiwaniu na odpowiedź na niezadane pytanie, dla niej zbyt oczywiste, żeby je w ogóle wypowiadać. Nagle olśniony Ricky uśmiecha się, gotowy opowiedzieć jej o wspaniałych właściwościach ołowiu, dzięki których te grzybki i ich dziwne moce przeżerania się przez każdy materiał zostaną zneutralizowane.
– Chodzi o specyficzną reakcję chemiczną, którą…
– Nie. – Kuźma szybko mu przerywa tonem nie pasującym do piętnastolatki, a prędzej do zgorzkniałej nauczycielki matematyki, takiej, która powinna od dawna być na emeryturze. – Ty ją tam ukrywałeś przez cały czas?
Nagle to, czy ich plan się powiedzie, staje się dla niej rzeczą drugorzędną. Przed jej oczami ukazuje się zapętlony film sceny, która rozegrała się może jakiś rok temu. Wszystkie najbardziej wstydliwe sekrety Kuźmy w dłoniach Anemone, jej oceniający wzrok, który zawsze był taki poirytowany i równocześnie bezbarwny, to, jak zmusiła ją do ponownego skupienia się na treningach i zabroniła jej przynoszenia kolejnych wydrukowanych fanfików do Obozu… to wszystko składa się teraz na obraz dość nieciekawej traumy, która sprawia, że dziewczynka jest nad wyraz ostrożna, gdy ma ochotę poczytać o romantycznych perypetiach swoich ulubionych fikcyjnych postaci. (Poza tym, gdy nareszcie wie, co oznaczają te śmieszne ikonki przy tytułach, z łatwością rozpoznaje, które opowiadania może bezpiecznie przytaszczyć do Obozu lub do mieszkania Gabriela, które przeczyta w zaciszu swojego pokoju, gdzie nikt nie ma prawa zapytać jej, co czyta, a które pod żadnym pozorem nie nadają się nawet do otwarcia, nie mówiąc już o drukowaniu, bo kompletnie splugawiłyby nieskazitelną biel i niewinność papieru w zakurzonej bibliotecznej drukarce).
– Co? – Ricky chyba nie dowierza, że ona naprawdę, ale tak naprawdę naprawdę, nie kwestionuje jego pomysłu (ona tylko chce dowiedzieć się o tajnikach ukrywania OŁOWIANEJ TRUMNY przed centurionami i wszystkimi dookoła).
– Ukrywałeś przez cały czas – powtarza już trochę mniej pewnym tonem.
– E… No chyba tak?? – Ricky rzeczywiście się nad tym zastanawia i dziewczynka musi przytrzymać jego nadgarstek, żeby grzybowa maź nie wylądowała na jego koszulce (z jego winy, bo, zupełnie ignorując toksyczną substancję na trzymanym talerzu, coraz bardziej przechylał go w swoją stronę, a fioletowy glut w najlepsze podróżował ku jego klatce piersiowej). – Sam ją tu przytargałem, potem ją wcisnąłem pod łóżko i tak… sobie leży.
– I nikt się do tego nie przyczepił? Nie miałeś jakiejś rewizji albo coś? – Karci sama siebie za zadawanie kolejnych kompletnie niepotrzebnych pytań, zamiast stworzenia grzybowej bomby i wysłania jej na księżyc. Albo do kopalni złota lub innych błyszczących kamyków, może wtedy przynajmniej by coś zarobili i przy okazji unicestwili fioletową chemiczną maź.
– Nie???
– Kurwa – mamrocze pod nosem Kuźma. – Ja pierdolę – dodaje, żeby doprawić jej poprzednie wielce elokwentne zdanie szczyptą ewidentnego wkurwienia. – A mi robili rewizję. Jak gestapo jakieś.
– Co-?
– Idziemy po trumnę – ucina dziewczynka, zanim Ricky zdąży wyartykułować pytanie. – Idziemy po trumnę – powtarza ciszej, już tylko do siebie, zagubiona we własnych myślach.
Po krótkim zastanowieniu doskonale rozumie, czemu Philip nie zaglądała pod łóżko Ricky'ego i czemu Kuźma nie postanowi uznać tego miejsca za lepszą kryjówkę dla jej fizycznej wersji ao3.
– To jest absurdalnie ciężka trumna – stwierdza Kuźma, gdy Ricky'emu udało się wyszarpać spod łóżka sporej wielkości blok ołowiu (podczas sunęcia po podłodze, wydał z siebie typowy dźwięk z trudem przesuwanej cegły). – Masz jakąś plamę na dupie – rzuca do przyjaciela, bawiąc się trzymanym w dłoniach talerzem z grzybkową potrawką (to już trzeci, poprzednie dwa zakończyły swój żywot w dość dramatyczny sposób). Ricky ogląda się przez ramię, po czym wzrusza ramionami i z uśmiechem ociera pot z czoła.
– Ty weźmiesz łopaty, dobra?
– A ty jesteś tak totalnie pewny, że nie potrzebujesz żadnej pomocy? – sceptycyzm w jej głosie jest bardziej niż słyszalny.
– Gdzie tam, jaka pomoc!
Kuźma wzrusza ramionami (na końcu języka ma słowa: „Spociłeś się jak świnia, wyciągając ją spod łóżka. Na twoim miejscu to bym się zastanowiła tak jeszcze z pięć razy”) i chwyta łopaty, przezornie przyniesione przez nią do baraku podczas jednej z przerw na „GRZYBY PRZEŻERAJĄ TEN TALERZ NA WYLOT IDĘ UKRAŚĆ KOLEJNY”. Gdy się odwraca, Ricky już zdążył przelać fioletowy budyń do trumny, nad którą teraz modli się jak stanowczo zbyt dużo osób nad rzeczami do zrobienia.
– Znajdź dziecko Wulkana i poproś, żeby dokręciło jej kółka. Proste – prycha Kuźma, a gdy Ricky odwraca się do niej z niesamowicie szerokim uśmiechem, wrzeszcząc: „Eureka!”, dodaje pospiesznie: – Nie, ja tak tylko… jaja sobie robię?
Ku jej dotkliwemu cierpieniu, Ricky zdaje się jej nie słyszeć, nawet gdy słabym głosem woła za nim: „Jaja?”.


Jaja?
────
[1200 słów: Kuźma otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 9 lutego 2026

Od Quinn — „Arkadia dla amatorów”

Quinn zamknęło za sobą drzwi od toalety, oddychając z ulgą. Na całe szczęście fałszywy alarm, nikt nie miał zamiaru wchodzić do środka.
— Co?
Powtórzyło, wracając do tematu rozmowy, marszcząc przy tym brwi, próbując w jakikolwiek sensowny sposób zrozumieć słowa tego odklejeńca stojącego po ich prawicy. Nie było to łatwe, szczególnie kiedy Keith szczebiotał od rzeczy, a legionistę skutecznie rozpraszał trójgłowy bóbr-Cerber wyryty na ścianie naprzeciwko. (No, może nie wyryty a namalowany markerem w męskim kiblu). Jedna głowa miała wyszczerzone kły, druga jadła coś, co wyglądało jak fragment hełmu, a trzecia po prostu patrzyła osądzająco, jakby wiedziała, że stojąca przed nią osoba zjada gile z nosa ze smakiem.
— Chujów sto — odparł Keith z naciskiem, jakby to cokolwiek wyjaśniało. — Nie słuchasz mnie i ranisz moje delikatne, słodkie serduszko.
Złapali się teatralnie za klatkę piersiową, zataczając przy tym lekki półobrót na pięcie. Z gardła wydobył im się przeciągły, przesadzony dźwięk krztuszenia, idealnie pasujący do scenki umierającej postaci w przedszkolnym przedstawieniu, które oczywiście jest okropne i paskudne, ale starzy i tak biją brawo, żeby nie zniszczyć marzeń ziemniaków. Brakowało tylko opadającej kurtyny i dramatycznego światła. Ewentualnie reflektora, który pierdolnął na scenę.
— Keith — zaczęło Quinn bardzo powoli, tym tonem, którego używa się wobec ludzi niebezpiecznych albo kompletnie oderwanych od rzeczywistości. Ewentualnie oba. — Typie, zachowujesz się jakbyśmy byli w trakcie misji. I to w jakimś obszczanym barze. Z nielegalnym alkoholem. Otoczeni przez najemników, z których połowa chciałaby nas sprzedać za garść orzeszków.
— A mimo to — wtrącił Keith, prostując się nagle — Wybierasz ignorowanie mnie. To boli bardziej niż kula w udo.
— Kiepie jeden, przecież ostatnio ci się śniło, że niby zostałeś postrzelony w udo w zeszłym tygodniu i przez trzy dni narzekałeś, że swędzi. Sam mi to opowiadałeś. O jakimś bólu fantomowym, czy jak to tam się nazywa też żeś jojczył — przypomniało Quinn, nie odrywając wzroku od bobra.
— Gówno prawda. Nie pamiętam, się nie liczy.
Quinn zamknęło oczy. Na sekundę. Jedną, krótką sekundę, w której rozważało wszystkie życiowe decyzje, jakie doprowadziły je do tego momentu. Do siedzenia w obskurnym, śmierdzącym kiblu z Keithem po prawej i mutantem-bobrzym symbolem piekła przed sobą.
— Erhm… to co ty właściwie chciałeś malować jeszcze, prócz tego… cóż… dzieła sztuki wątpliwej jakości — zapytało w końcu, cedząc słowa.
Keith uśmiechnął się szeroko, jakby właśnie wygrał na loterii.
— Myślałem o twojej mordzie ale później uznałem, że jednak lubię swoje życie. No! Myślę, że mogę namalować jakąś dziką świnię i podpisać jakoś “Ashley tu była”. No ale wtedy pamiętaj, kto jest twórcą tego dzieła i że jak zginę, to chcę, żebyś powiedziało wszystkim, że byłem piękny.
— Jak chcesz żyć to lepiej mów pół tonu ciszej— skorygowało Quinn. — Zaraz zleci się tu cały obóz i oboje wylądujemy na tamtym świecie.
— Ale przynajmniej będziemy zapamiętani. Skończ już narzekać jak stara baba, podaj mi różowy marker z plecaka.
Westchnęło, bo co innego im pozostało? Sięgnęło do torby po ten cholerny różowy marker. Pewnie będą to jutro wszystko zmywać.

────
[481 słów: Quinn otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 8 lutego 2026

Od Ishy CD Raine — „Bonding moment na stacji benzynowej”

Poprzednie opowiadanie

Chciała tylko coś szybko zjeść po pracy - pracy, w której nie miała nawet pięciu minut, żeby usiąść na dupie i złapać oddech. A tu nagle jakiś śmierdzący wieprz się spawnuje i próbuje zapierdolić jej jej własność. Nie miała ochoty na konfrontację. A już tym bardziej nie z jakimś stworem, który najwyraźniej uznał, że uprzykrzanie im życia to jego dzisiejsza misja.
— Oddaj to kurwa, mówię do ciebie, przyjebie.
Kątem oka dostrzegła pusty słoik z krzywym, ręcznie pisanym napisem „Zbieram na atlas grzybów”. Stał nieco z boku lady, jakby ktoś go tam odstawił w pośpiechu albo ze wstydem. Nim jakiekolwiek racjonalne myśli zdołały do niej dotrzeć, nim zdrowy rozsądek zdążył zapukać do drzwi, już miała go w dłoni. Ramiona same napięły się do rzutu, mięśnie zareagowały szybciej niż mózg.
Celowała prosto w pysk stwora.
Trzask tłuczonego szkła rozdarł powietrze stacji benzynowej, odbijając się echem od plastikowych ścian i metalowych półek. Isha zaklnęła szpetnie, cofając dłoń - większy kawałek szkła wbił się w skórę pod wpływem siły odprysku. Krew natychmiast zaczęła sączyć się cienką strużką, ciepłą i lepką.
— Ja pierdolę…
Zacisnęła zęby i bez ceregieli wyciągnęła odłamek, sycząc cicho pod nosem. Bolało, ale nie na tyle, żeby robić z tego scenę. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni.
Przynajmniej odzyskała swój portfel.
W triceratopsy.
I to te świecące w ciemności.
Wypuściła powietrze zalegające w płucach z cichym, przeciągłym świstem. Ramiona opadły jej minimalnie, nareszcie emocje zaczęły z niej opadać. Serce wciąż waliło jej w piersi jak oszalałe, puls dudnił w skroniach. Ostatnie, czego potrzebowała, to kolejna dawka stresu, a przecież, według pani doktor, powinna go ograniczać do absolutnego minimum.
Ciekawe, kurwa, jakim cudem miała to zrobić, skoro pracowała z bandą tłuków o IQ marchewki, a na każdym kroku mogło wyskoczyć jakieś paskudztwo marzące o shish kebabie z półboga. Świat najwyraźniej nie dostał notatki od jej kardiolożki.
Sięgnęła po portfel i wyciągnęła z niego dwa banknoty, zmiętoszone i zmęczone życiem niemal tak samo jak ona. Papier był ciepły od jej dłoni, lekko śmierdzący, jak każde pieniądze zresztą.
— Weź mi daj jeszcze Camele żółte. Bez filtra — rzuciła, nie podnosząc wzroku.
A miałaś nie palić mamrotała w myślach.
No cóż. Dobre nawyki poszły jak psu w dupę.
— Kurw… jeszcze zapalniczkę — bąknęła po chwili, wysypując z portfela kolejne monety na ladę. Metaliczny brzęk uderzył ją w głowę niczym irytujący dzwonek alarmowy. Czuła się jak żulica-menelia szukająca drobnych na flaszkę amareny, żeby jakoś przetrwać ten dzień bez trzęsących się dłoni i suchego gardła.
Zawahała się sekundę, po czym dorzuciła jeszcze jeden banknot.
— A to za słoik na napiwki.
Położyła go na ladzie w niemym geście przeprosin, po czym cofnęła dłoń, jakby bała się, że jeśli zostanie tu choć chwilę dłużej, coś jeszcze pójdzie nie tak.

Zmarszczyła brwi zdegustowana, grzebiąc łyżką w talerzu, jakby była pięciolatkiem, którego rodzice na siłę posadzili przy stole i kazali zjeść jałową, rozgotowaną brukselkę. Bulion chlupotał leniwie, a ona mieszała go bez przekonania, rozbijając na kawałki coś, co miało udawać grzyby, a najpewniej było kawałkiem ziemniaka.
Jakim cudem w ogóle zgodziła się iść z obcym na zupę?
Cholera wie.
Może dlatego, że to ona wybierała miejsce. A może dlatego, że skoro poznała normalnego półboga (takiego, który nie mdlał, wpadając na nią co pięć minut, ani nie wciągał jej w jakieś dzikie gówno), to uznała, że warto spróbować. Może faktycznie należało otworzyć się na nowe znajomości. Opuścić te wszystkie ściany uprzedzeń, czy tam inne dyrdymały, o których jej terapeutka potrafiła gadać całymi sesjami.
— To miała być grzybowa — fuknęła z wyrzutem, wyławiając z zupy połówkę pieczarki i kilka nitek makaronu. Najpewniej tagliatelle. Cholernie rozgotowanego tagliatelle, który bardziej przypominał tasiemca, jak makaron. — Jakbym chciała jeść pieczarkową, to bym zamówiła pieczarkową. Gdzie są prawdziwki? Podgrzybki? Już mogą być nawet borowiki, no ale nie, kurwa, pieczarki.
Czy wystarczająco dobrze zakomunikowała, że nie lubi, nienawidzi, pieczarek?
Unosiła zdobycz na łyżce, jakby prezentowała dowód zbrodni. Pieczarka była szaro-blada, gumowata i absolutnie pozbawiona jakiegokolwiek aspektu, który zachęcałby do zjedzenia jej.
Jakby tego było mało, całość była zaciągnięta nie lekką śmietanką, tylko mieszanką mąki i śmietany. I to tej trzydziestosześcio procentowej. Ciężkiej, tłustej, oblepiającej podniebienie jak zaprawa murarska wymieszana przez pijanego wujasa, który robił remont „po kosztach”.
— Zrobiłabym lepszą — skrzywiła się, odkładając łyżkę na bok z cichym brzękiem. — I to za pół tej horrendalnej, złodziejskiej ceny.
Oparła się o krzesło, krzyżując ramiona na piersi w jednoznacznym geście kapitulacji. Nie ma opcji, że ruszy te rzygi szatana.
Raine obruszył się natychmiast, jakby do jego uszu dotarł najgorszy slur świata, prawdziwe oszczerstwo obrażające nie tylko kuchnię tego lokalu, ale też osobiście ukochane grzyby.
— Nawet porządnie nie spróbowałaś — rzucił z wyrzutem, patrząc na jej talerz z autentycznym smutkiem, jakby właśnie obraziła jego osobistego bożka, któremu postawił niedawno kapliczkę. Przez chwilę milczał, ważąc słowa, po czym westchnął cicho i pochylił się nad stołem.
— No dobra… — zaczął ostrożnie. — Znaczy, jasne. Podgrzybki są lepsze. Tu się zgadzamy. Zawsze były, zawsze będą. Mają aromat, charakter, teksturę… pieczarka to przy nich taki… — zawahał się, szukając słowa.
— …grzybowy chleb tostowy. Albo jak porównać craftowego burgera do tego z mcdonalda, którego jesz na kacu szybko…
Uniósł palec, jakby miał wygłosić wykład życia, który miał odmienić światopogląd Ishy w sekund pięć. Niedoczekanie chyba.
— Ale to nie znaczy, że są złe!! Po prostu… inne. Dla mnie wszystkie grzyby są zajebiste. Tylko niektóre bardziej, niektóre mniej. ALE! Wszystkim należy się szacunek.
Entuzjazm w jego głosie przygasł odrobinę, gdy spojrzał z powrotem na nieruszoną zupę. Przez sekundę wyglądał jak ktoś, kto próbuje pogodzić się z trudną prawdą. Isha nic nie mówiła, może dlatego, że nie chciała przerywać nowemu koledze, bo czuła, że ten jeszcze nie skończył a może dlatego, że zwyczajnie nie wiedziała, co powiedzieć.
— Nie bardzo rozumiem, jak można nie lubić konkretnego grzyba — dodał ciszej, już mniej pewnie. — No bo to dalej grzyb. A grzyby są super.
— Są, jednak nie pieczarki. Pieczarki są paskudne.
Przesunął miskę minimalnie w jej stronę, jakby próbując ją zachęcić.
— No zjedz — urwał na sekundę. — Przecież już przed tobą stoi.
Zawahał się, po czym spróbował jeszcze raz, głosem miększym, prawie błagalnym.
— No weź…
— Nie.
Spojrzał na nią spod brwi, a kiedy nadal nie sięgała po łyżkę, westchnął dramatycznie. Jakby właśnie zawiodła nie jego, tylko wszystkie grzyby świata.


Raine?
────
[1016 słów: Isha otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu — „Long time no see" cz. 2

Poprzednie opowiadanie

Tym razem odwiedziła go z własnej woli.
Nie ostrzegała, że się pojawi – nie widziała powodu, a tym bardziej nie miała okazji. Nie wiedziała nawet, czy go zastanie.
Właściwie to nie była nawet pewna, czy chce go zastać.
Pokonując kilka ostatnich metrów dzielących ją od mieszkania brata, zadzierała głowę, obserwując mgłę i ukryte za nią szczyty budynków. Było chłodno, nie do końca w ten przyjemny sposób, i zaczynała żałować swoich decyzji.
Arisu doskonale wiedziała, że żałuje ich za każdym razem, nie była aż tak pozbawiona umiejętności samokrytyki. Szczególnie tych związanych z Shayelem. Dalej była obrażona za jego długą nieobecność i zostawienie jej na pastwę Obozu Jupiter. Po prostu czasami o tym zapominała i wtedy właśnie podejmowała tak głupie decyzje, jak wykorzystanie wyjścia z obozu na odwiedziny.
Ostatni raz widzieli się na wiosnę, wtedy, gdy pili paskudną herbatę z paskudnej kawiarni i gotowali prosty, nieco mniej paskudny obiad w kuchni, która wyrównywała cały poziom. Teraz było już lato, przynajmniej tak sugerowała data w kalendarzu. W San Francisco ta pora roku istniała tylko na papierze.
Dostała się do budynku, korzystając z tego, że ktoś akurat wychodził na zewnątrz. Kobieta nawet nie spojrzała w jej stronę, kompletnie nieprzejęta tym, że Arisu mogła być przecież złodziejem, mordercą, wandalem albo – co gorsza – jakimś okrutnym potworem. To ostatnie mogło nie być typowym zmartwieniem śmiertelników.
Stanęła pod drzwiami. Nawet zdążyła unieść dłoń, by zapukać, zanim zastygła jak słup z ręką milimetry od powierzchni.
Mogła jeszcze się wycofać. Może powinna. Nie wiedziała, czy Shayel w ogóle chce ją widzieć. Kiedy to on ją zapraszał, wiedziała, że chce cię spotkać i miała możliwość zignorowania go, jeśli sama naprawdę tego nie chciała.
Nigdy z niej nie skorzystała, chociaż wielokrotnie miała ochotę.
Prawie prychnęła z irytacją, powstrzymując się tylko dlatego, że na pustej klatce, w otoczeniu mieszkań z obcymi ludźmi zwyczajnie nie wypadało. Od kiedy przejmowała się takimi głupotami? Nie powinna przejmować się tym, czy Shayel chce ją widzieć.
Zapukała, tylko trochę zbyt delikatnie.
Gdzieś z tyłu głowy dalej liczyła, że nie dostanie żadnej odpowiedzi. Że Shayela nie ma i będzie mogła po prostu wrócić albo pójść gdzieś indziej, by zabić czas. Nie musiałaby się przecież nikomu z tego tłumaczyć.
Nadzieję rozwiały kroki po drugiej stronie i delikatnie uchylenie drzwi. W szparze zobaczyła zielone oczy brata, otoczone kosmykami czarnych włosów.
– Arisu?
Chyba wyłapała zaskoczenie w jego głosie. Otworzył drzwi szerzej, wpuszczając ją do środka. Obrzuciła szybkim spojrzeniem ciasną przestrzeń, ale nie zauważyła, by wiele się zmieniło od jej ostatniej wizyty. Na stoliku leżała odwrócona grzbietem do góry książka, na kanapie walała się niedbale złożona pościel.
– Coś się stało?
Odwróciła się do Shayela. Wyglądał, jakby niedawno wstał. Był w mało wyjściowym stroju, zdążył poprawić włosy, ale nie miał zaplecionego warkoczyka.
Arisu poczuła, że z jakiegoś powodu jej przykro i zaraz zrobiło jej się głupio. Odwróciła głowę i zadarła wysoko nos, urażona.
– Nie. Tak przyszłam. Mogę sobie iść, skoro ci przeszkadzam.
Shayel przez chwilę patrzył na nią z czymś, co mogło być rezygnacją, a mogło chęcią mordu. Obie emocje wyglądały przecież tak samo. Westchnął, zamknął za nią drzwi i podszedł do kuchni.
– Napijesz się czegoś?
Nie odpowiedziała od razu. Podeszła do stolika i podniosła książkę, po samym wyglądzie okładki oceniając, że to raczej mało wymagająca, popularna lektura. Zresztą, nigdy nie położyłby w ten sposób żadnej wartościowej książki. Wsadziła schowaną za skrzydełkiem okładkę między strony i odłożyła ją z powrotem. Odgarnęła koc i usiadła na samym brzegu kanapy.
– Kupiłem wczoraj herbatę sypaną. Podobno całkiem dobrą jakościowo.
Był dzisiaj wyjątkowo rozgadany. Arisu nie wiedziała jeszcze, czy ją to irytuje.
– Spróbuję – odpowiedziała tylko, trochę ze zbyt dużą złością w głosie. Jednak wstała z miejsca. Przecisnęła się obok stolika i podeszła do niedomkniętych drzwi łazienki, tylko po to, by nie stać w miejscu.
Teraz już jej nie odpowiedział i przyjęła to z większą ulgą, niż się spodziewała. Otworzyła szerzej drzwi łazienki i wślizgnęła się do środka, robiąc z tego zdecydowanie większą konspirację niż była potrzeba. Była już w tej łazience. Oczywiście, że była, przecież odwiedzała brata już któryś raz.
Pomieszczenie było ciasne tak jak cała reszta mieszkania. Było też tak samo stare, ale przynajmniej czyste. Na pewno w lepszej kondycji niż toalety w Obozie Jupiter, chociaż te wymagały dużo więcej sprzątania i remontów. W liczbie mnogiej.
Jednak się wycofała. Podeszła do komody i przykucnęła przy leżącej obok torbie. Nie tej, którą Shayel nosił na co dzień, raczej jednej z tych, w którą pakował zdecydowanie zbyt wiele książek i innych papierów. Teraz była prawie pusta, tylko na dnie leżała jakaś samotna książka. Sięgnęła po nią. Spomiędzy stron wystawał kawałek czerwonego materiału.
Prawie odrzuciła książkę z powrotem na dno torby. Zamarła na chwilę, zanim w końcu ostrożnie wyjęła cienką wstążkę spomiędzy kartek. Właściwie to kawałek wstążki, poszarpany z jednej strony.
Druga połowa leżała gdzieś wśród jej rzeczy w obozie. Przynajmniej tak jej się wydawało.
Arisu czuła, że znowu robi jej się okropnie głupio, bo znowu ogarnęły ją te głupie emocje. Nie zorientowała się, kiedy wolną ręką złapała swój cienki warkoczyk, związany na końcu gumką, która zresztą też była czerwona. Po prostu dużo bardziej praktyczna od wstążeczki.
Usiadła na podłodze, chociaż miała ochotę wstać i wyjść. Shayel nie powinien po latach dalej trzymać przy sobie takiego śmiecia. Ona też nie powinna. Musieli być oboje okropnie głupi – takie sentymentalne gówno pasowało do innych, nie do nich.
Nie wiedziała, czy Shayel w ogóle pamięta, skąd wzięła się ta wstążka. Może po prostu uznał ją za dobrą zakładkę.
Ona pamiętała. I to chyba wkurzało ją jeszcze bardziej.

Miała wtedy jakieś dziesięć lat. Mieli przerwę między podróżami, udało jej się spędzić rekordowo dużo czasu w nowej szkole, ale nie potrafiła z nikim złapać kontaktu. Dzieciaki były wredne, a ona była jeszcze bardziej wredna od nich. Nie pamiętała już, gdzie to było, zbyt często zmieniali miejsce pobytu, a sytuacja w każdym wyglądała dokładnie tak samo. Tam, w przeciwieństwie do San Francisco, pory roku nie były tylko teorią spiskową.
To akurat wydarzyło się zimą.
Okropnie pokłóciła się wtedy z ojcem, zaraz po tym, jak jeszcze bardziej pokłóciła się z gromadką dzieciaków ze szkoły i nauczycielką. Ojciec został wtedy wezwany, by porozmawiać o jej zachowaniu. Shayel – który miał wtedy szesnaście lat i zdecydowanie lepsze rzeczy do roboty – przyszedł z nim i Arisu zdenerwowało to jeszcze bardziej, bo przecież była zbyt dorosła na coś takiego.
Jeszcze bardziej zdenerwowała się, kiedy ojciec poprosił Shayela, by ten poczekał z nią na zewnątrz. Jakby była małym dzieckiem, które nie może zostać przy rozmowie wielkich dorosłych.
Wypadła z budynku, nie oglądając się na brata, bo bardzo miała nadzieję, że zgubi go za którymś zakrętem. Nie myślała wtedy, że ona jest niska i ma krótkie nóżki, a on jest prawie dorosły i zdecydowanie łatwiej mu robić duże kroki na mokrym śniegu.
Szedł uparcie za nią, co jakiś czas powtarzając jej imię, przez co ona próbowała przyspieszać jeszcze bardziej.
– Odwal się! – krzyknęła w końcu. Odwróciła się wtedy zdecydowanie zbyt gwałtownie, złapała w dłonie ubity śnieg i cisnęła w niego twardą kulą.
Dopiero kiedy trafiła go w skroń, zdała sobie sprawę, że nie była to po prostu pozostawiona przez kogoś śnieżka i rozpłakała się na widok krwi.
Shayel nie zdenerwował się na nią. Podszedł i przyklęknął przed nią, dłonią ścierając krew i kompletnie się nią nie przejmując.
– Więc, co się stało? – zapytał tylko.
Zawsze był spokojny, ale tym razem ten spokój zaskoczył Arisu na tyle, że sama od razu się uspokoiła.
– Nie lubię ich – mruknęła w odpowiedzi. Patrzył na nią pytająco, więc odgarnęła nerwowo przeszkadzające jej, napuszone włosy i dodała: – To oni zaczęli. Uważają, że jesteśmy dziwni. I też mnie nie lubią.
Shayel pokiwał powoli głową, a ona znowu odgarnęła kosmyki za uszy.
– I to dlatego się z nimi kłócisz?
Nie zaprzeczyła, ale też nie potwierdziła. Westchnął, biorąc w palce te włosy, które cały czas jej przeszkadzały.
– Nie musisz dogadywać się ze wszystkimi.
Nie dogadywała się z nikim, ale nie chciała tego mówić.
– Wiem. Nie zależy mi. I tak będę podróżować z tobą i z tatą.
Uśmiechnął się do niej. Robił to bardzo rzadko i bardzo się tym przejęła.
– Teraz powinny ci mniej przeszkadzać.
Spojrzała na jego dłonie. Splótł jej włosy w warkoczyk, co było przecież bardzo głupie.
– Ale wyglądam głupio!
Miała go rozplątać, ale wtedy Shayel zaczął splątywać własne zbyt długie włosy.
– Teraz będziesz czuła się lepiej?
Roześmiała się, przytakując. Miała pytać, czym chce je związać, ale wtedy wyjął z kieszeni owinięty czerwoną wstążką pakunek. Nie pamiętała już, co było w środku. Pamiętała tylko, że przeciął wstążkę nożykiem, dodatkowo się przy tym kalecząc, zanim związał nią oba warkoczyki.
Ich ojciec znalazł ich chwilę później. Nie zadawał pytań. Zmieniła szkołę kilka tygodni później.

– Arisu?
Odrzuciła książkę i wstążeczkę z powrotem do torby. Shayel stał nad nią, z kubkiem parującej herbaty w dłoniach. Przyjrzała się jego twarzy. Po jej celnym rzucie kamieniem nie było żadnego śladu.
– Tak. Tak – potwierdziła, potrząsając głową. – Czemu dalej ją trzymasz?
Wzruszył ramionami.
– A dlaczego dalej zawiązujesz warkoczyk?
Nie potrafiła mu na to odpowiedzieć. Wiedziała, że też by nie odpowiedział, gdyby teraz odbiła pytanie. Podniosła się, biorąc od niego herbatę.
– Mógłbyś się przebrać. Chciałam iść z tobą na spacer – ofukała go zamiast tego.

────
[1500 słów: Arisu otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii do Inez — „Ogniem i tarotem”

Szereg namiotów rozpościerał się na brzegu San Francisco. Oplecione kolorowymi wstęgami, proporczykami oraz światełkami nadawały tej scenerii dziwnie uroczy klimat — zasłona mgły wyjątkowo nie pojawiła się tego dnia, zostawiając w spokoju krajobraz, z łagodnie górującą nad okolicą Tamalpais. Światłom festiwalowym wtórowały ostrzegawcze bliki z Golden Gate. Na powierzchni wody mieszały się razem dwa światy, miasta oraz lunaparku — nazwa wyjątkowo trafna. Nad Kalifornią górowała pełna tarcza księżyca, jak gdyby jakieś bóstwo przycupnęło na nieboskłonie i oglądało poczynania śmiertelników.
Nie było jakiejś konkretnej okazji, która wytyczała akurat ten termin parku rozrywki. Kto wie, może ludzie chcieli celebrować wiosnę. O ile przy tej zatoce nigdy nie było ani za gorąco, ani za ciepło przez cały rok, tak po spędzonych kilku latach tutaj można było umiejętnie wychwycić nieśmiałe zwiastuny wiosny. Powietrze inaczej smakowało, melancholia ustępowała, bzdety ze świąt Bożego Narodzenia zostały już dawno wyrzucone do śmietników. Nawet niebo było żywsze niż zwykle, mgła niechętnie się zapuszczała.
Pojawiło się całkiem sporo osób. Głównie rodziny, gotowe pokazać swoim pociechom, jak wyglądają tego typu miejsca, ale pojawiały się też nastolatki szukające wrażeń, randkujący studenci i dorośli, którym życie nie zdusiło tej dziecięcej cząstki. Zamożniejsi ludzie zwykle wsiadali w auta i jechali kilka godzin do gigantycznych parków znajdujących się w innym stanie, przygniatających zarówno metrażem, bodźcami, jak i ceną. Wszystko to sprawiało, że tutaj klimat był nie dość, że rodzinny, to po prostu przyjemny. Jak na przechodzenie między stoiskami, słuchanie zachwyconych wrzasków, rozpaczliwych jęków, brzdęku puszek i w tym podobne, to nie przytłaczało i było sporo miejsca.
Przy namiotach ulokowały się karuzele oraz mini rollercoastery, które może i trąciły tandetą, ale były jedyną okazją doświadczenia jazdy chyboczącym wagonikiem na wąskich torach. Nie najszybszym, nie dostarczającym adrenaliny, ale jakimś. Czy strzelanie z cholernych, niecelnych strzelb, które wyglądały, jakby pamiętały wojnę secesyjną. Tylko po to, żeby wygrać pluszaka zamówionego hurtowo z Aliexpress. Za to karmelizowane jabłka oraz inne słodycze stały na przyzwoitym poziomie, podobnie jak foodtrucki z jedzeniem z różnych zakątków świata. Nad wodą, gdzie ledwo światło lunaparkowe docierało, stały ławki oraz stoły kempingowe, na których nastolatki ogarnięte trudami dorastania podejmowały pierwsze pocałunki. Takie, w których zęby się zderzały, podbródki umazane były śliną. Ci bardziej pechowi czuli znienacka obcy język w gębie.
Obok tych nieszczęsnych ławek i nastoletnich uniesień ulokował się czerwony namiot, z kiczowatymi frędzelkami oraz lampionami. Szyld wskazywał zarówno na wróżby, jak i na sekretariat. Można było się zastanowić, czy realne problemy też rozwiązywali losowaniem kart tarota. Namiot absolutnie nie rzucał się w oczy, nie miał wejścia od strony alejek, widocznie nikomu nie zależało, żeby ktokolwiek mógł tam się dostać. Tak, jakby przyciągał tylko desperatów i poszukiwaczy wrażeń.
Przed nim stanęła właśnie osoba, która nie plasowała się w żadnej z wymienionych kategorii. Na oko osiemnastoletnia, jej styl ubierania się mógłby oburzyć konserwatywnych starszych ludzi. Gdyby tylko mogła również udobruchać ich sympatycznym wyrazem twarzy. Z poważną miną spoglądała na otoczenie. Nikt nie obserwował, nikt się nie zatrzymywał przy namiocie. Wcześniej nikt nie zwracał na nią uwagi wśród gwaru, przepychanek, co najwyżej ktoś ośmielał się zaproponować jej watę cukrową. Długą chwilę zajęło rozszyfrowanie słów na szyldzie wypisanych ekstrawaganckim fontem, jeszcze dłuższą decyzja o wejściu do środka.
Można było spodziewać się kadzideł czy kiczowatego wystroju, ale było jeszcze gorzej. Był tylko chybotliwy stół zgarnięty ze stołówki, z obleśną turkusową powierzchnią, dwa krzesła, a to wszystko na trawie, bez jakiejś namiastki podłogi. Inne wyposażenie czy dekoracja praktycznie nie istniały. A doświadczyła tego dziewczyna, która pospiesznie ominęła ciężkie kotary broniące wnętrza i znalazła się w środku, zupełnie nieświadomie. Jak ćma lecąca do żarówki. W momencie ujrzenia wątpliwej jakości przestrzeni, na jej twarzy malowały się zdziwienie oraz zastanowienie, czy podjąć decyzję wyjścia i uciekania, gdzie pieprz rośnie. W ostatniej chwili przełknęła ślinę i ruszyła przodem.
— To tylko pusty namiot, z creepy stoliczkiem. — Mruknęła pod nosem, dodając sobie odwagi.
Usiadła i nagle przed nią pojawił się plik dokumentów. Magia w parku zabaw, która nie robiła wrażenia na półbogu. To nie była zdecydowanie skala treningu u gigantycznej samicy wilka, byle dwunastolatek in probatio by się przejął, ale nie legionistka z konkretnym stażem. Szybko przebierała stosy, które informowały o celach misji, statusie. Były również śmieci — klauzula o poufności na wypadek śmierci w bardzo konkretnie wymienionych przykładach, mapy sprzed kilkudziesięciu lat, paczki kart Yu-Gi-Oh, instrukcja do odkurzacza marki Dyson, esej traktujący o tym, jak bardzo misje Greków nie mają sensu ze względu na ograniczenie do trzech osób. Papier kosza, plakat do kosza, brakowało tylko ulotek „kupię mieszkanie bez pośredników”.
Przeglądanie góry śmieci nie stępiło zmysłów, szczególnie słuchu. Szum kotar zapowiedział kolejnego gościa.
Gościa, który zajął dużo przestrzeni. Właściwie, gościni, która wpatrywała się spode łba w grot strzały ułożonej na gastrafetesie.
— Na rany Aresa — Mruknęła postać. — A to miała być tylko zwykła, boska przysługa.


Inez?
────
[777 słów: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]