Najrozsądniej byłoby odmówić i nie pchać się gdzieś, gdzie nie jest się mile widzianym (przynajmniej tak mu się wydawało), ale z jakiegoś powodu przez myśl przeszło mu, że to rzeczywiście może być trochę zabawne, jeśli pominiemy ewentualną niezręczność. Na dodatek Judas przez cały czas zaciskał usta, odwracał wzrok i nerwowo poprawiał się na siedzeniu, jakby naprawdę bardzo mu zależało na tej „imprezie” rodzinnej.
— Zapłacisz mi za to? — zapytał co prawda żartobliwie, ale mężczyzna w tej sytuacji nie wyczuł żartu i pokiwał głową.
— Jeśli tego chcesz.
— Żartowałem — poprawił się od razu. — Mogę z tobą tam pojechać.
Judas chwilę nic nie mówił, a Havu się trochę zmartwił.
— Okej.
Spodziewał się trochę większej… ekscytacji, ale najwyraźniej dla Judasa też było to trochę niekomfortowe. Nie chciał nawet więc pytać o szczegóły tego całego spotkania rodzinnego, bo zrobiłoby się jeszcze bardziej niezręcznie. O wiele lepiej piło się szejka w luźniejszej atmosferze.
Nawet nie wiedział, jak powinien się ubrać, bo Judas dał mu tylko wskazówkę, że powinien wyglądać „ładnie”. Może był trochę zbyt ograniczony, bo wyglądać ładnie, to było dla niego narzucenie na siebie koszulki z ulubionym zespołem albo założenie zwykłej czarnej koszuli. Ewentualnie też dobranie jakichś czarnych eleganckich spodni, żeby nie wyglądać jak skończony wieśniak.
Dopiero jakieś dwie godziny przed wyjściem Judas postanowił sprecyzować swoje słowa i wspomnieć coś o graniturze, czego Havu nie posiadał w swojej szafie. Koszule miał, spodnie miał, krawat też miał, ale jakaś ładna marynarka? Może kiedyś takie coś trzymał w domu, ale musiał się tego pozbyć.
Ostatecznie ubrał się tak, jak uważał, że wygląda dobrze, uznając, że ma to trochę w dupie. Nie, że miał w dupie Judasa. Miał w dupie standardy ubierania się na imprezy rodzinne w garnitury. Kto to w ogóle wymyślił? Ustanowiono jakieś prawo zakazujące ubierać się inaczej?
— A gdzie my w ogóle jedziemy? — zapytał od razu, kiedy się zobaczyli. To było dosyć kluczowe pytanie, którego wcześniej nie zadał. Zaraz się okaże, że spędzi w samochodzie milion godzin i zdąży zniszczyć sobie fryzurę, którą układał w domu dobre dwadzieścia minut.
— Do San Diego.
— Czemu ty mi nie mówisz takich rzeczy? — jęknął, rozłożywszy ręce. — Mam z tobą siedzieć przez jakieś dziesięć godzin?
— Przeszkadza ci to? — Trochę zmarniał na twarzy. Dorosły chłop, a zachowywał się czasami jak skrzywdzony przez życie nastolatek. — Pomyślałem, że przynajmniej będziemy mieć trochę czasu dla siebie.
— Zdajesz sobie sprawę, że widziałem cię wczoraj i jeszcze przedwczoraj?
Zechciał się z nim trochę podroczyć, ale Judas nie miał humoru. W ogóle. Był cały zmarnowany na twarzy i wyglądał tak, jakby nie chciał tam jechać za żadne skarby.
— Czy ty w ogóle lubisz swoją rodzinę? — zapytał, opamiętując się na moment. Postanowił spoważnieć na pięć minut.
— Nie. — Wzruszył ramionami.
— To musisz tam jechać?
— Jadę pierwszy raz od chyba dziesięciu lat, a co?
Ze zdziwienia aż nie wiedział, co odpowiedzieć. Skoro nie jeździł od lat na te imprezy, to dlaczego postanowił pojechać teraz?
— To jakieś specjalne święto?
— Powiedzmy — mruknął pod nosem. Zazwyczaj był bardziej rozmowny, ale kiedy temat schodził na jego rodziców, to się w sobie zamykał i odpowiadał zdawkowo. — W każdym razie dobrze, że jedziesz ze mną.
Havu w odpowiedzi uśmiechnął się delikatnie, po czym znowu — chyba setny raz — poprawił włosy. Całą drogę przesiedział, patrząc w okno i zastanawiając się, co teraz robi Vincent, bo nie widział chłopaka od dłuższego czasu. Potem, im bliżej San Diego byli, zaczął się martwić tym rzekomym spotkaniem rodzinnym. Judas również widocznie się spinał. W ostatniej chwili chciał nawet zaproponować, żeby tam nie szli i pojechali w drugą stronę, może do Las Vegas, i wydali większość swoich wypłat na hazard. Byłoby to całkiem zabawne, prawda?
Było już jednak za późno na zmianę planu, bo dojechali do jakiejś okropnej restauracji. Z zewnątrz wyglądała na miejsce dla starych bogatych bab, które na emeryturze nie miały co robić ze swoimi oszczędnościami, więc wszystko wydawały na zbyt drogie dania o przeciętnym smaku.
— Ile osób będzie? — spytał, po wyjściu na zewnątrz. Rozejrzał się na boki, ale nie widział nikogo oprócz nich. Chyba będzie mu trochę głupio, jeśli jedyni są spóźnieni.
— Niewiele. — Judas poprawił przekrzywiony krawat. — Chyba pięćdziesiąt.
— To jest niewiele? — przeraził się. — Z jakiej okazji to w ogóle wyprawiają?
Zadawał coraz więcej pytań, a Judas przestał na nie odpowiadać. Podeszli razem do drzwi wejściowych i weszli do środka dopiero po jakimś czasie (jak obydwoje wypalili po papierosie). Oczy wszystkich zgromadzonych skierowały się na ich dwójkę. Havu niezręcznie się uśmiechnął. Nawet nie wiedział, na kogo patrzył, bo naturalnie nie znał… nikogo.
Judas odchrząknął i się przywitał.
— Kto to jest? — Starsza kobieta podniosła się z krzesła i podeszła do nich. Miała na sobie długą, złotą sukienkę, a włosy spięte błyszczącymi klamrami. Jeśli była to matka Judasa, to zdecydowanie pasowała do opisu pań na emeryturze, które nie miały co robić z pieniędzmi.
— To mój przyjaciel — zaczął Judas, a Havu czuł, że powoli zaczyna robić mu się słabo. — Pracujemy razem w parafii. Również jest księdzem.
Teraz to już zdecydowanie zaraz zemdleje.
— Och. — Kobieta nawet się nie uśmiechnęła. — Czyli rozumiem, że to jest twoja osoba towarzysząca?
— Coś nie tak? — odpowiedział pytaniem na pytanie.
Kobieta nie spuściła wzroku. Trochę przerażające było to, jak obydwoje mierzyli się spojrzeniami. Ciężko byłoby komukolwiek innemu to wytrzymać.
— Nie widziałam cię kilka lat — wytknęła nagle dość istotny fakt, o którym wcześniej Judas też powiedział Havu. — Ale dobrze, synu, baw się dobrze. To w końcu rocznica ślubu twojego brata.
Havu dopiero wtedy dowiedział się, z jakiej okazji się tutaj znajdują. Nie widział jednak żadnej panny młodej w tłumie tych ludzi. Zamiast tego dostrzegł dwóch mężczyzn, siedzących przy stoliku, który zajmowała matka Judasa.
— Gdzie jest… żona twojego brata? — szepnął do Judasa.
czuję tę niezręczność lol
────
[919 słów: Havu otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]