poniedziałek, 9 lutego 2026

Od Quinn — „Arkadia dla amatorów”

Quinn zamknęło za sobą drzwi od toalety, oddychając z ulgą. Na całe szczęście fałszywy alarm, nikt nie miał zamiaru wchodzić do środka.
— Co?
Powtórzyło, wracając do tematu rozmowy, marszcząc przy tym brwi, próbując w jakikolwiek sensowny sposób zrozumieć słowa tego odklejeńca stojącego po ich prawicy. Nie było to łatwe, szczególnie kiedy Keith szczebiotał od rzeczy, a legionistę skutecznie rozpraszał trójgłowy bóbr-Cerber wyryty na ścianie naprzeciwko. (No, może nie wyryty a namalowany markerem w męskim kiblu). Jedna głowa miała wyszczerzone kły, druga jadła coś, co wyglądało jak fragment hełmu, a trzecia po prostu patrzyła osądzająco, jakby wiedziała, że stojąca przed nią osoba zjada gile z nosa ze smakiem.
— Chujów sto — odparł Keith z naciskiem, jakby to cokolwiek wyjaśniało. — Nie słuchasz mnie i ranisz moje delikatne, słodkie serduszko.
Złapali się teatralnie za klatkę piersiową, zataczając przy tym lekki półobrót na pięcie. Z gardła wydobył im się przeciągły, przesadzony dźwięk krztuszenia, idealnie pasujący do scenki umierającej postaci w przedszkolnym przedstawieniu, które oczywiście jest okropne i paskudne, ale starzy i tak biją brawo, żeby nie zniszczyć marzeń ziemniaków. Brakowało tylko opadającej kurtyny i dramatycznego światła. Ewentualnie reflektora, który pierdolnął na scenę.
— Keith — zaczęło Quinn bardzo powoli, tym tonem, którego używa się wobec ludzi niebezpiecznych albo kompletnie oderwanych od rzeczywistości. Ewentualnie oba. — Typie, zachowujesz się jakbyśmy byli w trakcie misji. I to w jakimś obszczanym barze. Z nielegalnym alkoholem. Otoczeni przez najemników, z których połowa chciałaby nas sprzedać za garść orzeszków.
— A mimo to — wtrącił Keith, prostując się nagle — Wybierasz ignorowanie mnie. To boli bardziej niż kula w udo.
— Kiepie jeden, przecież ostatnio ci się śniło, że niby zostałeś postrzelony w udo w zeszłym tygodniu i przez trzy dni narzekałeś, że swędzi. Sam mi to opowiadałeś. O jakimś bólu fantomowym, czy jak to tam się nazywa też żeś jojczył — przypomniało Quinn, nie odrywając wzroku od bobra.
— Gówno prawda. Nie pamiętam, się nie liczy.
Quinn zamknęło oczy. Na sekundę. Jedną, krótką sekundę, w której rozważało wszystkie życiowe decyzje, jakie doprowadziły je do tego momentu. Do siedzenia w obskurnym, śmierdzącym kiblu z Keithem po prawej i mutantem-bobrzym symbolem piekła przed sobą.
— Erhm… to co ty właściwie chciałeś malować jeszcze, prócz tego… cóż… dzieła sztuki wątpliwej jakości — zapytało w końcu, cedząc słowa.
Keith uśmiechnął się szeroko, jakby właśnie wygrał na loterii.
— Myślałem o twojej mordzie ale później uznałem, że jednak lubię swoje życie. No! Myślę, że mogę namalować jakąś dziką świnię i podpisać jakoś “Ashley tu była”. No ale wtedy pamiętaj, kto jest twórcą tego dzieła i że jak zginę, to chcę, żebyś powiedziało wszystkim, że byłem piękny.
— Jak chcesz żyć to lepiej mów pół tonu ciszej— skorygowało Quinn. — Zaraz zleci się tu cały obóz i oboje wylądujemy na tamtym świecie.
— Ale przynajmniej będziemy zapamiętani. Skończ już narzekać jak stara baba, podaj mi różowy marker z plecaka.
Westchnęło, bo co innego im pozostało? Sięgnęło do torby po ten cholerny różowy marker. Pewnie będą to jutro wszystko zmywać.

────
[481 słów: Quinn otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 8 lutego 2026

Od Ishy CD Raine — „Bonding moment na stacji benzynowej”

Poprzednie opowiadanie

Chciała tylko coś szybko zjeść po pracy - pracy, w której nie miała nawet pięciu minut, żeby usiąść na dupie i złapać oddech. A tu nagle jakiś śmierdzący wieprz się spawnuje i próbuje zapierdolić jej jej własność. Nie miała ochoty na konfrontację. A już tym bardziej nie z jakimś stworem, który najwyraźniej uznał, że uprzykrzanie im życia to jego dzisiejsza misja.
— Oddaj to kurwa, mówię do ciebie, przyjebie.
Kątem oka dostrzegła pusty słoik z krzywym, ręcznie pisanym napisem „Zbieram na atlas grzybów”. Stał nieco z boku lady, jakby ktoś go tam odstawił w pośpiechu albo ze wstydem. Nim jakiekolwiek racjonalne myśli zdołały do niej dotrzeć, nim zdrowy rozsądek zdążył zapukać do drzwi, już miała go w dłoni. Ramiona same napięły się do rzutu, mięśnie zareagowały szybciej niż mózg.
Celowała prosto w pysk stwora.
Trzask tłuczonego szkła rozdarł powietrze stacji benzynowej, odbijając się echem od plastikowych ścian i metalowych półek. Isha zaklnęła szpetnie, cofając dłoń - większy kawałek szkła wbił się w skórę pod wpływem siły odprysku. Krew natychmiast zaczęła sączyć się cienką strużką, ciepłą i lepką.
— Ja pierdolę…
Zacisnęła zęby i bez ceregieli wyciągnęła odłamek, sycząc cicho pod nosem. Bolało, ale nie na tyle, żeby robić z tego scenę. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni.
Przynajmniej odzyskała swój portfel.
W triceratopsy.
I to te świecące w ciemności.
Wypuściła powietrze zalegające w płucach z cichym, przeciągłym świstem. Ramiona opadły jej minimalnie, nareszcie emocje zaczęły z niej opadać. Serce wciąż waliło jej w piersi jak oszalałe, puls dudnił w skroniach. Ostatnie, czego potrzebowała, to kolejna dawka stresu, a przecież, według pani doktor, powinna go ograniczać do absolutnego minimum.
Ciekawe, kurwa, jakim cudem miała to zrobić, skoro pracowała z bandą tłuków o IQ marchewki, a na każdym kroku mogło wyskoczyć jakieś paskudztwo marzące o shish kebabie z półboga. Świat najwyraźniej nie dostał notatki od jej kardiolożki.
Sięgnęła po portfel i wyciągnęła z niego dwa banknoty, zmiętoszone i zmęczone życiem niemal tak samo jak ona. Papier był ciepły od jej dłoni, lekko śmierdzący, jak każde pieniądze zresztą.
— Weź mi daj jeszcze Camele żółte. Bez filtra — rzuciła, nie podnosząc wzroku.
A miałaś nie palić mamrotała w myślach.
No cóż. Dobre nawyki poszły jak psu w dupę.
— Kurw… jeszcze zapalniczkę — bąknęła po chwili, wysypując z portfela kolejne monety na ladę. Metaliczny brzęk uderzył ją w głowę niczym irytujący dzwonek alarmowy. Czuła się jak żulica-menelia szukająca drobnych na flaszkę amareny, żeby jakoś przetrwać ten dzień bez trzęsących się dłoni i suchego gardła.
Zawahała się sekundę, po czym dorzuciła jeszcze jeden banknot.
— A to za słoik na napiwki.
Położyła go na ladzie w niemym geście przeprosin, po czym cofnęła dłoń, jakby bała się, że jeśli zostanie tu choć chwilę dłużej, coś jeszcze pójdzie nie tak.

Zmarszczyła brwi zdegustowana, grzebiąc łyżką w talerzu, jakby była pięciolatkiem, którego rodzice na siłę posadzili przy stole i kazali zjeść jałową, rozgotowaną brukselkę. Bulion chlupotał leniwie, a ona mieszała go bez przekonania, rozbijając na kawałki coś, co miało udawać grzyby, a najpewniej było kawałkiem ziemniaka.
Jakim cudem w ogóle zgodziła się iść z obcym na zupę?
Cholera wie.
Może dlatego, że to ona wybierała miejsce. A może dlatego, że skoro poznała normalnego półboga (takiego, który nie mdlał, wpadając na nią co pięć minut, ani nie wciągał jej w jakieś dzikie gówno), to uznała, że warto spróbować. Może faktycznie należało otworzyć się na nowe znajomości. Opuścić te wszystkie ściany uprzedzeń, czy tam inne dyrdymały, o których jej terapeutka potrafiła gadać całymi sesjami.
— To miała być grzybowa — fuknęła z wyrzutem, wyławiając z zupy połówkę pieczarki i kilka nitek makaronu. Najpewniej tagliatelle. Cholernie rozgotowanego tagliatelle, który bardziej przypominał tasiemca, jak makaron. — Jakbym chciała jeść pieczarkową, to bym zamówiła pieczarkową. Gdzie są prawdziwki? Podgrzybki? Już mogą być nawet borowiki, no ale nie, kurwa, pieczarki.
Czy wystarczająco dobrze zakomunikowała, że nie lubi, nienawidzi, pieczarek?
Unosiła zdobycz na łyżce, jakby prezentowała dowód zbrodni. Pieczarka była szaro-blada, gumowata i absolutnie pozbawiona jakiegokolwiek aspektu, który zachęcałby do zjedzenia jej.
Jakby tego było mało, całość była zaciągnięta nie lekką śmietanką, tylko mieszanką mąki i śmietany. I to tej trzydziestosześcio procentowej. Ciężkiej, tłustej, oblepiającej podniebienie jak zaprawa murarska wymieszana przez pijanego wujasa, który robił remont „po kosztach”.
— Zrobiłabym lepszą — skrzywiła się, odkładając łyżkę na bok z cichym brzękiem. — I to za pół tej horrendalnej, złodziejskiej ceny.
Oparła się o krzesło, krzyżując ramiona na piersi w jednoznacznym geście kapitulacji. Nie ma opcji, że ruszy te rzygi szatana.
Raine obruszył się natychmiast, jakby do jego uszu dotarł najgorszy slur świata, prawdziwe oszczerstwo obrażające nie tylko kuchnię tego lokalu, ale też osobiście ukochane grzyby.
— Nawet porządnie nie spróbowałaś — rzucił z wyrzutem, patrząc na jej talerz z autentycznym smutkiem, jakby właśnie obraziła jego osobistego bożka, któremu postawił niedawno kapliczkę. Przez chwilę milczał, ważąc słowa, po czym westchnął cicho i pochylił się nad stołem.
— No dobra… — zaczął ostrożnie. — Znaczy, jasne. Podgrzybki są lepsze. Tu się zgadzamy. Zawsze były, zawsze będą. Mają aromat, charakter, teksturę… pieczarka to przy nich taki… — zawahał się, szukając słowa.
— …grzybowy chleb tostowy. Albo jak porównać craftowego burgera do tego z mcdonalda, którego jesz na kacu szybko…
Uniósł palec, jakby miał wygłosić wykład życia, który miał odmienić światopogląd Ishy w sekund pięć. Niedoczekanie chyba.
— Ale to nie znaczy, że są złe!! Po prostu… inne. Dla mnie wszystkie grzyby są zajebiste. Tylko niektóre bardziej, niektóre mniej. ALE! Wszystkim należy się szacunek.
Entuzjazm w jego głosie przygasł odrobinę, gdy spojrzał z powrotem na nieruszoną zupę. Przez sekundę wyglądał jak ktoś, kto próbuje pogodzić się z trudną prawdą. Isha nic nie mówiła, może dlatego, że nie chciała przerywać nowemu koledze, bo czuła, że ten jeszcze nie skończył a może dlatego, że zwyczajnie nie wiedziała, co powiedzieć.
— Nie bardzo rozumiem, jak można nie lubić konkretnego grzyba — dodał ciszej, już mniej pewnie. — No bo to dalej grzyb. A grzyby są super.
— Są, jednak nie pieczarki. Pieczarki są paskudne.
Przesunął miskę minimalnie w jej stronę, jakby próbując ją zachęcić.
— No zjedz — urwał na sekundę. — Przecież już przed tobą stoi.
Zawahał się, po czym spróbował jeszcze raz, głosem miększym, prawie błagalnym.
— No weź…
— Nie.
Spojrzał na nią spod brwi, a kiedy nadal nie sięgała po łyżkę, westchnął dramatycznie. Jakby właśnie zawiodła nie jego, tylko wszystkie grzyby świata.


Raine?
────
[1016 słów: Isha otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu — „Long time no see" cz. 2

Poprzednie opowiadanie

Tym razem odwiedziła go z własnej woli.
Nie ostrzegała, że się pojawi – nie widziała powodu, a tym bardziej nie miała okazji. Nie wiedziała nawet, czy go zastanie.
Właściwie to nie była nawet pewna, czy chce go zastać.
Pokonując kilka ostatnich metrów dzielących ją od mieszkania brata, zadzierała głowę, obserwując mgłę i ukryte za nią szczyty budynków. Było chłodno, nie do końca w ten przyjemny sposób, i zaczynała żałować swoich decyzji.
Arisu doskonale wiedziała, że żałuje ich za każdym razem, nie była aż tak pozbawiona umiejętności samokrytyki. Szczególnie tych związanych z Shayelem. Dalej była obrażona za jego długą nieobecność i zostawienie jej na pastwę Obozu Jupiter. Po prostu czasami o tym zapominała i wtedy właśnie podejmowała tak głupie decyzje, jak wykorzystanie wyjścia z obozu na odwiedziny.
Ostatni raz widzieli się na wiosnę, wtedy, gdy pili paskudną herbatę z paskudnej kawiarni i gotowali prosty, nieco mniej paskudny obiad w kuchni, która wyrównywała cały poziom. Teraz było już lato, przynajmniej tak sugerowała data w kalendarzu. W San Francisco ta pora roku istniała tylko na papierze.
Dostała się do budynku, korzystając z tego, że ktoś akurat wychodził na zewnątrz. Kobieta nawet nie spojrzała w jej stronę, kompletnie nieprzejęta tym, że Arisu mogła być przecież złodziejem, mordercą, wandalem albo – co gorsza – jakimś okrutnym potworem. To ostatnie mogło nie być typowym zmartwieniem śmiertelników.
Stanęła pod drzwiami. Nawet zdążyła unieść dłoń, by zapukać, zanim zastygła jak słup z ręką milimetry od powierzchni.
Mogła jeszcze się wycofać. Może powinna. Nie wiedziała, czy Shayel w ogóle chce ją widzieć. Kiedy to on ją zapraszał, wiedziała, że chce cię spotkać i miała możliwość zignorowania go, jeśli sama naprawdę tego nie chciała.
Nigdy z niej nie skorzystała, chociaż wielokrotnie miała ochotę.
Prawie prychnęła z irytacją, powstrzymując się tylko dlatego, że na pustej klatce, w otoczeniu mieszkań z obcymi ludźmi zwyczajnie nie wypadało. Od kiedy przejmowała się takimi głupotami? Nie powinna przejmować się tym, czy Shayel chce ją widzieć.
Zapukała, tylko trochę zbyt delikatnie.
Gdzieś z tyłu głowy dalej liczyła, że nie dostanie żadnej odpowiedzi. Że Shayela nie ma i będzie mogła po prostu wrócić albo pójść gdzieś indziej, by zabić czas. Nie musiałaby się przecież nikomu z tego tłumaczyć.
Nadzieję rozwiały kroki po drugiej stronie i delikatnie uchylenie drzwi. W szparze zobaczyła zielone oczy brata, otoczone kosmykami czarnych włosów.
– Arisu?
Chyba wyłapała zaskoczenie w jego głosie. Otworzył drzwi szerzej, wpuszczając ją do środka. Obrzuciła szybkim spojrzeniem ciasną przestrzeń, ale nie zauważyła, by wiele się zmieniło od jej ostatniej wizyty. Na stoliku leżała odwrócona grzbietem do góry książka, na kanapie walała się niedbale złożona pościel.
– Coś się stało?
Odwróciła się do Shayela. Wyglądał, jakby niedawno wstał. Był w mało wyjściowym stroju, zdążył poprawić włosy, ale nie miał zaplecionego warkoczyka.
Arisu poczuła, że z jakiegoś powodu jej przykro i zaraz zrobiło jej się głupio. Odwróciła głowę i zadarła wysoko nos, urażona.
– Nie. Tak przyszłam. Mogę sobie iść, skoro ci przeszkadzam.
Shayel przez chwilę patrzył na nią z czymś, co mogło być rezygnacją, a mogło chęcią mordu. Obie emocje wyglądały przecież tak samo. Westchnął, zamknął za nią drzwi i podszedł do kuchni.
– Napijesz się czegoś?
Nie odpowiedziała od razu. Podeszła do stolika i podniosła książkę, po samym wyglądzie okładki oceniając, że to raczej mało wymagająca, popularna lektura. Zresztą, nigdy nie położyłby w ten sposób żadnej wartościowej książki. Wsadziła schowaną za skrzydełkiem okładkę między strony i odłożyła ją z powrotem. Odgarnęła koc i usiadła na samym brzegu kanapy.
– Kupiłem wczoraj herbatę sypaną. Podobno całkiem dobrą jakościowo.
Był dzisiaj wyjątkowo rozgadany. Arisu nie wiedziała jeszcze, czy ją to irytuje.
– Spróbuję – odpowiedziała tylko, trochę ze zbyt dużą złością w głosie. Jednak wstała z miejsca. Przecisnęła się obok stolika i podeszła do niedomkniętych drzwi łazienki, tylko po to, by nie stać w miejscu.
Teraz już jej nie odpowiedział i przyjęła to z większą ulgą, niż się spodziewała. Otworzyła szerzej drzwi łazienki i wślizgnęła się do środka, robiąc z tego zdecydowanie większą konspirację niż była potrzeba. Była już w tej łazience. Oczywiście, że była, przecież odwiedzała brata już któryś raz.
Pomieszczenie było ciasne tak jak cała reszta mieszkania. Było też tak samo stare, ale przynajmniej czyste. Na pewno w lepszej kondycji niż toalety w Obozie Jupiter, chociaż te wymagały dużo więcej sprzątania i remontów. W liczbie mnogiej.
Jednak się wycofała. Podeszła do komody i przykucnęła przy leżącej obok torbie. Nie tej, którą Shayel nosił na co dzień, raczej jednej z tych, w którą pakował zdecydowanie zbyt wiele książek i innych papierów. Teraz była prawie pusta, tylko na dnie leżała jakaś samotna książka. Sięgnęła po nią. Spomiędzy stron wystawał kawałek czerwonego materiału.
Prawie odrzuciła książkę z powrotem na dno torby. Zamarła na chwilę, zanim w końcu ostrożnie wyjęła cienką wstążkę spomiędzy kartek. Właściwie to kawałek wstążki, poszarpany z jednej strony.
Druga połowa leżała gdzieś wśród jej rzeczy w obozie. Przynajmniej tak jej się wydawało.
Arisu czuła, że znowu robi jej się okropnie głupio, bo znowu ogarnęły ją te głupie emocje. Nie zorientowała się, kiedy wolną ręką złapała swój cienki warkoczyk, związany na końcu gumką, która zresztą też była czerwona. Po prostu dużo bardziej praktyczna od wstążeczki.
Usiadła na podłodze, chociaż miała ochotę wstać i wyjść. Shayel nie powinien po latach dalej trzymać przy sobie takiego śmiecia. Ona też nie powinna. Musieli być oboje okropnie głupi – takie sentymentalne gówno pasowało do innych, nie do nich.
Nie wiedziała, czy Shayel w ogóle pamięta, skąd wzięła się ta wstążka. Może po prostu uznał ją za dobrą zakładkę.
Ona pamiętała. I to chyba wkurzało ją jeszcze bardziej.

Miała wtedy jakieś dziesięć lat. Mieli przerwę między podróżami, udało jej się spędzić rekordowo dużo czasu w nowej szkole, ale nie potrafiła z nikim złapać kontaktu. Dzieciaki były wredne, a ona była jeszcze bardziej wredna od nich. Nie pamiętała już, gdzie to było, zbyt często zmieniali miejsce pobytu, a sytuacja w każdym wyglądała dokładnie tak samo. Tam, w przeciwieństwie do San Francisco, pory roku nie były tylko teorią spiskową.
To akurat wydarzyło się zimą.
Okropnie pokłóciła się wtedy z ojcem, zaraz po tym, jak jeszcze bardziej pokłóciła się z gromadką dzieciaków ze szkoły i nauczycielką. Ojciec został wtedy wezwany, by porozmawiać o jej zachowaniu. Shayel – który miał wtedy szesnaście lat i zdecydowanie lepsze rzeczy do roboty – przyszedł z nim i Arisu zdenerwowało to jeszcze bardziej, bo przecież była zbyt dorosła na coś takiego.
Jeszcze bardziej zdenerwowała się, kiedy ojciec poprosił Shayela, by ten poczekał z nią na zewnątrz. Jakby była małym dzieckiem, które nie może zostać przy rozmowie wielkich dorosłych.
Wypadła z budynku, nie oglądając się na brata, bo bardzo miała nadzieję, że zgubi go za którymś zakrętem. Nie myślała wtedy, że ona jest niska i ma krótkie nóżki, a on jest prawie dorosły i zdecydowanie łatwiej mu robić duże kroki na mokrym śniegu.
Szedł uparcie za nią, co jakiś czas powtarzając jej imię, przez co ona próbowała przyspieszać jeszcze bardziej.
– Odwal się! – krzyknęła w końcu. Odwróciła się wtedy zdecydowanie zbyt gwałtownie, złapała w dłonie ubity śnieg i cisnęła w niego twardą kulą.
Dopiero kiedy trafiła go w skroń, zdała sobie sprawę, że nie była to po prostu pozostawiona przez kogoś śnieżka i rozpłakała się na widok krwi.
Shayel nie zdenerwował się na nią. Podszedł i przyklęknął przed nią, dłonią ścierając krew i kompletnie się nią nie przejmując.
– Więc, co się stało? – zapytał tylko.
Zawsze był spokojny, ale tym razem ten spokój zaskoczył Arisu na tyle, że sama od razu się uspokoiła.
– Nie lubię ich – mruknęła w odpowiedzi. Patrzył na nią pytająco, więc odgarnęła nerwowo przeszkadzające jej, napuszone włosy i dodała: – To oni zaczęli. Uważają, że jesteśmy dziwni. I też mnie nie lubią.
Shayel pokiwał powoli głową, a ona znowu odgarnęła kosmyki za uszy.
– I to dlatego się z nimi kłócisz?
Nie zaprzeczyła, ale też nie potwierdziła. Westchnął, biorąc w palce te włosy, które cały czas jej przeszkadzały.
– Nie musisz dogadywać się ze wszystkimi.
Nie dogadywała się z nikim, ale nie chciała tego mówić.
– Wiem. Nie zależy mi. I tak będę podróżować z tobą i z tatą.
Uśmiechnął się do niej. Robił to bardzo rzadko i bardzo się tym przejęła.
– Teraz powinny ci mniej przeszkadzać.
Spojrzała na jego dłonie. Splótł jej włosy w warkoczyk, co było przecież bardzo głupie.
– Ale wyglądam głupio!
Miała go rozplątać, ale wtedy Shayel zaczął splątywać własne zbyt długie włosy.
– Teraz będziesz czuła się lepiej?
Roześmiała się, przytakując. Miała pytać, czym chce je związać, ale wtedy wyjął z kieszeni owinięty czerwoną wstążką pakunek. Nie pamiętała już, co było w środku. Pamiętała tylko, że przeciął wstążkę nożykiem, dodatkowo się przy tym kalecząc, zanim związał nią oba warkoczyki.
Ich ojciec znalazł ich chwilę później. Nie zadawał pytań. Zmieniła szkołę kilka tygodni później.

– Arisu?
Odrzuciła książkę i wstążeczkę z powrotem do torby. Shayel stał nad nią, z kubkiem parującej herbaty w dłoniach. Przyjrzała się jego twarzy. Po jej celnym rzucie kamieniem nie było żadnego śladu.
– Tak. Tak – potwierdziła, potrząsając głową. – Czemu dalej ją trzymasz?
Wzruszył ramionami.
– A dlaczego dalej zawiązujesz warkoczyk?
Nie potrafiła mu na to odpowiedzieć. Wiedziała, że też by nie odpowiedział, gdyby teraz odbiła pytanie. Podniosła się, biorąc od niego herbatę.
– Mógłbyś się przebrać. Chciałam iść z tobą na spacer – ofukała go zamiast tego.

────
[1500 słów: Arisu otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii do Inez — „Ogniem i tarotem”

Szereg namiotów rozpościerał się na brzegu San Francisco. Oplecione kolorowymi wstęgami, proporczykami oraz światełkami nadawały tej scenerii dziwnie uroczy klimat — zasłona mgły wyjątkowo nie pojawiła się tego dnia, zostawiając w spokoju krajobraz, z łagodnie górującą nad okolicą Tamalpais. Światłom festiwalowym wtórowały ostrzegawcze bliki z Golden Gate. Na powierzchni wody mieszały się razem dwa światy, miasta oraz lunaparku — nazwa wyjątkowo trafna. Nad Kalifornią górowała pełna tarcza księżyca, jak gdyby jakieś bóstwo przycupnęło na nieboskłonie i oglądało poczynania śmiertelników.
Nie było jakiejś konkretnej okazji, która wytyczała akurat ten termin parku rozrywki. Kto wie, może ludzie chcieli celebrować wiosnę. O ile przy tej zatoce nigdy nie było ani za gorąco, ani za ciepło przez cały rok, tak po spędzonych kilku latach tutaj można było umiejętnie wychwycić nieśmiałe zwiastuny wiosny. Powietrze inaczej smakowało, melancholia ustępowała, bzdety ze świąt Bożego Narodzenia zostały już dawno wyrzucone do śmietników. Nawet niebo było żywsze niż zwykle, mgła niechętnie się zapuszczała.
Pojawiło się całkiem sporo osób. Głównie rodziny, gotowe pokazać swoim pociechom, jak wyglądają tego typu miejsca, ale pojawiały się też nastolatki szukające wrażeń, randkujący studenci i dorośli, którym życie nie zdusiło tej dziecięcej cząstki. Zamożniejsi ludzie zwykle wsiadali w auta i jechali kilka godzin do gigantycznych parków znajdujących się w innym stanie, przygniatających zarówno metrażem, bodźcami, jak i ceną. Wszystko to sprawiało, że tutaj klimat był nie dość, że rodzinny, to po prostu przyjemny. Jak na przechodzenie między stoiskami, słuchanie zachwyconych wrzasków, rozpaczliwych jęków, brzdęku puszek i w tym podobne, to nie przytłaczało i było sporo miejsca.
Przy namiotach ulokowały się karuzele oraz mini rollercoastery, które może i trąciły tandetą, ale były jedyną okazją doświadczenia jazdy chyboczącym wagonikiem na wąskich torach. Nie najszybszym, nie dostarczającym adrenaliny, ale jakimś. Czy strzelanie z cholernych, niecelnych strzelb, które wyglądały, jakby pamiętały wojnę secesyjną. Tylko po to, żeby wygrać pluszaka zamówionego hurtowo z Aliexpress. Za to karmelizowane jabłka oraz inne słodycze stały na przyzwoitym poziomie, podobnie jak foodtrucki z jedzeniem z różnych zakątków świata. Nad wodą, gdzie ledwo światło lunaparkowe docierało, stały ławki oraz stoły kempingowe, na których nastolatki ogarnięte trudami dorastania podejmowały pierwsze pocałunki. Takie, w których zęby się zderzały, podbródki umazane były śliną. Ci bardziej pechowi czuli znienacka obcy język w gębie.
Obok tych nieszczęsnych ławek i nastoletnich uniesień ulokował się czerwony namiot, z kiczowatymi frędzelkami oraz lampionami. Szyld wskazywał zarówno na wróżby, jak i na sekretariat. Można było się zastanowić, czy realne problemy też rozwiązywali losowaniem kart tarota. Namiot absolutnie nie rzucał się w oczy, nie miał wejścia od strony alejek, widocznie nikomu nie zależało, żeby ktokolwiek mógł tam się dostać. Tak, jakby przyciągał tylko desperatów i poszukiwaczy wrażeń.
Przed nim stanęła właśnie osoba, która nie plasowała się w żadnej z wymienionych kategorii. Na oko osiemnastoletnia, jej styl ubierania się mógłby oburzyć konserwatywnych starszych ludzi. Gdyby tylko mogła również udobruchać ich sympatycznym wyrazem twarzy. Z poważną miną spoglądała na otoczenie. Nikt nie obserwował, nikt się nie zatrzymywał przy namiocie. Wcześniej nikt nie zwracał na nią uwagi wśród gwaru, przepychanek, co najwyżej ktoś ośmielał się zaproponować jej watę cukrową. Długą chwilę zajęło rozszyfrowanie słów na szyldzie wypisanych ekstrawaganckim fontem, jeszcze dłuższą decyzja o wejściu do środka.
Można było spodziewać się kadzideł czy kiczowatego wystroju, ale było jeszcze gorzej. Był tylko chybotliwy stół zgarnięty ze stołówki, z obleśną turkusową powierzchnią, dwa krzesła, a to wszystko na trawie, bez jakiejś namiastki podłogi. Inne wyposażenie czy dekoracja praktycznie nie istniały. A doświadczyła tego dziewczyna, która pospiesznie ominęła ciężkie kotary broniące wnętrza i znalazła się w środku, zupełnie nieświadomie. Jak ćma lecąca do żarówki. W momencie ujrzenia wątpliwej jakości przestrzeni, na jej twarzy malowały się zdziwienie oraz zastanowienie, czy podjąć decyzję wyjścia i uciekania, gdzie pieprz rośnie. W ostatniej chwili przełknęła ślinę i ruszyła przodem.
— To tylko pusty namiot, z creepy stoliczkiem. — Mruknęła pod nosem, dodając sobie odwagi.
Usiadła i nagle przed nią pojawił się plik dokumentów. Magia w parku zabaw, która nie robiła wrażenia na półbogu. To nie była zdecydowanie skala treningu u gigantycznej samicy wilka, byle dwunastolatek in probatio by się przejął, ale nie legionistka z konkretnym stażem. Szybko przebierała stosy, które informowały o celach misji, statusie. Były również śmieci — klauzula o poufności na wypadek śmierci w bardzo konkretnie wymienionych przykładach, mapy sprzed kilkudziesięciu lat, paczki kart Yu-Gi-Oh, instrukcja do odkurzacza marki Dyson, esej traktujący o tym, jak bardzo misje Greków nie mają sensu ze względu na ograniczenie do trzech osób. Papier kosza, plakat do kosza, brakowało tylko ulotek „kupię mieszkanie bez pośredników”.
Przeglądanie góry śmieci nie stępiło zmysłów, szczególnie słuchu. Szum kotar zapowiedział kolejnego gościa.
Gościa, który zajął dużo przestrzeni. Właściwie, gościni, która wpatrywała się spode łba w grot strzały ułożonej na gastrafetesie.
— Na rany Aresa — Mruknęła postać. — A to miała być tylko zwykła, boska przysługa.


Inez?
────
[777 słów: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 7 lutego 2026

Od Lynn do Arisu — „Szósty lipiec”

Szósty lipiec.
Dzień szczególnie upalny — Lynn, ledwo wstała i zaczęła się krzątać, już się spociła, i oparzyła stopy na podłodze nagrzanej od słońca — wstała długo po jego wschodzie, nie nastawiła budzika. Obudziła się idealnie w czasie tych paru południowych, najgorętszych godzin. Może to ten upał ją obudził. Co można jeszcze zrobić w taką pogodę? Nie no, na pewno jest dużo roboty. Ale i woda przyniesiona ze studni stała w ocienionym kącie, i stół był czysty, a nie można było nieskończenie zamiatać podłogi. Roślin nie można było podlać, zaraz się ugotują w każdej kropli wody. Okna nagrzane, nie nadawały się do mycia — a nawet gdyby Lynn zaczęła wypatrywać smug na nich, rozbolałaby ją głowa. Wybrała sobie, chatkę na pustkowiu. Na szczerym polu. W zimie idealnie odsłonięta przed wiatrem, w lecie bez żadnej ochrony wystawiona z każdej strony na słońce. Trzeba by coś posadzić.
Z chęcią zajęłaby się nawet teraz. Z radością zrobiłaby wszystko, co odwróciłoby jej uwagę od przygotowanej wczoraj wiązanki kwiatów na stoliku nocnym. Wszystko, co zajęłoby ją na tyle, żeby nie musiała spoglądać w stronę kalendarza, gdzie świeciła na czerwono data — szósty lipiec.
Zaznaczona zresztą przez nią.
Minęło już wiele lat i stwierdziła, że tak dłużej być nie może. O Nalinie nie zapomni, może jakoś się oswoi z jego śmiercią? Okaże mu szacunek. Może brat nękał ją przez jej ignorancję, jej bezsilność, bezradność. Niewykluczone też, że uważał, iż oprócz nieustannych kryzysów i epizodów depresyjnych, nie celebrowała jego pamięci z należnym mu szacunkiem. Może nie smakował mu ten strach, jakim karmiła jego wybredną duszę w Hadesie. Może zbrzydło mu szlochanie po nocy i jej samobiczowanie.
Robi to w końcu dla niego.
Zaznaczyła więc datę w kalendarzu, przygotowała bukiet, ususzyła, czując chwilowe podekscytowanie — może brat teraz na nią patrzy i się uśmiecha? Teraz, w gorącu i wynikającym z tego stanu bólu głowy nie była już tak pełna nadziei. Może bała się, że to pójście na cmentarz będzie otwartym przyznaniem się do tego, że przez ostatnie lata go zaniedbywała i nie robiła tego, co należy. Pewnie na domiar złego jeszcze nie znajdzie grobu. Właśnie taka z niej siostra — tak samo uważna za życia, jak i po śmierci — czyli wcale.
A może przesadzała właśnie w drugą stronę — starała się wynagrodzić swoją nieobecność przy jeszcze zmagającym się z problemami, ale oddychającym i obecnym Nalinie, przez performatywne popłakanie przy jego nagrobku?
W podobny sposób zadręczała się od wielu lat. Zaraz po śmierci brata była w zbyt wielkim szoku, żeby podjąć jakiekolwiek działanie, a potem było jej dziwnie wyjść z tego stanu. Co nie znaczy, że ten bukiet, który patrzył na nią jak wyrzut sumienia, był pierwszym. Było ich już wiele, nawet parę ukradkowych przechadzek pod cmentarnym murem. Nagrobek Nalina był jak niewyraźne wspomnienie, nigdy nie wytrzymywała długo w tym miejscu.
Dość, to się musi skończyć. Chwyciła kwiaty, wstała zdecydowanie — zakręciło się jej w głowie, więc musiała zwolnić, ale zapału starczyło jej na energiczny marsz aż do furtki. Tam zatrzymała się, prawie się odwróciła, ale szła dalej. Po drodze starała się zagłuszać wszelkie myśli. I takim sposobem, truchtając od drzewa do drzewa, dotarła na cmentarz za wzgórzem, więc na szczęście w miarę w cieniu. Weszła — i tutaj ponownie się zatrzymała. Wzrok uciekał jej na wszystkie strony, tylko nie w kierunku nagrobka przed nią.
Szósty lipiec. Dzień urodzenia Nalina.


Arisu?
────
[542 słowa: Lynn otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

— Jaki akwedukt? — Już nawet nie mrugała oczami zaskoczona. Mrugała podejrzliwie.
— No, takie coś czym płynie wod-
— Wiem, czym jest akwedukt. Ale ja tu nie widzę żadnego akweduktu, nawet w tym miszmaszu planszówkowym.
Zauważyła, jak oczy jenu się rozbłysły. For fuck's sake. Jak się na coś upierało, to często było niepowstrzymane. A jak jakimś cudem się udało od czegoś odciągnąć Arnar, to mamrotało przez cały dzień o tym, co by mogło osiągnąć, gdyby nie cholerni Lucien, Dahlia, Chejron, kasjerka, policjant i tak można było wymieniać do końca ludzi, którzy nie zgadzali się na jakikolwiek chory pomysł.
— Musimy zobaczyć jakiś akwedukt. — Skwitowało.
— Aha.
— Dokończmy rozrywkę, błagam! — Wtrącił się błagalnie Pęcek.
Zwrócili głowy w jego stronę. Synchronicznie westchnęli, jedno ciężko, drugie z rozbawieniem. Gdy zobaczyła kelnera idącego z cierpiętniczą miną w ich stronę, przejęła koszyk nachosów i usiadła z powrotem na swoim miejscu. Planszówka może i beznadziejna, ale nie odmówi jakiegoś chrupania, do tego z dipem serowym. Arnar porwało parę kawałków i włożyło do ust, próbując powstrzymać serię okruszków spadających na niezbyt czystą podłogę. Dahlia zarejestrowała, jak wpatruje się w te kawałki ze złością. Po czym na twarzy wkradło się zaskoczenie, zwieńczone uśmieszkiem.
Uśmiechnęła się pod nosem. Pamiętała pierwsze spotkanie, te zamaszyste machnięcia miotłą, na której archeolodzy mogliby podziwiać ery funkcjonowania lokalu z maszynami do gier, przy oględzinach warstw oleju oraz śmieci, rzecz jasna. Sam fakt, że nie musi sprzątać, bo to nie jeno miejsce pracy, cieszył.
— Aaaaaaaa — Zaczęło, odchylając głowę.
— Hm?
— aaaa KWEDUKT — Dokończyło, wlepiając wzrok w buta.
Dahlia miała to gdzieś i rzuciła kostkami, żeby przez chwilę Pęcisław mógł wyskrobać ze swojej głowy jakiekolwiek zasady. Co krążyło w głowie tego satyra, oprócz komórki mózgowej okutej w puszkę po zupie Campbell?
— Możesz wymienić te króliki na świnkę.
— Super. Do czego mi potrzebna świnka?
— Żeby ludzie mogli zjeść! O, tutaj. — Wskazał na sześciokątne żetoniki z wioskami. Zjadł przy okazji łucznika wystającego z wysokiej wieży. Z nadzieją, że nikt nie zauważy.
— Na chuj ci akwedukt? — Podjęła temat, gdy zapadła cisza. Arnar w tym czasie kombinowało żurawia origami z etykietki po piwie, jako zadanie stworzenia środka transportu dla księżniczki z Marchewkowego Pola.
Widocznie ten temat nie dawał jej spokoju.
— Chcę zobaczyć go przed ślubem. Widzisz, mam listę rzeczy do zrobienia, zanim stanę się pełnoprawnym dorosłym, poważnym człowiekiem. Już się zaręczyłom, jak będę mężem, to mogę nie mieć tak dużo czasu na życie, Dahlia.
Przy każdym słowie, wymawianym powoli, podnosiła coraz wyżej brew. Nie trzeba było znać długo Arnar, żeby wiedzieć, że traktuje to poważnie. I było w tym coś uroczo naiwnego. Szczęka jej opadła, gdy wyciągnęło z kieszeni listę, która rozpostarła się na całej długości, zasłaniając przy okazji karty Pokemon. Pęcisław już miał się rzucić na świeżą celulozę, ale dzieciak Hermesa powstrzymał go sprytnie plastikowym krokodylem, którego paszcza zacisnęła się na ręce satyra. Żałowała, że w miejscu na zęby nie było żadnych ostrz, żeby chwilowo go zająć. Podobno mają jakieś niezawodne sposoby na rany.
— To imponująca lista. Bardzo. — Podniosła ją, rzucając okiem na niektóre pozycje. — Czy ty piszesz drukowanymi literami?
— To są bardzo ważne rzeczy, a uczyli mnie, że ważne rzeczy podkreśla się dużą literą. Wszystko jest ważne.
W tle małe silikonowe krzesełka, ułożone w stosie, rozsypały się. Przewracając klepsydrę.
— Spróbować liczi… Wyśledzić Nirwanę, kim ona jest?
— No właśnie nie wiem. Lucien coś często mruczy o spotkaniu z nią i spełnieniu. Nie rusza mnie to. — Skrzyżowało ręce na piersi i zmrużyło oczy.
Zapadła cisza, podczas której Dahlia z niezmienionym wyrazem twarzy wpatrywała się w jeno oczy.
— Po prostu chcę wiedzieć, kim ona jest. Może się spotykać, ile chce. Nie rusza mnie to. Ale chcę wiedzieć. Nie znam jej. Nie stresuje mnie ani trochę, że nie wiem, o co chodzi. — Wypaliło nieco podirytowane.
— Nie chodzi o ten zespół?
— Jaki zespół?
— No, że Nirvana. Może Lucien jest wielkim fanem Nirvany?
— To mi mógł powiedzieć, kupiłobym wtedy bilety na koncert.
Starała się nie zaśmiać, przybrała zamiast tego dość neutralną minę i kiwnęła głową.
— Może być ciężko z biletami. Co tu dalej mamy? Szydełkowanie… Nauczyć się robić wino, miłe. Zainwestować na giełdzie?
— Aha. — Przytaknęło.
— Nauczyć się pisać kursywą.
— Aha.
— Sztuczki w łóżku…? — Podniosła wzrok, lustrując poważnie jeno twarz.
Jakiś szczon dwa stoliki dalej usłyszał jej wypowiedź i się wyprostował. Zdecydowanie nie wyglądał, jakby miał dwadzieścia jeden lat. Tym bardziej że po obejrzeniu się za siebie i spotkaniu z piorunującym wzrokiem Dahlii wzdrygnął się i odszedł z piwem na drugi koniec baru. Na czym to ja skończyłam? A, sztuczki.
Nauczyła się jednego ze znajomości z Arnar. Praktycznie nigdy nie rzucało drobnymi innuendo, patrzyło na świat przez różowe okulary, z perspektywy dziecka. Nie mogła tylko zdefiniować, czy chodziło może o akrobacje, czy może skakanie przez płonącą obręcz. Tego by się prędzej spodziewała.
— Myślałom o kartach, ale też o ręcznikach. Widziałom ładne zdjęcia, jak są ułożone w łabądki. Wstążeczki, serca, takie duperele. To bardzo romantyczne. No i może coś z poduszkami, pierzem, płatkami róż.
— Niegłupie. Doceni.
— Rzuć bierkami. — Pęcek instruował dalej. Rozległ się dźwięk rozsypanych plastikowych patyczków.
Gdy prześlizgnęła wzrokiem po liście, omijając puszczanie kaczki 15 razy czy postawienie tarota, natrafiła na specyficzną sekcję. Pod zadaniem „wymówić sos worecterserire” przebiegała czerwona linia.
— Oho, czerwony kol— Chciała dokończyć, gdy nagle Arnar wystrzeliło z zamiarem zabrania tej części listy z jej rąk. Natychmiast odsunęła jeno jedną ręką, drugą próbując ustabilizować świstek. Zamiast utrzymywać siebie w ryzach i oddać posłusznie dzieło hermesiaka, poczuła przemożną chęć bycia złośliwą osobą. Tak, jak za starych czasów w Obozie. Zrobili wcale niemały galimatias.
Po przeczytaniu treści zamarła, a Arnar przestało ją gryźć i dopełniło jękiem przegranego. Jeszcze nigdy nie widziało tak otępionego wzroku Dahlii.
— Arnar, co to jest, do cholery?
— Czytałom ostatnio gazetkę, jak czekałom na zamknięcie pracy. Podrzuconą przez koleżankę kosmetyczkę. Jak zobaczyłom dział „zanim wyjdziesz za mąż” to skorzystałom…
Milczała. Procesowała wypowiedź.
— …i zapomniałom o jednej z ważniejszych rzeczy. No, wszystkie te artykuły mówią, jakie to nie jest ważne zrobienie tego przed ślubem. Żeby… Nie żałować. Dlatego tam napisałom seks. Jakoś tak zapomnieliśmy o tym.
— Nie w tym widzę problem. — Odparła.
Zapadła cisza. Dahlia mogłaby przysiąc, że trwała wieczność. Arnar łatwo się rumieniło, ale teraz wyglądało jak kartka papieru. Jeno bielactwo jakby stało się mniej widoczne.
— A. Aha.
Wpatrywali się dalej w siebie, mrugając oczami co jakiś czas.
— A… co? — wydusiło.
Cicho odpowiedziała.
— Usuwanie cellulitu.


Arnar?
────
[1029 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy „I was thinking... maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Piekło istnieje, a Ricky właśnie je przeżył. Wyszedł cało. Zbawiony. Ocalały. Tak musieli czuć się ułaskawieni skazańcy, na których głowy już rzucała cień gilotyna. Tak musiał czuć się Dante po opuszczeniu kręgów piekielnych. Tak musiał czuć się Odyseusz po ocaleniu przed Scyllą i Charybdą. Tak musiała czuć się Maria Skłodowska — no, akurat nie mógł sobie przypomnieć o żadnym tragicznym incydencie z życia chemiczki, z którego wyszłaby szczęśliwie, cało i zwycięsko — ale samo porównanie siebie do Marii Skłodowskiej poprawiło jego nastrój i sprawiło, że nogi przestały mu się nieco trząść, po czymkolwiek stało się za drugą stroną tej zasłonki. Lekarze to słudzy Lucyfera. Do końca życia będzie mył ręce, zęby, spał na poduszce ortopedycznej, jadł zdrowo, pił wodę, uprawiał sport i unikał niebezpieczeństw — wszystko zaraz, naraz, od teraz, byle już tu nigdy nie trafić. Może założy nawet rękawice ochronne podczas następnego eksperymentu…
Słońce świeciło na zewnątrz tak samo, jak gdyby nic się nie stało. Ale Ricky widział i przeżył już rzeczy. Nie będzie już takim samym człowiekiem.
Mimo obecnego gdzieś w tłumie jego myśli faktu, że to grzybki są bezpośrednią przyczyną, dla której się tu znalazł, nie fatum i gniew bogów, nadal czuł się zadowolony ze swojego eksperymentu. Takich rzeczy pod mikroskopem to nigdy w życiu nie widział — swojego mikroskopu potem też, roztopił się niedługo po tym, jak światło lampki dotknęło kawałka grzybka, który no cóż, zapalił się. Tortury, które przeszedł, nie wykorzeniły więc jego dumy, jednak zrozumiał, że grzybków faktycznie trzeba się pozbyć. To wyzwanie, miało więc potrzebny do otrząśnięcia się po badaniach dreszczyk emocji — ale będzie zabawa!
Mniej zadowolona była Kuźma. Ale Ricky nie przejmował się tym — pewnie tylko udawała, na pewno chętnie zakopie z nim grzybki sześć metrów pod ziemią w ołowianej trumnie, w końcu od czego są przyjaciele?
Ostatnie słowa wypowiedział na głos, kiedy już szli w stronę baraku, razem z masą innych pomysłów na to, jak się pozbyć grzybków. Większość propozycji Kuźma odrzucała jako nieskuteczne, niektórych nawet nie komentowała.
— A skąd ty masz zamiar wziąć ołowianą trumnę? — popełniła błąd — zamiast jawnego zaprotestowania, nazwania go idiotą, zadała p y t a n i e co do realizacji przedstawionego pobieżnie planu — w oczach Rickiego było to niewiele dalekie od radosnego klaśnięcia w dłonie, krzyknięcia „genialny pomysł” i pobiegnięcia po łopatę.
— Jak byłem mały, odlałem z Josephem taką, chciałem zrobić przedstawienie o życiu Marii Skłodowskiej Curie, o całym jej życiu. Tylko nikt nie chciał pozwolić na zakopanie siebie w takiej trumnie, nawet wejście do niej... więc trzymam ją pod łóżkiem. Nie jest nawet taka duża, ale zgrabna, idealnie pomieści to — wskazał brodą na grzybki na metalowym półmisku, z resztkami talerza.


Kuźma?
────
[431 słów: Ricky otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]