piątek, 13 marca 2026

Od Dahlii CD Chaita — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

Sezony ogórkowe były dobijające, szczególnie latem.
Z roku na rok przybywało jej coraz mniej zleceń, co miało związek z brakiem zainteresowania gazetami w tych czasach. Już się przyzwyczaiła, że świat coraz bardziej zasuwał w stronę wszechobecnej technologii opierającej się na prądzie, ale opcja utraty stałej pracy była stresująca. W dodatku dowiedziała się, że chcą produkować masowo gównoartykuły na stronie internetowej za pomocą AI, na co tylko reagowała westchnięciem. Może wróci do Obozu, założy obok wioskę o jakiejś wdzięcznej nazwie, na przykład Nowe Saloniki, i będzie sadzić choćby marchew? Boscy rodzice mogliby naprawdę pomyśleć nad paczkami ze wsparciem finansowym dla dzieci, biorąc pod uwagę wszechobecność prądu. Czy by się dało pozwać boga za brak BHP i narażanie na większy uszczerbek na zdrowiu? Wysoki sądzie, w tych czasach to nawet żelazka mają wi-fi i AI.
Wszystko to sprawiało, że łapała się każdego zlecenia. Wszystko, byleby utrzymać mieszkanie, siebie i mieć jakieś grosze na kupno działki gdzieś w dupie USA. To był też na szczęście idealny sezon na szukanie pracy w parkach rozrywki, w których kiedyś pracowała, ale mimo dobrych zarobków wolała siedzieć w mieście.
Parki rozrywki były o tyle fascynujące, że dzieci się jej tak nie bały. Nawet gdy się przebierała za jakiegoś złodupca, im to nie przeszkadzało, a młodsze dzieci były na tyle przyklejone do tabletów, że im było wszystko jedno. Dahlii to pasowało, dorośli ludzie też jakoś przyjaźniej się odnosili do niej, myśląc, że blizny są narysowane. Z pracownikami sprawa była nieco inna, szczególnie gdy przyjeżdżali imigranci z problematycznymi nawykami. Dalej wzdrygała się na myśl o zasyfionym baraku, obok którego miała nieszczęście pomieszkiwać wtedy.
Gdy przyjechała, z zadowoleniem stwierdziła, że tak dużo się nie zmieniło. Owszem, sama struktura dla gości się zmieniała, ale kulisy były identyczne, zasady również. Było to na swój sposób satysfakcjonujące, że nie musieli uciekać się do rozwiązań „ułatwiających życie”, od których tylko głowa bolała.
Od tygodnia kierownicy i bywalcy narzekali, jak to mieli w zwyczaju, na nowo przybyłych. Nie wchodziła z nimi w dyskusje, ale miała swoje zdanie na ten temat i współczuła tym, którzy byli zostawieni sami sobie. Pamiętała swoje pierwsze kroki, pamiętała również wywalczenie jakiegokolwiek respektu i od tamtej pory informowali ją o wszystkim, co powinna była wiedzieć. Ile czasu i pieniędzy może zająć wydrukowanie kartek z zasadami? Naklejenie strzałek na podłodze? Manager nie przyjmował tego do wiadomości, w dodatku komentował coś o upadku czasów, prowadzeniu za rączkę i płatkach śniegu. Przynajmniej tym razem doceniał ich obecność, bo bardzo dużo ludzi zachorowało (ktoś mówił o epidemii dżumy, oby w żartach), a część się wykruszyła z niejasnego powodu.
Pośród nowych osób zauważyła znajomą twarz. Jednak nie na tyle znajomą, żeby mogła sobie przypomnieć, jak ma na imię i skąd go zna. Raczej nie mieszkał w San Francisco? Aparycja też nie pomagała, bo nie wyglądał na tyle charakterystycznie na tle innych ludzi, ot krótkie i rozczochrane włosy, sympatyczna twarz i oczy porzuconego szczeniaka. Oby nie kojarzyła z Obozu, już wystarczająco wpadała przypadkiem na innych półbogów. Tak, jakby los igrał z nią, bo im czym więcej się izolowała od innych, tym bardziej ich przyciągała i zawracali jej głowę. Miała z nikim się nie spotykać, a teraz pomaga Arnar w odhaczaniu rzeczy z tej głupiej listy, jeszcze prawdopodobnie dostanie zaproszenie na ślub, gdzieś w rzędach z przodu. Jak nie ono, to jeszcze ci z rzymskiego obozu, ściągający na nią arcyciekawe potwory. Tu, w tym cholernym parku rozrywki, liczyła na to, że będzie odpoczywać od nich. Jeszcze dostaje tego typa do pary, według starej zasady „przydziel świeżaka do weterana”.
Nawet jeżeli go kojarzyła, to widocznie nie było to obustronne. Albo starał się tuszować ten fakt i mu to dobrze wychodziło. Jeżeli nie chce jej znać, czemu by miała zmienić status quo? Co prawda, byłoby miło, jakby przestała mieć pustkę w głowie za każdym razem. Jeżeli półbóg, to jaki domek? Raczej nie z tych najsilniejszych bogów, oni mieli swoją charakterystyczną aurę. A może bez sensu szuka, bo to śmiertelnik? Tak czy siak, nie ma zamiaru wchodzić w rozważania, bo jeszcze będzie źle wykonywać swoją pracę.
— Poradzimy sobie sami, mamy dzisiaj proste rzeczy.
Stanęła przed tablicami, z naklejonymi tabelkami i nazwami stanowisk.
— Masz swoją kartę?
— Tak. — Wyciągnął szybko plastik z kieszeni spodni.
— Na niej masz swój numer. Jak nie wiesz, co robić, to możesz tutaj poszukać. — Stuknęła w tablicę, przy dziale pirackim. — Masz tutaj też godziny swoich zmian.
— Ma sens.
— Przypomnij mi, jak masz na imię?
Na ułamek sekundy się zawahał, po czym odpowiedział z uśmiechem.
— Chait.
— Chait, idziemy teraz na strefę. Tam się przebieramy. — Przejechała kartą przez rejestrator czasu pracy. — Pamiętaj, żeby zawsze zbliżyć tą kartę, jak zaczynasz robotę i ją kończysz. Karta jeszcze zapewnia ci wstęp na strefy dla pracowników, także postaraj się jej nie zgubić. Jak pewnie zauważyłeś, kierownik jest dosyć… drażliwy.
— Ciężko przeoczyć. Ciekawe, jakie ma ciśnienie na co dzień.
Uśmiechnęła się pod nosem. Wytłumaczyła mu jeszcze parę rzeczy, wykorzystując fakt, że droga na piracką strefę była jedną z dłuższych w tym przybytku. Chait był całkiem w porządku, jeszcze wspominał coś o doświadczeniu w pracy z dziećmi, słuchał jej uwag i odpowiadał grzecznie. Przez ten cały czas jednak się zastanawiała nad tym, jak specyficzne było imię i jak z tego powodu miała déjà vu. Na pewno kiedyś się widzieli, praktycznie znała tylko jedną osobę z tym imieniem. Z obozu, bo pamiętała rozważania z Hermesiakami, jakie w ogóle dzieciaki teraz mają imiona. Który to był rok? Drugi czy trzeci w obozie? Ile mogła mieć wtedy paciorków, które w tym momencie leżały gdzieś na dnie szafki w mieszkaniu w San Frisco, czekające na zapomnienie?
Gdy byli już przebrani (Chait obwiązał sobie głowę czerwoną chustą i przytroczył sobie pas z repliką strzelby, Dahlia stawiała na prostotę za pomocą koszulki w niebieskie pasy), wdrapali się na statek. Mieli towarzyszyć głównemu aktorowi, kapitanowi, który wygrażał śmiejącym się dzieciakom. Nie mieli bezpośredniego kontaktu z odwiedzającymi, bardziej stanowili tło i pilnowali, czy jakiś łobuz nie przeskakuje przez barierki. Bycie piratem było o tyle wspaniałe, że mogli pozwolić sobie na trochę straszenia plastikową szabelką. Gdy któryś z aktorów chciał odpocząć, przenosił jakieś skrzynki czy beczki z miejsca na miejsce. Dahlia nawet nie musiała mówić, samo stanie z założonymi rękami budziło respekt. Za to Chait miał swego rodzaju dryg, pomijając jego koszmarny „piracki” akcent, wchodził chętnie w rozmowy, machał końcówką liny nad głowami dzieciaków i wtórował kapitanowi. Innymi słowy, dobrze mu wychodziło i nie trzeba było go pilnować.
Kiedy mieli przerwę, mieli zapewnioną wodę oraz jakieś przekąski. Były to zazwyczaj brzydkie wypieki oraz uszkodzone lizaki, które nie mogły być wystawione do sprzedaży w strefie gastronomicznej, ale były wciąż zdatne do spożycia. Kiedy skończyła jeść swoją bułkę, zagadała od niechcenia.
— Skąd jesteś, Chait?
Nawet nie był zaskoczony pytaniem. Możliwe, że się spodziewał, że w końcu zacznie go wypytywać.
— Mieszkam teraz w Nowym Jorku. A ty?
— Właśnie w San Francisco, stąd mam blisko. Do Nowego Jorku stąd to szmat drogi. Samolot?
Chait prychnął śmiechem, kręcąc głową.
— Żartujesz?
— Chciałbym. Skorzystałem z podwózki, żeby trochę przyoszczędzić.
— Nie zazdroszczę.
Nowy Jork. To by pasowało, większość dzieciaków z Obozu Herosów przechodziła do tego nieszczęsnego miasta. Nie drążyła dalej, zawsze mogą ignorować fakt, że prawdopodobnie mijali się kilka razy dziennie przy tych cholernych polach truskawek. Czy też jedli kolację przy ognisku, wrzucając ofiary dla swoich boskich rodziców. Mogą, na przykład, poudawać śmiertelników. „Totalnie mamy normalne życie, żaden potwór na nas nie czycha i naszym największym zmartwieniem jest zgubienie karty oraz podatki, haha”.
Słońce już tak nie grzało, przez co wszyscy mogli paradować z ulgą w przebraniach, szczególnie po przerwie. Jerry, odgrywający kapitana, był potrzebny do odegrania scen przy rollercoasterach, przy których zbierało się najwięcej ludzi. Dahlia i Chait zostali sami na mniejszym statku, na większym dział się jakiś pokaz z kartami.
— Co mamy robić?
— To, co tej pory. Chyba że wolisz robić coś innego.
— A jakie są opcje?
Zważyła w rękach plastikową szabelkę. Odwróciła się do Chaita, z miną „rzucam ci wyzwanie”.
— Masz ochotę na sparing?


Chait?
────
[1304 słów: Dahlia otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 12 marca 2026

Od Havu CD Judasa — „Take me to church”

Poprzednie opowiadanie

LATO, rok temu

Havu nie miał na sobie butów ani skarpetek. Jego bose stopy grzęzły w jeszcze chłodnym piachu. Nieprzyjemne uczucie potęgowało chęć ucieczki stąd; ale dokąd mieli uciec, jak dookoła otaczała ich tylko plaża i śpiące jeszcze miasteczko?
W oddali zauważyli mężczyznę z psem. Musiał wyjść na spacer zaraz po wschodzie słońca i teraz kierował się w stronę swojego domu. Zauważył trójkę przybłędów na plaży i przystanął, żeby im się przyjrzeć. Havu poczuł potrzebę zażartowania z tej niezręcznej sytuacji. Uniósł rękę i pomachał do faceta. O dziwo spotkał się z odpowiedzią. Może był już przyzwyczajony do dziwaków chodzących po plaży po dziewiątej rano?
— Całkiem fajna sztuczka — powiedział do Vincenta.
Chłopak przykucnął i smutno wpatrywał się w niskie fale, uderzające o brzeg. Wyglądał jak przygnębiony szczeniaczek.
— Nie wyszła mi — odpowiedział. Nie chciał nawet wstawać. Rysował palcem w mokrym piasku. — Jak zawsze. Nigdy się nie nauczę.
— Ja uważam, że to całkiem śmieszne. — Wzruszył ramionami. — Dlaczego akurat plaża?
— Nie wiem.
Vincent mówił całkowicie szczerze. Nie wiedział, dlaczego teleportował się akurat na plażę, ale podejrzewał, że mogło mieć to związek z jego myślami. Chwilę przed tym, jak rozwinął między dłońmi tęczę na oczach półbogów, przez myśl przebiegło mu wspomnienie o wyjeździe nad morze z matką. Był straszny ukrop. Pamiętał, że musiał chować się w cieniu, rzucanym przez malutkie drzewko.
— Pomyślałem sobie coś.
— Pomyśl teraz, jak wrócić — zaproponował spokojnie Judas, chociaż Havu zauważył grymas na jego twarzy. Dosyć nieznaczny, ale widoczny dla kogoś, kto spędzał z nim zdecydowanie za dużo wolnego czasu. — Może pomyśl o psach?
— Wtedy nas teleportuje do schroniska.
— Może być schronisko. — Judas przykucnął obok Vincenta. — Tylko żeby było to schronisko w San Francisco, okej?
Vincent się odwrócił. Koszulka, którą miał na sobie była trzy rozmiary za duża i wyglądał w niej jak biedny ziemniak w worku. Może gdyby nie ta piżama, to nie wyglądałby teraz aż tak żałośnie.
— Mogę spróbować.
Podniósł się i wziął głęboki oddech. Wyciągnął dłonie przed siebie i skrzywił się na twarzy; brwi ściągnął ze sobą, usta wykrzywił w dziwnym grymasie. Między palcami chłopaka pojawiła się malutka tęcza, która po paru sekundach prysnęła jak bańka mydlana.
Vincent odetchnął. Na czole pojawiły mu się pierwsze kropelki potu. Musiało kosztować go to sporo wysiłku.
— Nie… nie mogę.
Spuścił wzrok. Wstydził się spojrzeć dwójce półbogom w oczy, bo to przez nich się tutaj znaleźli i teraz nie mógł ich nawet odprowadzić do domu. Stopy zapadały mu się w piasku coraz bardziej, a słońce zaczynało parzyć go w kark, a chłodny wiatr znad oceanu owiewał chłopakowi twarz.
— Chodźmy stąd. Chyba że chcesz zbudować ze mną zamek z piasku, Vincent?
Havu mówił całkowicie poważnie. Był gotów grzebać w piasku przez następną godzinę, jeśli miało to pomóc Vincentowi w odcięciu się od przytłaczających myśli. Nie miał powodu się obwiniać — znaleźli się tutaj przez czysty przypadek.
— Nie masz nawet czym tego zamku zbudować — zauważył Judas. Jako jedyny był tutaj niszczycielem dobrej zabawy. — Gdzie w ogóle chcecie iść w tych piżamach?
— Wstydzisz się swojej piżamy w wilki?
— Nie wypada tak raczej wychodzić do ludzi — odparł zgryźliwie.
— Samiec alfa boi się swojej prawdziwej tożsamości.
— To zwykłe wilki. O czym ty do mnie mówisz?
Gdy zaczęli się przedrzeźniać, Vincent się od nich oddalił. Z daleka zauważył budynek, który przypominał plażową restaurację. Nie czekał, aż dwójka dorosłych ludzi przestanie się ze sobą kłócić i poszedł tam sam. Zmarnowali jakieś piętnaście minut na stanie w zimnych piachu.
— Vincent?
Pierwszy nieobecność dzieciaka zauważył Judas. Musiał zadziałać jakiś instynkt ojcowski, bo przerażenie od razu pojawiło mu się w oczach.
— To twoja wina — zganił winę na Havu. — Rozpraszasz mnie.
— Czym? Piżamką w serduszka? — zaśmiał się. Rzeczywiście miał na sobie koszulkę w czerwone serduszka. To była ostatnia piżama, którą Judas mógł komuś pożyczyć. — Dlaczego dorosły chłop śpi w piżamie w serduszka?
— Proszę, zamknij się.
— Masz też jakąś w jednorożce? Albo w jakieś…
Nie dokończył nawet zdania. Judas zignorował go od razu, jak tylko zauważył machającego do niego z daleka Vincenta. Gdyby nie był taki stary, to pewnie pobiegłby szybciej, niż to zrobił przed chwilą. Ten bieg raczej można było nazwać marszem (co nie jest dziwne, w końcu znajdowali się na plaży, a ich nogi grzęzły w piachu).
Vincent czekał przed wejściem do niewielkiej restauracji. Akurat w ofercie mieli śniadania, a w środku zajęte były tylko dwa stoliki. Pewnie kolejni, co nie mogli spać i od razu po wyjściu z łóżka poszli się przejść.
— To bar czy restauracja? — zapytał Havu, wchodząc do środka. Dogonił ich bardzo szybko. Jeszcze nie miał takich problemów z kolanami, co najstarszy z ich trójki półbóg. — Wygląda bardziej jak bar.
W rzeczywistości restauracja w dzień była… zwykłą restauracją, ale wieczorami zmieniała się w bar, gdzie ludzie mogli się bawić i pić przeróżne drinki. Z racji ich sytuacji w głowie Havu narodził się pomysł, żeby wykorzystać okazję i też spróbować zabawy w takim miejscu.
— Chcesz coś jeść, Vince?
Judas okazał się bardzo hojny (tylko dla Vincenta), bo nawet nie zaczekał na odpowiedź i zamówił mu jakieś nachosy z sosem serowym.
— Zostańmy tutaj. Podoba mi się. — Vincent z uśmiechem jadł swoje nachosy. — San Francisco jest nudne.
— Młody ma rację.
Tylko Havu mógł się z nim zgodzić. Tylko i wyłącznie.
— Nie możemy tutaj zostać. Gdzie będziemy mieszkać? W szałasie na plaży?
Vince i Havu spojrzeli na siebie. Wymienili się jednoznacznymi uśmiechami.
— Czemu nie? Możemy się wybudować pod restauracją.
— Zostajemy tutaj na chwilę, a potem idziemy szukać drogi powrotnej. Jakiegoś stopa złapiemy albo zamówię taksówkę.
— Zapłacisz za tę taksówkę tysiąc dolarów.
— No i? Mam pieniądze, to zamierzam z nich skorzystać.
— To w takim razie zamów mi coś do picia. Tylko dzieciaka karmisz.
Vincent akurat kończył jeść swoje nachosy. Z wyczekiwaniem spojrzał również na Judasa, bo ksiądz nie pomyślał, że biorąc taką słoną i tłustą pozycję, wypadałoby dobrać jakiś napój.
Nie mając wyboru, mężczyzna wstał i w swojej pięknej wilczej piżamce poszedł zamówić jakieś owocowe picia. Havu nie wyraził się jasno, co chciałby wypić (tak naprawdę pomyślał o alkoholu, ale było zbyt wcześnie), więc musiał się zadowolić jakimś smoothe jagodowym. Vincent za to dostał sok pomarańczowy.
Chwilę później Vincent powiedział, że musi do toalety i znikł w odmętach restauracji.
— To kto jest twoim ojcem ?— zaczął Judas. Przypomniała mu się, że miał o to zapytać.
— Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
— I tak jestem w piekle, bo siedzimy na jakiejś plaży, chuj wie, jak daleko od domu i przy okazji nie mam przy sobie nawet telefonu. Odpowiedz mi na pytanie.
— Zgaduj.
— Nie denerwuj mnie już, dobrze?
Denerwowanie Judasa zawsze przychodziło mu ze zbyt dużą łatwością, ale dzisiaj nie potrzebował nawet próbować.
— Co ta informacja zmieni w twoim życiu? — Wziął słomkę między zęby i dopił resztkę fioletowego napoju.
— Chciałbym cię w końcu lepiej poznać. — Wzruszył ramionami. — Chyba tak się powinno robić, prawda?
Brwi Havu zawędrowały bardzo wysoko na jego czole.
— Przestań, to trochę dziwne. Idź sobie lepiej kup coś do picia, staruszku.

Staruszku?
────
[1122 słowa: Havu otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Oriany CD Kai — ,,My kink is karma"

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Poczekała na nią w cierpliwości, sama zajmując się gdzieś na boku grafikowymi rzeczami. Musiała ogarniać właściwie część całej roboty, bo kierowniczka, jak to główne narzędzie każdej firmy, jedyne co robiła, to siedziała w biurze całe dnie — tak naprawdę nic nie robiła.
Zajmowała się więc przeglądaniem CV, kierowaniem zmianami i przydzielaniem zadań. Jedyne, czego nie robiła, to nie mogła usiąść w spokoju po ciężkim dniu tabaki czy prowadzić, z jakiegoś powodu, rozmów kwalifikacyjnych — co nie miało takiego znaczenia, bo dużo zatrudnionych brało się właśnie z tego, że mieli kontakty i usłyszeli, że są tu inni półbogowie. Nie miała na to żadnego wpływu. Tak właściwie, nabór opierał się tylko i jedynie na kontaktach.
Kątem oka patrzyła na posturę kobiety, która z dokładnością przykładała się do swojej pracy, ale mimo to, uwinęła się bardzo szybko.
— Jaką kawę wolisz? —  zapytała, odkładając telefon na stół i podchodząc do ekspresu, gdy zbliżyła się do niej Kaya. — Wolisz posmak bardziej delikatny, z nutą czekolady, orzechowy, owocowy…?
Kaya zamrugała, choć już powinna wiedzieć, jak wiele mają do wyboru opcji, jeśli chodzi o ziarna kawy. Chwilę się zastanawiała, zaplątując wokół palca biały kosmyk.
— Latte, coś orzechowego.
— Jakiś syrop? Karmel, waniliowy?
— Może być… a obydwa?
Orianie zadrżała aż brew, gdy wyobraziła sobie słodkość napoju, ale tego nie skomentowała, wlewając po pół pompki syropu do szklanki.
— Na zimno chcesz, co nie?
Włączyła urządzenie, wsypała wybrane ziarna i wyjęła z szafy dwie, eleganckie, lśniące wysokie szklanki ze szkła kryształowego o tłoczonym, kunsztownym wzorze, których przypadkowe zbicie przyrządziłoby zawał serca kierowniczce. Zawsze, wyjmując jakiekolwiek talerze, kubki, szklanki czy sztućce, nie pozwalała sobie na automatyczne ruchy i kontrolowała to, co robi, z obawy, że dostanie jej się za wyrządzenie jakiejś szkody.
— Na ciepło.
Córka Ateny, rozgoryczona faktem, że znowu musiała stanąć na palcach, aby sięgnąć do szafki, z rezygnacją odłożyła szklankę i wzięła jeszcze bardziej wyrafinowaną filiżankę.
Kobieta czekała w ciszy, aż jej menadżerka przyszykuje napój. O tej godzinie już było na tyle parno, że Oriana potrzebowała rozbudzającej, pełnej smaku dawki kofeiny w postaci schłodzonego lodem napoju.
— Studiujesz coś?
— Studiowałam. Uh… kognitywistykę — odparła, przewidując kolejne pytanie Kai. — Ty?
— Nie. Nie wiem, czy planuję.
Nie miała zamiaru o to pytać, ale dobra. Zmusiła się, aby posłać jej lekki uśmiech.
— Podoba ci się tu jak na razie?
— To test?
Oriana prychnęła śmiechem, odbierając te słowa pół-poważnie.
— Nie. Czemu? Nie spowoduję, że szefowa cię wyrzuci, nawet jakbym bardzo chciała. Jestem tylko menadżerem.

 
Wyszły na taras. Wspólnie rozłożyły krzesła przy stolikach i usiadły przy jednym z nich, pod osłaniającym je przed słońcem, białym parasolem. Kaya napiła się karmelowo-waniliowego latte, Oriana pokusiła się na zimne americano z łyżeczką cukru, które swoim mocnym smakiem zgorzkniało na jej języku. Przyszły wcześniej do restauracji z racji, że Kaya nadal miała szkolenie, ale jak się okazało, zostało im bardzo dużo zapasowego czasu.
Pożałowały, że nie zostały w środku, gdzie działała klima, bo na dworze właśnie zbliżał się moment górowania słońca, przez co jego promienie paliły ich skórę. Odkryte przedramiona Kai stały się czerwonawe.
— Mamy nieograniczony dostęp do kawy?
— Tak. Ale, jak zaczniesz tu ciągle ją pić, to już nie przestaniesz i skończysz jak ja — rzuciła Oriana, nie patrząc na białowłosą.
— Czyli jak? 
 — Uzależnisz się tak, że już tu zostaniesz, tylko dla darmowej kawy.
Nie rozmawiało się z nią źle. Jako pracownica też nie była zła i to było najważniejsze, bo Oriana wierzyła zasadzie, że w pracy się pracuje, a nie nawiązuje przyjaźnie, przez co zazwyczaj była do innych chłodna i trzymała na dystans, szczególnie że jest od nich stanowisko wyżej. Mając jednak wrażenie, że Kaya jest dość otwarta i się nie speszy żadnymi posunięciami, pozwoliła sobie rozwiązać trochę język (co nie zmieniło faktu, że i tak czuła się ciągle przy niej zesztywniała, gdyż to ona ciągle rozpoczynała jakiś temat, a Oriana po prostu zmuszała się, by sprawić, aby nie było między nimi zbyt długiej ciszy).

ZIMA

Została. Nie zwolniła się tak szybko, jak to robiła połowa osób, zatrudniająca się w tym miejscu — co nie było zbytnio zadziwiające. Została na tyle długo, że Oriana przyzwyczaiła się do jej obecności, a nawet przestała jej przeszkadzać swoimi nagłymi napadami energii, bo potrafiła je albo złagodzić, albo zignorować.
Często prosiła półboginię o zrobienie kawy, a Oriana ją robiła. Jeśli Kaya nie podkreślała, czego dokładnie chce się napić, robiła jej karmelowo-waniliowe latte, które kobieta zawsze chętnie piła, z uśmiechem na ustach, barwiąc filiżankę swoją czerwoną szminką, którą potem Oriana zmywała.
— Jak długo będzie na urlopie? — spytała Kaya, mając na myśli ich przełożoną, która tak po prostu, bez słowa, z dnia na dzień znikła i dopiero później to przez Orianę każdy dowiedział się, czemu jej nie ma.
— Mam nadzieję, że jak najkrócej. — Wzruszyła ramionami.
— Wiesz… mogę ci pomóc z czymś, jeśli chcesz.
Słowa ,,nie, dzięki” zastąpiła pokręciem głowy i uśmiechem. Nawet zdobyła się na ściśnięcie ramienia Kai w oznace wdzięczności.
W mieście zrobiło się spokojniej i nie było słychać już niepokojących wiadomości, które krążyły latem, jakby zatopiły się one pod śniegiem. Zapomniała już, co zadziało się w restauracji parę miesięcy temu — właściwie, w ogóle to na nią nie wpłynęło i nie poruszała tego tematu z nikim poza Edgar.
Miała tylko nadzieję, że gdy śnieg stopnieje, to nie odkryje dawnych spraw. 

 Kaya? 
──── 
[853 słowa: Oriana otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita do Dahlii — „Haul Away Joe”

Nie spodziewał się, że wywiezie go za pracą gdzieś poza Nowy Jork. Nigdy nie brał takiej opcji pod uwagę – nie było potrzeby. Zawsze znalazło się coś do roboty. Czasem tracił tę robotę przez szczury, czasem trwała tylko jeden sezon, ale zawsze trafiała się jakaś kolejna i naprawdę nie miał na co narzekać.
Możliwe, że nie miało to żadnego znaczenia. Prawdopodobnie nie miało, bo to nie tak, że wyjeżdżał przez brak pracy. W sumie to nawet nie wyjeżdżał na stałe. Raczej nie zdecydowałby się na wyjazd na stałe. To jeden z jego pracodawców – ten, z którym pracował regularnie, związany z organizacją festynów i zajęć dla dzieci – dał mu znać o nowej propozycji pracy. Kolejnej pracy na chwilę. Chait nie wiedział, czy szef polecił go, ponieważ uważał go za dobrego pracownika, czy zwyczajnie z litości.
Albo sadyzmu. Po czasie skłaniał się głównie ku tej opcji. Pokonał zdecydowanie zbyt wiele kilometrów i nie potrafił docenić tego, że nie pokonał ich najbardziej uciążliwym środkiem transportu, jaki miał do wyboru. Wolałby pokonać je w sposób bardziej odpowiedni dla gówniarza Iris, ale głupio było odmówić, gdy inny pracownik zaproponował mu wspólną podróż. Nie jechali dokładnie w to samo miejsce, na polu bitwy Chait miał zostać już kompletnie sam.
Spodziewał się, że nie dojadą na miejsce w jednym kawałku, więc faktyczne pojawienie się pod bramą parku rozrywki było zadziwiająco miłym, przynoszącym ulgę uczuciem.
W miejscu przyszłej swojej nowej pracy tymczasowej pojawił się na czas, nawet chwilę przed, po tym, jak udało mu się przespać kilka godzin w tanim hostelu pół godziny piechotą od parku. Pracodawca zapewniał swoim pracownikom zniżki, co też przyjął z pewną ulgą.
Ostatnio coraz częściej pojawiał się przed czasem, a nie na styk lub grzecznie spóźniony. Normalnie pewnie ludzie by go za to chwalili, ale wśród jego grona znajomych był to raczej powód do nowych żartów.
Poczuł się przytłoczony okolicą, jeszcze zanim udało mu się dobrze wejść na teren obiektu. Zapytał o pomoc jednego z pracowników, uśmiechając się do niego grzecznie i ignorując palące, oceniające spojrzenie, którym go przywitano. Optymistycznie założył, że stoi za tym zmęczenie okropnie ciężką pracą, a nie jakiś prywatny problem do przyjezdnych.
Pracownik wskazał mu drogę pełnym zniechęcenia gestem, na który Chait zareagował jeszcze szerszym uśmiechem, trochę zbyt beztroskim „dziękuję!” i machnięciem dłonią tak energicznym, że starczyłoby tego dla nich obu. Poprawił jeszcze zwisający z ramienia plecak, kierując się do odpowiedniego budynku.
Dopiero przekraczając próg, poczuł, że chyba jednak odrobinę się stresuje. Pracował na festynach, jako animator i na obozach z dziećmi, ale nigdy w tak ogromnym parku rozrywki. Zakładał, że tutaj może to wyglądać nieco inaczej. Przeszedł wąskim korytarzem, z dłońmi dalej zaciśniętymi na ramionach plecaka, bezmyślnie przeplatając między palcami regulację.
Zajrzał do pierwszego napotkanego pomieszczenia. W środku kręcili się jacyś ludzie. Większość z nich musiała być w jego wieku, niektórzy może trochę starsi, kilku młodszych, ale bardzo niewiele. Jeden chłopak, z tych trochę młodszych, od razu go zauważył.
– Nowy?
Chait skinął głową.
– Tutaj możesz zostawić rzeczy. Zaraz będziemy rozdzielać obowiązki, to pewnie ci powiedzą, co i jak.
Chciał dodać coś jeszcze, ale ktoś coś do niego zawołał. Obejrzał się przez ramię, potem spojrzał przepraszająco na Chaita i wyszedł, rzucając jeszcze coś o tym, że w razie pytań służy pomocą. Chait i tak nie planował korzystać z tej oferty, bo dzieciak i bez tego wyglądał na rozchwytywanego. Jakoś sobie poradzi. Jak zawsze.
Odłożył plecak we wskazane mu miejsce, witając się z kilkoma innymi, tymczasowymi pracownikami i przeszedł do sąsiedniego pomieszczenia. Stanął trochę z boku, by nie przepychać się między ludźmi i oparł się o ścianę, starając się nie przyglądać pozostałym zbyt nachalnie.
– Potrzebujemy dodatkowych ludzi w kilku sekcjach.
Podniósł głowę, dopiero gdy usłyszał mocny, stanowczy głos. Należał do mężczyzny, trochę starszego od reszty znajdujących się w pomieszczeniu osób. Obrzucił ich wszystkich spojrzeniem kogoś, kto nie do końca lubi swoją pracę, a potem kontynuował. Chait był w stanie tylko w połowie skupić się na jego poleceniach: ktoś miał iść przebrać się za jakąś postać, kilka innych osób miało pomóc gdzieś indziej, ktoś w jeszcze jakimś innym miejscu. Mężczyzna przez cały ten czas ani razu nie spojrzał na Chaita.
Wskazani pracownicy zbierali się powoli, niektórzy bardziej ociężale od innych, ale pomieszczenie stopniowo pustoszało.
– Dobra, a wasza dwójka. – Tutaj w końcu mężczyzna spojrzał na Chaita. Ten wyprostował się, uśmiechając przyjaźnie. – Wy pójdziecie do sekcji pirackiej, bo kilku aktorów się rozchorowało.
Piraci. Chait prawie parsknął śmiechem. Znał jedną osobę, której coś takiego albo bardzo by się spodobało, albo śmiertelnie by się obraziła. Nie rozmawiał z tą osobą już bardzo długo.
Dopiero kiedy kierownik (Chait nie był pewny, czy tu funkcjonuje takie nazewnictwo. Zamierzał go używać, bo było logiczne) wskazał kierunek i ruszył do wyjścia, nie przejmując się tym, czy trafią na miejsce, Chait spojrzał na tę drugą osobę. Wysoką, dobrze zbudowaną kobietę, o ciemnych włosach i z bliznami na twarzy.
Zmarszczył na sekundę brwi, ale zaraz wyszczerzył zęby w uśmiechu, mrużąc delikatnie oczy. Nie chciał, by źle odebrała jego zachowanie.
– Chyba dalej musimy poradzić sobie sami – zauważył zamiast przywitania.
Na usta cisnęły mu się inne słowa, myślał też o czymś kompletnie innym niż szukanie ich nowego miejsca pracy. Nauczony doświadczeniem nie zadał tego pytania, które pojawiło mu się z tyłu głowy, bo zwykle kończyło się ono bardzo źle.
Zresztą, pewnie i tak tylko mu się wydawało. Wiedział, że przed nim nie stoi śmiertelniczka, ale to przecież jeszcze nic nie znaczyło.
Uniósł dłoń, by puścić kobietę przodem w kierunku, który wcześniej wskazał im kierownik.


Dahlia?
────
[900 słów: Chait otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 10 marca 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

Inez nie było najbardziej asertywną osobą, więc to oczywiste, że jak została poproszona (choć czy to bardziej nie było rozkazem?) o sprawdzenie pewnego lunaparku to bez zastanowienia to zrobiła. Czasami wciąż się bała takich misji, ale była w Obozie już trzy lata! Pora wyrosnąć z dziecinnego strachu i pokazać, że jest poważną, niezależną i odważną kobietą! Nawet jeśli część z tego wcale nie było prawdą…
Znalazła się w tym miejscu nie przez przypadek, choć nie wiedziała czego tak właściwie szuka. Starała się nie wzbudzać podejrzeń, ani nie przykuwać wzroku, choć przez jej niecodzienny wygląd, nie było to takie proste. Dzieci często wskazywały na nią palcami, po to, by zawstydzeni rodzice mówili „Tak nie wolno! To bardzo niemiłe!”. Velez zawsze starała się im tylko posłać uśmiech, którym chciała przekazać, że to rozumie i to żaden problem. Zdarzało się, że słyszała czasami także nieprzychylne komentarze, ale akurat wygląd to było coś z czego była dumna i nie wstydziła się tego, kim jesteś.
Pokręciła głową łapiąc się na tym, że odrywa się myślami od swojego celu, który stał tuż przed nią. Niepozorny namiot, który wcale nie przykuwał uwagi. Jeśli w tym lunaparku miała znaleźć coś podejrzanego, to właśnie tu. W Obozie mieli co do tego miejsca złe przekonania. Złe duchy i te sprawy. Jednak wystarczyło posłać jedną osobę i oczywiście jak zwykle, musiało paść na córkę Arcus. Chociaż nie wydawało się to takie oczywiste, Velez nie miała nic przeciwko. Jednak nie spodziewała się sytuacji, którą zastała, gdy była już w środku.
Umięśniona kobieta stała naprzeciwko niej, wpatrując się swoimi ciemnymi oczami w twarz piętnastolatki. Inez od razu poczuła, że nie jest to zwykły śmiertelnik. Ciemnoskóra postać przed nią, była kimś takim jak ona sama. Ciemnowłosa nie wiedziała skąd pojawiła się ta myśl w jej głowie, ale była święcie przekonana, że tak jest.
– Słuchaj, ja tu szybko zrobię swoje rachu ciachu i nie będę Ci przeszkadzać! – rzuciła bez myślenia. – Na Jowisza! To twój namiot, prawda? Powinnam się najpierw zapytać czy mogę czyż nie? – Inez od razu zmieniła swoją postawę, co mogło nieco kolidować z jej wyglądem. Wyglądała niemal jak mały szczeniaczek, który zsikał się na środek dywanu swoich nowych właścicieli.
Jednak przez jej głowę przemknęła myśl, że powinna się lepiej zakraść.
– Hej, co ty na to: ja się tu rozejrzę na chwilę, a ty mi potem powróżysz czy inne czary mary jakie tam robisz, co? – Uśmiechnęła się szeroko na swój świetny pomysł nawet nie przedstawiając się jeszcze dorosłej przed nią dziewczynie.


Dahlia?
────
[407 słów: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Arisu CD Atlasa — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Och, jak Arisu bardzo nienawidziła takich pseudopochwalnych, mydlących oczy odpowiedzi. Zdecydowanie nie byli „być może najlepsi”, ona sama nie była pewna, czy są w ogóle faktycznie dobrzy. Co takiego w ogóle się wydarzyło, że znowu mieli razem pracować? Liczyła, że do tego już nigdy więcej nie dojdzie. Jej życie było dużo spokojniejsze przez tych kilka miesięcy.
Patrzyła na Atlasa i jego okropnie dziecinne zachowanie, z jeszcze bardziej dziecinnymi tekstami i najbardziej z tego wszystkiego dziecinnym podejściem do obowiązków i potrafiła myśleć tylko o tym, że będzie sama z gromadką dzieci (ta część jakoś bardzo jej nie przeszkadzała, nigdy nie miała dużego problemu z dziećmi) i tym przesadnie wyrośniętym gówniarzem. Wśród tych czarnych myśli na chwilę pojawiła się inna, nieco bardziej szara niż czarna, sugerująca, że hej – to przecież trening z dziećmi. Nikt nie będzie jej obwiniał, jeśli Atlas przypadkiem zostanie śmiertelnie raniony w trakcie.
Zaraz jednak doszła do wniosku, że jak najbardziej każdy będzie ją obwiniał, dzieciaki nie poradzą sobie z trzymaniem języka za zębami, a ryzyko śmiertelnego wypadku było zbyt niewielkie, by miało nie wyglądać podejrzanie – przecież nawet nie mieli przy sobie prawdziwych mieczy. Tym drewnianym mogła mu co najwyżej wydłubać oko.
Może to dlatego tylko sapnęła z irytacją, na dokładkę do kopniaka strzelając chłopakowi zwiniętymi formularzami w ramię i spojrzała na Cherry dużo spokojniej, niż kiedy kazała im naprawiać akwedukt. Zignorowała jęk bólu, który wydał z siebie Atlas. Może włożyła w cios trochę zbyt dużo siły.
– Postaramy się dobrze ich przygotować – obiecała, prostując się i zadzierając głowę tylko odrobinę. Wcale nie była pewna tej obietnicy. Nie była przekonana, czy jest wykonalna. Nie wiedziała nawet, czy jej słowa przekonają Cherry, bo na jej miejscu zdecydowanie nie czułaby się przekonana.
Niestety, już to powiedziała, więc przecież nie mogła się wycofać. Spojrzała czujnie na Atlasa.
– A ty nawet nie próbuj nic kombinować – fuknęła na niego wściekle, odwracając głowę, jakby ją czymś śmiertelnie obraził (bo przecież obraził. Samym swoim istnieniem. Czy coś takiego).

Arisu miała ochotę zabić Atlasa jeszcze zanim dotarli na Pole Marsowe. Nie zrobił jej nic złego, w sumie to w ogóle nic nie robił. Zupełnie jakby faktycznie nie próbował nic kombinować. To właśnie dlatego tym bardziej miała ochotę go pobić – to było podejrzane. Na pewno knuł coś po cichu, czekając na odpowiedni moment.
Puściła go przodem, ale nie na tyle przodem, by mógł jej uciec. Jeśli szedł przed nią, mogła cały czas uważnie go obserwować. Przez moment zastanawiała się, czy nie przesadza z własną czujnością. Przecież ich ostatnie wspólne zadanie, przeklęte walentynki, ostatecznie skończyło się dobrze. Wkurwiał ją wtedy niesamowicie, ale część sukcesu leżała po jego stronie.
Oczywiście to podejście zakładało zignorowanie faktu, że Arisu znalazła się na tej misji właśnie przez Atlasa i przez jego podłą manipulację.
Stanęli na polu treningowym, na którym mieli spotkać się z dzieciakami. Nie wiedziała, kto pomógł im tu trafić i nie była tym zainteresowana. Dopóki wszystkie były całe i zdrowe, a przynajmniej żywe, nie potrzebowała znać szczegółów.
Spojrzała na zgraję dzieciaków, zdecydowanie zbyt młodych, by musiały uczyć się podstaw trzymania miecza i innych zasad przetrwania. Ona w ich wieku zwiedzała rynki i muzea, uczepiona ręki starszego brata. Może przeżycie było przez to później odrobinę trudniejsze, ale za nic nie zamieniłaby tego na trening.
Od razu rozpoznała trojaczki, których dokumenty przeglądała wcześniej. Jeszcze nie zdążyły się odezwać ani nic zrobić, a Arisu już czuła, że będą z nimi jakieś kłopoty. Z bachorami Merkurego zawsze były kłopoty, nieważne, jak dalekie było to pokrewieństwo.
– A tobie, o co znowu chodzi?
Dopiero słysząc irytację Atlasa, zdała sobie sprawę, że patrzy na niego, jakby był źródłem wszelkiego nieszczęścia na świecie. Na pewno w jakimś stopniu był.
Prychnęła, odwracając głowę i dochodząc do wniosku, że nie ma sensu mu odpowiadać.
– Jestem Arisu – zwróciła się do dzieciaków, stając dumnie i zakładając ręce na piersiach. – To Atlas. – Kiwnęła w stronę chłopaka głową. – Jesteśmy z czwartej kohorty i będziemy dzisiaj uczyć was podstaw.
Dzieciaki spojrzały po sobie, jedne bardziej podekscytowane, inne chyba bardziej zdenerwowane. Najbardziej niepokoiły ją spojrzenia, które wymieniały między sobą trojaczki i szepty pomiędzy dwójką młodych chłopców. Z jakiegoś powodu od razu założyła, że oni też mogą sprawiać kłopoty.
Obejrzała się na Atlasa, który nie wydawał się szczególnie zainteresowany przeprowadzeniem teorii. Stał obok, z tym śmiesznym drewnianym mieczem w dłoni. Westchnęła z rezygnacją.
– Czy któreś z was już kiedyś trzymało w dłoni miecz lub jakąś inną broń? – zapytała, opierając drewnianą broń na ramieniu. Chciała z góry wiedzieć, jak wiele złych nawyków mają już te dzieciaki.
Przez chwilę nikt jej nie odpowiedział i już miała znowu westchnąć, tym razem z irytacją, że trafiła jej się zgraja tchórzliwych milczków, kiedy do góry wyrwała się ręka jednego z chłopców. Był wyższy od pozostałych i chyba też najstarszy ze wszystkich, chociaż dalej nie wyglądał na więcej niż dziesięć lat. Miał brązowe, falowane włosy, które opadały mu na zbyt duże i zbyt odstające uszy, a jakby tego było mało, był prawie wzrostu Arisu.
Dziewczynie prawie drgnęła powieka. Coś takiego działo się zawsze, gdy akurat wydawało jej się, że pogodziła się z tym, że jest niska.
– Ja już próbowałem miecza! – Dzieciak mówił głośno, trochę głośniej niż była potrzeba. – Moja babcia ze mną ćwiczyła. Była kiedyś bardzo ważna w obozie.
Arisu skinęła delikatnie głową, przeglądając zebrane formularze jedną ręką.
– Jestem Kalel Cairns – przedstawił się, widząc jej zmagania.
Spojrzała na niego szybko, nie do końca pewna, czy dobrze zrozumiała, a potem równie szybko zerknęła na Atlasa, nie dając po sobie poznać, że napotkała jakąkolwiek trudność.
– W porządku… Kalel… – odpowiedziała mu powoli, kiedy w końcu znalazła odpowiedni formularz.
Dziewięć lat, prawnuk Ceres. Żadnych informacji o tym, kim miałaby być jego babcia. W sumie to żadnych się nie spodziewała.
– Poza tym nikt? – dopytała i odczekała chwilę, by upewnić się, że na pewno nikt nie ma już nic do dodania. – W takim razie zaczniemy od teorii.
Wydawało jej się, że Atlas wywrócił oczami, ale w ich obecnym ustawieniu nie mogła zbyt dokładnie mu się przyjrzeć. Postanowiła to zignorować – jeśli miał jakieś uwagi, mógł zakomunikować je w normalny, dojrzały sposób. Lub zachować je dla siebie, bo i tak nie zamierzała się nim przejmować.
Starała się przedstawiać teorię w prosty i zrozumiały dla małoletnich sposób, ciesząc się, że chociaż sama preferowała łuki i kusze, to jednak starała się zadbać też o podstawy walki mieczem. Gdyby tego nie robiła, teraz musiałaby zostawić część tego monologu Atlasowi, a to wydawało jej się ryzykowne. Nie wspominając już nawet, że godziłoby w jej duszę. Nie zamierzała przyznać mu, że może wiedzieć lub zrobić coś lepiej od niej.
Streściła wszystko najbardziej, jak była w stanie, kilka razy tylko dopytując, czy dzieciaki wszystko rozumieją. Nie miały większych zastrzeżeń, ale była pewna, że wszystkie magicznie pojawią się, gdy tylko przejdą z teorii do praktyki.
– No, to z czystej teorii tyle – zakończyła. Była pewna, że mówienie nie zajęło jej dłużej niż kilka minut, bo Atlas nie zdążył w tym czasie rozpłynąć się w powietrzu. – Masz coś do dodania? – zwróciła się do niego, od razu żałując tych słów.
Atlas podszedł bliżej. Zobaczyła błysk w jego oku i zaczęła jeszcze bardziej żałować, że zapytała go o opinię.
– Wszystko fajnie, ale to tylko teoria. Tak to się robi.
Machnął w jej stronę drewnianym mieczem, a kiedy zablokowała cios i odruchowo wyprowadziła atak, udał, że ten trafia go w bok i zatoczył się dramatycznie. Arisu odskoczyła, zaskoczona, ale Atlas upuścił broń, cofając się na chwiejnych nogach.
– Ja umieram…!
Stanęła i spojrzała na niego jak na skończonego idiotę.
– Krew, wszędzie krew…
Obserwujące to wszystko dzieciaki zaczęły chichotać. Atlas upadł dramatycznie na ziemię, wyrzucając w powietrze jakiś kawałek czerwonego materiału.
– A potem… śmierć.
Znieruchomiał na ziemi, a dzieciaki roześmiały się jeszcze bardziej. Arisu wywróciła oczami, ukrywając twarz w dłoniach. Co za debil.
– Skończyłeś? – Podeszła do farbowanego idioty i trąciła go stopą w biodro. – Jak jesteś takim ekspertem, to może pokaż im, jak naprawdę się to robi.
Nie była pewna, czy chce, by uznał to za wyzwanie.


Atlas?
────
[1300 słów: Arisu otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Od Dantego — „Półbóg naturopata w twojej okolicy”

Ostatnim razem zgubiłem portfel jakieś cztery, może pięć, miesięcy temu. Dawno nie czułem takiego strachu. To było uczucie porównywalne do stresu, który towarzyszy człowiekowi podczas ucieczki przez głodnym niedźwiedziem.
Sprawdziłem chyba wszystkie kieszenie i jedyne, co znalazłem, to stary paragon, nadgryzioną szminkę (nie wiem, kto mógł ją ugryźć) oraz cukierek. Słodycz zjadłem, bo musiałem sobie jakoś poradzić z tą ciężką i żenującą sytuacją. Szczególnie że przed chwilą zamówiłem sobie deser i chciałem rzucić napiwek dla tego pięknego kelnera, który przyjął ode mnie zamówienie.
Czekając, aż dostane swoje jedzenie, sprawdziłem jeszcze raz wszystkie kieszenie. Znalazłem dokładnie to samo, co przed chwilą. Może tak naprawdę nie wziąłem w ogóle portfela z domu? Nie, to raczej niemożliwe. Zawsze zabierałem go ze sobą. Był taki ładny, ozdobiony diamencikami, jak dla dorastającej dziewczynki w wieku wczesnoszkolnym.
— Pożyczyłem.
Zdezorientowany odwróciłem się i zobaczyłem wysokiego faceta z MOIM portfelem w ręce. Stał i patrzył się na mnie z szerokim uśmiechem. Pamiętam, że ostatnim razem spotkaliśmy się w jakimś obskurnym barze. Pamiętam też, że obiecał mi prochy.
— Tak? To oddaj teraz.
Dosiadł się do mnie bez pozwolenia. Był taki wysoki, że ledwo mieścił się przy tych małych i ciasnych stolikach. Zakładam, że raczej projektowali to z myślą o krasnalach, a nie o ponad dwumetrowych chłopach z niesamowicie długimi nogami.
— Kochany, nie denerwuj się. To zwykła zapłata za tamte prochy. Dziwię się, że jeszcze cię w ogóle spotkałem.
— Kochany — podkreśliłem pierwsze słowo, myśląc, że w ten sposób go wyprowadzę z równowagi — a mi się coś wydaje, że prochy były za darmo.
Evan, bo tak miał na imię ten denerwujący koleś, cmoknął na mnie jak na psa.
— Powróżyć ci z ręki?
Spiąłem się. Był jakąś cholerną wróżką? Wyczyta z moich rąk przyszłość, która okaże się niezwykle brutalna? Umrę z łap jakiegoś wilkołaka albo innego potwora?
— Możesz mi powróżyć z czegoś innego, ale nie z ręki.
Nawet nie wiedziałem, z czego jeszcze można wróżyć. Chyba z fusów, prawda? Z tych okropnie gorzkich pozostałościach kawy.
— Wróże tylko z rąk. No i ze snów czasem, ale rozumiesz — nachylił się nad stolikiem — to już robię u siebie w domu za parę monet.
— A wiesz może, czy… czy to pomaga na pewne przypadłości natury psychicznej? — zaciekawiłem się. Skoro miałem problemy z lekami od lekarza, to może ktoś taki, jak Evan, byłby w stanie mi pomóc. Mogłem na chwilę odłożyć w kąt moją niechęć i nijaką nienawiść do tego kolesia, jeśli tylko okazałoby się, że mnie zaczaruje i wyleczy.
— Nie leczę ćpunów.
— Nie jestem ćpunem — syknąłem.
— Ja to widzę trochę inaczej. — Wzruszył ramionami. Wyciągnął z kieszeni papierosa i go zapalił. — Chcesz bucha?
— Chętnie.
Wyciągnąłem rękę i wziąłem od niego papierosa. Zaciągnąłem się dymem. Brakowało mi tego przyjemnego, drapiącego uczucia w gardle.
— Oddasz mi ten portfel, kochany? — przypomniałem się. Przecież nie pozwolę mu odejść z moimi pieniędzmi.
Evan rzucił na stół moją własność. Różowe diamenciki rozproszyły światła z kawiarenkowych lamp.
Westchnąłem. Akurat w tym momencie przyszły moje lody i jego mrożona kawa, którą zamówił na mój rachunek.
— Jak wygląda czarowanie we śnie? — zapytałem, bo przypomniało mi się, że o czymś podobnym chwilę temu wspomniał. — Nie jestem ćpunem. Możesz na mnie spróbować.
— Nosisz w portfelu prochy dla zabawy? — siorbnął swoim napojem. Niesamowicie zdenerwował mnie ten dźwięk. — Chyba że to mąka, ale patrząc po twoich oczach, myślę, że to nie jest mąka.
— To leki — skłamałem. — Takie rozpuszczalne.
— Za kogo ty mnie masz? Wiesz ile narkotyków w swoim życiu już widziałem?
Mogłem się tego w sumie spodziewać po kimś, kto też nosił takie pyszności przy sobie. I na imprezach rozdawał je za przysługi obcym ludziom, jakby kosztowało to dolara oraz dwie gumy balonowe.
— Dobra, a jak tego nie wezmę, to mnie zaczarujesz?
— Mogę spróbować.
 
Evan mieszkał w totalnej melinie. W środku śmierdziało kadzidełkami. Ich zapach był na tyle nużący, że zachciało mi się jednocześnie spać i rzygać. Myślałem, że nie wytrzymam.
Gdzieś w rogu pokoju stało parę pustych butelek po piwie, a koło kanapy leżał stos ubrań, które chyba czekały w kolejce do pralki.
— Jesteś wróżką?
To pytanie wymsknęło mi się z ust całkowitym przypadkiem. Evan nie wyglądał jak wróżka. Evan wyglądał jak oszust, który był dodatkowo wyższy od większości mężczyzn w tym kraju.
— Czarownicą — odpowiedział, wyrzucając stos ubrań w miejsce, gdzie już leżały jakieś ubrania. — Połóż się.
Zrobiłem to, o co mnie poprosił. Było całkiem wygodnie. Kanapa chyba była wykonana z prawdziwej skóry, bo nie trzeszczała tak, jak te sztuczne.
— Masz czym mi zapłacić? — upewnił się.
— Jakiej zapłaty oczekujesz? Tylko pieniężnej?
— Nie musi być tylko pieniężna. Ważne, żebyś mi czymś zapłacił.
— W takim razie zapłacę ci po swojemu, jeśli ci to odpowiada.
Evan chyba szybko zrozumiał, o co mi chodziło, bo o nic więcej nie pytał. Poszedł przygotować sobie kilka kadzidełek, jakiś amulecik, którym chwilę pomachał mi przed nosem i miskę, do której ludzie rzygają, jak się źle poczują po nocnej imprezie.
— Czasem robię w niej sałatki. — Położył wspomniane naczynie na ziemię. — Więc jak możesz, to ostrożnie z nią. Chciałbym ją jeszcze wykorzystać.
— Obiecuję, że będę z nią ostrożny. — Uśmiechnąłem się. — Zawsze jestem.
— Wiedziałem, że będziesz grzeczny.
Podniósł raz jeszcze amulecik i zaczął machać nim przed moją twarzą. Znacznie dłużej niż chwilę temu. Wcześniej pewnie testował, czy w ogóle zadziała (nie znam się na wróżkowych sprawach).
Dosyć szybko mnie odcięło. Nie wiem, jak to możliwe, przecież to był tylko zwykły naszyjnik. Może ten duszący zapach kadzidełek mnie pokonał? Może tak naprawdę się udusiłem i właśnie umarłem w domu jakiegoś lokalnego dziwaka, którego poznałem w przypadkowym barze?
Dryfowałem w ciemności. Nie widziałem niczego, oprócz pojawiających się raz za razem błysków światła. To chyba były bramy niebios. Poszedłem do nieba. Byłem grzecznym chrześcijaninem. Nigdy nie wierzyłem w bogów, ale teraz byłem grzeczny.
— Moja śpiąca królewno, pora wstać.
Głos Evana docierał do mnie stopniowo, jakby przedzierał się przez głębiny oceanu.
— Nie chcę trupa w moim domu — mówił dalej, a ja czułem, jak moje usta wykrzywiają się w niemrawym uśmiechu. Trochę tak, jakbym nie panował nad własnym ciałem.
Oczy otworzyłem dopiero po paru chwilach. Evan siedział na fotelu, niedaleko kanapy, na której leżałem. Przeglądał coś w telefonie.
— Nic nie znalazłem. Przykro mi.
Ostatnie kadzidełko się dopalało. W pomieszczeniu było siwo od dymu. Zachciało mi się rzygać.
— Czyli jestem zdrowy?
— Chyba przeciwnie.
Uznałem to za sukces. Skoro nic nie znalazł w mojej głowie, to znaczyło, że mogę być teraz uzdrowiony. Mogłem już więcej nie widzieć potworów. Tych obrzydliwych wilkołaków i innych stworów, które przyprawiały mnie o dreszcze.
— Ile godzin potrzebujesz, żebym ci za to zapłacił? — Podniosłem się do siadu. Ta kanapa to najlepsze, co ten człowiek miał w swoim domu. Przeczuwałem, że pewnie ją komuś ukradł, bo raczej nie wygląda na kogoś, kogo stać na mebel z prawdziwej skóry.
— Godzina wystarczy.
Uśmiechnąłem się.
— Słabo się cenisz. W godzinę niewiele da się zrobić.
— Nie zakazuje ci kończyć na godzinie, piękny.
— Możesz potraktować to jak napiwek.
Chociaż napiwek wolałem zostawić jakiemuś kelnerowi, to Evan w tym momencie wyglądał dla mnie na godnego polecenia człowieka, który wykonał dobrą robotę. Jeszcze nie wiem, jak długo terapia będzie działać, ale jeśli przeżyję dzień bez halucynacji, to wrócę do niego jeszcze raz. Będę wracać tak długo, jak tylko będzie to możliwe. Widziałem w nim swoją szansę.

────
[1176 słów: Dante otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]