Kiedy po mieszkaniu rozległ się dzwonek do drzwi, Winter tylko zagrzebał głowę głębiej pod kołdrą.
Ktokolwiek to był — listonosz, sąsiadka, mógł to być nawet potwór — szczerze mówiąc, nie do końca go to interesowało. Nie miał zamiaru się ruszać spod kołdry. Musiałby wyjść ze swojego cichego, bezpiecznego miejsca, które chroniło go nie tylko od mrozu za oknem, ale także od szkoły i niewygodnych pytań, które zadawaliby mu znający rodzinę Millerów ludzie. „Dzień dobry, Winter, a gdzie twój dziadek?”.
Winter dzień spędzał w swoim pokoju. Tak samo, jak wczoraj. Tak samo, jak przedwczoraj. Dni mijały, za oknem jesienne liście zamieniły się w spadające płatki śniegu, a Winter miał wrażenie, że cały czas tkwi w tym samym miejscu. Dla niego wszystko zlewało się w jedno — czuł, że wraz z nadejściem zimy ma więcej energii, krew bogini śniegu buzowała w jego żyłach i szukała ujścia, ale jego mózg kompletnie utkwił w październiku, w jesiennej stagnacji.
Większość ostatniego miesiąca spędził w łóżku, a jednak mało sypiał. Kończyny ciążyły mu, jakby były z ołowiu, a pod powiekami czuł piasek, ale kiedy szykował się do snu, jego mózg zaczynał pracować na wysokich obrotach. Mógł tylko gapić się w ścianę i przywoływać obrazy, które nawiedzały go w kółko, non stop, kiedy tylko zostawał sam na sam ze swoimi myślami. W nocy jego koszmarów nie odwiedzały potwory, tak jak dotychczas. Teraz, za każdym razem, kiedy zasypiał, śnił mu się ostatni tydzień jesieni przed jego żałobą.
A może to nie był tylko tydzień? Winter już nie pamiętał. Może to były miesiące i miesiące ciągłego, coraz bardziej pogarszającego się kaszlu jego dziadka, może to był smród wypalanych papierosów towarzyszących mu od dzieciństwa. Może Orlon umierał cały czas na jego oczach, zanim jeszcze znalazł się w szpitalu, a Winter egoistycznie to ignorował.
W jednej chwili Orlon siedział na krześle, paląc papierosa przy otwartym kuchennym oknie i rozwiązując krzyżówki. Nie musiał przecież wcale siedzieć i czekać, aż Winter wróci ze szkoły, mógł być w swoim mieszkaniu po drugiej strony dzielnicy i w ogóle nie interesować się życiem wnuka. W kolejnej chwili Winter wrócił do pustej kuchni i zamkniętego okna, a kiedy ktoś wreszcie wpadł do domu, była to jego matka, oznajmiając, że Orlon wylądował w szpitalu z pogarszającym się stanem.
Miesiąc później już go nie było.
Kolejny miesiąc Winter przeleżał w łóżku. I może faktycznie, nieco, odrobinkę, trochę, zapomniał o Blanche Lemieux — najpierw, bo miał ważniejsze sprawy na głowie, a potem poinformowanie ją o czymkolwiek byłoby ostatecznym pogodzeniem się ze stratą. Przecież to jego dziadek chciał, żeby Blanche go trenowała. Winter teraz czuł się, jakby równie dobrze mógł przeleżeć w łóżku resztę życia, dopóki nie rozerwie go jakaś Echidna. Nie potrzebował treningów Blanche. Nie potrzebował jej współczucia. Nie potrzebował dowiadywać się, że to już jest koniec treningów, bo Blanche nie jest i nigdy nie była Millerom niczego winna, a prośba Orlona była wiążąca tylko przed śmiercią.
Nawet nie pomyślałby, że dzwonek do drzwi, który go tak obudził, mógł w ogóle być Blanche. Nie pomyślałby, gdyby jego uszu — przez warstwę grubej, zimowej kołdry — nie dobiegła kłótnia z korytarza. Przytłumiony drzwiami głos nie dał mu się początkowo rozpoznać.
To mogła być ta jedna sąsiadka mieszkająca piętro wyżej. Nigdy nie wiedział, jak brzmi jej prawdziwe nazwisko, dziadek nie potrafił go zapamiętać i raz mówił o kobiecie Richards, raz Rich, raz Richmond. Twarzą w twarz zwracał się do niej „proszę pani” i taki też zwrot przejął po nim Winter. Teraz już chyba nie chciał nigdy poznawać jej prawdziwego nazwiska. Dziadek go nigdy nie poznał, a życie nie mogło przecież toczyć się dalej bez niego.
Pukanie pani Richards/Rich/Richmond nie byłoby wcale dziwne. Przychodziła czasem, gdy w mieszkaniu był dziadek. Mówiła potem, że widziała przez okno, jak mężczyzna wchodzi do klatki; lubiła plotkować i niespecjalnie się z tym kryła. Winter miał czasem wrażenie, że pod przykrywką dobrodusznej sąsiadeczki, która przynosiła im niekiedy domowe konfitury, kryło się zauroczenie na jego dziadku, ale dziadek nie pamiętał przecież nawet jej nazwiska (chociaż konfitury zawsze przyjmował).
Czy była na pogrzebie? Winter nie potrafił sobie przypomnieć. Może wcale nie wiedziała o śmierci Orlona. Może żyła w niewiedzy, starym życiem, którym nadal chciałby żyć Winter. Może tylko dziwiła się, dlaczego już nie widzi przez okno mężczyzny wchodzącego do klatki.
Wszystko w nim krzyczało, żeby zostać w łóżku. Tak łatwo mógłby zignorować podnoszone głosy i echa odbijane od ścian. Ale Keen Miller nie znała pani Richards/Rich/Richmond (nie mogła, w końcu do tej pory Keen nie należała do życia Wintera), a pani Richards/Rich/Richmond nie zasługiwała, żeby dowiadywać się o tym wszystkim w taki sposób. Zwlókł się więc z łóżka, przesuwając leżącą na materacu miskę po zupce chińskiej i pustą butelkę Pepsi. Bosymi stopami dotknął zimnej podłogi i powłóczył nogami w stronę korytarza.
Wtedy doszło do niego parę informacji: po pierwsze, głos nie należał do sąsiadki, tylko do Blanche. Po drugie, cholera jasna, faktycznie nic jej nie powiedział. Nie mówiąc o tym, że odgarnął jej istnienie na tak daleki plan, że nawet nie pomyślałby, że to ona mogłaby pukać. Po trzecie, matka nie znała Blanche.
— …nie wpuszczę pani do domu — przez uchylone drzwi wejściowe Keen wyjaśniała spokojnie Blanche, chociaż jej głos ociekał jadem. — Czy pani w ogóle się słyszy? Trenowała pani z moim synem? Bez mojej wiedzy? Posłuchaj, jeśli jesteś jakąś potworzycą, znam sztuki walki, wiem, jak–…
— Nie, mamo — wymamrotał Winter, przepychając się przez drzwi. Nawet w jego uszach jego głos wydał się bardziej zachrypnięty i słabszy niż zawsze. — To jest Blanche Lemieux. Faktycznie mnie trenowała.
Nie potrafił odczytać twarzy Blanche. Spuścił wzrok tak szybko, jak tylko się dało, byleby nie mogła zobaczyć w jego oczach tej bolesnej prawdy. Nie chciał widzieć jej reakcji, kiedy zrozumie. Nie chciał widzieć współczucia albo, co gorsza, uprzejmej obojętności, bo chociaż Winterowi zawalił się świat, to w życiu Blanche był to tylko zwykły roboczy czwartek.
Popatrzył w dół i nagle stał się bardzo świadomy swoich krótkich spodenek w kratę i koszulki ze Star Warsów.
— Ja… pójdę się przebrać. Będę u siebie. Jakby co.
Nie do końca wiedział, czy to był dobry pomysł zostawiać matkę i Blanche same. Jeśli dłużej by się nad tym zastanowił, to Blanche pewnie nie miała żadnych pozytywnych skojarzeń z matką Wintera; w zasadzie to prawie wcale o niej nie mówił. Co w ogóle ona mogła się dowiedzieć? Winter miał wrażenie, że sam nie wiedział swojej matce zbyt dużo. Ot, przyznał, że to ona miała romans z boginią, więc nie ma ojca, chyba że jakimś magicznym sposobem podrzucono go do domu Millerów i Keen go tylko adoptowała. Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, jak wyglądał jego okres płodowy. I chyba nie chciał wiedzieć.
Resztę wniosków Blanche mogła wysnuć na podstawie własnych obserwacji: matkę Wintera poznała dopiero po roku spotkań z jej synem, co mówiło już całkiem sporo, kim była i jakie miała nastawienie do życia. W domu bywała rzadko, gdy Blanche odprowadzała chłopaka do domu, w środku czekał na niego tylko dziadek, który nawet z nimi nie mieszkał. Sam fakt, że Winter znał ulice Nowego Jorku nieco zbyt dobrze i zbyt często pakował się w kłopoty, za które nikt go nie rozliczał…
Przynajmniej tak było do tej pory. O takich wnioskach Blanche mogła myśleć na podstawie rocznej współpracy z Winterem. Do podobnych wniosków doszedłby sam Winter, gdyby został o to zapytany. Ale teraz, po śmierci dziadka, zupełnie jakby Keen Miller zmienił się układ biochemiczny mózgu, po piętnastu latach przypomniała sobie, że cały ten czas powinna grać rolę matki.
Winterowi się to nie podobało. Nie, w zasadzie to nie wiedział co o tym sądzić. Matka teraz większość czasu bywała w domu i zaczynał domyślać się, że rzuciła swoją pracę. Próbowała bardzo niezręcznie zaczynać z nim rozmowy. Winter poznał, jak gotuje i jak smakuje jej zupa. (Była nieco zbyt ostra, zupełnie inna niż ta szpitalna i niedosolona, którą robił dziadek). W ciągu miesiąca nawet udało im się pokłócić, co było samo w sobie dziwne, biorąc pod uwagę, że wcześniej prawie w ogóle nie rozmawiali.
Obecność matki w jego życiu doprowadzała go do szewskiej pasji. Nie dlatego, że nagle ktoś zaczął go pilnować. Dlatego, że Keen po piętnastu latach traktowania go jak gówno i ignorowania jego istnienia, kiedy on już nauczył się z tym żyć i więcej nie domagał się jej atencji, nagle postanowiła zaszczycić syna swoją uwagą. Dlatego, że umarł jej ojciec? Nigdy się z nim nie dogadywała, Winter często słyszał ich kłótnie przez telefon.
Nie zamieniłby za nic w świecie swojej poprzedniej rutyny. Dla jego przyjemności matka w ogóle nie musiałaby się do niego przyznawać, jeśli tylko to by sprawiło, że dziadek dalej by żył. Nie chciał jej interesownej miłości, która prawdopodobnie zakończy się razem z żałobą.
Kiedy skończył się przebierać, z drugiej części domu znowu zaczęły dobiegać go przyciszone głosy. Tym razem jednak były łagodniejsze, spokojne, jakby Blanche i Keen rozmawiały o pogodzie przy filiżance herbaty. Wezbrało to w nim nieoczekiwaną złość; sam nie wiedział, czy na matkę, czy na Blanche.
Czuł się jak wtedy, rok temu, gdy przyprowadził Blanche po raz pierwszy do swojego mieszkania, a za ścianą Orlon prosił nowopoznaną kobietę o przysługę, która miała w sumie zmienić trajektorię jej życia. Ale to nie był Orlon, to była jego matka, która przecież tylko udawała, że się o niego troszczy i… i… czemu Blanche w ogóle z nią rozmawiała? Nie wysnuła wniosków, że Keen była kimś obcym w jego życiu i nie miała prawa o nim w ogóle mówić?
Nie chciał tam wracać. Nie chciał im przerywać. Chciał jeszcze chwilę móc myśleć, że przyciszone głosy za ścianą należą do Blanche i jego dziadka, a nie do Blanche i obcej kobiety na jego miejscu. Przetarł twarz dłonią, otworzył okno na oścież i wyszedł na schody przeciwpożarowe, żeby poodychać mroźnym powietrzem Nowego Jorku.
Nadal odmawiał założenia skarpetek. Bose stopy stykały się z chłodnym metalem i Winter, bez butów, w koszulce z krótkim rękawem i dresach z treningów hokeja, prawdopodobnie nabawiłby się porządnych odmrożeń, gdyby nie był dzieckiem bogini zimy. Czuł zimno na ciele, ale było to bardziej przyjemne łaskotanie. Nie wywoływało bólu w żaden sposób. Podobne uczucie towarzyszyło innym ludziom, gdy — cali zmarznięci — wchodzili do ciepłego pomieszczenia ogrzewanego kominkiem. Winter odczuwał taką samą przyjemność, ale w sposób zupełnie odwrotny.
Zimno go uziemiało. Był tu i teraz, skupiony na łaskoczącym uczuciu odmrażania sobie palców u stóp. Mógł wciągnąć nosem powietrze i poczuć lodowate igiełki w płucach. Mógł usłyszeć toczące się dalej nowojorskie życie.
Małżeństwo za ścianą nadal się kłóciło tak samo, jak piętnaście minut temu i cztery miesiące temu. Przecznicę dalej przejeżdżała karetka. Ktoś w dole próbował odśnieżyć chodnik, szurając łopatą po zlodowaciałym betonie. Winterowi ścisnął się żołądek. Wszystko wokół niego wciąż żyło, karawana jechała dalej, więc dlaczego tylko on czuł, że stoi w miejscu, że już nigdy nie ruszy się ze swojego zimnego miejsca na schodach przeciwpożarowych, że przykryje go warstwa śniegu, że roztopi go słońce, a on nadal będzie w tym samym miejscu i nadal nie będzie czuł nic, kiedy już dawno powinien zamarznąć i–…
Odgłosy nowojorskiego życia przerwało pukanie do pokoju.
Winter oderwał wzrok od czerwonej barierki schodów, w którą musiał wpatrywać się bez ruchu przynajmniej kilka minut. Przetarł oczy, jakby to miało mu pomóc odgonić zmęczenie. Od kilku dni już nie płakał, miał wrażenie, że wyschły całe jego zasoby łez. Odchrząknął do siebie, próbując znaleźć własny głos, żeby znowu nie zabrzmieć tak żałośnie, po czym zawołał w eter:
— Proooszę.
I tak zabrzmiał żałośnie. Matka już wszystko musiała powiedzieć, Blanche nie powinna się nawet spodziewać innego widoku niż żałosny.
— Winter?
— Tutaj.
Podniósł głowę. Blanche była sama. Gdyby w tym momencie towarzyszyła jej jego matka, musiałby chyba sam uciec schodami pożarowymi aż na parter. Głową w dół. Ale nie, była sama. Winter otworzył szerzej okno, żeby mogła wgramolić się na schody obok niego.
— Twoja mama mi o wszystkim powiedziała.
Twoja mama. Jego mama. Jak Blanche mogła rzucać tymi słowami tak beztrosko? Wcześniej używała ich w zupełnie inny sposób. „Lód pod stopami przeciwnika, Winter. Twoja mama dała ci dar, więc go używaj. Wyżej trzymaj ten miecz! I tnij!”. Tak, to była jego mama. Dwa puste słowa, tak samo nieobecne w jego życiu.
Nie wiedział, co w zasadzie ma jej odpowiedzieć. „Fajnie”? „Cieszy mnie, że sobie porozmawiałyście”? Powtórzyć po raz kolejny „mój dziadek umarł”, chociaż za każdym razem, kiedy wypowiadał to na głos, czuł, jak jego wnętrzności żywcem wywracają się na drugą stronę i nie potrafił nawet powstrzymać histerii?
Nie powiedział nic. Blanche przez chwilę milczała. Bawiła się rękawem swojej koszuli. Winter kątem oka zauważył, że wyglądała dalej tak samo, kiedy ostatnim razem ją widział; jakby była jedyną stałą rzeczą w jego życiu, zatrzymaną w czasie. Włosy równej długości, wyprasowana koszula, marynarkę zapewne zostawiła w przedpokoju, nawet nie zarejestrował, czy miała ją na sobie, kiedy wchodziła do domu. Równie dobrze dnia poprzedniego mogła z nim trenować i nadal wyglądała, jakby nie minął dzień, jakby wszystko było tak samo, jak wtedy. Był na tyle spostrzegawczy, żeby wiedzieć, że celowo dbała o rutynę. Może za mało o niej wiedział. Może ona też chciała cały czas żyć przeszłością.
— Nie zadzwoniłeś, żebym przyszła na pogrzeb — powiedziała w końcu.
Nic o treningu. Żadnych kondolencji, żadnego sztucznego współczuję. Powiedziała to bardzo rzeczowo. Winter był z jakiegoś powodu jej za to wdzięczny.
Mógł jej tyle powiedzieć. Miał milion powodów, żeby nie zadzwonić. W momencie śmierci Orlona Blanche Lemieux została tylko imieniem zepchniętym w odmęty nieświadomości Wintera. Tak naprawdę prawie nie pamiętał tygodnia, w którym odbył się pogrzeb, a co dopiero o Blanche. Przypominał sobie za to doskonale jeden raz, kiedy w tym czasie chciał do niej zadzwonić. Blanche była pierwszą osobą, która przychodziła mu do głowy, kiedy Winter czuł się osaczony, jak jego ostatni instynkt przetrwania. Nie miał nikogo innego, żeby pogadać o tym, co się stało. I może tylko trochę chciał, żeby ten jeden raz to ktoś inny zainteresował się nim pierwszy, bo to właśnie czyjejś opieki wtedy potrzebował.
— Pewnie byłaś w pracy — skłamał zamiast odpowiedzi.
Blanche przysiadła się do niego bokiem. Próbowała przeanalizować jego twarz, odkryć jego emocje, ale Winter za wszelką cenę unikał wzroku. Miał łzy w oczach. Nie chciał się rozkleić. Blanche nie po to go trenowała, żeby był słaby.
— Mój tata umarł, kiedy byłam młodsza — powiedziała w końcu. Nie dodała żadnego „rozumiem cię”, Winter również był za to jej wdzięczny. — W tym czasie najbardziej chciałam po prostu nie być sama.
Blanche rzadko o sobie mówiła, a już na pewno nigdy nie powiedziała mu o swoim ojcu. W tej pozycji, tuż obok niego na schodach przeciwpożarowych, obejmująca swoje kolana w sposób tak niechlujny, że z całą pewnością pogięła sobie tę idealną koszulę, Blanche w oczach Wintera zaczęła wyglądać jak mała, francuska dziewczynka. Przez chwilę nie była smutną, dorosłą kobietą, samotnym dorosłym ze starymi przyzwyczajeniami, którym Winter mógłby się stać, gdyby teraz zamknął się w sobie.
To skłoniło go do tego, żeby odwrócić głowę w jej stronę. Może mu się wydawało, łzy szybko zamgliły mu wizję i pociekły po policzkach, ale w oczach Blanche też czaiły się łzy.
— Nie musisz mnie już trenować — powiedział. Szczerze. Naprawdę tak myślał. — Nie jesteś nic winna dziadkowi. Dam sobie radę sam.
— Wiem. Ale nie muszę być tylko twoją mentorką — zaznaczyła. — Mogę być po prostu kimś, kogo akurat potrzebujesz, Winter.
Skulił się i zapłakał w rękaw, ale pierwszy raz od kilku miesięcy poczuł ulgę.
────
[2509 słów: Winter otrzymuje 25 Punktów Doświadczenia]