środa, 1 kwietnia 2026

Zmiany na blogu — WAŻNE

Jak pewnie wiecie i pamiętacie (lub nie), za niecałe dwa miesiące przypada kolejna rocznica powstania bloga. W związku z tym planujemy pewne zmiany, które zaczynamy powoli wprowadzać już teraz, by 27 maja blog mógł od nowa ruszyć z pełną swoją świetnością oraz nowym, świeżym pomysłem.
W związku z tymi zmianami, aż do 27 maja wszystkie wątki i aktywność na blogu zostają zawieszone. Nie odbieramy wam dostępu do bloga, pozostanie on otwarty do czytania, bo również wy będziecie brać udział w prowadzonych zmianach; będziecie ich najważniejszą częścią! Będziecie mogli też na bieżąco oglądać zmiany w wyglądzie bloga i dawać nam swoje sugestie.
Przede wszystkim, razem z rocznicą bloga zmieni się jego profil. Dalej pozostajemy blogiem rp, jednak bądźmy szczerzy – kto w tych czasach siedzi na blogach? Doszliśmy do wniosku, że umierającą blogosferę możemy uratować tylko poprzez powrót do korzeni.
Od 24 maja blog wraca pod nazwą Smells Like Dog Half-Blood.

Co to dla was oznacza?

Przede wszystkim, do dnia ponownego otwarcia bloga macie czas, by przesłać nam zmodyfikowane formularze postaci. Informację o tym, co trzeba zmienić, co dopisać i co poprawić, zostanie podsumowana w jednym pliku, do którego wszyscy zawsze będziecie mieli dostęp, ale znajdziecie je również niżej. Formularze będziemy edytować na bieżąco, więc zawsze będziecie mogli zerknąć, czy wszystko zostało poprawnie zmienione.
Oczywiście, zmieniając profil, nie chcemy wymazywać stworzonych przez lata historii. Te dwa miesiące, które sobie dajemy, to też czas dla nas, by dostosować cechy obozów i miast pod potrzeby psów. Spośród grupowych w Obozie Herosów zostanie wybrany nowy Alfa wraz z zastępcą, w Obozie Jupiter rolę tę przejmie aktualny pretor, a w Nowym Jorku i San Francisco odbędzie się serwerowe głosowanie.
Dzięki temu będziecie mogli kontynuować pisanie, jak tylko wrócimy, z miejsca, w którym zostało przerwane, znając już wszystkie nowe realia.
Powrót do starej blogosfery oznacza też powrót ekwipunku, więc przygotujcie się na potki zmiany rasy, przedmioty leczące rany i inne znane nam wszystkim ulepszenia.
Jeśli macie pytania, to śmiało kierujcie je do administracji; odpowiemy na wszystkie.
Żeby nie rozciągać posta, wszystkie rzeczy do zmiany znajdziecie po jego rozwinięciu →
 

poniedziałek, 30 marca 2026

Od Quinn — „Denial is a river...”

Od zerwania z Ashley, oczywiście przez Keitha Quinn czuło dziwny niepokój, jakby jakiś potwór non stop ich obserwował, czekając tylko na niewłaściwy ruch. Szybko jednak okazało się, że to po prostu paranoja Quinn i po prostu Ashley posyła im mordercze spojrzenia z drugiego końca obozu a jej oczy są wypełnione kurwikami.
— Wiesz, co bym zjadł? — mruknął Keith, gryzmoląc w swoim notatniku. Kątem oka Quinn dostrzegło krzywe, pisane różowym markerem „DROGI PAMIĘTNICZKU”. Może on też powinien zacząć prowadzić pamiętnik? Takie miejsce, gdzie może wyrzucić swoje emocje, zamiast znowu wysadzać kibel.
Bo przecież ile można.
— Nie wiem. Na pewno przyda ci się zjeść trochę rozumu — bąknął, gapiąc się w chmury. Blastoise znowu krzyczał, że jest głodny. Zaraz go nakarmi, na jeszcze chwilę.
Życie było jakieś takie piękniejsze.
— Po pierwsze — to było niemiłe. Po drugie pierdol się Quinn — Keith zmarszczył nos niezadowolony. — Po trzecie… kebaba stary. Moja cudowna rodzicielka zbajerowała kiedyś typa w takiej jednej budce. Mówię ci, desperat kurwa. W każdym razie, okręciła go sobie wokół palca i zawsze dawał nam ekstra porcje mięsa. I na bogów, Quinn, żałuj, że nie jadłeś tego sosu czosnkowego. Orgazm w buzi. Mówię ci. Najlepszy sos czosnkowy, mówię ci. A jak jeszcze się ugryzło i trafiłeś na kawałek ogóreczka, pomidorka, innych warzywek i taki kawałek mięska, który jest jednocześnie przypieczony i soczysty….
— Cóż, nie brzmi tak źle — mruknęło, jakoś nie popierało fantazji kumpla. Może dlatego, że niedawno jedli.
— Tylko wiesz, nie radzę całować ci się wtedy z Ash bo z mordy będzie walić ci czosnkiem. Chociaż Ash może uznać to za zaletę, skoro nie przeszkadza im twój smród.
— Otrzymałeś ty kiedyś groźby śmierci?
No kurwa, debil. Quinn podniosło się do siadu
— Parę razy, słoneczko. Wysil się na coś kreatywnego
— A tak poza tym to Ash mi się nie podoba, ani trochę! — dodali zaraz, trochę ciszej i mniej ostro, niż mieli zamiar.
— Taaaaa a mi tu czołg jedzie — Keith otworzył szerzej oczy, pokazując na nie palcem. — Ślinisz się na nich gorzej, niż kundel pod budą z kebabem. Żyjesz w takim wyparciu, że to aż smutne.
Okej, przesadził frajer. Może i Quinn było w stanie żartować z naprawdę WIELU rzeczy, tak jednak temat ich uczuć do Ash był nadal… cóż, mówiąc, że drażliwy, to jak nic nie powiedzieć. Fuknęło, zabierając leżące na trawie tamagotchi, zwijając się z miejsca szybciej, niż Keith zdążył cokolwiek powiedzieć.


────
[386 słów: Quinn otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Ishy CD Raine — „Bonding moment na stacji benzynowej”

Poprzednie opowiadanie

Uparła się jak osioł, a kiedy Isha uprze się jak osioł to baardzo ciężko jej cokolwiek wyperswadować. Dlatego też, z zawzięciem godnym pięciolatka, który próbuje udowodnić pani, że umie stanąć na rękach, dzierżyła łyżkę w dłoni niczym prawdziwy oręż. Ewentualnie narzędzie tortur.
Oba określenia wybitnie dopasowywały się w ten obraz nędzy i rozpaczy. Łyżka za łyżką, starała się nie myśleć zbyt wiele, do pomocy zatkała nos, licząc, że cokolwiek to da. Jednocześnie próbowała nie roześmiać się w duchu, bo haha żart dla dorosłych o połykaniu. I tak, na litość przodków, bawiło ją to zdecydowanie bardziej, niż powinno, jakby znowu była gówniarą, która ledwie skończyła piętnaście lat i odkryła, co to jest pomarańczowy youtube.
— Jakby moja nonna zobaczyła te rzygi szatana, to by chyba dołączyła do dziadka w zaświatach — stwierdziła sucho, przecierając twarz. Czy właśnie zaczynało robić się jej kwaśno w buzi? A i owszem. Czy miała zamiar puścić bełta z powrotem do miski, w której pływało jeszcze trochę tych pomyj? Kurde, ciężko stwierdzić. Z jednej strony była w stanie to zrobić no ale z drugiej… wstyd trochę.
Przypał.
Nawet bardzo.
Może gdyby jedli to w plenerze to by znalazła jakiegoś krzaczora, no a tak to wstyd, jak jasna cholera. Nie będzie przecież robić chlewu w knajpie, nawet jeśli jej zdaniem to miejsce śmierdziało starym olejem i odświeżaczem o zapachu lawendy.
Duch walki szybko jednak z niej wyparował, gdy tylko jej się odbiło, a zawartość żołądka cofnęła się, chcąc wrócić tam, skąd przyszła. Nie-e. Nie ma, koniec.
— Wiesz co? Ja chyba podziękuję. Nie chcę spędzić całą noc, przytulając białą porcelanę — stęknęła zbolała, odkładając pokonaną łyżkę i odsuwając od siebie praktycznie pełną miskę. — Swoją drogą, skoroś taki mądry, to dlaczego samemu nie jesz? — uniosła brew ku górze, lustrując Raine.
— Ja? Cóż… jadłem! Już wcześniej.
Pokiwała głową, odpuszczając temat.
No tak, oczywiście, że jadł wcześniej.

**
Oparła się o stół, rozpościerając ręce. Obok niej na talerzyku stała beza z owocami, bitą śmietaną i malinowym musem. Dobra, taka nie za słodka, chociaż Isha zdecydowanie wolała słodsze rzeczy, takie na poziomie „dopadnie cię próchnica pięć pokoleń do przodu”.
— Więc, generalnie te jakieś czterysta milionów lat temu, jak jeszcze nie było drzew to rosły sobie takie- no — wzięła od raine kawałek papieru, na którym nagryzmolił wcześniej grzyba, odwracając na drugą stronę. — Tak, wiem, że wygląda jak wibrator, ale artystką nie jestem. — bąknęła, łypiąc na Raine spode łba.
— No, w każdym razie. Ostatnio czytałam, że to ponoć nie były wcale grzyby a jakieś nowe organizmy, które nie są naukowcom znane. ALE! Wyobraź sobie, taka wielka, wielgachna sowa czy borowik szlachetny. I to nie taki na metr a na całe osiem!
Oczy Raine zalśniły, jakby właśnie zobaczył największy prezent pod choinką ze swoim imieniem, ewentualnie dowiedział się, że kupiony los na loterię wygrał osiem milionów dolców. Cóż, było to dosyć zabawne, ale i jednocześnie miłe, nie bardzo pamiętała, kiedy ostatnio ktoś chętnie słuchał jej gadania o prehistorycznych stworach.
— O kurde, skąd ty wiesz takie rzeczy? — zapytał, pochylając się nad stołem, jakby właśnie prowadzili dyskusję na temat tego, w jakiej dzielnicy zacząć sprzedawać bimber albo cukier puder.
— Mam obsesję na punkcie dinozaurów i jakoś tak wyszło przy okazji. — wzruszyła ramionami — Słuchaj, moja propozycja jest taka, skoro ta grzybowa to było gówno totalne i prawie wywołało u mnie odruch wymiotny, bo żałuję, że się urodziłam już od dawna… — wzięła głęboki wdech, czasem zapominała, że oddychanie to bardzo ważna rzecz. — Wracając, moja propozycja jest taka, że zrobię ci grzybową, ale taką prawdziwą. Z borowikami, podgrzybkami… a nie jakieś sztuczne gówno. No i będzie bez rozgotowanego makaronu oraz ziemniaków. Deal?
Raine przechylił głowę niczym szczeniak.
— Zapraszasz mnie do siebie?
Isha zmarszczyła brwi, parskając śmiechem.
— Co ty, nigdy w życiu — fuknęła, nim zdała sobie sprawę, że brzmiała zbyt ostro. Zbyt niemiło i zbyt odpychająco. — W sensie wiesz gościu, niedawno cię poznałam. Nie mówię, że jesteś jakimś psychopatą, bo wydajesz się okej, ale wybacz, nie wpuszczam ludzi tak randomowo do mieszkania. Możemy się znowu spotkać na jakąś kawę. Albo na wycieczkę do muzeum. Przyniosę ci wtedy zupę w słoiczku, nawet wstążką ci owinę — wyciągnęła dłoń w jego stronę.
— To co, mamy deal?
Mimo wszystko uśmiechnęła się lekko, choć sama się sobie dziwiła tej decyzji. Otwieranie się na innych nie było czymś, co przychodziło jej łatwo. No ale może warto było spróbować.


Raine?
────
[707 słów: Isha otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

— Jaja? Jajami chcesz trumnę przetransportować? — prycha teraz Ricky, zaaferowany pomysłem o doczepieniu kółek. Chociaż pomysł Kuźmy, geniusz właściwy komuś takiemu jak on, na pewno wpadła na niego dzięki jego niesamowitemu wpływowi, można więc ten pomysł właściwie nazwać połowicznie należącym do merwkurwiaka. Albo przynajmniej w 1/4, co jest wystarczającą i zadowalającą liczbą dla młodego chemika, przecież nawet roztwór o takim stężeniu jest silny, nie można więc i tu umniejszać jego roli.
— Idioto, zatrzymaj się! — coś w tym stylu pewnie by usłyszał Ricky, gdyby nie kręcił się w karuzeli samochwalenia dalej w kółko, wznosząc się coraz wyżej. Ale zachwyt nad własnym geniuszem przejął go zupełnie, aż nie tylko metaforycznie, ale też dosłownie wzleciał - po potknięciu się o wystający z ziemi kamień, jakie to symboliczne, rzeczywistość nadająca siłę do lotu, a potem podcinająca skrzydła uzdolnionemu odkrywcy.
To nieco otrzeźwiło Rickiego, dało przestrzeń do namysłu, kiedy rozcierał guz na czole. W bólu musiał przyznać, że chociażby prędkość, z którą spieszył do zrealizowania pomysłu o dzieciach Wulkana, była nieodpowiednia. Kuźma najpierw zaśmiała się, kiedy niczego się nie spodziewający syn Merkurego zaliczył glebę, potem się zmartwiła, ale potem dalej się śmiała, kiedy się upewniła, że będzie żył. Myślała pewnie też, że to zdarzenie nieco go przystopuje, i może skłoni do nieco bardziej racjonalnego osądu sytuacji? Rzecz jednak jest o Rickym, także było to mało wątpliwe. Otrzepał kurz z koszulki w skarpetki w krewetki, upewnił się, że na pewno ma tyle samo zębów, ile dziś rano naliczył i wstał.
— Na pewno wszystko w porządku? Może chcesz wrócić do infirmerii? — powiedziała nagle Kuźma.
Te słowa podziałały na niego jak kubeł zimnej wody, i wyrwał się w końcu z pozycji pępka świata.
— Infi… rme… rii? — przeciągnął sylaby, jak by to miało fizycznie zwiększyć dystans od tego strasznego miejsca, które już dobrodusznie i w szczerej nadziei zepchnął w otchłań zapomnienia.
— Infirmerii — piętnastolatka bezlitośnie delektowała się tym słowem.
Ricky postąpił więc jak na prawdziwego mężczyznę przystało. Podciągnął spodnie, bo trochę mu opadły i było widać bokserki z Garfieldem, zacisnął zęby, aż zazgrzytały, odwrócił się i szedł dalej, na tyle szybko, na ile stłuczony palec u stopy mu pozwalał. Nie byli już tak daleko od warsztatów zajmowanych przez dzieciaki Wulkana. Merwkurwiak potarł jeszcze raz czoło, jakby dotyk jego obgryzionych paznokci i częściowo wyżartego, pobliźnionego różnymi substancjami naskórka miał zdziałać cuda. Upadek wytrącił go nieco z równowagi, a Kuźma jeszcze tą infirmerią… wiedział, że boi się ciemności, ale do dziś nie był świadomy swojego przerażenia instytucjami medycznymi. I nie chciał się dowiadywać, jaki strach może odczuwać, patrząc na zwykłą strzykawkę, którą normalnie wstrzykiwał by coś do…. czegoś? robiąc coś? jakiś eksperyment, ważny, a przede wszystkim, przyjemny? Coś takiego nie powinno służyć jako narzędzie tortur! Aż zadrżał, ale przełknął dzielnie ślinę i wszedł przez drzwi garażowe do nieco ocienionego wnętrza warsztatu.
— Halo! — starał się przekrzyczeć wizg wiertarki. Jednak kiedy ta się wyłączyła, ktoś inny zaczął coś spawać. Przez moment pozostał niezauważony, aż nie szturchnął kogoś swoim brelokiem Waltera White'a w pośladek. Wtedy do dźwięków, razem ze stukami młotka. dołączyły się jego krzyki. Dla półgłuchego merwkurwiaka nie czyniło różnicy natężenie hałasu, i tak ledwo co słyszał, musiał więc wyczytać „To ty? Wypierdalaj, zanim coś wybuchniesz!” z ruchu jego warg.


Kuźma?
────
[526 słów: Ricky otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Filemona — „Just another day”

Alayah była typem nieznośnego ekstrawertyka. Wszędzie było jej pełno i wszędzie chciałaby pójść. Filemon już od najmłodszych lat przestał za nią nadążać, ale dzisiaj był już do granic możliwości wyczerpany. To kolejny sklep, do którego weszli tylko po to, by Alayah mogła sobie ponarzekać na ceny, nie dając bratu nawet dojść do głosu. Plusem było to, że Filemon nie musiał targać ze sobą dziesięciu toreb, martwiąc się, czy udźwignie jeszcze kolejne pięć.
Alayah zatrzymała się dopiero przed budką z lodami. Było dzisiaj ciepło, jak na to, że znajdowali się w San Francisco. Dziewczyna otarła pot z czoła i uśmiechnęła się do brata.
— Przerwa.
Filemon w duchu odetchnął. Przez ostatnią godzinę latał za siostrą — nawet mając długie nogi ledwo, mógł ją dogonić.
Alayah wzięła sobie lody truskawkowe, a Filemonowi podała coś, co nazwała „smakiem niespodzianką”. Czymkolwiek był ten „smak niespodzianka”, Filemon trochę się obawiał i nie spróbował od razu.
— Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz — zaśmiała się. — No, dalej, nie bój się.
Filemon się bał, bo znał swoją siostrę na wylot. Wiedział, że albo zamówiła mu coś najpyszniejszego na świecie, albo coś najobrzydliwszego w mieście. Nigdy nic pomiędzy. Alayah cechowały skrajności.
Postanowił w końcu spróbować tego wynalazku i pozytywnie się zaskoczył — siostra wzięła mu loda o smaku jakiegoś sernika, może nowojorskiego, a nie o smaku mięty, której szczerze nienawidził.
— Dzisiaj jesteś dla mnie łaskawa — zauważył, bo Alayah od dzieciaka wolała bawić się w pranki.
— To za to, że zgodziłeś się ze mną spotkać.
— Z własną siostrą zawsze mam czas, żeby się spotkać.
Alayah chyba była ostatnią osobą, z którą Filemon mógł się spotykać. Ze wszystkimi innymi łączyły go jedynie więzi pracownicze albo więzi bingo-podobne, bo przecież chodził ze starszymi paniami na bingo.
Po tym dniu Filemon wziął na siebie odprowadzenie Alayah na busa, bo dziewczyna mieszkała w miejscowości oddalonej o około osiemdziesiąt kilometrów od San Francisco. Całą drogę słuchał jej narzekania na matkę i pracę, w której musiała użerać się z nieznośnymi klientami. Cóż, mógł się tylko zgadzać, bo też nienawidził zarówno matki, jak i swojej pracy.
Pożegnali się chwilę przed osiemnastą. Filemon zaplanował sobie na resztę dnia odpoczynek i święty spokój, ale droga powrotna do mieszkania okazała się niesamowicie niełaskawa. Pierwsze, co zobaczył, to wielkiego stwora, a potem uciekającego przed nim dzieciaka. Miał może trzynaście lat, może właśnie miał skończyć czternaście. Nie potrafił tego ocenić, ale w każdym razie był dosyć młody i trochę zdziwiło mężczyznę, że pozwalają takich bachorom biegać po mieście bez odpowiedniego treningu. W końcu rzekomy półbóg dzierżył w jednej dłoni miecz.
Stanął i obserwował sytuację przez minutę. Nie czuł potrzeby, żeby mu pomóc. Odciął się od tego życia. Od tych wszystkich potworów, smaku krwi i okropnego smrodu, którego nie dało się z siebie zmyć po takiej walce przez następny tydzień. Mógł tylko życzyć smarkaczowi szczęścia. Życie półboga nigdy nie jest długie i w większości przypadkach kończy się nagłą, brutalną śmiercią. Może ten dzieciak już miał zapisany swój los i powinien umrzeć dzisiaj, o tej godzinie. Nie mieszał się w to.
Do domu wracał w akompaniamencie trzasku metalu, krzyków dzieciaka i ryku potwora. Domyślał się, jak to starcie się potoczyło i kto odniósł zwycięstwo. Czasem tak bywa.

────
[521 słów: Filemon otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Edgar CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Wiedziałom, że teraz Oriana prawdopodobnie jeszcze bardziej znienawidzi Artema. Była już wystarczająco niezadowolona za każdym razem, gdy pojawiał się w naszym domu i za nic nie mogła się do niego przekonać, nieważne co powiedziałom na temat jego i naszej relacji. Nie wierzyła, gdy mówiłom jej, że jest z nami lepiej i że mężczyzna nie jest niczemu winien. Wykiełkowała się w niej zawiść, przez którą twierdziła, iż czuje od Artema negatywną, złą energię i zalecała mi na okrągło trzymać się od niego z daleka. A doskonale wiedziała, że nie zamierzam jej słuchać.
Ściszyliśmy głosy. Usiadłom na łóżku obok Artema i rozpakowaliśmy razem rzeczy, jakbyśmy własnie wspólnie przygarnęli zwierzaka i zaczynali nowe, szczęśliwe życie. Zamiast tego, czułom się jak wrak człowieka, który nie wie, w jakim punkcie się znalazł i gdzie powinien teraz zmierzać, bo znalazł się w ciemnym tunelu, w którym nie może odszukać wyjścia, gdyż musi iść na oślep.
— Nie chcesz wcale tego psa, prawda?
— Czemu w ogóle gadasz takie coś? — burknęłom, marszcząc brwi.
— To ty mówiłoś, że nie wiesz jak radzić sobie ze zwierzętami.
— Nie pamiętam tego.
— Ale tak było.
Postanowiłem się o to nie kłócić, skoro niezależnie od tego, czy tak mówiłem Artemowi, czy nie, było to prawdą. W domu, ani swoim rodzinnym, ani u Vivian, nie miałem nawet rybek. Matka miała alergię, a Vi, nie miała do tego ani ręki, ani czasu, ani nerwów”. Gdy dorosłem, to dziecięce marzenia o posiadaniu psa dawno się ode mnie odsunęły. Nie uznałbym się nigdy i tak za wystarczająco odpowiedzialnego — chociaż przyznanie się do tego jest za to jakąś oznaką odpowiedzialności.
— Sugerujesz mi coś? — odezwałem się po chwili ciszy.
— O co ci chodzi?
— Znam ten pierdolony ton. Sugerujesz mi coś.
— Sugeruję, że musisz przestać musieć mieć zawsze ostatnie słowo w dyskusji.
Czując, jak spięta jest moja szczęka, rozluźniłem mięśnie twarzy. Trwaliśmy kolejne parę minut w ciszy, a ja nie wiedziałem, co powiedzieć — jaki w tym momencie mogę z nim poruszyć temat, aby nie zmienił się on w niezręczną rozmowę bądź kolejne nieporozumienie.
— Chcesz coś zjeść, napić się? — spytałom. — Jesteś w końcu gościem. — Wzruszyłom bezwolnie ramionami, gdy na mnie spojrzał.
— Nie, dzięki. Chyba będę się już zbierał.
Pokiwałom głową, chowając twarz. Nie chciałom go trzymać na siłę, choć głos w mojej głowie podpowiadał, żebym nie odpuszczało tak łatwo. Wstał z łóżka i przez przypadek potrącił mnie lekko ramieniem, po czym wyszedł z pokoju.
— Poczekaj-
Zostań.
Wyszłom za nim na korytarz, gdzie już szykował się do wyjścia z założonymi butami. Artem zatrzymał się i odwrócił głowę w moją stronę. Ścisnęłom wargi, spuszczając wzrok. Poczułom nawrót tego charakterystycznego ścisku w żołądku, który nie pozwalał mi na wydobycie żadnych słów, dusząc je w środku.
— Dzięki. Za wszystko.
Nie odpowiedział. Drzwi zamknęły się za nim lekko, jakby to poruszył nimi szybko ulatujący wiatr.


 
Nie byłom w stanie nic zjeść tego dnia, przez co dopadały mnie w okazjonalnych momentach mdłości, ale i tak wyszłom z papierosem na balkon. Odpaliłom drżącymi palcami zapalniczkę, która powoli traciła swoją moc, usiadłom na progu i chłonęłom zimno wieczoru, nie myśląc o niczym. Tak jak przez większość czasu w mojej głowie kotłował się natłok myśli, tak tym razem nie mogłam nawet zmusić się do tego, aby moja uwaga skierowała się na coś innego, niż ciemna pustka na niebie.
— Wszystko dobrze?
— No. Wspaniale.
Zrobiła coś, co mnie zdziwiło tak, że nie zdążyłom strzepnąć popiołu z papierosa, a ten sam oprószył się na moje spodnie — usiadła obok mnie, pozwalając, żeby śmierdzący dym leciał na jej twarz. Zakryła się bardziej kurtką, podwinęła kolana pod brodę, otuliła je i nic nie mówiła, jakby po prostu chciała być ze mną. Zaakceptowałom tę propozycję, samo nie mając wielkiej ochoty na to, by mówić jej, jak naprawdę się czuję. Na dodatek znałom ją tyle czasu, że wiedziałom, jak kłopoczą ją jakiekolwiek emocjonalne rozmowy. Czułobym tylko, że się użalam.
— I tyle? 
— No. Tyle.
Westchnęła.
— Nadal go kochasz?
Rzuciła tymi słowami w próżnię. Nie wzruszyłom się, nie poczułom, jak potrząsają one mym ciałem, czy wędrują, by przebić się przez zamknięte bramy w głowie — przeleciały obok mnie, niezauważone (czy nieusłyszane) i byłom tego świadome, tak samo, jak tego, jakie reakcje powinny we mnie wywołać. Jeszcze nigdy nie dopadło mnie takie zobojętnienie. Nie, gdy temat dotyczył go.
Nie spojrzałem na nią, w nadziei, że wstanie i mnie zostawi w świętym spokoju, w obawie, że za moment się złamię. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Następne, prawdopodobnie, kilkanaście minut — choć mogło minąć i dwadzieścia, a może pół godziny — siedzieliśmy razem na mrozie, w milczeniu, aż nie wypaliłem trzeciego papierosa i wróciłem pierwszy do mieszkania, zmęczony tą głuchotą i mając ochotę tylko na to, aby pójść spać i obudzić się jak najpóźniej następnego dnia.

LATO

Od dwóch dni nie mogłom spokojnie odetchnąć. Próba przyłożenia się do czegoś wymagającego skupienia nie miała ani szansy powodzenia. I nie dlatego, że Artem zaprosił mnie do swojego mieszkania, a dlatego, że zaprosił mnie do swojego mieszkania na noc. Nawet nie kryłom się ze swoim zaskoczeniem, ale nie odpowiedział mi wprost, skąd wyszła od niego inicjatywa z taką propozycją, patrząc na to, że przez ostatnie miesiące byliśmy zbyt zajęci, by się widzieć. I nastał ten dzień, gdzie obydwoje mieliśmy czas.
,,ciągle pracujesz, wiesz?”
,,probuje czyms zając glowe”
Rozmowa ucichła, a brak odmowy z mojej strony musiał zostać uznany za przyjęcie zaproszenia. A przynajmniej miałem nadzieję, że tak to zostało odebrane. Nie byłbym sobą, gdybym odmówił — czułem takie pobudzenie, że tylko odliczałem do godziny dwudziestej, nie przejmując się niczym innym niż tym, jak wyglądam, w co się ubiorę, co mogę powiedzieć, czy powinienem ze sobą coś wziąć i czy ma jakieś konkretne zamiary, inne niż spędzenie ze mną czasu.
Stukot moich butów rozbrzmiał po całym korytarzu. Pokonałem irracjonalny, przejmujący mnie lęk i nacisnąłem klamkę od drzwi mieszkania, które były już dla mnie otwarte. 

  Artem?
────
[952 słowa: Edgar otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 29 marca 2026

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

LATO, rok temu

Jakoś przez cały czas miałem nadzieję, że jestem z nim na dobrej drodze, żeby zostać przyjaciółmi (a może czymś więcej?). Mężczyzna to jednak wszystko zepsuł w tej krótkiej chwili, a to sprawiło, że poczułem narastającą w mojej piersi złość. Miałem ochotę wstać i zacząć rwać sobie włosy z głowy tylko po to, żeby ten zareagował i zaczął mnie uspokajać.
Wpatrywałem się w niego tak przez długą chwilę, starając się uspokoić chęć wykrzyknięcia mu w twarz wszystkich rzeczy, o których teraz myślałem. Przecież mnie zazwyczaj się nie odrzuca. Dostałem kosza? Chciałem się tylko zaprzyjaźnić! Czego on nie rozumie?
— Potrzebuję tego numeru — kontynuowałem, udając, że nie słyszałem, co do mnie wcześniej mówił. Nie mógł mi odmówić. Nie wyjdę stąd, dopóki nie napisze mi na kartce ciągu dziewięciu cyfr. — Czuję, że sobie bez tego nie poradzę.
— Dante…
Słyszałem, że jego głos zadrżał. Nie wiedziałem, czy to ze strachu, stresu czy może jednak tego szczęścia z racji tego, że zaoferowałem mu swoją przyjaźń. Postanowiłem się uśmiechnąć. Uśmiech zawsze potrafił kupić innych.
— Obiecuję, że nie będę wypisywał, kiedy nie będzie to potrzebne.
Mężczyzna poprawił kołnierz koszuli.
— Może następnym razem.
Ale dla mnie nigdy nie ma następnego razu! Kiedy ktoś tak mówi, wiem, że próbuje się mnie pozbyć; a ja bardzo nie chciałem stąd wychodzić bez jego numeru. Potrzebowałem się kontaktować z Ivy. Czułem, że bez tego kontaktu całe to leczenie przepadnie, a ja zostanę zjedzony przez wilkołaka.
— Nie. — Pokręciłem głową. Teraz to mój głos zaczął drżeć. Rozumiałem, że zaczynam tracić kontrolę. — Nie, okej?
— Obiecuję, że…
— Nie! — wrzasnąłem, całkowicie niespodziewanie, bo nawet ja nie wiedziałem, że w tym momencie nie wytrzymam i pozwolę swojej złości uciec. Z roztargnieniem przeczesałem palcami włosy. Mój oddech przyspieszył, serce tłukło się w piersi. Kurwa, nie wyjdę stąd, jeśli nie…
Ktoś otworzył drzwi i zaraz wszedł do środka. Obca osoba położyła swoje brudne ręce na moich ramionach. Zdenerwowało mnie to jeszcze bardziej.
— Następnym razem porozmawiamy, dobrze, Dante? Tymczasem dziękuję za wizytę i pamiętaj, żeby wykupić leki.
Zostałem siłą podciągnięty do góry i wyprowadzony z pomieszczenia. Nawet nie próbowałem się szarpać — i tak bym nie wygrał z kimś, kto wyglądał jak kawał byka. Skąd oni biorą takich ochroniarzy?
 
Wiedziałem gdzie mieszkał i to mi wystarczyło, żeby wieczorem czekać w okolicy. Szukałem charakterystycznych długich włosów i równie charakterystycznego stylu ubioru. Może w oczach innych nie wyróżniał się niczym specjalnym, to dla mnie był idealny. Był kimś, kogo na pewno szukałem od lat. To ta igła w stogu siana.
Mężczyzna pojawił się na widoku około godzinę od mojego przybycia w okolice. Szedł spokojnie, w dłoni trzymał zapalonego papierosa. Był taki piękny, że poczułem chęć, by zrobić mu zdjęcie.
— Hej. — Podszedłem się przywitać.
Ivy wypuścił z ręki papierosa.
— Co tutaj robisz?
Nawet nie schylił się, żeby go podnieść.
— Źle się czuję — skłamałem. — Szukałem apteki, ale nie mogę żadnej znaleźć.
— Apteka jest ulicę stąd. Mam nadzieję, że pomogłem.
Chciał szybko odejść, ale skutecznie zagrodziłem mu drogę. Podniosłem z ziemi papierosa i mu go podałem. Nie mógł się przecież zmarnować.
— Jesteś po godzinach pracy, prawda? — Uśmiechnąłem się. — W takim razie nie jestem już zwykłym klientem i możemy gdzieś wyjść.
Musiałem przyprzeć go do muru, naprawdę! Bez tego w życiu nie zgodziłby się na wspólne wyjście. Tak czasem trzeba — pokazać komuś, że nie ma innej możliwości.
— Chyba się nie rozumiemy.
Poczułem jakąś delikatność w głowie mężczyzny. Było to dla mnie jak cukierek, osładzający gorzki dzień. Mógł do mnie mówić tak całą wieczność.
— Proszę. — Gdyby nie to, że staliśmy na chodniku, a chodniki nie słyną z wyjątkowej czystości, to bym przed nim uklęknął. Och, jakbym ja chciał uklęknąć przed tym facetem. — Tylko jeden raz.
Ivy był dosyć nieugięty. Dawno nie widziałem aż tak nieugiętej osoby, ale koniec końców uległ moim błaganiom i wskazał drogę do najbliższej kawiarni. Nie odezwał się do mnie ani słowem, co poniekąd rozumiem i uszanowałem jego decyzję do momentu zajęcia przed nas stolika. Mężczyzna specjalnie wybrał taki z dala od okien i innych ludzi. Nie przeszkadzało mi to — tak nawet było lepiej.
— Nie chcę być niemiły, ale Dante, uważam, że powinieneś znaleźć sobie innych przyjaciół.
Ten komentarz puściłem mimo uszu. Kelnerka akurat stawiała na stole pucharek z truskawkowymi lodami oraz czarną kawę w zwykłej filiżance.
— Lubisz tutaj przychodzić na kawę? — zapytałem, zlizując trochę bitej śmietany z lodów.
— Może być.
Odpowiadał mi zdawkowo. Tak, jakby robił to dzieciak, który dopiero uczy się mówić. Nie przeszkadzało mi to.
— Zawsze chciałeś być lekarzem?
— Nie.
— Kim innym chciałeś być? Lotnikiem? Może marynarzem? — Grzebałem w lodach, patrząc cały czas w oczy mężczyzny. Wiedziałem, że unika tego spojrzenia, ale już nie miał gdzie uciec. — Praca lekarza chyba nie jest łatwa, prawda?
— Nigdy nie była.
Uśmiechnąłem się. Chyba zaczynał być ze mną szczery. Kochałem szczerość. Kochałem fakt, że mogłem z nim tutaj rozmawiać. Że mogłem z nim siedzieć w kawiarni na osobności, a nie w strasznym gabinecie, który kojarzył mi się z wrednymi pielęgniarkami i jeszcze gorszymi lekarzami.
Ivy kawę wypił dosyć szybko. Myślałem, że takimi napojami należy się delektować, ale najwidoczniej mężczyzna nie lubił męczenia jednego picia przez godzinę. Nie przeszkadzało mi to wcale, tak samo, jak nie przeszkadzały mi inne jego zachowania.
— Mogę wrócić do domu? — zapytał, powoli podnosząc się z miejsca.
— Poczekaj. — Złapałem go za dłoń. Miał zimne palce i szorstką skórę. — Mogę cię odprowadzić.
— Doceniam, ale naprawdę dam radę wrócić sam. Sam wiesz, że… mieszkam niedaleko stąd.
Unikał mojego spojrzenia cały czas. Nie spodobało mi się to. Teraz wolałem, żeby na mnie patrzył.
— W takim razie nie powinien być to żaden problem.
Skończyło się na tym, że całą drogę szedłem jakieś dwa kroki za nim, a on co jakiś czas się na mnie oglądał. Czułem się trochę jak kryminalista, ale starałem się zrozumieć jego perspektywę. Może naprawdę nie lubił być odprowadzany pod same drzwi?
— Pamiętaj… żeby wziąć dzisiaj leki. — Zatrzymał się, kiedy znaleźliśmy się już bardzo blisko bloku, w którym mieszkał. Wiatr zawiewał mu włosy na twarz. — I weź może dwie tabletki zamiast jednej, okej? Powiesz mi potem, czy coś się zmieniło.
— A mogę trzy?
— Dwie wystarczą. — Pokręcił głową. — Na razie wystarczą.
Było mi przykro, że musieliśmy się pożegnać, ale pozwoliłem mu wrócić do domu. Przecież dopiero zaczynaliśmy budować swoją przyjaźń i byłoby to co najmniej dziwne, gdybym już u niego sypiał, prawda?

ivy?
      ps. mozesz go zabic
────
[1025 słów: Dante otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]