niedziela, 12 kwietnia 2026

Od Luciena — „Gdy praca dla chleba, tak wino dla nieba”

Lucien nie mógł całe życie być bezrobotny. Patrzył, jak Arnar pracuje całe dnie i wraca zmęczony do domu. Obserwował to wszystko zbyt długo. Wszystkie próby poszukiwania pracy kończyły się tak, jak zawsze — nic z tego nie wychodziło. Problemem nie było to, że był młody. Problemem było to, że miejsc pracy brakowało, a jak już się coś znajdowało, to wymagali 100 lat doświadczenia, czego nie mógł mieć, przychodząc do pierwszej roboty w wieku dziewiętnastu lat.
Pracował ze swoim winem samotnie. Przesiadywał w piwnicy zdecydowanie za dużo czasu. Czasem nawet zapominał, że wypadłoby wrócić do mieszkania, odpocząć, zjeść coś albo się napić czegoś, co nie jest alkoholem. Tylko w taki sposób radził sobie z poczuciem bycia bezużytecznym rzepem uczepionym dupy Arnar. Czuł się jak najgorszy partner na świecie, bo przecież Arnar pracowało, a on siedział w domu i pędził wino w zapyziałej piwnicy.
Wszystko zmieniło się jednak po pewnym telefonie. Zadzwonił do niego ktoś, kto — jak się później okazało — mógł wynająć mu malutkie pomieszczenie, w którym Lucien mógłby otworzyć swój sklep. Sklep z winem, jakby to już nie było jasne.
Zgodził się niemal natychmiast, przecież to oznaczało, że będzie pracować i będzie przynosić do domu pieniądze. W końcu Arnar nie będzie się czuło z tym wszystkim takie samotne. W końcu będzie mógł się podzielić swoim sukcesem.
Nie chciał być jednak taki szybki i z powodu swojej wrodzonej paranoiczności nie powiedział o niczym Arnar, dopóki fizycznie nie postawił nogi w budynku, w którym miał niedługo powstać jego sklepik. Przez cały tydzień nie mógł spać, bojąc się, że mężczyzna od wynajmu się rozmyśli i znajdzie kogoś innego. Bał się też tego, że facet może okazać się potworem, chcącym zwabić go w ustronne miejsce, by zabić. Bał się w sumie też tego, że cały ten pomysł nie wyjdzie i marzenie o pracy legnie w gruzach.
 
— Wychodzę — powiedział tylko, naciągając ostatniego buta na stopę. Spieszył się, bo za jakieś pół godziny miał spotkanie z facetem od wynajmu.
— Okej.
Arnar niczego nie podejrzewało. Ufało Lucienowi, więc dlaczego miałoby się martwić? Było to całkiem na rękę chłopakowi, bo gdyby Arnar było typem dociekliwym, to szybko by się wygadał.
Zestresowany do granic możliwości Lucien czekał pod budynkiem jakieś piętnaście minut przed umówionym spotkaniem. Przez plecy przebiegały mu dreszcze, dłonie zaczynały trząść mu się w kieszeniach i nie była to wina chłodnej pogody, bo tego dnia świeciło słońce.
Mężczyzna jednak zjawił się szybciej, niż Lucien myślał. Może to i dobrze? Oszczędził mu stresu i dzięki temu zapanował też nad drżeniem kończyn. Gdyby czekał, chociaż dziesięć minut dłużej to pewnie kolana by się pod nim ugięły i runąłby jak kłoda na ziemię.
— Powodzenia w prowadzeniu biznesu.
Spotkanie zakończyło się tak szybko, że Lucien trochę w to nie wierzył. Podpisał dwa papierki, mężczyzna nawet nie chciał od niego zbyt wysokiej zaliczki i to było tyle. Teraz zaczynał się bać, że padł ofiarą scamu i będzie musiał się z tego tłumaczyć Arnar.
Co, jeśli właśnie wziął na siebie kredyt na jakieś milion dolarów i o tym nie wie? Co, jeśli zniszczył sobie właśnie życie? Nie, to przecież niemożliwe, widział dokumenty tego faceta, zna jego dane i numer telefonu. Nie mógłby być oszustem…
Tego dnia też nie mógł spać. Następnego również. Martwił się tak bardzo, że jedzenie przestało przechodzić mu przez gardło.
— Wszystko okej?
Arnar zwróciło uwagę na nietknięty przez Luciena makaron.
— Pewnie — odpowiedział beznamiętnie.
Nic nie było okej. Lucien był cholernie daleko od „okej”.
— Ostatnio jesteś jakiś taki… blady.
— Co? Wyglądam brzydko?
— Nie! — Arnar się poderwało. Trącił przy okazji szklankę z wodą, zalewając przy tym połowę stołu i podłogę. — Chodzi mi o to, że jesteś jakiś inny! — krzyczał, starając się dobrze dobierać słowa.
— Boję się, że mnie oszukali — wyrzucił z siebie pierwsze słowa. Ciężko przeszło mu to przez usta, ale jak już miał to powiedzieć, to wolał teraz.
— Kto? Przecież nauczyłom cię jak rozpoznać oszusta, pamiętasz? Razem przestudiowaliśmy jakieś 6967 sztuczek oszustów!
— Chodzi o to… — Lucien zignorował wzmiankę o 6967 sztuczkach oszustów, bo było tych sztuczek zdecydowanie mniej — że chyba znalazłem pracę, ale to taka praca, w której jakby… jest się szefem i pracownikiem jednocześnie.
— Zostałeś od razu szefem?
— Wynająłem sobie miejsce pod sklep z winami i…
— CO?! TO ŚWIETNIE!
Entuzjazm Arnar dalej nie przestał zaskakiwać Luciena. Kiedy on niemal umierał ze stresu, Arnar było totalnym przeciwieństwem.
— Boję się, że mnie ten koleś mógł oszukać. W sensie… pewnie tak nie było i w sumie nie wiem, o co się martwię…
Opowiedział dokładnie partnerowi, jak wyglądało ich spotkanie. Opisywał wygląd kartek, które podpisał (starał się zapamiętać najważniejsze paragrafy), a nawet podał aparycję mężczyzny, z którym to załatwiał. Arnar po wysłuchaniu tej opowieści krótko się zaśmiało.
— Nie był to oszust.
— Skąd wiesz?
— Bo gdyby to był oszust, to prosiłby o twoje dane konta bankowego albo chciałby więcej gotówki i nie dałby ci klucza do tego budynku.
Racja. Arnar miało rację.
— Och… tak, zapomniałem, że dał mi klucz.
— No właśnie! Wszystko jest jakby okej!
 
Następnego dnia poszli razem do miejsca, w którym niedługo powstanie piękny sklep winny LUCEVINE. Nikt nie wymienił zamków (o to Lucien też się bał) i nikt nie czekał na nich z siekierą (o to bał się jeszcze bardziej). Oznaczało to jedno — Lucien przestanie niedługo być bezrobotny. Wystarczy jeszcze trochę urządzić pomieszczenie i przynieść całą skrzynię wina, i można będzie otwierać!

────
[868 słów: Lucien otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Izana CD Cherry — „Kurs klękania przed pretorem”

Poprzednie opowiadanie

Izan chciał uciec, ale przez krzyki kobiety trochę go zmroziło. Trochę bardzo. Nigdy nie lubił gadać z kobietami, a już szczególnie z takimi, które się zdenerwowały i podnosiły głos. Z chłopami za to radził sobie w inny sposób — zazwyczaj używał do tego siły — i nigdy nie pozwalał po sobie deptać.
Izanowi wydawało się, że Cherry cała drży z nerwów. Był zbyt przerażony, żeby od niej uciec. Co, jeśli wstąpi w nią jakiś potwór i go rozszarpie w drzwiach?
— Zaraz się tym zajmę — wybąkał pod nosem, jak dzieciak, który przyznawał się do swojej winy dyrektorce na dywaniku. — Nie martw się.
Cherry jednak nie chciała puszczać Izana wolno — skąd pewność, że rzeczywiście się tym zajmie i naprawi to, co zniszczył? Takim jak on nie można było ufać, więc bardzo szybko podeszła do wystraszonego jak osaczane przez drapieżnika zwierzę Izana i uniosła podbródek, by zastraszyć ambasadora Marsa jeszcze bardziej. Izan spiął ramiona, od razu przyjmując pozycję obronną.
— Posłuchaj mnie, ptasi móżdżku — nie użyła nawet wygórowanych, obraźliwych słów, a Izan i tak opuścił zawstydzony głowę — nie puszczę cię samego. Nie ma nawet takiej mowy.
Izan pokiwał głową. Cherry pewnie się nie spodziewała, że Izan okaże się takim uległym przegrywem.
— Pójdziemy tam razem. Na moich oczach będziesz zrywać te plakaty.
— Dobrze. — Brakowało jeszcze, żeby dodał na koniec „proszę pani”.
 
Cherry nie odezwała się do Izana ani słowem, kiedy szli w stronę Nowego Rzymu. Ambasador Marsa dziękował w duchu, że nie musi z nią rozmawiać — uważał kobietę za naprawdę przerażającą.
Przed samym wejściem do miasta Cherry wskazała Izanowi słup, na którym wisiał jeden z brokatowych plakatów. Vergil wyglądał jak bardzo brzydki patyczak (mężczyzna nie dość, że był przegrywem, to jeszcze nie potrafił narysować kółka i prostych linii) i raczej nie dałoby się go rozpoznać, gdyby nie dorysowana korona oraz pretorska peleryna.
— Ściągaj to — poleciła Cherry, a Izan posłusznie podszedł do słupa i oderwał kawałek papieru. Nie był nawet taki mądry, żeby włożyć plakat w plastikową koszulkę.
Mężczyzna podał Cherry swoje naprawdę brzydkie dzieło, a ta od razu, jak wzięła w swoje ręce plakat, podarła go. Strzępki kartki stworzyły wokół kobiety okrąg.
— Gdzieś jeszcze tutaj coś powiesiłeś?
— Tylko ten jeden. — Uśmiechnął się niezręcznie. Nie skłamał. Nie mógłby przed nią.
Cherry chwilę mierzyła mężczyznę wzrokiem, aż w końcu się poddała i pociągnęła go za sobą. Izan, jak się okazało, obwiesił plakatami cały Nowy Rzym; a mówiąc cały, chodzi nawet o najdalsze zakątki, w które zapuszczają się tylko nieliczni.
— Nie mogłeś zrobić czegoś ładniejszego? — naśmiewała się Cherry, kiedy Izan ściągał kolejny plakat zawieszony na ścianie budynku. Kobieta trzymała w rękach jeszcze dwa takie twory. Każdy kolejny był brzydszy od poprzedniego. Izan nawet nie umiał odtworzyć tak prostego rysunku więcej niż trzy razy.
— To plakat… on miał… tak jakby… — zająknął się, nie wiedząc, czy jak wytłumaczy Cherry swój zamysł, to czy nie zarobi kopa w jaja. — Ośmieszyć Vergila miał.
— Domyślam się.
— Tak, ha-ha — zaśmiał się niezręcznie. Czuł, jak pierwsze kropelki potu zaczynają oblepiać mu plecy i klatkę piersiową.
— Idziemy dalej.
Pierwsza poszła dalej, a Izan podbiegł do niej niczym wierny pies. Brakowało mu tylko obroży i przyczepionej do niej smyczy.
Przy jednym ze sklepików — a raczej małego rozstawionego stoiska z owocami — sprzedawca przyglądał się właśnie rysunkowi, który wcześniej zawiesił tam Izan.
— Niech pan tego nie czyta. — Cherry zasłoniła mężczyźnie kartkę swoją dłonią. — Jakiś czubek chodził i to przyczepiał.
— Tak, wiem nawet który. — Podrapał się po głowie, próbując sobie przypomnieć. — Chodził tutaj taki jeden. Strasznie od niego śmierdziało potem.
Izan stał za nimi i to wszystko słyszał. Na samą wzmiankę o tym, że śmierdziało od niego, potem gdy rozwieszał plakaty, musiał powąchać się pod pachami. Rzeczywiście. Śmierdział.
— Chodź tutaj.
Cherry wołała Izana jak swojego podwładnego, a Izan tak też się zachowywał. Podszedł do kobiety od razu. Normalnie pewnie by zignorował taki ton i dalej wąchał swoją spoconą, śmierdzącą koszulkę.
— Zabierz to — rozkazała, a Izan bez sprzeciwu zabrał się do ściągania kartki.
Sprzedawca odsunął się na bezpieczną odległość, zapewne czując nieprzyjemny zapach od Izana. Nie ma nic gorszego, niż zapach potu. Szczególnie wtedy, kiedy było ciepło.
Izan miał już podać Cherry zdjęty plakat, kiedy uprzedził go ktoś inny. Vergil. Musiał zbierać te kartki w pobliżu. Wyrwał amabsadorowi Marsa rysunek i dokładnie mu się przyjrzał (jakby nie widział ich wcześniej), po czym spojrzał na Cherry.
— Co tutaj robisz?
— Nie widzisz? Ten przygłup rozwieszał te plakaty, to teraz będzie je ściągał.
Vergil uniósł brwi. Izan od razu spróbował przybrać groźną postawę ciała, ale obecność Cherry trochę mu to uniemożliwiała. Kobieta działała na niego w jakiś… niezbadany dotąd sposób. Może to przez to, że z kobietami nie rozmawia? Zawsze, jak jakąś widział, to uciekał.
— Jest gorzej, Cherry. — Obejrzał się za siebie. — Jakieś dzieciaki też je zaczęły zbierać.
— To źle? — zdziwiła się. — Chyba dobrze, że ściągają to badziewie.
Vergil pokręcił głową. Przestał zwracać uwagę na Izana, co trochę zabolało mężczyznę. Zawsze spierał się z — niestety — bratem, a teraz Vergil nie poświęcił mu chwili. Nie powiedział niczego obraźliwego, nie wyciągnął z kieszeni swojej obrzydliwej fasolki. Nawet na niego nie patrzył! Izan nie mógł tego przeżyć.
— Te dzieci chcą urządzić jakąś krucjatę na mnie.
— W końcu! — zarechotał Izan. — Wiedziałem, że mnie ktoś posłucha!
Wystarczyło jedno groźne spojrzenie Cherry, by się uspokoił. Nieznośny uśmieszek natychmiast zszedł mu z twarzy.
— Zaczęły się zbierać. Wiesz, jak wyglądają protesty, prawda?
Cherry się zmartwiła. Dlaczego banda dzieciaków obrała sobie Vergila za cel? Plakat był tak okropnie wykonany, że nie powinien przekonać nawet mrówki.
— Widziałem, że rozdają sobie drewniane miecze.
— Co można ci zrobić drewnianym mieczem? — prychnął Izan. — Jak chcą protestu, to powinni mieć prawdziwe miecze i pochodnie, żeby na końcu cię spalić. Jak palili kiedyś wiedźmy.
— Prawdziwa broń jest zakaza…
— Nie powinna być! — wrzasnął. — Dlatego właśnie jesteś beznadziejnym pretorem! Powinieneś zmienić to głupie prawo!
Cherry zacisnęła rękę na nadgarstku Izana. Bardzo nie chciała go dotykać, ale miała wrażenie, że nic innego nie zamknie mężczyźnie mordy.
— P-przepraszam…
— Przepraszam, co?
— P-proszę pa-pani… — wydukał Izan.
— I? — naciskała dalej Cherry.
— Przepraszam… Vergil….p-pretorze mój najlepszy. — Wbił wzrok w podłogę, nie mogąc patrzeć w takiej chwili pretorowi prosto w oczy. Już i tak został poniżony.

997 ten numer to kłopoty
────
[997 słów: Izan otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

sobota, 11 kwietnia 2026

Od Dicka CD Edel — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Promienie słońca, łaskawie głaszczące jego obolałe ciało, nie zdołały go jednak wysuszyć podczas krótkiego spaceru, który właśnie skończył się sturlaniem z górki. Do mokrego Dicka przykleiło się wszystko, co napotkał — trawa, ziemia, żwir, drobne kamienie (większe po prostu wywoływały głośniejsze okrzyki bólu), śmieci, pióra… Droga w dół zakończyła się hucznym (tak można by określić dźwięk, który wydał syn Fortuny przy uderzeniu w płot) akcentem, a potem zapadła cisza. Przynajmniej dla Dicka, którego chwilowo ogłuszyło. Pod jego powieki wdzierały się czerwone plamy, a potem nagle niewyraźne elementy otoczenia zaczęły być rozpoznawalne - rżenie koni, smród koni, a także ich ciekawe pyski. Dicka otrzeźwiły szczególnie widoczne od spodu wyglądające z otwartych pysków zęby, z podobnymi miał nieprzyjemne zajście jakiś czas temu, i wstydliwą bliznę na pośladku.
— Mmmhfmm — wykrztusił z siebie, kiedy w końcu mógł nabrać powietrza w płuca.
— W końcu — powiedziała pochylona nad nim Edel, a z jej głosu słychać było ulgę i irytację, którą ukrywała chyba głównie sama przed sobą.
— Uszkodziłeś sobie coś? Możesz wstać? — rzuciła, a potem zaraz zmieniła zdanie. — Nie, może lepiej się nie ruszaj…
Ale Dick już odsunął się spod płotu, kiedy jeden z koni na niego napluł. Choć każdemu ruchowi towarzyszył grymas, dzielnie chwycił się sztachety (była poluzowana) (chwycił się zaraz następnej) i na drżących nogach, zaraz podparty przez Edel w końcu wstał.
— No to teraz do ambulatorium — zarządziła, a Dick syknął, kiedy ta przypadkowo ścisnęła jego bardziej posiniaczoną rękę.
Nie był w stanie określić, czy to Edel tak mocno go ściskała, czy był tak bardzo obolały, ale nie narzekał zbytnio. Po brodzie ciekła mu strużka krwi, zmieszała się z ziemią i kurzem, ale na szczęście zębów miał mniej więcej tyle samo co dziś rano. Po prostu rozciął sobie wargę w trzech miejscach. Nic specjalnego. Bardziej zirytowany był przygryzionym językiem, który spuchł i wypełniał mu usta. Chciał powiedzieć „Właściwie teraz trudno mi odróżnić, co mnie bardziej boli — głowa czy reszta ciała”, ale wyszło z tego „Mmmmghbhgbbmmfbm”. Fortuno, kurwa, na domiar złego teraz stracił mowę! Jak miał powiedzieć Edel, że musi jeszcze skoczyć do toalety, i że cholernie chce mu się pić - mimo, że jeszcze był trochę wilgotny, dzień był upalny. Na domiar złego szli do ambulatorium najszybszą drogą — z małą ilością ocienionych miejsc. Niestety z szerokimi kamieniami, na których kuśtykającemu Dickowi łatwo omskiwała się noga. Brudna koszulka przylegała mu do ciała i w miarę zasychania coraz bardziej swędziała, ale w trampkach nadal chlupotało trochę wody, która wypływając małymi strużkami czyniła każde potknięcie bardziej możliwym.


Edel?
────
[406 słów: Dick otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

Przytaknął. Dopiero po chwili zorientował się, co usłyszał.
— To Nowy Jork nie jest jakoś mega wielki? — zapytał ze zdziwieniem widząc, jak Sony nadal siedzi z wielkim bananem na twarzy.
— No, trochę jest — wzruszyła ramionami. — Ale są większe miasta.
— I wy macie jakieś stałe miejsce spotkań? — dopytywał, coraz bardziej zaniepokojony. — W sensie, z tym księdzem.
— Nie — wyszczerzyła się. — Dlaczego?
— Fajnie — uśmiechnął się niepewnie, zastanawiając nad słusznością swoich wyborów. Nie tylko dzisiejszych. Uznał tą sytuację za idealny moment na przemyślenie całego swojego życia. Doszedł jednak do tygodnia wstecz, kiedy jego myśli zawędrowały po raz kolejny do geografii Stanów Zjednoczonych. — Ej.
— Hm?
— Bo ty mu powiedziałaś, że spotkamy się gdzieś w Nowym Jorku, nie?
— No, tak. I co? Znajdziemy się, nie pierwszy raz—
— Dobra, wiem — przerwał. — A my teraz gdzie jesteśmy?
Sony wyjrzała za okno, a Mikołaj razem z nią.
— Jeszcze na Long Island — stwierdziła.
— A Long Island nie jest w Nowym Jorku?
Mikołaj zadając to pytanie czuł się tak, jakby zamienił się miejscami z tymi Amerykanami, którzy myślą, że Europa jest w Rosji, a Francja nie istnieje. Chociaż to drugie byłoby akurat całkiem fajną opcją. Trybiki w głowie Sony również musiały działać, bo nawet ona po raz kolejny została uciszona głupim pytaniem chłopaka.
— No, jest. I co?
— To skąd wiesz, że ten Alan, czy jak mu tam było—
— Adam.
— Nieważne. Jak chcesz to ogarnąć w Nowym Jorku, jak jesteśmy w Nowym Jorku?
— To inny Nowy Jork.
— Są dwa Nowe Jorki? — zdziwił się Mikołaj. Wrócił do kwestionowania życiowych decyzji — tym razem padło na wybór rozszerzenia z geografii w liceum. Co prawda wytrwał na nim tylko pierwszą klasę, ale i tak chyba wypadało, żeby znał podstawy podziału politycznego. O politycznym podziale Stanów Zjednoczonych nie miał zielonego pojęcia, ale za to wiedział, że w tej chwili pod nimi znajdują się gleby brunatne, a patrząc za okno mogą podziwiać piękne cumulusy. I że prąd morski między Australią a Peru zmienia kierunek w Boże Narodzenie, co zdecydowanie ma wpływ na otwarcie sklepów rybnych w Rosji.
— No, Nowy Jork jest w Nowym Jorku. To tak jak Ameryka jest w Ameryce. Proste, nie?
— Zajebiście proste — podsumował Mikołaj. — A ta Minnesota też jest w Minnesocie? — zaśmiał się, ciągnąc temat już trochę na siłę.
— Co? — zdziwiła się Sony. — Nie, nie! W Minnesocie nie ma Minnesoty… chyba. Znaczy, Minnesota jest Minnesotą. — Ale chyba jest jedna.
— Dobra, nieważne — zrezygnował. Chciał obrócić brak własnej wiedzy w żart, ale brakło mu pomysłu na ciągnięcie go. — Kiedy wysiadamy?
— Za chwilę. Koło takiego czerwonego budynku — ponownie wyjrzała za okno, próbując zorientować się w terenie. — Albo to był następny? Nie, wiem! Za mostem. Z pociągu będzie koło budynku. Ale to w sumie zobaczymy.
— Za mostem, okej… — powiedział bardziej do siebie, niż do towarzysza.
Wytrzymali minutę w ciszy, która ewidentnie im przeszkadzała. Wyglądali jak dwójka pierwszoklasistów, która nie jest w stanie wytrzymać czterdziestu minut w szkolnej ławce i nieustannie musi się wiercić, stukać palcami i machać nogami. Sony otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale w dokładnie tym samym czasie zrobił to Mikołaj.
— Ej—
— Ej, a tak w sumie, to jak ty masz na imię? Jak już mówiłaś, to wybacz, musiałem nie wyłapać.
— So— wysiadamy! — Sony zorientowała się, że przegapiła charakterystyczny punkt za oknem i autobus właśnie zatrzymywał się na ich przystanku. Czym prędzej wstała z miejsca i ponagliła Mikołaja. — Szybko!
Ściśnięty tłum w autobusie utrudniał pasażerom przedostanie się z jednej części pojazdu, na tą drugą. Na szczęście nastolatkom w ostatniej chwili udało się przedostać do drzwi, wysiąść na przystanek i, miejmy nadzieję, niczego nie zapomnieć. Sony poprawiła ułożenie kabla, który najwidoczniej musiał się zruszyć i mocniej ścisnęła urządzenie w dłoni. Mikołaj zawiesił wzrok na odjeżdżającym autobusie, a gdy ten zniknął, rozejrzał się dookoła.
— Ale tu syf — zaśmiał się.
— Na peronie będzie gorszy — wzruszyła ramionami Sony, ruszając przed siebie.
— Czyli nazywasz się "Wysiadamy Szybko"? — zażartował Mikołaj, dotrzymując jej kroku.
— Co? — zdezorientowana twarz Sony odwróciła się w jego stronę, wyraźnie analizując słowa chłopaka. — Nie, skąd ten pomysł? — uśmiechnęła się niepewnie.
— Nie ważne, zapomnij — zaśmiał się niepewnie, odwracając wzrok. — To miał być żart. Bo wiesz, powiedziałaś…
— A! Okej! — przerwała mu, a ogromny uśmiech wrócił na jej twarz. — Jestem Sony!
— Zapamiętam — zapewnił. Nie wiedział, co jeszcze dopowiedzieć. Chciał dodać coś w stylu "miło poznać", ale przecież poznali się kilka godzin temu. To nie miałoby sensu. — Jak to się pisze?
— S-o-n-y, jak to studio od Spidermana, czy czegoś tam — powtórzyła słowa z wcześniej. — Cztery literki.
— Nie oglądałem Spidermana — stwierdził Mikołaj, próbując mimo wszystko sobie przypomnieć. — A to nie był Marvel?
— Marvel? Hm, może. Ale to nie brzmi jak Sony — odpowiedziała wesołym tonem. — Jeszcze były jakieś Łowczynie Kpopowych Demonów…
Mikołaj nadal próbował przypomnieć sobie, z czym skojarzyć imię Sony. W jego oczy rzucił się pokiereszowany szkicownik, wystający z niedopiętego plecaka zielonowłosego. Oświeciło go.
— Wiem! — krzyknął, po sekundzie orientując się, że są w miejscu publicznym. Ściszył głos. — Była taka aplikacja do rysowania od firmy sony! Sony Sketch, czy jakoś tak. Dobrze kojarzę?
— Eee chyba?
W tym czasie dotarli na peron kolejowy, który okazał się być całkiem blisko. Weszli na platformę, a Mikołaj po raz kolejny zaczął rozglądać się po otoczeniu.
— Widzisz? Mówiłam, że syf — Sony skomentowała wygląd peronu i podeszła do rozkładu. — To teraz musimy znaleźć… okej… i pojedziemy tam… — mówiła do samej siebie, pod nosem.
— A nie możemy po prostu pojechać pociągiem stąd do Minnesoty? — zapytał Mikołaj, szukając takiego połączenia. Sony spojrzała na niego zdziwiona.
— Możemy, ale po co sobie utrudniać?


Sony?
────
[889 słów: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 9 kwietnia 2026

Od Edel CD Dicka — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Edel powtarza sobie, że jest osobą cierpliwą i wyrozumiałą. Udowodniła sobie to już tyle razy, że gdyby pisała CV, to nawet nie zastanawiałaby się, jak może się w nim przedstawić. Dlatego, bardzo cierpliwie, targa legionistę za szmaty, żeby bezpiecznie wyprowadzić go POZA wodę. Jest jednak zbyt miła, żeby kogoś dosłownie ciągnąć za mokre ubrania. Wykazuje się kolejną szczyptą wyrozumiałości i wyprowadza go na brzeg, trzymając go w pasie na wzór przeprowadzania przez jezdnię staruszki, tuż po tym, jak majestatycznie, wręcz na wzór starego, pierdolniętego przez piorun dębu, opadł na dno. Nie chcąc ryzykować, Edel chwilę później wpycha sobie kurczaka pod pachę, wynosi go z rzeki i ze stoickim spokojem ignoruje świeże zadrapania na rękach, zakażone każdym istniejącym rodzajem gronkowca, który akurat postanowił spędzić swój długo wyczekiwany urlop w Małym Tybrze.
Kurczak jest bezpieczny. Legionista raczej też. Edel siada obok niego na trawie, wreszcie puszczając niezdrowego na umyśle Nuggetsa, który zaraz postanawia uciec na drugi koniec Ameryki (centurionka ma szczerą nadzieję, że jednak tego planu nie zrealizuje). Dziewczyna na szybko ocenia stan wiercącego się na trawie nastolatka (dziesięć razy zatrzymywała go przed natychmiastowym pobiegnięciem za swoim zwierzakiem), co teoretycznie powinna była zrobić przed transportem kurczaka, ale zbyt skupiła się na punkcie pierwszym każdego poradnika pierwszej pomocy: zadbaniu o bezpieczeństwo na miejscu zdarzenia. Topiący się drób zdecydowanie przyczyniłby się do naruszenia wszelkich zasad BHP, jakich nie uczono ich na żadnym szkoleniu dla centurionów, bo nikt nie wpadłby na to, że gdziekolwiek, kiedykolwiek i komukolwiek w ratowaniu czyjegoś życia przeszkodziłby topiący się drób, a nie, dla przykładu, ogromna latająca świnia.
– AŁA!!! – Donośny krzyk jest pierwszym, co wypływa z ust chłopaka, oczywiście nie licząc bezowocnych próśb o puszczenie go na pogoń za kurczakiem. Zszokowana Edel cofa dłoń tuż po tym, jak najdelikatniej na świecie, odgarnęła mu włosy z czoła i spróbowała ocenić, czy przyda się tu plaster, czy raczej trzeba będzie załatwić mu gips.
– Gdzie cię boli? – odzywa się u niej ta mechaniczna reakcja wychowawcy obozowego. Równie automatycznie poklepuje legionistę po plecach, gdy ten nagle krztusi się bogowie wiedzą czym. Może własną śliną.
– Głowa. – Jakby na dowód swojego cierpienia, chłopak przykłada dłonie do skroni i niemiłosiernie się krzywi. Edel wzdycha, bo szybko dochodzi do wniosku, że jest zmuszona wyciągnąć ciężkie działa centuriońskiej mocy.
– To idziemy do ambulatorium – decyduje i od razu wstaje, a jej ruchom akompaniują pełne przerażenia krzyki legionisty. – Uderzyłeś się w głowę, jeszcze masz jakieś wstrząśnienie mózgu. Jestem prawie pewna, że na moment zemdlałeś – wyjaśnia i miała zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale jej własne myśli jej przerywają. Przypomina sobie o porzuconym gdzieś na trawie notatniku, najważniejszym przedmiocie w jej życiu. Oraz o paru innych swoich atrybutach, które również rzuciła gdzieś obok koszyka z jedzeniem opanowanym przez inwazję mrówek. Rozproszona, zacina się, a ten moment krótkiego zawahania zostaje szybko wykorzystany przez rannego.
– Ja naprawdę nie muszę iść do żadnego ambulatorium! – upiera się chłopak, ale Edel w te słowa nie wierzy.
– Chyba cię zmartwię, ale rozbiłeś sobie czoło.
– Nie pierwszy raz! – hardo odpowiada legionista, próbując nonszalancko odgarnąć mokre włosy z oczu. Prawie wybija sobie przy tym oko i pewnie nawet bogowie nie wiedzą, jak mogło do tego dojść. – Możesz mi sprawdzić oczy. Jak jest wstrząśnienie mózgu, to było coś ze źrenicami… Nie pamiętam tylko, co.
– Mam ci tak poświecić latarką prosto w oczy? – pyta Edel, dokładnie tak, jak rodzice pytają: „A jak Antek wskoczy do studni, to też za nim wskoczysz?”.
– Tak – odpowiada chłopiec, całkowicie poważnie.
– Nie. Nie mam latarki.
Nadzieja w bardzo widoczny sposób ucieka z oczu legionisty.

Człapią w kierunku Obozu, trzymając się na tyle daleko brzegu rzeki, żeby na pewno nikt już sobie tam nie popływał. Za nimi ciągnie się mokry ślad, woda wciąż kapie im z ubrań i włosów, wylewa się z butów. Każdemu krokowi towarzyszy chlupotanie i Edel już nie wie, czy po prostu przestała czuć wodę w swoich glanach, czy jakimś cudem zalało jej czaszkę od środka.
– Jak masz na imię? – pyta dziewczyna, przerywając niezręczną ciszę. Prawie dotarli już do stajni. Jest progres.
– Dick, a ty? – Na moment podnosi wzrok ze swoich butów, co Edel odczytywała jako rodzaj ukazywania swojego speszenia albo urazy, bo jednak centurionka prowadzi go gdzieś, gdzie nie chce być. Jednak zaraz przekonuje się, że to raczej sposób, dzięki któremu Dick jest w stanie utrzymać minimalne bezpieczeństwo podczas zwykłego spaceru.
Żadne z nich nie wie, na czym się poślizgnął. Ani czemu pomachał rękoma tak gwałtownie, że uderzył Edel prosto w splot słoneczny. Dziewczyna zajęta jest łapaniem się za brzuch i próbą złapania oddechu, podczas gdy Dick po prostu… nie dość, że się przewraca, to jeszcze postanawia stoczyć się z górki. Brakuje nagle zlatującego z nieba pianina, żeby dopełnić scenerii.
Chłopiec toczy się prosto pod ogrodzenie stajni i wygląda na to, że nie ma najmniejszego zamiaru się zatrzymywać.


Dick?
────
[782 słowa: Edel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 7 kwietnia 2026

Od Isobel CD Dahlii — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Isobel po powrocie do mieszkania parę razy przeklinała sprawę ukradzionego plecaka. Nie żeby cokolwiek jej się znudziło; wręcz przeciwnie — poświęcała biednemu plecakowi zdecydowanie więcej, niż powinno. I to był jej problem, bo kiedy usiadła przy biurku, zobaczyła na nim porozrzucane kartki z niedokończonym referatem. Po przeczytaniu tego, co już miała, okazało się, że są to tylko jakieś niezbyt powiązane ze sobą skrawki informacji i jej własnych, pokręconych przemyśleń. Pół biedy, gdyby musiała poprawić i dokończyć tekst. Niestety, Is musiała napisać calusieńki referat od nowa. W każdy inny czwartek z większymi lub mniejszymi trudnościami byłoby to łatwiejsze, ale jej tok myśli ciągle zaburzały pytania w stylu: „Skąd ja znam tego faceta?”, lub „Na cholerę mu był ten plecak?”.
Klientów w barze miała naprawdę wielu. Stałych bywalców zwykle znała nawet z imienia, ale na piwo przychodziło też mnóstwo osób, które ten bar widziały pierwszy i ostatni raz. Miała dobrą pamięć, ale po pewnym czasie pracy nauczyła się wyrzucać z głowy niepotrzebne informacje. Takowymi były między innymi twarze klientów baru. Zdecydowanie miała wiele innych, bardziej wartych do zapamiętania rzeczy. Więc dlaczego, do cholery, ta konkretna twarz została w jej głowie?
Napisanie tego nieszczęsnego referatu zajęło jej dwa razy dłużej, niż zwykle, a normalnie i tak trwało to dość długo. Finalnie oddała dnia następnego dnia z rana, cztery godziny po tym, jak wprowadziła ostatnie poprawki. Cudownie spędzona noc. Bardzo starała się nie wyglądać jak trup. Naprawdę bardzo.
Na szczęście w barze znalazła się kilka godzin i litr kawy później, jak zwykle jadąc na wyimaginowanej energii i promiennym uśmiechu. Humor miała zdecydowanie lepszy, bo siedząc na jednym z wyjątkowo nudnych wykładów, nagle przypomniała sobie, skąd zna mężczyznę-złodzieja z nagrania. Dzięki temu, mimo małej ilości snu, pracowała nakręcona jak pozytywka, kręcąc się w tą i z powrotem za barem. Barny nie wiedział, czy powinien się śmiać, czy zrugać ją za to, że w końcu się potknie i rozbije sobie ten rudy czerep o kant baru. W końcu wybrał śmiech, co Is kwitowała przewróceniem oczami i mamrotaniem pod nosem. Mogło tam paść coś o starych prykach i nieumiejętnym smażeniu frytek.
Lawirując między stolikami, często spoglądała w kierunku drzwi. Wypatrywała Dahlii, bo czuła, że jeszcze chwila i wybuchnie, jeśli jej nie opowie o tym, co sobie przypomniała. Zwykle nie myślała o tym za dużo, ale w tej chwili żałowała, że choćby trzymanie telefonu w dłoni mogło na nią ściągnąć jakąś wściekłą empuzę. Chwilę zastanawiała się, czy Dahlia uważa ją za dziwną, bo nie zapytała o numer telefonu, ale w sumie to miała to gdzieś.
Prawie wylała piwo z kufla, kiedy kobieta w końcu pojawiła się w drzwiach baru. Z rozbawieniem zauważyła, że stare pijaczki obrzucają ją zaniepokojonymi spojrzeniami. Z jednej strony Dahlia może i wyglądała, jakby mogła ich poskładać jedną ręką, ale zazwyczaj byli tak skorzy do bójek, że miło było widzieć ich przestraszonych. Świetna sprawa. Zaczęła machać do Dahlii (jakby trudno było ją przeoczyć za barem), jednocześnie podając klientowi jego kufel.
— Cześć! Boże, dobrze, że już jesteś. Siadaj, siadaj — machnęła ręką w stronę hokerów stojących po drugiej stronie baru. Wytarła dłonie w szmatkę.
Dahlia po chwili usiadła na wskazanym miejscu.
— Dalej nie mam pojęcia, po co komu był mój plecak — powiedziała, nieco podnosząc ton, żeby było ją dobrze słychać przez harmider panujący w barze.
Is aż klasnęła w dłonie, po czym oparła się o blat.
— Ja wiem, dlaczego pamiętam tego gościa. Ze dwa tygodnie temu w sobotę mieliśmy tu straszny ruch, jak nigdy. Ledwo się wyrabiałam na zakrętach, serio! No i nie dość, że pracowałam za dwóch, to jakiś palant jeszcze chciał się ze mną kłócić, że nie zapłaci nam za piwo, bo jak szedł do stolika to się potknął i je wylał — mówiła, gestykulując żywo. Barny co jakiś czas pojawiał się obok, ale sprawnie unikał jej latających w powietrzu dłoni. Nie miał przy niej innego wyjścia, niż się przyzwyczaić. — Pokłóciłam się z nim trochę, pogadał coś o tym, że baby do garów, no ale Barny wyszedł zza baru i nagle odechciało mu się kłócić. Rzucił tego głupiego dolca na bar, trzasnął drzwiami i wyszedł. Paskudny typ. Nie wiem dlaczego od razu nie przypomniałam sobie, że stąd go pamiętam — skończyła w końcu, biorąc na końcu głęboki wdech. Szybkie wypluwanie z siebie informacji było męczące.
Dahlia milczała przez chwilę, przyswajając ten dziwny zbieg okoliczności.
— Wiesz o nim cokolwiek oprócz tego, że jest gburem? — zapytała w końcu, opierając łokcie o bar.
— Nie, niestety nie. — Isobel pokręciła głową. — Ale Barny go chyba kojarzy, bo jeszcze długo psioczył pod nosem. BARNY! — zawołała, odwracając się w stronę zaplecza. Raczej na taką nie wyglądała na taką, ale potrafiła się głośno wydrzeć.
Mężczyzna doczłapał się do baru. Był chyba jedyną obecną tam osobą, która górowała nad Dahlią.
— Co?
— Pamiętasz tego gnojka, co nie umiał utrzymać kufla w dłoni i jeszcze nie chciał zapłacić?
Isobel siłą rzeczy musiała się odwrócić plecami do Dahlii, żeby porozmawiać z drugim barmanem. Barny skrzywił się i skinął głową.
— Co z nim? Znowu przylazł? — zapytał, rozglądając się po barze.
Is machnęła ręką.
— Nie, nie. Ale znasz go? Kolega jest chyba w dodatku złodziejem.
— Gówniarz mieszka na moim osiedlu. Wybił mi kiedyś szybę w piwnicy. Nigdy nie zapłacił za wstawienie nowej.
— Paskudny typ. Jak się nazywa?
— Jakiś Falagamus albo Falagemus. Mieszka nade mną i tupie co najmniej tak, jakby był słoniem. A po co w ogóle o niego wypytujesz? — Barny zmarszczył brwi. Isobel zwykle nie interesowała się aż tak klientami, a na pewno nie tymi, którzy działali jej na nerwy.
— Tak sobie. Hej, Kip chyba woła o drinka. Załatwisz to? Zaraz wrócę do pracy — powiedziała, uśmiechając się promiennie.
Potem odwróciła się z powrotem do Dahlii, widocznie z siebie zadowolona.
— Tutaj naprawdę żadne informacje nie giną. Biedny Barny chyba trochę przeszedł z tym gnojkiem. Najważniejsze, że wiemy już, kim jest — dodała, jednocześnie wychylając się, żeby podać barmanowi jedną z butelek, które stały obok niej.
— Cóż, facet nie prezentuje się jak ktoś warty poznania — powiedziała Dahlia, krzywiąc się nieznacznie.
— Nie mamy go poznać, tylko sprawić, żeby oddał ci plecak!
Uśmiech na twarzy Is nie zwiastował niczego dobrego.


Dahlia?
────
[995 słów: Isobel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Od Judasa CD Havu — „Take me to church”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Trójka mężczyzn oraz nastolatek pierwszą godzinę jechali w ciszy. W samochodzie śpiewał cicho David Bowie. Człowiek kultury. Czuć było silny zapach papierosów, jakby dym wchłonął już na wieki w skórzane, sztywne fotele. Vincent patrzył przez okno na mijające ich tereny, Havu przed siebie, Judas na swoje nogi. Potarł zaczynające go boleć oczy. Poczuł się senny i zapewne uciąłby sobie drzemkę, gdyby znajdowali się w samochodzie kogoś innego, bo musiał pozostać nieustannie w gotowości. Starszy facet budził w nich większy niepokój, niż ksiądz jest w stanie u kogoś wywołać, nawet jeśli wyglądał niewinnie. Jakby to można powiedzieć, ,,z oczu źle mu patrzyło”. Najwyżej mogliby go pokonać, jednak najbardziej prawdopodobną możliwością było, że uprowadza ich potwór, bo Vincent z jakiegoś powodu został ulubiony przez ich wrogów. I nawet nie chodziło o to, że jest nadal dzieciakiem. Bo nie dość, że był nadal dzieciakiem, to po prostu przyciągał kłopoty.
— Gdzie zmierzacie?
Nie wiedział, że ma w aucie właśnie dwóch zbiegów, którzy dokonali tak karygodnej zbrodni, jak okradnięcie pubu. Z zapewne kilkuset złotych. Oni natomiast lubili sprawiać kłopoty.
— San Francisco.
— Rany. Czemu was aż tutaj wywiało? Jesteście koczownikami, czy co? — zaśmiał się z własnego żartu.
Nie mogli być szczerzy, bo nie powiedzą mu, że przypadkiem się tu teleportowali. Pozostało im wymyślić jakąś godną wiary wymówkę, żeby zapobiec niezręcznej podróży. Judas poczuł na sobie wzrok Havu, który nadal siedział cicho — najwyraźniej pozwolił drugiemu mężczyźnie, aby przejął inicjatywę.
— Macie szczęście, bo jadę w tym kierunku — dodał jednak mężczyzna, zanim zdążył coś wymyśleć.
Judas miał ochotę zakwestionować ten szczęśliwy przypadek. Gdzie on mógł jechać? Chociaż, oni sami tam zmierzali, więc kim jest, aby go oceniać? Uśmiechnął się za jego plecami. Nie może go wypytywać.
— To prawda.
Mijali puste pola i nieliczne osoby, które zmierzały w nieznane o tej późnej porze. Opanowała ich ciemnota, przez którą cała trójka miała ochotę iść spać — Vincent zdecydował się na to jako jedyny z nich, usypiając na ramieniu Havu, a rudowłosy dołączył do niego. Ksiądz uznał, że nie będzie im przeszkadzać. W środku było duszno, natomiast okna były nieuchylone. Judas może i nie miał choroby lokomocyjnej, ale w takich warunkach zaczynało mu robić się źle. Czuć było spaleniznę, charakterystyczny aromat tapicerki i skóry, a klimatyzacja nie działała. Na dodatek, aby stworzyć idealne warunki do porzygu, mężczyzna wywiesił sobie perfumowaną zawieszkę o waniliowym, mocnym zapachu.
— Czym się Pan zajmuje? — spytał, starając się odwrócić swoją uwagę.
— Uprowadzam znalezionych przy ulicy przybłędów, a co?
Półbóg udał, że się śmieje. Miał ochotę otworzyć drzwi i wyskoczyć z jadącego samochodu.
Mężczyzna wyciągnął papierosa. A raczej cygaretę.
— Palisz?
— Ej, może nie przy dziecku.
— Nie jest aż takim dzieckiem. Pewnie ma, ile, szesnaście lat? W tym wieku nastolatki już palą.
Zapalił, mimo oczywistego niezadowolenia Judasa. Strzepywał popiół do samochodowej popielniczki. W półbogu zapłonął ogień ogień i zapragnął, aby złapać za kierownicę, po czym skręcić z ulicy, aby wyrżnąć w najbliższe drzewo. Opanował się, zagryzł wargi, wsłuchując się w lecące Depeche Mode, zadziwiając się, że ten facet nie słucha muzyki z pokroju country.
— Niedługo będę musiał was porzucić. Wpadniecie do naszego domu, zanim wyruszycie dalej — to nie było pytanie — żona może wam zrobić kolację.
— Uh… Raczej podziękujemy.
— Musicie być głodni. Pański kolega i tak wygląda, jakby przydał mu się porządny odpoczynek. I wytrzeźwienie.
— Nie możemy. To okropnie uprzejme z Pana strony, ale… to byłoby z naszej strony złe, gdybyśmy tak zrobili. — Judas zaczął gubić się we własnych słowach.
Spojrzał na śpiącą dwójkę, na lekko uchylone usta Havu. Zapewne wszyscy woleli jak najszybciej wrócić do domu, ale dalsza droga i tak zajęłaby im dłuższy czas (o ile znajdą kolejną podwózkę). Nie będą prosić mężczyzny o pieniądze, aby złapać taksówkę. Na kolejnego chętnego mogliby czekać w nieskończoność. Głodni oczywiście nie byli, ale mogliby potraktować tę propozycję jako najzwyklejszą w świecie uprzejmość, która chętnie spotkałaby się z akceptacją. W pewnych warunkach, które w tej sytuacji nie były spełnione.
Szturchnął półboga w ramię, aby uzyskać jakieś wsparcie, a za trzecią próbą przebudził się i ledwo przytomny spojrzał na Judasa. Chciał się wyprostować, ale poczuł Vincenta na swoim ramieniu i pozostał w prawie-leżącej pozycji. Ksiądz wbił w niego ponaglające, niemalże złe spojrzenie, że zostawił go samego w jego towarzystwie.
— Nasz nowy przyjaciel zaprasza nas na kolację.
Potrzebował paru sekund, aby powrócić do rzeczywistości i zrozumieć, co do niego powiedział.
— Eee… — Zmarszczył brwi. — Nie wiem, trochę się spieszyliśmy, już nie pamiętasz?
— Oj, ludzie nie są zbyt chętni na podwożenie autostopowiczów — rzucił zadziwiająco ostro starzec. — Możecie się spieszyć, ale nigdy nie dotrzecie na czas.
Gromiące słowa wytrąciły ich z równowagi, potwierdzając, że powinni opuścić pojazd. Gdyby tylko ten cholerny Vincent mógł ich teleportować bez problemów. Gdyby tylko Havu pozostał tym cholernym dzieckiem Plutona, tak jak sobie kiedyś wymyślił. Gdyby tylko którekolwiek z nich miało magiczne moce, pozwalające im wrócić do domu.
Havu potajemnie ścisnął Judasa za dłoń, jak telepatycznie przekazując mu nieme słowa ,,nie podoba mi się to”. Odwzajemnił gest, mówiąc ,,,może nie uwierzysz, ale mi też się to nie podoba. Mimo to nie byli w stanie nic począć, zastygając po prostu w miejscu. Mężczyzna działał na nich w niepokojący sposób, jak gdyby miał zdolność panowania nad innymi.
— Przyjdziecie do mnie na kolację i zostaniecie na noc, dobra?
— Nie, my— naprawdę, ale to naprawdę, nie możemy, bo— no, czas nas jednak nagli i każda sekunda się liczy.
Mężczyzna wymamrotał pod nosem coś, czego nie byli w stanie dosłyszeć. Przeszły ich dreszcze. Vincent obudził się przez głośne głosy.
— A co takiego ważnego was czeka? Skoro was podwożę, to powinniście być wdzięczni — fuknął.
— Spotkanie rodzinne.
— Aha. Jasne. I kim dla siebie jesteście? Z pewnością nie wyglądacie jak bracia. A tego dzieciaka to co, uprowadziliście?
— Muszę się KONIECZNIE odlać. — Dał radę wydusić z siebie Judas, choć bardziej adekwatne byłoby powiedzenie, że chce mu się rzygać.
Prowadzący westchnął głośno na jego słowa i stanął po przemierzeniu paru metrów. Znaleźli się w miejscu, gdzie wokół nich nie było absolutnie niczego. Żadnych mieszkań, lasów, znaków drogowych. Żadnych ludzi. Nie wiedzieli, gdzie są i właściwie nie mieli pewności, że zmierzają do San Francisco. Wysiadanie na tym odludziu było równie złym pomysłem, co jechanie z osobą, która stała się wyjątkowo podejrzana.
Judas wysiadł z samochodu, trzasnął drzwiami, odszedł kawałek, stając pod drzewem, odwrócił się tyłem i udawał, że właśnie sika, zastanawiając się, co zrobić. Czuł się zbyt wystraszony, jak nie mający sił do tego, aby się bronić, gdyby coś się wydarzyło. Wstrząsał nim niepokój. Próbował znaleźć jakieś rozwiązanie, ale w głowie miał mętlik. Coś przejęło kontrolę nad jego myślami.
Gdy się odwrócił, mężczyzna stał przed nim. Nie słyszał, aby do niego wychodził i tak blisko podchodził. Nie wyczuł jego obecności. To jednak nie było najstraszniejsze, bo starzec miał w ręce pieprzoną piłę łańcuchową, na której widok Judas już na serio posikał się w gacie. A raczej w piżamę.

 
Havu?
────
[1114 słowa: Judas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]