wtorek, 4 sierpnia 2026

Od Kai CD Oriany — „My kink is karma”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, obecnie

W pierwszej chwili nie wiedziała co zrobić. Oriana jest pijana? Nie było nawet takiej możliwości, jako jedyna z ich trójki przez cały wieczór piła tylko napoje zero. Pijana mogła być tylko Kaya, ale co najwyżej mogłaby o sobie powiedzieć, że jest wstawiona.
Nie drgnęła nawet, bojąc się, że zepsuje wszystko nieodpowiednim ruchem albo słowem. Patrzyła przed siebie, na parkowe drzewa oświetlane przez światła latarni, ośnieżony trawnik oraz żwirową ścieżkę.
Oriana nie mogąc dłużej znieść tej niezręcznej ciszy podniosła się z ławki z zamiarem samotnego powrotu do domu. Kaya w tym momencie się ocknęła i momentalnie chwyciła dziewczyna za rękę. Palce Oriany prawie wyślizgnęły się z jej uścisku.
— Poczekaj — odezwała się w końcu.
Oriana nie odwróciła się, dalej stojąc plecami do Kai. Nawet nie próbowała jej za to winić. Rozumiała to zażenowanie.
Wzięła głębszy oddech. Sama nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Co zrobić w takiej sytuacji? Jak się zachować?
— Jesteś świadoma? — zapytała, co było niewyobrażalnie głupim pytaniem, patrząc na to, że Oriana nie była pijana i z całą pewnością wiedziała, co robi.
Kiedy nie usłyszała odpowiedzi, przegryzła wargę i uspokoiła szalejące myśli. Zawsze była chaotyczna i mówiła pierwsze, co jej ślina na język przyniesie, ale w tej sytuacji myślała nad słowami zdecydowanie zbyt długo. Nie chciała, żeby Oriana od niej uciekła.
— Chcesz przyjść do mnie? — zaproponowała w końcu. — Robi się zimno.
Oriana przystała na tę propozycję bez słowa. Kaya podniosła się z ławki i z delikatnym uśmiechem ruszyła w kierunku ulicy, na której mieszkała.
Mieszkanie Kai było doprawdy miniaturowe. Już na samym wejściu można było zetknąć się z kuchnią, tak, żeby za daleko przypadkiem nie chodzić, a drzwi do łazienki również były na wyciągnięcie ręki. Brakowało jeszcze wanny na środku korytarza i mieszkanie byłoby idealne do życia dla przeciętnej osoby po dwudziestce.
Bez pytania zrobiła im po herbacie i wróciła z gorącymi kubkami po niecałej chwili. Oriana siedziała na jej łóżku cała spięta, widocznie jakby wcale nie chciała tutaj być, ale wzięła od dziewczyny swój napój i kiwnęła głową, chcąc za to podziękować.
— Nie musisz mnie przepraszać — wypaliła Kaya zanim Oriana zdążyła cokolwiek powiedzieć.
Już po samej minie mogła stwierdzić, że w Orianie kotłuje się dużo emocji i na jej usta cisną się zupełnie niepotrzebne przeprosiny. Trochę już zdążyła ją poznać.
— To było niepotrzebne — odezwała się tak czy inaczej.
Kaya przegryzła wargę. Odstawiła kubek na mały stolik nocny.
— Było potrzebne.
Oriana zmarszczyła brwi i cicho odetchnęła.
— Zapomnij. — Pokręciła głową.
Kaya nie mogła już tego dłużej słuchać. Sam widok tak skołowanej i spinającej wszystkie mięśnie ciała Oriany ją bolał. Położyła jedną rękę na kolanie dziewczyny i zebrała w sobie całą pozostałą odwagę, którą musiała zużyć na wcześniejsze rozwiązanie sytuacji.
Oriana spięła się bardziej, jakby gotowa do ucieczki i powrotu do swojego domu, ale Kaya naprawdę mocno zacisnęła palce na jej kolanie. Jeśli pozwoliłaby jej wyjść, to miałaby pewność, że już więcej by nie zobaczyła półbogini, a na pamiątkę zatrzymałaby sobie co najwyżej papierek z wypowiedzeniem rzucony w biurze.
— Problem jest taki, że właśnie nie chcę zapomnieć. — Uśmiechnęła się delikatnie, trochę niezręcznie jak na siebie i przybliżyła twarz do twarzy dziewczyny.
Oriana zamrugała, ale nie ruszyła nawet na centymetr. Pozwoliła, aby ich wargi znowu się ze sobą zetknęły, tym razem z intencji Kai.
— Wszystko okej? — zapytała, odsunąwszy się od Oriany. Dłoń Kai dalej spoczywała na kolanie dziewczyny.
— Chce mi się spać — odpowiedziała trochę wymijająco. — Mogę się gdzieś położyć?
Kaya uszykowała Orianie miejsce do spania, chociaż sama nie miała za dużo przestrzeni w tak miniaturowym mieszkaniu. Użyczyła swojego różowego koca i nawet ubrań na przebranie, bo nie chciała, żeby dziewczyna nie miała możliwości założenia na siebie czystych ciuchów.
Następnego dnia kiedy chciała wstać i zrobić jej jakąś herbatę, zauważyła, że Oriany już nie było. Nie zostawiła po sobie żadnego bałaganu, koc odłożyła na miejsca, ubrania złożyła w kupkę. Sprawdzając telefon też nie zauważyła żadnej wiadomości, chociażby potwierdzających, że bezpiecznie wróciła do siebie. Trochę ją to zaniepokoiło. Zobaczyć się mogły dopiero za dwa dni.
 
— Hej — przywitała się, wchodząc do szatni.
Oriana nawet się nie odwróciła. Skończyła zapinać swoją roboczą koszulę i po prostu wyszła, zostawiając Kayę samą.
Nie odzywała się do niej całą zmianę. Ignorowała wszystkie słowa dziewczyny, jakby ta rzucała je w eter. Kaya z każdą kolejną godziną czuła się coraz gorzej, bo chciała tę sytuację przegadać, a nawet nie miała żadnej możliwości, by to zrobić.
— Możemy… porozmawiać? — zapytała, kiedy po skończonej pracy obie znalazły się w szatni. Oprócz nich nikogo więcej nie było, bo współpracownicy przebrali się i wyszli o wiele szybciej.
— Nie ma o czym. — Wzruszyła ramionami.
— Jeśli mam nazywać rzeczy po imieniu, to mnie pocałowałaś, a później ja ciebie pocałowałam, to myślałam, że może o tym pogadamy? — Podeszła trochę bliżej. Oriana od razu się odsunęła. — A jeśli nie chcesz rozmawiać, to może wyjdziemy jutro na kawę? Albo gdziekolwiek… po prostu chcę z tobą spędzić parę godzin.
— Jestem zajęta.
Oriana znów odpowiadała jej cholernie irytujący wymijający sposób. Kayę zaczynało to denerwować. Jak zazwyczaj miała w sobie całkiem sporo cierpliwości, tak teraz zaczynała mieć jej bardzo niewiele.
— Mam wrażenie, że mnie okłamujesz — jęknęła. — Unikasz mnie dzisiaj cały dzień. Wzięłaś pod uwagę, jak mogę się z tym czuć?
Kaya z każdym kolejnym słowem zbliżała się do Oriany coraz bardziej. Menagerka nawet nie miała dokąd uciec, bo w końcu spotkała się plecami ze ścianą.
— Odwzajemniłam to, więc dlaczego się tak zachowujesz? — Nachyliła się. Ich czoła się ze sobą zetknęły. — Jeśli tego nie chcesz, to mi powiedz. Przestanę.
Nie mogła oderwać wzroku od tych przenikliwie szarych oczu. Były hipnotyzujące. Zaraz tutaj oszaleje.

oriana what now?
────
[906 słów: Kaya otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Jak się trzymasz? — Dahlia zapytała rzeczowo.
Sytuacja na polu bitwy nieco się zmieniła. Jeden anemoi poszedł do piachu, to był plus. Minusem teraz było to, że jego towarzysz się nadął z żałości i zaczął wypuszczać coraz większe wyładowania elektryczne. Jego sylwetka nie była w stanie się ustabilizować choćby na chwilę. Rozjuszony potwór był jeszcze gorszy niż dwa zwykłe, to na pewno. Był przede wszystkim nieprzewidywalny.
— O-okej.
Inez otrzepała się z piachu, przytrzymując swoją broń. Nieporęczność takiej broni jak gastrafetes dawała się mocno we znaki. Elektryczne wystrzały wystrzeliwane losowo konfundowały półboginie, które nie były w stanie zlokalizować Briana.
— Jesteś w stanie zrobić kolejne iluzje?
Ciszę między wyładowaniami zapełniło głośne przełknięcie śliny w gardle Velez.
— Jedną, może dwie. Więcej nie dam rady, przepraszam.
— Ok. Jedna wyst— kontynuowała, dopóki nie usłyszała obok siebie wyładowania elektrycznego.
Nie dosięgnęło jej bezpośrednio, ale było wystarczająco blisko, żeby zadzwoniło w uszach. Ból przeszył na wskroś czaszkę, zatrzymując się w skroniach. Następnie włosy na rękach stanęły jej dęba i to było jedyne ostrzeżenie. W porę odskoczyła przed atakiem.
Dzięki temu mogła uporządkować myśli oraz się rozejrzeć. Było pusto, ludzie zdążyli pouciekać. Było ciemno, lampy uliczne były uszkodzone. Światła festiwalowe nad nią migały niepokojąco, kolebiąc się na sznurkach. Dahlia wpatrywała się przez sekundę w swój nerwowo przesuwający się w różne kierunki cień, dopóki się nie otrząsnęła. Miała wrażenie, jakby minęło naprawdę dużo czasu. Inez zdążyła się schować za kolejną ladą i wpatrywała się w Dahlię z oczekiwaniem na jakiś rozkaz albo choćby znak. Na to już nie miała odpowiedzi. Nie teraz.
Zawróciła i prawie szukała po omacku jakiegoś schronienia. Natrafiła w końcu na kształt klamki i od razu otworzyła drzwi. Zorientowała się, że schowała się w plastikowej budce. Ktokolwiek tutaj sprzedawał żetony na atrakcje, musiał się nudzić, patrząc na liczne kartki wypełnione rysunkami, szczególnie narządów rozrodczych. Wszystkie urządzenia przestały działać, na telefon nie miała co liczyć. Zerknęła na chwilę przez szybę i zlokalizowała Inez.
Jaki był plan? Trybiki w jej głowie zaczęły przesuwać się z dużą prędkością. Konfrontacja na otwartej przestrzeni była samobójstwem. Nie do końca wierzyła w to przesuwanie się skłębionych anemoi i venti, musiała być wyjątkowo pechowa, jeżeli przesunięcie szablą po ich „ciele” nie mogło natrafić na tą „grecką” część. Wyjątkowo. Statystyka się nie zgadzała. Nie podobała się jej też idea, że nie zwiąże swoimi umiejętnościami zirytowanego kłębka… Czym były chmury? Coś z wilgocią? Jakieś minusy, plusy? Mogła chodzić częściej do szkoły, zamiast siedzieć w tym obozie. Wymasowała skronie z ciężkim westchnięciem. Chuj w te pioruny, to robota Zeusa, a nie jej. Nagle uwagę jej uwagę zwróciło to, że gdziekolwiek ten ventus/anemoi był, światła i elektronika działały przez chwilę.
— BEAAAARS! KILL, LET'S KILL! — ryczał Brian, przewracając ze wściekłością stoiska.
Dahlia kopniakiem otworzyła drzwi i dała znak legionistce, żeby za nią biegła.
— Masz jakiś plan?
— Improwizujemy.
— Co?
Dziewczyna patrzyła na Dahlię z powątpiewaniem, kiedy wskazała ręką na jedną z atrakcji.
— Przecież to nie działa.
— Ale będzie — odparła z pewnością.
Dopiero później zaczęła się zastanawiać nad swoimi słowami. A co, jeżeli to nie wypali i zostaną z nich półboskie skwarki?
— Dobra, wchodź.
— Mam wejść DO TEGO?!
— Aha.
Po czym córka Demeter wrzuciła biedną córkę Arcus do elektrycznego samochodzika.
— Zobacz, możesz oprzeć gastrafetes na tych siedzeniach.
— Dahlia, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł…
Po czym obie usłyszały ryk potwora. Sunął ku nich z niesamowitą prędkością, na szczęście od bocznej strony.
W tym momencie cały autodrom zajaśniał chłodnymi neonami, przesuwającymi się energicznie wzdłuż paneli. Po powierzchni metalowej płyty przeoranej regularnie dziurami tańczyły elektryczne iskierki, grożąc przybyłych trzaskiem.
Elektryczny wózek, na którym były, również zabuczał. Jego metalowy pręt, którym był połączony z sufitem, zadrżał. Po czym wystartował gwałtownie i sunął niemal bezszelestnie do przodu. Jakby nie dotykał powierzchni.
Kłęby anemoi nawet nie hamowały. Brian zatoczył łuk, wypatrując zwierzyny. Uciekającej na kiczowatym, zielonym samochodziku. Gdy wszedł w pole, od razu siatka nad nimi zareagowała brzęczeniem. W tym samym momencie ruszyły inne autka.
Półboginie ledwo się zmieściły w malutkiej przestrzeni kokpitu wozika. Gdyby tylko Dahlia miała czas, narzekałaby na swoje gabaryty. Ba, teraz to było jej na rękę.
Z głośników sączyła się energiczna muzyka, z mnóstwem efektów dźwiękowych. Czym bliżej był potwór któregoś głośnika, tym szybciej się wylewała, z głośnymi trzaskami. Auta bez pasażerów obijały się gwałtownie, ratowała je tylko gumowa banda. Wśród nich anemoi z głośnym rykiem próbował nie wpadać na nie.
— Jak ociera się o te pręty, to się osłabia! — zauważyła Inez. — Może damy radę!
— Jak się tym, cholera, steruje?! — krzyknęła Chestnut.
Zderzyły się dosyć mocno z innym wózkiem. Owszem, autko było szybsze dzięki energii tego potwora, ale było równie nieprzewidywalne. Inez racjonalnie zapięła wcześniej pasy i tylko jęknęła, za to Dahlia mogła przysiąc, że wyplułaby swój żołądek i resztę wnętrzności. Tępy ból rozlał się po jej klatce piersiowej, kiedy obiła się o plastikową, tandetną kierownicę. Przestała też na chwilę oddychać.
— Musisz ruszać, ruszaj, ruszaj, rUSZAJ! — pisnęła Inez, potrząsając ramieniem Dahlii.
Potwór znalazł lukę. Otwarta, prosta, niczym droga dla wieży w szachach. Zaszarżował.
Chwila ta trwała dla nich naprawdę długo. Kolejny raz, w ostatniej chwili, uskoczyły przed atakiem.
Dahlia dopiero wtedy wciągnęła ze świstem powietrze do płuc. Udało się jej w odpowiednim momencie z ziaren, trzymanych na czarną godzinę w kieszeni, wypuścić pędy pnączy. Zaczepiła je na jednym z filarów autodromu, przeciągając cały wózek w jego stronę. Plus był taki, że nie wymagało to siły, samo autko nie stawiało oporu na tak śliskiej powierzchni.
— Udało ci się! — podekscytowała się Velez.
— Rzygać mi się chce — jęknęła boleśnie Chestnut.
Na szczęście kolejne manewry, wspierane przez pnącze, utrudniły potworowi dotarcie do nich. Inez strzelała, kiedy tylko mogła. I za każdym razem trafiała. Za każdym razem potwór nie był zadowolony, ale też nie zwalniał.
— Cagado cabrón! — legionistka zaklęła, nakładając kolejny bełt. — Czemu to nie działa!?
— Musimy go chyba zaatakować jednocześnie! Spiżem i złotem!
— Jednocześnie?!
Jedna z drugą starały przekrzykiwać się przez techno jazgoczące z głośników. Miały wrażenie, że było coraz gorzej.
— Musisz mi dać znak Velez!
— Jaki ssak?!
— ZNAK!
— Jaki znak!?
— Jakikolwiek, na bogów! Dam sobie radę! Wyceluj! Daj mi znać i wystrzel! Jak nie, to kaput!
Wcale nie nakładała presji na nowo poznana koleżankę, ale o dziwo Inez wyglądała pewniej niż zwykle. Tak, jakby weszła na inny stan świadomości. Dahlia się zastanawiała, czy właśnie teraz zobaczy efekt tego słynnego, rzymskiego wychowania. I nie chodziło jej o czyszczenie wychodków.
Dźwięk naciąganej cięciwy był czystszy i wyraźniejszy niż zwykle.
— Na impugna atakuj — odparła stanowczo Inez.


Inez?
────
[1052 słowa: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 2 sierpnia 2026

Od Arnar CD Dahlii — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Będąc samo nie wie gdzie, Arnar bawi się całkiem dobrze, jeśli porównać go do innych porwanych osób. Idzie nieznanym sobie chodnikiem, pogwizdując piosenkę, która istnieje tylko w jego głowie i tylko trochę przypomina „Zombie Lady”. Nagle jego wzrok z błękitnego, bezchmurnego nieba przenosi się na zbitą na ślinę z paru kawałków blachy i desek budkę, z której wydobywa się przepyszny zapach soczystych kiełbas. Arnar zaciera dłonie jak mucha, która rozgościła się na kupie gówna i z nowym zastrzykiem energii (chociaż wcale nie jest aż takie główne) podchodzi do budki, żeby oprzeć się na ladzie i spojrzeć prosto w oczy sprzedawcy. Lada jest trochę za nisko, żeby mogło się o nią wygodnie podeprzeć, więc komicznie wypina tyłek, żeby z perspektywy sprzedawcy/kucharza/prawdopodobnego właściciela wyglądać jak filuterna dziunia, która ma ogromną ochotę na soczystą kiełbasę.
– Dzień dobry – bardzo grzecznie się wita. Facet za ladą patrzy na niego podejrzliwie. – Wie pan, bo ja…
– To nie jadłodajnia – mężczyzna uprzedza cokolwiek, co Arnar chciało powiedzieć i jest to w pewnym sensie urażenie jego honoru, bo od razu wzięto go za osobę w kryzysie bezdomności.
– Proszę pana, ja… uciekłem z domu. Po tym, jak mama umarła, to tata…
– Nie jestem terapeutą – wzdycha sprzedawca, ściskając nasadę nosa kciukiem i palcem wskazującym. – Młody, jak chcesz pomocy, to zadzwoń na jakąś infolinię, a nie zadręczaj prostego człowieka, których chce na życie zarobić.
– Zbyt się boję, że każą mi wrócić do domu – wyznaje Arnar ze smutną miną. – Próbuję dostać się do przyjaciółki i jej rodziców, oni obiecali mi pomóc. I po prostu… zabrałem z portfela taty ile mogłem, wie pan? Tylko że potrzebuję biletów na autobus, a nie jadłem nic od wczoraj…
– Ile ty w ogóle masz lat? – przerywa mu mężczyzna, który wreszcie staje tak, że Arnar jest w stanie odczytać jego plakietkę z imieniem. Freddie.
Heros bardzo szybko próbuje ocenić, na ile lat może wyglądać, żeby nie przesadzić z odmładzaniem się. Najchętniej to szybko by zairyfonowało do Luciena, bo on jest dobry w takie rzeczy (nie jest), ale w tej sytuacji niestety musi myśleć szybko. Bez telefonów do zaufanej bliskiej osoby.
– Piętnaście – odpowiada na tyle szybko, żeby to jeszcze brzmiało naturalnie.
Freddie kiwa głową, najwyraźniej się nad czymś zastanawia. Arnar nie wie, czy to jest moment, w którym powinno jeszcze coś mówić, czy poczekać na ocenę okiem najbardziej śmiertelnego śmiertelnika, jakiego spotkało w ciągu ostatnich kilku tygodni. Zawsze może pójść na łatwiznę i gdy Freddie się odwróci to po prostu użyć swoich bardzo długich ramion twinka i ukraść wszystkie pieniądze z budki.
– Masz. – Gdy Arnar już myśli, że zaraz Freddie każe mu wypierdalać, ten podaje mu ociekającą tłuszczem kiełbasę na papierowym talerzyku. – Na koszt firmy.
– Dzięki!!! – Szczerzy się najszerzej, jak ktokolwiek może na widok darmowej kiełbasy ze śmierdzącej budki na odludziu.
– Powodzenia, młody – żegna się Freddie, a Arnar już planuje powiadomienie Luciena o tym, jak w bohaterski i totalnie etyczny sposób zaoszczędziło parę dolarów i jeszcze więcej centów.
Gdy wreszcie dociera do miejsca, które wygląda całkiem jak przystanek autobusowy, ma już całe ręce i trochę koszuli w tłuszczu, bo Freddie chyba zapomniał dać mu jakiegoś widelczyka. Ociera dłonie o spodnie i wyciera usta rękawem, zanim ponosi dość ciężką próbę rozczytania wyblakłego od słońca, krzywo powieszonego jazdy. Ledwo udaje mu się przebrnąć przez datę, od której obowiązuje i nazwę pierwszej z wymienionych firm przewoźników (wciąż nie było w stanie rozszyfrować paru szczególnie wytartych liter), a potem po prostu się poddaje i postanawia poczekać. W końcu jakiś autobus wreszcie tutaj przyjedzie. Siada na zakurzonym chodniku, w miejscu, które nie jest aż tak ubrudzone, jak inne i z brodą wspartą na dłoniach wpatruje się raz w jeden horyzont, a raz w drugi, chociaż droga wygląda na jednokierunkową.
Wreszcie jakiś autobus nadjeżdża. Arnar z wesołym uśmiechem powitalnym podnosi się z chodnika, żeby równie radośnie pomachać do kierowcy. Po wejściu do środka Arnar nie ma pojęcia, w którą stronę jedzie i czy dobrze jedzie, ale jest zadowolone z tego, że przynajmniej się przemieszcza. Zazwyczaj szuka prostych rzeczy w życiu, które przy odpowiedniej narracji sprawiają, że to życie jest lepsze.
W całej tej beztrosce jednak stwierdza, że miło byłoby mieć przy sobie jakiś telefon i móc wysłać takiej Dahlii swoją lokalizację. I tak ogólnie lepiej wiedzieć, gdzie się znajduje, a nie liczyć na swoje szczęście. Tak sobie o tym myśli, siedząc w pozycji melancholijnego myśliciela na niekoniecznie wygodnym siedzisku w autobusie i patrzy przez zabrudzoną zaciekami i tłustymi odciskami palców szybę w poszukiwaniu znanych mu punktów orientacyjnych jak na przykład Statua Wolności albo pomnik wielkiego guzika z igłą.


Dahlia?
────
[744 słów: Arnar otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Kala CD Elianne — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA V

Florence ma talent do sprawiania, że Kal czuje się niekomfortowo, gdy ona tylko się odezwie. Wewnątrz brzucha wszystkie organy mu się skręcają, gdy obserwuje jej styl bycia, który równie dobrze mógłby opisać emotką =D (rysowałby ją na cienkim papierze nienastruganym ołówkiem, tak mocno przyciskając go do kartki, że przebiłby się na drugą stronę). Chciałby wiedzieć, z czym dokładnie ma problem. Z jej słodkim głosem, zdrabnianiem słów, byciem po prostu miłą kobietą? Jest coś w jej osobie, co mu tak nie pasuje, że chciałby już więcej jej nie zobaczyć, ale równocześnie wie, że tak naprawdę Florence jest najlepszą osobą, jaką mógł wybrać jego ojciec. Może dlatego, że nie przestraszyły jej dziwne opowieści o obozach przetrwania i bogach. Może dlatego, że ciągle próbuje przesyłać mu wiadomości, rozmawiając z gołębiami. Może dlatego, że już kolejny miesiąc kłóci się z ojcem Kala o to, że młody człowiek jak on powinien mieć własny telefon już od kilku dobrych lat.
Wciąż. Nie lubi przebywać z nią sam na sam. Woli żyć obok niej, szybko przemykając między kuchnią lub łazienką a swoim pokojem, starając się wybierać momenty, w których nie ma jej w żadnym z tych miejsc ANI w korytarzu. Tak samo robi z ojcem już od lat – on nauczył się, że jego syn nie należy do najbardziej rozmownych ludzi, więc nawet gdy dostrzega skradającego się korytarzem chłopaka, nie zaczyna rozmowy. Florence za to zawsze ma coś do powiedzenia i jej próby rozpoczęcia dyskusji przyprawiają Kala o bóle głowy.
Z bólem serca pije herbatę, która rzeczywiście jest jego ulubioną. Co do takich rzeczy, Florence ma niezawodną pamięć (kolejny powód do nienawidzenia jej). Sytuacja, w której znajduje się wraz z Elianne, wywołuje w nim przytłaczające uczucie niepokoju i wstydu, napływającego falą wielkości tsunami, gdy tylko otwierają się drzwi i kolejny zaskoczony klient widzi dwójkę nastolatków na randce w piekarni, w której zazwyczaj nikt nie zatrzymuje się na dłużej niz na pogawędkę z miłą ekspedientką.
Odkłada pusty kubek, który śmieje się z niego napisem o przechodzeniu przez piekło. Zdecydowanie przez coś takiego właśnie przechodzi. Czując na sobie wzrok ludzi, którzy prawdopodobnie wcale na niego nie patrzą, bezmyślnie skubie skórki przy paznokciach, niecierpliwie czekając, aż Elianne wreszcie skończy ten przeklęty sernik.
– Właśnie, Kal, słońce! – Chłopak wzdryga się, gdy Florence znowu pojawia się przy stoliku, tym razem ściskając sporej wielkości torbę. – Jak ostatnio byłam na mieście, to kupiłam dla ciebie parę rzeczy – mówi, mrugając okiem, jakby to był jakiś ich mały sekret. Tak właściwie, to Kal nie ma najmniejszego pojęcia, co jest w tej torbie. – Miałam ci wysyłać zdjęcia i pytać, czy na pewno chcesz, haha. Zapomniałam, że musiałabym je przesłać listowo.
– Nie trzeba było – mamrocze Kal. Mimo tego wyciąga dłoń po torbę, żeby przynajmniej zniknąć stąd szybciej i nie spędzać cennych minut na kłóceniu się, że przecież nie musi mu niczego kupować i chyba jest jakaś nienormalna, skoro to robi.
– Daj mi znać, czy ci się spodobają! Jak nie, to coś się poradzi, więc nie wstydź się powiedzieć, że ci się nie pasują! – Z szerokim uśmiechem poklepuje Kala po głowie, a on jest za wolny, żeby się w porę odsunąć.
– Super – stwierdza chłopak i każdy z minimalną umiejętnością odczytywania tonu czyjejś wypowiedzi może domyślić się, że wcale nie jest super. Kal momentalnie podnosi się z krzesła i trochę zbyt gwałtownie ciągnie za sobą Elianne, która wolną ręką musi podtrzymać krzesło, żeby się nie wywróciło. – To pa.
– Do widzenia – Eli macha Florence na pożegnanie. – Sernik był naprawdę pyszny! Herbata też!
– Wstąpcie jeszcze kiedyś!
Gdy zamykają się za nimi drzwi piekarni i wraz z nimi uderza ich w twarze bezlitostny wiatr, o którym Kal już zdążył zapomnieć. Psuje mu to humor jeszcze bardziej. Puszcza dłoń Elianne, żeby założyć kaptur i już nie łapie jej z powrotem, tylko chowa zacisniętą pięść do kieszeni. Torba od Florence jest dziwnie ciężka, pewnie wypchana po brzegi jakimiś badziewiami, które jej się z Kalem skojarzyły, i teraz przy każdym kroku obija się o jego nogi, bo nawet nie da się jej normalnie nieść. Jej uszy wbijają się w jego palce, a on, gdyby był odrobinę bardziej niewdzięczny i bez sumienia, zacząłby szukać jakiegoś odpowiednio dużego i niestrzezonego kontenera na śmieci, żeby pozbyć się niechcianego prezentu. Na całe szczęście ma w sobie za duże tendencje do odczuwania nadmiernego poczucia winy, żeby coś takiego zrobić.
– Lakier do włosów, ta? Czy to była wymówka, żeby szybciej się od niej uwolnić? – pyta Elianne, próbując dać jej do zrozumienia, że nie ma ochoty na dalsze chodzenie po sklepach. Do których ona i tak go zaciągnie, jeśli będzie wystarczająco chciała, więc jego sprzeciw zupełnie nie ma sensu. Zerka na dziewczynę przez futrzaną krawędź kaptura i wreszcie lituje się nad nią na tyle, żeby znowu złapać ją za rękę, po czym natychmiast odwrócić wzrok.
Zaczyna się zastanawiać, czy ona kiedykolwiek użyła lakieru do włosów.


Elianne?
────
[790 słów: Kal otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Judasa do Havu — ,,Mary On A Cross”

Oczywiście, że nie mogło być zbyt długo spokojnie.
Judas zdążył zapomnieć, że gdy życie wydaje się w pewnej chwili piękne, to zaraz przyjdzie tornado, które zmiecie wszystko to z powierzchni ziemi. Z drugiej strony, mógł zacząć patrzeć na świat przez różowe okulary, bo już nie miewał problemów ze znikającym dzieckiem, potworami goniącymi go po uliczkach san Francisco czy próbującym zabić go mężczyzną (półbogiem) z piłą łańcuchową. Nawet nie napotykały go żadne sytuacje związane ze zmarłymi, a to już było coś. Mógłby polecieć na wakacje, rozłożyć się na hamaku w jakimś ciepłym kraju z książką i zapomnieć o wszystkim, co go otacza, bo w końcu zaczął mieć spokojny żywot (może to była kwestia tego, w jakim wieku już jest).
Havu nie spędzał z nim aż tyle czasu, jakby on chciał, ale może była to kwestia tego, że bywał w pracy po kilkanaście godzin, a nie mógł zakazać mu pracować. Denerwował się, gdy nie widywali się codziennie, a sama myśl o tym, że nie wie, co robi mężczyzna, doprowadzała go do szału. Dopiero gdy był z nim, galopujące myśli się zatrzymywały, napięcie z niego spływało jak gorąca woda — w innym razie tylko czekał, aż znowu się zobaczą i nawet udzielając mszy, zdecydowanie nie skupiał się na jej treści. Czy był zdradliwy wobec swojego Pana? Może trochę. A może bardzo. W końcu postawił tego mężczyznę ponad wszystko, nawet ponad własne życie i zrobiłby wszystko, co jest w stanie, aby zatrzymać go przy sobie.
Przychodził do niego z kwiatami, ze słodkościami, a Havu uśmiechał się, odbierał prezent i czasem nawet się czerwienił i całował w polik. Zdarzyło się im parę razy wyjść, na kawę czy na piwo, po którym wracali do domu jednego z nich i zaczynali się całować, a nawet dotykać, ale nie dochodziło do niczego więcej, bo rudowłosy w porę się opamiętywał, gwałtownie odpychał drugiego i po długim prysznicu szedł spać. Ale to wszystko było okej, choć Judas coraz bardziej się frustrował i powstrzymywał przed wybuchem. Tak samo wtedy, gdy Havu odmawiał mu spotkań albo wychodził z kimś innym. Nienawidził czuć się odrzucony — miał wrażenie, że nie jest dla niego aż tak ważny i ta myśl siedziała mu nieustannie z tyłu głowy. Zdarzyło się, że ksiądz obraził się na niego na parę dni, nagle się denerwował i zmieniał kompletnie humor, krzyknął w twarz albo wypowiedział dużo niemiłych słów. Nie powinien taki być, prawda? Ale to chyba było normalne, co nie? To normalne w każdej relacji. To normalne w przyjaźni, szczególnie tak długiej i głębokiej.
Poszli razem do sklepów, a potem coś zjeść. Usiedli przy stoliku na uboczu, nie odzywając się do siebie w pierwszej chwili. Havu siorbał swojego shake’a, patrząc na innych ludzi. Wyglądał w ostatnich dniach, jakby nie czesał się od miesiąca i nie chciało mu się ubierać w nic wytwornego. Judas nie pytał o to. Nie pytał też o swoje podejrzenie, że rudowłosy trochę schudł i wydawał się jeszcze bardziej blady niż zwykle, a o to było i tak dość trudno.
— Wiesz co — zaczął — mam zaproszenie i chcę, żebyś poszedł ze mną.
— Gdzie?
— Eee… tak jakby — westchnął. — Poznasz moją rodzinę. Powiedzmy.
— Że. Co.
Zdębiał, otwierając szeroko oczy.
— Może nie, że poznasz… Znaczy, w pewnym sensie tak. — Uśmiechnął się niezręcznie. — Ale nie w takim sensie, jakim myślisz.
Czuł się durnie i przebierał pod stolikiem nogami. Nie wiedział nawet, jak brzmią takie słowa wypowiedziane z jego ust i co może czuć Havu — pewne było, że nie wyglądał na chętnego. Czekał, aż Judas powie coś więcej, ale ten tylko wykrzywiał dalej wargi, oczekując na jego kolejną reakcję.
— Ale po co, mam tam być, do cholery?
— Moja rodzina wyprawia… coś.
— I czemu ja mam tam być? — wypalił z parsknięciem.
— A nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Dla zabawy. Nie chcesz najeść się i napić za darmo?
— Nie wiem, czy w takich warunkach — odparł. — I jako kto tam będę? Bo chyba nie twój…
Zamilkł. Po krótkiej ciszy odwrócił głowę i podparł ją o dłoń.
— Powiedzmy, że to skomplikowane.
Stwierdził to, jakby właśnie ustawił taki status ich związku na facebooku, a jednak te słowa były dość jednoznaczne. Gdy mężczyzna przychodzi jako osoba towarzysząca drugiego mężczyzny na jakiekolwiek spotkanie rodzinne osób, których ten w ogóle nie zna, raczej rzadko się myśli, że to tylko kolega. Bo kto, jako osoba płci męskiej, zabiera zwykłego kolegę ot tak na wydarzenia, typu, przykładowo, wesele? Jeśli z nim pójdzie, osoby tam mogą w pierwszej chwili pomyśleć, że są kimś więcej, niż tylko kolegami.
— Myślałem, że nie masz kontaktu z rodziną.
Zmarszczył się i westchnął, jakby Havu właśnie go obraził. Nie mogąc znaleźć w sobie słów na to, zamilkł i znowu poczuł, że spotyka się z odrzuceniem, że drugi mężczyzna nie chce się z nim pokazywać, choć było to absurdalne, bo miał prawo po prostu nie chcieć widzieć jego rodziny. Ta propozycja sama w sobie była przecież absurdalna. Zdusił w sobie emocje, wytykając sobie w duszy własny anty-racjonalizm.
— Nie mam. Sądzą, że wypada mnie zapraszać na imprezy.
Pokiwał głową w odpowiedzi, a Judas poczuł się głupio, że przeszło mu przez głowę, aby zapraszać Havu. Jednak czułby się jeszcze bardziej głupio, idąc tam samemu, siedząc samemu ze swoimi rodzicami i bratem, starając się nie zabić ich spojrzeniem. Jakiekolwiek towarzystwo mu się przyda, a nie ma nikogo innego, kogo mógłby zabrać. Może myślał egoistycznie (to było bardzo… prawdopodobne).

 
Havu?
────
[872 słowa: Judas otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 1 sierpnia 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu miała ochotę pokręcić bardzo gwałtownie głową, oburzając się i krzycząc, bo przecież oczywiście, że nie wynikało z jej winy. To była w pełni wina Shayela, tylko i wyłącznie. Może powinna wykrzyczeć, że przecież ją porzucił – dokładnie wszystko to, o czym myślała od początku przyjścia na cmentarz i co powtarzała sobie tak często, że jakiś czas naprawdę w to wierzyła. Że jest dupkiem, że łamie obietnice, że chociaż dalej żył, to równie dobrze mógłby być martwy, bo nie zrobiłoby jej to zupełnie żadnej różnicy.
Ale nie mogła tego zrobić. Nie w tych okolicznościach, nie przy tej kobiecie, ani w ogóle nigdy, bo takie zachowanie nie było godne kapitana statku, podróżnika, walczącego z potworami półboga, eksperta w kusznictwie i innych tytułów, do których dążyła, albo które przypisywali jej inni, nie zawsze zgodnie z jej wolą. Siedząca obok niej kobieta cierpiała, bo straciła brata, a Arisu zachowywała się jak gówniara, trzymając urazę sprzed lat.
Tę myśl odrzuciła jednak równie szybko. Shayel zasługiwał na każdą negatywną uwagę, to nie ulegało wątpliwości. Zmuszał ją do tego, by w kółko, ciągle i ciągle od nowa analizowała to samo, chociaż miała tego już zdecydowanie dość. Od kiedy wrócił, myślała o tym wszystkim jeszcze częściej, a teraz osiągało to już szczyt, którego nie chciała zdobyć.
– Mój brat… – zaczęła, chociaż dalej nie do końca wiedziała, co powinna powiedzieć. W końcu westchnęła z rezygnacją. – Znaczy, przyrodni brat. Jest śmiertelnikiem – wyjaśniła w końcu, splatając dłonie na kolanach.
I znowu na sekundę zamilkła, wpatrując się w coś przed sobą. Już nie w grób, nawet nie w coś konkretnego. Nie wiedziała, czy powinna nawiązać kontakt wzrokowy z kobietą, czy może jednak nie był to dobry pomysł. Chyba wolała, gdy rozmawiały tylko o niej, o obwinianiu się i przeżywaniu żałoby. Może nigdy nie powinna była mieszać w to wszystko Shayela.
Teraz musiała jakoś to wszystko wyjaśnić. Nie mogła zakończyć na tym głupim zdaniu, jakby wyjaśniało cały sens konfliktu, zrozumienia, o którym wcześniej tak bezsensownie palnęła, czy w ogóle egzystencji Arisu i jej brata.
– Nasz kontakt urwał się, kiedy zostawił mnie pod opieką Obozu Jupiter – powiedziała w końcu, bo przecież nie było to kłamstwo. Nie musiała od razu mówić całej prawdy. – On dużo wyjeżdża i podróżuje, praktycznie nie ma miejsca, w którym zatrzymałby się dłużej.
Nie wspomniała o tym, że do niej pisał i że to ona nigdy nie chciała utrzymać żadnej formy kontaktu, nawet jeśli mieli taką opcję. Nie chciała mówić o tym, jak okropnie poczuła się zraniona lata temu, bo przecież miała piętnaście lat i uważała się za bardzo dorosłą i do dzisiaj nie powiedziała Shayelowi wprost, że dalej chciałaby z nim podróżować, zadając tylko ogólne pytania i udając grzeczne, ale sztuczne zainteresowanie jego historiami. Nigdy nie przyznałaby, że jeszcze wchodząc na teren cmentarza myślała o tym, co może mu opowiedzieć, zupełnie jakby chciała mu zaimponować.
Może wcale nie była dojrzała bardziej niż te sześć lat temu.
– Więc… Nie wydaje mi się, by cokolwiek wynikało z mojej winy – kontynuowała, doskonale wiedząc, że obiektywnie może to być kłamstwo.
Zerknęła kątem oka na kobietę, która dalej pozwalała jej mówić. Arisu nie rozumiała, czemu. Przecież nic, co mówiła, nie miało tak naprawdę żadnego znaczenia. Shayel żył, po prostu unikali kontaktu. Byli w lepszej sytuacji od niej.
– Nie wiem, czy powinnaś się dręczyć – zmieniła temat, a przynajmniej odsunęła rozmowę od samej siebie. – Znaczy… Czy to ci pomaga?
Wątpiła, by pomagało. Nie mogła mówić z czystego doświadczenia, ale wiedziała, że jej własna złość nigdy jej nie pomogła. Nieważne, jak długo sobie to wmawiała, to nigdy niczego nie zmieniło.
W końcu spojrzała na kobietę pewnie, odwracając do niej głowę.
– Nie musisz się dręczyć, by o nim pamiętać, prawda?


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie mógł przestać myśleć o tych durnych szczurach całą zmianę. Jeśli mieliby je wybić, to muszą znaleźć wtedy absolutnie wszystkie, co do każdego okazu. Co, jednak jeśli to nie jest problem tylko w ich bloku? Wrócą z jakiegoś… Nie wiedziało, jak miałyby się przedostać, ale z jego doświadczenia istoty głodne na półbogów, były zadziwiająco zdolne do znalezienia sobie drogi, jeśli tego wymagała sytuacja. Muszą mieć jednak jakiś plan z Chaitem na to wszystko... po prostu muszą.
No i Apollodoros nie może być ciężarem dla współlokatora ze swoimi wyobrażeniami najgorszej sytuacji. Musi być teraz wsparciem, podtrzymywać promienie słoneczne i ich morale, jak najdłużej. Chait ma za wiele problemów, żeby zrzucać na niego dbanie o ich nastroje. Nie wypił herbaty (nie, że Doros swoją wypił, ale to inna sprawa). Siedzieli w tej ciszy tak długo, że za oknem ptaki się zdążyły rozwrzeszczeć minimum pięć razy.
Wmusiło w siebie posiłki w pracy przez zaciśnięte gardło na samo wspomnienie tego obrzydliwego, zatęchłego zapachu, który unosił się od tych… bestii. Z tego, co rozumie, to gryzonie raczej dbają o swoją higienę, te normalne w sensie. Do tego każdy zbyt głośny dźwięk szuranych o linoleum krzeseł przypominało jeno piski oraz syki z walki. Przejdzie mu, zawsze mu przecież przechodzi… prawda? Czas leczy rany i takie tam…
Mają czekać, aż kolejne ogłoszenia o szczurach się pojawią? Szukać w tym czasie informacji? Poza tym jednym mitem, o którym wspomniał kiedyś, nie mieli więcej informacji. Taka gorgona? Harpie? Klasyki, prawie każdy półbóg miał przynajmniej raz z nimi w jakiejś formie doświadczenie. Te… istoty? Po raz pierwszy dla nich. Ten temat nasilił się zwłaszcza, pod koniec zmiany oraz w trakcie powrotu komunikacją miejską.
Wydają się działać w sporej części zespołowo, więc nawet jeśli jeden osobnik na raz dla dwójki nie byłby problemem, to ich stadu już będzie stanowiło trudność. Już pomijając, że nie mają bladego pojęcia, czy ugryzienie nie skończy się kompletnie im nieznaną infekcją. Jeszcze pół biedy jakby to była wścieklizna czy coś innego z ugryzień dzikich zwierząt znanych ludziom. Nakłamią, że jakiś obcy pies? W szpitalu wmówi się, że cokolwiek, co gryzie w Nowym Jorku lub okolicach ich napadło w trakcie łażenia gdzieś w zalesionych terenach. Zapłacą strasznie, ale zadziała. Gorzej, jeśli to coś mało znanego przeciętnym lekarzom, a jego umiejętności medyczne nie zadziałają…
Wzięło głębokie oddechy przecznicę od ich bloku… Da radę. Rudzielec wszedł w swoją personę z kategorii „wsparcie dla bliskich” dosyć szybko. W bloku chodził jak najciszej po schodach. Częściowo dlatego, że było już po ciszy nocnej, oraz by nasłuchiwać podejrzanych szmerów w rurach. Zastało przyjaciela nad ledwo nadgryzioną kanapką w ich kuchni. Bez herbaty ani niczego, po prostu kanapka na pierwszym lepszym talerzyku z szafki, dwa czy trzy kęsy wzięte. Chait wyglądał na zmęczonego bardziej niż zwykle.
— Hej — To samo powitanie padło z ich ust w tym samym czasie, ciche, ledwo ponad szeptem.
— Musimy zaczekać…tak czy siak, co nie? Ty masz niedługo te festiwale, ja sporo dwunastogodzinnych zbyt blisko siebie. Wypadałoby zebrać jakieś zapasy, potrenować, cokolwiek, strategia. Jeśli znajdziemy o nich więcej informacji, to lepiej, ale bez nastawiania się. Chociaż po twojej minie zakładam, że to jest oczywiste. — Kręciło się po kuchni jak zwykle. Musi pójść na łucznicę jak najszybciej, po chwilę spokoju ducha.
— Czasami trzeba powiedzieć oczywiste, nie przejmuj się. — Chait wzruszył ramionami. — Zawsze możemy też podłożyć trutki, z nadzieją, że może któraś w tym czasie zadziała. — Apollodoros zauważył, jak współlokator klepie się po kieszeniach, w typowym geście palacza szukającego fajki oraz zapalniczki.
— Zaraz wrócę, okej? Nie miałem okazji w drodze z roboty. — Szatyn mruknął, wychodząc na te ikoniczne rusztowania schodów w razie pożaru. Minęło pewnie maksymalnie dziesięć minut, ale kakofonia stęknięć, pisknięć, szeptów i innych odgłosów budynku pełnego życia przeciągała się w nieskończoność.
Ledwo rozmawiali nad kolacją, po niej, czy słuchając dudnienia koncertu? Albo meczu ileś ulic od nich. Rano pewnie wstaną, znowu zjedzą w niezręcznym napięciu, bo żadne z nich nie otworzy się na szczerość, oni tacy nie są. Nie wpadną w pełni w codzienną rutynę, tylko w jej cień przeszyty paranoją o każdy najmniejszy podejrzany sygnał, który dojdzie do ich zmysłów. Nieważne czy tutaj, w ich ciasnej kawalerce, czy poza nią.


Chait?
────
[682 słowa: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]