sobota, 22 sierpnia 2026

Od Cherry CD Arisu — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nawet cholerna taśma klejąca była cała w brokacie.
Cherry czuła się całkowicie bezużyteczna. To była jej wina. Nie musiała zaglądać na najwyższe półki, kto jej kazał to robić? Miała pod ręką wystarczającą ilość badziewnych ozdób na niższych piętrach magazynu. Sama Arisu zainsynuowała, że zaglądanie tam nie ma większego sensu. Może miała bardziej sprawdzone przeczucia od Cherry, a może matka Wiktoria szepnęła jej na uszko, że lepiej tam nie patrzeć. Szkoda, że bogini zwycięstwa nie sprawiła także, że tuby z brokatem okazałyby się niewypałami.
Sklejoną taśmę rzuciła wściekle na kupkę rzeczy kompletnie bezużytecznych, która notabene sama była teraz kupką brokatu. Odgarnęła włosy z twarzy i ze złością zauważyła, że policzki ma pokryte brokatem, więc próbowała mało skutecznie strzepnąć z siebie kawałki plastiku. Złośliwie przykleiły jej się do spoconych dłoni.
Przechodziła wszystkie etapy żałoby. Na raz, prawdopodobnie, bo nie była pewna, na którym etapie aktualnie jest. Czuła się do niczego i wcale nie pomagał jej fakt, że to ona była centurionką i powinna przejąć dowodzenie, ale to Arisu w pierwszej chwili wiedziała, co powinni zrobić. Cherry najchętniej jeszcze chwilę postałaby pośrodku tego syfu i pozastanawiała się nad sensem swojego życia.
Ze złością zaczęła strzepywać brokat zgromadzony na półkach i kartonach (tych zamkniętych, bo o tych otwartych, do środka których dostał się brokat i zmieszał się ze wszystkimi starożytnymi proporcami, nawet nie chciała myśleć) na podłogę. To i tak nie robiło już większej różnicy, skoro cała podłoga była brudna, a one i tak musiały od czegoś zacząć. Jeszcze chwila sam na sam z nadmiernym analizowaniem tego, jak przeprowadzić misję sprzątania, a Cherry mogłaby zwariować.
Z wielką ulgą przyjęła powrót Arisu, nawet jeśli oznaczało to, że teraz faktycznie muszą zacząć sprzątać. Przynajmniej teraz nie była z tym sama.
— Pomyślałam, że najpierw zamieciemy półki, a potem częściowo odkurzymy podłogę — poczuła głupią potrzebę wytłumaczenia się przed dziewczyną.
Arisu bez zbędnego gadania podała jej miotełkę do kurzu. Cherry westchnęła i zajęła się górnymi półkami. Teraz nawet gdyby okazało się, że Merwkurwiątka przygotowały więcej pułapek, nie miałoby to większego znaczenia. Gdyby kolejną pułapką miałyby być ukryte gdzieś laseczki dynamitu z systemem samozapłonu, to Cherry mogłaby im nawet podziękować.
W normalnych warunkach najlepszą formą umilenia sprzątania dla Cherry byłoby puszczenie playlisty składającej się z piosenek Shakiry i Pitbulla, ale teraz irytował ją nawet szelest miotełki. Kompletna cisza też by ją irytowała. Teraz dziękowała bogom, że jej towarzyszka nie była szczególnie rozmowna, bo gorsze byłoby tylko sprzątanie z kimś, kto nie umie pracować w ciszy, albo…
Drzwi magazynu otworzyły się, a podmuch otwieranych drzwi poderwał w powietrze jedną z kupek brokatu. Tak, tylko tego brakowało. Brakowało, żeby zjawił się przypadkowy obozowicz i został świadkiem tego, jak centurionka Czwartej Kohorty niezgrabnie zamiata brokat i jest na skraju załamania nerwowego. Nie lubiła czuć, że za swoimi plecami jest obiektem plotek i śmiechów, a niestety plotki rozchodziły się po Obozie Jupiter niezmiernie szybko.
— O. O chuj — skomentował przybysz dosyć trafnie. W przeciwieństwie do Cherry i Arisu, nie zareagował kompletnym załamaniem nerwowym. Chłopak o niebieskich włosach wytrzeszczył oczy na syf, a potem przeniósł wzrok kolejno na dziewczyny.
Cherry miała po dziurki w nosie dzieciaków Merkurego. Atlas miał pecha, że zjawił się w nieodpowiednim czasie.
— To byłeś ty? — syknęła, zaciskając palce na miotełce do kurzu, jakby chciała się nią bronić albo odwrotnie, szykowała się do ataku.
Atlas będący winowajcą w zasadzie miałby sens. Przede wszystkim spełniał najważniejsze kryterium: był dzieckiem Merkurego. Miał wyboistą relację zarówno z Arisu, jak i z Cherry. Źle patrzyło mu z oczu. Czy już wspominałem, że był dzieckiem Merkurego?
— Ja? Ja co? — zapytał nieskładnie, podnosząc ręce, ciężko stwierdzić, czy w geście poddania, czy w ramach obrony przed miotełką. — Że ja, że brokat? Nie, nie, nie. To nie ja. Arisu, powiedz, że to nie ja!
— Niestety to nie on — mruknęła cierpiętniczo Arisu. Nawet nie podniosła wzroku zza zmiotki. Ani trochę nie brzmiało to tak, jakby go broniła. Raczej była zawiedziona, że nie może niesłusznie zabić jakiegoś dzieciaka Merkurego, a tym bardziej, że Atlasowi się nie oberwie. — Był w składziku. Powiedziałam mu, że może nam pomóc.
— A ja jestem grzecznym chłopcem i oczywiście zawsze słucham się mądrzejszych koleżanek bez żadnego powodu — oznajmił, uśmiechając się głupio. — Cherry, a mogę jutro mieć wolne?
— Nie — odpowiedziały mu równocześnie.
Był na tyle mądry, żeby przyjąć miotłę, którą wcisnęła mu Arisu.
Cherry uniosła brew, wodząc wzrokiem pomiędzy ich dwójką, ale nie odezwała się ani słowem. Przynajmniej udało im się na chwilę odwrócić uwagę Cherry od myślenia o brokacie. Jeszcze rok temu Arisu w jego towarzystwie wyglądała, jakby chciała wbić nóż w jego serce i żywcem go przekręcić. Teraz była zdolna do ignorowania jego egzystencji, zamiast tego skupiając się na zamiataniu półek. A Atlas dobrowolnie przyszedł do tego magazynu! Nikt nie musiał przykuwać go łańcuchami do ściany, żeby nie mógł uciec! Ostatecznie Cherry dochodziła do wniosku, że nie powinna się tym interesować. Nie wypadało się tak zastanawiać nad czyimiś relacjami. Jeśli w końcu doszli do jakiegoś porozumienia, teoretycznie mogła być z siebie dumna, przecież właśnie o ich współpracę początkowo jej chodziło.
— Eee… a tak w sumie, to co się tutaj stało? — wyrwał ją z domysłów Atlas.
Bardzo nieudolnie zamiatał brokat w większe kupki. Przestał, żeby zadać pytanie, jakby nie potrafił robić dwóch rzeczy równocześnie. Na jego nieszczęście Arisu znała tę taktykę odwrócenia uwagi i gniewnie pokazała mu palcem w stronę niezamiecionych płatków brokatu pod regałem. Zmierzył ją krótkim zerknięciem, zdecydował, że nie wygra i sięgnął tam miotłą.
Cherry nawet nie wiedziała jak to wytłumaczyć, żeby nie zabrzmieć kompletnie żałośnie. Chciałaby zachować chociaż jakieś resztki swojej godności. Zwykłe przyznanie się, że dała się wrobić w pułapkę dzieci Merkurego, było ciosem poniżej jej honoru.
— Dzieci Merkurego zastawiły pułapkę w magazynie — bąknęła w odpowiedzi.
— Ahaaa. — Ewidentnie trawił, co dziewczyna właśnie do niego powiedziała. Na jego twarzy można było dostrzec, że trybiki jego mózgu działają bardzo powoli. — I nie możecie tego zrobić jakoś szybciej? Nie wiem, poprosić dzieciaka Jupitera, żeby wydmuchał cały ten brokat przez drzwi? Albo żeby jakieś dziecko wodnego bożka czy innego Neptuna go wypłukało?
Cherry wymieniła z Arisu bardzo zmęczone spojrzenie, które miało jej przekazać: „zabij go, bo ja już nie mam siły”.
— Tylko sugeruję — wymamrotał Atlas defensywnie, nagle speszony tym, że dziewczyny po cichu planują morderstwo.


Arisu?
────
[1017 słów: Cherry otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Vergila CD Ivy — „At the risk of feeling dumb”

Poprzednie opowiadanie

Vergil w zasadzie nie zakładał, że Ivy się zgodzi mu pomóc, tym bardziej nie zakładał też, że Ivy będzie chciał mu pomóc… osobiście. Fizycznie. Wchodził do gabinetu z zamiarem usłyszenia czegoś w stylu: „to nie mój problem, masz do wyboru receptę na alprazolam albo grzeczne wyproszenie cię z gabinetu”. W najoptymistyczniejszym scenariuszu było to, że psychiatra poda mu parę konkretnych informacji o Dantem. Vergila nie interesowało łamanie tajemnicy lekarskiej bardziej, niż było w tym przypadku konieczne, absolutnie nie znał się na lekach i w sumie to nie chciał pytać, na co Dante w ogóle choruje (z góry założyłby, że — tak, jak praktycznie wszycy półbogowie — Dante nie radzi sobie z traumą i cierpi na zespół stresu pourazowego, a psychiatra-heros byłby najbliższy temu, żeby w ogóle zrozumieć koncept tego, że twoich przyjaciół rozszarpały potwory). Podanie adresu, namiarów na jego rodzinę lub znajomych, wskazówka jak go znaleźć, wszystko to mogłoby być dla Vergila wystarczające.
Postanowił, że wrócenie do Obozu Jupiter na kolejne kilka godzin nie ma sensu. Jeszcze mniej sensu miało czekanie na Ivy pod gabinetem albo pod budynkiem centrum zdrowia psychicznego. List do obozu powstaje na kolanie Vergila, siedząc z nogami zwisającymi z kalifornijskiego wieżowca. Nie miał przy sobie żadnego sensownego pergaminu, więc papierem została chusteczka ukradziona z przydrożnego sklepu, gdzie chwilę temu kupował hot doga i kawę na wynos, a za atrament posłużył mu zacinający się długopis za 50 centów. Nie, żeby stało się coś niesamowicie ciekawego w ciągu tych kilku godzin, kiedy Vergila nie było w Obozie Jupiter, ale czuł się w obowiązku, żeby poinformować senat o postępach w misji; chociażby na potrzeby tego, gdyby któryś z potworów Dantego zabił go po drodze i kolejna osoba musiałaby pociągnąć sprawę tam, gdzie Vergil ją zostawił.
Gotowy list przytroczył do siodła obozowego pegaza, tego samego, który sprowadził go do San Francisco, i poklepał go po szyi. Koń zarżał, wypuszczając w mroźne powietrze obłoczki ciepłego oddechu, po czym poderwał się w niebo. Vergil pociągnął jeszcze łyk rozwodnionej kawy i zdał sobie sprawę, że bez pegaza będzie musiał schodzić kilkanaście pięter w dół o własnych nogach.
Gdyby tylko umiał otwierać portale.
W ciągu kilku ostatnich dni Vergil nasłuchał się o Dantem tylu epitetów, że spokojnie mógłby wymienić synonimy słowa „szurnięty” bez zająknięcia. To, że jego starzy koledzy z Obozu Jupiter mogli go tak nazywać, to jedno. Nie każdy dał się lubić, Vergil też nie nazywał miło Izana za jego plecami. To, że szurniętym nazwał go jego własny lekarz psychiatrii, sprawiło, że całkowicie zaburzony został obraz Dantego w głowie Vergila. No bo co to w ogóle konkretnie znaczyło? Nie sądził, że niewiara w mitologię była wystarczającym argumentem, żeby ochrzcić kogoś szalonym bez żadnego wahania. Biegał nago po ulicy w środku zimy? Zostawiał na placach zabaw niepokojące rysunki postaci z koszmarów? Lubił sernik z rodzynkami? Gorzej, nie lubił sernika wcale?
System rozumowania interakcji społecznych Vergila był całkiem prosty, jeśli chodziło o angażowanie się w mitologię i zawsze sprowadzał się do rozmowy lub walki. Czasem walka prowadziła do rozmowy (rzadko), a czasem rozmowa do walki (często). Z całą pewnością nie było nic pomiędzy. Problem pojawiał się wtedy, kiedy nie potrafił w żaden sposób skategoryzować Dantego do jednego rozwiązania.
Ugryzł się w język, żeby nie odpowiedzieć Ivy prostym „nie wiem”. W obozie czy też nie, w teorii miał świecić przykładem. Nauczył się już dawno, że wszyscy patrzyli na niego w nadziei, że zawsze miał jakiś plan (nigdy go nie miał), a przyznanie się do niewiedzy wywoływało tylko popłoch.
— Chcę sprawdzić, jak zareaguje na konfrontację — powiedział powoli, stosunkowo dyplomatycznie. Jeszcze chwila i na czole wyskoczyłaby mu żyłka od zbyt intensywnego myślenia. — A potem… w zależności od tego, jak zareaguje…
— Powodzenia — skwitował Ivy. To suche stwierdzenie było dla Vergila czymś pomiędzy złośliwością, szczerością, zrezygnowaniem i poczuciem beznadziei. Zaskakujące, ile różnych korelacji mogło zawierać jedno słowo.
Stali kilkanaście niezręcznych sekund przed kwadratowym, niskim blokiem z pomarańczowej cegły, dopóki Ivy nie przypomniało się, że to on zna adres i to on powinien prowadzić. Vergil wcisnął dłonie w kieszenie kurtki i ruszył za nim po schodach w górę.
Nie był przyzwyczajony do tego, żeby oddawać komuś prowadzenie, Ivy zresztą też nie wyglądał, jakby często był liderem, ale nie było wątpliwości, że to on jakkolwiek zna Dante. Sam przecież przyznał, że Dante jest trochę obłąkany i ciężko było przewidzieć, jak zareaguje na widok kogoś obcego nachodzącego go w domu… chociaż Vergil personalnie bardziej wystraszyłby się, gdyby to właśnie jego psychiatra do niego przyszedł osobiście. Ivy kulturalnie użył dzwonka do drzwi.
Vergil nasłuchiwał, ale po drugiej stronie nie rozległo się żadne krzątanie. Nikt nie krzyknął żadnego „zapraszam”, „zaraz przyjdę” albo „spierdalaj”. Halston w myślach odliczył do dziesięciu sekund, zanim Ivy wcisnął przycisk od dzwonka ponownie.
— Może nie ma go w domu — powiedział Ivy półszeptem, jako ostatnia deska ratunku decydując się na zapukanie do drzwi.
— Wiesz, gdzie indziej go szukać?
Zupełnie jakby marzył o bieganiu po San Francisco, żeby znaleźć domniemanie niebezpiecznego półboga. Najnormalniejszy czwartek.
— Wiem, gdzie pracuje na nocki, ale nie znam adresu. Ale to dosyć… specyficzne miejsce.
Vergil nadwyrężał jego tajemnicę lekarską. „Pracuje w nocy” mogło oznaczać wiele rzeczy: stację benzynową, ochroniarstwo, barmaństwo. Jeśli Ivy nie zamierzał powiedzieć mu wprost i nie miał też adresu, oznaczało to, że to jeszcze nie był koniec ich współpracy.
Wychylił się, żeby pociągnąć za klamkę od drzwi, ostatni raz, tylko po to, żeby móc odhaczyć w swojej głowie punkt, że zrobili tutaj wszystko co mogli. Ku jego zdziwieniu, klamka poddała się pod jego naciskiem i drzwi uchyliły się.
— Zostawia otwarte? — zapytał Vergil, bardziej retorycznie w eter, niż z zamiarem usłyszenia realnej odpowiedzi od Ivy.
— To akurat dziwne. — Ivy zmarszczył brwi. — Jest paranoikiem.
Lekarz popchnął drzwi, ukazując ich oczom widok korytarza kawalerki Dantego. W domu wszystkie światła były zgaszone. Ivy postąpił krok, żeby wejść na korytarz i rozejrzeć się, czy w mieszkaniu na pewno nikogo nie ma.
W korytarzu coś błysnęło. Delikatna poświata, która nie miała żadnego sensownego źródła światła. Vergil musiał zamrugać parę razy, żeby upewnić się, że to nie jego wada wzroku płata mu figle, ale obraz w korytarzu był ewidentnie zakrzywiony. Zanim Ivy zdążył na dobre wparować do środka, Vergil złapał go za materiał płaszcza i zatrzymał w miejscu.
— Czekaj, to chyba jest portal — wytłumaczył szybko.
Wygrzebał z kieszeni kurtki zgnieciony w kulkę paragon za hot doga i kawę, po czym rzucił świstek papieru w korytarz. Niewidzialna siła wciągnęła paragon w połowie lotu.


Ivy?
────
[1048 słów: Vergil otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Niketasa — „Pluszowe misie słuchają Highway to Hell”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Pierwszą myślą było to, że widocznie nadepnęła mu na odcisk.
Druga myśl była bardziej prozaiczna, po ki czort miałby kraść kondomy? Jak jedyne, co robi, to rządzi się wśród hermesiakowych przydupasków. Czy przypadkiem nie miał on piętnastu lat?
Trzecia myśl, musi zapytać się Chejrona, czy może wprowadzić mandaty na terenie obozu za śmiecenie. Driady na pewno ją poprą.
— LAPD, żeby chronić pluszowe misie, bo Nikodemik nie potrafi rozwiązać prostego szyfru? — włożyła w tą wypowiedź całą swoją kąśliwość, jaką miała.
— Dokła- znaczy się, rozwiązałem go, ale chodzi mi o te biedne, skatowane pluszaki. Sprawiedliwość i tak dalej.
Skrzyżowała ręce i uniosła brew. Po raz kolejny.
— Przykro mi, nie mam już miejsca na asystenta. Odrzuciłeś moją szczodrą ofertę i teraz musisz za to zapłacić. — odparła złośliwie.
Szachy mają tę przewagę nad większością ludzkich konfliktów, że przynajmniej od początku wiadomo, iż ktoś musi przegrać. Nie ma remisów moralnych, zwycięstw „na swój sposób” ani zapewnień, że najważniejsza była droga. Król zostaje osaczony, pojedynek się kończy i jedna strona wstaje od stołu z bardzo konkretną świadomością, że druga przewidziała jej ruch wcześniej.
Może dlatego ludzie tak lubią pojedynki. Upraszczają świat do dwóch stron i jednego wyniku. Achilles zabija Hektora, Dawid Goliata, ktoś wypowiada „mat” i przez krótką chwilę można udawać, że przewaga jest tym samym co racja. Problem zaczyna się dopiero później, kiedy zwycięzca odkrywa, że pokonanie przeciwnika nie odpowiedziało właściwie na żadne z pytań, z którymi przyszedł. Ale przynajmniej wygrał. To podobno najważniejsze.
Kusiło ją pokazać środkowy palec Niketasowi, ale w tym siła woli ją powstrzymała. Co jak co, ale zawsze pilnowała się, żeby wyjść na tego lepszego oponenta. Uporządkowanego, niedającego się ponieść emocjom. Takiego, jak jej tata, który grzmiał zza biurka donośnym głosem, kiedy rzesze studentów się z nim nie zgadzały. Kiedy walczył do końca ze wzniosłymi ideami, nigdy nie atakując kogoś personalnie. Ataki zawsze były wymierzone w struktury logiczne, które starały się zacisnąć pęta na literaturze. Ojciec wtedy wyglądał sam jak grecki heros. Ona również do tego dążyła, żeby kiedyś ludzie przestali ją wyśmiewać, a zaczęli doceniać jej starania. Kiedyś zobaczą.
— Trzymaj się, Nikołaj. Może kiedyś zagramy w szachy, o ile wiesz, do czego służą figury. — rzuciła na odchodne.
Brzmiało to w jej mniemaniu nawet classy. Odrobina uszczypliwości nikomu nie zaszkodziła.
Ubrała plecak, do którego wcześniej wrzuciła skrupulatnie zapisane notatki. Musiała się upewnić tylko w jednym. Czymś, co nie dawało jej spokoju.
Wyszła na otwartą przestrzeń Obozu. Jeszcze słońce się trzymało na nieboskłonie, co dawało jej dużo możliwości w przeprowadzeniu śledztwa. Obozowicze zajmowali się swoimi sprawami, a ci co już mieli z Weroniką styczność, schodzili jej z oczu. Wyjątkowo szybko. Teraz to zignorowała, póki mogą, to niech się cieszą. Przebierała szybko nogami, gorączkowo wertując kartki w głowie. W tym całym zamieszaniu zapomniała też o pofarbowaniu odrostów. Niedobrze.
Otworzyła drzwi do magazynu. W którym również znaleziono rozprute pluszaki. Sam budynek nie rzucał się w oczy, wyglądał jak przybudówka do domków. W czasie, kiedy odkryła te pluszaki, służył on za składowisko rupieci.
Stanęła jak wryta w progu. Zamiast rupieci, śladów rozdartych pluszaków, rozsypanej waty, zauważyła posprzątaną na błysk podłogę. Zamiast zniszczonych instrumentów dzieciaków Apolla i złamanych mieczy Aresiaków, stały rzędy palet pełne… puszek? Od kiedy to miejsce było tak wysprzątane? Gdzie są ślady? Poczuła się nagle zagubiona.
Podeszła do jednej z palet i rzuciła okiem na "Boskiego Fulla". Co to, do cholery, jest? Zważyła puszkę w dłoni. Żadnych podanych makro i mikroelementów, składu też nie było. Nie mogło to być nic śmiertelniczego, bo nigdy nie widziała czegoś takiego. I nigdy nie byłoby dopuszczone do obiegu. Jedyne, co go łączyło z normalnymi puszkami napojów, to krzykliwe kolory.
— Jak chcesz, to musisz zapłacić. — usłyszała znajomy głos, tym razem radośniejszy.
Odwróciła się na pięcie, przerażona.
— Wszystko jest tu… Wysprzątane?
— Ano, to oficjalny magazyn Hermesiaków. Wykupiliśmy udziały i każdy domek zrzekł się praw. Możesz zgadywać, za jak śmiesznie nieskie procenty.
Weronika zgrzytała zębami. Znowu widzi tego pajaca, znowu opartego nonszalancko o próg. Role się nieco odwróciły.
— Co ze śladami? Swoją drogą, czemu domek Ateny o tym nie wie?
— Jakie ślady? Aa, pluszaki? Już mnie nie dotyczy ta sprawa, więc nie chce mi się podawać szczegółów. kto by pamiętał, gdzie one były? A co do domku Ateny, co wy tu składowaliście? Zepsute figurki szachowe?
— Przestań.
— Mówię serio! To uczciwy magazyn, do przechowywania „Boskiego Fulla”! Najlepszy energetyk dla półbogów, chcesz kupić jednego?
— Chejron wie o tym?
—Czemu miałby nie?
Odpowiedział szybko, niby naturalnie, ale zdaniem Weroniki za bardzo poprawiał sobie okulary.
— Zniszczyłeś mi materiały dowodowe.
— Czyżby?
— Niketas, oddaj mi je.
— Trzymaj się Werrrrrroniczka. Może kiedyś będziesz miała lepszą okazję do poprowadzenia śledztwa.
Po tych słowach zniknął za framugą, a Nika puściła się biegiem za nim. Miała taką dobrą okazję, dobrą grę, strategię, a ten cymbał zabrał jej ostatni element układanki. Nie znosiła wrażenia odwróconych ról.


Niketas?
────
[785 słów: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu CD Atlasa — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Arisu nie miała czasu, by docenić fakt, że jeszcze nie wpadli i jakimś cudem udało im się wybrnąć z tej okropnej rozmowy. Chciała, by ich problemy w końcu się skończyły. Przynajmniej na dzisiaj. No, niech to będzie chociaż krótka przerwa – to naprawdę by jej wystarczyło.
Zamiast tego musiała zastanawiać się, gdzie szukać Kailey i analizować możliwe trasy, szukając tej potencjalnie najmniej zaludnionej. I zrobić wszystko, by te durne bachory nie rzuciły się do gry w chowanego, tak głupio zasugerowanej im przez tego nieco większego bachora. Nie mogli (ona nie mogła) okłamywać każdej napotkanej osoby. Powiedzenie nawet jednej, że Cherry o wszystkim wie, że się na to zgodziła, cholera, że był to jej własny pomysł, było już wystarczająco ryzykowne. I głupie. W innych okolicznościach raczej by się na to nie zdecydowała, ale w sumie co gorszego mogło ich czekać? Już i tak zgubili dziecko. Już i tak była bliska popełnienia mordu na kolejnym. Może wystarczyło po prostu się poddać.
Niestety, to nie było wykonalne. Przecież nigdy się nie poddawała. Nie mogła tego zrobić teraz, z takiego powodu. I to jeszcze przy Atlasie. Tego tylko brakowało, by pokonało ją zadanie, które miała wykonać razem z nim. To byłoby poniżej jej godności, honoru, jakkolwiek ktoś chciał to nazwać. Nie, nie, nie. Musiała się skupić. I działać. Teraz.
Zebulon nie wyglądał na przekonanego jej zapewnieniem, że nie, wcale nie będą teraz grać w chowanego. Był na liście do mordu tylko jedno oczko pod Atlasem, który zawsze zajmował pierwsze miejsce, bo takie były zasady.
– Pamiętajcie, że macie trzymać się blisko – rzuciła, nie ukrywając irytacji. – Jeśli tylko zobaczymy, że ktoś się oddala albo przynajmniej myśli o oddaleniu się, to od razu wracamy na nasze pole treningowe i nie zobaczycie nic. I pamiętajcie, że nie będziecie mogli przetestować wszystkiego na Atlasie.
To, jak szybko uspokoił się Zebulon, sprawiło jej pewną satysfakcję. Jak nisko upadła, skoro satysfakcję sprawiało jej grożenie agresywnemu, małemu półbogowi? Czuła, że jest jej wstyd przed samą sobą, ale nie miała czasu, by dłużej się nad tym zastanawiać. Nie miała też czasu myśleć nad tym, że jej groźba jest pusta, bo nie mogli wrócić do treningu bez Kailey. Musieli ją znaleźć.
Rozejrzała się po okolicy. Gdzie mogła pójść kilkuletnia dziewczynka? Nie znaleźli jej po drodze, musiała dotrzeć do obozu. Arisu nie miała jednak pojęcia, gdzie mogła pójść dalej. Jeśli Kailey była chociaż trochę podobna do innych potomków bogów (bliższych lub dalszych), to prawdopodobnie wybrała jakieś absurdalnie głupie miejsce, w którym szansa, że ktoś ją znajdzie i powie o wszystkim Cherry, rosła jeszcze bardziej.
Problem w tym, że na terenie Obozu Jupiter każde miejsce było właśnie takim miejscem. Dlatego Arisu liczyła, że Atlas będzie miał jakiś pomysł – był przecież równie nieodpowiedzialny co kilkuletnie dziecko. Różnił się od nich tylko wzrostem.
Posłała mu jedno bardzo, bardzo wkurzone spojrzenie, bo przecież powinien być bardziej pożyteczny niż był. To wszystko była tylko i wyłącznie jego wina. Tylko czemu sama nie była już o tym taka przekonana?
Zrzucała to na zmęczenie.
– Dobra, to inaczej – odezwał się w końcu Atlas. Stali w miejscu już zdecydowanie zbyt długo i Arisu była gotowa zaakceptować większość jego pomysłów, jeśli te nie okazałyby się wyjątkowo głupie. – Gdzie chcielibyście pójść? – zwrócił się do dzieci.
To był jeden z głupich pomysłów. Zebulon prawie podskoczył w miejscu, ale Kalel szarpnął go za rękę na tyle mocno, że na chwilę zbiło go to z tropu. Zanim zdążył wykrzyknąć coś o tym, że chce zobaczyć rytualne zabijanie obozowiczów z czwartej kohorty, odezwał się Brian:
– Zjadłbym coś!
Atlas otworzył usta, najwyraźniej chcąc mu coś odpowiedzieć, ale Jessica była szybsza.
– Rodzice mówią, że jedzenie o odpowiednich porach jest bardzo ważne.
Zebulon szarpnął się mocniej i tym razem wyrwał dłoń z uścisku Kalela. Długo wytrzymał, a jak na dziewięciolatka i tak radził sobie świetnie. Może powinni później mu za to podziękować.
– Ale to nudne! Chodźmy zobaczyć rozpruwanie pluszaków!! Tak jak pan Atlas mówił!
– Ale tak nie wolno!
W ciągu kilku sekund to, co do tej pory było równym rzędem dzieci, zmieniło się w coś, co bardziej przypominało bardzo głośne kółeczko plotkarskie. Jessica patrzyła na kolegę ze złością w oczach, zaciskając drobne pięści. Arisu przez chwilę wydawało się, że mała ma łzy w oczach.
Najwyraźniej niektóre obozowe praktyki były bardziej oburzające od innych. Arisu nie uważała, by ta była jedną z nich – sama chętnie oddałaby walentynkowego pluszaka na następną ofiarę.
Zebulon wystawił Jessice język, rzucając niemiłe komentarze i przedrzeźniając jej łamiący się ton. Brian zaczął mówić coś o tym, że naprawdę chce zobaczyć stołówkę, ale w sumie to jeszcze fajniej byłoby pójść do łaźni, bo to na pewno bardzo miłe miejsce. Na pewno milsze od miejsca, w którym rozpruwa się pluszaki, czy coś w tym stylu.
– Uspokójcie się – syknął na dzieciaki Atlas. Jessica i Brian spojrzeli na niego krótko, płochliwie, od razu się uspokajając. Zebulon też zamilkł, tracąc przeciwników do dyskusji. Arisu była prawie dumna.
– Chodźmy do orłów! – wtrąciła się nagle Hailey, zanim zdążyli odetchnąć z ulgą. Albo Bailey. Arisu dalej ich nie rozróżniała.
Wymienili się z Atlasem krótkimi spojrzeniami, bo przecież skoro proponuje to jedna z sióstr zaginionej, to może być to całkiem dobry pomysł, ale wtedy odezwała się ta druga:
– A mieliśmy patrzeć, jak dorośli walczą… I tam miała czekać Kailey…
Zebulon znowu to podchwycił. Zaczął krzyczeć coś o tym, że tak, to też koniecznie muszą zobaczyć, już w tej chwili i tej konkretnej sekundzie, najwyraźniej od razu zapominając o niewinnych maskotkach. Przynajmniej na chwilę.
– I chcę zobaczyć prawdziwe bronie!!!
Mówił coraz głośniej, właściwie to już krzyczał.
– Ja chciałbym zobaczyć koniki… – Arisu usłyszała nieśmiały, spłoszony głos tuż obok siebie.
– Stajnie…? – mruknęła, na kilka sekund odwracając wzrok od dzieciaków i zostawiając ich dobrobyt w rękach Atlasa. Bolała ją głowa. Jeśli ktoś teraz by się zgubił, to chyba przyjęłaby to z ulgą, bo przynajmniej byłoby o jedną osobę ciszej.
Stajnie. Orły. Trening. Czy mogła zabłądzić do łaźni? Żadne z tych miejsc nie wydawało się bardziej prawdopodobne od poprzedniego.
– Atlas?
Chłopak był w trakcie prób uciszenia Zebulona, które nie były równe próbom morderstwa. Szło mu lepiej, niż w analogicznej sytuacji radziłaby sobie Arisu.
– Bądźcie ciszej, słyszycie? – fuknęła, patrząc bezpośrednio na tego konkretnego dzieciaka. – Mieliście być grzeczni, pamiętacie? Już, ustawcie się z powrotem w szeregu.
Stanęli grzecznie. Zebulon uciszył się, ale zaczął wiercić się w miejscu, znowu prawie wyrywając Kalelowi rękę ze stawu. Tak, ten dzieciak zdecydowanie zasługiwał na podziękowania. I może jakąś czekoladę w ramach przeprosin. Patrzył to na Arisu, to na Atlasa bardzo, bardzo zmęczonym wzrokiem, ale znosił to w dzielnym milczeniu.
– Wiesz, jak poruszać się po obozie, żeby unikać ludzi i obowiązków. – Arisu w końcu znowu zwróciła się do Atlasa, korzystając z chwili ciszy. Mówiła półgłosem, jakby to, że są ponad głowami dzieci, znaczyło, że te ich nie usłyszą. Zebulon był zajęty robieniem brzydkich min do Jessici, więc największy problem mieli z głowy.
Dopóki znowu nie dojdzie do awantury.
– No… wiem.
Arisu westchnęła.
– Więc znajdź nam taką trasę, żebyśmy mogli sprawdzić teren najbardziej po cichu, jak się da.
Nie wierzyła, że powierza mu tak ważne zadanie. Z drugiej strony, jeśli było coś, w czym Atlas był dobry, to musiało być to właśnie to. Dalej tu była. Dalej mogła (musiała) go pilnować. Ten dzień wymagał od niej niesamowitych poświęceń. Przysięgła sobie, że jeśli to przeżyją, to też będzie uciekać.
Przed Atlasem. I przed Cherry.


Atlas?
────
[1200 słów: Arisu otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

piątek, 21 sierpnia 2026

Od Sony CD MIkołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Adam wzdycha głęboko, podczas gdy Sony wpatruje się w niego wzrokiem biednego szczeniaczka błagającego o wyciągnięcie go z przemoczonego pudełka i przygarnięcie. Może ksiądz nie wygląda jak typowa osoba przynosząca do domu znajdy, ale skoro wcześniej mówił coś o pomocy bliźnim, to może ma też inne doktryny w swojej wierze, które zakładają jeszcze większą pomoc. Tylko Sony nie ma pewności, czy ta „pomoc” przypadkiem nie zawiera jakiegoś paragrafu o przebijaniu dłoni i stóp gwoździami.
– Sony, ja znam te twoje numery – mówi wreszcie, pomiędzy jednym zaciągnięciem się dymem a drugim.
– Stóp? – dopytuje z lekkim niepokojem w głosie i z większym niepokojem zezuje na Grega i Mikołaja, którzy zajmują się mistrzowskim powstrzymywaniem śmiechu. Nikt nie wygrywa. Obu raczej nie wychodzi. – Przecież ci nigdy nie mówiłam, czy ty–
Metaforyczne numery, Sony – prycha Adam. – Twoi rodzice wcale nie wiedzą, że tu jesteś, tak samo, jak ostatnim razem. Nie masz ze sobą wystarczająco pieniędzy ani planu. Bla, bla, bla. Nie wiem, jakim cudem udało ci się zaciągnąć tego tutaj na tę wyprawę. – Wskazuje na Mikołaja, swoją ekspresją wyrażając niewypowiedziane: „Zawiodłem się na tobie, młody człowieku”.
– To w takim razie dlaczego ksiądz nas ze sobą zabrał? – chłopak wyjeżdża z pretensjami, po czym bierze głęboki wdech powietrza niezaczyszczonego dymem papierosowym, żeby przygotować się na gwałtowne zderzenie z byciem biernym palaczem. – To przecież się kupy nie trzyma.
Adam dyplomatycznie skupia się na wypalaniu swojego szluga, wyłącznie wydając przy tym niezidentyfikowany i niepodobny do ludzkiej mowy dźwięk. Greg patrzy raz na kuzyna, raz na oczekujące na jakąkolwiek odpowiedź dzieciaki, aż wreszcie wygrywa w nim dawno nieodkopywane współczucie do dziwnych nastolatków, uczucie, którego nie odnajdywał w sobie przez parę lat. Ostatnio obudziło się w nim, gdy Sony przegrało z nim konkurs na jak najszybsze wypicie energetyka.
– On po prostu miał nadzieję, że w czasie drogi się zniechęcicie, spędzicie z nami chwilkę w Pittsburgu i grzecznie wrócicie do rodziców. Najlepiej przed dobranocką – tłumaczy mężczyzna i gdy zauważa przepełnione złością i rozczarowaniem spojrzenie Adama, tylko wzrusza ramionami. – No co?
– Naprawdę? – Mikołaj zwraca się do księdza. – TO już będzie prawie jak porwanie. Prawie.
– Adam? – pyta Sony, ciągnąc księdza za rękaw. On wyrywa się z jej uchwytu i fuknąwszy pod nosem, poprawia marynarkę. – Ale to przecież jest głupie. To jest bardzo głupie. Ja tylko…
– Nie denerwuj mnie – mamrocze ksiądz i gasi papierosa na najbliższym koszu na śmieci, tym samym zarządzając koniec przerwy.
W próbie przełamania napiętej atmosfery, Greg klaszcze w dłonie i ustawia kolejny postój na najbliższy McDonald, próbując dojrzeć cokolwiek na ekranie telefonu, stojąc w pełnym słońcu. Adam niecierpliwie stoi z boku, o ile można niecierpliwie stać bez ruchu, a Sony próbuje zachęcić go w granie w klasy bez narysowanych klas. Dopiero Mikołaj wykazuje się wystarczającym poziomem spostrzegawczości i logicznego myślenia, żeby po paru minutach czekania, aż którekolwiek się zorientuje lub odezwie, wskazał na ogromne logo McDonalda stojące tuż za stacją benzynową.
W świecie idealnym teraz nastąpiłby moment, w którym wszyscy urządziliby sobie grilla na betonie, narobili kogla mogla, a żartom i śmiechom nie byłoby końca. Jednak zamiast w świecie idealnym znajdują się w Ameryce i przez to nie mogą zrobić rzadnej z tych rzeczy, zwłaszcza że tylko Mikołaj ma pojęcie na temat tego, czym właściwie jest kogel mogel. Dlatego odbywają smutną pielgrzymkę do samochodu, a następnie przejeżdżają krótkim kawałkiem jezdni do McDonalda, ponieważ są w Ameryce i żadnemu z nich do głowy nie przyszło, że mogliby sobie odpuścić i te kilkadziesiąt (w porywach do stu) metrów przebyć na własnych nogach. Nie pomaga tu nawet to, że nie wszyscy z ekipy są rodowitymi Amerykaninami.
– Okej, ale słuchajcie – oznajmia Sony, topiąc frytkę w ketchupie. Odzywa się jako pierwsza po tym, jak musieli użyć mowy do ustalenia, co kto zamawia. – Ten folkowy festiwal jest bardzo fajny. Będą tam tacy faceci, którzy w szóstkę grają na jednym bębnie, wiecie, jak super to wygląda?? Czegoś takiego nie zobaczy się nigdzie indziej. I… i taka para, która gra na skrzypcach. Serio ładnie grają. No i mają tam zaplanowany koncert mis kryształowych, na to najbardziej chcę pojechać, bo wiecie, to jest takie. Takie doświadczenie jedyne w swoim rodzaju, że nie wytłumaczysz tego nikomu, kto nigdy nie słuchał, jak ktoś gra na misach kryształowych…
– Dzieciaku, coś nie idzie ci najlepiej zachęcanie go do czegokolwiek – prycha Greg. – Założył słuchawki.
– Micoway, ja cię przepraszam, że cię w to wpakowałam! – oznajmia Sony, ale brzmi na bardziej wściekłą niż smutną. – Ale. Ale. To się jeszcze da jakoś naprawić. Bo nie zostawią nas na lodzie. I siłą nie wpakują z powrotem do samochodu. Więc. Równie dobrze możemy założyć, że kupią nam te bilety i dorzucą czekoladę, bo ja tak mówię – mówi, nawet jeśli jej zwykły optymizm nie jest teraz aż tak optymistyczny jak zazwyczaj.


Mikołaj?
────
[769 słów: Sony otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ale jest zimno!
— Czy ja wiem? Całkiem ciepło.
Jakby na dowód swoich słów zdjął bluzę i zawiązał ją w pasie. Niecierpliwie patrzył na Weronikę z nadzieją, że ta w końcu coś zrobi. Przecież te głupie lekcje pływania to był jej pomysł, a on miał być… wsparciem mentalnym. Tak, miał ją dopingować i częstować truskawkami. I może ewentualnie samemu coś wyciągnąć z lekcji dziewczyny, ale czy to było konieczne? Jeśli większość obozu nauczy się pływać, to ta jedna osoba przecież nie zrobi różnicy. Nie miał zamiaru wchodzić do jeziora. Nawet nie znał jego głębokości.
— No to co? Truskaweczka i do wody? — Z szerokim uśmiechem przystawił jej koszyk z owocami do twarzy. Dziewczyna odsunęła się z grymasem.
— Weź te… spieprzaj!
— Leeeci samolocik… — Mikołaj wziął jedną z truskawek do ręki i zbliżył ją do ust córki Ateny tak, jakby karmił małe dziecko.
Weronika spojrzała na niego z odrazą, odsunęła się jeszcze bardziej i przeklęła po rosyjsku. Mikołaj westchnął. Jego próba rozluźnienia atmosfery najwidoczniej jeszcze bardziej ją zagęściła.
— Możemy już iść? — Spytał któryś z obozowiczów.
— Nie! — Zarządziła Weronika. — Wchodź do wody, wytłumaczymy na żywca — zarządziła.
— Ja?! — Mikołaj wyglądał na zaskoczonego. — Zwariowałaś?! Sama se wchodź!
— Nie mam stroju — wzruszyła ramionami. — A ty jesteś facetem.
— Ale to ty umiesz pływać. Ja się utopię.
Nastała cisza, podczas której obydwoje próbowali wymyślić wyjście z sytuacji, w którą się wkopali. Mikołaj żałował, że zgodził się na robienie czegokolwiek z Weroniką. Zwłaszcza, że nie obmyślili wczoraj żadnego planu. Jeszcze trochę, a wpadną na pomysł, dzięki któremu to nie wypadek, a oni utopią pół obozu.
Wyjął z kieszeni zmiętą kartkę - tą samą, która jeszcze wczoraj była częścią rozpadającego się notesu. Prześledził imiona, które zapisał w rubryce „umie pływać”, a następnie twarze przybyłych. Pokrywały się jedynie stojąca obok Weronika oraz Sony, przy którym dopisał ważną informację - umie tylko żabką. Przeszło mu przez myśl, że mogą zawołać Sony na ochotnika, aby to ono demonstrowało innym pływanie w praktyce. Zawsze to lepiej żabką, niż w ogóle, nie? Po chwili jednak odrzucił ten pomysł. Z całą jego sympatią do Sony, obawiał się, że to mogłoby nie skończyć się za dobrze.
— Stój! — krzyknęła nagle Weronika.
Mikołaj wzdrygnął się i wystraszony rozejrzał dookoła. Okazało się, że mała grupka z domku jedenastego próbowała opuścić plażę. Cóż, zajęcia nie były obowiązkowe, przynajmniej na razie, ale Weronika starała się dbać o dyscyplinę.
— Pokaż to — dziewczyna podeszła do Mikołaja i wyrwała kartkę z jego ręki.
Zaczęła wyczytywać nazwiska niczym nauczycielka w szkole podstawowej. Tira? Nie ma. Daisy? Nie ma….
— Było powiedziane, że mają przyjść tylko ci, którzy nie potrafią… — przerwał jej Mikołaj, widząc, że Weronika wpadła na ten sam pomysł, co on.
— Sony?
— Jestem!
— Nie wiem, czy…
— Chodź tutaj.
— Tak jest! — Sony zasalutowało i wesołym krokiem podeszło do dwójki prowadzących.
— Nie zgadzaj się, ona jest po prostu leniwa — wymamrotał Mikołaj do Sony szeptem, ale na tyle głośnym, aby Weronika usłyszała.
— Po czyjej jesteś stronie? — Nie wyglądała na zadowoloną, ale nie chciała się kłócić.
Mikołaj wzruszył ramionami i z uśmiechem wskazał na koszyk truskawek. Weronika wymownie przewróciła oczami, ale Sony się poczęstowało.
— Chcesz może wytłumaczyć całej reszcie, w jaki sposób się pływa? Może być sama teoria.
— Jasne! A może być żabką? — spytało Sony, jedząc truskawkę.
— Może być.
— A ty dlaczego niby nie mogłaś? — oburzył się Mikołaj.
Weronika postanowiła zignorować chłopaka. Zwróciła się do reszty obozowiczów, chcąc zdobyć ich uwagę.
— Ej! Słuchajcie! Tak się pływa żabką!
— No więc — zaczęło Sony. — Trzeba… machać rękami! I nogami! O tak… — pokazało ruch rąk. — Nogami w sumie to tak samo, ale nie da się na stojąco. Ale jakoś tak.
Obozowicze patrzyli po sobie zdezorientowani. Ktoś z tyłu nawet próbował powtórzyć ruch z wykorzystaniem nóg i, niespodzianka, wywrócił się na piach. Wtedy Weronika wpadła na kolejny, przegenialny pomysł.
— Te, Mikołaj.
— Co?
— Kładź się na piachu.


Weronika?
────
[617 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Cztery godziny? Tylko? — Ożywił się Mikołaj. — Rany, myślałem że Stany są większe.
— Tylko? — Greg wygląda na zaskoczonego.
— To jednak jedziecie z nami do Minnesoty?! — Pyta nagle Sony, prawie wyskakując z fotela. — Naprawdę???
— Cztery godziny do Pitssburga, żeby była jasność — westchnął mężczyzna. — Do Minnesoty macie jakieś czternaście.
Mikołaj spojrzał niepewie na Sony, która wystukiwała jakiś rytm palcami na udzie. Pewnie myślała nad tym, w jaki sposób przekonać dwójkę kierowców do dołożenia kilku godzin do zaplanowanej trasy. Kto by nie chciał zamiast czterech godzin jechać czternaście? A może i dwadzieścia? A to tylko w jedną stronę!
Chłopak chciał życzyć jej powodzenia, ale odkąd usłyszał o chorobie Adama, miał coraz większe wątpliwości. Cały czas kątem oka obserwował ruchy kierownicy tak, jakby jego wzrok magicznie miał ich uratować w kryzysowej sytuacji. Nie wiedział, jak dokładnie działa zaćma. Zawsze myślał, że jeśli ktoś choruje na zaćmę, to widzi świat jak przez odwrotną lornetkę. To znaczy, widzi boki, ale środek już nie. Adam jednak nie wyglądał, jakby magiczna latająca kula zasłaniała mu ulicę. Mikołaj mimo wszystko nie czuł się bezpiecznie. Siedział sztywno, jakby czekając aż coś się wydarzy.
— Ale serio nie chcecie? — Sony nie dawała za wygraną. — Nie lubicie festiwali?
— Nie bardzo — bąknął Adam.
— Nie mam czasu — dodał Greg.
— Ale będzie fajnie! Zobaczycie!
Odpowiedziała jej cisza.
— Micoway! Powiedz im coś!
— Sony… — chłopak nadal nie spuszczał oczu z Adama. Nie chciał irytować kierowcy swoimi komentarzami, starał się więc mówić cicho. — Ja nie wiem, czy to jest taki dobry pomysł.
— Co? Dlaczego? — Spojrzała na niego zaskoczona.
Mikołaj upewnił się, że Adam i Greg są zajęci rozmową między sobą. Wziął głęboki oddech i wyszeptał:
— No bo, to długa trasa i no… nie rozbijemy się?
— Rozbijemy się? Czemu niby? — Zapytała normalny tonem, w ogóle nie dbając o dyskrecję. Rozmowa z przodu ucichła, a Mikołaj jedynie westchnął.
— Nie słyszałaś co mówili? — Starał się mówić tak cicho, jak tylko mógł. — Adam ślepnie, zaraz w coś uderzymy.
— Adam nie ślepnie — zaprzeczyła Sony z uśmiechem. — Prawda, Adam?
— Nie, ale jeśli was to przekona do znalezienia innego środka transportu, to możemy uznać, że tak, ślepnę. Nic nie widzę — przewrócił oczami.
— Widzisz, Micoway? Dojedziemy!
Mikołaj nie był przekonany, ale nic nie odpowiedział. Jakby na zawołanie, Adam ostro skręcił kierownicę, w ostatniej chwili unikając zahaczenia o krawężnik. Pozostała trójka mocno chwyciła się czegokolwiek. Sony i Mikołaj spojrzeli po sobie zaskoczeni.
— Łooo Jezu! — krzyknął Greg. — Siwy Jezu, ale nie musisz tego udowadniać!
— Rozkojarzacie mnie — Adam wzruszył ramionami i jakby nigdy nic, jechał dalej.
Mikołaj spojrzał na Sony tak, jakby chciał powiedzieć coś w stylu "A nie mówiłem? Zabijemy się!", na co ta rozłożyła bezradnie ręce. Otworzyła usta, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, odwrócił się do nich Greg.
— Dobra dzieci, wiecie co? Znacie grę w bałwana? — zapytał z uśmiechem.
Pokręcili głowami.
— No to słuchajcie. Cisza na morzu, bałwan śpi. Kto się odezwie - będzie nim — recytował. — Cisza.
— Mam pytanie — ręka Sony wystrzeliła w górę, uderzając o sufit pojazdu. — Ale przecież nie jesteśmy na morzu? Kim jest ten bałwan? Jakiś bałwan morski? W sensie pirat? Ale może ja chcę być-
— Mamy się zamknąć — Mikołaj spojrzał na koleżankę z poważną miną. Normalnie prawdopodobnie by się zaśmiał, ale teraz czuł wiszące nad nimi zagrożenie. Bał się, że jedno słowo więcej, a oni naprawdę zatrzymają się na innym pojeździe.
— Aha…
Zadowolony z siebie Greg odwrócił się z powrotem, powiedział kilka słów do Adama i otworzył Google Maps.
Mikołaj, który do tej pory nie miał ochoty nic mówić, nagle poczuł potrzebę opowiedzenia komuś wszystkiego, co tylko wiedział. Do głowy przyszło mu nagle multum ciekawostek, które idealnie pasowały do mijanych za oknem widoków. A może Adam chciał porozmawiać o musicalach? Może Greg chciał posłuchać wyuczonych przez niego monologów z "Kordiana" albo "Dziadów"? Sony na pewno chciała porozmawiać o zwyczajach mrówek leśnych! Tak się składa, że ostatnio o nich czytał! Tyle tematów do rozmowy, a ta została zakazana.
Kątem oka spojrzał na Sony, która, podobnie jak on, nie mogła wysiedzieć w fotelu. Niecierpliwie machała nogą, bawiła się palcami u rąk i rozglądała się na wszystkie strony. Kiedy w końcu spotkali się wzrokiem z Mikołajem, omal nie wybuchnęli śmiechem. Bezgłośnie zgodzili się na nowy konkurs - próby przekazania sobie informacji na migi do momentu, kiedy któreś zaśmieje się na głos.
— Zjedź tam — polecił Greg Adamowi, który po chwili skręcił na stację benzynową.
W końcu pojazd zatrzymał się na parkingu. Cała czwórka wysiadła przeciągając się z ulgą i ciesząc się z możliwości wyprostowania nóg po kilkugodzinnej podróży. Adam wygrzebał papierosy ze schowka, a Sony i Mikołaj stanęli przed Gregiem w dwuosobowym szeregu, uśmiechnięci jak czekające na cukierka dzieci.
Mikołaj próbował wybełkotać coś w stylu "już możemy mówić?" ale bez otwierania ust. Tak na wszelki wypadek, jakby gra nadal trwała. Sony za to próbowała zapytać "wygraliśmy?" bezgłośnie, tak, aby Greg mógł wyczytać to z ruchu jej ust. Zanim zdążył odpowiedzieć, stanął obok nich Adam z papierosem. Mikołaj zaczął chodzić dookoła, szukając miejsca, w którym uniknie dymu. Niestety, wiatr za każdym razem wiał w jego stronę, aż w końcu chłopak zaczął kaszleć.
— Możecie — westchnął w końcu mężczyzna.
— To serio pójdziemy do tego maka? — wypaliła od razu.
— Pójdziemy — zgodził się Adam. — Jestem głodny.
— Ale! — wtrącił się Greg. — Pod warunkiem, że później grzecznie pójdziecie spać.
— I obudzimy się w Minesocie, tak?
— I obudzicie się w Pittsburgu, a w Pitssburgu znajdziemy wam inny transport — uśmiechnął się Greg. — Co powiecie na pociąg?
— Pociąg? — Zdziwił się Mikołaj, któremu w końcu udało się znaleźć dogodne miejsce. — Ale Sony mówiła, że pociągi tutaj są tragiczne i drogie.
— Paliwo też — wzruszył ramionami Adam.
— Zgoda! — wypaliła Sony. — A kupicie nam bilety?


Sony?
────
[910 słów: Mikołaj otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]