piątek, 10 lipca 2026

Od Mikołaja CD Lucasa — „Ryan Gosling to dosłownie ja”

Poprzednie opowiadanie

— Ale dlaczego ja? — mężczyzna nie był przekonany. — Jest tyle ludzi dookoła.
— Bo… wygląda pan… jakby umiał to zrobić? — uśmiechnął się głupkowato. Starał się brzmieć tak miło, jak tylko potrafił.
— Ja… pan? — spojrzał na Mikołaja zaskoczonym wzrokiem. Nastolatek zorientował się, że może jednak mimo starań powiedział coś nie tak.
— Jesteś stary, Lucas — zaśmiała się stojąca obok Mia. — Potrzymać ją? — spytała, wystawiając ręce po Ruby.
— Mam dwadzieścia lat! — oburzył się, oddając dziewczynie dziecko. — Mów mi na „ty”, proszę — zwrócił się do Mikołaja, który patrzył na niego badawczo, jakby próbował go z czymś skojarzyć.
— Lucas? — zapytał zdziwiony.
— Coś nie tak? — Lucas wyglądał na zdezorientowanego. Spojrzał niepewnie na Mię, a potem zadał następne pytanie Mikołajowi. — Znamy się?
— Nie — odparł szybko Mikołaj. — Znaczy tak…tak jakby, ale nie, raczej nie.
Lucas był coraz bardziej zagubiony, co Mikołaj doskonale widział. Chłopak zaczynał żałować, że kiedyś się odezwał. Próbował pocieszać się tym, że nikt w tym mieście go nie zna i nawet jak się zbłaźni, to nikt go nie zapamięta. Był jednak pewien, że Lucasa skądś zna. I nie był to tylko jego niedawny sen.
— Nie wiem, powiedz mu, że twoje dziecko lubi Barbie… Albo coś takiego — zaproponował.
— Ma roczek, mówiłem już.
— Tylko? Myślałem, że… wygląda na starszą — odparł bez zastanowienia i spojrzał na Mię. — O, albo że to dla twojej dziewczyny!
— To nie jest moja dziewczyna! — zaprzeczył, słysząc, jak Mia zaczyna się śmiać.
— To możesz skłamać!
— Ty też.
Mikołaj odwrócił wzrok, nie chcąc przyznać Lucasowi racji. Jego duma nie pozwalała mu ani na to, ani na przepychanie się między zakochanymi faneczkami Ryana Goslinga. Autograf jednak musiał zdobyć. Była to kwestia po pierwsze, ponownie dumy, a po drugie, ważniejsze, pięćdziesięciu złotych, o które założył się z przyjaciółką.
— Strasznie tu głośno, a Ruby chyba usypia — odezwała się w końcu Mia, a gdy Lucas na nią spojrzał, wskazała ruchem głowy na pobliską kawiarnię. — Poczekam z nią tam, okej?
— Jasne, zaraz przyjdę — odparł z uśmiechem i odprowadził dziewczynę wzrokiem. — Dzięki.
— Jesteś wyższy, poczują twoją dominację i cię przepuszczą — powiedział w końcu Mikołaj, łapiąc się pierwszego argumentu, jaki przyszedł mu do głowy.
— Ale to ty jesteś fanem — trafnie zauważył Lucas, w którego głosie nie dało się wyczuć nawet cienia irytacji.
I tu pojawił się problem. Mikołaj w ostatniej chwili ugryzł się w język, aby nie wydało się, że okłamał Lucasa. Tak naprawdę chłopak nie wiedział o aktorze nic, może poza powszechnienie znanymi faktami. Wiedział jedynie, że grał Kena i Rylanda. I to właśnie ten drugi sprawił, że tego dnia znalazł się w całkowicie mu obcym mieście.
Wracał właśnie z dość długiego pobytu w domu i Los Angeles, dziwnym trafem, znalazło się „po drodze” z Polski do Nowego Jorku. Jakiś czas temu spotkał się ze znajomymi na nocowanie, podczas którego postanowili obejrzeć „Projekt Hail Mary”. To właśnie wtedy Mikołajowi przyśniła się walka z klonami Rylanda w Rylandlandzie i to właśnie wtedy chłopak założył się z Elizą o zdobycie autografu autora. Wyczytali gdzieś, że Gosling będzie miał spotkanie z fanami, a jako że Mikołaj i tak niedługo miał wracać do Stanów, to co mu szkodziło wylądować na lotnisku w innym mieście? Jego europejski sposób myślenia stwierdził, że skoro będzie w tym samym państwie, to na jego drugi koniec trafi przecież bez większego problemu w kilka godzin.
— Ale widzisz? Ty mnie teraz bardziej przekonujesz, że tego nie zrobisz, niż ja ciebie, że to zrobisz — powiedział z poważną miną.
— I co?
— To znaczy, że jesteś bardziej przekonujący niż ja.
— To tak nie działa.
— Błagam! Muszę się jeszcze dzisiaj dostać do Nowego Jorku! Nie mam czasu! — Mikołaj prawie że klęknął przed Lucasem na kolana. — Błagam!


Lucas?
────
[589 słów: Mikołaj otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny CD Vex — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Nie! — zaprzeczyło stanowczo, rozmasowywując obolały policzek. — Przywidziało ci się! — dodało, widząc, jak Kalina otwiera usta.
Kalina, której w końcu udało się opanować wybuch śmiechu, spojrzała na niego badawczo. Jednocześnie starała się patrzeć na chodnik za Vex — wypatrując babcię oraz samo Vex, czy przypadkiem się nie zatacza. Zirytowane dziecko Marsa najwidoczniej musiało to dostrzec, bo cofnęło się od niej o krok, czy dwa.
— Wszystko okej? — zapytała w końcu.
— Oczywiście — wzruszyło ramionami Vex, próbując wyczuć, czy na jego twarzy przypadkiem nie pojawia się wielki siniec. Jeśli się pojawi, przynajmniej będzie pasował mu do włosów… póki nie zzielenieje.
— Ale na-
— Zamknij się — urwało, w końcu przestając dotykać swoją twarz. Wzięło głęboki oddech, zmrużyło oczy i spojrzało na dziewczynę. — Co ty odpierdalasz?
— To znaczy? — zaśmiała się głupkowato, uciekając wzrokiem. — Nie wiem, teraz na przykład stoję.
— Kurwa, pytam serio. Co jej zrobiłaś?
— Nic- — kątem oka Kalina dostrzegła starszą panią, która nie poddając się, nadal podążała ich śladem. Szybsze dreptanie było teraz wolnym dreptaniem, ale złowieszcze wymachiwanie telefonem pozostało. Dziewczyna była pod wrażeniem jej kondycji, bo mimo sędziwego wieku kobiety, tej mógłby jej pozazdrościć niejeden przeszkolony heros. — Jak ten pierdolony ślimak — westchnęła.
— Jaki, kurwa, ślimak?
Nie czekając na reakcję towarzysza, Kalina złapała Vex za rękę i zaczęła uciekać wolnym, ale szybszym niż zwykły chód tempem. Skręciła w kolejną uliczkę i zaczęła rozglądać się za miejscem, które nie będzie na widoku. Słabe krzyki kobiety stawały się coraz głośniejsze i Kalina miała wrażenie, że ogląda jakiś słaby horror, którego fabuła polega na tym, że główny bohater jest goniony przez niezidentyfikowane stwory, wydające niepokojące odgłosy. W tym przypadku potwór był zidentyfikowany — była nim zwykła staruszka, a niepokojące odgłosy brzmiały mniej więcej „złodzieje! wandale! niewychowana młodzież!”, a słowa oddzielały przerwy na zaczerpnięcie tchu.
— Po schodach nas nie do- — pomyślała, a przy okazji wypowiedziała własne myśli na głos. Po chwili, gdy już skręciła w stronę klatki schodowej, przypomniała sobie, że idzie z Vex. — Albo może i nie.
— Chodź tu — Vex zaciągnęło ją gdzieś na bok.
Wpadli do pierwszego lepszego sklepu spożywczego. Był to typowy sklepik osiedlowy, gdzie sporą część klientów stanowili pijani panowie i starsze panie, przychodzące na ploteczki. W tej chwili jednak wydawał się idealnym schronieniem mimo zaskoczonego wzroku kasjerki. Kalina zniknęła między regałami, a Vex dogoniło ją po parunastu sekundach, walcząc o każdy oddech i marząc o chwili spokoju.
— Może tu nie wejdzie — stwierdziła wesoło Kalina, dostrzegając kątem oka Vex. Z udawanym zainteresowaniem czytała etykiety smakowych piw na regale, udając, że nie widzi czerwonej od wysiłku i wkurwienia (zwłaszcza wkurwienia) twarzy herosa. — Mango-banan? Fu, ktoś to pije?
— Nie zmieniaj tematu — irytację w głosie nastolatka dało się usłyszeć w całym sklepie. — Wpadasz na mnie… przerywasz mi PRACĘ, ciągasz po mieście… rodzinę jej zabiłaś?!
— To ty złamałoś prawo, nie ja — wzruszyła ramionami. — Nie boli cię ta głowa?
— To ciebie nazwała złodziejem — zauważyło ostro, a na pytanie odpowiedziało zabójczym spojrzeniem. — Co jej ukradłaś? Pokaż, ocenię czy było warto — dodało szeptem.
— Nic nie mam! — uniosła obie ręce ku górze, jakby Vex było co najmniej policjantem. — I nie krzycz, bo nas stąd wyrzucą.
— To ty krzyczysz! — odparło wkurzone Vex. — I kłamiesz! Jakbyś jej nie okradła, nie byłoby problemu!
— Nie mam ani jednej jej rzeczy! — tłumaczyła się Kalina. Była gotowa w desperacji wywrócić na lewą stronę wszystkie sześć kieszeni. Za bardzo obawiała się jednak ilości śmieci i innych, przypadkowych przedmiotów.
— Akurat.
— Naprawdę, oddałam jej — zaśmiała się. — Nie moja wina, że jest ślepa.
— Ja pier- dzień dobry! — wyraz twarzy Vex zmienił się w sekundzie.
Za Kaliną stała pracownica sklepu. Z założonymi na piersi rękami uważnie słuchała ich rozmowy, gotowa na ewentualną konfrontację.
Dziewczyna niepewnie odwróciła głowę do tyłu i odskoczyła wystraszona na widok kobiety. Cudem nie uderzyła w regał pełen szklanych butelek. Całe szczęście, bo nie uśmiechało się jej płacić za zmarnowany w ten sposób alkohol. Stanęła obok Vex i po prostu wybuchnęła śmiechem.
— Do widzenia — kobiecie najwidoczniej nie było do śmiechu. — Złodzieje.


Vex?
────
[638 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 9 lipca 2026

Od Chaita CD Aye — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait bardzo długo był pewny, że Aye jednak żartuje, albo przynajmniej kłamie i zaraz rzuci jakimś „wiesz co, jednak nie, spadam do domu”, albo czymś w tym stylu. Z całą pewnością byłoby to dla Chaita zrozumiałe, chociaż sam pewnie by czegoś takiego nie zrobił.
Pomijając, że przed chwilą uciekł z festynu dla dzieci, na którym przecież zobowiązał się zostać jeszcze chwilę. Było to wbrew własnej woli, ale jednak. Przez myśl przeszło mu pytanie, czy powinien spodziewać się kłopotów za godzinę, jutro, albo za tydzień… Ale szybko uznał to za mało istotny w tej chwili problem. Będzie miał mnóstwo czasu, by zastanawiać się nad tym, gdy następnym razem pojawi się w siedzibie organizatora.
Problemowi zdecydowanie bliżej było do „jutro” niż „za tydzień”.
Poprawił plecak, strzepując z niego jakieś okruszki i inne drobne śmieci. Może powinien sobie trochę lepiej radzić z korzystaniem z półboskich umiejętności. Prawie na pewno powinien, ale nie robił tego szczególnie często, starał się więc obwiniać o to brak praktyki. Mógł tylko cieszyć się, że Aye nic się nie stało w trakcie tej krótkiej podróży.
Wyszli z zaułka, Chait przodem, tylko krótko oglądając się na Aye, by upewnić się, że na pewno wszystko w porządku (poza tym, że nic nie było w porządku). Nie byli daleko od nowego mieszkania, więc sytuacja nie była aż tak tragiczna, jak mogła być.
– Nawet nie jesteśmy daleko – rzucił tonem niemal optymistycznym. Mniej optymistycznym, niż chciał, ale dalej zbyt optymistycznym jak na dotychczasowy przebieg tego dnia.
Co miało być następne? Zza rogu wyskoczy na nich rozpędzony samochód, kierowany przez półboga uciekającego przed jakimś potworem? Pewnie nawet nie powinien o tym myśleć, bo zaraz okaże się prawdą. W tej chwili nie zdziwiłby się, gdyby na następnej ulicy trwał pokaz lokomotyw. Chociaż to może przynajmniej spodobałoby się Aye.
Znowu się na nie obejrzał. Przeszli ulicę w milczeniu, które nie było aż tak straszne, jak mógł się spodziewać. Dalej trochę się obwiniał. Widział, że Aye jest zmęczone i wiedział, że to jednak w większości jest jego wina. Mógł odmówić od razu, mógł dokładniej sprawdzić listę wydarzeń w okolicy. Przecież mógł nawet zdobyć informacje o tym bezpośrednio u źródła. Nie miał żadnej wymówki, po prostu o tym nie pomyślał, bo mało kto by to zrobił. Zresztą, nawet gdyby to zrobił, to nie spodziewałby się, że jakieś dwie nawiedzone dziewczyny skłonią ich do pracy. No, że skłonią do pracy Aye, bo do tego zwyczajnie nie miały prawa.
– To też nie tak, że to zawsze tak wygląda – powiedział, kiedy zatrzymali się przed przejściem. Jakaś kobieta spojrzała na nich, marszcząc z niezadowoleniem nos, ale Chait tylko uśmiechnął się do niej przepraszająco. – Ściągają w trakcie wolnego, ale… normalnie nie zmuszają do pracy też osób spoza grona pracowników od zaraz. Nie miały prawa zmuszać do tego ciebie.
Nie powstrzymał grymasu na twarzy. Zachowanie tych dziewczyn było okropnie nieprofesjonalne. I ryzykowne, chociaż wcześniej o tym nie myślał.
– Ze mną też powinien najpierw skontaktować się ktoś z góry – dodał jeszcze, wzruszając ramionami. Ta część nie obchodziła go aż tak bardzo. Pewnie powinna bardziej.
Często robił nadgodziny, ale takie sytuacje, jak ta, naprawdę nie były codziennością. Aye nie wyglądało na przekonane, a Chait nawet nie miał siły, by się tłumaczyć lub usprawiedliwiać. Bo co miał powiedzieć? „No, tak, na co dzień daję się wykorzystywać, bo nie lubię nie mieć zajęcia i wiedzą, że zawsze przyjdę”? Nie, Aye pewnie nawet to nie interesowało.
– I tak nie rozumiem, czemu się na to godzisz – odezwało się w końcu.
Chait uśmiechnął się, bo przez chwilę to była jedyna odpowiedź, na jaką potrafił wpaść. Bo przecież uśmiech zawsze był jakąś odpowiedzią. Był wystarczająco uniwersalny, chociaż wydawało mu się, że ostatnio jakoś mniej skuteczny.
– Lubię tę pracę – powtórzył.
Nie skłamał. Nie oczekiwał, że Aye zrozumie taką odpowiedź. Wiele osób nie rozumiało i nie było w tym nic złego.
Pokonali ostatnią odległość dzielącą ich od budynku. Nie był to naturalny sposób zakończenia rozmowy, ale może tak było lepiej.
– Nie wiem, co planujemy robić, ale proponuję, żebyś weszło na górę. Jest gorąco, a po tym… wszystkim pewnie chce ci się pić – zaproponował. – O tej godzinie nie powinno być mojego współlokatora.
Widział, że Aye się waha, ale w końcu z westchnieniem skinęło głową:
– Dobrze.
Chait i tak nie zgodziłby się, by czekało na niego na słońcu. Pewnie już to wiedziało.
Weszli po schodach, Chait cały czas przodem. Tak jak się spodziewał, w mieszkaniu nikogo nie było. Na całe szczęście. Nawet jemu zabrakłoby cierpliwości, by tłumaczyć, co się stało. Nie chciał też stawiać Aye w kolejnej niezręcznej i głupiej sytuacji.
Rzucił plecak do łazienki, ale zanim sam do niej wszedł, jeszcze zaprowadził Aye do kuchni. Nalał do szklanki zimnej wody i postawił ją na blacie.
– Za chwilę przyjdę.
Aye skinęło głową, więc Chait tym razem już zniknął w łazience. Chociaż starał się nie narzekać, to zmianę ubrań zdecydowanie przyjął z ulgą. Teraz kiedy stał sam, pochylony nad umywalką, poczuł też okropne zmęczenie. Większe, niż podczas malowania twarzy dzieciakom, czy podczas bezowocnych prób dyskusji z Karoliną i Jessicą, albo Jessicą i Karoliną, bo już nie pamiętał, która była którą. Może źle zrobił, proponując Aye jeszcze jakieś wspólne zajęcie. Może powinien pogodzić się z tym, że zawsze coś pójdzie nie tak, bo nawet teraz chyba było nie tak. Myślał o tym wyjątkowo często.
Przebrał się, zostawiając plecak w łazience i tylko wyjmując z niego telefon i dokumenty.
– Dzięki, że nie uciekłoś – powiedział, wychodząc z łazienki. – Wiesz, co chciałobyś robić przez tę godzinę?
Sam nie chciał już nic proponować.


Aye?
────
[900 słów: Chait otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

środa, 8 lipca 2026

Od Kai CD Oriany — „My kink is karma”

ZIMA, rok temu

Poprzednie opowiadanie

W tamtym momencie Kaya bardzo pożałowała tego, że zadzwoniła na policję. Chciała dobrze, a wyszło jak zwykle. Na dodatek przyjechał jakiś znajomy Oriany, a ona wcale nie wydawała się być zadowolona na jego widok. Kaya czuła się zwyczajnie niezręcznie.
W pomieszczeniu dla menagerów było bardzo mało miejsca. Cisnęli się obok siebie jak sardynki w puszce, nie wspominając o wysokim i szerokim policjancie, który przez cały czas musiał się garbić, żeby w ogóle dobrze widzieć ekran monitora. Hudson, podejrzany kasjer, potarł wierzchem dłoni czoło. Nie odezwał się ani słowem. Nie odezwał się nawet wtedy, kiedy wysłana przez Orianę Kaya poszła po niego w celu „wyjaśnienia” paru spraw.
— Pewnie zastanawiasz się po co się tutaj zebraliśmy, co? — zaczął wyższy policjant.
Hudson odchrząknął. Wyglądał jak wezwany do dyrektorki smarkacz, który przez ostatni tydzień dokuczał kujonom i w końcu się doigrał.
— Spokojnie, nie musisz się denerwować.
Zdecydowanie nie zabrzmiało to pocieszająco z ust policjanta, który za chwilę miał zabrać podejrzanego na komisariat w celu złożenia wyjaśnienia.
— Potrzebujemy dostępu do kamer — upomniał się stojący obok niższy policjant. Przez cały czas trzymał dłonie w kieszeni spodni. Nie wyglądał ani trochę poważnie. Kaya czuła jakąś niezrozumiałą irytację, kiedy na niego spoglądała. Jeszcze niebywale denerwował ją sposób, w jaki odzywał się do Oriany.
— Może najpierw wytłumaczę mu, o co w tym wszystkim chodzi, dobrze? — Zmierzyła policjanta groźnym spojrzeniem. Gdyby Oriana w taki sposób spojrzała się na Kayę, to chyba nie pozbierałaby się po tym po tygodniu. — Hudson, jesteś podejrzany o kradzież. Mówiąc oczywiście w dużym skrócie.
Kaya nerwowo się poruszyła. Zrobiło się jej strasznie duszno przez obecność tylu osób w tak małym pomieszczeniu. Hudson nie ruszył się za to nawet na centymetr, wciąż pusto wpatrując się w jeszcze ciemny ekran monitora. Wyglądał, jakby właśnie oczekiwał na przedstawienie ostatecznych dowodów, do których przyzna się bez problemu i również bez problemu uda się z policjantami na komisariat.
— Zauważyłam, że zawsze po twoich zmianach znika trochę pieniędzy — Oriana zaczęła tłumaczenie. — W ciągu miesiąca zaginęło nam prawie 2 tysiące dolarów, co jest już dziwne i wymagało sprawdzenia, pewnie rozumiesz.
Hudson kiwnął powoli głową.
— Potrzebujemy sprawdzić, czy te podejrzenia wobec ciebie są… prawdziwe. — Oriana odwróciła się i wybudziła komputer ze snu. Zalogowała się do systemu i najpierw włączyła zapis kamer sprzed tygodnia. — Obejrzymy sobie najpierw to, żeby od razu nie przechodzić do późniejszych dni.
— Czemu?
Ten sam policjant, którego Kaya uważała za denerwującego, się odezwał. W odpowiedzi cisnęło się jej głupie „bo nie ma dżemu”, ale postanowiła się nie odzywać do momentu rozwiązania tej sprawy. I tak to jej wina, że tutaj w ogóle przyjechali.
— Musiałabym dłużej szukać, a mi się nie chce. — Oriana słusznie zignorowała zaczepkę policjanta i włączyła pierwszy zapis.
W pokoju spędzili półtora godziny. W tym czasie udało im się ustalić, że Hudson, podejrzany o kradzież, rzeczywiście na każdej swojej zmianie podbierał trochę banknotów z kasetki i wkładał je do kieszeni spodni. Był na tyle głupi i nierozsądny, że robił to pod widokiem kamer. Kaya nie przypuszczała, że mógłby wpaść na taki pomysł. Po prostu nie uważała go za półgłówka, o.
— Jesteś zła? — zapytała Kaya po tym, jak policjanci odjechali z Hudsonem.
Oriana siedziała na obrotowym krześle przed ekranem monitora. Nie wyłączyła zakładki z kamerami, wciąż wpatrując się w zatrzymany obraz na Hudsonie.
— Po prostu jestem zmęczona.

 

ZIMA, obecnie

— Czy on naprawdę musi z nami być? — szepnęła Kaya do Oriany, kiedy Edgar poszedł domówić jakieś napoje.
To było ICH wyjście, a ten bezczelny dupek dołączył się do nich przypadkowo, kiedy zauważył je na mieście. Siedzieli teraz razem z nim przy stoliku w małej restauracji.
— Przeszkadza ci?
Tylko tyle zdążyła powiedzieć Oriana, bo Edgar akurat zdążył do nich wrócić. Usiadł — jak na złość — obok Kai. Uśmiechnął się słodko do przyjaciółki, tak, jakby był tutaj zaproszony i położył na stoliku coś, co zdecydowanie nie wyglądało jak bezalkoholowy napój.
— Co tutaj razem robicie? — zapytał się, spoglądając na Kayę.
Dziewczyna była wyraźnie zirytowana. Nie była specem od ukrywania emocji na twarzy, więc Edgar musiał doskonale widzieć, że się jej nie podoba jego obecność.
— Jemy — odburknęła. — Jak zresztą widzisz.
— Chyba już nie. — Zerknął na puste talerze. — Chcecie wyjść na karaoke?
Totalnie się tego nie spodziewała. Na usta cisnęła się jej odpowiedzieć „nie”, ale szybko zmieniła zdanie, gdy pomyślała, że w ten sposób może uda im się go zgubić. Gdzieś po drodzie w tłumie ludzi.
— Czemu nie. — Wzruszyła ramionami. — Co o tym myślisz?
— Nienawidzę karaoke, Edgar.
— Oj tam. — Machnął ręką. — Wypiję to i idziemy.
Edgar pił bardzo łapczywie. Kayę aż zemdliło na widok szybko znikającego napoju. Umiała w dosyć szybkim tempie wypić piwo albo drinki, ale nigdy nie udało się jej tego zrobić aż tak szybko.
Poszły za nim do jakiejś speluny. Kai brakowało innych określeń na to miejsce. Stare drzwi zaprowadziły je do karaoke umieszczonego w ciemnej piwnicy. Wszędzie latały kolorowe światła, a jedyny pracownik wyglądał jakby niedawno dał sobie w nos. Cudowne miejsce.
— Mają tu piwo?
Zdążyła się trochę rozejrzeć, ale nigdzie nie zauważyła jakiegoś barku.
— Nie tylko piwo.
Edgar wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. Oriana już trochę mniej.

lesbijkuj je okej?
────
[824 słowa: Kaya otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 7 lipca 2026

Od Blanche — „Marry Me Pasta”

— To nie może być aż tak trudne — Blanche mruczy pod nosem.
Spojrzenie ma wbite w ekran telefonu i wyświetlony na nim przepis. Makaron z sosem nie jest żadną wyżyną kulinarną, nawet ktoś tak nieobyty z gotowaniem powinien dać sobie radę. Wyciąga więc garnki i patelnie, rozkłada wszystkie potrzebne składniki na blacie kuchennym.
Suszone pomidory w zalewie są jej pierwszym przeciwnikiem. Walczy ze słoikiem, a potem z oleistą zalewą, która gdzieś w trakcie przekładania pomidorów na deskę do krojenia rozlewa się po połowie blatu. Wyciera to w akompaniamencie własnych przekleństw. Nigdy nie lubiła suszonych pomidorów, ale skoro przepis ich wymagał, to musi się przemóc, dla dobra sprawy.
Sieka pomidory, cebulę i czosnek. Zacina się tylko raz, co jest świetnym wynikiem. Bez problemu posługuje się xiphosem, ale zdecydowanie nie lubi się z nożami kuchennymi. Przy szykowaniu i krojeniu piersi kurczaka zacina się kolejne dwa razy. Wrzuca wszystko na patelnię — cholera, może powinna smażyć kurczaka i resztę osobno? — i wygrzebuje z szafki plastry z Kubusiem Puchatkiem. Antyczny relikt, który jednak wciąż klei się do jej skóry i być może nie załatwi ją żadnym zakażeniem.
Zanim znowu zwraca uwagę na patelnię, powietrze wypełnia swąd spalenizny. Kolejna litania przekleństw towarzyszy jej, gdy uświadamia sobie, że zawartość patelni nie miesza się sama. Ratuje, co się da, kończy smażenie i gotuje wodę na makaron. Tego już nie idzie popsuć. To tylko woda i makaron. Wsypuje całe opakowanie, ustawia minutnik i zajmuje się przyprawianiem sosu, do którego wlewa śmietankę i dodaje parmezan.
Minutnik przerywa ciszę, Blanche patrzy do garnka i… tym razem brakuje jej już nawet przekleństw. Pół wody wygotowane, pół makaronu spalone i przyklejone do ścianek garnka. Znowu ratuje co się da z makaronu, a garnek razem z jego resztą wywala do kosza.
— Jest dobrze. Po prostu porcje będą mniejsze — wmawia sama sobie, mieszając makaron z sosem.
Nabiera makaron z sosem na łyżkę, dmucha przez chwilę, by go schłodzić, i próbuje. A potem od razu wypluwa. Woda do makaronu nie była osolona. Sos otrzymał zaś nadmiar soli i pieprzu. Nie jest to jednak największym problemem. Kurczak, cholerny najdroższy kurczak od szczęśliwej kurki biegającej po trawiastych pagórkach, zanim została zabita najbardziej humanitarną możliwą metodą, jest w środku surowy.
Nazwa potrawy zdaje się z niej szydzić, kiedy usuwa kartę z wyszukiwarki. Marry Me Chicken Pasta. Po tym popisie kulinarnym Keen zdecydowanie nie chciałaby za nią wyjść. Blanche zaciera więc ślady zbrodni. Ma najprawdziwsze łzy w oczach, kiedy wywala wszystko do kosza. Razem z patelnią. Sprzątanie pobojowiska, jakie zostało z kuchni, zajmuje jej godzinę.
Kiedy Keen i Winter wracają do domu, zapach spalenizny został już dawno wywietrzony i przykryty wonią świeczki zapachowej. Śmieci zostały wyniesione, kuchnia wysprzątana na błysk. Na stole, zamiast kurczaka o sugestywnej nazwie, leży pudełko z pizzą.
Drużyna Wintera przegrała mecz. Blanche przegrała pojedynek z własną kuchnią. Jedynie Keen zdaje się zadowolona, całuje policzek swojej partnerki i sięga po pierwszy kawałek pizzy. Zabawia ich jakąś głupią historyjką ze swojej nowej pracy. Blanche do uśmiechu wystarcza śmiech ukochanej. Ich złączone wysiłki przywołują uśmiech również na twarz Wintera.
Pierścionek ukryty na dnie szuflady musi jeszcze poczekać. I bez niego rodzina Blanche jest idealna. Jej następny plan nie powinien jednak zawierać w sobie gotowania.


────
[524 słowa: Blanche otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Oriany — ,,Mieć czy być"

Powroty do domu bywały trudne. Wpadała w przygnębienie przez samo zerknięcie w kalendarz, gdzie widniała data planowanych odwiedzin — choć nie była ona nawet zaznaczona, a po prostu widniał na kalendarzu numer dnia, którego miała przyjechać.
Powroty do domu bywały trudne, a szczególnie pakowanie się. Nigdy nie była dobra w pakowaniu, czy to na jednodniowe wycieczki, czy wakacje i zawsze o czymś musiała zapomnieć. Nawet robienie listy nie było szczególnie pomocne. W robieniu list też nie była dobra, bo — znowu — nie pamiętała, co na nią wpisać.
Jej pokój owiał się głuchą pustką, gdy opuściła ojca. Stracił swoje dawne kolory i życie. Nikt już nie podlewał w nim roślin, nie zawieszał nowych plakatów i nie zostawiał bałaganu na biurku oraz niedopitej kawy. Zabrała ze sobą wszystkie płyty cd i winyle, przybory do malowania, szkicowniki, figurki i pluszaki. Szafki i ściany były puste, a łóżko przykryte białą pościelą, jak w szpitalu. Miała tam jeszcze parę swoich ubrań, ale były to raczej ubrania znoszone i dość stare, a niektóre z nich ledwo nadawały się nawet na piżamę i zawsze brała dodatkową bieliznę, parę spodni, koszulki i ewentualnie bluzę. W łazience, o dziwo, miała nadal miejsce na swoją szczoteczkę, którą zawsze wymieniał jej ojciec, choć przecież wyprowadziła się dobrych parę lat temu. Gdy przyjeżdżała, używała jego kosmetyków, stwierdzając, że nie będzie zajmować miejsca w swojej niewielkiej walizce tak nieważnymi bzdetami — choć może powinna, skoro jak już przyjeżdżała (ten raz na parę miesięcy), to na co najmniej tydzień. Jest to dość długi czas.
Mieszkanie powinno już dawno doczekać się remontu, ale jedyna osoba w nim mieszkająca nie przejmowała się takimi rzeczami i też zdecydowanie nie miała na to środków. Salon nie wyglądał jeszcze tak źle, ale cała kuchnia okryła się wilgocią, kafelki na podłodze wyglądały jak ze średniowiecza, a kuchenka jak z czasów przedwojennych. Kuchnia była szczególnie zaniedbana, gdyż nikt nie interesował się tym, aby dać jej trochę życia nowymi zapachami oraz smakami.
Mimo to nie zmuszała się nigdy do przyjeżdżania tutaj. Chciała przyjeżdżać, mimo tego małego ukłucia w klatce piersiowej, gdy kupowała bilet. Wypierała nieprzyjemne emocje, by jej do końca nie pochłonęły, gdyż były pozostałością z przeszłości, którą nie chciała już żyć. Wystarczająco na nią wpłynęła i tak długo nie chciała się odczepić, że po dziś spogląda na innych z nieufnością, unika ich i zamyka się w sobie (nawet jeśli tego nie chce). Jeśli coś miało ją kontrolować, to nie będzie to już to, co miało miejsce kiedyś i powinno odejść w zapomnienie.
Rozgościła się w salonie z kubkiem gorącej czekolady, jakby bywała tu codziennie, siadając z tabletem na kanapie i spięła przeszkadzające jej włosy. Nie włączała telewizora i czekała w ciszy, z towarzystwem tylko i jedynie własnych myśli, co było ryzykowne, bo mogły ją pożreć w każdym, najmniej spodziewanym momencie. Stwierdziła, że mieszkanie samemu i męczenie się ze sobą musi być naprawdę dobijające. Przykryła się kocem aż po szyję, przyciągając kolana pod brodę, dla zabicia czasu wodząc rysikiem po ekranie, dziękując bogom, że nie ma w pomieszczeniu zegara, który tykaniem swoich wskazówek wpędzałby ją w niepokój.
Dopiero dźwięk otwieranych drzwi przywrócił ją do rzeczywistości. Od razu odłożyła tablet na stolik i opuściła stopy na chłodną podłogę. Zauważyła, że za oknami zrobiło się już ciemno i dopadła ją nagła senność. Gdy wstała ociężale z kanapy, mężczyzna zdążył już zdjąć buty oraz kurtkę w przedpokoju. Okazał się jej ubrany w białą koszulę i czarny krawat, przy czym uśmiechnął się ciepło na jej widok, jakby wyczekując na opinię.
— Pasuje do ciebie — stwierdziła, podchodząc do niego i pociągając figlarnie za krawat. — Nie daj się tym razem wylać, co?
Parsknął w odpowiedzi i ujął córkę w ramiona, głaszcząc ją po włosach, zachwycając się tym, jak długie urosły. Z rezerwą wtuliła twarz w jego klatkę piersiową, wyczuwając od niego zapach perfum, których przecież nigdy w życiu nie używał. Była to jednak miła odmiana od zapachu alkoholu, który czuła od niego parę lat wcześniej.

 
────
[643 słowa: Oriana otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Edgar CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Artem rzadko kiedy wyglądał na spłoszonego. A gdy już to robił, przyjmował pozycję obronną, której nie było widać po nim na pierwszy rzut oka. Nie wyglądał do końca na wystraszonego, ale również nie na pewnego siebie, uciekając wzrokiem w bok, gotowy w każdej sekundzie, aby się ulotnić i zdystansować. Chcąc coś powiedzieć, wydobyłom z siebie niezrozumiały bełkot, na który mężczyzna spojrzał na mnie wyczekująco. Nie podnosząc się, wetknęłom palce pod szkła okularów i przycisnęłom je mocno do powiek, aż rozbolały mnie gałki oczne, a gdy z powrotem odzyskałom widok na świat, przez moment był on zmroczony.
Nie wiedząc, czy oczekiwanie Artema na moją odpowiedź odbywa się w cierpliwości, usiadłom w spięciu na brzegu kanapy, nerwowo przebierając palcami u rąk. Nie chciałom nawet spoglądać mu na twarz, ale on zbliżył się do mnie znowu, na tyle blisko, że nasze uda się dotknęły. Spięłom się znowu, mając nadzieję (co musiałoby być trudne), że nie widać po mnie aż tak, że czuję się w tej sytuacji zagubione. I przytłoczone. W sposób, który mnie pociągał i nalegał do padnięcia w przegranej.
— N-Nie — wyszeptałom. — Nie.
— A co innego z tym zrobisz? — spytał.
Pochylił się do przodu, chcąc spojrzeć mi w twarz. Podejrzewałom, że rzeczywiście obawia się, iż mam zamiar od niego odejść i nie chciałom sprawiać takiego wrażenia, dlatego wyprostowałom się i przestałom go unikać, zażenowane tym, że jako dwudziesto-sześciolatek zawstydzam się w takiej chwili i tracę głowę, choć nie było to dla mnie nic nowego. Czułom się jak na swojej pierwszej randce.
— Nie wiem.
— Może razem coś z tym zrobimy?
Pokręciłem głową, modląc się o to, aby ktoś odebrał mi głos, bym nie musiał się już zmuszać do mówienia. Mężczyzna złapał moją brodę, odwracając twarz w jego stronę. Zmrużyłom powieki, gryząc się w policzki.
— Co z tym zrobimy, Edgar?
— Nie wiem — powtórzyłom beznamiętnie. — Masz na myśli to, co stało się przed chwilą, czy wszystko?
— Pocałowałem cię. To się stało. Nazywaj rzeczy po imieniu.
Zniżył dłoń i delikatnie zacisnął ją wokół mojej szyi, głaszcząc kciukiem pompującą pod jego dotykiem tętnice. Przełknęłom ślinę, co wyczuł pod palcami i odetchnął cicho. Ręka mężczyzny powędrowała niżej, zatrzymując się powyżej mojego mostka, gdy zahaczył o kołnierz koszulki. Z każdą chwilą, z coraz większą gwałtownością, rosła we mnie temperatura. Mogłem wybuchnąć i wątpiłem, że skończyłoby się to dobrze, choć dla nas i tak już nie było ratunku. Tyle zdążyliśmy zepsuć rzeczy i ich żałować, że kolejny błąd nic by nie znaczył. Chciał zabrać rękę, ale odpowiednio szybko ją złapałem, unosząc do swoich warg. Pocałowałem go w wierzch dłoni, spotykając się w odpowiedzi z zaabsorbowanymi na mnie oczami i momentalnie poczułem się jeszcze bardziej głupio. Speszony, nie wiedząc, czy powinienem pozostać przy nim, czy odejść, niespokojnie się poruszyłem, a Artem zażyle objął mnie ramionami i znowu pocałował. Jego wargi poruszały się w tempo moich z niewyobrażalną harmonią, z powodu której nawet na chwilę nie chciałem się odsuwać, aby nie wyprowadzić nas z rytmu, przez co zaczęliśmy drażnić się dotykiem po wszystkich zakamarkach ciała. Wszystkich.
Mój telefon na stoliku zaczął wibrować. Niczym poparzony, ze zdenerwowaniem odsunąłem się od Artema, jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro wrzącej wody. Wziąłem telefon do ręki i widząc, kto do mnie dzwoni, od razu się rozłączyłem, po czym rzuciłem z hukiem urządzenie z powrotem na stolik. Pchnąłem Artema na bok kanapy, opierając ręce po obu stronach jego głowy. Wciśnięty w oparcie pozwalał na to, abym palcami wodził mu po wargach.
— Kim jest…
— Nikim ważnym.
Nie pozwoliłem mu spytać o nic więcej. Artem się nie opierał, gdy nagle przejąłem inicjatywę, a ten fakt rozpalał mnie od środka. Zapomniałem o otaczającej nas rzeczywistości, o rzeczach, które miały miejsce dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj i dawniej, zapomniałem o zdrowym rozsądku, o tym, jak powinno to wyglądać i o tym, że jutro będziemy tego żałować, a mój stan był bliski upojeniu. Wszystkie te rzeczy pozostały w tyle mojej głowy, będąc jedynie tłem dla naszych ciężkich westchnień, nie mając nawet najmniejszej szansy, by przedrzeć się do mojej świadomości. Nic z tego nie było wtedy ważne, gdy zamotaliśmy się w sobie wzajemnie, wspierając wzajemnie swoje własne impulsy, wspólnie wprowadzając się w gęstą zamieć. Przez długie parę sekund patrzyliśmy sobie w oczy, jakbyśmy chcieli to przerwać, ale nic nie powiedzieliśmy i powróciliśmy bez dalszego wahania do bezmyślnego, nęcącego dotyku.
Bezmyślnego. Bo tak jednym słowem można było opisać ten moment. Był bezmyślny. Rządziły mną emocje, nieposkromione pragnienie, którego nie opisałbym jako żądze, a coś stęsknionego, długo wyczekującego, na skraju wyczerpania, bliskie temu, aby się poddać. A gdy już zyskało to, czego chciało przez te parę lat, zupełnie się w tym zatraciło, sabotując tym nawet moją pamięć. Byłem obecny ciałem, ale nie duchem, a tym bardziej nie umysłem. Nie pamiętam dokładnej chronologii wydarzeń, ale mogę wszystko to ponownie poczuć, z tą samą intensywnością. Mogę przywołać to uczucie bycia pod nim, kompletnie pod jego kontrolą, jakbym sam nie musiał nic już nigdy nie robić, bo to on będzie tym, który będzie mną kierował. Możliwe, że zawładnął mną tak bardzo, że oprócz mego ciała, przejął też moje wspomnienia. Nigdy nie doświadczyłem czegoś takiego, po żadnym narkotyku.
Spośród wszystkiego, gdzieś w tle odzywał się letni wiatr za oknem oraz dzwoniący znowu telefon, ale skupione byłom tylko na oddechu Artema. Wstrząsały mną drgawki za każdym razem, gdy zmieniał miejsce ucisku. Gdy dłonie z talii uciekały do bioder, uciskając je z taką siłą, nie dawały mi żadnej wolności. Całował mnie w brodę, szyję i ramię, a ja odwzajemniałem się, podgryzając mu uszy, obojczyki i skórę na podbrzuszu. Odgarniał przy tym włosy z mojego czoła i łapczywie się we mnie wpatrywał, co starałem się z całej siły ignorować, by nie wybuchnąć wstydem. Ze sposobu, w jaki na mnie patrzył, mogłom jedynie się domyślić, że cieszy go ten widok. W pewnym momencie powróciła do mnie ta zawiść, która często rodziła się we mnie w jego towarzystwie i pragnienie, by obrócić wszystko w konkurencję, odwrócić nasze role, ale mój obraz był zbytnio znęcony i po prostu słuchałem niemych poleceń mężczyzny. Mógł zrobić wszystko, co by zechciał dla własnej przyjemności i nieszczególnie bym oponował, nawet gdyby mi się to nie podobało, o ile jest to możliwe — ta jego srogość i bestialstwo były wszystkim, co w nim uwielbiałem od momentu, gdy się poznaliśmy. Nic a nic się nie zmienił.
Nie sądziłem, że coś może sprawiać wrażenie, jakby trwało w nieskończoność i jednocześnie, jakby zajęło parę niezliczonych chwil, ale jedno było pewne — mógłbym to powtarzać bez przerwy i tak samo się gubić, w złotych oczach i natarczywych pocałunkach. W rozpalonej skórze, silnych dłoniach, ocierając się o świeży zarost, odurzając się jego cytrynowym zapachem i nie mając go nigdy dość. Będzie mnie to nawiedzać w snach i dopiero się okaże, czy będą one koszmarami.

 
Artem?
────
[1107 słów: Edgar otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]