Nie istnieje nic lepszego niż miła, pełna uroku i prześlicznych widoków wycieczka, podczas której jedno z nich daje z siebie wszystko, żeby nie zacząć wrzeszczeć z frustracji, mając wrażenie, że asfalt parzy go nawet przez podeszwy butów. Po czym dosadnie, wciąż krzycząc, dodać, że absolutnie nie idą dalej, tylko kładą się tu i teraz, bo akurat znalazł jedyny kawałek cienia istniejący w całym Nowym Jorku. W przeciwieństwie do buzującej w Lucienie irytacji, Arnar (któreno pomysłem było ryzykowne wyjście z klimatyzowanego mieszkania) beztrosko poprawia czapkę z daszkiem (wpycha ją głębiej na głowę, zmuszone użyć do tego dwóch rąk), a jej wciąż ledwo udaje się przykryć jeno gęstą czuprynę i co parę minut podjeżdża nu za wysoko na czole, pokonywana przez waleczną, rozczochraną grzywkę.
– Może byśmy kupili te lody w pudełku i bardzo szybko wrócili do domu – proponuje Lucien, już od wyjścia z mieszkania zachowując się jak wleczący się za Papą Smerfem Maruda, który co chwilę pyta, czy daleko jeszcze.
– Ale ja chciałom iść z tobą do budki! A ty się zgodziłeś! – prostestuje Arnar tonem aż nadto dziecinnym, a Lucien tylko wzdycha i wyciera pot z czoła, prawdopodobnie, jak ma nadzieję Hermesiąko, w głowie przyznając nu rację, że rzeczywiście się zgodził i teraz jest uwięziony w tym piekle dopóki nie kupią lodów. – Dramatyzujesz, nie jest aż tak ciepło.
– Przestanę dramatyzować, jeśli w tej budce będzie alkohol.
– Właśnie dlatego tak długo jej szukamy! W budkach z lodami zazwyczaj są lody, może gofry i jakieś slushie, ale nie wino i czysta! – bulwersuje się Arnar, mimo że znacznie logiczniej byłoby stwierdzić, że jest zbyt gorąco na kłótnie dotyczące asortymentu budek z lodami.
– Dobra, to wiesz, co zrobimy? – Zainteresowane Arnar aż przystaje, żeby lepiej go słyszeć i momentalnie porzuca wcześniejszą lekko poirytowaną minę, by zastąpić ją uprzejmym, ciekawskim uśmiechem. – Postawisz mi slushie, a ja zmienię je w… coś, co będzie mrożone i zawierało alkohol, jeszcze nie wiem, co dokładnie.
Niespodziewanie, Arnar wybucha śmiechem, całkowicie pochłonięte przez koncept Luciena pijącego mrożone wino o smaku bananowym, co… prawdopodobnie nie wydarzy się w tym życiu i w żadnym alternatywnym uniwersum. Chłopak chyba nie widzi w tym nic tak śmiesznego, ale skoro Arnar się zgadza na ten absurdalnie głupi pomysł (nie tak głupi jak większość ich pomysłów), to nie będzie dolewać oliwy do ognia i nie spyta, co w tym jest takiego śmiesznego.
– Masz w skarbonce coś więcej niż pesos? – pyta nieco zaniepokojony Lucien, gdy wreszcie podchodzą do lady najbliższej kolorowej budki. Z wnętrza wychyla się niezbyt przyjaźnie wyglądająca licealistka, która najwyraźniej nie jest szczególnie zadowolona z konieczności wykonania swojej pracy.
– Właściwie, to mam portfel – dumne z siebie, pokazuje mu starą portmonetkę, od której miejscami odchodzi skóra – z dolarami w środku.
– Ty to ukradłoś jakiejś potrzebującej staruszce?
– Eee, trudno stwierdzić, nie wiem, skąd to mam. – Wzrusza ramionami i zaraz po tym odwraca się z radosnym, szerokim uśmiechem do ekspedientki (wszystko słyszała). – Supermenowe i bananowe poproszę. Po gałce. I slushie do tego.
– Jaki smak? – pyta dziewczyna, wbijając zmęczone oczy w Arnar.
– Jaki smak? – powtarza Hermesiątko, wbijając szczęśliwe ślepia w Luciena.
– Pomi- – zaczyna automatycznie odpowiadać, zanim reflektuje się, że smaku pomidorowego nie ma w menu. W momencie zawahania, gdy szuka ratunku w tabliczce z menu, Arnar nie może powstrzymać się przed uśmiechnięciem się jeszcze szerzej. – Yy, jabłkowy – nieudolnie kończy, wybierając pierwszy smak, jaki udało mu się odcyfrować z tabliczki.
– Jabłkowy – Arnar uczynnie powtarza informację dziewczynie, która jeszcze coś mamrocze pod nosem, zanim podaje nu lody i niedługo potem slushie. Okazuje się, że w swojej portmonecce Arnar rzeczywiście ma nieduży plik pomiętych dolarów i dobrze idzie nu ukrycie, że samo jest tym faktem dość mocno zdziwione.
– Ej, Lucien – wymlaskuje Arnar w przerwie od powstrzymywania swoich lodów od przemiany w wartki strumień mleka płynący w dół jeno przedramion – a jak wrócimy do domu, to pokażę ci sztuczki? – stwierdza, pytając.
– Jakie? – rzuca chłopak, siorbiąc swoje procentowe slushie.
– A, takie w łóżku. – Wzrusza ramionami, bo nie widzi najmniejszej potrzeby tłumaczenia czegoś, co ma być niespodzianką.
– Przepraszam? – Lucien marszczy brwi, przekonany, że źle usłyszał. Prawie opluwa się czymś, co właśnie z wyrafinowanego drinka zmieniło się w piwo o smaku pomidorowym.
– Za co? – Skonfundowane Arnar też marszczy brwi i niemal pozwala, żeby supermanowa stróżka dotknęła jeno palców.
– Nie, to znaczy… Że jakie sztuczki?
– Nie powiem ci, bo wtedy nie będzie niespodzianki.
Lucien wpatruje się w partnera z drugiego końca plastikowego, różowego stoliczka intensywnie zaniepokojonym spojrzeniem. Arnar z uniesioną brwią obserwuje, jak jeno partner szybko rozgląda się dookoła, jakby sprawdzał, czy niemrawo scrollująca tiktoka licealistka przypadkiem ich nie podsłuchuje. Rumieniec szybko wykwita na jego twarzy, gdy wraca zażenowanym wzrokiem do Arnar, po czym zaraz wbija spojrzenie w swoje slushie, które desperacko próbuje znowu zmienić w cokolwiek, co nie jest pomidorowym piwem. Dopiero gdy Arnar przyłapuje chłopaka na bezmyślnym skubaniu skórek swoich warg (co robi zdecydowanie za często, żeby nie zaczęło być niepokojące), postanawia ograć tę sytuację w żartobliwy, wyluzowany sposób (sytuację, która stała się niezręczna w sposób dziwny i niezrozumiały dla biedneno Arnar).
– A co ty się tak rumienisz? – pyta z chytrym uśmieszkiem, próbując sprawiać wrażenie osoby, która doskonale wie, co robi.
– Ru-rumienię się? – Lucien, ku swojej zgubie, rumieni się jeszcze bardziej. – Wcale się nie rumienię. To od alkoholu.
– Aha. – Arnar, prawie że niewzruszone, kontynuuje konsumpcję swojego niemal shake'a (na chwilę zostawić lody bez opieki, a już się roztapią). Powiedziałoby coś jeszcze, ale nic nie przychodzi nu do głowy.
– Ale – niespodziewanie odzywa się Lucien – że już?
– Co „już”? – Chciałoby zrozumieć, o co mu chodzi. Zaproponowało, a raczej… oznajmiło najzupełniej normalną rzecz, której chłopak zdecydowanie powinien się spodziewać, mieszkając z niem. Czy Lucien na pewno się dobrze czuje. Czy on nie ma gorączki przypadkiem.
– No… że teraz? Tak… szybko??
– Szyb… Nie? – Arnar oszczędza mu pytania o to, co ma na myśli, mówiąc „szybko”. Ramiona Luciena wreszcie się rozluźniają i on cały wygląda na spokojniejszego. Nawet przestaje się aż tak rumienić. – Po pierwsze, to tutaj nie mamy łóżka, więc… – przerywa, gdy Lucien ukrywa twarz w dłoniach i wydaje z siebie dźwięk podobny do piszczenia czajnika. – Wszystko okej??
– Ja po prostu nie wiem, czy jestem na to gotowy… – mamrocze Lucien tak cicho, że Arnar, bardzo głęboko pochyliwszy się nad stolikiem, ledwo rozumie słowa klucze.
– Nie wiem, czemu miałbyś nie być, przecież ja wiem, co robię – zapewnia go, ale nie spodziewało się, że jeno słowa sprawią tylko tyle, że chłopak zarumieni się jeszcze bardziej i powie coś, czego ono za nic w świecie nie potrafi rozszyfrować. – Eee, zaufaj mi? – dodaje niepewnie. – To tylko… jeśli tak bardzo chcesz, to mogę ci dokładnie powiedzieć, co chcę ci pokazać, ale myślałom, że lubisz niespodzianki?
– Ja… nie, nie tłumacz – stwierdza Lucien i bierze głęboki wdech. – To… tylko muszę… – urywa i przeciera dłonią najpierw oczy, potem policzki, patrzy gdzieś poza Arnar, wraca do nieno wzrokiem, uśmiecha się słabo…
– Jakby co – nie ma pojęcia, co innego może mu zaoferować – to nie musi być dzisiaj.
– Nie, znaczy, spoko, okej, nie, że… że nie chcę, ale… – Jeśli Arnar się nie przesłyszało, to przeklął pod nosem. – Ja się po prostu muszę przygotować.
Hermesiątko mruga, trochę zdezorientowane.
– Ale ja wszystko przygotowałom? – mówi niepewnie. – Poza tym, ty nic nie musisz przygotowywać, bo to ja będę…
– NIEWAŻNE – gwałtownie i głośno ucina Lucien. Tak głośno, że nawet sprzedawczyni unosi wzrok znad ekranu spojego telefonu, żeby posłać im poirytowane spojrzenie i wrócić do oglądania tiktoka. – Nie drąż.
– Okej, kochanie, przepraszam?
– Nie jestem zły – odpowiada za bardzo naburmuszonym tonem, żeby zabrzmiało to prawdziwie i chyba dostrzega niepewną minę Arnar, bo dodaje: – Serio, tylko tak z tym wyskoczyłoś i…
– Najpierw to ci w ogóle miałom nie mówić – oznajmia ze śmiechem. Lucien najpierw wygląda na przerażonego jeno słowami, po czym tłumaczy to sobie tak, że Arnar w tym przypadku musi żartować.
– Tylko co? – odpowiada z trochę wymuszonym uśmiechem.
– Postawić cię przed faktem dokonanym.
– Jesteś OKROPNE – stwierdza całkowicie czerwony Lucien, ale tym razem mówi to tym swoim charakterystycznym tonem, którego używa zawsze, gdy przekomarza się z Arnar i wyzywa no na żarty.
Uśmiechają się do siebie, po czym Lucien wciąż utrzymuje, że to alkohol uderzył mu do głowy i to dlatego jest taki czerwony i gorąc też się do tego przyłożył i ogólnie to wszystko jest totalnie okej i jest wyluzowany. Tak.
Arnar tylko się z niego śmieje.
Przygotowawszy wszystko, Arnar ukrywa się w ich sypialni, gdy Lucien wreszcie wraca do domu i oznajmia swoje przybycie głośnym: „hej, wróciłem”.
– Super – odpowiada skupione Hermesiątko, na szybko poprawiając zbudowaną przez siebie nastrojową scenkę miłosną, skrzętnie ułożoną na ich profesjonalnie poskładanej pościeli.
Lucien staje w drzwiach sypialni z reklamówką w dłoni, która prawie wypada mu z dłoni, gdy ogarnia wzrokiem łóżko. Brwi podjeżdżają mu wysoko na czoło i usta pozostają lekko rozchylone po tym, jak miał zamiar coś powiedzieć, ale kompletnie zapomniał, co.
– A teraz patrz – mówi Arnar trzęsącym się z ekscytacji głosem i wyciąga swoją najpiękniejszą talię kart. Jednak zanim udaje nu się choćby je przetasować, Lucien odzyskuje głos.
– To są… to są łabędzie? Łabędzie z ręczników? …Całujące się lub robiące cokolwiek, co wymaga stykania się dziobami, łabędzie z ręczników? – pyta, wyglądając, jakby miał zemdleć. Arnar stwierdza, że pewnie z zachwytu.
– TAK.
– I to są te sztuczki, które mi chciałoś pokazać?
– TAK.
– Czyli… Ja pierdolę, okej, dobra – mówi to takim tonem, że Arnar już chce zapytać, czy dobrze się czuje, po czym wybucha głośnym śmiechem. – TO?
– Tak, to – odpowiada Hermesiątko, trochę naburmuszone, bo jeszcze nie skomplementował jeno starań. – Nauczyłom się tego od Ulferta, bo w wakacje pracował w jakimś hotelu i…
– Ale ja jestem głupi – mamrocze Lucien, ledwo łapiąc oddech. Arnar patrzy na niego wzrokiem najbardziej zdezorientowanego kota na świecie. – Już nieważne. – Wciąż chichocze, gdy wspina się na palce, żeby ponieść próbę pocałowania Arnar. Wciąż nieco zdezorientowane, uczynnie się pochyla, żeby ułatwić mu zadanie. Zanim Lucienowi udaje się skutecznie odwrócić uwagę Arnar od wysuwających mu się z dłoni kart, ono odsuwa się na moment, żeby zapytać niepewnie:
– Czyli jednak ci się podoba?
– Tak – odpowiada Lucien z szerokim uśmiechem. – W sumie, to mi ulżyło. Nie spodziewałem się.
Arnar marszczy brwi i zaciekawione przekrzywia głowę, praktycznie odpychając od siebie zdziwionego chłopaka.
– Czekaj, czekaj – mówi, zanim syn Dionizosa zdąży zapytać, co się stało. – To co ty niby kupiłeś?
– C0… kupiłem?
– Co masz w tej reklamówce? – Arnar wskazuje na porzucone u progu sypialni zakupy Luciena, o których najwyraźniej chłopak tak po prostu zapomniał.
– NIE, NIC TU NIE MAM!! – wrzeszczy i zrywa się do biegu, żeby doskoczyć do siatki przed Arnar, które, próbując nie przewrócić się ze śmiechu, stara się utrudnić mu to zadanie w każdy możliwy sposób. – ZOSTAW MNIE!!! PIĘKNE ŁABĘDZIE, KOCHANIE!!! ZAJMIJ SIĘ ŁABĘDZIAMI!!!
– Piękna reklamówka, kochanie.
– PRZYRZEKAM, ŻE WYRZUCĘ TĘ TORBĘ PRZEZ OKNO, JEŚLI JESZCZE RAZ PO NIĄ SIĘGNIESZ – grozi Lucien, gdy zadyszany i zarumieniony przytula zakupy do piersi. – Ani mi się rusz. Zaraz wracam.
Po tych słowach zostawia roześmiane Arnar i przekrzywione przez ich szamotaninę łabędzie w sypialni, żeby w tempie natychmiastowym zutylizować zawartość reklamówki.
[1783 słowa: Arnar otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]