sobota, 18 lipca 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Inez nie chciała mówić, że się bała, ale… chyba jednak trochę się tak czuła. To nie była jej pierwsza walka. ale to nie miało znaczenia, bo przy każdej stresowała się tak samo. Niby jej odporność była lepsza niż śmiertelników, ale ona nim także była. To, że widziała także potwory sprawiało, że była tylko w większym niebezpieczeństwie. Zawsze zastanawiała się wtedy jak jej tato mógł to zrobić jej mamie i ją zdradzić. Gdyby tylko tego nie zrobił mogłaby sobie spokojnie żyć… Zawsze myślała, że mu wybaczyła i naprawdę nigdy nie okazywała mu, że jest inaczej, ale gdy zagrożone było jej życie, to był jedyny czas gdy wątpiła czy naprawdę wciąż nie jest zła.
Jednak razem z Dahlią jechały na jednym wózku, miała wsparcie i to się liczyło. Naprawdę dziękowała teraz bogom, że dziewczyna tu jest. Nienawidziła samotnych wypraw, więc jak teraz wybrała się sama (a raczej została posłana) to przez cały czas trochę się obawiała. Inez była ekstrawertyczną duszą, uwielbiała być przy ludziach, nawet jeśli oni niekoniecznie uwielbiali być przy niej. Jednak najbardziej uwielbiała to uczucie, że nie jest w czymś sama, że jest ktoś kto ją rozumie, kto przeżył coś podobnego i jakkolwiek może się z nią utożsamiać.
– Dobra, damy radę. Musimy dać, nie? – zaśmiała się przytulając do siebie dotychczas niezawodną broń. – Ufam Ci – mówiąc te słowa zobaczyła jak dziewczyna zrobiła się nieco zmieszana. Dla Velez to był częsty widok. Prawie każdy komu tak w swoim życiu powiedziała dziwił się, że może takie słowa wypowiedzieć do prawie nieznajomego. Często powtarzano jej, że jest łatwowierna. I prawdopodobnie mieli rację, ale ona nie chciała nic zmieniać.
Spojrzały się na siebie i skinęły głową tym samy uzgadniając, że robią zamianę. W tym momencie Inez przerwała iluzję, a Venti stanęły nieco zbite z tropu. W tym, momencie musiały wykorzystać tę okazję i ruszyły ku nim. Okazało się jednak, że stwory są za daleko w stosunku do nich, więc zwróciły na nich uwagę w ostatnim momencie, gdy Inez wycelowała z broni. Venti zdążył zrobić unik, jednak jego zaskoczenie wzrosło. Zresztą jego towarzysz był niemniej zaskoczony, co natomiast wykorzystała Dahlia. Zamachnęła się porządnie mieczem a potwór wydał z siebie głośny, druzgocący krzyk.
„To chyba działa” – pomyślała Velez słysząc ten dźwięk. Wcześniej pomimo bólu, nie brzmiało to tak rozpaczliwie, nawet gdy trafiały. Powiedziałaby nawet, że czym dłużej trwała tamta wymiana ostrza, tym Venti się uodparniały. Brian (bo to chyba był on? Inez w tym momencie nie była pewna, mienili się jej w oczach) cisnął piorunami w Dahlie, jednak ona zrobiła unik. Dokładnie się tego spodziewała, tak samo jak kolejnej salwy, która na nią nadeszła. Cóż, to było do przewidzenia. Potwór był rozwścieczony, nie myślał sensownie.
Archie w tym czasie podleciał bliżej Inez, która przez moment zapomniała, że powinna celować. Cholera. Rozejrzała się szybko dookoła, a następnie niewiele myśląc stworzyła iluzję wielu ptaków, tym samym sprawiając, że zasłoniła się przed wzrokiem Venti. Przeturlała się szybko na prawo i bardzo dobrze. Jej przeciwnik raczej spodziewał się, że stworzy iluzję, bo uderzył z większą siłą już po chwilę w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała. Miała chwilę, by naciągnąć broń i strzelić. Zrobiła to i-
– Uważaj! – usłyszała krzyk Dahlii, a potem lecący w niej grom ze strony Briana.
– Szlag – zaklnęła i ruszyła w bok, jednak uderzenie odrzuciło ją nieco, a z jej rąk wypadł Gastrafetes. Odbiła się od ziemi i przeturlała. Poczuła jak przez moment w płucach brakuje jej powietrza. Po chwili zaczęła głośno kaszleć, jednak jakimś cudem wciąż była w całości. Przez chwilę świat wokół niej nie istniał, ale po chwili dźwięki wróciły do jej uszu. W tym momencie starsza stanęła przed nią broniąc ją przed jednym z Venti, wsadzając miecz wprost w jego brzuch. To wtedy Inez usłyszała chorobliwy krzyk bólu, a potem drugiego Venti. Wstała do klęczek i uniosła głowę. Jeden z nich się rozpadł. Czyli Dahlia miała rację! Musieli się zmienić.
Pozostał im tylko jeden, samotny i bardzo zły Venti.


Dahlia?
────
[645 słów: Inez otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait nie był zaskoczony, że mieszkające na dole szczury wcale zwykłymi szczurami nie były. Rozczarowany i zrezygnowany – to jak najbardziej, ale przecież każdy by był. Nie zastanawiał się nawet, czemu akurat ich to spotkało, bo odpowiedzią i tak byłoby „bo jesteście półbogami”, a z dwojga złego wolał sam się tym zająć, niż gdyby spotkało to kogoś innego. Czy konkretnie takie sytuacje często spotykały innych półbogów? Prawdopodobnie.
Zresztą, przecież nawet teraz nie zajmował się tym sam. Spojrzał na Apollodorosa znad kubka z herbatą, która zdążyła wystygnąć już dawno temu. Udało im się wyjść z tego bez wyjątkowo poważnych obrażeń, a Chait podejrzewał, że gdyby zdecydował się zejść tam w pojedynkę, bez informowania współlokatora, to sytuacja wyglądałaby zdecydowanie gorzej. Szybko przeniósł wzrok na okno. Na zewnątrz robiło się jasno, chociaż kiedy schodzili, to ledwo zaczynało się ściemniać. Niby brzmiało to, jakby stoczyli bardzo długą bitwę, ale Chait miał wrażenie, że znacznie więcej czasu poświęcili – lub zmarnowali – po prostu siedząc w mieszkaniu, prawie ze sobą nie rozmawiając.
Żadne nie zapytało, co powinni teraz zrobić. Oboje wiedzieli, że muszą pozbyć się problemu, więc może zadawanie tego pytania było zwyczajnie zbędne. Pewnie, zamiast tego, powinni zapytać o to, jak zrobić to, co zrobić mają, ale tego o to też nikt nie zapytał.
– Zrobić ci świeżej herbaty?
Chait prawie wypuścił z rąk kubek. Wyprostował się nieco bardziej na swoim miejscu, kręcąc głową i uśmiechając się do Apollodorosa najszczerzej, jak potrafił w ich obecnej sytuacji.
– Nie trzeba, dzięki.
Apollodoros i tak wstało i podeszło do blatu, odstawiając swój kubek. Chait przez chwilę śledził jeno ruchy, zanim z rezygnacją z powrotem przeniósł wzrok na okno.
– Nie wiem, czy uda nam się dzisiaj coś wymyślić – powiedział w końcu, podnosząc się, żeby też odstawić niedopitą herbatę.
Jedną, wyjątkowo oczywistą opcją było zejście z powrotem na dół i wybicie wszystkich tych stworzeń po kolei. Raczej nie zamierzali tego proponować – na pewno nie teraz, kiedy dopiero co udało im się wyjść z jednego takiego starcia. Chaitowi przeszło przez myśl, że może być to ich jedyne rozwiązanie, ale wolał optymistycznie zakładać, że jednak znajdą jakieś inne. Jeśli nie znajdą, to i tak musieli najpierw przygotować się chociaż odrobinę lepiej.
Zastanawiał się, jak szybko zatęskni za zwykłymi szczurami, które mogły co najwyżej doprowadzić do zamknięcia jego miejsca pracy. Krzyczący klienci i inspekcja nagle wydały się bardzo zwyczajne i zdecydowanie bardziej przyjemne. Oczywiście nigdy nie przyznałby tego na głos, nie był jeszcze aż tak zdesperowany.
– Masz rację, że powinniśmy odpocząć. – Apollodoros skończyło szykować nową herbatę. – Na pewno nie chcesz? To dla mnie żaden problem.
Chait pokręcił głową. Sam nie wiedział, czy na pytanie o herbatę, czy na sugestię odpoczynku. Wątpił, czy Apollodoros odpocznie i doskonale wiedział, że sam na pewno tego nie zrobi.
– Nie, nie. Dzięki.
Na chwilę znowu zapadła cisza i nawet nie ruszyli się z miejsca. To chyba wystarczająco sugerowało, jaki w tej chwili jest ich stosunek do odpoczywania.
– Masz dzisiaj pracę?
Chait potrzebował kilku sekund, by zastanowić się nad odpowiedzią. Jaki w ogóle był dzień tygodnia? Niedługo miał być kolejny festiwal, z którego na pewno nie mógł się wycofać. Nawet gdyby chciał, to ktoś ściągnąłby go na miejsce siłą.
Ale to jeszcze nie teraz. Odetchnął.
– Dopiero wieczorem. I tylko kilka godzin – odpowiedział w końcu, opierając się ramieniem o ścianę. – A ty?
– Mam popołudniową zmianę.
Chait westchnął. To był tylko kolejny powód, by na dzisiaj odpuścić.
– Może w ciągu dnia uda nam się coś wymyślić albo przynajmniej dowiedzieć czegoś więcej – zasugerował, chociaż nie było w tym nawet odrobiny przekonania. – Może uda się jeszcze porozmawiać z sąsiadami, może w okolicy znajdzie się ktoś, kto coś wie.
Apollodoros skinęło głową.
– A jeśli nie, to przygotujemy się lepiej.
Pozostawało tylko mieć nadzieję, że faktycznie będą w stanie przygotować się lepiej. Chait doskonale wiedział, że kilka następnych godzin będzie już nawet nie próbą odpoczynku, a zwyczajnym udawaniem, że odpoczywają. To pewnie w żaden sposób im nie pomagało.
Zaproponował, że pozmywa po herbacie. Zostawienie bałaganu na pewno by im teraz w niczym nie pomogło, a tak to przynajmniej tyle mógł zrobić, by odwdzięczyć się za pomoc w i po walce. Pozwalało mu to zostać na nogach chwilę dłużej.
Nie rozmawiali wiele, kiedy następnego dnia Apollodoros wychodziło do pracy. Chait wyszedł, nim wróciło, więc dopiero wieczorem znowu mogli porozmawiać.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 14 lipca 2026

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Is wzruszyła ramionami, przesuwając wzrok z Kaliny na rząd plastikowych doniczek.
— Zresztą, po co komu ojciec? — zapytała, unosząc kąciki ust w uśmiechu.
Nie, żeby miała coś do Hermesa. No dobra, może miała maleńkie pretensje o to, że miał ją głęboko w dupie, ale lata obcowania z innymi dzieciakami bogów sprawiły, że przynajmniej nie czuła się w tym samotna. Łatwo jest spłodzić kilkadziesiąt dzieciaków, gorzej się potem nimi interesować. Z tego, co wiedziała, Hermes miał kilku swoich ulubieńców, z którymi częściej się kontaktował, ale Isobel najwyraźniej nigdy nie była jednym z nich. Może jeszcze przez pierwsze trzy lata starała się zostać kimś, kim ojciec mógł się zainteresować, ale potem zrezygnowała, bo nie przyniosło to absolutnie żadnych efektów. Is już we wczesnym dzieciństwie dowiedziała się, że rodzice to beznadziejna sprawa i nie opłaca się marnować czasu i energii na naprawienie czegokolwiek, co z nimi związane. W wieku piętnastu lat zobaczyła ojca na własne oczy i postanowiła się tym zadowolić. Swój stosunek do niego uznawała za raczej neutralny i rzadko o nim mówiła.
— …Po to żeby zarabiał na truskawkach w Holandii? — zaproponowała Kalina.
Is wybuchnęła śmiechem, ściągając na siebie wzrok niezbyt zadowolonej ekspedientki. Posłała kobiecie uśmiech i zapomniała o niej, kiedy tylko znowu stanęła do niej plecami.
— Okej, muszę przyznać, ma to jakiś sens — powiedziała, wciąż z uśmiechem błąkającym się na ustach.
— Jasne, że ma. Sama się przez chwilę zastanawiałam, czy może nie pojechać na truskawki, ale jednak wybrałam studia — dodała dziewczyna, zapomniawszy o doniczkach.
W głowie Is gdzieś tam jeszcze plątała się myśl o zakupie doniczki, ale kątem oka ciągle dostrzegała ich ceny i stwierdziła, że chyba jednak jej nie stać. Kto liczy sobie sześć dolców za taki kawałek plastiku? Jej kwiatek najwyraźniej jeszcze trochę będzie musiał posiedzieć w słoiku z wodą, dopóki nie trafi na jakąś lepszą promocję w lokalnym chińczyku.
— Studiujesz?
— Tak! Dziennikarstwo. A ty?
— Sinologię. Fajna sprawa, ale nauki w chuj — westchnęła, w tym momencie już udając, że ogląda doniczki, żeby pracownica sklepu jej stąd nie wyrzuciła.
— Sinologia… Chiny, tak? Czy Azja generalnie?
— Nie, nie, Chiny — wyjaśniła Is, oglądając jedną z absurdalnie drogich doniczek. — Jezu, ktoś serio za to tyle płaci?
Kalina zajrzała jej przez ramię. Skrzywiła się, naśladując tym samym minę dziewczyny.
— ILE? Nieźle sobie liczą — skwitowała.
Is odstawiła przedmiot na półkę, uważając, żeby niczego przy tym nie przewrócić. Pokręciła głową z dezaprobatą.
— Masakra… Dziennikarstwo. Lubisz pisać?
— Musiałabym umieć się na tym skupić. — Kalina zaśmiała się. — Lubię rozmawiać z ludźmi. Poznawać ich przeżycia, historie. Praca w dziennikarstwie byłaby dla mnie jak spełnienie marzeń — powiedziała i uśmiechnęła się przy tym tak szeroko, że Isobel nie mogła tego nie odwzajemnić. — A dlaczego ty wybrałaś sinologię?
Isobel wzruszyła ramionami.
— Szukałam czegoś… mniej normalnego. Rozważałam różne strony świata, ale padło na Chiny.
Kiedy Isobel wybierała kierunek studiów, szukała czegoś, co pozwoliłoby oderwać jej się od codzienności. Nie było jej stać na podróże, a takie studia to była pewna tego namiastka. Dzięki temu mogła przynajmniej wyobrażać sobie, że się wyrwała. Jedyny przypadek, w którym jej matka zainteresowała się tym, co jej córka zamierza zrobić ze swoim życiem, skończył się burzliwą kłótnią i stwierdzeniem, że Isobel Collins jest na świetnej drodze do zmarnowania osiemnastu lat życia. Na szczęście Is wtedy już dawno miała jej zdanie w dupie.
— Brzmi sensownie. Chociaż ja raczej… jezu, jakie piękne! — jęknęła Kalina, po tym, jak zabłądziła wzrokiem w róg alejki, gdzie znajdowała się biżuteria.
Zanim Is zdążyła chociaż zamrugać, dziewczyny już przed nią nie było. Przetruchtała bliżej półki, na której coś wpadło jej w oko i wydawała się tym całkowicie zaabsorbowana. Isobel, która lubiła błyskotki i wtrącanie nosa w czyjeś sprawy, ruszyła w jej ślady.
Rozpromieniona Kalina zaprezentowała jej kolczyki w kształcie motyli, których skrzydła zmontowane były z maleńkich, zabarwionych na różne kolory szkiełek i cienkiego drutu. Wyglądała, jakby ktoś właśnie wręczył jej gwiazdkę z nieba.
— Muszę je mieć — powiedziała tak zdecydowanie, że Is w żadnym wypadku nie byłaby w stanie zaprotestować.


Kalina?
────
[643 słowa: Isobel otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 13 lipca 2026

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

— Jeśli potarłabyś je w odpowiedni sposób, i stanęła… hm, z południa czy północy… W każdym razie, musiałabyś mieć wiatr za sobą! Albo przed sobą. Zależy jaki. Jakie mamy wiatry w Ameryce? Taki wilgotny byłby słaby, choć może właśnie dlatego miałabyś mieć wiatr z tyłu… no, ale i jak tak dmuchniesz jeszcze i…
— Staniesz na jednej nodze, odśpiewasz "Twinkle, Twinkle, Little Star" po hebrajsku, chwycisz się za nos i zdejmiesz skarpetkę?
— Nie wiem, co skarpetki… Ale możliwe, że nucenie mogłoby pomóc, wiesz, to zawsze wpływa na ciśnienie, ruch powietrza!
Ich rozmowę przerwało chrząknięcie jednego z dzieci Wulkana. Przez parę sekund Ricky zdążył zapomnieć, że tu są. Kiedy odwrócił się w stronę głosu, i twarzy z wypisanym "mamy sobie kurwa pójść, czy co? za obejrzenie takiego występu w cyrku musieliby mi zapłacić", zobaczył kółeczka od zwykłego, biurowego krzesła w dłoniach półboga. Wedle oczu merwkurwiaka, były pokryte co najmniej złotem i diamentami; tak się wgapił, że aż się zachwiał. I poleciał, a waląc o podłogę wydobył z siebie pisk, zaakompaniowany przez brzęki, szelesty i trzaski różnych przedmiotów w jego kieszeniach. Pewnie właśnie one ciągnęły go ku ziemi, i zdradziecki ciężar jego spodni tylko czekał na takie momenty jak ten. Kiedy trafił na podłoże, podniosła się chmura pyłu i kurzu, która osiadła na jego włosach, ubraniach i ciele podczas poszukiwań zapałek. Jako akcent na koniec, Ricky donośnie kichnął — głośniej, niż można by się spodziewać po kimś postury obgryzionego smażonego kurczaka.
— Żyję! — ledwo słyszalnie wydusił z siebie po dłuższej chwili młody chemik. Jego kończyny zaczęły się trząść, kiedy chwiejnie, ale z entuzjazmem rosnącym z każdą chwilą Ricky zaczął podnosić się z podłogi. Podczas upadku coś rozlało mu się w kieszeni, i jego kolano parę razy rozpaczliwie poślizgało się w poszukiwaniu oparcia, zanim syn Merkurego upadł ponownie. Potem spróbował znowu, z jeszcze większym entuzjazmem. Co spowodowało jeszcze szybszy upadek. Kiedy w końcu chwycił wyciągniętą mu na pomoc rękę — nie wiedział czyją, przed oczami latały mu plamki — prawie zwalił ową osobę na ziemię przez swoje chaotyczne ruchy. W końcu, przy wielu „kurwa” i „ja pierdolę”, Rickiemu udało się podnieść. Możliwe, że zmotywowało go „Kręci ci się w głowie? Jak tak słabo się czujesz, może zajrzymy ponownie do ambulatorium?”. Wspomnienie horrorów poza ludzkim zrozumieniem błyskawicznie wyczyściło mroczki sprzed oczu i usunęło wiotkość kończyn. Ricky stanął na obie nogi, jakby nic się nie stało. Nawet powierzchownie otarł twarz z kurzu wierzchem dłoni, żeby wyglądać bardziej przekonująco. I zdławił w sobie grymas bólu, kiedy jego biodro, lekko stłuczone przy upadku, zaprotestowało przeciwko przeniesieniu ciężaru ciała z jednej nogi na drugą. Żadnego ambulatorium nie trzeba.
— Dobra, zabierzmy się do roboty! Nie mamy całego dnia! — spojrzenie Rickiego znowu powędrowało na kółeczka, przez to całe zamieszanie odłożone na stolik kawałek stąd. Nie mógł sobie pozwolić na ich stratę. — Mamy śrubki, prawda, takie mocne? Możemy też użyć kleju.
Od razu ukucnął przy łóżku, i zaczął wyciągać — a bardziej komicznie się wyginać przy próbie wyciągania — ołowianą trumnę.
— Czy ktoś, kurwa, pilnował tego makaronu?


Kuźma?
────
[488 słów: Ricky otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Bardzo często myślę, że powinnam — powiedziała Lynn. Zamknęła oczy i skupiła się na oddechu, starając się nie myśleć o tym, że właśnie zwierza się jakiejś obcej dziewczynie. Ale ona, jak się wydawało, nie miała nic przeciwko. Kobieta czuła się bardzo naturalnie, mówiła to, co czuje.
— Ale chyba już niczego nie zmienię w ten sposób. Nigdy już nie cofnę się do tego dnia i nie dowiem się, czy mogłabym coś zrobić.
To brzmiało bardzo ładnie, uspokajająco wręcz, jakby zostało napisane na kredowym papierze jakiejś ulotki, z wizytówką psychiatry pod spodem. Lynn czuła się trochę dziwnie z tymi słowami. jakby nie mogła do końca się z nimi utożsamić. Nie wiedziała, czy może.
— Chyba najbardziej logicznym rozwiązaniem byłoby zachowanie takiego złotego środka między żałobą, jaką jestem mu winna, a życiem dalej. Bo czuję, że powinnam przeżywać te negatywne emocje, nie zapominać Nalina, ale nie wiem, w jakim stopniu mam się dręczyć. I czy nie robię po prostu w ten sposób z siebie ofiary. W końcu to on umarł, nie ja. Wiem, że nadal tu jest w pewnym stopniu, ale nie wiem, czy moja postawa go satysfakcjonuje. Może uważa, że jestem żałosna.
Oj, to zabrzmiało ostro. Nie planowała mówić aż tak długo, ale było trochę za późno na uciekanie, więc po prostu zaśmiała się nerwowo. Śmiech po chwili zamieniał się w kaszel. Ale Arisu nie powiedziała nic, nie odeszła sobie.
Przypuszczała, że rozmówczyni rozumiała ją w pewien sposób - wspomniała również o swoim bracie. Oczywiście, nie wiedziała co się stało. Lynn dość wyraźnie chyba dała do zrozumienia, co stało się z Nalinem - w końcu siedziały na cmentarzu. Czy Arisu chciała również współczucia? Kobieta nie chciała, żeby rozmowa stała się nierównomierna i odczuła, że zignorowała jej emocje. Powiedziała że rozumie. Czemu Lynn nie zrobiła tego samego w odpowiedzi?
— A jak z twoim bratem? Jestem pewna, że nie zrobiłaś nic nie tak, jeśli coś się stało, na pewno nie wynikało z twojej winy.
Idiotycznie ułożone słowa, bardziej żałosna próba skierowania tematu na coś innego po jej żałosnym wyznaniu, którego sama do końca nie zrozumiała.


Arisu?
────
[337 słów: Lynn otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Elianne CD Doriana — „Sherlock Holmes ale inaczej”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Elianne przycisnęła zwierzątko do piersi, ruszając w kierunku Pól Marsowych. Świnka morska uspokoiła się, kiedy tylko trafiła na jej ręce. Może wcześniej wyczuwała niechęć Doriana i dlatego broniła się przed nim ząbkami i pazurami? W każdym razie teraz siedziała spokojnie z pyszczkiem wciśniętym w sweter Eli. Dziewczyna machinalnie gładziła kciukiem jej miękkie futerko. Łatwo było zapomnieć, że trzyma w dłoniach potencjalnego potwora.
— Pewnie i tak jej nie znajdziemy — burknął gdzieś zza niej Dorian. Terminator przytaknął mu kichnięciem tak głośnym, że stworzonko w ramionach Elianne niemalże podskoczyło.
— Nie marudź. To był twój pomysł — odpowiedziała, brnąc do przodu. — Lotus na pewno gdzieś tu jest, gdzie miałaby pójść?
— Szukać drugiej świnki morskiej na przykład?
— Mam nadzieję, że nie.
Skoro jedna świnka morska mogła narobić tyle chaosu, nawet nie chciała myśleć o tym, co mogłyby zrobić dwie świnki morskie. Pewnie rozpętałoby się piekło.
Na Polu Marsowym wciąż trenowały ostatnie niedobitki. Eli choćby chciała, nie umiała skojarzyć wszystkich twarzy z imionami. Mając pełne ręce roboty, trudno było jej zorientować się we wszystkich nowych obozowiczach, którzy nie trafiali do jej kohorty. Trafiła jednak na parę osób, które znała, więc raz za razem przywdziewała na twarz uśmiech i zadawała to samo pytanie.
— Hej, widziałaś może Lotus?
— Kogo?
— Taka z drugiej kohorty, trochę wyższa ode mnie, czerwone włosy, bo-
— A po co ci ta świnka morska?
To pytanie za każdym razem wybijało ją z rytmu, bo zapominała, że ciągle trzyma zwierzątko w rękach.
— Nie moja.
— Nie widziałam nikogo z czerwonymi włosami.
Więc szukali dalej.
— Nie wierzę, że umiała zgubić się w tłumie — mruknęła do Doriana Eli, kiedy przepytała już każdą możliwą osobę.
Dwie w ogóle nie wiedziały o kim mówi, jedna jej nie widziała, a dwie następne wskazały jej dwa przeciwne kierunki, gdzie rzekomo miała skierować się Lotus.
— Terminator. Czujesz coś? — zapytał chłopak, sięgając ręką w lewo, gdzie pies szedł tuż przy jego nodze.
Terminator w odpowiedzi tylko zaskamlał, spuszczając głowę.
Elianne już miała westchnąć i zawrócić się w stronę centrum obozu, ale nagle między krzewami mignęły jej czerwone włosy. Przytrzymując jedną dłonią świnkę morską, drugą wyciągnęła nad głowę i pomachała.
— Lotus! Hej, Lotus!
Postać w krzakach zamarła, ale po chwili wyłoniła się z pomiędzy gałązek. Lotus w dłoniach trzymała reklamówkę wypchaną trawą.
— O boże, Matylda — zawołała, kiedy zobaczyła, co Eli trzyma w dłoniach.
W paru susach dobiegła do nich (trzymając się trochę z dala od Terminatora), ale zanim zdążyła wyciągnąć dłonie po swoje zwierzątko, Dorian zażądał:
— Odczaruj ją.
Lotus wyglądała na raczej zbitą z tropu.
— Jak mam ją odczarować? To świnka morska — odpowiedziała, spoglądając to na chłopaka, to na Eli.
— Mamy podejrzenia, że to zaklęty w świnkę morską potwór — wyjaśniła Elianne, nieco odsuwając od siebie Matyldę. Jęknęła, kiedy zobaczyła, że zwierzę wygryzło jej dziurę w swetrze. — Mój ulubiony sweter — westchnęła ze zrezygnowaniem.
— Matylda! Zła świnka — skarciła Lotus, pochylając się, żeby spojrzeć Matyldzie w oczy. — Wybacz. — Posłała Eli skruszony uśmiech, kiedy na powrót się wyprostowała. — To żaden potwór. Pod śmietnikiem w San Francisco ją znalazłam, chyba ktoś ją wyrzucił.
— I przywlokłaś ją do obozu? — zapytał Dorian, unosząc brwi.
— Nie mogłam jej tam zostawić, poza tym… Oj — bąknęła Lotus, patrząc gdzieś ponad ramieniem Elianne.
Dziewczyna zerknęła przez ramię. Z westchnieniem oddała świnkę Lotus, wygładziła przód przedziurawionego już swetra i odwróciła się.
— Mamy towarzystwo — rzuciła półgłosem do Doriana, łapiąc go za ramię, żeby też odwrócił się twarzą do gości.
W ich stronę prędko zmierzał rozjuszony Vergil i bardzo zadowolony z siebie Izan. Na sam widok tego drugiego Elianne poczuła falę irytacji, ale zmusiła się do uśmiechu. Dorian spiął się obok niej, kiedy dotarł do nich niezbyt zadowolony głos Vergila, który odpowiadał coś Izanowi.
Im bliżej byli, tym bardziej Eli starała się, żeby jej uśmiech wyglądał wiarygodnie. Uśmiechnięta, dziecięca twarz czasami sprawiała, że była lekceważona, a czasami wzbudzała sympatię. Naprawdę miała nadzieję, że tym razem trafi na ten drugi scenariusz. Vergil chyba ją lubił, ale wyglądał na złego, więc nigdy nic nie wiadomo. Zrobiła krok do przodu, występując przed Doriana i Lotus.
— Oto są winowajcy. Przywlekają jakieś śmierdzące zwierzęta do mojego obozu! — powiedział oskarżycielsko Izan, pokazując na nich palcem.
Elianne stłumiła westchnienie. To będzie ciężka przeprawa.


Dorian?
────
[675 słów: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline do Blanche — „Here comes the siedem lat nieszczęścia”

Po tym, jak wyprowadziła się z domu, Caroline szybko nauczyła się gotować. Restauracje w Nowym Jorku były drogie, a nie chciała obciążać rodziców tym, że jest zbyt leniwa i musi jeść na mieście, więc nie miała większego wyboru. Zwykle wybierała jakieś proste i szybkie dania, nic specjalnego. Przez to nowi znajomi ze studiów często do niej wpadali, bo "jezu, to jest sto razy lepsze niż kluski ze sklepu" i "nie chce mi się gotować więc w akademiku jem zupki chińskie, miła odmiana". Makaron z kurczakiem i szpinakiem i butelka wina w piątkowy wieczór to zawsze był dobry pomysł.
Czasami jednak bywała leniwa. Szczególnie, jeśli miała za sobą koszmarny egzamin i naprawdę zasługiwała na nagrodę. W pobliżu swojego mieszkania miała jedną knajpkę, którą szczerze uwielbiała. Świętowała coś? Szła na obiad. Spotykała się ze znajomymi? Szła z nimi na obiad. Miała bardzo zły dzień? Szła na obiad i w domu piła drinka, bo w tej zapyziałej Ameryce (którą sama sobie wybrała jako miejsce zamieszkania) dalej nie mogła go sobie legalnie kupić w restauracji. Co za szkoda.
Tym razem powodem do odświętnego, wychodnego obiadu był upierdolony egzamin. Caroline miała topić się w smutku wraz z koleżanką (która test zdała, ale chciała być lojalna), ale nie wszystko poszło zgodnie z planem. Dziewczyna siedziała sama przy dwuosobowym stoliku, smutnie sącząc wodę z cytryną. Wpatrywała się w ekran swojego telefonu, gdzie Kathy zostawiła jej wiadomość na dostarczonym.
— No bez jaj — wymamrotała pod nosem, trąc czoło wierzchem dłoni.
Kathy raczej się nie spóźniała, a Caroline czekała na nią już od piętnastu minut, bez żadnego ostrzeżenia. Już wcześniej zamówiła sobie ulubioną sałatkę, więc tak czy siak była uziemiona, nawet jeśli Kathy nie przyjdzie. Nieco zbyt głośno odłożyła telefon na stolik ekranem do dołu i podparła podbródek na dłoni.
Niestety, nawet wtedy miała pecha. Kiedy próbowała ponownie sięgnąć po swój telefon, łokciem przewróciła wysoką szklankę, wciąż do połowy wypełnioną wodą, kostkami lodu i plasterkami cytryny. Pies by to drapał, gdyby oblała sam stolik, bo nawet nie był przykryty obrusem. Pościerałaby to serwetkami i po krzyku. Niestety, woda chlusnęła na nogi przechodzącej obok niej kobiety. Caroline przeklęła pod nosem, w pierwszym odruchu odsunęła swój telefon na bok, a w drugim uniosła wzrok na kobietę, która zatrzymała się przy jej stoliku. Widząc obryzgane wodą spodnie, sięgnęła po chusteczki.
Rano podczas robienia makijażu stłukła maleńkie lusterko dołączone do zestawu cieni. Nigdy szczególnie nie przejmowała się zabobonami, ale ten najwyraźniej się sprawdzał.
— Boże, przepraszam panią najmocniej — powiedziała, wyciągając w jej stronę dłoń z plikiem serwetek. — Straszna ze mnie niezdara.
Jeśli tak miało wyglądać najbliższe 2556 dni jej życia, to ona to pierdoli.


Blanche?
────
[429 słów: Caroline otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]