środa, 25 lutego 2026

Od Theodore'a — „Fake it 'till you make it” [Walentynki]

Wszyscy wybierają się na walentynkową imprezę w parach i trochę głupio wyglądałoby pójście solo. Może możecie po prostu pójść razem.

– Nigdzie nie idę. To bez sensu. Idź sobie sam — burknął Theo, chowając twarz w poduszce, żeby nie musieć patrzeć na Charliego.
Rzadko potrafił mu odmawiać, ale miał większe szanse, kiedy go nie widział. Najlepiej byłoby, gdyby go też nie słyszał, jednak z tym niestety nie mógł niczego zrobić. Był skazany na wieczne wysłuchiwanie jego marudzenia.
— No weź daj spokój. Przecież będzie fajnie. Wyjdziesz stąd w końcu i poznasz nowych ludzi. Co w tym złego? — zapytał Charlie, okręcając się powoli na fotelu obrotowym, z głową przewieszoną przez jego oparcie, żeby do góry nogami spojrzeć na przyjaciela.
— Znam wystarczająco dużo ludzi. I nie obrażaj mojego domu.
— Mówiłem o tej twojej dziwnej szkole. To nora, bo nie z niej nie wyłazisz. Jak jakiś kret.
Theodore prychnął, wcześniej specjalnie odsuwając twarz od poduszki, żeby bardziej to wybrzmiało.
— To dalej niczego nie zmienia. Nie chcę tam iść.
— Naprawdę wolisz siedzieć w mieszkaniu z Alice i tym jej nowym fagasem? Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jak cienkie są ściany w blokach?
Poduszka, na której wcześniej leżał Theo, została wykorzystana do lepszych celów i przeleciała przez pokój. Mijając głowę Charliego o tylko niecałe pół metra. Charlie go denerwował, ale poniekąd miał rację — matka rodzeństwa pracowała dzisiaj na nockę, a Alice zapowiedziała, że wpadnie do nich chłopak. Niedopowiedzeniem byłoby stwierdzenie, że Theo go nie lubi. Byłby bardziej skłonny stwierdzić, że rzygać mu się chce na sam dźwięk jego głosu. Był wredny, obleśny i panoszył się u nich w mieszkaniu, jakby był u siebie. Chłopiec dałby sobie rękę uciąć o to, że Maria też nie przepadała za swoim nowym zięciem, ale miała więcej taktu niż syn i otwarcie tego nie okazywała. Theodore był pewien, że nie dostał jeszcze w mordę tylko dlatego, że matka zabroniłaby Alice przyprowadzać Benjamina do domu.
Westchnął, i nie mając już poduszki, za którą mógłby się schować, usiadł na skraju łóżka i przetarł twarz dłonią.
— I tak nie mamy z kim iść. To impreza walentynkowa. Pominąłeś ten szczegół? — mruknął.
Charlie wyszczerzył zęby w uśmiechu i energicznie wstał z krzesła (które równie energicznie trzasnęło; miało już swoje lata), po czym usiadł obok przyjaciela. Zanim ten zdążył się uchylić, dłonią zmierzwił mu włosy. Theo z irytacją zaczął na ślepo układać je z powrotem. Jak się można było spodziewać, z marnym skutkiem.
— Przecież idziemy razem. No daj spokój — dodał Charlie, widząc sceptycznie spojrzenie chłopaka. — Ciebie i tak nikt tu nie zna, a ja nic nie mówiłem o tym, z kim przyjdę. Będzie śmiesznie — zapewnił go.
Dla Theo „impreza walentynkowa z Charliem” i „śmiesznie” nie miały prawa wystąpić w jednym zdaniu. Pójście tam samo w sobie było kiepskim pomysłem, ale pójście tam z Charliem było całkowicie innym poziomem absurdu.
— A co z tą twoją… No, jak ona miała, Dorotheą? — zapytał, będąc gotowy użyć każdej możliwej broni.
Pożałował swoich słów, kiedy tylko uśmiech Charliego zamienił się w grymas.
— Dorcas. Już z nią nie gadam. A my teraz rozmawiamy o imprezie, nie o niej. Będzie fajnie, obiecuję — powiedział chłopak, z powrotem przywołując uśmiech na twarz.
Theodore westchnął.


Nie miał pojęcia, dlaczego ostatecznie się zgodził. Może dlatego, że nie umiał odmawiać Charliemu i było mu głupio, że wyleciał z tą Dorcas. Nawet nie zarejestrował, kiedy przyjaciel przestał się z nią umawiać. Ciężko było być na bieżąco, kiedy rzadko się widywali.
Muzykę słyszał już stojąc przed drzwiami. Pukanie nie miało najmniejszego sensu, więc Charlie po prostu wszedł do domu i zaczął rozglądać się za koleżanką, która organizowała ten cyrk. Theo trzymał się krok za nim, przesuwając wzrokiem po nieznajomych twarzach. Na początku semestru Charlie zmienił szkołę, przez co rozpadły się jego przyjaźnie z ludźmi, którzy mieli jeszcze okazję poznać Theodore'a.
— Anya? Hej, już jesteśmy — powiedział Charlie, zaczepiając jakąś stojącą do niego plecami blondynkę, którą, jak można było się spodziewać, Theo pierwszy raz widział na oczy.
— Super, że przyszedłeś. To zostaw w kuchni — wskazała na plastikową siatkę, którą Charlie trzymał w dłoni — i lećcie do salonu. Anya — dodała, zwracając uwagę na drugiego chłopaka.
— Theo — odpowiedział, posyłając jej uprzejmy uśmiech i lekko ściskając dłoń, którą do niego wyciągnęła. — Miło poznać.
Nie zdążyli porozmawiać dłużej, bo Anyę już zaczepiał ktoś inny. Charlie pociągnął przyjaciela za nadgarstek, żeby nie zgubić go w zatłoczonym i przyciemnionym pomieszczeniu. Musiał dobrze znać rozkład domu, bo w ogóle się nie wahał. W kuchni światło było zapalone i jeszcze nie kręciło się tam wiele osób. Charlie postawił przyniesione przez siebie butelki na stole i zaczął rozglądać się za kubeczkami.
— Chcesz wódkę? — zapytał, spoglądając na Theo kręcącego się przy blacie.
— Zostanę przy piwie.
Z jednej strony rzadko pił, a z drugiej był pewien, że nie dociągnie do końca imprezy na trzeźwo. Charlie wzruszył ramionami i zaczął robić sobie drinka, podczas gdy Theodore próbował znaleźć otwieracz.
— Na pewno wszystkich polubisz. Są świetni — powiedział Charlie, kątem oka widząc, że chłopak wciąż nie jest zadowolony ze swojego położenia.
Mniej więcej w tym samym czasie Theo w końcu zdołał odkapslować butelkę.
— No to chodź i mi ich przedstaw. — Posłał przyjacielowi krzywy uśmiech.
Charlie potrzebował chwili, żeby znaleźć swoich przyjaciół w całkiem sporym salonie. Większość mebli została poodsuwana pod ściany, żeby stworzyć pustą przestrzeń na środku pomieszczenia. Pociągnął Theo w stronę jednej z grupek stojących pod ścianą.
— O proszę, kto się postanowił w końcu pojawić — rzuciła jedna z dziewczyn, która pierwsza zauważyła zbliżających się chłopców.
Theodore pozwolił sobie cofnąć się o krok, kiedy Charlie został wciągnięty w wir powitań. Wszystkie te objęcia i buziaki w policzek nie były do końca w jego stylu. Przyjaciel jednak szybko wciągnął go z powrotem do okręgu.
— A to jest Theo. Theo, to Kat, Barty, Seth, Sarah, Christie, Xavier i Addie — powiedział Charlie, po kolei pokazując na postacie stojące przed nim.
W półmroku ciężko było połączyć imiona z twarzami, ale na pomoc (choć nie do końca) Theodorowi ruszyła dziewczyna z burzą brązowych loków. Objęła go krótko, tak jak wcześniej Charliego.
— Sarah — rzuciła z uśmiechem, wyciągając do niego rękę.
Po jego własnej turze przywitań trochę łatwiej było mu połapać się w tym, kto jest kim. Sarah ciągle go zagadywała, Seth rzucał na niego i Charliego zdziwione spojrzenia, a Christie po dość zwięzłym przywitaniu już się do niego nie odezwała.
Kiedy w końcu dołączyła do nich Anya, mogli naprawdę zacząć się bawić. Choć Theo wciąż nie mógł pozbyć się napięcia z ramion, nie było aż tak źle, jak sobie wyobrażał. Wszyscy oprócz Christie obdarzali go miłymi uśmiechami i wypytywali o głupoty. Nie był pewien, w którym momencie jego druga już butelka piwa zamieniła się w kubeczek — Xavier po prostu podszedł do niego i wcisnął mu go w dłoń. Wbrew pozorom alkohol z jakimś przeraźliwie słodkim sokiem nie smakował okropnie, więc powoli sączył drinka.
Wraz z przebiegiem imprezy środek salonu zamienił się w parkiet, a Sarah kilkukrotnie próbowała namówić Theodore'a, żeby z nią zatańczył. Po czwartej odmowie w końcu się poddała i zaciągnęła na parkiet Barty'ego, który nie opierał się aż tak skutecznie. Theo natomiast usadził się na jednej z dwóch kanap stojących w rogu pomieszczenia wraz z resztą towarzystwa. Anya znowu gdzieś zniknęła; prawdopodobnie upewniała się, że nikt nie wandalizuje jej domu.
Theo kończył już swojego drugiego drinka, kiedy Charlie leniwie zarzucił ramię na oparcie kanapy za jego plecami. Spojrzał na niego z ukosa, ale chłopak był zajęty rozmową z Sethem. Nie podobało mu się to. Mocniej zacisnął dłoń na Bogu winnym kubeczku i wypił resztę jego zawartości za jednym zamachem.
— Zaraz wracam — rzucił, wstając z kanapy.
Zignorował swój marny instynkt samozachowawczy, który mówił mu, że to kiepski pomysł, i nalał sobie wódki do kubeczka. Alkohol przyjemnie szumiał mu w głowie, ale dopóki wciąż był w stanie koherentnie formułować myśli, wszystko było w porządku.
Czterdzieści minut i dwa drinki później już wcale nie był taki pewny. Sarah w końcu udało się wyciągnąć go na parkiet, choć Theo w tańcu poruszał się jak słoń w składzie porcelany. Jego ciało przyzwyczajone było do walki, a nie do bujania się w rytm muzyki. Kolorowe światła ledów mieniły mu się w oczach, kiedy wracał na kanapę, na której znajdowało się coraz mniej osób.
Widział, że Charlie jest wstawiony. Widywał już ten leniwy uśmiech i błyszczące oczy na tyle często, żeby to rozpoznać. Sam jednak nie był na tyle trzeźwy, żeby poświęcić temu więcej uwagi.
— Gdzie byłeś? — zapytał Charlie, spoglądając na przyjaciela.
— Tańczyłem.
Chłopak roześmiał się.
— Serio? Boże, ja chyba nigdy nie widziałem, jak tańczysz. Nie wierzę, że mnie to ominęło — powiedział, skupiając się na Theo.
Seth bąknął coś o tym, że idzie po piwo i zostawił ich samych. Jakieś piętnaście sekund po tym głowa Charliego osunęła się na głowę Theodore'a, który zesztywniał.
— To był chyba mój ostatni drink. Ale mi się kręci w głowie — mruknął Charlie, przymykając oczy.
Chociaż Theo nie odpowiedział, czuł, jak jego serce zaczyna tłuc o żebra. Dlaczego Charlie tak się zachowywał? Był pewien, że żartował, kiedy mówił o wkręcaniu wszystkim, że przyszli na tę imprezę razem. Jaki to w ogóle miało sens?
To, że alkohol blokował jakieś sześćdziesiąt procent jego racjonalnych myśli, a liczba ta ciągle się zwiększała, w ogóle mu nie pomagało. Charlie nie odsunął się, kiedy wrócił do nich Seth. Kontynuował rozmowę z policzkiem przyciśniętym do szorstkiego materiału koszulki Theo, jakby to było w porządku.
Anya pojawiła się przed kanapą, marudząc coś o tym, że nikt nie chce z nią zatańczyć na jej własnej imprezie. Theodore niemal natychmiast wstał, żeby z nią pójść, choć najpierw i tak upewnił się, że Charlie stabilnie opiera się o kanapę.
Najwyraźniej niepotrzebnie, bo chłopak poszedł za nimi. Theo potrzebował pół minuty, żeby zgubić się wśród tańczących. Nie miał pojęcia, ile czasu spędził, kręcąc się między nimi, ale przynajmniej otaczały go same nieznajome twarze. Kiedy w końcu stwierdził, że jest już w stanie znaleźć kogoś, kto w jego głowie miał imię, wycofał się pod jedną ze ścian. Miał zamiar chwilę poczekać, aż pokój przestanie się wokół niego kręcić, ale ledwo co odzyskał kontrolę nad wzrokiem, a coś przykuło jego uwagę.
Theo był w stanie poznać Charliego nawet w ciemnym pokoju. Alkohol pewnie utrudniłby mu sprawę, gdyby nie to, że chłopak miał na sobie pierdoloną fioletową koszulkę, która ani trochę nie wtapiała się w tło. I nie byłoby absolutnie nic dziwnego w tym, że go zobaczył. Sam tu z nim przyszedł. Tym, co sprawiło, że zamarł, była różowowłosa dziewczyna, którą Charlie właśnie całował.
Nie wiedział zbyt wielu rzeczy o Dorcas; ba, zapomniał, jak miała na imię. Pamiętał za to, jak przyjaciel powiedział mu któregoś razu, że bardzo podobają mu się jej różowe włosy. Wyróżniała się, tak to określił. Theo mógł wyprzeć to z pamięci, bo zdecydowanie nie lubił o niej słuchać, ale zdołał poskładać to wszystko w kilka chwil.
Stanie w miejscu pomogło na zawroty głowy, ale teraz zrobiło mu się duszno. Myślał, że już dawno uwolnił się od tego uczucia, ale najwyraźniej czekała go przykra niespodzianka. Zdążył wziąć parę łapczywych wdechów, zanim uświadomił sobie, że zamiast tlenu dostarcza sobie zapachu alkoholu, potu i zmieszanych perfum, który oblepiał jego gardło i jeszcze bardziej go dusił.
Próbując nie zrobić nikomu większej krzywdy, przepchnął się przez parkiet, który dzielił go w linii prostej od drzwi tarasu. Wydawało mu się, że usłyszał swoje imię, ale był w stanie tylko zrzucić to na muzykę i wypaść na zewnątrz w chłodne, zimowe powietrze. Naga skóra jego przedramion pokryła się gęsią skórką, ale tego właśnie potrzebował. Czegoś, co ochłodzi palące uczucie gdzieś w jego wnętrzu, które stało się jego głównym problemem, kiedy mógł już złapać oddech. Opierając się plecami o zewnętrzną ścianę domu, próbował zignorować wszystkich wokół.
Zawiódł, bo po chwili ktoś wyszedł z domu i zaczął iść w jego stronę. Mgliście rozpoznał obojętną twarz Christie, kiedy stanęła przed nim.
— Żyjesz? — zapytała.
Czekając na odpowiedź, wyciągnęła z kieszeni kurtki paczkę papierosów. Nie zdążyła nawet odpalić zapalniczki, kiedy Theo wydusił z siebie:
— Mogę zapalić?
Dziewczyna uniosła brew, ale wyciągnęła opakowanie w jego stronę. Theo wiedział, że papieros na pewno mu nie pomoże, skoro już i tak było mu nie dobrze, ale rozpaczliwie potrzebował się na czymś skupić. Gryzący dym w płucach był łatwiejszy do zniesienia niż emocje, które teraz nim targały.
Christie nie odeszła, tylko stanęła obok niego, choć zachowała pewną odległość.
— Nie jesteście razem. Ty i Charlie — powiedziała w końcu. Nie zapytała, tylko stwierdziła fakt.
Theo dał sobie chwilę na ułożenie słów w głowie i zaciągnięcie się papierosem, zanim odpowiedział.
— Nie.
— To dlaczego się wściekasz?
Ramiona chłopaka zesztywniały. To wyjaśniało, dlaczego w ogóle do niego podeszła. Musiała widzieć to samo co on, zanim wyszedł na zewnątrz. Niestety nie miał takiej odpowiedzi, która mogłaby zadowolić którekolwiek z nich, więc nie odpowiedział.
Nie wiedział, dlaczego się wściekał. Dla Charliego cały ten wieczór był zapewne głupim, niewinnym żartem. Nie wiedział, co chłopak powiedział o nim swoim znajomym, nie wiedział, czemu tyle wypił i nie wiedział, dlaczego w ogóle tu był. Nie wiedział też, dlaczego Christie nagle z nim rozmawia, skoro nie odezwała się do niego słowem przez cały wieczór i sprawiała wrażenie, jakby ledwo tolerowała jego obecność. To było chyba jedyne pytanie, na które odpowiedź mógł w tej chwili znieść.
— Dlaczego pytasz? Myślałem, że mnie nie lubisz — rzucił w końcu, wdeptując niedopałek w zmrożoną trawę.
Christie przewróciła oczami.
— Po prostu ci nie ufam. Nie znam cię, a poza tym śmierdzisz ściemą na kilometr. Za to ten pokaz emocji był całkiem imponujący — przyznała, rzucając mu nie do końca miły uśmiech. — Zasłuż sobie na moje zaufanie. Dlaczego się wściekasz? — zapytała ponownie.
— Nie wiem. — Zaserwował jej jedyną odpowiedź, na jaką sam był gotowy.
Dziewczyna nagrodziła jego słowa chwilową ciszą. W końcu odwróciła się, żeby oprzeć się bokiem o ścianę i na niego spojrzeć.
— Dorcas miało tu nie być, bo nikt jej nie zapraszał. Cholera ją wie, skąd się tu wzięła. A Charlie jest głupi i pijany. Nie wiem, czemu miał służyć ten wasz teatrzyk — powiedziała, posyłając mu spojrzenie tak ostre, że aż się skrzywił.
Theo chętnie powiedziałby jej, że też nie ma zielonego pojęcia, po co to wszystko było. Znał Charliego od lat; miewał głupie pomysły, ale zwykle miały one jakiekolwiek uzasadnienie. Ten nie miał żadnego, na które potrafiłby wpaść.
— To był jego pomysł — mruknął jedynie i odwrócił wzrok, kiedy Christie sceptycznie uniosła brwi. — Nie wiem dlaczego.
— Weź się w końcu, kurwa, w garść i porozmawiaj z nim jak człowiek. Ślepy by zauważył, że wleczesz się za nim jak zakochany kundel. W końcu są walentynki, tak? — powiedziała, ale Theo na nią nie patrzył.
Wolał też nie słyszeć jej słów, ale takiego przywileju niestety nie dostał.
— Masz telefon? Mogę do kogoś zadzwonić? — zapytał, przybierając najbardziej obojętny wyraz twarzy, na jaki było go stać.
Dziewczyna prychnęła, ale wygrzebała z kieszeni telefon i włączyła aplikację z listą kontaktów, po czym podała go Theo.
Wiedział, że nie powinien tego robić. Wszyscy wpajali mu, że to głupie i niebezpieczne. Miał zamiar zrzucić wszystkie ewentualne konsekwencje na alkohol i zmęczenie.
Wystukał na klawiaturze numer, który chcąc nie chcąc pamiętał na pamięć, i przyłożył telefon do ucha. Po chwili odpowiedział mu bardziej niż zwykle zirytowany głos Alice.
— Przyjedziesz po mnie? — zapytał.
Tak naprawdę podejrzewał, że się nie zgodzi. Ledwo z nim rozmawiała podczas dobrych dni, a o tych złych nie chciał nawet teraz myśleć. Najwyraźniej jednak coś w jego głosie zdołało ją przekonać, że sytuacja jest kiepska. Wymruczał do telefonu adres i oddał Christie telefon.
— Dzięki — powiedział i przeszedł obok niej, żeby móc wejść z powrotem do domu.
Stojąc na zewnątrz, nawet nie zauważył, jak bardzo zmarzł. Dopiero teraz zorientował się, że prawie stracił czucie w palcach. Jedynym plusem było to, że zimne powietrze go otrzeźwiło. Wciąż kręciło mu się w głowie, ale jego myśli nie tworzyły już niezrozumiałego kłębu słów i uczuć. Szukając swojej kurtki, wpadł na Charliego, który musiał oprzeć się o ścianę, żeby zachować równowagę. Na jego twarzy nie było nawet śladu uśmiechu.
— Wychodzisz już? — zapytał niewyraźnie, łapiąc Theo za nadgarstek.
Chłopak najpierw zesztywniał, a potem zabrał rękę z jego uścisku.
— Jadę do domu. Pogadamy jutro — rzucił, znikając z pola widzenia przyjaciela tak szybko, jak tylko mógł.
Nie był już taki pewien tego, że dłonie drżały mu z zimna.
Kiedy przyjechała po niego Alice, była zła, ale nie odezwała się słowem. Przeleciała po nim wzrokiem, skrzywiła się, czując papierosy i wróciła wzrokiem do drogi. Theodore oparł głowę na zagłówku i myślał o tym, czy ma jeszcze szansę upić się na tyle, żeby niczego jutro nie pamiętać.



[2677 słów: Theodore otrzymuje 26 Punktów Doświadczenia +20 PD]

Od Ricky'ego — „7 minutes in bardzo brudna winda” — część 1 [Walentynki]

Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko na filmach, więc dlaczego to ty teraz tkwisz z kimś w windzie pomiędzy piętrami, a głośnik zaciął się na możliwie najgorszym dżinglu?

Wszyscy dzisiaj wiedzieli, co ze sobą zrobić. Całujące się pary, rodzice ściskający dzieci, czerwone baloniki-serduszka — jak co roku. Ricky mógł, tak jak w zeszłym roku, popsuć przypadkiem parę randek paroma wybuchami, ale dziś jakoś nie miał nastroju. Obudził się w nastroju na zobaczenie czegoś nowego, na jakąś podróż — to pragnienie skrystalizowało się w jego głowie po tym, jak podczas porannego rozciągania zrzucił z czyjejś półki stertę kartek walentynkowych. Wygenerowanych przez AI — niby każda inna, obrzydliwa, ale nawet nie na swój sposób — wszystkie zlewały się w jeden, bardzo smutny obraz. Pomyślał, że musi coś ze sobą zrobić. I do głowy wpadł mu genialny pomysł.
Wczoraj starał się zwerbować Kuźmę do paru eksperymentów, ale spławiła go paroma ostrymi słowami i niezawodnym alibi - „jutro będę w San Francisco”. Wtedy Rickiemu zrzedła mina, bo miał nadzieję, że potowarzyszy mu w Nowym Rzymie, ale obecnie to pierwsze miasto stało się obiektem zainteresowania. Tylko żeby ją jeszcze złapał, co jeśli już sobie poszła? Rozejrzał się dookoła — dużo ludzi, ale ani jednej córki Pavora.
Ziewnął jeszcze raz, założył skarpetki z bardzo niewyraźnym Spongebobem, wsunął spodnie na nogi, wyjął zmiętą koszulkę z nadrukiem Marii Skłodowskiej-Curie z twarzą Charliego Kirka z porównywalnie zmiętej pościeli, powąchał ją, odruchowo prawie wysmarkał nos, akurat bo zbierało mu się na kichanie, ale senność już z niego zaczęła schodzić w momencie, kiedy w jego mózgu reflektory skierowały się na wielki napis — SAN FRANCISCO Z KUŹMĄ! — więc całkiem szybko ogarnął resztę, tylko dwa razy pomylił otwory na ręce i głowę w koszulce, a potem poślizgnął się jeszcze na jednej z tych kartek, gdzie łapki misiów zlewały się z serduszkami, które trzymały — wybiegł.
Na szczęście ledwo mrugnął po wyjściu z baraku, od razu spostrzegł dziewczynę. Była dosyć daleko, a on parę razy ślizgał się na lodzie, ale nie tracił jej z oczu dłużej niż na parę sekund. I może wcale nie ignorowała jego krzyków, żeby poczekała, może po prostu go nie słyszała. Fortunnie, w Labiryncie nie było już lodu — ale i tak się poślizgnął, na czymś, co zaczęło cieknąć z jego spodni po paru poprzednich upadkach. Chyba coś mu pękło albo rozszczelniło się w kieszeni — zatrzymał się raz, żeby powąchać maź, która ściekała mu po udzie — nie pachniała bardzo toksycznie. I nadal miał nogi. A Kuźma co chwilę znikała za zakrętami w Labiryncie. Wytarł palce — jeden o włosy Marii Skłodowskiej-Curie, drugi o nos Charliego Kirka — i przyspieszył. Jeszcze parę zakrętów i znaleźli się w tunelu metra. Kuźma nie przyspieszyła, ale pojawił się wokół niej tłum ludzi — więc musiał przyspieszyć Ricky, żeby nie stracić jej z oczu.
Kiedy zniknęła za plecami jakiegoś policjanta, którego zasłoniła grupa dzieci w spodniach zapiętych ciasno paskiem gdzieś pod pośladkami, które zaczęły nagle machać rękami i nie chciały przestać, Ricky trochę się zaniepokoił. Przeczesywał wzrokiem tłum — grupka cosplayerów, matka z dzieckiem, ktoś ze szczurem na głowie, o, Kuźma — a nie, to tylko jakiś bezdomny. O, Kuźma! We właśnie zamykającej się windzie!
Merwkurwiak rzucił się biegiem do przodu i tym samym łokciem, którym uderzył jakiegoś bogom ducha winnego nastolatka, powstrzymał drzwi windy przed zamknięciem, i wrąbał się w większość przycisków na ścianie.


NASTĘPNE OPOWIADANIE

[512 słów: Ricky otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia +20 PD]

poniedziałek, 23 lutego 2026

Od Wintera CD Blanche — „Królewna Śnieżka i Zła Królowa”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, TRZY LATA TEMU

Kiedy po mieszkaniu rozległ się dzwonek do drzwi, Winter tylko zagrzebał głowę głębiej pod kołdrą.
Ktokolwiek to był — listonosz, sąsiadka, mógł to być nawet potwór — szczerze mówiąc, nie do końca go to interesowało. Nie miał zamiaru się ruszać spod kołdry. Musiałby wyjść ze swojego cichego, bezpiecznego miejsca, które chroniło go nie tylko od mrozu za oknem, ale także od szkoły i niewygodnych pytań, które zadawaliby mu znający rodzinę Millerów ludzie. „Dzień dobry, Winter, a gdzie twój dziadek?”.
Winter dzień spędzał w swoim pokoju. Tak samo, jak wczoraj. Tak samo, jak przedwczoraj. Dni mijały, za oknem jesienne liście zamieniły się w spadające płatki śniegu, a Winter miał wrażenie, że cały czas tkwi w tym samym miejscu. Dla niego wszystko zlewało się w jedno — czuł, że wraz z nadejściem zimy ma więcej energii, krew bogini śniegu buzowała w jego żyłach i szukała ujścia, ale jego mózg kompletnie utkwił w październiku, w jesiennej stagnacji.
Większość ostatniego miesiąca spędził w łóżku, a jednak mało sypiał. Kończyny ciążyły mu, jakby były z ołowiu, a pod powiekami czuł piasek, ale kiedy szykował się do snu, jego mózg zaczynał pracować na wysokich obrotach. Mógł tylko gapić się w ścianę i przywoływać obrazy, które nawiedzały go w kółko, non stop, kiedy tylko zostawał sam na sam ze swoimi myślami. W nocy jego koszmarów nie odwiedzały potwory, tak jak dotychczas. Teraz, za każdym razem, kiedy zasypiał, śnił mu się ostatni tydzień jesieni przed jego żałobą.
A może to nie był tylko tydzień? Winter już nie pamiętał. Może to były miesiące i miesiące ciągłego, coraz bardziej pogarszającego się kaszlu jego dziadka, może to był smród wypalanych papierosów towarzyszących mu od dzieciństwa. Może Orlon umierał cały czas na jego oczach, zanim jeszcze znalazł się w szpitalu, a Winter egoistycznie to ignorował.
W jednej chwili Orlon siedział na krześle, paląc papierosa przy otwartym kuchennym oknie i rozwiązując krzyżówki. Nie musiał przecież wcale siedzieć i czekać, aż Winter wróci ze szkoły, mógł być w swoim mieszkaniu po drugiej strony dzielnicy i w ogóle nie interesować się życiem wnuka. W kolejnej chwili Winter wrócił do pustej kuchni i zamkniętego okna, a kiedy ktoś wreszcie wpadł do domu, była to jego matka, oznajmiając, że Orlon wylądował w szpitalu z pogarszającym się stanem.
Miesiąc później już go nie było.
Kolejny miesiąc Winter przeleżał w łóżku. I może faktycznie, nieco, odrobinkę, trochę, zapomniał o Blanche Lemieux — najpierw, bo miał ważniejsze sprawy na głowie, a potem poinformowanie ją o czymkolwiek byłoby ostatecznym pogodzeniem się ze stratą. Przecież to jego dziadek chciał, żeby Blanche go trenowała. Winter teraz czuł się, jakby równie dobrze mógł przeleżeć w łóżku resztę życia, dopóki nie rozerwie go jakaś Echidna. Nie potrzebował treningów Blanche. Nie potrzebował jej współczucia. Nie potrzebował dowiadywać się, że to już jest koniec treningów, bo Blanche nie jest i nigdy nie była Millerom niczego winna, a prośba Orlona była wiążąca tylko przed śmiercią.
Nawet nie pomyślałby, że dzwonek do drzwi, który go tak obudził, mógł w ogóle być Blanche. Nie pomyślałby, gdyby jego uszu — przez warstwę grubej, zimowej kołdry — nie dobiegła kłótnia z korytarza. Przytłumiony drzwiami głos nie dał mu się początkowo rozpoznać.
To mogła być ta jedna sąsiadka mieszkająca piętro wyżej. Nigdy nie wiedział, jak brzmi jej prawdziwe nazwisko, dziadek nie potrafił go zapamiętać i raz mówił o kobiecie Richards, raz Rich, raz Richmond. Twarzą w twarz zwracał się do niej „proszę pani” i taki też zwrot przejął po nim Winter. Teraz już chyba nie chciał nigdy poznawać jej prawdziwego nazwiska. Dziadek go nigdy nie poznał, a życie nie mogło przecież toczyć się dalej bez niego.
Pukanie pani Richards/Rich/Richmond nie byłoby wcale dziwne. Przychodziła czasem, gdy w mieszkaniu był dziadek. Mówiła potem, że widziała przez okno, jak mężczyzna wchodzi do klatki; lubiła plotkować i niespecjalnie się z tym kryła. Winter miał czasem wrażenie, że pod przykrywką dobrodusznej sąsiadeczki, która przynosiła im niekiedy domowe konfitury, kryło się zauroczenie na jego dziadku, ale dziadek nie pamiętał przecież nawet jej nazwiska (chociaż konfitury zawsze przyjmował).
Czy była na pogrzebie? Winter nie potrafił sobie przypomnieć. Może wcale nie wiedziała o śmierci Orlona. Może żyła w niewiedzy, starym życiem, którym nadal chciałby żyć Winter. Może tylko dziwiła się, dlaczego już nie widzi przez okno mężczyzny wchodzącego do klatki.
Wszystko w nim krzyczało, żeby zostać w łóżku. Tak łatwo mógłby zignorować podnoszone głosy i echa odbijane od ścian. Ale Keen Miller nie znała pani Richards/Rich/Richmond (nie mogła, w końcu do tej pory Keen nie należała do życia Wintera), a pani Richards/Rich/Richmond nie zasługiwała, żeby dowiadywać się o tym wszystkim w taki sposób. Zwlókł się więc z łóżka, przesuwając leżącą na materacu miskę po zupce chińskiej i pustą butelkę Pepsi. Bosymi stopami dotknął zimnej podłogi i powłóczył nogami w stronę korytarza.
Wtedy doszło do niego parę informacji: po pierwsze, głos nie należał do sąsiadki, tylko do Blanche. Po drugie, cholera jasna, faktycznie nic jej nie powiedział. Nie mówiąc o tym, że odgarnął jej istnienie na tak daleki plan, że nawet nie pomyślałby, że to ona mogłaby pukać. Po trzecie, matka nie znała Blanche.
— …nie wpuszczę pani do domu — przez uchylone drzwi wejściowe Keen wyjaśniała spokojnie Blanche, chociaż jej głos ociekał jadem. — Czy pani w ogóle się słyszy? Trenowała pani z moim synem? Bez mojej wiedzy? Posłuchaj, jeśli jesteś jakąś potworzycą, znam sztuki walki, wiem, jak–…
— Nie, mamo — wymamrotał Winter, przepychając się przez drzwi. Nawet w jego uszach jego głos wydał się bardziej zachrypnięty i słabszy niż zawsze. — To jest Blanche Lemieux. Faktycznie mnie trenowała.
Nie potrafił odczytać twarzy Blanche. Spuścił wzrok tak szybko, jak tylko się dało, byleby nie mogła zobaczyć w jego oczach tej bolesnej prawdy. Nie chciał widzieć jej reakcji, kiedy zrozumie. Nie chciał widzieć współczucia albo, co gorsza, uprzejmej obojętności, bo chociaż Winterowi zawalił się świat, to w życiu Blanche był to tylko zwykły roboczy czwartek.
Popatrzył w dół i nagle stał się bardzo świadomy swoich krótkich spodenek w kratę i koszulki ze Star Warsów.
— Ja… pójdę się przebrać. Będę u siebie. Jakby co.

***

Nie do końca wiedział, czy to był dobry pomysł zostawiać matkę i Blanche same. Jeśli dłużej by się nad tym zastanowił, to Blanche pewnie nie miała żadnych pozytywnych skojarzeń z matką Wintera; w zasadzie to prawie wcale o niej nie mówił. Co w ogóle ona mogła się dowiedzieć? Winter miał wrażenie, że sam nie wiedział swojej matce zbyt dużo. Ot, przyznał, że to ona miała romans z boginią, więc nie ma ojca, chyba że jakimś magicznym sposobem podrzucono go do domu Millerów i Keen go tylko adoptowała. Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, jak wyglądał jego okres płodowy. I chyba nie chciał wiedzieć.
Resztę wniosków Blanche mogła wysnuć na podstawie własnych obserwacji: matkę Wintera poznała dopiero po roku spotkań z jej synem, co mówiło już całkiem sporo, kim była i jakie miała nastawienie do życia. W domu bywała rzadko, gdy Blanche odprowadzała chłopaka do domu, w środku czekał na niego tylko dziadek, który nawet z nimi nie mieszkał. Sam fakt, że Winter znał ulice Nowego Jorku nieco zbyt dobrze i zbyt często pakował się w kłopoty, za które nikt go nie rozliczał…
Przynajmniej tak było do tej pory. O takich wnioskach Blanche mogła myśleć na podstawie rocznej współpracy z Winterem. Do podobnych wniosków doszedłby sam Winter, gdyby został o to zapytany. Ale teraz, po śmierci dziadka, zupełnie jakby Keen Miller zmienił się układ biochemiczny mózgu, po piętnastu latach przypomniała sobie, że cały ten czas powinna grać rolę matki.
Winterowi się to nie podobało. Nie, w zasadzie to nie wiedział co o tym sądzić. Matka teraz większość czasu bywała w domu i zaczynał domyślać się, że rzuciła swoją pracę. Próbowała bardzo niezręcznie zaczynać z nim rozmowy. Winter poznał, jak gotuje i jak smakuje jej zupa. (Była nieco zbyt ostra, zupełnie inna niż ta szpitalna i niedosolona, którą robił dziadek). W ciągu miesiąca nawet udało im się pokłócić, co było samo w sobie dziwne, biorąc pod uwagę, że wcześniej prawie w ogóle nie rozmawiali.
Obecność matki w jego życiu doprowadzała go do szewskiej pasji. Nie dlatego, że nagle ktoś zaczął go pilnować. Dlatego, że Keen po piętnastu latach traktowania go jak gówno i ignorowania jego istnienia, kiedy on już nauczył się z tym żyć i więcej nie domagał się jej atencji, nagle postanowiła zaszczycić syna swoją uwagą. Dlatego, że umarł jej ojciec? Nigdy się z nim nie dogadywała, Winter często słyszał ich kłótnie przez telefon.
Nie zamieniłby za nic w świecie swojej poprzedniej rutyny. Dla jego przyjemności matka w ogóle nie musiałaby się do niego przyznawać, jeśli tylko to by sprawiło, że dziadek dalej by żył. Nie chciał jej interesownej miłości, która prawdopodobnie zakończy się razem z żałobą.
Kiedy skończył się przebierać, z drugiej części domu znowu zaczęły dobiegać go przyciszone głosy. Tym razem jednak były łagodniejsze, spokojne, jakby Blanche i Keen rozmawiały o pogodzie przy filiżance herbaty. Wezbrało to w nim nieoczekiwaną złość; sam nie wiedział, czy na matkę, czy na Blanche.
Czuł się jak wtedy, rok temu, gdy przyprowadził Blanche po raz pierwszy do swojego mieszkania, a za ścianą Orlon prosił nowopoznaną kobietę o przysługę, która miała w sumie zmienić trajektorię jej życia. Ale to nie był Orlon, to była jego matka, która przecież tylko udawała, że się o niego troszczy i… i… czemu Blanche w ogóle z nią rozmawiała? Nie wysnuła wniosków, że Keen była kimś obcym w jego życiu i nie miała prawa o nim w ogóle mówić?
Nie chciał tam wracać. Nie chciał im przerywać. Chciał jeszcze chwilę móc myśleć, że przyciszone głosy za ścianą należą do Blanche i jego dziadka, a nie do Blanche i obcej kobiety na jego miejscu. Przetarł twarz dłonią, otworzył okno na oścież i wyszedł na schody przeciwpożarowe, żeby poodychać mroźnym powietrzem Nowego Jorku.
Nadal odmawiał założenia skarpetek. Bose stopy stykały się z chłodnym metalem i Winter, bez butów, w koszulce z krótkim rękawem i dresach z treningów hokeja, prawdopodobnie nabawiłby się porządnych odmrożeń, gdyby nie był dzieckiem bogini zimy. Czuł zimno na ciele, ale było to bardziej przyjemne łaskotanie. Nie wywoływało bólu w żaden sposób. Podobne uczucie towarzyszyło innym ludziom, gdy — cali zmarznięci — wchodzili do ciepłego pomieszczenia ogrzewanego kominkiem. Winter odczuwał taką samą przyjemność, ale w sposób zupełnie odwrotny.
Zimno go uziemiało. Był tu i teraz, skupiony na łaskoczącym uczuciu odmrażania sobie palców u stóp. Mógł wciągnąć nosem powietrze i poczuć lodowate igiełki w płucach. Mógł usłyszeć toczące się dalej nowojorskie życie.
Małżeństwo za ścianą nadal się kłóciło tak samo, jak piętnaście minut temu i cztery miesiące temu. Przecznicę dalej przejeżdżała karetka. Ktoś w dole próbował odśnieżyć chodnik, szurając łopatą po zlodowaciałym betonie. Winterowi ścisnął się żołądek. Wszystko wokół niego wciąż żyło, karawana jechała dalej, więc dlaczego tylko on czuł, że stoi w miejscu, że już nigdy nie ruszy się ze swojego zimnego miejsca na schodach przeciwpożarowych, że przykryje go warstwa śniegu, że roztopi go słońce, a on nadal będzie w tym samym miejscu i nadal nie będzie czuł nic, kiedy już dawno powinien zamarznąć i–…
Odgłosy nowojorskiego życia przerwało pukanie do pokoju.
Winter oderwał wzrok od czerwonej barierki schodów, w którą musiał wpatrywać się bez ruchu przynajmniej kilka minut. Przetarł oczy, jakby to miało mu pomóc odgonić zmęczenie. Od kilku dni już nie płakał, miał wrażenie, że wyschły całe jego zasoby łez. Odchrząknął do siebie, próbując znaleźć własny głos, żeby znowu nie zabrzmieć tak żałośnie, po czym zawołał w eter:
— Proooszę.
I tak zabrzmiał żałośnie. Matka już wszystko musiała powiedzieć, Blanche nie powinna się nawet spodziewać innego widoku niż żałosny.
— Winter?
— Tutaj.
Podniósł głowę. Blanche była sama. Gdyby w tym momencie towarzyszyła jej jego matka, musiałby chyba sam uciec schodami pożarowymi aż na parter. Głową w dół. Ale nie, była sama. Winter otworzył szerzej okno, żeby mogła wgramolić się na schody obok niego.
— Twoja mama mi o wszystkim powiedziała.
Twoja mama. Jego mama. Jak Blanche mogła rzucać tymi słowami tak beztrosko? Wcześniej używała ich w zupełnie inny sposób. „Lód pod stopami przeciwnika, Winter. Twoja mama dała ci dar, więc go używaj. Wyżej trzymaj ten miecz! I tnij!”. Tak, to była jego mama. Dwa puste słowa, tak samo nieobecne w jego życiu.
Nie wiedział, co w zasadzie ma jej odpowiedzieć. „Fajnie”? „Cieszy mnie, że sobie porozmawiałyście”? Powtórzyć po raz kolejny „mój dziadek umarł”, chociaż za każdym razem, kiedy wypowiadał to na głos, czuł, jak jego wnętrzności żywcem wywracają się na drugą stronę i nie potrafił nawet powstrzymać histerii?
Nie powiedział nic. Blanche przez chwilę milczała. Bawiła się rękawem swojej koszuli. Winter kątem oka zauważył, że wyglądała dalej tak samo, kiedy ostatnim razem ją widział; jakby była jedyną stałą rzeczą w jego życiu, zatrzymaną w czasie. Włosy równej długości, wyprasowana koszula, marynarkę zapewne zostawiła w przedpokoju, nawet nie zarejestrował, czy miała ją na sobie, kiedy wchodziła do domu. Równie dobrze dnia poprzedniego mogła z nim trenować i nadal wyglądała, jakby nie minął dzień, jakby wszystko było tak samo, jak wtedy. Był na tyle spostrzegawczy, żeby wiedzieć, że celowo dbała o rutynę. Może za mało o niej wiedział. Może ona też chciała cały czas żyć przeszłością.
— Nie zadzwoniłeś, żebym przyszła na pogrzeb — powiedziała w końcu.
Nic o treningu. Żadnych kondolencji, żadnego sztucznego współczuję. Powiedziała to bardzo rzeczowo. Winter był z jakiegoś powodu jej za to wdzięczny.
Mógł jej tyle powiedzieć. Miał milion powodów, żeby nie zadzwonić. W momencie śmierci Orlona Blanche Lemieux została tylko imieniem zepchniętym w odmęty nieświadomości Wintera. Tak naprawdę prawie nie pamiętał tygodnia, w którym odbył się pogrzeb, a co dopiero o Blanche. Przypominał sobie za to doskonale jeden raz, kiedy w tym czasie chciał do niej zadzwonić. Blanche była pierwszą osobą, która przychodziła mu do głowy, kiedy Winter czuł się osaczony, jak jego ostatni instynkt przetrwania. Nie miał nikogo innego, żeby pogadać o tym, co się stało. I może tylko trochę chciał, żeby ten jeden raz to ktoś inny zainteresował się nim pierwszy, bo to właśnie czyjejś opieki wtedy potrzebował.
— Pewnie byłaś w pracy — skłamał zamiast odpowiedzi.
Blanche przysiadła się do niego bokiem. Próbowała przeanalizować jego twarz, odkryć jego emocje, ale Winter za wszelką cenę unikał wzroku. Miał łzy w oczach. Nie chciał się rozkleić. Blanche nie po to go trenowała, żeby był słaby.
— Mój tata umarł, kiedy byłam młodsza — powiedziała w końcu. Nie dodała żadnego „rozumiem cię”, Winter również był za to jej wdzięczny. — W tym czasie najbardziej chciałam po prostu nie być sama.
Blanche rzadko o sobie mówiła, a już na pewno nigdy nie powiedziała mu o swoim ojcu. W tej pozycji, tuż obok niego na schodach przeciwpożarowych, obejmująca swoje kolana w sposób tak niechlujny, że z całą pewnością pogięła sobie tę idealną koszulę, Blanche w oczach Wintera zaczęła wyglądać jak mała, francuska dziewczynka. Przez chwilę nie była smutną, dorosłą kobietą, samotnym dorosłym ze starymi przyzwyczajeniami, którym Winter mógłby się stać, gdyby teraz zamknął się w sobie.
To skłoniło go do tego, żeby odwrócić głowę w jej stronę. Może mu się wydawało, łzy szybko zamgliły mu wizję i pociekły po policzkach, ale w oczach Blanche też czaiły się łzy.
— Nie musisz mnie już trenować — powiedział. Szczerze. Naprawdę tak myślał. — Nie jesteś nic winna dziadkowi. Dam sobie radę sam.
— Wiem. Ale nie muszę być tylko twoją mentorką — zaznaczyła. — Mogę być po prostu kimś, kogo akurat potrzebujesz, Winter.
Skulił się i zapłakał w rękaw, ale pierwszy raz od kilku miesięcy poczuł ulgę.


Koniec wątku Wintera i Blanche.
────
[2509 słów: Winter otrzymuje 25 Punktów Doświadczenia]

Od Cherry do Izana — „Kurs klękania przed pretorem”

Cherry wiedziała, że Vergil jest zajęty, kiedy nie zaczepił jej ani razu w ciągu dnia.
Zazwyczaj to ona była tą bardziej zajętą osobą — musiała równocześnie wykonywać obowiązki centuriona i pełnić funkcję doraźnego lekarza. Obie te rzeczy nie były pracą na pół etatu. Kiedy nie pilnowała trzynastolatków z mieczami, oni trafiali do ambulatorium, bo nadziali się na miecz, a kiedy już ich bandażowała w laboratorium, to nie mogła ich pilnować, więc koło się zamykało.
Wbrew wszystkim plotkom, które rozprzestrzeniał o Vergilu pewien specyficzny osobnik, on wcale nie miał więcej wolnego od niej. Był w końcu pretorem, ktoś cały czas coś od niego chciał, nawet jeśli próbował się chować. Miał do wypełnienia raporty, patrole, zażalenia, jeszcze więcej zażaleń, pilnowanie, żeby wszystko chodziło jak w zegarku i spożywanie fasolek wszystkich smaków. Ani w codziennej rutynie Cherry, ani w codziennej rutynie Vergila, nie było czasu dla siebie, a już tym bardziej dla rzeczy, którymi normalnie zajmowały się pary w ich wieku.
Zawsze musieli coś poświęcać. Cherry niezmiernie to irytowało. Czasem ich codzienne interakcje ograniczały się do wymienianego w biegu „hej”, kiedy oboje rozchodzili się w swoje strony w porannych godzinach rozdziału obowiązków. Czasem, kiedy już spotykali się na koniec dnia, byli już zbyt zmęczeni, żeby w ogóle ze sobą rozmawiać, więc zdarzało się im siedzieć w komfortowej ciszy, dopóki któreś nie usnęło. Mimo wszystko każdy dzień sprowadzał się do jednego; zawsze się widzieli, nawet jeśli były to tylko trzy minuty w ciągu całego dnia.
Ze wszystkich najbardziej pracowitych dni w ich życiu Cherry najbardziej nienawidziła spotkań Senatu. Miała wtedy okazję spotkać się twarzą w twarz z człowiekiem odpowiedzialnym za ponad połowę zażaleń i raportów na stosiku papierów Vergila. Musiała słuchać jego bezsensownego ględzenia, oglądać jego wredny pysk, a potem przeżywać to wszystko na nowo, kiedy rozmawiała z Vergilem, bo ten cholerny ambasador Marsa nie dawał spokoju ani jemu, ani jej, już do końca dnia.
Czasami chciała mu coś wygarnąć. W myślach już wiele razy chwytała go za szyję i dusiła. W rzeczywistości brała kilka głębokich wdechów i… gdyby miała się nad tym dłużej zastanowić, to nigdy nie zamieniła z Izanem Kingiem więcej, niż dwóch zdań, co było szczególnie dziwne, jeśli brało się pod uwagę, ile czasu spędzał, chodząc za Vergilem (zdecydowanie więcej, niż ona, przynajmniej w tygodniu).
Nie widziała Vergila przez cały dzień. Nie było żadnego „hej” wymienionego w połowie drogi. Ani razu nie wpadł do ambulatorium, udając, że koordynuje pracę medyków, a tak naprawdę wymienić z nią krótkie pocałunki. Vergil wsiąkł pod ziemię, a dzień wcześniej nie powiedział ani słowa, że miał zaplanowaną misję albo cokolwiek równie ważnego. Jej pierwsze podejrzenie poszło w stronę Izana Kinga; nikt inny nie zająłby Vergila tak mocno, żeby ignorował jej istnienie przez calutki dzień.
Cherry nie lubiła chodzić nieproszona do pretorium. Wydawało jej się to naginaniem zasad z racji tego, że była dziewczyną pretora. Strażnicy pilnujący budynku i tak by ją wpuścili, nie musiała nawet kłamać, po co przychodzi. To było takie idiotyczne, przyjść do pretorium, miejsca, którego młodsi legioniści bali się jak diabła w obawie przed konsekwencjami, tylko po to, żeby poszukać swojego chłopaka. Wydawało jej się to takie banalne. Cliché. Nie musieli przecież widywać się cały czas, a Vergil nie musiał jej się z niczego tłumaczyć, a czuła się jak durna, zakochana nastolatka, która szukała każdego sposobu na kontakt z obiektem westchnień.
Kiedy przekroczyła próg, szybko zauważyła, że Vergila tutaj nie było. Nawet nie krzyknęła do niego w eter, i tak odpowiedziałaby jej cisza. Tym razem już zaczęła się martwić.
Podeszła do biurka, żeby znaleźć na nim jakąkolwiek wskazówkę. Stos kartek, nic wyróżniającego się. Kilka zagubionych fasolek wszystkich smaków, takich, których Vergil nie lubił. Lepki półksiężyc po postawionej w tym miejscu puszce coli. Pióro, zdecydowanie nadwyraz eleganckie. Notes, który doskonale znała, bo Vergil pisał w nim wiersze i zaznaczał, ile razy ten cholerny półgłówek przychodził, żeby go męczyć, a potem robił z tego statystyki, kiedy mu się najbardziej nudziło.
Odskoczyła od biurka jak oparzona (mimo że nie robiła absolutnie nic nielegalnego), kiedy drzwi za jej plecami zaskrzypiały. Zanim jej wzrok rozpoznał sylwetkę w drzwiach, miała jeszcze nadzieję, że to Vergil wrócił — cokolwiek nie robił wcześniej. Zaraz jednak jej uszu dobiegł znany jej skrzek pewnego mężczyzny, który znalazł sobie na to prawdopodobnie najgorszy możliwy czas i miejsce, bo Cherry najchętniej rozszarpałaby go na miejscu, a jej nieskończona cierpliwość okazała się jednak skończona.
— No i co, pretorze, już spakowałeś swoje manatki? Odwołali cię już? Czy–… — To był moment, kiedy Izan King zobaczył Cherry Amoret. W pierwszej chwili zmarszczył czoło, ale mina kompletnie mu zrzedła, jakby sam nie wiedział, co powinien zrobić i jak w takiej sytuacji zareagować.
— Hej, Izan — rzuciła tak ostro, że prawie poderżnęła mu gardło samymi słowami.
— Uhm. Hej — bąknął pod nosem tak niewyraźnie, że prawie go nie usłyszała. Zielone oczy wbił w jakiś punkt obok jej buta. — To ja już pójdę.
I wziął w tył zwrot z zamiarem bardzo niesubtelnej wycieczki.
— Nie, nie, nie, czekaj chwilę — Cherry powiedziała to z surowością wymawianą do małego dziecka, które doskonale wiedziało, że coś przeskrobało. Izan wyglądał w zasadzie podobnie smętnie. A co gorsza, posłuchaj jej i zatrzymał się w pół kroku, przypominając przy tym wystraszoną łanię przed reflektorami samochodu. — Widziałeś gdzieś Vergila? Może?
— Tak — powiedział zdawkowo.
Cherry uniosła brwi, ale nie dostała kontynuacji.
— No? Gdzie?
— W Nowym Rzymie.
Trochę ją to pocieszyło. To znaczyło, że Vergil faktycznie był zajęty. Nie mogli się minąć, skoro cały dzień był poza samym obozem.
— A wiesz, co tam robił?
— No. No, ten. Rozwiesiłem parę plakatów. O Vergilu. — Nie musiał nic dodawać, żeby Cherry szybko załapała, że rozwiesił cholerne plakaty propagandowe i zapewne przerobił Vergila na Adolfa Hitlera. Nie spodziewała się, że rozwieszał posypane brokatem komiksy wychwalające pretora. — Vergil je zbierał. I próbował rozmawiać z ludźmi. Przynajmniej kiedy ostatni raz go widziałem.
Musiała zagryźć zęby.
— Co. Ty. Do. Jasnej. Kurwy. Zrobiłeś? — syknęła.
— No… możliwe, że parę moich przyjaciół wybuczało go na Forum Romanum. I ktoś rzucił pomidorem. Możliwe. Jestem trochę zajęty, cześć.
— CO TY ZROBIŁEŚ?! — Cherry rzadko krzyczała. Tym razem nie mogła się powstrzymać.
To było tak idiotyczne, absurdalne, głupie, kretyńskie, niemądre, bezmyślne, groteskowe, TĘPE. Ile trzeba było mieć lat i komórek mózgowych, żeby w ogóle wpaść na taki pomysł? Cherry najchętniej wzięłaby go za szmaty i samodzielnie powiesiła na jakiejś ścianie, zamiast plakatu.


Izan?
────
[1032 słowa: Cherry otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Erin — „Walentynki jak ze snu (dosłownie)” [Walentynki]

Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko na filmach, więc dlaczego to ty teraz tkwisz z kimś w windzie pomiędzy piętrami, a głośnik zaciął się na możliwie najgorszym dżinglu?

Za oknem zima szalała w najlepsze, a ludzie zjeżdżający na nartach i snowboardzie zdawali się mieć największy ubaw swojego życia. Erin z kolei trzęsła się z zimna na zapleczu niewielkiej karczmy, czekając, aż Kasia skończy obsługiwać ostatnich dziś klientów. Przyjaciółka zaprosiła ją do swojego kraju, gdzie odwiedzała rodzinę i pracowała u jakiegoś dalekiego wujka podczas przerwy zimowej, którą Polacy nazywali feriami, czy jakoś tak.
Mimo odzieży termicznej, bluzy, dwóch kurtek, koca i kubka kakao w rękach (zrobionego trochę nielegalnie), wciąż wydawało jej się, że wszystkie kończyny zaraz odpadną jej z zimna, a krew zamarznie w żyłach. Nigdzie, gdzie do tej pory mieszkała, zimy nie były aż tak mroźne, a na pewno nie w połowie lutego. Ale teraz nie była ani w Nowym Jorku, ani w Dublinie, a na jakimś wypizdowiu w polskich górach, którego nazwy nie potrafiła zapamiętać. Mimo że Kasia przypominała jej wiele razy.
Oparła się o drewnianą ścianę w miejscu z widokiem na szparę w niedomkniętych drzwiach, zastanawiając się, kiedy chłopak z zielonymi, ściętymi na buzz cut włosami przestanie wykłócać się o… o cokolwiek mu chodziło. Erin nie rozumiała ani słowa z Polskiego. Może poza podstawowymi, typu "kurwa". W oczekiwaniu zaczęła liczyć deski w ścianie naprzeciwko.
Kasia pojawiła się chwilę później, wraz z powiewem wiatru od domykających się za chłopakiem z buzz cutem i jego grupą drzwi wyjściowych. Erin zatrzęsła się z zimna i otuliła się jeszcze szczelniej kocem, wywołując tym krótki śmiech dziewczyny.
— Bawi cię coś? — rzekła z udawanym oburzeniem.
— Coś ty — uśmiech na ustach brązowowłosej rozszerzył się jeszcze bardziej. Erin przesunęła się na krzywej, drewnianej ławce i poklepała miejsce obok. Kasia usiadła natychmiast, wciskając się pod wielki koc. Od razu zrobiło się cieplej.
— O co chodziło temu typowi? — zapytała z ciekawości. Przyjaciółka westchnęła.
— Był oburzony bakłażanem na kanapkach. Z tym że my tu nawet nie sprzedajemy kanapek z bakłażanem. Coś mu chyba siadło na mózg, bo za wszelką cenę nie mógł uwierzyć, że w menu overpriced pseudo restauracji na stoku narciarskim nie ma bakłażana. Czaisz, pokazał mi wnętrze kanapki i wskazując na szynkę, przysięgał, że to bakłażan — obie dziewczyny zaśmiały się z absurdu sytuacji.
Od strony korytarza rozległy się kroki i skrzypnięcie otwieranych drzwi. Chłopak, który szedł w kierunku części jadalnej, przywitał się skinieniem głowy i wymienił z Kasią kilka zdań, których Erin nie zrozumiałaby, choćby chciała. Kto wymyślił ten język???
— Schody lekko… ucierpiały? Komuś spadł sprzęt narciarski i się pod nim załamały — wyjaśniła dziewczyna, zanim Erin zdążyła spytać. Wydawała się wcale nie być zaskoczona wieścią.
— No, przynajmniej nie pod jakąś osobą — odpowiedziała Erin — Już dawno powinny być wymienione. Chodziły po nich dinozaury, czy co??
— Odkąd tu przyjeżdżam, nic nie było z nimi robione. Pewnie nigdy ich nie konserwowali.
— Ej, to jak się dostaniemy do pokoju?
— Zaskakujące, ale mają tu windę — Erin popatrzyła na Kasię ze szczerym niedowierzaniem.
— Aha, to czemu wszyscy targają rzeczy po wąskich schodach?
— Bo nie ufają windzie. Jeżdżą nią tylko panie sprzątające — brązowowłosa wzruszyła ramionami. W sumie oczywiste — No cóż, teraz nie mają wyboru. My z resztą też.
— Jakoś się trzeba dostać na górę, nie? — Erin zapomniała jak bardzo przed chwilą zamarzała i marzyła o powrocie do pokoju — Chodźmy już, zimno tu.
Z bólem serca wygramoliła się spod ciepłego koca i dopiła kakao. Podążyła za Kasią do drzwi, po drodze wyrzucając plastikowy kubek. Oczywiście nie trafiła do kosza i kiedy niezdarnie podnosiła śmieć z podłogi, tamta była już w daleko, czekając na nią, jak zwykle. Skręciły jeszcze dwa razy w opustoszałe korytarze, gdy przed ich oczami wyrosła winda. Kasia wcisnęła guzik otwierania drzwi. Ciasna winda z pozaklejanym naklejkami i ulotkami lustrem okazała swoje wnętrze. Dziewczyny nieufnie weszły do środka. Po kliknięciu przycisku na drugie piętro, maszyna ruszyła w górę.
— Ty, może jednak doje- — dźwigiem wstrząsnęło. Nim się obejrzała, Erin znalazła się na podłodze.
— Kurwa…
— Jak to się mówi? Nie chwal dnia przed zachodem słońca? No to dojebałam — podniosła się ostrożnie z podłogi, oczekując kolejnego wstrząsu. Nic takiego się nie stało. Kasia przypatrywała się nerwowo przyciskom i napisom na ścianach.
— Ja pierdolę. Czy to pudło jest tu legalnie? Widziało kiedykolwiek, jakiekolwiek przeglądy?
— Może ma atesty bezpieczeństwa ze Starożytnego Rzymu — Erin wzruszyła ramionami — Ej, ale zawsze mogło być gorzej. Mógł z nami wsiąść jakiś obrzydliwy facet…
— Proszę cię, nawet nie chcę o tym myśleć.
— Spoko. Ej, a pamiętasz, jak pierwszy raz się spotkałyśmy i myślałyśmy, że utknęłyśmy w windzie? Wtedy w metrze w Nowym Jorku. Z panią z płaczącym dzieciakiem — pomyślała, że może wspominanie jakoś rozładuje atmosferę. Kasia była najwidoczniej bardziej zdenerwowana całą tą sytuacją. Na szczęście uśmiechnęła się lekko na wspomnienie początku ich znajomości.
— Pamiętam też, że tego samego dnia upuściłaś telefon i wpadł mi prosto pod but. A potem okazało się, że szłyśmy w to samo miejsce i myślałam, że mnie śledzisz.
— Nie, to ja myślałam, że mnie śledzisz-
— Może cię śledziłam, i co?
Erin zaśmiała się, jednak wtedy nie było to zabawne. Niedługo wcześniej skończyła osiemnaście lat i wyniosła się z obozu. Naprawdę myślała, że dziewczyna jest jakimś potworem, który tylko czeka, by ją zaskoczyć i zabić. No i nic takiego się nie stało, a teraz, ponad rok później wciąż żyje i rzekomy potwór w postaci jej przyjaciółki nie dokonał zamachu na jej życie mimo nieskończenie wielu okazji.
— A tak na poważnie. Co zamierzamy zrobić? Czekać aż bóg wind się nad nami zlituje?
— Jest taki?? — Kasia spytała z niedowierzaniem.
— Nie, ale może być. Nazwijmy go Geranosus.
— To brzmi jak jakiś dinozaur, ale okej. O wielki Geranosusie…
— Nie! Obrazisz go. A nie chcemy tu utknąć na całe życie, co nie?
— No, ja już tu dostaję kurwicy — osunęła się na podłogę i oparła zasłoniła twarz rękami, jakby zaraz miała się rozpłakać. Erin nie wiedziała jak ją pocieszyć.
— Masz klaustrofobię? — spytała. Może dlatego była tak zdenerwowana? Tamta pokręciła jednak głową.
— Nie, cały mój plan poszedł się jebać.
— Plan? — nie wiedziała nic o żadnym planie.
Kasia westchnęła dramatycznie.
— Naprawdę myślałaś, że zaciągnęłam cię tu, żebyś codziennie przez cztery dni czekała aż skończę pracę, i tyle?
— No tak, przecież potem mamy czas, żeby robić coś razem — przerwała jej Erin.
— Ty tak na serio? Byłaś przekonana, że zapraszam cię tu w Walentynki tylko po to, żeby tak zwyczajnie spędzić razem czas? Mieszkamy dosłownie obok siebie, mamy tego czasu mnóstwo. Boże, myślałam, że jesteś bardziej kumata — teraz już praktycznie się śmiała. Erin poczuła gorące rumieńce na policzkach.
— Aha — półbogini przetwarzała w głowie czego właśnie się domyśliła. Jej ulubiona osoba, najpiękniejsza dziewczyna, jaką spotkała, ale bała się tego przyznać, specjalnie zaprosiła ją do siebie na Walentynki mimo pracy i…
Jej myśli urwał nagły hałas. Nie widziała tu żadnych głośników, a jednak skądś dobiegała znajoma, irytująca melodia Zombie lady. Kolory dookoła zaczęły się zmieniać, ze ścian wyrosły grzyby, a piosenkę zagłuszył głęboki głos.
— KTO ŚMIAŁ NAZWAĆ MNIE DINOZAUREM…


Nie siedziała już na podłodze, a na łóżku w swoim domku w Obozie Herosów. I nie miała dziewiętnastu, a szesnaście lat. Zegar na ścianie wskazywał 3:17. Bóg wind, kurwa? Poważnie? I Kasia? Nigdy nie poznała nikogo takiego. Nie miała pojęcia, kim jest ta osoba ani dlaczego sen na początku wydawał taki realistyczny. Ani dlaczego zatęskniła za kimś, kogo nawet nie znała.



[1174 słów: Erin otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia +20 PD]

Od Kurta CD Claude'a — „God is gay”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, DWA LATA TEMU

To był pierwszy raz, kiedy Kurt nie wstydził się przyznać sam przed sobą, że w jego wyobrażeniach to nie był jego pierwszy pocałunek z Claude'em. Wszystkie prędko od siebie odrzucał, ale gościły w jego głowie częściej, niż by tego chciał, nawet jeśli pojawiały się tylko na sekundę, zanim zaczynał pluć sobie w brodę, że w ogóle nie powinien o tym myśleć. W jego wyobrażeniach Kurt pocałował chłopaka pod rzeźbą Bachusa w ogrodzie. W jego wyobrażeniach Kurt wymykał się z treningów, żeby go pocałować. W jego wyobrażeniach ręce Kurta wodziły po jego policzku, wyczuwały tętno na szyi, wędrowały pod koszulkę i…
Nie, w żadnym z wyobrażeń Kurta nie rozegrała się ta scena, którą właśnie miał przed oczami. To nigdy nie był Toi Toi, obszczana podłoga, klejący się sedes, brak przestrzeni między nimi. W żadnej z tej wizji Kurt nie był wkurzony; na Claude'a, na Doriana, na głupiego, teleportującego cieniem psa, na jakiegoś idiotę za drzwiami, który bardzo chciał się wysrać. Nigdy nie pomyślał też o tym, że to Claude wykonałby pierwszy krok, że on badałby opuszkami krańce jego twarzy, że to on zainicjowałby pocałunek, że w ogóle Claude mógłby dzielić te same uczucia i te same wyobrażenia.
A może wariował. Może oboje wariowali. Nawdychali się toaletowych gazów niewiadomego pochodzenia, zaczęli mieć halucynacje, dopowiadać sobie rzeczy i robić głupstwa, których potem będą żałować.
Pocałunek z Claude'em był inny, niż Kurt sobie wcześniej wyobrażał. Nie potrafił nawet określić, jak się z tym czuje — krew pulsowała mu w uszach, odruchowo oblizał wargi, kiedy oderwali się od siebie i kiedy mógł poczuć na języku kroplę krwi Claude'a. Nie mógł przewidzieć żadnej rzeczy, która wydarzyła się w ostatnich piętnastu minutach i dało mu to nieoczekiwany posmak adrenaliny, którego nie czuł już od tak dawna, kiedy każdy jego dzień był skrupulatnym planowaniem. Drżały mu nogi, tak, jak po żadnym treningu, a najgorsze było w tym wszystkim to, że nawet nie mógł być na siebie zły, bo wszystko działo się gdzieś poza obszarem jego świadomości, w półśnie, sytuacji tak hipotetycznej, że nie mógł sobie jej nawet wyobrazić, a wszystko było w niej możliwe.
Ktoś uderzył w drzwi od Toi Toia, najpierw raz, potem drugi. Tym razem nie był to Kurt. Kurt musiał zrobić kilka kolejnych wdechów, ponapawać się gorącem na policzkach i przełożyć spojrzenie z niewiadomego punktu nad ramieniem Claude'a na samego chłopaka. Gdyby mógł, zrobiłby to jeszcze raz. W tym cholernym kiblu, daleko od idealnych wyobrażeń. Zanurzyłby nos w jego policzku i poczuł jego zapach, jak słodkie winogrona na greckiej wyspie, upragnione wakacje, gdzie Kurt nie musiałby myśleć o wszystkich swoich obowiązkach i „co by było, gdyby”. I czułby zapach jego skóry, a nie obrzydliwych oparów, o których nie mógł zapomnieć, bo przecież nadal znajdowali się w…
— No kurwa, sraj szybciej! — ktoś wrzasnął za drzwiami. — Bo zaraz wyrzucę cię z tego kibla!
Napotkał jego zamglony wzrok. Oczy, których unikał przez ostatnie kilka miesięcy. Nie chciał zapamiętywać dokładnego koloru jego tęczówek, bo wtedy prześladowałyby go w snach — zapamiętał tę barwę mimo woli, jak tonący chwytający się brzytwy, z każdym wymienionym, ukradkowym spojrzeniem, które trwało może ułamek sekundy. Brąz zakotwiczony pod zielenią jak liście oglądane pod nikłym światłem zmierzchu. I może Kurt mógłby postawić przed sobą postanowienie, żeby poznać dokładnie nie tylko każdą kropkę melaniny w tęczówkach Claude'a, ale też każdy skrawek skóry, każdy pieprzyk skryty pod koszulką, każdy rodzaj pocałunku, jakim mogliby się wymienić, a wszystko to gdyby przestał to kontrolować i wyślizgnął się tylko trochę, żeby zobaczyć, ile z tych wyobrażeń mogłoby stać się prawdą i jak bardzo Claude potrafiłby je nagiąć.
— A, jebać to — powiedział w końcu Kurt, sam nie wiedząc, czy mówi to do siebie, do Claude'a, czy do nieznajomego gościa za drzwiami, ale to nie było zbytnio ważne, bo zaraz jego wargi znowu były na ustach chłopaka i już nie musiał nic więcej mówić.
Nie było żadnych fajerwerków. Na swój sposób, może gdyby Kurt przejmował się tym bardziej (a później na pewno będzie się przejmował), było to niezręczne. Raz przez przypadek zderzyli się zębami. Czy Claude wcześniej kiedykolwiek się całował, czy po prostu był odważniejszy od niego? Bogowie, Kurt był w to taki beznadziejny. Wszystko wymagało treningu, nawet to.
A potem Kurt stracił grunt pod nogami.
Nie, ale dosłownie. To nie była żadna bajeczna metafora dotycząca jego odczuć pocałunku z Claude'em. Toi Toiem zatrzęsło, woda chlupnęła, a potem cały przybytek przewrócił się na bok. Kurt stracił grunt pod nogami i poleciał prosto na drugiego chłopaka. Zderzyli się czołami, nawet jeśli Kurt podtrzymał się na jednym ramieniu opartym o ścianę. Poczuł, że miał mokrą nogawkę i miał głupią nadzieję, że to była tylko czysta woda i poprzedni użytkownik kibla spłukał po sobie wodę.
Szczęście w nieszczęściu, zamek pękł i drzwi otworzyły się, uchylając światu widok dwóch ułożonych na sobie ciał ze spuchniętymi wargami i mokrych od… płynów, bogowie wiedzą jakich.
— Jasna cholera — odezwał się nieznajomy legionista. — Jednak odechciało mi się srać.
Zza pleców legionisty wychyliły się kolejne głowy. Przyszli kolejni gapie, którzy chcieli zobaczyć kręcącą się aferę i dwóch debili umorusanych w gównie. Kurt spłonął rumieńcem jeszcze mocniej niż wcześniej i odsunął się od Claude'a z takim impetem, że głowa chłopaka prawie wylądowała w kiblu.
— A wy co tu robicie? — Kilku gapiów odsunęło się, kiedy podeszła inna dziewczyna. Kurt najpierw zauważył na jej zbroi insygnia centuriona, a dopiero potem rozpoznał ją jako Philip Morris z Piątej Kohorty. Komizmu sytuacji dodał też fakt, że przydreptał za nią jej wierny pegaz, Juan, który zarżał do niej w końskim języku coś, co tylko ona potrafiła zrozumieć.
— Zamknęli nas. W kiblu — wydusił z siebie rudzielec. W jakimś przypływie szoku, samoświadomości, dżentelmeństwa i cholera wie, czego jeszcze, złapał Claude'a za ramię i podciągnął brutalnie do przodu, żeby pomóc mu wstać. Jak kolega koledze. I w ogóle.
— Co? Jak to was–… — Philip nie dokończyła, bo jej towarzysz Juan zarżał coś po końskiemu w taki sposób, że przypominało to bardziej chichot. Philip na jego rżenie zmarszczyła brwi, pokręciła głową i westchnęła. — Albo dobra, nieważne. Przerwa, idźcie się umyć. Cała reszta, zmiatajcie stąd! I postawcie tego Toi Toia z powrotem!
Kurt jeszcze nigdy tak pilnie nie wypełnił rozkazu centuriona. Po prostu chwycił Claude'a za przegub ręki i pociągnął go dalej, byle jak najmniej legionistów zapamiętało jego twarz albo gorzej, zaczęło mu zadawać pytania, jakim cudem oboje znaleźli się w kiblu i kto ich tam zamknął.
Dopiero w bezpiecznej odległości uniósł głowę, nawet nie ukrywając już rumieńców, które nadal rozchodziły się na jego policzkach.
— To… to nie oznacza, że my… My… No — nie potrafił wydusić z siebie żadnej sensownej odpowiedzi. Dźgnął Claude'a palcem wskazującym w klatkę piersiową. — …ale przyjdę rano, jeśli chcesz skoczyć do Nowego Rzymu. Mogę ci pokazać, gdzie na Forum Romanum sprzedają najlepsze strzały. Jeśli chcesz.


Koniec wątku Kurta i Claude'a (przynajmniej na razie).
────
[1116 słów: Kurt otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Kuźmy CD Philip — „Hobby horsing to nie sport zespołowy”

Poprzednie opowiadanie

Jej, super, teraz Kuźma może posprzątać stajnie bardziej efektywnie! To zupełnie nie to, czego chciała! Nie ma pojęcia, kto o zdrowym umyśle pragnąłby, żeby to centurionka pilnowała go przy codziennych, wspaniałych obozowych obowiązkach. Teraz, zamiast obijać się i patrzeć, jak ktoś inny wykonuje najgorszą robotę (Kuźma sprawnie ignoruje to, że ten niecny plan nigdy jej się nie udał i najtrudniejsze obowiązki koniec końców przypadały właśnie jej), będzie musiała rzeczywiście pracować, pewnie nawet w pocie czoła, bo nad plecami będzie czuła coś na kształt bicza więziennego stróża.
Fakt, że idą do ambulatorium zamiast natychmiastowego udania się do stajni i paprania się z końskim gównem, wbrew pozorom nie poprawia humoru Kuźmy. Tam czekają na nich tylko te głupie lekarki, które zapominają, że ich główną pracą jest wypisywanie leków, a nie gadki moralizatorskie o zdrowym trybie życia i higienie snu. Zawsze, gdy dziewczynka zawita tam (tylko wtedy, gdy znajduje się w stanie skrajnej desperacji), wychodzi stamtąd bez tego, po co przyszła, a co najwyżej z meliską i poklepaniem po plecach. Już bardziej ma ochotę na użeranie się z przerażonymi końmi niż nudą wywołaną bezsensownym monologiem o zdrowiu w wykonaniu Elianne, Cherry, lub kogoś jeszcze gorszego od nich.
– Ja poczekam tutaj – mówi Kuźma, ale zanim kończy zdanie, Philip otwiera przed nimi drzwi. Trochę bardziej przed legionistką, niż przed sobą, więc siedząca za biurkiem Elianne praktycznie od razu dostrzega znajomą, gęstą czuprynę, wory pod oczami i bladą cerę. Wystarczy, że lekko unosi głowę znad papierów, a jej wzrok od razu spotyka się ze zmęczonymi oczami córki Pavora.
– Ku-Kooshma, już ci mówiłam…
– Możesz mówić Cosmo – uczynnie przerywa jej Kuźma, która od rzeczywistej wymowy swojego imienia jeszcze bardziej nienawidzi tego kalectwa wychodzącego z ust przeciętnego obcokrajowca, gdy próbuje się do niej zwrócić (dziwne, że jeszcze nie kazała ludziom nazywać ją inaczej niż Cosmo. Mogłaby stać się, tak dla przykładu, Teklą, żeby wciąż utrzymać tradycję rodzinną).
– Tak… Znaczy, dobrze – gubi się Elianne i aż odwraca wzrok od dziewczynki, żeby uciec nim gdzieś do swoich papierów (na jej twarzy doskonale widać dyskomfort towarzyszący każdemu, kto musi znienacka porozmawiać z córką najstraszliwszego boga lęków). Trochę przygarbiona dokańcza to, co próbowała powiedzieć: – W każdym razie. Mówiłam ci wcześniej, że nie mogę ci przepisać kolejnych leków…
– Ja tutaj nie po to – przerywa jej Kuźma i, zmuszona przez okoliczności, wchodzi do ambulatorium. Opiera się o ścianę tuż za progiem, żeby wyraźnie pokazać wszystkim obecnym, że i tak zaraz stamtąd wybiegnie oraz nie ma zamiaru wdawać się z nikim w zbędne dyskusje.
– Ale… – Zagubiona Elianne jeszcze przez chwilę patrzy na legionistkę, a ona ledwo powstrzymuje się od skomentowania tego zachowania astronomicznie miłym: „Co się lampisz, parówo dęta?”, które zasłyszała lata temu, zanim z Gaudencją przeprowadziły się do Stanów. To była jakaś reklama albo dziwna przeróbka reklamy, na którą trafiła w czasach, gdy trzymane przez nią telefony nie próbowały samodzielnie zhakować systemu cyberbezpieczeństwa Lidla. – Okej. To… – Tym razem kieruje pytający wzrok na centurionkę, a Kuźma nie może powstrzymać pogardliwych myśli o tym, jak Elianne jest niekompetentna w swojej pracy (chociaż tak właściwie nie zrobiła nic złego).
– Potrzebuję czegoś na ból głowy – rzuca Philip, głosem napiętym równie mocno, jak wszystkie mięśnie w jej ciele (Kuźma ma nadzieję, że to nie przez usłyszenie od Eli o tamtej domniemanej lekomanii i że jej centurionka nie postanowi poruszyć tego tematu w niedalekiej przyszłości, a najlepiej to w ogóle nigdy).
Zanim Elianne ruszy do szafki z lekami, to najpierw chwilę się zastanawia, a potem wyciąga skądś termometr i, nakazawszy Philip wsadzić go sobie pod pachę, przeprowadza z nią krótki wywiad. Tego Kuźma nie lubi w niej najbardziej, jakby po prostu nie mogła przejść do rzeczy, wcisnąć potrzebującym w łapy ten ibuprofen i zająć się ważniejszymi sprawami, niż czyjaś boląca głowa. Córka Arcus odpowiada na pytania Eli tonem tak znudzonym, że dla wszystkich musi być jasna jej niechęć do rozmowy o tym, ile dzisiaj piła, a ile jadła, czy ostatnio często się stresuje lub denerwuje, czy dobrze się wysypia (pewnie gdyby odpowiadała na te pytania zgodnie z prawdą, prezentując normalne życie centurionki piątej kohorty, Elianne oprócz przeciwbólowych wypisałaby jej receptę na lepszy styl życia). Po zmierzeniu temperatury, która okazuje się w normie, następuje czas na zmierzenie ciśnienia i gdy Kuźma już myśli, że będą tu siedzieć, aż Elianne nie pobierze krwi Philip i nie przebada próbki laboratoryjnie, lekarka (albo pielęgniarka?) odpuszcza i małym kluczykiem otwiera szklaną gablotkę z lekami. Są strzeżone niemal tak, jak alkohol przed dzieciakami Bachusa, co poniekąd przeraża Kuźmę i powoduje, że pod tą ścianą przy drzwiach zaczyna rozmyślać nad powodem wprowadzenia aż takich środków ostrożności. Bo co, nurofen działa uzależniająco na dzieci Apolla?
Wychodzą z ambulatorium i milczą przez całą drogę do stajni, bo też nie ma o czym tu rozmawiać (hej, smaczne te tabletki? Mają taki słonawy posmak, nie? A woda? Jak smaczna, pewnie to H2O Acqua Azzurra, ona jest najlepsza w całych Stanach). Philip zgniata już pusty plastikowy kubeczek, który wręczyła jej Elianne, zakazując jej połykać tabletek na sucho albo, jak zawsze robi Kuźma, na ślinę. Aż strach zapytać, czy leki zaczynają działać, bo centurionka patrzy na wszystko, co wydaje jakiekolwiek dźwięki tak, jakby chciała to poszatkować i spalić, byleby otoczyła ją absolutna cisza i to ona ukoiła dręczący ją ból.
Dopiero dotarłszy do stajni, Kuźma cicho pyta:
– To co mam robić?
Patrzy na Philip, która wygląda, jakby chciała powiedzieć: „To, co do ciebie należy, duh. Stajni nigdy nie sprzątałaś?”, przez co dziewczynka ma ochotę przywalić jej w twarz i odejść, żeby przez cały dzień tylko pierdzieć na swoim łóżku, czytając swoją ulubioną creepypastę po raz enty. Zamiast tego z rękoma wciśniętymi w kieszenie stoi obok starszej dziewczyny i gapi się na nią w sposób, którego określenie słowami „spode łba” nie oddawałoby nawet w połowie. Kuźma wpatruje się w wyższą o trzydzieści centymetrów dziewczynę, nawet nie próbując unieść głowy. Znaczącą część twarzy Philip przysłania jej grzywka, a wzrok szybko rozmazuje się od wysiłku, jaki musi włożyć w próbę utrzymania oczu w tej nienaturalnej pozycji. Poza tym, mocno się garbi. W ostatecznym rozrachunku wygląda po prostu jak edgy nastolatka, która próbuje zbuntować się swojej mamie i nie wynieść dzisiaj śmieci (w tym przypadku: nie wynieść końskiego gówna).


Philip? ────
[1010 słów: Kuźma otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]