sobota, 15 sierpnia 2026

Od Lucasa CD Lotus — „Lotus VS dziecko”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Mała wygięta śrubka, mała wygięta śrubka…
Lucas przeszukiwał cały sklep, w poszukiwaniu jednej, małej śrubki, której nigdzie nie było. Oczywiście, mógł się spytać pana przy ladzie, którego jednak nie było. Cóż, papieros sam się nie zapali. Nie chciał mu przeszkadzać, niech chłop odpocznie.
Udał się w kierunku wyjścia, gdzie równo przy drzwiach zauważył dziewczynkę z Ruby. Trzymała się za włosy, patrząc prosto w wózek. Lucas przyspieszył kroku, z obawą, że coś się mogło stać jego córce.
— Ruby, wszystko do—
Ruby jednak leżała opatulona w kocyk, uroczo sie śmiejąc. Lucas przeniósł wzrok na dziewczynę.
— Nie, nie, bo… przed chwilą zakaszlała i myślałam, że… może będzie chora.. i byłoby mi tak bardzo głupio gdyby…
— Nie musisz się martwić — Lucas odpowiedział, poprawiając śpioszki córki. — Nic by się nie stało.
— A co z śrubką?
— Śrubką?… Nie ma jej tu. Może być w jakimś innym sklepie… chyba, że znajdziemy tą, którą zgubiłaś…
— A gdzie jest najbliższy jeszcze inny sklep z…
— Na drugim końcu Nowego Rzymu. Tam jest sklep budowniczy, prowadzi go ziomek mojego przyjaciela, syn Wulkana.
Zresztą, tak jak nowa opiekunka Ruby, patrząc na jej tatuaż na ręce.
— A ile jest drogi stąd do tego sklepu?
— Pół dnia na piechotę.
— To…kawał drogi…— wyszeptała dziewczynka.
Lucas usiadł na ławce, sprawdzając samopoczucie Ruby. Nie wyglądała na wystraszoną, wręcz przeciwnie. Córka Wulkana usiadła obok Lucasa.
— Nie musisz mi pomagać szukać tej śrubki, naprawdę. Sama dam radę.
— A byłaś kiedykolwiek w Nowym Rzymie?
— Um… może z raz? Dwa?
— To nigdzie sama nie idziesz.
— Hej, mam już 15 lat!
— Ja w twoim wieku spałem z włączoną lampką, bo sie bałem, że potwór przyjdzie. Nowy Rzym jest duży, łatwo tu się zgubić. Jeszcze ktoś na ciebie napadnie, albo porwie. Pójdziesz na nieprzyjemną dzielnice i co zrobisz?
To nie tak, że Lucas był wielkim chłopem. Był owszem, bardzo wysoki, ale chudziutki jak patyk. Trudno po nim stwierdzić, że spędził tyle lat w Obozie Herosów.
— Po prostu nie chcę mieć ciebie na sumieniu.
Dziewczynka się delikatnie uśmiechnęła.
— Dziękuje bardzo… jak ci na imię?
— Lucas.
— O! Też na L! Ja jestem Lotus! Jak ten kwiat!
Rozmowa z Lotus sprawiła, że Lucas przez chwilę zapomniał, że czeka ich droga przez cały Nowy Rzym. Natomiast Lotus zapomniała o tym, co przez przypadek nauczyła Ruby.
— Twoja córka ma bardzo ładne imię — Lotus kontynuowała. — Urocze.
I akurat wtedy, kiedy się nachyliła do córki Lucasa, Ruby musiała sobie przypomnieć o nowym słowie, którego się nauczyła.
— Kulwa!


Lotus?
────
[389 słów: Lucas otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Inez poczuła, że przez ten cały czas pokładała w Dahlii swoje wszystkie nadzieje. Heroska w jej oczach była tak odważna, że Velez nie mogła się nawet do niej porównać. Odważnie władała ostrzem i mierzyła się z potworami jak równy równy, czego młodsza nie mogła raczej powiedzieć o sobie. Uwielbiała swoją broń i uważałą, że jest całkiem niezła w jej użytkowaniu, jednak zawsze na ćwiczeniach czuła, że brakuje jej tej odwagi, gdy trzymała go w rękach. Zresztą wszyscy jej to mówili, dlatego zwykle, jeśli nie musiała, nie była nigdzie wysyłana, bowiem zdecydowanie nie była najlepszą legionistką jaką Obóz Jupiter posiadał.
Mimo tego odwaga Dahlii jej pomaga. Nie zdawała sobie sprawę, że obecność Chestnut tak buduje jej własną pewność siebie. A to jeszcze chwilę temu zrobiła… Inez chciała wierzyć, że też tak potrafi. W końcu już tyle czasu była legionistką! Zdecydowanie mniej bała się potworów niż wcześniej. I może te ventus nie były słabe, to wciąż nie były tak silne by pokonać dwie półboginie. Co to, to nie! Inez czuła, że jest lepsza niż oni. Tak, zdecydowanie była! A widząc, że dziewczyna pokłada w niej wiarę (a przynajmniej tak myślała) wiedziała, że da z siebie wszystko.
I z tą myślą siedziała skupiona z naciągniętą cięciwą wpatrując się w lecącego na nich potwora. Musiała wyczuć odpowiedni moment. Jej ciało znajdowało się w jednej pozycji przez cały czas tak, że ktoś z boku musiałby się zastanawiać czy Inez jest żyjącą istotą, czy bardzo realistycznym posągiem. Gdyby Dahlia chciała teraz się do niej odezwać, czy o cokolwiek zapytać, prawdopodobnie nie uzyskałaby żadnej odpowiedzi. Jednak starsza dziewczyna chyba to wiedziała, bo nic nie mówiła. Prawdopodobnie sama była mocno skupiona, by od razu zareagować, gdy tylko usłyszy sygnał córki Arcus, ale tak naprawdę Velez nie miała pojęcia czy tak jest, bo nie zawracała teraz swojego umysłu takimi sprawami. Była w pełni skupiona na tym co ma zrobić, a jej umysł w tym jednym momencie był zupełnie czysty. Tak jak była uczona; tak, jak powinno być zawsze gdy w rękach trzymała broń.
– Impugna. – W końcu padły słowo, na które obie czekały. Głos Inez był pewny i głośny, bo naprawdę czuła, że wie co robi. Nie czekając na to, czy Dahlia nadąży wystrzeliła z gastrafetesa.
Dopiero potem skupiła swoją uwagę na dziewczynie, która zaatakowała rozwścieczonego ventus. I nagle jakby mocno wyładowanie elektryczne (a może atmosferyczne? Inez nie była pewna bo żaden prąd jej nie poraził, ale tu wszystko wydawało się dziwne) ich otoczyła, a lampy wokół nich popękały. Inez złapała mocniej za swoją broń i zamknęła oczy. Nie poczuła jednak żadnego bólu, a po chwili wokół niech powietrze się uspokoiło. Pomału zaczęła otwierać oczy i szukać swojej towarzyszki wzrokiem. Dahlia leżała kawałek od niej na ziemi, jednak nim Velez do niej podbiegła rozejrzała się wkoło czy gdzieś się nie czai przeciwnik. Jednak gdy go nie spostrzegła stwierdziła, że to wyładowanie było spowodowane śmiercią potwora. Schowała broń, wstała na równe nogi i podbiegła do kobiety.
– Dahlia! Dahlia! Udało się! – krzyczała szczęśliwa, jednak dziewczyna nic jej nie odpowiedziała. Uklęknęła przy niej prędko, a jej mina zrobiła się mniej zadowolona. – Ej, wszystko okej? Odezwij się, co? – Znów brak odpowiedzi. – Dahlia, halo? Cholera.
Inez była przerażona. Szybko, jednak wciąż delikatnie starała się przewrócić heroskę na plecy. Spojrzała na jej twarz. Była brudna, jednak nie widziała aby z głowa lała się jakaś krew. Przynajmniej nie miała raz na zewnątrz!
– Hej no. nie żartuj sobie weź… – Czyżby jednak za późno dała sygnał? Tylko ona była bezpieczna? Skupiła się za bardzo na sobie? – Dahlia, no weź.
Przyłożyła szybko ucho do jej nosa i spojrzała na jej klatkę piersiową by upewnić się, że koleżanka wciąż oddycha. Jednak nim zdążyła się przyjrzeć usłyszała wyraźny głos:
– Na bogów, uspokój się, nie gadaj tyle. Człowiek już sobie nawet poleżeć w ciszy nie może. – Inez odsunęła się natychmiast, a gdy spostrzegła ciemne oczy wpatrujące się w nią od razu zaczęła się szczerzyć. Dahlia przewróciła oczami i zaczęła się pomału podnosić.
– Czemu nic nie mówiłaś!? Wystraszyłaś mnie! – Zmarszczyła brwi niby w niezadowoleni, ale w rzeczywistości czuła właśnie dużą ulgę.
– Miałam nadzieję, że jak nie będę dawać znaków życia to sobie odpuścić i pójdziesz.
I o dziwo Inez nie poczuła się urażona, a szczerze zaśmiała się na słowa dziewczyny. Uśmiech zagościł na jej twarzy ponownie i mogła nawet przysiąc, że kąciki ust Chestnut również uniosły się ku górze.


Dahlia?
────
[715 słów: Inez otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 13 sierpnia 2026

Od Ivy CD Vergila — „At the risk of feeling dumb”

Poprzednie opowiadanie

Potrzebuje długiej chwili, paru długich sekund, aby dotarło do niego, co dokładnie (a raczej kogo) ma na myśli przybyły. Odwraca od niego wzrok, wzdychając cicho, czując się, jak zapędzony w pułapkę, z której nie ma wyjścia, a jakakolwiek próba wydostania się z niej kończy się ucięciem nóg. Ivy nie musi być przecież szczególnie mądry, aby domyślić się, co implikują jego słowa o ,,obozie wojskowym”, o którym słyszał nie jeden raz. I nie chce mieć z tym nic do czynienia. Z żadnymi kwestiami dotyczącymi Obozu Jupiter. A może raczej kwestiami dotyczącemi Dantego. Z drugiej strony, źle by mu było, gdyby zostawił pretora z jakimś problemem, w którym może pomóć. Odkłada swoje notatki, stwierdzając, że nie będzie z nich dalszego użytku — zapisał aż jedno zdanie — prostuje się, jak w przygotowaniu na to, co może zaraz usłyszeć na temat swojego pacjenta, którego doskonale zna. Zna aż za bardzo. I niekiedy tego żałuje.
Vergil wpatruje się w niego z powagą, jakby była to sprawa życia i śmierci.
— Możliwe, że leczę. Zdajesz sobie sprawę, że i tak nie mogę udzielić ci żadnych informacji? — zwraca się do niego bezpośrednio, mając cichą nadzieję, że to pomoże w daniu do zrozumienia Halstonowi, że nie jest ani trochę chętny na współpracę.
Nie chce prawić mu tu morałów o tajemnicy lekarskiej, gdyż wygląda na wystarczająco inteligentnego, by zdawać sobie z niej sprawę (choć przecież można powiedzieć, że w pewnych przypadkach może ona zostać złamana). Mężczyzna wierci się na krześle, a jego ramiona opadają — musiał spodziewać się takiej odpowiedzi.
— Jest to… dość ważna sprawa, proszę pana — mówi i jak na jeszcze większe, wiarygodniejsze potwierdzenie, kiwa lekko głową. — Gwarantuję, że nie wyszkodzi ani Panu, ani pańskiemu pacjentowi żadnego kłopotu.
— W takim razie, po co ci on, skoro nie ma mieć żadnych kłopotów? — Ivy krzywi się z niedowiary, próbując się nie wzdrygnąć.
— Nie, nie, chyba źle się rozumiemy — odpowiada szybko, gestykulując przy swoich słowach. — Naprawdę, chodzi tylko o wyjaśnienie pewnej istotnej sprawy.
— W takim razie, możesz mi ją wyjaśnić.
Vergil kiwa głową i mówi mu o portalach, potworach i swoich podejrzeniach. Psychiatra słucha z uwagą, nie odwracając wzroku ani nie potakując, przez co pretor musi zastanawiać się, czy do mężczyzny na pewno dociera to, co mówi. Nie zatrzymuje sie z wyjaśnieniami ani na chwilę, a gdy kończy monolog, bez ruchu oczekuje na reakcję. Ivy trawi jego wypowiedź, myśląc o Dante, jak bardzo problem pasuje do jego osoby i jak absurdalne to w pewny sposób jest.
Jeśli Vergil potrzebuje Dantego, Ivy nie sądzi, że ten będzie z nim współpracować. Poprawka, jest to pewne, że nawet jeśli syn Marsa dotrze do półboga, może nie uzyskać chcianego rezultatu, jakikolwiek on jest. Bo jeśli było to przemówienie do rozsądku Dantemu, z pewnością się mu to nie uda. Był osobą zbyt trudną do obycia i (tym bardziej) ujarzmienia.
— Mogę ci pomóc go znaleźć. Nic więcej… raczej ci nie pomogę.
Iskierki nieśmiało pojawiają się w oczach Vergila. Uśmiecha się z widoczną wdzięcznością, a Ivy ma nadzieję, że nie będzie tego żałował. Żegna się z nim, gdy postanawiają, że spotkają się jakiś czas później, gdy skończy pracę. Gdy wychodzi z jego gabinetu, opada ciężarnie na krzesło, chowa twarz w dłoniach i wzdycha ciężko, zastanawiając się, czy nie wpakował się przypadkiem w jakąś popieprzoną aferę.

 
Vergil zgodnie z obietnicą wraca do niego po paru godzinach, życzliwie się z nim witając. Ivy nie wie, jak Dante może zareagować na ich przyjście — tak naprawdę nigdy nie wiadomo, jak może zareagować na… cokolwiek. Żadnej jego reakcji nie da się przewidzieć, czy będzie to wybuch złości, agresja, płacz czy śmiech. Ta ostatnia byłaby najmilej widziana, o ile nie przemieniłaby się w psychopatyczną manię Dantego czy przytłaczającą lawinę euforii.
Nie jest pewien także, czy zastaną go w domu. Była to jednak najszybsza droga, jaką mogli wybrać, aby mieć jak największe prawdopodobieństwo na spotkanie kłopotliwego półboga. A im szybciej to załatwią, tym lepiej dla nich obydwóch (nie brzmiało to jednak wcale na proste zadanie).
— Jeśli tu go nie będzie, to albo na niego poczekamy, albo… może być dosłownie wszędzie— zwraca się do Vergila, nie chcąc mu robić nadziei i uśmiecha się łagodnie.— Ostrzegam, jest szurnięty. I to serio szurnięty.
— Tak, słyszałem to — parska, a gorąca para leci mu z ust. — Nawet dokładnie tak samo powiedziane.
Zatrzymują się przed niższym blokiem, spoglądając na siebie niepewnie i do Ivy dociera, że TO ON musi przejąć inicjatywę. Cholera, sam się na to zgodził! W końcu nie powinien też ot tak, bez wsparcia, po prostu pochnąć Vergila w szpony tego obłąkańca. Nagle czuje się odpowiedzialny za to, co mogłoby się wydarzyć, za to, że mogłoby coś pójść nie tak i wcale mu się to nie podoba. To jest zły pomysł. A może przesadza. Jak zawsze. Lęka się Dantego na tyle, że zaczyna rozważać wycofanie się, powiedzenie pretorowi, że on NAPRAWDĘ ale to NAPRAWDĘ jest szurnięty. Zaburzony psychicznie na tyle, że nie rozpoznaje, co jest rzeczywistością, a co jego wymysłem. Zaciska usta, zaciskając pięści w kieszeniach płaszcza.
— Co właściwie zamierzasz z nim zrobić? Powiedzieć mu, żeby przestał, czy masz ambitniejszy pomysł?

Verdżil?
────
[829 słów: Ivy otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Od Aye CD Chaita — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Aye nie miał żadnego pomysłu. W mieszkaniu Chaita panował taki spokój, że nawet chciał zaproponować, żeby tutaj zostali, ale byłoby to co najmniej dziwne (tak uważał), więc końcowo wzruszył ramionami. Chait też nie miał pomysłu, co mogą robić, a szczególnie po tych wszystkich sytuacjach.
— Możemy się przejść i może coś po drodze znajdziemy — zaproponował coś w końcu, widząc, ze Aye nie ma żadnego pomysłu i pomału zaczyna czuć się coraz bardziej niezręcznie.
Kiwnął głową w odpowiedzi.
— Mam nadzieję, że nie trafimy na twoich współpracowników.
Chait się trochę zawstydził. Nie chciał znów iść w miejsca, gdzie kiedyś pracował, ale po słowach Aye czuł, że musi uważać jeszcze bardziej, niż zamierzał. Jeśli znowu trafiliby na kogoś pokroju Karoliny albo Jessicy, to mogliby zerwać kontakt. I inicjatorem pewnie byłby Aye.
— Nie musisz się o to martwić — zapewnił, chociaż sam nie był tego taki pewien. Może zaczyna mieć coraz większe paranoje? — Pójdziemy w spokojniejszą okolicę.
Jak powiedział, tak też zrobił, prowadząc Aye jakimiś alejkami i ulicami, którymi nie chodziło zbyt dużo ludzi. Jak na sam Nowy Jork było tutaj w miarę czysto, chociaż ze dwa razy przed nogami przebiegł im szczur. Też muszą sobie jakoś radzić w miastach, prawda?
Dziwnie zaczęło się robić, kiedy szczurów zaczęło pojawiać się coraz więcej. Najpierw dwa, potem już sześć, następnie dziesięć… ich liczba stale rosła. Aye starał się zachować trzeźwość umysłu i nie panikować, bo nie był typem osoby, która najpierw panikowała, a dopiero później myślała. Chait za to zaczął zwalniać kroku.
— Może tutaj mieszkają — powiedział Aye, zanim Chait zdążył otworzyć usta. — Szczury to bardzo stadne zwierzęta.
Był to oczywiście niepodważalny fakt, o którym Chait już wiedział. Przeszkadzała mu natomiast ich liczba. Zazwyczaj widział jednego, może dwa szczury. Nie zdarzyło mu się nigdy wcześniej widzieć aż tylu na raz.
— Okej. — Pokiwał głową, starając się zgodzić z Aye. — Może masz rację.
Szli dalej, a szczurów przed ich nogami pojawiało się coraz więcej. Aye zmarszczyło brwi. W końcu wydało mu się to zbyt dziwne.
— Coś nie gra — mruknął do siebie i odszedł do Chaita. Chłopak od razu za nim pobiegł.
Aye skierował się w stronę kanalizacji w chodniku. Z zaciekawieniem kucnął przed nią tuż przy ścianie jednego budynku. Chait zrobił to samo.
— One stamtąd uciekają — stwierdził, kiedy Chait zaczął wciskać palce między kratki.
— Dlaczego? — zdziwił się. — Ktoś wrzucił tam trutkę?
Pokręcił głową. To byłoby zbyt łatwe. Już nie wspominając o tym, że trutka zabija zwierzęta, a nie je wygania z ich miejsca bytowania.
Aye podniósł kratkę jedną ręką. Zaskoczony Chait nie wiedział, czy powinien się odsunąć, więc pozostał w bezruchu. Dzieciak Hefajstosa zapomniał, że nie powinien chwalić się swoją siłą bez wcześniejszego uprzedzenia.
Nachylił się nad otworem, wielką, czarną dziurą i próbował zauważyć cokolwiek w ciemności. Przed twarzą wybiegł mu jeszcze jeden szczur i zaraz po nim, z tej przerażającej ciemności, wyłoniła się ręka, która chwyciła go za koszulkę. Został wciągnięty do środka.
Chwilę szamotał się i próbował wydostać z ucisku, aż nie poczuł pod nogami zimnej, brudnej wody. Postać — albo najprawdopodobniej potwór — który go tutaj wciągnął zniknął.
— Chait? — zawołał, unosząc głowę. Chłopak dalej wisiał nad otworem. Nie wiedział co ma zrobić. — Nic mi nie jest.
— Schodzę do ciebie! — krzyknął.
— Co? Nie… nie trzeba.
Było już jednak za późno. Chait rzucił się w przepaść. Przed upadkiem uratował go jakiś zalążek wyplutej z ust tęczy. Taka poduszka powietrzna.
Chait poprawił fryzurę, koszulkę i spodenki, które miał na sobie, po czym uśmiechnął się dumny z siebie do Aye.
— Wolałem, żebyś został na górze — przyznał Aye, krzywiąc się od razu. Nie mógł bez końca ukrywać charakterystycznego grymasu. — Byłoby mi łatwiej stąd wyjść.
— Nie martw się. Zaraz coś wymyślimy.
To słynne niemartwienie się Chaita zaczynało coraz bardziej brzmieć jak puste słowa. Szczególnie, kiedy mówiąc to, nerwowo pocierał dłoń o dłoń.
Aye wybrał milczenie. Za dużo już się dzisiaj odzywał. W tej sytuacji też wolał pozostać cicho, by stwór, który siedział w ściekach ich nie odnalazł.
— Co teraz? — zapytał Chait po chwili. Chyba zakładał, że plan wydostania się na powierzchnię omówią wspólnie.
— Chodźmy w tamtą stronę. — Aye wskazał ręką na jedną część tunelu. — Widzę tam światło.
Chait nic nie widział.
— Na pewno?
— Może widzę trochę więcej, niż ty. — Wzruszył ramionami. — Uważam, że to będzie najrozsądniejsze.
Chait nie chciał się kłócić (i nawet nie mógł), więc przystał na to i poszedł za Aye. Otaczająca ich ciemność była przerażająca. Na dodatek strasznie śmierdziało, bo broczyli nogami w brudnej wodzie, w której pewnie różne żyjątka zdążyły się rozłożyć lub były w trakcie rozkładu. Aye bardzo żałował, że miał na nogach sandały.

Chait? nie wiem co oni teraz zrobią szczerze
────
[743 słowa: Aye otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 8 sierpnia 2026

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Wyklinała wszystkich bogów. Następnym razem weźmie taksówkę.
Autobus się rozpadał, siedzenia były brudne, a towarzystwo nieciekawe. Cieszyła się, że tylko idiota by stwierdził, że jest bezbronną, bezsilną niewiastą. Pęcek z braku laku wyciągał resztki waty w siedzeniach i ją wyjadał. Obok nich czarnoskóry chłopak w dresie malował tagi na oparciu krzesła. Dahlia chciała oprzeć się czołem o szybę, ale ktoś przed nią chyba ją wylizał. Wolała się nie zastanawiać, czemu.
— Co on rysuje? — Satyr machał wesoło kopytkami.
— Nie interesuj się. — ucięła.
Bawił się za dobrze, w przeciwieństwie do niej. Nie każdego dnia ma misję odnaleźć swojego przyjaciela w kurewsko dużym mieście, jakim był Nowy Jork. W śmierdzącym autobusie.
— Jak natrafi na nas jakiś potwór, to się zastrzelę.
— Niby czym?
— Nibynóżką. — warknęła na satyra.
Ten wzruszył ramionami i oglądał widoki, przeżuwając bezmyślnie watę.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. W tym momencie Nowy Jork nie był aż tak brzydki, kiedy otulała go pomarańczowa zasłona. I kiedy nie patrzyła przez lepkie smugi na szybie. Były bardzo… konsekwentne. Wpatrywała się w nie, jak w nowoczesną abstrakcję, próbując wyłuskać jakikolwiek sens. W obu przypadkach od początku wiedziała, że go nie znajdzie. Po dłuższej chwili znudzona Dahlia rozejrzała się po wnętrzu pojazdu. Po drugiej stronie również były te ślady, tym razem pojedyncze. Przetarła oczy, zwalczając chęć spania, wciąż sunąc wzrokiem po rozmazach. Dopóki nie dotarła do ich źródła.
Był to język. Długi, lśniący zdrowo magentą. Szeroki. Kończył się w czarnym, żabim pysku.
Wiele słyszała o troglodytach, jednak byli rzadkim widokiem. Unikali się wzajemnie, nie interesując się swoimi sprawami. Ten, który prawdopodobnie z nudów szurał językiem po oknie, był wdzięczny do oglądania. Podobnie jak reszta pasażerów, ubrany był w bluzę dresową. Oraz w czapkę full cap New York Yankees. Czym dalej, było gorzej. Pierwsze w oczy rzuciły się gatki Calvina Kleina. Z nich zsuwały się spodnie, zgodnie z modą „skejterską” czy jakkolwiek to się zwało. U tego żaboluda utrzymywały się na poziomie kolan, trzymając się ledwo z przodu. Kiedy się odwrócił, by spojrzeć krytycznym wzrokiem na Pęcka, zauważyła węzeł z pasa, który jakimś cudem trzymał całość, ale tylko za pierwsze przelotki spodni.
Jegomość podniósł się. W rękach trzymał deskorolkę. Słyszała historie o tym, jak troglodyci lubują się w przebierankach i roleplayu, ale teraz dopiero miała okazję ujrzeć na żywo troglodytę skejcika. A teraz wpatrywał się w nich swoimi wybałuszonymi oczami. Przynajmniej odkleił język od okna.
Ssssssssssick! — wymruczał.
Zeskoczył z krzesełka i podszedł do nich. Satyr nie był zbytnio zachwycony.
— Chhhcecie possłuchać mlask mmojego łłłapu?
— Łapu?
Troglodyta kaszlnął krótko i kontynuował.
— Joł, joł mlask. Freesstyle.
— No dobra.
Uderzył się piąstką w klatkę piersiową. O ile to można było tak nazwać.
— Jestem z bagna, ale chrrk wbiłem do NYC, Zeus błyskawice? Ja mam śśśluz i styl, ej! Possejdon macha trójjjj-kum-zębem, robi fale. Ja łobię kum-kum, wszyscy: stary, ale…
Wypluł z siebie kanonadę nieokreślonych dźwięków, które miały być jakimś beatboxem. Dahlia nie wiedziała, czy być pod wrażeniem, czy nie.
— Nowy Jork! Żżaby! Bogi! Kum Nie uciekaj, bo mam nnogi! Kum Olimp, Bronx i Central Park, Kum, Kum, drop the mic. Hermes kum ma sssandały, w NYC sssiedzą pedały. Atena mądra? Sssspoko, szanuję damę kum, ale zzgubiła się w metrze na linii M, amen! Kum Cerber pilnuje wejścia do metra, kontroler biletów? To Hydra jest, beka, kum.
Zatrzymał się i wpatrywał się w nich pytająco. Pęcek gwizdnął z uznaniem. Dahlia jednak była pod wrażeniem, głównie inteligencji takiego papudraka.
— To jest nawet dobre. Musisz poszukać kogoś, kto ci muzykę dorobi. Może syreny?
Żaboludź uśmiechnął się szeroko, od ucha do ucha.
— Sssyreny? Fałszzz jak ropucha, kum, jedna otworzyła dziób kum zdechła mi mucha!
Satyr odwrócił się do Dahlii.
— Niezły jest.
— Słyszę.
— Ej żabik, jest może gdzieś w okolicy magiczny transport? No wiesz, taki dla półbogów. — zagaił Pęcek.
— Olimp wysssoko, Manhattan kum też, jak nie masz drachmy, to nie jedziesz, wiesz.
— Czy on nazwał nas gołodupcami? — obruszył się.
— Jedziemy autobusem, zgadnij. — odparła.
Kum. Zeus ma pioruny kum Hadesss ma ccień, Demeter ma mlask marchew, ja mam błoto kum. Dzień. To był fresssstyle. Mlask.
Satyr się skrzywił i bez mrugnięcia okiem odpowiedział:
— To było akurat przestępstwo. Nad tym popracuj.
Autobus zatrzymywał się na przystanku, a troglodyta niespiesznie stanął na desce. Odbił się raz i wyskoczył z pojazdu nonszalanckim backflipem.
— Czyli coś tutaj jest, ale za drachmę. Cholerne przewalutowanie.
Bardzo szybko jednak odczuła złośliwość tego miasta. Stanęli w morderczym korku, co było dziwne, biorąc pod uwagę godzinę. Dahlia z satyrem z każdą minutą byli coraz bardziej sfrustrowani, nie mówiąc o klaksonach.
— Ej Dahlia, zobacz. — W pewnym momencie satyr przerwał jej myśli.
— Co? — odwróciła się i przed nią było Arnar.
Zamrugała oczami, Arnar tak samo. Dzieliły ich dokładnie dwie szyby autobusów, ona w jedną stronę, Arnar w drugim autobusie w drugą. Pojazdy przesuwały się centymetrami, a w ich środku zaczęła się pantomima. Arnar zaczęło machać, Dahlia wskazała ręką wyjście. Syn Hermesa rysował jakieś szlaczki na szybie, co nie było trudne, bo ręce miał upierdolone jakąś nieznaną substancją. Musiała się dobrze zastanowić, co w ogóle czyta, dopóki nie ogarnęła, że Arnar pisze zdania. Szkoda tylko, że nie ogarnęło, że ona ma widok na lustrzane odbicie tych zdań i musiała się wysilić. Co było trudne przy przebodźcowanym półbogu, przed nią literki skakały jak najęte. Jeszcze tam pisali do siebie i migali, coraz bardziej gorączkowo. Przy czym jedno irytowało się coraz bardziej, a drugie było jeszcze bardziej clueless.
— Ej Dahlia. Bo ten jego autobus jedzie, kurwa, do Filadelfii.


Arnar?
────
[892 słowa: Dahlia otrzymuj 8 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 6 sierpnia 2026

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— A do czego ci to? — podejrzliwie zapytała.
Weronika zamknęła książkę, pretensjonalnie głaszcząc ją po grzbiecie. Kojarzyła tego chłopaka, był jednym z grupowych. Był jednym z tych idiotów, co się nie wypowiadali i kiwali głową, czekając z nadzieją na koniec spotkania. W dodatku zaczerpnął maniery Niketasa, akcentując to cholerne R w jej imieniu. Nie miała pewności, ale od razu przydzieliła Mikołaja do ciemnej strony mocy. Nie będzie bratać się z jakimś potencjalnym przydupasem domku Hermesa. Ergo, wróg. A wrogom nigdy się nie wyznaje słabości. Wrogom, którzy rysują krzywe, brzydkie tabelki.
— Jakby zalało. No wiesz, powódź.
— Oczywiście, że umiem pływać! — warknęła.
Mikołaj odskoczył nieco, całkowicie zaskoczony jej tonem.
— Yyy, dobrze, już wpis— już nacisnął na długopis i miał zaznaczyć zamaszystego ptaszka w kolumnie "umie pływać", ale Weronika wyrwała zeszyt z jego ręki.
— To niedobrze. Tylko osiem osób umie pływać! Mieszkamy nad cholerną zatoką Long Island i tylko osiem osób z całego Obozu umie pływać.
— No właśnie. — Mikołaj odzyskiwał rezon. — Tylko osiem osób, na razie. Zostały mi jeszcze dwa domki. Możesz mi oddać zeszyt? Oddasz i, hehe, spływam stąd.
— Musisz zrobić lepszą tabelkę. Ta jest brzydka i nieczytelna. Co to za plamy? — powąchała zeszyt. — Pachną alkoholem, co za zaskoczenie.
Mikołaj wyrwał jej zeszyt.
— Już nie przesadzaj. Da się rozczytać.
— Problem jest większy! — Nika wstała.
Kiedy jakiś nieuważny obozowicz przeszedł obok nich, zafukała na niego z tekstem "czemu ty nie umiesz pływać, co?", sprawiając że odszedł szybciej. Już od jakiegoś czasu ludzie trzymali dystans od niej, obawiając się rozkazów czy krytyki. Ten dzieciak widocznie zapomniał, czemu.
— Musimy coś z tym zrobić. To nasza odpowiedzialność, jako grupowych.
Mikołaj wpatrywał się w nią z głupią miną.
— Huh?
— No, dowiadujemy się, że nasz Obóz nie przetrwa w czasie kryzysu wodnego. Jeżeli Posejdon kiedyś się zirytuje, to żadna modlitwa nie pomoże półbogowi w przypadkowym zalaniu zatoki. Nie mamy żadnych kół ratunkowych, mamy parę łódek na krzyż. Już nie mówiąc o misjach, w których półbóg może zostać zaatakowany przez morskiego, czy tam rzecznego potwora!
— Mamy za to dużo drzwi. Starczy dla wszystkich, nie to co na Titanicu. — wesoło rzucił syn Dionizosa.
— To nie jest zabawne. To jest przerażające. Co, jak dostaniemy górę lodową znienacka? — zaczęła machać żywo rękami.
— Hej, hej, Werrrrrrr—
— Skończ.
— Okej. Chciałem tylko powiedzieć, żebyś wrzuciła na luz. Mamy tu całkiem niezłe bariery ochronne, ładną pogodę i słoneczko przez cały rok. Truskawki. One chyba wypijają dużo wody, nie?
— Chcesz rzucać truskawkami w potwora morskiego? Czy ty jesteś normalny? Nie. Tak nie może być!
Przez ten cały czas kręciła się w kółko, zastanawiając się głęboko. Książka Dostojewskiego leżała pod drzewem, czekając, aż właścicielka skończy swoją tyradę. Mikołaj w tym czasie rysował kaczuszkę obok tabelki.
— Jutro, punkt ósma, musimy zebrać wszystkich na plaży. Jako grupowi.
— Oo, super, plażowe zabawy. Mogę przynieść drinki.
— Żadne zabawy! Musimy nauczyć naszych podopiecznych pływać.
Rozmówca pokiwał poważnie głową.
— No to wezmę jeszcze truskawki.
— Po co truskawki?
— Są, eee, lekko się je trawi. Energia. Sok truskawkowy, czy coś.
— No dobra, może być. Dam znać Chejronowi, że treningi z pływania muszą być obowiązkowe.
Już miała ruszyć w stronę głównego domku, kiedy przypomniała sobie coś. Odwróciła się do Mikołaja, wpatrując się w jego zeszyt.
— Ej, a pokaż na chwilę.
Wzruszył rękami i trzymał mocno zeszyt, pokazując jego zawartość Weronice. Próbując rozczytać pismo, trafiła w końcu na rubrykę „Niketas: nie umie pływać”.
— A to debil. — skomentowała.

Nazajutrz zebrali się przy pomoście. Był domek szósty, połowa domku dwunastego i rozbitki z domków pomniejszych bogów. Całkiem sporo osób, dużo z nich ziewało i przecierało oczy. Mikołaj pojawił się, zgodnie z zapewnieniami, z koszem truskawek. O dziwo był w całkiem dobrym humorze.
— Super, że jesteśmy. Dobra, to trzeba pokazać, jak się pływa. Wskakuj do wody.
Mikołaj popatrzył na nią tak, jakby spadła z księżyca.
— Ale że ja?
— A nie?
— Ale ja nie umiem pływać.
Wpatrywali się w siebie tak przez dłuższy czas.
— No, nie pytałaś się. Nie umiem pływać. Przyszedłem tutaj, żeby sie nauczyć. Wiesz, kryzys, Titanic. A ty umiesz pływać przecież.
Weronika przełknęła głośno przekleństwo w ustach.
— No tak, ale ja nie mogę jednocześnie pokazać i opisywać, jak to robić. Muszę przedstawić BHP, zasady dobrego oddychania i takie tam. — zaczęła się pocić. — Ktoś musi być w wodzie.
— No to wskocz do wody, pokaż i potem opiszesz.
— Nie!
— Dlaczego nie?
— Bo… nie. Nie!
— To tylko pływanie. Sama wspominałaś, że w razie misji, powodzi przez Posejdona i innych takich, obozowicze muszą umieć pływać. Potwory morskie. Rzeczne.
Reszta obozowiczy patrzyła tępo na ich kłótnie. Weronika modliła się, żeby w tym momencie Zeus ją trafił ze swojego pioruna. Albo żeby Hades zapadł ją pod ziemię. Mogą być nawet te latające szczury Afrodyty, byleby ją zabrały w cholerę.


Mikołaj?
────
[625 słów: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Ileż by teraz dała, żeby podzielić, niczym Raskolnikow lichwiarkę, Pana D na malutkie kawałki. Gladiusem, siekierą, wszystko jedno.

— Oni potrzebują wsparcia! Muszą rozwijać swoje zainteresowania i mają się nie opierdalać! — krzyknęła Weronika za wychodzącą Caroline.
Jej się zdecydowanie nie podobał ten cały obrót sprawy. Z drugiej strony nie miała pojęcia, kogo by wybrała podczas swojej nieobecności. Jasne, Chejron cały czas zawracał jej głowę tym, że musiała znaleźć zastępcę, ale rodzeństwo jest za młode na tak odpowiedzialną funkcję. O bogowie, co się stanie z tym domkiem, jak będzie musiała wybyć? Aż dostała dreszczy. Przecież mieli tylko szesnaście lat.
Gorączkowo zapisywała na kartce swoje rozkazy dla domku. W ten sposób się upewniała, że po jej powrocie nic się nie wywróci do góry nogami, a samo rodzeństwo nie zostanie małpim gajem z chęcią mordu. Spodziewała się wszystkiego po Aresiakach. Gdy podniosła głowę, zobaczyła Maura w progu drzwi.
— Dobrze, że jesteś. — westchnęła.
Maur coś odmruknął pod nosem. Zawsze miał jakieś swoje odzywki i Weronika mogłaby przysiąc, że usłyszała coś o „wylosowaniu krótszej słomki”. Nieistotne, były ważniejsze rzeczy.
— Złóż raport.
— Caroline kazała nam skakać w workach po ziemniakach.
— W jakich workach po ziemniakach?
— Przez przeszkody.
— Robi z was małpy?
— Ta. — Maur od niechcenia układał swoją kostkę Rubika.
— To okropne! Masz tutaj listę, co powinniście robić, tutaj wyliczone racje batoników z ambrozją, na wypadek. Jakby uszkodziła was podczas treningu. A jutro…
— Jutro mamy wyznaczoną akcję drużynową.
— Co? — Weronika wpadła w większy stupor.
Brat podłubał w nosie.
— No, jutro będziemy mieć zadanie drużynowe. Polowanie na Caroline. Że ona się gdzieś ukryje, a my mamy ją znaleźć. Dobra, daj tę listę. Idę już sobie, bajo. — wyrwał jej kartkę z ręki.
— Zaczek—
Brat zniknął szybko w drzwiach, zostawiając ją samą. Wpatrywała się w tabelki oraz akapity, z których wyłaniały się obowiązki oraz zobowiązania. Zwykle uwielbiała to robić, ale w tym momencie odczuwała duży dyskomfort. Co jej po tym, skoro nie ma pewności, czy zrobią wszystko? Wstałaby, gdyby nie te głupie wymagania dzieci Apolla. To tylko wstrząśnienie, jaki jest problem? Przynajmniej troglodytka dla słusznego celu chce zostawić domek, to się chwali, sam pomysł "zadania" też nie był zły. Musi tylko znaleźć sposób, żeby przekazywać rozkazy.
Aż ją głowa rozbolała. Zrezygnowała z dalszych myśli i poszła spać. Z nadzieją, że się jej uda przejąć domek z powrotem.

Kolejnego dnia odwiedziła ją Chloe.
— Kiedy wracasz? — zapytała rzeczowo z progu.
Weronika podniosła głowę.
— Oby teraz. Jak sytuacja?
— Jest zabawnie. Otóż Pan D przewidział, że Caroline ucieknie. Kazał nam zorganizować się w grupy ścigające, w ramach treningu. Chejron wciąż nie wrócił.
— Grupy ścigające? Chyba nie masz na myśli…
— Tak, mamy ścigać Caroline wszelkimi dostępnymi środkami i zabrać ją z powrotem do Obozu. Z zachowaniem wszelkich środków. Część przyszykowała już naboje ze środkami usypiającymi od Apolloniątek.
— Że co.
— Pan D powiedział, że inni bogowie mieli pretensje, że nie jesteśmy tak wyszkoleni, jak rzymianie. Dlatego stwierdził, że to super okazja, żebyśmy się wykazali. Ja sądzę, ze wykażemy się co najwyżej obliczaniem, ile paliwa w baku zostanie przeznaczone na gonitwę.
— Poza GRANICAMI Obozu?!
— Dobra, dobra, będziemy organizować tylko na terenie Obozu. Narysujemy karton z podobizną Caroline i będziemy szukać po krzakach. — odparła sarkastycznie.
Przez ten cały czas jadła chrupki i wpatrywała się, jak dusza ulatuje z Weroniki.
— Przecież to niebezpieczne!
— Tak.
— Może się coś wam stać.
— Aha.
— i to wszystko, żeby ściągnąć głupią troglodytkę.
— Mhm.
— Kto się zajmuje domkiem podczas nieobecności?
— Ja. Reszta już wyruszyła.
Nika nie pamiętała, kiedy ostatnio była tak zszokowana. Mogłaby przysiąc, że prawdopodobnie jest w śpiączce, po tym feralnym uderzeniu przez Caroline. „To tylko koszmar” powtarzała sobie w głowie, trzęsąc się ze złości.
Wygramoliła się z łóżka i otworzyła okno. Zakręciło się jej w głowie, ale chęć powstrzymania była większa.
— Ruszam za nimi. Muszę ich zawrócić, cholera jasna!


Caroline?
────
[615 słów: Weronika otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]