środa, 22 kwietnia 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

— Dziękuję — wykrztusiła z siebie Lynn, prawie nieświadomie. Jej mózg zarejestrował jakąś grzeczną propozycję, za którą należało podziękować, więc tak zrobiła. Dopiero po chwili dotarły do niej słowa już nie tak nieznajomej — że nazywa się Arisu, oferuje cień i wodę. Zrozumiała nie tylko formę, ale też przekaz. Na jej wargi wypłynął blady uśmiech.
— Dziękuję — powiedziała raz jeszcze, już w pełni przytomnie, i zaraz dodała, że chętnie usiądzie w cieniu, a bez wody się obejdzie. Na szczęście w pobliżu znajdowała się dogodna ławeczka, stojąca nawet frontem do nagrobka Nalina. Nie potrafiła określić, czy to dobrze, czy źle. Ścisnęła bukiet w dłoniach i przymknęła oczy na chwilę; pierwszy raz od niepamiętnych czasów dzisiejszego poranka nie tańczyły jej za powiekami czerwone plamki. Kiedy je otworzyła, zorientowała się, że Arisu nadal stoi przed nią. Poczuła lekkie zakłopotanie, dziewczyna była dla niej taka miła, a ona ogranicza się praktycznie do pojedynczych sylab. Za zakłopotaniem podążyło zobowiązanie, żeby coś powiedzieć, jakoś zrównoważyć niekompetencję.
— Może też usiądziesz? Ławeczka jest dość szeroka.
Na tak sformułowane pytanie trudno odpowiedzieć "nie". Były tu tylko we dwie, nie było żadnej innej istoty, która mogłaby przenieść tą sytuację na inne tory. Chociaż Lynn powiedziała parę głupstw, ich rozmowa poza tym ograniczała się do konwencjonalnych grzeczności. Po każdym z nich mogłaby się zakończyć, tak samo jak Arisu mogłaby teraz odrzucić jej propozycję. Z jakiegoś jednak powodu brnęły dalej. Czy to dobrze? W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo niekomfortowo się czuła? Jak bardzo za tym dyskomfortem ukrywała się jakaś wewnętrzna chęć, żeby go przezwyciężyć i zobaczyć, co się stanie? Może o to chodziło dziś rano Lynn, kiedy wstała i zdecydowała, że postara się coś zmienić? Może tego brakowało w jej każdej próbie? Może podążała dobrym torem. Koniec końców, nie miała wiele do stracenia. Ta dziewczyna może nagle przestać być miła, wyśmiać ją i uciec, i chociaż uszy Lynn piekły na samą myśl o choćby drobnym upokorzeniu, grymasie drugiej strony w reakcji na jej błąd czy porażkę, co z tego? Zdroworozsądkowo. W Nowym Rzymie od wielu lat nie była dłużej, niż to konieczne, wśród ludzi najwięcej słów wymieniała ze sprzedawcą jaj na targu. Nikt z pewnością nie pamiętał jej imienia na dłużej, niż to było konieczne, jej mały biznesik przynosił tyle rozgłosu, ile pieniędzy — czyli prawie wcale.
— Dziękuję — powiedziała już po raz trzeci. — Za to, że podeszłaś do mnie i… jesteś miła, i trochę ze mną porozmawiałaś. Inaczej bym chyba uciekła stąd, kiedy tylko upuściłam kwiaty. Rzadko przychodzę do brata, choć wiem, że powinnam robić to częściej. Sama nie wiem. Boję się? — zakończyła niepewnym znakiem zapytania, chociaż tego strachu była pewna. Czuła go. Jakby nie chciała ubierać tego przerażenia w słowa i żałowała już na pierwszej sylabie.


Arisu?
────
[443 słowa: Lynn otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

Inez dalej bujała się na krześle obserwując byłą obozowiczkę Obozu Herosów. Dahlia wpatrywała się chwilę w postawione przez siebie karty, a potem spojrzała na Velez. Dziewczyna od razu uśmiechnęła się do swojej towarzyszki. Była naprawdę szczęśliwa, że kogoś tu znalazła, nawet jeśli jej nowa kumpela była od niej znacznie starsza. Różnica wieku nigdy nie była dla niej problemem, a nawet uważała, że takie rozmowy mogły być znacznie ciekawsze. Często rozmawiała z jakimiś staruszkami, które potrafiły opowiedzieć jej jeszcze o czasie gdy na świecie była wojna, a one były młodymi dziewczynami lub nawet dziećmi. Chociaż teraz było ciężej spotkać takich ludzi, a jednak! Inez miała farta by trafiać właśnie na takie osoby. Choć oczywiście siedząca naprzeciwko kobieta nie była aż tak stara! Mimo tego różnica poglądów wciąż mogła między nimi istnieć, a to sprawiało, że rozmowa mogła się nigdy nie skończyć. Oczywiście z ludźmi w jej wieku też mogła często podyskutować, szczególnie, że w Obozie Jupiter było dużo osób, które były bardzo dojrzałe ale to nigdy nie było to samo.
– Długo masz zamiar się we mnie tak wpatrywać z uśmiechem? – mruknęła starsza, na co Velez się tylko zaśmiała.
– Wybacz! Zamyśliłam się. Czasami tak mam, wiesz jak to jest.
Dahlia pokręciła głową, jednak Inez nie mogła stwierdzić czy to z politowania, czy po prostu nie wiedziała “jak to jest”. Bez słowa ciemnowłosa sięgnęła po talię kart i zebrała trzy, które leżały na stole.
– Mam wenę, teraz ja ci powróżę – powiedziała i nie czekając na słowo sprzeciwu, które obawiała się, że mogłoby nadejść, zaczęła tasować karty. Wyłożyła na środek trzy karty. – Ta – zaczęła wskazując na kartę po lewej stronie – to twoja przeszłość. Ta środkowa to twoja teraźniejszość, a po lewej to przyszłość. – Przekręciła pierwszą kartę, na której pojawiły się trzy miecze. Zamknęła oczy zastanawiając się co może powiedzieć. Kompletnie się na tym nie znała, ale uważała to za ciekawą i dość zabawną grę. – Hmm… tak czuję to. Już wiem! – Wykrzyknęła otwierając swoje brązowe oczy wpatrując się wprost w tęczówki koleżanki. – Nieustanna walka. W swojej przeszłości natknęłaś się na dużo niebezpieczeństw, którym udało Ci się sprostać. To nie było łatwe zadanie, ale wyszłaś na prostą. Źycie kładało Ci pod nogi kłody, ale ty odepchnęłaś je wszystkie wraz z dorastaniem. Wplątałaś prawdopodobnie w wiele trudnych relacji, ale to już przeszłość. – Odkryta następna karta. teraźniejszość. Dwie monety. – Los jest przewrotny po tej trudnej przeszłości. Ciągle widzisz dwie strony monety – zachichotała na ten jakże niesubtelny żart – i ciężko wybrać Ci odpowiednią drogę. Ale starasz się wyjść z całego bagna, w które wpakowały Cię duchy przeszłości. – Ostatnia karta. Pięć kielichów. – Przeszłość ma dla Ciebie w końcu coś dobrego! Znajdziesz zaufanego przyjaciela i może ukochaną osobę! W każdym razie na pewno będziesz zadowolona i staniesz się w końcu panem własnego losu.
Skończyła mówić wpatrując się w reakcje Dahlii, z której nic nie mogła wyczytać, zmarszczyła brwi, lecz już po chwili na jej twarzy znów zawitał radosny uśmiech.
– I co? Trafiłam coś? Co powiesz?


Dahlia?
────
[484 słowa: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 21 kwietnia 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Kuźma wpada do warsztatu tuż za swoim wspaniałym, niebiezpiecznym przyjacielem i lojalnie zajmuje miejsce u jego boku. Pierwszy raz udaje jej się stanąć stabilnie na usłanej trocinami i zgubionymi śrubkami podłodze, a nie tylko zajrzeć do środka przez szczelinę w drzwiach lub niewielki skrawek akurat niezakurzonego lub niezaparowanego okna. Zazwyczaj jej wścibska obserwacja kończyła się niesamowicie szybko, gdy któreś z dzieci Wulkana podejmowało brawurową próbę wygonienia jej z okolic warsztatu piekielnie głośnym wrzaskiem, w którym złość przeplatała się z niecierpliwością i prawdopodobnie milionem innych negatywnych emocji. Wykrzyczana wiadomość zawsze miała bardzo podobną treść, coś w stylu: „TY GÓWNIARO PRZEZ CIEBIE MÓJ BRAT PRAWIE ODCIĄŁ SOBIE PALCA CO TY SOBIE KURWA WYOBRAŻASZ NAJLEPSZEGO SPIERDALAJ NATYCHMIAST” (przy czym Kuźma nie ma pojęcia, czemu ktokolwiek miałby sobie przez nią obcinać palce, ale akceptowała te informacje w milczeniu – odpowiadanie i tak niczego by nie wskórało w pojedynku z woskiem wepchniętym głęboko w uszy każdego szanującego swój słuch dziecka Wulkana). Teraz dziewczynka również spodziewa się nagłego krzyku: „AAAAAAAAAAA ILE TU KRWI”, chwycenia jej za kark, albo gorzej, za ucho, i wykopania jej gdzie pieprz rośnie. Ta perspektywa jakoś szczególnie jej nie zadowala, więc jak tak stoi obok Ricky'ego, to ktoś mógłby zrobić im zdjęcie i podpisać je: „why this [emotka_reprezentująca_kuźmę] looks so mad”.
Ricky nie daje się wypchnąć z warsztatu, mimo usilnych prób trójki odwiedzionych od pracy dzieciaków. Przed ostatecznym wyrzuceniem go z pomieszczenia chłopak zapiera się nogami, rękami, pośladkami, potem plecami i głową w sumie też. Wszyscy coś wrzeszczą, cholera wie, co, bo jedyne, co dociera do uszu Kuźmy to dźwięk cięcia metalu, skrobania metalu, gięcia metalu i żłobienia w metalu. Dziewczyna tak bardzo nie wie, co ze sobą zrobić, że bliska jest splecenia palców za plecami i przechadzania się dookoła, gwizdając. Jednak nie umie gwizdać, więc oprócz stania jak słup soli, próbuje zainterweniować. Niestety, została jej odebrana jej główna broń (niewyparzony jęzor), więc musi posłużyć się drugą, której użycie przypomina szybkie przeglądanie karty postaci w dnd, żeby znaleźć ten jeden czar, o którym zapomniało się pięć sesji temu, a jest idealny akurat w tej jednej, rozgrywającej się właśnie teraz, specyficznej sytuacji.
Zanim Kuźma postanawia rozpocząć przemianę rodem z anime o magicznych dziewczynkach, szybko przegląda w myślach swoje możliwości. Tym razem stado różowych chmurek nie zadziała, bo ktoś rzeczywiście odetnie sobie palce. Po namyśle, to w sumie żadna iluzja, jaką Kuźma jest w stanie z siebie wyprodukować, może spowodować trwałe urazy na ciele wszystkich dookoła. Kończy się na tym, że robi parę kroków w stronę szamotających się legionistów, próbując nadać atmosferze jak najwięcej… grozy. Jak panda czerwona, która staje na dwóch łapach, żeby wyglądać na straszniejszą.
Najpierw udaje jej się osiągnąć majestatyczne nic. Potem jeden z synów Wulkana posyła jej zaniepokojone spojrzenie. Następnie gapi się na nią z przerażeniem, co ona wykorzystuje na dramatyczne uniesienie ręki w może, opcjonalnie, prawdopodobnie, lecz niekoniecznie, jakimś celu. Wynikiem tych działań jest sukces. Jakimś cudem. Sukcesem jest dość głośny wrzask pełen przerażenia i uwolnienie Ricky'ego.
Kuźma decyduje, że odpowiednią reakcją na to wszystko byłby szyderczy śmiech i komentarz: „boicie się niskiej piętnastolatki?”, ale i tak nikt nie usłyszałby tej pretensjonalniej uwagi.
Wreszcie, po tych desperackich staraniach Kuźmy, dwójka niezrównoważonych psychicznie legionistów, oprócz stanowienia bezpośredniego zagrożenia dla życia i zdrowia wsystkich obecnych, powoduje jeden plus: każde dziecko Wulkana po dostrzeżeniu zagrożenia najpierw wyłączają trzymanych w dłoniach szlifierek, wiertarek i innych bardziej skomplikowanych narzędzi, które Kuźma widzi pierwszy raz w życiu (dla dodatkowej pewności odpinają je od wijących się po podłodze przedłużaczy lub listw), a następnie na migi przekazują swoim sąsiadom, że też powinni to zrobić. Chwilę to trwa, żeby w warsztacie zapadła cisza, o którą trudno nawet w godzinach późnonocnych i wczesnoporannych.
– Czego chcecie? – odzywa się jeden z robotników, zdjąwszy z uszu ogromne słuchawki.
– Potrzebujemy czegoś do transportu trumny!!! – radośnie oznajmia Ricky. – Najlepiej kółek dokręconych prosto do niej, żeby niczego nie komplikować…
– Trumny? – powtarza chłopak. Akompaniują mu zaniepokojone szepty.
– Tak, ołowionej! – Merkurwiak radośnie się uśmiecha, gdy to mówi, a Kuźma tylko kiwa głową, zachowując całkowicie poważną minę.
– A… a kto jest w tej trumnie?
– Grzyby – odpowiada dziewczyna, zanim Ricky zacznie wywód naukowo-biologiczno-chemiczno–kulinerny na temat tego, co właściwie stworzył. Nikt raczej nie chce wiedzieć, jaka to forma nowego życia.
– Że już gnije? – dopytuje syn Wulkana. Wygląda jak ktoś, kto zaraz wyciągnie telefon i zadzwoni na policję.
– Nie, co ty. Zwykłe grzyby. Fioletowe – wyjaśnia Kuźma. – Dokręcicie kółka, będzie git.
– Albo dodatkowo napęd!!! To ciężka trumna. Choooooooolernie ciężka – dodaje swoje trzy grosze Ricky.
– Grzyby. Fioletowe – chłopak przez chwilę się zastanawia. – Chodzi o narkotyki?
– Co – mówi Kuźma, a Ricky mamrocze coś do siebie o tym, że nie przeprowadził stosownych badań, których wyniki mogłyby nawet go nie zawieść i teraz wszystko stracone przez głupią centurionkę i trumnę.
– No, jak to co. Substancje psychoaktywne.
Wszystkie Wulkaniątka albo wymieniają ze sobą zaniepokojone spojrzenia, albo bezwstydnie gapią się bardziej na Ricky'ego, niż na Kuźmę, bo chyba on wydaje się lepiej wiedzieć, co robi, niż ona. Dziewczyna byłaby przeciwnego zdania, gdyby właśnie w jej krtani nie budowała się najdziwniejsza wiązanka przekleństw, które jest w stanie wymyślić i gdyby właśnie nie szykowała się do rzucenia nimi prosto w twarz temu bezczelnemu chłopakowi, który ŚMIAŁ ZASUGEROWAĆ, że ONA może mieć COŚ WSPÓLNEGO z NARKOTYKAMI.


Ricky?
────
[855 słów: Kuźma otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 19 kwietnia 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Niketas z nutą sceptycyzmu miesza wywar i tylko trochę obawia się, że chochla spłonie od najlżejszego kontaktu z powierzchnią tego prototypu energetyka. Zwala całą winę za jakikolwiek dzisiejszy nieprofesjonalizm na zmęczenie, przy czym stwierdza, że tym razem będzie musiał kraść– to znaczy odbierać jako swoją wypłatę większą część zarobionych pieniędzy niż w przypadku „Boskiego Fulla”. Mógłby nawet powiedzieć, że współpraca z Violet nauczyła go jednego — trzeba bardzo dokładnie nadzorować swoich podwładnych, bo inaczej zaczną wymyślać dziwne triki, żeby TO ON był tym obałamuconym wokół palca. A jedna z pierwszych odwiecznych zasad niketasowej działalności polega na tym, że on nigdy nie jest niczyją marionetką.
– Joshua! – Niketas kiwa palcem na wciąż oszołomionego brata. – Jest takie przysłowie, wiesz?
– Jakiejakie??? – pyta podekscytowany, podskakując przy kotle z brokatową zupą.
– Eee, Niketas, a nie lepiej, żeby ktoś inny spróbował? Bo nie wiem, jakie to może mieć na nim efekty, jak jest- – Mało brakuje, żeby palec Niketasa w akompaniamencie z głośnym „CIIIIIII” dotknął ust Erin.
– Zatem, Joshua. Takie przysłowie: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Chcesz przetestować? – proponuje swojemu przyrodniemu bratu, którego bynajmniej nie traktuje jako brata. Może tania siła robocza lub niewolnicy byłyby lepszymi określeniami na stosunek Niketasa do jego współlokatorów. Chyba zacznie ich tak nazywać, zanim ktoś oskarży go o nepotyzm w jego firmie.
– JASNE!!! – Entuzjazm dzieciaka wskazuje wyłącznie na jego niekoniecznie dobry stan mentalny. Duszkiem połyka cały napój zaserwowany mu w wyszczerbionym fioletowym kubku, po czym dość głośno beka. Niketas ledwo powstrzymuje się przed zestrofowaniem go i nieszkodliwym uderzeniem go w okolice głowy za bycie niekulturalnym wieśniakiem w towarzystwie swojego szefa. O, i damy. Nie zapominajmy o damach.
– I jak? – pierwsza pyta Erin, która chyba wreszcie przestała tak bardzo przejmować się etycznością ich eksperymentów na biednym Joshui.
– ZAJEBISTE!!!! LEPSZE OD POPRZEDNIEGO!!!!!!!!!!! – wrzeszczy chłopiec, wyrzucając ramiona w górę.
– Nie jesteś najlepszym królikiem doświadczalnym – ostatecznie stwierdza Niketas, trochę załamany wynikiem.
– A nie mówiłam? – wtrąca Erin. Hermesiak ma ogromną ochotę zrobić głęboki wdech i potem kurwa wydech, ale zamiast tego po prostu przywołuje na twarz swój zwykły, zawadiacki uśmiech i rzuca coś o skoczeniu chybcikiem po innego szczura, który będzie w miarę zdrowy na umyśle.
Chaos domku jedenastego nie zostaje zakłócony przybyciem Niketasa. Jest to dalej chaos jak każdego innego dnia, nawet gdy grupowy chwyta za kołnierz jednego z ekstremalnie głośnych graczy bingo (aktualnie kłócą się o zasady: jedni twierdzą, że grali w bingo rozbierane, drudzy – na papiery wartościowe) i wyciągając go z domku, tłumaczy zasady dzisiejszego zlecenia. Chłopaczek próbuje tłumaczyć się, że przecież nie wysyłał nigdzie swojego CV (a przynajmniej tego nie pamięta) i że nie podpisywał żadnej umowy, wedle której może być teraz używany jako królik doświadczalny. Jego bezsensowna paplanina trwa tak długo, że Niketas wyłącza się po mniej więcej trzydziestu czterech i sześciu siódmych procenta. Jadaczka zamyka mu się, dopiero gdy zostaje wprowadzony do środka domku Hekate. Od razu rozgląda się dookoła, wydaje się, że zaciekawiony, ale Niketas zna to spojrzenie. On po prostu szuka czegoś idealnego do szybkiego wsadzenia sobie w kieszeń i zabrania w celu zastawienia przedmiotu w najbliższym lombardzie.
– Dobra, Ashton…
– Ale ja mam na imię-
– DOBRA, ASHTON, teraz została tylko degustacja. – Niketas uśmiecha się miło, w sumie nikt nie wie, do kogo, ale to jest totalnie okej.
Gdy Erin nalewa miksturę do szklanki ASHTONA, grupowy próbuje odnaleźć Joshuę. Aż mruży oczy (dookoła jest zdecydowanie zbyt wiele osób, żeby się poświęcił i ściągnął okulary), aż wreszcie odnajduje chłopca zwiniętego w kulkę pod frędzlowatym kocem pod jedną ze ścian domku, ułożonego wygodnie na grubym dywanie. Jeżeli to taki efekt ma „Olimpijska Alfa”, to Niketas popełni na sobie defenestrację i nigdy więcej nawet nie spojrzy na tę pozbawioną jakiegokolwiek talentu córke Hekate.
– No, i jak? – znowu pyta Erin, co przykuwa uwagę Niketasa do powoli sączącego energetyk Ashtona.
– W pizdu słodkie – stwierdza chłopak po paru mlaśnięciach i jeszcze kilku łykach. – Ale w sumie to nic z tym nie róbcie.
– Konstruktywna krytyka, ta? – fuka Niketas, nagle czując się niekomfortowo w tym pomieszczeniu. Żeby poczuć się lepiej, przeczesuje włosy.
– Hm, hm, hm… – Ashton najwyraźniej bawi się świetnie. Przynajmniej nie jest natychmiastowo naćpany, więc można powiedzieć, że „Olimpijska Alfa” przestała być betą. – No, fajne.
– Super, a nie wiem, czujesz się jak po energetyku? – dopytuje Erin, choć to powinno być całkiem logiczne, bo zawartość kofeiny w takiej szklance pewnie przekracza wszelkie standardy, jakie mogą narzucić władze. Chociaż w tej Ameryce to nigdy nic nie wiadomo. Może akurat wpisują się w górną granicę standardów z tym ich specyfikiem, którym pewnie równie dobrze można byłoby odrdzewiać części samochodowe.
– Eeee, nie wiem, ja usypiam po energetykach.
– No, jak każdy. – Niketas wzrusza ramionami. – To jest taki. Prawdziwy energetyk dla herosów, rozumiesz? Co działa, jak powinny zwykłe.
– Taaaaaaaaaaaaaaaaaaaak? – pyta Ashton i od razu duszkiem wypija całą resztę napoju. – To mega fajnie super cool.
– Ty wiesz, że teraz musisz za to zapłacić? W tym świecie nie ma nic za darmo – informuje go Niketas, będąc w trakcie procesu wyciągania całkiem grubego pliku banknotów z portfela chłopaka.
– Kiedy ty to- – próbuje spytać Erin, ale przeszkadza jej w tym głośny krzyk gniewu Ashtona, który od razu próbuje rzucić się na swojego grupowego i tym samym pokazuje wszystkim obecnym, że w Obozie jest co najwyżej od wczoraj.
Niketas, swoim ulubionym zwyczajem, robi najprostszy w świecie unik – po prostu przesuwa się o krok w bok. Wkłada w ten ruch wszystko, co dał mu ojciec (akurat w tym wypadku nie chodzi mu o jakieś umiejętności bycia najlepszym na świecie krętaczem i okropnym szefem), przez co Ashton nawet nie orientuje się, że zamiast w Niketasa wpada w regał z opasłymi, pewnie magicznymi tomami.
Zanim ktokolwiek z nich jest w stanie powiedzieć „motyla noga”, połowa z tych książek radośnie wylatuje ze swojego miejsca i otwiera się na losowych stronach tuż pod nogami Ashtona, uprzednio odbiwszy się od jego głowy. W powietrze wzlatuje chmura kurzu i wszyscy, jak jeden mąż, zaczynają kaszleć, kichać, łzawić i machać we wszystkie strony rękami, żeby ten pył od siebie jakimś cudem odsunąć. Nawet Joshua się budzi, wesoło krzycząc: „SZTUCZNE OGNIE?????? ALE FAJNIE!!!!!!!!!!!” i nikt nie wie, gdzie on, do cholery, widzi jakiekolwiek sztuczne ognie (przy czym pewnie wszyscy mają nadzieję, że to dzieje się tylko w jego głowie i nic w tym przepełnionym dziwnymi badziewiami domku naprawdę nie wybuchnęło i sypało iskrami na wszystkie strony).


Erin?
────
[1029 słów: Niketas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 16 kwietnia 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

Arisu nie mogła oprzeć się wrażeniu, że kobiecie jest słabo zdecydowanie bardziej niż trochę. Przyglądała się, jak osłania oczy dłonią, obserwowała chwiejne ruchy. Co powinna zrobić, jeśli kobieta nagle tu zasłabnie? Nie spodziewała się, by gdzieś blisko kręcił się ktoś, kto będzie mógł jej pomóc. Była niemal pewna, że w okolicy są aktualnie same – przecież już wcześniej zastanawiało ją, że wszędzie jest pusto.
Nie uważała, by jej podejście tutaj było miłe. Czuła teraz wszystko, ale na pewno nie to, że zachowała się mile.
Doskoczyła, by schylić się po bukiet w tej samej chwili, co nieznajoma, ale była od niej minimalnie szybsza (miała w końcu bliżej do ziemi). Nie zrobiła tego w pełni świadomie, raczej jako bardzo głupi odruch, którego od razu pożałowała.
Podniosła ostrożnie kwiaty i od razu się wyprostowała. Krótko przyjrzała się wiązance, chociaż sama nie do końca wiedziała po co; to nie tak, że znała się jakoś specjalnie na kwiatach czy ich aranżacji. Gdyby ktoś ją zapytał, mogłaby powiedzieć tylko tyle, że kwiatki są już odrobinę wczorajsze. Zdecydowanie nie czuła się odpowiednią osobą do krytykowania ich stanu.
– Na pewno wszystko w porządku? – Upewniła się jeszcze, ostrożnie oddając wiązankę z powrotem w dłonie kobiety. Nie chciała trzymać jej zbyt długo.
Wydawała się zbyt osobista, by mógł trzymać ją ktokolwiek inny. Ta myśl wydała się Arisu bardzo głupia i naiwna, ale nie zamierzała teraz z nią walczyć. Trzymała kwiaty sekundę zbyt długo, niż było to konieczne, jakby chciała się upewnić, że na pewno będą leżały bezpiecznie w dłoniach właścicielki.
– Tak, naprawdę.
Arisu nie potrafiła tak całkowicie uwierzyć w te słowa. Przyjrzała się krótko twarzy kobiety, ale zaraz odwróciła wzrok w stronę nagrobka. Grób brata? Przez chwilę czuła dziwny ucisk w żołądku i jeszcze dziwniejszy posmak w gardle. Musiała przełknąć ciężko ślinę i dla pewności cofnęła się z powrotem o dwa kroki. Nie sprawiło to, że poczuła się bezpieczniej.
Pomyślała, że to mogło wyglądać niegrzecznie i irytujący głos Shayela powtarzającego, jak mało jej zachowanie przypomina kapitana, znowu odbił się echem gdzieś z tyłu jej głowy. Powstrzymała skrzywienie się, bo to już na pewno byłoby niegrzeczne bardziej, niż wypada. Kobieta przecież jeszcze nic strasznego jej nie zrobiła. Nie wyglądała, jakby w ogóle miała być w stanie.
Arisu znowu przeskoczyła wzrokiem z nagrobka na nią, żeby potem znowu wrócić do kamienia. Zdawała sobie sprawę, że jak na półboga bardzo rzadko myśli o śmierci. Wiedziała, że niektórzy legioniści Obozu Jupiter nigdy nie wracają, przez kilka lat pobytu widziała, jak wracają tylko ich zwłoki, słyszała, jak umierają mimo starań Cherry. Nigdy jednak nie czuła się z tym bardzo blisko związana. Nie wydawało jej się, by w obozie był ktoś, za kim naprawdę szczerze miałaby tęsknić.
Czy brakowałoby jej ludzi, z którymi razem pracowała na rzecz Kohorty? Na chwilę jej myśli zatrzymały się na pofarbowanym idiocie, z którym wyjątkowo często sprzątała, by zaraz szybko to od siebie odrzuciła. Cieszyłaby się ze świętego spokoju.
– Jestem Arisu – przedstawiła się, z powrotem odwracając się do nieznajomej i tym razem już nie odwracając wzroku. – Jesteś pewna, że nie chcesz na chwilę usiąść gdzieś w cieniu? Mogę przynieść ci wody, jeśli potrzebujesz.
Dziwny ucisk w żołądku nie chciał ustąpić. Arisu odepchnęła od siebie nagłą, irracjonalną potrzebę powrotu do baraku i odpisania na jeden z nieotwartych listów. Powstrzymała tupnięcie nogą, które byłoby zdecydowanie zbyt nerwowe i tylko sięgnęła dłonią, by chwycić pasek od torby, zanim zdała sobie sprawę, że przecież nie wzięła jej ze sobą. Splotła ręce, udając, że od początku taki był zamiar.
I znowu zerknęła na grób. Ile lat ta kobieta żyła już bez obecności brata? Jak sobie radziła? Nie zamierzała szukać tych informacji, a tym bardziej o nie pytać.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

— Szczerze? To ja się zdecydowanie zgadzam, coś z nią było nie tak. Aż człowieka ciarki przechodzą brrrr. — Nasłuchiwało, czy nie słychać ruchów potwora. Albo ich jeszcze nie dogoniła, albo umie się skradać, niedobrze. Tylko szczerze? Dorosowi coś tutaj nie pasowało poza „agentką”. Nawet ludzie z zaburzeniami lękowymi raczej tak nie reagują? Prawda? W minie Chaita oraz ruchu jakby po broń schowaną gdzieś na sobie odbijało się jego zachowanie. Szukanie wymówki, żeby się rozdzielić i zostać z agentką, jedno z drugim robiło to samo.
— Proponuje nie wracać tam i nigdy więcej nie rozważamy ofert od tej agencji… — Chait przypominał mu obecnie trochę kota, który z ukrycia nerwowo rusza uszami na wszystkie strony i patrzy się wszędzie, w oczekiwaniu na atak od większego przeciwnika. Sam pewnie nie wyglądał lepiej. Czuło bicie swojego serca, nieco podwyższone w mieszance zaskoczenia, strachu i nagłego zerwania się do biegu. Byli przylepieni do ściany, tylko wychylając się co jakiś czas z zaułka na chwilkę, by sprawdzić stan rzeczy.
— Zdecydowanie, mamy więcej ofert od innych agencji przecież… nie mam ochoty na chodzenie po pustych mieszkaniach z kobietą, która no… wygląda z jak jakiś morderca z kryminału. — Rzucił niby na poprawienie humoru, ale z tym, jak łamał mu się głos, to brzmiało to raczej żałośnie.
Stuk… stuk… stuk…
Zamroziło nu krew w żyłach natychmiastowo, po chwili jego instynkt walki wziął jednak góre. Zanim pomyślało, co dokładnie robi, to miało zamiast breloka w dłoni toxę z kołczanem. Cholera jasna nie ma zamiaru ryzykować życia przyjaciela, najwyżej mu coś wmówi. Jakoś to ogarnie… prawda?
Stuk… stuk… stuk…
Kątem oka zauważył, że Chait tez znikąd trzyma coś w dłoniach, ale nie zauważył co konkretnie. Zwinnym ruchem kołczan znalazł się na plecach, a strzała z łukiem były gotowe w poprawnej pozycji. Najwygodniej by mu było mieć dystans, ale jakoś sobie poradzi… jakoś… Dawno nie walczył z potworami. Przygotowania w treningach nie oddają pełni tego, co się dzieje w trakcie.
Wychyliło się z przyjacielem w tym samym czasie zza rogu… Pusto… Nie, że niewidzialna gorgona czy coś, tylko pusto poza… Poza grupką szczurów, która próbując wejść do jednego kosza na śmieci, zrzuciła pokrywkę, oraz uderzająca ogonem o drugi w próbie wspinaczki. Opuścił broń i spojrzał na Chaita z niedowierzaniem. On też miał broń; miecz, który Doros widział tylko w trzech miejscach — muzea, rekonstrukcje historyczne, oraz w Obozie Herosów. Odetchnęło cicho z ulgą, może przedwczesną. Nie musi się tłumaczyć, teraz tylko ogarnąć problem.
— Zbierajmy się i pogadamy o tym w bezpieczniejszym miejscu. — Wyszeptało od razu, na co dostało skinięcie głową.
Schowali bronie, po czym biegli jak oszalali jak najdalej stąd, do transportu publicznego, a nim jeszcze dalej do następnej dzielnicy. Zatrzymali się dopiero na stacji końcowej, znajdując sobie spokojne miejsce na dachu okolicznego bloku.
— Dobrze się kryjesz, bardzo długo się nie domyślałem, że możesz być półbogiem. — Apollodoros przerwał ciszę, która między nimi zapadła. — Czyim jesteś dzieckiem, jeśli chodzi o boskiego przodka?
— Iris, a ty? — Mężczyzna odpalił papierosa, nieco zmieniając to jak siedzi, żeby dym leciał za nich, nie im w twarze. Jeśli się domyślał, to nie pisnął słowa.
— Najciemniej jest pod latarnią, więc tak jak z imienia wynika; Apollo. — Uśmiechnęło się delikatnie, ale szczerze. — A tak na serio, to dla matki to, co miała z ojcem i to, że jestem, było darem od niego. Nadal tak uważa. No i stąd imię. Twój styl pasuje mi do dzieciaka Iris, podoba mi się. Masz oko do kolorów.
— Dzięki. — Chait chwilę wyglądał, jakby się zastanawiał nad poruszeniem tematu z lekko zmarszczoną brwią. — Byłeś kiedyś w Obozie Herosów przypadkiem? Charakterystyczne imię po prostu. — Wypuścił dym, który od razu poniósł wiatr.
— Bardzo krótko, ale tak. Nie mów, że się spotkaliśmy wcześniej. Los nas znowu spotkał, mówiłem ci, że to wpadanie na siebie to nie tylko przypadki. To już który? Drugi raz? Trzeci? Zależy, jak patrzysz.
Stracił poczucie czasu, ile po tym rozmawiali o wszystkim i o niczym, ale bawił się dobrze.


Chait?
────
[641 słów: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

No tak, bo przecież znalezienie mieszkania i życie w Nowym Jorku nie były wystarczająco skomplikowane i irytujące. Oczywiście, że coś jeszcze musiało pójść nie tak.
Chait powstrzymał się od pełnego rezygnacji westchnięcia. Więcej, powstrzymał się nawet przed wykonaniem jakiegokolwiek gestu, który wskazywałby na niechęć, zirytowanie czy niepokój. Nawet nie przewrócił oczami. W innych warunkach byłby z siebie dumny (wcale nie), ale w aktualnych mógł tylko kątem oka zerknąć na agentkę nieruchomości, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo, bardzo nienawidzi tego miasta.
Miasta, rynku mieszkaniowego, który przyjezdnych przyprawiał o zawał, biegających po śmietnikach szczurów, swojego boskiego pochodzenia, agentek nieruchomości, które okazywały się potworami… W natłoku wyjątkowo negatywnych emocji przeszło mu przez myśl, że hej, przynajmniej to zdarza mu się dopiero pierwszy raz!
Nie pocieszyło go to.
– Hej, Apollodoros? – zwrócił się do znajomego, szarpiąc go delikatnie do tyłu za materiał koszuli.
Jeszcze nie wiedział, jak chce wybrnąć z tej sytuacji. Powinien odpowiedzieć agentko-potworowi? Co właściwie powinien powiedzieć Apollodorosowi? Może powinien po prostu rzucić się do ucieczki i później szukać jakiejś wymówki. Najgorszy scenariusz zakładał, że zginie w trakcie ucieczki i nawet ten scenariusz miał swoje plusy: skończyłby wszystkie problemy z szukaniem mieszkania, a dodatkowo nie musiałby nic wymyślać.
Żałował, że na pewno nie zdecyduje się na tę opcję.
– Zanim wejdziemy do środka… – Miał nadzieje, że brzmi to na tyle neutralnie, że agentko-potwór nie rzuci się na niego w sekundę po tym, jak skończy mówić. – Dzisiaj nie jest strasznie gorąco, a i tak czuć śmieci. Może dobrze byłoby sprawdzić okolicę albo zapytać sąsiadów, jak bardzo jest to uciążliwe na co dzień.
Kłamał. W cale nie czuł zapachu z koszy na śmieci, a przynajmniej nie tak mocno, by było to istotne.
Oczywiście, chciał wysłać na tę ważną misję Apollodorosa. Liczył, że w trakcie jego nieobecności wymyśli jakieś trwałe rozwiązanie problemu. Nie wiedział jeszcze, czy zakłada ono walkę, miał nadzieję, że jednak uda mu się tego uniknąć. Czy w ogóle miał przy sobie broń? Musiał mieć, przecież zawsze ją nosił.
– Masz rację.
Chait odetchnął z ulgą.
– To może pójdziesz to sprawdzić? Nie będziemy kazali pani czekać…
I już żałował, że naprawdę na chwilę uwierzył w tak proste rozwiązanie. Odkaszlnął.
– Ale okolica naprawdę jest bardzo ładna, nie ma potrzeby, byście to teraz sprawdzali.
Chait odniósł wrażenie, że Apollodorosowi też przeszedł po plecach dreszcz, gdy tylko agentka-potwór znów się odezwała. Pewnie tylko tak mu się wydawało, bo sam zaczynał powoli panikować. Zrobiło mu się strasznie gorąco, zbyt gorąco jak na aktualną pogodę.
– Wierzymy, oczywiście. Ale może przy okazji poznalibyśmy sąsiadów, czy my pasujemy im jako lokatorzy. – Chait robił wszystko, by te słowa brzmiały wiarygodnie. – Może jednak lepiej, żebyś ty poszedł. – Zaśmiał się wcale nie nerwowo, zerkając na znajomego. – Zrobisz lepsze pierwsze wrażenie.
Apollodoros nie wyglądał na przekonanego.
– Mogę pójść, ale… Nie mówiłeś coś o dojazdach do pracy? Nie chcesz się upewnić, że będzie w porządku?
Chait przeklął w myślach, na wszelki wypadek dwa razy.
– Nie no, to już sprawdzałem… – Przeciągał słowa, uśmiechając się miło do agentki-potwora. Zachowuj się naturalnie, Murray. – Ale możesz przy okazji zobaczyć skrzynki na listy.
Znowu zerknął krótko na Apollodorosa. Wolał nie spuszczać potwora z oczu na dłużej niż kilka sekund. Mężczyzna otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć.
– Nie będziecie teraz nic sprawdzali!
Obaj odskoczyli. Chait przez sekundę myślał o sięgnięciu po broń. Znowu powstrzymała go obecność znajomego. Widział, że ten też wykonał dziwny ruch.
Chait zacisnął zęby.
– Chodź.
Złapał Apollodorsa za nadgarstek i rzucił się wzdłuż ulicy, ciągnąc go za sobą. Nie protestował albo to Chait po prostu go nie słyszał. Usłyszał za krzyk agentki, może nawet trochę zbyt wyraźnie. Nie obejrzał się w jej stronę.
Debil. Debil, skończony, kurwa, debil.
Musiała biec za nimi. Nie wierzył, że tak po prostu by odpuściła. Jeśli odpuściła, to zaraz będzie musiał tłumaczyć się z głupiego zachowania. Może mógł pozwolić jej się dopaść.
W końcu obejrzał się za siebie. Nie widział jej. Zgubili ją?
Wepchnął Apollodorosa w najbliższy zaułek, samemu chowając się zaraz za nim.
– Ja... Ech… – wydyszał.
Nie zadziałał instynktownie, bo instynkt kazałby mu stanąć do walki. Na pewno nie zadziałał też logicznie, bo przecież to było okropnie, okropnie głupie.
– Przepraszam – rzucił w końcu, nerwowo wyglądając zza ściany. – Ona… Wydawała się jakaś dziwna. Znaczy…
Jęknął z rezygnacją.
– Przysięgam, nie jestem wariatem.
Sam sobie nie wierzył.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]