niedziela, 20 września 2026

Od Edgar CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Czyli nie mieliśmy żadnego konkretnego planu. Nie było to, oczywiście, żadną  nowością w naszym przypadku, że nie omówiliśmy dalszego przebiegu wydarzeń i w tamtej chwili pozostało nam czekać na ich rozwój, na który zbytnio nie będziemy wpływać. Było to jak wieczne płynięcie pod prąd z nadzieją, że nie trafi się w drodze na mocny zryw bądź skały, z którymi zetknięcie byłoby bardzo bolesne.
Dyskomfort wynikający z bycia w takim miejscu sprawiał, że z każdą chwilą miałem coraz mniejszą ochotę tu być. Trudno było aż uwierzyć, że Artem mógł obracać się w takim środowisku — i też trudno było mi sobie to wyobrazić. Była to melina pełna niebezpiecznych ćpunów i alkoholików, przez których śniadanie cofało mi się do gardła. Widziałem naprawdę wiele miejsc w życiu, w wielu podobnych przebywałem, ale to był zupełnie inny świat, do którego nie chciałem się zapuszczać. Do tej pory mi się to udawało.
Nie wiedziałem, na co czekamy, więc pozostało mi zaufać Artemowi, pomimo, że nigdy mi nie wspominał o takich rzeczach. Była to jego przeszłość, więc teoretycznie nie miał takiego obowiązku, ale jakoś i tak mnie to raniło. Było to niesprawiedliwe, że o mnie wie tak dużo, a ja o nim nic. Z innej strony, kto by chciał się chwalić, że obracał się w… takim miejscu jak te? Co, jak zaraz zostaniemy porwani, a moje organy sprzedane na czarnym rynku? Nie sądzę, aby były dużo warte.
Czekaliśmy jakiś czas, obserwując otoczenie. Już drugi papieros tlił się między moimi palcami.
— To oni. - Wyprowadził mnie z zamyślenia
— I co teraz, detektywie? — Uśmiechnęłom się do mężczyzny. — Mam im pogrozić? Pobić?
— Nie teraz.
— Jakoś muszą się odczepić.
Ruszyłom o krok, ale Artem złapał mnie za łokieć. Równie szybko jednak mnie puścił, po czym skrzyżował ramiona na piersi, odwracając wzrok.
— To ich zaczarujesz.
— To nie są żadne czary, człowieku — westchnęłom. — Co ty sobie myślisz? Że jak to działa?
— Masz inny pomysł?
— Czemu ja mam być pomysłodawcą?
— Tylko pytam cię o poradę.
Nie tak to zabrzmiało, ale postanowiłom tego nie kwestionować.
— Może rzeczywiście coś wymyślmy, zanim… Co w ogóle chcesz osiągnąć?
Wyglądał na nieobecnego, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej, niż ciałem. Zmarszczyłem brwi przez jego zachowanie, nie wiedząc, co może tak go dekoncentrować i odwracać uwagę od rzeczywistości, ale utrudniał naszą współpracę. Byłem powoli gotowy na to, aby wrócić do domu.
— Rozumiesz, co do ciebie mówię?
— Jasne, że tak.
Tak długo staliśmy i się sprzeczaliśmy, że naturalnie dwójka mężczyzn znikła z naszego pola widzenia. Rzuciłom Artemowi zirytowane spojrzenie i poszłom dalej się rozglądać, ale podejrzani przepadli bez śladu. Straciliśmy swoją szansę. Podreptał za mną, aż poszliśmy jeszcze głębiej w uliczkę, która wyglądała, jakby nie było z niej wyjścia. Wyglądała jak dzielnica osób niższego sortu społecznego, którzy skrywają się przed światem, aby przypadkiem ich czyny nie spotkały się z konsekwencjami. Miałom tylko nadzieję, że mój wygląd nie wzbudzi w nikim gniewu — Artem nie miał się za bardzo o co obawiać (nie, żebym go obrażał. Taki był fakt).
— Muszą się tu kręcić jeszcze.
— Nie miałeś może zwidów?
Wyburczał coś w odpowiedzi i przewrócił oczami. Trzymałem swoją cierpliwość na cienkim sznurku, który mógł pęknąć w każdej chwili, a to nie miałoby ani cienia szansy zakończyć się dobrze. Przez myśl przeszedł mi powód, czemu mógłby tak dziwnie się zachowywać, ale prędko zacząłem starać się wyprzeć go z środka głowy. Skoro aż tak porzucił ten temat — a raczej, w ogóle nie poruszył — to czemu miałoby go to męczyć? Właściwie, obydwoje zachowywaliśmy się, jakby nigdy nic się nie stało, ale i tak, cisza z jego strony była bolesna. Momentalnie spochmurniałem i zachciałem wrócić do domu.
Było mi z jakiegoś powodu ogromnie wstyd.
Wpadłom na wybitny, łatwy w wykonaniu pomysł, aby podpytać tutejszych o parę informacji, ale Artem się nie zgodził. A może bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że nie pozwolił. Wziął mnie tu ze sobą, jednocześnie wiążąc mi ręce. Naburmuszyłom się na niego, ale nawet nie zwrócił na to uwagi, ignorując wszystko, co się wokół niego dzieje.
Och, powinnom porzucić ten temat.
Pozwalając sobie przełamać tę bezsensowną bezczynność, postanowiłom poeksplorować podejrzany budynek, do którego wkroczył jeden z dziwnych typów. Artem zmierzył mnie uważnie wzrokiem, zacisnął wargi, jakby chciał mnie powstrzymać, ale zamiast tego, wszedł za mną do środka. Domyśliłom się, że to musi być czyjeś mieszkanie, może nawet paru z nich. Cokolwiek z tego wyjdzie, może nam pomoże — wolałem to, niż znosić obecność wyobcowanego Artema.
— Ktoś jest w środku — szepnął do mnie, starając się pociągnąć mnie do ustronnego kąta.
— Więc bądź cicho.
Wcisnął nas w wąskie miejsce przy schodach prowadzących na wyższe piętro. Zaczęłom nasłuchiwać, a z oddali usłyszałom lekkie kroki.
— Znasz kogoś jeszcze tutaj?
Nie odpowiedział.
— Musisz zacząć ze mną współpracować — syknęłom cicho, powstrzymując się od wzniesienia tonu.
Westchnął tylko, opierając się o ścianę. Nawet nie patrzył mi w twarz, a to był mój ostatni powód. To było wszystko, co miał mi do powiedzenia? Czyli nic?
— Kurwa! — wrzasnęłom w końcu, aż podskoczył. Zbyt głośno. Zdecydowanie zbyt głośno. — Skup się! Co z tobą? Jeszcze kilkanaście minut wcześniej byłeś normalny!

 
Artem?
────
[820 słów: Edgar otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Aye — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie mieli czasu, by użalać się nad sobą albo przeklinać na szczura, który pewnie był przerażony równie mocno, co oni. Właściwie to nie mieli nawet czasu skupić myśli. Chait poderwał się jeszcze zanim dobrze upadł. Wierzchem dłoni starł z oczu maź, mocniej chwytając za broń. Drugą ręką pociągnął do góry krztuszącego się i plującego Aye, zaciskając palce na jego ramieniu.
– Musimy uciekać – rzucił przyduszonym głosem. Mantikora była już coraz bliżej. Instynkt kazał mu walczyć, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, że nie teraz. Jeszcze nie teraz.
Chait nie dał Aye czasu, by pewnie stanąć na nogach. Nie puścił jego ramienia, tylko szarpnął gwałtownie, rzucając się dalej tunelem. Czuł nieprzyjemne dudnienie gdzieś z tyłu głowy. Przez szum w uszach przebijał się tylko kaszel Aye i krzyk potwora, który uparcie ich gonił. Jeden z kolców śmignął zdecydowanie zbyt blisko ich głów, wzburzając brudną wodę.
Wiedział, że technicznie ich to nie zabije, ale na pewno by im w żaden sposób nie pomogło.
Nie puścił ramienia Aye, nawet gdy ten w końcu złapał rytm i przestał się potykać. Ostatnie, na co Chait zamierzał w tej chwili pozwolić, to by przypadkiem się rozdzielili, albo by znajomy został gdzieś z tyłu, prędzej czy później zdany na niełaskę Mantikory.
Była od nich szybsza. Cały czas czuł, jak się do nich zbliża. Próbowali zgubić ją na zakrętach, ale nie był pewny, czy ją to chociaż trochę spowalnia. Ale przecież nie mógł pozwolić, by tak łatwo któryś z nich stał się dla niej obiadem.
– Chait—
Zerknął kątem oka na Aye. Wskazywał coś przed nimi. Chait podążył wzrokiem we wskazanym kierunku, ale potrzebował chwili, by zrozumieć, co widzi.
Jeden z bocznych tuneli. Wejście do niego było wąskie, węższe od tych, którymi przebiegli do tej pory. Na tyle wąskie, by musieli iść pojedynczo, ale równocześnie powinny utrudnić Mantikorze swobodne poruszanie się, a przynajmniej utrudnić skuteczne ataki ogonem. Skinął słabo głową, nie chcąc tracić energii na zbędną komunikację i pociągnął Aye mocniej, popychając go, by wpadł w korytarz jako pierwszy. Wbiegł zaraz za nim i nie pozwolił mu się zatrzymać.
Jeszcze nie.
Do ich uszu dotarł kolejny krzyk potwora.
Dla pewności skręcili jeszcze raz, w inną odnogę tunelu. Jak wcześniej Chait mniej więcej orientował się, jaki dystans pokonali i gdzie może ich wyprowadzić najbliższe wyjście na powierzchnię, tak teraz nie był już nawet pewny, czy przypadkiem nie zrobili jakiegoś bardzo skomplikowanego kółka. Oparł się o ścianę, nasłuchując, ale Mantikora na chwilę została gdzieś w tyle.
Obaj byli zdyszani. Aye znowu się rozkaszlał. Chait nawet nie chciał sobie wyobrażać, jak paskudnym uczuciem musiało być zakrztuszenie się tym cholerstwem. Czekał, aż chociaż trochę się uspokoi, zanim zdecydował się odezwać:
– Masz swoją broń? – zapytał półgłosem, odpychając się od ściany i stawiając kilka ostrożnych, cichych kroków w stronę drugiej części tunelu. Potwór dalej gdzieś tam był.
Aye wytarł usta dłonią i skinął głową, chociaż nie wydawał się zadowolony.
– Chcesz z tym walczyć?
Chait zawahał się tylko przez sekundę. To był tragiczny pomysł. Byli zmęczeni po całym dniu, osłabieni i poruszali się po ciemnych, mokrych korytarzach. W największych z nich Mantikora mogła swobodnie używać ogona i pokonywać ogromne odległości, w wąskim oni nie mogli walczyć ramię w ramię. Do tej pory udało im się uniknąć trucizny, ale to też nie mogło trwać wiecznie, nie mieli aż tyle szczęścia.
Gdyby nie byli w kanałach, to mógłby przynajmniej użyć iluzji, by jakoś odwrócić uwagę potwora. Mógłby zrobić most albo w ogóle przenieść ich (lub przynajmniej Aye) gdzieś w cholerę, jeśli starczyłoby mu na to siły.
Tutaj byli skazani na własne bronie i wizję termiczną Aye. Nie byli w szczególnie dobrym położeniu.
Ucieczka przed Mantikorą i wydostanie się z kanałów też nie brzmiały szczególnie realistycznie. Mieli być tu celowo uwięzieni? Chciałby założyć, że to Aye się pomylił i zwyczajnie źle ich poprowadził, ale to też nie miało żadnego sensu.
– Nie, raczej nie. Na pewno nie w tej formie.
Przez chwilę stali tak w milczeniu. Chait wytarł dokładniej twarz. Zaczął nerwowo stukać palcami o udo, wpatrując się w ciemność.
– Widzę, gdzie może być jakieś wyjście, ale musielibyśmy się cofnąć – odezwał się Aye.
Obaj wiedzieli, że mogą wtedy wpaść na potwora. Nie musieli mówić tego na głos.
– Możemy spróbować go ominąć – mruknął w końcu Chait. – Jeśli będziemy szli wąskimi tunelami, to albo go spowolnimy, albo będzie musiał przybrać ludzką formę.
Wiedział, że wolałby uniknąć bezpośredniego starcia. Ten potwór na pewno był od nich silniejszy, prawdopodobnie też bardziej wytrzymały. Ledwo udało im się go zgubić, a i to tylko na chwilę. Nie potrafił przypomnieć sobie żadnych innych, istotnych szczegółów, chociaż czuł, że powinien wiedzieć.
– Pozostaje też pytanie, czy tym razem trafimy na normalne wyjście.
Powiedział to bardziej sam do siebie. Nie zamierzał krytykować Aye, bo to nie była jego wina. To okoliczności takie były. Wydarzyło się zbyt wiele, czy Chait uznał, że tym razem ot tak znajdą drabinkę i właz, który pozwoli im się wydostać.


Aye?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Havu CD Judasa — „Mary On A Cross”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Można powiedzieć, że było to bardzo nierozsądne z ich strony, ale czy istnieje na świecie człowiek, który całe życie myślał zanim coś zrobił? W tej sytuacji nad myślami górował tylko głupi impuls. Impuls, który pchał ludzi do dziwnych czynów, takich jak obmacywanie się w korytarzu, prowadzącym do łazienek na imprezie, gdzie ludzie dużo piją i również — dużo sikają.
Za późno zorientowali się, że ktoś otwiera drzwi, a mieli stosunkowo dużo czasu na reakcje, ponieważ drzwi strasznie skrzypiały (szkoda, że takiej drogiej restauracji nie było stać na wd-40), dając im o wiele wcześniej znak.
— Coś się stało? — zapytał mężczyzna, którego Havu trochę kojarzył z wyglądu, ale nie mógł sobie zupełnie przypomnieć skąd.
Nachylony Judas momentalnie się wyprostował. Nie był ani trochę zadowolony, że ktoś im przeszkodzić, ale czego innego mógł się spodziewać? Że ktoś nakryje ich peleryną niewidką i całkiem znikną z widoku?
Havu odchrząknął. Chociaż się zestresował i momentalnie spiął całe ciało, musiał zagrać na czas i odegrać jakąś wiarygodną scenkę zanim mężczyzna sobie coś pomyśli.
— Niestety kolega słabiej się poczuł — odpowiedział. — Potrzebował przemyć twarz zimną wodą, ale nie udało nam się dotrzeć do łazienki.
— Może pomogę? — Uśmiechnął się tamten delikatnie. — Za dużo alkoholu pewnie, co?
Judasa bardzo uraził ten komentarz, ale nic nie odpowiedział, pozwalając się zaprowadzić do łazienki. Gdyby tylko burknął coś pod nosem, to cały wysiłek Havu poszedłby na marne. Jak później się z tego inaczej wytłumaczyć?
— Księża chyba za dużo pić nie mogą, prawda? — dopytywał dalej, a Judas w tym czasie teatralnie ochlapywał sobie twarz wodą.
— Na pewno nie aż tyle — przyznał Havu, chociaż nie znał się zupełnie na obyczajach księży katolickich. Wiedział natomiast, że Judas umiał i często chciał dużo wypić. Nadal miał to głupie nagranie z jakiegoś baru. — Dzięki za pomoc.
— Nie ma sprawy. — Machnął dłonią. — Jonas by mi nie darował, gdybym nie pomógł jego bratu — zaśmiał się szczerze.
Już wiedział, skąd kojarzył tego mężczyznę. Chociaż za długo mu się nie przyglądał, to było niemożliwe, żeby czyjaś twarz mu tak zapadła w pamięci. Znał tych ludzi dobre dwie godziny, jak mógłby zapamiętać zupełnie obcą osobę?
Judas sam wyłączył wodę i z ociągnięciem przetarł dłonią mokrą twarz. Całą grzywkę również miał mokrą i wyglądał trochę jak zbity, smutny pies.
— Super, dzięki — wymamrotał.
— Mam nadzieję, że już jest lepiej.
— Tak, spoko, to po prostu spadek ciśnienia i takie tam. — Judas jeszcze raz przetarł mokrą twarz. — Nie musisz tutaj stać, Adler.
Mężczyzna kiwnął głową.
— Nie ma co się wstydzić. Ja też tak miewam — westchnął. — Cieszę się, że już jest lepiej.
Uśmiechnął się jeszcze raz i wyszedł z łazienki, zostawiając ich razem. Dopiero wtedy Havu rozluźnił spięte ramiona i wypuścił całe powietrze z płuc.
— Może mi trochę opowiesz, kto to był? — zapytał, ale Judas od razu uniknął jego spojrzenia i też wyszedł z łazienki.
Przed drzwiami zebrała się już pierwsza mała kolejka wstawionych ludzi. Najwidoczniej wznoszenie pięć razu toastu nie było najlepszym pomysłem. Picie czystej wódki ogólnie nie jest najlepszym pomysłem nigdy.
Havu poszedł za Judasem i śledził go aż do samego wyjścia. Zatrzymali się dopiero na parkingu restauracji, gdzie nie było nikogo, oprócz nich.
— Co ci jest? — zapytał znowu, już trochę bardziej poirytowany.
Judas nie odpowiedział. Wsunął rękę do marynarki i wyciągnął z niej pogniecione i zmęczone życiem pudełko papierosów.
— Nic, muszę po prostu zapalić. — Wzruszył ramionami.
Było to całkowicie normalne zachowanie, wcale nie tak dziwne, jak to, że stali obydwoje w ciemnościach na parkingu i trochę marzli, bo temperatura dobijała właśnie trzynastu stopni.
— Tak? Tylko to? — Uniósł podejrzliwie brwi.
Judas przez cały czas zachowywał się dziwnie i było to na tyle irytujące, że Havu mógłby go do reszty wieczora wkurwiać i chodzić z tamtą dziewczyną, byleby tylko grać mu na nerwach; ale z jakiegoś powodu się powstrzymał, bo widział, że ta sytuacja i to, że w ogóle tutaj był, nie było dla niego łatwe.
Podszedł bliżej i wyrwał mężczyźnie pudełko z rąk. Judas zareagował zbyt późno (albo miał bardzo opóźnione reakcje) i nie odzyskał już papierosów z powrotem.
— Oddaj mi to.
Havu odwrócił się do niego plecami. Wyciągnął jednego papierosa, wsadził sobie w zęby i podpalił własną zapaliczką, którą zawsze trzymał w kieszeni spodni.
— Powiem ci teraz, co sobie myślę, a ty będziesz słuchać.
Judasowi nigdy nie podobało się takie stawianie mu warunków, ale tym razem na to — z widocznym trudem — przystał.
— Po pierwsze: jesteś strasznie zazdrosnym przegrywem, a po drugie: jesteś jeszcze bardziej żałosny, bo nie potrafisz powiedzieć, że tamten chłop jest facetem twojego własnego brata.
Judas nic nie powiedział, a Havu zacisnął zęby. Poczuł, że może trochę przesadził. W końcu było to „skomplikowane”, a jeśli coś było zapieczętowane tym mianem, to nie mogło być też łatwym tematem do rozmów. Chciał nawet przeprosić, ale Judas w tym momencie zwiesił głowę.
— Mówiłem, że to skomplikowane.
Przewrócił oczami. Nie mógł się spodziewać niczego innego.
— Szczerze, powiedziałbym ci, żebyś mi possał, ale jeszcze wziąłbyś to na serio.
Judas uniósł brew.
— Co?
— Nic.
Obydwoje zamilkli. Zrobiłoby się jeszcze bardziej niezręcznie, ale Judas, nie mogąc już wytrzymać bez śmierdzącego dymu, podszedł z zamiarem odebrania swojej własności. Przez dwie godziny walczył z tą chęcią zapalenia i jeśli teraz wróci do środka bez miligrama nikotyny w żyłach, to zawiśnie pod sufitem (jeszcze nie wiedział, czy on, czy jego brat).
— Mogę? — zapytał, wyciągając dłoń.
— Nie ma jakiegoś przykazania „nie pal“?
— O co ci chodzi?
— W końcu jestem teraz twoim kolegą księdzem, zapomniałeś? — Uśmiechnął się wrednie.
Judas się skrzywił, ale w końcu podszedł jeszcze bliżej. Jeśli zaraz nie zapali, to rozpłynie się w powietrzu. Na dodatek jeśli za chwilę nie wrócą, to ktoś zauważy ich nieobecność i zacznie ich szukać. Szczególnie, że pewnie niedługo na sale wjedzie tort.
Havu schował od razu ręce za plecy. W jednej dłoni wciąż trzymał pudełko papierosów.
— Tylko jeden — poprosił niemal błagalnie.
Trochę zraziło go, w jaki sposób o to prosi, więc mu podał pudełko i poczekał, aż wypali tego śmierdzącego papierosa. Swojego skończył dużo wcześniej, więc stał pod ścianą budynku, obserwując z pewnej odległości mężczyznę.
— Podejdź tutaj — powiedział, kiedy Judas w końcu wrzucił niedopałka do śmieci.
Miało zabrzmieć to bardziej jak prośba, a z jego ust wybrzmiał rozkaz. Kompletnie odwrotne od tego, co chciał osiągnąć.
— Możesz się… tak jakby… pochylić?
Judas był trochę zbyt wysoki, żeby Havu mógł dosięgnąć jego włosów, więc kiedy trochę się nachylił mógł bez problemu poprawić mokre kosmyki mężczyzny. Czując, że znowu są tak blisko siebie momentalnie poczuł nieznośny gorąc w okolicach policzków i uszu. Szczerze, nienawidził, że był taki blady, bo wiele łatwiej było to wszystko zauważyć.
Poprawił także koszulę mężczyzny i krawat, który zdołał się przekrzywić.
— Możemy teraz wracać. — Położył dłonie na barkach Judasa i trochę go od siebie odepchnął.
— Ach? — Wyprostował się zdziwiony (albo bardziej zszokowany, że mógł zostać tak miło potraktowany).
— A żeby ci nie było tak smutno, to mam coś na szczęście. — Odszedł Judasa od tyłu.
Zamachnął się i uderzył Judasa z otwartej dłoni w tylną część ciała. Tylko w taki sposób mógł sobie poradzić ze wcześniejszym napięciem i cholernymi wypiekami na twarzy.

ale ass slap
────
[1144 słowa: Havu otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Kai CD Oriany — „My kink is karma”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Zgodziła się. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby odmówić. Chociaż na wystawach nie bywała za często (o ile w ogóle), to motywowało ją, że będzie tam razem z Orianą. Przy okazji może nie wyjdzie na ignorantkę, która nie interesuje się tym rodzajem sztuki.
Muzeum, do którego poszły nie było zbyt duże. Wielkością nie mogło nawet dorównywać narodowemu, mogącemu pomieścić tysiące turystów. Budynek był mały i skromnie urządzony, a prowadziły go przemiłe panie, jak się okazało, artystki niektórych prezentowanych dzieł. Kaya o żadnej z nich nie słyszała, ale Oriana już tak i z trudem powstrzymywała ekscytację, kiedy wchodziły do środka.
— Wolisz taką klasyczną sztukę, czy taką bardziej… nieklasyczną? — zapytała, zatrzymując się przed pierwszym obrazem. To chyba była sztuka, jak to się mówiło, nowoczesna. Obraz przedstawiał kolorowe kwadraty i trójkąty, ułożone w specyficzny sposób.
— Zależy, co rozumiesz, mówiąc „klasyczna”.
Kaya bardzo chciała uczestniczyć w rozmowie o sztuce, ale nie miała żadnego punktu zaczepienia. Nie wiedziała, o czym mogą rozmawiać, bo znała się… chyba tylko na popularniejszych dziełach takich jak Monalisa.
— No takie… „dama z łasiczką” na przykład — odpowiedziała ostrożnie.
— Wymieniasz takie najpopularniejsze — zauważyła, a Kaya od razu się speszyła.
Przeszły do kolejnego pomieszczenia, w którym mieściły się już obrazy przedstawiające różne krajobrazy. W końcu coś, co Kaya mogła w spokoju skomentować bez strachu, że coś źle zrozumie (bo kolorowe kwadraty były dla niej jedynie kolorowymi kwadratami).
— Oo, ale ładne! — Wskazała na obraz przedstawiający wzburzone morze. Przypominało jej to dom rodzinny. Fale uderzały o brzeg niewielkiej wyspy. — Kocham morze.
— Dosyć zwykły obraz. — Oriana stanęła obok niej. Na tyle blisko, że zetknęły się ramionami. Przez Kayę przeszedł prąd. — Ale rozumiem, dlaczego ci się podoba. To pewnie te kolory, prawda?
— Chyba tak — przyznała, chociaż nie widziała niczego oszołamiającego w niebiesko-szarych kolorach. Wydawały jej się całkiem zwykłe, jeśli mówimy o obrazie przedstawiającym wodę. — Przypomina mi też dom rodzinny. Zanim wyjechaliśmy do Ameryki.
Oriana kiwnęła głową.
— Mieszkałaś blisko morza?
— Oceanu. — Uśmiechnęła się. — Wiesz, na Islandii.
— Ach, no tak. Nie byłam zbyt dobra z geografii.
— Serio? — zachichotała zdziwiona. — Nie wyglądasz na osobę, która jest słaba z geografii.
— Na dużo rzeczy nie wyglądam.
Zanim Kaya zdążyła zapytać, o co chodzi, ta przeszła do kolejnego pomieszczenia z obrazami. Najwidoczniej musiało być to coś, o czym nie lubiła rozmawiać. Albo też wolała o tym na razie nie mówić Kai.
— Hej, wiesz co? — Kaya stanęła przed Orianą, zasłaniając jej całkowicie widok na obraz, przed którym teraz stała. — Może chcesz do mnie wpaść?
Kaya nawet niespecjalnie byłaby zdziwiona, gdyby jej odmówiła, ale co szkodziło spróbować? Może właśnie to był ten czas, kiedy Oriana powie jej „tak“?
— Nie mogę — odpowiedziała po chwili wahania. Odwróciła od razu wzrok, żeby nie patrzeć Kai w oczy. Chociaż dziewczyna była wyrozumiała i nie naciskałaby Oriany, to i tak zrobiło się jej trochę przykro. — Może innym razem — dodała.
— Jasne. — Pokręciła głową. — Nie przejmuj się.
Zaraz po tym wyszły z muzeum, z którego najwięcej wyciągnęła Oriana. Kaya nie mogła powiedzieć, że się jej nudziło, bo wcale tak nie było, ale przy okazji dowiedziała się, że nie zna się na sztuce. W ogóle. Nawet nie chciała za bardzo przyznawać się przed Orianą, bo wolała grać oczytaną.
Pożegnały się przed wyjściem. Kaya naprawdę liczyła do ostatniej chwili, że Oriana zmieni zdanie i z nią pójdzie. Tak się jednak nie stało. Następnym razem zobaczą się pewnie w pracy.
 
— Rozłożysz to na każdym stoliku? — Oriana wcisnęła jej do rąk obrusy i zniknęła za ladą. Kaya nawet nie zdążyła się przywitać, jej usta zastygły w niewielkim rozwarciu.
Zrobiła to, o co poprosiła ją Oriana i szybko wróciła, żeby w końcu normalnie porozmawiać. Jak bardzo się zdziwiła, kiedy okazało się, że dziewczyna dzisiaj odgrywa poważną menadżerkę i nie ma zamiaru rozmawiać z nią po przyjacielsku. Wydawała tylko polecenia, poprawiała ją, kiedy przypadkiem coś źle zrobiła, a na koniec zmiany kazała jej sprzątać oraz myć rzeczy, na które nikt wcześniej nie zwracał uwagi.
— Mamy mieć jakąś inspekcję? — zapytała, podnosząc się z kolan. Skończyła właśnie myć nóżki półek na napoje.
— Nie interesuj się.
To, jak wrednie i chłodno zabrzmiała, wzbudziło w Kai jakąś złość, której do tej pory nie odczuwała względem Oriany.
— Ej, o co chodzi? — Zmarszczyła zirytowana brwi. — Cały dzień traktujesz mnie, jakby między nami nic się nie stało — wytknęła to od razu. — Na dodatek każesz mi na kolanach myć jakieś śmierdzące gówna i jesteś zwyczajnie niemiła.
Kiedy już zaczynała w ten sposób mówić, to nic nie było w stanie zatrzymać jej potoku słów. Mogła nawet gorsze rzeczy wygarnąć Orianie, ale jednak zachowała w sobie resztki swojej miłej osobowości i starała się zabrzmieć w miarę delikatnie.

Oriana?
────
[750 słów: Kaya otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 19 września 2026

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

— Wszystko okej…? — zapytał odruchowo i ruszył do przodu.
Po paru krokach, widząc, jak Weronika go ignoruje i wraca do wody, stanął w miejscu. Początkowo chciał odejść, zostawić ją w spokoju, ale ciekawość kazała mu zostać. W ciszy obserwował kolejne próby dziewczyny, a początkowe zaciekawienie powoli przeradzało się w zmartwienie. Zamach jedną ręką, zanurzenie głowy, nagłe wynurzenie, po chwili znowu: nieudolna próba przybrania pozycji, wymachy nogami, zamach ręką, twarz w wodzie, wynurzenie, przekleństwo. W końcu zmęczona usiadła na brzegu i brała głębokie wdechy, delektując się powietrzem.
— Ty nadal tutaj? — rzuciła w stronę jeziora, nawet nie patrząc w stronę Mikołaja.
— To jakaś forma samookaleczania? — zawiesił wzrok na mokrej plamie dookoła Weroniki. — Przejaw masochizmu?
Córka Ateny wzięła głęboki oddech. Widział, jak zamyka oczy, odchyla się do tyłu, po chwili odciska wodę z włosów. Nie chcąc jej denerwować samym spojrzeniem, przeniósł je na leżące gdzieniegdzie kamyki. Ten ma śmieszny kształt — pomyślał, czekając na reakcję ze strony dziewczyny. Ta jednak milczała. Speszony wziął do ręki płaski kamyk i zamachnął się, puszczając kaczkę. Odbił się raz, drugi i wpadł do wody. Mikołaj patrzył na rozchodzące się małe fale, niezadowolony z wyniku. Podszedł kilka kroków bliżej wody, szukając nowego kamyka.
Spiął się, słysząc nagle chłodny ton Weroniki.
— Jeśli chcesz się naśmiewać, to lepiej sobie idź. Nie mam siły z tobą gadać.
— Nie miałem takiego zamiaru — wzruszył ramionami. — Po prostu… zaskoczyłaś mnie.
W wodzie zobaczył idealny kamyk, a gdy tylko po niego sięgnął, wzdrygnął się. Spodziewał się, że woda w jeziorze będzie zimna, ale nie że aż tak. Rzucił okiem na strój Weroniki, która właśnie przywdziewała swój ironiczny uśmieszek. Na sam jej widok zrobiło mu się jeszcze zimniej.
— Super, coś jeszcze?
— Co ty tak właściwie robisz? — spytał w końcu, odrzucając kamyk. Niechętnie opłukał dłoń z błota w lodowatej wodzie, a następnie wytarł ją o materiał flaneli. — Bo chyba nie zaprzyjaźniasz się z nimfami?
Weronika skrzywiła się nieznacznie.
— Pływam, nie widać?
— Nie bardzo — przyznał.
— Och zamknij się już — prychnęła. — Uczę się, okej? Może być?
Mikołaj ugryzł się w język, powstrzymując się przed wypowiedzeniem na głos swoich myśli. Wielka, cudowna Weronika Morozova czegoś się uczy? Przyznaje, że czegoś nie potrafi? Wydarzenia z jesieni faktycznie musiały na nią wpłynąć. Może zmądrzała. Trochę. Skłamałby, mówiąc, że w pewien sposób mu to nie imponuje.
— Nie za zimno jest? — niechętnie patrzył na taflę wody. — Ja rozumiem, zwycięzcy muszą czuć mróz, chłód zwycięstwa czy coś, ale bez przesady…
— Jest idealnie — wzruszyła ramionami. — Nie widzę problemu. Poza tym musimy odpowiedzialnie nauczyć się pływać, zanim wznowimy lekcje. A to planujemy zacząć, kiedy tylko się ociepli.
— Lekcje? — Mikołaj spojrzał na dziewczynę z niedowierzaniem, jakby właśnie powiedziała niewiarygodnie słaby żart. — Naprawdę chcesz się dalej w to bawić?
Teraz to Weronika patrzyła na niego jak na idiotę.
Cóż za niepojęta różnica między znajomością świata a umiejętnością korzystania z tej znajomości! — westchnęła. — Wiesz dobrze, że mamy poważny problem, a nie chcesz go rozwiązać? Jesteś głupszy, niż myślałam.
— Nie chcę, sory.
Córka Ateny, lekko zbita z tropu, zacisnęła usta. Wodziła wzrokiem za Mikołajem, który powoli chodził w tę i z powrotem, aby ostatecznie usiąść po turecku na trawie. Po drodze zwrócił uwagę na tytuł książki, leżącej obok plecaka dziewczyny.
— „Pływanie dla idiotów”? — zdziwił się. — Naprawdę się uczysz? Myślałem, że podtapiasz.
— Po cholerę miałabym to robić?
— Żeby się przyzwyczaić. W sensie, wiesz, dłużej wstrzymać oddech…
— Uczę się i ty też powinieneś — powiedziała ostro. — To nie są żarty, Mikołaj. Obóz potrzebuje—
— Nie, nie powinienem. W dupie mam Obóz — przerwał jej.
Nie miał nawet najmniejszego zamiaru uczyć się pływać dla jakiegoś Obozu. Nie był jednym z tych, którzy poświęcali się dla idei, dla samego faktu poświęcenia, a właśnie tym była dla niego nauka pływania. Nienawidził wody, nienawidził bycia mokrym, nienawidził stroju, w jakim się pływało. Plusem męskich kąpielówek było to, że w przeciwieństwie do stroju Weroniki, były długie i zakrywały uda. Mimo tego nie lubił się aż tak rozbierać. Poza tym przerażała go wizja uduszenia się, a zbiorniki wodne niebezpiecznie podnosiły ryzyko śmierci w taki sposób. Nawet te płytkie. Wzdrygnął się na wspomnienie brutalnego wrzucenia do miejskiej fontanny w pierwszej klasie liceum. Nie wiedział, co było wówczas gorsze — walka o życie, czy widok menela sikającego do niej kilka dni później.
— Jesteśmy grupowymi, naszym obowiązkiem jest zadbać o bezpieczeństwo reszty obozowiczów — Weronika z całych sił próbowała pozostać spokojna. Nie chciała się kłócić, ale podejście Mikołaja do sprawy działało jej na nerwy. — Osłabiamy obóz swoim brakiem podstawowych umiejętności. Tak nie może być.
Mikołaj westchnął.
— Grupowymi jesteśmy my, jest Niketas, jest Charin i jest jeszcze kilka innych osób. Dlaczego akurat my?
— Bo nam zależy?
— Tobie zależy — przewrócił oczami. — Szczerze? Fajnie tu jest, ale nie mogę się doczekać, aż skończę osiemnaście lat, wyprowadzę się i nigdy więcej nie usłyszę ani słowa o pływaniu. Może przez rok nic nas nie zaleje. Potem niech martwią się inni.
— Ale—
— Nie mam zamiaru wchodzić do tej wody nigdy więcej. Ani do żadnej innej. Ty rób, co chcesz.


Weronika?
────
[804 słowa: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Vergila CD Izana — „Pretor zawsze będzie moim wrogiem”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Czy Vergil był odważny? Nie, Vergil ani trochę nie czuł się odważnie, ale przynajmniej jedna osoba w towarzystwie musiała udawać, że wie, co robi, i akurat padło na niego. Na jego nieszczęście przeważnie padało na niego, bo ludzie z góry zakładali, że jako pretor będzie wiedział, co zrobić. Izan w naturalnych warunkach działał odwrotnie: wierzył, że pretor nie jest zdolny do niczego, więc brał sprawy w swoje ręce. Ale w miejscu pyskującego Izana stał teraz śmiertelnie wystraszony chłopak, który ściskał materiał pretorskiej peleryny, a Vergil nawet nie miał okazji, żeby go wyśmiać, bo sam trząsł portkami ze strachu.
Szli korytarzem po omacku. Vergilowi wydawało się, że w świetle płonących pochodni poznaje drogę, ale tunel wyglądał jak każdy inny korytarz w koloseum. Zresztą, nawet ze słabym instynktem samozachowawczym nie mieli wyboru; mogli albo wrócić się do pokoju, gdzie znowu odpalą miotacz ognia albo jakąś inną, bardziej śmiertelną pułapkę, albo iść przed siebie i liczyć na orientację w terenie Halstona.
Vergil prawie wyskoczył z własnej skóry, kiedy przejście doprowadziło ich do następnego pomieszczenia. Wzdłuż półek regałów były umieszczone noże, sztylety i krótkie miecze, osadzone starannie na drewnianych posadzkach. Inskrypty na rękojeściach imitowały starożytne rzymskie ostrza rytualne, którymi zarzynało się zwierzęta dla bogów (dopóki progresywny Nowy Rzym nie przerzucił się na rozcinanie pluszaków). Vergila przeszedł dreszcz na myśl, że może tym razem to oni mieli być rytualną ofiarą.
Stalowe pręty zastawiły im drogę i Izan zaczął panikować jeszcze bardziej. Vergil wstrzymał oddech, przygotowując się na najgorsze, ale otaczające ich bronie nie zaczęły lewitować i nie poderżnęły im gardeł. Wytężył wzrok i ostrożnie zbliżył się do regału z ostrzami. Teraz kiedy mógł zważyć nóż w dłoni, jego palce przejechały po drewnianych słojach rękojeści. W opuszkę wbiła mu się drzazga.
Przeklął siebie za to, że nie założył okularów (chociaż nawet mając świadomość, że byłyby dla niego przydatne, najprawdopodobniej i tak by ich ze sobą nie wziął, nie wychodził przecież z nimi z domu). Gdyby tylko miał lepszy wzrok, zauważyłby od razu, że te straszne bronie to tak naprawdę pomalowane drewno, inskrypty są narysowane krzywo, a mądre starorzymskie słowa to nic innego jak „herbata”, „małża” i „szynka”. Obrócił drewniany nożyk w rękach i zauważył także napis „made in China”. To były dziecięce zabawki, takie same, jakie można było zobaczyć wśród asortymentu straganów na lokalnym targu, sprzedawane nadpobudliwym dzieciom legatariuszy, które bardzo chciały pomachać już mieczem i rozładować swoje ADHD.
Chwilę później pokój zaczął wypełniać się różowym gazem. Vergil chciałby móc przyznać, że zachowywał się lepiej od Izana, wściekle biegającego po pokoju jak mucha, ale jego instynkty przetrwania uciekły gdzieś na samym wejściu do koloseum. Wymachiwał dłońmi, próbując odgonić od siebie dym, ale słodka woń prędko dotarła do jego nozdrzy i spowodowała, że razem z Izanem runął jak długi na ziemię.

Obudził się jako drugi, zdzielony w policzek przez Izana. Po raz kolejny w tym dniu. Izan powinien się cieszyć, że Vergil był wciąż ledwie żywy po tak gwałtownym obudzeniu i nie do końca dochodziło do niego, co właściwie się dzieje. W tej samej sekundzie świadomość trafiła w niego jak pocisk w cietrzewia i poklepał się po ubraniach, jakby chciał sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu i czy naprawdę nie umarł.
Różowy gaz. Czym był ten gaz? Miał słodki zapach. Gdyby Cherry tu była, prawdopodobnie od razu wiedziałaby, co to za specyfik, ale on z chemikiem miał wspólnego tylko tyle, że był z jednym w związku. Różowy gaz o słodkim zapachu, który sprawił, że oboje zemdleli w ciągu kilku sekund. Czemu ktoś chciał, żeby byli nieprzytomni, skoro nie zrobił im potem żadnej krzywdy? Nie przeniósł ich nawet do innego pokoju, dalej byli otoczeni przez regały zastawione drewnianymi mieczykami dla dzieci. No i Izan był różowy. W sumie to wszystko było różowe.
Zaraz, wszystko było różowe?
— Izan, zawsze byłeś taki różowy?
Izan podniósł głowę i Vergil dostrzegł, że mężczyzna ma źrenice wielkie jak spodki. Poza tym wszystko mieniło mu się w oczach jaskrawym różem, a za Kingiem migotała tęcza.
— Vergil, zawsze miałeś taki głupi ryj?
Zaśmiali się. Oboje. Mocniej i głośniej niż wymagała tego sytuacja, a nie wymagała tego wcale. Śmiali się, dopóki Vergila nie zaczął boleć brzuch ze śmiechu.
Vergil zapomniał, że jeszcze chwilę temu zadawał sobie jakieś wewnętrzne pytania i próbował przeanalizować sytuację. Po co miał analizować sytuację, skoro było mu tutaj tak wygodnie? Może gdyby byli bardziej przytomni, zorientowaliby się, że skutkiem ubocznym różowego gazu była absolutnie wesolutka fazunia.
Próbowali się podnieść na chyboczących nogach. Izan musiał znowu przytrzymywać się pretorskiej peleryny brata, ale tym razem Vergil nawet nie próbował go odepchnąć. Trzymał Izana przy sobie w półuścisku.
— Vergil, Vergil brachu, widziałeś, jakie tu są bajeranckie miecze? En garde! — Mężczyzna wystawił jeden z eksponatów naostrzonym końcem w stronę szyi Vergila.
Vergil zachichotał i wziął inny mieczyk. Nawet pod wpływem środków aromatyczno-rozśmieszających, dwóch synów Marsa potrafiło całkiem skutecznie parować swoje ataki. Drewniane miecze obijały się od siebie z trzaskiem, a obu szermierzy śmiało się do siebie jak głupi do sera. Izan raz potknął się o sznurówki swoich butów i wpadł w najbliższy regał, zrzucając kilka zabawek na podłogę. Zamiast zwyzywać niesprawiedliwość świata i Vergila za zbyt głośne oddychanie, tak, jak robił to zawsze, Izan zaczął się śmiać ze swojej niezdarności.
— Ej, obczaj ten sztylet. — Vergil wyciągnął swoje lepkie ręce w stronę jedynej zabawki, która nie spadła pod wpływem uderzenia w szafę przez Izana. Podniósł ostrze, a gdzieś głęboko w podświadomości od czaszki odbiła mu się głucha myśl, że sztylet ten jest cięższy w dłoni niż drewniane zabawki. Zimny w dotyku, jakby metalowy.
Gdzieś za ich plecami kliknął mechanizm, ale oboje byli zbyt zajęci fajną zabawką dla dużych dzieci.
— Ty, pokaż!
— Rzucę ci!
Rzucił. Najprawdziwszy sztylet z cesarskiego złota, świeżo ukradziony z pretorskiego skarbca, wysadzany kamieniami szlachetnymi. Całe szczęście, że rozweselony Vergil chybił, bo ostrze przefrunęło nad ramieniem Izana, odbiło się od ściany i uderzyło z łoskotem o posadzkę.
— Ej, ta dziura w ścianie zawsze tu była? — zapytał Izan, kiedy Vergil schylił się po sztylet.
— Jaka znowu dziura?
Wspomniana dziura była przejściem, które otworzyło się pod wpływem podniesienia sztyletu. Różowy gaz zaczął uciekać z ich zamkniętego pokoju i Vergil czuł, jak powoli klaruje mu się umysł. Zamrugał kilkukrotnie i potrząsnął głową. Na czoło Izana zaczęła znowu wracać gniewna zmarszczka.


Izan?
────
[1024 słowa: Vergil otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Filemona CD Kala — „Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Filemon najpierw zmierzył wzrokiem młodego chłopaka, a potem odwrócił się do niego plecami. Nawet nieszczególnie przyjrzał się temu, co trzymał w rękach, bo już wystarczająco był zmęczony. Ostatni raz zgodził się uczestniczyć w jakimś nudnym przyjęciu pracowniczym. Ostatni. Nie przyszedłby, ale przez bite trzy godziny zachęcała go koleżanka z pracy.
— Przepraszam? — powtórzył.
Filemon nie mógł odwrócić się bardziej do ściany, więc postanowił zostać w bezruchu. Może jak uda, że nie słyszy, to pójdzie do kogoś innego? Taktyka warta przetestowania.
— Mam tort — powiedział jeszcze raz. — I też nie chcę tutaj być.
— No to wyjdź — odburknął.
— Nie mam na to czasu. — Chłopak złapał Filemona za łokieć i pociągnął.
Zaskoczony mężczyzna gwałtownie się odwrócił. Nie spodziewał się, że doświadczy czegoś takiego. Niechcianego dotyku.
— Bierz to ode mnie. — Wcisnął Filemonowi pudło z tortem do rąk i szybko wyszedł z przyjęcia.
Bezczelny, pomyślał. Tak właśnie zapamiętał tego chłopaka. Jaki bezczelnego gówniarza.
Filemon oddał pakunek komuś innemu i wrócił na swoje miejsce. Mianowicie pod ścianę, skąd mógł wszystkich obserwować i w spokoju spoglądać na zegarek. Jeszcze trzy godziny i dwadzieścia sześć minut.
Kiedy w spokoju próbował wytrwać ten okropny wieczór, zauważył tego samego chłopaka. Przecież wychodził jakąś godzinę temu. Samo odwrócenie się do ściany może mu nie pomóc, więc od razu odstawił talerz z niedojedzonym jabłecznikiem i skierował się w stronę toalet.
Zanim zdążył zamknąć się w jednej z kabin, poczuł, że ktoś chwyta go za skrawek rękawa koszuli.
— Też nie chciałem tutaj wracać — powiedział, widząc, że Filemon nawet nie drgnął. — Okazało się, że jeszcze mam dla was ciasteczka.
— To daj komuś.
— Nie wkurwiaj mnie — warknął nagle. — Połowa osób na tej imprezie jest już nawalona. Bierzesz to ode mnie, czy nie?
— Rozkazujesz mi, gówniarzu? — Odwrócił się. Brwi na jego czole groźnie się ze sobą zbiegły. — Dawaj to, wrzucę do kibla. — Wyrwał mu torebkę z wypiekami.
— No to wrzucaj, mi to zwisa!
Poszedł. Tak po prostu. Filemon nie wyrzucił ciastek do toalety, bo jeszcze miał minimalny szacunek do osoby, którą musiała je wypiekać i też nie chciał marnować dobrego jedzenia. Rzucił torebkę na stół i wrócił do toalety, gdzie przesiedział ostatnie piętnaście minut i wyszedł, nie informując nikogo, bo nie było nawet kogo. Cała grupa chodziła pijana, wątpliwe, że pamiętaliby o tym, że wyszedł.
— Czego ty znowu chcesz?
Chłopak, jak się okazało, stał przed wejściem. Akurat zaczęło padać, a on chował się pod małym daszkiem.
— Jak myślisz? — odparł niezbyt zainteresowany.
Filemon bez słowa wyciągnął parasol, otworzył go przed nosem chłopaka i poszedł do domu. Szczerze miał nadzieję, że stał tam wystarczająco długo, bo na to zasługiwał. I że tort był niedobry. Najlepiej byłoby, gdyby wszyscy się zatruli, posrali i nie przyszli jutro do domu. Miałby spokój.


Pierwsze, co usłyszał po przekroczeniu progu banku, było to, że dzisiaj pójdzie na inne stanowisko, zastąpił jakiegoś debila z kacem. Oczywiście długo dyskutował, bo dlaczego on, akurat on ze wszystkich dostępnych osób, musi zastępować jakiegoś alkoholika?
Ostatecznie się zgodził (został zmuszony), więc poszedł do nieswojego biurka. Syf, jaki zastał, był gorszy, niż syf, który zostawiają pijani studenci. Jeszcze brakowałoby tylko nasrać na środku.
Rzucił na ziemię brudne kartki, osmarkane chusteczki i wypisane długopisy. Obrzydliwe. Nie dość, że wczoraj musiał użerać się z jakimś nieznośnym dzieciakiem, to teraz musiał pracować w takich obrzydliwych warunkach.
Nagrodą okazała się możliwe szybsze wyjście z pracy. Świetnie, może powinien za to prezesowi buty wycałować? Nieważne, najważniejsze, że mógł stąd wyjść. To się liczyło.
Dobry humor skończył się (nigdy nie miał dobrego humoru) w momencie, kiedy znowu zobaczyć tamtego chłopaka. Po prostu szedł chodnikiem, ale sama jego obecność sprawiła, że Filemon się zdenerwował. Może powinien go zatrzymać i trochę mu jeszcze nawrzucać za wczoraj? Nie, może lepiej nie, bo jeszcze ktoś to zgłosi za znęcanie się nad dziećmi.
Zignorował go. Myślał, że go zgubił, ale chyba ich los inaczej napisał całą tę historię. Wpadli na siebie jak w tandetnym filmie.
— Śledzisz mnie? — to było pierwsze, co powiedział Filemon do chłopaka.
— Daj mi spokój.
— Nie, ty mi daj spokój.
— No, chciałbym, ale za mną łazisz.
Obydwoje stali pośrodku chodnika i gniewnie się na siebie patrzyli. Najgorsze było, że żaden z nich nie chciał z jakiegoś powodu odpuścić.
— Jak się nazywasz, gówniarzu?
— A co, policjantem jesteś? — prychnął i wyminął Filemona.
— Zaraz mogę się przejść na policję. Tylko cię ostrzegam.


Kal?
────
[700 słów: Filemon otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]