środa, 23 września 2026

Od Vex CD Kaliny — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ V

W Vex obudził się pierwiastek odpowiadający za aktywowanie gniewu, którego korzenie sięgają do prehistorycznych przodków herosów, pewnie nienawidzących otaczającego ich świata w podobnym stopniu jak ono. Gdyby potrafiło obudzić w sobie głęboko zakopaną empatię, to może nawet współczułoby Kalinie tego, że musi doświadczać jego wściekłości i niekoniecznie może uciec (lub nie chce, co w tym momencie wydaje się bardziej prawdopodobne). Vex bowiem stanowi jeden z trudniejszych przypadków schorzenia, które można nazwać NieMożeSięUspokoić, ewentualnie chorobą dzieci boga wojny, które bez pójścia na porządną terapię muszą ciągle zmagać się odziedziczoną po tatusiu kompletną nieumiejętnością samokontroli. Na innych pewnie zadziałałyby jakieś ćwiczenia oddechowe lub odliczanie od dziesięciu do zera, może wystarczyłoby zwykłe zaciśnięcie pięści i parę przekleństw. Vex zazwyczaj doświadczało pewnych trudności z wykonywaniem powyższych czynności i szybko uciekało do bardziej ekstremalnych rozwiązań, w które wliczało się zdetonowanie łaźni lub zmasakrowanie rur kanalizacyjnych włócznią. A zapytane, dlaczego zareagowało tak gwałtownie, pewnie odpowiedziałoby, że tak dla zasady albo że to tak oczywiste, że nie rozumie pytania. W tym przypadku słowa, które wyszłyby z jego ust, nie byłyby inne, tylko że Vex miałoby w głowie rzeczywistą odpowiedź obnażającą dziwne połączenia w jego mózgu. Zareagowało absolutną wściekłością na odegraną przez Kalinę scenkę, ponieważ nienawidzi bycia postrzeganym jak zinfantylizowany przedstawiciel wymierającego gatunku (tylko ono myśli, że zostało w ten sposób potraktowane).
– To był absolutnie najbardziej idiotyczny pomysł, jaki mogłaś, kurwa, wymyślić, plebejska cinkwo – warczy do Kaliny, która potrzebuje momentu na przemielenie informacji zawartych w tym zdaniu. Po chwili odpowiada Vex chichotem, który przez parę sekund próbowała bohatersko powstrzymać, a potem zamienić w kaszel.
– Jak ty mnie–
– Zamorduję cię – przerywa jej, cedząc każdą sylabę przez zaciśnięte zęby.
Pomimo swojej groźby dalej idzie u boku Kaliny, gdy wydostają się z zatłoczonej stacji metra. Żadne z nich wciąż nie ma pojęcia, gdzie tak właściwie się znajdują i pewnie żaden drogowskaz nie pomoże im w tej sytuacji, bo San Francisco należy raczej do tych miast, które szczycą się posiadaniem kilkudziesięciu linii metra. Plus bardzo prawdopodobne jest to, że żadne z nich nigdy nie było w tej części miasta i nigdy nie zamierzało się w niej znaleźć, dopóki nie zostali do tego zmuszeni.
– Ale tak mordować swojego? Słabe.
Najwyraźniej Vex w oczach Kaliny mniej przypominało tykającą bombę nuklearną, a bardziej naburmuszonego ośmiolatka. Ma zamiar to zmienić, gdy wreszcie przepchną się przez wiecznie napływający do i z metra tłum, dzięki któremu Vex jest w stanie choć trochę wyładować kotłujące się w nim emocje, rozpychając się łokciami z trochę większą siłą, niż wymagają tego kultura, niepisane zasady społeczne i savoir vivre. Jednak jego plan brutalnego pobicia i/lub zamordowania Kaliny w jakimś ciemnym zaułku bardzo szybko pali się na panewce, bo najpierw musiałoby znaleźć jakiś fajny ciemny zaułek w obcej sobie części miasta. U siebie na dzielni ma parę takich fajnych, w których pobiło już co najmniej kilkunastu gówniarzy, ale tutaj za dużo czasu zajęłoby mu sprawdzanie, czy nie zostanie złapane na czyimś monitoringu. Przez to, że jest zdolne do tak logicznego myślenia uświadamia sobie, że podczas przeprawy przez stację metra zatraciło siedemdziesiąt pięć procent oryginalnego gniewu. Jest to druzgocąca świadomość.
– Dobra, to teraz po prostu kogoś zapytamy, jak dostać się do… – Kalinie znowu nie było dane dokończyć tego, co chciała powiedzieć, ale tym razem nie z winy Vex.
Drogę zastępuje im człowieczek wzrostu na oko niecałe sto sześćdziesiąt, trochę przygarbiony, z tłustymi, dawno niemytymi włosami i w okularkach z czerwonymi szkłami, za którymi można dostrzec jego zmęczone oczy, podkreślone cieniem i iskrą szaleństwa. Rozkłada dłonie w geście zapraszającym do przytulenia go, czego żadne z dwójki herosów nie ma zamiaru zrobić. Poły jego podartego i poplamionego płaszcza furkocą, gdy rozpościera ramiona, a wraz z dźwiękiem łopoczącego materiału można usłyszeć stukot wielu drobnych przedmiotów obijających się o siebie.
– Witam, witam! – oznajmia facet, uśmiechając się tak szeroko, że Vex bolą policzki od samego patrzenia. Eksponuje przy tym zęby, które już dawno zatraciły miano „żółtych” i zyskały tytuł „pomarańczowych”. – Czy mógłbym zainteresować szanowną parę wspaniałą ofertą specjalną, dostępną od wczoraj do dzisiejszej północy?
– Nie, spierdalaj – grzecznie odpowiada Vex i próbuje równie grzecznie ominąć menela z zamiarem już ekstremalnie grzecznego kopnięcia go w piszczel. Jednakże facecikowi udaje się w perfekcyjny i widocznie wyćwiczony sposób zagrodzić mu drogę, przez co Vex robi krok w tył i mamrocze „kurwa”, bo bardzo nie chce nawiązać nieprzewidzianego kontaktu fizycznego z żulem.
– HOLAHOLA, ja mam dla was coś naprawdę SPECJALNEGO!!! – wykrzykuje mężczyzna i jakimś cudem udaje mu się uśmiechnąć jeszcze szerzej. – Tutaj, proszę, drodzy państwo…
– My naprawdę nie jesteśmy zainteresowani – wtrąca Kalina, podczas gdy Vex z opóźnieniem szuka nie chyboczących się pod nogami płytek chodnikowych, żeby porządnie stanąć i przywalić natrętowi w jego długi, krzywy nos.
– TUTAJ, proszę bardzo!!! Edycja specjalna, limitowana, RUREK Z KREMEM!!!! – facecik macha im przed oczami garścią czegoś, co zdecydowanie jest rurkami, w dodatku plastikowymi i bez kremu. – Proszę państwa, bez nich… bez nich życie nie ma smaku, musicie to państwo zrozumieć!!! I kosztują wyłącznieeeEEEEee!!! – Jak na całokształt swojej mizernej osoby, mężczyzna robi całkiem niezły unik przed pięścią Vex i to ono jest poszkodowane w tej sytuacji. Z impetem zatacza się do przodu i wykorzystuje całą swoją determinację i zwinność, żeby nie wpaść prosto w klatkę piersiową faceta. – Okej, dobra, czaję, czaję!! CAPICHE!!! Specjalnie dla was, mam zniżkę. RURKI Z KREMEM za wyłącznie DZIEWIĘĆ PRZECINEK DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ DOLARÓW!!!!! – Widząc, że Vex ponownie zamierza przywalić mu prosto w twarz, w ramach desperackiego ratunku dodaje: – I GRATIS BILET NA PRZEJAŻDŻKĘ MOIM WÓZKIEM WIDŁOWYM!!!!!!
Vex zostaje zbite z tropu, bo jakiś cudem menelowi udaje się odgadnąć jego skryte marzenie o zrobieniu prawa jazdy na wózek widłowy. Przez to jego cios nie jest wycelowany na tyle dobrze, żeby udało mu się trafić choćby w szerokie poły płaszcza faceta. On widzi w tym swoją szansę i z wypiekami na twarzy kontynuuje swój żałosny monolog.
– Tak, właśnie tak! Tylko DZIEWIĘĆ PRZECINEK DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ DOLARÓW. A jeżeli dorzucicie dodatkowe DZIEWIĘĆ PRZECINEK DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ DOLARÓW, to możecie też kupić, o, popatrzcie – przez chwilę grzebie w swoich kieszeniach i Kalina z czystej ciekawości powstrzymuje Vex przed kolejną próbą znokautowania mężczyzny – taka o, ŻARÓWKA!!!! – W jego brudnych palcach pojawia się, rzeczywiście, żarówka. Osmolona i trochę zarysowana, ale jest to żarówka.
– Ej, mi by się w sumie przydała, ostatnio mam same problemy z lampami w mieszkaniu – stwierdza Kalina, a facet tylko jej przytakuje, przy czym jego oczy świecą niezdrowym blaskiem człowieka chorego na umyśle.
– Przestań zabawiać uciekiniera z psychiatryka, do kurwy nędzy – prycha Vex. – IDZIEMY.
– A może zaciekawię was tym oto… hm, co to tak właściwie… – Wyciąga z płaszcza przedmiot zdecydowanie większy od rurek i żarówki. Jest to sporej wielkości pudełko w kolorze obrzydliwego, neonowego pomarańczu. – A, wiem. OTO TAKI PIĘKNY… W TYM JEST INTERNET, BOMBELKI. INTERNET. Bardzo szybki internet, szybki, bo pomarańczowy i…
Teraz już oboje, Kalina i Vex, próbują w każdy możliwy sposób wyminąć faceta i przy okazji nie dostać pudełkiem w łeb. Prowadzą coś w rodzaju trzyosobowego tango na środku ulicy, czym przyciągają wzrok coraz większej liczby gapiów, którzy zaczynają ich nagrywać z zamiarem wstawienia na tiktoka filmiku o walce nastolatków z żulem.
Vex wreszcie udaje się wyszarpać z kieszeni spodni gaz pieprzowy, który szczerze nie wiedziało, że tam ma. Spodziewało się prędzej scyzoryka, dzięki któremu mogłoby wykonać czyn karalny, ale gaz pieprzowy też ujdzie. W pośpiechu odnajduje zawór i psika gazem prosto w twarz facecika. Jakaś część pomarańczowej chmury do niego dociera, a cała reszta skręca przez spokojnie powiewający na ulicy wiatr.
Do piekielnie szczypiących oczu Vex napływają łzy i w jakimś pokrętnym bonding momencie z menelem, zanosi się desperackim kaszlem.
Jest zajebiście, jest cudownie, miodzio, kwiatuszki kwitnące na łace i truskawki w czekoladzie – myśli, gdy zgina się w pół i przestaje widzieć cokolwiek przez łzy. Do połowy opróżniona puszka wypada z jego ręki i ze stukotem toczy się po ulicy, a ono nie ma najmniejszego pojęcia, w którą stronę w ogóle iść, żeby oddalić się od miejsca zbrodni.
Pozostaje mu jedynie iskierka nadziei, że może Kalina nie dostała gazem tak mocno, jak ono. Albo w ogóle nie dostała. Jakby w ogóle nie dostała, to możliwe, że trochę by się powściekało na to, że z jakiegoś powodu dzisiaj tylko go nienawidzą niebiosa, podczas gdy zazwyczaj niebiosa nienawidzą wszystkich półbogów po równo.


Kalina?
────
[1345 słów: Vex otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 21 września 2026

Od Dante CD Ivy — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Przymknąłem na chwilę oczy w celu uspokojenia szalejących myśli. Ivy na pewno nie mówił tego wszystkiego na poważnie. Może miał zły dzień? Może coś się stało? Muszę tak myśleć, bo przecież innego wytłumaczenia na to zachowanie nie ma!
Przetarłem wierzem dłoni twarz, ignorując czarne smugi rozmazanego tuszu do rzęs. Nie miało to teraz żadnego znaczenia. Nie odtrącił mnie, więc podobam mu się nawet w takim wydaniu. To się liczy. Prawdziwy mężczyzna. Jeszcze nigdy takiego nie poznałem. Zawsze każdy najpierw myślał o sobie, a dopiero później o mnie. Życzyłem im najgorszego. Może dalej życzę; ale o Ivy nigdy nie powiem złego słowa. Kiedy na niego patrzę czuję spokój w sercu. Szalejące myśli nie są tak męczące. Jego obecność naprawdę mi pomaga! Nie chcę z niego rezygnować, ale nie wiem jak to mu wytłumaczyć.
— Czy… — przełknąłem ślinę, z trudem zbierając się do wypowiedzenia bardzo ważnych dla mnie słów — jeśli przestanę być twoim pacjentem, to będę mógł się z tobą spotykać?
Bałem się, że zabrzmiałem żałośnie i desperacko. Ale taka była prawda — desperacko chciałem zatrzymać go przy sobie. Gdybym mógł, to rozkazałbym mu zostać, lecz nie miałem takich umiejętności.
Ivy ciężko wypuścił powietrze z ust. Spojrzał na mnie i poczekał aż się podniosę z ziemi. Nie powiedział niczego nietaktownego, ale cisza z jego strony też mnie raniła.
Ivy, powiedz, co robię nie tak, a się zmienie.
— Musisz dać mi czasu — powiedział spokojnie.
Poczułem, jak coś przewraca mi się w żołądku. Może w całości był to ten narząd, a może był to dzisiejszy obiad. Nie potrafiłem stwierdzić. Zaraz potem pojawił się nieznośny ucisk głowy. Miałem ochotę znów się rozpłakać. Pierwsza łza spłynęła po moim policzku. Roztarłem ją palcem wskazującym.
— Chcę, żebyś wiedział, że jesteś dla mnie wszystkim!
Nie odpowiedział. Mam jednak nadzieję, że zrozumiał i zaczął mnie zauważać. Ja pewnie rzuciłbym się za nim w ogień. Naprawdę. Poświęciłbym wszystko!
Wyszedłem z gabinetu. Oczy strasznie piekły mnie od płaczu i makijażu, który rozmywając się, wpływał mi pod powieki. Wolałem jednak ten rodzaj bólu, niż bycie odrzuconym przez mojego ukochanego Ivy.

 

WIOSNA

Zniknąłem na cały miesiąc (a może na dwa?). Przez cały ten czas krzątałem się po różnych barach i podrywałem przystojnych mężczyzn. Niestety każdy z nich był takim samym dupkiem, łasnych na ładnych chłopców. Od siebie mieli niewiele do zaoferowania. Nawet to, co mieli w gaciach, było warte tylko śmiechu.
Nikt po prostu nie dorównywał Ivy, bo nikt nim nie był. Nikt go nigdy nie zastąpi. Nikt nie okaże mi tyłem wsparcia, co on.
Nie wypisywałem do niego, żeby to było jasne. Starałem się powstrzymywać, chociaż było to trudne. Za każdym razem, kiedy miałem telefon w dłoniach, to odruchowo wchodziłem w naszą konwersację. Rozmawiając z kimś na tinderze też co chwilę włączałem aplikacje smsów. Nie potrafiłem bez niego żyć.
W końcu nie wytrzymałem. Napisałem do niego. Chciałem zwykłego, nie zobowiązującego spotkania. Minęło dużo czasu. Zima zdążyła się skończyć, a na jej miejsce wkradła się wiosna. Wiosna przecież jest taką piękną porą roku — to właśnie wtedy przytrafiają się ludziom najpiękniejsze rzeczy.
Ivy nie odpisywał przez dwa dni, aż do pewnego wieczora, kiedy leżałem w wannie i myłem włosy. Usłyszałem powiadomienie. Poderwałem się, rozchlapując dookoła wodę i złapałem do mokrych rąk telefon z szafki.
Ivy. To on. To naprawdę on!
Moja dłon zadrgała. Chciałem zadzwonić. Chciałem usłyszeć jego głos.
— Możemy się spotkać pod pewnym warunkiem — przeczytałem.
Serce tłukło się w mojej klatce piersiowej. On NAPRAWDĘ chce mnie zobaczyć.
— Zgodzę się na wszystko — odpisałem.
Nieważne, co to będzie, nie wytrzymam ani jednego dnia dłużej bez niego.
— Nie dotykaj mnie.
Spochmurniałem. Dlaczego postawił akurat taki warunek? Czy ja naprawdę przekroczyłem jego przestrzeń osobistą? Aż tak, żeby zabraniał mi dotyku?
— Czy to znaczy, że nie mogę cię nawet przytulić?
Przegryzłem wargę, błagając w myślach, żeby pozwolił mi chociaż na to.
— Nie.
Piana z włosów spłynęła mi na czoło. Zabronił mi podstawowej czynności. Przytulania.
— Na pewno? — dopytałem jeszcze, ale tego wieczora mi już nie odpisał.
Pogodziłem się z tym (trochę nie, ale musiałem sobie wmawiać, że tak). Musiałem uszanować to, o co prosił, żeby zatrzymać go przy sobie. Bez tego znowu go stracę. Znów zniknie mi z oczu.
Spotkanie ustaliliśmy później. Musiałem przystać na jego propozycję spotkania się w kawiarni. Lubiłem kawiarnie i dobre kawy, więc nie miałem z tym żadnego problemu. Może właśnie zostałem zaproszony na randkę?
Szykowałem się cały wieczór. Żaden outfit mnie do końca nie zadowalał — a to brakowało mi koloru, a to kolory całkiem się ze sobą gryzły, a to nie mogłem znaleźć pasującej biżuterii. Poświęciłem na to równo pięć godzin. Dopiero przed samym wyjściem poczułem, że jestem gotowy.
Stanąłem przed lustrem i ostatni raz poprawiłem układane na lakier włosy. Odetchnąłem i z wielką nadzieją na poprawę naszej relacji, wyszedłem z domu. Obym mu się spodobał. Makijaż dostosowałem dla niego. Tylko dla niego. Biżuterię, która miałem na sobie zakładałem tylko na szczęście. Moim największym talizmanem jednak był naszyjnik po mamie. Oby przyniósł dużo szczęścia.

Ivy?
────
[806 słów: Dante otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Artema CD Edgar — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Artem zignorował słowa Edgara. Bardziej przestraszył go nagły krzyk, który chyba, a raczej na pewno, zwrócił uwagę mieszkających w tym budynku ludzi. Również tych, na których czekali i chcieli sobie zamienić parę słów z Artemem. Byłoby to bardzo smutne, gdyby tylko przez impulsywnego Edgar udało im się odnaleźć byłego kolegę.
— Kto tam jest?!
Artem od razu, kiedy usłyszał krzyk, podniósł się i pociągnął za sobą wyrywającego się Edgar. Siłą wepchnął go do jakiegoś zagraconego starymi szmatami i meblami kąta. Sam wskoczył gdzieś obok i przycisnął się do przyjaciela, nie puszczając skrawka jego koszulki, żeby przypadkiem nie wpadł na kolejny głupi pomysł.
— Cicho — szepnął ostrzegawczo, na co Edgar jeszcze bardziej zmarszczyło brwi. Wcale nie miało ochoty siedzieć cicho, a zachowanie Artema denerwowało go coraz bardziej.
Usłyszeli szybkie kroki. Stukot butów o drewniane panele, które dawno nadawały się do wymiany. Trzask drzwi, potem stukot kolejnych butów.
— Usłyszałem coś! — powiedział głośno jeden z mężczyzn. — Naprawdę!
— Przecież widzisz, że nikogo tutaj nie ma — drugi z nich miał zdecydowanie bardziej znudzony ton głosu. — Zaczynasz mieć omamy?
— Kurwa, z tobą się nigdy nie da porozmawiać — warknął. — Jeszcze nas ktoś okradnie z towaru i co wtedy? Gówno! Przeszukaj lepiej chatę!
— Twoją starą prędzej przeszukam!
Sprzeczali się jeszcze przez chwilę, aż w końcu jeden z nich wrócił na wyższe piętro, a drugi poszedł do innego pokoju, cały czas przy tym przeklinając pod nosem. Najwyraźniej rzadko kto z zewnątrz się tutaj zapuszczał i nie mieli powodów do obaw. Cóż było się dziwić, kiedy okolica była naprawdę nieprzyjemna? W biały dzień ktoś mógł ci włożyć kosę między żebra i nawet za to nie odpowiedzieć, bo bardzo wątpliwe, że ktokolwiek zwróci uwagę.
Artem poluźnił uścisk i wypuścił z palców potarganą koszulkę Edgar.
— Nie będę ci pomagać, jak będziesz się tak zachowywać — warknęło pod nosem.
— Ciszej — upomniał go od razu, bo zdenerowowane Edgar miało w zwyczaju podnoszenie głosu.
— Nie uciszaj mnie.
Zaczął się podnosić, ale Artem od razu złapał go za łokieć i pociągnął z powrotem na dół.
— Skąd masz w ogóle pewność, że to bezpieczne?
— O czym ty teraz pierdolisz? — Podniósł się jeszcze raz. — Przestań paniusiować i wstawaj.
Edgar doskonale wiedział w jaki punkt uderzyć, żeby ogarnąć nieobecnego Artema. Mężczyzna od razu się podniósł i z naburmuszoną miną wyszedł z zagraconego kąta. Bez słowa i nawet nie oglądając się na przyjaciela poszedł przeszukiwać pierwsze pomieszczenie.
Otworzył każdą szufladkę, zaglądnął do każdej szafki. Nie znalazł niczego, co mogłoby im pomóc, chyba że pomocne okazałyby się pogniecione, puste kartki papieru. Albo jakieś resztki jedzenia, bo najwyraźniej nikt tutaj po sobie nie sprzątał.
W drugim pomieszczeniu znalazł tylko gazety sprzed dwóch lat i inne nic nie warte śmieci. Najwyraźniej wszystko to, co cenne, mieli dobrze schowane.
— Zapiszę sobie ten adres — powiedział niespodziewanie Edgar. — Wyślę tutaj kogoś później.
— Genialny pomysł — odpowiedział sarkastycznie. — Wojsko też naślesz?
— Dobra, kurwa, albo chcesz mojej pomocy albo stąd wychodzę.
— No to wyjdź.
Edgara nie trzeba było dłużej przekonywać. I tak był już wystarczająco poddenerwowany przez ciągłe niezrozumiałe humorki Artema. Burknął coś pod nosem i skierował się w stronę wyjścia.
Wrócił po niecałej minucie z krzykiem. Roztrzęsione schowało się za plecami Artema.
— Jakieś inne wyjście? — zapytało.
Zachowywało się tak, jakby Artem znał każde tajne przejście w tej okolicy. A o dziwo tak nie było. Można było się spodziewać, skoro spędził tutaj pierwsze lata życia w Ameryce, ale nie doświadczył żadnego podziemnego przejścia jak w filmach hollywood.
— A to niby ja mam przestać paniusować, co?
Edgar nawet nie miało ochoty odpyskować — coś sprawiło, że bardzo się wystraszył i zabrakło jejmu języka w gębie. Po prostu pokręciło głową i wskazało przed siebie, tam, gdzie znajdowały się drzwi wyjściowe. Te same, przez które tutaj weszli.
— Wchodzimy stąd zanim ktoś usłyszy.
Chciał wyjść, ale Edgar mocno złapało za jego koszulkę. Jak dziecko, które nie chciało pozwolić ojcu wyjść do pracy albo matce, która chciała zostawić je samo w przedszkolu. Płaczliwie coś wybełkotało pod nosem, na co Artem przewrócił oczami i zignorował. Dosłownie pociągnął za sobą Edgar.
Jeden z mężczyzn, którego usłyszeli wcześniej już zaczął zbiegać po schodach. Drugi chyba nie przejmował się, że mieli nieproszonych gości i nawet nie ruszył się z miejsca. Dobrze wiedzieć, że w patusiarni można było znaleźć chociaż jedną inteligentną osobę.
Artem bardzo się spieszył, ale Edgar tylko go hamowało. Zapierał się tak bardzo, że ciężko było się ruszyć, nawet jeśli trochę czasu spędzało się na siłowni.
— No żesz, czy ty jesteś, kurwa normalny?! — wypalił w końcu, zatrzymując się.
Zdenerwowany po prostu podniósł Edgar i zarzucił sobie przez ramię jak worek ziemniaków. Tak będzie szybciej.
Popędził do drzwi, ale zanim zdołał przez nie wyjść, zauważył dobrze znaną osobę. Szef tych wszystkich przegrywów życiowych wrócił. Zawsze miał obrzydliwe żabią mordę, ale tym razem wyglądał jeszcze bardziej jak żaba (a może było tak zawsze?).
— Dzieeeeeń dobrryyy?
Oblizał wargi. Okropnie przy tym mlaskał. Artem już zapomniał, jakie to było zawsze odrażające.
— Puść mnie! — wrzasnął Edgar.
— Jezu, zawsze miałeś taką żabią mordę? — Skrzywił się, na co mężczyzna w średnim wieku nawet nie zareagował.
— On JEST żabą! — krzyczał Edgar. — To ŻABA!
— Jak, kurwa, żaba?
Zanim Edgar zdołał cokolwiek odpowiedzieć (albo wykrzyczeć), za nimi stał już jeden z mieszkańców tego pięknego budynku. W jednej ręce trzymał tępy nóż, a drugą podtrzymywał zsuwające się z tyłka spodnie.
— Szefie! — krzyknął. — Kim oni są?!
Żabi szef mlasnął.
— Pssyjaciele?
— Szefie, nie! — Mężczyzna rozpaczliwie podbiegł do swojego przywódcy. — Oni tu weszli nieproszeni! Wyrzuć ich!
Artem obserwował te scenę ze zdegustowaniem. Nie tak zapamiętał sobie to wszystko.
— Proszę obydwoje wypierdalać — mruknął Edgar dziwnie spokojnym tonem.
O dziwo, obywoje rzeczywiście… wyszli. Żabi mężczyzna opuścił próg domu, a drugi wrócił na górę, cały czas drapiąc się po tyłku. Artem poczuł tylko dziwnie mrowienie w klatce piersiowej, jakoby te słowa także jego dotyczyły. Ostatecznie on jedyny nie wyszedł i dalej stał tam, gdzie wcześniej.
— Widzisz? Mój pomysł z czarami wcale nie był taki zły.
— Skończ — westchnął. — I proszę postaw mnie na nogi.
— Ty mnie o coś prosisz?
— To ostatni raz, przysięgam.
Artem mógł jejgo zwyczajnie zrzucić na ziemię, ale nie był już takim dupkiem i odstawił przyjaciela na nogi. Całkiem miłe z jego strony, a przecież zawsze mógł zabić, prawda?

Żabo?
────
[1004 słowa: Artem otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 20 września 2026

Od Edgar CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Czyli nie mieliśmy żadnego konkretnego planu. Nie było to, oczywiście, żadną  nowością w naszym przypadku, że nie omówiliśmy dalszego przebiegu wydarzeń i w tamtej chwili pozostało nam czekać na ich rozwój, na który zbytnio nie będziemy wpływać. Było to jak wieczne płynięcie pod prąd z nadzieją, że nie trafi się w drodze na mocny zryw bądź skały, z którymi zetknięcie byłoby bardzo bolesne.
Dyskomfort wynikający z bycia w takim miejscu sprawiał, że z każdą chwilą miałem coraz mniejszą ochotę tu być. Trudno było aż uwierzyć, że Artem mógł obracać się w takim środowisku — i też trudno było mi sobie to wyobrazić. Była to melina pełna niebezpiecznych ćpunów i alkoholików, przez których śniadanie cofało mi się do gardła. Widziałem naprawdę wiele miejsc w życiu, w wielu podobnych przebywałem, ale to był zupełnie inny świat, do którego nie chciałem się zapuszczać. Do tej pory mi się to udawało.
Nie wiedziałem, na co czekamy, więc pozostało mi zaufać Artemowi, pomimo, że nigdy mi nie wspominał o takich rzeczach. Była to jego przeszłość, więc teoretycznie nie miał takiego obowiązku, ale jakoś i tak mnie to raniło. Było to niesprawiedliwe, że o mnie wie tak dużo, a ja o nim nic. Z innej strony, kto by chciał się chwalić, że obracał się w… takim miejscu jak te? Co, jak zaraz zostaniemy porwani, a moje organy sprzedane na czarnym rynku? Nie sądzę, aby były dużo warte.
Czekaliśmy jakiś czas, obserwując otoczenie. Już drugi papieros tlił się między moimi palcami.
— To oni. - Wyprowadził mnie z zamyślenia
— I co teraz, detektywie? — Uśmiechnęłom się do mężczyzny. — Mam im pogrozić? Pobić?
— Nie teraz.
— Jakoś muszą się odczepić.
Ruszyłom o krok, ale Artem złapał mnie za łokieć. Równie szybko jednak mnie puścił, po czym skrzyżował ramiona na piersi, odwracając wzrok.
— To ich zaczarujesz.
— To nie są żadne czary, człowieku — westchnęłom. — Co ty sobie myślisz? Że jak to działa?
— Masz inny pomysł?
— Czemu ja mam być pomysłodawcą?
— Tylko pytam cię o poradę.
Nie tak to zabrzmiało, ale postanowiłom tego nie kwestionować.
— Może rzeczywiście coś wymyślmy, zanim… Co w ogóle chcesz osiągnąć?
Wyglądał na nieobecnego, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej, niż ciałem. Zmarszczyłem brwi przez jego zachowanie, nie wiedząc, co może tak go dekoncentrować i odwracać uwagę od rzeczywistości, ale utrudniał naszą współpracę. Byłem powoli gotowy na to, aby wrócić do domu.
— Rozumiesz, co do ciebie mówię?
— Jasne, że tak.
Tak długo staliśmy i się sprzeczaliśmy, że naturalnie dwójka mężczyzn znikła z naszego pola widzenia. Rzuciłom Artemowi zirytowane spojrzenie i poszłom dalej się rozglądać, ale podejrzani przepadli bez śladu. Straciliśmy swoją szansę. Podreptał za mną, aż poszliśmy jeszcze głębiej w uliczkę, która wyglądała, jakby nie było z niej wyjścia. Wyglądała jak dzielnica osób niższego sortu społecznego, którzy skrywają się przed światem, aby przypadkiem ich czyny nie spotkały się z konsekwencjami. Miałom tylko nadzieję, że mój wygląd nie wzbudzi w nikim gniewu — Artem nie miał się za bardzo o co obawiać (nie, żebym go obrażał. Taki był fakt).
— Muszą się tu kręcić jeszcze.
— Nie miałeś może zwidów?
Wyburczał coś w odpowiedzi i przewrócił oczami. Trzymałem swoją cierpliwość na cienkim sznurku, który mógł pęknąć w każdej chwili, a to nie miałoby ani cienia szansy zakończyć się dobrze. Przez myśl przeszedł mi powód, czemu mógłby tak dziwnie się zachowywać, ale prędko zacząłem starać się wyprzeć go z środka głowy. Skoro aż tak porzucił ten temat — a raczej, w ogóle nie poruszył — to czemu miałoby go to męczyć? Właściwie, obydwoje zachowywaliśmy się, jakby nigdy nic się nie stało, ale i tak, cisza z jego strony była bolesna. Momentalnie spochmurniałem i zachciałem wrócić do domu.
Było mi z jakiegoś powodu ogromnie wstyd.
Wpadłom na wybitny, łatwy w wykonaniu pomysł, aby podpytać tutejszych o parę informacji, ale Artem się nie zgodził. A może bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że nie pozwolił. Wziął mnie tu ze sobą, jednocześnie wiążąc mi ręce. Naburmuszyłom się na niego, ale nawet nie zwrócił na to uwagi, ignorując wszystko, co się wokół niego dzieje.
Och, powinnom porzucić ten temat.
Pozwalając sobie przełamać tę bezsensowną bezczynność, postanowiłom poeksplorować podejrzany budynek, do którego wkroczył jeden z dziwnych typów. Artem zmierzył mnie uważnie wzrokiem, zacisnął wargi, jakby chciał mnie powstrzymać, ale zamiast tego, wszedł za mną do środka. Domyśliłom się, że to musi być czyjeś mieszkanie, może nawet paru z nich. Cokolwiek z tego wyjdzie, może nam pomoże — wolałem to, niż znosić obecność wyobcowanego Artema.
— Ktoś jest w środku — szepnął do mnie, starając się pociągnąć mnie do ustronnego kąta.
— Więc bądź cicho.
Wcisnął nas w wąskie miejsce przy schodach prowadzących na wyższe piętro. Zaczęłom nasłuchiwać, a z oddali usłyszałom lekkie kroki.
— Znasz kogoś jeszcze tutaj?
Nie odpowiedział.
— Musisz zacząć ze mną współpracować — syknęłom cicho, powstrzymując się od wzniesienia tonu.
Westchnął tylko, opierając się o ścianę. Nawet nie patrzył mi w twarz, a to był mój ostatni powód. To było wszystko, co miał mi do powiedzenia? Czyli nic?
— Kurwa! — wrzasnęłom w końcu, aż podskoczył. Zbyt głośno. Zdecydowanie zbyt głośno. — Skup się! Co z tobą? Jeszcze kilkanaście minut wcześniej byłeś normalny!

 
Artem?
────
[820 słów: Edgar otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Aye — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie mieli czasu, by użalać się nad sobą albo przeklinać na szczura, który pewnie był przerażony równie mocno, co oni. Właściwie to nie mieli nawet czasu skupić myśli. Chait poderwał się jeszcze zanim dobrze upadł. Wierzchem dłoni starł z oczu maź, mocniej chwytając za broń. Drugą ręką pociągnął do góry krztuszącego się i plującego Aye, zaciskając palce na jego ramieniu.
– Musimy uciekać – rzucił przyduszonym głosem. Mantikora była już coraz bliżej. Instynkt kazał mu walczyć, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, że nie teraz. Jeszcze nie teraz.
Chait nie dał Aye czasu, by pewnie stanąć na nogach. Nie puścił jego ramienia, tylko szarpnął gwałtownie, rzucając się dalej tunelem. Czuł nieprzyjemne dudnienie gdzieś z tyłu głowy. Przez szum w uszach przebijał się tylko kaszel Aye i krzyk potwora, który uparcie ich gonił. Jeden z kolców śmignął zdecydowanie zbyt blisko ich głów, wzburzając brudną wodę.
Wiedział, że technicznie ich to nie zabije, ale na pewno by im w żaden sposób nie pomogło.
Nie puścił ramienia Aye, nawet gdy ten w końcu złapał rytm i przestał się potykać. Ostatnie, na co Chait zamierzał w tej chwili pozwolić, to by przypadkiem się rozdzielili, albo by znajomy został gdzieś z tyłu, prędzej czy później zdany na niełaskę Mantikory.
Była od nich szybsza. Cały czas czuł, jak się do nich zbliża. Próbowali zgubić ją na zakrętach, ale nie był pewny, czy ją to chociaż trochę spowalnia. Ale przecież nie mógł pozwolić, by tak łatwo któryś z nich stał się dla niej obiadem.
– Chait—
Zerknął kątem oka na Aye. Wskazywał coś przed nimi. Chait podążył wzrokiem we wskazanym kierunku, ale potrzebował chwili, by zrozumieć, co widzi.
Jeden z bocznych tuneli. Wejście do niego było wąskie, węższe od tych, którymi przebiegli do tej pory. Na tyle wąskie, by musieli iść pojedynczo, ale równocześnie powinny utrudnić Mantikorze swobodne poruszanie się, a przynajmniej utrudnić skuteczne ataki ogonem. Skinął słabo głową, nie chcąc tracić energii na zbędną komunikację i pociągnął Aye mocniej, popychając go, by wpadł w korytarz jako pierwszy. Wbiegł zaraz za nim i nie pozwolił mu się zatrzymać.
Jeszcze nie.
Do ich uszu dotarł kolejny krzyk potwora.
Dla pewności skręcili jeszcze raz, w inną odnogę tunelu. Jak wcześniej Chait mniej więcej orientował się, jaki dystans pokonali i gdzie może ich wyprowadzić najbliższe wyjście na powierzchnię, tak teraz nie był już nawet pewny, czy przypadkiem nie zrobili jakiegoś bardzo skomplikowanego kółka. Oparł się o ścianę, nasłuchując, ale Mantikora na chwilę została gdzieś w tyle.
Obaj byli zdyszani. Aye znowu się rozkaszlał. Chait nawet nie chciał sobie wyobrażać, jak paskudnym uczuciem musiało być zakrztuszenie się tym cholerstwem. Czekał, aż chociaż trochę się uspokoi, zanim zdecydował się odezwać:
– Masz swoją broń? – zapytał półgłosem, odpychając się od ściany i stawiając kilka ostrożnych, cichych kroków w stronę drugiej części tunelu. Potwór dalej gdzieś tam był.
Aye wytarł usta dłonią i skinął głową, chociaż nie wydawał się zadowolony.
– Chcesz z tym walczyć?
Chait zawahał się tylko przez sekundę. To był tragiczny pomysł. Byli zmęczeni po całym dniu, osłabieni i poruszali się po ciemnych, mokrych korytarzach. W największych z nich Mantikora mogła swobodnie używać ogona i pokonywać ogromne odległości, w wąskim oni nie mogli walczyć ramię w ramię. Do tej pory udało im się uniknąć trucizny, ale to też nie mogło trwać wiecznie, nie mieli aż tyle szczęścia.
Gdyby nie byli w kanałach, to mógłby przynajmniej użyć iluzji, by jakoś odwrócić uwagę potwora. Mógłby zrobić most albo w ogóle przenieść ich (lub przynajmniej Aye) gdzieś w cholerę, jeśli starczyłoby mu na to siły.
Tutaj byli skazani na własne bronie i wizję termiczną Aye. Nie byli w szczególnie dobrym położeniu.
Ucieczka przed Mantikorą i wydostanie się z kanałów też nie brzmiały szczególnie realistycznie. Mieli być tu celowo uwięzieni? Chciałby założyć, że to Aye się pomylił i zwyczajnie źle ich poprowadził, ale to też nie miało żadnego sensu.
– Nie, raczej nie. Na pewno nie w tej formie.
Przez chwilę stali tak w milczeniu. Chait wytarł dokładniej twarz. Zaczął nerwowo stukać palcami o udo, wpatrując się w ciemność.
– Widzę, gdzie może być jakieś wyjście, ale musielibyśmy się cofnąć – odezwał się Aye.
Obaj wiedzieli, że mogą wtedy wpaść na potwora. Nie musieli mówić tego na głos.
– Możemy spróbować go ominąć – mruknął w końcu Chait. – Jeśli będziemy szli wąskimi tunelami, to albo go spowolnimy, albo będzie musiał przybrać ludzką formę.
Wiedział, że wolałby uniknąć bezpośredniego starcia. Ten potwór na pewno był od nich silniejszy, prawdopodobnie też bardziej wytrzymały. Ledwo udało im się go zgubić, a i to tylko na chwilę. Nie potrafił przypomnieć sobie żadnych innych, istotnych szczegółów, chociaż czuł, że powinien wiedzieć.
– Pozostaje też pytanie, czy tym razem trafimy na normalne wyjście.
Powiedział to bardziej sam do siebie. Nie zamierzał krytykować Aye, bo to nie była jego wina. To okoliczności takie były. Wydarzyło się zbyt wiele, czy Chait uznał, że tym razem ot tak znajdą drabinkę i właz, który pozwoli im się wydostać.


Aye?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Havu CD Judasa — „Mary On A Cross”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Można powiedzieć, że było to bardzo nierozsądne z ich strony, ale czy istnieje na świecie człowiek, który całe życie myślał zanim coś zrobił? W tej sytuacji nad myślami górował tylko głupi impuls. Impuls, który pchał ludzi do dziwnych czynów, takich jak obmacywanie się w korytarzu, prowadzącym do łazienek na imprezie, gdzie ludzie dużo piją i również — dużo sikają.
Za późno zorientowali się, że ktoś otwiera drzwi, a mieli stosunkowo dużo czasu na reakcje, ponieważ drzwi strasznie skrzypiały (szkoda, że takiej drogiej restauracji nie było stać na wd-40), dając im o wiele wcześniej znak.
— Coś się stało? — zapytał mężczyzna, którego Havu trochę kojarzył z wyglądu, ale nie mógł sobie zupełnie przypomnieć skąd.
Nachylony Judas momentalnie się wyprostował. Nie był ani trochę zadowolony, że ktoś im przeszkodzić, ale czego innego mógł się spodziewać? Że ktoś nakryje ich peleryną niewidką i całkiem znikną z widoku?
Havu odchrząknął. Chociaż się zestresował i momentalnie spiął całe ciało, musiał zagrać na czas i odegrać jakąś wiarygodną scenkę zanim mężczyzna sobie coś pomyśli.
— Niestety kolega słabiej się poczuł — odpowiedział. — Potrzebował przemyć twarz zimną wodą, ale nie udało nam się dotrzeć do łazienki.
— Może pomogę? — Uśmiechnął się tamten delikatnie. — Za dużo alkoholu pewnie, co?
Judasa bardzo uraził ten komentarz, ale nic nie odpowiedział, pozwalając się zaprowadzić do łazienki. Gdyby tylko burknął coś pod nosem, to cały wysiłek Havu poszedłby na marne. Jak później się z tego inaczej wytłumaczyć?
— Księża chyba za dużo pić nie mogą, prawda? — dopytywał dalej, a Judas w tym czasie teatralnie ochlapywał sobie twarz wodą.
— Na pewno nie aż tyle — przyznał Havu, chociaż nie znał się zupełnie na obyczajach księży katolickich. Wiedział natomiast, że Judas umiał i często chciał dużo wypić. Nadal miał to głupie nagranie z jakiegoś baru. — Dzięki za pomoc.
— Nie ma sprawy. — Machnął dłonią. — Jonas by mi nie darował, gdybym nie pomógł jego bratu — zaśmiał się szczerze.
Już wiedział, skąd kojarzył tego mężczyznę. Chociaż za długo mu się nie przyglądał, to było niemożliwe, żeby czyjaś twarz mu tak zapadła w pamięci. Znał tych ludzi dobre dwie godziny, jak mógłby zapamiętać zupełnie obcą osobę?
Judas sam wyłączył wodę i z ociągnięciem przetarł dłonią mokrą twarz. Całą grzywkę również miał mokrą i wyglądał trochę jak zbity, smutny pies.
— Super, dzięki — wymamrotał.
— Mam nadzieję, że już jest lepiej.
— Tak, spoko, to po prostu spadek ciśnienia i takie tam. — Judas jeszcze raz przetarł mokrą twarz. — Nie musisz tutaj stać, Adler.
Mężczyzna kiwnął głową.
— Nie ma co się wstydzić. Ja też tak miewam — westchnął. — Cieszę się, że już jest lepiej.
Uśmiechnął się jeszcze raz i wyszedł z łazienki, zostawiając ich razem. Dopiero wtedy Havu rozluźnił spięte ramiona i wypuścił całe powietrze z płuc.
— Może mi trochę opowiesz, kto to był? — zapytał, ale Judas od razu uniknął jego spojrzenia i też wyszedł z łazienki.
Przed drzwiami zebrała się już pierwsza mała kolejka wstawionych ludzi. Najwidoczniej wznoszenie pięć razu toastu nie było najlepszym pomysłem. Picie czystej wódki ogólnie nie jest najlepszym pomysłem nigdy.
Havu poszedł za Judasem i śledził go aż do samego wyjścia. Zatrzymali się dopiero na parkingu restauracji, gdzie nie było nikogo, oprócz nich.
— Co ci jest? — zapytał znowu, już trochę bardziej poirytowany.
Judas nie odpowiedział. Wsunął rękę do marynarki i wyciągnął z niej pogniecione i zmęczone życiem pudełko papierosów.
— Nic, muszę po prostu zapalić. — Wzruszył ramionami.
Było to całkowicie normalne zachowanie, wcale nie tak dziwne, jak to, że stali obydwoje w ciemnościach na parkingu i trochę marzli, bo temperatura dobijała właśnie trzynastu stopni.
— Tak? Tylko to? — Uniósł podejrzliwie brwi.
Judas przez cały czas zachowywał się dziwnie i było to na tyle irytujące, że Havu mógłby go do reszty wieczora wkurwiać i chodzić z tamtą dziewczyną, byleby tylko grać mu na nerwach; ale z jakiegoś powodu się powstrzymał, bo widział, że ta sytuacja i to, że w ogóle tutaj był, nie było dla niego łatwe.
Podszedł bliżej i wyrwał mężczyźnie pudełko z rąk. Judas zareagował zbyt późno (albo miał bardzo opóźnione reakcje) i nie odzyskał już papierosów z powrotem.
— Oddaj mi to.
Havu odwrócił się do niego plecami. Wyciągnął jednego papierosa, wsadził sobie w zęby i podpalił własną zapaliczką, którą zawsze trzymał w kieszeni spodni.
— Powiem ci teraz, co sobie myślę, a ty będziesz słuchać.
Judasowi nigdy nie podobało się takie stawianie mu warunków, ale tym razem na to — z widocznym trudem — przystał.
— Po pierwsze: jesteś strasznie zazdrosnym przegrywem, a po drugie: jesteś jeszcze bardziej żałosny, bo nie potrafisz powiedzieć, że tamten chłop jest facetem twojego własnego brata.
Judas nic nie powiedział, a Havu zacisnął zęby. Poczuł, że może trochę przesadził. W końcu było to „skomplikowane”, a jeśli coś było zapieczętowane tym mianem, to nie mogło być też łatwym tematem do rozmów. Chciał nawet przeprosić, ale Judas w tym momencie zwiesił głowę.
— Mówiłem, że to skomplikowane.
Przewrócił oczami. Nie mógł się spodziewać niczego innego.
— Szczerze, powiedziałbym ci, żebyś mi possał, ale jeszcze wziąłbyś to na serio.
Judas uniósł brew.
— Co?
— Nic.
Obydwoje zamilkli. Zrobiłoby się jeszcze bardziej niezręcznie, ale Judas, nie mogąc już wytrzymać bez śmierdzącego dymu, podszedł z zamiarem odebrania swojej własności. Przez dwie godziny walczył z tą chęcią zapalenia i jeśli teraz wróci do środka bez miligrama nikotyny w żyłach, to zawiśnie pod sufitem (jeszcze nie wiedział, czy on, czy jego brat).
— Mogę? — zapytał, wyciągając dłoń.
— Nie ma jakiegoś przykazania „nie pal“?
— O co ci chodzi?
— W końcu jestem teraz twoim kolegą księdzem, zapomniałeś? — Uśmiechnął się wrednie.
Judas się skrzywił, ale w końcu podszedł jeszcze bliżej. Jeśli zaraz nie zapali, to rozpłynie się w powietrzu. Na dodatek jeśli za chwilę nie wrócą, to ktoś zauważy ich nieobecność i zacznie ich szukać. Szczególnie, że pewnie niedługo na sale wjedzie tort.
Havu schował od razu ręce za plecy. W jednej dłoni wciąż trzymał pudełko papierosów.
— Tylko jeden — poprosił niemal błagalnie.
Trochę zraziło go, w jaki sposób o to prosi, więc mu podał pudełko i poczekał, aż wypali tego śmierdzącego papierosa. Swojego skończył dużo wcześniej, więc stał pod ścianą budynku, obserwując z pewnej odległości mężczyznę.
— Podejdź tutaj — powiedział, kiedy Judas w końcu wrzucił niedopałka do śmieci.
Miało zabrzmieć to bardziej jak prośba, a z jego ust wybrzmiał rozkaz. Kompletnie odwrotne od tego, co chciał osiągnąć.
— Możesz się… tak jakby… pochylić?
Judas był trochę zbyt wysoki, żeby Havu mógł dosięgnąć jego włosów, więc kiedy trochę się nachylił mógł bez problemu poprawić mokre kosmyki mężczyzny. Czując, że znowu są tak blisko siebie momentalnie poczuł nieznośny gorąc w okolicach policzków i uszu. Szczerze, nienawidził, że był taki blady, bo wiele łatwiej było to wszystko zauważyć.
Poprawił także koszulę mężczyzny i krawat, który zdołał się przekrzywić.
— Możemy teraz wracać. — Położył dłonie na barkach Judasa i trochę go od siebie odepchnął.
— Ach? — Wyprostował się zdziwiony (albo bardziej zszokowany, że mógł zostać tak miło potraktowany).
— A żeby ci nie było tak smutno, to mam coś na szczęście. — Odszedł Judasa od tyłu.
Zamachnął się i uderzył Judasa z otwartej dłoni w tylną część ciała. Tylko w taki sposób mógł sobie poradzić ze wcześniejszym napięciem i cholernymi wypiekami na twarzy.

ale ass slap
────
[1144 słowa: Havu otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Kai CD Oriany — „My kink is karma”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Zgodziła się. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby odmówić. Chociaż na wystawach nie bywała za często (o ile w ogóle), to motywowało ją, że będzie tam razem z Orianą. Przy okazji może nie wyjdzie na ignorantkę, która nie interesuje się tym rodzajem sztuki.
Muzeum, do którego poszły nie było zbyt duże. Wielkością nie mogło nawet dorównywać narodowemu, mogącemu pomieścić tysiące turystów. Budynek był mały i skromnie urządzony, a prowadziły go przemiłe panie, jak się okazało, artystki niektórych prezentowanych dzieł. Kaya o żadnej z nich nie słyszała, ale Oriana już tak i z trudem powstrzymywała ekscytację, kiedy wchodziły do środka.
— Wolisz taką klasyczną sztukę, czy taką bardziej… nieklasyczną? — zapytała, zatrzymując się przed pierwszym obrazem. To chyba była sztuka, jak to się mówiło, nowoczesna. Obraz przedstawiał kolorowe kwadraty i trójkąty, ułożone w specyficzny sposób.
— Zależy, co rozumiesz, mówiąc „klasyczna”.
Kaya bardzo chciała uczestniczyć w rozmowie o sztuce, ale nie miała żadnego punktu zaczepienia. Nie wiedziała, o czym mogą rozmawiać, bo znała się… chyba tylko na popularniejszych dziełach takich jak Monalisa.
— No takie… „dama z łasiczką” na przykład — odpowiedziała ostrożnie.
— Wymieniasz takie najpopularniejsze — zauważyła, a Kaya od razu się speszyła.
Przeszły do kolejnego pomieszczenia, w którym mieściły się już obrazy przedstawiające różne krajobrazy. W końcu coś, co Kaya mogła w spokoju skomentować bez strachu, że coś źle zrozumie (bo kolorowe kwadraty były dla niej jedynie kolorowymi kwadratami).
— Oo, ale ładne! — Wskazała na obraz przedstawiający wzburzone morze. Przypominało jej to dom rodzinny. Fale uderzały o brzeg niewielkiej wyspy. — Kocham morze.
— Dosyć zwykły obraz. — Oriana stanęła obok niej. Na tyle blisko, że zetknęły się ramionami. Przez Kayę przeszedł prąd. — Ale rozumiem, dlaczego ci się podoba. To pewnie te kolory, prawda?
— Chyba tak — przyznała, chociaż nie widziała niczego oszołamiającego w niebiesko-szarych kolorach. Wydawały jej się całkiem zwykłe, jeśli mówimy o obrazie przedstawiającym wodę. — Przypomina mi też dom rodzinny. Zanim wyjechaliśmy do Ameryki.
Oriana kiwnęła głową.
— Mieszkałaś blisko morza?
— Oceanu. — Uśmiechnęła się. — Wiesz, na Islandii.
— Ach, no tak. Nie byłam zbyt dobra z geografii.
— Serio? — zachichotała zdziwiona. — Nie wyglądasz na osobę, która jest słaba z geografii.
— Na dużo rzeczy nie wyglądam.
Zanim Kaya zdążyła zapytać, o co chodzi, ta przeszła do kolejnego pomieszczenia z obrazami. Najwidoczniej musiało być to coś, o czym nie lubiła rozmawiać. Albo też wolała o tym na razie nie mówić Kai.
— Hej, wiesz co? — Kaya stanęła przed Orianą, zasłaniając jej całkowicie widok na obraz, przed którym teraz stała. — Może chcesz do mnie wpaść?
Kaya nawet niespecjalnie byłaby zdziwiona, gdyby jej odmówiła, ale co szkodziło spróbować? Może właśnie to był ten czas, kiedy Oriana powie jej „tak“?
— Nie mogę — odpowiedziała po chwili wahania. Odwróciła od razu wzrok, żeby nie patrzeć Kai w oczy. Chociaż dziewczyna była wyrozumiała i nie naciskałaby Oriany, to i tak zrobiło się jej trochę przykro. — Może innym razem — dodała.
— Jasne. — Pokręciła głową. — Nie przejmuj się.
Zaraz po tym wyszły z muzeum, z którego najwięcej wyciągnęła Oriana. Kaya nie mogła powiedzieć, że się jej nudziło, bo wcale tak nie było, ale przy okazji dowiedziała się, że nie zna się na sztuce. W ogóle. Nawet nie chciała za bardzo przyznawać się przed Orianą, bo wolała grać oczytaną.
Pożegnały się przed wyjściem. Kaya naprawdę liczyła do ostatniej chwili, że Oriana zmieni zdanie i z nią pójdzie. Tak się jednak nie stało. Następnym razem zobaczą się pewnie w pracy.
 
— Rozłożysz to na każdym stoliku? — Oriana wcisnęła jej do rąk obrusy i zniknęła za ladą. Kaya nawet nie zdążyła się przywitać, jej usta zastygły w niewielkim rozwarciu.
Zrobiła to, o co poprosiła ją Oriana i szybko wróciła, żeby w końcu normalnie porozmawiać. Jak bardzo się zdziwiła, kiedy okazało się, że dziewczyna dzisiaj odgrywa poważną menadżerkę i nie ma zamiaru rozmawiać z nią po przyjacielsku. Wydawała tylko polecenia, poprawiała ją, kiedy przypadkiem coś źle zrobiła, a na koniec zmiany kazała jej sprzątać oraz myć rzeczy, na które nikt wcześniej nie zwracał uwagi.
— Mamy mieć jakąś inspekcję? — zapytała, podnosząc się z kolan. Skończyła właśnie myć nóżki półek na napoje.
— Nie interesuj się.
To, jak wrednie i chłodno zabrzmiała, wzbudziło w Kai jakąś złość, której do tej pory nie odczuwała względem Oriany.
— Ej, o co chodzi? — Zmarszczyła zirytowana brwi. — Cały dzień traktujesz mnie, jakby między nami nic się nie stało — wytknęła to od razu. — Na dodatek każesz mi na kolanach myć jakieś śmierdzące gówna i jesteś zwyczajnie niemiła.
Kiedy już zaczynała w ten sposób mówić, to nic nie było w stanie zatrzymać jej potoku słów. Mogła nawet gorsze rzeczy wygarnąć Orianie, ale jednak zachowała w sobie resztki swojej miłej osobowości i starała się zabrzmieć w miarę delikatnie.

Oriana?
────
[750 słów: Kaya otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]