środa, 18 lutego 2026

Od Raine CD Ishy — „Bonding moment na stacji benzynowej”

Poprzednie opowiadanie

– Posłuchaj – Raine nachyla się nad stołem, żeby spróbować wyciągnąć z rękawa ostatniego posiadanego asa – wyobraź sobie panią w kuchni, która robiąc tę zupę zarabia na całą swoją rodzinę i nie ma czasu zrobić obiadu dla swoich dzieci i wnucząt i ma naprawdę, naprawdę ogromną nadzieję, że chociaż osoby, które zamówią tę właśnie zupę zjedzą ją ze smakiem i zauważy na ich twarzach takie zadowolenie, jak wyobraża sobie miny swoich dzieci i wnucząt…
– Nie jestem empatką – Isha odmawia jakiejkolwiek współpracy, ale on nie ma zamiaru poddać się tak łatwo (jakby miał zamiar, to by zawołał kelnera i zaproponował kobiecie zamówienie sobie czegoś innego, ale w końcu umówili się na grzybową, na bogów!).
– Ty tego nawet nie spróbowałaś! – Z tonu miękkiego i błagalnego przenosi się na imitację zdenerwowania, która nie wychodzi mu szczególnie dobrze (głównie przez cisnący się na twarz uśmiech dumy z jego wspaniale obmyślonego planu).
– Spróbowałam wzrokiem i mi nie smakowało – prycha, co niestety nie kwalifikuje się jako odpowiedź oczekiwana przez entuzjastę grzybów.
– Aha! – stwierdza dobitnie, jakby właśnie udowodnił, że lewa strona równania jest dokładnie taka sama, jak prawa. – Tak się tego nie robi.
– Ty mnie chcesz pouczać? – Isha wyraźnie nie dowierza absurdowi sytuacji, która już dawno wyszła z szablonu „mięsko zjedz, a ziemniaczki zostaw”.
– Może troszkę. – Wygrzebuje z plecaka eyeliner w pisaku i chwyta garść serwetek, na których zaczyna rysować coś przypominającego czarne narty biegowe. – Okej, to jest taki grzyb, tutaj, tak wygląda – unosi swoje dzieło tak, żeby Isha mogła je zobaczyć – i ogólnie to jest lejkowiec dęty. W sumie to… istnieją brzydsze grzyby, ale tłumaczę na tym, bo on dosłownie jest taki szaro-czarny, jakbym miał kredki… W każdym razie, powiedziałabyś, że jest jadalny?
Wpatrując się w szare kreski można co najwyżej stwierdzić, że są czarnymi kreskami i stała za nimi jakaś inwencja twórcza, ale zgubiła się po drodze i nigdy nie wróciła na wymiętą serwetkę. Miejscami eyeliner wypluł z siebie za dużo tuszu, w innych było go trochę za mało, a coś, co chyba miało być cieniowaniem przypomina coś na pograniczu szarej trawy i chaotycznego tła. Patrząc na rysunek, najpierw trzeba domyślić się, co tak właściwie przedstawia i gdzie są te grzyby, zanim dojrzy się coś, co w żadnym uniwersum nawet nie przypomina dziecięcego bazgroła prawdziwka, ale okej, jest czymś.
– Ni chuja – odpowiada Isha zgodnie z tym, co odpowiedziałoby 90% ankietowanym, gdyby zaprezentować im te bazgroły.
– Właśnie! A jest. Jest jadalny. No i nie wiedzielibyśmy tego, jakbyśmy go nie spróbowa-
– Już prędzej zjadłabym go niż tę zupę. – Jest to zdecydowanie odważne stwierdzenie, a także takie, którego grzybiarz nie spodziewałby się usłyszeć w tym życiu.
Po tych słowach następuje chwila ciszy, którą Raine spędza na przeżywaniu wszystkich dostępnych stadiów żałoby. Nawet otwiera usta, żeby jakoś odpowiedzieć, ale słowa w jego głowie nie chcą się złożyć w nic, co by szczególnie zachęciło kogokolwiek do zjedzenia czegoś, na co ewidentnie nie chce nawet patrzeć. Waha się między poddaniem się apropozycją zaprowadzenia Ishy do swojego (należącego do Aster) mieszkania i ugotowania tam dla niej grzybowej z prawdziwego zdarzenia, aż wreszcie chwyta się jak tonący brzytwy jednej, każdemu dobrze znanej frazy (nie wiedząc jeszcze o tym, jakie te słowa mogą mieć dla niego konsekwencje).
– Ty po prostu nie masz psychy tego zjeść – rzuca i ostentacyjnie wkłada łyżkę pełną bladych kawałków pieczarek do ust. Nie jest to najlepsze, co kiedykolwiek jadł, ale z pewnością jest zjadliwe. Jadalne, można powiedzieć.
– Czemu ci tak zależy? – mamrocze Isha, ale i tak chwyta łyżkę, co Raine odnotowuje jako swój sukces. W odpowiedzi na pytanie radośnie wzrusza ramionami. – Kurwa, przysięgam, że potrafiłabym zjeść to szybciej niż ty.
– Mhmmmmmmm – mruczy z ustami pełnymi grzybowej. – Lubię ludzi pewnych siebie – dodaje z uśmiechem człowieka, który już wie, że wygrał. – Ludzi gotowych na podjęcie się wyzwań, ludzi, wiesz, takich, którzy… Jezus Maria czy to był odruch wymiotny.
– Nie musiałeś komentować.
– Tak. Znaczy, nie. To znaczy, skomentowałem już i tak, więc nie ma to większego znaczenia – paple Raine i wygląda jak te wszystkie postacie w anime, które pocą się i wymachują rękoma w oczywistej parodii zażenowania połączonej z próbą ukrycia popełnionego błędu. – Ale, jak tak teraz myślę, to wcale nie musisz tego jeść, ja tak tylko żartowa-
– Nie, kurwa, teraz to zobaczysz.
– Ja ci mogę zrobić lepszą grzybową, przysięgam, taką z prawdziwego zdarzenia i w ogóle. – Nie wie, czy to tylko jego głowa, ale wydaje mu się, że dłoń Ishy, którą dzielnie dzierży łyżkę, delikatnie się trzęsie. – Wiesz, po tej całej walce z potworem i tak dalej, to należy się jakiś odpoczynek i… i może lepsza byłaby jakaś meliska albo mięta, albo inne zioła, na których też poniekąd się znam…
Jedyne, do czego Raine jeszcze się nie posunął to desperacki wrzask: „PRZESTAŃ TO JEŚĆ TO NIE JEST TEGO WARTE BYŁEM W BŁĘDZIE”, co odkłada na moment, w którym znowu poczuje się przybity do ściany, bez żadnej innej drogi ucieczki. Tymczasem próbuje nie wyobrażać sobie Ishy wymiotującej w łazience i decydującej się na całkowite znienawidzenie Raine, nieważne, ile prezentów i przeprosin próbowałby jej wcisnąć.


Isha?
────
[819 słów: Raine otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 17 lutego 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA III

To, że wiadro rzucone przez Arisu w niego nie trafiło, było chyba szczęściem darowanym przez jego głupotę. Przez chwilę patrzył, jak pęknięte wiadro toczyło się po posadzce akweduktu, żeby zaraz wpaść do wody i popłynąć z nurtem. Po drodze natrafiło na nogę Arisu i trącnęło ją jak na złość, więc dziewczyna tylko wydała z siebie nieartykułowane dźwięki i ze złością odkopała je z powrotem.
A najgorsze w tym jest to, że w końcu dopadła go moralność. Nie dlatego, że dziewczyna go zwyzywała — to, szczerze mówiąc, weszło mu jednym uchem i wyszło drugim, przy okazji trochę go drażniąc. Moralność dopadła go w momencie, kiedy zauważył, że dziewczyna płacze. Prędko otarła mokrym rękawem twarz (co zdecydowanie nic jej nie dało, a Atlas był wręcz pewien, że rozsmarowała sobie po policzku resztki tynku), ale żadne z nich tego nie skomentowało.
Jakoś do tej pory chyba nie wpadł na to, że Arisu ma jakieś uczucia. To znaczy uczucia poza złością, bo tej miała aż nazbyt mieszczącej się w tym swoim śmiesznie małym wzroście. Każde ich spotkanie równało się z tym że zachowywała (próbowała zachować) grobową twarz i ograniczyć się do krótkich, acz skutecznych wiązanek. Fakt, że zmusił ją do krzyczenia w eter, rzucania wiadrami i płakania, trochę zagrał mu na sumieniu.
Stał w wodzie i patrzył, jak Arisu próbuje przebić się przez nurt. Przez chwilę miał ochotę rzucić za nią „przepraszam”. Takie proste słowo, zawieszone na końcu jego języka. Umiałby je przeliterować. Umiałby je napisać, może nawet bez żadnego błędu. Więc dlaczego nie potrafił go po prostu powiedzieć?
Może nawet nie było takiej potrzeby. W tym momencie cokolwiek by nie zrobił lub nie powiedział, Arisu i tak by tego nie przyjęła. Zresztą, wątpił, że sama dziewczyna jest w stanie mówić takie rzeczy albo że jego przeprosiny cokolwiek by zmieniły w jej podejściu do niego; to tak, jakby próbował przykleić na ślinę plakat do ściany.
Ostatecznie przysiadł na niewielkim murku i zdjął z siebie obozową koszulkę, żeby wycisnąć ją z nadmiaru wody, zanim Arisu wróci — bo musiała wrócić, nawet nie zakładał, że go po prostu zostawiła. Ich kontakty ograniczały się tylko do wzajemnej irytacji, a jednak wiedział, że dziewczyna tego nie odpuści. Może poszła ochłonąć. Z całą pewnością poszła po kolejną porcję zaprawy murarskiej i nowe wiadro. Atlas mógłby się zaoferować, żeby jej pomóc, ale miał w sobie na tyle instynktu samozachowawczego, żeby wiedzieć, że musi dać jej czas, albo zostanie utopiony już na amen w wodach akweduktu.
Założył koszulkę z powrotem (nadal mokrą, ale łudził się, że może chociaż odrobinę szybciej wyschnie, skoro miał tu siedzieć kolejne kilka godzin) i ciesząc się, że zimy w San Francisco nie były spektakularne. A kiedy tak siedział smętnie na murku, z butami nadal tkwiącymi w wodzie, przypatrzył się dziurze w ścianie, o którą poszło tyle zachodu.
Jakimś cudem Arisu udało się zatynkować tę cholerną dziurę wręcz idealnie.

***

Dostali burę od Cherry. Potem burę od Elianne. Potem burę od Vergila. Potem Cherry na jakiś czas uznała, że może jednak lepiej ich odseparować, zamiast zmuszać do współpracy.
Był to całkiem logiczny krok, rzecz jasna; Arisu nie wyglądała na nieszczęśliwą z tego powodu. Szczerze mówiąc, zaczęła traktować go tak samo, jak jeszcze przed ich poznaniem, czyli jak nieznajomego prostaka z tej samej kohorty.
Atlas nie potrafił o tym zapomnieć. Może zżerały go wyrzuty sumienia, sam nie potrafił nawet nazwać tego uczucia, ale denerwowało go, że Arisu traktuje go jak powietrze. A przecież tego pierwotnie chciał! Otrzymał wszystko to, czego pragnął — święty spokój, to, żeby Arisu i Cherry dały mu święty spokój, i jeszcze raz szerokopojętny święty spokój. Dlatego tak bardzo denerwowało go, że na każdym śniadaniu, obiedzie, kolacji, rozdaniu obowiązków, porannym joggingu Czwartej Kohorty, treningu, dziewczyna ani razu nie odwzajemniała jego spojrzenia. Zaczynał myśleć, że to on ma na jej punkcie obsesję.
To nie tak, że Arisu kompletnie ignorowała jego obecność. Raz nadepnęła mu na stopę, kiedy próbował uciec z treningu. Raz podała mu sól, kiedy powiedział do niej: „hej, podasz mi sól?” (i nawet go przy tym nie zwyzywała!). Raz go faktycznie zwyzywała, kiedy urządził sobie z faunami koncert na obrzeżach obozu, a za perkusję posłużyły mu puste puszki nadgryzione przez kopytnych. Raz położył wszystkie jej strzały do gastrafetes na najwyższej półce, żeby zrobić jej na złość.
Poza tym nie nawiązali żadnej rozmowy.
Tak, Atlas zdecydowanie miał wyrzuty sumienia. Nie potrafił inaczej nazwać tej dziwnej potrzeby nawiązania z nią rozmowy.

LATO, ROK TEMU

Od walentynek Atlas i Arisu wymieniali ze sobą rozmowy raczej szczątkowe.
W ich relacji nic wielkiego się nie zmieniło; to znaczy, nie mieli żadnej relacji, od tego zacznijmy. Walentynki były tylko misją. Idiotycznym zrządzeniem losu bogów. Półboską drogą krzyżową.
Po tej misji Atlasowi na swój sposób ulżyło.
Nie szukał jej wzroku już tak często w tłumie (a może to ona pojawiała się w jego zasięgu częściej?). Nie zająknął się, nawet kiedy Cherry wyciągnęła ich z szeregu i — bardzo zrezygnowanym głosem jak na różowowłosą córkę Apollina — obwieściła:
— Będziecie uczyć dzieci podstawowej obsługi broni.
To nie była szczególna nowość dla Atlasa. Już kilka razy trenował młodszych legionistów; Cherry z jakiegoś powodu ufała mu tylko w tej kwestii, jakby nie sądziła, że jest na tyle nieodpowiedzialny, żeby zostawić dwunastolatka samego ze stojakiem pełnym mieczy. Poza tym dzieci z jakiegoś powodu go lubiły; pewnie dlatego, że mentalnie były na podobnym poziomie z Atlasem.
— Jak chcecie, żeby dzieci się wzajemnie pozabijały, to nawet sama Arisu wystarczy — prychnął.
— Ha-ha, bardzo śmieszne. — Cherry założyła ramiona na piersi.
— Jesteś pewna, że chcesz dać dzieci akurat pod opiekę Atlasa? — dopytała Arisu.
Cherry westchnęła, jakby to było faktycznie trudne pytanie i jakby zastanawiała się nad tym sama.
— Oboje jesteście dobrzy w tym, co robicie — powiedziała, unikając jednoznacznej odpowiedzi na pytanie legionistki. — Być może najlepsi. Chcę, żebyście przekazali część tej wiedzy.
Atlas jakże dorośle (na poziomie reprezentatywnego, odpowiedzialnego dorosłego, który może pracować z dziećmi) wystawił język w stronę Arisu.
Cherry wręczyła im kilka formularzy. Na każdym widniało imię i nazwisko podopiecznego, numer kontaktowy rodziców, adres i znane boskie pochodzenie (to ostatnie chyba tylko po to, żeby ich ostrzec). Atlas zaczął przeglądać kartki, ale Arisu wyrwała mu je z ręki i sama zaczęła czytać.
Chłopiec o imieniu Brian, jego prapraprababcią była bogini Juwentas. Jessica, wnuczka Eskulapa. Parę innych stronic z siedmioletnimi legatariuszami. Trafiły się nawet trojaczki pochodzenia Merkurego o imionach Bailey, Hailey i Kailey. Jedynym półbogiem był dzieciak o wdzięcznym imieniu Zebulon, ale nigdzie nie było żadnego drobnego druczku, kto jest jego boskim rodzicem. Atlas obawiał się, że będą musieli odkryć to sami. Żadne z nich nie miało więcej niż dziesięć lat.
— To są głównie dzieci naszych weteranów z Nowego Rzymu — wytłumaczyła Cherry. — Za dwa, trzy lata, może dołączą do legionu.
Atlas podniósł nieśmiało rękę.
— Mam jeszcze jedno pytanie. Co w przypadku, jeśli zgubię Arisu wśród tych dzieci?
Pierwszy raz od kilku miesięcy oberwał od dziewczyny w piszczel.


Arisu?
────
[1118 słów: Atlas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Inez CD Vex — „To nie wandalizm tylko kameralna posiadówka!!!”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Inez przez moment była z siebie nawet dumna! Kuźma zawsze mówiła jej, że jest zbyt miękka dla ludzi, a jeśli chce czasami coś osiągnąć, to musi użyć manipulacji. To nie tak, że dziewczyna nie miała tej świadomości, w końcu nie żyła od wczoraj, ale zawsze uważała, że są lepsze sposoby niż to. Przecież każdego da się jakoś przekonać, co nie? A jednak zjawiło się ktoś taki jak Vex i nic nie jest proste ani oczywiste. Ciemnowłosa z całego serca miała tego dość, ale nie chciała zachowywać się jak naburmuszony dzieciak, który nabierze powietrza w policzki, tupnie nóżką i odejdzie. Dlatego całą siłą woli zmusiła się, by w jej oczach ukazały się łzy i… bingo! Nawet na kogoś tak nieczułego, jak fioletowowłose to zadziałało! Velez wiedziała, że każdy ma swój czuły punkt, a kto mógłby być wredny dla kogoś takiego jak Inez? Nie da się bez końca (a przynajmniej tak mówiła zawsze Kuźma, która uwielbiała Inez)!
– Jaki sos najbardziej lubisz do frytek? O! A może jadasz bez sosu? – Dziewczyna zaczęła temat, gdy razem z Vex ruszyli, aby przekąsić ten ziemniaczany dar od bogów.
– Uh… Jakie to ma znaczenie? – Nie wydawało się mocno zainteresowane rozmową, ale fakt, że odpowiedziało Inez potraktowała jako zgodę do dalszej rozmowy.
– Żartujesz sobie! To z czym jesz frytki to kwintesencja twej osoby! – Inez wyrzuciła ręce do góry jakby niemal urażona stwierdzeniem osoby, z którą rozmawiała. – Jeśli jesz frytki z ketchupem to jesteś bardzo zwyczajny, nie kombinujesz, ale jesteś spoko. Frytki z samą solą? Trochę dziwak z Ciebie, ale generalnie jesteś w porządku. Frytki z sosem śmietanowym lub czosnkowym: tak trzymaj; jesteś super nie zmieniaj się! Słodko-kwaśny: nic dziwnego, że nie masz przyjaciół. Musztarda: chyba nikt cię nie lubi.
Vex patrzyło się na punka jak na idiotkę. Miała wrażenie, że w tym momencie mocno ją oceniało, ale przecież to nie jej wina, że zawsze dodatek do frytek pokazywał jej jaką osobą jest jej rozmówca. Zawsze przejeżdżała się na osobach, które kochały sos słodko-kwaśny lub musztardę. Za to śmietanka i czosnek to były zawsze najukochańsze osoby na świecie.
– Nie patrz tak na mnie. Dodatki do jedzenia mogą przekazać więcej niż myślisz.
– Jesteś jebnięta.
– No patrz, ty też, tylko ja na punkcie dodatków, a ty innych rzeczy. – Dziewczyna uśmiechnęła się radośnie, jednak po chwili dotarło do niej jak niemiło musiało to zabrzmieć. Zaczęła wymachiwać rękami jak opętana i bardzo mocno kręcić głową. – To nie miało tak zabrzmieć! Chodziło mi, że mamy wiele wspólnego i- AŁA!
Nie zdążyła skończyć swojej myśli, gdy chwyciła się za kark, chwilę po tym jak od ciągłego wymachiwania coś jej tam strzeliło. Usłyszała ciche prychnięcie Vex i wiedziała, że po jeno głowie przechodzi tylko myśl “co za idiotka”. Z drugiej strony udało jej się utrzymać rozmowę, więc czuła się na wygranej pozycji. Przynajmniej póki co.


Vex?
────
[461 słów: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Theodore'a CD Edel — „Goopya peezda”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Theodore nie był w stanie stwierdzić, jak się czuł.
Z jednej strony miał wrażenie, że wszystko w nim się gotuje. Czuł, jak krew wrze mu w żyłach i zachęca do działania, do wzięcia spraw w swoje ręce i zrobić to, czym powinien zająć się ktoś inny już dawno, dawno temu. Nie rozumiał, jak można wpaść na dwa trupy (przecież to równie dobrze mógł być on, to były dzieciaki w jego wieku, mieli na sobie takie same koszulki jak on, pewnie mieli przyjaciół i rodziny, do których mieli wrócić, na pewno mogliby żyć jeszcze długo, dlaczego musieli umrzeć?) i przejść obok tego tak obojętnie, jakby to była normalna sytuacja. Czuł się tak, jakby zrobił coś obrzydliwego, przez co zasługiwał jedynie na zesłanie do Hadesu. Było mu niedobrze i przez chwilę jedyną myślą w jego głowie było to, żeby nie zwymiotować Edel na buty. Nie wiedział, dlaczego w ogóle zaproponował, że pójdzie z nią do Vergila, bo najchętniej zmywałby teraz z siebie ten smród w łaźni, szorując skórę tak długo, aż pozbędzie się wszystkich pozostałości tego dnia. Denerwowało go to, że centurionka próbowała go ugłaskać jak dzieciaka, któremu nikt nie chce kupić lizaka.
Emocje buzowały w nim na tyle, że zaczął się ich bać. Już od dawna się tak nie czuł. Od dawna nie pozwolił sobie się tak czuć. Nie miał pojęcia, gdzie podziała się cała ta jego cudownie działająca samokontrola, na której tak polegał. Nie wiedział, jak sobie z tym radzić, i to było najgorsze.
Z drugiej strony czuł się wyblakły. Jakby stracił coś, czego do tej pory nie zauważał, choć było to coś naprawdę ważnego. Chciał zrobić coś, cokolwiek, ale nie miał pojęcia, co mogłoby to być. Był tylko głupim legionistą, z niezbyt długim stażem, którego najważniejszym obowiązkiem było w tej chwili nieopuszczanie treningów. Nie brzmiało to jak coś, co mogłoby zmienić coś, co ma jakiekolwiek znaczenie. Ta świadomość sprawiła, że jego ramiona opadły, a gniew powoli go opuszczał, jakby strawił już wszystko, co mógł znaleźć. Miał wrażenie, że nie czuje nic. Słowa dobiegające zarówno zza drzwi, jak i ze strony Edel, nagle przestały go obchodzić. Po co miał się nimi przejmować, skoro i tak niczego nie wnosiły?
Kręciło mu się w głowie na tyle, żeby co jakiś czas musiał na chwilę zamknąć oczy i głębiej odetchnąć. Może z powodu intensywnego biegu, szoku albo tego, że w tym momencie nieświadomie korzystał ze swojej mocy intensywniej, niż powinien. Widział, że Edel zamykają się oczy i zaczyna ziewać, ale nie wiedział, jak to powstrzymać. Zabawne; myślał, że już całkiem nieźle panuje nad tą dziwną stroną siebie. Najwidoczniej dzisiaj był dzień uświadamiania Theodorowi jak mało jest tak naprawdę w stanie zrobić.
— W każdym razie, jeśli macie do naszego pretora jakąś poważną sprawę, to i tak wam nie pomoże. Jest niekompetentny. Znacie to słowo? N-i-e-k-o-m-p-e-t-e-n-t-n-y. Zupełnie jak… — mówił Izan, wypinając pierś, żeby wyglądać na potężniejszego niż Edel, choć tych czterech centymetrów różnicy nie potrafił nadrobić.
To wybudziło chłopca z otępienia. Uniósł wzrok na mężczyznę, na widok którego na usta cisnęło mu się kilka niezbyt pochlebnych słów, ale uznał, że to i tak nie ma większego znaczenia. Przetarł oczy.
— Niestety musimy porozmawiać z Vergilem, więc jeśli mógłbyś zejść z przejścia, to byłabym bardzo wdzięczna — próbowała go grzecznie spławić Edel, choć zmęczenie wyraźnie odznaczało się na jej twarzy.
Izan próbował stłumić ziewnięcie. Takie czyny nie sprzyjały dostojnemu ambasadorowi.
— Nie wolicie porozmawiać ze mną? Jestem pewien, że mogę wam pomóc… Lepiej. Na pewno lepiej, niż Vergil. Co wy na… to? — Przerwał ziewnięciem. — No co jest, kurwa? Za słabą kawę mi dzisiaj zrobili. No, to jak?
— Mam do zgłoszenia znalezione zwłoki. Pomożesz? — zapytała w końcu Edel, której najwidoczniej zabrakło już cierpliwości, co wraz ze zmęczeniem nie było najlepszą kombinacją.
— Oj, no wiesz, od tego specem akurat jest Vergil — bąknął mężczyzna, drapiąc się po karku. — A ja akurat mam teraz bardzo ważne spotkanie. Poradzicie sobie sami, dzieciaki? Powodzenia.
Zdołał odejść bardzo szybko, biorąc pod uwagę fakt, że zamykały mu się oczy. Edel przetarła twarz dłonią, zanim zapukała do drzwi, którymi dopiero co trzasnął Izan.
— Proszę. — Usłyszeli stłumiony, zawczasu poirytowany głos zza drzwi.
Theodore zastanawiał się, czy może jeszcze się wycofać. Niestety, chyba już było na to za późno, bo zanim się obejrzał, znajdował się w pretorskim biurze. Przymknął oczy. Tym razem po to, żeby skupić się na nie usypianiu wszystkich dookoła. Nie chciał, żeby pretor znowu padł przy nim jak pretor, a ta sytuacja bardzo temu sprzyjała. Najwidoczniej niestabilność emocjonalna wcale mu nie służyła.


Edel?
────
[748 słów: Theodore otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Artema — „Highway to stacja metra” [Walentynki]

— Proszę, pojedźmy windą.
Edgar zdobyło się na odwagę i przed samym zejściem do metra przyznał nie tylko przed sobą, ale też przed Artemem, że nie da rady schodzić po schodach. Ból w kostce nasilał się coraz bardziej, promieniując do kolana oraz bioder. Kolejne kroki mogą zakończyć się upadkiem, a przecież nie może upadać, na pewno nie przed nim. Gdyby Artema z nim teraz nie było, to zamówiłby sobie ubera i już dawno siedział w ciepłym mieszkaniu.
Artem się zatrzymał. Spojrzał na tabliczkę z nazwą stacji.
— Przecież to winda dla niepełnosprawnych.
Edgar jęknęło. Czuło się jak niepełnosprawne, bo jeszcze chwilę temu wpadło w wyrytą w chodniku dziurę, źle stanęło i coś sobie uszkodziło. Noga jak na zawołanie dała o sobie znać i pierwszy raz od dłuższej chwili skrzywił się z bólu, próbując tym samym przekonać Artema, by zjechali metrem.
Godzina była już dosyć późna, a stanie w minusowych temperaturach raczej nie należało do najprzyjemniejszych aktywności, więc Artemowi nie zostało nic innego jak zawołać starą, obmalowaną graffiti windę.
Edgar z ulgą wczłapało się do środka i oparło plecami o zimną ścianę. Artem tylko wcisnął odpowiedni guzik na panelu, urządzenie chrząknęło, wypluło ze starych głośników ryk staroświeckiej muzyki i zaczęło zjeżdżać.
Tuż przed najniższym piętrem windą coś szarpnęło. Może w ten sposób chciała oznajmić pasażerom, że dalej nie pojedzie i żeby sobie teraz radzili.
Muzyka grała bez przerwy, zupełnie nieruszona tak samo, jak nieruszona była teraz winda. Artem wlepiał wzrok w zabudowane drzwi windy, zastanawiając się, czy w tym momencie wkurwia go bardziej obecność Edgara, czy zepsuta maszyna, która miała do przejechania trzy albo cztery piętra w dół.
— No to co, skaczemy?
Odwrócił się do Edgara z wymalowanym wrednym uśmieszkiem na twarzy.
— Błagam nie.
— Lepiej się czegoś złap.
Nie słuchając narzekań Edgara, Artem poderwał się do góry. Upadł z hukiem. Maszyna złowrogo się zatrzęsła, muzyka na chwilę przestała grać, ale zaraz zapętlona melodia odnalazła swój tor i dalej upierdliwie brzęczała.
— Może… może poczekajmy, okej?
Edgar podniósł się z ziemi (bo ze strachu musiał przykleić się do brudnego podłoża) i wyciągnął dłoń w stronę Artema.
— Tak, poczekajmy chuj wie ile, aż nas stąd wyciągną.
Artem kopnął w drzwi. Te nawet nie rozwarły się na milimetr. Dwie ściany dalej się ze sobą stykały i nie chciały wypuścić ofiar ze swoich objęć. To prawie tak, jakby pożarł ich metalowy potwór.
— Tutaj się włącza alarm. — Wskazało na panel. — Ten taki czerwony przycisk.
— Wiesz, która jest godzina? Myślisz, że ci ludzie teraz pracują i aż zadzwonią do nich debile, którzy utknęli w windzie dla niepełnosprawnych?
— Mogłeś mi pozwolić zadzwonić po ubera!
— Nawet nie wiedziałem, że chcesz podjechać jakimś uberem, debilu.
Edgar zamilkło. Rzeczywiście nic nie powiedział. Całą drogę udawał, że wszystko jest w porządku, tłumiąc nasilający się ból w kostce. Teraz spocony próbował zapanować nad sytuacją, do której sam doprowadził. Na własne życzenie.
Artem prychnął, ale nadusił na czerwony przycisk. Nic się nie stało. Muzyka za to zaczęła głośniej grać. Może przez przypadek odnalazł tajny sposób, by podgłośnić to ustrojstwo?
Zniesmaczony odwrócił się w stronę drzwi. Czuł, że jeśli stąd nie wyjdzie w ciągu dziesięciu minut, to oszaleje. Nawet nie przez denerwującą obecność Edgara, ale przez dudniącą bez ładu i składu melodię.
— Zadzwonię tam.
Wyciągnął telefon i odnalazł na specjalnej naklejce numer do serwisanta. Pech chciał, że nie zdążył nawet wykręcić numeru, bo w połowie jego wpisywania telefon po prostu się wyłączył. Widział te ostatnie trzy procent baterii, ale myślał, że zdąży. Myślał i się przemyślał, bo teraz ich szanse na ratunek znacząco spadły.
— Zadzwonię do Oriany. Tak będzie szybciej.
Edgar pogmerał w kieszeni, wygrzebał z niej swój telefon i wykręcił numer do przyjaciółki.
Pierwszy sygnał, drugi sygnał, trzeci sygnał.
Artem zaczął się niecierpliwić. Domyślił się już po trzecim, że Oriana nie odbierze.
— Dzwoń po ten serwis.
— Nie mam zasięgu.
— Kłamiesz.
Edgar nie kłamał. Ten pierwszy raz od dawna nie kłamał. Odwrócił telefon wyświetlaczem w stronę Artema i poczekał, aż poirytowany przyjaciel potwierdzi, że rzeczywiście… telefon nie łapał ani jednej kreski zasięgu.
Poczekali chwilę w dłużącej się ciszy. Muzyka drażniła ich w uszy, ale nie dało się jej w żaden sposób wyciszyć. Ani wyłączyć. Jedyne rozwiązanie to wdrapanie się pod sam sufit i zerwanie głośnika, do czego już przymierzał się Artem.
— Dlaczego Oriana akurat teraz musi od ciebie nie odbierać?
Edgar wzruszyło ramionami. Chyba się już do tego przyzwyczaił.
— Może coś robi.
— Dosłownie napisałeś jej, że będziesz za godzinę w domu. Powinna odebrać.
— Daj spokój.
— Nie wkurwiaj mnie — odwarknął ostrzegawczo. — Dzwoń do niej.
Edgar nie zadzwonił. Właściwie to trochę nie chciał, bo wiedział, że bezsensowne dzwonienie do Oriany w niczym nie pomoże. Przyjaciółka i tak nie odbierze. Nie lubiła rozmawiać przez telefon, a sms może nawet w tej sytuacji do niej nie dotrzeć. Pomijając fakt, że siedzą w miejscu, w którym nie ma zasięgu, a gdy już się pojawia jedna kreska to na marne dziesięć sekund, które są i tak niewystarczające, by wezwać pomoc.
Byli skazani na siebie. Na długie siedzenie w małej przestrzeni. Ze sobą. Na patrzenie na siebie i myślenie, czy jeszcze kiedyś stąd wyjdą (pewnie tak, ale po ilu godzinach, to nie wiadomo).
— Nie możesz tego naprawić? W końcu jesteś jakimś tam… mechanikiem?
Artem uniósł brew.
— No… coś tam liczysz. Naprawiasz. Komputery? Winda chyba też ma komputer?
W pierwszej chwili pomyślał, że Edgar żartuje. W drugiej natomiast domyślił się, że to pytanie zadane zupełnie na poważnie.
— Pewnie. Zaraz obliczę siłę, jaką muszę przyłożyć, żeby otworzyć te pierdolone drzwi.
Resztkami woli powstrzymał się przed uderzeniem w panel sterujący. Jeszcze brakowało, żeby wysiadło w tej windzie zasilanie i siedzieli w klatce bez światła.
— Co ci się stało w tę nogą, tak swoją drogą? — zapytał dopiero teraz, bo przez cały ten czas zbyt był zdenerwowany faktem utknięcia w windzie. Zupełnie nie zwracał uwagi na kulejącego Edgara, który w tym momencie siedział wciśnięty w kąt.
— Nic.
— Mam nadzieję, że cierpisz, bo to przez to siedzę teraz w tej rozjebanej windzie.
Znowu zamilkli. Jeden z nich siedział z ręką zaciśniętą wokół kostki, a drugi wpatrywał się w nierozsuwalne drzwi, jakby siłą woli próbował je otworzyć.
— Jakbyś zaczął teraz ze mną skakać, to…
— Nie.
— Nie bądź pizdą. Trzeba to sprowadzić jakoś na dół.
Edgar przegryzło wargę. Naprawdę wolałby tu siedzieć w spokoju i czekać, aż przyjdzie jakiś serwisant i ich wyciągnie.
— Wolę poczekać.
 
Artem siedział naprzeciwko Edgara. Oparty o ścianę czuł się jak zwierzę w klatce, które czeka, aż wróci właściciel i je nakarmi.
— Grasz w kółko i krzyżyk?
— Co? — Edgar oderwał swoją uwagę od napuchniętej kostki i spojrzał na Artema. — Co to w ogóle za pytanie?
— Co innego chcesz robić w tej sytuacji? Grasz czy nie?
Wygrzebał z kieszeni malutki ołówek i nabazgrolił na ścianie siatkę do gry w kółko i krzyżyk. Nie czekając na policjanta zaczął pierwszy i postawił krzyżyk pośrodku.
Edgar wziął od Artema ołówek i postawił kółko w górnym rogu siatki. Wymieniali się tym nieszczęsnym ołówek jeszcze kilkanaście razy, zmieniając raz po raz pole do gry i zamalowując w ten sposób pół windowej ściany. Obok ich rysunków widniały inne przedstawiające głównie kutasy albo cycki. Ciekawe, czy autorzy też się tutaj zatrzasnęli?
— Znowu wygrałem. — Artem z uśmiechem postawił ostatni krzyżyk i połączył go z pozostałą dwójką. — Dwadzieścia jeden do piętnastu.
Przez te parę godzin zaczęli się zachowywać jak za dawnych lat; dwójka przyjaciół, która poznała się przez przypadek i zupełny przypadek złapała nić porozumienia. I pewnie byłoby tak dalej, gdyby nie to, że Edgar (jak zawsze) musiał zepsuć tę atmosferę.
— Wiesz, że niedługo są walentynki?
Artem spochmurniał.
— Głupie święto dla głupich zakochanych. No i co?
— Chciałem się pośmiać z ludzi, którzy to obchodzą.
— Wcale nie to miałeś na myśli.
— A co? Ty obchodzisz? — złośliwie się uśmiechnął. — Uraziłem cię?
W odpowiedzi tylko trącił wyciągniętą nogę Edgara butem.
— Nigdy nie obchodziłem walentynek. Bezsensowne święto. Może to ciebie uraziłem?
Edgar odpowiedział tak samo, trącając Artema swoim butem.
— Też nigdy nie obchodziłem walentynek. Ktoś w ogóle lubi to święto? Żałosne. Wszystko jest wtedy bez powodu drogie.
Znowu go trącił.
— A co uważasz o tych głupich ciasteczkach albo tortach w kształcie serc? Mdli mnie na ten widok.
Edgar odrobinę się przesunęło.
— Obrzydliwe. To jest dla ciebie apetyczne? Jak te wszystkie walentynkowe ozdoby. Przesycone kolorem różowym jak w bajce dla dzieci.
— Wiesz, co jest jeszcze gorsze? Te wszystkie pary oświadczające się sobie akurat w walentynki.
Edgar się uśmiechnęło i znów przesunęło o parę centymetrów.
— Ale wiesz co? Myślę, że ty to lubisz. Tę całą walentynkową otoczkę. — Posłało Artemowi prowokujący uśmiech.
Artem się przesunął, trochę bardziej, niż Edgar przesuwał się dotychczas.
— Nie. Myślę, że to ty lubisz walentynki. Lubisz te różowe serduszka, lubisz patrzeć na całujące się pary. Jesteś żałosny, Edgar.
— Uważaj, do kogo to mówisz. Tak naprawdę jesteś zazdrosny. Sam chciałbyś siedzieć w słodkiej, różowej kawiarni i jeść urocze ciasteczka w kształcie serduszek.
Artem złapał Edgara za nadgarstek, a Edgar zacisnął palce na rozpiętej kurce Artema.
— Jesteś cwelem, Edgar. Marzysz o tych różowych kawiarniach i różowych polewach. Nakarmić cię takim ciasteczkiem? Zadowoliłoby cię to, żałosna kurwo?
Ich oddechy się ze sobą praktycznie stykały i stawały jednością. Spojrzenia nie uciekały na boki. Palce zaciskały się coraz bardziej. Edgar wydawał się być jeszcze bliżej niż sekundę temu.
— Nie jestem taki łatwy do zadowolenia, wiesz? Musisz zrobić coś więcej, niż tylko nakarmić mnie różowymi ciasteczkami.
— Nic dla ciebie nie zrobię. Mogę cię co najwyżej udusić.
— Nie zrobiłbyś tego. Jesteś słabym skurwysynem, który widzi tylko czubek własnego nosa. Nie pozbyłbyś się mnie. Nigdy.
— Bardzo chętnie zrobię to przy pierwszej możliwej okazji.
Mówiąc to, palce Artema przestały tak gorączkowo ściskać nadgarstek Edgara, a dłoń policjanta zostawiła w spokoju rozpiętą kurtkę Rosjanina; i zamiast wrócić do siebie jakimś cudem powędrowała w stronę odkrytego barku, by zacisnąć się na gorącym karku.
— Zrób to. Pozbądź się mnie i o wszystkim zapomnimy.
— Pierdolony manipulatorze. — Pochylił się do przodu, by złączyć ich czoła. — Marzę o dniu, w którym znikniesz z mojego życia.
Gorące powietrze z ust Edgara otulało jego zaciśnięte wargi.
— Mogę zniknąć teraz. Naprawdę.
Usłyszeli hałas. Chrząknie, brzęczenie i buczenie jednocześnie. Winda ruszyła z wyraźnym trudem. Jechała powoli, bardzo ociężale i z widoczną czyjąś pomocą. Po zatrzymaniu, drzwi się same nie otworzyły, oczywiście, to byłoby zbyt piękne.
Ktoś krzyknął raz, drugi, a potem przy pomocy czegoś, przypominającego łom, otworzył przesuwane drzwi.
W drzwiach stanął mężczyzna ubrany w ciuchy, które nie sugerowały, że pracuje przy naprawach wind albo że jest jakkolwiek powiązany z taką brudną robotą.
— Przepraszam, że trwało to aż trzy godziny. Czasem ten system alarmowy nie daje nam znać od razu.
Artem poderwał się na równe nogi. Zupełnie ignorując Edgara, wyszedł na peron.
— Która jest godzina?
— Za chwilę wybije pierwsza. Macie dużo szczęścia. Zmianę zazwyczaj kończymy o drugiej. — Uśmiechnął się uprzejmie.
 
Praktycznie pusty pociąg nadjechał dopiero po dziesięciu minutach.
— Nie jedziesz ze mną? — zapytał Edgar, widząc, że Artem za nim nie wchodzi.
— Nie, a co? Nie dasz rady dojść ze stacji do domu?
— Spierdalaj. Jestem samowystarczalny.
Drzwi się zamknęły, pociąg odjechał. Artem musiał odczekać kolejne piętnaście minut, by wrócić do swojego mieszkania.

[1800 słów: Artem otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

poniedziałek, 16 lutego 2026

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

— Co?
Mikołaj zamrugał kilka razy, próbując przetrawić entuzjastyczny monolog, usłyszany przed paroma sekundami. To nie tak, że go nie słuchał. Słuchał, nawet bardzo uważnie, ale pogubił się jakoś w połowie. Wyłapał coś o festiwalu, dwóch tygodniach… albo dniach? księdzu, starszych paniach, noclegach i… miłym księdzu?
— Pytałam, czy pojedziesz ze mną na festiwal do Minnesoty! — wyjaśniła na początku wolniej, jak do dziecka. Po chwili jednak wypowiedź rozmówcy Mikołaja wróciła do poprzedniego tempa. — Taki fajny, koniecznie musisz jechać! Będzie mega fajowsko!
— Jaki festiwal? — zapytał sceptycznie, nie chcąc za wcześnie pokazać, że propozycja go zainteresowała. — Do Minnesoty? Gdzie w ogóle jest Minnesota?
Zadając to pytanie, poczuł się jak ci Amerykanie, z których zawsze się śmiał, gdy nie wiedzieli, czym jest kontynent. Jego wiedza o Stanach Zjednoczonych była jednak ograniczona porównywalnie do wiedzy przeciętnego Amerykanina o Europie. Opierała się na wiedzy pozyskanej z Hamiltona, znajomości języka oraz trasie z Obozu na lotnisko, ewentualnie zahaczającej o jakieś sklepy spożywcze. Wiedział, że Minnesota jest jednym z pięćdziesięciu stanów, ale którym? To już była wiedza tajemna i odległa. I do tej pory wydawało mu się, że niezbyt potrzebna.
— Nie no, poważnie? — Sony wyglądała na zbitą z tropu. Nie na długo. Po chwili zaczęła kreślić rękami wielki, niewidzialny prostokąt. — To są Stany nie? — Mikołaj przytaknął. — My jesteśmy tu — wskazuje jeden punkt, gdzieś z boku. Mikołaj znowu przytakuje. — To Minnesota jest gdzieś tam. Znaczy w sumie to z twojej perspektywy tam — pokazała w jedną, a później drugą stronę, a uśmiech nadal nie schodził z jej twarzy. — No, w każdym razie, dwa dni stąd.
Im bardziej Mikołaj próbował skupić się na wyimaginowanej mapie, tym bardziej jego uwaga uciekała w stronę zielonych dredów rozmówcy. Widział Sony w obozie wiele razy (ciężko było nie zobaczyć), ale pierwszy raz rozmawiali. Pierwszy raz miał więc okazję przyglądnąć się jej fryzurze z bliska i skłamałby, mówiąc, że mu się nie podoba. Dopiero po chwili zorientował się, że zawiłe tłumaczenie dobiegło końca. Wyniósł z niego tyle, że Minnesota jest daleko.
— To co? — został wyrwany z zamyślenia. — Jedziemy?
Entuzjazm Sony sprawiał, że Mikołaj nie mógł odmówić. Zresztą, nawet nie chciał odmawiać. Nie miał zielonego pojęcia, na co się zgadza, ale miał dość bezczynnego siedzenia w obozie. Mimo wakacji, nie działo się tu nic szczególnego i chłopak miał tego serdecznie dość. Miał ochotę bez większego zawahania przystać na propozycję dzieciaka Apollo (co było, tak przy okazji, jedyną rzeczą, którą wiedział o potencjalnym towarzyszu podróży), ale coś go powstrzymywało.
— Jak planujemy się tam dostać? — zapytał wyraźnie zainteresowany. Całkowicie umknęła mu już wzmianka o miłym księdzu, która wcześniej tak go zaciekawiła. — Mega fajne włosy — dodał po chwili czekający na wypowiedzenie od kilku miesięcy komplement.
— Dzięki. Mówiłam, że mam zaprzyjaźnionego księdza-prawie-taksówkarza. Znaczy w sumie to nie, ale w sumie to tak — zaczęła dokładniej tłumaczyć swój plan, nie ukrywając podekscytowania. — No a jak nie, to zawsze są pociągi, autobusy, jakieś statki, balony, rakiety, no, mamy dużo opcji! Mam wszystko zaplanowane! Mniej więcej.
— No dobra — zastanowił się chwilę. — A dlaczego powinienem się zgodzić? — zapytał, odwlekając decyzję, aby mieć czas na znalezienie minusów wyprawy. Na razie nie znalazł żadnych.
— A dlaczego miałbyś się nie zgodzić?
— My tak w ogóle możemy tak po prostu stąd pójść i pojechać?
— A dlaczego nie? — Sony wyglądała na zdziwioną pytaniem.
— Nie wiem, nie musimy tu być i hm, trenować? Mamy jakieś obowiązki i w ogóle… — wyraził na głos swoje wątpliwości, ale widział, że Sony najwyraźniej się nimi nie przejmuje.
— Wolisz przeżyć przygodę, zwiedzić Stany i posłuchać fajnej muzyki, czy gnić w tej dziurze całe lato? — zapytała raczej retorycznie.
— Nie będziemy mieć kłopotów?
— Tym będziemy się martwić za dwa tygodnie — uśmiechnęła się szeroko. — To co?
— Zgoda — już po sekundzie żałował wypowiedzianych słów. — Kiedy?
— Dzisiaj — Mikołaj zdziwił się na dźwięk tego słowa jeszcze bardziej niż po usłyszeniu wcześniejszej propozycji. — O… drugiej? Czekaj za stajniami. Albo ja poczekam. No, wiesz, o co chodzi.
— A która jest?
Sony w odpowiedzi przepraszająco pokazała mu rozładowany telefon i odwróciła się w stronę domku numer siedem. Zanim Mikołaj zdążył zrobić to samo, dodała jeszcze:
— Tylko przyjdź! I nikomu nie mów.
— Jasne — odparł i poszedł spakować najważniejsze rzeczy (czytaj: telefon, słuchawki, powerbanka i ładowarkę). Gdy dotarł do domku, zorientował się, że nawet nie wie, jak jego nowy znajomy ma na imię. Nie wierzył, że się na to zgodził.


Sony?
────
[703 słowa: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Mikołaja — „A Ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Caroline była zmęczona, głodna i zniecierpliwiona. A to był całkiem niebezpieczny zbieg okoliczności dla osób, które akurat przy niej przebywały.
— Przemoc nie jest rozwiązaniem — wymamrotała pod nosem, niezbyt przejmując się tym, czy Mikołaj ją usłyszał, czy nie. I tak gadała do siebie. Podobno to pomaga.
Miała w planach wziąć bardzo głęboki oddech i policzyć do dziesięciu, ale doliczyła tylko do pięciu, kiedy usłyszała szelest podłoża za sobą. Obejrzała się przez ramię i zobaczyła jedynie plecy odchodzącego od niej Mikołaja. Całkiem odważnie; nie sądziła, że faktycznie będzie w stanie odejść i pójść w swoją stronę. Szkoda, że zamiast iść w kierunku wyjścia z lasu, ruszył w jego głąb.
Wymruczała coś o durnych winodojarach i podeszła do pnia drzewa, które wcześniej wskazał jej chłopak. Nie wyglądało na aż tak wysokie, jak z daleka. A Caroline nie była na tyle ciężka, żeby łamały się pod nią wszystkie gałęzie, prawda? Była zdesperowana i pokrzepiona faktem, że nawet jeśli spadnie i obije sobie dupę, to przecież nikt tego nie zobaczy, skoro Mikołaj już sobie poszedł.
Wytarła dłonie o spodnie, żeby pozbyć się śliskiej warstewki potu, i zaczęła jeszcze raz oceniać swoje możliwości. Kora pnia drzewa była mocno porowata, więc Caroline pewnie znalazłaby na niej oparcie dla stóp. Problem polegał na tym, że pierwsze, drobne gałęzie pojawiały się dopiero jakiś metr nad jej głową. Niezbyt często musiała wspinać się na drzewa i ciężko było jej ocenić, jakiego kalibru jest to problem. Wypowiadając w głowie krótką modlitwę do ojca, rozpoczęła swoje pierwsze podejście.
Zsunęła się po jakichś trzydziestu sekundach, zdzierając sobie skórę z dłoni. Poirytowana, naciągnęła rękaw sportowej bluzki aż po czubki palców. Pewnie ją porwie, ale materiał przynajmniej sprawnie przyczepiał się do kory. Poza tym mogła w ten sposób ochronić podrażnioną już skórę przed szorstką powierzchnią.
Znajdowała się nieco ponad dwa metry nad ziemią, stojąc na najstabilniejszej gałęzi, jaką znalazła, kiedy w zasięgu jej wzroku znów znalazł się Mikołaj. Z nieprzyjemnym grymasem na twarzy. Niezadowolenie? Wkurwienie? Desperacja? Ciężko było jej stwierdzić.
— Co, nie znalazłeś drogi powrotnej? — zawołała, zwracając na siebie jego uwagę.
— Spierdalaj!
Jednak podszedł pod drzewo, na które usiłowała się wdrapać. Tak, z bliska mogła stwierdzić, że to właśnie desperację widziała na jego twarzy. Całkiem sprawnie zamaskowaną, ale jednak desperację. Za dobrze znała ten wyraz twarzy, żeby móc go przeoczyć.
Caroline posłała Mikołajowi bezczelny uśmiech.
— Roślinki ci nie pomogły trafić do obozu? Zaprowadzić się za rączkę? — zapytała, opierając się plecami o chropowaty pień. Dłonią trzymała się gałęzi nad swoją głową.
— Przynajmniej nie jestem takim idiotą, żeby włazić na drzewo po durną jemiołę — prychnął w odpowiedzi, krzyżując ramiona na piersi.
— To idź się nażryj tego swojego cisu — powiedziała Caroline, manewrując na gałęzi tak, żeby odwrócić się do Mikołaja plecami.
Dzięki temu nie widziała, jak chłopak prezentuje jej swój arsenał dwóch środkowych palców. Niestety miała na głowie większe zmartwienie, takie jak podciągnięcie się na gałęzi. Nagle pożałowała, że częściej nie trenowała z cięższą bronią. W tej chwili zdecydowanie przydałyby się jej trochę mniej wiotkie ręce. Ostatecznie jej się udało, chociaż boleśnie obiła sobie biodro i była pewna, że załatwiła sobie pokaźnego siniaka.
— Tylko nie spadnij!
Był jeden plus: teraz mogła naprawdę spiorunować chłopaka wzrokiem z góry. Nie zaszczyciła go jednak żadnym słowem, bo miała ważniejsze sprawy na głowie. Choć stojąc na ziemi wiatr odczuwała jako lekki powiew, im wyżej się znajdowała, tym silniejszy ten powiew się stawał. Mogła o tym pomyśleć, kiedy ustalała swoje szanse na nie połamanie obu nóg. Niestety było już na to za późno, a ona nie miała zamiaru się poddawać, skoro została jej tylko mniejsza połowa drogi.
Na szczęście tutaj nie musiała się głowić, żeby znaleźć oparcie dla stóp i dłoni, bo gałęzie były wszędzie. Trudniej było za to skupić się na tyle, żeby nie wydłubać sobie oka jedną z nich. Gdyby wiedziała, że będzie łazić po drzewach, zabrałaby ze sobą okulary.
Nie musiała włazić na sam czubek, żeby dostać się do krzaczków jemioły, bo te sukcesywnie pożerały całą koronę drzewa. Przylgnęła plecami do pnia drzewa i upewniła się, że stopy ma porządnie zaczepione o gałęzie. Zlecenie z jakichś pięciu metrów nie było jej marzeniem. Lubiła mieć sprawne wszystkie kończyny, a miała już tę nieprzyjemność dowiedzieć się, jak to jest funkcjonować z połamanymi kośćmi. Sięgnęła po zielony kłębek najbliżej niej i z grymasem na twarzy zaczęła odrywać go od gałęzi. Przypadkiem zgniotła w palcach parę mętnych, białych owoców i teraz jej skóra była pokryta lepkim sokiem. Ohyda.
— Złapiesz, jak to zrzucę na dół? — zawołała, mając nadzieję, że Mikołaj wciąż sterczy pod drzewem.
— Nic im się nie stanie, jak spadną! — poinformował ją z dołu chłopak.
Dziwne, że wciąż chciał z nią rozmawiać.
Po kolejnej minucie krzaczek poszybował w dół, po drodze obijając się o kilka gałęzi. Caroline miała nadzieję, że ostało się na nim chociaż kilka owoców.
— Fuj — mruknęła, wycierając dłonie o spodnie. Miała nadzieję, że dopierze potem te plamy.
Potem zerknęła w dół.
— O kurwa.
Wcześniej tego nie robiła, żeby się nie rozpraszać. Teraz jednak musiała pokonać tę drogę, ale ziemia wydawała się wyjątkowo odległa, gałęzie rzadsze, a jej nogi nagle zrobiły się dziwnie miękkie.
— Złazisz czy nie? — ponaglił ją Mikołaj, widocznie zniecierpliwiony.
— Na chuj na mnie czekasz, jak ci się spieszy? — prychnęła, tym razem zerkając w górę. Zdecydowanie się ściemniało, a była pewna, że po ciemku na pewno stąd nie zejdzie.
— Chcę widzieć, jak spadasz!
Caroline tego nie skomentowała, tylko jeszcze raz skalkulowała swoje możliwości.
Miała przejebane.


Mikołaj?
────
[885 słów: Caroline otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]