Wszyscy wybierają się na walentynkową imprezę w parach i trochę głupio wyglądałoby pójście solo. Może możecie po prostu pójść razem.
– Nigdzie nie idę. To bez sensu. Idź sobie sam — burknął Theo, chowając twarz w poduszce, żeby nie musieć patrzeć na Charliego.
Rzadko potrafił mu odmawiać, ale miał większe szanse, kiedy go nie widział. Najlepiej byłoby, gdyby go też nie słyszał, jednak z tym niestety nie mógł niczego zrobić. Był skazany na wieczne wysłuchiwanie jego marudzenia.
— No weź daj spokój. Przecież będzie fajnie. Wyjdziesz stąd w końcu i poznasz nowych ludzi. Co w tym złego? — zapytał Charlie, okręcając się powoli na fotelu obrotowym, z głową przewieszoną przez jego oparcie, żeby do góry nogami spojrzeć na przyjaciela.
— Znam wystarczająco dużo ludzi. I nie obrażaj mojego domu.
— Mówiłem o tej twojej dziwnej szkole. To nora, bo nie z niej nie wyłazisz. Jak jakiś kret.
Theodore prychnął, wcześniej specjalnie odsuwając twarz od poduszki, żeby bardziej to wybrzmiało.
— To dalej niczego nie zmienia. Nie chcę tam iść.
— Naprawdę wolisz siedzieć w mieszkaniu z Alice i tym jej nowym fagasem? Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jak cienkie są ściany w blokach?
Poduszka, na której wcześniej leżał Theo, została wykorzystana do lepszych celów i przeleciała przez pokój. Mijając głowę Charliego o tylko niecałe pół metra. Charlie go denerwował, ale poniekąd miał rację — matka rodzeństwa pracowała dzisiaj na nockę, a Alice zapowiedziała, że wpadnie do nich chłopak. Niedopowiedzeniem byłoby stwierdzenie, że Theo go nie lubi. Byłby bardziej skłonny stwierdzić, że rzygać mu się chce na sam dźwięk jego głosu. Był wredny, obleśny i panoszył się u nich w mieszkaniu, jakby był u siebie. Chłopiec dałby sobie rękę uciąć o to, że Maria też nie przepadała za swoim nowym zięciem, ale miała więcej taktu niż syn i otwarcie tego nie okazywała. Theodore był pewien, że nie dostał jeszcze w mordę tylko dlatego, że matka zabroniłaby Alice przyprowadzać Benjamina do domu.
Westchnął, i nie mając już poduszki, za którą mógłby się schować, usiadł na skraju łóżka i przetarł twarz dłonią.
— I tak nie mamy z kim iść. To impreza walentynkowa. Pominąłeś ten szczegół? — mruknął.
Charlie wyszczerzył zęby w uśmiechu i energicznie wstał z krzesła (które równie energicznie trzasnęło; miało już swoje lata), po czym usiadł obok przyjaciela. Zanim ten zdążył się uchylić, dłonią zmierzwił mu włosy. Theo z irytacją zaczął na ślepo układać je z powrotem. Jak się można było spodziewać, z marnym skutkiem.
— Przecież idziemy razem. No daj spokój — dodał Charlie, widząc sceptycznie spojrzenie chłopaka. — Ciebie i tak nikt tu nie zna, a ja nic nie mówiłem o tym, z kim przyjdę. Będzie śmiesznie — zapewnił go.
Dla Theo „impreza walentynkowa z Charliem” i „śmiesznie” nie miały prawa wystąpić w jednym zdaniu. Pójście tam samo w sobie było kiepskim pomysłem, ale pójście tam z Charliem było całkowicie innym poziomem absurdu.
— A co z tą twoją… No, jak ona miała, Dorotheą? — zapytał, będąc gotowy użyć każdej możliwej broni.
Pożałował swoich słów, kiedy tylko uśmiech Charliego zamienił się w grymas.
— Dorcas. Już z nią nie gadam. A my teraz rozmawiamy o imprezie, nie o niej. Będzie fajnie, obiecuję — powiedział chłopak, z powrotem przywołując uśmiech na twarz.
Theodore westchnął.
Nie miał pojęcia, dlaczego ostatecznie się zgodził. Może dlatego, że nie umiał odmawiać Charliemu i było mu głupio, że wyleciał z tą Dorcas. Nawet nie zarejestrował, kiedy przyjaciel przestał się z nią umawiać. Ciężko było być na bieżąco, kiedy rzadko się widywali.
Muzykę słyszał już stojąc przed drzwiami. Pukanie nie miało najmniejszego sensu, więc Charlie po prostu wszedł do domu i zaczął rozglądać się za koleżanką, która organizowała ten cyrk. Theo trzymał się krok za nim, przesuwając wzrokiem po nieznajomych twarzach. Na początku semestru Charlie zmienił szkołę, przez co rozpadły się jego przyjaźnie z ludźmi, którzy mieli jeszcze okazję poznać Theodore'a.
— Anya? Hej, już jesteśmy — powiedział Charlie, zaczepiając jakąś stojącą do niego plecami blondynkę, którą, jak można było się spodziewać, Theo pierwszy raz widział na oczy.
— Super, że przyszedłeś. To zostaw w kuchni — wskazała na plastikową siatkę, którą Charlie trzymał w dłoni — i lećcie do salonu. Anya — dodała, zwracając uwagę na drugiego chłopaka.
— Theo — odpowiedział, posyłając jej uprzejmy uśmiech i lekko ściskając dłoń, którą do niego wyciągnęła. — Miło poznać.
Nie zdążyli porozmawiać dłużej, bo Anyę już zaczepiał ktoś inny. Charlie pociągnął przyjaciela za nadgarstek, żeby nie zgubić go w zatłoczonym i przyciemnionym pomieszczeniu. Musiał dobrze znać rozkład domu, bo w ogóle się nie wahał. W kuchni światło było zapalone i jeszcze nie kręciło się tam wiele osób. Charlie postawił przyniesione przez siebie butelki na stole i zaczął rozglądać się za kubeczkami.
— Chcesz wódkę? — zapytał, spoglądając na Theo kręcącego się przy blacie.
— Zostanę przy piwie.
Z jednej strony rzadko pił, a z drugiej był pewien, że nie dociągnie do końca imprezy na trzeźwo. Charlie wzruszył ramionami i zaczął robić sobie drinka, podczas gdy Theodore próbował znaleźć otwieracz.
— Na pewno wszystkich polubisz. Są świetni — powiedział Charlie, kątem oka widząc, że chłopak wciąż nie jest zadowolony ze swojego położenia.
Mniej więcej w tym samym czasie Theo w końcu zdołał odkapslować butelkę.
— No to chodź i mi ich przedstaw. — Posłał przyjacielowi krzywy uśmiech.
Charlie potrzebował chwili, żeby znaleźć swoich przyjaciół w całkiem sporym salonie. Większość mebli została poodsuwana pod ściany, żeby stworzyć pustą przestrzeń na środku pomieszczenia. Pociągnął Theo w stronę jednej z grupek stojących pod ścianą.
— O proszę, kto się postanowił w końcu pojawić — rzuciła jedna z dziewczyn, która pierwsza zauważyła zbliżających się chłopców.
Theodore pozwolił sobie cofnąć się o krok, kiedy Charlie został wciągnięty w wir powitań. Wszystkie te objęcia i buziaki w policzek nie były do końca w jego stylu. Przyjaciel jednak szybko wciągnął go z powrotem do okręgu.
— A to jest Theo. Theo, to Kat, Barty, Seth, Sarah, Christie, Xavier i Addie — powiedział Charlie, po kolei pokazując na postacie stojące przed nim.
W półmroku ciężko było połączyć imiona z twarzami, ale na pomoc (choć nie do końca) Theodorowi ruszyła dziewczyna z burzą brązowych loków. Objęła go krótko, tak jak wcześniej Charliego.
— Sarah — rzuciła z uśmiechem, wyciągając do niego rękę.
Po jego własnej turze przywitań trochę łatwiej było mu połapać się w tym, kto jest kim. Sarah ciągle go zagadywała, Seth rzucał na niego i Charliego zdziwione spojrzenia, a Christie po dość zwięzłym przywitaniu już się do niego nie odezwała.
Kiedy w końcu dołączyła do nich Anya, mogli naprawdę zacząć się bawić. Choć Theo wciąż nie mógł pozbyć się napięcia z ramion, nie było aż tak źle, jak sobie wyobrażał. Wszyscy oprócz Christie obdarzali go miłymi uśmiechami i wypytywali o głupoty. Nie był pewien, w którym momencie jego druga już butelka piwa zamieniła się w kubeczek — Xavier po prostu podszedł do niego i wcisnął mu go w dłoń. Wbrew pozorom alkohol z jakimś przeraźliwie słodkim sokiem nie smakował okropnie, więc powoli sączył drinka.
Wraz z przebiegiem imprezy środek salonu zamienił się w parkiet, a Sarah kilkukrotnie próbowała namówić Theodore'a, żeby z nią zatańczył. Po czwartej odmowie w końcu się poddała i zaciągnęła na parkiet Barty'ego, który nie opierał się aż tak skutecznie. Theo natomiast usadził się na jednej z dwóch kanap stojących w rogu pomieszczenia wraz z resztą towarzystwa. Anya znowu gdzieś zniknęła; prawdopodobnie upewniała się, że nikt nie wandalizuje jej domu.
Theo kończył już swojego drugiego drinka, kiedy Charlie leniwie zarzucił ramię na oparcie kanapy za jego plecami. Spojrzał na niego z ukosa, ale chłopak był zajęty rozmową z Sethem. Nie podobało mu się to. Mocniej zacisnął dłoń na Bogu winnym kubeczku i wypił resztę jego zawartości za jednym zamachem.
— Zaraz wracam — rzucił, wstając z kanapy.
Zignorował swój marny instynkt samozachowawczy, który mówił mu, że to kiepski pomysł, i nalał sobie wódki do kubeczka. Alkohol przyjemnie szumiał mu w głowie, ale dopóki wciąż był w stanie koherentnie formułować myśli, wszystko było w porządku.
Czterdzieści minut i dwa drinki później już wcale nie był taki pewny. Sarah w końcu udało się wyciągnąć go na parkiet, choć Theo w tańcu poruszał się jak słoń w składzie porcelany. Jego ciało przyzwyczajone było do walki, a nie do bujania się w rytm muzyki. Kolorowe światła ledów mieniły mu się w oczach, kiedy wracał na kanapę, na której znajdowało się coraz mniej osób.
Widział, że Charlie jest wstawiony. Widywał już ten leniwy uśmiech i błyszczące oczy na tyle często, żeby to rozpoznać. Sam jednak nie był na tyle trzeźwy, żeby poświęcić temu więcej uwagi.
— Gdzie byłeś? — zapytał Charlie, spoglądając na przyjaciela.
— Tańczyłem.
Chłopak roześmiał się.
— Serio? Boże, ja chyba nigdy nie widziałem, jak tańczysz. Nie wierzę, że mnie to ominęło — powiedział, skupiając się na Theo.
Seth bąknął coś o tym, że idzie po piwo i zostawił ich samych. Jakieś piętnaście sekund po tym głowa Charliego osunęła się na głowę Theodore'a, który zesztywniał.
— To był chyba mój ostatni drink. Ale mi się kręci w głowie — mruknął Charlie, przymykając oczy.
Chociaż Theo nie odpowiedział, czuł, jak jego serce zaczyna tłuc o żebra. Dlaczego Charlie tak się zachowywał? Był pewien, że żartował, kiedy mówił o wkręcaniu wszystkim, że przyszli na tę imprezę razem. Jaki to w ogóle miało sens?
To, że alkohol blokował jakieś sześćdziesiąt procent jego racjonalnych myśli, a liczba ta ciągle się zwiększała, w ogóle mu nie pomagało. Charlie nie odsunął się, kiedy wrócił do nich Seth. Kontynuował rozmowę z policzkiem przyciśniętym do szorstkiego materiału koszulki Theo, jakby to było w porządku.
Anya pojawiła się przed kanapą, marudząc coś o tym, że nikt nie chce z nią zatańczyć na jej własnej imprezie. Theodore niemal natychmiast wstał, żeby z nią pójść, choć najpierw i tak upewnił się, że Charlie stabilnie opiera się o kanapę.
Najwyraźniej niepotrzebnie, bo chłopak poszedł za nimi. Theo potrzebował pół minuty, żeby zgubić się wśród tańczących. Nie miał pojęcia, ile czasu spędził, kręcąc się między nimi, ale przynajmniej otaczały go same nieznajome twarze. Kiedy w końcu stwierdził, że jest już w stanie znaleźć kogoś, kto w jego głowie miał imię, wycofał się pod jedną ze ścian. Miał zamiar chwilę poczekać, aż pokój przestanie się wokół niego kręcić, ale ledwo co odzyskał kontrolę nad wzrokiem, a coś przykuło jego uwagę.
Theo był w stanie poznać Charliego nawet w ciemnym pokoju. Alkohol pewnie utrudniłby mu sprawę, gdyby nie to, że chłopak miał na sobie pierdoloną fioletową koszulkę, która ani trochę nie wtapiała się w tło. I nie byłoby absolutnie nic dziwnego w tym, że go zobaczył. Sam tu z nim przyszedł. Tym, co sprawiło, że zamarł, była różowowłosa dziewczyna, którą Charlie właśnie całował.
Nie wiedział zbyt wielu rzeczy o Dorcas; ba, zapomniał, jak miała na imię. Pamiętał za to, jak przyjaciel powiedział mu któregoś razu, że bardzo podobają mu się jej różowe włosy. Wyróżniała się, tak to określił. Theo mógł wyprzeć to z pamięci, bo zdecydowanie nie lubił o niej słuchać, ale zdołał poskładać to wszystko w kilka chwil.
Stanie w miejscu pomogło na zawroty głowy, ale teraz zrobiło mu się duszno. Myślał, że już dawno uwolnił się od tego uczucia, ale najwyraźniej czekała go przykra niespodzianka. Zdążył wziąć parę łapczywych wdechów, zanim uświadomił sobie, że zamiast tlenu dostarcza sobie zapachu alkoholu, potu i zmieszanych perfum, który oblepiał jego gardło i jeszcze bardziej go dusił.
Próbując nie zrobić nikomu większej krzywdy, przepchnął się przez parkiet, który dzielił go w linii prostej od drzwi tarasu. Wydawało mu się, że usłyszał swoje imię, ale był w stanie tylko zrzucić to na muzykę i wypaść na zewnątrz w chłodne, zimowe powietrze. Naga skóra jego przedramion pokryła się gęsią skórką, ale tego właśnie potrzebował. Czegoś, co ochłodzi palące uczucie gdzieś w jego wnętrzu, które stało się jego głównym problemem, kiedy mógł już złapać oddech. Opierając się plecami o zewnętrzną ścianę domu, próbował zignorować wszystkich wokół.
Zawiódł, bo po chwili ktoś wyszedł z domu i zaczął iść w jego stronę. Mgliście rozpoznał obojętną twarz Christie, kiedy stanęła przed nim.
— Żyjesz? — zapytała.
Czekając na odpowiedź, wyciągnęła z kieszeni kurtki paczkę papierosów. Nie zdążyła nawet odpalić zapalniczki, kiedy Theo wydusił z siebie:
— Mogę zapalić?
Dziewczyna uniosła brew, ale wyciągnęła opakowanie w jego stronę. Theo wiedział, że papieros na pewno mu nie pomoże, skoro już i tak było mu nie dobrze, ale rozpaczliwie potrzebował się na czymś skupić. Gryzący dym w płucach był łatwiejszy do zniesienia niż emocje, które teraz nim targały.
Christie nie odeszła, tylko stanęła obok niego, choć zachowała pewną odległość.
— Nie jesteście razem. Ty i Charlie — powiedziała w końcu. Nie zapytała, tylko stwierdziła fakt.
Theo dał sobie chwilę na ułożenie słów w głowie i zaciągnięcie się papierosem, zanim odpowiedział.
— Nie.
— To dlaczego się wściekasz?
Ramiona chłopaka zesztywniały. To wyjaśniało, dlaczego w ogóle do niego podeszła. Musiała widzieć to samo co on, zanim wyszedł na zewnątrz. Niestety nie miał takiej odpowiedzi, która mogłaby zadowolić którekolwiek z nich, więc nie odpowiedział.
Nie wiedział, dlaczego się wściekał. Dla Charliego cały ten wieczór był zapewne głupim, niewinnym żartem. Nie wiedział, co chłopak powiedział o nim swoim znajomym, nie wiedział, czemu tyle wypił i nie wiedział, dlaczego w ogóle tu był. Nie wiedział też, dlaczego Christie nagle z nim rozmawia, skoro nie odezwała się do niego słowem przez cały wieczór i sprawiała wrażenie, jakby ledwo tolerowała jego obecność. To było chyba jedyne pytanie, na które odpowiedź mógł w tej chwili znieść.
— Dlaczego pytasz? Myślałem, że mnie nie lubisz — rzucił w końcu, wdeptując niedopałek w zmrożoną trawę.
Christie przewróciła oczami.
— Po prostu ci nie ufam. Nie znam cię, a poza tym śmierdzisz ściemą na kilometr. Za to ten pokaz emocji był całkiem imponujący — przyznała, rzucając mu nie do końca miły uśmiech. — Zasłuż sobie na moje zaufanie. Dlaczego się wściekasz? — zapytała ponownie.
— Nie wiem. — Zaserwował jej jedyną odpowiedź, na jaką sam był gotowy.
Dziewczyna nagrodziła jego słowa chwilową ciszą. W końcu odwróciła się, żeby oprzeć się bokiem o ścianę i na niego spojrzeć.
— Dorcas miało tu nie być, bo nikt jej nie zapraszał. Cholera ją wie, skąd się tu wzięła. A Charlie jest głupi i pijany. Nie wiem, czemu miał służyć ten wasz teatrzyk — powiedziała, posyłając mu spojrzenie tak ostre, że aż się skrzywił.
Theo chętnie powiedziałby jej, że też nie ma zielonego pojęcia, po co to wszystko było. Znał Charliego od lat; miewał głupie pomysły, ale zwykle miały one jakiekolwiek uzasadnienie. Ten nie miał żadnego, na które potrafiłby wpaść.
— To był jego pomysł — mruknął jedynie i odwrócił wzrok, kiedy Christie sceptycznie uniosła brwi. — Nie wiem dlaczego.
— Weź się w końcu, kurwa, w garść i porozmawiaj z nim jak człowiek. Ślepy by zauważył, że wleczesz się za nim jak zakochany kundel. W końcu są walentynki, tak? — powiedziała, ale Theo na nią nie patrzył.
Wolał też nie słyszeć jej słów, ale takiego przywileju niestety nie dostał.
— Masz telefon? Mogę do kogoś zadzwonić? — zapytał, przybierając najbardziej obojętny wyraz twarzy, na jaki było go stać.
Dziewczyna prychnęła, ale wygrzebała z kieszeni telefon i włączyła aplikację z listą kontaktów, po czym podała go Theo.
Wiedział, że nie powinien tego robić. Wszyscy wpajali mu, że to głupie i niebezpieczne. Miał zamiar zrzucić wszystkie ewentualne konsekwencje na alkohol i zmęczenie.
Wystukał na klawiaturze numer, który chcąc nie chcąc pamiętał na pamięć, i przyłożył telefon do ucha. Po chwili odpowiedział mu bardziej niż zwykle zirytowany głos Alice.
— Przyjedziesz po mnie? — zapytał.
Tak naprawdę podejrzewał, że się nie zgodzi. Ledwo z nim rozmawiała podczas dobrych dni, a o tych złych nie chciał nawet teraz myśleć. Najwyraźniej jednak coś w jego głosie zdołało ją przekonać, że sytuacja jest kiepska. Wymruczał do telefonu adres i oddał Christie telefon.
— Dzięki — powiedział i przeszedł obok niej, żeby móc wejść z powrotem do domu.
Stojąc na zewnątrz, nawet nie zauważył, jak bardzo zmarzł. Dopiero teraz zorientował się, że prawie stracił czucie w palcach. Jedynym plusem było to, że zimne powietrze go otrzeźwiło. Wciąż kręciło mu się w głowie, ale jego myśli nie tworzyły już niezrozumiałego kłębu słów i uczuć. Szukając swojej kurtki, wpadł na Charliego, który musiał oprzeć się o ścianę, żeby zachować równowagę. Na jego twarzy nie było nawet śladu uśmiechu.
— Wychodzisz już? — zapytał niewyraźnie, łapiąc Theo za nadgarstek.
Chłopak najpierw zesztywniał, a potem zabrał rękę z jego uścisku.
— Jadę do domu. Pogadamy jutro — rzucił, znikając z pola widzenia przyjaciela tak szybko, jak tylko mógł.
Nie był już taki pewien tego, że dłonie drżały mu z zimna.
Kiedy przyjechała po niego Alice, była zła, ale nie odezwała się słowem. Przeleciała po nim wzrokiem, skrzywiła się, czując papierosy i wróciła wzrokiem do drogi. Theodore oparł głowę na zagłówku i myślał o tym, czy ma jeszcze szansę upić się na tyle, żeby niczego jutro nie pamiętać.
[2677 słów: Theodore otrzymuje 26 Punktów Doświadczenia +20 PD]