wtorek, 1 września 2026

Zion umiera


Zion McQueen


Czasem rodzinne tajemnice dotyczą tego, że twój kuzyn jest dzieckiem listonosza, czasem — że twoja rodzina jest w posiadaniu magicznych artefaktów, które ukradziono Amazonkom. Zion McQueen umarł, ujawniając tajemnicę swojej rodziny, o czym możecie przeczytać w tym wątku. Ale czy naprawdę było warto umierać za przepis na eliksir z dwóch łyżek miodu i krwi dziewicy?

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

CW: ŚMIERĆ

Pierwsza rzecz, którą zrobił Winter, kiedy Amazonki zostawiły ich samych w pokoju, było wyciągnięcie ręki do Ziona. Nie był pewien, na co liczy — na poklepanie mężczyzny po ramieniu w raczej badziewnym geście wsparcia? Na to, że Zion złapie go za dłoń, ściśnie ją i zapewni, że wszystko będzie w porządku? Na to, że uda mu się otrzeć krew ze skóry syna Ateny? Przede wszystkim chciał upewnić się, że to dalej Zion, Zion, który jest wciąż żywy, więc jeszcze nic nie jest stracone. We trójkę byli silniejsi. Blanche i Zion zawsze potrafili wymyślić jakiś plan, a nawet jeśli Winter był za głupi, żeby go zrozumieć, nadal stanowił wsparcie.
Nie spodziewał się, że Zion odtrąci jego rękę. Zaskoczony Winter cofnął dłoń. W oczach mężczyzny dostrzegł ból, który błędnie powiązał z rozległymi ranami McQueena. Chciał pomóc w jakikolwiek sposób, więc zaczął zadawać pytania. W odpowiedzi dostawał półsłówka lub ciszę.
Winter miał ochotę krzyczeć w eter. Kiedy zostali sami, był pewien, że teraz wszystko się ułoży. Pół godziny było przecież wystarczającym czasem dla syna Ateny, żeby wymyślić jakiś plan. Mogli go obgadać i wprowadzić tak szybko, jak tylko Amazonki by wróciły, albo może nawet szybciej, zanim kobiety w ogóle zorientowałyby się, że już ich nie ma. Dlaczego nic nie mówili? Dlaczego Blanche go uciszyła? Stracili nadzieję? Winter czuł się bezużyteczny. Nie posiadał ścisłego umysłu Ziona ani analitycznej myśli Blanche, a Amazonki przewyższały go w sile i liczebności.
Kiedy Zion dyktował im przepis na tajemniczy eliksir, Blanche rozważała zaszyfrowaną wiadomość, a Amazonki komentowały zapiski jako brednie, Winter skupiał się na poszczególnych składnikach. Może i nie był synem Hekate, ale zdecydowanie znał się na gotowaniu. Większość tych składników nie była trudnodostępna, Winter posiadał je w domu lub wiedział, gdzie je znaleźć. Czy to znaczyło, że Zion poddał się i podał im odpowiedź na tacy, licząc, że Amazonki dadzą im spokój? Winter mógł im zaserwować najpyszniejszy wywar z krwi dziewicy, jakiego kiedykolwiek doświadczą te kobiety, jeśli tylko to zagwarantuje im wolność. Tylko skąd oni do cholery wezmą krew dziewicy?
Nie widział momentu, w którym Amazonka wbiła nóż w szyję Ziona. Wzrok znad listy podniósł dopiero, gdy krople krwi trysnęły i zbroczyły biały papier notatnika. Ujrzał dokładny moment, jak ostrze wysuwa się z ciała. Królowa Amazonek wytarła zakrwawiony nóż o udo, włożyła go z powrotem do pochwy przy pasie i zaczęła spokojnym głosem wydawać rozkazy swoim podwładnym.
Zion wydał z siebie bulgoczący odgłos, próbując zaczerpnąć dech. Ostatkiem sił próbował wyrwać się ze wciąż przytrzymujących go łańcuchów, ale życie zaczęło uchodzić z niego zbyt szybko. Kiedy zemdlał, głowa opadła mu na pierś, a z ust wciąż wydobywało się rzężenie.
Winter zaczął krzyczeć wbrew swojej woli. Reakcja Blanche nie była wystarczająca, żeby powstrzymać królową Amazonek przed zabiciem Ziona, ale za to udało jej się złapać Wintera za koszulkę, kiedy rzucił się do przodu. Bogowie jedni wiedzieli, co Amazonki mogły zrobić im teraz, kiedy tak naprawdę byli im niepotrzebni. Próbował się wyszarpać, ale kobieta chwyciła go pod ramiona i trzymała, dopóki nie ugięły się pod nim kolana i razem nie opadli na posadzkę magazynu.
Wcześniej myślał, że ogień spalił mu wszystkie struny głosowe, ale nieludzki wrzask, który z siebie wydawał, mówił coś zupełnie innego. Krzyczał, płakał i próbował się wyrwać, targany nieznaną siłą nawet pomimo tylu ran i osłabienia. Wybuchały w nim emocje tak silne, że przez chwilę irracjonalnie poczuł, że nienawidzi Blanche, za to, że go przytrzymywała, za to, że nie uciekli kilkanaście minut wcześniej i że żadna z jej magicznych mocy córki bogini szczęścia nie zadziałała.
W końcu go puściła. Być może sama opadła już z sił, może uznała, że i tak już nie mają nic do stracenia. Winter rzucił się do krzesła, na którym siedział bezwładny Zion. Drżącymi rękoma rozerwał strzępy przesączonej krwią koszulki, żeby lepiej zobaczyć ranę, ale na tym cała jego pomoc mogła się skończyć. Nie był na tyle mądry, żeby wymyślić plan ucieczki. Nie miał żadnych umiejętności, żeby zatamować krwawienie lub wyleczyć mężczyznę. Nie wiedział, co zrobić z dłońmi, próbował więc wcisnąć palce w ranę. Krew pulsowała słabo pod jego opuszkami. Drugą ręką podjął próbę uwolnienia ciała mężczyzny z łańcuchów, ale nie miał w sobie tyle siły.
— Zion. Zion. Zion — powtarzał jego imię jak mantrę, jak prośbę, licząc, że ktoś go usłyszy, może Zion, może jakaś siła wyższa. Ktoś musiał w końcu odpowiedzieć na jego wołania, ale nie mógł to być sam Zion, bo mężczyzna był już daleko stąd, na jednym brzegu Styksu.
Zion na jego oczach robił się bledszy i bledszy. Z jego ust wciąż wydobywały się ostatnie rzężenia. Winter umilkł, kiedy puls pod jego palcami zanikł. W milczeniu, wstrzymując oddech, żeby nie ominąć ani jednego odgłosu niknącego bicia serca, przesuwał dłońmi po każdym odsłoniętym skrawku szyi Ziona. Położył otwartą dłoń w miejscu, gdzie jeszcze kilka minut temu biło jego serce. Nic. Klęknął przy krześle i oparł czoło o klatkę piersiową mężczyzny, licząc, że jedynie zmysł czucia go zmylił, ale po drugiej stronie nie usłyszał odpowiedzi organu. Z rozchylonych ust syna Ateny wciąż dochodził warkot, kiedy powietrze uchodziło z jego płuc.
— Żadna ilość ambrozji już go nie uratuje — usłyszał za sobą głos młodej dziewczyny.
Zdążył zapomnieć, gdzie są i o tym, że zaraz mogą skończyć tak samo, jak Zion. Prawdopodobnie tak skończą. W tym stanie Winter wręcz marzył o tym, żeby skończyć tak samo, ale żadna Amazonka nie ruszyła się z miejsca. Gdyby Winter odważył się podnieść głowę, zauważyłby, że znowu zostali w pomieszczeniu prawie sami: tylko on, Blanche, Zion po drugiej stronie rzeki i jedna, jedyna strażniczka w kombinezonie Amazonu, która patrzyła na tę scenę tak, jakby oglądała naprawdę bardzo słaby mecz w telewizji. Nie byli już godni spotkania z królową Amazonek. Ostatnim aktem miłosierdzia z jej strony było pozwolenie na pożegnanie się z synem Ateny, kiedy brał swój ostatni oddech.
Winter załkał. Zacisnął pięści na rozerwanej koszulce mężczyzny i płakał, krzycząc w jego martwe, bezwładne ciało, dopóki znowu nie utracił głosu. Twarz miał wtuloną w resztki jego ubrania, ale nie czuł już znajomego zapachu Ziona, bo atmosfera w powietrzu była przesączona krwią. Winter mógłby już nigdy nie zmywać z siebie tej krwi, jeśli będzie to ostatnia rzecz, która zostanie mu po Zionie.


mamo bo zion pękł w salonie :^(
────
[1010 słów: Winter otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Mikołaj na początku nie odpowiedział. Wbił spojrzenie w swoje frytki, starając się za wszelką cenę unikać kontaktu wzrokowego z Adamem, który, jak na złość, siedział naprzeciwko niego. Czuł na sobie ciężki, niezadowolony wzrok księdza i zdecydowanie nie chciał go do tego widzieć. Wziął głęboki oddech, rozważając możliwe opcje, razem z ich potencjalnymi plusami i minusami.
— Poradzimy sobie sami — powiedział w końcu, zerkając z ukosa na Sony. — Nie mamy przecież pięciu lat.
Greg uniósł brew pytająco, a Sony spojrzała na chłopaka z nadzieją i oczekiwaniem na usłyszenie jego planu. Szkoda tylko, że żaden plan nie istniał. Mikołaj próbował jedynie podnieść Sony (i przede wszystkim siebie) na duchu. Nie miał pojęcia, jak zamierza tego dokonać, ale wiedział, że teraz nie ma opcji, aby się wycofali. Znajdą się w Minnesocie, choćby nie wiem co.
— I jak chcecie to zrobić? — zapytał Greg, widząc, że Mikołaj nie zamierza kontynuować. W jego głosie poza ogromnym sceptycyzmem dało się wyczuć nutkę zaciekawienia, którą mężczyzna starał się zakamuflować nieprzekonanym uśmiechem.
— Jeszcze nie wiem — wzruszył ramionami. — Ale jak już tam dotrzemy, to dostaniecie masę zdjęć i filmików, no i wtedy będziecie żałować, że was tam nie ma.
— I nie dostaniecie pamiątek — dodała Sony z satysfakcją.
— Bo was na nie nie stać.
Mikołaj przygryzł wargę, wybity z rytmu. Greg miał rację — nie było ich stać nie tylko na pamiątki. Jego rodzice tak bardzo przyzwyczaili się do jego pobytu w darmowym obozie, że nie przysyłali mu nawet kieszonkowego. Jedynie opłacali bilety na samolot do Europy raz, może dwa razy w roku. Teoretycznie mogliby pomóc im i teraz, ale chłopak nie zamierzał zdradzać im swojego planu. Zareagowaliby jeszcze gorzej niż Greg i Adam. Nie, rodzice nie mogli się dowiedzieć, że gdzieś jedzie.
— Możemy spróbować złapać stopa — powiedział pierwszą rzecz, która wpadła mu do głowy. — Sony chyba potrafi, nie?
— Nie ma opcji.
— Czemu nie? Przecież tak się poznaliśmy — zauważyła Sony.
— Drugi raz możecie nie trafić na przyjaznego księdza, tylko zboczeńca z bronią. Co wtedy?
— Albo miłego hipisa, nigdy nie wiesz — zaśmiała się.
— To zbyt niebezpieczne — zapierał się Greg.
— Buuu, znowu hipokryzja! — Mikołaj zamachnął się frytką, przystawiając ją do twarzy Grega, jakby mu nią groził. — Wyglądasz jak ktoś, kto na naszym miejscu by tak zrobił. I nie uwierzę, że tak nie jest.
— Prawda???
Greg uniknął frytki Mikołaja i kątem oka spojrzał na Adama, który widząc ożywienie, wyciągnął z ucha jedną słuchawkę. Przez chwilę patrzył na nich pytająco, ale nie słysząc nic ciekawego, włożył ją z powrotem. Greg westchnął głęboko.
— To były inne czasy. Byłem młody i głupi, a teraz—
— Czyli wtedy byłeś fajny, a teraz jesteś nudnym dorosłym? — Sony wypowiedziała na głos to, czego Mikołaj się nie odważył. Greg wyglądał na urażonego.
— Tego nie powiedziałem!
Mikołaj zjadł ostatnią frytkę i poczekał, aż Sony zrobi to samo. Kiedy to zrobiła, po prostu wstał od stolika.
— Oddajcie nam rzeczy z auta, pójdziemy na nogach — zarządził, zbierając śmieci ze stolika. — No co? To nie może być tak daleko, dzień marszu, góra dwa… — dodał, widząc zaskoczone spojrzenia pozostałych. Wyglądali tak, jakby chłopak właśnie oświadczył, że nie zamierza dojść do innego stanu, a co najmniej na Marsa.
— Na nogach? — Sony patrzyła na niego uważnie, czekając, aż ten zacznie się śmiać. Ze wszystkich jego głupich żartów, ten był najgłupszy. Mikołaj jednak wyglądał, jakby mówił poważnie. — Co? Jak?
— No, normalnie — odparł zdziwiony. — Chodnikiem, może jakimś polem… najwyżej prześpimy się pod mostem, albo w jakiejś kukurydzy… tylko musimy znaleźć mapę.
— Dzieciaku — Greg odezwał się takim tonem, jakby tłumaczył pięciolatkowi, czemu nie może dotknąć ogniska. Nie wiedział, od czego ma zacząć. — To jest najgłupszy pomysł, jaki usłyszałem od… od dawna.
— Dlaczego? Mnie się podoba — przyznała Sony.
— Siadaj, pokażę ci coś — polecił chłopakowi, a gdy ten posłuchał, wyjął z kieszeni telefon i odszukał aplikację z mapą.
Mikołaj niechętnie wykonał polecenie i znudzony podparł głowę ręką. Bez przekonania patrzył. jak Greg wyszukuje trasę z Nowego Jorku do Minneapolis, a w końcu odwraca telefon przodem do nastolatków.
— Patrzcie, jesteśmy tu, koło Harrisburga. A wy chcecie dojechać tu.
— Dalej, niż myślałam… — przyznała Sony niechętnie. — Pół kraju…
Mikołaj wzruszył ramionami.
— Pff, pół kraju to nie tak dużo. Odkąd miałem dziesięć lat, matka mnie wyciągała siłą na każdą pielgrzymkę. Przestała dopiero, jak zacząłem przyjeżdżać tu… Nie ważne, do Częstochowy też miałem pół kraju — machnął ręką. — Na spokojnie dojdziemy.
— Częstochowy…? — Adam od dłuższej chwili przysłuchiwał się ich rozmowie. — Jesteś z Ros—
— Polski — przerwał mu, nie pozwalając dokończyć przekleństwa.
Greg szybko odszukał na mapie Polskę. Parsknął śmiechem, widząc skalę porównywanych odległości. Trasa z Nowego Jorku do Minnesoty tak na oko była równa dwóm, może nawet trzem Polskom.
— No, kochany, to teraz patrz na to.
Mikołaj bez słowa spojrzał na ekran. Prychnął coś o zepsutych proporcjach mapy, założył ręce na piersi i zawiesił wzrok na wyjściu z McDonalda. Za przeszklonymi drzwiami widać było zachód słońca.
— Nie moja wina, że u was wszystko jest takie wielkie — odezwał się obrażony.
Po paru minutach, kiedy Adam i Greg dokończyli swoje burgery, cała czwórka wyszła na parking. Drogę do auta znowu przeszli w ciszy. Mikołaj nie potrafił znaleźć żadnego kontrargumentu do tego stopnia, że nawet nie protestował, wchodząc do pojazdu. Zdał sobie sprawę, że każdy z jego pomysłów był głupszy od poprzedniego. Zbliżająca się noc dodatkowo zniechęciła go do szukania transportu na własną rękę.
Widział jak Adam, znowu ze słuchawkami w uszach, wygodnie opiera się na położonej na szybie poduszce. Żałował, że w pośpiechu nie wziął z obozu nic miękkiego. No, może poza flanelową koszulą, która obecnie była ściśnięta w plecaku tak mocno, że strach było ją wyciągać. Zapowiada się długa noc.
Sony wychylała się zza siedzenia kierowcy, usiłując dostrzec twarz Adama. Jej nieudolne próby dostrzegł Greg.
— Śpi — powiedział, domyślając się, czego szuka.
— Greg… — odezwała się nieśmiało. Słysząc ciche „hm?” wzięła głęboki oddech i zadała pytanie. — A ta twoja sprawa w Pittsburgu… ona jest bardzo ważna?


Sony?
────
[950 słów: Mikołaj otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Blanche CD Wintera — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Rodziny się nie wybiera. To zdanie trafiało w punkt jeszcze dobitniej, kiedy było się półbogiem. Nikt o zdrowych zmysłach nie wybrałby boga czy bogini na swojego rodzica. Brak matki czy ojca w życiu był jednym. Z perspektywy czasu najbardziej męczący był ten wielki czerwony krzyżyk na środku czoła, przez cały czas oznaczający ich jako przekąska dla potworów lub marionetka dla kaprysów fatum.
Blanche miała już prawie czterdziestkę na karku. Była już zmęczona tą ciągłą gonitwą. Wiedziała, że przekroczyła już średnią długość życia dla herosów. Zion również. Mieli ciche porozumienie zrodzone z sympatii do tego rzepa na tyłku — chronić go wystarczająco długo, by mógł dożyć jeszcze bardziej sędziwego wieku. Pomimo tego, że ich relacja zrobiła się nieco skomplikowana, gdy zrozumieli, że nie powinni być parą, dbali również o siebie nawzajem.
Dlatego serce Blanche krajało się, gdy patrzyła, jak Zion spluwa własną krwią na posadzkę, i nie mogła nic z tym zrobić. Po raz kolejny tego dnia poczuła się przygnieciona swoją bezradnością. Była najstarsza z ich trójki. Powinna ich ochronić, powinna wymyślić jakiś cudowny plan, który pomoże im wszystkim wyjść z tego bez szwanku. Tymczasem Zion nie był zapewne nawet w stanie stanąć na nogi, a ciało Wintera pokrywały okropne poparzenia. To ona powinna nosić te ślady, to ona powinna odczuwać ten ból.
Te kilka miesięcy spędzone jako (nie do końca) partnerka Ziona i lata spędzone na swoistym wspólnym wychowywaniu Wintera przyniosły jednak coś więcej niż przywiązanie. W tym momencie to Winter znał lepiej syna Ateny, jego zachowania i najnowsze wiadomości z jego życia. Blanche wciąż potrafiła jednak wyczuć, kiedy Zion próbuje ukryć jakiś fragment prawdy. Zion nie miał w zwyczaju kłamać. Kiedy okoliczności tego wymagały, sprawnie naginał prawdę, nie odchodząc jednak od niej zbyt daleko. Tak jak teraz.
„Powiedziałem wam wszystko, co wiem o Thalestris i o mojej prababce”. Nie wspomniał jednak nic o artefakcie. Nie wspomniał o pozostałych członkach rodziny, którzy mogli mieć jakąś wiedzę na temat włóczni Thalestris i mu ją przekazać. „Nie przywrócę mojego ojca zza grobu, żeby zmusić go do gadania”. Blanche wiedziała, że Felix McQueen był kimś niezastąpionym w życiu Ziona. Nauczył go wszystkiego, co umiał, a po śmierci zostawił w życiu swojego syna wyrwę. Być może nauczył go jednak czegoś więcej niż gra na gitarze czy w szachy. Wspomnienie o nim zdawało się mieć w tym momencie jakiś większy sens. Ale jaki?
— Tak, tak, już to mówiłeś. Skoro nie chcesz nam wyznać prawdy, może twoi przyjaciele ją z ciebie wydobędą. Wrócimy tu za pół godziny i jeśli do tej pory żadne z was nie będzie gotowe do rozmowy, spotkają was konsekwencje. Może patrzenie, jak ucinam im palec po palcu, pobudzi twoje szare komórki, synu Ateny — zagroziła królowa Amazonek, niby od niechcenia muskając sztylet spoczywający u jej boku.
Blanche zdecydowanie wolałaby zachować wszystkie palce. Zion był jednak półprzytomny i raczej nie zdawał się rwać do zdradzania im swoich głęboko skrywanych sekretów, nawet wtedy, gdy ich trójka została w pomieszczeniu sama. Czy raczej, jak podejrzewali zapewne wszyscy, w towarzystwie podsłuchów oraz kamer…
Zegar na ścianie tykał złowrogo, odmierzając każdą mijającą sekundę. Ciszę od czasu do czasu wypełniały coraz bardziej absurdalne pytania lub próby sformułowania planu ucieczki przez Wintera. Zion odpowiadał mu jedynie pomrukami lub półsłówkami, stanowiącymi dla nich jedyny wyznacznik tego, że mężczyzna wciąż jest przytomny. Gdy chłopak wspomniał coś o swojej matce, Blanche odezwała się po raz pierwszy, odkąd drzwi zamknęły się za Amazonkami. O ile wysyczane „ćśś” uznać można za odezwanie się. Być może się myliła i Winter nie zdawał sobie sprawy z tego, że na pewno byli wciąż obserwowani i słuchani. Jeśli jednak miało im się coś stać, nie zamierzała wciągać w to jeszcze Keen. Miała dość zmartwień, próbując znaleźć sposób na to, by chociaż ich syn wyszedł z tego wszystkiego cało.
Kiedy zegar odmierzał już ostatnie kilka minut, Zion nagle wyprostował się na swoim krześle. Uczynił to z niemałym trudem i przypłacił za ten ruch kolejnym napadem kaszlu i splunięciem krwią na podłogę. Strużka krwi zmieszanej ze śliną wciąż spływała mu po kąciku ust, kiedy spojrzał poważnym wzrokiem na siedzących naprzeciwko niego Blanche i Wintera.
— U szczytu stołu są kartki papieru i długopis. Będziecie ich potrzebować.
— Zion… — zaczęła Blanche. Nie wiedziała, co planuje syn Ateny, jednak cichy głosik z tyłu jej głowy zwany intuicją szeptał, że to się źle skończy.
— Zaufaj mi, Blanche. Wiem, co robię. Nie mogę pozwolić, żeby przeze mnie stała się wam krzywda.
Zanim zdołała otworzyć znowu usta, Winter wstał ze swojego krzesła. Przez chwilę wstrzymała oddech, spodziewając się miotaczy ognia czy strzał pędzących prosto ku niemu. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Najwyraźniej wstawanie było dozwolonym posunięciem. Zwłaszcza jeśli zdaniem Amazonek miało je zaprowadzić ku zaginionemu reliktowi. Już chwilę później na blacie przed Blanche spoczął blok notatnikowy i długopis, oczywiście sygnowane logo Amazonu.
— Ty masz ładniejsze pismo — bąknął chłopak i powrócił na swoje miejsce.
Przez chwilę wyglądał tak, jak gdyby nie minął nawet rok od ich pierwszego spotkania. Jego mina przywodziła na myśl bardziej zagubionego chłopca niż młodego mężczyznę, którym się stał na przestrzeni lat. Po chwili jednak przybrał bardziej opanowaną minę i spojrzał na Ziona.
— No dobra, po co nam te kartki? Będziemy rysować mapkę? — spróbował zażartować. Żadne z nich się jednak nie zaśmiało.
— Mój ojciec opracował sposób na ukrycie włóczni Thalestris przed wszystkimi innymi. Odzyskanie jej wymaga między innymi przyrządzenia mikstury, na którą przepis mi przekazał — wyjaśnił Zion, a na rękach Blanche pojawiła się gęsia skórka.
Zion dyktował. Blanche notowała. Zegar tykaniem odmierzał kolejne sekundy. Nawet oddech Wintera zdawał się cichszy niż wcześniej. Kiedy córka Tyche skończyła zapisywać nazwę ostatniego składnika, drzwi pokoju znowu się otworzyły. Czas się skończył.
Królowa Amazonek nie zadawała pytań i nie czekała na wyjaśnienia. Stanęła za Blanche i zaczęła czytać nad jej ramieniem.

pięć nasion słonecznika
pięć liści eukaliptusa
dwie łyżki miodu
jeden kwiat hibiskusa
dwa korzenie mandragory
sześć jagód belladonny
trzy szklanki wody źródlanej
cztery mililitry naparu z pokrzywy
pięć kropli krwi dziewicy

— Co to za brednie? — wycedziła Amazonka.
Blanche najchętniej sama zadałaby to pytanie. Nie ważne ile razy przebiegała wzrokiem po ciągu liter przed sobą, nie potrafiła odnaleźć w nim sensu. Pierwsze lub ostatnie litery nie układały się w żadną ukrytą wiadomość. Może to ten ciąg cyfr tworzył jakiś kod?
— To nie brednie, tylko przepis przyjaciela mojego ojca. Syna Hekate. Jeśli zbierze się i odpowiednio odmierzy składniki, a w nów uwarzy się z nich eliksir, można będzie za jego pomocą odzyskać włócznię. Wystarczy polać tym grób mojej prababki. — Zion mówił z coraz większą trudnością. Patrzył jednak Amazonce prosto w oczy, pomimo bólu i wyczerpania trzymając głowę wysoko uniesioną.
Amazonka wyglądała na usatysfakcjonowaną jego wyjaśnieniem. Posłała nawet w jego kierunku uśmiech, którego błysk przywodził na myśl ostrze noża.
— Świetnie. Twoi przyjaciele na pewno wyrywają się do tego, by zdobyć dla mnie te składniki. Za to ty, drogi synu Ateny… Ty nie jesteś nam już potrzebny.
Nogi Blanche podniosły ją z krzesła, zanim mózg zdołał w pełni zarejestrować ten ruch. Nie zdążyła jednak uczynić niczego więcej, zanim ostrze sztyletu, który Amazonka wyciągnęła z pochwy wręcz błyskawicznym ruchem, zatopiło się w szyi Ziona.


Winter?
────
[1160 słów: Blanche otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Edel CD Doriana i Kurta — „Serve the servants”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA IV

Słuchanie o zwierzętach hodowalnych jest ekstremalnie inspirujące, szczególnie dla wyobraźni. Edel, jako lewicowa wegetarianka i przeciwniczka wszelkiej krzywdzie dziejącej się zwierzęciom musi prawie dosłownie ugryźć się w język, żeby nie skomentować zarówno pełnej brokatu i magii historyjki o cielęcim porodzie na pace ciężarówki, jak i o przewozie zwierząt na takie odległości w takich warunkach (mimo że jeszcze nawet nie rzuciła okiem na pakę ciężarówki), a także o karmieniu świń frytkami. Dziewczyna decyduje uśmiechać się miło i kiwać głową, bo rozpoczęcie dyskusji o prawach zwierząt oraz walki o ich dobrobyt mogłoby sprawić, że ich jedyny ratunek (cytując: „mieli tyle szczęścia!”) przestałby być czymkolwiek bliskim do ratunku i postanowiłby nie tylko odjechać sobie w siną dal, lecz także mógłby stać się agresywny wobec trójki biednych, porzuconych przez ich opiekunów dzieciaków.
– Wow, super – sucho rzuca Dorian, a wypowiedziane przez niego „super” równie dobrze mogłoby zostać uznane za „z zimną krwią zamorduję całą twoją rodzinę i pozwolę, żeby twoje pałaszujące fryteczki prosiaczki pożarły ich trupy, a podczas tego rytuału ty będziesz przywiązany do krzesła i musiał to wszystko oglądać”. Przynajmniej Edel tak to odbiera. Mężczyzna tylko miło się uśmiecha, najwyraźniej nie widząc w dziwnym niewidomym chłopaczku żadnego zagrożenia.
– Bardzo dziękujemy, panie…? – pyta Edel.
– John Johnson, miło poznać, panienko – John Johnson mruga do dziewczyny i pstryka w daszek swojej czapki. – Mamy taką tradycję w rodzinie, że każdy pierworodny ma na imię John. Mój ojciec to John, mój dziadek to John, mam kuzyna Johna i drugiego kuzyna Johna… wujka pewnie jakiegoś też! Ale mój brat to już jest Johnatan, a drugi brat Jean, a trzeci Juan. Czwartego nie mam, a trochę szkoda, bo może nazywałby się Tom – śmieje się, chyba myśląc, że zarzucił jakimś inteligentnym żartem. Edel trochę z wyczerpania, a trochę ze zwykłego bycia miłą, wymusza suchy chichot, co najwyraźniej jest ponad siły Kurta i Doriana. – Dobra, dzieciaki, to wskakujcie na pakę. Po drodze może złapiemy jakiegoś McDonalda, co?
– Byłoby cudownie – rzuca Edel, choć wcale tak nie myśli, podczas gdy bracia już wspinają się na ciężarówkę.
Na pace jest niemal równie gorąco, jak na środku pustyni. Obrzydliwości ich sytuacji dodaje fakt, że unosi się tu bardzo intensywny zapach nigdy niemytych zwierząt, ich paszy i ich odchodów i w ogóle wszystkiego, co związane jest z chlewem. Gorące cielska ocierają się o skórę i ubrania, świnie otaczają herosów ze wszystkich stron, a gdy Edel patrzy w oczy jednemu ze zwierząt, czuje, że ono byłoby w stanie zjeść ją na żywca. Nawet nie wie, dlaczego. Po prostu jest coś w tych małych, paciorkowatych oczkach i w pysku, który nie wyraża żadnej emocji. Świnie co jakiś czas trochę się kołyszą, suną po blasze albo próbują przespacerować się wśród swoich towarzyszek i Edel w ciagu pięciu minut skończyła całkowicie zastawiona czterema świniami, podobnie jak Kurt i Dorian. Pewnie się z tego cieszyli, że w końcu mają czas dla siebie. Najlepiej radził sobie Terminator, który troszkę sterroryzował prosiaki swoją wielkością i teraz wszystkie zerkają na niego z poważnym szacunkiem, zostawiając mu z dwa centymetry przestrzeni osobistej. Groteski dodaje ciągła gadanina Johna Johnsona, której żaden z półbogów nie jest w stanie usłyszeć przez ryk silnika i odgłosy wydawane przez zwierzęta.
Edel ma ogromną nadzieję, że jednak nie zatrzymają się w żadnym fastfoodzie, bo wtedy musiałaby wejść do przestrzeni publicznej, śmierdząc prosiakami. Gdyby miała na sobie ogrodniczki i słomiany kapelusz to mogłaby zbudować wrażenie osoby, która właśnie powinna tak pachnieć, ale zdecydowanie wygląda bardziej na kogoś, kto roznosi wokół siebie słodki zapach papai.
Gdy już nie muszą się do siebie odzywać, Kurt i Dorian z radością to wykorzystują. Ewentualnie wymieniają między sobą skrawki zdań, których Edel nie byłaby w stanie usłyszeć, nawet jeśli nie byłyby wypowiadane półgłosem. Tak czy siak prędzej zintegrowałaby się ze świniami, o które się opiera w poszukiwaniu półwygodnej pozycji, niż z dwójką nastolatków z kohorty, którą zarządza. Z westchnieniem (błąd, musi teraz nabrać w płuca więcej powietrza zakrapianego obrzydliwym swądem) zmienia pozycję i opiera swój notatnik na zgiętych nogach, dopiero teraz orientując się, że gdzieś musiała zgubić swój długopis. Zrezygnowana, wymienia zdesperowane spojrzenie z jedną ze świń, która pomaga jej w sposób ekskluzywny dla wszystkich delikatnie ohydnych zwierząt – parę kropli ciągnącej się, gęstej śliny spada na kartki z notatnika Edel. Bardzo niemetaforyczne krople przeważają szalę i dziewczyna z obrzydzeniem wyrywa kilka stron, żeby potem zgnieść je w kulkę i wepchnąć do kieszeni, bo nawet w takiej sytuacji nie wyobraża sobie zaśmiecić jakiejś tam pustyni.
– Jak daleko jest stąd do San Francisco? – woła na tyle głośno, że może chociaż Kurt i Dorian ją usłyszą, choć wątpi w to, że akurat od nich otrzyma miłą odpowiedź. Albo w ogóle jakąkolwiek odpowiedź.
– Centurionka nie powinna znać się na geografii? – cięta riposta Doriana trafia w Edel jeszcze przed tym, jak pytanie powisiało w powietrzu jakieś dwie sekundy. Jeszcze nawet nie dojrzało.
– Śmieszne – komentuje Kurt, wcale nie brzmiąc na rozbawionego.
– Osiem godzin, dzieciaki!!! – wrzeszczy John. – Co wy, nie uważaliście, jak wam opowiadali o planie wycieczki? Ci nauczyciele to serio muszą być jacyś nie ten tego. Brać tutaj dzieciaki, nie mówić im o nakryciach głowy, zostawiać je na pastwę losu i na przegrzanie! Co za czasy!! To wszystko przez tę nową politykę, mówię wam.
– Spałam, jak tu jechaliśmy – odpowiada Edel, choć nie jest pewna, czy ta odpowiedź jest w ogóle wymagana i czy tym razem John ją usłyszy. Jej poharatane struny głosowe powoli przestają jej słuchać, a język już jakiś czas temu postanowił zmienić się w suchego gluta, który tylko czasem trafia w dobre miejsce w ustach.
Edel najchętniej by się przespała, ale odnalezienie komfortowego miejsca wraz z pociesznymi świnkami w trzęsącej się na każdym, najmniejszym kamyczku przyczepie nie sprzyjało jakiejkolwiek formie relaksu. Wpatrywanie się w niebo też nie działa, bo jedyne, co Edel może zobaczyć, to oślepiające słońce. Pozostaje wpatrywanie się w prześliczne tyłki świń. Ewentualnie w ich jeszcze śliczniejsze oczy. Edel ma ochotę się zabić. Albo zabić kogoś. Nie świnie. Świnie na to nie zasługują. To one są ofiarami tej sytuacji.
Dziewczyna delikatnie próbuje przegonić parę prosiaków, żeby dostać się bliżej Kurta i Doriana, ale zwierzęta mają gdzieś jej próby. Edel przez chwilę patrzy na nie bezradnie, mamrocze jakieś przeprosiny i próbuje siłą przesunąć parę świnek, które w odpowiedzi żałośnie kwiczą, ale rzeczywiście przesuwają się o parę niewielkich przesunięć raciczek. Heroska przeciska się pomiędzy nimi i po paru minutach męczarni wreszcie stwierdza, że jest wystarczająco blisko braci, żeby z nimi normalnie porozmawiać.
– Kiedy Terminator będzie w stanie nas stąd zabrać? – pyta, patrząc raz na Kurta (który aktualnie wpatruje się w widoczny ponad grzbietami świń horyzont), a raz na Doriana (definitywnie najbardziej znudzonego z całej ich paczki, co jakiś czas odnajdującego rozrywkę w skubaniu sierści najbliższej świni).
– Terminator odpoczywa – odpowiada Dorian, jakby Edel wcale tego nie wiedziała.
– Chyba nie chcecie siedzieć tutaj osiem godzin?
– Może ty nie chcesz – prycha Kurt, wciąż nie obdarzając dziewczyny najkrótszym spojrzeniem.
– Nawet jeśli Terminator odpocznie, to zabierze tylko nas. Mnie i Kurta. Ewentualnie tylko mnie. Jeszcze się zastanowię.
Edel. Edel po prostu się poddaje. Kiwa głową, mówi: „aha okej” i chce wrócić do swojego odosobnionego świniowego kącika, ale zdaje sobie sprawę z tego, że ten kącik już nie istnieje, a przemieszczenie się gdzie indziej będzie wymagało ponownego grania świniami w bardzo nudnego tetrisa. Dlatego po prostu zostaje przy chłopakach, w głowie ustalając, co produktywnego może zrobić przez osiem godzin.
Szybko odpowiada sobie, że w sumie to nic.

Nuda zaczyna im doskwierać jakieś dwadzieścia minut od rozpoczęcia jazdy, a warto zaznaczyć, że czuli, jakby to dwadzieścia minut trwało co najmniej dwadzieścia godzin. Nie mają tutaj absolutnie żadnego zajęcia i w pewnym momencie Edel najzwyczajniej w świecie wyrwała kartkę ze swojego notesu, żeby metodą prób i błędów odkryć, jak składa się łabędzia z origami. Doznała wszystkich stanów od zniecierpliwienia do absolutnej furii, wykonała szybkie ćwiczenie oddechowe i aktualnie powtarza ten proces na kartce wymiętej bardziej, niż zdrowie psychiczne ich wszystkich razem wziętych. Dodatkowo blaszana podłoga z każdą kolejną sekundą staje się coraz bardziej niewygodna, a Edel zdaje się, że zamiast się ochładzać, jest tylko coraz bardziej gorąco. Gdy wyciera pot z czoła, to nie wie, czy na dłoni zostają resztki jej makijażu czy już złuszczający się naskórek. Każda z opcji jest równie nieprzyjemna do zaakceptowania.
– Może jednak ten telefon do Vergila nie był takim złym pomysłem – rzuca to stwierdzenie w przestrzeń, niekoniecznie oczekując jakiejkolwiek reakcji. – Mógłby wysłać tu kogoś, kto umie się teleportować.
Odpowiada jej cisza. Tylko Dorian po raz dziesiąty w ciągu ostatnich dwóch minut zmienia pozycję na trochę bardziej komfortową.
– To takie dość bezbolesne wyjście z sytuacji, wiecie? Albo, nie wiem, jak dojedziemy do jakiegoś miasta to możemy pożegnać się z Johnem i złapać normalnego stopa. Albo poruszać się normalnym transportem publicz…
– Mówisz o sobie. Ja polegam na Terminatorze – oznajmia niewzruszony Dorian.
Edel bierze głęboki wdech. Jeszcze siedem godzin i czterdzieści minut. Może w tym czasie jakiś bóg się nad nią zlituje i po prostu ją zabije. Dziewczyna w myślach zaczyna pisać pierwszy szkic rozmowy z Vergilem o tym, że kończy służbę. Nawet nie wie, czy to rozmowa, czy ma mu wysłać jakieś wypowiedzenie, bo raczej nie rozmawia się o takich rzeczach, ale ten moment, ta teleportacja, to poczucie bezsilności – to jest jej koniec i to jest moment, w którym ona nie zamierza dłużej pełnić jakiejkolwiek służby obok Kurta i Doriana. Nawet jeśli w tym momencie dopięli swego, to ona, kolokwialnie mówiąc, ma to gdzieś.

Wreszcie zatrzymują się w jakimś McDonaldzie. Wbrew oczekiwaniom Edel, jest to McDonald na kompletnym odludziu otoczony kompletnie niczym i to w ogóle nie jest podejrzane, że McDonald stoi sobie ot tak pośrodku niczego, to normalne dla fastfoodów. Są wszędzie. Nawet tam, gdzie nie ma niczego. Spoceni, zmęczeni i pragnący szybkiej śmierci, powoli wydostają się z pełnej świń przyczepy.
– Super, że go tu wybudowali, nie? – mówi John, stojąc obok ciężarówki z rękoma opartymi na biodrach. – Bo wiecie, ja tą trasą często jeżdżę i w ogóle. To jest takie optymalne miejsce, żeby był tu McDonald, idealnie się czasowo mieści w harmonogram posiłków, wiecie?
– Ciekawe – odpowiada Edel. Automatycznie kiwa głową, gdy John jeszcze kontynuuje, prowadząc ich dziwną grupkę do bardzo niepodejrzanego McDonalda. Jedyną myślą, jaka aktualnie pojawia się w głowie Edel, jest to, że może jakby zeszła do toalety w tej restauracji, to okazałoby się, że jest tal Labirynt Dedala. Naprawdę już wolałaby szybką rundkę po Labiryncie niż dalszą podróż w tej okropnej ciężarówce.
John uprzejmie otwiera im drzwi i z jakiegoś powodu Edel nawet nie jest zaskoczona tym, że w restauracji nikogo nie ma.


Dorian?
────
[1718 słów: Edel otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]

Od Aye CD Chaita — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Aye podświadomie wiedział, że gdzieś niedaleko znajduje się wyjście. Widział gdzieś światło, ale nie mógł pokazać go Chaitowi.
Szli dosyć długo, jak na to, że znajdowali się w ściekach. Całe szczęście brudna woda leciała kanałem, a oni szli po betonie, nie musząc brudzić nóg w odpadach biologicznych. Między ich nogami przebiegały szczury, nad głowami przelatywały nietoperze i wydawać by się mogło, że coś pływało w tej brązowej cieczy, ale były to tylko zwidy, bo żadne żyjące zwierze nie przetrwałoby w czymś takim.
Aye w końcu się zatrzymał. Odgarnął włosy na plecy i spojrzał na Chaita.
— Ogólnie, wyjście powinno być tutaj — powiedział.
Chait odetchnął z ulgą. Aye jednak zacisnął zęby, bo ta informacja w żadnym stopniu nie miała być wesoła.
— Problem jest taki — spojrzał na betonowe ściany — że nie ma tutaj tego wyjścia.
— To jest tutaj, czy go nie ma? — zapytał zdezorientowany.
— Powinno być tutaj — powtórzył. — Coś sprawiło, że tego wyjścia jednak nie ma. Rozumiesz teraz?
— Czyli pierwotnie wyjście było tutaj, ale… zostaliśmy celowo uwięzieni?
— Na to wychodzi.
Chait złapał się za głowę. Aye jedynie westchnął i przymknął oczy. Musiał coś wymyślić. W tych ściekach siedziało coś, co najwyraźniej chciało sobie przygotować ich na kolację. Jedną z żałośniejszych śmierci byłoby zginięcie w paszczy potwora w kanalizacji pod ulicami Nowego Jorku.
Chait zaczął chodzić przy ścianach, starając się znaleźć jakąś wnękę, a Aye z zamyśleniem zastanawiał się, czy nie powinni się przypadkiem cofnąć. Parę metrów za nimi znajdowało się miejsce z odnogami, do których mogli się wcisnąć i przejść do innej części kanałów.
— A może nas teleportuje? — zaczął się zastanawiać na głos.
— Nie jest tutaj zbyt ciemno? — zauważył Aye z uniesionymi brwiami. Najwidoczniej wiedział więcej o ograniczeniach dzieci Iris niż same dziecko bogini.
Chait się skrzywił. Otaczała ich taka nudna, bezpłciowa ciemność od dobrej godziny, że zdążył o tym zapomnieć. Oczy się przyzwyczaiły, umysł również, ale moce nie zdołają utworzyć tutaj tęczy.
— To co nam pozostaje?
Chyba po prostu pożałowanie, że tutaj w ogóle zdecydowali się wejść.
— Cofamy się — zarządził Aye.
Chait posłusznie kiwnął głową i poszedł za prowadzącym dotychczas ich dwójkę półbogiem.
Szli w ciszy, dlatego, bo Chait bał się odezwać, a Aye skupiał się na prowadzeniu ich w dobrym kierunku. Próbował też wyczuć konstrukcję kanałów, by wiedzieć, gdzie znajdzie najlepsze przejście, ale coś zakłócało mu myśli. Obawiał się, że trafili do bardzo złego miejsca.
Weszli do jednej odnogi i schyleni przeszli do innej części kanałów. Było tam tak samo mokro i śmierdząco, a na dodatek w powietrzu unosił się nieprzyjemny fetor. Jakby gdzieś w pobliżu rozkładało się ogromne cielsko potwora.
Aye zatkał nos ręką, a Chait przycisnął dłoń do ust.
— Chyba nie jesteśmy tutaj sami — rzucił nerwowo Chait, wyczuwając czyjąś obecność.
Aye próbowało wzorkiem odnaleźć postać, o której mówił Chait, ale nie zauważył niczego oprócz pojedynczych szczurów, śmieci i grzyba na ścianach.
— Zaraz stąd wyjdziemy — powiedział tylko, ignorując Chaita, który teraz nerwowo ściskał w ręce swoją broń.
Chait nie mógł przecież nie zaufać Aye. Całą drogę był prowadzony przez dzieciaka Hefajstosa i nie zgubił się tylko dzięki niemu. Czuł jednak, że coś na nich czeka. Na końcu tunelu. Nie miał jak tego udowodnić, ale ze strachu zapomniał, jak się chodzi i co jakiś czas musiał ręką szukać oparcia w betonowej ścianie.
Im dalej szli, tym bardziej zaczynał doskwierać im smród. Był to tak okropny, duszący zapach, że szybciej umarliby z braku tlenu niż z powodu wielkiego potwora.
— Aye… — wystękał z trudem Chait.
— Co?
Podszedł do Chaita. Odpowiedź znalazł pod swoją nogą. Wdepnął w jakieś martwe zwierzę. Chait to samo. Było tutaj sporo martwych, małych zwierząt. Nawet nie wiedzieli, co to dokładnie jest.
Przyglądając się ze strachem tej masakrze zapomnieli, że na końcu tunelu coś może na nich czekać. Potwór zirytowany tak długim czekaniem postanowił więc sam się przejść do półbogów.
Wielki stwór, przypominający jednocześnie lwa, skorpiona i czegoś, co ma skrzydła, wyrósł przed dwójką potworów. Krzyknął przeraźliwie przed ich twarzami i nastroszył ogon w celu wystrzelenia w ich dwójkę kolców. Prawie tak, jakby był jakimś jeżozwierzem, tyle że ogon wyglądał dokładnie jak ten, który mają skorpiony.
— Mantikora w kanałach? — wydusił tylko Chait zanim ze strachem odbiegł w drugą stronę, ciągnąc za sobą Aye.
Uciekając potknęli się o wystający metalowy pręt i wpadli do brudnej wody. Aye zachłysnął się obrzydliwą cieczą, a Chait umył sobie całą twarz w tym szlamie. Na sam koniec z wody wynurzył się szczur i przebiegł im po głowach.

Chait??
────
[722 słowa: Aye otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Judasa CD Havu — ,,Mary On A Cross”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA


— To trochę skomplikowane.
Havu tylko zamrugał na niego. Widać było po nim, że za moment będzie miał dość tajemnic i zacznie czuć się wykorzystywany, bo w końcu nic dla siebie nie ma z przybycia tutaj, a na dodatek został nazwany cholernym księdzem. Jest zdezorientowany, zagubiony, nikogo nie zna, Judas mu wcale w tym nie pomaga, nawet nie wie, czyja to jest rocznica i boi się, co zacznie sobie myśleć matka księdza — choć jest to irracjonalny, bezsensowny strach, wynikający z tego, że ktoś zacznie poświęcać mu swoją uwagę, że stanie się obiektem zainteresowania.
Pociągnął go do długiego stołu. Usiedli obok siebie, przy pięknym obrusie, wielu przystawkach i kieliszkach czekających na krople alkoholu. Za moment miały zostać rozdane posiłki, ale na ten moment na stole znajdowały się tylko małe przystawki, typu lekka sałatka czy roladki. Havu nie wiedział, co zrobić z rękoma i właściwie całym sobą, dlatego mógł tylko obserwować otoczenie, udając, że wcale najchętniej by nie wyszedł. Nawiązał przypadkiem kontakt wzrokowy z matką mężczyzny, która burknęła coś pod nosem i odeszła, dołączając do rozmawiającej grupki osób.
— Twoja matka chyba cię niezbyt lubi — zaśmiał się Havu, nie zastanawiając się nawet, czy było to odpowiednie.
Syn Formido zbył te słowa milczeniem. A podobno tak mu zależało, aby poszedł z nim, dlatego nie mógł zrozumieć takiego zachowania i tej uciążliwej niedostępności.
— Czekaj… twój brat… — Zmrużył oczy, bezceremonialnie wpatrując się w dwójkę mężczyzn. — Dlatego mi nic nie mówiłeś?
— To skomplikowane.
— Och, to ty jesteś cały skomplikowany. Nie mówiłeś nic o swojej rodzinie.
Już wiedział, o co chodzi. Dwójka ubranych w garnitury mężczyzn śmiała się ze sobą, żwawo o czymś rozmawiając i ukradkiem dotykając swoich dłoni. Dało się szybko poznać, że są ze sobą blisko. Bardzo blisko. Bliżej, niż są bliscy sobie przyjaciele. Havu nie powiedział nic więcej — to nie tak, że był zszokowany czy nie chciał dowierzać, ale jednak informacja o tym w jakiś sposób wpłynęła na jego postrzeganie. Oparł się sztywno o krzesło.
— Ma to coś do czynienia z tym że tak długo nie widziałeś swojej rodziny? — Podjął temat, dość szorstko.
— Nie… raczej — odparł, spuszczając głowę, jakby unikał spojrzeń innych. — Trochę to na to wpłynęło, ale… — westchnął — nie, to nie jest to.
— Już widzę, czemu tak mnie tu potrzebowałeś — parsknął. — Tak bałeś się tu przychodzić sam?
— Dziwisz się? — Z bólem przyznał mu prawdę. — Zacząłem zapominać, jak on wygląda.
W odpowiedzi spuścił głowę. Parę innych osób także przysiadło do długiego stołu — niektórzy zerkali na Judasa i jego osobę towarzyszącą, ale szybko zajmowali się sobą. Ksiądz siedział nieco skulony, nawet nie patrząc na własnego brata, podpierając policzek dłonią, jakby się zasłaniał, ale siedzieli na tyle blisko pary, że nie dało się uniknąć zauważenia go przez Jonasa. Mimo tego albo go rzeczywiście nie spostrzegł, albo udawał, że nie pamięta o jego istnieniu — czy to na pewno on mu wysłał zaproszenie, czy matka? Nie wyglądała na zadowoloną, że go tu widzi, dlatego musiał to być on. Ale jaki był w tym sens, skoro od zawsze tak go nienawidził, gardził nim, mówił wprost, że pragnie, aby Judas poszedł do diabła albo zdechł. Stwierdził w końcu, że najważniejsza jest sama jego obecność i nie ma znaczenia, czy będzie rozmawiał z rodziną, czy nie, choć w sytuacjach takich spotkań był zawsze rozmowny i stawał się centrum uwagi. Bo trudno było nie zwrócić na niego uwagi, na tę charyzmę, wygląd i samą manierę, z którą się porusza i z którą mówi. Tym razem musiał tylko wytrzymać tę parę godzin, aby znowu zniknąć i znowu nie widzieć rodziny na (prawdopodobnie) kolejnych parę lat. Wszystko było tylko formalnością. Udawaniem, że jakkolwiek są jeszcze połączeni, choć jego matka mogłaby temu zaprzeczyć, skoro, jak to zawsze mu wygarniała, Judas ma innego ojca, który ich zostawił i to go przekreśla jako jej syna.
Napili się wytrawnego wina, na którego cierpki smak rudowłosy widocznie się skrzywił. Zakrył usta, gdy półbóg na niego spojrzał. Wniesiono toast, syn Formido coraz bardziej żałował swoich decyzji, chciał stąd wyjść albo przynajmniej zapalić papierosa — ale co, jeśli zauważą jego NIEobecność? Mogłoby to być nieodpowiednie. A co, jeszcze gorsza, ktoś mógłby go zaczepić. Pozostał więc w miejscu, choć ochota na papierosa zaczęła go męczyć, a noga zaczęła niekontrolowanie podskakiwać mu pod stołem, jakby go coś opętało.
Gdy wszyscy zajęci byli rozmowami, skupieni na jego bracie, już miał zamiar złapać Havu za rękę i choćby na chwilę stąd pójść. Nie mógł znieść widoku Jonasa, któremu poświęcano tyle uwagi, a tym bardziej nie chciał łapać z nim kontaktu wzrokowego. W tej chwili jednak zaszła ich od tyłu młoda, śliczna dziewczyna, położyła dłoń na ramieniu Havu i uśmiechnęła się do niego słodko, z zapytaniem, czy wyjdzie z nim na parkiet. Speszony rudowłosy spojrzał najpierw na Judasa, potem na nią, z powrotem na Judasa, ale chyba stwierdził, że nic mu to nie szkodzi i ksiądz został sam ze sobą, na dodatek poddenerwowany jej propozycją i brakiem wsparcia. I nie chodziło tym razem o to, że to nie on dostał taką propozycję.
Nie patrzył na ich dwójkę, a raczej starał się tego nie robić, przez co zgubił ich z pola spojrzenia. Przeczekał chwilę, a potem, wykorzystując zamieszanie i gwar, stanął z krzesła i poszedł szukać Havu, nie będąc w stanie dłużej zdzierżyć tej samotności.
Obawiał się, że ten rozpłynął się w powietrzu, bo przecież tak nietrudno jest spostrzec jego miodowe loki, a po nich nie było ani śladu. Nawet bez tego, wnętrze było w stanie poprowadzić go w stronę drugiego, jakby połączeni byli niewidzialną nicią, ale tym razem ta się zerwała i prawie jak zagubione w markecie dziecko rozglądał się wokół, szukając mężczyzny. Musiało minąć kilka trudnych minut, nim go znalazł w towarzystwie tej kobiety, która zaprosiła go do tańca. Nie zastanawiając się, co ktoś może pomyśleć, po prostu złapał go za ramię i wyprowadził od ludzi, zabierając w bardziej przestronne, cichsze miejsce, w którym on sam mógł odetchnąć. Oparł się o przeciwległą do rudowłosego ścianę, wzdychając głośno.
— Co jest? Wszystko w porządku? — spytał o to, jakby właśnie go nie zostawił na pastwę losu.
— Nie sądziłem, że potrafię czuć się wyczerpany ludźmi — powiedział, na co Havu parsknął i uśmiechnął się miękko, pomimo widocznym na twarzy Judasa grymasie.
— Wystraszyłeś się, że cię tam zostawię?
Nie wiedział, czy się wystraszył, czy po prostu poczuł zazdrosny — ale i tak dopiero poczuł, jak spięty wtedy był, gdy odzyskał Havu. Ścisnął talię mężczyzny, przyciągając go do siebie tak, że nie zostało między nimi ani milimetra odległości. Rudowłosy odwrócił od niego wzrok, bacznie obserwując otoczenie.
— Nie wiem, jak się w tej sytuacji czujesz — przyznał szczerze.
— Nie musisz.
— Może powinienem.
Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale Judas go uciszył, łącząc ich usta w lekkim pocałunku. Zawahanie ze strony Havu zostało szybko rozwiane przez drugiego mężczyznę, który bardziej przycisnął go do siebie, nie chcąc puszać — co, jak znowu mu zniknie? Poczuł, jak ciepło z jego ciała przechodzi na niego i aż oblał go strach, że znowu, jak to Havu miał w zwyczaju nie raz robić, odsunie się i zostawi go zziębniętego.
— Masz zamiar z nimi rozmawiać? — spytał jednak, a mężczyzna pocałował go w brodę.
Nie odpowiedział, a zachłanne usta zeszły niżej, przez co uwięzionego w uścisku mężczyznę oblazły gorące drgawki. Byli w na tyle ustronnym miejscu, że trudno byłoby ich zauważyć, ale nadal było ryzyko, że ktoś może ich zauważyć, idąc, chociażby, do toalety obok. Judasowi to wręcz nie przeszkadzało, a nawet przeciwnie, chciał poczuć ten dreszcz lekkiej adrenaliny i najwyraźniej Havu odczuwał to samo, bo odwzajemnił dotyk księdza, wypuszczając przy tym powietrze z płuc, delektując się tym, jak mokre wargi dotykają jego szyi.
Zagłębił twarz w ramieniu Havu, a niechlujnie ułożone włosy połaskotały tego w skórę.

 
Havu?
────
[1249 słów: Judas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]