Poprzednie opowiadanie
JESIEŃ
Caroline zastanawiała się, czy w Obozie Herosów jest jakieś miejsce, w którym mogłaby zgłosić nękanie przez innego obozowicza. Jeśli takowe jeszcze nie istniało, to wiedziała już, że się, kurwa, upewni, żeby od tego dnia już stacjonowało. Zwykły wtorek, a ona już niemal przeżyła wypadek samochodowy. Drugi raz w życiu! Jak ktoś nie ma ochoty strzelić jej na pasach, to jakaś idiotka prawie rozwala samochód, w którym Caroline akurat zdarzyło się siedzieć na miejscu pasażera. Kto to widział takie cyrki? Może powinna po prostu zacząć trzymać się od dzieciaków Ateny na długość kija od szczotki? Na razie chyba nie widziała dla siebie innego wyjścia.
Samochód, który prowadziła Weronika zdążył już dawno odjechać z piskiem opon, a Caroline jeszcze uspokajała mdłości, które wywołało gwałtowne hamowanie. Mogłaby przysiąc, że jej wnętrzności niemal zrobiły fikołka. Dobrze, że nie miała czasu zjeść śniadania, bo zarzygałaby albo tę głupią deskę rozdzielczą, albo teraz swoje buty i chodnik. Przynajmniej oszczędziła roboty jakiejś biednej ekipie sprzątającej. Poza tym chyba już nigdy nie pokazałaby się na tej ulicy, a to byłoby dość niefortunne, bo bywała tutaj dość często. Jej ulubiona restauracja znajdowała się niemal naprzeciwko teatru.
Wracając do teatru; chyba powinna spieprzać stąd w podskokach. Przedtem raczej uważała potomków Ateny na zbyt mądrych na to, żeby naskoczyć na kogoś z dzidami, ale w ostatnim czasie miała tą nieprzyjemność poznać jeden przypadek, który zachwiał wszystkimi jej przekonaniami. Nawet jeśli przypadek tylko potwierdza regułę, to dalej chyba niczego już nie mogła być pewna.
Poprawiła pasek torby, który zsuwał jej się z ramienia i szybkim krokiem zaczęła iść przez chodnik. W Nowym Jorku nigdy nie panowały pustki, ale w porze lunchu było tłoczno. Z jednej strony to działało na jej korzyść, bo teoretycznie mogła zgubić się w tłumie, ale z drugiej wzdrygała się za każdym razem, kiedy wśród ludzi mignęły jej blond włosy. Zresztą, co tam blond włosy! Weronika powiedziała, że biega za nią po mieście ze trzy czwarte obozu. Większość z nich znała bądź kojarzyła chociażby z widzenia, ale na pewno zdążyło się już pojawić paru takich, których w życiu nie widziała na oczy. Co w skrócie oznaczało, że ktoś może wyskoczyć na nią z każdej strony i w każdej chwili. Kurwa, co za dziecinada! Czuła się prawie jak w podstawówce, kiedy grali w podchody, albo może raczej w berka. Wszystko tylko dlatego, że chciała być pilną, przykładną studentką i jak człowiek przyjść na egzamin. A pies to wszystko jebał.
— E, tam chyba jest! — Zawołał ktoś po jej prawej.
Obejrzała się przez ramię i w odległości paru metrów od siebie dostrzegła Chloe. Nie chciała obrażać Ateny, bo i tak już pewnie miała przesrane, ale w końcu reakcją jej organizmu na widok dzieci bogini będą wymioty. Czuła to w kościach.
Klnąc pod nosem, przyspieszyła kroku. Staranowała przy tym parę osób łokciami, ale nawet nie siliła się na mamrotanie przeprosin. Żałowała, że nie wzięła sobie żadnej kurtki z kapturem, ale skąd mogła wiedzieć, że znajdzie się w aż tak durnej sytuacji? Czuła się jak w komedii, i to takiej kiepskiej. Brakowało tylko, żeby potknęła się o skórkę po bananie i przewróciła na ten głupi ryj.
Już miała dyskretnie przemknąć pasami, kiedy ktoś złapał ją za tył kurtki. Obróciła się na pięcie na tyle szybko, że uścisk zniknął, ale za to rozległo się trzaśnięcie niepokojące przypominające odgłos rozrywanego szwu. Zajebiście, teraz jeszcze do listy strat mogła dopisać swoją ulubioną kurtkę.
— Jeszcze raz ktoś mnie dotknie, to dostanie w zęby i nie będę patrzeć na to, że macie po dziesięć lat.
— Siedemnaście!
— No to jedenaście.
Stanęła twarzą w twarz z naburmuszoną Chloe. Miała w sobie jeszcze na tyle kultury osobistej, żeby zrobić parę kroków w bok i nie blokować ludziom chodnika przy przejściu dla pieszych. Nie było sensu biec, bo nie było mowy, że uda jej przedrzeć się skutecznie przez tłum, a jeszcze na dobitkę ktoś wziąłby ją za naćpaną i zadzwonił po policję.
— Boże, ale ty jesteś okropna. Wszystkich was tak wychowują na zwierzęta? — burknęła Chloe, krzyżując ramiona na piersi. Caroline pod jej wzrokiem czuła się, jakby dziewczyna obserwowała każdy jej ruch i wcale nie czuła się z tym dobrze.
— Za dużo czasu spędzasz z siostrą. Zdecydowanie za dużo.
— Czy ty nie możesz po prostu wrócić do obozu? Nie, sorry. Dać nam zaprowadzić cię do obozu? Chcę moje drachmy.
— EJ! Przecież będą też moje! — zaprotestował zza jej ramienia Maur.
Chloe machnęła na brata ręką, ale ten najwyraźniej nie miał zamiaru odpuścić swoich ciężko zarobionych pieniędzy, bo zaczął się z nią wykłócać, przez co czujne spojrzenie Chloe na chwilę przestało skupiać się na uciekinierce. Caroline miała dość użerania się z tym bezsensownym pościgiem, ale jednocześnie raczej nie słynęła ze swojej cierpliwości, więc wycofała się szybko.
— Słuchajcie, bo- — wtrąciła jakaś obozowiczka, której imię Caroline zawsze myliła (Charin? Chyba Charin).
— Cicho! — uciszyła ją Chloe. — Nawet mnie nie denerwuj, bo to ja tutaj dowodzę i ty możesz mi co najwyżej…
Caroline uśmiechnęła się pod nosem i śmignęła w bok. Kiedy Charin szturchnęła Maura w ramię i cała trójka w końcu spojrzała w stronę córki Aresa, ta już nurkowała w boczną uliczkę.
Może to i lepiej, że Weronika ją tutaj wywiozła. Stąd miała bliżej do obozu. Ba, znała nawet jeden skrót! Miała tego dnia już zdecydowanie dość poruszania się pojazdami mechanicznymi, więc postanowiła ostatni fragment drogi przejść na piechotę. Na samym początku skręciła parę razy, żeby nie mieć ogona i w końcu ruszyła w dobrym kierunku.
Dziesięć minut. Tyle udało jej się przeżyć w błogim spokoju i względnej samotności. Do obozu został jej niecały kilometr. Teraz to już nawet miałaby gdzieś, czy ktoś ją tu złapie; niech biedne dzieciaki dostaną swoje drachmy, byle nie jęczały jej nad uchem. W międzyczasie zdążyła zdjąć kurtkę, bo od szybkiego tempa zrobiło jej się ciepło i po względnych oględzinach okazało się, że faktycznie, boczny szew na kurtce poszedł się, krótko mówiąc, jebać. Wkurwiona już zdecydowanie ponad normę, wyłączyła telefon i schowała go głęboko do torby. Nie chciało jej się znowu kluczyć i wchodzić do obozu na około, lasem, więc po prostu ruszyła w stronę głównego wyjścia. Co jej mogli zrobić? Wyrzucić ją? Przecież i tak przychodziła tu już tylko z nudów. Z chęcią grzecznie zasugerowałaby panu D, że powinien się zainteresować bardziej szkoleniem herosów, skoro cała ich chmara nie potrafiła złapać jej jednej, ale chyba wolała się już nie odzywać. Wykorzystała swój limit „głupi ma zawsze szczęście” na ten dzień.
Miała przed sobą tylko ostatni zakręt, więc w głowie już przepraszała pana D i wracała do domu, kiedy za jej plecami trzasnęła gałązka. Półboski instynkt kazał jej odwrócić się szybko i miękko ugiąć kolana, co zrobiła. Kiedy jednak zobaczyła, kto ową gałązkę zdewastował, stwierdziła, że chyba jednak dzisiaj naprawdę wolałaby bliskie spotkanie z harpią.
— Czy ty naprawdę chcesz mnie dzisiaj doprowadzić do zawału? — prychnęła, prostując się i spod byka patrząc na stojącą przed nią Weronikę.
— Ja? To ty dzisiaj nic nie robisz, tylko doprowadzasz wszystkich do bólu głowy! Studentka się znalazła, pomyślałby kto. Nie wiem, kto cię przyjął na tę uczelnię, ale z pewnością był niespełna rozumu. Dostojewski mówił, że edukacja…
Niestety nie zdążyła dokończyć tego zdania, bo Caroline stwierdziła, że nie będzie w stanie znieść kolejnego odklejonego monologu i jej przerwała.
— W chipsach wygrałam stypendium. A ty wisisz mi kurtkę — dodała i podetknęła naderwane ubranie Weronice niemal pod nos.
Weronika zamrugała, skrzywiła się i odsunęła sobie kurtkę sprzed twarzy. Caroline pożałowała, że nie użyła mocniejszych perfum. Może zapamiętałaby sobie duszący zapach i już więcej by się do niej nie zbliżyła.
—Nie umiesz szyć? Nawet tego cię nie nauczyli? Zresztą — wzruszyła ramionami i spojrzała na nią z góry, — nie dziwię się, że tego nie pojęłaś. Szycie wymaga umiejętności i gracji, to jak taniec palcami. Zresztą, wszystko, czego patronką jest Atena wymaga pewnego szczególnego poś-
— No, w końcu!
Obie dziewczyny w jednym momencie spojrzały w stronę wejścia do obozu, gdzie, o dziwo, pojawił się sam pan D. Musiało mu się niezwykle nudzić, skoro postanowił się pofatygować.
— Lefanull, żeby to mi był ostatni raz. Modozrova, gratulacje, wygrywasz dzisiaj dyżur na zmywaku. Razem z koleżanką. Jak zgubiłyście jakieś dziecko, to policzymy się jutro. Miłej zabawy! — rzucił im na odchodne znudzonym głosem.
Caroline miała ochotę krzyczeć. Głośno. I długo.
— …wiesz w ogóle, ile osób poszło mnie szukać? — zapytała, odwracając się do Weroniki.
To chyba nie był koniec jej dzisiejszych męczarni.
Weronika?
────
[1363 słowa: Caroline otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]