piątek, 25 września 2026

Od Theodore'a do Inez — „It's nice to have a friend”

Theodore niestety nigdy nie miał tego przywileju, jakim było obudzić się rano wyspanym. Może i zdarzało się, kiedy był młodszy, ale jakoś średnio to pamiętał. Szczytem jego samokontroli było wytrzymywanie całego dnia na nogach, jak normalny człowiek. Obiło mu się kiedyś o uszy, że jego greckie „rodzeństwo” przesypia całe dnie. W co lepsze dni nawet lubił Obóz Jupiter, ale miło by było nie musieć zrywać się na musztrę bladym świtem (albo ciemną nocą, gdy nadchodziła zima).
Dzień był pochmurny i mokry; Theo buty już miał całe uwalane w błocku, a ledwo zdążył wejść na trawę. Wyglądało na to, że musiało długo padać w nocy. Wyśmienicie. Niczego tak nie pragnął, jak wytarzania się w błocie podczas treningu. Dawno tego nie robił! Im dłużej trenował, tym mniej lądowania dupskiem w błocie zaliczał. Najwyraźniej jego treningi popłacały.
Nawet mimo tego, że jego mózg tego dnia wydawał się oklejony watą cukrową, a deszczowe chmury łypały na niego groźnie z góry, miał całkiem niezły humor. Przez ostatnich kilka dni dręczyły go zatkane zatoki, ale choróbsko w końcu dało mu spokój, więc czuł się znacznie lepiej. Może i było wilgotno, ale pogoda i tak była idealna na trening. Słońce nie dawało mu po oczach, na razie nie padało. Było ślisko, ale do tego już się przyzwyczaił; godziny spędzone na gołej ziemi Pola Marsowego zdecydowanie go na to przygotowały.
Miał do spożytkowania dwie godziny treningu i tym razem nie miał zamiaru znęcać się nad biednymi kukłami, więc postanowił rozejrzeć się za jakimś towarzystwem. Niestety spóźnił się parę minut, więc teraz musiał już złapać kogoś na szybko. Podszedł do pierwszej osoby, która wyglądała, jakby się za czymś rozglądała. Nawet całkiem ją kojarzył.
— Ty jesteś Inez, co nie? — zapytał, obchodząc ją dookoła (dawno już nauczył się, żeby nie szturchać kogoś, kto akurat w dłoniach trzyma broń).
Inez spojrzała na niego i uśmiechnęła się promiennie.
— Tak, tak. Coś potrzeba?
— Masz z kim trenować? Mam dość kukieł — powiedział Theo, drapiąc się po karku.
Dziewczyna rzuciła okiem na jego pochwę ze sztyletem.
— Wiesz co, i tak muszę trochę popracować z bronią krótkodystansową. Gastrafetes mnie rozpieszcza, poza tym ostatnio dość się nastrzelałam. — Wzruszyła lekko ramionami. — Jeśli pójdziesz ze mną do magazynu, żebym mogła wziąć sobie coś do ćwiczeń, to możemy pokombinować — dodała.
Theo posłał jej swój popisowy, krzywy uśmiech i skinął głową. Co prawda średnio chciało mu się zawracać z powrotem w stronę magazynu, ale wciąż wolał to, niż bezsensowne dźganie słomianej kukły przez dwie godziny. Pozbawił głów już wystarczającą ilość kukieł.
— No, to chodź. Szybko, bo jeszcze będą kazali nam zostać dłużej, a na sto procent będzie padać — ponaglała Inez, już zostawiając go w tyle. Theodore musiał przyspieszyć, żeby ją dogonić.
Może jednak za wcześnie pochwalił dzień z tym nie wpadaniem w błoto.


Inez?
────
[451 słów: Theodore otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

— Do zobaczenia? — zaśmiał się. Oczami wyobraźni widział scenę z Mean Girls, w której Weronika, jako Regina George, odchodząc obrażona wpada pod autobus. Szkoda, że tu autobusem mógł być co najwyżej pegaz lub rozpędzony Hermesiak. — Aż tak nie możesz się mnie doczekać?
Z głupkowatym uśmiechem na twarzy patrzył na Weronikę, która jeszcze na moment zatrzymała się w miejscu. Obróciła się przez ramię i spojrzała na Mikołaja z pogardą.
— Nie udawaj głupszego niż jesteś — prychnęła. — Wiesz dobrze, o czym mówię.
— Może i wiem, ale ja tam problemu nie widzę. Bogowie! Jaka tragedia! Mikołaj nie próbuje przegadać wielkiej Weroniczki, która ciągle trajkocze! I co my teraz poczniemy?
Teatralnie rozłożył ręce na boki i uniósł oczy ku niebu. Przez moment miał ochotę do tego paść na kolana, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Oj nie, nie będzie klękał przed Weroniką. Nie w tym życiu. Ani żadnym ze stu następnych.
— Dobra, daruj sobie — córka Ateny skrzywiła się i poprawiła plecak. — I tak nie zrozumiesz.
— A co mam rozumieć? Po co mam się przekrzykiwać na tych spotkaniach? Kłócić z tobą? Niketas ci nie wystarcza?
— Nie ma większej radości dla głupiego, jak znaleźć głupszego od siebie — westchnęła dziewczyna. — Dogadalibyście się. Oby jak najdalej ode mnie.
— Tak mówisz?
Mikołaj przywołał w myślach głośnego Hermesiaka i mimowolnie się skrzywił. Przez ostatnie kilka lat miał okazję odbyć z nim tylko kilka interakcji, raczej krótszych, albo, powiedzmy, oficjalnych. Jeśli tak można określić spotkania grupowych, na których Mikołaj świetnie się bawił, ale częściej jako widz improwizowanej komedii, a nie ich czynny uczestnik. Cóż, w tej jednej, jedynej kwestii Weronika się nie myliła. Ale po co miał się angażować? Ostatnim razem, kiedy chciał (a przynajmniej teraz mówił, że chciał) się do czegoś przydać, prawie utopił pół obozu.
Wolał trzymać się z daleka od kłopotów, którymi domek jedenasty śmierdział na kilometr. Zbyt dużo rzeczy uchodziło mu na sucho, żeby specjalnie pchać się do paszczy lwa i prosić o kłopoty. Jeśli chodzi o wątpliwie legalne pomysły, zdecydowanie wolał wyprawy przez pół kraju z obcym księdzem i Sony, niż cokolwiek, co wymyśliłby Niketas. Jeśli mieliby znaleźć wspólny język, byłby to język nienawiści wobec Weroniki.
— A tak wracając do tej wycieraczki — Zeskoczył z kamienia na którym stał i poszedł za Weroniką. — To może to tylko moja opinia, ale totalnie gustu nie masz. Serio? Napis welcome?
Dziewczyna skutecznie go ignorowała Szła przed siebie równym tempem.
— Widać, że masz pięćdziesiąt lat umysłowo. Jeśli miałbym być wycieraczką, to taką w kotki. Albo w gwiazdki. O, albo ostatnio widziałem taką ładną w grzybki, może załatwię taką do dwunastki przed jesienią…
— Cicho bądź — stanęła w bezruchu.
— Tak, tak, wcześniej narzeka że się nie odzywam, a teraz cicho bądź! Zdecyduj się, kobieto.
— Nie o tym- nie, serio — uciszyła go gestem ręki. — Słyszałeś to?
— Co znowu?
Niechętnie przestał mówić i przez kilkanaście sekund obydwoje nasłuchiwali w ciszy.
— Mówiłem, psychiatryk — zignorował mordercze spojrzenie dziewczyny. — Nika, kurwa, to się nazywa schizofrenia.
— Sam jesteś schizofrenia — fuknęła.
— To nie ja mówię do siebie myśląc, że nikt nie słyszy! — skłamał.
— Czasem muszę porozmawiać z kimś mądrym.
— To chyba właśnie nie z samą sobą. Nie myślałaś może o- co to było?
Oboje odwrócili się w stronę lasu. Wypatrywali ruchu, czekając na kolejny krzyk. Płacz? Mikołaj nerwowo przełknął ślinę. W końcu machnął ręką i minął Weronikę.
— Pewnie driady się kłócą. Szkoda czasu.
— Żartujesz? — córka Ateny wyglądała na oburzoną. Mikołaj westchnął zniecierpliwiony. — Ciebie NAPRAWDĘ to nie obchodzi? A co, jeśli wilki właśnie pożerają twoje rodzeństwo?
— W obozie nie ma wilków — przypomniał z uśmiechem. — A moje rodzeństwo potrafi rozmawiać ze zwierzętami. Chyba.
— Jeśli mają tak niewyparzoną gębę jak ty, to nawet gorzej!
— Naprawdę chcesz tam iść?
Próbował maskować niepokój uśmiechem. Nie chciał pokazać po sobie, że słowa Weroniki na niego wpłynęły. Chce iść do lasu? Spoko, mogą iść. Niech tylko znajdzie odpowiedni kij, taki, którym odmierzy bezpieczną odległość od córki Ateny. Miał tylko nadzieję, że odziedziczona po mamusi przemą- mądrość zawiera w sobie dobrą orientację w terenie. Lepszą, niż w zeszłym roku miała Caroline.


Weronika?
────
[651 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Caroline zastanawiała się, czy w Obozie Herosów jest jakieś miejsce, w którym mogłaby zgłosić nękanie przez innego obozowicza. Jeśli takowe jeszcze nie istniało, to wiedziała już, że się, kurwa, upewni, żeby od tego dnia już stacjonowało. Zwykły wtorek, a ona już niemal przeżyła wypadek samochodowy. Drugi raz w życiu! Jak ktoś nie ma ochoty strzelić jej na pasach, to jakaś idiotka prawie rozwala samochód, w którym Caroline akurat zdarzyło się siedzieć na miejscu pasażera. Kto to widział takie cyrki? Może powinna po prostu zacząć trzymać się od dzieciaków Ateny na długość kija od szczotki? Na razie chyba nie widziała dla siebie innego wyjścia.
Samochód, który prowadziła Weronika zdążył już dawno odjechać z piskiem opon, a Caroline jeszcze uspokajała mdłości, które wywołało gwałtowne hamowanie. Mogłaby przysiąc, że jej wnętrzności niemal zrobiły fikołka. Dobrze, że nie miała czasu zjeść śniadania, bo zarzygałaby albo tę głupią deskę rozdzielczą, albo teraz swoje buty i chodnik. Przynajmniej oszczędziła roboty jakiejś biednej ekipie sprzątającej. Poza tym chyba już nigdy nie pokazałaby się na tej ulicy, a to byłoby dość niefortunne, bo bywała tutaj dość często. Jej ulubiona restauracja znajdowała się niemal naprzeciwko teatru.
Wracając do teatru; chyba powinna spieprzać stąd w podskokach. Przedtem raczej uważała potomków Ateny na zbyt mądrych na to, żeby naskoczyć na kogoś z dzidami, ale w ostatnim czasie miała tą nieprzyjemność poznać jeden przypadek, który zachwiał wszystkimi jej przekonaniami. Nawet jeśli przypadek tylko potwierdza regułę, to dalej chyba niczego już nie mogła być pewna.
Poprawiła pasek torby, który zsuwał jej się z ramienia i szybkim krokiem zaczęła iść przez chodnik. W Nowym Jorku nigdy nie panowały pustki, ale w porze lunchu było tłoczno. Z jednej strony to działało na jej korzyść, bo teoretycznie mogła zgubić się w tłumie, ale z drugiej wzdrygała się za każdym razem, kiedy wśród ludzi mignęły jej blond włosy. Zresztą, co tam blond włosy! Weronika powiedziała, że biega za nią po mieście ze trzy czwarte obozu. Większość z nich znała bądź kojarzyła chociażby z widzenia, ale na pewno zdążyło się już pojawić paru takich, których w życiu nie widziała na oczy. Co w skrócie oznaczało, że ktoś może wyskoczyć na nią z każdej strony i w każdej chwili. Kurwa, co za dziecinada! Czuła się prawie jak w podstawówce, kiedy grali w podchody, albo może raczej w berka. Wszystko tylko dlatego, że chciała być pilną, przykładną studentką i jak człowiek przyjść na egzamin. A pies to wszystko jebał.
— E, tam chyba jest! — Zawołał ktoś po jej prawej.
Obejrzała się przez ramię i w odległości paru metrów od siebie dostrzegła Chloe. Nie chciała obrażać Ateny, bo i tak już pewnie miała przesrane, ale w końcu reakcją jej organizmu na widok dzieci bogini będą wymioty. Czuła to w kościach.
Klnąc pod nosem, przyspieszyła kroku. Staranowała przy tym parę osób łokciami, ale nawet nie siliła się na mamrotanie przeprosin. Żałowała, że nie wzięła sobie żadnej kurtki z kapturem, ale skąd mogła wiedzieć, że znajdzie się w aż tak durnej sytuacji? Czuła się jak w komedii, i to takiej kiepskiej. Brakowało tylko, żeby potknęła się o skórkę po bananie i przewróciła na ten głupi ryj.
Już miała dyskretnie przemknąć pasami, kiedy ktoś złapał ją za tył kurtki. Obróciła się na pięcie na tyle szybko, że uścisk zniknął, ale za to rozległo się trzaśnięcie niepokojące przypominające odgłos rozrywanego szwu. Zajebiście, teraz jeszcze do listy strat mogła dopisać swoją ulubioną kurtkę.
— Jeszcze raz ktoś mnie dotknie, to dostanie w zęby i nie będę patrzeć na to, że macie po dziesięć lat.
— Siedemnaście!
— No to jedenaście.
Stanęła twarzą w twarz z naburmuszoną Chloe. Miała w sobie jeszcze na tyle kultury osobistej, żeby zrobić parę kroków w bok i nie blokować ludziom chodnika przy przejściu dla pieszych. Nie było sensu biec, bo nie było mowy, że uda jej przedrzeć się skutecznie przez tłum, a jeszcze na dobitkę ktoś wziąłby ją za naćpaną i zadzwonił po policję.
— Boże, ale ty jesteś okropna. Wszystkich was tak wychowują na zwierzęta? — burknęła Chloe, krzyżując ramiona na piersi. Caroline pod jej wzrokiem czuła się, jakby dziewczyna obserwowała każdy jej ruch i wcale nie czuła się z tym dobrze.
— Za dużo czasu spędzasz z siostrą. Zdecydowanie za dużo.
— Czy ty nie możesz po prostu wrócić do obozu? Nie, sorry. Dać nam zaprowadzić cię do obozu? Chcę moje drachmy.
— EJ! Przecież będą też moje! — zaprotestował zza jej ramienia Maur.
Chloe machnęła na brata ręką, ale ten najwyraźniej nie miał zamiaru odpuścić swoich ciężko zarobionych pieniędzy, bo zaczął się z nią wykłócać, przez co czujne spojrzenie Chloe na chwilę przestało skupiać się na uciekinierce. Caroline miała dość użerania się z tym bezsensownym pościgiem, ale jednocześnie raczej nie słynęła ze swojej cierpliwości, więc wycofała się szybko.
— Słuchajcie, bo- — wtrąciła jakaś obozowiczka, której imię Caroline zawsze myliła (Charin? Chyba Charin).
— Cicho! — uciszyła ją Chloe. — Nawet mnie nie denerwuj, bo to ja tutaj dowodzę i ty możesz mi co najwyżej…
Caroline uśmiechnęła się pod nosem i śmignęła w bok. Kiedy Charin szturchnęła Maura w ramię i cała trójka w końcu spojrzała w stronę córki Aresa, ta już nurkowała w boczną uliczkę.
Może to i lepiej, że Weronika ją tutaj wywiozła. Stąd miała bliżej do obozu. Ba, znała nawet jeden skrót! Miała tego dnia już zdecydowanie dość poruszania się pojazdami mechanicznymi, więc postanowiła ostatni fragment drogi przejść na piechotę. Na samym początku skręciła parę razy, żeby nie mieć ogona i w końcu ruszyła w dobrym kierunku.
Dziesięć minut. Tyle udało jej się przeżyć w błogim spokoju i względnej samotności. Do obozu został jej niecały kilometr. Teraz to już nawet miałaby gdzieś, czy ktoś ją tu złapie; niech biedne dzieciaki dostaną swoje drachmy, byle nie jęczały jej nad uchem. W międzyczasie zdążyła zdjąć kurtkę, bo od szybkiego tempa zrobiło jej się ciepło i po względnych oględzinach okazało się, że faktycznie, boczny szew na kurtce poszedł się, krótko mówiąc, jebać. Wkurwiona już zdecydowanie ponad normę, wyłączyła telefon i schowała go głęboko do torby. Nie chciało jej się znowu kluczyć i wchodzić do obozu na około, lasem, więc po prostu ruszyła w stronę głównego wyjścia. Co jej mogli zrobić? Wyrzucić ją? Przecież i tak przychodziła tu już tylko z nudów. Z chęcią grzecznie zasugerowałaby panu D, że powinien się zainteresować bardziej szkoleniem herosów, skoro cała ich chmara nie potrafiła złapać jej jednej, ale chyba wolała się już nie odzywać. Wykorzystała swój limit „głupi ma zawsze szczęście” na ten dzień.
Miała przed sobą tylko ostatni zakręt, więc w głowie już przepraszała pana D i wracała do domu, kiedy za jej plecami trzasnęła gałązka. Półboski instynkt kazał jej odwrócić się szybko i miękko ugiąć kolana, co zrobiła. Kiedy jednak zobaczyła, kto ową gałązkę zdewastował, stwierdziła, że chyba jednak dzisiaj naprawdę wolałaby bliskie spotkanie z harpią.
— Czy ty naprawdę chcesz mnie dzisiaj doprowadzić do zawału? — prychnęła, prostując się i spod byka patrząc na stojącą przed nią Weronikę.
— Ja? To ty dzisiaj nic nie robisz, tylko doprowadzasz wszystkich do bólu głowy! Studentka się znalazła, pomyślałby kto. Nie wiem, kto cię przyjął na tę uczelnię, ale z pewnością był niespełna rozumu. Dostojewski mówił, że edukacja…
Niestety nie zdążyła dokończyć tego zdania, bo Caroline stwierdziła, że nie będzie w stanie znieść kolejnego odklejonego monologu i jej przerwała.
— W chipsach wygrałam stypendium. A ty wisisz mi kurtkę — dodała i podetknęła naderwane ubranie Weronice niemal pod nos.
Weronika zamrugała, skrzywiła się i odsunęła sobie kurtkę sprzed twarzy. Caroline pożałowała, że nie użyła mocniejszych perfum. Może zapamiętałaby sobie duszący zapach i już więcej by się do niej nie zbliżyła.
—Nie umiesz szyć? Nawet tego cię nie nauczyli? Zresztą — wzruszyła ramionami i spojrzała na nią z góry, — nie dziwię się, że tego nie pojęłaś. Szycie wymaga umiejętności i gracji, to jak taniec palcami. Zresztą, wszystko, czego patronką jest Atena wymaga pewnego szczególnego poś-
— No, w końcu!
Obie dziewczyny w jednym momencie spojrzały w stronę wejścia do obozu, gdzie, o dziwo, pojawił się sam pan D. Musiało mu się niezwykle nudzić, skoro postanowił się pofatygować.
— Lefanull, żeby to mi był ostatni raz. Modozrova, gratulacje, wygrywasz dzisiaj dyżur na zmywaku. Razem z koleżanką. Jak zgubiłyście jakieś dziecko, to policzymy się jutro. Miłej zabawy! — rzucił im na odchodne znudzonym głosem.
Caroline miała ochotę krzyczeć. Głośno. I długo.
— …wiesz w ogóle, ile osób poszło mnie szukać? — zapytała, odwracając się do Weroniki.
To chyba nie był koniec jej dzisiejszych męczarni.


Weronika?
────
[1363 słowa: Caroline otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

Istnieje kilka rzeczy, które człowiek otrzymuje bez pytania: nazwisko, śmiertelność i cudze zdanie na swój temat.
To ostatnie jest szczególnie hojnym darem. Ludzie, którzy znają cię od tygodnia, bez trudu wyjaśnią twoje motywacje. Ci, którzy znają cię od lat, zrobią to jeszcze chętniej, ponieważ zgromadzili wystarczająco dużo materiału, żeby ignorować wszystko, co nie pasuje do wcześniejszych ustaleń. Z czasem powstaje z tego całkiem spójna osoba.
Niekoniecznie ty.
To jednak szczegół techniczny.

— Tak, drogi Mikołaju, wszystko, byleby było dla ciebie wygodnie. — odburknęła, siląc się na dozę ironii. — Bo po co się zastanawiać, czy coś pożre twoje rodzeństwo. Przecież można rozłożyć się na kanapie i mieć w nosie wszystko. Grupowy to tylko głupia plakietka, prawda?
Zapisała sobie na przyszłość myśl o Kronosie pożerającym własne dzieci, jedno po drugim. Zawsze, gdy słuchała o początkach Bogów Olimpijskich, majaczył się przed nią obraz Goi. Była świadoma tego, co potwory potrafią zrobić z herosami, a i tak się wzdrygnęła. Czy w sumie podobnie nie postępowali bogowie, rzucali własnymi dziećmi, jak mięso armatnie, w tabuny potworów? Wyrzuciła prędko tę myśl, jej matka w życiu by się nie zgodziła na coś takiego. Na wszystko musiało być strategiczne wytłumaczenie, wszakże nie robiliby Obozu Herosów i Obozu Jupiter.
Nie interesowało ją już, jak rozmówca zareagował. Poczuła minusy, jak w Simsach, w dodatku trzymające się w parze, dokładające się do i tak konkretnego stosu minusów (praktycznie każdy obozowicz zarobił na swojego minusa, niektórzy mieli ich zdecydowanie więcej, patrz: Niketas). Gdyby była w stanie wyjść z siebie, przejąć panel sterowania i delegować Simem o imieniu Mikołaj, to już by to dawno zrobiła. Dałaby może jakieś użyteczne rozwijanie sobie umiejętności, na przykład ćwiczenie charyzmy przed lustrem i nauka savoir-vivre (kiedy Weronika miała 13 lat, w jej ręce wpadł wysłużony laptop, na którym mogła w te Simsy pykać. Wciągnęła się na dobre kilka tygodni, dzień w dzień delektując się poczuciem kontroli, dopóki nie odinstalowała). A tak to stał tutaj, jak kołek, jakby ktoś mu anulował czynność.
— No dokładnie, więc możesz się dalej topić i machać rękami. — warknął Mikołaj. — Zaproponuj jeszcze jakieś kolejne głupie zajęcia. Mam pomysł, może po nauce pływania nauka szydełkowania, żeby złapać potwora we francuski supełek czy inny kunszt? Warsztaty lepienia garnków z organicznej gliny prosto z serca Toskanii?
Powiedział to akurat wtedy, kiedy Weronika podjęła kolejną próbę pływania. Kolejną nieudaną, co nie zrażało ją to. Plusem uznania grupowego domku Dionizosa za żałosnego było to, że można było się mniej przejmować jego zdaniem. Wystarczy, że już wcześniej trafiała na jego żenujące żarty. Kiedy był poruszany temat zawodów, zawsze wspominał coś o wyciąganiu chuja z wody, dekoncentrując innych.
— Komuś się nie podoba propozycja wprowadzenia różnych technik walki z różnych kultur? Ojejku, tak mi przykro.
— Mam nadzieję, że wtedy te żelki z chilli ci smakowały! Ładnie ci uszy poczerwieniały.
— Mogłyby konkurować z twoimi, kiedy ten nimfotyp podpłynął do ciebie i mówił coś o nogawkach.
— Zazdrosna?
— Tak, jestem niezmiernie zazdrosna o jakiś pomniejszy, śmierdzący strumyk. — przewróciła oczami.
Wyszła ponownie na brzeg i performatywnie poprawiała, z namaszczeniem wręcz, taśmy kinezjologiczne.
— „Żyjemy w kraju, w którym nie ma dróg, są tylko kierunki”. — westchnęła.
Mikołaj puścił kolejną kaczkę. Odbiła się od spokojnej powierzchni z pięć razy, zanim podzieliła los poprzedniczek.
— U ciebie, Weronika, to jest kierunek na psychiatryk. — odparł od razu.
— A wciąż ty tutaj siedzisz, tak bardzo chcesz się ze mną wybrać tam? — zaczęła się irytować. Zebrała wszystkie książki, notesy do kupy i wkładała w odpowiednie miejsca w plecaku. Nawet tutaj był porządek. — Zostawiam ci ten cytat do własnej interpretacji, może się przyda.
— Już lecę zaimponować reszcie jakimiś głupimi cytatami. Na przykład, o, „Zbrodnia bez kary to tylko przedsiębiorczość”.
— Źle to powiedziałeś. — naprostowała od razu Weronika, zgrzytając zębami.
— Może Raskolnikow tak pomyślał. — delikwent włożył ręce do kieszeni i uśmiechnął się głupkowato.
— Nie pomyślał!
— Powinien był. Książka byłaby krótsza.
Dziewczyna w tym czasie ubrała się, z trudem trafiając w nogawki spodni z powodu bezeceństw, jakie on wygłaszał. Kiedy się uporała z tym zadanie, zamaszyście założyła pasek plecaka na ramię i zadarła nos, przechodząc obok Mikołaja. Cierpliwość na dzisiaj się wyczerpała, odpoczynek w domku dobrze jej zrobi.
— Do zobaczenia na najbliższym spotkaniu grupowym. Fajnie, że znowu będziesz pełnić funkcję wycieraczki! Taką z dużym napisem WELCOME. Przynajmniej grupa nie naniesie błota! — wykrzyknęła sfrustrowana na pożegnanie, zostawiając go za sobą. Tak, jak zrobiła to jesienią.


Mikołaj?
────
[705 słów: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

– Ryby chciałem łowić – odpowiada Greg, trzymając jedną rękę na kierownicy, a drugą zanurzoną w pudełku z McDonalda, w którym już chyba nie ma ani jednego nuggetsa. Mimo tego mężczyzna bardzo uporczywie w nim grzebie, tak jakby miał znaleźć tam drugie dno, a w nim kolejne dwadzieścia kurczaków.
– Ryby? W Pittsburgu? – pyta Sony, marszczy brwi i odwraca się do Mikołaja. Chłopak wzrusza ramionami, pewnie nie mając najmniejszego pojęcia o aglomeracji Pittsburga i jeziorach, jakie można w nich znaleźć. – A to nie jest takie wiesz, duże miasto?
– Aha – potakuje mężczyzna, przy czym bardzo łatwo można wyczuć, że z trudem ukrywa śmiech.
– Ty nas próbujesz wkręcić – demaskuje go Mikołaj, a Sony w poczuciu zostania kompletnie totalnie zdradzoną, wystawia język do przedniego lusterka. Za mało uważała na fizyce, żeby zrozumieć, że Greg nie widzi dokładnie tego samego w lusterku, co ona, więc w jej głowie Greg został dobitnie poinformowany o jej dysaprobacie.
– Może ta. – Greg uśmiecha się do jezdni przed sobą zadowolony ze swojego średniej jakości ragebaitingu dwójki dzieciaków. Niestety to zadowolenie jest poniekąd przyćmione przez nieodnalezienie żadnych nuggetsów w przetłuszczonym kartonowym pudełku. – Ale tak serio, jadę tam na takie komediowe show.
– W sensie że kabaret? – dopytuje Mikołaj.
Greg kręci głową.
– Improwizowane przedstawienie wędrownej grupy teatralnej? – próbuje Sony.
– …Nie, ale brzmi fajnie.
– Greg, czy ty chcesz zostać komikiem? – pyta Mikołaj trochę zaniepokojonym i współczującym tonem, prawdopodobnie szybko rozpoznawszy marne umiejętności opowiadania żartów Grega. A bardziej jakikolwiek brak przesłanek odnośnie tego, żeby mężczyzna w ogóle chciał opowiedzieć jakiś bardziej wyrafinowany żart od „wchodzi pies do baru, a tam drzwi”.
– Myślałam, że twoim hobby jest, wiesz, łowienie ryb. W ogóle, jak bym z tobą teraz połowiła, bo taka dziewczyna na Obozie mnie nauczyła i złowiłam taką WIEEEEEEEEEELKĄ rybę i nazwałam ją Helenka. No i. Mogłabym z tobą połowić. A ty mi poopowiadasz żarty i może trochę poćwiczysz te swoje umiejętności komediowe i…
– Wy po prostu we mnie nie wierzycie. – Z ragebaitingu przechodzi bardzo szybko do guilt trippingu. – Słuchajcie, ja już jestem zapisany na ten event, przygotowywałem się i w ogóle. Ja sobie dam radę. Ryby połowię kiedy indziej.
Może gdyby Sony albo Mikołaj lepiej orientowali się w geografii Sanów Zjednoczonych, mogliby zachęcić Grega do łowienia ryb dzięki poleceniu mu kilku jezior o oryginalnych, niepowtarzalnych i obiektywnie zabawnych nazwach, które przy odpowiednim podejściu przydałyby mu się w jego skeczach. Mógłby zrobić cały segment o podróży z dwójką nastolatków i księdzem wzdłuż i wszerz Ameryki, objeżdżając jezioro za jeziorem i odkrywając, jak wspaniałe mają nazwy i gdzie mogą dowieźć ich istne wyżyny ludzkiej kreatywności. Albo może on już wie o istnieniu tych jezior, tylko brakuje mu ostatniego zapalnika, iskierki odpalającej całą lawinę pomysłów, którą mogłaby dostarczyć mu dwójka dzieciaków na tylnej kanapie jego samochodu.
Sony patrzy na Mikołaja, Mikołaj patrzy na Sony, oboje nie wyciągają niczego dobrego ze swoich spojrzeń. Dopiero Sony decyduje się na bardzo istotny ruch w komunikacji niewerbalnej, czyli na próbę odpalenia swojego telefonu z nadzieję, że plama wylewającego się ekranu jeszcze nie zasłoniła całego wyświetlacza. Jakimś cudem, mimo że urządzenie było podpięte do ładowarki już dobre osiem godzin, naładowało się wyłącznie do dwudziestu dwóch procent. Kolejnym cudem jest to, że ten wynik zadowala Sony, bo telefon jest, uwaga, funkcjonalny. W notatniku pisze: „4j mes jki4ę mof4 ś4by to KUREWA ej msz jkieś moce by go jkoś prekonać ten?????????????????”.
Mikołaj odpisuje jej: „Moge go upic”. Gdy oddaje jej telefon, Sony przez długą chwilę wpatruje się w jego wiadomość, żeby potem z rozczarowaniem pokręcić głową i równie rozczarowanie westchnąć.
„A ja go mg ogluszć”.
„LE on prowadzi”.
„To ty chciłś go upic”.
Sony próbuje jeszcze raz podać Mikołajowi telefon, ale on macha na to ręką w oczywistym geście, że niczego przez to nie osiągną. Dlatego Sony zamyśla się bardzo głęboko i próbuje rozważyć pozostałe opcje, których nie mają zbyt wiele. Oprócz tego, że mogliby ukraść jakieś rowery. Albo lepiej, mogliby ukraść motocykle, wtedy…
Jej rozmyślania przerywają bardzo głośne pierwsze nuty piosenki, która jakiś czas temu była radiowym hitem i jakimś cudem dotarła nawet do Sony: „Zombie lady”. Te dźwięki wywołują zarówno w niej, jak i w Mikołaju reakcję podobną do PTSD i zanim się z tego otrząsają, Greg jest już w środku rozmowy telefonicznej.
– Czy mogłaby mi pani to jeszcze raz wytłuma- Przepraszam bardzo, to ja tutaj jestem poszkodowany.
Herosi wymieniają pomiędzy sobą spojrzenia dwójki rodzeństwa widzącej, że ich rodzice się rozwodzą.
– Jaki pseudonim sceniczny przepraszam bardzo? I jak to do wczoraj? Przecież nie może mnie pani tak po prost- kurwa mać. – Greg rzuca komórkę na kolana Adama, a ten dopiero teraz podnosi się z poduszki, żeby prychnąć pod nosem parę przekleństw, spojrzeć na kuzyna jak na swojego największego wroga i z powrotem się położyć.
– Co się stało? – ostrożnie pyta Sony.
– Ponoć miałem im przesłać jakiś pseudonim sceniczny. Do wczoraj. Jakby mnie nie mogli wywołać z imienia, pies im matkę ruchał.
– Ahaaaaaaa, to w takim razie nie masz już nic ważnego do robienia w Pittsburgu? – zadając to pytanie, Sony wykazuje się zadziwiającą zdolnością empatii i współczucia. Żeby dodać sobie dodatkowych punktów i sprawić, że Greg teraz na pewno się zgodzi, zawodowo trzepocze rzęsami do lusterka, a w tym czasie Mikołaj patrzy na nią jak na pojeba.
– TO ZNACZY – wtrąca się chłopak – bardzo nam przykro. I w ogóle. Na pewno się dostaniesz na jakieś… inne, lepsze show, wiesz. Ale też. Teatr jest trochę taki, przere- znaczy, ten, biznes komediowy jest taki trochę przereklamowany i w ogóle.
– TAK DOKŁADNIE – dodaje Sony, kto wie czy ze względu na zatuszowanie swojego faux pas, czy po prostu chce, żeby rozmowa była bardziej dynamiczna. – Ale Greg, jakby nie wszystko jest stracone, bo ja na przykład się bardzo znam na tych wszystkich scenicznych sprawach, Micoway zresztę też, co nie?
– Taaaaaaaaaaaaaaaak, mamy do tego taki naturalny talent.
– Więc wiesz, Greg, jakby co, to my możemy, wiesz…
Mężczyzna wzdycha głęboko. Przez chwilę chyba rozważa swoje opcje (czyt. natychmiastowe zawrócenie i odpoczęcie vs zawiezienie dwójki idiotów do Minnesoty bez żadnych oczywistych korzyści), aż ostatecznie wzdycha jeszcze raz i mówi:
– Lepiej żeby w tej Minnesocie były jakieś fajne jeziora.
Sony wydaje z siebie prawie ultradźwiękowy pisk czystej radości i przybija tryumfalne piątki z Mikołajem.


Mikołj?
────
[1008 słów: Sony otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 24 września 2026

Event — Smellstober 2026!

Odmawiam przyjęcia do świadomości, że zaraz zaczyna się jesień, bo piszę ten post na zapas, żeby w dniu rozpoczęciu Smellstobera radośnie wylegiwać się na greckich wakacjach.
Oto wyczekiwany Smellstober 2026. Krótkie wyjaśnienie dla niewtajemniczonych, którzy nigdy nie brali udziału w tym jakże kameralnym evencie: Smellstober jest oparty na Inktoberze, artystycznym challenge’u, który polega na rysowaniu przez 31 dni października rysunków inspirowanych 31 słowami (promptami). Nasz challenge, zamiast codziennych rysunków, ma pobudzić Waszą wyobraźnię do pisania opowiadań przez cały miesiąc. Na potrzeby opowiadań eventowych, minimum słów (300) zostaje ograniczone do… limitu 100. Równo. W trakcie Smellstobera piszemy tylko drabbles, czyli opowiadania liczące równo 100 słów. Listę tegorocznych tematów możecie zobaczyć na końcu tego posta.
Ze względu na pewne problemy z zeszłego roku, w tej edycji odbędzie się tylko jedno głosowanie: na ostatnie, finałowe opowiadanie, które jest jednocześnie dłuższą formą wypowiedzi.

ZASADY

✰ Opowiadanie należy zatytułować poprawnie: „Od [imię postaci] — drabble [temat]”.
✰ Na 31 dni podane jest 31 tematów, którymi inspirujecie swoje drabbles. Rzecz jasna nie musicie realizować wszystkich dni (ale stracicie wtedy szanse na jedną z nagród!).
✰ Każdy drabble powinien mieć 100 słów. Dokładnie równo, nie 99 i nie 101. I tak, będziemy tego pilnować, więc lepiej wklejcie tekst w pięć liczników słów dla pewności.
✰ Wszystkie drabbles powinny utrzymywać nastrój jesienny lub halloweenowy, mroczny — interpretujcie to, jak tylko chcecie.
✰ A skoro już o porze roku mowa, to drabbles będą kanoniczne dla waszych postaci, to znaczy, wszystko to, co opiszecie, wydarzyło się w ich życiu. Chronologią możecie bawić się, jak chcecie; jesień dwa lata temu, jesień teraz, ważne, żebyście pamiętali, że event to nie żadne AU.
✰ Drabble liczą się normalnie do terminów. Korzystajcie z dnia dobroci dla zwierząt.
✰ ...ale trzeba napisać ich dziesięć jedną postacią, żebyśmy skasowali jej jedno ostrzeżenie. Sorry.
✰ Drabble nie liczą się też jako pełnoprawne opowiadanie, więc za ich pomocą nie można ani dołączyć do bloga nową postacią, ani postaci przywrócić.
✰ Jeśli pominiecie jeden dzień, nie będziecie mogli wrócić już do tego tematu później. Przykro mi :(
✰ Ze względu na szybki przemiał opowiadań, konkretny prompt przypada od północy jednego dnia do północy już następnego, czytaj: o godzinie 00:02 obowiązuje już następny temat i nie dodajemy spóźnionych drabbli. Jeśli spóźnicie się maksymalnie dziesięć minut, możecie nas ładnie poprosić, ale proszę tego nie nadużywać.
✰ Jedna postać może napisać tylko jedno drabble na dany temat.
✰ Tak jak poprzednim razem, dostajecie od nas dodatkowe sześć tematów, które nie wliczają się w żaden dzień czelendżu. Jeśli któregoś dnia nie spodoba wam się temat, możecie, zamiast niego, użyć jednego z tematów z dodatkowej puli. Dla przykładu: nie spodoba wam się temat dnia czternastego, „ostrzeżenie”, więc zamiast tego piszecie drabble na temat zamienny, np. „dom”. Jedyny temat, którego nie możecie zamienić, to temat ostatni, „labirynt”, z przyczyn podanych w następnym nagłówku.
✰ Raz wykorzystanego tematu zamiennego nie możecie wykorzystać ponownie.

OSTATNI DZIEŃ

Ostatni dzień Smellstobera (no, mniej więcej, w końcu jeszcze czeka nas głosowanie i podsumowanie eventu) to 31. października. W tym dniu zapominamy o drabblach i odgórnym limicie 100 słów; finałowe opowiadanie jest dłuższą formą odpowiedzi i wymagamy, aby minimalnie składało się z 500 słów. Opowiadanie to ma dłuższy termin na przekazanie go administracji i należy je dostarczyć między 31 października a 5 listopada. Po zebraniu wszystkich opowiadań, odbędzie się głosowanie na Waszego faworyta.

NAGRODY

Ze względu na to, że zeszłoroczne nagrody nie do końca się sprawdziły, w tym roku wprowadzamy coś zupełnie innego: od teraz za szczególne dokonania w eventach (nie tylko w Smellstoberze!), będziecie dostawać graficzne odznaki widoczne w kartach postaci. Odznaki te będą ekskluzywne i będzie można je zdobyć tylko raz w ciągu każdego jednego eventu. A wracając do nagród:
✰ 5 Punktów Doświadczenia za każde opowiadanie dla postaci, której ono dotyczy.
✰ Dodatkowe 130 PD do rozdania pomiędzy postacie autora, który napisze najwięcej drabbli.
✰ Wyróżnienie na stronie, kolumnie bocznej i Discordzie bloga, dodatkowe 50 PD (przyznane postaci, którą napisano zwycięskie opowiadanie) oraz specjalna odznaka (która będzie zarezerwowana tylko dla jednego wygranego!) dla osoby, która wygra głosowanie na najciekawsze opowiadanie finałowe.
✰ Za wykonanie czelendżu w 100% (napisanie wszystkich drabbli i opowiadania w ciągu 31 dni eventu) anulowanie wszystkich ostrzeżeń na postacie, jeśli takie upomnienia posiada.
✰ Dla postaci, którymi wykonano czelendż w 100% (czyli tych, od których pojawiło się 30 drabbli oraz opowiadanie), specjalna odznaka eventowa.

W tym roku nie ma Troglodyty, ale może wynajdziecie coś obiektywnie gorszego. Start eventu przypada na 1 października i dopiero wtedy przyjmujemy Wasze drabbles do akceptacji. A teraz lećcie pisać drabble, kartkówki, czy co wy tam macie (albo pijcie drinka z palemką, tak jak ja) ཐི ₍^.ˬˬ.^₎ ཋྀ

Od Aye CD Chaita — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Żeby ominąć Mantikorę musieli obrać znacznie dłuższą drogę. Aye widziało drogę nawet dobrze, ale bardziej niż wyjście stresowało jejgo obecność tego potwora. W ustach dalej czuło gorzki smak brudnej wody, w której pewnie było tyle zarazek, że po powrocie do domu będzie musiało wypić płyn do dezynfekcji, żeby poczuć się lepiej. Chait był również cały brudny, a przecież niedawno się przebierał.
Nie było im dane dobrze spędzić wolny czas. Zawsze się coś działo i chyba nigdy nie kończyło dobrze. Gdy Aye o tym myślało, to poczuło się jeszcze gorzej; bo co jeśli ze spotkania z Mantikorą nie wyjdą cało?
— Niedaleko są wąskie tunele — powiedziało, wskazując ręką przed siebie.
Chait widział tylko ciemność, ale musiał zaufać zdolnościom towarzysza. Bez tego sam by tutaj z pewnością zginął i został rozszarpany przez mitologicznego stwora.
Razem weszli do tunelu, który widział Aye i szybko się okazało, że tym razem będą musieli iść na czworaka.
— Ale tutaj śmierdzi — mruknął Chait, przeciskając się przez tunel.
Aye próbowało nawigować, prowadząc ich jak najkrótszą trasą, ale było to dosyć trudne, bo przecież… znajdowali się pod ziemią i mieli bardzo ograniczone możliwości.
Aye czuło pod dłońmi wilgoć, ale było zbyt obrzydzone, żeby sprawdzić, czego tak naprawdę dotyka. Mogło to być dosłownie wszystko i chyba lepiej pozostać nieświadomym. Już i tak ledwo przeżyło bliskie spotkanie z wodą z kanałów.
Na całe szczęście przejście nie było zbyt długie i po kilku minutach morderczego przeciskania się na kolanach wyszli do znajdzie większego korytarza. Pachniało (a raczej śmierdziało) jeszcze gorzej niż w tym małym tuneliku.
— Z tego co widzę, to Mantikora jest po drugiej stronie, więc nie powinna tak szybko tutaj przyjść — wytłumaczyło Aye. — Przynajmniej mam taką nadzieję.
Mantikora mogła równie dobrze przybrać ludzką postać i przecisnąć się przez ten sam tunel — wtedy nie byłby to problem. W takim też wypadku musieli się pospieszyć i Aye od razu poprowadziło ich do drugiego przejścia, które okazało się jeszcze węższe, niż poprzednie.
Aye stanęło przed wejściem. Otwór był tak mały, jakby został stworzony specjalnie dla rodziny szczurów.
— Tędy? — zapytał trochę podejrzliwie Chait.
— Tędy — potwierdziło Aye, ale miało takie same wątpliwości, co jejgo kolega.
Jeśli tutaj utkną, to nikt ich nie wyciągnie, a potwór będzie miał wystarczająco dużo czasu, żeby tutaj przyjść. Jakoś nie chciałoby mieć napisane na nagrobku: utknęło w dziurze, zjedzone przez Mantikorę.
— Tutaj już musimy się czołgać.
Aye widziało koniec tego tunelu i wiedziało, że nie jest on krótki. Było to jednak chyba jedyne przejście, które umożliwiłoby im szybsze dotarcie do wyjścia.
— Naprawdę?
Kiwnęło głową i kucnęło przed wejściem. Parę głębszych wdechów i wcisnęło się pierwsze. Tak chyba muszą się czuć żołnierze w trakcie szkolenia zawodowego. Ubrudzeni gównem, resztkami jedzenia i zwłok zwierząt. Dobrze, że Aye potrafiło się powstrzymać i nie zwróciło obiadu.
Obydwoje poruszali się bardzo powoli. Chait głośno sapał za Aye i co parę minut pytał, czy daleko jeszcze, a Aye z bólem odpowiadało, że tak. Samo chciałoby stąd już wyjść.
— Dobrze, że nie mam klaustrofobii — zażartował w pewnym momencie w celu złagodzenia sytuacji.
Aye westchnęło. Tak, to dobrze, że Chait nie miał klastrufobii, ale znacznie większym problemem nie było to, a ta cholerna Mantikora.
Aye zaczęły boleć łokcie. Wiedziało, że najprawdopodobniej ściera sobie z nich całą skórę, tak samo, jak z palców u dłoni. O butach nawet nie chciało rozmawiać, bo i tak były całe mokre oraz brudne. Możliwe też, że podarte, o czym się dowie, kiedy wyjdą na zewnątrz. Chait czołgał się tuż za nim, co parę metrów zatrzymując się, żeby ponarzekać na obecne warunki. Aye tego nie komentowało, ale pozwalało się koledze zatrzymać.
— Jeszcze parę metrów i stąd wyjdziemy — powiedziało w pewnym momencie.
Oczami wyobraźni widział, jak wychodzą z tych kanałów na światło dzienne i zaczerpują świeżego (wcale nie, bo mieszkali w Nowym roku) powietrza.
— Błagam szybciej! — jęczał Chait.
— To się ruszaj — wymamrotało i przyspieszyło.
Te ostatnie parę metrów było najgorsze. Byli obolali, mieli obdarte do krwi dłonie oraz ręce, a ich ubrania nasiąkły wszystkim, co tylko możliwe.
Aye wypadło pierwsze. Od dłuższego czasu mogło się wyprostować. Jejgo kręgosłup zatrzeszczał, jak starej babci.
— Szybciej! — pospieszał Chaita. W tym smrodzie wyczuł zapach Mantikory. Musiała być blisko.
— Nie mogę! — odkrzyknął.
Zdesperowane Aye złapało Chaita za nadgarstek i z całej siły wyciągnęło na zewnątrz. Chłopak wypadł jak szmaciana lalka na ziemię.
— Oj — mruknął. Zapomniało, że miał trochę więcej siły, niż przeciętni półbogowie.
— Dzięki, chyba nastawiłeś mi bark! — Podniósł się z dziwnym uśmiechem na twarzy.
Aye trochę zraziło to, jak szczęśliwy był Chait. Naprawdę się nie martwił o swoje życie? O to, że śmierdzi jak spocona krowa?
— Teraz w lewo i po prawej stronie powinna być drabinka. To będzie nasze wyjście.

Chait?
────
[759 słów: Aye otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]