czwartek, 24 września 2026

Event — Smellstober 2026!

Odmawiam przyjęcia do świadomości, że zaraz zaczyna się jesień, bo piszę ten post na zapas, żeby w dniu rozpoczęciu Smellstobera radośnie wylegiwać się na greckich wakacjach.
Oto wyczekiwany Smellstober 2026. Krótkie wyjaśnienie dla niewtajemniczonych, którzy nigdy nie brali udziału w tym jakże kameralnym evencie: Smellstober jest oparty na Inktoberze, artystycznym challenge’u, który polega na rysowaniu przez 31 dni października rysunków inspirowanych 31 słowami (promptami). Nasz challenge, zamiast codziennych rysunków, ma pobudzić Waszą wyobraźnię do pisania opowiadań przez cały miesiąc. Na potrzeby opowiadań eventowych, minimum słów (300) zostaje ograniczone do… limitu 100. Równo. W trakcie Smellstobera piszemy tylko drabbles, czyli opowiadania liczące równo 100 słów. Listę tegorocznych tematów możecie zobaczyć na końcu tego posta.
Ze względu na pewne problemy z zeszłego roku, w tej edycji odbędzie się tylko jedno głosowanie: na ostatnie, finałowe opowiadanie, które jest jednocześnie dłuższą formą wypowiedzi.

ZASADY

✰ Opowiadanie należy zatytułować poprawnie: „Od [imię postaci] — drabble [temat]”.
✰ Na 31 dni podane jest 31 tematów, którymi inspirujecie swoje drabbles. Rzecz jasna nie musicie realizować wszystkich dni (ale stracicie wtedy szanse na jedną z nagród!).
✰ Każdy drabble powinien mieć 100 słów. Dokładnie równo, nie 99 i nie 101. I tak, będziemy tego pilnować, więc lepiej wklejcie tekst w pięć liczników słów dla pewności.
✰ Wszystkie drabbles powinny utrzymywać nastrój jesienny lub halloweenowy, mroczny — interpretujcie to, jak tylko chcecie.
✰ A skoro już o porze roku mowa, to drabbles będą kanoniczne dla waszych postaci, to znaczy, wszystko to, co opiszecie, wydarzyło się w ich życiu. Chronologią możecie bawić się, jak chcecie; jesień dwa lata temu, jesień teraz, ważne, żebyście pamiętali, że event to nie żadne AU.
✰ Drabble liczą się normalnie do terminów. Korzystajcie z dnia dobroci dla zwierząt.
✰ ...ale trzeba napisać ich dziesięć jedną postacią, żebyśmy skasowali jej jedno ostrzeżenie. Sorry.
✰ Drabble nie liczą się też jako pełnoprawne opowiadanie, więc za ich pomocą nie można ani dołączyć do bloga nową postacią, ani postaci przywrócić.
✰ Jeśli pominiecie jeden dzień, nie będziecie mogli wrócić już do tego tematu później. Przykro mi :(
✰ Ze względu na szybki przemiał opowiadań, konkretny prompt przypada od północy jednego dnia do północy już następnego, czytaj: o godzinie 00:02 obowiązuje już następny temat i nie dodajemy spóźnionych drabbli. Jeśli spóźnicie się maksymalnie dziesięć minut, możecie nas ładnie poprosić, ale proszę tego nie nadużywać.
✰ Jedna postać może napisać tylko jedno drabble na dany temat.
✰ Tak jak poprzednim razem, dostajecie od nas dodatkowe sześć tematów, które nie wliczają się w żaden dzień czelendżu. Jeśli któregoś dnia nie spodoba wam się temat, możecie, zamiast niego, użyć jednego z tematów z dodatkowej puli. Dla przykładu: nie spodoba wam się temat dnia czternastego, „ostrzeżenie”, więc zamiast tego piszecie drabble na temat zamienny, np. „dom”. Jedyny temat, którego nie możecie zamienić, to temat ostatni, „labirynt”, z przyczyn podanych w następnym nagłówku.
✰ Raz wykorzystanego tematu zamiennego nie możecie wykorzystać ponownie.

OSTATNI DZIEŃ

Ostatni dzień Smellstobera (no, mniej więcej, w końcu jeszcze czeka nas głosowanie i podsumowanie eventu) to 31. października. W tym dniu zapominamy o drabblach i odgórnym limicie 100 słów; finałowe opowiadanie jest dłuższą formą odpowiedzi i wymagamy, aby minimalnie składało się z 500 słów. Opowiadanie to ma dłuższy termin na przekazanie go administracji i należy je dostarczyć między 31 października a 5 listopada. Po zebraniu wszystkich opowiadań, odbędzie się głosowanie na Waszego faworyta.

NAGRODY

Ze względu na to, że zeszłoroczne nagrody nie do końca się sprawdziły, w tym roku wprowadzamy coś zupełnie innego: od teraz za szczególne dokonania w eventach (nie tylko w Smellstoberze!), będziecie dostawać graficzne odznaki widoczne w kartach postaci. Odznaki te będą ekskluzywne i będzie można je zdobyć tylko raz w ciągu każdego jednego eventu. A wracając do nagród:
✰ 5 Punktów Doświadczenia za każde opowiadanie dla postaci, której ono dotyczy.
✰ Dodatkowe 130 PD do rozdania pomiędzy postacie autora, który napisze najwięcej drabbli.
✰ Wyróżnienie na stronie, kolumnie bocznej i Discordzie bloga, dodatkowe 50 PD (przyznane postaci, którą napisano zwycięskie opowiadanie) oraz specjalna odznaka (która będzie zarezerwowana tylko dla jednego wygranego!) dla osoby, która wygra głosowanie na najciekawsze opowiadanie finałowe.
✰ Za wykonanie czelendżu w 100% (napisanie wszystkich drabbli i opowiadania w ciągu 31 dni eventu) anulowanie wszystkich ostrzeżeń na postacie, jeśli takie upomnienia posiada.
✰ Dla postaci, którymi wykonano czelendż w 100% (czyli tych, od których pojawiło się 30 drabbli oraz opowiadanie), specjalna odznaka eventowa.

W tym roku nie ma Troglodyty, ale może wynajdziecie coś obiektywnie gorszego. Start eventu przypada na 1 października i dopiero wtedy przyjmujemy Wasze drabbles do akceptacji. A teraz lećcie pisać drabble, kartkówki, czy co wy tam macie (albo pijcie drinka z palemką, tak jak ja) ཐི ₍^.ˬˬ.^₎ ཋྀ

Od Aye CD Chaita — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Żeby ominąć Mantikorę musieli obrać znacznie dłuższą drogę. Aye widziało drogę nawet dobrze, ale bardziej niż wyjście stresowało jejgo obecność tego potwora. W ustach dalej czuło gorzki smak brudnej wody, w której pewnie było tyle zarazek, że po powrocie do domu będzie musiało wypić płyn do dezynfekcji, żeby poczuć się lepiej. Chait był również cały brudny, a przecież niedawno się przebierał.
Nie było im dane dobrze spędzić wolny czas. Zawsze się coś działo i chyba nigdy nie kończyło dobrze. Gdy Aye o tym myślało, to poczuło się jeszcze gorzej; bo co jeśli ze spotkania z Mantikorą nie wyjdą cało?
— Niedaleko są wąskie tunele — powiedziało, wskazując ręką przed siebie.
Chait widział tylko ciemność, ale musiał zaufać zdolnościom towarzysza. Bez tego sam by tutaj z pewnością zginął i został rozszarpany przez mitologicznego stwora.
Razem weszli do tunelu, który widział Aye i szybko się okazało, że tym razem będą musieli iść na czworaka.
— Ale tutaj śmierdzi — mruknął Chait, przeciskając się przez tunel.
Aye próbowało nawigować, prowadząc ich jak najkrótszą trasą, ale było to dosyć trudne, bo przecież… znajdowali się pod ziemią i mieli bardzo ograniczone możliwości.
Aye czuło pod dłońmi wilgoć, ale było zbyt obrzydzone, żeby sprawdzić, czego tak naprawdę dotyka. Mogło to być dosłownie wszystko i chyba lepiej pozostać nieświadomym. Już i tak ledwo przeżyło bliskie spotkanie z wodą z kanałów.
Na całe szczęście przejście nie było zbyt długie i po kilku minutach morderczego przeciskania się na kolanach wyszli do znajdzie większego korytarza. Pachniało (a raczej śmierdziało) jeszcze gorzej niż w tym małym tuneliku.
— Z tego co widzę, to Mantikora jest po drugiej stronie, więc nie powinna tak szybko tutaj przyjść — wytłumaczyło Aye. — Przynajmniej mam taką nadzieję.
Mantikora mogła równie dobrze przybrać ludzką postać i przecisnąć się przez ten sam tunel — wtedy nie byłby to problem. W takim też wypadku musieli się pospieszyć i Aye od razu poprowadziło ich do drugiego przejścia, które okazało się jeszcze węższe, niż poprzednie.
Aye stanęło przed wejściem. Otwór był tak mały, jakby został stworzony specjalnie dla rodziny szczurów.
— Tędy? — zapytał trochę podejrzliwie Chait.
— Tędy — potwierdziło Aye, ale miało takie same wątpliwości, co jejgo kolega.
Jeśli tutaj utkną, to nikt ich nie wyciągnie, a potwór będzie miał wystarczająco dużo czasu, żeby tutaj przyjść. Jakoś nie chciałoby mieć napisane na nagrobku: utknęło w dziurze, zjedzone przez Mantikorę.
— Tutaj już musimy się czołgać.
Aye widziało koniec tego tunelu i wiedziało, że nie jest on krótki. Było to jednak chyba jedyne przejście, które umożliwiłoby im szybsze dotarcie do wyjścia.
— Naprawdę?
Kiwnęło głową i kucnęło przed wejściem. Parę głębszych wdechów i wcisnęło się pierwsze. Tak chyba muszą się czuć żołnierze w trakcie szkolenia zawodowego. Ubrudzeni gównem, resztkami jedzenia i zwłok zwierząt. Dobrze, że Aye potrafiło się powstrzymać i nie zwróciło obiadu.
Obydwoje poruszali się bardzo powoli. Chait głośno sapał za Aye i co parę minut pytał, czy daleko jeszcze, a Aye z bólem odpowiadało, że tak. Samo chciałoby stąd już wyjść.
— Dobrze, że nie mam klaustrofobii — zażartował w pewnym momencie w celu złagodzenia sytuacji.
Aye westchnęło. Tak, to dobrze, że Chait nie miał klastrufobii, ale znacznie większym problemem nie było to, a ta cholerna Mantikora.
Aye zaczęły boleć łokcie. Wiedziało, że najprawdopodobniej ściera sobie z nich całą skórę, tak samo, jak z palców u dłoni. O butach nawet nie chciało rozmawiać, bo i tak były całe mokre oraz brudne. Możliwe też, że podarte, o czym się dowie, kiedy wyjdą na zewnątrz. Chait czołgał się tuż za nim, co parę metrów zatrzymując się, żeby ponarzekać na obecne warunki. Aye tego nie komentowało, ale pozwalało się koledze zatrzymać.
— Jeszcze parę metrów i stąd wyjdziemy — powiedziało w pewnym momencie.
Oczami wyobraźni widział, jak wychodzą z tych kanałów na światło dzienne i zaczerpują świeżego (wcale nie, bo mieszkali w Nowym roku) powietrza.
— Błagam szybciej! — jęczał Chait.
— To się ruszaj — wymamrotało i przyspieszyło.
Te ostatnie parę metrów było najgorsze. Byli obolali, mieli obdarte do krwi dłonie oraz ręce, a ich ubrania nasiąkły wszystkim, co tylko możliwe.
Aye wypadło pierwsze. Od dłuższego czasu mogło się wyprostować. Jejgo kręgosłup zatrzeszczał, jak starej babci.
— Szybciej! — pospieszał Chaita. W tym smrodzie wyczuł zapach Mantikory. Musiała być blisko.
— Nie mogę! — odkrzyknął.
Zdesperowane Aye złapało Chaita za nadgarstek i z całej siły wyciągnęło na zewnątrz. Chłopak wypadł jak szmaciana lalka na ziemię.
— Oj — mruknął. Zapomniało, że miał trochę więcej siły, niż przeciętni półbogowie.
— Dzięki, chyba nastawiłeś mi bark! — Podniósł się z dziwnym uśmiechem na twarzy.
Aye trochę zraziło to, jak szczęśliwy był Chait. Naprawdę się nie martwił o swoje życie? O to, że śmierdzi jak spocona krowa?
— Teraz w lewo i po prawej stronie powinna być drabinka. To będzie nasze wyjście.

Chait?
────
[759 słów: Aye otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Ze wszystkich członków „Olimpijska Alfa” sp. z o.o. tylko Niketas rzeczywiście zwraca uwagę na donośny huk przewracającego się, masywnego i puszkowego trójkąta niepitagorejskiego, który już powoli zaczynał przypominać czworościan foremny (jest to bolesną nieprawdą, bardzo daleko jest mu do bryły jakkolwiek foremnej, a o czworościanie w tym beznadziejnym przypadku lepiej nie wspominać). Hałasowi przewracających i obijających się o siebie puszek akompaniuje syk wybuchających energetyków, które w marzeniach Niketasa stworzyłyby całkiem niezłą fontannę, ale niestety ograniczyły się do raczej mało imponującej, pieniącej się kałuży brokatu. Niketas widzi przed oczami simsowe indykatory informujące o straconych/wydanych funduszach, druzgocąca wizualizacja strat, które pewnie nie zostaną zrekom-pensowane w gotówce, a prędzej w ogólnym upokorzeniu sprawców i mogłoby to być całkiem niezłym układem, gdyby przy okazji nie zmarnowali miesięcznych funduszy na utrzymanie domku dwunastego, którego podłoga nadaje się do jak najszybszej wymiany, a dach ZNOWU przecieka. Niketas musi się mierzyć z naprawdę ciężkimi sprawami, cięższymi niż jakiś tam ostrzał. I to jeszcze ostrzał z nieprawdziwych pocisków, nawet nie strzał ze stępionymi grotami. Marne, niewypolerowane szyszki padają z nieba jak zapowiedziany tysiące lat temu rybny deszcz w Apokalipsie św. Jana. I w tem z niebios zaczną spadać szyszki i nastąpi „Olimpijskiej Alfy” kres. To jeszcze gorszy koniec niż upadek „Boskiego Fulla”, który i tak był bardzo bolesnym doświadczeniem dla Niketasa. Wolałby o tym nie myśleć, będąc atakowanym przez stado wściekłych… z tej odległości i w okularach przeciwsłonecznych Niketas nie jest w stanie stwierdzić, kto właściwie do nich strzela. Na swoje szczęście nie dostrzega w tłumie nikogo z powiewającymi na wietrze galaktycznymi włosami, więc przynajmniej od tego jest wolny. W tym momencie. Na chwilę. Krótką, jeśli się nie myli.
– PADNIJ!!! – wrzeszczy Erin i miło byłoby powiedzieć, że nie musi tego dwa razy powtarzać. Wciąż nie musi, wyłącznie może, jeśli bardzo chce, ale sprawa wygląda tak, że nikt jej nie słucha i każdy w panice postanawia wyciągnąć innego asa z rękawa. Albo nie asa, ale jakąś kartę na pewno. Można tylko zastanawiać się, czy ich ruchy wykazują istnienie jakiejkolwiek myśli w ich głowach.
Ulfert chowa się za trzymaną przez siebie flagą, nie trzymając już za trzonek, tylko za materiał. Rozpościera go przed sobą jak typowy wakacjowicz rozstawiający parawan na plaży. Flaga mocno przeciwstawia się zmuszaniu jej do przebranżowienia się na tarczę, przy czym nie jest nawet w połowie tak duża jak Ulf, który desperacko próbuje zrobić coś, dzięki czemu by się za nią zmieścił. Równie dobrze mógłby po prostu skulić się na trawi i przykryć się płachtą jak kocem. Ashton wpada na trochę lepszy pomysł, ale tylko trochę, bo zwyczajnie ucieka w stronę, z której nie rzucają szyszek. Idzie mu to całkiem nieźle, dopóki nie potyka się o rozwiązane sznurówki swoich w 100% markowych conversów, które wcale nie mają na sobie księżyców zamiast gwiazdek. Ten manewr sprawia, że Ashton majestatycznie stacza się ze wzgórza, żeby potem równie majestatycznie zderzyć się z tarczą strzelniczą. Zamiast szyszek grozi mu co najwyżej parę siniaków i opcjonalne wstrząśnienie mózgu, którym nie ma zamiaru się teraz obchodzić tak samo jak reszta ferajny nie ma zamiaru obchodzić się Ashtonem.
Najbardziej brawurową postawą wykazuje się Niketas, który zamiast przejść do defensywy, postanawia zaatakować. Albo zrobić coś, co nie jest do końca atakiem, ale jest imponującą rzeczą do zrobienia.
– Idę tam! – powiadamia Erin, która najwyraźniej nie ma tutaj wiele do gadania, bo mimo że głośno mu się sprzeciwia, on nawet nie przejmuje się jej krzykami na tyle, żeby zarejestrować, o co jej chodzi.
Wykorzystując swój zbyt dobry jak na przeciętnego szesnastolatka refleks i imponującą szybkość, pewnie stawia kroki w stronę atakujących go dzieciaków. Stara się być najbardziej nonszalancki, jaki może być w tej sytuacji – nie rusza z miejsca swoich ciemnych okularów, trzyma dłonie w kieszeniach dżinsowej kurtki i próbuje iść tak, jakby stosował się do dawno wyuczonej choreografii, a nie wykonywał bardzo szybkie obliczenia rachunku prawdopodobieństwa i przeciętnej trajektorii lotu szyszki, żeby odnaleźć jak najbezpieczniejsze miejsce do postawienia następnego kroku. Ta taktyka sprawdza sie przez około trzy sekundy, aż pierwsza szyszka uderza go prosto w splot słoneczny, a on desperacko próbuje tego po sobie nie pokazać i przez łzy w oczach dojrzeć, co dzieje się wokół niego. Dopiero po chwili zdaje sobie sprawę z tego, że Erin z jakiegoś powodu znajduje się tuż za nim, a wszystkie szyszki dobijają się od… powietrza przed nimi?
– Wowie, paniusiu, fajna sztuczka – komplementuje ją, prostuje się i idzie naprzód ze znacznie większym wigorem i pewnością siebie niż wcześniej. – Chyba zasłużyłaś sobie na podwyżkę. – Szybko zdaje sobie sprawę z własnego błędu i jeszcze szybciej dodaje: – Nie. Nie, na podwyżkę nie. Może na premię. Ale ta premia i tak pójdzie na pokrycie strat, które spowodowały te wszystkie szyszki, więc w sumie to nic nie dostaniesz.
– Zajebiście – mruczy Erin, która nie wygląda, jakby go słuchała. Chłopak wzrusza ramionami i stwierdza, że nie każdy jest tak cudowny jak on i może wykorzystywać swoje moce bez wkładania w to odrobiny wysiłku.
Obstrzeliwujące ich dzieciaki najwyraźniej zdają sobie sprawę z popełnionego przez siebie błędu (czyt. zapomnieli, że herosi mają, na przykład, moce), który jest niegodny, jak się okazuje, dzieciom Ateny. Niketas od razu rozpoznaje dzieciaczki, które ciągle kręcą się wokół nóg Weroniki, albo raczej kręcą się wokół jej miejsca zamieszkania i pieczołowicie unikają swojej grupowej. Nie, żeby ich krytykował. Niketas ich w stu procentach rozumie.
Szyszkowi strzelcy zarządzają odwrót, co nawet Niketas i Erin są w stanie dosłyszeć z miejsca, w którym się znajdują. Bez żadnego planu przyspieszają kroku, niepowstrzymywani przez przymus chowania się za niewidzialną tarczą, najwyraźniej zbyt uparci, żeby odpuścić tym delikwenciakom. Niketas nawet wrzeszczy za nimi, żeby nawet nie myśleli o ucieczce, bo w nagrodę za tak cudownie przemyślany atak dostaną darmowe energetyki – krzyczy to jak najbardziej przekonującym tonem, który nie mógłby przekonać dwulatka, który nie do końca rozumie znaczenie kierowanych do niego słów.
Jedenastolatkowie szybko muszą stawić czoła problemowi pod tytułem: „W sumie to nie ustaliliśmy, w którą stronę jest odwrót” i najpierw rozpierzchają się na różne strony, potem zdają sobie sprawę, że biegną gdzieś kompletnie sami, robią drugi odwrót z kolei i w ten sposób dają Niketasowi wystarczająco dużo czasu, żeby dobiec do pierwszego lepszego z nich. Erin dobiega na miejsce, gdy chłopakowi udaje się unieruchomić znacznie mniejszego od niego dzieciaka, trzymając go równocześnia za kołnierz i włosy. Reszta dzieciaków zatrzymała się w pół kroku, widząc swojego ziomala przetrzymywanego przez wroga.
– Co wy najlepszego odpierdalacie? – Niketas zwraca się do swojego zakładnika, który jest bliski rozbeczenia się. Według grupowego, chłopiec powinien zaakceptować ryzyko bólu, cierpienia oraz zaburzeń pracy mózgu, gdy w ogóle postanowił strzelać do kogoś sprawującego pozycję wyższą niż on w tym kurwidołku.
– Niketas, zaraz wyrwiesz mu grzywkę – wtrąca się Erin zanim chłopiec zdąży odpowiedzieć. Jakiś pierwiastek w spojrzeniu dzieciaka okazuje jej wdzięczność. Dużo pierwiastków w spojrzeniu Niketasa odpowiada jej: „Ty tak, kurwa, na serio, laska?”.
Przerywa im Głos. Dobrze znany wszystkim w Obozie. Niketas wzdycha bardzo przeciągle na jego dźwięk.
– Тупицы! Co tu się najlepszego wyrabia?


Erin?
────
[1137 słów: Niketas otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

środa, 23 września 2026

Od Vex CD Kaliny — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ V

W Vex obudził się pierwiastek odpowiadający za aktywowanie gniewu, którego korzenie sięgają do prehistorycznych przodków herosów, pewnie nienawidzących otaczającego ich świata w podobnym stopniu jak ono. Gdyby potrafiło obudzić w sobie głęboko zakopaną empatię, to może nawet współczułoby Kalinie tego, że musi doświadczać jego wściekłości i niekoniecznie może uciec (lub nie chce, co w tym momencie wydaje się bardziej prawdopodobne). Vex bowiem stanowi jeden z trudniejszych przypadków schorzenia, które można nazwać NieMożeSięUspokoić, ewentualnie chorobą dzieci boga wojny, które bez pójścia na porządną terapię muszą ciągle zmagać się odziedziczoną po tatusiu kompletną nieumiejętnością samokontroli. Na innych pewnie zadziałałyby jakieś ćwiczenia oddechowe lub odliczanie od dziesięciu do zera, może wystarczyłoby zwykłe zaciśnięcie pięści i parę przekleństw. Vex zazwyczaj doświadczało pewnych trudności z wykonywaniem powyższych czynności i szybko uciekało do bardziej ekstremalnych rozwiązań, w które wliczało się zdetonowanie łaźni lub zmasakrowanie rur kanalizacyjnych włócznią. A zapytane, dlaczego zareagowało tak gwałtownie, pewnie odpowiedziałoby, że tak dla zasady albo że to tak oczywiste, że nie rozumie pytania. W tym przypadku słowa, które wyszłyby z jego ust, nie byłyby inne, tylko że Vex miałoby w głowie rzeczywistą odpowiedź obnażającą dziwne połączenia w jego mózgu. Zareagowało absolutną wściekłością na odegraną przez Kalinę scenkę, ponieważ nienawidzi bycia postrzeganym jak zinfantylizowany przedstawiciel wymierającego gatunku (tylko ono myśli, że zostało w ten sposób potraktowane).
– To był absolutnie najbardziej idiotyczny pomysł, jaki mogłaś, kurwa, wymyślić, plebejska cinkwo – warczy do Kaliny, która potrzebuje momentu na przemielenie informacji zawartych w tym zdaniu. Po chwili odpowiada Vex chichotem, który przez parę sekund próbowała bohatersko powstrzymać, a potem zamienić w kaszel.
– Jak ty mnie–
– Zamorduję cię – przerywa jej, cedząc każdą sylabę przez zaciśnięte zęby.
Pomimo swojej groźby dalej idzie u boku Kaliny, gdy wydostają się z zatłoczonej stacji metra. Żadne z nich wciąż nie ma pojęcia, gdzie tak właściwie się znajdują i pewnie żaden drogowskaz nie pomoże im w tej sytuacji, bo San Francisco należy raczej do tych miast, które szczycą się posiadaniem kilkudziesięciu linii metra. Plus bardzo prawdopodobne jest to, że żadne z nich nigdy nie było w tej części miasta i nigdy nie zamierzało się w niej znaleźć, dopóki nie zostali do tego zmuszeni.
– Ale tak mordować swojego? Słabe.
Najwyraźniej Vex w oczach Kaliny mniej przypominało tykającą bombę nuklearną, a bardziej naburmuszonego ośmiolatka. Ma zamiar to zmienić, gdy wreszcie przepchną się przez wiecznie napływający do i z metra tłum, dzięki któremu Vex jest w stanie choć trochę wyładować kotłujące się w nim emocje, rozpychając się łokciami z trochę większą siłą, niż wymagają tego kultura, niepisane zasady społeczne i savoir vivre. Jednak jego plan brutalnego pobicia i/lub zamordowania Kaliny w jakimś ciemnym zaułku bardzo szybko pali się na panewce, bo najpierw musiałoby znaleźć jakiś fajny ciemny zaułek w obcej sobie części miasta. U siebie na dzielni ma parę takich fajnych, w których pobiło już co najmniej kilkunastu gówniarzy, ale tutaj za dużo czasu zajęłoby mu sprawdzanie, czy nie zostanie złapane na czyimś monitoringu. Przez to, że jest zdolne do tak logicznego myślenia uświadamia sobie, że podczas przeprawy przez stację metra zatraciło siedemdziesiąt pięć procent oryginalnego gniewu. Jest to druzgocąca świadomość.
– Dobra, to teraz po prostu kogoś zapytamy, jak dostać się do… – Kalinie znowu nie było dane dokończyć tego, co chciała powiedzieć, ale tym razem nie z winy Vex.
Drogę zastępuje im człowieczek wzrostu na oko niecałe sto sześćdziesiąt, trochę przygarbiony, z tłustymi, dawno niemytymi włosami i w okularkach z czerwonymi szkłami, za którymi można dostrzec jego zmęczone oczy, podkreślone cieniem i iskrą szaleństwa. Rozkłada dłonie w geście zapraszającym do przytulenia go, czego żadne z dwójki herosów nie ma zamiaru zrobić. Poły jego podartego i poplamionego płaszcza furkocą, gdy rozpościera ramiona, a wraz z dźwiękiem łopoczącego materiału można usłyszeć stukot wielu drobnych przedmiotów obijających się o siebie.
– Witam, witam! – oznajmia facet, uśmiechając się tak szeroko, że Vex bolą policzki od samego patrzenia. Eksponuje przy tym zęby, które już dawno zatraciły miano „żółtych” i zyskały tytuł „pomarańczowych”. – Czy mógłbym zainteresować szanowną parę wspaniałą ofertą specjalną, dostępną od wczoraj do dzisiejszej północy?
– Nie, spierdalaj – grzecznie odpowiada Vex i próbuje równie grzecznie ominąć menela z zamiarem już ekstremalnie grzecznego kopnięcia go w piszczel. Jednakże facecikowi udaje się w perfekcyjny i widocznie wyćwiczony sposób zagrodzić mu drogę, przez co Vex robi krok w tył i mamrocze „kurwa”, bo bardzo nie chce nawiązać nieprzewidzianego kontaktu fizycznego z żulem.
– HOLAHOLA, ja mam dla was coś naprawdę SPECJALNEGO!!! – wykrzykuje mężczyzna i jakimś cudem udaje mu się uśmiechnąć jeszcze szerzej. – Tutaj, proszę, drodzy państwo…
– My naprawdę nie jesteśmy zainteresowani – wtrąca Kalina, podczas gdy Vex z opóźnieniem szuka nie chyboczących się pod nogami płytek chodnikowych, żeby porządnie stanąć i przywalić natrętowi w jego długi, krzywy nos.
– TUTAJ, proszę bardzo!!! Edycja specjalna, limitowana, RUREK Z KREMEM!!!! – facecik macha im przed oczami garścią czegoś, co zdecydowanie jest rurkami, w dodatku plastikowymi i bez kremu. – Proszę państwa, bez nich… bez nich życie nie ma smaku, musicie to państwo zrozumieć!!! I kosztują wyłącznieeeEEEEee!!! – Jak na całokształt swojej mizernej osoby, mężczyzna robi całkiem niezły unik przed pięścią Vex i to ono jest poszkodowane w tej sytuacji. Z impetem zatacza się do przodu i wykorzystuje całą swoją determinację i zwinność, żeby nie wpaść prosto w klatkę piersiową faceta. – Okej, dobra, czaję, czaję!! CAPICHE!!! Specjalnie dla was, mam zniżkę. RURKI Z KREMEM za wyłącznie DZIEWIĘĆ PRZECINEK DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ DOLARÓW!!!!! – Widząc, że Vex ponownie zamierza przywalić mu prosto w twarz, w ramach desperackiego ratunku dodaje: – I GRATIS BILET NA PRZEJAŻDŻKĘ MOIM WÓZKIEM WIDŁOWYM!!!!!!
Vex zostaje zbite z tropu, bo jakiś cudem menelowi udaje się odgadnąć jego skryte marzenie o zrobieniu prawa jazdy na wózek widłowy. Przez to jego cios nie jest wycelowany na tyle dobrze, żeby udało mu się trafić choćby w szerokie poły płaszcza faceta. On widzi w tym swoją szansę i z wypiekami na twarzy kontynuuje swój żałosny monolog.
– Tak, właśnie tak! Tylko DZIEWIĘĆ PRZECINEK DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ DOLARÓW. A jeżeli dorzucicie dodatkowe DZIEWIĘĆ PRZECINEK DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ DOLARÓW, to możecie też kupić, o, popatrzcie – przez chwilę grzebie w swoich kieszeniach i Kalina z czystej ciekawości powstrzymuje Vex przed kolejną próbą znokautowania mężczyzny – taka o, ŻARÓWKA!!!! – W jego brudnych palcach pojawia się, rzeczywiście, żarówka. Osmolona i trochę zarysowana, ale jest to żarówka.
– Ej, mi by się w sumie przydała, ostatnio mam same problemy z lampami w mieszkaniu – stwierdza Kalina, a facet tylko jej przytakuje, przy czym jego oczy świecą niezdrowym blaskiem człowieka chorego na umyśle.
– Przestań zabawiać uciekiniera z psychiatryka, do kurwy nędzy – prycha Vex. – IDZIEMY.
– A może zaciekawię was tym oto… hm, co to tak właściwie… – Wyciąga z płaszcza przedmiot zdecydowanie większy od rurek i żarówki. Jest to sporej wielkości pudełko w kolorze obrzydliwego, neonowego pomarańczu. – A, wiem. OTO TAKI PIĘKNY… W TYM JEST INTERNET, BOMBELKI. INTERNET. Bardzo szybki internet, szybki, bo pomarańczowy i…
Teraz już oboje, Kalina i Vex, próbują w każdy możliwy sposób wyminąć faceta i przy okazji nie dostać pudełkiem w łeb. Prowadzą coś w rodzaju trzyosobowego tango na środku ulicy, czym przyciągają wzrok coraz większej liczby gapiów, którzy zaczynają ich nagrywać z zamiarem wstawienia na tiktoka filmiku o walce nastolatków z żulem.
Vex wreszcie udaje się wyszarpać z kieszeni spodni gaz pieprzowy, który szczerze nie wiedziało, że tam ma. Spodziewało się prędzej scyzoryka, dzięki któremu mogłoby wykonać czyn karalny, ale gaz pieprzowy też ujdzie. W pośpiechu odnajduje zawór i psika gazem prosto w twarz facecika. Jakaś część pomarańczowej chmury do niego dociera, a cała reszta skręca przez spokojnie powiewający na ulicy wiatr.
Do piekielnie szczypiących oczu Vex napływają łzy i w jakimś pokrętnym bonding momencie z menelem, zanosi się desperackim kaszlem.
Jest zajebiście, jest cudownie, miodzio, kwiatuszki kwitnące na łace i truskawki w czekoladzie – myśli, gdy zgina się w pół i przestaje widzieć cokolwiek przez łzy. Do połowy opróżniona puszka wypada z jego ręki i ze stukotem toczy się po ulicy, a ono nie ma najmniejszego pojęcia, w którą stronę w ogóle iść, żeby oddalić się od miejsca zbrodni.
Pozostaje mu jedynie iskierka nadziei, że może Kalina nie dostała gazem tak mocno, jak ono. Albo w ogóle nie dostała. Jakby w ogóle nie dostała, to możliwe, że trochę by się powściekało na to, że z jakiegoś powodu dzisiaj tylko go nienawidzą niebiosa, podczas gdy zazwyczaj niebiosa nienawidzą wszystkich półbogów po równo.


Kalina?
────
[1345 słów: Vex otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 21 września 2026

Od Dante CD Ivy — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Przymknąłem na chwilę oczy w celu uspokojenia szalejących myśli. Ivy na pewno nie mówił tego wszystkiego na poważnie. Może miał zły dzień? Może coś się stało? Muszę tak myśleć, bo przecież innego wytłumaczenia na to zachowanie nie ma!
Przetarłem wierzem dłoni twarz, ignorując czarne smugi rozmazanego tuszu do rzęs. Nie miało to teraz żadnego znaczenia. Nie odtrącił mnie, więc podobam mu się nawet w takim wydaniu. To się liczy. Prawdziwy mężczyzna. Jeszcze nigdy takiego nie poznałem. Zawsze każdy najpierw myślał o sobie, a dopiero później o mnie. Życzyłem im najgorszego. Może dalej życzę; ale o Ivy nigdy nie powiem złego słowa. Kiedy na niego patrzę czuję spokój w sercu. Szalejące myśli nie są tak męczące. Jego obecność naprawdę mi pomaga! Nie chcę z niego rezygnować, ale nie wiem jak to mu wytłumaczyć.
— Czy… — przełknąłem ślinę, z trudem zbierając się do wypowiedzenia bardzo ważnych dla mnie słów — jeśli przestanę być twoim pacjentem, to będę mógł się z tobą spotykać?
Bałem się, że zabrzmiałem żałośnie i desperacko. Ale taka była prawda — desperacko chciałem zatrzymać go przy sobie. Gdybym mógł, to rozkazałbym mu zostać, lecz nie miałem takich umiejętności.
Ivy ciężko wypuścił powietrze z ust. Spojrzał na mnie i poczekał aż się podniosę z ziemi. Nie powiedział niczego nietaktownego, ale cisza z jego strony też mnie raniła.
Ivy, powiedz, co robię nie tak, a się zmienie.
— Musisz dać mi czasu — powiedział spokojnie.
Poczułem, jak coś przewraca mi się w żołądku. Może w całości był to ten narząd, a może był to dzisiejszy obiad. Nie potrafiłem stwierdzić. Zaraz potem pojawił się nieznośny ucisk głowy. Miałem ochotę znów się rozpłakać. Pierwsza łza spłynęła po moim policzku. Roztarłem ją palcem wskazującym.
— Chcę, żebyś wiedział, że jesteś dla mnie wszystkim!
Nie odpowiedział. Mam jednak nadzieję, że zrozumiał i zaczął mnie zauważać. Ja pewnie rzuciłbym się za nim w ogień. Naprawdę. Poświęciłbym wszystko!
Wyszedłem z gabinetu. Oczy strasznie piekły mnie od płaczu i makijażu, który rozmywając się, wpływał mi pod powieki. Wolałem jednak ten rodzaj bólu, niż bycie odrzuconym przez mojego ukochanego Ivy.

 

WIOSNA

Zniknąłem na cały miesiąc (a może na dwa?). Przez cały ten czas krzątałem się po różnych barach i podrywałem przystojnych mężczyzn. Niestety każdy z nich był takim samym dupkiem, łasnych na ładnych chłopców. Od siebie mieli niewiele do zaoferowania. Nawet to, co mieli w gaciach, było warte tylko śmiechu.
Nikt po prostu nie dorównywał Ivy, bo nikt nim nie był. Nikt go nigdy nie zastąpi. Nikt nie okaże mi tyłem wsparcia, co on.
Nie wypisywałem do niego, żeby to było jasne. Starałem się powstrzymywać, chociaż było to trudne. Za każdym razem, kiedy miałem telefon w dłoniach, to odruchowo wchodziłem w naszą konwersację. Rozmawiając z kimś na tinderze też co chwilę włączałem aplikacje smsów. Nie potrafiłem bez niego żyć.
W końcu nie wytrzymałem. Napisałem do niego. Chciałem zwykłego, nie zobowiązującego spotkania. Minęło dużo czasu. Zima zdążyła się skończyć, a na jej miejsce wkradła się wiosna. Wiosna przecież jest taką piękną porą roku — to właśnie wtedy przytrafiają się ludziom najpiękniejsze rzeczy.
Ivy nie odpisywał przez dwa dni, aż do pewnego wieczora, kiedy leżałem w wannie i myłem włosy. Usłyszałem powiadomienie. Poderwałem się, rozchlapując dookoła wodę i złapałem do mokrych rąk telefon z szafki.
Ivy. To on. To naprawdę on!
Moja dłon zadrgała. Chciałem zadzwonić. Chciałem usłyszeć jego głos.
— Możemy się spotkać pod pewnym warunkiem — przeczytałem.
Serce tłukło się w mojej klatce piersiowej. On NAPRAWDĘ chce mnie zobaczyć.
— Zgodzę się na wszystko — odpisałem.
Nieważne, co to będzie, nie wytrzymam ani jednego dnia dłużej bez niego.
— Nie dotykaj mnie.
Spochmurniałem. Dlaczego postawił akurat taki warunek? Czy ja naprawdę przekroczyłem jego przestrzeń osobistą? Aż tak, żeby zabraniał mi dotyku?
— Czy to znaczy, że nie mogę cię nawet przytulić?
Przegryzłem wargę, błagając w myślach, żeby pozwolił mi chociaż na to.
— Nie.
Piana z włosów spłynęła mi na czoło. Zabronił mi podstawowej czynności. Przytulania.
— Na pewno? — dopytałem jeszcze, ale tego wieczora mi już nie odpisał.
Pogodziłem się z tym (trochę nie, ale musiałem sobie wmawiać, że tak). Musiałem uszanować to, o co prosił, żeby zatrzymać go przy sobie. Bez tego znowu go stracę. Znów zniknie mi z oczu.
Spotkanie ustaliliśmy później. Musiałem przystać na jego propozycję spotkania się w kawiarni. Lubiłem kawiarnie i dobre kawy, więc nie miałem z tym żadnego problemu. Może właśnie zostałem zaproszony na randkę?
Szykowałem się cały wieczór. Żaden outfit mnie do końca nie zadowalał — a to brakowało mi koloru, a to kolory całkiem się ze sobą gryzły, a to nie mogłem znaleźć pasującej biżuterii. Poświęciłem na to równo pięć godzin. Dopiero przed samym wyjściem poczułem, że jestem gotowy.
Stanąłem przed lustrem i ostatni raz poprawiłem układane na lakier włosy. Odetchnąłem i z wielką nadzieją na poprawę naszej relacji, wyszedłem z domu. Obym mu się spodobał. Makijaż dostosowałem dla niego. Tylko dla niego. Biżuterię, która miałem na sobie zakładałem tylko na szczęście. Moim największym talizmanem jednak był naszyjnik po mamie. Oby przyniósł dużo szczęścia.

Ivy?
────
[806 słów: Dante otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Artema CD Edgar — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Artem zignorował słowa Edgara. Bardziej przestraszył go nagły krzyk, który chyba, a raczej na pewno, zwrócił uwagę mieszkających w tym budynku ludzi. Również tych, na których czekali i chcieli sobie zamienić parę słów z Artemem. Byłoby to bardzo smutne, gdyby tylko przez impulsywnego Edgar udało im się odnaleźć byłego kolegę.
— Kto tam jest?!
Artem od razu, kiedy usłyszał krzyk, podniósł się i pociągnął za sobą wyrywającego się Edgar. Siłą wepchnął go do jakiegoś zagraconego starymi szmatami i meblami kąta. Sam wskoczył gdzieś obok i przycisnął się do przyjaciela, nie puszczając skrawka jego koszulki, żeby przypadkiem nie wpadł na kolejny głupi pomysł.
— Cicho — szepnął ostrzegawczo, na co Edgar jeszcze bardziej zmarszczyło brwi. Wcale nie miało ochoty siedzieć cicho, a zachowanie Artema denerwowało go coraz bardziej.
Usłyszeli szybkie kroki. Stukot butów o drewniane panele, które dawno nadawały się do wymiany. Trzask drzwi, potem stukot kolejnych butów.
— Usłyszałem coś! — powiedział głośno jeden z mężczyzn. — Naprawdę!
— Przecież widzisz, że nikogo tutaj nie ma — drugi z nich miał zdecydowanie bardziej znudzony ton głosu. — Zaczynasz mieć omamy?
— Kurwa, z tobą się nigdy nie da porozmawiać — warknął. — Jeszcze nas ktoś okradnie z towaru i co wtedy? Gówno! Przeszukaj lepiej chatę!
— Twoją starą prędzej przeszukam!
Sprzeczali się jeszcze przez chwilę, aż w końcu jeden z nich wrócił na wyższe piętro, a drugi poszedł do innego pokoju, cały czas przy tym przeklinając pod nosem. Najwyraźniej rzadko kto z zewnątrz się tutaj zapuszczał i nie mieli powodów do obaw. Cóż było się dziwić, kiedy okolica była naprawdę nieprzyjemna? W biały dzień ktoś mógł ci włożyć kosę między żebra i nawet za to nie odpowiedzieć, bo bardzo wątpliwe, że ktokolwiek zwróci uwagę.
Artem poluźnił uścisk i wypuścił z palców potarganą koszulkę Edgar.
— Nie będę ci pomagać, jak będziesz się tak zachowywać — warknęło pod nosem.
— Ciszej — upomniał go od razu, bo zdenerowowane Edgar miało w zwyczaju podnoszenie głosu.
— Nie uciszaj mnie.
Zaczął się podnosić, ale Artem od razu złapał go za łokieć i pociągnął z powrotem na dół.
— Skąd masz w ogóle pewność, że to bezpieczne?
— O czym ty teraz pierdolisz? — Podniósł się jeszcze raz. — Przestań paniusiować i wstawaj.
Edgar doskonale wiedział w jaki punkt uderzyć, żeby ogarnąć nieobecnego Artema. Mężczyzna od razu się podniósł i z naburmuszoną miną wyszedł z zagraconego kąta. Bez słowa i nawet nie oglądając się na przyjaciela poszedł przeszukiwać pierwsze pomieszczenie.
Otworzył każdą szufladkę, zaglądnął do każdej szafki. Nie znalazł niczego, co mogłoby im pomóc, chyba że pomocne okazałyby się pogniecione, puste kartki papieru. Albo jakieś resztki jedzenia, bo najwyraźniej nikt tutaj po sobie nie sprzątał.
W drugim pomieszczeniu znalazł tylko gazety sprzed dwóch lat i inne nic nie warte śmieci. Najwyraźniej wszystko to, co cenne, mieli dobrze schowane.
— Zapiszę sobie ten adres — powiedział niespodziewanie Edgar. — Wyślę tutaj kogoś później.
— Genialny pomysł — odpowiedział sarkastycznie. — Wojsko też naślesz?
— Dobra, kurwa, albo chcesz mojej pomocy albo stąd wychodzę.
— No to wyjdź.
Edgara nie trzeba było dłużej przekonywać. I tak był już wystarczająco poddenerwowany przez ciągłe niezrozumiałe humorki Artema. Burknął coś pod nosem i skierował się w stronę wyjścia.
Wrócił po niecałej minucie z krzykiem. Roztrzęsione schowało się za plecami Artema.
— Jakieś inne wyjście? — zapytało.
Zachowywało się tak, jakby Artem znał każde tajne przejście w tej okolicy. A o dziwo tak nie było. Można było się spodziewać, skoro spędził tutaj pierwsze lata życia w Ameryce, ale nie doświadczył żadnego podziemnego przejścia jak w filmach hollywood.
— A to niby ja mam przestać paniusować, co?
Edgar nawet nie miało ochoty odpyskować — coś sprawiło, że bardzo się wystraszył i zabrakło jejmu języka w gębie. Po prostu pokręciło głową i wskazało przed siebie, tam, gdzie znajdowały się drzwi wyjściowe. Te same, przez które tutaj weszli.
— Wchodzimy stąd zanim ktoś usłyszy.
Chciał wyjść, ale Edgar mocno złapało za jego koszulkę. Jak dziecko, które nie chciało pozwolić ojcu wyjść do pracy albo matce, która chciała zostawić je samo w przedszkolu. Płaczliwie coś wybełkotało pod nosem, na co Artem przewrócił oczami i zignorował. Dosłownie pociągnął za sobą Edgar.
Jeden z mężczyzn, którego usłyszeli wcześniej już zaczął zbiegać po schodach. Drugi chyba nie przejmował się, że mieli nieproszonych gości i nawet nie ruszył się z miejsca. Dobrze wiedzieć, że w patusiarni można było znaleźć chociaż jedną inteligentną osobę.
Artem bardzo się spieszył, ale Edgar tylko go hamowało. Zapierał się tak bardzo, że ciężko było się ruszyć, nawet jeśli trochę czasu spędzało się na siłowni.
— No żesz, czy ty jesteś, kurwa normalny?! — wypalił w końcu, zatrzymując się.
Zdenerwowany po prostu podniósł Edgar i zarzucił sobie przez ramię jak worek ziemniaków. Tak będzie szybciej.
Popędził do drzwi, ale zanim zdołał przez nie wyjść, zauważył dobrze znaną osobę. Szef tych wszystkich przegrywów życiowych wrócił. Zawsze miał obrzydliwe żabią mordę, ale tym razem wyglądał jeszcze bardziej jak żaba (a może było tak zawsze?).
— Dzieeeeeń dobrryyy?
Oblizał wargi. Okropnie przy tym mlaskał. Artem już zapomniał, jakie to było zawsze odrażające.
— Puść mnie! — wrzasnął Edgar.
— Jezu, zawsze miałeś taką żabią mordę? — Skrzywił się, na co mężczyzna w średnim wieku nawet nie zareagował.
— On JEST żabą! — krzyczał Edgar. — To ŻABA!
— Jak, kurwa, żaba?
Zanim Edgar zdołał cokolwiek odpowiedzieć (albo wykrzyczeć), za nimi stał już jeden z mieszkańców tego pięknego budynku. W jednej ręce trzymał tępy nóż, a drugą podtrzymywał zsuwające się z tyłka spodnie.
— Szefie! — krzyknął. — Kim oni są?!
Żabi szef mlasnął.
— Pssyjaciele?
— Szefie, nie! — Mężczyzna rozpaczliwie podbiegł do swojego przywódcy. — Oni tu weszli nieproszeni! Wyrzuć ich!
Artem obserwował te scenę ze zdegustowaniem. Nie tak zapamiętał sobie to wszystko.
— Proszę obydwoje wypierdalać — mruknął Edgar dziwnie spokojnym tonem.
O dziwo, obywoje rzeczywiście… wyszli. Żabi mężczyzna opuścił próg domu, a drugi wrócił na górę, cały czas drapiąc się po tyłku. Artem poczuł tylko dziwnie mrowienie w klatce piersiowej, jakoby te słowa także jego dotyczyły. Ostatecznie on jedyny nie wyszedł i dalej stał tam, gdzie wcześniej.
— Widzisz? Mój pomysł z czarami wcale nie był taki zły.
— Skończ — westchnął. — I proszę postaw mnie na nogi.
— Ty mnie o coś prosisz?
— To ostatni raz, przysięgam.
Artem mógł jejgo zwyczajnie zrzucić na ziemię, ale nie był już takim dupkiem i odstawił przyjaciela na nogi. Całkiem miłe z jego strony, a przecież zawsze mógł zabić, prawda?

Żabo?
────
[1004 słowa: Artem otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 20 września 2026

Od Edgar CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Czyli nie mieliśmy żadnego konkretnego planu. Nie było to, oczywiście, żadną  nowością w naszym przypadku, że nie omówiliśmy dalszego przebiegu wydarzeń i w tamtej chwili pozostało nam czekać na ich rozwój, na który zbytnio nie będziemy wpływać. Było to jak wieczne płynięcie pod prąd z nadzieją, że nie trafi się w drodze na mocny zryw bądź skały, z którymi zetknięcie byłoby bardzo bolesne.
Dyskomfort wynikający z bycia w takim miejscu sprawiał, że z każdą chwilą miałem coraz mniejszą ochotę tu być. Trudno było aż uwierzyć, że Artem mógł obracać się w takim środowisku — i też trudno było mi sobie to wyobrazić. Była to melina pełna niebezpiecznych ćpunów i alkoholików, przez których śniadanie cofało mi się do gardła. Widziałem naprawdę wiele miejsc w życiu, w wielu podobnych przebywałem, ale to był zupełnie inny świat, do którego nie chciałem się zapuszczać. Do tej pory mi się to udawało.
Nie wiedziałem, na co czekamy, więc pozostało mi zaufać Artemowi, pomimo, że nigdy mi nie wspominał o takich rzeczach. Była to jego przeszłość, więc teoretycznie nie miał takiego obowiązku, ale jakoś i tak mnie to raniło. Było to niesprawiedliwe, że o mnie wie tak dużo, a ja o nim nic. Z innej strony, kto by chciał się chwalić, że obracał się w… takim miejscu jak te? Co, jak zaraz zostaniemy porwani, a moje organy sprzedane na czarnym rynku? Nie sądzę, aby były dużo warte.
Czekaliśmy jakiś czas, obserwując otoczenie. Już drugi papieros tlił się między moimi palcami.
— To oni. - Wyprowadził mnie z zamyślenia
— I co teraz, detektywie? — Uśmiechnęłom się do mężczyzny. — Mam im pogrozić? Pobić?
— Nie teraz.
— Jakoś muszą się odczepić.
Ruszyłom o krok, ale Artem złapał mnie za łokieć. Równie szybko jednak mnie puścił, po czym skrzyżował ramiona na piersi, odwracając wzrok.
— To ich zaczarujesz.
— To nie są żadne czary, człowieku — westchnęłom. — Co ty sobie myślisz? Że jak to działa?
— Masz inny pomysł?
— Czemu ja mam być pomysłodawcą?
— Tylko pytam cię o poradę.
Nie tak to zabrzmiało, ale postanowiłom tego nie kwestionować.
— Może rzeczywiście coś wymyślmy, zanim… Co w ogóle chcesz osiągnąć?
Wyglądał na nieobecnego, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej, niż ciałem. Zmarszczyłem brwi przez jego zachowanie, nie wiedząc, co może tak go dekoncentrować i odwracać uwagę od rzeczywistości, ale utrudniał naszą współpracę. Byłem powoli gotowy na to, aby wrócić do domu.
— Rozumiesz, co do ciebie mówię?
— Jasne, że tak.
Tak długo staliśmy i się sprzeczaliśmy, że naturalnie dwójka mężczyzn znikła z naszego pola widzenia. Rzuciłom Artemowi zirytowane spojrzenie i poszłom dalej się rozglądać, ale podejrzani przepadli bez śladu. Straciliśmy swoją szansę. Podreptał za mną, aż poszliśmy jeszcze głębiej w uliczkę, która wyglądała, jakby nie było z niej wyjścia. Wyglądała jak dzielnica osób niższego sortu społecznego, którzy skrywają się przed światem, aby przypadkiem ich czyny nie spotkały się z konsekwencjami. Miałom tylko nadzieję, że mój wygląd nie wzbudzi w nikim gniewu — Artem nie miał się za bardzo o co obawiać (nie, żebym go obrażał. Taki był fakt).
— Muszą się tu kręcić jeszcze.
— Nie miałeś może zwidów?
Wyburczał coś w odpowiedzi i przewrócił oczami. Trzymałem swoją cierpliwość na cienkim sznurku, który mógł pęknąć w każdej chwili, a to nie miałoby ani cienia szansy zakończyć się dobrze. Przez myśl przeszedł mi powód, czemu mógłby tak dziwnie się zachowywać, ale prędko zacząłem starać się wyprzeć go z środka głowy. Skoro aż tak porzucił ten temat — a raczej, w ogóle nie poruszył — to czemu miałoby go to męczyć? Właściwie, obydwoje zachowywaliśmy się, jakby nigdy nic się nie stało, ale i tak, cisza z jego strony była bolesna. Momentalnie spochmurniałem i zachciałem wrócić do domu.
Było mi z jakiegoś powodu ogromnie wstyd.
Wpadłom na wybitny, łatwy w wykonaniu pomysł, aby podpytać tutejszych o parę informacji, ale Artem się nie zgodził. A może bardziej trafne byłoby stwierdzenie, że nie pozwolił. Wziął mnie tu ze sobą, jednocześnie wiążąc mi ręce. Naburmuszyłom się na niego, ale nawet nie zwrócił na to uwagi, ignorując wszystko, co się wokół niego dzieje.
Och, powinnom porzucić ten temat.
Pozwalając sobie przełamać tę bezsensowną bezczynność, postanowiłom poeksplorować podejrzany budynek, do którego wkroczył jeden z dziwnych typów. Artem zmierzył mnie uważnie wzrokiem, zacisnął wargi, jakby chciał mnie powstrzymać, ale zamiast tego, wszedł za mną do środka. Domyśliłom się, że to musi być czyjeś mieszkanie, może nawet paru z nich. Cokolwiek z tego wyjdzie, może nam pomoże — wolałem to, niż znosić obecność wyobcowanego Artema.
— Ktoś jest w środku — szepnął do mnie, starając się pociągnąć mnie do ustronnego kąta.
— Więc bądź cicho.
Wcisnął nas w wąskie miejsce przy schodach prowadzących na wyższe piętro. Zaczęłom nasłuchiwać, a z oddali usłyszałom lekkie kroki.
— Znasz kogoś jeszcze tutaj?
Nie odpowiedział.
— Musisz zacząć ze mną współpracować — syknęłom cicho, powstrzymując się od wzniesienia tonu.
Westchnął tylko, opierając się o ścianę. Nawet nie patrzył mi w twarz, a to był mój ostatni powód. To było wszystko, co miał mi do powiedzenia? Czyli nic?
— Kurwa! — wrzasnęłom w końcu, aż podskoczył. Zbyt głośno. Zdecydowanie zbyt głośno. — Skup się! Co z tobą? Jeszcze kilkanaście minut wcześniej byłeś normalny!

 
Artem?
────
[820 słów: Edgar otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]