sobota, 16 maja 2026

Od Sony CD Lairy — „A fisher of fish”

Poprzednie opowiadanie

Sony z trudem przychodzi liczenie sytuacji, w których zabrakło mu słów. Nie brakuje mu palców ani miejsca na kartkach, brakuje mu dokładnych, jasnych wspomnień. To były pojedyncze, niewarte zapamiętania momenty. Gdy słowa nie chciały wyjść z jego gardła i uformować się w dobrze znane kształty na języku, Każda taka chwila wydaje się Sony okropnie odległa, jakby próbowała wbić się w pamięć kogoś innego. Albo siebie przed tym, gdy odważyło się mówić.
Patrzy na Lairę, na trzymane w jej dłoniach pokrowce i na spakowaną torbę, a niewidzialne szwy zamykają mu usta na dobre. W mózgu pojawia się pustka, której nie spotkało od lat i która pojawia się w najgorszym momencie. Bez słowa, z miną wyrażającą wyłącznie czysty szok, wyciąga dłonie po szorstkie pokrowce.
Coś tu śmierdzi, ale Sony nie jest w stanie dostrzec, co dokładnie. Ono nigdy nie oddałoby komuś swoich instrumentów, a już na pewno nie najpiękniej brzmiącego, obklejonego naklejkami bębenka. Musiałoby wiedzieć, że już nigdy więcej na nich nie zagra, a to stanowi dla niego dość niewyobrażalny koncept.
– Wow. Dziękuję – duka Sony po zbyt długiej chwili milczenia, opierając dłuższy z pokrowców na ramieniu. – Ale dlaczego?
– Jak to, „dlaczego”? – pyta Laira z uśmiechem na twarzy, ale nawet Sony dostrzega, że w tej minie nie ma oni odrobiny radości.
– Nie masz zamiaru już nigdy łowić? – doprecyzowuje pytanie. – Bo czemu masz oddawać mi coś, co jest twoim hobby. Takim, które robisz codziennie, nieważne, jaka jest pogoda i co masz zaplanowane. I które sprawia ci radość. To dziwne – tłumaczy, marszcząc brwi w zdegustowanej minie bardzo podejrzliwego dzieciaka. Laira dalej uśmiecha się w ten smutny, nieszczery sposób i patrzy nie w twarz Sony, skupiając się raczej na krajobrazie za otwartymi na oścież drzwiami.
– To nie takie proste – odpowiada wreszcie, choć niczego to nie tłumaczy. Sony nie jest już nieświadomym świata dzieciaczkiem. Równie dobrze mogłoby zostać grupowym domku siódmego, jakby tylko chciało. Ma zamiar to powiedzieć, domagać się jakiegoś lepszego wytłumaczenia, ale ubiega go Laira, której wreszcie udało się dosunąć zamek torby. – Hej. Dbaj o ten sprzęt w moim imieniu.
– Ale! – potyka się na własnych słowach, obserwując, jak Laira zarzuca sobie bagaż na ramię. – Ale chociaż czasem coś napisz. Albo, albo, jeśli napiszesz, albo zadzwonisz, to mogę do ciebie przyjechać, co ty na to?Jeszcze nigdy mnie nie było w San Francisco, ale mogę być ten pierwszy raz, to nie jest aż tak daleko. To nie drugi koniec świata. Odwiedzę cię i pójdziemy razem na ryby, przywiozę to wszystko i w ogóle…
– Okej. – Dziewczyna kiwa głową, choć wydaje się nieobecna.
Sony nie obchodzi, czy to etycznie poprawne i dopuszczalne, tak zmuszać kogoś do przytulenia. Laira lekko poklepuje go po plecach w geście delikatnego zasygnalizowania, że ma się od niej odkleić i wrócić do jakichkolwiek obozowych zajęć, jakie miało w planach. Mówi coś o pociągu albo o autobusie, a Sony, próbując nie stracić z oczu porzuconych na ziemi pokrowców, przegrzebuje wszystkie swoje kieszenie, tylko jednym uchem słuchając mamrotu Lairy.
– Masz. Prawie zapomniałom – śmieje się i wsuwa na nadgarstek przyjaciółki własnoręcznie zrobioną bransoletkę przyjaźni. Takie same dostali od niego Erico i Emiliano, gdy się wyprowadzali. Na całe szczęście pamiętali o pisaniu i dzwonieniu. – I jeszcze to. – Wciska w dłonie Lairy wypchaną kopertę. Pełną zdjęć, suchych liści i rysunków.
– Dziękuję. Trzymaj się, dzieciaku.

JESIEŃ V

Wiadomość o jej śmierci trafiła do Sony późno. Zbyt późno, żeby mogło dołączyć do jakiejkolwiek ceremonii pogrzebowej. Ostatecznie nie wie, czy jest temu wdzięczne, czy wciąż wściekłe – może gdyby ją prawowicie pożegnało, to szybciej pogodziłoby się z jej utratą?
Pokrowce z wędką i spławikami wylądowały w kącie domku siódmego, a teraz oczy Sony zazwyczaj prześlizgują się po nich, jakby nie istniały. Jakby w tamtym miejscu nie było niczego więcej oprócz obdartej ściany, którą powinni odmalować już lata temu, ale wciąż o tym zapominają.
Trudno mu nawet przesiadywać nad jeziorem. Na bosaka spacerować przy brzegu, stawiać ostrożne kroki na skrzypiącym molo. Co jakiś czas zdaje sobie sprawę, że tam zawędrowało, że właśnie siedzi w tym samym miejscu, w którym uczyło się łowić, nazwało swoją pierwszą rybę, rozpoczęło krótką przyjaźń. Pogrążone w myślach zbyt głęboko, by pamiętało, jak się tam znalazło.
Raz wyciągnęło z pokrowca wędkę. Zważyło ją w dłoni, przesunęło palcami po żyłce. Pustka, którą ta krótka czynność obudziła w jego klatce piersiowej, wystarczyła, żeby próbowało zapomnieć o łowieniu i o dręczączej obecności zbierających kurz pokrowców. Wciąż nie chce o tym myśleć. Nie chce mieć głowy zaprzątniętej wyłącznie ponurymi myślami.
Dlatego postanawia zrobić to, co potrafi najlepiej.
Siada pod ścianą domku dziewiątego, z kieszeni wyciąga trzymający się na granicy śmierci telefon. Na Mapach Google szuka kolejnego celu wartego osiągnięcia, do którego podróż sprawi mu więcej przyjemności, niż pobyt na miejscu.


koniec wątku Sony i Lairy
────
[766 słów: Sony otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Isobel — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Znużona, pośród gwaru ludzi, którym by nie dała nawet paprotki do popilnowania, zastanawiała się, co tu w ogóle robi. Pierwsze wrażenie? „Demeter, zabierz mnie stąd, możesz zamienić mnie w roślinkę, cokolwiek” pomyślała. Dotarła jednak do konkluzji, że nic by tutaj nie przeżyło za zasłoną gęstego dymu.
Gdy wróciła do domu i wzięła prysznic, zastanawiała się, czy ten plecak jest jej w ogóle potrzebny. To tylko plecak. Nie ufała losowym zbiegom okoliczności, a kradzież wyświechtanego przedmiotu, w siłowni pełnej ludzi z bogatszym wyposażeniem, należała do nich. Nie mając nic lepszego do roboty następnego dnia (dalej dostawała coraz mniej zadań, bo nie posługiwała się elektroniką), poszła do dzielnicy, w którym rzeczony bar miał się znajdować.
Była to bez wątpienia obskurna speluna, samo znalezienie jej zajęło trochę czasu. Na szyld natrafiła wyłącznie dlatego, że jej uwagę zwrócił przebiegający obok szczur. Dahlia cieszyła się, że nie ubrała się w smart casual, tylko włożyła pierwszą lepszą bluzkę, ale nawet i w niej czuła się zbyt elegancko. Zeszła po schodkach i wraz z otwarciem drzwi uderzyły jej w twarz kłęby dymu papierosowego. Miejsce było tak old school, że nawet mieli swoją tablicę ze zdjęciami (prawdopodobnie) tubylców, którzy prezentowali swoje zdobycze wędkarskie.
Nie pokazała swojego szoku, ale było ewidentne, że Isobel ni wuja nie pasowała do tego miejsca. Wizualizowała o wiele czystsze miejsca, może bardziej eleganckie, które nie wymagały patrzenia pod nogi w celu niezdeptania szczura. A przynajmniej nowo poznana koleżanka zasługiwała na to, bo Dahlia nie wątpiła w to, że po jej zatrudnieniu zwiększyła się liczba osób odwiedzających ten… przybytek. Wystarczyło jej jedno rozejrzenie się po sali, żeby zobaczyć spojrzenia dziadków oraz delikwentów, jakie rzucali Isobel.
Sama pracowniczka nie dawała po sobie tego poznać, poruszała się jak ryba w wodzie i roztaczała aurę całkiem niezłej charyzmy. Na pewno była to zasługa rosłego chłopa przemieszczającego się tu i ówdzie, który zdążył się przyzwyczaić do jej obecności. Dosłownej, bo gestykulowała naprawdę żywo, konieczny dodatek do komunikacji przy pierdzących głośnikach.
— Mieszka nad twoim współpracownikiem? To wszystko chyba jest za proste.
— Co masz na myśli? — Isobel podawała kolejny kufel i przeliczała podany jej kwitek banknotów.
— W tak dużym mieście, jak San Francisco, wyłapałyśmy tak szybko jedną osobę? — Dahlia pokręciła głową. — Coś tu jest nie tak.
— Hej, hej, przesadzasz! To twój plecak i trzeba go odzyskać. Sądzę, że to zrządzenie losu, że akurat sobie przypomniałam o jego szpetnej buźce. Falagamus? To jest imię czy nazwisko? Kto się tak, do cholery, nazywa?
— Na to pytanie to ci nie odpowiem. — Dahlia wzruszyła rękami, pozwalając sobie na nikły uśmiech.
Isobel zniknęła w gąszczu, z tacą pełną piw. Może na siłowni nie wycisnęła dużej wagi przez brak techniki, ale na pewno miała w sobie sporo siły. I doświadczenia w manewrowaniu między stolikami oraz klientami. Dahlia nie miała innego wyboru jak czekać przy tej ladzie, wpatrując się w cokolwiek, co Barny robił. Resztę widziała jak przez mgłę, ale przynajmniej odór fajek już tak nie gryzł jej gardła.
— Bar zamyka się o drugiej… — Usłyszała niebezpiecznie blisko prawego ucha i się wzdrygnęła.
— Bogowie! Nie do ucha! Prawie zeszłam na zawał.
Skarciła też siebie w myślach, za nieuwagę. Była przecież na tyle wyczulona w życiu, że ciężko było ją podejść. A jednak. Nawet nie piła, co trochę bardziej odbiło się na jej poczuciu bezpieczeństwa. Czyżby przebywanie z Arnar otępiło jej zmysły?
— Uważaj, bo w tej okolicy ludzie wolą tego jednego Boga i chętnie ci wcisną pamflety o tym, jaki nie jest super.
— No tak, totalnie w tym miejscu czuć boską obecność. — Dodała w myślach „Dionizosa chyba”. — Coś mówiłaś?
— Tak, bar zamyka się o drugiej, ja mogę wyjść nieco wcześniej i możemy zajrzeć do szacownego Falafela. — Rozpromieniła się dziewczyna.
— O drugiej w nocy?
— No tak, zapomniałam, że taki chłop jak on jest wzorcowym, szanowanym obywatelem, który musi dobrze się wyspać, żeby pójść do normalnej pracy za biurkiem. — Ironizowała Isobel, wycierając szmatką stolik obok.
Podsłuchujący Barny tylko podniósł brew.
— Isobel, to tylko plecak… Nie będę wyważać drzwi o drugiej w nocy!
— Grzecznie poprosimy, grzecznie odda. I wcale nie musimy wyważać drzwi! — Ściszyła głos i uśmiechnęła się niczym chochlik. — Ja na przykład bardzo dobrze dogaduję się z drzwiami. Bezgłośnie. Trzeba nauczyć cholernego gówniarza manier. Chcesz może piwo? Chcesz, dzisiaj świeże lane i w dodatku zmywarka działa, także kufel będzie czyściutki.
Córka Demeter nawet nie miała jak zaprotestować. Westchnęła i pozwoliła sobie poczekać, żeby zobaczyć, jak się sprawa rozwinie. Doszła do takiego momentu w życiu, że ostatnio częściej traciła kontrolę i nie wiedziała, jak się z tym czuć. Arnar przekonywało ją, że za bardzo chce ustalać wszystko, gdzie powinna popłynąć z nurtem wydarzeń. Jak miała traktować jeno słowa poważnie, jeżeli na jednym ze spotkań z tym dzieckiem Hermesa dosłownie wyskoczyli z okna, uciekli przed latającą, obleśną świnią, która wsunęła na śniadanie jakiegoś półboga po drodze. Wtedy zdecydowanie płynęła z nurtem, bo nie miała wyboru. Nie mówiąc o równi pochyłej, czyli Lucienie próbującym manipulować nią za pomocą wina. A teraz będzie czekać na rudowłose uosobienie ADHD, które ma zamiar włamać się do domu jakiegoś złodziejaszka, bo chce bohatersko odzyskać plecak Dahlii. W którym dokładnie momencie straciła trakcję?
Prychnęła pod nosem i wzięła łyk zimnego piwa.

Chłodnawe powietrze uderzyło w twarz, kiedy w końcu z zadymionego, zatłoczonego przybytku wyszła na ulicę. Piwo było w porządku, ale nic nie zastępowało detoksu płuc. W barze dalej przebywało sporo gości, ale widocznie nowa znajoma była w stanie wyprosić wcześniejsze wyjście.
— Załatwimy to szybko. Na pew… — Zaćwierkało coś z boku.
Dahlia wzdrygnęła się już drugi raz. O dwa za dużo.
— Cholera jasna, może jakieś ostrzeżenie? Podkradasz się zbyt cicho!
— A, tak, jasne. Tak już chciałam powiedzieć, wystarczy, że cię zobaczy i na pewno odda ci twoją własność. A jak go nie będzie w domu, to może nawet lepiej, się tylko odszuka i weźmie.
— Chyba, że design tego plecaka się jemu spodobał i teraz chodzi z nim po mieście, wypełniając go innymi skradzionymi rzeczami. — Odburknęła Dahlia
— To wtedy coś wymyślimy. A teraz kierunek na południe! Co mi tylko przypomniało, jak mój znajomy ukradł drugiemu zegarek i przez dłuższy czas go szukaliśmy, a następnie…
Oto tym sposobem Dahlia nie miała jak zaprotestować i ruszyła z Isobel w drogę, słuchając wielu opowieści.


Isobel?
────
[1010 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne CD Kala — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Elianne zamyśliła się, opierając podbródek na czubku rączki grabi. Niezbyt przejmowała się tym, że pewnie są umazane w ziemi czy tam bogowie wiedzą czym. Kal już wrócił do pracy (choć widząc jej minę, co jakiś czas zerkał na nią kątem oka, trochę zaniepokojony), a sama Eli wciąż próbowała sobie wyobrazić chłopaka w innej fryzurze. Nie było to wcale takie proste; białe kosmyki na tyle mocno utknęły jej w głowie, ze nie potrafiła ich zastąpić niczym innym. Zabębniła palcami o trzon grabi.
— Różowy to wcale nie jest taki zły pomysł. Jaśniutki, taki pudrowy. Nie różniłby się nawet jakoś mocno od białego — powiedziała w końcu i wyprostowała się, bo wypadało w końcu wrócić do pracy.
Uśmiechnęła się, kiedy Kal posłał jej przez ramię wyjątkowo sceptyczne spojrzenie.
— Nie wydaje mi się.
— No weź, pomyśl o tym.
Chłopak odwrócił się do niej plecami, czym wywołał jej śmiech. Elianne poprawiła opadające jej na czoło kosmyki włosów i poważnie zabrała się za grabienie. Chciała zdążyć na kolację.

Centurionka na ogół uważała się za osobę dosyć miłą. Nie lubiła konfliktów i niesnasek, więc zwykle po prostu trzymała się od nich z daleka. Zdecydowanie wolała przeprosić i załagodzić tym sytuację, niż tworzyć spór, który potrwa na trzy pokolenia wprzód. Często się uśmiechała i lubiła, kiedy ludzie wokół niej również byli w dobrym humorze - nie miała problemu z komplementowaniem, rozluźnianiem atmosfery i utrzymywaniem dookoła siebie raczej pozytywnej aury. Źle się czuła, gdy ktoś na opak rozumiał jej słowa i wychodziła na zołzę, co niestety czasem się zdarzało. Krótko mówiąc, wybierała życie w przyjaznych stosunkach.
Jednak, jak się okazało, taki stan rzeczy mogła utrzymywać do czasu.
Ponowne spotkanie Elianne z Theodorem miało miejsce zaledwie kilka dni później, zaraz przed obiadem. Eli właśnie miała zamiar skierować się na stołówkę, kiedy wpadła na syna Somnusa. Uśmiech szybko zniknął z jej twarzy, gdy zorientowała się, na kogo się natknęła.
— O, to ty — rzucił chłopak, spoglądając na centurionkę.
— Przepraszam, spieszę się.
Elianne nawet nie siliła się na posyłanie mu wymuszonego uśmiechu, tylko od razu odwróciła się, żeby odejść. Niestety zatrzymały ją kolejne słowa Theodore'a:
— Pogadałaś już z chłopakiem?
Zatrzymała się w pół kroku, wzięła głęboki oddech i policzyła do pięciu. Naprawdę miała nadzieję, że w tym czasie chłopak odejdzie i da jej święty spokój. Jako że nie usłyszała odgłosu kroków, odwróciła się z powrotem do niego.
— Powiesz mi w końcu jaki masz do nas problem? Wtrącasz się w sprawy, które w ogóle cię nie dotyczą, i które ani trochę nie powinny cię obchodzić, skoro nie masz o nich zielonego pojęcia. W dodatku twoje komentarze są po prostu niekulturalne, bo nikt z odrobiną kultury osobistej nie wtyka nosa w prywatne sprawy innych ludzi. Weź znajdź sobie coś do roboty, bo inaczej zrobię to ja i obiecuję, że prędko się już do mnie nie odezwiesz. I odpierdol się od Kala — rzuciła na odchodne, już obracając się w stronę stołówki.
Nie obejrzała się przez ramię, ale gdyby to zrobiła, zobaczyłaby zdezorientowanego Theodore'a, który dopiero po chwili otrząsnął się i odszedł. Eli życzyła mu, żeby tego dnia dostał jakiś paskudny przydział. Ot, żeby udowodnić, że karma istnieje.
Na obiedzie pojawiła się już bez apetytu, ale za to z raczej bojową miną. Kal, który już siedział przy stoliku, posłał jej dość zdziwione spojrzenie.
— Coś się stało? — zapytał, gdy dziewczyna zajmowała miejsce na ławce obok niego.
Elianne milczała przez moment. Potrzebowała chwili na opanowanie nerwów, choć już czuła, że złość zaczyna z niej uchodzić, pozostawiając po sobie raczej niesmak.
— Miałam nieprzyjemną rozmowę z jakimś zidiociałym legionistą — powiedziała jedynie, przykładając wierzch dłoni do czoła. Czuła nadchodzący ból głowy.
Kal nie drążył tematu, a Eli była mu za to bardzo wdzięczna.

WIOSNA

— A co myślisz o tym? — zapytała Elianne, podnosząc z półki maleńką buteleczkę lakieru do paznokci. Gdyby ktoś kazał jej opisać kolor lakieru, powiedziałaby, że to mieszanka błękitu z turkusem. Przybliżyła buteleczkę do swojej twarzy, ale zanim Kal zdążył jej odpowiedzieć, sama zdecydowała. — Nie, za ciemny.
W wolną sobotę, korzystając z całkiem przyjemnej już pogody, wyciągnęła Kala na zakupy. Za dwa tygodnie organizowane były dwudzieste urodziny jej brata, Christophera i Elianne uparła się, że potrzebuje takiego lakieru do paznokci, który będzie zgrywał się z kolorem jej oczu. Myślała, że to nie będzie szczególnie trudne — blady błękit był raczej popularnym odcieniem niebieskiego. A jednak okazało się, że w każdym dotychczasowym kolorze coś jej nie pasowało. Byli już w drugiej drogerii i dziewczynie powoli nudziło się przetrząsanie tych półek.
— Hm, a ten? — zapytała ponownie, kładąc sobie na dłoni inną buteleczkę.
Kal zajrzał jej przez ramię i niemal od razu pokręcił głową.
— Zbyt intensywny — rzucił, wymijając ją, żeby przejść na drugi koniec alejki.
Elianne westchnęła. Liczyła, że załatwią to w maksymalnie dziesięć minut, a teraz własne zachcianki gryzły ją w dupę. Już bez większego przekonania zaczęła przesuwać buteleczki. Nie mogła minąć nawet minuta, kiedy ktoś ostrożnie złapał ją za ramię i odwrócił w swoją stronę. Kal nie powiedział ani słowa, tylko od razu przyłożył coś do jej skroni. Eli zerknęła w górę na jego zmrużone oczy i zaciśnięte usta. Skupiony na analizie chłopak stanął tak blisko, że niemal czuła na czole jego oddech.
Kal w końcu cofnął się o krok i wręczył jej skrupulatnie wybraną buteleczkę.
— Ten będzie pasował — powiedział, wymijając ją, żeby jeszcze zajrzeć do innej części sklepu.
Obok jednej z półek wypełnionych kosmetykami, na ścianie przytwierdzone było lustro. Elianne przejrzała się w nim, przykładając buteleczkę z lakierem do twarzy. Odcień był idealny. Już była gotowa pogodzić się z porażką i wybrać jakiś inny, byle jaki ładny kolor, a jednak szczęście się do niej uśmiechnęło. A raczej uśmiechnął się do niej Kal, który wyczuwał kolory zdecydowanie lepiej niż ona.
Entuzjazm do niej wrócił i niemal w podskokach ruszyła do kasy, żeby zapłacić. Kal czekał na nią w pobliżu wyjścia, kiedy dziewczyna niemal z nabożną czcią pakowała zakup do torby. Cała w skowronkach wyszła na zewnątrz; nie trzeba jej było wielkich rzeczy do szczęścia. Już przed sklepem stanęła przy Kalu i przelotnie pocałowała go w policzek.
— Dziękuję, jesteś cudowny! Teraz to już na pewno stawiam kawę — powiedziała z uśmiechem, łapiąc go pod ramię.
Kiedy miała dobry humor, San Francisco już wcale nie wydawało się takie obskurne.


Kal?
────
[1013 słów: Elianne otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

piątek, 15 maja 2026

Podsumowanie eventu AU

Po krótkim przedłużeniu czasu trwania eventu z Alternative Universe przyszedł w końcu moment jego zamknięcia. Czy taki minievent wymaga podsumowania? Prawdopodobnie nie, ale trzymajmy się blogowych standardów (stąd też podsumowanie nie pojawiło się wcześniej).

STATYSTYKI

✰ W ciągu Event AU napisaliście dziewięć opowiadań. Jak na pierwszy raz to całkiem solidnie.
✰ Wśród tych dziewięciu opowiadań były cztery samodzielne opowiadania, jeden wątek z trzema opowiadaniami oraz jeden wątek z dwoma opowiadaniami.
✰ Najbardziej przypadły wam do gustu wampiry AU, które dostały jeden wątek i jedno samodzielne opowiadanie, oraz pieski AU – tutaj pojawiły się dwa opowiadania samodzielne. Za to najdłuższym wątkiem pochwalić może się dziki zachód AU, dodany do listy przez was (dzięki, Szczypior!). Ostatnie samodzielne opowiadanie dzieje się za to w klimatach cyrk AU.
✰ A dodatkowo: najdłuższe eventowe opowiadanie to z całą pewnością opowiadanie Kuźmy. 18 507 słów? Myślę, że przez jakiś czas pozostanie w czołówce blogowych opowiadań, nie tylko tych eventowych.

Nikt nie mówił, że to będzie długie podsumowanie. Jeśli jeszcze nie czytaliście, to teraz po-eventowe zadanie: idźcie czytać dziewięć eventowych opowiadań! Nie będę wam ich przecież spoilerować.
Gratuluję wszystkim, którzy wzięli udział!

niedziela, 10 maja 2026

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Winter chciałby powiedzieć, że nie pamiętał nic po wybuchu. Że ogień buchnął mu w twarz, pogrążył go w ciemności i obudził się dopiero w zupełnie innym miejscu, bezpieczny i opatrzony. Prawda była taka, że nie skorzystał z takich luksusów.
Jego instynkty samozachowawcze kliknęły szybciej, niż mechanizm otwartej przez niego pułapki. To były instynkty półboga, który większość swojego życia spędził na ulicy, uciekając przed potworami i broniąc się tylko na podstawie swoich nikłych umiejętności survivalu. Trening Blanche w ciągu tych kilku lat tylko pokazał mu, jak wykorzystywać jego moce, żeby lepiej się chronić, inne instykty przyszły same z siebie, wydawało się, że w pakiecie z byciem półbogiem.
Usłyszał trzask otwieranego mechanizmu i rzucił się w stronę Blanche. W ostatniej chwili przed wybuchem otoczył ich ścianą lodu, która pochłonęła pierwszy impakt uderzenia. Prawdopodobnie tylko dzięki temu oraz nieświadomym patronacie matki Blanche dalej żyli. Winter, półprzytomny, kilka razy w ciągu ostatnich godzin pomyślał, że może wolałby nie żyć.
Był dzieckiem bogini śniegu i lodu, nigdy do końca nie miał do czynienia z ogniem. Zdarzało mu się oparzać, raz czy dwa, zwłaszcza przy gotowaniu. Przy pierwszym spotkaniu z Blanche goniła go ziejąca ogniem drakona – potwory mitologii greckiej wyjątkowo upodobały sobie płomienie jako ich główna broń. Poparzenia były najgorszymi ranami do zagojenia, dużo gorszymi od ran od miecza, nieważne, jak niewielkiego obszaru dotykały. Winter podejrzewał, że miało to wiele wspólnego z jego zmniejszoną odpornością na ciepło.
Tego bólu, który poczuł po uderzeniu, nie był w stanie porównać do żadnego innego oparzenia. Nie porównałby tego do bycia smagniętym przez ogień drakony, zanim zdążył się schować, a już zdecydowanie nie do dotknięcia gorącego garnka. Piekła i pulsowała mu cała prawa strona twarzy, od policzka aż po szyję. Miał ochotę zedrzeć z siebie skórę żywcem. Zrobiłby to, gdyby oranie paznokciami cokolwiek by dawało, ale nie czuł już ani skrawka twarzy, a na palcach zostawała tylko krew i wysięk. Mdlał i wracał do świadomości w niekończącym się cyklu, ale za każdym razem, kiedy znowu otwierał oczy, nie był w stanie się skupić na niczym innym oprócz bólu i własnych jękach cierpienia. Wiedział, że ktoś wyniósł go z domu Ziona. Wiedział, że przemieścił się w inne miejsce. Czego nie wiedział, to to, kto go zabrał ani gdzie go zabrał.
To, że ktoś polał mu ranę nektarem, uświadomił sobie dopiero wracając do zmysłów. Tkanka wokół ran nadal pulsowała, ale ból ewidentnie zmalał. Samą ranę przestał czuć całkowicie – obawiał się, że może ogień spalił mu wszystkie nerwy, ale nie miał zamiaru sprawdzać tej teorii. Gdyby podniósł rękę do twarzy, może znowu poczułby ten piekielny ból. Bał się, że jeśli chociażby drgnie, świat znowu zamknie się w tym uczuciu. Po otwarciu oczu tylko gapił się w metalowy sufit i napawał chłodem bijącym od podłogi, na której leżał. Świat mu się kiwał i było mu niedobrze. Czuł się jak na statku wycieczkowym, ale niestabilność wizji mogła wynikać równie dobrze z ciągłego bólu i dymu, którego nawdychał się w trakcie pożaru. Jego wybawcy może podali mu doraźnie nektar na ranę, ale nie uraczyli go ambrozją, bo Winter czuł, że gardło ma spalone od żaru. Oddychał, świszcząc.
Po godzinie świat kiwał się dalej. Spróbował wstać, ale poczuł, że ręce i nogi krępują mu więzy. Był więźniem swoich wybawców, mógł się tego spodziewać. Przechylił głowę, żeby mieć lepszy obraz na otoczenie, i zarejestrował, że widok zasłaniają mu metalowe kraty. Rana na szyi znowu zaczęła boleć, ale nie na tyle, żeby Winter ponownie zemdlał z bólu – zacisnął zęby i próbował zignorować pulsowanie, skupiając się na przyjemnym chłodzie metalu przy policzku. Wizja mu się rozmazywała. Potrzebował dłuższej chwili, żeby zrozumieć, że za kratami widzi rząd kartonowych pudeł… nie, cały cholerny magazyn.
Wybuch otumanił mu też słuch, mógł mieć tylko nadzieję, że czasowo. Pomiędzy piskiem w uszach, słyszał rozchodzący się po budynku odgłos pracujących maszyn. Metalowy łańcuch nad jego głową kołysał się i wydawał skrzypiące dźwięki.
Co on tu w ogóle robił? Oprócz bólu pamiętał wybuch. Oprócz wybuchu pamiętał dom Ziona. Oprócz domu Ziona pamiętał, że ktoś tam z nim był i… Blanche. To była Blanche. Próbował ją osłonić ścianą lodu w momencie wybuchu. Przechylił głowę na wszystkie strony mimo bólu, ale w jego celi nie było kobiety. Poza tym poczuł, że coś ogranicza mu ruchy szyi, ale wciąż był zbyt otumaniony, żeby w ogóle zacząć myśleć logicznie. Jego jedyne myślenie na ten moment ograniczało się do gorączkowego przypominania sobie w głowie wyglądu Blanche, jakby to była ostatnia deska, której się trzymał. Reszta jego głowy była zaprzątnięta wyuczonymi metodami przetrwania.
Pomyślał, że musi się uwolnić. Próbował przywołać jedyną rzecz, którą wykonywał instynktownie i która jako jedyna była w stanie mu pomóc. Lód pełznął po jego nadgarstkach i kostkach, żeby pokryć metalowe więzy. Był do niczego z fizyki, ale liczył, że świat czasem działał jak w filmach i że jeśli dostatecznie się postara, to zamrozi metal na tyle, żeby pękł pod uderzeniem o podłogę. Kilkusekundowa próba zakończyła się fiaskiem, kiedy poczuł, jak wzdłuż jego szyi przebiega go prąd. To, co cały ten czas ograniczało mu ruchy, dusiło i wywierało nacisk na ranę, okazało się metalową obrożą. Prąd elektryczny przebiegł przez wszystkie jego komórki i poparzenie na nowo zaczęło palić żywym ogniem.
Z bólu przed oczami zatańczyła mu światłość, poprzedzona piskiem w uszach. Ocucił go głośny alarm. Wszystkie światła w jego celi zmieniły kolor na czerwony. Wciąż słyszał pisk, a dźwięki dochodziły do niego jak zza ściany, ale rozpoznał zdanie cyklicznie powtarzane przez alarm:
— ALARM! PRÓBA UŻYCIA MOCY! ALARM!
— Winter! — Pojedyncze zawołanie ledwo przebiło się przez alarm. Półprzytomnie do Wintera doszło, że to jego imię. Wrzask zrozpaczonej matki, która nie potrafiła go uratować, ten sam słyszał kilka godzin temu, kiedy otwierał mechanizm pułapki.
— Blanche — próbował krzyknąć, ale gardło miał wciąż przepalone. Wydał z siebie tylko żałosny, łamiący się szept.
Była gdzieś w dole. Tak daleko, a tak blisko. Kiedy metalowa cela zaczęła się opuszczać na ziemię, leżał w miejscu, wgapiając się w dyndający na suficie łańcuch i myśląc o tym, że to pewnie Blanche, zaraz go ściągnie i już nie będzie sam.
Spiżowe więzienie z łoskotem opadło na ziemię, tak, że całe ciało Wintera bezwładnie podskoczyło. Przy kratach zaczęły krzątać się dwie sylwetki. Alarm ucichł. Metalowe pręty odsunęły się.
Wzrok wciąż rozmazywał się Winterowi, ale był w stanie rozpoznać, że żadna z tych sylwetek nie była Blanche. Światło lamp zasłoniły mu postury dwóch kobiet odzianych w czarne kombinezony. Na piersi miały napis, prawdopodobnie swoje imię, ale nie był w stanie odczytać zlewających się literek.
Ze zgrozą zauważył, że obie dzierżą okropnie długie i idealnie naostrzone włócznie.


Blanche?
────
[1074 słowa: Winter otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Rozstali się tamtego dnia na obopólnej zgodzie, że będą uważali o wiele bardziej przy każdej następnej wizycie w potencjalnych mieszkaniach. Wpadli wręcz w rutynę; sprawdzanie oferty 5 razy minimum, umówienie wizyty, coś się okazywało niewarte zapału lub ktoś już wynajmował, powtórzyć proces. Przy okazji mieli wycieczki do przeróżnych części miasta, mniej lub bardziej im znanych.
Apollodoros już dawno przestał liczyć, który to raz tak jadą, ale oby to był ten ostatni. Robili się już nieco zdesperowani, aż zaczęli żartować, że może jednak te mieszkania będące biohazardem czarnej pleśni po wszystkich sufitach oraz między kafelkami w łazienkach, nie są aż tak złym pomysłem. Przynajmniej są względnie tańsze (zwykle, chyba że nie są).
Wysiadło z metra, od razu się przeciągając. Znalezienie trasy do bloku nie było na szczęście trudne. Nie najstarszy, nie najnowszy, taki o. Stoi tu już ileś lat, wszyscy się do niego przyzwyczaili, bez zwracania na szare ściany więcej uwagi. Jak to już w praktycznie tradycji było, wyjął szkicownik, żeby rysować elementy okolicznego krajobrazu, które przyciągają oko. W tym momencie jeno szkicownik to zbiór ich bezowocnych jak na razie poszukiwań. Apollodoros nie chciał po sobie tego dawać za bardzo znać, ale ich problemy z zapewnieniem sobie lokum zaczynały go trochę stresować, o ile nie irytować.
Kiedy chowało przybory do torby, która niejednego przyprawiłaby o bóle pleców, to zauważyło Chaita. Nie palił w tym momencie, ale najprawdopodobniej przed chwilą skończył, patrząc po zapachu przyniesionym przez wiatr.
— Hejka, udało się, widzę wyjść z roboty wcześniej. Była znośna? — W odpowiedzi na drugie pytanie dostał pokręcenie dłonią w sposób bliższy „tak średnio” niż „okej”.
— Hej, długo już czekasz? Udało się cudem zerwać, z łutem szczęścia wręcz.
— Krótko, oby ten łut szczęścia nam towarzyszył dzisiaj dalej, bo miejscówka jest niezła.
Agent nieruchomości pojawił się punktualnie, więc to już na plus w porównaniu z ta jedną sytuacją, gdzie przez korki czekali ponad godzinę z grupami, które miały przyjść i obejrzeć mieszkanie po nich. W środku budynek do najbardziej zadbanych nie należał, ale widać było jakieś starania, żeby nic się nie sypało mieszkańcom na głowy, tynk ze ścian nie odpryskiwał w wielkich płatach, a rury nie wydawały się w stanie opłakanym.
Metraż do największych nie należał, ale nie był też klaustrofobiczny; dwójka dorosłych z minimalnymi rzeczami na spokojnie powinna się tutaj zmieścić. Z tego, co Apollodoros się nauczył rozpoznawać po reakcjach Chaita, to jego bliski znajomy także aprobował jak na razie stan wnętrza. Na plus dla Dorosa były okna, jak na okolicę, bardzo dobre światło słoneczne, co jest zawsze przydatne przy jego pracy. Nie widzieli oznak pleśni, a jeśli takowa była, to była dobrze schowana. Nie, że w tym momencie by ich to aż tak odstraszyło, wizja złożenia się na ewentualne środki pleśniobójcze została już przegadana. Zdecydowali się finalnie zaryzykować, czerwonych flag nie mieli, a czynsz nie był przecież jakiś tragiczny…
Wprowadzanie poszło im na szczęście względnie płynnie, tylko z jedną szafką był problem, głównie z tym, jak ciężka była, nawet po rozłożeniu na osobne płyty. Od tamtego minęło już na tyle czasu, że czuło się całkiem jak w domu. To doświadczenie pozwoliło się im tez nieco lepiej poznać, co bardzo Dorosa cieszyło. Chociaż nadal przyjaciel na pewno o wielu rzeczach się nie otwierał, do czego miał prawo. Albo mu powie, albo nie, biorąc pod uwagę jeno intuicję, to coś bardzo zmieniającego życie, o czym mało komu się mówi.
Przełożył nadmiar wymieszanej sałatki do naczynia, żeby schować do lodówki i zjeść potem do kolacji. Chait należał do takich, którzy żartowali o spalaniu wody w czajniku, więc przejęło obowiązki kuchenne od razu. Nie, że to Apollodorosowi przeszkadza. To dobry sposób na pokazanie, że mu zależy, marnują mniej jedzenia, no i może chociaż w ten sposób zadbać o zdrowie drugiego herosa. Zostawił jeszcze w termosie Chaitowi takie kawy, jak robi w pracy, po czym wyszedł z mieszkania na zmianę w księgarni. Po drodze zauważyło jakieś ogłoszenia sąsiedzkie na korkowej tablicy, ale przeczyta je potem. Coś o piwnicach, tyle wyłapał w pędzie.


Chait?
────
[652 słowa: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Vergila — „Kto był na Smellsach, ten w cyrku się nie śmieje” [AU event]

Cyrk AU

— Zaraz zamykam–… och, to ty.
Vergil miał nadzieję, że chociaż częściowo ukrył kryjącą się w głosie niechęć. Mimowolnie zacisnął palce na przemywanej obecnie szklance i wykrzywił usta, na końcu języka mając dokończenie swoich słów: „zaraz zamykamy, proszę wyjść”. Zamiast tego nie powiedział nic. Odłożył szklankę na suszarkę i odwrócił się plecami do klienta, który – rzuciwszy naprędce przywitanie – wspiął się na stołek barowy.
To nie tak, że Vergil go nie lubił. Był to specyficzny człowiek. Nigdy nie potrafił przewidzieć, co akurat wyjdzie z jego gęby, czasem był arogancki, a czasem zachowywał się jak smutny, płaczący dzieciak, który potrzebuje przytulenia. Odkąd przejął biznes ojca, Vergil spotykał się z różnymi klientami i słyszał różne historie. Do tej speluny przychodzili milionerzy zdradzający swoje żony, proste pijaczki, które chowały się przed obowiązkami, kibole i awanturnicy; dwóch takich musiał godzinę temu wypieprzyć za drzwi i myślał, że to koniec wrażeń na dzisiaj.
Powinien nie dać się zaskoczyć już żadną jego historią, ale z każdym kolejnym wypitym kieliszkiem on dodawał coś zupełnie innego. Znał go całe życie. Może to właśnie był powód, dlaczego nie mógł przestać go lubić. Vergil musiałby wymazać dwadzieścia jeden lat wspomnień z tym człowiekiem, wszystkie krzywdy, które chłopak mu wyrządził i do czego go zmusił, ale też te szczęśliwe chwile, których za żadne skarby nie chciałby oddać. Był człowiekiem sentymentalnym, jego towarzysz doskonale to o nim wiedział. Mógł się zdystansować, ale nie mógł go całkowicie odgrodzić od swojego życia. Gdyby nie on, Vergil by nie istniał, przynajmniej czasem miał takie wrażenie.
Poza tym zostawiał kurewsko duże napiwki do drinków. Mówił, że smakuje mu tutejszy bimber i dopłaca, żeby broń Boże nie zmienić receptury przez cięcie kosztów, ale tak naprawdę nie przepadał za alkoholem. Może to była jedyna opcja, żeby w jakiś sposób wynagrodzić się Vergilowi bez mówienia mu zwykłego „przepraszam”.
— To samo, co zawsze? — zapytał Vergil, wyjmując z szafki czystą szklankę. Będzie musiał zostać jeszcze dłużej, żeby wszystko pozmywać i poprzekładać z powrotem, a nawet nie wiedział, o której stąd wyjdzie, bo nie potrafił wcześniej kogoś wygonić. Robił to z każdym awanturnikiem, który zostawiał po godzinach, więc czemu nie potrafił odmówić jemu?
Chłopak pokiwał głową. Brązowa czupryna zadrżała na jego głowie, utrzymując się jedynie na dobrej woli. Był niski i musiał wychylić się zza baru, żeby odebrać od Vergila podawaną szklankę bimbru. Pewnie z drugiej strony kontuaru machał nogami nad podłogą, zupełnie jak dziecko.
— Chyba będę musiał zamknąć cyrk — odezwał się i pociągnął skromny łyk trunku, ewidentnie nieadekwatny do wagi jego wypowiedzi. Skrzywił się, kiedy alkohol podrażnił jego kubki smakowe, bo nie cierpiał mocnych procentów i pił je tylko dla picu.
— Mówisz tak przynajmniej raz na tydzień — bąknął Vergil.
— Nie, tym razem mówię serio. Mam już ich wszystkich po dziurki w nosie. Hajsu z tego praktycznie i tak nie mam.
Był bardzo samoświadomy swojej sytuacji. To było jego głupie, dziecięce marzenie sprzed czterech lat, kiedy nie był jeszcze pełnoletni i zdecydowanie nie wykształcił mu się w pełni jeszcze płat czołowy. Często powtarzał, że powinien to pierdolić, w sensie, kto w tych czasach w ogóle jeszcze chodził do cyrku? Tradycja cyrków już dawno umarła. Teraz każdy mógł być klaunem, wystarczyło odpalić dowolny kanał polityczny w telewizorze.
Vergil wiedział, że mężczyzna nie potrzebuje jego osądu. Inna sprawa, że jego osąd był zerowy. Sam siedział w tym zapchlonym barze od rana do wieczora, przepisanym mu przez ojca, bo nie chciał go zawieść, chociaż kompletnie nie obchodziła go sztuka barmaństwa, zmywanie rzygów i gonienie z miotłą pijaczków. On najprawdopodobniej już sam doskonale ocenił swoją sytuację i potrzebował wypowiedzieć ją na głos, bo nie miał nikogo innego, kto by go zwyczajnie posłuchał.
Znali się dwadzieścia jeden lat, ale się nie przyjaźnili. Nie potrzebowali ckliwych spotkań. On przychodził, opowiadał, Vergil go słuchał. Uczciwa wymiana za utrzymanie tak skomplikowanej relacji przy życiu.
— Kiedy zakładałem ten cyrk, widziałem pieniądze, górę pieniędzy, a teraz muszę załatwiać jakieś idiotyczne problemy. Ostatnio wpłynęła skarga na naszego magika, Asxę, kojarzysz? — Vergil nie kojarzył, ale i tak pokiwał głową. — Że niby jejgo królik z kapelusza cierpi i w ogóle to znęcanie się nad zwierzętami w cyrku jest już passé. Passé, człowieku! Ten królik ma lepsze życie ode mnie! On przynajmniej codziennie wpierdala radośnie sianko i nie musi wysłuchiwać tych bzdur, bo jest tylko królikiem! Wiesz, co powiedziało mi na to Asx? Że jeszcze jedna taka sytuacja i ono zabiera królika i pierdoli tę robotę.
Pogderał pod nosem, poprawiając się na krześle. W głębi duszy Vergil cieszył się, że to nie jego problemy. To nie był jego cyrk i nie jego małpy.
— Kolejna skarga wpłynęła na naszego artystę. Chłopie, przed stoiskiem Szczypior jak byk stoi szyld z napisem: „KARYKATURY, PŁATNOŚĆ TYLKO GOTÓWKĄ”. Ostatnio jakaś para przychodzi do mnie z zażaleniami, że Szczypior narysowała ich ze zbyt dużymi głowami i w ogóle to ona nie ma takich żółtych zębów. Mówię jej, czy pani wie, czym jest karykatura? To mi tłumaczy, że nawet karykatury mają swoje granice.
Upił kolejny drobny łyk i znowu się wzdrygnął, ale tym razem Vergil nie wiedział, czy to przez zawartość alkoholu w trunku, czy przez całą tą farsę.
— Mamy treserkę małp, Eryk się nazywa. Kto w ogóle nazywa tak dziecko? Ale już mniejsza o to. Mamy taką reklamę z tymi małpami, że wiesz, robią sztuczki, akrobacje, jedna to normalnie krawaty wiąże i usuwa ciąże, ale to jest taki pic na wodę, że dziwi mnie, że ludzie serio za to jeszcze płacą. Te małpy nie potrafią ani jednej sztuczki zrobić, tylko śmierdzą, drapią się po dupach i pochłaniają banany, a ludzie myślą, że to wszystko jest część spektaklu i one to tak specjalnie. Rozpuszczone takie, że te małpy by lepiej wytresowały Eryk, niż ona je. Ale wiesz, co jeszcze jest gorsze od tych małp? No właśnie inni ludzie. Wiesz, ile razy przechodzę obok naszego połykacza ognia Julka i słyszę, jak ktoś do niejgo mówi: „ciekawe co jeszcze potrafisz tak łykać”? Gdybym dostawał dolara za każdy taki tekst w ciągu tych czterech lat, to byłbym już kurewsko bogaty, sprzedałbym ten cyrk w pizdu i wyjechał na Bahamy. Raz była skarga, że niby nasz połykacz ognia połyka klaunowi w kiblu, ale wybrnąłem z tego, że póki nie widziałem, to nie ma dowodów.
Vergil uniósł brwi. Gdyby nie znał tego człowieka te dwadzieścia jeden lat, pomyślałby, że jest z niego niezły bajkopisarz, jest psychicznie chory (to akurat by się zgadzało) albo procenty uderzyły mu do głowy w ekspresowym tempie. Ale nie, on nie kłamał. Kto był w jego cyrku, ten w cyrku… się nie śmiał?
— A o tym klaunie Zirco to nawet szkoda strzępić ryja. Mam cały plik w biurku ze skargami złożonymi na niego. Kiedyś śmiał się z jakiegoś dzieciaka i namówił jego kolegów, żeby go pobili za trzy balony w kształcie pieska. Jak go zapytałem, czy jest popierdolony, to powiedział, że to przecież były tylko żarty. No tak, tylko żarty, faktycznie trochę krzywy ryj miał ten dzieciak, ale to ja potem musiałem płacić odszkodowanie zdrowotne jego matce.
Vergil nie opowiadałby tego z taką lekkością. Może nawet zapytałby go, czemu po prostu nie zwolni tego klauna, ale on pewnie miał swoje powody.
— W październiku zatrudniłem kilkoro poetów, myślałem, że będą wymyślać jakieś wierszyki, zabawiać dzieci, pitu-pitu. A oni nic nie robili, tylko pisali te drabble. Czy ty wiesz w ogóle, co to drabble? — Vergil pokręcił głową. — Opowiadania na sto słów, nie mniej, nie więcej. Całymi dniami słyszałem tylko o tych drabblach. We trójkę się przekrzykiwali, kto napisze więcej, Jajo, Kaczek czy Sigma. W listopadzie miałem już dość i ich wszystkich zwolniłem.
To był moment krytyczny. Wcisnął twarz w dłonie. Vergil przez chwilę myślał, że płacze, ale on tylko westchnął.
— Najgorsze w tym wszystkim jest to, że za bardzo ich wszystkich lubię. Asxę i tego jej śmierdzącego królika, i Eryk ze śmierdzącymi małpami, klauna, z którym czasem wypiję piwo na współę, połykacza Julka. Obraz Szczypior ze mną jako imperatorem wisi mi w gabinecie nad biurkiem. I jak ja mam im wszystkim powiedzieć, że zamykam ten cyrk i wszyscy rozchodzimy się w swoje strony?
— Nie potrzebujesz może czegoś nowego? — zapytał Vergil, udzielając pierwszej rady w ciągu tego spotkania.
— W sensie?
— Nie wiem, nowego członka tej zgrai? Nowy charakter?
— Skąd ja niby wezmę kolejnego takiego debila?
Vergil omiótł go wzrokiem. Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien mu pomagać. Może powinien utrzymywać, że to nie jego problem i ma go gdzieś. Może lepszą formą pomocy byłoby powiedzenie mu, że faktycznie powinien to zamknąć i dać sobie spokój, zdrowiej psychicznie będzie, jak obierze sobie nową drogę życia.
Czy przestałby go wtedy odwiedzać? Już teraz ich relacja była raczej nikła. Może przestałby przychodzić topić smutki w alkoholu, jeśli nie miałby już powodów, żeby je zapijać?
Gdyby Vergil przewertował w myślach listę stałych klientów, znalazłby multum dziwaków, którzy mogliby z powodzeniem rozpocząć karierę cyrkowców. Westchnął żałośnie.
— Co sądzisz o żabach, Alex? — zapytał.


Następnego dnia przyszedł wcześniej, ale nie zaznał więcej klientów za barem Vergila. Pustki były wręcz niepokojące jak na to, że tym razem było przed zamknięciem. Raz był świadkiem, gdy Vergil musiał brać ostatnich pijaczków za wszarz i wyrzucać ich siłą. Sam przychodził, kiedy barman miał już gasić ostatnie światła i pakować się do domu.
Przyczyną tego osamotnienia okazał się drugi klient. Alex musiałby przetrzeć oczy, bo w pierwszej chwili nie uwierzyłby w to, co widzi, a przecież pracował w cholernym cyrku! Wszyscy ostatni klienci uciekli bez potrzeby wyganiania Vergila, bo za barem siedziała… żaba.
Niska, niższa nawet od Alexa, jej głowa ledwo wyglądała zza lady. Ewidentnie dwunożna, ubrana w poplamiony, niebieski kombinezon, który widzi się zazwyczaj u pracowników budowy. Na głowie miała kask ochronny, piekielnie pomarańczowy, który co chwilę zsuwał jej się na oczy, więc żaba tynkara musiała poprawiać go obślizgłą łapą. Przy stołku barowym, tuż pod stopami potwora, spoczywała torba, wypchana aż po brzegi, bo nie dało jej się nawet zasunąć – ze środka wystawał kawałek metalowego narzędzia, który zdecydowanie zbyt bardzo przypominał szpachlę tynkarską.
Vergil zobaczył, jak nadzieja wraca do oczu mężczyzny, kiedy zbliżał się do lady. Usiadł przy barze, zachowując krzesło odległości, jakby to miało być bardziej uprzejme. Vergil, nie chcąc niepotrzebnie się odzywać, podsunął chłopakowi szklankę bimbru, zanim zdążył o nią poprosić.
— Przepraszam, pani… pani żabo? — zagaił nowy klient, uprzednio odchrząkując.
Żaba tynkara mlasnęła, przejeżdżając długim językiem po swojej powiece. Vergil podał jej zamówione wcześniej piwo. Zamiast przyłożyć szklankę do ust (pyska?), zaczęła chlipać napój językiem.
— Jesssstem troglodytką — sepleniła.
— A, pewnie. Pani troglodytko. — Poprawił się na krześle. Musiało mu być w jakiś sposób głupio. — To może być mało subtelne pytanie, z góry przepraszam bardzo, nie chcę być niemiły. Widzi pani, nazywam się Alex Bakebread… — tu wyciągnął swoją wizytówkę i próbował podać ją troglodytce, ale kiedy ta nie przyjęła jej i zajęła się chłeptaniem piwa, po prostu położył ją na ladzie — …jestem dyrektorem miejsca, gdzie gromadzą się największe i najniezwyklejsze osobliwości tego miasta, ba, całych Stanów. Moje pytanie brzmi: czy nie myślała pani o tym, żeby może, no nie wiem, pracować w cyrku? Moim cyrku, gwoli ścisłości. Niech mi pani wybaczy, jeśli to takie niedelikatne.
Żaba tynkara zamotała nogami pod ladą, omyłkowo kopiąc w torbę, z której na podłogę wysypały się metalowe narzędzia tynkarskie. Oblizała się z piwa całą długością swojego języka, nie racząc przy tym nikogo spojrzeniem ani razu – ani Vergila, ani jego towarzysza. Mogła się nad czymś głęboko zastanawiać. Mogła równie dobrze po prostu ich ignorować. Vergil czuł, jak rośnie w nim napięcie, chociaż cały czas powtarzał sobie, że to nie jego cyrk i nie jego małpy, a ta rozmowa nie miała żadnego wpływu na jego życie. Szczerze mówiąc, nie powinien jej nawet podsłuchiwać. Był tylko pośrednikiem. Bardziej powinny obchodzić go świeżo umyte szklanki, które właśnie wycierał z nadmiaru wody.
— Taki, mlask, cyrk ruchomy? — zapytała żaba tynkara, mlaskając.
Dyrektor pokiwał głową.
— Tak, tak. Wie pani, to tu, to tam. Cały czas w jednym miejscu i szybko znudzilibyśmy się miejscowym.
— Ściany i dach, pssss, ma z płachty? — dopytała.
Jej rozmówca zaśmiał się bez cienia wesołości w odpowiedzi.
— No wie pani, inny ciężko byłoby przemieszczać. Tak, ściany i dach ma z płachty.
— Konssssstrukcja ze ssstelażu?
Pokiwał głową, mocniej zaciskając palce na szklance.
— A trybuny? Mlask. Trybuny ssssą z drewna? — zaświszczała.
— Z drewna. Przewozimy je za każdym razem — potwierdził.
Żaba smarknęła. Obślizgłym paluchem zaczęła bawić się zastygłą plamą na swoim roboczym kombinezonie, próbując ją zdrapać, chociaż nie miała do tej czynności paznokci, a poza tym pewnie próbowała ją sprać już milion razy. Mlasnęła znowu kilka razy. Cisza była na tyle długa, że Vergil poczuł się niezręcznie, a co dopiero jego znajomy.
— To na chuj wam, mlask, tynkarz? — zapytała troglodytka.


────
[2059 słów: Vergil otrzymuje 20 Punktów Doświadczenia]