poniedziałek, 16 lutego 2026

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

— Co?
Mikołaj zamrugał kilka razy, próbując przetrawić entuzjastyczny monolog, usłyszany przed paroma sekundami. To nie tak, że go nie słuchał. Słuchał, nawet bardzo uważnie, ale pogubił się jakoś w połowie. Wyłapał coś o festiwalu, dwóch tygodniach… albo dniach? księdzu, starszych paniach, noclegach i… miłym księdzu?
— Pytałam, czy pojedziesz ze mną na festiwal do Minnesoty! — wyjaśniła na początku wolniej, jak do dziecka. Po chwili jednak wypowiedź rozmówcy Mikołaja wróciła do poprzedniego tempa. — Taki fajny, koniecznie musisz jechać! Będzie mega fajowsko!
— Jaki festiwal? — zapytał sceptycznie, nie chcąc za wcześnie pokazać, że propozycja go zainteresowała. — Do Minnesoty? Gdzie w ogóle jest Minnesota?
Zadając to pytanie, poczuł się jak ci Amerykanie, z których zawsze się śmiał, gdy nie wiedzieli, czym jest kontynent. Jego wiedza o Stanach Zjednoczonych była jednak ograniczona porównywalnie do wiedzy przeciętnego Amerykanina o Europie. Opierała się na wiedzy pozyskanej z Hamiltona, znajomości języka oraz trasie z Obozu na lotnisko, ewentualnie zahaczającej o jakieś sklepy spożywcze. Wiedział, że Minnesota jest jednym z pięćdziesięciu stanów, ale którym? To już była wiedza tajemna i odległa. I do tej pory wydawało mu się, że niezbyt potrzebna.
— Nie no, poważnie? — Sony wyglądała na zbitą z tropu. Nie na długo. Po chwili zaczęła kreślić rękami wielki, niewidzialny prostokąt. — To są Stany nie? — Mikołaj przytaknął. — My jesteśmy tu — wskazuje jeden punkt, gdzieś z boku. Mikołaj znowu przytakuje. — To Minnesota jest gdzieś tam. Znaczy w sumie to z twojej perspektywy tam — pokazała w jedną, a później drugą stronę, a uśmiech nadal nie schodził z jej twarzy. — No, w każdym razie, dwa dni stąd.
Im bardziej Mikołaj próbował skupić się na wyimaginowanej mapie, tym bardziej jego uwaga uciekała w stronę zielonych dredów rozmówcy. Widział Sony w obozie wiele razy (ciężko było nie zobaczyć), ale pierwszy raz rozmawiali. Pierwszy raz miał więc okazję przyglądnąć się jej fryzurze z bliska i skłamałby, mówiąc, że mu się nie podoba. Dopiero po chwili zorientował się, że zawiłe tłumaczenie dobiegło końca. Wyniósł z niego tyle, że Minnesota jest daleko.
— To co? — został wyrwany z zamyślenia. — Jedziemy?
Entuzjazm Sony sprawiał, że Mikołaj nie mógł odmówić. Zresztą, nawet nie chciał odmawiać. Nie miał zielonego pojęcia, na co się zgadza, ale miał dość bezczynnego siedzenia w obozie. Mimo wakacji, nie działo się tu nic szczególnego i chłopak miał tego serdecznie dość. Miał ochotę bez większego zawahania przystać na propozycję dzieciaka Apollo (co było, tak przy okazji, jedyną rzeczą, którą wiedział o potencjalnym towarzyszu podróży), ale coś go powstrzymywało.
— Jak planujemy się tam dostać? — zapytał wyraźnie zainteresowany. Całkowicie umknęła mu już wzmianka o miłym księdzu, która wcześniej tak go zaciekawiła. — Mega fajne włosy — dodał po chwili czekający na wypowiedzenie od kilku miesięcy komplement.
— Dzięki. Mówiłam, że mam zaprzyjaźnionego księdza-prawie-taksówkarza. Znaczy w sumie to nie, ale w sumie to tak — zaczęła dokładniej tłumaczyć swój plan, nie ukrywając podekscytowania. — No a jak nie, to zawsze są pociągi, autobusy, jakieś statki, balony, rakiety, no, mamy dużo opcji! Mam wszystko zaplanowane! Mniej więcej.
— No dobra — zastanowił się chwilę. — A dlaczego powinienem się zgodzić? — zapytał, odwlekając decyzję, aby mieć czas na znalezienie minusów wyprawy. Na razie nie znalazł żadnych.
— A dlaczego miałbyś się nie zgodzić?
— My tak w ogóle możemy tak po prostu stąd pójść i pojechać?
— A dlaczego nie? — Sony wyglądała na zdziwioną pytaniem.
— Nie wiem, nie musimy tu być i hm, trenować? Mamy jakieś obowiązki i w ogóle… — wyraził na głos swoje wątpliwości, ale widział, że Sony najwyraźniej się nimi nie przejmuje.
— Wolisz przeżyć przygodę, zwiedzić Stany i posłuchać fajnej muzyki, czy gnić w tej dziurze całe lato? — zapytała raczej retorycznie.
— Nie będziemy mieć kłopotów?
— Tym będziemy się martwić za dwa tygodnie — uśmiechnęła się szeroko. — To co?
— Zgoda — już po sekundzie żałował wypowiedzianych słów. — Kiedy?
— Dzisiaj — Mikołaj zdziwił się na dźwięk tego słowa jeszcze bardziej niż po usłyszeniu wcześniejszej propozycji. — O… drugiej? Czekaj za stajniami. Albo ja poczekam. No, wiesz, o co chodzi.
— A która jest?
Sony w odpowiedzi przepraszająco pokazała mu rozładowany telefon i odwróciła się w stronę domku numer siedem. Zanim Mikołaj zdążył zrobić to samo, dodała jeszcze:
— Tylko przyjdź! I nikomu nie mów.
— Jasne — odparł i poszedł spakować najważniejsze rzeczy (czytaj: telefon, słuchawki, powerbanka i ładowarkę). Gdy dotarł do domku, zorientował się, że nawet nie wie, jak jego nowy znajomy ma na imię. Nie wierzył, że się na to zgodził.


Sony?
────
[703 słowa: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Mikołaja — „A Ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Caroline była zmęczona, głodna i zniecierpliwiona. A to był całkiem niebezpieczny zbieg okoliczności dla osób, które akurat przy niej przebywały.
— Przemoc nie jest rozwiązaniem — wymamrotała pod nosem, niezbyt przejmując się tym, czy Mikołaj ją usłyszał, czy nie. I tak gadała do siebie. Podobno to pomaga.
Miała w planach wziąć bardzo głęboki oddech i policzyć do dziesięciu, ale doliczyła tylko do pięciu, kiedy usłyszała szelest podłoża za sobą. Obejrzała się przez ramię i zobaczyła jedynie plecy odchodzącego od niej Mikołaja. Całkiem odważnie; nie sądziła, że faktycznie będzie w stanie odejść i pójść w swoją stronę. Szkoda, że zamiast iść w kierunku wyjścia z lasu, ruszył w jego głąb.
Wymruczała coś o durnych winodojarach i podeszła do pnia drzewa, które wcześniej wskazał jej chłopak. Nie wyglądało na aż tak wysokie, jak z daleka. A Caroline nie była na tyle ciężka, żeby łamały się pod nią wszystkie gałęzie, prawda? Była zdesperowana i pokrzepiona faktem, że nawet jeśli spadnie i obije sobie dupę, to przecież nikt tego nie zobaczy, skoro Mikołaj już sobie poszedł.
Wytarła dłonie o spodnie, żeby pozbyć się śliskiej warstewki potu, i zaczęła jeszcze raz oceniać swoje możliwości. Kora pnia drzewa była mocno porowata, więc Caroline pewnie znalazłaby na niej oparcie dla stóp. Problem polegał na tym, że pierwsze, drobne gałęzie pojawiały się dopiero jakiś metr nad jej głową. Niezbyt często musiała wspinać się na drzewa i ciężko było jej ocenić, jakiego kalibru jest to problem. Wypowiadając w głowie krótką modlitwę do ojca, rozpoczęła swoje pierwsze podejście.
Zsunęła się po jakichś trzydziestu sekundach, zdzierając sobie skórę z dłoni. Poirytowana, naciągnęła rękaw sportowej bluzki aż po czubki palców. Pewnie ją porwie, ale materiał przynajmniej sprawnie przyczepiał się do kory. Poza tym mogła w ten sposób ochronić podrażnioną już skórę przed szorstką powierzchnią.
Znajdowała się nieco ponad dwa metry nad ziemią, stojąc na najstabilniejszej gałęzi, jaką znalazła, kiedy w zasięgu jej wzroku znów znalazł się Mikołaj. Z nieprzyjemnym grymasem na twarzy. Niezadowolenie? Wkurwienie? Desperacja? Ciężko było jej stwierdzić.
— Co, nie znalazłeś drogi powrotnej? — zawołała, zwracając na siebie jego uwagę.
— Spierdalaj!
Jednak podszedł pod drzewo, na które usiłowała się wdrapać. Tak, z bliska mogła stwierdzić, że to właśnie desperację widziała na jego twarzy. Całkiem sprawnie zamaskowaną, ale jednak desperację. Za dobrze znała ten wyraz twarzy, żeby móc go przeoczyć.
Caroline posłała Mikołajowi bezczelny uśmiech.
— Roślinki ci nie pomogły trafić do obozu? Zaprowadzić się za rączkę? — zapytała, opierając się plecami o chropowaty pień. Dłonią trzymała się gałęzi nad swoją głową.
— Przynajmniej nie jestem takim idiotą, żeby włazić na drzewo po durną jemiołę — prychnął w odpowiedzi, krzyżując ramiona na piersi.
— To idź się nażryj tego swojego cisu — powiedziała Caroline, manewrując na gałęzi tak, żeby odwrócić się do Mikołaja plecami.
Dzięki temu nie widziała, jak chłopak prezentuje jej swój arsenał dwóch środkowych palców. Niestety miała na głowie większe zmartwienie, takie jak podciągnięcie się na gałęzi. Nagle pożałowała, że częściej nie trenowała z cięższą bronią. W tej chwili zdecydowanie przydałyby się jej trochę mniej wiotkie ręce. Ostatecznie jej się udało, chociaż boleśnie obiła sobie biodro i była pewna, że załatwiła sobie pokaźnego siniaka.
— Tylko nie spadnij!
Był jeden plus: teraz mogła naprawdę spiorunować chłopaka wzrokiem z góry. Nie zaszczyciła go jednak żadnym słowem, bo miała ważniejsze sprawy na głowie. Choć stojąc na ziemi wiatr odczuwała jako lekki powiew, im wyżej się znajdowała, tym silniejszy ten powiew się stawał. Mogła o tym pomyśleć, kiedy ustalała swoje szanse na nie połamanie obu nóg. Niestety było już na to za późno, a ona nie miała zamiaru się poddawać, skoro została jej tylko mniejsza połowa drogi.
Na szczęście tutaj nie musiała się głowić, żeby znaleźć oparcie dla stóp i dłoni, bo gałęzie były wszędzie. Trudniej było za to skupić się na tyle, żeby nie wydłubać sobie oka jedną z nich. Gdyby wiedziała, że będzie łazić po drzewach, zabrałaby ze sobą okulary.
Nie musiała włazić na sam czubek, żeby dostać się do krzaczków jemioły, bo te sukcesywnie pożerały całą koronę drzewa. Przylgnęła plecami do pnia drzewa i upewniła się, że stopy ma porządnie zaczepione o gałęzie. Zlecenie z jakichś pięciu metrów nie było jej marzeniem. Lubiła mieć sprawne wszystkie kończyny, a miała już tę nieprzyjemność dowiedzieć się, jak to jest funkcjonować z połamanymi kośćmi. Sięgnęła po zielony kłębek najbliżej niej i z grymasem na twarzy zaczęła odrywać go od gałęzi. Przypadkiem zgniotła w palcach parę mętnych, białych owoców i teraz jej skóra była pokryta lepkim sokiem. Ohyda.
— Złapiesz, jak to zrzucę na dół? — zawołała, mając nadzieję, że Mikołaj wciąż sterczy pod drzewem.
— Nic im się nie stanie, jak spadną! — poinformował ją z dołu chłopak.
Dziwne, że wciąż chciał z nią rozmawiać.
Po kolejnej minucie krzaczek poszybował w dół, po drodze obijając się o kilka gałęzi. Caroline miała nadzieję, że ostało się na nim chociaż kilka owoców.
— Fuj — mruknęła, wycierając dłonie o spodnie. Miała nadzieję, że dopierze potem te plamy.
Potem zerknęła w dół.
— O kurwa.
Wcześniej tego nie robiła, żeby się nie rozpraszać. Teraz jednak musiała pokonać tę drogę, ale ziemia wydawała się wyjątkowo odległa, gałęzie rzadsze, a jej nogi nagle zrobiły się dziwnie miękkie.
— Złazisz czy nie? — ponaglił ją Mikołaj, widocznie zniecierpliwiony.
— Na chuj na mnie czekasz, jak ci się spieszy? — prychnęła, tym razem zerkając w górę. Zdecydowanie się ściemniało, a była pewna, że po ciemku na pewno stąd nie zejdzie.
— Chcę widzieć, jak spadasz!
Caroline tego nie skomentowała, tylko jeszcze raz skalkulowała swoje możliwości.
Miała przejebane.


Mikołaj?
────
[885 słów: Caroline otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Philip — „List” [Walentynki]

List miłosny.

Wanda,
jeszcze parę lat temu byłoby to totalnie nie w moim stylu, zawsze uważałam walentynki za głupie konsumpcjonistyczne święto, wykorzystywane przez śmiertelników, żeby wykorzystywać innych śmiertelników - naciąganie ich na wydawanie pieniędzy, marnowanie czasu czy pozowanie do zdjęć w głupich sweterkach. „Jeśli twój luby nie wynajął ci pokoju hotelowego, nie kupił kolacji, zegarka, telefonu, słuchawek… (listę można było ciągnąć w nieskończoność) tak naprawdę cię nie kocha!” - ile tego słyszałam i jak bardzo mnie to za każdym razem wkurzało. Jakby walentynki były egzaminem z przedmiotu miłości. Znienawidzone przeze mnie głupie baby starały się otrzymać namacalny dowód, jednocześnie pragnąc niewyobrażalnego uczucia. Ale musiało być możliwe do zmierzenia przez ilość wydanych pieniędzy i głupich uśmiechów, które nie mogły przejawiać odrobinki zmęczenia, nawet jeśli już dobre pół godziny jedna z tych wariatek kasowała kolejne zdjęcia z chłopakiem, bo krzywo wyszła, albo nie było widać całego bukietu z czterdziestu róż i nowej bransoletki.
Juan mnie szturcha, że mam przestać wypisywać takie głupoty. To w końcu list miłosny do Ciebie, a nie narzekanie, że urodziłam się w złej generacji.
Zanim straciłam wątek przez moją nienawiść do otoczki walentynek, jaką zapamiętałam, chciałam wyrazić pewną myśl - że nadal myślę tak samo. Skręca mnie, kiedy słyszę, jak dziewczyny z baraku porównują, ile kwiatów było w ich bukietach.
Ale tak jak z wieloma rzeczami, nauczyłam się, że nie muszę na nie patrzeć tylko w jeden sposób. Mogę czuć irytację i złość, ale jednocześnie - co byłoby dla mnie wspomniane już parę lat temu niewyobrażalne - uśmiechać się na widok czekoladek w opakowaniu w kształcie serca. Albo pisać ten list. Mogłabym go napisać w dowolnym innym dniu, bez okazji, ale wybrałam to dotychczas znienawidzone przeze mnie święto. I choć odruchowo zebrało mi się na wymioty, kiedy zobaczyłam w sklepie cały regał walentynkowych kartek, podeszłam bliżej i wybrałam jedną. Kupiłam i teraz na niej piszę. Oraz na kartce wyrwanej z zeszytu - nie starczyło mi miejsca przez moje głupie gadanie. Mam nadzieję, że nie pogniewasz się za to i nie znudzisz się moim przydługim pisaniem. Mogłabym zawrzeć wszystko w dwóch słowach - kocham Cię - jednak chcę powiedzieć coś więcej.
Jesteś najcudowniejszym, co mi się w życiu przytrafiło. I najbardziej niespodziewanym. Kocham Twoje włosy, oczy, uśmiech i przepyszne pierogi, które jemy razem - nawet jeśli to tylko takie odgrzewane ze sklepu, z Tobą wszystko smakuje wybornie. Z Tobą każda chwila staje się cudowna i żałuję, że mija tak szybko - chciałabym ponownie przeżyć każdy spędzony wspólnie moment. Wrócić do czasu, kiedy się dopiero poznałyśmy, kiedy nieśmiało odkrywałyśmy, że możemy stać się kimś więcej, niż tylko przyjaciółkami, kiedy zorientowałam się, że Cię kocham. Nasze pikniki, spacery, nawet kłótnie, są dla mnie najdroższym, co posiadam. Czasem budzę się w środku nocy - śnię o Tobie - i orientuję się, że to nie był sen. Naprawdę mam taką cudowną, nieziemską, absolutnie prześliczną, najmądrzejszą i najlepszą pod słońcem dziewczynę. I kiedy moje serce rozpiera miłość do Ciebie, wiem, że Ty czujesz to samo. Kiedy patrzę w Twoje oczy, patrzysz w moje z tym samym uczuciem. Całujesz mnie tak, jakby było to jedynym, czego byś chciała. Kiedy mnie przytulasz, nie chcę nic innego już robić. Chciałabym całą wieczność spędzić w Twoich objęciach.

Kocham Cię - Philip.




[518 słów: Philip otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

Od Lynn — „Nic nie zamawiałam” [Walentynki]

„Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres–... och”.

Walentynki nigdy nie były dla Lynn jakimś szczególnym dniem. Nie, żeby nigdy nie wzdychała za jakimś legionistą czy legionistką, jednak zawsze na przeszkodzie stawała nauka, kompleksy, i zdroworozsądkowe odkładanie związków na później, kiedy już będzie ustabilizowana, najlepiej z pracą i sznureczkiem tytułów z nią związanych. Parę imprez walentynkowych, na których była, spędziła ściskając kubeczek w kącie.
Jednak Nalin lubił to święto. Do któregoś momentu zawsze budził ją rano, zawsze zaskakując ją jakimś prezentem czy miłym słowem. Nawet w ostatnich latach ich wspólnego życia starał się podtrzymywać tę tradycję, chyba żeby poczuć się lepiej, znaleźć jakąś nieszkodliwą dla akademickiego sukcesu odskocznię od codzienności. Tym bardziej czułe były te ostatnie podarunki, nawet jeśli było to tylko serduszko na kartce, które narysował pewnie na kolanie, Lynn czuła od niego taką miłość, że bazgrolik stawał dla niej droższy niż wszystko, co posiadała. A może jej się wydawało. Może obaj siebie oszukiwali. Może Nalin traktował tę tradycję również jako element rutyny, razem z budzikiem, wykreślaniem zrobionych zadań w kalendarzu i zaznaczaniu w agresywne kółko czerwonym markerem tych, których nie udało mu się zrobić na koniec dnia. Może mimochodem kupował czekoladki w drodze z zajęć. Może pozbywał się niechcianych prezentów od tajemniczych adoratorek. Nie brakowało ich przecież — Nalin wyglądał jak lustrzane odbicie Lynn i z jakiegoś powodu przez jego milczenie i odizolowanie się od otaczających go ludzi był odbierany jako tajemniczy, seksowny melancholik — nie jak jego siostra, która była dla wszystkich cichą dziwaczką.
Wolała jednak wyobrażać sobie, że w całym tym chaosie, jaki towarzyszył kresowi ich czasu razem, Walentynki były jednym z niezmiennych wydarzeń, które cyklicznie, na powrót ich zbliżało. Znikał chłód, traciły znaczenie niewypowiedziane słowa, liczyło się to parę sekund radosnego uśmiechu, zanim któreś z nich odchrząknęło, że musi się szykować na zajęcia albo powtórzyć słówka. Chciała wierzyć, że trzymał te wszystkie momenty w sercu tak jak ona. Miała nadzieję, że w swoich ostatnich chwilach przypomniał sobie chociaż parę. Że umiliły mu cierpienie, zanim wszystko rozpłynęło się w nicość. Może, gdyby ona również starałaby się, żeby uczynić te dni specjalnymi, wspomnienia byłyby żywsze, może powstrzymałyby tę kroplę, która przelała czarę smutku Nalina.
Dziś również były walentynki, tak samo jak owe lata temu. Jednak nie obudził jej łagodny głos jej brata, ale walenie w drzwi. Zaspana wygramoliła się z pościeli, żeby spojrzeć przez wizjer — jakiś kurier. Przecież nic nie zamawiała ani nic nikt do niej nie wysłał. Biedny chłopak, taki kawał drogi zajechał na nic.
— Kwiaty dla pani! — powitał ją z uśmiechem, ignorując jej zapewne koszmarny wygląd o tak wczesnej porze. Wyglądał tak miło, że Lynn zrobiło się szkoda, że zaraz go odprawi i każe mu szukać właściwego adresata owego bukietu.
— Nic nie zamawiałam…
— Jestem pewien, proszę spojrzeć — pokazał Lynn karteczkę przytwierdzoną do wstążki. Przetarła jeszcze zamglone oczy. Chyba jej nie myliły. Ale coś było zdecydowanie nie tak.
— Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres — protestowała dalej. Odwróciła jednak karteczkę — gdzie pewnie widniało imię właściwego adresata, żeby pokazać kurierowi, że jest pewna na sto procent. — Widzi pan? — westchnęła. — To nie... Och.
„Wszystkiego najlepszego z okazji walentynek, siostrzyczko”.



[505 słów: Lynn otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

niedziela, 15 lutego 2026

Od Dicka CD Edel — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Jeśli podobna sytuacje dalej będą się powtarzać, Dick napisze książkę o kamieniach na dnie Małego Tybru, jako że już o chyba każdy wyszorował twarz, pośladki czy łokcie. Mógłby oprowadzać nawet wycieczki wzdłuż brzegu — pokazywać, gdzie są najbardziej śliskie miejsca, gdzie absolutnie nie da się wpaść do wody — a jako niesamowity finisz i tak by kończył w rzece. Lexi proponowała mu lekcje pływania, ale po niechlubnym incydencie z piankowymi makaronami Dick omijał basen szerokim łukiem. Może zacznie chodzić po prostu w kamizelce ratunkowej? Choć, znając jego szczęście, zaraz by się w niej zaczął dusić.
Ale to, że oberwał również Nuggets, to stanowcze przegięcie, mamo! - wykrzykiwał w myślach wzburzony, między jednym łykiem wody a drugim, szamocząc się bezwładnie. Ktoś na szczęście ruszył im obu na ratunek, jednak Dick wymyka się z rąk swojej ratowniczki, jakby był wysmarowany oliwą, i ponownie zanurza się pod wodę. Nie był w stanie się zorientować, gdzie góra, a gdzie dół — tak skutecznie młócił wodę rękami, że bąbelki zasłaniały mu całe pole widzenia, a błędnik został chyba wymyty razem z tą brudną wodą. W paru słowach — nie wyglądało na to, żeby prędko wydostał się z wody. Więc się poddał. Przestał walczyć. Łzy napłynęłyby mu do oczu, gdyby obecnie nie znajdował się w nich jakiś wodorost.
Wypłynął w końcu na powierzchnię, ale nie wiedział tego, ponieważ był twarzą do dołu. Dopiero kiedy ktoś złapał go za kostki i pociągnął, żeby nie zdryfował dalej z biegiem rzeki, i wiatr smagnął zimnym podmuchem jego mokre plecy, zorientował się, że ma jeszcze szansę na przeżycie. W tym momencie wiedział już, jak się kończy szamotanie bez ładu i składu. Powoli więc, chwytając się dna, obrócił się i usiadł — tak płytko było tutaj… Kamienie uciekały mu spod rąk, ale z pomocą dziewczyny udało mu się w końcu zaczerpnąć powietrza. Jego wybawicielka słabo ukrywała irytację, a kiedy Dick na dokładkę odkaszlnął jej w twarz wodę z Małego Tybru, nawet kamienny posąg straciłby cierpliwość na jej miejscu. Powinien pewnie wyskrzeczeć podziękowania i przeprosiny, i taki miał zamiar, kiedy zorientował się o jednym.
— Nuggets!
Nie słyszał gdakania kurczaka. Legionistka, z niedawnym wspomnieniem, co było następstwem takiego krzyku, przytrzymała go mocniej, żeby znowu się nie wywrócił.
— Gdzie jest Nuggets!
— Bllblblbbbbrbrbbberghgghgggg — odpowiedział mu ktoś. Dick przestał się rozglądać w poszukiwaniu kurczaka i spojrzał na Edel, jednak to nie z jej ust padł ten bełkot. Jednak rozlegał się gdzieś blisko. — Blrhrbrbrhbbrhhhgggghh! — nasiliły się tajemnicze dźwięki. Jednocześnie Dicka zaczęło coś kłuć tam, gdzie słońce nie dochodzi. To pod wodą są-? - nie zdążył nawet dokończyć myśli, kiedy znowu wywrócił się z impetem. Rozzłoszczone gdakanie Nuggetsa, w końcu nietłumione przez wodę i ciało Dicka, przeszyło mu uszy, kiedy znowu uderzył czołem o kamienie na dnie.


Edel?
────
[442 słowa: Dick otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Luciena — „Nirwano... moja kochana”

Czym była nirwana? Lucien już nie potrafił na to sensownie odpowiedzieć. Szukał pasujących słów, ale żadne, które przychodziło mu na myśl, nie wydawało się odpowiednie. Potrzebował czegoś, co pozwoli mu podkreślić istotę tego uczucia, ale nic nie brzmiało dostatecznie potężnie. Samo powiedzenie, że nirwana jest przyjemna, nie wystarczało. Tłumaczenie, że dzięki nirwanie twoja dusza wkrada się na wyższy poziom duchowości też nie wystarczało.
Postanowił zmienić język. Chodził do biblioteki, a tam przesiadywał po kilka godzin na dziale z obcojęzyczną literaturą i słownikami. Wertował kartki tak, jakby właśnie przygotowywał się na jeden z najważniejszych egzaminów w swoim życiu; a wciąż nie potrafił znaleźć odpowiedniego słowa, które pozwoli mu wytłumaczyć, czym tak naprawdę jest nirwana.
Do domu zawsze wracał zawiedziony. Arnar zbywał machnięciem dłoni i bezsensownym mamrotaniem.
— Arnar.
Tym razem zaczął pierwszy. Zmarnowany i pozbawiony nadziei usiadł obok partnera na kanapie.
— Taaak, kochanie? — zapytało z przeciągnięciem, wyciągając swoją niewyobrażalnie długą rękę, by objąć Luciena. Przyciągnął chłopaka do siebie jednym, sprawnym ruchem. — Coś się stało?
Stało się, a Lucien nie potrafił o tym rozmawiać od… chyba dwóch tygodni. Trudno było mu przyznać przed Arnar, że zgubił nirwanę i że nie potrafi jej odnaleźć. Szukał przecież w tylu źródłach, w kilkunastu książkach; i wciąż nie odnalazł zaginionej nirwany.
Lucien pociągnął smutno nosem. Potarł dłonią zmęczone od czytania oczy.
— No… ciężko mi to wytłumaczyć.
Arnar nie naciskało. Czekało ze spokojem, z delikatnym uśmieszkiem na twarzy, jakby chciało w ten sposób zachęcić partnera do rozmowy.
— Pamiętasz nirwanę?
— Pewnie, że pamiętam. To ta twoja przyjaciółka, no nie? Taka… duchowa… czy coś.
Lucien się skrzywił, ale postanowił nie wyprowadzać Arnar z błędu. To całkiem słodkie, że uważał nirwanę za przyjaciółkę.
— No to ją zgubiłem.
Arnar ruszył się na tym gwałtownie, że Lucien zsunął się z kanapy i wylądował na ziemi. Jak taki mały piesek do towarzystwa, który zapomniał, że śpi na samym krańcu ulubionej sofy i odwracając się na drugi bok, spadł.
— Gdzie? Kiedy?
— Nie pamiętam.
Arnar wyglądało na przerażonego. Lucien nie potrafił rozczytać z jeno twarzy co tak naprawdę myśli, ale wiedział, że te ściśnięte mięśnie i spięta postura nie jest żartem.
— Kiedy ostatni raz się z nią kontaktowałeś? Wiesz… to potrzebne. Zbieram wywiad.
— Przesłuchujesz mnie?
Lucien podniósł się z miękkiego dywanu i wskoczył na kanapę. Arnar w międzyczasie wyciągnęło z kieszeni mały notes.
— Chcesz ją znaleźć, prawda? Pomogę ci.
To nie takie proste, pomyślał, ale jednocześnie nie wyraził sprzeciwu i pozwolił Arnar pisać w tym śmiesznym zeszyciku. Może chciało się poczuć jak detektyw z tych wszystkich hollywoodzkich seriali?
— W obozie. Ostatni raz czułem jej obecność w obozie.
Arnar mruknęło, a Lucien skrzywił się na odgłos drapiącego kartkę ołówka. Skąd Arnar wzięło ten ołówek i jak bardzo pojemne ma te kieszenie?
— Pamiętam, że jej obecność była bardzo przyjemna. Tak, jakby, um… jakby mama kładła cię do snu.
— Nirwana to twoja mama?
— Co? Nie! — Lucien zaśmiał się nerwowo. Dopiero teraz zrozumiał, jak zabrzmiało poprzednie zdanie. Gdyby nirwana była jego matką to z pewnością nie szukałby jej tak długo. — Nieważne. Skończmy to przesłuchanie.
Wstał z kanapy i poszedł smętnie do pokoju. Arnar nie zwróciło na to z początku uwagi, bo zbyt było zajęte pisaniem czegoś w notesie.
 
Kolejny dzień nie przyniósł niczego, więc zdesperowany Lucien postanowił zamknąć się w pokoju z czterema butelkami piwa. Arnar za drzwiami prosił partnera, żeby otworzył drzwi, ale te nawoływania zagłuszyło Lucienowi strzał kapsla.
Dawno nie pił piwa. Naprawdę dawno. Odkąd opuścił Obóz Herosów, zaczął stawiać na wino. Bo lepsze. Bo smaczniejsze. Bo nie wygląda jak żul spod żabki o trzeciej nad ranem. Piwo było czymś, co pił raczej z nudów i zdecydowanie od święta.
Pierwszy łyk był jak powrót do obiadu z dzieciństwa. Pyszne ziemniaczane purée, mizeria i dobrze wysmażony kotlet. Drugi łyk natomiast przypomniał mu, jak bardzo tęsknił za tym trunkiem i jaki głupi był, że w ogóle nie chciał więcej sięgać po piwo.
Pierwsza pusta butelka. Druga pusta butelka. Trzecia pusta butelka i piąta. Chwila, ale gdzie podziała się czwarta? Czy Lucien zapomniał już, jak się liczyło? Cholera jasna, przecież uczył się tego w podstawówce. A może w przedszkolu? Nie, on przecież nie chodził do przedszkola.
Położył się na łóżku. Miękka pościel otuliła go jak kołysanka wyśpiewywana przez mamę. I wtedy poczuł to, czego już dawno nie czuł. Wibracje. Zaczęły się spokojnie. Śmiał się, gdy jedna z nich trzepnęła go delikatnie w policzek.
Następne zaczynały przynosić euforię. Zaczął się śmiać. Uśmiechać od ucha do ucha, jakby najzabawniejszym na świecie faktem było to, że w ogóle leży.
Nirwana. To była ona. Śmiała mu się do ucha. Śmiała się i wywiozła go do cholernego energylandu. Siedziała razem z nim w wagoniku kolejki górskiej. Krzyczała przy każdym zakręcie, zaciskała dłoń na jego dłoni.
— Tęskniłem — wymamrotał, uśmiechając się i przewracając na łóżku. Koc w kotki wylądował na ziemi. Jedna z poduszek znajdowała się teraz pod nogami Luciena. — Tak bardzo tęskniłem, moja kochana…
Drzwi się otworzyły. Arnar zwyczajnie szanował prywatność Luciena i przez cały czas czekał, ale usłyszawszy „moja kochana”, musiał trochę poczarować przy zamku.
— Lucien?
Lucien się uśmiechnął. Nie widział za dobrze postaci, która się nad nim nachylała. Wiedział natomiast, że jest baaaardzooo duża i baaaardzooo brzydko pachnie.
— Nirwano? Co się z tobą stało?
Arnar chwyciło delikatnie Luciena za jego małe ręce i nim potrząsnęło.
— Zwolnij… zwolnij. Nie chcę już dalej jechać! Bo się… bo się… zrzyg… proszę, nirwano!
Zacisnął palce na baaardzooo dużej postaci i z mdłości wyrzucił z siebie wszystko, co w sobie miał na podłogę. Dobrze, że nie mieli w tym miejscu dywanu.
Przyjemność minęła. Nirwana również sobie poszła. Dopiero wtedy Lucienowi zrobiło się wstyd, że tak potraktował Arnar, a raczej, że musiał na to wszystko patrzeć.
— Przepr…
— Znalazłeś ją! — Uściskało partnera. — Już miałom dzwonić po wróżkę!
— Wróż… wróżkę?

────
[937 słów: Lucien otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

sobota, 14 lutego 2026

Od Vex — „Darcie ryja w języku dziwnie podobnym do greckiego”

Sianie zniszczenia jest jednym z wielu wyrafinowanych zainteresowań Vex. Od dawna przygotowywało coś naprawdę WOW, co mogłoby stanowić idealne zakończenie jeno zbyt długiego stażu w Obozie Jupiter. Wcześniej miało być to coś w stylu wielu wybuchów i ostatecznej walki dobra ze złem (Vex byłoby złem) na samym końcu filmu o superbohaterach, ale jeno relacja z Cherry zainspirowała no do calkowitej zmiany konceptu.
Głośnik ukradło od Kylo, schowało pod łóżkiem w kartonie po intensywnie fioletowych kubkach i modliło się, żeby Cherry nie wymyśliła kolejnej rewizji całego baraku. Jeśli stałoby się najgorsze, było przygotowane – to tylko głośnik, głośnik nieużywany i wyłączony, nie jest nawet najgłupszą podróbą zagrożenia. Jednak centurionka chyba uwierzyła w redemption arc, jakie przeszło Vex i nie podejrzewała, że coś idiotycznego znowu może strzelić nu do głowy.
Na tę myśl Vex śmieje się pod nosem, wyciągając długo przetrzymywany w zakurzonym pudełku głośnik i wciśnięty między materac a ramę łóżka telefon. Chwilę zajmuje nu sprawienie, żeby obydwie te rzeczy się włączyły, a jeszcze dłużej trwa połączenie ich ze sobą. Vex musi na moment przerwać, żeby na szybko wyrecytować parę wersów jednej z piosenek Mindless Self Indulgence, żeby się jako tako uspokoić, gdy jeno telefon już od dobrych paru minut odmawia wyczucia istnienia głośnika, który dosłownie leży obok niego. Wreszcie rozlega się charakterystyczna melodyjka oznajmiająca połączenie się z urządzeniem mobilnym i wsuwa to wszystko głęboko do swojego plecaka, bo, jako że nie słyszy choćby najcichszego odgłosu zwiastującego nagłe pojawienie się w Obozie hordy szarżujących na barykady potworów, czuje się nadzwyczajnie bezpiecznie. Wesoło stuka startymi podeszwami martensów o bruk obozowych ulic, kierując się na pewno nie tam, gdzie dzisiaj ma być. Ma urodziny (o których nie poinformowało nikogo i o których nikt nawet nie może pamiętać, co nu jest tylko na rękę), więc ma też wolne, o czym nie raczyło powiedzieć żadnemu z centurionów. Dowiedzą się sami.
Drzwi do ambulatorium otwiera z takim rozmachem, że prawie przysparza biedną Elianne o wstrząśnienie mózgu i złamanie jakiejś kości czaszki.
– Co ty…?!
– CHERRY!!! – Vex przewrzaskuje Eli, która wpatruje się w legioniszczze z czystym szokiem wymalowanym na twarzy. – PRZYSZŁOM SIĘ POŻEGNAĆ!!! – Donośny głos odbija się echem od ścian ambulatorium i Cherry wreszcie wychodzi Vex na spotkanie, oczywiście w tych swoich często obrzygiwanych crocsach. Przyjmuje pozę poirytowanej matki nr 3, podczas gdy legioniszcze z szerokim i niewróżącym niczego dobrego uśmiechem zsuwa z ramion swój plecak, żeby chwilę w nim pogrzebać.
– To… bardzo miłe z twojej strony, ale wrzeszczenie w ambulatorium jest… – Chery przerywa na rzecz zmęczonego westchnięcia i ściśnięcia skóry pomiędzy swoimi brwiami w bezsilnym geście poddania się. – Czy ty masz telefon? – mówi, choć jest to pytanie czysto retoryczne, bo wszyscy obecni już od dawna znają odpowiedź.
– Tak. – Brakuje tylko, żeby dodało „uwu”. Zamiast tego z podekscytowania prawie rozbija ekran i zamaszyście wyciąga z plecaka głośnik, z którego zaczynają płynąć pierwsze nuty bardzo głośnej muzyki.
– W tym momencie tylko się upokarzasz – informuje go Cherry w rytm pierwszych taktów „Θεία μανία” od Ὁπλίτης, ale Vex jest zbyt dumne z siebie, żeby jej posłuchać. Dalej w kolejce, po tym greckim darciu mordy i zrywaniu strun, ustawiło jakieś polskie piosenki podchodzące pod gatunek poezji śpiewanej, której po angielsku to jest tyle, co nic (Sanah brzmiała dla nieno bardzo jak ktoś, kto śpiewa po angielsku).
Do rękoczynów dochodzi jeszcze przed tym, jak Cherry udaje się usłyszeć śliczny głos Sanah. Centurionka nie musi robić nic, to zirytowani greckim darciem ryja legioniści wbiegają do ambulatorium, żeby zlokalizować źródło tych strasznych dla uszu odgłosów. Nikt nie mógłby drzeć się w tak piekielnie nieznośny sposób OPRÓCZ Greka. W członkach Obozu Jupiter budzi to odwieczny, przekazywany z pokolenia na pokolenie gniew, przez który nawet nie myślą, tylko rzucają się na fioletowego inicjatora jednoosobowej imprezy w rytm heavy metalu.
– KURWAAAAAAAAAAAAA ZOSTAW MNIE!!! – wydziera się Vex, zachowując się jak rozwścieczone dziecko boga wojny po wypiciu niezdrowej ilości energetyków i wypalenia równie dużej liczby blantów. Wokalista Ὁπλίτης zapewnia nu wsparcie w postaci swoich własnych krzyków, nieźle skomponowanych z rzucanymi przez nie przekleństwami.
Wbrew oczekiwaniom, nikt nie uspokaja się, gdy zaczyna grać Sanah. Można nawet stwierdzić, że z niewyjaśnionego powodu wszyscy stają się jeszcze bardziej wściekli i agresywniejsi.
– Czy możesz mi wyjaśnić, co to miało być? – pyta Vergil, intensywnie wpatrując się w posiniaczoną i umazaną bogowie wiedzą czyją krwią postać Vex, które wygląda na znacznie mniej pewne siebie, niż zazwyczaj (co nie znaczy znowu, że nagle schowa głowę w piasek i zrezygnuje z bycia największym buntownikiem wśród herosów). – Co ci strzeliło do głowy?
– A tak jakoś. Chciałom kogoś wkurwić – wzrusza ramionami i uśmiecha się jak typowy przestępca z anime, który mimo porażki doświadczył wewnętrznego katharsis i dopiął swego (przynajmniej na podłożu emocjonalnym).
– Gratuluję sukcesu – stwierdza pretor, najwyraźniej nie widząc sensu w karaniu kogoś, kto wieczorem i tak ma wynieść się z Obozu ze wszyskimi należącymi do niego rzeczami.
Vex jest z takiego obrotu spraw bardzo zadowolone. Wymienia uścisk prezesa z Vergilem i nawet kradnie mu z gabinetu całe opakowanie fasolek wszystkich smaków, czując się absolutnie bezkarnie (odebrano mu nienależący do nieno głośnik i sklejony srebrną taśmą telefon, więc w gruncie rzeczy, straty określa jako nieistniejące).
Pakuje się bez najmniejszego nawet poczucia żalu i z nikim się nie żegna, co w jeno głowie symbolizuje to, że albo nigdy tutaj nie wróci i mówi wszystkim, żeby się pierdolili, albo tutaj jeszcze wróci i wtedy powie wszystkim, żeby się pierdolili.


────
[875 słów: Vex otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]