niedziela, 10 maja 2026

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Winter chciałby powiedzieć, że nie pamiętał nic po wybuchu. Że ogień buchnął mu w twarz, pogrążył go w ciemności i obudził się dopiero w zupełnie innym miejscu, bezpieczny i opatrzony. Prawda była taka, że nie skorzystał z takich luksusów.
Jego instynkty samozachowawcze kliknęły szybciej, niż mechanizm otwartej przez niego pułapki. To były instynkty półboga, który większość swojego życia spędził na ulicy, uciekając przed potworami i broniąc się tylko na podstawie swoich nikłych umiejętności survivalu. Trening Blanche w ciągu tych kilku lat tylko pokazał mu, jak wykorzystywać jego moce, żeby lepiej się chronić, inne instykty przyszły same z siebie, wydawało się, że w pakiecie z byciem półbogiem.
Usłyszał trzask otwieranego mechanizmu i rzucił się w stronę Blanche. W ostatniej chwili przed wybuchem otoczył ich ścianą lodu, która pochłonęła pierwszy impakt uderzenia. Prawdopodobnie tylko dzięki temu oraz nieświadomym patronacie matki Blanche dalej żyli. Winter, półprzytomny, kilka razy w ciągu ostatnich godzin pomyślał, że może wolałby nie żyć.
Był dzieckiem bogini śniegu i lodu, nigdy do końca nie miał do czynienia z ogniem. Zdarzało mu się oparzać, raz czy dwa, zwłaszcza przy gotowaniu. Przy pierwszym spotkaniu z Blanche goniła go ziejąca ogniem drakona – potwory mitologii greckiej wyjątkowo upodobały sobie płomienie jako ich główna broń. Poparzenia były najgorszymi ranami do zagojenia, dużo gorszymi od ran od miecza, nieważne, jak niewielkiego obszaru dotykały. Winter podejrzewał, że miało to wiele wspólnego z jego zmniejszoną odpornością na ciepło.
Tego bólu, który poczuł po uderzeniu, nie był w stanie porównać do żadnego innego oparzenia. Nie porównałby tego do bycia smagniętym przez ogień drakony, zanim zdążył się schować, a już zdecydowanie nie do dotknięcia gorącego garnka. Piekła i pulsowała mu cała prawa strona twarzy, od policzka aż po szyję. Miał ochotę zedrzeć z siebie skórę żywcem. Zrobiłby to, gdyby oranie paznokciami cokolwiek by dawało, ale nie czuł już ani skrawka twarzy, a na palcach zostawała tylko krew i wysięk. Mdlał i wracał do świadomości w niekończącym się cyklu, ale za każdym razem, kiedy znowu otwierał oczy, nie był w stanie się skupić na niczym innym oprócz bólu i własnych jękach cierpienia. Wiedział, że ktoś wyniósł go z domu Ziona. Wiedział, że przemieścił się w inne miejsce. Czego nie wiedział, to to, kto go zabrał ani gdzie go zabrał.
To, że ktoś polał mu ranę nektarem, uświadomił sobie dopiero wracając do zmysłów. Tkanka wokół ran nadal pulsowała, ale ból ewidentnie zmalał. Samą ranę przestał czuć całkowicie – obawiał się, że może ogień spalił mu wszystkie nerwy, ale nie miał zamiaru sprawdzać tej teorii. Gdyby podniósł rękę do twarzy, może znowu poczułby ten piekielny ból. Bał się, że jeśli chociażby drgnie, świat znowu zamknie się w tym uczuciu. Po otwarciu oczu tylko gapił się w metalowy sufit i napawał chłodem bijącym od podłogi, na której leżał. Świat mu się kiwał i było mu niedobrze. Czuł się jak na statku wycieczkowym, ale niestabilność wizji mogła wynikać równie dobrze z ciągłego bólu i dymu, którego nawdychał się w trakcie pożaru. Jego wybawcy może podali mu doraźnie nektar na ranę, ale nie uraczyli go ambrozją, bo Winter czuł, że gardło ma spalone od żaru. Oddychał, świszcząc.
Po godzinie świat kiwał się dalej. Spróbował wstać, ale poczuł, że ręce i nogi krępują mu więzy. Był więźniem swoich wybawców, mógł się tego spodziewać. Przechylił głowę, żeby mieć lepszy obraz na otoczenie, i zarejestrował, że widok zasłaniają mu metalowe kraty. Rana na szyi znowu zaczęła boleć, ale nie na tyle, żeby Winter ponownie zemdlał z bólu – zacisnął zęby i próbował zignorować pulsowanie, skupiając się na przyjemnym chłodzie metalu przy policzku. Wizja mu się rozmazywała. Potrzebował dłuższej chwili, żeby zrozumieć, że za kratami widzi rząd kartonowych pudeł… nie, cały cholerny magazyn.
Wybuch otumanił mu też słuch, mógł mieć tylko nadzieję, że czasowo. Pomiędzy piskiem w uszach, słyszał rozchodzący się po budynku odgłos pracujących maszyn. Metalowy łańcuch nad jego głową kołysał się i wydawał skrzypiące dźwięki.
Co on tu w ogóle robił? Oprócz bólu pamiętał wybuch. Oprócz wybuchu pamiętał dom Ziona. Oprócz domu Ziona pamiętał, że ktoś tam z nim był i… Blanche. To była Blanche. Próbował ją osłonić ścianą lodu w momencie wybuchu. Przechylił głowę na wszystkie strony mimo bólu, ale w jego celi nie było kobiety. Poza tym poczuł, że coś ogranicza mu ruchy szyi, ale wciąż był zbyt otumaniony, żeby w ogóle zacząć myśleć logicznie. Jego jedyne myślenie na ten moment ograniczało się do gorączkowego przypominania sobie w głowie wyglądu Blanche, jakby to była ostatnia deska, której się trzymał. Reszta jego głowy była zaprzątnięta wyuczonymi metodami przetrwania.
Pomyślał, że musi się uwolnić. Próbował przywołać jedyną rzecz, którą wykonywał instynktownie i która jako jedyna była w stanie mu pomóc. Lód pełznął po jego nadgarstkach i kostkach, żeby pokryć metalowe więzy. Był do niczego z fizyki, ale liczył, że świat czasem działał jak w filmach i że jeśli dostatecznie się postara, to zamrozi metal na tyle, żeby pękł pod uderzeniem o podłogę. Kilkusekundowa próba zakończyła się fiaskiem, kiedy poczuł, jak wzdłuż jego szyi przebiega go prąd. To, co cały ten czas ograniczało mu ruchy, dusiło i wywierało nacisk na ranę, okazało się metalową obrożą. Prąd elektryczny przebiegł przez wszystkie jego komórki i poparzenie na nowo zaczęło palić żywym ogniem.
Z bólu przed oczami zatańczyła mu światłość, poprzedzona piskiem w uszach. Ocucił go głośny alarm. Wszystkie światła w jego celi zmieniły kolor na czerwony. Wciąż słyszał pisk, a dźwięki dochodziły do niego jak zza ściany, ale rozpoznał zdanie cyklicznie powtarzane przez alarm:
— ALARM! PRÓBA UŻYCIA MOCY! ALARM!
— Winter! — Pojedyncze zawołanie ledwo przebiło się przez alarm. Półprzytomnie do Wintera doszło, że to jego imię. Wrzask zrozpaczonej matki, która nie potrafiła go uratować, ten sam słyszał kilka godzin temu, kiedy otwierał mechanizm pułapki.
— Blanche — próbował krzyknąć, ale gardło miał wciąż przepalone. Wydał z siebie tylko żałosny, łamiący się szept.
Była gdzieś w dole. Tak daleko, a tak blisko. Kiedy metalowa cela zaczęła się opuszczać na ziemię, leżał w miejscu, wgapiając się w dyndający na suficie łańcuch i myśląc o tym, że to pewnie Blanche, zaraz go ściągnie i już nie będzie sam.
Spiżowe więzienie z łoskotem opadło na ziemię, tak, że całe ciało Wintera bezwładnie podskoczyło. Przy kratach zaczęły krzątać się dwie sylwetki. Alarm ucichł. Metalowe pręty odsunęły się.
Wzrok wciąż rozmazywał się Winterowi, ale był w stanie rozpoznać, że żadna z tych sylwetek nie była Blanche. Światło lamp zasłoniły mu postury dwóch kobiet odzianych w czarne kombinezony. Na piersi miały napis, prawdopodobnie swoje imię, ale nie był w stanie odczytać zlewających się literek.
Ze zgrozą zauważył, że obie dzierżą okropnie długie i idealnie naostrzone włócznie.


Blanche?
────
[1074 słowa: Winter otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Rozstali się tamtego dnia na obopólnej zgodzie, że będą uważali o wiele bardziej przy każdej następnej wizycie w potencjalnych mieszkaniach. Wpadli wręcz w rutynę; sprawdzanie oferty 5 razy minimum, umówienie wizyty, coś się okazywało niewarte zapału lub ktoś już wynajmował, powtórzyć proces. Przy okazji mieli wycieczki do przeróżnych części miasta, mniej lub bardziej im znanych.
Apollodoros już dawno przestał liczyć, który to raz tak jadą, ale oby to był ten ostatni. Robili się już nieco zdesperowani, aż zaczęli żartować, że może jednak te mieszkania będące biohazardem czarnej pleśni po wszystkich sufitach oraz między kafelkami w łazienkach, nie są aż tak złym pomysłem. Przynajmniej są względnie tańsze (zwykle, chyba że nie są).
Wysiadło z metra, od razu się przeciągając. Znalezienie trasy do bloku nie było na szczęście trudne. Nie najstarszy, nie najnowszy, taki o. Stoi tu już ileś lat, wszyscy się do niego przyzwyczaili, bez zwracania na szare ściany więcej uwagi. Jak to już w praktycznie tradycji było, wyjął szkicownik, żeby rysować elementy okolicznego krajobrazu, które przyciągają oko. W tym momencie jeno szkicownik to zbiór ich bezowocnych jak na razie poszukiwań. Apollodoros nie chciał po sobie tego dawać za bardzo znać, ale ich problemy z zapewnieniem sobie lokum zaczynały go trochę stresować, o ile nie irytować.
Kiedy chowało przybory do torby, która niejednego przyprawiłaby o bóle pleców, to zauważyło Chaita. Nie palił w tym momencie, ale najprawdopodobniej przed chwilą skończył, patrząc po zapachu przyniesionym przez wiatr.
— Hejka, udało się, widzę wyjść z roboty wcześniej. Była znośna? — W odpowiedzi na drugie pytanie dostał pokręcenie dłonią w sposób bliższy „tak średnio” niż „okej”.
— Hej, długo już czekasz? Udało się cudem zerwać, z łutem szczęścia wręcz.
— Krótko, oby ten łut szczęścia nam towarzyszył dzisiaj dalej, bo miejscówka jest niezła.
Agent nieruchomości pojawił się punktualnie, więc to już na plus w porównaniu z ta jedną sytuacją, gdzie przez korki czekali ponad godzinę z grupami, które miały przyjść i obejrzeć mieszkanie po nich. W środku budynek do najbardziej zadbanych nie należał, ale widać było jakieś starania, żeby nic się nie sypało mieszkańcom na głowy, tynk ze ścian nie odpryskiwał w wielkich płatach, a rury nie wydawały się w stanie opłakanym.
Metraż do największych nie należał, ale nie był też klaustrofobiczny; dwójka dorosłych z minimalnymi rzeczami na spokojnie powinna się tutaj zmieścić. Z tego, co Apollodoros się nauczył rozpoznawać po reakcjach Chaita, to jego bliski znajomy także aprobował jak na razie stan wnętrza. Na plus dla Dorosa były okna, jak na okolicę, bardzo dobre światło słoneczne, co jest zawsze przydatne przy jego pracy. Nie widzieli oznak pleśni, a jeśli takowa była, to była dobrze schowana. Nie, że w tym momencie by ich to aż tak odstraszyło, wizja złożenia się na ewentualne środki pleśniobójcze została już przegadana. Zdecydowali się finalnie zaryzykować, czerwonych flag nie mieli, a czynsz nie był przecież jakiś tragiczny…
Wprowadzanie poszło im na szczęście względnie płynnie, tylko z jedną szafką był problem, głównie z tym, jak ciężka była, nawet po rozłożeniu na osobne płyty. Od tamtego minęło już na tyle czasu, że czuło się całkiem jak w domu. To doświadczenie pozwoliło się im tez nieco lepiej poznać, co bardzo Dorosa cieszyło. Chociaż nadal przyjaciel na pewno o wielu rzeczach się nie otwierał, do czego miał prawo. Albo mu powie, albo nie, biorąc pod uwagę jeno intuicję, to coś bardzo zmieniającego życie, o czym mało komu się mówi.
Przełożył nadmiar wymieszanej sałatki do naczynia, żeby schować do lodówki i zjeść potem do kolacji. Chait należał do takich, którzy żartowali o spalaniu wody w czajniku, więc przejęło obowiązki kuchenne od razu. Nie, że to Apollodorosowi przeszkadza. To dobry sposób na pokazanie, że mu zależy, marnują mniej jedzenia, no i może chociaż w ten sposób zadbać o zdrowie drugiego herosa. Zostawił jeszcze w termosie Chaitowi takie kawy, jak robi w pracy, po czym wyszedł z mieszkania na zmianę w księgarni. Po drodze zauważyło jakieś ogłoszenia sąsiedzkie na korkowej tablicy, ale przeczyta je potem. Coś o piwnicach, tyle wyłapał w pędzie.


Chait?
────
[652 słowa: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Vergila — „Kto był na Smellsach, ten w cyrku się nie śmieje” [AU event]

Cyrk AU

— Zaraz zamykam–… och, to ty.
Vergil miał nadzieję, że chociaż częściowo ukrył kryjącą się w głosie niechęć. Mimowolnie zacisnął palce na przemywanej obecnie szklance i wykrzywił usta, na końcu języka mając dokończenie swoich słów: „zaraz zamykamy, proszę wyjść”. Zamiast tego nie powiedział nic. Odłożył szklankę na suszarkę i odwrócił się plecami do klienta, który – rzuciwszy naprędce przywitanie – wspiął się na stołek barowy.
To nie tak, że Vergil go nie lubił. Był to specyficzny człowiek. Nigdy nie potrafił przewidzieć, co akurat wyjdzie z jego gęby, czasem był arogancki, a czasem zachowywał się jak smutny, płaczący dzieciak, który potrzebuje przytulenia. Odkąd przejął biznes ojca, Vergil spotykał się z różnymi klientami i słyszał różne historie. Do tej speluny przychodzili milionerzy zdradzający swoje żony, proste pijaczki, które chowały się przed obowiązkami, kibole i awanturnicy; dwóch takich musiał godzinę temu wypieprzyć za drzwi i myślał, że to koniec wrażeń na dzisiaj.
Powinien nie dać się zaskoczyć już żadną jego historią, ale z każdym kolejnym wypitym kieliszkiem on dodawał coś zupełnie innego. Znał go całe życie. Może to właśnie był powód, dlaczego nie mógł przestać go lubić. Vergil musiałby wymazać dwadzieścia jeden lat wspomnień z tym człowiekiem, wszystkie krzywdy, które chłopak mu wyrządził i do czego go zmusił, ale też te szczęśliwe chwile, których za żadne skarby nie chciałby oddać. Był człowiekiem sentymentalnym, jego towarzysz doskonale to o nim wiedział. Mógł się zdystansować, ale nie mógł go całkowicie odgrodzić od swojego życia. Gdyby nie on, Vergil by nie istniał, przynajmniej czasem miał takie wrażenie.
Poza tym zostawiał kurewsko duże napiwki do drinków. Mówił, że smakuje mu tutejszy bimber i dopłaca, żeby broń Boże nie zmienić receptury przez cięcie kosztów, ale tak naprawdę nie przepadał za alkoholem. Może to była jedyna opcja, żeby w jakiś sposób wynagrodzić się Vergilowi bez mówienia mu zwykłego „przepraszam”.
— To samo, co zawsze? — zapytał Vergil, wyjmując z szafki czystą szklankę. Będzie musiał zostać jeszcze dłużej, żeby wszystko pozmywać i poprzekładać z powrotem, a nawet nie wiedział, o której stąd wyjdzie, bo nie potrafił wcześniej kogoś wygonić. Robił to z każdym awanturnikiem, który zostawiał po godzinach, więc czemu nie potrafił odmówić jemu?
Chłopak pokiwał głową. Brązowa czupryna zadrżała na jego głowie, utrzymując się jedynie na dobrej woli. Był niski i musiał wychylić się zza baru, żeby odebrać od Vergila podawaną szklankę bimbru. Pewnie z drugiej strony kontuaru machał nogami nad podłogą, zupełnie jak dziecko.
— Chyba będę musiał zamknąć cyrk — odezwał się i pociągnął skromny łyk trunku, ewidentnie nieadekwatny do wagi jego wypowiedzi. Skrzywił się, kiedy alkohol podrażnił jego kubki smakowe, bo nie cierpiał mocnych procentów i pił je tylko dla picu.
— Mówisz tak przynajmniej raz na tydzień — bąknął Vergil.
— Nie, tym razem mówię serio. Mam już ich wszystkich po dziurki w nosie. Hajsu z tego praktycznie i tak nie mam.
Był bardzo samoświadomy swojej sytuacji. To było jego głupie, dziecięce marzenie sprzed czterech lat, kiedy nie był jeszcze pełnoletni i zdecydowanie nie wykształcił mu się w pełni jeszcze płat czołowy. Często powtarzał, że powinien to pierdolić, w sensie, kto w tych czasach w ogóle jeszcze chodził do cyrku? Tradycja cyrków już dawno umarła. Teraz każdy mógł być klaunem, wystarczyło odpalić dowolny kanał polityczny w telewizorze.
Vergil wiedział, że mężczyzna nie potrzebuje jego osądu. Inna sprawa, że jego osąd był zerowy. Sam siedział w tym zapchlonym barze od rana do wieczora, przepisanym mu przez ojca, bo nie chciał go zawieść, chociaż kompletnie nie obchodziła go sztuka barmaństwa, zmywanie rzygów i gonienie z miotłą pijaczków. On najprawdopodobniej już sam doskonale ocenił swoją sytuację i potrzebował wypowiedzieć ją na głos, bo nie miał nikogo innego, kto by go zwyczajnie posłuchał.
Znali się dwadzieścia jeden lat, ale się nie przyjaźnili. Nie potrzebowali ckliwych spotkań. On przychodził, opowiadał, Vergil go słuchał. Uczciwa wymiana za utrzymanie tak skomplikowanej relacji przy życiu.
— Kiedy zakładałem ten cyrk, widziałem pieniądze, górę pieniędzy, a teraz muszę załatwiać jakieś idiotyczne problemy. Ostatnio wpłynęła skarga na naszego magika, Asxę, kojarzysz? — Vergil nie kojarzył, ale i tak pokiwał głową. — Że niby jejgo królik z kapelusza cierpi i w ogóle to znęcanie się nad zwierzętami w cyrku jest już passé. Passé, człowieku! Ten królik ma lepsze życie ode mnie! On przynajmniej codziennie wpierdala radośnie sianko i nie musi wysłuchiwać tych bzdur, bo jest tylko królikiem! Wiesz, co powiedziało mi na to Asx? Że jeszcze jedna taka sytuacja i ono zabiera królika i pierdoli tę robotę.
Pogderał pod nosem, poprawiając się na krześle. W głębi duszy Vergil cieszył się, że to nie jego problemy. To nie był jego cyrk i nie jego małpy.
— Kolejna skarga wpłynęła na naszego artystę. Chłopie, przed stoiskiem Szczypior jak byk stoi szyld z napisem: „KARYKATURY, PŁATNOŚĆ TYLKO GOTÓWKĄ”. Ostatnio jakaś para przychodzi do mnie z zażaleniami, że Szczypior narysowała ich ze zbyt dużymi głowami i w ogóle to ona nie ma takich żółtych zębów. Mówię jej, czy pani wie, czym jest karykatura? To mi tłumaczy, że nawet karykatury mają swoje granice.
Upił kolejny drobny łyk i znowu się wzdrygnął, ale tym razem Vergil nie wiedział, czy to przez zawartość alkoholu w trunku, czy przez całą tą farsę.
— Mamy treserkę małp, Eryk się nazywa. Kto w ogóle nazywa tak dziecko? Ale już mniejsza o to. Mamy taką reklamę z tymi małpami, że wiesz, robią sztuczki, akrobacje, jedna to normalnie krawaty wiąże i usuwa ciąże, ale to jest taki pic na wodę, że dziwi mnie, że ludzie serio za to jeszcze płacą. Te małpy nie potrafią ani jednej sztuczki zrobić, tylko śmierdzą, drapią się po dupach i pochłaniają banany, a ludzie myślą, że to wszystko jest część spektaklu i one to tak specjalnie. Rozpuszczone takie, że te małpy by lepiej wytresowały Eryk, niż ona je. Ale wiesz, co jeszcze jest gorsze od tych małp? No właśnie inni ludzie. Wiesz, ile razy przechodzę obok naszego połykacza ognia Julka i słyszę, jak ktoś do niejgo mówi: „ciekawe co jeszcze potrafisz tak łykać”? Gdybym dostawał dolara za każdy taki tekst w ciągu tych czterech lat, to byłbym już kurewsko bogaty, sprzedałbym ten cyrk w pizdu i wyjechał na Bahamy. Raz była skarga, że niby nasz połykacz ognia połyka klaunowi w kiblu, ale wybrnąłem z tego, że póki nie widziałem, to nie ma dowodów.
Vergil uniósł brwi. Gdyby nie znał tego człowieka te dwadzieścia jeden lat, pomyślałby, że jest z niego niezły bajkopisarz, jest psychicznie chory (to akurat by się zgadzało) albo procenty uderzyły mu do głowy w ekspresowym tempie. Ale nie, on nie kłamał. Kto był w jego cyrku, ten w cyrku… się nie śmiał?
— A o tym klaunie Zirco to nawet szkoda strzępić ryja. Mam cały plik w biurku ze skargami złożonymi na niego. Kiedyś śmiał się z jakiegoś dzieciaka i namówił jego kolegów, żeby go pobili za trzy balony w kształcie pieska. Jak go zapytałem, czy jest popierdolony, to powiedział, że to przecież były tylko żarty. No tak, tylko żarty, faktycznie trochę krzywy ryj miał ten dzieciak, ale to ja potem musiałem płacić odszkodowanie zdrowotne jego matce.
Vergil nie opowiadałby tego z taką lekkością. Może nawet zapytałby go, czemu po prostu nie zwolni tego klauna, ale on pewnie miał swoje powody.
— W październiku zatrudniłem kilkoro poetów, myślałem, że będą wymyślać jakieś wierszyki, zabawiać dzieci, pitu-pitu. A oni nic nie robili, tylko pisali te drabble. Czy ty wiesz w ogóle, co to drabble? — Vergil pokręcił głową. — Opowiadania na sto słów, nie mniej, nie więcej. Całymi dniami słyszałem tylko o tych drabblach. We trójkę się przekrzykiwali, kto napisze więcej, Jajo, Kaczek czy Sigma. W listopadzie miałem już dość i ich wszystkich zwolniłem.
To był moment krytyczny. Wcisnął twarz w dłonie. Vergil przez chwilę myślał, że płacze, ale on tylko westchnął.
— Najgorsze w tym wszystkim jest to, że za bardzo ich wszystkich lubię. Asxę i tego jej śmierdzącego królika, i Eryk ze śmierdzącymi małpami, klauna, z którym czasem wypiję piwo na współę, połykacza Julka. Obraz Szczypior ze mną jako imperatorem wisi mi w gabinecie nad biurkiem. I jak ja mam im wszystkim powiedzieć, że zamykam ten cyrk i wszyscy rozchodzimy się w swoje strony?
— Nie potrzebujesz może czegoś nowego? — zapytał Vergil, udzielając pierwszej rady w ciągu tego spotkania.
— W sensie?
— Nie wiem, nowego członka tej zgrai? Nowy charakter?
— Skąd ja niby wezmę kolejnego takiego debila?
Vergil omiótł go wzrokiem. Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien mu pomagać. Może powinien utrzymywać, że to nie jego problem i ma go gdzieś. Może lepszą formą pomocy byłoby powiedzenie mu, że faktycznie powinien to zamknąć i dać sobie spokój, zdrowiej psychicznie będzie, jak obierze sobie nową drogę życia.
Czy przestałby go wtedy odwiedzać? Już teraz ich relacja była raczej nikła. Może przestałby przychodzić topić smutki w alkoholu, jeśli nie miałby już powodów, żeby je zapijać?
Gdyby Vergil przewertował w myślach listę stałych klientów, znalazłby multum dziwaków, którzy mogliby z powodzeniem rozpocząć karierę cyrkowców. Westchnął żałośnie.
— Co sądzisz o żabach, Alex? — zapytał.


Następnego dnia przyszedł wcześniej, ale nie zaznał więcej klientów za barem Vergila. Pustki były wręcz niepokojące jak na to, że tym razem było przed zamknięciem. Raz był świadkiem, gdy Vergil musiał brać ostatnich pijaczków za wszarz i wyrzucać ich siłą. Sam przychodził, kiedy barman miał już gasić ostatnie światła i pakować się do domu.
Przyczyną tego osamotnienia okazał się drugi klient. Alex musiałby przetrzeć oczy, bo w pierwszej chwili nie uwierzyłby w to, co widzi, a przecież pracował w cholernym cyrku! Wszyscy ostatni klienci uciekli bez potrzeby wyganiania Vergila, bo za barem siedziała… żaba.
Niska, niższa nawet od Alexa, jej głowa ledwo wyglądała zza lady. Ewidentnie dwunożna, ubrana w poplamiony, niebieski kombinezon, który widzi się zazwyczaj u pracowników budowy. Na głowie miała kask ochronny, piekielnie pomarańczowy, który co chwilę zsuwał jej się na oczy, więc żaba tynkara musiała poprawiać go obślizgłą łapą. Przy stołku barowym, tuż pod stopami potwora, spoczywała torba, wypchana aż po brzegi, bo nie dało jej się nawet zasunąć – ze środka wystawał kawałek metalowego narzędzia, który zdecydowanie zbyt bardzo przypominał szpachlę tynkarską.
Vergil zobaczył, jak nadzieja wraca do oczu mężczyzny, kiedy zbliżał się do lady. Usiadł przy barze, zachowując krzesło odległości, jakby to miało być bardziej uprzejme. Vergil, nie chcąc niepotrzebnie się odzywać, podsunął chłopakowi szklankę bimbru, zanim zdążył o nią poprosić.
— Przepraszam, pani… pani żabo? — zagaił nowy klient, uprzednio odchrząkując.
Żaba tynkara mlasnęła, przejeżdżając długim językiem po swojej powiece. Vergil podał jej zamówione wcześniej piwo. Zamiast przyłożyć szklankę do ust (pyska?), zaczęła chlipać napój językiem.
— Jesssstem troglodytką — sepleniła.
— A, pewnie. Pani troglodytko. — Poprawił się na krześle. Musiało mu być w jakiś sposób głupio. — To może być mało subtelne pytanie, z góry przepraszam bardzo, nie chcę być niemiły. Widzi pani, nazywam się Alex Bakebread… — tu wyciągnął swoją wizytówkę i próbował podać ją troglodytce, ale kiedy ta nie przyjęła jej i zajęła się chłeptaniem piwa, po prostu położył ją na ladzie — …jestem dyrektorem miejsca, gdzie gromadzą się największe i najniezwyklejsze osobliwości tego miasta, ba, całych Stanów. Moje pytanie brzmi: czy nie myślała pani o tym, żeby może, no nie wiem, pracować w cyrku? Moim cyrku, gwoli ścisłości. Niech mi pani wybaczy, jeśli to takie niedelikatne.
Żaba tynkara zamotała nogami pod ladą, omyłkowo kopiąc w torbę, z której na podłogę wysypały się metalowe narzędzia tynkarskie. Oblizała się z piwa całą długością swojego języka, nie racząc przy tym nikogo spojrzeniem ani razu – ani Vergila, ani jego towarzysza. Mogła się nad czymś głęboko zastanawiać. Mogła równie dobrze po prostu ich ignorować. Vergil czuł, jak rośnie w nim napięcie, chociaż cały czas powtarzał sobie, że to nie jego cyrk i nie jego małpy, a ta rozmowa nie miała żadnego wpływu na jego życie. Szczerze mówiąc, nie powinien jej nawet podsłuchiwać. Był tylko pośrednikiem. Bardziej powinny obchodzić go świeżo umyte szklanki, które właśnie wycierał z nadmiaru wody.
— Taki, mlask, cyrk ruchomy? — zapytała żaba tynkara, mlaskając.
Dyrektor pokiwał głową.
— Tak, tak. Wie pani, to tu, to tam. Cały czas w jednym miejscu i szybko znudzilibyśmy się miejscowym.
— Ściany i dach, pssss, ma z płachty? — dopytała.
Jej rozmówca zaśmiał się bez cienia wesołości w odpowiedzi.
— No wie pani, inny ciężko byłoby przemieszczać. Tak, ściany i dach ma z płachty.
— Konssssstrukcja ze ssstelażu?
Pokiwał głową, mocniej zaciskając palce na szklance.
— A trybuny? Mlask. Trybuny ssssą z drewna? — zaświszczała.
— Z drewna. Przewozimy je za każdym razem — potwierdził.
Żaba smarknęła. Obślizgłym paluchem zaczęła bawić się zastygłą plamą na swoim roboczym kombinezonie, próbując ją zdrapać, chociaż nie miała do tej czynności paznokci, a poza tym pewnie próbowała ją sprać już milion razy. Mlasnęła znowu kilka razy. Cisza była na tyle długa, że Vergil poczuł się niezręcznie, a co dopiero jego znajomy.
— To na chuj wam, mlask, tynkarz? — zapytała troglodytka.


────
[2059 słów: Vergil otrzymuje 20 Punktów Doświadczenia]

Od Kuźmy — „Szara godzina to taki synonim takiej jednej pory dnia” [AU EVENT]

Wampiry AU

Ze snu wyrwał ją rozszarpujący powietrze dżingiel budzika. Gdzieś w roku 2020 jako alarm ustawiła pierwszy opening pierwszego sezonu „Haikyuu!!”, uważając, że jest na tyle energiczna, aby skutecznie wyrwać ją ze snu i dobrze nastawić na nowy dzień. Jednak dzisiaj żadna z jej ulubionych piosenek nie mogła sprawić, żeby nie obudziła się ekstremalnie wzburzona i otumaniona chęcią wysłania atomówki w samo centrum Warszawy. Pełna surowej wściekłości poderwała się z łóżka, a jej dłoń od razu pochwyciła wibrujący wniebogłosy smartfon, żeby kilkanaście razy uderzyć w ekran, bo na jej okropnym iPhonie 14 Pro zacinało się już niemal wszystko, od kontaktów po Genshina. Po długiej walce z tym potłuczonym gratem, w pokoju zapadła błoga cisza i Kuźma natychmiast zapragnęła znowu wygodnie ułożyć się na legowisku złożonym z dwóch materaców, piętnastu poduszek, kołdry obciążeniowej, pierzyny, trzech koców oraz armii pluszaków Pusheenów. Niestety, nie mogła sobie na to pozwolić. Nie dlatego, że za dziesięć minut zaczynała lekcje albo musiała iść do pracy. Powód był gorszy.
Dzisiaj wyjeżdżała do ojca, ale nie był to wyjazd weekendowy ani szybkie wakacje. Matka i ojczym postanowili wyrzucić ją z domu na co najmniej cały semestr, co już od dawna było przyczyną nieustannych kłótni wstrząsających kartonowymi ścianami ich mieszkania. Argumentem jej rodziców była całkowita nieporadność życiowa Kuźmy, która ponoć nie wyjechałaby, gdyby potrafiła zrobić sobie obiad. Nie akceptowali tego, że ona uważała za zniewagę i upokorzenie konieczność przyrządzenia dla siebie kromki z masłem. Poza tym miała tylko siedemnaście lat. Siedemnastolatki zdecydowanie nie muszą robić sobie obiadów i mogą zadzwonić po UberEats albo przez parę miesięcy żywić się wyłącznie zupkami chińskimi i hot dogami z Żabki. Jej rodzice po prostu byli zacofani i nie orientowali się w realiach współczesnego świata, w których Kuźma nie musiała codziennie o świcie wychodzić na pole i zbierać świeże awokado i kaszę gryczaną, żeby mieć co do gara włożyć.
Ostatecznie, żadna kłótnia i żaden argument nie zmieniły zdania rodziców, a Kuźma musiała wreszcie pogodzić się z niemożliwym do uniknięcia wyjazdem.
Wydobywszy się ze swojego łóżka o szerokości dwóch metrów, westchnęła głęboko i bardzo głośno, mając nadzieję, że to pełne frustracji i goryczy wypuszczenie całego powietrza z płuc jest doskonale słyszalne na drugim końcu mieszkania. Jej buntowniczej, nastoletniej butności przyświecał jeden cel: byle mama usłyszała, jaka to jestem zła i niezadowolona z życia, i że siatka na balkonie może powstrzymuje gołębie, ale nie powstrzyma zdeterminowanej nastolatki.
Przy kuchennym stole już siedział Laliczaj, powoli popijając czarną jak jego dusza i serce kawę oraz czytając najnowsze wydanie „Angory”. Podczas śniadań Kuźma uwielbiała małpować jego ruchy i popijać czarne jak jej dusza i serce kakao, próbując odcyfrować kolejne słowa przeglądanych przez ojczyma arytykułów, szkoląc się w sztuce czytania do góry nogami (kiedyś wmawiała sobie, że dzięki temu zostanie sławną tajną agentką specjalną). Rodzice zawsze ją strofowali za to nielegalne pożeranie treści poważnej gazety dla dorosłych, ale ona uparcie uważała, że „Angorka” jest zbyt dziecinna dla jej w pełni rozwiniętego płatu czołowego. Dzisiaj jednak nie obdarzyła Laliczaja nawet najmniej dostrzegalnym spojrzeniem, wyłącznie zadarła nosa i zasiadła do stołu, gdzie już czekało na nią dzisiejsze pudełko z ich rodzinnego pakietu diety pudełkowej, tuż obok kubka niesłodzonego kakao bez mleka (które nie należało do rodzinnego pakietu diety pudełkowej). Kątem oka dostrzegła, że gładkie i nieskażone ciężką pracą dłonie jej mamy układają się, jedna na drugiej, na blacie stołu, a długie, ozdobione kryształkami paznokcie hybrydowe złowieszczo o siebie stukają.
– Wszystko spakowane?
No tak. Ani cześć, ani jak się czujesz, ani nic w ogóle. Kuźma ostentacyjnie pogrzebała w aparacie ortodontycznym, żeby wyciągnąć spomiędzy zamków zagubiony kawałek sałaty, mlasnęła przeciągle i odgarnęła włosy z ramion ruchem godnym prawdziwej damy dworu. Dopiero wtedy uniosła wzrok znad swojego posiłku i spojrzała mamie w oczy.
– Dzień dobry – oznajmiła dosadnie, co niestety skutkowało tylko nagłym atakiem kaszlu Laliczaja, który opluł kawą całe dwie strony „Angory”. – Owszem, wszystko zostało przeze mnie skrzętnie spakowane.
– Kochanie – zaczęła Gaudencja, po raz setny od niemal miesiąca, ciągle tłumacząc swojej córce dokładnie to samo – przecież wiesz, że to wyjazd służbowy.
– JEGO wyjazd służbowy. – Palec Kuźmy wskazał prosto w twarz Laliczaja, który, jak zawsze, tylko udawał zaskoczonego. Jego umiejętności aktorskie, wedle oceny dziewczyny, były nader słabe, nawet gdy przez to sztuczne zaskoczenie okulary spadały mu z nosa. – A nie twój.
– Młoda damo – Laliczaj raczej nie zwracał się do niej per „kochanie”, za co obecnie Kuźma bardzo go szanowała – nie ma dyskusji. Masz pociąg za dwie godziny.
– Ja się tak kłócę dla zasady – wymamrotała dziewczyna, grzebiąc w swoim pełnowartościowym i zbilansowanym posiłku. – Ale przecież mogłam zostać u Julki – dodała, również dla zasady. Zbyt szybkie wycofanie się z ataku nigdy nie przyniosło jej niczego dobrego (nawet jeśli ofensywa również nie przynosiła jej wiele).
– Tak, no oczywiście, mama Julki byłaby wniebowzięta – sarkastycznie przytaknęła Gaudencja. – U ojca będzie ci wygodniej – dodała, bo przecież musiała po raz milionowy ją o tym zapewnić. U ojca wygodniej, u ojca lepiej, u ojca taniej, bo przecież zapłaci za wszystko. Mama w ogóle nie rozumiała uczuć, jakie mogą kotłować się w duszy zmuszanej do przeprowadzki siedemnastoletniej dziewczyny.
– Nie będzie! – stanowczo zaprzeczyła Kuźma, oczywiście wciąż kłócąc się tylko dla zasady. – On mieszka na PODLASIU! Oni nawet nie wiedzą, co to jest MATCHA!
Niestety, to był argument ostateczny, na który jeszcze ani jej ojczym, ani mama nie odnaleźli odpowiedzi i pewnie nigdy jej nie znajdą. Jako patchworkowa rodzina złożona z trójki Warszawiaków, żadne z nich nie wiedziało, co pije się na Podlasiu, ale wszyscy byli pewni, że nie jest to matcha. Może w trakcie ewolucji Podlasianie wymyślili swój własny rodzaj napoju z trawy, jednakże żadne z nich nie zamierzało tego sprawdzać w najbliższej przyszłości.
– Pij to kakao, bo się spóźnisz na pociąg – rozmowę zakończyła Gaudencja, która dobrze wiedziała, że przed wyjściem Kuźma miała do załatwienia tak wiele spraw, że i tak pewnie ledwo co uda im się zmieścić w czasie.

Na dworcu Warszawa Zachodnia zjawili się w miarę punktualnie, na całe szczęście w swój czasowy budżet wliczyli bardziej niż prawdopodobną obsuwę. Ku zaskoczeniu wszystkich wsiadających, pociąg Intercity 6132 Dąbrowska przyjechał całkiem wcześnie, bo tylko po pięćdziesięciu ośmiu minutach opóźnienia. Spowodowało to spore zamieszanie, jako że większość pasażerów wciąż jeszcze czekała na zrealizowanie swoich zamówień w pobliskim McDonaldzie i Costa Coffee.
Kuźma na pożegnanie pocałowała mamę w policzek i ze swoją różową walizką wpakowała się do wagonu, próbując o nic nie zahaczyć żadną z oplatających jej nogi spódnic. Gaudencja krzyknęła za nią, żeby nie potargała wszystkich rajstop, które ostatnio jej kupiła. Kuźmę zawsze denerwowało jej kompletnie niezrozumienie stylu gotyckiego, który ona tak bardzo starała się osiągnąć dzięki sztuce nienagannego makijażu i szerokiemu asortymentowi chińskich sklepów internetowych. Dlatego, gdy tylko zasiadła na swoim miejscu w pociągu, potargała swoje rajstopy, posługując się ostrymi tipsami z Temu.
Rozsiadła się wygodnie, założyła nogę na nogę i ponownie zaaplikowania na wargi pomadkę o odcieniu smoked purple. Po tej czynności zapuściła głośną muzykę na słuchawkach, ułożyła się w fotelu, jak najwygodniej mogła i pogrążyła w myślach, głównie oscylujących wokół jej ojca. Chciała sobie przypomnieć przynajmniej najbardziej podstawowe dotyczące go fakty, które powinna znać jako jego jedyne dziecko. Najlepiej pamiętała, że na dzielni przezywali go Terror, w sumie już nikt nie wiedział, czemu. Tak mu już zostało od czasów liceum i nikt nie mówił do niego prawdziwym imieniem, którego przypomnienie zajęło Kuźmie dobrą chwilę. Dopiero gdy już od kwadransa wpatrywała się w migające za oknem krowy i drzewa, dotarło do niej, że ten typ nazywał się Marcin. Aż się uśmiechnęła, tak w podziwie dla swojej pamięci, bo, jakby nie patrzeć, z ojcem łączyło ją doprawdy niewiele, może kilka spędzonych razem świąt Bożego Narodzenia i jakieś urodziny, w które przysyłał jej cylindry paczkomatem (nigdy ich nie założyła, stanowiły wyłącznie małą wystawkę na jej komodzie, przerażająco czarne na tle różu i bieli). Oprócz tego bezpośrednim połączeniem między Kuźmą a Terrorem było jej drugie imię, którego teraz się wstydziła – była to bowiem Agnieszka, której vibe totalnie nie oddawał warszawskiej burżuazji, do której przywykła dziewczyna.
Poza chrztem Kuźma widziała Terrora może parę razy, ale jego styl ubioru oraz całej dziwnej prezencji i tak zdołały odcisnąć wyraźny ślad w jej pamięci. Zawsze nosił wysokie cylindry i wspierał się na laskach z rzeźbionymi rączkami, które niemiłosiernie głośno stukały o podłogę, w zupełnie innym rytmie niż jego buty na obcasie. Chyba nosił surduty albo po prostu ogromne płaszcze z zawsze postawionymi kołnierzami i całym sobą sprawiał wrażenie człowieka wyciągniętego z kompletnie innej epoki. Nic więcej nie pamiętała, więc postanowiła oddać się rozmyślaniom o wszystkich innych błahych sprawach, jakie mogą zaprzątać głowę przeciętnej nastolatki, kiwając głową w rytm słuchanych piosenek.
Prawie przejechała stację, bo tak wciągnęła się w jedną ze swoich ulubionych playlist: „songs for you to drink blood to 🍷【dark vampire playlist】”. Prędko udźwignęła z półki na bagaże swoją walizkę (w całym wagonie nie znalazł się ani jeden dżentelmen, który by jej pomógł, piekło by ich pochłonęło) i wybiegła z pociągu. Jej obcasy zastukały o podłogę białostockiego dworca. Rozejrzała się dookoła, próbując sprawiać przy tym wrażenie nonszalanckiej, więc tylko lekko, tak o parę milimetrów, odwróciła zadarty podbródek w jedną stronę i w drugą. Wtedy przypomniała sobie, że przecież nawet dzięki wysokiemu cylindrowi nie dostrzeże ojca ponad zgromadzonym na dworcu tłumem. Przed jej oczami zmaterializowały się kuriozalne zdjęcia ślubne jej rodziców, na których Gaudencja przewyższała Terrora o co najmniej półtorej głowy. Kuźma zaczęła więc wypatrywać cylindra mniej więcej na wysokości klatek piersiowych mijających ją ludzi. By wykonać to zadanie, musiała tylko leciutko zadrzeć głowę, dzięki czemu przy okazji nadała sobie postawy dumnej i silnej kobiety, ale nie za bardzo dumnej, taki złoty środek, o.
Gdyby na słuchawkach nie leciała jej podgłośniona na maksa muzyka, może rozpoznałaby zbliżający się do niej znajomy stukot laski i butów na obcasie. O Terrorze, który stanął tuż za nią i postanowił powitać ją ściśnięciem ramienia, dowiedziała się dopiero PO tym ściśnięciu ramienia. Z piskiem podskoczyła i wyszarpała z kieszeni gaz pieprzowy, przed którego użyciem powstrzymał ją wyłącznie widok znajomego cylindra.
– Chyba nie chcesz nas tu zagazować, co? – zaśmiał się Terror, sprawnie odbierając Kuźmie kieszonkowych rozmiarów puszkę gazu. Włożył ją do kieszeni swojego surduta, zamiast jej oddać, co uznała za ogromny nietakt i podręcznikowy przykład ojcowskiej władzy absolutnej nad swoim dzieckiem. Postanowiła tego nie komentować, a tylko potraktować Terrora milczeniem, żeby wiedział, że jest obrażona. – No. Cześć, córuś.
Odpowiedziała mu bardzo eleganckim skinieniem głową.
– Powiedz, jadłaś obiad?
Tym razem odparła równie eleganckim pokręceniem głową.
– I świetnie! – Terror z zadowoleniem zatarł dłonie. Zrobił to na tyle zgrabnie, że zdołał nie upuścić swojej laski, co nawet trochę zaimponowało Kuźmie. Tylko trochę. Na tyle trochę, że z jej ust nie wymsknęło się nawet najcichsze „wow”. – W domu mam jeszcze trochę ryżu z masłem.
RYŻU Z MASŁEM. RYŻU Z KURWA MASŁEM. SWOJE OBURZENIE KUŹMA WYRAZIŁA ZDEGUSTOWANYM SPOJRZENIEM. Problem w tym, że Terror już na nią nie patrzył, tylko ze stukotem laski i obcasów ruszył wzdłuż dworca, pewnie oczekując, że córka pójdzie za nim. Zrezygnowana, pociągnęła za sobą swoją walizkę, którą, swoją drogą, Terror powinien od niej odebrać. On tylko wyglądał jak staroświecki dżentelmen, a, jak widać, był tylko marnym pozerem, który nawet obiadu dla swojej córki nie potrafił ugotować. Już wolałaby tego hot doga z Żabki albo Gorący Kubek, chociaż tutaj dość mocno zaniżyła swoje standardy, którymi była Oyakata, ewentualnie Buldak, ale bez sosu. Próbowała pocieszyć się myślą, że to przynajmniej jakaś odmiana od ścisłej diety pudełkowej, której przestrzegać kazali jej Gaudencja i Laliczaj. Ona trzymała się jej z przymusu, a oni byli zbyt zapracowani, żeby dodatkowo myśleć o codziennym pożywnym i zbilansowanym posiłku, więc stwierdzili, że jakaś firma będzie myślała o tym posiłku za nich.
– Dziwnie macie na tym Podlasiu, tak niebiesko – rzuciła Kuźma, gdy wyszli z dworca. Szybko zapomniała o tym, że była obrażona na ojca.
– Naprawdę? To się musiałem przyzwyczaić. – Terror beztrosko wzruszył ramionami.
Kuźma nie potrafiła zaakceptować tej jego beztroski. Była zła. Zła na tę całą przeprowadzkę, zła na ryż z masłem i na to, że widziała wszystko tak, jakby słońce postanowiło od dzisiaj wydzielać tylko światło niebieskie. Z frustracji aż westchnęła i zaczęła głośniej stukać obcasami, jednak Terror widocznie niczym się nie przejął. Pewnie nie przejąłby się nawet wtedy, gdyby zaczęła śpiewać piosenki o machaniu dupą razem z influencerkami, po czym oznajmiłaby, że jej odwiecznym marzeniem jest zatańczenie macareny na środku Stadionu Narodowego i pobicie dzięki temu rekordu Guinnessa. Dzięki jej własnej, nowej adaptacji macareny. Gotyckiej macareny.
– Dawaj tę walizę. – Kuźma pomyślała sobie, że wreszcie, wreszcie Terror zachował się, jak na faceta przystało. Jej chwila szczęścia została przysłonięta tym, co przed nią stało.
– Co to jest – wyrwało się z jej ust.
– To? To jest samochód, Aguś.
– Mam na imię Kuźma.
– Głupie, warszawskie wymysły. Mówiłem Gaudi, że ci łatwiej będzie się żyło z normalnym imieniem.
Przez to wszystko Terror najwyraźniej zapomniał wytłumaczyć jej, do czego pakował jej walizkę. Postanowiła nie pytać drugi raz z bardzo prostego powodu: znowu się obraziła. Dlatego zakasała swoje spódnice i wcisnęła się na obdarty fotel pasażera w tym rozpadającym się automobilu, który doskonale pasował do prezencji jej ojca. Takiego starego grata to już pewnie nawet na złom nie przyjmą. Podczas jazdy Kuźma wyobrażała sobie, że spróchniałe podwozie wreszcie postanawia poddać się po tych dwustu latach użytkowania i usunąć się im spod nóg. Przez całą drogę samochód charczał i jęczał jak powoli zmierzająca do najbliższej Biedronki staruszka, a Kuźma miała ochotę popłakać się przez te dźwięki istnej boleści i dziesięciu stanów żałoby. Chciałaby powiedzieć ojcu, żeby odpuścił temu wysłużonemu samochodowi i dał mu spocząć w spokoju, bo on naprawdę potrzebował tego bardziej niż jazdy autostradą z prędkością sześćdziesięciu dziewięciu kilometrów na godzinę, bo więcej by nie wycisnął, choćby skały srały.
Jeszcze zanim dojechali do domu Terrora i przed jej nosem spoczął wyszczerbiony talerz pełen ryżu z masłem, Kuźma z zupełną pewnością stwierdziła, że wolałaby się nigdy nie urodzić, niż… znajdować się w tym miejscu i czasie, w którym znalazła się pod przymusem totalitarnej władzy Gaudencji i Laliczaja. Postanowiła wytykać im te katusze, które musiała przez nich ścierpieć, do końca ich życia, a potem jeszcze im to dumnie napisać na grobach, nigdy nie podawszy im nawet do połowy napełnionej szklanki z wodą na starość, bo nawet na taki gest skrajnej litości nie zasłużyli.

Szybko nauczyła się, że jej plan niechodzenia do żadnej podlaskiej szkoły nie ma najmniejszych szans na powodzenie, bo Terror stanowczo odmówił natychmiastowego przepisania jej do szkoły w chmurze albo chociaż postarania się o indywidualne nauczanie. Swoje stanowisko poparł wyłącznie tym, że w tej jego własnymi ręcami zbudowanej chacie nikt od trzydziestu lat nie słyszał o zasięgu i na pewno w najbliższym czasie o nim nie usłyszy. Żeby przeżyć, Kuźma musiała cierpieć niewysłowione katusze, to znaczy wychodzić na długie spacery na najbliższy przystanek autobusowy i tam, siedząc na twardej i zimnej ławeczce, łączyć się z internetem. Tiktok cholernie się zacinał. Wideoeseje na Youtubie były aoglądalne. Wiadomości wysyłały się przez co najmniej trzy sekundy, uniemożliwiając sprawne rozmowy. Wszystko szło nie po kuźmowej myśli, poczynając od niemożliwości wysyłania dni na Snapchacie, aż po uroczyste rozpoczęcie roku, na którym nie miała zamiaru się zjawić.
Niestety, Terror jej kazał. Toczyli o to wojnę przez całe dwa dni. Kuźma była po stronie przegranej, ponieważ Terror znowu pokazał, że ma nad córką ojcowską władzę absolutną i nieważne, co by zrobiła, to jakimś cudem on i tak wciśnie ją w odświętną koszulę i wsadzi do swojego rozpadającego się automobilu, a następnie wyrzuci z niego pod gmachem jej nowego liceum. Całą akademię przesiedziała gdzieś w rogu, trzęsąc się z zimna i powstrzymując łzy wstydu, a gdy okazało się, że następnego dnia znowu musiała tam iść, to prawie wbiła Terrorowi nóż w serce. Tylko prawie, na jej nieszczęście.
Na pierwszej lekcji pierwszego feralnego dnia w podlaskim liceum miała chemię. Nienawidziła chemii, a na biolchem poszła tylko dlatego, że jeszcze bardziej nienawidziła polskiego i matematyki. Jednak jakoś zmusiła się, aby o nieboskiej godzinie siódmej dziesięć wkroczyć do sali, emanując największą pewnością siebie, jaką była w stanie z siebie wycisnąć. Chciałaby skłamać, że pozytywnie się zaskoczyła na widok klasy. To, jak obskurne było pomieszczenie, które ostatnio remontowali prawdopodobnie podczas międzywojnia, nie było nawet najgorsze, bo jakoś ten grzyb na ścianach i kiwające się na wszystkie strony ławki dało się przetrwać, może nawet tolerować. Jednak tym, co naprawdę wstrząsnęło Kuźmą, był podejrzanie wyglądający chłopak, w którym teoretycznie nie było nic specjalnego. Ot, taki zwykły blond piłkarzyk, tyle że nieziemsko blady, jakby był albinosem jakimś. Dziewczyna nie zwróciłaby na niego najmniejszej uwagi, gdyby nie to, że w momencie jej wejścia gwałtownie zasłonił sobie nos i zaczął wachlować się swoją własną koszulką, jakby nagle dostał gorączki albo do jego nozdrzy dotarł zapach wywożonego szamba (Kuźma nie wiedziała, co to szambo, bo była przyzwyczajona do bycia podłączoną do kanalizacji, więc w jej głowie to porównanie zawierało znacznie więcej słów typu „gówno” oraz „szczyny”).
Ha, ha. Klasowy, kurwa, śmieszek się znalazł. Klaun, który wywołał w Kuźmie chęć spuszczenia dwustu atomówek na całą Polskę, ale po namyśle stwierdziła, że ten kraj nie był wart takiego poświęcenia. I gdyby miała wystarczająco pieniędzy na zakupienie dwustu bomb, to przecież wydałaby tę kasę na nowego iPhone'a, duh.
Ku kompletnej rozpaczy Kuźmy, okazało się, że świat trochę za mało ją potorturował i czekało ją jeszcze więcej cierpienia. Akurat wszystkie planety, gwiazdy i galaktyki we Wszechświecie ułożyły się tak, że jedynym wolnym miejscem w sali było krzesło obok tego debilnego klauna, któremu chyba przydałaby się jakaś amputacja nosa, skoro jego receptory węchu tak reagowały na najpopularniejszy i obiektywnie najpiękniejszy zapach perfum Victoria Secret. Kuźma, z całą swoją arystokratyczną dumą, zasiadła obok niego, założyła nogę na nogę i postanowiła nie obdarować go złamanym spojrzeniem.
W myślach wyśmiewała durnego piłkarzyka, bo te wygłupy, które tylko w jego głowie były śmieszne, spotkały się z absolutną ignorancją całej klasy. Nikt nawet po cichu nie prychnął krótkim chichotem w odpowiedzi do tych jego wygibasów i zatykania nosa. Przez ledwo kwadrans lekcji Kuźma musiała znosić jego obecność, aż biedaczek poprosił o pozwolenie wyjścia do toalety, gdzie pewnie porzygał się z wywołanego sobą zażenowania, podkulił ogon i postanowił nie kompromitować się bardziej, czyli nie wracać na chemię.
Przez tę krótką chwilę, gdy rzeczywiście uczestniczył w lekcji, Kuźma dowiedziała się jedynie, że nazywa się Eustachy Kowal, a głupie „jestem” wydusił z siebie tak, jakby próbował nie zemdleć, idiota. Gdyby zamierzała zawrzeć jakiekolwiek znajomości w tej szkole, to może by kogoś na jego temat wypytała (mimo że nie wydawał się dla niej personą szczególnie interesującą), ale nie miała najmniejszego interesu w zadawaniu się z plebsem.

– Ooo, interesuje cię Eustachy, ta? – zaśmiała się Martyna, a Paweł prawie zakrztusił się kanapką i zrobił wielkie oczy, jakby samo zainteresowanie tym całym Eustachym było zbrodnią przeciwko ich zawartej na tej przerwie przyjaźni. Kuźma pokiwała głową, trochę potwierdzająco, a trochę zachęcająco, żeby jej nowi znajomi powiedzieli jej COKOLWIEK o tym dziwaku, bo ciekawość paliła ja prawie tak samo mocno, jak najtańsza farba do włosów z osiedlowego sklepu. Tylko dlatego z nimi rozmawiała. To był dosłownie jedyny powód. Potem zerwie kontakt. Zghostuje ich.
– Weź ty się lepiej trzymaj z dala od tych Kowalów – wymruczał Paweł.
– Zajebiście, dobrze, że to takie rzadkie nazwisko – odparła Kuźma, kompletnie nieprzejęta nerwowym tonem głosu kolegi ani tym, jak nerwowo podrapał się po pozostałościach zgolonych włosów.
– Powiedziałem: od TYCH Kowalów, to jest, kurwa, różnica chyba, nie?
– No ale co to niby znaczy?
– No, od Eustachego, Amelii, Edmunda, Jacka i Roksany – wyjaśniła Martyna, zachowując się, jakby naprawdę cokolwiek wyjaśniła: posłużyła się przy tym przemądrzałym tonem pani wszystkowiedzącej. Na szczęście dość szybko zczaiła, że Kuźma za nic nie miała pojęcia, o kim była mowa, więc szybko dodała: – Jezu, poznasz ich. Wszyscy są cholernie bladzi, zawsze na przerwach siedzą razem, nie gadają z nikim innym. Rodzeństwo, ale czasem to się zachowują, jakby ze sobą chodzili. Moim zdaniem totalnie obrzydliwe i nie powinni tego robić na oczach dzieci, bo, wiesz, co mnie tam obchodzi, co za zamkniętymi drzwiami, bylebym ja nie widziała…
– Grzesiek nawet widział, jak Amelka się całuje z Edziem.
– Paweł, weź ty się kurwa powstrzymaj czasem! – Martyna uderzyła chłopaka w ramię, gdy ten dusił się albo ze śmiechu, albo przez zakrztuszenie kanapką.
– Aha. Są bladzi i ja mam wiedzieć, kim oni są, fajnie.
– Mówię ci, Kuźma, ty ich rozpoznasz – zapewnił ją Paweł i pocieszająco poklepał ją w ramię, co spotkało się wyłącznie z jej obrzydzeniem, bo dotykanie mężczyzn spoczywało na samej górze listy rzeczy wywołującej u niej odruch wymiotny. Tym razem postarała się tego po sobie nie pokazać, ale postanowiła też, że przy następnej okazji oznajmi wszem i wobec, że jej językiem miłości zdecydowanie nie jest dotyk i nikt nie ma prawa nawet próbować ją tknąć. Plus: języki miłości zostały wymyślone przez jakiegoś faszystę, fanatyka religijnego albo innego mizogina, więc nie powinno się ich używać i promować.
Od dalszej rozmowy Kuźmę uratował dzwonek na lekcję. Trwający zdecydowanie zbyt długo hałas wzmógł jej frustrację, którą rozbudziły niejasne wzmianki o tych całych Kowalach, przy czym ona nadal nie wiedziała, kim oni, do jasnej cholery, byli. Ale tak, oczywiście, miała wystarczyć jej informacja, że byli bladzi. Ona też była blada, zawsze musiała kupować podkład o odcieniu 0, a najlepiej to -1. Ostatecznie, to się niczego nie dowiedziała i zawiodła się na swoich przypuszczeniach, że zawieranie znajomości z tubylcami przyniesie jej jakiekolwiek korzyści.
Okazało się, że Eustachy na każdej lekcji siedział sam. Teraz siedział z Kuźmą, tylko najwyraźniej po tamtej tragicznej chemii postanowił wrócić do domu i ograć maraton Ligi Legend.
Finalnie swój pierwszy dzień na Podlasiu Kuźma oceniła jako dno dna i to też powiedziała Terrorowi, który po jej powrocie do domu nie dość, że zasypywał ją pytaniami dotyczącymi jej wrażeń po ośmiu godzinach siedzenia na rozchybotanym krześle i słuchania nudnych wykładów, to jeszcze próbował ją zmusić do poznania jakiegoś Jędrzeja, ponoć podręcznikowego metalowca, a do tego perkusistę lokalnego zespołu Ciągnik. Odmówiła, wymigując się płakaniem w poduszkę po tym parszywym dniu (czyli coś tam nakłamała o pracy domowej, której, nawet jeśli byłaby realna, to, szanujmy się, nie zamierzałaby tknąć).
Jakież było jej ogromne zdenerwowanie, gdy po niecałej godzinie ojciec zawołał ją na dół. Westchnęła, przeciągle i głęboko. Odkrzyknęła tam jakieś „zaraz” albo inne „już”, choć nie zamierzała się ruszyć z łóżka. Nie było tak wygodne, jak to w jej mieszkaniu w Warszawie. Miało tylko jeden materac, jedną kołdrę i jedną poduszkę, więc równie dobrze mogłaby spać na podłodze, różnica byłaby marna. Zakopała twarz w tej jednej, samotnej poduszce i leżała tak, prezentując sobą obraz totalnego smutku i rozpaczy, dopóki Terror nie zawołał jej po raz drugi. Wydała z siebie jęk wielce cierpiącej osoby, ale mimo okazywanej światu niechęci, wreszcie udało jej się udźwignąć z materaca. Przetarła twarz, z której już dawno temu zmyła cały pieczołowicie dopracowywany makijaż, spróbowała jakoś ujarzmić rozczochrane włosy i na schodach szybko poprawiła dresowe spodnie, których ściągacze zamiast na kostkach, znalazły się pod jej kolanami.
W tak okropnym stanie, jeszcze ze spadającą z ramienia, poplamioną farbą koszulką i na bosaka, stanęła przed wyszykowanym na koncert w czyjejś piwnicy metalowcem. Od razu poczuła, że jej policzki płoną z absolutnego wstydu i gdyby otrzymała taką szansę, to zawróciłaby natychmiast, ale niestety, chłopak już dostrzegł jej mizerny obraz bezdomnej ćpunki spod pobliskiego mostu.
– Siema, Jędrek jestem – przywitał się z pogodnym uśmiechem na umalowanej w corpse paint twarzy. Kuźma szybko uścisnęła jego ozdobione przerażającą ilością sygnetów palce, pod nosem mamrocząc swoje imię. Nie wiedząc, co lepszego ze sobą zrobić, usiadła przy stole i gapiła się na kubek Jędrzeja, w który co chwilę stukał czarnymi paznokciami.
Głównie rozmawiał z jej ojcem, coś o naprawie samochodu i innych męskich sprawach. Kuźma miała ochotę na nich nawrzeszczeć, że przecież ta pierdząca ostatnimi oparami sił machina powinna zaznać świętego spokoju co najmniej pięćdziesiąt lat temu, ale obawiała się, że nikt jej nie posłucha. Poza tym nie chciała zwracać na siebie uwagi Jędrzeja, który był stanowczo zbyt przystojny i miał zbyt zadbane włosy, żeby ona mogła mu się pokazywać w tak opłakanym stanie. Była bliska łez, gdy wzrok chłopaka skupił się na niej, tuż po tym, jak napomknął coś o zbieraniu się do wyjścia, bo tak się zasiedział (oznajmił to po raz piąty od jakichś trzydziestu minut).
– A może chcesz iść ze mną na grzyby?
„Jakie, kurwa, grzyby, gościu” – chciała powiedzieć, ale zamiast tego bez słowa pokiwała głową, bo czuła jakąś dziwną presję, którą prawdopodobnie nakładał na nią Terror (czuła jego wzrok na karku). Spodziewała się, że po wyjściu Jędrzeja usłyszy coś o idealnym kandydacie na męża, po czym okaże się, że jej ślub został zaplanowany siedemnaście lat temu, gdy mały Jędruś urodził się ze szczęśliwego małżeństwa przyjaciela Terrora i jego pięknej żony.
– A kiedy? – zapytała szybko, możliwe, że zbyt szybko. Jędrek chyba uznał to za okaz ekstremalnego zainteresowania grzybami.
– No, nawet dzisiaj – odpowiedział, uśmiechając się szeroko. Chyba ucieszyła go… ogromna… chęć… na wspólne… grzybobranie. – Za jakąś godzinkę mogę podejść, to się zabierzemy, git?
– Git – pisnęła, a w tym pisku uleciały wszystkie pokłady jakiejkolwiek asertywności, które w sobie miała.
Jędrek skinął jej głową i był w tym geście tak ekstremalnie miły, że Kuźmie cała aż poczerwieniała. Po wyjściu chłopaka ona nawet nie czekała, aż Terror postanowi dodać swoje trzy grosze i przedstawiać jej jędrkowy profil na Tinderze – pędem wbiegła do swojego pokoju, prawie przewracając się na rozchybotanych schodach.
Nigdy nie była na grzybach, ba, ona nie lubiła grzybów, ale przed przystojnym metalowcem mogła trochę poudawać (w głowie określiła to jako bycie performatywną Podlasianką). Wiedziała, jak wyglądają pieczarki, kiedyś jadła je w panini z Żabki, jak wyszła na miasto z koleżankami. Pieczarki to raczej grzyby, czy rosną w polskich lasach, to nie wiedziała, ale każdy brak wiedzy mogła przecież zapełnić szybką wizytą na Wikipedii… JAKBY MIAŁA W TEJ KOZIEJ WÓLCE CHOĆ KRESKĘ ZASIĘGU. Wzięła głęboki wdech, powiedziała sobie, że ma się natychmiast uspokoić, że jest nieruchomą modliszką unoszącą się na liściach delikatnych nenufarów kołyszących się na tafli niewzruszonego jeziora. Odliczyła od pięciu do zera, po czym błyskawicznie zaczęła przerzucać wciąż niewypakowane z walizki ubrania, bo przecież nie wyjdzie z domu w outficie godnym wyłącznie totalnej menelicy bez żadnych perspektyw na dalsze życie.
Kończyła rozczesywanie włosów, gdy ściany domu zatrzęsły się od donośnego wrzasku Terrora, że Jędrek już jest i czeka bardzo niecierpliwie. Kuźma była bliska zadecydowania, że wyoutuje się ojcu jako lesbijka, ale wtedy robiłby jej siarę przed koleżankami (Terror prawdopodobnie był bardziej woke niż jego córa) i ona już nie wiedziała, co byłoby lepsze. Może wyjściem byłoby wyznanie mu, że była aseksualna, ale uznała to za bardzo radykalny i ostateczny krok.
Jędrek postanowił zaprowadzić ją do swojego ulubionego miejsca na grzybobranie i podczas drogi zadręczał ją opowieściami, że z dziada pradziada jego ród o szanownym nazwisku Buccy chodził tutaj na grzyby. Tak się w tym zapędził, że nie zapytał jej nawet, jak się czuła i jak jej minął dzień, za co Kuźma od razu trochę go skreśliła, ale postanowiła jeszcze nie skreślać go tak do końca, tylko trochę, bo w końcu był ładnym perkusistą i miał jeszcze szanse na stanie się ładnym perkusistą dżentelmenem.
– Tylko ci Kowale – w głosie Jędrzeja zagościła wcześniej niesłyszalna gorycz – zabierają nam te cholerne grzyby.
– Jak to? – Kuźma zaczęła domyślać się, że ci Kowale są nienawidzeni przez całą społeczność tego zadupia. Dziwne, że w takim razie pokornie tę niechęć znosili i jeszcze się nie wyprowadzili, co ona uznałaby za najbardziej logiczne wyjście z sytuacji. Zmieniała szkoły pięć razy, więc mogła się na ten temat wypowiadać.
– No, tak to. Dwa lata temu wprowadzili się do jakiejś chaty, ale takiej, wiesz, luksusowej, w środku naszego lasu i teraz ciągle po nim biegają, jak wariaty jakieś – wytłumaczył Jędrek, krzywiąc się cały. – Bo wiesz, to jest okej, jak się chodzi razem na grzyby, ale oni dosłownie wszystko zabierają dla siebie, niewyrośniętego prawdziwka nie zostawią. Albo ja sobie wmawiam, ale mój tata też coś podejrzewa, bo nic nie rośnie wokół ich domu. Rośliny kończą się w promieniu jakichś kilkuset metrów wokół ich willi, nie wiem, czy oni kosiarą to wszystko wycinają, czy mają jakiś problem ze sobą i rozpylają wszędzie świństwo jakieś, pestycydy pewnie. No, rozumiesz, rządzą się na nieswojej wsi, to ich nikt nie lubi.
– Mówisz, jakbyście mieli ich zaraz z widłami i pochodniami wypędzić – zaśmiała się Kuźma, choć tak zupełnie szczerze, bała się, że w najbliższej przyszłości to mogło się realnie wydarzyć. Z przesyconych nienawiścią słów Jędrzeja jasno wynikało, że z chęcią by się takiego przedsięwzięcia podjął. Nagle Kuźma poczuła się trochę uprzywilejowana, bo w końcu dla niej był taki miły i się tak sympatycznie uśmiechał, a tu proszę, jednak miał w sobie dość spore pokłady nienawiści.
– A wiesz, pewnie byłoby blisko. – Posłał jej szeroki uśmiech. Musiał przez lata nosić aparat, bo miał niesamowicie równe zęby, które wyglądały na dziwnie ostre. Podobnie do uzębienia drapieżników. – Tylko nikt mnie nie słucha.
– Ale jak to? – zapytała, szczerze zdziwiona jego słowami. – Jak dla mnie, to nikt ich tu nie lubi.
– To, że ich nie lubią, to jedno – zaśmiał się Jędrzej. – Ale ja mam pewną teorię.
– Jaką? – Pociągnęła go za język, gdy przez parę sekund nie kontynuował.
– Opowiem ci, jak już będzie ciemno – odpowiedział tajemniczo, a na jej zmarszczone brwi zareagował śmiechem. – To straszna historia. Taka do opowiadania w ciemnościach, dla nastroju. Ale tak poza tym, to nie tak, że oni mnie nie słuchają, bo jakieś głupoty wygaduję. Po prostu głowa ich rodziny, Karol Kowal jest szanowanym lekarzem, bardzo dobrym lekarzem. – Jędrzej natychmiast przeszedł do kolejnego wątku i Kuźma nie miała nawet najmniejszej szansy trochę ponaciskać, żeby zaczął jej opowiadać tę przerażającą historię już teraz, bo, niestety, udało mu się ją zaintrygować. Wedle zasad bycia nonszalancką i przeciwko sobie, postanowiła nie wracać do tego tematu, dopóki nie zapadnie zmierzch, żeby nie pokazać, że ją to jakkolwiek interesowało. – No i bez Karola, to musielibyśmy jeździć do Białegostoku do szpitala, bo tutaj nie ma bliższych przychodni. Ludzie robili jakieś petycje i tak dalej, ale nami się gmina nie bardzo interesuje.
– Przejebane – trochę zbyt bezmyślnie skomentowała dziewczyna, która nie dość, że była tak delikatnie obrażona na Jędrzeja, to dodatkowo nie za bardzo orientowała się w takich wsiowych sprawach. W Warszawie miała wszystko podstawione pod nos, może oprócz lasów, które tutaj zajmowały znaczną większość przestrzeni. – On wam robi za rodzinnego?
– Pierwszej potrzeby, ale chirurgiem też jest. W ogóle wszystkim. Wybitny uczony i tak dalej, mój ojciec, bo mój tata jest wójtem, nie wiem, czy wiesz, co wybory wszyscy na niego głosują.
– Wow – rzuciła, bo słowo „wójt” to tutaj chyba oznaczało prezydenta miasta.
– No, a startował jako zwykły franczyzobiorca jedynej Żabki na wsi. Ale. Wracając. To ten Karol Kowal wybitnym uczonym jest i tak dalej, mój tata przeglądał te jego dyplomy – mówiąc to, Jędrek nagle przykucnął, a Kuźma automatycznie się nad nim pochyliła. – Prawdziwek! – oznajmił z dumą i dziewczyna musiała odsunąć się gwałtownie, bo zadarł głowę niespodziewanie szybko i nagle znalazł się niespodziewanie blisko jej twarzy (ani na moment się nie zarumieniła, a nawet jeśli, to on nie mógł tego zobaczyć, bo przezornie nałożyła na twarz sporą ilość podkładu i pudru).
Resztę grzybobrania raczej nie rozmawiali. Oprócz okazjonalnych pytań Kuźmy, czy „to” jest jadalne oraz okazjonalnych krzyków Jędrzeja, żeby rzuciła „to” w cholerę i zdezynfekowała dłonie. Na początku nawet specjalnie do niej podchodził, zostawiając swój ogromny koszyk gdzieś w krzakach, żeby sprawdzić, czy nie włożyła sobie trucizny do oka albo nie postanowiła spróbować jakiegoś z niekoniecznie zdrowych dla ludzi grzybów, co było nawet urocze z jego strony. Po wielu próbach i błędach, Kuźmie udało się zapamiętać jedno: podgrzybki fajnie zmieniają kolor gąbki, gdy się je naciśnie, ale nie mogła tego nie robić za często, bo je zepsuje, cokolwiek to znaczy.
Ostatecznie zebrała może pięć jadalnych okazów, bawiąc się przy tym lepiej, niż podczas godzin scrollowania Tiktoka. Mimo tego wciąż nie dopuszczała do siebie myśli, że zarówno to całe demoniczne Podlasie, jak i przypadkowo spotkany metalowiec mogą być takie całkiem okej, takie niekoniecznie totalnie okropne i w ogóle. Nadal wolała myśleć, że niedługo wróci do Warszawy i o wszystkim zapomni, bo w końcu kto przejmowałby się jakimś głupim perkusistą zespołu, który ma dwie piosenki na krzyż i to jeszcze nie na Spotify, a na jakimś tam Bandcampie albo innym serwisie dla niszowych artystów. Totalnie lamerskie. Postanowiła więc w ogóle nie starać się o podtrzymywanie relacji z Jędrkiem, ale on naprawdę naciskał, że odprowadzi ją pod same drzwi, bo zaczynało się już ściemniać i on w sumie też idzie w tę stronę, a ona postanowiła zostawić swoją gadkę o sile i niezależności kobiet na inną okazję (oczywiście miała w tym bardziej wyrafinowany cel niż zwykła chęć spędzenia z nim większej ilości czasu).
– To miałeś mi opowiedzieć, co z tymi Kowalami. Czemu ludzie ci nie wierzą – zaczęła, tracąc sporo punktów aury na kompletnym niebyciu nonszalancką. Zbyła to potrzebą szybkiego przejścia do sedna, bo do chaty Terrora wcale nie było tak daleko.
– Boisz się opowieści o upiorach? – zapytał Jędrzej, ku zdziwieniu Kuźmy, kompletnie poważnym tonem. Pokręciła głową, bo personalnie uważała samą siebie za bardzo odważną osobę, która w życiu naoglądała się tyle Strasznych Historii Na Faktach, że nie bała się niczego. – To dobrze, bo bym nie chciał, żebyś nie mogła przeze mnie zasnąć.
– Już daj spokój – mruknęła Kuźma. Wepchnęła dłonie głębiej w kieszenie bluzy, mocno zaciskając pięści. Żałowała, że wyszła z domu bez kurtki. Jeśli zrobi się choć trochę chłodniej, to wyjdzie na totalnego przegrywa, bo zacznie szczękać zębami i trząść się jak osika. – Po prostu zacznij opowiadać – zachęciła go, z trudem nie dodając na koniec jakiejś z pochodnych dobrze wszystkim znanego „nie masz psychy”, żeby jeszcze wyraźniej go pospieszyć. Mocno traciła na nonszalancji, z czego zdała sobie sprawę, gdy Jędrzej zachichotał, zamiast natychmiast zacząć się sprężać ze swoją historyjką.
– Dobra. Już. Znasz się na wierzeniach staropolskich?
– A czy ja ci wyglądam na pogankę? – odpyskowała, może trochę zbyt ostro.
– Nie no, Kuźma, weź. – Na moment zrobiło się między nimi trochę niezręcznie. – Tak pytam, żeby wiedzieć, czy opowiadać ci wszystko od zera. No, nic. Hm. Kiedyś wierzono w istnienie wąpierzy. To były takie… krwiopijne istoty, ale takie bardziej zombie, w sensie… one powstawały z martwych, żeby pod osłoną nocy wypijać krew ludzką. Żeby je unieszkodliwić, rozkopywano groby, odcinano trupowi głowę i składano ją między nogami, między innymi. To tak w skrócie. I w każdym razie, potem Bram napisał „Drakulę” i wąpierze stały się wampirami, ale to wciąż to samo. U nas w Polsce kiedyś było ich pełno, szczególnie na wsiach. Ale jak to mają mitologiczne stworzenia, to ewoluują w związku z tym, jak wierzą w nie ludzie, czy coś takiego. I wąpierze, z tych takich nierozumnych zombie, stały się uwielbianymi przez nastolatki wampirami.
– To w ogóle nie jest straszne. Nie opowiadasz tego jako coś strasznego – wtrąciła się Kuźma.
– Bo na żywca opowiadam, weź się odczep. Teraz będzie straszne – zapewnił ją. – Wracając. Ahem. Gdy Kowalowie się do nas wprowadzili, te dwa lata temu, zacząłem dostrzegać, że coś jest z nimi nie tak… Zimno ci?
– Nie – odpowiedziała, co nie zabrzmiało szczególnie przekonująco, bo jej zęby próbowały odgryźć jej język, gdy wypluwała z siebie to słowo.
– Chcesz moją-
– Nie.
– Ale to serio żaden pro-
– Nie.
– Okej. Okej, okej, spoko, okej – zamotał się we własnych słowach. Odchrząknął i zaczął mówić dalej, a Kuźma bardzo starała się nie patrzeć w jego stronę. – Zauważyłem, że coś jest z nimi nie tak. Najpierw zaniepokoiła mnie ich przeraźliwa bladość. Nie są normalnie bladzi. To obrzydliwa cera trupa, nie wiem, czy ich widziałaś…?
– Widziałam Eustachego – rzuciła, marszcząc brwi. – No, rzeczywiście, taki chorobliwie blady był.
– Nawet nie chorobliwie, ja nie wiem, jak to dobrze określić. Oni wszyscy mają cerę porcelanowych lalek. Czasem, gdy na nich patrzę, czuję się, jakbym właśnie na takie lalki patrzył. Nawet gdy odwzajemniają spojrzenie, to ich oczy zawsze wydają się dla mnie puste, pozbawione iskry życia. Już z dużej odległości można wyczuć otaczającą ich aurę grozy, jakby temperatura nagle spadała o parę stopni. Samo patrzenie na nich przyprawia mnie o dreszcze. Ale nie tylko to zwróciło moją uwagę. W bardziej słoneczne dni, gdy przestaje być tak niebiesko wszędzie, nie można zobaczyć ich na ulicy, nawet nie w szkole. Siedzą zamknięci u siebie w chacie, chociaż wszyscy mówią, że gdy tylko robi się ciepło, oni jeżdżą na jakieś wycieczki, takie ich wakacje. Nie wierzę w to. Nigdy nie uwierzę. Często chodzę po tym lesie, czasem podchodzę trochę za blisko ich domu. Właśnie w jeden z takich słonecznych dni, ba, nawet nie jeden, w kilka! W każdym razie udało mi się zobaczyć, jak jedno z nich, chyba Amelia, stoi pod oknem. Ona lubi siadać na tym parapecie, obserwować świat za szybą. Chuj, a nie wyjeżdżają nigdzie. Po tym, jak pierwszy raz to sobie uświadomiłem, zacząłem grzebać. W ich kontach na Facebooku, w pracach naukowych ich ojca. Możesz nazwać mnie paranoikiem, ale przysięgam, że istnieją prace Karola Kowala, które datują się aż po czasy tuż po drugiej wojnie. Mogłabyś powiedzieć, że to zbieżność nazwisk, w końcu „Kowal”, jest takie popularne, imię „Karol” zresztą też. Ale czy nie byłoby logiczne, żeby coś takiego, jak oni, wybrało dla siebie często używane nazwisko?
– W sumie. W sumie byłoby – odparła zamyślona Kuźma. W ciemnościach podlaskiej wsi nawet ta trochę nietrzymająca się kupy, chaotycznie opowiadana teoria spiskowa wydała jej się realna.
– I nikt mi nie wierzy. – W głosie Jędrzeja było słychać czystą frustrację. – Oni nie chcą mi wierzyć, ale wszyscy podświadomie wiedzą, że to prawda.
Kuźma pokiwała głową, próbując wesprzeć go chociaż w ten sposób. Pożegnali się w zupełnie innej atmosferze, niż się spodziewała. Nawet po życzeniu sobie dobrej nocy, Kuźma rzuciła coś o tym, żeby na siebie uważał. Uśmiechnął się smutno, a ona była bliska nakazania mu napisania do niej, gdy wróci do domu, ale po pierwsze uznała to za głupie, a po drugie i tak nie miała tutaj zasięgu. Zamknąwszy za sobą drzwi, spróbowała otrząsnąć się ze strachu, który na dobre zagnieździł się w jej umyśle, ale nawet po wciśnięciu w siebie obrzydliwej kolacji, przyrządzonej przez okropnego kucharza (Terrora), przebraniu w wygodną piżamę i ułożeniu pod kołdrą w bezpiecznym pokoju, Kuźma wciąż odczuwała niepokój.
Budziła się w nocy. Za każdym czuła się, jakby wybudziła się z długiego i męczącego koszmaru, choć zupełnie nie pamiętała, co jej się śniło. Zapadała i wybudzała się ze snu, co bardziej przypominało momentalne tracenie kontaktu z rzeczywistością i nagły do niej powrót. Podczas tych chwil, gdy przerażona otwierała oczy, jej kark drapał dziwny niepokój, jaki zazwyczaj dopadał ją po maratonie horrorowych podcastów, po których ciągle czuła się obserwowana. Nie mogła pozbyć się niemal fizycznie realnego uczucia, że czyjeś oczy wbijają się w jej ciało. Wybudziwszy się, rozglądała się po pokoju w poszukiwaniu kryjącego się w kącie mordercy i odsłaniała rolety, by wyjrzeć na ciemną ulicę. Ledwo rozróżniała pogrążone w ciemności kształty, przeklinając tę wiochę za brak posiadania lamp ulicznych na każdym rogu. Mrużyła oczy, próbując dostrzec potwora kryjącego się na dachu lub najbliższych drzewach, lecz niczego nie udawało jej się zauważyć, nieważne, jak długo wpatrywała się w czerń nocy. Próbując ponownie zasnąć, wmawiała sobie, że uczucie bycia obserwowaną jest skutkiem głupiej historyjki Jędrzeja, która wpłynęła na jej paranoiczny umysł. To wytłumaczenie nie powstrzymywało jej od szczelnego owijania się kołdrą, na wzór dzieci, które wierzą, że ta cienka warstwa waty i poszewki powstrzyma potwora przed chwyceniem ich za małe ciałka, wciągnięciem pod łóżko i pożarciem.
Kuźma spokoju zaznała dopiero koło siódmej, gdy pokój wypełniła radosna melodia openingu anime, a ona bardziej nie pragnęła niczego innego, niż jeszcze około dwunastu godzin spokojnego i nieprzerwanego snu.

– Ty chodzisz ze mną do szkoły? – zapytała zszokowana, gdy po wciśnięciu w siebie kolejnego nieudanego eksperymentu kulinarnego Terrora (była to jajecznica z czerwonym ryżem) wyszła z domu i praktycznie wpadła prosto na stojącego przed drzwiami Jędrzeja. Oboje spojrzeli na siebie, zaskoczeni, że zamiast jakiegokolwiek przywitania, Kuźma powiedziała właśnie to. – Eee, znaczy…
– No, chodzę. Bo wiesz, zbyt wielkiego wyboru to tu nie mamy – odpowiedział i chyba bardzo starał się nie zabrzmieć na urażonego (albo rozbawionego??) tym pytaniem albo Kuźma sobie coś dopowiadała, jak mentalistka próbując wyciągnąć jakiekolwiek logicznie brzmiące wnioski z jego mimiki, tonu głosu i mowy ciała. Jednak oglądała tylko jeden wideoesej o mentalistach i to wtedy, gdy jeszcze mieszkała w Warszawie, więc odczytywanie emocji i motywacji Jędrzeja nie wychodziło jej zbyt dobrze.
Przezornie powstrzymała się od dalszych komentarzy, żeby przypadkiem znowu się nie wygłupić. Szła obok chłopaka, który przez chwilę jedynie drylował jej dziurę w głowie spojrzeniem, aż wreszcie odważył się coś powiedzieć.
– Źle spałaś? – Wybrał akurat to pytanie, którego Kuźma tak bardzo nie chciała usłyszeć.
– Aż tak po mnie widać? – zapytała gorzko, oczekując, że Jędrzej zaraz zacznie monolog dotyczący tego, jak świetnie wygląda, tylko po prostu miał takie przeczucie, że mogła się nie wyspać, tak po powietrzu wokół niej wyczytał.
– Nie jakoś bardzo – odpowiedział, a w jego głosie Kuźma wyczuła uśmiech. – Tak tylko trochę. Minimalnie.
– Dzięki.
– To przeze mnie? – ciągnął, nagle poważny. Na tyle poważny, że dziewczyna uraczyła go spojrzeniem, takim dość pogardliwym, żeby sobie idiota uświadomił, że ma już nigdy więcej jej o to nie pytać. A już na pewno nie w taki sposób.
– Nie – gładko skłamała i była w stanie przysiąc, że ramiona Jędrzeja się rozluźniły, a jego uśmiech stał się naturalniejszy. – Po prostu nie zdążyłam zrobić sobie kawy przed wyjściem. – Wcisnęła mu pierwszą lepszą wymówkę, jaką mogła wymyślić, mimo że nigdy w życiu nawet nie pomyślała o zrobieniu sobie kawy, podobnie jak jakiegokolwiek innego napoju. Nigdy nawet nie widziała, jak ktokolwiek robi sobie kawę, a ekspresu w swoim domu za nic nie potrafiła obsługiwać, o ile ktokolwiek potrafił. Wielka machina zazwyczaj stała w kącie kuchni, zakurzona i nieruszana, bo Laliczaj był koneserem kawy rozpuszczalnej. Jeśli więc chodziło o ciepłe napoje, Kuźma polegała na Starbucksie oraz każdym, kto akurat miał ochotę na wyręczenie jej w okropnie wymagającej czynności wciśnięcia paru przycisków bądź zalania czegoś wrzącą wodą.
Po szybkim potakięciu Jędrzej postanowił gładko zmienić temat. Zaczął ostrzegać ją przed niektórymi nauczycielami i opowiadać o tym, jak akurat na ich lekcjach utrzymać dobre stopnie, co owszem, nawet ją interesowało, ale jej umysł szybko odpłynął w inne rejony. Mianowicie, zaczęła roztrząsać, czy o ten sen to on ją spytał tak dla zasady, czy naprawdę zmartwił się, że to on mógłby być powodem jej niewyspania i prawdopodobnie zepsutego dnia, bo naprawdę była okropna w odczytywaniu nawet najmniej subtelnych znaków wysyłanych przez innych. Powiedziała sobie, że jeśli naprawdę się zmartwił, to miała dość dobry powód do tego, żeby rozpatrzeć jego potencjał na bycie jej przyjacielem. Nawet nie potrzebowała do tego rozpisywania wszystkich plusów i minusów znajomości z nim!
Musiała przyznać, że gdy poszedł na swoje lekcje, zrobiło jej się minimalnie przykro. Przez tę niecałą dobę, przez którą się znali, zdążyła zauważyć, że Jędrzej miał bardzo przyjemny głos, dobrą dykcję i zwyczajnie słucha się go przyjemniej, niż innych ludzi. Pewnie wszyscy często powtarzali mu, że pasowałaby mu praca w radiu.
Gdy zasiadała w swojej (i Eustachego, który jeszcze nie pojawił się w szkole) ławce, zwaliło się na nią całe zmęczenie połowicznie nieprzespanej nocy, które na moment zdołał odgonić Jędrzej (w tej sztuce posłużył się niemożliwie radosnym i entuzjastycznym tonem, kompletnie niepasującym do wczesnowrześniowej szarówy poranka w środku tygodnia). Wpatrywała się pustym wzrokiem w jakiś punkt na tablicy, udając, że robi notatki. Z letargu wybudził ją dopiero dźwięk otwieranych drzwi i bardzo pożałowała, że to akurat nie był zwiastun zbliżającego się dzwonka. Spóźniony Eustachy przeprosił nauczycielkę i Kuźma musiała wykonać niepotrzebny ruch wsunięcia się głębiej pod ławkę (co wykonała bardzo pretensjonalnie, wydąwszy usta i wzdychając), żeby chłopak mógł przejść za nią i usiąść na krześle obok. Jego pojawienie się skutecznie ją wybudziło, zwłaszcza że spodziewała się kolejnych idiotycznych wybryków z jego strony, o których przekoloryzowane opowieści pewnie postuje na platformie X, śmiejąc się z nowej alternatywki w jego klasie. Mając to w głowie, przez całą lekcję skupiła się na niepatrzeniu w jego stronę oraz ogólnym ignorowaniu tego, że ktokolwiek obok niej siedzi (nawet jeśli ta nieistniejąca osoba przez godzinę wpatrywała się w nią wzrokiem tak intensywnym, że nie mogła go nie czuć).
Tuż po dzwonku jej plan nieuznawania marnej egzystencji Eustachego za realną został całkowicie przez niego zdruzgotany. Gdy już podniosła się z ławki z torbą założoną na ramię, on postanowił nawiązać z nią kontakt. Nie wzrokowy. Nie fizyczny. Słowny.
– Hej, Kuźma – wypłynęło z jego ust i spotkało się wyłącznie z jej głębokim i długim westchnieniem. Dźwięk jego głosu totalnie zniszczył Kuźmie resztę tego parszywego dnia. Wydawało jej się, że oznajmiła mu to wystarczająco jasno i chłopak samodzielnie wydedukuje, że ona nie miała zamiaru mieć z nim nic wspólnego. Przesadziła z dość wysoką oceną jego zdolności logicznego myślenia, bo Eustachy zaraz dodał: – Przepraszam za wczoraj. Nie przywitałem cię właściwie.
– Ta, zachowałeś się jak spierdolony dupek – poinformowała go uczynnie, nie wysilając się na tyle, żeby przeprowadzić rozmowę z nim w spokoju. Zaczęła przeciskać się przez zatłoczone korytarze, nie wiedząc, gdzie mieli kolejną lekcję, bo straciła Martynę i Pawła z oczu. Na potrzeby sytuacji starała się zgrywać kogoś, kto doskonale wie, gdzie idzie.
– Naprawdę mi przykro – próbował się jakoś wykaraskać z szamba, w które sam ochoczo wskoczył. Coś w jego zachowaniu sprawiło, że Kuźma aż na niego spojrzała i rzeczywiście, jego złote oczy wyglądały, jakby miały zaraz zapełnić się łzami skruchy i pokory. Gdyby nie był takim gnojem, za jakiego go miała, to może powiedziałaby mu, że ma naprawdę ładne tęczówki, czy coś takiego (/platonicnotflirting). – Miałem bardzo zły dzień. Nie wiem, co we mnie wstąpiło i przemożnie proszę o twoje wybaczenie.
– Ty se jaja ze mnie robisz? – zapytała, unosząc brwi w zszokowanej złości.
– Nie?
– Kto w tych czasach używa… jak ty to powiedziałeś?
– Co powiedziałem?
– Nieważne. – Machnęła na to ręką. Miała gdzieś tego typa, a czekał ją cały dzień siedzenia obok niego w ławce. Nie dziwiła się, że przed jej przeprowadzką ślęczał sam jak palec, a jego jedynymi znajomymi było jego własne rodzeństwo. Przyspieszyła kroku, żeby wsiąknąć w tłum ludzi na korytarzu i przedostać się do wywieszonego na holu głównym planu lekcji. Na całe szczęście, tę aluzję zrozumiał i już za nią nie podążył.

Już myślała, że uda jej się prześlizgnąć przez cały dzień bez potrzeby rozmowy z Eustachym i naprawdę miałaby szanse na osiągnięcie tego celu, gdyby nie ostatnia lekcja. Szła na polski z myślą, że po prostu go prześpi, udając zasłuchaną w słowa nauczyciela. Jednak świat po prostu jej nienawidził, aktualny układ planet był tragiczny dla jej trzydziestu znaków zodiaku i wszystko próbowało ją zwyczajnie zabić.
Na początku lekcji nauczyciel poinformował uczniów, że ma dla nich zadanie do wykonania w parach. W poszukiwaniu ostatniej deski ratunku, Kuźma spojrzała w stronę Martyny i Pawła, którzy byli bliscy siedzenia sobie na kolanach w swojej ławce. Poza tym reszta klasy wyglądała dla niej jak banda npcetów, więc z braku mniej złej alternatywy, kompletnie zrezygnowana odwróciła się do Eustachego, który nie zdobył się nawet na posłanie jej lekkiego uśmiechu. Chyba też nie był zadowolony z kierunku, w którym zmierzała ich relacja albo był zły za to, że mu nie wybaczyła podczas jego przemożnego składania jej ukłonów i równie przemożnego całowania rączek. „Przemożnego”, kurwa. Kuźma nawet nie wiedziała, co to słowo oznacza.
Każda para dostała boga rzymskiego, o którym miała zrobić prezentację. Kuźma ledwo powstrzymała się od gniewnego prychnięcia pod nosem, bo przecież byli poważnymi licealistami, a tu dostają takie coś na zadanie. I to jeszcze nie o oryginale, tylko o tej marnej włoskiej kopii, fanfika greckiej mitologii. Ona nawet nie wiedziała, co to jest ten cały Jupiter. Musieli pozmieniać imiona, oczywiście, żeby sprawiać pozory zupełnie innej religii i nie zdawali sobie sprawy z cierpienia, które konsekwencje tego czynu zrzucą na biedne wiele pokoleń młodzieży polskiej, które będzie musiało uczyć się rzymskich imion greckich bogów.
– Ty zrobisz swoją część, ja swoją – zarządził Eustachy, który brzmiał znacznie bardziej oschle, niż podczas swoich porannych przeprosin. – Możesz pobieżnie opisać, czego był patronem i dorzucić atrybuty, ja się zajmę resztą, skleimy to w Canvie i tyle.
– Nie da rady – wymamrotała Kuźma i gdy odczuwała rozprzestrzeniające się po ciele uczucie wstydu, podziękowała pieczołowicie wklepanej w twarz tapecie, której prawie nie zrobiła ze względu na chęć przespania każdej dodatkowej minuty, podczas której nie musiała biec przez wieś, by zdążyć na lekcje.
– Jak to: „nie da rady”?
– Nie mam zasięgu w domu ojca – przyznała. – Musiałabym wziąć laptopa na przystanek autobusowy, żeby połączyć się z internetem. A na przystanku nie ma gniazdek elektrycznych, nie wiem, czy wiesz. Więc nie da rady – urwała na chwilę, żeby się nad czymś zastanowić. – Ej, nie ma tu jakichś kafejek internetowych?
– Czego znowu?
– No, miejsca, gdzie mogę korzystać z komputera i internetu. Miejsca publiczne.
– Że biblioteka? – dopytywał i Kuźma doznała kolejnej realizacji. Była na wsi. Oni nawet nie wiedzieli, że takie kafejki mogą istnieć. W sumie ona też nie wiedziała, czy w takiej Warszawie jakieś były, po prostu w mangach bohaterowie bardzo często do takich chodzili, więc stwierdziła, że gdzieś musiały być. A gdzie, jak nie w stolicy?
– Jeśli są tam komputery z dostępem do internetu, to tak.
– Nie wiem. – Eustachy nie wydawał się szczególnie pomocny w tej kwestii. W żadnej kwestii nie wydawał się Kuźmie pomocny i ta cała prezentacja robiona z nim będzie prawdopodobnie najgorszym, co ją spotka na tym Podlasiu. O ile nie każą jej robić z nim jakiegoś gorszego projektu, jak hodowanie soli w słoiku albo rzeżuchy na parapecie.
– To jak nie będzie, to sam będziesz robił tę prezentację – oznajmiła półgłosem, bo nauczyciel wreszcie zarządził start normalnego wykładu, ucinając wesołe rozmowy i śmiechy uczniów, którzy wyszukawszy posągi swoich bogów, żartowali o ich krótkich przyrodzeniach. Chyba że wylosowali kobiety, wtedy byli tymi posągami zachwyceni.
– Jakoś sobie poradzisz – odpowiedział Eustachy. – W końcu jesteś taka mądra.
Nie skomentowała tego. Nie miała zamiaru wdawać się w dalsze rozmowy z tym bipolarnym idiotą, któremu najwyraźniej czasem na niej zależało (dowód: przeprosiny), a czasem chciał jej jak najbardziej dokuczyć i ją upokorzyć (dowód: udawanie, że śmierdzi krowim łajnem). Jeżeli zostanie tutaj aż do Mikołajek, to da mu w prezencie voucher do psychiatry, o ile takie istnieją. Niestety, wylosowanie jego imienia jako osoby, którą ma obdarować, wydawało jej się znacznie prawdopodobne niż powrót do Warszawy przed grudniem.
Jednak nie mogła ukryć jednego i szczerze tego faktu nienawidziła. Ten głupkowaty piłkarzyk o ślicznych oczach nie tylko ją intrygował, ale również przyciągał w sposób, którego nigdy nie odczuła. Równocześnie chciała napluć mu w twarz i być jego najlepszą przyjaciółką, albo nawet kimś więcej (ale tego do siebie nie dopuszczała, bo zwyczajnie ją to przerażało). Nie wyciągnęła z tych uczuć żadnych logicznych wniosków, oprócz tego, że może to ona z ich dwójki powinna iść na terapię.

Po przebiciu się przez szatnię pełną ukradkiem palących młodzianych raperów i grających w głupiego Jasia wibratorem chłopaczków, Kuźma odkryła, że Jędrzeja nie ma nigdzie w zasięgu wzroku. Dopiero po chwili stania pod wejściem do szkoły zdała sobie sprawę, że w ogóle nie powinna oczekiwać jego wiecznej obecności przy jej boku. Pewnie przez swoje niewyspanie zwyczajnie wmówiła sobie, że skoro odprowadził ją do szkoły, to pojawi się także po lekcjach, by mogli razem wrócić do domów. Zapomniała o tak drobnym fakcie, jak to, że mógł zarówno skończyć lekcje pięć godzin temu, jak i mógł jeszcze siedzieć w ławce kolejne trzy. Zła na siebie za wymyślanie tak głupiego fikcyjnego scenariusza scenariusza i spodziewania się jego spełnienia, ze wzrokiem wbitym w popękany chodnik ruszyła w drogę powrotną. Już pierwszego dnia przekoanła się, że gdy kończyła o specyficznych godzinach, prędzej dochodziła do chaty Terrora na piechotę, niż gdyby uparła się na czekanie na busa, który nie przyjeżdżał według rozkładu jazdy i w dodatku jeszcze się spóźniał, więc czekanie na przystanku przypominało gry hazardowe bardziej niż rozgrywki w najbliższym kasynie. Piesze wędrówki były jej wcześniej nieznane, bo pochodziła z miejsca, gdzie transport publiczny stanowił podstawowe prawo człowieka, ale mimo tego odnalazła w nich swego rodzaju przyjemność. Na słuchawkach puszczała jedną ze swoich ulubionych mrocznych playlist wypełnionych gotycką muzyką zmieszaną z ambientem deszczu, odcinała się od świata zewnętrznego i zostawała sama, nawet bez własnych myśli, które pożerała głośna melodia hucząca w jej uszach (albo głośny deszcz, który wydawał się jej realny nawet w obliczu przyprawiającego o udar słońca nad głową). Z bezmyślnego transu wybudzała się dopiero przy otwieraniu drzwi wejściowych i tym razem nie było inaczej, choć w planach miała zupełnie coś innego. Przeklęła pod nosem i nie przejmując się tym, że Terror mógł zobaczyć ją przez okno, zawróciła. Zasiadła na zimnej ławeczce przystanku, żeby wyciągnąć z kieszeni telefon, który przez większość dnia gnił w trybie offline. Uśmiechnęła się smutno do malutkiej kreseczki wskazującej na zasięg i połączyła się z najwolniejszym internetem, którego doświadczyła w czasie całego swojego istnienia. Nawet Wikipedia ładowała się zaskakująco wolno, nie mówiąc w ogóle o wyszukaniu odpowiedniego hasła.
Artykuł o wąpierzach nie istniał. To znaczy, istniał, ale inaczej zatytułowany, dopiero w etymologii wampirów wspominano o ich poprzednich mianach. Kuźma szybko przescrollowała połowę nudnych opisów o tym, co już o wampirach wiedziała, jak pewnie kazdy normalny człowiek. Od kiedy ktokolwiek obejrzał „Hotel Transylwanię”, miał o wampirach całkiem niezłe pojęcie, przynajmniej Kuźma wychodziła z takiego założenia. Zatrzymała się dopiero na zdolnościach, żeby je dokładniej przestudiować. Trochę zaniepokoił ją fragment o czytaniu w myślach, hipnozie oraz manipulacji ludzkimi wspomnieniami i uczuciami. Jeżeli Kowalowie naprawdę byli wampirami, wszyscy na tej wsi mogli mieć niezłe kłopoty. Kuźmie nagle zrobiło się zimno, gdy połączyła kropki. Może te dziwne uczucia, to magnetyczne przyciąganie i zarazem odpychanie, które odczuwała przy Eustachym, były efektem oporu jej umysłu przed niedostrzegalną przez nią siłą? Może dlatego chłopak tak się zdenerwował, gdy nie poddała się jego kulawym przeprosinom??
W momencie tej realizacji uczucie strachu na dobre zagnieździło się w jej sercu. W panice sprintowała przez kolejne akapity artykułu, z których nie wynosiła niczego oprócz pojedynczych słów. Mogły być niewidzialne. Praktycznie nieśmiertelne. Śmiertelnie niebezpieczne dla ludzi. Wypijały ich krew i tym samym w mgnieniu oka ich zabijały. Paniczne bicie serca Kuźmy uspokoiło się dopiero po dotarciu do metod ochrony i zapobiegania powstaniu wampira, gdzie spodziewała się, że znajdzie jakieś przydatne wskazówki dotyczące tego, co powinna zrobić, poza codziennym obsypywaniem sobie głowy czosnkiem jak suchym szamponem.
Palenie ciała raczej nie wchodziło w grę. Odcinanie głowy też nie. Ani przebijanie ciała ostrymi przedmiotami. Jeżeli się myliła, zamiast bycia bohaterką, stałaby się nastoletnią morderczynią, którą za bajeczki o wampirach wysłanoby do najbliższego psychiatryka. Pocieszała ją wyłącznie wzmianka o srebrze i szybko zanotowała w pamięci, żeby nie wychodzić z domu bez choćby jednego srebrnego pierścionka. O ile w swojej kolekcji miała coś rzeczywiście srebrnego, a nie stalowego, tytanowego lub niklowego. Jeśli nie, musiała jak najszybciej wybrać się do najbliższego jubilera.
Trochę się uspokoiwszy, postanowiła wreszcie wstrać z twardej ławki, wrócić do domu i wmówić sobie, że wampiry wcale nie istnieją. Jednak gdy podniosła głowę…
– KURWA MAĆ! – Nie potrafiła powstrzymać wrzasku i dramatycznego chwycenia się za serce, gdy zobaczyła stojącego nad nią Jędrzeja. – Co ty odpierdalasz? – zapytała zszokowana, zsuwając z uszu słuchawki, z których wciąż dobiegała głośna muzyka. Choć nagłe przerażenie zostało bardzo szybko zastąpione złością, to wciąż prawie zawału serca dostała przez tego idiotę, który teraz prawie zwijał się ze śmiechu po brudnym chodniku.
– Czekałem, aż się zorientujesz – wydusił wreszcie i otarł nieistniejące łzy z kącików oczu.
– Jak długo ty tu stoisz? – zapytała, nawet nie ukrywając gotującej się w niej złości. Gwałtownie wstała ze swojego miejsca i nie czekając na odpowiedź, ruszyła przed siebie.
– Niedługo, serio! – zapewniał ją, pospiesznie za nią truchtając. Gdy się zrównali, nieważne, jak szybko próbowała iść, on nadrabiał jej prawie bieg trochę szybszymi krokami. Kuźma przeklinała Terrora za chujowe geny. – Próbowałem się przywitać, ale nie słyszałaś mnie przez słuchawki, a dotykanie ludzi znienacka chyba nie jest najbardziej kulturalne, co nie? – zamiast odpowiedzi, otrzymał od niej wściekłe spojrzenie. Kontynuowała swoją zdecydowanie zbyt szybka wędrówkę do domu, zaciskając schowane w kieszeniech dłonie tak mocno, że bolesnie wbijała paznokcie w skórę. – Okej, przepraszam, naprawdę – zapewnił ją i, choć Kuźma nawet nie raczyła na niego popatrzeć, na dowód swojej szczerości przyłożył dłoń do serca.
– Jesteś tragiczny – rzuciła, co najwyraźniej uznał za jakąś formę przebaczenia, po porzucił swoją skruszoną pozę. Ta jego naiwność(?)(headcanon Kuźmy) sprawiła, że dziewczyna nawet postanowiła trochę zwolnić, by pokazać mu, że, okej, coś takiego jeszcze nie skreśli całej ich znajomości, ale jeśli zrobi to drugi raz, to ona za siebie nie ręczy.
– Co ty w ogóle tam robiłaś?
– Wikipedię przeglądałam – wymamrotała i poczuła się trochę żałośnie, gdy brwi Jędrzeja podjechały wysoko na jego czoło w wyrazie szczerego zdumienia. – No, co? Prezentację do szkoły mam, a u ojca nie ma zasięgu. Niczego się tu nie da normalnie zrobić.
– Jak chcesz, to możesz u mnie.
– Nie.
– Ale dlaczego? – zapytał, widocznie urażony, że znowu odmówiła jego ofercie pomocy.
– Wyglądasz i brzmisz na kogoś, kto używa Linuksa, a ja za nic w świecie się w tym nie odnajdę – palnęła i nawet całkiem się zdziwiła, gdy Jędrzej z marszu pokiwał głową ze zrozumieniem. Najwyraźniej naprawdę używał Linuksa. To była jego największa czerwona flaga jak na ten moment, bo brzmiała jak czysty masochizm.
– Ale przeglądarki używa się dokładnie tak samo, jak na Windowsie – argumentował, ale Kuźma już kręciła głową.
– Nie, nie ma sensu, Eustachy zrobi wszystko za mnie, jak będzie musiał. Wygląda na takiego, który lubi mieć dobre oceny – rzuciła z nadzieją, że będą mogli trochę pośmiać się z tego nieudolnego wampira, ale zamiast choćby najcichszego chichotu nastała pomiędzy nimi niezręczna cisza. Kuźma spojrzała na Jędrzeja: jego mina była daleka od nawet leciutko rozbawionej. – Co jest?
– Robisz prezentację z nim?
– Mówisz tak, jakby to była moja wina – parsknęła dziewczyna. – Nie mam z kim innym.
– Weź ty się przepisz do innej klasy – polecił jej, na co tylko machnęła ręką.
– I tak zaraz wracam do Warszawy.
Mogło jej się wydawać, ale humor Jędrzeja, który przez wzmiankę o Eustachym i tak nie był najlepszy, jeszce bardziej się pogorszył. Kuźma nie wiedziała, czy jego mina wyraża bardziej irytację, czy smutek (była naprawdę słaba w sztuce mentalistycznej), ale postanowiła tego nie roztrząsać, a tym bardziej nie komentować. Znowu odezwała się dopiero tuż przy chacie Terrora, gdy do głowy wreszcie wpadł jej temat do zagajenia rozmowy.
– A wiesz może, czy u was w bibliotece są komputery?
– Ano, są – mruknął, zmarszczywszy brwi. – Nie chodzę tam za często. Ale to takie stare graty. Serio, lepiej, jakbyś to u mnie ogarnęła, szybciej będzie.
– Zastanowię się – obiecała, ale nie zamierzała się zastanawiać. Była silną i niezależną kobietą, która nie potrzebowała pomocy mężczyzn, nawet tych najmilszych, którzy proponowali jej pomoc z czystej dobroci serca. Oczywiście, nie potrzebowała ich, dopóki nie chodziło o dźwiganie ciężarów lub otwieranie drzwi. Wtedy wymagała od nich skrajnego dżentelmeństwa, co raczej można łatwo zrozumieć. Kulturalny i dobrze wychowany mężczyzna nie musi być równocześnie wyręczającym kobietę we wszystkim chłopaczkiem.

W bibliotece wylądowała jeszcze tego samego dnia. Nie miała nic lepszego do roboty w domu, przy czym zazwyczaj za „lepsze” uznałaby granie w Genshina lub inny sposób nowoczesnego marnowania czasu, ale każda ze znanych jej opcji wymagała od niej użycia internetu. Jej frustracja sięgnęła zenitu, gdy dotarło do niej, że będzie robić rzeczy do szkoły, podczas gdy mogłaby robić coś kompletnie innego. Oznajmiła więc Terrorowi, głosem nie znoszącym sprzeciwu, że ma im jak najszybciej załatwić router Wi-Fi, bo inaczej pójdzie do lasu i już nigdy nie wróci. Z tymi słowami wyszła z chaty, oczywiście myśląc, że po jej powrocie u ojca będzie miała zarówno zasięg, jak i internet o niezawodnej prędkości. Dumna z zaszantażowania Terrora, dotarła wreszcie do biblioteki – musiała trochę pokręcić się po wsi, zrobić parę kółeczek i wreszcie odnalazła stary budynek. Na jej szczęście, zadupia mają to do siebie, że są małe i zazwyczaj nie znajdują się na nich biblioteki. Jednak widocznie ta podlaska kozia wólka była jeszcze trochę cywilizowana.
Ogromne drewniane drzwi zaskrzypiały głośno, gdy Kuźma naprężyła wszystkie mięśnie ramion, próbując je otworzyć. Znalazła się w wysokim korytarzu wyłożonym marmurowymi płytkami i ze świecznikami zamontowannymi na ścianach. Ten dobór wystroju był co najmniej dziwny, ale nie zwróciła na to szczególnej uwagi, po prostu uznała, że tutejsza bibliotekarka miała bardzo wyrafinowany gust co do architektury wnętrz. Kuźmie jedynie przeszkadzał panujący na korytarzu półmrok, przez który niekoniecznie wiedziała, dokąd powinna zmierzać iść. Na prawo odbiegały równie stare i ogromne drzwi, ale zaraz obok na piętro wspinały się wyłożone staromodnym dywanem schody. Dziewczyna ostatecznie stwierdziła, że wejdzie na piętro, a najwyżej ktoś ją stamtąd wygoni.
Nie spodziewała się najgorszego.
– Co ty tutaj robisz? – wydusiła, choć spotkanie kolegi z klasy, mieszkając na tak niewielkiej wsi, nie było szczególnie dziwnym zjawiskiem. Tutaj każdy znał każdego i ciągle wpadało się na swoich największych wrogów.
– Czytam – odparł niewzruszony Eustachy i lekko uniósł trzymaną książkę, jakby udowadniając dziewczynie, że jej pytanie było całkiem bezsensowne. – A ty?
– A na chuj się do biblioteki przychodzi? – odpyskowała, od razu przyjmując postawę gwałtownej defensywnej ofensywy. Szybko zdała sobie sprawę z własnej głupoty, bo przecież on był dość miły, grzecznie odpowiadając na jej idiotyczne pytanie i wymamrotała szybkie przeprosiny. – Przyszłam robić tę prezentację – wyjaśniła wreszcie, nie wiedząc dlaczego dalej brnęła w tę rozmowę. Znów poczuła chłopdny strach zalewający jej klatkę piersiową, gdy przypomniała sobie o kontroli umysłu i srebrnej biżuterii, o której na śmierć zapomniała.
– Więc jednak. – Kuźma nie wiedziała, czy jego uśmiech i te słowa już mogła wziąć za szyderstwo, czy jeszcze nie. – Skoro tu jestem. Pomóc ci?
NI CHUJA. OJJJ, KOCHANY, SZANS NIE MA. PO JEJ TRUPIE. I PO TRUPIE JEJ TRUPA. CO NAJMNIEJ.
– Podziękuję – odpowiedziała, zachowując stoicki spokój.
– Ależ my mamy wykonać tę prezentację razem – wytknął, odłożywszy czytaną książkę z powrotem na półkę. – Zaprowadzę cię do komputerów.
– Podzieliliśmy się przecież – desperacko przypomniała mu Kuźma, ale mimo tego dała mu poprowadzić sie pomiędzy regały, jakby jej nogi ciągnięte były przez ściskane przez chłopaka sznurki. Tłumaczyła sobie, że wciąż jest w pełnej kontroli nad sobą, po prostu dzięki niemu dowie się, gdzie ukryto komputery w tym nieustannie skrzypiącym budynku.
– Myślałem, że nie masz zamiaru spędzić ze mną czasu, więc to zaproponowałem – wytłumaczył, ale ona wiedziała, że perfidnie kłamał. Przecież to on naciskał na to podzielenie się pracą. To najwyraźniej kolejny objaw jego dwubiegunowości albo innej bipolarności.
– Ja naprawdę potrafię samodzielnie przekleić tekst z Wikipedii – mruknęła, ale Eustachy już zasiadł przed najbliższym komputerem. – Nawet formatowanie usuwam – dodała, ale nic nie mogła poradzić na to, że Eustachy sprawnie przejął kontrolę nad sytuacją i ją zdominował. W ramach marnego buntu, Kuźma wykrzywiła się w jego stronę i podeszła do komputera obok. Po naciśnięciu przycisku, który powinien go włączać, nic się nie wydarzyło. Spróbowała więc z kolejnym. Również nic. Z desperacką nadzieją spojrzała na ostatnie znajdujące się w sali urządzenie.
Też się nie włączyło.
Była bliska histerycznego śmiechu i krzyku, żeby Bóg, o ile był gdzieś tam na górze, się od niej łaskawie odpierdolił i dał funkcjonować w spokoju, jak normalnemu, przeciętnemu człowiekowi. Policzywszy od pięciu do zera, odwróciła się do Eustachego, który najwyraźniej gapił się na nią przez cały czas. Szeroko się do niej uśmiechnął i wskazał na krzesło obok siebie, a ona, pokonana, usiadła obok.
Prezentację zrobił głównie Eustachy. Ona co najwyżej parę razy korygowała idiotyczne błędy, które popełniał. Przykładowo napisał „grecki”, a nie „rzymski” i pomylił Jupitera z Jowiszem tyle razy, że prawie im się tam zrobił astronomiczny chaos. Za każdym razem, gdy zwracała mu uwagę na wypisywane przez niego kocopoły, uśmiechał się, przepraszał i dziękował, po czym mówił coś o tym, że jest inteligentna i szalenie spostrzegawcza. Bardzo nie chciała, żeby te wyraźnie specjalnie wywoływane sytuacje i fałszywe komplementy łechtały jej ego, ale ostatecznie może nawet trochę się zarumieniła przez te wszystkie jego komentarze. Może wampiry były też ślepe? Albo szkodziło im światło niebieskie? Postanowiła dokładniej przewertować więcej artykułów na ich temat, jak tylko będzie miała okazję.
Dopiero podczas powrotu do domu zdała sobie sprawę ze swojej głupoty. W każdym momencie mogła zwyczajnie wstać i wyjść, nie musiała się nawet tłumaczyć zostawieniem ojca w piekarniku. Nie zależało jej na tej znajomości na tyle, żeby rzeczywiście się starać, a przynajmniej tak sobie wmawiała, bo jej decyzje życiowe przedstawiały coś zupełnie innego. Sama uznawała, że czyny są ważniejsze niż słowa, ale w tej sytuacji tylko się pogrążała. Wszystko, co robiła, wskazywało na jej zainteresowanie Eustachym i nie mogła się tego wyprzeć, o ile nie zabije swojej dziwnej chęci spędzania z nim czasu, przykrytej wieloma warstwami niechęci, którą możliwe, że wmówiła sobie wyłącznie przez pierwsze wrażenie, jakie wywołał w niej chłopak.
Nie powstrzymało jej to przed zatrzymaniem się na przystanku, żeby wygooglować sposób rozpoznawania prawdziwie srebrnej biżuterii. Przegrzebała całe swoje ogromne pudełko z biżuterią i ostatecznie znalazła parę głęboko zakopanych naszyjników, kolczyków i bransoletek, które spełniały wymagania wymienione jej przez asystenta AI. Szybko je na siebie założyła i postanowiła nie ściągać nawet do kąpieli (finalnie je zdejmowała, bo bała się, że szybko skorodują i nie była na tyle przezorna, żeby dzięki Chatowi GPT dowiedzieć się, że srebro nie koroduje w kontakcie z wodą).

Następny tydzień minął jej zaskakująco szybko, samotnie i smutno. Za prezentacje o Jupiterze dostała piątkę i było to zdecydowanie najszczęśliwsze zdarzenie z całego tygodnia. Co noc dręczyło ją to samo uczucie bycia obserwowaną. Jędrzej z nieznanego jej powodu już ani razu nie pojawił się rano przed jej domem, żeby odprowadzić ją do szkoły, co na początku postanowiła ignorować i uznała za przestrzeń do zrobienia dokładniejszego researchu o wampirach. Nie dowiedziała się wiele oprócz kolejnych spekulacji na temat stworzeń, które zawsze określano jako „mityczne”, więc po paru dniach zaczytywania się w różne artykuły ostatecznie postanowiła z tym skończyć i skupić się na obserwowaniu Eustachego lub jego rodzeństwa, którego niestety jeszcze nie spotkała. Możliwe, że jakaś blada twarz mignęła jej w tłumie na szkolnych korytarzach, ale nigdy nie dostrzegła, jak dokładnie wyglądali. Rzuty na percepcję musiały wychodzić jej gorzej niż tragicznie.
Była bliska odpuszczenia sobie teoretyzowania i męczenia się z teorią Jędrzeja, skoro nawet jej autor najwyraźniej postanowił przestać się z nią zadawać. Może miał lepszych znajomych.
Kolejnego dnia, którego szła do szkoły bez nikogo u swojego boku, jedynie z grzmiącą muzyką na słuchawkach, uświadomiła sobie jeden z popełnionych przez siebie błędów. Popełniała go od lat, zawsze ignorując przestrogi innych. Wreszcie się doigrała, jak pewnie wytknęłaby jej Gaudencja.
Nie słyszała zbliżającego się samochodu, nie słyszała klaksonu. Przyzwyczajona była do świateł na przejściach dla pieszych, a nie dla grzecznego czekania, aż wszystkie pojazdy przejadą albo któreś postanowi się łaskawie zatrzymać. W ostatniej chwili uniosła głowę i wiedziała, że jest sama. Najbliżsi ludzie znajdowali się daleko na chodniku, a ona nie potrafiła zrobić choćby kroku w ich stronę. Czas zwolnił, a ona zamarła, niezdolna do ruchu, patrząc w jarzące się oczy śmierci.
Ktoś ją złapał. Poczuła ściskające ją ramiona, które w tamtym momencie wydały jej się twarde jak kamień. Niewiele widziała. Niewiele słyszała. Jedynie czuła wbijające się w jej ciało palce, które na pewno zostawią siniaki. Szarpnięto nią, przed oczami przeleciał jej szary asfalt. Usłyszała huk, który przebił się przez głośną muzykę, nieprzerwanie grającą na słuchawkach, jakimś cudem wciąż trzymających się na jej głowie. Albo już się zsunęły, a ona tylko wyobrażała sobie muzykę?
Nie wiedziała, kiedy znalazła się na chodniku. Zdezorientowana próbowała skupić wzrok na pochylającej się nad nią postaci i gdzieś na krańcu świadomości zarejestrowała, że wpatruje się w twarz Eustachego. Spróbowała złapać wzrokiem trochę szerszy kadr i dostrzegła, że na ciele chłopaka było najmniejszego zadrapania, choć maska samochodu, który prawie zabił Kuźmę, była wgnieciona. Dziewczyna najpierw sprawdziła, czy na pewno może ruszać każdą z kończyn i zanim udało jej się podziękować Eustachemu za ratunek, otoczył ją tłum zaniepokojonych gapiów, wszyscy przekrzukujący się pytaniem o jej samopoczucie. Wybąkała coś nieskładnego, wciąż w głębokim szoku, aż wreszcie ktoś, nie widziała nawet, kto, zabrał ją do szkolnej pielęgniarki. Albo raczej pielęgniarza. Trupioblada twarz zlewała się z białym wyposażeniem gabinetu i równie jasnym kitlem. Oszołomiona Kuźma przez chwilę nie rozumiała, dlaczego miał ją opatrywać Eustachy, dopóki nie dostrzegła, że jedynym szczegółem łączącym lekarza i kolegę z jej klasy były złote tęczówki, idące w parze ze śnieżną skórą.
Coś do niej powiedział, ale zmusiła go do powtórzenia jego słów, głupio dukając tylko: „co proszę?”.
– Co się stało? – zapytał ponownie, a Kuźma z trudem skupiła się na treści pytania, a nie głosie ojca Eustachego. Jeżeli nazwała głos Jędrzeja „radiowym”, to ten Karola Kowala mogła wyłącznie określić nieziemskim.
– Prawie potrącił mnie samochód – wyjąkała wreszcie. Dopiero teraz dotarło do niej, że musiano posadzić ją na leżance. Wcześniej myślała, że stała i zwyczajnie zaakceptowała, że pan Kowal był bardzo wysokim mężczyzną. Coś musiało ją mocno walnąć w głowę, dziwne, że nie poczuła.
Karol jej na to nie odpowiedział, po prostu zaczął zwykłe oględziny, co jakiś czas pytając, czy boli, gdy dotyka ją w danym miejscu albo prosząc, aby poruszyła wszystkimi palcami. Wreszcie mężczyzna ściągnął białe rękawiczki, o których istnieniu Kuźma dowiedziała się dopiero teraz, tak bliskie były odcieniowi jego skóry.
– Oprócz kilku siniaków i szoku, nic ci nie jest – oznajmił przyjaznym tonem.
Pozwolił jej zostać w swoim gabinecie, dopóki nie przyjechał po nią Terror i nie zabrał jej do domu. W tamtym momencie nie czuła się już tak źle, jak chwilę po wypadku – bolały ją wyłącznie posiniaczone części ciała i czuła się przeraźliwie zmęczona. Nie miała też ochoty na rozmowę, którą ojciec postanowił zacząć zaraz po ruszeniu w drogę powrotną.
– Co dokładnie się stało? – spytał.
– Nie powiedzieli ci? – mruknęła, próbując tonem głosu przekazać mu, że chce iść spać, teraz i natychmiast.
– Chciałbym usłyszeć twoją wersję – zignorował jej marne próby wysyłania niesubtelnych znaków.
– No to – westchnęła przeciągle. – Miałam muzykę puszczoną na słuchawkach i weszłam pod samochód. Potem nagle znikąd pojawił się Eustachy, dziwne, że zdążył, bo przecież nie szedł obok mnie…
– Eustachy Kowal? – upewnił się Terror. Brzmiał na dziwnie zaniepokojonego samym wspomnieniem tego chłopaka. Może nawet on podejrzewał Kowalów o niezbyt dobrze skrywany wampiryzm.
– Tak. Pojawił się i nie do końca wiem, co zrobił. Mało widziałam i słyszałam, wszystko stało się nagle i strasznie się bałam i… Potem wzięli mnie do lekarza.
Terror w milczeniu pokiwał głową i nakazał jej odpocząć, jak wrócą do domu. Był to chyba pierwszy raz, gdy posłuchała go bez wszczynania zbędnych kłótni. Posłusznie zakopała sie pod kołdrą na swoim niewygodnym materacu i kilka następnych godzin spędziła na bezskutecznych próbach zaśnięcia. Szło jej tak marnie, bo zamiast pomyśleć o czymś przyjemnym albo policzyć baranki, rozmyślała o Eustachym. Teraz była pewna, że chłopak był wampirem, inaczej nie byłby w stanie jej uratować, to po ludzku, zwyczajnie, niemożliwe. Upewniwszy się w tym przekonaniu i zamiarze skonfrontowania chłopaka (nie wiedziała, dlaczego to szło w parze, ale wydawało jej się dość jasnym, że powiadomienie znanego przez dwa tygodnie wampira o tym, że domyśliła się, kim jest, było czynem zupełnie naturalnym i wręcz obligatoryjnym do odhaczenia), Kuźma przeszła do kolejnego zagadnienia, które musiała przerobić, ale które nie było aż takie banalne.
Dlaczego Eustachy ją uratował? Okej, robili razem prezentację o jakimś tam rzymskim bogu i siedzieli razem w ławce na każdej lekcji, ale nawet z nieodzywającym się do niej Jędrzejem Kuźma rozmawiała dłużej i częściej. Nie mieli ze sobą nic wspólnego, nie łączyło ich nic oprócz wzajemnej antypatii oraz uczucia towarzyszącego Kuźmie, gdy znajdowała się przy Eustachym, tego odpychającego przyciągania, na które coraz rzadziej zwracała uwagę, bo zwyczajnie stało się normą. Po czym ktoś taki jak on postanowił rzucić się pod samochód, żeby ją uratować? To wydawało jej się znacznie bardziej niemożliwe niż istnienie wampirów.
Z żałosnych rozmyślań, w których nie mogła dojść do żadnego sensownego wniosku, wyrwał ją dźwięk pukania do drzwi, a potem przytłumionych głosów. Uchyliła drzwi swojego pokoju, ciekawa, kto postanowił ich odwiedzić.
– Wiesz co, Jędruś, ona chyba śpi. – Usłyszała głos swojego ojca, który zmotywował ją do krzyku: „Ja wcale nie śpię!”. Zrobiła to tylko przez to, że rozmawiał z Jędrzejem. Jeśli byłaby to jakakolwiek inna osoba niż typ, którego już brała za dobrego kolegę i który nagle zaczął ją perfidnie ghostować, to wróciłaby do łóżka oraz rzeczywiście udawałaby, że słodko śpi.
Głosy na parterze ucichły, po czym Jędrzej powiedział coś jeszcze do Terrora, na tyle cicho, że Kuźma nie mogła rozróżnić słów. Potem chłopak praktycznie wbiegł po schodach, a gdy znalazł się tuż przed nią, dziewczynę zaskoczyła jego zmartwiona mina. Prędzej spodziewałaby się, że Jędrek uśmiechnie się na powitanie, a dopiero potem przejdą do rzeczy, ale srogo się myliła.
– Jak się czujesz? Wszystko w porządku? – Pytania wystrzeliły z jego ust jak z armaty, a Jędrzej, kompletnie nieproszony, objął ją ramieniem i zaprowadził na łóżko. Była w takim szoku, że nawet mu się nie sprzeciwiła, choć prawdopodobnie powinna była to zrobić. – Lepiej usiądź, żebyś się nie przemęczała…
– To nic poważnego, daj spokój – wymamrotała, ale on nie wydawał się przekonany. – Ta, prawie mnie pierdolnął samochód, ale „prawie” jest tutaj słowem kluczem. Nic mi nie jest. Trochę boli mnie w paru miejscach, ale nawet nie muszę zażywać Ibupromu.
– Okeej. – Jędrzej pokiwał głową, ale zamiast rzeczywiście dać spokój, lustrował ją spojrzeniem jeszcze przed dłuższą chwilę, jakby szukał otwartych ran i krwi przesiąkającej przez jej piżamę z Batmanem. – Ale na pewno czujesz się dobrze?
– Mówię przecież, że tak – prychnęła.
– Jesteś na mnie zła?
Spojrzała na niego zaskoczona. Naprawdę aż tak okropnie zabrzmiała? Tak perfidnie pokazała po sobie wszystkie emocje kotłujące się w jej wnętrzu czy po prostu spodziewał się, że będzie zła, po tym co odwalił?
– Może trochę – odpowiedziała. – Trochę niefajnie, że się nie odzywałeś przez tydzień.
– Przepraszam. – Brzmiał na naprawdę szczerze skruszonego, znacznie bardziej, niż gdy przepraszał ją na przystanku autobusowym tydzień temu. – To… to serio było głupie.
– No raczej. Zwłaszcza że przeprosin doczekałam się dopiero po otarciu się o śmierć – wytknęła mu i całkiem niezłą satysfakcję sprawiło jej obserwowanie, jak Jędrzej próbował stać się dwa razy mniejszy albo po prostu zniknąć, wsiąknąć w materac i nie musieć przeżywać tej konwersacji.
– Miałem cię przeprosić, ja-
– No, teraz to se możesz.
– Naprawdę! – wykrzyknął, ale niestety nie miał dowodu na potwierdzenie swoich słów. Kuźma pokiwała głową, starając się naśladować manierę nauczycielki, która wie, że to wcale nie pies zjadł mu zadanie domowe, a w domu nie ma skończonego zadanego na wczoraj projektu. – To tak… to tak niefortunnie… Znaczy. To okropne, że miałaś wypadek, ale…
– Dobra, już skończ – przerwała mu. – Już ci wybaczyłam i jest wszystko fajnie – dopiero po tych słowach chłopak widocznie się rozluźnił – ale weź mi powiedz, dlaczego ty mnie ghostowałeś?
– Yyy… – Wzięty z partyzantki, uciekł od niej wzrokiem i w stereotypowy sposób podrapał się w kark, jak zazwyczaj robią postacie z seriali, gdy znajdą się w podobnej sytuacji. – Bo. Widziałem cię w bibliotece z Eustachym.
– I?
– I trochę, nie, że mi się zrobiło przykro, ale ja po prostu go… Całej jego rodziny zresztą, no, wiesz, trochę słabo to mówić, gdy on ci uratował życie i w ogóle, ale, no, typa nie cierpię po prostu.
– Jędrek. – Kuźma zdobyła się na nawiązanie z nim kontaktu fizycznego, choć tak normalnie brzydziła się dotykania mężczyzn. Mianowicie, poklepała chłopaka po ramieniu w geście jakiegoś niemrawego pocieszenia. – Ja robiłam research.
– Jaki znowu research?
– O wampirach. Miałam taki plan, żeby się zbliżyć do Eustachego i zdemaskować go i całą jego rodzinę – wyznała mu, a jędrkowe oczy niemal wypełniły się łzami, gdy to usłyszał.
– Ty mi serio uwierzyłaś?
– Serio.
– Wow. Wow. Kuźma, ty to jednak jesteś… nie obrazisz się, jak powiem, że swój chłop? – zapytał z uśmiechem, tak samo radosnym, jak wtedy, gdy byli razem na grzybach.
– Może nie. Zastanowię się – oznajmiła przekornie, chociaż uśmiech na jej twarzy zdradzał, że nawet nie myśli o obrażaniu się.

Mimo protestów Terrora uparła się, żeby następnego dnia pójść do szkoły. Gdyby w jej życie nie wmieszały się wampiry, to pewnie skorzystałaby z okazji i przez tydzień lub dwa nie wyściubiałaby nosa ze swojego pokoju, ale miała sprawy do załatwienia. Jędrzej najwyraźniej przeczuł, że Kuźma się uprze i nie będzie chciała zaznać zasłużonego odpoczynku jako prawie śmiertelna ofiara wypadku samochodowego, bo pojawił się pod jej drzwiami, żeby odprowadzić ją do szkoły.
– Hej. – Tuż po szybkim przywitaniu wręczył jej dość spory termos, cały obklejony naklejkami zespołów metalowych, których Kuźma nie rozpoznawała. – Kawę ci zrobiłem.
– O. Dzięki.
Musiała pamiętać, żeby nie okazać zaskoczenia, bo w końcu kiedyś tam narzekała mu, ze rano nie ma czasu zrobić sobie kawy. Od razu, wedle zasad savoir-vivre, nie omieszkała wziąć pierwszego łyka. Parzący język napój był cholernie gorzki i Kuźma musiała się pilnować, żeby głośno nie przekląć i nie popłakać się przez ten obrzydliwy smak. To pierwszy raz, gdy piła rzeczywistą kawę, która nie miała w sobie połowy paczki cukru, litra mleka, góry bitej śmietany i kilku szklanek słodkich starbucksowych syropów.
– Zajebista – wydusiła, starając się brzmieć na zadowoloną i jakoś bardzo się nie krzywić. Jędrek chyba to łyknął, bo uśmiechnął się do niej szeroko, dumny z siebie.
Gdyby to był ktokolwiek inny, to Kuźma zwyczajnie wylałaby tę kawę na chodnik i bez skrupułów oddałaby pusty termos. Tyle że z Jędrzejem sytuacja była trochę inna, a dziewczyna naprawdę bardzo nie chciała ponownie zostać zghostowaną. W nocy doszła do wniosku, że przy Jędrku musiała zachowywać się trochę delikatniej i być jeszcze lepsza we wcielaniu się w performatywną Podlasiankę, bo najwyraźniej chłopak miał wrażliwą duszę artysty i piekielnie łatwo było go urazić. Poza tym, był wyraźnie zazdrosny o Eustachego, więc musiała również go zapewnić, że nic do tego wampira nie czuła (choć z każdym kolejnym dniem upewniała się w tym, że coś do niego czuła, tyle że jeszcze nie wiedziała, co i na pewno nie było to nic zbliżonego do miłości; bardzo nie chciała, żeby to było cokolwiek do niej zbliżonego). Dlatego poczekała, aż Jędrzej odejdzie do drugiego skrzydła szkoły, żeby mogła wylecieć jak z procy i odszukać Eustachego, zaciągnąć go w ustronne miejsce i skonfrontować ze swoim niesamowicie błyskotliwym procesem dedukcji. Odnalezienie chłopaka nie było szczególnie trudne, bo tym razem postanowił się nie spóźnić i grzecznie czekał pod salą razem z paroma npcetami z ich klasy.
– Hej, masz moment? – zapytała go, niemal skacząc w miejscu z niecierpliwości.
– No, ale taki krótki – odpowiedział z lekkim uśmiechem.
– To chodź.
Rzeczywiście za nią poszedł, bez słowa sprzeciwu. Tak w ogóle bez słowa, nawet nie próbował zaczynać jakiegoś tematu. Cieszyło ją to, że był jedyną osobą, która pozostawiła kwestię jej prawie wypadku samochodowego bez niepotrzebnych wzmianek, bez pytań, jak się czuje i innych podobnych bzdetów. Pewnie jako drugi protagonista tego wydarzenia również miał go po dziurki w nosie.
Zaprowadziła go do rozciągającego się przy szkole lasu, w który miała pewność, że nikt ich nie podsłucha, chyba że Jędrzej postanowi pójść na wagary i zbierać grzyby w najbliższej okolicy. Taka sytuacja nawet by jej nie zdziwiła.
– Słuchaj, Eustachy – zaczęła i trochę nie wiedziała, co powiedzieć dalej, mimo że układała fikcyjne scenariusze do tej sytuacji przez parę godzin, podczas których nie mogła zasnąć i znowu czuła się obserwowana. – Jesteś niemożliwie szybki i silny – wydusiła wreszcie, rozpoczynając wyliczanie na palcach. – Twoja skóra jest blada i lodowata. Twoje oczy mają nienaturalny kolor. Czasami mówisz też w taki sposób, jakbyś pochodził z innych czasów. Nigdy nie widziałam, żebyś coś jadł albo pił. Unikasz kontaktów z innymi. – Wiedziała, że szła po bardzo dziwnej drodze i dostrzegała to w oczach Eustachego, którego oczy w tym świetle wyglądały na trochę mniej złote, prawie jakby były po prostu brązowe. Wzięła głębszy wdech i splotła ze sobą dłonie, żeby nie widać było, jak się trzęsły. – Ile masz lat? – wyszeptała takim tonem, jakby to było najważniejsze pytanie we Wszechświecie.
– Siedemnaście – odparł, zmarszczywszy brwi. Kuźma dziękowała mu, że nie postanowił napomknąć czegoś o uderzaniu się w głowę i oczywistych oczywistościach, bo przecież chodzili razem do klasy, musiała wiedzieć, w jakim był wieku.
– I od jak dawna masz te siedemnaście lat? – nie ustępowała, choć już dostrzegała, że tymi pytaniami weszła w ślepą uliczkę.
– Już jakiś czas – odpowiedział zgrabnie.
Pomiędzy nimi zapadła cisza. Kuźma postanowiła ją wreszcie przerwać i przestać krążyć wokół tematu, jednak słowa nie chciały poprawnie ułożyć się na jej języku.
– Wiem, czym jesteś.
– To mi powiedz, czym niby jestem? – zachęcił ją i równie dobrze mógłby rzucić, że nie ma psychy wypowiedzieć swoich przypuszczeń na głos. Skutkowałoby to tym samym: gwałtownym pogorszeniem się samopoczucia Kuźmy, która zaczęła irytować się swoimi własnymi słowami.
– Jesteś wampirem – burknęła, patrząc na niego spode łba.
– Boisz się?
– Typie, co to jest w ogóle za pytanie? – prychnęła, ale i tak na wszelki wypadek przeanalizowała każdy swój ruch podczas porannego przygotowywania się do wyjścia z domu. Na wszelki wypadek sprawdziła, czy na szyję założyła swój srebrny naszyjnik i dotyk wijącego się przy jej skórze łańcuszka dodał jej pewności. Nie musiała się bać, chyba że Eustachy postanowi napić się krwi z jej łydki.
– Pytanie profilaktyczne. – Nie zauważyła, kiedy przysunął się do niej tak blisko, że dosłownie czuła jego oddech na czubku swojego nosa. Spróbowała się odsunąć, ale on nie odpuszczał i w mgnieniu oka przysunął się jeszcze bliżej, poruszając się z szybkością równą prędkości światła (według nieprofesjonalnej oceny Kuźmy). – Bo widzisz, ludzie zazwyczaj boją się wampirów.
– Ta? To bombastycznie – odpyskowała, choć musiała przyznać, że czuła ten rodzaj fascynującego zagrożenia, który tak przyciągał ludzi do horrorów i thrillerów. Tyle że w tym momencie bardziej niebezpieczne wydawało jej się ciągłe naruszanie jej przestrzeni osobistej, a nie gadka o wampirach. Kuźma nie mogła zebrać się w sobie, żeby go od siebie odepchnąć i nie mogła dojść do tego, czy to zwyczajnie jej blokada psychiczna przed dotykaniem innych ludzi, czy bała się, że przy uderzeniu Eustachego połamie sobie wszystkie palce, nadgarstki zresztą też. Przeczuwała, że gdy ratował ją spod kół tamtego samochodu, to uczucie bycia ściskaną przez kamienny posąg nie było fantomowe i wywołane przez szok, co potwierdzały obfite siniaki na jej brzuchu, którym po raz pierwszy dobrze przyjrzała się dzisiejszego ranka i skłamałaby, gdyby stwierdziła, że ich wielkość jej nie zszokowała.
– Nie przeraża cię możliwość, że postanowię pożywić się twą krwią? – kontynuował swoją gadkę, mając gdzieś ironiczną wypowiedź dziewczyny. Dopiero po chwili dotarło do niej, że on musiał wyczuwać zapach jej strachu, czy coś w tym stylu, jak inne drapieżniki i teraz po prostu cisnął z niej bekę.
– Chłopie, uspokój się – warknęła, ale nie zabrzmiała przy tym szczególnie odważnie. Opierała się dziwnemu uczuciu przyciągania do Eustachego, które pewnie było wynikiem jego wampirzych sztuczek. Znowu spróbowała się odsunąć i chłopak ponownie jej to uniemożliwił, przy czym jego upór przestawał być straszny, a raczej stał się imponujący. W tym momencie poruszał się tak szybko, że Kuźma mogłaby przysiąc, że to tylko świat wokół nich się przemieszcza, a oni zastygli w jednej pozycji. – Życie mi uratowałeś, to teraz chcesz mnie zabić? Z której strony to jest logiczne? – wytknęła mu, próbując powstrzymać drżenie swojego głosu. Chyba po raz pierwszy w życiu uświadomiła sobie, że zawsze udawała silną kobietę, która nigdy nie podda się mężczyźnie (chociaż wampir to trochę inna liga niż zwykły chłopaczek).
– Nie dopuszczasz do siebie najprostszego wytłumaczenia, Kuźma. – Uśmiechnął się szyderczo, po raz pierwszy odsłaniając przy tym zęby, tak, by mogła dostrzec nienaturalnie ostre i długie kły. Skupiwszy na nich wzrok, Kuźma nie zdołała powstrzymać myśli, że te zęby, w sposób dziwny i niewytłumaczalny, wydały jej się atrakcyjne. – Może twoja krew pachnie tak smacznie, że chcę mieć ją tylko dla siebie?
– Psychiczny jakiś jesteś – wymamrotała, co zabrzmiało idiotycznie, gdy wpatrywała się w jego usta jak w obrazek. Zdawszy sobie z tego sprawę, przeniosła wzrok wyżej, żeby spotkać się z jego szyderczym spojrzeniem. – Bipolarny, kurwa – dodała słabym głosem.
W odpowiedzi tylko prychnął śmiechem. Kuźma zaczynała czuć się upokorzona, będąc postawiona w sytuacji biednej zwierzyny, która nie miała dokąd uciec. Jej bezsilności wtórował fakt, że czuła się niemal tak, jak gdyby ktoś przejął stery nad jej ciałem i umysłem, skutecznie uniemożliwiając jej kontrolę nad swoimi zachowaniami i reakcjami.
Fala paniki wlała się do jej mózgu ogarniętego mgłą kompletnej bezmyślności. Czy na Wikipedii nie było czegoś o umiejętności wampirów do kontrolowania ludzkich umysłów??? Coś jej świtało. Nie pamiętała konkretów, sprawdzała to jakiś tydzień temu, a jej mózg przeciążony metodą nauki „zakuj, zdaj, zapomnij” nie był dla niej szczególnie pomocny w kwestii przypominania sobie już dawno wyrzuconych do śmieci informacji.
– Weź ty się ogarnij – prychnęła, bo Eustachy pewnie podjął decyzję o zachowaniu milczenia i teraz wyłącznie obserwował panikę Kuźmy, pewnie doskonale widoczną w jej minie. Dziewczyna wreszcie zdobyła się na niemrawą próbę odepchnięcia go od siebie, a jej ramiona poruszały się niemal w zwolnionym tempie, jak pod wodą, jakby bardzo nie chciała tego robić. Już nie wiedziała, czy to przez obrzydzenie, czy przez przeczucie, że dotknięcie wampirzego ciała tylko pomoże Eustachemu w całkowitym spętaniu jej myśli. Jak się spodziewała, jej marna próba była równie skuteczna usiłowaniu przesunięcia skały. – To nie jest jakaś głupia młodzieżówka, w której rzucę ci się w ramiona, bo jesteś sobie mistycznym wampirem i nie obchodzi mnie nic innego.
– Na pewno? – spytał przekornie, jakby się z nią droczył. Posłała mu swoje ćwiczone przed lustrem spojrzenie, które miało przekazać każdemu napotkanemu delikwentowi: „odpierdol się”. Przeklinała Terrora za to, że nigdy nie oddał jej gazu pieprzowego, który teraz przydałby się jej jak nigdy wcześniej. – Nawet mi się podoba, że jesteś taka asertywna. – Tak zszokowały ją jego słowa, że nie była w stanie wymyślić stosownej w tej sytuacji riposty. Nawet otworzyła usta z oburzonego szoku, który wstrząsnął jej ciałem, podobnie z falą cringe'u, o której napisałaby post na platformie X, jeżeli to byłby jakikolwiek inny chłopak, niż Eustachy. W głowie Kuźmy wampiry miały passa na bycie cringe'owymi, bo jak się żyje tak długo, to musi być piekielnie trudno nadążyć za wszystkimi trendami i tym, co teraz jest żenujące do powiedzenia, a co nie.
Jednak to, co Eustachy zrobił potem, zszokowało ją jeszcze bardziej. Na policzku poczuła lodowate palce, tak lodowate, że nie mogła powstrzymać wzdrygnięcia się i nagłego wciągnięcia powietrza w płuca. Dotyk Eustachego był nieporównywany ze wszystkim, co kiedykolwiek odczuła, jego skóra sprawiała wrażenie zaklętych w kształt ludzkiej dłoni kostek lodu, nie topiących się i niesamowicie twardych. Pewnie starał się tylko musnąć jej policzek, wykonać dziwnie intymny gest, jak na status ich relacji, ale Kuźma poczuła na twarzy nacisk godny przytrzaśnięciu jej z liścia. Może przesadzała, bo trwało to tylko krótką chwilę, ułamek sekundy, podczas którego nie do końca zarejestrowala, co właściwie się wydarzyło.
Po tym geście Eustachy zniknął. Kuźma stwierdziła, że zdecydowanie nadużywał przy niej swoich wampirzych umiejętności. Zostawszy sama w środku lasu, próbowała otrząsnąć się ze wszystkich targających nią emocji, starała się wyrzucić z głowy wszystkie myśli i zachowywać się, jakby absolutnie nic się nie stało, ale… nie potrafiła. Eustachy nią wstrząsnął. Przerażeniem, które potrafił w niej wywołać, tajemniczą i groźną aurą, która go otaczała, lodowatą skórą, hipnotyzującymi oczami oraz zębami. Nie chciała o nim myśleć, ale wciąż powracał, wykopywał się ze sterty innych myśli i zwycięsko stawał na samym jej szczycie, a ona oczami wyobraźni ciągle natrafiała na jego szyderczy uśmiech, niesamowicie wyraźny i dokładny obraz jego twarzy.
Pierwszą lekcję spędziła męcząc się, siedząc jak na szpilkach przed pustą kartką zeszytu. Eustachy nie był na tyle grzeczny i sumienny jak ona, co dało się wywnioskować z prostego faktu – po ich rozmowie w lesie poszedł na wagary, ale tym razem Kuźma nie posądziła go o granie w Ligę. Obraz wampira w jej głowie znacznie się zmienił na przestrzeni ostatnich paru dni i teraz wyobrażała go sobie zasłuchanego w muzykę klasyczną dobiegającą z jego odtwarzacza do winyli i zaczytanego w klasyczną rosyjską literaturę. To znacznie bardziej odpowiadało wizji mistycznej, nieludzkiej i długowiecznej kreatury, oprócz tego, że te rosyjskie klasyki są pewnie młodsze niż sam Eustachy. W każdym razie, taki obraz bardziej odpowiadał wymarzonemu kandydatowi na partnera Kuźmy, co w żadnym razie nie oznacza, że myślała tak akurat o Eustachym.
Po dzwonku na przerwę postanowiła nie męczyć się dalej i zadzwoniła do Terrora, żeby żałośnie drżącym głosem zawiadomić go, że jednak wróci do domu. Wcisnęła mu kłamstwo o słabym samopoczuciu i niemożliwości skupienia się, ale propozycji odebrania jej spod szkoły kategorycznie zaprzeczyła. Kazała mu nie wychodzić z pracy i dosadnie oznajmiła, że musi pooddychać świeżym powietrzem oraz że tym razem nie będzie szła ze słuchawkami na uszach, wszystko to mówiąc bardzo poważnym i silnym głosem (jąkała się).
Wróciwszy do domu, zamknęła się w swoim pokoju i oddała bardzo relaksującej czynności niszczenia sobie strun głosowych podczas desperackiego wrzasku w poduszkę. Po wykorzystaniu tego zjawiskowo dobrego sposobu na wyrzucenie z siebie wszystkich negatywnych emocji, Kuźma przetoczyła się na plecy i gapiła się w sufit, pogrążywszy się w niewesołych myślach.
Uczucia kotłowały się w jej piersi, dokładnie te, które obserwowała od dawna i zawsze je od siebie odrzucała jako rzecz kompletnie nieistotną. Dopiero dzisiaj domyśliła się, że to równoczesne odpychanie i przyciąganie mogły być symptomem bardzo żałosnego zauroczenia się w nieodpowiedniej osobie, a jej podświadomość desperacko starała się wysłać jej sygnały ostrzegawcze. Westchnęła głęboko, wspominając dotyk lodowatych palców na swoim policzku, nie będąc pewną, czy właśnie to jest tym, czego pragnie.
Nigdy nie marzyła o spotkaniu wampira, w przeciwieństwie do wielu dziewczyn określających się jako gotki, które w wieku dwunastu lat naczytały się „Pamiętników wampirów” i na tym oparły całą swoją osobowość. Kuźma zawsze starała się być inna niż wszystkie dziewczyny, bo bycie normikiem nigdy do niej nie przemawiało. Moda na bycie alternatywką również sprawiała jej więcej problemów niż korzyści, bo nagły wysyp pozerów był większy, niż grzybów po deszczu. Po czym nagle to właśnie ona, nigdy niezainteresowana tymi edgy historyjkami o romansach z wampirami, spotkała jednego z nich. Miałaby teraz nie skorzystać z okazji? Mogłaby wszystko opisać w jakimś wystarczająco mrocznym pamiętniku, a potem, po upragnionym powrocie do Warszawy ładnie poprawić i przepisać na komputer, żeby mieć materiał na książkę. Dzięki wstrzeleniu się w dość popularny gatunek z dużą ilością odbiorczyń na pewno szybko stałaby się popularna i zarabiałaby takie miliony, jak autorka słabych powieści o czarodziejach.
Oczywistym było, że do Eustachego przyciągała ją wyłącznie możliwość wydojenia z ich dziwnego dark romasu korzyści finansowych. Serce złamie mu dopiero, gdy zdobędzie wystarczająco dużo materiału. Prędko spisała ten plan w iPhonowych notatkach, oczywiście blokując do niej dostęp, żeby na pewno nikt nie rozgryzł jej trochę za wcześnie. Już miała poszukać jakiegoś idealnie mrocznego zeszytu, gdy cały dom wypełnił się dźwiękiem dzwonka do drzwi.
Zirytowana i mamrocząca coś o głupich listonoszach, którzy zawsze przychodzą w złym momencie, zbiegła na dół. Dopiero po otworzeniu drzwi zorientowała się, że to wcale nie był listonosz, a już przygotowywała się do odebrania listów i ewentualnego podpisania się na tych śmiesznych tablecikach.
– Jędrek? – spytała, kompletnie zbita z tropu. Znowu na twarzy miał tę zmartwioną minę, jak wtedy, gdy odwiedził ją w dniu wypadku. – Skąd ty w ogóle wiesz, że wróciłam do domu? – podejrzliwie dopytała, bo teraz to chłop sprawiał wrażenie narzucającego się stalkera. Od pierwszych dni się do niej przykleił, potem odwalił scenę zazdrości, bo zobaczył ją z innym chłopakiem i przykleił się na nowo. Nagle z sympatycznego metalowca zmienił się w jej głowie w trochę niepokojącego creepa.
– Twój tata do mnie napisał. – Jędrzej szybko rozwiał część podejrzeń Kuźmy dotyczących stalkingu. – Bał się, że zemdlejesz albo stanie ci się coś złego, więc, eee, chciał, żebym sprawdził, czy żyjesz i… i no, kazał mi zapytać, czy coś jadłaś i piłaś…? – Uśmiechnął się niepewnie, starając się całym sobą przekazać jej, że nigdy nie spytałby jej o to sam z siebie, tylko musiał zdać raport Terrorowi, jakby dorosły facet nie mógł zadzwonić do swojej córki i spytać ją o to samo. Może po prostu myślał, że będzie bardziej chętna na rozmowę z Jędrzejem.
– Tak – odpowiedziała, a swoją odpowiedź wsparła zmęczonym westchnieniem. – Po prostu ta szkoła jest chujowa. Wykorzystuję okazję, żeby mnie tam nie było.
– A to ty nie naciskałaś, żeby iść? – zapytał zaskoczony i Kuźma zdała sobie sprawę, że tak, właściwie to dokładnie tak zrobiła. Powstrzymała się od nerwowego śmiechu i ostentacyjnego drapania się po karku, mimo że byłoby to cholernie śmieszne. Ona nie była klasowym śmieszkiem. Dlaczego w ogóle o tym pomyślała? Coś było z nią zdecydowanie nie tak.
– Nie – odparła z całą pewnością siebie, jaką była w stanie z siebie wycisnąć, ale on i tak zrobił minę szczego niedowierzenia. – Po prostu jestem zmęczona.
– Ty śpisz w ogóle, czy tylko czytasz o wampirach po nocach? – zapytał, według Kuźmy, zbyt oceniającym tonem.
– Śpię – odpowiedziała ostro i oschle się z nim pożegnała. Zamknęła mu drzwi przed nosem, zanim zdołał wykrzyknąć żałosne „przepraszam” (pewnie nawet nie wiedząc, za co) tonem dziwnie zmartwionym i smutnym. Kuźma postanowiła się tym nie przejmować i lepiej ukrywać wory pod oczami, które na stałe zagnieździły się na jej twarzy.
Przez dwa tygodnie nie zaznała ani jednego spokojnego snu, który trwałby przez całą noc. Chciałaby przestać o tym myśleć, ale poczucie bycia obserwowaną zaczęło powoli przelewać się do jej codziennego życia. Ciągle próbowała sobie wmówić, że to jakaś głupia forma strachu przed ciemnością, ale nie mogła nie zauważyć, że stopniowo przestawała czuć się bezpiecznie również w świetle dziwnie niebieskiego podlaskiego słońca. Bezskutecznie próbując zasnąć, wysnuwała teorie, że ktoś niepostrzeżenie zamontował w jej pokoju kamery, co było równie niemożliwe, jak sprowadzenie do chaty Terrora routera Wi-Fi (Kuźma przestała mieć nadzieję, że zaszantażowanie ojca tydzień temu cokolwiek dało).
Teraz było tak samo – paranoiczny niepokój obejmował jej ramiona, szyderczo podszeptując do ucha, że oprócz dziwnie nadopiekuńczego zioma z sąsiedztwa i wampirzego kolegi z klasy, po przeprowadzce doigrała się również śledzącego każdy jej ruch stalkera. Trochę spanikowana wygrzebała z kieszeni telefon i bezskutecznie próbowała wyszukać swoje symptomy w internecie, a to wszystko oczywiście przez Jędrzeja, który tak bezczelnie wypominał jej zmęczenie. Google radośnie oznajmił jej, że powinna poszukać jakiegoś innego wujka, który akurat będzie znał odpowiedź na jej pytanie, bo niestety on zbyt wiele nie osiągnie bez dostępu do niezastąpionych danych komórkowych. Kuźma prawie zaczęła wmawiać sobie, że doznawała wczesnych objawów powoli rozwijającej się schizofrenii, gdy usłyszała dźwięk.
Taki dźwięk, jaki dzieci utożsamiają ze zbliżającym się Mikołajem.
Ciche kroki, które usłyszała, nie miały nic wspólnego z hałasem wywoływanym przez kuny na nieistniejącym strychu chaty Terrora. Nad swoją głową Kuźma miała tylko dachówki, po których wyraźnie ktoś stąpał, zbliżając się do okna pokoju dziewczyny. Zamarła, pustym wzrokiem wpatrywała się w szybę i spodziewała się, że za moment zobaczy za nią dobrze wszystkim znaną maskę Krzyku. Przygotowała się do panicznego wrzasku i gdy trupioblada twarz wyjrzała zza rogu, Kuźma wydała z siebie bardzo niekobiecy i zawstydzający dźwięk. Na tyle głośny, że stojący na jej parapecie Eustachy niebezpiecznie się zachwiał i prawie spadł na niekoszony od co najmniej roku trawnik Terrora.
– Co ty, kurwa, robisz? – warknęła Kuźma, otworzywszy okno.
– Myślałem, że lubisz takie horrorowe klimaty – wyjaśnił beznamiętnym tonem i zgrabnie wsunął się do pomieszczenia. Rozejrzał się dookoła, a dziewczyna nie mogła wyczytać z jego miny, czy jest bardziej zaskoczony wystrojem jej pokoju, czy totalnie go akceptuje. Ilość Pusheenów i różowego koloru niekoniecznie pasowała do jej pseudogotyckiej prezencji, zazwyczaj każdy ją o to pytał, niedowierzając, że dziewczyna może mieć różne zdanie dotyczące wystroju wnętrz i stylu ubioru.
– Nie, co ty tutaj robisz? – sprecyzowała pytanie, już odpuszczając krytykę tamtej zupełnie niepotrzebnej podbudowy z głośnymi krokami na dachu, które z pewnością miały po prostu nadać całemu wydarzeniu „horrorowego charakteru”.
– Przyszedłem cię odwiedzić – odparł, jakby najzwyczajniej w świecie wszedł przez drzwi wejściowe i może jeszcze przyniósł jej kwiaty.
– To ty mnie ciągle obserwowałeś? – prychnęła, choć nie potrafiła odczuwać złości. Nagle te wszystkie nieprzespane noce i niepokój stały się dla niej swego rodzaju powodem do dumy, bo w końcu Eustachy się nią w jakiś pokrętny sposób zainteresował. Na tyle, żeby obserwować ją we śnie (gdyby był człowiekiem, to w życiu by mu tego nie wybaczyła).
– Mooże. – Zaśmiał się cicho, w taki sposób, że to musiał być śmiech wymuszony. – Ale bardziej chciałem ci coś pokazać.
– To było bardzo niezgrab- ŁOA – wykrzyknęła, gdy chłopak podniósł ją jak małe, nic nieważące dziecko i posadził ją sobie na barana. Automatycznie ścisnęła jego twarde ramiona, próbując pozbyć się wrażenia, że przytula się do kamienia. – Co ty-
– Trzymaj się, małpiatko.
Prawie się popłakała. Z zażenowania. Nie była w stanie nawet na to odpowiedzieć, bo tak ją zatkało. Łzy pojawiły jej się w oczach i była bliska przekręcenia się przez ilość czystej żenady, jaka ją zalała. Ogarnęła ją ogromna chęć puszczenia go i chodzenia w kółko, żeby wychodzić z siebie cały cringe, ale Eustachy postanowił, z nią na plecach, wyskoczyć przez okno. Próbując nie wydać z siebie pisku przerażenia, Kuźma ścisnęła go jeszcze mocniej, czując, jak każda z jego kości i każdy z jego mięśni boleśnie wbija się w jej ciało.
Powinien sam siebie nazwać małpą, bo to on z ich dwójki skakał po drzewach. Świat wokół Kuźmy migał szybciej niż podczas jazdy rollercoasterem i jej mózg nie był w stanie zarejestrować, czym są mijane przez nich smugi.
– Gdzie ty mnie zabrałeś? – zapytała od razu, gdy się zatrzymali i wreszcie mogła go puścić.
– Nie czujesz różnicy?
– Jakiej kurwa różnicy? – Kuźma rozejrzała się dookoła, ale literalnie nie dostrzegła nic oprócz kolejnych drzew kolejnego lasu. Wróciła wzrokiem do uśmiechającego się Eustachego, który wyglądał, jakby właśnie odkrył Amerykę lub nowy pierwiastek chemiczny.
– Światło – rzucił tajemniczego, za bardzo starając się ją naprowadzić na rozwiązanie i zmusić do myślenia, niż było konieczne w tej sytuacji.
– Że co?
Eustachy pokręcił głową z politowaniem i z właściwą kamiennemu posągowi brutalnością chwycił ją za rękę. Powstrzymała się od powiedzenia mu, że zabolało. Ostatnim, czego chciała, było uznanie jej za porcelanową lalkę.
Zaciągnął ja na zalaną słońcem polanę i dopiero wtedy Kuźma dostrzegła zmianę. Tak przyzwyczaiła się do niebieskości Białegostoku i wsi obok, że zapomniała, jak wyglądał normalny, teraz odrobinę zbyt żółty, świat. Szybko mrugała, żeby odgonić łzy wzruszenia. Nie wiedziała, że tak bardzo tęskniła za normalnym światłem. Nawet miała zamiar odwrócić się do Eustachego i podziękować mu za tę wycieczkę, ale literalnie ją zatkało, gdy spróbowała na niego spojrzeć.
Świecił. Jakby minutę temu wytarzał się w brokacie jak typowy pies w krowim łajnie. Każdy centymetr skóry Eustachego mienił się tak bardzo, że Kuźma musiała zmrużyć oczy.
– Co jest, kurwa? – wymamrotała. – Czemu ty normalnie tak nie świecisz?
– Białostocka aura – odpowiedział, jakby to miało cokolwiek wytłumaczyć.
Kuźma nie dopytała. Wpatrywała się zachwycona w istotę, która obnażyła przy niej wszystkie swoje tajemnice i trudno, żeby po tej sytuacji nie wpadła w syndrom głównej bohaterki słabej powieści dla nastolatek. Do niedawna jeszcze negowała myśli o tym, że serio była jakaś specjalna i wybrana przez los.
Eustachy nie pozwolił jej zbyt długo nacieszyć się tym widokiem. Usunął się do cienia, a wraz ze zniknięciem wytwarzanego przez jego skórę blasku, Kuźma paradoksalnie odzyskała zdolność jasnego myślenia.
– Dlaczego mi to wszystko pokazujesz?
– Żebyś wiedziała, jak wygląda mój świat – powiedział to bez grama zwykłej mistyczności w głosie. Kuźma zmarszczyła brwi w konsternacji, bo wydawało jej się, że usłyszała w jego tonie wyłącznie smutek.
Nie zdążyła o to zapytać. Znowu pędzili przez las, tym razem w stronę Białegostoku.
Wieczorem odnalazła najbardziej mroczny zeszyt w linie, jaki miała w swoim posiadaniu. Długo stukała długopisem w biurko, aż wreszcie, dobrze wyćwiczoną, gotycką czcionką zapisała pierwsze zdania swojej debiutanckiej powieści o tym, jak poznała wampira i (może) się w nim zakochała.

Trochę ironiczne będzie stwierdzenie, że po tamtej wycieczce na nieznaną Kuźmie polanę, Eustachy ją zaślepił. Zaczęła unikać Jędrzeja znacznie mniej umiejętnie, niż on unikał jej – wciąż próbował odprowadzać ją do szkoły, ale powoli zaczął zwracać uwagę na jej ciągłe rozkojarzenie, które ona zbywała wiecznym niewyspaniem. Musiał dziesięć razy powtarzać każde pytanie, nie doczekiwał się odpowiedzi i mógł tylko bezsilnie obserwować puste spojrzenie Kuźmy, którym go obdarzała. Po paru dniach wreszcie załapał aluzję, przynajmniej tak myślała dziewczyna, i przestał codziennie przychodzić pod dom jej ojca.
Jej myśli zaprzątał Eustachy, tyle że w innej manierze, niż do tej pory. Wcześniej wmawiała sobie, że go nienawidziła. Teraz łączyło ich coś na miarę okropnego situationshipu człowieka i wampira, który nie ma pojęcia, jak obchodzić się z ludźmi. Żart, że Eustachy jest bipolarny, stał się ich osobistym inside jokiem i zanim Kuźma się zorientowała, to dziwne wahania nastroju wampira przestały ją obchodzić. Stały się jedną z jego cech, które tak po prostu zaakceptowała, zapominając, jak kiedyś były dla niej irytujące.
Eustachy codziennie zjawiał się w jej pokoju, zawsze oznajmiając swoje przybycie głośnym stąpaniem po dachówkach i cichym pukaniem w okno. Kuźma zawsze posłusznie go wpuszczała, a każde takie spotkanie, mimo że stało się ich rutyną, nieziemsko ją ekscytowało.
– Powiedz – zaczęła, gdy pewnego wieczora obijali się, leżąc razem w łóżku, jak to nastolatkowie mają w zwyczaju – czemu mnie jeszcze nie zabiłeś?
Długo nie odpowiadał. Ta pauza nie wywołała w niej niepokoju, ba, nawet nie pomyślała, że jego zastanawianie się nad odpowiedzią może być dziwne.
– A jak myślisz? – zapytał wreszcie, jakby choć raz nie mógł udzielić jej jasnej odpowiedzi. Przez chwilę próbowała odszukać ją w jego oczach, które, jak zawsze, nic jej nie mówiły.
– Myślisz, że czemu cię pytam, cwelu?
Eustachy prychnął śmiechem i pokręcił głową z niedowierzeniem, jak robił zawsze, gdy uznawał ją za uroczą (czyli zawsze, gdy próbowała być wredna i starała się mu inteligentnie odpyskować).
– Nie gustuję w ludzkiej krwi – przyznał wreszcie. Kuźma czekała, aż powie coś jeszcze, ale chłopak uparcie milczał, wpatrując się w nią nieruchomym wzrokiem.
– Jesteś wege? – wreszcie wydusiła jedyną rzecz, która przyszła jej do głowy. Eustachy potwierdził wyłącznie pokiwaniem głową. – Czemu?
– Nie chcę o tym rozmawiać.
– Weź – naciskała, bo według niej powiedział to bardzo nieprzekonującym tonem. – To ciekawe. Czemu? – Wymownie przewróciła oczami, gdy dalej nie odpowiadał. – Po prostu nie masz psy-
Bez żadnej, najmniejszej nawet zapowiedzi, pocałował ją. W pierwszej, pełnej szoku i niedowierzania chwili chciała go odepchnąć, nawet jeśli to nic by nie dało. Myśli, które krzyczały, że to zbyt szybko i zbyt nagle, szybko zgasły, przykryte narzuconą na jej umysł mgłą, której nie próbowała się przeciwstawić, wbrew wszystkiemu, co twierdziła o swojej asertywności.
Wargi Eustachego były wargaami marmurowego posągu, twarde i zimne, jak zresztą całe jego ciało. Zgubiła się w tej dziwnej sensacji, która nie przypominała normalnego pocałunku. Skóra Eustachego nie nagrzewała się nawet podczas długiej styczności z jej ciałem; on nie zachowywał się jak rzeźba, która po pewnym czasie stałaby się przyjemnie ciepła. Wampir zawsze był lodowaty, tak różny od wszystkiego, co Kuźma znała.
To Eustachy przerwał pocałunek, jeszcze zanim dziewczyna dobrze zorientowała się w tym, co tak właściwie się wydarzyło. Bezceremonialnie ją od siebie odepchnął, gwałtownie przerywając zbliżenie.
Chciała coś powiedzieć, ale słowa wyparowały z jej umysłu. Nie zdążyła niczego z siebie wydusić, zanim chłopak bez słowa podniósł się i z łatwością wydostał się z pokoju przez otwarte od jego przybycia okno.
Gdy dotarła do parapetu, jego już nie było w zasięgu jej wzroku. Stała przy oknie długą chwilę, smagana chłodnym wiatrem, przez chwilę mając nadzieję, że Eustachy jednak wróci. Że nie okaże się okropnym tchórzem, który nie potrafi znieść tej krótkiej, ale niezręcznej chwili po pierwszym pocałunku.
Nie pojawił się nawet, gdy jej serce zwolniło bieg, a w jej uszach przestała głośno szumieć krew. Kuźma oderwała się od parapetu i opadła na łóżko, żeby tam ukryć twarz w dłoniach i stwierdzić, że to wszystko zaszło zdecydowanie dalej, niż planowała.
Miała się w nim nie zakochiwać, nie przywiązywać się, a już na pewno nie chcieć, żeby znowu ją pocałował, mówiła sobie to tyle razy i tyle razy wypisywała to w swoim zeszycie, zanim o nim zapomniała i pozwoliła, żeby kurzył się w kącie. Jędrzej ją przed tym ostrzegał, przed wszystkimi kowalami. Musiał wiedzieć, że to mącące w umysłach kreatury, które nie zwiastowały niczego dobrego.
Zaćmiło ją. Wiedziała to, czytała o wampirach. Wpadła prosto w sidła jednego z nich i teraz nie wiedziała, jak się z nich wyplątać.
Zbliżała się szesnasta, więc na zewnątrz zaraz miało zacząć robić się ciemno. Kuźma nie myślała o tym, gdy narzucała na siebie cienką kurtkę i wciskała na stopy Conversy. Nie myślała o tym, gdy bez znajomego ciężaru telefonu w kieszeni szła poboczem wiejskiej drogi, tam, gdzie miała wrażenie, że mieszkał Jędrzej.
Na całe szczęście, był metalowcem. Znalezienie metalowca na wsi pogrążonej w popołudniowej, późnojesiennej ciszy nie należało do zadań szczególnie trudnych. Wystarczyło, że Kuźma trochę wytężyła słuch i poszła za dobiegającymi z oddali odgłosami gry na perkusji.
Jak burza wparowała do garażu, w którym na każdej powierzchni krzywymi literami wypisano jedno słowo.
„Ciągnik”.
Straciła pewność siebie, gdy okazało się, że Jędrzej nie był tam sam. Po jej nagłym wejściu muzyka ucichła i w Kuźmę wbiło się sześć par oczu, z czego piątka była jej kompletnie nieznana. Gdyby nie znajdowała się w sytuacji kryzysowej oraz zagrożenia życia i zdrowia, to może trochę by się zawstydziła tym bezceremonialnym zakłóceniem próby wspaniałego, popularnego zespołu Ciągnik.
– Jędrzej, musimy porozmawiać – przemówiła tonem nader poważnym, spodziewając się, że chłopak od razu rzuci pałeczki w pizdu i przekaże jej całą atencję, jakiej w tej chwili potrzebowała.
– Później – zgasił ją, ledwo co obdarzając ją spojrzeniem. – Chyba widzisz, że jestem zajęty.
Zatkało ją. Zamrugała zdezorientowana i bardzo chciała coś na to odpowiedzieć, ale wszyscy zwyczajnie ją zignorowali. Wznowili grę kawałka przerwanego przez wtargnięcie dziewczyny i tym samym zmusili ją do cichego sterczenia w kącie, bo w tym zasyfionym garażu nie było nawet miejsca, żeby gdzieś usiąść.
Zdławiła łzy w zarodku. Nie myślała o tym, jak czuła się upokorzona i zmieszana z błotem przez chłopaka, którego miała głęboko w dupie przez ostatnie tygodnie. Zresztą, miała go gdzieś od samego początku, co dotarło do niej dopiero teraz. Wykorzystywała go, sama już nie była pewna, do czego. Przełknęła wstyd i złość, zacisnęła zęby i pięści.
Miała nadzieję, że jej słowa zrozumiał jako zapowiedź przeprosin. W myślach nawet podziękowała mu za spławienie jej, bo dokończyła wymyślać mowę przeprosinową idealnie w momencie, gdy nogi niemiłosiernie bolały ją po staniu jak słup soli w kącie garażu i jej dłonie zdrętwiały z zimna, a wszyscy członkowie Ciągnika wreszcie zaczęli się ze sobą żegnać. Wreszcie, czując się jak mokry i smutny harcik, została sama z Jędrzejem.
– Przepraszam. Za to, jak cię trakowałam – wydusiła z siebie, nie czekając, aż chłopak podniesie się zza perkusji. – To było cholernie głupie i na pewno raniące, i to wszystko wina mojej jakiejś głupoty, buty i bycia kompletna idiotką, która nie rozumie, że ktoś naprawdę chce się z nią zakolegować chociaż i się o nia martwi – powiedziała, trochę za szybko i na jednym wydechu.
– Okej – odpowiedział. Tak po prostu. Nic więcej. Patrzyła na niego, otumaniona. Spodziewała się srogiego opierdolu z jego strony, a on po prostu się do niej uśmiechnął. Swoim zwykłym, niesamowicie miłym sposobem.
– Tyle potrzebowałeś, żeby mi wybaczyć? – upewniła się.
– No, najwyraźniej zależało ci na tym tak bardzo, że stałaś w moim garażu przez dobrą godzinę, robiąc sobie rachunek sumienia.
– A. No tak – wymamrotała i starała się patrzeć gdziekolwiek, byle nie na Jędrzeja. – Mam jeszcze jedną sprawę. Bo zjebałam trochę bardziej niz tylko to.
Jędrzej wreszcie podniósł się znad perkusji. Kuźmę trochę przytkało, bo najwyraźniej zapomniała, jak wysoki był. Może nawet urósł parę centymetrów w czasie, gdy się nie widzieli.
– Chodź do domu. Zimno się tu robi – powiedział, chociaż chłód mu najwyraźniej nie przeszkadzał. Kuźma zaczynała szczękać zębami, a on popylał po polu w koszulce z krótkim rękawkiem i szortach.
Tak jak jakiś czas temu, który Kuźmie wydał się odległy o co najmniej parę lat, Jędrzej bez pytania objął ją ramieniem i podprowadził do drzwi. Tym razem nie sprzeciwiła mu się nie przez zaskoczenie, ale przez to, jak ciepłe miał ręce.
Na moment zostawił ją samą w swoim pokoju, żeby wrócić z kubkiem parującej herbaty w dłoni.
– To co się stało? – zapytał i Kuźma poczuła się jak na przesłuchaniu u szkolengo pedagoga.
– Tragedia się stała – wyznała, bo inaczej to się tego nie dało określić. – Eustachy się za bardzo poczuwa. Wobec mnie.
– Czekaj. – Jędrzej zmarszczył brwi. – Ty do mnie przychodzisz, żeby się pożalić na swojego chłopaka?
– Kogo, kurwa?
– No, a nie?
– NIE. Absolutnie nie. Boże. Kurwa, Jędrzej. – Kuźma odstawiła kubek z herbatą i ukryła twarz w dłoniach, coraz bardziej czując, że jest bliska płaczu. – Ja nawet nie wiem, jak się w to wplątałam.
– Nie powiedziałaś „nie” wystarczająco wcześnie? – zasugerował.
– Przestań ze mnie kpić. To poważne.
– Po prostu z nim zerwij, jeśli ci się to nie podoba.
Pomiędzy nimi zapadła cisza. Wpatrywalki się w siebie, dopóki Kuźma nie wydusiła:
– Ty jesteś na mnie zły.
– Ja po prostu nie wiem, co innego ci poradzić. – Rozłożył ręce w bezsilnym geście. – Znaczy, może tak trochę jestem zły – dodał z uśmiechem, który może miał być uśmiechem skruchy za to, że wciąż śmie się na nią gniewać.
– Dzięki za herbatę – wymamrotała, choć nie wypiła najdrobniejszego łyka.
Nie poprosił ją, żeby zaczekała. Wyszła z jego domu, pocieszając się tym, że przynajmniej próbowała… coś zrobić. Gdy wróciła do domu, łzy pozostawiły po sobie wyłącznie zaschnięte smugi na jej policzkach. Zignorowała wyrzuty Terrora o nieodbieraniu telefonu i chodzeniu po wsi po nocach, nie mając najmniejszej ochoty na słuchanie, jak bardzo ma przepierdolone. To zupełnie tak, jakby jej życie nie było wystarczająco okropne.
Chciała uciec. Wsiąść do pociągu, wrócić do Warszawy i wmówić sobie, że to wszystko było wyłącznie złym snem.

Natępnego dnia bardzo nie chciała iść do szkoły, ale Terror nie zwracał najmniejszej uwagi na jej próby sfałszowania bolącego brzucha i mdłości. Wyrzucił ją za próg, prosto na Jędrzeja, który najwyraźniej postanowił wznowić zwyczaj odprowadzania jej do szkoły, który stał się bardzo gwałtownie falującą sinusoidą.
– Zawsze mogę jakoś ci pomóc z tym zerwaniem.
– To nie jest zerwanie, bo nigdy nie byliśmy razem – warknęła, ale jej wściekły ton nie zrobił na Jędrzeju najmniejszego wrażenia.
– To mu powiedz, że zawsze byliście przyjaciółmi i niczym więcej nie będziecie.
– Jędrek, on jest pierdolonym wampirem.
– Ale co innego masz zamiar zrobić? – zapytał, teraz już wyraźnie sfrustrowany. – Zadzwonić do mamusi i uciec do Warszawy bez załatwienia tutaj wszystkich spraw?
– A wiesz, że tak? – wymamrotała płaczliwie, wpatrując się w płyty chodnikowe. Jędrzejowi chyba zrobiło się jej żal, bo delikatnie poklepał ją po ramieniu i głęboko westchnął, co chyba było jego sposobem na okazywanie współczucia.
– Jeżeli nie dasz rady sama tego zrobić – wysunął kolejną propozycję – to mogę poudawać twojego nadopiekuńczego chłopaka.
Przynajmniej ta jedna sugestia wywołała u niej słaby uśmiech.

Całe pierwsze dwie godziny przesiedziała jak na szpilkach, ale Eustachy nie pojawił się ani na nich, ani na pozostałych lekcjach. Kuźma skłamałaby, gdyby przyznała, że jej to nie cieszyło. Wiedziała, że nie dałaby rady samodzielnie zerwać, więc im dłużej nie widziała się z Eustachym, tym lepiej. Do domuj wracała nawet całkiem zadowolona z tego, że mogła uniknąć jakiejkolwiek interakcji z nim.
Jednak wieczorem uderzyło w nią dziwne uczucie niepokoju. Nie tego zwykłego niepokoju, który towarzyszył jej wraz z uczuciem bycia obserwowaną. Tym razem właśnie tego brakowało – śledzących ją oczu, które stały się naturalną częścią jej życia, ostatnio znacznie częściej przybierając formę dobrze jej znanego wampira, a nie początkowego stadium schizofrenii.
To było dziwne. Nienaturalne. Na tyle, że aż napisała o tym w swoim zeszycie, tuż przed zapadnięciem w najbardziej spokojny sen, którego doświadczyła od miesięcy.
Opowiedziała to wszystko Jędrzejowi, gdy rankiem znowu odprowadzał ją do szkoły.
– Czyli ci nie powiedział, że gdzieś jedzie? – Chłopak podrapał się po brodzie i przez chwilę się nie odzywał, wpatrując się w niebo ze zmarszczonymi brwiami. – Ale nawet słońce nie jest szczególnie jasne.
– W sensie?
– Mówiłem ci, że jak zaczyna prażyć, to zawsze gdzieś wyjeżdżają. W lato robi się tutaj trochę mniej niebiesko – przypomniał jej. – Przed lekcjami możemy szybko skoczyć do tej ich willi.
– Żeby sprawdzić, czy tym razem na pewno wyjechali?
– Dokładnie – przytaknął jej Jędrzej z łobuzerskim uśmiechem.
Zaprowadził ją do tego samego lasu, w którym na początku września zbierali grzyby. Teraz wszędzie było znacznie wilgotniej i bardziej szaro, zamiast po miękkiej ściółce Kuźma musiała ostrożnie stąpać po śliskich liściach, dawno opadłych z drzew. Po kilku desperackich próbach, podczas których próbowała utrzymać równowagę po zachwianiu się na mokrym podłożu, Jędrzej zaoferował jej trzymanie go pod ramię w ramach podpory. Długo się nad tym nie zastanawiała, bo już wolała to, niż zaryć twarzą w obślizgłe liście.
Wreszcie dotarli do domu Kowalów, który Kuźma wyobrażała sobie zupełnie inaczej. W głowie miała obraz śnieżnobiałej willi ze starannie przystrzyżonym trawnikiem w ogrodzie i zadbanymi rabatami kwiatów, ze stojącą na podjeździe wystawką drogich samochodów. Jednak przed jej oczami wykwitł kompletnie inny obraz: ściany domu były brudnoszare i pokryte zaciekami, ogród zarósł chwastami i wysoką trawą. Okna zasłonięto od zewnątrz, a podjazd składał się z marnych, popękanych płyt.
Kuźmę wryło w ziemię. Popatrzyła w górę, na Jędrzeja, który wyglądał na niemniej zszokowanego, niż ona.
– To zawsze tak wyglądało? – zapytała ostrożnie, choć mina chłopaka zdradziła jej odpowiedź jeszcze przed tym, jak podjęła decyzję o odezwaniu się.
– Nie – odpowiedział i wreszcie otrząsnął się ze zdumienia. Uśmiechnął się szeroko i spojrzał jej w oczy. – Wygląda na to, że twój problem sam się usunął – oznajmił radośnie, widocznie ciesząc się tym bardziej, niż ona.

O Eustachym i reszcie wampirów nie słyszała do końca swojego pobytu na Podlasiu. Tydzień od zniknięcia Kowalów zaczęły krążyć plotki dotyczące powodu ich nagłej przeprowadzki oraz rozpoczęły się narzekania na brak żadnych przystojnych lekarzy w okolicy. Wszyscy ignorowali to, że dom Kowalów wyglądał, jakby opuścili go co najmniej parę lat temu. Kuźma wątpiła, że ktokolwiek oprócz niej i Jędrzeja kiedykolwiek zawędrował w tamtą stronę.
Po miesiącu plotki ucichły. Życie toczyło się dalej swoim rytmem, a to kuźmowe balansowało pomiędzy chatą Terrora a pokojem Jędrzeja, aż pewnego, pięknego dnia, zadzwoniła do niej Gaudencja z wiadomością, że nadszedł czas na powrót do Warszawy.
Tym razem Kuźmę oślepiła wyłącznie radość, w obliczu której udało jej się przeżyć bolesne pożegnanie z Jędrzejem.
Podlasie, bardzo radośnie i z ogromną ulgą, nareszcie zostawiła za sobą. Mogła nawet powiedzieć, że stała się znacznie lepszą, inteligentniejszą osobą dzięki wydarzeniom, które ją tam spotkały.
Dla uściślenia: zostawiła za sobą wszystko, oprócz okazjonalnego czatowania z Jędrzejem przez Discorda, który po latach wyoutował jej się jako gej wilkołak. Uznawszy go za furasa z ekshibicjonistycznymi skłonnościami, zerwała kontakt.


────
[18507 słów: Kuźma otrzymuje 185 Punktów Doświadczenia]