czwartek, 19 marca 2026

Od Izana CD Vergila — „Pretor zawsze będzie moim wrogiem”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Dzieci w tych czasach to jakieś nieporozumienie — ciągnął dalej lar. Izan przytakiwał mu głową. — Nie słuchają się już starszych. Mówiłem mu, nie idź do podziemi, bo to nie jest miejsce dla dzieci! Powiedział, żebym zajął się sobą i swoimi sprawa. Bezczelne.
— Pretor też taki jest — mówił z uśmiechem Izan. Cały czas liczył na to, że lar stanie po jego stronie i zacznie obrażać Vergila. — Bezczelny i bez taktu. Rozumiesz, panie starcze… Pupuliuszu Pupciusiu.
— Jak mnie nazwałeś?! — uniósł się. Podniósł rękę z laską do góry i zamachnął się nią w stronę Izana. — Nazywam się Publiusz Porcius i jestem…
Izan został brutalnie odciągnięty przez Vergila. Szarpał się dłuższą chwilę, zanim udało mu się uwolnić. Pretor miał całkiem niezły chwyt i pod wpływem emocji potrafił pokazać swoją… mniej delikatną stronę. Izan to lubił. To znaczy, lubił denerwować Vergila i lubił przekraczać jego granice, dlatego też poniekąd spodobało mu się, że tak zareagował.
Vergil zabrał przybranego braciszka do podziemi. Nikt nigdy się tam nie zapuszczał, bo jedynie pretorzy wiedzieli o istnieniu takim miejscu. Podziemia nie mieściły się one tylko pod koloseum — była ich cała masa w Nowym Rzymie. Lary nie miały trudności w ich znalezieniu, przechodzili przecież przez ściany i tym samym wiedzieli o istnieniu każdej możliwej dziury.
Izan pierwszy raz wchodził do takiego miejsca — zimnego, mrożącego krew w żyłach kanału, jak w najgorszym horrorze z lat siedemdziesiątych. Brakowało jeszcze czarno-białego filtra.
— Bezsensu — zaczął narzekać niecałe dziesięć minut po wejściu. — Nie znajdziemy go tutaj.
Tak naprawdę się bał. Przerażała go wizja snucia się po kanałach jak po labiryncie. Wolał olać tę sprawę, wrócić na powierzchnię i wkurwiać Vergila w lepszych warunkach. Tutaj zbyt przejmował się własną dupą.
— Boisz się? —Vergil chyba wyczuł słaby punkt Izana i oczywiście musiał skorzystać z tej słabości. Wbijał więc po kolei kolejne igły i denerwował ambasadora Marsa. — Możesz wrócić, jeśli chcesz. Nie zatrzymuję cię.
Vergil wiedział, że Izan nigdzie nie pójdzie, ale sprawiało mu przyjemność w prowokowaniu go. Zdenerwowany i zdeterminowany Izan był lepszy niż leniwy i narzekający buc.
— Nigdzie nie idę — prychnął. Założył ręce na piersi, jakby chciał siebie samego przytulić. — Ruszaj się! Nie mamy całego dnia!
Poganiał Vergila, chociaż to on gubił krok pretora i co jakiś czas musiał do niego podbiegać.
Przeszli przez długi tunel i weszli do otwartego pomieszczenia. Nikt się nawet nie pofatygował, żeby zamontować drzwi.
— Poczekaj, tutaj mogą być pułap…
Izan nie pozwolił Vergilowi dokończyć. Poszedł pierwszy. Nogą naruszył linkę, która była podłączona do przyczepionej do drewnianej belki kuszy. Strzała wystrzeliła w jego kierunku, a Izan w ostatniej chwili odchylił się do tyłu. Gdyby nie wypracowany refleks (i jedyna działająca komórka mózgowa), to skończyłby z metalowym — może nawet zardzewiały — grotem w ramieniu.
Na czole mężczyzny pojawiły się pierwsze kropelki potu. Był wystraszony bardziej niż podczas ich krótkiej podróży przez podziemny tunel.
— Idź pierwszy. — Odwrócił się do Vergila.
Vergil go zignorował. Może to i lepiej? Gdyby wywiązała się między nimi kłótnia w takim miejscu, to zapewne wpadliby w znacznie gorszą pułapkę niż w naładowaną jedną strzałą kuszę.
Pretor ominął linkę, którą zerwał przed chwilą Izan i zaczął szukać kolejnych takich samych. Ktokolwiek, kto projektował to miejsce, z całą pewnością nie był ekstrawertykiem, tylko jakimś aspołecznym gnojkiem, który nienawidził gości i chciał spędzać tutaj wolne popołudnia w samotności.
— Czego ty szukasz, co? — prychnął śmiechem Izan. Był już cały spocony pod pachami i zaraz zacznie śmierdzieć. — Przyszliśmy tutaj po srala. Jebać te pułapki. Jedną zniszczyliśmy!
— Ty w nią wszedłeś, a nie zniszczyłeś — zauważył pretor. — Ich może być tutaj więcej. Podziemia zawsze są tak dobrze zabezpieczone.
— No, no, sranie w banie — skomentował Izan. — Ja idę dalej! Bez ciebie!
Jak powiedział, tak zrobił. Zostawił Vergila w tyle i przeszedł w głąb pomieszczenia. Kroki stawiał bardzo nieuważnie (jak na zbyt pewnego siebie gnojka przystało), przez co otworzył kolejny ogień z kolejnych kusz zostawionych na potencjalnych debili.
— Kurwa! — krzyknął, odskoczywszy do tyłu. — Przecież tutaj mieszkał jakiś wariat!
Vergil chciał tylko powiedzieć „a nie mówiłem?”, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
— Nie powinniśmy tutaj dłużej zostawać.
Zdecydowanie nie powinni. Byli tutaj o jakąś minutę za długo i najwidoczniej systemy bezpieczeństwa anty-półbogowe to wyczuły. Ziemia zaczęła się trząść, jakby właśnie mieli doświadczyć trzęsienia o sile siedem w skali Richtera.
Izan z trudem starał się utrzymać równowagę, a Vergil w tym czasie próbował odnaleźć wyjście, które — na ich nieszczęście — zostało odgrodzone kratami. Byli w potrzasku.
— Wyłącz to! — wrzeszczał Izan. — Zginiemy, kurwa!
— Przestań drzeć mordę! — odkrzyknął mu Vergil. — Nie mogę się skupić!
— Niby taki, kurwa, mądry jesteś, a nie umiesz tych jebanych drzwi otworzyć?! Kto to zamknął?!
— Twoja stara!
Przekrzykiwali się jeszcze chwilę, aż z wrzaskiem nie spadli. Podłoga okazała się ogromnym włazem.
Izan wylądował na Vergilu, a Vergil leżał plackiem na kamiennej posadce.
— Zejdź ze mnie, oblechu — warknął Izan.
— Tak się zdaje, że to ty leżysz na mnie.
Obolały Vergil spróbował się podnieść. Izana wyjątkowo łatwo było z siebie strzepnąć. Jak denerwującą muchę.
Znajdowali się teraz w znacznie mniejszym pomieszczeniu. Wyglądało, to jak czyjś pokój. Pokój nastolatka, można by powiedzieć, bo pod ścianą stało małe biurko, a obok biurka półka z książkami. Na ścianach za to wisiały plakaty rozebranych kobiet (ktoś miał straszny gust) i przystojnych centaurów.
— Twój typ, co, Vergil? — Izan zerwał jeden z plakatów i podszedł z nim do pretora. — Lubisz konie?
— Możesz się skupić?
— I tak stąd nie wyjdziemy. Zdechniemy tutaj. Znaczy — zaczął się poprawiać — TY zdechniesz. Ja stąd jakoś wyjdę.
Vergil przewrócił oczami.
— To wyjdź. Pokaż, jaki z ciebie ambasador Marsa.
Izan poczuł się urażony. Wiedział, że Vergil go wyzywał i nie spodobał mu się ton wypowiedzi pretora. Nabrał powietrza w płuca i wypiął klatkę piersiową.
— Zobaczysz Vergil. — Wystrzelił palec wskazujący w stronę Vergila. — To ja znajdę tego srala. To mnie wszyscy będą uwielbiać. To MNIE ojciec wybrał na ambasadora! Nie zawiodę go. Ty go zawiodłeś wiele razy! Jesteś synem, który nic nie potrafi! Nawet nie umiesz zarządzać oboze…
Przerwał im głośny syk. Uciekające powietrze. A może uciekający gaz?
Izan z przerażeniem zaczął szukać źródła odgłosu. Na policzkach poczuł gorąc. Coś… coś było ewidentnie na tak.
Nie wiedział, kiedy dokładnie złapał Vergila za ramię, ale w ostatniej sekundzie pozwoliło uniknąć mu to spalenia na wiór. Tuż przed ich twarzą buchnął wysoki płomień. Jeden z kosmyków Izana się zapalił.

a może ich pocałujemy enemies to lovers?
────
[1021 słów: Izan otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 16 marca 2026

Od Judasa CD Havu — „Take me to church”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Odszedł od stolika i wziął dla siebie colę w szklanej butelce. Pracownik zza lady podał mu otwieracz, po czym wrócił do swoich spraw. Ze wszystkiego złego pozytywnym faktem było to, że prawdopodobnie nadal byli w Stanach, sądząc po akcencie obsługującego ich mężczyzny. Vincent może i nie miał pojęcia, co wyprawia ze swoimi mocami, ale nie były one na tyle potężne, aby komukolwiek tym brakiem kontroli zaszkodzić.
Chłopak i Havu na szczęście się dogadywali, na opór zestresowanego Judasa, który tylko zastanawiał się, co powinni zrobić. Czuł się jak głowa rodziny, jak jedyny odpowiedzialny członek rodziny, który musi wszystkim zarządzać, żeby dom nie przewrócił się do góry nogami. I tak proste zadanie go przerosło, bo tak naprawdę nigdy nie był kimś obowiązkowym, kto dopina wszystko na ostatni guzik i jest na tyle niezorganizowany oraz chaotyczny, że nie powinien mieć pod swoją opieką takiej dwójki, jak Havu i Vincent, bo już po godzinie przez ich beztroskę zaczął czuć się, jakby pilnował dzieci.
Zapomnieli po jakimś czasie, że są na przypadkowej plaży, do której się niespodziewanie przeteleportowali, w swoich pidżamach, a z perspektywy nieznanych osób muszą wyglądać (co najmniej) dziwnie — dwójka dorosłych mężczyzn, gdzie jeden z nich potem zamówił alkohol, w towarzystwie nastolatka.
Nie mieli za bardzo, co ze sobą zrobić, a udanie się gdzieś bez znajomości miejscowości mogłoby pogorszyć ich sytuację. Z tego powodu zajęli stolik na parę godzin, ciągle coś zamawiając i prawdopodobnie postradali wszystkie zmysły. Na stoliku zebrały się puste szklanki oraz naczynia — nie mogli przecież być głodni cały dzień, a nie dokończyli swojego śniadania. Havu był w swoim żywiole, Vincent najwyraźniej odpoczywał od obozowych obowiązków, Judas także przestał już myśleć o tym, jak dostać się z powrotem do San Francisco. Skoro się tu teleportowali, to się też odteleportują. Skoro weszło, to też wyjdzie. Najwyżej pojadą stopem. Wystarczy dopilnować Vincenta, aby tym razem nie zniknął, bo mogą go już nie odnaleźć w takiej sytuacji.
Zaczynało być na niebie już pomarańczowo, a bar napełniał się kolejnymi osobami, zapewne będącymi na urlopie, przychodzącymi odpocząć po całym dniu. Było tłoczno, słychać było same rozmowy, przez które ledwo co przebijała się puszczana muzyka. Próbował się w nią wsłuchiwać, wyłapywać rytm i słowa.
— Teraz mam wrażenie, że nic o tobie nie wiem. — Judas kontynuował temat dopiero po paru godzinach, gdy Vincent odszedł od stolika.
— Wiesz o mnie już dużo — parsknął śmiechem. — Bardzo dużo. Serio. Więcej, niż powinieneś.
Przerzucił się z soków na alkohol i w tej chwili sączył fioletowego, gazowanego drinka. Przed chwilą jedli specjał restauracyjnego baru, czyli makaron z kawałkami homara oraz krewetkami. Nie mieli dużo dań do wyboru, a ich menu głównie zawierało małe przekąski, napoje i alkohole, ale dało się też zjeść coś większego. Nie mieli na co narzekać.
— Od początku byłem przekonany, że jesteś dzieckiem głupiego Plutona.
Brzmiało to teraz głupio w jego ustach, ale to on został zwiedziony i czuł się okłamany. Chociaż… mógł się domyślić, że Havu nie byłby synem tak potężnego boga (bez obrazy — po prostu tak nie wyglądał). Nie było łatwo napotkać ot tak osoby o takim pochodzeniu, a rudowłosy nie miał niebywale silnych umiejętności.
— To w sumie śmieszne.
— No, nie za bardzo.
— Śmieszniej będzie, jeśli nigdy się nie dowiesz. Taka tajemnica. — Wzruszył ramionami. — Nie można wiedzieć o sobie wszystkiego. Zawsze są jakieś kłamstwa i tajemnice.
— Może jak ja jesteś synem Formido i jesteśmy rodzeństwem? Dlatego to ukrywasz?
— Bez przesady. Fuj.
Nie kontynuował, widząc, że Havu jest już delikatnie wstawiony. Zjadł kolejną z frytek, maczając ją w sosie czosnkowym. Nabrał ochoty zapalić papierosa, ale swoich nie miał, a nikt z gości nie wychodził zapalić, aby ewentualnie pożyczył je od któregoś z nich.
— Ej, a myślisz, że co się stanie, jak dzieci tego samego boga zrobią swoje dziecko? Będą zmutowane?
— Przestań już. Nie gadaj o kazirodztwie.
— Nie myślałeś o tym? — Pokołysał szklanką, wpatrując się w poruszany lód. — Może nie mogą tego zrobić? Czy w takim przypadku dwie osoby mogą się w ogóle w sobie zakochać? A może zostaną ukarani przez bogów, tak jak Bóg każe za grzechy? Czy to jest tak naprawdę takie kazirodztwo, jak u zwykłych ludzi? A co, jeśli ktoś jest dzieckiem Merkurego, a druga osoba dzieckiem Hermesa?
Alkohol zaczął rozluźniać mu język. Judas może i wypił znacznie mniej, ale nagle zebrał się w sobie i poczuł, jak puszcza blokada, która go trzymała od długiego czasu.
— Skoro jesteśmy przy tym, to kim dla ciebie jestem? Czy to też ma być tajemnicą?
Przebywali ze sobą tyle czasu, mieli ze sobą tyle wspólnego, jak i tyle oddzielnego, że prędzej czy później musiał zostać poruszony ten temat. Trwanie kolejne parę lat (o ile je razem przeżyją) w takiej relacji, czymkolwiek ona jest, byłoby tylko frustrujące. Nie wierzył, że mogłoby to skończyć się dobrze, a zaczął się zaopatrywać dość poważnie w… cokolwiek, co działo się między nimi. Nie był pewien, czy jest to dwustronne, w związku ze sprzecznymi, dwuznacznymi sygnałami dawanymi przez Havu.
Spojrzał na niego zielonymi, skołowanymi oczami. Wyglądał przez chwilę, jakby formował w głowie poważną myśl w odpowiedzi na to pytanie. Dłoń z napojem zastygła w powietrzu. Miał ochotę go popędzić, gdy czekał niecierpliwie na odpowiedź, czując, że nie będzie w stanie pozbyć się wewnętrznego ciężaru, dopóki jej nie usłyszy, a Havu, prawie jak na złość, przedłużał tę scenę.
— Jesteśmy dla siebie tylko kropką we wszechświecie.
Judas się zmarszczył. Spodziewał się, że będzie albo mocno zawiedziony, albo okrutnie zraniony, a tymczasem słowa Havu nie przyniosły ani jednego, ani drugiego skutku. Jeśli to prawda, że ludzie po pijaku mówią to, co rzeczywiście mają na myśli, to albo jest to okropny wymysł, albo teraz ksiądz będzie musiał rozszyfrowywać, o co tak naprawdę mu chodzi.
A prawdopodobnie po prostu się nawalił, a to w ogóle nie pomagało.
— Hej, przepraszam... — przerwał wymownym chrząknięciem ich rozmowę pracujący w barku mężczyzna. — Zajmujecie stolik od samego rana i tak właściwie to niedługo zamykamy, dlatego... Czy możecie proszę już dokonać opłaty? Wasz rachunek stale rośnie.
— Tak, tak — Judas pokiwał głową żwawo, wytrącony ze zdezorientowania — nie ma sprawy. Już płacę.
Wtedy sięgnął do swojej kieszeni, w której zawsze i wszędzie miał portfel. Jak duże zdziwienie go poraziło, gdy jego ręka natrafiła na pustkę. Nie przeszło mu przez myśl, że nikt normalny nie trzyma portfela w pidżamie. Poczuł ukłucie w żołądku, widząc kątem oka puste szklanki i talerze na stoliku, wyliczając koszty, które powinni ponieść. Wątpił, że jest opcja ,,zapłaty później” w zwykłym barku na plaży, której nie ma nawet jak poświadczyć inaczej niż swoim imieniem i nazwiskiem.
Pozostała im kradzież. Przez ich własną głupotę. Jednak mogli pozostać anonimowi, skoro nie są stąd. Podniósł wzrok na Havu, który porozumiewawczo zacisnął usta, trzeźwiejąc w sekundę, gdy zrozumiał sytuację. Ksiądz wyszeptał coś do niego, a z ruchu warg można było wyraźnie odczytać: ,,Uciekamy stąd. Teraz”

Havu
──── 
[1104 słowa: Judas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Isobel — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Wyglądało to jak wstęp do kryminału. Na szczęście nie szukały mordercy, a konesera cudzych plecaków.
Dahlia jeszcze nie miała do czynienia z tak podekscytowanym detektywem, czy to w filmach, czy książkach, ale było to miłą odmianą po mruczących pod nosem, chłodnych arcygeniuszach. Fascynacja Isobel sprawiała, że ciężko było się denerwować za kradzież tego głupiego plecaka.
Jakie tam mogła mieć wartościowe przedmioty? No, praktycznie żadne. Ważne dokumenty trzymała zawsze albo przy sobie, albo tak jak dzisiaj, w domu. Jeżeli były tam jakieś pieniądze, to takie drobne, na kupno jedzenia czy spontaniczne przyjemności. Nie widziała żadnego sensownego powodu, dla którego by miała być okradana, biorąc pod uwagę, ile na sali było osób z drogimi smartwatchami, markowymi butami. W dodatku mniej ostrożnymi, bo cały czas robili zdjęcia, czy filmiki, telefonami tak dużymi, że niektóre tablety mogły się przy nich zawstydzić, zostawiając swoje bezbronne torby.
Otrząsnęła się z rozważań, kiedy oglądały nagrania z kamer. Nawet nie można było zidentyfikować tego ktosia, bo pracownik Jim ze zdziwieniem zauważył, że dane z przepustki nie wczytały się poprawnie. Bramki czasem się psuły, ale nie wybiórczo, dla jednej osoby. Sprawa była coraz dziwniejsza, zwłaszcza że jej towarzyszka była wyraźnie zaniepokojona obecnością tabletu. Dahlia od razu pomyślała „bogowie, proszę, oby to nie była kolejna fanatyczka teorii spiskowych”. Zdążyła już poznać w ciągu swojego życia kilkanaście takich świrków i po kilku razach przestawała odnajdywać jakąkolwiek przyjemność z rozmawiania z nimi.
— Tak, znam go. — Dotarło do jej uszu, zanim zdążyła w ogóle pochylić się nad tym tabletem.
Zwróciła głowę w stronę Isobel, zauważając przy okazji dystans między nimi, a właściwie jego brak. Miała coraz więcej pytań, coraz więcej niepewności, a ta dziewczyna tylko dodawała nierealności sytuacji. A Dahlii się wydawało, że już swoje przeszła i nic jej nie zaskoczy. Problem w tym, że zdarzenie było niecodzienne na standardy śmiertelników (klasycznie), ale było za mało… niecodzienne, jeżeli chodziło o półboski świat. Potwory nie zaprzątały sobie głowy jakimiś plecakami, wolały atakować od razu.
Skrzyżowała ramiona.
— Kto to?
— Na pewno obsługiwałam go kiedyś w barze!
— Ach.
Podziękowała pracownikowi i przetarła ręką czoło, żeby nie tylko wytrzeć pot, ale też poukładać myśli w głowie. Isobel, co było zaskakujące, czekała w milczeniu na jej odpowiedź. Dahlia przełknęła ślinę, memłając przekleństwo w ustach. Przebrały się szybko i wyszły przed budynek. Pogoda w San Francisco była jak zawsze spokojna, w sam raz dla ludzi, co lubią nieco cieplejsze klimaty, ale bez upałów. O tej porze ludzi było całkiem sporo, nawet jakby miała wracać do domu i w drodze się rozglądać, to nigdy by nie znalazła złodzieja.
— Uhhh, dziwne to wszystko. Może zrobimy to tak, że rozejdziemy się w swoje strony, a ja przyjdę wieczorem do tego twojego baru? — Zaproponowała.
— Dzisiaj właśnie jest zamknięty. Dlatego mam wolne i dlatego jestem na siłowni. Byłam. — Poprawiła się.
— Ach. W ten sposób.
— Ale jutro się otwieramy, jutro jest też piątek i może być sporo ludzi, chociaż nie wiem, czy akurat ten facet przyjdzie. Ale możemy popytać innych czy go znają.
— Czy to nie jest szukanie igły w stogu siana?
W oczach Isobel pojawiły się iskierki.
— Nie może być łatwo. Rozwikłamy tę zagadkę, znajdziemy twój plecak i będzie dobrze. To jest prawdziwa intryga! Musimy dotrzeć etapami. Popytać, zobaczyć. Skradziony plecak musiał być ważny! — Wyciągnęła, ku zaskoczeniu Dahlii, ze swojej torby notes z długopisem. Przybrała poważną minę na chwilę. — Co w nim miałaś? Coś ważnego?
Nie był to pierwszy raz, kiedy role się odwracały i to ona była przepytywana. Niestety, za każdym razem nie czuła się pewnie w tej pozycji i mózg podpowiadał irracjonalne rzeczy. Musiała się przekonać, że to tylko plecak, tylko głupia akcja. Nikt nie ma zamiaru dokopać się do prywatnych informacji.
— Hm… Właśnie nic ważnego. — Isobel popatrzyła na nią z uśmiechem, chociaż można było łatwo zauważyć, że to był uśmiech typu „no dobrze”. W tym była jak otwarta książka. — Butelka z wodą. Drobne pieniądze, ale tak maks czterdzieści dolarów. Nie było dokumentów.
Pani detektyw mruczała pod nosem, skrzętnie zapisując jej słowa. A przynajmniej miała nadzieję, że pisze, bo równie dobrze mogła rysować jakieś zwierzątka. To by nie zdziwiło, dzisiejszy dzień był wyjęty jak z Monty Pythona.
— Reasumując. Bez pieniędzy, jakaś woda, jedzenie, notesy, ołówki, breloczki. Czy w swojej pracy natrafiłaś na kogoś z wywiadu albo urzędów?
— Czy opisywałam jakieś wydarzenia związane z eee… Wypadkami czy korupcją? O to ci chodzi?
— No, mniej więcej. Takie notatki mogłyby się komuś przydać.
— Hm. Badałam tylko sprawę kasyna, ale to było parę miesięcy temu. Pieniądze się nie zgadzały.
— O! Jest motyw! — Zadowolona Isobel zamknęła notes.
— To wszystko?
Starała się nie wkładać dużo sceptycyzmu w odpowiedź, ale kto wie, czy jej nowo poznana koleżanka zwraca na to uwagę.
— Nie, to nie wszystko, ale wiesz. Ktoś mógłby zabrać dla notatek. Dla pieniędzy niekoniecznie, wątpię w to. Kiedyś w ogóle mojej babci ukradli placek z parapetu i odkryliśmy, że…
— Proponuję, żebyś mi opowiedziała o tym jutro. Muszę teraz wrócić do domu. Umyć się, nie znoszę tych pryszniców w tej siłowni. Wpadnę, zobaczymy.
— Jasne, dobrze!
Dahlia westchnęła.
— Nie nastawiam się na to, żebym miała go odzyskać. Jak niczego się nie dowiem, to nic się nie stanie. Dziękuję za starania i chęci, ale naprawdę nie musisz się tak starać.
— Żartujesz? Dawno nie widziałam takiej sytuacji i fascynuje mnie bardziej, niż myślałam! Wiecznie tylko uczelnia, praca, dom, uczelnia, praca, raz na pół roku wolne, a podczas tego wolnego kryminał. Oczywiście, jeżeli ci to przeszkadza, to przestanę.
Zrobiła minę zbitego szczeniaczka, na tyle, że Dahlia uśmiechnęła się przepraszająco. Wzruszyła ramionami.
— Tak jak mówiłam. Zobaczymy jutro, jak to będzie. A teraz uciekam, było miło.
Pomachała ręką na pożegnanie i ruszyła przed siebie, w stronę mieszkania. Czuła się dziwnie nago bez plecaka, co tylko dodawało surrealizmu oraz niepewności. W dodatku dłuższe przebywanie z kimś, kto mógłby chcieć poznać ją bardziej, dodawało stresu. Jak zatrzymają się na stopie koleżeńskiej, zobaczą się raz na miesiąc, to będzie dobrze. W przeciwnym razie, jak zawsze, zdystansuje się i zdusi w zarodku.
— Bogowie, dajcie mi siłę. — Wyszeptała zrezygnowanym tonem. Gdy czekała na zielone światło na przejściu, kątem oka patrzyła, jak w oddali ruda czupryna pojawiała się i znikała w gąszczu ludzi.


Isobel?
────
[1002 słowa: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

sobota, 14 marca 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Dzieci były dla Atlasa najłatwiejszą widownią dla jego błazenady; i prawdopodobnie jedyną, którą faktycznie potrafił skutecznie rozśmieszyć, a nie sprawić, że wszyscy wokół będą zwijać się z zażenowania. Dopóki wywoływał u nich chichot, mógł się czuć lepszym nauczycielem od Arisu, a już zdecydowanie tym fajniejszym nauczycielem, o którym dzieciaki będą opowiadać w domach. Wiadome było, kto z tej dwójki jest dobrym gliną, a kto jest złym gliną.
Atlas podniósł się do siadu, uśmiechając głupio do dzieci. Humoru nie zepsuła mu nawet powaga Arisu, próbująca zmusić go do wstania i zachowania (pozorowanej) klasy, której zdecydowanie NIE wymagała sytuacja.
Miała pecha, że zaraz oblazły go najodważniejsze dzieci. W pozycji półsiedzącej były bardziej na jego poziomie, więc wykorzystały to, żeby ciągnąć go za obozową koszulkę i zadawać swoje dziecięce pytania.
— A czy pan… czy pan już kiedyś naprawdę umarł? — zapytało jakieś zasmarkane dziecko, pociągając nosem.
— Nie, nie. Ja jestem niezniszczalny — odpowiedział, idiotycznie napinając mięśnie ramienia i wywołując tym samym u dzieci kolejny chichot. Usłyszał, jak Arisu prycha gdzieś w tle.
— A walczył pan kiedyś z jakimś potworem?
— I to niejednym.
— I wygrał pan?
Pomyślał, że „czasami” było złą odpowiedzią. Czasami po prostu uciekał. Może nawet częściej niż czasami.
— Eee… — Tak, to była mądrzejsza odpowiedź.
— Skąd się biorą dziury w serze? — uratowało go kolejne dziecko.
— To dlatego, że w procesie fermentacji wydziela się dwutlenek węgla, który tworzy takie przestrzenie i–…
— A skąd się biorą dzieci?
— Na to pytanie odpowie wam Arisu — odrzekł, wskazując na dziewczynę za ich plecami.
Dzieci umilkły na widok strasznej pani. Piorunowała wzrokiem, ale nie ich, tylko samego Atlasa, jakby próbowała telepatycznie mu przekazać, że jest już martwy i żaden drewniany miecz oraz małoletni świadkowie jej nie powstrzymają. Atlas, wykorzystując, że dzieciaki dały mu trochę przestrzeni, podniósł się na równe nogi i poprawił chwyt na mieczu.
— …na to pytanie odpowie wam po treningu — dokończył, uznając, że nie chce robić dzieciom traumy w postaci stania się młodocianymi świadkami morderstwa. (Albo gorzej, kłótni małżeńskiej). Dwóch smarków wydało z siebie smutny jęk, ale nie przejął się tym za bardzo, bo wiedział, że zaraz zapomną o tym pytaniu. — W walce mieczem ważny jest uchwyt miecza. Tak jak mówiła Arisu, to — postukał o element drewnianego kijka — jest rękojeść. To, czym będziemy dzisiaj walczyć, to tylko drewniany kijek, ale za jakiś czas będziecie trzymać prawdziwy miecz, który jest bardzo ciężki –…
— A moja mama ma włócznię!
— A mój tata strzela z łuku!
— …albo będziecie trzymać coś innego, ale dzisiaj uczymy się tylko miecza. Jak będziecie grzeczni, to mogę powiedzieć pani Cherry, żebyśmy następnym razem poćwiczyli na przykład strzelanie z kuszy. — Dramatycznie ściszył głos, chociaż i tak każdy mógł go usłyszeć. — Wiecie, słyszałem, że Arisu jest specjalistką w kusznictwie. — Oczy zwróciły się w stronę dziewczyny. Nie wyglądała na szczególnie zadowoloną z tego względu.
— Rękojeść trzymamy mocno. Musicie pilnować też ułożenia stóp, żeby były szeroko rozstawione. Jeśli nie będziecie mieć pewnej postawy, to przeciwnik wytrąci wam miecz z dłoni albo was przewróci — kontynuowała za niego Arisu, ignorując jego istnienie. — No, spróbujcie.
Pierwsi ochotnicy zaczęli nieporadnie wymachiwać drewnianym mieczykiem. Żadne nie wykonało ćwiczenia poprawnie, a Arisu chodziła między grupkami jak drapieżnik polujący na ofiarę. Co jakiś czas pokazywała im, gdzie postawić stopy i gdzie trzymać palce. Jednemu chłopcu wytłumaczyła, że miecz trzyma się z tej drugiej strony i jakimś cudem zachowała przy tym poważny wyraz twarzy.
Po pierwszych pięciu minutach dzieci zaczęły się kręcić, najwyraźniej okropnie znudzone koniecznością stania w bezruchu. Atlasa zaciekawiło, ile z tych dzieciaków miało ADHD. Większość była już dalszymi legatariuszami, w teorii nie potrzebowali dodatkowego mechanizmu przetrwania, jakim był neuroatypowy mózg u półbogów. Zresztą, Atlasowi też zaczynało się już nudzić. Może i nie miał pewności co do neuroatypowości tych dzieciaków, ale zdecydowanie miał pewność co do swojej. Półbogowie przecież uczyli się w ferworze walki. Jemu samemu wykłady dotyczące poprawności technik używania miecza wchodziły jednym uchem i wychodziły drugim.
— W szermierce tak naprawdę najbardziej liczy się kreatywność — odezwał się, kiedy Arisu z powrotem stanęła niedaleko (w bezpiecznej odległości) niego. — Po latach treningu wasze ciało będzie instynktownie pamiętać, w jakiej pozycji układać ręce i stopy. Ale czasem będziecie musieli zrezygnować z tych wszystkich technik, bo nie będziecie mieli takiego pola manewru.
Dla tych dzieciaków musiał brzmieć wybitnie mądrze, ale Arisu spiorunowała go wzrokiem, najwyraźniej urażona tym, że miał zamiar pominąć szkółkę poprawnego rozstawienia łokci. Chyba zamierzała go opieprzyć, ale Atlas był w połowie swojego wystąpienia jako błazen.
— Musicie być kreatywni i zaskoczyć przeciwnika. Na przykład tak.
Wyskoczył w stronę Arisu i zamachnął się mieczem. Ciął z boku, ale Arisu zablokowała uderzenie. Naparł na nią mocniej i dziewczyna musiała zrobić krok do tyłu.
Wycelował w nogi, ewidentnie z zamiarem podcięcia ich tak, żeby jego przeciwniczka się przewróciła, ale Arisu była zbyt czujna. Nadepnęła na miecz butem tak mocno, że prawie wypadł Atlasowi z dłoni. Utknął w dziwnej pozycji, na wpół schylony przed Arisu, z mieczem przygwożdżonym między ziemią a stopą dziewczyny.
— Podcięcie nóg nie jest techniką w szermierce — skomentowała, bardziej do dzieci, niż do Atlasa, jakby chciała go ośmieszyć.
To była jego kolej, żeby zgromić ją wzrokiem od dołu. Co ona wiedziała o szermierce, żeby mówić mu, co było poprawne, a co nie? Błędy też były elementem walki, ale najważniejsze było, żeby…
Wykorzystał przewagę w masie ich ciał. Odchylił miecz jak dźwignię. Zaskoczona Arisu zatoczyła się do tyłu, a Atlas wtedy szybko podłożył jej stopę pod drugą nogę i tym sposobem dziewczyna wylądowała tyłkiem w błocie. Dzieci znowu zachichotały, małe grzmoty cieszące się z czyjegoś nieszczęścia.
— Kreatywność jest bardzo ważna, kiedy — wyszczerzył się zupełnie złośliwie do Arisu — czasem podwinie wam się noga w walce. Możecie sami spróbować.
„Możecie sami spróbować” było okropnym błędem ze strony Atlasa. Odwrócił wzrok od smarkaczy tylko na chwilę, żeby podać rękę Arisu i odwrócić jej uwagę od tego, jak bardzo chciała go teraz zabić. I tak by nie przyjęła jego pomocy, ale mógł chociaż udawać niewiniątko.
Nie zdążył nawet wystawić dłoni w jej stronę. Arisu podniosła się wściekle, otrzepała ubrania z ziemi i błota i zacisnęła palce na mieczu (w bardzo dobrze wyuczony sposób, musiał to przyznać) tak, jakby miała się zamachać i zajebać mu gonga. Powstrzymało ją chyba tylko to, że przerwały im krzyki jakiegoś dzieciaka.
— A MASZ, A MASZ!
Arisu i Atlas wymienili ze sobą bardzo krótkie spojrzenie, w ułamku sekundy upewniając się między sobą, że tak, dobrze słyszą i tak, brzmiało to, jakby mieli mieć przesrane, jeśli nie powstrzymają tego dostatecznie szybko. Egzekucja Atlasa została odroczona na później.
Rozsunęli grupkę dzieci i ich oczom ukazał się widok chłopca używającego miecza na swoim koledze w sposób, którego zdecydowanie im nie pokazywali. Z całą swoją siłą wymierzał cios za ciosem w kolana drugiego dzieciaka, który zdążył się już wyłożyć tyłkiem w ziemię tak, jak zrobiła to wcześniej Arisu. Gdyby nie to, że smarkacze zostali obłożeni ze wszystkich stron ochraniaczami, Atlas zacząłby obawiać się, że młody odetnie mu nogi tym tępym mieczem. Leżący na ziemi piszczał i krzyczał wniebogłosy, a nie płakał chyba tylko dlatego, że był w zbyt dużym szoku.
Atlas odciągnął napastnika na bok, a Arisu ukucnęła przy jego ofierze. Przez chwilę smarkacz wymachiwał mieczem jeszcze na oślep, prawie przy tym pozbawiając Atlasa możliwości posiadania własnych dzieci w przyszłości (za co w sumie mógłby mu podziękować, biorąc pod uwagę, jak sobie z nimi radził).
— Ale fajny ten miecz! — zapiszczał mały agresor, kiedy zorientował się, że nie napędzają go już krzyki jego ofiar. — Dobrze to robiłem?!
Atlas nawet nie wiedział co mu powiedzieć. Technicznie rzecz biorąc, na faktycznego przeciwnika by to mogło podziałać, Walker nie mógł odjąć mu tej pasji do wybijania komuś zębów. Zdawał się kompletnie nie zdawać sobie sprawy z tego, że mógł zrobić komuś krzywdę, zupełnie szczęśliwy, że dali mu możliwość machania mieczem.
— To Zebulon zaczął! — powiedziała jakaś dziewczynka w tłumie, wskazując palcem na przytrzymywanego przez chłopaka malca.
Atlas szybko przewertował w głowie formularze wszystkich dzieci. Jeśli Zebulon był tym chłopcem, którego boskie pochodzenie nadal pozostawało nieznane, to obawiał się, czego jeszcze mogą się o nim dowiedzieć.


mamo bo gniotek pękł w salonie
────
[1306 słów: Atlas otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Od Aye do Chaita — „Let's start again”

Całkowicie przypadkowo złożyło się, że Aye zaczęło częściej widywać Chaita. Wcale nie było to powiązane z ostatnim walentynkowym incydentem, podczas którego musieli razem dostarczyć jakiejś schorowanej babci kwiaty. Nie chciało być niemiłe, więc się witało, a później uciekało. Aura tego dzieciaka jejgo trochę przytłaczała.
Teraz kiedy przyszło do biblioteki, żeby wypożyczyć sobie jedną książkę o pociągach, zobaczyło stojącego w rogu Chaita razem z innymi ludźmi. Mieli małe, kolorowe stanowisko, zdecydowanie przeznaczone dla najmłodszych czytelników. Chait miał na sobie żółtą koszulkę z jakimś wieśniackim różowym napisem, a w dłoni trzymał kolorowanki.
Aye uznało, że to całkiem urocze, ale nawet nie chciało się zatrzymywać, by się przywitać. Przemknęło tuż obok stoiska, odwracając wzrok, żeby tylko przypadkiem ich spojrzenia się ze sobą nie skrzyżowały. Byłoby to wystarczająco żenujące.
Książki, której szukało, jak na złość nie znalazło. Zapytało nawet bibliotekarki, czy książka została przez kogoś wypożyczona. Okazało się, że tak, została, ale przy okazji osoba, która ją wzięła nie oddaje jej od pół roku. Oznaczało to tylko jedno — o książce mogło co najwyżej pomarzyć. W internecie nawet nie widniały nigdzie pdfy, które mogłoby pobrać.
Było już wystarczjąco złe na te sytuacje, żeby uniknąć wszelakich kontaktów z ludźmi. Baterie Aye zostały wyczerpane i wymagały naładowania w domu. Chciało zwyczajnie wrócić do siebie, ale jak się okazuje, słowo „zwyczajnie” nie istniało, kiedy znajdowało się zbyt blisko Chaita. Zostało zaczepione przed samym wyjściem przez jedną z jego koleżanek.
— Dzień dobry, czy masz może młodsze rodzeństwo? W najbliższym czasie organizujemy targi książek dla najmłodszych.
Dziewczyna z uśmiechem podała Aye ulotkę, a te je wzięło. Co miało innego zrobić? Było dosyć słabe w odmawianiu.
— Niestety nie, ale dziękuję.
Ulotkę złożyło na pół i włożyło sobie do kieszeni spódnicy. Pewnie o tym zapomni, a ubranie wybierze razem z tym kawałkiem papieru. Później wyciągnie coś na wzór papierowego mutanta.
— Nie szkodzi, dalej możesz nam pomóc! — Dziewczyna nie pozwalała jejmu odjeść. Była tak dobrze wyszkolona, że nieasertywne Aye nie mogło sobie tak po prostu pójść. — Chodź ze mną do stoiska. Możesz nas zaobserwować na stronach i udostępnić wydarzenie dalej.
Nie wiedząc dlaczego, poszło za organizatorką.
— Tutaj możesz zeskanować kod QR. — Wskazała na plakat.
Osaczony przez dziewczynę (wystarczyła jedna osoba, by dzieciak Hefajstosa poczuło się osaczone), wyciągnęło telefon i zeskanowało ten nieszczęsny kod.
— O, cześć.
Odwróciło głowę. Na śmierć zapomniało, że stojąc przy stoisku, narazi się także na spotkanie z Chaitem. Marzyło teraz o tym, by zapaść się pod ziemię. Żeby po prostu zniknąć im wszystkim z oczu. To za dużo jak na jeden dzień.
— Cześć — odpowiedziało, ale już bez uśmiechu na twarzy.
— Nie wiedziałem, że masz młodsze rodzeństwo.
— Nie mam. Po prostu skanuje wasz kod… czy coś.
Dziewczyna pokiwała z zadowoleniem głową. Cholera, miała naprawdę niezłe umiejętności w zaganianiu aspołeczniaków do zagrody.
— A, tak, racja.
Z szerokim uśmiechem stał obok i patrzył cały czas na ręce Aye.
— Pójdę już lepiej. — Spróbowało oddalić się od stoiska powoli. Jeszcze jedno słowo, a zostanie tutaj na zawsze. — Na razie.
 
Przeglądając stronę organizatora dowiedziało się, że te targi książek wcale nie są tylko targami dla dzieci. Inni wystawcy doczepili się z książkami dla nastolatków — tym samym wciąż łapiąc się w definicję dla dzieci — i mieli przywieźć całkiem ciekawe pozycje. Aye już dawno nie było dzieciakiem i nastolatkiem, ale postanowiło się przejść z nadzieją, że ominie stoisko Chaita.
Może tak naprawdę nie czuło się źle z tym że się spotykali, tylko nie podobały jejmu się okoliczności? O wiele bardziej wolałoby porozmawiać w miejscu, gdzie nie ma za dużo ludzi. W tłumie czuło się przebodźcowane, a to wpływało na jejgo samopoczucie.
Na targi przyszło odpowiednio wcześniej. Chciało w spokoju obejrzeć stoiska i nacieszyć się książkami, zanim całe pomieszczenie zapełnią płaczące dzieci.
— Jednak jesteś!
Chait dopadł Aye niespodziewanie. Dziecko Hefajstosa aż zadrżało, bo nie spodziewało się, że zostanie napadnięte od tyłu.
— Na stronie znalazłom informację, że będą też inne książki, więc przyszłom obejrzeć. — Wzruszyło ramionami. — Jestem wcześniej, żeby oszczędzić sobie dzieci.
— Szukasz czegoś konkretnego? Pomóc ci?
Aye zaczynało się krzywić. Gdyby chciało z nim rozmawiać, to samo by podeszło, ale najwidoczniej ekstrawertycy myślą w inny sposób.
— Nie, dzięki.
Normalny człowiek (podkreślam normalny) odszedłby i zająłby się swoimi sprawami, ale Chaitowi najwidoczniej coś ciążyło na żołądku.
— Wiesz… przepraszam za te walentynki i…
— Zdążyłom już o tym zapomnieć — ucięło Aye. — Nie musisz tego tak przeżywać. Nic się takiego nie stało.
Chait nie był zbyt przekonany. Musiało być mu przykro, że cała ich realcja opiera się na takich żenujących sytuacjach.
— Jeśli chcesz, to może moglibyśmy gdzieś wyjść — zaproponował ostrożnie. — W jakieś… normalniejsze miejsce.
Aye starało się nie westchnąć, żeby nie wyglądać jak totalnie niezainteresowana osoba. Osobiście byłoby skłonne się zgodzić, ale nie było fanem wyjść i spotkań z innymi ludźmi. Może coś powinno zrobić z tą aspołecznością, bo w końcu zniknie pod ziemią i wszyscy o niej zapomną?
— To… ciekawa… propozycja?
Chait chyba już się nastawił na odmowę, ale wciąż się uśmiechał. Aye to wiedziało. Trochę zdążyło go poznać.
— Jeśli nie chcesz, to w porządku.
— Mogę się na to zgodzić. Tylko wybierz… lepsze miejsce, dobrze? — westchnęło. — Mogę ci podać też mój numer, ale pod warunkiem, że nie będziesz do mnie dzwonić i wypisywać. Inaczej cię po prostu zablokuję i nie spotkamy się nawet na festiwalu pociągów.

dzień dobry wracamy :3
────
[855 słów: Aye otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Ivy CD Dantego — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Po wyjściu Dantego psychiatra odnosi kubek do kuchni, po czym wraca do pokoju i pada na kanapę. Przeciera powieki, wyginając plecy, co przynosi mu poczucie ulgi. Przez długą chwilę żałuje, że nie pozbył się od razu mężczyzny, a ciałem Ivy wciąż wstrząsają dreszcze, które cały ten czas gromadziły się w jego ciele. Myśli o tym, że powinien się go pozbyć, zaprzestać współpracy, nim będzie za późno, nim przekroczy kolejne granice — słuchać swojego zdrowego rozsądku, który gdzieś w tam w jego wnętrzu nadal musi istnieć (a przynajmniej ma na to nadzieję).
Po umyciu, kładzie się do łóżka i próbuje zasnąć, a pusty dom zamglewa jego nastrój. Sen nie nadchodzi, mimo zażycia leków dwie godziny temu, a nie kusi go do robienia czegokolwiek, aby być w stanie wyciszyć się lub zająć ten czas. Ostatecznie zwiększa dawkę środków nasennych w nadziei, że nie jest ona na tyle duża, aby nie był w stanie się dobudzić z rana. Ale nawet to nie pomaga.

 
Przez kolejne parę tygodni ma mieć napięty grafik, wielu nowych pacjentów i współprac z psychologami. Powinno to zaprzątnąć mu głowę po krańce, ale wciąż ma wspomnienie z nocy, kiedy w jego domu pojawił się Dante. Miał do czynienia z pacjentami niebezpiecznymi i nawet takimi, którzy próbowali go zabić, dlatego nie powinno go to szczególnie zaskakiwać — jednak myśli o tym, że mężczyzna może być potencjalnie jeszcze większym niebezpieczeństwem, które będzie go prześladować, nie dają mu spokoju. Jest w nim niepokojąca aura, nieodgadnione wnętrze, które można wyczuć z daleka, przez co szybko budzi niepokój i nawet nie da się już przed nim uciec.

JESIEŃ

— Jak się dzisiaj czujesz, Dante?
Nie widział go trzy tygodnie. Na całe szczęście, bo każdego dnia, po nieprzespanej przez koszmary nocy, spodziewał się jego nadejścia. Niekoniecznie w domu, ale z pewnością w gabinecie, gdy przebywał w nim sam, czekając na kolejnych umówionych pacjentów.
Ma na sobie cienki golf, czerwone dzwony i czerwony, cienki szalik owinięty wokół szyi. Czarne buty na koturnie wyglądają, jak zakupione w ekskluzywnym butiku, ale tego dnia, o dziwo, nie ma na sobie fikuśnej biżuterii. Uśmiecha się miękko do Ivy, siedząc ze spokojem, nie wiercąc się na krześle ani nie uciekając wzrokiem na okładki książek stojących na regałach. Bawi się srebrnym pierścionkiem na palcu wskazującym, gdy zastanawia się nad odpowiedzią.
— Wyspałem się — stwierdza.
— To dobrze. Wystąpiły jakieś skutki uboczne?
— Eee.…. — Odgarnia włosy za ucho. — Czasem kręciło mi się w głowie. Ale może to nie od tego. No, ogólnie, wysypiałem się ostatnio, chociaż bolała mnie głowa, ale, no, trochę czułem się tak… wiesz, jakby, spokojnie? Ale też nie do końca.
— Czyli, można powiedzieć, że nie czułeś takiego lęku? — pyta, chcąc go naprowadzić.
— Możliwe. Ktoś mnie zaczął ostatnio śledzić, ale jakoś udało mi się to zignorować i ochłonąć. Albo… goniła mnie taka stara babcia ze skrzydłami, chyba ją trochę zdenerwowałem, ale widywałem je już często i tym razem udało mi się tak nie zestresował.
Ivy mimowolnie unosi brwi.
— Co? Powiedziałem coś nie tak?
— Nie, nie… Jak z innymi ludźmi? Dalej chcą zrobić ci krzywdę? — Dante kiwa głową. — Ogólnie, czujesz się stabilniej?
— Powiedzmy.
— Zgaduję, że mogłoby być lepiej? — Na słowa psychiatry Dante znowu potakuje.
Skoro Dante poszedł do psychiatry, powinien być już świadomy, że rzeczy, które widzi i słyszy, prawdopodobnie nie są prawdą. Mimo to, Ivy ma wrażenie, że zachowuje się i mówi rzeczy bardzo sprzeczne ze sobą, przez co aż ciężko połapać się w jego zeznaniach. Ciężko połapać się w całej zaburzonej osobowości mężczyzny, a tym samym trudno z nim pracować, choć to tylko początek leczenia. Jedyne, co może zrobić, to ufać temu, co mówi i tego nie nadinterpretowywać czy samemu próbować dociekać do niewiadomego.
Jest dziś wyjątkowo miły do Ivy, co też można uznać albo za postęp, albo za przejaw jego wahadłowego nastroju. Poprzednim razem ewidentnie irytował się na jego osobę i nie do końca współpracował w kwestii zadawanych pytań. Budzi to nadzieję i sprawia, że psychiatra dziękuje sobie, że jeszcze nie skreślił go z listy oczekujących pacjentów.
Ivy robi przerwe i bierze łyka herbaty o smaku pomarańczy z kubka, na którym narysowana jest grafika grubego kota, a pod nią napis ,,kocia mama”.
— Chcesz wyjść gdzieś razem? — pyta nagle Dante.
— Ty do mnie mówisz? — Unosi z automatu głos, który aż zabrzmiał piskliwie.
Nie chce tego mówić głośno, dlatego rzuca mu wzrok mówiący ,,czy ty jesteś, do cholery, poważny, czy mówisz do jakiegoś nieistniejącego stwora za mną?”. Nabiera ochoty, aby rozejrzeć się wokół siebie, z myślą, że może przegapił jakieś towarzystwo w pomieszczeniu.
— Tak, a do kogo?
— Nie… nie ma szans. — Kręci głową z niedowierzeniem, z dyskomfortu zapadając się bardziej na krześle.
— Czemu? — Gdy Dante to mówi, Ivy czuje pokusę, aby oderwać mu język.
— Jestem zajęty.
Takie słowa w uszach pacjenta zostają zinterpretowane jako swobodna odmowa, która wciąż może zostać przemyślana — bo jeśli Ivy kiedyś nie będzie zajęty, to będzie mógł się spotkać. Jednak on nawet nie myśli o tym, jak źle sformułował swoje odrzucenie propozycji, bo ta wywołuje z nim niedowierzenie.
— A mogę twój prywatny numer? — Uśmiecha się ze słodyczą, nie zdejmując wzroku z lekarza. — Tak w razie, gdyby coś się działo?
— Gdyby coś się działo, możesz dzwonić do przychodni.
— Tak, ale…
— Wiesz co, przepiszę ci coś jeszcze.
Dante marszczy brwi, ściągając mięśnie twarzy.
— Po co? Jest dobrze! Nie potrzebuję kolejnych prochów, nie przesadzajmy już.
— Ja sądzę, że nie jest wystarczająco dobrze. To ja cię leczę. Jeśli nie przystajesz na to, to stwierdzę, że nasze spotkania nie mają sensu i znajdziesz kogoś innego.
Oczekuje na reakcję białowłosego, ale ta nie następuje, jakby się mógł spodziewać, zbyt szybko, a przez ciszę ze strony Dantego, który jednak wciąż z dziwnym wyrazem wpatruje się w jego twarz, żołądek podchodzi mu do gardła. Mężczyzna czuje, jak jego tętno przyspiesza.
— Czy rozumiesz... — Ryzykuje w końcu Ivy, nabierając więcej powietrza w płuca. — Co do ciebie w tej chwili mówię? 

 Dante? 
 ──── 
 [956 słów: Ivy otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

piątek, 13 marca 2026

Od Kai CD Oriany — „My kink is karma”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Odkąd kierowniczka zniknęła, restauracja zaczęła borykać się z wieloma problemami. Pracownicy nie nadążali z zamówieniami, Oriana ledwo ogarniała cały zespół, a Kaya od tygodnia nie była nawet na pięciominutowej przerwie. Jedli w biegu, pili w biegu, do toalety wymykali się tylko w chwilach, kiedy naprawdę nie mogli już wytrzymać. To była istna tragedia. Chaos, którego nie dało się opanować.
Po kolejnym okropnym zamknięciu Kaya wyszła na zewnątrz, żeby zapalić papierosa. Robiła to tylko wtedy, kiedy wiedziała, że Oriana tego nie zauważy. Od początku znajomości wiedziała, że dziewczyna jest wyjątkowo cięta na palaczy i wolała się jej nie narażać.
Tym jednym razem nie udało się jej uniknąć menadżerki. Ten jeden raz zauważyła grymas na twarzy Oriany nie z powodu denerwujących klientów, a z powodu śmierdzącego dymu papierosowego.
Kaya uśmiechnęła się niezręcznie i szybko wyrzuciła peta na ziemię. Zdeptała go butem i odchrząknęła.
— Ciężki dzień, co? — zagaiła. Nie chciała, by rozmowę zaczęła Oriana. Poczułaby się wyjątkowo niekomfortowo, gdyby zaczęła swoje kazanie na temat szkodliwości papierosów i używek samych w sobie. — Masz jakieś wieści od szefowej? Kiedy wraca?
— Wiem tylko, że wyjechała na dłużej. — Wzruszyła ramionami. — Pomożesz mi posprzątać?
— Jasne!
Wróciły do środka. Kai zrobiło się trochę słabo na widok brudnych stolików i mokrej podłogi. To wszystko zrobili ludzie, którzy przyszli tutaj na jedzenie. Nie rozumiała, jak można być taką świnią, żeby nawet nie wynieść śmieci do śmietnika. Na dodatek ze wszystkiego nienawidziła sprzątać takich obrzydliwych brudów, ale… dla Oriany mogła przemóc obrzydzenie i niechęć.
Poszła po mop i wiadro z wodą oraz płynem do mycia podłóg. Wolała zająć się najpierw tym, żeby te brudne stoliki zostawić sobie na koniec.
— Hej, rozliczałaś dzisiaj kasę?
Przerwała mycie podłogi. Oriana podeszła do niej ze ściągniętymi brwiami.
— Nie. — Pokręciła głową. — To robił… jak on miał na imię?
— Hudson?
— Tak, to ten.
— Dziwne — mruknęła już bardziej do siebie.
— Coś się stało? — dopytała. Przyzwyczaiła się, że Orianę musiała ciągnąć za język i wręcz zmuszać do dalszej rozmowy. Gdyby tego nie robiła, to zapewne nigdy nie poznałyby się bliżej.
— Ostatnio za każdym razem, gdy Hudson jest na kasie, to mamy sporo na minusie.
— Może myli się przy wydawaniu reszty?
Kaya w pierwszej kolejności nawet nie pomyślała o kradzieży — sama miała problem z liczeniem drobnych, kiedy ktoś płacił gotówką.
— Nieważne. — Machnęła ręką. — Później to sprawdzę.
Nie zdążyła nawet zapytać o coś jeszcze, bo Oriana zniknęła za ladą. Pozostało jej tylko skończyć sprzątać.
 
Przez godzinę, którą Kaya poświęciła na porządkowanie sali, Oriana siedziała w pokoju menadżera i liczyła pieniądze z kasy. Nie mogła zrozumieć, dlaczego brakowało aż trzystu dolarów. To zdecydowanie za dużo.
Kaya zapukała grzecznie do drzwi. Nie wchodziła nieproszona, ale dzisiaj wyjątkowo walczyła z chęcią wejścia bez zaproszenia.
— Możesz iść do domu — powiedziała Oriana.
Normalny człowiek by się ucieszył. Była w końcu dwudziesta trzecia i po tak ciężkim dniu wypadało chociaż trochę odpocząć. Kaya jednak nie należała do tej normalnej grupy ludzi, więc dalej stała pod drzwiami i nasłuchiwała.
— Stoisz tam jeszcze?
Uznała to za okazję.
— Mogę wejść?
Usłyszała szuranie. Miała nadzieję, że Oriana właśnie wstała i idzie otworzyć jej drzwi.
— Nie. — Mogła się spodziewać takiej odpowiedzi, ale wciąż się zawiodła. — Wracaj do domu. To nic ważnego.
W tym momencie nawet odrobinę nienormalna osoba odpuściłaby i poszłaby do domu. Kaya jednak nawet nie była odrobinę nienormalna. Była zdecydowanie bardzo nienormalna.
Złapała za klamkę i uchyliła drzwi. To było najgłupsze, co mogła zrobić, bo gdyby nie to, że Oriana była dla niej miła i ją tolerowała, to z pewnością dostałaby za takie zachowanie srogi opierdol.
— Nie prosiłam, żebyś…
— Podejrzewasz go o kradzież, prawda? — przerwała jej. — To nie jest taki głupi pomysł. Pomyśl o tym w ten sposób — szefowa wyjechała na urlop, a restauracja ledwo radzi sobie z ilością zamówień. To idealny moment, żeby coś podpierdolić z kasy, co nie?
Oriana zamrugała. Nie powiedziała nic. Była w zbyt dużym szoku.
— Okej.
— Źle myślę? — zdziwiła się. — Nie mów mu potem, że go podejrzewałam o kradzież.
— Nie, w sensie… — próbowała jakoś wyjaśnić swój punkt widzenia, ale trochę przeraził jej słowotok ze strony Kai. — Myślałam, że to przypadek, ale coraz mniej wygląda mi to na przypadek. To nic, czym powinnaś się martwić. To mój problem.
— Mogę pomóc. — Wzruszyła ramionami. Zachowywała się, jakby to było nic takiego. — Zawsze chciałam się pobawić w detektywa.
Oriana westchnęła. Zdecydowanie się jej nie pozbędzie.
— Nie będziemy bawić się w detektywów. — Spróbowała chociaż przywrócić Kayę do porządku.
— Tak będzie zabawniej — zachęcała menadżerkę. — Musi się coś dziać, prawda? I w ogóle… lepiej podejść do tego ze spokojem.
— Nie jesteś zmęczona? — zmieniła na chwilę temat. — Jest prawie północ, a ty próbujesz mi pomóc z jakąś nic nieznaczącą sprawą.
— Można powiedzieć, że brakowało mi trochę ekscytujących doświadczeń. — Gdy to mówiła zawijała wokół palca biały kosmyk włosów. — To kiedy zaczynamy śledztwo?
Weszła do środka, czując, że tą rozmową Oriana ją do czegoś zaprosiła, chociaż tak naprawdę dziewczyna cały ten czas próbowała się pozbyć współpracownicy.
— Macie tu kamery? — zapytała, dostrzegając komputer. — Może się coś zapisało?
— Nie wiem, czy mam ochotę zajmować się tym dzisiaj — przyznała. — Wróćmy do domu. Jest zbyt późno, a ja nie lubię zostawać tutaj po godzinach.
— Jeśli tak wolisz. — Ostatni raz przyjrzała się monitorowi, który akurat teraz musiał być wygaszony. — Ale od jutra się tym zajmiemy, co nie?

Orianka?
────
[856 słów: Kaya otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]