niedziela, 16 sierpnia 2026

Od Niketasa — „Oki to pa”

WIOSNA IV

Siedząc na podeście przed wejściem do domku Hermesa, Niketas może robić to, co staruszki lubią najbardziej – obserwować każdego, kogo akurat najdzie ochota na wychylenie się ze swojego łóżka w ten cudowny, wiosenny poranek będący, jak na poranek, zdcydowanie za ciepły. Chłopak mruży oczy za szkłami okularów, gdy w jego pole widzenia wchodzi kolejny półbóg, którego kieszenie (czego domyśla się Hermesiak) są wypełnione zużytymi chusteczkami i opakowaniami tabletek na alergię, w które działanie Niketas niekoniecznie wierzy. Zobaczywszy grupowego, załzawione i zaczerwienione oczy nastolatka jaśnieją nowym blaskiem, który może być po prostu kolejnymi łzami i Niketas wcale by się temu nie dziwił. Ludzie czasem dziwnie reagują na jego zachęcające uśmiechy i nonszalancką prezencję.
– Hej – pada pierwsze słowo, a Niketas wyobraża sobie, że jest teraz w scenie z filmu. Słońce dopiero co wstało, wszystko spowite jest pomarańczowym blaskiem, on, bardzo wyluzowany, wyluzowanie siedzi na drewnianym podeście i jedynego dopełnienia, jakiej tej scenie brakuje, są inne ubrania niż jaskrawa obozowa koszulka i papieros w ustach.
Niketas, próbując osadzić się w filmie o mafiozie w roli mafiozy, uśmiecha się krzywo i leniwie unosi wzrok.
– Czego dusza pragnie? – pyta chłopaczka, który przerwę po swoim „hej” postanowił spędzić na desperackiej próbie wydmuchania nosa.
– Masz może jeszcze te „Boskie Fulle”? – wydusza z siebie chłopaczyna z donośnym kichnięciem zamiast pytajnika.
– Poczekaj sekundeczkę – nakazuje mu Niketas i z bólem serca podnosi się z miejsca, w którym siedziało mu się niespodziewanie wygodnie.
Podłoga w domku Hermesa skrzypi od kiedy Niketas pierwszy raz postawił w nim stopę. Wcześniej pewnie też skrzypiała, ale w tamtych czasach chłopak był w innym, lepszym miejscu, gdzie nie było aż tylu idiotów. Może gdyby nigdy nie trafił do Obozu, nauczyłby się pływać, zamiast musieć wiązać końca z końcem dzięki sprzedawaniu lewych produktów?
Bez najmniejszych chęci i zapału przetrzepuje pudełka pod swoim łóżkiem tylko po to, żeby odkryć, że wcześniej „szybko kurczący się zapas” definitynie jest bardzo skurczony. Do torby wpycha pozostałe fiolki z „Boskim Fullem” (swoją drogą, fiolki – to był pomysł Violetki i bardzo to widać; kto w tych czasach produkuje energetyki w fiolkach?) i próbując nie przejmować się tym, jak jest ich mało, z powrotem wychodzi z domku.
– Ile chcesz? – pyta dzieciaka i ma ogromną nadzieję, że nie usłyszy żadnej liczby większej od pięciu.
– Dwa.
Niketas nie pozwala sobie nawet na najcichsze westchnięcie ulgi i szybko przelicza wręczone mu banknoty. Wszystko się zgadza, podają sobie dłonie, każde odchodzi w swoją stronę. Niketas, co już jest jego zwyczajem, kieruje się do pachnącego palo santo domku Hekaciątek, w którym ma nadzieję zastać Violet, najlepiej tylko Violet. Licząc na swoje szczęście, wchodzi do środka nieproszony i równie nieproszony zajmuje swoje miejsce na poczciwej kanapie, która nigdy nie spodziewała się, że będzie siedziskiem dla rozwydrzonego grupowego Hermesa.
– Hejeczka, Violcia! – woła w przestrzeń, rozsiadając się na prawie całą długość kanapy mogącej pomieścić około trzy lub cztery osoby. Odpowiada mu dobrze znane, sfrustrowane westchnięcie i Niketas od razu wie, że dobrze trafił. Jeżeli jest tu jeszcze jakiś dzieciak Hekate, to przynajmniej nie jest to Rosalie, która na ten moment wyraża wyłącznie chęć pogonienia Niketasa miotłą, bo próby miłej dyskusji (niemiłej też) odrzuciła już parę tygodni temu. – Co u ciebie, kochana? – pyta, równocześnie próbując rozszyfrować wzór na powieszonej na suficie makatce. Udaje mu się stwierdzić, że jest koloru zbliżonego do czarnego, a symbole na niej są w kolorze zbliżonym do białego.
– Możesz chociaż pu- Zresztą, nieważne – mruczy dziewczyna. Pokręciwszy głową w dezaprobacie, wraca do tego, co robiła przed wtargnięciem Hermesiaka do jej domku. Czyli do czegoś, co nie jest wiadome Niketasowi, który w tym zawsze pogrążonym w półmroku domku widzi co najwyżej czubek swojego nosa. Jedynym źródłem światła są te ich głupie lampki, których abażury pokryte są tak grubą warstwą kurzu, że ledwo przepuszczają pomarańczowe coś, co w najgłębszej ciemności możnaby nazwać światełkiem.
Niketas z bólem serca wsuwa okulary na czubek głowy i wreszcie przygląda się krzątającej się w dalszej części domku Violet.
– Czekaj – mówi z prawdziwym, czystym przerażeniem – czekajczekajczekajczekaj. Ty na jakieś wakajki jedziesz?
– Wakajki…? – Violet gwałtownie się do niego odwraca i wita go skonsternowanym spojrzeniem. – Niketas, ja się wyprowadzam.
– I nie miałaś mi zamiaru o tym, na przykład, powiedzieć? Czy ty sobie nie zdajesz sprawy z tego, ile ja będę miał przez to problemów? Nagle jesteś cicho, zero informacji, zapasy energoli mi się kończą, próbuję cię pospieszać i ty masz w ogóle czelność…
– Słuchaj, ostatnio miałam dużo na głowie, myślałam, że…
– To co ty myślałaś nie ma najmniejszego znaczenia! – Niketas podnosi się z miejsca i zamaszystym gestem wskazuje na leżące na łóżku walizki. – Co ja mam niby teraz zrobić? Mam ile, dwie godziny na znalezienie jakiejś alternatywy „Boskiego Fulla”? Czy ty sobie w ogóle zdajesz sprawę…
– Mam ważniejsze sprawy do załatwienia niż te energetyki! – prycha Violet, wciskając do walizki ostatnie rozrzucone po podłodze ubrania. – Tak, byliśmy partnerami. Ale ja z tym kończę. Wyjeżdżam do Nowego Jorku. Nawet nie pamiętałeś, że miałam osiemnaste urodziny.
– Bo mi nigdy nie powiedziałaś! – Niketas załamuje ręce, a potem jednak wraca do jakiejś próby bycia bardziej wściekłym szefem niż zrozpaczonym nastolatkiem i kompletnie zmienia pozycję. Jedną dłonią ściska nasadę nosa, a drugą opiera na biodrze. – Nawet nie mamy czasu na jakąś inwentaryzację, podliczenie zarobków, ostateczne rozwiązanie wszystkiego, nie mamy czasu NA NIC.
– Och, poprosiłam Ulferta, żeby się tym zajął.
Świat Niketasa właśnie rozpada się w jego oczach. Odsuwa dłoń od twarzy, żeby z czystym niedowierzeniem, w dogłębnym szoku, spojrzeć na Violet, żeby chociaż z jej miny wyczytać, czy właśnie zarzuciła bardzo nieśmiesznym żartem, czy ona tak na serio. Z jej twarzy wyczytuje jedno i sprawia to, że na jego twarzy pojawia się jakaś parodia uśmiechu.
Wyobraża sobie brata, albo raczej wspomina to, jakiego go ostatnio widział. Pogrążonego z nosem w jakichś zeszytach, z kalkulatorem u boku. Niketas ciągle przechodził obok niego i ani razu nie zwrócił na to odbiegające od normalności zachowanie oprócz krótkich komentarzy, podczas których wyśmiewał jego brak umiejętności matematycznych i potrzebę używania kalkulatora do najprostrzego dodawania.
Niketas nigdy nie spodziewał się, że ktoś ogra go w tak prosty sposób. Zwłaszcza ktoś, kogo myślał, że ma owiniętego wokół palca. Na tyle mocno, że mógł tym jednym palcem kontrolować wszystkie jego ruchy i mieć pewność, że nie wyślizgnie się z więzów. Powinien był mieć jakiś plan b. Na wypadek katastrofy, zdrady, śmierci wspólniczki. Powinien był o tym pomyśleć wcześniej, zanim zgodził się na idiotyczną skrzyneczkę do przechowywania pieniędzy i zanim zaufał Violet, że wywiąże się ze swojej części umowy.
– Czyli nawet Ulfert wiedział, ale ja nie? – prycha nasycony jakąś mieszanką wściekłości i rozpaczy. Dobrze wie, że w tym momencie brzmi idiotycznie, ale niewiele mu pozostało. W oczach Violet najwyraźnie był niczym innym, jak skończonym głupcem. – Ty sobie ze mnie żarty robisz.
– Może gdybyś mnie słuchał, to byś wiedział, że wyjeżdżam. – Dziewczyna wzrusza ramionami. – I nie zachowuj się tak, jakbyś od początku nie planował wziąć większości zysków dla siebie i zostawić mnie z niczym. Ulfertowi przynajmniej mogę ufać.
– Aha. Okej. Super. Świetnie. Właśnie to o mnie myślałaś od samego początku. Cudownie! – Niketas wydobywa z siebie wymuszony śmiech, po czym zsuwa swoje okulary na nos. – Nie myśl sobie, że ci odpuszczę – dodaje, już po odwróceniu się.
– To ma być groźba? Jeśli to groźba, to się dobrze zastanów, czy dasz radę mnie znaleźć w wielkim mieście.
Mówi coś jeszcze, ale Niketas przestaje jej słuchać i zatrzaskuje za sobą drzwi.


────
[1200 słów: Niketas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

— Mmmghm — rzucił w stronę Kuźmy Ricky, ale ona nie miała siły interpretować tego ani jako podziękowania, "poradzę sobie sam", ani w ogóle niczego innego więc po prostu go zignorowała. Pociągnęła merwkurwiaka za łokieć do łazienki, zamknęła drzwi i wskazała mu umywalkę. A ten gapił się w nią jak w cielę malowane.
— Wodą zmyj! — warknęła zirytowana dziewczyna. Odkręciła kran i podsunęła mu dozownik z mydłem. Ale syn Merkurego miał do powiedzenia tylko "ghmbfbgb" i odsunął się zarówno od umywalki, jak i niej.
— Bghmaarghh — mruknął, chyba pocieszająco Ricky. Dziewczyna zakręciła więc kurek i zrezygnowana odwróciła się. W chwili, kiedy w kącie oka straciła widok młodego wynalazcy, usłyszała skwierczenie. Zaskoczona natychmiast się odwróciła - a to kawałek tej mazi z jego twarzy, w kontakcie z kałużą na podłodze… chyba właśnie to wydało taki dźwięk. Ricky zaczął ścierać ją papierem toaletowym.
— Wiwisz? — wymamrotał już wyraźniej. — Ba maź mie mowe…
— Już rozumiem. Pospiesz się, mamy trumnę do przewiezienia — wywróciła oczami dziewczyna.
Owszem, Ricky radził sobie dość szybko. Kawałki jego skóry, które wcześniej były pokryte szarym paskudztwem, wydawały się lekko zarumienione. Kiedy już zebrał wszystko z twarzy, ulepił z papieru kulkę i ruszył w kierunku wyjścia.
— Masz zamiar zabrać to ze sobą?
— Racja!
Otworzył drzwi najbliższej kabiny, i zanim Kuźma zdołała go powstrzymać, wrzucił kulę bezpośrednio do sedesu, po czym zamknął drzwi i w paru susach, z córką Pavora ciągniętą za łokieć i breloczkiem z Kaczorem Donaldem stukającym o kafelki pokrywające ścianie łazienki, wybiegł z łazienki. Jakkolwiek daleko by nie odbiegł, nawet gdyby zapadł się pod ziemię, wszyscy w budynku słysząc wybuch, na pewno połączyli go z jedną, konkretną twarzą. Głupio wyszczerzoną, z włosami sklejonymi potem i jakimś podejrzanym śluzem, z plastrem w dinozaury na podbródku oraz powoli zmywającym się kutasem, narysowanym nie tak dawno permanentnym markerem na szyi w odwecie za zgrillowanie czyjejś złotej rybki dziwnymi, gorącymi oparami.
— To co, teraz trumna? — uśmiechnął się Ricky jeszcze szerzej.


Kuźma?
────
[311 słów: Ricky otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Lotus CD Lucasa — „Lotus VS dziecko”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Lotus była przerażona, kiedy tylko z ust małej Ruby padło słowo klucz.
— Co mówisz? Bulwa? Ja tu nie widzę żadnej bulwy! Widzisz jakąś bulwę, Lucas? — zaczęła trajkotać, uśmiechając się szeroko.
Lucas przez chwilę patrzył to na córkę, to na Lotus, jakby bardzo chciał wierzyć w to, że bulwa to faktycznie słowo, które padło z ust dziewczynki. Lotus o krok odsunęła się od wózka, bo za żadne skarby nie chciała, żeby Ruby to powtórzyła, a z jakiegoś powodu powiedziała kurwa, kiedy twarz dziewczyny pojawiła się w zasięgu jej wzroku.
Dziecięcy chichot dziewczynki zdecydowanie pokazywał, że ta bawiła się świetnie.
— …No dobrze — powiedział w końcu Lucas, choć wciąż wyglądał na nieco podejrzliwego. — Lepiej chodźmy. Im szybciej, tym lepiej — dodał, łapiąc za rączki od wózka.
Kryjąc oczy przed promieniami słońca, Lotus rozsądnie trzymała się krok przed wózkiem, czyli poza polem widzenia Ruby. Nie znała Nowego Rzymu, ale Lucas zawsze wcześniej mówił jej, gdzie powinni zakręcić, więc nie sprawiało jej to żadnego problemu.
— Do czego w ogóle jest ci potrzebna ta śrubka? — zapytał w końcu Lucas, zerkając w bok na Lotus.
— No, bo ja to generalnie mam straszny problem ze wstawaniem. A w obozie trzeba wcześnie wstawać, więc buduję budzik. Miałam już jedno podejście, ale prawie mnie za nie wywalili z baraku, bo nie umiałam go wyłączyć… Więc ten musi być lepszy! Powiedziała z szerokim uśmiechem. — Ta śrubka jest mi potrzebna właśnie do wyłącznika. Tamta się ostatecznie okazała trochę zardzewiała, dlatego nie zadziałała. Więc ta musi być idealna.
Porażka z poprzednim robotem budzącym nieco ugodziła w jej dumę, ale to przecież nie znaczyło od razu, że ma się poddać. W końcu do trzech razy sztuka, a to była dopiero jej druga próba. Poza tym, ktoś jej kiedyś powiedział, że za trzecim się zeruje, więc tak właściwie to miała nieskończoną ilość szans. Coś wspaniałego.
— W takim razie musimy ją znaleźć. Teraz w lewo. Uważaj, bo tu ludzie chodzą jak potłuczeni — pouczył ją Lucas, kiedy jakiś zawzięty biegacz minął ich w zdecydowanie zbyt małej odległości.
— Myślałam, że u nas jest chaos. Ale jednak w obozie to wszyscy chodzą jak w zegarku — rzuciła Lotus, odprowadzając pana biegacza wzrokiem.
— Słyszałem, że u was bardziej dbają o dyscyplinę.
Lotus zmarszczyła brwi i odwróciła się, żeby na niego spojrzeć. Po krótkich oględzinach na żadnej z jego rąk nie zauważyła tatuażu.
— Nie jesteś z Jupitera — stwierdziła, odpuszczając sobie pytanie.
Lucas pokręcił głową.
— Nie, z Obozu Herosów. Tutaj jestem, żeby studiować — wyjaśnił. — O, tutaj musimy zakręcić.


Lucas?
────
[404 słowa: Lotus otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

sobota, 15 sierpnia 2026

Od Lucasa CD Lotus — „Lotus VS dziecko”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Mała wygięta śrubka, mała wygięta śrubka…
Lucas przeszukiwał cały sklep, w poszukiwaniu jednej, małej śrubki, której nigdzie nie było. Oczywiście, mógł się spytać pana przy ladzie, którego jednak nie było. Cóż, papieros sam się nie zapali. Nie chciał mu przeszkadzać, niech chłop odpocznie.
Udał się w kierunku wyjścia, gdzie równo przy drzwiach zauważył dziewczynkę z Ruby. Trzymała się za włosy, patrząc prosto w wózek. Lucas przyspieszył kroku, z obawą, że coś się mogło stać jego córce.
— Ruby, wszystko do—
Ruby jednak leżała opatulona w kocyk, uroczo sie śmiejąc. Lucas przeniósł wzrok na dziewczynę.
— Nie, nie, bo… przed chwilą zakaszlała i myślałam, że… może będzie chora.. i byłoby mi tak bardzo głupio gdyby…
— Nie musisz się martwić — Lucas odpowiedział, poprawiając śpioszki córki. — Nic by się nie stało.
— A co z śrubką?
— Śrubką?… Nie ma jej tu. Może być w jakimś innym sklepie… chyba, że znajdziemy tą, którą zgubiłaś…
— A gdzie jest najbliższy jeszcze inny sklep z…
— Na drugim końcu Nowego Rzymu. Tam jest sklep budowniczy, prowadzi go ziomek mojego przyjaciela, syn Wulkana.
Zresztą, tak jak nowa opiekunka Ruby, patrząc na jej tatuaż na ręce.
— A ile jest drogi stąd do tego sklepu?
— Pół dnia na piechotę.
— To…kawał drogi…— wyszeptała dziewczynka.
Lucas usiadł na ławce, sprawdzając samopoczucie Ruby. Nie wyglądała na wystraszoną, wręcz przeciwnie. Córka Wulkana usiadła obok Lucasa.
— Nie musisz mi pomagać szukać tej śrubki, naprawdę. Sama dam radę.
— A byłaś kiedykolwiek w Nowym Rzymie?
— Um… może z raz? Dwa?
— To nigdzie sama nie idziesz.
— Hej, mam już 15 lat!
— Ja w twoim wieku spałem z włączoną lampką, bo sie bałem, że potwór przyjdzie. Nowy Rzym jest duży, łatwo tu się zgubić. Jeszcze ktoś na ciebie napadnie, albo porwie. Pójdziesz na nieprzyjemną dzielnice i co zrobisz?
To nie tak, że Lucas był wielkim chłopem. Był owszem, bardzo wysoki, ale chudziutki jak patyk. Trudno po nim stwierdzić, że spędził tyle lat w Obozie Herosów.
— Po prostu nie chcę mieć ciebie na sumieniu.
Dziewczynka się delikatnie uśmiechnęła.
— Dziękuje bardzo… jak ci na imię?
— Lucas.
— O! Też na L! Ja jestem Lotus! Jak ten kwiat!
Rozmowa z Lotus sprawiła, że Lucas przez chwilę zapomniał, że czeka ich droga przez cały Nowy Rzym. Natomiast Lotus zapomniała o tym, co przez przypadek nauczyła Ruby.
— Twoja córka ma bardzo ładne imię — Lotus kontynuowała. — Urocze.
I akurat wtedy, kiedy się nachyliła do córki Lucasa, Ruby musiała sobie przypomnieć o nowym słowie, którego się nauczyła.
— Kulwa!


Lotus?
────
[389 słów: Lucas otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Inez poczuła, że przez ten cały czas pokładała w Dahlii swoje wszystkie nadzieje. Heroska w jej oczach była tak odważna, że Velez nie mogła się nawet do niej porównać. Odważnie władała ostrzem i mierzyła się z potworami jak równy równy, czego młodsza nie mogła raczej powiedzieć o sobie. Uwielbiała swoją broń i uważałą, że jest całkiem niezła w jej użytkowaniu, jednak zawsze na ćwiczeniach czuła, że brakuje jej tej odwagi, gdy trzymała go w rękach. Zresztą wszyscy jej to mówili, dlatego zwykle, jeśli nie musiała, nie była nigdzie wysyłana, bowiem zdecydowanie nie była najlepszą legionistką jaką Obóz Jupiter posiadał.
Mimo tego odwaga Dahlii jej pomaga. Nie zdawała sobie sprawę, że obecność Chestnut tak buduje jej własną pewność siebie. A to jeszcze chwilę temu zrobiła… Inez chciała wierzyć, że też tak potrafi. W końcu już tyle czasu była legionistką! Zdecydowanie mniej bała się potworów niż wcześniej. I może te ventus nie były słabe, to wciąż nie były tak silne by pokonać dwie półboginie. Co to, to nie! Inez czuła, że jest lepsza niż oni. Tak, zdecydowanie była! A widząc, że dziewczyna pokłada w niej wiarę (a przynajmniej tak myślała) wiedziała, że da z siebie wszystko.
I z tą myślą siedziała skupiona z naciągniętą cięciwą wpatrując się w lecącego na nich potwora. Musiała wyczuć odpowiedni moment. Jej ciało znajdowało się w jednej pozycji przez cały czas tak, że ktoś z boku musiałby się zastanawiać czy Inez jest żyjącą istotą, czy bardzo realistycznym posągiem. Gdyby Dahlia chciała teraz się do niej odezwać, czy o cokolwiek zapytać, prawdopodobnie nie uzyskałaby żadnej odpowiedzi. Jednak starsza dziewczyna chyba to wiedziała, bo nic nie mówiła. Prawdopodobnie sama była mocno skupiona, by od razu zareagować, gdy tylko usłyszy sygnał córki Arcus, ale tak naprawdę Velez nie miała pojęcia czy tak jest, bo nie zawracała teraz swojego umysłu takimi sprawami. Była w pełni skupiona na tym co ma zrobić, a jej umysł w tym jednym momencie był zupełnie czysty. Tak jak była uczona; tak, jak powinno być zawsze gdy w rękach trzymała broń.
– Impugna. – W końcu padły słowo, na które obie czekały. Głos Inez był pewny i głośny, bo naprawdę czuła, że wie co robi. Nie czekając na to, czy Dahlia nadąży wystrzeliła z gastrafetesa.
Dopiero potem skupiła swoją uwagę na dziewczynie, która zaatakowała rozwścieczonego ventus. I nagle jakby mocno wyładowanie elektryczne (a może atmosferyczne? Inez nie była pewna bo żaden prąd jej nie poraził, ale tu wszystko wydawało się dziwne) ich otoczyła, a lampy wokół nich popękały. Inez złapała mocniej za swoją broń i zamknęła oczy. Nie poczuła jednak żadnego bólu, a po chwili wokół niech powietrze się uspokoiło. Pomału zaczęła otwierać oczy i szukać swojej towarzyszki wzrokiem. Dahlia leżała kawałek od niej na ziemi, jednak nim Velez do niej podbiegła rozejrzała się wkoło czy gdzieś się nie czai przeciwnik. Jednak gdy go nie spostrzegła stwierdziła, że to wyładowanie było spowodowane śmiercią potwora. Schowała broń, wstała na równe nogi i podbiegła do kobiety.
– Dahlia! Dahlia! Udało się! – krzyczała szczęśliwa, jednak dziewczyna nic jej nie odpowiedziała. Uklęknęła przy niej prędko, a jej mina zrobiła się mniej zadowolona. – Ej, wszystko okej? Odezwij się, co? – Znów brak odpowiedzi. – Dahlia, halo? Cholera.
Inez była przerażona. Szybko, jednak wciąż delikatnie starała się przewrócić heroskę na plecy. Spojrzała na jej twarz. Była brudna, jednak nie widziała aby z głowa lała się jakaś krew. Przynajmniej nie miała raz na zewnątrz!
– Hej no. nie żartuj sobie weź… – Czyżby jednak za późno dała sygnał? Tylko ona była bezpieczna? Skupiła się za bardzo na sobie? – Dahlia, no weź.
Przyłożyła szybko ucho do jej nosa i spojrzała na jej klatkę piersiową by upewnić się, że koleżanka wciąż oddycha. Jednak nim zdążyła się przyjrzeć usłyszała wyraźny głos:
– Na bogów, uspokój się, nie gadaj tyle. Człowiek już sobie nawet poleżeć w ciszy nie może. – Inez odsunęła się natychmiast, a gdy spostrzegła ciemne oczy wpatrujące się w nią od razu zaczęła się szczerzyć. Dahlia przewróciła oczami i zaczęła się pomału podnosić.
– Czemu nic nie mówiłaś!? Wystraszyłaś mnie! – Zmarszczyła brwi niby w niezadowoleni, ale w rzeczywistości czuła właśnie dużą ulgę.
– Miałam nadzieję, że jak nie będę dawać znaków życia to sobie odpuścić i pójdziesz.
I o dziwo Inez nie poczuła się urażona, a szczerze zaśmiała się na słowa dziewczyny. Uśmiech zagościł na jej twarzy ponownie i mogła nawet przysiąc, że kąciki ust Chestnut również uniosły się ku górze.


Dahlia?
────
[715 słów: Inez otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 13 sierpnia 2026

Od Ivy CD Vergila — „At the risk of feeling dumb”

Poprzednie opowiadanie

Potrzebuje długiej chwili, paru długich sekund, aby dotarło do niego, co dokładnie (a raczej kogo) ma na myśli przybyły. Odwraca od niego wzrok, wzdychając cicho, czując się, jak zapędzony w pułapkę, z której nie ma wyjścia, a jakakolwiek próba wydostania się z niej kończy się ucięciem nóg. Ivy nie musi być przecież szczególnie mądry, aby domyślić się, co implikują jego słowa o ,,obozie wojskowym”, o którym słyszał nie jeden raz. I nie chce mieć z tym nic do czynienia. Z żadnymi kwestiami dotyczącymi Obozu Jupiter. A może raczej kwestiami dotyczącemi Dantego. Z drugiej strony, źle by mu było, gdyby zostawił pretora z jakimś problemem, w którym może pomóć. Odkłada swoje notatki, stwierdzając, że nie będzie z nich dalszego użytku — zapisał aż jedno zdanie — prostuje się, jak w przygotowaniu na to, co może zaraz usłyszeć na temat swojego pacjenta, którego doskonale zna. Zna aż za bardzo. I niekiedy tego żałuje.
Vergil wpatruje się w niego z powagą, jakby była to sprawa życia i śmierci.
— Możliwe, że leczę. Zdajesz sobie sprawę, że i tak nie mogę udzielić ci żadnych informacji? — zwraca się do niego bezpośrednio, mając cichą nadzieję, że to pomoże w daniu do zrozumienia Halstonowi, że nie jest ani trochę chętny na współpracę.
Nie chce prawić mu tu morałów o tajemnicy lekarskiej, gdyż wygląda na wystarczająco inteligentnego, by zdawać sobie z niej sprawę (choć przecież można powiedzieć, że w pewnych przypadkach może ona zostać złamana). Mężczyzna wierci się na krześle, a jego ramiona opadają — musiał spodziewać się takiej odpowiedzi.
— Jest to… dość ważna sprawa, proszę pana — mówi i jak na jeszcze większe, wiarygodniejsze potwierdzenie, kiwa lekko głową. — Gwarantuję, że nie wyszkodzi ani Panu, ani pańskiemu pacjentowi żadnego kłopotu.
— W takim razie, po co ci on, skoro nie ma mieć żadnych kłopotów? — Ivy krzywi się z niedowiary, próbując się nie wzdrygnąć.
— Nie, nie, chyba źle się rozumiemy — odpowiada szybko, gestykulując przy swoich słowach. — Naprawdę, chodzi tylko o wyjaśnienie pewnej istotnej sprawy.
— W takim razie, możesz mi ją wyjaśnić.
Vergil kiwa głową i mówi mu o portalach, potworach i swoich podejrzeniach. Psychiatra słucha z uwagą, nie odwracając wzroku ani nie potakując, przez co pretor musi zastanawiać się, czy do mężczyzny na pewno dociera to, co mówi. Nie zatrzymuje sie z wyjaśnieniami ani na chwilę, a gdy kończy monolog, bez ruchu oczekuje na reakcję. Ivy trawi jego wypowiedź, myśląc o Dante, jak bardzo problem pasuje do jego osoby i jak absurdalne to w pewny sposób jest.
Jeśli Vergil potrzebuje Dantego, Ivy nie sądzi, że ten będzie z nim współpracować. Poprawka, jest to pewne, że nawet jeśli syn Marsa dotrze do półboga, może nie uzyskać chcianego rezultatu, jakikolwiek on jest. Bo jeśli było to przemówienie do rozsądku Dantemu, z pewnością się mu to nie uda. Był osobą zbyt trudną do obycia i (tym bardziej) ujarzmienia.
— Mogę ci pomóc go znaleźć. Nic więcej… raczej ci nie pomogę.
Iskierki nieśmiało pojawiają się w oczach Vergila. Uśmiecha się z widoczną wdzięcznością, a Ivy ma nadzieję, że nie będzie tego żałował. Żegna się z nim, gdy postanawiają, że spotkają się jakiś czas później, gdy skończy pracę. Gdy wychodzi z jego gabinetu, opada ciężarnie na krzesło, chowa twarz w dłoniach i wzdycha ciężko, zastanawiając się, czy nie wpakował się przypadkiem w jakąś popieprzoną aferę.

 
Vergil zgodnie z obietnicą wraca do niego po paru godzinach, życzliwie się z nim witając. Ivy nie wie, jak Dante może zareagować na ich przyjście — tak naprawdę nigdy nie wiadomo, jak może zareagować na… cokolwiek. Żadnej jego reakcji nie da się przewidzieć, czy będzie to wybuch złości, agresja, płacz czy śmiech. Ta ostatnia byłaby najmilej widziana, o ile nie przemieniłaby się w psychopatyczną manię Dantego czy przytłaczającą lawinę euforii.
Nie jest pewien także, czy zastaną go w domu. Była to jednak najszybsza droga, jaką mogli wybrać, aby mieć jak największe prawdopodobieństwo na spotkanie kłopotliwego półboga. A im szybciej to załatwią, tym lepiej dla nich obydwóch (nie brzmiało to jednak wcale na proste zadanie).
— Jeśli tu go nie będzie, to albo na niego poczekamy, albo… może być dosłownie wszędzie— zwraca się do Vergila, nie chcąc mu robić nadziei i uśmiecha się łagodnie.— Ostrzegam, jest szurnięty. I to serio szurnięty.
— Tak, słyszałem to — parska, a gorąca para leci mu z ust. — Nawet dokładnie tak samo powiedziane.
Zatrzymują się przed niższym blokiem, spoglądając na siebie niepewnie i do Ivy dociera, że TO ON musi przejąć inicjatywę. Cholera, sam się na to zgodził! W końcu nie powinien też ot tak, bez wsparcia, po prostu pochnąć Vergila w szpony tego obłąkańca. Nagle czuje się odpowiedzialny za to, co mogłoby się wydarzyć, za to, że mogłoby coś pójść nie tak i wcale mu się to nie podoba. To jest zły pomysł. A może przesadza. Jak zawsze. Lęka się Dantego na tyle, że zaczyna rozważać wycofanie się, powiedzenie pretorowi, że on NAPRAWDĘ ale to NAPRAWDĘ jest szurnięty. Zaburzony psychicznie na tyle, że nie rozpoznaje, co jest rzeczywistością, a co jego wymysłem. Zaciska usta, zaciskając pięści w kieszeniach płaszcza.
— Co właściwie zamierzasz z nim zrobić? Powiedzieć mu, żeby przestał, czy masz ambitniejszy pomysł?

Verdżil?
────
[829 słów: Ivy otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Od Aye CD Chaita — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Aye nie miał żadnego pomysłu. W mieszkaniu Chaita panował taki spokój, że nawet chciał zaproponować, żeby tutaj zostali, ale byłoby to co najmniej dziwne (tak uważał), więc końcowo wzruszył ramionami. Chait też nie miał pomysłu, co mogą robić, a szczególnie po tych wszystkich sytuacjach.
— Możemy się przejść i może coś po drodze znajdziemy — zaproponował coś w końcu, widząc, ze Aye nie ma żadnego pomysłu i pomału zaczyna czuć się coraz bardziej niezręcznie.
Kiwnął głową w odpowiedzi.
— Mam nadzieję, że nie trafimy na twoich współpracowników.
Chait się trochę zawstydził. Nie chciał znów iść w miejsca, gdzie kiedyś pracował, ale po słowach Aye czuł, że musi uważać jeszcze bardziej, niż zamierzał. Jeśli znowu trafiliby na kogoś pokroju Karoliny albo Jessicy, to mogliby zerwać kontakt. I inicjatorem pewnie byłby Aye.
— Nie musisz się o to martwić — zapewnił, chociaż sam nie był tego taki pewien. Może zaczyna mieć coraz większe paranoje? — Pójdziemy w spokojniejszą okolicę.
Jak powiedział, tak też zrobił, prowadząc Aye jakimiś alejkami i ulicami, którymi nie chodziło zbyt dużo ludzi. Jak na sam Nowy Jork było tutaj w miarę czysto, chociaż ze dwa razy przed nogami przebiegł im szczur. Też muszą sobie jakoś radzić w miastach, prawda?
Dziwnie zaczęło się robić, kiedy szczurów zaczęło pojawiać się coraz więcej. Najpierw dwa, potem już sześć, następnie dziesięć… ich liczba stale rosła. Aye starał się zachować trzeźwość umysłu i nie panikować, bo nie był typem osoby, która najpierw panikowała, a dopiero później myślała. Chait za to zaczął zwalniać kroku.
— Może tutaj mieszkają — powiedział Aye, zanim Chait zdążył otworzyć usta. — Szczury to bardzo stadne zwierzęta.
Był to oczywiście niepodważalny fakt, o którym Chait już wiedział. Przeszkadzała mu natomiast ich liczba. Zazwyczaj widział jednego, może dwa szczury. Nie zdarzyło mu się nigdy wcześniej widzieć aż tylu na raz.
— Okej. — Pokiwał głową, starając się zgodzić z Aye. — Może masz rację.
Szli dalej, a szczurów przed ich nogami pojawiało się coraz więcej. Aye zmarszczyło brwi. W końcu wydało mu się to zbyt dziwne.
— Coś nie gra — mruknął do siebie i odszedł do Chaita. Chłopak od razu za nim pobiegł.
Aye skierował się w stronę kanalizacji w chodniku. Z zaciekawieniem kucnął przed nią tuż przy ścianie jednego budynku. Chait zrobił to samo.
— One stamtąd uciekają — stwierdził, kiedy Chait zaczął wciskać palce między kratki.
— Dlaczego? — zdziwił się. — Ktoś wrzucił tam trutkę?
Pokręcił głową. To byłoby zbyt łatwe. Już nie wspominając o tym, że trutka zabija zwierzęta, a nie je wygania z ich miejsca bytowania.
Aye podniósł kratkę jedną ręką. Zaskoczony Chait nie wiedział, czy powinien się odsunąć, więc pozostał w bezruchu. Dzieciak Hefajstosa zapomniał, że nie powinien chwalić się swoją siłą bez wcześniejszego uprzedzenia.
Nachylił się nad otworem, wielką, czarną dziurą i próbował zauważyć cokolwiek w ciemności. Przed twarzą wybiegł mu jeszcze jeden szczur i zaraz po nim, z tej przerażającej ciemności, wyłoniła się ręka, która chwyciła go za koszulkę. Został wciągnięty do środka.
Chwilę szamotał się i próbował wydostać z ucisku, aż nie poczuł pod nogami zimnej, brudnej wody. Postać — albo najprawdopodobniej potwór — który go tutaj wciągnął zniknął.
— Chait? — zawołał, unosząc głowę. Chłopak dalej wisiał nad otworem. Nie wiedział co ma zrobić. — Nic mi nie jest.
— Schodzę do ciebie! — krzyknął.
— Co? Nie… nie trzeba.
Było już jednak za późno. Chait rzucił się w przepaść. Przed upadkiem uratował go jakiś zalążek wyplutej z ust tęczy. Taka poduszka powietrzna.
Chait poprawił fryzurę, koszulkę i spodenki, które miał na sobie, po czym uśmiechnął się dumny z siebie do Aye.
— Wolałem, żebyś został na górze — przyznał Aye, krzywiąc się od razu. Nie mógł bez końca ukrywać charakterystycznego grymasu. — Byłoby mi łatwiej stąd wyjść.
— Nie martw się. Zaraz coś wymyślimy.
To słynne niemartwienie się Chaita zaczynało coraz bardziej brzmieć jak puste słowa. Szczególnie, kiedy mówiąc to, nerwowo pocierał dłoń o dłoń.
Aye wybrał milczenie. Za dużo już się dzisiaj odzywał. W tej sytuacji też wolał pozostać cicho, by stwór, który siedział w ściekach ich nie odnalazł.
— Co teraz? — zapytał Chait po chwili. Chyba zakładał, że plan wydostania się na powierzchnię omówią wspólnie.
— Chodźmy w tamtą stronę. — Aye wskazał ręką na jedną część tunelu. — Widzę tam światło.
Chait nic nie widział.
— Na pewno?
— Może widzę trochę więcej, niż ty. — Wzruszył ramionami. — Uważam, że to będzie najrozsądniejsze.
Chait nie chciał się kłócić (i nawet nie mógł), więc przystał na to i poszedł za Aye. Otaczająca ich ciemność była przerażająca. Na dodatek strasznie śmierdziało, bo broczyli nogami w brudnej wodzie, w której pewnie różne żyjątka zdążyły się rozłożyć lub były w trakcie rozkładu. Aye bardzo żałował, że miał na nogach sandały.

Chait? nie wiem co oni teraz zrobią szczerze
────
[743 słowa: Aye otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]