czwartek, 28 maja 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu usiadła na ławce obok niej. Świat się nie skończył, nie wyśmiała jej, dalej była tak samo miła jak wcześniej. Lynn trudno było określić, skąd brał się ten wyraz zakłopotania na jej twarzy; z pewnością nie była to dla nieznajomej zupełnie komfortowa sytuacja, jednak jej słowa były łagodne i powoli upewniały Lynn, że w ciągu przynajmniej następnych paru minut wszystko będzie w porządku. Słuchała jej, i zadawała pytania. Kobieta nie odpowiedziała od razu, i Arisu już zaczęła się wycofywać z rozmowy, ale Lynn naprawdę chciała odpowiedzieć, porozmawiać. Mimo że będzie to trudne. Ale kiedy następny raz będzie miała okazję, kiedy ostatni raz miała okazję?
— Czego się boję? — zaczęła, żeby kupić sobie trochę czasu na zastanowienie i nie odstraszyć dziewczyny.
Brzmiało to głupio, siedziały przecież niedaleko grobu. Martwi ludzie nie mogli mieć takiego wpływu na żywych, żeby wywoływać w nich strach. Jej lęk był jednak powiązany z Nalinem, niezaprzeczalnie. Mimo że z punktu widzenia śmiertelników jego ciało od dawna rozkładało się w ziemi. Lynn nie była śmiertelniczką, była świadoma tego, jak blisko żywych przebywają zmarli, nie mogła więc tak po prostu odciąć się od kogoś, jeśli umarł. Paradoksalnie, przez jej powodzenie, śmierć czyniła wszystko jeszcze gorszym. Nalin towarzyszył jej przez większość życia, zawsze był obecny, jeśli nie obok, to w następnym pokoju. Słyszała jego głos, widziała cień na ścianie. Po jego odejściu czuła jego obecność niekiedy jeszcze bardziej intensywnie. Widziała jego dłonie w swoich, kiedy myła rano ręce, zastanawiała się, czy dalej mieliby podobny rozmiar buta, odruchowo robiła nieco więcej jedzenia, niż musiała. Czasem przyjmowała te obrazy z sentymentem, głównie jednak starała się odrzucać jakiekolwiek znaki brata. Nawet jeśli oznaczało to wymioty z wycieńczenia, skórę szarą i cienką jak papier i długie godziny w milczeniu przeplatane szlochem. Kiedy w jej głowie pojawiała się twarz brata i staw, nad którym spędzali całe godziny, starała się zignorować tęsknotę i ciepło tego obrazu, nie zasługiwała na niego. Może w ten sposób popełniała błąd. Nalin milczał w zaświatach, tak samo jak milczał za życia. Choć rozpaczliwie chciała usłyszeć, dlaczego tak właśnie się wszystko skończyło, bała się zakładać o inną możliwość niż jej winę. Kto inny mógł powstrzymać to, co się stało?
— Boję się, że jest na mnie zły. Że nie przychodzę. Albo że przychodzę.
No tak, tak naprawdę nie była stuprocentowo pewna słuszności tego, że tu przyszła. Uważała, że musiała, czuła, że nie da rady…
— Mój brat zmarł wiele lat temu i nigdy do końca się z tym nie pogodziłam. Nie dowiedziałam się, co mogłabym zrobić, żeby temu zapobiec i czuję… złość na siebie, w jego imieniu, ponieważ on nie może już być na mnie zły?
Choć pewnie jest. Albo i nie. Lynn odczuwała wiele emocji, i ciekawym sposobem na poradzenie sobie z nimi było przypisanie im wpływu martwych, mściwych energii. Chociaż nie miała pewności, przecież jako wnuczka Tanatosa rozmawiała ze zmarłymi częściej niż żywymi. Wody Styksu skutecznie zmieniały każdy nastrój, i przyzwyczaiła się do przygaszonych kolorów, bo nie mogła sobie przypomnieć już życia spod warstwy mułu. Brat był jedyną osobą, która ją rozumiała. Razem stanowili most między światem ludzi i fantastycznych istot. Teraz czuła się jak wyrzutek w obu. Nigdy nie dokończyła studiów, rzadko rozmawiała z ludźmi. Jeszcze rzadziej z nimfami. Czasem jakaś hamadriada gapiła się na nią przez okno. Lynn zaciskała poszarzałe pięści i starała się nie rozpłakać, choć czuła, jakby nie było w niej ani jednej kropli wilgoci.
— Wiem, że to brzmi bardzo chaotycznie, ale nie jestem w stanie poukładać sobie nawet tego w głowie, a co dopiero powiedzieć w uporządkowany sposób. Po prostu… byliśmy bardzo blisko, a potem się od siebie oddaliliśmy, aż zniknął. A kiedy zniknął, ja nie mogę sobie znaleźć miejsca.


Arisu?
────
[602 słowa: Lynn otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Usiadła na samym skraju ławki, robiąc to kompletnie wbrew sobie i wbrew zdrowemu rozsądkowi, który bił na alarm i krzyczał, że powinna już odejść. Pomogła już kobiecie usiąść, zaoferowała wodę – przecież nie mogła zrobić nic więcej, przynajmniej z czysto praktycznego punktu widzenia. Niestety, były takie momenty, gdy wola Arisu kłóciła się z jej zdrowym rozsądkiem i to był dokładnie jeden z takich momentów.
Przede wszystkim, chyba wcale nie chciała odejść. Nie mogła już nic zrobić, to prawda, ale równocześnie wiedziała, że odejście byłoby tak zwyczajnie nie w porządku. Czułaby się odpowiedzialna i winna, gdyby kobieta znowu poczuła się gorzej. Gdyby miała teraz czas, to obwiniałaby o tę decyzję brata i ojca. To oni nauczyli ją tej głupiej odpowiedzialności. Przecież nawet nie wiedziała, jak teraz się zachować i co dalej robić. Na pewno byli ludzie, którzy sprawdziliby się w tej roli znacznie lepiej od Arisu. I pewnie znacznie mniej by to przeżywali.
Machnęła ostrożnie ręką, próbując przekazać w ten sposób coś w stylu „nie masz za co dziękować”, bo naprawdę nie oczekiwała podziękowań. Nie zrobiła nic specjalnego. Zaraz jednak splotła dłonie, pochylając się ostrożnie, by móc przyjrzeć się kobiecie i nie wpatrywać się tylko niegrzecznie w nagrobek.
– Cieszę się, że mogłam zrobić przynajmniej tyle – odpowiedziała powoli, zastanawiając się nad tym, co chce i co może powiedzieć bez ryzyka, że zachowa się jak nieczuły potwór.
Brakowało jej doświadczenia w takich rozmowach. Nie miała nikogo, z kim mogłaby prowadzić głębsze i poważniejsze dyskusje. Przez lata stała się mistrzem w ich unikaniu, chociaż nie było to trudne, gdy nie rozmawiała z nikim więcej, niż było to konieczne.
Czy potrafiła zrozumieć strach kobiety? Nie była pewna. Czuła pewien ucisk w żołądku, gdy o tym myślała, ale nie potrafiła dokładnie określić jego przyczyny. Wydawało jej się to okropnie głupie.
Może Arisu naprawdę powinna zignorować ten głos, który chciał, by jeszcze tu została. Nie nadawała się do bycia dobrym i wspierającym człowiekiem.
Równocześnie nie mogła okłamywać samej siebie – to, że została, nie było tylko sprawką siejących zamęt nauk z dzieciństwa. Tym bardziej nie uważała się za miłą. Podłą i samolubną, tak, ale na pewno nie miłą.
Chciała usłyszeć więcej o osobie, do której należał grób. O tym, jak ci żywi sobie z tym radzili. Chciała? To raczej nie było dobre słowo. Czuła potrzebę, by to usłyszeć, chociaż nie zamierzała wypytywać i nie była pewna, czy naprawdę chce usłyszeć odpowiedzi. Pewnie i tak nie były uniwersalne, mogły co najwyżej zaspokoić niezdrową ciekawość, której nie potrafiła wyjaśnić.
– Czego się boisz? – zapytała w końcu, trochę mocniej splatając ze sobą palce. Zaraz zdała sobie sprawę, jak okropne jest to pytanie i że zdecydowanie nie powinna go zadawać. – Przepraszam. Nie chcę być wścibska ani sprawić ci przykrości, nie musisz odpowiadać – dodała, rzucając kobiecie krótkie, przepraszające spojrzenie. Opuściła głowę, mając wrażenie, że każdy, kto ją teraz zobaczy, będzie w stanie zobaczyć też to, jak głupio jej się zrobiło. Gorzej: każdy, kto ją teraz zobaczy, będzie wiedział, jak okropne pytania zadaje i że nie radzi sobie w rozmowie.
Arisu ściskała palce tak mocno, że zbielały jej knykcie. Czuła irytację, która była pewnie jeszcze głupsza od samego zadanego pytania.
Może powinna się wytłumaczyć. Powiedzieć, że też ma brata i nawet nie jest pewna, czy dowiedziałaby się o jego śmierci. Że myśl o tym, że miałaby odwiedzać jego grób, budziła w niej mieszankę bardzo dziwnych emocji, z którymi nie wiedziała, co powinna zrobić i że to jest jeszcze bardziej irytujące, bo powinno być jej to obojętne, bo i tak był tylko podłym zdrajcą. Że to, że statystycznie umrze przed nim, wcale jej nie pomaga.
Nie, to też nie był dobry pomysł. Dlatego nie powiedziała nic więcej.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

środa, 27 maja 2026

Od Kaliny do Vex — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Wyszła z autobusu sześć przystanków za wcześnie, ubolewając nad biletem, za który będzie musiała zapłacić ponownie. Nie, wróć. Te kilka centów, które wyda na nowy bilet, nie będzie ceną biletu, a świętego spokoju. Wysiadła w nadziei, że dzięki temu zakończy kłótnię, która w ciągu dziesięciu minut zdążyła zahaczyć o torbę na siedzeniu, kolorowe włosy, kolczyki na twarzy oraz ogólne niewychowanie kalifornijskiej młodzieży. Nic bardziej mylnego.
— A ciebie to mamusia nie nauczyła, że starszych w drzwiach się przepuszcza? — usłyszała za swoimi plecami skrzeczący głos starszej kobiety.
Kalina odwróciła się z westchnięciem i ponownie spojrzała na ciut za bardzo energetyczną jak na swój wiek, staruszkę. I zdecydowanie zbyt irytującą.
— Byłam pierwsza — wzruszyła ramionami, trzymając ręce w kieszeniach. — Skąd miałam wiedzieć, że pani wysiada?
— Rozwydrzona młodzież! — kobieta splunęła na chodnik i wbiła w dziewczynę pełen nienawiści wzrok. — Za moich czasów, to starszy człowiek był świętością! Młodzi byli wycho…
Kalina jednak nie zamierzała jej słuchać. Postanowiła wykorzystać wolność, odzyskaną po wyjściu z ciasnego pojazdu i odwróciwszy się na pięcie, poszła przed siebie. Porzuciła pomysł o kontynuowaniu jazdy. Zresztą, zdążyła zapomnieć, po co w ogóle miała tam jechać.
— Zero szacunku. Bezczelność! Jak tak można! — trajkotała kobieta, która zdecydowała się podążać za Kaliną. Dziewczyna, bez bezpośredniej reakcji, postanowiła zacząć skręcać w przypadkowe uliczki w nadziei, że w końcu się odczepi. Niestety, starsza pani cały czas przyspieszała tempo, nieprzerwanie prawiąc swoje morały.
— Pani mnie śledzi? — zatrzymała się Kalina, zniecierpliwiona. Próbowała sprawiać wrażenie pewnej siebie, ale przez myśl przeszło jej, że kobieta może nie być zwykłą staruszką, a potworem, którego mogła porządnie wkurzyć. Nie był to najprawdopodobniejszy scenariusz, ale przecież nie niemożliwy. Zacisnęła dłoń na przedmiocie w kieszeni, przeklinając w myślach swoje decyzje, między innymi te o niezabieraniu z domu telefonu, ani niczego do obrony.
— Wy zawsze myślicie, że jesteście pępkiem świata — westchnęła kobieta pretensjonalnie. — Po co miałabym śledzić jakąś gówniarę.
Kalina nerwowo przełknęła ślinę, pospiesznie analizując plusy i minusy przyłożenia jej w twarz. Plusów wyszło więcej, ale mimo wszystko nie zdecydowała się na ten ruch. Zamiast tego wyjęła trzymaną w kieszeni zawieszkę z pingwinkiem, zdobytą jeszcze w autobusie i zmachała kobiecie przed twarzą.
— Nie zgubiła pani czegoś? — zaśmiała się. Z wielkim żalem (spodobała jej się) rzuciła zawieszkę na rosnącą metr od nich trawę i zaczęła biec przed siebie. Miała nadzieję, że to zajmie uwagę staruszki.
— Bezczelność!!! — wydarła się za nią kobieta. — Złodziejka!!! Łapcie ją!!! — krzyczała, co prawda nie biegnąc, ale dreptając szybciej. Musiało to zabawnie wyglądać, ale Kalina była zbyt skupiona na ucieczce i niestety nie była w stanie ocenić techniki marszobiegu seniorki.
Po przebiegnięciu dwustu, może trzystu metrów stwierdziła, że kobieta i tak nie ma szans jej dogonić. Na wszelki wypadek, zanim się zatrzymała, postanowiła skręcić w najbliższą uliczkę i…
— Kurwa! — krzyknęła osoba, w którą wbiegła.
Kalina na razie nie widziała ofiary, sama się za nią uważała. Wylądowała na chodniku, zaraz obok telefonu ze… śladami zębów na ekranie? Komuś musiało braknąć trzeciej ręki…
Odwróciła się na plecy i rozłożyła płasko na bruku, jednocześnie wlepiając wzrok w staranowanego człowieka. Miała wrażenie, że skądś zna te włosy, ale rażące w oczy słońce zdecydowanie utrudniało ich rozpoznanie.
— Co ty odpierdalasz?! — krzyczała dalej ofiara biegu Kaliny. — Jesteś nienor… CO SIĘ TAK GAPISZ?!
— Wybacz, siła wyższa — zaśmiała się, wstając.
Dopiero zmiana pozycji względem słońca pozwoliła jej spojrzeć na spotkaną osobę z bardziej przyjaznego oczom kąta. Teraz już bez problemu poznała fioletowo-różowe włosy, których nie widziała, odkąd półtora roku temu opuściła Obóz Jupiter.
— O, cześć Vex.
Vex stało przy ścianie, którą zdobiła jakaś mutacja słonia, klasyczny, wielki, stojący chuj, zamazane coś i trzy litery, jakby niedokończone słowo. W ręku Vex znajdował się czarny marker, o którego ukrycie niespecjalnie się martwiło. Kalinie przypomniało się aż, jak kilka lat temu musiała szorować ściany w całym obozie za ozdobienie jednej z nich zdaniem „jestem gejem, kocham cycki”. Piękne czasy. Teraz mogła zrobić to samo, ale bardziej bezkarnie… nie pomyślała o tym. Vex zdawało się korzystać z tej możliwości.
Nie była pewna, czy Vex ją pozna. Kiedy ostatni raz była w obozie, jej włosy były czerwone... albo zielone? No, na pewno nie niebieskie. Ale poza tym bardzo się nie zmieniła. Nie chciało jej się tłumaczyć kim jest i dlaczego zna jeno imię. Wystarczyło jej, że musi wyjaśnić powód swojej ucieczki. Chociaż i on postanowił wyjaśnić się sam.
— Bezczelna… dziewucha…! — w rogu uliczki stanęła zdyszana staruszka, widocznie zadowolona z siebie, że udało jej się dogonić Kalinę. Jej uwadze nie umknęło również Vex oraz piękne malowidło naścienne. — Skandal!!! Kolejna patologia!!! Dzwonię po policję!!!


Vex?
────
[736 słów: Kalina otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Rocznicowe radio Smells Like Teen FM

Dziś jest 27 maja 2026 roku — wszystkiego najlepszego! Ale jak to, nie masz dzisiaj urodzin? Ogłaszam zatem, że każdy członek Smellsów obchodzi dzisiaj urodziny, ponieważ 27 maja to data… czwartych urodzin bloga. Tak, jakimś cudem przeżyliśmy cztery lata żartów o przyrodzeniach, kiepskich wymysłów Ricka Riordana i jeszcze gorszych wymysłów Pana Imperatora Aleksa (moich).
Pamiętacie, jak rok temu przeprowadzaliśmy wywiady z Waszymi postaciami? W tym roku postanowiliśmy, że na podium będziecie… Wy. Wy, jako autorzy. W związku z tym przygotowaliśmy kilka pytań do Was, które pomogą nam wszystkim trochę powspominać.
Odpowiedzi możecie wysyłać na kanale #rocznica-bloga na naszym Discordzie lub prywatnie do jednego z adminów. Czas na wysyłanie odpowiedzi jest do 1 czerwca (włącznie). Potem opublikujemy Wasze wywiady w kolejnym poście eventowym. Wszystkiego najlepszego, Smellsy!

PYTANIA

1. Jakie było Twoje pierwsze wrażenie o blogu? Co Ci się spodobało na stronie?

2. Jakie było Twoje pierwsze wrażenie o serwerze Smellsów na Discordzie? Co Cię u nas zatrzymało?

3. Jakie jest Twoje ulubione wspomnienie z Discorda Smellsów? A może masz ich kilka?

4. Jakie jest Twoje ulubione wspomnienie z wątku, który prowadziłxś na Smellsach? Z kim go pisałxś?

5. Jaki był Twój ulubiony event, w którym wzixłxś udział? Dlaczego akurat ten?

6. Czy miałxś wcześniej jakieś doświadczenia z blogami? Jeśli tak, jakie to były blogi? Może pisałxś RP? Może Smellsy są Twoim pierwszym doświadczeniem?

7. Jeśli masz wiele postaci: którą z Twoich postaci pisze Ci się najlepiej? A jeśli masz jedną postać, co najbardziej w niej lubisz?

8. Jaka jest Twoja ulubiona postać innego członka bloga i dlaczego akurat ona?

Od Edel CD Dicka — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

Była przekonana, że umarł, gdy tak patrzyła na niego z góry wzgórza, jak jego bezwładne ciało leżało pod płotem. Przez jej głowę przeleciały wszystkie najgorsze scenariusze i kolejny pogrzeb, któremu będzie czuła się po części winna. Na moment spanikowała, dopóki do niego nie podbiegła i nie okazało się, że najgorszą ze szkód, jakie przytrafiły się Dickowi było oplucie go przez konia. Śmiechu warte. Na pewno nie tak ogromnego strachu, którego doświadczyła jeszcze przed sekundą.
Teraz prowadzi go przez Obóz, nie puszczając jego wątłych ramion pomimo protestów i zapewniania, że jemu to się już dziesiąty raz w miesiącu stało i jeżeli dostał wstrząśnienia mózgu, to było to już co najmniej tydzień temu, bo wtedy to dopiero się uderzył w głowę. Próbuje też puszczać mimo uszu jego pełne buty, wypowiadane drżącym głosem słowa, że on naprawdę potrafi o siebie zabrać (definitywnie nie stoi to choćby kilometr od prawdy, to stwierdzenie nigdy prawdy nie widziało ani nie słyszało o istnieniu takiego konceptu). Niekoniecznie świadomie Edel cieszy się, że chłopaczek nie należy i nigdy nie będzie należał do jej kohorty, bo wtedy to już by naprawdę oszalała. A bardzo chciałaby nie oszaleć, tyle że każdy dzień spędzany jako centurionka wyłącznie przybliża ją do stracenia zmysłów i zrobienia zjawiskowego cosplayu hamletowej Ofelii. Wręczyłaby Vergilowi najwspanialszy bukiet chwastów i długiej trawy, podarowała Cherry parę najcudowniejszych kamieni ze swoich glanów, po cyzm wspięłaby się na najwyższe drzewo nad Małym Tybrem i najbardziej majestatycznym ruchem, w rytm powiewającej w śmierdzącej bryzie rzecznej czarnej sukni, rzuciłaby się w odmęty fal.
Byłoby miło. Może miałaby ładny grób. Z napisem o treści: „Najgorsza i najbardziej pojebana centurionka w całej historii istnienia przybytku zwanego Obozem Jupiter”. I nikt by nie składał tam kwiatów, bo wszyscy by o niej zapomnieli. Jej następcą pewnie zostałby Kurt albo Dorian, albo najlepiej oboje, wtedy dopiero by się ze sobą kłócili. Pod pewnymi względami byliby lepszym wyborem niż ona, jakby nie patrzeć.
– Hej, mam tutaj takiego delikwenta, któremu plaster średnio pomoże – rzuca Edel w białą przestrzeń ambulatorium. Linoleum skrzypi pod tenisówkami Elianne, która ze swoim zwykłym, miłym uśmiechem wychyla się z zaplecza.
– Wcale nie! – upiera się Dick. – Wystarczyłaby naklejka „dzielny pacjent”!
– Tych to już masz całą kolekcję – stwierdza Elianne i ostentacyjnie przewraca oczami. – Cherry mi już powiedziała, że jesteś naszym stałym klientem.
– Ale to tylko takie zadrapanie – powatarza w kółko, choć Edel wydaje się, że jednak jego głos jest zainfekowany strachem. Może przed całą otoczką ambulatorium, które z jakiegoś powodu wywołuje przerażenie w każdym legioniście, który ma zostać tutaj przyprowadzony. – Ałć.
– Tu cię boli? – upewnia się Elianne, odgarniając włosy Dicka. – No, masz guza. Ale tylko guza. Miałeś szczęście.
– Powaga? – pyta zszokowany chłopak, tak jakby właśnie dowiedział się, że Święty Mikołaj rzeczywiście istnieje. – Ale tak serio, żadnych złamań ani nic?
– Sprawdź, czy wstrząśnienia mózgu nie ma – sugeruje Edel znad swojego notatnika, w którym odhacza to, co udało jej się dokonać tego dnia. Czyli, w gruncie rzeczy, nic. Końcem pióra stuka w puste pola do zaznaczania wykonanych zadań obok obszernej listy dzisiejszych obowiązków i zaczyna zastanawiać się nad sensem swojego centuriońskiego zapierdolu.
– Chodź na leżankę – zachęca Dicka Eli, bo chłopiec jak na razie ledwo przekroczył próg ambulatorium. Syn Fortuny uśmiecha się trochę niepewnie i wreszcie zbiera w sobie wystarczająco odwagi, żeby zrobić pierwszy krok.
Nie idzie mu szczególnie dobrze. Jakimś sposobem udaje mu się zahaczyć o jedną z zasłonek pomiędzy łóżkami i byłoby to totalnie okej i bezproblemowe, ale pewnie tylko wtedy, gdyby nie był sobą. Szarpnięta kotara postanawia wyrwać się z akurat krzywo zaczepionych spinaczy i sfrunąć na chłopca, czyniąc z niego coś w rodzaju okropnie niezdarnego i w ogóle nie przerażającego ducha. Edel w bardzo teatralnym geście rzuca notatnik na ziemię i, mając ochotę po prostu ukryć twarz w dłoniach z krzykiem: „ZNOWU TO SAMO”, postanawia ponieść bohaterską próbę złapania kotlącego się w białej takninie Dicka. Niestety, wyślizguje się z jej ramion i Del zostaje sama ze swoimi marzeniami o byciu supercenturionkokobietą.
Dick zatacza się dalej, w niekoniecznie metaforyczny sposób tańcząc ze śmiercią. Potyka się o łóżko, gdy Elianne już ma chwycić zasłonę i przynajmniej ściągnąć ją z jego głowy. Dziewczynie udaje się wyłącznie szarpnąć głową Dicka w górę i do tyłu, pewnie jeszcze bardziej pogarszająć jego prawdopodobne wstrząśnienie mózgu.
Nikt nie jest z tego faktu szczególnie zadowolony. Zwłaszcza Elianne.


Dick?
────
[703 słowa: Edel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 26 maja 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

– Ricky, ty jesteś kurwa głupi? – syczy Kuźma i trochę zaskoczona dostrzega, że niektóre dzieciaki Wulkana z jakiegoś powodu prychają głupkowatym śmiechem. Pojedyncze nawet szepczą pod nosami: „dobre” i kiwają do siebie głowami, jakby w uznaniu. Kuźma nigdy nie sądziła, że nadrabianie kultury internetowej kiedykolwiek jej się przyda, ale w tym momencie wątpi w niezawodność tego stwierdzenia tak mocno, że aż ją palce świerzbią, żeby szybko zairyfonować do Anastazego i ochrzanić go za ciągłe odkładanie w czasie zbudowania dla niej funkcjonującego iFajstosa.
– Dobra – wreszcie mówi lider Wulkaniątek, niesamowicie butny heros o ostrych rysach i surowym wyrazie twarzy. – Idziemy na układ. Budujemy wam te kółeczka. Ale nie za darmo.
– Czego niby chcecie? – prycha Kuźma, nie zdając sobie sprawy z tego, że wyplucie tych słów w taki sposób raczej przysporzy jej więcej kłopotów niż… życzliwości drugiej strony ich marnego paktu.
Nagle chłopiec gubi gdzieś całą swoją pewność siebie i potrzebował do tego tylko krótkiego pojedynku na spojrzenia z Kuźmą. W niezręcznej ciszy, która zapada pomiędzy nimi, on uśmiecha się drżącymi ustami i wykonuje nieokreślony gest ręką, chyba chcąc coś w ten sposób wytłumaczyć. W odpowiedzi Kuźma marszczy brwi, próbujac tym samym dać mu znać, że nie ma najmniejszego pojęcia, co on chce jej przekazać. Najwyraźniej chłopiec też nie wie, bo przez dłuższą chwilę wysyłają sobie nic nie znaczące znaki i dopiero po paru dłużących się sekundach Wulkaniak znowu zabiera głos (gdy Ricky już miał zarzucić kolejnym błyskotliwym żartem, którym podbniłby każdą scenę stand-upową w okolicy).
– Miałem zapytać, czy macie coś do zaoferowania… – Te słowa sprawiają, że Kuźma jeszcze mocniej marszczy brwi, bo nie jest pewna, czy ona kiedykolwiek ma bądź miała cokolwiek do zaoferowania oprócz swojej obecności i paru drobniaków skradzionych z kuchennego blatu, gdy Gaudencja nie patrzyła. Chłopiec, choć pozuje na wspaniałego lidera, wzdryga się nerwowo. – Ale… Wystarczy parę części zastępczych. Taka zwykła, mała opłata.
– Części zastępcze? – odpala się Ricky, jego oczy lśnią blaskiem niezdrowego podekscytowania, od którego Kuźmie chce już się rzygać. Kończą jej się jakiekolwiek pomysły, co ten idiota znowu wymyślił. Po pewnym czasie zgadywanie przestało mieć jakikolwiek sens. – Czyli na przykład…
– POOO PROSTU JAKIEŚ ŚRUBKI, HAHA – przerywa mu syn Wulkana, swoją drogą zdecydowanie zbyt donośnie i z za małą dozą szczerości. Aktorem nie byłby za dobrym, nawet gdyby urodził się dzieckiem Bachusa. – Tak. Śrubki. Ech. Cokolwiek. Gdzie wy macie tę trumnę?
– Pod moim łóżkiem! To znaczy, właściwie to już nie pod, a obok, bo ją stamtąd wytargałem, ale problem właśnie jest w tym, że nie mogę jej przetargać dalej bez zerwania sobie co najmniej dziesięciu mięśni, jeśli wiecie, co mam na myśli. No i mamy szkopuł taki, fajny byłby jakiś wózek widłowy albo coś, ale tego w Obozie chyba nie mamy. Zreszyą, już ustaliliśmy, że kółka, no i będą kółka – rozgadany prowadzi ich w stronę baraku piątej kohorty. Zanim wychodzą z warsztatu, Kuźma zauważa, że syn Wulkana z miną pełną boleści zakłada na dłonie bardzo grube rękawiczki i jest poklepywany przez swoje rodzeństwo, które cicho życzy mu powodzenia. – W ogóle, jak masz na imię?
– Alvin – odpowiada bardzo smutnym, ale równocześnie zdeterminowanym tonem. – W tej trumnie coś jest?
– Eee, nie wiem czy W. Raczej obok, mam taki makaron z grzybami, który własnie musimy zuty… Znaczy. Makaron z grzybami, którego możesz spró-
– Nie – stanowczo ucina Kuźma.
– No eeeeeeeeeeej!
– Chcesz, żeby on też przeżył to, co ty przeżyłeś w ambulatorium? Albo coś jeszcze gorszego?
– Jesteś dobra w straszeniu ludzi, wiedziałaś? – Ricky chichocze pod nosem, nie zważając na to, jak mocno krzywi się Kuźma po usłyszeniu jego słów. – W każdym razie, musisz i tak uważać na tę trumnę, bo jest z czystego ołowiu, dlatego grzyby tego nie przeżrą, jak przeżarły wszystko inne. A myślałem że serio będą dobrym sosem do spaghetti.
– Chyba… chyba jednak muszę wrócić, wiecie? Wziąć jakiś… kombinezon albo coś… – mamrocze Alvin, nerwowo bawiąc się swoimi rękawicami.
– Nie martw się – kąśliwie rzuca Kuźma. – Jak widać, wciąż żyję. Niestety.


Ricky?
────
[638 słów: Kuźma otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Raine umiera


Raine Cardenas


Życie półboga ma to do siebie, że zazwyczaj kończy się zbyt wcześnie i w brutalny sposób. Nie umniejsza to jej tragedii i zawsze pozostanie niesprawiedliwe. Niestety, czasami jedyne, co inny półbóg może zrobić, to pozostawienie w miejscu śmierci czegoś ważnego dla zmarłego przyjaciela — istotnej pamiątki, wspomnienia, lub siatki z pieczarkami. Więcej przeczytacie tutaj.