sobota, 5 września 2026

Od Dahlii CD Luciena i Arnar — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA IV

— Czemu w ogóle mnie pytasz o kabanosy?
— Bo kabanosy z koniem to realny, martwy koń. — zapierało się Arnar.
Dahlia westchnęła. Poddała się, ale było to jednoznaczne z akceptacją. Za długo znała Arnar, żeby się zdziwić jeno tokiem myślenia.
Lucien mrużył oczy zirytowany, blady jak ściana. Czy mu się dziwiła? No, nie. To było całkowicie normalne. Aż się poczuła głupio, że śmierć jakiegoś półboga jej nie ruszyła, ale przynajmniej była w stanie z Arnar wspierać Luciena w tym stanie rzeczy.
— Lucien, chcesz może czegoś się napić? — zasugerowała.
Przytaknął zrezygnowany.

Przez całą drogę rozmawiali o przyziemnych rzeczach, co jakiś czas zerkając na Luciena. Gdy weszli do mieszkania, pierwsze co zrobił, to ruszył na tapczan. Arnar i Dahlia popatrzyli na siebie, po czym gestykulowali plan działania. Nie było to w żaden sposób efektywne, ale żadne z nich nie śmiało naruszać strefy zmęczonego Luciena.
Kobieta wślizgnęła się cicho do pokoju i zapaliła lampkę, która dała ciepłe światło, wręcz otulające. Zastała go leżącego na tapczanie, ze wzrokiem wbitym w sufit, oraz rękami skrzyżowanymi na piersi. Bardzo nie chciał pokazywać, że najchętniej to by się rozpłakał. Chciał wstać, doprowadzić siebie do porządku, może wygładzić wgniecenia na koszuli. Za to Dahlia uniemożliwiła mu to, podnosząc tapczan i przekręcając Luciena jak parówkę na grillu. Kiedy rozłożyła całość, rzuciła w jego kierunku poduszki oraz koc.
— Co ty robisz? — zaprotestował Lucien.
— Przecież nie pójdziesz tak spać.
— Ale ja jeszcze nie idę spać.
— Nie szkodzi. — obwinęła go znienacka w koc.
Lucien przez chwilę wyglądał jak burrito, i to nieco przypalone, ze względu na czarno-pomarańczowy kolory motywu tygrysa. Oparła go o dwie poduszki, robiąc mu wygodne siedzisko i rozczochrała mu głowę.
— Przestań! — żachnął się, chociaż na jego twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.
— Rodzeństwo ci nigdy tak nie robiło?
— Że zawijali w wrapa i wsadzali w poduszki? To chyba mój pierwszy raz.
— Jedynak. — prychnęła, jednak bez cienia sarkazmu czy ironii.
Niedługo po tym przyszło Arnar, z dużym kubkiem pełnym aromatycznej herbaty. Lucienowi udało się wyjąć ręce z koca i z wdzięcznością przyjął od partnera napój. Wpatrywał się, jak na powierzchni pływał plasterek cytryny, odbijając się od ścianek kubka. Cząstki tego plasterka uciekały na dno, rozpierzchając się na boki. Tak, jak te buty…
Westchnął ciężko i przetarł skroń. Podniósł głowę. Nikt się w niego nie wpatrywał, z przesadną troską, czy też z oczekiwaniem na jakąkolwiek reakcję. Dahlia wodziła wzrokiem po komiksie, ciężko było to nazwać czytaniem. Arnar wyjęło jedną ze swoich talii i kręciło machinalnie kartami, co jakiś czas obserwując z niezadowoleniem wyłamane rogi czy wyszczerbione krawędzie. Zachowywali się tak, jakby wrócili z męczącej wycieczki. Co nie było zaskoczeniem, ale zachowywali się… normalnie. Chyba tego najbardziej w tym momencie oczekiwał.
Z zamyśleń Dahlii wyrwał ją dźwięk pociągnięć nosa. Gdy podniosła głowę, zobaczyła, jak Arnar przytula swojego partnera i głaszcze go po włosach. Lucien schował twarz w odmętach koca, szlochając. Dalej nikt się nie odzywał, a jak już wymieniali spojrzenia, to z pewną dozą współczucia. Jako półbogowie nigdy się nie oszukiwali, czy to w Obozie, czy później szerokim świecie, że większość przetrwa. Człowiek przygotowywał się do pojęcia śmierci współtowarzyszy, czy też rodzeństwa, już na poziomie przygotowywania całunu dla tych, co wyruszali na misje. Nie był to ostatni raz, kiedy znowu zostaną przemieleni przez machiny Tkaczek Losu, a zwisało tylko pytanie, kto będzie kolejny. I każde z nich miało nadzieję, że byle nie ktoś z ich trójki.
— Ja po prostu chciałem mieć normalne w-wakacje. — wydusił z siebie Lucien po dłuższej chwili. Arnar przytuliło go mocniej. — Takie, żebym poczuł się normalny. Bez tych zasranych duchów. I rżenia koni. I czegokolwiek innego. Potrzebuję wina, dajcie mi wina. — ochrypł.
— Obiecuję, zrobię ci normalne wakacje. — odparło cierpliwie Arnar.
— Nie obiecuj, dobrze wiemy, jak to się skończy! Wyskoczy jakieś chujstwo zza krzaka, kiedy będziemy akurat podziwiać, nie wiem co, największą rzeźbę ziemniaka na świecie. A co, jak cię zrani? Co, jak umrzesz i jedyne co będę miał po tobie, to cholernego buta?! — wrzasnął, wyraźnie podenerwowany.
Na to też nie wiedzieli, jak zareagować. Po części dlatego, że miał jakąś rację. To było irytujące. To było wpisane w boskie DNA.
— To będziesz miał tego cholernego buta. — ucięło Arnar. Lucien, wyraźnie zaskoczony, otworzył usta. — Lucien, wiem, że jest beznadziejnie. Ale zanim taki potwór mnie zje, wolałobym przynajmniej spędzić z tobą czas jak najlepiej, najfajniej. Będziemy oglądać przecież największego ziemniaka na świecie, to już coś.
Ich towarzyszka milczała, podsuwając chusteczki. Rozległo się smarkanie. Arnar stukało palcem w czoło Luciena, jak gdyby chcąc podkreślić każdą kropkę kończącą zdanie.
— Zrobisz super wino. Rozwiniesz swój pomysł na biznes, jaki zawsze chciałeś mieć. Ja odhaczę rzeczy z listy. Nie rozklejaj się tak, przecież mamy wziąć ślub. Jak już umrę, to chociaż jako, eee. No. Umrzemy chociaż jako małżeństwo, tak?
— Jesteś idiotą. — Lucien wydawał z siebie dźwięki szlochu wymieszanego ze śmiechem. Trudno powiedzieć, co przeważało.
— Będę ci robił super sztuczki w łóżku. — Lucien zerknął ukradkiem na twarz Dahlii, która nawet nie drgnęła. Bardzo szybko wysunął wniosek, że albo ona wie, albo jest przyzwyczajona bardziej niż on. Arnar kontynuował. — Znowu rzucę śmierdzącą szmatą w potwora, żeby ciebie chronić.
Ostatnie zdanie było wypowiedziane z taką ilością powagi, że oboje spojrzeli na nieno.
— Musicie mi kiedyś opowiedzieć o tej szmacie. — odezwała się w końcu.
— Tak, to była ta najbardziej romantyczna część, doceniam. — Lucien dalej siąpał nosem, jednak częściej ukradkiem się uśmiechał.
— Chodzi o to, że. — Arnar niewzruszone, dalej z całkowitą powagą ciągnęło. — Nie jesteś sam. Jak już walczymy, to razem, bo o to chyba chodzi, tak? Życie półboga to nie rurki z kremem, ale jak już jestem z tobą, to jakby tego kremu jest więcej, co nie?
Dahlia odchrząknęła.
— Może na tym zakończymy przemowy motywacyjne. Wyśpij się, Lucien. Płacz, ile chcesz, nikt cię tu nie będzie oceniał. Zrobić ci kolejną herbatę?
Nie, żeby miała coś przeciwko tej naiwnej atmosferze romantycznej. To było nawet urocze, ale i ona sama miała jedną, wielką gulę w gardle i żołądku. Każdy kolejny heros skreślony z życia dobijał, do tego się nie dało przyzwyczaić. Czuła się z tym mizernie i ostatnimi czasy wpatrywała się zaskakująco za często w toń zatoki. To była kusząca perspektywa, odejść na własnych zasadach. Ale nie teraz. Wciąż była jakaś nadzieja, że będzie lepiej.
Przynajmniej atmosfera już nie była taka ciężka. Wszyscy byli zmęczeni i zmizerniali, ale na swój sposób. Lucien widocznie odczuwał jakąś ulgę, Arnar potrafiło w kryzysowych sytuacjach być wyjątkowo odporne. Wielokrotnie się zastanawiała, czy to właśnie bycie głupkowatym to nie było wymuszone radzenie sobie z tym światem. Nie do końca wierzyła, że nie myśli. Miała coraz więcej powodów, żeby twierdzić, że tworzy przekonujące pozory.
Jednocześnie jakaś część jej cieszyła się, że siedzą tu razem i nie są na tyle beznadziejnymi przypadkami, że przeżyli. Tak, jakby ktoś zdjął paręnaście kilogramów z jej bagażu.
— Możemy jutro pójść na stary tramwaj. Żeby uratować chociaż te wakacje. — zaproponowała.
— A potem obejrzymy jakieś bajki? — Lucien już nawet się nie silił na zachowanie fasady dorosłego człowieka.
— Tak, obejrzymy jakieś bajki.
— Ja tam nie rozumiem, co się w tych bajkach dzieje. — Arnar zmarszczyło brwi.
Reszta prychnęła na niego.


Koniec wątku Dahlii, Luciena i Arnar.
────
[1152 słowa: Dahlia otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu milczała przez chwilę. Wbiła wzrok w nagrobek, chociaż jej myśli nie były nawet blisko samego zmarłego. Może to było z jej strony nieodpowiednie, w końcu był na swój sposób winowajcą (chociaż było to okropnie złe określenie, a ona nie miała przez nie kompletnie nic negatywnego na myśli) całej tej rozmowy. Z drugiej strony, chyba i tak nie ona była zobowiązana do myślenia o nim. Nie wiedziała nic poza tym, co do tej pory udało jej się usłyszeć.
Poza tym siedząca obok kobieta myślała o swoim bracie wystarczająco często w pojedynkę. Może to był w tym wszystkim największy problem. Arisu przez chwilę bardzo chciała zapytać, czy jest ktokolwiek, kto mógłby jakoś ją odciążyć. Pomóc w niesieniu tej żałoby, która trwała już tak długo, ale też pomóc w codziennym życiu. Kobieta wyglądała, jakby potrzebowała kogoś takiego.
Szybko jednak doszła do wniosku, że to pytanie jest raz, że niewłaściwie, dwa – raczej zbędne. W życiu nigdy nie można było liczyć na pomoc kogoś innego, o tym mogła mówić z całkowitą pewnością popartą doświadczeniem. No, przynajmniej chciała sobie wmawiać, że jest to poparte doświadczeniem. Może miała na karku dużo mniej lat, niż siedząca obok towarzyszka i może nie straciła brata w tak samo dosłowny sposób, ale o tym naprawdę wiedziała bardzo dużo.
Inni ludzie (półbogowie, istoty – to naprawdę bez znaczenia) tylko sprawiali kłopoty, a na sam koniec i tak trzeba było sobie radzić w pojedynkę. Co gorsza, trzeba było jeszcze ogarniać bałagan, którego narobili.
To i tak nie była ta część, na której Arisu skupiła się najbardziej. To, na koniec dnia, nie miało przecież znaczenia. Żadna z nich nie mogła nic z tym zrobić.
– To nic złego, jeśli nie chcesz – odpowiedziała, na chwilę bardziej skupiając się na tym, co miało znaczenie. A przynajmniej ona uważała, że je ma. – Mam na myśl… Wydaje mi się to normalne.
Sama przecież też nie chciała spotykać się z Shayelem, gdy dowiedziała się, że ten przyjechał do San Francisco. Nie otwierała listów od niego, więc dowiedziała się o tym nagle i od razu stanęła przed bardzo ograniczonymi opcjami. A przecież mówiła tu o spotkaniu z żywym kretynem, który po prostu wyjechał. Nie o spotkaniu z dawno zmarłym bliskim.
Na takie spotkanie prawdopodobnie nigdy sama by się nie zdecydowała. Może było w tym coś żałosnego, ale to nie było istotne. Nawet Shayel i ojciec nie czepialiby się jej w takich okolicznościach.
Przeniosła wzrok na kobietę. Wyglądała na spiętą trochę bardziej niż do tej pory, ale to mogło być tylko wrażenie. Arisu poczuła, że ucisk w żołądku znowu staje się trochę większy. Powstrzymała nerwowe przełknięcie śliny. Nieważne, jak bardzo chciała w tej chwili narzekać na swojego brata i na to, w jaki sposób dowiedziała się o jego przybyciu. To nie było istotne – ani teraz, ani nigdy.
– To nie jest coś prostego – dodała, chcąc jakoś się wytłumaczyć. Nie miała w końcu na myśli nic złego. Może powinna nauczyć się lepiej komunikować swoje myśli. Nie, to też nie było teraz istotne. – Przynajmniej tak mi się wydaje.
Poprawiła się na ławce, znowu kierując wzrok na grób, by potem spojrzeć na korony drzew i na słonecznie niebo nad nimi. Niektórzy pewnie uznaliby taką pogodę za ironiczną. Nie wiedziała, czy może doradzić kobiecie coś jeszcze. Podejrzewała, że nie. Nigdy nie była w tym dobra. Shayel był w tym jeszcze gorszy. Ojciec też nigdy nie radził sobie najlepiej. Może to była kolejna rzecz, o którą powinna ich obwiniać.
Zaczynała coraz bardziej się tym wszystkim frustrować. Ta rozmowa dotykała wszystkich tematów, których Arisu nie chciała dotykać. I dalej ją ciągnęła, bo przecież nie mogła przerwać.
– Patrzeć na to z innej strony też możesz zacząć krok po kroku – zakończyła.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Isobel — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

TW: SPOŻYWANIE NARKOTYKÓW, KREW

WIOSNA, ROK TEMU

Starucha wydzierała się wniebogłosy. Usłyszały tyradę o brudzie, syfie, upadku obyczajów, cholernych gówniarzach i prostytucji, a to wszystko w ciągu minuty. Cały czas nawiązywała do kradzieży studzienek, czy tam krat, co było swego rodzaju talentem. Szkoda, że dziewczyny nie miały dyktafonu.
— Tak narzeka na nas. A zaraz obudzi wszystkich, głupia flądra. — wesoło skomentowała Isobel.
Zachowywała się tak, jakby dopiero co wróciła z siłowni, a nie z pościgu. Powróciła do swojego trajktowania, jakby miały zaraz iść na kawę czy inną matchę. Ignorując fakt, że przed chwilą spuszczały do kanałów cholerną pakę narkotyków. Najnormalniejsza rzecz w San Francisco, o trzeciej w nocy.
Dahlia za to rozglądała się nerwowo. Na boki, w górę, wyglądała za każdy róg.
— Spokojnie, policja już nie powinna wrócić. — usłyszała nagle przy uchu. Wcale się nie wzdrygnęła. — W razie czego uciekniemy. A swoją drogą, jesteś może z tego świata boskiego? Bo mówiłaś, że dziecko Hermesa i w ogóle, to znaczy, że siedzisz w tych tematach, prawda? Może jesteś z tego rzymskiego obozu? Obóz Jubiler? Nie, coś przekręciłam, czekaj…
W oddali rozległ się głuchy łoskot oraz metaliczny brzdęk. Jednostajny, wwiercający się w ucho. Ziemia się lekko zatrzęsła.
Szczebiocząca dziewczyna zauważyła duży niepokój na twarzy Dahlii, wywołany tymi dźwiękami i przystanęła.
— Co, jednak policja nas zauważyła? — Isobel chciała się odwrócić i zobaczyć, o co chodziło.
Nie zdążyła. Coś zaskrzeczało i złapało ją za kostkę. Z krzykiem upadła na ziemię, a gdy się obejrzała, zauważyła metaliczne płyty, od których odbijało się światło latarni ulicznej. Istota szarpała nogę, po czym odrzuciła Is na bok. Na szczęście Dahlia zareagowała na tyle szybko, że córka Hermesa nie skończyła jako naleśnik na ścianę, swoiste apéritif dla monsieur potwora, tylko poturlała się metr dalej.
Kiedy trzymała potwora, z obrzydzeniem zauważyła, że to był gigantyczny robal. Skolopendra, w stosunku do normalnego osobnika była większa co najmniej kilkudziesięciokrotnie. Przy okazji bardzo wiła się i drżała.
Isobel zmrużyła oczy kilka razy, zanim się ogarnęła.
— O cholera. Chyba nakarmiłyśmy potwora bochenkiem kokainy.
Dahlia podniosła wzrok. Jama gębowa i jej okolice były upstrzone białym proszkiem. Gdyby miała czas, przewróciłaby oczami i stwierdziła, że to absolutnie chujowy dzień. W tym momencie to nie miało znaczenia. Odepchnęła potwora, który wił się zdecydowanie zbyt dynamicznie, jak na gusta półbogów. A więc tak wyglądał przerośnięty robal na potężnej dawce narkotyków.
Słyszała o Skolopendrze. Na zajęciach z „ABC Rozpoznaj Potwora” Chejron podkreślał, że ten potwór jest jednym z największych, jakie można znaleźć w morzu. Co prawda nie były nad morzem, a Skolopendra zazwyczaj jest co najmniej wielkości rywala Godzilli, ale to coś wciąż było groźnym przeciwnikiem. Jedną z wyniesionych lekcji z tych zajęć był fakt, że potwory mnożyły się jak oszalałe. Na tyle, że można było z nudów kreślić drzewka genealogiczne. Kto wie, może właśnie trafiły na baby Skolopendrę, która rosła sobie zdrowo w wilgotnym środowisku, to jest w kanałach i odżywia się pysznymi półbogami. W tym momencie robal miał fazę nastoletniego próbowania nielegalnych rzeczy i teraz będą musiały się zająć odwykiem. Dahlia miała tak bardzo cholerną nadzieję, że dzieciak nie rozwija się pod czujnym okiem matki, tylko uciekł z domu i żyje na własną odnóżkę. Jedną z setek.
Skolopendrątko miało szczęki ostre jak brzytwa, bo właśnie przecięło bez problemu skuter zaparkowany zgodnie z prawem na wyznaczonym miejscu. Dobrze, że Dahlia zdecydowała się tym razem ukryć za samochodem, gdyż monstrum utknęło na chwilę w dachu. Wykorzystała ten czas na gorączkowe szperanie w kieszeniach. Z ulgą wyciągnęła nasionka.
— Isobel, jesteś w okolicy? — krzyknęła, z nadzieją, że odpowie.
— Tak. Nie wiem, co to za stonoga na sterydach, ale żyję! — rozległ się głos zza rogu.
Isobel, kiedy nie zaskakiwał ją ktoś od tyłu, była całkiem zwinna i szybka. Pozostało tylko mieć nadzieję, że nie jest tak zmęczona po nocnej gonitwie. To byłby całkiem nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Czas na plan, jakie się tworzy plany, walcząc z owadem? Najpierw podstawy.
— Masz broń?
Dziewczyna wychyliła się zza rogu z widocznym grymasem na twarzy.
— Co ty, wracałam z pracy. Po co mi parazonium w pracy? Do otwierania piwa?
— To trzymaj za mnie kciuki w takim razie. — odparła Dahlia.
Nie była tak szybka, jak potwór. Trzeba było wymyśleć co innego, żeby mogła bezpiecznie uciec. A najlepiej, gdyby obie bezpiecznie uciekły. Gdyby miała mieć dolara za każde spotkanie dzieciaka Hermesa w dziwnym miejscu, przeżycia z nim dziwnej przygody, podczas której musieli uciekać od potężnego potwora, to miałaby dwa dolary. To nie jest dużo, ale dziwne, że wydarzyło się dwa razy.
Pluła sobie w brodę. Dlaczego takie rzeczy zawsze się przydarzały, kiedy przebywała z jakimś innym herosem? Jak wszystko będzie zmierzało ku najgorszemu, to znowu będzie musiała przez kilka dni udawać sama przed sobą, że nie rusza ją śmierć kolejnego półboga. I kolejnego. I kolejnego. Dobrze, że w San Francisco nie robią na zapas całunów i stosów. Ileż można by było znieść poczucia winy.
Postawiła jasny plan. Spróbuje, chociaż ten kolejny raz, utrzymać kogoś przy życiu. Jeżeli znowu jej nie wyjdzie…
Zagryzła zęby.
— A żeby to cię pies jebał. — rzuciła do mini wersji Skolopendry.
Ponownie próbowała złapać cielsko potwora. Wydawałoby się, że naćpane pseudozwierzę będzie otępione w walce, ale wystarczająco dużo Dahlia widziała potyczek. Zarówno w Obozie, jak i w swojej dziennikarskiej karierze. Złapała za parę segmentów, unikając obleśnych odnóży. Wyczuła pod palcami ciepło nasion, pozwalając im wykiełkować.
Rozległ się trzask. Pędy wiły się dookoła paskudy, wbijając się cierniami w miękkie części. Potwór zaskowyczał i rzucał się na boki, ale córka Demeter była o krok do przodu. Rośliny posłusznie wodziły za impulsem, oplatając się wokół SUV-a, przytwierdzając robala w jednym miejscu. Całość tworzyła najbardziej groteskową kokardkę, jaką tylko można było wyobrazić. Nie zostało wiele czasu, z samochodu z pewnością ostanie się kupka postrzępionych kawałków metalu oraz plastiku.
Dahlia rozejrzała się na boki, szukając rudych włosów. Dostrzegła Is majstrującą przy zamku jakiegoś sklepu. Ucieszyła się, że nie tylko ona miała plan.
Pnącza pękały z trzaskiem, a paskuda miała coraz większe pole do szamotania się. Został tylko jeden as w rękawie.
Skupiła się na okolicznych donicach. Z ziemi było prościej przywołać to, co było jej potrzebne, tylko musiała się zebrać w sobie i przekazać energię. Czy tam czakrę, jak niektórzy herosi gadali.
Jedna z donic wybuchła. Ze szczątków wylęgło się karpoi o najbardziej jaskrawym kolorze, o jakim tylko mogłaby pomyśleć. Pitajowe karpoi, o soczystej, różowej skórce, rzuciło się z bojowym rykiem (zapiszczało) na skolopendrątko. Dahlia pomyślała, że kupi tym czas i pozwoli to na ucieczkę z tego przeklętego miejsca. Zmierzała w stronę Isobel.
Zauważyła kątem oka ruch, ale niedostatecznie szybko zareagowała. Gdyby tylko stała metr dalej.

Isobel nerwowo przekręcała drutem w zamku. Sklep, do którego się włamywała, był fancy manufakturą perfum. Zadawała sobie gorączkowo pytania, jak może się przydać w walce z mitycznym pierdolcem, dopóki nie ogarnęła w swoim półboskim CV, że zajmowała się alchemią. W Obozie były może i lepsze składniki, dostępne w wielu domkach (oczywiście wszyscy szli do domku Hekate), ale towary były całkiem przyzwoite. Przecież mogłaby skombinować najbardziej łatwopalne odczynniki i upiec robala na wolnym ogniu. W której kieszeni miała zapalniczkę?
Kiedy zamek kliknął, rzuciła się gorączkowo, identyfikując zawartości flakonów po zapachu. Drzewo sandałowe nie, anyż nie, kwietne w porządku, ale nie akurat te, co ją interesowały. Może jednak klasyczna, dobra trucizna? Pytanie, czy można mieszać magiczne napoje i kokainę? Czy zaszkodzi to robalowi wielkości małej ciężarówki? Oby.
Z radością zobaczyła, że nazwa sklepu nie była na wyrost. Na zapleczu były reagenty i kolby, w pudełkach znajdowała składniki. Okazało się, że produkowali także personalizowane mydełka, więc miała wszystko. Może zapyta się później, czy szukają osób do pracy.
Otrząsnęła się i przystąpiła do mieszania, zapalając przy okazji palnik. Może zrobi dwie mikstury naraz, zawsze to jakaś większa szansa na sukces.
Z zamyśleń wyrwał ją trzask szkła. Gdy wyjrzała zza zaplecza, zobaczyła dziurę w witrynie, oraz epicką walkę bejbi Skolopendry z brzydkim, różowym dzieciakiem, z którego wystawały zielone łodyżki. Wpatrywała się w tę zaskakująco dziwną wersję Mortal Kombat. Nagle podskoczyła, słysząc stęknięcie dobiegające z podłogi.
— Bogowie, Dahlia, trzymasz się?
Na szczęście była przytomna. Na nieszczęście, potwór przeciął dosyć głęboko lewą rękę. Wzdłuż żył i kości, kończąc na klatce piersiowej. Krew sączyła się w niepokojącym tempie.
— N-nie. — wyszeptała, starając się tamować krwawienie.
Zgięła ramię, sycząc z bólu.
— Widziałam mnóstwo szmat, już lecę, wytrzymaj. — nie wybiło to Is z rytmu. Bogom niech będa dzięki za treningi.
Wróciła na zaplecze. Kolejne zwycięstwo, apteczka wisiała na ścianie, a na regałach leżały, poukładane w zgrabną kostkę, płaty materiału. Przyniosła wszystko, przystępując do metodycznego opracowania. Z pierwszą pomocą było jak z jazdą na rowerze, tego się nie zapominało. Musiała tylko powstrzymać nudności na widok czegoś, co przypominało (chyba) kość. Widok mignął dosłownie na chwilę, a już wiedziała, że zapamięta to na długo.
— Słuchaj, mam plan. — starała się dodać otuchy.
— To dobrze. — szepnęła Dahlia, walcząc z nudnościami.
— I to sprytny. A potem poskładamy cię.
Po czym Isobel zniknęła na zapleczu.


Isobel?
────
[1447 słów: Dahlia otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

Od Lucasa CD Mikołaja — „Ryan Gosling to dosłownie ja”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

— Więc chcesz mi powiedzieć, ty mały gówniarzu, że musimy jeszcze udać się do NOWEGO JORKU? Czy ty w ogóle wiesz, gdzie leży Nowy Jork? To są 2 dni autem albo 3 dni pociągiem, albo 5 godzin samolotem.
Mikołaj zrobił duże oczy, po czym przełknął ciężko ślinę. Jego mina jednak po minucie się zmieniła, mrużąc brwi.
— Po pierwsze, mam 16 lat i nie jestem takim małym gówniarzem.
— Ja w twoim wieku nie błąkałem się sam po tak dużym mieście!
— Przepraszam!
Parę osób przepchnęło się wokół herosów, by tylko podejść bliżej aktora. No tak, ten pieprzony autograf.
— Proszę… Przynieś go dla mnie… — Mikołaj smutno wymiauczał, patrząc się na Lucasa.
W teorii nie znajdowali się aż tak daleko, gdyby tylko Lucas skorzystał ze swoich mocy syna Ateny…

— Przepraszam, mój młodszy brat ma dziś urodziny.
Dwie młode kobiety spojrzały za siebie, prosto na Lucasa, a następnie na Mikołaja.
— Ja nie mam dziś urodzin! Mam je—
Nie skończył mówić, gdyż Lucas uderzył go łokciem w bok. Na szczęście było tak głośno, że dziewczyny nie usłyszały słów Mikołaja.
— To jego marzenie odkąd ma 14 lat! Dzięki Ryanowi złożył dokumenty do szkoły aktorskiej i się dostał. Nawet zagrał Sebastiana Wildera, pamiętasz? — spojrzał na swojego „młodszego brata”.
Mikołaj przytaknął, trochę oszołomiony pomysłem Lucasa.
— Uczyłeś się parę dobrych miesięcy gry na fortepianie, co Mikołaj?
— T-Tak! To było ciężkie, ale się udało!
Dziewczyny spojrzały na siebie ponownie.
— Urocze — powiedziała jedna.
— Prawda… tym bardziej, że dziś ma urodziny…
Mikołaj był nawet i trochę pod wrażeniem, że Lucas jednym małym kłamstwem śmigał do przodu, w kierunku bramki. Jedni byli bardziej wiarygodni, drudzy mniej.
— To może niech nam zaśpiewa?
— Widzi pan, jest tu trochę za głośno… mam gdzieś filmik na telefonie z przedstawienia, poczekaj…
— Proszę iść do przodu! — krzyknął ktoś z tyłu.
— No widzi pan, może po spotkaniu się zobaczymy i panu pokażę?
— Po to ja nie mam czasu. Już niech młody idzie do przodu.
Takim oto i sposobem dotarli idealnie do momentu, gdzie aktor zaczął podpisywać autografy. Mimo iż Mikołaj nie był wielkim fanem, po prostu lubił niektóre jego filmy, ucieszył się ze swojego małego celu.

— Wiesz, w sumie to te małe kłamstwo, że jestem w szkole teatralnej, nie jest jakimś wielkim fałszem — Mikołaj zaczął opowiadać.
Po tym całym zamieszaniu ze zdobywaniem autografu wszyscy razem udali się do kawiarni obok.
Naprzeciwko niego siedział Lucas, z Ruby na rękach. Obok była Mia, słuchając rozmowy.
— Byłem aktorem w miejskim teatrze — zaczął opowiadać dalej. — Choć zainteresowałem się dopiero tym, gdy odkryłem, że jestem synem Dionizosa.
Lucas podniósł głowę.
— Dlatego ciebie skądś kojarzyłem. Z Obozu Herosów. Jesteś…
— Synem Ateny — odrzekł Lucas. — Co ciekawe, na studiach, w Nowym Rzymie, mam przyjaciela, syna Bachusa.
— Naprawdę?!
— Tak, jest wkurwiający, jak kleszcz na dupie.
— A…
— Ale naprawdę go lubię, właśnie za to.
Po chwili przyszła kelnerka, podając Mikołajowi, Lucasowi i Mii trzy różne kawałki ciasta, które zamówili.
— Skoro jesteś synem Ateny, co ty robisz w Nowym Rzymie? Przecież oni… nie lubią was.
Lucas jedynie wzruszył ramionami.
— Trafiają się debile, co cię oceniają po boskim rodzicu, ale w rzeczywistości, większość ludzi ma to gdzieś. Co najwyżej są zaskoczeni. Na pierwszym roku wśród wykładowców zdarzyło się paru takich, co trochę gorzej na mnie patrzą, ale rzecz biorąc, jestem równo traktowany.
— A właśnie Lucas… możesz... zrobić dla mnie kolejną małą przysługę?
— Jaką?
— Pojechać ze mną do Obozu Herosów? Tak jak mówiłeś, to kupa czasu, zanim tam dojadę, a wiesz… Ameryka to niebezpieczne państwo. Wolę, żeby był przy mnie ktoś, kto nie dość, że mnie zrozumie, wiesz heros, herosa zrozumie, to jeszcze jakby jakaś wielka harpia chciała nas zjeść, będziemy w tym razem.


Mikołaj?
────
[590 słów: Lucas otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Inez — „Dwie homo kobiety”

Inez kochała zawsze swoich rodziców i zawsze czuła w nich największe wsparcie. Zresztą, nigdy nie zrobili nic, żeby nie mogła się tak czuć. Miłość, jaką jej okazywali była nie do opisania słowami. Velez zawsze współczuła wszystkim, którzy nie mogli tego poczuć. Współczuła tym, którzy nie mieli rodziców lub tym, którzy nie potrafili kochać swoich. Współczuła tym, którym rodzice dali powód, aby chcieli siedzieć cały rok w Obozie. Jednak mimo tego wszystkiego zawsze było jej trochę przykro, bowiem jej znajomi nigdy nie brali na poważnie zmartwień związanych z jej rodzicami. Nieważne czy to byli inni półbogowie, czy znajomi w szkole. W końcu jej rodzice byli „tacy super”! Czym Inez mogła się realnie martwić. Każdy znał ich dobroć, a ich córka była najważniejszą osobą w ich życiu. Jednak na koniec dnia każdy ma swoje małe sekrety, czyż nie? I można się je bać powiedzieć nawet najbardziej zaufanym osobom.
Velez swój sekret poznała, gdy miała dwanaście lat. Sama nie była mniej przerażona swoim odkryciem. Prawdopodobnie gdyby nie dziewczyny z jej klasy nie zorientowałaby się tak szybko. Do dziś pamięta obrzydzenie jednej z nich.
– Czytasz książki z dwoma homo laskami? Obrzydliwe!
– Czemu? To, że to jest coś, czego nie jesteś w stanie pojąć, nie oznacza wcale od razu czegoś obrzydliwego.
Inez nie mogła się z tym nie zgodzić. Właściwie nie widziała nic dziwnego w byciu homoseksualnym. W końcu kobiety były piękne! Wiedziała to, pomimo że nie była lesbijką. Bo nie była, prawda?
Choć początkowo wydawało się to dość proste i oczywiste, to nie mogła tej nagłej myśli wyrzucić ze swojej nastoletniej głowy. Nigdy nie myślała o chłopakach jako o potencjalnych partnerach, nie marzyła, aby mieć męża, ani nie wyobrażała siebie w długiej, białej sukni.
– Mamo, czy to normalne, że nie myślę jeszcze o tym, aby mieć chłopaka? – zapytała pewnego dnia, na co Olivia uśmiechnęła się ciepło, targając jej i tak wiecznie nieukładające się włosy.
– Jesteś jeszcze młoda, nie musisz o tym myśleć.
Może i miała rację, ale jednak jej koleżanki już odczuwały pociąg do chłopców, zachwycając się nimi i mówiąc, że chciałyby się z nimi już związać na zawsze. Młoda Velez jednak nie miała podobnych myśli względem płci przeciwnej.
Od tamtego momentu nie było dnia kiedy się nad tym nie zastanawiała. Szukała informacji wszędzie, nawet w internecie, pomimo, że nigdy nie była dobra z elektroniką, cóż uroki bycia półbogiem. W końcu jednak okazało się, że jest więcej takich osób jak ona. Aż w końcu poznała ją – swoją pierwszą miłość, którą tak bardzo na co dzień chce wymazać z pamięci, że w jej umyśle przybiera inne formy, inne imię, Raz jest to Patricia, raz Alice, innym Sarah, a czasami padnie na oryginalniejsze imię jak Ottilie. Jedyne czego Inez jest pewna do dzisiaj to faktu, że dziewczyna była od niej dwa lata starsza, a także tych zielonych oczu. Są rzeczy, których po prostu się nie zapomina, a Inez nieważne jakby się starała, zawsze przypominając sobie tamten urywek z życia, pamięta te wielkie, zielone tęczówki.
Dziewczyny poznały się w parku. Trochę przypadkiem (tak sądziła Inez), gdy czytała książkę i jej luba – tym razem nazwała ją „Sybil” – postanowiła się dosiąść i stwierdzić, że to jej ulubiona. Rozmowa sama szła do przodu, a ona miała wrażenie, że zna ukochaną od lat. Już wtedy czuła się z nią inaczej. W drobnych gestach, spojrzeniach znajdowała ukojenie, jej śmiech sprawiał, że jej wnętrzności robiły fikołka, a policzki różowiały. Sybil była tak piękna, że Inez myśląc o niej, czuła jak wszystko ją boli, myślała, że dziewczyna jest dla niej nieosiągalna. I to ją martwiło. A skoro tak było, to zdała sobie sprawę, że relacja, jaka ich łączyła nie była jej ani trochę obojętna, nie była „zwyczajna”.
I wtedy Inez zrozumiała, że pociągają ją jedynie kobiety. Nie poczuła na początku wstydu ani strachu. Nie zaczęła płakać lub krzyczeć z przerażenia. Tuliła jednak do siebie swojego ulubionego pluszaka, z którym spała od dziecka i szczerzyła się na samą myśl, że jednak nie jest z nią coś nie tak! Jednak potrafiła kochać; szczerze obawiała się, że nie jest zdolna do takich emocji, gdy żaden chłopak, jakiego znała, nie podobał się jej. Ale wszystko było takie, jak powinno. Teraz wiedziała przynajmniej na czym stoi, a do tego miała w swoim życiu dziewczynę, która potencjalnie mogła zostać jej ukochaną! Przez moment Inez patrzyła na życie niczym przez różowe okulary, jednak szybko zderzyła się z okrutną rzeczywistością. Zobaczyła, że świat nienawidzi takich jak ona, a homofobia istnieje wszędzie wokół. Jednak chciała być silna. Dla siebie. Dla Sybil. Problem pojawił się wtedy, gdy okazało się, że starsza z dziewczyn wcale nie jest odważniejsza, a wręcz przeciwnie: gdy w publice Inez starała się jej okazać choć najmniejszą czułość odskakiwała jak poparzona, a czasem nawet na nią krzyczała, że ma tego nie robić przy ludziach.
– A czy nie powinniśmy być dumni z tego, kim jesteśmy? – zapytała przy jednej ze sprzeczek.
Ukochana wyśmiała ją prosto w twarz i odpowiedziała:
– Nie mamy być z czego dumne.
To zraniło Velez, a co gorsza: uwierzyła w te słowa. Zamknęła się w sobie i udawała, że jest kimś innym niż naprawdę, ale hej! Przynajmniej miała dziewczynę, co nie? Mogła się cieszyć z nią każdą chwilą. No… nie każdą, ale wtedy kiedy nikt nie patrzył. Chodziły na randki, choć inni widzieli je jako przyjacielskie wyjścia. Czasami nawet się przytulały przy innych! Spędzały ze sobą dużo czasu jak przyjaciółki, trochę mniej jak para.
Aż w końcu pewnego dnia za rogiem w korytarzu, kiedy całowały się jeszcze w trakcie trwających lekcji, niczym z amerykańskiego serialu przyłapała ich jedna z koleżanek z klasy. Inez czuła się wtedy jak w nieśmiesznej telenoweli. Życie gnało wtedy szybko. Kłótnie, bójki, wezwanie do dyrekcji. Potem tylko rozmowa z rodzicami, tygodniowe zawieszenie, a na koniec zerwanie. I choć wtedy była wściekła na Sybil, bo tak prosta rzecz sprawiła, że dziewczyna była w stanie zostawić Inez, to gdy myśli o tym wstecz cieszy się, że była jej pierwszą. Nawet jeśli teraz starsza miała chłopaka i brzydziła się gejami nie mniej niż kiedyś inne osoby nią.
Tak właśnie rodzice Inez poznali jej mały sekret. Nigdy jej nie odrzucili, nie wyrzucili z domu, czy nie znęcali się nad nią przez to. To nie było możliwe, nie tu, nie w tym domu pełnym miłości. Jednak mimo to Velez czuła dziwną atmosferę w domu jeszcze przez bardzo długi czas. W głębi serca czuła, że w jakiś sposób zawiodła rodziców, nawet jeśli nie dawali tego po sobie poznać. I to ją wewnętrznie zabijało. Wolałaby już krzyki, niż ten wieczny niepokój i… wstyd. To właśnie wtedy go poczuła, pomimo że tak bardzo nie chciała się wstydzić tego, kim jest. W końcu to nie był jej wybór. Przeżywszy to wszystko, wiedziała, że gdyby mogła, wolałaby, aby podobali się jej mężczyźni; byłoby o wiele łatwiej.
Mimo tego czas mijał, a rodzice nigdy nie poruszywszy tego tematu, chyba pogodzili się z homoseksualnością swojej jedynej córki. A przynajmniej taką miała nadzieję Inez, bo odkąd skończyła czternaście lat, nigdy nie była w związku.


────
[1145 słów: Inez otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Dzień był wspaniały na naukę pływania.
Za to sama Weronika żałowała, że nie umie pływać. Jeszcze. Powiedzenie, że nie umie pływać, nie wchodzi w grę. Mówiąc poetycko, stała na rozdrożach. Jaką by nie podjęła decyzję, niezliczone potwory kąsały po łydkach, zabierając jej czas na planowanie. Mówiąc prosto, wkopała się.
Pływanie przecież nie może być trudne. Potrzebowała minuty, żeby przywołać sobie w głowie obrazy pływaków. Jakieś machanie rękami, nogami. No i żeby nie wciągnąć wody przypadkiem. Problemem było to, ze ilekroć patrzyła na morze, przeszywały ją dreszcze.
Docierały do niej wspomnienia, kiedy widziała obrysy ręki, odznaczającej się na tle przytłaczających błękitów i ultramaryny. Wtedy żadne myśli nie przychodziły. Ot, poddała się, spadając w toń. Dźwięki przestały docierać, zapadła dziwnie kojąca cisza. Ikar, który za bardzo zbliżył się do granicy. Zacierała się.
Potem pamiętała już tylko, jak kaszlała boleśnie, prawie wymiotując wodę z płuc. Opatulona ręcznikiem, marzyła o zapadnięciu się, dla odmiany, pod ziemię. Opowieść została, zmieniał się tok wydarzeń. Ojciec kłócił się z dziadkiem, kto wyciągał ją z wody. Babcia wspominała o szoku, jaki przeżyła. Odmawiała wtedy jakąś modlitwę.
Od tej pory nie zbliżała się do wody. Poczuła na własnej skórze, że w takich sytuacjach, jako dziecko Ateny, nie ma co liczyć na pomoc Posejdona.
A teraz stoi jak kołek nad tą plażą i komentuje technikę Mikołaja, który wyglądał jak foka. O ile foki robiły co jakiś czas manewr sięgania po koszyk i wciągały truskawkę jednym gryzem.
— Zostaw te cholerne truskawki!
— Nie krzycz już tak na mnie i sama trenuj! — odparł naburmszony.
Reszta obozowiczów albo wpatrywała się w nich, albo patrzyła na Sony i co niektórzy na piasku próbowali machać rękami. Z podobnym skutkiem co Mikołaj.
— Technika jest ważna, wszystko jest w szczegółach. Na przykład musisz podnieść wyżej głowę. Gdybym pływała, to bym nie mogła zobaczyć, jak wy sobie radzicie. Głowa, Mikołaj, inaczej zakrztusisz się wodą. Dobrze ustawiasz nogi.
— Ja pierdolę. — sapnął pozorant.
Weronika zwróciła się do reszty. Wpadł jej do głowy nawet bezpieczny pomysł.
— Zróbmy sobie małą przerwę i zrobimy potem w wodzie ćwiczenia na wzmocnienie mięśni. Eee, pleców, nóg, takie przydatne do pływania. Potem zostaniecie zwolnieni z treningu, bo to jakby trening, prawda?
Obozowicze rozchmurzyli się nieco, a Weronika w głowie dała sobie naklejkę Dzielnego Grupowicza. Mikołaj podniósł się z ulgą.
— Mam nadzieję, że potem się wyrówna ilość osób umiejących pływać. — podjął próbę przyjaznego zagajenia.
— Liczbę. Ilość jest używana do niepoliczalnych rzeczy. — odparła sucho Nika, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo odtrąciła próbę grupowego domku Dionizosa.
— No chyba że tak. — odpowiedział bez przekonania.
Wyciągnęła z plecaka swój notes, zakreśliła linijką tabelki (były zdecydowanie ładniejsze niż te Mikołajowe) i kalkulowała na swój sposób, ile osób powinno się nauczyć. Od żabki prosta droga do innych pozycji pływackich, prawda?
Sony radośnie kręciło kółka, pokazując nieco bardziej kumatym, jak to się robi. Nagle zaczęło krzyczeć, a reszta się odwróciła.
Oczom Mikołaja i Weroniki ukazały się grupki najad oraz parę hipokampów. Z jakiegoś powodu pojawiło się więcej wody, która uderzyła w nich falami, zalewając plażę. Zdziwieni półbogowie uciekali, testując w panice nowo poznane techniki pływania.
— Co się dzieje?!
— Chcą się bawić! Myślą, że umiemy pływać! — Sony podpłynęło do nich. — Mówią, że dawno nie było takiej zabawy z herosami.
— Jakiej, cholera, zabawy!? Zalewają nas!
Z daleka rozlegał się chichot nimf oraz ciche rżenie wodnych szkap. Weronika zakrztusiła się wodą, a Mikołaj pomógł jej wstawać.
— Niech mnie Zeus strzeli. — skomentowała tylko.
— Może lepiej nie. Musimy zobaczyć, czy reszta, no, żyje. — rozstrzęsiony Mikołaj zbierał unoszące się na wodzie truskawki.
— Zostaw te pierdolone truskawki! — zawyła Nika.


Mikołaj?
────
[581 słów: Weronika otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Była przyzwyczajona do nagłych wybuchów i fal uderzeniowych, ale ta śmierć potwora miała wyjątkowo duży impakt.
Wybiło ją i gruchnęła na ziemię z łoskotem. Zacisnęła zeby, kiedy łopatki uderzyły o metalową powierzchnię autodromu. Płuca próbowały złapać powietrze, szok im na to nie pozwalał. Który już raz dzisiaj?
Gdy otworzyła oczy, światła nad jej głową gasły. Migały niejednostajnie, jakby walczyły ze wszystkich sił, żeby oświetlić koniec sceny. Dahlia mimo wszystko zamknęła oczy, wzdychając z ulgą.
Kiedy Inez ją obudziła, bezczelnie wręcz, zdała sobie sprawę, że nie poleży tu długo. Ludzie zaraz się zejdą. Ostatnie czego chciała, to uporczywego przepytywania. Może by nie miała z tym problemu, ale istniała szansa, że Velez by się głupio nie wsypała i trzeba by było tuszować na siłę. Tak, panie policjancie, my się pojawiłyśmy tak przypadkiem na atrakcji. Nie, nie piłam. To tylko nieletni z obozu, który jest zaraz za tą górą. Nie, autko samo się tak wygięło, a te siniaki to się pojawiły, jak spadłam ze schodów.
Przetarła oczy.
— Zbierzmy się już. Nie możemy tu zostać.
— Nie wyciągamy kolejnych tarotów? — Inez zapytała z nadzieją.
— Jakich tar— Dahlia się zdziwiła, dopóki sobie nie przypomniała. — A, te cholerne taroty. A chcesz zostać na przepytywanie policji? Super zabawa, możesz sobie wylosować kartę wyjścia z aresztu.
— Nie, podziękuję, naprawdę. To co, w którą stronę?
— Tam, gdzie masz obóz. Misja została wykonana, to musisz wrócić. Chyba, że czegoś nie wiem o rzymskich zwyczajach.
— A, tak. Racja. Czas wrócić do obowiązków legionisty. Do legionistycznego czyszczenia akweduktu.
— Nie wiem, czy powinnam pytać.
— Spoko, czyścimy nie tylko akwedukt. Czasem latryny. Zdarza się, że trzeba też słonia umyć.
Inez wzruszyła rękami. Tak, jakby przebywanie z dużym, lądowym zwierzęciem z Afryki nie było jakoś imponujące. Za to Dahlia prawie upuściła szablę z wrażenia.
— Macie słonia?! Takiego realnego? Nie jakąś głupią zabawkę dzieciaków Hefajstosa? Czy jak się on tam u was nazywa?
— Wulkana? Niee, taki normalny słoń bojowy. Nazywa się Hannibal. Bardzo się obraża, kiedy nie może brać udziału w potyczkach wojennych. A po każdej takiej potyczce trzeba go umyć.
— Dużo czyszczenia u was.
— A daj spokój. — jęknęła Inez.
Kuśtykającym krokiem wydostały się poza teren parku rozrywki. Zajęłoby im to szybciej, gdyby nie zmęczenie i gwałtowny spadek adrenaliny po walce. W pewnym momencie Dahlii wszystko się plątało przed oczami. To, co mogła rozczytać na co dzień, było w tym momencie koszmarnym makaronem, który kłuł w oczy. Nie była pewna, czy idą w dobrą stronę. Widocznie Inez radziła sobie z tym lepiej. Albo udawała, że radzi sobie lepiej i wyszły dzięki łutowi szczęścia. Lepsze to niż tarot.
Przynajmniej otoczenie pozostało niewzruszone. Tafla wody w zatoce połyskiwała światełkami, rzuconymi przez okna wieżowców i neony. Może i gdzieś dalej jawiły się słynne atrakcje San Francisco, między innymi Golden Gate, ale tutaj można było zaznać spokoju. Spokoju, który koił skronie. Kusiło przemyć znużoną twarz, wyczerpaną wysiłkami, ale aż tak nie ufała Amerykanom w kwestii zachowania czystości cieków wodnych. Na potwierdzenie tych myśli niedaleko ich podryfowała plastikowa butelka. Inez coś wspomniała o śmiecących idiotach, a Dahlia nie kontynuowała obelg pod ich kątem. Modliła się wyłącznie o zimny prysznic i możliwość spania. Przyjęłaby wszystko, nawet ten cholerny pokój w nawiedzonym hotelu, z duchami i glitchującym się Labiryntem. Wyciągnęła z kieszeni wysłużony zegarek, który przetrwał wiele walk, sądząc po wgnieceniach i zadrapaniach na weku. Wskazówka dzielnie przesuwała się, z drobnym opóźnieniem, ale wytrwale. Miała jeszcze czas na złapanie parę obskurnych autobusów, czy przejazdów taksówką, w cenie „po znajomości”.
Inez wpatrywała się w obrys góry Tamalpais, jakby czegoś szukała. Po chwili udało się jej wypatrzeć sylwetki tańczące dookoła zimnych, niewzruszonych skał.
— Muszę podejść bliżej, żeby mnie pegazy usłyszały. Stąd zabiorą mnie do obozu.
— Od razu na czyszczenie słonia? — Dahlia nie chciała pokazać, że zazdrości tych pegazów.
— O nie, nie, nie! Muszę zreportować Lupie, co się stało. Minimalnie lepsza robota.
Kiwnęły głową. To był ten czas, żeby się rozejść. Legionistka, poprawiając gastrafetes, chwiała się lekko. Wciąż utrzymywała pogodną fasadę, tak jakby zamiast walki ze złodupcami wróciły dopiero z jedzenia waty cukrowej. Jej oczy się zaświeciły, odkąd ventus/anemoi spopieliły się z powrotem do Tartaru. Dobrze, trzeba być dumnym z takiej walki.
— Bezpiecznej drogi. — wydusiła z siebie po minucie.
— Nawzajem.

W San Francisco Dahlii udało się znaleźć taksówkę ze znajomym numerem, która zabrała ją bezpiecznie do domu. Gdy już miała zapłacić znajomemu za przewóz, przypadkiem wyciągnęła żetony na atrakcje.
— Co to jest? Tego nie przyjmę, mam rachunki do opłacenia. — taksówkarz zaśmiał się.
Sprawdziła drugą kieszeń, krzywiąc się na swoje zmęczenie.
— Racja. Masz tutaj prawdziwe dolary. A te żetony zatrzymaj sobie, może na starość będziesz chciał się bawić w elektrycznych autkach. Nawet polecam.
— O ile się zmieszczę.
Była to słuszna uwaga. Nie bez powodu tego faceta każdy nazywał Big B. Na potwierdzenie tych słów poklepał się po wielkogabarytowym brzuchu. Dahlia wielokrotnie powtarzała mu, że dostanie zawału i gdzie znajdzie podobnie uczciwego taksówkarza, który zawsze opowiadał z ekscytacją swój dzień? Za każdym razem zbywał ją, mówiąc, że to nie te lata.
— Ej, czy to nie to miejsce, w którym elektryka zaczęła świrować i parę ludzi zostało porażonych? — zapytał z podejrzliwością.
Woził ją na tyle długo, że zawsze się jej spodziewał przy wypadkach czy innych katastrofach. Często wtedy żartował, że celowo je powoduje, żeby miała o czym pisać.
— Nie wiem, o czym mówisz. — odparła, siląc się na uśmiech i otwierając drzwi auta. — Zabierz swojego dzieciaka na watę cukrową.


KONIEC WĄTKU DAHLII I INEZ.
────
[879 słów: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]