środa, 22 lipca 2026

Od Arisu CD Atlasa — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Wiedziała, że to bardzo zły pomysł jeszcze zanim wypowiedziała go na głos. Więcej, wiedziała, że to nie ma prawa się udać. Za najlepszy scenariusz uważała ten, w którym w drodze do obozu wpadną na Cherry, prowadzącą za ręce Kailey i pretora, który miał już wybraną metodę egzekucji do przetestowania. Nawet nie chciała myśleć, jak przy tym mógł wyglądać najgorszy scenariusz.
Mogła mieć tylko nadzieję, ze Kailey nic nie jest. Że ktoś znalazł ją całą i zdrową i będą mogli obwiniać ich tylko o zgubienie dziecka, a nie nieumyślne spowodowanie śmierci przez zaniedbanie, czy jak tam chcieli to nazwać. Jedno i drugie bardzo gryzło w dumę Arisu. Przecież nigdy nie chciała przyczynić się do morderstwa dziecka. Mogła za to zamordować Atlasa, jeśli to magicznie sprawiłoby, że Kailey się odnajdzie. W zasadzie zabiłaby go nawet bez tego i w tej konkretnej sekundzie, gdyby nie to, że nie chciała zostać sama z pozostałą grupką dzieci, którą też musiałaby uciszyć, by nie zostawiać świadków.
No właśnie, czemu to nie Atlas gdzieś zniknął? To nikogo by nie zdziwiło, ani nawet nie zmartwiło.
Spojrzała w stronę tego pofarbowanego debila, stojącego na końcu tej bardzo dziwnej grupy wycieczkowej. Nie mogła teraz myśleć o tym, że chce go zabić. Jeśli mieli znaleźć dziewczynkę, zanim ktokolwiek zwróci uwagę na jej obecność, to musieli przynajmniej udawać, że współpracują. Co znaczyło, że musiała mu zaufać.
Ta myśl nie przeraziła jej aż tak bardzo, jak spodziewałaby się, że ją przerazi. Na pewno jeszcze rok temu przeraziłaby ją zdecydowanie bardziej. Uznała, że jest już po prostu za bardzo zmęczona, by teraz tak było. Tak, to na pewno była wina zmęczenia.
– Dobrze, wszyscy mają parę? – zapytała głośno, obrzucając grupę dzieci uważnym spojrzeniem.
Nie mogli pozwolić, by ktoś jeszcze się rozdzielił. Znalezienie jednego dziecka mogło przerastać ich umiejętności.
Nie zdążyła ucieszyć się, że jedynym dzieckiem bez pary jest Atlas, bo z krótkiego ogonka dzieci uniosła się drżąca dłoń. Od razu rozpoznała chłopca, który wcześniej padł ofiarą Zebulona. Arisu powstrzymała się od pełnego rezygnacji westchnienia, bo mogło im w tej chwili bardziej zaszkodzić, niż pomóc. Zamiast tego przez ułamek sekundy stała w bezruchu, zastanawiając się, czy liczenie źdźbeł trawy może działać uspokajająco.
Na pewno nie miało prawa działać uspokajająco.
– W porządku, nic nie szkodzi – powiedziała w końcu. – W takim razie…
Spojrzała na Atlasa. Skoro już doszła do wniosku, że jest on tylko kolejnym dzieciakiem, to może powinna wysłać chłopca do niego. To byłby świetny pomysł, gdyby zaraz przed Atlasem nie stał agresor, z którym wcześniej chłopiec się pobił. Czy Walker w ogóle miał szansę to ogarnąć? Na pewno mniejszą, jeśli ci dwaj znowu mieli być obok siebie.
Arisu jednak westchnęła z rezygnacją, jeszcze większą niż pierwotnie planowała. Robienie Atlasowi na złość musiało poczekać. Już i tak to na nim spoczywał obowiązek obserwowania grupy, wolała nie dawać mu więcej trudnych zadań.
– W takim razie pójdziesz ze mną.
To były kolejne słowa, których pożałowała jeszcze zanim opuściły jej usta. To było w jakiś sposób niesamowite, że jedyne rozwiązanie było jednocześnie rozwiązaniem zdecydowanie beznadziejnym.
Chłopiec podbiegł do niej na początek ich dziwnej formacji. Wyglądał, jakby było mu bardzo głupio, ale ona sama zdecydowanie była zdenerwowana jeszcze bardziej od niego.
– Dobra. Jeszcze raz, macie trzymać się blisko. Pilnujcie swojej pary. Jeśli zauważycie, że ktoś się oddala, macie od razu zgłosić to mnie lub Atlasowi, rozumiecie?
Z szeregu wybiło się kilka głośniejszych „mhm” „taaak” i innych markotnych potwierdzeń. Arisu jeszcze raz spojrzała czujnie na Atlasa. Nie chciała nazwać tego wymianą porozumiewawczych spojrzeń, bo nie było w nich nawet odrobiny porozumienia.
Co najwyżej odrobina groźby i może trochę wzajemnej niechęci.
Mimo wszystko wymienili się kiwnięciami głów. Znalezienie Kailey leżało w ich wspólnym interesie.
Ruszyła pierwsza, tylko delikatnie odwracając głowę, by upewnić się, że wszyscy grzecznie idą za nią. Chłopiec bez pary trzymał się blisko, a w pewnym momencie złapał ją za skraj koszulki. Nie protestowała. Jeśli miał dzięki temu się nie zgubić, to nie miała nic przeciwko.
– Ja chcę dotknąć prawdziwego miecza! Po co mamy tam iść, jeśli nie dostaniemy prawdziwych mieczy?!
Głos Zebulona docierał aż na sam początek szeregu. Na końcu, blisko Atlasa, musiał być pewnie jeszcze bardziej nieznośny. Arisu odwróciła głowę, otwierając usta, gotowa na nich nakrzyczeć.
Naprawdę nie powinni zwracać na siebie uwagi.
– Popatrzycie na profesjonalistów. – Atlas odezwał się pierwszy. – Waszym zadaniem będzie… będzie…
Znowu złapali na chwilę kontakt wzrokowy.
– O, waszym zadaniem będzie zapamiętać jak najwięcej, żebyście potem sami mogli to wykorzystać!
Arisu nie była pewna, czy młodego agresora to przekonało. Nie mogła mu się dokładniej przyjrzeć.
– A jeśli będziecie grzeczni, to Atlas na pewno pozwoli wam wypróbować to na sobie – rzuciła. – Ale musicie iść grzecznie i cicho całą drogę.
I uśmiechnęła się do Atlasa, kiedy ich spojrzenia znowu na chwilę się spotkały. Arisu nie powiedziałaby, że wyglądał na jakoś bardzo urażonego (bo i tak nie była tym zainteresowana i nie zwróciła na to szczególnej uwagi). Zebulon wydał z siebie dźwięk, który mógł być albo podekscytowanym piskiem, albo oznaką tego, że zaraz rzuci się biegiem do obozu, nie oglądając się za siebie.
Na szczęście tego nie zrobił. Jeszcze.
Drogę do obozu udało im się pokonać wyjątkowo spokojnie i bez problemów. Nie słyszała, by ktokolwiek krzyczał, że zgubił partnera, a kiedy co jakiś czas odwracała się, by sprawdzić, czy wszystko w porządku, też widziała wszystkie młode twarze. Atlas prawdopodobnie krzyczałby, gdyby ktoś próbował się oddzielić, więc też nie odwracała się szczególnie często, chociaż obdarzenie go takim zaufaniem nie było dla niej proste. Czuła niepokój, kłujący ją gdzieś z tyłu głowy w nieprzyjemny, pulsujący sposób i nie mogła nic poradzić na to, że dłonie same zaciskają jej się w pięści, kiedy próbuje walczyć z rosnącą od tego wszystkiego irytacją.
Znaleźć Kailey. Skończyć trening. Mieć święty spokój od Walkera na następnych kilka dni.
Przez ostatnich kilka miesięcy udawało im się przecież nie pracować razem często. Nie musieli nawet bardzo się unikać. Po dzisiejszym dniu na pewno wszystko wróci do tej sztucznej normy – zakładając, że uda im się przeżyć. To dalej nie był szczególnie realistyczny scenariusz.
Kilka pierwszych kroków na terenie Obozu Jupiter pokonała, wstrzymując oddech. Tylko czekała, aż gdzieś zza rogu wyskoczy wściekły tłum albo pojedyncza, wściekła centurionka, albo cokolwiek innego co mogło ich czekać.
Nic takiego się nie wydarzyło. Stanęli gdzieś z boku i Arisu jeszcze raz przeliczyła wszystkie dzieci. Wszystko się zgadzało. Znaczy, dalej brakowało tylko jednej sztuki. Odetchnęła. Podniosła wzrok na Atlasa. Nie mogła głośno, przy dzieciakach zapytać, czy gdzieś widzi Kailey.
Musiał zrozumieć, bo pokręcił głową, krzywiąc się.
– Dobrze, pamiętacie, jak macie się zachowywać? – Arisu zwróciła się do dzieciaków, tym razem ciszej i spokojniej, tak, by zwracać jak najmniej niechcianej uwagi. Już i tak odstawali wśród zwyczajnych legionistów.
Dzieciaki pokiwały głowami i tylko Zebulon kręcił się w miejscu, szarpiąc się. Kalel był wyjątkowo wytrwały, musiała mu to przyznać. Żaden inny dzieciak by sobie z tym nie poradził i nie mogłaby ich o to obwiniać. Siostry Kailey też zaczynały się niecierpliwić.
Mieli mało czasu.
Kiwnęła Atlasowi i ruszyła dalej, rozglądając się uważnie. Po dziewczynce dalej nie było śladu.
– Co wy robicie?
Gdyby Arisu nie była naturalnie zbyt blada, to pewnie teraz wyraźnie by zbladła. Serce podeszło jej do gardła.
Zwykły legionista. Nawet bardzo go nie kojarzyła. Przyglądał się im podejrzliwie, ale nie jakby coś wiedział.
– To…
– Jesteśmy na wycieczce! Mamy zobaczyć walkę!
Teraz już chciała zabić jakieś dziecko.


Atlas?
────
[1200 słów: Arisu otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Ludzie uwielbiają opowiadać historię zwycięzców, jakby porażka była jedynie przypisem pisanym drobnym drukiem. A przecież większość świata powstała właśnie z rzeczy, które miały się nie udać. Z miast odbudowanych po pożarach. Z teorii wyśmianych przez współczesnych. Z ludzi, którzy przegrali wystarczająco wiele razy, by w końcu nauczyć się czegoś poza pychą. Wygrywanie jest efektowne, ale to porażka wykonuje całą niewidzialną pracę.
— Puszczaj, troglodytko! — wrzasnęła Weronika.
Na swoim filozoficznym bingo nie miała jeszcze bycia ciągniętym za fraki, szczególnie przez kogoś, kto ją pokonał w walce. Nie chciała się do tego przyznać, że to była sprawiedliwa walka. Ubodło ją to, że nikt nie starał się jej pomóc, nawet jej rodzeństwo.
Przeszli obok jednego z dzieciaków Hermesa. Nika kojarzyła go, był to jeden z przydupasów Niketasa, jeśli nie ten główny. Teraz miała siłę zwrócić uwagę tylko na jedną rzecz.
— Nie wiedziałam, że masz brata bliźniaka, Ulfert. — zagadała.
Oboje spojrzeli na nią zaskoczeni. Zwierzę, które ją ciągnęło, zatrzymało się na chwilę. Zorientowała się po tym, jak szacowne cztery litery przestały ją trzeć od ziemi.
— Z nią jest bardziej coś nie tak niż zwykle. — usłyszała w odpowiedzi.
Miała już zaprotestować, ale zamroczyło ją przed oczami. To jeszcze nie była jej pora na sen, nie zdążyła przeczytać swojej ulubionej strony Mistrza i Małgorzaty. Gdy tego nie robi, zazwyczaj następny dzień jest tak udany, jak pomysły niektórych grupowych.


Obudziła się na łóżku polowym. Koło niej krzątały się dzieciaki Apolla. Poczuła nagle przeszywający ból w skroni i jęknęła aż z bólu. Ucichło i po otworzeniu oczu zobaczyła poważne wyrazy twarzy. Oraz tkaninę namiotu polowego w kolorze khaki. Oraz dziurę w niej, która od razu ją zdołowała. To miłe, że chociaż oni znają powagę sytuacji i wspierają ją w ubolewaniu. Jedno z nich odchrząknęło.
— Dobrze się czujesz, Weronika?
— Mogło być lepiej.
Westchnęła i nagle się poderwała do pozycji siedzącej. Zignorowała nagły zawrót głowy.
— Ale muszę już iść. Mój domek mnie potrzebuje.
— Nie możesz.
— Jestem grupową.
— Super, cieszę się. Według Pana D masz zostać w łóżku i odpoczywać.
— Że co?
— No.
— A kto jest moim zastępcą? Moje rodzeństwo jest za młode na jakiekolwiek dowodzenie. Jeszcze będą chcieli robić dzień głupich planszówek zamiast ważnych, rozwijających rzeczy jak szachy. O bogowie, a jakby zaczęli grać w Monopoly?
W tym miejscu dzieciak Apolla się speszył, ale czekał uprzejmie na zakończenie tyrady Weroniki. Głową ją tak bolała, że nawet nie kłopotała się identyfikacją, jak się nazywał. Wszystkie pomioty słonecznego dupka wyglądały podobnie, przez co teoretyzowała, że Apollo przekazuje bardzo silny fenotyp swoim dzieciom w porównaniu z resztą bogów.
— Eeee, kiedy Pan D się dowiedział, że dostałaś w dekiel, to machnął ręką i wyznaczył Caroline na twoje zastępstwo. Chejron jest na wyjeździe służbowym.
Dobrze, że nic w tym momencie nie jadła, bo by się zakrztusiła.
— Słucham? Troglodytka na moim miejscu?!
— Caroline zareagowała równie, eee, żywiołowo. Próbowała wyjaśnić, że nie jest nawet obozowiczem. Pan D nie chciał o tym słyszeć i powiedział jej, że w takim razie daje jej misję i jak jej nie wykona, to zamieni ją w śmierdzącego koziołka. Czy coś w tym stylu. Cały Pan D. Śmieszek jeden.
Weronika zeskoczyła na podłogę, prychając coś o poczuciu odpowiedzialności, ale nagle ją ścięło. Poczuła dotyk na ramionach, a potem miękką powierzchnię pod zadkiem. Jej lekarz miał zażenowaną minę.
— Ciebie też to dotyczy. Wyjdziesz ze szpitalika bez naszej zgody, to też możesz dostać rogi i kopytka.
Jęknęła przeciągle, z frustracji, po czym ukryła twarz w poduszce.
— Oby tylko obóz nie spłonął. — pociągnęła nosem. — Na ile będzie… zastępować?
— Na dwa dni. Stwierdzili, że szkoda czasu na wdrażanie dzieciaka Ateny w procedury odkąd nikogo nie dopuszczasz do nich. No i dwa dni dla Caroline to wymiar kary za uszkodzenie grupowego. A teraz idź spać. Bo pojawi ci się, nie stąd ni zowąd, postać w rogu pokoju.
— Słucham? Czy tylko ja dostałam w głowę?
Ciao. — jej opiekun pomachał jej na pożegnanie i bardzo szybko uciekł z jej „boksu”.


Caroline?
────
[639 słów: Weronika otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Lotus CD Lucasa — „Lotus VS dziecko”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Powierzanie Lotus opieki nad dzieckiem to naprawdę nie był dobry pomysł. Ba, raczej fatalny. Lucas po prostu nie miał okazji jej poznać i przekonać się, że jest ostatnią osobą, której powinien zostawić córeczkę.
W ten sposób dziewczyna skończyła na prowadzeniu bitwy na spojrzenia z rocznym dzieciakiem. Stojąc na chodniku przed sklepem „wszystko za dolara”. Przez chwilę nawet zastanawiała się, jakie życiowe wybory ją do tego doprowadziły. Może to wszystko było związane z tym, że tego dnia olała obozowe śniadanie i zamiast tego poszła na lody?
Zanim zdążyła od tej myśli przejść do kolejnej, z głowy wyrwał ją cichy chichot Ruby. Odgarniając grzywkę z czoła, pochyliła się nad wózkiem i badawczo przyjrzała się dziewczynce.
— Ze mnie się śmiejesz? — zapytała, mrużąc oczy.
Ruby zachichotała głośniej. Do tej pory jedynym małym dzieckiem, z którym Lotus miała do czynienia, była młodsza siostra Amy. Lucy śmiała się z niej, odkąd ją poznała, więc łatwo było wyciągnąć wnioski. Pogroziła jej palcem.
— Nie wolno ci się ze mnie śmiać. Nie wolno się z nikogo śmiać, wiesz? To bardzo… niekulturalne — pouczyła ją, na powrót się prostując.
Dziewczynka tylko dalej się uśmiechała, widocznie zadowolona z sytuacji, w której się znalazła. Jeżeli w ogóle roczne dzieci były w stanie wiedzieć, w jakiej sytuacji się znajdowały. Lotus miała bardzo, bardzo małe pojęcie na ten temat, ale nie umiała nie uśmiechnąć się do Ruby, kiedy wyglądała tak radośnie. Wyszczerzyła zęby.
Chciała zrobić krok do tyłu, ale pech chciał, że zahaczyła czubkiem buta o kółko wózka. Potem w panice złapała za rączkę, żeby na pewno nie odjechał, dzięki czemu jej i niezbyt stabilnie postawiona stopa zsunęła się z krawężnika do zebranej na ulicy kałuży.
— Noż kurwa mać!
Krzywiąc się, puściła wózek i próbowała ocenić szkody. To były jej nowe trampki! Na szczęście kałuża była płytka, więc ucierpiała tylko ubłocona podeszwa buta i skropiona brudną wodą nogawka spodni. Westchnęła.
— Kulwa?
Zdezorientowana Lotus wróciła wzrokiem z powrotem do dziecka w wózku. Wciąż skupiona na swojej małej katastrofie, nie od razu zrozumiała, co takiego Ruby powiedziała.
— Co? — zapytała, jakby Ruby mogła odpowiedzieć jej na to pełnym zdaniem.
— Kulwa!
Przerażenie rozlało się na jej twarzy szybciej, niż sama mogłaby powiedzieć kurwa. Z nerwowym uśmiechem znów pochyliła się nad wózkiem.
— Nie, nie Ruby. Nie wolno tak mówić, okej? To bardzo brzydkie słowo — mówiła po cichu, gestykulując.
Ruby zachichotała, a potem znowu:
— Kulwa!
Lotus jęknęła, przeczesując palcami włosy.
— Nie, Ruby. Znasz inne słowa? Tata? Boże, tylko nie mów tak przy tacie, okej?
Dziewczynka wpatrywała się w nią ciszy przez kilka sekund.
— Tata, kulwa.
Litania do wszystkich bogów, którzy oczywiście jej nie słuchali, rozbrzmiewała w głowie Lotus jak chór kościelny. Doszła do wniosku, że z chęcią dołączy do chóru kościelnego, jeśli dzięki temu Ruby miała przestać przeklinać. Skoro buta w kałuży uważała za katastrofę, to była apokalipsa.
— Tata będzie bardzo, bardzo zły jak tak się do niego odezwiesz, mała. Mówię serio. Nie wolno używać takich słów. Mi też, ale tobie to tym bardziej. Okej? Nie ma więcej używania słowa kur- takiego słowa. Nie — mówiła Lotus przyciszonym głosem, pochylona nad wózkiem.
Bardzo chciałaby być teraz dzieckiem Wenus. Jednym z tych szczęśliwszych, które władają czaromową i w ogóle. Mogłaby wtedy siłą woli przekonać Ruby, żeby nigdy więcej nie powiedziała kurwa. Niestety po ojcu nie dostała żadnych umiejętności, które teraz by się jej przydały.
Była bardzo, bardzo w dupie.


Lucas?
────
[546 słów: Lotus otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

sobota, 18 lipca 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Inez nie chciała mówić, że się bała, ale… chyba jednak trochę się tak czuła. To nie była jej pierwsza walka. ale to nie miało znaczenia, bo przy każdej stresowała się tak samo. Niby jej odporność była lepsza niż śmiertelników, ale ona nim także była. To, że widziała także potwory sprawiało, że była tylko w większym niebezpieczeństwie. Zawsze zastanawiała się wtedy jak jej tato mógł to zrobić jej mamie i ją zdradzić. Gdyby tylko tego nie zrobił mogłaby sobie spokojnie żyć… Zawsze myślała, że mu wybaczyła i naprawdę nigdy nie okazywała mu, że jest inaczej, ale gdy zagrożone było jej życie, to był jedyny czas gdy wątpiła czy naprawdę wciąż nie jest zła.
Jednak razem z Dahlią jechały na jednym wózku, miała wsparcie i to się liczyło. Naprawdę dziękowała teraz bogom, że dziewczyna tu jest. Nienawidziła samotnych wypraw, więc jak teraz wybrała się sama (a raczej została posłana) to przez cały czas trochę się obawiała. Inez była ekstrawertyczną duszą, uwielbiała być przy ludziach, nawet jeśli oni niekoniecznie uwielbiali być przy niej. Jednak najbardziej uwielbiała to uczucie, że nie jest w czymś sama, że jest ktoś kto ją rozumie, kto przeżył coś podobnego i jakkolwiek może się z nią utożsamiać.
– Dobra, damy radę. Musimy dać, nie? – zaśmiała się przytulając do siebie dotychczas niezawodną broń. – Ufam Ci – mówiąc te słowa zobaczyła jak dziewczyna zrobiła się nieco zmieszana. Dla Velez to był częsty widok. Prawie każdy komu tak w swoim życiu powiedziała dziwił się, że może takie słowa wypowiedzieć do prawie nieznajomego. Często powtarzano jej, że jest łatwowierna. I prawdopodobnie mieli rację, ale ona nie chciała nic zmieniać.
Spojrzały się na siebie i skinęły głową tym samy uzgadniając, że robią zamianę. W tym momencie Inez przerwała iluzję, a Venti stanęły nieco zbite z tropu. W tym, momencie musiały wykorzystać tę okazję i ruszyły ku nim. Okazało się jednak, że stwory są za daleko w stosunku do nich, więc zwróciły na nich uwagę w ostatnim momencie, gdy Inez wycelowała z broni. Venti zdążył zrobić unik, jednak jego zaskoczenie wzrosło. Zresztą jego towarzysz był niemniej zaskoczony, co natomiast wykorzystała Dahlia. Zamachnęła się porządnie mieczem a potwór wydał z siebie głośny, druzgocący krzyk.
„To chyba działa” – pomyślała Velez słysząc ten dźwięk. Wcześniej pomimo bólu, nie brzmiało to tak rozpaczliwie, nawet gdy trafiały. Powiedziałaby nawet, że czym dłużej trwała tamta wymiana ostrza, tym Venti się uodparniały. Brian (bo to chyba był on? Inez w tym momencie nie była pewna, mienili się jej w oczach) cisnął piorunami w Dahlie, jednak ona zrobiła unik. Dokładnie się tego spodziewała, tak samo jak kolejnej salwy, która na nią nadeszła. Cóż, to było do przewidzenia. Potwór był rozwścieczony, nie myślał sensownie.
Archie w tym czasie podleciał bliżej Inez, która przez moment zapomniała, że powinna celować. Cholera. Rozejrzała się szybko dookoła, a następnie niewiele myśląc stworzyła iluzję wielu ptaków, tym samym sprawiając, że zasłoniła się przed wzrokiem Venti. Przeturlała się szybko na prawo i bardzo dobrze. Jej przeciwnik raczej spodziewał się, że stworzy iluzję, bo uderzył z większą siłą już po chwilę w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała. Miała chwilę, by naciągnąć broń i strzelić. Zrobiła to i-
– Uważaj! – usłyszała krzyk Dahlii, a potem lecący w niej grom ze strony Briana.
– Szlag – zaklnęła i ruszyła w bok, jednak uderzenie odrzuciło ją nieco, a z jej rąk wypadł Gastrafetes. Odbiła się od ziemi i przeturlała. Poczuła jak przez moment w płucach brakuje jej powietrza. Po chwili zaczęła głośno kaszleć, jednak jakimś cudem wciąż była w całości. Przez chwilę świat wokół niej nie istniał, ale po chwili dźwięki wróciły do jej uszu. W tym momencie starsza stanęła przed nią broniąc ją przed jednym z Venti, wsadzając miecz wprost w jego brzuch. To wtedy Inez usłyszała chorobliwy krzyk bólu, a potem drugiego Venti. Wstała do klęczek i uniosła głowę. Jeden z nich się rozpadł. Czyli Dahlia miała rację! Musieli się zmienić.
Pozostał im tylko jeden, samotny i bardzo zły Venti.


Dahlia?
────
[645 słów: Inez otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait nie był zaskoczony, że mieszkające na dole szczury wcale zwykłymi szczurami nie były. Rozczarowany i zrezygnowany – to jak najbardziej, ale przecież każdy by był. Nie zastanawiał się nawet, czemu akurat ich to spotkało, bo odpowiedzią i tak byłoby „bo jesteście półbogami”, a z dwojga złego wolał sam się tym zająć, niż gdyby spotkało to kogoś innego. Czy konkretnie takie sytuacje często spotykały innych półbogów? Prawdopodobnie.
Zresztą, przecież nawet teraz nie zajmował się tym sam. Spojrzał na Apollodorosa znad kubka z herbatą, która zdążyła wystygnąć już dawno temu. Udało im się wyjść z tego bez wyjątkowo poważnych obrażeń, a Chait podejrzewał, że gdyby zdecydował się zejść tam w pojedynkę, bez informowania współlokatora, to sytuacja wyglądałaby zdecydowanie gorzej. Szybko przeniósł wzrok na okno. Na zewnątrz robiło się jasno, chociaż kiedy schodzili, to ledwo zaczynało się ściemniać. Niby brzmiało to, jakby stoczyli bardzo długą bitwę, ale Chait miał wrażenie, że znacznie więcej czasu poświęcili – lub zmarnowali – po prostu siedząc w mieszkaniu, prawie ze sobą nie rozmawiając.
Żadne nie zapytało, co powinni teraz zrobić. Oboje wiedzieli, że muszą pozbyć się problemu, więc może zadawanie tego pytania było zwyczajnie zbędne. Pewnie, zamiast tego, powinni zapytać o to, jak zrobić to, co zrobić mają, ale tego o to też nikt nie zapytał.
– Zrobić ci świeżej herbaty?
Chait prawie wypuścił z rąk kubek. Wyprostował się nieco bardziej na swoim miejscu, kręcąc głową i uśmiechając się do Apollodorosa najszczerzej, jak potrafił w ich obecnej sytuacji.
– Nie trzeba, dzięki.
Apollodoros i tak wstało i podeszło do blatu, odstawiając swój kubek. Chait przez chwilę śledził jeno ruchy, zanim z rezygnacją z powrotem przeniósł wzrok na okno.
– Nie wiem, czy uda nam się dzisiaj coś wymyślić – powiedział w końcu, podnosząc się, żeby też odstawić niedopitą herbatę.
Jedną, wyjątkowo oczywistą opcją było zejście z powrotem na dół i wybicie wszystkich tych stworzeń po kolei. Raczej nie zamierzali tego proponować – na pewno nie teraz, kiedy dopiero co udało im się wyjść z jednego takiego starcia. Chaitowi przeszło przez myśl, że może być to ich jedyne rozwiązanie, ale wolał optymistycznie zakładać, że jednak znajdą jakieś inne. Jeśli nie znajdą, to i tak musieli najpierw przygotować się chociaż odrobinę lepiej.
Zastanawiał się, jak szybko zatęskni za zwykłymi szczurami, które mogły co najwyżej doprowadzić do zamknięcia jego miejsca pracy. Krzyczący klienci i inspekcja nagle wydały się bardzo zwyczajne i zdecydowanie bardziej przyjemne. Oczywiście nigdy nie przyznałby tego na głos, nie był jeszcze aż tak zdesperowany.
– Masz rację, że powinniśmy odpocząć. – Apollodoros skończyło szykować nową herbatę. – Na pewno nie chcesz? To dla mnie żaden problem.
Chait pokręcił głową. Sam nie wiedział, czy na pytanie o herbatę, czy na sugestię odpoczynku. Wątpił, czy Apollodoros odpocznie i doskonale wiedział, że sam na pewno tego nie zrobi.
– Nie, nie. Dzięki.
Na chwilę znowu zapadła cisza i nawet nie ruszyli się z miejsca. To chyba wystarczająco sugerowało, jaki w tej chwili jest ich stosunek do odpoczywania.
– Masz dzisiaj pracę?
Chait potrzebował kilku sekund, by zastanowić się nad odpowiedzią. Jaki w ogóle był dzień tygodnia? Niedługo miał być kolejny festiwal, z którego na pewno nie mógł się wycofać. Nawet gdyby chciał, to ktoś ściągnąłby go na miejsce siłą.
Ale to jeszcze nie teraz. Odetchnął.
– Dopiero wieczorem. I tylko kilka godzin – odpowiedział w końcu, opierając się ramieniem o ścianę. – A ty?
– Mam popołudniową zmianę.
Chait westchnął. To był tylko kolejny powód, by na dzisiaj odpuścić.
– Może w ciągu dnia uda nam się coś wymyślić albo przynajmniej dowiedzieć czegoś więcej – zasugerował, chociaż nie było w tym nawet odrobiny przekonania. – Może uda się jeszcze porozmawiać z sąsiadami, może w okolicy znajdzie się ktoś, kto coś wie.
Apollodoros skinęło głową.
– A jeśli nie, to przygotujemy się lepiej.
Pozostawało tylko mieć nadzieję, że faktycznie będą w stanie przygotować się lepiej. Chait doskonale wiedział, że kilka następnych godzin będzie już nawet nie próbą odpoczynku, a zwyczajnym udawaniem, że odpoczywają. To pewnie w żaden sposób im nie pomagało.
Zaproponował, że pozmywa po herbacie. Zostawienie bałaganu na pewno by im teraz w niczym nie pomogło, a tak to przynajmniej tyle mógł zrobić, by odwdzięczyć się za pomoc w i po walce. Pozwalało mu to zostać na nogach chwilę dłużej.
Nie rozmawiali wiele, kiedy następnego dnia Apollodoros wychodziło do pracy. Chait wyszedł, nim wróciło, więc dopiero wieczorem znowu mogli porozmawiać.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 14 lipca 2026

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Is wzruszyła ramionami, przesuwając wzrok z Kaliny na rząd plastikowych doniczek.
— Zresztą, po co komu ojciec? — zapytała, unosząc kąciki ust w uśmiechu.
Nie, żeby miała coś do Hermesa. No dobra, może miała maleńkie pretensje o to, że miał ją głęboko w dupie, ale lata obcowania z innymi dzieciakami bogów sprawiły, że przynajmniej nie czuła się w tym samotna. Łatwo jest spłodzić kilkadziesiąt dzieciaków, gorzej się potem nimi interesować. Z tego, co wiedziała, Hermes miał kilku swoich ulubieńców, z którymi częściej się kontaktował, ale Isobel najwyraźniej nigdy nie była jednym z nich. Może jeszcze przez pierwsze trzy lata starała się zostać kimś, kim ojciec mógł się zainteresować, ale potem zrezygnowała, bo nie przyniosło to absolutnie żadnych efektów. Is już we wczesnym dzieciństwie dowiedziała się, że rodzice to beznadziejna sprawa i nie opłaca się marnować czasu i energii na naprawienie czegokolwiek, co z nimi związane. W wieku piętnastu lat zobaczyła ojca na własne oczy i postanowiła się tym zadowolić. Swój stosunek do niego uznawała za raczej neutralny i rzadko o nim mówiła.
— …Po to żeby zarabiał na truskawkach w Holandii? — zaproponowała Kalina.
Is wybuchnęła śmiechem, ściągając na siebie wzrok niezbyt zadowolonej ekspedientki. Posłała kobiecie uśmiech i zapomniała o niej, kiedy tylko znowu stanęła do niej plecami.
— Okej, muszę przyznać, ma to jakiś sens — powiedziała, wciąż z uśmiechem błąkającym się na ustach.
— Jasne, że ma. Sama się przez chwilę zastanawiałam, czy może nie pojechać na truskawki, ale jednak wybrałam studia — dodała dziewczyna, zapomniawszy o doniczkach.
W głowie Is gdzieś tam jeszcze plątała się myśl o zakupie doniczki, ale kątem oka ciągle dostrzegała ich ceny i stwierdziła, że chyba jednak jej nie stać. Kto liczy sobie sześć dolców za taki kawałek plastiku? Jej kwiatek najwyraźniej jeszcze trochę będzie musiał posiedzieć w słoiku z wodą, dopóki nie trafi na jakąś lepszą promocję w lokalnym chińczyku.
— Studiujesz?
— Tak! Dziennikarstwo. A ty?
— Sinologię. Fajna sprawa, ale nauki w chuj — westchnęła, w tym momencie już udając, że ogląda doniczki, żeby pracownica sklepu jej stąd nie wyrzuciła.
— Sinologia… Chiny, tak? Czy Azja generalnie?
— Nie, nie, Chiny — wyjaśniła Is, oglądając jedną z absurdalnie drogich doniczek. — Jezu, ktoś serio za to tyle płaci?
Kalina zajrzała jej przez ramię. Skrzywiła się, naśladując tym samym minę dziewczyny.
— ILE? Nieźle sobie liczą — skwitowała.
Is odstawiła przedmiot na półkę, uważając, żeby niczego przy tym nie przewrócić. Pokręciła głową z dezaprobatą.
— Masakra… Dziennikarstwo. Lubisz pisać?
— Musiałabym umieć się na tym skupić. — Kalina zaśmiała się. — Lubię rozmawiać z ludźmi. Poznawać ich przeżycia, historie. Praca w dziennikarstwie byłaby dla mnie jak spełnienie marzeń — powiedziała i uśmiechnęła się przy tym tak szeroko, że Isobel nie mogła tego nie odwzajemnić. — A dlaczego ty wybrałaś sinologię?
Isobel wzruszyła ramionami.
— Szukałam czegoś… mniej normalnego. Rozważałam różne strony świata, ale padło na Chiny.
Kiedy Isobel wybierała kierunek studiów, szukała czegoś, co pozwoliłoby oderwać jej się od codzienności. Nie było jej stać na podróże, a takie studia to była pewna tego namiastka. Dzięki temu mogła przynajmniej wyobrażać sobie, że się wyrwała. Jedyny przypadek, w którym jej matka zainteresowała się tym, co jej córka zamierza zrobić ze swoim życiem, skończył się burzliwą kłótnią i stwierdzeniem, że Isobel Collins jest na świetnej drodze do zmarnowania osiemnastu lat życia. Na szczęście Is wtedy już dawno miała jej zdanie w dupie.
— Brzmi sensownie. Chociaż ja raczej… jezu, jakie piękne! — jęknęła Kalina, po tym, jak zabłądziła wzrokiem w róg alejki, gdzie znajdowała się biżuteria.
Zanim Is zdążyła chociaż zamrugać, dziewczyny już przed nią nie było. Przetruchtała bliżej półki, na której coś wpadło jej w oko i wydawała się tym całkowicie zaabsorbowana. Isobel, która lubiła błyskotki i wtrącanie nosa w czyjeś sprawy, ruszyła w jej ślady.
Rozpromieniona Kalina zaprezentowała jej kolczyki w kształcie motyli, których skrzydła zmontowane były z maleńkich, zabarwionych na różne kolory szkiełek i cienkiego drutu. Wyglądała, jakby ktoś właśnie wręczył jej gwiazdkę z nieba.
— Muszę je mieć — powiedziała tak zdecydowanie, że Is w żadnym wypadku nie byłaby w stanie zaprotestować.


Kalina?
────
[643 słowa: Isobel otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 13 lipca 2026

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

— Jeśli potarłabyś je w odpowiedni sposób, i stanęła… hm, z południa czy północy… W każdym razie, musiałabyś mieć wiatr za sobą! Albo przed sobą. Zależy jaki. Jakie mamy wiatry w Ameryce? Taki wilgotny byłby słaby, choć może właśnie dlatego miałabyś mieć wiatr z tyłu… no, ale i jak tak dmuchniesz jeszcze i…
— Staniesz na jednej nodze, odśpiewasz "Twinkle, Twinkle, Little Star" po hebrajsku, chwycisz się za nos i zdejmiesz skarpetkę?
— Nie wiem, co skarpetki… Ale możliwe, że nucenie mogłoby pomóc, wiesz, to zawsze wpływa na ciśnienie, ruch powietrza!
Ich rozmowę przerwało chrząknięcie jednego z dzieci Wulkana. Przez parę sekund Ricky zdążył zapomnieć, że tu są. Kiedy odwrócił się w stronę głosu, i twarzy z wypisanym "mamy sobie kurwa pójść, czy co? za obejrzenie takiego występu w cyrku musieliby mi zapłacić", zobaczył kółeczka od zwykłego, biurowego krzesła w dłoniach półboga. Wedle oczu merwkurwiaka, były pokryte co najmniej złotem i diamentami; tak się wgapił, że aż się zachwiał. I poleciał, a waląc o podłogę wydobył z siebie pisk, zaakompaniowany przez brzęki, szelesty i trzaski różnych przedmiotów w jego kieszeniach. Pewnie właśnie one ciągnęły go ku ziemi, i zdradziecki ciężar jego spodni tylko czekał na takie momenty jak ten. Kiedy trafił na podłoże, podniosła się chmura pyłu i kurzu, która osiadła na jego włosach, ubraniach i ciele podczas poszukiwań zapałek. Jako akcent na koniec, Ricky donośnie kichnął — głośniej, niż można by się spodziewać po kimś postury obgryzionego smażonego kurczaka.
— Żyję! — ledwo słyszalnie wydusił z siebie po dłuższej chwili młody chemik. Jego kończyny zaczęły się trząść, kiedy chwiejnie, ale z entuzjazmem rosnącym z każdą chwilą Ricky zaczął podnosić się z podłogi. Podczas upadku coś rozlało mu się w kieszeni, i jego kolano parę razy rozpaczliwie poślizgało się w poszukiwaniu oparcia, zanim syn Merkurego upadł ponownie. Potem spróbował znowu, z jeszcze większym entuzjazmem. Co spowodowało jeszcze szybszy upadek. Kiedy w końcu chwycił wyciągniętą mu na pomoc rękę — nie wiedział czyją, przed oczami latały mu plamki — prawie zwalił ową osobę na ziemię przez swoje chaotyczne ruchy. W końcu, przy wielu „kurwa” i „ja pierdolę”, Rickiemu udało się podnieść. Możliwe, że zmotywowało go „Kręci ci się w głowie? Jak tak słabo się czujesz, może zajrzymy ponownie do ambulatorium?”. Wspomnienie horrorów poza ludzkim zrozumieniem błyskawicznie wyczyściło mroczki sprzed oczu i usunęło wiotkość kończyn. Ricky stanął na obie nogi, jakby nic się nie stało. Nawet powierzchownie otarł twarz z kurzu wierzchem dłoni, żeby wyglądać bardziej przekonująco. I zdławił w sobie grymas bólu, kiedy jego biodro, lekko stłuczone przy upadku, zaprotestowało przeciwko przeniesieniu ciężaru ciała z jednej nogi na drugą. Żadnego ambulatorium nie trzeba.
— Dobra, zabierzmy się do roboty! Nie mamy całego dnia! — spojrzenie Rickiego znowu powędrowało na kółeczka, przez to całe zamieszanie odłożone na stolik kawałek stąd. Nie mógł sobie pozwolić na ich stratę. — Mamy śrubki, prawda, takie mocne? Możemy też użyć kleju.
Od razu ukucnął przy łóżku, i zaczął wyciągać — a bardziej komicznie się wyginać przy próbie wyciągania — ołowianą trumnę.
— Czy ktoś, kurwa, pilnował tego makaronu?


Kuźma?
────
[488 słów: Ricky otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]