sobota, 25 lipca 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Niketas pieczołowicie układa nowozdobyte monety we wcześniej przygotowanym pudełeczku a.k.a skarbonce w kształcie pirackiej skrzyni skarbów należącej do bliżej niezidentyfikowanego Kogoś z domku Hermesa. Nikt nie ma zamiaru wnikać w to, czyj ten skarb dokładnie jest, bo równie dobrze może leżeć tam ukradziony od rodzeństwa, które już dawno zniknęło z Obozu. To rodzeństwo i tak pewnie ukradło tę skarbonkę od jakiegoś dzieciaka Posejdona albo innego bachora, który lubił wodę nieco bardziej niż każdy normalny, przeciętny dzieciak.
– Nie jestem pewien jednego – stwierdza Ulfert, próbując przezwyciężyć powoli postępującą zadyszkę – czy to było wow w sensie, że zajebiste, czy wow w sensie, że obrzydliwe gówno.
– Ty to się lepiej nie zastanawiaj – rzeczowo odpowiada mu Niketas. Poprawia okulary przeciwsłoneczne, choć słońce jeszcze nie zdążyło porządnie rozgościć się na bezchmurnym niebie. Trochę mruży za nimi oczy, żeby dokładniej dostrzec apollinowe rodzeństwo i dojrzeć ich miny pełne ekstazy. – No, moim zdaniem, to zaraz będziemy mieć tutaj kolejkę na pół Obozu. W tym całą populacje domku Apolla.
– I co na to Chejron? – pyta Erin, która właśnie stara się ułożyć puszki w trójkąt pitagorejski, wedle zaleceń Niketasa. Niestety, nie przyniósł dla niej miarki, linijki, ani definicji trójkąta pitagorejskiego, więc gdy co jakiś czas dopytuje go, czy dobrze jej idzie, on zasypuje ją całym esejem poprawek, których ona nie zapamiętuje. W ten sposób trójkąt rozrasta się coraz bardziej i coraz dalej mu od pitagorejskiego.
– Jak to co? Jemu za puszkę policzymy dwa razy więcej. Wygląda na bogatego – odpowiada Ashton i nerwowo zerka na Niketasa, jakby miał zaraz dostać w łeb za to, że wtrąca się w sprawy, w które nie powinien. I rzeczywiście dostaje w łeb, ale nie tak mocno.
– Chejron będzie miał nas w dupie, dopóki w tych puszkach nie ma telefonów. Ani niczego innego, co ten stary kuc uzna za zagrażające naszemu życiu i zdrowiu. – Grupowy wydaje się na tyle pewny siebie, że cała reszta po prostu wzrusza ramionami i wraca do swoich zajęć (zajęciem Niketasa jest rozwiązywanie swoich szyfrokrzyżówek i okazjonalne odganianie much).
Przewidzenia największego matematyka z domku Hermesa szybko okazują się trafne i przed ich stoiskiem powoli układa się niezła kolejka, z czego większość jest blond łucznikami, opcjonalnie nieblond muzykami. Najgorsze są reakcje na cenę, bo Niketas słysząc piskliwe „COOOOOO” sześćdziesiąty dziewiąty raz, ma ochotę przypierdolić w twarz niedoszłego klienta kijem od flagi Ulferta. Zamiast tego uśmiecha się miło i bezsensownie się powtarza.
– Ale co tak właściwie różni to od zwykłych energetyków? – pyta jakiś dzieciak, który jest na tyle sceptyczny co do „Olimpijskiej Alfy”, że przez jego narzekanie kolejka urosła co najmniej pięciokrotnie. Przez niego uśmiech Niketasa powoli zaczyna drżeć i w strategię marketingową zaczyna wtrącać się Erin.
– Skład – odpowiada dziewczyna tonem rodzica, który odpowiada dziecku na pytanie, czemu wsiadają do czerwonego, a nie zielonego tramwaju.
– Ale co w nim tak właściwie jest?
– Tu – Ashton (który nie wiedzieć czemu ciągle kręci się obok stoiska) podaje chłopakowi ulotkę z Recepturą™. – Przeczytaj se.
– Ale czemu tego nie ma na puszkach?
– Porównaj sobie wielkość tej kartki do puszki – sugeruje Niketas, z umiarkowaną siłą uderzając w lichy blat ich stoiska. Odwraca się ze znacznie bardziej wymuszonym uśmiechem niż wcześniej do następnej klientki. – 4 dolary za sztukę.
– Powiem Chejronowi.
Twarze aż czwórki herosów-sprzedawców/pomocników/chuj-wie-czemu-Ashton-wciąż-tu-jest odwracają się, a ich oczy wbijają się w naburmuszoną dziewczynkę. Dziewczynę. Ulfert aż przestaje wymachiwać flagą (robi to z ogromną ulgą, bo wreszcie ma moment na przetarcie spoconego czoła i złapanie oddechu). Niketas ściąga okulary i ostentacyjnie je czyści, zanim wracają na jego nos. Wzdycha głęboko, nieprzekonany co do tego, czy na pewno chce odpowiadać.
– To groźba karalna – wtrąca Erin. – Przecież to tylko pomaga. Patrz na nich. – Wskazuje na jakieś dzieciaki, które zachowują się jakby zamiast zwykłego energola napiły się koktajlu z nieprzeznaczonych dla osób w ich wieku grzybków. – Patrz jak dobrze się bawią.
– Po pierwsze – oznajmia dziewczyna tonem „Um, actually” – to jest zdzierstwo. Ta puszka ponoć ma dwieście pięćdziesiąt mililitrów, ale nie jest wypełniona napojem do brzegu, a znając tego tutaj – wskazuje palcem na Niketasa, który unosi brwi, otwiera usta i wbija palec wskazujący w swoją klatkę piersiową – to jest tam tylko jakieś sto mililitrów tego całego „energetyka”. A po…
– Ty masz prostownicę w oczach? – mądrze pyta Ashton.
– Na pewno nie chodzi ci o prostownicę – kontruje Ulfert. – To już prędzej linijka.
– Ale płyn mierzy się w szklankach – zauważa Erin. – W przepisach zawsze jest, że „pół szklanki mleka” albo coś takiego.
– Ty masz szklanki w oczach? – powtarza swoje pytanie Ashton.
– Jestem córką Ateny – dumnie odpowiada dziewczyna, a Niketas mamrocze pod nosem, że teraz to już wszystko jest dla niego jasne.
– Dzieci Ateny mają szklanki w…
– Dzieci Ateny są obdarzone umiejętnością zwaną „myślenie”, której najwyraźniej ty nie posiadasz – wtrąca CórkaBoginiMądrości™™™™™™™™, uśmiechając się szeroko. Pewnie wydaje jej się, że teraz wygląda jak typowa #mean_girl z musicalu. Niketas uważa, że wygląda bardziej jak ktoś, komu bardzo fajnie byłoby przywalić z liścia i określiłby to #rzal_i_bul.
– Kupujesz, czy nie? – pyta grupowy, już bez swojego uśmiechu i strategii marketingowej. Coś ostatnio wszyscy ci idioci od Ateny lubią się do niego przyczepiać jak rzep do psiego ogona i coraz mniej mu się to podoba. Zawsze myślą, że są mądrzejsi od innych. Dupki.
– Może jak dasz mi zniżkę, to nie powiem Chejronowi.
– Słuchaj, laleczko. W dupie mam to, komu co powiesz. Jak ci się nie podoba, to nara.
– Mogłeś grzeczniej – zwraca mu uwagę Erin, gdy parę osób z kolejki idzie za dziewczyną ze zrezygnowaniem wymalowanym na twarzy.
– Grzeczniej, czyli jej powiedzieć, żeby wypierdalała? Kochana, z takimi nie ma sensu się kłócić. Cztery dolce – mówi do kolejnej osoby, która z uśmiechem wywala swoje ciężko zarobione (wysłane od rodziców) pieniądze na parę godzin haju wywołanego tęczowo-brokatowym chemicznym wytworem, który pewnie nie przeszedłby ani jednego testu jakości w Unii Europejskiej i nigdy nie mógłby zostać tam dopuszczony do sprzedaży. Na całe szczęście, Niketas i Erin znajdują się w Ameryce i nie muszą przejmować się głupimi restrykcjami Europejczyków.
– Ale mnie w to nie mieszajcie, jeśli Chejron jednak tu przyjdzie, dobra? – pyta Ulf, który wznawia machanie flagą. – Jakby, ja tu jestem tylko niewolnikiem.
Niketas posyła mu Spojrzenie, przez które Ulfert uśmiecha się niezręcznie i wymachuje kijem od miotły trochę szybciej.
– Dobra, ja spadam! – oznajmia Ashton, ale grupowy łapie go za ramię w pół kroku.
– Kochanieńki – mówi tonem kompletnie niepasującym do tego słowa, a irytacja wreszcie wylewa się z niego przez powoli pękające szczeliny w fasadzie najlepszego sprzedawcy w historii świata. – Ale te pieniądze to oddaj, co?
– Jakie pie-
– Cukiereczku.
– Okej, okej, bogowie. To tylko taki test – broni się Ashton i wysypuje na stoisko, tuż obok niedoszłego trójkąta pitagorejskiego, jakieś trzydzieści dolarów w drobniakach. – W sensie, test. Pensję swoją chcia-
– W zamian mogę ci testowo skopać dupę – ucina Niketas, po czym odwraca się do kolejnego klienta, który stoi za obsługiwaną przez Erin osobą o bardzo gęstych i bardzo napuszonych blond włosach. – Hejeczka, laleczko, cztery dolarki będą za puszkę. Jak się ładnie uśmiechniesz, to dorzucę naklejkę gwiazdki.
Dziewczyna się nie uśmiecha.
– Co do tej Receptury™ – wtrąca się dzieciak, któremu wreszcie udaje się przebrnąć przez całość ulotki. – Co macie na myśli z „taka pasta z jednorożcami na opakowaniu (tęczowa)”?
– Ty czytać nie potrafisz? – pyta Erin.
Niketas. Po prostu. Się uśmiecha.
I wyrywa chłopaczkowi Recepturę™ z rąk.


|
Erin?
────
[1178 słów: Niketas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

ZIMA, obecnie

Poprzednie opowiadanie

Miałem wrażenie, że Ivy zaczął mnie unikać. Każde kolejne spotkanie przekładał albo odwoływał, tłumacząc to złym stanem zdrowia lub innymi wypadkami losowymi. Za pierwszymi trzema razami uwierzyłem, bo mógł być to zwykły zbieg okoliczności, ale za kolejnym razem zaczynałem w to wątpić. Okłamywał mnie. Czułem to.
Krążyłem po dzielnicy, w której mieszkał z nadzieją, że w końcu na niego trafię, ale za każdym razem się to nie udawało. Może się przeprowadził? Tylko dlaczego miałby to robić, nie informując mnie? Przecież się przyjaźniliśmy.
Pewnego wieczoru postanowiłem się przejść do kliniki, w której przyjmował pacjentów. Nie byłem umówiony na żadną wizytę (w sumie nie pamiętam, kiedy ostatni raz u niego byłem), ale to w niczym nie przeszkadzało, bo okazało się, że znowu zapomnieli zamknąć drzwi na noc.
W środku panował półmrok, świeciły się tylko małe, niebieskie lampki, które nie wiem, co robiły, ale na pewno rozświetlały mi jakkolwiek korytarz. Ivy lubił zostawać po godzinach pracy. Pamiętałem, kiedy mniej więcej przychodził i wychodził, więc w ogóle się nie zdziwiłem, gdy zastałem go w gabinecie.
Uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka. Siedział przy biurku pochylony nad stosem dokumentów. Obok stał kubek z parującą cieczą, zapewne kawą, bo nie wiem, czy pijał herbaty.
— Nie śpisz? — zapytałem, choć było to oczywiste pytanie retoryczne, bo Ivy wyglądał, jakby miał problemy ze snem i rzadko kiedy sypiał. Podobnie jak ja. Mieliśmy tyle wspólnych cech.
Gwałtownie podniósł się z siedzenia. Szok od razu wkradł się na jego twarz, a ja poczułem smutek, bo nie oczekiwałem takiej reakcji z jego strony. Nie powinien się ucieszyć na mój widok? Tak dawno siebie nie widzieliśmy…
— Co tutaj robisz? — zapytał, starając się zapanować nad drżeniem warg.
Przeszkodziłem mu w czymś. Być może zajęty był ważnymi dokumentami. Nie wiem. Nie chciałem teraz nad tym rozmyślać.
— Drzwi były otwarte. — Wzruszyłem ramionami tak, jakby to była oczywista oczywistość. — Chciałem sprawdzić, co u ciebie. Dawno się nie widzieliśmy i trochę się stęskniłem, rozumiesz? — Uśmiechnąłem się słodko, odsłaniając zęby.
Ivy wypuścił z trudem powietrze przez nos. Chwilę się na mnie patrzył, mięlił w dłoniach kawałek papieru, który mógł być skrawkiem ważnego dokumentu.
— Nie musisz mnie tak nachodzić — powiedział, zgrabnie unikając kontaktu wzrokowego. — Coś się stało? Potrzebujesz innych leków?
Nie spodobało mi się, że zaczął rozmowę właśnie od tego. Od leków. Nie przyszedłem tutaj po prochy. Chciałem się z nim zobaczyć. Nie widzieliśmy się od dawna. Przyjaciele powinni widywać się częściej, prawda?
— Nie. — Pokręciłem głową.
Wszedłem wgłąb pomieszczenia. Uznałem, że skoro mi odpowiadał, to też zaprosił mnie do środka.
— W takim razie czego potrzebujesz?
Usiadłem na krześle na przeciwko biurka Ivy. Splotłem palce i się uśmiechnąłem. Wizyty wieczorne byłyby o wiele przyjemniejsze.
— Chciałem się z tobą spotkać, tak jak mówiłem wcześniej. Dawno się nie widzieliśmy, a trochę zaczynało mi się nudzić.
Przeczesałem palcami włosy. Umyłem je nawet zanim do niego przyszedłem. Potrzebowałem wyglądać ładnie. Poświęciłem też trzy godziny na ubranie się i umalowanie. Mam nadzieję, że to zauważył.
Ivy podniósł kubek, w którym miał jakiś gorący napój i upił jego łyk. Odwrócił wzrok i spojrzał na stronę, którą miał wyświetloną na ekranie laptopa.
— Nie możemy się spotykać.
Zacisnąłem zęby. Co znaczyło, że nie możemy? Przecież już tutaj byłem. Już się z nim spotkałem.
— Już się spotykaliśmy — wytknąłem mu istotny fakt. Zapomniał o naszym wspólnym wyjściu jesienią? — Podobało ci się.
To nie było pytanie. Wiedziałem, że mu się podobało. Nie był osobą imprezową. Nie miał nawet przyjaciół. Kiedy jednak był ze mną to się otworzył. Podobało mu się. Musiało mu się podobać.
Ivy przymknął oczy. Upił kolejny łyk gorącego napoju, odstawił kubek na biurko i kolejny raz, unikając kontaktu wzrokowego, powiedział:
— To było jednorazowe wyjście. Zasady są takie, że…
— Zasady mnie nie obowiązują — przerwałem mu. Z nerwów zacząłem wykręcać sobie palce. — Chcę z tobą wyjść. Kończysz już pracę?
— Dzisiaj nie mogę.
Dalej próbował się wymigać. Nie podobało mi się to zachowanie. Denerwowało mnie. Szczerze i naprawdę chciałbym teraz go udusić. Zmusić, żeby ze mną wyszedł. Nie jutro, nie kiedyś. Teraz.
Poczułem, że w oczach zaczynają zbierać mi się łzy. To wszystko było JEGO winą!
— Teraz — wycedziłem niemalże przez zęby. — Teraz wychodzimy, okej? — Spróbowałem się uśmiechnąć, ale wyszedł mi raczej bardzo brzydki grymas.
Ivy zamilkł. Nie nic powiedział przez dłuższą chwilę, a ja wciąż nerwowo strzelałem kostkami w palcach. Jeśli zaraz ze mną stąd nie wyjdzie, to nie wiem, co zrobię, ale na pewno nie będzie to miłe.
— Wychodzimy, okej?! — krzyknąłem, nie mogąc dłużej wytrzymać tej ciszy. — Wychodzimy!
Ivy drgnął nieznacznie, ale nie wstał. Cholera, dlaczego on mi to robi? Dlaczego tak się zachowuje? Chce, żebym targnął się na własne życie? Nie, nie mogę się zabijać. Jest zbyt piękny, żebym się zabijał przez niego.
— Proszę — powtórzyłem już trochę spokojniej, chociaż cieknących po policzkach łez nie dało się już tak ładnie ukryć. Zaraz skończę z całym rozmazanym makijażem. Przez niego. — Wyjdźmy stąd.
Ivy zamknął klapę laptopa. Odłożył stos dokumentów na bok i podniósł się z fotela.
— Gdzie chcesz wyjść?
Miałem wrażenie, że drżał mu głos. To przeze mnie? Jestem aż tak beznadziejny?
— Czy ty się mnie boisz?
Pogubiłem się już w tym wszystkim. Bałem się, że każde kolejne słowo i każde kolejne pytanie tylko psuje naszą relację.

man i love when schizofrenia
────
[845 słów: Dante otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

środa, 22 lipca 2026

Od Arisu CD Atlasa — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Wiedziała, że to bardzo zły pomysł jeszcze zanim wypowiedziała go na głos. Więcej, wiedziała, że to nie ma prawa się udać. Za najlepszy scenariusz uważała ten, w którym w drodze do obozu wpadną na Cherry, prowadzącą za ręce Kailey i pretora, który miał już wybraną metodę egzekucji do przetestowania. Nawet nie chciała myśleć, jak przy tym mógł wyglądać najgorszy scenariusz.
Mogła mieć tylko nadzieję, ze Kailey nic nie jest. Że ktoś znalazł ją całą i zdrową i będą mogli obwiniać ich tylko o zgubienie dziecka, a nie nieumyślne spowodowanie śmierci przez zaniedbanie, czy jak tam chcieli to nazwać. Jedno i drugie bardzo gryzło w dumę Arisu. Przecież nigdy nie chciała przyczynić się do morderstwa dziecka. Mogła za to zamordować Atlasa, jeśli to magicznie sprawiłoby, że Kailey się odnajdzie. W zasadzie zabiłaby go nawet bez tego i w tej konkretnej sekundzie, gdyby nie to, że nie chciała zostać sama z pozostałą grupką dzieci, którą też musiałaby uciszyć, by nie zostawiać świadków.
No właśnie, czemu to nie Atlas gdzieś zniknął? To nikogo by nie zdziwiło, ani nawet nie zmartwiło.
Spojrzała w stronę tego pofarbowanego debila, stojącego na końcu tej bardzo dziwnej grupy wycieczkowej. Nie mogła teraz myśleć o tym, że chce go zabić. Jeśli mieli znaleźć dziewczynkę, zanim ktokolwiek zwróci uwagę na jej obecność, to musieli przynajmniej udawać, że współpracują. Co znaczyło, że musiała mu zaufać.
Ta myśl nie przeraziła jej aż tak bardzo, jak spodziewałaby się, że ją przerazi. Na pewno jeszcze rok temu przeraziłaby ją zdecydowanie bardziej. Uznała, że jest już po prostu za bardzo zmęczona, by teraz tak było. Tak, to na pewno była wina zmęczenia.
– Dobrze, wszyscy mają parę? – zapytała głośno, obrzucając grupę dzieci uważnym spojrzeniem.
Nie mogli pozwolić, by ktoś jeszcze się rozdzielił. Znalezienie jednego dziecka mogło przerastać ich umiejętności.
Nie zdążyła ucieszyć się, że jedynym dzieckiem bez pary jest Atlas, bo z krótkiego ogonka dzieci uniosła się drżąca dłoń. Od razu rozpoznała chłopca, który wcześniej padł ofiarą Zebulona. Arisu powstrzymała się od pełnego rezygnacji westchnienia, bo mogło im w tej chwili bardziej zaszkodzić, niż pomóc. Zamiast tego przez ułamek sekundy stała w bezruchu, zastanawiając się, czy liczenie źdźbeł trawy może działać uspokajająco.
Na pewno nie miało prawa działać uspokajająco.
– W porządku, nic nie szkodzi – powiedziała w końcu. – W takim razie…
Spojrzała na Atlasa. Skoro już doszła do wniosku, że jest on tylko kolejnym dzieciakiem, to może powinna wysłać chłopca do niego. To byłby świetny pomysł, gdyby zaraz przed Atlasem nie stał agresor, z którym wcześniej chłopiec się pobił. Czy Walker w ogóle miał szansę to ogarnąć? Na pewno mniejszą, jeśli ci dwaj znowu mieli być obok siebie.
Arisu jednak westchnęła z rezygnacją, jeszcze większą niż pierwotnie planowała. Robienie Atlasowi na złość musiało poczekać. Już i tak to na nim spoczywał obowiązek obserwowania grupy, wolała nie dawać mu więcej trudnych zadań.
– W takim razie pójdziesz ze mną.
To były kolejne słowa, których pożałowała jeszcze zanim opuściły jej usta. To było w jakiś sposób niesamowite, że jedyne rozwiązanie było jednocześnie rozwiązaniem zdecydowanie beznadziejnym.
Chłopiec podbiegł do niej na początek ich dziwnej formacji. Wyglądał, jakby było mu bardzo głupio, ale ona sama zdecydowanie była zdenerwowana jeszcze bardziej od niego.
– Dobra. Jeszcze raz, macie trzymać się blisko. Pilnujcie swojej pary. Jeśli zauważycie, że ktoś się oddala, macie od razu zgłosić to mnie lub Atlasowi, rozumiecie?
Z szeregu wybiło się kilka głośniejszych „mhm” „taaak” i innych markotnych potwierdzeń. Arisu jeszcze raz spojrzała czujnie na Atlasa. Nie chciała nazwać tego wymianą porozumiewawczych spojrzeń, bo nie było w nich nawet odrobiny porozumienia.
Co najwyżej odrobina groźby i może trochę wzajemnej niechęci.
Mimo wszystko wymienili się kiwnięciami głów. Znalezienie Kailey leżało w ich wspólnym interesie.
Ruszyła pierwsza, tylko delikatnie odwracając głowę, by upewnić się, że wszyscy grzecznie idą za nią. Chłopiec bez pary trzymał się blisko, a w pewnym momencie złapał ją za skraj koszulki. Nie protestowała. Jeśli miał dzięki temu się nie zgubić, to nie miała nic przeciwko.
– Ja chcę dotknąć prawdziwego miecza! Po co mamy tam iść, jeśli nie dostaniemy prawdziwych mieczy?!
Głos Zebulona docierał aż na sam początek szeregu. Na końcu, blisko Atlasa, musiał być pewnie jeszcze bardziej nieznośny. Arisu odwróciła głowę, otwierając usta, gotowa na nich nakrzyczeć.
Naprawdę nie powinni zwracać na siebie uwagi.
– Popatrzycie na profesjonalistów. – Atlas odezwał się pierwszy. – Waszym zadaniem będzie… będzie…
Znowu złapali na chwilę kontakt wzrokowy.
– O, waszym zadaniem będzie zapamiętać jak najwięcej, żebyście potem sami mogli to wykorzystać!
Arisu nie była pewna, czy młodego agresora to przekonało. Nie mogła mu się dokładniej przyjrzeć.
– A jeśli będziecie grzeczni, to Atlas na pewno pozwoli wam wypróbować to na sobie – rzuciła. – Ale musicie iść grzecznie i cicho całą drogę.
I uśmiechnęła się do Atlasa, kiedy ich spojrzenia znowu na chwilę się spotkały. Arisu nie powiedziałaby, że wyglądał na jakoś bardzo urażonego (bo i tak nie była tym zainteresowana i nie zwróciła na to szczególnej uwagi). Zebulon wydał z siebie dźwięk, który mógł być albo podekscytowanym piskiem, albo oznaką tego, że zaraz rzuci się biegiem do obozu, nie oglądając się za siebie.
Na szczęście tego nie zrobił. Jeszcze.
Drogę do obozu udało im się pokonać wyjątkowo spokojnie i bez problemów. Nie słyszała, by ktokolwiek krzyczał, że zgubił partnera, a kiedy co jakiś czas odwracała się, by sprawdzić, czy wszystko w porządku, też widziała wszystkie młode twarze. Atlas prawdopodobnie krzyczałby, gdyby ktoś próbował się oddzielić, więc też nie odwracała się szczególnie często, chociaż obdarzenie go takim zaufaniem nie było dla niej proste. Czuła niepokój, kłujący ją gdzieś z tyłu głowy w nieprzyjemny, pulsujący sposób i nie mogła nic poradzić na to, że dłonie same zaciskają jej się w pięści, kiedy próbuje walczyć z rosnącą od tego wszystkiego irytacją.
Znaleźć Kailey. Skończyć trening. Mieć święty spokój od Walkera na następnych kilka dni.
Przez ostatnich kilka miesięcy udawało im się przecież nie pracować razem często. Nie musieli nawet bardzo się unikać. Po dzisiejszym dniu na pewno wszystko wróci do tej sztucznej normy – zakładając, że uda im się przeżyć. To dalej nie był szczególnie realistyczny scenariusz.
Kilka pierwszych kroków na terenie Obozu Jupiter pokonała, wstrzymując oddech. Tylko czekała, aż gdzieś zza rogu wyskoczy wściekły tłum albo pojedyncza, wściekła centurionka, albo cokolwiek innego co mogło ich czekać.
Nic takiego się nie wydarzyło. Stanęli gdzieś z boku i Arisu jeszcze raz przeliczyła wszystkie dzieci. Wszystko się zgadzało. Znaczy, dalej brakowało tylko jednej sztuki. Odetchnęła. Podniosła wzrok na Atlasa. Nie mogła głośno, przy dzieciakach zapytać, czy gdzieś widzi Kailey.
Musiał zrozumieć, bo pokręcił głową, krzywiąc się.
– Dobrze, pamiętacie, jak macie się zachowywać? – Arisu zwróciła się do dzieciaków, tym razem ciszej i spokojniej, tak, by zwracać jak najmniej niechcianej uwagi. Już i tak odstawali wśród zwyczajnych legionistów.
Dzieciaki pokiwały głowami i tylko Zebulon kręcił się w miejscu, szarpiąc się. Kalel był wyjątkowo wytrwały, musiała mu to przyznać. Żaden inny dzieciak by sobie z tym nie poradził i nie mogłaby ich o to obwiniać. Siostry Kailey też zaczynały się niecierpliwić.
Mieli mało czasu.
Kiwnęła Atlasowi i ruszyła dalej, rozglądając się uważnie. Po dziewczynce dalej nie było śladu.
– Co wy robicie?
Gdyby Arisu nie była naturalnie zbyt blada, to pewnie teraz wyraźnie by zbladła. Serce podeszło jej do gardła.
Zwykły legionista. Nawet bardzo go nie kojarzyła. Przyglądał się im podejrzliwie, ale nie jakby coś wiedział.
– To…
– Jesteśmy na wycieczce! Mamy zobaczyć walkę!
Teraz już chciała zabić jakieś dziecko.


Atlas?
────
[1200 słów: Arisu otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Ludzie uwielbiają opowiadać historię zwycięzców, jakby porażka była jedynie przypisem pisanym drobnym drukiem. A przecież większość świata powstała właśnie z rzeczy, które miały się nie udać. Z miast odbudowanych po pożarach. Z teorii wyśmianych przez współczesnych. Z ludzi, którzy przegrali wystarczająco wiele razy, by w końcu nauczyć się czegoś poza pychą. Wygrywanie jest efektowne, ale to porażka wykonuje całą niewidzialną pracę.
— Puszczaj, troglodytko! — wrzasnęła Weronika.
Na swoim filozoficznym bingo nie miała jeszcze bycia ciągniętym za fraki, szczególnie przez kogoś, kto ją pokonał w walce. Nie chciała się do tego przyznać, że to była sprawiedliwa walka. Ubodło ją to, że nikt nie starał się jej pomóc, nawet jej rodzeństwo.
Przeszli obok jednego z dzieciaków Hermesa. Nika kojarzyła go, był to jeden z przydupasów Niketasa, jeśli nie ten główny. Teraz miała siłę zwrócić uwagę tylko na jedną rzecz.
— Nie wiedziałam, że masz brata bliźniaka, Ulfert. — zagadała.
Oboje spojrzeli na nią zaskoczeni. Zwierzę, które ją ciągnęło, zatrzymało się na chwilę. Zorientowała się po tym, jak szacowne cztery litery przestały ją trzeć od ziemi.
— Z nią jest bardziej coś nie tak niż zwykle. — usłyszała w odpowiedzi.
Miała już zaprotestować, ale zamroczyło ją przed oczami. To jeszcze nie była jej pora na sen, nie zdążyła przeczytać swojej ulubionej strony Mistrza i Małgorzaty. Gdy tego nie robi, zazwyczaj następny dzień jest tak udany, jak pomysły niektórych grupowych.


Obudziła się na łóżku polowym. Koło niej krzątały się dzieciaki Apolla. Poczuła nagle przeszywający ból w skroni i jęknęła aż z bólu. Ucichło i po otworzeniu oczu zobaczyła poważne wyrazy twarzy. Oraz tkaninę namiotu polowego w kolorze khaki. Oraz dziurę w niej, która od razu ją zdołowała. To miłe, że chociaż oni znają powagę sytuacji i wspierają ją w ubolewaniu. Jedno z nich odchrząknęło.
— Dobrze się czujesz, Weronika?
— Mogło być lepiej.
Westchnęła i nagle się poderwała do pozycji siedzącej. Zignorowała nagły zawrót głowy.
— Ale muszę już iść. Mój domek mnie potrzebuje.
— Nie możesz.
— Jestem grupową.
— Super, cieszę się. Według Pana D masz zostać w łóżku i odpoczywać.
— Że co?
— No.
— A kto jest moim zastępcą? Moje rodzeństwo jest za młode na jakiekolwiek dowodzenie. Jeszcze będą chcieli robić dzień głupich planszówek zamiast ważnych, rozwijających rzeczy jak szachy. O bogowie, a jakby zaczęli grać w Monopoly?
W tym miejscu dzieciak Apolla się speszył, ale czekał uprzejmie na zakończenie tyrady Weroniki. Głową ją tak bolała, że nawet nie kłopotała się identyfikacją, jak się nazywał. Wszystkie pomioty słonecznego dupka wyglądały podobnie, przez co teoretyzowała, że Apollo przekazuje bardzo silny fenotyp swoim dzieciom w porównaniu z resztą bogów.
— Eeee, kiedy Pan D się dowiedział, że dostałaś w dekiel, to machnął ręką i wyznaczył Caroline na twoje zastępstwo. Chejron jest na wyjeździe służbowym.
Dobrze, że nic w tym momencie nie jadła, bo by się zakrztusiła.
— Słucham? Troglodytka na moim miejscu?!
— Caroline zareagowała równie, eee, żywiołowo. Próbowała wyjaśnić, że nie jest nawet obozowiczem. Pan D nie chciał o tym słyszeć i powiedział jej, że w takim razie daje jej misję i jak jej nie wykona, to zamieni ją w śmierdzącego koziołka. Czy coś w tym stylu. Cały Pan D. Śmieszek jeden.
Weronika zeskoczyła na podłogę, prychając coś o poczuciu odpowiedzialności, ale nagle ją ścięło. Poczuła dotyk na ramionach, a potem miękką powierzchnię pod zadkiem. Jej lekarz miał zażenowaną minę.
— Ciebie też to dotyczy. Wyjdziesz ze szpitalika bez naszej zgody, to też możesz dostać rogi i kopytka.
Jęknęła przeciągle, z frustracji, po czym ukryła twarz w poduszce.
— Oby tylko obóz nie spłonął. — pociągnęła nosem. — Na ile będzie… zastępować?
— Na dwa dni. Stwierdzili, że szkoda czasu na wdrażanie dzieciaka Ateny w procedury odkąd nikogo nie dopuszczasz do nich. No i dwa dni dla Caroline to wymiar kary za uszkodzenie grupowego. A teraz idź spać. Bo pojawi ci się, nie stąd ni zowąd, postać w rogu pokoju.
— Słucham? Czy tylko ja dostałam w głowę?
Ciao. — jej opiekun pomachał jej na pożegnanie i bardzo szybko uciekł z jej „boksu”.


Caroline?
────
[639 słów: Weronika otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Lotus CD Lucasa — „Lotus VS dziecko”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Powierzanie Lotus opieki nad dzieckiem to naprawdę nie był dobry pomysł. Ba, raczej fatalny. Lucas po prostu nie miał okazji jej poznać i przekonać się, że jest ostatnią osobą, której powinien zostawić córeczkę.
W ten sposób dziewczyna skończyła na prowadzeniu bitwy na spojrzenia z rocznym dzieciakiem. Stojąc na chodniku przed sklepem „wszystko za dolara”. Przez chwilę nawet zastanawiała się, jakie życiowe wybory ją do tego doprowadziły. Może to wszystko było związane z tym, że tego dnia olała obozowe śniadanie i zamiast tego poszła na lody?
Zanim zdążyła od tej myśli przejść do kolejnej, z głowy wyrwał ją cichy chichot Ruby. Odgarniając grzywkę z czoła, pochyliła się nad wózkiem i badawczo przyjrzała się dziewczynce.
— Ze mnie się śmiejesz? — zapytała, mrużąc oczy.
Ruby zachichotała głośniej. Do tej pory jedynym małym dzieckiem, z którym Lotus miała do czynienia, była młodsza siostra Amy. Lucy śmiała się z niej, odkąd ją poznała, więc łatwo było wyciągnąć wnioski. Pogroziła jej palcem.
— Nie wolno ci się ze mnie śmiać. Nie wolno się z nikogo śmiać, wiesz? To bardzo… niekulturalne — pouczyła ją, na powrót się prostując.
Dziewczynka tylko dalej się uśmiechała, widocznie zadowolona z sytuacji, w której się znalazła. Jeżeli w ogóle roczne dzieci były w stanie wiedzieć, w jakiej sytuacji się znajdowały. Lotus miała bardzo, bardzo małe pojęcie na ten temat, ale nie umiała nie uśmiechnąć się do Ruby, kiedy wyglądała tak radośnie. Wyszczerzyła zęby.
Chciała zrobić krok do tyłu, ale pech chciał, że zahaczyła czubkiem buta o kółko wózka. Potem w panice złapała za rączkę, żeby na pewno nie odjechał, dzięki czemu jej i niezbyt stabilnie postawiona stopa zsunęła się z krawężnika do zebranej na ulicy kałuży.
— Noż kurwa mać!
Krzywiąc się, puściła wózek i próbowała ocenić szkody. To były jej nowe trampki! Na szczęście kałuża była płytka, więc ucierpiała tylko ubłocona podeszwa buta i skropiona brudną wodą nogawka spodni. Westchnęła.
— Kulwa?
Zdezorientowana Lotus wróciła wzrokiem z powrotem do dziecka w wózku. Wciąż skupiona na swojej małej katastrofie, nie od razu zrozumiała, co takiego Ruby powiedziała.
— Co? — zapytała, jakby Ruby mogła odpowiedzieć jej na to pełnym zdaniem.
— Kulwa!
Przerażenie rozlało się na jej twarzy szybciej, niż sama mogłaby powiedzieć kurwa. Z nerwowym uśmiechem znów pochyliła się nad wózkiem.
— Nie, nie Ruby. Nie wolno tak mówić, okej? To bardzo brzydkie słowo — mówiła po cichu, gestykulując.
Ruby zachichotała, a potem znowu:
— Kulwa!
Lotus jęknęła, przeczesując palcami włosy.
— Nie, Ruby. Znasz inne słowa? Tata? Boże, tylko nie mów tak przy tacie, okej?
Dziewczynka wpatrywała się w nią ciszy przez kilka sekund.
— Tata, kulwa.
Litania do wszystkich bogów, którzy oczywiście jej nie słuchali, rozbrzmiewała w głowie Lotus jak chór kościelny. Doszła do wniosku, że z chęcią dołączy do chóru kościelnego, jeśli dzięki temu Ruby miała przestać przeklinać. Skoro buta w kałuży uważała za katastrofę, to była apokalipsa.
— Tata będzie bardzo, bardzo zły jak tak się do niego odezwiesz, mała. Mówię serio. Nie wolno używać takich słów. Mi też, ale tobie to tym bardziej. Okej? Nie ma więcej używania słowa kur- takiego słowa. Nie — mówiła Lotus przyciszonym głosem, pochylona nad wózkiem.
Bardzo chciałaby być teraz dzieckiem Wenus. Jednym z tych szczęśliwszych, które władają czaromową i w ogóle. Mogłaby wtedy siłą woli przekonać Ruby, żeby nigdy więcej nie powiedziała kurwa. Niestety po ojcu nie dostała żadnych umiejętności, które teraz by się jej przydały.
Była bardzo, bardzo w dupie.


Lucas?
────
[546 słów: Lotus otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

sobota, 18 lipca 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Inez nie chciała mówić, że się bała, ale… chyba jednak trochę się tak czuła. To nie była jej pierwsza walka. ale to nie miało znaczenia, bo przy każdej stresowała się tak samo. Niby jej odporność była lepsza niż śmiertelników, ale ona nim także była. To, że widziała także potwory sprawiało, że była tylko w większym niebezpieczeństwie. Zawsze zastanawiała się wtedy jak jej tato mógł to zrobić jej mamie i ją zdradzić. Gdyby tylko tego nie zrobił mogłaby sobie spokojnie żyć… Zawsze myślała, że mu wybaczyła i naprawdę nigdy nie okazywała mu, że jest inaczej, ale gdy zagrożone było jej życie, to był jedyny czas gdy wątpiła czy naprawdę wciąż nie jest zła.
Jednak razem z Dahlią jechały na jednym wózku, miała wsparcie i to się liczyło. Naprawdę dziękowała teraz bogom, że dziewczyna tu jest. Nienawidziła samotnych wypraw, więc jak teraz wybrała się sama (a raczej została posłana) to przez cały czas trochę się obawiała. Inez była ekstrawertyczną duszą, uwielbiała być przy ludziach, nawet jeśli oni niekoniecznie uwielbiali być przy niej. Jednak najbardziej uwielbiała to uczucie, że nie jest w czymś sama, że jest ktoś kto ją rozumie, kto przeżył coś podobnego i jakkolwiek może się z nią utożsamiać.
– Dobra, damy radę. Musimy dać, nie? – zaśmiała się przytulając do siebie dotychczas niezawodną broń. – Ufam Ci – mówiąc te słowa zobaczyła jak dziewczyna zrobiła się nieco zmieszana. Dla Velez to był częsty widok. Prawie każdy komu tak w swoim życiu powiedziała dziwił się, że może takie słowa wypowiedzieć do prawie nieznajomego. Często powtarzano jej, że jest łatwowierna. I prawdopodobnie mieli rację, ale ona nie chciała nic zmieniać.
Spojrzały się na siebie i skinęły głową tym samy uzgadniając, że robią zamianę. W tym momencie Inez przerwała iluzję, a Venti stanęły nieco zbite z tropu. W tym, momencie musiały wykorzystać tę okazję i ruszyły ku nim. Okazało się jednak, że stwory są za daleko w stosunku do nich, więc zwróciły na nich uwagę w ostatnim momencie, gdy Inez wycelowała z broni. Venti zdążył zrobić unik, jednak jego zaskoczenie wzrosło. Zresztą jego towarzysz był niemniej zaskoczony, co natomiast wykorzystała Dahlia. Zamachnęła się porządnie mieczem a potwór wydał z siebie głośny, druzgocący krzyk.
„To chyba działa” – pomyślała Velez słysząc ten dźwięk. Wcześniej pomimo bólu, nie brzmiało to tak rozpaczliwie, nawet gdy trafiały. Powiedziałaby nawet, że czym dłużej trwała tamta wymiana ostrza, tym Venti się uodparniały. Brian (bo to chyba był on? Inez w tym momencie nie była pewna, mienili się jej w oczach) cisnął piorunami w Dahlie, jednak ona zrobiła unik. Dokładnie się tego spodziewała, tak samo jak kolejnej salwy, która na nią nadeszła. Cóż, to było do przewidzenia. Potwór był rozwścieczony, nie myślał sensownie.
Archie w tym czasie podleciał bliżej Inez, która przez moment zapomniała, że powinna celować. Cholera. Rozejrzała się szybko dookoła, a następnie niewiele myśląc stworzyła iluzję wielu ptaków, tym samym sprawiając, że zasłoniła się przed wzrokiem Venti. Przeturlała się szybko na prawo i bardzo dobrze. Jej przeciwnik raczej spodziewał się, że stworzy iluzję, bo uderzył z większą siłą już po chwilę w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała. Miała chwilę, by naciągnąć broń i strzelić. Zrobiła to i-
– Uważaj! – usłyszała krzyk Dahlii, a potem lecący w niej grom ze strony Briana.
– Szlag – zaklnęła i ruszyła w bok, jednak uderzenie odrzuciło ją nieco, a z jej rąk wypadł Gastrafetes. Odbiła się od ziemi i przeturlała. Poczuła jak przez moment w płucach brakuje jej powietrza. Po chwili zaczęła głośno kaszleć, jednak jakimś cudem wciąż była w całości. Przez chwilę świat wokół niej nie istniał, ale po chwili dźwięki wróciły do jej uszu. W tym momencie starsza stanęła przed nią broniąc ją przed jednym z Venti, wsadzając miecz wprost w jego brzuch. To wtedy Inez usłyszała chorobliwy krzyk bólu, a potem drugiego Venti. Wstała do klęczek i uniosła głowę. Jeden z nich się rozpadł. Czyli Dahlia miała rację! Musieli się zmienić.
Pozostał im tylko jeden, samotny i bardzo zły Venti.


Dahlia?
────
[645 słów: Inez otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait nie był zaskoczony, że mieszkające na dole szczury wcale zwykłymi szczurami nie były. Rozczarowany i zrezygnowany – to jak najbardziej, ale przecież każdy by był. Nie zastanawiał się nawet, czemu akurat ich to spotkało, bo odpowiedzią i tak byłoby „bo jesteście półbogami”, a z dwojga złego wolał sam się tym zająć, niż gdyby spotkało to kogoś innego. Czy konkretnie takie sytuacje często spotykały innych półbogów? Prawdopodobnie.
Zresztą, przecież nawet teraz nie zajmował się tym sam. Spojrzał na Apollodorosa znad kubka z herbatą, która zdążyła wystygnąć już dawno temu. Udało im się wyjść z tego bez wyjątkowo poważnych obrażeń, a Chait podejrzewał, że gdyby zdecydował się zejść tam w pojedynkę, bez informowania współlokatora, to sytuacja wyglądałaby zdecydowanie gorzej. Szybko przeniósł wzrok na okno. Na zewnątrz robiło się jasno, chociaż kiedy schodzili, to ledwo zaczynało się ściemniać. Niby brzmiało to, jakby stoczyli bardzo długą bitwę, ale Chait miał wrażenie, że znacznie więcej czasu poświęcili – lub zmarnowali – po prostu siedząc w mieszkaniu, prawie ze sobą nie rozmawiając.
Żadne nie zapytało, co powinni teraz zrobić. Oboje wiedzieli, że muszą pozbyć się problemu, więc może zadawanie tego pytania było zwyczajnie zbędne. Pewnie, zamiast tego, powinni zapytać o to, jak zrobić to, co zrobić mają, ale tego o to też nikt nie zapytał.
– Zrobić ci świeżej herbaty?
Chait prawie wypuścił z rąk kubek. Wyprostował się nieco bardziej na swoim miejscu, kręcąc głową i uśmiechając się do Apollodorosa najszczerzej, jak potrafił w ich obecnej sytuacji.
– Nie trzeba, dzięki.
Apollodoros i tak wstało i podeszło do blatu, odstawiając swój kubek. Chait przez chwilę śledził jeno ruchy, zanim z rezygnacją z powrotem przeniósł wzrok na okno.
– Nie wiem, czy uda nam się dzisiaj coś wymyślić – powiedział w końcu, podnosząc się, żeby też odstawić niedopitą herbatę.
Jedną, wyjątkowo oczywistą opcją było zejście z powrotem na dół i wybicie wszystkich tych stworzeń po kolei. Raczej nie zamierzali tego proponować – na pewno nie teraz, kiedy dopiero co udało im się wyjść z jednego takiego starcia. Chaitowi przeszło przez myśl, że może być to ich jedyne rozwiązanie, ale wolał optymistycznie zakładać, że jednak znajdą jakieś inne. Jeśli nie znajdą, to i tak musieli najpierw przygotować się chociaż odrobinę lepiej.
Zastanawiał się, jak szybko zatęskni za zwykłymi szczurami, które mogły co najwyżej doprowadzić do zamknięcia jego miejsca pracy. Krzyczący klienci i inspekcja nagle wydały się bardzo zwyczajne i zdecydowanie bardziej przyjemne. Oczywiście nigdy nie przyznałby tego na głos, nie był jeszcze aż tak zdesperowany.
– Masz rację, że powinniśmy odpocząć. – Apollodoros skończyło szykować nową herbatę. – Na pewno nie chcesz? To dla mnie żaden problem.
Chait pokręcił głową. Sam nie wiedział, czy na pytanie o herbatę, czy na sugestię odpoczynku. Wątpił, czy Apollodoros odpocznie i doskonale wiedział, że sam na pewno tego nie zrobi.
– Nie, nie. Dzięki.
Na chwilę znowu zapadła cisza i nawet nie ruszyli się z miejsca. To chyba wystarczająco sugerowało, jaki w tej chwili jest ich stosunek do odpoczywania.
– Masz dzisiaj pracę?
Chait potrzebował kilku sekund, by zastanowić się nad odpowiedzią. Jaki w ogóle był dzień tygodnia? Niedługo miał być kolejny festiwal, z którego na pewno nie mógł się wycofać. Nawet gdyby chciał, to ktoś ściągnąłby go na miejsce siłą.
Ale to jeszcze nie teraz. Odetchnął.
– Dopiero wieczorem. I tylko kilka godzin – odpowiedział w końcu, opierając się ramieniem o ścianę. – A ty?
– Mam popołudniową zmianę.
Chait westchnął. To był tylko kolejny powód, by na dzisiaj odpuścić.
– Może w ciągu dnia uda nam się coś wymyślić albo przynajmniej dowiedzieć czegoś więcej – zasugerował, chociaż nie było w tym nawet odrobiny przekonania. – Może uda się jeszcze porozmawiać z sąsiadami, może w okolicy znajdzie się ktoś, kto coś wie.
Apollodoros skinęło głową.
– A jeśli nie, to przygotujemy się lepiej.
Pozostawało tylko mieć nadzieję, że faktycznie będą w stanie przygotować się lepiej. Chait doskonale wiedział, że kilka następnych godzin będzie już nawet nie próbą odpoczynku, a zwyczajnym udawaniem, że odpoczywają. To pewnie w żaden sposób im nie pomagało.
Zaproponował, że pozmywa po herbacie. Zostawienie bałaganu na pewno by im teraz w niczym nie pomogło, a tak to przynajmniej tyle mógł zrobić, by odwdzięczyć się za pomoc w i po walce. Pozwalało mu to zostać na nogach chwilę dłużej.
Nie rozmawiali wiele, kiedy następnego dnia Apollodoros wychodziło do pracy. Chait wyszedł, nim wróciło, więc dopiero wieczorem znowu mogli porozmawiać.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]