JESIEŃ IV
Kuźma wpada do warsztatu tuż za swoim wspaniałym, niebiezpiecznym przyjacielem i lojalnie zajmuje miejsce u jego boku. Pierwszy raz udaje jej się stanąć stabilnie na usłanej trocinami i zgubionymi śrubkami podłodze, a nie tylko zajrzeć do środka przez szczelinę w drzwiach lub niewielki skrawek akurat niezakurzonego lub niezaparowanego okna. Zazwyczaj jej wścibska obserwacja kończyła się niesamowicie szybko, gdy któreś z dzieci Wulkana podejmowało brawurową próbę wygonienia jej z okolic warsztatu piekielnie głośnym wrzaskiem, w którym złość przeplatała się z niecierpliwością i prawdopodobnie milionem innych negatywnych emocji. Wykrzyczana wiadomość zawsze miała bardzo podobną treść, coś w stylu: „TY GÓWNIARO PRZEZ CIEBIE MÓJ BRAT PRAWIE ODCIĄŁ SOBIE PALCA CO TY SOBIE KURWA WYOBRAŻASZ NAJLEPSZEGO SPIERDALAJ NATYCHMIAST” (przy czym Kuźma nie ma pojęcia, czemu ktokolwiek miałby sobie przez nią obcinać palce, ale akceptowała te informacje w milczeniu – odpowiadanie i tak niczego by nie wskórało w pojedynku z woskiem wepchniętym głęboko w uszy każdego szanującego swój słuch dziecka Wulkana). Teraz dziewczynka również spodziewa się nagłego krzyku: „AAAAAAAAAAA ILE TU KRWI”, chwycenia jej za kark, albo gorzej, za ucho, i wykopania jej gdzie pieprz rośnie. Ta perspektywa jakoś szczególnie jej nie zadowala, więc jak tak stoi obok Ricky'ego, to ktoś mógłby zrobić im zdjęcie i podpisać je: „why this [emotka_reprezentująca_kuźmę] looks so mad”.
Ricky nie daje się wypchnąć z warsztatu, mimo usilnych prób trójki odwiedzionych od pracy dzieciaków. Przed ostatecznym wyrzuceniem go z pomieszczenia chłopak zapiera się nogami, rękami, pośladkami, potem plecami i głową w sumie też. Wszyscy coś wrzeszczą, cholera wie, co, bo jedyne, co dociera do uszu Kuźmy to dźwięk cięcia metalu, skrobania metalu, gięcia metalu i żłobienia w metalu. Dziewczyna tak bardzo nie wie, co ze sobą zrobić, że bliska jest splecenia palców za plecami i przechadzania się dookoła, gwizdając. Jednak nie umie gwizdać, więc oprócz stania jak słup soli, próbuje zainterweniować. Niestety, została jej odebrana jej główna broń (niewyparzony jęzor), więc musi posłużyć się drugą, której użycie przypomina szybkie przeglądanie karty postaci w dnd, żeby znaleźć ten jeden czar, o którym zapomniało się pięć sesji temu, a jest idealny akurat w tej jednej, rozgrywającej się właśnie teraz, specyficznej sytuacji.
Zanim Kuźma postanawia rozpocząć przemianę rodem z anime o magicznych dziewczynkach, szybko przegląda w myślach swoje możliwości. Tym razem stado różowych chmurek nie zadziała, bo ktoś rzeczywiście odetnie sobie palce. Po namyśle, to w sumie żadna iluzja, jaką Kuźma jest w stanie z siebie wyprodukować, może spowodować trwałe urazy na ciele wszystkich dookoła. Kończy się na tym, że robi parę kroków w stronę szamotających się legionistów, próbując nadać atmosferze jak najwięcej… grozy. Jak panda czerwona, która staje na dwóch łapach, żeby wyglądać na straszniejszą.
Najpierw udaje jej się osiągnąć majestatyczne nic. Potem jeden z synów Wulkana posyła jej zaniepokojone spojrzenie. Następnie gapi się na nią z przerażeniem, co ona wykorzystuje na dramatyczne uniesienie ręki w może, opcjonalnie, prawdopodobnie, lecz niekoniecznie, jakimś celu. Wynikiem tych działań jest sukces. Jakimś cudem. Sukcesem jest dość głośny wrzask pełen przerażenia i uwolnienie Ricky'ego.
Kuźma decyduje, że odpowiednią reakcją na to wszystko byłby szyderczy śmiech i komentarz: „boicie się niskiej piętnastolatki?”, ale i tak nikt nie usłyszałby tej pretensjonalniej uwagi.
Wreszcie, po tych desperackich staraniach Kuźmy, dwójka niezrównoważonych psychicznie legionistów, oprócz stanowienia bezpośredniego zagrożenia dla życia i zdrowia wsystkich obecnych, powoduje jeden plus: każde dziecko Wulkana po dostrzeżeniu zagrożenia najpierw wyłączają trzymanych w dłoniach szlifierek, wiertarek i innych bardziej skomplikowanych narzędzi, które Kuźma widzi pierwszy raz w życiu (dla dodatkowej pewności odpinają je od wijących się po podłodze przedłużaczy lub listw), a następnie na migi przekazują swoim sąsiadom, że też powinni to zrobić. Chwilę to trwa, żeby w warsztacie zapadła cisza, o którą trudno nawet w godzinach późnonocnych i wczesnoporannych.
– Czego chcecie? – odzywa się jeden z robotników, zdjąwszy z uszu ogromne słuchawki.
– Potrzebujemy czegoś do transportu trumny!!! – radośnie oznajmia Ricky. – Najlepiej kółek dokręconych prosto do niej, żeby niczego nie komplikować…
– Trumny? – powtarza chłopak. Akompaniują mu zaniepokojone szepty.
– Tak, ołowionej! – Merkurwiak radośnie się uśmiecha, gdy to mówi, a Kuźma tylko kiwa głową, zachowując całkowicie poważną minę.
– A… a kto jest w tej trumnie?
– Grzyby – odpowiada dziewczyna, zanim Ricky zacznie wywód naukowo-biologiczno-chemiczno–kulinerny na temat tego, co właściwie stworzył. Nikt raczej nie chce wiedzieć, jaka to forma nowego życia.
– Że już gnije? – dopytuje syn Wulkana. Wygląda jak ktoś, kto zaraz wyciągnie telefon i zadzwoni na policję.
– Nie, co ty. Zwykłe grzyby. Fioletowe – wyjaśnia Kuźma. – Dokręcicie kółka, będzie git.
– Albo dodatkowo napęd!!! To ciężka trumna. Choooooooolernie ciężka – dodaje swoje trzy grosze Ricky.
– Grzyby. Fioletowe – chłopak przez chwilę się zastanawia. – Chodzi o narkotyki?
– Co – mówi Kuźma, a Ricky mamrocze coś do siebie o tym, że nie przeprowadził stosownych badań, których wyniki mogłyby nawet go nie zawieść i teraz wszystko stracone przez głupią centurionkę i trumnę.
– No, jak to co. Substancje psychoaktywne.
Wszystkie Wulkaniątka albo wymieniają ze sobą zaniepokojone spojrzenia, albo bezwstydnie gapią się bardziej na Ricky'ego, niż na Kuźmę, bo chyba on wydaje się lepiej wiedzieć, co robi, niż ona. Dziewczyna byłaby przeciwnego zdania, gdyby właśnie w jej krtani nie budowała się najdziwniejsza wiązanka przekleństw, które jest w stanie wymyślić i gdyby właśnie nie szykowała się do rzucenia nimi prosto w twarz temu bezczelnemu chłopakowi, który ŚMIAŁ ZASUGEROWAĆ, że ONA może mieć COŚ WSPÓLNEGO z NARKOTYKAMI.
────
[855 słów: Kuźma otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]