środa, 19 sierpnia 2026

Od Kaliny — „Jednak nie lubię zimy”

CW: ALKOHOL

Mieszkała w Kalifornii od siedmiu lat i od siedmiu lat, rok do roku, powtarzał się ten sam schemat. Jechała na lotnisko w cienkiej bluzie, a w zapasie miała cienką, jesienną kurtkę (bo przecież jest ciepło, prawda?). Po paru godzinach lotu wysiadała w Pradze, wychodziła na zewnątrz i zaczynała żałować roku tęsknoty za śniegiem. Kalina za każdym razem zadawała sobie pytanie, czy na pewno tak bardzo zależy jej na spotkaniu rodziny w Boże Narodzenie. Może wolałaby przylatywać na Wielkanoc? Za rok przylecę na wiosnę - myśli, a dwanaście miesięcy później ponownie stoi na praskim lotnisku i przeklina śnieżycę.
Kiedy była młodsza, matka odbierała ją samochodem z lotniska. Piękne czasy, szkoda tylko, że minęły. Później kobieta uznała, że Kalina jest dość samodzielna, aby móc dojechać z lotniska pociągiem. Zawsze jednak obiecała odebrać ją z pobliskiego dworca, aby dziewczyna nie musiała martwić się zdążeniem na jeden z pięciu busów dziennie, do którego i tak nie miała pewności, czy zmieści się z walizką. Tak miało być i tym razem. Kiedy Kalina zapytała matkę, czy odbierze ją z dworca, otrzymała jednak wiadomość o treści "jestem zajęta, przecież jest blisko, ostatnio przyszłaś sama".
To była prawda, z tą różnicą, że ostatni raz, kiedy Kalina odwiedziła rodzinną miejscowość był w środku lata. Udało jej się wtedy zdobyć tanie bilety w ostatniej chwili, miała ze sobą jedynie plecak, a o osiemnastej było jeszcze ciepło i jasno. Jedynymi faktami, które teraz się pokrywały była godzina oraz brak większego bagażu. Kalina zastanawiała się, czy jest sens brać walizkę. W końcu uznała, że przecież najpotrzebniejsze rzeczy zmieszczą jej się do plecaka, a ubrania ma w domu. Ostatnio to wystarczyło, a teraz nie miało? Po zobaczeniu SMS'a od matki po raz kolejny podziękowała sobie samej za tą decyzję.
W domu miała również zimową kurtkę, której nie zabrała ze sobą do Stanów. Bo i po co? Temperatury w San Francisco nie spadały poniżej dziesięciu stopni, a dziewczynie szkoda było tracić cennego miejsca na zimowe ciuchy. Nie spodziewała się godzinnego marszu przez zaspy śnieżne.
Pierwsze pięć minut Kalina podziwiała widoki. Szła odśnieżonym chodnikiem, mijała pięknie ozdobione budynki i zachwycona robiła wszystkiemu zdjęcia.
Po dziesięciu minutach jesienna kurteczka zaczęła dawać znaki, że może jednak nie jest wystarczająca na zawrotne trzy stopnie, a dziewczyna powinna była wziąć coś grubszego.
Kolejne pięć minut później wyszła z centrum miasta. Ozdoby świąteczne stały się coraz rzadsze i zaczęło się robić coraz zimniej. Po chwili skończył się odśnieżony chodnik.
Po dwudziestu minutach Kalina odważyła się wyciągnąć zmarznięte ręce z kieszeni. Wyjęła telefon i wysłała przyjaciółce kilka wiadomości, w których narzekała, że jednak nie lubi zimy, uwielbia te zabójczo wysokie temperatury na które narzekała całe lato, a tak w ogóle to nigdy więcej nie przyleci do Czech w zimie. Zdziwiona zauważyła, że Amanda od razu odczytała. To u niej nie była jakaś trzecia w nocy? Nie poczekała na odpowiedź - wolała nie ryzykować odmrożeniem palców.
Niedługo później stanęła przed trudnym wyborem. Mogła iść pół godziny chodnikiem lub dziesięć minut przez las. Wybór był prosty. Szkoda tylko, że w tych dziesięciu minutach nie uwzględniła ciemności, zimna i zasp po kolana. Dziesięć minut zamieniło się w trzydzieści, a Kalina zaczęła kwestionować wszystkie wybory, których dokonała przez ostatnie kilka lat.
Kiedy w końcu dotarła na miejsce była głodna, zmęczona, zmarznięta i przemoczona. Była prawie pewna, że następnego dnia obudzi się z katarem (oby tylko), a biedne fioletowe trampki nie wyschną do dnia jej wyjazdu. Kiedy dochodziła do klatki schodowej czuła się, jakby była już w domu - przypomniała sobie, że w postsowieckich blokach nie ma kamer, a ona przecież może latać. Kiedy jednak weszła do środka, usłyszała rozmawiające na korytarzu sąsiadki, a jej marzenia zostały zniszczone. Z trudem wdrapała się na drugie piętro i stanęła przed drzwiami. Czuła się tak, jakby przed chwilą wpadła do rzeki po pas. Jak Anna z "Krainy Lodu", której sukienka dosłownie zamarzła.
Sięgnęła do kieszonki w plecaki i zaczęła grzebać. Wyczuła w niej telefon, portfel, ładowarkę, coś… mokrego? Klucza jednak nie było. Głośno westchnęła i nacisnęła dzwonek do drzwi. Raz, drugi raz, trzeci, dziesiąty. W międzyczasie minęła ją jedna z rozmawiających wcześniej sąsiadek.
— Dzień dobry — przywitała się, nawet nie wymuszając uśmiechu.
— Dzień dobry Kalinko! Matko, jak ja cię dawno nie widziałam… — kobieta, mocno trzymająca pieska na smyczy, na szczęście nie zatrzymała się na kolejną pogawędkę. Zwierzę ciągnęło tak mocno, jakby chciało powiedzieć coś w stylu "Albo idziemy JUŻ, albo będziesz po mnie sprzątać!"
W końcu usłyszała dźwięk przekręcania klucza. W drzwiach stanęła, a raczej oparła o ścianę, jej matka. Kalina spojrzała na nią odkarżycielsko.
— Obiecałaś, że przyjedziesz.
— Taak? — Kobieta nie wyglądała na przejętą. — Nie pamiętam.
Kalina bez słowa rzuciła plecak na korytarz i weszła do kuchni. Przywitał ją stos naczyń w zlewie (ciekawe kto będzie musiał je umyć), a na blacie stały puste butelki, głównie po winie.
— Na ciebie zawsze można liczyć — westchnęła słysząc, że matka poszła za nią. — Dzięki.
— Nie ma za coo.
Kalina wzięła do ręki czajnik i bez słowa minęła matkę. Nie miała siły robić miejsca w zlewie i postanowiła po prostu napełnić go w łazience. Przy okazji w końcu zdjęła mokre buty i skarpetki.
— Mílaaa, z kim rozmawiasz? — Z sypialni kobiety usłyszała obcy, męski głos. Przez sekundę myślała, że może jej ojciec postanowił wrócić, ale gdy tylko wyszła z łazienki, jej oczom ukazał się blondyn w bokserkach. Tak na oko, może kilka lat starszy od niej samej. — Długo jeszcze?
— Kto to jest? — spytała z rezygnacją, nawet nie oczekując zadowalającej odpowiedzi. Przynajmniej dowiedziała się co tak naprawdę przeszkodziło kobiecie w odebraniu jej z dworca.
Matka jedynie uśmiechnęła się szeroko, chwyciła jedną z butelek wina i popędziła w objęcia mężczyzny. Kalina odprowadziła ją wzrokiem z niedowierzaniem. Czy była zaskoczona? Nie, ani trochę. Zawiedziona? Jak najbardziej. Postawiła czajnik na kuchence i starając się nie patrzeć w stronę sypialni, do której pijana para postanowiła nie zamykać drzwi, poszła do swojego pokoju.
— Kalinko, skarbie — zawołałą ją jeszcze jej matka. — Nie masz może ochoty iść do jakiejś koleżanki? Albo na spacer?
— Nie ma opcji.
Weszła do pokoju, zatrzasnęła drzwi i w mokrych ciuchach rzuciła się na łóżko. Wtuliła twarz w poduszkę i zaczęła płakać. Teraz już była pewna - nigdy więcej nie wróci do domu na święta.


────
[1013 słów: Kalina otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu CD Cherry — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Kiedy Arisu kilka chwil temu podchodziła do wspinającej się Cherry, by w razie jakiegoś wypadku stać blisko i móc zareagować, to zakładała, że wypadkiem tym może być co najwyżej odłamany szczebelek albo Cherry chwiejąca się na starej, zniszczonej drabinie. Na coś takiego byłaby w stanie zareagować. Mogła trzymać drabinę, mogła pomóc w zejściu z niej, mogła rzeczywiście wziąć pudła, by odstawić je gdzieś na bok. Mogła zrobić wiele rzeczy.
Niestety, zdecydowanie nie było nic, co mogła zrobić… z tym.
Nie chciała nawet rozglądać się po magazynie, bo bała się tego, co może zobaczyć. Jeszcze przez chwilę stała w bezruchu, już nawet nie przeklinając, bo ileż można bez sensu powtarzać to samo.
Arisu nienawidziła brokatu. To był po prostu fakt, coś, co uważała za na tyle zrozumiałe, by nie musieć nikomu się z tego tłumaczyć. Brokat był przecież szkodliwy dla środowiska, zanieczyszczał wody, wciskał się wszędzie, a do tego był paskudnie irytujący i nie dało się go w żaden sposób pozbyć, kiedy już znalazło się w jego pobliżu.
W skrócie: brokat był dokładnie taki sam, jak dzieciaki Merkurego i Arisu darzyła jedno i drugie dokładnie takimi samymi uczuciami.
Uniosła dłoń, by wytrzepać chociaż część tego badziewia z włosów, chociaż doskonale wiedziała, że kompletnie nic jej to nie da. Nie była pewna, czy istnieje cokolwiek, co mogło jej w tej chwili pomóc. Znaczy, pomóc fizycznie – psychicznie na pewno bardzo pomogłoby jej zabicie jakiegoś dzieciaka Merkurego. Obrzuciła szybkim, krótkim spojrzeniem okolicę wokół niej, starając się nie zwracać uwagi na to, że wszystko wokół się świeci.
– Krzesła też są w brokacie – powiedziała tonem wypranym z emocji nawet bardziej niż zazwyczaj. Podeszła do ściany, pod którą stało kilka starych, składanych krzesełek, poukrywanych za kartonami.
Kartony też było w brokacie. Może Arisu byłaby bardziej zaskoczona, gdyby znalazła coś, co nie jest całe w brokacie? W tej chwili na pewno byłoby to bardziej niezwykłe.
Wyciągnięcie jednego z krzeseł oznaczało kolejną świecącą chmurę w powietrzu, ale teraz to raczej nie miało już żadnego znaczenia. I tak obie były skazane na spędzenie reszty życia w tym gównie. Ich życie na pewno będzie dłuższe, niż życie debili, którzy uznali, że cały ten pomysł to dobry żart.
Podała krzesło Cherry. Dziewczyna uśmiechnęła się do niej, chociaż Arisu mogła przysiąc, że w tej chwili obie są dziesięć sekund od mordu, może piętnaście od płaczu i maksymalnie dwadzieścia od wysadzenia wszystkiego w powietrze. To i tak były bardzo optymistyczne statystyki.
Arisu nie wyciągała kolejnego krzesła. Zamiast tego usiadła na podłodze, w końcu nieco odważniej patrząc na stan magazynu. Przeszło jej przez myśl, że teraz, zanim zaczną przygotowania do Ludi Romani, będą musiały to wszystko posprzątać, bo przecież w takich warunkach nie dało się pracować. Czy to w ogóle dało się posprzątać?
Czuła drobinki brokatu na twarzy, na skórze rąk, na szyi. Spróbowała zetrzeć część z czoła, ale miała wrażenie, że tylko lepi się bardziej. Przez chwilę była gotowa zedrzeć sobie skórę, jeśli to miał być jedyny sposób, by się tego pozbyć.
Co wiedziała o czyszczeniu brokatu? Że to zmora, przede wszystkim. Nie miała z nim większego doświadczenia, bo ojciec też raczej go unikał. Podobnie do konfetti, był to raczej typ dekoracji, który widziała na większych imprezach w miastach. I kilka razy w czasach, gdy jeszcze chodziła do zwykłej szkoły.
– Przydałby się odkurzacz – mruknęła, kiedy cisza między nią a Cherry ciągnęła się już kilka chwil za długo. Potem doszła do wniosku, że odkurzacz im nie pomoże. – Albo dynamit. Dużo dynamitu.
Cherry wydała z siebie dźwięk, który mógł być śmiechem, ale równie dobrze mógł być też płaczem. Arisu rozumiałaby i jedno, i drugie. To drugie pewnie nawet bardziej, bo zdecydowanie nie żartowała.
Jeszcze raz przetarła twarz, wiedząc, że tylko bardziej rozciera na niej brokat. Dalej chciała kogoś zabić, może nawet trochę bardziej, niż wcześniej. Może ta chęć rosła z każdą sekundą.
Westchnęła. Długo, bardzo ciężko. A potem podniosła się, bez żadnego celu i skutku otrzepując spodnie i patrząc, jak wokół znowu zaczynają latać drobinki brokatu.
Mogły siedzieć i załamywać się nad swoim losem. Ale to znaczyło, że będą musiały dalej tkwić też w tym gównie. Czas na płakanie znajdzie się później, kiedy już pozbędą się przynajmniej części kłopotu.
Czy wyeliminowaną częścią tego kłopotu będzie brokat, czy dzieci Merkurego – jeszcze nie była pewna. Była za to gotowa podjąć tę decyzję impulsywnie, jeśli którykolwiek z dzieciaków Merkurego wejdzie jej w drogę.
– Trzeba to ogarnąć na tyle, żebyśmy mogły zająć się przygotowaniami – zauważyła Cherry.
Arisu nie odpowiedziała od razu.
– Pójdę po miotły i miotełki do kurzu. I mokre ręczniki.
Tym razem to Cherry westchnęła, ale też w końcu wstała z krzesła.
– Zobaczę, czy w którymś pudle nie będzie taśmy klejącej – powiedziała.
Arisu skinęła głową. To też powinno zadziałać, przynajmniej na to, co było wokół nich. Musiały jeszcze ogarnąć siebie, ale to chyba i tak nie miało sensu, dopóki brokat wypełniał każdy centymetr przestrzeni, w której przebywały. Nawet jeśli teraz się umyją, to zaraz znowu będą całe w tym syfie.
Powinny pewnie poprosić o pomoc. Może w ogóle Cherry powinna zmusić do pracy dzieciaki Merkurego, skoro to była ich wina. Z drugiej strony, to wszystko trzeba było ogarnąć szybko i sprawnie, a przy okazji nie zabić ich, zanim w ogóle zaczną.
To nie wydawało się nawet wykonalne, na pewno nie było wykonalne dla Arisu. Co gorsza, potem jeszcze więcej osób chodziłoby po obozie, obsypując go brokatem.
Znowu stały tak jeszcze przez chwilę, zanim Arisu w końcu wyszła z magazynu. Otrzepała dłonie najdokładniej, jak mogła, by przenieść wszystko bez większych strat. Utkwiła wzrok w punkcie przed sobą, ignorując każdą mijaną po drodze osobę i tylko czasem rzucając ludziom krótkie, wyjątkowo wściekłe spojrzenia, kiedy wydało jej się, że patrzą na nią z chociaż minimalnym rozbawieniem lub jakimkolwiek innym wyrazem twarzy, który w danej chwili wydał jej się atakujący i uderzający w jej godność.
Czy w ogóle jeszcze mogła mówić o godności, idąc do schowka na miotły w takim stanie? Prawdopodobnie nie. Tym bardziej miała ochotę zabić każdego, kto stanie jej na drodze. Już nie musiał to być dzieciak Merkurego. Miała tylko nadzieję, że ktokolwiek dzisiaj zajmował się sprzątaniem, nie zamknął za sobą schowka na miotły. Nie miała ochoty jeszcze dodatkowo latać po Obozie Jupiter, szukając kogoś, kto ma przy sobie klucz.
Wtedy chyba po prostu strzeliłaby sobie w łeb swoją własną bronią.
Nie mogła odetchnąć z ulgą, że schowek jest otwarty, bo jeszcze zanim zobaczyła otwarte drzwi, to zobaczyła niebieskie włosy. Nie miała czasu zastanawiać się, czy Atlas zajmuje się zleconym mu zadaniem, czy właśnie wybiera drogę ucieczki. W sumie to nie była nawet jej sprawa, przynajmniej nie dzisiaj.
– Arisu? A tobie co—
– Nie wkurwiaj mnie, Walker – fuknęła wściekle, nie pozwalając mu dokończyć i unosząc dłoń, jakby miała zamiar zaraz mu walnąć.
Przez chwilę chyba był zaskoczony. Może już dawno tak na niego nie przeklinała. Potem wydało jej się, że poczuł się urażony i prawie zrobiło jej się głupio. Chyba dlatego go nie walnęła.
Atlas nie był odpowiedzialny za żart w magazynie. Nie mógł być za niego odpowiedzialny, bo by go wykonać musiałby z własnej woli wejść do tego magazynu. Dlaczego miałby to robić? Był wkurwiający, ale tym, że był śmierdzącym leniem i uciekał od obowiązków, nie dlatego, że chodził w miejsca, w których może czekać go ich więcej.
Nie zamierzała go przepraszać. Dalej był dzieciakiem Merkurego, dalej był winny. Przede wszystkim był winny, bo był Atlasem, czyli był winny zawsze.
– Podaj mi dużą miotłę, małą miotełkę do kurzu, mniejsze wiadro i ręczniki papierowe – rzuciła, krzyżując ręce na piersiach i patrząc na niego wściekle. Mógł się do czegoś przydać, zanim uciekł.
Najbardziej chyba zdziwiło ją, że faktycznie to zrobił. Wzięła od niego miotłę i miotełkę i już chciała mu podziękować, ale wtedy stanął, unosząc ręcznik ponad jej głową, tak, by nie mogła go dosięgnąć.
Dlatego tylko kopnęła go w piszczel. Syknął z bólu i irytacji, podkulając nogę, a wtedy odebrała mu ręcznik, trzymając go daleko od ciała.
– Możesz przyjść, pomóc mnie i Cherry w magazynie z dekoracjami – rzuciła, chociaż przecież nie chciała jego pomocy, odwracając się i nie czekając dłużej na jego reakcję.
Nie obchodziło ją, czy przyjdzie. Nalała wody do wiadra i ruszyła z powrotem do magazynu, starając się nie zwracać uwagi na to, że teraz musi wyglądać jak jeszcze większa idiotka.
– Wszystko mam – powiedziała, odstawiając wiadro z wodą i ręcznik przed drzwiami.
Dalej widziała tylko brokat. Cherry też dalej była w brokacie. Oczywiście, Arisu wiedziała, że to wszystko nie zniknie magicznie w trakcie jej nieobecności. I tak poczuła się rozczarowana. To wszystko przecież dalej mogło być tylko złym snem.


Cherry?
────
[1400 słów: Arisu otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait ostatnio wyjątkowo często myślał o tym, że życie dorosłego półboga jest zwyczajnie bez sensu. Większość półbogów, których poznał w Obozie Herosów, nie dożyła osiemnastki, a z tymi, którym się to udało, właściwie i tak nie miał już kontaktu. Miał wrażenie, że częściej spotyka tych, z którymi wtedy nie rozmawiał zbyt wiele. I że każde takie spotkanie kończy się jakimiś kłopotami. Zaczynał już myśleć, że nie jest to nawet kwestia bycia półbogiem, tylko po prostu on sam przynosi wszystkim pecha.
Nie miało to żadnego znaczenia ani nawet żadnego związku z jego aktualną sytuacją. Nie wiedział, czemu jego myśli uciekają akurat w tym kierunku, skoro równie dobrze mógłby zastanawiać się nad tysiącem innych rzeczy, które też nie miały szans mu pomóc. Może po prostu zastanawiał się, czy któryś z dawnych znajomych miałby pomysł, jak poradzić sobie ze szczurzym problemem. Czy czymkolwiek ostatecznie były te cholerne gryzonie. To też nie miało większego znaczenia, bo raczej nie miało pomóc w pozbyciu się ich.
Ostatecznie rozłożyli z Apollodorosem trutki, bo w danej chwili było to jedyne, co mogli zrobić. Chait nie do końca wierzył w ich skuteczność, ale nie mieli żadnej lepszej opcji. Musieli chwytać się każdego sposobu, który przychodził im do głowy. Przynajmniej na razie, przynajmniej na chwilę. Czy jakoś tak.

JESIEŃ

Chaita nie cieszył koniec lata, ale zdecydowanie cieszył go koniec festynów i festiwali. Wpadło mu kilka dodatkowych, już na wczesną jesień, ale one były mniej chaotyczne i mniej wymagające od tych letnich. Świat nie lubił próżni, więc zamiast tego znowu wpadło mu więcej zmian w sali zabaw. Po Apollodorosie widział, że jesień nikomu nie sprzyja. Może był to po prostu znak, by udawali, że w piwnicy nie ma żadnych niechcianych mieszkańców.
Przez tych kilka tygodni szczury były raczej spokojne. Chait zaglądał co jakiś czas na dół, ale nie rozmawiał o tym z Apollodorosem – podejrzewał, że ten robi to samo, ale też nic z tego nie wynika, więc po prostu nie ma o czym mówić. Chait ogólnie chyba trochę zbyt często dochodził do wniosku, że nie ma o czym mówić. Nie było to coś, nad czym zamierzał długo się zastanawiać, na pewno nie teraz. A prawdopodobnie nigdy.
Wracał z jednego z ostatnich festiwali. Tego kolejowego, co tylko jeszcze bardziej nakłaniało go do myślenia nad wszelkimi problemami tego świata. Przysięgał sobie, że wykreśli wszelkie istniejące festiwale kolejowe z kalendarza i na żadnym nigdy się nie pojawi, ale chyba jednak trochę za bardzo bał się złamać te głupie oświadczyny, które Merkury wymusił na nim i na Aye.
Myślenie o pociągach nie było lepsze od myślenia o szczurach. Zawsze była to jakaś hierarchia wartości.
– Dobry wieczór – przywitał się, mijając na schodach starszego mężczyznę, z którym rozmawiał już wielokrotnie. Ten odpowiedział mu ciepłym uśmiechem i kiwnął na niego głową, zanim Chait zdążył pójść dalej.
– Często schodzicie do piwnicy, ty i ten drugi chłopak…
Skinął w odpowiedzi głową.
– Tak, tak jakoś wyszło…
Mężczyzna pokiwał głową.
– Niektórzy zaczynają się niepokoić. Bądźcie ostrożni. I powiedzcie, jeśli czegoś potrzebujecie.
Chait uśmiechnął się, tylko trochę zbyt blado.
– Przepraszamy. Wszystko jest w porządku.
Mężczyzna nie wyglądał na przekonanego, ale Chait tylko pożegnał się szybko i uciekł na schody.
Tylko tego im brakowało, by inni mieszkańcy zaczęli uważać ich za podejrzanych albo szalonych. Nie wiedzieli, po co mieliby tak często schodzić do piwnicy. Nawet jeśli według nich żyły tam szczury, to dwóch młodych dorosłych nie miało powodu, by tak często to kontrolować.
Musieli w końcu wziąć się w garść.
Wszedł do mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Apollodoros musiał już wrócić. Chait przyjął to z ulgą, bo wiedział, że jeśli nie porozmawiają teraz, to znowu będą to odkładać w nieskończoność.
– Jakbyś chciał, to zostało jeszcze trochę obiadu – powiedział Apollodoros, kiedy już wymienili się grzecznymi przywitaniami. Chait tylko pokręcił głową.
– Jadłem z resztą pracowników – odpowiedział półprawdą, bo to nie miało znaczenia.
Odłożył plecak na jedno z krzeseł i westchnął.
– Muszę dać znać szefowej, kiedy będę dostępny w pracy – rzucił. To akurat faktycznie było prawdą. – Może to czas wymyślić, co dalej z tymi szczurami, jeśli uda ci się znaleźć chwilę wolnego. A przynajmniej ustalić, ile udało nam się dowiedzieć.
Nie robił sobie większych nadziei, ale skoro los kazał im udawać, że problemu nie ma, to oczywiście, że Chait zamierzał zrobić dokładnie na odwrót. Inaczej nie byłby sobą.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 18 sierpnia 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

– Czy ty jesteś… Ty imbecylu. Kurwa. Serio – dyszy Kuźma, gdy znajdują się z powrotem przy trumnie, z dala od miejsca wybuchu, choć dziewczynie wciąż się wydaje, że podłoga troszkę się trzęsie. Co powinno być niemożliwe, bo choć barak piątej kohorty znajduje się niebezpiecznie blisko łaźni, to nie jst z nimi bezpośrednio połączony. – Centurioni nas pozabi– Okej, mieli na to już dużo czasu, prawda. Powinni byli nas zabić jakieś parę godzin temu, co najmniej. Albo skazać na szorowanie kibli. Znając ich sadyzm, raczej by nas przydzielili do czyszczenia stajni.
– Oj weź, nie panikuj tak. – Ricky wspaniałomyślnie rozwiewa wszystkie obawy Kuźmy jednym machnięciem dłoni. – Ciągle coś wybucham. Albo podpalam. Na przykład: moje brwi. Jeszcze nie do końca odrosły, widzisz? – Nachyla się niebiezpiecznie nisko, a Kuźma niebezpiecznie szybko się odsuwa, więc ich twarze są niebezpiecznie blisko tylko przez króciutki ułamek sekundy. W lekkim popłochu dziewczyna uderza Ricky'ego w klatkę piersiową i dopiero po chwili milczenia orientuje się, że chyba nie powinna była tego robić.
– Weź mnie następnym razem ostrzeż czy coś, debilu – mamrocze, bo nie ma to jak dobre, oschłe nieprzeprosiny. – Dawaj tę trumnę – rozkazuje, nie patrząc w stronę chłopaka, żeby przypadkiem nie zorientować się, że kształt jego brwi wcale nie jest spowodowany genetycznym pierdnięciem wszechświata, tylko że on naprawdę je sobie wydepilował w najmniej normalny sposób na całym świecie.
Podejmują, albo raczej Ricky samodzielnie podejmuje, pierwszą próbę przetransportowania trumny. Kuźma spokojnie stoi z boku, zrozpaczona załamuje ręce i przychodzi jej na myśl coś bardzo inteligentnego: powinni byli poprosić Wulkaniątka o przymocowanie do trumny jakiegoś uchwytu. Niestety, żadne z nich nie posiada mocy przepowiadania przyszłości ani logicznego myślenia, choć Kuźma naprawdę myślała, że to akurat potrafi robić na poziomie przynajmniej przeciętnym. Patrząc na wypięte pośladki Ricky'ego, dziewczyna kwestionuje naprawdę wiele podjętych przez siebie decyzji. Na przykład tę o zapoznaniu się z tym udającym człowieka eksperymentem społecznym. Ostatecznie postanawia zostawić ten problem dla Ricky'ego i uciec jak najdalej od miejsca zbrodni (wybuchu), żeby nie dajcie bogowie jakiś centurion ją z nim połączył.
– To ja pójdę po łopatę – komunikuje donośnie, a Ricky wystękuje w odpowiedzi coś w stylu: „jasne, ja se dam radę w trymiga”. – Spotkajmy się… nie wiem, za stajniami?
Chłopak w akompaniamencie stęków i jęków pokazuje jej kciuka w górę, wciąż próbując jakoś wygodnie złapać trumnę. Kuźma odwraca się i wychodzi, po drodze naciąga na głowę ogromny kaptur bluzy, która przedtem należała do jakiegoś napakowanego mężczyzny. Z wprawą przemyka między gromadzącymi się wokół niedalekiej łaźni obozowiczami, wywołując w nich na tyle niski poziom strachu, żeby z niepokojem odsuwali się jej z drogi i nawet nie myśleli o zaczepieniu jej. Wygodne, dopóki nie spowoduje u kogoś ataku paniki i będzie się czuła tak winna, że nie da rady normalnie spać przez nastepny miesiąc.
Zgarbiona, z ograniczonym przez kaptur polem widzenia, odnajduje drogę do jednego z wielu obozowych schowków. Zamyka się w nim, żeby skutecznie odgrodzić się od świata i w bardziej trzyczwartemroku niż półmroku próbuje znaleźć coś, co bardziej przypomina szpadel niż grabie. Metal nieprzyjemnie szczęka o kamienną podłogę, a drewniane kije stukają o siebie, gdy Kuźma przegrzebuje się przez zdecydowanie zbyt dużą ilość kilofów. Nigdy nie widziała, żeby ktokolwiek w Obozie używał kilofa. Z jakiegoś powodu wszystkie łopaty odłożono za nimi, co mogło znaczyć tylko to, że osobą segregującą narzędzia był jakiś nowicjusz i laluś in probatio, któremu wydaje się, że normalni ludzie częściej używają kilofów niż zwykłych szpadli.
Wciąż z kapturem na głowie (wczuwa się w misję), Kuźma zajmuje swoje miejsce na posterunku. To znaczy jeszcze nie zajmuje, jest kilkanaście metrów przed swoim posterunkiem i dopiero teraz wątpliwości zagnieżdżają się w jej głowie. Nawet nie wie, jaki proces myślowy zaszedł w jej mózgu pół godziny temu, żeby jako miejsce spotkania ustalić akurat kawałek wygniecionej trawy za stajniami.
Myśli, że to przecież nic. Patrząc na zachodzące słońce stwierdza, że wszystkie koniki już dawno poszły spać. Dlatego żaden konik nie spanikuje, gdy dziewczyna znajdzie się w zasięgu jego węchu.
Skradając się jak profesjonalny złodziej, Kuźma szybkim i niesamowicie stresogennym spacerkiem przechodzi wzdłuż ścian stajni. Jej buty zapadają się w błocie i z głośnym pluskaniem się z niego uwalniają, a z każdym takim człapnięciem Kuźma denerwuje się coraz bardziej. Wydaje jej się, że słyszy spanikowane rżenie za ścianą, nerwowe stukanie kopyt. Pod nosem, jak mantrę, powtarza swoją długą wiązankę przekleństw, żeby choć trochę zagłuszyć dźwięki, które pewnie tylko sobie wmawia, że słyszy.
Wreszcie dociera za stajnię i tam opiera się o drewnianą ścianę, żeby wziąć głęboki wdech i wydech, po czym przez chwilę stać bez ruchu, nasłuchując. Nie usłyszywszy niczego, co wskazywałoby na podniesienie protestu przerażonych koni w środku stajni, Kuźma rozluźnia się i opiera swój szpadel o ścianę, żeby w nonszalanckiej pozycji czekać na Ricky'ego. Stoi tak z ramionami splecionymi na piersi, wciąż w swoim kapturze. Naprawdę zaczyna się czuć jak morderca, który musi zakopać swoją najnowszą ofiarę. Pojemnik na makaron w kształcie trumny dużej na tyle, by zmieścił się tam dorosły człowiek, ani trochę nie pomaga.
Prawie zasypia pod tą ścianą, zanim Ricky wyczłapuje zza załomu.
– hufffhhfh – wzdycha. – Te kóleczka mi, hummpfff, one się nie kręciły w tym błocie. Utykały cały czas, puughghhh. Wiesz co, czuję, że od tego mi się zrobią zajefajne mięśnie. Ten biceps chyba już jest większy niż rano, co nie? – Specjalnie podwija rękawek koszulki, żeby Kuźma mogła zobaczyć jego bardzo chude ramię, które w najlepszym przypadku mogłaby porównać do trochę grubszego patyka.
– Aha. Może za dwadzieścia lat będziesz mógł nazwać to coś bicepsem.
– Ej! – Ricky napina się jeszcze bardziej, wpatrzony w swoje ramię. – Jak możesz tak kłamać?? Przecież on ma jakieś pięćdziesiąt centymetrów obwodu!
– Będzie miał osiemdziesiąt, jak wreszcie zakopiemy to ścierwo. – Kuźma kopie trumnę, która wydaje z siebie brzęczący dźwięk metalowego pojemnika, który ma w sobie prawie nic. – Gdzie kopiemy?
– Tutaj…? – pyta Ricky z nadzieją.
– Chyba cię pojebało. Dawaj, jeszcze trochę trzeba to popchać. Do lasu na przykład. – Celuje czubkiem łopaty w drzewa, które zaczynają rosnąć jakieś dwieście metrów od stajni. (Szpadel jest na tyle ciężki, że trzęsie się całe jej ramię, cały drążek, a tym bardziej czubek łopaty, który raz wskazuje na ziemię, raz na drzewa, a raz na niebo). – Nie chcemy otruć koni, dobra?
– Dobra. Dobra!! DOBRA!!! – wrzeszczy Ricky, po czym udaje, że podwija rękawy. – ZROBIĘ TO!!! JA. TO. ZROBIĘ!!!!!!!!
– Zamknij się, proszę. Zaraz będzie cisza nocna.
W ten sposób, o godzinie około dziewiętnastej, gdy wieczór rozpościera swoją strefę wpływów na całego, dwójka półbogów próbuje przedrzeć się poza granice Obozu, dźwigając ze sobą szpadel i trumnę z ołowiu, co w żadnym razie nie wygląda ani trochę podejrzanie. Ich buty są ubłocone tylko trochę bardziej niż nogawki spodni, a nogawki tylko trochę bardziej niż całe spodnie. Mokre, kolorowe liście przyklejają się do dżinsów i skóry, niewyposażone w rękawiczki dłonie stają się suche i zesztywniałe od wieczornego chłodu, policzki rumienią się trochę zbyt mocno, a oddech zamienia w parę. Już w pierwszej ćwiartce drogi chcą się poddać i zacząć kopać dół w szczerym polu, ale determinacja, której nigdy wcześniej w sobie nie czuli, każe im przeć przed siebie.
Może nimfy nie będą aż tak wściekłe, gdy ołowiana trumna z toksycznym spaghetti spocznie wśród ich korzeni.


Ricky?
────
[1171 słów: Kuźma otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Lynn zastanowiła się nad odpowiedzią, bo nigdy nie analizowała swojej sytuacji ze swojej perspektywy. Czy coś jej pomaga? Zawsze skupiała się na perspektywie Nalina, co mogło wydawać się szalone, w końcu to on był martwy, a ona żywa — skarciła się od razu za tak bałwochwalczą myśl. Pamięć o Nalinie była ważna. O tym zdania nie zmieni. Ale sposób, w jakim o nim pamięta?
— Nie myślałam o patrzeniu na to z innej strony — przyznała. — Wiesz, zawsze czułam się winna, więc chyba z poczuciem winy i dyskomfortem muszę iść przez życie? W taki sposób wydaje to się… właściwe.
Ale czy inny sposób by nie zadziałał?
— Pozytywne emocje jakoś nie dopasowują się do tej sytuacji, nie potrafię ich dopasować.
Lynn nie zadawała sobie nawet pytania o przyczyny. Wszystko, co w jej umyśle stało za takim modelem działań, jaki utrzymywała przez ostatnie lata, pokryło się kurzem i nie mogło zostać ruszone. Tak jak wiele innych rzeczy, z szacunku do zmarłego. Każde wzniecenie pyłu zaciemniało jej obraz i powodowało, że chciała powrócić do swojego bezpiecznego, ciemnego kąta. Może dziś naszedł moment na próbę chociaż kroku w stronę światła rozpraszającego wirujące drobinki?
Ale nie chciała ścierać tej warstwy brudu, nie chciała odkopywać się spod masy cierpienia, którego doświadczyła przez długi czas, nie chciała próbować dotrzeć do tego, co było pod spodem. Przecież i tak znajdowało się tam to samo, co doprowadziło do jej rozłąki z Nalinem, co doprowadziło do tego, że siedzi dziś nad jego grobem. Ale mogła spróbować zrobić krok w bok. Zostawić pamięć o Nalinie w spokoju i spróbować przez chwilę żyć w jej pobliżu, zamiast dławiąc się nią.
Kiedyś brat był jej prawie całym światem, a tą resztkę jeszcze należącą do niej przejął po swojej śmierci. A może to ona z własnej woli mu ją oddała, może go tam wcisnęła? Nalin należał już do innego świata, tu pozostał w postaci pustki, która w Lynn przerodziła się w otchłań.
Sytuacja Arisu nieco różniła się od tej Lynn, ale łączyło je jedno. Tak przynajmniej wydawało się kobiecie.
— Obie byłyśmy młode, kiedy straciłyśmy kogoś nam bliskiego. Może fizycznie twój brat nadal gdzieś tam jest, ale tak samo ja, potrafię wyczuć Nalina gdzieś daleko — zbyt daleko, żebym mogła się z nim spotkać. Może nie chcę.


Arisu?
────
[368 słów: Lynn otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 16 sierpnia 2026

Od Niketasa — „Oki to pa”

WIOSNA IV

Siedząc na podeście przed wejściem do domku Hermesa, Niketas może robić to, co staruszki lubią najbardziej – obserwować każdego, kogo akurat najdzie ochota na wychylenie się ze swojego łóżka w ten cudowny, wiosenny poranek będący, jak na poranek, zdcydowanie za ciepły. Chłopak mruży oczy za szkłami okularów, gdy w jego pole widzenia wchodzi kolejny półbóg, którego kieszenie (czego domyśla się Hermesiak) są wypełnione zużytymi chusteczkami i opakowaniami tabletek na alergię, w które działanie Niketas niekoniecznie wierzy. Zobaczywszy grupowego, załzawione i zaczerwienione oczy nastolatka jaśnieją nowym blaskiem, który może być po prostu kolejnymi łzami i Niketas wcale by się temu nie dziwił. Ludzie czasem dziwnie reagują na jego zachęcające uśmiechy i nonszalancką prezencję.
– Hej – pada pierwsze słowo, a Niketas wyobraża sobie, że jest teraz w scenie z filmu. Słońce dopiero co wstało, wszystko spowite jest pomarańczowym blaskiem, on, bardzo wyluzowany, wyluzowanie siedzi na drewnianym podeście i jedynego dopełnienia, jakiej tej scenie brakuje, są inne ubrania niż jaskrawa obozowa koszulka i papieros w ustach.
Niketas, próbując osadzić się w filmie o mafiozie w roli mafiozy, uśmiecha się krzywo i leniwie unosi wzrok.
– Czego dusza pragnie? – pyta chłopaczka, który przerwę po swoim „hej” postanowił spędzić na desperackiej próbie wydmuchania nosa.
– Masz może jeszcze te „Boskie Fulle”? – wydusza z siebie chłopaczyna z donośnym kichnięciem zamiast pytajnika.
– Poczekaj sekundeczkę – nakazuje mu Niketas i z bólem serca podnosi się z miejsca, w którym siedziało mu się niespodziewanie wygodnie.
Podłoga w domku Hermesa skrzypi od kiedy Niketas pierwszy raz postawił w nim stopę. Wcześniej pewnie też skrzypiała, ale w tamtych czasach chłopak był w innym, lepszym miejscu, gdzie nie było aż tylu idiotów. Może gdyby nigdy nie trafił do Obozu, nauczyłby się pływać, zamiast musieć wiązać końca z końcem dzięki sprzedawaniu lewych produktów?
Bez najmniejszych chęci i zapału przetrzepuje pudełka pod swoim łóżkiem tylko po to, żeby odkryć, że wcześniej „szybko kurczący się zapas” definitynie jest bardzo skurczony. Do torby wpycha pozostałe fiolki z „Boskim Fullem” (swoją drogą, fiolki – to był pomysł Violetki i bardzo to widać; kto w tych czasach produkuje energetyki w fiolkach?) i próbując nie przejmować się tym, jak jest ich mało, z powrotem wychodzi z domku.
– Ile chcesz? – pyta dzieciaka i ma ogromną nadzieję, że nie usłyszy żadnej liczby większej od pięciu.
– Dwa.
Niketas nie pozwala sobie nawet na najcichsze westchnięcie ulgi i szybko przelicza wręczone mu banknoty. Wszystko się zgadza, podają sobie dłonie, każde odchodzi w swoją stronę. Niketas, co już jest jego zwyczajem, kieruje się do pachnącego palo santo domku Hekaciątek, w którym ma nadzieję zastać Violet, najlepiej tylko Violet. Licząc na swoje szczęście, wchodzi do środka nieproszony i równie nieproszony zajmuje swoje miejsce na poczciwej kanapie, która nigdy nie spodziewała się, że będzie siedziskiem dla rozwydrzonego grupowego Hermesa.
– Hejeczka, Violcia! – woła w przestrzeń, rozsiadając się na prawie całą długość kanapy mogącej pomieścić około trzy lub cztery osoby. Odpowiada mu dobrze znane, sfrustrowane westchnięcie i Niketas od razu wie, że dobrze trafił. Jeżeli jest tu jeszcze jakiś dzieciak Hekate, to przynajmniej nie jest to Rosalie, która na ten moment wyraża wyłącznie chęć pogonienia Niketasa miotłą, bo próby miłej dyskusji (niemiłej też) odrzuciła już parę tygodni temu. – Co u ciebie, kochana? – pyta, równocześnie próbując rozszyfrować wzór na powieszonej na suficie makatce. Udaje mu się stwierdzić, że jest koloru zbliżonego do czarnego, a symbole na niej są w kolorze zbliżonym do białego.
– Możesz chociaż pu- Zresztą, nieważne – mruczy dziewczyna. Pokręciwszy głową w dezaprobacie, wraca do tego, co robiła przed wtargnięciem Hermesiaka do jej domku. Czyli do czegoś, co nie jest wiadome Niketasowi, który w tym zawsze pogrążonym w półmroku domku widzi co najwyżej czubek swojego nosa. Jedynym źródłem światła są te ich głupie lampki, których abażury pokryte są tak grubą warstwą kurzu, że ledwo przepuszczają pomarańczowe coś, co w najgłębszej ciemności możnaby nazwać światełkiem.
Niketas z bólem serca wsuwa okulary na czubek głowy i wreszcie przygląda się krzątającej się w dalszej części domku Violet.
– Czekaj – mówi z prawdziwym, czystym przerażeniem – czekajczekajczekajczekaj. Ty na jakieś wakajki jedziesz?
– Wakajki…? – Violet gwałtownie się do niego odwraca i wita go skonsternowanym spojrzeniem. – Niketas, ja się wyprowadzam.
– I nie miałaś mi zamiaru o tym, na przykład, powiedzieć? Czy ty sobie nie zdajesz sprawy z tego, ile ja będę miał przez to problemów? Nagle jesteś cicho, zero informacji, zapasy energoli mi się kończą, próbuję cię pospieszać i ty masz w ogóle czelność…
– Słuchaj, ostatnio miałam dużo na głowie, myślałam, że…
– To co ty myślałaś nie ma najmniejszego znaczenia! – Niketas podnosi się z miejsca i zamaszystym gestem wskazuje na leżące na łóżku walizki. – Co ja mam niby teraz zrobić? Mam ile, dwie godziny na znalezienie jakiejś alternatywy „Boskiego Fulla”? Czy ty sobie w ogóle zdajesz sprawę…
– Mam ważniejsze sprawy do załatwienia niż te energetyki! – prycha Violet, wciskając do walizki ostatnie rozrzucone po podłodze ubrania. – Tak, byliśmy partnerami. Ale ja z tym kończę. Wyjeżdżam do Nowego Jorku. Nawet nie pamiętałeś, że miałam osiemnaste urodziny.
– Bo mi nigdy nie powiedziałaś! – Niketas załamuje ręce, a potem jednak wraca do jakiejś próby bycia bardziej wściekłym szefem niż zrozpaczonym nastolatkiem i kompletnie zmienia pozycję. Jedną dłonią ściska nasadę nosa, a drugą opiera na biodrze. – Nawet nie mamy czasu na jakąś inwentaryzację, podliczenie zarobków, ostateczne rozwiązanie wszystkiego, nie mamy czasu NA NIC.
– Och, poprosiłam Ulferta, żeby się tym zajął.
Świat Niketasa właśnie rozpada się w jego oczach. Odsuwa dłoń od twarzy, żeby z czystym niedowierzeniem, w dogłębnym szoku, spojrzeć na Violet, żeby chociaż z jej miny wyczytać, czy właśnie zarzuciła bardzo nieśmiesznym żartem, czy ona tak na serio. Z jej twarzy wyczytuje jedno i sprawia to, że na jego twarzy pojawia się jakaś parodia uśmiechu.
Wyobraża sobie brata, albo raczej wspomina to, jakiego go ostatnio widział. Pogrążonego z nosem w jakichś zeszytach, z kalkulatorem u boku. Niketas ciągle przechodził obok niego i ani razu nie zwrócił na to odbiegające od normalności zachowanie oprócz krótkich komentarzy, podczas których wyśmiewał jego brak umiejętności matematycznych i potrzebę używania kalkulatora do najprostrzego dodawania.
Niketas nigdy nie spodziewał się, że ktoś ogra go w tak prosty sposób. Zwłaszcza ktoś, kogo myślał, że ma owiniętego wokół palca. Na tyle mocno, że mógł tym jednym palcem kontrolować wszystkie jego ruchy i mieć pewność, że nie wyślizgnie się z więzów. Powinien był mieć jakiś plan b. Na wypadek katastrofy, zdrady, śmierci wspólniczki. Powinien był o tym pomyśleć wcześniej, zanim zgodził się na idiotyczną skrzyneczkę do przechowywania pieniędzy i zanim zaufał Violet, że wywiąże się ze swojej części umowy.
– Czyli nawet Ulfert wiedział, ale ja nie? – prycha nasycony jakąś mieszanką wściekłości i rozpaczy. Dobrze wie, że w tym momencie brzmi idiotycznie, ale niewiele mu pozostało. W oczach Violet najwyraźnie był niczym innym, jak skończonym głupcem. – Ty sobie ze mnie żarty robisz.
– Może gdybyś mnie słuchał, to byś wiedział, że wyjeżdżam. – Dziewczyna wzrusza ramionami. – I nie zachowuj się tak, jakbyś od początku nie planował wziąć większości zysków dla siebie i zostawić mnie z niczym. Ulfertowi przynajmniej mogę ufać.
– Aha. Okej. Super. Świetnie. Właśnie to o mnie myślałaś od samego początku. Cudownie! – Niketas wydobywa z siebie wymuszony śmiech, po czym zsuwa swoje okulary na nos. – Nie myśl sobie, że ci odpuszczę – dodaje, już po odwróceniu się.
– To ma być groźba? Jeśli to groźba, to się dobrze zastanów, czy dasz radę mnie znaleźć w wielkim mieście.
Mówi coś jeszcze, ale Niketas przestaje jej słuchać i zatrzaskuje za sobą drzwi.


────
[1200 słów: Niketas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

— Mmmghm — rzucił w stronę Kuźmy Ricky, ale ona nie miała siły interpretować tego ani jako podziękowania, "poradzę sobie sam", ani w ogóle niczego innego więc po prostu go zignorowała. Pociągnęła merwkurwiaka za łokieć do łazienki, zamknęła drzwi i wskazała mu umywalkę. A ten gapił się w nią jak w cielę malowane.
— Wodą zmyj! — warknęła zirytowana dziewczyna. Odkręciła kran i podsunęła mu dozownik z mydłem. Ale syn Merkurego miał do powiedzenia tylko "ghmbfbgb" i odsunął się zarówno od umywalki, jak i niej.
— Bghmaarghh — mruknął, chyba pocieszająco Ricky. Dziewczyna zakręciła więc kurek i zrezygnowana odwróciła się. W chwili, kiedy w kącie oka straciła widok młodego wynalazcy, usłyszała skwierczenie. Zaskoczona natychmiast się odwróciła - a to kawałek tej mazi z jego twarzy, w kontakcie z kałużą na podłodze… chyba właśnie to wydało taki dźwięk. Ricky zaczął ścierać ją papierem toaletowym.
— Wiwisz? — wymamrotał już wyraźniej. — Ba maź mie mowe…
— Już rozumiem. Pospiesz się, mamy trumnę do przewiezienia — wywróciła oczami dziewczyna.
Owszem, Ricky radził sobie dość szybko. Kawałki jego skóry, które wcześniej były pokryte szarym paskudztwem, wydawały się lekko zarumienione. Kiedy już zebrał wszystko z twarzy, ulepił z papieru kulkę i ruszył w kierunku wyjścia.
— Masz zamiar zabrać to ze sobą?
— Racja!
Otworzył drzwi najbliższej kabiny, i zanim Kuźma zdołała go powstrzymać, wrzucił kulę bezpośrednio do sedesu, po czym zamknął drzwi i w paru susach, z córką Pavora ciągniętą za łokieć i breloczkiem z Kaczorem Donaldem stukającym o kafelki pokrywające ścianie łazienki, wybiegł z łazienki. Jakkolwiek daleko by nie odbiegł, nawet gdyby zapadł się pod ziemię, wszyscy w budynku słysząc wybuch, na pewno połączyli go z jedną, konkretną twarzą. Głupio wyszczerzoną, z włosami sklejonymi potem i jakimś podejrzanym śluzem, z plastrem w dinozaury na podbródku oraz powoli zmywającym się kutasem, narysowanym nie tak dawno permanentnym markerem na szyi w odwecie za zgrillowanie czyjejś złotej rybki dziwnymi, gorącymi oparami.
— To co, teraz trumna? — uśmiechnął się Ricky jeszcze szerzej.


Kuźma?
────
[311 słów: Ricky otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]