Potrzebuje długiej chwili, paru długich sekund, aby dotarło do niego, co dokładnie (a raczej kogo) ma na myśli przybyły. Odwraca od niego wzrok, wzdychając cicho, czując się, jak zapędzony w pułapkę, z której nie ma wyjścia, a jakakolwiek próba wydostania się z niej kończy się ucięciem nóg. Ivy nie musi być przecież szczególnie mądry, aby domyślić się, co implikują jego słowa o ,,obozie wojskowym”, o którym słyszał nie jeden raz. I nie chce mieć z tym nic do czynienia. Z żadnymi kwestiami dotyczącymi Obozu Jupiter. A może raczej kwestiami dotyczącemi Dantego. Z drugiej strony, źle by mu było, gdyby zostawił pretora z jakimś problemem, w którym może pomóć. Odkłada swoje notatki, stwierdzając, że nie będzie z nich dalszego użytku — zapisał aż jedno zdanie — prostuje się, jak w przygotowaniu na to, co może zaraz usłyszeć na temat swojego pacjenta, którego doskonale zna. Zna aż za bardzo. I niekiedy tego żałuje.
Vergil wpatruje się w niego z powagą, jakby była to sprawa życia i śmierci.
— Możliwe, że leczę. Zdajesz sobie sprawę, że i tak nie mogę udzielić ci żadnych informacji? — zwraca się do niego bezpośrednio, mając cichą nadzieję, że to pomoże w daniu do zrozumienia Halstonowi, że nie jest ani trochę chętny na współpracę.
Nie chce prawić mu tu morałów o tajemnicy lekarskiej, gdyż wygląda na wystarczająco inteligentnego, by zdawać sobie z niej sprawę (choć przecież można powiedzieć, że w pewnych przypadkach może ona zostać złamana). Mężczyzna wierci się na krześle, a jego ramiona opadają — musiał spodziewać się takiej odpowiedzi.
— Jest to… dość ważna sprawa, proszę pana — mówi i jak na jeszcze większe, wiarygodniejsze potwierdzenie, kiwa lekko głową. — Gwarantuję, że nie wyszkodzi ani Panu, ani pańskiemu pacjentowi żadnego kłopotu.
— W takim razie, po co ci on, skoro nie ma mieć żadnych kłopotów? — Ivy krzywi się z niedowiary, próbując się nie wzdrygnąć.
— Nie, nie, chyba źle się rozumiemy — odpowiada szybko, gestykulując przy swoich słowach. — Naprawdę, chodzi tylko o wyjaśnienie pewnej istotnej sprawy.
— W takim razie, możesz mi ją wyjaśnić.
Vergil kiwa głową i mówi mu o portalach, potworach i swoich podejrzeniach. Psychiatra słucha z uwagą, nie odwracając wzroku ani nie potakując, przez co pretor musi zastanawiać się, czy do mężczyzny na pewno dociera to, co mówi. Nie zatrzymuje sie z wyjaśnieniami ani na chwilę, a gdy kończy monolog, bez ruchu oczekuje na reakcję. Ivy trawi jego wypowiedź, myśląc o Dante, jak bardzo problem pasuje do jego osoby i jak absurdalne to w pewny sposób jest.
Jeśli Vergil potrzebuje Dantego, Ivy nie sądzi, że ten będzie z nim współpracować. Poprawka, jest to pewne, że nawet jeśli syn Marsa dotrze do półboga, może nie uzyskać chcianego rezultatu, jakikolwiek on jest. Bo jeśli było to przemówienie do rozsądku Dantemu, z pewnością się mu to nie uda. Był osobą zbyt trudną do obycia i (tym bardziej) ujarzmienia.
— Mogę ci pomóc go znaleźć. Nic więcej… raczej ci nie pomogę.
Iskierki nieśmiało pojawiają się w oczach Vergila. Uśmiecha się z widoczną wdzięcznością, a Ivy ma nadzieję, że nie będzie tego żałował. Żegna się z nim, gdy postanawiają, że spotkają się jakiś czas później, gdy skończy pracę. Gdy wychodzi z jego gabinetu, opada ciężarnie na krzesło, chowa twarz w dłoniach i wzdycha ciężko, zastanawiając się, czy nie wpakował się przypadkiem w jakąś popieprzoną aferę.
Vergil zgodnie z obietnicą wraca do niego po paru godzinach, życzliwie się z nim witając. Ivy nie wie, jak Dante może zareagować na ich przyjście — tak naprawdę nigdy nie wiadomo, jak może zareagować na… cokolwiek. Żadnej jego reakcji nie da się przewidzieć, czy będzie to wybuch złości, agresja, płacz czy śmiech. Ta ostatnia byłaby najmilej widziana, o ile nie przemieniłaby się w psychopatyczną manię Dantego czy przytłaczającą lawinę euforii.
Nie jest pewien także, czy zastaną go w domu. Była to jednak najszybsza droga, jaką mogli wybrać, aby mieć jak największe prawdopodobieństwo na spotkanie kłopotliwego półboga. A im szybciej to załatwią, tym lepiej dla nich obydwóch (nie brzmiało to jednak wcale na proste zadanie).
— Jeśli tu go nie będzie, to albo na niego poczekamy, albo… może być dosłownie wszędzie— zwraca się do Vergila, nie chcąc mu robić nadziei i uśmiecha się łagodnie.— Ostrzegam, jest szurnięty. I to serio szurnięty.
— Tak, słyszałem to — parska, a gorąca para leci mu z ust. — Nawet dokładnie tak samo powiedziane.
Zatrzymują się przed niższym blokiem, spoglądając na siebie niepewnie i do Ivy dociera, że TO ON musi przejąć inicjatywę. Cholera, sam się na to zgodził! W końcu nie powinien też ot tak, bez wsparcia, po prostu pochnąć Vergila w szpony tego obłąkańca. Nagle czuje się odpowiedzialny za to, co mogłoby się wydarzyć, za to, że mogłoby coś pójść nie tak i wcale mu się to nie podoba. To jest zły pomysł. A może przesadza. Jak zawsze. Lęka się Dantego na tyle, że zaczyna rozważać wycofanie się, powiedzenie pretorowi, że on NAPRAWDĘ ale to NAPRAWDĘ jest szurnięty. Zaburzony psychicznie na tyle, że nie rozpoznaje, co jest rzeczywistością, a co jego wymysłem. Zaciska usta, zaciskając pięści w kieszeniach płaszcza.
— Co właściwie zamierzasz z nim zrobić? Powiedzieć mu, żeby przestał, czy masz ambitniejszy pomysł?
Verdżil?
────
[829 słów: Ivy otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]