poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Od Dahlii do Arnar — „Bankowość, stara amerykańska sztuka” [AU event]

Dziki Zachód AU

Drobne kamienie spadały, grzęznąc w pomarańczowym żwirze.
Będą spadać jeszcze przez dobre kilka lat z urwiska, w cieniu milczących olbrzymów. Niektóre zwietrzeją i po rozpadzie będą zatrzymywać przyszłych bliźniaków. Reszta osunie się pod ciężarem ciał zwierząt. Nad nimi, szyderczo, przeskoczą biegacze, rozsiewające na swojej drodze niezliczoną ilość nasion. Twarda skorupa ziemi, wysokie kamienie i suche, skarłowaciałe rośliny, a nad nimi masywy skalne atakujące niebo.
Wszystko zabarwione cynobrem zachodzącego słońca.
Mogłoby się zdawać, że na to pustkowie nie zawędrowała żadna ludzka stopa, gdyby nie tory. Ich ciągi rozorały ziemię, odbijając w jednym punkcie na dwie strony, jak zerwane szwy.
Kolejne kamienie potoczyły się wzdłuż drogi. Tym razem pod naporem kopyt końskich.
Kary Morgan stąpał ostrożnie po osuwisku, bez cienia zdenerwowania. Na nim siedziała dobrze zbudowana postać, której sylwetkę zasłaniał kapelusz oraz lekki płaszcz. Wszystkie toboły przytroczone do siodła były zaskakująco uporządkowane i nic nie miało prawa choćby dyndać. Kiedy już udało się przebyć tę najgorszą część, koń szedł dalej niespiesznym krokiem. Jeździec rozglądał się na boki, raczej ze znudzenia.
W oddali, na torach, majaczył się kształt. Przez chwilę wydawało się, że to jakaś iluzja, która nierzadko się pojawiała wędrowcom, szczególnie tym pod wpływem. Ale im dłużej czas mijał, tym bardziej było to realne, że coś się porusza na torach. Niebo było czyste, nie buchały żadne kłęby pary, ani nie rozlegał się głośny stukot. Koń się nie zatrzymywał, ale jeździec już ostrożniej ściągał wodze.
Gdy kształt przestał się majaczyć i zbliżał się do rozstaju, wraz z nim przyszło stukotanie. Była to drobna drezyna, widocznie lekka, skoro aż jedna osoba mogła ją napędzać. W przeciwieństwie do konia, z drezyny wystawały pakunki, tobołki, kawałki ubrań, przez co wyglądała jak mikro cyrk osobliwości. Gdzieniegdzie znajdowały się nawet małe proporce. Żeby było tego mało, osoba wymachująca wajchą również była specyficzna, przez rozciągające się na skórze plamy, widoczne szczególnie na rękach.
Jeździec pospieszył nieco konia, chcąc się zrównać z drezynką.
— Proszę tego nie robić! Mam broń i nie zawaham się jej użyć! — Zareagował od razu drezyniarz.
Z bliska mógł zobaczyć poważny wyraz twarzy, przez którą biegły blizny. Nie był w stanie wyczytać, czy właśnie ta osoba chce go zabić, czy zagadać. Postać nie odpowiadała.
— Ani kroku dalej tą chabetą!
— Chabetą? — Padła w końcu odpowiedź. Głębokim, kobiecym głosem.
Postać na wózku nieco zaskomliła, kiedy grzebiąc ręką w jednym z tobołków, nie mogła w stanie albo odszukać, albo wyciągnąć broni. Kobieta spięła konia i podbiegli przekornie do drezyny.
— To nie chabeta! Co taki cudak jak ty tutaj robi?
Gdy się facet odwrócił, ze strzelbą w ręce, wrzasnął głośno na widok konia. W tym czasie lasso, wyciągnięte wcześniej spod płaszcza, wyślizgnęło się z dużą prędkością. Rozległ się potężny huk.
W tym miejscu każde z nich by przysięgało, że minęło kilka minut. Podczas gdy w rzeczywistości było to kilka sekund, chwilę zajęło im zrozumienie sytuacji. Leżeli na ziemi, jedno ściągnięte sznurem, drugie z krwawiącym uchem. Drezyna pojechała dalej, ale już niespiesznie i bez impetu, za to spłoszony koń puścił się biegiem wzdłuż torów.
Pierwsza wstała kobieta i od razu przyciągnęła człowieka, tocząc go po ziemi, zwiniętego w kiełbaskę. Złapała za kołnierz koszuli i potrząsnęła nim mocno.
— Co to, kurwa, było?!
— Zostaw mnie ty dzikusko! Mówiłom, że użyję tej broni!
— Nie zrobiłam nic, co by sprawiło, żebyś zaatakował, głąbie kapuściany!
— Zbliżyłaś się koniem!
Przestała nim miotać, gdy dotarło do niej, że w tym momencie wierzchowiec znikał z oczu.
— To tylko koń, do cholery.
Rozplątała cudaka i westchnęła ciężko.
— AŻ koń! Ja się boję koni!
Jeżeli już patrzyła na niego jak na dziwaka, to tym zdaniem sprawił, że teraz był dla niej kosmitą.
— Jak ty funkcjonujesz tutaj, na Zachodzie, na którym poruszamy się właśnie końmi?
— Jakoś sobie radzę. Taką drezyną. Pociągi.
Podeszło do maszyny i oglądało z każdej strony, czy jest nieruszona. Z ulgą stwierdziło, że nic się nie stało, podobnie jak z torbami (niektóre spadły, fakt, ale dało się szybko je zebrać) i zobaczyło też, że kobieta ruszyła szybkim krokiem w kierunku konia. Wskoczyło na drezynę.
Nabrała spokojnego tempa i zrównało się wkrótce z dziwną postacią. Faktem było też to, że zwracało na siebie uwagę wszędzie, gdzie się dało, ale to samo można było powiedzieć o niej. Czy kiedykolwiek widziało tak solidną babę?
— Podwieźć cię?
Zerknęła na niego z ukosa. Widocznie oboje zdali sobie z tego sprawę, że dopadnięcie konia pieszo było ciężkim zadaniem. Wskoczyła na ławkę, po czym w podzięce (prawdopodobnie) przejęła wajchę, napędzając wózek.
— Konie uciekają może daleko?
— Ten raczej nie. Po prostu się spłoszył i pewnie za niedługo go zobaczymy.
Osobnik poprawił swój kapelusz oraz wygniecione kołnierze koszuli.
— Może się przedstawimy, jak już jedziemy razem? Jestem Arnar Bakke.
— Dahlia.
— Ładnie, ładnie. Bez nazwiska?
Wzruszyła ramionami. Nawet nie musiała kontynuować pytań, Arnar samo paplało.
— Ta drezyna i toboły to jedyne co mi zostało. Przygotowałom się w porę i akurat udało mi się uciec, zanim spalili mój dom. A mogłom jednak kogoś wynająć… Tak to jest, kiedy się zajmuje człowiek bankowością i pożyczkami, ale nie chcą oddawać, psie syny. Widziałom tylko pochodnie i wiedziałom, że mam zbiec, akurat niedaleko były tory. Ten wózek jest o tyle fajny, że można go popychać po równym terenie gładko, a wtoczenie go nie zajmuje długo. Na czym to ja skończyłom? Aha, no jadę teraz do Saint… Saint, Saint coś. Nie Saint Penis, nie?
— Denis. — Mruknęła pod nosem. Nawet nie była zdziwiona przygodą.
Zajęta była prowizorycznym bandażowaniem ucha. Na szczęście pocisk nie rozerwał całego, tylko zostawił dosyć mały ubytek.
— A, no właśnie, Denis. Jadę tam, bo może mi się bardziej poszczęści. Wiesz, zebrać kapitał, najpierw na pokerze, potem pierwsze pożyczki.
— Mhm.
— Słyszałom też historię, że tu są jeszcze nieodkryte złoża złota.
— To niemożliwe. Gorączka złota już minęła.
— Otóż nie! Mam bardzo dobrego informatora i powiem ci, że jest szansa.
Zmarszczyła brwi. Kojarzyła te okolice i każdy mówił, że wszystko zostało wyeksploatowane. W tym momencie trwały tylko potyczki między stróżami prawa a bandytami, którzy chcieli skorzystać z szybkiego zarobku. Głównie okradając tych, co to złoto wydobywali.
— Potrzebujesz może pieniędzy, Dahlia?
— Każdy potrzebuje.
— Tak, ale mogłobym mieć robotę dla ciebie. Nie jesteś zaciekawiona tymi złożami?
— Czemu ja? Prawie mnie zastrzeliłoś.
— Mam talent do ludzi. Powiedzmy, że dobre przeczucie.
— Najpierw znajdźmy mojego konia, bo w tym momencie odczuwam tylko przeczucie skręcenia ci karku.
Niezrażone Arnar się uśmiechnęło.
— Umowa stoi.
— Jaka umowa, nic nie by—
— Zaufaj mi, za te pieniądze będziesz mogła kupić stado innych koni… — Zawahało się, widząc jej morderczy wzrok. Czasem zapominało, że ludzie rzeczywiście się przywiązują do tych szkap. — …które będą dotrzymywać towarzystwa twojemu. One są stadne, nie?
— Ano.
Czerwień krajobrazu ustępowała chłodnym tonom. I tak odjeżdżali skrzypiącą od ciężaru drezyną, po zaskakującym spotkaniu, w kierunku nowej przygody.


Arnar?
────
[1091 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki — „Hau hau” [AU event]

Pieski AU

Wpatrywała się w tablicę. Tak, jakby miała zaraz uzyskać odpowiedzi na pytania, które ją trapiły.
W tym mieście było za dużo tafli, które odbijały niebo. Dopiero ciemne, wąskie alejki dawały wytchnienie, z dala od wzroku dwunożnych.
Nika siedziała na stosie palet, zastawiającym wyjście ewakuacyjne, naprzeciwko skrzyżowania. Zdążyła już uciec z miejskiego zgiełku i trafiła na wygodne przedmieścia. Żałowała tylko, że lokal, przy którym odpoczywała, nie był często odwiedzany. Gdyby było inaczej, to może by się udało znaleźć jakieś resztki jedzenia. Choćby jakaś bułka.
Na pewno minęło sporo czasu, odkąd wyswobodziła się i uciekła opiekunowi. Wystarczyła chwila nieuwagi, gdy ten ktoś uciął pogawędkę przy sklepie. Świat stanął przed nią otworem i wykorzysta tę szansę, na poszukiwaniu najważniejszego człowieka w jej życiu. Rozumiała to tak, że jeżeli do tej pory po nią nie przyjechał, to coś się stało i to ona musi go odnaleźć. Kto wie, może jest chory? Albo została porwana? Opcji było dużo.
Gdyby ktoś miał przechodzić obok, zobaczyłby na tym stosie palet dosyć dużą, płową pudlicę. A przynajmniej częściowo płową, jej sierść została pofarbowana niegdyś na fioletowo, teraz został tylko sprany kolor. Pudlicę wpatrującą się intensywnie w otoczenie, co jakiś czas powarkującą na cokolwiek, co śmiało się poruszać (czyt. papierowe śmieci). Miała na sobie zluzowaną, ciemną obrożę z wytłoczonymi ornamentami, mocno ubrudzoną.
Zeskoczyła z palet i ruszyła w drogę. Starała się węchem na kierować na jakiekolwiek poszlaki, które by wskazywały na jakiekolwiek jedzenie. I to takie nie ze śmietnika, jakieś standardy miała. Jeżeli to było możliwe, chowała się w alejkach — zdawała sobie sprawę z tego, jaką reakcję wywołują w ludziach psy jej pokroju, szczególnie ludzkie dzieci bardzo lubiły pchać ręce tam, gdzie nie chciała. W dodatku, gdy warczała na nie, zawsze była odciągana gwałtownie i besztana. Kolejne powody, żeby nie znosić ludzi.
Kierowała się na północ. Miała wrażenie, że kiedyś musiała mieszkać tam, gdzie ziemia pachniała… chłodniej. Z nutą krzemienia. Niedaleko miasta, bo czasem wskakiwała w auto, na miejscu pasażera obok Aleksandra, żeby potem być na miejscu w jakiejś kawiarni, w których zachowywała się wzorowo. Czasem zamawiał jakieś ciastko, tylko po to, żeby po kryjomu dać jej w nagrodę kawałek. W okolicy były drzewa, na tyle specyficzne, że pamiętała jak wyglądają i pachną, a póki co na nie jeszcze nie natrafiła. Pewnie jakikolwiek inny pies już dawno by się poddał w poszukiwaniach swojego właściciela, ale Nika miała dobre przeczucia. Nie miała wątpliwości co do swoich przemyśleń oraz dedukcji, gdzie powinna w ogóle się wybrać.
Gdy natrafiła w alejce na metalową siatkę, westchnęła przeciągle. Po co w ogóle są stawiane te siatki? Zanim się odwróciła, kątek oka zauważyła śmietnik i kartony, całość ulokowana dokładnie przy siatce. Jeżeli klapa śmietnika by się nie załamała pod nią (a doświadczyła tego niedawno), to by dała radę przeskoczyć. Drugi problem był taki, że wystawiłaby się na okno. Przez chwilę rozważała opcje i nawet szukała dziury w siatce, ale nic nie rzucało się w oczy. Zebrała siły i podjęła decyzję, przymierzając się do skoków. Z ulgą stwierdziła, że klapa jest dosyć solidna i jest w stanie utrzymać jej ciężar, za to zdekoncentrowała się widokiem przez okno. Dwójka ludzi się siłowała ze sobą, jedno z nich trzymało metalowy przedmiot, o wyjątkowo dziwnym kształcie. Nika była przyzwyczajona, że wyjątkowo chwalili się przeciwstawnym kciukiem i łapali, co mogli. Czy to różne patykopodobne rzeczy, czy piłkopodobne, za pomocą których wprawiali wszystko w ruch. Krzyczeli na siebie, pewnie znowu jakiś dziwny konflikt, którego nie rozumiała. Już minęła okno i miała się przymierzać do przeskoczenia siatki, gdy nagle usłyszała huk. Zadzwoniło jej w uszach, już nie mówiąc o instynktownym padnięciu plackiem na pokrywę, przez co cała się zatrzęsła. Gdy się nieco uspokoiła, ciekawość wzięła górę nad instynktem samozachowawczym i zerknęła przez szybę.
Metalowy przedmiot leżał na dywanie, a z jednego z otworów wydobywała się strużka dymu. Tamci już się nie siłowali, zamiast tego przyssali się do siebie i lizali swoje twarze. Na widok całej sytuacji przewróciła oczami. Tak bardzo próbowała rozumieć ten gatunek i do tej pory ją zaskakiwał. Aleksandr zwykł mawiać „Какие же странные у них человеческие характеры! Они даже любят так, словно ненавидят!” za każdym razem, gdy natrafiali na jakąś kuriozalną sytuację. Co prawda, nie rozumiała znaczenia tych słów, ale brzmiały bardzo dobrze i adekwatnie.
Prychnęła i wskoczyła na siatkę. Nie obyło się bez zaczepienia włosów o jakiś wystający drut, ale po kilku dniach tułaczki to już nie ruszało. Cieszyła się tylko, że nie musi znosić grzebieni, szczotek, mycia i co tam było w pakiecie. Odczekała chwilę na procesowanie impaktu skoku na łapach, po czym kontynuowała przygodę, podążając za tropem jedzenia w alejkach.
Gdy zobaczyła grupę mniejszych psów ciągnących za sobą kawałek mięsa z kością, ucieszyła się. Ten zapach był nie do pominięcia, samo mięso wyglądało dobrze, z lekką nutką fermentacji, która była jej ulubioną.
Wyszczerzyła zęby. Czas na legendarną walkę.


────
[792 słowa: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 12 kwietnia 2026

Od Luciena — „Gdy praca dla chleba, tak wino dla nieba”

Lucien nie mógł całe życie być bezrobotny. Patrzył, jak Arnar pracuje całe dnie i wraca zmęczony do domu. Obserwował to wszystko zbyt długo. Wszystkie próby poszukiwania pracy kończyły się tak, jak zawsze — nic z tego nie wychodziło. Problemem nie było to, że był młody. Problemem było to, że miejsc pracy brakowało, a jak już się coś znajdowało, to wymagali 100 lat doświadczenia, czego nie mógł mieć, przychodząc do pierwszej roboty w wieku dziewiętnastu lat.
Pracował ze swoim winem samotnie. Przesiadywał w piwnicy zdecydowanie za dużo czasu. Czasem nawet zapominał, że wypadłoby wrócić do mieszkania, odpocząć, zjeść coś albo się napić czegoś, co nie jest alkoholem. Tylko w taki sposób radził sobie z poczuciem bycia bezużytecznym rzepem uczepionym dupy Arnar. Czuł się jak najgorszy partner na świecie, bo przecież Arnar pracowało, a on siedział w domu i pędził wino w zapyziałej piwnicy.
Wszystko zmieniło się jednak po pewnym telefonie. Zadzwonił do niego ktoś, kto — jak się później okazało — mógł wynająć mu malutkie pomieszczenie, w którym Lucien mógłby otworzyć swój sklep. Sklep z winem, jakby to już nie było jasne.
Zgodził się niemal natychmiast, przecież to oznaczało, że będzie pracować i będzie przynosić do domu pieniądze. W końcu Arnar nie będzie się czuło z tym wszystkim takie samotne. W końcu będzie mógł się podzielić swoim sukcesem.
Nie chciał być jednak taki szybki i z powodu swojej wrodzonej paranoiczności nie powiedział o niczym Arnar, dopóki fizycznie nie postawił nogi w budynku, w którym miał niedługo powstać jego sklepik. Przez cały tydzień nie mógł spać, bojąc się, że mężczyzna od wynajmu się rozmyśli i znajdzie kogoś innego. Bał się też tego, że facet może okazać się potworem, chcącym zwabić go w ustronne miejsce, by zabić. Bał się w sumie też tego, że cały ten pomysł nie wyjdzie i marzenie o pracy legnie w gruzach.
 
— Wychodzę — powiedział tylko, naciągając ostatniego buta na stopę. Spieszył się, bo za jakieś pół godziny miał spotkanie z facetem od wynajmu.
— Okej.
Arnar niczego nie podejrzewało. Ufało Lucienowi, więc dlaczego miałoby się martwić? Było to całkiem na rękę chłopakowi, bo gdyby Arnar było typem dociekliwym, to szybko by się wygadał.
Zestresowany do granic możliwości Lucien czekał pod budynkiem jakieś piętnaście minut przed umówionym spotkaniem. Przez plecy przebiegały mu dreszcze, dłonie zaczynały trząść mu się w kieszeniach i nie była to wina chłodnej pogody, bo tego dnia świeciło słońce.
Mężczyzna jednak zjawił się szybciej, niż Lucien myślał. Może to i dobrze? Oszczędził mu stresu i dzięki temu zapanował też nad drżeniem kończyn. Gdyby czekał, chociaż dziesięć minut dłużej to pewnie kolana by się pod nim ugięły i runąłby jak kłoda na ziemię.
— Powodzenia w prowadzeniu biznesu.
Spotkanie zakończyło się tak szybko, że Lucien trochę w to nie wierzył. Podpisał dwa papierki, mężczyzna nawet nie chciał od niego zbyt wysokiej zaliczki i to było tyle. Teraz zaczynał się bać, że padł ofiarą scamu i będzie musiał się z tego tłumaczyć Arnar.
Co, jeśli właśnie wziął na siebie kredyt na jakieś milion dolarów i o tym nie wie? Co, jeśli zniszczył sobie właśnie życie? Nie, to przecież niemożliwe, widział dokumenty tego faceta, zna jego dane i numer telefonu. Nie mógłby być oszustem…
Tego dnia też nie mógł spać. Następnego również. Martwił się tak bardzo, że jedzenie przestało przechodzić mu przez gardło.
— Wszystko okej?
Arnar zwróciło uwagę na nietknięty przez Luciena makaron.
— Pewnie — odpowiedział beznamiętnie.
Nic nie było okej. Lucien był cholernie daleko od „okej”.
— Ostatnio jesteś jakiś taki… blady.
— Co? Wyglądam brzydko?
— Nie! — Arnar się poderwało. Trącił przy okazji szklankę z wodą, zalewając przy tym połowę stołu i podłogę. — Chodzi mi o to, że jesteś jakiś inny! — krzyczał, starając się dobrze dobierać słowa.
— Boję się, że mnie oszukali — wyrzucił z siebie pierwsze słowa. Ciężko przeszło mu to przez usta, ale jak już miał to powiedzieć, to wolał teraz.
— Kto? Przecież nauczyłom cię jak rozpoznać oszusta, pamiętasz? Razem przestudiowaliśmy jakieś 6967 sztuczek oszustów!
— Chodzi o to… — Lucien zignorował wzmiankę o 6967 sztuczkach oszustów, bo było tych sztuczek zdecydowanie mniej — że chyba znalazłem pracę, ale to taka praca, w której jakby… jest się szefem i pracownikiem jednocześnie.
— Zostałeś od razu szefem?
— Wynająłem sobie miejsce pod sklep z winami i…
— CO?! TO ŚWIETNIE!
Entuzjazm Arnar dalej nie przestał zaskakiwać Luciena. Kiedy on niemal umierał ze stresu, Arnar było totalnym przeciwieństwem.
— Boję się, że mnie ten koleś mógł oszukać. W sensie… pewnie tak nie było i w sumie nie wiem, o co się martwię…
Opowiedział dokładnie partnerowi, jak wyglądało ich spotkanie. Opisywał wygląd kartek, które podpisał (starał się zapamiętać najważniejsze paragrafy), a nawet podał aparycję mężczyzny, z którym to załatwiał. Arnar po wysłuchaniu tej opowieści krótko się zaśmiało.
— Nie był to oszust.
— Skąd wiesz?
— Bo gdyby to był oszust, to prosiłby o twoje dane konta bankowego albo chciałby więcej gotówki i nie dałby ci klucza do tego budynku.
Racja. Arnar miało rację.
— Och… tak, zapomniałem, że dał mi klucz.
— No właśnie! Wszystko jest jakby okej!
 
Następnego dnia poszli razem do miejsca, w którym niedługo powstanie piękny sklep winny LUCEVINE. Nikt nie wymienił zamków (o to Lucien też się bał) i nikt nie czekał na nich z siekierą (o to bał się jeszcze bardziej). Oznaczało to jedno — Lucien przestanie niedługo być bezrobotny. Wystarczy jeszcze trochę urządzić pomieszczenie i przynieść całą skrzynię wina, i można będzie otwierać!

────
[868 słów: Lucien otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Izana CD Cherry — „Kurs klękania przed pretorem”

Poprzednie opowiadanie

Izan chciał uciec, ale przez krzyki kobiety trochę go zmroziło. Trochę bardzo. Nigdy nie lubił gadać z kobietami, a już szczególnie z takimi, które się zdenerwowały i podnosiły głos. Z chłopami za to radził sobie w inny sposób — zazwyczaj używał do tego siły — i nigdy nie pozwalał po sobie deptać.
Izanowi wydawało się, że Cherry cała drży z nerwów. Był zbyt przerażony, żeby od niej uciec. Co, jeśli wstąpi w nią jakiś potwór i go rozszarpie w drzwiach?
— Zaraz się tym zajmę — wybąkał pod nosem, jak dzieciak, który przyznawał się do swojej winy dyrektorce na dywaniku. — Nie martw się.
Cherry jednak nie chciała puszczać Izana wolno — skąd pewność, że rzeczywiście się tym zajmie i naprawi to, co zniszczył? Takim jak on nie można było ufać, więc bardzo szybko podeszła do wystraszonego jak osaczane przez drapieżnika zwierzę Izana i uniosła podbródek, by zastraszyć ambasadora Marsa jeszcze bardziej. Izan spiął ramiona, od razu przyjmując pozycję obronną.
— Posłuchaj mnie, ptasi móżdżku — nie użyła nawet wygórowanych, obraźliwych słów, a Izan i tak opuścił zawstydzony głowę — nie puszczę cię samego. Nie ma nawet takiej mowy.
Izan pokiwał głową. Cherry pewnie się nie spodziewała, że Izan okaże się takim uległym przegrywem.
— Pójdziemy tam razem. Na moich oczach będziesz zrywać te plakaty.
— Dobrze. — Brakowało jeszcze, żeby dodał na koniec „proszę pani”.
 
Cherry nie odezwała się do Izana ani słowem, kiedy szli w stronę Nowego Rzymu. Ambasador Marsa dziękował w duchu, że nie musi z nią rozmawiać — uważał kobietę za naprawdę przerażającą.
Przed samym wejściem do miasta Cherry wskazała Izanowi słup, na którym wisiał jeden z brokatowych plakatów. Vergil wyglądał jak bardzo brzydki patyczak (mężczyzna nie dość, że był przegrywem, to jeszcze nie potrafił narysować kółka i prostych linii) i raczej nie dałoby się go rozpoznać, gdyby nie dorysowana korona oraz pretorska peleryna.
— Ściągaj to — poleciła Cherry, a Izan posłusznie podszedł do słupa i oderwał kawałek papieru. Nie był nawet taki mądry, żeby włożyć plakat w plastikową koszulkę.
Mężczyzna podał Cherry swoje naprawdę brzydkie dzieło, a ta od razu, jak wzięła w swoje ręce plakat, podarła go. Strzępki kartki stworzyły wokół kobiety okrąg.
— Gdzieś jeszcze tutaj coś powiesiłeś?
— Tylko ten jeden. — Uśmiechnął się niezręcznie. Nie skłamał. Nie mógłby przed nią.
Cherry chwilę mierzyła mężczyznę wzrokiem, aż w końcu się poddała i pociągnęła go za sobą. Izan, jak się okazało, obwiesił plakatami cały Nowy Rzym; a mówiąc cały, chodzi nawet o najdalsze zakątki, w które zapuszczają się tylko nieliczni.
— Nie mogłeś zrobić czegoś ładniejszego? — naśmiewała się Cherry, kiedy Izan ściągał kolejny plakat zawieszony na ścianie budynku. Kobieta trzymała w rękach jeszcze dwa takie twory. Każdy kolejny był brzydszy od poprzedniego. Izan nawet nie umiał odtworzyć tak prostego rysunku więcej niż trzy razy.
— To plakat… on miał… tak jakby… — zająknął się, nie wiedząc, czy jak wytłumaczy Cherry swój zamysł, to czy nie zarobi kopa w jaja. — Ośmieszyć Vergila miał.
— Domyślam się.
— Tak, ha-ha — zaśmiał się niezręcznie. Czuł, jak pierwsze kropelki potu zaczynają oblepiać mu plecy i klatkę piersiową.
— Idziemy dalej.
Pierwsza poszła dalej, a Izan podbiegł do niej niczym wierny pies. Brakowało mu tylko obroży i przyczepionej do niej smyczy.
Przy jednym ze sklepików — a raczej małego rozstawionego stoiska z owocami — sprzedawca przyglądał się właśnie rysunkowi, który wcześniej zawiesił tam Izan.
— Niech pan tego nie czyta. — Cherry zasłoniła mężczyźnie kartkę swoją dłonią. — Jakiś czubek chodził i to przyczepiał.
— Tak, wiem nawet który. — Podrapał się po głowie, próbując sobie przypomnieć. — Chodził tutaj taki jeden. Strasznie od niego śmierdziało potem.
Izan stał za nimi i to wszystko słyszał. Na samą wzmiankę o tym, że śmierdziało od niego, potem gdy rozwieszał plakaty, musiał powąchać się pod pachami. Rzeczywiście. Śmierdział.
— Chodź tutaj.
Cherry wołała Izana jak swojego podwładnego, a Izan tak też się zachowywał. Podszedł do kobiety od razu. Normalnie pewnie by zignorował taki ton i dalej wąchał swoją spoconą, śmierdzącą koszulkę.
— Zabierz to — rozkazała, a Izan bez sprzeciwu zabrał się do ściągania kartki.
Sprzedawca odsunął się na bezpieczną odległość, zapewne czując nieprzyjemny zapach od Izana. Nie ma nic gorszego, niż zapach potu. Szczególnie wtedy, kiedy było ciepło.
Izan miał już podać Cherry zdjęty plakat, kiedy uprzedził go ktoś inny. Vergil. Musiał zbierać te kartki w pobliżu. Wyrwał amabsadorowi Marsa rysunek i dokładnie mu się przyjrzał (jakby nie widział ich wcześniej), po czym spojrzał na Cherry.
— Co tutaj robisz?
— Nie widzisz? Ten przygłup rozwieszał te plakaty, to teraz będzie je ściągał.
Vergil uniósł brwi. Izan od razu spróbował przybrać groźną postawę ciała, ale obecność Cherry trochę mu to uniemożliwiała. Kobieta działała na niego w jakiś… niezbadany dotąd sposób. Może to przez to, że z kobietami nie rozmawia? Zawsze, jak jakąś widział, to uciekał.
— Jest gorzej, Cherry. — Obejrzał się za siebie. — Jakieś dzieciaki też je zaczęły zbierać.
— To źle? — zdziwiła się. — Chyba dobrze, że ściągają to badziewie.
Vergil pokręcił głową. Przestał zwracać uwagę na Izana, co trochę zabolało mężczyznę. Zawsze spierał się z — niestety — bratem, a teraz Vergil nie poświęcił mu chwili. Nie powiedział niczego obraźliwego, nie wyciągnął z kieszeni swojej obrzydliwej fasolki. Nawet na niego nie patrzył! Izan nie mógł tego przeżyć.
— Te dzieci chcą urządzić jakąś krucjatę na mnie.
— W końcu! — zarechotał Izan. — Wiedziałem, że mnie ktoś posłucha!
Wystarczyło jedno groźne spojrzenie Cherry, by się uspokoił. Nieznośny uśmieszek natychmiast zszedł mu z twarzy.
— Zaczęły się zbierać. Wiesz, jak wyglądają protesty, prawda?
Cherry się zmartwiła. Dlaczego banda dzieciaków obrała sobie Vergila za cel? Plakat był tak okropnie wykonany, że nie powinien przekonać nawet mrówki.
— Widziałem, że rozdają sobie drewniane miecze.
— Co można ci zrobić drewnianym mieczem? — prychnął Izan. — Jak chcą protestu, to powinni mieć prawdziwe miecze i pochodnie, żeby na końcu cię spalić. Jak palili kiedyś wiedźmy.
— Prawdziwa broń jest zakaza…
— Nie powinna być! — wrzasnął. — Dlatego właśnie jesteś beznadziejnym pretorem! Powinieneś zmienić to głupie prawo!
Cherry zacisnęła rękę na nadgarstku Izana. Bardzo nie chciała go dotykać, ale miała wrażenie, że nic innego nie zamknie mężczyźnie mordy.
— P-przepraszam…
— Przepraszam, co?
— P-proszę pa-pani… — wydukał Izan.
— I? — naciskała dalej Cherry.
— Przepraszam… Vergil….p-pretorze mój najlepszy. — Wbił wzrok w podłogę, nie mogąc patrzeć w takiej chwili pretorowi prosto w oczy. Już i tak został poniżony.

997 ten numer to kłopoty
────
[997 słów: Izan otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

sobota, 11 kwietnia 2026

Od Dicka CD Edel — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Promienie słońca, łaskawie głaszczące jego obolałe ciało, nie zdołały go jednak wysuszyć podczas krótkiego spaceru, który właśnie skończył się sturlaniem z górki. Do mokrego Dicka przykleiło się wszystko, co napotkał — trawa, ziemia, żwir, drobne kamienie (większe po prostu wywoływały głośniejsze okrzyki bólu), śmieci, pióra… Droga w dół zakończyła się hucznym (tak można by określić dźwięk, który wydał syn Fortuny przy uderzeniu w płot) akcentem, a potem zapadła cisza. Przynajmniej dla Dicka, którego chwilowo ogłuszyło. Pod jego powieki wdzierały się czerwone plamy, a potem nagle niewyraźne elementy otoczenia zaczęły być rozpoznawalne - rżenie koni, smród koni, a także ich ciekawe pyski. Dicka otrzeźwiły szczególnie widoczne od spodu wyglądające z otwartych pysków zęby, z podobnymi miał nieprzyjemne zajście jakiś czas temu, i wstydliwą bliznę na pośladku.
— Mmmhfmm — wykrztusił z siebie, kiedy w końcu mógł nabrać powietrza w płuca.
— W końcu — powiedziała pochylona nad nim Edel, a z jej głosu słychać było ulgę i irytację, którą ukrywała chyba głównie sama przed sobą.
— Uszkodziłeś sobie coś? Możesz wstać? — rzuciła, a potem zaraz zmieniła zdanie. — Nie, może lepiej się nie ruszaj…
Ale Dick już odsunął się spod płotu, kiedy jeden z koni na niego napluł. Choć każdemu ruchowi towarzyszył grymas, dzielnie chwycił się sztachety (była poluzowana) (chwycił się zaraz następnej) i na drżących nogach, zaraz podparty przez Edel w końcu wstał.
— No to teraz do ambulatorium — zarządziła, a Dick syknął, kiedy ta przypadkowo ścisnęła jego bardziej posiniaczoną rękę.
Nie był w stanie określić, czy to Edel tak mocno go ściskała, czy był tak bardzo obolały, ale nie narzekał zbytnio. Po brodzie ciekła mu strużka krwi, zmieszała się z ziemią i kurzem, ale na szczęście zębów miał mniej więcej tyle samo co dziś rano. Po prostu rozciął sobie wargę w trzech miejscach. Nic specjalnego. Bardziej zirytowany był przygryzionym językiem, który spuchł i wypełniał mu usta. Chciał powiedzieć „Właściwie teraz trudno mi odróżnić, co mnie bardziej boli — głowa czy reszta ciała”, ale wyszło z tego „Mmmmghbhgbbmmfbm”. Fortuno, kurwa, na domiar złego teraz stracił mowę! Jak miał powiedzieć Edel, że musi jeszcze skoczyć do toalety, i że cholernie chce mu się pić - mimo, że jeszcze był trochę wilgotny, dzień był upalny. Na domiar złego szli do ambulatorium najszybszą drogą — z małą ilością ocienionych miejsc. Niestety z szerokimi kamieniami, na których kuśtykającemu Dickowi łatwo omskiwała się noga. Brudna koszulka przylegała mu do ciała i w miarę zasychania coraz bardziej swędziała, ale w trampkach nadal chlupotało trochę wody, która wypływając małymi strużkami czyniła każde potknięcie bardziej możliwym.


Edel?
────
[406 słów: Dick otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

Przytaknął. Dopiero po chwili zorientował się, co usłyszał.
— To Nowy Jork nie jest jakoś mega wielki? — zapytał ze zdziwieniem widząc, jak Sony nadal siedzi z wielkim bananem na twarzy.
— No, trochę jest — wzruszyła ramionami. — Ale są większe miasta.
— I wy macie jakieś stałe miejsce spotkań? — dopytywał, coraz bardziej zaniepokojony. — W sensie, z tym księdzem.
— Nie — wyszczerzyła się. — Dlaczego?
— Fajnie — uśmiechnął się niepewnie, zastanawiając nad słusznością swoich wyborów. Nie tylko dzisiejszych. Uznał tą sytuację za idealny moment na przemyślenie całego swojego życia. Doszedł jednak do tygodnia wstecz, kiedy jego myśli zawędrowały po raz kolejny do geografii Stanów Zjednoczonych. — Ej.
— Hm?
— Bo ty mu powiedziałaś, że spotkamy się gdzieś w Nowym Jorku, nie?
— No, tak. I co? Znajdziemy się, nie pierwszy raz—
— Dobra, wiem — przerwał. — A my teraz gdzie jesteśmy?
Sony wyjrzała za okno, a Mikołaj razem z nią.
— Jeszcze na Long Island — stwierdziła.
— A Long Island nie jest w Nowym Jorku?
Mikołaj zadając to pytanie czuł się tak, jakby zamienił się miejscami z tymi Amerykanami, którzy myślą, że Europa jest w Rosji, a Francja nie istnieje. Chociaż to drugie byłoby akurat całkiem fajną opcją. Trybiki w głowie Sony również musiały działać, bo nawet ona po raz kolejny została uciszona głupim pytaniem chłopaka.
— No, jest. I co?
— To skąd wiesz, że ten Alan, czy jak mu tam było—
— Adam.
— Nieważne. Jak chcesz to ogarnąć w Nowym Jorku, jak jesteśmy w Nowym Jorku?
— To inny Nowy Jork.
— Są dwa Nowe Jorki? — zdziwił się Mikołaj. Wrócił do kwestionowania życiowych decyzji — tym razem padło na wybór rozszerzenia z geografii w liceum. Co prawda wytrwał na nim tylko pierwszą klasę, ale i tak chyba wypadało, żeby znał podstawy podziału politycznego. O politycznym podziale Stanów Zjednoczonych nie miał zielonego pojęcia, ale za to wiedział, że w tej chwili pod nimi znajdują się gleby brunatne, a patrząc za okno mogą podziwiać piękne cumulusy. I że prąd morski między Australią a Peru zmienia kierunek w Boże Narodzenie, co zdecydowanie ma wpływ na otwarcie sklepów rybnych w Rosji.
— No, Nowy Jork jest w Nowym Jorku. To tak jak Ameryka jest w Ameryce. Proste, nie?
— Zajebiście proste — podsumował Mikołaj. — A ta Minnesota też jest w Minnesocie? — zaśmiał się, ciągnąc temat już trochę na siłę.
— Co? — zdziwiła się Sony. — Nie, nie! W Minnesocie nie ma Minnesoty… chyba. Znaczy, Minnesota jest Minnesotą. — Ale chyba jest jedna.
— Dobra, nieważne — zrezygnował. Chciał obrócić brak własnej wiedzy w żart, ale brakło mu pomysłu na ciągnięcie go. — Kiedy wysiadamy?
— Za chwilę. Koło takiego czerwonego budynku — ponownie wyjrzała za okno, próbując zorientować się w terenie. — Albo to był następny? Nie, wiem! Za mostem. Z pociągu będzie koło budynku. Ale to w sumie zobaczymy.
— Za mostem, okej… — powiedział bardziej do siebie, niż do towarzysza.
Wytrzymali minutę w ciszy, która ewidentnie im przeszkadzała. Wyglądali jak dwójka pierwszoklasistów, która nie jest w stanie wytrzymać czterdziestu minut w szkolnej ławce i nieustannie musi się wiercić, stukać palcami i machać nogami. Sony otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale w dokładnie tym samym czasie zrobił to Mikołaj.
— Ej—
— Ej, a tak w sumie, to jak ty masz na imię? Jak już mówiłaś, to wybacz, musiałem nie wyłapać.
— So— wysiadamy! — Sony zorientowała się, że przegapiła charakterystyczny punkt za oknem i autobus właśnie zatrzymywał się na ich przystanku. Czym prędzej wstała z miejsca i ponagliła Mikołaja. — Szybko!
Ściśnięty tłum w autobusie utrudniał pasażerom przedostanie się z jednej części pojazdu, na tą drugą. Na szczęście nastolatkom w ostatniej chwili udało się przedostać do drzwi, wysiąść na przystanek i, miejmy nadzieję, niczego nie zapomnieć. Sony poprawiła ułożenie kabla, który najwidoczniej musiał się zruszyć i mocniej ścisnęła urządzenie w dłoni. Mikołaj zawiesił wzrok na odjeżdżającym autobusie, a gdy ten zniknął, rozejrzał się dookoła.
— Ale tu syf — zaśmiał się.
— Na peronie będzie gorszy — wzruszyła ramionami Sony, ruszając przed siebie.
— Czyli nazywasz się "Wysiadamy Szybko"? — zażartował Mikołaj, dotrzymując jej kroku.
— Co? — zdezorientowana twarz Sony odwróciła się w jego stronę, wyraźnie analizując słowa chłopaka. — Nie, skąd ten pomysł? — uśmiechnęła się niepewnie.
— Nie ważne, zapomnij — zaśmiał się niepewnie, odwracając wzrok. — To miał być żart. Bo wiesz, powiedziałaś…
— A! Okej! — przerwała mu, a ogromny uśmiech wrócił na jej twarz. — Jestem Sony!
— Zapamiętam — zapewnił. Nie wiedział, co jeszcze dopowiedzieć. Chciał dodać coś w stylu "miło poznać", ale przecież poznali się kilka godzin temu. To nie miałoby sensu. — Jak to się pisze?
— S-o-n-y, jak to studio od Spidermana, czy czegoś tam — powtórzyła słowa z wcześniej. — Cztery literki.
— Nie oglądałem Spidermana — stwierdził Mikołaj, próbując mimo wszystko sobie przypomnieć. — A to nie był Marvel?
— Marvel? Hm, może. Ale to nie brzmi jak Sony — odpowiedziała wesołym tonem. — Jeszcze były jakieś Łowczynie Kpopowych Demonów…
Mikołaj nadal próbował przypomnieć sobie, z czym skojarzyć imię Sony. W jego oczy rzucił się pokiereszowany szkicownik, wystający z niedopiętego plecaka zielonowłosego. Oświeciło go.
— Wiem! — krzyknął, po sekundzie orientując się, że są w miejscu publicznym. Ściszył głos. — Była taka aplikacja do rysowania od firmy sony! Sony Sketch, czy jakoś tak. Dobrze kojarzę?
— Eee chyba?
W tym czasie dotarli na peron kolejowy, który okazał się być całkiem blisko. Weszli na platformę, a Mikołaj po raz kolejny zaczął rozglądać się po otoczeniu.
— Widzisz? Mówiłam, że syf — Sony skomentowała wygląd peronu i podeszła do rozkładu. — To teraz musimy znaleźć… okej… i pojedziemy tam… — mówiła do samej siebie, pod nosem.
— A nie możemy po prostu pojechać pociągiem stąd do Minnesoty? — zapytał Mikołaj, szukając takiego połączenia. Sony spojrzała na niego zdziwiona.
— Możemy, ale po co sobie utrudniać?


Sony?
────
[889 słów: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 9 kwietnia 2026

Od Edel CD Dicka — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Edel powtarza sobie, że jest osobą cierpliwą i wyrozumiałą. Udowodniła sobie to już tyle razy, że gdyby pisała CV, to nawet nie zastanawiałaby się, jak może się w nim przedstawić. Dlatego, bardzo cierpliwie, targa legionistę za szmaty, żeby bezpiecznie wyprowadzić go POZA wodę. Jest jednak zbyt miła, żeby kogoś dosłownie ciągnąć za mokre ubrania. Wykazuje się kolejną szczyptą wyrozumiałości i wyprowadza go na brzeg, trzymając go w pasie na wzór przeprowadzania przez jezdnię staruszki, tuż po tym, jak majestatycznie, wręcz na wzór starego, pierdolniętego przez piorun dębu, opadł na dno. Nie chcąc ryzykować, Edel chwilę później wpycha sobie kurczaka pod pachę, wynosi go z rzeki i ze stoickim spokojem ignoruje świeże zadrapania na rękach, zakażone każdym istniejącym rodzajem gronkowca, który akurat postanowił spędzić swój długo wyczekiwany urlop w Małym Tybrze.
Kurczak jest bezpieczny. Legionista raczej też. Edel siada obok niego na trawie, wreszcie puszczając niezdrowego na umyśle Nuggetsa, który zaraz postanawia uciec na drugi koniec Ameryki (centurionka ma szczerą nadzieję, że jednak tego planu nie zrealizuje). Dziewczyna na szybko ocenia stan wiercącego się na trawie nastolatka (dziesięć razy zatrzymywała go przed natychmiastowym pobiegnięciem za swoim zwierzakiem), co teoretycznie powinna była zrobić przed transportem kurczaka, ale zbyt skupiła się na punkcie pierwszym każdego poradnika pierwszej pomocy: zadbaniu o bezpieczeństwo na miejscu zdarzenia. Topiący się drób zdecydowanie przyczyniłby się do naruszenia wszelkich zasad BHP, jakich nie uczono ich na żadnym szkoleniu dla centurionów, bo nikt nie wpadłby na to, że gdziekolwiek, kiedykolwiek i komukolwiek w ratowaniu czyjegoś życia przeszkodziłby topiący się drób, a nie, dla przykładu, ogromna latająca świnia.
– AŁA!!! – Donośny krzyk jest pierwszym, co wypływa z ust chłopaka, oczywiście nie licząc bezowocnych próśb o puszczenie go na pogoń za kurczakiem. Zszokowana Edel cofa dłoń tuż po tym, jak najdelikatniej na świecie, odgarnęła mu włosy z czoła i spróbowała ocenić, czy przyda się tu plaster, czy raczej trzeba będzie załatwić mu gips.
– Gdzie cię boli? – odzywa się u niej ta mechaniczna reakcja wychowawcy obozowego. Równie automatycznie poklepuje legionistę po plecach, gdy ten nagle krztusi się bogowie wiedzą czym. Może własną śliną.
– Głowa. – Jakby na dowód swojego cierpienia, chłopak przykłada dłonie do skroni i niemiłosiernie się krzywi. Edel wzdycha, bo szybko dochodzi do wniosku, że jest zmuszona wyciągnąć ciężkie działa centuriońskiej mocy.
– To idziemy do ambulatorium – decyduje i od razu wstaje, a jej ruchom akompaniują pełne przerażenia krzyki legionisty. – Uderzyłeś się w głowę, jeszcze masz jakieś wstrząśnienie mózgu. Jestem prawie pewna, że na moment zemdlałeś – wyjaśnia i miała zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale jej własne myśli jej przerywają. Przypomina sobie o porzuconym gdzieś na trawie notatniku, najważniejszym przedmiocie w jej życiu. Oraz o paru innych swoich atrybutach, które również rzuciła gdzieś obok koszyka z jedzeniem opanowanym przez inwazję mrówek. Rozproszona, zacina się, a ten moment krótkiego zawahania zostaje szybko wykorzystany przez rannego.
– Ja naprawdę nie muszę iść do żadnego ambulatorium! – upiera się chłopak, ale Edel w te słowa nie wierzy.
– Chyba cię zmartwię, ale rozbiłeś sobie czoło.
– Nie pierwszy raz! – hardo odpowiada legionista, próbując nonszalancko odgarnąć mokre włosy z oczu. Prawie wybija sobie przy tym oko i pewnie nawet bogowie nie wiedzą, jak mogło do tego dojść. – Możesz mi sprawdzić oczy. Jak jest wstrząśnienie mózgu, to było coś ze źrenicami… Nie pamiętam tylko, co.
– Mam ci tak poświecić latarką prosto w oczy? – pyta Edel, dokładnie tak, jak rodzice pytają: „A jak Antek wskoczy do studni, to też za nim wskoczysz?”.
– Tak – odpowiada chłopiec, całkowicie poważnie.
– Nie. Nie mam latarki.
Nadzieja w bardzo widoczny sposób ucieka z oczu legionisty.

Człapią w kierunku Obozu, trzymając się na tyle daleko brzegu rzeki, żeby na pewno nikt już sobie tam nie popływał. Za nimi ciągnie się mokry ślad, woda wciąż kapie im z ubrań i włosów, wylewa się z butów. Każdemu krokowi towarzyszy chlupotanie i Edel już nie wie, czy po prostu przestała czuć wodę w swoich glanach, czy jakimś cudem zalało jej czaszkę od środka.
– Jak masz na imię? – pyta dziewczyna, przerywając niezręczną ciszę. Prawie dotarli już do stajni. Jest progres.
– Dick, a ty? – Na moment podnosi wzrok ze swoich butów, co Edel odczytywała jako rodzaj ukazywania swojego speszenia albo urazy, bo jednak centurionka prowadzi go gdzieś, gdzie nie chce być. Jednak zaraz przekonuje się, że to raczej sposób, dzięki któremu Dick jest w stanie utrzymać minimalne bezpieczeństwo podczas zwykłego spaceru.
Żadne z nich nie wie, na czym się poślizgnął. Ani czemu pomachał rękoma tak gwałtownie, że uderzył Edel prosto w splot słoneczny. Dziewczyna zajęta jest łapaniem się za brzuch i próbą złapania oddechu, podczas gdy Dick po prostu… nie dość, że się przewraca, to jeszcze postanawia stoczyć się z górki. Brakuje nagle zlatującego z nieba pianina, żeby dopełnić scenerii.
Chłopiec toczy się prosto pod ogrodzenie stajni i wygląda na to, że nie ma najmniejszego zamiaru się zatrzymywać.


Dick?
────
[782 słowa: Edel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]