piątek, 31 lipca 2026

Od Luciena CD Arnar i Dahlii — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

ZIMA, rok temu

Poprzednie opowiadanie

Lucien w ostatnim momencie próbował chwycić Khai za skrawek materiału jej koszulki, ale dziewczyna wyślizgnęła mu się i poleciała razem z czerwonym dywanem prosto w paszczę… potwora? Syn Dionizosa patrzył jak ich nowa koleżanka koziołkuje, przewraca się i uderza o poszczególne elementy wystroju holu, a później z krzykiem znika.
Lucien w milczeniu spojrzał na Arnar, a Arnar odwzajemnił od razu ten sam, skonfudowany wyraz twarzy. W całej ich karierze półboskiej nie wydarzyło im się coś podobnego — żeby dywan, albo hotel, zjadł innego półboga.
— Co z nią? — Lucien zapytał bardziej siebie samego, niż Arnar. Podświadomie znał odpowiedź na to pytanie, ale wolał, żeby odpowiedział mu na to ktoś inny. Albo żeby najlepiej nikt nie odpowiadał, tak, by mógł żyć w jakiejś deluzji.
— Nie zawracajmy sobie teraz tym głowy. — Arnar trochę nerwowo, jak na siebie, się uśmiechnęło. — Może teraz uda nam się wyjść? Może w taki sposób ten hotel został właśnie… no, wiesz… jak to się mówi…
— Udomowiony? Udobruchany?
— No, coś takiego. — Kiwnęło zgodnie głową. — Nieważne, chodźmy stąd!
Arnar szeptało jeszcze do siebie coś o rżeniu koni, o samych koniach mówiąc szczerze, i o tym jak bardzo nienawidzi hotelów. Wyjść udało im się zadziwiająco prosto i Lucien przez dłuższy czas wątpił w ich powodzenie; bo jak to przez dwie godziny (albo dłużej?) biegali po hotelu, nie mogąc z niego wyjść, a kiedy potwór, odpowiedzialny za to wszystko się najadł, wypuścił ich nie zważając już na nic?
Lucien zatrzymał się przed wejściem i obejrzał na drzwi wyjściowe. Nic nie wskazywało na to, żeby znowu trafili do labiryntu stworzonego przez potwora. Ani żeby doświadczali omamów wzrokowych.
Arnar z zadowoleniem stanął obok Luciena i się wyprostował jak struna. Dumnie wypiął pierś do przodu, a ręce podparł na biodrach.
— Widzisz? Mówiłem, że się uda. — Zadarł podbródek, uśmiechając się, jak skończony kretyn.
Lucien uniósł kącik ust do góry. Wciąż był przerażony, oczy piekły go niesamowicie, ale myśl, że udało im się wydostać go nijako pocieszała. Jeśli tylko nie przypomni sobie Khai, to będzie dobrze. Będzie dobre.
Znów zakręciło mu się w głowie. Podparł się o Arnar i nachylił do przodu, by pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, zwiastującego ewentualne omdlenie. Gdyby teraz poleciał plackiem na ziemię, to byłoby to co najmniej żenujące.
— Widzieliście moją wiadomość?
Dahlia pojawiła się znikąd. Kiedy Lucien otworzył oczy, zobaczył przed swoją twarzą jej długie nogi. Nie miał nawet siły, żeby podnieść głowę i spojrzeć na twarz przyjaciółki.
— Oczywiście! — odpowiedział z dumą Arnar. — Dzięki temu udało nam się udomowić ten hotel! Wystarczyło go nakarmić.
— Nakarmić? — zdziwiła się Dahlia. — Czym?
— No… jakby to powiedzieć — zaciął się. Lucien dalej opierał się o jego nogi. — Jedzeniem.
Dahlia milczała. Lucienowi w tym momencie zebrało się na wymioty.
— A co było tym jedzeniem? — dopytywała dalej.
Arnar zacisnęło usta. Nie chciał odpowiadać na to pytanie, bo czemu miałby opowiadać o tragicznej śmierci ich nowej koleżanki Khai, na którą przyjaciele wołają Khai i której rozwiązały się sznurówki w najbardziej kluczowym momencie ucieczki?
W tym momencie przez okno wyleciał najpierw jeden, a później drugi but. Rzeczy Khai. Skarpetek już brakowało, więc najwidoczniej były smaczniejsze od obuwia.
— Och. — Dahlia od razu zrozumiała, co było tym jedzeniem i chyba przestała chcieć się dopytywać bardziej. Zaakceptowała ten stan rzeczy bardziej niż roztrzęsiony Lucien, któremu hotel wyrzucił jednego buta pod jego nogi. I na którego musiał się patrzeć z rozpaczą.
Jeszcze chwilę wcześniej ten but pięknie wyglądał na nogach nowej koleżanki. Leżał pewnie idealnie i był bardzo wygodny, bo inaczej by tak szybko w nich nie biegała. Teraz but leżał pod jego nogami i całe szczęście, że nie był cały we krwi, bo inaczej zemdlałby już na sto procent i nie obudziłby się przez następne dwa dni.
— Możemy stąd już iść? — zapytał słabo, zaciskając palce na koszulce Arnar.
 
Z jakiegoś powodu trafili do restauracji w innym hotelu, która wyglądała jak rodem wyjęta z Kevina samego w Nowym Jorku. Lucien czuł się przytłoczony nagłą śmiercią Khai, a restauracyjne ostre oświetlenie, pozłacane ściany oraz sufity z diamentowymi abażurami przytłaczały go jeszcze bardziej. Czuł, że za chwilę wyjdzie z siebie, a był to pomysł nikogo innego, jak właśnie Arnar.
— Tutaj Kevin mieszkał.
— To nie ten hotel — odpowiedział słabo Lucien.
— Jak to? — Zdziwienie od razu namalowało się na twarzy Arnar. — Nawet choinkę postawili taką samą.
— Tak, bo mamy zimę i zaraz są święta… — westchnął. — Na dodatek jesteśmy w San Francisco, a nie w Nowym Jorku. Zapomniałeś o tym?
Arnar udawało, że nie słyszało tej odpowiedzi i dalej zachwycało się hotelem, do którego według niego trafił główny bohater kultowego filmu z lat dziewięćdziesiątych. Lucien natomiast z bolącą głową próbował przeżyć to gadanie, a siedząca obok Dahlia piła gorącą czekoladę. Jako jedyna z ich trójki zdecydowała się coś zamówić.
— Gdzie będziecie dzisiaj spać? — podjęła Dahlia. — Chyba nie w hotelu?
— Nie — od razu odpowiedział Lucien. Nie było nawet mowy, że tam wrócą. Szczególnie nie z Arnar, który obsesyjnie wszędzie widział konie i na dodatek słyszał ich rżenie.
— Możemy u ciebie? — wtrącił się Hermesiątko. — U ciebie na pewno nie ma koni!
Dahlia mogła się spodziewać takiego obrotu spraw. Mogła. Patrząc na to, z kim się zadawała i z kim się zaprzyjaźniła, to mogła się spodziewać dosłownie wszystkiego.
— To prawda. — Przytaknęła głową. — U mnie nie ma koni. Żywych.
— A to masz martwe? — przeraził się Arnar nie na żarty. — To chyba jeszcze gorzej. Lucien, co my zrobimy? Martwych koni też się boję.
— Może zaniesiemy je do tego potwora z hotelu, żeby się nimi najadł? — Wzruszył ramionami. Wciąż strasznie bolała go głowa. Próbował to ignorować, ale z każdym kolejnym słowem ból przybierał na sile. Dawno nie miał takiej migreny. — Zresztą co może ci zrobić martwy koń? Nawet nie będzie mógł rżeć, bo nie żyje.
— W sumie racja — przyznało Lucienowi rację.
— Wiecie, że nie o to mi chodziło? — Dahlia wtrąciła się po wypiciu czekolady. Cierpliwie czekała, aż przestaną gadać, ale skoro się tak nie stało, to musiała naprostować swoje słowa. — Mam na myśli na przykład koce albo poduszki. Może też jakieś obrazy, na których są konie. Nie o dosłownie martwe zwierzęta.
— A kabanosy jakie jesz?
— Nie wiem, z kurczaka?
— Okej. — Arnar na chwilę się uspokoiło. — To śpimy dzisiaj u ciebie.

dahlia???
────
[1001 słów: Lucien otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Kuźma zaczyna gubić się w tym całym chaosie. Jeszcze przed chwilą była pewna, że trumny NIE MA pod łóżkiem, tylko spokojnie leży wyciągnięta na podłodze baraku, gotowa na przykręcenie kółeczek. Oraz myślała, że makaron jest totalnie bezpieczny i nic nie zostanie przeżarte kwasem. Chyba się myliła. Prawdopodobnie za mało spała, nie wypiła niczego, co zawiera jakąkolwiek kofeinę i teraz to, co myśli zupełnie nie zgadza się z rzeczywistością i jakby chciała przejść się na spacer, to zostałaby stratowana przez słonia, uprzednio nie zauważywszy, że z prędkością sześćdziesięciu dziewięciu kilometrów na godzinę naciera prosto na nią.
Z przerażeniem rozgląda się, poszukując neonowej fioletowej mazi gdziekolwiek, gdzie jeszcze nie wyrządziła większych szkód.
Mazi nigdzie nie odnajduje. Ani makaronu. Ani w ogóle czegokolwiek. Jedynym, co przedziera się do jej mózgu, krzycząc „KURWA ZARAZ UMRZEMY” jest niewytłumaczalnie nieprzyjemny zapach, który równocześnie jest, z jakiegoś powodu, kompletnie dla niej nieidentyfikowalny. Nie jest to klasyczny swąd spalenizny, który zazwyczaj unosi się w tym baraku choćby jako cień jednego z eksperymentów Ricky'ego. Nie jest to też zapach chemikaliów, który zazwyczaj otacza Ricky'ego jak jakieś drogie i bardzo wytrzymałe perfumy (prawdopodobnie wszystkie jego ubrania są przesiąknięte całym układem okresowym oraz wieloma niemieckimi specyfikami, które miały w pokrętny sposób doczyścić szczególnie niezmywalne plamy, a jedyne, co zrobiły, to dorobiły kolejnych dziur w najbardziej odświętnej i najbardziej białej koszuli Ricky'ego).
Kuźma, coraz bardziej zaniepokojona, zaczyna szukać dymu albo czegoś, co zwiastowałoby nadchodzący wybuch. Wszystkie dzieciaki Wulkana również zaczynają w panice obracać głowy, jako broń ściskając w spoconych dłoniach śrubokręty. Ricky wreszcie wysuwa swój wypięty kuper spod łóżka, gwałtownymi ruchami wycierając twarz z jakiegoś szarego pyłu… bardziej przypomina szarą ciecz nienewtonowską i wszystkie próby starcia tego czegoś z policzków chemika skutkują dokładnie niczym.
– Gdzie ty położyłeś ten makaron? – pyta Kuźma, nawet nie próbując podać chłopakowi chusteczki. Nie wie nawet, czy ma jakąś przy sobie.
– Makaron? A, makaron. Makaron, tak, makaron – bełkocze Ricky, nie mogąc otworzyć sklejonych powiek. – Położyłem go… Był wciąż na talerzu, w każdym razie. A to nie ty go gdzieś odkładałaś? Ale jeśli go odłożyłem, to do trumny. Ale nie ma go w trumnie. Czy jest? Jak jest to tam jest. Jak go nie ma, to nie wiem. Na podłodze gdzieś?
– CO MASZ NA MYŚLI MÓWIĄC ŻE NA PODŁODZE GDZIEŚ – wrzeszczy Alvin, a razem z nim wszyscy podskakują i przemieszczają się w inne miejsca, jakby ktoś właśnie wrzasnął: „PODŁOGA TO LAWA”, ale oni nie do końca znali zasady gry.
– Ale on tu przecież był! Na wierzchu! – krzyczy Ktoś (Kuźma nie ma zamiaru rozróżniać tych wszystkich nastolatków, z których każdy ma na sobie ubrania robocze w odcieniach szarości oraz jest ubrudzone smarem; ona nawet nie ma pewności, czy rozróżnia ich kolory włosów, wszystkie szare od pyłu).
– Gdzie niby? – rzeczowo pyta Ktoś Inny.
– No, tu gdzieś. – Ktoś macha ręką, prawdopodobnie gdzieś wskazując. Jednak nikt nie wie, gdzie.
– Zgubiliśmy makaron – oznajmia Ktoś Jeszcze Inny.
W czasie tej wymiany zdań Kuźma rozpoczyna swoje samotne, ciche poszukiwania. Wytęża wzrok, nie mając pojęcia, jakim cudem minęło już tyle czasu, że na zewnątrz zaczyna się ściemniać. Uważnie obserwuje podłogę, łóżko, szafki nocne. Robi małe kółeczko wokół torby z narzędziami Alvina. W połowie tego kółeczka załamuje ręce. Wzdycha głęboko. Rzuca okiem na przekrzykujące się Wulkaniątka i na Ricky'ego, który coś tam od siebie dodaje i w końcu może patrzeć na świat jednym okiem, cały umazany cieczą nienewtonowską. Naciągnąwszy rękawy bluzy na palce, Kuźma tryumfalnie, ale równocześnie ostrożnie (na wypadek, gdyby talerz okazał się jakoś tak w trzech czwartych przeżarty na wylot i rozpadłby się pod jej dotykiem), unosi makaron. Nie za wysoko, żeby nie spowodować zbyt dużych szkód, jakby jednak upadł.
– Jest – oznajmia, ale najwyraźniej za cicho, bo reszta na nią nawet nie patrzy. Przewraca oczami, bo to staje się coraz nudniejsze i zamiast po prostu podnieść głos, postanawia zrobić coś znacznie bardziej wyrafinowanego, co powinna zrobić już dużo wcześniej.
Większość osób w baraku się wzdryga, część obraca, żeby spojrzeć za siebie. Inni uśmiechają się niezręcznie, analizując miny wszystkich dookoła, żeby zorientować się, czy tylko oni nagle czują jakiś taki dziwny niepokój, czy tyczy się to wszystkich.
– Prosz – mówi Kuźma i ostentacyjnie kładzie makaron na szafce nocnej Ricky'ego, ledwo powstrzymując się od trzaśnięcia talerzem. – Dokręćcie w końcu te kółka.
Wszyscy patrzą na nią, jakby była czarnowłosą dziewczynką, która właśnie wyszła ze studni i z niebezpieczną prędkością zbliżała się do ekranu niedającego się wyłączyć telewizora. Alvin pokazuje jej kciuk w górę i w milczeniu wreszcie wyszarpuje tę zasraną trumnę spod łóżka, żeby w parę sekund przykręcić do niej trzy kółka i spakować śrubokręty do torby.
– To utrzyma jej ciężar? – pyta Kuźma, pochyliwszy się nad kółeczkami, które wcale nie wyglądają na szczególnie wytrzymałe.
– Ta – rzuca Alvin, który już zbiera się do wyjścia i nawet na nią nie patrzy. – Obliczyłem wszystko.
– Jak? Nie zmierzyłeś tej trumny ani nic.
– Jestem synem Wulkana – zwraca jej uwagę, a ona kiwa głową w stylu „aha, slay, wciąż nic nie rozumiem”.
Po czym cała ekipa Wulkaniątek opuszcza barak, parę z nich jeszcze odwraca głowy, żeby rzucić ostatnie spojrzenie Kuźmie, która nie potrafi ich w żaden sposób rozszyfrować. Przez chwilę siedzi na podłodze obok trumny w dziwnej ciszy, której, co jest szczególnie dziwne i niespotykane, nie przerywa Ricky. Dopiero po chwili podnosi się z ziemi.
– Dobra, Ricky, to te- Czy ty skleiłeś sobie usta.
– nnn
– Zaprowadzę cię do łazienki – proponuje, już totalnie pokonana. Może jedynym pozytywem tego dnia będzie to, że padnie na łóżko i od razu zaśnie, choćby to miało być tylko na dwie godziny.


Ricky?
────
[900 słów: Kuźma otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Oriany CD Kai — ,,My kink is karma"

Poprzednie opowiadanie 


Co ona tu, do cholery, w ogóle robi?
To nie jest miejsce dla niej.
Jej życie od zawsze było zlepkiem przypadków nasączonych chaosem. Nie powinno jej już dziwić, że ciągle pojawia się (wbrew własnej woli, bo jakżeby inaczej!) w miejscach, w których wcale nie chce być. Dziwiła się jednak swojemu brakowi asertywności i jakiejkolwiek silnej woli, temu, że zawsze idzie z tłumem. A nie bała się nawet tego, że ktoś ją oceni pod względem tego, jaka jest — już dawno z tego wyrosła. A przynajmniej tak myślała.
— Weź mi jakąś zerówkę — mruknęła pod nosem do Edgar. — My znajdziemy jakieś wolne miejsce. Chcesz coś, Kaya?
Chciała choćby na chwilę się od niejgo ulotnić i spędzić czas w towarzystwie Kai, dlatego pociągnęła ją za rękę w głąb lokalu. Nie oponowała Orianie, wręcz przeciwnie, bardzo chętnie oddaliła się od ich nieproszonego przyjaciela. Pierwszy raz od naprawdę dawna udało jej się wyciągnąć kobietę z domu, wyjść gdzieś na miasto, porozmawiać dłużej i treściwiej niż w pracy czy poprzez wiadomości (nawet, jeśli Oriana nie jest aż tak rozmowna, jak ona), a jedno, przypadkowe spotkanie to zepsuło — a tym samym i jej nastrój. Rzadko widziała Kayę zgorzkniałą, a tak mogła ją w tamtym momencie opisać, patrząc jedynie na ten wyraz twarzy, gdy patrzyła na brązowowłosego. Przez moment dopadło ją ukłucie poczucia winy, jednak stwierdziła, że nic na to nie poradzi, nawet jeśli przez to Kaya będzie na nią zła. A nie chciała jeno ot tak odprawiać, powiedzieć jenu, żeby się od nich odwaliło.
— Nienawidzę, gdy takie spotkania zawsze kończą się alkoholem — rzuciła, gdy usiadły razem na kanapie.
Cholera, wymyślił sobie karaoke! Czemu każdy, na kogo trafiała, okazywał się właśnie taki? Ludzie raczej przebywają z osobami, które są do nich podobne.
Kaya uniosła wzrok na Orianę, przybierając na twarzy wyraz spłoszonego jelątka.
— To czemu nie powiedziałaś? Mogłybyśmy…
Nie wiedząc czemu, przerwała, gdy wrócił do nich półbóg, a przez jej twarz przemknął cień. Gdyby się nad tym bardziej zastanowić, dość często przybierała podobną mimikę w towarzystwie mężczyzn czy męsko-podobnych osobników, jakby nie chciała mieć z nimi do czynienia. Przy nim nawet tego nie ukrywała. Edgar nie było głupie, więc nie mogło tego nie zauważyć. Położyło przed nimi napoje oraz naczosy z serowym sosem.
Ciągle gadał. Zagadywał Kayę, po której widać było, że odpowiada z niechęci, byleby mieć spokój. Koniec końców Oriana musiała przejąć inicjatywę, by uniknąć niezręczności, której naprawdę nienawidziła doświadczać. Wybierali razem piosenki, w czym okazali się wszyscy dość zgodni, ku uciesze córki Ateny i w końcu zniknęły między nimi bojowe nastroje. Zamiast tego, zaczęła się spinać przez ten rodzaj aktywności, który wymagał od niej jakiegokolwiek wysiłku i pokazania się. Zapewne spędzi kolejne pół roku, wychodząc z domu tylko i jedynie, aby pójść do pracy.
Absurd nad absurdem, naprawdę. Trójką półbogów, których losy jakimś cudem skrzyżowały się w samym, cholernym centrum Nowego Jorku. Brakowało tylko aby otrzymali od bogów jakąś tajemną, niebezpieczną misję — zapewne powinni robić coś tak poważnego, a nie robić z siebie idiotów w środku nocy. Zamiast tego, nie napominali ani słowem o swoich losach w Obozach, a ich rozmowa o wspólnym pochodzeniu zakończyła się na tym, że Kaya i Edgar pochwalili się swoimi wyrytymi na przedramieniu symbolami, którym Oriana nie miała okazji (możliwości) zostać uraczoną. Nigdy nie czuła szczególnego poczucia przywiązania do innych swojego pokroju tylko z tego powodu, że łączy ich bycie dzieckiem boga, który nie interesuje się losem swojego potomka. Nawet przeciwnie — chciała unikać ich za wszelką cenę, byleby ich rozmowy nigdy się nie tyczyły tego tematu, a zamiast tego, trafiła w środowisko, gdzie otacza się wieloma półbogami. Cóż, to nie oznaczało tak naprawdę, że o tym w ogóle myślała. Na co dzień nie miała styczności z wieloma potworami i żyła prawie-że jak zwykły śmiertelnik.
W swojej głowie dużo narzekała, ale okazało się, że nie jest tak źle, omijając nagłe humorki Kai. Może częściej potrzebowała odskoczni od codzienności. Może. Na ogół twierdziła, że musi po prostu zająć się czymś, by za dużo nie myśleć, a nie musiało to być nic ambitnego. Po prostu coś, co zajmie na tyle dużo czasu, by potem mogła przejmować się tylko tym, by iść wystarczająco wcześnie spać, czy ma nastawiony budzik i czy się nie spóźni do pracy.
— Do której możesz być? — wyszeptała jej do ucha.
— Nie mam limitu — Uśmiechnęła się miękko Oriana, nie orientując się nawet, która jest godzina — mogę jeszcze posiedzieć.
— Mh. — Zerknęła ukradkiem na ich towarzysza. — Myślę, że obie mamy pewien limit.
Po sekundzie parsknęła śmiechem. Edgar jakby wyczuło, że zastanawiają się, jak mogą się go pozbyć — zrozumiało niewymówione sugestie i samo stwierdziło, że musi iść jutro do pracy. Rozstali się na ulicy, półboże poszło w swoją stronę, a kobiety zostały same, otoczone głuchotą opustoszałej uliczki, wypełnionej tylko odgłosami dobiegającymi z barów. Minęło co najmniej kilka lat, odkąd znajdowała się w takim miejscu, o takiej porze. W miejscu, gdzie miasto powinno spać, ale wciąż krążą po nim zagubione dusze, jedne poszukujące adrenaliny, drugie przybite, szukające jakiejkolwiek rozrywki, a jeszcze inne, takie jak Oriana, nie wiedzące, co ze sobą zrobić, nie wiedzące, co do cholery robią w swoim życiu i tylko podążające za innymi.
Zasłoniła usta, gdy poczuła nagłą potrzebę, żeby ziewnąć, a Kaya spojrzała na nią i uśmiechnęła się lekko. Krótkie włosy od jakiegoś czasu próbowały uwolnić się z niechlujnie związanego koka, ale wciąż nie poprawiła fryzury.
— Chcesz iść do mnie?
— O? — Otworzyła szeroko oczy. — Uh, co, nie. Znaczy, no…
Ciepło przeszło po jej zmarzniętej twarzy. Odwróciła szybko wzrok, czując, że pewnie marszczy się na czole.
— Ja, myślałam, żeby raczej — zająknęła się, poprawiając ramiączko torby — przejść się, albo coś takiego. Jest ładna noc. Możemy z tego skorzystać, skoro tu jesteśmy. Sama mówiłaś, że rzadko gdzieś wychodzimy.
— Nie chce ci się spać?
— Niezbyt.
Kaya mruknęła pod nosem, ale tylko pokiwała bez słowa głową, złapała niedbale jasnowłosą za ramię i pociągnęła ją w kierunku ulicy, gdzie było już trochę więcej osób. W zimnym, dusznym i suchym powietrzu unosił się zapach papierosów. Oprószone kępkami śniegu chodniki odbijały światło lamp, przez co noc nie wydawała się aż tak ponura. Widziała, jak mijający ich faceci patrzą na nich zażartym wzrokiem, i mimowolnie szczelniej okryła się kurtką, ściskając bardziej półboginię. Przeszły dalej, zostawiając za sobą chmarę tych wszystkich ludzi, docierając do parku, ramię pod ramię, aż w Orianie już zagrzała się krew, ale i tak nie chciała jej puszczać — nawet bardziej się do niej przysunęła, aż mogła wyczuć pomarańczowy zapach odżywki do włosów.
Zatrzymały się w odosobnionym miejscu, przy niewielkiej fontannie. Oriana domyślała się, że za moment kobieta wciągnie ją do wody, ale zamiast tego, puściła jej ramię i usiadły razem na ławce.
— Nie podobało ci się?
— Nie było tak źle, jak myślałam, że będzie — odparła, na co Kaya zachichotała. — Chyba po prostu wolę spędzać czas tak, jak teraz.
— Tylko ze mną?
Zacisnęła zęby, słysząc, jak głos Kai zadrgał wraz z tym pytaniem. Nic nie powiedziała, a białowłosa położyła luźno dłoń na jej ręce. Miała ciepłą, miękką skórę, sprawiającą, że zimno wokół nie było aż tak uprzykrzające. Nie pamiętała, kiedy ostatnio były zupełnie, absolutnie same, bez żadnego zgiełku wokół. Świat nie istniał. Mogły towarzyszyć im tylko świetliki i przykryte przez miejskie oświetlenie gwiazdy, które nie naruszały ich spokoju. Oriana podziwiała porcelanową twarz Kai oraz jej delikatne rysy z kolei wpatrzoną przez siebie nieobecnym spojrzeniem, jakby myślami była w zupełnie innym świecie. Złote oczy błyszczały podobnie jak woda w fontannie.
— Masz trochę rozmazaną szminkę — rzuciła.
— He, serio? — Uniosła palce do ust, rozbudzona. — Gdzie?
Oriana potarła kącik warg Kai, po czym przysunęła się do niej i niespodziewanie, niezgrabnie pocałowała, przyciskając swe usta do jej ust przez parę sekund, które sprawiały wrażenie, jakby trwały jednocześnie za krótką chwilę, jak i nieskończoną wieczność. Gdy speszona się odsunęła, czuła mrowienie na opustoszałej skórze. Nogi miała jak z waty, jakby chciały stąd zniknąć, a na sercu było jej ciężko, jakby chciały tu zostać, nie puszczając jej w ucieczkę. Nie spojrzała po tym na twarz Kai, unikając tej niezręcznej konfrontacji, jakiej się spodziewała, zabrała dłoń, a uciążliwie długa cisza zaczęła ją boleć w uszy.

Kaya?
────
[1316  słów: Oriana otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

środa, 29 lipca 2026

Od Chaita CD Dahlii — „Haul away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Jeśli sytuacja wydawała mu się abstrakcyjnie głupia już na etapie czyszczenia kamieni ze śliny dzieci, to nie wiedział, jak powinien nazwać ją teraz. Utkwił wzrok w Dahlii tylko na chwilę, marszcząc przy tym brwi. Nawet przerwał na moment sprzątanie, chyba nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Czy powinno go to dziwić? Pewnie nie. Wśród wielu znanych mu historii o problemach na linii pracownik – przełożony, problemy związkowo-podobne były całkiem częste. Na pewno dużo częstsze, niż być powinny, biorąc pod uwagę, jak wiele jego miejsc pracy oficjalnie sprzeciwiało się takim relacjom. Nasłuchał się tego wystarczająco, by teraz nie być zaskoczonym.
– Och.
A jednak to była jedyna reakcja, na jaką w pierwszej chwili było go stać. Nie było to „och” z kategorii „jak mogłaś, on zdecydowanie ma powód, by cię nie lubić i tak traktować”, raczej „och” z tych pełnych niedowierzania. I może ukrywających rozbawienie. Tylko odrobinę rozbawienia.
Oczywiście wiedział, że nie powinno go to bawić, bo było to zwyczajnie niegrzeczne. Wystarczyły dwie podsłuchane (bo dokładnie takie były, nie zamierzał się oszukiwać, nie miał nic na swoją obronę i teraz już nawet nie czuł się z tym szczególnie źle) rozmowy Dahlii z koordynatorem, by zorientować się, jak wielkim utrapieniem był ten facet. Chait nawet nie chciał wiedzieć, jak paskudnie nieznośny musiał być na dłuższą metę. Wystarczyło mu, że może się domyślać. Równocześnie fakt, że ktoś mógł tak bardzo trzymać urazę z tak głupiego powodu, był zabawny. W ten bardzo przykry sposób.
Uniósł przepraszająco dłoń, bo naprawdę nie miał nic złego na myśli. A jeśli miał, to na pewno nie w kierunku Dahlii, bo ta przecież nigdy nic mu nie zrobiła i nie była niczemu winna.
– To… cholernie głupi powód – powiedział, doskonale wiedząc, że jest to oczywiste i nie wymaga dodatkowego powiedzenia na głos.
Ale w sumie co innego miał powiedzieć? To było głupie. I niedojrzałe. I prawdopodobnie nadawało się do zgłoszenia komuś jeszcze wyżej. Tego ostatniego nie mógł w pełni uczciwie zaproponować, bo przecież sam nigdy nie przejmował się czymś takim jak zgłaszanie problemów przełożonym. Nie mógł być aż takim hipokrytą. Poza tym Dahlia nie wyglądała, jakby potrzebowała takich porad. Być może już tego próbowała, a być może nie miało to żadnego sensu. Albo był jakikolwiek inny powód. Może zapyta o to później, kiedy nie będzie w pobliżu żadnego wiaderka, które mogło paść jej ofiarą.
– Jemu to powiedz.
Chait powiedziałby, że Dahlia wygląda na wyjątkowo zmęczoną i zrezygnowaną. Kompletnie jej nie winił i nie chciał kontynuować tematu na siłę. Jeśli będzie chciała się wygadać, to sama powie coś więcej. Albo i nie. Wtedy pewnie będzie się martwił trochę bardziej, bo to na pewno nie było zdrowe.
Rozejrzał się jeszcze raz po otoczeniu. Jeśli sprzątanie w tym miejscu miało być formą zemsty, kary czy cokolwiek innego tamten facet sobie ubzdurał, to było niesamowicie mało kreatywne. To z całą pewnością nie mogło być najbardziej upierdliwe, nieprzyjemne czy w jakiś inny sposób złośliwe zadanie, jakie można było komuś przydzielić w tak wielkim parku rozrywki. A może mogło?
Może miał zaburzone postrzeganie takich rzeczy, a może po prostu różniły ich codzienne standardy. A może chodziło o sam fakt władzy nad cudzymi obowiązkami. Albo zaraz miały przyjść dzieci, które będą im pluły na głowy w trakcie sprzątania. To ostatnie mogło sprawić, by zadanie stało się bardziej upokarzające, ale musiało być niezgodne z jakimiś zasadami BHP. Obstawiałby, że chodzi o to poprzednie. To tylko stawiało koordynatora w jeszcze gorszym świetle.
Uśmiechnął się do Dahlii, chociaż podejrzewał, że wcale jej to nie pocieszy. Niektóre rzeczy trzeba było po prostu przetrwać.
– Może nie jest to najciekawsze możliwe zajęcie, ale przynajmniej wydaje się całkiem spokojne.
Przytaknęła. Chait nie miał pojęcia, czy może jakoś poprawić sytuację. No, na pewno nie w tych warunkach.
Wrócili do sprzątania i przez chwilę znów trwali w ciszy, każde skupione na swojej części kamieni. Nie była to bardzo ciężka cisza, na pewno mniej, niż Chait by się spodziewał. Pracował z ludźmi, z którymi milczenie było dużo gorsze. Nawet nie czuł się źle z tym, jak bardzo bezsensowne było to zajęcie. Oczywiście, było dość (bardzo) nudne, ale raczej nie istniało ryzyko, by ktoś przyszedł tu jeszcze bardziej zatruwać Dahlii – bo on sam czuł się raczej jak npc będące w złym miejscu o złym czasie – życie. Po latach walki ze szczurami, sprzątania po imprezach dla dzieci i tych dla dorosłych, pełnych alkoholu, sprzątanie jaskini było… cóż, zdecydowanie nie najgorszą rzeczą, jaką robił w życiu.
Tylko trochę za bardzo zmuszało go do bycia sam na sam z własnymi myślami.
– To ma nam zająć całą zmianę? – zapytał, przerywając sprzątanie i przenosząc wzrok na Dahlię. – Znaczy… jeśli gdzieś tam nie ma wielkiego potwora, który zaraz nas zje, to naprawdę bardzo kiepski sposób na zemstę.
Jego wzrok uciekł w ciemność, w której wcześniej zniknęło wiadro. Normalnie stresowałby się, że coś wykracze, ale przecież to nie mogło być możliwe w wielkim parku rozrywki. Chyba.


Dahlia?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Kurta — „Scentless Apprentice” cz. 2

Poprzednie opowiadanie

CW: TRAUMA RELIGIJNA, PRZEMOC DOMOWA

Kurt Munroe potrzebował pieniędzy.
Próbował wmówić sobie, że to jest wystarczająca wymówka, ale jawnie wyśmiałby każdego, kto odważyłby się opowiedzieć mu podobną historię: postanowiłem współpracować z potworem, bo potrzebowałem pieniędzy. To brzmiało absurdalnie i godziło nie tylko w dumę, ale także sprzeczało się ze wszystkimi zasadami, które wpajano im w obozie. Czy wierzył w magiczne nawrócenie się potworzycy? Nie, takie nawrócenia nie istniały. Ludzie się nie zmieniali, a co dopiero potwory. Sam nie potrafiłby się zmienić, nie mógł oczekiwać tego samego od starożytnej istoty, która nawet nie rozumiała zagadnień kulturowych. Należało więc stanąć przed lustrem i przyznać przed samym sobą, że Kurt robił to głównie z ciekawości.
Oczywiście, że Lamia czegoś od niego chciała i z całą pewnością nie było to tylko pobranie wymiarów pokoju albo, kij wie, dotrzymanie jej towarzystwa w tej potwornej niedoli. Fakt, że potworzyca przyszła do niego w pokojowym nastawieniu, nawet nie próbując się bronić, świadczył tylko o jej pewności siebie i wysokich ambicjach. Mówiąc prosto: wpadał prosto w jej pułapkę, całkowicie celowo i umyślnie. Oto Kurt Munroe, umierający w najbardziej idiotyczny sposób, walcząc z potworem na długość miarki, bo zdrowy rozsądek nie powstrzymał czystej ciekawości.
Nie myślał zbyt dużo, kiedy stawał przed drzwiami chatki, którą wskazał mu adres. Nie miał telefonu, więc musiał pytać okolicznych mieszkańców. Szkoda, że ten adres nie istniał, a wszystko wskazywało na to, że chatka znajduje się na skraju lasu. Niczym nie różnił się od bohaterów horrorów, którzy sami prosili się o ucięcie im łba piłą mechaniczną. W rękach dzierżył prowizoryczną skrzynkę z narzędziami, przy pasie nie rozstawał się ze złożoną włócznią. W kieszeni na piersi trzymał dłuto jak zapasową broń, doskonale zdając sobie sprawę, że zwykły metal nie krzywdził potworów, a samo narzędzie nijak nie było mu teraz potrzebne. W jakiś sposób czuł się z nim bezpieczniejszy.
Brak pomyślunku był wręcz niepokojący. Nie czuł nic. Przed oczami zamigała mu wizja, że może to jest koniec, może przejdzie przez te drzwi i już nigdy stąd nie wróci, umrze losem najzwyczajniejszego, szarego półboga, który nabrał się na zagrywki potworów. Nie przeraziła go ta wizja. Nawet go nie obrzydziła tak, jak powinna, tak, jak obrzydziłaby Doriana albo jego samego sprzed kilku miesięcy. Pomyślał, że bez niego ktoś będzie musiał zająć się jego ojcem, jeśli przedtem nie umrze z głodu lub pragnienia, zanim zorientują się, że żaden Munroe nie wróci już do domu. A jeśli zorientują się w porę, nikt nie znajdzie żadnego z jego synów o wymazanym istnieniu i ojciec wyląduje na łasce państwowego ośrodka, żeby zgnić przykuty do łóżka.
Ta wizja też go nie przeraziła. Kurt przyszedł tutaj, bo potrzebował pieniędzy, nieważne z jakiego powodu, nieważne, czy planował żyć po wyjściu z tej chaty ani czy pieniądze miały mu posłużyć do opieki nad chorym ojcem. Te plany wydawały mu się zbyt odległe jak na miasteczko pośrodku niczego, gdzie nikt nie pamiętał o jego istnieniu i wszystko wydawało się tylko odcinkiem pobocznym.
A jeśli Kurt chciał sprawdzić, gdzie kończyła się cierpliwość jego matki i czy zaraz nie dostanie go piorun za działanie wbrew jej woli, to skrył to pod płaszczem ignorancji.
Wystawił rękę, żeby pociągnąć za klamkę, bo nie miał zamiaru fatygować się na pukanie do domu potwora, ale Lamia otworzyła drzwi bez zapowiedzi. Przywitał ją z włócznią wyciągniętą w pełni gotowości, a mimo to nie zrobił żadnego ruchu w jej stronę. Stał, z gniewnie zmarszczonymi brwiami, w zupełnym bezruchu. Potworzyca zlustrowała wężowymi oczami zmarszczki na jego czole, cesarskie złoto jego broni i, zatrzymując wzrok na chwilę na skrzynce z narzędziami, uśmiechnęła się, pokazując cały arsenał kłów.
— Kurt, syn Invidii. Widzę, że się odważyłeś? No, wejdź już. Polecam złożyć tę włócznię, kochanieńki, trochę tu ciasnawo, więc możesz przypadkiem rozbić moje przetwory. A za to słono zapłacisz! W tych waszych ludzkich dolarach oczywiście.
Zaprosiła go w głąb swojej chaty. Nie umknęło jego uwadze, że trzymała go na pewien dystans, chociaż sam nie był pewien, czy robiła to dla własnego bezpieczeństwa, czy po to, żeby Kurt jej zaufał, a może jeszcze z jakiegoś trzeciego, ukrytego powodu. Niezależnie od tego, co mu powiedziała, włócznia ani na moment nie opuszczała jego dłoni. Ostatnim aktem szacunku do jej przetworów było trzymanie włóczni pionowo, bez ciągłego celowania grotu w stronę potworzycy.
— Co mam zmierzyć? — bąknął.
Nie kłamała z tym że w chacie było ciasnawo. Cały domek wyglądał jak najbardziej typowa chata wiedźmy, o jakiej Kurt mógł tylko pomyśleć, wyobrażając sobie baśniowe wiedźmy. To była ciasna izba ociosana ciemnym drewnem. Część paneli była ułamana. Przed nim były zamknięte drzwi, prowadzące prawdopodobnie do sypialni, wychodka albo awaryjnego wyjścia, zaznaczając, że Kurt nie miał pojęcia, czy potwory w ogóle śpią i załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. Lamia była kiedyś ludzką kobietą, ale czy wciąż funkcjonowała jak człowiek? Czy była zdolna do ludzkich uczuć, nawet po tylu latach istnienia?
Kurt nie zamierzał jej uczłowieczać bardziej, niż powinien. Nie rozumiał ludzi, tym bardziej nie rozumiał więc potworów. Znalazł się tutaj po to, żeby pobrać odpowiednie wymiary, przyjąć zlecenie i sobie pójść. Przy dobrych wiatrach i szczerych zamiarach potworzycy, może nawet ani razu nie wspomną o mitologii, ponieważ, rzecz jasna, wcale nie ciekawiły go jej zamiary. Ani trochę nie ciekawiło go też to, co mogła mu zaoferować.
Pomimo tego, że zamówienie dotyczyło regału, w jej chacie już teraz było pełno różnych półek i półeczek. Przy każdej ścianie i w każdym kącie znajdowała się szafka. W zasadzie wyposażenie całej izby składało się wyłącznie z regałów, stołu w całości pokrytego suszonymi ziołami i żeliwnego kotła czarownicy. Na półkach stały całe rzędy rozmaitych słoików, słoiczków, butelek na eliksiry i moździerzy. Wszystko zawierało składniki lub mieszaniny kompletnie obce Kurtowi.
No tak, Lamia mówiła coś o przetworach. Może gdyby zmrużył oczy, mógłby uwierzyć w to, że flakon z czerwoną cieczą zawierał dżem truskawkowy.
— Akurat nazbierałam świeżej mięty pieprzowej — powiedziała Lamia, zauważając, że Kurt przygląda się regałom. Spiął się, a dłoń odruchowo spoczęła na sakwie z włócznią. Nie usłyszał kroków, kiedy potworzyca podeszła do niego tak blisko, a przecież znowu nosiła wysokie obcasy. — Odstąpię ci trochę. Wiesz, synu Invidii, olejek z mięty pieprzowej ma doskonałe właściwości uspokajające.
— Nie interesują mnie twoje przetwory. Patrzyłem na to, w jakim stylu są obecne regały — skłamał.
— Och, nie wątpię. — Uśmiechnęła się. Kurt nie potrafił stwierdzić, czy z niego szydziła, czy faktycznie rozbawiło ją jego kłamstwo. — Twojemu ojcu z całą pewnością pomogłoby trochę mięty pieprzowej…
— Gdzie ma stać regał? — uciął jej.
Kobiecina błysnęła do niego kłami i pokazała szponiastymi palcami w kierunku wolnego miejsca między jednym regałem a bulgoczącym kotłem. Kurt ostatni raz spojrzał w jej stronę i wyciągnął miarkę.
Próbował cały czas mieć Lamię na oku. Za nic w świecie nie odwróciłby się do niej plecami — nie zrobiłby tego, trenując z kimś w obozie, a co dopiero ze świadomością, że znajduje się w domu potworzycy. Lamia nawet nie próbowała utrudnić mu tego zadania. Stała z boku, wężowym wzrokiem uważnie obserwując, jak Kurt operuje miarką i przerywa swoją pracę tylko po to, żeby zapisać coś markerem na ręce.
— Przemyślałeś moją propozycję? — zapytała w końcu.
Odpowiedział jej chwilą ciszy. Udawał, że jest wyjątkowo skupiony na mierzeniu szerokości między jednym regałem a drugim, chociaż w rzeczywistości zaciskał zęby, bo żadne słowa nie chciały mu przejść przez gardło.
— Tak, podejmę się zrobienia tego regału.
— Nie chodzi mi o tę propozycję.
— Nie było żadnej innej. Jakie ma być drewno?
— Mahoń?
— Wyjdzie drogo.
— Dobrze zapłacę.
— Oby.
Zapisał na nadgarstku pojedynczą literę „M”.
— Jakieś zdobienia? — dopytał.
— Co sądzisz o grawerze pawia na bokach regału?
Paw. Atrybut Hery. Kurt odnotował to w pamięci, ale nie odpowiedział na jej pytanie: nie sądził o tym nic. Jego myśli popłynęły w stronę rycia w drewnie, którego uczył go ojciec i jego minimalnych umiejętności artystycznych. Najważniejszy był kształt, dla klientów w głównej mierze liczyło się rękodzieło. Dla Lamii liczyło się wyłącznie zrobienie komuś na złość.
— Chciałabym osiągnąć maksymalną pojemność półek. Nie mam tutaj żadnej piwnicy, nie ma więc miejsca, żeby przechowywać przetwory.
Kurt odmruknął w odpowiedzi coś zupełnie niezrozumiałego, ale tym razem nie sięgnął po marker. Okrążył kocioł, żeby zmierzyć odległości z drugiej strony i przeklął pod nosem, kiedy niechcący dotknął nagą skórą dłoni rozżarzonego metalu.
— Czy ten kocioł musi tu stać? Drewno może się zapalić, jeśli będzie stało zbyt blisko ognia. Zabezpieczę regał, ale nadmierna wilgoć też nie będzie mu sprzyjać.
— Lubię mieć go blisko miejsca pracy — odpowiedziała lakonicznie Lamia, wpatrując się w bulgoczącą zawartość kotła.
Niewidzialna siła kazała Kurtowi podążyć za nią wzrokiem. Wbił oczy w obraz ciemnozielonej mazi gotującej się w garze i w tej samej sekundzie poczuł, jak Mgła wwierca się w jego czaszkę.


Może wolałby, gdyby po prostu zemdlał w błogiej nieświadomości. Lamia mogła go zabić, a on — przy najlepszych wiatrach — byłby zbyt otumaniony Mgłą, żeby nawet poczuć ból. Kiedy otworzył oczy, nie był już w żadnej chacie. Nie mógł sobie przypomnieć, kim była Lamia i czemu akurat to imię pozostało w głębinach jego podświadomości.
Klęczał na podłodze. Drzazgi drewnianych paneli wbijały mu się w kolana. Był chudy, znacznie chudszy, niż kiedy ostatni raz patrzył w lustro i znacznie mniejszy, a co najgorsze, czuł strach i bezbronność. Uczucie, które nie doskwierało mu od tak dawna, nie, kiedy był już pełnoprawnym legionistą Obozu Jupiter, synem bogini, której domeną było decydowanie o losie. Podniósł głowę i zlokalizował powód jego strachu bez żadnych wątpliwości.
Ojciec nie był tym samym ojcem, który został w domu, przykuty do łóżka. Znacznie młodszy, starannie ogolony, w odświętnej koszuli. Podświadoma myśl Kurta podpowiedziała mu, że musi być niedziela. Z żadnego innego powodu ojciec nie zadbałby o siebie w ten sposób. Jego oczy były pełne furii, czujne i przede wszystkim obecne. Ojciec był chorobliwie chudy i starannie wyprasowana koszula zwisała na nim jak z wieszaka. Kurt spojrzał w dół i zobaczył, że jego własna koszula jest na niego dużo za duża.
Czuł się bezbronny i bał się ojca. Nie wiedział jeszcze o Obozie Jupiter. Nie wiedział jak się bronić ani tego, że kiedyś będzie silniejszy od swojego ojca.
— Co mówiłem o grzebaniu w szafkach w trakcie postu, Kurt? — warknął. — Jezus pościł przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy, do cholery! Nie potrafisz wytrzymać kilku dni bez obżerania się? Nie słyszałeś, co mówił ksiądz? Jesteś bękartem. Bękartem! Tak samo ty, jak i ten twój brat. Boże, co ja miałem w głowie, żeby dać się zwieść tej kobiecie? To ostatnie, co możesz zrobić, żeby w ogóle zostać zbawiony. Boże, Boże, począłem grzeszne dziecko. Jesteś tylko chodzącym grzechem.
Był? Kurt nie pamiętał swojej mamy. Nie wiedział, kim ona była i nie był pewien, czy ojciec sam to wie; w jego opowieściach raz była jego największą miłością, a raz uwodzicielką, Ewą, która zachęciła go do grzechu i odebrała mu raj. Czyż w kościele nie uczono go, że grzeszność to rzecz ludzka, taka, którą ludzie popełniali z wyboru? Kurt niczego nie wybierał. Nie wiedział, w jaki sposób i dlaczego od zawsze był grzechem.
W żołądku ssał go głód, wyrzuty sumienia i nienawiść. Rodząca się, kotłująca nienawiść, której źródła nie potrafił jeszcze znaleźć: czy była to nienawiść do samego siebie, do ojca, czy do wszystkich nauk, które mu wpajał? Nienawiść, która miała go wieść przez życie, bo ojciec od zawsze miał rację przynajmniej co do jednej rzeczy i była to wyższość siły wyższej nad Kurtem już od jego urodzenia. Niezależnie, czy urodził się z grzechu swojego ojca, czy jako syn bogini zemsty, jego źródłem zawsze była nienawiść.
— Pan Jezus był biczowany za twoje grzechy jeszcze zanim się urodziłeś. Okaż wdzięczność.
Wizja urwała się w momencie, kiedy Kurt poczuł na swoim policzku uderzenie otwartej dłoni.


Zatoczył się do tyłu. W ostatniej chwili złapał się stołu, tym samym unikając przewrócenia wszystkich regałów i starannie ułożonych na nich słoików.
Nie był już bezbronny. Mógł podejmować własne decyzje. Poczuł, że panikuje i musiał sobie o tym przypomnieć.
Jednym ruchem rozłożył włócznię z cesarskiego złota i skierował grot w wężowe łuski Lamii.
— Co to, kurwa, było? — warknął.
— Och, nie mam pojęcia, o czym mówisz. Przecież ja nic nie zrobiłam, to była twoja przeszłość. Nie zmodyfikowałam jej ani trochę.
Wspomnienie, które zagrzebał głęboko w pamięci. Myślał, że wybaczył już ojcu, chociaż częściowo. Ten człowiek był szalony. Ten człowiek był ofiarą bogów przez małe B i przez duże B. Kurt mógłby mu pomóc tylko wtedy, gdyby nigdy się nie urodził.
Policzek nie piekł już bólem, ale Kurt nadal czuł na nim fantomową, ciężką dłoń ojca.
— Kiedy ja patrzę w kocioł, widzę, jak Hera morduje moje dzieci.
Kurt nie opuścił włóczni, chociaż trzęsły mu się ręce. W tym stanie był bardziej bezbronny, niż kiedy miał osiem lat i klęczał przed swoim ojcem.
— Jako syn bogini zemsty powinieneś wiedzieć, że nigdy nie zapomina się, kto cię skrzywdził — syknęła Lamia. Nie powiedziała tego w sposób złośliwy. Była szczera. Wypełniona nienawiścią, tak samo, jak on. Różnica polegała na tym, że Kurt myślał, że był w stanie zdusić to uczucie. Ona miała za sobą już tysiąclecia nienawiści.
— Mogę ci pomóc — kontynuowała.
Jak?
Zwodzące pytanie. Miał wrażenie, że zatrząsł mu się przy tym głos. Wpadał w pułapkę potwora, chociaż wszystkie instynkty w jego ciele biły na alarm.
— Och, dobrze wiesz jak, synu Invidii.
Może to właśnie w tym leżał problem. Kurt próbował łatać wszystkie dziury, które sam stworzył jego ojciec, dziury, które nieustannie się poszerzały, nawet jeśli Adam Munroe był kompletnie nieświadomy. Może cały ten czas chodziło o usunięcie pierwotnego źródła problemów.
Lamia była potworem. Córką bogini magii. Jak trudne mogło być sfingowanie śmierci biednego, schorowanego śmiertelnika, który zapominał nawet, jak ma na imię i jak poprawnie trzyma się widelec? Kurt byłby wolny. Nic nie wiązałoby go z poprzednim życiem. Mógłby zapomnieć.
Nic nie wiązałoby go już z Kainem.
Czy płakałby za swoim ojcem? Teraz kiedy o tym myślał, nie było mu do płaczu. Czuł wyrzuty sumienia, że nie czuje do niego nic. Zajmował się nim z przykrego obowiązku, nie z miłości. Wszystkie nauki jego ojca mówiły, że starszym trzeba podawać szklankę wody w niedoli, a Kurt nigdy tego nie kwestionował. Kto inny miałby to zrobić? Kain wyrzekł się tego problemu. Czemu on nie potrafił zrobić tego samego, tylko żałośnie mu zazdrościł?
Opuścił włócznię, ale nie spuścił potworzycy z oczu.
— Regał — rzucił krótko. — Zaliczka. Płatność z góry.
Lamia pstryknęła szponiastymi palcami i w jej dłoni pojawił się gruby plik zielonych banknotów. Kurt wyrwał dolary z jej ręki i pobieżnie przeliczył kwotę. Bez zbędnych zastrzeżeń, wcisnął pieniądze do kieszeni i zaczął pakować wszystkie przyrządy z powrotem do podręcznej skrzynki. Narzędzia zagruchotały w środku, kiedy gwałtownie odwrócił się w stronę drzwi wyjściowych chaty.
— Nie podjąłeś decyzji, synu Invidii — zwróciła mu uwagę łagodnie kobiecina.
Kurt położył dłoń na klamce. Było mu niedobrze. Musiał wyjść z tej ciasnej chaty, przebywając tu, czuł się, jak dusi się we własnej skórze. Wyrzuty sumienia i wściekłość zajmowały każdy zakątek jego umysłu.
— Podjąłem — powiedział sucho. — Wrócę dłuższą drogą do domu.
Zatrzasnął za sobą drzwi, zostawiając w środku los swojego ojca.


────
[2430 słów: Kurt otrzymuje 24 Punkty Doświadczenia]

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ból Wintera zszedł na dalszy plan w momencie, w którym zobaczył Ziona. Nagle przypomniał sobie, po co się tu znaleźli, po co robił to wszystko i z jakiego powodu dałby się nawet pokroić żywcem, gdyby to zapewniłoby bezpieczeństwo Zionowi i Blanche. Jak on w ogóle mógł przejmować się bólem, jeśli nie był jedyną cierpiącą osobą? Nie mógł tak po prostu być takim egoistą.
Nie zdążyło mu nawet na dobre ulżyć na widok Ziona, bo zauważył, że mężczyzna siedzi nieruchomo, przywiązany do krzesła łańcuchami. Głowa opadła mu na pierś i Winter przez krótką chwilę był pewien, że to już koniec, że Amazonki pokazują im ten widok tylko po to, żeby ich torturować, chociaż Ziona nie ma już z nimi. Chłopak swój zamglony wzrok przeniósł na Blanche, dostrzegając w jej oczach podobne, przerażone ogniki, które zaraz zgasły. Blanche odetchnęła, więc Winter też odetchnął; jej spokój oznaczał, że Zion oddycha i żyje. Z trudem. Na jego ciele nie widać było żadnych poparzeń, ale za to miał pokaźną liczbę zadrapań i pręg, które wyglądały, jakby ktoś smagał go biczem. Jeśli Winter nauczył się czegokolwiek o Amazonkach w ciągu swojego kilkugodzinnego pobytu w ich magazynie (włączając to czas, przez który był nieprzytomny), to to, że przeczytały konwencję ONZ w sprawie zakazu stosowania tortur i postanowiły robić wszystko wbrew zasadom. Czarną koszulkę polo Zion miał brudną i potarganą w wielu miejscach. Przez strzępki materiału prześwitywały fioletowo-zielone siniaki na piersi. Z całą pewnością miał złamane żebra i oddychał z wysiłkiem.
Z tego wszystkiego Winter najbardziej cieszył się, że wreszcie dostał krzesło.
Nie było to zdecydowanie najwygodniejsze krzesło w jego życiu, ale nie była to też zimna posadzka jego klatki, a przede wszystkim nie musiał być przytrzymywany przez co najmniej dwie Amazonki, co samo w sobie było już poniżające. Podsunięcie mu krzesła potraktował prawie jak akt miłosierdzia dla jego obolałego ciała. Mógł się przez chwilę nawet poczuć w miarę bezpiecznie, mieć złudną nadzieję, że zaraz wszystko będzie dobrze, oczywiście pod warunkiem, że zamknąłby oczy i zatkał uszy. Byli w końcu wszyscy razem w jednym miejscu. Jeśli Winter miał trzymać się ostatków optymizmu, musiał pamiętać, że odnalezienie się z Zionem było ich priorytetem na liście celów.
— Zion — spróbował z siebie wydusić imię mężczyzny. Użycie głosu boleśnie przypomniało mu o tym, że ogień (a potem także kompulsywne wymiotowanie) kompletnie przepalił mu gardło. Wciąż szumiało mu w uszach i nie był nawet pewien, czy wydał z siebie jakikolwiek odgłos, dopóki któraś z Amazonek nie przycisnęła grotu włóczni mocniej do jego skóry. Winter poczuł, jak strużka krwi ściekła mu po szyi. Zion wciąż nie podnosił głowy.
Zaraz potem rozpoczęła się lekcja historii.
Winter nie wiedział nic o Amazonkach. Ogólnie rzecz biorąc o mitologii — która przecież stanowiła jeden z najważniejszych, a przede wszystkim najbardziej uciążliwych elementów jego życia — wiedział zdecydowanie mniej, niż powinien był wiedzieć. Szkoła była zbyt nudna, żeby o tym słuchać. W Obozie Herosów spędził zbyt mało czasu, żeby pojąć najdrobniejsze wydarzenia albo skomplikowane relacje rodzinne między bogami. Zion też próbował, co mógł, żeby wtłoczyć wiedzę do jego małego móżdżku, ale Winter i tak zapamiętywał tylko to, co sam chciał. Wiedza chłopaka o Amazonkach ograniczała się do tego, że są to wojownicze kobiety. Nie miał pojęcia, kto właśnie udziela im prelekcji, czym jest pas na jej biodrach, imię Thalestris słyszał pierwszy raz w życiu. Amazonki oczerniały ich, powołując się na jakieś mityczne włócznie, mimo że żadne z ich trójki nie było włócznikiem. Zion nosił miecz, do cholery!
Był cały czas słaby. Zagryzał zęby, żeby skupić się na czymś innym, niż na bólu. Od opowiadania królowej Amazonki rozpraszało go wszystko: chrapliwy oddech Ziona i nasłuchiwanie, czy się budzi, celowane w ich głowy włócznie, ciągła obserwacja strażniczek, paląca rana, ciągnąca się od policzka aż po szyję. Jego mózg ADHD przetwarzał wiadomości na swój sposób i nie potrzebował do tego dodatkowych rozpraszaczy. Cały czas w myślach odbijało mu się jedno pytanie: „okej, ale co my mamy z tym wspólnego?”.
Winter był zawiedziony, ale nie zaskoczony. Przyzwyczaił się już, że całe jego życie to tylko manipulacja fatum i że bycie półbogiem wiąże się z funkcjonowaniem jak marionetka, której sznurki pociągali bogowie. Królowa Amazonek sama podkreśliła, że kradzież włóczni odbyła się kilka pokoleń wstecz, czemu akurat Zion miał za to odpowiadać? Winter nie wierzył, że mężczyzna w ogóle posiada zaginione włócznie, a co dopiero wątpił w jakąkolwiek kradzież, w którą byłby zaangażowany.
Był naiwny, myśląc, że Amazonki nie zamordowałyby ich za coś, czego nawet nie posiadali.
Chrzęst łańcuchów poinformował ich, że Zion zaczął się wybudzać. Mężczyzna zdążył tylko jęknąć słabo, a w ułamku sekundy kilka włóczni znalazło się tuż przy jego szyi.
— Dobudźcie go — rzuciła królowa Amazonek, posyłając swoim podwładnym skinięcie głowy. Jedna z kobiet nachyliła się nad Zionem i strzeliła mu z otwartej ręki w twarz. Odpowiedział jej kolejnym półprzytomnym jękiem bólu.
Mięśnie Wintera reagowały szybciej niż jego zdrowy rozsądek. Spróbował się podnieść, zrobić cokolwiek, może osłonić Ziona, odepchnąć te kobiety, odwrócić ich uwagę. Zanim zdążył na dobre wstać, któraś ze strażniczek uderzyła go płaską częścią grotu włóczni w tył głowy. Zakręciło mu się w głowie i otumaniony z powrotem opadł na swoje miejsce.
— To było ostatnie ostrzeżenie — warknęła do niego królowa Amazonek. Błysnęła oczami do Blanche, dając jej do zrozumienia, że ten sam komunikat dotyczył także jej. — Pamiętajcie, że nie mamy żadnego powodu, żeby trzymać waszą dwójkę przy życiu.
To przypomniało Winterowi, że to wszystko było od początku pułapką. Paczka Amazonu, zwabienie ich do mieszkania Ziona; nie trafili tutaj, bo heroicznie odnaleźli Ziona, ale dlatego, że Winter dał się nabrać. Wyrzuty sumienia zassały jego wnętrzności. To była jego wina. Sprowadzili ich tutaj, żeby torturować Ziona. Misja ratunkowa okazała się tylko kolejną formą tortur wobec syna Ateny.
— Oni nie mają z tym nic wspólnego.
Winter rozpoznał głos Ziona, słaby i przypominający raczej rzężenie. Mężczyzna miał przymrużone powieki i potrzebował kilku sekund, żeby wziąć kolejny oddech. Klatka piersiowa unosiła się nierównomiernie.
— Nie wiemy, czy nie udzieliłeś im informacji, co stało się z artefaktami — odpowiedziała królowa oschle.
— Jak miałem udzielić im informacje, których nie posiadam? — Uniósł głos, co zostało poprzedzone atakiem astmatycznego kaszlu. Winter wystraszył się, że Zion się dusi, ale atak kaszlu zaraz ustał, a on splunął na podłogę krwią.
— Właśnie dlatego to nie jest główny powód, dla którego tutaj są, synu Ateny — syknęła.
— Wiem, że śledzicie mnie od dwóch miesięcy. Na własną rękę szukałem informacji o tych artefaktach. Nie przywrócę mojego ojca zza grobu, żeby zmusić go do gadania. Powiedziałem wam wszystko, co wiem o Thalestris i o mojej prababce.
Do tej pory Winter ani razu nie założył, że Zion mógłby kłamać. Taka opcja wydawała się zbyt absurdalna. Po co Zionowi byłyby jakieś starożytne artefakty, a tym bardziej czemu miałby je ukrywać? Nie mógł jednak odgonić od siebie mrożącego krew w żyłach uczucia, że zna Ziona na tyle długo, żeby wiedzieć, że kłamie.


Blanche?
────
[1119 słów: Winter otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Blanche CD Caroline — „Here comes the siedem lat nieszczęścia”

Poprzednie opowiadanie

Lokal, w którym się znalazła, nie był tym, czego się spodziewała po spotkaniu służbowym. Biznesmeni, z którymi miała na co dzień do czynienia, zazwyczaj wybierali znane, drogie restauracje, pragnąc uwydatnić przed nią i przed innymi swój status społeczny i majątek. Leviticus Smith, prezes zarządu spółki BETter Inc., stanowił jednak wyjątek od tej reguły. Zaprosił ją do niewielkiej knajpy ulokowanej nieopodal kampusu jednego z nowojorskich uniwersytetów.
Pan Leviticus wielkimi krokami zbliżał się ku emeryturze. Większość rozmowy spędził, chwaląc się domkiem na Malediwach, który niedawno kupił i w którym zamierzał dożyć końca swoich dni. Mimo to Blanche odchodziła od stołu zadowolona. Pan Smith obiecał, że podczas najbliższego walnego zgromadzenia zarządu spółki poprze jej kandydaturę na swojego następcę. Z jego protekcją i błogosławieństwem Tyche, prawdopodobnie miała tę posadę już w kieszeni.
Zarówno wystrój i atmosfera, jak i smak samych podanych w tym miejscu dań przypadł jej do gustu na tyle, że kierując się ku drzwiom, planowała już zaproszenie tu Keen na spontaniczną randkę. Świętowanie nadchodzącego awansu stanowiło całkiem niezłą wymówkę. Może nareszcie zdobędzie się na wyciągnięcie pierścionka i zadanie tego jednego, niezwykle ważnego pytania.
Była w dobrym humorze, którego, jak sądziła, nic tego dnia nie będzie już w stanie jej zepsuć. Powinna była jednak wiedzieć, że przychylność jej matki była stanem zmiennym i często zdawała się działać wręcz na opak.
Zaczęło się dość niewinnie. Gdy przechodziła obok jednego ze stolików, jej spodnie garniturowe zostały oblane zawartością przewróconej szklanki. Dziewczyna, która od razu przeprosiła i wyciągnęła w jej stronę paczkę chusteczek, zdawała się mniej więcej w wieku Wintera. Niska, o długich, lśniących włosach i dużych czekoladowych oczach. Coś w rysach jej twarzy przywoływało w jej wspomnieniach inną nastolatkę sprzed dwóch dekad. Odgoniła ten obraz szybko, nie chcąc pozwolić mu zniweczyć jej wyjątkowo dobrego dnia.
— Spokojnie, nic się nie stało, zdarza się najlepszym — odparła z delikatnym uśmiechem. Z wdzięcznością chwyciła oferowane jej chusteczki. — Pozwól, że przycupnę tu na chwilkę, żeby wytrzeć spodnie, dobrze?
Gdy otrzymała pozwolenie, usiadła na skraju krzesła naprzeciwko dziewczyny i zabrała się za szybkie wycieranie zmoczonych nogawek. Nie inicjowała konwersacji, mimo pogody ducha nie miała w zwyczaju zagadywania przedstawicieli młodzieży, którzy prawdopodobnie czekali na towarzystwo i nie potrzebowali jej zaczepek. W kilka minut doprowadziła się do przyzwoitego stanu i wstała.
— I już, po kłopocie — zapewniła jeszcze z kolejnym serdecznym uśmiechem i chwyciła swoją torebkę, gotowa do wyjścia. Tym razem, miała nadzieję, już bez żadnych nieoczekiwanych przygód. — Życzę smacznego i miłego dnia.
Zdołała jednak wykonać zaledwie jeden krok, ponieważ spojrzenie na przeszklone drzwi frontowe zdołało ją skutecznie zamurować. Oto przed lokalem wte i wewte przechadzał się stwór stanowiący połączenie konia i lwa. Rytmicznie machał końskim ogonem, a kopyta zapewne stukały o bruk jak w jakiejś sielankowej scence. Czerwone ślepia wpatrywały się jednak złowrogo w głąb lokalu, prosto na nią. Świetnie.
Nie udało jej się powstrzymać gwałtownego wdechu, który zwrócił uwagę czarnowłosej dziewczyny. Wzrok nieznajomej powędrował ku drzwiom, a z jej ust wydobył się podobny odgłos, a po nim ciche przekleństwo. To zwróciło uwagę Blanche. Spacerujący chodnikiem przed restauracją śmiertelnicy nie przejmowali się zbytnio stworem. Szczęśliwcy, których wzrok nie przenikał przez woal Mgły, zapewne widzieli dużego psa lub co najwyżej kucyka. Nastolatka zaczęła jednak gorączkowo szukać czegoś po kieszeniach.
Elementy układanki w głowie Blanche od razu wskoczyły na odpowiednie miejsca. Potwór nie przyszedł tu po nią. Zwabiła go ta nieznajoma. Młodsza, być może zrodzona z potężniejszego bóstwa. Na stoliku leżał telefon, który równie dobrze mógł być wabikiem na wszystkie nieszczęścia tego świata. Czy Chejron naprawdę już niczego ich nie uczył w tym obozie?
Zanim ponownie wyjrzała na zewnątrz, stwór jakby nagle zmienił zdanie i odszedł, znikając za zakrętem. Nie uznawała tego jednak za koniec zagrożenia. Potwór zapewne czaił się na nie, by zaatakować, gdy opuszczą to miejsce. Wysilała głowę, by przypomnieć sobie jego nazwę i jakiekolwiek inne informacje na jego temat, jednak najwidoczniej i w jej przypadku nauki szlachetnego centaura poszły w las. Ona przynajmniej miała jednak wymówkę upływu prawie dwóch dekad, odkąd ostatnio słyszała jego wskazówki.
Westchnęła i ponownie zajęła miejsce naprzeciwko młodej heroski. Nachyliła się ku niej i ściszyła głos.
— Sądząc po twojej reakcji na widoki za oknem, wydaje mi się, że mogłyśmy uczęszczać na ten sam letni obóz — mruknęła i, dla poparcia swoich słów, wyciągnęła z torebki pozostałości starego naszyjnika z czterema koralikami służącego jej teraz jako brelok do kluczy od mieszkania.
Uważnie przypatrywała się dziewczynie, oczekując na jej reakcję. Jeśli instynkt jej nie mylił, będą musiały współpracować, jeśli chciały bezpiecznie wrócić do swoich domów.


Caroline?
────
[734 słowa: Blanche otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]