JESIEŃ IV
– Czy ty jesteś… Ty imbecylu. Kurwa. Serio – dyszy Kuźma, gdy znajdują się z powrotem przy trumnie, z dala od miejsca wybuchu, choć dziewczynie wciąż się wydaje, że podłoga troszkę się trzęsie. Co powinno być niemożliwe, bo choć barak piątej kohorty znajduje się niebezpiecznie blisko łaźni, to nie jst z nimi bezpośrednio połączony. – Centurioni nas pozabi– Okej, mieli na to już dużo czasu, prawda. Powinni byli nas zabić jakieś parę godzin temu, co najmniej. Albo skazać na szorowanie kibli. Znając ich sadyzm, raczej by nas przydzielili do czyszczenia stajni.
– Oj weź, nie panikuj tak. – Ricky wspaniałomyślnie rozwiewa wszystkie obawy Kuźmy jednym machnięciem dłoni. – Ciągle coś wybucham. Albo podpalam. Na przykład: moje brwi. Jeszcze nie do końca odrosły, widzisz? – Nachyla się niebiezpiecznie nisko, a Kuźma niebezpiecznie szybko się odsuwa, więc ich twarze są niebezpiecznie blisko tylko przez króciutki ułamek sekundy. W lekkim popłochu dziewczyna uderza Ricky'ego w klatkę piersiową i dopiero po chwili milczenia orientuje się, że chyba nie powinna była tego robić.
– Weź mnie następnym razem ostrzeż czy coś, debilu – mamrocze, bo nie ma to jak dobre, oschłe nieprzeprosiny. – Dawaj tę trumnę – rozkazuje, nie patrząc w stronę chłopaka, żeby przypadkiem nie zorientować się, że kształt jego brwi wcale nie jest spowodowany genetycznym pierdnięciem wszechświata, tylko że on naprawdę je sobie wydepilował w najmniej normalny sposób na całym świecie.
Podejmują, albo raczej Ricky samodzielnie podejmuje, pierwszą próbę przetransportowania trumny. Kuźma spokojnie stoi z boku, zrozpaczona załamuje ręce i przychodzi jej na myśl coś bardzo inteligentnego: powinni byli poprosić Wulkaniątka o przymocowanie do trumny jakiegoś uchwytu. Niestety, żadne z nich nie posiada mocy przepowiadania przyszłości ani logicznego myślenia, choć Kuźma naprawdę myślała, że to akurat potrafi robić na poziomie przynajmniej przeciętnym. Patrząc na wypięte pośladki Ricky'ego, dziewczyna kwestionuje naprawdę wiele podjętych przez siebie decyzji. Na przykład tę o zapoznaniu się z tym udającym człowieka eksperymentem społecznym. Ostatecznie postanawia zostawić ten problem dla Ricky'ego i uciec jak najdalej od miejsca zbrodni (wybuchu), żeby nie dajcie bogowie jakiś centurion ją z nim połączył.
– To ja pójdę po łopatę – komunikuje donośnie, a Ricky wystękuje w odpowiedzi coś w stylu: „jasne, ja se dam radę w trymiga”. – Spotkajmy się… nie wiem, za stajniami?
Chłopak w akompaniamencie stęków i jęków pokazuje jej kciuka w górę, wciąż próbując jakoś wygodnie złapać trumnę. Kuźma odwraca się i wychodzi, po drodze naciąga na głowę ogromny kaptur bluzy, która przedtem należała do jakiegoś napakowanego mężczyzny. Z wprawą przemyka między gromadzącymi się wokół niedalekiej łaźni obozowiczami, wywołując w nich na tyle niski poziom strachu, żeby z niepokojem odsuwali się jej z drogi i nawet nie myśleli o zaczepieniu jej. Wygodne, dopóki nie spowoduje u kogoś ataku paniki i będzie się czuła tak winna, że nie da rady normalnie spać przez nastepny miesiąc.
Zgarbiona, z ograniczonym przez kaptur polem widzenia, odnajduje drogę do jednego z wielu obozowych schowków. Zamyka się w nim, żeby skutecznie odgrodzić się od świata i w bardziej trzyczwartemroku niż półmroku próbuje znaleźć coś, co bardziej przypomina szpadel niż grabie. Metal nieprzyjemnie szczęka o kamienną podłogę, a drewniane kije stukają o siebie, gdy Kuźma przegrzebuje się przez zdecydowanie zbyt dużą ilość kilofów. Nigdy nie widziała, żeby ktokolwiek w Obozie używał kilofa. Z jakiegoś powodu wszystkie łopaty odłożono za nimi, co mogło znaczyć tylko to, że osobą segregującą narzędzia był jakiś nowicjusz i laluś in probatio, któremu wydaje się, że normalni ludzie częściej używają kilofów niż zwykłych szpadli.
Wciąż z kapturem na głowie (wczuwa się w misję), Kuźma zajmuje swoje miejsce na posterunku. To znaczy jeszcze nie zajmuje, jest kilkanaście metrów przed swoim posterunkiem i dopiero teraz wątpliwości zagnieżdżają się w jej głowie. Nawet nie wie, jaki proces myślowy zaszedł w jej mózgu pół godziny temu, żeby jako miejsce spotkania ustalić akurat kawałek wygniecionej trawy za stajniami.
Myśli, że to przecież nic. Patrząc na zachodzące słońce stwierdza, że wszystkie koniki już dawno poszły spać. Dlatego żaden konik nie spanikuje, gdy dziewczyna znajdzie się w zasięgu jego węchu.
Skradając się jak profesjonalny złodziej, Kuźma szybkim i niesamowicie stresogennym spacerkiem przechodzi wzdłuż ścian stajni. Jej buty zapadają się w błocie i z głośnym pluskaniem się z niego uwalniają, a z każdym takim człapnięciem Kuźma denerwuje się coraz bardziej. Wydaje jej się, że słyszy spanikowane rżenie za ścianą, nerwowe stukanie kopyt. Pod nosem, jak mantrę, powtarza swoją długą wiązankę przekleństw, żeby choć trochę zagłuszyć dźwięki, które pewnie tylko sobie wmawia, że słyszy.
Wreszcie dociera za stajnię i tam opiera się o drewnianą ścianę, żeby wziąć głęboki wdech i wydech, po czym przez chwilę stać bez ruchu, nasłuchując. Nie usłyszywszy niczego, co wskazywałoby na podniesienie protestu przerażonych koni w środku stajni, Kuźma rozluźnia się i opiera swój szpadel o ścianę, żeby w nonszalanckiej pozycji czekać na Ricky'ego. Stoi tak z ramionami splecionymi na piersi, wciąż w swoim kapturze. Naprawdę zaczyna się czuć jak morderca, który musi zakopać swoją najnowszą ofiarę. Pojemnik na makaron w kształcie trumny dużej na tyle, by zmieścił się tam dorosły człowiek, ani trochę nie pomaga.
Prawie zasypia pod tą ścianą, zanim Ricky wyczłapuje zza załomu.
– hufffhhfh – wzdycha. – Te kóleczka mi, hummpfff, one się nie kręciły w tym błocie. Utykały cały czas, puughghhh. Wiesz co, czuję, że od tego mi się zrobią zajefajne mięśnie. Ten biceps chyba już jest większy niż rano, co nie? – Specjalnie podwija rękawek koszulki, żeby Kuźma mogła zobaczyć jego bardzo chude ramię, które w najlepszym przypadku mogłaby porównać do trochę grubszego patyka.
– Aha. Może za dwadzieścia lat będziesz mógł nazwać to coś bicepsem.
– Ej! – Ricky napina się jeszcze bardziej, wpatrzony w swoje ramię. – Jak możesz tak kłamać?? Przecież on ma jakieś pięćdziesiąt centymetrów obwodu!
– Będzie miał osiemdziesiąt, jak wreszcie zakopiemy to ścierwo. – Kuźma kopie trumnę, która wydaje z siebie brzęczący dźwięk metalowego pojemnika, który ma w sobie prawie nic. – Gdzie kopiemy?
– Tutaj…? – pyta Ricky z nadzieją.
– Chyba cię pojebało. Dawaj, jeszcze trochę trzeba to popchać. Do lasu na przykład. – Celuje czubkiem łopaty w drzewa, które zaczynają rosnąć jakieś dwieście metrów od stajni. (Szpadel jest na tyle ciężki, że trzęsie się całe jej ramię, cały drążek, a tym bardziej czubek łopaty, który raz wskazuje na ziemię, raz na drzewa, a raz na niebo). – Nie chcemy otruć koni, dobra?
– Dobra. Dobra!! DOBRA!!! – wrzeszczy Ricky, po czym udaje, że podwija rękawy. – ZROBIĘ TO!!! JA. TO. ZROBIĘ!!!!!!!!
– Zamknij się, proszę. Zaraz będzie cisza nocna.
W ten sposób, o godzinie około dziewiętnastej, gdy wieczór rozpościera swoją strefę wpływów na całego, dwójka półbogów próbuje przedrzeć się poza granice Obozu, dźwigając ze sobą szpadel i trumnę z ołowiu, co w żadnym razie nie wygląda ani trochę podejrzanie. Ich buty są ubłocone tylko trochę bardziej niż nogawki spodni, a nogawki tylko trochę bardziej niż całe spodnie. Mokre, kolorowe liście przyklejają się do dżinsów i skóry, niewyposażone w rękawiczki dłonie stają się suche i zesztywniałe od wieczornego chłodu, policzki rumienią się trochę zbyt mocno, a oddech zamienia w parę. Już w pierwszej ćwiartce drogi chcą się poddać i zacząć kopać dół w szczerym polu, ale determinacja, której nigdy wcześniej w sobie nie czuli, każe im przeć przed siebie.
Może nimfy nie będą aż tak wściekłe, gdy ołowiana trumna z toksycznym spaghetti spocznie wśród ich korzeni.
────
[1171 słów: Kuźma otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]