czwartek, 6 sierpnia 2026

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— A do czego ci to? — podejrzliwie zapytała.
Weronika zamknęła książkę, pretensjonalnie głaszcząc ją po grzbiecie. Kojarzyła tego chłopaka, był jednym z grupowych. Był jednym z tych idiotów, co się nie wypowiadali i kiwali głową, czekając z nadzieją na koniec spotkania. W dodatku zaczerpnął maniery Niketasa, akcentując to cholerne R w jej imieniu. Nie miała pewności, ale od razu przydzieliła Mikołaja do ciemnej strony mocy. Nie będzie bratać się z jakimś potencjalnym przydupasem domku Hermesa. Ergo, wróg. A wrogom nigdy się nie wyznaje słabości. Wrogom, którzy rysują krzywe, brzydkie tabelki.
— Jakby zalało. No wiesz, powódź.
— Oczywiście, że umiem pływać! — warknęła.
Mikołaj odskoczył nieco, całkowicie zaskoczony jej tonem.
— Yyy, dobrze, już wpis— już nacisnął na długopis i miał zaznaczyć zamaszystego ptaszka w kolumnie "umie pływać", ale Weronika wyrwała zeszyt z jego ręki.
— To niedobrze. Tylko osiem osób umie pływać! Mieszkamy nad cholerną zatoką Long Island i tylko osiem osób z całego Obozu umie pływać.
— No właśnie. — Mikołaj odzyskiwał rezon. — Tylko osiem osób, na razie. Zostały mi jeszcze dwa domki. Możesz mi oddać zeszyt? Oddasz i, hehe, spływam stąd.
— Musisz zrobić lepszą tabelkę. Ta jest brzydka i nieczytelna. Co to za plamy? — powąchała zeszyt. — Pachną alkoholem, co za zaskoczenie.
Mikołaj wyrwał jej zeszyt.
— Już nie przesadzaj. Da się rozczytać.
— Problem jest większy! — Nika wstała.
Kiedy jakiś nieuważny obozowicz przeszedł obok nich, zafukała na niego z tekstem "czemu ty nie umiesz pływać, co?", sprawiając że odszedł szybciej. Już od jakiegoś czasu ludzie trzymali dystans od niej, obawiając się rozkazów czy krytyki. Ten dzieciak widocznie zapomniał, czemu.
— Musimy coś z tym zrobić. To nasza odpowiedzialność, jako grupowych.
Mikołaj wpatrywał się w nią z głupią miną.
— Huh?
— No, dowiadujemy się, że nasz Obóz nie przetrwa w czasie kryzysu wodnego. Jeżeli Posejdon kiedyś się zirytuje, to żadna modlitwa nie pomoże półbogowi w przypadkowym zalaniu zatoki. Nie mamy żadnych kół ratunkowych, mamy parę łódek na krzyż. Już nie mówiąc o misjach, w których półbóg może zostać zaatakowany przez morskiego, czy tam rzecznego potwora!
— Mamy za to dużo drzwi. Starczy dla wszystkich, nie to co na Titanicu. — wesoło rzucił syn Dionizosa.
— To nie jest zabawne. To jest przerażające. Co, jak dostaniemy górę lodową znienacka? — zaczęła machać żywo rękami.
— Hej, hej, Werrrrrrr—
— Skończ.
— Okej. Chciałem tylko powiedzieć, żebyś wrzuciła na luz. Mamy tu całkiem niezłe bariery ochronne, ładną pogodę i słoneczko przez cały rok. Truskawki. One chyba wypijają dużo wody, nie?
— Chcesz rzucać truskawkami w potwora morskiego? Czy ty jesteś normalny? Nie. Tak nie może być!
Przez ten cały czas kręciła się w kółko, zastanawiając się głęboko. Książka Dostojewskiego leżała pod drzewem, czekając, aż właścicielka skończy swoją tyradę. Mikołaj w tym czasie rysował kaczuszkę obok tabelki.
— Jutro, punkt ósma, musimy zebrać wszystkich na plaży. Jako grupowi.
— Oo, super, plażowe zabawy. Mogę przynieść drinki.
— Żadne zabawy! Musimy nauczyć naszych podopiecznych pływać.
Rozmówca pokiwał poważnie głową.
— No to wezmę jeszcze truskawki.
— Po co truskawki?
— Są, eee, lekko się je trawi. Energia. Sok truskawkowy, czy coś.
— No dobra, może być. Dam znać Chejronowi, że treningi z pływania muszą być obowiązkowe.
Już miała ruszyć w stronę głównego domku, kiedy przypomniała sobie coś. Odwróciła się do Mikołaja, wpatrując się w jego zeszyt.
— Ej, a pokaż na chwilę.
Wzruszył rękami i trzymał mocno zeszyt, pokazując jego zawartość Weronice. Próbując rozczytać pismo, trafiła w końcu na rubrykę „Niketas: nie umie pływać”.
— A to debil. — skomentowała.

Nazajutrz zebrali się przy pomoście. Był domek szósty, połowa domku dwunastego i rozbitki z domków pomniejszych bogów. Całkiem sporo osób, dużo z nich ziewało i przecierało oczy. Mikołaj pojawił się, zgodnie z zapewnieniami, z koszem truskawek. O dziwo był w całkiem dobrym humorze.
— Super, że jesteśmy. Dobra, to trzeba pokazać, jak się pływa. Wskakuj do wody.
Mikołaj popatrzył na nią tak, jakby spadła z księżyca.
— Ale że ja?
— A nie?
— Ale ja nie umiem pływać.
Wpatrywali się w siebie tak przez dłuższy czas.
— No, nie pytałaś się. Nie umiem pływać. Przyszedłem tutaj, żeby sie nauczyć. Wiesz, kryzys, Titanic. A ty umiesz pływać przecież.
Weronika przełknęła głośno przekleństwo w ustach.
— No tak, ale ja nie mogę jednocześnie pokazać i opisywać, jak to robić. Muszę przedstawić BHP, zasady dobrego oddychania i takie tam. — zaczęła się pocić. — Ktoś musi być w wodzie.
— No to wskocz do wody, pokaż i potem opiszesz.
— Nie!
— Dlaczego nie?
— Bo… nie. Nie!
— To tylko pływanie. Sama wspominałaś, że w razie misji, powodzi przez Posejdona i innych takich, obozowicze muszą umieć pływać. Potwory morskie. Rzeczne.
Reszta obozowiczy patrzyła tępo na ich kłótnie. Weronika modliła się, żeby w tym momencie Zeus ją trafił ze swojego pioruna. Albo żeby Hades zapadł ją pod ziemię. Mogą być nawet te latające szczury Afrodyty, byleby ją zabrały w cholerę.


Mikołaj?
────
[625 słów: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Ileż by teraz dała, żeby podzielić, niczym Raskolnikow lichwiarkę, Pana D na malutkie kawałki. Gladiusem, siekierą, wszystko jedno.

— Oni potrzebują wsparcia! Muszą rozwijać swoje zainteresowania i mają się nie opierdalać! — krzyknęła Weronika za wychodzącą Caroline.
Jej się zdecydowanie nie podobał ten cały obrót sprawy. Z drugiej strony nie miała pojęcia, kogo by wybrała podczas swojej nieobecności. Jasne, Chejron cały czas zawracał jej głowę tym, że musiała znaleźć zastępcę, ale rodzeństwo jest za młode na tak odpowiedzialną funkcję. O bogowie, co się stanie z tym domkiem, jak będzie musiała wybyć? Aż dostała dreszczy. Przecież mieli tylko szesnaście lat.
Gorączkowo zapisywała na kartce swoje rozkazy dla domku. W ten sposób się upewniała, że po jej powrocie nic się nie wywróci do góry nogami, a samo rodzeństwo nie zostanie małpim gajem z chęcią mordu. Spodziewała się wszystkiego po Aresiakach. Gdy podniosła głowę, zobaczyła Maura w progu drzwi.
— Dobrze, że jesteś. — westchnęła.
Maur coś odmruknął pod nosem. Zawsze miał jakieś swoje odzywki i Weronika mogłaby przysiąc, że usłyszała coś o „wylosowaniu krótszej słomki”. Nieistotne, były ważniejsze rzeczy.
— Złóż raport.
— Caroline kazała nam skakać w workach po ziemniakach.
— W jakich workach po ziemniakach?
— Przez przeszkody.
— Robi z was małpy?
— Ta. — Maur od niechcenia układał swoją kostkę Rubika.
— To okropne! Masz tutaj listę, co powinniście robić, tutaj wyliczone racje batoników z ambrozją, na wypadek. Jakby uszkodziła was podczas treningu. A jutro…
— Jutro mamy wyznaczoną akcję drużynową.
— Co? — Weronika wpadła w większy stupor.
Brat podłubał w nosie.
— No, jutro będziemy mieć zadanie drużynowe. Polowanie na Caroline. Że ona się gdzieś ukryje, a my mamy ją znaleźć. Dobra, daj tę listę. Idę już sobie, bajo. — wyrwał jej kartkę z ręki.
— Zaczek—
Brat zniknął szybko w drzwiach, zostawiając ją samą. Wpatrywała się w tabelki oraz akapity, z których wyłaniały się obowiązki oraz zobowiązania. Zwykle uwielbiała to robić, ale w tym momencie odczuwała duży dyskomfort. Co jej po tym, skoro nie ma pewności, czy zrobią wszystko? Wstałaby, gdyby nie te głupie wymagania dzieci Apolla. To tylko wstrząśnienie, jaki jest problem? Przynajmniej troglodytka dla słusznego celu chce zostawić domek, to się chwali, sam pomysł "zadania" też nie był zły. Musi tylko znaleźć sposób, żeby przekazywać rozkazy.
Aż ją głowa rozbolała. Zrezygnowała z dalszych myśli i poszła spać. Z nadzieją, że się jej uda przejąć domek z powrotem.

Kolejnego dnia odwiedziła ją Chloe.
— Kiedy wracasz? — zapytała rzeczowo z progu.
Weronika podniosła głowę.
— Oby teraz. Jak sytuacja?
— Jest zabawnie. Otóż Pan D przewidział, że Caroline ucieknie. Kazał nam zorganizować się w grupy ścigające, w ramach treningu. Chejron wciąż nie wrócił.
— Grupy ścigające? Chyba nie masz na myśli…
— Tak, mamy ścigać Caroline wszelkimi dostępnymi środkami i zabrać ją z powrotem do Obozu. Z zachowaniem wszelkich środków. Część przyszykowała już naboje ze środkami usypiającymi od Apolloniątek.
— Że co.
— Pan D powiedział, że inni bogowie mieli pretensje, że nie jesteśmy tak wyszkoleni, jak rzymianie. Dlatego stwierdził, że to super okazja, żebyśmy się wykazali. Ja sądzę, ze wykażemy się co najwyżej obliczaniem, ile paliwa w baku zostanie przeznaczone na gonitwę.
— Poza GRANICAMI Obozu?!
— Dobra, dobra, będziemy organizować tylko na terenie Obozu. Narysujemy karton z podobizną Caroline i będziemy szukać po krzakach. — odparła sarkastycznie.
Przez ten cały czas jadła chrupki i wpatrywała się, jak dusza ulatuje z Weroniki.
— Przecież to niebezpieczne!
— Tak.
— Może się coś wam stać.
— Aha.
— i to wszystko, żeby ściągnąć głupią troglodytkę.
— Mhm.
— Kto się zajmuje domkiem podczas nieobecności?
— Ja. Reszta już wyruszyła.
Nika nie pamiętała, kiedy ostatnio była tak zszokowana. Mogłaby przysiąc, że prawdopodobnie jest w śpiączce, po tym feralnym uderzeniu przez Caroline. „To tylko koszmar” powtarzała sobie w głowie, trzęsąc się ze złości.
Wygramoliła się z łóżka i otworzyła okno. Zakręciło się jej w głowie, ale chęć powstrzymania była większa.
— Ruszam za nimi. Muszę ich zawrócić, cholera jasna!


Caroline?
────
[615 słów: Weronika otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel CD Dahlii — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Is przez chwilę zastanawiała się, czy bardziej przejmuje się tym, że Dahlia zdemaskowała jej półboską stronę, czy tym, że mają plecak pełen kokainy. Kokainę można spuścić w toalecie. Dzieciaka Hermesa nie. Chyba. W każdym razie, Dahlia najwyraźniej uznała, że to kokaina jest ich głównym problemem.
— A co się robi z kokainą? Wciąga, co nie? — zapytała, zerkając na plecak. Kiedy odwróciła się z powrotem i zobaczyła, jakim spojrzeniem obrzuciła ją Dahlia, zdecydowanie potrząsnęła głową. — Nie, nie, co ty. Nie będę tego wciągać. Tylko zawsze mi się myli z heroiną.
— Nie chcę pytać — mruknęła pod nosem Dahlia, podchodząc do plecaka.
Isobel usiadła na brudnych schodkach i podparła podbródek na dłoni.
— Dziwne, że było go stać na tyle kokainy, a nie na to, żeby kupić sobie plecak. Bez sensu — powiedziała marszcząc brwi. — Pewnie wystarczyłoby, żeby sprzedał z jedną działkę. Ja rozumiem dealować, ale kraść? Nie przesadzajmy.
Dahlia w tym czasie złapała plecak za uszy i podniosła, jeszcze raz zaglądając do środka.
— To już nieważne. Trzeba się tego jakoś pozbyć, bo naprawdę nie wybieram się do więzienia — rzuciła, ostrożnie zasuwając plecak.
— Zawsze można to spuścić w toalecie.
— Nie wniosę tego do mieszkania.
— Publicznej toalecie?
— Nie możemy z tym wejść do jakiegoś McDonalda.
Is westchnęła.
— Może jakaś rzeczka? Coś tu gdzieś na pewno płynie.
— Wytrujemy wszystkie ryby.
— To ja już nie wiem. — Wyrzuciła dłonie w powietrze, po czym zagryzła dolną wargę. — A może studzienka kanalizacyjna? Jestem pewna, że widziałam jedną tu obok, przed zakrętem — przypomniała sobie.
Dahlia milczała przez chwilę, zastanawiając się nad tym pomysłem. Właściwie mogły albo wysypać to do kanalizacji, albo do śmietnika. Jedno rozwiązanie gorsze od drugiego, ale wszystko było lepsze, niż wrócenie z tym do do domu.
— Chyba nie mamy innego wyjścia — powiedziała w końcu, wzdychając.
Wstając, Is otrzepała spodnie z kurzu, a potem ruszyła do drzwi, kiedy Dahlia zarzucała sobie plecak na ramiona. Najpierw wytknęła głowę przez szparę w drzwiach, rozejrzała się na boki, a dopiero potem machnęła dłonią na Dahlię, że mogą iść. Czuła się jak jakiś przemytnik nielegalnych przedmiotów. Chociaż tak właściwie to właśnie to robiła. Zbiegła po niezbyt stabilnych schodach i zaczęła rozglądać się za miejscem, w którym mogła przysiąc, że widziała studzienkę kanalizacyjną. Upewniła się, że Dahlia za nią idzie i kontynuowała rozglądanie się na boki. Choć raz w swoim życiu postanowiła się zamknąć, żeby przypadkiem nikt nie zwrócił na nie większej uwagi, niż powinien.
Kiedy w końcu zauważyła metalową kratę w chodniku, uśmiechnęła się z satysfakcją.
— No! Wiedziałam, że gdzieś tutaj była — powiedziała i skręciła między dwie dość już nadgryzione zębem czasu kamienice.
Śmierdziało tam stęchlizną i nadgniłymi owocami, ale i tak planowały spędzić tu tak mało czasu, jak tylko mogły, więc była w stanie to zignorować. Przykucnęła przy kracie i zaczęła szperać przy jej otwarciu; co prawda nie była w żaden sposób zamknięta, ale na pewno nikt od dawna jej nie dotykał, bo zardzewiała i nie chciała sie otworzyć. W końcu zaparła się stopami o ziemię i pociągnęła na tyle mocno, że krata odskoczyła. Złapała ją w ostatniej sekundzie przed tym, jak huknęła o kostkę brukową.
— Wsypuj — rzuciła, unosząc wzrok na Dahlię. Wciąż w kuckach przytrzymywała kratę, żeby nie narobiła hałasu.
Dahlia zsunęła plecak z ramion, otworzyła go i próbowała wymanewrować nim tak, żeby wypchany, plastikowy woreczek strunowy sam wpadł do studzienki. Na pewno nie miała zamiaru go dotykać.
— To serio wygląda trochę jak bochenek — zauważyła Is po chwili namysłu, przyglądając się workowi kokainy, jakby to była najnormalniejsza na świecie rzecz.
— Ta. Nie spojrzę już na chleb tak samo — mruknęła Dahlia, a potem woreczek w końcu wypadł z plecaka i z cichym tąpnięciem wpadł do dziury.
Nawet nie chlupnęło; ostatnio raczej nie padało. Is miała nadzieję, że akurat tego dnia z nieba spadną tony wody, żeby utopić właśnie zutylizowaną przez nią kokainę. Kiedy próbowała z powrotem zamknąć kratę, z góry usłyszały skrzek jakiejś starszej baby.
— A co wy tam robicie? Znowu kradniecie kratę? Dzwonię na policję!
Wychylała się z okna, niemal zaplątana w brudną firankę i groziła im pięścią. Is zamrugała, zastanawiając się, dlaczego ktoś miałby kraść zardzewiałą kratę do studzienki kanalizacyjnej. Druga część zdania dotarła do niej dopiero kiedy Dahlia pociągnęła ją za nadgarstek, żeby wstała, i kopniakiem zamknęła kratę.
— Nie będę znowu uciekać przed policją — zaznaczyła, już ruszając w kierunku wyjścia z alejki.
— Gdzie wy się wybieracie? Wracajcie tutaj! W tej chwili! — zawołała w tym samym czasie babcia z okna.
Is na odchodne wyszczerzyła się do niej, zanim nie zniknęły za rogiem.


Dahlia?
────
[730 słów: Isobel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Caroline nigdy, przenigdy nie chciała zostać grupową nawet swojego domku. Za dużo w tym było pierdolenia się z gówniarzami, bezsensownych spotkań i dodatkowych zadań. Lubiła swoje życie jako przeciętna obozowiczka. Hulaj dusza, piekła nie ma! Dlatego wściekła się, kiedy Dionizos zdecydował przydzielić ją na grupową domku Ateny. Jej ze wszystkich bogów. Wszystkie jej dzieci były nadęte jak balony i patrzyły na nią, jakby była zgniecionym robakiem na podeszwie ich butów. Na litość boską, ona już nawet nie była prawowitą obozowiczką, a poza tym, Weronika dostała w głowę na własne życzenie. W sprawiedliwym pojedynku. Jedyna niesprawiedliwą w tym wszystkim rzeczą było to, że dostała za to karę.
Po tym, jak już nakrzyczała na rodzeństwo Weroniki, że „mają się zająć własnymi dupami i broń boże niczego nie kombinować”, zakradła się do domku dzieciaków Apollo. Poczekała, aż opustoszeje i dopiero wtedy weszła do środka.
— Słuchaj, kurwa — powiedziała, mrużąc oczy, kiedy tylko zobaczyła Weronikę leżącą na jednym z łóżek. — Lepiej szybko zbieraj się z tego wyra, bo ja jutro rano muszę być w Nowym Jorku i iść na zajęcia. Co ja mam powiedzieć wykładowcom? Że musiałam się zajmować zasmarkanymi półbogami?
Zatrzymała się tuż przy łóżku widocznie nabzdyczonej dziewczyny, ledwo powstrzymując się przed dźgnięciem jej palcem. Szanse na to, że Weronika by jej go odgryzła były małe, ale przecież nigdy nie wolno mówić nigdy. Caroline za bardzo ceniła sobie posiadanie wszystkich dziesięciu palców.
— Może twoje rodzeństwo jest zasmarkane. I zaślinione. Moje od urodzenia ma wpojoną kulturę osobistą. Wszystkie dzieci Ateny wiedzą, jak powinny zachowywać się w towarzystwie. Ty też mogłabyś spróbować się tego nauczyć — fuknęła Weronika, krzyżując ramiona na piersi.
Caroline policzyła w myślach do pięciu, a potem do dziesięciu. Naprawdę nie potrzebowała więcej kłopotów. Zamordowanie kogoś w pseudo szpitalnym łóżku i poniesienie tego konsekwencji zdecydowanie zaliczało się do dużych kłopotów. Pogodziła się już z tym, że na pewno nie dotrze jutro na uczelnię (rozkazów bogów się nie łamie, jeśli chce mieć się wszystkie sprawne kończyny), ale fakt, że przez te dwa dni będzie musiała użerać się z małymi kopiami Weroniki, absolutnie niczego nie ułatwiał.
— Moją kulturą osobistą się nie przejmuj. Nie twój problem. Powiedz mi lepiej, co ja mam do cholery zrobić. Czytać im książeczki? Rozmawiać o emocjach? Bo w tym to ja akurat nie jestem dobra — burknęła, podpierając dłonie na biodrach. — Co wy w ogóle robicie całymi dniami? Wszyscy czytają rosyjską literaturę, czy tylko ty jesteś aż tak pierdolnięta.
Weronika aż się żachnęła. Chciała usiąść, ale kiedy zbyt szybko podniosła głowę, na jej twarzy pojawił się brzydki grymas bólu. Powoli opadła z powrotem na miękkie poduszki.
— To klasyka. Wiedziałabyś, gdybyś miała choć odrobinę jakiegokolwiek gustu — powiedziała, przyglądając dłoń do czoła. — To rosyjska literatura ustaliła nurty-
— Weź skończ — wtrąciła Caroline. — Gdybym cię nie znała, to bym zapytała, czy nie masz przypadkiem wstrząśnienia mózgu. Ale widzę, że absolutnie wszystko jest w porządku — rzuciła sarkastycznie.
Od gadania tej dziewczyny zaczynała ją boleć głowa. Ból w skroniach nasilał się, kiedy przypominała sobie, że będzie musiała to znosić przez następne dwa dni.
— A może mam wstrząśnienie mózgu? To wszystko to twoja wina. Jakbyś znała zasady walki fair play, to do niczego by nie doszło. — Weronika pociągnęła nosem i ostentacyjnie odwróciła twarz w drugą stronę.
Gdyby Caroline tak bardzo nie lubiła swoich włosów, to pewnie już zaczęłaby rwać je z głowy. Miała ochotę wyjąć telefon i zadzwonić do mamy, żeby zabrała ją do domu. Czego nie robiła od podstawówki. A telefon zostawiła w mieszkaniu w Nowym Jorku, bo jeszcze ceniła sobie swoje życie na tyle, żeby nie przynosić go do Obozu Herosów.
Zdążyła jedynie wziąć długi, głęboki oddech, kiedy drzwi domku Apollo się otworzyły.
— Caroline? Tobie nie wolno tu być — powiedział z niepokojem jeden z dzieciaków Apollo, którego dziewczyna średnio kojarzyła.
Dyskretnie przyjrzał się Weronice, jakby upewniał się, że nadal jest w jednym kawałku. Tak jakby podejrzewał, że w ciągu tych kilku minut Caroline złapała jedną z poduszek i udusiła nią córkę Ateny. Może i dobrze, że przyszedł.
— No już, przecież nie nie robię — burknęła, unosząc obie dłonie do góry. Jeszcze raz spojrzała na Weronikę. — Bierz dupę w troki — rzuciła jedynie.
Obrzuciła dzieciaka Apollo niechętnym spojrzeniem i wycofała się, żeby wyjść. Tylko tego brakowało, żeby jeszcze ktoś naskarżył na nią do Pana D., że nie stosuje się do jego rozkazów.
Czekały ją naprawdę ciężkie dni.


Weronika?
────
[706 słów: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne — „Wherever you are you will always be in my heart”

Eli nie miała pojęcia, co w nią wstąpiło, ale zapewne składała się na to cała seria niefortunnych zdarzeń. Bolał ją brzuch, pakując się przegapiła śniadanie, jej włosy wyglądały jak bocianie gniazdo, a poprzedniego wieczora posprzeczała się z Kalem. Może i się pogodzili, ale coś nadal ściskało ją w brzuchu. Poza tym była zmęczona i marzyła o tym, żeby dwa najbliższe dni przeleżeć w łóżku.
Wszystko złożyło się na to, że kiedy w niedzielę rano zadzwoniła dzwonkiem do domu rodzinnego, a drzwi otworzyła jej rozpromieniona Camille, Eli najzwyczajniej w świecie się rozpłakała. Po prostu poczuła, jak jej gardło nieznośnie się zaciska, a oczy wezbrały jej łzami. Wciąż ściskając w dłoniach swoją torbę, stojąc w progu, pozwoliła im popłynąć.
Szeroki uśmiech Camille szybko zamienił się w zmarszczone z troską brwi.
— Jezu, kochanie, co się stało? — zapytała, wychodząc na ganek, żeby przytulić Elianne.
— Nic — mruknęła Eli, z ulgą chowając się w objęciach kobiety. — Po prostu… — próbowała wyjaśnić, ale głos jej się załamał. — Nie wiem.
Sweter Camille pachniał tymi samymi perfumami, których używała, odkąd tylko Eli pamiętała. Zapach ten kojarzył się jej z domem i to sprawiło, że jeszcze bardziej zadrżała.
— No już, już — wymamrotała uspokajająco kobieta, ostrożnie przeczesując palcami splątane loki dziewczynki.
Odsunęła się odrobinę, żeby móc odgarnąć jej włosy z czoła.
— Wejdźmy do domu, co? Porozmawiamy.

Elianne szybko została posadzona na kanapie, z kocem narzuconym na ramiona i pudełkiem chusteczek. Wciąż pociągała nosem, ale policzki miała już względnie suche i zaczynało jej być głupio przez ten niczym nie spowodowany wybuch. Zwykle umiała nad sobą panować, ale może robiła to już zbyt długo. Cam krzątała się po kuchni, robiąc herbatę, jednak co chwilę zerkała na Eli kątem oka.
— Tata poszedł na spacer i do piekarni, myślał że będziesz później — wyjaśniła, szukając cukierniczki. — Chłopcy jeszcze śpią.
— To dobrze — mruknęła Eli, bawiąc się nadprutym rogiem koca.
Camille w końcu przeszła do salonu i postawiła dwa kubki na stoliku, po czym usiadła obok dziewczynki. Uśmiechnęła się do niej.
— Teraz opowiadaj, co w obozie? Ktoś ci dokucza? — zagaiła, nie chcąc ponownie pytać wprost, co doprowadziło Eli do płaczu.
— Nie. Centurionom się nie dokucza — westchnęła, a Camille tylko pokiwała głową, bo wciąż nie do końca rozumiała, na czym polega ta rola. — Po prostu miałam kiepską noc i poranek.
Sięgnęła po swoją herbatę i złapała ciepły kubek w obie dłonie, po czym oparła głowę na ramieniu kobiety. Dawno nie miała ku temu okazji, a czasami tęskniła za nią tak bardzo, że aż coś kuło ją w piersi.
— Chcesz o tym porozmawiać? — zapytała łagodnie Cam, ponownie przeplatając między palcami jej włosy.
— Nie ma o czym. Tylko wstałam w złym humorze — mruknęła, przymykając oczy.
Poczuła, jak Camille opiera policzek o czubek jej głowy.
— Wiesz, że możesz zawsze wszystko mi powiedzieć? Jestem po twojej stronie, nieważne w jakiej sprawie — powiedziała cicho, a Elianne poczuła, jak łzy na powrót napływają jej do oczu.
Milczała przez chwilę.
— Wiem. Dziękuję. Kocham cię — szepnęła tylko, mocniej zaciskając palce na ceramicznym kubku.
— Ja ciebie też. — Camille pocałowała czubek jej zmierzwionej głowy. — Na poprawę humoru, mam dla ciebie niespodziankę. Musisz jeszcze poczekać, ale będzie warto — dodała z uśmiechem, krótko ściskając dziewczynkę.
Żyjąc z trójką braci Eli już dawno nauczyła się, że niespodzianka nie zawsze oznacza coś dobrego, ale ufała Camille, że nie chciałaby jej akurat tego dnia dobić jeszcze bardziej. Tylko skinęła głową, w końcu biorąc się za picie swojej herbaty.
— Jesteś głodna? My jeszcze nie jedliśmy, bo twój tata jak zwykle ma na wszystko czas i nie ma go już z pół godziny — powiedziała Cam, z rozbawieniem przewracając oczami.
Elianne uniosła kąciki ust w małym uśmiechu. Tak, to brzmiało jak jej tata. W końcu ostatni raz pociągnęła nosem i podniosła głowę z ramienia Camille. Zanim zdążyła zakomunikować, że już czuje się lepiej, usłyszała skrzypienie schodów i znajomy głos.
— Mamo? Robiłaś kawę?
Poczuła, jak resztka ciężaru opada z jej ramion. Nie widziała się z najstarszym bratem od czerwca, kiedy to wpadł do domu na tydzień, bo znalazł sobie pracę w pobliżu uczelni na całe wakacje. To było ponad pięć miesięcy temu i Eli boleśnie odczuwała jego nieobecność podczas każdej wizyty w domu.
Camille roześmiała się, widząc jak dziewczyna pospiesznie odstawia herbatę na stolik.
— To właśnie twoja niespodzianka. Wstała szybciej, niż podejrzewałam.
Eli już słuchała jej tylko jednym uchem, bo Chris zdążył już podejść od tyłu do kanapy i posłać siostrze jeden ze swoich mistrzowskich, krzywych uśmiechów.
— Cześć, El. Wyglądasz, jakby ktoś nasikał ci do herbaty.
— Dupek — mruknęła pod nosem Elianne, ale wcale nie przeszkodziło jej to w wdrapaniu się na oparcie kanapy, żeby przytulić brata.
— Od kiedy przeklinasz przy mamie?
— Dupek to nie jest przekleństwo.
— Jak na ciebie? Jest.
— Żebym zaraz nie musiała-
Chłopak wykorzystał okazję, i wbił jej palce w żebra. Eli zaśmiała się i zaczęła wyrywać się z jego uścisku.
— Mamo! — poskarżyła się piskliwie, kiedy Chris za żadne skarby nie chciał jej uwolnić z tej męczarni.
Im była starsza, tym rzadziej zwracała się do Camille w ten sposób, ale to wciąż było coś, co mówiła instynktownie. Nie umiała pozbyć się dziwnego zmieszania, które zawsze wtedy odczuwała, jakby Juwentas miała zaraz pojawić się na środku ich salonu i ją za to ukarać. A jednak od zawsze wiedziała, że chociaż Camille nie jest z nią w żaden sposób spokrewniona, wciąż jest jedyną matką, którą Elianne kiedykolwiek uznawała. Była zbyt zajęta wyrywaniem się z ramion brata, żeby zauważyć, że uśmiech Cam złagodniał.
— Christopher, odstaw siostrę. Nie macie już po pięć lat — zganiła go, ale po jej głosie słychać było, że powstrzymywała się od śmiechu.
Eli w końcu wylądowała z powrotem na kanapie, oddychając ciężko i rozmasowując obolałe żebra.
— Zdrajca — fuknęła w stronę brata, ale nie potrafiła ukryć uśmiechu.
To, co dręczyło ją rano, szybko zniknęło z jej głowy. Dawno nie czuła się, jakby była w domu, choć przecież regularnie w nim bywała.
Trzasnęły drzwi frontowe.
— Czy ktoś jest głodny? — zawołał z korytarza ojciec Eli.
Pozwoliła sobie opaść na miękkie, kanapowe poduszki. Chciałaby zatrzymać czas.



────
[975 słów: Elianne otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Niketasa CD Weroniki — „Pluszowe misie słuchają Highway to Hell”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

– Co jest nie tak z tą kobietą? – szepcze do siebie Niketas, wciśnięty w szczelinę między swoim łóżkiem a wspólną szafą, o którą opiera nogi. Na udach rozłożoną ma zapisaną przeróżnymi bazgrołami kartkę, a obok leży kostka Rubika, od której powoli zaczynają odpadać poszczególne sześciany. Wyjątkowo, chłopak nie ma na nosie okularów przeciwsłonecznych, które aktualnie zwiedzają zakamarki jego pościeli. Włosy ma nieułożone, nie wpadają mu do oczu wyłącznie dzięki gumce recepturce, która mniej więcej spina je w jednym miejscu, tworząc palemkę na czubku jego głowy. Ze zmrużonymi oczami i zmarszczonymi brwiami przechyla głowę, wpatrując się w swoją kartkę, jakby miał tam dostrzec Zeusa. – Może ona miała na myśli „F”, gdy pisała „H”. Nie. Bliżej temu do „R”. Kurwa, to jest „M”. Jak nic to jest „M”. Pojebały jej się wielkości liter, idiotka.
Po wymamrotaniu tych paru zdań chwyta swoją kostkę Rubika, którą kwadrans wcześniej ułożył, żeby mieć czysty start. Przystępuje do bardzo wymagającej pracy, już po raz dziesiąty tego wieczora. Tym razem naprawdę usilnie próbuje trzymać się wymykającej się z rąk nadziei, że coś mu wyjdzie. Coś ułoży. Jakiś inny kod złożony z kolorów, który potem będzie musiał rozszyfrować. Ale to przynajmniej będzie już COŚ.
Najpierw. Obrót poziomej ścianki środkowej zgodnie z ruchem wskazówek zegara o trzysta sześćdziesiąt stopni. To jest, kurwa, bez sensu. Obrót dolnej ścianki o czterysta pięćdziesiąt stopni. Obrót poziomej ścianki środkowej o dziewięćdziesiąt stopni i odwrócenie całej kostki wokół osi x. Znowu obrót dolnej o czterysta pięćdziesiąt stopni. Pionowa środkowa o dziewięćdziesiąt stopni. Cała kostka wokół osi x. Znowu dolna ścianka o czterysta pięćdziesiąt stopni.
Po przyjrzeniu się wynikowi swoich działań Niketas stwierdza, że powinien popełnić brutalne morderstwo na pewnej galaktycznowłosej Rosjance. Jedna strona kostki przypomina flagę Armenii, ale chłopak wątpi, że to o to chodziło Weronice. Czy Rosja kiedykolwiek była zaangażowana w konflikt polityczny z Armenią?? Żeby to wiedzieć, musiałby uważać na lekcjach historii, a podczas nich wolał robić matmę.
Bardzo niedelikatnie odkłada kostkę gdzieś w kąt. Możliwe, że wpada pod łóżko, ale Niketasa mało to obchodzi. Patrzy na swoje pozostałe opcje i zatrzymuje się na połączeniu Cezara z Gematrią. Dzięki niemu otrzymał taką oto cudowną wiadomość, która była jedną z przyczyn tego, że potargał całą poprzednią stronę nieprawidłowych prób rozszyfrowania kodu Werci:

„1. hd ge
2. hage jage”

W drugim punkcie już myślał, że do czegoś dochodził, mimo że pierwszy w ogóle na to nie wskazywał. Teraz korektuje ten drugi punk, po zdaniu sobie sprawy, że użył H, a nie M i ostatecznie otrzymuje: „2. hage page”. Stwierdza, że znowu ma ochotę coś zniszczyć. Po paru wdechach i wydechach po prostu gapi się na kartkę przekrwionymi oczami, prawie uśmiechając się na widok narysowanych na dole strony tańczących ludzików. Było to jego poddańczym gestem, zanim wpadł na to, że Weronika może po prostu nie umie pisać i jej H wygląda jak M. Ostatecznie nie doprowadza go to do niczego, ale ludziki go pocieszają. Jakąś godzinę temu dzięki nim zakodował wiadomość: „PIERDOL SIE WERONICZKA” i jakoś tak dobrze mu się na nie patrzy.
– Mogę kostkę? – pyta Ulfert i bardzo ostentacyjnie wskazuje na ściankę z flagą Armenii, jakby Niketas był w stanie kompletnego odklejenia od rzeczywistości i nie rozumiał prostych słów.
– Weź mi to sprzed oczu – mamrocze w dłonie, którymi właśnie próbuje rozmasować sobie powieki.
– A może ona chciała cię po prostu rozkojarzyć? – delikatnie sugeruje Ulf. – Wiesz, odwrócić twoją uwagę od sprawy i się ciebie pozbyć.
– Nawet sobie tak nie żartuj.
– No ale udało ci się do czegoś dojść? – pyta Ulf i gdyby był choćby odrobinę bardziej bezczelny, to pewnie zabrałby Niketasowi jego notatki i dokładnie przyjrzałby się tym bazgrołom wariata. Na szczęście widzi je tylko z daleka (już i tak może stwierdzić, że jego brat niebezpiecznie szybko zbliża się do załamania nerwowego). – Może powinieneś ją po prostu skonfrontować i…
– I co jej powiedzieć? „Hage jage”?
– Co kurwa.
– Nieważne – ucina Niketas i macha ręką na brata. – Weź sprawdź, czy cię nie ma nad jeziorem, git?
Ulfert coś tam jeszcze mamrocze pod nosem, ale posłusznie opuszcza domek. Niketas jeszcze przez chwilę gryzie ołówek, siedząc sobie w swojej wnęce, aż wreszcie zbiera się w sobie, odnajduje zagubione okulary i rozplątuje niedbały kucyczek, żeby nasmarować włosy żelem. Przegląda się w niemytym od lat lusterku, które wygląda bardziej jak spory kawałek szkła i jest gotowy do wyjścia z jaskini. Jakby rodzice wiedzieli, to byliby z niego bardzo dumni.

– Siemka, Werrrrrciu – wita ją szerokim uśmiechem i próbuje szybkim, niespodziewanym atakiem wyrwać z jej rąk notes. Na jego nieszczęście, ma go przywiązanego do nadgarstka i jedyne, co zostaje w palcach Niketasa to kawałek wyrwanej strony, na której jeszcze niczego nie napisała. Jego zasoby szczęścia ostatnio postanowiły przypominać wyschniętą studnię i skłamałby, gdyby powiedział, że go to nie obchodzi. Maskuje niepowodzenie nonszalanckim uśmiechem i ostentacyjnie daje karteczce odlecieć z wiatrem.
– Jak śmiesz zaśmiecać Obóz – prycha Weronika, przy okazji dodając swojej wypowiedzi zjawiskowego efektu „wow” poprzez sprawne i głośne zatrzaśnięcie notatnika.
– Jak ci idzie sprawa pluszaczkowa, laleczko? – odpowiada pytaniem, może tylko trochę chcąc ją tym zirytować.
– Och, czyżbyś aż tak bardzo chciał się sztachnąć tym, co znalazłam w misiach? – szybko go kontruje. – Шутки в сторону, przestań się ośmieszać. Wydaje ci się, że nie jestem w stanie cię przejrzeć?
Niketas ma tylko chwilę na przepracowanie informacji, którymi właśnie zalała go dziewczyna. Że co było w tych pluszaczkach? Tym to nawet on się nie zajmował, będąc jednym z najbardziej znanych osobistości na półboskim czarnym rynku. Właśnie to różniło półboskie podziemie od śmiertelniczego. Niketas handlował energetykami i elektroniką, nie narkotykami i kradzionymi organami.
– Ha, ha. Bardzo śmieszne, paniusiu – mówi bez cienia radości w głosie. – Werrrrrrciu, zastanów się przez momencik, taką o króciutką chwileczkę – zbliżając do siebie palec wskazujący i kciuk pokazuje jej, o jak krótką chwilę mu chodzi. – Możesz mnie podejrzewać, ile chcesz. Ale co zrobisz, gdy ktoś przyłapie ciebie, grzebiącą w zmieszanych z pluszem proszkach? Bez cudownego partnera, który mógłby rzeczywiście dać ci niezłe alibi? Kogoś obcykanego w tych sprawach, z niesamowitą charyzmą i znajomościami?
– Nie bratam się z oszustami i złodziejami – dumnie rzecze Weronika, zadzierając podbródek.
– Oszust, to może. Ale i tak naciągane. A złodziej? Nigdy w życiu. Nigdy nawet kondoma z Walmartu nie zwędziłem.
– Ty już dobrze wiesz, co ukradłeś – prycha dziewczyna.
– Jak się zostawia ważne rzeczy bez opieki, to łatwo się je gubi. – Niketas wzrusza ramionami. – Bo wiesz. Wtedy niczego nie kradnę. Znajduję. – Uśmiecha się szeroko, po czym dodaje, żeby wrócić do tematu: – Cukiereczku, nie bądź taka. Stworzymy lepszy zespół śledczy niż cała policja w stanach razem wzięta. Przecież nie odmówisz dobremu ziomkowi, co?


Werrrrcia?
────
[1069 słów: Niketas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Havu CD Judasa — „Mary On A Cross”

Poprzednie opowiadanie

Najrozsądniej byłoby odmówić i nie pchać się gdzieś, gdzie nie jest się mile widzianym (przynajmniej tak mu się wydawało), ale z jakiegoś powodu przez myśl przeszło mu, że to rzeczywiście może być trochę zabawne, jeśli pominiemy ewentualną niezręczność. Na dodatek Judas przez cały czas zaciskał usta, odwracał wzrok i nerwowo poprawiał się na siedzeniu, jakby naprawdę bardzo mu zależało na tej „imprezie” rodzinnej.
— Zapłacisz mi za to? — zapytał co prawda żartobliwie, ale mężczyzna w tej sytuacji nie wyczuł żartu i pokiwał głową.
— Jeśli tego chcesz.
— Żartowałem — poprawił się od razu. — Mogę z tobą tam pojechać.
Judas chwilę nic nie mówił, a Havu się trochę zmartwił.
— Okej.
Spodziewał się trochę większej… ekscytacji, ale najwyraźniej dla Judasa też było to trochę niekomfortowe. Nie chciał nawet więc pytać o szczegóły tego całego spotkania rodzinnego, bo zrobiłoby się jeszcze bardziej niezręcznie. O wiele lepiej piło się szejka w luźniejszej atmosferze.
 
Nawet nie wiedział, jak powinien się ubrać, bo Judas dał mu tylko wskazówkę, że powinien wyglądać „ładnie”. Może był trochę zbyt ograniczony, bo wyglądać ładnie, to było dla niego narzucenie na siebie koszulki z ulubionym zespołem albo założenie zwykłej czarnej koszuli. Ewentualnie też dobranie jakichś czarnych eleganckich spodni, żeby nie wyglądać jak skończony wieśniak.
Dopiero jakieś dwie godziny przed wyjściem Judas postanowił sprecyzować swoje słowa i wspomnieć coś o graniturze, czego Havu nie posiadał w swojej szafie. Koszule miał, spodnie miał, krawat też miał, ale jakaś ładna marynarka? Może kiedyś takie coś trzymał w domu, ale musiał się tego pozbyć.
Ostatecznie ubrał się tak, jak uważał, że wygląda dobrze, uznając, że ma to trochę w dupie. Nie, że miał w dupie Judasa. Miał w dupie standardy ubierania się na imprezy rodzinne w garnitury. Kto to w ogóle wymyślił? Ustanowiono jakieś prawo zakazujące ubierać się inaczej?
— A gdzie my w ogóle jedziemy? — zapytał od razu, kiedy się zobaczyli. To było dosyć kluczowe pytanie, którego wcześniej nie zadał. Zaraz się okaże, że spędzi w samochodzie milion godzin i zdąży zniszczyć sobie fryzurę, którą układał w domu dobre dwadzieścia minut.
— Do San Diego.
— Czemu ty mi nie mówisz takich rzeczy? — jęknął, rozłożywszy ręce. — Mam z tobą siedzieć przez jakieś dziesięć godzin?
— Przeszkadza ci to? — Trochę zmarniał na twarzy. Dorosły chłop, a zachowywał się czasami jak skrzywdzony przez życie nastolatek. — Pomyślałem, że przynajmniej będziemy mieć trochę czasu dla siebie.
— Zdajesz sobie sprawę, że widziałem cię wczoraj i jeszcze przedwczoraj?
Zechciał się z nim trochę podroczyć, ale Judas nie miał humoru. W ogóle. Był cały zmarnowany na twarzy i wyglądał tak, jakby nie chciał tam jechać za żadne skarby.
— Czy ty w ogóle lubisz swoją rodzinę? — zapytał, opamiętując się na moment. Postanowił spoważnieć na pięć minut.
— Nie. — Wzruszył ramionami.
— To musisz tam jechać?
— Jadę pierwszy raz od chyba dziesięciu lat, a co?
Ze zdziwienia aż nie wiedział, co odpowiedzieć. Skoro nie jeździł od lat na te imprezy, to dlaczego postanowił pojechać teraz?
— To jakieś specjalne święto?
— Powiedzmy — mruknął pod nosem. Zazwyczaj był bardziej rozmowny, ale kiedy temat schodził na jego rodziców, to się w sobie zamykał i odpowiadał zdawkowo. — W każdym razie dobrze, że jedziesz ze mną.
Havu w odpowiedzi uśmiechnął się delikatnie, po czym znowu — chyba setny raz — poprawił włosy. Całą drogę przesiedział, patrząc w okno i zastanawiając się, co teraz robi Vincent, bo nie widział chłopaka od dłuższego czasu. Potem, im bliżej San Diego byli, zaczął się martwić tym rzekomym spotkaniem rodzinnym. Judas również widocznie się spinał. W ostatniej chwili chciał nawet zaproponować, żeby tam nie szli i pojechali w drugą stronę, może do Las Vegas, i wydali większość swoich wypłat na hazard. Byłoby to całkiem zabawne, prawda?
Było już jednak za późno na zmianę planu, bo dojechali do jakiejś okropnej restauracji. Z zewnątrz wyglądała na miejsce dla starych bogatych bab, które na emeryturze nie miały co robić ze swoimi oszczędnościami, więc wszystko wydawały na zbyt drogie dania o przeciętnym smaku.
— Ile osób będzie? — spytał, po wyjściu na zewnątrz. Rozejrzał się na boki, ale nie widział nikogo oprócz nich. Chyba będzie mu trochę głupio, jeśli jedyni są spóźnieni.
— Niewiele. — Judas poprawił przekrzywiony krawat. — Chyba pięćdziesiąt.
— To jest niewiele? — przeraził się. — Z jakiej okazji to w ogóle wyprawiają?
Zadawał coraz więcej pytań, a Judas przestał na nie odpowiadać. Podeszli razem do drzwi wejściowych i weszli do środka dopiero po jakimś czasie (jak obydwoje wypalili po papierosie). Oczy wszystkich zgromadzonych skierowały się na ich dwójkę. Havu niezręcznie się uśmiechnął. Nawet nie wiedział, na kogo patrzył, bo naturalnie nie znał… nikogo.
Judas odchrząknął i się przywitał.
— Kto to jest? — Starsza kobieta podniosła się z krzesła i podeszła do nich. Miała na sobie długą, złotą sukienkę, a włosy spięte błyszczącymi klamrami. Jeśli była to matka Judasa, to zdecydowanie pasowała do opisu pań na emeryturze, które nie miały co robić z pieniędzmi.
— To mój przyjaciel — zaczął Judas, a Havu czuł, że powoli zaczyna robić mu się słabo. — Pracujemy razem w parafii. Również jest księdzem.
Teraz to już zdecydowanie zaraz zemdleje.
— Och. — Kobieta nawet się nie uśmiechnęła. — Czyli rozumiem, że to jest twoja osoba towarzysząca?
— Coś nie tak? — odpowiedział pytaniem na pytanie.
Kobieta nie spuściła wzroku. Trochę przerażające było to, jak obydwoje mierzyli się spojrzeniami. Ciężko byłoby komukolwiek innemu to wytrzymać.
— Nie widziałam cię kilka lat — wytknęła nagle dość istotny fakt, o którym wcześniej Judas też powiedział Havu. — Ale dobrze, synu, baw się dobrze. To w końcu rocznica ślubu twojego brata.
Havu dopiero wtedy dowiedział się, z jakiej okazji się tutaj znajdują. Nie widział jednak żadnej panny młodej w tłumie tych ludzi. Zamiast tego dostrzegł dwóch mężczyzn, siedzących przy stoliku, który zajmowała matka Judasa.
— Gdzie jest… żona twojego brata? — szepnął do Judasa.

czuję tę niezręczność lol
────
[919 słów: Havu otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]