czwartek, 12 marca 2026

Od Chaita do Dahlii — „Haul Away Joe”

Nie spodziewał się, że wywiezie go za pracą gdzieś poza Nowy Jork. Nigdy nie brał takiej opcji pod uwagę – nie było potrzeby. Zawsze znalazło się coś do roboty. Czasem tracił tę robotę przez szczury, czasem trwała tylko jeden sezon, ale zawsze trafiała się jakaś kolejna i naprawdę nie miał na co narzekać.
Możliwe, że nie miało to żadnego znaczenia. Prawdopodobnie nie miało, bo to nie tak, że wyjeżdżał przez brak pracy. W sumie to nawet nie wyjeżdżał na stałe. Raczej nie zdecydowałby się na wyjazd na stałe. To jeden z jego pracodawców – ten, z którym pracował regularnie, związany z organizacją festynów i zajęć dla dzieci – dał mu znać o nowej propozycji pracy. Kolejnej pracy na chwilę. Chait nie wiedział, czy szef polecił go, ponieważ uważał go za dobrego pracownika, czy zwyczajnie z litości.
Albo sadyzmu. Po czasie skłaniał się głównie ku tej opcji. Pokonał zdecydowanie zbyt wiele kilometrów i nie potrafił docenić tego, że nie pokonał ich najbardziej uciążliwym środkiem transportu, jaki miał do wyboru. Wolałby pokonać je w sposób bardziej odpowiedni dla gówniarza Iris, ale głupio było odmówić, gdy inny pracownik zaproponował mu wspólną podróż. Nie jechali dokładnie w to samo miejsce, na polu bitwy Chait miał zostać już kompletnie sam.
Spodziewał się, że nie dojadą na miejsce w jednym kawałku, więc faktyczne pojawienie się pod bramą parku rozrywki było zadziwiająco miłym, przynoszącym ulgę uczuciem.
W miejscu przyszłej swojej nowej pracy tymczasowej pojawił się na czas, nawet chwilę przed, po tym, jak udało mu się przespać kilka godzin w tanim hostelu pół godziny piechotą od parku. Pracodawca zapewniał swoim pracownikom zniżki, co też przyjął z pewną ulgą.
Ostatnio coraz częściej pojawiał się przed czasem, a nie na styk lub grzecznie spóźniony. Normalnie pewnie ludzie by go za to chwalili, ale wśród jego grona znajomych był to raczej powód do nowych żartów.
Poczuł się przytłoczony okolicą, jeszcze zanim udało mu się dobrze wejść na teren obiektu. Zapytał o pomoc jednego z pracowników, uśmiechając się do niego grzecznie i ignorując palące, oceniające spojrzenie, którym go przywitano. Optymistycznie założył, że stoi za tym zmęczenie okropnie ciężką pracą, a nie jakiś prywatny problem do przyjezdnych.
Pracownik wskazał mu drogę pełnym zniechęcenia gestem, na który Chait zareagował jeszcze szerszym uśmiechem, trochę zbyt beztroskim „dziękuję!” i machnięciem dłonią tak energicznym, że starczyłoby tego dla nich obu. Poprawił jeszcze zwisający z ramienia plecak, kierując się do odpowiedniego budynku.
Dopiero przekraczając próg, poczuł, że chyba jednak odrobinę się stresuje. Pracował na festynach, jako animator i na obozach z dziećmi, ale nigdy w tak ogromnym parku rozrywki. Zakładał, że tutaj może to wyglądać nieco inaczej. Przeszedł wąskim korytarzem, z dłońmi dalej zaciśniętymi na ramionach plecaka, bezmyślnie przeplatając między palcami regulację.
Zajrzał do pierwszego napotkanego pomieszczenia. W środku kręcili się jacyś ludzie. Większość z nich musiała być w jego wieku, niektórzy może trochę starsi, kilku młodszych, ale bardzo niewiele. Jeden chłopak, z tych trochę młodszych, od razu go zauważył.
– Nowy?
Chait skinął głową.
– Tutaj możesz zostawić rzeczy. Zaraz będziemy rozdzielać obowiązki, to pewnie ci powiedzą, co i jak.
Chciał dodać coś jeszcze, ale ktoś coś do niego zawołał. Obejrzał się przez ramię, potem spojrzał przepraszająco na Chaita i wyszedł, rzucając jeszcze coś o tym, że w razie pytań służy pomocą. Chait i tak nie planował korzystać z tej oferty, bo dzieciak i bez tego wyglądał na rozchwytywanego. Jakoś sobie poradzi. Jak zawsze.
Odłożył plecak we wskazane mu miejsce, witając się z kilkoma innymi, tymczasowymi pracownikami i przeszedł do sąsiedniego pomieszczenia. Stanął trochę z boku, by nie przepychać się między ludźmi i oparł się o ścianę, starając się nie przyglądać pozostałym zbyt nachalnie.
– Potrzebujemy dodatkowych ludzi w kilku sekcjach.
Podniósł głowę, dopiero gdy usłyszał mocny, stanowczy głos. Należał do mężczyzny, trochę starszego od reszty znajdujących się w pomieszczeniu osób. Obrzucił ich wszystkich spojrzeniem kogoś, kto nie do końca lubi swoją pracę, a potem kontynuował. Chait był w stanie tylko w połowie skupić się na jego poleceniach: ktoś miał iść przebrać się za jakąś postać, kilka innych osób miało pomóc gdzieś indziej, ktoś w jeszcze jakimś innym miejscu. Mężczyzna przez cały ten czas ani razu nie spojrzał na Chaita.
Wskazani pracownicy zbierali się powoli, niektórzy bardziej ociężale od innych, ale pomieszczenie stopniowo pustoszało.
– Dobra, a wasza dwójka. – Tutaj w końcu mężczyzna spojrzał na Chaita. Ten wyprostował się, uśmiechając przyjaźnie. – Wy pójdziecie do sekcji pirackiej, bo kilku aktorów się rozchorowało.
Piraci. Chait prawie parsknął śmiechem. Znał jedną osobę, której coś takiego albo bardzo by się spodobało, albo śmiertelnie by się obraziła. Nie rozmawiał z tą osobą już bardzo długo.
Dopiero kiedy kierownik (Chait nie był pewny, czy tu funkcjonuje takie nazewnictwo. Zamierzał go używać, bo było logiczne) wskazał kierunek i ruszył do wyjścia, nie przejmując się tym, czy trafią na miejsce, Chait spojrzał na tę drugą osobę. Wysoką, dobrze zbudowaną kobietę, o ciemnych włosach i z bliznami na twarzy.
Zmarszczył na sekundę brwi, ale zaraz wyszczerzył zęby w uśmiechu, mrużąc delikatnie oczy. Nie chciał, by źle odebrała jego zachowanie.
– Chyba dalej musimy poradzić sobie sami – zauważył zamiast przywitania.
Na usta cisnęły mu się inne słowa, myślał też o czymś kompletnie innym niż szukanie ich nowego miejsca pracy. Nauczony doświadczeniem nie zadał tego pytania, które pojawiło mu się z tyłu głowy, bo zwykle kończyło się ono bardzo źle.
Zresztą, pewnie i tak tylko mu się wydawało. Wiedział, że przed nim nie stoi śmiertelniczka, ale to przecież jeszcze nic nie znaczyło.
Uniósł dłoń, by puścić kobietę przodem w kierunku, który wcześniej wskazał im kierownik.


Dahlia?
────
[900 słów: Chait otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 10 marca 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

Inez nie było najbardziej asertywną osobą, więc to oczywiste, że jak została poproszona (choć czy to bardziej nie było rozkazem?) o sprawdzenie pewnego lunaparku to bez zastanowienia to zrobiła. Czasami wciąż się bała takich misji, ale była w Obozie już trzy lata! Pora wyrosnąć z dziecinnego strachu i pokazać, że jest poważną, niezależną i odważną kobietą! Nawet jeśli część z tego wcale nie było prawdą…
Znalazła się w tym miejscu nie przez przypadek, choć nie wiedziała czego tak właściwie szuka. Starała się nie wzbudzać podejrzeń, ani nie przykuwać wzroku, choć przez jej niecodzienny wygląd, nie było to takie proste. Dzieci często wskazywały na nią palcami, po to, by zawstydzeni rodzice mówili „Tak nie wolno! To bardzo niemiłe!”. Velez zawsze starała się im tylko posłać uśmiech, którym chciała przekazać, że to rozumie i to żaden problem. Zdarzało się, że słyszała czasami także nieprzychylne komentarze, ale akurat wygląd to było coś z czego była dumna i nie wstydziła się tego, kim jesteś.
Pokręciła głową łapiąc się na tym, że odrywa się myślami od swojego celu, który stał tuż przed nią. Niepozorny namiot, który wcale nie przykuwał uwagi. Jeśli w tym lunaparku miała znaleźć coś podejrzanego, to właśnie tu. W Obozie mieli co do tego miejsca złe przekonania. Złe duchy i te sprawy. Jednak wystarczyło posłać jedną osobę i oczywiście jak zwykle, musiało paść na córkę Arcus. Chociaż nie wydawało się to takie oczywiste, Velez nie miała nic przeciwko. Jednak nie spodziewała się sytuacji, którą zastała, gdy była już w środku.
Umięśniona kobieta stała naprzeciwko niej, wpatrując się swoimi ciemnymi oczami w twarz piętnastolatki. Inez od razu poczuła, że nie jest to zwykły śmiertelnik. Ciemnoskóra postać przed nią, była kimś takim jak ona sama. Ciemnowłosa nie wiedziała skąd pojawiła się ta myśl w jej głowie, ale była święcie przekonana, że tak jest.
– Słuchaj, ja tu szybko zrobię swoje rachu ciachu i nie będę Ci przeszkadzać! – rzuciła bez myślenia. – Na Jowisza! To twój namiot, prawda? Powinnam się najpierw zapytać czy mogę czyż nie? – Inez od razu zmieniła swoją postawę, co mogło nieco kolidować z jej wyglądem. Wyglądała niemal jak mały szczeniaczek, który zsikał się na środek dywanu swoich nowych właścicieli.
Jednak przez jej głowę przemknęła myśl, że powinna się lepiej zakraść.
– Hej, co ty na to: ja się tu rozejrzę na chwilę, a ty mi potem powróżysz czy inne czary mary jakie tam robisz, co? – Uśmiechnęła się szeroko na swój świetny pomysł nawet nie przedstawiając się jeszcze dorosłej przed nią dziewczynie.


Dahlia?
────
[407 słów: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Arisu CD Atlasa — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Och, jak Arisu bardzo nienawidziła takich pseudopochwalnych, mydlących oczy odpowiedzi. Zdecydowanie nie byli „być może najlepsi”, ona sama nie była pewna, czy są w ogóle faktycznie dobrzy. Co takiego w ogóle się wydarzyło, że znowu mieli razem pracować? Liczyła, że do tego już nigdy więcej nie dojdzie. Jej życie było dużo spokojniejsze przez tych kilka miesięcy.
Patrzyła na Atlasa i jego okropnie dziecinne zachowanie, z jeszcze bardziej dziecinnymi tekstami i najbardziej z tego wszystkiego dziecinnym podejściem do obowiązków i potrafiła myśleć tylko o tym, że będzie sama z gromadką dzieci (ta część jakoś bardzo jej nie przeszkadzała, nigdy nie miała dużego problemu z dziećmi) i tym przesadnie wyrośniętym gówniarzem. Wśród tych czarnych myśli na chwilę pojawiła się inna, nieco bardziej szara niż czarna, sugerująca, że hej – to przecież trening z dziećmi. Nikt nie będzie jej obwiniał, jeśli Atlas przypadkiem zostanie śmiertelnie raniony w trakcie.
Zaraz jednak doszła do wniosku, że jak najbardziej każdy będzie ją obwiniał, dzieciaki nie poradzą sobie z trzymaniem języka za zębami, a ryzyko śmiertelnego wypadku było zbyt niewielkie, by miało nie wyglądać podejrzanie – przecież nawet nie mieli przy sobie prawdziwych mieczy. Tym drewnianym mogła mu co najwyżej wydłubać oko.
Może to dlatego tylko sapnęła z irytacją, na dokładkę do kopniaka strzelając chłopakowi zwiniętymi formularzami w ramię i spojrzała na Cherry dużo spokojniej, niż kiedy kazała im naprawiać akwedukt. Zignorowała jęk bólu, który wydał z siebie Atlas. Może włożyła w cios trochę zbyt dużo siły.
– Postaramy się dobrze ich przygotować – obiecała, prostując się i zadzierając głowę tylko odrobinę. Wcale nie była pewna tej obietnicy. Nie była przekonana, czy jest wykonalna. Nie wiedziała nawet, czy jej słowa przekonają Cherry, bo na jej miejscu zdecydowanie nie czułaby się przekonana.
Niestety, już to powiedziała, więc przecież nie mogła się wycofać. Spojrzała czujnie na Atlasa.
– A ty nawet nie próbuj nic kombinować – fuknęła na niego wściekle, odwracając głowę, jakby ją czymś śmiertelnie obraził (bo przecież obraził. Samym swoim istnieniem. Czy coś takiego).

Arisu miała ochotę zabić Atlasa jeszcze zanim dotarli na Pole Marsowe. Nie zrobił jej nic złego, w sumie to w ogóle nic nie robił. Zupełnie jakby faktycznie nie próbował nic kombinować. To właśnie dlatego tym bardziej miała ochotę go pobić – to było podejrzane. Na pewno knuł coś po cichu, czekając na odpowiedni moment.
Puściła go przodem, ale nie na tyle przodem, by mógł jej uciec. Jeśli szedł przed nią, mogła cały czas uważnie go obserwować. Przez moment zastanawiała się, czy nie przesadza z własną czujnością. Przecież ich ostatnie wspólne zadanie, przeklęte walentynki, ostatecznie skończyło się dobrze. Wkurwiał ją wtedy niesamowicie, ale część sukcesu leżała po jego stronie.
Oczywiście to podejście zakładało zignorowanie faktu, że Arisu znalazła się na tej misji właśnie przez Atlasa i przez jego podłą manipulację.
Stanęli na polu treningowym, na którym mieli spotkać się z dzieciakami. Nie wiedziała, kto pomógł im tu trafić i nie była tym zainteresowana. Dopóki wszystkie były całe i zdrowe, a przynajmniej żywe, nie potrzebowała znać szczegółów.
Spojrzała na zgraję dzieciaków, zdecydowanie zbyt młodych, by musiały uczyć się podstaw trzymania miecza i innych zasad przetrwania. Ona w ich wieku zwiedzała rynki i muzea, uczepiona ręki starszego brata. Może przeżycie było przez to później odrobinę trudniejsze, ale za nic nie zamieniłaby tego na trening.
Od razu rozpoznała trojaczki, których dokumenty przeglądała wcześniej. Jeszcze nie zdążyły się odezwać ani nic zrobić, a Arisu już czuła, że będą z nimi jakieś kłopoty. Z bachorami Merkurego zawsze były kłopoty, nieważne, jak dalekie było to pokrewieństwo.
– A tobie, o co znowu chodzi?
Dopiero słysząc irytację Atlasa, zdała sobie sprawę, że patrzy na niego, jakby był źródłem wszelkiego nieszczęścia na świecie. Na pewno w jakimś stopniu był.
Prychnęła, odwracając głowę i dochodząc do wniosku, że nie ma sensu mu odpowiadać.
– Jestem Arisu – zwróciła się do dzieciaków, stając dumnie i zakładając ręce na piersiach. – To Atlas. – Kiwnęła w stronę chłopaka głową. – Jesteśmy z czwartej kohorty i będziemy dzisiaj uczyć was podstaw.
Dzieciaki spojrzały po sobie, jedne bardziej podekscytowane, inne chyba bardziej zdenerwowane. Najbardziej niepokoiły ją spojrzenia, które wymieniały między sobą trojaczki i szepty pomiędzy dwójką młodych chłopców. Z jakiegoś powodu od razu założyła, że oni też mogą sprawiać kłopoty.
Obejrzała się na Atlasa, który nie wydawał się szczególnie zainteresowany przeprowadzeniem teorii. Stał obok, z tym śmiesznym drewnianym mieczem w dłoni. Westchnęła z rezygnacją.
– Czy któreś z was już kiedyś trzymało w dłoni miecz lub jakąś inną broń? – zapytała, opierając drewnianą broń na ramieniu. Chciała z góry wiedzieć, jak wiele złych nawyków mają już te dzieciaki.
Przez chwilę nikt jej nie odpowiedział i już miała znowu westchnąć, tym razem z irytacją, że trafiła jej się zgraja tchórzliwych milczków, kiedy do góry wyrwała się ręka jednego z chłopców. Był wyższy od pozostałych i chyba też najstarszy ze wszystkich, chociaż dalej nie wyglądał na więcej niż dziesięć lat. Miał brązowe, falowane włosy, które opadały mu na zbyt duże i zbyt odstające uszy, a jakby tego było mało, był prawie wzrostu Arisu.
Dziewczynie prawie drgnęła powieka. Coś takiego działo się zawsze, gdy akurat wydawało jej się, że pogodziła się z tym, że jest niska.
– Ja już próbowałem miecza! – Dzieciak mówił głośno, trochę głośniej niż była potrzeba. – Moja babcia ze mną ćwiczyła. Była kiedyś bardzo ważna w obozie.
Arisu skinęła delikatnie głową, przeglądając zebrane formularze jedną ręką.
– Jestem Kalel Cairns – przedstawił się, widząc jej zmagania.
Spojrzała na niego szybko, nie do końca pewna, czy dobrze zrozumiała, a potem równie szybko zerknęła na Atlasa, nie dając po sobie poznać, że napotkała jakąkolwiek trudność.
– W porządku… Kalel… – odpowiedziała mu powoli, kiedy w końcu znalazła odpowiedni formularz.
Dziewięć lat, prawnuk Ceres. Żadnych informacji o tym, kim miałaby być jego babcia. W sumie to żadnych się nie spodziewała.
– Poza tym nikt? – dopytała i odczekała chwilę, by upewnić się, że na pewno nikt nie ma już nic do dodania. – W takim razie zaczniemy od teorii.
Wydawało jej się, że Atlas wywrócił oczami, ale w ich obecnym ustawieniu nie mogła zbyt dokładnie mu się przyjrzeć. Postanowiła to zignorować – jeśli miał jakieś uwagi, mógł zakomunikować je w normalny, dojrzały sposób. Lub zachować je dla siebie, bo i tak nie zamierzała się nim przejmować.
Starała się przedstawiać teorię w prosty i zrozumiały dla małoletnich sposób, ciesząc się, że chociaż sama preferowała łuki i kusze, to jednak starała się zadbać też o podstawy walki mieczem. Gdyby tego nie robiła, teraz musiałaby zostawić część tego monologu Atlasowi, a to wydawało jej się ryzykowne. Nie wspominając już nawet, że godziłoby w jej duszę. Nie zamierzała przyznać mu, że może wiedzieć lub zrobić coś lepiej od niej.
Streściła wszystko najbardziej, jak była w stanie, kilka razy tylko dopytując, czy dzieciaki wszystko rozumieją. Nie miały większych zastrzeżeń, ale była pewna, że wszystkie magicznie pojawią się, gdy tylko przejdą z teorii do praktyki.
– No, to z czystej teorii tyle – zakończyła. Była pewna, że mówienie nie zajęło jej dłużej niż kilka minut, bo Atlas nie zdążył w tym czasie rozpłynąć się w powietrzu. – Masz coś do dodania? – zwróciła się do niego, od razu żałując tych słów.
Atlas podszedł bliżej. Zobaczyła błysk w jego oku i zaczęła jeszcze bardziej żałować, że zapytała go o opinię.
– Wszystko fajnie, ale to tylko teoria. Tak to się robi.
Machnął w jej stronę drewnianym mieczem, a kiedy zablokowała cios i odruchowo wyprowadziła atak, udał, że ten trafia go w bok i zatoczył się dramatycznie. Arisu odskoczyła, zaskoczona, ale Atlas upuścił broń, cofając się na chwiejnych nogach.
– Ja umieram…!
Stanęła i spojrzała na niego jak na skończonego idiotę.
– Krew, wszędzie krew…
Obserwujące to wszystko dzieciaki zaczęły chichotać. Atlas upadł dramatycznie na ziemię, wyrzucając w powietrze jakiś kawałek czerwonego materiału.
– A potem… śmierć.
Znieruchomiał na ziemi, a dzieciaki roześmiały się jeszcze bardziej. Arisu wywróciła oczami, ukrywając twarz w dłoniach. Co za debil.
– Skończyłeś? – Podeszła do farbowanego idioty i trąciła go stopą w biodro. – Jak jesteś takim ekspertem, to może pokaż im, jak naprawdę się to robi.
Nie była pewna, czy chce, by uznał to za wyzwanie.


Atlas?
────
[1300 słów: Arisu otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

Od Dantego — „Półbóg naturopata w twojej okolicy”

Ostatnim razem zgubiłem portfel jakieś cztery, może pięć, miesięcy temu. Dawno nie czułem takiego strachu. To było uczucie porównywalne do stresu, który towarzyszy człowiekowi podczas ucieczki przez głodnym niedźwiedziem.
Sprawdziłem chyba wszystkie kieszenie i jedyne, co znalazłem, to stary paragon, nadgryzioną szminkę (nie wiem, kto mógł ją ugryźć) oraz cukierek. Słodycz zjadłem, bo musiałem sobie jakoś poradzić z tą ciężką i żenującą sytuacją. Szczególnie że przed chwilą zamówiłem sobie deser i chciałem rzucić napiwek dla tego pięknego kelnera, który przyjął ode mnie zamówienie.
Czekając, aż dostane swoje jedzenie, sprawdziłem jeszcze raz wszystkie kieszenie. Znalazłem dokładnie to samo, co przed chwilą. Może tak naprawdę nie wziąłem w ogóle portfela z domu? Nie, to raczej niemożliwe. Zawsze zabierałem go ze sobą. Był taki ładny, ozdobiony diamencikami, jak dla dorastającej dziewczynki w wieku wczesnoszkolnym.
— Pożyczyłem.
Zdezorientowany odwróciłem się i zobaczyłem wysokiego faceta z MOIM portfelem w ręce. Stał i patrzył się na mnie z szerokim uśmiechem. Pamiętam, że ostatnim razem spotkaliśmy się w jakimś obskurnym barze. Pamiętam też, że obiecał mi prochy.
— Tak? To oddaj teraz.
Dosiadł się do mnie bez pozwolenia. Był taki wysoki, że ledwo mieścił się przy tych małych i ciasnych stolikach. Zakładam, że raczej projektowali to z myślą o krasnalach, a nie o ponad dwumetrowych chłopach z niesamowicie długimi nogami.
— Kochany, nie denerwuj się. To zwykła zapłata za tamte prochy. Dziwię się, że jeszcze cię w ogóle spotkałem.
— Kochany — podkreśliłem pierwsze słowo, myśląc, że w ten sposób go wyprowadzę z równowagi — a mi się coś wydaje, że prochy były za darmo.
Evan, bo tak miał na imię ten denerwujący koleś, cmoknął na mnie jak na psa.
— Powróżyć ci z ręki?
Spiąłem się. Był jakąś cholerną wróżką? Wyczyta z moich rąk przyszłość, która okaże się niezwykle brutalna? Umrę z łap jakiegoś wilkołaka albo innego potwora?
— Możesz mi powróżyć z czegoś innego, ale nie z ręki.
Nawet nie wiedziałem, z czego jeszcze można wróżyć. Chyba z fusów, prawda? Z tych okropnie gorzkich pozostałościach kawy.
— Wróże tylko z rąk. No i ze snów czasem, ale rozumiesz — nachylił się nad stolikiem — to już robię u siebie w domu za parę monet.
— A wiesz może, czy… czy to pomaga na pewne przypadłości natury psychicznej? — zaciekawiłem się. Skoro miałem problemy z lekami od lekarza, to może ktoś taki, jak Evan, byłby w stanie mi pomóc. Mogłem na chwilę odłożyć w kąt moją niechęć i nijaką nienawiść do tego kolesia, jeśli tylko okazałoby się, że mnie zaczaruje i wyleczy.
— Nie leczę ćpunów.
— Nie jestem ćpunem — syknąłem.
— Ja to widzę trochę inaczej. — Wzruszył ramionami. Wyciągnął z kieszeni papierosa i go zapalił. — Chcesz bucha?
— Chętnie.
Wyciągnąłem rękę i wziąłem od niego papierosa. Zaciągnąłem się dymem. Brakowało mi tego przyjemnego, drapiącego uczucia w gardle.
— Oddasz mi ten portfel, kochany? — przypomniałem się. Przecież nie pozwolę mu odejść z moimi pieniędzmi.
Evan rzucił na stół moją własność. Różowe diamenciki rozproszyły światła z kawiarenkowych lamp.
Westchnąłem. Akurat w tym momencie przyszły moje lody i jego mrożona kawa, którą zamówił na mój rachunek.
— Jak wygląda czarowanie we śnie? — zapytałem, bo przypomniało mi się, że o czymś podobnym chwilę temu wspomniał. — Nie jestem ćpunem. Możesz na mnie spróbować.
— Nosisz w portfelu prochy dla zabawy? — siorbnął swoim napojem. Niesamowicie zdenerwował mnie ten dźwięk. — Chyba że to mąka, ale patrząc po twoich oczach, myślę, że to nie jest mąka.
— To leki — skłamałem. — Takie rozpuszczalne.
— Za kogo ty mnie masz? Wiesz ile narkotyków w swoim życiu już widziałem?
Mogłem się tego w sumie spodziewać po kimś, kto też nosił takie pyszności przy sobie. I na imprezach rozdawał je za przysługi obcym ludziom, jakby kosztowało to dolara oraz dwie gumy balonowe.
— Dobra, a jak tego nie wezmę, to mnie zaczarujesz?
— Mogę spróbować.
 
Evan mieszkał w totalnej melinie. W środku śmierdziało kadzidełkami. Ich zapach był na tyle nużący, że zachciało mi się jednocześnie spać i rzygać. Myślałem, że nie wytrzymam.
Gdzieś w rogu pokoju stało parę pustych butelek po piwie, a koło kanapy leżał stos ubrań, które chyba czekały w kolejce do pralki.
— Jesteś wróżką?
To pytanie wymsknęło mi się z ust całkowitym przypadkiem. Evan nie wyglądał jak wróżka. Evan wyglądał jak oszust, który był dodatkowo wyższy od większości mężczyzn w tym kraju.
— Czarownicą — odpowiedział, wyrzucając stos ubrań w miejsce, gdzie już leżały jakieś ubrania. — Połóż się.
Zrobiłem to, o co mnie poprosił. Było całkiem wygodnie. Kanapa chyba była wykonana z prawdziwej skóry, bo nie trzeszczała tak, jak te sztuczne.
— Masz czym mi zapłacić? — upewnił się.
— Jakiej zapłaty oczekujesz? Tylko pieniężnej?
— Nie musi być tylko pieniężna. Ważne, żebyś mi czymś zapłacił.
— W takim razie zapłacę ci po swojemu, jeśli ci to odpowiada.
Evan chyba szybko zrozumiał, o co mi chodziło, bo o nic więcej nie pytał. Poszedł przygotować sobie kilka kadzidełek, jakiś amulecik, którym chwilę pomachał mi przed nosem i miskę, do której ludzie rzygają, jak się źle poczują po nocnej imprezie.
— Czasem robię w niej sałatki. — Położył wspomniane naczynie na ziemię. — Więc jak możesz, to ostrożnie z nią. Chciałbym ją jeszcze wykorzystać.
— Obiecuję, że będę z nią ostrożny. — Uśmiechnąłem się. — Zawsze jestem.
— Wiedziałem, że będziesz grzeczny.
Podniósł raz jeszcze amulecik i zaczął machać nim przed moją twarzą. Znacznie dłużej niż chwilę temu. Wcześniej pewnie testował, czy w ogóle zadziała (nie znam się na wróżkowych sprawach).
Dosyć szybko mnie odcięło. Nie wiem, jak to możliwe, przecież to był tylko zwykły naszyjnik. Może ten duszący zapach kadzidełek mnie pokonał? Może tak naprawdę się udusiłem i właśnie umarłem w domu jakiegoś lokalnego dziwaka, którego poznałem w przypadkowym barze?
Dryfowałem w ciemności. Nie widziałem niczego, oprócz pojawiających się raz za razem błysków światła. To chyba były bramy niebios. Poszedłem do nieba. Byłem grzecznym chrześcijaninem. Nigdy nie wierzyłem w bogów, ale teraz byłem grzeczny.
— Moja śpiąca królewno, pora wstać.
Głos Evana docierał do mnie stopniowo, jakby przedzierał się przez głębiny oceanu.
— Nie chcę trupa w moim domu — mówił dalej, a ja czułem, jak moje usta wykrzywiają się w niemrawym uśmiechu. Trochę tak, jakbym nie panował nad własnym ciałem.
Oczy otworzyłem dopiero po paru chwilach. Evan siedział na fotelu, niedaleko kanapy, na której leżałem. Przeglądał coś w telefonie.
— Nic nie znalazłem. Przykro mi.
Ostatnie kadzidełko się dopalało. W pomieszczeniu było siwo od dymu. Zachciało mi się rzygać.
— Czyli jestem zdrowy?
— Chyba przeciwnie.
Uznałem to za sukces. Skoro nic nie znalazł w mojej głowie, to znaczyło, że mogę być teraz uzdrowiony. Mogłem już więcej nie widzieć potworów. Tych obrzydliwych wilkołaków i innych stworów, które przyprawiały mnie o dreszcze.
— Ile godzin potrzebujesz, żebym ci za to zapłacił? — Podniosłem się do siadu. Ta kanapa to najlepsze, co ten człowiek miał w swoim domu. Przeczuwałem, że pewnie ją komuś ukradł, bo raczej nie wygląda na kogoś, kogo stać na mebel z prawdziwej skóry.
— Godzina wystarczy.
Uśmiechnąłem się.
— Słabo się cenisz. W godzinę niewiele da się zrobić.
— Nie zakazuje ci kończyć na godzinie, piękny.
— Możesz potraktować to jak napiwek.
Chociaż napiwek wolałem zostawić jakiemuś kelnerowi, to Evan w tym momencie wyglądał dla mnie na godnego polecenia człowieka, który wykonał dobrą robotę. Jeszcze nie wiem, jak długo terapia będzie działać, ale jeśli przeżyję dzień bez halucynacji, to wrócę do niego jeszcze raz. Będę wracać tak długo, jak tylko będzie to możliwe. Widziałem w nim swoją szansę.

────
[1176 słów: Dante otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Dantego i Ishy — „Podróż przez kręgi piekieł”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Dziewczyny spojrzały na siebie pytająco.
— On jakiś jebnięty jest?
Dahlia wzruszyła ramionami.
— Prawdopodobnie. Widzę większe problemy.
Kiedy bawili się w bary i kawiarnie, ziemia w tym miejscu się zapadła. Znajdowali się w wąwozie.
Gdy spojrzały w górę, zobaczyły wyszarpane brzegi oraz pęknięte rury, z których ledwo sączyła się woda. Bogom niech będą dzięki, Dahlia nie przepadała za pływaniem, a tym bardziej nie miała ochoty odgrywać taniego filmu akcyjnego. I to z ludźmi, których nie zna.
— Czy to jest w ogóle możliwe? Że siedzimy w zawalonej dziurze? Nie zauważając tego, ba, kurwa, nie czując? — Usłyszała. Bardzo intensywnie się przebijał włoski akcent.
Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Jak to komuś wyjaśnić, że prawdopodobnie mają do czynienia z silnym potworem? Kątem oka zerknęła na znajomą Dantego. Była zdecydowanie bardziej rozsądna, traktowała tego kolesia z rezerwą, również oceniała sytuację i nie była aż tak zaskoczona. Musiała być albo półbogiem, albo człowiekiem trenowanym od piątego roku życia. Normalny człowiek nie wścieka się w momencie, w którym jest w czarnej dupie.
Dante… Cóż, dalej patrzył na kawiarnię i mruczał coś o ćpunach. Sytuacja do niego chyba nie dotarła, komórki mózgowe zderzą się prawdopodobnie dopiero za trzy dni robocze. Dahlia westchnęła, żeby podsumować zarówno sytuację, jak i zdjąć trochę napięcia. Będą musiały niańczyć tego pajaca, prawdopodobnie śmiertelnika, który jest w stanie odsłonić nieco Mgły.
— Dante, idziemy do tamtego budynku. Bez dyskusji. — Zarządziła przytomnie… Isabelle?
Stanie na środku wąwozu równało się z powiedzeniem potencjalnemu potworowi „zjedz mnie, pyszny jestem”. Na dźwięk jej rozkazu Dante się rozpromienił.
— Czyli jednak chcecie ze mną przebywać?
Utrzymał swój humor, nawet gdy go wyminęły i ruszyły w stronę piętrowego domku, który godzinę wcześniej znajdował się na skrzyżowaniu, wraz z barem i kawiarnią. Gdy Dahlia przekręciła gałkę w drzwiach, natrafiła na opór. Nie, żeby to było dziwne, że ktoś zamknął je wcześniej, ale byłoby miło jakby dla odmiany nic nie stało im na przeszkodzie. Nie miała ochoty na taranowanie ciężkich drzwi. Dante wymamrotał coś na temat czystych kołnierzyków koszul i od niechcenia sam przekręcił gałkę. Zamek zgrzytnął i ustąpił posłusznie, wprawiając kobietę w niemałe zaskoczenie. Podniosła głowę i prychnęła, próbując chronić swoje ego.


Po wejściu do środka od razu zabarykadowały wejście szafką na buty.
— Dobra robota, Darcy.
— Dzięki, ale nie nazywam się Darcy. Dahlia.
— Czego innego się mogłam spodziewać po tym czubku?
Rzeczony czubek poszedł szukać łazienki, co skorzystały. Od razu przeszły do ustalenia sytuacji.
— Kim on w ogóle jest?
— Chuj wie. Ja go nie chcę nawet widzieć. Pewnie się do ciebie przyczepił, jak rzep do psiej dupy, i nie jesteś w stanie go ściągnąć, a jest na tyle nieszkodliwy, że nie ma co wzywać psów?
— Tak jakby. — Odpowiedziała, krzywiąc się.
Zmierzyły się wzrokiem. Już wcześniej zdążyły się zaobserwować, ale teraz w grę wchodziło napięcie. Oraz pytanie „czy ty też jesteś półbogiem?”.
— Zakładam, że nie nazywasz się Isobelle?
— Ni chuja. Isha.
— Dobrze, Isha. Czy jesteś w stanie podsumować, co się dzieje?
— Tak. Jesteśmy w dupie. Konkretnie pod ziemią, jakieś kilka dobrych metrów. Nie ma trzęsienia, nie wybuchło nic. Nie ma też powodzi. Jest za to duża szansa, że coś nas zaatakuje. — Dokończyła, wypatrując reakcji. — Moja propozycja to rozeznanie okolicy, w międzyczasie ogarnę broń zastępczą, wycierpimy towarzystwo czuba.
Dahlia kiwnęła głową. Kimkolwiek Isha była, miała pojęcie o przebywaniu w grupie.
— Nie masz pytań. Heros? — Pytanie wyrwało ją z chwilowego zamyślenia.
— Tak. Obóz Jupiter?
— Tak. Córka Aresa?
— Nie. Demeter. Ty?
— Wenus. No, to będziemy liczyć na twoją zieleninę, ja co najwyżej mogę obsrać potwora gołębiami. — Odpowiedziała pogodnie.
— Zawsze coś.
Obie się nieco rozluźniły, czując wsparcie, jakiego się doświadcza na polu bitwy. Owszem, Obozy miały zupełnie inne podejście do wychowania półbogów, zarówno pod kątem walki, jak i organizacji, ale tutaj cel był wspólny — przeżyć.
Kiedy Dante wrócił z łazienki, zastał Dahlię rozpinającą pasek spodni. Już się oparł o framugę, chcąc wygłosić prawdopodobnie sprośny komentarz, kiedy odskoczył na widok przemiany. Pasek się wydłużył, zesztywniał i rozdzielił, ujawniając dwie, solidne szable. Isha cicho gwizdnęła.
— Trzymaj mocno. Jak upuścisz, to wróci do mnie od razu. – Podała Ishy jedną z szabli.
Czuła się półnago, mając tylko jedną sztukę, ale mają o wiele lepsze szanse w walce. Drugą ręką mogła próbować szukać roślin i wykorzystywać je do walki.
— A ja? Też dostanę swoją szablę? — Wtrącił się Dante.
— Ty się trzymasz nas. Jak w którymś momencie odejdziesz, to nie będziemy cię szukały. Masz też nie przeszkadzać.
Zrobił minę obrażonego dziecka.


Isha?
────
[716 słów: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 9 marca 2026

Od Edgara CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake"

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Zobaczenie Artema w drzwiach od mojego mieszkania wywołało tym razem zupełnie inne i (zupełnie skrajne) emocje, dla których nie do końca potrafiłom odnaleźć nazwy. Nie wywracały one mojego żołądka do góry nogami ani moje płuca nie odmawiały mi posłuszeństwa, co najczęściej było dla mnie oznakami tego, co dzieje się w moim środku. A tym razem, gdy otworzyłom mu drzwi, nie przeszła po mnie żadna fala poruszenia, podobnie jak gdy odczytałom jego wiadomość, czy też, gdy Artem wyszedł z kawiarni. Tak naprawdę nie wiedziałom, jak się przy nim teraz zachowywać, bo wspomnienia wszystkich tamtych chwil utkwiły mi w głowie, przez co nadal nimi żyłom w teraźniejszości. Każde kolejne spotkanie z nim będzie coraz bardziej niezręczne, a ja tylko będę siedzieć z założonymi rękoma, nie robiąc nic z tym faktem.
— Czemu nie masz włosów?
Nie tak miało brzmieć moje powitanie (a jak, cholera, w ogóle miało wyglądać?), ale te głupie słowa nasunęły się same, widząc głowę mężczyzny. Stanął w przedpokoju i spojrzał na mnie niewzruszenie, jakbym to ja go zaskoczyło tym pytaniem.
— Nie podoba ci się?
— Buzzcuty nie są w moim typie — odparłom natychmiastowo, nie dając wytrącić się z równowagi. — Wchodzisz, czy będziesz tak stać?
Przejechał palcami po głowie.
— Poczucie winy?
— Słucham?
— Dlatego tu jesteś.
Nie zapytałom o to, a z pewnością siebie stwierdziłom, jakbym miało wgląd w jego myśli.
— Sam nie wiem, dlaczego tu jestem — zgonił mnie. — Jesteś sam?
Pokiwałom głową. Spytałom, czy chce się czegoś napić. Usiedliśmy w małej kuchni z dwoma krzesłami, otworzyłom szafkę i wymieniłom wszystkie herbaty, jakie miałom, a on wybrał zieloną. Nie odzywaliśmy się, czekając, aż woda zagotuje się w czajniku. Oglądałom w tym czasie magnesy i zdjęcia na lodówce, przebierając nerwowo nogami.
Dla siebie zrobiłom czarną kawę. Odsunęłom krzesło, postawiłom na stole dwa kubki i westchnęłom irytująco.
— Więc…?
— Będziemy podejmować kolejną próbę normalnej rozmowy? — zachichotał Artem, uśmiechając się słabo.
— Najwyższa pora zrobić to porządnie — rzuciłom tymi słowami, a między nami znowu zapadła cisza. Napiłom się kawy i poparzyłom sobie wargi. — Masz rację, to i tak nie ma sensu.
Nabrałom w chwili ochoty, aby go wyrzucić z mieszkania, bo jego widok napawał mnie coraz większym żalem. Z całych sił tłumiłom myśli o tym, wpatrując się w czarną otchłań w moim kubku, tak samo, jak tłumiłom myśli o Artemie, ale oczywiście to nie wychodziło, więc jego sylwetka przysłaniała mi wszystkie sprawy, na których powinnom się skupić (a które także nachodziły mnie nieproszone, ale nie mogłom się ich pozbyć — a może nie zamierzałom).
Taki moment jak ten już miał miejsce, a ten fakt jeszcze bardziej zniechęcał mnie do dalszej przeprawy przez moje potyczki z Artemem. Nigdy nie potrafiłom uczyć się na błędach, już w szkole, gdy po raz dziesiąty popełniałom te same, głupie błędy na lekcjach z matematyki, dostawałom ocenę niedostateczną i opierdol od nauczycielki, ale nawet twarde nazwanie mnie ,,kretynem” czy ,,nieudacznikiem” nie pomagało i jedynie udowadniało, że nie ma sensu, abym dalej próbowało.
— Nie będę zostawiać przyjaciela w potrzebie.
Coś we mnie drgnęło.
— Dobrze. W takim razie pomożesz mi o tym zapomnieć.
— O czym?
— O tej sprawie. Chcę ją zamknąć. A przynajmniej w mojej głowie. Jestem tym już zmęczony. Znaczy.. zmęczone.
Zaschły mi wargi. Odwróciłom wzrok, zakrywając twarz dłonią, czując, że zaczęły mnie piec oczy.
Zmęczone tymi wszystkimi myślami. Zmęczone męczeniem się z nimi codziennie, w nieskończoność. Zmęczone zastanawianiem się nad tym, co było i czego nigdy nie naprawię. Zmęczone udawaniem, ukrywaniem, okłamywaniem.
— Okej — odrzekł cicho.
Nie widziałom jego reakcji na moje słowa.


 

ZIMA

Od paru miesięcy nie przeczytałom ani jednej książki. Możliwe, że minął nawet rok od tego czasu. Byłom zbyt zajęte zajmowaniem się papierkową robotą i udawaniem, że jestem tak zajęte, że nie mam czasu na przyjemności. Gdy wypożyczałom książkę, czułom się aż dziwnie. Wyszłom z biblioteki i zapięłom płaszcz, czując zimny podmuch powietrza i żałując, że nie założyłom szalika. Telefon zawibrował w mojej kieszeni, ale nawet go nie wyjęłom, jedynie wciskając bardziej słuchawki w uszy. Pozwoliłom sobie na odskocznie od pracy po tym, jak Oriana nazwała mnie ,,durnym, nudnym pracoholikiem, który zaczyna się zachowywać jak facet z kryzysem wieku średniego i żyje tylko swoją jeszcze nudniejszą pracą”. Wzięłom nawet dzień wolnego.
Coś zaprowadziło mnie do tego miejsca, gdzie zmarła dwójka nastolatków. Los. Przypadek. Wmawiałom sobie, że wcale samo się tu nie kierowałom, jakby ciągnęły mnie tu duchy, splątane wokół moich nadgarstków jak kajdany. Ustronne miejsce było owite ciszą, która zaczęła dudnić w mojej czaszce. Ostatni raz zerknęłom w pustą przestrzeń i odetchnęłom, probując zająć głowę czymś innym.
Szłom naprzeciw innym przechodniom, przechodząc niedaleko kawiarni, w której byłom z Artemem. Zaczynałom odczuwać, że odmarzają mi uszy. Przeszłom obok leżącego pod budynkiem psa, którego z impetem zignorowałom, ale parę metrów dalej, czując, że ktoś mnie śledzi, odwróciłom się dyskretnie i znowu go zauważyłom. Po raz drugi dałom mu znać do zrozumienia, że nie jestem typem psiarza, który głaska wszystko, co zobaczy, idąc dalej, ale śledził mnie aż pod mój blok.
Z rozbawieniem pomyślałom, że zapewne to jest to monstrum, które rozszarpało dzieciaki i za moment rozgryzie mi tchawicę. Monstrum patrzyło na mnie swoimi dużymi, głębokimi oczami, machając błagalnie ogonem. Zlitowałom się. Wpuściłom je do bloku, a ono posłusznie udało się za mną, jak na zaproszenie.
Okazało się, że jamnik, nawet jak na straszne, mordercze monstrum, jest dość przytulny. Pozwoliłom mu rozgościć się w pokoju, zastanawiając się ,,po jaką cholerę ja go tu wzięłom”. Położyłom się na łóżku, okryłom kocem, zdjęłom okulary i mrużąc oczy, wpatrywałom się w ekran telefonu, na ostatnie wiadomości z Artemem. Napisałom wiadomość, usunęłom ją, napisałom drugi raz, taką samą, ale innymi słowami i znowu skasowałom całą zawartość. Każda forma ,,hej” brzmiała przytłaczająco, a dawanie jakiejkolwiek emotikony, nawet głupiego uśmiechu, wydawało się skrajnie niepoważne. W końcu ułożyłom pytanie, które brzmiało ,,Artem, masz może miejsce na psa? Chyba nie zje twoich żab” i szybko wysłałom te żenujące słowa, zanim się rozmyśliłom.
 
Artem?
────
[957 słów słów: Edgar otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Doriana CD Elianne — „Sherlock Holmes ale inaczej”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Całe szczęście, że Dorian nie widział tej świnki morskiej, bo z pewnością nazwałby ją brzydką. Tak to polegając jedynie na słuchu, mógł stwierdzić, że jest niebywale irytująca. Jej przeraźliwe piski rozrywały mu niemal głowę.
Do Vergila nawet nie chciał podchodzić. Nie było to związane ze strachem przed ewentualną karą. Dorian zwyczajnie był trochę zbyt pewny siebie i święcie przekonany uważał, że lepiej się zajmie tą sprawą niż sam pretor. Kurta nawet nie chciał w to wplątywać.
— Musimy sprawdzić, czy jest jakimś potworem — odpowiedział, jakby to było takie proste i oczywiste. — No wiesz… sprawdzić, czy nie jest zaczarowana.
Elianne nie była zadowolona z tej odpowiedzi. Wolała przejść się do pretora i zgłosić mu całą tę sytuację.
— Ale… jak chcesz to w ogóle sprawdzić?
— Jeszcze nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Ale się dowiem.
Elianne stała i patrzyła się na rudzielca z otwartymi ustami. Mogła mu jeszcze pokazać środkowy palec, bo to właśnie przez niego cała ta sprawa się niepotrzebnie przedłuża i rozciąga w czasie. Nie zrobiła tego z jednego powodu — bała się, że Dorian swoim szóstym zmysłem wyczuje, że pokazuje mu przed twarzą obraźliwy gest.
— Wiesz, wydaje mi się, że trochę za długo nam to wszystko zajmuje — podjęła ostrożnie temat. — Gdybyśmy poszli z tym do Vergila…
— Co ty masz z tym Vergilem? — przerwał jej ostro. — To nie jest trudna sprawa. Możemy sobie z tym poradzić sami.
Wyciągnął rękę w stronę Terminatora i poqczekał, aż pies odłoży mu na dłonie zwierzątko. Świnka próbowała się wyrwać, ale Dorian pewnie ją chwycił, uniemożliwiając ucieczkę.
— Powinniśmy przyprowadzić Lotus.
— Żeby nam odczarowała świnkę?
— Właśnie tak.
Dorian syknął, bo właśnie został ugryziony przez zwierzątko. Cholerna świnia.
— A jeśli to nie jest potwór? Co wtedy?
— Wtedy oddam tę świnkę. Po co nam ona? Co w ogóle świnki jedzą? — zaczął się zastanawiać. — Nie mógłbym jej przygarnąć, bo w końcu Terminator by ją zeżarł. Dla niego to jak ciasteczko na jednego gryza.
Elianne się wzdrygnęła na samą myśl. To, że pies przyniósł im zwierzątko w całości, było naprawdę niezłym sukcesem.
— Chodźmy po Lotus.
Elianne pomogła Dorianowi przejść tak, by nie wypuścić świnki z rąk. Przez cały ten czas kręcili się po obozie jak dwójka debili.
Zatrzymał ich dopiero sam Izan King, który najwidoczniej chwilę wcześniej wyszedł od pretora. Spojrzał na zwierzątko, które Dorian mocno trzymał w dłoniach.
— Co tutaj robicie, smarkacze?
— Nic, co powinno cię obchodzić — odpowiedziała zirytowana Elianne. Musiała mieć z nim do czynienia o parę razy za dużo i już nie mogła znieść jego obecności.
Chciała nawet Izana wyminąć, ale ten zagrodził jej drogę.
— Kto z was przyniósł świnkę morską do obozu, co? — zaczął prychać, jak zdenerwowany byk na ringu. Jeszcze chwila, a się odpali. Wtedy nie wyjdą z tego spotkania cało nawet z towarzystwem Terminatora. — Wrócę się do Vergila.
— Nie potrzebujemy pretora — zaprzeczył stanowczo Dorian. — Do niczego.
— Smarkaczu, ale to nie ty będziesz decydował. Pamiętaj, że jestem ambasadorem Marsa i sam podejmuję niektóre decyzje.
Nie dało mu się przemówić. Izan King odwrócił się i wrócił się do Vergila poinformować go o wszystkim, co zobaczył (a że zobaczył tylko dwójkę obozowiczów ze zwierzątkiem, to musiał trochę podkoloryzować tę sytuację).
Elianne pospiesznym krokiem pociągnęła Doriana w stronę baraków. Chciała być szybsza od pretora i od wkurwiającego Izana Kinga.
— Lotus?! — krzyknęła.
Odpowiedziała jej tylko cisza.
— Gdzie ona jest? — zapytał z warknięciem zdenerwowany Dorian. — Musimy ją znaleźć. Nie będę się tłumaczyć z tego pretorowi, czaisz?
— Nie musisz mówić do mnie takim tonem.
— Ten wkurwiający buc poszedł z tym do Vergila — przypomniał. — I pewnie zmyślił historyjkę.
— To już nie nasza wina — spróbowała uspokoić rudowłosego kompana. — Musimy tylko znaleźć Lotus i oddać jej świnkę.
— Prędzej damy się złapać Vergilowi.
— I co w tym złego? Boisz się pretora?
Dorian musiał odjeść na bok i wziąć parę głębszych wdechów. Jeden, dwa, trzy… i wydech. Cztery, pięć i sześć…
— Nie boję się pretora, dobrze?
Uśmiechnął się krzywo, chcąc ukryć swoje zdenerwowanie. Miał przecież kontrolę nad całą sytuacją, prawda?
— Myślisz, że Lotus mogła wyjść po jedzenie dla niej? — zapytała. Chciała trochę złagodzić napiętą atmosferę, bo Dorian, nawet jeśli próbował, to wciąż strasznie krzywił się ze złości na twarzy. — Świnki, z tego co wiem, jedzą trawę.
— Ale mają wykwintną dietę.
— Przestań komentować — ostrzegła chłopaka. — Jak nie chcesz spotkać się z pretorem, to chodź za mną. Myślę, że trafimy na Lotus w okolicy pól Marsowych.
— No, tak, a po drodze przywitamy się z pretorem.
Dorianowi odpalił się mod irytującego gówniarza, z którym za żadne skarby nie dało się dogadać. Brakowało jeszcze, żeby tupnął nogą i poszedł siedzieć w kącie. Razem z tą świnką, którą nadal trzymał w rękach, oczywiście.
— Jeśli nie sprawdzimy…
— Wolę tutaj poczekać.
— Ale to nie ma sensu — próbowała dalej. Chciała go jakoś zachęcić do wyjścia, ale to przypominało walkę z wiatrakami. — Skąd wiesz, czy Vergil posłucha Izana Kinga? Może w ogóle nie weźmie tego na poważnie i nie przyjdzie nas szukać.
— Pójdę, jeśli weźmiesz ode mnie to zwierzę.
Elianne nie pozostało nic innego, jak się zgodzić. Jak inaczej przekona Doriana, że lepiej będzie poszukać Lotus po obozie?
— Niech będzie.
Dorian wyciągnął dłonie, a dziewczyna zgarnęła od niego zwierzątko. Świnka się uspokoiła i już tak bardzo nie próbowała uciec.
— Możemy teraz iść?
— Prowadź — odpowiedział tylko. — Tylko się pospieszmy.

cyrk na kółkach troche
────
[849 słów: Dorian otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]