sobota, 28 lutego 2026

Od Luciena — „Nie powiedziałbym, że ten stolik wygląda na zarezerwowany” — część 2 [Walentynki]

Poprzednie opowiadanie

„To również była najgorsza możliwa randka. Nie dla ciebie, ale zdecydowanie przez ciebie.”

Kelner odprowadził kochanków do drzwi. Pan, który przed chwilą został wrobiony w zdradzanie swojej partnerki, dalej próbował wytłumaczyć kobiecie, że to nie porozumienie, a smarkacz, który powiedział coś takiego, będzie spowiadał się przed policją; próbował nawet wykręcić numer po służby, ale Anderson wyrwała mężczyźnie telefon z dłoni, krzycząc na niego i nazywając skończonym dupkiem.
Dopiero po pięciu minutach, kiedy Lucien stwierdził, że zagrożenie zniknęło, wrócił spojrzeniem do karty menu. Chciał raz jeszcze spojrzeń na dania, które zamówiło Arnar. Nie znał się przecież na tej kuchni (czy kuchnia dla bogatych ma jakąś osobną nazwę?) i był skonfundowany nazwami potraw.
— Oddajcie mi dokumenty. — Pan Lawlient wyrósł przed nimi jak potwór w strasznie słabym horrorze. Był cały czerwony na twarzy. Lucien bał się, że mężczyzna zaraz nie wytrzyma i ich pobije. — Nie chcecie problemów, prawda? Ja też ich nie chcę. — Patrzył raz to na Arnar, raz to na Luciena. — Oddajcie nasze portfele, a się nie doigracie. Mogę zaraz zadzwonić na policję.
— Słyszał pan przecież, że to pomyłka — zaczął z udawanym spokojem Lucien. Czuł się wyjątkowo niekomfortowo w roli aktora, ale geny ojca jakoś pomagały mu zapanować nad nerwami. — Może pomylili państwo restauracje, hm? Tak czasem bywa. — Uniósł brwi i uśmiechnął się delikatnie, chcąc sprawić wrażenie pewnego siebie.
Mężczyzna uderzył dłonią o stół. Dyszał jak stary wieprz. Pewnie jak zaraz się nie uspokoi, to ten napięty guzik w jego marynarce wystrzeli prosto w twarz Luciena i wybije mu zęba.
— Nie mam na to czasu, rozumiecie? Nie mam!
Arnar otwierało już usta, by wtrącić swoje trzy grosze. Lucien zareagował szybciej, przy okazji strzelając ostrzegawczym spojrzeniem. W końcu on miał udawać aktora i to on chciał pozbyć się tego nachalnego gbura, który za chwilę zrobi im krzywdę, jeśli nie wybrnie z sytuacji.
— Proszę pana, psuje nam pan bardzo ważny wieczór — westchnął ostentacyjnie Lucien. — Widzi pan, dzisiaj wypada nasza rocznica. Tak romantycznie. W same walentynki… — Musnął palcami leżącą na stoliku dłoń Arnar. — Mógłby pan się odsunąć? Za chwilę przyjdą nasze zamówienia i…
Taylorowi puściły nerwy. Chwycił za marynarkę Luciena i pociągnął go do siebie (co nie było szczególnie trudne, zważywszy na to, że Lucien był naprawdę drobną osobą). Potrząsnął nim kilka razy i w tym szale wściekłości z kieszeni chłopaka wypadł plastikowy dokument.
Lucien wyrwał się z uścisku mężczyzny, ale nim zdążył się schylić, by podnieść „swoją” własność, Lawlient Taylor trzymał już w dłoni plastikowy dokument. Najpierw groźnie zmarszczył brwi, a potem z ulgą odetchnął. Przestał nawet zwracać uwagę na Arnar i Luciena — miał w końcu dokument potwierdzający, że on to on, a dwójka smarkaczy próbowała wykopać go z drogiej restauracji.
— Kurwa — przeklął Lucien.
Lawlient Taylor poszedł najpierw po partnerkę, a potem zaczepił kelnera, który całe zamieszanie oglądał z bezpiecznej odległości. Lucien patrzył na żywą rozmowę całej trójki i w głowie próbował wymyślić odpowiednią wymówkę; ale co wymówka mogłaby zmienić w takich okolicznościach?
— Wyciągaj winorośla. — Arnar poderwało się z siedzenia.
— Co?
— Zaraz przyniosą nam jedzenie. Nie chcę, żeby popsuli nam randkę, okej?
Lucien nie rzucił nawet żadnym „ale”, jak to miał w zwyczaju, tylko przycisnął dłoń do zimnej podłogi i poprosił w myślach młode pędy, by zaczęły rosnąć tu i teraz. Nie musiał nawet długo czekać, bo pierwsze pnącze zdążyło przesunąć się po podłodze i owinąć najpierw wokół nóg Lawlienta Taylora, następnie wokół smukłych nóg partnerki wściekłego mężczyzny, a na koniec zacisnęło się wokół stóp kelnera.
Lucien poprosił (zawsze zwracał się do winorośli w ten sposób), by zaciągnęły trójkę uwiązanych w stronę toalet.
— Teraz — szepnął do Arnar, które wykorzystało własne zdolności i w mgnieniu oka podbiegł (a tak naprawdę poleciał) w stronę trójki, która zaczęła się szamotać.
Złapał ich i wrzucił do restauracyjnej toalety dla kobiet.
— Wiąż ich.
Lucien przywołał kolejne pnącze, które złączyło trójkę ludzi ze sobą. Udało mu się nawet zacisnąć pędy wokół ich ust, by zapobiec ewentualnemu rozpaczliwemu wołaniu o pomoc.
— Co my robimy? — Spojrzał na Arnar, które teraz triumfalnie pokazywało uwiązanym środkowy palec. — Co jak ktoś będzie chciał skorzystać z toalety?
— Spokojnie, spokojnie.
Luciena zaczął ogarniać niepokój. Za każdym razem, gdy Arnar mówiło mu, by był spokojny, to działy się naprawdę złe rzeczy. Stał się może trochę zbyt podejrzany.
— Właśnie związaliśmy trójkę ludzi bo tak.
— Nie „bo tak”, tylko dlatego, bo było trzeba. — Uśmiechnęło się. — Zaraz jakąś kartkę wywieszę, że nieczynne.
— Skąd weźmiesz kartkę?
— Z kieszeni?
Sięgnęło dłonią do głębokiej kieszeni spodni (naprawdę głębokiej) i wyciągnęło trochę pogniecioną, czystą kartkę. Znalazło nawet marker (dlaczego nosiło marker w kieszeni spodni garniturowych pozostawało tajemnicą) i koślawymi literami napisało: NIE CCZYNNE! WODA SIĘ WYLIEWA! Olało też narzekanie Luciena, że robi straszne błędy.
Dumne z siebie herosiątko wyszło przed drzwi i przywiesiło kartkę na dwa skrawki przezroczystej taśmy klejącej, którą — tak, to też — wygrzebało z kieszeni.
Lucienowi nawet nie chciało się komentować, że kartka wisi strasznie krzywo i że najprawdopodobniej zaraz odpadnie.
 
Ich pierwsze dania przyszły niecałe dziesięć minut później. Pachniały… wybitnie. Lucienowi pociekła ślinka na sam wygląd jedzenia. Samo podanie było już nieziemskie, a to przecież dopiero początek, bo nie zdążył nawet spróbować swojego steka.
— Cieszę się, że tutaj jesteśmy — zaczęło Arnar.
— No, trochę przy okazji zniszczyliśmy komuś wieczór i…
Arnar pochyliło się nad stołem i przyłożyło palec wskazujący do ust Luciena.
— Shhhh… nikomu nic nie psujemy. To się nazywa wymiana.
— W takim razie daj mi spróbować swojego. — Spróbował wbić widelec w jedzenie Arnar, ale tamto szybciutko odsunęło talerz, uciekając przed sztućcem. — To się nazywa wymiana, Arnar.
— Ale… daj mi spróbować najpierw, okej?
Lucien przewrócił oczami, ale pozwolił Arnarowi pierwszejmu ugryźć meksykańskiego pierożka (straszny misz-masz kuchni tutaj mieli).
— Smakuje trochę jak burrito — oceniło.
— To meksykańskie jedzenie, jak inaczej niby miało to smakować?
— To co mówisz jest rasistowskie.
— Jakie są jeszcze inne smaki meksykańskiej kuchni, hm? — Zaczął kroić swojego steka. Nóż ledwo ledwo dawał sobie radę z takim rodzajem mięsa.
— Guacamole na przykład.
— Guacamole też masz w burrito. Wszystko sprowadza się do burrito — odpowiedział pomiędzy kolejnymi kęsami. Może mięso wyglądało na twarde i gumowate, ale w ustach rozpływało się jak wata cukrowa.
— Nieprawda! — zaprzeczyło. — Po pierwsze, guacamole może być w formie dipu.
— Aha.
— No? Możesz w tym maczać takiego pierożka.
— No to czemu nie maczasz?
— Nie mam guacamole. Chyba nie było w zestawie.
Arnar widocznie posmutniało z tego faktu. Położyło widelec i sięgnęło po menu, żeby sprawdzić, czy restauracja sprzedaje guacamole oddzielnie i czy może sobie zamówić.
— Nie sprzedają guacamole. A się nazywają taką świetną i wykwintną restauracją.
— Scam — skwitował Lucien. — Dobrze, że jednak jemy tu za nieswoje pieniądze.
Zaśmiali się razem z tego podsumowania ich obecności tutaj. Portfel pana Lawlienta wciąż miał w sobie pełno dolarów (kto w tych czasach nosi przy sobie tyle gotówki?), a portfel pani Anderson skrywał kilka kart kredytowych (kto nosi tyle kart kredytowych?).
Po chwili zjawił się inny kelner, który zapytał, czy chcą zamówić coś jeszcze, na co Lucien odpowiedział, że z chęcią, a Arnar zaczęło dopytywać o to nieszczęsne guacamole. Jak się okazało, guacamole mogą zrobić oddzielnie specjalnie na życzenie klienta, na co oczywiście herosiątko się zgodziło. Lucien natomiast zamówił dla nich kilka mniejszych pozycji, żeby spróbować innych dziwactw, które restauracja miała w swojej ofercie. — Co zamówiłeś?
— To niespodzianka — odpowiedział z dumą, bo przecież nie mógłby być z niczego tak bardzo dumny, jak nie z tego, że zamówił właśnie miskę ślimaków. — Uwierz mi, spodoba ci się.
Arnar zaufało i pożałowało bardzo szybko, kiedy na ich stole kelner postawił talerzyk z muszelkami ślimaków.
— No co? — spytał, widząc niepewność na twarzy Arnara (a raczej obrzydzenie, ale wolał sobie wmawiać, że to tylko niepewność). — To jest jedzenie, które jedzą bogaci ludzie.
— To ja jednak nie chcę być bogate.
— Spróbuj chociaż — zachęcał. — Jeden gryz. Arnar skrzyżowało ręce na piersi i pokręciło głową.
— Mój limit to ślimak.
— Zrób to dla mnieee — zajęczał. — Jeden ślimak i po sprawie, okej?
Lucien nie był zbyt zachęcający. Tak samo, jak nie był, kiedy odgrywał aktora przed parą kochanków.
— No dalej… — Wyciągnął ślimaka z muszelki specjalnym widelczykiem i podsunął dziwactwo pod nos Arnar. — Powiedz AAAAA…. za mamusię, za tatusia, za twoje karty…
Widelec podjeżdżał coraz bliżej ust Arnar. Dotykał już prawie jeno warg. Pewnie, gdyby Arnar nie zauważyło dwójki ludzim kręcących się przed toaletą dla kobiet, zmuszone zostałoby do spróbowania glutowatego mięsa.
— Poczekaj.
— No co znowu…
— Ktoś się tam kręci, widzisz?
Lucien się odwrócił. Dwójka mężczyzn. Jeden z nich wszedł do łazienki. Oznaczało to tylko jedno — zawieszona przez półbogów kartka spadła, a ktoś z obsługi usłyszał niepokojące odgłosy i poszedł to sprawdzić. Mogli zaraz zostać skończeni.
— Jeśli zadzwonili po policję — zaczął martwić się Lucien — to będziemy mieć kłopoty. Nie chcę iść do więzienia.
Arnar wybuchnęłoby głośnym śmiechem, gdyby nie to, że siedzieli w restauracji, w której panowała tak gęsta atmosfera, że można by ją pociąć nożem na kawałeczki.
— Nikt nie pójdzie do więzienia. Spokojnie.
— Jak spokojnie?! — uniósł głos. — Ty myślisz, że ci ludzie są debilami? Zobaczyli pewnie związanych ludzi! Nikt z nich nie jest półbogiem, żeby wiedzieć, że to tylko winorośla.
Podszedł do nich kelner z kolejnymi daniami. Na stół powędrował półmisek z ostrygami, talerz z kałamarnicami, meksykańskie tacos i deska z włoskimi wędlinami.
— Myślisz, że tacosy mają guacamole? — Arnar przywłaszczyło sobie talerz z meksykańskim żarciem. — Mam nadzieję, że tak. Inaczej wystawię im opinię z jedną gwiazdką.
— Tacosy chyba nie mają guacamole.
Lucien wziął dla siebie półmisek ostryg. Kochał kuchnię śródziemnomorską i owoce morza (w przeciwieństwie do Arnar, jak się zdaje). Ostrygi mógłby wciągać nawet nosem, gdyby było to fizycznie możliwe.
— Jest guacamole! — Ucieszony Arnar przytknął Lucienowi jedno taco do ust. — Spróbuj! Szybko, żeby nie wyparowało.
Lucien wziął gryza. Poczuł tylko mielone mięso, kolendrę, która smakowała jak mydło i coś jeszcze, czego nie mógł już zidentyfikować przez psujący smak okropne mydlane zielsko.
— Tak, kochanie, jest guacamole. — Uśmiechnął się.
Tak naprawdę nie wyczuł guacamole. Czuł tylko mydło.
 
Byli przy ostatnim daniu, kiedy do restauracji weszli nieproszeni goście. Dwójka policjantów rozejrzała się po ludziach, po czym poszła w stronę kelnera, który na nich czekał.
— Przyszli — szepnął Lucien do Arnar. — Co robimy?
— Czekamy. Uciekniemy przy najbliżej okazji, ale teraz nie możemy się ruszyć.
Lucien więc czekał zestresowany do granic możliwości. Patrzył z uwagą, jak jeden z policjantów ze znudzeniem ogląda kartkę, którą Arnar przywiesił jakiś czas temu. Nie wyczytał z niej zbyt dużo, bo bardzo szybko oddał ją kelnerowi i wszedł do łazienek.
Lucien wgryzł się w czekoladowe ciastko. Na sam koniec zamówili desery, żeby jakoś podsumować ich wyjście.
— Co to ma być? Nie obchodzą mnie naćpani ludzie.
Policjant wycofał się, skinął głową do towarzysza i zaczął kierować się w stronę wyjścia.
— Ale… chwileczkę! — Kelner zatrzymał dwójkę śledczych. Miał tak błagalne spojrzenie, że jeszcze chwila, a padnie na kolana i zacznie lizać im buty. — To nieporozumienie! Nikt z naszych gości ani naszych pracowników nie bierze narkotyków! Oni zostali związani!
— Co pan bredzi? — warknął ze zniecierpliwieniem mundurowy. Odgarnął z twarzy dłuższe ciemne włosy. — Nikt z nich nie jest związany. Widział pan ich oczy? Całe czerwone od ćpania! Może pan też coś bierze, hm?
— Nie! O co tutaj chodzi?! Ta dwójka smarkaczy od początku zachowuje się podejrzanie! Proszę ich przepytać! — Wskazał na siedzących przy stoliku Luciena i Arnar.
Lucien od razu poczuł na sobie znerwicowane spojrzenie kelnera. Zrobiło mu się niedobrze. Nie chciał być przesłuchiwany przez policjantów.
— Jeśli panu tak na tym zależy, to dobrze, przesłucham ich.
Dzieciak Dinizosa złapał Arnar za dłoń. Chciał pociągnąć półboże do wyjścia, ale Arnar odtrącił jego rękę. Był zbyt zajęty dojadaniem swojego deseru.
— Rozumiem, że to o was chodzi?
Policjant stanął przed ich stolikiem.
— Nie, skądże — odpowiedział Arnar z uśmiechem. — Mieliśmy tutaj rezerwację.
— I związaliście dla zabawy trójkę przygłupów winoroślami. Rozumiem.
— Jakimi winoroślami? — zaśmiał się Lucien. — Nie wiemy nawet, że ktoś siedział w łazience.
Policjant westchnął. Nie miał humoru do takich głupich rozmów.
— W tym mieście nie mieszkają tylko zwykli ludzie. Musicie o tym pamiętać. — Poprawił zsuwające się z nosa okulary. — Wiem, co widziałem. Uwolnijcie ich, jak już stąd wyjdziecie. W raporcie wpiszę, że cała trójka brała narkotyki i zwariowała. Nie chce mi się tłumaczyć głupich żartów półbogów, jasne? Mam co robić po pracy.
Lucien nawet nie zdążył odpowiedzieć. Głos ugrzązł mu w gardle. Nie spodziewał się, że… jeden z policjantów okaże się półbogiem i jeszcze zachce im pomóc.
— Nic tu po nas! — krzyknął do kelnera. — W raporcie wpisuje, że cała trójka brała narkotyki. Do widzenia! Proszę więcej nie dzwonić.
Wyszedł razem ze swoim kolegą, który był równie zszokowany, co drugi kelner. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji.
 
— A co jeśli wpisał, że to wszystko wina półbogów? — zaczął Lucien, kiedy wyszli z restauracji. Przed samym wyjściem poluźnił ucisk winorośli, a na stoliku zostawił portfel z dokumentami. Nie potrzebował czyjegoś dowodu osobistego (w przeciwieństwie do Arnar, które wszystko ze sobą zabrało).
— Nikt w to nie uwierzy. — Wzruszyło ramionami. — Kto w tych czasach wierzy w mitologię grecką?
— Cóż… ja?
— Kochanie, ty jesteś półbogiem — zachichotało. — To oczywiste, że wierzysz w mitologię. Chodźmy, zaraz zrobi się zbyt ciemno i będziesz się bał wracać do domu.
— Nieprawda! — zaprzeczył, chociaż ostatnim razem, gdy wracali po zmierzchu, mocno ściskał dłoń Arnar, bo całą drogę miał paranoję, że zaraz napadnie na nich jakiś krwiożerczy potwór (w śmietniku siedziały tylko trzy szczury, które go wystraszyły). — Nie boję się ciemności.
Arnar nie dyskutowało. Lucien po tym wyjściu był już dość zestresowany.

[2153 słowa: Lucien otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

Od Arnar — „Nie powiedziałbym, że ten stolik wygląda na zarezerwowany” — część 1 [walentynki]

To również była najgorsza możliwa randka. Nie dla ciebie, ale zdecydowanie przez ciebie.

– Lucien, weź mi, ee, popraw ten krawat, ładnie proszę – Arnar zwraca się do partnera z niezręcznym uśmiechem, trzymając w dłoniach coś, co w wyniku jeno planu miało stać się „węzłem eksperymentalnym”. Po wielu próbach i jeszcze większej liczbie błędów, stał się co najwyżej węzłem gordyjskim, do rozwiązania którego Lucien musi użyć więcej siły i cierpliwości (zwłaszcza cierpliwości), niżby chciał.
– Na twoim miejscu to bym w ogóle zmienił ten krawat – stwierdza chłopak, próbując nie udusić Arnar owiniętym wokół jeno szyi kolorowym materiałem.
– Czemu? – mówi to tonem bardzo smutnym, przez który pewnie każdy poczułby się winny za wszystkie wypowiedziane przez siebie słowa.
– Mówiłem ci już – wzdycha Lucien, który aż stanął na palcach, żeby lepiej przyjrzeć się poplątanemu krawatowi. – Jest zbyt… zbyt taki, wiesz…
– Kochanie, jest zjawiskowy – wtrąca się Arnar, mówiąc to jak nauczycielka od matematyki, tłumacząc elementarne zagadnienie wywołanemu do odpytywania uczniowi. – Jak tylko go zobaczyłom, to wiedziałom, że muszę go kupić, odnalazłom z nim jakąś dziwną więź, rozumiesz?
– Świetnie, dobrze, że ja czuję do niego więź nienawiści – stwierdza Lucien ze słyszalnym nawet dla Hermesiaka jadem w głosie. Arnar ma ochotę trochę się odsunąć, żeby partner nie rozpruł pstrokatego krawata na drobniutkie części, z którymi nie poradziłby sobie niejeden krawiec. – Kurwa, to jest bardziej poplątane niż niejeden łańcuszek – dodaje chłopak, wreszcie uwalniając… coś z wielkiego węzła, który równie dobrze mógłby posłużyć za knebel. – Albo jak włosy dzieciaka, który wplątał w nie te takie… rzepy. Wiesz, o czym mówię?
– No – śmieje się Arnar i próbuje jakoś spojrzeć w dół, żeby skontrolować, co tak naprawdę robi Lucien. Neonowy krawat, który aktualnie przypomina linę początkującego marynarza dopiero uczącego się żeglugi, tak naprawdę jest prześliczny i mógłby powstać z jakiegoś obrazu sztuki modernistycznej (zawierał jeden idealny kwadrat w perfekcyjnym niebieskim odcieniu oraz parę innych podobnych ciapek nieprzypominających niczego znanego człowiekowi). – Czekaj, chyba już widzę, co tu się dzieje… – mamrocze i wyrywa materiał z rąk sfrustrowanego Luciena. Chłopak tylko ostentacyjnie wzdycha i zajmuje się swoją marynarką, bo wszystkie pozostałe części jego stroju prezentują się idealnie: wprawnie zawiązany krawat, wyprasowana koszula, spodnie z kantem. Postarał się bardziej, niż gdy próbowali dostać się na ekskluzywną degustację wina jakieś pół roku temu.
Arnar, posługując się swoimi zwinnymi palcami i niesamowitymi możliwoścami skupienia się na jednym zadaniu, dłubie nad krawatem jeszcze przez chwilę, aż krzyczy: „Stabat mater dolorosa!” (zupełnie nie wie, co to znaczy, ale brzmi jak wyszukane łacińskie przekleństwo) i wreszcie udaje mu się rozplątać węzeł. Lucien natychmiast śpieszy z pomocą, żeby ten krawat zawiązać, a Hermesiak rozważa obrażenie się za niufanie jego zdolnościom manualnym.
– To tak naprawdę było cholernie proste – tłumaczy Arnar, unosząc podbródek na prośbę Luciena – bo musiałom po prostu powtórzyć wszystkie kroki, jakie wymyśliłom, żeby go zawiązać, ale od tyłu. I wtedy bum, nagle wszystko było takie proste jak zabawy dla przedszkolaków, a my się z tym tak męczyliśmy i…
– Gotowe – oznajmia Lucien i podaje Arnar jeno marynarkę.
– Mówiłom, że jej nie zakładam. – Z tymi słowami wciska się w zielony frak, który zadzwiająco estetycznie komponuje się z fikuśnym krawatem.
– Skąd ty to w ogóle wytrzasnęłoś? – pyta Lucien, wciąż trzymając arnarową marynarkę, jakby bardzo nie chciał się z nią rozstać.
– W sumie nie wiem, ale patrz, jakie ma fajne złote tegesy szmesy! – Arnar wskazuje na zdobiące poły fraka wzory, które rzeczywiście nie przypominają coś wpisującego się w definicję „tegesów szmesów”, bo ich kształt nie przypomina żadnych kwiatów lub innych gałęzi, zazwyczaj zdobiących takie ubrania.
– Wspaniałe – kąśliwie stwierdza Lucien. – Fajnie byłoby, jakbyś choć raz posłuchało moich rad.
– Włożyłom taką koszulę, jaką chciałeś! – argumentuje Arnar, przesadzonym gestem wskazując na swoją klatkę piersiową.
– Ludzie takie coś określają absolutnym minimum.
– No, daj spokój. – Całuje Luciena w czoło, żeby jakoś go udobruchać i wreszcie wychodzą z mieszkania, choć już godzinę wcześniej krzyczeli na siebie, że czas ich goni.
Na ulicach są chyba najbardziej nietypową parą w całym Nowym Jorku, choć to klasyka dla Arnar, które nie potrafi nie wyglądać jak najdziwniejsza papuga na świecie. Z Lucienem u boku, prezentują się jak małżeństwo pawiów (przy czy to syn Dionizosa jest samicą) i niewiele brakuje, żeby Hermesiątko zostało uznane za dziwnego cosplayera. Pewnie gdyby na głowę wcisnęło zjawiskowy, błyszczący cylinder, to ludzie próbowaliby robić sobie z niem zdjęcia (cylinder miało przygotowany, a nawet odkurzyło go parę dni wcześniej, ale Lucien wzniół protest i przerobił go na doniczkę dla kaktusa od Dahlii).
Walentynki widać wszędzie dookoła nich – róż i czerwień opanowały ulice już co najmniej trzy tygodnie temu. Od tego czasu im obu niekoniecznie chciało się wychodzić z mieszkania, bo nieważne, gdzie się obejrzeli, na językach czuli smak krwistych pączków – tak jest i dzisiaj, gdy desperacko próbują skupić wzrok na czymś, co nie jest różowe i słodkie. Rok temu kompletnie odpuścili sobie choćby zainteresowanie się walentynkami, a dzisiaj z jakiegoś powodu stwierdzili, że jeśli znajdą przynajmniej jedną restaurację, w której nie ma żadnych przesłodzonych dekoracji, to zjedzą uroczysty obiad i stukną się kieliszkami uroczystego szampana, żeby świętować poskromienie swojej traumy. Gorgon nie widać na horyzoncie, tak samo, jak nie widać jakiegokolwiek miejsca, które jeszcze nie zostało ogarnięte serduszkową plagą.
– Zawsze to może być przyjemny walentykowy spacer, co nie? – pyta Arnar, któreno ani na moment nie opuszcza zwyczajowa żartobliwość. – Można iść do jakiegoś parku albo poczekać, aż znajdzie nas jakiś Kupidyn i…
– EJ – przerywa mu Lucien i kiwnięciem głowy wskazuje na wejście do jakiegoś lokalu. Arnar patrzy na niego zdezorientowane i rozgląda się dookoła, jakby w poszukiwaniu kolejnej wściekłej gorgony. – Debilu, chodzi mi o tamtą restaurację.
Zanim Hermesiak postanowi obrócić się wokół własnej osi, żeby przeskanować otoczenie w poszukiwaniu jakiegoś komicznie ogromnego znaku z napisem „RESTAURACJA” i dużą strzałką pod nim, Lucien ciągnie no za ramię i prowadzi do schodków lokalu umieszczonego w piwnicy jakiegoś budynku. Choć od zewnątrz nie wygląda na nic specjalnego, wnętrze ocieka wszystkim, co można określić mianem „obficie bogatego” – wszędzie pełno złota, ciemnego drewna, głębokich zieleni, granatu i tej cholernej czerwieni, która tutaj wydaje się zwykłym wystrojem, a nie sezonową zachcianką. Arnar szepcze ciche „wow” i rozgląda się po sali pogrążonej w dziwnym jak na restaurację półmroku. Źródłem światła są tutaj tylko stylizowane na świece lampy przymocowane do ścian i ewentualnie jakieś letwo tlące się żyrandole, które służą bardziej za dekorację niż rzeczywiście za coś, co ma rozjaśnić przestrzeń. Przy stolikach wyłożonych wypolerowaną zastawą siedzą same ubrane w markowe garnitury i dizajnerskie sukienki osoby, które jedzą swoje malutkie porcje ze sztywno wyprostowanymi plecami, a sztućce trzymają w najbardziej wyrafinowany sposób, w jaki można je trzymać.
– Dzień dobry panom – zwraca się do nich mężczyzna z obsługi, który stoi przy typowym pulpicie z wielką księgą rezerwacji (dziwne, że jeszcze nie jest wymieniona na tablet na rzecz szybszej wymiany informacji). – Panowie rezerwowali stolik na jakie nazwisko?
– O, dzień dobry – Arnar prezentuje facetowi swój popisowy uśmiech typa spod ciemnej gwiazdy, ale świetnie wyszkolony pracownik nie przejawia żadnej negatywnej reakcji ani tym bardziej nie posyła półbogowi pogardliwego spojrzenia. – My na nazwisko Swift – odpowiada uczynnie, podczas gdy Lucien ciągnie no za rękaw, by jak najszybciej ulotnić się z tego miejsca.
– Dobrze, wyśmienicie – stwierdza mężczyzna i brakuje mu tylko binokla, gdy śledzi wzrokiem zapisane drobnym pismem notatki. – Hm. – Na momet spogląda na herosów, żeby zaraz wrócić do księgi i ponownie prześlidzić listę. – Obawiam się, że nie mamy takiej rezerwacji.
– Och, to na pewno musieli państwo coś przeo-
– Musieliśmy pomylić restauracje, przepraszamy bardzo – wtrąca się Lucien, kłania się nisko i siłą wyprowadza Arnar z przybytku.
– Już prawie mi się udało! – oznajmia donośnie, gdy znajdują się na chodniku. – Byłom o tyle – prawie łączy ze sobą palec wskazujący i kciuk – od sukcesu!
– Tak, byliśmy o tyle od bycia wyprowadzonymi przez ochronę – gorzko stwierdza Lucien, a Arnar ma ochotę wytarmosić tę jego idealnie ułożoną fryzurę i krzyknąć jeszcze parę razy, że załatwiłoby im tam miejsce. Powstrzymuje się wyłącznie dzięki temu, że do głowy wpada nu kolejny, jeszcze lepszy od poprzedniego, plan.
– Okej, dobra, to zamiast tego możemy…
– Po prostu poszukajmy innej restauracji, dobra? – sugeruje Lucien, gotowy odpuścić tak wspaniałą okazję na zjedzenie dobrego obiadu bez walentynkowej otoczki (może nawet bez płacenia, ale to jeszcze niepewne).
– Nie możemy poddać się tak łatwo! – natychmiast sprzeciwia się Arnar. – To przecież nie w naszym stylu!
– Ale co innego możemy zrobić?
Hermesiątko uśmiecha się przebiegle (Lucien już wie, że szykują się kłopoty) i chwyta chłopaka za rękę, żeby zaprowadzić go samo dokładnie nie wie, gdzie. Przez parę minut błądzą wokół budynku, a Arnar pochyla się nad każdym z rzadkich piwnicznych okien, próbując dojrzeć coś w panującej po drugiej stronie ciemności. Ich eskapada walentynkowa szybko zmienia się w misję włamania się do drogiej restauracji i tylko jedno z nich wydaje się tym faktem zachwycone.
– W ogóle mnie nie wspierasz – stwierdza Arnar, gdy otrzepuje spodnie po sprawdzaniu na czworakach, co kryje się za piątym oknem z kolei.
– Wesprę cię, gdy plan przejdzie z fazy A do fazy B – obiecuje Lucien, a Hermesiak pokazuje mu kciuka w górę, już przyciskając czoło do następnej szyby.
Mruży oczy i wreszcie udaje nu się dostrzec trochę wyraźniejsze i bardziej znajome kształty niż za poprzednimi okienkami. Śmieje się samo do siebie, co może wydawać się początkiem ataku psychozy dla losowego przechodnia, ale na szczęście (a przynajmniej Arnar ma taką nadzieję) Lucien zna no na tyle dobrze, żeby jeszcze nie dzwonić po pogotowie. Hermesiak nie chwali się swoim odkryciem od razu, tylko przyciska dłonie do ramy okna, próbując dobrze wykorzystać to, czym podarował go ojciec.
Ogląda mechanizm zamka od środka, przemieszczając się po nim tylko w swojej wyobraźni. Widzi wszystkie małe śrubki, zębatki i metalowe płytki, które tworzą zatrzask okna. Robi wszystko od tyłu, tak samo, jak z krawatem, próbuje odtworzyć sposób, w jaki otwierałoby się zamek od środka, bez najmniejszego wysiłku obracając klamką prostym, każdemu znanym ruchem. Wywraca cały proces na lewą stronę i dobiera się do niego od złej strony, bo przy drzwiach przynajmniej wyczuwa zamek pod palcami, jest w stanie dobrać się do niego od przodu, nieważne, czy stoi wewnątrz pomieszczenia, czy nie. Teraz skupia się prawie tak bardzo, jak podczas ich walki z gorgoną, gdy nagle zapomniało, jak otwiera się najprostsze zamki. Bierze głęboki wdech, robiąc z tego trochę większy teatrzyk, niż trzeba (dla Luciena, żeby nie myślał, że zapomniało, jak się oddycha) i odsuwa się od okienka, które posłusznie się otwiera.
Trwało to znacznie krócej, niż można się spodziewać po tak skomplikowanej gimnastyce mentalnej, bo Lucien najwyraźniej nawet nie zauważył, że Arnar zaczęło majstrować przy zamku.
– Tadam! – oznajmia dobitnie, próbując zwrócić na siebie uwagę partnera i wskazując na okno jak czarodziej po wyciągnięciu królika z kapelusza.
– C- Hę? A. Było otwarte? – Lucien kuca obok Arnar, któreno entuzjazm ucieka właśnie nad Morze Czarne, szyderczo śmiejąc się z półboga. Ono patrzy na chłopaka z istną rozpaczą i próbuje znaleźć w nim coś świadczącego o większym podziwie dla jeno wspaniałych, magicznych umiejętności przechodzenia z fazy A do fazy B swojego cudownego planu, ale Lucien najwyraźniej nie dostrzega w całej sytuacji nic nadzwyczajnego.
– Nie było – odpowiada Arnar obrażonym tonem.
– Oooo, okej, rozumiem. Dobra robota – chwali Hermesiątko, które od razu zapomina o tym, że miało być obrażone, a jego entuzjazm właśnie odwołuje swój lot do Bułgarii. – Tylko co teraz?
– No, a co ma być? Wchodzimy tam, kradniemy komuś rezerwację…
– Jak ty niby chcesz ukraść komuś rezerwację? – pyta Lucien, podczas gdy Arnar już próbuje przejść przez wąskie okienko, ale przeszkadza nu w tym ogromny frak. – Po prostu podejdziesz i powiesz: „przepraszam, to tak naprawdę nasz stolik”?
– Coś się wymyśli – stęka, przeciwsnąwszy do środka już całą dolną część ciała i kawałek fraka. – Jesteśmy przecież mistrzami improwizacji, co nie?
Zeskakuje na wykafelkowaną podłogę pogrążonego w ciemności pomieszczenia. Dzięki światłu wpadającemu przez otwarte okno, Arnar jest w stanie dostrzec, że podłoga ma kolor ciemnej czerwieni, który kojarzy nu się tylko z zaschniętą krwią, ale próbuje nie zwracać większej uwagi na ten niefortunny wybór dizajnerski. Otrzepuje ubranie z kurzu i ziemi, wytrzepuje jakieś paprochy z włosów i próbuje wyprostować coraz bardziej wymiętą koszulę, a Lucienowi udaje się znacznie sprawniej wcisnąć do środka przez malutkie okienko. Dla niego trudniejszym okazuje się zeskoczenie z nieistniejącego parapetu, bo Arnar aż musi go podtrzymać, żeby z głośnym jękiem nie upadł na podłogę.
– Chyba sobie skręciłem kostkę – mamrocze, wisząc w ramionach partnera.
– Na pewno nie, przecież to okno nie jest aż tak wysoko – bagatelizuje sprawę Arnar, próbując postawić chłopaka z powrotem na nogi.
– Kochanie – Lucien zwraca się do nieno przesłodzonym głosem – ono jest pod sufitem.
– No – unosi głowę, jakby oceniając odległość szyby od podłogi – jest, ale…
– Chyba nie zauważyłoś, ale jestem od ciebie niższy. – Lucien rozmasowuje prawdopodobnie poszkodowaną kostkę, opierając się o Arnar. – Dla mnie to jest upadek z bardzo dużej wysokości.
– Rzeczywiście, przepraszam – stwierdza skruszone Hermesiątko i bez ostrzeżenia pochyla się, żeby przyjrzeć się nodze chłopaka (przez utratę podpórki znowu prawie zalicza bolesne spotkanie z ziemią, ale jakimś cudem udaje mu się zachować równowagę – nie jest jednak z tej całej sytuacji jakoś szczególnie zadowolony). – Ale możesz chodzić?
– Nie wiem – mówi sfrustrowany, próbując oprzeć się na Arnar jak na balkoniku dla starszych babć.
– To spróbuj, bo nie jest jeszcze spuchnięta. Ani nic innego. Wygląda jak totalnie normalna kostka. – Hermesiątko oznajmia wyniki swojego profesjonalnego rozpoznania medycznego i podnosi się z podłogi (tym razem syn Dionizosa przestaje się na niem opierać, zanim znów straci równowagę), żeby obserwować, jak Lucien przechadza się w kółko, nie wykazując przy tym żadnych symptomów skręconej kostki. – I co?
– Chyba jednak nie skręciłem – przyznaje, ale Arnar przeczuwa, że z jakiegoś powodu chłopak nie jest z tego faktu zadowolony. – Gdzie my w ogóle jesteśmy? – pyta, rozglądnąwszy się dookoła.
– Słońce, jesteśmy w restauracji? – niepewnie tłumaczy Arnar, podejrzewając, że Lucien nagle zachorował na ciężką demencję, bo inaczej nie potrafi sobie wytłumaczyć tego pytania.
– Nie, w sensie… – Chłopak mruży oczy, próbując dojrzeć coś w półmroku. – Zapalisz światło?
Arnar posłusznie wychodzi z pomieszczenia i pstryka włącznikiem umieszczonym na zewnątrz, po czym, jak gdyby nigdy nic, wraca do środka (mijający go kelner z całych sił stara się zachować profesjonalizm). Lucien wygląda jak człowiek oświecony, stojąc pośrodku łazienki, gdzie krany są złote, a muszle klozetowe wyglądają na takie stylizowane na takie pochodzące z powieści science-fiction i każdy, kto się tutaj załatwia, nie wie, jak aktywuje się spłuczkę.
– Przynajmniej nie schowek na miotły. Ale dziwne, że światło nie włącza się na ruch, wiesz, takie technologie nowoczesne – stwierdza i poprawia fryzurę, która przed przciskaniem się przed okno była bardzo ładnie ułożona. – To co dalej?
– Teraz to juz serio potrzebuję twojej pomocy. – Hermesiątko czuje się jak typowy złoczyńca Disneya, który właśnie przedstawia całemu światu swój złowrogi plan. – Odegrasz jakąś szopkę, żeby…
– Zawsze lepiej się czułem z moimi zdolnościami do pędzenia wina niż aktorstwa, wiesz? – Arnar tylko macha ręką na tę uwagę.
– Ale potrafisz udawać, co nie? – kontynuuje konspiracyjnym szeptem, stwierdziwszy, że ten ton głosu bardziej pasuje do sytuacji. – No i dobra. Potrafisz. Więc robimy tak: ty jakoś wypędzasz którąś z par ze stolika, jakoś to ogarniesz – tymi słowami zbywa wszelkie obawy Luciena, który mruczy: „no jasne” – i potem ja ukradnę im portfele, żeby mieć ich papiery, jakby ktoś chciał nas wylegitymować, czy to na pewno nasza rezerwacja…
– A co ze zdjęciami? – Lucien zadaje same niewygodne pytania i to niekoniecznie podoba się Arnar, które wolałoby, żeby wszystko poszło tak, jak sobie wymyśłiło i ułożyło w głowie. Czyli bez zbędnych przeszkód i zbyt wścibskich kelnerów.
– Zakryje się palcem i tyle, wystarczy nazwisko. – Wzrusza ramionami. – A jak nie wyjdzie, to znowu coś wymyślimy, nie?
– Dobra. – Chłopak już zaciera dłonie i większość jego poprzednich wątpliwości znika (może dlatego, że trudno byłoby o odwrót – po wciśnięciu się do środka przez okno, Lucien nie ma najmniejszych szans wydostać się z restauracji tą samą drogą, którą wszedł; jest zwyczajnie zbyt niski, a Arnar raczej mu nie pomoże). – To ty obserwuj mnie zza jakiegoś kwiatka i ja to ogarnę. Ale najpierw zamknij to okno.
Kiwają do siebie głowami jak rasowi przestępcy i dumnie wychodzą z łazienki, najpierw Lucien, potem Arnar. Hermesiątko rzeczywiście staje tuż za sporą monsterą (niewystarczająco dużą, żeby ukryć no całe) i na tyle dyskretnie, na ile potrafi, obserwuje partnera, który podchodzi do pierwszej lepszej pary. Ze swojego miejsca nie słyszy zbyt wiele, docierają do nieno tylko głośniej wypowiedziane fragmenty i wykrzyknienia. Obserwuje rozmowę jak występ mimów – przesadzoną gestykulację Luciena, która jakimś cudem wydaje się dla dostojnej pary wiarygodna, minę szczerego zaskoczenia na twarzy mężczyzny i przerażenia kobiety. Arnar uśmiecha się, prawie zapominając o swoim zadaniu w tej farsie. Lucien wygląda uroczo, jak mały chłopiec na posyłki albo niegrzeczny uczeń, który próbuje udowodnić dyrektorce, że wcale nie pociągnął McKenzie za warkocza. Z transu, który może wywołać w niem wyłącznie oglądanie bardzo ciekawej rozgrywki w pokera, wybudza się w ostatniej chwili i wychodzi naprzeciw wygonionej ze stolika parze, żeby udawać nierozważnego gościa, który nie patrzy, gdzie idzie. Przechodząc obok, potrąca mężczyznę i tyle wystarcza, żeby wyciągnęło opasły portfel z kieszeni jego nienagannie wyprasowanych spodni.
– Patrz, jak chodzisz – zwraca mu uwagę facet, który najwyraźniej nie może powstrzymać się przed zestrofowaniem młodzika, który śmiał otrzeć się o niego łokciem. Kobieta chce coś dodać, ale Arnar nie daje jej dojść do głosu, nonszalancko chwytając ją za dłoń i całując jej knykcie, kłaniając się nisko.
– Najmocniej państwa przepraszam – wydobywa z siebie najbardziej przekonujący ton głosu, taki niebrzmiący jak głos uliczniaka wychowanego przez bezdomne koty. Przy okazji szybko i naturalnie zbliża się do torebki oszołomionej kobiety, starając się utrzymać uprzejmy wyraz twarzy. – Państwo wyglądają oszałamiająco – rzuca koślawym komplementem, któremu akurat udaje się połechtać ego parki, a nawet uzyskać ich niemrawe podziękowania. – Cóż, nie będę państwa dłużej zatrzymywać.
Odchodzi od nich, żeby objąć talię Luciena i wsunąć mu do kieszeni jeden z portfeli, nawet nie wiedząc, który – wypchany i skórzany, czy cienki i czerwony. Nie ma to większego znaczenia, przynajmniej jeszcze nie teraz. Wymieniają między sobą zadowolone uśmiechy i Arnar ukradkiem odwraca się przez ramię, żeby sprawdzić, czy oszukana przez nich para zniknęła z ich pola widzenia. Dopiero wtedy odsuwa krzsło dla Luciena i oboje siadają przy stoliku, na którym wciąż znajdują się zamknięte menu.
– O, fajnie, jeszcze nic nie zamówili – błyskotliwie zauważa Arnar i natychmiast wczytuje się w nazwy dań i zdecydowanie zbyt duże liczby wypisane tuż obok. – Aż się zrobiłom głodne od tego całego myślenia.
– Ja po prostu jestem głodny – stwierdza Lucien, choć zamiast na dania główne, patrzy na kartę win. – Że też nam się udało – mamrocze pod nosem, przewracając strony z wypisanymi wszystkimi dostępnymi rodzajami drinków.
– No – potakuje Arnar, chichocząc pod nosem. – Ale wszystko już okej – dodaje, gdy dostrzega lekkie drżenie rąk Luciena. Chce też zapytać, czy już sobie coś wybrał, ale zanim otwiera usta, przy ich stoliku, jak spod ziemi, wyrasta kelner.
– Czy mogę już przyjąć zamówienie? – pyta uprzejmie i Arnar wydaje z siebie ciche „ee”, jakby z jeno mózgu uciekły wszystkie myśli.
– Yhm, tak, tylko… momencik… – Lucien kartkuje menu i po paru sekundach unosi wzrok na kelnera. – Dla mnie będzie średnio wysmażony rib eye i wino korzenne. – Kelner słucha uważnie, niczego nie zapisując, po czym wbija spojrzenie w Arnar (ostatnie dwie minuty spędziło na panicznym przeglądaniu menu).
– To dla mnie… empanady chili con carne? – czyta nazwę pierwszego dania, które wpada nu w oczy. – Do tego… kochanie, a poleciłbyś mi coś do picia? – zwraca się do Luciena i czuje się przy tym jak postać z kreskówki, której pot zaczyna spływać po całej twarzy i ubraniu.
– Hugon – bez namysłu odpowiada chłopak.
– To tak, to i jeszcze jakiegoś szampana… yy, nieważne jakiego. Jakiegoś dobrego – dodaje Arnar, a kelner kiwa głową, dziękuje im bardzo i zostawia tylko jedno menu na stoliku. – Co to jest ten Hugo? – pyta, gdy zostają sami.
– Taki drink na bazie wina, zobaczysz.
Nie udaje im się zbyt długo degustować przyjemnym czekaniem na swoje zamówienie w akompaniamencie cichej muzyki klasycznej i stukania sztućców innych gości o talerze. Przed ich stolikiem wyrasta kolejny kelner, tym razem z towarzystwem – parką, którą bezceremonialnie wyrzucili ze stolika.
– Przepraszam panów… – Pracownik restauracji marszczy brwi i intensywnie wpatruje się w frak Arnar, ale zaraz kontynuuje, jakby nic się nie stało: – pan Taylor zawiadomił mnie, że panowie zajęli zarezerwowanych przez niego stolik?
– Nie, nie, to musi być pomyłka – śmieje się Arnar. – To nasza rezerwacja. – Dumnie pokazuje kelnerowi jeden z ukradzionych dowodów.
– Pani Anderson? – Mężczyzna sceptycznie patrzy na herosa.
– Przepraszam, jestem w trakcie tranzycji, haha. – Natychmiast chowa dowód do kieszeni fraka. – Czasem sam o tym zapominam. Kochanie…? – zwraca się do Luciena, który już wygrzebuje portfel z kieszeni spodni.
– Tak, już. – Chłopak pokazuje kelnerowi dokumenty Lawlieta Taylora, przy czym (kompletnie przypadkowo) zasłania większą część jego zdjęcia.
– Hm, cóż… – Ich przekonująca gra aktorska zdaje się działać, a w myślach Arnar krzyczy: „JACKPOTTTTT!!!”. – W takim razie. Przepraszam pa-panów? Niestety, muszę państwa wyprosić – kelner zwraca się do prawdziwego pana Taylora i pani Anderson, którzy zdążyli już przetrząsnąć wszystkie swoje kieszenie w poszukiwaniu zgubionych portfeli.
– Oni bezczelnie kłamią! – wrzeszczy zarumieniony mężczyzna. – Okradli nas i teraz! Teraz…!
– Proszę pana, proszę się uspokoić. – Kelner próbuje załagodzić sytuację. Głowy wszystkich gości z ciekawością zwracają się w stronę kłócącej się grupki, sztućce przestają stukać, a muzyka z ledwo słyszalnej staje się niesłyszalna.
– Ci bezczelni gówniarze…! Że też mają czelność! – miota się Lawliet Taylor, próbując złapać Arnar za poły fraka. – Matka was szacunku nie nauczyła?!
– Kochanie, spokojnie. – Nawet pani Anderson próbuje uspokoić swojego partnera, niestety, równie bezskutecznie, jak kelner.
– Oddajcie mi moje dokumenty! Wy mali…
– A ta pani, to która to? – spokojny głos Luciena wcina się w jego wrzaski na tyle skutecznie, że Taylor momentalnie przestaje się szamotać i krzyczeć. – Wczoraj chyba randkował pan z panią Moore, jeśli się nie mylę? – dopytuje zaczepnie, skupiając na sobie całą uwagę ich restauracyjnej publiczności.
Arnar poprawia swój frak w manierze bardzo poważnego człowieka, podczas gdy Lawliet Taylor desperacko próbuje się wysłowić, a brwi oniemiałej pani Anderson unoszą się wysoko na jej czole. Patrzy na swojego kochanka, na Luciena, na kelnera, na Arnar.
Bierze głęboki wdech i rozpoczyna modernistyczny lament świętokrzyski.


NASTĘPNE OPOWIADANIE

[3555 słów: Arnar otrzymuje 35 Punktów Doświadczenia +20 PD]

czwartek, 26 lutego 2026

Od Izana — „To domówka a nie przedszkole!” — część 1 [Walentynki]

„Piąte koło u wozu.”

Imprezę rozkręcił jakiś znajomy znajomego. Nie pamiętał jego imienia. Wiedział tylko, że ma niezłą chatę, zdolną pomieścić około dwudziestu uczestników.
Przyszedł dziesięć minut spóźniony. Nie tłumaczył się, bo przecież jest Izanem Kingiem i tłumaczyć się może co najwyżej swojemu ojcu. To, że jego kolega nie potrafił się zebrać i przez dwadzieścia minut siedział w toalecie, zapewne mając stresową sraczkę, już nie było jego winą.
Od siebie też za dużo nie przyniósł — miał tylko jedną butelkę czystej wódki oraz opakowanie ciastek, które chyba były już przeterminowane, bo znalazł je w dziwnej szafce w kuchni.
— Właź! — warknął do kolegi, który całą drogę narzekał na ból brzucha. Nie chciał tego nawet słuchać. Musieli stawić się na tej imprezie. — Zaraz się wysrasz.
Izan zapukał do drzwi. Chwilę pokręcił się przed wejściem, aż w końcu sam wszedł do środka, nie czekając na zaproszenie. I tak nikt się nie obrazi.
Po wejściu zdjął ubłocone buty (akurat musieli przejść przez uwaloną ulicę), odwiesił wysłużoną przez lata kurtkę i pogonił Oliviera.
— Wiesz co — jęknął kolega, łapiąc się teatralnie za brzuch — przywitaj się, a ja pójdę do kibla.
Izan nawet nie zdążył odpowiedzieć. Olivier pobiegł w stronę toalety, przeskakując z nogi na nogę. Mógł tylko machnąć na to ręką i pójść do salonu, gdzie siedziała już reszta zgrai. Otoczeni puszkami po piwach rozmawiali o kobietach, grach typowo dla facetów i czymś równie męskim.
— Patrzcie, kto przyszedł! — krzyknął któryś z chłopaków. — Sam Izan King! Cześć Izan!
Podnieśli się wszyscy razem i otoczyli Izana, tak, jakby właśnie spotkali celebrytę, Izan z uśmiechem każdego przywitał, napinając przy okazji mięśnie. Przecież był taki potężny i rozpoznawalny.
— W co tam gracie? — zapytał, zaglądając jednemu chłopakowi przez ramię. Widział rozłożone na stoliku karty. — Poker?
— Nie no coś ty… to zostawiamy na później — zaśmiał się w odpowiedzi. — Jak wszyscy przyjdą to zaczniemy.
— Zagrajcie ze mną!
— Nie, nie, Izan, słuchaj — zaczął Nataniel. Wyglądał na bardzo podekscytowanego. — Zaprosiliśmy kilka osób z innych kierunków. Takiego jednego kujona z pedagogiki też. Czy tam psychologii? Nie wiem, co ten cwel studiuje, ale będzie zabawnie, zobaczysz! — zarechotał nieznośnym nawet jak na Izana śmiechem.
— Cwel z pedagogiki? — zamyślił się, próbując sobie przypomnieć o kim była właściwie mowa. — Chodzi o… blondasa?
— No, a o kogo innego? Przecież to największy laluś na tej uczelni.
Izan się uśmiechnął. Niczego tak bardzo nienawidził, jak tego nieznośnego blondasa (no dobra, Vergila nienawidził bardziej), którego mijał na uczelni. Widząc, jak dziewczyny do niego lgnąły czuł w sobie jakąś niewyobrażalną złość. Przecież to do niego powinny kleić się te wszystkie laski! Jakiś kujon zabiera mu atencję!
— Zabiję go dzisiaj. Przysięgam. — Zacisnął dłonie w pięści i strzelił kostkami. — Zatłukę.
— Kogo bijemy? — wtrącił się Olivier. Dopiero co wyszedł z łazienki.
— Blondasa. Pokażę ci, jak tylko go zobaczę.
 
Na domówkę przyszło więcej osób, niż Izan zakładał, że w ogóle przyjdzie. Pełno różnych dziewczyn i chłopaków, których nawet nie kojarzył z widzenia, przesiadywała teraz w każdym pokoju w mieszkaniu Nataniela. Rozmawiali ze sobą głośno, komentowali zachowania innych ludzi i pili alkohol. Pili tak, jakby byli dzieciakami Dionizosa i potrafili manipulować swoją trzeźwością, a za parę godzin będą błagać o wybaczenie, klęcząc przed klozetem.
Izan rozgrywał właśnie partyjkę pokera z kolegami. Wygrywał, bo oszukiwał. Nie grał fair. To nie było dla niego zabawne. On MUSIAŁ wygrać. Zawsze. Nieważne z kim gra. Musiał wygrać i kropka.
— Izan King jak zwykle niepokonany — jęknął Nataniel, rzucając kartami na stół. — Nigdy z tobą nie wygram.
Izan wypiął klatkę piersiową. Dumnie uniósł podbródek i wyszczerzył zęby. Pomiędzy jedynkami miał trochę czipsów, które jadł od dobrej godziny.
— Wszystkich dzisiaj rozjebię. Szczególnie tego blondasa.
Gdy to powiedział, do mieszkania weszła kolejna osoba. Przywitała się z siedzącymi obok chłopaków dziewczynami i jak gdyby nigdy nic, poszła dalej. Izana trochę to rozsierdziło. Każdy się z nim dzisiaj przywitał. Każdy. Nawet jeśli osobiście go nie znali, to zbyt bali się go olać.
Podniósł się z siedzenia. W korytarzu mignęły mu w oczach jasne, złociste włosy. To musi być on, pomyślał. Nikt inny nie ma tak denerwująco złotych włosów.
— Ej! — krzyknął. Chłopak się zatrzymał. — Blondas, wiem, że to ty!
— Znamy się? — zapytał ze spokojem.
Izan nienawidził spokoju. Chciał, żeby inni widzieli, jaki jest groźny, potężny i niesamowity.
— Jestem Izan King. Znasz mnie, cwelu, rozmawialiśmy kiedyś!
Chłopak się odwrócił. Na ramionach zarzucone miał specjalne nosidełko, a w nim siedziało małe dziecko. Izan trochę zwątpił, czy na pewno krzyczy na odpowiednią osobę.
— A, tak, to ty. Wiecznie drzesz ryja.
— Co ty powiedziałeś?! — warknął. — Uważaj do kogo mówisz! Wiesz, z kim rozmawiasz? Z AMBASADOREM MARSA! — wrzeszczał, stukając nogą, jak zdenerwowane dziecko.
— Tak się składa, że chuj mnie obchodzi, kim jesteś. Przyszedłem, bo dostałem zaproszenie, a nie mogłem z nikim zostawić dziecka.
— Teraz mnie wkurwiłeś.
— Ty chyba ciągle jesteś wkurwiony — zauważył. — W każdym razie… idę się czegoś napić, a ty baw się dobrze.
Chciał odejść, ale Izan złapał chłopaka za łokieć. Zmusił go, by się odwrócił. By patrzył mu w twarz.
— Słuchaj no. Jak masz na imię w ogóle? Raphael?
— Lucas — westchnął. — Powiesz w końcu, czego ode mnie chcesz? Obudzisz mi zaraz dziecko.
— Chcę z tobą zagrać.
Lucas zaczynał się niecierpliwić. Stali w korytarzu, blokując przy okazji innym przejście i przeprowadzali rozmowę, która do niczego nie prowadziła. Lucas jasno powiedział, że nie będzie się ostro bawił, bo ma ze sobą dziecko, a Izanowi to najwidoczniej przeszkadzało. Co miał zrobić z córką? Zostawić ją bez opieki? Wszyscy, którzy mu dotychczas pomagali poszli na jakieś nudne walentynkowe randki.
— Oddaj komuś dziecko — polecił Izan. — Tak będzie prościej.
Lucas się skrzywił.
— Mam oddać obcej osobie swoje dziecko tylko po to, żebyś zagrał ze mną w głupie karty? — Spojrzał z odrazą na Izana.
— Nie patrz tak na mnie! — krzyknął. — Pamiętaj, że patrzysz na…
—…ambasadora Marsa. Ciągle o tym krzyczysz. Daj sobie spokój.
Izan z rosnącego niecierpliwienia pomyślał, że mógłby zabrać dziecko Lucasowi i oddać swojemu koledze, ale ostatecznie porzucił tę myśl. Byłoby to już zbyt głupie. Szczególnie że to tylko dziecko, które przeszkadza mu w porachunkach.
— Oddaj dziecko Monice. Ona lubi dzieci. Jest, wiesz… przedszkolanką. — Uśmiechnął się, błyskając swoimi brudnymi od chipsów zębami.
Lucas się widocznie wahał. Przytulił córkę i pogłaskał ją po krótkich włosach.
— Ale jeśli jej się coś stanie — zaczął grozić — to urwę ci łeb i rzucę na pożarcie dziwkom.
— Tylko nie dziwki! Nie waż się! Moja głowa jest więcej warta niż jakieś jebiące się panienki!
Lucas poczuł dumę. Jego groźba podziałała. Izan nie mógł go oszukać i oddać dziecko komuś, kto mógłby je zaniedbać.

[1052 słowa: Izan otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

Od Kala — „Dramat z kuchnią w roli głównej” — część 2 [walentynki]

Poprzednie opowiadanie

To miał być tylko miły gest. To, że przy okazji spłonęła kuchnia, to całkiem niemiły dodatek.

– Masz już plany na walentynki? – zapytała go Ezra, gdy akurat zebrali się całą trójką w jego mieszkaniu. Stały skład: zajmująca całe łóżko Mischa, siedząca na dywanie Ezra i skulony na krześle biurowym Kal. Już dawno nauczył dziewczyny, żeby nawet nie próbowały zajmować jego miejsca.
– To znaczy? – zapytał, trochę markotnie, bo tak naprawdę najchętniej by je stąd wyprosił (każdy wie, że to nieprawda).
– No, z Elianne. Idziecie gdzieś?
– O, właśnie! Eli! – zawołała Mischa, gwałtownie podnosząc się do siadu. – A poznamy ją kiedyś? Za mało o niej mówisz, więc to ja muszę porozmawiać z nią – ostro zaargumentowała swoje pytanie i chłopak niekoniecznie wie, czy podejrzewa Elianne o bycie toksyczną, manipulatorską szują, czy raczej ma ochotę dowiedzieć się, jak jej przyjaciel jest słaby w całowaniu i we wszystkich innych związkowych sprawach (chciałby jej przypomnieć, że jego matką jest bogini miłości, a, co za tym idzie, on bardzo dobrze radzi sobie z ogarnianiem takich spraw).
– Ja wciąż myślę, że on sobie ją wymyślił – szepnęła do niej Ezra, ale Kal i tak to usłyszał. Podejrzewał, że miał usłyszeć. Posłał jej poirytowane spojrzenie (liczył, że poprawnie je odczyta) i nie zdobył się na nic więcej, bo właśnie był zajęty odnajdywaniem odpowiedniej daty w kalendarzu. – No i co? Jakie plany?
Kalowi niestety nie udało się wymyślić wspaniałego, zaskakującego planu walentynkowej niespodzianki w parę sekund, więc po chwili milczenia po prostu wzruszył ramionami. Z trochę niewiadomego mu powodu wywołało to ogromne obruszenie Ezry, która emitowała swoją osobą tak duże niedowierzenie, że chłopak też prawie zaskoczył się własnymi słowami.
– Ale jak to nie wiesz?
– No, normalnie, skąd mam wiedzieć? – prychnął Kal, urażony tym pytaniem do żywego.
– Ile wy już ze sobą jesteście? – Ezra zadała pytanie teoretycznie pomocnicze, które półbogowi w ogóle nie pomogło.
– Jakiś rok? – odpowiedziała za niego Mischa, zastanowiwszy się nad tym głęboko. Kalowi trudno było wydusić, że jeszcze nie, że to dopiero od lata, a nie zeszłej zimy, więc ostatecznie tego nie powiedział.
– No, właśnie! – zawołała Ezra, przy czym Kal nie wiedział, o co dokładnie jej chodziło. Poprosiłby ją o rozwinięcie, gdyby nie próbował zlać się z oparciem krzesła. – Dziewczyna zasługuje na coś specjalnego!
– To moje urodziny, nie jej.
W pokoju zapadła cisza, której Kal w ogóle się nie spodziewał. Atmosfera stała się ciężka od zaskoczenia obu dziewczyn i nawet Mischa nie od razu wyskoczyła z błyskotliwą uwagą, którą tylko ona mogłaby wymyślić.
– To ty masz urodziny czternastego lutego? – zapytała, wymawiając słowa tak wolno, że stała się kompletnie niepodobna do osoby, za którą miał ją Kal przez ostatnie trzy… cztery lata? Musiałby wykonać w myślach skomplikowane działania matematyczne, żeby wreszcie dotrzeć do tego, że tak, to były cztery lata.
– No. – Kal, trochę zawstydziwszy się swoim nagłym wyznaniem, zapadł się jeszcze głębiej w krzesło.
– Nareszcie będę mogła męczyć cię głupimi kartkami urodzinowymi – wymamrotała Ezra znad ekranu telefonu, a chłopak obawiał się, że właśnie zapisała sobie datę jego urodzin w kalendarzu. To chyba ostatnie, czego potrzebował.
– A ja ci zawsze piekłam urodzinowe babeczki w październiku – jęknęła bliska płaczu Mischa, choć Kal w żadnym razie nie uważał jej błędu za jakieś pokrętne faux pas.
– To w takim razie powinniście odwrócić role płciowe i to ona powinna cię gdzieś zaprosić – z tym błyskotliwym pomysłem wyskoczyła Ezra, uśmiechając się szeroko. Mischa jej przyklasnęła (dosłownie) i wyszczerzyła jeszcze szerzej, niż ona.
– Tak! Albo, wiesz co – dziewczynę najwyraźniej oświeciło – ty upieczesz jakieś ciasteczka albo inne pierdoły jako urodzinowe ciasteczka albo pierdoły, o których tylko ty będziesz wiedział, że będą urodzinowe i w ten sposób zasygnalizujesz jej, że to dla ciebie specjalny dzień!
– Ale to nie jest żaden specjalny dzień – żachnął się Kal. – I nie chcę jej nic sygnalizować.
– I tak możesz coś upiec, a potem wbić w to samotną, smutną i już dziesięć razy zapalaną świeczkę, żeby wieczorem, w ciemnościach swojego pokoju, zdmuchnąć ją i pomyśleć, jakim smutnym człowiekiem jesteś i jak bardzo nikt cię nie potrzebuje – zasugerowała Ezra i wtedy Kal poprosił Mischę o przepis (nie w celu wykonania zaprezentowanego planu, co zaznaczył później jeszcze jakieś dziesięć razy).

Zepsuł sobie humor. Chciałby powiedzieć, że Elianne po prostu po sobie nie pokazuje, jak bardzo jej też popsuł nastrój, ale niestety czuje jej dziwną w tej sytuacji radość i napięcie, towarzyszące jej od kiedy się dzisiaj zobaczyli, którego źródła Kal do teraz nie potrafi znaleźć. Tamte spalone na węgiel ciasteczka chłopak dopisuje do swoich największych porażek życia, które wywołały w nich zbyt gwałtowną reakcję emocjonalną (nie przyznałby się Elianne, że piekąc je, doznał mikro-ataku paniki, bo przez chwilę pomyślał, że okażą się niejadalne albo dziewczyna ma alergię na czekoladę i to od samego początku był okropny pomysł, a on jest bezużyteczny) i próbuje żyć dalej, skupiając się nie na swoich emocjach, w tym kłujących go w serce niewyjaśnionych wyrzutów sumienia, a na otoczeniu. Na uczuciach Elianne, które trochę poprawiają mu humor, gdy rozgaszczają się w jego umyśle (tym razem świadomie przez niego zaproszone).
Niekoniecznie mu się udaje odczuć choćby ułamek towarzyszącej dziewczynie radości. Oddalanie się od złych myśli też nie działa, bo jego mózg bezmiernie pragnie urządzić mu pokaz slajdów ze wszystkich największych i najdrobniejszych błędów, które popełnił w życiu. Końcówką zdrowego rozsądku trzyma się na granicy popadnięcia we wciągający go wir wyrzutów i wyzwisk. Nagle nie ma ochoty na żadne walentynki, ale teraz, gdy Elianne już jest w jego domu, on nie może uciec do baraku i zakryć głowy kołdrą. Nie może jej nagle wyprosić, do czego już przyzwyczaiły się Mischa i Ezra, nie może zamknąć się w pokoju albo zwyczajnie stwierdzić, że on zaraz wróci i zamknąć się w łazience, żeby poużalać się nad sobą w wannie. W jego oczach relacja jego i Elianne jest jeszcze zbyt krucha, żeby wystawiać ją na próby większe niż wyskakujący z krzaków Izan King.
– Przepraszam – mamrocze, mimo swoich bezskutecznych, ale gorących starań, żeby jednak tego nie mówić. Chcąc jakoś wyrwać się z wykreowanego przez własny umysł piekła, ściska dłoń dziewczyny, jakby to miało sprowadzić go na ziemię.
– Nie masz za co – stwierdza Elianne i posyła mu miły uśmiech, który wręcz nakazuje mu zamknięcie jadaczki i nieprzepraszanie za każdą drobnostkę. Kal próbuje przywołać na twarz coś na kształt uśmiechu, ale porzuca ten pomysł w połowie.
– Chciałem powiedzieć, że mam, ale chyba nie chcesz tego słuchać – mówi wreszcie i kuca, żeby spojrzeć na ciasteczka. Najchętniej nie opuszczałby tego posterunku, żeby żadne z ciasteczek nie przyrumieniło się odrobinę za mocno. – Myślisz, że już?
– Daj im nabrać jakiegoś koloru – śmieje się Elianne i chyba ma powiedzieć coś więcej, ale zaraz gwałtownie i z niejasnego dla chłopaka powodu (postanawia nie pytać) rzuca się do swojej torby, gdy szczęka zamek w drzwiach (po wejściu do mieszkania zapytała Kala, po co je zamyka, a on zupełnie szczerze stwierdził, że nie ufa sąsiadom, co jest stuprocentową prawdą; na szczęście nie wnikała, czemu darzy ich taką niechęcią). Oboje w całym tym ciasteczkowym armagedonie nie zauważyli, że zrobiło się na tyle późno, żeby Anthony wrócił z pracy.
– Co się stało? – Ojciec Kala natychmiast ukazuje się w drzwiach kuchni i heros podejrzewa, że biegł przez krótki korytarz mieszkania. Od razu odnajduje wzrokiem syna w poszukiwaniu oparzeń, bo to oczywiste, że zorientowałby się o szalejącym w mieszkaniu ogniu, dopiero gdy zacząłby parzyć go w stopy (Kal by temu nie zaprzeczył, jako że rzeczywiście nie sądzi, że zauważyłby dym).
– Spaliłem ciasteczka – rzuca chłopak, niepodnosząc się z kucek. Po sekundzie dodaje, zdezorientowany: – Ale skąd ty…?
– Śmierdzi dymem już od wejścia – informuje go ojciec, gdy upewnia się, że wszyscy są cali i wreszcie się uspokaja. – Cześć – zwraca się do Elianne i podaje jej dłoń przez stolik kuchenny, uśmiechając się radośnie, co od razu sprawia, że trudno uwierzyć, że Kal jest jego synem (dostał już takie komentarze od co najmniej trzech osób, które miały szansę zapoznać się z jego ojcem).
– Dzień dobry – grzecznie odpowiada Elianne i wymienia uścisk dłoni z mężczyzną. Anthony siada naprzeciwko niej i siedzą tak w formacji dziwnego trójkąta, z Kalem kucającym przy piekarniku.
– Myślisz, że już? – pyta, zanim ktokolwiek zacznie mówić o pogodzie.
– O, tak, chyba tak – odpowiada Elianne, zerknąwszy na swój zegarek. Kal, jak oparzony, szybko wyłącza piekarnik i gwałtownie go otwiera, uchylając się przed buchającą ze środka parą, jakby ciasteczka mogły spalić się w ułamku sekundy.

Anthony i Elianne odbywają rozmowę typową dla ojca twojego chłopaka i dziewczyny twojego syna, w którą Kal wtrąca się parę razy, żeby bąknąć coś w stylu: „Tato, nie przesadzaj” albo „Przecież miałeś zachowywać się normalnie”. Czuje się trochę wyłączony z rozmowy, która z założenia miała odbyć się głównie pomiędzy Eli a jego ojcem, co przeszkadza mu dopiero teraz, gdy skubie jedno z ciasteczek, sztywno siedząc na krześle. Dopiero gdy Anthony mówi coś o zostawianiu dzieciaków samych sobie i byciu zawalonym pracą (niewiele brakuje do tego, żeby porozumiewawczo mrugnął do syna, za co pewnie zostałby potraktowany milczeniem przez co najmniej tydzień).
Dopiero gdy Kal wraz z Elianne praktycznie tobią się w miękkich poduchach na kanapie, chłopak choć trochę się rozluźnia. Pomijając to, że chciałby natychmiast zasnąć i obudzić się za jakiś tydzień, to czuje się całkiem nieźle.
– Przepraszam za niego.
– Bogowie, przecież nie musisz za nic przepraszać – śmieje się Eli i swoim dziwnym zwyczajem całuje go w policzek. Robi to zawsze, gdy Kal przeprasza za coś, za co według niej nie powinien, ale od zauważenia wzoru wciąż nie doszedł do pełnego zrozumienia celu tego gestu. – Było okej, nawet lepiej, niż się spodziewałam.
– Nie gadaj – prycha chłopak, któremu akurat nie przypadło do gustu siedzenie obok dwójki trajkoczących osób. – Rozmowa kleiła wam się lepiej, niż nam.
– Teraz to ty przesadzasz. – Gdyby Kal naprawdę był wredny, to teraz wskazałby na jej rumieniec. Na szczęście, dla niej akurat ma trochę litości.
– To chcesz może… Nie wiem, mój plan kończył się na ciasteczkach. – Ucieka wzrokiem za okno, bo nagle zdaje sobie sprawę z tego, że nie zrobił niczego, dzięki czemu ten dzień mógłby być dla Elianne choć trochę bardziej wyjątkowy, niż ich codzienność. Niepotrzebnie słuchał się Ezry i Mischy, mógł po prostu poczekać, aż to Eli coś wymyśli, bo pewnie by wymyśliła, albo żeby bogowie zainteresowali się nimi tak samo, jak zrobili to rok temu. Przeżyliby kolejne wspaniałe walentynki, o których nigdy nie będą rozmawiać, zresztą, o tych pewnie też już nigdy nie wspomną. Skończyło się jak każda rzecz, za którą zabierał się on, a zdecydowanie nie miał najmniejszej ochoty na jakąś moralizatorską pogawędkę na temat „nakładania na siebie zbyt wygórowanych oczekiwań” albo czegoś podobnego, dlatego bez większego zastanowienia odwraca się do Elianne. – Ej, jest taki fi-
Urywa w połowie propozycji, bo jego wzrok z twarzy dziewczyny zsuwa się na trzymane przez nią pudełeczko. Mruga, unosi wzrok na rozpromienioną minę Elianne i dopiero wtedy zdobywa się na pytanie:
– To są jakieś oświadczyny?
– Nie – obrusza się dziewczyna i wciska mu w dłonie pudełeczko. Kal ledwo rejestruje moment, gdy dołącza do niego jakiś liścik. – Wszystkiego najlepszego, z okazji urodzin i walentynek. Ten list… przeczytaj potem, okej?
Chłopak nie wie, co powiedzieć. Zwykłe „dziękuję” zawsze dziwnie układa się na jego języku, a inicjowanie przesadnych czułości w takich momentach zdecydowanie nie jest w jego stylu. Jednak zanim zdążył dokładnie przemyśleć wszystkie posiadane opcje, całuje ją.
Gdy ona się uśmiecha, nawet radośniej, niż zazwyczaj, on i tak nie wypowiada podziękowań.
Przygląda się idealnie pasującemu na jego palec pierścionkowi. Zastępuje tamten stary, od Floyda i Kal musi przyznać, że jest zdecydowanie ładniejszy. Kolor trochę go zaskoczył, bo nie trafiał w żaden z jego ulubionych, ale wedle odwiecznej zasady przyjmowania prezentów, nie zamierza narzekać.
– To. Ten. Chcesz obejrzeć taki film? – Kal kończy urwaną myśl, nie chcąc dłużej zastanawiać się nad tym, czy ma jeszcze jakoś zareagować, czy to było wystarczające (właśnie dlatego nienawidzi obchodzić urodzin).
– Jak mi powiesz, czy ci się podoba.
– No, tak. Myślałem, że to jasne – mamrocze, szukając na półce z płytkami „Fantastycznego Pana Lisa” (jego ojciec kategorycznie odmawiał wykupienia Netflixa, HBO, Disney+ i ogólnie czegokolwiek, co wymagałoby internetu do działania). – To mój ulubiony film – wraca do tematu utrzymywanego wyłącznie przez niego, a Elianne najwyraźniej się poddaje i przygląda się, jak Kal wkłada płytę do odtwarzacza. – Oglądałaś już?
– Nie… chyba nie. Przynajmniej nie kojarzę.
– A chcesz obejrzeć? – pyta, przypomniwszy sobie, że przecież mu nie odpowiedziała, a przynajmniej nie odpowiedziała wprost.
– Jeśli mi powiesz, czemu go tak lubisz – odpowiada Elianne, ewidentnie się z niego śmiejąc.
Wzdycha cierpiętniczo i jej mówi. Ma dużo powodów. Ładna animacja poklatkowa, interesująca fabuła, lubialne postaci. Opowiadana historia, jakieś pokonywanie lęków i ograniczeń (w tym momencie każe jej nie uśmiechać się tak, jakby chwalił świnkę Peppę). Ostatecznie dochodzi do tego, że to dlatego, bo ta głupia bajka opowiada o kimś, kto nie pasuje do innych, kto chciałby być kimś innym, kto nie potrafi porzucić swoich ambicji i zainteresowań, do których kompletnie się nie nadaje.

– Mischa też chce cię kiedyś spotkać – informuje ją Kal, gdy dziewczyna już prawie stoi na klatce schodowej. – Ezra w sumie też.
– To czemu ich nie zaprosiłeś?
– Bo to chyba byłoby trochę za dużo, jak na jeden dzień. – Gdy nie czuje, że Elianne podziela jego zdanie, musi przyznać, że trochę go to boli. – Dla mnie byłoby za dużo, więc pomyślałem… Przepraszam?
– Już trudno – Eli wzrusza ramionami, ale Kal wie, że zwyczajnie nie mówi mu o tym, jak jest rozczarowana.
– Okej. To cześć – rzuca tylko i ledwo doczekawszy się cichej odpowiedzi, zatrzaskuje drzwi, bo nie wytrzymałby tam ani chwili dłużej bez kolejnego przepraszania.
Koniec końców dziękuje Elianne za to, że nie kazała mu się odprowadzać (nawet jeśli jego ojciec uznaje to za skrajnie niekulturalne dla młodego mężczyzny).



[2200 słów: Kal otrzymuje 22 Punkty Doświadczenia +20 PD]

Od Kuźmy — „7 minutes in bardzo brudna winda” – część 2 [walentynki]

Poprzednie opowiadanie

Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko na filmach, więc dlaczego to ty teraz tkwisz z kimś w windzie pomiędzy piętrami, a głośnik zaciął się na możliwie najgorszym dżinglu?

Windowa piosenka*

*Polecam włączyć, gdy Kuźma mówi: „Ja pierdolę” i wyłączyć dopiero, gdy wyjdą z windy, żeby dobrze wczuć się w przeżywane przez postacie cierpienie.

To nie pierwszy raz, gdy Kuźma ucieka się do niewygody transportu publicznego, uzasadniając to niekoniecznie efektywnym buntem przed prowadzeniem wygodnickiego trybu życia (żaden szanujący się heros nie nazwałby przechodzenia przez Labirynt Dedala „wygodnickim trybem życia”). Rano pluła sobie w brodę, bo wstała za późno, żeby zdążyć na jedyny kurs autobusu spod tunelu Caldecott, który, jak na złość, odjeżdżał stamtąd w stronę Piedmont Fields wyłącznie o ósmej trzydzieści siedem, od poniedziałku do piątku, nie licząc świąt i dni wolnych od szkoły. Zaspanie na autobus przybrawiło ją tylko o poranny pakiet przemium: parszywy humor oraz chęć zostania w łóżku na jeszcze pięć minutek i leżenie tak, ni to śpiąc, ni to będąc w pełni świadomą. Nie pomagało to, że na specjalnej karteczce, którą przypięła do ramy łóżka, wszystkie godziny kursów swojego drugiego ulubionego autobusu rozpisała bardzo malutkimi i bardzo gęsto postawionymi cyframi, których teraz nie mogła od siebie odróżnić i czuła się, jakby wpatrywała się w gąszcz wirujących mrówek. Gdy tak patrzyła na ten świstek papieru, wszystko skakało jej przed oczami bardziej przez niedobudzenie niż dysleksję, a jeśli już coś odszyfrowała, to jej mózg odmawiał przyjęcia i zakodowania informacji.
Wciąż czuje się niekoniecznie obudzona, a raczej w ogóle nieobudzona, gdy opiera się o ścianę windy i próbuje pokonać mgłę w mózgu, żeby dobić się do tego, o której odjedzie jej autobus (nie pamięta nic z tego, co wyczytała ze swojej notatki, a tym bardziej nie pamięta połowy drogi z Obozu na stację metra). Nagle, będąc chyba najbardziej niespodziewanym wydarzeniem w ciągu kuźmowego dnia, do windy wpada mała kometa w kształcie nastoletniego chłopaka. Rozpędzony intruz ledwo przeciska się między zamykającymi się drzwiami, które zszokowane aż się zatrzymują i, trochę zdezorientowane, ponownie otwierają. W metalowej klitce rozlega się ostry huk, gdy chłopakowi nie udaje się zatrzymać (albo buty poślizgnęły mu się na wypolerowanej posadzce) i prawie łamie sobie nos na panelu kontrolnym. Wszystko dzieje się w ciągu czasu potrzebnego na mrugnięcie, a na samym początku tych wydarzeń Kuźma była w trakcie opuszczania powiek, więc wiele nie zarejestrowała.
– NEODYM BIZMUT!!! – Ten wrzask budzi dziewczynę lepiej niż wszystkie alarmy, które kiedykolwiek nastawiła.
– Kurwa, czy ty jesteś jakiś popierdolony? – wymyka się z jej ust i nie żałuje tych słów nawet po tym, jak orientuje się, że mówi do swojego przyjaciela. – Ricky??
– Hejka – wita się z nią chłopak, który mimo odzyskania równowagi, wciąż opiera się o pięć guzików windy. – Przyszedłem, żeby, wiesz, tak sobie. Pochodzić razem po San Francisco i w ogóle.
Kuźma definitywnie stwierdza, że jeszcze się nie obudziła, a to część jej koszmaru. Wpatruje się w Ricky'ego z miną jeszcze bardziej zaskoczoną, niż gdy opowiedział jej o ołowianej trumnie na Marię Skłodowską-Curie. Dziewczyna próbuje ułożyć sobie to wszystko w głowie i zdecydować, czy bardziej szokuje ją nagłe pojawienie się Ricky'ego, czy to, że chłopak chce spędzić z nią czas tak bardzo, żeby ryzykując zatrzaśnięciem się w drzwiach windy, próbować do niej wskoczyć i nadążyć za ciągle uciekającą mu Kuźmą. Jej mózg zdecydowanie potrzebuje jakiejś naprawy od dzieciaków Wulkana, bo jego styki przepaliły się dobre parę godzin temu.
– Ty chcesz ze mną… w walentynki? – pyta nieskładnie, nagle odczuwając silną potrzebę ulotnienia się z windy, która wreszcie zamknęła swoje drzwi i teraz jedzie w górę, w akompaniamencie brzdąknięć gitary wypływających z głośniczka pod sufitem. – To jest chyba nielegalne, wiesz? A już na pewno nieakceptowalne społecznie.
– Co. Co ty mówisz w ogóle? – Ricky patrzy na nią tak, jakby to ona była tą bardziej zwariowaną. – Tak dobrze nam się szło po grzyby, to wiesz, pomyślałem sobie, że tak fajnie będzie przejść się gdzieś. Znowu. Czemu ty tak na mnie patrzysz, co ja zrobiłem?
– Ty mnie zapraszasz na randkę? – mówi to z takim poziomem zdegustowania i niedowierzenia, że każdy normalny adorator uciekłby z podkulonym ogonem, żeby stać w kącie przez co najmniej godzinę i przepraszać świat za popełnione grzechy.
– Nie??? – Kuźma odczuwa bezgraniczną ulgę i postanawia jeszcze nie cancelować Ricky'ego za próbę groomingu. – Przepraszam, ale… nie jesteś w moim typie.
– Aha? – Mimo że pomysł randki z nim bardziej ją przerażał niż fascynował, mówi to tonem osoby urażonej do żywego.
– Nie, że jesteś brzydka! – Od razu wzbrania się Ricky, podnosząc ramiona w poddańczym geście. – Ja po prostu… zawsze wyobrażałem sobie siebie z chemiczką u boku. Ewentualnie fizyczką albo biologistką, ale to ostateczność, jak się nie znajdzie jakaś fajna chemiczka.
– Ty to masz standar-
Winda przerywa Kuźmie w pół słowa. Wszystko chwieje się, jak podczas trzęsienia ziemi albo huraganu, dziewczyna traci grunt pod nogami i prawie łamie sobie palce, nie trafiając w uchwyt przymocowany do ściany. Próbując zamortyzować upadek jedną ręką, ląduje na ubrudzonej błotem podłodze i robi wszystko, co w jej mocy, żeby nie pocałować grudek ziemi.
Chwila strachu i po krzyku – oboje leżą na podłodze, ale są cali i zdrowi, a winda znowu wisi nawet prosto. Może lekko przechyla się w stronę, po której upadł Ricky, ale Kuźma ma ważniejsze sprawy na głowie, niż przejmowanie się czymś takim. Wspomagając się tłustym uchwytem, podnosi się do pionu i próbuje wytrzepać grudki błota z włosów i z ubrań, co nie kończy się dokładnie tak, jakby chciała. Widok brązowych smug na spodniach napawa ją mieszanką gniewu i smutku, bo akurat te dżinsy wróciły do niej z obozowej pralni zeszłego popołudnia. Podczas gdy jej dłonie giną w dawno nierozczesywanych kołtunach, Ricky przegląda wszystkie kieszenie, zapewne w poszukiwaniu rozbitych probówek czy innych zlewek. Jeżeli rozlałby tu napar z toksycznych grzybków, to Kuźma zabiłaby go, zanim oboje zdążyliby udusić się trującymi oparami.
– Żyjesz?! – woła do niej Ricky, podnosząc głos tak, jakby znajdowali się w dwóch różnych budynkach.
– Ta – mruczy Kuźma, porzucając wszelkie próby wygrzebania wilgotnego błota z włosów. – Ta winda chyba stanęła. – Wcześniej wznosiła się ledwo wyczuwalnym ruchem, ale stania w miejscu nie można pomylić nawet z najbardziej płynną jazdą. Brakuje tylko tego, żeby zgasły światła i oni spędzili całą wieczność w ciemnej puszce i dostali paranoi, bo zobaczyliby coś w mroku.
– O, rzeczywiście – przyznaje Ricky i rozgląda się po ścianach windy, jakby szukał dla nich natychmiastowego ratunku. Kuźma, nie ufając jego procesom myślowym i ich wynikom, wolałaby, żeby wcale żadnego ratunku nie szukał. – Ej, ten przycisk chyba wzywa serwis! – Wskazuje na jeden guzik na panelu kontrolnym, który ewidentnie krzyczy na nich niejasnym „ALARM”, które może oznaczać… cokolwiek autor miał na myśli. – Myślisz, że ktoś przyjdzie? Jakbym miał telefon, to bym do nich zadzwonił, ale mój ostatni spalił się, gdy robiłem jakieś eksperymenty z magnezem… albo to wtedy, gdy wybuchnął nam barak, całkiem niedawno. Nie wiem, bo w sumie to go nie używałem, mam ciekawsze rzeczy do roboty…
– Po prostu naciśnij – przerywa mu dziewczyna i Ricky natychmiast jej słucha, jak to już z nim zazwyczaj jest.
Nie dzieje się absolutnie nic, choć sama nie wiem, czego mogła się spodziewać. Nagłego odliczania do samodestrukcji? Głośnego alarmu, który huczałby gorzej, niż niejedna syrena? Kuźma patrzy w oczy Ricky'ego, który chyba też spodziewał się czegoś więcej. Na przykład tego, że dioda pod przyciskiem przynajmniej niemrawo zamruga.
– Nie działa. – Dziewczyna wzrusza ramionami, udając, że w ogóle jej to nie rusza. Bycie uwięzionym w windzie nie wywołuje w niej najmniejszego ułamka paniki, bo przecież ona, córka boga strachu, nie boi się niczego (oprócz paru rzeczy, których akurat nie ma w tym pomieszczeniu).
Kuźma nie potrafi powiedzieć, czy Ricky jest tak zaintrygowany guzikiem i klikaniem nim w rytm piosenki grającej tylko w jego głowie, ale chyba po raz pierwszy heroska jest w stanie doświadczyć ciszy, gdy chłopiec stoi obok. Spodziewałaby się, że zacząłby chociaż mówić o swoich wspaniałych pomysłach dotyczących wydostania ich z metalowej puszki, ale nie – milczy podobnie, jak w ambulatorium, gdy Cherry miała badać go pod kątem trujących grzybów zalegających w żołądku.
Gdyby dziewczyna przygotowałaby się na zostanie zamkniętą w windzie, to pewnie wyciągnęłaby z kieszeni krzyżówki i zajęłaby się sobą, zanim ktoś by ją uratował. Żaden śmiertelnik nie musiałby się przygotowywać na zostanie zamkniętym w windzie z zaprzyjaźnionym szalonym chemikiem, po prostu wyciągnąłby z kieszeni telefon i pograłby w jakieś Subway Surfers lub pasjansa, albo nawet lepiej, bo zadzwoniłby do kogoś, kto mógłby go z tej windy wyciągnąć. To, co aktualnie przeżywa Kuźma (bez telefonu, bez krzyżówek, bez głupiego zeszytu, żeby pograć w statki) brzmi jak scenariusz rodem z jej snów, ale w nich zazwyczaj przejawiał się motyw wiecznie otwartych drzwi, a nie zamkniętych. Nie narzekałaby na przerwanie tej monotonnej passy, bo prawie przestała się bać klamek naciskanych przez niewidoczne z jej perspektywy kreatury i nieprzyjemnego pisku powoli poruszanych zawiasów.
– Ja pierdolę – wymyka się wyrwanej z zamyślenia Kuźmie, gdy głośniczek windy przestaje wygrywać jakąś generyczną akustyczną piosenkę, na którą nawet nie zwracała wcześniej uwagi. Leciała sobie w tle, gdzieś z tyłu jej mózgu, stanowiąca najbardziej nijaki z nijakich podkładów muzycznych do podróży na ulice wspaniałego Oakland. Zmiana z podprzedniego brzęczenie dociera do Kuźmy dopiero, gdy po gitarowym wstępie pojawiają się pierwsze słowa.
I want to meet your madre, pay my respects to your padre, mi amor,
Bonita, bien lo sabes, y esa forma de mirarme en tus ojos…
Pomijając nudny podkład muzyczny, jeszcze nudniejszą linię melodyczną i dziwny tekst (Kuźmie wydaje się, że gdzieś w drugiej zwrotce śpiewają o cyckowej pułapce), to głos piosenkarza brzmi, jakby został wygenerowany przez sztuczną inteligencję albo został przez nią mocno przerobiony. Kuźma nie zna się na tym całym fenomenie AI, który jej koleżanki uważają za znacznie bardziej gorący i interesujący temat, niż rozsiewane po szkole plotki, co dla heroski jest ekstremalnie trudne do pojęcia. To, że nie zna się na komputerach jest wybaczalne, ale gdy nie ma pojęcia, kim jest ten cały „Chat GPT”, to każdy patrzy na nią, jakby urwała się z choinki. Po paru miesiącach domyśliła się wreszcie, że chodzi o jakiegoś internetowego korepetytora, który nagle stał się bardzo popularny i potrafi praktycznie wszystko oprócz matematyki, ale nauczyciele i tak wyzywają go za złe metody nauczania.
Skupiwszy się na muzyce (na zrozumieniu, czemu podmiot liryczny tak bardzo chce spotkać jej matkę i ojca), Kuźma dopiero po chwili zdaje sobie sprawę, że Ricky coś do niej mówi.
– Co? – mimowolnie wyrywa się z jej ust, zanim uświadomi sobie, że zrozumiała każde słowo chłopaka.
– Pytałem, czy masz śrubo-
– Nie mam – trochę za szybko odpowiada Kuźma, bo nie chce jej się czekać, aż Ricky dokończy zdanie. – Nie wiem, czemu w ogóle zakładałeś, że mogę mieć.
– Bo masz tę torbę i myślałem, że… nie wiem, co dokładnie myślałem – przyznaje i wzrusza ramionami. – Myślisz, że mógłbym odkręcić te śrubki monetą?
Kuźma unosi głowę, żeby spojrzeć tam, gdzie wskazuje Ricky. Na sufit. Potem z powrotem patrzy na chłopaka, który jest niewiele wyższy od niej, a to akurat nie jest największym osiągnięciem. Raczej mało kto jest od niej niższy, nie licząc dzieci chodzących do pierwszych klas podstawówki.
– Myślę, że nie sięgiesz sufitu.
– Jakbyś mnie podniosła…
– Ty się dobrze czujesz? – prycha dziewczyna, bo nawet nie chce sobie wyobrażać tego, jak ONA miałaby podnieść GO. Już pal licho podnieść, ale utrzymać na swoich ramionach? Bez upadania? Awykonalne.
– To może ja ciebie podniosę?
Pytanie Ricky'ego idealnie zgrywa się ze słowami piosenkarza, który śpiewa o robieniu ryzykownych rzeczy w domu. Gdy Kuźma już myśli, że utwór się skończył i jest wolna od słuchania o proszeniu jej o numer, gitarowy wstęp tego szajsu ponownie rozbrzmiewa, chyba jeszcze głośniej, niż wcześniej.
– Chyba na głowę upadłeś – mówi i puka się w czoło jak typowy ojciec, gdy zapyta się go, czy można pojechać na weekend do znajomych. – Po co ty w ogóle chcesz to odkręcać? – pyta i znowu Ricky patrzy na nią, jak zazwyczaj patrzy na osoby, które nie wiedzą, z jakiego kraju pochodziła Maria Skłodowska-Curie.
– A to nie logiczne?
– Nie.
– Wyjdziemy przez ten otwór na górę, a potem… potem coś się wymyśli, ale coś na pewno wymyślimy – radośnie tłumaczy Ricky, uśmiechając się promiennie.
– Tak robią tylko w komiksach o superbohaterach – stwierdza Kuźma. Prędzej spodziewałaby się, że chłopak będzie próbował wylać jakiś żrący kwas na podłogę, żeby wydostać ich dołem i liczyć na to, że jeszcze nie wjechali zbyt wysoko. Woli mu tego nie mówić, bo zna go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że akurat miałby coś wystarczająco toksycznego w kieszeniach, żeby wypalić nie tylko podłogę i ściany windy, ale również całe ich ciała i budynek. Albo przypadkiem pomyliłby fiolki i wystrzeliłby ich w powietrze.
Najchętniej oddałaby się rozpaczy, usiadłaby na tej uwalonej błotem podłodze, oparłaby się o tłustą od dziecięcych palców ścianę i spróbowała usnąć. Pewnie utrudniłby jej to ten obrzydliwy hiszpański, który wbija się w jej uszy i rozrywa jej nerwy na strzępy.
Zamiast usiąść, krąży wokół Ricky'ego, który samodzielnie próbuje dobrać się do upatrzonej płyty w suficie. Kuźma nie może patrzeć ani na niego, ani na ograniczające ją ściany, co jest nieco trudne, bo ogranicza ją to do wpatrywania się w obrzydliwe grudy szarego błota.
Ciekawe, ile już tu siedzą. Godzinę? Kilka godzin? Jest już wieczór? Wszystkie jej plany się rozsypały (nie miała planów, wykorzystywała wolny dzień od pracy w Obozie i nauki w szkole), od rana ma parszywy humor, chciała odpocząć od ludzi… Ma jeszcze gorszego pecha, niż zazwyczaj.
– A jakby tak-
– Ricky, daj spokój.
– Ale to jest serio dobry po-
– Mówię, żebyś, kurwa, dał spokój – powtarza, niepotrzebnie podnosząc głos. Wciska zaciśnięte pięści do kieszeni płaszcza i maszeruje po windzie szybciej, niż wcześniej, próbując skupić się na kiczeniu kroków. – Nieważne, co wymyślisz, to nas stąd nie wyciągniesz, zrozumiesz to wreszcie?
Przestaje patrzeć na Ricky'ego, przestaje w ogóle zwracać uwagę na cokolwiek, co związane z byciem zamkniętą w windzie. Nie potrzebuje rozwiązania, potrzebuje świętego spokoju, gorącego kakao i PRZERWY OD TEJ PIOSENKI. Wybucha, gdy po raz setny słyszy I see your body is like Coca-Cola i gdyby nie jakieś resztki jej umiejętności zachowania zimnej krwi, to oprócz wywrzeszczenia niecenzuralnych wyzwisk skierowanych do piosenkarza, próbowałaby roztrzaskać głośnik, posługując się tylko swoimi paznokciami i czołem. Wpatruje się w pulsującą od basów kratkę przy suficie z czystą nienawiścią, boleśnie zaciskając zęby. Próbuje nie myśleć o tym, czemu zaczęła krzyczeć.
– Hej, spokojnie? – Słyszy drżący głos Ricky'ego i zerka na niego tylko kątem oka, bo nie ma ochoty na ujrzenie jego przerażonej miny w całej okazałości. Wygląda jak wtedy w jaskini, przed wyczarowaniem różowych chmurek przez Kuźmę. Teraz co najwyżej wyhaluconowałaby mu jakiegoś Slendermana w kącie. Odwraca się do ściany i próbuje zmusić się do policzenia do dziesięciu, łudząc się, że to pomoże. Próbuje tylko przez to, że Ricky nigdy wcześniej nie bał się jej, tylko ciemności i badań w ambulatorium. Nie chciałaby dołączyć do tych lęków.
– Sorry – mamrocze wreszcie, a przy zdrowych zmysłach trzyma ją tylko wizja tego, że jeśli przesadzi, straci przyjaciela. – Poniosło mnie.
– Wiem – odpowiada Ricky i uśmiecha się do niej, jak na gust Kuźmy, zbyt radośnie. – Tak poza tym, to znowu jedziemy. Ale na dół.
– Co? – Nie wie, jakim cudem tego nie zauważyła. Chyba za bardzo wkręciła się w ignorowanie całego świata.
– Wiesz, porządnie mnie niestraszyłaś – śmieje się Ricky, gdy oboje wpatrują się w drzwi windy, które mają się zaraz otworzyć.
– Widać było – mruczy pod nosem i wbija wzrok w swoje buty. Słyszy, jak drzwi się rozsuwają i przez grzywkę dostrzega brzuchatego pana, który najwyraźniej ich stąd wyciągnął.
– No, dzieciaki, koniec jazdy, wysiada kazdy! – woła raźno i specjalnie sepleni. Jego radosny uśmiech nie maleje nawet, gdy Kuźma przechodzi tuż obok niego, prawie trącając go łokciem.
Z jakiegoś powodu, powietrze na stacji metra wydaje jej się dziwnie świeże. Nie chce o tym za dużo myśleć, bo szybko by oszalała.
– Gdzie teraz? – pyta Ricky, jak zawsze cały w skowronkach. W myślach, Kuźma znowu nazywa go wariatem, bo nie wyobraża sobie mieć tyle energii, ile on, zwłaszcza po tym, co przeżyli.
– Jadę do do… do mieszkania – zacina się w połowie i ma ochotę uderzyć się otwartą dłonią w czoło.
– Pojadę z tobą! – oznajmia, a nie prosi o pozwolenie, chłopak i mało brakuje, żeby zaczął prowadzić ją do celu.
– Jeśli kupisz mi kakao.
Parę minut później Kuźma dowiaduje się, że Ricky nie ma przy sobie złamanego grosza i za podły napój kakaopodobny (i tak smakuje lepiej niż gorąca czekolada Anastazego) musi zapłacić sama. Ogrzewa dłonie, oplatając je wokół papierowego kubka i tylko udaje, że słucha nieustającej paplaniny Ricky'ego, gdy razem stoją na przystanku. Autobus o numerze osiemdziesiąt osiem przyjeżdża szybciej, niż się tego spodziewała (to dużo powiedziane, ona po prostu nie ma pojęcia, która jest godzina, a nie ma zamiaru posuwać się do oceniania czasu za pomocą pozycji słońca na niebie) i gdy lokuje się na jednym z ostatnich wolnych siedzeń, nie zasypia tylko przez ciągłą gadaninę Ricky'ego nad swoim uchem. Kuźma ledwo pamięta o pilnowaniu przystanków i przesiadce do odpowiedniego pociągu metra, a gdy wreszcie wysiadają w San Francisco, to orientuje się, że wciąż ściska pusty kubek. Otrząsa się z sennego otumanienia, bo inaczej zapomniałaby, jak idzie się do mieszkania Gabriela i Anastazego.
– Na pewno chcesz ze mną iść? – pyta Ricky'ego, który właśnie próbował opowiedzieć jej o tym, jak Nikola Tesla kłócił się z Nicholasem Eddisonem i Kuźma nie ma pojęcia, czemu teraz opowiada jej o martwych fizykach.
– Tak! – entuzjazm w jego głosie jest niepokojąco duży. Na tyle, że można byłoby osądzić go o spożywanie substancji zabronionych i nie mowa tutaj o fioletowych grzybkach.

Kuźma otwiera drzwi bez pukania, wchodząc jak do siebie (co poniekąd jest prawdą). Rzuca torbę gdzieś w kąt i od razu zauważa, że drzwi do pokoju Anastazego są szeroko otwarte, podobnie jak okno. Jest to widok na tyle dziwny i niepodobny do syna Hefajstosa, że Kuźma nie może uwierzyć własnym oczom. Nawet jeśli Nastek dusiłby się w swojej jaskini, to nie uchyliłby okna nawet na centymetr, bo zrzuciłoby to całą górę gazet poukładanych w chwiejną piramidę na parapecie. Musi go nie być akurat teraz, gdy Kuźma chce poprosić go o zrobienie dla niej niewariującego przy niej telefonu (jest jedyną osobą, którą dziewczyna uznaje za kompetentną do podjęcia się tego zadania).
– Gdzie Anastazy? – pyta Gabriela, zanim chociaż ściągnie buty.
– W Nowym Jorku – mamrocze mężczyzna i unosi wzrok znad swojego tabletu na stojącą u progu parę nastolatków. – To twój chłopak? – Wskazuje kubkiem kawy na Ricky'ego.
– Fuj. Nie. Nie pytaj o to nigdy więcej.
– Dzień dobry!!! Jestem Ricky!!! Miło mi pana poznać, panie tato Kuźmy!!!
– Co? – równocześnie pytają zszokowani Gabriel i Kuźma, gapiąc się na roześmianego Ricky'ego, któremu mina bardzo szybko rzednie.
– To nie jest twój tata? – pyta, trochę smutny, jakby naprawdę chciał poznać rodziców przyjaciółki.
– Nie – ucina Kuźma. – I ty też nigdy więcej o to nie pytaj.



[3000 słów: Kuźma otrzymuje 30 Punktów Doświadczenia +20 PD]