wtorek, 14 lipca 2026

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Is wzruszyła ramionami, przesuwając wzrok z Kaliny na rząd plastikowych doniczek.
— Zresztą, po co komu ojciec? — zapytała, unosząc kąciki ust w uśmiechu.
Nie, żeby miała coś do Hermesa. No dobra, może miała maleńkie pretensje o to, że miał ją głęboko w dupie, ale lata obcowania z innymi dzieciakami bogów sprawiły, że przynajmniej nie czuła się w tym samotna. Łatwo jest spłodzić kilkadziesiąt dzieciaków, gorzej się potem nimi interesować. Z tego, co wiedziała, Hermes miał kilku swoich ulubieńców, z którymi częściej się kontaktował, ale Isobel najwyraźniej nigdy nie była jednym z nich. Może jeszcze przez pierwsze trzy lata starała się zostać kimś, kim ojciec mógł się zainteresować, ale potem zrezygnowała, bo nie przyniosło to absolutnie żadnych efektów. Is już we wczesnym dzieciństwie dowiedziała się, że rodzice to beznadziejna sprawa i nie opłaca się marnować czasu i energii na naprawienie czegokolwiek, co z nimi związane. W wieku piętnastu lat zobaczyła ojca na własne oczy i postanowiła się tym zadowolić. Swój stosunek do niego uznawała za raczej neutralny i rzadko o nim mówiła.
— …Po to żeby zarabiał na truskawkach w Holandii? — zaproponowała Kalina.
Is wybuchnęła śmiechem, ściągając na siebie wzrok niezbyt zadowolonej ekspedientki. Posłała kobiecie uśmiech i zapomniała o niej, kiedy tylko znowu stanęła do niej plecami.
— Okej, muszę przyznać, ma to jakiś sens — powiedziała, wciąż z uśmiechem błąkającym się na ustach.
— Jasne, że ma. Sama się przez chwilę zastanawiałam, czy może nie pojechać na truskawki, ale jednak wybrałam studia — dodała dziewczyna, zapomniawszy o doniczkach.
W głowie Is gdzieś tam jeszcze plątała się myśl o zakupie doniczki, ale kątem oka ciągle dostrzegała ich ceny i stwierdziła, że chyba jednak jej nie stać. Kto liczy sobie sześć dolców za taki kawałek plastiku? Jej kwiatek najwyraźniej jeszcze trochę będzie musiał posiedzieć w słoiku z wodą, dopóki nie trafi na jakąś lepszą promocję w lokalnym chińczyku.
— Studiujesz?
— Tak! Dziennikarstwo. A ty?
— Sinologię. Fajna sprawa, ale nauki w chuj — westchnęła, w tym momencie już udając, że ogląda doniczki, żeby pracownica sklepu jej stąd nie wyrzuciła.
— Sinologia… Chiny, tak? Czy Azja generalnie?
— Nie, nie, Chiny — wyjaśniła Is, oglądając jedną z absurdalnie drogich doniczek. — Jezu, ktoś serio za to tyle płaci?
Kalina zajrzała jej przez ramię. Skrzywiła się, naśladując tym samym minę dziewczyny.
— ILE? Nieźle sobie liczą — skwitowała.
Is odstawiła przedmiot na półkę, uważając, żeby niczego przy tym nie przewrócić. Pokręciła głową z dezaprobatą.
— Masakra… Dziennikarstwo. Lubisz pisać?
— Musiałabym umieć się na tym skupić. — Kalina zaśmiała się. — Lubię rozmawiać z ludźmi. Poznawać ich przeżycia, historie. Praca w dziennikarstwie byłaby dla mnie jak spełnienie marzeń — powiedziała i uśmiechnęła się przy tym tak szeroko, że Isobel nie mogła tego nie odwzajemnić. — A dlaczego ty wybrałaś sinologię?
Isobel wzruszyła ramionami.
— Szukałam czegoś… mniej normalnego. Rozważałam różne strony świata, ale padło na Chiny.
Kiedy Isobel wybierała kierunek studiów, szukała czegoś, co pozwoliłoby oderwać jej się od codzienności. Nie było jej stać na podróże, a takie studia to była pewna tego namiastka. Dzięki temu mogła przynajmniej wyobrażać sobie, że się wyrwała. Jedyny przypadek, w którym jej matka zainteresowała się tym, co jej córka zamierza zrobić ze swoim życiem, skończył się burzliwą kłótnią i stwierdzeniem, że Isobel Collins jest na świetnej drodze do zmarnowania osiemnastu lat życia. Na szczęście Is wtedy już dawno miała jej zdanie w dupie.
— Brzmi sensownie. Chociaż ja raczej… jezu, jakie piękne! — jęknęła Kalina, po tym, jak zabłądziła wzrokiem w róg alejki, gdzie znajdowała się biżuteria.
Zanim Is zdążyła chociaż zamrugać, dziewczyny już przed nią nie było. Przetruchtała bliżej półki, na której coś wpadło jej w oko i wydawała się tym całkowicie zaabsorbowana. Isobel, która lubiła błyskotki i wtrącanie nosa w czyjeś sprawy, ruszyła w jej ślady.
Rozpromieniona Kalina zaprezentowała jej kolczyki w kształcie motyli, których skrzydła zmontowane były z maleńkich, zabarwionych na różne kolory szkiełek i cienkiego drutu. Wyglądała, jakby ktoś właśnie wręczył jej gwiazdkę z nieba.
— Muszę je mieć — powiedziała tak zdecydowanie, że Is w żadnym wypadku nie byłaby w stanie zaprotestować.


Kalina?
────
[643 słowa: Isobel otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 13 lipca 2026

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

— Jeśli potarłabyś je w odpowiedni sposób, i stanęła… hm, z południa czy północy… W każdym razie, musiałabyś mieć wiatr za sobą! Albo przed sobą. Zależy jaki. Jakie mamy wiatry w Ameryce? Taki wilgotny byłby słaby, choć może właśnie dlatego miałabyś mieć wiatr z tyłu… no, ale i jak tak dmuchniesz jeszcze i…
— Staniesz na jednej nodze, odśpiewasz "Twinkle, Twinkle, Little Star" po hebrajsku, chwycisz się za nos i zdejmiesz skarpetkę?
— Nie wiem, co skarpetki… Ale możliwe, że nucenie mogłoby pomóc, wiesz, to zawsze wpływa na ciśnienie, ruch powietrza!
Ich rozmowę przerwało chrząknięcie jednego z dzieci Wulkana. Przez parę sekund Ricky zdążył zapomnieć, że tu są. Kiedy odwrócił się w stronę głosu, i twarzy z wypisanym "mamy sobie kurwa pójść, czy co? za obejrzenie takiego występu w cyrku musieliby mi zapłacić", zobaczył kółeczka od zwykłego, biurowego krzesła w dłoniach półboga. Wedle oczu merwkurwiaka, były pokryte co najmniej złotem i diamentami; tak się wgapił, że aż się zachwiał. I poleciał, a waląc o podłogę wydobył z siebie pisk, zaakompaniowany przez brzęki, szelesty i trzaski różnych przedmiotów w jego kieszeniach. Pewnie właśnie one ciągnęły go ku ziemi, i zdradziecki ciężar jego spodni tylko czekał na takie momenty jak ten. Kiedy trafił na podłoże, podniosła się chmura pyłu i kurzu, która osiadła na jego włosach, ubraniach i ciele podczas poszukiwań zapałek. Jako akcent na koniec, Ricky donośnie kichnął — głośniej, niż można by się spodziewać po kimś postury obgryzionego smażonego kurczaka.
— Żyję! — ledwo słyszalnie wydusił z siebie po dłuższej chwili młody chemik. Jego kończyny zaczęły się trząść, kiedy chwiejnie, ale z entuzjazmem rosnącym z każdą chwilą Ricky zaczął podnosić się z podłogi. Podczas upadku coś rozlało mu się w kieszeni, i jego kolano parę razy rozpaczliwie poślizgało się w poszukiwaniu oparcia, zanim syn Merkurego upadł ponownie. Potem spróbował znowu, z jeszcze większym entuzjazmem. Co spowodowało jeszcze szybszy upadek. Kiedy w końcu chwycił wyciągniętą mu na pomoc rękę — nie wiedział czyją, przed oczami latały mu plamki — prawie zwalił ową osobę na ziemię przez swoje chaotyczne ruchy. W końcu, przy wielu „kurwa” i „ja pierdolę”, Rickiemu udało się podnieść. Możliwe, że zmotywowało go „Kręci ci się w głowie? Jak tak słabo się czujesz, może zajrzymy ponownie do ambulatorium?”. Wspomnienie horrorów poza ludzkim zrozumieniem błyskawicznie wyczyściło mroczki sprzed oczu i usunęło wiotkość kończyn. Ricky stanął na obie nogi, jakby nic się nie stało. Nawet powierzchownie otarł twarz z kurzu wierzchem dłoni, żeby wyglądać bardziej przekonująco. I zdławił w sobie grymas bólu, kiedy jego biodro, lekko stłuczone przy upadku, zaprotestowało przeciwko przeniesieniu ciężaru ciała z jednej nogi na drugą. Żadnego ambulatorium nie trzeba.
— Dobra, zabierzmy się do roboty! Nie mamy całego dnia! — spojrzenie Rickiego znowu powędrowało na kółeczka, przez to całe zamieszanie odłożone na stolik kawałek stąd. Nie mógł sobie pozwolić na ich stratę. — Mamy śrubki, prawda, takie mocne? Możemy też użyć kleju.
Od razu ukucnął przy łóżku, i zaczął wyciągać — a bardziej komicznie się wyginać przy próbie wyciągania — ołowianą trumnę.
— Czy ktoś, kurwa, pilnował tego makaronu?


Kuźma?
────
[488 słów: Ricky otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Bardzo często myślę, że powinnam — powiedziała Lynn. Zamknęła oczy i skupiła się na oddechu, starając się nie myśleć o tym, że właśnie zwierza się jakiejś obcej dziewczynie. Ale ona, jak się wydawało, nie miała nic przeciwko. Kobieta czuła się bardzo naturalnie, mówiła to, co czuje.
— Ale chyba już niczego nie zmienię w ten sposób. Nigdy już nie cofnę się do tego dnia i nie dowiem się, czy mogłabym coś zrobić.
To brzmiało bardzo ładnie, uspokajająco wręcz, jakby zostało napisane na kredowym papierze jakiejś ulotki, z wizytówką psychiatry pod spodem. Lynn czuła się trochę dziwnie z tymi słowami. jakby nie mogła do końca się z nimi utożsamić. Nie wiedziała, czy może.
— Chyba najbardziej logicznym rozwiązaniem byłoby zachowanie takiego złotego środka między żałobą, jaką jestem mu winna, a życiem dalej. Bo czuję, że powinnam przeżywać te negatywne emocje, nie zapominać Nalina, ale nie wiem, w jakim stopniu mam się dręczyć. I czy nie robię po prostu w ten sposób z siebie ofiary. W końcu to on umarł, nie ja. Wiem, że nadal tu jest w pewnym stopniu, ale nie wiem, czy moja postawa go satysfakcjonuje. Może uważa, że jestem żałosna.
Oj, to zabrzmiało ostro. Nie planowała mówić aż tak długo, ale było trochę za późno na uciekanie, więc po prostu zaśmiała się nerwowo. Śmiech po chwili zamieniał się w kaszel. Ale Arisu nie powiedziała nic, nie odeszła sobie.
Przypuszczała, że rozmówczyni rozumiała ją w pewien sposób - wspomniała również o swoim bracie. Oczywiście, nie wiedziała co się stało. Lynn dość wyraźnie chyba dała do zrozumienia, co stało się z Nalinem - w końcu siedziały na cmentarzu. Czy Arisu chciała również współczucia? Kobieta nie chciała, żeby rozmowa stała się nierównomierna i odczuła, że zignorowała jej emocje. Powiedziała że rozumie. Czemu Lynn nie zrobiła tego samego w odpowiedzi?
— A jak z twoim bratem? Jestem pewna, że nie zrobiłaś nic nie tak, jeśli coś się stało, na pewno nie wynikało z twojej winy.
Idiotycznie ułożone słowa, bardziej żałosna próba skierowania tematu na coś innego po jej żałosnym wyznaniu, którego sama do końca nie zrozumiała.


Arisu?
────
[337 słów: Lynn otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Elianne CD Doriana — „Sherlock Holmes ale inaczej”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Elianne przycisnęła zwierzątko do piersi, ruszając w kierunku Pól Marsowych. Świnka morska uspokoiła się, kiedy tylko trafiła na jej ręce. Może wcześniej wyczuwała niechęć Doriana i dlatego broniła się przed nim ząbkami i pazurami? W każdym razie teraz siedziała spokojnie z pyszczkiem wciśniętym w sweter Eli. Dziewczyna machinalnie gładziła kciukiem jej miękkie futerko. Łatwo było zapomnieć, że trzyma w dłoniach potencjalnego potwora.
— Pewnie i tak jej nie znajdziemy — burknął gdzieś zza niej Dorian. Terminator przytaknął mu kichnięciem tak głośnym, że stworzonko w ramionach Elianne niemalże podskoczyło.
— Nie marudź. To był twój pomysł — odpowiedziała, brnąc do przodu. — Lotus na pewno gdzieś tu jest, gdzie miałaby pójść?
— Szukać drugiej świnki morskiej na przykład?
— Mam nadzieję, że nie.
Skoro jedna świnka morska mogła narobić tyle chaosu, nawet nie chciała myśleć o tym, co mogłyby zrobić dwie świnki morskie. Pewnie rozpętałoby się piekło.
Na Polu Marsowym wciąż trenowały ostatnie niedobitki. Eli choćby chciała, nie umiała skojarzyć wszystkich twarzy z imionami. Mając pełne ręce roboty, trudno było jej zorientować się we wszystkich nowych obozowiczach, którzy nie trafiali do jej kohorty. Trafiła jednak na parę osób, które znała, więc raz za razem przywdziewała na twarz uśmiech i zadawała to samo pytanie.
— Hej, widziałaś może Lotus?
— Kogo?
— Taka z drugiej kohorty, trochę wyższa ode mnie, czerwone włosy, bo-
— A po co ci ta świnka morska?
To pytanie za każdym razem wybijało ją z rytmu, bo zapominała, że ciągle trzyma zwierzątko w rękach.
— Nie moja.
— Nie widziałam nikogo z czerwonymi włosami.
Więc szukali dalej.
— Nie wierzę, że umiała zgubić się w tłumie — mruknęła do Doriana Eli, kiedy przepytała już każdą możliwą osobę.
Dwie w ogóle nie wiedziały o kim mówi, jedna jej nie widziała, a dwie następne wskazały jej dwa przeciwne kierunki, gdzie rzekomo miała skierować się Lotus.
— Terminator. Czujesz coś? — zapytał chłopak, sięgając ręką w lewo, gdzie pies szedł tuż przy jego nodze.
Terminator w odpowiedzi tylko zaskamlał, spuszczając głowę.
Elianne już miała westchnąć i zawrócić się w stronę centrum obozu, ale nagle między krzewami mignęły jej czerwone włosy. Przytrzymując jedną dłonią świnkę morską, drugą wyciągnęła nad głowę i pomachała.
— Lotus! Hej, Lotus!
Postać w krzakach zamarła, ale po chwili wyłoniła się z pomiędzy gałązek. Lotus w dłoniach trzymała reklamówkę wypchaną trawą.
— O boże, Matylda — zawołała, kiedy zobaczyła, co Eli trzyma w dłoniach.
W paru susach dobiegła do nich (trzymając się trochę z dala od Terminatora), ale zanim zdążyła wyciągnąć dłonie po swoje zwierzątko, Dorian zażądał:
— Odczaruj ją.
Lotus wyglądała na raczej zbitą z tropu.
— Jak mam ją odczarować? To świnka morska — odpowiedziała, spoglądając to na chłopaka, to na Eli.
— Mamy podejrzenia, że to zaklęty w świnkę morską potwór — wyjaśniła Elianne, nieco odsuwając od siebie Matyldę. Jęknęła, kiedy zobaczyła, że zwierzę wygryzło jej dziurę w swetrze. — Mój ulubiony sweter — westchnęła ze zrezygnowaniem.
— Matylda! Zła świnka — skarciła Lotus, pochylając się, żeby spojrzeć Matyldzie w oczy. — Wybacz. — Posłała Eli skruszony uśmiech, kiedy na powrót się wyprostowała. — To żaden potwór. Pod śmietnikiem w San Francisco ją znalazłam, chyba ktoś ją wyrzucił.
— I przywlokłaś ją do obozu? — zapytał Dorian, unosząc brwi.
— Nie mogłam jej tam zostawić, poza tym… Oj — bąknęła Lotus, patrząc gdzieś ponad ramieniem Elianne.
Dziewczyna zerknęła przez ramię. Z westchnieniem oddała świnkę Lotus, wygładziła przód przedziurawionego już swetra i odwróciła się.
— Mamy towarzystwo — rzuciła półgłosem do Doriana, łapiąc go za ramię, żeby też odwrócił się twarzą do gości.
W ich stronę prędko zmierzał rozjuszony Vergil i bardzo zadowolony z siebie Izan. Na sam widok tego drugiego Elianne poczuła falę irytacji, ale zmusiła się do uśmiechu. Dorian spiął się obok niej, kiedy dotarł do nich niezbyt zadowolony głos Vergila, który odpowiadał coś Izanowi.
Im bliżej byli, tym bardziej Eli starała się, żeby jej uśmiech wyglądał wiarygodnie. Uśmiechnięta, dziecięca twarz czasami sprawiała, że była lekceważona, a czasami wzbudzała sympatię. Naprawdę miała nadzieję, że tym razem trafi na ten drugi scenariusz. Vergil chyba ją lubił, ale wyglądał na złego, więc nigdy nic nie wiadomo. Zrobiła krok do przodu, występując przed Doriana i Lotus.
— Oto są winowajcy. Przywlekają jakieś śmierdzące zwierzęta do mojego obozu! — powiedział oskarżycielsko Izan, pokazując na nich palcem.
Elianne stłumiła westchnienie. To będzie ciężka przeprawa.


Dorian?
────
[675 słów: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline do Blanche — „Here comes the siedem lat nieszczęścia”

Po tym, jak wyprowadziła się z domu, Caroline szybko nauczyła się gotować. Restauracje w Nowym Jorku były drogie, a nie chciała obciążać rodziców tym, że jest zbyt leniwa i musi jeść na mieście, więc nie miała większego wyboru. Zwykle wybierała jakieś proste i szybkie dania, nic specjalnego. Przez to nowi znajomi ze studiów często do niej wpadali, bo "jezu, to jest sto razy lepsze niż kluski ze sklepu" i "nie chce mi się gotować więc w akademiku jem zupki chińskie, miła odmiana". Makaron z kurczakiem i szpinakiem i butelka wina w piątkowy wieczór to zawsze był dobry pomysł.
Czasami jednak bywała leniwa. Szczególnie, jeśli miała za sobą koszmarny egzamin i naprawdę zasługiwała na nagrodę. W pobliżu swojego mieszkania miała jedną knajpkę, którą szczerze uwielbiała. Świętowała coś? Szła na obiad. Spotykała się ze znajomymi? Szła z nimi na obiad. Miała bardzo zły dzień? Szła na obiad i w domu piła drinka, bo w tej zapyziałej Ameryce (którą sama sobie wybrała jako miejsce zamieszkania) dalej nie mogła go sobie legalnie kupić w restauracji. Co za szkoda.
Tym razem powodem do odświętnego, wychodnego obiadu był upierdolony egzamin. Caroline miała topić się w smutku wraz z koleżanką (która test zdała, ale chciała być lojalna), ale nie wszystko poszło zgodnie z planem. Dziewczyna siedziała sama przy dwuosobowym stoliku, smutnie sącząc wodę z cytryną. Wpatrywała się w ekran swojego telefonu, gdzie Kathy zostawiła jej wiadomość na dostarczonym.
— No bez jaj — wymamrotała pod nosem, trąc czoło wierzchem dłoni.
Kathy raczej się nie spóźniała, a Caroline czekała na nią już od piętnastu minut, bez żadnego ostrzeżenia. Już wcześniej zamówiła sobie ulubioną sałatkę, więc tak czy siak była uziemiona, nawet jeśli Kathy nie przyjdzie. Nieco zbyt głośno odłożyła telefon na stolik ekranem do dołu i podparła podbródek na dłoni.
Niestety, nawet wtedy miała pecha. Kiedy próbowała ponownie sięgnąć po swój telefon, łokciem przewróciła wysoką szklankę, wciąż do połowy wypełnioną wodą, kostkami lodu i plasterkami cytryny. Pies by to drapał, gdyby oblała sam stolik, bo nawet nie był przykryty obrusem. Pościerałaby to serwetkami i po krzyku. Niestety, woda chlusnęła na nogi przechodzącej obok niej kobiety. Caroline przeklęła pod nosem, w pierwszym odruchu odsunęła swój telefon na bok, a w drugim uniosła wzrok na kobietę, która zatrzymała się przy jej stoliku. Widząc obryzgane wodą spodnie, sięgnęła po chusteczki.
Rano podczas robienia makijażu stłukła maleńkie lusterko dołączone do zestawu cieni. Nigdy szczególnie nie przejmowała się zabobonami, ale ten najwyraźniej się sprawdzał.
— Boże, przepraszam panią najmocniej — powiedziała, wyciągając w jej stronę dłoń z plikiem serwetek. — Straszna ze mnie niezdara.
Jeśli tak miało wyglądać najbliższe 2556 dni jej życia, to ona to pierdoli.


Blanche?
────
[429 słów: Caroline otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 12 lipca 2026

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ale zajebista! — Kalina podbiegła do Isobel i zaczęła oglądać krokodyla ze wszystkich stron. Wyglądała naprawdę ciekawie, była niewielka, na baterie, a przy okazji nie aż tak dziwna, żeby spotkać się z dezaprobatą Amandy.
Piękny sen skończył się, kiedy przejęła lampę od dziewczyny i, w poszukiwaniu cenówki, odwróciła do góry nogami. Miała nadzieję, że lampa będzie w miarę tania. Była poobijana z kilku stron i wymagała zamalowania ubytków w farbie, co powinno obniżać jej cenę. Plus, z definicji, używane rzeczy powinny być tańsze. Spojrzała na cyfrę z niedowierzaniem, upewniając się, czy na pewno nie patrzy na nią od złej strony. Isobel, zainteresowana reakcją Kaliny, nachyliła się nad przedmiotem i spojrzała na przyklejoną na podstawce metkę.
— Bóg ich opuścił — westchnęła Kalina, delikatnie ostawiając krokodyla na półkę. — I to nie jeden.
— Wszyscy bogowie świata — skrzywiła się Isobel. — On jest ze złota, czy co?
— Ceni się, skubany — wystawiła krokodylowi język i spojrzała na niego urażona. — Ciekawe, ile bierze za noc — zaśmiała się.
— Może dodali jedno zero za dużo? — dziewczyna ponownie spojrzała na spód krokodyla, zupełnie tak, jakby cena przez te kilka sekund miała ulec zmianie. — Albo inna waluta? Jest sama cyfra.
— Co tu jest blisko? Meksyk? Bo koron się nie spodziewam — odparła ironicznie, niezbyt przekonana. — Proszę cię, oni nie wiedzą o istnieniu innych walut — przewróciła oczami, a dopiero później przypomniała sobie, że nie ma pojęcia skąd pochodzi Isobel. — Bez urazy, nie wszyscy Amerykanie…
— Wyglądam na Amerykankę? — zdziwiła się. — Rany, jak chciałaś mnie urazić, to tym — dodała żartobliwie.
— A to nie jesteś stąd? — nie wiedziała, czy ma odetchnąć z ulgą, czy panikować, że naprawdę obraziła Isobel. Zamiast tego postanowiła zacząć się tłumaczyć. — Znaczy, nie, nie wyglądasz! Po prosty zdziwiłam się, że ktoś tu przyjechał z własnej woli… znaczy, ja też, ale ja tu mieszkam pół życia, ale to inna sprawa, nieważne. Nie uważam, że jesteś głupia, w życiu! Wydajesz się super, po prostu… dobrze mówisz po angielsku? — uśmiechnęła się głupio, gotowa do ucieczki. Podczas pobytu w obozie spotkała ludzi z całego świata. Nie powinna być zdziwiona, zwłaszcza w tym mieście. — PRZEPRASZAM! Już przestaję mówić!
— Ja też… nie słychać ak… NIE PRZEPRASZAJ! — Isobel próbowała wbić się w krótkie przerwy, jakie robiła Kalina na wzięcie oddechu. Za każdym razem dziewczyna zdołała ją przegadać, co nie zdarzało się za często. — jestem ze Szkocji — wyjaśniła w końcu.
— To dlatego jesteś ruda! — wypaliła od razu Kalina, nie zastanawiając się nad brzmieniem jej słów.
— Ee… chyba?
— AAAA TO NIE MIAŁO BRZMIEĆ ŹLE! — spanikowała. — Rude włosy są super! Chciałam kiedyś pofarbować się na rudo, ale farba była dziwna i skończyłam żółta jak kurczak. A potem stwierdziłam, że super będzie przykryć to fioletowym no i wyszło jeszcze większe gówno. Kiedyś to zrobię.
— Tak, są ładne — przytaknęła Isobel. — Ale… ludzie przez nie mylili mnie z matką, nie wiem, teraz matka mieszka daleko więc chyba mi się podobają. No i-
— Twoja matka też jest ruda?! — wybuchła Kalina. — Damn, cała rodzina rudych, ale super! Prawdziwa szkocka rodzina… A może to w Irlandii było… jeden ciul. Twój ojciec też jest rudy? A chodzi w kilcie? I gra na tym… jak to było? Dudach? Naprawdę tak jest???
— Tak właściwie- to raczej w święta…
— Nieeee, teraz to ja brzmię jak głupia baba ze Stanów, przepraszam!
— Spoko, one są raczej głupie w inny sposób — zaśmiała się Isobel. — Ostatnio taka jedna była zaskoczona, że w piwie jest alkohol, bo przecież nazywa się piwo. O albo inna się zdziwiła, że wyprosiliśmy ją jak przyszła z małym dzieckiem.
— Pracujesz w jakimś barze? — zainteresowała się Kalina.
— Tak — przytaknęła. — Innym razem przyszła jakaś Karen z pretensją, że świeżo lane piwo nie smakuje jak smakowe ze sklepu. Głupia pizda, chciała zwrot kasy.
— To u mnie w kawiarnii ostatnio chciała latte bez mleka, albo inna chciała ode mnie zniżkę pracowniczą… której nawet nie mam!
— Przynajmniej czasem potrafią być zabawne — zaśmiała się. — Co z tą lampą?
— Lampą? — Kalina zdążyła na moment zapomnieć, że szukała lampy. — A kij z tą lampą, znajdę gdzieś indziej, ty szukałaś doniczki, nie? O albo wczoraj jakaś baba wylała na siebie kawę i miała pretensje DO MNIE, że się nią pobrudziła. I jeszcze chciała nową.
— No, patrzyłam na nie- — przytaknęła, kiedy Kalina znowu zaczęła mówić. — U mnie przynajmniej raz w tygodniu pijane chłopy wylewają tak piwo! I też pretensje!
— Podziwiam, że ich obsługujesz — stwierdziła poważniejszym tonem. — Mi się o dziwo nie zdarzyło obsługiwać chlejusów… Nie mogłabym tak.
— Nie no, niektórzy są spoko. To są raczej… powiedzmy, że wyjątki.
— Ale te wyjątki są najgorsze — przytaknęła.
Wolnym krokiem ruszyły w stronę doniczek, na kilka sekund przerywając rozmowę. Ta krótka cisza trwała jednak za długo. Pierwsza odezwała się Kalina.
— Wiesz co? Trochę ci mimo wszystko zazdroszczę.
— Pracy w barze? — Isobel spojrzała na nią zaskoczona. Dopiero co powiedziała, że nie byłaby w stanie tam wytrzymać, a teraz zmieniła zdanie?
— Nie! W życiu — zaśmiała się. — Tego, że wiesz do kogo z rodziny jesteś podobna.
— Serio? — dziewczyna nie wiedziała, czy bardziej zdziwiłaby ją poprzednia opcja, czy może jednak ta. — Możemy się zamienić — odparła, wysilając się na uśmiech.
— W sensie, cała rodzina mojej matki ma raczej ciemne włosy, a ja jestem blondynką. Nie wiem jak działają geny, pewnie jakiś dziadek miał jasne, ale nie znam go, więc się nie liczy.
— Przynajmniej możesz się do nich nie przyznawać — zaśmiała się Isobel, a Kalina ze śmiechem przyznała jej rację. — A ojciec?
— Nie wiem, widziałam go lata temu — przyznała. — Pewnie siedzi najebany i zbiera truskawki. Może i miał blond… albo już siwe… nie pamiętam.
— Truskawki? — ożywiła się nagle Isobel, w głowie której pojawił się obraz pijanego Dionizosa na polu truskawek. Szybko jednak wyrzuciła tą myśl z głowy. Jakby Kalina rzeczywiście była jego córką, poznałyby się lata temu.
— W Holandii — wyjaśniła szybko. — Wiesz, ten mem że się pojedzie na truskawki do Holandii… i legalne narkoty- z resztą co ja pierdolę, to nie jest nawet mój ojciec.
— To może ten prawdziwy jest blondynem — zauważyła Isobel.
— Może… nie, raczej nie.
— A skąd wiesz?
— Przeczucie — zaśmiała się Kalina. — Nieważne, sorry, dość o mnie.


Isobel?
────
[975 słów: Kalina otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny CD Vex — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Kurwa — wyszeptała pod nosem Kalina, starając się nie roześmiać w twarz stojącego centralnie przed nią kanara. Ich sytuacja wyglądała tak, jakby któreś z nich wypowiedziało przed chwilą słowa '”gorzej już nie będzie” albo „teraz na pewno uciekliśmy”. A nie, chwila.
— Jest bilecik? — mężczyzna przeszywał jej duszę pustym spojrzeniem, zmęczonego życiem nudziarza.
— Sekundka, bo się wywrócę — uśmiechnęła się do niego i kucnęła na podłodze aby zawiązać buta, a przy okazji zebrać myśli. Jednocześnie wykorzytała, że znajduje się bliżej uszu Vex niż kontrolera. — Udawaj, że zasypiasz — szepnęła do niego.
Wyprostowała się po paru sekundach, mając nadzieję, że Vex posłusznie wykona polecenie. Kątem oka widziała grymas na jego twarzy, ale na szczęście heros zamknął oczy.
— Minęła — powiedział kontroler zniecierpliwiony.
— Panie k… kochany konduktorze…? kontrolerze? Jak to się nazywa? — zaczęła Kalina, próbując kupić im tyle czasu, ile tylko będzie w stanie. Żałowała, że wszystkie wyścia z metra znajdowały się tak daleko. Mimo wszystko miała nadzieję, że uda im się dotrwać do najbliższej stacji i szybko uciec. Miała plan, ale nie liczyła na jego powodzenie. — No, sprawa wygląda tak…
— Słucham — wymamrotał. Domyślał się, że czeka go długa rozmowa, która z pewnością przedłuży jego pracę o dwa, lub trzy przystanki.
— Proszę pana, nie mamy biletów, ale mamy powód — powiedziała z kamienną twarzą. — Bardzo dobry powód i jeśli da nam pan mandat, będzie to znaczyło, że nie ma pan serca.
Twarz kontrolera biletów wyrażała jednocześnie irytację, znudzenie i coś w stylu „kobieto, przyjmij ten mandat i daj mi spokój”. Kalina widząc to wzięła głęboki oddech i spojrzała szybko na Vex. Musiała pomyśleć nad odpowiednim doborem słów, żeby jednocześnie wyjść z pociągu bez utraty ani dolara oraz nie zginąć z rąk herosa. Nie wiedziała, które było trudniejsze.
— No, słucham — ponaglał ją mężczyzna. — Bo kończy mi się cierpliwość.
— Bo widzi pan… mój przyjaciel jest bardzo, ale to bardzo chory… — Kalina wysiliła się na smutny ton, który nie wskazywał na chęć roześmiania się. Starała się nie patrzeć na wkurwione Vex, bo to skończyłoby się tragedią. — To była nagła sytuacja.
Kontroler uniósł brew, niezbyt przekonany. Dziewczyna widziała, jak patrzy na Vex oceniająco. Pewnie w pracy spotkał już mnóstwo osób, które w celu uniknięcia mandatu wmawiały mu to samo… ale wąsy tlenowe nastolatka wyglądały przekonująco.
— Mój przyjaciel ma bardzo duże problemy… jak pan pewnie widzi, prawie umiera… — szeptała Kalina, próbując brzmieć bardzo emocjonalnie. Była słabą aktorką, ale miała nadzieję, że jest choć trochę przekonująca. — Nagle… nagle dostał ataku… zaczął się dusić… musimy jak najszybciej dostać się do… — rozejrzała się jeszcze raz, w poszukiwaniu tablicy z wypisanymi przystankami. Niestety jej nie znalazła. — Do jego lekarza…
— Ojej, rozumiem… — w oczach mężczyzny pojawiły się łzy. Chyba to kupił. — Daleko jedziecie? Może wam pomóc?
— Jeszcze jeden przystanek, damy sobie radę… — odpowiedziała czując, że jeszcze trochę, a zepsuje wszystko wybuchem śmiechu. Albo wybuchem złości Vex, kto wie. — Wie pan, to jest taka straszliwa, niezidentyfikowana choroba… proszę o wyrozumiałość i litość…
— Rozumiem, przepraszam… — odparł smutnym, zatroskanym głosem.
— Taki los w tak młodym wieku… — wtrąciła się stojąca obok pani. Dokładnie ta, która wcześniej stanęła na sznurówce Kaliny. — To straszne…
— Prawda? — zgodziła się z nią nastolatka. — To jak będzie, odpuści nam pan mandacik?
— Proszę im podarować… to dobre dzieci — poparła ją kobieta.
— Oczywiście, jedźcie dokąd tylko potrzebujecie — odpowiedział kontroler. — Zdrowia dla kolegi — z tymi słowami wyminął Kalinę i zniknął w grupie pozostałych pasażerów. Pojazd w końcu zaczął zwalniać. Kalina odetchnęła z ulgą i już miała powiedzieć coś do Vex. W porę jednak przypomniała sobie o drugiej rozmówczyni. Westchnęła zniecierpliwiona.
— To straszny los… — kontynuowała kobieta. — Jak chcecie, znam dobrego pulmonologa… może będzie w stanie mu pomóc. Gdzieś tu mam kontakt do niego… — zaczęła grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu komórki.
Kalina próbowała zasłaniać przed jej wzrokiem Vex, które siedziało nawet nie wkurzone, a wkurwione. Ze wszystkich sił starało się powstrzymać przed zabiciem dziewczyny w tej sekundzie, jednocześnie wysypując ich kłamstwo.
— Dziękujemy, ale jest w dobrych rękach — odpowiedziała z uśmiechem, niecierpliwie zerkając w stronę drzwi. — Przepraszam, już wysiadamy.
Pociągnęła Vex za rękaw i nie patrząc za siebie, ruszyła do wyjścia. Jedyne, na co miała nadzieję to to, że kobieta nie zacznie nagle krzyczeć na widok śmiertelnie chorego nastolatka, który nagle się ożywił i popierdalał żwawo przez cały wagon. Jeszcze tego im brakowało.
— CZY CIEBIE, KURWA, POJEBAŁO?! — krzyknęło Vex jak tylko udało im się opuścić metro. Nie przejmowało się pozostałymi ludźmi w tunelu, nawet tymi, którzy widzieli wcześniejszy teatrzyk. — CO TO, DO CHOLERY JEBANEJ, MIAŁO BYĆ?
— Nie ma za co — wyszczerzyła się, dumna z siebie.


Vex?
────
[731 słów: Kalina otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]