środa, 29 lipca 2026

Od Chaita CD Dahlii — „Haul away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Jeśli sytuacja wydawała mu się abstrakcyjnie głupia już na etapie czyszczenia kamieni ze śliny dzieci, to nie wiedział, jak powinien nazwać ją teraz. Utkwił wzrok w Dahlii tylko na chwilę, marszcząc przy tym brwi. Nawet przerwał na moment sprzątanie, chyba nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Czy powinno go to dziwić? Pewnie nie. Wśród wielu znanych mu historii o problemach na linii pracownik – przełożony, problemy związkowo-podobne były całkiem częste. Na pewno dużo częstsze, niż być powinny, biorąc pod uwagę, jak wiele jego miejsc pracy oficjalnie sprzeciwiało się takim relacjom. Nasłuchał się tego wystarczająco, by teraz nie być zaskoczonym.
– Och.
A jednak to była jedyna reakcja, na jaką w pierwszej chwili było go stać. Nie było to „och” z kategorii „jak mogłaś, on zdecydowanie ma powód, by cię nie lubić i tak traktować”, raczej „och” z tych pełnych niedowierzania. I może ukrywających rozbawienie. Tylko odrobinę rozbawienia.
Oczywiście wiedział, że nie powinno go to bawić, bo było to zwyczajnie niegrzeczne. Wystarczyły dwie podsłuchane (bo dokładnie takie były, nie zamierzał się oszukiwać, nie miał nic na swoją obronę i teraz już nawet nie czuł się z tym szczególnie źle) rozmowy Dahlii z koordynatorem, by zorientować się, jak wielkim utrapieniem był ten facet. Chait nawet nie chciał wiedzieć, jak paskudnie nieznośny musiał być na dłuższą metę. Wystarczyło mu, że może się domyślać. Równocześnie fakt, że ktoś mógł tak bardzo trzymać urazę z tak głupiego powodu, był zabawny. W ten bardzo przykry sposób.
Uniósł przepraszająco dłoń, bo naprawdę nie miał nic złego na myśli. A jeśli miał, to na pewno nie w kierunku Dahlii, bo ta przecież nigdy nic mu nie zrobiła i nie była niczemu winna.
– To… cholernie głupi powód – powiedział, doskonale wiedząc, że jest to oczywiste i nie wymaga dodatkowego powiedzenia na głos.
Ale w sumie co innego miał powiedzieć? To było głupie. I niedojrzałe. I prawdopodobnie nadawało się do zgłoszenia komuś jeszcze wyżej. Tego ostatniego nie mógł w pełni uczciwie zaproponować, bo przecież sam nigdy nie przejmował się czymś takim jak zgłaszanie problemów przełożonym. Nie mógł być aż takim hipokrytą. Poza tym Dahlia nie wyglądała, jakby potrzebowała takich porad. Być może już tego próbowała, a być może nie miało to żadnego sensu. Albo był jakikolwiek inny powód. Może zapyta o to później, kiedy nie będzie w pobliżu żadnego wiaderka, które mogło paść jej ofiarą.
– Jemu to powiedz.
Chait powiedziałby, że Dahlia wygląda na wyjątkowo zmęczoną i zrezygnowaną. Kompletnie jej nie winił i nie chciał kontynuować tematu na siłę. Jeśli będzie chciała się wygadać, to sama powie coś więcej. Albo i nie. Wtedy pewnie będzie się martwił trochę bardziej, bo to na pewno nie było zdrowe.
Rozejrzał się jeszcze raz po otoczeniu. Jeśli sprzątanie w tym miejscu miało być formą zemsty, kary czy cokolwiek innego tamten facet sobie ubzdurał, to było niesamowicie mało kreatywne. To z całą pewnością nie mogło być najbardziej upierdliwe, nieprzyjemne czy w jakiś inny sposób złośliwe zadanie, jakie można było komuś przydzielić w tak wielkim parku rozrywki. A może mogło?
Może miał zaburzone postrzeganie takich rzeczy, a może po prostu różniły ich codzienne standardy. A może chodziło o sam fakt władzy nad cudzymi obowiązkami. Albo zaraz miały przyjść dzieci, które będą im pluły na głowy w trakcie sprzątania. To ostatnie mogło sprawić, by zadanie stało się bardziej upokarzające, ale musiało być niezgodne z jakimiś zasadami BHP. Obstawiałby, że chodzi o to poprzednie. To tylko stawiało koordynatora w jeszcze gorszym świetle.
Uśmiechnął się do Dahlii, chociaż podejrzewał, że wcale jej to nie pocieszy. Niektóre rzeczy trzeba było po prostu przetrwać.
– Może nie jest to najciekawsze możliwe zajęcie, ale przynajmniej wydaje się całkiem spokojne.
Przytaknęła. Chait nie miał pojęcia, czy może jakoś poprawić sytuację. No, na pewno nie w tych warunkach.
Wrócili do sprzątania i przez chwilę znów trwali w ciszy, każde skupione na swojej części kamieni. Nie była to bardzo ciężka cisza, na pewno mniej, niż Chait by się spodziewał. Pracował z ludźmi, z którymi milczenie było dużo gorsze. Nawet nie czuł się źle z tym, jak bardzo bezsensowne było to zajęcie. Oczywiście, było dość (bardzo) nudne, ale raczej nie istniało ryzyko, by ktoś przyszedł tu jeszcze bardziej zatruwać Dahlii – bo on sam czuł się raczej jak npc będące w złym miejscu o złym czasie – życie. Po latach walki ze szczurami, sprzątania po imprezach dla dzieci i tych dla dorosłych, pełnych alkoholu, sprzątanie jaskini było… cóż, zdecydowanie nie najgorszą rzeczą, jaką robił w życiu.
Tylko trochę za bardzo zmuszało go do bycia sam na sam z własnymi myślami.
– To ma nam zająć całą zmianę? – zapytał, przerywając sprzątanie i przenosząc wzrok na Dahlię. – Znaczy… jeśli gdzieś tam nie ma wielkiego potwora, który zaraz nas zje, to naprawdę bardzo kiepski sposób na zemstę.
Jego wzrok uciekł w ciemność, w której wcześniej zniknęło wiadro. Normalnie stresowałby się, że coś wykracze, ale przecież to nie mogło być możliwe w wielkim parku rozrywki. Chyba.


Dahlia?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Kurta — „Scentless Apprentice” cz. 2

Poprzednie opowiadanie

CW: TRAUMA RELIGIJNA, PRZEMOC DOMOWA

Kurt Munroe potrzebował pieniędzy.
Próbował wmówić sobie, że to jest wystarczająca wymówka, ale jawnie wyśmiałby każdego, kto odważyłby się opowiedzieć mu podobną historię: postanowiłem współpracować z potworem, bo potrzebowałem pieniędzy. To brzmiało absurdalnie i godziło nie tylko w dumę, ale także sprzeczało się ze wszystkimi zasadami, które wpajano im w obozie. Czy wierzył w magiczne nawrócenie się potworzycy? Nie, takie nawrócenia nie istniały. Ludzie się nie zmieniali, a co dopiero potwory. Sam nie potrafiłby się zmienić, nie mógł oczekiwać tego samego od starożytnej istoty, która nawet nie rozumiała zagadnień kulturowych. Należało więc stanąć przed lustrem i przyznać przed samym sobą, że Kurt robił to głównie z ciekawości.
Oczywiście, że Lamia czegoś od niego chciała i z całą pewnością nie było to tylko pobranie wymiarów pokoju albo, kij wie, dotrzymanie jej towarzystwa w tej potwornej niedoli. Fakt, że potworzyca przyszła do niego w pokojowym nastawieniu, nawet nie próbując się bronić, świadczył tylko o jej pewności siebie i wysokich ambicjach. Mówiąc prosto: wpadał prosto w jej pułapkę, całkowicie celowo i umyślnie. Oto Kurt Munroe, umierający w najbardziej idiotyczny sposób, walcząc z potworem na długość miarki, bo zdrowy rozsądek nie powstrzymał czystej ciekawości.
Nie myślał zbyt dużo, kiedy stawał przed drzwiami chatki, którą wskazał mu adres. Nie miał telefonu, więc musiał pytać okolicznych mieszkańców. Szkoda, że ten adres nie istniał, a wszystko wskazywało na to, że chatka znajduje się na skraju lasu. Niczym nie różnił się od bohaterów horrorów, którzy sami prosili się o ucięcie im łba piłą mechaniczną. W rękach dzierżył prowizoryczną skrzynkę z narzędziami, przy pasie nie rozstawał się ze złożoną włócznią. W kieszeni na piersi trzymał dłuto jak zapasową broń, doskonale zdając sobie sprawę, że zwykły metal nie krzywdził potworów, a samo narzędzie nijak nie było mu teraz potrzebne. W jakiś sposób czuł się z nim bezpieczniejszy.
Brak pomyślunku był wręcz niepokojący. Nie czuł nic. Przed oczami zamigała mu wizja, że może to jest koniec, może przejdzie przez te drzwi i już nigdy stąd nie wróci, umrze losem najzwyczajniejszego, szarego półboga, który nabrał się na zagrywki potworów. Nie przeraziła go ta wizja. Nawet go nie obrzydziła tak, jak powinna, tak, jak obrzydziłaby Doriana albo jego samego sprzed kilku miesięcy. Pomyślał, że bez niego ktoś będzie musiał zająć się jego ojcem, jeśli przedtem nie umrze z głodu lub pragnienia, zanim zorientują się, że żaden Munroe nie wróci już do domu. A jeśli zorientują się w porę, nikt nie znajdzie żadnego z jego synów o wymazanym istnieniu i ojciec wyląduje na łasce państwowego ośrodka, żeby zgnić przykuty do łóżka.
Ta wizja też go nie przeraziła. Kurt przyszedł tutaj, bo potrzebował pieniędzy, nieważne z jakiego powodu, nieważne, czy planował żyć po wyjściu z tej chaty ani czy pieniądze miały mu posłużyć do opieki nad chorym ojcem. Te plany wydawały mu się zbyt odległe jak na miasteczko pośrodku niczego, gdzie nikt nie pamiętał o jego istnieniu i wszystko wydawało się tylko odcinkiem pobocznym.
A jeśli Kurt chciał sprawdzić, gdzie kończyła się cierpliwość jego matki i czy zaraz nie dostanie go piorun za działanie wbrew jej woli, to skrył to pod płaszczem ignorancji.
Wystawił rękę, żeby pociągnąć za klamkę, bo nie miał zamiaru fatygować się na pukanie do domu potwora, ale Lamia otworzyła drzwi bez zapowiedzi. Przywitał ją z włócznią wyciągniętą w pełni gotowości, a mimo to nie zrobił żadnego ruchu w jej stronę. Stał, z gniewnie zmarszczonymi brwiami, w zupełnym bezruchu. Potworzyca zlustrowała wężowymi oczami zmarszczki na jego czole, cesarskie złoto jego broni i, zatrzymując wzrok na chwilę na skrzynce z narzędziami, uśmiechnęła się, pokazując cały arsenał kłów.
— Kurt, syn Invidii. Widzę, że się odważyłeś? No, wejdź już. Polecam złożyć tę włócznię, kochanieńki, trochę tu ciasnawo, więc możesz przypadkiem rozbić moje przetwory. A za to słono zapłacisz! W tych waszych ludzkich dolarach oczywiście.
Zaprosiła go w głąb swojej chaty. Nie umknęło jego uwadze, że trzymała go na pewien dystans, chociaż sam nie był pewien, czy robiła to dla własnego bezpieczeństwa, czy po to, żeby Kurt jej zaufał, a może jeszcze z jakiegoś trzeciego, ukrytego powodu. Niezależnie od tego, co mu powiedziała, włócznia ani na moment nie opuszczała jego dłoni. Ostatnim aktem szacunku do jej przetworów było trzymanie włóczni pionowo, bez ciągłego celowania grotu w stronę potworzycy.
— Co mam zmierzyć? — bąknął.
Nie kłamała z tym że w chacie było ciasnawo. Cały domek wyglądał jak najbardziej typowa chata wiedźmy, o jakiej Kurt mógł tylko pomyśleć, wyobrażając sobie baśniowe wiedźmy. To była ciasna izba ociosana ciemnym drewnem. Część paneli była ułamana. Przed nim były zamknięte drzwi, prowadzące prawdopodobnie do sypialni, wychodka albo awaryjnego wyjścia, zaznaczając, że Kurt nie miał pojęcia, czy potwory w ogóle śpią i załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. Lamia była kiedyś ludzką kobietą, ale czy wciąż funkcjonowała jak człowiek? Czy była zdolna do ludzkich uczuć, nawet po tylu latach istnienia?
Kurt nie zamierzał jej uczłowieczać bardziej, niż powinien. Nie rozumiał ludzi, tym bardziej nie rozumiał więc potworów. Znalazł się tutaj po to, żeby pobrać odpowiednie wymiary, przyjąć zlecenie i sobie pójść. Przy dobrych wiatrach i szczerych zamiarach potworzycy, może nawet ani razu nie wspomną o mitologii, ponieważ, rzecz jasna, wcale nie ciekawiły go jej zamiary. Ani trochę nie ciekawiło go też to, co mogła mu zaoferować.
Pomimo tego, że zamówienie dotyczyło regału, w jej chacie już teraz było pełno różnych półek i półeczek. Przy każdej ścianie i w każdym kącie znajdowała się szafka. W zasadzie wyposażenie całej izby składało się wyłącznie z regałów, stołu w całości pokrytego suszonymi ziołami i żeliwnego kotła czarownicy. Na półkach stały całe rzędy rozmaitych słoików, słoiczków, butelek na eliksiry i moździerzy. Wszystko zawierało składniki lub mieszaniny kompletnie obce Kurtowi.
No tak, Lamia mówiła coś o przetworach. Może gdyby zmrużył oczy, mógłby uwierzyć w to, że flakon z czerwoną cieczą zawierał dżem truskawkowy.
— Akurat nazbierałam świeżej mięty pieprzowej — powiedziała Lamia, zauważając, że Kurt przygląda się regałom. Spiął się, a dłoń odruchowo spoczęła na sakwie z włócznią. Nie usłyszał kroków, kiedy potworzyca podeszła do niego tak blisko, a przecież znowu nosiła wysokie obcasy. — Odstąpię ci trochę. Wiesz, synu Invidii, olejek z mięty pieprzowej ma doskonałe właściwości uspokajające.
— Nie interesują mnie twoje przetwory. Patrzyłem na to, w jakim stylu są obecne regały — skłamał.
— Och, nie wątpię. — Uśmiechnęła się. Kurt nie potrafił stwierdzić, czy z niego szydziła, czy faktycznie rozbawiło ją jego kłamstwo. — Twojemu ojcu z całą pewnością pomogłoby trochę mięty pieprzowej…
— Gdzie ma stać regał? — uciął jej.
Kobiecina błysnęła do niego kłami i pokazała szponiastymi palcami w kierunku wolnego miejsca między jednym regałem a bulgoczącym kotłem. Kurt ostatni raz spojrzał w jej stronę i wyciągnął miarkę.
Próbował cały czas mieć Lamię na oku. Za nic w świecie nie odwróciłby się do niej plecami — nie zrobiłby tego, trenując z kimś w obozie, a co dopiero ze świadomością, że znajduje się w domu potworzycy. Lamia nawet nie próbowała utrudnić mu tego zadania. Stała z boku, wężowym wzrokiem uważnie obserwując, jak Kurt operuje miarką i przerywa swoją pracę tylko po to, żeby zapisać coś markerem na ręce.
— Przemyślałeś moją propozycję? — zapytała w końcu.
Odpowiedział jej chwilą ciszy. Udawał, że jest wyjątkowo skupiony na mierzeniu szerokości między jednym regałem a drugim, chociaż w rzeczywistości zaciskał zęby, bo żadne słowa nie chciały mu przejść przez gardło.
— Tak, podejmę się zrobienia tego regału.
— Nie chodzi mi o tę propozycję.
— Nie było żadnej innej. Jakie ma być drewno?
— Mahoń?
— Wyjdzie drogo.
— Dobrze zapłacę.
— Oby.
Zapisał na nadgarstku pojedynczą literę „M”.
— Jakieś zdobienia? — dopytał.
— Co sądzisz o grawerze pawia na bokach regału?
Paw. Atrybut Hery. Kurt odnotował to w pamięci, ale nie odpowiedział na jej pytanie: nie sądził o tym nic. Jego myśli popłynęły w stronę rycia w drewnie, którego uczył go ojciec i jego minimalnych umiejętności artystycznych. Najważniejszy był kształt, dla klientów w głównej mierze liczyło się rękodzieło. Dla Lamii liczyło się wyłącznie zrobienie komuś na złość.
— Chciałabym osiągnąć maksymalną pojemność półek. Nie mam tutaj żadnej piwnicy, nie ma więc miejsca, żeby przechowywać przetwory.
Kurt odmruknął w odpowiedzi coś zupełnie niezrozumiałego, ale tym razem nie sięgnął po marker. Okrążył kocioł, żeby zmierzyć odległości z drugiej strony i przeklął pod nosem, kiedy niechcący dotknął nagą skórą dłoni rozżarzonego metalu.
— Czy ten kocioł musi tu stać? Drewno może się zapalić, jeśli będzie stało zbyt blisko ognia. Zabezpieczę regał, ale nadmierna wilgoć też nie będzie mu sprzyjać.
— Lubię mieć go blisko miejsca pracy — odpowiedziała lakonicznie Lamia, wpatrując się w bulgoczącą zawartość kotła.
Niewidzialna siła kazała Kurtowi podążyć za nią wzrokiem. Wbił oczy w obraz ciemnozielonej mazi gotującej się w garze i w tej samej sekundzie poczuł, jak Mgła wwierca się w jego czaszkę.


Może wolałby, gdyby po prostu zemdlał w błogiej nieświadomości. Lamia mogła go zabić, a on — przy najlepszych wiatrach — byłby zbyt otumaniony Mgłą, żeby nawet poczuć ból. Kiedy otworzył oczy, nie był już w żadnej chacie. Nie mógł sobie przypomnieć, kim była Lamia i czemu akurat to imię pozostało w głębinach jego podświadomości.
Klęczał na podłodze. Drzazgi drewnianych paneli wbijały mu się w kolana. Był chudy, znacznie chudszy, niż kiedy ostatni raz patrzył w lustro i znacznie mniejszy, a co najgorsze, czuł strach i bezbronność. Uczucie, które nie doskwierało mu od tak dawna, nie, kiedy był już pełnoprawnym legionistą Obozu Jupiter, synem bogini, której domeną było decydowanie o losie. Podniósł głowę i zlokalizował powód jego strachu bez żadnych wątpliwości.
Ojciec nie był tym samym ojcem, który został w domu, przykuty do łóżka. Znacznie młodszy, starannie ogolony, w odświętnej koszuli. Podświadoma myśl Kurta podpowiedziała mu, że musi być niedziela. Z żadnego innego powodu ojciec nie zadbałby o siebie w ten sposób. Jego oczy były pełne furii, czujne i przede wszystkim obecne. Ojciec był chorobliwie chudy i starannie wyprasowana koszula zwisała na nim jak z wieszaka. Kurt spojrzał w dół i zobaczył, że jego własna koszula jest na niego dużo za duża.
Czuł się bezbronny i bał się ojca. Nie wiedział jeszcze o Obozie Jupiter. Nie wiedział jak się bronić ani tego, że kiedyś będzie silniejszy od swojego ojca.
— Co mówiłem o grzebaniu w szafkach w trakcie postu, Kurt? — warknął. — Jezus pościł przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy, do cholery! Nie potrafisz wytrzymać kilku dni bez obżerania się? Nie słyszałeś, co mówił ksiądz? Jesteś bękartem. Bękartem! Tak samo ty, jak i ten twój brat. Boże, co ja miałem w głowie, żeby dać się zwieść tej kobiecie? To ostatnie, co możesz zrobić, żeby w ogóle zostać zbawiony. Boże, Boże, począłem grzeszne dziecko. Jesteś tylko chodzącym grzechem.
Był? Kurt nie pamiętał swojej mamy. Nie wiedział, kim ona była i nie był pewien, czy ojciec sam to wie; w jego opowieściach raz była jego największą miłością, a raz uwodzicielką, Ewą, która zachęciła go do grzechu i odebrała mu raj. Czyż w kościele nie uczono go, że grzeszność to rzecz ludzka, taka, którą ludzie popełniali z wyboru? Kurt niczego nie wybierał. Nie wiedział, w jaki sposób i dlaczego od zawsze był grzechem.
W żołądku ssał go głód, wyrzuty sumienia i nienawiść. Rodząca się, kotłująca nienawiść, której źródła nie potrafił jeszcze znaleźć: czy była to nienawiść do samego siebie, do ojca, czy do wszystkich nauk, które mu wpajał? Nienawiść, która miała go wieść przez życie, bo ojciec od zawsze miał rację przynajmniej co do jednej rzeczy i była to wyższość siły wyższej nad Kurtem już od jego urodzenia. Niezależnie, czy urodził się z grzechu swojego ojca, czy jako syn bogini zemsty, jego źródłem zawsze była nienawiść.
— Pan Jezus był biczowany za twoje grzechy jeszcze zanim się urodziłeś. Okaż wdzięczność.
Wizja urwała się w momencie, kiedy Kurt poczuł na swoim policzku uderzenie otwartej dłoni.


Zatoczył się do tyłu. W ostatniej chwili złapał się stołu, tym samym unikając przewrócenia wszystkich regałów i starannie ułożonych na nich słoików.
Nie był już bezbronny. Mógł podejmować własne decyzje. Poczuł, że panikuje i musiał sobie o tym przypomnieć.
Jednym ruchem rozłożył włócznię z cesarskiego złota i skierował grot w wężowe łuski Lamii.
— Co to, kurwa, było? — warknął.
— Och, nie mam pojęcia, o czym mówisz. Przecież ja nic nie zrobiłam, to była twoja przeszłość. Nie zmodyfikowałam jej ani trochę.
Wspomnienie, które zagrzebał głęboko w pamięci. Myślał, że wybaczył już ojcu, chociaż częściowo. Ten człowiek był szalony. Ten człowiek był ofiarą bogów przez małe B i przez duże B. Kurt mógłby mu pomóc tylko wtedy, gdyby nigdy się nie urodził.
Policzek nie piekł już bólem, ale Kurt nadal czuł na nim fantomową, ciężką dłoń ojca.
— Kiedy ja patrzę w kocioł, widzę, jak Hera morduje moje dzieci.
Kurt nie opuścił włóczni, chociaż trzęsły mu się ręce. W tym stanie był bardziej bezbronny, niż kiedy miał osiem lat i klęczał przed swoim ojcem.
— Jako syn bogini zemsty powinieneś wiedzieć, że nigdy nie zapomina się, kto cię skrzywdził — syknęła Lamia. Nie powiedziała tego w sposób złośliwy. Była szczera. Wypełniona nienawiścią, tak samo, jak on. Różnica polegała na tym, że Kurt myślał, że był w stanie zdusić to uczucie. Ona miała za sobą już tysiąclecia nienawiści.
— Mogę ci pomóc — kontynuowała.
Jak?
Zwodzące pytanie. Miał wrażenie, że zatrząsł mu się przy tym głos. Wpadał w pułapkę potwora, chociaż wszystkie instynkty w jego ciele biły na alarm.
— Och, dobrze wiesz jak, synu Invidii.
Może to właśnie w tym leżał problem. Kurt próbował łatać wszystkie dziury, które sam stworzył jego ojciec, dziury, które nieustannie się poszerzały, nawet jeśli Adam Munroe był kompletnie nieświadomy. Może cały ten czas chodziło o usunięcie pierwotnego źródła problemów.
Lamia była potworem. Córką bogini magii. Jak trudne mogło być sfingowanie śmierci biednego, schorowanego śmiertelnika, który zapominał nawet, jak ma na imię i jak poprawnie trzyma się widelec? Kurt byłby wolny. Nic nie wiązałoby go z poprzednim życiem. Mógłby zapomnieć.
Nic nie wiązałoby go już z Kainem.
Czy płakałby za swoim ojcem? Teraz kiedy o tym myślał, nie było mu do płaczu. Czuł wyrzuty sumienia, że nie czuje do niego nic. Zajmował się nim z przykrego obowiązku, nie z miłości. Wszystkie nauki jego ojca mówiły, że starszym trzeba podawać szklankę wody w niedoli, a Kurt nigdy tego nie kwestionował. Kto inny miałby to zrobić? Kain wyrzekł się tego problemu. Czemu on nie potrafił zrobić tego samego, tylko żałośnie mu zazdrościł?
Opuścił włócznię, ale nie spuścił potworzycy z oczu.
— Regał — rzucił krótko. — Zaliczka. Płatność z góry.
Lamia pstryknęła szponiastymi palcami i w jej dłoni pojawił się gruby plik zielonych banknotów. Kurt wyrwał dolary z jej ręki i pobieżnie przeliczył kwotę. Bez zbędnych zastrzeżeń, wcisnął pieniądze do kieszeni i zaczął pakować wszystkie przyrządy z powrotem do podręcznej skrzynki. Narzędzia zagruchotały w środku, kiedy gwałtownie odwrócił się w stronę drzwi wyjściowych chaty.
— Nie podjąłeś decyzji, synu Invidii — zwróciła mu uwagę łagodnie kobiecina.
Kurt położył dłoń na klamce. Było mu niedobrze. Musiał wyjść z tej ciasnej chaty, przebywając tu, czuł się, jak dusi się we własnej skórze. Wyrzuty sumienia i wściekłość zajmowały każdy zakątek jego umysłu.
— Podjąłem — powiedział sucho. — Wrócę dłuższą drogą do domu.
Zatrzasnął za sobą drzwi, zostawiając w środku los swojego ojca.


────
[2430 słów: Kurt otrzymuje 24 Punkty Doświadczenia]

Od Wintera CD Blanche — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ból Wintera zszedł na dalszy plan w momencie, w którym zobaczył Ziona. Nagle przypomniał sobie, po co się tu znaleźli, po co robił to wszystko i z jakiego powodu dałby się nawet pokroić żywcem, gdyby to zapewniłoby bezpieczeństwo Zionowi i Blanche. Jak on w ogóle mógł przejmować się bólem, jeśli nie był jedyną cierpiącą osobą? Nie mógł tak po prostu być takim egoistą.
Nie zdążyło mu nawet na dobre ulżyć na widok Ziona, bo zauważył, że mężczyzna siedzi nieruchomo, przywiązany do krzesła łańcuchami. Głowa opadła mu na pierś i Winter przez krótką chwilę był pewien, że to już koniec, że Amazonki pokazują im ten widok tylko po to, żeby ich torturować, chociaż Ziona nie ma już z nimi. Chłopak swój zamglony wzrok przeniósł na Blanche, dostrzegając w jej oczach podobne, przerażone ogniki, które zaraz zgasły. Blanche odetchnęła, więc Winter też odetchnął; jej spokój oznaczał, że Zion oddycha i żyje. Z trudem. Na jego ciele nie widać było żadnych poparzeń, ale za to miał pokaźną liczbę zadrapań i pręg, które wyglądały, jakby ktoś smagał go biczem. Jeśli Winter nauczył się czegokolwiek o Amazonkach w ciągu swojego kilkugodzinnego pobytu w ich magazynie (włączając to czas, przez który był nieprzytomny), to to, że przeczytały konwencję ONZ w sprawie zakazu stosowania tortur i postanowiły robić wszystko wbrew zasadom. Czarną koszulkę polo Zion miał brudną i potarganą w wielu miejscach. Przez strzępki materiału prześwitywały fioletowo-zielone siniaki na piersi. Z całą pewnością miał złamane żebra i oddychał z wysiłkiem.
Z tego wszystkiego Winter najbardziej cieszył się, że wreszcie dostał krzesło.
Nie było to zdecydowanie najwygodniejsze krzesło w jego życiu, ale nie była to też zimna posadzka jego klatki, a przede wszystkim nie musiał być przytrzymywany przez co najmniej dwie Amazonki, co samo w sobie było już poniżające. Podsunięcie mu krzesła potraktował prawie jak akt miłosierdzia dla jego obolałego ciała. Mógł się przez chwilę nawet poczuć w miarę bezpiecznie, mieć złudną nadzieję, że zaraz wszystko będzie dobrze, oczywiście pod warunkiem, że zamknąłby oczy i zatkał uszy. Byli w końcu wszyscy razem w jednym miejscu. Jeśli Winter miał trzymać się ostatków optymizmu, musiał pamiętać, że odnalezienie się z Zionem było ich priorytetem na liście celów.
— Zion — spróbował z siebie wydusić imię mężczyzny. Użycie głosu boleśnie przypomniało mu o tym, że ogień (a potem także kompulsywne wymiotowanie) kompletnie przepalił mu gardło. Wciąż szumiało mu w uszach i nie był nawet pewien, czy wydał z siebie jakikolwiek odgłos, dopóki któraś z Amazonek nie przycisnęła grotu włóczni mocniej do jego skóry. Winter poczuł, jak strużka krwi ściekła mu po szyi. Zion wciąż nie podnosił głowy.
Zaraz potem rozpoczęła się lekcja historii.
Winter nie wiedział nic o Amazonkach. Ogólnie rzecz biorąc o mitologii — która przecież stanowiła jeden z najważniejszych, a przede wszystkim najbardziej uciążliwych elementów jego życia — wiedział zdecydowanie mniej, niż powinien był wiedzieć. Szkoła była zbyt nudna, żeby o tym słuchać. W Obozie Herosów spędził zbyt mało czasu, żeby pojąć najdrobniejsze wydarzenia albo skomplikowane relacje rodzinne między bogami. Zion też próbował, co mógł, żeby wtłoczyć wiedzę do jego małego móżdżku, ale Winter i tak zapamiętywał tylko to, co sam chciał. Wiedza chłopaka o Amazonkach ograniczała się do tego, że są to wojownicze kobiety. Nie miał pojęcia, kto właśnie udziela im prelekcji, czym jest pas na jej biodrach, imię Thalestris słyszał pierwszy raz w życiu. Amazonki oczerniały ich, powołując się na jakieś mityczne włócznie, mimo że żadne z ich trójki nie było włócznikiem. Zion nosił miecz, do cholery!
Był cały czas słaby. Zagryzał zęby, żeby skupić się na czymś innym, niż na bólu. Od opowiadania królowej Amazonki rozpraszało go wszystko: chrapliwy oddech Ziona i nasłuchiwanie, czy się budzi, celowane w ich głowy włócznie, ciągła obserwacja strażniczek, paląca rana, ciągnąca się od policzka aż po szyję. Jego mózg ADHD przetwarzał wiadomości na swój sposób i nie potrzebował do tego dodatkowych rozpraszaczy. Cały czas w myślach odbijało mu się jedno pytanie: „okej, ale co my mamy z tym wspólnego?”.
Winter był zawiedziony, ale nie zaskoczony. Przyzwyczaił się już, że całe jego życie to tylko manipulacja fatum i że bycie półbogiem wiąże się z funkcjonowaniem jak marionetka, której sznurki pociągali bogowie. Królowa Amazonek sama podkreśliła, że kradzież włóczni odbyła się kilka pokoleń wstecz, czemu akurat Zion miał za to odpowiadać? Winter nie wierzył, że mężczyzna w ogóle posiada zaginione włócznie, a co dopiero wątpił w jakąkolwiek kradzież, w którą byłby zaangażowany.
Był naiwny, myśląc, że Amazonki nie zamordowałyby ich za coś, czego nawet nie posiadali.
Chrzęst łańcuchów poinformował ich, że Zion zaczął się wybudzać. Mężczyzna zdążył tylko jęknąć słabo, a w ułamku sekundy kilka włóczni znalazło się tuż przy jego szyi.
— Dobudźcie go — rzuciła królowa Amazonek, posyłając swoim podwładnym skinięcie głowy. Jedna z kobiet nachyliła się nad Zionem i strzeliła mu z otwartej ręki w twarz. Odpowiedział jej kolejnym półprzytomnym jękiem bólu.
Mięśnie Wintera reagowały szybciej niż jego zdrowy rozsądek. Spróbował się podnieść, zrobić cokolwiek, może osłonić Ziona, odepchnąć te kobiety, odwrócić ich uwagę. Zanim zdążył na dobre wstać, któraś ze strażniczek uderzyła go płaską częścią grotu włóczni w tył głowy. Zakręciło mu się w głowie i otumaniony z powrotem opadł na swoje miejsce.
— To było ostatnie ostrzeżenie — warknęła do niego królowa Amazonek. Błysnęła oczami do Blanche, dając jej do zrozumienia, że ten sam komunikat dotyczył także jej. — Pamiętajcie, że nie mamy żadnego powodu, żeby trzymać waszą dwójkę przy życiu.
To przypomniało Winterowi, że to wszystko było od początku pułapką. Paczka Amazonu, zwabienie ich do mieszkania Ziona; nie trafili tutaj, bo heroicznie odnaleźli Ziona, ale dlatego, że Winter dał się nabrać. Wyrzuty sumienia zassały jego wnętrzności. To była jego wina. Sprowadzili ich tutaj, żeby torturować Ziona. Misja ratunkowa okazała się tylko kolejną formą tortur wobec syna Ateny.
— Oni nie mają z tym nic wspólnego.
Winter rozpoznał głos Ziona, słaby i przypominający raczej rzężenie. Mężczyzna miał przymrużone powieki i potrzebował kilku sekund, żeby wziąć kolejny oddech. Klatka piersiowa unosiła się nierównomiernie.
— Nie wiemy, czy nie udzieliłeś im informacji, co stało się z artefaktami — odpowiedziała królowa oschle.
— Jak miałem udzielić im informacje, których nie posiadam? — Uniósł głos, co zostało poprzedzone atakiem astmatycznego kaszlu. Winter wystraszył się, że Zion się dusi, ale atak kaszlu zaraz ustał, a on splunął na podłogę krwią.
— Właśnie dlatego to nie jest główny powód, dla którego tutaj są, synu Ateny — syknęła.
— Wiem, że śledzicie mnie od dwóch miesięcy. Na własną rękę szukałem informacji o tych artefaktach. Nie przywrócę mojego ojca zza grobu, żeby zmusić go do gadania. Powiedziałem wam wszystko, co wiem o Thalestris i o mojej prababce.
Do tej pory Winter ani razu nie założył, że Zion mógłby kłamać. Taka opcja wydawała się zbyt absurdalna. Po co Zionowi byłyby jakieś starożytne artefakty, a tym bardziej czemu miałby je ukrywać? Nie mógł jednak odgonić od siebie mrożącego krew w żyłach uczucia, że zna Ziona na tyle długo, żeby wiedzieć, że kłamie.


Blanche?
────
[1119 słów: Winter otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Blanche CD Caroline — „Here comes the siedem lat nieszczęścia”

Poprzednie opowiadanie

Lokal, w którym się znalazła, nie był tym, czego się spodziewała po spotkaniu służbowym. Biznesmeni, z którymi miała na co dzień do czynienia, zazwyczaj wybierali znane, drogie restauracje, pragnąc uwydatnić przed nią i przed innymi swój status społeczny i majątek. Leviticus Smith, prezes zarządu spółki BETter Inc., stanowił jednak wyjątek od tej reguły. Zaprosił ją do niewielkiej knajpy ulokowanej nieopodal kampusu jednego z nowojorskich uniwersytetów.
Pan Leviticus wielkimi krokami zbliżał się ku emeryturze. Większość rozmowy spędził, chwaląc się domkiem na Malediwach, który niedawno kupił i w którym zamierzał dożyć końca swoich dni. Mimo to Blanche odchodziła od stołu zadowolona. Pan Smith obiecał, że podczas najbliższego walnego zgromadzenia zarządu spółki poprze jej kandydaturę na swojego następcę. Z jego protekcją i błogosławieństwem Tyche, prawdopodobnie miała tę posadę już w kieszeni.
Zarówno wystrój i atmosfera, jak i smak samych podanych w tym miejscu dań przypadł jej do gustu na tyle, że kierując się ku drzwiom, planowała już zaproszenie tu Keen na spontaniczną randkę. Świętowanie nadchodzącego awansu stanowiło całkiem niezłą wymówkę. Może nareszcie zdobędzie się na wyciągnięcie pierścionka i zadanie tego jednego, niezwykle ważnego pytania.
Była w dobrym humorze, którego, jak sądziła, nic tego dnia nie będzie już w stanie jej zepsuć. Powinna była jednak wiedzieć, że przychylność jej matki była stanem zmiennym i często zdawała się działać wręcz na opak.
Zaczęło się dość niewinnie. Gdy przechodziła obok jednego ze stolików, jej spodnie garniturowe zostały oblane zawartością przewróconej szklanki. Dziewczyna, która od razu przeprosiła i wyciągnęła w jej stronę paczkę chusteczek, zdawała się mniej więcej w wieku Wintera. Niska, o długich, lśniących włosach i dużych czekoladowych oczach. Coś w rysach jej twarzy przywoływało w jej wspomnieniach inną nastolatkę sprzed dwóch dekad. Odgoniła ten obraz szybko, nie chcąc pozwolić mu zniweczyć jej wyjątkowo dobrego dnia.
— Spokojnie, nic się nie stało, zdarza się najlepszym — odparła z delikatnym uśmiechem. Z wdzięcznością chwyciła oferowane jej chusteczki. — Pozwól, że przycupnę tu na chwilkę, żeby wytrzeć spodnie, dobrze?
Gdy otrzymała pozwolenie, usiadła na skraju krzesła naprzeciwko dziewczyny i zabrała się za szybkie wycieranie zmoczonych nogawek. Nie inicjowała konwersacji, mimo pogody ducha nie miała w zwyczaju zagadywania przedstawicieli młodzieży, którzy prawdopodobnie czekali na towarzystwo i nie potrzebowali jej zaczepek. W kilka minut doprowadziła się do przyzwoitego stanu i wstała.
— I już, po kłopocie — zapewniła jeszcze z kolejnym serdecznym uśmiechem i chwyciła swoją torebkę, gotowa do wyjścia. Tym razem, miała nadzieję, już bez żadnych nieoczekiwanych przygód. — Życzę smacznego i miłego dnia.
Zdołała jednak wykonać zaledwie jeden krok, ponieważ spojrzenie na przeszklone drzwi frontowe zdołało ją skutecznie zamurować. Oto przed lokalem wte i wewte przechadzał się stwór stanowiący połączenie konia i lwa. Rytmicznie machał końskim ogonem, a kopyta zapewne stukały o bruk jak w jakiejś sielankowej scence. Czerwone ślepia wpatrywały się jednak złowrogo w głąb lokalu, prosto na nią. Świetnie.
Nie udało jej się powstrzymać gwałtownego wdechu, który zwrócił uwagę czarnowłosej dziewczyny. Wzrok nieznajomej powędrował ku drzwiom, a z jej ust wydobył się podobny odgłos, a po nim ciche przekleństwo. To zwróciło uwagę Blanche. Spacerujący chodnikiem przed restauracją śmiertelnicy nie przejmowali się zbytnio stworem. Szczęśliwcy, których wzrok nie przenikał przez woal Mgły, zapewne widzieli dużego psa lub co najwyżej kucyka. Nastolatka zaczęła jednak gorączkowo szukać czegoś po kieszeniach.
Elementy układanki w głowie Blanche od razu wskoczyły na odpowiednie miejsca. Potwór nie przyszedł tu po nią. Zwabiła go ta nieznajoma. Młodsza, być może zrodzona z potężniejszego bóstwa. Na stoliku leżał telefon, który równie dobrze mógł być wabikiem na wszystkie nieszczęścia tego świata. Czy Chejron naprawdę już niczego ich nie uczył w tym obozie?
Zanim ponownie wyjrzała na zewnątrz, stwór jakby nagle zmienił zdanie i odszedł, znikając za zakrętem. Nie uznawała tego jednak za koniec zagrożenia. Potwór zapewne czaił się na nie, by zaatakować, gdy opuszczą to miejsce. Wysilała głowę, by przypomnieć sobie jego nazwę i jakiekolwiek inne informacje na jego temat, jednak najwidoczniej i w jej przypadku nauki szlachetnego centaura poszły w las. Ona przynajmniej miała jednak wymówkę upływu prawie dwóch dekad, odkąd ostatnio słyszała jego wskazówki.
Westchnęła i ponownie zajęła miejsce naprzeciwko młodej heroski. Nachyliła się ku niej i ściszyła głos.
— Sądząc po twojej reakcji na widoki za oknem, wydaje mi się, że mogłyśmy uczęszczać na ten sam letni obóz — mruknęła i, dla poparcia swoich słów, wyciągnęła z torebki pozostałości starego naszyjnika z czterema koralikami służącego jej teraz jako brelok do kluczy od mieszkania.
Uważnie przypatrywała się dziewczynie, oczekując na jej reakcję. Jeśli instynkt jej nie mylił, będą musiały współpracować, jeśli chciały bezpiecznie wrócić do swoich domów.


Caroline?
────
[734 słowa: Blanche otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Blanche CD Wintera — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Widok Wintera w takim stanie obudził w niej coś wręcz zwierzęcego. Instynkt, za którego sprawą wszelkie układane naprędce plany straciły na znaczeniu, a zdrowy rozsądek zszedł na dalszy plan. Nie liczyło się nic poza potrzebą pochwycenia go w ramiona i przejęcia choć połowy z jego ran i bólu. Równie mocno pragnęła rzucić się na Amazonki i samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość za to wszystko. Miotała się w żelaznym uścisku jednej z nich, zmuszona do biernego obserwowania, jak klatka, do której wpakowały go jak zwierzę, opuszczała się w ślimaczym tempie ku ziemi.
— Wypuśćcie go! To jeszcze tylko dzieciak, a do tego ranny! — krzyczała, ze spotęgowaną desperacją próbując dostać się do Wintera, gdy klatka spoczęła z łoskotem na ziemi i się otworzyła.
— To nie dzieciak, tylko mężczyzna — odpowiedziała Amazonka, ostatnie słowo wypowiadając jak wyzwisko. — Użył mocy. Jest zagrożeniem.
— Użył mocy, bo zawiesiłyście go pod sufitem jak kawał mięsa, zamiast udzielić mu pomocy. Jest ranny i zdezorientowany — syknęła Blanche. Po chwili wzięła jednak głęboki oddech, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją i własnym położeniem. — Proszę, nie stanowimy zagrożenia. Nie wiem, dlaczego nas tu ściągnęłyście i czego chcecie. Możemy o tym porozmawiać w cywilizowany sposób, ale najpierw pozwólcie mi mu pomóc. Musimy mu podać ambrozję albo nektar…
— Wbrew temu, jak nas postrzegasz, nie jesteśmy potworami. Jego rany zostały polane nektarem. Nie może otrzymać więcej, jeśli chcesz, żeby przeżył.
No tak, Winter był dzieckiem Chione. Jego żywiołem był śnieg, a nie trawiące płomienie ognia. Najwyraźniej oparzenia były w jego przypadku dotkliwsze niż u jakiegokolwiek innego herosa czy śmiertelnika. Nie zamierzała jednak dziękować Amazonkom czy je przepraszać za niewłaściwą ocenę. Podanie nektaru nastolatkowi poparzonemu przez grecki ogień było absolutnym minimum, a jedyne, co zrobiły poza tym, było wpakowanie go w obrożę i klatkę, jak kundla.
Po chwili, która zapewne służyła upewnieniu się, że Winter nie stanowi w tej chwili zagrożenia, a która zdawała się trwać całą wieczność, ludzka zapora pomiędzy matką a synem się rozstąpiła. W dwóch długich krokach znalazła się obok niego i uderzyła kolanami w zimną posadzkę, padając u jego boku. Odgarnęła czule włosy z jego twarzy — z tej jej połowy, której widok nie przyprawiał o mdłości — pragnąc upewnić się, że naprawdę wciąż tu jest, że go nie utraciła.
— Jestem tu. Wszystko będzie dobrze. Wydostaniemy się stąd — wyszeptała, nachyliwszy się ku niemu. Nie dbała zbytnio o to, czy otaczające ich wojowniczki to słyszały. Zignorowała to, że tak naprawdę nie miała pojęcia, jak mieliby się wydostać z tego okropnego miejsca. Liczyło się tylko to, by zapewnić mu choć odrobinę komfortu w tej strasznej chwili.
Jej serce prawie pękło, kiedy Winter wtulił się w jej dłoń. Był prawie dorosły, lecz w tej chwili wyglądał na tak drobnego, tak młodego. Jak gdyby te wszystkie lata od ich pierwszego spotkania zatarły się i znowu miała przed sobą chłopca w kolorowej bluzce z jamnikiem i rękami obklejonymi plasterkami z Kubusiem Puchatkiem.
— No, dość już tych ckliwych scenek. Wstawajcie — zażądała jedna ze stojących nad nimi wojowniczek, trącając bok Wintera czubkiem buta. Nie było to mocne kopnięcie, lecz wystarczyło, by Blanche znowu wpadła w ledwo powstrzymywaną furię.
Żadna z Amazonek nie zwracała uwagi na pełne bólu odgłosy wymykające się z ust Wintera, kiedy siłą stawiały go do pionu. Blanche po raz pierwszy w swoim życiu prawdziwie pożałowała, że nie była córką jakiegokolwiek innego bóstwa, które zapewniłoby jej coś więcej niż (nie zawsze działające) zwiększone szczęście. Wiedziała, że samymi tymi myślami mogła na siebie sprowadzić nie siedem, a siedemdziesiąt lat nieszczęścia, lecz boska duma jej matki była ostatnią sprawą, jaką miała na myśli. Nawet władza nad roślinkami byłaby bardziej przydatna do ochrony Wintera, odnalezienia Ziona i wydostania ich stąd niż większe prawdopodobieństwo trafienia szóstki w totolotka.
Wojowniczki prowadziły ich przez labirynt regałów wypełnionych kartonami przeróżnych rozmiarów. Blanche miała wrażenie, że wojowniczki celowo wybrały dłuższą, bardziej zagmatwaną trasę, a przez chwilę być może nawet chodzili w kółko, by utrudnić im zapamiętanie przebytej drogi. Poruszali się powoli, z Winterem wspartym na niej i przystającym co chwila. W pewnym momencie zwymiotował na lśniącą posadzkę, zapewne na skutek wdychanych wcześniej oparów greckiego ognia. Blanche otarła jego spocone czoło związanymi dłońmi i szeptała słowa, które w jej bezradności nawet jej samej zdawały się puste. Nie pamiętała, kiedy ostatnio była w aż tak beznadziejnej sytuacji.
W końcu wprowadzono ich do pomieszczenia wyglądającego jak sala konferencyjna i postawiono przed obliczem dwudziestoparoletniej kobiety. Mimo jej wyniosłej postury i surowego wyrazu twarzy dopiero złoty pas spoczywający na jej biodrach uświadomił Blanche, że oto mają przed sobą królową Amazonek. Jej skupienie nie pozostało na kobiecie zbyt długo, gdyż oto tuż obok, na jednym z zapewne piekielnie niewygodnych krzeseł zasiadał Zion. A raczej zwisał z niego, przywiązany do oparcia łańcuchem, w obroży takiej samej, jaka spoczywała na szyi Wintera, i nieprzytomny. Choć przez chwilę Blanche wyobrażała sobie najgorsze, jego klatka piersiowo wciąż miarowo unosiła się i opadała.
— Kolejni goście — powitała ich królowa z uśmiechem, który nawet nie próbował wyglądać na szczery i serdeczny. — Proszę, usiądźcie. Mamy dużo spraw do omówienia. Jak widzicie, wasz przyjaciel jest tymczasowo niedysponowany, ale niedługo powinien wrócić do siebie i dołączyć do naszej rozmowy.
Blanche nie zamierzała siadać. Nie ufała nikomu, poza Winterem i Zionem, ani niczemu w tym budynku, włączając w to krzesła. Zanim jednak zdołała grzecznie odmówić, została pchnięta na jedno z siedzeń, a pozbawiony jej oparcia Winter opadł na krzesło obok niej. Wbrew temu, czego się obawiała, nie uruchomił się żaden tajny mechanizm, który obwiązałby ich łańcuchami lub unieruchomił w żaden inny sposób. Nie uspokoiło jej to jednak ani trochę.
— Czy mogłabym się nareszcie dowiedzieć, dlaczego nas uprowadziłyście i przetrzymujecie? — spytała bez ogródek. Jej cierpliwość i dobre maniery zostały gdzieś w płomieniach w mieszkaniu Ziona.
— Prosto do sedna. Podoba mi się to — mruknęła przywódczyni wojowniczek. Zamiast na krześle, usiadła na skraju stołu. Być może jednak gdzieś posiadała ukryty guzik, którym zdołałaby ich przytwierdzić do krzeseł w ułamku sekundy, jeśli wykonają jeden niewłaściwy ruch. — Pozwól jednak, że zanim odpowiem na twoje pytanie, zadam własne. — Nachyliła się ku nim, przez chwilę wodząc spojrzeniem pomiędzy Blanche, Winterem a wciąż nieprzytomnym Zionem. — Co wiecie na temat Thalestris?
Ani Blanche, ani Winter nie wiedzieli nic o Thalestris. Dlatego też otrzymali skrócony kurs dawnych dziejów, w którym poznali opowieść o ostatniej odnotowanej na kartach historii królowej Amazonek, po której śmierci ich społeczność przeniosła się do ukrycia. Blanche niezbyt interesował wywód o kobiecie, która zabajerowała Aleksandra Wielkiego, by spłodzić z nim Amazonkę 2.0., najpotężniejszą dziewczynkę na świecie, jednak perfekcyjnie naostrzone włócznie wycelowane w ich kierunku nakazały jej kiwać głową w odpowiednich momentach i powstrzymywać ziewanie.
— Nie lubimy wspominać o tej części naszych dziejów, ale kilkadziesiąt lat temu para włóczni należących do Thalestris została skradziona — kontynuowała obecna królowa Amazonek. Sądząc po grymasie na jej twarzy, sprawa ta stanowiła plamę na honorze ich społeczności. — Tego haniebnego czynu dokonała zdrajczyni, która odeszła z naszych szeregów i ukrywała się przed nami latami, jak się później okazało, sprowadzając na ten świat dziecko, które potem miało swoje dzieci i tak dalej… Kilka pokoleń zajęło nam odnalezienie jej potomka, ale oto jest, Zion McQueen. Broni nie było jednak w jego mieszkaniu, a on niestety nie chce nam powiedzieć, gdzie się znajdują. Dlatego cieszymy się, że wy do nas dołączyliście, ponieważ jeśli pomożecie nam wybyć od niego tę informację, jesteśmy gotowe puścić was wolno — zakończyła z uśmiechem, który stanowił groźbę. Współpracujcie albo zginiecie marnie.


Winter?
────
[1200 słów: Blanche otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ładne — zgodziła się Isobel, przyglądając się trzymanym przez Kalinę kolczykom.
— To chyba jakaś pawica — zastanowiła się dziewczyna. — Albo… nie wiem, ciężko stwierdzić jaka. Ale coś z oczkami.
— Paź królowej? — Isobel powiedziała na głos pierwszą, lepszą nazwę, która wpadła jej do głowy.
— One są inne — pokręciła głową Kalina. — Takie żółto-czarne. O, a może nastrosz półpawik… chociaż on chyba miał mniej oczek. Albo…
— Jezu, i ty to wszystko pamiętasz? — zdziwiła się Isobel, słuchając kolejnych nazw rzucanych przez Kalinę.
— Albo po prostu jakiś nieistnieją-… co? — wyrwana z motylego transu Kalina spojrzała zdezorientowana na Isobel, na co dziewczyna zareagowała śmiechem.
— Może się mylę, ale chyba lubisz motyle — stwierdziła i zaśmiała się ponownie. Tym razem powodem śmiechu był nieplanowany rym. — Masz jakiegoś ulubionego?
— O kurcze, na pewno mam — zastanowiła się. — Właśnie te pawice są super. Na przykład pawica gruszówka jest świetna, taka szaro-zielona. I one mega ładnie się nazywają po łacinie. Saturnia jakaśtam. Jak saturn, mega im pasuje.
— Tak kosmicznie.
— I wyglądają kosmicznie! Jest na przykład pawica atlas, która zamiast kropek ma trójkąty — opowiadała rozemocjonowana. — Dosłownie jak nie z tej ziemi! Czekaj, pokażę ci.
Kalina odłożyła kolczyki z powrotem na regał i sięgnęła do kieszeni po telefon. Już chciała wybrać ikonkę przeglądarki, ale zamiast okna wyszukiwania na ekranie pojawiło się wielkie powiadomienie. „Pozostało 5% baterii. Twoje urządzenie wyłączy się za 30… 29… 28…". Zdążyła jedynie zobaczyć urywek wiadomości od Amandy. Coś o lampie i pieczarce za półtora dolara? Zanim jednak zdążyła dowiedzieć się, o co chodzi, ekran zmienił kolor na czarny. Z westchnięciem włożyła telefon z powrotem i wzruszyła ramionami.
— A jednak nie — wyszczerzyła zęby w głupim uśmiechu. — Zwykle zapominam telefon z domu i zostawiam go na kablu, a teraz całkiem zapomniałam go naładować — wytłumaczyła się.
— Nic się nie stało, kiedyś zobaczę — odparła Isobel z uśmiechem. — Mi też się zdarza.
— Wiesz co? Chyba serio je wezmę, lampy i tak tu nie znajdę — Kalina znowu zaczęła przyglądać się kolczykom. — Są ładne, nawet jeśli nie są niczym konkretnym.
— To prawda, super są. Ja chyba też nie znajdę tu doniczki — Isobel ostatni raz rzuciła okiem na ogrodniczą alejkę. — Miało być tanio i dobrze, a jest droga tandeta. Idziemy stąd? — zaproponowała.
— Jasne, tylko pójdę zapłacić.
Kilka minut później wyszły ze sklepu. Stojąc na chodniku, Kalina zajęła się odpakowywaniem kolczyków i zamienianiem ich miejscami z tymi, które miała na sobie jeszcze przed sekundą. Isobel rozglądała się dookoła, próbując wypatrzeć miejsce, do którego mogą się udać.
— Szukamy innego sklepu? — zaproponowała Kalina, gdy w końcu uporała się z kolczykami.
— Wiesz co? Nie chce mi się za bardzo — stwierdziła Isobel, niechętnie analizując szyldy pobliskich lokali.
— Tu blisko chyba i tak nie ma nic ciekawego, musiałybyśmy pójść gdzieś dalej.
— Nie chcesz może iść do jakiejś kawiarni? Jakiejś taniej? — zapytała Isobel po chwili ciszy. — Przy okazji poszukamy toalety — dodała ciszej ze śmiechem.
— Mieszkam niedaleko — Kalina jakby odruchowo wskazała głową kierunek. Ścisnęła w kieszeni drobniaki, które zostały jej po zakupie kolczyków. To był drogi interes… ale dla motyli było warto. — Może wpadniesz na herbatkę?
— Jasne! — odpowiedziała żywo, nie ukrywając zadowolenia z braku konieczności wydawania pieniędzy na overpriced kawę tylko po to, żeby dostać dostęp do kawiarnianej łazienki.
— Okej, a wracając do motyli…
Kalina prowadziła Isobel najpierw chodnikiem, a później osiedlowymi skrótami, którymi po zmroku odważyłby się iść co najwyżej dresiarz albo idiota. Po drodze opowiedziała jej o zmrocznikach, które w większości zdobią ładne paseczki. Szczególną uwagę zwróciła na zmrocznika oleandrowca, który podobnie jak pawica atlas, wyglądał jak przybysz z innej planety. Isobel dowiedziała się również o wstęgówkach, które zostały porównane przez Kalinę do włosów, które może i mają najnudniejszy kolor świata, ale ich spód, przez większość czasu ukryty, pofarbowany jest na przepiękny, żywy róż, czy błękit.
— Jest jeszcze cerura vinula — przypomniała sobeie. — Nie pamiętam angielskiej nazwy, ale łacińska brzmi jak rura. I jej gąsienica też wygląda jak taka rura.
— Jak rura? — wizja gąsienicy-rury wydała się Isobel bardzo interesująca.
— No, jakby ciągle coś pożerała — zaśmiała się Kalina. — Albo jakby była czymś wiecznie zawiedziona.
— Skąd ty to wszystko wiesz? — zaciekawiła się Isobel. — W sensie, skąd w ogóle pomysł, żeby się tym zainteresować?
— Kilka lat temu kupiłam na lotnisku atlas, no i tak jakoś wyszło — odpowiedziała Kalina po chwili zastanowienia. — Usłyszałam, że na obozie… na który wysłała mnie matka, będą nam zabierać telefon i spanikowałam, że się zanudzę — zaśmiała się.
— Jakiś obóz dla niegrzecznych dzieci? — zaśmiała się Isobel. — Ciebie też na takie wysyłali?
— A żebyś, kurwa, wiedziała. Jesteśmy.
Kalina musiała wysilić mózg, aby przypomnieć sobie kod do domofonu. Zwykle otwierała te drzwi tak po prostu, przypadkowym kluczem z kieszeni, ale nawet jeśli była to wina trefnego zamka (co wyjaśniałoby częstą obecność meneli), nie chciała tego robić przy Isobel. Na szczęście zasada „do trzech razy sztuka” sprawdziła się idealnie i trzecia próba okazała się udana.
— Zapraszam, drugie piętro — otworzyła drzwi i puściła Isobel przodem. — Mam nadzieję, że współlokatorka nie zostawiła bałaganu — dodała żartem. W rzeczywistości bardziej martwiła się o swój bałagan. Najbardziej stresujący był fakt, że nie miała pojęcia, gdzie zostawiła używaną obecnie jako piżamę, obozową koszulkę. Były trzy opcje — pod kołdrą, na krześle, albo na wierzchu w łazience. Pozostało liczyć na to, że Isobel nie skojarzy spranego SPQR z obozem dla półbogów, a co najwyżej częstym myśleniem o Starożytnym Rzymie.


Isobel?
────
[854 słowa: Kalina otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Theodore'a — „Jestem pierdolonym kurwa zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu”

CZTERY LATA TEMU

W raczej drobnym ciele trzynastoletniego Theodore'a Hemnesa mieściło się zdecydowanie więcej złości, niż to powinno być możliwe. Wciąż był niższy niż większość chłopców w jego klasie, którzy zaczęli już nabierać wzrostu i na tyle chudy, że ubrania po prostu na nim wisiały. Poprzedniego tygodnia podsłuchał, jak jedna z koleżanek jego matki mówi do niej, że Theo wygląda na młodszego, niż jest. Poza tym Alice non stop nazywała go gówniarzem i mówiła, że chyba zgubił gdzieś swój smoczek.
Dla każdego przeciętnego trzynastolatka, który uważał, że jest już przecież prawie dorosły, to sama w sobie była tragedia. Dla tego konkretnego trzynastolatka to była ostatnia kropla, która przelała buzującą w nim czarę goryczy.


— E, Teddy! Weź nam kopnij piłkę. Tylko krzywdy sobie przy tym nie zrób.
Theo podniósł głowę znad kostki Rubika, którą próbował ułożyć (pedagog szkolny wcisnęła mu ją dwa tygodnie temu, świergocząc coś o tym, że to pozwala uspokoić nerwy) i spojrzał na piłkę, która turlała się po trawie w jego stronę.
Zostało już tylko kilka dni do letniej przerwy i większość zajęć spędzali na świeżym powietrzu, pod nie do końca czujnym okiem nauczycieli. Chłopiec najchętniej przesiedziałby ten czas w domu, na pewno zmarnowałby mniej czasu, ale Marie uparła się, żeby syn do końca chodził do szkoły. Nie udało mu się wygrać tej kłótni, więc siedział na skraju szkolnego podwórka i wyjątkowo zajmował się sobą, nie sprawiając żadnych problemów. Niestety, do czasu, bo miał dziwną przypadłość przyciągania do siebie wszystkich możliwych kłopotów.
Na jego twarzy wykwitł brzydki grymas, kiedy odłożył kostkę na trawę i spojrzał na grupę starszych chłopców, których piłka zawędrowała pod jego nogi.
— Mówiłem, żebyście tak do mnie, kurwa, nie mówili — odburknął na tyle głośno, żeby choć ci najbliżej niego go usłyszeli.
Przekleństwa brzmiały dziwnie, gdy padały z jego ust, wypowiedziane wciąż dziecięcym głosem, ale Theo zdołał sobie wmówić, że brzmi całkiem groźnie.
— Co tam mówisz? Nie słyszę, bo coś tu strasznie piszczy — krzyknął do niego jeden z chłopców, po czym przez pół boiska przetoczyła się salwa śmiechu.
Dłonie Theo zwinęły się w pięści przy jego bokach. Przez chwilę nawet zastanawiał się, czy po prostu nie posłać piłki w ich stronę najmocniejszym kopniakiem, do jego się zmusi, odwrócić się i odejść. Źle sypiał, był zmęczony. Poza tym ostatnio znowu obiecał mamie, że nie będzie już sprawiał problemów. Znał ją na tyle dobrze, że dostrzegał w jej oczach skrzętnie skrywany zawód i było to spojrzenie, którego nie miał ochoty więcej oglądać.
To jak się okazało, była jednak tylko przelotna myśl, bo już po chwili trzymał brudną piłkę w dłoniach i szybkim krokiem przemierzał równo skoszoną murawę.
— Tak, tak, aport. Dzięki, Ted, nie musiałeś się fatygować — rzucił lekceważąco kapitan drużyny, wywołując kolejną salwę śmiechu wśród kolegów.
Theo wypuścił piłkę wprost pod nogi wyższego co najmniej o głowę chłopca. Gdyby ten nie mrugał właśnie z rozbawieniem do reszty drużyny, może zauważyłby, że chłopiec przed nim prawie się trzęsie. Kiedy w końcu się do niego odwrócił, niemal wyglądał na zdumionego, że dzieciak dalej tam stoi.
— No już, mały, zmykaj — powiedział, machnąwszy ręką.
Popełnił jednak przy tym pewien błąd i pochylił się nad Theo.
— Nie nazywam się Teddy — wypluł z siebie cichym głosem.
Potem jego pięść poruszyła się z cichym świstem i spotkała z nosem chłopca.


Theodore niemal żałował, że dyżurny nauczyciel akurat tym razem się im przyglądał i doszło do natychmiastowej interwencji. Zszedł z boiska bez choćby najmniejszego siniaka i od razu został zaciągnięty do gabinetu dyrektora, podczas gdy koledzy kapitana biegali dookoła niego jak kurczęta wokół kwoki. Theo zdążył jeszcze napluć mu pod nogi, zanim zabrano go z boiska.
Siedział na krzesełku na korytarzu, słysząc, jak dyrektor dzwoni do jego matki. Trzeci raz w tym miesiącu. Szef Marie musiał naprawdę nie znosić jej syna. Musiał tak długo czekać, aż ktoś po niego przyjdzie, że nawet zatęsknił za tyradami nauczycieli, które zwykle czekały na niego od razu po bójce. Ciszę znosił dużo, dużo gorzej.
Kiedy w końcu znalazł się w gabinecie wraz ze swoją matką, dyrektorem, chłopcem, którego uderzył i jego matką, zapanował chaos. Nieznajoma mu kobieta lamentowała tak nieznośnym i piskliwym głosem, że Theo miał ochotę zatkać sobie uszy. Z obojętną miną bawił się nitką, która zwisała z nadprutego rękawa jego bluzy i nawet nie udawał, że słucha tego, co do niego mówiono.
— Co ty masz w ogóle w głowie, chłopaku? Mogłeś połamać mu nos!
Baba zapiszczała tak blisko jego ucha, że automatycznie się skrzywił. Tym razem podniósł głowę. Niestety tylko po to, żeby rzucić beznamiętnie:
— Nie pani zasrany interes.
— Theodore — zganiła go od razu jego własna matka, podczas gdy druga kobieta gwałtownie nabrała powietrza w płuca, jakby zaraz miała zacząć krzyczeć.
Theo wzruszył ramionami.
— Bardzo panią przepraszam, pani Alvarez. Theo ma ostatnio ciężki okres i nie radzi sobie z emocjami. Wie, że źle zrobił, prawda? — Odwróciła się do syna i ostrzegawczo złapała go za rękę.
Chłopiec tym razem nie odpyskował, ale znowu spuścił głowę i wyłączył się z rozmowy. Nie wydusił z siebie nawet przeprosin, o które nagabywano go przez całe trzydzieści minut trwania tego cyrku. Oczywiście skończyło się to dla niego naganą, ale jego matka jakoś dała radę wyperswadować drugiej kobiecie wezwanie policji. Kiedy wychodzili z budynku szkoły, tak mocno ściskała go za ramię, że aż go zabolało, ale nie zaprotestował.
— Dlaczego? — zapytała tylko Marie, kiedy szli w stronę jej samochodu.
— Odzywał się do mnie jak do psa. Nie jestem psem — odpowiedział tylko chłopiec, spluwając w bok na chodnik.
Kobieta westchnęła. Theo zdecydowanie mógł to powiedzieć wcześniej, kiedy rozmawiali w gabinecie dyrektora. Jej syn miał jednak dziwny zwyczaj niebronienia się, kiedy za każdym razem zarzucano mu, że to on zaczął.
Naprawdę chciała, żeby umiał zawalczyć o siebie nie tylko pięściami.


────
[931 słów: Theodore otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]