czwartek, 7 maja 2026

Od Arisu CD Cherry — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Czy Arisu chciała pomóc w organizacji Ludi Romani? Nie, za żadne skarby. Gdyby Cherry nie przypomniała jej, że to już ten moment i faktycznie trzeba zacząć coś robić, to pewnie nawet by o tym za bardzo nie pamiętała. Miała dużo ważniejsze sprawy na głowie.
Jakie były to sprawy? Cóż, na pewno coś by wymyśliła, gdyby ktoś miał pytać o konkrety. Musiała przecież, na przykład, dalej pilnować tego pofarbowanego na niebiesko idioty, który dalej jakimś cudem nie wyleciał z Obozu Jupiter. Mogła mieć bardzo ważne spotkanie z bratem, w końcu dalej widywała się z nim raczej rzadko. Mogła być potrzebna przy czymkolwiek innym niż organizacja Ludi Romani.
Więcej: innym niż organizacja Ludi Romani w towarzystwie Cherry. Chyba wolała już sprzątać kible. Sama, nie w towarzystwie Atlasa.
Tu nawet nie chodziło o to, że Arisu jakoś wyjątkowo nie lubiła Cherry. Nie lubiła jej tylko czasami i zazwyczaj były to te momenty, kiedy musiała się przed nią tłumaczyć, słuchać opieprzu za coś, czego winowajcą był Atlas, albo kiedy po raz kolejny została przydzielona do pracy z tym debilem. Gdyby faktycznie poświęciła chwilę, by się nad tym zastanowić, to doszłaby do bardzo logicznego wniosku, że jej niechęć nie jest tak naprawdę niechęcią do samej centurionki.
To po prostu rozciągająca się na innych niechęć do Atlasa. Niestety, nigdy nie znalazła chwili, by się nad tym zastanowić.
Teraz kiedy weszły we dwie do magazynu, myślała tylko o tym, czy może jakoś się z tego wymigać. Przecież to nie mogło skończyć się dobrze. Arisu naprawdę nie lubiła pracy w grupie, do tego nie miały dobrej relacji, a Cherry pewnie uważała ją za nieodpowiedzialną (Arisu chciała, ale nie mogła jej winić).
Przeniosła wzrok ze stojącego w kącie, starego kartonu na Cherry, ale nie odpowiedziała jej od razu. Zamiast tego podeszła do innego pudła, kucając przy nim i otwierając je bez większego przekonania.
– Raczej nie bardzo – odpowiedziała, teraz patrząc już na cokolwiek, byle nie na dziewczynę.
Nie była pewna, czy ją tym rozczarowała. Miała nadzieję, że nie, bo nie odpowiadała złośliwie. Nie czuła, by miała jakiekolwiek predyspozycje, by mówić o dekorowaniu i dawać jakiekolwiek rady. Oczywiście, wiedziała, jak ten festiwal wyglądał rok, dwa, a nawet trzy lata temu, ale ta wiedza nie wydawała jej się szczególnie przydatna – nie mogły raczej zrobić dokładnie tego samego. To raczej nie wpłynęłoby pozytywnie na wizerunek kohorty.
Odgarnęła leżącą na wierzchu, poplątaną girlandę z proporczykami, zaglądając głębiej do kartonu, ale jego zawartość nie była w żaden sposób inspirująca. Sama uznałaby, że są to po prostu śmieci, o których ktoś zapomniał, albo które po prostu bał się wyrzucić.
– Nie jestem szczególnie kreatywna. Ani artystyczna – dodała, nagle czując potrzebę usprawiedliwienia się, chociaż przecież Cherry nie zdążyła jeszcze nic jej zarzucić. Może nawet nie zamierzała nic jej zarzucać.
W końcu na nią spojrzała, prostując się i odruchowo otrzepując spodnie. Centurionka zajęta była jakimś innym kartonem.
– A ty?
Cherry zastanowiła się chwilę, patrząc po półkach. Czy faktycznie mogła widzieć wśród tego bałaganu coś przydatnego? Arisu nie chciała w nią wątpić, ale to, ile badziewia walało się wokół nich, samo w sobie było wystarczającym powodem do wątpliwości. Nie było to złośliwe w stosunku do samej Cherry. Arisu miała wrażenie, że nawet na jej twarzy na chwilę też pojawiło się zwątpienie.
– Chyba muszę najpierw zobaczyć, co jeszcze tutaj znajdziemy.
Arisu skinęła ostrożnie głową, ledwo powstrzymując grymas. Spodziewała się tej odpowiedzi, a i tak poczuła się, jakby dostała właśnie wyrok śmierci. Sama też jeszcze raz rozejrzała się po magazynie.
Pudło. Drugie pudło. Jakieś zwinięte banery wciśnięte w wolne miejsce pod ścianą. Drzewce do chorągwi, ustawione pod takim kątem, że spadając na pewno kogoś by zabiły, a do tego w taki miejscu, że zdecydowanie zbyt łatwo mogły spaść. Albo to Arisu była zbytnią perfekcjonistką – to też mogła być prawda.
Dalej stało jeszcze więcej pudeł. Z jednego wystawał gruby materiał chorągwi, kilka było zamkniętych. Uniosła głowę, by spojrzeć na te poustawiane wyżej kartony i jakieś kolejne materiały, do których nie miała szans sięgnąć bez drabiny.
– To… Ja zajmę się resztą tych na dole, a ty weźmiesz te wyżej? – zaproponowała, bo sytuacja była wystarczająco niezręczna bez dyskusji o wzroście i kompleksach.
Cherry przystała na tę propozycję, ale jeszcze przez chwilę obie stały w bezruchu w tych samych miejscach. Dopiero po chwili Arisu westchnęła z rezygnacją, pochylając się nad kolejnym pudłem. Kątem oka widziała, że Cherry też zabiera się za przeglądanie kartonów.
Czy była równie niezadowolona? Arisu nie potrafiła tego ocenić. Wydawało jej się, że każdy normalny człowiek byłby niezadowolony z tej roboty, ale tu znowu pojawiało się pytanie, czy Cherry zaliczała się do takich ludzi. Dalej pozostawała centurionką w Obozie Jupiter, a to nie mogło dobrze wpływać na czyjś stan psychiczny. Arisu użerała się z Atlasem i miała dość, nie chciała nawet myśleć o tym, jak źle jest, gdy ma się pod sobą więcej niż jednego takiego debila. Przeszło jej przez myśl, że sama może należeć do tego grona debili i poczuła ukłucie irytacji.
Nie, nie mogło tak być. Winowajcą wszystkich problemów, które sprawiała, zawsze był Atlas. Chociaż dalej się o nie obwiniała, bo miała go pilnować i szło jej to fatalnie, to nie mogła zrównać się do jego poziomu. Musiała po prostu być skuteczniejsza w zapobieganiu takim sytuacjom. Albo w końcu go zabić, co byłoby prawdopodobnie najskuteczniejszym rozwiązaniem, które przy okazji pozbawiłoby ich problemu i było korzystne dla wszystkich.
Oczywiście, mogła o tym marzyć, ale wiedziała, że to nie jest opcja. Nie mogła wszystkiego rozwiązywać morderstwem.
Przecież jak już w końcu opuści Obóz Jupiter (a przecież opuści. Musi opuścić), to jako kapitan będzie musiała radzić sobie z gorszymi przypadkami i gorszymi sprawami. I na pewno będzie to robić skuteczniej, niż robią to władze w obozie.
Wzięła w ręce jeden z wieńców laurowych. Starała się robić to delikatnie. Wyglądał na stary, był już podniszczony i nie mogła wyczuć zapachu. Zbliżyła go do twarzy, ale to też nie pomogło. Przetarła jeden z liści wawrzynu między palcami. Też nie dało żadnego skutku.
Odłożyła wieniec na miejsce, tak samo ostrożnie, jak wcześniej go podnosiła. Ręce zadrżały jej, kiedy go puszczała i przez chwilę było jej głupio.
Już Shayel lepiej dbał o stan suszonych liści laurowych, a przecież był tylko śmiertelnikiem.
– Znalazłaś coś?
Przeniosła wzrok na Cherry i pokręciła głową.
– Na pewno nic ciekawego. – Wyprostowała się. Cherry stała przy jednym z regałów, z jedną dłonią opartą na kartonie. Arisu wychyliła głowę, próbując zajrzeć do środka. – A ty?
W końcu poddała się i podeszła kilka kroków do przodu.
– Tutaj są rozety dekoracyjne, a w tym dużym kartonie więcej proporczyków.
W końcu odważyła się stanąć obok Cherry i zajrzeć do jeszcze kolejnego pudła. Było w nim jeszcze więcej serpentyn i girland. Sięgnęła po nie, przeplatając cienki sznurek między palcami.
– Część rzeczy jest dość stara. Powinnyśmy upewnić się, że wybieramy takie, które jeszcze nie sparciały – mruknęła, nie patrząc na dziewczynę. Nie chciała wchodzić w rolę ekspertki, bo w dalszym ciągu zdecydowanie nią nie była.
Ale pamiętała dekorowanie imprez z czasów, gdy podróżowała z ojcem i Shayelem. Pamiętała, że ojciec uczył ją jak dbać o trwałość materiałów, jak je przechowywać i konserwować. Pamiętała, jak krzyczał na Shayela, kiedy ten łatał kolejną dziurę na torbie, i jak kazał im sprawdzać stan lin, czy na pewno żadna nie jest przetarta.
Przy tylu festiwalach i świętach to wszystko musiało się niszczyć. Nie wiedziała nawet, jak często wymieniane są dekoracje.
Gdzieś między girlandami i serpentynami zaplątała się tuba z konfetti. Przełożyła ją na bok, tylko po to, by zobaczyć obok niej taką samą, tylko że z brokatem.
Nigdy z własnej woli nie użyła brokatu. Teraz nawet nie chciała go dotknąć. Odsunęła się jak rażona piorunem.
– Czy… Konfetti i brokat to obowiązkowa część świętowania? – zapytała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Wiedziała, że jeśli odpowiedź będzie twierdząca, to ze sprzątania po Ludi Romani na pewno będzie musiała się wykręcić. I znaleźć jakiegoś naiwniaka, który te upierdliwe dekoracje rozłoży za nią. Już nawet wiedziała, kto byłby tym naiwniakiem.


Cherry?
────
[1300 słów: Arisu otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

środa, 6 maja 2026

Od Mikołaja — „Drzewo przyszło do Biedronki” [AU event]

Pieski AU

— Wiesz co? To nie fair — Mikołaj spojrzał z niesmakiem na smycz, przywiązaną do metalowej barierki.
— Co tym razem? — znudzony Andrzej przewrócił oczami. Zaczynał się zastanawiać, co go podkusiło, aby przywitać się z rudym seterem. Mógł teraz wylegiwać się na łóżku swojej właścicielki, a zamiast tego balansował na wąskiej rurce i wysłuchiwał skarg znajomego.
— No, bo oni tam wchodzą, nie? — ruchem pyska wskazał na wejście do Biedronki. — Widziałeś, co tam jest? Tony jedzenia! A oni wychodzą z dwoma bułkami i wodą — powiedział oskarżycielsko.
— No, i? — spytał zniecierpliwiony kocur.
— No i dlaczego nie biorą nas ze sobą? To nie fair! Ja też chcę wybrać jedzenie! — W Mikołaju klębiło się tyle emocji, że nawet się nie zorientował, kiedy stanął na cztery łapy. Zawstydzony rozejrzał się dookoła, spojrzał na Andrzeja, a następnie wrócił do siadu. — I nawet nie wezmą dla mnie ciasteczek… — dodał ciszej.
— Dziwny jesteś — prychnął jego rozmówca. — Kto by chciał tam siedzieć? Pewnie jest głośno i duszno.
— Ale ciasteczka… — westchnął żałośnie.
— W domu cię nie karmią? — gdyby mógł, Andrzej uniósłby brew. Był jednak tylko kotem, więc mógł co najwyżej machnąć ogonem z dezaprobatą. — Zawsze jak rozmawiamy, to gadasz o jedzeniu.
— Ale to ty jesteś gruby — zażartował seter.
— Jestem puszysty — udał obrażonego. — Z resztą, wy, psy, naprawdę jesteście dziwni. Zawsze macie tysiąc problemów, chcecie robić tysiąc rzeczy i… WO!
Urwał wpół zdania i podskoczył wystraszony, z trudem utrzymując równowagę na śliskiej barierce. Zjeżył się, w pełnym syczenie napięciu obserwując wyrywającego się właścicielom borzoja. Pies trzymał w pysku długi patyk, co troszkę przeszkadzało mu w jednoczesnym szczekaniu, a przy tym miał ewidentnie za dużo energii.
Mikołaj na początku również się wystraszył, ale gdy tylko zorientował się, kim jest przybysz, zadowolony zamachał ogonem na powitanie.
— Cześć Krewet! — szczeknął, a Krewet w momencie zapomniał o najeżonym kocurze i zaczął machać ogonem. Andrzej prychnął zniesmaczony.
— Czweezć Mwi-ołaj! — wybełkotał, nadal trzymając w pysku patyk, którym blokował całe przejście. Ku ogromnej uldze dwójki właścicieli, usiadł na chodniku, odpuszczając pogoń za kotem. — Fawny mwam kijjek?
— Kolejny odklejeniec — stwierdził Andrzej, nie korzystając z okazji do opuszczenia rozmowy.
— JAKI ŚWIETNY!!! — Mikołaj uważnie przyjrzał się patykowi, a raczej gałęzi trzymanej przez przyjaciela. — Skąd go masz?
— Z lasu! — dumny z siebie Krewet w końcu odłożył trzymane drzewo na chodnik. — Niosę go cały spacer! Calutki!
— I co z nim zrobisz? — spytał bury kocur tak, jakby borzoj pochwalił mu się najbardziej niepotrzebnym śmieciem. Wysoka barierka, na której siedział, patrząc na psie łby od góry, idealnie odwzorowywała jego stosunek do nich. — Zjesz?
— Położę tam, gdzie moje inne patyki! — odpowiedział z entuzjazmem. — Jestem głodny — dodał.
— Kolejny tylko o jedzeniu — prychnął Andrzej.
Niedługo później byli świadkiem niezwykłej sceny. Koło nich przeszedł człowiek, jedzący zapiekankę, z której na chodnik spadł kawałek szynki. Zanim on sam zdążył się zorientować, w kierunku leżącego mięsa zaczęła pędzić mała, brązowa kulka, testując przy tym długość smyczy. Kiedy w końcu jej krótkie nóżki doprowadziły ją do upatrzonego celu, pochłonęła go w przeciągu sekundy.
— Ci właściciele naprawdę was nie karmią? — spytał kocur, z nutą drwiny w głosie.
Brązowa kulka przydeptała w ich stronę tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to dziesięciocentymetrowe łapki. Usiadła między Mikołajem i Krewetem, wpatrując się w nich wielkimi oczami.
— Cześć, kim jesteś? — przywitał się Mikołaj, starając się brzmieć miło. Nie uzyskał odpowiedzi.
— To jest Szynka — przedstawił przybysza Krewet. — Cześć Szynka!
Szynka jednak nadal nie odpowiedziała. Wlepiła wzrok w borzoja i zaczęła się mu przyglądać. Kiedy przyglądnęła mu się wystarczająco, w ten sam sposób potraktowała pozostałą dwójkę. Nie wyglądała, jakby w tamtym momencie przez jej głowę przeszła nawet jedna, choćby najmniejsza myśl.
— Ona wie, że żyje? — spytał drwiąco Andrzej.


────
[588 słów: Mikołaj otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Blanche CD Wintera — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Winter miał nadprzyrodzony talent do pakowania się w kłopoty. Była to pierwsza i podstawowa zależność, którą należało mieć na uwadze, kiedy próbowało się utrzymać go przy życiu. Czego innego można by jednak spodziewać się po dzieciaku, który wparował do zakładu bukmacherskiego BETter, żeby ukryć się przed drakonem, który deptał mu po piętach? Większość z ich pierwszych interakcji zmuszała Blanche do odkurzenia umiejętności zdobytych w obozie, wypartych przez lata udawania zwyczajnej, płacącej podatki nowojorczanki, która wcale, ale to wcale nie miała za matkę jakiejś greckiej bogini.
Po czterech latach, wytworzeniu rodzinnych więzi i wspólnym zamieszkaniu, myślała, że najgorsze mieli za sobą. Winter był synem Chione, stanowił więc mniej atrakcyjny kąsek niż dzieciak Zeusa czy chociażby Ateny, a do tego w wieku siedemnastu lat może po prostu stawał się nudny lub zbyt silny dla potworów? Może i jego dało się wychować na porządnego, dokonującego tylko niewielkich nadużyć podatkowych (nie oszukujmy się, mowa o Winterze) nowojorczyka?
Błąd. Głośny, irytujący dźwięk towarzyszący udzieleniu niepoprawnej odpowiedzi w najgłupszym teleturnieju, jaki znacie.
Dowód numer jeden? Jedna z najbardziej niebezpiecznych substancji na świecie wybuchająca im w twarze tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś nie potrafił trzymać rączek przy sobie. Kolejne dowody zdają się w tej sytuacji niepotrzebne.
Wbrew temu, co pokazują w filmach, świat nie zaczął funkcjonować w zwolnionym tempie. A może to utrata przytomności była zbyt szybka, by Blanche mogła stać się tego świadkiem? Siła odrzutu po eksplozji posłała ją prosto na stojący nieopodal stół. Uderzenie potylicy o krawędź sprawiło, że zielone płomienie wypełniające mieszkanie zatańczyły przed jej oczami, po czym zniknęły. Nie czuła tego, jak grecki ogień smaga jej ciało. Nie było czasu na ostatnie myśli i rachunki sumienia. Była tylko ciemność.
Nie spodziewała się już obudzić, nie w tym ciele. Od lat w kieszeni nosiła dwie monety — drachmę, na wypadek, gdyby potrzebowała skorzystać z iryfonu, oraz obola, o którym nie wspominała nikomu. Drobna moneta była pamiątką z lat samotności, namacalnym wspomnieniem tego, że jeszcze niedawno, gdyby zmarła, nikt nie zadbałby o to, by jej dusza miała czym zapłacić za usługi Charona.
Tego dnia obol pozostał w jej kieszeni, tak jak jej dusza pozostała w jej ciele. Ciało to zaś piekło i swędziało niemiłosiernie, a ból w potylicy zdawał się pulsować, posyłając plamy bieli w jej pole widzenia. Nie był to jednak typ bólu, jakiego spodziewać by się można po świeżych, rozległych obrażeniach. Proces gojenia został przyspieszony. Ambrozja. Nie, raczej nektar, nim można polać oparzenia i rany.
Blanche nie musiała patrzeć na swoje ciało, by wiedzieć, że choć gojenie postępowało szybciej, urazy były zbyt poważne, by proces ten trwał zaledwie kilka chwil. Próbowała się rozejrzeć, lecz widziała tylko rozmyte kształty i wirujące kolory. Poruszające się wokół niej sylwetki odziane były w czerń i szarość, część z nich otaczał jednak błysk intensywnego pomarańczu. Otaczały ich kolorowe stelaże wypełnione szarymi, tekturowymi wieżami. Być może będąc w innym stanie, połączyłaby fakty. W tamtej chwili jednak oczy ciążyły jej zbyt bardzo, a umysł odmawiał posłuszeństwa.
Pomimo tego, że rany paliły wspomnieniem ognia, czuła zimno przenikające ją aż do kości. Myśl ta zakotwiczyła się w jej myślach, nie dając spokoju, domagając się czegoś natrętnie. Zimno... Zimą było zimno…
Winter!
Zmusiła powieki do ponownego uniesienia się. Rozchyliła usta, lecz zamiast imienia syna wydobyła z siebie jedynie ciche stęknięcie, które zniknęło w otaczającym ją zgiełku. Dzwonienie w uszach nasiliło się, a resztki energii znowu ją opuściły, tak jakby ten jeden dźwięk był heraklesowym wysiłkiem.
Nie wiedziała, ile czasu spędziła tym razem dryfując wśród ciemności, lecz gdy ponownie udało jej się otworzyć oczy, czuła się o niebo lepiej. Pomieszczenie, w którym się znajdowała, okazało się magazynem pełnym paczek. Nad nią stały dwie kobiety odziane w czerń, z rękami skrzyżowanymi na piersi i bronią u pasa. Wokół nich poruszali się mężczyźni w pomarańczowych kombinezonach.
Ze wszystkich stron złowrogo uśmiechało się do niej logo Amazonu. Wyglądało na to, że Amazonki mogły rzeczywiście mieć coś wspólnego z Amazonem…
Spróbowała wstać, lecz plan ten wziął w łeb, kiedy zrozumiała, że jej kończyny zostały unieruchomione jakimiś więzami. Strażniczki, zaalarmowane dźwiękami jej krótkiej szamotaniny, zwróciły się ku niej z nieprzeniknionymi wyrazami twarzy.
Miała zbyt mało czasu, by przemyśleć swoją reakcję. Porządne plany nie powstawały w ciągu zaledwie kilku sekund. Blanche nie lubiła działać pochopnie i bez chwili zastanowienia, jednak sytuacja, w której się znalazła, nie dbała o jej upodobania. Było w niej zbyt wiele znaków zapytania i wielkich czerwonych wykrzykników.
Odchrząknęła, próbując pozbyć się choć odrobiny dyskomfortu w gardle i suchości w ustach. Posłała strażniczkom wyważony uśmiech zarezerwowany do negocjacji z trudnymi wspólnikami. A potem przemówiła chropowatym głosem:
— Dzień dobry. Lub dobry wieczór. Niestety nie wiem, która jest godzina.
Nie otrzymała odpowiedzi. Najwyraźniej dobre maniery nie trzymały się tej dwójki.
— Dziękuję za opatrzenie moich ran — spróbowała ponownie.
— Nie przydalibyście się nam martwi — odparła sucho jedna ze strażniczek.
Użyła liczby mnogiej. A więc Winter też gdzieś tu był. On też otrzymał pomoc. Wciąż żył.
Kamień spadł jej z serca. Kiwnęła głową, przełykając gulę, która nagle pojawiła się w jej gardle. Było za wcześnie na rozklejanie się. Musiała go znaleźć i jakoś ich stąd wydostać.
Zion. Cholera, musiała też znaleźć Ziona. Intuicja podpowiadała jej, że to mogło okazać się jeszcze trudniejsze. Jakaś zwierzęca część jej osobowości kazała jej po prostu zadbać o swoją rodzinę i nie myśleć o nikim innym. Jednak czy Zion nie był również w jakiś sposób częścią tej rodziny?
Owszem, przez ostatnie lata oddalili się od siebie. Dawne uczucie, które ostatecznie nie rozkwitło w nic stałego, przerodziło się w pewną niezręczność towarzyszącą im przy każdym spotkaniu. Zion był jednak wciąż przyjacielem, kimś, na kogo wiedziała, że zawsze może liczyć. Znalazła się już w płomieniach greckiego ognia, by się tu znaleźć, musiała doprowadzić tę sprawę do końca.
— W momencie wybuchu był ze mną mój syn. Proszę, czegokolwiek od nas chcecie, czy mogłabym go najpierw zobaczyć?
Nie wiedziała, jaka część desperacji w jej głosie była wymuszoną przez sytuację koniecznością, a jaka — zupełnie szczera. Martwiła się o Wintera, prawdopodobnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedziała, że razem poradzą sobie lepiej niż osobno, bez względu na to, jak potoczy się reszta tej sytuacji.
O dziwo, to wystarczyło. Więzy na jej nogach zostały przecięte, lecz te na nadgarstkach wciąż wpijały się w jej skórę. Dopiero podnosząc się z podłogi zauważyła, że miała na sobie inne ubrania niż te, w których wyszła z domu. Tamte zapewne strawił ogień. Nie chciała myśleć o stanie swoich włosów, wątpiła jednak, że jakakolwiek ilość nektaru czy ambrozji działała na ten typ wytworów naskórka.
Jej wygląd był teraz jednak nieistotny. Jedna ze strażniczek podtrzymywała jej ramię, kiedy szła eskortowana przez nie pomiędzy wysokimi półkami pełnymi kartonów. Jej nogi przenikały igiełki spowodowane odrętwieniem, parła jednak przed siebie z zaciśniętymi zębami.
Musiała dotrzeć do Wintera.


Winter?
────
[1103 słowa: Blanche otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 5 maja 2026

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait uśmiechnął się tylko na tę teorię Apollodorosa. Nie był pewny, czy całkiem się z nią zgadza, ale nie zamierzał też się z nią kłócić. Nie wydawało mu się, by faktycznie konkretnie wtedy się spotkali. W każdym razie tak, by rozmawiać, zamienić więcej niż kilka słów. Miał wrażenie, że wtedy lepiej by go pamiętał, ale też przecież nie mógł być tego pewny.
Był tylko pewny, że kojarzył jego imię z obozu. Było to bardzo mało informacji, a jeśli faktycznie spędził tam tylko krótki moment, to równie dobrze ktoś inny mógł o nim mówić.
Chait miał wrażenie, że zaczyna to analizować trochę za bardzo. Jakby było to faktycznie coś bardzo istotnego.
– A poza tym, długo byłeś w obozie? – zapytał Apollodoros, kiedy w końcu podnieśli się z miejsc i powoli ruszyli ku zejściu. No tak, jakimś cudem do tej pory uniknął bardziej szczegółowej rozmowy na temat samego obozu.
Chait zastanowił się chwilę, odchylając głowę do tyłu i przez moment obserwując niebo. Dopiero zaczynało się ściemniać, a słońce dalej raziło w oczy. Wspomnienia z obozu wracały tylko przy takich rozmowach, a naprawdę starał się ich unikać. Nie był pewny, czy w ogóle jest o czym mówić.
– Kilka lat? – odpowiedział, chociaż brzmiało to bardziej jak pytanie. – Ale często spędzałem tam więcej, niż tylko wakacje, więc trochę mi się to wszystko rozmywa. Nie wiem, czy gorsze było mieszkanie w mieście, czy z innymi dzieciakami. – Uśmiechnął się tylko trochę zbyt kwaśno.
I zaraz skarcił się za to w myślach. Poczuł się jak idiota (był idiotą), kiedy Apollodoros spojrzał na niego z zainteresowaniem.
– Nie, żeby to było coś poważnego – wytłumaczył szybko. – Obóz miał ten plus, że nie trzeba było martwić się o szukanie mieszkania. Tutaj coś próbuje nas zeżreć i jeszcze musimy za to płacić, tam przynajmniej byliśmy tylko tanią siłą roboczą.
Chciał, żeby zabrzmiało to jak żart, ale żaden z nich nie wydawał się przekonany. Miał wrażenie, że Apollodoros wygląda na zmartwionego. Zestresowało go to nieco bardziej, niż powinno.
Przystanęli przy zejściu do metra, obok barierek. Chait szybko odwrócił wzrok, gdzieś w stronę ulicy opanowanej przez morderczą agentkę nieruchomości. Z tyłu głowy pojawiły się wątpliwości, które do tej pory starał się ignorować, skupiając się na rozmowie ze znajomym.
Czy dobrze zrobili, tak zwyczajnie uciekając? Tak długo, jak potwór pozostawał żywy, tak długo stanowił zagrożenie dla innych półbogów. Czysto statystycznie niewielu półbogów dożywało pełnoletności i ogólnie wieku, w którym mieliby mierzyć się z poszukiwaniem własnego mieszkania. Z drugiej strony, Chait zdążył przecież poznać wielu mniej i bardziej dorosłych, którzy te statystyki psuli. Jeszcze z trzeciej strony, w pewnym momencie w sidła potwora mógł trafić jakiś dzieciak, wepchnięty w szpony niebezpieczeństwa przez własnego, nieświadomego niczego rodzica. Skończy się tragedią, w której ktoś straci kogoś bliskiego. Ile takich historii poznał w Obozie Herosów? Ile ich słyszał, kiedy odwiedzał Obóz Jupiter?
Zaczął nerwowo stukać palcami o metalową barierkę. Czy to była jednorazowa sytuacja? Czy jakaś przemyślana taktyka?
Może powinien pomóc Apollodorosowi dostać się w bezpieczne miejsce, a potem samemu wrócić? Nie zamierzał narażać znajomego, nie miał do tego prawa. Ich rozmowa o Obozie Herosów, pochodzeniu i przeszłości nagle wydała się bardzo mało znacząca. Chait i tak już wcześniej powinien się domyślić, kim jest Apollodoros, czy to ze względu na specyficzne imię, które już przecież skądś kojarzył, czy ze względu na jakieś inne oczywiste wskazówki, które jakimś cudem przegapił.
Byłby o to na siebie zły, gdyby nie miał do tego innego, dużo ważniejszego powodu.
– Coś się stało?
Wrócił wzrokiem do Apollodorosa, znowu zmuszając się do uśmiechu. Pokręcił delikatnie głową.
– Nie, nie. Wszystko okej.
Nie mógł nic z tym zrobić, przynajmniej teraz. Musiał poczekać, aż się rozdzielą. Zaczął już analizować, czy będzie w stanie dostać się tam tęczą, czy potwór dalej tam będzie, czy po tak długim ignorowaniu treningów będzie w ogóle w stanie cokolwiek z tym zrobić.
Jeśli tam zginie, to nikomu nie pomoże.
Zaczął wybijać rytm jeszcze szybciej, skacząc wzrokiem między Apollodorosem a tym bliżej nieokreślonym punktem.
– Ale wiesz – dodał bardzo szybko, nim jego milczenie mogło wydać się niepokojące. – Tułam się po pokojach i mieszkaniach do wynajęcia od lat, ale na coś takiego jeszcze nigdy nie trafiłem. Może powinniśmy bardziej uważać. Chyba było kilka bardziej sprawdzonych agencji na liście?
Jego wzrok znowu uciekł w stronę tamtej ulicy. Tylko na chwilę.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 3 maja 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

„Gdzie jest Kailey?” było takim prostym pytaniem, a jednak, gdyby Arisu nie wypowiedziała go na głos, pewnie by na to nie wpadł. Pytanie „gdzie jest Kailey?” oznaczało, że Kailey nie znajdowała się w pobliżu, a przecież cały czas była obok, o, tam, stała w parze z dziewczynką o imieniu Jessica, po tym, jak Atlas musiał na samym początku wytłumaczyć jej, że nie może trenować w trójkę z siostrami, bo jest to fizycznie niemożliwe w ich treningu. Pilnowanie ich należało przecież do ich podstawowych obowiązków, jak mieli do cholery w trzy minuty zgubić całego człowieka, metr dwadzieścia wzrostu, któremu jadaczka się nie zamykała, więc chodził jak mały alarm? W tej samej sekundzie stanęło mu serce. Myśli nie nadążały za kipiącą adrenaliną. Od razu spojrzał w tę stronę, gdzie jeszcze trzy minuty temu stała Kailey trenująca z Jessicą, ale Jessica była tam sama, wiercąc się w miejscu i próbując wykopać w ziemi dziurę drewnianym mieczykiem. Nie było Kailey. W panice przeanalizował kolejną parę. Nie było Kailey. W oddali nie widział Kailey. Obrócił się wokół własnej osi w miejscu, lustrując wzrokiem każdy centymetr Pól Marsowych, ale nigdzie. Nie. Było. Kailey.
Arisu mogła wysnuwać o Atlasie różne rzeczy; na przykład to, że jest skończonym leniem, nierobem, darmozjadem, dziadem i wrzodem (wszystkie te odpowiedzi były prawidłowe), ale jeśli chodziło o zadanie, które lubił wykonywać, to potrafił całkiem nieźle się przygotować. Szermierka nie wymagała od niego użycia mózgu. Praca z dziećmi? Sam był na podobnym poziomie intelektualnym, może tylko trochę większy i w teorii bardziej doświadczony. Nie była to jego pierwsza taka robota w Obozie Jupiter, Cherry zdarzało się mu powierzać dzieciaki pod trening, chociaż z całą pewnością nie w takiej liczbie i nie w towarzystwie Arisu. Jedyne, co musiał zrobić, to przeczytać (i zapamiętać) kilka dostarczonych mu formularzy, a kiedy Arisu tłumaczyła dzieciom, jak poprawnie ułożyć stopy do trzymania miecza, przełożyć teorię na praktykę, to znaczy: okropnie mu się nudziło, a nie miał zamiaru tego słuchać, więc przyglądał się dzieciom.
Na przykład z trojaczków od Merkurego tylko Hailey miała diastemę. Bailey miała bliznę nad brwią. Kailey…
— Kailey ma pieprzyk nad wargą — powiedział niezbyt mądrze.
W tej samej sekundzie był w stanie zobaczyć, jak na twarzy Arisu wykwita załamanie nerwowe. Zaraz jednak dziewczyna się opanowała (względnie), najwyraźniej uznając, że Atlas jej w niczym nie pomoże i jeśli zaraz czegoś nie zrobi, to Kailey zostanie zjedzona przez potwora za magiczną barierą, ALBO GORZEJ, Cherry ich zabije za tak gównianą robotę. Pochyliła się lekko nad pozostałą dwójką z trojaczków Merkurego i zapytała:
— Wiecie, gdzie jest wasza siostra?
Hailey wskazała palcem w stronę wydrążonej przez Jessicę dziury w ziemi.
— Tam była — powiedziała.
Nie, nie mogli spanikować. Ostatnie, czego im brakowało, to żeby razem z nimi spanikowała cała gromada dzieci. Jeśli jeszcze któreś dziecko zaczęłoby płakać, to Atlas chyba zacząłby krzyczeć w powietrze. Sam poprosiłby Arisu, żeby go zabiła.
Ukucnął przed Jessicą.
— Jessica, widziałaś gdzieś Kailey?
Dziewczynkę bardziej interesowała wykopana wcześniej dziura w ziemi. Usilnie rozgrzebywała ją dalej swoim butem, wszystko, żeby nie spojrzeć Atlasowi w oczy. Ewidentnie była z tych nieśmiałych dzieci, takich, które wstydziły się przed dużym, niebieskowłosym panem. Gdyby Atlas nie dobrał jej Kailey do pary, prawdopodobnie nawet nie znalazłaby sobie koleżanki.
— Poszła gdzieś — wyszeptała do grudki ziemi.
Atlas próbował nie podnieść głosu, żeby pośpieszyć ją w odpowiadaniu.
— Gdzie?
— Tam. — Nieśmiało pokazała w stronę Obozu Jupiter.
Atlas nie wiedział, czy mu ulżyło, czy spanikował jeszcze bardziej. Jeśli poszła w stronę Obozu Jupiter, znaczyło to, że nie skierowała się ani w stronę wzgórz, gdzie jakiś potwór zjadłby ją za barierą, ani w stronę Małego Tybru, więc raczej nie znajdą jej w rzece. Ale skoro poszła do Obozu Jupiter, to musiała wmieszać się w tłum ludzi, a jeśli ktoś by ją znalazł bez opieki, to dostaną podwójny opieprz. Z dwojga złego Atlas wolałby, żeby nic jej nie zjadło, ale jeśli to miało zatuszować sprawę, to–…
Arisu pociągnęła go w górę za koszulkę. Nie miała w sobie ani krztyny delikatności; to znaczy, nigdy wobec niego jej nie miała, ale jeśli Atlas wcześniej myślał, że się hamowała, to teraz zdecydowanie tego nie zrobiła. Poczuł, jak jej paznokcie wbiły się w jego ciało, kiedy szarpnęła go w bok.
— Pójdę jej szukać — syknęła do niego, na tyle cicho, żeby reszta dzieci jej nie usłyszała. Tym razem nie popełniła tego samego błędu i, chociaż mówiła do Atlasa, ani na chwilę nie oderwała wzroku od pilnowanej grupki. — Ty z nimi zostaniesz. Przysięgam, jeśli pod moją nieobecność coś im się stanie albo kolejne zniknie, to osobiście…
— Zwariowałaś? — przerwał jej. Nagle zirytowało go to, że Arisu chciała załatwić ten problem sama, chociaż oboje mieli przejebane. Dlaczego, bo uważała, że zrobi to lepiej? — Z naszej dwójki to ja jestem synem Merkurego. Bóg podróżnych, kojarzysz? Znajdę ją!
— Widziałam już twoje umiejętności orientacji w terenie w walentyn–… — ugryzła się w język — …w trakcie misji, kiedy miałeś znaleźć pole golfowe.
— To nie to samo — obronił się.
— Nie mamy na to czasu! — warknęła. — Nie mam gwarancji, że nawet nie uciekniesz!
To uraziło go do żywego, chociaż wiedział, że Arisu na palcach mogła policzyć sytuacje, w których pokazał jej, że można mu ufać. Przecież nie zostawiłby jej samej z bandą rozwrzeszczanych dzieciaków… nie, nie chodziło nawet o nią. Nie chciałby, żeby któremuś z dzieciaków pod jego opieką coś się stało.
Brak odpowiedzi z jego strony spowodował, że Arisu mogła się przez chwilę zastanowić. Przetarła czoło, jakby to miało pomóc jej się namyśleć, fuknęła dosyć wokalnie i tradycyjnie spiorunowała go wzrokiem. Z emocji nawet machnęła ręką, prawie uderzając tym samym Atlasa.
— Pójdziemy wszyscy — wysyczała.
Nie przyjmowała odmowy. Wróciła pomiędzy dzieciaki. Atlas ruszył za nią jak jej cień, nie wiedząc, czy powinien zacząć się śmiać, czy raczej zacząć płakać.
— Co to w ogóle znaczy? — zapytał ją naglącym szeptem. — Przypniesz im wszystkim smycz i wejdziesz tak o, między ludzi?
— Gdybym miała smycz, to bym cię nią udusiła, farbowany kretynie — warknęła.
Błagam, chciał powiedzieć Atlas. Błagam, skończ już moje męki na tej ziemi.
— Zmiana planów — obwieściła Arisu do gromadki dzieci. Próbowała zachować spokój, ale stojący obok Atlas wyczuwał napięcie w jej głosie. — Pójdziemy…
— Pójdziemy wszyscy na wycieczkę! — przerwał jej Atlas, zdecydowanie bardziej entuzjastycznie, chociaż po karku spływał mu pot i letnie słońce nie miało z tym nic wspólnego. — Na wycieczkę do Obozu Jupiter. Zobaczycie, jak wygląda trening legionistów, na własne oczy!
Podopieczni podekscytowali się. Jeden z dzieciaków zaczął podskakiwać w miejscu. Wymieniali się ze sobą wesołymi piskami.
— A co z Kailey? — zapytała Bailey.
— Musimy na nią poczekać! — przejęła się Hailey, marszcząc brwi zmartwiona.
— Kailey… Kailey już na nas tam czeka — wymyślił Atlas.
— To nie fair — jęknęła Bailey. — Czemu Kailey mogła iść wcześniej, a my nie?
Atlas pomyślałby raczej: czemu Kailey nie mogła być taka grzeczna jak inne dzieci, ale na szczęście nie musiał się w tej kwestii odzywać, bo Arisu zaczęła zaganiać wszystkich w formację.
— Ustawcie się wszyscy gęsiego — zakomenderowała. — Parami. Trzymajcie się za ręce, żeby się nie zgubić. Nie odchodźcie od nas! Ja będę szła z przodu, Atlas za wami — mówiąc to, posłała chłopakowi uciszające spojrzenie, póki jeszcze nie zdążył zacząć narzekać, że może to on chciał iść z przodu. — Miecze zostawcie tutaj. Wrócimy do nich jak najszybciej.
Jak najszybciej, żeby nikt się nie zorientował. Na nieszczęście Atlasa, ostatnią parą okazał się buzujący emocjami Zebulon i Kalel. Zebulon tak się wiercił, że prawie wyrywał drugiemu chłopakowi rękę ze stawów, ale kolega znosił to dzielnie.
— A będziemy mogli tam też potrenować? — zaczął serię pytań Zebulon, odwracając się do stojącego za nim Atlasa. — Będziemy mogli bić się prawdziwymi mieczami? Będziemy?! A możemy założyć prawdziwą zbroję? A czy pretor pokaże nam, jak się walczy? A czy ktoś z legionistów potrafi strzelać laserami z oczu?
Atlas miał nadzieję, że Arisu wie, jak sprawić, żeby ta jej formacja gęsiego stała się niewidzialna.


Arisu?
────
[1271 słów: Atlas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline — „So High School”

Caroline nie spodziewała się, że takie słowa kiedykolwiek przyjdą jej do głowy, ale tęskniła za liceum. Po cichu i nie do końca się do tego przyznawała, ale naprawdę tęskniła.
Nowy Jork wcale nie był aż tak przyjemnym miejscem, jakim wydawał się, kiedy przyjeżdzała tu na wakacje. Podczas każdego wyjazdu dziewięćdziesiąt procent czasu i tak spędzała w obozie, więc amerykańskie miasto wydawało jej się utopią. Kiedy tu zamieszkała, szybko zmieniła zdanie. Już pierwszej nocy zatęskniła ze przedmieściami Londynu (gdzie było ciszej), swoim domem (w którym ściany były grubsze niż w jej nowym mieszkaniu), za jedzeniem i wieloma innymi bzdetami, na które wcześniej nawet nie zwracała uwagi.
Najbardziej i tak tęskniła za przyjaciółkami. Z każdym tygodniem coraz bardziej. Kiedy przyjeżdżała tu tylko na wakacje, i tak było jej ciężko, nawet ze świadomością, że niedługo się zobaczą. Teraz nie miała bladego pojęcia, kiedy znowu spotka się z dziewczynami. Dystans, inne uczelnie i różnica czasu często uniemożliwiały im nawet dłuższe rozmowy przez telefon. Caroline była świadoma tego, że ryzykuje, kiedy siedzi na łóżku z urządzeniem w dłoni, ale była w stanie się poświęcić. Wyświetlacz pokazywał, że jest chwilę po dwudziestej trzeciej, więc w Anglii powinna być teraz godzina osiemnasta. Z tego co pamiętała, w środy Isabelle kończyła o piętnastej, a Sabrine i Alex o siedemnastej trzydzieści. Wszystkie trzy powinny być w stanie teraz odebrać połączenie. Włączyła kamerkę i wsłuchując się w irytujący dźwięk sygnału, postawiła telefon na biurku.
Kiedy Isabelle dolączyła do rozmowy, najpierw rozległ się głośny trzask i imponująca wiązanka przekleństw, a dopiero potem na ekranie pojawiła się twarz dziewczyny.
— Cześć! Sory, znowu spadł mi telefon. Muszę kupić inne, mniej śliskie etui. Ale to jest takie ładne…. Dobra, chuj. Co u ciebie? — zapytała, mniej lub bardziej skutecznie próbując oprzeć o coś telefon.
Na twarz Caroline wpłynął szeroki uśmiech. Miło było znów ją słyszeć.
— Wróciłam właśnie z bardzo nudnych zajęć o finansach. Wykładowca wygląda jakby miał ze sto dwadzieścia lat. Co najmniej. I jeździ jakimś fiatem. Czego on ma mnie nauczyć o finansach? — prychnęła, rozsiadając się na biurowym fotelu. Nie żeby był jakiś szczególnie wygodny, ale na pewno lepszy niż drewniane krzesła, w których spędzała całe dnie.
— Może chowa w garażu dwa mercedesy? Nigdy nie wiesz, co facet trzyma w garażu. — Iz wzruszyła ramionami, ponownie poprawiając telefon, żeby stał prosto. Nagle się roześmiała. — Zupełnie jak Broody! Pamiętasz tego sylwestra? Wtedy…
…Caroline miała siedemnaście lat, cztery egzaminy w przyszłym tygodniu i pełno myśli o tym, że wszystko obleje, nie dostanie się na żadne studia i skończy pod mostem. Nie była w szczególnie imprezowym nastroju, ale przecież nie mogła przesiedzieć sylwestra w domu. Matka niemal wepchnęła ją w ręce przyjaciółek, mówiąc coś o tym, że ostatnio przesadza i musi wyjść do ludzi. Więc wyszła, choć była pewna, że swoim ponurym nastrojem zatruwa zabawę wszystkim dookoła. Świetna impreza.
Niemal oblała się zawartością swojego kubka, kiedy ktoś od tyłu szarpnął się za ramię. Odwróciła się i zobaczyła Sabrine, na której twarzy mieszał się niepokój z rozbawieniem.
— Zgubiłam Alex. Iz już jej szuka. Pomóż — poprosiła, krzycząc, żeby było ją słuchać mimo dudniącej w uszach muzyki.
— Kurwa, Rina. Miałaś jedno zadanie — westchnęła Caroline, ale wyrzucając kubeczek do najbliższego worka na śmieci, ruszyła w stronę wyjścia z salonu, ciągnąc dziewczynę za sobą.
Po dziesięciu minutach poszukiwań nie mogły znaleźć już ani Alex, ani Isabelle. Jakby obie dziewczyny rozpłynęły się w powietrzu. Sabrine zaczynała panikować, Caroline była już wkurwiona i coraz częściej posługiwała się łokciami, kiedy musiała przepychać się przez bandy pijanych nastolatków. W końcu zatrzymały się pod jedynymi drzwiami, za którymi jeszcze nie szukały.
— Czy Broody mówił coś o tym, że nie wolno wchodzić do garażu? — zapytała, spoglądając na Sabrine, która wpatrywała się w drewniane drzwi z ostatką nadziei w oczach.
Kiedy pokręciła głową, Caroline po prostu przekręciła klamkę. Weszła do środka, gdzie było dużo chłodniej i ciszej, niż w pozostałych pomieszczeniach. Byłoby tu całkiem cicho, gdyby ktoś w kącie właśnie nie wybuchnął śmiechem.
Isabelle i Alex siedziały w dziecięcym basenie wypełnionym plastikowymi kulkami. Żeby zmieściły się tam obie, musiały przycisnąć podkulone kolana do klatek piersiowych. Alex trzymała w dłoni swój plastikowy kubek. Caroline musiała zamrugać kilka razy, żeby upewnić się, że sobie tego nie wymyśliła. Sabrine parsknęła urywanym, niepewnym śmiechem, czym zwróciła na siebie uwagę dziewczyn.
— O, znalazłyście nas! — powiedziała, ucieszona Isabelle, machając do nich.
Caroline nie wiedziała, czy bardziej dziwi ją pierdolony basen z kulkami, czy to, że Alex kiwa się na boki. Rzadko widywała baseny z kulkami i rzadko widywała Alex pijaną. Za to na pewno nigdy nie spodziewała się, że zobaczy pijaną Alex w basenie z kulkami. A potem się roześmiała, czując, że pewien ciężar z jej ramion właśnie opadł. Myśli o egzaminach jakoś zniknęły z jej głowy.
— Mam kilka py…
— …Pamiętam. Ciężko byłoby to zapomnieć — powiedziała, parskając śmiechem, choć uśmiech na jej twarzy przyjął zdecydowanie zbyt nostalgiczny wyraz.
Zerknęła na ekran telefonu, kiedy przyszło jej powiadomienie. Alex pisała, że jej i Sabrine wypadły dodatkowe zajęcia i nie mogą teraz rozmawiać.
Caroline oddałaby w tej chwili naprawdę wiele, żeby na chwilę cofnąć się w czasie.


────
[828 słów: Caroline otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Lotus — „Kto chodzi na chemię ten się w cyrku nie śmieje”

4 LATA TEMU

— Frances, powiesz nam wszystkim jaka jest odpowiedź na pytanie czwarte?
Dziewczynka jeszcze przez kilka chwil wlepiała wzrok w puste strony swojego zeszytu, zanim zorientowała się, że tamte słowa skierowane były do niej. Czasami zapominała, że ma pierwsze imię. Naprawdę chciałaby, żeby taki stan się utrzymał, ale najwidoczniej nie wszyscy byli gotowi jej na to pozwolić.
— Lotus. Proszę pani — poprawiła kobietę, w ostatniej chwili dodając do swoich słów zwrot grzecznościowy. Ciągle ją upominali, że o tym zapomina, no ale bądźmy szczerzy - po co to komu potrzebne?
— Po raz kolejny przypominam ci, panno Wright, że będę się do ciebie zwracać zgodnie z tym, co mam zapisane w dzienniku. I proszę, tym razem bez dyskusji — powiedziała nauczycielka znudzonym głosem, niemalże przewracając oczami.
Lotus już dawno utwierdziła się w tym, że nie znosi tej baby. Może miało to coś wspólnego z tym, że na ponad połowie zajęć musiała użerać się z jej irytującą córką. Nawet nie potrafiła stwierdzić, kto jest gorszy - matka, czy córka. Kobieta była niemiła dla ogółu klasy, ale Lotus miała wrażenie, że jej nie lubi w jakiś szczególny sposób. Nie umiała znaleźć na to żadnego racjonalnego powodu; może chemia nie była jej ulubionym przedmiotem, ale oceny miała przeciętne, nigdy nie przeszkadzała na lekcjach i za każdym razem mówiła tej starej prukwie dzień dobry na korytarzu. Odkąd zrozumiała, że kobieta raczej nie darzy jej sympatią, starała się nawet trochę podciągnąć, ale nie przyniosło to żadnego efektu. Z jej pracami tak czy siak zawsze coś było nie tak, a nauczycielka wcale nie stała się bardziej Lotus przychylna. Wytrzymała ze dwa miesiące takiej pracy i zwyczajnie się poddała. Stwierdziła, że ma babę kompletnie w poważaniu.
Jedynym momentem, w którym stawała kantem było nazywanie jej pierwszym imieniem. Czy prosiła naprawdę aż o tak wiele? To przecież nie było tak, że imię Lotus sobie wymyśliła i nakleiła sobie na piersi plakietkę z napisem "Mam na imię Lotus", żeby wszystkie dzieci się tak do niej zwracały. Nie, imię było we wszystkich jej dokumentach niemal na równi z pierwszym. Nie rozumiała więc, skąd brał się ten irracjonalny konflikt. Może kobieta po prostu chciała zrobić jej na złość. Wcale by jej to nie zdziwiło.
— Odpowiedź na czwarte pytanie, Frances — powtórzyła dobitnie nauczycielka, zakładając ramiona na piersi.
Lotus wzięła jeden, ale bardzo długi i głęboki wdech. Na język cisnęło jej się wiele słów, które jednak niewiele miały wspólnego z zadanym jej pytaniem. Jedyną rzeczą, która ją powstrzymywała było to, że nie chciała, żeby matkę znowu wezwali do szkoły. Pracowała i nie miała czasu na te bzdety. Więc Lotus się powstrzymała.
— Nie znam odpowiedzi na pytanie czwarte, proszę pani — odpowiedziała najgrzeczniejszym tonem, jaki potrafiła z siebie wykrzesać.
Niemal mogła przysiąc, że widziała, jak kąciki ust kobiety drgnęły. Głupia, stara raszpla.
— Niedobrze — skwitowała jedynie i zaczęła pisać coś w laptopie.
Matkę pewnie jednak wezwą do szkoły, ale bliżej końca semestru, kiedy okaże się, że Lotus będzie musiała zaliczyć przedmiot. Na powrót spuściła wzrok i zaczęła się machinalnie bawić śrubką, która wystawała z górnej części nóżki stolika. Jakby miała odrobinę dłuższe paznokcie, to z łatwością by ją wykręciła. Myśl ta była kusząca, ale i tak cokolwiek złego nie stałoby się w tej sali, podejrzenia od razu padały na Lotus. Częściowo dlatego, że w tej klasie była wyjątkowo nielubiana, a częściowo dlatego, że rzeczy w jej otoczeniu faktycznie wyjątkowo często się psuły. A raczej były po prostu rozkładane na części pierwsze i składane z powrotem z dodatkami, które często nie spełniały oczekiwanej funkcji. Co Lotus mogła poradzić na to, że to wszystko było tak nudne, a ona naprawdę nie umiała siedzieć i nic nie robić? Jej ostatnią ofiarą był kalkulator koleżanki. Kiedy z nim skończyła, każdy przycisk pełnił inną od pierwotnej funkcję, a po dziesięciu minutach kompletnie przestał działać. Po tamtej sytuacji nikt już z Lotus nie siadał i nie chciał jej pożyczać rzeczy.
Chociaż siedziała w rogu sali, najdalej od drzwi jak tylko mogła, kiedy zadzwonił dzwonek, pierwsza znalazła się na korytarzu. Nie miała zamiaru przebywać w jednym pomieszczeniu z tą durną babą ani sekundy dłużej, niż naprawdę musiała.


────
[666 słów: Lotus otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]