Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Goopya Peezda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Goopya Peezda. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2026

Od Theodore'a CD Edel — „Goopya Peezda”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Kłąb myśli i uczuć szamotał się po głowie Theodore'a, a on nie do końca był w stanie je rozdzielić. Smutek, bo w końcu ktoś przecież umarł. Strach, bo w ciągu ostatniej godziny po raz pierwszy w życiu zobaczył zwłoki i musiał spieprzać przed amfisbeną. Wstyd, bo nie udało im się zabrać stamtąd ciał ofiar. Złość, bo nie potrafił przejść nad tym, że dla herosów to było w pewnym sensie normalne. Może i część z nich dożywała dorosłości, ale przecież był świadomy tego, że niemal każdy z nich potwierdzi, że blisko zetknął się ze śmiercią. Nie spodziewał się jednak, że gdy w końcu padnie kolej na niego, aż tak bardzo nim to wstrząśnie. W końcu przecież ciągle oglądał umierających ludzi w telewizji. Czytał nekrologi. Jego matka pracowała w szpitalu, do cholery. Temat śmierci nigdy nie był mu obcy. A jednak gdy w końcu stanął z nią twarzą w twarz, niemal zmiotło go to z nóg.
Złość jednak miała do siebie to, że szybko się w nim wypalała. Wściekał się, a potem stwierdzał, że to wszystko było bez sensu. Poza tym, z jego wybuchów złości nigdy jeszcze nie wynikło nic dobrego. Naprawdę wiele wymagało od niego przypomnienie sobie, że przecież miał się już nie wściekać, że obiecywał coś mamie i że musi być mądrzejszy i nie powielać swoich gówniarskich wybryków. Nawet jeśli miał ochotę teraz wykłócać się z każdym, kto mu się napatoczy. Nawet jeśli to wszystko było tak kurewsko niesprawiedliwe.
— Theo?
Zamrugał kilka razy i uświadomił sobie, że już przez dłuższą chwilę wpatrywał się w skrawek ściany gdzieś za biurkiem Vergila, zaciskając dłonie w pięści. Przeniósł wzrok na Edel, bo to jej głos usłyszał. Razem z pretorem stała już przy drzwiach; najwyraźniej Theodore zawiesił się bardziej, niż podejrzewał. Patrzyła na niego z ostrożnym zmartwieniem, ale jednocześnie widział, że z trudem udaje jej się nie zamknąć oczu. Czasami w ferworze emocji zapominał, że im bardziej daje się porwać, tym mniej nad sobą panuje. Co oczywiście skutkowało tym, że wszyscy znajdujący się dookoła niego nagle zaczynali niemalże zasypiać na stojąco. Wypuścił powietrze przez nos i starał się nad tym zapanować, bo nie chciał, żeby na zwieńczenie tego wszystkiego Edel przywitała się twarzą z podłogą.
— Zostań w obozie, co? — wtrącił Vergil. — Sprawdź, czy nie trzeba pomóc dzieciakom na Polu Marsowym, a my to ogarniemy.
Jakaś niewielka cząstka Theo miała ochotę się kłócić, ale jej protest został bardzo szybko zduszony. W tym wszystkim nie chodziło o niego i chociaż wciąż nie rozumiał wielu rzeczy, nie miał zamiaru niczego dłużej utrudniać. Ciała tych obozowiczów musiały zostać zabrane z labiryntu i tak naprawdę to wcale nie chciał być jednym ze szczęśliwców, którym to zadanie przypadnie. Nie chciał znowu tego oglądać, a na pewno nie tego samego dnia. W pewnym sensie był wdzięczny Vergilowi, że go oddelegował.
W odpowiedzi skinął sztywno głową, ale po chwili się zreflektował i wymamrotał pod nosem coś, co brzmiało jak „dobrze, tak zrobię”.
— Przepraszam, że na ciebie naskoczyłem — mruknął do Edel, kiedy mijał ją w drzwiach, w ogóle na nią przy tym nie patrząc.
Była dla niego miła, a on jak zwykle zachował się jak gnojek. Klasyka gatunku.
Biorąc kolejny głęboki oddech, skręcił w stronę Pól Marsowych. Może przynajmniej tam uda mu się zrobić coś pożytecznego.


Koniec wątku Theodore'a i Edel.
────
[534 słowa: Theodore otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 21 maja 2026

Od Edel CD Theodore'a — „Goopya Peezda”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Wkroczywszy do biura, Edel nie ma pewności, czy nie przyłapali pretora na nielegalnej przerwie od pracy (albo zupełnie legalnej, po prostu przerwie). Wielce niekompetentny przywódca Obozu Jupiter powoli podnosi głowę znad półmiska fasolek wszystkich smaków, którymi wciąż bezwiednie się bawi, przetaczając je między palcami.
– Och. Edel. – Vergil uśmiecha się lekko, co Edel zawsze odbiera tak samo: pretor próbuje jakoś sprawić, żeby tak się nie stresowała i nie bała się z nim rozmawiać. – I Theodore. Cześć.
– Masz chwi- Znaczy. To sprawa niecierpiąca zwłoki – zaczyna Edel, porzucając swoją postawę totalnego people pleasera, której czasem się ugina. Zamiast kontynuować, musi na moment przerwać i ukryć potężne ziewnięcie za dłonią.
– Haha. Zwłoki – gorzko prycha Theodore.
Vergil, zdezorientowany przez słowa chłopaka, gubi gdzieś uśmiech, marszczy brwi i wbija w niego spojrzenie, które tak samo, jak może być zaciekawione, może być również zmartwione (po nim to zawsze trudno poznać). Druga opcja zdaje się bardziej prawdopodobną, zwłaszcza uwzględniając zawiły mechanizm Obozu, który głównie opiera się na jego barkach.
– Przepraszam. I, no, tak, znaleźliśmy zwkłoki – kontynuuje Edel, odchrząknąwszy po przydługim ziewnięciu. Zachowanie choćby minimalnego profesjonalizmu w tak sennej atmosferze powoli staje się dla niej zadaniem niemożliwym do wykonania. – W labiryncie, dwójka obozowiczów, czwarta kohorta… i, no, ee…
W gabinecie na moment zapada cisza, a Edel od razu zaczyna sobie wyrzucać, że przecież mogła ująć to w lepszych słowach. Obcując ze śmiercią prawie na co dzień, już powoli zapomina, jak poważny jest ten temat; że nie można po prostu wparować do kogoś i z dumą powiadomić go o czyjejś śmierci. Dziewczynie nie wydaje się, że Vergil przyjaźnił się z tamtą dwójką, ale szok i smutek (jeśli Edel dobrze interpretuje jego mimikę), jakie zagościły w jego oczach podobne są do emocji kogoś, kto stracił brata.
Możliwe, że jej się wydawało. Albo Vergil dość szybko poskładał się do kupy.
– To, ekhem, w takim razie… – Głos załamuje mu się już przy pierwszym słowie. W pośpiechu przerzuca zgromadzone na blacie papiery, prawie przewracając swoją ogromną misę pełną fasolek. – Zaraz… ich… Trzeba ich tutaj przynieść, bo rozumiem, że. Że się nie udało. – Edel mogłaby zwalić to na nerwowe przeszukiwanie biurka, ale nie może otrząsnąć się z wrażenia, że Vergil aktualnie robi wszystko, byleby nie patrzeć ani na nią, ani na Theo.
– Oni umarli – wtrąca się Theodore, skupiając na sobie wzrok centurionki. Chłopiec wbija oczy w Vergila, jego zaciśnięte pięści drżą, głos przesiąknięty jest… Edel trudno to określić, bo taka ilość goryczy i wściekłości nie pasuje jej do drobnej postaci bladego chłopaka.
Powietrze staje się ciężkie jak w niewietrzonej od pięciu godzin sali lekcyjnej, a centurionka nagle stwierdza, że jeśli nie wypije litra espresso, to zaraz padnie na ziemię jak sim z wyzerowanym paskiem energii. Vergil przestaje trzaskać szufladami i chwilę zajmuje mu uniesienie się, spojrzenie na Theodore'a i skryciu się w milczeniu miny ojca, który nie wie, jak powiedzieć swojemu dziecku, że jego chomik w nocy postanowił umrzeć w najdziwniejszy sposób na świecie.
– Tak, umarli – mówi Edel, próbując przybrać przy tym jak najdelikatniejszy ton głosu. Wydaje się, że jej słowa nie podobają się ani Vergilowi, ani Theodore'owi, a dziewczyna czuje nieprzyjemny dreszcz wywołany przez nagłą falę wstydu. – Zajmujemy się tym właśnie – dodaje, kopiąc sobie jeszcze głębszy grób.
– Mówicie o tym, jak… Nie wiem, sucho! Jakby, jakby to był nikt ważny, jakby oni…
– Theo, nie możemy dla nich nic więcej zrobić – przerywa mu centurionka i waha się przed dobraniem następnych słów.
Nie wystarczyłoby przyznanie, że też chciałaby móc krzyczeć, płakać i popaść w stan ogólnej rozpaczliwej desperacji, bo z każdym dniem coraz trudniej jest jej odnaleźć kolejne kojące wyrzuty sumienia kłamstwo. To nieodpowiedni moment na elaboraty o okresach bez śmierci będących zbyt krótkimi przerwami pomiędzy pogrzebami, na eseje o statystycznej ilości nieudanych misji i straconych ludziach,. Z rozmów o czasie kochania i umierania, przemijalności życia i byciu półbogiem nazbierała już tyle przydatnego materiału, że gdyby zebrała się w sobie, to napisałaby potężną pracę naukową na ten temat.
Wpatrując się w wykrzywioną złością twarz chłopaka, Edel zamiast czuć się osaczona albo zwyczajnie smutna, że on też musi to przeżywać, próbuje nie zamknąć oczu na sekundę zbyt długo. Odszukiwanie poprawnych słów przypomina grzebanie w wypełnionej gęstą watą poduszce, w której, oprócz oplatającego palce puchu, nie ma nic.
– Posłuchaj, chciałeś tu przyjść i zeznawać – po trochę zbyt długiej przerwie zwraca się do Theodore'a tonem, który podłapała od swoich nauczycielek. – Teraz jest czas na to. Będziemy ich opłakiwać, gdy wreszcie odzyskamy ich ciała i wyprawimy pogrzeb, a nie w momencie, kiedy jesteśmy w… w kropce. Tak, możesz czuć frustrację, to jest naturalne, ale jeśli masz utrudniać sprawę, to muszę cię poprosić o wyjście.
– Czemu wy… nie, TY, ciągle mówisz o tym w ten sposób? – Theodore przenosi wzrok z Edel na Vergila, szukając ratunku w pretorze, zapewnienia, że to dziewczyna jest w błędzie i powinna stanąć w kącie, żeby poważnie zastanowić się nad swoim zachowaniem.
– Edel, Theo, to chyba nie jest najlepsza pora na kłótnie? – delikatnie sugeruje Vergil. – Ale. Tak, Edel, nabrała… większego dystansu. Do tej sprawy. I to, co czujesz, Theo, jest jak najbardziej uzasadnione. Tylko w każdej takiej sytuacji potrzebujemy kogoś, kto… zająłby się tym z zimną krwią, rozumiesz?
Theodore kiwa głową, wciąż z nieco naburmuszoną miną. Edel uśmiecha się niezręcznie, niepewna, czy ma teraz wyjść, czy wciąż zawracać wszystkim głowę.
– W labiryncie. Przy nich. Jest amfisbena – decyduje się odezwać.
– Potrzebnych będzie paru legionistów do pomocy. Najlepiej doświadczonych. Chodźcie, zwerbujemy kogoś – instruuje ich Vergil, tonem zdeterminowanego rodzica, który próbuje uratować swoje dziecko z opresji.


Theodore?
────
[899 słowa: Edel otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 17 lutego 2026

Od Theodore'a CD Edel — „Goopya peezda”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Theodore nie był w stanie stwierdzić, jak się czuł.
Z jednej strony miał wrażenie, że wszystko w nim się gotuje. Czuł, jak krew wrze mu w żyłach i zachęca do działania, do wzięcia spraw w swoje ręce i zrobić to, czym powinien zająć się ktoś inny już dawno, dawno temu. Nie rozumiał, jak można wpaść na dwa trupy (przecież to równie dobrze mógł być on, to były dzieciaki w jego wieku, mieli na sobie takie same koszulki jak on, pewnie mieli przyjaciół i rodziny, do których mieli wrócić, na pewno mogliby żyć jeszcze długo, dlaczego musieli umrzeć?) i przejść obok tego tak obojętnie, jakby to była normalna sytuacja. Czuł się tak, jakby zrobił coś obrzydliwego, przez co zasługiwał jedynie na zesłanie do Hadesu. Było mu niedobrze i przez chwilę jedyną myślą w jego głowie było to, żeby nie zwymiotować Edel na buty. Nie wiedział, dlaczego w ogóle zaproponował, że pójdzie z nią do Vergila, bo najchętniej zmywałby teraz z siebie ten smród w łaźni, szorując skórę tak długo, aż pozbędzie się wszystkich pozostałości tego dnia. Denerwowało go to, że centurionka próbowała go ugłaskać jak dzieciaka, któremu nikt nie chce kupić lizaka.
Emocje buzowały w nim na tyle, że zaczął się ich bać. Już od dawna się tak nie czuł. Od dawna nie pozwolił sobie się tak czuć. Nie miał pojęcia, gdzie podziała się cała ta jego cudownie działająca samokontrola, na której tak polegał. Nie wiedział, jak sobie z tym radzić, i to było najgorsze.
Z drugiej strony czuł się wyblakły. Jakby stracił coś, czego do tej pory nie zauważał, choć było to coś naprawdę ważnego. Chciał zrobić coś, cokolwiek, ale nie miał pojęcia, co mogłoby to być. Był tylko głupim legionistą, z niezbyt długim stażem, którego najważniejszym obowiązkiem było w tej chwili nieopuszczanie treningów. Nie brzmiało to jak coś, co mogłoby zmienić coś, co ma jakiekolwiek znaczenie. Ta świadomość sprawiła, że jego ramiona opadły, a gniew powoli go opuszczał, jakby strawił już wszystko, co mógł znaleźć. Miał wrażenie, że nie czuje nic. Słowa dobiegające zarówno zza drzwi, jak i ze strony Edel, nagle przestały go obchodzić. Po co miał się nimi przejmować, skoro i tak niczego nie wnosiły?
Kręciło mu się w głowie na tyle, żeby co jakiś czas musiał na chwilę zamknąć oczy i głębiej odetchnąć. Może z powodu intensywnego biegu, szoku albo tego, że w tym momencie nieświadomie korzystał ze swojej mocy intensywniej, niż powinien. Widział, że Edel zamykają się oczy i zaczyna ziewać, ale nie wiedział, jak to powstrzymać. Zabawne; myślał, że już całkiem nieźle panuje nad tą dziwną stroną siebie. Najwidoczniej dzisiaj był dzień uświadamiania Theodorowi jak mało jest tak naprawdę w stanie zrobić.
— W każdym razie, jeśli macie do naszego pretora jakąś poważną sprawę, to i tak wam nie pomoże. Jest niekompetentny. Znacie to słowo? N-i-e-k-o-m-p-e-t-e-n-t-n-y. Zupełnie jak… — mówił Izan, wypinając pierś, żeby wyglądać na potężniejszego niż Edel, choć tych czterech centymetrów różnicy nie potrafił nadrobić.
To wybudziło chłopca z otępienia. Uniósł wzrok na mężczyznę, na widok którego na usta cisnęło mu się kilka niezbyt pochlebnych słów, ale uznał, że to i tak nie ma większego znaczenia. Przetarł oczy.
— Niestety musimy porozmawiać z Vergilem, więc jeśli mógłbyś zejść z przejścia, to byłabym bardzo wdzięczna — próbowała go grzecznie spławić Edel, choć zmęczenie wyraźnie odznaczało się na jej twarzy.
Izan próbował stłumić ziewnięcie. Takie czyny nie sprzyjały dostojnemu ambasadorowi.
— Nie wolicie porozmawiać ze mną? Jestem pewien, że mogę wam pomóc… Lepiej. Na pewno lepiej, niż Vergil. Co wy na… to? — Przerwał ziewnięciem. — No co jest, kurwa? Za słabą kawę mi dzisiaj zrobili. No, to jak?
— Mam do zgłoszenia znalezione zwłoki. Pomożesz? — zapytała w końcu Edel, której najwidoczniej zabrakło już cierpliwości, co wraz ze zmęczeniem nie było najlepszą kombinacją.
— Oj, no wiesz, od tego specem akurat jest Vergil — bąknął mężczyzna, drapiąc się po karku. — A ja akurat mam teraz bardzo ważne spotkanie. Poradzicie sobie sami, dzieciaki? Powodzenia.
Zdołał odejść bardzo szybko, biorąc pod uwagę fakt, że zamykały mu się oczy. Edel przetarła twarz dłonią, zanim zapukała do drzwi, którymi dopiero co trzasnął Izan.
— Proszę. — Usłyszeli stłumiony, zawczasu poirytowany głos zza drzwi.
Theodore zastanawiał się, czy może jeszcze się wycofać. Niestety, chyba już było na to za późno, bo zanim się obejrzał, znajdował się w pretorskim biurze. Przymknął oczy. Tym razem po to, żeby skupić się na nie usypianiu wszystkich dookoła. Nie chciał, żeby pretor znowu padł przy nim jak pretor, a ta sytuacja bardzo temu sprzyjała. Najwidoczniej niestabilność emocjonalna wcale mu nie służyła.


Edel?
────
[748 słów: Theodore otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 24 listopada 2025

Od Edel CD Theodore'a — „Goopya peezda”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Echo ich kroków odbija się od ścian labiryntu, a ona słyszy ten brzęczący w uszach dźwięk o wiele głośniej, niżby chciała. Jej nogi drżą podczas biegu, w którym tak bardzo stara się nie zgubić kroku, że prawie zapomina o wykrzykiwaniu kierunków kolejnych skrętów do Theodore'a. Chłopiec prędzej zaprowadziłby ich w sidła Arachne, niż dałby radę znaleźć choć jedno w miarę bezpieczne miejsce w labiryncie.
Edel nie może wiedzieć, że zagrożenie minęło. Ogląda się za siebie, żeby sprawdzić, czy na pewno nie goni ich zraniona amfisbena, czy na pewno nie podąża za nimi coś innego. Próbuje analizować ledwo słyszalne dźwięki, a podczas krótkich spotkań jej stóp z podłogą próbuje odnaleźć w niej choćby ślad drżenia od ciężkich kroków czegoś. Suchość w gardle zaczyna jej doskwierać dopiero wtedy, gdy dostrzega jasne światło wyjścia z tunelu. Wreszcie pozwala sobie na rozluźnienie uchwytu na kieszonkowym zegarku, po czym staje przy ścianie, żeby oprzeć dłonie na kolanach i pochylić się do przodu, niemal będąc zaskoczoną, jak trudno jest jej złapać oddech.
– I to jest niby bezpieczne do poruszania się? – pyta Theodore z dość słyszalnym wyrzutem, wskazując na wejście do labiryntu tuż za ich plecami.
Edel nigdy nie powiedziałaby, że to wina głupich i niedoświadczonych legionistów, że akurat zignorowali wszystkie znaki i skręcili w złą stronę, bo z własnego doświadczenia wie, jak poruszanie się po labiryncie jest nielogiczne dla początkujących. Trudno powiedzieć, kiedy robisz się w tym dobry — pewnie wtedy, gdy dostrzegasz błędy innych i potrafisz wyliczyć je na palcach.
– Nikt nigdy nie powiedział, że jest bezpieczne – stwierdza Edel, zastanowiwszy się nad tym przez moment. – Raczej, że to najbardziej efektywne i najbliższe teleportacji, więc można zaakceptować ryzyko.
– Zaakceptować ryzyko? Oni tam… Oni nie mieli już nic więcej do zaakceptowania!
Cisza, która zapada między nimi w dziwny sposób gryzie Edel w uszy. Nie ma na to dobrej odpowiedzi, oni nie żyją, tak jak wiele innych herosów. To są realia, których, jak widać, Theodore jeszcze nie zdążył zaakceptować. Edel nie orientuje się, ile dokładnie czasu spędził w Obozie, ale patrząc na to, że jeszcze niedawno widziała zawieszkę in probatio na jego szyi, to nie może nawet przypuszczać, że jest we wszystkim dobrze obeznany. Im dłużej się tutaj siedzi, tym widmo śmierci staje się coraz bardziej realne, coraz niżej pochyla się nad ramionami, aż niespodziewanie łapie cię w najmniej spodziewanym momencie. Ciągłe pogrzeby dzieją się w tle zwykłego obozowego życia, nagle przychodzenie na nie w odświętnych togach staje się niemiłym obowiązkiem. Koniecznością, z którą nie wiąże się więcej emocji, dopóki zmarły nie był kimś, z kim zamieniło się więcej niż parę słów.
Jego miejsce i tak niedługo wypełni kolejny dzieciak, który jeszcze nie będzie wiedział, jak łatwo w tym świecie stracić życie.
– Zaraportuję to pretorowi – stwierdza Edel. – Byli z czwartej kohorty, oni tam wewnątrz sprawdzą, kogo brakuje.
– Powinni zrobić to już dawno.
– Może mieli iść do domów. – Wzrusza ramionami. – Słuchaj, wiele jest historii, wiele jest zaniedbań, ale… po prostu musisz to zaakceptować.
– Potrafisz postawić siebie na ich miejscu? – wścieka się Theodore. – Leżącą gdzieś tam, od paru dni, może tygodni, i nikt o tobie nie pamięta? Albo twojego przyjaciela? Albo…
– Tak – ucina Edel, patrząc prosto w twarz chłopca. – I nawet nie wiesz, jakie to czasem męczące.
Odprowadza Theodore'a do Obozu, przez większość czasu ze sobą nie rozmawiają. Gdy mają się sucho pożegnać, chłopiec zabiera głos:
– Nie weźmiesz mnie ze sobą jako jakieś świadka zdarzenia? Czy coś?
– Yy. – Zaskakuje ją. Raczej nie spodziewała się, że Theodore chce dodać coś od siebie w tej sprawie. Widziała go bardziej w roli osoby, która chce sobie odpocząć i może pobić poduszki, żeby poczuć się trochę lepiej. – Jeśli bardzo chcesz, to… nie widzę przeszkód…?
Chłopiec kiwa głową i potem w milczeniu podąża za nią obozowymi ścieżkami w kierunku pretorium. Cisza między nimi jest tak grobowa (haha), że Edel bardziej skupia się na jej nacisku na jej myślach, niż nad tymi myślami, które postanawiają wędrować coraz dalej i dalej w zapoczątkowanym przez Theodore'a temacie. Próbuje odgonić od siebie poczucie, że wcale nie powinna aż tak przyzwyczajać się do śmierci. Odrzucić czasem profesjonalizm, okazać więcej zmartwienia, paniki, smutku, szoku, że właśnie zobaczyła ludzkie trupy. Przestać w głowie porównywać jego padliny znalezionej na skraju drogi, która też nie jest niczym szczególnym w codzienności każdego śmiertelnika.
Powinni ochraniać legionistów, powinni próbować utrzymać ich przy życiu najdłużej, jak byli w stanie. Edel chciałaby wciąż potrafić układać w głowie scenariusze, w których jest w stanie komuś pomóc. Jakimś cudem znajduje się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, jest w stanie zasłonić legionistów swoim ciałem, a w najgorszym wypadku zginąć za nich, żeby oni mogli dorosnąć i wyjść z Obozu z przeczuciem, że naprawdę udzielono im tam pełnej ochrony. Chciałaby wciąż potrafić wyrzucać sobie, że nie zdążyła na czas, że powinna być lepszą centurionką dla legionistów, którzy za życia być może mieli problemy z przypomnieniem sobie jej imienia. O wiele łatwiej było uznać, że przecież nie jest w stanie być wszędzie o każdej porze, że nie może byc wiecznie do czyjejś dyspozycji.
Nie chciała zupełnie zobojętnięć. Raczej nigdy tego nie zrobiła, tylko wmawiała sobie, że się nie przejmuje. Zawsze łatwiej było jej odsunąć od siebie negatywne emocje, żeby zanurzyć się w tym, co powinna zrobić dobra centurionka. Zaraportować u pretora, napisać przemówienie na pogrzeb, pojawić się na nim ze schludnie ułożonymi włosami i opowiedzieć o bohaterstwie zmarłych dzieciaków z jej kohorty. Potem i tak łapała się na tym, że skórki przy jej paznokciach są tak rozdrapane, że nie może chwycić ołówka bez poczucia ukłucia bólu.
Przed drzwiami pretorium bierze głębszy wdech, na szybko odgarnia roztrzepane i posklejane w grube kosmyki włosy, ociera wciąż lepkie od potu czoło. Prostuje się niemal na baczność przed ostrożnym zapukaniem do biura Vergila, ale powstrzymuje ją cichy szum słów, który jest w stanie usłyszeć przez drewno. Theodore patrzy na nią ze zmarszczonymi brwiami, pewnie nie rozumiejąc, czemu po prostu nie wchodzą.
– Ktoś tam chyba jest – informuje go Edel i akurat w tym momencie głosy przybierają na intensywności. Wciąż nie mogą rozróżnić poszczególnych słów, ale teraz już na pewno słyszą, że ktoś jest w środku i prawdopodobnie wszczyna pretorowi jakąś awanturę.
– I mamy tak po prostu czekać?
– Nie powinniśmy przeszkadzać – mówi, choć jej dłoń wciąż wisi wpół gestu – zwłaszcza gdy Vergil się z kimś kłóci.
– Bo co? – prycha Theodore, jakby nie widział większego problemu we wtargnięciu do środka czyjegoś gabinetu, podczas gdy ten ktoś jest prawie na pewno zajęty czymś innym. Edel stara się ignorować niepotrzebną złość, która tak w nim buzuje i najwyraźniej zasłania mu wszystko, czego można się bardzo prosto domyślić.
– Bo zdenerwuje się jeszcze bardziej, jak wejdziemy nieproszeni – tłumaczy mu jak dziecku, co chyba denerwuje go jeszcze bardziej, bo nagle Edel czuje, że mogłaby zasnąć na stojąco. Powieki jakby same opadają, a wszystko wokół przybiera nieco mglisto-sennego wyrazu. – Mógłbyś, ee – ziewa – nie sprawiać, że czuję się jak po zarwanych trzech nocach?
– Jakbym potrafił! – rzuca z wyrzutem. Edel uśmiecha się wyrozumiale, bo wolałaby uniknąć bliźniaczej kłótni na zewnątrz gabinetu.
Nagle i na całe szczęście (może świat jednak trochę ją lubi), drzwi gabinetu otwierają się z takim rozmachem, że Edel i Theodore muszą użyć swojego półboskiego refleksu, żeby uniknąć uderzenia w twarz. Dziewczyna obrywa w ramię, moce Theo wydłużyły jej czas reakcji.
U progu staje nie kto inny, jak sławny w Obozie Izan King. Edel pamięta jego perypetie jeszcze podczas bycia zwykłym legionistą, ale po przeniesieniu się do Nowego Rzymu jako ambasador Marsa stał się… jeszcze gorszy. Chyba za bardzo mu się tam nudziło, żeby mógł siedzieć w spokoju i nikomu nie przeszkadzać, choć Edel nie spodziewałaby się tego po nim, gdziekolwiek by się nie znajdował. Pewnie nie wyjechał do San Francisco ani Nowego Jorku tylko po to, żeby wciąż móc denerwować Vergila, którego przysięgał, że tak nienawidzi. Gdyby naprawdę tak było, to już znajdowałby się w Japonii.
– EJ, TY ZASMARKANY WPIERDALACZU FASOLEK!!! – wrzeszczy Izan, będąc przodem zwrócony do Edel i Theodore'a, a nie Vergila. – PRZYSZLI KOLEJNI, ŻEBY WYTYKAĆ TWOJE OPIERDZIELANIE SIĘ!!!
– Cześć, Izan – wita się Edel, chociaż wie, że nie powinna oczekiwać kultury od tego mężczyzny. Stojący obok niej Theo wydaje się w tak głębokim szoku, że nie jest w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa.
– My się znamy? – pyta Izan, już dużo spokojniejszym tonem. – A, przecież. Na pewno znasz mnie z tych wszystkich legend, które o mnie krążą!
– Byliśmy w tej samej kohorcie – odpowiada z promiennym uśmiechem, który wcale nie jest udawany.
– Czyli młodych wychowuje się w chwale i czci do mnie? Nie, żebym się tego nie spodziewał…
– Byliśmy w niej równocześnie.
Izan bardzo chciałby spojrzeć na nią z góry, ale niestety musi patrzeć leciutko w górę. W glanach Edel przewyższa go o całe niedopuszczalne 4 centymetry, a gdy mężczyzna zdaje sobie z tego sprawę, nagle zaczyna pałać do niej ogromną nienawiścią.
– Pewnie byłaś wtedy niższa – wybąkuje. – Nie poznałem cię.


Theodore?
────
[1447 słów: Edel otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 16 listopada 2025

Od Theodore'a CD Edel — „Goopya Peezda”

Poprzednie opowiadanie

Jesień

Senność dokuczała Theodorowi bardziej, niż zwykle. Głupio mu było, że akurat w taki sposób oddziaływał na Edel. Czasami, w gorsze dni, kiedy w dodatku ciągle musiał przebywać wśród ludzi, próbował stawiać wokół siebie bariery. Nie był w tym zbyt wprawiony, więc rzadko działało. A jeśli działało, to mógł to być też efekt placebo, bo nikt nigdy nie potwierdził mu, że takie coś faktycznie ma prawo bytu. Ktoś z jego przyrodniego rodzeństwa wspomniał mu o tym zaledwie raz, a potem już nigdy więcej o tym nie słyszał.
Oczy mu łzawiły od słodkiego smrodu rozkładu, więc mimowolnie mrugał jeszcze częściej, niż wcześniej. Całe zmęczenie opuściło go jednak, kiedy tylko zobaczył zwłoki leżącej na wilgotnej podłodze labiryntu. Skrawek fioletowej koszulki tu, nadgryzione palce tam. Żółć podeszła mu do gardła, a smród stał się tak ciężki i przytłaczający, że niemal kręciło mu się w głowie. On znał tych ludzi. Może i z żadnym z nich się nie przyjaźnił, ale kojarzył ich z widoku, może kiedyś z nimi trenował. Nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie w jego życiu. Niemal czuł, jak żołądek wywraca mu się na drugą stronę. Nie był zdolny do odezwania się ze ściśniętym gardłem, ani do odwrócenia wzroku, ani do zrobienia kroku w którąkolwiek stronę.
Serce zadudniło mu w piersi, kiedy za plecami usłyszał głośny syk. Adrenalina już zaczynała mu przyspieszać krążenie, chociaż jeszcze się nie odwrócił. Zrobił to zaraz po Edel, która powoli wyciągała z kieszeni kieszonkowy zegarek. Theo miał szczerą nadzieję, że to coś pożytecznego, bo łuskowate, dwugłowe cielsko (ubrane w przybrudzony garniak?) wpatrywało się w nich roziskrzonym wzrokiem. Chyba nie było głodne, bo pewnie nie zostawiłoby ledwo ponadgryzanych zwłok, ale chyba miało chrapkę na wbicie kłów w ciało kolejnego półboga.
Mieli przejebane.
Umiejętności Theodore'a nie nadawały się do walki. Co, miał go uśpić? Dorobić sobie iluzją wężowy ogon, żeby wzięło go za panią amfisbenę? I tak rozwiałby się po trzydziestu sekundach. Nie był pewien, czy starczyłoby im to na ucieczkę. Zagłębili się w labiryncie, musieliby najpierw znaleźć drogę powrotną, a potwór wyglądał, jakby dobrze znał te tunele. Musiał, skoro tutaj mieszkał. Dłonie przestały mu drżeć na rękojeści sztyletu. Nie był to przecież pierwszy raz, kiedy musiał bić się z czymś, co miało ochotę posmakować jego krwi. Żałował, że nie może polegać na swoich boskach umiejętnościach.
Stwór nie ruszył w ich stronę, ale kiwał na boki ciężkimi łbami, jakby zastanawiał się, czy najpierw ma ochotę zabić Edel, czy Theodore'a. Chłopiec kątem oka widział, jak kciuk Edel, niemal dotyka zacisku, który zamykał klapkę zegarka. Spojrzał na swój żałosny sztylecik. Zęby amfisbeny były niemal długości jego ostrza.
— Cofnij się — poleciła mu półgębkiem Edel.
Theo posłusznie zrobił krok do tyłu. Edel z pewnością miała większe pojęcia na temat walk z dwugłowymi wężami. Zastanawiał się, czy udałoby im się wykiwać stwora tak, żeby mogli przebiec po obu jego stronach. Wąż wcale nie był taki wielki, ale posiadanie dwóch par oczu z pewnością ograniczało ich manewry.
Potwór zasyczał, najwyraźniej niezadowolony z tego, że jego przekąski się poruszają.
— Szybko biegasz?
Chłopiec przęłknął ślinę.
— Całkiem.
— To uciekaj.
Nie ruszył się z miejsca. Po pierwsze, jego nagłe zerwanie się do biegu z pewnością wkurwiłoby amfisbenę, czego nie potrzebowali. Po drugie, zgubiłby się przy trzecim zakręcie i w końcu zeżarłoby go coś innego. Po trzecie, nie miał zamairu zostawić tu centurionki samej, nawet jeśli oboje mieli skończyć jako kolejne zwłoki w śmierdzącym korytarzu. A po czwarte, to nie miał zamiaru odwracać się do tej szkarady plecami. Edel ponagliła go spojrzeniem, ale Theodore tylko poprawił chwyt spoconej dłoni na uchwycie sztyletu. Może uda mu się chociaż zabrać ze sobą do grobu parę łusek potwora.
Paskuda najwyraźniej znudziła się czekaniem, bo z cichym szelestem łusek przesuwających się po kamieniu ruszyła w ich stronę. Szybko. Edel w jednej chwili miała w dłoni zegarek, a w drugiej już oszczep. Nie wahała się; grot z nieprzyjemnym piskiem przejechał po łuskach na jednej z głów stwora, zanim wsunął się w jedną w szczelin pomiędzy nimi. Stworzenie wydało się z siebie odgłos, ktory mógł być czymś pomiędzy przeraźliwym sykiem a rykiem wściekłości. Paszcza drugiej głowy kłapnęła zębami, jednak nie była w stanie ich dosięgnąć, kiedy Edel trzymała jeden z łbów na odległość oszczepu.
Kątem oka spojrzała na stojącego obok chłopca.
— Cofnij się! — krzyknęła znowu.
Przyciągnęła tym uwagę drugiego łba potwora, który nagle zaczął przeć do przodu. Trzon oszczepu zaczął wymykać jej się ze spoconych dłoni. Chwila zelżonego chwytu pozwoliła amfisbenie na mocne szarpnięcie się do tyłu. Pociągnęła za sobą oszczep, który Edel w porę wypuściła. Broń ze stukotem opadła na kamienną podłogę, a z rany na głowie bestii trysnęła posoka. Zaryczała wściekle. Jeśli wcześniej patrzyła na nich z pobłażaniem, teraz z pewnością kipiała w niej żądza mordu.
Theo dopiero teraz odskoczył w stronę ściany, kiedy stworzenie potrząsnęło łbami i zaczęło sunąć ich w stronę. Edel rzuciła się po swój oszczep, leżący poza zasięgiem jej rąk. Szorowała brzuchem po brudnym kamieniu, łapiąc za sam koniec trzonu broni. Podniosła się z powrotem, stając niemal oko w oko z kłami paskudy. Theodore w tym czasie zrobił unik przed paszczą drugiej głowy, która kłapnęła kilkanaście centymetrów od niego. Potwór był na tyle inteligentny, żeby nie zaryć głową o ścianę, ale gwałtowny ruch nieco go przeważył. Edel skorzystała z okazji i wycelowała grot oszczepu w spód pyska jednej z głów. Czubek ostrza wbił się w łuski, ale potwór się szarpnął. Theo stwierdził, że albo zrobi coś teraz, albo straci głowę.
Po uniku i tak już kucał na podłodze, więc wbił sztylet w tą część cielska, którą miał przed sobą. Ostrze miękko zatopiło się w łuski na brzuchu stwora, na co z jego pyska wyrwał się kolejny syczący wrzask. Próbując wyszarpnąć sztylet, Theo mocniej poranił ciało paskudy. Kiedy próbował umknąć w bok, owiał go paskudny smród z pyska węża, a potem kły rozerwały mu koszulkę i zadrapały skórę. Chłopiec wystrzelił jak z procy poza zasięg miotająćej się głowy. W tym samym czasie Edel wykorzystała rozkojarzenie stwora i wbiła grot oszczepu mocniej, tym razem się przebijając. Theodore zarejestrował tylko ruch, którym zasłoniła twarz przed tryskającą z rany krwią potwora. Potem wyrwała oszczep z cielska węża, a zraniony przez ją łeb zaryczał głośno i zaczął słaniać się przy podłodze. Druga głowa próbowała za nimi podążyć, ale najwidoczniej nie była w stanie sama zapanować nad całym ciałem.
— NO CHODŹ! — zawołała, niemal od razu odbiegając od paskudy.
Chłopiec jeszcze przez chwilę wpatrywał się w charczącego z bólu stwora i jeden z jego łbów, który miotał się chaotycznie na boki, kiedy poczuł, że Edel ciągnie go za rękaw, a oszczep w jej dłoni znów zamienił się w zegarek. Rzuciła się biegem w przeciwną stronę korytarza, ciągnąc go za sobą. Najpierw się potknął, ale zaraz potem ruszył pędem tuż za nią. Udawał, że wcale nie przeskakuje nad czyimiś zwłokami.
Musiał biec, jeśli nie chciał do nich zaraz dołączyć.

Edel?
────
[1121 słów: Theodore otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 30 września 2025

Od Edel CD Theodore'a — ,,Goopya peezda"

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Edel bardzo szybko dochodzi do wniosku, że w San Francisco nic nie ma. Żadnego miejsca, do którego można udać się ze znajomymi, bo co, będzie brała szesnastolatka na drina do gejowskiego baru? Gdyby byli w Niemczech, nie musiałaby się w ogóle nad tym zastanawiać, ale tutaj, w tych wspaniałych i jakże wolnych Stanach Zjednoczonych nawet ona nie może w spokoju kupić sobie piwa.
Zaciągnęła Theodore'a do swojego ulubionego sklepu dla prawdziwych metalheadów, ale tam spodobało mu się podobnie bardzo, jak w sklepie ezoterycznym. Edel powoli zaczęła dochodzić do prostego wniosku: nie są zbyt kompatybilni. Mimo tego przeciągała to spotkanie, zaprowadziła Theo do swojej ulubionej kawiarni, gdzie gapili się na zbyt słoneczne jak na zimę ulice. O śniegu trudno jest tutaj nawet marzyć.
Potem Edel skończyły się pomysły. Niby coś jeszcze zapisała w swoim notesie, ale poczuła, że wszystko zaczęło sypać się już po przejściu do miasta. To wszystko przez ten smród w labiryncie, nie potrafiła się na niczym skupić, bo jej myśli wciąż krążyły wokół niego. Okropne widoki podsuwane jej przez wyobraźnię wraz z mijanym czasem stawały się coraz bardziej realne, ohydniejsze i powoli zaczynała wymyślać fabułę swojego własnego horroru. Gdy Edel zastanawia się nad tym, czy przypadkiem za załomem podziemnego korytarza nie znajduje się ogromna piramida ciał i latający wokół nich samotny, czerwony balonik, Theodore postanawia się odezwać.
— Mogłem wziąć kawę — mamrocze, wzdychając głęboko i przeciągle.
— Technicznie, to herbata ma więcej kofeiny. — Theodore patrzy na nią skonfundowany.
— Ale jak to?
— No… normalnie.
— Hm. — Chłopiec wpatruje się w chodnik tak smutno, że Edel już ma zacząć przepraszać go za zniszczenie jego percepcji świata. — Jakoś tego nie czuję.
— Jesteś zmęczony? — rzuca więc Edel z dość silną sugestią. Podkreślone fioletowawymi cieniami oczy Theodore'a prawie że pogardliwie gratulują jej tego odkrycia. Centurionka uśmiecha się szczerze i lekko, nieświadoma oczywistości swojego stwierdzenia. Może po prostu też już zaczyna odczuwać magiczny wpływ syna Somnusa i jej umysł desperacko walczy z sennością, skupiony na tym na tyle, że Edel przestaje dostrzegać nawet niesubtelne znaki wysyłane jej przez chłopca.
— Zawsze — odpowiada on ze wzruszeniem ramion, tak obojętnym tonem, że Del robi się na moment trochę smutno.
Edel bardzo raźno zarzuca propozycją powrotu, a Theodore niemrawo kiwa głową. Centurionka czuje się trochę jak ojciec, którego pociecha zaczyna przysypiać podczas ich coniedzielnego spacerku w parku – niemal widzi, jak Theo mruga coraz dłużej, przez parę sekund idąc chodnikiem z zamkniętymi oczami. Żadne z nich nie ma pojęcia, która jest godzina, bo wypuszczeni z Obozu, bez typowego dla niego rytmu dnia, zaczynali gubić się w działaniu świata. Czas niepodzielony na równe bloki zajęć, niewydawane o stałych porach posiłki, te elementy ich rzeczywistości, które w zamknięciu są kluczowe, by Obóz w miarę sprawnie działał. Wypadli z naturalnego dla nich rytmu dnia i jedyne, co pomaga Edel odzyskać jakąkolwiek świadomość o tym, która jest godzina, to słońce powoli sunące po niebie. Wciąż nic nie wie. Nigdy nie interesowała się słońcem.
Z ulgą witają znajome, wilgotne ściany labiryntu. Podziemne korytarze nagle dodają im otuchy, gdy już plątają im się nogi i myślą tylko o tym, jak wygodne są ich łóżka w barakach. To zupełny nonsens, bo te łóżka nigdy nie stały obok wygodnych, ale dobrze jest czasem o nich tak pomyśleć. Na moment zdają się przyjemniejsze.
Zaraz po tej chwili wytchnienia, dosłownie po paru krokach, po jakimkolwiek ,,tchnieniu" nie ma śladu, bo uderza w nich znajoma, słodkawa woń. Theodore rzuca przekleństwo pod nosem, zakrywa twarz koszulką. Edel spodziewa się, że niewiele mu to daje, chociaż co ona tam wie – nie naciągnie topu na tyle, żeby chociaż sięgnął jej brody. Brną przez siebie, nagle zawrócenie i wyjście na świeże powietrze staje się znacznie bardziej kuszące niż wyobrażenie bardzo wygodnych łóżek. Smród wydaje się mocniejszy, niż parę godzin wcześniej, Edel z największą chęcią przebiegłaby obok jego źródła i pędem wróciła do Obozu, żeby o tym zapomnieć i pozwolić, by ktoś inny się tym zajął. Wygodnie.
— Muszę jeszcze coś załatwić — rzuca do Theodore'a i choć oczy prawie jej łzawią, zwraca się w odnogę korytarza, w której zapach chyba jest mocniejszy. — Tamtędy dojdziesz do Obozu. To intuicyjne. Poradzisz sobie. — Uśmiecha się z otuchą, ale chłopak raczej jest podobnie zaniepokojony, co ona. Edel przysięga na bogów, że jeszcze chwila, a doświadczyliby wiążącego czasu wspólnego rozdrapywania sobie skórek przy paznokciach.
Pomachawszy Theodore'owi na pożegnanie, Edel wyrusza na swoją misję. Samotną, trudną wyprawę prawdziwej wojowniczki, którą może odbyć tylko w pojedynkę. Dokładnie tak, właśnie w ten sposób. Przed oczyma ma tylko obraz z ,,To", kupa ciał i baloniki. Wśród słabego, drżącego światła pochodni nagle to staje się wyraźniejsze, jeszcze realniejsze i bardziej… namacalne, jakby przed sobą zaraz miała zobaczyć wściekłego klauna, a nie najzwyczajniejszą mitologiczną istotę, która pragnie jej krwi. Jakby się zastanowić, to w sumie różnica jest niewielka. I to, i to, chciałoby ją zabić, więc…
Jej kroki odbijają się echem w długim korytarzu, Edel ledwo jest w stanie dojrzeć, kiedy pojawia się przed nią zakręt, i kolejny zakręt, i kolejny. Trudno jest jej nawigować po samym zapachu, trochę się gubi, długo zastanawia, czy na pewno powinna teraz skręcić. Odór staje się tak silny, że niemal nie ma różnicy, czy zwróci się w jedną, czy w drugą stronę. Dopiero gdy zaczyna słabnąć, zrezygnowana obraca się i stwierdza, że to jednak jest jakaś paranoja.
— O — stęka. — Czemu nie poszedłeś do Obozu?
— Bo… — Theodore waha się, błądzi oczami po ścianach. — No, bo jeszcze… chyba raźniej jest we dwójkę, co nie?
— Raczej. — Dziewczyna uśmiecha się promiennie, chociaż w tej sytuacji wolałaby jednak, żeby chłopiec jej posłuchał. — Ale wiesz, serio. Lepiej będzie dla ciebie wrócić, niż…
— I tak już nie pamiętam, skąd przyszedłem — wcina się Theo. Zdawszy sobie sprawę z nietaktu, dodaje prędko: — Przepraszam.
Edel macha na to ręką, bo przerywanie jej jest teraz ich najmniejszym problemem. Im bardziej oddalają się od właściwego korytarza, którym bezpiecznie można przejść z Obozu do miasta, tym zwiększa się ich szansa spotkania czegoś, czego naprawdę bardzo nie chcą spotkać. Edel niemal cały czas trzyma dłoń na swoim zegarku kieszonkowym, gotowa wyszarpać go z kieszeni w chwili zagrożenia. Jedyną wadą broni w nim ukrytej jest to, że gdy tylko otworzy się klapkę, zegarek natychmiast się transformuje. Co za tym idzie, Edel nie jest w stanie odczytać godziny. Ktoś, kto go tworzył, zapomniał o tym aspekcie. O aspekcie funkcjonalności kieszonkowych zegarków. Przynajmniej ładnie wygląda.
— No, dobra, to chodź — zgadza się wreszcie Edel, bo woli jednak narazić Theodore'a na niebezpieczeństwo samodzielnie, a nie pozwolić mu wejść w paszczę lwa samodzielnie. Tutaj przynajmniej będzie miał kogoś, kto da radę… w miarę go obronić. Nie, bez przesady. Z jakiegoś powodu została centurionką.
Teraz chodzi się jej jakoś tak lepiej. Przeświadczona o obecności przyjaznej osoby u swojego boku, Edel bardziej skupia się na odnajdywaniu prawidłowej drogi, zamiast rozglądać się za najmniejszymi pająkami w kątach, w obawie, że to jednak wężopodobna istota, która postanowi zeskoczyć na nią z sufitu. Jej niepokój trochę opada, ale wciąż próbuje nie tracić skupienia. Przy synu Somnusa nie jest to najłatwiejsze, bo wraca do niej toksyczne wyobrażenie obozowego łóżka. Jej poduszki obleczonej w czarną poszewkę z gwiezdnym nadrukiem i niepasującej kołdry w serduszka, ale obydwie z takiego przyjemnego materiału, że…
Prawie łapie się na tym, że kładzie się na podłodze labiryntu, zwija się w kulkę i zasypia. Otrząsa się z tego dziwnego stanu, znowu skupia się na celu. Tak, dziwny smród, tak. Ważna sprawa, tak. Powinna się naprawdę skupić, tak. Cała uwaga przeznaczona na nos, tak.
Idą dalej, nie wymieniają między sobą nawet błahych komentarzy. Theo już nawet nie trzyma dłoni w kieszeni, wyciągnął sztylet i ściska go pobielałymi palcami. Edel udziela się jego niepokój, włoski na karku stają jej dęba, gdy półmrok podziemnych przejść naprawdę zaczyna jej doskwierać. Gryzące uczucie rozrasta się w jej klatce piersiowej, coraz większe z każdym krokiem, rozprzestrzeniające się w jej ciele wraz ze wzmacnianiem się okropnego zapachu.
Skręcają raz jeszcze, a im oczom wreszcie ukazuje się to, co spodziewali się zobaczyć już od dobrych paru godzin. Od kiedy pierwszy raz poczuli słodkawy odór, obydwoje podświadomie wiedzieli, co czeka na nich w mrocznych zakątkach labiryntu. Brudne, zakrwawione koszulki, które stały się już tylko względnie fioletowe, poranione ramiona i nogi rozrzucone wokół tułowia, plamy krwi i półotwarte usta, wyszczerzone oczy, pozieleniała już skóra. Theodore wydaje z siebie okrzyk, który bynajmniej nie jest krzykiem zaskoczenia czy przerażenia, tylko obrzydzenia, od którego kwas zbiera się w gardle i człowiek naprawdę bardzo stara się nie zemdleć albo nie zwymiotować.
— Cholera jasna — mamrocze Edel, niezdolna do zbliżenia się do ciał. Dwójka osób, które tutaj umarły, musiały polec już jakieś parę dni temu, a w umyśle centurionki po chwili pojawiają się dwa imiona, które powinna była przypomnieć sobie już dawno. Sage i August. Jakiś czas temu było głośno o tym, że poszli gdzieś i nigdy nie wrócili. W tym momencie po Obozie krąży już wiele plotek o tym, że tak naprawdę uciekli, żeby spędzić swoje życie niczym Romeo i Julia – razem, szczęśliwi, z daleka od nieprzyjaznych im rodzin.
Kontemplowanie zwłok przerywa im syk. Edel drży, odwraca się. Potwór otwiera wypełnione jadowitymi kłami szczęki, żółte, wydające się świecić w ciemności, ślepia wgapiają się w dwójkę herosów. Oczywiście, że coś musiało tu siedzieć. Coś musiało ich zabić. I czekało na herosów, którzy przyjdą po swoich martwych kolegów.
Wściekła amfisbena szczerzy się w podróbie ludzkiego uśmiechu. Z zadowoleniem wita kolejne danie, podsunięte jej pod nos przez miłosiernych bogów. 

  Theodore?
──── 
[1534 słowa: Edel otrzymuje 15 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 7 września 2025

Od Theodore'a CD Edel — „Goopya peezda”

Poprzednie opowiadanie

Theodore nigdy szczególnie nie przepadał za San Francisco. Coś w tym mieście go odpychało. Niby się tu wychował, więc chyba powinien darzyć to miejsce chociaż nikłą sympatią, ale nie lubił nazywać go domem. Może i było tutaj kilka ładnych lokacji, ale poza tym nie znajdowało się tu nic szczególnego. Jedynym plusem było to, że mniej więcej je znał i były małe szanse na to, że mogliby się zgubić. Poza tym, zdecydowanie wolał tą obskurną uliczkę od zasmrodzonego labiryntu. Od tamtego nieprzyjemnego zapachu nadal kręciło go w nosie i chyba wolał już wdychać smród śmieci wysypujących się z pobliskiego kontenera. Tutaj przynajmniej wiedział, co tak paskudnie śmierdzi.
— Często robisz tatuaże? — zapytał, patrząc w bok na Edel.
Nasłuchał się już niepokojącej ciszy w labiryncie i choć tutaj zdecydowanie nie było cicho, bo warkot samochodów był niemal wszechobecny, to miał już jej na dzisiaj dość.
— Dobrze zrobiona henna powinna utrzymać się około dwóch tygodni, więc trzeba robić poprawki. Albo coś nowego. Czasami „tatuuję” też innych, jeśli chcą. — Edel lekko wzruszyła ramionami. — Może ty byś chciał tatuaż? Henna to super sprawa — dodała, posyłając mu uśmiech.
Theo raczej nie przepadał za mazaniem po skórze. Już i tak miał na ręce nie tymczasowy, a prawdziwy tatuaż. Z jednej strony był to przywilej, bo w końcu nikt go nie traktował jak popychadła, a z drugiej strony miał, no, tatuaż. Gęsto tłumaczył się matce, kiedy zapytała, dlaczego musiał się od razu tatuować. Kręciła nosem, gdy mówił, że nie miał wyboru i to przecież wcale nie jest taki paskudny tatuaż. Zawsze mógł wytatuować sobie wilka z lasem w tle albo czyjeś imię. Obozowy tatuaż wcale nie był taki zły, jakby go do tego porównać.
— Nie, nie. Dzięki — odpowiedział szybko, kiedy dziewczyna wciąż czekała na jego odpowiedź.
— Henna się łatwo zmywa. Tak tylko przypominam. Może jeszcze kiedyś się skusisz — zaśmiała się, wychodząc z nieprzyjemnego zaułka.
Tu już było odrobinę ładniej. Gdzieniegdzie wciąż leżały śmieci, ale nie było ich już tak bardzo czuć w powietrzu. Chłopiec żałował tylko, że niebo jest zachmurzone i nie było słońca. Bez tego było zbyt ponuro.
Edel rzuciła okiem na swój notes, a potem zaprowadziła go w jakąś zdecydowanie rzadziej uczęszczaną uliczkę. Na szczęście nie przypominała tej, w której znajdowało się wejście do labiryntu; mniej kontenerów i pozabijanych deskami okien, a więcej kolorowych ścian, firan w oknach i tabliczkach z nazwami sklepów nad drzwiami. Na jednej z nich na pewno pisało Salon Wróżb i Magii Wróżki Sabriny. Theodore mógł się założyć, że taka z niej wróżka jak z koziej dupy trąbka. Chciał przez okno zobaczyć, co się dzieje w środku, ale niestety szyby zasłonięte były ciężkimi zasłonami. Był nawet ciekawy, co takiego nagadałaby mu wróżka Sabrina.
— To tutaj — powiedziała Edel, zatrzymując się pod drzwiami niepozornego sklepiku.
Nie miał żadnego szyldu, tylko sznur lampek rozwieszony nad drzwiami i gobelin w oknie zamiast firanki. Przynajmniej wyglądał mniej tandetnie niż tamten salon wróżbiarski. Kiedy wchodzili do środka, rozdzwonił się sznur dzwonków wietrznych wiszących nad drzwiami. Co złego było w zwykłym dzwonku? Samo wnętrze było utrzymane raczej w ciemnych tonach, dzięki czemu wybijały się jaskrawe produkty. Całkiem sprytny zabieg.
— Ja lecę po hennę, a ty się rozejrzyj. Na pewno znajdziesz coś dla siebie. — Edel poklepała chłopca po ramieniu i weszła w głąb sklepu, zostawiając go samego.
Theo rozejrzał się dookoła. Z pewnością było tu sporo tandety; kolorowe kamienie, talie kart tarota, jakieś fiolki z suszonymi płatkami kwiatów i innymi rzeczami, których pochodzenia chyba niekoniecznie chciał znać. Zaraz zobaczyłby pustą fiolkę i doczytał na dole, że jest w niej blask gwiazd, czy coś takiego. Nie miał pojęcia, czego innego się spodziewać.
Tylko prześlizgnął wzrokiem po płytach. Jasne, że lubił muzykę, ale w obozie nie było gdzie jej słuchać, a w domu bywał tak rzadko, że szkoda mu było wydawać na nią pieniędzy. Tym, co przyciągnęło jego uwagę, była biżuteria. Też z kamieniami, ale była naprawdę ładna. Skupił się na niewielkiej podkładce z sygnetami. W głównej mierze srebrne pierścienie leżały poukładane na ciemnozielonej, zamszowej podkładce, każdy z przyczepioną, niewielką karteczką. Wyciągnął dłoń w kierunku jednego z nich, z błękitnym kamieniem utkwionym w środku sygnetu.
— Sodalit. Świetny wybór.
Theodore niemal wypuścił pierścień z dłoni, kiedy nagle obok niego pojawił się starszy mężczyzna. Był ubrany w koszulę i trzymał dłonie splecione za plecami.
— …Dzień dobry? — bąknął niepewnie.
Czuł się, jakby został złapany na gorącym uczynku, a on przecież chciał tylko obejrzeć ten głupi pierścionek. Zerknął w dół na dołączoną do niego karteczkę, na której faktycznie było napisane, że tym błękitnym kamykiem jest sodalit.
— Sodalit to bardzo pożyteczny minerał. Pomoże ci się skupić i pozbyć wątpliwości, a także otworzy cię na relacje międzyludzkie. Przyda ci się, co? — Mężczyzna mrugnął do chłopca, który zacisnął dłoń na pierścieniu.
— Wszystko mam, możemy… O, cześć, Ricky. — Edel machnęła do Theo ręką, w której trzymała część swoich zakupów, a dopiero potem zobaczyła mężczyznę.
Chłopak wywnioskował, że centurionka musi dość dobrze znać się z tym facetem. Pewnie był tutaj sprzedawcą albo nawet właścicielem. W każdym razie głupio mu było teraz odłożyć sygnet na miejsce, więc tylko ściskał go w dłoni.
— Witam. To, co zwykle? — zapytał Ricky, a Edel skinęła głową. — Chodźcie do kasy, dzieciaki.
Edel szybko uwinęła się ze swoją henną, a Theo zaczął wygrzebywać pieniądze z kieszeni. Zaczął odliczać kwotę, kiedy mężczyzna stojący za drewnianym blatem machnął dłonią.
— Weź go, jako prezent od firmy dla nowego klienta. Będzie ci służył lepiej niż mi, leżąc na wystawie — powiedział, uśmiechając się do chłopca.
Theodore nie do końca wiedział, jak sobie z tym poradzić. Podziękować? Nalegać, żeby przyjął jego pieniądze? Chyba wolał przyjąć podarek.
— Dziękuję… Dziękuję panu — wyrzucił z siebie w końcu, skinając głową. Na koniec odpowiedział mężczyźnie uśmiechem.


— Dziwny człowiek — mruknął do Edel, kiedy już wyszli ze sklepu.
Zerwał karteczkę z sygnetu i po chwili wsunął go na palec prawej dłoni. Nie chciało mu się wierzyć, że ten niepozorny kamyk ma mu pomóc w myśleniu. Chyba że miało to działać na podstawie placebo.
Edel roześmiała się.
— Trochę ekscentryczny, ale bardzo miły. Od dawna kupuję tam hennę, bo jest dobrej jakości i w świetnej cenie — wyjaśniła, upychając zakupy do torby.
Theo jednak dalej uważał, że facet był po prostu dziwny.


Edel?
────
[1007 słów: Theodore otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Od Edel CD Theodore'a — „Goopya Peezda"

Poprzednie opowiadanie

Edel wcale nie polega na jakiejś tam półboskiej intuicji, swojej pamięci (chciałaby, żeby mogła kiedykolwiek na niej polegać), czy centuriońskim doświadczeniu. W swoim notesie ma dokładne instrukcje (na tyle dokładne, na ile chciało jej się to wszystko spisywać i rysować, a można mi uwierzyć, że jej się bardzo chciało) na temat tego, gdzie skręcić, kiedy skręcić, gdzie absolutnie się nie zapuszczać i jak rozpoznać, że za tobą idzie potwór i właśnie dyszy ci twoim toksycznym oddechem w kark. Proste i przyjemne! A dodatkowo: w jej stylu bardzo zabałaganionej mapy myśli.
Problem w tym, że nigdzie nie napisała nic o niekoniecznie przyjemnym zapachu, który wzmaga się z każdym krokiem. Nie, żeby miała jakieś… bardzo złe przeczucia, ale coś tu definitywnie nie jest w normie. Tylko jeszcze niekoniecznie jest w stanie określić, co dokładnie. W końcu idzie dobrą trasą, a skoro idzie dobrą trasą, to nic złego jej się nie stanie! Banalnie proste, proszę o ukłon, możemy bić brawo.
— Ed- pani centurion…
— Daj spokój, po prostu Edel.
— No. Coś tu chyba… jest nie tak? — niepewnie mówi Theodore, bo nie chce sprzeczać się autorytetowi centurionki, ale z drugiej strony obydwoje wyczuwają jakieś dziwne drżenie w powietrzu i nieprzyjemny zapach drapiący ich w nozdrza.
— Spokojnie, nie powinno tu być potworów… — mamrocze Edel, na szybko kartkując swój notatnik. No, nie. Nie ma tam nic o niespodziewanych atakach bardzo śmierdzących monstrum, nic takiego. — Możemy się co najwyżej natknąć na zwykłe pająki i takie tam. Często tędy chodziłam — mówi dalej, choć jej głos brzmi niepewnie, dziwnie niepewnie, nie, jak na centurionkę przystało. Odważną centrionkę, która zaradzi każdej sprawie! — Nie, spokojnie, przecież nawet jeśli, to sobie poradzimy, prawda? — Daje Theodore'owi koleżańskiego kuksańca w bok, żeby się trochę… rozpogodził? Zdecydowanie woli pracować z młodszymi dzieciakami, one przynajmniej zaczynają się śmiać, gdy robi coś takiego. Theodore nie wygląda jednak na pocieszonego, raczej na coraz bardziej zaniepokojonego. Niespokojnie rozgląda się dookoła i zwalnia kroku, mimo że Edel wciąż raźno stąpa przed siebie.
Ona też zaczyna powoli być niespokojna. Labirynt od zawsze rozsiewa zarówno wokół siebie, jak i w środku nieprzyjemną aurę piwnicy dziadka, do której rodzice zabraniają ci zaglądać, bo na pewno zrobisz sobie krzywdę tymi wszystkimi narzędziami. Nawet jeśli nie zrobisz sobie krzywdy, to mogą ucierpieć ściany i rury kanalizacyjne, bo dzieciaki często mają niezłe pomysły. Straszy się takie szkraby, aż nie stwierdzą, że jednak nie chcą nigdy wchodzić do ciemnych, podziemnych pomieszczeń i od dzisiaj śmiertelnie się ich boją, choć jeszcze wczoraj wyzywały rodziców za to, że nie pozwalają im się tam bawić.
Wilgotne, zimne ściany, zdecydowanie zbyt wąskie, żeby można się było poczuć komfortowo, aż za dobrze odbijają echo ich kroków. Wszechobecny mech i pajęczyny, zapach starego, zamkowego podziemia, chłodne powietrze przyprawiające o ciarki. Gdy byli bliżej obozu, na niektórych kamieniach mogli dostrzec wyskrobane rysunki albo napisy typu: "Izan King tu był (i oznaczył teren)", gdy co odwaźniejsi młodzi legioniści wsuwali się na moment do labiryntu, zostawiali coś po sobie i szybko wybiegali, prawdopodobnie wcześniej wyzwani do zrobienia tego przez swoich kolegów. Im dalej w ciemne, oświetlone słabym światłem migoczących pochodni korytarze, tym ciężej się oddycha i tym bardziej człowiek zaczyna się niepokoić, jego serce przyspiesza i nawet zupełnie niegroźny kątnik nagle wydaje się żądnym krwi straszydłem.
Po kilku kolejnych zakrętach, Edel zaczyna zauważać, że chyba oddalają się od źródła nieprzyjemnego zapachu. Wydaje jej się to nieco dziwne, bo wcześniej tylko się zbliżali, ale… sprawdzi to potem, teraz nie ma czasu, tego nie było w planie. Poszuka źródła po całej tej wycieczce. W labiryncie nawet potwory nie powinny aż tak śmierdzieć, jeżeli jeszcze ich nie słyszeli i nie zostali zaskoczeni przez jednego z nich. Edel nie jest w stanie stwierdzić, czy wolałaby zostać przestraszona przez wyskakującego zza rogu potwora, czy żyć ze świadomością oślizgłego niepokoju wbitego głęboko w jej mózg. Coś jest nie tak i ona dobrze to czuje. Jednak nie może stwierdzić, co dokładnie, ale jej przeczucia rzadko się mylą i zawsze dręczą ją swoją nieprzyjemną obecnością.
Musi wrócić do labiryntu.
Tymczasem czuje, jak mięśnie Theo się rozluźniają i chłopiec wreszcie przestaje łypać oczami na wszystkie strony, próbując dojrzeć w każdym rogu cień niebezpieczeństwa. W końcu udaje mu się wbić sobie do głowy, że tutaj największe zagrożenie stanowią mrówki i pająki.
— I oto San Francisco! — oznajmia Edel, gdy w końcu wychodzą na jasną ulicę. Jasną w porównaniu z wnętrzem podziemnych tuneli, bo tak naprawdę niebo jest zbyt pochmurne, żeby słońce mogło chociaż na moment uraczyć ludzi swoim światłem.
— Wow — nieszczególnie entuzjastycznie komentuje Theodore, osłaniając oczy przed światłem. Wychodzą w jakiejś smętnej, bocznej uliczce, której ściany są pokryte jeszcze bardziej sprośnymi graffiti (i nigdzie nie ma wspaniałego napisu o najlepszym synu Marsa, a szkoda), wokół śmietników roi się o wiele za dużo niepoprawnie wyrzuconych czarnych worków i chyba śmierdzi tu jeszcze bardziej, niż w labiryncie. Jedynym plusem jest to, że teraz już znają źródło tego zapachu. — To… gdzie teraz?
— Okej, najpierw musimy skoczyć w takie jedno miejsce… to trochę babskie, kurczę, teraz sobie myślę… nie wiem, czy ci się spodoba — mamrocze Edel z nosem w swoim notatniku. — W sensie, potrzebuję paru nowych tubek henny, wiesz?
— Henny?
— Do robienia tymczasowych tatuaży — tłumaczy Edel z radosnym uśmiechem. — Zostało mi jeszcze trochę czerwonej, ale wiesz. Ona nie jest aż tak dobrze widoczna i tak dalej, wolę czarną. To będzie taki mały sklepik… można powiedzieć, że… no, taki typowy z magicznymi kamieniami, szarawarami i ponczo. I kadzidełkami — opowiada trochę pokrętnie, bo zapomina tej takiej nazwy na sklepy tego typu, ogólnie na miejsca tego typu. Coś było, ale nie, że hipisowski bazarek, tylko… chyba sobie tego nie przypomni.
Theodore nie wydaje się zachwycony tym pomysłem. Edel trochę mu się nie dziwi, nie brzmi to jak idealny plan na dzień przeciętnego chłopaka z Obozu o wojskowym rygorze (choć większość z nich nie znalazła tam się, bo chciała, to wciąż), ale i tak… musi tam wstąpić chociaż na chwilę. Potem będą mogli przejść do kolejnego punktu, na spokojnie, ma nawet przygotowane parę spraw do pominięcia, jakby jednak mu nie pasowało…
— Może znajdziesz coś dla siebie — dalej przekonuje go Edel (Theodore wciąż nie jest przekonany). — Te kamienie wcale nie są takie złe, znaczy nie mówię, że działają. Bo pewnie nie. Ale są po prostu ładne. Poza tym, są tam chyba jakieś płyty… kto nie lubi muzyki? — Znacząco puszcza do niego oczko. Theodore chyba zaczyna próbować chociaż udawać zainteresowanego.
Lepsze to niż godziny spędzone na Polu Marsowym, prawda?

Theodore?
────
[1051 słów: Edel otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Theodore'a CD Edel — „Goopya Peezda"

Poprzednie opowiadanie

Theodore długo zastanawiał się, dlaczego w ogóle Edel zaproponowała mu wycieczkę do San Francisco. Nie był legionistą z jej kohorty, poza tym wcześniej się przed nią zbłaźnił, kiedy spanikował na treningu. Może to nie do końca była jego wina, bo przecież powinien przejmować się zdrowiem koleżanki, prawda? Nie zmieniało to jednak faktu, że mógł dokładniej przyjrzeć się palcu Lotus, zanim wszczął alarm. Czasu niestety cofnąć nie mógł, a oderwanie się od rutynowych obowiązków choćby i na jeden dzień byłoby miłą odskocznią. Nawet jeśli niekoniecznie myślał, że w ogóle mógłby odmówić, to w końcu zgodził się z własnej woli.
Z planowaniem zdał się na Edel, w końcu to ona organizowała całą wyprawę. Sam Theo dawno nie był w San Francisco; ostatnim razem odwiedził dom zeszłej zimy, a na żadne zlecenia wymagające opuszczenia obozu raczej nie mógł liczyć. Jeśli miał być szczery, nie do końca mu to przeszkadzało. W Nowym Rzymie nie brakowało mu niczego, poza tym nigdy nie narzekał na zbyt dużą ilość wolnego czasu. Czasami jednak czuł się uwięziony na terenie obozu i miasta. Niby nikt nie trzymał go tutaj na siłę, ale wiedział, że opuszczenie Obozu Jupiter równałoby się z zagrożeniem życia. Szczególnie dla legionisty, który miał za sobą nawet nie dwuletnie szkolenie. I którego najsilniejszą bronią była możliwość położenia potwora na drzemkę.
Kiedy czekał na centurionkę w wyznaczonym miejscu, drapał się po karku. Inni obozowicze raczej omijali go szerokim łukiem, bo senność przy myciu okien czy innym równie głupim obowiązku nigdy nie była pomocna. Właściwie to już się do tego przyzwyczaił, ale bywały dni, w których miał ochotę wykrzyczeć im, że hej, pracuje nad tym od półtora roku i nie muszą przed nim uciekać! Przez poranne pobudki sam był wiecznie niewyspany. Czasami zastanawiał się, czy jeszcze kiedykolwiek będzie mu dane się wyspać, i czy nie będzie potrzebował do tego jakichś piętnastu godzin snu.
— Już jesteś? Super, mam nadzieję, że nie czekałeś na mnie długo. — Edel powitała go z promiennym uśmiechem i energią, której rankiem zwykle nie widywał.
— Nie, tylko parę minut — odpowiedział, wsuwając dłonie do kieszeni bluzy.
— No to świetnie, możemy iść.
Theo skrzywił się, kiedy zobaczył, że idą w stronę labiryntu. Po tym, jak ktoś w końcu wykończył tego durnego sfinksa, labirynt znów był otwarty i ogólnodostępny. Co wcale nie oznaczało, że chciał do niego wchodzić. Wiadomo, tak było szybciej, ale chyba wolałby tradycyjną podróż autobusem. Albo nawet spacer. Po tym, jak musiał odwiedzić Obóz Herosów w Walentynki, nie uśmiechała mu się kolejna wycieczka po tym dziwnym środku transportu. Nie pisnął jednak ani słowem, tylko potulnie zszedł do labiryntu zaraz za Edel. Narzekanie raczej i tak nic by mu nie dało.
— Po co w ogóle idziemy do San Francisco? — zapytał, strzelając wzrokiem na boki.
Edel wydawała się niezbyt poruszona tym, że w każdej chwili coś może wyskoczyć na nich z bocznego korytarza.
— Muszę odwiedzić pewien, hm, sklep. Mogłabym to zrobić sama, ale to nie byłoby za mądre, a ty wyglądałeś, jakbyś chciał się stąd wyrwać — powiedziała, zerkając na niego.
Theodore w myślach przyznał jej rację, ale tylko lekko wzruszył ramionami.
— To zawsze coś innego, niż kolejny dzień tarzania się po ziemi — skwitował.
Edel roześmiała się.
— Tak, treningi mogą być nużące. No ale w końcu to się przyda, prawda? Pójście na misję bez dobrego przygotowania to właściwie samobójstwo — stwierdziła, zatrzymując się na chwilę.
Stanęli przed rozwidleniem trzech korytarzy. Centurionce wystarczyło kilka sekund zastanowienia, żeby wybrać ten po lewej stronie.
Theo wiedział, że Edel ma rację. To było logiczne; nikt tutaj nie machał mieczem dla zabawy. Co wcale nie znaczyło, że czasami wolałby po prostu przespać cały dzień, niż znowu iść na Pole Marsowe. Kiedy pierwszy raz przybył do obozu, przez około miesiąc czuł się jak kukła, tak zesztywniały wszystkie jego mięśnie od intensywnych ćwiczeń. Teraz przychodziło mu to dużo łatwiej, ale ze zdecydowanie mniejszym zapałem.
— Dobrze znasz tą drogę? — spytał, tylko z odrobiną nieufności w głosie.
Była centurionką, miała kilkuletni staż w obozie, musiała ją znać. Jednak legionista średnio ufał czemukolwiek, co było związane z labiryntem. Dla niego wszystkie te korytarze wyglądały prawie identycznie i był pewien, że gdyby trafił tu sam, zgubiłby się już po pierwszym zakręcie.
— Pewnie. Po pewnym czasie odnalezienie się tutaj nie jest wcale takie trudne — zapewniła go, nieznacznie wzruszając ramionami.
Chłopiec raczej nie miał innego wyjścia, niż uwierzyć jej beztroskiemu głosowi i uśmiechowi. Inaczej mógłby zacząć się bać, a raczej chciał tego uniknąć. No bo jak duże były szanse na to, że faktycznie coś im się stanie? Nie znał ich i chyba nie chciał znać, ale wmawiał sobie, że niewielkie.
Edel wiele razy gdzieś skręcała i Theo zauważył, że zwykle wybierała tą bardziej obskurniejszą drogę. Zastanawiał się, czy to celowy zabieg labiryntu, a w ładniejszych przejściach znajdowała się jakaś chimera czy inna harpia, która poodgryzałaby im głowy. Dziewczyna szła jednak na tyle pewnym krokiem, że w końcu uwierzył w to, że do San Francisco dotrą cali i zdrowi.

Edel?
────
[805 słów: Theodore otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Edel CD Theodore'a — „Goopya Peezda"

Poprzednie opowiadanie

Renoma zawsze gotowej do pomocy centurionki całkiem jej odpowiada, myśli sobie skromnie. Może trochę odciąga ją od naprawdę ważnych spraw zapisanych w jej notesie, ale z drugiej strony – zdobywa zaufanie legionistów. Coś za coś, ale ta gra chyba rzeczywiście jest warta świeczki. I pomyślałby kto, że wystarczył jeden plaster z księżniczką…
Lotus nie wygląda, jakby czuła choć lekkie ukłucia bólu. Spokojnie siedzi na ławce (marnej podróbie ławki, ledwo trzymającej się na cienkich nogach deski) przy Polu Marsowym z nogami wyciągniętymi na siedzenie. Najzwyklejsza rzecz, jaką może robić legionista, oprócz tego, że wszyscy wokół są w trakcie treningowych sparingów, a ona tylko się im przygląda.
— No, jesteś wreszcie! — krzyczy do Theodore'a oskrażycielskim tonem. — Nie ucieka się od treningów!
— Yyy — jąka się chłopiec — ten twój palec. Zmartwił mnie po prostu i, no…
Lotus wstaje, podpiera się pod boki i patrzy na Theodore'a z uniesioną brwią.
— Nic mi nie jest — mówi z naciskiem. Jej głowa na moment przechla się w bok, prawie do ramienia i na ułamek sekundy na jej twarzy pojawia się grymas bólu. Zanim Edel mruga, Lotus stoi przed nimi tak samo pewnie, jak wcześniej, tylko teraz masuje bok swojej szyi. — Nie potrzebuję pomocy. Nawet jeśli się wybił, to zaraz wskoczy, wielkie mi halo.
— Pokaż go chociaż — wtrąca się Edel, czuje się po pierwsze kompletnie niepotrzebna w tej rozmowie, a po drugie niemile widziana. Gdy nie spotyka się z jakąkolwiek odpowiedzią, dodaje: — Proszę…? — Tym razem Lotus reaguje: bardzo ostentacyjnie wzdycha i podaje Edel swoją dłoń, jak księżniczka księciu do ucałowania. Palec rzeczywiście jest zaczerwieniony, ale na ile Del się na tym zna, to wszystko wygląda całkiem w porządku. Na wszelki wypadek delikatnie bierze dłoń Lotus w swoją, żeby mieć stuprocentową pewność, że palca nie trzeba będzie usztywniać. — Boli cię, jak dotykam?
— E, boli, od razu boli. — Lotus wzrusza ramionami. — Bolało chwilę po zderzeniu, a wtedy i tak nie jakoś bardzo. Teraz, to tam. Ledwo czuję.
Edel kiwa głową, puszcza jej dłoń.
— No, to ten. Nic tu po mnie, raczej. — Uśmiecha się do parki legionistów. Theodore wygląda trochę mizernie, pewnie mu trochę przykro, że kompletnie niepotrzebnie zawracał jej głowę, więc dodatkowo Edel lekko poklepuje go po raminiu. — Dzięki za czujność — dodaje z uśmiechem dumnej mamy.
Może tyle mu wystarczy, żeby poczuł się lepiej. Edel niekoniecznie czuje się komfortowo w pocieszeniu innych, mimo że wciąż wmawia sobie, że powinna być w tym dobra, przecież już tyle razy to robiła! Znacznie łatwiej idzie z małymi dzieciakami, którym wystarczy dać ciasteczko i pogłaskać po głowie, a już się czują lepiej (chociaż Edel zna też znacznie trudniejsze przypadki).
— Ja, ten. Przepraszam, że zawracałem głowę.
— Nie no, nie mu-
— I dobrze, może w końcu przestaniesz panikować, jak nic strasznego się nie dzieje! — prycha Lotus, z powrotem wpycha sztylet w dłonie Theodore'a. — A teraz, już. Wracamy do walki.
Theodore wlecze się za koleżanką, jakby szedł na szafot. Edel uśmiecha się pod nosem dzięki temu porównaniu, z jakiegoś powodu wydaje jej się niezwykle trafne.
— Chcesz trochę? — Edel stawia przed Theodore'em kubek z kawą (niesłodzoną, bez mleka) i zasiada obok niego. — Chociaż, po co pytam. Chcesz czy nie chcesz, przyniosłam ci. — Uśmiecha się miło. — Jak coś, to sobie posłódź.
Chłopiec wydaje się być trochę zdezorientowany, gdy duka niepewne "dziękuję". Edel zauważyła, że rankiem raczej siedzi sam przy stoliku, może dlatego, że dzieci Somnusa… Ujmując to jakoś przyjemnie w słowa, ludzie wolą ich towarzystwo wieczorem, nie rano. Edel wie, o co im chodzi, ale to już byłaby jej druga kawa dzisiaj, więc wydaje jej się, że już zbudowała sobie swego rodzaju mechanizm obronny przed rozsiewaną przez Theodore'a senność.
— Chciałam cię zapytać o taką małą… przysługę — zaczyna i spodziewa się, że chłopiec jęknie z rozpaczą, że błagam, nie, ja nie chcę! Nie dla centurionki innej kohorty (bo zresztą co miałaby kazać mu zrobić?), nie z samego rana, gdy on nie dokończył jeszcze jeść śniadania… bez przesady. Na swoje szczęście (mimo że zostawia mu aż nadto czasu na wtrącenie swojego narzekania i kryzysu egzystencjonalnego), Theodore milczy. Dlatego Edel kontynuuje: — To tak, wiesz, prywatnie. Pojedziemy razem do San Francisco, co ty na to?
Chłopiec nie tyle co jest zaskoczony, ile całkowicie zszokowany. Nie tego spodziewał się po centurionce, z którą rozmawiał dwa razy i za tym drugim trochę się wygłupił, wszczynając fałszywy alarm. Edel nie chce mu tego powiedzieć, ale po prostu wzbudził w niej… może trochę współczucia albo nawet sprawił, że ona odnalazła w nim trochę siebie? Podobnie zagubioną, zbyt zamartwiającą się osobę, której potem jest głupio przez to, jak jest wrażliwa. Poza tym, każdy potrzebuje jakichś znajomych z Obozu? Już pomijając różnice w pozycjach, bo jeśli centurioni przyjaźniliby się tylko z centurionami, to by w końcu ześwirowali.
— No… okej — zgadza się Theodore i Edel naprawdę ma nadzieję, że nie robi tego tylko dlatego, że to ona mu to zaproponowała. Centurionka, a legionistom od przyjścia do Obozu wbija się do głowy, że centurionom nie można się sprzeciwiać, nawet jeśli nadzorują inną kohortę.
— Super! — Edel półświadomie wyczarowuje w powietrzu niewielką tęczę. — Dam znać Rodionowi, że będziesz ze mną. Odpuści ci. — Znaczące puszczenie oczka.
Gdy odchodzi, żeby złapać gdzieś Rodiona, na szybko bazgrze w notesie szkic jakiegoś planu, według którego mogliby ułożyć ich wycieczkę po San Francisco. Ogarnia to dopiero teraz, bo w nocy, gdy w ogóle to wymyśliła, było na to trochę zbyt ciemno.

Theodore?
────
[870 słów: Edel otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Theodore'a do Edel — „Goopya Peezda"

Padał deszcz. Cały czas. Theo żałował, że jego boski ojciec nie przekazał mu w genach jakichś bardziej pożytecznych mocy. Na przykład takich, które mogły przegonić chmury. Z usypiania wszystkich dookoła nie miał większego użytku.
Od kiedy przestał być in probatio, było mu trochę łatwiej. Nikt z premedytacją nie uprzykrzał mu życia i zazwyczaj nie dostawał najgorszych obowiązków do wykonywania. W końcu pozbył się tej głupiej tabliczki. Awansując na legionistę, zyskał przywilej w miarę spokojnego życia. Niestety, wszystko to nie zwalniało go z codziennego babrania się w błocie na Polu Marsowym. Całkiem lubił treningi, ale nie kiedy deszczówka spływała mu strugami po twarzy, a sztylet wyślizgiwał mu się z dłoni.
Sparing skończył się ubłoconymi ubraniami i skaleczoną dłonią. Z grymasem schował ostrze z powrotem do pochwy. Krew kapała mu z palca na trawę, ale była szybko zmywana przez deszcz. Rana była malutka, ale miał już kompletnie dość i to był ostatni czynnik, który przekonał go, że powinien się poddać. Był w połowie drogi do swojego baraku, kiedy zatrzymał go czyjś głos.
— Wszystko w porządku? Krwawisz?
Odwrócił się i zobaczył, że mówiła do niego dziewczyna, którą przed sekundą minął. Znał ją z widzenia, na pewno była centurionką, ale chyba nie umiał przypomnieć sobie jej imienia. Zerknął w dół na swój palec, z którego już ledwo sączyła się krew. Prawdopodobnie wyglądało to gorzej, kiedy szedł z dłonią wysuniętą do przodu, jakby palca trzeba było co najmniej amputować.
— To nic takiego — odpowiedział, pokazując jej nieszkodliwą rankę. — Małe skaleczenie.
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Cały czas chowała się pod daszkiem, i Theo wcale się jej nie dziwił; też nie chciałby moknąć, gdyby był tak lekko ubrany. Już był gotowy do odejścia, gdy zaczęła grzebać w kieszeniach spodni, a po chwili z satysfakcją wydobyła plaster z jednej z nich. Wyciągnęła dłoń w stronę legionisty.
— Eee, dzięki? — bąknął, zabierając plaster. Z żółtą księżniczką.
To chyba była Bella z Pięknej I Bestii.
Dłużej wpatrywał się w ten rysunek, niż faktycznie zaklejał plastrem rankę. Jednocześnie zastanawiał się, dlaczego centurionka przejmuje się dzieciakiem z nie swojej kohorty. Raczej wcześniej się z tym nie spotkał. Rodion był jedynym centurionem, którego znał bliżej i raczej nie zaobserwował u niego takich zachowań.
— Nie ma za co. Nawet przez najmniejsze skaleczenie może wdać się zakażenie. Trzeba dmuchać na zimne — powiedziała, uśmiechając się do niego.
Theo przez cały czas próbował przypomnieć sobie jej imię. Eden? Medel? Edel…? Edel!
Chyba.
— …Nie wyglądasz jak ktoś, kto nosi plastry z księżniczkami — wyrwało mu się.
— To głupi stereotyp — odpowiedziała, nieznacznie marszcząc brwi, ale po chwili na jej twarz znowu wrócił uśmiech. — Poza tym, plastry z czaszkami też się znajdą.
Deszcz powoli zamienił się w mżawkę i Theodore miał ogromną nadzieję, że za chwilę zza chmur wyjdzie słońce. Chciał się już tylko przebrać w coś suchego i pójść na obiad, bo umierał z głodu.
— No tak, wybacz. I jeszcze raz dzięki za plaster — powiedział i machnąwszy jej ręką na pożegnanie, odszedł.
 
— Hej, sory że przeszkadzam, ale jest problem.
Theo stanął przed Edel, która pochylała się nad notesem przy jednym ze stołów. Był trochę zdyszany, bo nabiegał się po obozie, żeby ją znaleźć.
Dziewczyna uniosła głowę, jednak nie zdążyła jakkolwiek zachęcić go do mówienia, bo sam zaczął mówić.
— Trenowałem z Lotus i tak jakoś przypadkiem się stało, że wybiła sobie palec. Chciała wyrwać mi sztylet z ręki i chyba źle go złapała, teraz ma spuchniętą rękę, ale uważa, że nic jej nie jest. I nie da się jej zaciągnąć do ambulatorium. Najpierw znalazłem Doriana, no i powiedział, że nic jej nie będzie, ale ten palec naprawdę nie wygląda dobrze — wyjaśnił, odgarniając z twarzy loki, które wpadały mu do oczu.
Nie umiał powiedzieć, czy centurionka była przestraszona, czy zrezygnowana. W każdym razie zamknęła zeszyt i wstała od stołu.
— Gdzie ona jest?

Edel?
────
[617 słów: Theodore otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]