Pokazywanie postów oznaczonych etykietą It's nice to have a friend. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą It's nice to have a friend. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 września 2026

Od Inez CD Theodore'a — „It's nice to have a friend”

Poprzednie opowiadanie

Inez od jakiegoś czasu czuła, że idzie jej gorzej na treningach. Możliwe, że nieświadomie przykładała się do nich mniej? A może brakowało jej towarzysza? Ostatnio często trenowała sama. Oczywiście miało to też swoje plusy, ale Velez nie lubiła być sama na dłuższą metę. W ostatnim czasie czuła się jednak bardzo samotna w obozie. Za każdym razem, gdy miała wrażenie, że zyskiwała jakąś nową osobę do kolegowania się, to relacja ta szybko urywała się, a dziewczyna znów zostawała sama.
Dlatego ucieszyła się, gdy Theo do niej podszedł. Wydawał się godnym przeciwnikiem. Był lekko umięśniony, tego samego wzrostu co Inez. Ona sama była całkiem nie najgorzej zbudowana, więc sądziła, że da sobie radę, szczególnie że w broni krótkodystansowej liczyła się głównie zwinność.
Wzięła więc z magazynu wybraną przez siebie broń i ruszyła ponownie na Pola.
– Powiedz mi więc… Jak masz na imię? – zapytała dziewczyna trochę nieśmiało. W końcu chłopak dokładnie wiedział, do kogo podchodzi, a ona… cóż, niestety nie. Czasami miała problem z zapamiętywaniem imion pomimo tylu lat w obozie.
– Theo – odpowiedział i choć nie pokazywał po sobie żalu, poczuł lekką irytację na wiadomość o tym, że dziewczyna nie wie, kim jest.
– Ach tak! Coś mi świta! – Uśmiechnęła się pogodnie. – Wiesz… raczej nie jestem najlepsza w tego typu walce, więc masz przewagę – powiedziała, wybierając odpowiednie miejsce na rozpoczęcie ich sparingu. – Zdecydowanie preferuję broń długodystansową. Ale nie spocznę i spróbuję wygrać!
Choć Hemnes nic nie powiedział, podobała mu się postawa Inez. Lubił kiedy ludzie byli zawzięci. To znaczyło, że nie będzie nudno, bo nawet gdy dziewczyna będzie ciągle przegrywać, to jej duch walki się nie złamie. A przynajmniej na to liczył.
– Mam taką nadzieję.
Wiedział jednak, że Inez nie ma pojęcia, że sztylety to jego bajka. Ulubiona broń, dobrze leżała mu w rękach. To z nią czuł się bezpiecznie. Wiedział też, że Velez za to posługuje się gastrafetesem. Niewielu Obozowiczów tak naprawdę się nim posługiwało i Theodore musiał przyznać sobie cicho w myślach, że to całkiem imponujące. Jednak tacy ludzie zazwyczaj mają bardzo małe wyczucie w broni krótkodystansowej.
Z Inez nie było inaczej. Szkoliła się dużo, aby jak najlepiej radzić sobie ze swoją bronią. To nie było łatwe, głównie ze względu na jej wagę. Mimo to jakaś zwinność w niej jeszcze pozostała. Dlatego też, gdy dwójka nastolatków zaczęła sparing, Theo nie był w stanie tak od razu obezwładnić Inez. Mimo wszystko była dzieckiem któregoś z bogów, nie mogli być słabi. I mimo wszystkich starań już po chwili Theo stał za Inez, przykładając jej scyzoryk do krtani.
– Mam Cię – szepnął jej do ucha.


Theodore?
────
[419 słów: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

piątek, 25 września 2026

Od Theodore'a do Inez — „It's nice to have a friend”

Theodore niestety nigdy nie miał tego przywileju, jakim było obudzić się rano wyspanym. Może i zdarzało się, kiedy był młodszy, ale jakoś średnio to pamiętał. Szczytem jego samokontroli było wytrzymywanie całego dnia na nogach, jak normalny człowiek. Obiło mu się kiedyś o uszy, że jego greckie „rodzeństwo” przesypia całe dnie. W co lepsze dni nawet lubił Obóz Jupiter, ale miło by było nie musieć zrywać się na musztrę bladym świtem (albo ciemną nocą, gdy nadchodziła zima).
Dzień był pochmurny i mokry; Theo buty już miał całe uwalane w błocku, a ledwo zdążył wejść na trawę. Wyglądało na to, że musiało długo padać w nocy. Wyśmienicie. Niczego tak nie pragnął, jak wytarzania się w błocie podczas treningu. Dawno tego nie robił! Im dłużej trenował, tym mniej lądowania dupskiem w błocie zaliczał. Najwyraźniej jego treningi popłacały.
Nawet mimo tego, że jego mózg tego dnia wydawał się oklejony watą cukrową, a deszczowe chmury łypały na niego groźnie z góry, miał całkiem niezły humor. Przez ostatnich kilka dni dręczyły go zatkane zatoki, ale choróbsko w końcu dało mu spokój, więc czuł się znacznie lepiej. Może i było wilgotno, ale pogoda i tak była idealna na trening. Słońce nie dawało mu po oczach, na razie nie padało. Było ślisko, ale do tego już się przyzwyczaił; godziny spędzone na gołej ziemi Pola Marsowego zdecydowanie go na to przygotowały.
Miał do spożytkowania dwie godziny treningu i tym razem nie miał zamiaru znęcać się nad biednymi kukłami, więc postanowił rozejrzeć się za jakimś towarzystwem. Niestety spóźnił się parę minut, więc teraz musiał już złapać kogoś na szybko. Podszedł do pierwszej osoby, która wyglądała, jakby się za czymś rozglądała. Nawet całkiem ją kojarzył.
— Ty jesteś Inez, co nie? — zapytał, obchodząc ją dookoła (dawno już nauczył się, żeby nie szturchać kogoś, kto akurat w dłoniach trzyma broń).
Inez spojrzała na niego i uśmiechnęła się promiennie.
— Tak, tak. Coś potrzeba?
— Masz z kim trenować? Mam dość kukieł — powiedział Theo, drapiąc się po karku.
Dziewczyna rzuciła okiem na jego pochwę ze sztyletem.
— Wiesz co, i tak muszę trochę popracować z bronią krótkodystansową. Gastrafetes mnie rozpieszcza, poza tym ostatnio dość się nastrzelałam. — Wzruszyła lekko ramionami. — Jeśli pójdziesz ze mną do magazynu, żebym mogła wziąć sobie coś do ćwiczeń, to możemy pokombinować — dodała.
Theo posłał jej swój popisowy, krzywy uśmiech i skinął głową. Co prawda średnio chciało mu się zawracać z powrotem w stronę magazynu, ale wciąż wolał to, niż bezsensowne dźganie słomianej kukły przez dwie godziny. Pozbawił głów już wystarczającą ilość kukieł.
— No, to chodź. Szybko, bo jeszcze będą kazali nam zostać dłużej, a na sto procent będzie padać — ponaglała Inez, już zostawiając go w tyle. Theodore musiał przyspieszyć, żeby ją dogonić.
Może jednak za wcześnie pochwalił dzień z tym nie wpadaniem w błoto.


Inez?
────
[451 słów: Theodore otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]