Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Here comes the siedem lat nieszczęścia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Here comes the siedem lat nieszczęścia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Od Caroline CD Blanche — „Here comes the siedem lat nieszczęścia”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Słysząc słowa kobiety, Caroline niemal machinalnie złapała się za lewy nadgarstek, gdzie na jedną z bransoletek miała nawleczone dwa obozowe koraliki zamiast charmsów. Nie był to może najlepszy design, ale lubiła je mieć przy sobie. Inaczej zapewne w końcu by je zgubiła, a tego za wszelką cenę chciała uniknąć. Może i nie spędziła w Obozie Herosów nie wiadomo jak wiele czasu, ale i tak wspominała go dobrze (w większości przypadków), więc gdyby straciła pamiątki, na pewno byłoby jej przykro.
Szybko jednak otrząsnęła się z zamyślenia, bo pod drzwiami restauracji w tę i z powrotem przechadzała się zdecydowanie bardziej nagląca sprawa. A właściwie przechadzała się, kiedy Caroline spojrzała tam ostatnim razem, bo teraz znowu chodnik był pusty. Przez chwilę mignął jej tylko koniuszek końskiego ogona i nagle po potworze nie było żadnego śladu. I tak się spięła, przelotnie zerkając na swój telefon wciąż leżący przed nią. To by było na tyle z wierzenia w to, że głupi ma zawsze szczęście. Powolnym, nawet odrobinę skruszonym ruchem, wrzuciła komórkę z powrotem do torebki.
— Jestem Caroline — powiedziała najpierw, chcąc zachować resztki cywilizowanych zachowań, zanim coś rzuci się na nie z pazurami. Choć może powinna powiedzieć, że rzuci się na nie z kopytami.
W pierwszej kolejności wyciągnęła do kobiety rękę, a dopiero potem przypomniała sobie, że to starsza osoba zawsze pierwsza powinna podać dłoń. Ojciec na pewno by ją za to zrugał, no ale kurwa, to przecież była sytuacja kryzysowa. Nie mogła jednocześnie myśleć o stworze na ulicy i zasadach etykiety. Ten jeden raz powinno jej zostać wybaczone bycie niewychowaną gówniarą.
— Blanche — odpowiedziała tylko kobieta, krótko, ale mocno ściskając jej dłoń. Najwyraźniej albo postanowiła jej wybaczyć, albo była zbyt skupiona na innych kwestiach, żeby zwracać uwagę na takie bzdury.
Caroline przez chwilę starała się rozszyfrować, jak w ogóle zapisuje się takie imię, ale szybko się poddała. Brzmiało na tyle obco, że musiałaby chwilę popracować nad tym, żeby poprawnie je powtórzyć, więc wiedziała już, że jakoś będzie musiała z tego wybrnąć.
— Wracając — zaczęła Blanche, zwracając tok myśli dziewczyny znów na poprawny tor (z jakiegoś powodu była strasznie rozkojarzona, a to kiepska wiadomość, bo akurat tego dnia mogła przypłacić za to głową). — Na pewno masz świeższe wspomnienia z tego, czego nas uczyli. Rozpoznajesz to… stworzenie? — zapytała, z powrotem chowając klucze do kieszeni.
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Coś tam jej się obijało po głowie o potworku, który wyglądał, jakby lew z koniem zrobili sobie dzieciaka, ale na żywo go chyba w życiu nie widziała, więc nigdy nie czuła potrzeby, żeby się czegoś więcej o nim dowiedzieć.
— Leuko… cyt…? Nie, nie, to krwinka — mruknęła pod nosem raczej do siebie, niż do kogokolwiek innego. Zmarszczyła się jeszcze bardziej i lekko potrząsnęła głową. — Na pewno coś na l, więcej nie pamiętam. Za to na pewno wygląda, jakby było zdolne poodgryzać nam głowy jednym kłapnięciem.
Niestety wszystkie zajęcia z jej rodzeństwem, które nie dotyczyły napieprzania się mieczami i/lub włóczniami były… niezbyt owocne. Ciężko się na czymkolwiek skupić, kiedy wszyscy dookoła rozmawiają i nawet nie starają się szeptać, bo wiedzą, że satyrowie prędzej spieprzą w podskokach, niż zwrócą im uwagę. Teraz pomyślała, że trzeba jednak było siadać w pierwszym rzędzie i słuchać.
Wciśnięte w wewnętrzną kieszonkę torebki miała białe, brokatowe kieszonkowe lusterko, które w razie potrzeby zamieniało się w jej ukochane verutum, ale odkąd ostatnim razem opuściła obóz, jakoś nie zdarzyło się, żeby musiała z niego korzystać. Tym bardziej na ulicach miasta. Zachciało jej się telefonu do scrollowania Instagrama, to teraz musi za to płacić. Z jednej strony szkoda, że wciągnęła w to jeszcze kogoś innego, a z drugiej, przynajmniej nie będzie musiała stoczyć tego pojedynku sama.
— Niestety cokolwiek to jest, na pewno czeka na nas w najbliższym zaułku — zauważyła Blanche, nieznacznie marszcząc brwi. — Na pewno podąży za którąś z nas, więc najlepiej będzie zająć się tym od razu.
Caroline westchnęła. Jak nie urok, to sraczka. A raczej jak nie ujebany egzamin, to śliniący się potwór.
— No dobra — powiedziała, machając ręką do jednego z kelnerów. — Poproszę rachunek!


Blanche?
────
[654 słowa: Caroline otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Blanche CD Caroline — „Here comes the siedem lat nieszczęścia”

Poprzednie opowiadanie

Lokal, w którym się znalazła, nie był tym, czego się spodziewała po spotkaniu służbowym. Biznesmeni, z którymi miała na co dzień do czynienia, zazwyczaj wybierali znane, drogie restauracje, pragnąc uwydatnić przed nią i przed innymi swój status społeczny i majątek. Leviticus Smith, prezes zarządu spółki BETter Inc., stanowił jednak wyjątek od tej reguły. Zaprosił ją do niewielkiej knajpy ulokowanej nieopodal kampusu jednego z nowojorskich uniwersytetów.
Pan Leviticus wielkimi krokami zbliżał się ku emeryturze. Większość rozmowy spędził, chwaląc się domkiem na Malediwach, który niedawno kupił i w którym zamierzał dożyć końca swoich dni. Mimo to Blanche odchodziła od stołu zadowolona. Pan Smith obiecał, że podczas najbliższego walnego zgromadzenia zarządu spółki poprze jej kandydaturę na swojego następcę. Z jego protekcją i błogosławieństwem Tyche, prawdopodobnie miała tę posadę już w kieszeni.
Zarówno wystrój i atmosfera, jak i smak samych podanych w tym miejscu dań przypadł jej do gustu na tyle, że kierując się ku drzwiom, planowała już zaproszenie tu Keen na spontaniczną randkę. Świętowanie nadchodzącego awansu stanowiło całkiem niezłą wymówkę. Może nareszcie zdobędzie się na wyciągnięcie pierścionka i zadanie tego jednego, niezwykle ważnego pytania.
Była w dobrym humorze, którego, jak sądziła, nic tego dnia nie będzie już w stanie jej zepsuć. Powinna była jednak wiedzieć, że przychylność jej matki była stanem zmiennym i często zdawała się działać wręcz na opak.
Zaczęło się dość niewinnie. Gdy przechodziła obok jednego ze stolików, jej spodnie garniturowe zostały oblane zawartością przewróconej szklanki. Dziewczyna, która od razu przeprosiła i wyciągnęła w jej stronę paczkę chusteczek, zdawała się mniej więcej w wieku Wintera. Niska, o długich, lśniących włosach i dużych czekoladowych oczach. Coś w rysach jej twarzy przywoływało w jej wspomnieniach inną nastolatkę sprzed dwóch dekad. Odgoniła ten obraz szybko, nie chcąc pozwolić mu zniweczyć jej wyjątkowo dobrego dnia.
— Spokojnie, nic się nie stało, zdarza się najlepszym — odparła z delikatnym uśmiechem. Z wdzięcznością chwyciła oferowane jej chusteczki. — Pozwól, że przycupnę tu na chwilkę, żeby wytrzeć spodnie, dobrze?
Gdy otrzymała pozwolenie, usiadła na skraju krzesła naprzeciwko dziewczyny i zabrała się za szybkie wycieranie zmoczonych nogawek. Nie inicjowała konwersacji, mimo pogody ducha nie miała w zwyczaju zagadywania przedstawicieli młodzieży, którzy prawdopodobnie czekali na towarzystwo i nie potrzebowali jej zaczepek. W kilka minut doprowadziła się do przyzwoitego stanu i wstała.
— I już, po kłopocie — zapewniła jeszcze z kolejnym serdecznym uśmiechem i chwyciła swoją torebkę, gotowa do wyjścia. Tym razem, miała nadzieję, już bez żadnych nieoczekiwanych przygód. — Życzę smacznego i miłego dnia.
Zdołała jednak wykonać zaledwie jeden krok, ponieważ spojrzenie na przeszklone drzwi frontowe zdołało ją skutecznie zamurować. Oto przed lokalem wte i wewte przechadzał się stwór stanowiący połączenie konia i lwa. Rytmicznie machał końskim ogonem, a kopyta zapewne stukały o bruk jak w jakiejś sielankowej scence. Czerwone ślepia wpatrywały się jednak złowrogo w głąb lokalu, prosto na nią. Świetnie.
Nie udało jej się powstrzymać gwałtownego wdechu, który zwrócił uwagę czarnowłosej dziewczyny. Wzrok nieznajomej powędrował ku drzwiom, a z jej ust wydobył się podobny odgłos, a po nim ciche przekleństwo. To zwróciło uwagę Blanche. Spacerujący chodnikiem przed restauracją śmiertelnicy nie przejmowali się zbytnio stworem. Szczęśliwcy, których wzrok nie przenikał przez woal Mgły, zapewne widzieli dużego psa lub co najwyżej kucyka. Nastolatka zaczęła jednak gorączkowo szukać czegoś po kieszeniach.
Elementy układanki w głowie Blanche od razu wskoczyły na odpowiednie miejsca. Potwór nie przyszedł tu po nią. Zwabiła go ta nieznajoma. Młodsza, być może zrodzona z potężniejszego bóstwa. Na stoliku leżał telefon, który równie dobrze mógł być wabikiem na wszystkie nieszczęścia tego świata. Czy Chejron naprawdę już niczego ich nie uczył w tym obozie?
Zanim ponownie wyjrzała na zewnątrz, stwór jakby nagle zmienił zdanie i odszedł, znikając za zakrętem. Nie uznawała tego jednak za koniec zagrożenia. Potwór zapewne czaił się na nie, by zaatakować, gdy opuszczą to miejsce. Wysilała głowę, by przypomnieć sobie jego nazwę i jakiekolwiek inne informacje na jego temat, jednak najwidoczniej i w jej przypadku nauki szlachetnego centaura poszły w las. Ona przynajmniej miała jednak wymówkę upływu prawie dwóch dekad, odkąd ostatnio słyszała jego wskazówki.
Westchnęła i ponownie zajęła miejsce naprzeciwko młodej heroski. Nachyliła się ku niej i ściszyła głos.
— Sądząc po twojej reakcji na widoki za oknem, wydaje mi się, że mogłyśmy uczęszczać na ten sam letni obóz — mruknęła i, dla poparcia swoich słów, wyciągnęła z torebki pozostałości starego naszyjnika z czterema koralikami służącego jej teraz jako brelok do kluczy od mieszkania.
Uważnie przypatrywała się dziewczynie, oczekując na jej reakcję. Jeśli instynkt jej nie mylił, będą musiały współpracować, jeśli chciały bezpiecznie wrócić do swoich domów.


Caroline?
────
[734 słowa: Blanche otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 13 lipca 2026

Od Caroline do Blanche — „Here comes the siedem lat nieszczęścia”

Po tym, jak wyprowadziła się z domu, Caroline szybko nauczyła się gotować. Restauracje w Nowym Jorku były drogie, a nie chciała obciążać rodziców tym, że jest zbyt leniwa i musi jeść na mieście, więc nie miała większego wyboru. Zwykle wybierała jakieś proste i szybkie dania, nic specjalnego. Przez to nowi znajomi ze studiów często do niej wpadali, bo "jezu, to jest sto razy lepsze niż kluski ze sklepu" i "nie chce mi się gotować więc w akademiku jem zupki chińskie, miła odmiana". Makaron z kurczakiem i szpinakiem i butelka wina w piątkowy wieczór to zawsze był dobry pomysł.
Czasami jednak bywała leniwa. Szczególnie, jeśli miała za sobą koszmarny egzamin i naprawdę zasługiwała na nagrodę. W pobliżu swojego mieszkania miała jedną knajpkę, którą szczerze uwielbiała. Świętowała coś? Szła na obiad. Spotykała się ze znajomymi? Szła z nimi na obiad. Miała bardzo zły dzień? Szła na obiad i w domu piła drinka, bo w tej zapyziałej Ameryce (którą sama sobie wybrała jako miejsce zamieszkania) dalej nie mogła go sobie legalnie kupić w restauracji. Co za szkoda.
Tym razem powodem do odświętnego, wychodnego obiadu był upierdolony egzamin. Caroline miała topić się w smutku wraz z koleżanką (która test zdała, ale chciała być lojalna), ale nie wszystko poszło zgodnie z planem. Dziewczyna siedziała sama przy dwuosobowym stoliku, smutnie sącząc wodę z cytryną. Wpatrywała się w ekran swojego telefonu, gdzie Kathy zostawiła jej wiadomość na dostarczonym.
— No bez jaj — wymamrotała pod nosem, trąc czoło wierzchem dłoni.
Kathy raczej się nie spóźniała, a Caroline czekała na nią już od piętnastu minut, bez żadnego ostrzeżenia. Już wcześniej zamówiła sobie ulubioną sałatkę, więc tak czy siak była uziemiona, nawet jeśli Kathy nie przyjdzie. Nieco zbyt głośno odłożyła telefon na stolik ekranem do dołu i podparła podbródek na dłoni.
Niestety, nawet wtedy miała pecha. Kiedy próbowała ponownie sięgnąć po swój telefon, łokciem przewróciła wysoką szklankę, wciąż do połowy wypełnioną wodą, kostkami lodu i plasterkami cytryny. Pies by to drapał, gdyby oblała sam stolik, bo nawet nie był przykryty obrusem. Pościerałaby to serwetkami i po krzyku. Niestety, woda chlusnęła na nogi przechodzącej obok niej kobiety. Caroline przeklęła pod nosem, w pierwszym odruchu odsunęła swój telefon na bok, a w drugim uniosła wzrok na kobietę, która zatrzymała się przy jej stoliku. Widząc obryzgane wodą spodnie, sięgnęła po chusteczki.
Rano podczas robienia makijażu stłukła maleńkie lusterko dołączone do zestawu cieni. Nigdy szczególnie nie przejmowała się zabobonami, ale ten najwyraźniej się sprawdzał.
— Boże, przepraszam panią najmocniej — powiedziała, wyciągając w jej stronę dłoń z plikiem serwetek. — Straszna ze mnie niezdara.
Jeśli tak miało wyglądać najbliższe 2556 dni jej życia, to ona to pierdoli.


Blanche?
────
[429 słów: Caroline otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]