Pokazywanie postów oznaczonych etykietą I solemnly swear that I am up to no good. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą I solemnly swear that I am up to no good. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 września 2026

Od Elianne do Arisu — „I solemnly swear that I am up to no good”

Elianne tego dnia zdecydowanie wstała lewą nogą.
Przede wszystkim, przez pół nocy nie mogła spać. Jakaś wyjątkowo uparta i głośna mucha wybrała sobie akurat ją za ofiarę, i co chwilę wybudzała dziewczynę ze snu, który był bardziej drzemką, kręcąc się nad jej głową. Eli naprawdę kochała wiosnę, ale wolałaby, gdyby z jej przybyciem nie pojawiało się stado insektów. Gdyby mogła, otoczyłaby cały Obóz Jupiter niewidzialną barierą, która zatrzymywałaby całe to paskudztwo. Niestety, jedyne co dała jej w genach boska matka to taki wygląd, że wszyscy wiecznie zakładali, że ma dwanaście lat. Niezbyt przydatna umiejętność.
Na śniadaniu dwoje obozowiczów in probatio pokłóciło się na tyle, że musiała interweniować, więc ostatecznie nawet nie zdążyła wypić do końca kawy. Była niewyspana i poddenerwowana, a dzień przecież dopiero się zaczął. Poza tym, oprócz wykonania swoich zwykłych obowiązków, musiała też wybrać się po coś do San Francisco, a nie wymyśliła jeszcze, kogo zaciągnie za sobą. Wszyscy akurat dzisiaj musieli być zajęci. Chciała mieć to już po prostu za sobą, więc postanowiła, że złapie kogoś ze swojej kohorty i postawi przed decyzją dokonaną.
Nieszczęśnikiem, na którego padło, była Arisu. Elianne dostrzegła ją, kiedy akurat zmierzała w stronę Pola Marsowego i magazynu z bronią. Ot, miała pecha i była pierwszą osobą, jaką centurionka zauważyła.
— Hej, Arisu! — zawołała, próbując zwrócić na siebie uwagę dziewczyny znajdującej się kilkanaście metrów przed nią.
Arisu zatrzymała się i obejrzała przez ramię, a Eli szybkim krokiem pokonała dzielący je dystans.
— Robisz teraz coś ważnego? — zapytała, kiedy tylko znajdowała się w odległości, z której mogła normalnie mówić.
— Miałam pomóc przy przeglądzie broni — odpowiedziała Hayashi, wciskając dłonie do kieszeni.
Wiosenne poranki bywały chłodne i Elianne sama czuła, że wieje jej po karku. Może przed wyjściem powinna jednak jeszcze zabrać szalik z baraku.
— To świetnie się składa, bo potrzebuję pomocy w znalezieniu czegoś, czego będzie wam brakować. Słyszałaś o tym dzieciaku na in probatio, który wczoraj wybrał się na wycieczkę do San Francisco? — zatrzymała się i poczekała, aż Arisu skinie głową. — Spanikował i zostawił grecki ogień na jednym z osiedli mieszkalnym. W kontenerach na śmieci. Trzeba to stamtąd zabrać, zanim nie daj boże ktoś to podpali, albo po prostu znajdzie. Pójdziesz ze mną?
Może i w pewnym stopniu to była prośba, i to taka zadana z uśmiechem, ale jednocześnie było słychać, że na to pytanie jest raczej tylko jedna odpowiedź. Elianne naprawdę rzadko musiała powoływać się na swoją pozycję, ale dzisiaj była gotowa to zrobić. Była w zdecydowanie bardziej bojowym nastroju, niż zwykle. Na szczęście Arisu może i skrzywiła się lekko (Eli wcale jej się nie dziwiła, sama wolałaby zostać w obozie), ale najwyraźniej postanowiła ugryźć się w język.
— Gdzie konkretnie? Znaczy, na którym osiedlu? — zapytała jedynie.
Eli zmarszczyła brwi, próbując sobie przypomnieć nazwę. Była pewna, że Vergil jej ją podał. ale ciągle jej umykała.
— Chyba Hayes Valley. Tak czy siak, trzeba będzie iść labiryntem — dodała, kiwając głową.
— …Po prostu załatwmy to szybko — mruknęła Arisu, idąc w kierunku punktu, gdzie znajdowało się wejście do labiryntu.
Zapowiadał się naprawdę owocny dzień.

Elianne nie miała innego wyjścia, niż dobrze znać labirynt. Musiała przyznać, że naprawdę się rozleniwiła, odkąd ponownie go otworzono; nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio udała się gdzieś normalnymi drogami, ale czy można było ją winić? Zdecydowanie wolała przejść się dziesięć minut podziemnym korytarzem, niż spędzić czterdzieści w dusznym, zatłoczonym autobusie. Żałowała tylko, że nie da się go nauczyć na pamięć. Zdecydowanie łatwiej by się z nim pracowało, gdyby tylko nie trzeba było mieć oczu dookoła głowy, nawet kiedy w teorii dobrze znało się część przejść. Kiedyś za każdym razem nosiła ze sobą papierowe zapiski, żeby broń boże nie skręcić gdzieś źle, ale teraz je wszystkie miała w głowie.
Po drodze raczej nie rozmawiała z Arisu. Przede wszystkim, przez labirynt najlepiej było przejść jak najszybciej i jak najciszej. Niby nikt w ostatnim czasie nie zgłaszał, żeby jakieś potworzysko kręciło się w tunelach w pobliżu Obozu Jupiter, ale nigdy nic nie wiadomo. Może coś przypałętało się akurat dzisiaj, specjalnie dla nich? Elianne naprawdę nie miała ochoty tego dnia brudzić sobie rąk. Wystarczy już, że będzie zmuszona grzebać w śmietniku, bo jakiś dzieciak postanowił urządzić sobie samowolną wycieczkę i nie pomyślał, że to, co wyniósł z obozu, wypadałoby zwrócić.
Zawsze była bardziej pobłażliwa wobec obozowiczów in probatio, niż zwykłych legionistów. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dla większości z nich to już do końca będzie najtrudniejszy rok ich obozowej kariery i nie chciała im tego jeszcze bardziej uprzykrzać. Zresztą, sama pamiętała jeszcze, jak to jest być dzieciakiem z tabliczką na szyi. Nic miłego. Ten wybryk jednak wyjątkowo wyprowadził ją z równowagi, bo była to taka głupota, że aż trochę szkoda było jej czasu, który musi poświęcić na posprzątanie tego bałaganu. Nurkowanie w kontenerach z pewnością było na jednym z ostatnich miejsc listy rzeczy, które miała ochotę robić.
Śledziła wzrokiem ściany, szukając punktów rozpoznawczych, które miały zaprowadzić je mniej więcej w okolice tamtego osiedla. Na razie wszystko jej się zgadzało.
— Powinniśmy być już blisko — powiedziała w końcu przyciszonym głosem, odwracając głowę do Arisu.
— Wcześniej tu tak nie cuchnęło — rzuciła Arisu, marszcząc nos.
Eli oderwała swoją uwagę od malunku na kamiennej ścianie i na chwilę skupiła się na tym, że wokół nich faktycznie unosił się nieprzyjemny odór. Była nieco zbyt skupiona na innych rzeczach, żeby to wcześniej zauważyć, ale teraz w nozdrza drapał ją smród zgniłych jajek. Tylko tego jej dzisiaj brakowało, żeby dopadło je coś, czemu daje z pyska siarką.
— W takim razie chodźmy szybciej, a z powrotem trzeba będzie pójść innym przejściem — powiedziała, przyspieszając kroku.
Nie miała ochoty na interakcje z czymś, co mogło ją powalić już samym swoim smrodem. Zaraz powinny być na miejscu, więc przecież nic już nie mogło pójść nie tak.


Arisu?
────
[937 słów: Elianne otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

środa, 8 października 2025

Od Lotus do Quinn — „I solemnly swear that I am up to no good”

Lotus przez jakiś czas plątała się po obozie, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić; iść zapytać, czy nie. W dodatku przy tym marzła i trwoniła czas, który przecież można było spędzić dużo lepiej. W końcu stwierdziła, że przecież nikt jej nie zabije. Prawdopodobnie.
Jeszcze chwilę pokręciła się po obozie, tym razem z celem, aż w końcu zatrzymała się przed jednym z legionistów.
— Hej, ty jesteś Quinn, co nie? Nie chcesz mi może pomóc? Bardzo ładnie proszę. Bardzo, bardzo ładnie.
Lotus miała maleńki problem. Niekoniecznie chciała się nim podzielić ze znajomymi, a Quinn wyglądało na takie, co to umie dotrzymać tajemnicy. Albo chociaż nie roznieść jej po obozie, a to samo w sobie jest już dużą zaletą. Plotki w obozie rozchodziły się z prędkością światła i Lotus sama się już o tym bardzo wyraźnie przekonała. Poza tym chciała wybrać Quinn na swojego powiernika również dlatego, że chyba nie cieszyła się zbyt dużą popularnością wśród legionistów. Mogła się domyślać dlaczego, ale przecież to, że ktoś delikatnie zalatuje kiblem, nie znaczy od razu, że musi siedzieć sam. Była pewna, że może się do tego przyzwyczaić.
Lotus chciała czmychnąć do San Francisco. Tylko na parę godzin. Oczywiście już po tym, jak uwinie się z obowiązkami, żeby w razie czego uniknąć większych kłopotów. Zwykle czekała cierpliwie na pozwolenie, ale tym razem zależało jej na czasie. Była niemal pewna, że nie pozwolą jej pójść sobie na wycieczkę przypadkowego dnia, bez ważniejszego powodu i w dodatku z jednodniowym uprzedzeniem. Samo wymknięcie się nie stanowiło większego problemu; Lotus nauczyła się, jak można na jakiś czas sprawnie zniknąć tak, żeby nikt nie zauważył. Problem polegał na tym, że zależało jej na czasie. Być może udałoby jej się wyjść głównym wejściem, ale to była wątpliwa możliwość, poza tym podróż do miasta zajęłaby jej więcej czasu. Więc zdecydowanie lepszą opcją był labirynt. Tyle tylko, że Lotus nie umiała się po nim poruszać. Była w labiryncie raz i wcale nie wspominała tego dobrze, a z tego, co wiedziała, to Quinn często bywała w Obozie Herosów, do którego najłatwiej było dostać się przez labirynt. Dlatego się tutaj znalazła.
Quinn popatrzył na nią raczej nieufnie. Do prośby dołączyła promienny uśmiech, mający zapewnić legionistę, że nie ma złych zamiarów.
— Niby w czym? — zapytało dość defensywnie, krzyżując ramiona na piersi.
Lotus zastanawiała się, czy ją wkurwiła tym, że przerwała mu wykonywanie obowiązków, czy samym tym, że w ogóle się tu pojawiła. Żaden z tych powodów i tak nie umiałby ostudzić jej zapału.
— Dobrze znasz labirynt, dobrze mówię?
— Jedną drogę.
— No, czyli znasz. A chciałobyś mnie może przeprowadzić przez labirynt? Tylko w trochę innym kierunku. — Lotus splotła dłonie za plecami. Starała się wyglądać na najbardziej nieszkodliwą osobę na świecie.
Quin zmarszczył brwi.
— A co ja jestem, kurwa, przewodnik? — prychnęła, lustrując Lotus wzrokiem.
Dziewczyna szybko rozplotła dłonie i uniosła je przed sobą w poddańczym geście.
— Nie, nie, jasne, że nie. Po prostu wiem, że bardzo dobrze znasz labirynt, a to zajebista umiejętność. Której ja nie mam, a bardzo by mi się przydała — powiedziała, starając się lawirować między słowami w ten sposób, żeby namówić Quinn na wycieczkę i jednocześnie go nie namawiać.
Lotus była uparta, i to nawet bardzo. Przy tym często nie umiała zauważyć granicy, po której przekroczeniu stawała się natarczywa. To była cecha dość uporczywa dla rozmówców. Tym razem jednak miała niejasne wrażenie, że jeśli przesadzi, to może na tym ucierpieć jej nos.
— Dokąd w ogóle chcesz iść? — zapytała w końcu Quinn, chociaż wciąż nie wyglądało na zachęcone.
Za to Lotus to pytanie dodało skrzydeł i odrobiny nadziei. Ponownie błysnęła zębami w uśmiechu.
— Do San Francisco. Muszę coś jutro załatwić, a chyba nie do końca mogę i potrzebuję szybkiego transportu. Czyli labiryntu. Sama się zgubię i pewnie mnie coś zeżre. Więc tak się zastanawiałam, czy nie miałbyś może jutro czasu się ze mną przejść? Jakoś ci to wynagrodzę. Obiecuję — wypaliła.
Mogła albo otrzymać pozytywną odpowiedź, albo taką trochę mniej. Wiedziała, że bez kogoś, kto przeprowadzi ją przez labirynt, będzie musiała odwołać całą eskapadę, a nie chciała tego robić. Nie znała też nikogo innego, kto umiałby jej pomóc. Dlatego wciąż uśmiechała się do Quinn z całą pewnością siebie, na jaką było ją teraz stać.


Quinn?
────
[688 słów: Lotus otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]