poniedziałek, 1 czerwca 2026

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Inez zdawała sobie sprawę, że jest łatwowierna, choć na misjach zawsze stała się być bardziej uważna. Choć jej pozytywna natura nie ułatwiała dystansowania się, na co dzień naprawdę była większą kulką szczęścia. No i może faktycznie dość szybko zaufała Dahlii, ale czemu miałaby tego nie zrobić? Interesował ją fakt, że niegdyś była w Obozie Herosów. Zawsze ją interesowało jak tam jest i czy ich obozy naprawdę mocno się różniły. Przypuszczała, że tak, patrząc na historię, jednak tym bardziej chciała wiedzieć co to za różnice! No i jak miała nie zaprzyjaźnić się z kimś, kto mógł odpowiedzieć na te wszystkie pytania kotłujące się w jej głowie.
Jednak nie spodziewała się, że Dahlia będzie taka niemiła! Początkowo uznała, że to miły, niespodziewany gest z jej strony. Czemu to ona miała być testerem trucizn!? A najgorsze było to, że Inez wiedziała, że dziewczyna ma rację. Potwory często były sprytniejsze niż im się wydawało.
– Czemu mi to zrobiłaś!? – krzyknęła spanikowała i nerwowo zaczęła w miejscu przebierać nogami. – Ja nie znam się na truciznach! Mogę plotkować o tym co kto gada w iryfonach, czy przywołać ci pegaza, ale nie jestem dzieckiem Apollo!
Po chwili zobaczyła jak starsza patrzy na nią rozbawiona i zdała sobie sprawę jak głupio musi brzmieć. Zrobiła właśnie z siebie idiotkę, więc woląc nie mówić już nic więcej, jadła dalej watę.
– Nie no, ale serio, czujesz truciznę?
– Nie – odburknęła napychając się resztą słodkości.
Dziewczyny szły przed siebie znów w ciszy. Obserwowały czy nigdzie nie widać dziwnych zachowań, bądź nietypowych stworzeń. Inez dawno nie była na takiej misji i w głębi serca bardzo się tym stresowała, więc pomimo tego co zrobiła jej Dahlia, cieszyła się, że nie jestu tutaj sama.
– Latałaś kiedyś na pegazie? – Do jej uszu dotarło nagle pytanie, którego nie spodziewała się usłyszeć. Spojrzała na dziewczynę tuż obok niej. Starsza nie patrzyła w jej kierunku, jednak Velez i tak miała wrażenie, że jest realnie zainteresowana odpowiedzią.
– Tak. No wiesz, trochę mi zajęło zanim faktycznie zaczęły się mnie słuchać, ale to było tego warte. Gdy mam na przykład zły dzień nie ma nic lepszego niż lot w przestworzach. Szkoda, że my, ludzie nie potrafimy latać. To by było super ekscytujące! – Aż klasnęła w dłonie z zadowolenia, jednak po chwili uspokoiła i uśmiechnęła się nieznacznie. – Jednak robienie tego na tych majestatycznych stworzeniach jest nie mniej przyjemne, serio my-. – Dziewczyna przerwała swoją wypowiedzieć czując nagle w powietrzu coś nietypowego.
Niemal w jednej chwili obie dziewczyny stanęły gotowe do możliwego, nagłego ataku i zaczęły się rozglądać wokół. Inez trzymała mocno w dłoniach swój gastrafetes, a jej mimika twarzy od razu zmieniła się na bardzo skupioną. Teraz wyglądała zdecydowanie jak nie ona.
Już po chwili przed nimi ukazał się chłopak, na oko koło dwudziestki ze złowieszczym uśmiechem na twarzy. Gdy Velez go ujrzała w tej samej chwili zagrzmiało, a w jej głowie pojawiła się tylko jedna myśl.
– Ventus – powiedziała to na głos, tak by Dahlia to usłyszała, choć była niemal przekonana, że dziewczyna jest tego świadoma.
– Mhm, to zdecydowanie Anemoi.
Obie dziewczyny wiedziały, że mają na myśli to samo stworzenie. Cóż, są oni na tyle charakterystyczni, że naprawdę nie pomylisz z niczym innym.
– Po co tu jesteś!? Czego chcesz!? – krzyknęła Inez i ugięła kolana. Postawa, z której w każdej chwili możesz się ruszyć nie tracąc czasu. Może i nie wychodziła zbyt często na misje, ale wiedziała co robić. I mimo, że nienawidziła walczyć, to była legionistką, nie mogła pozwolić by strach ją sparaliżował. Była odważna i pewna swoich umiejętności, a to był pierwszy krok do sukcesu.
– Oh, dwójka półbogów, jak słodko. – Głos chłopaka był naprawdę nieprzyjemny; chropowaty, niemalże syczący. Inez dawno nie słyszała czegoś tak obrzydliwego. – Może chociaż wy dostarczycie mi potrzebnej rozrywki.
Teraz nie mogły się wycofać.


Dahlia?
────
[612 słów: Inez otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Dicka CD Edel — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Z każdym obrotem tkanina coraz szczelniej owijała się wokoło Dicka, ale mimo tego, że był już praktycznie sztywną mumią, dalej zręcznie wymykał się rekom kobiet, które starały się go uratować. Szczęście w nieszczęściu, przewrócił się i znieruchomiał, co umożliwiło rozwinięcie go z zasłonki i zapobiegło niechybnemu uduszeniu. Dick wybałuszył oczy i wziął głęboki oddech.
— Teraz usiądź tutaj, okej? I nie ruszaj się...
Bardziej niż usiadł, został posadzony na leżance. Poddał się rutynowemu dla niego badaniu, które miało określić, czy ma wstrząśnienie mózgu i wszystkie kości w całości. Nie obyło się bez mimowolnego krzyku bólu przy sprawdzaniu odruchów ani bolesnego zagryzienia wargi, ale ostatecznie Dick nie był w o wiele gorszym stanie teraz, niż kiedy przekroczył próg ambulatorium.
— Będzie żył — zawyrokowała Elianne, chowając małą latarkę, którą przed chwilą wypalała Dickowi siatkówkę do kieszeni.
Dziewczyna obok łóżka odetchnęła z ulgą. Półbóg pokiwał głową i od razu tego pożałował — Fortuno, jak ona go bolała…
— Jednak najbezpieczniej będzie, jeśli zostanie tu choćby na parę godzin obserwacji. Potem musiałby ktoś go pilnować w baraku. Jakieś pytania?
— Mogę się zdrzemnąć?
Elianne popatrzyła na niego z irytacją, prawie jakby zadawał jej to pytanie przynajmniej raz tygodniowo. Dick ostrożnie podniósł dłoń do grzbietu nosa i ścisnął skórę między oczami dwoma palcami. Nie wybuchł. Jego kolano pulsowało, już troche słabiej, z zadrapań przestała lecieć krew. Coś mu jednak umykało. Może ma krwotok wewnętrzny? Przechodzi cichy zawał?
Nie, to nie to.
Poklepał się po kieszeni na piersi. Nie zgubił kremu przeciwsłonecznego, choć ten dawno rozlał się pod materiałem koszulki i Dick przesuwał palcami po tłustej plamie. Zgubił okulary przeciwsłoneczne. Jego ulubione! Lexi przywiozła mu je z San Francisco. Były bardzo fajne, w nich prawie nie bolały go oczy. I prawie nie uciskały nosa. Prawie nie wbijały się w skórę za uszami, i miały bardzo ładny kolor. Lexi mówiła, że pasują mu do włosów. Nie, to chyba….
— Gdzie jest Nuggets?


Edel?
────
[309 słów: Dick otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

— Bez przesady, przecież to bezpieczne! Ja też jestem cały! Wszyscy w Obozie są cali! Nic nie wybuchło. Znaczy, teraz teoretycznie może właśnie wybuchać i tego nie wiemy, bo fala uderzeniowa dopiero do nas zmierza, albo… ała! — Kuźma kopnęła Rickiego w nogę, bo mimo że zaczął dobrze, upewniając dzieci Wulkana o braku zagrożeń płynących z fioletowego grzybowego sosu, szybko jego słowa zaczęły się kręcić w niebezpiecznym kierunku.
— Jeśli teraz wybuchło, i tak nic nie zrobimy, więc nie musimy się martwić — dokończył pod nosem, a Kuźma zdecydowała połamać mu wszystkie piszczele. Mimo, że na pewno dzieci Wulkana nic nie słyszały!
— Pójdźcie po prostu ze mną. Z nami — poprawił się. — Nie pożałujecie! Oczywiście, to my prosimy o przysługę, ale zapewniam, że obie strony będą równomiernie zadowolone. Sama przyjemność robić z nami interesy.
W tym momencie Ricky podszedł do wszystkich po kolei i uścisnął im dłonie, patrząc bardzo intensywnie w oczy. Kolega z pryczy obok zostawił w zeszłym tygodniu na swoim łóżku otwartą książkę o samorozwoju. Kiedy syn Merkurego wylał na nią herbatę i wycierał ją rękawem, przeczytał trochę o tym, jak "zdominować swoją energią i sprawić, żeby druga osoba zaakceptowała każdą ofertę, jaką wysuniesz". Szybko przeanalizował grupę i na podstawie paru kryteriów — szerokości barków, wzrostu, odległości oczu od siebie i koloru skarpetek — wytypował lidera. Jemu dłoń ściskał szczególnie długo, i wsunął zgnieciony banknot w mankiet. W ciszy papierek spadł na podłogę, jedno z dzieci Wulkana powoli się po niego schyliło. Wszyscy patrzyli, jak po rozprostowaniu banknot okazuje się być nadpalonym monopoleonem.
— Chodźmy! — krzyknęła Kuźma i wyszła, ciągnąc za sobą Rickiego, szybko, wykorzystując szok półbogów.
Niestety, tu dziwactwa merwkurwiaka się nie skończyły — stronę dalej w nieszczęsnej książce zaczynał się rozdział o prawidłowej postawie ciała. Chłopak szedł sztywno, cały czas napinał barki i nieustannie się potykał. Próby zachowania nonszalancji nawet, kiedy leci się na żwirową ścieżkę nie kończyły się sukcesem, ale guru Rickiego nie przewidział, że jego uczniowie będą przyciągani do ziemi silniej niż normalni ludzie przez ilość śmieci w spodniach, ani że będą aż tak niezdarni. Młody heros musiał sobie jakoś radzić i bohatersko zbierał kolejne siniaki na kolanach.
Musiało to wyglądać naprawdę dziwacznie — Ricky bowiem prowadził, Kuźma szła obok, choć to była zapewne ostatnia rzecz, jakiej chciała, a za nimi podążała zdezorientowana gromadka potomków Wulkana.


Kuźma?
────
[372 słowa: Ricky otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]