niedziela, 28 czerwca 2026

Zmiana pory roku — zima



ZimaZmiana pory roku
Pamiętacie, jak ostatnim razem przepowiadałem, że w czerwcu będziemy się opalać? Zmieniłem zdanie, po prostu się nawadniajcie i spróbujcie nie zwariować. Może jeśli włączycie wiatraki na maksymalne ustawienia, rozbierzecie się do naga i obłożycie kostkami lodu, to będziecie mieć w jakiś sposób dzielone doświadczenia z Waszymi opowiadaniami, bo na blog właśnie wchodzi zima.
★ wątki można kontynuować w czasie przeszłym i z uwzględnieniem pory roku, w jakiej dzieje się akcja. Spis trwających wątków oraz pór roku znajdziecie pod tym linkiem,
zagrożone zamknięciem są wszystkie wątki z blogowego roku IV, czyli:
— Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo (Dahlia x Lucien x Arnar) — zima IV
— For The Hell Of It (Dante x Ivy) — jesień IV
— Goopya peezda (Edel x Theodore) — jesień IV
— I was thinking… Maybe you and I should partner up (Ricky x Kuźma) — jesień IV
— Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy (Atlas x Arisu) — lato IV
— My kink is karma (Oriana x Kaya) — zima IV
— Pluszowe misie słuchają Highway to Hell (Niketas x Weronika) — jesień IV
— Pretor zawsze będzie moim wrogiem (Izan x Vergil) — jesień IV
— Psi patrol gotowy do akcji (Edel x Dick) — lato IV
— Serve The Servants (Edel x Dorian x Kurt) — wiosna IV
— Sherlock Holmes ale inaczej (Elianne x Dorian) — jesień IV
— To nie wandalizm tylko kameralna posiadówka!!! (Inez x Vex) — jesień IV
W przypadku wyżej wymienionych wątków proszę o zakończenie, timeskipowanie ich lub podanie administracji powodu, dlaczego nie możecie zrobić żadnej z tych rzeczy. Na wiosnę wątki bez odpowiedzi będą zamykane!
★ koniec blogowego roku wiąże się z postarzeniami. Wraz z nastaniem wiosny wszystkie postacie zostaną postarzone o rok, zostaną (jeśli powinny) dodane im PU i niektórzy będą musieli wynieść się z obozów do miast,
★ prosimy o sprawdzenie, czy Wasza postać zostanie wraz z postarzeniem przeniesiona: dotyczy to obecnych siedemnastolatków w Obozie Herosów i legionistów z Obozu Jupiter, którzy aktualnie mają 9. rok stażu. Zaktualizowane formularze prosimy dostarczyć administracji maksymalnie 3 dni przed zmianą pory roku na wiosnę, a zatem do 26 sierpnia!
Następna zmiana pory roku (wiosna) zaplanowana jest na 29 sierpnia. Nie zgadniecie, ale wtedy też będziemy się topić. Proszę pić wodę i stosować kremy z filtrem, bo kto będzie robił traumy Waszym postaciom, jeśli zejdziecie na udar? Nadmienię, że administracyjnie rozważamy wprowadzenie zmian w kwestii przebiegu pór roku i postarzeń postaci, o czym będziemy Was informować na bieżąco; póki co zakładajcie, że nic się nie zmienia, a zatem proszę pilnować swoich wątków i formularzy.

x

@nowherelittlegirl @freepik

sobota, 27 czerwca 2026

Od Inez CD Vex — „To nie wandalizm tylko kameralna posiadówka!!!”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Inez nie była głupia. Może czasami nadto optymistyczna i wkurzająca, ale nie była idiotką. Cóż, jest szansa, że na taką się kreowała, ale to dlatego, że raczej bała się wypowiadać na głos pewniej. Jednak pomału nawet i ona traciła cierpliwość do Vex. Naprawdę chciała pogadać z nim, poznać się, ale zdawała sobie sprawę, że w oczach Amerykańca straciła wiele niechęcią robienia graffiti. Tylko Inez nie była stworzona do tego, by bezcześcić różne miejsca! Możliwe, że inni ją mogli uważać za nudną przez jej spokojny styl bycia, ale tak wychowali ją rodzice.
– Ja poproszę na osobny rachunek frytki z sosem śmietanowym i też cole – powiedziała, a jej mimika twarzy nieco się zmieniła.
Nie uśmiechała się już od ucha do ucha, choć jej twarz – w spoczynku – i tak wyglądała, jakby gościł na niej delikatny banan. Albo mały rogalik? Bez znaczenia. Wciąż wydawała się szczęśliwa, choć jej oczy straciły te iskierki radości, które miały wcześniej.
Velez raczej nie załamywała się tak łatwo, jednak dzisiaj… to był ciężki dzień. Nie był łatwy odkąd wstała z łóżka, miała nadzieję, że jej się trochę polepszy gdy zdobędzie nowe znajome, ale… no cóż, jak widać szlag by to trafił te jej założenia.
Usiedli w końcu do stolika, bo barman powiedział, że będzie ich wołać. „Jak w fast foodzie!” – pomyślała, ale nie wypowiedziała swych myśli na głos, nie chciała już bardziej denerwować drugiego obozowicza. Siedzieli w ciszy, która stopniowa przeszkadzała Velez. Vex natomiast wyglądało jakby było zadowolone z takiego obrotu spraw.
Po upływie niezbyt długiej chwili zostali zawołani. Inez poszła po ich zamówienia, a następnie wróciła do stolika zajadając się już swoimi frytkami. Były naprawdę dobre! Chrupkie na zewnątrz, miękki w środku, a do tego słone! Może ciut zbyt tłuste, jak na gust ciemnowłosej, ale najwidoczniej nie można mieć wszystkiego. Zresztą sos także jej smakował, choć może za mało sztucznie śmietanowy jak na jej gusta. To znaczy, zazwyczaj lubiła jak jedzenie jest trochę zdrowsze, ale akurat dzisiaj miała ochotę na taki chamski sos, niczym z McDonalda, czy czegoś w tym rodzaju.
– Chcesz frytki? – zapytała przysuwając Vex opakowanie, jednak ono nie zareagowało w ogóle na jej pytanie kontynuując jedzenie swojego burgera. Nie minęła chwila jak zadała kolejne pytanie: – Lubisz tu przychodzić bo to miejsce ma „vibe”. Ale co tak właściwie to dla Ciebie znaczy?
Inez w ogóle nie czuła tego miejsca. Nie rozumiała do końca jego uroku. Wciąż po głowie chodziła jej myśl, że czuję się w menelowni, gdzie na każdym rogu rzyga najebany typ, który dzisiaj na pewno nie dotoczy się do domu. A starsze natomiast kompletnie nie przypominało jej kogoś, kto pije alkohol. Zaczęła się więc zastanawiać czy jest to może miejsce sentymentami. Może kojarzy się z jakąś osobą, bądź sytuacją. Velez ma takie miejsca, wraca do nich często nawet jeśli teraz już nie czerpie z nich takiej przyjemności. Jednak żadne z nich nie przypomina jej… tego.


Vex?
────
[470 słów: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Ivy CD Dantego — „For the hell of it”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, rok temu

Ivy wpatruje się w Dantego przez długą chwilę, w towarzystwie zagłuszających jego oddech głosów oraz muzyki — która zdecydowanie jest zbyt głośna dla zdolności trzeźwego (ha!) myślenia — będącej połączeniem gatunku rocka oraz hip-hopu. W głowie mężczyzny dzieje się dużo rzeczy, nie mogących znaleźć konkretnego wątku, przez co wygląda na tępo zamyślonego, jakby go odcięło od rzeczywistości. W końcu dochodzi do niego, co może mieć na myśli jego pacjent. Uchyla lekko usta, choć po nieprzewidywalnym Dante mógłby się spodziewać pytań wszelkiego rodzaju, niekoniecznie właściwych. Nie sądził jednak, że może być aż tak bezpośredni oraz że naprawdę może mieć na myśli to, co powiedział. Odwraca wzrok, nie będąc w stanie znieść dłużej spojrzenia błękitnych oczu. Ma nadzieję, że nie czerwieni się na twarzy, jak to robi w chwilach publicznego stresu.
— Nie — stwierdza tylko, mając poczucie, jakby ścierpiał mu język i nie chciał wypowiedzieć więcej słów.
Z jednej strony żałuje, że nie skłamał. Z drugiej, było to oczywiste, że nikogo nie ma. W końcu Dante widział, że Ivy mieszka sam, że nie ma obrączki na palcu, że jedyne, co ma w życiu, to praca, że nie ma w sobie radości, którą widać na twarzach osób będących zakochanymi. Nie trzeba być szczególnie inteligentnym, by stwierdzić, że Ivy nie jest ani wyjątkowo przystojny, ani pociągający z charakteru, by mieć powodzenie. Kobiety nigdy nie zwracały na niego uwagi. Mężczyźni tym bardziej nie. Już same myśli o tym, że ktoś mógłby na niego spojrzeć — w metaforycznym sensie, choć nie tylko — wzdrygają nim. Bycie zauważanym, byciem obiektem czyjegoś zainteresowania, bycie ocenianym pod względem wyglądu wywołuje w nim zarówno wstrząsające, zimne dreszcze, jak i rozlewające się ciepło w żołądku, wszystkie skrajności jednocześnie.
— A co? — rzuca, udając, że to pytanie go nie ruszyło.
Dante wzrusza ramionami i uśmiecha się beztrosko, wciąż nie odsuwając się od Ivy.
— Nic takiego. Jestem ciekawy, wiesz?
Nie chce kontynuować rozmowy i wprowadza pomiędzy nich grobową atmosferę, którą zdaje się, jakby pacjent nie zauważał, pochłonięty swymi surrealnymi myślami i fantazjami.
Drink smakuje i pachnie z jakiegoś powodu majerankiem, przez co o mało nie ma odruchu wymiotnego. Z trudem go przełyka, ale powstrzymuje się od pokazania słabości i sączy go bez cienia niezadowolenia, kłamiąc tak samo, jak przed chwilą, gdy stwierdził, że napój jest ,,całkiem dobry”. Nie wie, co zamówił mu Dante i chyba nie chce wiedzieć, starając nie wprowadzić się w jeszcze większą gonitwę myśli, niż dotychczas, bo jeszcze chwila i zacznie podejrzewać go o wpuszczenie mu czegoś do alkoholu. Ostatnim razem pił coś takiego może kilka-kilkanaście lat temu. Od czasu do czasu, w zaciszu domowym, naleje sobie lampkę wina do filmu, aby się rozluźnić i dać ujściu niepokojowi, ale oprócz tego, unika procentów, szczególnie w niezbyt zaufanym towarzystwie.
— Mało wiem o tobie.
— Nie jesteśmy ze sobą blisko.
— Nie? — Dante marszczy brwi. — Jak to? Przecież ty wiesz o mnie zupełnie więcej, niż większość osób, które znam. Ale to trochę niesprawiedliwe, skoro ty nic nie mówisz.
— Nasza relacja jest profesjonalna, nie bliska — burczy dobitnie. — Dlatego nie powinienem nic mówić.
— Ale teraz nie jesteśmy w gabinecie.
Ivy patrzy na niego z iskierką w oczach, którą Dante podłapuje. Psychiatra zaduma się, jak bardzo jego pacjent zdaje sobie z zasad, które między nimi obowiązują, a mimo to, coraz bardziej je przekracza. Jest ich zupełnie świadomy. I nieważne, jak bardzo Ivy stara się dawać mu do zrozumienia, jak powinna wyglądać ich relacja, Dante pozostaje uparty przy swoim.
— I tak nie mam nic ciekawego o sobie do powiedzenia.
— Ja myślę, że jesteś bardzo ciekawą osobą. Ci tajemniczy są najciekawsi. — Opiera brodę na dłoniach. — Chcesz więcej o nich wiedzieć.
— Nie jestem tajemniczy.
Białowłosy chichocze, zasłaniając pomalowane usta.
— Jesteś za to skromny.
— Tajemniczy to dobra cecha?
Znowu się śmieje. Uważa go, nie dość, że za tajemniczego i skromnego, to za zabawnego? Ivy spuszcza wzrok na oblepiony stolik. Łaskocze go w klatce piersiowej, a nabieranie kolejnych słów na język przychodzi mu z trudem.
— I tak nie mam nic interesującego do powiedzenia — mamrocze tak cicho, że Dante z trudem go słyszy.
— Daj spokój. Przecież to… proste. Wiesz, co lubisz robić, jakie filmy oglądać, jakiej muzyki słuchasz, no wiesz, tego typu kiepskie pogadanki, które ludzie przeprowadzają na pierwszych randkach. Możesz powiedzieć coś o swojej pracy. Sama w sobie jest ciekawa.
— Czy ja wiem? — Uśmiechnął się mimowolnie. — Codziennie przepisywanie psychotropów to dość monotonne zajęcie.
Dante uśmiecha się jeszcze szerzej.
— Mam czuć się urażony?
— Nie. Ty zaliczasz się do tych przypadków, które nie są tak… — Zawahał się. — Nie są aż tak nudne.
— Och, tak? Co jest we mnie ciekawego?
Jasny gwint.
— Osobowość — stwierdza, samo nieprzekonane tym, co mówi.
Nawet nie orientują się, jak wiele upłynęło czasu, a pracownicy zaczynają sprzątać i wyganiać podpitych (bądź już pijanych i upadających) klientów. Ivy z każdą kolejną mijającą minutą traci siły na dalsze rozmowy, męcząc się psychicznie, coraz bardziej przebodźcowane harmidrem i wyeksponowaniem się na publikę. Chce wrócić do domu, ale gdy tylko pojawia się okazja do tego, aby się ulotnić, Dante skutecznie mu to utrudnia, jakby przeczuwawszy, że mężczyzna ma zamiar go opuścić. Męczy go zmuszanie się do mówienia, ale pomaga mu to w udawaniu, że pije tego samego drinka pół nocy — woli uniknąć wciskania mu przez Dante kolejnych.
Potem palą razem papierosa (tego samego) przy budynku, z którego ścian już odrywa się tynk. Chłodne powietrze łaskocze ich w policzki. Dante okrywa się bardziej futrzaną kurtką, Ivy zapina guziki płaszcza, a jego powieki coraz bardziej się do siebie lepią na myśl o konieczności pójścia z rana do pracy — czyli za dosłownie parę godzin. Zastanawia się, czy może po zarwaniu nocki będzie czuł się lepiej niż po przespaniu tak krótkiego czas.
Zauważył podczas ich wspólnego wieczoru (a raczej nocy) dwie rzeczy. Po pierwsze, Dante, gdy pije, to do stanu nieświadomości. Domyślał się istnienia u niego problemów z alkoholem, ale teraz otrzymał rzetelny dowód w tej sprawie — ucieka od rzeczywistości oraz swoich halucynacji dzięki używkom. Ani razu nie wykazał symptomów zaniepokojenia, nie mówił bzdur i prawdopodobnie (a bynajmniej nie dał tego po sobie poznać) nie doświadczał żadnych omamów.
Po drugie, nie czuje się tak przytłoczony, jak się tego spodziewał. Nie wie, czy przestał czuć się niekomfortowo przy Dante, czy to trzy drinki i chwila ucieczki od codzienności były tego przyczyną. Może są to te obie rzeczy i dzięki rozluźnieniu skojarzył mężczyznę z poczuciem tego spokoju, który go obwładnął.
Przebiega obok nich szczur, kierując się w stronę śmietników. Ivy towarzyszy mu spojrzeniem. Już jakiś czas temu wszystkie osoby, które były w bardzo, udały się do domów. Została tylko ich dwójka. Chce powiedzieć, że idzie do domu, ale długo się waha, pomimo że białowłosy milczy, wpatrując się w osianą pustką ulicę. Nos i policzki Dantego czerwienią się od mrozu, przybierając kolor cieni na jego powiekach. Szkarłatny kolor kontrastuje z włosami w kolorze śniegu, jakby został stworzony specjalnie dla niego, by podkreślać jego naturę.
Ivy bierze głęboki wdech. Niewielka ilość promili w krwi rozluźnia mu język.
— Co oznacza twój tatuaż?
Dante mruga na niego, w chwilowym bezruchu. Po chwili kąciki jego warg drgają i przyciska do siebie założone ręce.
— Skąd to pytanie?
Dopala do końca papierosa, rzuca go na ziemie i depcze butem, odwracając wzrok.
— Wiesz co? Zapomnij.
Wykonuje krok w stronę ulicy, ale mężczyzna nie pozwala mu łatwo od niego uciec. Łapie go za łokieć i uśmiecha się zalotnie.
— W ogóle, dzięki za wspólny wieczór.
— Nie ma za co.
Dante podejrzliwie marszczy brwi, widząc twarz i postawę Ivy — wygląda jak kamień, a schowane w kieszeni ręce tylko podkreślają jego niezręczność.
— Coś nie tak? Nie podobało ci się? — Zaniża nagle ton.
— Co? Nie, to nie tak… — mruczy. — Jestem zmęczony.
W odpowiedz uzyskuje powolne, nieprzekonane pokiwanie głową. Dante jednak nie odchodzi i nie przestaje się w niego natarczywie wpatrywać.
— Czyli się mnie nie boisz?
— Ja? Boję? — wydobywa z siebie kłamliwe parsknięcie. — Nigdy się ciebie nie bałem.
Ma nadzieję, że to pozwoli mu uciec do zacisznego mieszkania, gdzie będzie mógł wetknąć wzrok w sufit i z zażenowaniem zastanowić się, na co tak właściwie się zgodził i co ma dalej zrobić z tym faktem, do czego to może doprowadzić i jak wielkim jest idiotą. Uśmiecha się znacznie szerzej, niż to robi na co dzień i liczy na to, że Dante załapie, że chce się z nim pożegnać — nawet bez słów, bo wyczerpał już swój limit na dziś. Skutkuje to odwrotnością, bo białowłosy tylko przybliża się do niego, możliwe, że odbierając znaki mężczyzny w zupełnie odwrotnym znaczeniu, zbliżając nie tylko swoje ciało, swój zapach i alarmującą aurę.
Nie wie, jak reaguje się na coś takiego, szczególnie, gdy nie wyraziło się na to żadnej zgody, a tym bardziej nie werbalnie. Gdy wilgotne wargi lądują na jego popękanych ustach, w pierwszych sekundach zamiera, ale gdy niewinne muśnięcie przemienia się w coś głębszego, gwałtownie odpycha od siebie Dantego, na tyle, by może to być potraktowane jako oznaka obrzydzenia. Powietrze staje się dla Ivy duszne, z trudem je łyka, jakby ktoś odciął mu dostęp do tlenu. Przytyka rękaw płaszcza do ust i rzuca swojemu pacjentowi porażające, srogie spojrzenie, jednocześnie odrzucając od siebie uczucie mdłości. Nigdy nie sądził, że pocałunek, ze wszystkich możliwych emocji, wywoła w nim akurat strach.
Do końca dnia nosi ze sobą uczucie brudu na wargach, którego nie może niczym zmyć. Postanawia, że przy najbliższej okazji zerwie ich terapeutyczną relację. O ile się odważy.

smacznego
────
[1528 słów: Ivy otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

Od Artema CD Edgar — „I want you to know that i'm awake”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Artem nie wiedział dlaczego to zaproponował, bo nie proponował Edgarowi nocowania już od wielu miesięcy (a może przynajmniej roku?). Zaskoczony własnymi słowami odszedł w kierunku kuchni, by sięgnąć po pustą szklankę i nalał sobie wody z kranu.
Przez krótką chwilę żaden z nich się do siebie nie odezwał. Edgar nie potwierdził słowem, że zostanie, a Artem nie dopytywał, bo pomimo ciężkich chwil wciąż znał przyjaciela najlepiej. Rozumieli się bez słów. Tak po prostu. Byli przeciwieństwami, ale chyba rzeczywiście to właśnie przeciwieństwa ze sobą najlepiej współgrają i to dzięki temu tworzyli taką dosyć zgraną-niezgraną parę. Parę. Słowo to nie pasowało do ich obecnego stanu, ale chyba nie było lepszego, które mogłoby być chwilowym zastępstwem.
— Coś się zmieniło? — ciszę przerwał Edgar dosyć nieprzyjemnym, ale spodziewanym pytaniem.
— Nie. — Artem wzruszył ramionami. — Co miało się zmienić?
Wszystko.
Faktem było stwierdzenie, że zmieniło się wszystko. Relacja, którą mieli wcześniej nie wróci. Nigdy. Artem zwyczajnie udawał, że o tym nie wie, bo wolał w ten sposób kontrolować sytuację.
— Dobrze wiesz.
— Nie wiem.
Edgar przestał naciskać. Artem mógłby zrobić się zbyt spięty, zbyt stanowczy w swoich słowach i w taki głupi sposób mógłby znów zniszczyć wszystko; dlatego wybrał milczenie, bo tylko to czasem ratowało głupich, impulsywnych ludzi przez popełnieniem najgorszych błędów w swoim życiu. Dlaczego nie grać razem z Artemem i nie udawać, że nic się nie zmieniło?
 
Edgar siedział na kanapie z podkulonymi kolanami pod brodą, a Artem zajmował miejsce na drugim końcu. Nie patrzyli na siebie. Wbijali wzrok w czarny ekran monitora, bo chwilę wcześniej skończył się kolejny nudny film, który odpalił Artem. Nudny, przewidywalny horror, kończący się dokładnie tak samo, jak większość tego typu produkcji.
— Ej. — Edgar opuścił nogi na ziemię. — Gdybym nie było policjantem, to też byś mnie tak wykorzystywał?
— Tak. — Kącik ust Artem drgnął i uniósł się do góry. — Dlaczego zawsze pytasz o takie głupie rzeczy?
— Pytam serio.
— Odpowiedziałem serio. — Pokręcił głową. — Jesteś jakimś półbogiem i umiesz rzeczy, których nie potrafią zwykli ludzie. To oczywiste, że bym cię wykorzystał.
Edgar udawał, że ukuły go te słowa prosto w serce. Złapał się teatralnie za klatkę piersiową i opadł na oparcie kanapy.
— Udawałbyś chociaż, że nie.
Artem w odpowiedzi wzruszył ramionami. W całym tym spotkaniu najgorsze było to, że obydwoje zaczęli zachowywać się tak, jak dwa lata wcześniej. Jakby ktoś wymazał im pamięć, usunął nieprzyjemne wspomnienia i zastąpił je pustką.
Znów byli tymi samymi przyjaciółmi. Można było tak powiedzieć. Może tak wyglądali z trzeciej osoby; ale wewnętrznie Artem nie mógł spokojnie usiedzieć na kanapie, co chwilę zmieniając pozycję albo drapiąc się po karku prawie tak samo niezręcznie, jak przyłapany na ściąganiu student.
Zerkając na siedzące obok Edgar nie wiedział, jak powinien się zachować. Wcześniej nie musiał nawet się zastanawiać. Nie musiał myśleć. Cała jego osobowość opierała się na impulsywnych decyzjach, ale przy Edgarze to w tym momencie wyparowało. Stracił poniekąd kontrolę nad tą sytuacją już w chwili, kiedy Egdar zmieniło temat i przestało przejmować się tym, z czym przyszedł do niego Artem.
Żeby przełamać tę niezręczność, Artem poszedł do lodówki i wyciągnął z niej dwa piwa. Zwykłe, można powiedzieć, że słabe i niezbyt dobre. Nic innego nie miał, a też nie miał ochoty na wodę, herbatę albo co gorsza kawę, której i tak by nie wypił, bo jej nienawidził. Zresztą już nie mówmy o fakcie, że kawę o tej godzinie chętnie piłby tylko ktoś taki, jak Edgar.
— Z jakiej to okazji? — zapytało Edgar trochę żartobliwie, kiedy Artem podał jejmu zimną butelkę. — Świętujemy twoją głupotę czy ten głupi horror?
Artem zignorował te słowa i usiadł obok. Wybudził laptop i wpisał kolejny tytuł nudnego horroru.
— Co? Kolejny? — Edgar otworzył swoje piwo. Syk gazowanego napoju zachęcił Artema do otworzenia swojego alkoholowego ptasiego mleczka.
— Ten podobno jest zajebisty.
— Podobno to słowo klucz.
— Dobra, zamknij się i oglądaj.
Artem włączył film. Przeleciał im przed oczami w niecałe półtora godziny. Jakoś pod sam koniec Artem przestał interesować się oklepanymi scenami, napisami na ekranie czy pustą butelką po piwie. Zerkał na siedzącego obok Edgar, który powoli zdawał się przysypiać, ale nie chciał dać tego po sobie znać, walcząc z opadającymi powiekami.
Napisy końcowe właśnie się kończyły. Zmęczone Edgar przypadkowo wypuściło z rąk butelkę po piwie, kiedy chciało się w końcu podnieść. Artem zareagował błyskawicznie — jak na to, że była to totalna pierdoła — i przysunął się, by złapać upuszczoną rzecz. Edgar w tym czasie również się schylił i zamiast złapać butelkę, to złapał Artema za dłoń. Prawie jak w tych durnych filmach dla nastolatek, gdzie dziewczyna wpada na chłopaka i z rąk wypada jej stos karteczek oraz książek.
Zanim Edgar zdążył rzucić jakimś niepotrzebnym — i zapewne głupim — komentarzem Artem wyrwał mu butelkę z rąk i z hukiem odłożył na stolik. Napisy końcowe właśnie dobiegły (masło-maślane) końca. Film się całkiem zatrzymał. Artem patrzył na Edgar zdecydowanie zbyt długo, jak na siebie.
— Co? — zapytało, czując nagłą zmianę w zachowaniu mężczyzny.
— Zanim wrócisz do domu…
— Nie chciałem wracać do domu — wtrąciło się natychmiast.
— Wiesz, zakładam, że po tym wrócisz do domu.
Edgar zmarszczyło brwi. Nie lubiło, gdy Artem przestawał nagle być bezpośredni. Zazwyczaj, a nawet nie zazwyczaj, tylko zawsze, mówił to, o czym myślał, nie starając się ukrywać prawdziwych zamiarów.
— Okej, mógłbyś mi powiedzieć, o co chodzi? — Zdenerwowanie od razu namalowało się na jejgo twarzy. — Masz mi coś jeszcze do powiedzenia? Kolejny gang, jakieś narkotyki i inne gówno?
Artem za to nie odrywał od niejgo wzroku. Wpatrywał się w niejgo jak w obrazek, myśląc nad ewentualnymi konsekwencjami tego, co chciał zrobić. Nie mógł zwalić niczego na stan nietrzeźwości, bo był trzeźwy. Edgar było trzeźwe. Wypili po jednym czteroprocentowym piwie.
Edgar spróbował wstać z kanapy. Artem skutecznie mu to uniemożliwił, łapiąc za nadgarstek. Ostatnia myśl przebiegła mu po głowie. Ostatni czerwony dzwonek zadzwonił w uszach, uświadamiając, że jeśli to zrobi, to nie będzie odwrotu. Można powiedzieć, że teraz był gotów ponieść wszelkie konsekwencje i w sumie nawet nie obchodziło go, co Edgar z tym zrobi. Co on z tym zrobi.
Jak na to, ile nad tym myślał, zachował typowo dla siebie — chaotycznie. Przysunął się do Edgara, jedną dłonią złapał go za włosy i pociągnął zdecydowanie za mocno. Edgar był w stanie tylko syknąć z nieprzyjemnego uczucia bycia ciąganym za kosmyki, ale zaraz zamknął się przez niespodziewane zetknięcie ich warg.
Artem poczuł jakąś niesłychaną złość na siebie samego, że to w ogóle zrobił, więc zamiast się odsunąć, pociągnął Edgara bardziej za te biedne włosy, a drugą dłoń wbił w jego udo. Nie miał nad tym ani grama kontroli. Ani grama. A myślał, że tę kontrolę w ten sposób odzyska.
Nachylił się, zmuszając Edgara, żeby się położył. Kolejna czerwona lampka, krzycząca uważaj, zaświeciła się w jego głowie. Tym razem jej posłuchał. Odsunął się. Nie wiedział, czy powinien na niego patrzeć, więc tylko głupio zapytał:
— I co? Wyjdziesz teraz?

na zakonczenie pride month
────
[1110 słów: Artem otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

piątek, 26 czerwca 2026

Od Lotus — „Zróbmy sobie świnkę morską”

— Chcę świnkę morską.
— Co?
— No. Chcę świnkę morską.
Amy popatrzyła na przyjaciółkę tak, jakby ta zakomunikowała jej, że chciałaby zostać szambonurkiem. Nie, żeby Amy miała coś do szambonurków — żadna praca nie hańbi. Nie miała też żadnego problemu do świnek morskich. Po prostu jedno i drugie było dość oderwane od rzeczywistości, kiedy siedziały w kuchni i jadły lody.
— Skąd ten pomysł? — zapytała jedynie, łyżeczką mieszając zawartość kubka.
Lotus wzruszyła ramionami.
— Po prostu są słodkie. Znalazłam kiedyś jedną, ale była… chora. Wolałabym mieć zdrową — powiedziała, wierzchem dłoni wycierając czekoladową smugę z czubka nosa.
Niestety nie miała szczęścia, jeśli chodziło o zachowywanie czystości podczas jedzenia; cud, że jeszcze nie wybrudziła sobie koszulki.
— Nie mówiłaś nigdy, że lubisz gryzonie.
— Bo nigdy o tym nie myślałam. Ale teraz je lubię.
Amy przyglądała jej się przez chwilę, a potem wróciła do swoich lodów. Była przyzwyczajona do tego, że Lotus mówi różne rzeczy. A Lotus była przyzwyczajona do tego, że Amy zawsze słucha. Był to pewien system, który działał od lat.
— Lucy chciała świnkę morską. Może przypomnę rodzicom. Nigdy jej tego nie zabronili. — Amy postukała łyżeczką o brzeg kubka. — Jeśli to doszłoby do skutku, możesz wpadać i ją głaskać.
Twarz Lotus cała rozjaśniła się w uśmiechu. Lucy była dziewięcioletnią siostrą Amy, która swoją energią prawie dorównywała Lotus. Dobrze się dogadywały. Czasami za dobrze; odkąd Lotus nauczyła dziewczynkę używać śrubokrętu, w domu przyjaciółki wiele rzeczy magicznie się psuło. Na miejscu zdarzenia często znajdowano leżące luzem śrubki.
— Jezu, serio? Ale byłoby zajebiście.
Amy odwzajemniła jej uśmiech.


— Ma na imię Puszkosława — powiedziała dumnie Lucy, kucając przed klatką, która zajmowała sporą część podłogi jej pokoju.
— Bardzo dostojnie. — Lotus pokiwała głową, moszcząc się na dywanie zaraz obok dziewczynki.
Wlepiła wzrok w puszyste stworzonko, które siedziało w rogu klatki i równie intensywnie odwzajemniało jej spojrzenie.
— Prawda? Mama powiedziała, że głupie, ale mama się nie zna.
Lotus roześmiała się, odgarniając czerwone włosy z oczu.
— Zna się, ale akurat Puszkosława to świetne imię — wyjaśniła, muskając opuszkami palców pręty klatki.
Amy westchnęła, stojąc w drzwiach do pokoju siostry. Dalej nie rozumiała fenomenu świnki morskiej, ale jeśli sprawiała ona tyle szczęścia zarówno jej siostrze, jak i najlepszej przyjaciółce, to mogła przymknąć oko. Lotus odwróciła się w jej stronę.
— Kupmy sobie drugą.
— Nie ma mowy. Chodź, odgrzejemy Lucy obiad.


────
[371 słów: Lotus otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Theodore'a — „Everyone deserves sunshine” cz. 1

Theodore chyba w żadnym momencie swojego życia nie nazwałby go prostym. Jak tylko wyszedł z piaskownicy, zostawił ich ojciec Alice, więc od tamtej pory siostra patrzyła na niego jak na obrzydliwego robaka. Potem odkrył w sobie pasję do posługiwania się pięściami, przez co matka musiała non stop świecić za niego oczami, a on sam co najmniej dwa razy miał złamany nos. Ledwo się ogarnął, a nagle okazało się, że jego ojcem jest pierdolony rzymski bóg, a Theo musi najpierw spędzić tygodnie z legendarną wilczycą, a potem zamieszkać w obozie, w którym niemal przez rok kazali mu tylko czyścić kible i przepraszać za to, że żyje.
Nie była to definicja najlepszego życia pod słońcem.
Mimo to w końcu wszystko zaczęło się układać. Nie był już in probatio, więc w Obozie Jupiter żyło mu się zdecydowanie lepiej. Coraz rzadziej bywał w domu, ale podczas jego wizyt Alice już nie patrzyła na niego aż tak spod byka. Marie może i nie mówiła mu wprost, że tęskni, ale czasami wydawało mu się, że w jej oczach widzi błysk czegoś, co sprawiało, że w gardle rosła mu gula. Był też Charlie — zawsze uśmiechnięty, zawsze z roziskrzonym spojrzeniem, zawsze na miejscu. Jedna z niewielu rzeczy w życiu Theodore'a, które były stałe.
Potem poszedł na jedną imprezę walentynkową i wszystko chuj strzelił.
Charlie dobijał się do niego cały następny dzień po tym feralnym wieczorze, ale bezskutecznie. Powiedział Alice, że jeśli pojawi się pod drzwiami, ma go po prostu nie wpuszczać. Może nie obchodziło jej, o co chodzi, a może po prostu pamiętała, w jakim stanie odbierała wczoraj brata z imprezy. Na pewno jedno z dwóch, bo o nic nie zapytała. Theo zamknął się w pokoju, całkowicie wyłączył swój ledwie zipiący laptop i ledwo się do kogokolwiek odzywał, a zaraz następnego ranka wrócił do obozu.
Jakoś nie czuł już, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Zajmował myśli zajęciami w obozie, nauką, wszystkim, w co mógł się wepchnąć. Jego towarzystwo stało się jeszcze gorsze do znoszenia, bo mniej skupiał się na tym, żeby trzymać swoje umiejętności w ryzach. Każdy, kto nie chciał w środku dnia zasnąć i wyłożyć się na trawie, skrupulatnie unikał przebywania z nim.
Theo odwoływał wizyty w domu dzień przed — jedną, bo musiał uczyć się na egzamin, żeby zaliczyć przedmiot (który już od dawna miał zaliczony), a drugą dlatego, że nagle dostał od pretora bardzo ważne zadanie niecierpiące zwłoki (na palcach jednej dłoni mógł policzyć sytuacje, w których to bezpośrednio Vergil kazał mu coś zrobić). Za trzecim razem nie znalazł już wymówki. Minęło prawie półtora miesiąca od walentynek i choć San Francisco zaczynało już witać się z wiosną, pustka, którą Theodore czuł w klatce piersiowej, stale się powiększała.
W domu okazało się, że Alice się wyprowadziła. Jeszcze przed tym, jak odwołał pierwszą wizytę w domu. Marie bardzo starała się wyglądać, jakby wszystko było w porządku, ale widać było, że nerwy ma w strzępkach. Theo żałował, że zostawił ją w tym samą, ale przecież o niczym nie wiedział. Boski ojciec dał mu w genach umiejętność usypiania wszystkich dookoła, nie jasnowidzenia. Niestety. Cała ta sprawa z Alice wprawiła go w jeszcze gorszy nastrój niż do tej pory. Siostra wyniosła się z domu akurat w chwili, w której pozwolił sobie mieć nadzieję na to, że między nimi mogłoby być lepiej.
Następnego dnia lało. Kiedy Theodore próbował w słabo oświetlonym pokoju rozwiązywać zadania z matematyki, ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Westchnął i zsunął się z krzesła. Marie ledwo co wyszła z mieszkania, żeby dotrzeć do pracy na popołudniową zmianę. Mogła zapomnieć kluczy; czasami jej się zdarzało. Theo doczłapał do drzwi wejściowych i nawet nie wyjrzał przez wizjer, po prostu je otworzył. Zaraz potem pożałował, że jednak nie skorzystał ze starego, dobrego wizjera.
W drzwiach stał Charlie. Deszcz pozlepiał jego jasne włosy w strąki i przemoczył bluzę do suchej nitki. Theo nieraz próbował wpoić przyjacielowi ideę parasolki, ale nigdy mu się to nie udało. Chłopak mrugał, próbując pozbyć się kropel deszczu, które osiadły mu na rzęsach. Uśmiechnął się przy tym niepewnie, sprawiając, że jego twarz nabrała miększych, bardziej chłopięcych rysów. Theodore przesunął wzrok na jakiś punkt ponad jego ramieniem, równocześnie zaciskając dłoń na klamce drzwi.
— Hej — bąknął Charlie, wycierając poznaczoną kroplami wody twarz rękawem bluzy, co oni trochę mu nie pomogło. Opuścił dłonie wzdłuż boków. — Mogę wejść?


────
[708 słów: Theodore otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 23 czerwca 2026

Od Chaita CD Dahlii — „Haul Away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie odpowiedział Dahlii od razu. Na chwilę znowu spojrzał w miejsce, w którym doszło do nieprzyjemnej rozmowy, marszcząc brwi i ściągając usta w wąską linię.
Pracował jako animator od lat. Nie, że jakoś bardzo wielu, ale jednak lat. Wiedział, że ludzie są różni. Oczywiście, że w swojej karierze spotkał też tych okropnych. Przed oczami na chwilę stanął mu nawet jeden konkretny kierownik z jego normalnego, codziennego miejsca pracy. Ten sam, z którym pracował jakimś cudem zawsze wtedy, gdy obowiązki zmieniały się z „animator dla dzieci i osoba pilnująca porządku” na „cholerny półbóg wpadający w kłopoty”. Sam siebie nie lubił za to, jak fałszywie miły zwykle dla niego jest. Zwykle też nie mógł nic na to poradzić.
Ten konkretny mężczyzna wydawał się jednak jeszcze gorszy. Nie była to pewnie żadna obiektywna cecha, na którą Chait mógłby się powołać. Wydawał się po prostu dziwnie nieprzyjemny, bardziej, niż było to konieczne w danej sytuacji. Chaitowi przeszło przez myśl, że wydarzyło się jeszcze coś, czego nie usłyszał, ale to też nie miało sensu.
– Och, tak. Pewnie. Do jutra – rzucił w końcu, odwracając się do Dahlii i uśmiechając prawie bez rezygnacji. Nawet uniósł dłoń i pomachał jej delikatnie na pożegnanie. Miał nadzieję, że nie odebrała tego jako olewające lub niegrzeczne. Nie zamierzał przecież być niemiły akurat w stosunku do niej.
Może powinien ją zatrzymać i zapytać, czy wszystko w porządku. Tak, na pewno powinien, przecież on też był odpowiedzialny za walkę na plastikowe szabelki.
A i tak nie ruszył się z miejsca. Przez cały dzień nie zająknęli się słowem o tym, czy już wcześniej skądś się znali – nie chciał stwarzać sytuacji, w której będą zmuszeni o tym porozmawiać. Myśli Chaita od razu uciekły w stronę Aye, które przez jedno głupie pytanie do dzisiaj nie mogło zaznać spokoju od jego towarzystwa, w połączeniu z najgłupszymi możliwymi powodami przebywania w tym właśnie towarzystwie. Przyznawanie się do boskiego pochodzenia i wspólnego pobytu w obozie nigdy nie kończyło się dobrze. Nieważne, czy mieszkali w tym samym mieście, czy w dwóch różnych stanach. Zresztą, ten dzień był wystarczająco męczący, nie chciał jeszcze dodatkowo zmuszać Dahlii do rozmowy o irytującym szefie.
Poczekał, aż ta zniknie za zakrętem, zanim sam ruszył do wyjścia. Podejrzewał, że to było jeszcze bardziej niegrzeczne niż ta późna, pospieszna odpowiedź. Pozostało mu uznać, że to nie jest problem na teraz, bo teraz i tak już nic z tym nie zrobi. Jeszcze raz obejrzał się za siebie, na drzwi do szatni. Miał nadzieję, że reszta współpracowników okaże się bardziej sympatyczna, niż na razie mu się wydawało.
Poprawił plecak na ramieniu, przyspieszając kroku. Na pewno przesadzał, przecież nie mogło być aż tak źle. Nigdy nie było aż tak źle.

*

O dziwo nie wpadł na Dahlię w innych miejscach – ani ogarniając kilka spraw w okolicy parku, ani pod drzwiami hostelu, w którym się zatrzymywał. Podejrzewał, że to nawet nie było za bardzo prawdopodobne. Bo dlaczego niby miałoby być? Chyba po prostu nie potrafił przestać myśleć o tamtej sytuacji. I o tym, że jednak powinien od razu zapytać, czy wszystko w porządku.
To on zwykle był tym, który zbierał baty za głupie zachowania, a każde to zachowanie było głupsze od ich sparingu. Czuł się zwyczajnie niekomfortowo, że teraz jakimś cudem go to ominęło (nie miało znaczenia, czemu go to ominęło. Naprawdę).
Jeszcze zanim wszedł na teren parku rozrywki wiedział, że zapyta Dahlię o całą tę sytuację jak tylko ją zobaczy. I o to, co konkretnie miała na myśli, mówiąc o zabawie. Miał nadzieję, że nie zrozumie go źle. Nie miał nic przeciwko kłopotom. Przyzwyczaił się. Podejrzewał, że szef z jego pracy w Nowym Jorku też jest jak najbardziej przyzwyczajony i tylko czeka na telefony ze skargą, że kogo on tutaj wysłał. Podczas poważnej rozmowy w biurze on będzie zrezygnowany, a Chait tylko wyszczerzy zęby i przeprosi, kompletnie nie mając tych przeprosin na myśli.
Z tą myślą przemknął korytarzem, jeszcze tylko na krótki moment zatrzymując się przed wejściem do szatni, tak w ostatniej chwili zastanowienia się nad sensem życia i reszty pracy w tym miejscu. Nic szczególnie głębokiego, mimo wszystko.
Wszedł do środka, kiwając głową jakiemuś chłopakowi, z którym złapał kontakt wzrokowy. Odpowiedział tym samym gestem, ale bez uśmiechu. Chait nie zamierzał się o to obrażać. Zamiast tego rozejrzał się, szukając w tłumie Dahlii. Zobaczył ją przy jednej z szafek, więc tylko złapał mocniej pasek plecaka i od razu do niej podszedł. Nie było sensu czekać.
– Dahlia. – Uśmiechnął się na przywitanie, mierząc ją tylko odrobinę zmartwionym spojrzeniem. Odpowiedziała mu, ale nawet za bardzo tego nie zarejestrował. – Słuchaj, ech… Wszystko w porządku? Po tej wczorajszej… – Zawahał się. – Sytuacji?
Mówił pół tonu ciszej, nie chcąc zwracać uwagi innych pracowników. Ich reakcje wczoraj nie wydawały się szczególnie zachęcające. Albo po prostu sobie to wyobrażał. Dlatego na razie wbijał wzrok w Dahlię. I jeszcze raz poprawił plecak, udając, że to wcale nie jest nerwowy gest.


Dahlia?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

Isobel nigdy nie miała ojca, który dawałby jej bojowe zadania. Te zwykle wymyślała sobie sama, ale to już przecież nie była taka frajda. Poza tym zawsze musiała sama trzymać latarkę. Zmarnowany potencjał. Dlatego choć miała cała listę ważnych rzeczy do zrobienia, zgodziła się pomóc nieznajomej.
— Isobel. Tak w ogóle — powiedziała, żeby osoba stojąca przed nią dostała jakiś inny przydomek.
Wyciągnęła rękę do dziewczyny i energicznie nią potrząsnęła.
— Kalina. Isobel, fajne imię.
— Zajebiste, co nie? Dzięki, twoje też jest ciekawe. — Is wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
Skoro to miały już z głowy, z powrotem odwróciła się do półki z lampami. Sama przyszła tu tylko po jakiś obrus (przeczytała gdzieś, że w każdym domu musi być chociaż jeden, ładny obrus dla gości), ale widok tak… nietuzinkowej alejki z lampami zaciekawił ją na tyle, że zapomniała o obrusie. Teraz już znowu o nim pamiętała, ale przecież mogła poszukać go za parę minut.
— Trudny wybór — westchnęła, przechadzając się wśród półek.
— Strasznie! Za dużo ładnych rzeczy — odpowiedziała Kalina, dotrzymując jej kroku. — Stoję tu już z piętnaście minut i w ogóle nie mogę się zdecydować. Piekło na ziemi.
Is wodziła wzrokiem po różnych ciekawych egzemplarzach. Wszystkie przykuwały uwagę, ale gdyby tak miała zatrzymać się przy każdej i dokładnie ją obejrzeć, siedziałaby tu chyba aż do zamknięcia. Nawet, gdyby robiły to z Kaliną we dwie. Trzeba było jakoś minimalizować stratę czasu, chociaż wcale nie było to takie łatwe.
— Potrzebna ci jest jakaś mniejsza czy większa? — zapytała w końcu, odwracając się do dziewczyny.
— Szczerze, to taka średnia. Nie ogromna, bo mnie nie stać, ale też nie jakaś maleńka, bo potrzebuję światła — wyjaśniła Kalina, zatrzymując się przy lampie w kształcie kaczki. Dotknęła jej plastikowego dzioba. — No, mniej więcej takiego rozmiaru. Tylko nie ta konkretna, bo ten plastik wygląda, jakby miał się spalić po godzinie. Za cienki — dodała.
— Okej. Wielkości tęczowej kaczki. Zakodowane — powiedziała Isobel, skinając głową tak służbowo, jakby co najmniej odbierała polecenie od pułkownika.
W końcu swoje zadania traktowała poważnie. Znalezienie odpowiedniej lampy było naprawdę odpowiedzialnym zadaniem, którego nie każdy mógłby się podjąć. A przynajmniej tak sobie wmawiała.
— Co myślisz o tej? — zapytała, wskazując palcem na lampę w kształcie kota siedzącego po turecku z bębenkiem w przednich łapach, któremu z pleców wystawał stelaż z żarówką.
Kalina podeszła bliżej i nieznacznie przekrzywiła głowę w bok, przyglądając się zmrużonym, plastikowym kocim ślepiom.
— Żarówka jest za mała, będzie chujowo świecić — zadecydowała w końcu, przechodząc dalej. — Jakbym wkręciła większą, to stelaż mógłby tego nie przeżyć. Wiesz, jak jest — dodała, muskając opuszkami palców kolejną lampę, która jednak najwyraźniej nie przyciągnęła wystarczającej uwagi.
— Szkoda, jakby się zawaliła na kota. Śmieszny ma pyszczek — skwitowała Is, lekko pstrykając plastikowego kota w nos.
Sama by sobie postawiła taką na stoliku nocnym, tylko średnio miała fundusze na takie bzdety. Może tu kiedyś po nią wróci, jeśli nikt w tym czasie nie wykupi tego arcydzieła. Byłaby straszna szkoda, jakby miała się kurzyć u kogoś innego.
— O, ta wygląda okej.
Z rozważań nad biednym plastikowym kotem wyrwał ją głos Kaliny, która stała już kilka kroków dalej i podnosiła inną lampę. Is podeszła bliżej i przyjrzała się jej dokładniej.
— To… żaba? — zapytała, nie do końca pewna siebie.
— Ropucha. Chyba. Ten cylinder i okulary trochę zniekształcają obraz — wyjaśniła Kalina, wyciągając przed siebie zdobycz. — Ale jakby nie patrzeć, jest całkiem urocza.
— No, każda potwora znajdzie swojego amatora, czy jakoś tak. Ale nie wysiedziałabym z nią w pokoju. Cały czas wygląda, jakby się na mnie gapiła — wzdrygnęła się lekko i wyjęła lampę z dłoni Kaliny, żeby pokazać jej swoją perspektywę. — Widzisz?
Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby prowadziła z biedną lampą bitwę na spojrzenia.
— Może faktycznie trochę dziwnie się patrzy. Kto wie, może ożywa w nocy — wzruszyła ramionami i machnęła ręką, żeby Is odstawiła lampę z powrotem na półkę.
Wymieniły się opiniami na temat jeszcze kilku co to durniejszych lamp, kiedy nagle Isobel zatrzymała wzrok na jednej z nich. Zakochała się od pierwszego wejrzenia.
— Bogowie słodcy, a co to za cudo? — zapytała, zbliżając się do upatrzonego przedmiotu.
Niemal z nabożną czcią podniosła lampę i zaprezentowała ją Kalinie. Lampa była tak właściwie krokodylem w okularach przeciwsłonecznych, który siedział pod parasolem. Parasol był tak naprawdę kloszem, pod którym znajdowała się żarówka. Brakowało tylko drinka z palemką.
— Nie wiem, jak ty, ja bym brała w ciemno.

Kalina?
────
[696 słów: Isobel otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Arisu — „Long time no see” cz. 3

Poprzednie opowiadanie

– O proszę, jeszcze żyjesz.
Shayel spojrzał na nią, unosząc brwi, ale przepuścił ją w drzwiach mieszkania, nawet tego nie komentując. Przeszła obok niego z dumnie uniesioną głową, łapiąc pasek torby i zrzucając ją na brzeg kanapy (dalej tej samej. Prawdopodobnie miała nie zmienić się nigdy). Na to też nie zareagował. Usłyszała, jak zamyka drzwi, a potem kątem oka zobaczyła, jak przechodzi do ciasnej kuchni, stając na palcach, by sięgnąć do jednej z szafek.
– Napijesz się czegoś? – zapytał, wyjmując kubek i odwracając się do niej. Kosmyki włosów opadały mu na oczy i potrząsnął głową, żeby odgarnąć je na bok. Arisu przez chwilę odniosła wrażenie, że ich rozmowy za każdym razem są identyczne.
– Herbaty.
Nie musiała mu odpowiadać, bo już sięgał po pojemnik. Z tej odległości nie była w stanie przeczytać, co na nim jest. Z bliższej pewnie też by nie była – litery wydawały się zbędnie ozdobne. Podejrzewała, że nie jest to dobry znak.
Mimo to usiadła na podłodze obok kanapy, opierając się o nią plecami. Nie była jeszcze pewna, po co do niego przyszła. Ostatnim razem widzieli się latem, teraz za oknem spadały już liście, a pogoda była jeszcze bardziej nijaka. Starała się nie myśleć o tym, że widuje się z Shayelem średnio co kwartał. Nie była pewna, czy jej to odpowiada, czy przeszkadza. I jeśli przeszkadza – czy dlatego, że widzi go tak często, czy tak rzadko. Jakimś cudem wydawało jej się, że wszystkie te możliwości są prawdziwe w tym samym czasie, ale to przecież nawet nie miało sensu.
Na pewno myślała o nim częściej, niż zanim zamieszkał w San Francisco. I mogła z pełnym przekonaniem stwierdzić, że akurat to ją bardzo irytuje. Nie lubiła o nim myśleć. Nie lubiła tego, że jego głupia moralność wraca do niej częściej, niż do tej pory. Była głupia, naiwna i nie dało się przełożyć jej na codzienne życie. Tak samo jak tego, co wmawiał jej ojciec.
O nim z jakiegoś powodu też myślała teraz częściej.
Podniosła się trochę, by ze swojego miejsca na podłodze spojrzeć na stół. Ściągnęła leżący na nim magazyn. Prawdopodobnie jedyną kolorową rzecz w zasięgu jej wzroku, co pewnie bardzo źle świadczyło o samym Shayelu. Dziwiło ją, że w XXI wieku wychodzą jeszcze papierowe magazyny. A jeszcze bardziej to, że Shayel takie czyta.
Spośród mieszających się literek i słów wyłapała coś o tundrze. Zmarszczyła brwi, zamykając gazetę jeszcze raz. Na pierwszej stronie spośród wielu barw udało jej się wyłapać coś o roślinności arktycznej.
– Czy tobie skończyły się dobre… nie, jakiekolwiek książki? – zapytała, odkładając magazyn z powrotem na stół. Zmarszczyła przy tym nos, przenosząc wzrok na brata, który dalej stał nad kubkiem herbaty. Wydał z siebie westchnięcie, które mogło być tylko westchnięciem pełnym rezygnacji.
– Nie.
Bardzo, bardzo oczekiwała wyjaśnień. Tych, o które nie zamierzała pytać, ma się rozumieć. Nie zamierzała wykazywać zainteresowania większego niż to absolutnie konieczne.
– Jeden z… innych pracowników archiwum… – Shayel sam zaczął, co Arisu przyjęła równocześnie z ulgą i z irytacją. Czy widział, że ją to ciekawi? – Usłyszał, jak rozmawiam z kimś o podróżach. Uznał, że mnie to zaciekawi.
Zdecydowanie nie wyglądał na zaciekawionego. Nie potrafiła mu się dziwić, ale prychnęła z rozbawieniem, odwracając wzrok. Shayel jeszcze przez chwilę patrzył na nią z czymś, co pewnie mogło być odebrane jako dezaprobata, ale czego zdecydowanie nie odebrała w ten sposób.
W końcu jednak się poddał. Podszedł do niej i postawił na stole kubek z parującą herbatą. Minęła kolejna sekunda, zanim zdecydował się usiąść obok niej na podłodze. Skinęła mu głową w podzięce i znowu zapadła cisza. Arisu sięgnęła po herbatę, gotowa pozostać w tym milczeniu tak długo, jak będzie musiała, choćby do końca swojej dzisiejszej wizyty.
Shayel jej nie zaprosił, znowu odwiedziła go sama z siebie. W ciągu pięciu poprzednich lat w obozie nie wychodziła nigdzie tak często, jak w ciągu ostatniego roku i oczywiście, że to właśnie jego o to obwiniała. Od kiedy zamieszkał w San Francisco, przestał wysyłać jej listy. Rozumiała to. Więcej, uważała, że kompletnie ją to nie obchodzi, bo przecież i tak nigdy ich nie czytała. Dalej dziwnie było wiedzieć, że jest tak niedaleko. To tyle.
Jak na złość, on też się nie odzywał. Siedział przy drugim końcu kanapy, oparty o nią jednym ramieniem, przewracając karty magazynu, który go nie interesował. Mimo wszystko Arisu w jakiś sposób cieszyła się, że miał w pracy kogoś, z kim był na tyle blisko, by wymieniać się takimi rzeczami. Shayelowi nie robiło to różnicy, prawdopodobnie. Może powinna kiedyś go o to spytać.
– Może przynajmniej gazety czytasz teraz online?
Prawie sapnęła z irytacją. Oczywiście, że musiała w końcu się odezwać. Była czasami taka żałosna.
– Zostawiłem dzisiejszy numer w pracy.
Oczywiście. Powstrzymała się od wywrócenia oczami. Był taki przewidywalny. Musiał to zauważyć, bo znowu się odezwał:
– Przecież wiesz, że nie jestem fanem technologii.
Tak, tak. Wiedziała. Nie mogła nawet się z tym kłócić, chociaż bardzo chciała.
– Ale jak podróżowaliśmy, to z ojcem czytaliście też online.
Mogła nie zaczynać tego tematu. Shayel skinął głową.
– To prawda. Tak łatwiej dowiedzieć się, że… kolejny poseł w Polsce uniknął więzienia, albo cokolwiek innego.
Teraz ona skinęła powoli głową. Nigdy nie uważała swojego argumentu za dobry. Po prostu czuła potrzebę, by zwrócić na to uwagę. Chyba czuła też większą niż zwykle potrzebę, by faktycznie z nim rozmawiać, a nie tylko siedzieć w ciszy. Akurat o to nie mogła obwiniać Shayela. Zdecydowanie jej się to nie podobało. Pewnie powinna obwiniać kobietę z cmentarza, ale nie miała serca, by to robić.
Upiła łyk herbaty i od razu zmarszczyła nos.
– Jest okropna.
Shayel mruknął coś cicho.
– Mogę nalać ci soku – zaproponował. Odstawiła kubek z powrotem na stół.
– Nie, nie. Nie trzeba. Tylko błagam, gdziekolwiek to kupiłeś, nie rób tego nigdy więcej.
Przez chwilę miała wrażenie, że Shayel się uśmiechnie. Normalnie pewnie by jej to wystarczyło. Teraz jeszcze bardziej ją zirytowało.
– Oczywiście. Musiałem trochę oszczędzić w zeszłym miesiącu.
Arisu spojrzała na niego, marszcząc brwi, ale pokręcił głową, jakby próbował pokazać, że to nic takiego.
– Potrzebujesz pomocy? Mogę opuścić obóz i—
– Nie.
Prawie podkuliła ramiona, chociaż nie zabrzmiał inaczej. Dalej mówił spokojnie, może nawet trochę bez przejęcia. Może to dlatego tak ją to zirytowało. Nie tłumaczył się dalej, co zirytowało ją jeszcze bardziej. Co za skończony idiota. Prawie zaczęła się o niego martwić, a on traktował to tak olewczo? Powstrzymała prychnięcie. Mógł tylko marzyć o tym, że jeszcze kiedykolwiek się nim przejmie.
Podniosła się, przesiadając się na kanapę. Nie chciała nawet siedzieć na tym samym poziomie co on. Koc, który teraz zakrywał obicie, był miękki i gładki, dużo bardziej przyjemny od materiału na siedziskach. Jednak musiał coś zmienić przez tych kilka miesięcy mieszkania tutaj. Do tej pory była pewna, że nie zmienia nic, bo siedzi gotów do wyprowadzki.
Może jednak tak nie było.
Z irytacją sięgnęła po leżący na podłokietniku zeszyt. Mniej zniszczony niż zwykle – musiał być nowszy. Shayel nie protestował, ale w zasadzie to prawie nigdy nie protestował, gdy zaczynała grzebać w jego rzeczach.
Może dlatego, że i tak średnio była w stanie przeczytać, co pisze. Czasami było lepiej, ale zazwyczaj było gorzej lub po prostu źle. Nawet Shayel przyznawał, że to wina jego charakteru pisma, a nie tylko dysleksji Arisu. Miał przynajmniej tyle honoru.
Przekartkowała kilka stron z różnymi liniami i dziwnymi symbolami, które zrozumieć mógł tylko Shayel. Na jednej mignęły jej jakieś opisy i rzucone luzem zdjęcia starych monet. To kolejna rzecz, którą pewnie mógł trzymać online, ale z tylko sobie znanego powodu tego nie robił. Nie było sensu z nim dyskutować.
– Byłeś na jakimś filmie? – zapytała, wyjmując spomiędzy kartek świstek papieru. Shayel zadarł głowę, by na to spojrzeć.
– Nah. To bilety do muzeum.
To faktycznie było bardziej w jego stylu. Była pewna, że i tak każde muzeum w okolicy widział już co najmniej kilka razy i że pójdzie jeszcze kilka następnych. Kiedyś, oczywiście, chodziła razem z nim.
– Możesz iść ze mną następnym razem.
Zgodziła się, zanim zdążyła uznać, że to zły pomysł. I prawie od razu tego pożałowała.

────
[1300 słów: Arisu otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 21 czerwca 2026

Od Caroline CD Weroniki — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

Widząc zdezorientowaną minę Weroniki, Caroline uśmiechnęła się jeszcze odrobinę szerzej. Życie w Nowym Jorku było z pewnością mniej intensywne, ale teraz dochodziła do wniosku, że także mniej ciekawe. Siłownia trzy razy w tygodniu to nie to samo, co dobry sparing. Co prawda nie taki, jaki przeprowadziła przed chwilą, bo tego nie nazwałaby dobrym sparingiem. Weronika najwyraźniej bardzo wypadła z rytmu bez kogoś, kto ustawiłby ją do pionu. Caroline cieszyła się, że swoją wizytę w Obozie Herosów może poświęcić na coś tak szlachetnego.
— Rewanż! Oszukane zwycięstwo to nie zwycięstwo, a sromotna przegrana! — zawołała Weronika, choć wciąż podpierała się dłońmi o podłoże i z pewnością wyglądała, jakby mroczki latały jej przed oczami.
— Gówno nie przegrana — odezwał się ktoś w tłumie, wywołując tym grymas na twarzy Weroniki. Temat fekaliów był chyba dla niej nie wystarczająco wyniosły.
— Laska, nie oszukiwałam — powiedziała Caroline, spoglądając na nią z góry. Satysfakcjonujące. — Trzeba umieć skupić się na mieczu.
Wbiła czubek swojego ostrza w ziemię i podparła się na nim z niemal znudzoną miną. Nie, żeby ona szczególnie świetnie radziła sobie z przegrywaniem, ale jej wygraną był w stanie potwierdzić tłum gapiów. Weronika miała tupet żeby w ogóle sugerować jej, że oszukiwała. Na szczęście Caroline uczyła się panowania nad sobą.
— Twoje zagranie było bezkompromisowo niehonorowe. Wstyd zalałby mnie całą, gdybym chociaż pomyślała, żeby zachować się tak haniebnie jak ty — fuknęła Weronika, podnosząc się z ziemi.
Ze zdecydowanie zbyt dumną w porównaniu do sytuacji miną otrzepała dłonie o i tak już brudne spodnie. Jeszcze wyżej uniosła podbródek, jakby chciała podyskutować z bogami. Ley była pewna, że ma im mnóstwo do powiedzenia. Zastanawiała się, czy Weronika kiedykolwiek się z którymś z nich spotkała. Obstawiała, że nie, bo za te gadki już by ją ktoś spalił. Obrzuciła dziewczynę uważniejszym spojrzeniem; tam, gdzie uderzyła ją płazem miecza, skóra już była zaczerwieniona. Nie planowała zaatakować mocno, ale pewnie wykwitnie tam później siniak.
— Dostałaś w głowę. Idź lepiej sprawdź, czy nic ci się tam nie poprzestawiało. Chociaż może tak byłoby lepiej. — Ostatnią część mruknęła bardziej do siebie, niż do Weroniki.
Rzeczona poszkodowana wyglądała na oburzoną.
— Rany wojenne dodają szlachetności. Poza tym, dobry wojownik nie odmawia rewanżu — powiedziała z taką dozą pogardy, na jaką było jej stać.
Caroline przewróciła oczami. Rozmawiając z Weroniką zawsze czuła się, jakby grała w bardzo kiepskim, czarno-białym filmie, ale tym razem przechodziła samą siebie. Najwyraźniej przegrana nie działała dobrze na jej nerwy.
— Strasznie męczysz dupę — westchnęła Ley, ale sprawnie z powrotem uniosła swój miecz.
Weronika uśmiechnęła się tryumfalnie, choć nie wyglądała już na tak zadowoloną z siebie, jak wcześniej. Podniosła z ziemi swoją szpadę, która przy jej upadku odleciała metr dalej. Mało to było wyniosłe, ale zaraz wyprostowała się jak struna i stanęła w pozycji, która zapewne miała reprezentować gotowość do walki. Caroline za to wydawała się raczej znudzona - bez problemu wygrała pierwszy sparing, więc wygrana i tak leżała po jej stronie. Rewanż to była tylko formalność, żeby Weronika dała jej święty spokój.
— Tym razem nie wywiniesz się moim umiejętnościom — powiedziała w końcu hardo Weronika, wyprowadzając pierwsze pchnięcie.
— Mniej gadaj, więcej rób. Może się w końcu czegoś nauczysz.
Ley całkiem bawiło obserwowanie Weroniki, kiedy udawała, że wcale jej to nie wkurwia. Robiła wtedy śmieszną minę — dumne spojrzenie, zmarszczone brwi i usta wykrzywione w grymasie złości.
— Nie potrzebuję uczyć się od kogoś, kto walczy jak zwierzę — sarknęła Weronika.
— Zwierzę, z którym przegrałaś — odpowiedziała Caroline z promiennym uśmiechem, który w połączeniu z tym, jak szybko się poruszała, nie wyglądał szczególnie przyjaźnie.
Przytyki Weroniki bardziej ją śmieszyły, niż irytowały. Średnio była w stanie traktować tą dziewczynę na poważnie. Wszystkie słowa, które padały z jej ust brzmiały, jakby urwała się z jakiejś kiepskiej pseudofilozoficznej książki. Może nawet odrobinę jej współczuła. Życie z takim stylem bycia nie mogło być łatwe.
— To nie była przegrana, tylko potknięcie.
Tak, z pewnością ktoś ją gnębił w dzieciństwie.
— Ty to robisz specjalnie? Czy trzeba ci przypieprzyć moc-
Zanim Ley zdążyła dokończyć przytyk, Weronika nagle zachwiała się na nogach. Szpada wyleciała jej z dłoni.
— No bez jaj. — Caroline złapała ją za ramię zanim zdążyła polecieć do przodu i rozbić sobie nos o twarde podłoże. — Japierdole, aż tak mocno to nie dostałaś — burknęła, odrzucając swój miecz na ziemię.
— Co ty robisz? Możemy kontynuować — zaprotestowała Weronika, ale jej głos nie był już tak mocny, niż wcześniej.
— Ktoś mnie jeszcze za to udupi — mruknęła ponuro Caroline, nie do końca delikatnie ciągnąc ją w stronę skrzydła szpitalnego.


Weronika?
────
[723 słowa: Caroline otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne CD Kala — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA V

Elianne nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem ktoś nadskakiwał jej tak, jak teraz robiła to Florence. Była zbyt przyzwyczajona do ludzi, którzy ze względu na jej dziecięcą, wiecznie uśmiechniętą twarz uważali, że mogą jej z łatwością wejść na głowę. Na szczęście to, że trafiła do obozu dla rzymskich herosów w wieku dziewięciu lat, pozwoliło jej wyrobić pewną odporność. Odmiana była całkiem przyjemna.
Florence była przemiła i ciągle ją zagadywała. Nie w ten irytujący, wścibski sposób - po prostu wydawała się ciekawa, jaka tak naprawdę jest dziewczyna, którą interesował się syn jej partnera. Eli miała nadzieję, że będzie zadowolona z wyników.
— Tak, mam trójkę rodzeństwa. Braci. Cała wesoła gromada — odpowiedziała na jedno z pytań z nieznacznym uśmiechem, wybierając jedną z owocowych herbatek, które zaproponowała jej kobieta.
— Jeju, całe życie z facetami! Jak to przetrwałaś? — dopytała Florence ze śmiechem, już zabierając zbędne opakowania herbat, z których dziewczyna nie skorzystała.
— Jakoś z mamą dałyśmy radę — wyjaśniła Eli zdawkowo. Nie było sensu tłumaczyć, że spędziła z nimi na stałe tylko połowę dotychczasowego życia.
— Jasne, no tak. Kal za to na pewno się cieszy, że jest jedynakiem, prawda?
Florence uśmiechnęła się do chłopaka, który w odpowiedzi posłał jej dość cierpiętnicze spojrzenie.
Kąciki ust Eli wciąż unosiły się w uśmiechu, choć kątem oka wciąż widziała, że Kal chyba nie cieszy się z jej obecności tutaj. Wciąż wpatrując się w kobietę, ostrożnie sięgnęła po jego dłoń pod blatem stolika, tak, żeby nie ściągnąć uwagi Florence i nie wprawić go w jeszcze większe zakłopotanie. Po cichu chciała mu przekazać, że jest okej. Czuła, że Kal jest spięty, ale nie puściła jego dłoni.
— To pani lokal? Bardzo przytulny — rzuciła, zmieniając temat.
— Boże, jaka pani! Mów mi Florence. I tak, to moja piekarnia. Mała, ale własna. Cieszę się, że ci się podoba — zaszczebiotała kobieta, stawiając przed nimi ozdobny talerz z równiutkimi kawałkami sernika. — Częstujcie się.
Ciężko było jej odmówić. Eli średnio miała ochotę na ciasto, ale uśmiechnęła się uprzejmie i nałożyła sobie porcję na mały talerzyk. Zanim zdążyło paść kolejne pytanie, dzwonek wiszący nad drzwiami wydał z siebie głośny, wysoki odgłos i Florence zostawiła dwójkę nastolatków, żeby stanąć za ladą. Elianne wykorzystała ten moment, żeby uważniej przyjrzeć się Kalowi.
— Jest bardzo miła. Jesteś zły? — zapytała cicho, a Kal ledwo zdążył otworzyć usta, zanim odpowiedziała sobie sama: — jesteś. Zjemy ciastko i pójdziemy.
— To jest jakaś porażka — wyrzucił z siebie chłopak, palcami wolnej dłoni ściskając nasadę swojego nosa. Drugą, pod stolikiem, wciąż trzymała Eli. Teraz ścisnęła ją mocniej.
— Jest okej. Serio. Napij się herbaty. Zaraz wyjdziemy — dodała nieco łagodniejszym głosem.
Była trochę rozdarta pomiędzy tym, żeby nie zrobić przykrości Florence, a chęcią pozbycia się z twarzy Kala miny, którą ostatnio widziała, kiedy ktoś kazał mu czyścić parapety brudną ścierą. Nie była do końca pewna, dlaczego jest aż tak niepocieszony, ale wiedziała, że sama się do tego przyłożyła zgadzając się na propozycję Florence, więc chciała jakoś temu zaradzić. Kiedy kobieta była zajęta obsługiwaniem klienta i na chwilę zniknęła na zapleczu, Eli przelotnie oparła głowę na ramieniu Kala. Kiedy na powrót się wyprostowała, zabrała się za swój sernik. Posłała Kalowi uśmiech, kiedy powoli sięgnął po swój kubek.
— Jak sernik? Nawet nie próbowałam, mam nadzieję, że wyszedł — powiedziała rozpromieniona Florence, kiedy już mogła do nich wrócić. Otrzepała dłonie o swój fartuch.
— Przepyszny, nie ma się pa… Nie masz się o co martwić.
Elianne uśmiechnęła się, ostrożnie odkładając widelczyk na talerzyk. Upiła łyk swojej herbaty, patrząc na uradowaną Florence.
— Super, to zjedz jeszcze kawałek. Kal, ty nie jesz? — zapytała, nieznacznie marszcząc brwi.
— Jedliśmy wcześniej obiad. Ja nie mogłam się powstrzymać przed sernikiem, ale Kal ma silniejszą wolę niż ja — gładko wyjaśniła Eli ze śmiechem. Zabębniła palcami o swój kubek. — Będziemy się już zbierać? Muszę jeszcze kupić lakier do włosów. Dziękuję za herbatę i ciasto. Naprawdę bardzo miło było mi panią poznać — dodała, po raz kolejny uśmiechając się do Florence.
— Kochana, to nic takiego. Zostańcie jeszcze parę minut, dopijcie herbatę. Jak nie zobaczę pustych kubków, to was nie wypuszczę. — Florence na wpół poważnie pogroziła im palcem.
Najwyraźniej nad tym nie będą w stanie przejść.


Kal?
────
[667 słów: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Od Vex CD Kaliny — „Malunki naskalne po roku w Ameryce”

Poprzednie opowiadanie

Melodramatycznie przewraca oczami, bo przecież doskonale wie, że rozwścieczona staruszka, która myśli, że wszystko jej wolno, jest gorsza od policji. I to z bardzo prostego powodu. Jakikolwiek szanujący się stróż prawa poczekałby co najmniej pół godziny od przyjęcia zgłoszenia i dopiero wtedy postanowiłby łaskawie odpalić samochód, żeby przejechać swoim rozklekotanym gratem na drugi koniec miasta, wciąż kurczowo ściskając nadzieję, że jednak nie będzie musiał niczego robić i sprawa załatwi się sama. Kiedyś któryś z nich spisał Vex, bo nikt nie pozwolił mu odejść spokojnym krokiem z miejsca zdarzenia, tylko jakiś osiłek trzymał herosowi ręce za plecami i wrzeszczał do ucha, że mu dzieci budzi. Potłuc butelek na ulicy już nawet nie można.
– A weź spierdalaj – sugeruje babci, celując w nią odkręconą końcówką markera. Staruszka desperacko ściska w roztrzęsionej od wściekłości lub reumatyzmu dłoni swoją jedyną broń (telefon) przed zdeprawowanym nastolatkiem i losową hipiską, ale wciąż nie uczyniła najważniejszej części swojego ataku (nie odblokowała telefonu, nie mówiąc już o wpisaniu numeru, a o rzeczywistym zadzwonieniu nawet nie myśląc).
– Jak ty się do starszych odzywasz!!! – wrzeszczy kobieta już mocno zachrypniętym głosem, bo drze się tak od dobrych kilkunastu minut, albo w ogóle cały dzień, bo wszystko dookoła nie pada jej pod buty i nie całuje podeszw, żeby ona mogła na spokojnie kupić w pobliskim sklepiku paczkę papierosów, wiśniówkę i resztę potrzebnych do przetrwania itemków. – W ogóle szacunku do autorytetu nie masz gówniarzu!!!
– A ty do młodych, stara kurwo – fuka Vex i z pewną dozą zadowolenia odnotuje zaskoczone, ale takie zaskoczone z nutą podziwu, spojrzenie Kaliny (której imienia kompletnie nie pamięta i również nie przypomina sobie, skąd ona może go znać). Ma tylko nadzieję, że dziewczyna nie spróbuje go powstrzymać przed radosnym wpierdoleniem osiedlowej babci.
– DOSYĆ TEGO!!! – postanawia wrzasnać staruszka, a zza załomu uliczki do Vex i Kaliny docierają głosy zaniepokojonych przechodniów, którzy próbują dowiedzieć się, kto zaatakował biedną babuleńkę.
– Niech już pani odpuści, na serial się pani spóźni.
– DZWONIĘ – babcia bardzo głośno zagłusza wszelkie próby odwrócenia jej uwagi, jakie dzielnie poniosła Kalina. Niestety, przez trzęsące się palce staruszka nie może trafić w żaden z klawiszy, które byłyby jej w tym momencie potrzebne.
– Ale proszę pani, zaraz się zaczyna coś tureckiego, pewnie teraz jest taka godzina, co seniorzy akurat siedzą w domach…
– JA CI ZARAZ DAM MAŁOLATO – ostrzega babcia, ale swojej groźby nie spełnia, bo brak na nią miejsca w kolejce zadań do wykonania.
Wedle zasady „pokemony trzymają się razem, nawet jeśli tak w sumie to się nie znają”, Vex chwyta Kalinę za szmaty i zaciąga ją w miejsce, które w głowie określa: „gdzieś na pewno, chuj wie gdzie dokładnie, ale tam na pewno nie będzie tej starej szajbuski”.
– Gdzie wy idziecie!! ZNOWU UCIEKACIE, NIEWDZIĘCZNE BACHORY!!! TA WSPÓŁCZESNA MŁODZIEŻ, NIE TO CO KIEDYŚ!!! – Babcia w krzyk (stara się dreptać za półbogami w typowym babciowym tempie, bo trochę się już zmęczyła), a zza zakrętu wreszcie wychyla się jakiś mężczyzna w średnim wieku. – ŁAPAJ ICH PAN!!!
– Ich? – Niepewność w głosie łysawego facecika najwyraźniej doprowadza dostojną starszą panią do naprawdę ekstremalnie białej gorączki, jeszcze bielszej niż kilka sekund wcześniej.
– A KOGO? MNIE? WNUSIU ICH TRZEBA SZYBKO JA BĘDĘ DZWONIĆ NA POLICJĘ A TY ICH ŁAPAJ!!! WANDALE NIEWDZIĘCZNE!!!
– Ale… ale tak w sumie to to jeszcze dzieci są…
– DZIECKA CZY NIE DZIECKA, WANDALE I ZŁODZIEJE!!!
Półbogów w ich niekoniecznie bardzo spiesznej ucieczce odprowadzają nieboskie wrzaski babci, która teraz skupia się na wylaniu jątrzącego jej wnętrzności gniewu na nic niewinnemu magistrowi inżynierowi elektrotechniki, co pewnie nigdy w życiu nie mógł się zdobyć na zabicie choćby najdrobniejszego insekta. Przed zniknięciem w kolejnej uliczce, Vex udało się jeszcze wystawić w stronę facecika i babci środkowego palca, którego niestety żadne z nich nie zauważyło, ale za to nastolatkowi udało się osiągnąć boską satysfakcję wynikającą z samego popełnienia tego czynu.
Vex z początku próbowało nadać ich ucieczce tempa całkiem szybkiego, a przynajmniej odbieranego jako takie przez osoby do stu trzydziestu centymetrów wzrostu. Jednak towarzyszący temu marszobiegowi wysiłek szybko przerósł nieszczęsne dziecko Marsa, które na swoich plecach oprócz bagażu traum musi dźwigać również całą jedną wielką butlę z tlenem. Marszobieg staje się więc zwykłym marszem, gdy tylko znikają z pola widzenia tamtej przeklętej staruszki i mogą bezpiecznie ukryć się za ścianą. Kalina, która najwyraźniej ma niezłe płuca, niemal wyprzedza Vex. Ale tylko niemal. Spotyka się to ze sporym zaskoczeniem z jego strony, bo trochę za dużo było w tym myśli i dziwnego znaku, że dziewczyna naprawdę zna go całkiem nieźle.
Po czym zdaje sobie sprawę z tego, że przecież wciąż ściska jej koszulkę i trzyma ją na wyciągnięcie ręki, więc dziewczyna nie mogła zrobić nic innego, jak posłusznie zwolnić (chyba w międzyczasie głośno sprzeciwiła się takiemu traktowaniu, ale Vex było zbyt skupione na oddychaniu, żeby jej słuchać).
– Sorry. – Wreszcie ją puszcza i nawet przeprasza, choć wcale nie jest mu przykro. Odwraca się do niej i patrzy w punkt niedaleko jej twarzy, żeby na szybko dodać: – A teraz lep- KURWA JA PIERDOLĘ—
Zatacza się w przeciwną stronę, niż w tą, w którą próbowało iść, kurczowo trzymając się za głowę. Jest prawie pewne, że chyba złamało sobie oczodół albo inną kość policzkową.
Oszołomienie i rozlewające się po twarzy ciepło sprawiają, że dopiero po paru sekundach docierają do niego słowa Kaliny (ledwo je z siebie wydusza, bo jakoś na równi z krzykiem Vex zaczęła się śmiać), które tym razem go, a nie tamtą staruchę, doprowadzają do białej gorączki.
– Czy ty właśnie weszłoś w słup?


Kalina?
────
[888 słów: Vex otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny do Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

'Co myślisz?'
'Pojebało cię?'
Z westchnięciem odłożyła telefon do kieszeni i wróciła do spaceru między regałami. Była na misji. To znaczy, sama nazwała to zadanie misją - tak było ciekawiej. Poprzedniego wieczoru zepsuła lampkę w mieszkaniu i obiecała Amandzie, że ją odkupi. Z pozoru prosta sprawa, ale byłaby jeszcze prostsza, gdyby jej współlokatorka nie krytykowała każdej znalezionej przez nią opcji. Przed chwilą zanegowała świecącego tyranozaura, wyskakującego z jaja, a gdy Kalina wysłała jej psa, który ma na głowie żyrandol (a przy okazji robi kupę), kazała jej znaleźć normalny sklep.
Problem tkwił w tym, że Kalina już była w „normalnym sklepie” i patrzyła na „normalne” lampy. Ich pierwszym problemem był fakt, że są nudne jak flaki z olejem. No bo kto chciałby mieć na biurku zwyczajną, szarą czy niebieską lampę, kiedy może mieć kurę znoszącą świecące jajo? Na właśnie taką kurę teraz patrzyła i widziała jej same zalety. Była jasna, oryginalna, a przede wszystkim tania. Dużo tańsza niż nowe, szare abażury. Może była delikatnie uszczerbiona, ale to nie ujmowało jej urokowi. Wysłała zdjęcie Amandzie, a odpowiedź dostała niemal od razu.
'Japierdole.'
'Wiesz co?'
'Obojetne mi to juz, nie mam czasu'
'Sama cos wybierz, przezyje jakos'
'BYLE NIE TO'
Szybko odpisała jakieś „oki <333" i zadowolona wróciła na początek działu z lampami. Postanowiła przejrzeć wszystkie opcje jeszcze raz, bez stresu o aprobatę współlokatorki. Ponownie przyjrzała się wiszącej małpie, trzymającej żarówkę, kotu o świecących oczach, krasnalowi ogrodowemu oraz kilku dinozaurom. W końcu jej uwagę przykuła doniczka w kształcie głowy ze stopami i tym sposobem trafiła na dział ogrodniczy. Donice okazały się być jeszcze ciekawsze niż lampki. Jedne były w kształcie butów, drugie ludzików i gnomów, a trzecie zwierząt. To właśnie przy tych ostatnich kucała rudowłosa dziewczyna, przyglądająca się właśnie doniczce w kształcie słonia.
— O matko, jaka fajna! — odezwała się Kalina, podchodząc do nieznajomej.
— Prawda??? — uśmiechnęła się tamta w odpowiedzi. — Szkoda, że taka droga.
— Ew — Kalina spojrzała na wskazywaną przez nią cenę. — Za wielka, żeby wynieść oknem — zaśmiała się.
Doniczka rzeczywiście była wielka. Tak właściwie, była to raczej donica. Stojący na płytkach słoń sięgał dziewczynie do kolan i wyglądał, jakby był odlany z betonu.
— A wiesz jaka ciężka? — spytała w odpowiedzi. — Jak słoń.
Słowa Isobel rozśmieszyły Kalinę bardziej niż powinny, na co tamta również zareagowała śmiechem. Już miała się pożegnać i odejść, ale wpadł jej do głowy pewien pomysł.
— Wyglądasz na kogoś, kto ma dobry gust — stwierdziła i nie czekając na reakcję dziewczyny bardziej stwierdziła, niż spytała: — pomożesz mi.
— Okej — Isobel wyglądała na zaskoczoną, ale bez wahania się zgodziła. — W czym?
— W wyborze lampy — odparła i zaczęła iść w stronę działu z lampami. Po drodze postanowiła zapobiec niezręcznej ciszy i opowiedzieć historię starej lampy. — No bo, muszę kupić nową lampkę, bo poprzednia się zepsuła. Znaczy, teoretycznie to ja ją zepsułam, ale to przecież nie moja wina, że Amanda, w sensie moja współlokatorka, postawiła ją na stole w kuchni. Puzzli sie jej zachciało. Od miesiąca blokuje stół. No i przeciągnęła kabel przez całą kuchnie, ktoś musiał w końcu się na tym wywrócić, nie? Więc fajnie by było jakby ta była na baterie. No i muszę kupić nową. I teoretycznie powinnam kupić taką samą… ale ona była brzydka. Nie szkoda mi jej. Poza tym, takie były tylko w sklepach meblowych a tam jest za drogo. Gorzej niż ten słoń. Tu jest taniej. No i pokazywałam Amandzie różne opcje, ale nic jej się nie podobało no i w końcu stwierdziła że ma to w dupie i kazała mi wybrać samej. A ja nie wiem która jest najfajniejsza… — opowiadała w tempie dorównującym katarynce. Isobel nawet nie próbowała jej przerywać. W końcu wskazała palcem na kilka opcji. — Myślałam o tej, tej, tej… i może o tej. O i ta jest fajna. Tamte też mają potencjał, ale na nie nie patrz bo są za drogie — wskazała na najwyższą półkę.
— Ale ktoś musiał mieć kolekcję — zaśmiała się Isobel przypominając sobie, że są w sklepie z używanymi rzeczami.
— Więc… którą byś wzięła?


Isobel?
────
[649 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja do Weroniki — „Ach te klasyki”

Spacerował po obozie, przeklinając jesienną pogodę i rozglądając się w poszukiwaniu jakiejś żywej duszy. „Musicie nauczyć się doceniać słońce” — powiedział pewnego dnia Chejron i sprawił, że dziewięćdziesiąt procent obozowiczów zamknęło się w domkach i opuszczało je jedynie na posiłki i, opcjonalnie, obowiązki. Chłopak dziwił się, że nikt nie korzysta z pięknego (i zapewne krótkiego) okienka pogodowego — ciepłego słoneczka, delikatnego wiatru i udawania, że czarna chmura deszczowa w oddali nie istnieje.
Podszedł do jeziora, aby opłukać długopis, który ucierpiał na skutek spotkania z błotem. Biedna, żółta kaczka na sprężynce zmieniła kolor na brązowy tak samo, jak niegdyś czerwone trampki i dół jego nogawek. Zachciało mu się przeskakiwać przez kałuże. Przynajmniej jego rozpadający się notes nie ucierpiał, jego nie mógłby po prostu wypłukać. A co gorsza, musiałby od nowa szukać ludzi i pytać ich o to samo.
Rozejrzał się dookoła i pod jedną ze ścian dostrzegł fioletowowłosą dziewczynę. Siedziała na ławce i czytała książkę. Rzucił okiem na krzywą tabelkę w notesie i wytarł długopis o koszulkę. Zawahał się na moment zastanawiając się, czy na pewno chce jej przeszkadzać. Ale tylko na moment. Z głupim uśmiechem usiadł obok córki Ateny.
— Hejjj Rrrronika! — przywitał się, w myślach skacząc z radości i powtarzając „zawsze chciałem to zrobić!”. Imię dziewczyny zapamiętał bez większych problemów (co w jego przypadku było dość rzadkie) głównie dzięki skojarzeniu z „Heathers” i odkąd tylko je poznał czekał na taką okazję. — Sonda uliczna!
Weronika niechętnie podniosła wzrok znad książki i obdarzyła Mikołaja zażenowanym spojrzeniem. Chłopak na wszelki wypadek cofnął się na koniec ławki, cały czas próbując zachować ten sam, niezbyt przekonujący wyraz twarzy.
— Co? — odezwała się w końcu po chwili ciszy. Przymknęła książkę, zaznaczając stronę palcem i zaczęła przyglądać się trzymanym przez chłopaka przedmiotom. Po jej ironicznym uśmieszku widać było, w którym momencie zauważyła kaczy długopis. Więcej uwagi dziewczyny zabrała jednak krzywa tabelka. — Co to jest?
Mikołaj jednak już jej nie słuchał. Skupił się na okładce trzymanej przez Weronikę książki, a raczej na znajdujących się na niej informacjach, zapisanych cyrylicą. Próbował przypomnieć sobie alfabet, wyuczony przez niego na początku liceum podczas fazy, która brzmiała mniej więcej „jestem taki inny, czytam klasyki!”. Trwała ona może kilka miesięcy, a rozpoczęła się przez wyuczenie na pamięć monologu z „Kordiana” na potrzeby teatralne. Następnym etapem był dość performatywny zachwyt nad „Lalką”, a potem przeżycie „Szewców”. W ich wyniku chłopak poczuł, że nie tylko stracił iq, ale też szacunek nowej klasy, gdy przez cały wrzesień nazywał ludzi sflądrysynami i trylobitami sylurskimi. Ale przynajmniej zdobył punkt więcej na sprawdzianie z geologii i dowiedział się, że flądra nie jest gatunkiem foki.
Gdy po przebrnięciu z trudem przez „Sklepy Cynamonowe” sięgnął po „Mistrza i Małgorzatę”, postanowił przerzucić się na wschodnią literaturę, licząc na więcej odciętych głów i gadających kotów. Na ziemię ściągnął go, nomen omen, „Idiota”, którego przeczytał równe pięćdziesiąt dwie strony, odłożył na półkę i włączył AO3. Już nigdy więcej go nie otworzył. Tak samo jak kupionych w tym czasie sześciu innych książek. Jeśli dobrze rozszyfrował cyrylicę, książka Weroniki była napisana właśnie przez Dostojewskiego. Tytułu jednak już się nie podjął.
— Jak widać, nie każdy z tego wyrasta… — skomentował pod nosem i dopiero słysząc własne słowa zorientował się, że powiedział to na głos. Przełknął nerwowo ślinę i szybko rozważył plusy i minusy tłumaczenia się. Postanowił liczyć na to, że dziewczyna nagle ogłuchła.
— Z czego? — spytała niechętnie, podnosząc wzrok znad notesu.
Uśmiech zniknął z twarzy przerażonego Mikołaja, który szukając inspiracji do sensownej odpowiedzi, zaczął rozglądać się dookoła w panice. W końcu z powrotem spojrzał na narysowaną przez siebie tabelkę, a dokładniej małą żabkę przy jednej z dwóch kresek pod „tak”. Pod „nie”, z mojego kronikarskiego obowiązku, było ich aż siedem.
— To znaczy… z nieumiejętności pływania! — próbował wybrnąć. — Boooo… to jest bardzo ważne! Co jak nas zaleje? Umiesz pływać? — spytał, w końcu przypominając sobie cel zaczepienia Weroniki.


Weronika?
────
[625 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 9 czerwca 2026

Od Arnar CD Dahlii i Luciena — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA IV

Wiedza nie wypełnia ich umysłów w magiczny sposób, powietrze nie migoce od fascynującego brokatu zwiastującego pojawienie się bogini na środku korytarza ani zniknąd nie rozbrzmiewa nieznajomy, donośny głos. Nawet nigdzie nie pojawia się tęcza, co w zamkniętym pomieszczeniu byłoby całkiem interesującym zjawiskiem. Bogowie są od zawsze znani z bycia niewysłowienie leniwymi istotami, dla których nawet najprostsze przekazanie informacji stanowi czynność na tyle trudną do zrobienia, że starają się uprościć ją do najbardziej elementarnego kiwnięcia palcem. Zwłaszcza jeśli prosi ich o to jakieś marne herosiątko. Wtedy dodatkowo mają tendencję do rozumienia wszystkiego na opak albo niedokładnego wykonania powierzonego im zadania.
Biorąc pod uwagę światowej klasy debilizm i ogólne nieogarnięcie życiowe Arnar, ono nigdy nie dowiedziałoby się, że coś miało zostać mu przekazane. Irys wykonując swoją pracę, za którą Dahlia musiała wybulić niezłą kasę, postanowiła, niczym jakaś marna podróba Batmana, wyświetlić wiadomość od córki Demeter w punkcie ogólnodostępnym dla wszystkich. Na środku czystego, bezchmurnego nieba, które ciężko byłoby doprosić o tęczę, gdyby nie wspaniała boska interwencja. Dla zwykłych śmiertelników litery pewnie przybierają postać smutnych, trochę zdeformowanych chmurek, a każdy półbóg z wadą wzroku jest aktualnie biedny i niedoinformowany, bo iFajstosy w całej swej innowacyjności nie posiadają jeszcze żadnego odpowiednika Twittera. Na razie Hefajstosiaki wypuściły wersję beta aplikacji o kreatywnej nazwie Iriphonny, której ikonka przypomina słabą apkę randkową dla osób ze społeczności queerowej. Jeszcze nie dodali opcji zmiany profilowego, które defaultowo jest soczystą emotką truskawki, co zdecydowanie zniechęca półbogów do instalacji.
Arnar, jak zawsze, ratuje ktoś inny niż jego mózg lub cokolwiek powiązanego ze świadomością. Na niebo zwraca uwagę wyłącznie dzięki Lucienowi, który w konsekwencji ataku paniki szarpie się właśnie z klamką najbliższego okna, próbując otworzyć je bardziej niż na szerokość kilku marnych centymetrów (czyli tym samym wyrwać je z ramy).
– Ejejejej, kochanie, popatrz! – Arnar próbuje zwrócić uwagę Luciena na napisy na niebie, ale on nie ma najmniejszego zamiaru go słuchać. Wreszcie odpuszcza molestowanie klamki i skupia na złapaniu do płuc jakiegokolwiek powietrza. Szybkie wdechy i jeszcze szybsze wydechy skutecznie rozpraszają Arnar, które choć raz w życiu próbuje skupić się na czymś, co rzeczywiście może im pomóc. Nie na co dzień obserwuje się sekretne wiadomości wyświetlane na niebie. – Uwa-uwaga. herme… herOsi? Dzik. Dziki. Dziki labiryyynt w… o. To chyba o nas chodzi. Dziki Labirynt w naszym hotelu – oznajmia skonsternowane Arnar, ledwo odczytawszy chwiejne litery. W jego głowie układa się bardzo chwiejny i niekoniecznie dobry plan, którego osią mają być nowo zdobyte informacje. – Dobra, Lucien? Czas na wydostanie się stąd.
– Co? – odpowiada mu płaczliwie, ledwo wyduszone słowo. Zaczerwienione oczy wbijają w Arnar smutne spojrzenie, za którym widocznie nie ma zbyt wielu koherentnych myśli. Dobrze przynajmniej zobaczyć, że chłopak jest w stanie opanować swoją panikę na tyle, że by zacząć w miarę normalnie oddychać.
– Jesteśmy w dzikim Labiryncie – radośnie odpowiada Arnar, co wydaje się tylko jeszcze mocniej pogrążać Luciena w ogromnej dziurze pesymizmu.
– Czyli nie znajdziemy Dahlii? I co to w ogóle znaczy, że dziki Labirynt?
– Nie no, znajdziemy. Ja to w ogóle myślę, że to ona wysłała nam tę wiadomość, ale nie wiem, czemu pojawiła się na środku nieba, to trochę takie, wiesz, ekstrawaganckie rozwiązanie, nie? A dziki Labirynt, no, nie wiem, może po prostu nikt go jeszcze nie udomowił i nie wie, jak się zachować – odpowiada Arnar i swoim bardzo dobrym sposobem prze do przodu, nie zwracając uwagi na to, że literalnie nie ma pojęcia, w jakiej części hotelu są, a tym bardziej które to piętro. – Poza tym. Dahlia wróci, jak skończy sikać.
– Coś długo sika – kąśliwie zauważa Lucien, drepcząc za Arnar i nerwowo rozglądając się dookoła.
– Może ma zaparcie.
– Gubisz się w zeznaniach – oskarża go chłopak, wyraźnie coraz bardziej zdenerwowany tą sytuacją.
– Oj tam, kochanie, trzeba po prostu wrzucić na luz i oswoić Labirynt. – Arnar nie traci swojego optymizmu, chociaż te słowa brzmią dziwnie w jego ustach. Ostatnim, czym rzeczywiście by się zajęło, jest oswajanie czegokolwiek lub kogokolwiek, bo w tej sztuce jest piekielnie niedoświadczone (chyba że zaliczamy do tego jego przyjaźń z Dahlią).
– Ty nigdy nawet nie wyprowadzałoś psów ze schroniska, o czym ty w ogó-
– Ktoś tu jest?!
Wydaje się, że głos dochodzi zza załomu korytarza, na którym aktualnie znajdują się Lucien i Arnar. Może być to wrażenie złudne, biorąc pod uwagę niemożliwy do pojęcia układ hotelu, ale Hermesiątko i tak zakłada, że jeżeli ktoś tu jest, to właśnie za załomem korytarza. Ignorując zdrowy rozsądek i ściskającą jego przedramię dłoń Luciena, który bardzo gwałtownie kręci głową i układa usta w słowa: „Arnarze Bakke, NIE”, ono nie tylko stawia parę kroków w domniemanym kierunku, z którego dochodzi niezidentyfikowany głos, ale też postanawia nie zachować absolutnej ciszy.
– Tak!! My!!! – krzyczy na tyle głośno, żeby ta nadprogramowa osobistość usłyszała go nawet w przypadku znajdowania się gdzieś indziej niż za mistycznym załomem korytarza.
– My, czyli kto?! – odwrzaskuje Ktoś i rzeczywiście wyskakuje zza tego zakrętu, mierząc w parkę półbogów krótkim sztyletem (skutkuje to przerażonym piskiem Luciena, który na śmierć zapomina o tym, że posiada podobny, może nawet dłuższy sztylet). – O. Nie jesteście potworem?
– No chyba ci się coś ostro pomyliło – mamrocze roztrzęsiony Lucien, wycierając spocone dłonie o spodnie. – To ty tutaj sprawiasz większe zagrożenie.
– Co wy tu- ooo, pewnie jesteście niczego nieświadomymi gośćmi i mam okazję uratować was z opresji?! – pyta podekscytowana, jak się okazuje, dziewczyna i aż klaszcze w dłonie, uważając, żeby nie pociąć się swoim sztyletem. – Jestem Khai, przyjaciele mówią na mnie Khai, jakby co!
– Siema, a ja jestem Arnar. – Ściskają sobie dłonie, a coś dziwnego w wypowiedzi nowej koleżanki zauważa wyłącznie Lucien, który wygląda, jakby próbował przeprocesować, czym różni się „Khai” od „Khai”. Przynajmniej Arnar (które wybrało opcję niekwestionowania niczego) wyczytuje to z jego skonfundowanej miny i prawie niezauważalnie poruszających się ustach, które raz po raz układają się w kształt imienia dziewczyny. – A to Lucien – dodaje z uśmiechem, bo chłopak nie wygląda na skorego do przedstawienia się samodzielnie.
– Świetnie, super, fajnie!! – oznajmia wciąż niezmiernie podekscytowana Khai. – To nie pierwszy raz, jak kogoś ratuję, żebyście wiedzieli. Jestem kimś w rodzaju tutejszego superbohatera i, nikomu nie mówcie, ale potrafię parę różnych sztuczek, które mogą nas stąd wyprowadzić! - opowiada tonem rasowego przewodnika wycieczek szkolnych, który bardzo chce wzbudzić zainteresowanie w znudzonych uczniach podstawówki.
– Bardziej nas interesuje, gdzie jest wyjście, a nie jakieś sztuczki – życzliwie informuje ją Lucien. – Zgubiliśmy naszą koleżankę. Przyjaciółkę. Eee, moją kuzynkę z trzeciej wody po kisielu. Nieważne. Nieważne, trochę mi…
– Kochanie, spokojnie. – Arnar pocieszająco głaszcze chłopaka po roztrzepanej czuprynie i odwraca się do Khai. – No, to prowadź!
– Pewnie nie do końca rozumiecie, co tu się dzieje – zaczyna Khai, gdy już prowadzi ich w stronę, z której prawdopodobnie przyszła (przy czym Arnar i Lucien wiedzą, że to raczej ich nigdzie nie doprowadzi i więcej sensu rzeczywiście miałoby wyskoczenie przez okno). – I nie wiem, czy dacie radę w ogóle to zrozumieć…
– Nie no, proste, przecież był ten wielki napis na niebie i w ogóle. – Arnar próbuje wzruszyć ramionami, ale wczepiony w jego rękę Lucien skutecznie mu to uniemożliwia.
– Widzieliście go?
– Taaaaak??
– Jesteście herosami?
– A myślałaś, że czym, koniem? – prycha Lucien, ale jego prychnięcie bardziej przypomina żałosny kwik.
– Słońce, nie mów tak. Proszę. Bo jeszcze tu przyjdą. – Nagle Arnar przybiera znacznie poważniejszy wyraz twarzy i Lucien rzeczywiście wyszeptuje przeprosiny.
Khai przez moment po prostu stoi, trochę zszokowana, jako że to, w jaki sposób postrzegała rzeczywistość jeszcze chwilę temu, okazało się całkowicie niepoprawne. Przenosi wzrok z Arnar na Luciena i z Luciena na Arnar, podczas gdy oni wbijają w dziewczynę spojrzenia pragnące natychmiastowego wydostania się z tego przeklętego hotelu. Wszystko kwituje śmiech Khai, niekoniecznie zrozumiały dla pozostałej dwójki.
– Sorry, ja jestem z Obozu Herosów, więc wiecie…
– Ale ja przez sześć lat byłom grupowym! Ty tak serio nie pamiętasz? – pyta Arnar, choć samo nie pamięta Khai i jakby teraz powiedziała, że też była grupową, to by chyba pierdolnęło głową w ścianę tego cholernego labiryntu. – On w sumie też. – Lucien posłusznie kiwa głową na te słowa.
– Przez SZEŚĆ LAT?
– Tak????
– Okej dobrze wiedzieć to teraz chodźmy – Khai usilnie próbuje zamaskować niezręczność sytuacji. Arnar to akceptuje, bo dla co jak co, ale ono niezręczności się nie boi (tylko dlatego, że dla niego niezręczność nieszczególnie istnieje). Lucien wydaje się tylko trochę bardziej przerażony niż zazwyczaj, co też wychodzi wszystkim na plus. – To, skoro mamy się-
– Czy ja nie słyszałom rżenia przypadkiem. – Arnar odwraca się i bardzo uważnie skanuje cały korytarz, który nagle wygląda na znacznie dłuższy, niż chwilę wcześniej. – Jak nic słyszałem rżenie.
– Daj już spokój z tymi końmi! – jęczy Lucien, a zdezorientowana Khai aż opadają ręce. – Po prostu chodźmy, jak wyjdziemy, to tam już w ogóle nie będzie koni! Ja ci przysięgam, nigdy już nie zażartuję z tego głupiego kaktusa, pozwolę ci go w końcu wyrzucić!
– On tam jest – szepcze Arnar, ze zmrużonymi powiekami wpatrując się w zbyt długi korytarz. Gdzieś na jego końcu coś miga czerwienią. Jak nic właśnie stuka na niego kopytem. – ON TAM JEST – powtarza, tym razem już z większą dozą paniki w głosie (ogromną) (przekraczającą panikę Luciena) (poprzeczka akurat jest dość wysoko). – MUSIMY STĄD NATYCHMIAST SPIERDALAĆ – oznajmuje i od razu rusza przed siebie, ciągnąc za sobą Luciena.
Khai stoi parę kroków przed nimi, ale nagła szarża przerażonego Arnar, które co jedną dwudziestą szóstą kroku zerka za siebie, sprawia, że parę kroków powoli przestaje być jakimikolwiek krokami. W tej niemożliwej do opanowania sytuacji Khai cofa się, nie zdążywszy się obrócić.
Na jej nieszczęście, rozwiązały jej się buty. To znaczy, już dawno były rozwiązane i dopiero teraz żałuje, że nie chciało jej się na moment schylić i z powrotem zasupłać sznurówek.
Zwykłym zrządzeniem losu, wszystko idzie nie tak, jak powinno. Piekielnie długi dywan, którym wyłożona jest podłoga korytarza, zwija się pod jej nogami. Khai nadeptuje na jedną ze swoich sznurówek, może też podłoga nagle staje się krzywa, że dopomóc w zniszczeniu brawury dziewczyny. Albo ona po prostu nie potrafi chodzić do tyłu.
W każdym razie Lucien w desperacji próbuje zacisnąć palce na jej koszulce, ale okazuje się zbyt wolny.


Lucien?
────
[1622 słowa: Arnar otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]