Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pora żebyście się poznali. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pora żebyście się poznali. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 grudnia 2025

Od Aye CD Chaita — „Pora żebyście się poznali”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Aye był czasem samolubny, a już na pewno wtedy, kiedy w grę wchodziło rozwiązanie jakiejś popieprzonej sprawy mitologicznej, bo przecież zwykły człowiek nie zwróciłby szczególnej uwagi na podejrzanie wyglądającego starca na wózku inwalidzkim. Aye czuł, że coś jest nie tak i czuł też, że chciałby zająć się tym sam; widząc jednak powagę Chaita, pomyślał o możliwości współpracy. I tak mu pomagał. Z własnej, nieprzymuszonej woli.
— Dziadka na wózku.
Widząc wzrok Chaita i to jak zabawnie zaczynają unosić się jego kąciki ust, zwątpił w jakąkolwiek współpracę.
— Dziadka na wózku — powtórzył, próbując powstrzymać śmiech.
Aye napiął już chyba wszystkie mięśnie na swojej twarzy. Wyglądał zapewne bardzo podobnie do tego starca: tak samo pomarszczony i zmizerniały, jakby przez całe życie smażył się na słońcu, bo nie chciał sobie wmówić, że spf hamuje procesy starzenia.
Dzieciak Hefajstosa najpierw się rozejrzał. I to nie dlatego, bo bał się, że ktoś ich podsłuchuje — przecież i tak nikt by nic nie zrozumiał z tej rozmowy — ale dlatego, bo potrzebował jakoś rozładować swoją rosnącą frustrację na Chaita.
— To nie jest zabawne — powiedział stanowczo, ale na Chaita te słowa chyba nie działały. — Mogę załatwić to sam, jeśli nie chcesz pomagać.
Wtedy Chait się uspokoił. Z twarzy zszedł mu zadziorny uśmieszek, a na jego miejsce wpełzła dziwna maska poważniaka. Aye się trochę przestraszył.
— Dobra, spokojnie, chcę to szybko załatwić, żeby kierownik się nie zorientował i żeby…
— To mnie posłuchaj — Aye trochę wciął się mu w słowo. Zawsze czekał, aż ktoś skończy mówić, ale tym razem wolał się pospieszyć. Chait i tak wydawał się zbyt powolny, jak na to, że ucieka im dziadek na cholernym wózku. — Musimy znaleźć tego starca. Podejrzewam, że to on jest winny tej całej sytuacji.
Chait podrapał się po brodzie w taki sam zabawny sposób, w jaki robią to bohaterowie filmów, zanim powiedzą coś olśniewającego. Chait jednak w przeciwieństwie do tych bohaterów nie wymyślił żadnego planu. Bardziej trzymał się myśli, by załatwić to szybko i by nie wplątać niepotrzebnie Aye w kłopoty. Aye za to gorączkowo myślał, bo cholera, przecież to zwykły starzec, po co miałby robić takie zamieszanie wokół siebie?
Kiedy tak stali zagubieni we własnych myślach obok nich, praktycznie przejeżdżając po stopach, przemknęły koła wózka inwalidzkiego. Aye od razu się otrząsnęło. Spojrzało w tamtym kierunku i wbiło wzrok w plecy śmiejącego się starca.
Chaitowi nie trzeba było dwa razy mówić. Właściwie nie trzeba było nic mówić. Od razu rzucili się biegiem za wózkiem, udając w tłumie ludzi, że się baardzo gdzieś spieszą i ten pośpiech nie wynika z jakiegoś głupiego powodu, którego i tak nikt nie zrozumie, ale bardziej z chęci, by zdążyć na jakąś atrakcję (tak jakby Chait nie był tutejszym pracownikiem).
Aye wpadł przypadkiem na jakąś panią, ale kobieta okazała się bardzo miła i tylko poprosiła, by na siebie uważali. Aye oczywiście jej podziękowało i przeprosiło, a Chait szeroko się uśmiechnął, jak te wszystkie biegające w koło dzieciaki. Najgorsze, że Aye nawet uznało to za urocze. Matko święta.
— Stój! — krzyknęło Aye. — Niech pan poczeka!
Głupio było myśleć, że się zatrzyma. Starzec miał dużo siły w rękach. Jechał na pełnym gazie i nawet nie myślał, że posłuchać jakiegoś smarkacza.
— Nie możesz tego jakoś zatrzymać? Wiesz maszyny i te rzeczy…
— Ty myślisz, że ja mam telekinezę?
— No, a nie?
Aye postanowiło nie odpowiadać. Zabrakło jejmu nawet słów, by to jakoś skomentować. Na dodatek cały czas było w biegu, więc wolał nie ryzykować, że rozproszone znowu na kogoś wpadnie.
Chait się uśmiechnął, delikatnie, pod nosem i bez słowa… zrobił coś rękoma, po czym dmuchnął w powietrze. Parę metrów przed nimi i trochę bliżej pędzącego dziadka pojawiła się iluzja. Aye wiedział, że to iluzja, bo Chait świetnie skopiował samego siebie oraz jejgo. Dwie iluzje stały i czekały, aż dziadek w nie wjedzie; a nieświadomy niczego starzec trochę zwolnił, co umożliwiło półbogom złapanie za uchwyty na tyle wózka.
Aye nacisnął jeden hamulec, a drugi ścisnął Chait. Wózek stanął w miejscu.
— Co pan wyprawia? — sapnęło Aye. Pot zaczął wpływać jejmu z czoła do oczu. Nie lubił, kiedy zaczynał się kleić. W ogóle nie przepadał za bieganiem, a ten nieznośny starzec jejgo do tego zmusił. — Wiem, że pan coś… dosypywał do lemoniady.
Starzec nie odpowiedział. Położył dłonie na kołach i spróbował ruszyć, ale Aye nie było takie głupie i przez cały czas zaciskało dłoń na hamulcu.
— No… no nie, co pan wyrabia.
Aye pomyślało, że nie chciałoby pracować w domu spokojnej starości. Starzy ludzie są nieznośni i ten dziadek to dodatkowo udowadniał.
— Spokojnie — wtrącił się Chait. Puścił jeden hamulec, który też zaciskał i stanął przed dziadkiem. — Dlaczego pan coś dosypywał do lemoniad?
— Nudziło mi się! — zaczął rżeć. I to dosłownie rżeć, bo brzmiał jak koń.
Aye zaczęło rozumieć. Ten dziadek, ten wózek i ten koc na kolanach. To był centaur. Taki sam jak Chejron.
— Wy dzieciaki nigdy nic nie rozumiecie! — oburzył się. — Zero zabawy.
— Popsuł pan zabawę dzieciom. To nie fair.
On chyba sam jest dzieckiem, pomyślało Aye.
— Daj spokój. Daj mi się bawić. Puścicie mnie?
— Chyba pan oszalał.
Aye westchnęło. Najchętniej wróciłoby do domu i udawało, że nie ma z tym nic wspólnego. Dlaczego ten dziad jest taki nieznośny? Wyszłoby mu na dobre, gdyby przestał się upierać i skończył gadać o dobrej zabawie. Dobra zabawa się już dawno skończyła. Ono i Chait zmarnowali chyba godzinę, by zrozumieć, co się stało przy budce z lemoniadami. Chait na dodatek mógł zostać wyrzucony z pracy za niepotrzebny zamęt.
— Wywieziemy go stąd, okej?
Teraz Chait mówił do Aye.
— Z wielką chęcią.
Wzięli i wywieźli dziadka poza teren festiwalu. Nawet się nie opierał, a mijani ludzie wzruszali się, że pomagają schorowanemu dziadkowi. Na dodatek mieli ich wszystkich za rodzinę, co było dziwne, zważywszy na fakt, że Aye miało bardzo azjatyckie rysy twarzy, Chait wyglądał jak przeciętny Amerykański dzieciak, a dziadek… cóż, wyglądał, jakby dobijał do setki.
Centaura zostawili w parku, a sami wrócili na festiwal. Aye tak naprawdę mogło wrócić do domu, ale uznało, że suszy jejgo w gardle i chciałoby się czegoś napić.
— Mam nadzieję, że tam niczego już nikt nie dosypie — zażartował, a Chait parsknął śmiechem.
— Możesz mi zaufać. Przypilnuję, by się tak nie stało.
Aye pokusiło się o delikatny uśmiech. Taki szczery, bo jednak nie miał teraz powodu, by być złe na niego.
 
Pożegnali się pod jakąś budką ze słodkimi napojami i lodami. Aye przyrzekło sobie w myślach, że nie chciałoby znowu go spotykać, a Chait pewnie z wielką chęcią znów by poganiał starych dziadków na wózkach inwalidzkich w towarzystwie dziecka Hefajstosa. Aż Aye poczuł dreszcze na tę myśl.

KONIEC WĄTKU AYE I CHAITA

────
[1068 słów: Aye otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 30 września 2025

Od Chaita CD Aye — „Pora żebyście się poznali"

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Chait od początku wiedział, że ten pomysł nie jest szczególnie dobry, ale z tego, jak jest tragiczny, zdał sobie sprawę w chwili, gdy było już za późno, by się wycofać. Będzie mógł tylko w przyszłości przeklinać na siebie, że to zrobił, i na Aye, że to zaproponował i też się z tego pomysłu nie wycofał.
Ale nawet gdyby ktoś wprost mu powiedział, że właściciele budki zatruwają lemoniadę i próbują w ten sposób… no, cokolwiek mieliby próbować osiągnąć, to i tak by nie uwierzył. Teraz też w to nie wierzył – a w każdym razie nie wierzyłby, gdyby mógł się skupić na tyle długo, by się nad tym zastanowić.
A zdecydowanie nie mógł się skupić na tyle długo. W sumie to nie mógł się skupić w ogóle i tym razem nie miał nawet wymówki, że to wszystko jest winą pociągów. Naprawdę bardzo chętnie zrzuciłby teraz winę na pociągi. Nie miało to większego sensu, ale w tej chwili nie był w stanie jakoś bardzo głęboko się nad tym zastanawiać, a tym bardziej przejmować czymś tak głupim jak sens i logika.
Oczywiście, że poszedł za Aye. I przyspieszył do biegu, kiedy znajomy zrobił to samo, chociaż nie miał większego problemu, by za nim nadążyć. Nie miał pojęcia, kogo lub co gonią. Musiał skupić większość swojej uwagi (a miał jej w tej chwili bardzo niewiele) na tym, by nie wpadać na ludzi, zrozumienie, jaki skomplikowany plan za tym wszystkim stoi graniczyło z cudem.
Paskudnie się czuł. Miał zdecydowanie zbyt dużo energii, nie mógł się skoncentrować i nie potrafił ogarnąć tego, co się wokół niego dzieje.
Gdzieś przez zamglony i otumaniony umysł przewinęła się myśl, że może nie powinien ufać Aye. Przecież to on wpadł na pomysł, że w lemoniadzie może coś być, a jednak chciał, żeby Chait też ją wypił. Nie wiedział, jaka miałaby stać za tym logika, skoro teraz dodatkowo musiał się o niego martwić. To mogło wymagać już trochę zbyt głębokiego zastanawiania się, poza jego aktualnymi zdolnościami.
Skręcili gdzieś, nawet sam nie był pewny gdzie. Byli już kawałek za strefą z jedzeniem, wypadli na drugą halę, a Chait dalej nie potrafił skupić się na tyle by zrozumieć, kogo gonią.
Uskoczył w ostatniej chwili, prawie taranując jakiegoś innego pracownika festiwalu. Zamiast tego zahaczył barkiem o jeden z filarów, na razie jednak nie czując żadnego związanego z tym bólu. W biegu nie rozpoznał kolegi z pracy, a przecież na pewno musiał go znać, a przynajmniej kojarzyć.
– Sorka! – rzucił w biegu, słysząc i czując, jak plącze mu się język. – Interwencja!
Teraz jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że krzyczy to trochę za głośno i może zwrócić tym niepotrzebną uwagę. Powinni przecież zachowywać się dyskretnie.
Zakładając, że bieganie jak ostatni, skończeni idioci za nie wiadomo czym w ogóle mogło uchodzić za dyskretne. W innych warunkach zastanowiłby się nad tym, teraz tylko próbował skupić się i nie zgubić Aye w tłumie.
Nie musiał się o to martwić, bo Aye zatrzymał się za następnym zakrętem, a Chait zwyczajnie na niego wpadł, prawie wywracając ich obu. Od razu cofnął się kilka kroków, unosząc ręce w geście, który albo był przepraszający, albo kierował się bardziej w stronę ja przecież nic nie zrobiłem. W jego obecnym stanie pewnie było to bardziej to drugie.
Trochę kręciło mu się w głowie. Cofnął się jeszcze kawałek, aż w końcu oparł się plecami o ścianę. Zdał sobie sprawę, że znaleźli się na zewnątrz, po drugiej stronie hali, przy jednym z bocznych wyjść.
Chociaż jeszcze nie do końca potrafił połączyć fakty, to nawet teraz był przekonany, że to wyjście powinno być zamknięte.
Powoli docierało do niego, że jest bardzo, okropnie wręcz źle, i że nie potrafi jeszcze zrozumieć ani rozwiązać tego problemu.
Podniósł głowę, żeby spojrzeć na Aye, ale zrobił to za szybko i poczuł, że robi mu się niedobrze. Dzieciak Hefajstosa rozglądał się, a Chait dalej nie miał pojęcia, czego szukają.
Musiał się skupić. Teraz.. To on był tu pracownikiem. To on powinien ogarniać sytuację. Nie Aye. Aye nawet nie powinno tu być!
– Cholera jasna – mruknął, przecierając twarz dłońmi. Dalej mówił głośniej, niż normalnie powinien. Był pewny, że pozostali pracownicy też zajmą się sprawą, ale raczej się z tego nie cieszył. Chyba trochę go to przerażało.
Zaczął krążyć w kółko, bo nie potrafił ustać w jednym miejscu. Przez chwilę znowu było gorzej i nie potrafił nawet skupić się na chodzeniu, chwiejąc się i na wszelki wypadek wracając pod ścianę, żeby się znów na niej oprzeć.
– Aye? – odezwał się po chwili ciszy, widząc, że ten znowu zaczyna gdzieś iść.
– Możesz tu poczekać? Zaraz coś wymyślę.
W innych warunkach i okolicznościach, Chait wycofałby się, słysząc taki ton głosu. Wysłałby Aye do domu, ignorując ewentualne protesty czy chęci rozwiązania tej sprawy. Dzieciak zrobił wystarczająco dużo. Niestety, warunki i stan samego Chaita nie pozwalały mu siłą odesłać znajomego.
Wiedział też, że nie bardzo może teraz zostać sam. Bał się, że znowu zrobi się gorzej, a pracownicy nie będą się w tym doszukiwać czegoś głębszego.
– Nie, nie mogę – mruknął niechętnie. Niechęć wynikała z patowej sytuacji, nie złości na Aye. – Kogo gonili— goniłeś?
Chciał zadać więcej pytań, ale głos uwiązł mu w gardle. Spojrzał na Aye, mając nadzieję, że dostanie odpowiedzi też na pytania, których nie był w stanie zadać. I, co ważniejsze, że będzie w stanie je zrozumieć. I że nie zacznie mu znowu odbijać, chociaż czuł, że teraz opuszczają go te dodatkowe siły. Nie mógł mieć pewności, że to na stałe.
Ale chciał ogarnąć sprawę. Zanim o wszystkim dowie się kierownik.


Aye?
────
[900 słów: Chait otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 31 lipca 2025

Od Aye CD Chaita — „Pora żebyście się poznali"

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, rok temu

To nie tak, że Aye nie ma empatii i myślał o tym, żeby zostawić Chaita z tym całym bałaganem. Aye chciał wrócić do domu, bo czuł, że z każdą kolejną chwilą zaczynają się dziać tutaj coraz dziwniejsze rzeczy, a jeśli zostanie tutaj minutę dłużej, to może się przebodźcować. I zacząć być niemiłym do bogu ducha winnego pracownika.
Otwierał już usta, żeby ze spokojem podziękować za wspólnie spędzony czas i odejść, kiedy usłyszał znowu tego samego (a może innego?) dzieciaka. Krzyk był tak głośny, że prawie rozdarł dziecku Hefajstosa głowę. Spojrzał na Chaita, który ze skrzywieniem na twarzy szukał wzrokiem smarkacza.
— Coś jest nie tak — powiedział z dziwnym spokojem, na co Chait słabo się uśmiechnął.
— Dzieci najwyraźniej… takie są, prawda?
Próbował uspokoić siebie samego. Nerwowo pocierał dłoń o dłoń i poprawiał włosy, które wcale w niczym mu nie przeszkadzały. Jeszcze spoglądał na Aye w taki sposób, jakby szukał w nim wsparcia emocjonalnego, ale za każdym razem spotykał się tylko z chłodnym wzrokiem.
— Chait, tutaj nie chodzi raczej o…
Rozwrzeszczany dzieciak przebiegł tuż obok nich. Na czworaka. Zrozpaczona matka pobiegła za synem, krzycząc tak głośno, że Aye zaczął żałować nienoszenia ze sobą zatyczek do uszu.
— Nie ma co się martwić — zaśmiał się. — Dzieci w tych czasach się tak bawią. Biegają. Na czworaka. Może udaje, że jest psem? Nie bawiłeś się tak nigdy?
Denerwujący śmiech Chaita działał Aye na nerwy, a wrzeszczący siedmiolatek nie łagodził kłującego bólu głowy.
— Nie, nigdy — westchnął. — Nie widzisz, że coś jest nie tak? Dlaczego dziecko miałoby się tak zachowywać na festiwalu?
— Różne rzeczy robią dzieci. Nie musisz się tym przejmować, okej?
Promienny uśmiech na twarzy Chaita wyglądał tak sztucznie, jakby został wygenerowany przez sztuczną inteligencję. Aye po prostu go zignorował. Podszedł do miejsca, w które wcześniej wbiegł dzieciak i zaczął spokojnie oglądać stelaż. Nie zobaczył niczego… odstającego od normy.
Przykucnął i podniósł pusty kubek po lemoniadzie.
— Hej, Chait, zobacz. — Przekazał chłopakowi plastikowy kubeczek. — Dzieciak napił się lemioniady. Wypił całą i wpadł w stelaż. Nie wskazuje ci to na coś?
Chait powąchał kubek, a potem polizał.
— Hm? Nie?
— W tej lemoniadzie coś mogło być nie tak. — Rozłożył zrezygnowany ręce. Rozmowa z Chaitem przypominała najgorsze cierpienia, jakich mógł kiedykolwiek doświadczyć. Jego niewinna postawa, wręcz dziecinna, nie pozwalała na poważną współpracę. Dzieciak Iris najchętniej nie sprawdzałby napojów, wierząc, że to po prostu zwykła, dziecięca natura.
— Ja nic nie czuję. — Wzruszył ramionami. — Nie, ale serio — powiedział, widząc chłodny wzrok Aye.
— Dobrze w takim razie wiesz co? Wypijesz cały kubek.
Chait się zgodził. Tak po prostu. Przez sekundę nawet nie pomyślał, żeby tego nie robić. Nie zastanowił się nad możliwymi konsekwencjami. Nie połączył kropek z dzieciakiem. Nie bał się, że może skończyć jak siedmiolatek i Aye będzie musiał uspokajać wrzeszczącego, dorosłego chłopaka.
Podeszli do budki, która stała teraz pusta.
— Jaki smak? — Aye wszedł na schodki, otworzył drzwiczki i powoli wślizgnął się do środka. Kiedy stanął przed ladą, patrzył z wyczekiwaniem na Chaita, który z zamyśleniem wpatrywał się na tablice z wypisanymi smakami.
— Truskawkowy, proszę.
Aye nie potrzebował instrukcji do maszyn. Wystarczyło, że raz na nie spojrzał i wiedział, jak powinien je obsługiwać i co nacisnąć, żeby nalać lemoniady. Potrafił właściwie zrobić wszystko i niczego przy tym nie zepsuć.
Podał Chaitowi duży kubek truskawkowej lemoniady, którą dodatkowo ozdobił listkami mięty i jedną świeżą truskawką. Pomyślał, że jeśli ma zrobić to sam, to chce, żeby wyglądało to schludnie i ładnie. Może gdzieś tam w duszy był perfekcjonistą.
Chait wziął od niego napój i zaczął powoli sączyć przez różową słomkę. Wyglądał tak dziecinnie i głupio, że Aye przez moment poczuł się jak rodzic.
— Nic nie czuję — stwierdził, wyrzuciwszy pusty kubek do śmieci. — Jakby zobacz. — Cofnął się i… zrobił fikołka?
— Co to miało być?
— Fikołek.
Zrobił kolejnego. I kolejnego. A potem jeszcze skwitował to szpagatem.
Aye cofnął się o kilka kraków. Bał się stać teraz tak blisko Chaita, który najwyraźniej świetnie się bawił. Zrobił przed nim cały pokaz przyszłego cyrkowca: szpagaty w powietrzu, backflipy czy mostki (mógł przysiąc, że usłyszał strzelające kręgi kręgosłupa). I to wszystko w ciągu dwóch minut.
Chait spojrzał szaleńczym wzrokiem na Aye.
— Myślisz, że dobrze sobie radzę?
— Tragicznie wręcz.
Właściciel budki zjawił się zaraz po krótkim pokazie młodego pracownika. Ze zrezygnowaniem spojrzał na Chaita i zaczął tłumaczyć, jak poszło zgłoszenie, i że dzieciak uciekł, szaleje po całym festiwalu, a ludzie zaczynają się niepokoić.
— Może ten dzieciak jest chory?
— No pewnie! — Chait wybuchł niespodziewanym śmiechem. — Ja też jestem!
Pan od lemoniady spojrzał kątem oka na Aye, który tylko wzruszył ramionami. Nie mógł się przyznać, że kazał Chaitowi wypić lemoniady, żeby potwierdzić swoją tezę. Zakładał, że półboga i tak mają za wariata.
— Mógłbyś mi pomóc przenieść te stoliki?
— Tak, chętnie!
I zanim współpracownik Chaita zdążył podejść do stolików, to ten już je wszystkie przeniósł. Po jednym na rękę.
— Z nim coś jest nie tak?
— Chyba jest taki zawsze, prawda? — mruknął w odpowiedzi, ale właściciel budki nie wydawał się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.
— Nie, kiedy… czy on robi fikołki?
— Och.
Chait znowu kontynuował swój cyrkowy pokaz.
— Zaraz po kogoś zadzwonię. Przepraszam cię.
— Nie ma problemu.
Aye widział, jak wyciąga telefon i szybki krokiem znika za tyłami niewielkiej budki. Odetchnął z ulgą. Obecność współpracownika nie była im na rękę, nie, kiedy Chait zachowywał się w taki sposób. Nie, kiedy Aye próbował poznać prawdę.
— Hej, Chait — przywołał do siebie chłopaka. — Mógłbyś, wiesz… troszeczkę się zachowywać? Zaraz wymyślę, jak ci pomóc.
— Ochhh, pewnie!
Przybiegł jak na zawołanie. Jak grzeczny, posłuszny piesek. Oczy miał wielkie jak monety, a źrenice tak rozszerzone, jakby zaciągnął się dobrym ziołem. Dodatkowo przeskakiwał niecierpliwie z nogi na nogę, kiedy stał obok znajomego.
Aye najpierw spojrzał na budkę. Potem na stoliki. A potem w oczy rzucił mu się starszy mężczyzna na wózku, który musiał od dłuższego czasu się im przyglądać. Kiedy spojrzenie starca i Aye się spotkały, zaczął odjeżdżać w innym kierunku.
— Poczekaj tutaj, okej?
Chait nie słuchał. Poszedł za Aye a Aye poszedł za uciekającym starcem na wózku. Był szybki jak na to, że siedział z kocem na kolanach, a twarz miał tak pomarszczoną, jakby właśnie miał się żegnać z tym światem.
— Przepraszam! — krzyknął, ale dziadek udawał, że nie słyszy. Poprawił zsuwający się z kolan kocyk i przyspieszył. Jechał tak szybko, że Aye musiał przejść w bieg, a naprawdę, ale to naprawdę, nienawidził biegać.

Chait?
 ──── 
[1028 słów: Aye otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 20 maja 2025

Od Chaita CD Aye — ,,Pora żebyście się poznali"

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Zamienienie się z kimś nie było trudne. Nie musiał nawet prosić, w sumie to nie zdążył zapytać. To jego znajoma potrzebowała się zmienić. Chait podejrzewał, że i tak nie zyskał tym w oczach kierownika. Ten mężczyzna po prostu go nie znosił.
Z czystą wzajemnością i całkowitym zrozumieniem, bo Chait też siebie nie znosił. Podejrzewał, że Aye też już ma go dość, a jeśli nie, to że za chwilę będzie. Nawet jeśli chciał tylko odwdzięczyć się jakoś za pomoc z rozwaloną makietą, a ten głupi breloczek i lemoniada były jedynym, co w tych warunkach potrafił wymyślić. Z drugiej strony, Aye wyglądał, jakby najbardziej ucieszyć go miał święty spokój.
Niestety, Chait był natrętnym debilem. Nie był z tego dumny.
– Wybacz, że tak cię wyciągam z tamtej wystawy – kontynuował wcześniejszą wypowiedź, zerkając, czy Aye jeszcze za nim idzie. Obiecał sobie (i jemu, chociaż nie mógł mieć o tym pojęcia), że jeśli tym razem się rozdzielą, to już nie będzie go dręczył. – Mimo wszystko, naprawienie tego trochę zajęło i... no, pomyślałem, że może będzie ci się chciało po tym pić.
Znowu znaleźli się w nieco mniej zatłoczonej części wystawy. Przyjął to z pewną ulgą, bo niesprzyjające okoliczności sprawiały, że hałas festiwalu nawet dla niego robił się męczący. Nie do końca już wiedział, czy „niesprzyjające okoliczności” to w tym scenariuszu kierownik, czy tematyka imprezy. Może oba, w równym stopniu. Nie czuł się już tak przytłoczony, jak wcześniej, nie skręcało go aż tak w żołądku. Miał nadzieję, że Aye też lepiej poczuje się w cichszej okolicy.
Stoisko z lemoniadą stało w rzędzie z kilkoma innymi budkami, oferującymi jakieś szybkie przekąski w nienaturalnie zawyżonych cenach. Jedzenie na festiwalach i innych targach nigdy się nie opłacało. Zresztą, to samo mógł powiedzieć też o lemoniadzie.
Ktoś zdążył podejść do stoiska przed nimi, więc zatrzymali się kawałek dalej, żeby poczekać na swoją kolej bez robienia sztucznego tłumu. Chait odgarnął roztrzepane włosy, bezwiednie omijając wzrokiem odkrywane i ustawiane właśnie makiety. W tej części było ich mniej, stały rozstawione za stolikami, w pewnej odległości, oddzielając jedną część hali od drugiej. Nie miał pojęcia, co to za modele, i nawet nie chciał wiedzieć. O tej godzinie na pewno po obiekcie kręcili się ludzie, którzy już się na tym znali.
Jedną z takich osób wypatrzył kawałek dalej, rozmawiającą z gromadką dzieciaków. Przeniósł wzrok dalej, na kilku dorosłych odwiedzających, na wyjście i znowu na budki z jedzeniem. Nie chciał przesadnie mocno obserwować pracujących przy stoiskach ludzi, więc zamiast tego spojrzał na Aye, uśmiechając się do niego delikatnie.
Nie spodziewał się odwzajemnienia uśmiechu, więc nawet nie przejął się tym ponurym wyrazem twarzy, który widział od rana. Znał wiele osób, dla których uśmiech był czymś nienaturalnym i obcym, i wiedział, że dla nich to jego skłonność do uśmiechu jest tą gorszą i bardziej irytującą opcją.
– Niedługo pewnie zrobi się tu tłoczno – zauważył, tak jakby nie było to od początku oczywiste. – Ale kawałek dalej powinna być nieoficjalna strefa relaksu, w tym roku w końcu się na coś takiego zdecydowali. Mogę ci później pokazać drogę.
– …Jasne.
Znowu tylko uśmiechnął się do Aye, kiwając głową w stronę stoiska. Matka z dwójką dzieci dostała już lemoniady. Oddalili się z nimi w stronę stolików, kobieta krzycząc coś o tym, że mają uważać, bo nie zamierza kupować im nowych napoi, jeśli te rozleją.
– Dzień dobry – Chait przywitał się z mężczyzną pilnującym stoiska. Mógł być niewiele starszy od nich. Stał lekko pochylony nad urządzeniem, ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi zębami, jakby toczył z góry przegraną bitwę.
– Musicie chwilę poczekać.
Nawet nie podniósł na nich wzroku. Chait spojrzał na Aye i wzruszył ramionami.
– Chcesz usiąść?
Nie czekając na odpowiedź, podszedł do jednego ze stojących obok stolików. Wierzchem dłoni strzepnął okruszki, ale sam nie usiadł od razu – jeszcze raz rozejrzał się po okolicy, upewniając się, że wszystko jest w porządku.
Mimo wszystko nadal był w pracy i musiał chociaż udawać, że wcale się nie obija.
– Mam nadzieję, że nie spieszy ci się jakoś bardzo? – upewnił się jeszcze.
Aye nie zaprzeczył, chociaż Chait nie był pewny, czy to w pełni szczera reakcja. Obserwował, jak ten siada przy stoliku. Wyglądał trochę jakby bał się, że ławka zaraz go pogryzie. Sam w końcu też zajął miejsce, odwracając wzrok gdzieś na bok, w stronę stoisk.
– Nie wiem, co poszło nie tak, ale to sprawdzona budka. Zawsze mieli dobrą lemoniadę, więc warto chwilę poczekać.
Chociaż zachowanie sprzedawcy nie było do końca typowe. Chait go kojarzył, obsługiwał stoisko też na kilku innych wydarzeniach. Z drugiej strony, nigdy wcześniej nie mieli awarii maszyny, a to też mogło mieć wpływ na jego zachowanie. Pewnie nie powinien za bardzo tego analizować.
– Jeśli chciałbyś też coś zjeść, to–
Przerwał mu głośny, metaliczny dźwięk uderzenia, na tyle irytujący, że zadzwoniło mu w uszach.
Poderwał się z miejsca, szukając wzrokiem źródła tego paskudnego huku, który dalej odbijał mu się echem w głowie. Zaraz potem dobiegł do nich przeraźliwy płacz jakiegoś dzieciaka i kobiece krzyki, na tyle chaotyczne, że ciężko było wyłapać konkretne słowa.
Przy jednym z wyjść z hali, nie tak znowu daleko od nich, zaczął się już zbierać mały tłumek. Wśród identycznych i nijakich sylwetek uczestników dostrzegł znajomą postać innego pracownika.
– Wybacz – zwrócił się do Aye, odchodząc kilka kroków od stolika. Przyjrzał się koledze, jakby chciał się upewnić, że jemu nic się nie stało. – Chyba… Nie mamy dzisiaj szczególnego szczęścia do spokojnych miejsc.
Chciał zostawić go samego – i, co za tym idzie, spełnić niemą obietnicę o spokoju – kiedy jego kolega z pracy pierwszy ruszył w ich stronę, przebijając się przez tłumek. Może to był moment, w którym Chait powinien kazać Aye ewakuować się z okolicy, zanim on też zostanie w to wplątany.
Mimo tej myśli, nie odezwał się na ten temat ani słowem. Zamiast tego skupił się na niskim dzieciaku, który sam równie dobrze mógłby być tu z rodzicami, a nie jako pracownik.
– Co tam się stało? – zwrócił się do… Dennisa? Daltona? Devona?
Zerknął szybko na plakietkę z imieniem. Mike. Nawet nie był blisko. Chłopak nie podniósł na nich wzroku.
– Jakiś dzieciak wpierdolił się w stelaż. Nic mu nie będzie. Jego matka twierdzi, że dziwnie się zachowuje. Jak już tu siedzisz, to… rozejrzyj się po okolicy. Pójdę to zgłosić.
Chait skinął mu głową. Na festiwalach zawsze zdarzały się wypadki. Ludzie mdleli, robiło im się słabo, dzieci gubiły się w tłumie i wpadały na rzeczy. Część pracy jak każda inna.
Odprowadził kolegę wzrokiem i przeniósł wzrok na Aye, który o dziwo nie rozpłynął się jeszcze w powietrzu. Pewnie zabrakło mu kilku sekund.
– Przepraszam. To nie twoja sprawa i nie twój problem, więc… Nie będę cię tu trzymał, już i tak za dużo dzisiaj zrobiłeś.
Uśmiechnął się przepraszająco. Miał wrażenie, że coś jest nie tak – oczywiście, że miał. Nie miał jednak powodu, by znowu mieszać w to zwykłego zwiedzającego.


Aye?
───
[1110 słów: Chait otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 11 lutego 2025

Od Aye CD Chaita — „Pora żebyście się poznali”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Figurka posiadała wiele drobnych elementów, które posypały się na ziemię i poturlały w różne strony. Aye na klęczkach, tak, jakby się miał modlić, przesuwał się po zimnej posadzce w poszukiwaniu paru śrubek, które były niezbędne do utrzymania konstrukcji w kupie. Chait natomiast stał w boku, rozglądając się za tymi samymi elementami, jakichś poszukiwał Aye; bo chociaż odczuwał kłujący, wręcz duszący, dyskomfort w klatce piersiowej, to nie mógł bezczynnie stać i patrzeć.
Każdą znalezioną śrubkę odkładał na kupkę, którą zbudować tuż przy metalowym, podłużnym elemencie. Wcześniej były to drzwi do kabiny lokomotywy, a teraz wyglądały jak coś, co przeżyło starcie z pociskiem balistycznym; co było dziwne, bo figurka jedynie się przewróciła.
— Nie jest to nic trudnego — rzucił, nie patrząc nawet na Chaita, który z krzywym uśmiechem na twarzy próbował dopingować staremu znajomemu. — Postaram się zrobić to szybko.
Chait nie mógł nawet go poganiać; ba, nie mógł nawet prosić, by naprawił wszystko, doprowadzając figurkę do stanu sprzed upadku. Mógł tylko pokiwać głową, zapewnić Aye, że mają czas i modlić się w duchu, by natarczywy szef nie zaczął dobijać się do drzwi.
Aye naprawiał wiele rzeczy. Przez całe życie zdolności manualne wykorzystywał do tworzenia, niszczenia oraz naprawiania. Mógłby zrobić wszystko, bo wszystko wydawało się proste — wystarczyło, że spojrzał na figurkę i wiedział, gdzie co powinien przykręcić. Czuł się czasem jak robot do zadań specjalnych.
Minęło dziesięć minut, a Aye wciąż szorował posadzkę ubraniami; leżał już na plecach, kiedy naprawiał coś pod figurkę, czołgał się, bo jedna śrubka niespodziewanie wystrzeliła w powietrze i za nic w świecie nie mógł jej znaleźć i wycierał z brudu szyby rękawem koszulki.
— Powinno być dobrze — powiedział, podnosząc się z ziemi. Pot wytarł już i tak ubrudzonymi ubraniami. — Mam nadzieję, że na ziemi nie ma już żadnych brakujących śrubek… — Rozejrzał się dla pewności i w końcu wrócił wzrokiem na biednego Chaita.
— Och, już? — Uśmiechnął się delikatnie. Przez cały ten czas zdążył wymyślić pięć różnych modlitw, żeby tylko nie zjawił się wściekły szef.
— Jest parę wgnieceń, ale nie naprawię tego bez sprzętu. — Wskazał palcem na parę miejsc, ale zrobił to tak szybko, że Chait nawet nie zwrócił uwagi na wspomniane wgniecenia. Dla chłopaka wszystko było idealne. Konstrukcja stała. Szef nie wymyśli powodu, by go zwolnić.
— Dziękuję. Naprawdę.
Gdyby mógł, to wyściskałby Aye, ale stali w pomieszczeniu pełnym lokomotyw, które przyprawiały Chaita o ból głowy. Na dodatek Tajlandczyk zapewnie rozerwałby chłopaka na strzępy i wsadził pomiędzy metalowe elementy.
— Myślę, że możesz otworzyć drzwi… — upomniał Chaita, kiedy ten stał dalej w tym samym miejscu, z tym samym głupkowatym, niezręcznym uśmiechem.
— A, tak! Rzeczywiście! — Pognał w kierunku wejścia z dzwoniącym w ręku pękiem kluczy.
Kiedy otworzył drzwi, do hali napłynęła fala ludzi — dorośli z dziećmi, starsze małżeństwa i nastolatkowie. Przepychali się między sobą, chcąc zobaczyć każdą figurkę, zrobić sobie zdjęcie i podotykać czegoś, co Aye przed chwilą naprawiał z potem na czole.
Chait zniknął w tłumie, zapewne pochłonięty obowiązkami pracownika. Nie było nawet szans, by wśród tylu osób wypatrzeć ciemną czuprynę, bo podobnych ciemnych łepetyn było tutaj co najmniej pięćdziesiąt. Aye tylko westchnął z ulgą, potarł raz jeszcze spocone czoło i wyszedł, by zaczerpnąć swojego powietrza. Tak przepełniona hala momentalnie zrobiła się duszną puszką.
Pokręcił się chwilę wśród innych wystaw, szukając przy okazji łazienki, bo nie czuł się na tyle brudno, że za moment zamieni się w kulkę smaru i potu. To były minusy pracy fizycznej. Zawsze wracałeś brudny, usmarowany czymś ciemnym, żółtym lub brązowym i ciężko było to zmyć nawet mydłem.
Całe szczęście, że łazienki były dobrze oznakowane i Aye mógł spędzić nad umywalką dobre dziesięć minut; umył wszystko, nawet to, co pozornie ubrudzone nie było. Poprawiał włosy przed lustrem, spinając niesforne, odskakujące włosy oraz układał pogniecione ubrania. Nie mógł wyczyścić czarnych, smolistych plam, więc podwinął rękawy i udawał, że nic się nie stało.
Ledwo złapał za klamkę, kiedy do środka wszedł zagubiony wcześniej w tłumie Chait. Wyglądał na równie zszokowanego, co Aye.
— Och? — Tajlandczyk uniósł brwi, patrząc na, jak zawsze, uśmiechniętego półboga.
— Szukałem cię.
— Po co?
— Dobre pytanie.
Gdyby Aye miał dostać pięć dolarów, za każdym razem, kiedy powstrzymywał się przed uduszeniem syna Irys, to byłby już milionerem.
— Chcę ci podziękować i pomyślałem, że może ci się to spodobać… — Wygrzebał z kieszeni breloczek z parowozem. — Mamy tego bardzo dużo na stanie, a to raczej dobry prezent.
Aye wziął do ręki breloczek, sceptycznie spoglądając na Chaita. Naprawienie figurki nie było czymś trudnym i nie spodziewał się, że ktoś pomyślałby o sprawieniu mu prezentu w ramach podziękowań; ale może zapomniał, że do czynienia ma z synem Irys, wiecznie uśmiechniętym i do granic możliwości denerwującym.
— Dziękuję.
— Zostajesz jeszcze? — zapytał, podchodząc do umywalki, by umyć spocone dłonie. Przejrzał się w lustrze, poprawił włosy i odwrócił uśmiechnięty do Aye.
Do granic możliwości denerwujący.
— Myślałem, że…
— Otwiera się nowa wystawa — nawet nie pozwolił koledze dokończyć. — Napiłbym się czegoś.
Aye dawno nie czuł się tak osaczony i przyparty do ściany, jak w tym momencie. Chait mówił i mówił, uśmiechając się tak, jakby nie potrafił utrzymać neutralnego wizerunku do twarzy; a przez to, że Aye przytakiwał, nie widział problemu w swoim gadulstwie.
— Będzie tam takie fajne stanowisko z lemoniadami. Lubisz?
— No… chyba?
— To świetnie. Daj mi piętnaście minut, bo potrzebuję zamienić się z koleżanką.
I wyszedł. Tak po prostu.
Skonsternowany Aye stał jeszcze chwilę przy umywalkach, spoglądając na swoje własne odbicie i pytając, w myślach czym zawinił, że go to spotyka. Zawsze unikał podobnych osób — o tak optymistyczny, charyzmatycznym uosobieniu. Chaita jednak ciężko było się pozbyć szczególnie w momencie, kiedy wyszli z hali pełnej figurkowych lokomotyw hali. Z dala od czegoś, co budowało w nim napięcie i dyskomfort czuł się dobrze na tyle, że mógł męczyć Aye swoją paplaniną.
Poczekał na syna Irys, to oczywiste. Nie mógł uciec przed kimś takim, więc już pogodził się z własnym losem i stał niedaleko makiety, poprawiając rozwiewane przez wiatr włosy.
— Wybacz, że tyle to zajęło… — sapnął, próbując uregulować oddech, kiedy przybiegł już do czekającego Aye. — Udało mi się zamienić, więc mogę teraz przejść na tę inną wystawę, o której mówiłem. Chodź. — Skinieniem głowy poprowadził zmęczonego Aye na drugą stronę, gdzie pracownicy jeszcze rozkładali brakujące makiety i inne, skryte pod płachtami, figurki. Chait zwinnie ich wyminął i poprowadził dziecko Hefajstosa na strefę z jedzeniem oraz piciem. Wspomniana budka z lemoniadą już stała otwarta, gotowa, by przyjąć pierwsze zamówienia.

 Chait? 
─── 
[1035 słów: Aye otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 31 grudnia 2024

Od Chaita CD Aye — ,,Pora żebyście się poznali"

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Był przyzwyczajony do wpadek w pracy. Czy to w sklepie, czy na festiwalu, czy w sali zabaw – wszędzie były tysiące rzeczy, które mogły pójść nie tak. I nigdy nie miał problemu, by się nimi zająć. Mógł to ogarnąć.
Wmawiał sobie to wszystko, chociaż natrętny ucisk w żołądku znowu wrócił i bardzo mocno dawał o sobie znać. A przecież nawet nie stresował się tym, że coś się zepsuło.
Zastanowił się jeszcze raz nad słowami Aye, robiąc w myślach szybką listę osób, do których potencjalnie mógłby pójść z tym problemem. Oczywiście, mógł zgłosić to kierownikowi. Facet pewnie wkurzyłby się, uznał to za (w najlepszym przypadku) winę Chaita, albo (w najgorszym przypadku) winę Chaita i Aye, bo skoro zadaje się z Chaitem, to na pewno też jest wszystkiemu winne. Na festiwalu powinni być ludzie odpowiedzialni za poszczególne wystawione egzemplarze, ale po chwili wahania ich też wykluczył – oni zaraz poinformowaliby kierownika.
I w sumie to nawet nie był pewny, czy jest ktoś odpowiedzialny za te konkretne zestawy, a rozsypane elementy nie mogły czekać w nieskończoność, aż w końcu ktoś się znajdzie.
Może po prostu szukał wymówki, by nie musieć nikogo o tym informować. I żeby krytykować organizację festiwalu.
– Jeśli to dla ciebie nie problem, to będę wdzięczny – odpowiedział w końcu, posyłając Aye najładniejszy uśmiech, jaki miał w repertuarze.
Wcale nie sztuczny. A przynajmniej – nie do końca sztuczny. Chait był zestresowany, ale naprawdę wdzięczny, że została mu zaoferowana pomoc. Nawet jeśli była to pomoc niechętna i niejako wymuszona przez okoliczności.
Spojrzał po sali, omijając wzrokiem lokomotywy i próbując na szybko przeliczyć, ile osób nadal kręci się po pomieszczeniu. Nie było ich wiele, a jakieś dzieciaki właśnie przemknęły obok nich, uciekając na główną halę.
– To tylko daj mi chwilę, wyproszę ludzi.
Nie czekał na odpowiedź. Odwrócił identyfikator, gdyby ktoś przypadkiem miał zapamiętać jego imię, i ruszył na to bojowe zadanie, w kompletnie niesprzyjających mu warunkach.
Zaczął unikać podróży pociągami i chodzenia w okolice dworców po… wypadku. Nie pamiętał, czy dyskomfort od początku dotyczył też figurek i makiet, czy zaognił się z czasem, pod wpływem ignorowania problemu. Tego samego problemu, którego nie zaakceptował nawet teraz, uparcie udając, że wcale nie czuje się źle.
– Przepraszam? – zwrócił się do stojących przy jednej z lokomotyw ludzi. – Muszę poprosić państwa o wyjście na główną halę. Nie, nie, nic się nie dzieje, potrzebujemy po prostu tu posprzątać. Niedługo otworzymy z powrotem.
Następnym mówił to samo, do wszystkich uśmiechając się miło i proponując, co innego mogą robić w tym czasie. Nie dał się sprowokować mężczyźnie, który już chciał zacząć kłótnię, chociaż miał ogromną ochotę mu odpyskować. W tej chwili jednak nie mógł obie na to pozwolić.
Łącznie wyrzucił z sali dziesięć osób. Ostrożnie przeszedł obok rozwalonej figurki, która wywołała w nim jeszcze większy dyskomfort niż wszystkie pozostałe.
– To już wszyscy – zwrócił się do Aye, zamykając drzwi za ostatnimi przegonionymi zwiedzającymi. – Mam klucz, więc na chwilę będziesz mieć spokój.
Dziwił się, że Aye jeszcze tu stoi. Z jakiegoś powodu spodziewał się, że kiedy wróci pod wyjście, wyprowadzając ludzi, to po znajomym nie będzie już śladu. Mógł teraz robić dużo ciekawszych rzeczy, niż pomaganie Chaitowi, który i tak od rana tylko truł i paplał nad głową.
– Potrzebujesz czegoś, z czymś pomóc? – zapytał, zanim przyszło mu do głowy, że znowu papla za dużo.
Tym razem nie robił tego, by odwrócić własną uwagę. Chyba.
– Nie. – Dostał krótką odpowiedź, którą przyjął z pewną ulgą.
– Przypilnuję, żeby nikt się tu za bardzo nie dobijał – zaproponował, tym razem już zanim wpadł na genialny pomysł zaoferowania jakiejś praktycznej pomocy. – Mów, jeśli będę potrzebny.
Jednej rzeczy był pewny: tego nie chciał ani on, ani Aye. W innych okolicznościach Chait chętnie by się do czegoś przydał. W tych okolicznościach – co najwyżej któreś z nich by zwariowało.
Odprowadził półboga wzrokiem, opierając się o zamknięte drzwi. Miał szczęście, że przewracający się model nie zrobił nikomu krzywdy, nie rozumiał jednak, czemu żaden z pracowników nie pilnował sali. Z rezygnacją stwierdził, że i tak będzie musiał zgłosić to do kierownika. To znaczyło, że i tak mu się oberwie za niewinność.
Zerknął na telefon. Przerwa już teoretycznie mu się skończyła. Dodał to do listy rzeczy, za które zostanie opieprzony, jak już w końcu pójdzie się zameldować. Nie pierwszy, nie ostatni raz. Zawsze miał problem z punktualnością.
Ktoś szarpnął za klamkę i zaraz uderzył w drzwi, a Chait niemal podskoczył, w pierwszej chwili uciekając spod drzwi.
– Murray!
Z rezygnacją wzniósł oczy ku niebu. Że też kierownik musiał zorientować się już teraz.
– Co ty tam robisz?
Nie wszedł do środka. To dobry znak. Uchylił drzwi, żeby spojrzeć na wkurzonego mężczyznę, ale tak, żeby ten nie widział za dużo.
Bądź wiarygodny, Murray.
– Aaa, szefie… – zaczął w odpowiedzi, przeciągając słowa i szukając wygodnej, prawdopodobnej wymówki. – Jakiś dzieciak narobił tu strasznego bałaganu – skłamał w końcu, bez zająknięcia. – Miałem jeszcze przerwę, ale wie szef. Nie chciałem, żeby ktoś się poślizgnął, albo potknął, więc sam się tym zająłem.
Debil. Debil, debil, debil.
Kierownik przez chwilę patrzył na niego uważnie, a Chait obawiał się, że zaraz zostanie jego ofiarą, gdy mężczyzna rzuci się go udusić. Sam by siebie udusił.
Ale w tej chwili sprowadziłby kłopoty też na Aye. A Aye pomaga mu tu z własnej woli.
– Niedługo skończę i wszystko otworzę, obiecuję.
– Niech ci będzie – sapnął w końcu mężczyzna, a Chait odetchnął z ulgą. – Ale pospiesz się, ludzie chcą zrobić sobie zdjęcia.
– Wiem, wiem.
Uśmiechnął się do niego i zamknął drzwi, zanim padło jeszcze jakieś kolejne, niewygodne pytanie, albo co gorsza – wątpliwości.
Odetchnął i podszedł do Aye.
– Teraz już na pewno nikt nie będzie przeszkadzał – przekazał, samemu czując z tego powodu niesamowitą ulgę.
Odruchowo spojrzał na postęp pracy.
– To niesamowite. Dzięki, że się tym zajmujesz. Mogę się do czegoś przydać?
Gdzieś z tyłu głowy pamiętał jeszcze myśl, że to zły pomysł, a żołądek znowu mu się ścisnął.


Aye?
───
[950 słów: Chait otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

piątek, 27 grudnia 2024

Od Aye CD Chaita — ,,Pora żebyście się poznali"

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Nie lubił festiwali. Dużo ludzi, chaos i krzyczące dzieci. Nigdy nie pasował do takich miejsc i starał się ich unikać; ale wystarczyło jedno ogłoszenie o festynie dla miłośników kolei, by zaraz zjawił się na miejscu.
Z początku nie był zachwycony — pełno dzieci, które biegały pomiędzy dorosłymi i nie słuchały się swoich rodziców, a na dodatek głośna muzyka, przyprawiająca o ból głowy na samym wejściu. Czego innego mógł się jednak spodziewać?
Przekroczył próg wejścia, rozglądając się po dużej hali: w środku rozłożone zostały ogromne makiety, w kątach znajdowały się typowo dziecięce kolejki, którymi można się przejechać, a gdzieś dalej stało coś, czego Aye nie mógł dojrzeć.
Z początku chciał ten dzień spędzić sam ze sobą. Sam na sam z pociągami. Jednak ostatnio życie młodego półboga nie należało do najłatwiejszych — a mówił tak na wszystkie sytuacje, które wymagały od niego socjalizacji oraz spędzenia czasu z kimś, kogo nie znał.
Został zatrzymany przez obcego chłopaka. Prosił w duchu, by okazało się to wszystko pomyłką, ale kiedy przyjrzał się bliżej i spostrzegł te charakterystyczne rumieńce, wiedział, że to zdecydowanie nie jest pomyłka.
— Może się pomyliłeś… — zasugerował, mając nadzieję, że może jednak.
— Przysięgam, że skądś cię kojarzę — nie opuszczał, przyglądając się Aye. — Jakbym cię już wcześniej gdzieś widział.
W Obozie było kilku takich natrętnych półbogów. Upierdliwi, ekstrawertyczni i bez grama wstydu. Zawsze działało to Aye na nerwy — ilekroć próbował spędzić czas sam ze sobą, to któryś z takich roześmianych albo głośnych przygłupów psuło mu cały dzień. I nawet jakby bardzo chciał, to nie mógł udawać, że nie kojarzy syna Iris.
— Zakładam, że z Obozu… — westchnął. — Jesteś synem Iris, prawda?
— O, jak dobrze, czyli jednak się nie pomyliłem. — Uśmiechnął się, a błysk śnieżnobiałych zębów niemal nie oślepił Aye. — Chait. — Wyciągnął otwartą dłoń.
— Aye. — Uścisnął rękę chłopaka, wpatrując się w jego rozbiegane oczy. — Pracujesz tutaj?
Mógł o nic więcej nie pytać i udać, że się spieszy, ale ciekawość wzięła górę. Chłopak wyglądał na zapracowanego i jakby próbował ogarnąć kilka rzeczy jednocześnie; a festiwal, na którym się znajdowali, nie należał do najmniejszych.
— Tak. — Pokiwał głową. — Zaraz mi ktoś pewnie urwie głowę, że rozmawiam, zamiast pracować, ale rozumiesz… zobaczyłem cię w tłumie i musiałem zapytać.
Aye uśmiechnął się krzywo. Syn Hefajstosa zdecydowanie nie poświęcałby pracy na to, by łapać jakiegoś przygłupa w tłumie i pytać, czy jest tą osobą, którą myśli, że jest.
— Nie obrazisz się, jak pójdę skończyć parę rzeczy i za chwilę do ciebie wrócę?
Chait chciał spędzić z nim więcej czasu, niż Aye sobie założył. Na samą myśl o chodzeniu po festiwalu z kimś, kogo dobrze nie znał oraz z kimś, kto za czasów Obozowych działał mu na nerwy, dostał dreszczy.
— Nie, spokojnie…
W duszy zabił siebie już pięć razy. Gdyby mógł wymyślić historyjkę o chorej babci albo…
Chait pobiegł do jednego ze swoich współpracowników i Aye został sam. Uwięziony, bo przecież nie ucieknie, jak sam się zgodził, by poczekać na dzieciaka Iris.
Przystanął przy jednej ze ścian i obserwował grupkę dzieciaków, które próbowały namówić ojca, by ten kupił im po jednej zabawkowej lokomotywie. Z każdą kolejną odmową robiły się coraz głośniejsze i głośniejsze, i głośniejsze…
— Wybacz, że musiałeś czekać. — Aye poczuł prąd przebiegający po plecach. Był tak zajęty, że zapomniał o Obozowym znajomym, na którego czekał. — Udało mi się na chwilę wyrwać.
— Nie wolisz wrócić do pracy? — zapytał, uciekając wzrokiem w stronę makiet. — Pewnie jest dużo do roboty.
— I tak przysługuje mi przerwa. — Wzruszył ramionami. — Chcesz zobaczyć kilka makiet?
Nie mógł odmówić, chociaż miał ten dzień spędzić sam ze sobą. Po prostu pokiwał głową i poszedł za chłopakiem, który zaczął opowiadać mu jedną ze swoich historii życiowych. Gadał przez cały czas. Bez przerwy. Aye już nie wiedział, czy mówi o czymś innym, czy dalej o tym samym.
— …no i teraz tylko chodzę i sprawdzam, czy nikt niczego nie psuje. — Przystanął przy jednej z makiet.
Była solidnie wykonana — praca na pewno kilku osób i na wiele długich godzin. Aye był w szoku, że coś takiego postawili na festiwalu, gdzie przebywają małe dzieci. Chwila nieuwagi, a jakiś rozbiegany dzieciak wpadnie na stolik i wszystko zniszczy.
— Podobno macie tutaj jeszcze większe figurki. — Przesunął palcem po makiecie. — Wiesz, gdzie są?
— No… — Zaśmiał się niezręcznie. — W sumie to wiem…
Przez chwilę Aye czuł od Chaita dyskomfort; jakby chłopak wolał odpowiedzieć dawnemu znajomemu ,,nie, nie wiem, gdzie są, wybacz”, ale nie mógł tego zrobić.
— Chodź za mną. — Skinął głową i poprowadził półboga w stronę dużego pomieszczenia, w którym jak dotąd było najmniej ludzi.
W środku ustawiono duże figurki lokomotyw — zaczynając od starych parowozów, a kończąc na nowszych modelach. Wszystko zrobione zostało z metalowych części i było na tyle duże, by zachwycać, ale też na tyle małe, by móc stanąć obok w celu zrobienia sobie zdjęcia.
Chait stał przy drzwiach, oparty o framugę i uśmiechał się do Aye, który podchodził do każdego modelu po kolei. Nie przeszkadzało mu, że syn Iris nie wszedł z nim do środka — właściwie to poczuł ulgę, bo przez cały ten czas nie był w stanie niczego w spokoju obejrzeć.
Coś jednak było nie tak. Jeden z modeli niespodziewanie osunął się do tyłu i przewrócił na bok z wielkim hukiem. Kilka metalowych elementów odpadło, strasząc kilka dzieciaków obecnych na sali.
Aye spojrzał w stronę drzwi, gdzie stał Chait. Słabo uśmiechał się do znajomego, ale dalej nie ruszył nawet o krok.
— Masz tutaj kogoś, komu możesz to zgłosić? — zapytał, podszedłszy do syna Iris. — To nie powinno tak leżeć. Posypało się wiele drobnych elementów.
— Och, tak… chyba nie.
Aye przewrócił oczyma.
— Jeśli nie masz nikogo, to mogę pomóc w naprawie tego — westchnął. — Fajnie, tylko jeśli byś mi pomógł zamknąć salę.

Chait?
────
[920 słów: Aye otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

sobota, 30 listopada 2024

Od Chaita do Aye — ,,Pora żebyście się poznali"

Na przełomie jesieni i zimy, każdego roku, następował niesamowity wysyp wydarzeń, spotkań i pokazów związanych z koleją. Rok w rok, od kiedy Chait zaczął angażować się we wszelkiego typu festyny i imprezy, w tym okresie lawirował i kombinował, byle tylko uniknąć przydziału.
Zwykle nie było to jakoś bardzo trudne. Byli inni chętni, nie przygniatała go też wizja przymierania głodem czy braku innego zajęcia w te dni. Zajęć zawsze miał zbyt wiele, to czasu było za mało.
W tym roku jednak sytuacja nie wyglądała tak kolorowo. Organizator potrzebował ludzi do pracy, a co gorsza, w drugą stronę, Chait też potrzebował… no, pracy. Nawet słabo płatnej. Nawet w towarzystwie znienawidzonego środka transportu.
To nie chodziło nawet o to, że bał się pociągów. Bo nie bał się samych pociągów. Bał się nimi podróżować. To była istotna różnica, bo na ich widok czuł tylko bardzo silny dyskomfort. Makiety nie były aż takie złe – wywoływały tylko nieprzyjemny ucisk na żołądku.
Taki ucisk czuł w tej chwili, mając problem nawet ze złapaniem głupiego łyku wody. Spojrzał z pretensją na plastikowy kubeczek, jakby to on był wszystkiemu winien.
Siedział na zamkniętej hali, oparty o długą ławę. Bębnił opuszkami palców o blat, nie próbując wybijać żadnego konkretnego rytmu. Za ścianą już zaczęli wpuszczać ludzi, słyszał szum głosów, stukanie butów i od czasu do czasu czyjeś okrzyki. Powinien w tej chwili stać przy wejściu, pilnując porządku. Nawet jeśli zgłosił się do ogarnięcia sali na zajęcia dla dzieci – tej właśnie sali, w której teraz stał – to i tak powinien już tam wrócić.
Znowu uniósł kubeczek do ust i przełknął z trudem. Był żałosny. Jego zachowanie było żałosne.
Odgłosy nasiliły się, kiedy ktoś uchylił drzwi. Chait uśmiechnął się do dzisiejszego kierownika, odstawiając wodę na bok.
– Już idę – powiedział od razu, nim ten zdążył odezwać się pierwszy.
Mężczyzna wszedł do środka i kiwnął głową. Był niższy od Chaita, trochę bardziej tęgi i na pewno starszy, ale Chait nie pytał go o wiek. Nie wypadało. I bez tego miał groźne spojrzenie.
– Spóźniasz się, Murray.
– Przepraszam, przepraszam.
Zaczął szybko szukać jakiejś wymówki, nie do końca przekonany do swojego prawdziwego powodu. Ktoś, kto boi się pociągów, nie idzie pracować przy pociągach. A jeśli idzie, to nie powinien się nad sobą użalać.
– Pospiesz się, bo osobiście cię stąd wywalę.
– Ale to chyba decyzja góry.
Nie ugryzł się w język i prawie tego pożałował. Prawie, bo nawet nie powiedział nic strasznego.
Kierownik nie podzielał jego opinii. Zmarszczył napuszone brwi tak mocno, że prawie zasłoniły mu oczy i wydał z siebie jakiś niesprecyzowany dźwięk, który gryzł w uszy.
– Przepraszam, już idę – Chait poprawił się szybko, szczerząc zęby w przepraszającym uśmiechu.
Nim mężczyzna zdążył znowu się odezwać, zacząć krzyczeć, albo, co gorsza faktycznie wywalić Chaita do domu, ten wyminął go, wrzucił kubeczek do kubła na śmieci i wypadł za drzwi.
Nie miał powodu do niepokoju. Na miejscu nie czekało nic groźniejszego od otyłego mężczyzny. Mimo to wahał się jeszcze chwilę.
Nie, musiał w końcu wziąć się w garść. Przynajmniej na chwilę.
Rozejrzał się po hali. Ludzi jeszcze nie było tak dużo. Kilka osób kręciło się przy stoiskach, a przy makietach zauważył grupkę dzieci i stojącego gdzieś z boku, mało zainteresowanego tym opiekuna. Tym razem zignorował powracający ucisk w żołądku.
Przeszedł między stoiskami, przepraszając jakąś zakochaną parkę, o którą prawie zahaczył ramieniem. Dopiero kilka kroków od głównego wejścia zdał sobie sprawę z tego, że prawie biegnie.
Tchórz.
– Sorry – rzucił do stojącej przy wejściu koleżanki. Przyjrzał jej się uważnie, by upewnić się, że wszystko w porządku, i nagle odnosząc wrażenie, że o czymś zapomniał.
– Identyfikator.
Pokiwał głową. Nie zrozumiał, co właśnie do niego powiedziała.
– …Załóż identyfikator.
Potrzebował jeszcze kilku sekund. Zaśmiał się nerwowo i sięgnął do kieszeni.
– Dzięki – mruknął.
– Idę na przerwę. Chyba sobie poradzisz.
Przytaknął tylko. Nie mógł teraz protestować, nawet gdyby chciał. Nie zachował się w porządku.
Zresztą, z tego miejsca nie musiał mieć na oku tych wszystkich makiet i innych takich obiektów. Mógł sterczeć tu do samej nocy, nawet i całkowicie sam. Spojrzał na powoli rosnącą kolejkę ludzi.
Bywało znacznie gorzej. I miał na myśli – znacznie, znacznie gorzej. Powinien dać radę.
Zaczął wpuszczać kolejne osoby, do każdej z nich uśmiechając się i życząc jej dobrej zabawy. Niektórzy odpowiadali takim samym uśmiechem i dziękowali, inni burczeli coś pod nosem.
W odpowiedzi uśmiechał się jeszcze szerzej, tak szeroko, że zaczynała boleć go szczęka. Zaczynali się peszyć i albo przepraszali, albo uciekali jeszcze szybciej.
Po kolejnych trzydziestu osobach – tak, liczył każdą – wróciła jego koleżanka ze stanowiska. Razem z kierownikiem.
– Murray.
– Co jest?
Wydał kolejną opaskę, uśmiechając się do małego chłopczyka i jego mamy. Dzieciak roześmiał się i już go nie było.
– Idź pomóc z drugą halą.
Znowu? Skinął głową i oddał stanowisko w ręce koleżanki. Uśmiechnęła się do niego, więc chyba nie była zła za jego wcześniejsze spóźnienie. Zawsze wydawało mu się, że mają raczej w porządku relacje – nie pracował z nią po raz pierwszy.
Odniósł wrażenie, że kojarzy drugą wpuszczoną przez nią osobę, ale bardzo szybko odrzucił od siebie ten pomysł.
Nie, nie mógł mieć racji. Ludzi było tu od cholery.
Nie. Był przekonany, że ją zna. Przecież potrafił rozpoznać ludzi, których kiedyś poznał. Chociaż czasami sam w to wątpił.
Dołączył do innego pracownika, który właśnie ogłaszał otwarcie hali, którą z rana Chait sprzątał. Przynajmniej jego wysiłek na coś się przydał.
– Przepraszam! W drugiej hali zaraz udostępniona zostanie druga makieta. Będą też warsztaty, więc zapraszamy.
Ludzie zaczęli kierować się we wskazanym przez niego kierunku, niektórzy, szepcząc coś między sobą, inni, łapiąc dłonie dzieci, by nie zgubić ich w tłumie.
Dalej nie potrafił sobie przypomnieć, skąd kojarzy tę osobę. Był przekonany, że ją zna. Nie jakoś dobrze – na pewno nie, wtedy by jej nie zapomniał. Na pewno nie byli znajomymi z żadnej poprzedniej pracy, nie kojarzył też, żeby poznali się na imprezie.
W zamyśleniu zmarszczył brwi. Wiedział, że teraz nie da mu to spokoju.
– Ej, słuchaj – zawrócił, żeby ją dogonić. – Głupie pytanie. Kojarzę cię. I nie da mi to spokoju, dopóki nie zapytam.
Gdyby nie robił tego często, to w tej chwili zrobiłoby mu się głupio. Na szczęście robił to często.

Aye?
────
[1000 słów: Chait otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]