Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 września 2026

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ej, która jest godzina? — Amanda stanęła w drzwiach, trzymając w ręce mopa. Drugą ręką grzebała w zostawionej w przedpokoju torebce, szukając telefonu.
Kalina spojrzała na mały wyświetlacz na piekarniku, który zwykle robił za jedyny działający zegar w mieszkaniu. Przynajmniej od czasu, kiedy w jej budziku padły baterie; to będzie jakieś dwa miesiące. Ekranik był czarny. Zaskoczona wyciągnęła telefon z kieszeni i szybko przypomniała sobie, że on również czekał na naładowanie baterii.
— Cholera, dobra, nieważne — przerwała rozpaczliwe poszukiwania i oparła mopa o jedną z szafek. — Macie to, ja muszę wydrukować coś przed zajęciami.
Kalina odprowadziła przyjaciółkę wzrokiem i niechętnie spojrzała na lampę, a właściwie to, co z niej zostało i westchnęła głęboko.
— A byłaby z niej taka piękna pieczarka…
— Teraz jest pieczarkowy placek — odparła z uśmiechem Isobel, odrzucając kabel w kałużę.
— Plastikowy, śmierdzący placek. Co za idiota robi lampy z plastiku?
— Chińskie dzieci.
— Oby to się chociaż zmyło… — spojrzała na czarną, osmoloną plamę.
Po chwili namysłu i oceny sytuacji („na ile procent porazi mnie prąd, jak dotknę wodę przez drewniany kijek?”) Kalina sięgnęła po mopa. Przetarła sobie ścieżkę do kuchenki, a resztę postanowiła zostawić na później. Lepiej poczekać, aż będzie nie na sto, a tysiąc procent bezpiecznie, nie? Płytki nie napuchną jak panele, mogą poczekać.
— Dalej chcesz tą herbatę, nie? — zaśmiała się, biorąc do ręki pusty czajnik.
— Jeśli to nie problem — odparła Isobel z uśmiechem.
Kalina nalała wodę do czajnika i postawiła naczynie na kuchence. Przekręciła kurek raz, drugi, przeklęła, a po chwili trzeci.
— Jebany iskrownik — westchnęła i zaczęła rozglądać się za zapalniczką.
Nagle z pokoju Amandy dobiegło kilka głośnych przekleństw i odgłosy walenia w biurko. Po chwili do przekleństw dołączyło wyzywanie laptopa, drukarki, a rykoszetem oberwało rażące w oczy słońce.
— Co się dzieje?! — zaniepokoiła się Kalina.
— Znowu nie ma internetu!
— A jest w ogóle prąd? — Isobel zaczęła rozglądać się za jakimkolwiek włącznikiem światła.
— Jest — wzruszyła ramionami Kalina, podpalając gaz wydobywający się z palnika zapalniczką. — Jest, bo ja tak mówię.
— Nie wybuchnij kuchenki, błagam cię — do kuchni zajrzała zrezygnowana Amanda. — Nie ma prądu, chyba wyjebałyśmy korki.
— Oby tylko korki… jak się okaże, że popaliłyśmy elektrykę, to w życiu się nie wypłacimy.
— Dobrze, że mieszkanie jest całe — zauważyła Isobel, próbując znaleźć jakieś pozytywne aspekty sytuacji.
— Dobra, ja uciekam, bo zaraz się spóźnię — Amanda cofnęła się do przedpokoju i ubrała kurtkę. — Zadzwonisz do Christopha, żeby sprawdził te korki?
— Ta, jasne — machnęła ręką, gdy współlokatorka opuszczała mieszkanie. — Do kostnicy zadzwonię — dodała kilka sekund później.
Pstryknęła włącznik światła i z nadzieją zawiesiła wzrok na lampie. Nic się nie wydarzyło.
— Christoph to właściciel? — zapytała Isobel, zainteresowana reakcją Kaliny na wydane polecenie. Ta jedynie przytaknęła i wróciła do pstrykania włącznikiem.
— Ta, a jak usłyszy co się stało, to będziemy w dupie — westchnęła po chwili. — Wielkiej, czarnej dupie. I nawet nie mówię o kaucji.
— Nie możecie same sprawdzić tych korków? Może akurat uda się naprawić.
Kalina zostawiła włącznik w spokoju i zastanowiła się. Na jej twarzy pojawił się mały uśmiech.
— Oficjalnie? Nie. Korki są w piwnicy, my nie płacimy za piwnicę, więc nie mamy klucza — wzruszyła ramionami. — Ale kto powiedział, że potrzebny nam klucz?
Isobel spojrzała na nią badawczym, ale i zaintrygowanym spojrzeniem.
— Idziemy do piwnicy — zarządziła i nie czekając na reakcję Isobel, wyszła z kuchni.


Isobel?
────
[528 słów: Kalina otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 13 września 2026

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Jedną z tych nielicznych pozytywnych cech, które dostawało się w wyniku tego, że akurat twój ludzki rodzic postanowił spiknąć się z bogiem, był niesamowicie krótki czas reakcji. Mózg Is potrafił nie sprawdzać się na naprawdę wielu płaszczyznach, ale za to potrafił bardzo szybko zareagować w sytuacji, która wymagała dobrego refleksu. Ktoś tam jej kiedyś w obozie tłumaczył, że to właśnie dlatego większość półbogów rodzi się z ADHD, ale w tamtej konkretnej chwili była zbyt zajęta podkładaniem śmierdzącej bomby pod krzesełko grupowej domku Afrodyty, więc niewiele z tego pamiętała. Zresztą, kogo obchodziły przyczyny; najważniejsze, że to działało.
— Wiecie co, ja kiedyś trenowałam akrobatykę… — wypaliła nagle, ze wzrokiem wlepionym we wciąż tlącą się, stopioną lampę. — Tak właściwie to do końca liceum. Dalej dobrze się ruszam. Powinnam doskoczyć — dokończyła, wskazując jedną z tras do gniazdka; wymagała ryzykownego przejścia nad dwiema kałużami.
Isobel oczywiście z akrobatyką miała do czynienia co najwyżej w telewizji. Chyba że można by do niej zaliczyć lawirowanie po barze z tacą, na której stało pięć piw (co wbrew pozorom wcale nie było takie łatwe). Pewnie od razu skoczyłaby, żeby wyjąć wtyczkę z gniazdka, ale jakoś nie chciała, żeby nowo poznane koleżanki oskarżyły ją o bycie na sterydach.
Przeniosła wzrok z biednej pieczarki na Kalinę, która wyglądała, jakby już liczyła w głowie, ile pieniędzy zaoszczędziłyby z Amandą, gdyby od razu kupiły tę głupią lampę za więcej niż półtora dolca.
— To się zaraz znowu zapali — rzuciła z niepokojem Amanda, cofając się jeszcze o krok.
Wszystkie trzy niemal przytulały się do blatu, żeby znaleźć się jak najdalej od strefy katastrofy. Is postanowiła, że skoro znajdowała się na miejscu zbrodni, to w pewnym sensie jest współwinna, więc pora się wziąć za naprawianie szkód.
— Dobra, to—
— Nie, nie, nie, to nie jest dobry pomysł — przerwała jej Kalina, szybko kręcąc głową. — Może damy radę to jakoś powycierać.
— Gorsze rzeczy się robiło — powiedziała jedynie Isobel, szczerząc zęby w uśmiechu.
Potem podeszła do krawędzi pierwszej, mokrej plamy i na moment zmrużyła oczy, oceniając odległość. Kuchnia wcale nie była duża, więc przecież bez problemu powinno jej się udać.
Pech chciał, że czubek jej buta trafił na wciąż rozwinięty, mokry ręcznik papierowy. Gumowa podeszwa była na tyle dobrym izolatorem, że najnieprzyjemniejszym tego elementem był odgłos chlupotania wody, ale za to się poślizgnęła. Odruchowo próbowała złapać się stołu, ale ostatecznie to może i lepiej, że jej się nie udało; nie wyglądał, jakby był na tyle solidny, żeby nie przewrócić się razem z nią. Is wylądowała więc tyłkiem na twardej, ale za to suchej podłodze. Skrzywiła się lekko. Teraz pewnie przez najbliższe kilka dni nie będzie w stanie wysiedzieć jak człowiek na wykładach.
— Chryste panie, żyjesz? — zapytała Kalina, która zaledwie chwilę później znalazła się obok. Udało jej się to zdecydowanie dużo zgrabniej. Is zmarszczyła brwi.
— Też trenujesz akrobatykę, co? — zapytała głupio, przyjmując rękę dziewczyny, która chciała pomóc jej wstać.
— Nie, skoki w dal.
— To ciekawe, bo wiesz co—
— Czy wy możecie kurwa odłączyć w końcu ten kabel z gniazdka? — przerwała im Amanda niecierpliwie, wciąż z nieufnością spoglądając na lampę, z której nadal unosiła się cienka strużka dymu.
Is zamrugała.
— A, tak — bąknęła.
Kucnęła i wyciągnęła rękę w kierunku ściany. Na pewno nie zamierzała znowu skakać. Na szczęście ta odległość była zdecydowanie mniejsza. Zatrzymała się, zanim złapała za wtyczkę.
— Jeśli kopnie mnie prąd i się przekręcę, to zażądajcie w moim imieniu, żeby napisali mi na nagrobku „to wcale nie jest tak, że elektryka prąd nie tyka” — powiedziała tylko, a potem pociągnęła kabel.
Wtyczka wyskoczyła z gniazdka wraz z paroma iskrami i pewnie gdyby izolacja kabla była w którymś fragmencie nieszczelna, to Isobel skończyłaby w konwulsjach na podłodze, ale na szczęście jego wykonanie było zdecydowanie lepsze, niż samej lampy, więc kabel spokojnie dyndał w jej dłoni. Wstała, na wszelki wypadek trzymając winowajcę w pewnej odległości.
— Po krzyku. Myślicie, że można już ją całkiem zgasić? — zapytała, zerkając na lampę.
Kalina pokręciła głową.
— Lepiej chwilę poczekajmy. Nie stać mnie na to, żeby to mieszkanie poszło z dymem.
— Nigdy więcej elektroniki z drugiej ręki — mruknęła pod nosem Amanda, ostrożnie przechodząc nad małą kałużą w progu kuchni. Musiała jakoś przetransportować tu mopa z łazienki.
Is zerknęła najpierw na zwisający z jej dłoni kabel, a potem na Kalinę.
— No, ale przynajmniej teraz już wiem, że nigdy w życiu nie spojrzę na lampę w kształcie grzyba — powiedziała, zdmuchując sobie grzywkę z oczu.


Kalina?
────
[712 słów: Isobel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

środa, 9 września 2026

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Cała trójka obserwowała, jak brązowa pieczarka, w akompaniamencie czajnika, zmienia formę z dorodnego grzyba w… rozpuszczonego grzyba. Zapach spalonego plastiku stawał się coraz bardziej intensywny, a gwizd coraz bardziej irytujący.
Amanda rzuciła się na ratunek nie lampy, ale stołu, a dokładniej wciąż rozłożonych (choć, ku uciesze Kaliny, prawie skończonych) puzzli. Złapała rozgrzaną nóżkę w ręce i, zaskoczona temperaturą, strąciła ją na kuchenne płytki. Cała trójka odskoczyła, a z miejsca, w którym kabel łączył się z lampą, wydobyło się kilka iskier.
— O kurwa — podsumowała Isobel.
— Trzeba było za okno!
— Żeby nam zwisała na tym kablu?! Nie, dzięki.
Kalina w panice wertowała zakładki w mózgu, próbując znaleźć tę o tytule „zasady postępowania w razie pożaru”. Co prawda lampa jeszcze nie stanęła w płomieniach, ale wyglądała, jakby zaraz miała. Nikt nie odważył się wypiąć jej z gniazdka, a kabel iskrzył się coraz bardziej. Szkoda — pomyślała — że iskrownik w kuchence nie działa tak dobrze. Smród plastiku stawał się nie do zniesienia, więc otworzyła na oścież jedno z okiem.
Nie gasić oleju wodą, nie gasić prądu wodą, (kurwa, czajnik, zamknij mordę!), odciąć dostęp tlenu… właśnie! Chwyciła z wieszaka jedną ze ścierek, tą, której było jej najmniej szkoda i szybkim ruchem przykryła lampę tak, aby zakryć miejsce połączenia z kablem. W międzyczasie Isobel, która stała zaraz obok kuchenki, wyłączyła palnik.
Zapadła cisza. Czajnik przestał gwizdać, a lampa przestała trzaskać. Cała trójka odetchnęła z ulgą myśląc, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Zaczęły się śmiać, a Kalina ostrożnie podeszła do byłej pieczarki. Nagle szmata stanęła w płomieniach.
— Jezu… — syknęła, ledwie unikając poparzenia rąk lub twarzy.
Isobel, która również zamierzała podejść do lampy, z niepokojem dotknęła swoje długie, a co za tym idzie, bardziej narażone na złapanie ognia włosy. To, że były ogniście rude niestety nie znaczyło, że polubiłyby się z żywiołem.
— Brawo, gratulacje — Amanda niechętnie zmierzyła wzrokiem współlokatorkę.
— A gdzie „O mój Boże! Żyjesz?! Nic ci nie jest?!” — oburzyła się dziewczyna.
— Trzeba było myśleć! To było do przewidzenia, że—
— Trzeba było sprawdzić, zanim podłączyłaś to gówno!
— Cisza!!!
Kalina i Amanda, jedna bardziej zdenerwowana od drugiej, zaskoczone spojrzały na Isobel. Bez słowa spojrzały w to samo miejsce, w które wpatrzona była dziewczyna i przeklęły głośno. Na całe szczęście ogień, nie mając w najbliższym sąsiedztwie nic oprócz zimnych płytek, nie zdążył się rozprzestrzenić.
— Macie tu gaśnicę? — zapytała z nadzieją. — Macie, prawda???
— No, jakby ci to…
— Mamy — Kalina przypomniała sobie o gaśnicy zostawionej przez właściciela mieszkania. — Gdzie ona jest?
— W tej chwili… u sąsiada — Amanda odwróciła wzrok, unikając kontaktu wzrokowego z Kaliną i Isobel. — Jakiś czas temu organizował imprezę i ktoś podpalił firankę — wyjaśniła szybko.
Kalina bezradnie przyglądała się tańczącemu na środku kuchni ognisku. Ogień, na całe szczęście, powoli zaczynał się zmniejszać, zostawiając pod sobą czarną, spaloną plamę. A propo kaucji…
— Trzeba wypiąć kabel z gniazdka — stwierdziła trzeźwo Isobel, niechętnie patrząc na znajdujący się po drugiej stronie kuchni kontakt.
— Ktoś chętny do skakania nad ogniskiem? Ewentualnie można zrobić parkour po stole… — Kalina zaczęła analizować trasę między torbą z zakupami, talerzem, doniczką i tysiącem puzzli.
— Albo polecieć — zaśmiała się Amanda żałośnie. — No co?
Zanim zdążyły zebrać myśli, Isobel wydobyła z siebie głośne "kurwa mać!". Rolka ręcznika papierowego, która przed sekundą leżała na stole, została sturlana przez podmuch wiatru i wpadła prosto w ogień. Żeby było jeszcze śmieszniej, jeden z listków został przytrzaśnięty talerzem, przez co rolka rozwinęła się.
Isobel w panice złapała czajnik z kuchenki i chlupnęła wrzątkiem w ogień, odcinając papierową ścieżkę — czerwony dywan rozwinięty dla ognia, aby mógł swobodnie dostać się na blat stołu. Ogień, na całe szczęście, prawie zniknął. Przed porażeniem prądem uratowały ją ogromne ilości szczęścia oraz, przede wszystkim, drewniana rączka. Teraz jednak cała kuchnia pływała w groźnie wyglądających, elektrycznych kałużach. Dostęp do gniazdka stał się jeszcze trudniejszy.


Isobel?
────
[609 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Mieszkanie Kaliny było tym, czego właściwie Isobel się spodziewała; na pewno większe niż jej klitka, bo tam za nic w świecie nie zmieściłyby się na co dzień dwie osoby, pełne durnostojek na półkach, ale całkiem przytulne. Zsunęła z ramion skórzaną kurtkę i rzuciła ją na komodę tam, gdzie wskazała jej Kalina, jednocześnie wciąż rozglądając się dookoła.
— Zajebiste mieszkanie — powiedziała w końcu, drepcząc za dziewczyną do kuchni. — Ja u siebie średnio mogę pokombinować, bo babka od wynajmu powiedziała, że broń boże nic nie wolno mi zrobić ze ścianami czy meblami. Nawet głupiego obrazka na szafce przykleić. Żałosne — prychnęła.
Sama usadziła się obok aneksu kuchennego i obserwowała, jak Kalina nastawia wodę na herbatę.
— No, my niby mamy trochę luzu, ale dalej musimy bardzo uważać, żeby nic się nie stało. Jeszcze nam z kaucji obetną, a to naprawdę nie były małe pieniądze. Liczą sobie jak za złoto — rzuciła, tłukąc się po szafkach.
— Masakra, co nie? Jakby oczekiwali, że klient wyniesie pół mieszkania przed wyprowadzką. Ja tu mieszkam, halo, potrzebuję tych mebli. — Is przewróciła oczami i oparła łokieć na blacie.
Kalina w końcu wyciągnęła z jednej szafki dwa kubki, postawiła je przy kuchence i zatrzymała się, przy innej, otwartej na oścież szafce. Podparła dłonie na biodrach.
— Teraz się skup. Mam zwykłą czarną w saszetkach i sypaną, to samo ze zwykłą zieloną, mam czarną malinową, owoce lasu, żurawinową, malinę z granatem, potem mam zieloną z opuncją figową, zieloną z ananasem, a na koniec białą z pomarańczą. Jest jeszcze jakaś wymyślna z papają i wanilią, ale to Amandy, więc nie mam pojęcia czy to się w ogóle nadaje do ludzi — wymieniała Kalina, wpatrując się w zawartość szafki, żeby broń boże niczego nie pominąć. Na chwilę zmrużyła oczy, a potem z uśmiechem klasnęła w dłonie. — A, i mam jeszcze nowiutką, jakąś jesienną rozgrzewającą, ze śliwką i cynamonem — dodała, sięgając do innej, dolnej szafki.
Wyciągnęła z niej jeszcze nieodpakowane pudełko herbaty, a w tym czasie Is zamrugała zaskoczona. Lubiła herbatę, ale u siebie trzymała raczej jedną czarną i jedną smakową, gdzieś daleko w szafce mogła mieć też upchniętą jakąś zieloną herbatę i miętę na ból brzucha. Na ogół była raczej z tych, co piją kawę wiadrami, żeby jakkolwiek kontaktować. Uroki zarywania nocek od początku liceum, przez co kofeina z każdym rokiem coraz słabiej na nią działała. Od ilości wariantów herbat, które podała jej Kalina, aż prawie zakręciło jej się w głowie.
— Eee… to może ta jesienna? — bąknęła, drapiąc się po głowie.
Kalinę najwyraźniej zadowolił ten wybór, bo uśmiechnęła się tak, jakby ktoś właśnie wręczył jej przedwczesny prezent na gwiazdkę.
— Boże, miałam nadzieję, że to powiesz. Patrzy na mnie od kilku dni, żebym ją odpakowała, ale jakoś głupio, jak mam już z piętnaście innych… — powiedziała ze śmiechem. — No, ale dla gościa to przecież trzeba.
Zerwała z folię z pudełka i otworzyła je, żeby powąchać zawartość. Westchnęła i podsunęła je Isobel pod nos, żeby też mogła to zrobić.
— Pachnie zajebiście — przytaknęła Is. — Spodziewałam się, że będzie po prostu chamsko dawać cynamonem, a tu proszę.
— Co nie? Jest serio…
Dziewczynie przerwał odgłos szarpania się z zamkiem do drzwi. Wcześniej, kiedy we dwie wchodziły do środka, Is dowiedziała się, że żeby dostać się do mieszkania, trzeba w odpowiedni sposób pociągnąć klamkę w górę, bo inaczej klucz krzywo wchodzi w zamek. W końcu jednak Amanda wygrała tę bitwę.
— Chcesz herbaty? — zapytała Kalina zamiast przywitania, już ruszając do szafki, żeby wyjąć trzeci kubek.
— Kawy — odpowiedziała z westchnieniem dziewczyna, pojawiając się w kuchni z dwiema wypchanymi torbami w dłoniach.
Zatrzymała się i zmarszczyła brwi, widząc obcą osobę w swojej kuchni. Kalina szybko się zreflektowała, odstawiła słoik z kawą (cudem nie zrzucając go na podłogę) i podeszła bliżej.
— Zapomniałam, mamy gościa. Amanda, to Isobel. Isobel, to Amanda — powiedziała, machając dłonią raz w kierunku jednej, potem w drugiej, i tak na zmianę.
Is wyszczerzyła zęby w uśmiechu, odgarnęła sobie rude pukle z twarzy i wyciągnęła rękę do dziewczyny. Chwilę poczekała na odpowiedź, bo Amanda najpierw musiała odstawić zakupy na stół, a dopiero potem otrzepała dłonie o płaszcz i przywitała się z Isobel.
— Nie wiedziałam, że będziemy miały gości — powiedziała tylko, zerkając z ukosa na Kalinę.
— W każdym razie, bardzo miło poznać — rzuciła zaraz potem Is, ani trochę nie zbita z tropu.
Amanda skinęła jej głową z uśmiechem wystarczająco uprzejmym, żeby ją zadowolić, a potem zdjęła płaszcz i zabrała się za rozpakowywanie zakupów. Pierwsza torba zawierała efekt typowych zakupów w spożywczaku, więc Isobel bardziej wcisnęła się w kąt kuchni, żeby mniej stać jej na drodze i przeszkadzać.
— Dorwałam jakąś lampę z przeceny. Gość zarzekał się, że działa, ale nie mógł odłączyć jakichś tam nawilżaczy powietrza od prądu i nie miał innych gniazdek. Jak nie będzie działać, to osobiście tam wrócę się z nim wykłócać — mówiła w międzyczasie, a potem zakasała rękawy swetra i zabrała się za drugą torbę.
— Jezu, my widziałyśmy dzisiaj takie zajebiste lampy, ale wołali za nie w milionach — westchnęła Kalina, z ciekawością zaglądając współlokatorce przez ramię, kiedy ta ostrożnie wyciągała lampę z papierowej torby.
Kiedy przedmiot ukazał im się w całej okazałości, Isobel zamrugała.
— A to jest grzyb czy parasol? — zapytała, unosząc brew.
— Mi to wygląda trochę na taki balon z koszem — dodała Kalina, krzyżując ramiona na piersi.
— To jest pieczarka — fuknęła Amanda, wczepiając kabel do gniazdka.
Odszukała włącznik z tyłu nóżki niby-pieczarki i kliknęła.
Potem dwie rzeczy stały się na raz.
Czajnik zaczął gwizdać, ale zanim Kalina zdążyła sięgnąć do kuchenki i ją wyłączyć, żarówka w lampie zamigotała dwa razy, zasyczała głośno, po czym jasno rozbłysła. Potem coś donośnie pierdolnęło i Isobel ledwo zdążyła wyczuć zapach palonego plastiku, zanim lampa pożegnała się z postacią pieczarki.


Kalina?
────
[922 słowa: Isobel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ładne — zgodziła się Isobel, przyglądając się trzymanym przez Kalinę kolczykom.
— To chyba jakaś pawica — zastanowiła się dziewczyna. — Albo… nie wiem, ciężko stwierdzić jaka. Ale coś z oczkami.
— Paź królowej? — Isobel powiedziała na głos pierwszą, lepszą nazwę, która wpadła jej do głowy.
— One są inne — pokręciła głową Kalina. — Takie żółto-czarne. O, a może nastrosz półpawik… chociaż on chyba miał mniej oczek. Albo…
— Jezu, i ty to wszystko pamiętasz? — zdziwiła się Isobel, słuchając kolejnych nazw rzucanych przez Kalinę.
— Albo po prostu jakiś nieistnieją-… co? — wyrwana z motylego transu Kalina spojrzała zdezorientowana na Isobel, na co dziewczyna zareagowała śmiechem.
— Może się mylę, ale chyba lubisz motyle — stwierdziła i zaśmiała się ponownie. Tym razem powodem śmiechu był nieplanowany rym. — Masz jakiegoś ulubionego?
— O kurcze, na pewno mam — zastanowiła się. — Właśnie te pawice są super. Na przykład pawica gruszówka jest świetna, taka szaro-zielona. I one mega ładnie się nazywają po łacinie. Saturnia jakaśtam. Jak saturn, mega im pasuje.
— Tak kosmicznie.
— I wyglądają kosmicznie! Jest na przykład pawica atlas, która zamiast kropek ma trójkąty — opowiadała rozemocjonowana. — Dosłownie jak nie z tej ziemi! Czekaj, pokażę ci.
Kalina odłożyła kolczyki z powrotem na regał i sięgnęła do kieszeni po telefon. Już chciała wybrać ikonkę przeglądarki, ale zamiast okna wyszukiwania na ekranie pojawiło się wielkie powiadomienie. „Pozostało 5% baterii. Twoje urządzenie wyłączy się za 30… 29… 28…". Zdążyła jedynie zobaczyć urywek wiadomości od Amandy. Coś o lampie i pieczarce za półtora dolara? Zanim jednak zdążyła dowiedzieć się, o co chodzi, ekran zmienił kolor na czarny. Z westchnięciem włożyła telefon z powrotem i wzruszyła ramionami.
— A jednak nie — wyszczerzyła zęby w głupim uśmiechu. — Zwykle zapominam telefon z domu i zostawiam go na kablu, a teraz całkiem zapomniałam go naładować — wytłumaczyła się.
— Nic się nie stało, kiedyś zobaczę — odparła Isobel z uśmiechem. — Mi też się zdarza.
— Wiesz co? Chyba serio je wezmę, lampy i tak tu nie znajdę — Kalina znowu zaczęła przyglądać się kolczykom. — Są ładne, nawet jeśli nie są niczym konkretnym.
— To prawda, super są. Ja chyba też nie znajdę tu doniczki — Isobel ostatni raz rzuciła okiem na ogrodniczą alejkę. — Miało być tanio i dobrze, a jest droga tandeta. Idziemy stąd? — zaproponowała.
— Jasne, tylko pójdę zapłacić.
Kilka minut później wyszły ze sklepu. Stojąc na chodniku, Kalina zajęła się odpakowywaniem kolczyków i zamienianiem ich miejscami z tymi, które miała na sobie jeszcze przed sekundą. Isobel rozglądała się dookoła, próbując wypatrzeć miejsce, do którego mogą się udać.
— Szukamy innego sklepu? — zaproponowała Kalina, gdy w końcu uporała się z kolczykami.
— Wiesz co? Nie chce mi się za bardzo — stwierdziła Isobel, niechętnie analizując szyldy pobliskich lokali.
— Tu blisko chyba i tak nie ma nic ciekawego, musiałybyśmy pójść gdzieś dalej.
— Nie chcesz może iść do jakiejś kawiarni? Jakiejś taniej? — zapytała Isobel po chwili ciszy. — Przy okazji poszukamy toalety — dodała ciszej ze śmiechem.
— Mieszkam niedaleko — Kalina jakby odruchowo wskazała głową kierunek. Ścisnęła w kieszeni drobniaki, które zostały jej po zakupie kolczyków. To był drogi interes… ale dla motyli było warto. — Może wpadniesz na herbatkę?
— Jasne! — odpowiedziała żywo, nie ukrywając zadowolenia z braku konieczności wydawania pieniędzy na overpriced kawę tylko po to, żeby dostać dostęp do kawiarnianej łazienki.
— Okej, a wracając do motyli…
Kalina prowadziła Isobel najpierw chodnikiem, a później osiedlowymi skrótami, którymi po zmroku odważyłby się iść co najwyżej dresiarz albo idiota. Po drodze opowiedziała jej o zmrocznikach, które w większości zdobią ładne paseczki. Szczególną uwagę zwróciła na zmrocznika oleandrowca, który podobnie jak pawica atlas, wyglądał jak przybysz z innej planety. Isobel dowiedziała się również o wstęgówkach, które zostały porównane przez Kalinę do włosów, które może i mają najnudniejszy kolor świata, ale ich spód, przez większość czasu ukryty, pofarbowany jest na przepiękny, żywy róż, czy błękit.
— Jest jeszcze cerura vinula — przypomniała sobeie. — Nie pamiętam angielskiej nazwy, ale łacińska brzmi jak rura. I jej gąsienica też wygląda jak taka rura.
— Jak rura? — wizja gąsienicy-rury wydała się Isobel bardzo interesująca.
— No, jakby ciągle coś pożerała — zaśmiała się Kalina. — Albo jakby była czymś wiecznie zawiedziona.
— Skąd ty to wszystko wiesz? — zaciekawiła się Isobel. — W sensie, skąd w ogóle pomysł, żeby się tym zainteresować?
— Kilka lat temu kupiłam na lotnisku atlas, no i tak jakoś wyszło — odpowiedziała Kalina po chwili zastanowienia. — Usłyszałam, że na obozie… na który wysłała mnie matka, będą nam zabierać telefon i spanikowałam, że się zanudzę — zaśmiała się.
— Jakiś obóz dla niegrzecznych dzieci? — zaśmiała się Isobel. — Ciebie też na takie wysyłali?
— A żebyś, kurwa, wiedziała. Jesteśmy.
Kalina musiała wysilić mózg, aby przypomnieć sobie kod do domofonu. Zwykle otwierała te drzwi tak po prostu, przypadkowym kluczem z kieszeni, ale nawet jeśli była to wina trefnego zamka (co wyjaśniałoby częstą obecność meneli), nie chciała tego robić przy Isobel. Na szczęście zasada „do trzech razy sztuka” sprawdziła się idealnie i trzecia próba okazała się udana.
— Zapraszam, drugie piętro — otworzyła drzwi i puściła Isobel przodem. — Mam nadzieję, że współlokatorka nie zostawiła bałaganu — dodała żartem. W rzeczywistości bardziej martwiła się o swój bałagan. Najbardziej stresujący był fakt, że nie miała pojęcia, gdzie zostawiła używaną obecnie jako piżamę, obozową koszulkę. Były trzy opcje — pod kołdrą, na krześle, albo na wierzchu w łazience. Pozostało liczyć na to, że Isobel nie skojarzy spranego SPQR z obozem dla półbogów, a co najwyżej częstym myśleniem o Starożytnym Rzymie.


Isobel?
────
[854 słowa: Kalina otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 14 lipca 2026

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Is wzruszyła ramionami, przesuwając wzrok z Kaliny na rząd plastikowych doniczek.
— Zresztą, po co komu ojciec? — zapytała, unosząc kąciki ust w uśmiechu.
Nie, żeby miała coś do Hermesa. No dobra, może miała maleńkie pretensje o to, że miał ją głęboko w dupie, ale lata obcowania z innymi dzieciakami bogów sprawiły, że przynajmniej nie czuła się w tym samotna. Łatwo jest spłodzić kilkadziesiąt dzieciaków, gorzej się potem nimi interesować. Z tego, co wiedziała, Hermes miał kilku swoich ulubieńców, z którymi częściej się kontaktował, ale Isobel najwyraźniej nigdy nie była jednym z nich. Może jeszcze przez pierwsze trzy lata starała się zostać kimś, kim ojciec mógł się zainteresować, ale potem zrezygnowała, bo nie przyniosło to absolutnie żadnych efektów. Is już we wczesnym dzieciństwie dowiedziała się, że rodzice to beznadziejna sprawa i nie opłaca się marnować czasu i energii na naprawienie czegokolwiek, co z nimi związane. W wieku piętnastu lat zobaczyła ojca na własne oczy i postanowiła się tym zadowolić. Swój stosunek do niego uznawała za raczej neutralny i rzadko o nim mówiła.
— …Po to żeby zarabiał na truskawkach w Holandii? — zaproponowała Kalina.
Is wybuchnęła śmiechem, ściągając na siebie wzrok niezbyt zadowolonej ekspedientki. Posłała kobiecie uśmiech i zapomniała o niej, kiedy tylko znowu stanęła do niej plecami.
— Okej, muszę przyznać, ma to jakiś sens — powiedziała, wciąż z uśmiechem błąkającym się na ustach.
— Jasne, że ma. Sama się przez chwilę zastanawiałam, czy może nie pojechać na truskawki, ale jednak wybrałam studia — dodała dziewczyna, zapomniawszy o doniczkach.
W głowie Is gdzieś tam jeszcze plątała się myśl o zakupie doniczki, ale kątem oka ciągle dostrzegała ich ceny i stwierdziła, że chyba jednak jej nie stać. Kto liczy sobie sześć dolców za taki kawałek plastiku? Jej kwiatek najwyraźniej jeszcze trochę będzie musiał posiedzieć w słoiku z wodą, dopóki nie trafi na jakąś lepszą promocję w lokalnym chińczyku.
— Studiujesz?
— Tak! Dziennikarstwo. A ty?
— Sinologię. Fajna sprawa, ale nauki w chuj — westchnęła, w tym momencie już udając, że ogląda doniczki, żeby pracownica sklepu jej stąd nie wyrzuciła.
— Sinologia… Chiny, tak? Czy Azja generalnie?
— Nie, nie, Chiny — wyjaśniła Is, oglądając jedną z absurdalnie drogich doniczek. — Jezu, ktoś serio za to tyle płaci?
Kalina zajrzała jej przez ramię. Skrzywiła się, naśladując tym samym minę dziewczyny.
— ILE? Nieźle sobie liczą — skwitowała.
Is odstawiła przedmiot na półkę, uważając, żeby niczego przy tym nie przewrócić. Pokręciła głową z dezaprobatą.
— Masakra… Dziennikarstwo. Lubisz pisać?
— Musiałabym umieć się na tym skupić. — Kalina zaśmiała się. — Lubię rozmawiać z ludźmi. Poznawać ich przeżycia, historie. Praca w dziennikarstwie byłaby dla mnie jak spełnienie marzeń — powiedziała i uśmiechnęła się przy tym tak szeroko, że Isobel nie mogła tego nie odwzajemnić. — A dlaczego ty wybrałaś sinologię?
Isobel wzruszyła ramionami.
— Szukałam czegoś… mniej normalnego. Rozważałam różne strony świata, ale padło na Chiny.
Kiedy Isobel wybierała kierunek studiów, szukała czegoś, co pozwoliłoby oderwać jej się od codzienności. Nie było jej stać na podróże, a takie studia to była pewna tego namiastka. Dzięki temu mogła przynajmniej wyobrażać sobie, że się wyrwała. Jedyny przypadek, w którym jej matka zainteresowała się tym, co jej córka zamierza zrobić ze swoim życiem, skończył się burzliwą kłótnią i stwierdzeniem, że Isobel Collins jest na świetnej drodze do zmarnowania osiemnastu lat życia. Na szczęście Is wtedy już dawno miała jej zdanie w dupie.
— Brzmi sensownie. Chociaż ja raczej… jezu, jakie piękne! — jęknęła Kalina, po tym, jak zabłądziła wzrokiem w róg alejki, gdzie znajdowała się biżuteria.
Zanim Is zdążyła chociaż zamrugać, dziewczyny już przed nią nie było. Przetruchtała bliżej półki, na której coś wpadło jej w oko i wydawała się tym całkowicie zaabsorbowana. Isobel, która lubiła błyskotki i wtrącanie nosa w czyjeś sprawy, ruszyła w jej ślady.
Rozpromieniona Kalina zaprezentowała jej kolczyki w kształcie motyli, których skrzydła zmontowane były z maleńkich, zabarwionych na różne kolory szkiełek i cienkiego drutu. Wyglądała, jakby ktoś właśnie wręczył jej gwiazdkę z nieba.
— Muszę je mieć — powiedziała tak zdecydowanie, że Is w żadnym wypadku nie byłaby w stanie zaprotestować.


Kalina?
────
[643 słowa: Isobel otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 12 lipca 2026

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ale zajebista! — Kalina podbiegła do Isobel i zaczęła oglądać krokodyla ze wszystkich stron. Wyglądała naprawdę ciekawie, była niewielka, na baterie, a przy okazji nie aż tak dziwna, żeby spotkać się z dezaprobatą Amandy.
Piękny sen skończył się, kiedy przejęła lampę od dziewczyny i, w poszukiwaniu cenówki, odwróciła do góry nogami. Miała nadzieję, że lampa będzie w miarę tania. Była poobijana z kilku stron i wymagała zamalowania ubytków w farbie, co powinno obniżać jej cenę. Plus, z definicji, używane rzeczy powinny być tańsze. Spojrzała na cyfrę z niedowierzaniem, upewniając się, czy na pewno nie patrzy na nią od złej strony. Isobel, zainteresowana reakcją Kaliny, nachyliła się nad przedmiotem i spojrzała na przyklejoną na podstawce metkę.
— Bóg ich opuścił — westchnęła Kalina, delikatnie ostawiając krokodyla na półkę. — I to nie jeden.
— Wszyscy bogowie świata — skrzywiła się Isobel. — On jest ze złota, czy co?
— Ceni się, skubany — wystawiła krokodylowi język i spojrzała na niego urażona. — Ciekawe, ile bierze za noc — zaśmiała się.
— Może dodali jedno zero za dużo? — dziewczyna ponownie spojrzała na spód krokodyla, zupełnie tak, jakby cena przez te kilka sekund miała ulec zmianie. — Albo inna waluta? Jest sama cyfra.
— Co tu jest blisko? Meksyk? Bo koron się nie spodziewam — odparła ironicznie, niezbyt przekonana. — Proszę cię, oni nie wiedzą o istnieniu innych walut — przewróciła oczami, a dopiero później przypomniała sobie, że nie ma pojęcia skąd pochodzi Isobel. — Bez urazy, nie wszyscy Amerykanie…
— Wyglądam na Amerykankę? — zdziwiła się. — Rany, jak chciałaś mnie urazić, to tym — dodała żartobliwie.
— A to nie jesteś stąd? — nie wiedziała, czy ma odetchnąć z ulgą, czy panikować, że naprawdę obraziła Isobel. Zamiast tego postanowiła zacząć się tłumaczyć. — Znaczy, nie, nie wyglądasz! Po prosty zdziwiłam się, że ktoś tu przyjechał z własnej woli… znaczy, ja też, ale ja tu mieszkam pół życia, ale to inna sprawa, nieważne. Nie uważam, że jesteś głupia, w życiu! Wydajesz się super, po prostu… dobrze mówisz po angielsku? — uśmiechnęła się głupio, gotowa do ucieczki. Podczas pobytu w obozie spotkała ludzi z całego świata. Nie powinna być zdziwiona, zwłaszcza w tym mieście. — PRZEPRASZAM! Już przestaję mówić!
— Ja też… nie słychać ak… NIE PRZEPRASZAJ! — Isobel próbowała wbić się w krótkie przerwy, jakie robiła Kalina na wzięcie oddechu. Za każdym razem dziewczyna zdołała ją przegadać, co nie zdarzało się za często. — jestem ze Szkocji — wyjaśniła w końcu.
— To dlatego jesteś ruda! — wypaliła od razu Kalina, nie zastanawiając się nad brzmieniem jej słów.
— Ee… chyba?
— AAAA TO NIE MIAŁO BRZMIEĆ ŹLE! — spanikowała. — Rude włosy są super! Chciałam kiedyś pofarbować się na rudo, ale farba była dziwna i skończyłam żółta jak kurczak. A potem stwierdziłam, że super będzie przykryć to fioletowym no i wyszło jeszcze większe gówno. Kiedyś to zrobię.
— Tak, są ładne — przytaknęła Isobel. — Ale… ludzie przez nie mylili mnie z matką, nie wiem, teraz matka mieszka daleko więc chyba mi się podobają. No i-
— Twoja matka też jest ruda?! — wybuchła Kalina. — Damn, cała rodzina rudych, ale super! Prawdziwa szkocka rodzina… A może to w Irlandii było… jeden ciul. Twój ojciec też jest rudy? A chodzi w kilcie? I gra na tym… jak to było? Dudach? Naprawdę tak jest???
— Tak właściwie- to raczej w święta…
— Nieeee, teraz to ja brzmię jak głupia baba ze Stanów, przepraszam!
— Spoko, one są raczej głupie w inny sposób — zaśmiała się Isobel. — Ostatnio taka jedna była zaskoczona, że w piwie jest alkohol, bo przecież nazywa się piwo. O albo inna się zdziwiła, że wyprosiliśmy ją jak przyszła z małym dzieckiem.
— Pracujesz w jakimś barze? — zainteresowała się Kalina.
— Tak — przytaknęła. — Innym razem przyszła jakaś Karen z pretensją, że świeżo lane piwo nie smakuje jak smakowe ze sklepu. Głupia pizda, chciała zwrot kasy.
— To u mnie w kawiarnii ostatnio chciała latte bez mleka, albo inna chciała ode mnie zniżkę pracowniczą… której nawet nie mam!
— Przynajmniej czasem potrafią być zabawne — zaśmiała się. — Co z tą lampą?
— Lampą? — Kalina zdążyła na moment zapomnieć, że szukała lampy. — A kij z tą lampą, znajdę gdzieś indziej, ty szukałaś doniczki, nie? O albo wczoraj jakaś baba wylała na siebie kawę i miała pretensje DO MNIE, że się nią pobrudziła. I jeszcze chciała nową.
— No, patrzyłam na nie- — przytaknęła, kiedy Kalina znowu zaczęła mówić. — U mnie przynajmniej raz w tygodniu pijane chłopy wylewają tak piwo! I też pretensje!
— Podziwiam, że ich obsługujesz — stwierdziła poważniejszym tonem. — Mi się o dziwo nie zdarzyło obsługiwać chlejusów… Nie mogłabym tak.
— Nie no, niektórzy są spoko. To są raczej… powiedzmy, że wyjątki.
— Ale te wyjątki są najgorsze — przytaknęła.
Wolnym krokiem ruszyły w stronę doniczek, na kilka sekund przerywając rozmowę. Ta krótka cisza trwała jednak za długo. Pierwsza odezwała się Kalina.
— Wiesz co? Trochę ci mimo wszystko zazdroszczę.
— Pracy w barze? — Isobel spojrzała na nią zaskoczona. Dopiero co powiedziała, że nie byłaby w stanie tam wytrzymać, a teraz zmieniła zdanie?
— Nie! W życiu — zaśmiała się. — Tego, że wiesz do kogo z rodziny jesteś podobna.
— Serio? — dziewczyna nie wiedziała, czy bardziej zdziwiłaby ją poprzednia opcja, czy może jednak ta. — Możemy się zamienić — odparła, wysilając się na uśmiech.
— W sensie, cała rodzina mojej matki ma raczej ciemne włosy, a ja jestem blondynką. Nie wiem jak działają geny, pewnie jakiś dziadek miał jasne, ale nie znam go, więc się nie liczy.
— Przynajmniej możesz się do nich nie przyznawać — zaśmiała się Isobel, a Kalina ze śmiechem przyznała jej rację. — A ojciec?
— Nie wiem, widziałam go lata temu — przyznała. — Pewnie siedzi najebany i zbiera truskawki. Może i miał blond… albo już siwe… nie pamiętam.
— Truskawki? — ożywiła się nagle Isobel, w głowie której pojawił się obraz pijanego Dionizosa na polu truskawek. Szybko jednak wyrzuciła tą myśl z głowy. Jakby Kalina rzeczywiście była jego córką, poznałyby się lata temu.
— W Holandii — wyjaśniła szybko. — Wiesz, ten mem że się pojedzie na truskawki do Holandii… i legalne narkoty- z resztą co ja pierdolę, to nie jest nawet mój ojciec.
— To może ten prawdziwy jest blondynem — zauważyła Isobel.
— Może… nie, raczej nie.
— A skąd wiesz?
— Przeczucie — zaśmiała się Kalina. — Nieważne, sorry, dość o mnie.


Isobel?
────
[975 słów: Kalina otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 23 czerwca 2026

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

Isobel nigdy nie miała ojca, który dawałby jej bojowe zadania. Te zwykle wymyślała sobie sama, ale to już przecież nie była taka frajda. Poza tym zawsze musiała sama trzymać latarkę. Zmarnowany potencjał. Dlatego choć miała cała listę ważnych rzeczy do zrobienia, zgodziła się pomóc nieznajomej.
— Isobel. Tak w ogóle — powiedziała, żeby osoba stojąca przed nią dostała jakiś inny przydomek.
Wyciągnęła rękę do dziewczyny i energicznie nią potrząsnęła.
— Kalina. Isobel, fajne imię.
— Zajebiste, co nie? Dzięki, twoje też jest ciekawe. — Is wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
Skoro to miały już z głowy, z powrotem odwróciła się do półki z lampami. Sama przyszła tu tylko po jakiś obrus (przeczytała gdzieś, że w każdym domu musi być chociaż jeden, ładny obrus dla gości), ale widok tak… nietuzinkowej alejki z lampami zaciekawił ją na tyle, że zapomniała o obrusie. Teraz już znowu o nim pamiętała, ale przecież mogła poszukać go za parę minut.
— Trudny wybór — westchnęła, przechadzając się wśród półek.
— Strasznie! Za dużo ładnych rzeczy — odpowiedziała Kalina, dotrzymując jej kroku. — Stoję tu już z piętnaście minut i w ogóle nie mogę się zdecydować. Piekło na ziemi.
Is wodziła wzrokiem po różnych ciekawych egzemplarzach. Wszystkie przykuwały uwagę, ale gdyby tak miała zatrzymać się przy każdej i dokładnie ją obejrzeć, siedziałaby tu chyba aż do zamknięcia. Nawet, gdyby robiły to z Kaliną we dwie. Trzeba było jakoś minimalizować stratę czasu, chociaż wcale nie było to takie łatwe.
— Potrzebna ci jest jakaś mniejsza czy większa? — zapytała w końcu, odwracając się do dziewczyny.
— Szczerze, to taka średnia. Nie ogromna, bo mnie nie stać, ale też nie jakaś maleńka, bo potrzebuję światła — wyjaśniła Kalina, zatrzymując się przy lampie w kształcie kaczki. Dotknęła jej plastikowego dzioba. — No, mniej więcej takiego rozmiaru. Tylko nie ta konkretna, bo ten plastik wygląda, jakby miał się spalić po godzinie. Za cienki — dodała.
— Okej. Wielkości tęczowej kaczki. Zakodowane — powiedziała Isobel, skinając głową tak służbowo, jakby co najmniej odbierała polecenie od pułkownika.
W końcu swoje zadania traktowała poważnie. Znalezienie odpowiedniej lampy było naprawdę odpowiedzialnym zadaniem, którego nie każdy mógłby się podjąć. A przynajmniej tak sobie wmawiała.
— Co myślisz o tej? — zapytała, wskazując palcem na lampę w kształcie kota siedzącego po turecku z bębenkiem w przednich łapach, któremu z pleców wystawał stelaż z żarówką.
Kalina podeszła bliżej i nieznacznie przekrzywiła głowę w bok, przyglądając się zmrużonym, plastikowym kocim ślepiom.
— Żarówka jest za mała, będzie chujowo świecić — zadecydowała w końcu, przechodząc dalej. — Jakbym wkręciła większą, to stelaż mógłby tego nie przeżyć. Wiesz, jak jest — dodała, muskając opuszkami palców kolejną lampę, która jednak najwyraźniej nie przyciągnęła wystarczającej uwagi.
— Szkoda, jakby się zawaliła na kota. Śmieszny ma pyszczek — skwitowała Is, lekko pstrykając plastikowego kota w nos.
Sama by sobie postawiła taką na stoliku nocnym, tylko średnio miała fundusze na takie bzdety. Może tu kiedyś po nią wróci, jeśli nikt w tym czasie nie wykupi tego arcydzieła. Byłaby straszna szkoda, jakby miała się kurzyć u kogoś innego.
— O, ta wygląda okej.
Z rozważań nad biednym plastikowym kotem wyrwał ją głos Kaliny, która stała już kilka kroków dalej i podnosiła inną lampę. Is podeszła bliżej i przyjrzała się jej dokładniej.
— To… żaba? — zapytała, nie do końca pewna siebie.
— Ropucha. Chyba. Ten cylinder i okulary trochę zniekształcają obraz — wyjaśniła Kalina, wyciągając przed siebie zdobycz. — Ale jakby nie patrzeć, jest całkiem urocza.
— No, każda potwora znajdzie swojego amatora, czy jakoś tak. Ale nie wysiedziałabym z nią w pokoju. Cały czas wygląda, jakby się na mnie gapiła — wzdrygnęła się lekko i wyjęła lampę z dłoni Kaliny, żeby pokazać jej swoją perspektywę. — Widzisz?
Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby prowadziła z biedną lampą bitwę na spojrzenia.
— Może faktycznie trochę dziwnie się patrzy. Kto wie, może ożywa w nocy — wzruszyła ramionami i machnęła ręką, żeby Is odstawiła lampę z powrotem na półkę.
Wymieniły się opiniami na temat jeszcze kilku co to durniejszych lamp, kiedy nagle Isobel zatrzymała wzrok na jednej z nich. Zakochała się od pierwszego wejrzenia.
— Bogowie słodcy, a co to za cudo? — zapytała, zbliżając się do upatrzonego przedmiotu.
Niemal z nabożną czcią podniosła lampę i zaprezentowała ją Kalinie. Lampa była tak właściwie krokodylem w okularach przeciwsłonecznych, który siedział pod parasolem. Parasol był tak naprawdę kloszem, pod którym znajdowała się żarówka. Brakowało tylko drinka z palemką.
— Nie wiem, jak ty, ja bym brała w ciemno.

Kalina?
────
[696 słów: Isobel otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Od Kaliny do Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

'Co myślisz?'
'Pojebało cię?'
Z westchnięciem odłożyła telefon do kieszeni i wróciła do spaceru między regałami. Była na misji. To znaczy, sama nazwała to zadanie misją - tak było ciekawiej. Poprzedniego wieczoru zepsuła lampkę w mieszkaniu i obiecała Amandzie, że ją odkupi. Z pozoru prosta sprawa, ale byłaby jeszcze prostsza, gdyby jej współlokatorka nie krytykowała każdej znalezionej przez nią opcji. Przed chwilą zanegowała świecącego tyranozaura, wyskakującego z jaja, a gdy Kalina wysłała jej psa, który ma na głowie żyrandol (a przy okazji robi kupę), kazała jej znaleźć normalny sklep.
Problem tkwił w tym, że Kalina już była w „normalnym sklepie” i patrzyła na „normalne” lampy. Ich pierwszym problemem był fakt, że są nudne jak flaki z olejem. No bo kto chciałby mieć na biurku zwyczajną, szarą czy niebieską lampę, kiedy może mieć kurę znoszącą świecące jajo? Na właśnie taką kurę teraz patrzyła i widziała jej same zalety. Była jasna, oryginalna, a przede wszystkim tania. Dużo tańsza niż nowe, szare abażury. Może była delikatnie uszczerbiona, ale to nie ujmowało jej urokowi. Wysłała zdjęcie Amandzie, a odpowiedź dostała niemal od razu.
'Japierdole.'
'Wiesz co?'
'Obojetne mi to juz, nie mam czasu'
'Sama cos wybierz, przezyje jakos'
'BYLE NIE TO'
Szybko odpisała jakieś „oki <333" i zadowolona wróciła na początek działu z lampami. Postanowiła przejrzeć wszystkie opcje jeszcze raz, bez stresu o aprobatę współlokatorki. Ponownie przyjrzała się wiszącej małpie, trzymającej żarówkę, kotu o świecących oczach, krasnalowi ogrodowemu oraz kilku dinozaurom. W końcu jej uwagę przykuła doniczka w kształcie głowy ze stopami i tym sposobem trafiła na dział ogrodniczy. Donice okazały się być jeszcze ciekawsze niż lampki. Jedne były w kształcie butów, drugie ludzików i gnomów, a trzecie zwierząt. To właśnie przy tych ostatnich kucała rudowłosa dziewczyna, przyglądająca się właśnie doniczce w kształcie słonia.
— O matko, jaka fajna! — odezwała się Kalina, podchodząc do nieznajomej.
— Prawda??? — uśmiechnęła się tamta w odpowiedzi. — Szkoda, że taka droga.
— Ew — Kalina spojrzała na wskazywaną przez nią cenę. — Za wielka, żeby wynieść oknem — zaśmiała się.
Doniczka rzeczywiście była wielka. Tak właściwie, była to raczej donica. Stojący na płytkach słoń sięgał dziewczynie do kolan i wyglądał, jakby był odlany z betonu.
— A wiesz jaka ciężka? — spytała w odpowiedzi. — Jak słoń.
Słowa Isobel rozśmieszyły Kalinę bardziej niż powinny, na co tamta również zareagowała śmiechem. Już miała się pożegnać i odejść, ale wpadł jej do głowy pewien pomysł.
— Wyglądasz na kogoś, kto ma dobry gust — stwierdziła i nie czekając na reakcję dziewczyny bardziej stwierdziła, niż spytała: — pomożesz mi.
— Okej — Isobel wyglądała na zaskoczoną, ale bez wahania się zgodziła. — W czym?
— W wyborze lampy — odparła i zaczęła iść w stronę działu z lampami. Po drodze postanowiła zapobiec niezręcznej ciszy i opowiedzieć historię starej lampy. — No bo, muszę kupić nową lampkę, bo poprzednia się zepsuła. Znaczy, teoretycznie to ja ją zepsułam, ale to przecież nie moja wina, że Amanda, w sensie moja współlokatorka, postawiła ją na stole w kuchni. Puzzli sie jej zachciało. Od miesiąca blokuje stół. No i przeciągnęła kabel przez całą kuchnie, ktoś musiał w końcu się na tym wywrócić, nie? Więc fajnie by było jakby ta była na baterie. No i muszę kupić nową. I teoretycznie powinnam kupić taką samą… ale ona była brzydka. Nie szkoda mi jej. Poza tym, takie były tylko w sklepach meblowych a tam jest za drogo. Gorzej niż ten słoń. Tu jest taniej. No i pokazywałam Amandzie różne opcje, ale nic jej się nie podobało no i w końcu stwierdziła że ma to w dupie i kazała mi wybrać samej. A ja nie wiem która jest najfajniejsza… — opowiadała w tempie dorównującym katarynce. Isobel nawet nie próbowała jej przerywać. W końcu wskazała palcem na kilka opcji. — Myślałam o tej, tej, tej… i może o tej. O i ta jest fajna. Tamte też mają potencjał, ale na nie nie patrz bo są za drogie — wskazała na najwyższą półkę.
— Ale ktoś musiał mieć kolekcję — zaśmiała się Isobel przypominając sobie, że są w sklepie z używanymi rzeczami.
— Więc… którą byś wzięła?


Isobel?
────
[649 słów: Kalina otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]