Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Long time no see. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Long time no see. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 czerwca 2026

Od Arisu — „Long time no see” cz. 3

Poprzednie opowiadanie

– O proszę, jeszcze żyjesz.
Shayel spojrzał na nią, unosząc brwi, ale przepuścił ją w drzwiach mieszkania, nawet tego nie komentując. Przeszła obok niego z dumnie uniesioną głową, łapiąc pasek torby i zrzucając ją na brzeg kanapy (dalej tej samej. Prawdopodobnie miała nie zmienić się nigdy). Na to też nie zareagował. Usłyszała, jak zamyka drzwi, a potem kątem oka zobaczyła, jak przechodzi do ciasnej kuchni, stając na palcach, by sięgnąć do jednej z szafek.
– Napijesz się czegoś? – zapytał, wyjmując kubek i odwracając się do niej. Kosmyki włosów opadały mu na oczy i potrząsnął głową, żeby odgarnąć je na bok. Arisu przez chwilę odniosła wrażenie, że ich rozmowy za każdym razem są identyczne.
– Herbaty.
Nie musiała mu odpowiadać, bo już sięgał po pojemnik. Z tej odległości nie była w stanie przeczytać, co na nim jest. Z bliższej pewnie też by nie była – litery wydawały się zbędnie ozdobne. Podejrzewała, że nie jest to dobry znak.
Mimo to usiadła na podłodze obok kanapy, opierając się o nią plecami. Nie była jeszcze pewna, po co do niego przyszła. Ostatnim razem widzieli się latem, teraz za oknem spadały już liście, a pogoda była jeszcze bardziej nijaka. Starała się nie myśleć o tym, że widuje się z Shayelem średnio co kwartał. Nie była pewna, czy jej to odpowiada, czy przeszkadza. I jeśli przeszkadza – czy dlatego, że widzi go tak często, czy tak rzadko. Jakimś cudem wydawało jej się, że wszystkie te możliwości są prawdziwe w tym samym czasie, ale to przecież nawet nie miało sensu.
Na pewno myślała o nim częściej, niż zanim zamieszkał w San Francisco. I mogła z pełnym przekonaniem stwierdzić, że akurat to ją bardzo irytuje. Nie lubiła o nim myśleć. Nie lubiła tego, że jego głupia moralność wraca do niej częściej, niż do tej pory. Była głupia, naiwna i nie dało się przełożyć jej na codzienne życie. Tak samo jak tego, co wmawiał jej ojciec.
O nim z jakiegoś powodu też myślała teraz częściej.
Podniosła się trochę, by ze swojego miejsca na podłodze spojrzeć na stół. Ściągnęła leżący na nim magazyn. Prawdopodobnie jedyną kolorową rzecz w zasięgu jej wzroku, co pewnie bardzo źle świadczyło o samym Shayelu. Dziwiło ją, że w XXI wieku wychodzą jeszcze papierowe magazyny. A jeszcze bardziej to, że Shayel takie czyta.
Spośród mieszających się literek i słów wyłapała coś o tundrze. Zmarszczyła brwi, zamykając gazetę jeszcze raz. Na pierwszej stronie spośród wielu barw udało jej się wyłapać coś o roślinności arktycznej.
– Czy tobie skończyły się dobre… nie, jakiekolwiek książki? – zapytała, odkładając magazyn z powrotem na stół. Zmarszczyła przy tym nos, przenosząc wzrok na brata, który dalej stał nad kubkiem herbaty. Wydał z siebie westchnięcie, które mogło być tylko westchnięciem pełnym rezygnacji.
– Nie.
Bardzo, bardzo oczekiwała wyjaśnień. Tych, o które nie zamierzała pytać, ma się rozumieć. Nie zamierzała wykazywać zainteresowania większego niż to absolutnie konieczne.
– Jeden z… innych pracowników archiwum… – Shayel sam zaczął, co Arisu przyjęła równocześnie z ulgą i z irytacją. Czy widział, że ją to ciekawi? – Usłyszał, jak rozmawiam z kimś o podróżach. Uznał, że mnie to zaciekawi.
Zdecydowanie nie wyglądał na zaciekawionego. Nie potrafiła mu się dziwić, ale prychnęła z rozbawieniem, odwracając wzrok. Shayel jeszcze przez chwilę patrzył na nią z czymś, co pewnie mogło być odebrane jako dezaprobata, ale czego zdecydowanie nie odebrała w ten sposób.
W końcu jednak się poddał. Podszedł do niej i postawił na stole kubek z parującą herbatą. Minęła kolejna sekunda, zanim zdecydował się usiąść obok niej na podłodze. Skinęła mu głową w podzięce i znowu zapadła cisza. Arisu sięgnęła po herbatę, gotowa pozostać w tym milczeniu tak długo, jak będzie musiała, choćby do końca swojej dzisiejszej wizyty.
Shayel jej nie zaprosił, znowu odwiedziła go sama z siebie. W ciągu pięciu poprzednich lat w obozie nie wychodziła nigdzie tak często, jak w ciągu ostatniego roku i oczywiście, że to właśnie jego o to obwiniała. Od kiedy zamieszkał w San Francisco, przestał wysyłać jej listy. Rozumiała to. Więcej, uważała, że kompletnie ją to nie obchodzi, bo przecież i tak nigdy ich nie czytała. Dalej dziwnie było wiedzieć, że jest tak niedaleko. To tyle.
Jak na złość, on też się nie odzywał. Siedział przy drugim końcu kanapy, oparty o nią jednym ramieniem, przewracając karty magazynu, który go nie interesował. Mimo wszystko Arisu w jakiś sposób cieszyła się, że miał w pracy kogoś, z kim był na tyle blisko, by wymieniać się takimi rzeczami. Shayelowi nie robiło to różnicy, prawdopodobnie. Może powinna kiedyś go o to spytać.
– Może przynajmniej gazety czytasz teraz online?
Prawie sapnęła z irytacją. Oczywiście, że musiała w końcu się odezwać. Była czasami taka żałosna.
– Zostawiłem dzisiejszy numer w pracy.
Oczywiście. Powstrzymała się od wywrócenia oczami. Był taki przewidywalny. Musiał to zauważyć, bo znowu się odezwał:
– Przecież wiesz, że nie jestem fanem technologii.
Tak, tak. Wiedziała. Nie mogła nawet się z tym kłócić, chociaż bardzo chciała.
– Ale jak podróżowaliśmy, to z ojcem czytaliście też online.
Mogła nie zaczynać tego tematu. Shayel skinął głową.
– To prawda. Tak łatwiej dowiedzieć się, że… kolejny poseł w Polsce uniknął więzienia, albo cokolwiek innego.
Teraz ona skinęła powoli głową. Nigdy nie uważała swojego argumentu za dobry. Po prostu czuła potrzebę, by zwrócić na to uwagę. Chyba czuła też większą niż zwykle potrzebę, by faktycznie z nim rozmawiać, a nie tylko siedzieć w ciszy. Akurat o to nie mogła obwiniać Shayela. Zdecydowanie jej się to nie podobało. Pewnie powinna obwiniać kobietę z cmentarza, ale nie miała serca, by to robić.
Upiła łyk herbaty i od razu zmarszczyła nos.
– Jest okropna.
Shayel mruknął coś cicho.
– Mogę nalać ci soku – zaproponował. Odstawiła kubek z powrotem na stół.
– Nie, nie. Nie trzeba. Tylko błagam, gdziekolwiek to kupiłeś, nie rób tego nigdy więcej.
Przez chwilę miała wrażenie, że Shayel się uśmiechnie. Normalnie pewnie by jej to wystarczyło. Teraz jeszcze bardziej ją zirytowało.
– Oczywiście. Musiałem trochę oszczędzić w zeszłym miesiącu.
Arisu spojrzała na niego, marszcząc brwi, ale pokręcił głową, jakby próbował pokazać, że to nic takiego.
– Potrzebujesz pomocy? Mogę opuścić obóz i—
– Nie.
Prawie podkuliła ramiona, chociaż nie zabrzmiał inaczej. Dalej mówił spokojnie, może nawet trochę bez przejęcia. Może to dlatego tak ją to zirytowało. Nie tłumaczył się dalej, co zirytowało ją jeszcze bardziej. Co za skończony idiota. Prawie zaczęła się o niego martwić, a on traktował to tak olewczo? Powstrzymała prychnięcie. Mógł tylko marzyć o tym, że jeszcze kiedykolwiek się nim przejmie.
Podniosła się, przesiadając się na kanapę. Nie chciała nawet siedzieć na tym samym poziomie co on. Koc, który teraz zakrywał obicie, był miękki i gładki, dużo bardziej przyjemny od materiału na siedziskach. Jednak musiał coś zmienić przez tych kilka miesięcy mieszkania tutaj. Do tej pory była pewna, że nie zmienia nic, bo siedzi gotów do wyprowadzki.
Może jednak tak nie było.
Z irytacją sięgnęła po leżący na podłokietniku zeszyt. Mniej zniszczony niż zwykle – musiał być nowszy. Shayel nie protestował, ale w zasadzie to prawie nigdy nie protestował, gdy zaczynała grzebać w jego rzeczach.
Może dlatego, że i tak średnio była w stanie przeczytać, co pisze. Czasami było lepiej, ale zazwyczaj było gorzej lub po prostu źle. Nawet Shayel przyznawał, że to wina jego charakteru pisma, a nie tylko dysleksji Arisu. Miał przynajmniej tyle honoru.
Przekartkowała kilka stron z różnymi liniami i dziwnymi symbolami, które zrozumieć mógł tylko Shayel. Na jednej mignęły jej jakieś opisy i rzucone luzem zdjęcia starych monet. To kolejna rzecz, którą pewnie mógł trzymać online, ale z tylko sobie znanego powodu tego nie robił. Nie było sensu z nim dyskutować.
– Byłeś na jakimś filmie? – zapytała, wyjmując spomiędzy kartek świstek papieru. Shayel zadarł głowę, by na to spojrzeć.
– Nah. To bilety do muzeum.
To faktycznie było bardziej w jego stylu. Była pewna, że i tak każde muzeum w okolicy widział już co najmniej kilka razy i że pójdzie jeszcze kilka następnych. Kiedyś, oczywiście, chodziła razem z nim.
– Możesz iść ze mną następnym razem.
Zgodziła się, zanim zdążyła uznać, że to zły pomysł. I prawie od razu tego pożałowała.

────
[1300 słów: Arisu otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 8 lutego 2026

Od Arisu — „Long time no see” cz. 2

Poprzednie opowiadanie

Tym razem odwiedziła go z własnej woli.
Nie ostrzegała, że się pojawi – nie widziała powodu, a tym bardziej nie miała okazji. Nie wiedziała nawet, czy go zastanie.
Właściwie to nie była nawet pewna, czy chce go zastać.
Pokonując kilka ostatnich metrów dzielących ją od mieszkania brata, zadzierała głowę, obserwując mgłę i ukryte za nią szczyty budynków. Było chłodno, nie do końca w ten przyjemny sposób, i zaczynała żałować swoich decyzji.
Arisu doskonale wiedziała, że żałuje ich za każdym razem, nie była aż tak pozbawiona umiejętności samokrytyki. Szczególnie tych związanych z Shayelem. Dalej była obrażona za jego długą nieobecność i zostawienie jej na pastwę Obozu Jupiter. Po prostu czasami o tym zapominała i wtedy właśnie podejmowała tak głupie decyzje, jak wykorzystanie wyjścia z obozu na odwiedziny.
Ostatni raz widzieli się na wiosnę, wtedy, gdy pili paskudną herbatę z paskudnej kawiarni i gotowali prosty, nieco mniej paskudny obiad w kuchni, która wyrównywała cały poziom. Teraz było już lato, przynajmniej tak sugerowała data w kalendarzu. W San Francisco ta pora roku istniała tylko na papierze.
Dostała się do budynku, korzystając z tego, że ktoś akurat wychodził na zewnątrz. Kobieta nawet nie spojrzała w jej stronę, kompletnie nieprzejęta tym, że Arisu mogła być przecież złodziejem, mordercą, wandalem albo – co gorsza – jakimś okrutnym potworem. To ostatnie mogło nie być typowym zmartwieniem śmiertelników.
Stanęła pod drzwiami. Nawet zdążyła unieść dłoń, by zapukać, zanim zastygła jak słup z ręką milimetry od powierzchni.
Mogła jeszcze się wycofać. Może powinna. Nie wiedziała, czy Shayel w ogóle chce ją widzieć. Kiedy to on ją zapraszał, wiedziała, że chce cię spotkać i miała możliwość zignorowania go, jeśli sama naprawdę tego nie chciała.
Nigdy z niej nie skorzystała, chociaż wielokrotnie miała ochotę.
Prawie prychnęła z irytacją, powstrzymując się tylko dlatego, że na pustej klatce, w otoczeniu mieszkań z obcymi ludźmi zwyczajnie nie wypadało. Od kiedy przejmowała się takimi głupotami? Nie powinna przejmować się tym, czy Shayel chce ją widzieć.
Zapukała, tylko trochę zbyt delikatnie.
Gdzieś z tyłu głowy dalej liczyła, że nie dostanie żadnej odpowiedzi. Że Shayela nie ma i będzie mogła po prostu wrócić albo pójść gdzieś indziej, by zabić czas. Nie musiałaby się przecież nikomu z tego tłumaczyć.
Nadzieję rozwiały kroki po drugiej stronie i delikatnie uchylenie drzwi. W szparze zobaczyła zielone oczy brata, otoczone kosmykami czarnych włosów.
– Arisu?
Chyba wyłapała zaskoczenie w jego głosie. Otworzył drzwi szerzej, wpuszczając ją do środka. Obrzuciła szybkim spojrzeniem ciasną przestrzeń, ale nie zauważyła, by wiele się zmieniło od jej ostatniej wizyty. Na stoliku leżała odwrócona grzbietem do góry książka, na kanapie walała się niedbale złożona pościel.
– Coś się stało?
Odwróciła się do Shayela. Wyglądał, jakby niedawno wstał. Był w mało wyjściowym stroju, zdążył poprawić włosy, ale nie miał zaplecionego warkoczyka.
Arisu poczuła, że z jakiegoś powodu jej przykro i zaraz zrobiło jej się głupio. Odwróciła głowę i zadarła wysoko nos, urażona.
– Nie. Tak przyszłam. Mogę sobie iść, skoro ci przeszkadzam.
Shayel przez chwilę patrzył na nią z czymś, co mogło być rezygnacją, a mogło chęcią mordu. Obie emocje wyglądały przecież tak samo. Westchnął, zamknął za nią drzwi i podszedł do kuchni.
– Napijesz się czegoś?
Nie odpowiedziała od razu. Podeszła do stolika i podniosła książkę, po samym wyglądzie okładki oceniając, że to raczej mało wymagająca, popularna lektura. Zresztą, nigdy nie położyłby w ten sposób żadnej wartościowej książki. Wsadziła schowaną za skrzydełkiem okładkę między strony i odłożyła ją z powrotem. Odgarnęła koc i usiadła na samym brzegu kanapy.
– Kupiłem wczoraj herbatę sypaną. Podobno całkiem dobrą jakościowo.
Był dzisiaj wyjątkowo rozgadany. Arisu nie wiedziała jeszcze, czy ją to irytuje.
– Spróbuję – odpowiedziała tylko, trochę ze zbyt dużą złością w głosie. Jednak wstała z miejsca. Przecisnęła się obok stolika i podeszła do niedomkniętych drzwi łazienki, tylko po to, by nie stać w miejscu.
Teraz już jej nie odpowiedział i przyjęła to z większą ulgą, niż się spodziewała. Otworzyła szerzej drzwi łazienki i wślizgnęła się do środka, robiąc z tego zdecydowanie większą konspirację niż była potrzeba. Była już w tej łazience. Oczywiście, że była, przecież odwiedzała brata już któryś raz.
Pomieszczenie było ciasne tak jak cała reszta mieszkania. Było też tak samo stare, ale przynajmniej czyste. Na pewno w lepszej kondycji niż toalety w Obozie Jupiter, chociaż te wymagały dużo więcej sprzątania i remontów. W liczbie mnogiej.
Jednak się wycofała. Podeszła do komody i przykucnęła przy leżącej obok torbie. Nie tej, którą Shayel nosił na co dzień, raczej jednej z tych, w którą pakował zdecydowanie zbyt wiele książek i innych papierów. Teraz była prawie pusta, tylko na dnie leżała jakaś samotna książka. Sięgnęła po nią. Spomiędzy stron wystawał kawałek czerwonego materiału.
Prawie odrzuciła książkę z powrotem na dno torby. Zamarła na chwilę, zanim w końcu ostrożnie wyjęła cienką wstążkę spomiędzy kartek. Właściwie to kawałek wstążki, poszarpany z jednej strony.
Druga połowa leżała gdzieś wśród jej rzeczy w obozie. Przynajmniej tak jej się wydawało.
Arisu czuła, że znowu robi jej się okropnie głupio, bo znowu ogarnęły ją te głupie emocje. Nie zorientowała się, kiedy wolną ręką złapała swój cienki warkoczyk, związany na końcu gumką, która zresztą też była czerwona. Po prostu dużo bardziej praktyczna od wstążeczki.
Usiadła na podłodze, chociaż miała ochotę wstać i wyjść. Shayel nie powinien po latach dalej trzymać przy sobie takiego śmiecia. Ona też nie powinna. Musieli być oboje okropnie głupi – takie sentymentalne gówno pasowało do innych, nie do nich.
Nie wiedziała, czy Shayel w ogóle pamięta, skąd wzięła się ta wstążka. Może po prostu uznał ją za dobrą zakładkę.
Ona pamiętała. I to chyba wkurzało ją jeszcze bardziej.

Miała wtedy jakieś dziesięć lat. Mieli przerwę między podróżami, udało jej się spędzić rekordowo dużo czasu w nowej szkole, ale nie potrafiła z nikim złapać kontaktu. Dzieciaki były wredne, a ona była jeszcze bardziej wredna od nich. Nie pamiętała już, gdzie to było, zbyt często zmieniali miejsce pobytu, a sytuacja w każdym wyglądała dokładnie tak samo. Tam, w przeciwieństwie do San Francisco, pory roku nie były tylko teorią spiskową.
To akurat wydarzyło się zimą.
Okropnie pokłóciła się wtedy z ojcem, zaraz po tym, jak jeszcze bardziej pokłóciła się z gromadką dzieciaków ze szkoły i nauczycielką. Ojciec został wtedy wezwany, by porozmawiać o jej zachowaniu. Shayel – który miał wtedy szesnaście lat i zdecydowanie lepsze rzeczy do roboty – przyszedł z nim i Arisu zdenerwowało to jeszcze bardziej, bo przecież była zbyt dorosła na coś takiego.
Jeszcze bardziej zdenerwowała się, kiedy ojciec poprosił Shayela, by ten poczekał z nią na zewnątrz. Jakby była małym dzieckiem, które nie może zostać przy rozmowie wielkich dorosłych.
Wypadła z budynku, nie oglądając się na brata, bo bardzo miała nadzieję, że zgubi go za którymś zakrętem. Nie myślała wtedy, że ona jest niska i ma krótkie nóżki, a on jest prawie dorosły i zdecydowanie łatwiej mu robić duże kroki na mokrym śniegu.
Szedł uparcie za nią, co jakiś czas powtarzając jej imię, przez co ona próbowała przyspieszać jeszcze bardziej.
– Odwal się! – krzyknęła w końcu. Odwróciła się wtedy zdecydowanie zbyt gwałtownie, złapała w dłonie ubity śnieg i cisnęła w niego twardą kulą.
Dopiero kiedy trafiła go w skroń, zdała sobie sprawę, że nie była to po prostu pozostawiona przez kogoś śnieżka i rozpłakała się na widok krwi.
Shayel nie zdenerwował się na nią. Podszedł i przyklęknął przed nią, dłonią ścierając krew i kompletnie się nią nie przejmując.
– Więc, co się stało? – zapytał tylko.
Zawsze był spokojny, ale tym razem ten spokój zaskoczył Arisu na tyle, że sama od razu się uspokoiła.
– Nie lubię ich – mruknęła w odpowiedzi. Patrzył na nią pytająco, więc odgarnęła nerwowo przeszkadzające jej, napuszone włosy i dodała: – To oni zaczęli. Uważają, że jesteśmy dziwni. I też mnie nie lubią.
Shayel pokiwał powoli głową, a ona znowu odgarnęła kosmyki za uszy.
– I to dlatego się z nimi kłócisz?
Nie zaprzeczyła, ale też nie potwierdziła. Westchnął, biorąc w palce te włosy, które cały czas jej przeszkadzały.
– Nie musisz dogadywać się ze wszystkimi.
Nie dogadywała się z nikim, ale nie chciała tego mówić.
– Wiem. Nie zależy mi. I tak będę podróżować z tobą i z tatą.
Uśmiechnął się do niej. Robił to bardzo rzadko i bardzo się tym przejęła.
– Teraz powinny ci mniej przeszkadzać.
Spojrzała na jego dłonie. Splótł jej włosy w warkoczyk, co było przecież bardzo głupie.
– Ale wyglądam głupio!
Miała go rozplątać, ale wtedy Shayel zaczął splątywać własne zbyt długie włosy.
– Teraz będziesz czuła się lepiej?
Roześmiała się, przytakując. Miała pytać, czym chce je związać, ale wtedy wyjął z kieszeni owinięty czerwoną wstążką pakunek. Nie pamiętała już, co było w środku. Pamiętała tylko, że przeciął wstążkę nożykiem, dodatkowo się przy tym kalecząc, zanim związał nią oba warkoczyki.
Ich ojciec znalazł ich chwilę później. Nie zadawał pytań. Zmieniła szkołę kilka tygodni później.

– Arisu?
Odrzuciła książkę i wstążeczkę z powrotem do torby. Shayel stał nad nią, z kubkiem parującej herbaty w dłoniach. Przyjrzała się jego twarzy. Po jej celnym rzucie kamieniem nie było żadnego śladu.
– Tak. Tak – potwierdziła, potrząsając głową. – Czemu dalej ją trzymasz?
Wzruszył ramionami.
– A dlaczego dalej zawiązujesz warkoczyk?
Nie potrafiła mu na to odpowiedzieć. Wiedziała, że też by nie odpowiedział, gdyby teraz odbiła pytanie. Podniosła się, biorąc od niego herbatę.
– Mógłbyś się przebrać. Chciałam iść z tobą na spacer – ofukała go zamiast tego.

────
[1500 słów: Arisu otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 18 stycznia 2026

Od Arisu — „Long time no see” cz. 1

Pokręciła tylko nieznacznie głową, kiedy jakiś starszy pan chciał przepuścić ją w drzwiach. Cofnęła się kilka kroków, odprowadzając go wzrokiem, gdy przekraczał próg i ruszał chodnikiem w kierunku, z którego przed chwilą przyszła.
Przesunęła się trochę bliżej ściany lokalu. Zaczynała się zastanawiać, czy wychodzenie z Obozu Jupiter było w ogóle dobrym pomysłem. Tam przynajmniej mogłaby się do czegoś przydać, zamiast stać jak skończona idiotka w środku miasta, czekając, Shayel łaskawie się zjawi, spóźniony.
Z drugiej strony, w obozie musiałaby znosić Atlasa. Arisu nie była do końca pewna, który z tej dwójki irytuje ją w tej chwili bardziej. Oczywiście, jasno dała farbusowi znać co powinien (lub bardziej: czego nie powinien) robić pod jej nieobecność, ale miała przeczucie, że i tak zrobi dokładnie na odwrót.
Mogła tylko zastanawiać się, co wymyśli tym razem, by nie wypełniać obowiązków. Najwyżej zabije go, jak już wróci. Jeśli ktoś inny jej nie wyprzedzi.
Zrobiła się jeszcze bardziej zła na samą myśl, że miałby zabić go ktoś inny niż ona.
– Już jestem.
Obejrzała się, rozluźniając trochę uścisk na pasku od torby. Nawet nie zorientowała się, że tak mocno zaciska palce. Shayel stanął obok, nie wyjmując rąk z kieszeni ani nie wykonując żadnego innego gestu na powitanie. Ona też się nie poruszyła. Nie zamierzała przecież wyrywać się pierwsza do takich rzeczy.
Otworzył drzwi i puścił ją przodem. Chciała zapytać, czemu się spóźnił, ale ugryzła się w język.
W kawiarni było niemal pusto. Jakaś para siedziała przy stoliku w najdalszym kącie, jakiś mężczyzna pochylał się nad blatem przy oknie. Podeszli kilka kroków bliżej lady. Arisu zamrugała kilka razy, patrząc na napisane odręcznie menu, ale rozczytanie go w dalszym ciągu wydawało się tak samo niemożliwe.
– Nie mogliśmy dokończyć rejestracji w systemie.
Przeniosła wzrok na Shayela. Nadal nie zapytała go, gdzie teraz pracuje, chociaż mieszkał w San Francisco już od kilku miesięcy i zdążyła już kilka razy się z nim widzieć. Wiedziała, że on nie powie jej tego sam z siebie (prawdopodobnie nie uważał, by było to ważne), a skoro ona nie zamierzała pytać, to musiała żyć z tą zżerającą ją ciekawością.
Lub dowiedzieć się w jakiś inny sposób. Musiała się nad tym dokładniej zastanowić, jak już będzie sama.
– Co chcesz? – zmienił temat. Śledziła jego ruchy, kiedy sięgał do torby (zauważyła na niej nowe, zaszyte rozdarcie, którego ostatnio na pewno nie miała) po portfel.
Portfel też był okropnie zniszczony.
– Herbatę.
Już tego żałowała. Jeśli chciała napić się herbaty, która faktycznie miałaby smak, to musiała przygotować ją sobie sama, nie powinna liczyć na przypadkową kawiarnię.
Shayel skinął głową, nie pytając o nic więcej i zrobił kilka kroków w stronę stojącej za ladą sprzedawczyni, samemu jeszcze zadzierając głowę i czytając menu. Arisu nie poszła za nim, zostając w tym samym miejscu i uważniej rozglądając się po lokalu.
Nigdy nie była w tej konkretnej kawiarni i zastanawiała się, czy Shayel zdążył odwiedzić to miejsce wcześniej. Nigdy nie był tym typem osoby. W sumie to bardzo rzadko widziała, by pił coś poza wodą, a z kawą to chyba nigdy go nie widziała. To nie wydawało się jej się zwyczajem, który mógł się zmienić.
Zresztą, sama kawiarnia nie wydawała się taką, do której chodzi się ze względu na klimat. Była jasna, mało przytulna. Fotele wydawały się nieprzyjemne i niewygodne, chociaż na żadnym jeszcze nie siedziała i nawet nie miała takiego zamiaru. Albo to po prostu Arisu nie znała się na kawiarniach, to też mogła być prawda.
Pisk odsuwanego krzesła sprawił, że włosy na karku stanęły jej dęba. Odwróciła głowę w stronę pary. Mężczyzna teraz stał, podniesionym głosem mówiąc coś o wzrostach wartości, akcjach i regulacjach prawnych. Kobieta nie ruszyła się z miejsca i nie wyglądała na szczególnie przejętą, więc Arisu od razu wróciła wzrokiem do sprzedawczyni i Shayela. I tak nie rozumiała, o co chodzi w tamtej rozmowie.
Dziewczyna za ladą musiała być w podobnym wieku do Arisu, miała włosy spięte w ciasnego kucyka i usilnie namawiała na coś Shayela, wskazując na witrynę cukierniczą i czekające za nią kanapki, tarty, ciasta i ich pojedyncze kawałki. Arisu podeszła do nich, poprawiając wiszącą na ramieniu torbę.
– Co jest? – zapytała, przenosząc spojrzenie między bratem, sprzedawczynią a witryną.
– Masz ochotę na jakieś ciasto?
Zmarszczyła nos, zanim zdała sobie sprawę z tego, że to nieodpowiednie. Pokręciła głową. Shayel westchnął, zrezygnowany.
– Tak jak mówiłem, będą tylko napoje. Na wynos.
Sprzedawczyni wydawała się zirytowana ich odpowiedzią, ale przyjęła płatność już bez następnego słowa.
Odsunęli się, by poczekać na zamówienie. Arisu splotła dłonie, by uniknąć zaciskania ich na pasku torby.
– Dalej gardzisz słodyczami? – zapytała, chociaż było to okropnie głupie pytanie.
– Podobnie do ciebie.
Wzruszyła ramionami.
– Nie jestem w nastroju.
Nie odpowiedział, więc stali dalej w ciszy. Shayel ze wzrokiem wbitym w menu nad ladą, Arisu znowu rozglądając się po kawiarni, tym razem ukradkiem, może też trochę mniej uważnie, z mniejszym przejęciem. Usłyszała otwierające się drzwi i spojrzała w ich stronę, przez chwilę obserwując, jak jakiś chłopak – ten zdecydowanie młodszy od niej – w pośpiechu ich mija i wpada za ladę, ledwo wymijając szykującą ich zamówienie dziewczynę.
Ta okrzyczała go, odstawiając na ladę dwa papierowe kubki i machnęła na Arisu i Shayela, nawet nie patrząc w ich stronę. Arisu zdążyła otworzyć usta, żeby jakoś to skomentować, ale jej brat pokręcił nieznacznie głową i podszedł, by je odebrać.
– Nie warto – powiedział, kiedy podawał jej jeden z kubków. Kiedy wychodzili, znowu przytrzymał Arisu drzwi, nawet nie patrząc w stronę sprzedawczyni.
Była innego zdania, ale postanowiła odpuścić.
– Jak w Obozie? – zapytał. Ruszyli przed siebie. Na ulicach dalej było zadziwiająco cicho i spokojnie, w sposób, który wzbudzał w Arisu niepokój.
Upiła łyk herbaty i skrzywiła się, dochodząc do wniosku, że faktycznie powinna żałować tego zamówienia.
– Jak zawsze. Sprzątanie, treningi.
Wolałabym podróżować. Nie powiedziała tego na głos, chociaż bardzo chciała. Zawsze bardzo chciała.
– Może Atlas nie wysadzi baraków do mojego powrotu.
Shayel spojrzał na nią, unosząc brew. Wcześniej nie opowiadała mu o Walkerze, nie było okazji.
– Idiota z kohorty. Nieodpowiedzialny bałwan, z którym musiałam pracować, okropnie wkurzający. Nikt ważny.
Dalej czuła na sobie jego wzrok.
– No co?
– Nic, nic. Jestem zdziwiony. Że ktoś ma odwagę cię wkurzać. Zwykle wszyscy chodzą wokół ciebie na paluszkach.
Parsknęła cicho. Oboje wiedzieli, że to nie do końca jest prawda, chociaż ona bardzo by tego chciała i czasami – ale tylko czasami – wmawiała sobie, że dokładnie tak jest.
Weszli do budynku, w którym mieszkał Shayel, a potem do tego samego mieszkania z widokiem na inne budynki i śmietnik. Zastanawiała się, kiedy się stąd wyprowadzi – nawet jeśli nie z miasta, to przynajmniej z tej okolicy.
Odstawili papierowe kubki na stolik. Arisu zajęła miejsce na kanapie, to samo, na którym siedziała, gdy Shayel powiedział jej, że zostaje w mieście na dłużej. W mieszkaniu było teraz dużo czyściej niż podczas tamtego spotkania. Walizki i torby leżały poukładane na górze szafy, tuż pod sufitem, a na starej komodzie piętrzyły się książki, wśród których dalej stał ten stary telewizor. Tak jak poprzednio, nie widziała nigdzie pilota.
Sięgnęła po złożoną gazetę, otwartą w połowie i porzuconą na kanapie.
– Coś ciekawego? – zapytała, nie podnosząc wzroku.
Shayel nie odpowiedział od razu. Poprawił wiszący na oparciu kanapy koc, wbijając wzrok w trzymaną przez Arisu gazetę, aż w końcu pokręcił głową.
– Nie. Niezbyt.
– Zostajesz na obiad? – zapytał, krążąc między komodą a regałem, którego wcześniej zdecydowanie tu nie było. Prawie uginał się pod ciężarem encyklopedii, słowników i kilkunastu innych opasłych tomów.
– Nie masz planów?
Wykonał gest, który mógł być wzruszeniem ramion, a mógł po prostu dziwnym tikiem nerwowym.
– Zapraszali mnie na piwo, ale… niezbyt mam ochotę – odpowiedział w końcu.
Nigdy nie miał.
– Zostanę, ale nie zamierzam gotować – ostrzegła od razu. Wydawało jej się, że wywrócił oczami i przez chwilę miała ochotę wyśmiać go za tak dziecinny gest. – Mogę zająć się krojeniem. Jeśli opowiesz coś z podróży. Na pewno dowiedziałeś się czegoś o folklorze i tradycjach regionów, w których byłeś.
Spodziewała się, że to Shayel zaraz wyśmieje ją, ale tylko skinął głową, jakby w ogóle mu to nie przeszkadzało.

────
[1300 słów: Arisu otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]