Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obóz Herosów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obóz Herosów. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Zupełnie szczerze nigdy jakoś szczególnie nie interesowała się światopoglądem Adama. Był księdzem, to był księdzem, na tym według Sony kończyła się jakakolwiek filozofia. Poza tym, będąc jeszcze bardziej szczerą, miała dość nikłe pojęcie na temat szeroko pojętych wierzeń, jeżeli nie chodziło o bogów greckich i rzymskich (o których i tak nauczyła się stosunkowo późno i wciąż nie do końca ogarnia wszystkie te religijne sprawy, tj. składania ofiar, modlitwy, takie tam). Jej rodzice zamiast wciągać ją w doktrynę katolicką i chrzcić ją jeszcze zanim potrafiła wyartykułować pierwsze słowo, poili ją kakao ceremonialnym, prezentowali jej taniec uwalnianiec, uczyli ugniatać czakrę oraz śpiewali pieśni o naturze, grając na djemble i mandolinie lub lirze korbowej, czasem też na fletni pana lub okarynie. O chrześciijaństwie wie tyle, że jest tam jakiś Bóg, typ, którego ukrzyżowali i papież (którego nie ukrzyżowali). Oraz że księża noszą takie śmieszne kołnierzyki, o które kiedyś spytała Adama, bo myślała, że to jego personalny wybór estetyczny (co w tamtym momencie uznawała za raczej dziwny personalny wybór estetyczny). Dlatego rozmowie Mikołaja z Adamem przysłuchiwała się z nieukrywanym zainteresowaniem w celu rozszerzenia swoich horyzontów.
Teraz jej wzrok z Mikołaja gładko przepływa na Adama, bo w pytaniu chłopaka nie widzi niczego szczególnie niemiłego, o co nie powinno pytać się trzymającego kierownicę rozpędzonego samochodu księdza.
Najpierw Adam wydaje z siebie niezrozumiały dźwięk. Albo jest to zrozumiały dźwięk, tylko że jego przesłanie nie dociera do tylnej kanapy. Sony i Mikołaj w niemal bezbłędnej synchronizacji pochylają się do przodu, żeby lepiej słyszeć zachrypnięty głos księdza.
– Moim zdaniem to nie ma tak, że wierzysz albo że nie wierzysz – wtrąca się Greg, który ledwo wypowiada słowa, próbując się nie roześmiać (Sony chyba nie rozumie żartu). – Pewnie gdyby miał powiedzieć, co ceni w życiu najbardziej, to…
– Zamknij się – ostro przerywa mu Adam. – Dzieciaku, pomiędzy wiarą a jej brakiem jest jeszcze… duża część… czysto ideologiczna – pokrętnie wyjaśnia i da się poczuć, że niekoniecznie ma ochotę o tym teraz rozmawiać. Mimo że temat wydaje się Sony całkiem interesujący, na tyle, że ma ogromną ochotę pociągnąć Adama za język i spróbować dowiedzieć się, o jaką ideologię mu chodzi i czy żeby ją wyznawać naprawdę trzeba aż zostać księdzem.
Zapada cisza na tyle długa, że w sumie nikt nie wie, czy Adam ma zamiar kontynuować swoją przemowę sam z siebie, czy potrzebuje pomocy. Sony już otwiera usta, żeby zasypać go pytaniami pomocniczymi, a Mikołaj ze zmarszczonymi brwiami próbuje przeanalizować tę odpowiedź tak, żeby nie podejrzewać Adama o palenie gejów na stosach w wolnym czasie.
– Właściwie, to – kontynuuje ksiądz i Sony, trochę zawiedziona, zamyka usta, głośno stukając zębami – w chrześcijaństwie bardziej zwracam uwagę na ogóle poglądy i takie tam. Kochaj bliźniego, nie kłam, nie zabijaj i tak dalej. Wszystko to jest całkiem… przyjemne, cała ta teoria. Nastawienie do świata i do ludzi.
– Chyba nie reprezentujesz go za dobrze, co, Siwy Jezu? – wcina się Greg (znowu używając tego obrzydliwego przezwiska) i Adam, który już i tak dość mocno marszczył brwi, teraz marszczy je jeszcze bardziej.
– Właśnie pomagam bliźniemu swemu – prycha, a irytacja wylewa się z tych kilku słów wartkimi strumieniami.
– Czyli – odzywa się Mikołaj – wyznajesz chrześcijaństwo nie jako wiarę, ale… zbiór poglądów? Na życie? To w ogóle ma sens, żeby aż zostawać księdzem?
– Może dobrze płacą – sugeruje Sony. – Albo chodzi o organy. Organy ładnie grają. Adam, umiesz na-
– Patrzcie jaki ładny parking pośrodku niczego – rzuca ksiądz.
– Gdzie? – Sony przykleja nos do szyby, żeby dojrzeć cokolwiek innego niż ekrany akustyczne i inne pojazdy. – Nie widzę.
– Chodziło mu o to, żebyśmy się zamknęli – wyjaśnia jej Mikołaj, znacznie przyciszając głos.
– Ahaaaa.
Rozczarowana i trochę naburmuszona wciska się w fotel ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Przypatruje się Gregowi, który coraz częściej nerwowo spogląda na Adama i wygląda tak, jakby bardzo chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział, czy to już odpowiedni moment. Mężczyzna walczy ze sobą bardziej, niż typowy nastolatek pragnący wyznać miłość swojej wakacyjnej kraszi w ostatni dzień wyjazdu. Sony na migi próbuje przekazać Mikołajowi, żeby kopnął fotel Grega i jakoś go pospieszył, ale niestety nie udaje jej się przekazać jasnej wiadomości, bo w efekcie ubocznym mogłaby skopać fotel Adama i spowodować wypadek samochodowy (Mikołaj pyta ją, czy ma poprosić dorosłych o zatrzymanie się gdzieś na szybkie opróżnienie pęcherzy).
Ostatecznie Greg nie potrzebuje żadnej pomocy w postaci przemocy (niespodziewane).
– Nie chcesz się może wymie-
– Jeszcze nie – ucina Adam. – I tak nie mam gdzie zaparkować.
Mikołaj i Sony wymieniają między sobą takie spojrzenia, jakby właśnie doświadczyli kłótni doomed gay yaoi (pomijając to, że a) była to wymiana niepełnych trzech zdań i b) obserwują dwójkę kuzynów, z których jeden jest księdzem).
– Siwy Jezu, a jak tam twoja zaćma? – Greg decyduje się na wyciągnięcie ciężkich dział.
– Jaka zaćma? – wydusza z siebie Mikołaj.
Sony na moment marszczy brwi, bo ni chuja nie pamięta, czym jest zaćma. Jak sobie przypomina, to robi wielkie oczy i wpatruje się w kark Adama, bo nie ma najmniejszej szansy dostrzec jego twarzy.
– TY ŚLEPNIESZ?
– Można w ogóle tak prowadzić? – dopytuje Mikołaj.
– Nie no, raczej można – uspokaja go Sony. – Adam woził mnie już dużo razy.
– Nie wiem, czy wiesz, ale to dowód anegdotyczny.
– Co to jest dowód anegdotyczny?
– To taki… Nieważne! Jak to ma ksiądz zaćmę?
Nie mam żadnej zaćmy – cedzi Adam.
Greg przechyla się w fotelu i odwraca się do nastolatków, jakby w tym momencie naprawdę bardzo potrzebował patrzeć im w zszokowane twarze.
– Ma takie magiczne krople do oczu – mówi konspiracyjnym półszeptem i wspomaga się niezbyt obrazową gestykulacją. – One mu trochę naprawiają ten wzrok, ale na przykład ja mu średnio wierzę.
– To czemu akurat wziąłeś Adama na ten wyjazd? – dopytuje Sony, naśladując ton głosu Grega.
– Nie było nikogo lepszego, kto nie ma zaćmy.
– Ale my z nim jechaliśmy w nocy. Pamiętam. To było jak rozładował mi się telefon, nie było nocnych autobusów i odjechał mi pociąg. Albo odwołali mi pociąg. Ale łapałam stopa na chodniku i chyba potem nawet padał deszcz i Adam prowadził.
– Bo ten skurczybyk jest po prostu upartym idiotą.
Adam wydaje z siebie bardzo sfrustrowane westchnięcie, które przy okazji jest na tyle głośne, że wszyscy natychmiast zwracają na niego uwagę.
– Wy bardzo nie chcecie dojechać do tej Minnesoty, co?
Na moment wszyscy wreszcie się zamykają i właśnie w tym momencie niemal słychać, jak umysły Sony, Grega i Mikołaja usilnie próbują przepracować swoją sytuację.
– Dobra, a jakby tak – wreszcie odzywa się Greg – zatrzymać się w pobliskim McDonaldzie, zjeść coś i zmienić się za kierownicą.
Adam w milczeniu potakuje.
– A daleko jeszcze? – pyta Sony.
– Jeszcze jakieś cztery godziny – odpowiada Adam. – Więc polecam wam się przespać. Albo zastanowić, czy wy na pewno chcecie jechac do tej Minnesoty. Przewartościujcie swoje priorytety i tak dalej.
Sony bardzo wymownie przewraca oczami na tę sugestię, że jej plan może być choćby w paru marnych procentach uznawany za piekielnie głupi.
Mikołaj?
────
[1108 słów: Sony otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

środa, 22 lipca 2026

Od Weroniki CD Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Ludzie uwielbiają opowiadać historię zwycięzców, jakby porażka była jedynie przypisem pisanym drobnym drukiem. A przecież większość świata powstała właśnie z rzeczy, które miały się nie udać. Z miast odbudowanych po pożarach. Z teorii wyśmianych przez współczesnych. Z ludzi, którzy przegrali wystarczająco wiele razy, by w końcu nauczyć się czegoś poza pychą. Wygrywanie jest efektowne, ale to porażka wykonuje całą niewidzialną pracę.
— Puszczaj, troglodytko! — wrzasnęła Weronika.
Na swoim filozoficznym bingo nie miała jeszcze bycia ciągniętym za fraki, szczególnie przez kogoś, kto ją pokonał w walce. Nie chciała się do tego przyznać, że to była sprawiedliwa walka. Ubodło ją to, że nikt nie starał się jej pomóc, nawet jej rodzeństwo.
Przeszli obok jednego z dzieciaków Hermesa. Nika kojarzyła go, był to jeden z przydupasów Niketasa, jeśli nie ten główny. Teraz miała siłę zwrócić uwagę tylko na jedną rzecz.
— Nie wiedziałam, że masz brata bliźniaka, Ulfert. — zagadała.
Oboje spojrzeli na nią zaskoczeni. Zwierzę, które ją ciągnęło, zatrzymało się na chwilę. Zorientowała się po tym, jak szacowne cztery litery przestały ją trzeć od ziemi.
— Z nią jest bardziej coś nie tak niż zwykle. — usłyszała w odpowiedzi.
Miała już zaprotestować, ale zamroczyło ją przed oczami. To jeszcze nie była jej pora na sen, nie zdążyła przeczytać swojej ulubionej strony Mistrza i Małgorzaty. Gdy tego nie robi, zazwyczaj następny dzień jest tak udany, jak pomysły niektórych grupowych.


Obudziła się na łóżku polowym. Koło niej krzątały się dzieciaki Apolla. Poczuła nagle przeszywający ból w skroni i jęknęła aż z bólu. Ucichło i po otworzeniu oczu zobaczyła poważne wyrazy twarzy. Oraz tkaninę namiotu polowego w kolorze khaki. Oraz dziurę w niej, która od razu ją zdołowała. To miłe, że chociaż oni znają powagę sytuacji i wspierają ją w ubolewaniu. Jedno z nich odchrząknęło.
— Dobrze się czujesz, Weronika?
— Mogło być lepiej.
Westchnęła i nagle się poderwała do pozycji siedzącej. Zignorowała nagły zawrót głowy.
— Ale muszę już iść. Mój domek mnie potrzebuje.
— Nie możesz.
— Jestem grupową.
— Super, cieszę się. Według Pana D masz zostać w łóżku i odpoczywać.
— Że co?
— No.
— A kto jest moim zastępcą? Moje rodzeństwo jest za młode na jakiekolwiek dowodzenie. Jeszcze będą chcieli robić dzień głupich planszówek zamiast ważnych, rozwijających rzeczy jak szachy. O bogowie, a jakby zaczęli grać w Monopoly?
W tym miejscu dzieciak Apolla się speszył, ale czekał uprzejmie na zakończenie tyrady Weroniki. Głową ją tak bolała, że nawet nie kłopotała się identyfikacją, jak się nazywał. Wszystkie pomioty słonecznego dupka wyglądały podobnie, przez co teoretyzowała, że Apollo przekazuje bardzo silny fenotyp swoim dzieciom w porównaniu z resztą bogów.
— Eeee, kiedy Pan D się dowiedział, że dostałaś w dekiel, to machnął ręką i wyznaczył Caroline na twoje zastępstwo. Chejron jest na wyjeździe służbowym.
Dobrze, że nic w tym momencie nie jadła, bo by się zakrztusiła.
— Słucham? Troglodytka na moim miejscu?!
— Caroline zareagowała równie, eee, żywiołowo. Próbowała wyjaśnić, że nie jest nawet obozowiczem. Pan D nie chciał o tym słyszeć i powiedział jej, że w takim razie daje jej misję i jak jej nie wykona, to zamieni ją w śmierdzącego koziołka. Czy coś w tym stylu. Cały Pan D. Śmieszek jeden.
Weronika zeskoczyła na podłogę, prychając coś o poczuciu odpowiedzialności, ale nagle ją ścięło. Poczuła dotyk na ramionach, a potem miękką powierzchnię pod zadkiem. Jej lekarz miał zażenowaną minę.
— Ciebie też to dotyczy. Wyjdziesz ze szpitalika bez naszej zgody, to też możesz dostać rogi i kopytka.
Jęknęła przeciągle, z frustracji, po czym ukryła twarz w poduszce.
— Oby tylko obóz nie spłonął. — pociągnęła nosem. — Na ile będzie… zastępować?
— Na dwa dni. Stwierdzili, że szkoda czasu na wdrażanie dzieciaka Ateny w procedury odkąd nikogo nie dopuszczasz do nich. No i dwa dni dla Caroline to wymiar kary za uszkodzenie grupowego. A teraz idź spać. Bo pojawi ci się, nie stąd ni zowąd, postać w rogu pokoju.
— Słucham? Czy tylko ja dostałam w głowę?
Ciao. — jej opiekun pomachał jej na pożegnanie i bardzo szybko uciekł z jej „boksu”.


Caroline?
────
[639 słów: Weronika otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

piątek, 10 lipca 2026

Od Mikołaja CD Lucasa — „Ryan Gosling to dosłownie ja”

Poprzednie opowiadanie

— Ale dlaczego ja? — mężczyzna nie był przekonany. — Jest tyle ludzi dookoła.
— Bo… wygląda pan… jakby umiał to zrobić? — uśmiechnął się głupkowato. Starał się brzmieć tak miło, jak tylko potrafił.
— Ja… pan? — spojrzał na Mikołaja zaskoczonym wzrokiem. Nastolatek zorientował się, że może jednak mimo starań powiedział coś nie tak.
— Jesteś stary, Lucas — zaśmiała się stojąca obok Mia. — Potrzymać ją? — spytała, wystawiając ręce po Ruby.
— Mam dwadzieścia lat! — oburzył się, oddając dziewczynie dziecko. — Mów mi na „ty”, proszę — zwrócił się do Mikołaja, który patrzył na niego badawczo, jakby próbował go z czymś skojarzyć.
— Lucas? — zapytał zdziwiony.
— Coś nie tak? — Lucas wyglądał na zdezorientowanego. Spojrzał niepewnie na Mię, a potem zadał następne pytanie Mikołajowi. — Znamy się?
— Nie — odparł szybko Mikołaj. — Znaczy tak…tak jakby, ale nie, raczej nie.
Lucas był coraz bardziej zagubiony, co Mikołaj doskonale widział. Chłopak zaczynał żałować, że kiedyś się odezwał. Próbował pocieszać się tym, że nikt w tym mieście go nie zna i nawet jak się zbłaźni, to nikt go nie zapamięta. Był jednak pewien, że Lucasa skądś zna. I nie był to tylko jego niedawny sen.
— Nie wiem, powiedz mu, że twoje dziecko lubi Barbie… Albo coś takiego — zaproponował.
— Ma roczek, mówiłem już.
— Tylko? Myślałem, że… wygląda na starszą — odparł bez zastanowienia i spojrzał na Mię. — O, albo że to dla twojej dziewczyny!
— To nie jest moja dziewczyna! — zaprzeczył, słysząc, jak Mia zaczyna się śmiać.
— To możesz skłamać!
— Ty też.
Mikołaj odwrócił wzrok, nie chcąc przyznać Lucasowi racji. Jego duma nie pozwalała mu ani na to, ani na przepychanie się między zakochanymi faneczkami Ryana Goslinga. Autograf jednak musiał zdobyć. Była to kwestia po pierwsze, ponownie dumy, a po drugie, ważniejsze, pięćdziesięciu złotych, o które założył się z przyjaciółką.
— Strasznie tu głośno, a Ruby chyba usypia — odezwała się w końcu Mia, a gdy Lucas na nią spojrzał, wskazała ruchem głowy na pobliską kawiarnię. — Poczekam z nią tam, okej?
— Jasne, zaraz przyjdę — odparł z uśmiechem i odprowadził dziewczynę wzrokiem. — Dzięki.
— Jesteś wyższy, poczują twoją dominację i cię przepuszczą — powiedział w końcu Mikołaj, łapiąc się pierwszego argumentu, jaki przyszedł mu do głowy.
— Ale to ty jesteś fanem — trafnie zauważył Lucas, w którego głosie nie dało się wyczuć nawet cienia irytacji.
I tu pojawił się problem. Mikołaj w ostatniej chwili ugryzł się w język, aby nie wydało się, że okłamał Lucasa. Tak naprawdę chłopak nie wiedział o aktorze nic, może poza powszechnienie znanymi faktami. Wiedział jedynie, że grał Kena i Rylanda. I to właśnie ten drugi sprawił, że tego dnia znalazł się w całkowicie mu obcym mieście.
Wracał właśnie z dość długiego pobytu w domu i Los Angeles, dziwnym trafem, znalazło się „po drodze” z Polski do Nowego Jorku. Jakiś czas temu spotkał się ze znajomymi na nocowanie, podczas którego postanowili obejrzeć „Projekt Hail Mary”. To właśnie wtedy Mikołajowi przyśniła się walka z klonami Rylanda w Rylandlandzie i to właśnie wtedy chłopak założył się z Elizą o zdobycie autografu autora. Wyczytali gdzieś, że Gosling będzie miał spotkanie z fanami, a jako że Mikołaj i tak niedługo miał wracać do Stanów, to co mu szkodziło wylądować na lotnisku w innym mieście? Jego europejski sposób myślenia stwierdził, że skoro będzie w tym samym państwie, to na jego drugi koniec trafi przecież bez większego problemu w kilka godzin.
— Ale widzisz? Ty mnie teraz bardziej przekonujesz, że tego nie zrobisz, niż ja ciebie, że to zrobisz — powiedział z poważną miną.
— I co?
— To znaczy, że jesteś bardziej przekonujący niż ja.
— To tak nie działa.
— Błagam! Muszę się jeszcze dzisiaj dostać do Nowego Jorku! Nie mam czasu! — Mikołaj prawie że klęknął przed Lucasem na kolana. — Błagam!


Lucas?
────
[589 słów: Mikołaj otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Od Mikołaja do Weroniki — „Ach te klasyki”

Spacerował po obozie, przeklinając jesienną pogodę i rozglądając się w poszukiwaniu jakiejś żywej duszy. „Musicie nauczyć się doceniać słońce” — powiedział pewnego dnia Chejron i sprawił, że dziewięćdziesiąt procent obozowiczów zamknęło się w domkach i opuszczało je jedynie na posiłki i, opcjonalnie, obowiązki. Chłopak dziwił się, że nikt nie korzysta z pięknego (i zapewne krótkiego) okienka pogodowego — ciepłego słoneczka, delikatnego wiatru i udawania, że czarna chmura deszczowa w oddali nie istnieje.
Podszedł do jeziora, aby opłukać długopis, który ucierpiał na skutek spotkania z błotem. Biedna, żółta kaczka na sprężynce zmieniła kolor na brązowy tak samo, jak niegdyś czerwone trampki i dół jego nogawek. Zachciało mu się przeskakiwać przez kałuże. Przynajmniej jego rozpadający się notes nie ucierpiał, jego nie mógłby po prostu wypłukać. A co gorsza, musiałby od nowa szukać ludzi i pytać ich o to samo.
Rozejrzał się dookoła i pod jedną ze ścian dostrzegł fioletowowłosą dziewczynę. Siedziała na ławce i czytała książkę. Rzucił okiem na krzywą tabelkę w notesie i wytarł długopis o koszulkę. Zawahał się na moment zastanawiając się, czy na pewno chce jej przeszkadzać. Ale tylko na moment. Z głupim uśmiechem usiadł obok córki Ateny.
— Hejjj Rrrronika! — przywitał się, w myślach skacząc z radości i powtarzając „zawsze chciałem to zrobić!”. Imię dziewczyny zapamiętał bez większych problemów (co w jego przypadku było dość rzadkie) głównie dzięki skojarzeniu z „Heathers” i odkąd tylko je poznał czekał na taką okazję. — Sonda uliczna!
Weronika niechętnie podniosła wzrok znad książki i obdarzyła Mikołaja zażenowanym spojrzeniem. Chłopak na wszelki wypadek cofnął się na koniec ławki, cały czas próbując zachować ten sam, niezbyt przekonujący wyraz twarzy.
— Co? — odezwała się w końcu po chwili ciszy. Przymknęła książkę, zaznaczając stronę palcem i zaczęła przyglądać się trzymanym przez chłopaka przedmiotom. Po jej ironicznym uśmieszku widać było, w którym momencie zauważyła kaczy długopis. Więcej uwagi dziewczyny zabrała jednak krzywa tabelka. — Co to jest?
Mikołaj jednak już jej nie słuchał. Skupił się na okładce trzymanej przez Weronikę książki, a raczej na znajdujących się na niej informacjach, zapisanych cyrylicą. Próbował przypomnieć sobie alfabet, wyuczony przez niego na początku liceum podczas fazy, która brzmiała mniej więcej „jestem taki inny, czytam klasyki!”. Trwała ona może kilka miesięcy, a rozpoczęła się przez wyuczenie na pamięć monologu z „Kordiana” na potrzeby teatralne. Następnym etapem był dość performatywny zachwyt nad „Lalką”, a potem przeżycie „Szewców”. W ich wyniku chłopak poczuł, że nie tylko stracił iq, ale też szacunek nowej klasy, gdy przez cały wrzesień nazywał ludzi sflądrysynami i trylobitami sylurskimi. Ale przynajmniej zdobył punkt więcej na sprawdzianie z geologii i dowiedział się, że flądra nie jest gatunkiem foki.
Gdy po przebrnięciu z trudem przez „Sklepy Cynamonowe” sięgnął po „Mistrza i Małgorzatę”, postanowił przerzucić się na wschodnią literaturę, licząc na więcej odciętych głów i gadających kotów. Na ziemię ściągnął go, nomen omen, „Idiota”, którego przeczytał równe pięćdziesiąt dwie strony, odłożył na półkę i włączył AO3. Już nigdy więcej go nie otworzył. Tak samo jak kupionych w tym czasie sześciu innych książek. Jeśli dobrze rozszyfrował cyrylicę, książka Weroniki była napisana właśnie przez Dostojewskiego. Tytułu jednak już się nie podjął.
— Jak widać, nie każdy z tego wyrasta… — skomentował pod nosem i dopiero słysząc własne słowa zorientował się, że powiedział to na głos. Przełknął nerwowo ślinę i szybko rozważył plusy i minusy tłumaczenia się. Postanowił liczyć na to, że dziewczyna nagle ogłuchła.
— Z czego? — spytała niechętnie, podnosząc wzrok znad notesu.
Uśmiech zniknął z twarzy przerażonego Mikołaja, który szukając inspiracji do sensownej odpowiedzi, zaczął rozglądać się dookoła w panice. W końcu z powrotem spojrzał na narysowaną przez siebie tabelkę, a dokładniej małą żabkę przy jednej z dwóch kresek pod „tak”. Pod „nie”, z mojego kronikarskiego obowiązku, było ich aż siedem.
— To znaczy… z nieumiejętności pływania! — próbował wybrnąć. — Boooo… to jest bardzo ważne! Co jak nas zaleje? Umiesz pływać? — spytał, w końcu przypominając sobie cel zaczepienia Weroniki.


Weronika?
────
[625 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 7 czerwca 2026

Od Weroniki — „Później będzie tylko zupa z kotem”

Nikt nie zauważył, kiedy wkradła się na salę. Na szczęście to nie był jakiś gigantyczny teatr, ot jeden z wielu pomniejszych, ale za to oszczędzał na bezpieczeństwie. Kiedy będzie miała własną pracę, w tym własne pieniądze, to wyśle im maila ze wskazówkami, co należy koniecznie poprawić. Na ten moment tylko prychnęła, gdy cieć zrobił leniwy obchód, nawet nie zaglądając do schowka. Nie oczekiwała też, że kamery są lepsze. O ile nie były atrapami.
Ale dzięki temu była w stanie obserwować niezauważona próby grupy baletowej. Sala była dosyć duża, z wydzielonymi balkonami (chociaż bardziej adekwatną nazwą były pseudobalkony), właśnie skryła się w jednym z nich. Rzadko kiedy ustawiali światło, a gdy to robili, nigdy nie rozjaśniali widowni.
Ważyła telefon w rękach. Rozpisywała w głowie plusy i minusy włączenia go, szacowała też swoje szanse na przeżycie. Nawet nie patrzyła w kierunku grupy baletowej. Potrzebowała bezpiecznej przestrzeni, w której mogła posłuchać miłej dla ucha muzyki. Westchnęła i nacisnęła przycisk włączania. Ekran zabrzęczał, mignąwszy logiem producenta. Startował zdecydowanie za długo, a Weronika pomyślała o tym, że musi się kiedyś szarpnąć na te głupie iFajstosy. Przeliczyła wcześniej pieniądze w portfelu i spodziewała się, że z dwudziestoma dolarami, minus bilet powrotny do Obozu, nie da rady kupić czegoś lepszego.
Ekran w końcu rozbłysnął, obnosząc się pęknięciami. To była jej wina, mogła lepiej pilnować dzieciaków, mogła nie brać go z domku, mogła też uniknąć typa, który wpadł na nią. Powodów było wiele, ale jednego nie była w stanie zrzucić na siebie. Ten telefon miał już dobre 6 lat i po prostu zdychał. Miała duże nadzieje zobaczyć powiadomienie przy SMS-ach, ale nic się nie pojawiło. Głupia, od jakiegoś czasu nie dostawała od niego wiadomości, to czego się spodziewała? Scrollowała w górę, cały czas czytając wiadomości. Głównie jej. „Hej, jak tam konferencja?”, „Przeczytałam dzisiaj tę książkę, o której miałeś wykład”, „Kiedy wrócisz do domu?”. „Czemu nie odpisujesz?”.
Z grobową miną sprawdzała resztę apek. Weszła w maile, żeby wyczyścić jak zawsze spam i newslettery, dopóki nie zobaczyła nowej wiadomości. Rozpoznała nadawcę, było to imię i nazwisko jej ojca. Serce zabiło mocniej. Może ojciec rozpisał się w mailu, bo w zwykłej wiadomości skończył się limit znaków? Weszła w treść maila, przeczytała pierwsze zdanie i prawie cisnęła komórką przez salę. Ojciec pomylił adresatów, zamiast do jakiegoś studencika, który miał poprawić rozdział, wysłał do niej. Najbardziej w tym wszystkim zirytowało ją to, że zrobił jej taką nadzieję.
— Dupek. — Szepnęła.
Jeszcze kilka lat temu by zrobiła raban i na siłę pojechała na jego wykład. Dzisiaj wiedziała, że to nie ma sensu, nie miała już trzynastu lat. Po prostu musi ciężej pracować, być lepsza z tej literatury. Wtedy będzie miała o czym porozmawiać z ojcem i w końcu dojdzie do jakichś dyskusji, w których udowodni mu, że nie jest gorsza niż jego studenciaki. Może będą w końcu wymieniali się teoriami. Albo zagrają w szachy, kto wie. Może w końcu będzie jak dawniej.
Już miała wyłączyć komórkę, gdy zobaczyła wyskakujące powiadomienie z konfy Ateniątek. Nie angażowała się w ogóle w ich sprawy. Tam dzieciaki pisały same głupoty typu six seven, rizz, a Weronika była ponad to. Kliknęła dymek, tylko dla kontynuacji dołowania się. Wyskoczyły jej jakieś obrazki oraz slogany.
— Czym, do cholery, jest ten Boski Full? OLIMPIJSKA ALFA? Jakiś nowy brainrot? — Mruknęła pod nosem obojętnie, dopóki nie zwróciła uwagi na to, gdzie był sprzedawany i przez kogo.


────
[552 słowa: Weronika otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ulfert stał i wymachiwał flagą zrobioną naprędce z czyjejś białej koszulki, na której rano napisał kolorowymi markerami „OLIMPIJSKA ALFA” (a przynajmniej taki był zamysł, bo „F” mogło być równie dobrze „E” a „M”, „N”), podczas gdy Erin z Niketasem rozkładali pierwsze oficjalne stoisko, na którym można było nabyć ten boski napój. No i był jeszcze Ashton, któremu ku zdziwieniu dziewczyny Niketas powierzył bardzo odpowiedzialne zadanie, jakim było dostarczenie produktów na miejsce sprzedaży. Pewnie dlatego, że nikomu dobrowolnie nie chciałoby się dźwigać kartonów z puszkami, a że Ashton nie robi dobrowolnie nic, to nadawał się do tej roboty idealnie. Erin do tej pory zastanawiała się, gdzie w domku Hermesa dokonano hurtowej produkcji etykiet, ale nie zdziwiłaby się, jakby okazało się, że pod ziemią mają całą fabrykę i magazyn rzeczy ukradzionych. Takich jak to stoisko z tęczową markizą, które kiedyś miało koła, ale już ich nie miało, więc cała czwórka musiała pchać je na miejsce sprzedaży wybrane przez Niketasa, który podobno zebrał kiedyś dane o najbardziej uczęszczanych miejscach w Obozie w godzinach szczytu i poza nimi (zostawili za sobą długi łysy ślad na trawie, który zapewne za chwilę wywoła zawał u wszystkich dzieci Demeter). Dlatego teraz stali przed pawilonem jadalnym i czekali, aż reszta obozu zacznie schodzić się na śniadanie.
— Ej, a czemu ty tak machasz tą flagą, kiedy jest pusto? — zaciekawiła się Erin.
— Tak na wszelki wypadek, jakby zaraz ktoś przyszedł. Która godzina?
— 7:37 — odpowiedział Niketas, wyjmując z kieszeni zegarek. — Zwykle pierwsi ludzie są tu około 7:42, więc machaj dalej tą flagą. Mięśnie sobie zbudujesz, to będzie ci łatwiej jutro, pojutrze i tak dalej. A ty — wskazał na Ashtona, który właśnie się pojawił — ile jeszcze tych kartonów zostało?
— To… już… ostatni… — wysapał chłopak, brutalnie kładąc pudło na ziemi.
— Cudownie, poszło szybciej, niż zakładałem — Poklepał brata po głowie, jednak szybko cofnął rękę. — Fuj, kiedy ty ostatnio myłeś głowę?
— Z cztery dni temu?
— Czyli możemy dopisać wszy do receptury. Halo gdzie jest receptura????
— Jak to mawiają, receptura zmienną jest — odrzekła Erin, wykładając ostatnie puszki.
— Nikt tak nie mawia??? Ach, no tak, to pewnie powiedzonko dzieci Hekate.
— Dokładnie! Dlatego receptury nie ma i nie będzie, bo większość składników znalazła się tam przez przypadek. Ale nie szkodzi, różnorodność smaków jest teraz atrakcyjna.
Niketas zamyślił się na chwilę, wyjął stos karteczek samoprzylepnych z kieszeni i nabazgrał coś ołówkiem.
— To może mieć sens… — podparł podbródek ręką jak grecki filozof — Co produkcję będziemy zmieniać smak napoju, a co za tym idzie, będzie trzeba rysować nowe etykiety, ale da się zrobić — na te słowa Ulf na chwilę przestał machać flagą, westchnął, po czym wrócił do machania, mamrocąc coś pod nosem.
— Mówiłeś coś? — Niketas obrócił się do brata. — Zawsze mogę obciąć ci pensję, jak ci się coś nie podoba.
— Nie no, wszystko w porządku. Po prostu narysowanie rakiety kosmicznej trzymającej się na balonie z gumy to szczyt mojej kreatywności więc inne mogą nie być takie cool.
— Tym się będziemy zamartwiać później. Patrzcie, pierwsi klienci.
Rzeczywiście, w stronę kantyny zmierzała dwójka dzieci, chłopak i dziewczynka, na oko dwunastoletnich. Z tego, co kojarzyła Erin byli od Apolla. Zatrzymali się przed stoiskiem.
— A co tu rozdajecie? — zapytała dziewczynka.
— Nie rozdajemy, tylko sprzedajemy, a sprzedajemy coś tak zajebistego, że nie pożałujecie żadnych pieniędzy — syn Hermesa wziął na siebie rolę przekonywania klientów (bo pewnie jako jedyny miał do tego talent). — A jako że jesteście pierwszymi klientami, dostaniecie zniżkę wysokości całej jednej drachmy! Niepowtarzalna okazja, nie sądzicie?
— Dobra, a za ile takie?
— 4 dolary.
— ILE?!
— Cena relatywna do jakości — zapewniła Erin, wykładając im dwie puszki.
— To jak będzie? Wiecie, jak to jest, lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się czegoś nie zrobiło…
— Dobra, już dobra — dzieci wyciągnęły monety z kieszeni. Niketas przeliczył je jeszcze dwa razy, by upewnić się, że wszystko się zgadza, i dopiero wtedy pozwolił na wydanie dzieciakom puszek.
Appollątka odeszły dalej w kierunku jadalni, usiedli przy stole i otworzyli puszki Olimpijskiej Alfy. Kiedy wzięli łyk, dało się słyszeć przeciągłe „WOOOOOOOOOOOOW”.


Niketas?
────
[651 słów: Erin otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja — „Sen o Rylandzie”

— Pospiesz się! — krzyczał na niego ktoś zza drzwi. — Spóźnimy się!
— Już idę! — odparł, otwierając oczy. Niepewnie rozejrzał się po pokoju, który wyglądał jak wyjęty prosto z bajki o dzikim zachodzie.
Nagle wszystko sobie przypomniał. Całą podróż z Sony… nie, to była Erin. Ale z obozu wyszedł z Sony… No, może się przemieniła. Nieistotne. Podszedł do szafy, aby się ubrać, ale okazało się, że był już ubrany. Był pewien, że nie spał w wyjściowych ciuchach. Musiał przegapić moment, kiedy się przebierał. W końcu wyszedł z pokoju, gdzie czekała na niego znajoma obozowiczka.
— Gdzie my tak właściwie idziemy? — zapytał Erin, która stała zniecierpliwiona przy ścianie.
— Wykonać misję od Apollo — odpowiedziała obojętnie. — Nie mów, że nie pamiętasz?
— Od Apollo? — zdziwił się Mikołaj. To imię… lub nazwa? coś mu mówiło, ale nie mógł przypomnieć sobie co. W końcu coś zaczął kojarzyć. — W sensie, Apollo 13? Jesteś z NASA?
— Co? — Erin spojrzała na chłopaka rozbawiona i powoli zaczęła schodzić po schodach. Mikołaj poszedł za nią. — Niee, Apollo boga mpregu. Popełnił błąd w obliczeniach i teraz my musimy go naprawić.
— Aha… fajnie — przytaknął. — A gdzie jesteśmy?
— Jak to, gdzie? — zdziwiła się dziewczyna. — W Nowym Rylandlandzie, w Kansas. Apollo wysłał nas tutaj rakietą, bo to taka dziura, że nawet psy przestały szczekać dupami.
Mikołaj przyjął te informacje tak, jakby były oczywistą oczywistością. Nie zadawał więcej pytań, po prostu szedł za Erin, która zdawała się wiedzieć, co robi.
Wkrótce wyszli z niewielkiego domku i znaleźli się w uliczce, którą Mikołaj doskonale znał, mimo że nigdy wcześniej w niej nie był. Wyglądała dokładnie tak, jak w oczach jego wyobraźni wyglądało miasteczko z siódmego tomu „Zwiadowców”. Na środku była nawet wielka, drewniana szubienica, na której chłopak spodziewał się zobaczyć książkowego Halta. Zamiast zwiadowcy, na podeście stał jednak jakiś blondyn.
Drugą rzeczą, jaka przykuła jego uwagę, był wygląd mieszkańców. Wszyscy wyglądali niemal identycznie. Różnili się wzrostem, kolorem włosów lub ubiorem, ale łączyła ich twarz. Wszyscy, co do jednego, wyglądali jak Ryan Gosling. Jedynymi ludźmi w zasięgu wzroku chłopaka, którzy wyglądali inaczej byli Erin oraz stojący na podeście mężczyzna.
— Oni są z kazirodztwa? — zapytał Mikołaj na głos, nie przejmując się tym, że ktoś może go usłyszeć. Jakimś cudem nikt się nie odwrócił.
— A myślisz, że jak powstało to miasto? Bóg mpregu wie, co robi. — wzruszyła ramionami Erin. — Zamknij się, słucham.
Jak na zawołanie, odezwał się Ryan Gosling stojący obok skazańca.
— Niniejszym oświadczam, że ten tutaj oto stojący OBCY SZKODNIK… jak mu tam? Lucas Veneryland… jest WINNY — przemówił donośnym tonem, a tłum zaczął wiwatować.
— Ja chciałem tylko… pluszaka! — tłumaczył się Lucas. — Dla mojej Ruby!
Tłum zaczął buczeć.
— Cisza! — krzyknął Ryan Kat Gossling. — Więc powiedz nam! Pochwal się! Dlaczego dajesz małemu dziecku… PREZENTY.
— No bo… — Lucas spojrzał na niego błagalnym spojrzeniem. — kocham moją córeczkę…
— Kochasz DZIECKO?! — znowu zagrzmiał. — TO NIEDOPUSZCZALNE!
— ŚCIĄĆ GO O GŁOWĘ! — krzyknął z ziemi Ryan Gosling wyglądający jak Królowa Kier.
— Lucas Veneryland zostaje skazany na ścięcie i dostaje BANA NA ŻYCIE! — krzyczał dalej Gosling Kat.
— To nasza szansa — poinformowała Mikołaja Erin i zdjęła opaskę z oka. Z miejsca, w którym powinno być oko, zaczęła strzelać laserami, powalając na ziemię armię Ryanów Goslingów. — Teraz!
Mikołaj nie wiedział, co ma robić. Podświadomość kazała mu biec przed siebie. Wbiegł na ścianę budynku i odbijając się od krawędzi dachu, wskoczył na drewniany podest. Podniósł z podłogi miecz, którego jeszcze przed chwilą tam nie było i zaczął walczyć z katem.
— Spierdalaj do Barbielandu! — krzyknął, spychając mężczyznę z podestu.
— Jestem Ryland! — odpowiedział Ryan Gosling, po czym zniknął, zastrzelony laserem Erin.
Mikołaj chwycił Lucasa za rękę i pobiegł przed siebie, ciągnąc go. Po chwili dołączyła do nich Erin i całą trójką uciekali przed armią goniących ich Rylandów.
Ucieczka nie trwała jednak dlugo. Zanim zdążyli uciec z miasta, przed nimi wyrósł kolejny podest z gilotyną.
— Myślicie, że wrócicie do domu? — zapytał stojący na górze Ryland, uśmiechając się złowieszczo. — Wiecie co się z wami stanie? Patrzcie na to!
Ryland wyjął… chyba z dupy? zza pleców pluszowego Rylanda. Położył pluszaka pod szubienicą i spojrzał głęboko w oczy Lucasa.
— Nie… — wyszeptał Lucas.
— Tak! — krzyknął Ryland i opuścił nóż. Pluszowa głowa Rylanda stoczyła się z podestu i zaczęła toczyć przez miasto niczym śmieszna kula z dzikiego zachodu.
— Uciekamy! — krzyknęła Erin i zastrzeliła Rylanda laserem. Szkoda tylko, że na jego miejscu pojawiło się dwóch nowych.
Tym razem przed nimi pojawiło się auto, kierowane przez jakiegoś księdza. Na miejscu pasażera siedziało Sony, zadowolone popijając energetyka. Rolę kół w aucie pełniły głowy Rylandów… ale to chyba nie jest istotne.
— Wsiadajcie! — krzyknęło Sony, otwierając tylne drzwi.
Cała trójka wsiadła bez zadawania pytań. Jechali przez Nowy Rylandland dwieście na godzinę, a mimo tego nie byli w stanie uciec przez goniącą ich armią Rylandów. W końcu prowadzący auto Adam postanowił zawrócić. Teraz jechał prosto na biegnący tłum. Jechał… jechał… jechał… i wjechał.
I wszyscy wybuchli.
Kiedy Mikołaj obudził się następnego dnia, potrzebował kilku minut, aby zastanowić się nad życiowymi wyborami. Przetarł oczy i przypomniał sobie, że znajduje się w salonie znajomego. Była piąta rano, a wszyscy pozostali nadal spali. Na stoliku stała pusta butelka po wódce, a obok niej laptop, który aż wył od przegrzania. Na wciąż niewygaszonym ekranie wyświetlony był dokończony „Projekt Hail Mary”. Pod stolikiem leżał pluszany Ryland. Dokładnie taki sam, jaki w jego śnie zginął pod gilotyną.
Mikołaj nie wiedział, co ma myśleć o tym śnie. Był jednak pewien jednej rzeczy. Kiedy wróci do obozu, koniecznie musi zapytać Erin, czy naprawdę potrafi strzelać laserami z oka.


────
[890 słów: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, Aleks nie chce nigdy więcej rozmawiać o tym opowiadaniu]

niedziela, 31 maja 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

– Ulfert! – woła Niketas, zamaszyście otworzywszy drzwi do domku jedenastego. Jak się spodziewał, bez jego doskonałego i eksperckiego przewodnictwa, Ulfert wyłącznie siedzi i puszcza bąki, bezpiecznie zakopany w kącie domku. Zdradza go gwałtowne uniesienie głowy, które idzie w parze ze spanikowaną miną.
Domek Hermesa jest, z założenia, za mały dla jego mieszkańców. Ulfert nie ma więc żadnej, najmniejszej choćby szansy, żeby po pierwsze podnieść się ze swojego wygodnego kącika, w którym wcale nie wbija mu się w plecy kant czyjegoś łóżka, a po drugie uciec z domku w jakikolwiek sposób. Musiałby wyminąć Niketasa w drzwiach, na co ten by mu nie pozwolił.
– Tak? – pyta, możliwie najuprzejmiej i z bólem podnosi się z podłogi, żeby stawić czoła swojemu bratu (szefowi).
– Mam dla ciebie robotę – odpowiada Niketas, tym razem odpuszczając sobie dodanie: „dobrze płatną”, bo w takim wypadku musiałby mu zaoferować jakąś stawkę, której jeszcze nie udało mu się oszacować. To znaczy, jeszcze nie wycenił, jak duży może być popyt na niejako podróbę „Boskiego Fulla”, który jednak został stworzony znacznie bardziej profesjonalnie.
– Masz ją dla mnie średnio co tydzień. Pracuję już co najmniej na czterech etatach – mamrocze Ulf, choć oboje wiedzą, że jakiekolwiek formy sprzeciwu nie zadziałają u Niketasa i jego absolutnych rządów totalitarnych.
– Ale masz wprawną rękę. Idealnie nadajesz się do tej roboty – zapewnia go grupowy, filuternie mrugając do niego oczkiem. Przy okazji chwyta go za ramię, niby w przyjacielskim geście, i brutalną siłą wyprowadza z domku. – Będziesz nam rysował etykiety.
– Znowu? – jęczy żałośnie. – Naprawdę nie możesz do tego zgarnąć kogoś od Apolla? Te „Boskie Fulle” rysował ci jakiś dzieciak od nich, nie? Dredy zielone, kolczyki? Niby czemu teraz ja?
– Nie no, najpierw rysowała Violet, ale ona wpisywała te „Strawberry Punche” i potem sam musiałem zmieniać. Ale w każdym razie, tego dzieciaka nie ma teraz w Obozie, uciekł do Minnesoty czy innego dziwnego stanu, nie wiem – tłumaczy grupowy tonem jasno wskazującym na to, że jest to sprawa niemająca najmniejszego znaczenia.
– Apollo ma też inne dzie-
– Dobra, dobra, już się tak nie wymądrzaj – ucina Niketas, bo już otwiera drzwi domku Hekate. – Hej, wspólniczko, mam naszego świetnego i BAAARDZO chętnego robotnika!
Wnętrze wygląda kompletnie inaczej niż w momencie, w którym je zostawił. Widocznie Ashon naprawdę wziął sobie do serca wszystkie groźby albo nie mógł usiedzieć na dupie przez magiczne działanie „Olimpijskiej Alfy” w wersji Beta 0.14. Aktualnie chłopak szwęda się po domku, niezgrabnie ściskając w dłoniach miotłę – wygląda na to, że trzyma ją po raz pierwszy w swoim krótkim życiu. Gdy tylko próbuje zamieść choć część kurzu, ten wzbija się w powietrze niepowstrzymaną chmurą i Ashton, zamiast pracować dalej, postanawia poczekać, aż pył opadnie. Proces powtarza się w nieskończoność, a frustracja i wściekłość na twarzy chłopaka stają się coraz bardziej widoczne. W głębi domku Erin absolutnie wczuwając się w personę szalonego i niepowstrzymanego naukowaca, już przelewa ich wspaniałą, neonoworóżową miksturę do przygotowanych szklanych buteleczek.
– Sprowadziłem dla was wspaniałego designera i w EKSKLUZYWNYM dodatku artystę! – radośnie oznajmia Niketas, a częściowo schowany za jego plecami Ulf gwałtownie kręci głową, pewnie przekonany, że to skłoni całą resztę towarzystwa do przejrzenia słabego kłamstwa i odkryją prawdziwe powołanie Ulferta. Jest nim bowiem możliwie jak najskuteczniejsze wkroczenie do nieswojego mieszkania. Opcjonalnie: zabranie stamtąd wszystkich kompletnie niepotrzebnych nikomu do życia rzeczy, w tym trzymanego w dużym słoiku rocznego zapasu landrynek albo poszewek na poduszki, których używa się wyłącznie w dnie, gdy na chatę wbija człowiekowi ta jedna snobistyczna ciotka, a we wszystkie pozostałe dni kurzą się w szafie, zakopane pod innymi poszewkami. Nic, za czym ktokolwiek by szczególnie tęsknił, jako że pod przekazanym w genach losem marnego złodziejaszka, Ulfert jest człowiekiem dobrym, tym samym tworzy coś w rodzaju ying-yang z ze swoim bratem.
Erin przygląda się Ulfowi z oświeconego wyłącznie słabymi świeczkami kąta. Akurat dzisiaj cały domek Hekate zrezygnował z zapalenia niewysłowionej ilości kadzidełek, więc herosi mogli się sobie przyjrzeć bez zbędnego przejmowania się zanieczyszczeniem dymnym równym smogowi unoszącemu się nad większością przyzwoitych miast dzisiajszego świata.
– Ty robiłeś też te „Boskie Fulle”? W sensie, etykiety? – pyta Erin miłym, zaciekawionym tonem, dzięki czemu Ulf NARESZCIE ma szansę na wytłumaczenie się i wyprowadzenie wszystkich z błędu. Udaje mu się nawet otworzyć usta, ale, jak zawsze zresztą, Niketas postanawia przerwać bratu zanim ten jeszcze uformuje jakiekolwiek zdanie w swojej głowie.
– Nie, ale wie, co robić. Dobra, paniusiu, mamy już ułożony i zapisany przepis? – grupowy zwraca się do Erin, która zaprzecza bardzo wymownym ruchem głowy. Na tyle wymownym, że wszyscy obecni wiedzą, że w trakcie tworzenia tej cudownej mikstury z dziesięć razy pogubiła się w składzie. – No, to zapisuj, proste. Chyba pamiętasz? – Kompletnie ignoruje niekoniecznie przekonującą minę dziewczyny. – W każdym razie: linią produkcyjną „Olimpijskiej Alfy” uważam za oficjalnie otwartą!
– Chyba miałeś na myśli zakład karny – mruczy Ulf, który mimo wszystko już chwycił za ołówek i losowe kartki (prawie że same wpadły mu w dłonie, a nic ważnego jeszcze na nich nie zapisano).
– Nie miałcz, tylko do pracy. Hop, hop, hop! – Niketas klaszcze w dłonie, wczuty w swoją wspaniałą rolę. – Sprzedaż otwieramy jutro, nie ma zmiłuj. Wtedy oszacuję zarobki i wasze pensje, takie tam, szczegóły i szczególiki.
– A nie umawiamy ś- – Ulfowe, zresztą dość istotne, pytanie, zostaje przerwane przez zdesperowane słowa Ashtona.
– Niketas, ale ja tu nie jestem na stałe, nie?
– Sprzątasz i pilnujesz naćpanego rodzeństwa na umowie zlecenie, jeśli ci to bardziej pasuje.


Erin?
────
[869 słów: Niketas otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 26 maja 2026

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Dzięki — mówi, wsiadając do zagraconego, zadymionego samochodu.
Jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobił, oprócz odgarnięcia chusteczek z siedzenia było odsunięcie szyby. Miał nadzieję, że nie zostanie za to okrzyczany, z powodu zakłócania działania klimatyzacji. Brak reakcji pozwolił mu jednak odetchnąć ulgą (oraz świeżym powietrzem) i przyniósł nadzieję, że nie udusi się fajkowym dymem. Niedługo po nim do auta wsiadła również Sony.
— To co, jedziemy? — zapytała ochoczo, czekając aż pojazd ruszy.
— Jedziemy — odparł od niechcenia Adam i wyrzucił wypalonego papierosa za okno, trafiając do śmietnika. Mikołaj widząc to ucieszył się, że ksiądz postanowił jednak nie robić z auta komory gazo… dymnej. — Ale przypominam, do Pensylwanii i ani metra dalej.
— A może jednak?
— Nie namówicie mnie.
— Transylwanii? — zdziwił się Mikołaj, cały czas skupiony bardziej na szukaniu tlenu, niż na rozmowie. — To nie jest w drugą stronę?
— Pensylwanii, tam gdzie wampiry — wyjaśniła Sony, rzucając mu rozbawione spojrzenie.
— Marna podróba — przewrócił oczami. — Wampiry są w Rumunii, a Rumunia w Europie.
— Czyli ty tam mieszkasz?
— Co?
— Co?
— Co? — papuguje ich Greg, podczas gdy Adam odpala silnik.
Ledwo ruszyli, a Sony zaczęła dobierać się do stojącego na podłodze sześciopaka energetyków. Mikołaj niepewnie przyglądał się, jak jego towarzysz mocuje się z folią, jednocześnie kątem oka patrząc na reakcję siedzącej z przodu dwójki. Nie był pewien, czy to dobry pomysł — dobre wychowanie mówiło, że nie. Sony jednak, oprócz nieudolnych prób cichego rozerwania folii, zdawała się nie zwracać na to uwagi.
— Bierz — odezwał się Adam, rozbawiony.
Sony wzdrygnęła się, wystraszona jego głosem, ale już bez skrępowania wyjęła z folii dwie puszki, z których jedną podała Mikołajowi. Chłopak podziękował skinieniem głowy.
— Wiesz co, jesteś drugim normalnym księdzem, jakiego spotkałem — stwierdził po chwili.
— Normalnym? — zdziwił się Adam. — To znaczy?
— No, takim ludzkim, z którym da się porozmawiać — wyjaśnił. — Albo coś.
— No to musisz mieć nisko zawieszoną poprzeczkę — zaśmiał się Greg. — Nawet nie rozmawialiście.
— Ale ma rację — wzruszyła ramionami Sony.
— No, mam na myśli, że wydajesz się… mogę mówić księdzu na "Ty"?
— Mów — odparł Adam takim tonem, jakby wszystko było mu obojętne.
— Dzięki… dziękuję… no, nieistotne, wydajesz się być normalny w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Jak nie ksiądz. Nie lubię księdzy… księdzów?
— Księży
— To jak książę… wracając. Ciężko jest lubić księży. Są dziwni.
Sony otworzyła usta, jakby chciała się wtrącić, ale postanowiła słuchać, co Mikołaj ma do powiedzenia. Ten z kolei zorientował się, że zabrnął w niezbyt pewne rejony i zaczął się bać, że za chwilę powie jedno słowo za dużo i zostaną wysadzeni nie w Pensylwanii, a w Nowym Jorku.
— Ciekawe — mruknął Adam, zachęcając Mikolaja, aby kontynuował wywód.
— Znaczy, ja nie chcę księdza urazić… po prostu miałem styczność z dużą ilością księżów… księży i jedyny normalny, jakiego spotkałem, to był taki ksiądz Szczepan z którym miałem religię w siódmej klasie. Nie kazał nam klepać formułek i grał z nami w LoLa. Wcześniejszy nas terroryzował… a później-
— Grasz w LoLa? — przerwał mu Greg, prześmiewczym tonem.
— Nie! — zaprzeczył momentalnie, odsuwając od siebie wszelkie oskarżenia i skojarzenia. — To znaczy, grałem kilka razy, ale zawsze z księdzem. Szkoda było zmarnować okazję.
— Wyglądasz, jakbyś grał — wzruszył ramionami mężczyzna.
— Wcale nie! O a potem w pierwszej liceum ledwo miałem na koniec dwóję z religii, bo się na mnie uwziął po tym, jak we wrześniu przyszedłem na jego lekcję w tęczowej koszulce. Śmieszny człowiek. O albo w podstawówce inny miał do mnie problem, że nie wziąłem udziału w konkursie o papieżu. I potem do końca podstawówki musiałem chodzić na konkursy o papieżu, bo sobie mnie upatrzył i wymyślił, że to muszę być ja… Wiedział ksiądz, że Jan Paweł II nosił czerwone buty?
W aucie zapadła cisza. Nie odezwała się nawet Sony, która w tej chwili była zajęta odrywaniem zawleczek od pustych puszek, walających się za fotelami. Mikołaj zaczął się zastanawiać, czy powiedział coś nie tak, czy po prostu wszyscy przestali go słuchać po pierwszym zdaniu. Nie był pewien, którą opcję woli.
— No, podsumowując, księża są dziwni — stwierdził obojętnym tonem, ale po chwili zdecydował się sprostować. — To znaczy, ci polscy! Może tutaj ci fajni to standard, nie znam się, nie chodzę już na szczęście do kościoła. Znaczy, nie na szczęście! Po prostu nie…
— Mikołaj chciał powiedzieć, że jesteś super — podsumowała Sony, (w końcu) ratując towarzysza z dołka, który sam pod sobą wykopał.
— Dokładnie!
— Mhm — mruknął Adam, próbując skupić się na drodze i tym, żeby zaraz nie zatrzymać się na jakimś idiocie, który prawo jazdy wygrał w chipsach. A takich w tym kraju jeździło sporo.
— No iiiii uważam, że skoro jesteś tak super, to może dasz się namówić żeby pojechać troszkę za Pensylwanię? — kontynuowała Sony. — Tak troszeczkę?
— A może jest jakaś droga na skróty do tego Pitssburga, która prowadzi przez Minnesotę? — podłapał Mikołaj.
Adam zatrzymał się nagle na czerwonym świetle z takim impetem, że gdyby Sony i Mikołaj nie zapięli pasów, obydwoje straciliby zęby.
— Jeszcze chwilę, a wysiądziecie nie w Pitssburgu, a… gdzie my jesteśmy — spojrzał na nawigację. — Wylecicie w Ithace — odparł zirytowany.
— O, to stąd był ten Odyseusz? — zaśmiał się Mikołaj, a Sony posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Przepraszamy! — prawie krzyknęła. — Ale wiesz, że cię uwielbiamy, prawda?
— Właśnie, przepraszamy, będziemy już cicho — dodał Mikołaj.
Obiecana cisza trwała jednak tylko do momentu, w którym w głowie chłopaka pojawiły się kolejne, sprzeczne informacje. Nie minęło pięć minut, a ciekawość wygrała.
— Ej, Adam — zaczął. — Ty jesteś księdzem… chrześcijańskim, nie?
— Katolickim — sprecyzował.
— I jesteś herosem? — zadał następne pytanie. Dopiero po chwili zorientował się, że może niekoniecznie był to najbezpieczniejszy pomysł. Adam jednak nie dostrzegł w jego słowach niczego dziwnego.
— No, tak.
— I wierzysz w to i to? To sobie nie zaprzecza? Trochę hipokryzja, gościu.


Sony?
────
[911 słów: Mikołaj otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

piątek, 22 maja 2026

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

– A to nie byłoby właśnie łatwiejsze? – pyta Mikołaj z dość sporą dozą zaskoczenia i równie sporą dozą kompletnego niezrozumienia zawiłych procesów myślowych, które pędzą przez umysł Sony, wywijając pętelki mniej więcej co dwie milisekundy. Nie można z pewnością stwierdzić, że Apolliniątko rozumie własne procesy myślowe. Pewnie ostatecznie z zawiłych supłów wyplątuje wyłącznie skrawki oryginalnych, znacznie bardziej szalonych pomysłów.
– Nie wiem, jak to tam u was wygląda w tej Europie – beztrosko wzrusza ramionami – ale tutaj znaleźć dobry pociąg, który cię zawiezie gdziekolwiek dalej niż do najbliższego miasta, to jest… to jest sztuka. Już nie mówiąc o tym, że bardzo niewygodna i droga. Poza tym Adam zawsze ma cały zestaw przetrwania w bagażniku i pewnie uprze się, żeby postawić nam obiad, ale spać to pewnie będziemy musieli u niego w samochodzie. W każdym razie, kto by nie skorzystał? – tłumaczy, próbując odnaleźć dobry kurs na gęsto zapisanej tablicy. – O, jest, nasz pociąg będzie na peronie drugim.
– To nie będzie wykorzystywanie? – chłopakowi wymyka się to pytanie, chociaż koncept dorosłego księdza wykorzystywanego przez losową nastolatkę mało komu zmieściłby się w głowie.
– Co ty gadasz w ogóle. – Sony macha ręką, wyruszywszy w skomplikowaną drogę na peron drugi, klucząc pośród schodów, tuneli i ślepych uliczek kompletnej koszmaru architektonicznego. – Adam po prostu jest miły, gorzej byłoby, jakbyśmy odmówili, serio. Zabrał mnie raz na długą wycieczkę i potem się musiałam trochę za długo tłumaczyć rodzicom, czemu mnie nie było w domu…
– Aha. No to jeśli tak, to okej – wreszcie stwierdza Mikołaj, choć nie wygląda na to, że skonsternowanie całkowicie go opuściło. – A bilety to kupujemy?
– Eee, chyba tam będą automaty! – Sony wskazuje gdzieś przed siebie, po czym jednak się odwraca i wpatruje w drugi koniec korytarza, w którym aktualnie się znajdują, przy czym wydaje z siebie typowe odgłosy ciężko myślącego człowieka. – Albo tam? W sumie to dawno mnie tu nie było. Ale na tej stacji na pewno jakieś były.
– O której mamy pociąg?
– Zadajesz trudne pytania – śmieje się Sony i z radosnym uśmiechem rusza przed siebie. Może w stronę biletomatu, może nie, okaże się za jakiś czas. Mikołaj podąża za nią, już bez kolejnych komentarzy. Według Apolliniątka nieposiadanie biletów na pociąg nie jest niczym, co wymaga jakiegoś szczególnego przerażenia. Ona regularnie zapomina o tym, że przed wyjściem z domu powinna wziąć ze sobą na przykład portfel albo chociaż parę walających się od miesiąca na biurku banknotów. I co, dalej żyje. Jakoś zawsze udawało jej się wydostać z opresji, nawet jeśli wymagało to nieszczególnie bezpiecznych podróży autostopem.
Jedyny biletomat, wspaniały, ociekający amerykańskością AMTRAK KIOSK, jaki udaje im się wreszcie odnaleźć, nie działa. Sony zbywa to wzruszeniem ramion i postanawia poprowadzić Mikołaja dalej, jeszcze głębiej w odmęty dworca, który z każdym krokiem coraz bardziej przypomina twór podobny do Labiryntu.
– Możemy chyba kupić w pociągu, nie? – Chłopak nerwowo zerka na zegarek w swoim telefonie, choć właściwie żadne z nich nie wie, o której odjeżdża ich pociąg.
– Ale tam są droższe!
– Jak to: droższe?
– No, normalnie. Dzień dobry! Dwa bilety na najbliższy pociąg do centrum Nowego Jorku, poproszę! – woła Apolliniątko, wreszcie dobiwszy do kasy biletowej. Siedząca za szybą kobieta posyła Sony nieszczególnie miłe spojrzenie, lustruje ją od końca związanych w kucyki dredów, przez kolczyki na twarzy, aż po kolorowy top. Wzdycha, powoli wpisuje coś w swój komputerek i dopiero wtedy nareszcie się odzywa.
– Ok. Normalne?
– Ile masz lat? – Sony wbija wzrok w Mikołaja, kasjerka znowu głęboko wzdycha, wielce sfrustrowana, bo musi wykonywać swoją pracę.
– Szesnaście, ale to chyba jasne, że mam mniej niż osiemnaście, co nie? W Obozie jesteśmy razem.
– Ech, no to trudno. Dwa normalne – zwraca się z powrotem do kasjerki, ignorując zdziwione spojrzenie chłopaka i jego zmarszczone brwi.
Dopiero gdy bezpiecznie siedzą na swoich miejscach, po zapłaceniu za bilety istnej fortuny, Mikołaj powraca do tematu.
– Ale czemu normalne? Mamy przecież poniżej osiemnastu lat.
– I co z tego?
– No??? Powinniśmy mieć ulgę???
– Nie??? – Sony wpatruje się w niego, zszokowana. – Jeżdżę pociągami, od kiedy trafiłam do Obozu, wiem, jak to działa. Dzieciaki do dwunastu lat płacą połowę ceny. Studenci od siedemnastu lat płacą ze zniżką iluś tam procent. Jak jesteś zwykłym, przeciętnym nastolatkiem, to płacisz normalnie, jak każdy. W Europie macie inaczej??
– W Polsce to każdy uczeń ma zniżkę.
– Wow, serio? Jakby tak tutaj było, to bym oszczędziła literalnie MILIONY. Albo bardziej moi rodzice, ale wciąż. Płacenie pełnej ceny absolutnie ssie, już lepiej ci czasem wyjdzie zapłacić za paliwo.
– Najbardziej wolny kraj na świecie, hm?
– Co?
– Nic, nic.

– ADAM! – wrzeszczy Sony, gdy udaje jej się dostrzec wystające ponad tłum siwe włosy. Mogłoby się wydawać, że z tej radości rzuci się księdzu w ramiona, ale jedynie podaje mu rękę na przywitanie, po czym przesadnie teatralnym gestem wskazuje na Mikołaja. – A to Micoway! Mój nowy przyjaciel!
– Mikołaj – poprawia ją chłopak, ale Sony wciąż nie widzi różnicy.
– Hej – wita się Adam, prezentując sobą niekoniecznie dobry przykład dla młodzieży: w palcach trzyma tlącego się papierosa, jego uszy błyszczą od pokaźnej kolekcji kolczyków, a oczy ozdobione są delikatnym makijażem, który i tak nie jest w stanie ukryć fioletowych worów chronicznego niewyspania. O jego profesji świadczy wyłącznie wciśnięta w kołnierz koszuli koloratka, która w zestawieniu z ogólną prezencją Adama tworzy dość groteskowy obraz. – Żeby nie było, Sony. Nie podwożę was do Minnesoty, zrozumiałoś? Ciesz się, że w ogóle się zgodziłem i na was poczekałem.
– A co, jedziesz gdzieś? – pyta Apolliniątko, w podskokach podążając za najbardziej nonszalanckim i dziwnym księdzem, jakiego widział świat.
– Do Pittsburga. Greg potrzebował kogoś, kto by się z nim wymieniał za kierownicą – tłumaczy niezadowolonym tonem. Łatwo wywnioskować, że wolałby zostać w domu, zamiast jechać do Pensylwanii. – Mój kuzyn – dodaje, znacząco patrząc na Mikołaja. – A ani Mary, ani Daphne, tym bardziej Caroline nie były gotowe aż tak się dla niego poświęcić. Moje ciotki i babcia.
– Aha, znowu się dałeś na to namówić? – śmieje się Sony. Gdy zbliżają się do samochodu, wesoło macha ręką do czekającego na nich Grega.
– Yo, Siwy Jezu, ty się w misjonarza bawisz? Darmowa podwózka dla aż dwójki dzieciaków?
– Gdzieś w Piśmie musi być fragment o pomaganiu nieletnim w potrzebie – stwierdza Adam, zasiadając za kierownicą.
Sony uprzejmie otwiera tylne drzwi dla Mikołaja, kłaniając się w książecym geście i równie majestatycznie wskazując wnętrze zagraconego puszkami i zużytymi chusteczkami samochodu.


Mikołaj?
────
[1015 słów: Sony otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 17 maja 2026

Od Weroniki do Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Historycy uwielbiają mówić o imperiach, jakby człowiek rodził się dopiero wtedy, gdy nauczył się liczyć podatki. A przecież pierwszą oznaką cywilizacji nie było ani pismo, ani prawo — tylko chwila, w której ktoś uznał, że obcy ból jest ważniejszy od własnego głodu. Reszta to już administracja.
Zabawne zresztą, że ludzie przez tysiące lat patrzyli w niebo, zanim wymyślili dla niego poprawne słowo. Najpierw była trwoga, potem poezja, dopiero na końcu gramatyka. Tak samo z miłością: najpierw gotowość do ruiny, później pieśni o ruinie, a dopiero potem moraliści próbujący wszystko ponumerować.
Ale oczywiście współczesny człowiek wierzy, że istnieje dopiero wtedy, gdy zostawi po sobie cyfrowy ślad. To bardzo wzruszające. Mrówki też zostawiają ścieżki.
Zadowolona z siebie Weronika przechadzała się po obozie, klejąc zdania w mentalnym notatniczku. Na punkt honoru postawiła sobie uporządkowanie, złożenie i uszeregowanie pokoi w pałacu pamięci. Wbrew pozorom było to bardziej męczące niż sprzątanie realnego pokoju w swoim domku. Gdzieś musiała uporządkować filozoficzne myśli, tuż obok najlepszych ironicznych odzywek Anno Domini 2025. Daleko gdzieś w tyle zostawiła pokój, zabarykadowany na kilka spustów, w którym trzymała jakiekolwiek informacje związane z Niketasem. Nie, żeby chciała. O wrogach trzeba wiedzieć wszystko, żeby nie zaskoczyli. A Niketas zaskakiwał ku rozpaczy galaxowłosej grupowej domku.
Tak się kręciła, że nie zauważyła, kiedy prawie wpadła na inną dziewczynę. Prawie, bo jej nieskazitelna intuicja w ostatniej chwili kazała jej odskoczyć krokiem zwiewnym, niczym baletnicy. Już miała porządnie ochrzanić prowodyrkę zdarzenia, kiedy zauważyła grymas na znajomej twarzy.
— Och, brutalna siła, która ugięła się pod moją filozofią, ironią oraz szpadą! — Skomentowała złośliwie.
Kojarzyła ją z pojedynku, który w jej myślach był zdecydowanie jednym z lepszych. W końcu wygrała z córką boga wojny. Potomstwo Aresa to nie byle kto, całymi dniami siedzą na treningach, a nocami biją się na poduszki. Są pierwsi do walk na miecze, topory, katapulty i bogowie wiedzą co jeszcze, żeby to dotarło do ciebie, drogi czytelniku, że grupowa domku Ateny pokonała nie byle kogo, żadną tam płotkę… Z gracją baletnicy, językiem ostrym jak brzytwa. W jej głowie.
Zawsze ignorowała resztę obozowiczów, która śmiała coś mówić o tym, że w starciu z Caroline ledwo wygrała, była spocona jak dzik, dwa razy się potknęła w drodze do domu ze zmęczenia. Kiedyś krzyknęła ze złości na swoją siostrę, która mruczała pod nosem, że Caroline pewnie tego dnia miała okres czy tam zły humor, bo tak to by zwinęła Weronikę, jak precelka. Powiedzmy, że była czuła na tym punkcie.
Dziewczyny przez chwilę mierzyły się w niepisanym konkursie, wkładając możliwie jak najwięcej pogardy oraz lekceważenia. To były spojrzenia, którym obdarzało się zazwyczaj zdeptanemu na chodniku robaka. Głównie karalucha.
— Ironicznie to możesz zrobić baranka o ścianę, Weronika. — Odburknęła.
Po czym minęła córkę Ateny.
— Wszystko na świecie jest głupstwem oprócz samego śmiechu. — Skwitowała Weronika.
Po czym ruszyła dalej w swoją drogę. W myślach przeklinała na Caroline, bowiem przez nią powstał bałagan w pokoju „cytaty z literatury na każdy dzień”. Jak można przeszkadzać Nice w czynnościach umysłowych? Niedorzeczne, kiedyś karma spotka tą troglodytkę. Przez chwilę zamyśliła się jednak nad czymś innym. Przecież Caroline wybyła do miasta, prawdopodobnie Nowego Jorku, to czemu tutaj jest? To się nie godzi.
I tak była do tyłu z obowiązkami. Próbowała je nadrabiać, kiedy rusz, tylko dlatego, że utknęła w kiblu na dłuższy czas przez głupie zagrywki Niketasa, który podrzucał jej na spotkaniach grupowych ostre rzeczy. Od których dostawała bólu brzucha. Wyliczyła, że mogła poświęcić czas na myślenie o dzieciakach Aresa na dokładnie 5 sekund w ciągu dnia i limit został przekroczony już dawno.
Przed kolacją atmosfera była spokojna, chociaż Weronika wyczuła pewną nerwowość, kiedy przyszła na plac treningowy. Zignorowała to, że to ona mogła ją wywołać, zamiast tego skupiła się na tym, czy ekwipunek treningowy był zgodny z zasadami HAACP, nie przemieszczał się znienacka i nie był obsmarowany jakimś psikusem Hermesiaków. Połowę mieczy kazała oddać do wyważenia, część do polerowania, ku rozpaczy trenujących.
— Bez dyskusji! To niebezpieczne. Możecie ten czas przeznaczyć na, na przykład, zajmowanie się tymi mieczami! Po co wam miecze, skoro nie umiecie o nie dbać!? Sio mi stąd.
Skrzyżowała ręce i kręciła głową na pozostałe wyposażenie. Rozwalone, zniszczone… wyrzygane? Wolała się nie upewniać.
— Jak zawsze dzieci Aresa muszą przejawiać zwierzęce zapędy. — Skomentowała na głos.
Pałac pamięci miał schowek na miotły, w którym przechowywała zdania na temat innych obozowiczów.
— Dzieci Ateny, jak zawsze, uważają się za lepszych. — Usłyszała z tyłu.
Odwróciła się na pięcie, trochę zbyt nerwowo jak na jej gust, i zobaczyła Caroline. Ważyła ona miecz w dłoni, wymachując nim w powietrzu.
— Bo jesteśmy. Nie ma w tym żadnej filozofii, myśl poleci śmielej i trafi, czego nie można powiedzieć o zwykłym kamieniu.
— Uważaj, żeby ten kamień nie rozbił ci okna samozachwytu.
— Czy to zaproszenie do konfrontacji? Oby nie baletowej, tutaj zwycięzca byłby tylko jeden. — Wsadziła w tą wypowiedź jak największy akcent ironii.
— Ot, sparing. Tylko się nie zafilozofuj na śmierć.
En garde!
Weronika wyciągnęła pierwszą, lepszą szpadę i ustawiła się w pozycji, podobnie jak jej przeciwniczka. Wymieniały się wzrokiem. Weronika zauważyła, że Caroline jest w lepszej kondycji (czyżby Nowy Jork wpływał dobroczynnie na nerwy?), ale nie miała zamiaru się poddawać. Znaczy to tylko, że walka będzie lepsza i może coś wyciągnie z tego sparingu.
Brzdęki szabli się rozległy gwałtownie po terenie. Naprzeciw wykwintnej gracji występowało bezczelnie błoto, blokując możliwość tworzenia, jakże, efektownych piruetów. Jesień uderzyła z całych sił, utrudniając treningi i wspólne posiadówki. Wszystko przez Chejrona, który stwierdził, że półbogowie powinni doświadczyć od czasu do czasu jakiejś gorszej pogody. Wspominał coś o docenieniu słońca oraz możliwości treningu w grząskim terenie, ale Nika wtedy była zajęta walką o ołówek z Grupowym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Caroline widocznie lepiej się czuła w tych warunkach (czy trzeba wspominać coś o zwierzęcych upodobaniach potomstwa Aresa?), wymierzając celne ciosy, które ciężko było sparować. Nika uciekła do tego, co zna najlepiej.
— Ach, nie oczekuj, że dam ci fory. Szczególnie po tej żałosnej walce, w której próbowałaś forsować brutalną siłą!
Zaatakowała.
Caroline niewzruszona odbiła cios.
— Mhm.
— Za to aprobuję rzucenie wyzwania. Zawsze warto próbować chronić honoru swojego rodzica. Czyżby ktoś dostał szlaban za przegranie walki?
— Sądzisz, że Ares zwróciłby uwagę na sparing? A co, twoja matka oglądała i klaskała w dłonie z zadowoleniem? Wow, pojedynek na wykałaczki, super sprawność umysłowa, Weroniko! Dostajesz naszywkę dzielnego skauta. — Odbiła ironią.
Weronice przestało pasować to, że cały czas przeciwniczka była defensywna w walce. Niczym sęp, który wyczekuje błędu ofiary.
— Lepsza naszywka dzielnego skauta niż pochwały od boga dzikusów.
Córka Ateny już miała przygotowany plan, rozstawiony jak figury na planszy. Zrobi zwód, szybki blef, uniknie i wtedy powinna mieć czyste okno do zaatakowania. Rozplanowane co do każdego szczegółu. Dopóki Caroline nie otworzyła ust, niech bogowie ją przeklną na wieki.
— A nie żelki od Niketasa, cukiereczku?
Nika wybałuszyła oczy.
— Co, ale skąd t— Wydukała z siebie.
To wszystko, co mogła powiedzieć, zanim dostała płazem miecza w skroń. Straciła równowagę i wylądowała ogłuszona zadkiem w błotku.
— Brutalna siła i żelki wygrały! — Krzyknęła Caroline do grupy wiwatujących obozowiczów.


Caroline?
────
[1138 słów: Weronika otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

sobota, 16 maja 2026

Od Sony CD Lairy — „A fisher of fish”

Poprzednie opowiadanie

Sony z trudem przychodzi liczenie sytuacji, w których zabrakło mu słów. Nie brakuje mu palców ani miejsca na kartkach, brakuje mu dokładnych, jasnych wspomnień. To były pojedyncze, niewarte zapamiętania momenty. Gdy słowa nie chciały wyjść z jego gardła i uformować się w dobrze znane kształty na języku, Każda taka chwila wydaje się Sony okropnie odległa, jakby próbowała wbić się w pamięć kogoś innego. Albo siebie przed tym, gdy odważyło się mówić.
Patrzy na Lairę, na trzymane w jej dłoniach pokrowce i na spakowaną torbę, a niewidzialne szwy zamykają mu usta na dobre. W mózgu pojawia się pustka, której nie spotkało od lat i która pojawia się w najgorszym momencie. Bez słowa, z miną wyrażającą wyłącznie czysty szok, wyciąga dłonie po szorstkie pokrowce.
Coś tu śmierdzi, ale Sony nie jest w stanie dostrzec, co dokładnie. Ono nigdy nie oddałoby komuś swoich instrumentów, a już na pewno nie najpiękniej brzmiącego, obklejonego naklejkami bębenka. Musiałoby wiedzieć, że już nigdy więcej na nich nie zagra, a to stanowi dla niego dość niewyobrażalny koncept.
– Wow. Dziękuję – duka Sony po zbyt długiej chwili milczenia, opierając dłuższy z pokrowców na ramieniu. – Ale dlaczego?
– Jak to, „dlaczego”? – pyta Laira z uśmiechem na twarzy, ale nawet Sony dostrzega, że w tej minie nie ma oni odrobiny radości.
– Nie masz zamiaru już nigdy łowić? – doprecyzowuje pytanie. – Bo czemu masz oddawać mi coś, co jest twoim hobby. Takim, które robisz codziennie, nieważne, jaka jest pogoda i co masz zaplanowane. I które sprawia ci radość. To dziwne – tłumaczy, marszcząc brwi w zdegustowanej minie bardzo podejrzliwego dzieciaka. Laira dalej uśmiecha się w ten smutny, nieszczery sposób i patrzy nie w twarz Sony, skupiając się raczej na krajobrazie za otwartymi na oścież drzwiami.
– To nie takie proste – odpowiada wreszcie, choć niczego to nie tłumaczy. Sony nie jest już nieświadomym świata dzieciaczkiem. Równie dobrze mogłoby zostać grupowym domku siódmego, jakby tylko chciało. Ma zamiar to powiedzieć, domagać się jakiegoś lepszego wytłumaczenia, ale ubiega go Laira, której wreszcie udało się dosunąć zamek torby. – Hej. Dbaj o ten sprzęt w moim imieniu.
– Ale! – potyka się na własnych słowach, obserwując, jak Laira zarzuca sobie bagaż na ramię. – Ale chociaż czasem coś napisz. Albo, albo, jeśli napiszesz, albo zadzwonisz, to mogę do ciebie przyjechać, co ty na to?Jeszcze nigdy mnie nie było w San Francisco, ale mogę być ten pierwszy raz, to nie jest aż tak daleko. To nie drugi koniec świata. Odwiedzę cię i pójdziemy razem na ryby, przywiozę to wszystko i w ogóle…
– Okej. – Dziewczyna kiwa głową, choć wydaje się nieobecna.
Sony nie obchodzi, czy to etycznie poprawne i dopuszczalne, tak zmuszać kogoś do przytulenia. Laira lekko poklepuje go po plecach w geście delikatnego zasygnalizowania, że ma się od niej odkleić i wrócić do jakichkolwiek obozowych zajęć, jakie miało w planach. Mówi coś o pociągu albo o autobusie, a Sony, próbując nie stracić z oczu porzuconych na ziemi pokrowców, przegrzebuje wszystkie swoje kieszenie, tylko jednym uchem słuchając mamrotu Lairy.
– Masz. Prawie zapomniałom – śmieje się i wsuwa na nadgarstek przyjaciółki własnoręcznie zrobioną bransoletkę przyjaźni. Takie same dostali od niego Erico i Emiliano, gdy się wyprowadzali. Na całe szczęście pamiętali o pisaniu i dzwonieniu. – I jeszcze to. – Wciska w dłonie Lairy wypchaną kopertę. Pełną zdjęć, suchych liści i rysunków.
– Dziękuję. Trzymaj się, dzieciaku.

JESIEŃ V

Wiadomość o jej śmierci trafiła do Sony późno. Zbyt późno, żeby mogło dołączyć do jakiejkolwiek ceremonii pogrzebowej. Ostatecznie nie wie, czy jest temu wdzięczne, czy wciąż wściekłe – może gdyby ją prawowicie pożegnało, to szybciej pogodziłoby się z jej utratą?
Pokrowce z wędką i spławikami wylądowały w kącie domku siódmego, a teraz oczy Sony zazwyczaj prześlizgują się po nich, jakby nie istniały. Jakby w tamtym miejscu nie było niczego więcej oprócz obdartej ściany, którą powinni odmalować już lata temu, ale wciąż o tym zapominają.
Trudno mu nawet przesiadywać nad jeziorem. Na bosaka spacerować przy brzegu, stawiać ostrożne kroki na skrzypiącym molo. Co jakiś czas zdaje sobie sprawę, że tam zawędrowało, że właśnie siedzi w tym samym miejscu, w którym uczyło się łowić, nazwało swoją pierwszą rybę, rozpoczęło krótką przyjaźń. Pogrążone w myślach zbyt głęboko, by pamiętało, jak się tam znalazło.
Raz wyciągnęło z pokrowca wędkę. Zważyło ją w dłoni, przesunęło palcami po żyłce. Pustka, którą ta krótka czynność obudziła w jego klatce piersiowej, wystarczyła, żeby próbowało zapomnieć o łowieniu i o dręczączej obecności zbierających kurz pokrowców. Wciąż nie chce o tym myśleć. Nie chce mieć głowy zaprzątniętej wyłącznie ponurymi myślami.
Dlatego postanawia zrobić to, co potrafi najlepiej.
Siada pod ścianą domku dziewiątego, z kieszeni wyciąga trzymający się na granicy śmierci telefon. Na Mapach Google szuka kolejnego celu wartego osiągnięcia, do którego podróż sprawi mu więcej przyjemności, niż pobyt na miejscu.


koniec wątku Sony i Lairy
────
[766 słów: Sony otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

środa, 6 maja 2026

Od Mikołaja — „Drzewo przyszło do Biedronki” [AU event]

Pieski AU

— Wiesz co? To nie fair — Mikołaj spojrzał z niesmakiem na smycz, przywiązaną do metalowej barierki.
— Co tym razem? — znudzony Andrzej przewrócił oczami. Zaczynał się zastanawiać, co go podkusiło, aby przywitać się z rudym seterem. Mógł teraz wylegiwać się na łóżku swojej właścicielki, a zamiast tego balansował na wąskiej rurce i wysłuchiwał skarg znajomego.
— No, bo oni tam wchodzą, nie? — ruchem pyska wskazał na wejście do Biedronki. — Widziałeś, co tam jest? Tony jedzenia! A oni wychodzą z dwoma bułkami i wodą — powiedział oskarżycielsko.
— No, i? — spytał zniecierpliwiony kocur.
— No i dlaczego nie biorą nas ze sobą? To nie fair! Ja też chcę wybrać jedzenie! — W Mikołaju klębiło się tyle emocji, że nawet się nie zorientował, kiedy stanął na cztery łapy. Zawstydzony rozejrzał się dookoła, spojrzał na Andrzeja, a następnie wrócił do siadu. — I nawet nie wezmą dla mnie ciasteczek… — dodał ciszej.
— Dziwny jesteś — prychnął jego rozmówca. — Kto by chciał tam siedzieć? Pewnie jest głośno i duszno.
— Ale ciasteczka… — westchnął żałośnie.
— W domu cię nie karmią? — gdyby mógł, Andrzej uniósłby brew. Był jednak tylko kotem, więc mógł co najwyżej machnąć ogonem z dezaprobatą. — Zawsze jak rozmawiamy, to gadasz o jedzeniu.
— Ale to ty jesteś gruby — zażartował seter.
— Jestem puszysty — udał obrażonego. — Z resztą, wy, psy, naprawdę jesteście dziwni. Zawsze macie tysiąc problemów, chcecie robić tysiąc rzeczy i… WO!
Urwał wpół zdania i podskoczył wystraszony, z trudem utrzymując równowagę na śliskiej barierce. Zjeżył się, w pełnym syczenie napięciu obserwując wyrywającego się właścicielom borzoja. Pies trzymał w pysku długi patyk, co troszkę przeszkadzało mu w jednoczesnym szczekaniu, a przy tym miał ewidentnie za dużo energii.
Mikołaj na początku również się wystraszył, ale gdy tylko zorientował się, kim jest przybysz, zadowolony zamachał ogonem na powitanie.
— Cześć Krewet! — szczeknął, a Krewet w momencie zapomniał o najeżonym kocurze i zaczął machać ogonem. Andrzej prychnął zniesmaczony.
— Czweezć Mwi-ołaj! — wybełkotał, nadal trzymając w pysku patyk, którym blokował całe przejście. Ku ogromnej uldze dwójki właścicieli, usiadł na chodniku, odpuszczając pogoń za kotem. — Fawny mwam kijjek?
— Kolejny odklejeniec — stwierdził Andrzej, nie korzystając z okazji do opuszczenia rozmowy.
— JAKI ŚWIETNY!!! — Mikołaj uważnie przyjrzał się patykowi, a raczej gałęzi trzymanej przez przyjaciela. — Skąd go masz?
— Z lasu! — dumny z siebie Krewet w końcu odłożył trzymane drzewo na chodnik. — Niosę go cały spacer! Calutki!
— I co z nim zrobisz? — spytał bury kocur tak, jakby borzoj pochwalił mu się najbardziej niepotrzebnym śmieciem. Wysoka barierka, na której siedział, patrząc na psie łby od góry, idealnie odwzorowywała jego stosunek do nich. — Zjesz?
— Położę tam, gdzie moje inne patyki! — odpowiedział z entuzjazmem. — Jestem głodny — dodał.
— Kolejny tylko o jedzeniu — prychnął Andrzej.
Niedługo później byli świadkiem niezwykłej sceny. Koło nich przeszedł człowiek, jedzący zapiekankę, z której na chodnik spadł kawałek szynki. Zanim on sam zdążył się zorientować, w kierunku leżącego mięsa zaczęła pędzić mała, brązowa kulka, testując przy tym długość smyczy. Kiedy w końcu jej krótkie nóżki doprowadziły ją do upatrzonego celu, pochłonęła go w przeciągu sekundy.
— Ci właściciele naprawdę was nie karmią? — spytał kocur, z nutą drwiny w głosie.
Brązowa kulka przydeptała w ich stronę tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to dziesięciocentymetrowe łapki. Usiadła między Mikołajem i Krewetem, wpatrując się w nich wielkimi oczami.
— Cześć, kim jesteś? — przywitał się Mikołaj, starając się brzmieć miło. Nie uzyskał odpowiedzi.
— To jest Szynka — przedstawił przybysza Krewet. — Cześć Szynka!
Szynka jednak nadal nie odpowiedziała. Wlepiła wzrok w borzoja i zaczęła się mu przyglądać. Kiedy przyglądnęła mu się wystarczająco, w ten sam sposób potraktowała pozostałą dwójkę. Nie wyglądała, jakby w tamtym momencie przez jej głowę przeszła nawet jedna, choćby najmniejsza myśl.
— Ona wie, że żyje? — spytał drwiąco Andrzej.


────
[588 słów: Mikołaj otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 3 maja 2026

Od Weroniki CD Niketasa — „Pluszowe misie słuchają Highway to hell”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

Przyjrzała mu się wnikliwie. Może nonszalacko oparł się o drzewo, tak jak wcześniej o framugę drzwi, ale tym razem było inaczej.
— Był dzisiaj jakiś maraton? Trening biegania z workami dookoła placu? — Nie omieszkała nie wypełnić swojej wypowiedzi kąśliwą ironią. — Jesteś taki czerwony.
— Nie jestem pluszakiem, nie ma co na mnie patrzeć, Werrcia. — Uśmiechnął się szerzej. — A gdy delta jest ujemna, to funkcja nie ma miejsca zerowego!
Jedna z brwi Weroniki wystrzeliła na czoło. Nawet ktoś z problemem odczytywania emocji z twarzy od razu rozpoznałby, że to było pytanie. Lekko niedowierzające, ale pytanie.
— Myślałem, że to domek mądrości, liczenia i tak dalej, ale widzę, że się myliłem. Chodzi o to, że… Wiesz co, miałem jakąś elegancką metaforą, ale nie jestem tym typem. Faktem jest to, że nie masz na czym oprzeć tego śledztwa. Tylko się kręcisz głupio, zamiast prosić mądrzejszych o pomoc.
Już miała zareagować, otworzyła nawet usta, żeby coś powiedzieć, ale coś ją tknęło. Zmieniła zdanie i uśmiechnęła się w ripoście.
— W tym momencie przecinasz moje miejsce zerowe. Dlaczego? Myślałam, że cię nie obchodzą bycie detektywem. A tu proszę, jesteś.
— Obchodzi mnie niebycie przydupasem. Odrzuciłaś, lalunia, moja szczodrą propozycję i teraz będę tylko podziwiać twoje próby.
— Rzucasz mi wyzwanie, N-n-n… Natanielu? Nikodemie? — Odparła złośliwie.
Oczywiście, że udawała zamyślenie. Zdążyła go w myślach przeklinać wiele razy, za każdym razem zmieniając inwektywy na coraz bardziej kreatywne. Ciężko, żeby się to imię nie wryło w pamięć.
Poprawił kurtkę. Jeżeli coś go tknęło, to nie dał po sobie tego poznać. Głupie okulary, jak już miał zmarszczyć brwi czy zmrużyć oczy, to nie można było tego tak łatwo zobaczyć. To nie było uczciwe.
— Niee, ależ skąd. Jestem zbyt zajęty, mam swój biznes. Liczę podatki, procenty i wbrew pozorom zajmuje to trochę czasu! — Chełpił się.
Dziewczyna przewróciła oczami, wymijając go i ruszając dalej. Wciąż z pluszakiem u swojego boku. Gdy spacerowała, usłyszała za sobą jego kroki. Odwróciła się, żeby upewnić się, gdzie on jest. Jak na złość, postanowił przyczepić się do niej, jak rzep do psiego ogona. Bezpieczne 2 czy 3 metry za nią. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie fakt, że przeżuwał coś bardzo głośno i rozpraszał jej myśli. Gumę? Prawdopodobnie. Jak nie przeszkadzanie na zebraniach grupowych, to tutaj, a i tak miała pewne podejrzenia, kto ostatnio zepsuł jej spotkanie grupowe.
— Są sprawy, Barbaro Pietrowno, o których nie tylko nie można mówić mądrze, ale o których mówić jest niemądrze. — Mruknęła pod nosem.
Przystanęła nagle, po czym oparła się o drzewo i wrzasnęła na Niketasa, że jest jakimś skończonym imbecylem, że za nią chodzi i ją irytuje, przy okazji niszcząc materiały dowodowe i depcząc po wielkiej spuściźnie wielkich poetów rosyjskich i literatów i innych ważnych ludzi sztuki. Wsunęła kartkę w drzewo, korzystając z dywersji i z tego, że się głupowato uśmiecha w jej generalnym kierunku. Gdy już skończyła swoją tyradę, obróciła się na pięcie, trzepnęła włosami i ruszyła bardzo szybkim krokiem w kierunku obozu.
Zostawiła szczegółowe informacje, ale dla kogoś z jej domku. Była ciekawa, czy Niketas w ogóle zauważył, że to zrobiła, a po drugie, czy w ogóle zrozumie jej treść. Sam fakt, że przyszedł się z nią spotkać, mówił jej tylko jedno. Że jest zainteresowany sprawą. Czy dla samego rozwiązania sprawy, czy żeby ją irytować, nieważne. Pokaże temu dzieciakowi, gdzie jego miejsce.
Tym razem nie słyszała jego kroków. Oddała się myślom, szczególnie o literaturze oraz o tym, że gdzieś ma nagranie z jakiegoś niszowego baletu, podejmującego różne tematy i aspekty, w tym filozoficzne. Było to zdecydowanie przyjemniejsze niż jakieś bawienie się z dzieciaczkami z Obozu. Żeby to jeszcze były te fajniejsze podrostki, którym można jakkolwiek przekazać wiedzę, a nie takie pyskate, z przerośniętym ego, wypierdki Hermesa. Wydawało się jej to jakkolwiek dziwne, ale tęskniła za poprzednim grupowym. Czy domek Hermesa był kiedykolwiek spokojny? Nie. Za to przynajmniej się skupiali na dobrej zabawie. Teraz miała wrażenie, że dzieją się tam dziwne kalkulacje oraz podejrzane transakcje. Nikt jej nie chciał powiedzieć koherentnego, co w trawie piszczy, a to był zawsze pierwszy krok do tego, że coś jest przed nią ukrywane. Już zdążyła przez wiele lat wyczuwać niechęć ludzi do jej osoby, strata tych osób, co pozwalało wyciągnąć jej wnioski i dostrzec jakąś całość. Złożoną ze szczegółów.
Pomyślała złośliwie. „Powodzenia Nikodem”. Treścią kartki w końcu był rządek jego jakże ukochanych cyfr.
„1. e4 d5
2. exd5 Hxd5”
Spojrzała na pluszaka, który cały czas zwisał u jej boku i wyrzuciła go jednym niedbałym ruchem do kosza. A teraz czas się umyć i jutro zaplanuje, co dalej. Ich swoista partia się zaczęła, a Nika miała wrażenie, że zdecydowanie chodzi o honor. Pal już licho te pluszaki, one miały być tylko odskocznią od życia obozowicza, które może nie było nudne, ale czegoś brakowało. Marnowała się mentalnie, nikt nie dorównywał jej w partiach szachowych oraz Chejron coraz częściej prosił ją o krótkie sprawozdania, takie w maksymalnie dziesięciu słowach. Na prywatności powiedział, że docenia jej poetycką wrażliwość, ale czasem trzeba prosto i krótko, szczególnie dla innych grupowych. Cóż, to było miłe z jego strony.
Zerknęła na partię szachową zostawioną przez Maura i się uśmiechnęła lekko, tym razem szczerze i bez cienia sarkazmu. Maur zdecydowanie zrobił dobry krok.


Niketas?
────
[847 słów: Weronika otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]