Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mary On A Cross. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mary On A Cross. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 września 2026

Od Havu CD Judasa — „Mary On A Cross”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Można powiedzieć, że było to bardzo nierozsądne z ich strony, ale czy istnieje na świecie człowiek, który całe życie myślał zanim coś zrobił? W tej sytuacji nad myślami górował tylko głupi impuls. Impuls, który pchał ludzi do dziwnych czynów, takich jak obmacywanie się w korytarzu, prowadzącym do łazienek na imprezie, gdzie ludzie dużo piją i również — dużo sikają.
Za późno zorientowali się, że ktoś otwiera drzwi, a mieli stosunkowo dużo czasu na reakcje, ponieważ drzwi strasznie skrzypiały (szkoda, że takiej drogiej restauracji nie było stać na wd-40), dając im o wiele wcześniej znak.
— Coś się stało? — zapytał mężczyzna, którego Havu trochę kojarzył z wyglądu, ale nie mógł sobie zupełnie przypomnieć skąd.
Nachylony Judas momentalnie się wyprostował. Nie był ani trochę zadowolony, że ktoś im przeszkodzić, ale czego innego mógł się spodziewać? Że ktoś nakryje ich peleryną niewidką i całkiem znikną z widoku?
Havu odchrząknął. Chociaż się zestresował i momentalnie spiął całe ciało, musiał zagrać na czas i odegrać jakąś wiarygodną scenkę zanim mężczyzna sobie coś pomyśli.
— Niestety kolega słabiej się poczuł — odpowiedział. — Potrzebował przemyć twarz zimną wodą, ale nie udało nam się dotrzeć do łazienki.
— Może pomogę? — Uśmiechnął się tamten delikatnie. — Za dużo alkoholu pewnie, co?
Judasa bardzo uraził ten komentarz, ale nic nie odpowiedział, pozwalając się zaprowadzić do łazienki. Gdyby tylko burknął coś pod nosem, to cały wysiłek Havu poszedłby na marne. Jak później się z tego inaczej wytłumaczyć?
— Księża chyba za dużo pić nie mogą, prawda? — dopytywał dalej, a Judas w tym czasie teatralnie ochlapywał sobie twarz wodą.
— Na pewno nie aż tyle — przyznał Havu, chociaż nie znał się zupełnie na obyczajach księży katolickich. Wiedział natomiast, że Judas umiał i często chciał dużo wypić. Nadal miał to głupie nagranie z jakiegoś baru. — Dzięki za pomoc.
— Nie ma sprawy. — Machnął dłonią. — Jonas by mi nie darował, gdybym nie pomógł jego bratu — zaśmiał się szczerze.
Już wiedział, skąd kojarzył tego mężczyznę. Chociaż za długo mu się nie przyglądał, to było niemożliwe, żeby czyjaś twarz mu tak zapadła w pamięci. Znał tych ludzi dobre dwie godziny, jak mógłby zapamiętać zupełnie obcą osobę?
Judas sam wyłączył wodę i z ociągnięciem przetarł dłonią mokrą twarz. Całą grzywkę również miał mokrą i wyglądał trochę jak zbity, smutny pies.
— Super, dzięki — wymamrotał.
— Mam nadzieję, że już jest lepiej.
— Tak, spoko, to po prostu spadek ciśnienia i takie tam. — Judas jeszcze raz przetarł mokrą twarz. — Nie musisz tutaj stać, Adler.
Mężczyzna kiwnął głową.
— Nie ma co się wstydzić. Ja też tak miewam — westchnął. — Cieszę się, że już jest lepiej.
Uśmiechnął się jeszcze raz i wyszedł z łazienki, zostawiając ich razem. Dopiero wtedy Havu rozluźnił spięte ramiona i wypuścił całe powietrze z płuc.
— Może mi trochę opowiesz, kto to był? — zapytał, ale Judas od razu uniknął jego spojrzenia i też wyszedł z łazienki.
Przed drzwiami zebrała się już pierwsza mała kolejka wstawionych ludzi. Najwidoczniej wznoszenie pięć razu toastu nie było najlepszym pomysłem. Picie czystej wódki ogólnie nie jest najlepszym pomysłem nigdy.
Havu poszedł za Judasem i śledził go aż do samego wyjścia. Zatrzymali się dopiero na parkingu restauracji, gdzie nie było nikogo, oprócz nich.
— Co ci jest? — zapytał znowu, już trochę bardziej poirytowany.
Judas nie odpowiedział. Wsunął rękę do marynarki i wyciągnął z niej pogniecione i zmęczone życiem pudełko papierosów.
— Nic, muszę po prostu zapalić. — Wzruszył ramionami.
Było to całkowicie normalne zachowanie, wcale nie tak dziwne, jak to, że stali obydwoje w ciemnościach na parkingu i trochę marzli, bo temperatura dobijała właśnie trzynastu stopni.
— Tak? Tylko to? — Uniósł podejrzliwie brwi.
Judas przez cały czas zachowywał się dziwnie i było to na tyle irytujące, że Havu mógłby go do reszty wieczora wkurwiać i chodzić z tamtą dziewczyną, byleby tylko grać mu na nerwach; ale z jakiegoś powodu się powstrzymał, bo widział, że ta sytuacja i to, że w ogóle tutaj był, nie było dla niego łatwe.
Podszedł bliżej i wyrwał mężczyźnie pudełko z rąk. Judas zareagował zbyt późno (albo miał bardzo opóźnione reakcje) i nie odzyskał już papierosów z powrotem.
— Oddaj mi to.
Havu odwrócił się do niego plecami. Wyciągnął jednego papierosa, wsadził sobie w zęby i podpalił własną zapaliczką, którą zawsze trzymał w kieszeni spodni.
— Powiem ci teraz, co sobie myślę, a ty będziesz słuchać.
Judasowi nigdy nie podobało się takie stawianie mu warunków, ale tym razem na to — z widocznym trudem — przystał.
— Po pierwsze: jesteś strasznie zazdrosnym przegrywem, a po drugie: jesteś jeszcze bardziej żałosny, bo nie potrafisz powiedzieć, że tamten chłop jest facetem twojego własnego brata.
Judas nic nie powiedział, a Havu zacisnął zęby. Poczuł, że może trochę przesadził. W końcu było to „skomplikowane”, a jeśli coś było zapieczętowane tym mianem, to nie mogło być też łatwym tematem do rozmów. Chciał nawet przeprosić, ale Judas w tym momencie zwiesił głowę.
— Mówiłem, że to skomplikowane.
Przewrócił oczami. Nie mógł się spodziewać niczego innego.
— Szczerze, powiedziałbym ci, żebyś mi possał, ale jeszcze wziąłbyś to na serio.
Judas uniósł brew.
— Co?
— Nic.
Obydwoje zamilkli. Zrobiłoby się jeszcze bardziej niezręcznie, ale Judas, nie mogąc już wytrzymać bez śmierdzącego dymu, podszedł z zamiarem odebrania swojej własności. Przez dwie godziny walczył z tą chęcią zapalenia i jeśli teraz wróci do środka bez miligrama nikotyny w żyłach, to zawiśnie pod sufitem (jeszcze nie wiedział, czy on, czy jego brat).
— Mogę? — zapytał, wyciągając dłoń.
— Nie ma jakiegoś przykazania „nie pal“?
— O co ci chodzi?
— W końcu jestem teraz twoim kolegą księdzem, zapomniałeś? — Uśmiechnął się wrednie.
Judas się skrzywił, ale w końcu podszedł jeszcze bliżej. Jeśli zaraz nie zapali, to rozpłynie się w powietrzu. Na dodatek jeśli za chwilę nie wrócą, to ktoś zauważy ich nieobecność i zacznie ich szukać. Szczególnie, że pewnie niedługo na sale wjedzie tort.
Havu schował od razu ręce za plecy. W jednej dłoni wciąż trzymał pudełko papierosów.
— Tylko jeden — poprosił niemal błagalnie.
Trochę zraziło go, w jaki sposób o to prosi, więc mu podał pudełko i poczekał, aż wypali tego śmierdzącego papierosa. Swojego skończył dużo wcześniej, więc stał pod ścianą budynku, obserwując z pewnej odległości mężczyznę.
— Podejdź tutaj — powiedział, kiedy Judas w końcu wrzucił niedopałka do śmieci.
Miało zabrzmieć to bardziej jak prośba, a z jego ust wybrzmiał rozkaz. Kompletnie odwrotne od tego, co chciał osiągnąć.
— Możesz się… tak jakby… pochylić?
Judas był trochę zbyt wysoki, żeby Havu mógł dosięgnąć jego włosów, więc kiedy trochę się nachylił mógł bez problemu poprawić mokre kosmyki mężczyzny. Czując, że znowu są tak blisko siebie momentalnie poczuł nieznośny gorąc w okolicach policzków i uszu. Szczerze, nienawidził, że był taki blady, bo wiele łatwiej było to wszystko zauważyć.
Poprawił także koszulę mężczyzny i krawat, który zdołał się przekrzywić.
— Możemy teraz wracać. — Położył dłonie na barkach Judasa i trochę go od siebie odepchnął.
— Ach? — Wyprostował się zdziwiony (albo bardziej zszokowany, że mógł zostać tak miło potraktowany).
— A żeby ci nie było tak smutno, to mam coś na szczęście. — Odszedł Judasa od tyłu.
Zamachnął się i uderzył Judasa z otwartej dłoni w tylną część ciała. Tylko w taki sposób mógł sobie poradzić ze wcześniejszym napięciem i cholernymi wypiekami na twarzy.

ale ass slap
────
[1144 słowa: Havu otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 1 września 2026

Od Judasa CD Havu — ,,Mary On A Cross”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA


— To trochę skomplikowane.
Havu tylko zamrugał na niego. Widać było po nim, że za moment będzie miał dość tajemnic i zacznie czuć się wykorzystywany, bo w końcu nic dla siebie nie ma z przybycia tutaj, a na dodatek został nazwany cholernym księdzem. Jest zdezorientowany, zagubiony, nikogo nie zna, Judas mu wcale w tym nie pomaga, nawet nie wie, czyja to jest rocznica i boi się, co zacznie sobie myśleć matka księdza — choć jest to irracjonalny, bezsensowny strach, wynikający z tego, że ktoś zacznie poświęcać mu swoją uwagę, że stanie się obiektem zainteresowania.
Pociągnął go do długiego stołu. Usiedli obok siebie, przy pięknym obrusie, wielu przystawkach i kieliszkach czekających na krople alkoholu. Za moment miały zostać rozdane posiłki, ale na ten moment na stole znajdowały się tylko małe przystawki, typu lekka sałatka czy roladki. Havu nie wiedział, co zrobić z rękoma i właściwie całym sobą, dlatego mógł tylko obserwować otoczenie, udając, że wcale najchętniej by nie wyszedł. Nawiązał przypadkiem kontakt wzrokowy z matką mężczyzny, która burknęła coś pod nosem i odeszła, dołączając do rozmawiającej grupki osób.
— Twoja matka chyba cię niezbyt lubi — zaśmiał się Havu, nie zastanawiając się nawet, czy było to odpowiednie.
Syn Formido zbył te słowa milczeniem. A podobno tak mu zależało, aby poszedł z nim, dlatego nie mógł zrozumieć takiego zachowania i tej uciążliwej niedostępności.
— Czekaj… twój brat… — Zmrużył oczy, bezceremonialnie wpatrując się w dwójkę mężczyzn. — Dlatego mi nic nie mówiłeś?
— To skomplikowane.
— Och, to ty jesteś cały skomplikowany. Nie mówiłeś nic o swojej rodzinie.
Już wiedział, o co chodzi. Dwójka ubranych w garnitury mężczyzn śmiała się ze sobą, żwawo o czymś rozmawiając i ukradkiem dotykając swoich dłoni. Dało się szybko poznać, że są ze sobą blisko. Bardzo blisko. Bliżej, niż są bliscy sobie przyjaciele. Havu nie powiedział nic więcej — to nie tak, że był zszokowany czy nie chciał dowierzać, ale jednak informacja o tym w jakiś sposób wpłynęła na jego postrzeganie. Oparł się sztywno o krzesło.
— Ma to coś do czynienia z tym że tak długo nie widziałeś swojej rodziny? — Podjął temat, dość szorstko.
— Nie… raczej — odparł, spuszczając głowę, jakby unikał spojrzeń innych. — Trochę to na to wpłynęło, ale… — westchnął — nie, to nie jest to.
— Już widzę, czemu tak mnie tu potrzebowałeś — parsknął. — Tak bałeś się tu przychodzić sam?
— Dziwisz się? — Z bólem przyznał mu prawdę. — Zacząłem zapominać, jak on wygląda.
W odpowiedzi spuścił głowę. Parę innych osób także przysiadło do długiego stołu — niektórzy zerkali na Judasa i jego osobę towarzyszącą, ale szybko zajmowali się sobą. Ksiądz siedział nieco skulony, nawet nie patrząc na własnego brata, podpierając policzek dłonią, jakby się zasłaniał, ale siedzieli na tyle blisko pary, że nie dało się uniknąć zauważenia go przez Jonasa. Mimo tego albo go rzeczywiście nie spostrzegł, albo udawał, że nie pamięta o jego istnieniu — czy to na pewno on mu wysłał zaproszenie, czy matka? Nie wyglądała na zadowoloną, że go tu widzi, dlatego musiał to być on. Ale jaki był w tym sens, skoro od zawsze tak go nienawidził, gardził nim, mówił wprost, że pragnie, aby Judas poszedł do diabła albo zdechł. Stwierdził w końcu, że najważniejsza jest sama jego obecność i nie ma znaczenia, czy będzie rozmawiał z rodziną, czy nie, choć w sytuacjach takich spotkań był zawsze rozmowny i stawał się centrum uwagi. Bo trudno było nie zwrócić na niego uwagi, na tę charyzmę, wygląd i samą manierę, z którą się porusza i z którą mówi. Tym razem musiał tylko wytrzymać tę parę godzin, aby znowu zniknąć i znowu nie widzieć rodziny na (prawdopodobnie) kolejnych parę lat. Wszystko było tylko formalnością. Udawaniem, że jakkolwiek są jeszcze połączeni, choć jego matka mogłaby temu zaprzeczyć, skoro, jak to zawsze mu wygarniała, Judas ma innego ojca, który ich zostawił i to go przekreśla jako jej syna.
Napili się wytrawnego wina, na którego cierpki smak rudowłosy widocznie się skrzywił. Zakrył usta, gdy półbóg na niego spojrzał. Wniesiono toast, syn Formido coraz bardziej żałował swoich decyzji, chciał stąd wyjść albo przynajmniej zapalić papierosa — ale co, jeśli zauważą jego NIEobecność? Mogłoby to być nieodpowiednie. A co, jeszcze gorsza, ktoś mógłby go zaczepić. Pozostał więc w miejscu, choć ochota na papierosa zaczęła go męczyć, a noga zaczęła niekontrolowanie podskakiwać mu pod stołem, jakby go coś opętało.
Gdy wszyscy zajęci byli rozmowami, skupieni na jego bracie, już miał zamiar złapać Havu za rękę i choćby na chwilę stąd pójść. Nie mógł znieść widoku Jonasa, któremu poświęcano tyle uwagi, a tym bardziej nie chciał łapać z nim kontaktu wzrokowego. W tej chwili jednak zaszła ich od tyłu młoda, śliczna dziewczyna, położyła dłoń na ramieniu Havu i uśmiechnęła się do niego słodko, z zapytaniem, czy wyjdzie z nim na parkiet. Speszony rudowłosy spojrzał najpierw na Judasa, potem na nią, z powrotem na Judasa, ale chyba stwierdził, że nic mu to nie szkodzi i ksiądz został sam ze sobą, na dodatek poddenerwowany jej propozycją i brakiem wsparcia. I nie chodziło tym razem o to, że to nie on dostał taką propozycję.
Nie patrzył na ich dwójkę, a raczej starał się tego nie robić, przez co zgubił ich z pola spojrzenia. Przeczekał chwilę, a potem, wykorzystując zamieszanie i gwar, stanął z krzesła i poszedł szukać Havu, nie będąc w stanie dłużej zdzierżyć tej samotności.
Obawiał się, że ten rozpłynął się w powietrzu, bo przecież tak nietrudno jest spostrzec jego miodowe loki, a po nich nie było ani śladu. Nawet bez tego, wnętrze było w stanie poprowadzić go w stronę drugiego, jakby połączeni byli niewidzialną nicią, ale tym razem ta się zerwała i prawie jak zagubione w markecie dziecko rozglądał się wokół, szukając mężczyzny. Musiało minąć kilka trudnych minut, nim go znalazł w towarzystwie tej kobiety, która zaprosiła go do tańca. Nie zastanawiając się, co ktoś może pomyśleć, po prostu złapał go za ramię i wyprowadził od ludzi, zabierając w bardziej przestronne, cichsze miejsce, w którym on sam mógł odetchnąć. Oparł się o przeciwległą do rudowłosego ścianę, wzdychając głośno.
— Co jest? Wszystko w porządku? — spytał o to, jakby właśnie go nie zostawił na pastwę losu.
— Nie sądziłem, że potrafię czuć się wyczerpany ludźmi — powiedział, na co Havu parsknął i uśmiechnął się miękko, pomimo widocznym na twarzy Judasa grymasie.
— Wystraszyłeś się, że cię tam zostawię?
Nie wiedział, czy się wystraszył, czy po prostu poczuł zazdrosny — ale i tak dopiero poczuł, jak spięty wtedy był, gdy odzyskał Havu. Ścisnął talię mężczyzny, przyciągając go do siebie tak, że nie zostało między nimi ani milimetra odległości. Rudowłosy odwrócił od niego wzrok, bacznie obserwując otoczenie.
— Nie wiem, jak się w tej sytuacji czujesz — przyznał szczerze.
— Nie musisz.
— Może powinienem.
Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale Judas go uciszył, łącząc ich usta w lekkim pocałunku. Zawahanie ze strony Havu zostało szybko rozwiane przez drugiego mężczyznę, który bardziej przycisnął go do siebie, nie chcąc puszać — co, jak znowu mu zniknie? Poczuł, jak ciepło z jego ciała przechodzi na niego i aż oblał go strach, że znowu, jak to Havu miał w zwyczaju nie raz robić, odsunie się i zostawi go zziębniętego.
— Masz zamiar z nimi rozmawiać? — spytał jednak, a mężczyzna pocałował go w brodę.
Nie odpowiedział, a zachłanne usta zeszły niżej, przez co uwięzionego w uścisku mężczyznę oblazły gorące drgawki. Byli w na tyle ustronnym miejscu, że trudno byłoby ich zauważyć, ale nadal było ryzyko, że ktoś może ich zauważyć, idąc, chociażby, do toalety obok. Judasowi to wręcz nie przeszkadzało, a nawet przeciwnie, chciał poczuć ten dreszcz lekkiej adrenaliny i najwyraźniej Havu odczuwał to samo, bo odwzajemnił dotyk księdza, wypuszczając przy tym powietrze z płuc, delektując się tym, jak mokre wargi dotykają jego szyi.
Zagłębił twarz w ramieniu Havu, a niechlujnie ułożone włosy połaskotały tego w skórę.

 
Havu?
────
[1249 słów: Judas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 6 sierpnia 2026

Od Havu CD Judasa — „Mary On A Cross”

Poprzednie opowiadanie

Najrozsądniej byłoby odmówić i nie pchać się gdzieś, gdzie nie jest się mile widzianym (przynajmniej tak mu się wydawało), ale z jakiegoś powodu przez myśl przeszło mu, że to rzeczywiście może być trochę zabawne, jeśli pominiemy ewentualną niezręczność. Na dodatek Judas przez cały czas zaciskał usta, odwracał wzrok i nerwowo poprawiał się na siedzeniu, jakby naprawdę bardzo mu zależało na tej „imprezie” rodzinnej.
— Zapłacisz mi za to? — zapytał co prawda żartobliwie, ale mężczyzna w tej sytuacji nie wyczuł żartu i pokiwał głową.
— Jeśli tego chcesz.
— Żartowałem — poprawił się od razu. — Mogę z tobą tam pojechać.
Judas chwilę nic nie mówił, a Havu się trochę zmartwił.
— Okej.
Spodziewał się trochę większej… ekscytacji, ale najwyraźniej dla Judasa też było to trochę niekomfortowe. Nie chciał nawet więc pytać o szczegóły tego całego spotkania rodzinnego, bo zrobiłoby się jeszcze bardziej niezręcznie. O wiele lepiej piło się szejka w luźniejszej atmosferze.
 
Nawet nie wiedział, jak powinien się ubrać, bo Judas dał mu tylko wskazówkę, że powinien wyglądać „ładnie”. Może był trochę zbyt ograniczony, bo wyglądać ładnie, to było dla niego narzucenie na siebie koszulki z ulubionym zespołem albo założenie zwykłej czarnej koszuli. Ewentualnie też dobranie jakichś czarnych eleganckich spodni, żeby nie wyglądać jak skończony wieśniak.
Dopiero jakieś dwie godziny przed wyjściem Judas postanowił sprecyzować swoje słowa i wspomnieć coś o graniturze, czego Havu nie posiadał w swojej szafie. Koszule miał, spodnie miał, krawat też miał, ale jakaś ładna marynarka? Może kiedyś takie coś trzymał w domu, ale musiał się tego pozbyć.
Ostatecznie ubrał się tak, jak uważał, że wygląda dobrze, uznając, że ma to trochę w dupie. Nie, że miał w dupie Judasa. Miał w dupie standardy ubierania się na imprezy rodzinne w garnitury. Kto to w ogóle wymyślił? Ustanowiono jakieś prawo zakazujące ubierać się inaczej?
— A gdzie my w ogóle jedziemy? — zapytał od razu, kiedy się zobaczyli. To było dosyć kluczowe pytanie, którego wcześniej nie zadał. Zaraz się okaże, że spędzi w samochodzie milion godzin i zdąży zniszczyć sobie fryzurę, którą układał w domu dobre dwadzieścia minut.
— Do San Diego.
— Czemu ty mi nie mówisz takich rzeczy? — jęknął, rozłożywszy ręce. — Mam z tobą siedzieć przez jakieś dziesięć godzin?
— Przeszkadza ci to? — Trochę zmarniał na twarzy. Dorosły chłop, a zachowywał się czasami jak skrzywdzony przez życie nastolatek. — Pomyślałem, że przynajmniej będziemy mieć trochę czasu dla siebie.
— Zdajesz sobie sprawę, że widziałem cię wczoraj i jeszcze przedwczoraj?
Zechciał się z nim trochę podroczyć, ale Judas nie miał humoru. W ogóle. Był cały zmarnowany na twarzy i wyglądał tak, jakby nie chciał tam jechać za żadne skarby.
— Czy ty w ogóle lubisz swoją rodzinę? — zapytał, opamiętując się na moment. Postanowił spoważnieć na pięć minut.
— Nie. — Wzruszył ramionami.
— To musisz tam jechać?
— Jadę pierwszy raz od chyba dziesięciu lat, a co?
Ze zdziwienia aż nie wiedział, co odpowiedzieć. Skoro nie jeździł od lat na te imprezy, to dlaczego postanowił pojechać teraz?
— To jakieś specjalne święto?
— Powiedzmy — mruknął pod nosem. Zazwyczaj był bardziej rozmowny, ale kiedy temat schodził na jego rodziców, to się w sobie zamykał i odpowiadał zdawkowo. — W każdym razie dobrze, że jedziesz ze mną.
Havu w odpowiedzi uśmiechnął się delikatnie, po czym znowu — chyba setny raz — poprawił włosy. Całą drogę przesiedział, patrząc w okno i zastanawiając się, co teraz robi Vincent, bo nie widział chłopaka od dłuższego czasu. Potem, im bliżej San Diego byli, zaczął się martwić tym rzekomym spotkaniem rodzinnym. Judas również widocznie się spinał. W ostatniej chwili chciał nawet zaproponować, żeby tam nie szli i pojechali w drugą stronę, może do Las Vegas, i wydali większość swoich wypłat na hazard. Byłoby to całkiem zabawne, prawda?
Było już jednak za późno na zmianę planu, bo dojechali do jakiejś okropnej restauracji. Z zewnątrz wyglądała na miejsce dla starych bogatych bab, które na emeryturze nie miały co robić ze swoimi oszczędnościami, więc wszystko wydawały na zbyt drogie dania o przeciętnym smaku.
— Ile osób będzie? — spytał, po wyjściu na zewnątrz. Rozejrzał się na boki, ale nie widział nikogo oprócz nich. Chyba będzie mu trochę głupio, jeśli jedyni są spóźnieni.
— Niewiele. — Judas poprawił przekrzywiony krawat. — Chyba pięćdziesiąt.
— To jest niewiele? — przeraził się. — Z jakiej okazji to w ogóle wyprawiają?
Zadawał coraz więcej pytań, a Judas przestał na nie odpowiadać. Podeszli razem do drzwi wejściowych i weszli do środka dopiero po jakimś czasie (jak obydwoje wypalili po papierosie). Oczy wszystkich zgromadzonych skierowały się na ich dwójkę. Havu niezręcznie się uśmiechnął. Nawet nie wiedział, na kogo patrzył, bo naturalnie nie znał… nikogo.
Judas odchrząknął i się przywitał.
— Kto to jest? — Starsza kobieta podniosła się z krzesła i podeszła do nich. Miała na sobie długą, złotą sukienkę, a włosy spięte błyszczącymi klamrami. Jeśli była to matka Judasa, to zdecydowanie pasowała do opisu pań na emeryturze, które nie miały co robić z pieniędzmi.
— To mój przyjaciel — zaczął Judas, a Havu czuł, że powoli zaczyna robić mu się słabo. — Pracujemy razem w parafii. Również jest księdzem.
Teraz to już zdecydowanie zaraz zemdleje.
— Och. — Kobieta nawet się nie uśmiechnęła. — Czyli rozumiem, że to jest twoja osoba towarzysząca?
— Coś nie tak? — odpowiedział pytaniem na pytanie.
Kobieta nie spuściła wzroku. Trochę przerażające było to, jak obydwoje mierzyli się spojrzeniami. Ciężko byłoby komukolwiek innemu to wytrzymać.
— Nie widziałam cię kilka lat — wytknęła nagle dość istotny fakt, o którym wcześniej Judas też powiedział Havu. — Ale dobrze, synu, baw się dobrze. To w końcu rocznica ślubu twojego brata.
Havu dopiero wtedy dowiedział się, z jakiej okazji się tutaj znajdują. Nie widział jednak żadnej panny młodej w tłumie tych ludzi. Zamiast tego dostrzegł dwóch mężczyzn, siedzących przy stoliku, który zajmowała matka Judasa.
— Gdzie jest… żona twojego brata? — szepnął do Judasa.

czuję tę niezręczność lol
────
[919 słów: Havu otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 2 sierpnia 2026

Od Judasa do Havu — ,,Mary On A Cross”

Oczywiście, że nie mogło być zbyt długo spokojnie.
Judas zdążył zapomnieć, że gdy życie wydaje się w pewnej chwili piękne, to zaraz przyjdzie tornado, które zmiecie wszystko to z powierzchni ziemi. Z drugiej strony, mógł zacząć patrzeć na świat przez różowe okulary, bo już nie miewał problemów ze znikającym dzieckiem, potworami goniącymi go po uliczkach san Francisco czy próbującym zabić go mężczyzną (półbogiem) z piłą łańcuchową. Nawet nie napotykały go żadne sytuacje związane ze zmarłymi, a to już było coś. Mógłby polecieć na wakacje, rozłożyć się na hamaku w jakimś ciepłym kraju z książką i zapomnieć o wszystkim, co go otacza, bo w końcu zaczął mieć spokojny żywot (może to była kwestia tego, w jakim wieku już jest).
Havu nie spędzał z nim aż tyle czasu, jakby on chciał, ale może była to kwestia tego, że bywał w pracy po kilkanaście godzin, a nie mógł zakazać mu pracować. Denerwował się, gdy nie widywali się codziennie, a sama myśl o tym, że nie wie, co robi mężczyzna, doprowadzała go do szału. Dopiero gdy był z nim, galopujące myśli się zatrzymywały, napięcie z niego spływało jak gorąca woda — w innym razie tylko czekał, aż znowu się zobaczą i nawet udzielając mszy, zdecydowanie nie skupiał się na jej treści. Czy był zdradliwy wobec swojego Pana? Może trochę. A może bardzo. W końcu postawił tego mężczyznę ponad wszystko, nawet ponad własne życie i zrobiłby wszystko, co jest w stanie, aby zatrzymać go przy sobie.
Przychodził do niego z kwiatami, ze słodkościami, a Havu uśmiechał się, odbierał prezent i czasem nawet się czerwienił i całował w polik. Zdarzyło się im parę razy wyjść, na kawę czy na piwo, po którym wracali do domu jednego z nich i zaczynali się całować, a nawet dotykać, ale nie dochodziło do niczego więcej, bo rudowłosy w porę się opamiętywał, gwałtownie odpychał drugiego i po długim prysznicu szedł spać. Ale to wszystko było okej, choć Judas coraz bardziej się frustrował i powstrzymywał przed wybuchem. Tak samo wtedy, gdy Havu odmawiał mu spotkań albo wychodził z kimś innym. Nienawidził czuć się odrzucony — miał wrażenie, że nie jest dla niego aż tak ważny i ta myśl siedziała mu nieustannie z tyłu głowy. Zdarzyło się, że ksiądz obraził się na niego na parę dni, nagle się denerwował i zmieniał kompletnie humor, krzyknął w twarz albo wypowiedział dużo niemiłych słów. Nie powinien taki być, prawda? Ale to chyba było normalne, co nie? To normalne w każdej relacji. To normalne w przyjaźni, szczególnie tak długiej i głębokiej.
Poszli razem do sklepów, a potem coś zjeść. Usiedli przy stoliku na uboczu, nie odzywając się do siebie w pierwszej chwili. Havu siorbał swojego shake’a, patrząc na innych ludzi. Wyglądał w ostatnich dniach, jakby nie czesał się od miesiąca i nie chciało mu się ubierać w nic wytwornego. Judas nie pytał o to. Nie pytał też o swoje podejrzenie, że rudowłosy trochę schudł i wydawał się jeszcze bardziej blady niż zwykle, a o to było i tak dość trudno.
— Wiesz co — zaczął — mam zaproszenie i chcę, żebyś poszedł ze mną.
— Gdzie?
— Eee… tak jakby — westchnął. — Poznasz moją rodzinę. Powiedzmy.
— Że. Co.
Zdębiał, otwierając szeroko oczy.
— Może nie, że poznasz… Znaczy, w pewnym sensie tak. — Uśmiechnął się niezręcznie. — Ale nie w takim sensie, jakim myślisz.
Czuł się durnie i przebierał pod stolikiem nogami. Nie wiedział nawet, jak brzmią takie słowa wypowiedziane z jego ust i co może czuć Havu — pewne było, że nie wyglądał na chętnego. Czekał, aż Judas powie coś więcej, ale ten tylko wykrzywiał dalej wargi, oczekując na jego kolejną reakcję.
— Ale po co, mam tam być, do cholery?
— Moja rodzina wyprawia… coś.
— I czemu ja mam tam być? — wypalił z parsknięciem.
— A nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Dla zabawy. Nie chcesz najeść się i napić za darmo?
— Nie wiem, czy w takich warunkach — odparł. — I jako kto tam będę? Bo chyba nie twój…
Zamilkł. Po krótkiej ciszy odwrócił głowę i podparł ją o dłoń.
— Powiedzmy, że to skomplikowane.
Stwierdził to, jakby właśnie ustawił taki status ich związku na facebooku, a jednak te słowa były dość jednoznaczne. Gdy mężczyzna przychodzi jako osoba towarzysząca drugiego mężczyzny na jakiekolwiek spotkanie rodzinne osób, których ten w ogóle nie zna, raczej rzadko się myśli, że to tylko kolega. Bo kto, jako osoba płci męskiej, zabiera zwykłego kolegę ot tak na wydarzenia, typu, przykładowo, wesele? Jeśli z nim pójdzie, osoby tam mogą w pierwszej chwili pomyśleć, że są kimś więcej, niż tylko kolegami.
— Myślałem, że nie masz kontaktu z rodziną.
Zmarszczył się i westchnął, jakby Havu właśnie go obraził. Nie mogąc znaleźć w sobie słów na to, zamilkł i znowu poczuł, że spotyka się z odrzuceniem, że drugi mężczyzna nie chce się z nim pokazywać, choć było to absurdalne, bo miał prawo po prostu nie chcieć widzieć jego rodziny. Ta propozycja sama w sobie była przecież absurdalna. Zdusił w sobie emocje, wytykając sobie w duszy własny anty-racjonalizm.
— Nie mam. Sądzą, że wypada mnie zapraszać na imprezy.
Pokiwał głową w odpowiedzi, a Judas poczuł się głupio, że przeszło mu przez głowę, aby zapraszać Havu. Jednak czułby się jeszcze bardziej głupio, idąc tam samemu, siedząc samemu ze swoimi rodzicami i bratem, starając się nie zabić ich spojrzeniem. Jakiekolwiek towarzystwo mu się przyda, a nie ma nikogo innego, kogo mógłby zabrać. Może myślał egoistycznie (to było bardzo… prawdopodobne).

 
Havu?
────
[872 słowa: Judas otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]