poniedziałek, 30 marca 2026

Od Quinn — „Denial is a river...”

Od zerwania z Ashley, oczywiście przez Keitha Quinn czuło dziwny niepokój, jakby jakiś potwór non stop ich obserwował, czekając tylko na niewłaściwy ruch. Szybko jednak okazało się, że to po prostu paranoja Quinn i po prostu Ashley posyła im mordercze spojrzenia z drugiego końca obozu a jej oczy są wypełnione kurwikami.
— Wiesz, co bym zjadł? — mruknął Keith, gryzmoląc w swoim notatniku. Kątem oka Quinn dostrzegło krzywe, pisane różowym markerem „DROGI PAMIĘTNICZKU”. Może on też powinien zacząć prowadzić pamiętnik? Takie miejsce, gdzie może wyrzucić swoje emocje, zamiast znowu wysadzać kibel.
Bo przecież ile można.
— Nie wiem. Na pewno przyda ci się zjeść trochę rozumu — bąknął, gapiąc się w chmury. Blastoise znowu krzyczał, że jest głodny. Zaraz go nakarmi, na jeszcze chwilę.
Życie było jakieś takie piękniejsze.
— Po pierwsze — to było niemiłe. Po drugie pierdol się Quinn — Keith zmarszczył nos niezadowolony. — Po trzecie… kebaba stary. Moja cudowna rodzicielka zbajerowała kiedyś typa w takiej jednej budce. Mówię ci, desperat kurwa. W każdym razie, okręciła go sobie wokół palca i zawsze dawał nam ekstra porcje mięsa. I na bogów, Quinn, żałuj, że nie jadłeś tego sosu czosnkowego. Orgazm w buzi. Mówię ci. Najlepszy sos czosnkowy, mówię ci. A jak jeszcze się ugryzło i trafiłeś na kawałek ogóreczka, pomidorka, innych warzywek i taki kawałek mięska, który jest jednocześnie przypieczony i soczysty….
— Cóż, nie brzmi tak źle — mruknęło, jakoś nie popierało fantazji kumpla. Może dlatego, że niedawno jedli.
— Tylko wiesz, nie radzę całować ci się wtedy z Ash bo z mordy będzie walić ci czosnkiem. Chociaż Ash może uznać to za zaletę, skoro nie przeszkadza im twój smród.
— Otrzymałeś ty kiedyś groźby śmierci?
No kurwa, debil. Quinn podniosło się do siadu
— Parę razy, słoneczko. Wysil się na coś kreatywnego
— A tak poza tym to Ash mi się nie podoba, ani trochę! — dodali zaraz, trochę ciszej i mniej ostro, niż mieli zamiar.
— Taaaaa a mi tu czołg jedzie — Keith otworzył szerzej oczy, pokazując na nie palcem. — Ślinisz się na nich gorzej, niż kundel pod budą z kebabem. Żyjesz w takim wyparciu, że to aż smutne.
Okej, przesadził frajer. Może i Quinn było w stanie żartować z naprawdę WIELU rzeczy, tak jednak temat ich uczuć do Ash był nadal… cóż, mówiąc, że drażliwy, to jak nic nie powiedzieć. Fuknęło, zabierając leżące na trawie tamagotchi, zwijając się z miejsca szybciej, niż Keith zdążył cokolwiek powiedzieć.


────
[386 słów: Quinn otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

Od Ishy CD Raine — „Bonding moment na stacji benzynowej”

Poprzednie opowiadanie

Uparła się jak osioł, a kiedy Isha uprze się jak osioł to baardzo ciężko jej cokolwiek wyperswadować. Dlatego też, z zawzięciem godnym pięciolatka, który próbuje udowodnić pani, że umie stanąć na rękach, dzierżyła łyżkę w dłoni niczym prawdziwy oręż. Ewentualnie narzędzie tortur.
Oba określenia wybitnie dopasowywały się w ten obraz nędzy i rozpaczy. Łyżka za łyżką, starała się nie myśleć zbyt wiele, do pomocy zatkała nos, licząc, że cokolwiek to da. Jednocześnie próbowała nie roześmiać się w duchu, bo haha żart dla dorosłych o połykaniu. I tak, na litość przodków, bawiło ją to zdecydowanie bardziej, niż powinno, jakby znowu była gówniarą, która ledwie skończyła piętnaście lat i odkryła, co to jest pomarańczowy youtube.
— Jakby moja nonna zobaczyła te rzygi szatana, to by chyba dołączyła do dziadka w zaświatach — stwierdziła sucho, przecierając twarz. Czy właśnie zaczynało robić się jej kwaśno w buzi? A i owszem. Czy miała zamiar puścić bełta z powrotem do miski, w której pływało jeszcze trochę tych pomyj? Kurde, ciężko stwierdzić. Z jednej strony była w stanie to zrobić no ale z drugiej… wstyd trochę.
Przypał.
Nawet bardzo.
Może gdyby jedli to w plenerze to by znalazła jakiegoś krzaczora, no a tak to wstyd, jak jasna cholera. Nie będzie przecież robić chlewu w knajpie, nawet jeśli jej zdaniem to miejsce śmierdziało starym olejem i odświeżaczem o zapachu lawendy.
Duch walki szybko jednak z niej wyparował, gdy tylko jej się odbiło, a zawartość żołądka cofnęła się, chcąc wrócić tam, skąd przyszła. Nie-e. Nie ma, koniec.
— Wiesz co? Ja chyba podziękuję. Nie chcę spędzić całą noc, przytulając białą porcelanę — stęknęła zbolała, odkładając pokonaną łyżkę i odsuwając od siebie praktycznie pełną miskę. — Swoją drogą, skoroś taki mądry, to dlaczego samemu nie jesz? — uniosła brew ku górze, lustrując Raine.
— Ja? Cóż… jadłem! Już wcześniej.
Pokiwała głową, odpuszczając temat.
No tak, oczywiście, że jadł wcześniej.

**
Oparła się o stół, rozpościerając ręce. Obok niej na talerzyku stała beza z owocami, bitą śmietaną i malinowym musem. Dobra, taka nie za słodka, chociaż Isha zdecydowanie wolała słodsze rzeczy, takie na poziomie „dopadnie cię próchnica pięć pokoleń do przodu”.
— Więc, generalnie te jakieś czterysta milionów lat temu, jak jeszcze nie było drzew to rosły sobie takie- no — wzięła od raine kawałek papieru, na którym nagryzmolił wcześniej grzyba, odwracając na drugą stronę. — Tak, wiem, że wygląda jak wibrator, ale artystką nie jestem. — bąknęła, łypiąc na Raine spode łba.
— No, w każdym razie. Ostatnio czytałam, że to ponoć nie były wcale grzyby a jakieś nowe organizmy, które nie są naukowcom znane. ALE! Wyobraź sobie, taka wielka, wielgachna sowa czy borowik szlachetny. I to nie taki na metr a na całe osiem!
Oczy Raine zalśniły, jakby właśnie zobaczył największy prezent pod choinką ze swoim imieniem, ewentualnie dowiedział się, że kupiony los na loterię wygrał osiem milionów dolców. Cóż, było to dosyć zabawne, ale i jednocześnie miłe, nie bardzo pamiętała, kiedy ostatnio ktoś chętnie słuchał jej gadania o prehistorycznych stworach.
— O kurde, skąd ty wiesz takie rzeczy? — zapytał, pochylając się nad stołem, jakby właśnie prowadzili dyskusję na temat tego, w jakiej dzielnicy zacząć sprzedawać bimber albo cukier puder.
— Mam obsesję na punkcie dinozaurów i jakoś tak wyszło przy okazji. — wzruszyła ramionami — Słuchaj, moja propozycja jest taka, skoro ta grzybowa to było gówno totalne i prawie wywołało u mnie odruch wymiotny, bo żałuję, że się urodziłam już od dawna… — wzięła głęboki wdech, czasem zapominała, że oddychanie to bardzo ważna rzecz. — Wracając, moja propozycja jest taka, że zrobię ci grzybową, ale taką prawdziwą. Z borowikami, podgrzybkami… a nie jakieś sztuczne gówno. No i będzie bez rozgotowanego makaronu oraz ziemniaków. Deal?
Raine przechylił głowę niczym szczeniak.
— Zapraszasz mnie do siebie?
Isha zmarszczyła brwi, parskając śmiechem.
— Co ty, nigdy w życiu — fuknęła, nim zdała sobie sprawę, że brzmiała zbyt ostro. Zbyt niemiło i zbyt odpychająco. — W sensie wiesz gościu, niedawno cię poznałam. Nie mówię, że jesteś jakimś psychopatą, bo wydajesz się okej, ale wybacz, nie wpuszczam ludzi tak randomowo do mieszkania. Możemy się znowu spotkać na jakąś kawę. Albo na wycieczkę do muzeum. Przyniosę ci wtedy zupę w słoiczku, nawet wstążką ci owinę — wyciągnęła dłoń w jego stronę.
— To co, mamy deal?
Mimo wszystko uśmiechnęła się lekko, choć sama się sobie dziwiła tej decyzji. Otwieranie się na innych nie było czymś, co przychodziło jej łatwo. No ale może warto było spróbować.


Raine?
────
[707 słów: Isha otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

— Jaja? Jajami chcesz trumnę przetransportować? — prycha teraz Ricky, zaaferowany pomysłem o doczepieniu kółek. Chociaż pomysł Kuźmy, geniusz właściwy komuś takiemu jak on, na pewno wpadła na niego dzięki jego niesamowitemu wpływowi, można więc ten pomysł właściwie nazwać połowicznie należącym do merwkurwiaka. Albo przynajmniej w 1/4, co jest wystarczającą i zadowalającą liczbą dla młodego chemika, przecież nawet roztwór o takim stężeniu jest silny, nie można więc i tu umniejszać jego roli.
— Idioto, zatrzymaj się! — coś w tym stylu pewnie by usłyszał Ricky, gdyby nie kręcił się w karuzeli samochwalenia dalej w kółko, wznosząc się coraz wyżej. Ale zachwyt nad własnym geniuszem przejął go zupełnie, aż nie tylko metaforycznie, ale też dosłownie wzleciał - po potknięciu się o wystający z ziemi kamień, jakie to symboliczne, rzeczywistość nadająca siłę do lotu, a potem podcinająca skrzydła uzdolnionemu odkrywcy.
To nieco otrzeźwiło Rickiego, dało przestrzeń do namysłu, kiedy rozcierał guz na czole. W bólu musiał przyznać, że chociażby prędkość, z którą spieszył do zrealizowania pomysłu o dzieciach Wulkana, była nieodpowiednia. Kuźma najpierw zaśmiała się, kiedy niczego się nie spodziewający syn Merkurego zaliczył glebę, potem się zmartwiła, ale potem dalej się śmiała, kiedy się upewniła, że będzie żył. Myślała pewnie też, że to zdarzenie nieco go przystopuje, i może skłoni do nieco bardziej racjonalnego osądu sytuacji? Rzecz jednak jest o Rickym, także było to mało wątpliwe. Otrzepał kurz z koszulki w skarpetki w krewetki, upewnił się, że na pewno ma tyle samo zębów, ile dziś rano naliczył i wstał.
— Na pewno wszystko w porządku? Może chcesz wrócić do infirmerii? — powiedziała nagle Kuźma.
Te słowa podziałały na niego jak kubeł zimnej wody, i wyrwał się w końcu z pozycji pępka świata.
— Infi… rme… rii? — przeciągnął sylaby, jak by to miało fizycznie zwiększyć dystans od tego strasznego miejsca, które już dobrodusznie i w szczerej nadziei zepchnął w otchłań zapomnienia.
— Infirmerii — piętnastolatka bezlitośnie delektowała się tym słowem.
Ricky postąpił więc jak na prawdziwego mężczyznę przystało. Podciągnął spodnie, bo trochę mu opadły i było widać bokserki z Garfieldem, zacisnął zęby, aż zazgrzytały, odwrócił się i szedł dalej, na tyle szybko, na ile stłuczony palec u stopy mu pozwalał. Nie byli już tak daleko od warsztatów zajmowanych przez dzieciaki Wulkana. Merwkurwiak potarł jeszcze raz czoło, jakby dotyk jego obgryzionych paznokci i częściowo wyżartego, pobliźnionego różnymi substancjami naskórka miał zdziałać cuda. Upadek wytrącił go nieco z równowagi, a Kuźma jeszcze tą infirmerią… wiedział, że boi się ciemności, ale do dziś nie był świadomy swojego przerażenia instytucjami medycznymi. I nie chciał się dowiadywać, jaki strach może odczuwać, patrząc na zwykłą strzykawkę, którą normalnie wstrzykiwał by coś do…. czegoś? robiąc coś? jakiś eksperyment, ważny, a przede wszystkim, przyjemny? Coś takiego nie powinno służyć jako narzędzie tortur! Aż zadrżał, ale przełknął dzielnie ślinę i wszedł przez drzwi garażowe do nieco ocienionego wnętrza warsztatu.
— Halo! — starał się przekrzyczeć wizg wiertarki. Jednak kiedy ta się wyłączyła, ktoś inny zaczął coś spawać. Przez moment pozostał niezauważony, aż nie szturchnął kogoś swoim brelokiem Waltera White'a w pośladek. Wtedy do dźwięków, razem ze stukami młotka. dołączyły się jego krzyki. Dla półgłuchego merwkurwiaka nie czyniło różnicy natężenie hałasu, i tak ledwo co słyszał, musiał więc wyczytać „To ty? Wypierdalaj, zanim coś wybuchniesz!” z ruchu jego warg.


Kuźma?
────
[526 słów: Ricky otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Filemona — „Just another day”

Alayah była typem nieznośnego ekstrawertyka. Wszędzie było jej pełno i wszędzie chciałaby pójść. Filemon już od najmłodszych lat przestał za nią nadążać, ale dzisiaj był już do granic możliwości wyczerpany. To kolejny sklep, do którego weszli tylko po to, by Alayah mogła sobie ponarzekać na ceny, nie dając bratu nawet dojść do głosu. Plusem było to, że Filemon nie musiał targać ze sobą dziesięciu toreb, martwiąc się, czy udźwignie jeszcze kolejne pięć.
Alayah zatrzymała się dopiero przed budką z lodami. Było dzisiaj ciepło, jak na to, że znajdowali się w San Francisco. Dziewczyna otarła pot z czoła i uśmiechnęła się do brata.
— Przerwa.
Filemon w duchu odetchnął. Przez ostatnią godzinę latał za siostrą — nawet mając długie nogi ledwo, mógł ją dogonić.
Alayah wzięła sobie lody truskawkowe, a Filemonowi podała coś, co nazwała „smakiem niespodzianką”. Czymkolwiek był ten „smak niespodzianka”, Filemon trochę się obawiał i nie spróbował od razu.
— Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz — zaśmiała się. — No, dalej, nie bój się.
Filemon się bał, bo znał swoją siostrę na wylot. Wiedział, że albo zamówiła mu coś najpyszniejszego na świecie, albo coś najobrzydliwszego w mieście. Nigdy nic pomiędzy. Alayah cechowały skrajności.
Postanowił w końcu spróbować tego wynalazku i pozytywnie się zaskoczył — siostra wzięła mu loda o smaku jakiegoś sernika, może nowojorskiego, a nie o smaku mięty, której szczerze nienawidził.
— Dzisiaj jesteś dla mnie łaskawa — zauważył, bo Alayah od dzieciaka wolała bawić się w pranki.
— To za to, że zgodziłeś się ze mną spotkać.
— Z własną siostrą zawsze mam czas, żeby się spotkać.
Alayah chyba była ostatnią osobą, z którą Filemon mógł się spotykać. Ze wszystkimi innymi łączyły go jedynie więzi pracownicze albo więzi bingo-podobne, bo przecież chodził ze starszymi paniami na bingo.
Po tym dniu Filemon wziął na siebie odprowadzenie Alayah na busa, bo dziewczyna mieszkała w miejscowości oddalonej o około osiemdziesiąt kilometrów od San Francisco. Całą drogę słuchał jej narzekania na matkę i pracę, w której musiała użerać się z nieznośnymi klientami. Cóż, mógł się tylko zgadzać, bo też nienawidził zarówno matki, jak i swojej pracy.
Pożegnali się chwilę przed osiemnastą. Filemon zaplanował sobie na resztę dnia odpoczynek i święty spokój, ale droga powrotna do mieszkania okazała się niesamowicie niełaskawa. Pierwsze, co zobaczył, to wielkiego stwora, a potem uciekającego przed nim dzieciaka. Miał może trzynaście lat, może właśnie miał skończyć czternaście. Nie potrafił tego ocenić, ale w każdym razie był dosyć młody i trochę zdziwiło mężczyznę, że pozwalają takich bachorom biegać po mieście bez odpowiedniego treningu. W końcu rzekomy półbóg dzierżył w jednej dłoni miecz.
Stanął i obserwował sytuację przez minutę. Nie czuł potrzeby, żeby mu pomóc. Odciął się od tego życia. Od tych wszystkich potworów, smaku krwi i okropnego smrodu, którego nie dało się z siebie zmyć po takiej walce przez następny tydzień. Mógł tylko życzyć smarkaczowi szczęścia. Życie półboga nigdy nie jest długie i w większości przypadkach kończy się nagłą, brutalną śmiercią. Może ten dzieciak już miał zapisany swój los i powinien umrzeć dzisiaj, o tej godzinie. Nie mieszał się w to.
Do domu wracał w akompaniamencie trzasku metalu, krzyków dzieciaka i ryku potwora. Domyślał się, jak to starcie się potoczyło i kto odniósł zwycięstwo. Czasem tak bywa.

────
[521 słów: Filemon otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Edgar CD Artema — „I Want You To Know That I'm Awake”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Wiedziałom, że teraz Oriana prawdopodobnie jeszcze bardziej znienawidzi Artema. Była już wystarczająco niezadowolona za każdym razem, gdy pojawiał się w naszym domu i za nic nie mogła się do niego przekonać, nieważne co powiedziałom na temat jego i naszej relacji. Nie wierzyła, gdy mówiłom jej, że jest z nami lepiej i że mężczyzna nie jest niczemu winien. Wykiełkowała się w niej zawiść, przez którą twierdziła, iż czuje od Artema negatywną, złą energię i zalecała mi na okrągło trzymać się od niego z daleka. A doskonale wiedziała, że nie zamierzam jej słuchać.
Ściszyliśmy głosy. Usiadłom na łóżku obok Artema i rozpakowaliśmy razem rzeczy, jakbyśmy własnie wspólnie przygarnęli zwierzaka i zaczynali nowe, szczęśliwe życie. Zamiast tego, czułom się jak wrak człowieka, który nie wie, w jakim punkcie się znalazł i gdzie powinien teraz zmierzać, bo znalazł się w ciemnym tunelu, w którym nie może odszukać wyjścia, gdyż musi iść na oślep.
— Nie chcesz wcale tego psa, prawda?
— Czemu w ogóle gadasz takie coś? — burknęłom, marszcząc brwi.
— To ty mówiłoś, że nie wiesz jak radzić sobie ze zwierzętami.
— Nie pamiętam tego.
— Ale tak było.
Postanowiłem się o to nie kłócić, skoro niezależnie od tego, czy tak mówiłem Artemowi, czy nie, było to prawdą. W domu, ani swoim rodzinnym, ani u Vivian, nie miałem nawet rybek. Matka miała alergię, a Vi, nie miała do tego ani ręki, ani czasu, ani nerwów”. Gdy dorosłem, to dziecięce marzenia o posiadaniu psa dawno się ode mnie odsunęły. Nie uznałbym się nigdy i tak za wystarczająco odpowiedzialnego — chociaż przyznanie się do tego jest za to jakąś oznaką odpowiedzialności.
— Sugerujesz mi coś? — odezwałem się po chwili ciszy.
— O co ci chodzi?
— Znam ten pierdolony ton. Sugerujesz mi coś.
— Sugeruję, że musisz przestać musieć mieć zawsze ostatnie słowo w dyskusji.
Czując, jak spięta jest moja szczęka, rozluźniłem mięśnie twarzy. Trwaliśmy kolejne parę minut w ciszy, a ja nie wiedziałem, co powiedzieć — jaki w tym momencie mogę z nim poruszyć temat, aby nie zmienił się on w niezręczną rozmowę bądź kolejne nieporozumienie.
— Chcesz coś zjeść, napić się? — spytałom. — Jesteś w końcu gościem. — Wzruszyłom bezwolnie ramionami, gdy na mnie spojrzał.
— Nie, dzięki. Chyba będę się już zbierał.
Pokiwałom głową, chowając twarz. Nie chciałom go trzymać na siłę, choć głos w mojej głowie podpowiadał, żebym nie odpuszczało tak łatwo. Wstał z łóżka i przez przypadek potrącił mnie lekko ramieniem, po czym wyszedł z pokoju.
— Poczekaj-
Zostań.
Wyszłom za nim na korytarz, gdzie już szykował się do wyjścia z założonymi butami. Artem zatrzymał się i odwrócił głowę w moją stronę. Ścisnęłom wargi, spuszczając wzrok. Poczułom nawrót tego charakterystycznego ścisku w żołądku, który nie pozwalał mi na wydobycie żadnych słów, dusząc je w środku.
— Dzięki. Za wszystko.
Nie odpowiedział. Drzwi zamknęły się za nim lekko, jakby to poruszył nimi szybko ulatujący wiatr.


 
Nie byłom w stanie nic zjeść tego dnia, przez co dopadały mnie w okazjonalnych momentach mdłości, ale i tak wyszłom z papierosem na balkon. Odpaliłom drżącymi palcami zapalniczkę, która powoli traciła swoją moc, usiadłom na progu i chłonęłom zimno wieczoru, nie myśląc o niczym. Tak jak przez większość czasu w mojej głowie kotłował się natłok myśli, tak tym razem nie mogłam nawet zmusić się do tego, aby moja uwaga skierowała się na coś innego, niż ciemna pustka na niebie.
— Wszystko dobrze?
— No. Wspaniale.
Zrobiła coś, co mnie zdziwiło tak, że nie zdążyłom strzepnąć popiołu z papierosa, a ten sam oprószył się na moje spodnie — usiadła obok mnie, pozwalając, żeby śmierdzący dym leciał na jej twarz. Zakryła się bardziej kurtką, podwinęła kolana pod brodę, otuliła je i nic nie mówiła, jakby po prostu chciała być ze mną. Zaakceptowałom tę propozycję, samo nie mając wielkiej ochoty na to, by mówić jej, jak naprawdę się czuję. Na dodatek znałom ją tyle czasu, że wiedziałom, jak kłopoczą ją jakiekolwiek emocjonalne rozmowy. Czułobym tylko, że się użalam.
— I tyle? 
— No. Tyle.
Westchnęła.
— Nadal go kochasz?
Rzuciła tymi słowami w próżnię. Nie wzruszyłom się, nie poczułom, jak potrząsają one mym ciałem, czy wędrują, by przebić się przez zamknięte bramy w głowie — przeleciały obok mnie, niezauważone (czy nieusłyszane) i byłom tego świadome, tak samo, jak tego, jakie reakcje powinny we mnie wywołać. Jeszcze nigdy nie dopadło mnie takie zobojętnienie. Nie, gdy temat dotyczył go.
Nie spojrzałem na nią, w nadziei, że wstanie i mnie zostawi w świętym spokoju, w obawie, że za moment się złamię. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Następne, prawdopodobnie, kilkanaście minut — choć mogło minąć i dwadzieścia, a może pół godziny — siedzieliśmy razem na mrozie, w milczeniu, aż nie wypaliłem trzeciego papierosa i wróciłem pierwszy do mieszkania, zmęczony tą głuchotą i mając ochotę tylko na to, aby pójść spać i obudzić się jak najpóźniej następnego dnia.

LATO

Od dwóch dni nie mogłom spokojnie odetchnąć. Próba przyłożenia się do czegoś wymagającego skupienia nie miała ani szansy powodzenia. I nie dlatego, że Artem zaprosił mnie do swojego mieszkania, a dlatego, że zaprosił mnie do swojego mieszkania na noc. Nawet nie kryłom się ze swoim zaskoczeniem, ale nie odpowiedział mi wprost, skąd wyszła od niego inicjatywa z taką propozycją, patrząc na to, że przez ostatnie miesiące byliśmy zbyt zajęci, by się widzieć. I nastał ten dzień, gdzie obydwoje mieliśmy czas.
,,ciągle pracujesz, wiesz?”
,,probuje czyms zając glowe”
Rozmowa ucichła, a brak odmowy z mojej strony musiał zostać uznany za przyjęcie zaproszenia. A przynajmniej miałem nadzieję, że tak to zostało odebrane. Nie byłbym sobą, gdybym odmówił — czułem takie pobudzenie, że tylko odliczałem do godziny dwudziestej, nie przejmując się niczym innym niż tym, jak wyglądam, w co się ubiorę, co mogę powiedzieć, czy powinienem ze sobą coś wziąć i czy ma jakieś konkretne zamiary, inne niż spędzenie ze mną czasu.
Stukot moich butów rozbrzmiał po całym korytarzu. Pokonałem irracjonalny, przejmujący mnie lęk i nacisnąłem klamkę od drzwi mieszkania, które były już dla mnie otwarte. 

  Artem?
────
[952 słowa: Edgar otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 29 marca 2026

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Jakoś przez cały czas miałem nadzieję, że jestem z nim na dobrej drodze, żeby zostać przyjaciółmi (a może czymś więcej?). Mężczyzna to jednak wszystko zepsuł w tej krótkiej chwili, a to sprawiło, że poczułem narastającą w mojej piersi złość. Miałem ochotę wstać i zacząć rwać sobie włosy z głowy tylko po to, żeby ten zareagował i zaczął mnie uspokajać.
Wpatrywałem się w niego tak przez długą chwilę, starając się uspokoić chęć wykrzyknięcia mu w twarz wszystkich rzeczy, o których teraz myślałem. Przecież mnie zazwyczaj się nie odrzuca. Dostałem kosza? Chciałem się tylko zaprzyjaźnić! Czego on nie rozumie?
— Potrzebuję tego numeru — kontynuowałem, udając, że nie słyszałem, co do mnie wcześniej mówił. Nie mógł mi odmówić. Nie wyjdę stąd, dopóki nie napisze mi na kartce ciągu dziewięciu cyfr. — Czuję, że sobie bez tego nie poradzę.
— Dante…
Słyszałem, że jego głos zadrżał. Nie wiedziałem, czy to ze strachu, stresu czy może jednak tego szczęścia z racji tego, że zaoferowałem mu swoją przyjaźń. Postanowiłem się uśmiechnąć. Uśmiech zawsze potrafił kupić innych.
— Obiecuję, że nie będę wypisywał, kiedy nie będzie to potrzebne.
Mężczyzna poprawił kołnierz koszuli.
— Może następnym razem.
Ale dla mnie nigdy nie ma następnego razu! Kiedy ktoś tak mówi, wiem, że próbuje się mnie pozbyć; a ja bardzo nie chciałem stąd wychodzić bez jego numeru. Potrzebowałem się kontaktować z Ivy. Czułem, że bez tego kontaktu całe to leczenie przepadnie, a ja zostanę zjedzony przez wilkołaka.
— Nie. — Pokręciłem głową. Teraz to mój głos zaczął drżeć. Rozumiałem, że zaczynam tracić kontrolę. — Nie, okej?
— Obiecuję, że…
— Nie! — wrzasnąłem, całkowicie niespodziewanie, bo nawet ja nie wiedziałem, że w tym momencie nie wytrzymam i pozwolę swojej złości uciec. Z roztargnieniem przeczesałem palcami włosy. Mój oddech przyspieszył, serce tłukło się w piersi. Kurwa, nie wyjdę stąd, jeśli nie…
Ktoś otworzył drzwi i zaraz wszedł do środka. Obca osoba położyła swoje brudne ręce na moich ramionach. Zdenerwowało mnie to jeszcze bardziej.
— Następnym razem porozmawiamy, dobrze, Dante? Tymczasem dziękuję za wizytę i pamiętaj, żeby wykupić leki.
Zostałem siłą podciągnięty do góry i wyprowadzony z pomieszczenia. Nawet nie próbowałem się szarpać — i tak bym nie wygrał z kimś, kto wyglądał jak kawał byka. Skąd oni biorą takich ochroniarzy?
 
Wiedziałem gdzie mieszkał i to mi wystarczyło, żeby wieczorem czekać w okolicy. Szukałem charakterystycznych długich włosów i równie charakterystycznego stylu ubioru. Może w oczach innych nie wyróżniał się niczym specjalnym, to dla mnie był idealny. Był kimś, kogo na pewno szukałem od lat. To ta igła w stogu siana.
Mężczyzna pojawił się na widoku około godzinę od mojego przybycia w okolice. Szedł spokojnie, w dłoni trzymał zapalonego papierosa. Był taki piękny, że poczułem chęć, by zrobić mu zdjęcie.
— Hej. — Podszedłem się przywitać.
Ivy wypuścił z ręki papierosa.
— Co tutaj robisz?
Nawet nie schylił się, żeby go podnieść.
— Źle się czuję — skłamałem. — Szukałem apteki, ale nie mogę żadnej znaleźć.
— Apteka jest ulicę stąd. Mam nadzieję, że pomogłem.
Chciał szybko odejść, ale skutecznie zagrodziłem mu drogę. Podniosłem z ziemi papierosa i mu go podałem. Nie mógł się przecież zmarnować.
— Jesteś po godzinach pracy, prawda? — Uśmiechnąłem się. — W takim razie nie jestem już zwykłym klientem i możemy gdzieś wyjść.
Musiałem przyprzeć go do muru, naprawdę! Bez tego w życiu nie zgodziłby się na wspólne wyjście. Tak czasem trzeba — pokazać komuś, że nie ma innej możliwości.
— Chyba się nie rozumiemy.
Poczułem jakąś delikatność w głowie mężczyzny. Było to dla mnie jak cukierek, osładzający gorzki dzień. Mógł do mnie mówić tak całą wieczność.
— Proszę. — Gdyby nie to, że staliśmy na chodniku, a chodniki nie słyną z wyjątkowej czystości, to bym przed nim uklęknął. Och, jakbym ja chciał uklęknąć przed tym facetem. — Tylko jeden raz.
Ivy był dosyć nieugięty. Dawno nie widziałem aż tak nieugiętej osoby, ale koniec końców uległ moim błaganiom i wskazał drogę do najbliższej kawiarni. Nie odezwał się do mnie ani słowem, co poniekąd rozumiem i uszanowałem jego decyzję do momentu zajęcia przed nas stolika. Mężczyzna specjalnie wybrał taki z dala od okien i innych ludzi. Nie przeszkadzało mi to — tak nawet było lepiej.
— Nie chcę być niemiły, ale Dante, uważam, że powinieneś znaleźć sobie innych przyjaciół.
Ten komentarz puściłem mimo uszu. Kelnerka akurat stawiała na stole pucharek z truskawkowymi lodami oraz czarną kawę w zwykłej filiżance.
— Lubisz tutaj przychodzić na kawę? — zapytałem, zlizując trochę bitej śmietany z lodów.
— Może być.
Odpowiadał mi zdawkowo. Tak, jakby robił to dzieciak, który dopiero uczy się mówić. Nie przeszkadzało mi to.
— Zawsze chciałeś być lekarzem?
— Nie.
— Kim innym chciałeś być? Lotnikiem? Może marynarzem? — Grzebałem w lodach, patrząc cały czas w oczy mężczyzny. Wiedziałem, że unika tego spojrzenia, ale już nie miał gdzie uciec. — Praca lekarza chyba nie jest łatwa, prawda?
— Nigdy nie była.
Uśmiechnąłem się. Chyba zaczynał być ze mną szczery. Kochałem szczerość. Kochałem fakt, że mogłem z nim tutaj rozmawiać. Że mogłem z nim siedzieć w kawiarni na osobności, a nie w strasznym gabinecie, który kojarzył mi się z wrednymi pielęgniarkami i jeszcze gorszymi lekarzami.
Ivy kawę wypił dosyć szybko. Myślałem, że takimi napojami należy się delektować, ale najwidoczniej mężczyzna nie lubił męczenia jednego picia przez godzinę. Nie przeszkadzało mi to wcale, tak samo, jak nie przeszkadzały mi inne jego zachowania.
— Mogę wrócić do domu? — zapytał, powoli podnosząc się z miejsca.
— Poczekaj. — Złapałem go za dłoń. Miał zimne palce i szorstką skórę. — Mogę cię odprowadzić.
— Doceniam, ale naprawdę dam radę wrócić sam. Sam wiesz, że… mieszkam niedaleko stąd.
Unikał mojego spojrzenia cały czas. Nie spodobało mi się to. Teraz wolałem, żeby na mnie patrzył.
— W takim razie nie powinien być to żaden problem.
Skończyło się na tym, że całą drogę szedłem jakieś dwa kroki za nim, a on co jakiś czas się na mnie oglądał. Czułem się trochę jak kryminalista, ale starałem się zrozumieć jego perspektywę. Może naprawdę nie lubił być odprowadzany pod same drzwi?
— Pamiętaj… żeby wziąć dzisiaj leki. — Zatrzymał się, kiedy znaleźliśmy się już bardzo blisko bloku, w którym mieszkał. Wiatr zawiewał mu włosy na twarz. — I weź może dwie tabletki zamiast jednej, okej? Powiesz mi potem, czy coś się zmieniło.
— A mogę trzy?
— Dwie wystarczą. — Pokręcił głową. — Na razie wystarczą.
Było mi przykro, że musieliśmy się pożegnać, ale pozwoliłem mu wrócić do domu. Przecież dopiero zaczynaliśmy budować swoją przyjaźń i byłoby to co najmniej dziwne, gdybym już u niego sypiał, prawda?

ivy?
      ps. mozesz go zabic
────
[1025 słów: Dante otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Doriana CD Kurta i Edel — „Serve the servants”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, rok temu

Dorian poczuł się zdradzony przez własnego brata. Był święcie przekonany, że razem pozbędą się centurionki i wrócą do obozu razem. Tymczasem Kurt działał za jego plecami. Gdyby nie było tak gorąco i nieznośnie duszno, to z pewnością rzuciłby się na brata z pięściami.
Chłopak poklepał psa po boku. Nie chciał go budzić, ale nie miał już wyboru — albo obudzi psa i pójdzie z Edel oraz Kurtem, albo zostanie na tej pustyni sam bez kropli wody. Przed oczami widział jeszcze wkurwionego Vergila, który za karę karze mu myć osrane kible szczoteczką do zębów — albo gorzej — patyczkiem kosmetycznym. Takim, któremu został jeden włosek bawełny.
Terminator mlasnął i otworzył ociężale oczy. Wyglądał jak styrany życiem nastolatek, który zaczął uczyć się do matury tydzień przed i nie mógł pozwolić sobie na sen.
— Jak się czujesz, piesku? — Dorian czule pogłaskał stwora po wielkiej głowie. Tylko wobec niego czuł takie pozytywne emocje w tej sytuacji. Kurt i Edel wkurwiali go samym swoim istnieniem. — Dasz radę wstać?
Terminator poruszył ogonem. Zamiótł w ten sposób kupkę piachu prosto pod nogi Edel.
— Chodźmy stąd — poleciła spokojnie centurionka. Dorian znowu poczuł tę samą złość, ale tym razem nie pozwolił sobie na odpyskowanie. Zasychało mu w gardle od tej duszności. Jeszcze trochę, a straci całkiem głos. — Myślę, że na południe stąd ciągnie się droga. Powinniśmy tam złapać jakąś ciężarówkę.
 
Przejście przez te kupy piachu i kamieni, żeby dojść do pobocza jednej z dróg, okazało się najgorszym doświadczeniem w życiu Doriana. Drobne kamyczki co chwilę wpadały mu do butów i drażniły stopy, przez co musiał się zatrzymywać, żeby je wytrzepać i tak w kółko, bo przecież nie pozbędzie się takiej okropnej powierzchni siłą woli. Kurt całą drogę szedł z zaciśniętymi, spierzchniętymi wargami i nawet nie patrzył w stronę brata — zupełnie, jakby się obraził, chociaż powinno być na odwrót. Edel za to ciężko sapała, bo przez poprzednie dwie godziny marnowała energię na bezsensowne dyskusje z dwójką czubów.
Kiedy doszli do drogi, która swoją drogą wyglądała na mało uczęszczaną, Dorian usiadł na ziemi. Pies od razu przyszedł się przytulić do swojego właściciela. Nie był w stanie zmieścić się na kolanach chłopaka, więc po prostu położył się obok.
Edel wytarła wierzchem dłoni pot z czoła i zaczęła się rozglądać. Nikt nie nadjeżdżał ani z jednej, ani z drugiej strony.
— No i co teraz? — odezwał się pierwszy Kurt. Przez dobre dwadzieścia minut dusił w sobie wszystko, żeby teraz na nowo wypalić do Edel z obrzydliwie irytującym tonem. — Gdzie są jakieś samochody? Nic tu nie jedzie.
— Poczekajmy. To nie jest chyba… zbyt ruchliwa ulica.
— Wiem, mam jeszcze oczy — prychnął. — Jeśli w ciągu piętnastu minut nic nie nadjedzie, to zaczniemy iść w stronę północy.
— Nie ma mowy — wtrącił się Dorian. — Nie widzisz idioto, że mój pies jest zmęczony? Nie będę go bardziej męczyć.
— Twoje gadanie nie jest nam do niczego potrzebne.
— Twoje też. Wkurwiasz mnie, odkąd tutaj trafiliśmy. Nic, tylko pierdolisz i się nad sobą użalasz.
— To ty się obraziłeś jak pięciolatek! Teraz będziesz jeszcze nam warunki stawiał.
— Twoja stara stawia łysemu włosy!
— A twoja łowi ryby w stawie kolanowym!
Za ich plecami strzelił piorun. Najwidoczniej matka Invidia nie zgadzała się ze słowami braci.
Edel za to niezręcznie stała obok i ich słuchała. Czuła się jak opiekunka w przedszkolu. Nawet nie wiedziała, czy powinna im przerywać, bo omawiała się, że dostanie przypadkowo w mordę.
— Zbieramy się — rozkazał Kurt. Był zbyt zdenerwowany, żeby w ogóle sprawdzać, czy minęły umówione piętnaście minut. Pierwszy wyrwał się do przodu.
— Kurt, poczekaj, może zaraz…
— Zamknij się! — krzyknął.
Dorian przeklął pod nosem, ale wstał razem z Terminatorem i poszedł za bratem. Wlókł się specjalnie wolno, ciągnąć za sobą nogi tak, jakby był rannym żołnierzem, a Edel z wytrwałością próbowała nie zwracać na ich dwójkę większej uwagi. Skoro szli do przodu, to dobrze, prawda?
 
Po którymś kilometrze zaczynali tracić siły już całkiem. Dorian przestał udawać i dyszał jak mops, Terminator ledwo szedł, Edel nie nadążała z wycieraniem potu z twarzy, a Kurt pierwszy przestał komentować zachowania wszystkich wokół. Zaczął się poważnie martwić, bo jak to możliwe, że po takim czasie nie napotkali chociaż jednego samochodu? Jeden ciężarówki? Jednej wioski farmerskiej? Terminator przecież nie teleportował ich z dala od cywilizacji i jak się zdaje, to wciąż znajdowali się na amerykańskiej ziemi. Gdzie, do cholery, podziali się wszyscy?
— Widzicie, to był najgłupszy pomysł na świecie, kurwa.
Dorian się zatrzymał. Gdyby widział, to na pewno spojrzałby teraz wrogo na Kurta oraz Edel, ale był niewidomy, więc patrzył w zupełnie innym kierunku.
— To jej wina.
Kurt próbował zrzucić odpowiedzialność na i tak zmęczoną Edel. Dorian tylko prychnął pod nosem.
— Przez was teraz zdechniemy.
— Kto zdechnie, ten zdechnie.
— Zamknij się. — Dorian uniósł ostrzegawczo zaciśniętą pięść do góry. — Znajdźmy lepiej jakiś cień. Samochodu pewnie do jutra nie znajdziemy.
Dorian miał w pewnym sensie rację, ale Kurt nie chciał teraz tego słuchać. Tak bardzo zaparł się, by iść do przodu, dopóki nie znajdą kogoś, kto ich odwiezie do San Francisco, że nie obchodziły go ewentualnie konsekwencje zdrowotne.
— Dorian ma rację. — Edel nieśmiało wtrąciła się w tę rozmowę. Dziwnie było jej przyznać Dorianowi rację, ale tym razem wykazał się minimum inteligencją. — Jesteśmy zmęczeni i musimy odpocząć. Chociaż przez godzinę.
— A w ciągu tej godziny moglibyśmy złapać stopa.
— Ty debilu, nie widzisz, że tutaj nic nie jedzie?!
— Kto to mówi? Ty nawet nie możesz tego zobaczyć.
— Co ty powiedziałeś?!
Edel schowała twarz w dłoniach. Kłótnia między braćmi wywiązywała się średnio co dziesięć minut.
— To może pół godziny? — podjęła próbę negocjacji. — Naprawdę dobrze by nam to zrobiło, Kurt. Później moglibyśmy iść dalej i szukać stopa.
— Nie.
Pewnie, gdyby Edel mogła zabić ich dwójkę, to już dawno by to zrobiła; ale przez to, że była centurionką i ciężko byłoby ukryć ślady, musiała się mieć na baczności.
— Jak chcesz stać na słońcu, to sobie stój. — Dorian złapał psa za kark i poszedł przed siebie. — Ja nie zamierzam zdychać i pocić się w nieskończoność jak szczur.
Edel została sama z obrażonym Kurtem i już nie miała pojęcia, jakby mogła go do czegokolwiek przekonać. Przecież nie pozwoliłaby mu umierać z odwodnienia i z przegrzania.
— Zostaw go! — krzyknął Dorian, jakby wyczuwał, że dziewczyna będzie się starała go przekonać. — Sam niech wymyśli, co chce robić. Ja swoje powiedziałem.

mój bracie?
────
[1017 słów: Dorian otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

sobota, 28 marca 2026

Od Chaita CD Aye — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

Chait znowu się uśmiechnął. Trochę szerzej i trochę mniej sztucznie, trochę mniej na pokaz.
– No to mamy umowę – powiedział, podając Aye jedną z wizytówek stoiska i długopis, by mogło zapisać na nich numer. Chait nie miał przy sobie telefonu, zostawił go gdzieś w plecaku za stolikiem. Nawet gdyby chciał (a nie chciał) to nie miałby jak wydzwaniać i wypisywać. Nie miał na to czasu, a jego telefon prawdopodobnie by tego nie przetrwał.
– Znam jedną mało obleganą kawiarnię – kontynuował po chwili zastanowienia.
Nie był jeszcze pewny, co lepsze oznacza w słowniku Aye. Znaczy, dobra: takie, gdzie nie znajdą centaura na wózku, który nienawidzi całego świata. I takie, gdzie nikt nie zmusi ich do rozwiązywania zagadek i zawierania narzeczeństwa, bo udało im się je rozwiązać. Od siebie dodałby jeszcze takie, gdzie nie będą słuchali opowieści starszej kobiety o tym, jak bardzo któreś z nich jest podobne do kogoś z jej rodziny.
Te trzy rzeczy podsumowywały każde ich dotychczasowe spotkanie. Jakie dodatkowe wymagania mogło mieć Aye? Zakładał, że święty spokój. Sam raczej rzadko był w miejscach, w których można było na coś takiego liczyć. Kawiarnię znał tylko dzięki temu, że kiedyś sam w niej pracował. Może dlatego było to jedyne miejsce, które wpadło mu do głowy.
– Niedaleko niej jest też… mały park? Też raczej spokojne miejsce, rodzice z dziećmi wolą pobliski plac zabaw – dodał od razu, gdyby Aye miało uznać, że kawiarnia brzmi zbyt zobowiązująco albo w jakiś inny sposób zbyt odstraszająco.
Cała okolica miejsc, które proponował, należała do bardzo cichych, szczególnie jak na Nowy Jork.
– W porządku.
Aye dalej nie wyglądało na przekonane i Chait zaczął myśleć o tym, że może jednak powinien się wycofać. Może ten pomysł od samego początku był głupi, może powinni po prostu udawać, że znają się tylko z szybkiego „cześć” gdzieś na mieście. Chciał zaznaczyć, że Aye naprawdę nie musi się zgadzać ani robić nic wbrew sobie, ale usłyszał, jak jedna ze współpracowniczek woła go zza sterty książeczek na oddalonym stoisku.
Zerknął szybko w tamtą stronę, przeklinając na samego siebie w myślach.
– Chyba cię potrzebują. – Aye podało mu z powrotem zapisaną wizytówkę i długopis. Chait uśmiechnął się nerwowo, przepraszająco.
– To… Napiszę ci adres i jakoś ustalimy termin? – zaproponował, bo nie miał już czasu, by tłumaczyć się z wycofania z tego pomysłu.
Aye zgodziło się na ten pomysł, więc uśmiechnął się trochę szerzej i podbiegł z powrotem do stoiska, machając na pożegnanie i wsuwając wizytówkę do kieszeni spodni.
Starał się myśleć optymistycznie: co najgorszego mogło się stać? W najgorszym wypadku do spotkania nie dojdzie albo będzie ono ostatnim. Nie było to bardzo optymistyczne myślenie dla kogoś, kto chciał w końcu zatrzeć te dotychczasowe okropne okoliczności, ale na pewno mogło być gorzej.

Tak jak zapowiedział, wysłał Aye adres. Nie zrobił tego od razu, bo nie miał czasu – miał z tym poczekać do przerwy, a później przerwa ta skończyła się kolejną, nieprzewidzianą robotą, więc po telefon sięgnął dopiero wieczorem.
Udało im się ustalić termin, ale poza tym nie kontaktowali się ze sobą. Chait naprawdę nie zamierzał się narzucać, przeszkadzać i ryzykować korzystaniem z telefonu częściej, niż to konieczne. Nie miał też za bardzo czasu. Tydzień, który minął od ich spotkania na targach do ich planowanego spotkania w kawiarni, był zwyczajnie okropny.
Starał się nie zachowywać, jakby był zmęczony i zniechęcony już na samym starcie. Nie był przecież zmęczony wizją spotkania, a niechęć nie wynikała z tego, że nie chce widzieć Aye. Raczej z obawy przed tym, że Aye nie chce widzieć jego.
Pojawił się na umówionym miejscu spotkania chwilę przed czasem, ale w sumie nawet tego nie planował; gdyby nie był półbogiem, to na pewno by się spóźnił. Z drugiej strony, gdyby nie był półbogiem, to cała ta sytuacja nigdy nie miałaby miejsca. Oparł się plecami o ścianę przy kawiarni, nie przekonany na tyle, by wchodzić do środka. Wystukiwał palcami bliżej nieokreślony rytm na szorstkiej powierzchni.
Uniósł dłoń na przywitanie, kiedy zobaczył zbliżające się Aye.
– Hej – przywitał się, uśmiechając się jak najbardziej szczerze i ciepło.
– Cześć.
Chait zajrzał przez szybę do kawiarni, by upewnić się, że w środku faktycznie nie ma tłumu ludzi. Poza mało obleganym miejscem wybrali też mało popularną godzinę, więc kawiarnia wydawała się pusta. Część ludzi wybrała też pewnie spacer – nowojorskie lato było dzisiaj wyjątkowo przyjemne i normalnie Chait też uznałby, że szkoda marnować ten dzień w budynku.
– Cieszę się, że udało ci dotrzeć – odezwał się, otwierając drzwi i puszczając Aye przodem. – Mam nadzieję, że udało ci się ominąć korki i wypadki.
Dzwoneczek nad wejściem zadzwonił drugi raz, kiedy drzwi się za nimi zamknęły. Zza lady wyjrzała do nich kobieta, która musiała być przynajmniej kilka lat starsza. Miała delikatne zmarszczki pod oczami, a długie, jasne włosy spięte w ciasny kucyk. Chait powstrzymał się od westchnięcia. Liczył, że na zmianie będzie ktoś inny, mniej rozgadany. Co za ironia.
Aye nie zdążyło mu odpowiedzieć.
– O, kto by pomyślał, Chait. Co cię… was tu sprowadza? – Poprawiła się od razu.
– Wpadliśmy na kawę – odpowiedział, uśmiechając się. Zerknął kątem oka na Aye. Mógł się mylić, ale zakładał, że może ono nie być największym fanem takich pogawędek. – Uznaliśmy, że tu będzie wystarczająco spokojnie.
Kobieta pokiwała głową.
– Od jakiegoś czasu jest jeszcze spokojniej.
Przez chwilę wyglądała na zmartwioną, ale szybko wróciła do typowego, pracowniczego uśmiechu.
– Co mogę wam podać? Na miejscu, czy na wynos?
Chait zawahał się.
– Chcesz przejść się do parku, dopóki nie jest bardzo gorąco? – zapytał, odwracając się na chwilę do Aye. To wydawało mu się najlepszym sposobem na uniknięcie dziwnych dyskusji.


Aye?
────
[900 słów: Chait otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

piątek, 27 marca 2026

Od Arisu CD Atlasa — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Arisu westchnęła głęboko. Zamknęła oczy i ucisnęła palcami nasadę nosa. W myślach odliczyła od zera do dziesięciu i od dziesięciu do zera. Nie pomogło.
Spojrzała na wojowniczo agresywnego dzieciaka, potem na trzymającego go Atlasa. Nie szukała w nim pocieszenia ani wsparcia, ale też nie życzyła mu bycia następną ofiarą gówniarza. Byłoby to dla niej zaskakujące, gdyby miała czas się nad tym zastanowić. Teraz myślała tylko o tym, że nigdy więcej nie chce zajmować się trenowaniem dzieci. Chyba wolała już czyścić kible. Byle bez Atlasa.
– Nic ci się nie stało? – zwróciła się do dalej leżącego na ziemi chłopca.
Nie skończyła mówić, a ten już zaniósł się histerycznym płaczem. Arisu drgnęła gwałtownie, w ostatniej chwili opanowując się na tyle, by nie odskoczyć. Tylko odsunęła się delikatnie, czując, jak sztywnieją jej ramiona.
Cherry ich zabije. Jakimś cudem do tej pory wychodzili cało ze wszystkich głupich sytuacji, ale to mógł być koniec. Bo jak wyjaśnić centurionce, a potem pewnie też rodzicom malucha, że ten został ofiarą agresywnego półboga podczas pierwszego dnia swojego przyjaznego dzieciom szkolenia? Kiedy powinien być pod stałym, uważnym nadzorem?
Odetchnęła powoli. Usłyszała, że Atlas mówi coś do kogoś – zakładała, że do młodego półboga, ale nie mogła teraz się na tym skupić.
– Coś się stało? Coś cię boli? – pytała ostrożnie, znowu delikatnie pochylając się nad chłopcem. Ten pociągnął nerwowo nosem, podniósł załzawione spojrzenie…
I przytulił się do niej mocno. Zacisnął palce na koszulce Arisu, dalej łkając. Przez chwilę trwała w bezruchu. Pozwalała się obejmować, ze wzrokiem wbitym przed siebie i z dłońmi zaciśniętymi w pięści tylko trochę zbyt mocno.
Och.
Pogłaskała go po głowie, bardzo delikatnie i jeszcze bardziej niezręcznie. Gdzieś za plecami usłyszała parsknięcie śmiechem Atlasa, ale nie mogła w tej chwili odwrócić się, by zamordować go wzrokiem. Dzieciak trzymał się jej mocno, w jakiś dziwnie przejmujący sposób, przez który nie potrafiła od razu go odsunąć.
To było okropnie głupie.
Odczekała chwilę, aż chłopiec się uspokoi, zanim wyswobodziła się z jego uścisku.
– Wszystko w porządku? – zapytała znowu. Pokiwał głową, brzydko pociągając nosem i przecierając dalej załzawione, zapuchnięte i zaczerwienione oczy. Arisu przyjrzała mu się uważnie, ale wydawało jej się, że naprawdę nic poważnego mu się nie stało. – Dasz radę wstać?
Chłopiec przytaknął cicho, więc Arisu sama podniosła się powoli i wyciągnęła do niego rękę. Skorzystał z pomocy, otrzepując strój z ziemi. Wyglądał trochę spokojniej niż chwilę temu.
– Chcesz na razie odpocząć? Możesz posiedzieć z boku i popatrzeć.
– Chcę trenować.
Głos dalej miał zmieniony po wcześniejszym ataku płaczu, ale zabrzmiał całkiem pewnie. Arisu obejrzała się na Atlasa z ulgą, której nie zdążyła od razu powstrzymać.
– Świetnie. Pamiętaj, by dać znać mnie lub Atlasowi, jeśli poczujesz się gorzej, dobrze?
Chłopiec skinął głową, ale został tuż przy jej boku, widać jeszcze nie przekonany wystarczająco, by wrócić do pozostałych. Schyliła się, żeby podać mu drewniany mieczyk, wcześniej porzucony w błocie. Może jednak Cherry jeszcze ich nie zabije. Arisu z powrotem odwróciła się do Atlasa i zmrużyła oczy, wpatrując się w stojącego przy nim małego agresora.
– Komuś mogła stać się krzywda.
Dzieciak przewrócił oczami i zirytował ją tym jeszcze bardziej.
– Ale mówiliście, że mam zaskoczyć przeciwnika! Zadziałało!
Teraz Arisu posłała pełne irytacji spojrzenie Atlasowi. Chłopak przez chwilę wyglądał na kompletnie zaskoczonego i zbitego z tropu tym pytaniem. Najchętniej opieprzyłaby go w dokładnie tej sekundzie, ale to był na to bardzo zły moment. Jak bardzo nie byłoby to kuszące, przed dzieciakami powinni utrzymać wspólny front i nie dać sobie wejść na głowę.
Przynajmniej tak jej się wydawało, chociaż z tyłu głowy wył alarm, protestując przed zawarciem jakiegokolwiek sojuszu z tym debilem.
– No… To prawda.
Prawie się zamachnęła, żeby mu walnąć, bo to była najgłupsza odpowiedź, jakiej mógł udzielić, ale on kontynuował:
– Ta część wyszła ci dobrze. Ale trzeba wyczuć dobry… wiesz, odpowiedni moment. To taki nie był.
To, jak okropnie Atlas próbował się tłumaczyć, było wręcz urocze w tym, jak bardzo było żałosne. Arisu założyła ramiona na piersiach, unosząc brew i patrząc na niego z politowaniem. Odpowiedział poirytowanym spojrzeniem.
– Poza tym, nie bijemy kolegów! Chyba że zaatakują pierwsi.
Otworzyła usta, żeby zaprotestować. Nie zdążyła, bo poszkodowany chłopiec rzucił się do przodu, z mieczem uniesionym trochę zbyt wysoko i ze zdecydowanie zbyt dużym zapałem. Zdążył z całej siły walnąć go w bark i w biodro, zanim Arisu i Atlas zdążyli zareagować.
Dziewczyna złapała dzieciaka za ramię i odciągnęła w bok. W tym samym momencie chłopak złapał Zebulona, prawie podnosząc go do góry, byle odsunąć poza zasięg miecza.
Ich spojrzenia skrzyżowały się na chwilę. Nie wiedziała, czy chce przekazać mu „zabiję cię, nikt nie znajdzie twoich zwłok wśród tego błota i brudnej ziemi”, czy coś bardziej pozytywnego (mniej śmiertelnego), jak „przysięgam, wyjdziemy stąd, to wsadzę ci ten miecz tam, gdzie być nie powinien”. Nie mogła jednak oprzeć się wrażeniu, że jedyne, co jest w spojrzeniu zarówno jej, jak i Atlasa, to zwykła panika.
– Nie o to mu chodziło! – krzyknęła na dzieciaki. Stanęli z Atlasem między nimi, odgradzając jedno od drugiego ramionami. – Mówił ogólnie, nie o tej sytuacji. Nie wolno wam rzucać się na siebie!
Zgromiła wzrokiem ich wszystkich, nie omijając nawet (a może szczególnie) Atlasa. Wydało jej się, że jakoś się skulili – a przynajmniej ci młodsi debile.
– Uspokoiliście się już obaj? – warknęła. – To macie podać sobie ręce na zgodę. I nie robić więcej takich rzeczy!
Młody półbóg nie wyglądał na przekonanego. Utkwiła w nim przeszywające, wściekłe spojrzenie, aż w końcu niechętnie uścisnął wyciągniętą przez drugiego z dzieciaków dłoń.
– Świetnie. Obaj cali i pogodzeni? Możemy wrócić do treningu?
Spojrzenie Arisu znowu spoczęło na Atlasie, jakby wróciła do szukania tysiąca różnych sposobów na pozbycie się go. Oczywiście, o tym też myślała, ale nie był to w tej chwili główny bieg jej myśli. Idiota nie zaprotestował i to była jedyna rzecz, która aktualnie ją obchodziła.
Wrócili do ustawiania dzieciaków w parach i przekazywania im dodatkowej wiedzy. Upewnili się, że sprawiająca problemy dwójka nie jest razem w parze. Arisu nie była pewna, czy to dobry pomysł, ale pociągnęła Zebulona aż do Kalela. Skoro jako jedyny miał jakieś podstawy, to może miał dzięki temu większe szanse.
I chociaż nie ustalili tego między sobą, to z Atlasem i tak na zmianę obserwowali, czy dzieciak na pewno nie próbuje znowu nikogo zabić drewnianym mieczykiem. Przynajmniej o tę jedną rzecz nie musiała bardzo się martwić.
Przeszła kolejny raz między trenującymi dziećmi. Poprawiła postawę dwójki młodszych dzieci, pochwaliła sposób, w jaki poruszał się inny chłopiec (wydawało jej się, że to ten praprawnuk Juwentas). Nie była przecież potworem.
Tylko od czasu do czasu rzucała Atlasowi zirytowane spojrzenie, dalej pamiętając o tym, że musi dzisiaj znaleźć sposób, by go zabić. Irytowało ją, że ma dobry kontakt z większością tych dzieciaków. Równocześnie zwalała winę na to, że sam jest wielkim, głupim bachorem w ciele głupiego dorosłego.
– Kailey? Popraw uchwyt – podeszła do dwójki z trojaczków. Odpowiedziały jej tylko zmarszczone brwi.
– Jestem Hailey.
Nie zdążyła odpowiedzieć.
– Tu w ogóle nie ma Kailey. Rozmawiasz z Hailey i Bailey. – Atlas stanął za Arisu, wskazując drugie z trojaczków.
– Dokładnie!
Jeśli Atlas chciał tym poprawić swój wizerunek w oczach Arisu, to osiągnął tym odwrotny efekt. Na szczęście Arisu była pewna, że Atlas nigdy nie zechciałby poprawić swojego wizerunku w jej oczach, więc nie miała nawet czym się przejąć. Kopnęła go, kiedy dzieciaki na chwilę odwróciły wzrok.
I sama zmarszczyła brwi.
– Ale w takim razie, gdzie jest Kailey?


Atlas?
────
[1200 słów: Arisu otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

Dahlia uniosła brew.
— Huh?
Założyła ręce na piersi i tylko obserwowała, jak cudaczna postać rozgląda się po zatęchłym namiocie. Przy okazji pogodnie paplała.
— Ja tu się tylko rozglądam, powinien tu być jakiś fajny dokument, albo wskazówki, coś w ten deseń.
— Wskazówki?
— Po prostu powiedziano mi, że powinnam znaleźć coś, co mi się przyda w zadaniu. Dla innych. Bardzo ważne zadanie. Takie… Obozowe! Gdzieś to tutaj powinno być.
Nieznajoma dalej sortowała pudełka, wyciągając szpargały.
— W porządku, ale to nie mój namiot, jakby coś. No i raczej nie wróżę.
— Nie?
— Nie.
— Kurczę, szkoda. Wydawało mi się, że w namiocie wróżki będzie wróżenie.
— Może było, ale nie jestem wróżką.
— A może jednak…
Dahlia kątem oka zobaczyła, jak dziewczyna wyciąga kolejne pudło, w którym już się znajdowały rzeczy typu karty do tarota, kula czy herbata. Postawiła je na tym nieszczęsnym, chybotliwym stoliczku. Karty się rozsypały, tworząc istny galimatias. Wskazała również na wolne krzesełko, które znalazło się obok.
— Co to jest w ogóle za ważne zadanie?
— Pewnie coś związanego z tą wrogą aurą. W sensie w tym parku rozrywki.
— Jest tutaj jakaś przeklęta aura?
— Aha.
— I masz ją oczyścić?
— Mniej więcej. Dlatego nie obraziłabym się, jakbyś chciała mi pomóc. I może jednak by się udało nam powróżyć?
Już miała zadawać pytania, między innymi „czemu ja?”, „czemu mamy wróżyć?”, gdy przed nią pojawił się plik kart.
— Kimkolwiek jesteś, ja ci muszę powiedzieć, że nigdy nie wróżyłam i nawet nie wiem, jak to się robi.
— No chyba się tylko tasuje i wyciąga trzy karty?
Złapała zrezygnowana za talię. Same karty były na pewno dobrej jakości, sztywne i nie odginały się. Rewers odbijał się słabym światłem, ale można było dostrzec jakieś art-deco ornamenty. Jak już są na takim festiwalu i jest okazja, to czemu by nie miały próbować? Półboski świat to półboski świat i nie zaskakują takie rzeczy. Była tylko jedna kwestia.
— Jesteś z Jupitera?
— Dokładnie tak.
— Nie wiedziałam, że tam też są gastrafetesy.
— Taką sobie wybrałam broń. W greckim obozie, jak rozumiem, też są?
— Tak. To jest chyba nawet grecka broń.
— Przydatna bardzo. Szczególnie lubię, jak groty z cesarskiego złota odbijają się w półmroku.
— Cesarskie złoto?
— No, to co zabija potwory. Zwykła stal nie działa, chociaż chyba ci tego nie muszę mówić? Jesteś może z Obozu Herosów?
— Tak, używa się u nas niebiańskiego spiżu. Nie wygląda może tak efektownie.
— Jak to jest w tym obozie?
— Chcesz, żebym ci teraz miała opowiedzieć, zamiast pomóc w czymkolwiek co tam chcesz?
— Racja. To co, losujemy?
Przetasowała karty, obserwując bacznie obozowicza Jupitera. Nie słyszała pozytywnych rzeczy o tym miejscu, głównie ludzie wspominali, że się tam sprząta. No i nie było podziału na boskich rodziców, co dla niej miało większy sens. Może biologicznej rodziny się nie wybiera, ale możliwość mieszkania z ludźmi różnego pochodzenia była zdecydowanie lepsza. Może gdyby pochodziła od rzymskiej wersji jej matki, to by się nie wkurzała latem? U Greków rośliny pochylały się nad łóżkami, niektóre dosłownie je zasłaniały i smyrały za bardzo przy wstawaniu w twarze, już nie mówiąc o przestrzeni zawalonej donicami czy ziemią do kwiatków/płodów rolnych. Nie musiałaby też rozmawiać, jaka marka narzędzi ogrodowych była najlepsza.
Wyciągnęła, zgodnie z sugestią, trzy karty. Nieznajoma bujała się na krześle, patrząc w oczekiwaniu na nie.
Pochyliły się nad rozdaniem, obserwując w ciszy karty „złoto”, „spiż” i „głupiec”.
— Te karty to takie mają być?
— Nie wiem. Nigdy nie losowałam tarota, ale nie przypominam sobie, żeby te. — Dahlia stuknęła palcem w dwie pierwsze karty. — Istniały w tarocie. Głupiec, owszem. Ale te?
— Ale wielka mi wróżba. Mamy złoto, mamy spiż, ja już chyba jestem głupkiem, bo zgodziłam się na tę głupią misję. Ale hej, warto było próbować!
Ciężko nie było przyznać jej racji, że ten tarot w niczym nie pomógł.


Inez?
────
[610 słów: Dahlia otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 26 marca 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

Lynn czuła się, jakby była ogarnięta gorączką. Czy świat, czy ona się chwiała, czy tylko jej wyobraźnia powodowała takie wrażenie, wzrok uciekał wszędzie, z daleka od nagrobka tuż przed nią. Pojedyncze, ostre elementy otoczenia jak ptak na drzewie, chmura okrutnie jaskrawo jasna, kamień pod stopami, smuga na kamieniu, chrzęst żwiru. Nie chciały się połączyć w spójny obraz rzeczywistości, ale zlewały się w coś innego — chaos! Kwiaty w spoconych rękach ciążyły, szorstki liść nieprzyjemnie uwierał wnętrze jej dłoni, ale ściskała badylki coraz bardziej kurczowo, jakby były barierką, zza której oglądała piekło, i tylko usilne się jej trzymanie ratowało ją przed zepchnięciem w czeluść.
Nagle odwróciła się od nagrobka, na który i tak nie mogła spojrzeć, dlaczego? nie potrafiła sobie przypomnieć, ale musiał być jakiś powód. Na ścieżce stała młoda dziewczyna, miała śnieżnobiałe włosy, które iskrzyły w promieniach słońca. Musiała coś powiedzieć, chyba oczekiwała jakiejś odpowiedzi, kiedy powiedziała coś do Lynn, w końcu ta się odwróciła. "Co pani tu robi?" „W czymś pomóc?” „Zgubiła się pani?” — kobieta rozważała możliwe opcje. Nagły trzask gałązki nie przestraszył jej tak bardzo, już wcześniej nieświadomie wyrwała się z zamętu własnych myśli dzięki niedosłyszanemu niestety przez ten stan na granicy świadomości komunikat z ust dziewczyny, ale i tak podskoczyła.
— Przepraszam, nie chciałam przeszkadzać — rzuciła dziewczyna, wyraźnie tak zawstydzona, jak i ona i już się odwróciła, kiedy zmieniła zdanie.
W paru słowach wyraziła swoją troskę, przedstawiła się i przedstawiła powód swojego… naruszenia spokoju Lynn? Wyglądała, jakby takie słowo czekało na końcu jej języka. Jednak źle zrozumiała milczenie kobiety, nie była oburzona tą napaścią. Nie była też aż tak pogrążona w żałobie, no nie można się tak nad sobą użalać. Była po prostu trochę otępiona słońcem i ograniczona własnym umysłem. Półnimfa zrobiła krok w przód, kolejny krok od grobu Nalina, co nagle wyczuła tak wyraźnie, jakby była uwiązana na smyczy, albo uwierał jej łańcuch u kostki.
— Nie nie, skąd, nie przeszkadzasz. Jestem z okolicy, wpadłam na grób brata i chyba po prostu zrobiło mi się trochę słabo. Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony.
Pierwsze słowa zabrzmiały nieco skrzekliwie, ale potem było już coraz łatwiej. Łatwiej było zignorować łańcuch na kostce. Dziewczyna chyba też powinna się rozpogodzić, ale obecnie Lynn nie mogła tego zauważyć, słońce wyjrzało zza chmury i świeciło jej prosto w oczy, a nieznajomej rozświetliło jeszcze bardziej włosy. Najpierw zmrużyła oczy, a następnie przesunęła nad nie dłoń, aby lepiej się jej przyjrzeć. Dopiero kiedy usłyszała cichy, suchy odgłos gdzieś niżej, obok stóp, zorientowała się, że wypuściła z rąk kwiaty. Od razu, jakby to dziecko było, a nie już w połowie zasuszony pęk chwastów, schyliła się gwałtownie.


Arisu?
────
[429 słów: Lynn otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Lairy CD Sony — „A Fisher of Fish”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

Poranne łowienie, a przynajmniej w cieplejszych miesiącach, stało się dla Lairy czymś więcej, niż tylko sposobem na zabicie wolnego czasu. Zdecydowanie była to jedna z jej ulubionych form relaksu. Cicha, spokojna odskocznia od otaczającego ją zgiełku obozowego życia, od hałasów, obowiązków i tego okropnego, męczącego uczucia, że powinna być gdzieś indziej, robić więcej.
Powietrze było jeszcze chłodne, nasiąknięte wilgocią poranka a tafla jeziora przypominało trochę lustro, aż chciało się zacząć mamrotać pod nosem „Lustereczko powiedz przecie…”. Ptaki już dawno zaczęły swój koncert, choć Laira mogła wręcz przysiąc, że jakieś dwa ptaszory miały między sobą małą wojnę, sądząc po dźwiękach, jakie wydawały.
Obecność Sony była do tego przyjemnym dodatkiem. Nie czymś nachalnym, czy męczącym — czymś po prostu naturalnym, co sama z chęcią by wybrała. Dzielenie się z kimś swoją pasją do wędkowania wyszło jej na dobre ale i okazało się też cholernie satysfakcjonujące. Najważniejsze, że nie musiała tłumaczyć ciszy, czy na siłę jej zagłuszać. Sony robiło to mimowolnie swoim szczebiotaniem, co ani trochę jej nie przeszkadzało.
Przesunęła palcami po wędce, poprawiając żyłkę i wypuściła powietrze z płuc. Może to przez spokój tego miejsca, a może przez to, jak na swój sposób towarzystwo Sony działało na nią relaksująco. Szczerze? Po raz pierwszy od dawna nie czuła, że musi spieszyć się gdzieś.

WIOSNA V

Kłótnia, czy może raczej prawdziwa awantura, jakby jakiś szatan wyszedł z dna piekieł, którą miała jakże wątpliwą przyjemność stoczyć z Violet nie należała do najbardziej zajebistych doświadczeń w jej życiu. Nie mówiąc już o tym, że pół, jak nie trzy-czwarte osób z obozu ją słyszało. Krzyki wciąż odbijały się echem gdzieś tam z tyłu jej głowy, zmieszane z ciekawskimi spojrzeniami herosów, które im rzucali. Nadal miała przed oczami pełne żalu i gniewu oczu Violet.
Cicho liczyła, że jej problem się skończył.
Nie wiedziała tylko, jak głęboko w dupie niedługo będzie.
Teraz siedziała po prostu na łóżku, które jak na jej gusta, było zbyt małe i zbyt twarde, by spać na nim wygodnie. Wpatrywała się w półotwartą, przerzucaną przez ramię torbę, która była w połowie zapełniona niedbale złożonymi ubraniami. Nie miała zbyt wiele rzeczy w obozie. Westchnęła, wrzucając torbę narzędzi do środka.
Pakowanie nigdy nie było dla niej przyjemnie, zawsze kojarzyło jej się z kolejnym okropnym doświadczeniem.
Z uciekaniem od problemów.
Musiała zawijać dupę z obozu, takie przecież były zasady, no i jakimś cholernym cudem przeteleportować się do San Francisco. Znaczy tak - miała możliwość transportu dostępne dla półboskiego pierda tylko po prostu… nie chciała. Uznała, że po prostu zrobi sobie wycieczkę krajoznawczą licząc, że po drodze nic jej nie zeżre.
Violet wybrała za to Nowy Jork.
I o to był ten cały, kurewsko głośny, pierdolony harmider.
Bo przecież obiecały, że będą razem.
Laira zacisnęła szczękę czując, jak coś cholernie ciężkiego osiada na jej klatce piersiowej. I mimo iż z początku sądziła, że była to złość, tak szybko zrozumiała, jak bardzo się myli. To było coś głębszego, zdecydowanie bardziej upierdliwego; uczucie, którego nie mogła się pozbyć nawet siłą.
Może gdyby przypieczętowały ten pakt krwią.
Ewentualnie jakimś dzikim zaklęciem, które przykleiło by je do siebie jak superglue.
Mogły też walnąć ofiarę z baranka bożego dla ich starych i może wtedy to by cokolwiek dało, sprawiłoby, że słowa “będziemy przy sobie” nie spierdolą jak karaluch przy zapalonym świetle.
Parsknęła cicho pod nosem, przecierając twarz dłonią.
Głupie.
Wiedziała, że to było głupie.
A jednak mimo wszystko, bolało jak jasna cholera.
Zamknęła torbę jednym, płynnym ruchem, jakby tym gestem miała zamknąć temat i już więcej do niego nie wracać. Jakby nie liczyło się już więcej to, co zostało między nimi niedopowiedziane.
Podnosząc wzrok niemal podskoczyła, widząc znajomą twarz stojącą w drzwiach. Nie była dobra w czytaniu emocji u innych, toteż nie bardzo wiedziała, czy Sony jest po prostu smutno, czy to ich neutralna mina.
— Dobrze cię widzieć — uśmiechnęła się, trochę na siłę, trochę z przyzwyczajenia, choć jej intencje były szczere w stu procentach.
Sony oparło się o framugę, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Nie była przyzwyczajona do takiego spokoju od dziecka Apolla.
— Więc… — zaczęło, grzebiąc butem w podłodze, jakby to było nagle najciekawsze zajęcie świata. — Dzisiaj wyjeżdżasz?
Laira odpowiedziała jedynie krótkim skinieniem głowy, nie ufając samej sobie, by użyć słów.
— A Violet? — padło ciszej, jakby niepewnie. — Ponoć miałyście wyjechać we dwie. Razem. Bardzo cię lubi.
Półbogini czuła, jak te słowa wiszą nad nią niczym kosa. Bardzo cię lubi. No, właśnie widziała, szczególnie po tej całej awanturze. Swoją uwagę skupiła więc na zamku torby, który za cholerę nie chciał się dopiąć, chociaż próbowała piąty raz.
— Cóż… — zaczęła, a słowa ugrzęzły jej gdzieś w gardle. — To po prostu bardzo skomplikowane — dodała w końcu, tonem, który przypominał tłumaczenie dziecku, dlaczego nie wolno napieprzać w wujka zabawkowym młotkiem.
— Lesbijki są dziwne — wymamrotało Sony pod nosem, aczkolwiek bardziej do siebie, niż do swojej rozmówczyni. Laira jednak to słyszała i mimo wszystko, mimo tego zmęczenia, złości i frustracji, które towarzyszyły jej od początku tego dnia (swoją drogą zdawał jej się ciągnąć bez końca) — parsknęła rozbawiona.
Krótko.
Ale jednak.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo — zamilkła na moment. — Słuchaj, dzisiaj jest mój ostatni dzień w obozie, także mam coś dla ciebie.
Sony uniosło brwi wyraźnie zaskoczone, obserwując, jak Laira wyciąga spod łóżka ciemnozielony pokrowiec a później drugi, mniejszy i do tego szary. Przez chwilę trzymała je w dłoniach, jakby zastanawiała się co powiedzieć, czy może jest pewna swojej decyzji.
— To mój ukochany zestaw — powiedziała w końcu, podając im pokrowiec z wędką — I najlepsze spławiki, jakie mam. Część jest ręcznie robiona.
Westchnęła z dumą, mierzwiąc herosowi włosy na głowie.
— Zajmij się nimi dla mnie, zgoda?


Sony?
────
[910 słów: Laira otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Niketasa — „Pluszowe misie słuchają Highway to Hell”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Zadrżała ze złości, niczym Charybda, która już miała złapać i pożreć Odyseusza. Cholernego Odyseusza, o smaku truskawkowym i formie żelkowych miśków. Jak ON śmiał? Przecież to ledwo od ziemi odrosło, a już się panoszy i, co gorsza, zaciska mocno to cholerne opakowanie żelek.
Przez chwilę się tak siłowali, patrząc na siebie nawzajem. Miała nadzieje, że dzieciak widzi przez te okulary, jak ona wręcz wizualizuje tysiące sztyletów lecących w jego pyszałkowatą twarz. Jak to Dostoj-, nie, Bułhakow mówił: Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy — nigdy!
Uśmiechnęła się jadowicie pod nosem i odpuściła.
— Wiesz co, rozmyśliłam się. Tak naprawdę nie potrzebuję tych twoich głupich żelków.
— Ojej, jaka szkoda, Werrrrcia. — Akcentując przesadnie jej imię, Niketas ostentacyjnie wyrzucił żelki do kosza.
Zatkało ją z wrażenia. Oczywiście, nie chciała dać po sobie tego poznać, ale ta akcja ją ubodła. Ten dzieciak pożałuje, że w ogóle się urodził. Grupową Ateny tak traktować?! I biedne żelki, które nie były niczemu winne?
Nie pamiętała, kiedy ostatnio się tak zirytowała. Szybko rzuciła okiem do notesu. Aha, półtora tygodnia temu, po tym, jak jakiś frajer na randce bezczelnie jej zarzucił, że traktuje wszystkich z góry i mruczy pod nosem jakieś niezrozumiałe cytaty, niemające pokrycia z sytuacją. I że jest agresywna. Oczywiście, Weronika pokazała, gdzie jest jego miejsce, nawrzucała mu coś o byciu cholernym facecikiem z wybujałym ego i odeszła. Mężczyźni to takie cholerne dupki. Oprócz literatów, rzecz jasna. Oni należeli do innego wymiaru, uduchowionego.
— Żebyś wiedział. Wiesz co, wolę poczekać na PRAWDZIWEGO asystenta. Takiego, który nie będzie kwestionował moich rozkazów. I takiego, który nie będzie wyrzucał niczego ważnego do kosza.
Odwróciła się na pięcie, zadarła nos i prychnęła. To powinno pokazać gówniarzowi jego miejsce. Odchodziła niespiesznym krokiem, nawet można by rzec, baletowym. Jakby mogła, to by zakończyła piruetem, ale bez przesady. Nie miała piętnastu lat. Przez myśl przeszło jej, żeby zerknąć w gardziel kosza i wyłowić bohatersko utraconą zdobycz, ale czy by ryzykowała, że ktoś ją zobaczy wkładającą rękę do KOSZA? No właśnie. Wymruczała pod nosem Bądź pan nie takim jak wszyscy, choćby pan miał być tylko sam jeden, takim jaki pan jest, na co jakiś dzieciak z domku Dionizosa przechodzący obok niej zareagował głośnym „co?”. Zignorowała go, przecież nie będzie poświęcać tak nieistotnej kreaturze uwagi, szczególnie gdy w grę wchodzą przemyślenia. Starannie łączone linijkami słów, spiętymi w klamry. Wszystko miało sens, początki, końce, przypisy, odnośniki — w formie równych liter, starannie wykaligrafowanych. Nawet tutaj trzymała ją perfekcja.

Myślała, że będzie prościej. Że dzieciaki same będą lgnąć do tak ciekawego konceptu, jakim było śledztwo. I to nie z byle nikim, a z grupową domku numer sześć. Rozpruty pluszak patrzył na nią smętnie spode łba, siedząc na parapecie.
Domek dzieci Ateny był… uporządkowany. Nawet, jak znajdowało się w nim kilka stołów kreślarskich, teleskopy, rulony papieru, to nie sprawiał wrażenia zagraconego. Przez prostokątne okna przebijało się słońce, ocieplając wnętrze i nadając mu przytulności.
Weronika lubiła myśleć, że w słońcu jej włosy mienią się blaskiem, niczym jakaś galaktyka. Rodzeństwo po prostu wzruszało ramionami na jej poetyckie metafory, odbąkiwując coś o ładnym kolorze i nic więcej. Niektórym widocznie matka poskąpiła nieco humanistycznych darów. Otrząsnęła się i spojrzeniem omiotła planszę, na której dumnie prężyły się figurki szachowe. Gdy jej brat, Maur, zrobił pierwszy ruch, uśmiechnęła się. Ironicznie, jakżeby inaczej.
— Wszystko jest w szczegółach, Maur! — Zagrzmiała.
Biedny dzieciak podskoczył.
— Przecież dopiero zaczęliśmy…
Zanim Weronika mu odpowiedziała, usłyszała pukanie. Podskoczyła, zbyt entuzjastycznie niż by chciała się przyznać, po czym otworzyła drzwi.
Przewróciła oczami na widok gościa, który wczoraj podgrzewał jej ciśnienie, już słyszała, jak "RRRRRR' wwierca się w jej półkule. Niech wszyscy poeci, zarówno martwi, jak i żywi, rosyjscy czy nie, powstrzymają ją przed morderstwem. Powtarzała sobie, że to nie sugestia genewska, a konwencja. Nie spuści atomówki na kpiący uśmiech Niketasa, niestety podpadał jeszcze pod inną konwencję, praw dziecka.
— Eee, kim ty jesteś? — Rżnęła głupa.
— Jednym z detektywów, a co, laleczko? Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Tak jak łatwo mnie nie zignorujesz podczas spotkań grupowych.
— A. Aha. Myślałam, ze grupowym był ten wysoki — Zaznaczyła dobitnie przymiotnik, oczekując reakcji. — blondyn. Z bielactwem. Widocznie domek Hermesa teraz ratuje się jakimiś dzieciakami.
— Starego psa nie nauczysz nowych sztuczek. Jak ci idą poszukiwania ASYSTENTÓW do sprawy pluszakowej?
Zgrzytnęła zębami.
— Idzie… Dobrze. Nie potrzebuję pomocy. Idź się pobawić z innymi w berka.
— Twoja strata. Życzę powodzenia.
Coś w tym przesadnie życzliwym głosie było nie tak, na tyle, że ciarki przebiegły po jej plecach. Bo co innego, kiedy się ścierali, niczym na szpady, a co innego, gdy ktoś znienacka zaczyna być miły. Niedobrze. Wyjęła notes i zapisała sobie ważną notatkę, na co Niketas zareagował praktycznie tym samym. Podniosła brew, zrobił to samo. Gdy westchnęła i usłyszała taką samą reakcję, zamknęła drzwi przed jego nosem. W prawdziwym nieszczęściu poznaje się swą własną cielesność i duchową moc, ustala się granice swoich „możliwości”, swej fizycznej wydolności i moralnej siły. - mruknęła pod nosem, delektując się rytmem tego zdania.
Nawet nie wracała do partii szachów.
— Przegrałeś. Wystarczyło, że przesunąłeś pionek na c4 i już wiem, że jakiegokolwiek gambitu bym nie użyła, przegrałbyś. — Rzuciła szybko do brata, po czym w swoim aneksie gorączkowo przeszukiwała rzeczy.
— Damy radę, Watsonie. — Podniosła zwycięsko pluszaka, pewna swoich możliwości. - Wracamy na miejsce zbrodni. Ty i ja. No i Dostojewski duchem!


Niketas?
────
[858 słów: Weronika otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 24 marca 2026

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

Z ciężkim sercem wyciągnęła plik banknotów, skrupulatnie przeliczając każdy papier z osobna. Nie spodziewała się, że będzie musiała pokryć koszta zniszczeń Pęcka. Wróć, spodziewała się, ale nie aż tak wysokich. Miała już się wykłócać, że to nie było aż tak kosztowne, dopóki nie usłyszała w oddali beczenia. Mogli pójść do jakiejś speluny, która w ofercie miała siedlisko hazardu, to może chociaż by się odkuli. Jeśli i tak ich by nie wyrzucono za „dziecko” które żre karty.
Ostatnimi resztkami siły zgarnęła mały paragon z niebotyczną kwotą i wróciła do ich stolika. Ze zdziwieniem zauważyła dwie rzeczy:
1) Było czysto.
2) Za to współtowarzyszy nie było.
Skonsternowana stwierdziła, że w takim razie czekają na zewnątrz.
Konsternacja pogłębiła się, gdy po wyjściu na rześkie powietrze rozejrzała się i w ogóle nie mogła ich znaleźć.
— Eeee. Arnar?
Pęcek w tym momencie mógłby zostać spuszczony w szyb kanalizacyjny i by się nie przejęła. Ale gdzie mógł pójść Pan Cellulitis? Czy serio będzie szukać typa, może i charakterystycznego, w tym cholernym mieście? Westchnęła ciężko.
A może to była właśnie dobra okazja, żeby zmyć się stąd, nie zawracać sobie głowy kolejnymi kosztami i potencjalnymi potworami? Gdyby właśnie poszła w siną dal, tak, jak to miała w zwyczaju? Skierowała się w kierunku noclegu, czekając na zielone światło.
Tylko tym razem coś ją frustrowało. Do głowy wlewały się jej scenariusze, co mogło stać się z Arnar i czemu jeno nie było przed barem. Może teraz potrzebuje jej pomocy, walcząc z potworem przebranym za Pęcka, gdzieś w szemranej alejce? Albo z taksówki wyskoczyli ludzi i wrzucili jeno do bagażnika, porywając dla okupu? Wiedziała, że to mocno irracjonalne, w końcu ile by było warte? Może w tysiącach ale pesos, Lucien by dorzucił kilka Reese's. Tych mniejszych.
— No jasny chuj. — Mruknęła pod nosem znienacka.
Nawet nie zaskakiwało to przechodniów czekających obok niej. Albo mieli słuchawki w uszach, albo byli wystarczająco przyzwyczajeni do ekscesów. Gdy w końcu wyświetlił się zielony ludzik na sygnalizacji, nie ruszyła się z miejsca. Odwróciła się i zmierzyła się z pierwszym problemem.
Gdyby była Arnar, gdzie by poszła? Jak zacząć myśleć i poruszać się jak Hermesiak? Potarła skronie, licząc, że odpowiedź przyjdzie jej znienacka. Może coś było na tej liście, co by zmusiło jeno do skorzystania natychmiast? Raczej nic związanego z piekarnią, bankomat odpadał, dużo tutaj było kamienic, co też nie było na jej bingo.
Skręciła w pierwszą lepszą uliczkę i nasłuchiwała. Cóż, zostało jej sporo podobnych uliczek. Już się nie mogła doczekać, aż przejdzie się wśród szczyn, worków na śmieci, albo natrafi na ślepą uliczkę. Gdyby chociaż miała taką umiejętność, że jakiekolwiek chwasty w okolicy by dawały jej znać, kto tędy przechodził i jak wyglądał.
Dopóki nie usłyszała zawodzenia Pęcka. Pobiegła czym prędzej w jego stronę, tylko po to, żeby ze zdziwieniem obserwować, jak biegnie za limuzyną. Która właśnie ruszyła bezszelestnie na czerwonym świetle. Tego to już satyr nie mógł dogonić.
— Pęcisław, co się odjebało?
— No, ten bęcwał! Zobaczył coś w tej puszce i nawet nie zauważyłem, kiedy ruszyli! Wspomniał coś o liście.
— Co tam było?
— Nie wiem, ty czytałaś t—
— W tej limuzynie, tępy koźle.
— Nie mam pojęcia! Znalazłem soczystą puszkę i czekałem na jeno. Myślałem, że wyjdzie z niej, normalni ludzie, nawet półbogowie, tak robią!
Opadły jej ręce. Częściowo przez to, że jej strachy się spełniły, a częściowo przez to, że teraz w życiu nie dogonią auta. Już widziała oczami wyobraźni, jak tłumaczy Lucienowi, co się stało.
— To ma zaskakująco dużo… Sensu. I co my teraz zrobimy? Nie mam praktycznie pieniędzy na taksówkę. Zapamiętałeś chociaż rejestrację?
— A co to?
— Rozumiem, czyli nie. I co teraz? Jesteśmy bez pieniędzy, bez pomysłów. Bez wsparcia. Z fusów nie wywróżę jeno lokalizacji.
Nie uzyskała odpowiedzi. Tak już siedzieli sobie obaj, na krawężniku, kontemplując różne rzeczy. Satyr patrzył na puszki, Dahlia wbijała wzrok w ziemię. To było zbyt absurdalne. W dodatku odganiała gołębie, żądne okruszków i prawdopodobnie ich towarzystwa.
— Dalej nie wiem co zrobić. Szczególnie bez pieniędzy. — Wymamrotała skapitulowanym głosem.
Satyr odwrócił się do niej. Nie, żeby liczyła na jakiekolwiek wsparcie od niego, ale może go nie doceniała?
— Mam propozycję. Słuchaj, jak potrzesz długo powieki, to widać takie kolorowe plamki.
Patrzyła na niego w ciszy, procesując tą wypowiedź. Najlepsze, na co ją było stać, to kamienną minę oraz powstanie z krawężnika, zostawiając satyra samego.


Arnar?
────
[704 słów: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]