Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciało Chrystusa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciało Chrystusa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 marca 2024

Od Judasa CD Havu — „Ciało Chrystusa”

Poprzednie opowiadanie

To najgorszy dzień mojego życia — pomyślał, zupełnie jak każdego innego dnia.
Z ejdolonami miał pewien problem. Już raz je napotkał i było to wystarczająco wiele razy, by wyjątkowo ich nienawidził. A na dodatek, teraz Havu zostawił go samego z jedną z nich, za co zapewne będzie go obwiniać do końca życia. Nie, żeby sobie z jedną ejdoloną nie miał poradzić (przy nieposiadaniu pecha, choć pewnie także inne były w pobliżu), ale było to wyjątkowo bezczelne z jego strony, skoro sam chciał tu przybyć.
Nie wiedział, czemu była akurat w takim miejscu i w takim ciele, czy jednak to przez półboga jakimś trafem akurat na ,,egzorcyzmie” się znalazła. W sumie nie wiedział nawet, czy wybierają swoje ofiary losowo, czy według jakiegoś schematu (ale tak adekwatne udawanie opętanego było dość inteligentne). Zakładając drugą możliwość, wrócił do budynku, otrząsając się z nagłych reakcji Havu, uznając je też za wyjątkowo nieprzemyślane i durne. Szybko zdążył poznać rudowłosego i odkryć, jaki narwany jest, więc też niezbyt go to wszystko zaskoczyło, ale w głowie jakby mu utkwił wyraz tych ekspresji i oskarżających krzyków, które, jak się okazało później, ciążyć mu będą długo na żołądku.
Minął lekceważąco kobietę, najwyraźniej bezsilną i zdesperowaną, ale gdy wszedł do pokoju, w którym poprzednio był, nie odnalazł opętanego mężczyzny. Już przynajmniej wiedział, czemu jego przypadek został określony jako nietypowy. Szczerze był przekonany, że to kolejny przypadek typowego egzorcyzmu, ale to tym bardziej się rozwiało, gdy omal nie został zaatakowany od tyłu. Ten jeden raz jego (raczej nieduży) refleks go uratował, gdy złapał na oślep za rękę napastnika, a na ziemię opadł nóż.
— Chryste. Skąd to masz? Zostaw tego gościa w spokoju, zapewne nic nikomu nie zrobił.
Odsunął się od ejdolony, czując, że jest mu już gorąco w ubraniu.
— Nie jesteśmy po niego. — Judasa zdziwił głęboki, jakby zdeformowany głos, jaki wydobył się z gardła mężczyzny.
Jesteśmy, a nie jestem. Tutaj już się pojawiał problem.
— Czyli mogę po prostu odejść i nic się nie stanie — stwierdził, chociaż takie droczenie się nie było pewnie mądrym posunięciem.
Przejęte ciało na razie nie wykazywało kolejnych agresywnych posunięć, jedynie patrząc wrogo na Cohena złotymi tęczówkami.
— Ty i twoi towarzysze możecie opuścić ten dom, nie uważasz?
Ustawiona na parapecie doniczka wraz z ledwie dychającą już alokazją (której było szkoda księdzowi) poleciała w stronę głowy Judasa, ale jej już nie uniknął, nie spodziewając się takiego ruchu. Rozbiła się na tyle jego głowy, a przed załzawionymi oczami zrobiło mu się ciemno, omal go nie powalając. Oj. Zuchwalstwo ma swoje złe strony.
— To nie jest jakiś twój egzorcyzm jak z horroru, byś tak mówił.
Odetchnął ciężko, łapiąc się za pulsującą potylicę i zaśmiał się słabo. Nie będzie chyba łatwo się jej pozbyć. Wydawała się naprawdę upierdliwa, a to go jeszcze bardziej poirytowało. Powstrzymał się cudem przed zasłabnięciem. Gdyby miała coś mu zrobić, zapewne już wykorzystałaby tę okazję (zakładał, iż inne doniczki także zostały przejęte i za moment zostałby przez nie żałośnie zabity). Ugryzł się w wargę mocno, sięgając odruchowo do swojego pierścienia, nie wiedząc do końca czy jest sens walczyć… z duchem, bo o ejdolonach wiedzy pokaźnej nie miał, lecz mógł się przynajmniej bronić.
O ile jeden z duchów już nie czaił się w wnętrzu Cohena. Ale nie na darmo miał za ojca Formido.

Nie był pewien, czemu i czy na pewno czuł się nadal w stu procentach zdrowy na umyśle.
Na wiadomość Havu skrzywił się nieświadomie, nieruchomiejąc, patrząc chwilę na siedem słów, jakby miały odmienić one jego życie. Potem rzucił telefon na łóżko. Z jakiegoś powodu nie miał go do końca dość, ale gdy sobie to uświadomił, po prostu zignorował tę myśl, nie dając jej więcej uwagi.
Judas umiał odgadnąć czyjeś emocje po byle wyrazie twarzy, byle ruchu i jakiejkolwiek zmianie w tonie, ale jego własne uczucia nie zawsze były dla niego zrozumiałe. Może dlatego, że uważał je za głupie. A może po prostu nie chciało mu się ich zrozumieć. W każdym razie był świadomy ich posiadania (tych okropnych, irracjonalnych, męczących, uprzykrzających życie emocji) i tyle wystarczało.
Poszarpaną sutannę rzucił bez czułości na blat. Potarł swędzącą, brzydką, czerwoną rysę tuż pod okiem. Była płytka, ale i tak miał obawy, że zrobi się widoczna blizna.
— Co się z nią stało?
— Pies mnie zaatakował.
— To kosztuje, Cohen.
Wzruszył ramionami.
— Powiedz to psu.
Głupio było mu zwalać winę na zwierzę, ale stwierdził, że to będzie najlepsza, właściwie samo tłumaczająca się wymówka. Ale duchowny nie wyglądał na przekonanego. Gdy usłyszał o ,,udanym” egzorcyzmie, też nie był z jakiegoś powodu zadowolony. Przetarł twarz, przez moment manierycznie trzymając się za czoło, z drugą ręką opartą o biodro.
— Idziesz na urlop, Judas — rzekł całkowicie poważnie, nie zmieniając pozycji.
Na te słowa brunet prychnął śmiechem, ale szybko do niego doszło, że nie jest to wcale nic zabawnego.
— To nie jest żart. — Mężczyzna zmierzył go złowieszczo. — Długi urlop. Nie wiem, czy wiesz, ale każdy czyn ma swoje konsekwencje.
— Przez podziurawioną suknie?
— Nie tylko.
Ucichł.
Następnym, co wiedział, było to, że rzeczywiście, miał iść na urlop, a raczej na czasowe zawieszenie w obowiązkach i było to najbardziej szokujące, co go spotkało w ciągu paru lat jakże cudownej kariery. Tak w skrócie, bo w nie-skrócie sytuacja była znacznie bardziej dla niego druzgocąca. W ciągu pięciu minut usłyszał więcej zarzutów na swój temat niż od matki, gdy był niesłuchającym nikogo, niegrzecznym dzieckiem, używającym do użytku codziennego pięści i przekleństw. Na temat swoich poczynań, jak i, co gorsza, osobowości, aż niemal mógł poczuć i usłyszeć (wyobraziłby sobie dźwięk gruchotania w tamtym momencie, gdyby tylko miał na to humor, a było wręcz przeciwnie) jak jego kruche ego łamie się na tysiąc drobnych elementów.
Kolejną rzeczą było, że był bliski stracenia wszystkiego, tej całej durnej, kościelnej reputacji. Nie przez sutannę. Nie przez ,,aroganckie odzywki”. Nawet nie przez wszystkie kłamstwa.
Wcześniej tego nie zrobił, ale tym razem będzie go obwiniać, bo każdy czyn ma swoje konsekwencje — a tylko jedna osoba miała w swoim posiadaniu nagranie pijanego Judasa, nim magicznie zostało opublikowane, pomimo że umowa była inna.
To wcale nie tak, że się do tego sam przyczynił i był powodem swojej własnej klęski. Skądże.

Koniec wątku Havu i Judasa 
◇──◆──◇──◆ 
[1006 słów: Judas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 18 lutego 2024

Od Judasa CD Havu — „Ciało Chrystusa”

Poprzednie opowiadanie

Czasem zastanawiał się, czy nie ma jakiegoś wyjątkowego pecha do specyficznych życiowych wydarzeń, na które trafienie szansa wynosi zapewne jeden procent.
— Nie powinno mnie tu nawet być, a ta dyskusja nie powinna się nigdy odbywać. — Uniósł lekko drgające kąciki ust, odsuwając się od Havu. — Ostatni egzorcyzm przeprowadzałem sześć miesięcy temu i właściwie tylko dlatego, że brakuje specjalistów, co i tak jest dobrym wynikiem. Nie znajdę ci od tak czegoś do wyegzorcyzmowania. I… jakby ktoś się dowiedział, wyrzuciliby mnie ze wspólnoty.
Naiwna prośba mężczyzny wytrąciła go z równowagi, szczególnie że kompletnie nie zdawał sobie sprawy z powagi kwestii, lecz Judas doskonale widział, iż nie traktuje tego wszystkiego zbyt poważnie. Szukał rozrywki, czegoś, co go zabawi, jakby chciał dopełnić pustą dziurę w swoim życiu. Zdążył go przejrzeć na wylot. Wiedział, jakiego typu osobą jest, bo spotkał wiele takich i nigdy nie wyszło z tego nic dobrego. Jednocześnie potrafił wyczuć złośliwość, za którą kryły się jakieś motywy, ale nieważne, jak bardzo Judas był dobry w odczytywaniu cudzych emocji, to nie potrafił ich odgadnąć.
Złośliwość. Po prostu.
I zawiść. Czuł momentami tak silną — przebijającą się przez wszystkie niepozorne słowa i gesty — nienawiść od niego, tak silnie napływającą na niego, że włosy na karku mu stanęły. Miał wyjątkowo obrzydłą aurę.
— Też mi coś. To nie tak, że duchowni są święci i przestrzegają tych waszych durnych zasad, bo nawet robią znacznie gorsze rzeczy, ojcze — wypowiedział ostatnie słowo niższym, sarkastycznym tonem.
— Kościół to biznes.
— Aha, więc o to chodzi.
Havu zszedł jeszcze stopień niżej, wymamrotał coś pod nosem i usiadł na pierwszą w rzędzie starą ławę, która pod wpływem ciężaru wydała skrzypiący dźwięk. Odgiął na moment głowę do tyłu, wsłuchując się w ciszę, a potem znowu zwrócił swoją uwagę na księdza.
— Bogowie chrystusowi, ale ta sutanna podkreśla ci kształty, a raczej ich brak. — Havu bezczelnie omotał całą (całą) jego sylwetkę, tak zachłannie, a jednocześnie z widocznym obrzydzeniem, aż wywołał potok dreszczy u Judasa. — Wygodnie ci w niej?
Powinien poczuć się urażony tym przytykiem, bo jakiekolwiek (nawet niezamierzone) komentarze dotyczące jego ciała mocno go obrażały, jednak zamiast tego spuścił głowę, westchnął i podszedł do ołtarza, opierając się o niego. Nie da się mu ot tak pomiatać. Był kimś znacznie ważniejszym.
— Byłem w służbie.
— Więc co tu robisz?
— Nic istotnego. Jak byłem jeszcze taką dzieciną jak ty, to przychodziłem do podobnego miejsca. Wiesz, nostalgia i takie rzeczy. Poza tym musiałem zrobić jeszcze parę rzeczy.
Havu prychnął, przy czym uśmiechnął się lekko pod nosem — musiał go bawić sposób, w jaki się odzywał ksiądz.
— Ile ty myślisz, że mam lat? Rozumiem, że jesteś stary, ale wiele nas raczej nie powinno dzielić.
— Z twoją inteligencją paprotki to jakieś dziesięć — zażartował, niezbyt rozbawiony. — Och. Mają jednak odnowić to miejsce, to sobie nie pozwiedzasz więcej. I wątpię, żebyś mnie tu kiedykolwiek więcej spotkał.
— I pewnie ukradłeś pozostałe książki.
Judas spojrzał na niego speszony, zaciskając wargi, ale nic nie odpowiedział.
— Wiesz, Judas… mam pomysł.
Wstał i do niego podszedł, wyjmując z kieszeni spodni telefon. Brunet odepchnął od siebie nagłą chęć uderzenia Havu w twarz, przyjmując niewzruszoną postawę. Mężczyzna pokazał mu ekran z filmikiem, na którym dość szybko rozpoznał siebie — ale pierwsze parę chwil dochodziło do niego, na co w ogóle patrzy. Dopiero po dziesięciu sekundach, jakie trwało nagranie, z pamięci wywołał noc, podczas której się upił jak nigdy wcześniej.
— To miało być zdjęcie, bo chyba uznałem, że chcę mieć pamiątkę, ale najwyraźniej byłem też na tyle pijany, że jednak cię nagrałem. A skoro tak ci zależy, żeby cię nie wyrzucali…
Nieprzewidywalny, przebiegły skurwysyn. Jeśli miał w sobie jakąkolwiek wyrozumiałość i życzliwość do rudowłosego, to w tamtej chwili prysły jak nabrzmiały balon.
— Nie rozumiem, czemu ci tak zależy na tym egzorcyzmie. O coś jeszcze ci chodzi? — Zmierzył Havu przenikliwym wzrokiem, patrząc na niego z góry. — Czy mnie po prostu aż tak nienawidzisz?
— Może.
Judas zaśmiał się, kręcąc głową.
— Jesteś tak, kurwa, irracjonalny. Chyba nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo przekroczyłeś granicę.
Odepchnął się plecami od ołtarza i zbliżył szybkim krokiem do Havu. Ten odsunął się w tył, chowając od razu telefon do kieszeni. Na nieszczęście, było na tyle ciemno, że… właściwie, w pewnej chwili mężczyzna zniknął z jego pola widzenia. Źródło światła za plecami księdza zgasło. Złapał się na myśli i chęci, aby użyć spathy.
— Nie robisz na mnie wrażenia, Judas — odezwał się głos za nim. — Twoje głupie moce też nie. Też je mam.
Robienie czegoś zbyt pochopnie było złym pomysłem, a miał jeszcze większe opory przed robieniem niewłaściwych rzeczy w takim miejscu. Wątpił w sens walczenia z Havu w jakiejkolwiek formie, a na dodatek, zaczął mieć podejrzenia, że mógłby go zacząć prześladować, jeśli nie wypełni danej od niego prośby (a raczej groźby). Na dodatek nagranie wytrąciło go z równowagi, bo tak naprawdę nie wiedział, co może i już mógł z nim zrobić. Nie wiedział, co Havu miał w głowie. Gdyby trafiło w grono duchownych i osób, które zna, cała jego reputacja, to, co dla niej wybudował, zostałoby brutalnie zburzone. Nie ma usprawiedliwienia dla pijanego księdza krzyczącego przekleństwa i każdy, kto chodził na msze do kościoła jego parafii, od razu go by rozpoznał.
— Jeśli dowiem się, że coś będzie, mogę cię powiadomić — odparł, szukając go wzrokiem w ciemnocie. Potrafił go wyczuć, ale nie zobaczyć. — Ale zrobimy to na moich warunkach. I nie da się nawet zagwarantować, że będzie coś do egzorcyzmowania.
— To będziesz miał problem.
— Havu — syknął ostrzegawczo.
— Jesteś księdzem. Musisz mieć jakieś kontakty — powiedział obojętnie, wychodząc do jasności. Zielone oczy błyszczały z oziębłości. — Możemy założyć, że ci ufam. Poczekam.
Nie wiedział już, czy to złośliwość, zabawa, ciekawość czy coś jeszcze innego, jeszcze gorszego, ale Judas dusił w żołądku olbrzymią wściekłość, która aż bolała. Uczucie, którego doznał, patrząc na Havu, poczuł jedynie parę razy w życiu. Było na tyle intensywne, a jednocześnie przerażające, nawet (szczególnie) dla niego, że od razu je rozpoznał.
Chciał go zabić.

Kompletnie zgłupiał. Oczywiście to nie coś, co powiedziałby głośno, ale gdy próbował myśleć, w głowie miał mgłę. I tak przez bite cztery dni. Pozostało mu zaprzestać prób główkowania.
Amerykańskie biblioteki, szczególnie w San Francisco, miały to do siebie, że część z nich była zmodernizowana, a tym samym ich wystrój był dość brzydki. Judasowi pozostało tak naprawdę zrobić swój własny zbiór w domu — miał to szczęście być uprzywilejowanym, białym mężczyzną, któremu powiodło się w życiu (po części z własnej pracy, po części dzięki szczęściu) i zarabiał wystarczająco, żeby mieć w miarę duże mieszkanie. Na utrzymaniu miał też cztery psy, więc musiał mieć dodatkową przestrzeń. Gdyby nie one, zapewne wystarczyłaby mu kawalerka tego typu, jaką wynajmował, gdy studiował.
Oprócz wielkiego salonu był też drugi pokój, który wykorzystał jako swoją pracownię i domową bibliotekę. Wszystko było urządzone… jak w nieremontowanym od dziesięciu lat domu, na dodatek z czasów PRL-u, ale może trochę schludniejsze, z większą ilością kolorów, ozdobniej wypełnioną przestrzenią i wszystkim o wiele ładniejszym.
Ten dom był całym jego dobytkiem i jedynym miejscem, w którym dobrze się czuł. W domu rodzinnym miał pokój z bratem, a obóz był jak więzienie, więc przez osiemnaście lat swojego życia tak naprawdę nie miał żadnej prywatności (a to zdecydowanie wpłynęło na to, jaki teraz jest i jak bardzo denerwuje się, gdy ktoś narusza jego autonomiczne sfery).
Położył na biurku książkę o egzorcyzmach, napisaną łaciną. Wiele jego książek było po łacińsku, ale niemożliwym byłoby odnaleźć wszystkie egzemplarze świata w tym języku. Czuł się, jakby zdobył trofeum. To z niej się uczył siedem lat temu i szczerze nie myślał, że jakieś wydanie jeszcze istnieje. Choć metody egzorcyzmów w niej były w większości starodawne, podobnie jak modły, była kanonicznym źródłem wiedzy. Nieukrywanie jego słabością było to, jak bardzo przywiązuje się do ckliwych wspominek i jak wzruszył go fakt odnalezienia durnej księgi.
Pęknięcia na okładce i dość luźno spięte kartki wyglądały na coś, co mógł łatwo uratować. Była w przeciętnym stanie. Później się tym zajmie. Gdy jeszcze był pod nadzorem proboszcza w seminarium, ten pokazywał mu, jak renowować stare zbiory i od tej pory Judasowi weszło w nawyk, że gdy tylko zobaczył zniszczoną książkę, chciał ją do siebie przygarnąć i naprawić.
Dopiero gdy ja dokładnie przejrzał, zorientował się, że brakuje parę stron — ale nie wyleciały, a zostały brutalnie wyrwane.
Nie będzie wskazywał winnych.

Widać było po nim, jak zdenerwowany jest. To wszystko nie dawało mu spokoju już zbyt długi czas. Strącił kielich mszalny na podłogę, na co zamknął oczy, biorąc głęboki wdech, dziękując Bogu, że nie jest zrobiony z drobnego szkła.
— Dobrze się czujesz, Cohen? To piąty raz w ciągu tygodnia.
Na każdym kroku będzie ktoś, kto będzie podliczał wszystkie jego porażki.
— Ja? Ta, jasne, wszystko w porządku.
Jego drogi współduchowny nie był przekonany.
— Wiesz, że możesz powiedzieć, jeśli coś jest nie w porządku. Możemy dać ci zawsze urlop.
Poczuł się urażony tą propozycją, nieufnie podejrzewając go o sugerowanie czegoś haniebnego. Wszystko było w porządku i pod absolutną kontrolą. Zmierzył mężczyznę ostrzegawczym wzrokiem i odszedł z prezbiterium.
W tej chwili wpadł na pomysł. Była na to niska szansę powodzenia, lecz Havu z jednym miał rację. Kościół to biznes oraz kontakty, co u Judasa sprawdza się ze szczególnością. Przysiadł w zakrystii, wyszukując adres biskupa. Westchnął. Nie przepadał za nim, za to biskup nie traktował go zbyt życzliwie, a teraz musiał coś wymyślić. Tylko jedna osoba mogła mu dać jakiekolwiek informacje na temat tego, czy coś — konkretniej coś złego — się dzieje. Na dodatek musiał dojechać trzy godziny, czego wyjątkowo nie chciało mu się robić. Kontakt telefoniczny odpadał w tym przypadku. Nie wziąłby go na poważnie i właściwie, czy on używał telefonu? Napisał do niego, ale nawet po dniu nie dostał odpowiedzi.
Poświęcił te parę godzin ze swojego życia i pojechał poza San Francisco. Dobrze, że jednak zrobił to prawo jazdy, mimo wahania się w młodości, bo okazało się po latach, że ciągle ma z niego jakiś pożytek. Trzęsły mu się ręce, gdy wysiadał z samochodu przed wielopiętrowym budynkiem, a potem stanął przed drzwiami apartamentu. Zapukał, potem zadzwonił, odczekał pięć minut i prawie się poddał.
Otworzył mu starszy, niższy, dobrze zbudowany mężczyzna. Nie wyglądał na ani odrobinę zadowolonego. Zmarszczył czoło, a ciemne tęczówki obrzuciły Judasa wyrzutem i niechęcią. Kościół to nie tylko biznes i kontakty, ale też przedsiębiorcy, którzy wyżej srają, niż dupę mają. Wiadomość chyba do niego nie dotarła, ale to był już tylko jego problem.
— Nazywam się Cohen — powiedział od razu, nie przedłużając. — Nie wiem, czy mnie pamiętasz.
— Trudno ciebie nie pamiętać.
Uchylił drzwi, zapraszając go do środka. Ksiądz nie miał ochoty na długo tutaj zostawać oraz był na tyle szczodry i hojny, by nie zabierać mu czasu, więc nie zdjął ani butów, ani cienkiego płaszcza. Mieszkanie biskupa wyglądało jak dom milionera i z wystroju było tak nowoczesne, białe (w tym kanapa, ściany i podłogi) oraz minimalistyczne, że półbogowi zebrało się na mdłości.
— Potrzebujesz czegoś?
— Uh, ja… — zamotał się. — Wiem, że ostatnim razem krzyczałem na waszą ekscelencję i że zachowałem się niewłaściwie. Wiem, żałuję i potępiam samego siebie. — Przełknął ślinę, widząc, jak spięty jest mężczyzna. — Pomyślałem, że chcę… odpokutować, w pewnym sensie. I wrócić do dawnych obowiązków, bo wiem, że je omijałem.
Zyskał w końcu jego zainteresowanie. Starszy odłożył kubek kawy na stół i skrzyżował ręce na piersi.
— Do rzeczy.
— Chciałbym więcej zleceń egzorcyzmów. Starsze duchowieństwo mówiło mi zawsze, że radzę sobie najlepiej, więc mogę przejąć cokolwiek i gdziekolwiek.
Prychnął na niego lekceważąco, a Judasowi na ten dźwięk podniosło się gwałtownie ciśnienie.
— Za kogo ty się uważasz?
— Przepraszam, biskupie — powiedział najmilej, jak potrafił, ale nie mógł ukryć szyderstwa w tonie, przez co jego słowa brzmiały bardziej jak ,,no sory, ty stara kurwo jebana, ale mnie lepiej nie wkurwiaj i daj mi, czego potrzebuję”.
— Obojętne mi, kto przejmie egzorcyzmy. Jeśli aż tak ci zależy… — wymamrotał. — Jesteś dość… znaczący, więc pójdę ci na rękę, chociaż to dziwne, że ci się odmieniło w tej kwestii.
Wypełnił jego serce tak wielką nadzieją, że zapewne rzuciłby się mu w ramiona i popłakał. Zadrżała mu warga z nagłej ekscytacji. Jego kariera może nie zostanie zdruzgotana. Jak zwykle wszystko poszło po jego myśli.
— Dam ci znać, gdy czegoś się dowiem. A, właśnie, dam ci mój nowy numer. Zgubiłem stary telefon.
Zignorował jego dalsze słowa. To było wszystko, co mógł zrobić, a było dużym przedsięwzięciem. Próbował nie dać po sobie znać zadowolenia, nadzwyczajnie stoicko dziękując i żegnając się z mężczyzną. Zapomniał o niechęci, jaką do niego czuł. Był jak nowo ochrzczony.
Kolejny tydzień minął. Już się nie przejmował aż tak i nie myślał często o Havu i możliwości zniszczenia jego życia przez głupotę, jakiej sam się dopuścił. Starał się wierzyć w to, że ma resztki dobroduszności i naprawdę poczeka. Może i miał obrzydliwy charakter, ale było widać, że heros jest inteligentny (trochę zbyt inteligentny) — a to było właśnie powodem tego wszystkiego. Judas dodatkowo opowiadał mu już nawet niejednokrotnie, że egzorcyzmy to ciężka sprawa. Za dużo się od niego dowiedział.
Aż w końcu jego telefon zawibrował po tych dłużących się dniach, a na ekranie wyświetliła się nazwa, którą nadał nowo zdobytemu numerowi. Rzucił wszystko, co robił, odbierając po dosłownie dwóch sekundach.
— Słucham?
— Myślę, że to cię zainteresuje, Judas.

Havu?
◇──◆──◇──◆
[2137 słów: Judas otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia]

piątek, 16 lutego 2024

Od Havu CD Judasa — „Ciało Chrystusa”

Poprzednie opowiadanie

Po pierwsze, zupełnie poważnie myślał teraz o tym, by zabić tego zadufanego w sobie księdza. Nie dość, że spał w jego, powtarzam JEGO, mieszkaniu, to teraz ma czelność obrażać najsłodsze zwierzęta na świecie. Wiadomo — są ludzie, którzy wolą psy i są ludzie, którzy wolą koty, jednak co złego jest w szczurach? Te wszystkie filmy, seriale oraz książki przedstawiają te stworzenia jako brudne, roznoszące choroby i inne, dziwne rzeczy. Havu żył z nimi od dawna, a nauczył się tego, by traktować je na równi z innymi zwierzętami domowymi. Dlatego teraz oderwałby Judasowi paznokcie z każdego palca u dłoni, a potem powykręcał nadgarstki.
Zamiast tego spojrzał się brunetowi prosto w oczy, jakby chciał wyżreć mu duszę i patrzył się tak długo, aż ten nie odczuł niepokoju.
— Słuchaj, jak masz zamiar obrażać moje szczury, to zabieraj co twoje i wypad. — Gdyby Judas mógł zobaczyć aurę, to aura Havu zdecydowanie byłaby najczarniejsza z czarniejszych. — Co tak stoisz? Mam ci pomóc? — Uśmiechnął się złośliwie.
Judas burknął coś pod nosem (może rzucił jakieś katolickie zaklęcie), cofnął się do pokoju, w którym spał, po czym wyszedł bez słowa z mieszkania.
Rudowłosy pomiział szczurka za uchem, po czym odłożył go do klatki, gdzie czekał też drugi, najwidoczniej zmartwiony nieobecnością tego pierwszego. Ocalałe po eksperymentach w laboratorium Havu nie przepuszczał, że pożyją tak długo. Teraz mógł się nimi opiekować, codziennie głaskać i sprawdzać, czy mają dobrze.
— Mam nadzieję, że nie przejmujesz się słowami tego religijnego czopa. — Wcisnął palec między kraty, by pogłaskać stworzonko. — Jesteś najpiękniejszy na całym świecie i nikt, dosłownie nikt, nie ma prawa nazywać cię w ten sposób, okej? — Przesunął palec pod bródkę zwierzaka. — A teraz wybaczcie, ale kurewsko boli mnie głowa, więc idę umrzeć na około dwie godzinki. — Uśmiechnął się do szczurków, które z ciekawości przechyliły główki, po czym pognały do miseczki z jedzeniem.
Położył się z jęknięciem i przycisnął otwartą dłoń do czoła. Czuł, jakby czaszka mu pulsowała. Dosłownie. Pod ręką odczuwał jakieś dziwne wibracje. Może Judas rzeczywiście rzucił jakieś zaklęcie i właśnie coś zaczyna się dziać?
Nieważne. Jak ma się coś dziać, to niech się dzieje, jak już się obudzi. Po takim chlaniu mogą skały srać, a on nawet nogi nie podniesie; ba, on nawet nie zareaguje.
Nie zasnął jednak przez zbyt duży dyskomfort oraz ból, więc do wieczora męczył się z problemami z żołądkiem (albo to poturbowana wątroba postanowiła się odezwać) i pękającym mózgiem. Nie ma żadnego wyjaśnienia, dlaczego to zrobił. Nie chciał nawet temu, zaklętemu, przeklętemu, zafajtaczonemu, debilowi oddawać tej książki. Chciał tylko… nie wiadomo, co chciał. Może był zbyt zafascynowany, że w końcu spotkał drugiego półboga. Może chciał poznać Judasa bardziej? Bliżej? Dowiedzieć się, dlaczego taka osoba, co on, postanowiła pójść w ślady chrześcijaństwa. Przejść na najgorszą religię na świecie? Miał tyle do wyboru. Wybrał, kurwa, katolicyzm.
Dobra, kogo to obchodzi, to nie jego życie i też nie będzie się w to wtrącać. Sięgnął ręką do plecaka, gdzie, chyba odłożył cudowną książkę na temat egzorcyzmów, jednak… nie znalazł jej. Wstał więc, żeby przetrzepać łóżko, poszukać za kanapą, za szafami, na półkach, za klatką szczurów oraz pod dywanami. Nie było jej. Nigdzie. Nie będzie nawet sprawdzać w innych dziwnych miejscach, bo przecież nie mógł być na tyle pijany, żeby ukrywać książkę w piekarniku… a może? Nie, tam też jej nie było.
— Zabrał ją. — Uderzył pięścią w blat kuchenny. Zabolało. — Jaki niewychowany. Mógł przy okazji zapytać… może bym oddał — prychnął.
Czy to już schizofrenia, gdy zaczynasz rozmawiać sam ze sobą?
Postanowił się tym nie przejmować, chociaż strasznie drażnił go fakt, że wpuścił do mieszkania obcego gościa, a ten gość jeszcze przegrał mu po rzeczach. Chodził po mieszkaniu, kiedy on spał i pewnie obejrzał wszystko, co znajdowało się w pomieszczeniu.
Może więcej tu nie wróci, bo skoro najbardziej wystraszył się żywego stworzenia od tych nieżyjących w formalinie, to raczej nie należy do psychicznie odppornych osób. A może też udaje, by zwieść Havu. Spodziewać mógł się wszystkiego.

Zbliżający wieczór sprawił, że zaczynał się nudzić. Nie rozmawiał z nikim od poprzedniego dnia przez złe samopoczucie i narastający ból w głowie. Dopiero na noc, kiedy większość mogła kłaść się spać, poczuł się lepiej; a niestety dziewięćdziesiąt procent znajomych rudowłosego pracowała na rano… w przeciwieństwie do niego. Dwa dni wolnego równa się dwa dni chlania.
— Ej, Noah, pamiętasz tę kapliczkę? — zapytał od razu, kiedy urbexowy towarzysz odebrał telefon. — Chodźmy tam znowu. Ten budynek jest większy, niż myślisz.
— Wiesz co… nie wiem — mruknął, nieprzekonany. Pewnie przerażała go wizja policji. — Ostatnim razem ktoś tam był, więc raczej opuszczone nie jest. Dostałem złe informacje, ale może znajdę coś nowego.
— Nie, Noah, czekaj. Przecież tam nikt nie przychodzi codziennie, wątpię, że dzisiaj kogoś spotkamy.
— Naprawdę bym poszedł, ale… muszę pilnować ryb.
— Ryb? Ty nie masz żadnych ryb, zakuty łbie.
— Kupiłem dzisiaj rano. Jak coś znajdziesz, to daj znać, na razie. — I się rozłączył, zostawiając Havu samego.
Trudno, pójdzide tam sam, może przy okazji spotka ulubionego księdza. Nie idzie tam ze względu na niego, brońcie boże, idzie tam tylko po to, by odkryć kolejne, ciekawe pomieszczenia. Nie wie zbyt dużo o tej śmiesznej wierze, a książka o egzorcyzmach okazała się na tyle ciekawa, że chcąc nie chcąc, kusiło go wtargnąć pomiędzy święte księgi, przejrzeć je, pomyśleć ,,ale lamerskie” i wyjść.
Zabrał więc plecak, do którego wpakował latarkę i ruszył w stronę kapliczki. A raczej podjechał. Taksówką. Kierowca znowu wydawał się przerażony, ilekroć spoglądał na Havu, napinał mięśnie.
— Dzięki, szefie. — Pożegnał się ze starszym mężczyzną, który odjechał z piskiem opon, gdy rudowłosy wysiadł. Nie zdążył nawet dać kierowcy napiwka. Jego strata.
Budynek wyglądał tak samo, jak wcześniej, czyli cholernie brzydko. Katolicy nie mają poczucia estetyki. Zawsze budują to samo. Kościoły są chłodne, mało kolorowe i przypominają prędzej ogromny dom pogrzebowy, niż miejsce, w którym odprawia się modły.
Skrzywił się na wspomnienie z nocy, kiedy spotkał Judasa.
— No, ciekawe kto dzisiaj stoi na straży — prychnął i poszedł poszukać wejścia, przez które wcisnęli się z Noahem.
O dziwo dalej pozostało… otwarte. Chyba nikt nie kwapił się do naprawy tych starych, trzeszczących drzwi. Na ziemi leżała nawet stara kłódka. Cóż, jeśli Judas tu stróżuje, to mógłby zadbać też o czystość i zabezpieczenia, bo do środka wejdzie byle menel.
Przechodząc po korytarzu, ścieżce usłanej z rozbitego szkła, w końcu dotarł do miejsca świętego, czyli… ołtarza. Gdzieś na boku można było zauważyć zapalone świece, które oświetlały w niewielkim stopniu pomieszczenie.
Gdzie była ta biblioteczka?
Tup, tup, tup.
— O, czyżby to mój ulubiony ksiądz? — Odwrócił się teatralnie, rozkładając ręce, jak na jakimś pokazie aktorskim. — Codziennie tu przychodzisz, Judas?
Brunet zmarszczył brwi. Był niepocieszony, że widzi w tym miejscu akurat rudowłosego. Havu zresztą czuł to samo.
— A ty? Codziennie wkradasz się do miejsc, w których nie powinno cię być?
— Z ciekawości. — Wzruszył ramionami. — Wcześniej nie pozwoliłeś nam do końca obejrzeć tego… cuda architektury. — Rozejrzał się. — Posprzątałbyś tutaj, wiesz? Wdepnąłem chyba w milion kawałków szkła, a jestem dopiero przy tym śmiesznym ołtarzu.
— Może pozmywałbyś najpierw naczynia, a potem oceniał tę kapliczkę?
— A może zamknąłbyś mordę? Zabrałeś tę swoją śmieszną książkę bez pytania i mojej wiedzy, wiesz?
— Nie należała ona do ciebie.
— Wiesz, gówno mnie ta książka obchodzi. Przyszedłem tutaj z ciekawości, więc jeśli mi pozwolisz… to chcę sobie pooglądać rzeczy.
Judas patrzył na niego z kwaśnym wyrazem twarzy. Jakby zjadł cytrynę. Albo coś zgniłego.
— Wolałbym, żeby jednak cię tutaj nie było. Jest wiele innych opuszczonych budynków do zwiedzania.
Przewrócił oczami. Judas nigdy nie przestanie być irytującym dupkiem.
— Dobra, wyjdę stąd, ale pod jednym warunkiem. — Zszedł z ołtarza, by podejść do Judasa. Przechodząc obok świeczek, zgasił dwie z nich palcami. Było ciemniej niż parę sekund wcześniej. — Te egzorcyzmy. Opowiadałeś mi o nich i pomyślałem sobie… dokładnie teraz sobie pomyślałem, że może chciałbym je zobaczyć na żywo. Wiesz, z ciekawości.
— Nie ma nawet takiej opcji. Nie przeprowadza się ich często. To bardzo rzadkie praktyki, Havu. Książki do odprawiania egzorcyzmów też nie powinny wpadać w ręce byle kogo, ale ty postanowiłeś sobie jedną ukraść i wyciągałeś ode mnie prywatne informacje. Wystarczy. — Przybliżył się do rudzielca. Był wyższy, co dodatkowo zirytowało Havu, gdy stali w tak małej odległości od siebie. — Dla ciebie to zabawa, ale wiara nigdy nie jest zabawą.
— Boisz się?
— Żartujesz sobie ze mnie?
— Nikomu o tym nie powiem, Judas. Nie pisnę ani słówka. — Wbił mężczyźnie palec w żebro. — To jak?

Judas?
◇──◆──◇──◆
[1357 słów: Havu otrzymuje 13 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 15 lutego 2024

Od Judasa CD Havu — „Ciało Chrystusa”

Poprzednie opowiadanie

W pijackim śnie powolnego wytrzeźwienia widział obraz doskonale znanego sobie mężczyzny, który zapewne pobiłby go chłostą po dłoniach za taki wybryk. Nie krzyczał na niego, bo nigdy, ależ to przenigdy nie unosił głosu, lecz spięta mowa jego ciała wyrażała wszystkie jego zszargane myśli. Zapewne Judas się mu spowiadał, ale przy tym język mu się plątał, a wszystkie grzechy uciekały z głowy, jakby szatan go przez nią postrzelił.
Właściwie to miał ostatnio więcej snów niż zazwyczaj, bo był osobą, co raczej nigdy nie pamiętała o tym, co się działo w jej głowie, gdy była w stanie nieprzytomności. Może była to zapowiedź czegoś, co mógłby bardzo łatwo przypisać do nadprzyrodzonych interwencji, ale wolał nad tym się nie zastanawiać. Nadprzyrodzone interwencje były przecież niejednoznaczne w jego przypadku i mogły oznaczać wiele rzeczy.
Szczególnie że zapamiętał ze swojej sennej mary rude włosy. Czy właściwie widział kiedyś kogoś z tak wyrazistymi, płomiennymi lokami? Nie sądził. A teraz zaczęły go nawiedzać. Najchętniej by je powycinał z tej tępej głowy, bo wkradanie się do jego śpiącego umysłu to sroga przesada i jeszcze bardziej srogie naruszenie jego prywatności. Pewnie specjalnie to zrobił. Musi mieć wyjątkowe umiejętności jak na takiego niepozornego upierdliwca.

Ostatni raz w cudzym domu obudził się… nigdy. A może się zdarzyło, ale nawet o tym nie pamiętał. Już parę sekund przed przebudzeniem czuł, że coś jest nie tak — nie jest u siebie, a to oznacza niebezpieczeństwo. Chociaż za ojca nie miał nikogo wybitnego, to czuł ciągłe (chyba niezbyt usprawiedliwione) oczekiwanie na potwory, terror i atak rodzące w nim stan ciągłej gotowości do walki. Także podczas spania, nie mógł się zupełnie zrelaksować.
Wstał z dość twardej, nieuporządkowanej kanapy, starając się być w miarę cicho, lecz gdy położył stopy na podłogę, ta zaskrzypiała jak w starej, niewyremontowanej kamienicy. Jego zabrudzone buty leżały w dwóch przeciwnych kątach pokoju, co doskonale wpasowało się w obraz zasyfionego pokoju. Musiał stanąć w bezruchu na chwilę przez poczucie, jakby ktoś mu miażdżył głowę. Wszystko przez Havu.
Mając nadzieję, że go nie spotka już tego dnia, odnalazł kuchnię, lecz upragnionej wody już nie. Nieumyte naczynia wołały o pomstę do nieba, ale chyba wyglądało na to, że mężczyzna przynajmniej umie sobie coś ugotować. Otworzył lodówkę i nie mając innego wyboru, napił się resztki mleka, zastanawiając się moment, czy nie jest przeterminowane, lecz wolał to, niż wodę z kranu. Chciałby herbatę. Albo nawet kawę. Chciał wypić coś ciepłego. Tylko że nie jest nawet u siebie i właśnie bezczelnie wypił komuś mleko.
Sugerując z ciszy w całym mieszkaniu, rudowłosy nadal spał. Miał szansę, żeby wymknąć się bez dodatkowych przeszkód.
Czemu się zgodził na to wszystko? Opętało go coś? Stracił zmysły?
Och, no tak.
Mówił, że odda mu książkę — zastanowi się, czy mu oddać. Jednak z racji, iż Judas nie dostał decydującej dyrektywy w sprawie przedmiotu, sam ją sobie uformował. Odbierze ją i będzie mieć spokój na sumieniu.
Była dla niego zbyt ważna.
Coś mu tutaj nie pasowało. Nie mógł długi czas dojrzeć, co takiego powodowało u niego poczucie niepewności i napięcia.
Wyszedł z kuchni i cicho, bezszelestnie otworzył drzwi od pokoju, w którym spał Havu, nie mając pojęcia, gdzie indziej może być zguba. Półbóg spał jak małe dziecko, zawinięty w puchatą kołdrę, z przytulanką nad głową i na dodatek z uchylonymi lekko wargami, śliniąc się. Ksiądz wpatrywał się ponad minutę w jego zmarnowaną twarz, aż nie odwrócił wzroku, by zlustrować resztę sypialni.
Jakże się zdziwił, gdy na półkach i regale, pośród książek, zobaczył kolekcję zwierzęcych, także gadzich zwłok, a raczej zwłok zamkniętych w formalinie. W szklanych pojemnikach były też inne elementy (ciężko stwierdzić, czy były ludzkie, czy zwierzęce — oby te drugie), lecz z racji, że Judas nigdy nie był wielkim miłośnikiem nauk biologicznych, to połowa była dla niego niezidentyfikowana. To właśnie mu nie pasowało i nie rozumiał, czemu jego umysł na początku to zignorował. Były one też w pokoju, w którym spędził noc. Speszyły go, ale nie wystraszyły, choć wolał nie doglądać szczególniej zawartości, żeby nie trafić na coś gorszego. Po Havu i tematach, jakie go interesują, mógł się spodziewać dosłownie wszystkiego. Czując się, jakby zamknięte w słojach stworzenia mogły w każdej chwili ożyć i mając wrażenie, że bezduszne, nieruchome oczy go obserwowały, unikał ich spojrzenia za wszelką cenę, próbując odnaleźć książkę, która nie mogła być jeszcze nigdzie ukryta. Miał rację. Jego święte, drogie dziecko aż się rozpromieniło, gdy półbóg na nie spojrzał.
To coś innego sprawiło, że na moment poczuł ukłucie lęku w sercu.
Żeby nie odebrać Judasa zbyt źle. Nie miał nic do zwierząt, a część z nich nawet bardzo lubił, lecz szczury się do nich zdecydowanie nie zaliczały. Kojarzyły mu się z chorobami i plagami, czymś, co bardzo wrażliwie na niego działało, a fakt, że były większe od zwykłych mysz, go jeszcze bardziej odstraszał — natomiast grube, długie, śliskie i nagie ogony przypominały mu zawsze o grafikach szczurów splecionymi nimi, lub co gorsza, o szczurzej torturze z wiadrem. Kiedyś przeczytał tysiąc stronicową książkę o średniowiecznych męczarniach (ze szczegółami, wskazówkami oraz grafikami) i nie mógł spać przez tydzień.
Przełknął ślinę. Ściskając księgę palcami, kusiło go, żeby się nią obronić, ale było mu zbyt szkoda i tak zniszczonego dzieła. Cofnął się, nie mając pojęcia, co powinno się w ogóle robić w takiej sytuacji. Może i nie wszystkie szczury są agresywne i mają wściekliznę, ale nie miał pewności, czy właśnie nie trafił na taki egzemplarz. Mógłby po prostu wyjść, ale jakiś durny, nieznośny głos w tyle głowy mówił mu cichutko, że jeśli odwróci się palcami do szczura, ten go zaatakuje i pożre w całości, najpierw wyżerając mu mózg.
To jest przecież jakieś irracjonalne.
— Havu?
„Nie dotykasz nic. Nic. Nie ruszasz nic. Nie zabierasz nic. Nie patrzysz na nic. Nie patrzysz na mnie jak śpię. Ostatnie w szczególności” — przypomniało mu się nagle.
Oj, już zdążył złamać wszystkie zasady, więc raczej nie zawini bardziej, jeśli i go dotknie. Bez zastanowienia, łagodnie pacnął go z dłoni w twarz.
— Ruda pizdo, obudź się, masz szczura w domu.
Od razu otworzył oczy. Potarł powiekę i zmarszczył brwi na stojącego nad nim Judasa.
— Słuchaj — zaczął powolnym tonem, bardzo niezadowolony, podnosząc się powoli — kto ci pozwolił tutaj wejść?
— Szczur otworzył mi drzwi. — Wskazał palcem na zwierzę z taką niepewnością, jakby miało mu go odgryźć. — Masz szczura w domu, widzisz to? Zrób coś z nim.
Havu patrzył na niego jak na idiotę. Westchnął. Wstając, zatoczył się i celowo pchnął ramieniem wyższego mężczyznę, gdy stanął obok. Podszedł jak gdyby nigdy nic do szczura i wziął go do dłoni. Powiedział coś do białego stworzonka, drapiąc je za uchem.
— To mój szczur.
Ksiądz ugryzł się w wargę i zamrugał. Mógł się spodziewać dosłownie wszystkiego.
— Czemu to coś nie jest w klatce?
— A co, boisz się małego, bezbronnego szczurka? — zapytał, najwidoczniej urażony.
— Nie, brzydzę się. To obrzydliwe — mruknął z dobitną szczerością w tonie. — Nieważne.

Havu?
◇──◆──◇──◆
[1115 słów: Judas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

sobota, 10 lutego 2024

Od Havu CD Judasa — „Ciało Chrystusa”

Poprzednie opowiadanie

Prychnął na niego jak oburzony kot, który nie dostał jedzenia dziesięć minut po opędzlowaniu saszety i odwrócił wzrok. Przeraźliwie kręciło mu się w głowie. Nie pamięta, kiedy ostatni raz skończył w takim stanie, a nie był osobą, która rzadko odwiedza bary, puby czy kluby. Niestety obracał się raczej w towarzystwie… imprezowiczów, dlatego takie miejsce były mu doskonale znane. Kiedy zabierał Judasa ze sobą do metalowego baru (jego ulubionego, swoją drogą), to myślał, że stamtąd ucieknie. Myślał, że księdza przerazi duszący zapach dymu papierosowego, głośna, rockowa muzyka oraz otaczający go głośni faceci, którzy ze sobą nie rozmawiali, lecz krzyczeli do siebie. Judas wytrzymał. I to zdziwiło Havu najbardziej.
Czy to wina alkoholu? Być może.
Siedział teraz na mokrym krawężniku w miejscu, gdzie ludzi było już mało, a stare latarnie, jakby ostatnim tchem, oświetlały chodniki. Patrzył na ten miejski krajobraz zamglonym, zmęczonym wzrokiem i starał skupić się na tym, by nie zasnąć; ale on chciał się położyć, teraz, natychmiast, na brudnym, cementowym krawężniku i oddać się w ręce samego Morfeusza.
Jęknął przeokropnie głośno (Pan kebabiarz wyjrzał ze swojego okienka: ,,wszystko dobrze?”, ,,tak, pewnie, stary!”, odkrzyknął Havu) i odchylił głowę do tyłu. Jeśli się zaraz nie ruszy, to zaśnie na chodniku i będzie pośmiewiskiem tego miasta. Ktoś zrobi mu zdjęcie — pewnie Judas — a wtedy będą musieli się targować. Książka za ośmieszające zdjęcie. Wtedy odda mu książkę i weźmie ośmieszające zdjęcie, by je porwać.
— Skończyłeś już? — zapytał, ewidentnie znudzony oraz poirytowany szeptaniem Judasa. Gościu dosłownie siedział skulony i wyszeptywał do siebie dziwne, skomplikowane modlitwy.
Nie odpowiedział Havu nawet na zadane pytanie, tylko podciągnął bardziej kolana pod brodę, schował twarz pomiędzy nogi i w ten sposób wymawiał kolejne modły do chrześcijańskiego Boga.
Rudowłosy zazgrzytał zębami. Był na tyle najebany, że nawet wstanie z takiej pozycji stanowiło problem.
— Amen! — krzyknął do niego nagle na tyle głośno, że drogi Pan Kebabiarz ponownie wychylił się, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. Havu mu tylko pomachał. Zostali już najlepszymi ziomkami. On i Pan Turek z okienka, który przyrządził im najlepsze “dwa kebaba”.
— Nie krzycz tak, wybuchnie mi łeb — jęknął brunet, patrząc skrzywiony na swojego ukochanego towarzysza. — Idę do domu. Zamów mi taksówkę.
— Może jeszcze frytki do tego? — prychnął, krzyżując ręce na piersi. — Nie ma mowy. Najebałeś się na własną odpowiedzialność, to teraz wracaj na własną odpowiedzialność.
Judas wydawał się poirytowany bardziej, gdy był nietrzeźwy. Kiedy spotkali się nie w stanie upojenia alkoholowego, to był zupełnie inną osobą. A przynajmniej taką się wydawał. Niezły aktorzyna, nie ma co.
— A ty jak wrócisz?
Oj, i tutaj pojawiły się pierwsze schody. Po pijaku gadał głupoty i głupotą było stwierdzenie, że ktoś ledwo stojący na własnych nogach może wrócić do domu “na własną odpowiedzialność”. On sam nigdzie się stąd nie ruszy.
Wywrócił oczami, unikając kontaktu wzrokowego z Judasem.
— Zamawiam taksówkę, dobra? — Wyciągnął poturbowany telefon z kieszeni i zaczął wpisywać coś, by wyszukać pierwszy lepszy numer do potencjalnego, biednego kierowcy. — Ej, widzisz gdzieś pięć? — Wyciągnął drżącą rękę do Judasa, by przycisnąć mu ekran telefonu do twarzy.
— Zabieraj to. — Wziął od niego sprzęt, by naklikać mu kilka cyferek i oddać.
Havu zaczął dzwonić. Ledwo cokolwiek słyszał po drugiej stronie słuchawki, ale jakimś cudem zdołał wydukać z siebie kilka zgrabnych słów, by udawać najtrzeźwiejszego mieszkańca San Francisco na całym świecie. Cudownie.
Piękny powóz czekał na nich już po piętnastu minutach i skończyło się to tak, że biedny pan kierowca, musiał wyjść, by zaprowadzić Judasa do środka. Upchnął ich razem na tylnych siedzeniach, dopytał raz o adres i pojechał. A czyj adres Havu podał? Swój, oczywiście.
Przez całą drogę nawet nie wiedział, gdzie jedzie, z kim i dlaczego. Jęczał przeokropnie pół drogi, drugie pół jednak siedział cicho, prosząc w myślach niewiadomo kogo, by się nie porzygać. Bynajmniej nie w samochodzie. Judas za to opierał głowę o chłodną szybę, nie wymawiając znowu żadnego słowa. Modlił się, zapewne.
Kiedy dojechali, kierowca ponownie wysiadł i obszedł samochód, by pomóc dwóm, całkiem dojrzałym, mężczyznom wysiąść. Pożegnał Havu, który mu pomachał i odjechał. Z piskiem opon.
— Gdzie jesteśmy? Nie znam tej okolicy? — mruknął księżulo, trzymając się cały czas za głowę. — I zaraz się zleje.
— Wspaniale, panie ojcze najświętszy, możesz obsikać latarnie, jak chcesz — burknął ironicznie, ale Judas go posłuchał. — Kurwa! Żartowałem, typie! — Jednak te krzyki były już na nic. Latarnia została, cóż, oznakowana…
— Wiesz, że… wiesz, że nie byłoby to zdrowe, gdybym…
— Pomódl się za to.
— Pomodlę.
— Najlepiej teraz, bo to było obrzydliwe, kurwa mać! — krzyknął, wydając z siebie kolejne odgłosy obrzydzenia.
— Teraz nie mogę, nie ma na to miejsca.
Judas był cały czas poważny. Jak można być w takiej sytuacji poważnym?
Rudowłosy machnął niedbale ręką, po czym podszedł do budynku, w którym mieściło się jego mieszkanie. Stanął pod drzwiami z kluczem do klatki schodowej, popatrzył na zamek, odwrócił się, popatrzył na Judasa i zamarł.
Czemu podał swój adres? Przecież go tam nie wpuści. Nie ma nawet takiej opcji. Nieważne, jak bardzo najebany by nie był, nie wpuści do mieszkania żadnego księdza. Żadnego.
— Ej, księciu, bo jest problem — wymamrotał. — Nie możesz dalej wejść.
Judas krzyknął tylko krótkie “nie pierdol” i wepchał się przed Havu, by sam, powtarzam, sam, otworzyć sobie drzwi prowadzące na klatkę. Rudowłosy nie zareagował, a raczej próbował, tyle że stan umysłu na zbyt wiele mu nie pozwalał.
Poszedł za brunetem, będąc już właściwie zmuszonym, by mężczyznę u siebie przenocować i zaprowadził go do mieszkania. W środku oczywiście panowała grobowa ciemność, która po oświetleniu oślepiła pijaną dwójkę.
— Zasady są takie. — Odwrócił się gwałtownie w stronę Judasa. — Nie dotykasz nic. Nic. Nie ruszasz nic. Nie zabierasz nic. Nie patrzysz na nic. Nie patrzysz na mnie jak śpie. Ostatnie w szczególności. Nawet nie masz prawa na mnie beknąć. — Otworzył drzwi do pokoju, w którym zazwyczaj był syf, ale znajdowała się też stara kanapa, którą Havu miał dawno wyrzucić. — Śpisz tu. Dobranoc, szefie. — I poszedł w stronę własnego pokoju, gdzie już było czyściej, by zasnąć w pełnym ubraniu. W butach, przepoconej bluzie i przemoczonych od siedzenia na krawężniku spodniach.
Usypiając, usłyszał tylko kilka stuknięć, szarpnięć, jęków i innych brzęków. Oby ten, oświecony skurwysyn, nic nie planował. Teraz nawet tego nie sprawdzi, ale rano… rano to dopiero będzie…

Dżudas?
◇──◆──◇──◆
[1004 słowa: Havu otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Judasa CD Havu — „Ciało Chrystusa”

Poprzednie opowiadanie

Przez chwilę zastanawiał się, czy aby na pewno jest świadom swojego otoczenia i czy tak naprawdę nadal nie śpi wciąż przy uchylonym oknie, opatulony ciepłą kołdrą, a w jego głowie tworzą się obrazy jak z koszmarów. Bo poczuł się kompletnie odkryty i rozbrojony. Jak właśnie w tych snach, gdzie chodzisz po ulicy wśród ludzi bez ubrań. Tylko tym razem chodziłby wśród Katobleponów, a wszystko, co kopytne, było dla niego źródłem niepewności. No, chyba że tylko on ma takie sny.
Odruchowo, prędko schował za swoim ciałem złotą broń, jakby miało to cokolwiek dać, spuścił lekko głowę, odchrząknął niezręcznie i choć chciał coś powiedzieć, to zamiast tego, spojrzał w oczy rudowłosego z błaganiem, żeby udawał, że tego nie widział. Ale to i tak nie miało już najmniejszego znaczenia. Po opuszczeniu obozu miał nadzieję, iż nie napotka innych półbogów. Źle mu się kojarzyli i powodowali dziwny dyskomfort, chociaż może to przez jakąś zakorzenioną w nim traumę z czasów nastoletnich.
Szkoda, że nie zaatakował ich Minotaur. Wolałby śmierć niż tę sytuację. Wstyd oblewał jego ciało. Tym było dla niego takie ujawnienie się. Wstydem. Ujawnienie tożsamości półboga, ujawnienie, że nie jest tylko zwykłym człowiekiem z krwi i kości, a ma domieszkę jakiegoś cholerstwa, którego sobie kompletnie nie życzył.
Szybko się opamiętał, chowając swój miecz. Powrócił do postaci złotego, lśniącego pierścienia na palcu serdecznym. Zrobiło mu się chłodno przez pot, jaki go oblał w podskoku adrenaliny. Rozczochrany mężczyzna podszedł do niego, bardzo blisko, uspokajając powoli oddech. Zdążył chyba zapomnieć, że ksiądz go właściwie śledził. Judas nie wykazał się w tym inteligencją, to prawda — no ale jak inaczej mógł jeszcze go przymusić, niż tak radykalnym, dziwnym sposobem, robiąc z siebie psychola?
— Serio? — zachichotał niespodziewanie. — Ty?
— Możemy o tym nie rozmawiać. — Raczej oświadczył, niżeli retorycznie zapytał.
Havu prychnął, widocznie czymś rozbawiony (choć chyba nie w sposób do końca złośliwy, a jakby ironicznie sobie żartował z dawnego kolegi).
— A co? To jakiś twój kompleks, księżulku?
— Nie mów tak już do mnie, proszę cię.
— To będę mówić ojcze. Albo Jezusie Szlugusie.
— Nie, tak też nie mów. Mam na imię Judas.
— O! Kurwa, jeszcze lepiej!
Dawno się nikomu bezpośrednio nie przedstawiał i już tego żałował. Świat byłby lepszy i prostszy, gdyby każdy miał nad głową wyświetlone swoje imię. Nie rozumiał, czemu Bóg nie wynalazł jeszcze takiej mechaniki, a przecież jest na tyle bystry, że mógłby sam na to wpaść. Może wprowadzi to w następnej generacji, o ile ludzie nie wyniszczą tej planety swoją głupotą i brakiem minimalnej rozwagi. Zasłużyli na to. Sami zawinili i w odwecie nie otrzymają już żadnych zaawansowanych technologii, bo nie dożyją.
— Widzę, że nagle jestem dla ciebie ciekawy. — Zauważył.
— Bo jesteś niezłym skurwysynem, skoro ukrywasz się pod postacią księdza.
Kontrolowanie emocji było wpisane w krew Judasa. Dosłownie, praktycznie i teoretycznie, choć może nie w przenośni, ale w jego krew wpisana także została wyrazista ekspresja braku tolerancji ani akceptacji na ubliżanie mu w jakiejkolwiek formie.
I tak jak w większości przypadków nie przerodziłoby się to w żaden zewnętrzny konflikt, a po prostu wyleciałoby drugim uchem, a on sam by machnął ręką, czasem śmiejąc się — bo tylko i jedynie on sam doskonale wiedział, jaki jest i to jego samoocena była najważniejsza (a brak owej tolerancji nie oznaczał od razu wybuchów irytacji, albo, co gorsza, agresji) — to była jedna rzecz, której przekroczenie powodowało nieprzyjemne konsekwencje dla każdego, kto znalazł się wokół.
Jeszcze bardziej blade niż zazwyczaj oczy księdza patrzyły wprost w twarz rudowłosego, której wyraz diametralnie się zmienił. Havu skrzywił się, bo doskonale mógł wyczuć pewną zmianę w otoczeniu, despotyczną atmosferę unoszącą się w powietrzu, niemalże zniekształcającą cały obraz wokół, a to Judas był jej stwórcą.
— Ej, czy to ty mi robisz?
Mężczyzna patrzył prosto na Judasa rozszerzonymi źrenicami. Uśmiechnął się kącikiem zaciśniętych warg i westchnął głośno, nie dając się zbyt łatwo zastraszyć, ale było po nim widać, że coś się z nim dzieje. Chyba próbował podejść jeszcze bliżej i złapać go za łokieć, lecz brunet odsunął się, tworząc pomiędzy nimi znaczny dystans. Ksiądz, gdyby tylko się wsłuchał, zapewne mógłby usłyszeć jego bicie serca, jego przyspieszone tętno, krew niespokojnie płynącą w żyłach.
— Judas, uwierz mi, że ja… — Chciał coś powiedzieć, ale zmienił zdanie. — Gościu, wali mi serce, co, jak zaraz mi coś siądzie? Będziesz mieć mnie na sumieniu. Pikawa mi jebnie, poważnie. No, proszę, to nie jest przyjemne, to i tak był tylko półżart, nie, nie… okej, nie pół, a nawet cały żart, do chuja wafla! — krzyknął do niego. — Wiesz, jakie to nieprzyjemne?
Przez sekundę trochę wyglądał jak zbity szczeniak.
I to dosłownie. Przypominał przez tę jedną sekundę szczeniaka. A Judas lubił szczeniaki i zrobiło mu się go szkoda.
— Przepraszam, to był półżart.
Może nie to powinien powiedzieć. Trudno.
— Oddaj mi moją książkę — dodał tylko.
— Uparty jesteś, naprawdę — mruknął z krzywym uśmiechem mężczyzna.
— Och, kto to mówi.
Havu przyciągnął do siebie swój plecak, dotknął jego zawartości i zorientował się, że nie miał książki w torbie. Rozejrzał się i z ulgą spostrzegł, że leżała niedaleko, obydwoma stronami okładki do góry, po stoicku czekając, aż ktoś ją podniesie. Rudowłosy od razu ją sobie przywłaszczył.
— Nie będziesz się chyba ze mną chyba bić. — Zwrócił się w jego stronę, unosząc brwi.
— Przemoc nie jest… nie jest dla mnie rozwiązaniem.
Wyglądał dla niego jak syn Merkurego. Może Bachusa, bo nic mądrzejszego do niego nie pasowało, ale patrząc na Havu, mógł mieć tylko mniej bądź bardziej trafne domysły. Czy go to jednak obchodziło na tyle, żeby nadwyrężał swój przemęczony umysł? Jednak niestety — chociaż ciekawość to pierwszy stopień do piekła to na nieszczęście nawet najbardziej przykładni święci i duchowni ją posiadają, jakby ta cecha żmijowato weszła w ludzi, przypisując im łatkę najbardziej wścibskich istot na Drodze Mlecznej.
Półbóg uśmiechnął się do niego z podstępnością.
— To wspaniale.

Zabrał go do baru, choć chyba bardziej kategoryzował się jako pub.
Jakiegoś metalowego. Z osobami, które rzeczywiście wyglądały na metalowców. Nie, żeby mu się tam nie podobało, ale wciąż, Judas był kompletnie nieprzekonany.
Havu (przedstawił mu się, jakże miło) przyniósł im do stolika drinki. Ksiądz potarł kciukiem wysoką szklankę z pomarańczowo-czerwonym płynem, wpatrując się w analogiczną do koloru alkoholu, żółtą słomkę. Na serio? Słomka? Co on jest, baba?
Nawet nie był pewien, czemu i jak tu się znalazł. Wyglądało to na wielki przełom w całym jego małym, krótkim życiu. Udawanie nagle dobrych znajomych z mężczyzną też nie wydawało mu się zachęcające, a fakt, że zmienił w pewien sposób swoje nastawienie względem księdza po tamtej sytuacji, tym bardziej powodował dystans.
Bo na przykład opinia Judasa o Havu się nie zmieniła. Kompletnie. Ani trochę, oprócz wewnętrznego, kłującego go pod skórą poczucia bolączki.
— Co takiego niby chcesz wiedzieć o… wiesz, nie do końca wiem, co ci mówić i czemu akurat ode mnie chcesz słyszeć o egzorcyzmach. Co ty w ogóle mi wziąłeś? — zapytał, nie mogąc się powstrzymać. — A raczej, co mi tam dosypałeś?
— Tajemnica.
— Nie lubię tajemnic.
Wyjął słomkę ze szklanki i odłożył ją niekulturalnie na stolik.
— Zastanowię się, czy oddać ci książkę, ale nie możesz zadawać pytań. Tylko ja mogę.
Judas nienawidzi, gdy ktoś stawia mu warunki. Ugryzł się w wargę. Czuł się jak w jakimś fever dream. Może w rzeczywistości Havu cały ten czas robi sobie z niego żarty, bo nie potrafił domyślić się, jakie są jego prawdziwe intencje. Może się po prostu nudzi i dlatego go tutaj zabrał, żeby mieć rozrywkę na jeden wieczór.
— Naprawdę wierzysz w jakiegoś tam dziwnego Boga, czy tylko udajesz?
„Jakiegoś tam dziwnego Boga” było na tyle ironicznym i elokwentnym doborem słów, że Judas nawet nie poczuł się urażony. Westchnął cicho, spoglądając na ścianę, ozdobioną różnymi wyzywającymi napisami i wulgarnymi rysunkami.
— Nie odpowiadam na pytania prywatne i osobiste. Też mam swoje zasady. I to chyba nie dotyczy tematu, który cię aż tak pasjonuje.
Smakowało jak pomarańcza. Słodko-kwaśne. Był to posmak tego typu, co kompletnie nie trafia w twoje gusta, bo ma w sobie coś zbyt intensywnego — jak właśnie uczucie kwasu w tym przypadku — i to psuje całokształt przeżycia, ale jest jednocześnie zbyt ciekawym wrażeniem smakowym, by go dalej nie kosztować.
— Wykonujesz egzorcyzmy? Uczycie się tego w jakieś szkole pokościelnej czy jak?
— To pytanie pryw…
— Prywatne, ale nie osobiste.
Judas rzucił mu mętny wzrok spod zmrużonych powiek.
— Wiesz w ogóle, co to znaczy?
W odpowiedzi zaśmiał się, opierając brodę na dłoni i patrząc przez pośrednictwo błękitnych oczu prosto w duszę księdza, jakby to z niego chciał coś wypędzić.
— Egzorcysta jest jak stopień trochę wyższy. — Odwrócił wzrok. — Przygotowują nas do tego w parafiach i nie jest to nic spektakularnego.
— I co, demony wypędzacie? Duchy? Inne, niezidentyfikowane stworzenia? A raczej zidentyfikowane dla ciebie, ale innych nie?
— Wszystko — wiedział chyba, do czego zmierza i że go podpuszcza — co złe.
Ta rozmowa rzeczywiście była bardzo rozrywkowa dla rudowłosego. Wykorzystywał w tej chwili Judasa jako personalną, żywą zabawkę, a on jednak wolał nie angażować się zbytnio w dyskusję. Havu skosztował swojego fioletowo-czarnego napoju, którego ksiądz chętnie by spróbował. Zastanawiając się nad czymś, postukiwał lekko palcami o stół w rytm lecącego w tle Rein raus, puszczonego tak głośno, że zagłuszało rozmowy wszystkich wokół, a ci, starając się ze sobą jakkolwiek zrozumiale komunikować, rozmawiali jeszcze głośniej, jeszcze bardziej zagłuszając inne konwersacje. Judasa powoli zaczynała boleć głowa, (naprawdę przydałoby się w tym barze od czasu do czasu uchylić okna) ale udawał, że czuje się całkowicie w porządku.
— I to wszystko, co złe, jest wrogiem? Zmarli?
— Nie tylko zmarli. To nie jest sprawa tak jednostkowa i prosta.
— Ale wciąż, są dla was wrogami.
— Skoro tak to ujmujesz — westchnął. — To nietypowy dobór słownictwa, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas nazywał ich w ten sposób.
— Ha, ich! — Uniósł się nagle i wstał gwałtownie z krzesła, omal go nie przewracając. — Muszę się napić — powiedział, jakby już tego nie zrobił i spuścił wzrok na pustą szklankę Judasa. — Tobie też przyniosę.
Zamrugał dwa razy, zdziwiony tą reakcją. Nawet nie wiedział, kiedy naczynie się opróżniło, bo przysiągłby, że minutę temu było do połowy pełne. Może to naprawdę syn Bachusa, skoro w jego towarzystwie alkohol znika w sekundy.
— Więc przynieś mi to, co ty miałeś.

Był to błąd, bo napój Havu okazał się jeszcze bardziej stężony w procenty alkoholu.
Jednak jeszcze większym błędem było, że po dwóch rundach się na tyle rozluźniony, że zażyczył sobie kolejnego drinka. A potem kolejnego. Na dodatek, wszystko stawiał mu Havu, bo on sam nawet nie miał przy sobie pieniędzy ani karty. To nawet nie tak, że miał słabą głowę, bo było wręcz przeciwnie.
Judas musiał iść do toalety dokładnie dziesięć razy, a raz o mało się nie zeszczał, bo bar napełnił się większą ilością osób, które oczywiście, po napiciu się traciły kontrolę nad pęcherzami. Rudowłosy śmiał się z niego za każdym razem, gdy mężczyzna wstawał z miejsca i powiadamiał go, że zaraz mu wybuchną genitalia.
Nawet nie pamiętał już, o czym dokładnie rozmawiali, bo nie skończyło się na egzorcyzmach. W głowie utkwiło mu, jak pali z nim jednego papierosa na pół, bo wypalili pozostałe zawartości swoich paczek, jak Havu gada coś (znowu) o trupach i jak zeszli na temat bóstw, narzekając przy okazji na jakieś sytuacje, które przeżyli w obozie, bo nabrało im się na ckliwe wspominki.
Skończył jedząc kebaba o trzeciej w nocy. Nie jadł kebabów od dziesięciu lat. Bez żartów. Siedział na zimnym, wilgotnym krawężniku chodnikowym, czując, że w głowie mu się nadal kręci, nogi ma jak z galarety, ból pleców mu domaga, a ostry sos („Proszę… Proszę placek kebab. Dwa kebab. S-Sos ten diabolo tabasco coś tam czy tam diavolo, no ten, co jest napisane… Co… co tam jest napisane, Judas? To coś ostre”, takie zamówienie złożył Havu) wypala mu język, ale był tak paskudnie głodny, że nie robiło to mu większej różnicy.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, zgrzeszyłem przeokrutnie, Panie, zapewne kilkudziesięciokrotnie w ciągu tego dnia, złamałem wszystkie siedem grzechów głównych a przy okazji dziesięć przykazań, więcej grzechów (naprawdę - bo pamięć mi płata figle) nie pamiętam, proszę o rozgrzeszenie, przebacz mi za wszystkie grzechy, przebacz mi proszę.
— Co ty kurwa, modlisz się?
Judas oparł swoje złożone w geście modlitwy ręce o czoło i wydał ciche jęknięcie boleści.
— Kurwa, odpierdol się.
— No i po co ja co to wszystko gadałem? Jak durny jesteś, modląc się do Boga, będąc herosem i doskonale mając tego świadomość? Miałem rację, że wszyscy duchowni to jebani kretyni. A ty jesteś wyjątkowo upierdliwy. Największy debil wśród duchownych. Taki powinni dać ci tytuł, a nie egzorcysty.
— Zamknij japę i daj mi się pomodlić.

Havu?
:3
◇──◆──◇──◆
[2034 słowa: Judas otrzymuje 20 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 6 lutego 2024

Od Havu CD Judasa — „Ciało Chrystusa”

Poprzednie opowiadanie

Westchnął tylko, patrząc, jak mężczyzna wychodzi z dusznej restauracji i zaraz wrócił do przecierania tłustych stolików. Nienawidził tego robić. Mało kiedy ktoś po sobie raczył posprzątać, a gdyby każdy przetarł własne brudy chusteczką, którą zresztą dorzucali klientom gratis, to byłoby łatwiej. Rudowłosemu nie raz zbierało się na wymioty, kiedy wychodził na salę z niebieskim wiaderkiem, napełnionym dezynfekcją i pierwsze co ujrzał to rozlane, słodkie napoje albo rozgniecione frytki na podłodze. Widok ten nie raz uwieczniali klienci w opiniach, skarżąc się na wszechobecny syf. To ci sami, którym ciężko później było wyrzucić puste opakowania do śmietnika.
Ręce śmierdziały mu przepotwornie od tej pracy. Szczerze, nie wie, ile razy musiałby je umyć, by ten zapach zszedł. Nawet palenie papierosów nie pomagało, a każdy, kto chociaż raz zapalił, wie, iż smród dymu osiada na długo na skórze palców czy ubraniach.
Kiedy skończył, schował się w kantorku z mopami, odkurzaczami oraz śmietnikami, by chwilę poużalać się nad własnym losem. Mógł pracować w zawodzie. Mógł, a jednak siedzi tutaj, sprząta po tłustych świniach i płacze, bo ręce jebią mu sosem, tłuszczem oraz mokrą, przegniłą, szmatką.
— Wyłaź mi z tego kantorka. — Ulubiona menagerka Havu zapukała w metalowe drzwi. Doskonale wiedziała, że młodzieniaszek się tam ukryje i nie wyjdzie, gdy nie będzie potrzeby. — Możesz iść na przerwę.
Mężczyzna poderwał się z podłogi jak opętany. W końcu. W końcu odpocznie. Chociaż i tak nic nie robił, bo przez najbliższe dwie godziny będzie jeszcze sprzątać te cholerne stoliki…
— Kocham cię, Amy! — Rzucił się kobiecie w ramiona. Chuda blondynka sapnęła, nie mogąc oddychać. — Nawet nie wiesz, jak bardzo tego potrzebowałem. Naprawdę. Jestem ci wdzięczny z całego serca. — Odsunął się, patrząc w niebieskie, nieukrywające zdziwienia, oczy.
Menagerka westchnęła i wróciła do swoich zadań, zapewne nie chcąc, by rudowłosy znów się na nią w taki sposób rzucał. Kobieta była od niego niższa. O wiele niższa. Havu to w końcu dosyć wysoki mężczyzna, który o tym dodatkowo zapomina w interakcjach międzyludzkich. I potrafi kogoś zgnieść. Przypadkiem.
Pobiegł teraz na zaplecze, gdzie znajdowały się szafki. Każda z nich była podpisana imieniem, ale niektórzy postanowili sobie ozdobić własną dodatkowymi naklejkami. Havu oczywiście nie był lepszy, bo ponaklejał sobie ich tyle, że nikt, ale to nikt, nie pomyli tej szafki z żadną inną.
Wyciągnął czarny plecak, w którym przytargał ze sobą ukradzioną ze starej kapliczki książkę. Przetarł skórzaną okładkę i jeszcze raz przyglądnął się tytułowi. Żółte, wyryte napisy po łacińsku. Dopiero po otwarciu wszystko było po angielsku. Księga przetłumaczona przez kogoś dawno temu.
Męczył to znalezisko odkąd trafiło w jego ręce i dalej nie mógł uwierzyć, że współcześnie wierzy się w takie brednie; bo wszystko, co związane z egzorcyzmami uważał za brednie. Jako półbóg widział na swoje oczy pełno potworów i wydawało się to śmieszne, iż śmiertelnicy za swojego największego wroga uważają… zmarłych. Zmarli jednak nie myślą. Są jak kukły. Mają puste oczy, pozbawione emocji i nie zrobią nic, aby ci zaszkodzić. Natomiast prawdziwym problemem są, na przykład bazyliszki. Nikt nie chciałby spotkać bazyliszka.
Wertował kartki książki aż do końca przerwy. Bardzo go to wciągnęło i szczerze powiedziawszy, chciałby więcej dowiedzieć się na temat egzorcyzmów. Nie dlatego, że w to wierzył, bo chyba już dość zaznaczył swą niechęć do prawdziwości tych ,,zabaw”, a dlatego, iż chce usłyszeć od kogoś, kto się na tym zna, coś więcej. Ze zwykłej ciekawości.
Księgę upchnął do plecaka a plecak do obklejonej naklejkami szafki i wrócił do cierpienia. Całe szczęście, że zostały mu równo dwie godziny do końca zmiany.
— Powodzonka — rzucił do współpracowników, szyderczo się uśmiechając, bo on, ubrany już w cywilne ubrania z plecakiem zarzuconym na ramię, wracał do domu, a oni dalej topili się w tonie tłuszczu i tonie zamówień.
Widział tylko kilka przewróceń oczami, na które rzucił krótkie ,,żartowałem!” i wyszedł na świeże powietrze. Od razu uderzyło go przyjemne, chłodne powietrze. Miło jest tak pooddychać czymś, co nie przypomina zapachem utopionego w oleju szczura.
Postawił plecak na ziemi, by wyciągnąć z niego książkę i podekscytowany wracał do domu, czytając różne modlitwy, rzekomo używane do egzorcyzmów.
Uśmiechał się do siebie kilkakrotnie, gdy napotkał dziwne lub interesujące słowa, których nie znał albo wtedy, gdy kilka stron było całkowicie po łacińsku. Zwykli ludzie pewnie nie zrozumieliby nic, chyba że studiowali taki kierunek, który zmusił ich do nauki wymarłego języka. Rudowłosy jednak rozumiał. Słowo w słowo co było tam napisane.
Był już prawie pod wejściem do swojego mieszkania. Znaczy się, pod wejściem do dosyć starego budynku, w którym miał to mieszkanie. Miał nawet schować książkę do plecaka, by na spokojnie przeglądnąć ją, siedząc na miękkiej kanapie, kiedy usłyszał niepokojący odgłos. Głośne chrapnięcie. Głośne wydychanie powietrza.
Rozejrzał się, ale kiedy nie ujrzał niczego, powoli odsunął się w stronę nieoświetlonego miejsca, by schować się w cieniu. Jeszcze tego brakowało, by po tak ciężkim dniu, coś chciało go jeszcze zaatakować. Czy nie mógł chociaż raz mieć spokoju? Nie może odpocząć? Nie może po prostu wrócić do tego cholernego mieszkania, poczytać książki o egzorcyzmach i pójść spać?
Obserwując tak otoczenie, dostrzegł nie potwora, ale kogoś dobrze mu już znanego. Czego ten durny ksiądz za nim łazi? Nie mógł być to zbieg okoliczności. Niech nawet nie myśli, że odda mu tę książkę. Polizane, zaklepane.
Siedząc dłużej w cieniu, w końcu zobaczył stado krów. Boże, to nawet nie są krowy. Tylko wielkościowo tak wyglądają. 
— Japierdolę — warknął do siebie.
Nie są ogólnie aż tak niebezpiecznie, ale wystarczy je czymś wystraszyć, by takie się zrobiły. Dodatkowo są brzydkie. Nie chciałby takiego u siebie w domu. 
Swoją drogą zdawało się, że… księżulo też widział stado. Wzrok bruneta nie uciekał na boki. Patrzył wprost w stronę zawieszonych głów Katobleponów. 
— Hej?! — wrzasnął nagle, wychodząc z ukrycia. — Widziałeś to?
— Co?
— Gówno. Odpowiedz mi, czy widzisz, to krowy? — Wskazał palcem na krowo-podobne, które najwyraźniej wystraszyły się krzyków i donośnych głosów. Ups.
Kiedy upierdliwy ksiądz mu nie odpowiedział, wyciągnął z kieszeni spodni monetę, która przemieniła się w dosyć spory oszczep. Boże, jak on nienawidził tego robić.
Przymierzył się i cisnął bronią prosto w rozpędzone potwory. Posiadał trochę umiejętności, więc nie była to kwestia trafienia czy nie trafienia. Po prostu było ich za dużo (całe pięć, jak dobrze policzył) i całkiem szybkie. I jak mógł się spodziewać — trafił tylko jednego, a pozostałe cztery nie chciały dać za wygraną. To stanowiło troszeczkę, malutki, tyci, problem.
Skrzywił się i pobiegł odebrać swoją broń, zanim krowy przebiegną mu po łebie. Cisnął oszczepem drugi raz i ten strzał okazał się celniejszy, chociaż i tak w grze pozostały jeszcze trzy. 
Kolejny rzut, kolejny martwy. Jeszcze dwa. Czemu to jest takie wściekłe? W dodatku śmierdzi od nich niewyobrażalnie. 
Kiedy chciał pozbyć się ostatniej dwójki, przypadkowo poślizgnął się i upadł na ziemię. Rozpędzone potwory biegły w jego stronę i kiedy zaczął żegnać się z życiem, chociaż potwory te nie należały do najgorszych to… coś, a raczej ktoś, pozbył się problemu. 
— Pytałem, czy to widzisz — warknął na oświeconego, któremu pot lał się z czoła, a w drugiej ręce dosyć nieporadnie trzymał własną broń. Miecz.


Judas?
◇──◆──◇──◆
[1124 słowa: Havu otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Judasa CD Havu — „Ciało Chrystusa”

Poprzednie opowiadanie

Czy to już nerwica, gdy jeden incydent sprawia, że chodzi poddenerwowany kolejne dwa dni?
Czy po prostu bycie cholerykiem, ale może rzeczywistość jest taka, że granica między tymi dwoma przypadłościami (schorzeniami, przesadnie powiedziałby nawet) jest bardzo cienka i krucha.
Bardzo łatwo zaburzał się jego rytm dnia, a szczególnie snu — gdy potrafił wybudzać się na uderzenie powiewu wiatru w szybę bądź budził się o czwartej w nocy i nie mógł dalej spać — przy jakiejkolwiek nieścisłości, którą sobie upatrzy i się na niej zafiksuje, nieważne jak nieistotna ona by nie była. Albo miał sezonową bezsenność, która uruchamiała się na wpływ idiotów.
Tym razem jednak ta nieścisłość była poważna, bo zostało mu odebrane coś ważnego, coś, czego szukał od jakiegoś czasu i gdy w końcu na to natrafił, rozprysło się jak potraktowany podmuchem oddechu kurz. Nie miał możliwości odzysku, a jego wewnętrzna chciwość i zachłanność coraz bardziej się pompowały, przygotowywane do wybuchu. Niestety (albo na szczęście), nie ma jak odebrać tej pieprzonej książki, a naprawdę by mu się przydała. Nie jest nienormalny, żeby zgłaszać kradzież z jakiejś nieużytkowanej ruiny.
Święta Mario matko boska daj mi proszę siły.
Aż zgłodniał na samą myśl o skręcaniu głowy rudemu patałachowi. I może kucharzem nie był najgorszym, ale zapewne leniwym, a życie w tym obrzydliwym kraju chyba sprawiło, że uwielbiał równie obrzydliwe, tłuste, niezdrowe (tutaj moglibyśmy dać cudzysłów, ale jednak ciężko się z tym kłócić) jedzenie. Co miał poradzić, że tak mu poprawiało humor i najlepiej wydałby całe swoje ciężko zarobione pieniądze na ociekające jeszcze olejem frytki albo napakowane serem burgery kompletnie niewarte swej ceny, od których za kilkadziesiąt lat, o ile dożyje, wyda jeszcze więcej, bo nie wyrobi mu wątroba. Albo nerki. Albo żołądek. Cokolwiek, co psuje się od spożywania nadmiernej ilości tego typu jedzenia.
Więc pójdzie zjeść jakieś obrzydlistwo, poprzeklina trochę i pogodzi się z rzeczywistością, która została mu narzucona. Przyda mu się nałykać świeżego powietrza.
Była już czternasta, a on dopiero przebrał się w normalne ubranie, które nie było kilkuletnią koszulką i spodniami do spania.
Miał wrażenie, że słońce pali go w plecy, a pokazywało przecież niższą temperaturę. Technologia go znowu okłamała. I tak uważał ją za wynalazek szatana.
Gdy już dotarł, to naprawdę umierał z głodu. Dorosły, poważny mężczyzna powinien dbać o swoje zdrowie i suplementacje, a on raz na tydzień może zjadł warzywo, owoc dwa, ewentualnie trzy, razy częściej, lecz to i tak nie dobijało do dziennej przeciętnej. Swoje psy odżywiał tysiąc razy lepiej od siebie (może zacznie jeść psie jedzenie, bo w pewnych kwestiach niczym się nie różni od jego codziennej diety, a w innych jest nawet lepsze).
Szybko stracił apetyt.
Kto by pomyślał, że akurat w tej restauracji go zobaczy. Wystarczył jeden rzut oka, aby go rozpoznać, jeszcze w akurat takim ubraniu, w akurat takiej pozycji, przy takiej czynności, gdy wycierał pierdolony stolik. Nie wiedząc czemu, poczuł się głupio, jednak jaka była na to szansa? Jedna na milion albo w rzeczywistości żyli w tandetnym fanfiction i tak po prostu musiało być.
— Hej, ty.
Rudowłosy wyprostował się i obojętnie podniósł na niego wzrok, lecz jego wyraz twarzy szybko się zmienił, gdy dokładnie się mu przyjrzał. Wyglądał na dość zdziwionego w pierwszej chwili, zapewne zastanawiając się, czy to przypadek, czy Judas go po prostu wyśledził jakimś bożym cudem. Jednak od razu wiedział, że ksiądz go poznał i coś od niego chce.
— O kur… — zaczął, ale ugryzł się szybko w język, przypominając sobie, że jest w pracy. — Co jest? Co ty tu robisz?
— O, no wiesz. — Wymusił u siebie uśmiech, poprawiając ostentacyjnie torbę, którą nosił ze sobą tylko dla ozdoby i dlatego, że wszędzie zabierał ze sobą coś do czytania. — Lubię dobijać pracowników gastro najbardziej upierdliwymi zamówieniami.
Havu wyczuł celową ironię i pogardę w tonie mężczyzny. Zmrużył oczy zdegustowany.
— Ojej, żartuję.
Nie żartował.
— Skoro jest już okazja, to moglibyśmy porozmawiać o czymś, co mi zabrałeś.
— Nie zabrałem ci. Nie przypominam sobie, żeby to było twoje — odparł, poniekąd mając rację. — Jestem zajęty, jakbyś nie widział, wybacz, księżulku.
— Nie, dobra, poczekaj. — Złapał go za rękawek i pociągnął z całej siły, na tyle, że mógłby wykręcić mu ramię, osadzając (rzucając) na krzesło obok nich.
Czuł od niego papierosy. Usiadł po drugiej stronie stolika, wzdychając.
Powinni go wyrzucić za naruszenie nietykalności cielesnej i byłyby to jego pierwsze w historii problemy z prawem. Trochę go poniosło i osaczony mężczyzna widocznie się tego nie spodziewał.
— Zależy mi na tej książce, więc bardzo cię proszę, dziecko moje drogie, gdybyś mi ją zwrócił, byłbym dozgonnie wdzięczny.
— Pomodlisz się jeszcze za mnie może, ojcze drogi — prychnął w odpowiedzi.
— Pomodlę, ile tylko zechcesz.
A ten wywrócił oczami na drugą orbitę, co sprawiło, że Judas zwątpił w swoją święta moc cierpliwości, umiejętności negocjacji, perswazji i pokojowego rozwiązywania konfliktów. Był także na trzech godzinach snu i łyku wody. Nie miał na to siły. Zadrżała mu powieka.
— To co?
— Ta, ta, zastanowię się — mruknął, wstając powoli.
Widział po nim, że nie ma zamiaru tego zrobić. Po prostu go później postraszy w inny sposób.
— Teraz wiem, gdzie pracujesz. Tak tylko mówię.
— I tak nic z tym nie zrobisz. Nie jestem głupi. Co ci tak zależy?
Wzruszył ramionami, nie siląc się na nic bardziej wymagającego i podniósł się z krzesła. Miał wrażenie, że rozsadzi mu żołądek, ale raczej pójdzie gdzie indziej.
— Masz papierosa?
— Chyba nie myślisz, że trzymam fajki w roboczych spodniach.
Aha, no tak. Miałoby sens. Judas rzucił mu tylko krzywy uśmiech i wyszedł z budynku. Jednak zje dzisiaj coś normalnego.
Gromadziły się w nim specyficzne emocje, bo czuł się, jakby tym razem zafiksował się nie na konkretnej rzeczy, a na tym gnojku oraz jego irytującej, lekceważącej postawie, przez którą najchętniej dalej by go podpuszczał. Pytanie, czy miał na to czas i siły, bo wyglądało to jak wyjątkowo wymagające, czasochłonne zadanie.
Wyjął własne pudełko papierosów. Może w końcu wyhoduje w sobie raka.

Havu?
slay pussy
◇──◆──◇──◆
[955 słów: Judas otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 30 stycznia 2024

Od Havu CD Judasa — „Ciało Chrystusa”

Poprzednie opowiadanie

Jeśli to naprawdę jest ksiądz, to Havu tym bardziej nie planuje stąd odchodzić. Nienawidził kościoła ani tej śmiesznej władzy, a widok mężczyzn z koloratkami przyprawiał go o mdłości. Ten facet dodatkowo wyglądał na takiego, który rzuciłby się w ogień, gdyby ktoś przypadkowo podpalił tę budowlę.
Spojrzał na Noaha, który próbował po cichu się wycofać. Czemu wybrał się z kimś, kogo spłoszy byle pierdnięcie? Przecież nie ma opcji, że ten pobłogosławiony chłystek wezwie na nich policję.
— I co, zadzwoniłeś już? — Wyszczerzył się, chcąc podburzyć nieznajomego. — My mamy całą noc, rozumiesz, całą noc. Nigdzie nam się nie spieszy i tobie chyba też nie, bo nie widzę, żebyś gdziekolwiek dzwonił.
Havu był bezczelny. Od zawsze taki był. Gdyby mógł, to pokłóciłby się z samym Bogiem, ale tego nie zrobi, bo jego stary jest trochę przerażający. W końcu to Bóg śmierci.
— Nie mam zamiaru się z wami bawić. Możecie opuścić to miejsce? Jestem zajęty.
— Nie ma takiej opcji — warknął, krzyżując ręce na piersi. — Przecież to opuszczony budynek i nie ma możliwości, że ktoś trzyma tutaj coś wartościowego. Dlaczego więc nie pozwolisz nam pooglądać, co jest w środku?
Mężczyzna zaczął tracić cierpliwość. Wyglądał, jakby zaczynał się gotować i miał sam wzniecić ogień w budynku. Havu to jednak bawiło, bo jeszcze nie miał możliwości ujrzeć wściekłego księdza.
— Tak się składa, że trzyma się tutaj wartościowe rzeczy. Dla przykładu: księgi oraz modlitewniki. Co jakiś czas ktoś tutaj przychodzi, aby sprawdzić, czy wszystko jest na miejscu.
Rudowłosy prychnął. Co za bzdury.
— Żartujesz sobie? Przecież każdy głupi może to ukraść.
— No jak widać, nie każdy ma takie zamiary, co ty.
Chudy wypłosz zaczął odpowiadać mu tym samym tonem. I wtedy też Havu wpadł na genialny pomysł, jak się stąd wydostać, żeby nie wyjść na chłopów, którzy ulegli oświeconemu debilowi.
— Super, chętnie sobie zobaczę, co się tutaj trzyma. — I wyminął starszego od niego mężczyznę, by wtargnąć do pomieszczenia za ołtarzem. Jak dobrze przypuszczał, to właśnie tutaj stała piękna wystawka ze starych jak świat ksiąg. Szybko dorwał pierwszą lepszą i z nią wybiegł, śmiejąc się pod nosem.
Wystraszony przyjaciel rudowłosego chciał zabrać mu książkę i ją oddać, ale Havu, przez bycie ponadprzeciętnego wzrostu, podniósł zdobyć tak wysoko, jak tylko potrafił. Nikt teraz mu tego nie zabierze.
— Pożyczam sobie i chętnie poczytam! Miłego modlenia się, księciuniu — parsknął i pociągnął za sobą Noaha, który potykawszy się o własne nogi, próbował zachować resztkę samoświadomości. Był jednak w takim szoku, że podążał za roześmianym Havu prosto do wyjścia.
Na powrót nie zamawiali już żadnej taksówki, tylko biegli przed siebie, by pod jakimś oszczanym murem obejrzeć zdobycz. A raczej Havu ją chciał obejrzeć, bo przyjaciel dalej nie wiedział, co się stało, ani gdzie jest.
— Tu jest napisane… — Strzepnął kurz z okładki, próbując znaleźć tytuł. — Egzorcyzmy… jakieś.
— Zabrałeś książkę do egzorcyzmów?
— Ale jaja — parsknął śmiechem. — Ciekawe, co wymyślili. — Otworzył delikatnie skradzioną księgę i przewertował kilka stron. Na wielu nie było nic napisane albo strony były powyrywane.
— Havu… myślisz, że… duchy istnieją? — zapytał słabym głosem Noah.
— W tym świecie istnieją gorsze rzeczy niż jakieś tam duchy. — Przewrócił oczami.
Zwykli śmiertelnicy nie zdają sobie sprawy, że w biały dzień znaleźć ich może jakiś zmutowany potwór, który stwierdzi, iż to idealny moment na morderstwo. Nie są też przyzwyczajeni do ciągłej obserwacji otoczenia i walki, kiedy przyjdzie na to potrzeba; a jedyne co ich interesuje to duchy i zmarli, jakby to właśnie oni byli największymi wrogami w tym świecie.
Havu, dodatkowo jako syn Morsa, ze śmiercią był doskonale zaznajomiony i każdemu powie prosto w twarz, że to nie zmarła babcia jest twoim wrogiem. Swoją drogą Noah nawet nie doświadczył śmierci w rodzinie, o czym rudowłosy od dawna wiedział.
— Dobra, wiesz, że nie lubię horrorów ani rozmów o duchach…
— A kto miałby cię nawiedzać? Ta książka nawet nie jest prawdą.
— Skoro tak mówisz.
— Dobra, słuchaj, opowiem ci historię. Dawno, dawno temu był sobie taki debil o imieniu Noah. Noah wierzył w bajki i egzorcyzmy i bał się, że nawiedzi go jego zmarła babcia, która dalej życie. Koniec.
Blondynka wydawało to bawić, bo zaśmiał się na cały głos. Havu jednak nie żartował. Noah to naprawdę debil, który uwierzy w byle pierdnięcie oraz byle pierdnięcia się wystraszy. Dobrze, że ten chłopak nie wie, z kim tak naprawdę się zadaje. I że osoba, którą uważa za przyjaciela, trzyma w domu martwe ciała myszy do preparacji oraz ma niezwykłe umiejętności, pozwalające na zaglądanie ludziom do łba i wyciąganie z nich informacji o zmarłej babci w osiemdziesiątym siódmym.
— Idziemy stąd. Przejrzę sobie tę książkę dokładniej i równo o trzeciej w nocy napiszę, czego się dowiedziałem. Obiecaj, że nie posrasz się w gacie, okej? — Poklepał blondynka po pleckach i pchnął delikatnie do przodu.
To zdecydowanie będzie interesująca noc, bo nie ma niczego ciekawszego, niż czytanie chrześcijańskiej książki o egzorcyzmach.

Judas?
◇──◆──◇──◆
[781 słów: Havu otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]