Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowojorski kryzys mieszkaniowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowojorski kryzys mieszkaniowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 sierpnia 2026

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait ostatnio wyjątkowo często myślał o tym, że życie dorosłego półboga jest zwyczajnie bez sensu. Większość półbogów, których poznał w Obozie Herosów, nie dożyła osiemnastki, a z tymi, którym się to udało, właściwie i tak nie miał już kontaktu. Miał wrażenie, że częściej spotyka tych, z którymi wtedy nie rozmawiał zbyt wiele. I że każde takie spotkanie kończy się jakimiś kłopotami. Zaczynał już myśleć, że nie jest to nawet kwestia bycia półbogiem, tylko po prostu on sam przynosi wszystkim pecha.
Nie miało to żadnego znaczenia ani nawet żadnego związku z jego aktualną sytuacją. Nie wiedział, czemu jego myśli uciekają akurat w tym kierunku, skoro równie dobrze mógłby zastanawiać się nad tysiącem innych rzeczy, które też nie miały szans mu pomóc. Może po prostu zastanawiał się, czy któryś z dawnych znajomych miałby pomysł, jak poradzić sobie ze szczurzym problemem. Czy czymkolwiek ostatecznie były te cholerne gryzonie. To też nie miało większego znaczenia, bo raczej nie miało pomóc w pozbyciu się ich.
Ostatecznie rozłożyli z Apollodorosem trutki, bo w danej chwili było to jedyne, co mogli zrobić. Chait nie do końca wierzył w ich skuteczność, ale nie mieli żadnej lepszej opcji. Musieli chwytać się każdego sposobu, który przychodził im do głowy. Przynajmniej na razie, przynajmniej na chwilę. Czy jakoś tak.

JESIEŃ

Chaita nie cieszył koniec lata, ale zdecydowanie cieszył go koniec festynów i festiwali. Wpadło mu kilka dodatkowych, już na wczesną jesień, ale one były mniej chaotyczne i mniej wymagające od tych letnich. Świat nie lubił próżni, więc zamiast tego znowu wpadło mu więcej zmian w sali zabaw. Po Apollodorosie widział, że jesień nikomu nie sprzyja. Może był to po prostu znak, by udawali, że w piwnicy nie ma żadnych niechcianych mieszkańców.
Przez tych kilka tygodni szczury były raczej spokojne. Chait zaglądał co jakiś czas na dół, ale nie rozmawiał o tym z Apollodorosem – podejrzewał, że ten robi to samo, ale też nic z tego nie wynika, więc po prostu nie ma o czym mówić. Chait ogólnie chyba trochę zbyt często dochodził do wniosku, że nie ma o czym mówić. Nie było to coś, nad czym zamierzał długo się zastanawiać, na pewno nie teraz. A prawdopodobnie nigdy.
Wracał z jednego z ostatnich festiwali. Tego kolejowego, co tylko jeszcze bardziej nakłaniało go do myślenia nad wszelkimi problemami tego świata. Przysięgał sobie, że wykreśli wszelkie istniejące festiwale kolejowe z kalendarza i na żadnym nigdy się nie pojawi, ale chyba jednak trochę za bardzo bał się złamać te głupie oświadczyny, które Merkury wymusił na nim i na Aye.
Myślenie o pociągach nie było lepsze od myślenia o szczurach. Zawsze była to jakaś hierarchia wartości.
– Dobry wieczór – przywitał się, mijając na schodach starszego mężczyznę, z którym rozmawiał już wielokrotnie. Ten odpowiedział mu ciepłym uśmiechem i kiwnął na niego głową, zanim Chait zdążył pójść dalej.
– Często schodzicie do piwnicy, ty i ten drugi chłopak…
Skinął w odpowiedzi głową.
– Tak, tak jakoś wyszło…
Mężczyzna pokiwał głową.
– Niektórzy zaczynają się niepokoić. Bądźcie ostrożni. I powiedzcie, jeśli czegoś potrzebujecie.
Chait uśmiechnął się, tylko trochę zbyt blado.
– Przepraszamy. Wszystko jest w porządku.
Mężczyzna nie wyglądał na przekonanego, ale Chait tylko pożegnał się szybko i uciekł na schody.
Tylko tego im brakowało, by inni mieszkańcy zaczęli uważać ich za podejrzanych albo szalonych. Nie wiedzieli, po co mieliby tak często schodzić do piwnicy. Nawet jeśli według nich żyły tam szczury, to dwóch młodych dorosłych nie miało powodu, by tak często to kontrolować.
Musieli w końcu wziąć się w garść.
Wszedł do mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Apollodoros musiał już wrócić. Chait przyjął to z ulgą, bo wiedział, że jeśli nie porozmawiają teraz, to znowu będą to odkładać w nieskończoność.
– Jakbyś chciał, to zostało jeszcze trochę obiadu – powiedział Apollodoros, kiedy już wymienili się grzecznymi przywitaniami. Chait tylko pokręcił głową.
– Jadłem z resztą pracowników – odpowiedział półprawdą, bo to nie miało znaczenia.
Odłożył plecak na jedno z krzeseł i westchnął.
– Muszę dać znać szefowej, kiedy będę dostępny w pracy – rzucił. To akurat faktycznie było prawdą. – Może to czas wymyślić, co dalej z tymi szczurami, jeśli uda ci się znaleźć chwilę wolnego. A przynajmniej ustalić, ile udało nam się dowiedzieć.
Nie robił sobie większych nadziei, ale skoro los kazał im udawać, że problemu nie ma, to oczywiście, że Chait zamierzał zrobić dokładnie na odwrót. Inaczej nie byłby sobą.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 1 sierpnia 2026

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie mógł przestać myśleć o tych durnych szczurach całą zmianę. Jeśli mieliby je wybić, to muszą znaleźć wtedy absolutnie wszystkie, co do każdego okazu. Co, jednak jeśli to nie jest problem tylko w ich bloku? Wrócą z jakiegoś… Nie wiedziało, jak miałyby się przedostać, ale z jego doświadczenia istoty głodne na półbogów, były zadziwiająco zdolne do znalezienia sobie drogi, jeśli tego wymagała sytuacja. Muszą mieć jednak jakiś plan z Chaitem na to wszystko... po prostu muszą.
No i Apollodoros nie może być ciężarem dla współlokatora ze swoimi wyobrażeniami najgorszej sytuacji. Musi być teraz wsparciem, podtrzymywać promienie słoneczne i ich morale, jak najdłużej. Chait ma za wiele problemów, żeby zrzucać na niego dbanie o ich nastroje. Nie wypił herbaty (nie, że Doros swoją wypił, ale to inna sprawa). Siedzieli w tej ciszy tak długo, że za oknem ptaki się zdążyły rozwrzeszczeć minimum pięć razy.
Wmusiło w siebie posiłki w pracy przez zaciśnięte gardło na samo wspomnienie tego obrzydliwego, zatęchłego zapachu, który unosił się od tych… bestii. Z tego, co rozumie, to gryzonie raczej dbają o swoją higienę, te normalne w sensie. Do tego każdy zbyt głośny dźwięk szuranych o linoleum krzeseł przypominało jeno piski oraz syki z walki. Przejdzie mu, zawsze mu przecież przechodzi… prawda? Czas leczy rany i takie tam…
Mają czekać, aż kolejne ogłoszenia o szczurach się pojawią? Szukać w tym czasie informacji? Poza tym jednym mitem, o którym wspomniał kiedyś, nie mieli więcej informacji. Taka gorgona? Harpie? Klasyki, prawie każdy półbóg miał przynajmniej raz z nimi w jakiejś formie doświadczenie. Te… istoty? Po raz pierwszy dla nich. Ten temat nasilił się zwłaszcza, pod koniec zmiany oraz w trakcie powrotu komunikacją miejską.
Wydają się działać w sporej części zespołowo, więc nawet jeśli jeden osobnik na raz dla dwójki nie byłby problemem, to ich stadu już będzie stanowiło trudność. Już pomijając, że nie mają bladego pojęcia, czy ugryzienie nie skończy się kompletnie im nieznaną infekcją. Jeszcze pół biedy jakby to była wścieklizna czy coś innego z ugryzień dzikich zwierząt znanych ludziom. Nakłamią, że jakiś obcy pies? W szpitalu wmówi się, że cokolwiek, co gryzie w Nowym Jorku lub okolicach ich napadło w trakcie łażenia gdzieś w zalesionych terenach. Zapłacą strasznie, ale zadziała. Gorzej, jeśli to coś mało znanego przeciętnym lekarzom, a jego umiejętności medyczne nie zadziałają…
Wzięło głębokie oddechy przecznicę od ich bloku… Da radę. Rudzielec wszedł w swoją personę z kategorii „wsparcie dla bliskich” dosyć szybko. W bloku chodził jak najciszej po schodach. Częściowo dlatego, że było już po ciszy nocnej, oraz by nasłuchiwać podejrzanych szmerów w rurach. Zastało przyjaciela nad ledwo nadgryzioną kanapką w ich kuchni. Bez herbaty ani niczego, po prostu kanapka na pierwszym lepszym talerzyku z szafki, dwa czy trzy kęsy wzięte. Chait wyglądał na zmęczonego bardziej niż zwykle.
— Hej — To samo powitanie padło z ich ust w tym samym czasie, ciche, ledwo ponad szeptem.
— Musimy zaczekać…tak czy siak, co nie? Ty masz niedługo te festiwale, ja sporo dwunastogodzinnych zbyt blisko siebie. Wypadałoby zebrać jakieś zapasy, potrenować, cokolwiek, strategia. Jeśli znajdziemy o nich więcej informacji, to lepiej, ale bez nastawiania się. Chociaż po twojej minie zakładam, że to jest oczywiste. — Kręciło się po kuchni jak zwykle. Musi pójść na łucznicę jak najszybciej, po chwilę spokoju ducha.
— Czasami trzeba powiedzieć oczywiste, nie przejmuj się. — Chait wzruszył ramionami. — Zawsze możemy też podłożyć trutki, z nadzieją, że może któraś w tym czasie zadziała. — Apollodoros zauważył, jak współlokator klepie się po kieszeniach, w typowym geście palacza szukającego fajki oraz zapalniczki.
— Zaraz wrócę, okej? Nie miałem okazji w drodze z roboty. — Szatyn mruknął, wychodząc na te ikoniczne rusztowania schodów w razie pożaru. Minęło pewnie maksymalnie dziesięć minut, ale kakofonia stęknięć, pisknięć, szeptów i innych odgłosów budynku pełnego życia przeciągała się w nieskończoność.
Ledwo rozmawiali nad kolacją, po niej, czy słuchając dudnienia koncertu? Albo meczu ileś ulic od nich. Rano pewnie wstaną, znowu zjedzą w niezręcznym napięciu, bo żadne z nich nie otworzy się na szczerość, oni tacy nie są. Nie wpadną w pełni w codzienną rutynę, tylko w jej cień przeszyty paranoją o każdy najmniejszy podejrzany sygnał, który dojdzie do ich zmysłów. Nieważne czy tutaj, w ich ciasnej kawalerce, czy poza nią.


Chait?
────
[682 słowa: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

sobota, 18 lipca 2026

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait nie był zaskoczony, że mieszkające na dole szczury wcale zwykłymi szczurami nie były. Rozczarowany i zrezygnowany – to jak najbardziej, ale przecież każdy by był. Nie zastanawiał się nawet, czemu akurat ich to spotkało, bo odpowiedzią i tak byłoby „bo jesteście półbogami”, a z dwojga złego wolał sam się tym zająć, niż gdyby spotkało to kogoś innego. Czy konkretnie takie sytuacje często spotykały innych półbogów? Prawdopodobnie.
Zresztą, przecież nawet teraz nie zajmował się tym sam. Spojrzał na Apollodorosa znad kubka z herbatą, która zdążyła wystygnąć już dawno temu. Udało im się wyjść z tego bez wyjątkowo poważnych obrażeń, a Chait podejrzewał, że gdyby zdecydował się zejść tam w pojedynkę, bez informowania współlokatora, to sytuacja wyglądałaby zdecydowanie gorzej. Szybko przeniósł wzrok na okno. Na zewnątrz robiło się jasno, chociaż kiedy schodzili, to ledwo zaczynało się ściemniać. Niby brzmiało to, jakby stoczyli bardzo długą bitwę, ale Chait miał wrażenie, że znacznie więcej czasu poświęcili – lub zmarnowali – po prostu siedząc w mieszkaniu, prawie ze sobą nie rozmawiając.
Żadne nie zapytało, co powinni teraz zrobić. Oboje wiedzieli, że muszą pozbyć się problemu, więc może zadawanie tego pytania było zwyczajnie zbędne. Pewnie, zamiast tego, powinni zapytać o to, jak zrobić to, co zrobić mają, ale tego o to też nikt nie zapytał.
– Zrobić ci świeżej herbaty?
Chait prawie wypuścił z rąk kubek. Wyprostował się nieco bardziej na swoim miejscu, kręcąc głową i uśmiechając się do Apollodorosa najszczerzej, jak potrafił w ich obecnej sytuacji.
– Nie trzeba, dzięki.
Apollodoros i tak wstało i podeszło do blatu, odstawiając swój kubek. Chait przez chwilę śledził jeno ruchy, zanim z rezygnacją z powrotem przeniósł wzrok na okno.
– Nie wiem, czy uda nam się dzisiaj coś wymyślić – powiedział w końcu, podnosząc się, żeby też odstawić niedopitą herbatę.
Jedną, wyjątkowo oczywistą opcją było zejście z powrotem na dół i wybicie wszystkich tych stworzeń po kolei. Raczej nie zamierzali tego proponować – na pewno nie teraz, kiedy dopiero co udało im się wyjść z jednego takiego starcia. Chaitowi przeszło przez myśl, że może być to ich jedyne rozwiązanie, ale wolał optymistycznie zakładać, że jednak znajdą jakieś inne. Jeśli nie znajdą, to i tak musieli najpierw przygotować się chociaż odrobinę lepiej.
Zastanawiał się, jak szybko zatęskni za zwykłymi szczurami, które mogły co najwyżej doprowadzić do zamknięcia jego miejsca pracy. Krzyczący klienci i inspekcja nagle wydały się bardzo zwyczajne i zdecydowanie bardziej przyjemne. Oczywiście nigdy nie przyznałby tego na głos, nie był jeszcze aż tak zdesperowany.
– Masz rację, że powinniśmy odpocząć. – Apollodoros skończyło szykować nową herbatę. – Na pewno nie chcesz? To dla mnie żaden problem.
Chait pokręcił głową. Sam nie wiedział, czy na pytanie o herbatę, czy na sugestię odpoczynku. Wątpił, czy Apollodoros odpocznie i doskonale wiedział, że sam na pewno tego nie zrobi.
– Nie, nie. Dzięki.
Na chwilę znowu zapadła cisza i nawet nie ruszyli się z miejsca. To chyba wystarczająco sugerowało, jaki w tej chwili jest ich stosunek do odpoczywania.
– Masz dzisiaj pracę?
Chait potrzebował kilku sekund, by zastanowić się nad odpowiedzią. Jaki w ogóle był dzień tygodnia? Niedługo miał być kolejny festiwal, z którego na pewno nie mógł się wycofać. Nawet gdyby chciał, to ktoś ściągnąłby go na miejsce siłą.
Ale to jeszcze nie teraz. Odetchnął.
– Dopiero wieczorem. I tylko kilka godzin – odpowiedział w końcu, opierając się ramieniem o ścianę. – A ty?
– Mam popołudniową zmianę.
Chait westchnął. To był tylko kolejny powód, by na dzisiaj odpuścić.
– Może w ciągu dnia uda nam się coś wymyślić albo przynajmniej dowiedzieć czegoś więcej – zasugerował, chociaż nie było w tym nawet odrobiny przekonania. – Może uda się jeszcze porozmawiać z sąsiadami, może w okolicy znajdzie się ktoś, kto coś wie.
Apollodoros skinęło głową.
– A jeśli nie, to przygotujemy się lepiej.
Pozostawało tylko mieć nadzieję, że faktycznie będą w stanie przygotować się lepiej. Chait doskonale wiedział, że kilka następnych godzin będzie już nawet nie próbą odpoczynku, a zwyczajnym udawaniem, że odpoczywają. To pewnie w żaden sposób im nie pomagało.
Zaproponował, że pozmywa po herbacie. Zostawienie bałaganu na pewno by im teraz w niczym nie pomogło, a tak to przynajmniej tyle mógł zrobić, by odwdzięczyć się za pomoc w i po walce. Pozwalało mu to zostać na nogach chwilę dłużej.
Nie rozmawiali wiele, kiedy następnego dnia Apollodoros wychodziło do pracy. Chait wyszedł, nim wróciło, więc dopiero wieczorem znowu mogli porozmawiać.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 7 czerwca 2026

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

To była ulga, że Chaitowi też to nadal nie zeszło z myśli, bo Apollodoros ma o tym na tyle złe przeczucia, że nie może o tym skrawku papieru zapomnieć. Gdyby nie pewne… detale to by pewnie dawno zapomniało o sprawie, ot ogłoszenie, które wszystkim wypadło z głowy. Tylko że nie może sobie na to pozwolić.
— Wiem, też je obserwuję od jakiegoś czasu. Podpytałem bardziej sąsiadów i… zaczynam się coraz bardziej martwić. — Doros przygryzł wargę, zanim zaczął mówić dalej. — Wiesz, to wszystko wygląda normalnie do momentu, gdzie sąsiedzi opowiadają o tym w tak dziwny sposób, który dla nich ma sens… w ten sposób. — Od sytuacji z „agentką nieruchomości” połączenie tego wyrazu z konkretnym tonem znaczyło jedno, nie musieli sobie tłumaczyć, to po prostu weszło w nawyk. — Ale okej, może to nic poważnego prawda? Ci tuż nad nami pokazywali mi ostatnio zdjęcia tych zniszczeń, normalnej wielkości gryzoń takich nie robi, to raz. Dwa… hmmm… Jest taki jeden mit o Apollonie Smintejskim, wiesz? Człowiek w wiosce ściąga na siebie boski gniew, co powoduje plagę myszy, które absolutnie niszczą im pola. W micie ojciec odwiedza tamto miejsce i ze względu na pozytywne przyjęcie zabija strzałami tamtą mysią plagę.
— Okej… nie że ci nie wierzę, ale tu chodzi o szczury, z tego, co rozumiemy, tak? — Chait był zmartwiony, oczywiście, ale ewidentnie miał pewne wątpliwości, co nie jest złą rzeczą, ma w tej sytuacji sens po ich przeżyciach tym bardziej.
— To była moja pierwsza myśl, wiesz? Natomiast to nadal na pierwszy rzut oka dość podobne gryzonie, może coś w tłumaczeniu poszło nie tak? Albo w tej piwnicy nie były do rozpoznania? I tak żywią się wszystkim, co tam jest, do zniszczeń, więc jeśli problem nadal jest… My przynajmniej jak coś możemy się łatwiej obronić.
— Dobra jak coś, to po prostu normalna trutka do kieszeni przy okazji, chyba preferowana opcja. — Zaśmiali się niezręcznie z absurdalności tej sytuacji.
Nie śpieszyło im się do zejścia do piwnicy, także ze względu na brak czasu (oraz trutek na przecenie). Z czasem jednak nie mogli przestać tego ignorować, zwłaszcza że jakby ich dłuższe pomieszkiwanie w bloku spowodowało zwiększenie aktywności małych przekleństw, jak je czasami nazywali dla rozładowania napięcia.
Przy wejściu herosa zdziwił brak mocnego zapachu pleśni… nawet te piwnice takie złe nie były, no poza… uczuciem. Że tam głębiej coś jest w „towarzystwie”, że jedyny powód, czemu nie wyczuli jeszcze ich zapachu, to dlatego, że potwory mają gniazda gdzieś w dalszych odmętach pomieszczeń. Szło trochę za kolegą, jakby rzeczywiście to były potwory, to klasycznie łuczników trzyma się jednak w tylnych liniach, tak?
Chwilę po Chaicie zauważył kątem oka ruch, po którym do ich uszu doszedł pisk pomieszany z? Dziwnym, animalistycznym dźwiękiem, ale zbyt głośny na maleńkiego szczura… Nie no, może to jednak akustyka??? Prawda??? Robi z igły widły i to tylko mały gryzoń, tak???
Świst metalu w powietrzu, po chwili przemieszany z piskiem rannej bestii rozdarł powietrze w mgnieniu. One… pomiędzy myszą a szczurem, jakby stały na tylnych łapach, to byłyby wyższe od kilkulatka… Wychudzone, jakby ich głód był nie do zaspokojenia nieważne od ilości pożywienia. Pierwszy zraniony mieczem został wybity z rytmu. Apollodoros zareagował instynktownie, atakując bez wydłużonego namysłu. Uczył się poprawnych podstaw, aż stały się drugą naturą. Nie, że teraz miał czas oceniać technikę strzału, najważniejsze, że przeszyła cel i zadała obrażenia. Kolejna i kolejna tak jak ostrze ucinające głośne piski tych… istot.
Nie każde uderzenie Chaita trafiało, niektóre strzały Dorosa chybiły, trafiając w posadzkę, ale się trzymali. Żadne obrażenia, których nie jest w stanie zaleczyć po wszystkim. Stadko powoli spotykało się ze śmiercią, ale nadal, to, że jest ich tyle... i jakby chodziły większymi klatkami wentylacyjnymi… To będzie cały blok do wytępienia.
Zaszumiało jeno w uszach po walce, nagle po ciągłym hałasie słychać było tylko wodę w rurach… Sprzątanie nie było przyjemne, ale konieczne. Leczenie zadrapań i ran znane, o wiele przyjemniejsze dla półboga. Jest to dla jeno… forma komfortu, pomagać w ten sposób. Wrócili do siebie windą, nie mieli jakoś ochoty na schody. Czeka ich teraz długa droga do kompletnej „deratyzacji”, ale jedno stadko mniej, to jedno mniej.


Chait?
────
[670 słów: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 26 maja 2026

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Pierwszych kilka tygodni minęło zadziwiająco spokojnie – może nawet trochę zbyt spokojnie jak na gust Chaita, ale przecież nie był paranoikiem, który jakoś bardzo by się tym przejmował i zaczął wszystko bardzo dokładnie analizować, rozkładając na zbyt małe i zbyt szczegółowe elementy. Inaczej: może czasem był paranoikiem, ale nie takim. I doskonale zdawał sobie sprawę, że szukając problemów na siłę, może co najwyżej wyolbrzymić te problemy, które tego nie wymagały. Oczywiście nie był też na tyle głupi, by założyć, że uśmiechnęło się do nich szczęście, bo to nawet jak na niego mogłoby być zbyt naiwne.
Zresztą, na co dzień i tak nie miał tyle wolnego czasu, by usiąść i naprawdę zacząć się nad tym zastanawiać. Do tego dalej nie mógł przestać myśleć o potwornej agentce nieruchomości, chociaż kiedy wrócił w tamto miejsce jakiś czas później, nie było śladu po jej obecności. Nikt nic nie wiedział, nie udało mu się też dowiedzieć nic o potencjalnych dziwnych sytuacjach w tamtej okolicy.
Dlatego, dopóki w tej lokalizacji wszystko było w porządku, to z tego korzystał. I widział, że Apollodoros też z tego korzysta, więc tym bardziej nie zamierzał tego psuć.
Lato powoli mijało, ale nie widział końca festynów. W grafiku miał wpisane jeszcze dwa festiwale, a w ukradkowych spojrzeniach, które rzucali mu szef i jedna z koordynatorek, wyczuwał, że mają dla niego jeszcze jakieś kolejne bojowe zadanie. Mógł tylko mieć nadzieję, że będzie ono przyjemniejsze od tej jednej roboty w parku i że nie będzie wymagało podróży przez pół Stanów Zjednoczonych tak jak poprzednia wakacyjna propozycja.
Tak, biorąc pod uwagę to, jakie zlecenia mu się trafiały i to, ile zastępstw w barach i knajpach brał w ciągu ostatnich dni, zdecydowanie nie miał czasu, który mógłby swobodnie poświęcić na zastanawianie się nad dziwnym spokojem w wynajmowanym budynku i okolicy.
Ale przez to wszystko miał też wrażenie, że częściej mija się z Apollodorosem, niż razem rozmawiają. Wiedział, że w rzeczywistości nie wygląda to tak źle, ale było mu głupio; znajome naprawdę bardzo mu pomagało. Chait bardzo doceniał to, że nie musi zbyt często zbliżać się do kuchni i to, że Apollodoros jest też zwyczajnie miłym towarzystwem, kiedy już udało im się spędzić razem chwilę czasu.
Myśl o tym wracała za każdym razem, kiedy wracał do mieszkania o trochę zbyt później i mało ludzkiej godzinie, co w ciągu tych kilku tygodni było synonimem „często”. Chait mógł tylko cieszyć się, że akurat dzisiaj nie bił swojego rekordu – było dopiero po dziewiątej, po ulicach jeszcze kręcili się ludzie. Otworzył stare drzwi do budynku, które kilka dni temu zaczęły chodzić trochę ciężej, ale jeszcze nie na tyle ciężko, by ktoś próbował to naprawić. To nie był żaden podejrzany sygnał, to nie był nawet problem, na który zwróciłby uwagę, gdyby akurat się nad tym nie zastanawiał. Do tablicy korkowej przyczepione były ogłoszenia o nocnych imprezach, jakaś podejrzana ulotka typu „kupię sprzedam zamienię mieszkanie” – też nic szczególnie dziwnego. Trochę podłego, gdyby ktoś starszy miał dać się oszukać, ale to tyle. Mignęło mu ogłoszenie o znalezionych kluczach z podanym numerem telefonu, by je odzyskać. Napisana odręcznie kartka zasłaniała wiszące już od dawna ogłoszenie. Mówiło coś o rozłożeniu trutki na szczury, pamiętał, że po przeczytaniu go (już dobrych kilkanaście dni po tym, gdy się wprowadzili) rozmawiał o tym z kilkoma sąsiadami, ale niczego się nie dowiedział.
Brak spotkania z niechcianymi lokatorami sugerował, że w takim razie problem mógł być już rozwiązany, po prostu nikt nie zdjął ogłoszenia.
Sięgnął po zakopane w odmętach plecaka klucze, a potem po cichu wszedł do mieszkania.
Odetchnął z ulgą, widząc zapalone światło i to, że Apollodoros siedzi jeszcze w kuchni.
– Hej – przywitał się, zamykając za sobą drzwi.
– Hej. Ciężki dzień?
Chait pokręcił głową.
– Dużo sprzątania po wydarzeniu. A ty?
Oczywiście, nie spodziewał się, że znajome będzie już spać. Mimo to obawiał się, że w jakiś sposób zakłóci mir domowy, albo zrobi jakąś inną głupotę. Tak, Chait doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma to większego sensu i że tak naprawdę nie robi nic złego.
– Dzisiaj jeszcze spokojnie, dopiero szykuje nam się spotkanie autorskie. Zostawiłom ci kolację w lodówce.
Chait uśmiechnął się w podziękowaniu. Zrobiło mu się jeszcze bardziej głupio.
– Dzięki. Naprawdę doceniam, że nie muszę robić sobie zupki chińskiej.
– Nie można żyć tylko na jedzeniu instant, a skoro i tak szykuję obiad, to naprawdę nie problem, żeby zrobić też dla ciebie.
Chait rozumiał ten tok myślenia. Działał tak samo, jeśli akurat było coś, co mógł zrobić dla siebie i dla kogoś innego.
I tak czuł się głupio. Nie chciał wykorzystywać Apollodorosa.
– Dzięki – powtórzył, odkładając plecak pod ścianę i podchodząc do lodówki.
Przez chwilę się nie odzywali. Chait zastanawiał się, czy i jakie pytanie zadać, albo co jeszcze powiedzieć. Wybijał palcami rytm na drzwiczkach lodówki, nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
– Dalej nie zdjęli tego ogłoszenia o trutce – powiedział w końcu.
Też umiesz wybrać temat, debilu.


Apollodoros?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 10 maja 2026

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Rozstali się tamtego dnia na obopólnej zgodzie, że będą uważali o wiele bardziej przy każdej następnej wizycie w potencjalnych mieszkaniach. Wpadli wręcz w rutynę; sprawdzanie oferty 5 razy minimum, umówienie wizyty, coś się okazywało niewarte zapału lub ktoś już wynajmował, powtórzyć proces. Przy okazji mieli wycieczki do przeróżnych części miasta, mniej lub bardziej im znanych.
Apollodoros już dawno przestał liczyć, który to raz tak jadą, ale oby to był ten ostatni. Robili się już nieco zdesperowani, aż zaczęli żartować, że może jednak te mieszkania będące biohazardem czarnej pleśni po wszystkich sufitach oraz między kafelkami w łazienkach, nie są aż tak złym pomysłem. Przynajmniej są względnie tańsze (zwykle, chyba że nie są).
Wysiadło z metra, od razu się przeciągając. Znalezienie trasy do bloku nie było na szczęście trudne. Nie najstarszy, nie najnowszy, taki o. Stoi tu już ileś lat, wszyscy się do niego przyzwyczaili, bez zwracania na szare ściany więcej uwagi. Jak to już w praktycznie tradycji było, wyjął szkicownik, żeby rysować elementy okolicznego krajobrazu, które przyciągają oko. W tym momencie jeno szkicownik to zbiór ich bezowocnych jak na razie poszukiwań. Apollodoros nie chciał po sobie tego dawać za bardzo znać, ale ich problemy z zapewnieniem sobie lokum zaczynały go trochę stresować, o ile nie irytować.
Kiedy chowało przybory do torby, która niejednego przyprawiłaby o bóle pleców, to zauważyło Chaita. Nie palił w tym momencie, ale najprawdopodobniej przed chwilą skończył, patrząc po zapachu przyniesionym przez wiatr.
— Hejka, udało się, widzę wyjść z roboty wcześniej. Była znośna? — W odpowiedzi na drugie pytanie dostał pokręcenie dłonią w sposób bliższy „tak średnio” niż „okej”.
— Hej, długo już czekasz? Udało się cudem zerwać, z łutem szczęścia wręcz.
— Krótko, oby ten łut szczęścia nam towarzyszył dzisiaj dalej, bo miejscówka jest niezła.
Agent nieruchomości pojawił się punktualnie, więc to już na plus w porównaniu z ta jedną sytuacją, gdzie przez korki czekali ponad godzinę z grupami, które miały przyjść i obejrzeć mieszkanie po nich. W środku budynek do najbardziej zadbanych nie należał, ale widać było jakieś starania, żeby nic się nie sypało mieszkańcom na głowy, tynk ze ścian nie odpryskiwał w wielkich płatach, a rury nie wydawały się w stanie opłakanym.
Metraż do największych nie należał, ale nie był też klaustrofobiczny; dwójka dorosłych z minimalnymi rzeczami na spokojnie powinna się tutaj zmieścić. Z tego, co Apollodoros się nauczył rozpoznawać po reakcjach Chaita, to jego bliski znajomy także aprobował jak na razie stan wnętrza. Na plus dla Dorosa były okna, jak na okolicę, bardzo dobre światło słoneczne, co jest zawsze przydatne przy jego pracy. Nie widzieli oznak pleśni, a jeśli takowa była, to była dobrze schowana. Nie, że w tym momencie by ich to aż tak odstraszyło, wizja złożenia się na ewentualne środki pleśniobójcze została już przegadana. Zdecydowali się finalnie zaryzykować, czerwonych flag nie mieli, a czynsz nie był przecież jakiś tragiczny…
Wprowadzanie poszło im na szczęście względnie płynnie, tylko z jedną szafką był problem, głównie z tym, jak ciężka była, nawet po rozłożeniu na osobne płyty. Od tamtego minęło już na tyle czasu, że czuło się całkiem jak w domu. To doświadczenie pozwoliło się im tez nieco lepiej poznać, co bardzo Dorosa cieszyło. Chociaż nadal przyjaciel na pewno o wielu rzeczach się nie otwierał, do czego miał prawo. Albo mu powie, albo nie, biorąc pod uwagę jeno intuicję, to coś bardzo zmieniającego życie, o czym mało komu się mówi.
Przełożył nadmiar wymieszanej sałatki do naczynia, żeby schować do lodówki i zjeść potem do kolacji. Chait należał do takich, którzy żartowali o spalaniu wody w czajniku, więc przejęło obowiązki kuchenne od razu. Nie, że to Apollodorosowi przeszkadza. To dobry sposób na pokazanie, że mu zależy, marnują mniej jedzenia, no i może chociaż w ten sposób zadbać o zdrowie drugiego herosa. Zostawił jeszcze w termosie Chaitowi takie kawy, jak robi w pracy, po czym wyszedł z mieszkania na zmianę w księgarni. Po drodze zauważyło jakieś ogłoszenia sąsiedzkie na korkowej tablicy, ale przeczyta je potem. Coś o piwnicach, tyle wyłapał w pędzie.


Chait?
────
[652 słowa: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 5 maja 2026

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait uśmiechnął się tylko na tę teorię Apollodorosa. Nie był pewny, czy całkiem się z nią zgadza, ale nie zamierzał też się z nią kłócić. Nie wydawało mu się, by faktycznie konkretnie wtedy się spotkali. W każdym razie tak, by rozmawiać, zamienić więcej niż kilka słów. Miał wrażenie, że wtedy lepiej by go pamiętał, ale też przecież nie mógł być tego pewny.
Był tylko pewny, że kojarzył jego imię z obozu. Było to bardzo mało informacji, a jeśli faktycznie spędził tam tylko krótki moment, to równie dobrze ktoś inny mógł o nim mówić.
Chait miał wrażenie, że zaczyna to analizować trochę za bardzo. Jakby było to faktycznie coś bardzo istotnego.
– A poza tym, długo byłeś w obozie? – zapytał Apollodoros, kiedy w końcu podnieśli się z miejsc i powoli ruszyli ku zejściu. No tak, jakimś cudem do tej pory uniknął bardziej szczegółowej rozmowy na temat samego obozu.
Chait zastanowił się chwilę, odchylając głowę do tyłu i przez moment obserwując niebo. Dopiero zaczynało się ściemniać, a słońce dalej raziło w oczy. Wspomnienia z obozu wracały tylko przy takich rozmowach, a naprawdę starał się ich unikać. Nie był pewny, czy w ogóle jest o czym mówić.
– Kilka lat? – odpowiedział, chociaż brzmiało to bardziej jak pytanie. – Ale często spędzałem tam więcej, niż tylko wakacje, więc trochę mi się to wszystko rozmywa. Nie wiem, czy gorsze było mieszkanie w mieście, czy z innymi dzieciakami. – Uśmiechnął się tylko trochę zbyt kwaśno.
I zaraz skarcił się za to w myślach. Poczuł się jak idiota (był idiotą), kiedy Apollodoros spojrzał na niego z zainteresowaniem.
– Nie, żeby to było coś poważnego – wytłumaczył szybko. – Obóz miał ten plus, że nie trzeba było martwić się o szukanie mieszkania. Tutaj coś próbuje nas zeżreć i jeszcze musimy za to płacić, tam przynajmniej byliśmy tylko tanią siłą roboczą.
Chciał, żeby zabrzmiało to jak żart, ale żaden z nich nie wydawał się przekonany. Miał wrażenie, że Apollodoros wygląda na zmartwionego. Zestresowało go to nieco bardziej, niż powinno.
Przystanęli przy zejściu do metra, obok barierek. Chait szybko odwrócił wzrok, gdzieś w stronę ulicy opanowanej przez morderczą agentkę nieruchomości. Z tyłu głowy pojawiły się wątpliwości, które do tej pory starał się ignorować, skupiając się na rozmowie ze znajomym.
Czy dobrze zrobili, tak zwyczajnie uciekając? Tak długo, jak potwór pozostawał żywy, tak długo stanowił zagrożenie dla innych półbogów. Czysto statystycznie niewielu półbogów dożywało pełnoletności i ogólnie wieku, w którym mieliby mierzyć się z poszukiwaniem własnego mieszkania. Z drugiej strony, Chait zdążył przecież poznać wielu mniej i bardziej dorosłych, którzy te statystyki psuli. Jeszcze z trzeciej strony, w pewnym momencie w sidła potwora mógł trafić jakiś dzieciak, wepchnięty w szpony niebezpieczeństwa przez własnego, nieświadomego niczego rodzica. Skończy się tragedią, w której ktoś straci kogoś bliskiego. Ile takich historii poznał w Obozie Herosów? Ile ich słyszał, kiedy odwiedzał Obóz Jupiter?
Zaczął nerwowo stukać palcami o metalową barierkę. Czy to była jednorazowa sytuacja? Czy jakaś przemyślana taktyka?
Może powinien pomóc Apollodorosowi dostać się w bezpieczne miejsce, a potem samemu wrócić? Nie zamierzał narażać znajomego, nie miał do tego prawa. Ich rozmowa o Obozie Herosów, pochodzeniu i przeszłości nagle wydała się bardzo mało znacząca. Chait i tak już wcześniej powinien się domyślić, kim jest Apollodoros, czy to ze względu na specyficzne imię, które już przecież skądś kojarzył, czy ze względu na jakieś inne oczywiste wskazówki, które jakimś cudem przegapił.
Byłby o to na siebie zły, gdyby nie miał do tego innego, dużo ważniejszego powodu.
– Coś się stało?
Wrócił wzrokiem do Apollodorosa, znowu zmuszając się do uśmiechu. Pokręcił delikatnie głową.
– Nie, nie. Wszystko okej.
Nie mógł nic z tym zrobić, przynajmniej teraz. Musiał poczekać, aż się rozdzielą. Zaczął już analizować, czy będzie w stanie dostać się tam tęczą, czy potwór dalej tam będzie, czy po tak długim ignorowaniu treningów będzie w ogóle w stanie cokolwiek z tym zrobić.
Jeśli tam zginie, to nikomu nie pomoże.
Zaczął wybijać rytm jeszcze szybciej, skacząc wzrokiem między Apollodorosem a tym bliżej nieokreślonym punktem.
– Ale wiesz – dodał bardzo szybko, nim jego milczenie mogło wydać się niepokojące. – Tułam się po pokojach i mieszkaniach do wynajęcia od lat, ale na coś takiego jeszcze nigdy nie trafiłem. Może powinniśmy bardziej uważać. Chyba było kilka bardziej sprawdzonych agencji na liście?
Jego wzrok znowu uciekł w stronę tamtej ulicy. Tylko na chwilę.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 16 kwietnia 2026

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

— Szczerze? To ja się zdecydowanie zgadzam, coś z nią było nie tak. Aż człowieka ciarki przechodzą brrrr. — Nasłuchiwało, czy nie słychać ruchów potwora. Albo ich jeszcze nie dogoniła, albo umie się skradać, niedobrze. Tylko szczerze? Dorosowi coś tutaj nie pasowało poza „agentką”. Nawet ludzie z zaburzeniami lękowymi raczej tak nie reagują? Prawda? W minie Chaita oraz ruchu jakby po broń schowaną gdzieś na sobie odbijało się jego zachowanie. Szukanie wymówki, żeby się rozdzielić i zostać z agentką, jedno z drugim robiło to samo.
— Proponuje nie wracać tam i nigdy więcej nie rozważamy ofert od tej agencji… — Chait przypominał mu obecnie trochę kota, który z ukrycia nerwowo rusza uszami na wszystkie strony i patrzy się wszędzie, w oczekiwaniu na atak od większego przeciwnika. Sam pewnie nie wyglądał lepiej. Czuło bicie swojego serca, nieco podwyższone w mieszance zaskoczenia, strachu i nagłego zerwania się do biegu. Byli przylepieni do ściany, tylko wychylając się co jakiś czas z zaułka na chwilkę, by sprawdzić stan rzeczy.
— Zdecydowanie, mamy więcej ofert od innych agencji przecież… nie mam ochoty na chodzenie po pustych mieszkaniach z kobietą, która no… wygląda z jak jakiś morderca z kryminału. — Rzucił niby na poprawienie humoru, ale z tym, jak łamał mu się głos, to brzmiało to raczej żałośnie.
Stuk… stuk… stuk…
Zamroziło nu krew w żyłach natychmiastowo, po chwili jego instynkt walki wziął jednak góre. Zanim pomyślało, co dokładnie robi, to miało zamiast breloka w dłoni toxę z kołczanem. Cholera jasna nie ma zamiaru ryzykować życia przyjaciela, najwyżej mu coś wmówi. Jakoś to ogarnie… prawda?
Stuk… stuk… stuk…
Kątem oka zauważył, że Chait tez znikąd trzyma coś w dłoniach, ale nie zauważył co konkretnie. Zwinnym ruchem kołczan znalazł się na plecach, a strzała z łukiem były gotowe w poprawnej pozycji. Najwygodniej by mu było mieć dystans, ale jakoś sobie poradzi… jakoś… Dawno nie walczył z potworami. Przygotowania w treningach nie oddają pełni tego, co się dzieje w trakcie.
Wychyliło się z przyjacielem w tym samym czasie zza rogu… Pusto… Nie, że niewidzialna gorgona czy coś, tylko pusto poza… Poza grupką szczurów, która próbując wejść do jednego kosza na śmieci, zrzuciła pokrywkę, oraz uderzająca ogonem o drugi w próbie wspinaczki. Opuścił broń i spojrzał na Chaita z niedowierzaniem. On też miał broń; miecz, który Doros widział tylko w trzech miejscach — muzea, rekonstrukcje historyczne, oraz w Obozie Herosów. Odetchnęło cicho z ulgą, może przedwczesną. Nie musi się tłumaczyć, teraz tylko ogarnąć problem.
— Zbierajmy się i pogadamy o tym w bezpieczniejszym miejscu. — Wyszeptało od razu, na co dostało skinięcie głową.
Schowali bronie, po czym biegli jak oszalali jak najdalej stąd, do transportu publicznego, a nim jeszcze dalej do następnej dzielnicy. Zatrzymali się dopiero na stacji końcowej, znajdując sobie spokojne miejsce na dachu okolicznego bloku.
— Dobrze się kryjesz, bardzo długo się nie domyślałem, że możesz być półbogiem. — Apollodoros przerwał ciszę, która między nimi zapadła. — Czyim jesteś dzieckiem, jeśli chodzi o boskiego przodka?
— Iris, a ty? — Mężczyzna odpalił papierosa, nieco zmieniając to jak siedzi, żeby dym leciał za nich, nie im w twarze. Jeśli się domyślał, to nie pisnął słowa.
— Najciemniej jest pod latarnią, więc tak jak z imienia wynika; Apollo. — Uśmiechnęło się delikatnie, ale szczerze. — A tak na serio, to dla matki to, co miała z ojcem i to, że jestem, było darem od niego. Nadal tak uważa. No i stąd imię. Twój styl pasuje mi do dzieciaka Iris, podoba mi się. Masz oko do kolorów.
— Dzięki. — Chait chwilę wyglądał, jakby się zastanawiał nad poruszeniem tematu z lekko zmarszczoną brwią. — Byłeś kiedyś w Obozie Herosów przypadkiem? Charakterystyczne imię po prostu. — Wypuścił dym, który od razu poniósł wiatr.
— Bardzo krótko, ale tak. Nie mów, że się spotkaliśmy wcześniej. Los nas znowu spotkał, mówiłem ci, że to wpadanie na siebie to nie tylko przypadki. To już który? Drugi raz? Trzeci? Zależy, jak patrzysz.
Stracił poczucie czasu, ile po tym rozmawiali o wszystkim i o niczym, ale bawił się dobrze.


Chait?
────
[641 słów: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

No tak, bo przecież znalezienie mieszkania i życie w Nowym Jorku nie były wystarczająco skomplikowane i irytujące. Oczywiście, że coś jeszcze musiało pójść nie tak.
Chait powstrzymał się od pełnego rezygnacji westchnięcia. Więcej, powstrzymał się nawet przed wykonaniem jakiegokolwiek gestu, który wskazywałby na niechęć, zirytowanie czy niepokój. Nawet nie przewrócił oczami. W innych warunkach byłby z siebie dumny (wcale nie), ale w aktualnych mógł tylko kątem oka zerknąć na agentkę nieruchomości, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo, bardzo nienawidzi tego miasta.
Miasta, rynku mieszkaniowego, który przyjezdnych przyprawiał o zawał, biegających po śmietnikach szczurów, swojego boskiego pochodzenia, agentek nieruchomości, które okazywały się potworami… W natłoku wyjątkowo negatywnych emocji przeszło mu przez myśl, że hej, przynajmniej to zdarza mu się dopiero pierwszy raz!
Nie pocieszyło go to.
– Hej, Apollodoros? – zwrócił się do znajomego, szarpiąc go delikatnie do tyłu za materiał koszuli.
Jeszcze nie wiedział, jak chce wybrnąć z tej sytuacji. Powinien odpowiedzieć agentko-potworowi? Co właściwie powinien powiedzieć Apollodorosowi? Może powinien po prostu rzucić się do ucieczki i później szukać jakiejś wymówki. Najgorszy scenariusz zakładał, że zginie w trakcie ucieczki i nawet ten scenariusz miał swoje plusy: skończyłby wszystkie problemy z szukaniem mieszkania, a dodatkowo nie musiałby nic wymyślać.
Żałował, że na pewno nie zdecyduje się na tę opcję.
– Zanim wejdziemy do środka… – Miał nadzieje, że brzmi to na tyle neutralnie, że agentko-potwór nie rzuci się na niego w sekundę po tym, jak skończy mówić. – Dzisiaj nie jest strasznie gorąco, a i tak czuć śmieci. Może dobrze byłoby sprawdzić okolicę albo zapytać sąsiadów, jak bardzo jest to uciążliwe na co dzień.
Kłamał. W cale nie czuł zapachu z koszy na śmieci, a przynajmniej nie tak mocno, by było to istotne.
Oczywiście, chciał wysłać na tę ważną misję Apollodorosa. Liczył, że w trakcie jego nieobecności wymyśli jakieś trwałe rozwiązanie problemu. Nie wiedział jeszcze, czy zakłada ono walkę, miał nadzieję, że jednak uda mu się tego uniknąć. Czy w ogóle miał przy sobie broń? Musiał mieć, przecież zawsze ją nosił.
– Masz rację.
Chait odetchnął z ulgą.
– To może pójdziesz to sprawdzić? Nie będziemy kazali pani czekać…
I już żałował, że naprawdę na chwilę uwierzył w tak proste rozwiązanie. Odkaszlnął.
– Ale okolica naprawdę jest bardzo ładna, nie ma potrzeby, byście to teraz sprawdzali.
Chait odniósł wrażenie, że Apollodorosowi też przeszedł po plecach dreszcz, gdy tylko agentka-potwór znów się odezwała. Pewnie tylko tak mu się wydawało, bo sam zaczynał powoli panikować. Zrobiło mu się strasznie gorąco, zbyt gorąco jak na aktualną pogodę.
– Wierzymy, oczywiście. Ale może przy okazji poznalibyśmy sąsiadów, czy my pasujemy im jako lokatorzy. – Chait robił wszystko, by te słowa brzmiały wiarygodnie. – Może jednak lepiej, żebyś ty poszedł. – Zaśmiał się wcale nie nerwowo, zerkając na znajomego. – Zrobisz lepsze pierwsze wrażenie.
Apollodoros nie wyglądał na przekonanego.
– Mogę pójść, ale… Nie mówiłeś coś o dojazdach do pracy? Nie chcesz się upewnić, że będzie w porządku?
Chait przeklął w myślach, na wszelki wypadek dwa razy.
– Nie no, to już sprawdzałem… – Przeciągał słowa, uśmiechając się miło do agentki-potwora. Zachowuj się naturalnie, Murray. – Ale możesz przy okazji zobaczyć skrzynki na listy.
Znowu zerknął krótko na Apollodorosa. Wolał nie spuszczać potwora z oczu na dłużej niż kilka sekund. Mężczyzna otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć.
– Nie będziecie teraz nic sprawdzali!
Obaj odskoczyli. Chait przez sekundę myślał o sięgnięciu po broń. Znowu powstrzymała go obecność znajomego. Widział, że ten też wykonał dziwny ruch.
Chait zacisnął zęby.
– Chodź.
Złapał Apollodorsa za nadgarstek i rzucił się wzdłuż ulicy, ciągnąc go za sobą. Nie protestował albo to Chait po prostu go nie słyszał. Usłyszał za krzyk agentki, może nawet trochę zbyt wyraźnie. Nie obejrzał się w jej stronę.
Debil. Debil, skończony, kurwa, debil.
Musiała biec za nimi. Nie wierzył, że tak po prostu by odpuściła. Jeśli odpuściła, to zaraz będzie musiał tłumaczyć się z głupiego zachowania. Może mógł pozwolić jej się dopaść.
W końcu obejrzał się za siebie. Nie widział jej. Zgubili ją?
Wepchnął Apollodorosa w najbliższy zaułek, samemu chowając się zaraz za nim.
– Ja... Ech… – wydyszał.
Nie zadziałał instynktownie, bo instynkt kazałby mu stanąć do walki. Na pewno nie zadziałał też logicznie, bo przecież to było okropnie, okropnie głupie.
– Przepraszam – rzucił w końcu, nerwowo wyglądając zza ściany. – Ona… Wydawała się jakaś dziwna. Znaczy…
Jęknął z rezygnacją.
– Przysięgam, nie jestem wariatem.
Sam sobie nie wierzył.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 22 marca 2026

Od Apollodorosa do Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

W metrze, jak zwykle, było tak tłoczno, że mimo klimatyzacji panował zaduch. Apollodoros, gdyby miał opcję, to naprawdę wybrałby spacer czy jazdę na rowerze. Zwłaszcza że dzisiaj nowojorskie lato sięgało górnych bramek typowych dla ich klimatu temperatur. Tęskniło za greckim słońcem z wyjazdów w dzieciństwie znowu. Nie tym najgorszym, które się przesypiało, ale tym w ciągu reszty dnia — przyjemnym, choć dla niektórych nadal zbyt intensywnym. Niestety tym razem zajęłoby to zbyt długo, a heros już woli dusić się w podziemnej komunikacji miejskiej, niż stać w tych korkach na powierzchni.
Znaleźli z Chaitem mieszkanie do obejrzenia pod wynajem o cenie, która jak na Nowy Jork najgorsza nie jest, ale ludzi spoza tego „ekosystemu” by najprawdopodobniej doprowadziła do zawału. Warunki tylko dobiłby gwóźdź do trumny w tej hipotetycznej sytuacji. Maleńka kawalerka z przestarzałym systemem elektrycznym oraz równie historyczną armaturą. Oby tylko jaśnie właściciel nie ukrywał nawrotów pleśni farbą, bo to już się jeno zdarzało widzieć. Umówili się na miejscu, gdzie ma ich powitać agentka nieruchomości. Półbóg nigdy nie przestanie dziękować Chaitowi za równie rzadkie używanie telefonu, jak u niego. Obgadali to w kilku SMS-ach i tyle.
Odetchnął z ulgą, kiedy postawił stopę na peronie stacji. Kierowało się szybkim krokiem, to niby nie jeno dzielnica, ale jeden znajomy ze studiów mieszkał w okolicy przez większość czasu ich znajomości. Odwiedzanie go tutaj, odwożenie go z imprez, chodzenie na zakupy w okolicy. A zawsze, jeśli się zgubi, to może zapytać o drogę. Przy czym z tego, co sprawdzał na mapach, to musi iść prosto, po trzech przecznicach skręcić w lewo, jeszcze trochę prosto i skręcić w prawo. Nie aż takie skomplikowane. Musiało wyglądać całą drogę jak kot wygrzewający się w świetle, z tym, jak delikatnie się uśmiechało i ciągle wychylało w stronę promieni słonecznych.
Półbóg oparł się plecami o latarnię na miejscu spotkania, po czym od razu zaczął szkicować krajobraz w wolnym czasie. Stukotanie obcasów o chodnik, warkot silników z aut, gwar rozmów, poszczekiwania psów z balkonów; to wszystko zlewało się w szum, który ledwo zauważało w swoim skupieniu. Dlatego tez zaskoczyło go „Hej.” tuż obok siebie. Chait stał już obok niego, ale agentki nieruchomości nadal nie było.
— Hejka, jesteśmy przed czasem albo ona się gorzej od nas spóźnia, co? Ciekawe jak źle będzie w środku, bo oferta trochę mało o tym mówiła. Z tym, jak nas czas goni, to wiesz… — Wzruszył ramionami delikatnie, ale z uśmiechem. Do kolegi, już pewnie niedługo przyjaciela, szczerze z radości na jego widok, do złej gry w oznace przekory, obydwa na raz.
— Nie no, jesteśmy chwilkę przed czasem, na spokojnie. Też coś wspominano o poślizgach na te spotkania, więc… — Mężczyzna wypuścił dym papierosowy tak, żeby nie dosięgnął on Dorosa. — Póki nie jest zagrożeniem życia na każdym kroku i mieści się w budżecie, to nie mamy na co wybrzydzać.
— Oj zdecydowanie prawda, lepsze to niż nic. — Założył białe pasemka zaplecione w warkoczyki za ramię, poprawiając przy okazji pozycję szkicownika, żeby dłoń, w której go ma, mniej drętwiała. — Jak coś, to mamy jeszcze parę ofert do obejrzenia i już umówione spotkania z agentami.
Luźna rozmowa o niczym ciągnęła się, a w tym samym czasie papieros w dłoni Chaita stawał się coraz krótszy, żar zbliżający się swoimi ognistymi objęciami do filtra na samym końcu. Wraz z wygaszeniem kiepa o górę śmietnika, usłyszeli głos. Apollodorosowi aż ciarki przeszły po kręgosłupie na „Państwo obejrzeć mieszkanie?”, nie musiał nawet podnosić wzroku, żeby wiedzieć o tarapatach. Ono słyszało po samej wymowie i niechęci, co jest nie tak.
Nie wiedział, co widział Chait jako człowiek, ale heros podnosił wzrok ostrożnie, oczekując najgorszego. Gorgona… ich agentka nieruchomości jest gorgoną…


Chait?
────
[592 słowa: Apollodoros otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]