Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ten Redbull naprawdę dodaje skrzydeł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ten Redbull naprawdę dodaje skrzydeł. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 lipca 2025

Od Niketasa CD Violet — „Ten RedBull naprawdę dodaje skrzydeł”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

O, jaka ulga, a on już myślał, że Violetka wrzuciła ich nigdy nie spisany kontrakt do niszczarki na dokumenty (chyba powinien się zacząć zabezpieczać tymi świstkami papieru), on stracił źródło zarobku, a ona – najlepszego sprzedawcę, jakiego sobie mogła wymarzyć. I to jeszcze z własnej woli! Nie ma takich obaw szczególnie często, problem w tym, że Violet ciągle coś nie pasuje, cały czas kręci nosem na dosłownie wszystko, co Niketas zrobi, a on nie może normalnie odbębniać roboty po swojemu. Porażka, pracować z kimś takim. Jeszcze żeby go tak z białego rana o zawał przyprawiać? Co najmniej niemiłe, powiedziałby. Nie zaczyna się rozmów od „Nie mam dla ciebie dobrych wieści”. Od razu cała atmosfera zepsuta, a Niketas już myślał, że będzie musiał chwilę pokręcić, chwilę pobełkotać, wyłożyć na stół jedną z kreatywnych wymówek, które wymyślił i inne takie, żeby ostatecznie Violet stwierdziła, że w rachunkach pewnie jej się coś przewidziało i tak naprawdę wszystko się jak najbardziej zgadza. W końcu dlaczego miałaby nie pozwolić Niketasowi kupić sobie paru fiolek ich produktu?
Ale nieważne co by nastąpiło po tych słowach, chytry uśmieszek na twarzy Niketasa ledwie zadrżał i komuś mogłoby się wydawać, że się przewidział i mina ani na moment chłopakowi nie zbladła.
— Spoko-loko — chichocze Niketas, bo w końcu nic takiego się nie stało, co nie? — Ja mam możliwości, ty się już o to nie martw. Koszty produkcji to nie moja sprawa, rób sobie z tym co chcesz, bylebyśmy na końcu nie wyszli na minusie, kropka. To w takim razie co, podnosimy cenę? — pyta nie tyle co z nadzieją, a z całkowitą pewnością, że to tak właściwie tylko pytanie retoryczne.
— Raczej… chyba trzeba — mówi Violet i na szczęście przygotowała już odpowiedź, bo inaczej Niketas pewnie by się zapędził zdecydowanie za daleko, zaprezentował jej jakieś dziwne funkcje kwadratowe i udowodnił, że dwadzieścia dolarów za fiolkę to najbardziej uczciwa cena ze wszystkich uczciwych cen. — Tak… na fiolkę, myślę że wystarczy podnieść o jakieś pięćdziesiąt centów, może o dolara, ale to i tak później. Stopniowo. Skoro kosztują teraz trzy dolce, to trochę dziwnie byłoby tłumaczyć dzieciakom, czemu nagle kosztuje cztery…
Niketas żarliwie kiwa głową, jakby wcale nie sprzedał paru fiolek za zdecydowanie zbyt wysoką cenę. Nie oszukuje ludzi, nie gra na czarno, on po prostu wie, kto jest w stanie dać za taki eliksirek trochę więcej… a jak zaczną się problemy, to weźmie to na klatę, jak zawsze. Doświadczenie z iFajstosami jednak coś mu dało, temu nie można zaprzeczyć. (Hefajstosiątka na szczęście znacznie mniej wpychają mu się swoimi brudnymi łapkami w zasady moralne i etyczne jego firmy, nie to, co Violet, która najwyraźniej bardzo nie chce zrozumieć, że żeby zarobić, to każdy musi czasem trochę pokręcić).
— Trzy pięćdziesiąt, jasna sprawa — nieco zbyt łatwo zgadza się Niketas, ale kto by się kłócił o zbyt łatwą zgodę?
Zagląda Violet przez ramię, podczas gdy ona kończy pisanie etykiet. Marszczy brwi, ledwo rozróżniając litery (półboska moc dysleksji połączona z okularami przeciwsłonecznymi noszonymi w zamkniętym pomieszczeniu tworzy zadziwiające efekty). Jedyne, co jest w stanie z tego wynieść, to fakt, że za nic w świecie nie wygląda to jak „Boski Full”. Dla pewności nawet unosi okulary, ale nie, mimo że litery wciąż płatają mu figle przed nosem, to „B” nigdy nie przypomina „S” tak bardzo, chyba że to wcale nie „B”, tylko rzeczywiście „S”…
— Co mówisz?
Violet rysuje serduszko na ostatniej nalepce.
— Że dziwne to „B” piszesz — prycha Niketas. — Co to ma być? Myślałem, że ustaliliśmy w końcu nazwę. Już sprzedawałem to jako „Boski Full”, marketing mi, kurczę blaszka, psujesz.
— Niczego takiego ze mną nie skonsultowałeś — upiera się Violet. — To mój produkt. Moje zasady.
— Jesteśmy partnerami! No weź!
Violet stanowczo kręci głową. Niketas bardzo szybko prześwietla swoje możliwości, ale zmuszenie Ulfa do zdrapywania wszystkich etykiet i robienia nowych brzmi jak jeszcze większa syzyfowa praca, niż jakby sam tym się zajął (a on się tym nie zajmie, zarobiony jest). Okulary przeciwsłoneczne ponownie opadają na jego nos, gdy okazuje się, że wściekłe spojrzenie rzucane Violet niewiele daje.
— Niech będzie, ale „Strawberry Punch” nie jest ani trochę chwytliwe. Kto normalny w ogóle lubi truskawki? Psiakrew, masakra z tym wszystkim — mamrocze, zgarniając ich magiczny energetyk ze stołu. — Wszystkie slogany trzeba zmieniać, motyla noga.
Jest coś satysfakcjonującego w obserwowaniu miotającego się we własnych słowach Niketasa. Raczej każdemu zadrżą kąciki ust, gdy zobaczy zdenerwowanego chłopca wypalającego „motyla noga”, gdy coś mu nie wyjdzie.
Niketas przygryza wnętrze policzka, zarzucając ciężką torbę na ramię. Szklane fiolki stukają w środku, zderzając się ze sobą i z jakiegoś powodu ten dźwięk sprawia, że chłopiec czuje nagłą potrzebę roztrzaskania pierwszej rzeczy, która nawinie mu się pod palce. Nie bierze głębokiego oddechu, nie prycha pod nosem, tylko po prostu poprawia zjeżdżające z nosa okulary, a gdy jego dłoń opada, ponownie się uśmiecha. Nic się nie stało, wszystko cacy, on to już załatwi i ogarnie. Jakim byłby szefem, gdyby nie panował nad emocjami i nie potrafił wszystkiego naprawić?
— No, miodzio. To trzymaj za mnie kciuki, cukiereczku — rzuca na odchodne. Profilaktycznie nie odwraca się, żeby jeszcze spojrzeć na Violet po raz ostatni, bo nawet on szybko zdaje sobie sprawę, że palnął głupotę.
Zajmie się tym bałaganem. Inne składniki, nieważne jakie, nie będzie ich na etykietach. Jeszcze nie są aż tak skrupulatni i poważni, te całe nalepki to i tak idiotyczny pomysł Violet. On by to zostawił bez tego, teraz gdy Chejron go przyłapie na szmuglowaniu tymi buteleczkami, trudniej będzie się wymigać, że to zwykły soczek jabłkowy. Chyba powinien był jej to wypomnieć, ale gdy zobaczył tę jej idiotyczną nazwę, to od razu o wszystkim zapomniał.
Z rozmachem otwiera drzwi do jedenastki, kieruje się do swojego ekskluzywnego kącika grupowego. Odziedziczonego po Arnarze. Niketas naprawdę woli się nie zastanawiać nad tym, ile razy znalazł się w nim ten koleś od wilczych gaci i ile razy mogli grać tutaj w rozbierane bingo. Torbę z… „Boskim Strawberry Fullowym Punchem” wciska pod łóżko obok kartonowych pudeł z niezidentyfikowaną zawartością, które sprząta tylko wtedy, gdy nie potrafią odnaleźć źródła dziwnych zapachów czasem wypełniających cały domek. Nie zawsze to wina jego łóżka. Tylko czasem.
— Jak poszło? — zagaduje Ulf (Niketas z całego serca nienawidzi jego subtelnych przypomnień o swojej działce, podczas gdy mógłby po prostu jasno powiedzieć: „Dawaj kasę” i po sprawie).
— Wyszliśmy na minus, bełkotała coś o zamiennikach, drogich składnikach, takie buty — streszcza Niketas. — Ale mam kolejny towar. Pobiegamy trochę i puf!
— „Puf” co?
— Właściwie to nie wiem. Coś na pewno.
— Ten biznes to ci się na pewno opłaca?
— Mówiłem coś o niekwestionowaniu zdania swojego przełożonego — prycha Niketas, który nie ma zamiaru się nad tym teraz zastanawiać. Trzeba od czegoś zacząć, potem sprzedaż będzie coraz lepsza. Popyt wzrośnie, bo w końcu energetyki można sobie kupować codziennie, nie to, co półboskie telefony. Na co im nowe modele, skoro już i tak większość herosowej społeczności jakieś tam te iFajstosy ma, nie będą ich ciągle kupować na nowo. „Boski Full” ma potencjał na stałe, dobre źródło zarobku, które szybko się nie skończy… Chyba że ktoś zacznie mieć do nich problemy o nieścisłości marketingowe, dziwne wahania cenowe (chociaż Niketas już z tym skończył, przysięga na bogów!) i jakieś domniemane przekręty. Oby nie. Hermesiakom z jakiegoś powodu trudno jest się wytłumaczyć przed Chejronem.


WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG 17.09.2025 (POSTAĆ PRZESZŁA DO NPC)?
────
[1177 słów: Niketas otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

piątek, 4 lipca 2025

Od Violet CD Niketasa — ,,Ten Redbull naprawdę dodaje skrzydeł"

Poprzednie opowiadanie 

WIOSNA

Znacie to uczucie, kiedy doskonale wiecie, że coś jest nie tak, ale i tak w to brniecie, bo nie macie sposobności, aby zweryfikować patowość sytuacji? Kiedy intuicja wie, że nieprzyjemny zapach błędu do popełnienia roznosi się po pokoju, lecz nie idzie zweryfikować źródła, z którego owy smrodek pochodzi? I zostaje wam iść dalej, dopóki zabawa w ,,zimno, ciepło i gorąco” się nie skończy?
U Violet to przeczucie zrobiło się intensywniejsze, kiedy Niketas powiedział o tym, iż sprzedawał ,,Mocnego Fulla” (ah, co za głupia nazwa!)... Nie ,,Mocnego Fulla”! ,,Strawberry Punch”... Tak, to powinna być prawidłowa nazwa. Wracając — kiedy Niketas powiedział, że sprzedawał ,,Strawberry Puncha” po różnych cenach. Jakby, skąd ona miała wiedzieć, ile forsy miało być prawidłowo w tej szkatułce? Tyle dobrego, iż pieniądze zostają z nią na jakiś czas.
Podobnie nie podobało jej się mieszanie w to osoby postronnej. Z jednej strony, było to niepotrzebne, jednak sama poprosiła własnego brata o pomoc z załatwieniem proszku z kości sowy, zatem wydaje się, że w tej kwestii są kwita.
W każdym razie, co mogła zrobić? Nic nie zrobi. Najważniejsze, że wyciągnęła stamtąd odpowiednią kwotę, aby opłacić składniki, które wystarczą na jeszcze mnóstwo partii jej magicznego napoju. Musiała tylko poczekać, aż Andrew dostarczy, co było potrzebne. Na razie wszystko przebiegało bez problemu… póki co. ***
— Tak drogie? — Violet uniosła brew, wbijając spojrzenie w kilka małych saszetek z jasnym proszkiem, który śmiertelnikowi skojarzyłby się z czymś nielegalnym, natomiast dla takich Hekaciątek jest potężnym gamechangerem do tworzenia mocnych mikstur.
— Taa… — Andrew wzruszył ramionami. — Zacznijmy od tego, że nie jest to składnik łatwy do zdobycia. Natknąć się na kości sowy graniczy z cudem. Nie ma ich tak wiele w okolicy, jak saren, jeleni i tak dalej. Natomiast polowanie na sowy grozi gniewem Ateny, a zgaduję, że nie chcesz skończyć jak Arachne albo gorzej, prawda? A powiem, że to wszystko znalazłem na bazarze w Nowym Rzymie. Cały zapas, który skosiliśmy potomkom Trivii, czy jak u nich matka się nazywa.
— Ja pier… — Violet starała się nie przeklinać, ale tym razem powiedziała to, zawiedziona i załamana. Nie potrafiła inaczej. — Masz racje, nie warto.
Sięgnęła do skrzynki z forsą. Wcisnęła bratu należne pieniądze do rąk i zaczęła przeliczać, to co zostało w środku. Chociaż, właściwie nie było czego przeliczać? Trzydzieści dolców? Poważnie? Ledwo stać ją na waciki
— Powinnaś zamienić kości sowy na coś łatwiej dostępnego i tańszego — poradził rudzielec. — Może na ashwagande? Albo głupią melisse? Ten wasz napój nie będzie taki mocny, ale efekt powinien być ten sam.
— Dosyć mam zielska w tej miksturze.
— To może jabłko? Będzie dobrze smakować z truskawką. Nie wspominając o tym, że nie musisz ich szukać zbyt długo.
— Podejrzewam, że efekt będzie trwał krócej. — Musiała ustąpić bratu. — Ale będzie do przeżycia.
— No, widzisz. Tak się robi biznes, młoda. — Andrew uśmiechnął się szyderczo. — Możesz powiedzieć swojemu koledze, żeby się bujał ze swoimi pomysłami.
— Kiedyś powiem. Ale jeszcze nie teraz.
***

Czarodziejka zakręciła właśnie ostatnią butelkę. Również jako ostatnia pozostała do opisania. Jej pismo nie należało do najpiękniejszych dzieł kaligrafii, jednak opisywanie czterdziestu czterech (Andrew zgarnął jedną za fatygę, a i tak wyszło z tego więcej, niż planowała!) wystarczająco ją wymęczyło i przestała zwracać uwagę na staranność.
Zaś jej szanowny partner w zbrodni, Niketas potrafił złożyć wizytę idealnie na czas. Tym razem nie zapukał, a wszedł jak do siebie (do obory) tanecznym krokiem, trzaskając drzwiami jakby były drzwiami od syrenki lub innego bardzo starego samochodu.
— Witam serdecznie. — Chłopak podniósł na sekundę okulary, zdaje się, że w geście powitalnym. Oczywiście, natychmiast rozwalił się na kanapie, gdzie do szczęścia brakowało mu tylko oranżady. Albo dietetycznej coli.
— Nie mam dla ciebie dobrych wieści — powiedziała z kamienną twarzą, jednak wciąż skupiona na krzywej kaligrafii na nalepce. — Musisz opchnąć jak najwięcej tego cudu i zarobić na tym o wiele więcej. Niestety, ten konkretny składnik nie był tak tani, jak myślałam i ze szkatułki ubyło… no, dość sporo. Na szczęście na następny raz mam o wiele tańszy zamiennik. Po prostu musisz wiedzieć, skąd te braki. I tyle.
Niketas?
───
[653 słowa: Violet otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 17 czerwca 2025

Od Niketasa CD Violet — ,,Ten redbull naprawdę dodaje skrzydeł"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Ulf delikatnie ciągnie Niketasa za rękaw, jego wzrok krzyczy: ,,Mogę sobie już iść?”, jak wzrok piekielnie znudzonego dziecka, które wreszcie podniosło się znad rysowania wąsów paniom na okładkach krzyżówek pani sąsiadki, podczas gdy jego mama po raz kilkudziesiętny omawia z panią Wiesią zeszłomiesięczne zalanie mieszkania Kowalskich przez pana Kazimierza z drugiego piętra.
Niketas, również posługując się tylko oczami (ukrytymi za ciemnymi szkłami, więc ten sposób wymiany informacji jest w jego wykonaniu praktycznie bezskuteczny), nakazuje mu siedzieć cicho i dalej odgrywać rolę ,,wsparcia emocjonalnego”, którego oboje wiedzą, że wcale nie potrzebuje. Ulf chyba rozumie aluzję (palce już bolą go od ściskania szkatułki z pieniędzmi, a nadgarstki odzywają się po godzinach prowadzenia ,,biurokracji”, jak to określił jego brat) i zaciska zęby, patrząc gdzieś przed siebie, ale na pewno nie na Violet. Chyba myśli o tym, jak obalić obecną władzę w domku Hermesa.
— Proszę bardzo. — Niketas, z o wiele łagodniejszym wyrazem twarzy, z powrotem zwraca się do Violet. Wyciąga ręce po ściskaną przez Ulfa szkatułkę, który orientuje się o ułamek sekundy za późno, żeby przekazanie jej odbyło się płynnie. Niketas odnotowuje to w głowie, podczas gdy Ulf wpycha dłonie w kieszenie i udaje, że wcale go tu nie ma.
— Okej, to ja tu wszystko… przeliczę — zapewnia ich Violet, przy czym Niketas dobrze wie, że ona wciąż mu nie ufa i węszy kolejne przekręty. Sprzedawał te soczki po prawie uczciwej cenie, no już bez przesady!
— Super, no i wszystko gra i śpiewa! Masz tam dołączoną karteczkę z całą taką tam, księgowością. Matematyką i cyferkami, bez dowodów sprzedaży, bo jeszcze nie ogarnąłem paragonów, wiesz, jak jest. — Uśmiecha się szeroko, jakby to on sporządził ową karteczkę i doskonale wiedział, co na niej jest. W pośpiechu (on nigdy nie ma czasu) nawet na nią nie spojrzał, więc tylko ma nadzieję, że Ulf nie zakodował tam żadnej wiadomości w stylu ,,POMOCY ON MNIE WYKORZYSTUJE” i że w Violet nie obudzi się heroiczna wyzwoleńczyni wyzyskiwanych pracowników (którzy i tak dostali się do prosperującej firmy Niketasa przez nepotyzm, powinni być choć trochę, kurczę blaszka, wdzięczni).
— To wróć, gdy będę mieć kolejny towar, dobra? Wtedy się rozliczymy.
(Niketas dusi w sobie jęk rozpaczy).
— Spoko, spokojna głowa. Ja dotrzymuję każdego terminu — mówi z profesjonalnym uśmiechem, który codziennie ćwiczy przed lustrem, razem z mowami motywacyjnymi do swoich pracowników, siebie oraz partnerów biznesowych. Zazwyczaj w przygotowaniach do czwartej mowy skierowanej do jakichkolwiek służb, które stwierdzą, że jego działalność nie wygląda na najbardziej legalną, przerywa mu zirytowane dudnienie w drzwi łazienki. Nazywa to atakami terrorystycznymi i buntem pracowników.
Violet tylko kiwa głową z miną podobną do tej, którą czasem ma Ulf. Z miną osoby, która żałuje swoich wyborów życiowych.

 
— Nie, Ulf, daj spokój — zirytowany Niketas podejmuje najwyraźniej dręczący go temat, gdy tylko znajdują się poza zasięgiem słuchu Violet. — Jak biorę cię ze sobą jako przedstawiciela naszej firmy, to weź się, chociaż zachowuj tak, jakby cię to interesowało! Chociaż pozornie! W życiu nie wytrzymałbyś jako grupowy, kompletnie nie nadajesz się do jakiejkolwiek dyplomacji i już więcej nadziei mógłbym pokładać w Carillie, gdybym kiedyś zainteresował się wciąganiem jej w jakieś biznesy. Co ja mówię, Elliot już by się lepiej zachował!
— Usnąłby.
— On przynajmniej potrafi spać z otwartymi oczami. To się ceni. Nie wiem, kiedy jest przytomny, dobry sposób, żeby oszukać mnie, że ciągle pracuje.
Ulf sceptycznie unosi brwi, próbując racjonalnie wytłumaczyć sobie, jakim cudem jego młodszy brat podbił cały domek Hermesa i wszystkich znajdujących się tam obozowiczów i wciąż ma dość tupetu, żeby odgrywać zadufanego w sobie szefa wielkiej korporacji, która istnieje tylko w jego głowie. Pewnie nazwał ją czymś w stylu ,,Skrzydlate buty. Hermes sp. z o.o.” i uważa to za szczyt ludzkiej kreatywności.
— Nie wydaje mi się, żeby to było jego celem. Wiesz, on po prostu… śpi.
— Pomniejsi pracownicy nie mają prawa kwestionowania zdania swoich przełożonych.
Czy Ulf mógłby pozwać swojego brata za mobbing…?
— Wciąż nie rozumiem, czemu poszliśmy do niej, podczas gdy nie sprzedałeś całości.
Niketas rzuca mu jakieś spojrzenie zza okularów. Ulf nie potrafi zdecydować się pomiędzy tym, że właśnie jest strofowany a tym, że Niketas po prostu jest podekscytowany i zaskoczony, że Ulf w ogóle zapytał.
— Proste. Odjąłeś cenę tych Boskich Fulli, które sobie zatrzymałem, od mojej wypłaty. Pozostaje mi już tylko użytek prywatny albo tak zwany reselling na moje konto, a dobrze wiesz, że gdy coś aktualnie niedostępnego sprzedawane jest z drugiej ręki, można sprzedać to drożej. Wiesz, sprzedawanie głupoty za siedemdziesiąt dolców, podczas gdy jej oryginalną wartością były tylko dwie dychy, takie sprawy — tłumaczy to z taką pewnością siebie, jak uczeń odpowiadający przy tablicy na równanie ,,x² = 1”, przy czym i tak jakimś cudem podany przez niego wynik okazuje się zły.
— To zbyt głupie i naiwne nawet jak na ciebie.
Niketas beztrosko wzrusza ramionami.
— Skoro działa, to jaki problem?
Ulfowi aż szkoda jest powiedzieć bratu, że Violet nie jest w stanie nie zauważyć, że coś jej się nie zgadza. Albo po prostu już wie, że niczemu nie zaradzi i Niketas nigdy go nie posłucha, nieważne jak bardzo będzie próbował zagrać jego głos rozsądku. 

Violet? 
──── 
 [824 słowa: Niketas otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 17 maja 2025

Od Violet CD Niketasa — „Ten redbull naprawdę dodaje skrzydeł"

Poprzednie opowiadanie

Skrzydła Afrodyty? Nie, brzmi zbyt żałośnie. Poza tym, Afrodyta nie ma najmniejszego powiązania z napojami energetycznymi. To byłaby niezła nazwa dla kosmetyku, ale nie tego, co właśnie pichci. A może coś związanego z Ateną? Wiadomo, to mądra bogini z mądrym ptakiem, jako swoim własnym symbolem. Jest to jakiś trop, gdyż głównym zamysłem stworzenia tego wywaru była motywacja do skutecznej nauki. Skrzydła Ateny! Sowy są skrzydłami Ateny! Skrzydła, aby wzlatywać na wyżyny swoich możliwości, a sowy mieszają w to skojarzenia z wiedzą. Tak więc Skrzydła Ateny to wzlot ku zdobywaniu wiedzy.
Czekaj, co?
Violet zaczęła mieszać energiczniej w kociołku, będąc pod wpływem frustracji. Zajęła myśli przykładami dla ochrzczenia swojego eliksiru, jednak nazwy, które wpadały jej do głowy przypominały bardziej strzały bardzo powolnej strzelby albo balisty, którą trzeba załadować w kilku chłopa, aniżeli “strzelanie pomysłami jak z karabinu”, jak to się ma w zwyczaju mówić. Zaś owe pociski nigdy nie trafiały w cel, a co najwyżej rozpadały się w locie.
“A może by nie wplątywać w to skojarzenia z boginiami?”, pomyślała czarodziejka. Miało to znacznie więcej sensu, patrząc na to, że wywar jest produkowany przez półboginie…i dystrybuowany przez półboga, choć bardzo chciała o tym zapomnieć.
A gdyby to było jedno, proste słowo? Sowa? Piorun? Moc? Półbóg? Heros? Sowa…? Eh, i wracamy do punktu wyjścia. Może Niketas będzie miał jakieś pomysły? Ale jakie, skoro sprzedawał coś, co nazywa się iFajstos?
Z resztą, nieważne. Powinna wrzucić ostatni składnik do kotła - prochy z kości sowy. Nie było ich, tam gdzie powinny być, zatem zaczęła sprawdzać kolejną szufladę, drugą, trzecią… Jedna szafka, druga, a może w skrzynce? Nie. Nic. Zero. Null. Skończyły się zapasy. Trzeba będzie uśmiechnąć się do brata, aby skołował większy zapas… ale to opóźni produkcje o dwa dni najwcześniej.
Violet wybuchła soczystym, zirytowanym krzykiem. Nie na poważnie, wręcz w wyobraźni, ponieważ zwykle trzymała emocje na wodzy, choć tym razem było naprawdę bardzo, bardzo blisko. W międzyczasie do głowy przyszła jej nazwa Strawberry Punch, nawiązująca do aktywatorów smaku dla wywaru, który dokończy… no właśnie, kiedy. O ironio… Ktokolwiek jest bogiem komedii tragicznych, musi być w tym momencie bardzo zadowolony.
Podsumowując: Strawberry Punch, w skrócie SP, Straw, Truskawa, Truskawkowe Pierdolnięcie, na krótki okres wstrzymał produkcję z powodu braku składników. Musiała to powiedzieć Niketasowi, a co najgorsze - Andrew, który znowu musi się nagimnastykować, aby zdobyć sowie prochy ze swoich najbardziej zaufanych źródeł. On jedyny wie, skąd wytrzasnąć materiały tego pokroju. Kiedyś dostał smoczą krew, bogini wie od kogo. Za to wiedziała, że jak braciak wróci ze spotkania z jakimś znajomym i trudno będzie się z nim zmierzyć o te przeklęte prochy.

 ***

Boski Full. Cholera jasna, co to jest Boski Full? Chociaż Niketas wyjaśnił pokręcone pochodzenie tej nazwy, dalej nie przemawiała do niej. Jak to w ogóle brzmi? Pijcie Boski Full! Wypowiadając to zdanie w myślach miała wrażenie, że właśnie prowadzą piwną propagandę w obozie, a nie sprzedaż napoju, który ma pomóc herosom w koncentracji. Jeszcze tego brakowało, żeby oberwało im się za rozdawanie browaru nieletnim, samemu nie posiadając tych magicznych dwudziestu jeden lat.
Krążyła wzrokiem między swoim wspólnikiem, a jego… kolegą, który cholera wie, co tu robił. Zostaje jeszcze kwestia ustalenia ceny wywaru, bo choć miło widzieć więcej banknotów to jednak niesprawiedliwy cennik Niketasa może wywołać burze i niechęć do kupowania go. A, i odbije się na reputacji Violet, więc…
Strawberry Punch powinno mieć jednolitą cenę. Muszę się zastanowić nad ceną produkcji, ale zdecydujemy się na najbardziej korzystną cyfrę… Moim zdaniem…
— Co to jest do cholery Strawberry Punch? — Grupowy Hermesiątek zmarszczył brwi. — Kosmetyk?
— Na pewno brzmi mniej alkoholowo, niż Boski Full — podsumowała fioletowowłosa. — Napój smakuje truskawkowo i daje kopa, więc pasuje.
— Jak chcesz — Niketas machnął ręką, a Violet czuła, że i tak uprze się na swoje. — Ale zapewniam ci, że bardzo dobrze sprzedaje się jako Boski Full i nie mam ochoty tego zmieniać. W każdy m razie, jaką cenę chcesz zaproponować?
— Pomyślmy… — Czarodziejka zastanowiła się głęboko. Gdyby nie te głupie prochy od sowy, eliksir byłby bardzo tani w produkcji. Przeciętny napój energetyczny kosztuje od jednego dolara do dwóch. To może stanowić jakiś punkt zaczepienia. Ale ten jeden składnik zmusza ją do powiedzenia… — Trzy dolce. Tak, wiem, cena może być wygórowana i nawet Red Bull tyle nie kosztuje. Ale po pierwsze, to boski napój, a po drugie, prochy z kości sowy są drogie, więc potrzebowałabym czasu i pieniędzy, żeby je zdobyć. Tym bardziej, że są mi potrzebne na cito, dlatego nie mogę od razu wykonać tych zleceń.
— Oh, wcale nie taka wygórowana… — Wydaje się, że myślał tylko o zarobku, a nie o kosztach moralnych. — Podejrzewam, że jak ktoś poczeka dzień lub dwa to nic się nie stanie.
— No, mam taką nadzieje — Violet skrzywiła się, jakby zjadła cytrynę. — Ah, i muszę przejąć szkatułkę. Nie wiem, ile nasze zaufane źródło zażyczy sobie za prochy.
— A co z moją zapłatą?
— Jeszcze przyjdzie na to czas — zapewniła. — A teraz muszę przejąć skrzynkę, abyśmy faktycznie zaczęli zarabiać.

Niketas?
────
[804 słowa: Violet otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

piątek, 9 maja 2025

Od Niketasa CD Violet — „Ten redbull naprawdę dodaje skrzydeł"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Powstrzymując się od rzucenia: “Księgowość to moje drugie imię!”, co nie kwalifikowałoby się nawet jako naginanie prawdy, a bardzo jawne i ogromne kłamstwo, Niketas (z pudełeczkiem pod pachą) chwyta obiema dłońmi rękę Violet i ściska ją mocno.
— Stoi — mówi z nieodgadnionym uśmieszkiem na ustach, trudnym do interpretacji głównie przez niewidoczne zza ciemnych szkieł oczy. Trudno powiedzieć, na ile jest to uśmiech nieszczery, a na ile przebiegły i trochę nieświadomy, bo umysł Niketasa rozrysowuje kolejny z jego niezrozumiałych dla nikogo planów. Kolorowa mapa myśli znikąd pojawia się przed jego oczami, niedługo później przeniesiona na strony jednego z jego notesów (na okładce ma namalowaną markerem czaszkę i ostrzeżenie o niebezpieczeństwie porażenia prądem. Za to na pierwszej stronie napisano “Elektryka prąd nie tyka ‘,:)”).
Ulf, jak zawsze zresztą, gdy Niketas pół dnia spędza w pozycji krewetki nad swoimi notatnikami, niepewnie zagląda mu przez ramię. Jego wzrok przez kilka minut próbuje znaleźć coś, co po pierwsze nie byłoby skreślone i skorektorowane tyle razy, że jedno słowo przetransformowało się w nieodgadnione hierogliwy, a po drugie coś, co byłby w stanie zrozumieć. Marszczy brwi, zerkając na skupionego Niketasa, który zdaje się go nie zauważać.
— Co to jest?
— Biznes, chłopie, to jest właśnie biznes — odpowiada Niketas, pisząc jedno słowo na drugim.
— A… uw-uwzględniłeś mój udział w nim…? — Ulf z niewyjaśnionego powodu brzmi, jakby ktoś właśnie przystawiał mu pistolet do skroni.
— Tym razem niekoniecznie potrzebny mi jest złodziej — stwierdza Niketas i zanim jego brat zdąży głęboko odetchnąć z ulgą, dodaje: — więc tym razem musisz trochę wyjść z fachu.
Westchnienie ulgi natychmiast zmienia się w… sfrustrowany jęk. Niketas bynajmniej się tym nie przejmuje, gdy przyjdzie co do czego, Ulf zawsze wykonuje swoją robotę nawet bardziej dokładniej niż Niketas, co samo w sobie jest ogromnym osiągnięciem. Może nie robi tego dzięki oddaniu sprawie i wierze w jej powodzenie, tylko z przymusu i swojego dziwnego perfekcjonizmu, którego skryte pokłady aktywują się dopiero wtedy, gdy robi coś dla kogoś. Kiedyś przez myśl Niketasowi przebiegło, że trochę wykorzystuje brata, ale szybko zdusił wyrzuty sumienia. W końcu od tego ma się rodzeństwo, prawda? (Chociaż Niketas czasem naprawdę podważa mentalny stan Ulfa i jego priorytety, bo kto niby słuchałby się młodszego brata?).
Do Violet melduje się po jakimś czasie babrania się we wszystkich sprawach marketingowych, które sam wymyślił. Rolę księgowego bardzo szybko przerzucił na Ulfa, który nie tylko wykazuje się wspaniałymi umiejętnościami matematycznymi, ale również w ciągu tygodnia zdołał zepsuć pięć kalkulatorów (chłopak się stara, to się liczy najbardziej). Niketas po prostu nie nadaje się na wykonywanie tak podrzędnych czynności, od zawsze twierdził, że nadaje się tylko do zarządzania innymi ludźmi i (ewentualnie) handlem samym w sobie. Babranie w procentach zostawił bratu, który załamywał się, obliczając swoje własne wynagrodzenie (i prawie rzucając wszystko w cholerę, gdy dowiedział się, ile ono wynosi).
— Mam twoją magiczną skrzyneczkę — zaczyna Niketas, wchodząc do domku bez pukania.
Violet, niekoniecznie spodziewająca się jego wizyty, szybko odgarnia kosmyki niesfornych włosów za uszy, żeby wyglądać na przynajmniej trochę gotową na przyjęcie gościa. Odganiając od siebie myśl o tym, że nie pamięta, czy na pewno przemyła twarz po wstaniu i umyła zęby, przywołuje na twarz lekki uśmiech – taki, jakie zazwyczaj przyjmują miłe panie w filmach o wielkich korporacjach. Albo w reklamach tych korporacji.
— O wow, świetnie. Tylko… następną partię eliksirów będę miała dopiero za dwa dni. — W ton jej głosu wkrada się skrucha, jakby to jej pokręciło się coś z terminami, ale to Niketas przyszedł do niej zdecydowanie za wcześnie.
— Luz, ja po prostu bym zapomniał, że mam przyjść, bo skończyły mi się rzeczy do roznoszenia. — Nonszalancko wzrusza ramionami. — Jestem zabieganym człowiekiem, wiesz. Człowiekiem z pamięcią złotej rybki.
— …Aha.
— No weź, trochę więcej entuzjazmu! Na spokojnie się rozliczymy, za dwa dni przyjdę albo ja, albo Ulf…
— Myślałam, że ustaliliśmy, że nie wciągamy w to więcej osób — wtrąca się Violet, świdrując wzrokiem Niketasa. Chłopiec tylko rozkłada ramiona, choć w tym geście, który zazwyczaj oznacza po prostu: “nie wiem”, można prędzej doczytać się: “no, co ja ci mogę powiedzieć, paniusiu?”.
— To zaufany człowiek. Tylko pomaga, nie ma wglądu w jakieś… bardziej poważne sprawy. Poza tym, wiem co robię i ty też dobrze to wiesz, więc już nie narzekaj. — Ostentacyjnie otwiera szkatułkę, wyciągając z niej plik banknotów, zagubione między nimi monety stukają o ścianki pudełka. — To nie wzięło się znikąd, prawda?
Na chwilę zapada między nimi cisza, podczas której Violet próbuje przełożyć ilość powierzonych Niketasowi fiolek z eliksirem na ilość pieniędzy trzymanych w jego dłoniach. Ze zmarszczonymi brwiami sama je przelicza i po chwili uznaje, że albo chłopiec rozcieńczył jej napój w wodzie, albo stało się coś bardzo dziwnego.
— Za jaką cenę ty je sprzedajesz…?
— Dopóki nie zaczną między sobą konsultować tego, po ile kupili naszego Boskiego Fulla, to nie masz się o co martwić. A gdy zaczną, to ja się będę tym martwił, nie ty. Nie twoja w tym głowa.
Violet wbija w Niketasa jeszcze bardziej zdziwione spojrzenie, niż wcześniej. Nie dość, że tak właściwie niczego się nie dowiedziała (to znaczy… cena jest ruchoma? Jak to w ogóle jest możliwe? Czy on po prostu oszukuje ich na kasę, jak turystów na jarmarkach i stoiskach z pamiątkami?), to jeszcze…
— Boski Full…?
Niketas aż zsuwa okulary na czubek swojego nosa, żeby wyraźniej zobaczyć minę VIolet. Oczekiwał zachwytu, spuszczania się nad jego kreatywnością i entuzjazmem dotyczącym ich świetlanej przyszłości i fantastycznej kampanii reklamowej, którą umożliwia im tak chwytliwa nazwa (tak, wymyślił już całą kampanię. Zawsze o parę kroków w przód, jak to mawiają!).
— A to ci nie mówiłem? — próbuje jakoś ograć tę sprawę, udając zaskoczenie. — Wiesz, bo po pierwsze: boski wywar, bo tworzony przez półboginię, więc jest chociaż w połowie boski, a od tego to już niewiele do boskości brakuje. “Full” to chyba jasne, bo masz wymaksowaną energię po wypiciu go. I chyba widziałem gdzieś podobną nazwę, też wszyscy się na nią rzucali. Chyba w jakimś serialu czy czymś takim. No, to co, oficjalnie sprzedajemy energetyki Boski Full? — Uśmiecha się szeroko, całkowicie ignorując zdezorientowaną minę Violet i trochę zbyt długą ciszę przed jej odpowiedzią, która (jak już zdążył się nauczyć podczas nadawania nazwy Double H, wciąż nieprzyjętej jako oficjalną) nie zwiastuje niczego dobrego.

  Violet? 
──── 
 [1003 słowa: Niketas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

piątek, 4 kwietnia 2025

Od Violet CD Niketasa — „Ten redbull naprawdę dodaje skrzydeł"

Poprzednie opowiadanie

Violet zamilkła i skrzyżowała ręce, mierząc wzrokiem chłopaka po raz kolejny. Gdyby było trzeba, zmierzyłaby go jeszcze z dwieście razy, byle rozwiać cień wątpliwości. Chęć założenia biznesu to jedno, rozegrać to rozsądnie to drugie, a trzecie… a trzecie to posiadanie cierpliwości do tego chłopaka. Było jeszcze kilka kwestii, których nie rozumiała, jednak miała ciutkę nadziei, że zrozumie je po drodze do rozkręcenia biznesu. Ah, i powiedzmy sobie szczerze - już dawno temu skazała się na Niketasa. Właściwie, zrobiła to w tym samym momencie, kiedy w ogóle wspomniała o chęci zarobku. Co zatem jej zostało?
A w razie kłopotów, coś wymyśli. Zawsze można wykorzystać inne tuzin przepisów, nauczywszy się na wcześniej popełnionych błędach.
— Nie zrozum mnie źle, Niketasie. Właśnie przez swój niewyparzony język i desperacje zrobiłam jeden, ryzykowny krok do przodu. Ta podejrzliwość z mojej strony była mi potrzebna. Ale to nie znaczy, że mam dla ciebie złą wiadomość. Zaufam ci. Podejmiemy się tej współpracy. Mniejsza o Chejrona, coś na niego zaradzimy. Nie zapomnij, że zgodziłam się na nie więcej, niż trzydzieści procent udziału. Słuchaj, zanim zacznę masową produkcję, potrzebuję kilka dni na załatwienie większej ilości składników, głównie proszku z kości sowy i większego kociołka. W międzyczasie zajmiesz się dyskretną reklamą. Na razie bez żadnych ulotek, po prostu szepnij parę słów jak największej ilości herosów. Zrozumiano.
Brunet pokiwał głową, zaś w międzyczasie czarownica wpadła na pewien pomysł, który sprawi, że będzie czuła się bezpieczniej z całym tym interesem. Wstała z miejsca i powędrowała ku wielkiej szafie stojącej naprzeciwko nim. Głównie wisiały tam ubrania na haczykach, choć za kurtyną z kurtek znajdowało się sporo skarbów, które dziewczyna zaczęła odstawiać na bok: baniaki z wodą księżycową, karton ze słoikami, jakiś stojak, zestaw małego chemika… aż w końcu wyciągnęła czarną szkatułkę wielkości książki, przyozdobioną o wypalone w drewnie magiczne runy. Oczywiście znalazł się na niej symbol Hekate. Kiedy Violet skupiła na niej wzrok, runy zaświeciły na fioletowo, a dziewczyna uśmiechnęła się do siebie, zdecydowanie będąc spokojniejsza o pieniądze, które będą tam schowane.
Wróciła zatem do półboga, wręczając mu pudełko.
— Ta szkatułka otworzy się tylko dla nas dwóch — powiedziała pewna siebie. Może jednak przekonała się do tego interesu? — Będę wiedziała, kiedy chowasz tam gotówkę, tak samo jeśli ją stamtąd zabierasz. To samo będzie działać w drugą stronę. Zaklęcie, które nałożyłam oznacza nasze wspólne zaufanie do siebie, równie jest to znak, że właśnie powierzam ci funkcje księgowego. Ja zajmę się załatwianiem składników i produkcją eliksiru. Umowa stoi?

  Niketas? 
──── 
 [400 słów Violet otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

czwartek, 27 marca 2025

Od Niketasa CD Violet — „Ten Redbull naprawdę dodaje skrzydeł"

Poprzednie opowiadanie

Przechwałki Niketasa na temat jego rzekomych osiągnięć w handlu, biznesie, marketingu i ukrywaniu gęstej sieci półbożego czarnego rynku (którego aktualnie, skromnie powiedziawszy, jest współwłaścicielem, bo na współtwórcę niestety jest za młody; całą organizację i wszystkie brudne pieniądze otrzymał w spadku) nie są w żadnym razie zwykłym przekomarzaniem, pustymi słowami i obietnicami bez pokrycia. Jego młody wiek może być trochę mylący (chociaż, po namyśle, powiedzmy sobie szczerze: trudno jest znaleźć starego herosa), ale posiada już ogrom doświadczenia, a jeszcze więcej umiejętności strategicznego myślenia i knucia dziwnych (często okazujących się również niepotrzebnymi) intryg. Wszystko to, skumulowane w jego niepozornej, nieszczególnie wysokiej postaci, tworzy z niego człowieka na miarę mafiozy, tylko o znacznie mniejszej skali i trochę niższej pozycji społecznej. Oraz niesiejącego tak wielkiego strachu, ani niewymagającego jakiegoś szczególnego respektu względem jego osoby, co na szczęście tylko ułatwia rozmowy i wszelkie kontakty biznesowe.
Przeczesuje włosy palcami (nie dodaje mu to powagi czy dorosłości, ma za to efekt wręcz przeciwny — wygląda jak zniecierpliwiony student, który nie potrafi znaleźć swojej sali wykładowej), głęboko zastanawiając się nad słowami Violet.
— Sprawa z iFajstosami jest trochę inna niż ta z twoimi drinkami — mówi w końcu, powoli wypowiadając słowa (co jest oznaką tego, że właśnie próbuje nie palnąć jakiejś głupoty lub nie rzucić obraźliwym komentarzem). — Nawet jeśli Chejron, brońcie bogowie, dowiedziałby się o całym przedsięwzięciu, to raczej wybrałby mniejsze zło i pozwoliłby nam na dalszy handel, przynajmniej tego bym się po nim spodziewał i w to staram się wierzyć. Poza tym, rozumiesz, nad wyraz ceni sobie kwestie bezpieczeństwa obozowiczów i takie tam, klasyczek.
— Nie do końca rozumiem? — Violet lekko marszczy brwi. Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi! Czym tak naprawdę różnią się te dwa tak samo nielegalne przedmioty i dlaczego Chejron miałby nie przejmować się tylko jednym z nich? Rozumowanie chłopca wydawało się niepełne, pomijające niektóre logiczne fakty, które nasuwały się Violet na myśl, a o których przezornie postanawia nie wspomnieć, czekając na bardziej zrozumiałe wyjaśnienia.
— To jest, czego nie rozumiesz? — rzeczowo pyta Niketas, trochę wybity ze swojej pozy dorosłego, który wie, co robi (nie jest to oczywiście stwierdzenie, że on nie wie, co robi, bo on doskonale wszystko wie, po prostu przyzwyczaił się, że mało kto traktuje go poważnie i musi udawać dojrzalszego, żeby ktoś chciał do wysłuchać).
— Tego, czemu iFajstosy są biznesem… “bezpieczniejszym” i “mniej inwazyjnym”, niż nasze eliksiry?
— To proste przecież. — Niketas prawie się oburza i prawie prycha pod nosem, w ostatniej chwili orientując się, że tak nie wypada. — Wszystkie dostępne na rynku zamienniki iFajstosów są bardzo nieprzyjazne półbogom, chociaż “nieprzyjazne” to trochę za mało powiedziane. Pewnie mogą nawet zabić, chociaż co ja tam wiem, nigdy nie próbowałem ich nawet dotykać, bo nie mogę przerzucać się na inny produkt, wychwalając swój pod niebiosa. Znaczy, mogę, ale nie będzie to pasowało do mojego image’u i naruszy większość moich obietnic i zapewnień, poza tym chyba mamy na to jakiś paragraf w umowie. W każdym razie: dla półbogów iFajstosy są po prostu bezpieczniejszym wyjściem i rozwiązaniem problemu i… Właściwie, to czemu ty tego nie wiesz? — urywa w pół słowa, wbija swój wzrok w Violet, jak w osobę, która popełniła jakieś przestępstwo. Albo tak, jakby był przekonany, że wiedza na temat iFajstosów była wiedzą powszechną i każdy się z nią rodził, a on niepotrzebnie strzępi sobie język, próbując to wyjaśnić.
— Bo nigdy w życiu nie widziałam żadnego iFajstosa…? — ryzykuje Violet, z jedynie maleńką obawą, że te słowa mogą zirytować Niketasa.
Ku jej zaskoczeniu (równie małemu), mają one efekt wręcz przeciwny. Chłopiec się rozpromienia, chyba trochę rumieni, i od razu aktywuje się w nim jakiś nowy tryb gaduły, który wpadł w niepowstrzymany słowotok.
— Wow, nie wiedziałem, że są jeszcze środowiska, w których herosi nie wiedzą, co tracą — zaczyna prawie że ze śmiechem. — Ogólnie to, najprościej to wszystko ujmując, iFajstosy to po prostu zamienniki zwykłych, śmiertelniczych telefonów, dzięki którym możemy żyć w dwudziestym pierwszym wieku tak, jak nasi rówieśnicy, w sensie ludzcy rówieśnicy. Bycie tym jednym dzieciakiem w szkole, który nie ma swojego telefonu wdało się we znaki raczej nam wszystkim — to moment, w którym jego ton wypowiedzi i ogólny sposób mówienia zaczyna przypominać te zawsze słyszalne w reklamach w telewizji — więc spółka złożona z przedstawicieli potomków Hermasa oraz Hefajstosa (inaczej: Double H, świetne, co nie?) wyszła z pomysłem, potem prototypem, a w końcu z gotowym produktem, dzięki któremu herosi mogą czuć się prawie tak, jak każdy normalny dzieciak na ulicach Nowego Jorku. Jeszcze nie wymyśliliśmy sposobu, dzięki któremu internet działałby na nich choć trochę szybciej, bo aktualnie maksymalna prędkość wynosi jakieś 64 kB/s…
— Okej, tyle chyba mi wystarczy — przerywa mu Violet, która zaczyna czuć się trochę przytłoczona nadmiarem informacji. — Nie jesteśmy tu po to, żeby…
— A chcesz jeden? — Niketas już klepie się po kieszeniach, jakby w jednej z nich zawsze trzymał zapas podróbek iPhone’ów gotowy do rozdania losowym herosom. — Mogę ci dać zniżkę po znajomości. Wiesz, bo…
— Nie, chyba podziękuję. — Violet uśmiecha się miło, a uśmiech Niketasa wyraźnie się zmniejsza. — Wciąż jeszcze nie omówiliśmy wszystkiego, co mieliśmy omówić, bo nawet jeśli iFajstosów udaje się nie wykryć, to trzeba się jeszcze zastanowić nad tym, jak zorganizować sprzedaż eliksirów…
Niketas wzdycha cierpiętniczo, ponownie przeczesuje włosy palcami.
— Nie no, to jest prostsze, niż ci się może wydawać — tłumaczy. — Po pierwsze, ale też najważniejsze, musisz mi zaufać. — Violet sceptycznie unosi jedną brew. — Serio mówię. Zresztą, to chyba podstawa jakiegokolwiek partnerstwa. Więc, zaufaj mi. Ja to ogarnę. Poza tym, przemyt nie jest wcale taki trudny, gdy ma się zwinne palce i szybkie nogi, to w gruncie rzeczy ratuje mnie od wszelkich wpadek. Dlatego też muszę ufać sobie, co nie? Wyuczonym reakcjom, szybkiemu myśleniu, wyszukiwaniu wyjść z podbramkowych sytuacji… — Wylicza wszystko na palcach, w trochę irytujący sposób przeciągając samogłoski. — W każdym razie, to główna zasada, punkt, wokół którego wszystko będzie się kręciło. To jak z tym będzie? Będziemy sobie ufać? — Z całych sił stara się ignorować wrażenie, że to brzmi niemal jak pytanie, które przedszkolak mógłby zadać swojemu nowo poznanemu koledze na placu zabaw i właśnie ustalają pomiędzy sobą, żeby żaden z nich nie zniszczył drugiemu babek z piasku.
Cóż, Niketas nie ma wyboru: musi założyć, że Violet będzie na nim polegać. Jakkolwiek to nie brzmi.

 Violet? 
──── 
 [1010 słów: Niketas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

piątek, 14 marca 2025

Od Violet CD Niketasa — „Ten redbull naprawdę dodaje skrzydeł”

Poprzednie opowiadanie

iFajstosy? Pierwszy raz spotkała się z tą nazwą, do tego skojarzyła się jej z elektronicznym papierosem. Nie, żeby zainteresowałaby się takim wynalazkiem…Być może dlatego, że hekaciątka nie potrzebują tego typu nałogów, kiedy codziennie mierzą się z duchotą własnych kadzideł. Jednak Niketas opowiadał o tym tak przekonująco (nie wspominając o chwytliwie brzmiącej nazwie), iż gdyby jednak ta nazwa dotyczyłaby iPada (po długim namyśle ten pomysł ma jednak więcej sensu) w wersji hefajstosowej, to kupiłaby w ciemno.
Siedziała na kanapie cierpliwie, krzyżując nogi i słuchając dźwięku głosu grupowego domku Hermesa. Wydawało się, że celowo poddaje ją hipnozie, dopóki nie padają magiczne słowa, które natychmiastowo sprowadziły Violet z Olimpu do Hadesu - domagał się zysku.
— Ile w takim razie proponujesz? — zapytała powoli, łamiąc głos z niepewności oraz z powodu nagłego kurczenia się przestrzeni osobistej.
— Jako że mój udział w całym przedsięwzięciu jest raczej spory to należy mi się co najmniej trzydziestoprocentowy udział.
Fioletowe kłaczki zjeżyły się na głowie czarownicy. Nie zrozumcie jej źle. Oczywiście, że jeśli są partnerami, powinni podzielić się zyskami. Ale czy powinna mu ustąpić aż trzydzieści procent? Do tego, dziecku Hermesa? Wyprostowała się i podjęła próbę targowania się.
Jednak postawa Niketasa była nie do złamania.
Walka o odjęcie co najmniej dziesięciu procent była ciężka, ale krótka i… przegrana. Wyrzuty sumienia ściskały ją za gardło, ponieważ totalnie nie mogłaby zostawić Niketasa z niczym, jednakże wciąż nie była pewna, jak bardzo popularny będzie ten eliksir, stąd pojawiły się wątpliwości, co do podziału. Czy zysk pozwoli na to głupie trzydzieści procent…?
Najpierw oboje zgodzili się na dwadzieścia pięć. Potem Grek z czapy wspomniał o dwudziestu ośmiu, co skonfundowało Violet, ale zrozumiała, że walczy o te swoje trzydzieści. Podatek…? Rzuciła okiem na chłopaka i zobaczyła w nim desperata, dla którego te dwa małe procenty mogą okazać się zbawienne. Nagle przebudziła się intuicja, jakby zesłana przez matkę. Może powinna…?
— Rosalie mnie zabije, ale… Niech będzie trzydzieści. Ani jeden procent więcej — Hekaciątko wstało gwałtownie i zaczęło krążyć po pomieszczeniu. — Nie z powodu trójki. Nie tak działają anielskie liczby. Ale dlatego, że dwadzieścia osiem nie wygląda za dobrze. I na Styks, niech tak pozostanie i to włączając twój głupi podatek.
Niketas poprawił ciemne okulary, uśmiechając się szarmancko, a nawet poprawił swoją pozycję na gościnnej kanapie, widząc, że właśnie zwolniło miejsce na niej.
— Przejdźmy do rzeczy — machnął ręką. — Jeśli mam wypromować twój eliksir, muszę mieć więcej informacji o nim. Mam go wypromować jako energetyka, czy jak?
Violet westchnęła na tak ignoranckie nazewnictwo jej dziedzictwa, ale szybko zignorowała te słowa.
— To napój, który poprawia koncentracje i pamięć. I fakt, działa jak energetyk, jednak ta “energia” zużywa się dość szybko, co także zwiększa metabolizm. Mimo wszystko to wystarczy, żeby w piętnaście minut nauczyć się na trzy testy. Po prostu…eee… wiesz, że się nauczyłeś, jeśli nagle zgłodniejesz. Nie potrzebujemy także wielu składników. Najtańsza jest woda, koniecznie z marketu albo naturalna. Nie używamy kranówy, gdyż to obraża naszą matkę. Wystarczy co pełnię wystawić ją na światło księżyca. Mogę uspokoić, że Andrew zawsze dba o to, żebyśmy mieli pełen zapas. Potem mamy sól himalajską, miętę, płatki słonecznika, cynamon i proszek z kości sowy, co jest najtrudniejsze i najdroższe do zdobycia.
— Nie brzmi zbyt smacznie — Niketas zmarszczył brwi zniechęcony.
— Tak, dlatego mamy też proszki o smaku truskawki i róży, aby nadać temu prawowity smak. Reszty składników w ogóle nie poczujesz.
— Dlatego ma kolor wymiotów jednorożca…
Nie mając pojęcia, jak wyglądają wymiociny jednorożca (choć możliwe, iż są równie brokatowe jak ciecz dwunastu butelkach stojących przed nimi), przestała chodzić w kółko, jakby była opętana, zaś wróciła na miejsce obok towarzysza, poprawiając do tego wystarczająco pogniecioną spódnicę. Powiedziała wszystko, co mogła o swoim produkcie. Czas na ustalenie działań marketingowych.
— Mimo wszystko, składniki nie są największym problemem. Wystarczą jeszcze na trzy kociołki. Szczerze mówiąc, najbardziej obawiam się reakcji Chejrona na wieści, że w jego obozie kwitnie czarny rynek, dlatego trzeba dopilnować, aby nigdy się o tym nie dowiedział. Masz jakieś pomysły na to? Na pewno, skoro nie wie o iFajstosach.

 Niketas? 
─── 
 [653 słowa: Violet otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 2 marca 2025

Od Niketasa CD Violet — „Ten redbull naprawdę dodaje skrzydeł”

Poprzednie opowiadanie

— Oczywiście, jasna sprawa. Powiem więcej: w takim przypadku, moja droga, nie mogłaś trafić na nikogo lepszego! Z takimi zadaniami od razu trzeba chybcikiem lecieć do mnie — zapewnia ją Niketas, uśmiechając się szeroko. — Myślisz, że kto rozkręca nasz obozowy czarny rynek? Ja, we własnej osobie, nikt więcej. Popyt na iFajstosy nigdy nie był większy i to totalnie moja zasługa. Nawet Rzymianie już je mają! Oczywiście, im wszystko sprzedajemy drożej, śmiałbym powiedzieć, że znacznie drożej, ale w końcu nie muszą o tym wiedzieć, a jeżeli nie muszą, to i nie wiedzą.
Przechwala się zupełnie tak, jakby był światowej klasy biznesmenem i równocześnie szefem lokalnej mafii, a nie dzieciakiem, który myśli, że jest fajny, bo nosi okulary przeciwsłoneczne nawet wtedy, gdy ich nie potrzebuje (zwłaszcza wtedy, gdy ich nie potrzebuje). Violet postanawia nie przerywać mu tego wywodu i jedynie grzecznie mu przytakuje, bo jakoś musi zdobyć jego przychylność i jak najbardziej zachęcić go do współpracy. Najlepiej do współpracy, w której to ona miałaby największe korzyści. Nie, żeby była jakaś podła albo chciwa, po prostu jej priorytetem od początku jest jak największe rozkręcenie biznesu jej oraz jej rodzeństwa, a najbardziej ze wszystkiego potrzebują środków pieniężnych, bo w tych czasach wiązanie końca z końcem nie przychodzi nikomu tak łatwo.
— Wracając — kontynuuje Niketas — jako twój partner biznesowy, nie powiesz, że nim nie jestem, ubiegam się o jakiś… ułamek zysku. Wiesz, procenty i tak dalej. Matematyka to jedno z moich hobby, tak, rozkręcanie biznesów oraz matematyka od zawsze były moimi pasjami, zwłaszcza że poniekąd się ze sobą łączą. — Uśmiecha się szeroko, rozparty na kanapie bardziej, niż to wypada (zajmuje jej zdecydowaną większość, podczas gdy ta przeznaczona jest do pomieszczenia na sobie trzech lub, jeśli bardzo się postarają, czterech osób).
— Ile w takim razie proponujesz? — ostrożnie pyta Violet. Hermesiakom nigdy nie powinno się ufać, szczególnie na dłuższą metę. Ich wieczna zabawa słowami, przekręcanie drobnych błędów w umowach i regulaminach tak, żeby wszystko okazało się korzystne właśnie dla nich, sprawiało, że byli oni jednymi z najbardziej niewartych zaufania “partnerów biznesowych”. Z nimi zawsze trzeba było dbać o to, żeby to nie do nich należało ostatnie słowo i żeby wszystko na sam koniec było jasne i klarowne, bez żadnych uwag zapisanych drobnym druczkiem.
— Jako że mój udział w całym przedsięwzięciu jest raczej spory — ten początek nie zwiastuje niczego dobrego i Violet bardzo dobrze zdaje sobie z tego sprawę — to należy mi się co najmniej trzydziestoprocentowy udział.
Brwi Violet wędrują w górę.
— Nie przesadzasz przypadkiem? — pyta ze szczerym zdziwieniem w głosie. Niketas tylko cicho prycha pod nosem, pochyla się do przodu i opiera głowę na dłoniach, jego łokcie trochę boleśnie wbijają mu się w uda, ale to niewielkie poświęcenie dla odegrania małej scenki.
— Już raz się na tym przejechałem — kłamie, bo on nigdy się na niczym nie zawodzi. — Zyski prawdopodobnie będą znacznie większe, niż ci się może teraz wydawać, a i tak to tobie przypadnie ich siedemdziesięcioprocentowa część, a to całkiem sporo, nieprawda? Ze mną nie zarabia się marnych groszy, to musisz wiedzieć. Zapewniam cię, pieniędzy starczy dla nas obojga, a dodatkowo zapewnią ci nie tylko środki na potrzebne składniki, ale też na wszystkie inne wydatki — zapewnia ją jak najbardziej przekonującym głosem, lekką dłonią składając jej obietnice bez pokrycia. Bo niby skąd ma to wiedzieć? Może odpowiada za sukces iFajstosów, ale to raczej logiczne, że sprzedaż odpornych na półbogów telefonów odniesie najbardziej pewny ze wszystkich pewnych sukcesów, zwłaszcza w obecnych czasach, gdy telefon jest prawie że niezbędny do przeżycia i skutecznego wmieszania się między śmiertelników. Za to usługi wróżbiarskie i eliksiry… no, tutaj nie można być aż tak pewnym. Jednak Niketas, na całe szczęście, już dawno opanował umiejętność zgrywania całkowicie pewnego człowieka nawet wtedy, gdy wszystko budzi w nim o wiele większe wątpliwości, niż byłby w stanie się przyznać.
Najwyraźniej trafił na niezłą przeciwniczkę, bo Violet nie wydaje się całkowicie przekonana jego gadaniną. Niketas jakoś szczególnie jej się nie dziwi, ale mogłaby trochę ułatwić mu całą sprawę, niepotrzebne mi są żadne kłótnie.
— Dwadzieścia procent. — Dziewczyna stanowczo stawia swoją ofertę.
— O, czyli się targujemy? — Niketas jest zdecydowanie zbyt szczęśliwy takim obrotem spraw. Jego uśmiech, jeżeli to w ogóle możliwe, staje się jeszcze szerszy i prawie tak samo chytry, jego zęby błyszczą w świetle lampy. — Dwadzieścia pięć.
Violet waha się przez chwilę, po czym wyciąga dłoń do chłopca.
— Niech będzie.
— Super, czyli dwadzieścia osiem — mówi, z zastraszającą szybkością chwytając palce Violet. Energicznie potrząsa ich dłońmi.
— Moment, miało być dwadzieścia pięć — sprzeciwia się Violet, zszokowana słowami Niketasa. Co to niby miało znaczyć?
— Tak, tak — mamrocze Hermesiak, zagarniając zgromadzone na stoliku fiolki. — Plus trzyprocentowy podatek, nie wspominałem o tym? Wybacz, myślałem, że każdy o tym wie — tłumaczy jej pobieżnie, dając jej do zrozumienia, że to naprawdę jest powszechnie znany fakt i on zwyczajnie zapomniał o tym, że ktoś może być niedoinformowany. — Poza tym, trójka to chyba jakaś anielska cyfra, nie? Idealnie do ciebie pasuje. — Puszcza oczko do Violet.

  Violet?
─── 
 [804 słowa: Niketas otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 24 lutego 2025

Od Violet do Niketasa — ,,Ten Redbull naprawdę dodaje skrzydeł"

Rosalie wyciągnęła z szafy czarny kociołek z wygrawerowanym symbolem potrójnej bogini i położyła go na metalowej kratce, pod którą żarzył się płomień, rozpalony chwilę wcześniej przez Violet. Młodsza z sióstr złapała oddech.
— Okropieństwo, straszne, straszne, okropieństwo — wycedziła przez zęby, odczuwając sztywny ból w krzyżach. Nie było to naczynie gigantycznych rozmiarów, jak typowy kocioł ze stereotypowej chatki wiedźmy, a wielkości tradycyjnego garnka, jednak ważył swoje. Właściwie, dziewczyny same nie wiedziały, cóż to za ciężki materiał, wynaleziony przez ich matkę.
— Wiem, wiem — W międzyczasie starsza siostra przyniosła pięciolitrowy baniak z wodą, podpisany jako ,,księżycowa źródlana” (Broń Matko, aby do takiej mikstury użyć księżycowej kranówy!). Wypełniła nią ponad połowę garnka po to, aby Rosie dodała kilka łyżek soli himalajskiej i zaczęła mieszać skromną zawartość ich mikstury.
— Nie wiem, po co to robimy. — Wnuczka Afrodyty przewróciła ostentacyjnie oczami. Nienawidziła produkcji tego wywaru. — Wypijesz maksymalnie dwie butelki, a później nie będziesz miała, co zrobić z pozostałymi dwunastoma. Nie sądzę, żebyś wisiała komuś aż tyle przysług, no i na odwrót. A pamiętasz, jak mówiłam, że to nasz prywatny przepis?
— Nie panikuj, Rosie. — Violet machnęła ręką. — Obozowicze przestają być zainteresowani naszymi wróżbami, a musimy sobie jakoś radzić, jeśli nie chcemy ubrudzić sobie rąk.
— Komu wydasz resztę fiolek?
— Dzieciakowi Hermesa. W zamian załatwi nam parę drobiazgów. Nie pożałujesz.
To Violet zapoczątkowała ubijanie interesów poprzez ,,sprzedawanie” magicznej mikstury, która znacznie wspomaga naukę na testy. Niewiele osób wiedziało, że dzieci Hekate oferują takie cudo, zresztą zawsze tak było. Natomiast Violet uważała, iż ma ona potencjał. Nie kłamała, mówiąc, że wróżenie innym dzieciakom stało się mniej popularne. Słyszała skargi, że wolą oni usłyszeć coś bardziej oczywistego i coś, co nie papla jak wyrocznia delficka, aż trzeba się nagłówkować. Zaś oto alternatywa, aby przetrwać w tym miejscu, a że niewielu herosów o niej wie, to nie jest dla nich szkodliwa.
— Gdyby mama miała coś przeciwko już byś o tym wiedziała — kontynuowała, choć Rosie już dawno poddała się w kwestii umoralniania rodzeństwa. Zamiast tego poszła po resztę składników do ich ,,energetycznej zupy”. 

 ***
 
Ostatnia butelka została zakręcona. Violet potrząsnęła nią, dumna z siebie, iż nic się nie zważyło. Kiedy półbogini położyła ją na stole, miks ziół i proszków zaczął opadać na dno różowawej cieczy. Były to niedobitki, które nie rozpuściły się podczas mieszania, jednak powinny one zniknąć lada moment. W każdym razie napój był idealny!
Właśnie zaczęła wiązać wstążki na szyjkach butelek w czarno srebrnych barwach — symboliczny znak, że ich pracę pobłogosławiła sama Hekate, gdy nagle rozeszło się pukanie do drzwi.
Rzuciła się, aby przyjąć gościa. U progu stanął brunet o dziwnym miksie kilku aur — wyczuła u niego ciut łotrowatości, choć zdecydowanie nie miał złych zamiarów. Raczej działał w czyimś imieniu, dla dobra tego kogoś. Kojarzyła go jako grupowego dzieciaków Hermesa, a nie znała go osobiście i nawet o nim nie słyszała. Po prostu przewijał się przez obóz w tłumie innych herosów, a co najwyżej trenowali razem szermierkę obok siebie, z osobnymi partnerami. Wiedziała jednak, że Hermesiaki poślą kogoś po swój towar. Nie spodziewała się, że będzie to sam grupowy, stąd nie udawała zaskoczenia.
— W samą porę! — Violet uśmiechnęła się życzliwie i gestem ręki zaprosiła chłopaka do siebie. Tylko jak on miał na imię? Na pewno było to imię pochodzenia greckiego.
Brunet obdarował czarodziejkę nonszalanckim uśmiechem i rozgościł się na sofie, a że towar stał na stołku tuż przed nią, zaczął badać go wzrokiem.
— To wszystko? — zapytał, unosząc brew spod ciemnych okularów. Miała nadzieję, że się nie zawiódł.
— Niekoniecznie — odparła Violet. — Umówiliśmy się na dziesięć butelek. Dwie zatrzymuję dla siebie. To i tak więcej, niż chciałam zaproponować za fiolkę smoczej krwi, ale niech wam będzie. Twoje rodzeństwo samo zaproponowało taką cenę.
— Mhm, dobrze — mruknął chłopak, zaś hekaciątko oświeciło odnośnie do jego imienia. Prawie by je wykrzyczała.
— Niketasie. — Mimo to, zabrzmiała dumnie ze swojej marnej pamięci, że przynajmniej teraz wygrzebała jedno imię z czeluści wspomnień. — Normalnie proszę o dyskrecję, kiedy wydaję ten eliksir, ale czy tym razem mogłoby być w drugą stronę?
— To znaczy…?
— To znaczy, że gdyby ktokolwiek pytał, skąd macie ten eliksir, możecie skierować go do nas. Widzisz, zapotrzebowanie na magiczne napoje albo rytuały wzrasta. Wiadomo, każdy chce sobie pomóc w różnych sprawach, ale ceny składników też idą w górę. Po prostu możesz nas polecić, ale dyskretnie. Nie chciałabym, żeby Chejron się połapał. Zgoda? 

  Niketas?
─── 
 [700 słów: Violet otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]