Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucien Lavigne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucien Lavigne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

Od Luciena CD Arnar i Dahlii — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

ZIMA, rok temu

Poprzednie opowiadanie

Lucien w ostatnim momencie próbował chwycić Khai za skrawek materiału jej koszulki, ale dziewczyna wyślizgnęła mu się i poleciała razem z czerwonym dywanem prosto w paszczę… potwora? Syn Dionizosa patrzył jak ich nowa koleżanka koziołkuje, przewraca się i uderza o poszczególne elementy wystroju holu, a później z krzykiem znika.
Lucien w milczeniu spojrzał na Arnar, a Arnar odwzajemnił od razu ten sam, skonfudowany wyraz twarzy. W całej ich karierze półboskiej nie wydarzyło im się coś podobnego — żeby dywan, albo hotel, zjadł innego półboga.
— Co z nią? — Lucien zapytał bardziej siebie samego, niż Arnar. Podświadomie znał odpowiedź na to pytanie, ale wolał, żeby odpowiedział mu na to ktoś inny. Albo żeby najlepiej nikt nie odpowiadał, tak, by mógł żyć w jakiejś deluzji.
— Nie zawracajmy sobie teraz tym głowy. — Arnar trochę nerwowo, jak na siebie, się uśmiechnęło. — Może teraz uda nam się wyjść? Może w taki sposób ten hotel został właśnie… no, wiesz… jak to się mówi…
— Udomowiony? Udobruchany?
— No, coś takiego. — Kiwnęło zgodnie głową. — Nieważne, chodźmy stąd!
Arnar szeptało jeszcze do siebie coś o rżeniu koni, o samych koniach mówiąc szczerze, i o tym jak bardzo nienawidzi hotelów. Wyjść udało im się zadziwiająco prosto i Lucien przez dłuższy czas wątpił w ich powodzenie; bo jak to przez dwie godziny (albo dłużej?) biegali po hotelu, nie mogąc z niego wyjść, a kiedy potwór, odpowiedzialny za to wszystko się najadł, wypuścił ich nie zważając już na nic?
Lucien zatrzymał się przed wejściem i obejrzał na drzwi wyjściowe. Nic nie wskazywało na to, żeby znowu trafili do labiryntu stworzonego przez potwora. Ani żeby doświadczali omamów wzrokowych.
Arnar z zadowoleniem stanął obok Luciena i się wyprostował jak struna. Dumnie wypiął pierś do przodu, a ręce podparł na biodrach.
— Widzisz? Mówiłem, że się uda. — Zadarł podbródek, uśmiechając się, jak skończony kretyn.
Lucien uniósł kącik ust do góry. Wciąż był przerażony, oczy piekły go niesamowicie, ale myśl, że udało im się wydostać go nijako pocieszała. Jeśli tylko nie przypomni sobie Khai, to będzie dobrze. Będzie dobre.
Znów zakręciło mu się w głowie. Podparł się o Arnar i nachylił do przodu, by pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, zwiastującego ewentualne omdlenie. Gdyby teraz poleciał plackiem na ziemię, to byłoby to co najmniej żenujące.
— Widzieliście moją wiadomość?
Dahlia pojawiła się znikąd. Kiedy Lucien otworzył oczy, zobaczył przed swoją twarzą jej długie nogi. Nie miał nawet siły, żeby podnieść głowę i spojrzeć na twarz przyjaciółki.
— Oczywiście! — odpowiedział z dumą Arnar. — Dzięki temu udało nam się udomowić ten hotel! Wystarczyło go nakarmić.
— Nakarmić? — zdziwiła się Dahlia. — Czym?
— No… jakby to powiedzieć — zaciął się. Lucien dalej opierał się o jego nogi. — Jedzeniem.
Dahlia milczała. Lucienowi w tym momencie zebrało się na wymioty.
— A co było tym jedzeniem? — dopytywała dalej.
Arnar zacisnęło usta. Nie chciał odpowiadać na to pytanie, bo czemu miałby opowiadać o tragicznej śmierci ich nowej koleżanki Khai, na którą przyjaciele wołają Khai i której rozwiązały się sznurówki w najbardziej kluczowym momencie ucieczki?
W tym momencie przez okno wyleciał najpierw jeden, a później drugi but. Rzeczy Khai. Skarpetek już brakowało, więc najwidoczniej były smaczniejsze od obuwia.
— Och. — Dahlia od razu zrozumiała, co było tym jedzeniem i chyba przestała chcieć się dopytywać bardziej. Zaakceptowała ten stan rzeczy bardziej niż roztrzęsiony Lucien, któremu hotel wyrzucił jednego buta pod jego nogi. I na którego musiał się patrzeć z rozpaczą.
Jeszcze chwilę wcześniej ten but pięknie wyglądał na nogach nowej koleżanki. Leżał pewnie idealnie i był bardzo wygodny, bo inaczej by tak szybko w nich nie biegała. Teraz but leżał pod jego nogami i całe szczęście, że nie był cały we krwi, bo inaczej zemdlałby już na sto procent i nie obudziłby się przez następne dwa dni.
— Możemy stąd już iść? — zapytał słabo, zaciskając palce na koszulce Arnar.
 
Z jakiegoś powodu trafili do restauracji w innym hotelu, która wyglądała jak rodem wyjęta z Kevina samego w Nowym Jorku. Lucien czuł się przytłoczony nagłą śmiercią Khai, a restauracyjne ostre oświetlenie, pozłacane ściany oraz sufity z diamentowymi abażurami przytłaczały go jeszcze bardziej. Czuł, że za chwilę wyjdzie z siebie, a był to pomysł nikogo innego, jak właśnie Arnar.
— Tutaj Kevin mieszkał.
— To nie ten hotel — odpowiedział słabo Lucien.
— Jak to? — Zdziwienie od razu namalowało się na twarzy Arnar. — Nawet choinkę postawili taką samą.
— Tak, bo mamy zimę i zaraz są święta… — westchnął. — Na dodatek jesteśmy w San Francisco, a nie w Nowym Jorku. Zapomniałeś o tym?
Arnar udawało, że nie słyszało tej odpowiedzi i dalej zachwycało się hotelem, do którego według niego trafił główny bohater kultowego filmu z lat dziewięćdziesiątych. Lucien natomiast z bolącą głową próbował przeżyć to gadanie, a siedząca obok Dahlia piła gorącą czekoladę. Jako jedyna z ich trójki zdecydowała się coś zamówić.
— Gdzie będziecie dzisiaj spać? — podjęła Dahlia. — Chyba nie w hotelu?
— Nie — od razu odpowiedział Lucien. Nie było nawet mowy, że tam wrócą. Szczególnie nie z Arnar, który obsesyjnie wszędzie widział konie i na dodatek słyszał ich rżenie.
— Możemy u ciebie? — wtrącił się Hermesiątko. — U ciebie na pewno nie ma koni!
Dahlia mogła się spodziewać takiego obrotu spraw. Mogła. Patrząc na to, z kim się zadawała i z kim się zaprzyjaźniła, to mogła się spodziewać dosłownie wszystkiego.
— To prawda. — Przytaknęła głową. — U mnie nie ma koni. Żywych.
— A to masz martwe? — przeraził się Arnar nie na żarty. — To chyba jeszcze gorzej. Lucien, co my zrobimy? Martwych koni też się boję.
— Może zaniesiemy je do tego potwora z hotelu, żeby się nimi najadł? — Wzruszył ramionami. Wciąż strasznie bolała go głowa. Próbował to ignorować, ale z każdym kolejnym słowem ból przybierał na sile. Dawno nie miał takiej migreny. — Zresztą co może ci zrobić martwy koń? Nawet nie będzie mógł rżeć, bo nie żyje.
— W sumie racja — przyznało Lucienowi rację.
— Wiecie, że nie o to mi chodziło? — Dahlia wtrąciła się po wypiciu czekolady. Cierpliwie czekała, aż przestaną gadać, ale skoro się tak nie stało, to musiała naprostować swoje słowa. — Mam na myśli na przykład koce albo poduszki. Może też jakieś obrazy, na których są konie. Nie o dosłownie martwe zwierzęta.
— A kabanosy jakie jesz?
— Nie wiem, z kurczaka?
— Okej. — Arnar na chwilę się uspokoiło. — To śpimy dzisiaj u ciebie.

dahlia???
────
[1001 słów: Lucien otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 12 kwietnia 2026

Od Luciena — „Gdy praca dla chleba, tak wino dla nieba”

Lucien nie mógł całe życie być bezrobotny. Patrzył, jak Arnar pracuje całe dnie i wraca zmęczony do domu. Obserwował to wszystko zbyt długo. Wszystkie próby poszukiwania pracy kończyły się tak, jak zawsze — nic z tego nie wychodziło. Problemem nie było to, że był młody. Problemem było to, że miejsc pracy brakowało, a jak już się coś znajdowało, to wymagali 100 lat doświadczenia, czego nie mógł mieć, przychodząc do pierwszej roboty w wieku dziewiętnastu lat.
Pracował ze swoim winem samotnie. Przesiadywał w piwnicy zdecydowanie za dużo czasu. Czasem nawet zapominał, że wypadłoby wrócić do mieszkania, odpocząć, zjeść coś albo się napić czegoś, co nie jest alkoholem. Tylko w taki sposób radził sobie z poczuciem bycia bezużytecznym rzepem uczepionym dupy Arnar. Czuł się jak najgorszy partner na świecie, bo przecież Arnar pracowało, a on siedział w domu i pędził wino w zapyziałej piwnicy.
Wszystko zmieniło się jednak po pewnym telefonie. Zadzwonił do niego ktoś, kto — jak się później okazało — mógł wynająć mu malutkie pomieszczenie, w którym Lucien mógłby otworzyć swój sklep. Sklep z winem, jakby to już nie było jasne.
Zgodził się niemal natychmiast, przecież to oznaczało, że będzie pracować i będzie przynosić do domu pieniądze. W końcu Arnar nie będzie się czuło z tym wszystkim takie samotne. W końcu będzie mógł się podzielić swoim sukcesem.
Nie chciał być jednak taki szybki i z powodu swojej wrodzonej paranoiczności nie powiedział o niczym Arnar, dopóki fizycznie nie postawił nogi w budynku, w którym miał niedługo powstać jego sklepik. Przez cały tydzień nie mógł spać, bojąc się, że mężczyzna od wynajmu się rozmyśli i znajdzie kogoś innego. Bał się też tego, że facet może okazać się potworem, chcącym zwabić go w ustronne miejsce, by zabić. Bał się w sumie też tego, że cały ten pomysł nie wyjdzie i marzenie o pracy legnie w gruzach.
 
— Wychodzę — powiedział tylko, naciągając ostatniego buta na stopę. Spieszył się, bo za jakieś pół godziny miał spotkanie z facetem od wynajmu.
— Okej.
Arnar niczego nie podejrzewało. Ufało Lucienowi, więc dlaczego miałoby się martwić? Było to całkiem na rękę chłopakowi, bo gdyby Arnar było typem dociekliwym, to szybko by się wygadał.
Zestresowany do granic możliwości Lucien czekał pod budynkiem jakieś piętnaście minut przed umówionym spotkaniem. Przez plecy przebiegały mu dreszcze, dłonie zaczynały trząść mu się w kieszeniach i nie była to wina chłodnej pogody, bo tego dnia świeciło słońce.
Mężczyzna jednak zjawił się szybciej, niż Lucien myślał. Może to i dobrze? Oszczędził mu stresu i dzięki temu zapanował też nad drżeniem kończyn. Gdyby czekał, chociaż dziesięć minut dłużej to pewnie kolana by się pod nim ugięły i runąłby jak kłoda na ziemię.
— Powodzenia w prowadzeniu biznesu.
Spotkanie zakończyło się tak szybko, że Lucien trochę w to nie wierzył. Podpisał dwa papierki, mężczyzna nawet nie chciał od niego zbyt wysokiej zaliczki i to było tyle. Teraz zaczynał się bać, że padł ofiarą scamu i będzie musiał się z tego tłumaczyć Arnar.
Co, jeśli właśnie wziął na siebie kredyt na jakieś milion dolarów i o tym nie wie? Co, jeśli zniszczył sobie właśnie życie? Nie, to przecież niemożliwe, widział dokumenty tego faceta, zna jego dane i numer telefonu. Nie mógłby być oszustem…
Tego dnia też nie mógł spać. Następnego również. Martwił się tak bardzo, że jedzenie przestało przechodzić mu przez gardło.
— Wszystko okej?
Arnar zwróciło uwagę na nietknięty przez Luciena makaron.
— Pewnie — odpowiedział beznamiętnie.
Nic nie było okej. Lucien był cholernie daleko od „okej”.
— Ostatnio jesteś jakiś taki… blady.
— Co? Wyglądam brzydko?
— Nie! — Arnar się poderwało. Trącił przy okazji szklankę z wodą, zalewając przy tym połowę stołu i podłogę. — Chodzi mi o to, że jesteś jakiś inny! — krzyczał, starając się dobrze dobierać słowa.
— Boję się, że mnie oszukali — wyrzucił z siebie pierwsze słowa. Ciężko przeszło mu to przez usta, ale jak już miał to powiedzieć, to wolał teraz.
— Kto? Przecież nauczyłom cię jak rozpoznać oszusta, pamiętasz? Razem przestudiowaliśmy jakieś 6967 sztuczek oszustów!
— Chodzi o to… — Lucien zignorował wzmiankę o 6967 sztuczkach oszustów, bo było tych sztuczek zdecydowanie mniej — że chyba znalazłem pracę, ale to taka praca, w której jakby… jest się szefem i pracownikiem jednocześnie.
— Zostałeś od razu szefem?
— Wynająłem sobie miejsce pod sklep z winami i…
— CO?! TO ŚWIETNIE!
Entuzjazm Arnar dalej nie przestał zaskakiwać Luciena. Kiedy on niemal umierał ze stresu, Arnar było totalnym przeciwieństwem.
— Boję się, że mnie ten koleś mógł oszukać. W sensie… pewnie tak nie było i w sumie nie wiem, o co się martwię…
Opowiedział dokładnie partnerowi, jak wyglądało ich spotkanie. Opisywał wygląd kartek, które podpisał (starał się zapamiętać najważniejsze paragrafy), a nawet podał aparycję mężczyzny, z którym to załatwiał. Arnar po wysłuchaniu tej opowieści krótko się zaśmiało.
— Nie był to oszust.
— Skąd wiesz?
— Bo gdyby to był oszust, to prosiłby o twoje dane konta bankowego albo chciałby więcej gotówki i nie dałby ci klucza do tego budynku.
Racja. Arnar miało rację.
— Och… tak, zapomniałem, że dał mi klucz.
— No właśnie! Wszystko jest jakby okej!
 
Następnego dnia poszli razem do miejsca, w którym niedługo powstanie piękny sklep winny LUCEVINE. Nikt nie wymienił zamków (o to Lucien też się bał) i nikt nie czekał na nich z siekierą (o to bał się jeszcze bardziej). Oznaczało to jedno — Lucien przestanie niedługo być bezrobotny. Wystarczy jeszcze trochę urządzić pomieszczenie i przynieść całą skrzynię wina, i można będzie otwierać!

────
[868 słów: Lucien otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 21 marca 2026

Od Luciena CD Dahlii i Arnar — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Lucien miał wrażenie, że koszulka, którą na sobie miał, zmniejszyła się o dwa rozmiary, a jej kołnierz niebezpiecznie zacisnął się na jego szyi. Odkaszlnął, zdenerwowany i spojrzał na Dahlię. Zdołała ich dogonić.
W jej spojrzeniu mógł wyczytać, że wie tyle samo, co oni, ale jest tak samo zaniepokojona. Za każdym razem, gdy się spotykali, coś próbowało ich zabić. Przecież nie powinni aż tak bardzo śmierdzieć. Nie mieli dwunastu lat. Nie byli już niedoświadczonymi dzieciakami, które nawet miecza nie potrafiły podnieść i utrzymać w dłoni podczas walki. Byli półbogami, którzy przeżyli cały pieprzony obóz.
Lucien bał się, że zaczęli przyciągać jakieś wyjątkowo potężne siły, z którymi normalnie nie poradziłby sobie nawet najlepiej wytrenowany półbóg. Przerażenie odbierało mu mowę. Mógł tylko kaszleć i dławić się powietrzem.
Oparł się o ścianę, próbując wygrać z zawrotami głowy. To nie mogła być prawda! Byli tylko w hotelu. W pokoju działy się dziwne rzeczy. Jak to możliwe, że hotel zaczął… się ruszać?
— Cofnijmy się — zasugerowała Dahlia.
Lucien ledwo już był w stanie ją usłyszeć. Słowa przestawały do niego docierać. Wchodziły jednym uchem i wychodziły drugim. Był jak takie naczynie, do którego można było tylko nalać wody, a potem ją wylać.
— Lucien?
Stali i patrzyli się na niego z niepokojem. Dahlia bała się ruszyć, a Arnar w głowie próbowało ułożyć plan działania.
— Pomyliliśmy schody — spróbowało. — Po drugiej stronie korytarza są drugie.
Nie brzmiało zbyt przekonująco, ale Lucienowi to w jakiś sposób pomogło wydostać się z chwilowego transu. Ogarnięty zbyt dużą paniką nadawał się praktycznie do niczego. Mógł tylko ich spowolnić, a przecież musieli stąd jakoś wyjść.
Podszedł do dwójki półbogów. Arnar delikatnie objęło Luciena.
— Tak się dzieje tylko w horrorach, kochanie — próbowało dalej pocieszyć Luciena. — Po prostu mamy słabą orientację w przestrzeni. Prawda, Dahlia?
— Tak, rzeczywiście, po drugiej stronie korytarzu są drugie schody.
Lucien zaczął się rozluźniać. Być może obejrzał zbyt wiele strasznych filmów i jego własny mózg zaczął go sabotować. Przecież nie istniał na świecie potwór, który mógłby tworzyć aż tak zaawansowane iluzje, prawda?
Ruszyli w stronę drugich schodów. Szli przez ten korytarz zbyt długo, jak na odległość, jaką można było oszacować, po prostu patrząc na koniec tego holu.
— Duży ten hotel — zaśmiało się Arnar.
Jedyne z ich trójki mogło zacząć robić sobie w tej sytuacji żarty. Dahlia pociągnęła nosem. W pomieszczeniu zebrało się naprawdę sporo kurzu.
— Mam alergię na kurz — jęknął Lucien, dławiąc się kichnięciami.
Dahlia przez cały czas pociągała nosem. Dzieciak Dionizosa walczył z łzawiącymi oczami.
— Serio?
— Nie, na niby, kurwa!
Próbował złapać oddech, ale zaraz tego kurzu pojawiło się więcej. Przestał cokolwiek widzieć; i nie była to wina łzawiących oczu, ale tego cholernego kurzu. Dahlia zniknęła mu z oczu jako pierwsza, a potem przepadło Arnar. Stał sam pośrodku holu, dławiąc się śliną i spływającymi do gardła smarkami.
Kurz zaczął znikać po krótkiej chwili, odsłaniając zupełnie pusty i czysty korytarz. Lucien znów mógł oddychać, ale zaraz znowu zacznie mieć problemu z powodu narastającego lęku. Arnar zniknęło. Dahlia znikła.
— Arnar?! — wrzasnęło.
— Arnar… Arnar… Arnar… — odpowiedziało mu echo.
Dlaczego w tym hotelu nie mieszkał nikt inny? Nie mogli przecież być tutaj sami. Na wakacje przyjeżdżało dużo ludzi. Wyjazdy służbowe również istnieją.
Rozejrzał się. Na ścianach wisiały tandetne obrazy, w niektórych miejscach zaczynała odchodzić farba. Stojąc bez ruchu niewiele zdziała, więc zdecydował się ruszyć do przodu. Do tych schodów, do których mieli dojść całą trójką.
Korytarz tym razem okazał się łaskawy — pozwolił Lucienowi dojść do celu i po drodze nie zniknął w szarym dymie kurzu.
— Dahlia?!
Spróbował raz jeszcze, ale tym razem nie odpowiedziało mu nawet echo. Dziwne. Zupełnie tak, jakby znalazł się na cmentarzu tylko takim bez żadnych duchów i trupów. Jedynie pustka.
Zaczął schodzić po schodach. Pierwsze piętro, drugie piętro, trzecie piętro. Doliczył się chyba dziesiątego, kiedy postanowił się zatrzymać. Serce zaczęło tłuc się w jego piersi. Znowu stracił oddech. Niemożliwe, nie po to tyle trenował, żeby teraz spanikował w jakimś nawiedzonym hotelu. To wszystko mogło być tylko złym snem. Złym, cholernym snem, z którego zaraz się wyrwie.
Próba racjonalizacji tych wydarzeń przychodziła Lucienowi jednak z wielkim trudem przez to, że od zawsze cechowała go podejrzliwość i miał problemy z lękliwością. Nie potrafił przekupić swojego mózgu i tym samym przekonać go do tego, że wszystkie przerażające sytuacją są niczym fatamorgana na pustyni.
Opierając się o ścianę, zaczął schodzić dalej. Stojąc w miejscu nic nie zdziała. Tak naprawdę samym schodzeniem też nic nie zdziała, ale może to pomoże mu się uspokoić.
Na jednym piętrze zauważył postać. Całkiem znajomą postać. Wysoką, zgarbioną i z rozczochranymi włosami.
— Arnar?! — krzyknął.
Hermesiak się odwrócił. Był prawdziwy.
— Lucien?!
Głos Arnar go uspokoił. Uświadomiło mu to, że nie jest w tym wszystkim sam, a jego partner i przyjaciółka wcale nie zostali zjedzeni przez potwora.
Ostrożnie zszedł po ostatnich stopniach i szybko podszedł do Arnar. Korytarz wyglądał identycznie jak wszystkie inne. Nie różniły się nawet tymi okropnymi obrazami.
— Gdzie Dahlia? — Rozejrzał się, mając nadzieję, że kobieta gdzieś tam stoi. — Jest tutaj, prawda?
Arnar pokręciło głową. Lucienowi momentalnie zrobiło się słabo.
— Nie, ale… — przerwało. — Wszystko okej? Jesteś cały blady.
— Totalnie. — Uśmiechnął się słabo. — Czasem tak bywa, Arnar, co nie? Że robisz się blady i w ogóle, że ci słabo… ha-ha.
Ręką odszukał ścianę. Było mu na tyle duszno, że uznał to za swój koniec. Wszystkie poprzednie duszności nie były aż tak intensywne. Tym razem miał wrażenie, że się topi, a powietrze jest gęste jak mleko.
Zaczął tracić grunt pod nogami. Osuwał się przy samej ścianie. Arnar próbowało go podtrzymać, ale to było na nic — nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Zatrząsł się.
— Dahlia poszła się wysikać — Arnar usilnie próbowało poprawić sytuację. — To dlatego jej tutaj nie ma.
— Dahlia została zjedzona, prawda?
— Nie, mówię ci, że sika.
— I sika z nią jakiś potwór.
— Wydaje mi się, że Dahlia woli sikać w samotności.
Lucien przetarł spocone czoło skrawkiem koszulki. Ta rozmowa chyba wszystko tylko pogarszała. Wyobraził sobie Dahlie siedzącą na klozecie, a w tle potwora, który podawał jej papier toaletowy.
— Musimy ją znaleźć — powiedział, próbując przerwać ten dziwny natłok myśli. — Teraz.
— Możesz iść?
— A wyglądam, jakbym nie mógł?
Oczywiście, że tak wyglądał, ale tego już mu Arnar nie powie.
— Nie, no, co ty kochanie! Wyglądasz świetnie!
Lucien uniósł wzrok na partnera. Z czoła ściekały mu kropelki potu, oczy wciąż miał załzawione i zaczerwienione przez wcześniejszy atak kurzu, a usta wykrzywiały się w drżącym uśmiechu. Był stanowczo daleko od „wyglądasz świetnie”.
— Naprawdę tak uważasz? — Lucien uniósł wzrok i spojrzał na Arnara, które miało być urocze, ale bliżej mu było do wzroku ćpuna. — To chodźmy.
Spróbował się podnieść, ale bardzo szybko stracił równowagę i poleciał plackiem na ziemię. Całe szczęście, że podłoga została wyłożona obrzydliwym dywanem. Nie musiał całować brudnej posadzki. Zamiast tego wytarł twarz o dywan, którego pewnie nikt od lat nie odkurzał.

hotel transylwania czy coś
────
[1105 słów: Lucien otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

sobota, 28 lutego 2026

Od Luciena — „Nie powiedziałbym, że ten stolik wygląda na zarezerwowany” — część 2 [Walentynki]

Poprzednie opowiadanie

„To również była najgorsza możliwa randka. Nie dla ciebie, ale zdecydowanie przez ciebie.”

Kelner odprowadził kochanków do drzwi. Pan, który przed chwilą został wrobiony w zdradzanie swojej partnerki, dalej próbował wytłumaczyć kobiecie, że to nie porozumienie, a smarkacz, który powiedział coś takiego, będzie spowiadał się przed policją; próbował nawet wykręcić numer po służby, ale Anderson wyrwała mężczyźnie telefon z dłoni, krzycząc na niego i nazywając skończonym dupkiem.
Dopiero po pięciu minutach, kiedy Lucien stwierdził, że zagrożenie zniknęło, wrócił spojrzeniem do karty menu. Chciał raz jeszcze spojrzeń na dania, które zamówiło Arnar. Nie znał się przecież na tej kuchni (czy kuchnia dla bogatych ma jakąś osobną nazwę?) i był skonfundowany nazwami potraw.
— Oddajcie mi dokumenty. — Pan Lawlient wyrósł przed nimi jak potwór w strasznie słabym horrorze. Był cały czerwony na twarzy. Lucien bał się, że mężczyzna zaraz nie wytrzyma i ich pobije. — Nie chcecie problemów, prawda? Ja też ich nie chcę. — Patrzył raz to na Arnar, raz to na Luciena. — Oddajcie nasze portfele, a się nie doigracie. Mogę zaraz zadzwonić na policję.
— Słyszał pan przecież, że to pomyłka — zaczął z udawanym spokojem Lucien. Czuł się wyjątkowo niekomfortowo w roli aktora, ale geny ojca jakoś pomagały mu zapanować nad nerwami. — Może pomylili państwo restauracje, hm? Tak czasem bywa. — Uniósł brwi i uśmiechnął się delikatnie, chcąc sprawić wrażenie pewnego siebie.
Mężczyzna uderzył dłonią o stół. Dyszał jak stary wieprz. Pewnie jak zaraz się nie uspokoi, to ten napięty guzik w jego marynarce wystrzeli prosto w twarz Luciena i wybije mu zęba.
— Nie mam na to czasu, rozumiecie? Nie mam!
Arnar otwierało już usta, by wtrącić swoje trzy grosze. Lucien zareagował szybciej, przy okazji strzelając ostrzegawczym spojrzeniem. W końcu on miał udawać aktora i to on chciał pozbyć się tego nachalnego gbura, który za chwilę zrobi im krzywdę, jeśli nie wybrnie z sytuacji.
— Proszę pana, psuje nam pan bardzo ważny wieczór — westchnął ostentacyjnie Lucien. — Widzi pan, dzisiaj wypada nasza rocznica. Tak romantycznie. W same walentynki… — Musnął palcami leżącą na stoliku dłoń Arnar. — Mógłby pan się odsunąć? Za chwilę przyjdą nasze zamówienia i…
Taylorowi puściły nerwy. Chwycił za marynarkę Luciena i pociągnął go do siebie (co nie było szczególnie trudne, zważywszy na to, że Lucien był naprawdę drobną osobą). Potrząsnął nim kilka razy i w tym szale wściekłości z kieszeni chłopaka wypadł plastikowy dokument.
Lucien wyrwał się z uścisku mężczyzny, ale nim zdążył się schylić, by podnieść „swoją” własność, Lawlient Taylor trzymał już w dłoni plastikowy dokument. Najpierw groźnie zmarszczył brwi, a potem z ulgą odetchnął. Przestał nawet zwracać uwagę na Arnar i Luciena — miał w końcu dokument potwierdzający, że on to on, a dwójka smarkaczy próbowała wykopać go z drogiej restauracji.
— Kurwa — przeklął Lucien.
Lawlient Taylor poszedł najpierw po partnerkę, a potem zaczepił kelnera, który całe zamieszanie oglądał z bezpiecznej odległości. Lucien patrzył na żywą rozmowę całej trójki i w głowie próbował wymyślić odpowiednią wymówkę; ale co wymówka mogłaby zmienić w takich okolicznościach?
— Wyciągaj winorośla. — Arnar poderwało się z siedzenia.
— Co?
— Zaraz przyniosą nam jedzenie. Nie chcę, żeby popsuli nam randkę, okej?
Lucien nie rzucił nawet żadnym „ale”, jak to miał w zwyczaju, tylko przycisnął dłoń do zimnej podłogi i poprosił w myślach młode pędy, by zaczęły rosnąć tu i teraz. Nie musiał nawet długo czekać, bo pierwsze pnącze zdążyło przesunąć się po podłodze i owinąć najpierw wokół nóg Lawlienta Taylora, następnie wokół smukłych nóg partnerki wściekłego mężczyzny, a na koniec zacisnęło się wokół stóp kelnera.
Lucien poprosił (zawsze zwracał się do winorośli w ten sposób), by zaciągnęły trójkę uwiązanych w stronę toalet.
— Teraz — szepnął do Arnar, które wykorzystało własne zdolności i w mgnieniu oka podbiegł (a tak naprawdę poleciał) w stronę trójki, która zaczęła się szamotać.
Złapał ich i wrzucił do restauracyjnej toalety dla kobiet.
— Wiąż ich.
Lucien przywołał kolejne pnącze, które złączyło trójkę ludzi ze sobą. Udało mu się nawet zacisnąć pędy wokół ich ust, by zapobiec ewentualnemu rozpaczliwemu wołaniu o pomoc.
— Co my robimy? — Spojrzał na Arnar, które teraz triumfalnie pokazywało uwiązanym środkowy palec. — Co jak ktoś będzie chciał skorzystać z toalety?
— Spokojnie, spokojnie.
Luciena zaczął ogarniać niepokój. Za każdym razem, gdy Arnar mówiło mu, by był spokojny, to działy się naprawdę złe rzeczy. Stał się może trochę zbyt podejrzany.
— Właśnie związaliśmy trójkę ludzi bo tak.
— Nie „bo tak”, tylko dlatego, bo było trzeba. — Uśmiechnęło się. — Zaraz jakąś kartkę wywieszę, że nieczynne.
— Skąd weźmiesz kartkę?
— Z kieszeni?
Sięgnęło dłonią do głębokiej kieszeni spodni (naprawdę głębokiej) i wyciągnęło trochę pogniecioną, czystą kartkę. Znalazło nawet marker (dlaczego nosiło marker w kieszeni spodni garniturowych pozostawało tajemnicą) i koślawymi literami napisało: NIE CCZYNNE! WODA SIĘ WYLIEWA! Olało też narzekanie Luciena, że robi straszne błędy.
Dumne z siebie herosiątko wyszło przed drzwi i przywiesiło kartkę na dwa skrawki przezroczystej taśmy klejącej, którą — tak, to też — wygrzebało z kieszeni.
Lucienowi nawet nie chciało się komentować, że kartka wisi strasznie krzywo i że najprawdopodobniej zaraz odpadnie.
 
Ich pierwsze dania przyszły niecałe dziesięć minut później. Pachniały… wybitnie. Lucienowi pociekła ślinka na sam wygląd jedzenia. Samo podanie było już nieziemskie, a to przecież dopiero początek, bo nie zdążył nawet spróbować swojego steka.
— Cieszę się, że tutaj jesteśmy — zaczęło Arnar.
— No, trochę przy okazji zniszczyliśmy komuś wieczór i…
Arnar pochyliło się nad stołem i przyłożyło palec wskazujący do ust Luciena.
— Shhhh… nikomu nic nie psujemy. To się nazywa wymiana.
— W takim razie daj mi spróbować swojego. — Spróbował wbić widelec w jedzenie Arnar, ale tamto szybciutko odsunęło talerz, uciekając przed sztućcem. — To się nazywa wymiana, Arnar.
— Ale… daj mi spróbować najpierw, okej?
Lucien przewrócił oczami, ale pozwolił Arnarowi pierwszejmu ugryźć meksykańskiego pierożka (straszny misz-masz kuchni tutaj mieli).
— Smakuje trochę jak burrito — oceniło.
— To meksykańskie jedzenie, jak inaczej niby miało to smakować?
— To co mówisz jest rasistowskie.
— Jakie są jeszcze inne smaki meksykańskiej kuchni, hm? — Zaczął kroić swojego steka. Nóż ledwo ledwo dawał sobie radę z takim rodzajem mięsa.
— Guacamole na przykład.
— Guacamole też masz w burrito. Wszystko sprowadza się do burrito — odpowiedział pomiędzy kolejnymi kęsami. Może mięso wyglądało na twarde i gumowate, ale w ustach rozpływało się jak wata cukrowa.
— Nieprawda! — zaprzeczyło. — Po pierwsze, guacamole może być w formie dipu.
— Aha.
— No? Możesz w tym maczać takiego pierożka.
— No to czemu nie maczasz?
— Nie mam guacamole. Chyba nie było w zestawie.
Arnar widocznie posmutniało z tego faktu. Położyło widelec i sięgnęło po menu, żeby sprawdzić, czy restauracja sprzedaje guacamole oddzielnie i czy może sobie zamówić.
— Nie sprzedają guacamole. A się nazywają taką świetną i wykwintną restauracją.
— Scam — skwitował Lucien. — Dobrze, że jednak jemy tu za nieswoje pieniądze.
Zaśmiali się razem z tego podsumowania ich obecności tutaj. Portfel pana Lawlienta wciąż miał w sobie pełno dolarów (kto w tych czasach nosi przy sobie tyle gotówki?), a portfel pani Anderson skrywał kilka kart kredytowych (kto nosi tyle kart kredytowych?).
Po chwili zjawił się inny kelner, który zapytał, czy chcą zamówić coś jeszcze, na co Lucien odpowiedział, że z chęcią, a Arnar zaczęło dopytywać o to nieszczęsne guacamole. Jak się okazało, guacamole mogą zrobić oddzielnie specjalnie na życzenie klienta, na co oczywiście herosiątko się zgodziło. Lucien natomiast zamówił dla nich kilka mniejszych pozycji, żeby spróbować innych dziwactw, które restauracja miała w swojej ofercie. — Co zamówiłeś?
— To niespodzianka — odpowiedział z dumą, bo przecież nie mógłby być z niczego tak bardzo dumny, jak nie z tego, że zamówił właśnie miskę ślimaków. — Uwierz mi, spodoba ci się.
Arnar zaufało i pożałowało bardzo szybko, kiedy na ich stole kelner postawił talerzyk z muszelkami ślimaków.
— No co? — spytał, widząc niepewność na twarzy Arnara (a raczej obrzydzenie, ale wolał sobie wmawiać, że to tylko niepewność). — To jest jedzenie, które jedzą bogaci ludzie.
— To ja jednak nie chcę być bogate.
— Spróbuj chociaż — zachęcał. — Jeden gryz. Arnar skrzyżowało ręce na piersi i pokręciło głową.
— Mój limit to ślimak.
— Zrób to dla mnieee — zajęczał. — Jeden ślimak i po sprawie, okej?
Lucien nie był zbyt zachęcający. Tak samo, jak nie był, kiedy odgrywał aktora przed parą kochanków.
— No dalej… — Wyciągnął ślimaka z muszelki specjalnym widelczykiem i podsunął dziwactwo pod nos Arnar. — Powiedz AAAAA…. za mamusię, za tatusia, za twoje karty…
Widelec podjeżdżał coraz bliżej ust Arnar. Dotykał już prawie jeno warg. Pewnie, gdyby Arnar nie zauważyło dwójki ludzim kręcących się przed toaletą dla kobiet, zmuszone zostałoby do spróbowania glutowatego mięsa.
— Poczekaj.
— No co znowu…
— Ktoś się tam kręci, widzisz?
Lucien się odwrócił. Dwójka mężczyzn. Jeden z nich wszedł do łazienki. Oznaczało to tylko jedno — zawieszona przez półbogów kartka spadła, a ktoś z obsługi usłyszał niepokojące odgłosy i poszedł to sprawdzić. Mogli zaraz zostać skończeni.
— Jeśli zadzwonili po policję — zaczął martwić się Lucien — to będziemy mieć kłopoty. Nie chcę iść do więzienia.
Arnar wybuchnęłoby głośnym śmiechem, gdyby nie to, że siedzieli w restauracji, w której panowała tak gęsta atmosfera, że można by ją pociąć nożem na kawałeczki.
— Nikt nie pójdzie do więzienia. Spokojnie.
— Jak spokojnie?! — uniósł głos. — Ty myślisz, że ci ludzie są debilami? Zobaczyli pewnie związanych ludzi! Nikt z nich nie jest półbogiem, żeby wiedzieć, że to tylko winorośla.
Podszedł do nich kelner z kolejnymi daniami. Na stół powędrował półmisek z ostrygami, talerz z kałamarnicami, meksykańskie tacos i deska z włoskimi wędlinami.
— Myślisz, że tacosy mają guacamole? — Arnar przywłaszczyło sobie talerz z meksykańskim żarciem. — Mam nadzieję, że tak. Inaczej wystawię im opinię z jedną gwiazdką.
— Tacosy chyba nie mają guacamole.
Lucien wziął dla siebie półmisek ostryg. Kochał kuchnię śródziemnomorską i owoce morza (w przeciwieństwie do Arnar, jak się zdaje). Ostrygi mógłby wciągać nawet nosem, gdyby było to fizycznie możliwe.
— Jest guacamole! — Ucieszony Arnar przytknął Lucienowi jedno taco do ust. — Spróbuj! Szybko, żeby nie wyparowało.
Lucien wziął gryza. Poczuł tylko mielone mięso, kolendrę, która smakowała jak mydło i coś jeszcze, czego nie mógł już zidentyfikować przez psujący smak okropne mydlane zielsko.
— Tak, kochanie, jest guacamole. — Uśmiechnął się.
Tak naprawdę nie wyczuł guacamole. Czuł tylko mydło.
 
Byli przy ostatnim daniu, kiedy do restauracji weszli nieproszeni goście. Dwójka policjantów rozejrzała się po ludziach, po czym poszła w stronę kelnera, który na nich czekał.
— Przyszli — szepnął Lucien do Arnar. — Co robimy?
— Czekamy. Uciekniemy przy najbliżej okazji, ale teraz nie możemy się ruszyć.
Lucien więc czekał zestresowany do granic możliwości. Patrzył z uwagą, jak jeden z policjantów ze znudzeniem ogląda kartkę, którą Arnar przywiesił jakiś czas temu. Nie wyczytał z niej zbyt dużo, bo bardzo szybko oddał ją kelnerowi i wszedł do łazienek.
Lucien wgryzł się w czekoladowe ciastko. Na sam koniec zamówili desery, żeby jakoś podsumować ich wyjście.
— Co to ma być? Nie obchodzą mnie naćpani ludzie.
Policjant wycofał się, skinął głową do towarzysza i zaczął kierować się w stronę wyjścia.
— Ale… chwileczkę! — Kelner zatrzymał dwójkę śledczych. Miał tak błagalne spojrzenie, że jeszcze chwila, a padnie na kolana i zacznie lizać im buty. — To nieporozumienie! Nikt z naszych gości ani naszych pracowników nie bierze narkotyków! Oni zostali związani!
— Co pan bredzi? — warknął ze zniecierpliwieniem mundurowy. Odgarnął z twarzy dłuższe ciemne włosy. — Nikt z nich nie jest związany. Widział pan ich oczy? Całe czerwone od ćpania! Może pan też coś bierze, hm?
— Nie! O co tutaj chodzi?! Ta dwójka smarkaczy od początku zachowuje się podejrzanie! Proszę ich przepytać! — Wskazał na siedzących przy stoliku Luciena i Arnar.
Lucien od razu poczuł na sobie znerwicowane spojrzenie kelnera. Zrobiło mu się niedobrze. Nie chciał być przesłuchiwany przez policjantów.
— Jeśli panu tak na tym zależy, to dobrze, przesłucham ich.
Dzieciak Dinizosa złapał Arnar za dłoń. Chciał pociągnąć półboże do wyjścia, ale Arnar odtrącił jego rękę. Był zbyt zajęty dojadaniem swojego deseru.
— Rozumiem, że to o was chodzi?
Policjant stanął przed ich stolikiem.
— Nie, skądże — odpowiedział Arnar z uśmiechem. — Mieliśmy tutaj rezerwację.
— I związaliście dla zabawy trójkę przygłupów winoroślami. Rozumiem.
— Jakimi winoroślami? — zaśmiał się Lucien. — Nie wiemy nawet, że ktoś siedział w łazience.
Policjant westchnął. Nie miał humoru do takich głupich rozmów.
— W tym mieście nie mieszkają tylko zwykli ludzie. Musicie o tym pamiętać. — Poprawił zsuwające się z nosa okulary. — Wiem, co widziałem. Uwolnijcie ich, jak już stąd wyjdziecie. W raporcie wpiszę, że cała trójka brała narkotyki i zwariowała. Nie chce mi się tłumaczyć głupich żartów półbogów, jasne? Mam co robić po pracy.
Lucien nawet nie zdążył odpowiedzieć. Głos ugrzązł mu w gardle. Nie spodziewał się, że… jeden z policjantów okaże się półbogiem i jeszcze zachce im pomóc.
— Nic tu po nas! — krzyknął do kelnera. — W raporcie wpisuje, że cała trójka brała narkotyki. Do widzenia! Proszę więcej nie dzwonić.
Wyszedł razem ze swoim kolegą, który był równie zszokowany, co drugi kelner. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji.
 
— A co jeśli wpisał, że to wszystko wina półbogów? — zaczął Lucien, kiedy wyszli z restauracji. Przed samym wyjściem poluźnił ucisk winorośli, a na stoliku zostawił portfel z dokumentami. Nie potrzebował czyjegoś dowodu osobistego (w przeciwieństwie do Arnar, które wszystko ze sobą zabrało).
— Nikt w to nie uwierzy. — Wzruszyło ramionami. — Kto w tych czasach wierzy w mitologię grecką?
— Cóż… ja?
— Kochanie, ty jesteś półbogiem — zachichotało. — To oczywiste, że wierzysz w mitologię. Chodźmy, zaraz zrobi się zbyt ciemno i będziesz się bał wracać do domu.
— Nieprawda! — zaprzeczył, chociaż ostatnim razem, gdy wracali po zmierzchu, mocno ściskał dłoń Arnar, bo całą drogę miał paranoję, że zaraz napadnie na nich jakiś krwiożerczy potwór (w śmietniku siedziały tylko trzy szczury, które go wystraszyły). — Nie boję się ciemności.
Arnar nie dyskutowało. Lucien po tym wyjściu był już dość zestresowany.

[2153 słowa: Lucien otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia + 20 PD]

niedziela, 15 lutego 2026

Od Luciena — „Nirwano... moja kochana”

Czym była nirwana? Lucien już nie potrafił na to sensownie odpowiedzieć. Szukał pasujących słów, ale żadne, które przychodziło mu na myśl, nie wydawało się odpowiednie. Potrzebował czegoś, co pozwoli mu podkreślić istotę tego uczucia, ale nic nie brzmiało dostatecznie potężnie. Samo powiedzenie, że nirwana jest przyjemna, nie wystarczało. Tłumaczenie, że dzięki nirwanie twoja dusza wkrada się na wyższy poziom duchowości też nie wystarczało.
Postanowił zmienić język. Chodził do biblioteki, a tam przesiadywał po kilka godzin na dziale z obcojęzyczną literaturą i słownikami. Wertował kartki tak, jakby właśnie przygotowywał się na jeden z najważniejszych egzaminów w swoim życiu; a wciąż nie potrafił znaleźć odpowiedniego słowa, które pozwoli mu wytłumaczyć, czym tak naprawdę jest nirwana.
Do domu zawsze wracał zawiedziony. Arnar zbywał machnięciem dłoni i bezsensownym mamrotaniem.
— Arnar.
Tym razem zaczął pierwszy. Zmarnowany i pozbawiony nadziei usiadł obok partnera na kanapie.
— Taaak, kochanie? — zapytało z przeciągnięciem, wyciągając swoją niewyobrażalnie długą rękę, by objąć Luciena. Przyciągnął chłopaka do siebie jednym, sprawnym ruchem. — Coś się stało?
Stało się, a Lucien nie potrafił o tym rozmawiać od… chyba dwóch tygodni. Trudno było mu przyznać przed Arnar, że zgubił nirwanę i że nie potrafi jej odnaleźć. Szukał przecież w tylu źródłach, w kilkunastu książkach; i wciąż nie odnalazł zaginionej nirwany.
Lucien pociągnął smutno nosem. Potarł dłonią zmęczone od czytania oczy.
— No… ciężko mi to wytłumaczyć.
Arnar nie naciskało. Czekało ze spokojem, z delikatnym uśmieszkiem na twarzy, jakby chciało w ten sposób zachęcić partnera do rozmowy.
— Pamiętasz nirwanę?
— Pewnie, że pamiętam. To ta twoja przyjaciółka, no nie? Taka… duchowa… czy coś.
Lucien się skrzywił, ale postanowił nie wyprowadzać Arnar z błędu. To całkiem słodkie, że uważał nirwanę za przyjaciółkę.
— No to ją zgubiłem.
Arnar ruszył się na tym gwałtownie, że Lucien zsunął się z kanapy i wylądował na ziemi. Jak taki mały piesek do towarzystwa, który zapomniał, że śpi na samym krańcu ulubionej sofy i odwracając się na drugi bok, spadł.
— Gdzie? Kiedy?
— Nie pamiętam.
Arnar wyglądało na przerażonego. Lucien nie potrafił rozczytać z jeno twarzy co tak naprawdę myśli, ale wiedział, że te ściśnięte mięśnie i spięta postura nie jest żartem.
— Kiedy ostatni raz się z nią kontaktowałeś? Wiesz… to potrzebne. Zbieram wywiad.
— Przesłuchujesz mnie?
Lucien podniósł się z miękkiego dywanu i wskoczył na kanapę. Arnar w międzyczasie wyciągnęło z kieszeni mały notes.
— Chcesz ją znaleźć, prawda? Pomogę ci.
To nie takie proste, pomyślał, ale jednocześnie nie wyraził sprzeciwu i pozwolił Arnar pisać w tym śmiesznym zeszyciku. Może chciało się poczuć jak detektyw z tych wszystkich hollywoodzkich seriali?
— W obozie. Ostatni raz czułem jej obecność w obozie.
Arnar mruknęło, a Lucien skrzywił się na odgłos drapiącego kartkę ołówka. Skąd Arnar wzięło ten ołówek i jak bardzo pojemne ma te kieszenie?
— Pamiętam, że jej obecność była bardzo przyjemna. Tak, jakby, um… jakby mama kładła cię do snu.
— Nirwana to twoja mama?
— Co? Nie! — Lucien zaśmiał się nerwowo. Dopiero teraz zrozumiał, jak zabrzmiało poprzednie zdanie. Gdyby nirwana była jego matką to z pewnością nie szukałby jej tak długo. — Nieważne. Skończmy to przesłuchanie.
Wstał z kanapy i poszedł smętnie do pokoju. Arnar nie zwróciło na to z początku uwagi, bo zbyt było zajęte pisaniem czegoś w notesie.
 
Kolejny dzień nie przyniósł niczego, więc zdesperowany Lucien postanowił zamknąć się w pokoju z czterema butelkami piwa. Arnar za drzwiami prosił partnera, żeby otworzył drzwi, ale te nawoływania zagłuszyło Lucienowi strzał kapsla.
Dawno nie pił piwa. Naprawdę dawno. Odkąd opuścił Obóz Herosów, zaczął stawiać na wino. Bo lepsze. Bo smaczniejsze. Bo nie wygląda jak żul spod żabki o trzeciej nad ranem. Piwo było czymś, co pił raczej z nudów i zdecydowanie od święta.
Pierwszy łyk był jak powrót do obiadu z dzieciństwa. Pyszne ziemniaczane purée, mizeria i dobrze wysmażony kotlet. Drugi łyk natomiast przypomniał mu, jak bardzo tęsknił za tym trunkiem i jaki głupi był, że w ogóle nie chciał więcej sięgać po piwo.
Pierwsza pusta butelka. Druga pusta butelka. Trzecia pusta butelka i piąta. Chwila, ale gdzie podziała się czwarta? Czy Lucien zapomniał już, jak się liczyło? Cholera jasna, przecież uczył się tego w podstawówce. A może w przedszkolu? Nie, on przecież nie chodził do przedszkola.
Położył się na łóżku. Miękka pościel otuliła go jak kołysanka wyśpiewywana przez mamę. I wtedy poczuł to, czego już dawno nie czuł. Wibracje. Zaczęły się spokojnie. Śmiał się, gdy jedna z nich trzepnęła go delikatnie w policzek.
Następne zaczynały przynosić euforię. Zaczął się śmiać. Uśmiechać od ucha do ucha, jakby najzabawniejszym na świecie faktem było to, że w ogóle leży.
Nirwana. To była ona. Śmiała mu się do ucha. Śmiała się i wywiozła go do cholernego energylandu. Siedziała razem z nim w wagoniku kolejki górskiej. Krzyczała przy każdym zakręcie, zaciskała dłoń na jego dłoni.
— Tęskniłem — wymamrotał, uśmiechając się i przewracając na łóżku. Koc w kotki wylądował na ziemi. Jedna z poduszek znajdowała się teraz pod nogami Luciena. — Tak bardzo tęskniłem, moja kochana…
Drzwi się otworzyły. Arnar zwyczajnie szanował prywatność Luciena i przez cały czas czekał, ale usłyszawszy „moja kochana”, musiał trochę poczarować przy zamku.
— Lucien?
Lucien się uśmiechnął. Nie widział za dobrze postaci, która się nad nim nachylała. Wiedział natomiast, że jest baaaardzooo duża i baaaardzooo brzydko pachnie.
— Nirwano? Co się z tobą stało?
Arnar chwyciło delikatnie Luciena za jego małe ręce i nim potrząsnęło.
— Zwolnij… zwolnij. Nie chcę już dalej jechać! Bo się… bo się… zrzyg… proszę, nirwano!
Zacisnął palce na baaardzooo dużej postaci i z mdłości wyrzucił z siebie wszystko, co w sobie miał na podłogę. Dobrze, że nie mieli w tym miejscu dywanu.
Przyjemność minęła. Nirwana również sobie poszła. Dopiero wtedy Lucienowi zrobiło się wstyd, że tak potraktował Arnar, a raczej, że musiał na to wszystko patrzeć.
— Przepr…
— Znalazłeś ją! — Uściskało partnera. — Już miałom dzwonić po wróżkę!
— Wróż… wróżkę?

────
[937 słów: Lucien otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Od Luciena do Dionizosa (list)

2 lata temu

Obóz Herosów, 23 grudnia

Drogi ojcze,

Tak, piszę takie rzeczy do ciebie, kiedy wiem, jak bardzo nie cierpisz Olimpu i jak bardzo nienawidzisz dostawać tych listów. Jakbym był tobą, to też bym je wyrzucał. Albo robił z nimi inne rzeczy, bo nawet nie mogę sobie wyobrazić jak to wszystko działa. Znaczy, chodzi mi o palenie tych listów. Spalę go za chwilę, a ty dostaniesz jakiś cynk, że masz coś w skrzynce na listy? Mitologia jest dziwna. Ale nie ty, tato. Ty jesteś super.

Nie wiem, co chcesz usłyszeć, bo szczerze mam wrażenie, że jesteś bardzo… w innym świecie, tak, to będzie dobre sformułowanie. Nie zrozum mnie źle, tato. Nie jest to obraza. To komplement, bo ja też chciałbym być teraz w innym świecie. Najlepiej w takim, gdzie mogę pływać w basenie wypełnionym winem albo codziennie zajadać się chipsami bez wyrzutów sumienia.

Pamiętasz może mamę? Musisz pamiętać, bo ze wszystkich kobiet na tym świecie wybrałeś akurat ją. A ona ci zaufała z jakiegoś powodu. W każdym razie, niedługo wyjeżdżam na święta. Wiesz… do rodziny. Do Francji. Musiałeś być kiedyś we Francji. Mają tam naprawdę dobre wina. Mama nie pozwala mi pić, bo uważa, że jestem za młody. Znaczy… takie są przepisy. Ale w Obozie lubię sobie wypić. Myślisz, że to coś złego? Że mama kiedyś się dowie? Jakby się dowiedziała, to nic jej nie mów.

Na koniec chciałbym ci życzyć tak po prostu wesołych Saturnaliów. Wiem, że pewnie od kilku dni chodzisz naburmuszony, bo nieznośne dzieciaki pałętają ci się pod nogami, a Olimp dobrze bawi gdzieś tam na górze, ale nawet w takich chwilach życzę Ci, byś znalazł trochę dobrego wina i odpoczął. O ile Bogowie mogą w ogóle odpoczywać.

Gdybym mógł to bym do tego krótkiego listu dosypał trochę pierniczków, ale wiem, że się spalą. Nie będę marnować pierniczków, wybacz. Przyniosę ci je osobiście innym razem, dobrze?

Twój kolejny syn z Obozu Herosów,

Lucien

sobota, 29 listopada 2025

Od Luciena CD Dahlii i Arnar — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Lucien przyłożył kartę do czytnika. Drzwi z cichym strzyknięciem dały znak, że można je otworzyć. Z niechęcią pchnął je i wszedł do środka, spoglądając kątem oka na Dahlię, która z zaciekawieniem próbowała zajrzeć do niewielkiego pokoju i na Arnar, który z całych sił próbował ukryć swoje przerażenie.
Lucien potarł dłonie o siebie i pstryknął włącznik światła, bo nie chciał dodatkowo straszyć partnera siedzeniem po ciemku w pomieszczeniu, które uważał za nawiedzone.
— To zaczyna się nocą — powiedział, usiadłszy na dużym łóżku. Drewniane belki zaskrzypiały, kiedy obok dosiadła się Dahlia. Była na tyle wysoka, że w porównaniu do syna Dionizosa wyglądała jak mutant. — Nie wiem, czy teraz coś… usłyszymy.
Arnar stał pod ścianą, nerwowo wyłamując palce.
— Tak, nocą — powiedział, chcąc potwierdzić słowa partnera. — Wtedy słyszę konie. Jakby tutaj kiedyś była stajnia, rozumiecie?
Lucien przewrócił oczami.
— Arnar, już ci mówiłem, że to hotel. Myślisz, że ktoś w środku miasta stawiałby stajnię?
— A czemu nie? — obruszył się. Palce miał już prawie sine od ciągłego strzelania stawami. — Może te… nie wiem ile lat temu, nie uważałem za bardzo na historii, tutaj mieściła się jakaś wioska. I w tej wiosce mieli dużo koni.
Dahlia wstała i podeszła do małego okna. Poprawiła zasłony i wyjrzała na zewnątrz.
— Jesteś pewne, że dobrze sypiasz? — zapytała, nie patrząc na Arnar. Nie chciała go dodatkowo stresować. Jeszcze chwila, a się połamie, bo wciąż nie potrafił się odkleić od własnych palców. — Czasem jest tak, że ze zmęczenia zaczynasz słyszeć i widzieć dziwne rzeczy.
— Dahlia — przerwał jej. — Wiesz, że duchy istnieją, prawda?
— No, mitologicznie…
— To nie mów, że to wina mojego niewyspania!
Westchnęła. Lucien westchnął zaraz po niej i przetarł twarz dłonią. Był chyba znacznie bardziej niewyspany, niż Arnar, bo to on budził się przez nerwowo rzucającego się po łóżku partnera.
— Powinniśmy wrócić tutaj nocą — mruknął. — Możemy w tym czasie… pozwiedzać?
Patrzył z nadzieją na Dahlię, wręcz prosząc tym spojrzeniem o to, by ich stąd zabrała. Im dłużej tutaj przebywali, nawet w dzień, tym bardziej Arnar czuł się paranoicznie.
— Mogę wam pokazać parę ładnych rzeczy, jeśli to pomoże.
Lucien chciałby ją wyściskać, ale chyba sobie to daruje, bo nawet nie sięgnąłby do jej ramion. Mógłby co najwyżej wyprzytulać nogi kobiety.
 
Dahlia wyprowadziła ich do centrum. Wysokie budynki były identyczne, jak te w Nowym Jorku, więc Lucien nie wiedział, co dokładnie ma podziwiać i co jest warte uwagi. Arnar za to zachowywał się jak dzieciak na wycieczce szkolnej; zadawał masę pytań, zaczepiał Dahlię właściwie non stop i zwracał uwagę na mało interesujące budowle. Dla Luciena było to urocze.
Dahlia zatrzymała się przed budką z goframi. Spojrzała na swoich przybłędów i zanim zdążyła otworzyć usta, Arnar z zachwytem wypalił:
— Jezu, gofry! Jak ja dawno nie jadłem gofrów!
— W sumie, też bym zjadł.
Nie czekając na Dahlię, ich osobistą przewodniczkę, podeszli zamówić sobie po słodyczy. Lucien wybrał coś z owocami, bo nie miał ochoty na czekoladę, a Arnar… wziął najnudniejszego gofra, jakiego można było sobie wyobrazić. Nie zdecydował się nawet na cukier puder.
— Nie chciałeś jakiegoś sosu?
— Co? Nie. — Pokręcił głową. — Wolę takie.
Lucien odpuścił sobie dyskusję i wgryzł się w swojego gofra z masą truskawek.
— Jak skończycie jeść, to chciałabym was zabrać muzeum.
— Muzeum? Dlaczego akurat tam? — Syn Dionizosa spojrzał na Dahlię zza swojego wielkiego gofra.
Arnar wytarł ubrudzony bitą śmietaną nos Luciena.
— Nie chcę mi się was zabierać do tego słynnego parku. Trzeba tam dojechać, a muzeum jest bliżej. Możemy się na to umówić jutro.
Miała rację. Nikomu z nich nie chciałoby się jechać na drugi koniec miasta tylko dla tego parku. Na dodatek zaraz miałoby się zrobić ciemno. Do pokoju musieli wrócić jeszcze dzisiaj i to o takiej godzinie, kiedy zaczynały się końskie odgłosy, o których tak zawzięcie opowiadał Arnar.
 
— Lubisz sztukę, Dahlia?
Kobieta zerknęła na Luciena. Stali przed jednym z większych obrazów, bez słowa wpatrując się w coś, co miało przedstawiać bitwę końską (wszędzie te konie).
— Jest odprężająca — przyznała. — Czasem fajnie jest popatrzeć na czyjeś dzieła i zastanowić się, co mogły przedstawiać.
— Prawda — zgodził się z heroską.
Znów zamilkli, dalej patrząc na ten sam obraz. Na szaleńczo gnające konie. Wyglądały, jakby zostały zamrożone. Zamknięte w czasie, którego nie można wznowić. Było w tym coś przerażającego, może niepojącego i im dłużej Lucien wbijał wzrok w ich kopyta albo zęby, tym bardziej sam zaczynał się obawiać tych stworzeń. Może Arnar miał trochę racji?
— Zaraz będzie się robiło ciemno.
Poskoczył przestraszony nagłym przerwaniem ciszy. Dahlia uśmiechnęła się kącikiem ust, rozbawiona tą reakcją, chociaż nie miała w planach straszyć młodszego od siebie chłopaka.
— Gdzie jest Arnar?
— Tutaj! — Przyszedł jak na wezwanie z wielkim uśmiechem na twarzy. — Patrzyłem na inne obrazy. — Wzruszył ramionami. Rozbawienie zniknęło z jeno twarzy w momencie, kiedy spojrzał na dzieło, przy którym stała Dahlia z Lucienem. — Czemu wszędzie widzę konie?
— Och, to… to przypadek. — Lucien złapał Arnar za dłoń. Mocno ją ścisnął i odciągnął w inną stronę. — Wracamy do domu. Znaczy pokoju.
Arnar skrzywiło się jeszcze bardziej. Właściwie skrzywiło się tak bardzo, że momentalnie postarzał się o czterdzieści lat.
— Nie, nie, spokojnie. — Pogładził jeno dłoń Lucien. — Dahlia nam pomoże, pamiętasz? Konie znikną. Nie skrzywdzą cię.
Ale Arnar w to nie wierzyło. Konie nie dawały mu spać. To przerażające rżenie i stukot kopyt odbijało się echem w jeno głowie.
Całą drogę powrotną trząsł się jak galareta. Nogi miało jak z waty. Uśmiech nawet na sekundę nie chciał wrócić na twarz byłego grupowego. Tak przestraszony nie był… chyba właściwie nigdy. Lucien też jeszcze nie widział jejgo w takim stanie i szczerze się martwił o jeno dobrostan.
— Czuję konia — powiedział jeszcze przed drzwiami. — Czuję dużo koni.
Nie chciał wejść do środka, kiedy Lucien znowu odblokował wejście.
— Ja na was poczekam.
— Chcesz spać na korytarzu?
— Nie chcę słyszeć tego konia po prostu, okej?
Cofnął się o dwa kroki. Skrzyżował ręce na piersi i tak stał, patrząc na Dahlię i Luciena.
— A co jeśli to się uaktywnia na twój widok, hm? Chodź tu! — Próbował złapać Arnar za rękę, ale ten zaczął uciekać. Po prostu.
Pobiegł na drugi koniec korytarza, a Lucien rzucił się za nim, krzycząc, żeby się uspokoił i przestał wydzierać, bo ludzie w sąsiednich pokojach chcą spać.
— Jak tu nie wrócisz, to przebiorę się za konia!
— Przestań!
— To się zatrzymaj!
— Nie!!!

arnar stuj
────
[1016 słów: Lucien otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 30 października 2025

Od Luciena — drabble „Nuta”

Lucien postawił na stół stare radio. Sprzęt wyglądał tak, jakby przeżył drugą wojnę światową, ale całkiem dobrze działał.
Urządzenie zachrzęściło, udławiło się przy pierwszych nutach piosenki, kiedy Lucien ustawiał stację i w końcu zagrało czystą melodię. Dumny syn Dionizosa odwrócił się do Arnara.
— Widzisz? Działa! Jak nowe.
Arnar uśmiechnął się. Podszedł do Luciena, położył dłoń na jego głowie i delikatnie przeczesał szare włosy.
— Dobra, dobra. Podoba mi się.
Bawili się radiem jeszcze chwilę, aż uznali, że zostawią je w spokoju. Ich małe mieszkanie przestało być ciche. Wypełniły je przeróżne piosenki: spokojne, skoczne oraz takie drażniące, których nie dało się słuchać.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

środa, 29 października 2025

Od Luciena — drabble „Widmo”

Obudziły go jęki. Przerażone stękania. Usiadł na łóżku, przetarł dłonią oczy. Przez ciemność panującą w pokoju ledwo mógł cokolwiek zobaczyć.
Obok niego siedziało Arnar. Z podkulonymi pod brodę kolanami. Szeptał do siebie uspokajające słowa, chociaż jeno oddech wciąż był chaotyczny.
— Co się stało?
Arnar nie odpowiedziało. Szeptało dalej do siebie, ignorując zmartwionego Luciena.
— Źle się czujesz? — spróbował znowu.
Arnar powoli się odwróciło. Wyciągnęło rękę i wskazało na drzwi. Lucien podążył za palcem. Zmarszczył zdezorientowany brwi.
— Nie rozumiem…
W tym momencie drzwi się otworzyły. Same z siebie. Arnar znowu się skuliło. Powiedziało coś o widmie. O zjawie. O duchach. I… koniach.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 28 października 2025

Od Luciena — drabble „Przebranie”

Czekał na Arnar dobre dwadzieścia minut. Zaczął się niecierpliwić. Mieli wyjść z domu koło godziny dwudziestej, a wskazówki zegara (którego nie umiał tak dobrze odczytać swoją drogą) wskazywały prawie dwudziestą trzydzieści.
Lucien siedział w salonie na kanapie, wbijając wzrok w niebieski, puchaty dywan.
— I jak?
Arnar stanął w drzwiach, czekając, aż Lucien uniesie wzrok i na niejgo spojrzy.
— Co… czemu ty jesteś cały pomarańczowy? — Lucien skrzywił się ze strachu.
Dziecko Hermesa obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Z uśmiechem na twarzy wyglądał jeszcze straszniej.
— Pomyślałom, że w tym roku postawię na coś innego. I zostanę halloweenową dynią — powiedział z dumą.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 26 października 2025

Od Luciena — drabble „Kajdanki”

Czasem przychodził do pracy Arnara i widział różne, dziwne rzeczy, które ludzie robili podczas grania w automaty, ale dzisiaj ktoś zdecydowanie przesadził. I nie wiedział, czy przesadził Arnar czy chłopak, który został przykuty kajdankami do jednego ze sprzętów do gry.
— Arnar… co to jest? — zapytał szeptem, zerkając na szamoczącego się chłopaka. Nadgarstek już miał cały czerwony. — Dlaczego jest… skuty?
— Oszukiwał — burknął, niezadowolony. — Gówniarze myślą, że tego nie widać. Ale ja widzę wszystko.
Lucien pokiwał powoli głową. Nie był przekonany do pomysłu skuwania kogokolwiek w ramach kary.
— I co masz zamiar z nim zrobić?
Arnar uśmiechnął się głupio.
— Jeszcze nie wymyśliłem.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Luciena — drabble „Numer”

Na stoliku leżało najnowsze wydanie nowojorskiej gazetki. Czasem lubił je kupować, by mieć co czytać z nudów. Przeglądać te wszystkie porady adresowane do starych bab albo kartkować przepisy, z których nigdy nie skorzysta.
— Który numer? — zapytał Arnar, biorąc do rąk gazetkę. Zdążył już wcześniej dorysować okładkowej pani brodę i wąsa.
— Dziesiąty.
— Już dziesiąty? — zdziwił się. Posłał Lucienowi naprawdę bardzo zaskoczone spojrzenie.
— Mamy październik. Gazetki wychodzą co miesiąc, więc… no, zresztą w rogu masz wszystko napisane, widzisz? — Wstał i spróbował Arnarowi pokazać napis, ale nie mógł za bardzo dosięgnąć. — Daj mi to. — Wyrwał mu gazetkę. — Tutaj, widzisz? Jak byk. Dziesiąte wydanie.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

sobota, 25 października 2025

Od Luciena — drabble „Glina”

Skupiony starał się narysować coś ładnego na talerzyku. Od godziny próbował stworzyć wymarzony wzór, ale pędzel jakoś ciężko układał mu się w dłoni. W przypadku Arnara, dzieciak Hermesa bawił się świetnie: mazał wszystko, co popadnie, mieszał kolory i nie przejmował się krzywo postawionymi kreskami.
— Co to jest? — zapytał, kątem oka spoglądając na dzieło Arnara. — To… pies? — Pochylił się do przodu, by lepiej się przyjrzeć krzywemu malunkowi.
— Nie. To jest wąż — powiedział z dumą.
Lucien trochę w to wątpił.
— Dlaczego ma uszy?
— A to węże nie mają uszu?
— No… mają, ale… nie takie oklapłe jak psy, Arnar.
— Mój jest specjalnym wężem!

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

piątek, 24 października 2025

Od Luciena — drabble „Słowo”

ROK TEMU

Impreza nawet nie zdążyła rozkręcić się na dobre. Dopiero zaczynali. Pełno nieotwartych piw stało na ziemi.
Lucien spojrzał w stronę drzwi. Do środka wszedł dzieciak, na oko dwunastolatek. Spojrzał na ten cały bałagan i złapał się za głowę.
— Ale… ale Chejron zabronił imprezowania! — krzyknął.
Poczerwieniał na twarzy. Wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać.
— Hej, spokojnie. — Lucien z uśmiechem podszedł do chłopca. Chciał objąć go ramieniem i zaprowadzić do reszty, ale ten zaprotestował.
— Powiem Chejronowi.
Lucienowi uśmiech zszedł z twarzy. Teraz patrzył z poważnym wyrazem, próbując walczyć z chęcią zakneblowania go.
— Ani słowa Chejronowi. — Zacisnął dłoń na ramieniu chłopaka. — Ani. Słowa.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 23 października 2025

Od Luciena — drabble „Ropucha”

Chciał sprawić Arnarowi przyjemność, więc zabrał go do najlepiej ocenianej francuskiej restauracji w Nowym Jorku. Całą drogę opowiadał mu o pysznościach, których mógłby spróbować. W domu sam nie potrafił odtworzyć niektórych dań, więc musiał postawić na restaurację i renomowanych kucharzy.
— Wezmę żabie udka — powiedział Lucien, wbijając wzrok w kartę. — I ślimaki.
Arnar próbował ukryć skrzywienie z marnym skutkiem.
— To ja… ja chyba wezmę zupę cebulową, okej?
 
Kiedy dania przyszły na ich stół, Arnar zabrał się od razu za swoją zupę. Urażony Lucien nie chciał pozwolić mu uciec od swoich francuskich przyjemności, więc wrzucił mu do pysznej cebulowej jedno żabie udko.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

środa, 22 października 2025

Od Luciena — drabble „Witryna”

Arnar zatrzymał się przed obrazem przedstawiającym wnętrze kościoła. Chwilę mu się przyglądał, z wyraźnym zamyśleniem, godnym każdego krytyka sztuki.
— Lubię te witryny. — Wskazał palcem na obraz, a Lucien zmrużył oczy. Doszukiwał się wspomnianych witryn na pracy, ale nigdzie ich nie widział.
— Witryny?
— No, te kolorowe!
— Arnar, ale to są witraże — poprawił go łagodnie Lucien.
Arnar spojrzał na Luciena, a potem znów zlustrował obraz. Przyglądał mu się dobre pięć minut, ale za nic w świecie nie chciał przyznać racji swojemu chłopakowi. Skrzyżował ręce na piersi, (prawie) tupnął nogą i powiedział stanowczo:
— To nie witraże.
Lucienowi nie chciało się z tym dyskutować.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 21 października 2025

Od Luciena — drabble „Dzwonek”

O nirwanie można było powiedzieć wiele. Że jest błogim stanem. Że zmienia człowieka. Że naprawia chory umysł. Jednak osiągnięcie tego nie należało do najprostszych. Potrzeba głębokiego skupienia oraz spokoju. Potrzeba wprawy. Lucien tę wprawę nabył jeszcze w obozie, gdzie mógł imprezować razem z resztą rodzeństwa; pijąc wino do oporu i popijając piwem na deser.
Zadzwoniło mu w głowie. Pierwszy raz od dawna czuł się, jakby był w środku wielkiego dzwonu, w który ciągle ktoś uderzał. Poczuł się zdradzony przez alkohol. Przez własnego ojca. I oczywiście przez samą nirwanę, bo przecież do tego upragnionego stanu dążył przez cały ten cholerny wieczór.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 20 października 2025

Od Luciena — drabble „Latarnia”

Co którąś noc uciekał przed gorgonami. Światła ulicznych latarni rozświetlały chodniki, a on biegł ile sił w nogach. Uciekał przed syczącymi gadziskami, głodnymi półboskiej krwi. Zawsze w momencie, kiedy już prawie udawało mu się uciec, to gubił kroki i upadał. Ból rozdzierał jego ciało. Przez kręgosłup przechodziły impulsy, nakazujące mu wstać, by biec dalej; ale on nie mógł.
Gorgona w końcu zawisała nad nim, z jej pyska kapała ślina. Lucien próbował jeszcze wydobyć swoje winorośla, ale nigdy mu się to nie udawało.
Budził się oblany potem. Zmęczony, wystraszony i zbyt otumaniony. Nigdy nie budził Arnar. Z koszmarami walczył w samotności.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 19 października 2025

Od Luciena — drabble „Przyjaciel”

Z jakiegoś powodu obca kobieta, którą Arnar przyprowadził do domu pewnej nocy, szybko stała się dla niego bliską osobą. Brakowało mu jej, kiedy musieli się rozdzielić przez głupie gorgony i nocami zastanawiał się, czy wszystko z nią w porządku.
Stał obok Dahlii. W San Francisco jesień nie była tak chłodnym miesiącem, co w Nowym Jorku, ale czasem wiatr znad Oceanu Spokojnego dawał się we znaki.
— Gdzie jest Arnar? — zapytała, a Lucien w odpowiedzi wzruszył ramionami. — Nie powinien… już wracać?
— Czasem lubi dłużej posiedzieć w łazience. — Znowu wzruszył ramionami, cicho przy tym wzdychając.
— To jakieś problemy jelitowe?
— Gorzej. Problemy z głową.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

sobota, 18 października 2025

Od Luciena — drabble „Dziecko”

Kasztan potoczył się prosto pod jego nogi. Spadł z kasztanowca, który rósł w okolicy central parku. W pierwszej chwili schylił się, żeby podnieść owoc. Już prawie dotykał palcami wilgotnej skóry, kiedy podbiegł do niego zdyszany chłopiec. Wielkie oczy patrzyły na niego z wyczekiwaniem. Mały wskazujący palec pokazywał na kasztana, którego Lucien miał zamiar podnieść.
— Och, chcesz? — zapytał, zbyt zdezorientowany. Nie potrafił w mowę ciała dzieci i też nie wiedział, czego oczekuje od niego ten chłopiec.
Pokiwał głową.
— Mam kolekcję kasztanów. Chciałem, uch, chciałem…
Lucien zrobił krok w bok. Otwartą dłonią wskazał chłopcu na kasztana i się uśmiechnął.
— Proszę, weź sobie.

────
[100 słów: Lucien otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]