Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mikołaj Piórkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mikołaj Piórkowski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lipca 2026

Od Mikołaja CD Lucasa — „Ryan Gosling to dosłownie ja”

Poprzednie opowiadanie

— Ale dlaczego ja? — mężczyzna nie był przekonany. — Jest tyle ludzi dookoła.
— Bo… wygląda pan… jakby umiał to zrobić? — uśmiechnął się głupkowato. Starał się brzmieć tak miło, jak tylko potrafił.
— Ja… pan? — spojrzał na Mikołaja zaskoczonym wzrokiem. Nastolatek zorientował się, że może jednak mimo starań powiedział coś nie tak.
— Jesteś stary, Lucas — zaśmiała się stojąca obok Mia. — Potrzymać ją? — spytała, wystawiając ręce po Ruby.
— Mam dwadzieścia lat! — oburzył się, oddając dziewczynie dziecko. — Mów mi na „ty”, proszę — zwrócił się do Mikołaja, który patrzył na niego badawczo, jakby próbował go z czymś skojarzyć.
— Lucas? — zapytał zdziwiony.
— Coś nie tak? — Lucas wyglądał na zdezorientowanego. Spojrzał niepewnie na Mię, a potem zadał następne pytanie Mikołajowi. — Znamy się?
— Nie — odparł szybko Mikołaj. — Znaczy tak…tak jakby, ale nie, raczej nie.
Lucas był coraz bardziej zagubiony, co Mikołaj doskonale widział. Chłopak zaczynał żałować, że kiedyś się odezwał. Próbował pocieszać się tym, że nikt w tym mieście go nie zna i nawet jak się zbłaźni, to nikt go nie zapamięta. Był jednak pewien, że Lucasa skądś zna. I nie był to tylko jego niedawny sen.
— Nie wiem, powiedz mu, że twoje dziecko lubi Barbie… Albo coś takiego — zaproponował.
— Ma roczek, mówiłem już.
— Tylko? Myślałem, że… wygląda na starszą — odparł bez zastanowienia i spojrzał na Mię. — O, albo że to dla twojej dziewczyny!
— To nie jest moja dziewczyna! — zaprzeczył, słysząc, jak Mia zaczyna się śmiać.
— To możesz skłamać!
— Ty też.
Mikołaj odwrócił wzrok, nie chcąc przyznać Lucasowi racji. Jego duma nie pozwalała mu ani na to, ani na przepychanie się między zakochanymi faneczkami Ryana Goslinga. Autograf jednak musiał zdobyć. Była to kwestia po pierwsze, ponownie dumy, a po drugie, ważniejsze, pięćdziesięciu złotych, o które założył się z przyjaciółką.
— Strasznie tu głośno, a Ruby chyba usypia — odezwała się w końcu Mia, a gdy Lucas na nią spojrzał, wskazała ruchem głowy na pobliską kawiarnię. — Poczekam z nią tam, okej?
— Jasne, zaraz przyjdę — odparł z uśmiechem i odprowadził dziewczynę wzrokiem. — Dzięki.
— Jesteś wyższy, poczują twoją dominację i cię przepuszczą — powiedział w końcu Mikołaj, łapiąc się pierwszego argumentu, jaki przyszedł mu do głowy.
— Ale to ty jesteś fanem — trafnie zauważył Lucas, w którego głosie nie dało się wyczuć nawet cienia irytacji.
I tu pojawił się problem. Mikołaj w ostatniej chwili ugryzł się w język, aby nie wydało się, że okłamał Lucasa. Tak naprawdę chłopak nie wiedział o aktorze nic, może poza powszechnienie znanymi faktami. Wiedział jedynie, że grał Kena i Rylanda. I to właśnie ten drugi sprawił, że tego dnia znalazł się w całkowicie mu obcym mieście.
Wracał właśnie z dość długiego pobytu w domu i Los Angeles, dziwnym trafem, znalazło się „po drodze” z Polski do Nowego Jorku. Jakiś czas temu spotkał się ze znajomymi na nocowanie, podczas którego postanowili obejrzeć „Projekt Hail Mary”. To właśnie wtedy Mikołajowi przyśniła się walka z klonami Rylanda w Rylandlandzie i to właśnie wtedy chłopak założył się z Elizą o zdobycie autografu autora. Wyczytali gdzieś, że Gosling będzie miał spotkanie z fanami, a jako że Mikołaj i tak niedługo miał wracać do Stanów, to co mu szkodziło wylądować na lotnisku w innym mieście? Jego europejski sposób myślenia stwierdził, że skoro będzie w tym samym państwie, to na jego drugi koniec trafi przecież bez większego problemu w kilka godzin.
— Ale widzisz? Ty mnie teraz bardziej przekonujesz, że tego nie zrobisz, niż ja ciebie, że to zrobisz — powiedział z poważną miną.
— I co?
— To znaczy, że jesteś bardziej przekonujący niż ja.
— To tak nie działa.
— Błagam! Muszę się jeszcze dzisiaj dostać do Nowego Jorku! Nie mam czasu! — Mikołaj prawie że klęknął przed Lucasem na kolana. — Błagam!


Lucas?
────
[589 słów: Mikołaj otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Od Mikołaja do Weroniki — „Ach te klasyki”

Spacerował po obozie, przeklinając jesienną pogodę i rozglądając się w poszukiwaniu jakiejś żywej duszy. „Musicie nauczyć się doceniać słońce” — powiedział pewnego dnia Chejron i sprawił, że dziewięćdziesiąt procent obozowiczów zamknęło się w domkach i opuszczało je jedynie na posiłki i, opcjonalnie, obowiązki. Chłopak dziwił się, że nikt nie korzysta z pięknego (i zapewne krótkiego) okienka pogodowego — ciepłego słoneczka, delikatnego wiatru i udawania, że czarna chmura deszczowa w oddali nie istnieje.
Podszedł do jeziora, aby opłukać długopis, który ucierpiał na skutek spotkania z błotem. Biedna, żółta kaczka na sprężynce zmieniła kolor na brązowy tak samo, jak niegdyś czerwone trampki i dół jego nogawek. Zachciało mu się przeskakiwać przez kałuże. Przynajmniej jego rozpadający się notes nie ucierpiał, jego nie mógłby po prostu wypłukać. A co gorsza, musiałby od nowa szukać ludzi i pytać ich o to samo.
Rozejrzał się dookoła i pod jedną ze ścian dostrzegł fioletowowłosą dziewczynę. Siedziała na ławce i czytała książkę. Rzucił okiem na krzywą tabelkę w notesie i wytarł długopis o koszulkę. Zawahał się na moment zastanawiając się, czy na pewno chce jej przeszkadzać. Ale tylko na moment. Z głupim uśmiechem usiadł obok córki Ateny.
— Hejjj Rrrronika! — przywitał się, w myślach skacząc z radości i powtarzając „zawsze chciałem to zrobić!”. Imię dziewczyny zapamiętał bez większych problemów (co w jego przypadku było dość rzadkie) głównie dzięki skojarzeniu z „Heathers” i odkąd tylko je poznał czekał na taką okazję. — Sonda uliczna!
Weronika niechętnie podniosła wzrok znad książki i obdarzyła Mikołaja zażenowanym spojrzeniem. Chłopak na wszelki wypadek cofnął się na koniec ławki, cały czas próbując zachować ten sam, niezbyt przekonujący wyraz twarzy.
— Co? — odezwała się w końcu po chwili ciszy. Przymknęła książkę, zaznaczając stronę palcem i zaczęła przyglądać się trzymanym przez chłopaka przedmiotom. Po jej ironicznym uśmieszku widać było, w którym momencie zauważyła kaczy długopis. Więcej uwagi dziewczyny zabrała jednak krzywa tabelka. — Co to jest?
Mikołaj jednak już jej nie słuchał. Skupił się na okładce trzymanej przez Weronikę książki, a raczej na znajdujących się na niej informacjach, zapisanych cyrylicą. Próbował przypomnieć sobie alfabet, wyuczony przez niego na początku liceum podczas fazy, która brzmiała mniej więcej „jestem taki inny, czytam klasyki!”. Trwała ona może kilka miesięcy, a rozpoczęła się przez wyuczenie na pamięć monologu z „Kordiana” na potrzeby teatralne. Następnym etapem był dość performatywny zachwyt nad „Lalką”, a potem przeżycie „Szewców”. W ich wyniku chłopak poczuł, że nie tylko stracił iq, ale też szacunek nowej klasy, gdy przez cały wrzesień nazywał ludzi sflądrysynami i trylobitami sylurskimi. Ale przynajmniej zdobył punkt więcej na sprawdzianie z geologii i dowiedział się, że flądra nie jest gatunkiem foki.
Gdy po przebrnięciu z trudem przez „Sklepy Cynamonowe” sięgnął po „Mistrza i Małgorzatę”, postanowił przerzucić się na wschodnią literaturę, licząc na więcej odciętych głów i gadających kotów. Na ziemię ściągnął go, nomen omen, „Idiota”, którego przeczytał równe pięćdziesiąt dwie strony, odłożył na półkę i włączył AO3. Już nigdy więcej go nie otworzył. Tak samo jak kupionych w tym czasie sześciu innych książek. Jeśli dobrze rozszyfrował cyrylicę, książka Weroniki była napisana właśnie przez Dostojewskiego. Tytułu jednak już się nie podjął.
— Jak widać, nie każdy z tego wyrasta… — skomentował pod nosem i dopiero słysząc własne słowa zorientował się, że powiedział to na głos. Przełknął nerwowo ślinę i szybko rozważył plusy i minusy tłumaczenia się. Postanowił liczyć na to, że dziewczyna nagle ogłuchła.
— Z czego? — spytała niechętnie, podnosząc wzrok znad notesu.
Uśmiech zniknął z twarzy przerażonego Mikołaja, który szukając inspiracji do sensownej odpowiedzi, zaczął rozglądać się dookoła w panice. W końcu z powrotem spojrzał na narysowaną przez siebie tabelkę, a dokładniej małą żabkę przy jednej z dwóch kresek pod „tak”. Pod „nie”, z mojego kronikarskiego obowiązku, było ich aż siedem.
— To znaczy… z nieumiejętności pływania! — próbował wybrnąć. — Boooo… to jest bardzo ważne! Co jak nas zaleje? Umiesz pływać? — spytał, w końcu przypominając sobie cel zaczepienia Weroniki.


Weronika?
────
[625 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 7 czerwca 2026

Od Mikołaja — „Sen o Rylandzie”

— Pospiesz się! — krzyczał na niego ktoś zza drzwi. — Spóźnimy się!
— Już idę! — odparł, otwierając oczy. Niepewnie rozejrzał się po pokoju, który wyglądał jak wyjęty prosto z bajki o dzikim zachodzie.
Nagle wszystko sobie przypomniał. Całą podróż z Sony… nie, to była Erin. Ale z obozu wyszedł z Sony… No, może się przemieniła. Nieistotne. Podszedł do szafy, aby się ubrać, ale okazało się, że był już ubrany. Był pewien, że nie spał w wyjściowych ciuchach. Musiał przegapić moment, kiedy się przebierał. W końcu wyszedł z pokoju, gdzie czekała na niego znajoma obozowiczka.
— Gdzie my tak właściwie idziemy? — zapytał Erin, która stała zniecierpliwiona przy ścianie.
— Wykonać misję od Apollo — odpowiedziała obojętnie. — Nie mów, że nie pamiętasz?
— Od Apollo? — zdziwił się Mikołaj. To imię… lub nazwa? coś mu mówiło, ale nie mógł przypomnieć sobie co. W końcu coś zaczął kojarzyć. — W sensie, Apollo 13? Jesteś z NASA?
— Co? — Erin spojrzała na chłopaka rozbawiona i powoli zaczęła schodzić po schodach. Mikołaj poszedł za nią. — Niee, Apollo boga mpregu. Popełnił błąd w obliczeniach i teraz my musimy go naprawić.
— Aha… fajnie — przytaknął. — A gdzie jesteśmy?
— Jak to, gdzie? — zdziwiła się dziewczyna. — W Nowym Rylandlandzie, w Kansas. Apollo wysłał nas tutaj rakietą, bo to taka dziura, że nawet psy przestały szczekać dupami.
Mikołaj przyjął te informacje tak, jakby były oczywistą oczywistością. Nie zadawał więcej pytań, po prostu szedł za Erin, która zdawała się wiedzieć, co robi.
Wkrótce wyszli z niewielkiego domku i znaleźli się w uliczce, którą Mikołaj doskonale znał, mimo że nigdy wcześniej w niej nie był. Wyglądała dokładnie tak, jak w oczach jego wyobraźni wyglądało miasteczko z siódmego tomu „Zwiadowców”. Na środku była nawet wielka, drewniana szubienica, na której chłopak spodziewał się zobaczyć książkowego Halta. Zamiast zwiadowcy, na podeście stał jednak jakiś blondyn.
Drugą rzeczą, jaka przykuła jego uwagę, był wygląd mieszkańców. Wszyscy wyglądali niemal identycznie. Różnili się wzrostem, kolorem włosów lub ubiorem, ale łączyła ich twarz. Wszyscy, co do jednego, wyglądali jak Ryan Gosling. Jedynymi ludźmi w zasięgu wzroku chłopaka, którzy wyglądali inaczej byli Erin oraz stojący na podeście mężczyzna.
— Oni są z kazirodztwa? — zapytał Mikołaj na głos, nie przejmując się tym, że ktoś może go usłyszeć. Jakimś cudem nikt się nie odwrócił.
— A myślisz, że jak powstało to miasto? Bóg mpregu wie, co robi. — wzruszyła ramionami Erin. — Zamknij się, słucham.
Jak na zawołanie, odezwał się Ryan Gosling stojący obok skazańca.
— Niniejszym oświadczam, że ten tutaj oto stojący OBCY SZKODNIK… jak mu tam? Lucas Veneryland… jest WINNY — przemówił donośnym tonem, a tłum zaczął wiwatować.
— Ja chciałem tylko… pluszaka! — tłumaczył się Lucas. — Dla mojej Ruby!
Tłum zaczął buczeć.
— Cisza! — krzyknął Ryan Kat Gossling. — Więc powiedz nam! Pochwal się! Dlaczego dajesz małemu dziecku… PREZENTY.
— No bo… — Lucas spojrzał na niego błagalnym spojrzeniem. — kocham moją córeczkę…
— Kochasz DZIECKO?! — znowu zagrzmiał. — TO NIEDOPUSZCZALNE!
— ŚCIĄĆ GO O GŁOWĘ! — krzyknął z ziemi Ryan Gosling wyglądający jak Królowa Kier.
— Lucas Veneryland zostaje skazany na ścięcie i dostaje BANA NA ŻYCIE! — krzyczał dalej Gosling Kat.
— To nasza szansa — poinformowała Mikołaja Erin i zdjęła opaskę z oka. Z miejsca, w którym powinno być oko, zaczęła strzelać laserami, powalając na ziemię armię Ryanów Goslingów. — Teraz!
Mikołaj nie wiedział, co ma robić. Podświadomość kazała mu biec przed siebie. Wbiegł na ścianę budynku i odbijając się od krawędzi dachu, wskoczył na drewniany podest. Podniósł z podłogi miecz, którego jeszcze przed chwilą tam nie było i zaczął walczyć z katem.
— Spierdalaj do Barbielandu! — krzyknął, spychając mężczyznę z podestu.
— Jestem Ryland! — odpowiedział Ryan Gosling, po czym zniknął, zastrzelony laserem Erin.
Mikołaj chwycił Lucasa za rękę i pobiegł przed siebie, ciągnąc go. Po chwili dołączyła do nich Erin i całą trójką uciekali przed armią goniących ich Rylandów.
Ucieczka nie trwała jednak dlugo. Zanim zdążyli uciec z miasta, przed nimi wyrósł kolejny podest z gilotyną.
— Myślicie, że wrócicie do domu? — zapytał stojący na górze Ryland, uśmiechając się złowieszczo. — Wiecie co się z wami stanie? Patrzcie na to!
Ryland wyjął… chyba z dupy? zza pleców pluszowego Rylanda. Położył pluszaka pod szubienicą i spojrzał głęboko w oczy Lucasa.
— Nie… — wyszeptał Lucas.
— Tak! — krzyknął Ryland i opuścił nóż. Pluszowa głowa Rylanda stoczyła się z podestu i zaczęła toczyć przez miasto niczym śmieszna kula z dzikiego zachodu.
— Uciekamy! — krzyknęła Erin i zastrzeliła Rylanda laserem. Szkoda tylko, że na jego miejscu pojawiło się dwóch nowych.
Tym razem przed nimi pojawiło się auto, kierowane przez jakiegoś księdza. Na miejscu pasażera siedziało Sony, zadowolone popijając energetyka. Rolę kół w aucie pełniły głowy Rylandów… ale to chyba nie jest istotne.
— Wsiadajcie! — krzyknęło Sony, otwierając tylne drzwi.
Cała trójka wsiadła bez zadawania pytań. Jechali przez Nowy Rylandland dwieście na godzinę, a mimo tego nie byli w stanie uciec przez goniącą ich armią Rylandów. W końcu prowadzący auto Adam postanowił zawrócić. Teraz jechał prosto na biegnący tłum. Jechał… jechał… jechał… i wjechał.
I wszyscy wybuchli.
Kiedy Mikołaj obudził się następnego dnia, potrzebował kilku minut, aby zastanowić się nad życiowymi wyborami. Przetarł oczy i przypomniał sobie, że znajduje się w salonie znajomego. Była piąta rano, a wszyscy pozostali nadal spali. Na stoliku stała pusta butelka po wódce, a obok niej laptop, który aż wył od przegrzania. Na wciąż niewygaszonym ekranie wyświetlony był dokończony „Projekt Hail Mary”. Pod stolikiem leżał pluszany Ryland. Dokładnie taki sam, jaki w jego śnie zginął pod gilotyną.
Mikołaj nie wiedział, co ma myśleć o tym śnie. Był jednak pewien jednej rzeczy. Kiedy wróci do obozu, koniecznie musi zapytać Erin, czy naprawdę potrafi strzelać laserami z oka.


────
[890 słów: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia, Aleks nie chce nigdy więcej rozmawiać o tym opowiadaniu]

wtorek, 26 maja 2026

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Dzięki — mówi, wsiadając do zagraconego, zadymionego samochodu.
Jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobił, oprócz odgarnięcia chusteczek z siedzenia było odsunięcie szyby. Miał nadzieję, że nie zostanie za to okrzyczany, z powodu zakłócania działania klimatyzacji. Brak reakcji pozwolił mu jednak odetchnąć ulgą (oraz świeżym powietrzem) i przyniósł nadzieję, że nie udusi się fajkowym dymem. Niedługo po nim do auta wsiadła również Sony.
— To co, jedziemy? — zapytała ochoczo, czekając aż pojazd ruszy.
— Jedziemy — odparł od niechcenia Adam i wyrzucił wypalonego papierosa za okno, trafiając do śmietnika. Mikołaj widząc to ucieszył się, że ksiądz postanowił jednak nie robić z auta komory gazo… dymnej. — Ale przypominam, do Pensylwanii i ani metra dalej.
— A może jednak?
— Nie namówicie mnie.
— Transylwanii? — zdziwił się Mikołaj, cały czas skupiony bardziej na szukaniu tlenu, niż na rozmowie. — To nie jest w drugą stronę?
— Pensylwanii, tam gdzie wampiry — wyjaśniła Sony, rzucając mu rozbawione spojrzenie.
— Marna podróba — przewrócił oczami. — Wampiry są w Rumunii, a Rumunia w Europie.
— Czyli ty tam mieszkasz?
— Co?
— Co?
— Co? — papuguje ich Greg, podczas gdy Adam odpala silnik.
Ledwo ruszyli, a Sony zaczęła dobierać się do stojącego na podłodze sześciopaka energetyków. Mikołaj niepewnie przyglądał się, jak jego towarzysz mocuje się z folią, jednocześnie kątem oka patrząc na reakcję siedzącej z przodu dwójki. Nie był pewien, czy to dobry pomysł — dobre wychowanie mówiło, że nie. Sony jednak, oprócz nieudolnych prób cichego rozerwania folii, zdawała się nie zwracać na to uwagi.
— Bierz — odezwał się Adam, rozbawiony.
Sony wzdrygnęła się, wystraszona jego głosem, ale już bez skrępowania wyjęła z folii dwie puszki, z których jedną podała Mikołajowi. Chłopak podziękował skinieniem głowy.
— Wiesz co, jesteś drugim normalnym księdzem, jakiego spotkałem — stwierdził po chwili.
— Normalnym? — zdziwił się Adam. — To znaczy?
— No, takim ludzkim, z którym da się porozmawiać — wyjaśnił. — Albo coś.
— No to musisz mieć nisko zawieszoną poprzeczkę — zaśmiał się Greg. — Nawet nie rozmawialiście.
— Ale ma rację — wzruszyła ramionami Sony.
— No, mam na myśli, że wydajesz się… mogę mówić księdzu na "Ty"?
— Mów — odparł Adam takim tonem, jakby wszystko było mu obojętne.
— Dzięki… dziękuję… no, nieistotne, wydajesz się być normalny w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Jak nie ksiądz. Nie lubię księdzy… księdzów?
— Księży
— To jak książę… wracając. Ciężko jest lubić księży. Są dziwni.
Sony otworzyła usta, jakby chciała się wtrącić, ale postanowiła słuchać, co Mikołaj ma do powiedzenia. Ten z kolei zorientował się, że zabrnął w niezbyt pewne rejony i zaczął się bać, że za chwilę powie jedno słowo za dużo i zostaną wysadzeni nie w Pensylwanii, a w Nowym Jorku.
— Ciekawe — mruknął Adam, zachęcając Mikolaja, aby kontynuował wywód.
— Znaczy, ja nie chcę księdza urazić… po prostu miałem styczność z dużą ilością księżów… księży i jedyny normalny, jakiego spotkałem, to był taki ksiądz Szczepan z którym miałem religię w siódmej klasie. Nie kazał nam klepać formułek i grał z nami w LoLa. Wcześniejszy nas terroryzował… a później-
— Grasz w LoLa? — przerwał mu Greg, prześmiewczym tonem.
— Nie! — zaprzeczył momentalnie, odsuwając od siebie wszelkie oskarżenia i skojarzenia. — To znaczy, grałem kilka razy, ale zawsze z księdzem. Szkoda było zmarnować okazję.
— Wyglądasz, jakbyś grał — wzruszył ramionami mężczyzna.
— Wcale nie! O a potem w pierwszej liceum ledwo miałem na koniec dwóję z religii, bo się na mnie uwziął po tym, jak we wrześniu przyszedłem na jego lekcję w tęczowej koszulce. Śmieszny człowiek. O albo w podstawówce inny miał do mnie problem, że nie wziąłem udziału w konkursie o papieżu. I potem do końca podstawówki musiałem chodzić na konkursy o papieżu, bo sobie mnie upatrzył i wymyślił, że to muszę być ja… Wiedział ksiądz, że Jan Paweł II nosił czerwone buty?
W aucie zapadła cisza. Nie odezwała się nawet Sony, która w tej chwili była zajęta odrywaniem zawleczek od pustych puszek, walających się za fotelami. Mikołaj zaczął się zastanawiać, czy powiedział coś nie tak, czy po prostu wszyscy przestali go słuchać po pierwszym zdaniu. Nie był pewien, którą opcję woli.
— No, podsumowując, księża są dziwni — stwierdził obojętnym tonem, ale po chwili zdecydował się sprostować. — To znaczy, ci polscy! Może tutaj ci fajni to standard, nie znam się, nie chodzę już na szczęście do kościoła. Znaczy, nie na szczęście! Po prostu nie…
— Mikołaj chciał powiedzieć, że jesteś super — podsumowała Sony, (w końcu) ratując towarzysza z dołka, który sam pod sobą wykopał.
— Dokładnie!
— Mhm — mruknął Adam, próbując skupić się na drodze i tym, żeby zaraz nie zatrzymać się na jakimś idiocie, który prawo jazdy wygrał w chipsach. A takich w tym kraju jeździło sporo.
— No iiiii uważam, że skoro jesteś tak super, to może dasz się namówić żeby pojechać troszkę za Pensylwanię? — kontynuowała Sony. — Tak troszeczkę?
— A może jest jakaś droga na skróty do tego Pitssburga, która prowadzi przez Minnesotę? — podłapał Mikołaj.
Adam zatrzymał się nagle na czerwonym świetle z takim impetem, że gdyby Sony i Mikołaj nie zapięli pasów, obydwoje straciliby zęby.
— Jeszcze chwilę, a wysiądziecie nie w Pitssburgu, a… gdzie my jesteśmy — spojrzał na nawigację. — Wylecicie w Ithace — odparł zirytowany.
— O, to stąd był ten Odyseusz? — zaśmiał się Mikołaj, a Sony posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Przepraszamy! — prawie krzyknęła. — Ale wiesz, że cię uwielbiamy, prawda?
— Właśnie, przepraszamy, będziemy już cicho — dodał Mikołaj.
Obiecana cisza trwała jednak tylko do momentu, w którym w głowie chłopaka pojawiły się kolejne, sprzeczne informacje. Nie minęło pięć minut, a ciekawość wygrała.
— Ej, Adam — zaczął. — Ty jesteś księdzem… chrześcijańskim, nie?
— Katolickim — sprecyzował.
— I jesteś herosem? — zadał następne pytanie. Dopiero po chwili zorientował się, że może niekoniecznie był to najbezpieczniejszy pomysł. Adam jednak nie dostrzegł w jego słowach niczego dziwnego.
— No, tak.
— I wierzysz w to i to? To sobie nie zaprzecza? Trochę hipokryzja, gościu.


Sony?
────
[911 słów: Mikołaj otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

środa, 6 maja 2026

Od Mikołaja — „Drzewo przyszło do Biedronki” [AU event]

Pieski AU

— Wiesz co? To nie fair — Mikołaj spojrzał z niesmakiem na smycz, przywiązaną do metalowej barierki.
— Co tym razem? — znudzony Andrzej przewrócił oczami. Zaczynał się zastanawiać, co go podkusiło, aby przywitać się z rudym seterem. Mógł teraz wylegiwać się na łóżku swojej właścicielki, a zamiast tego balansował na wąskiej rurce i wysłuchiwał skarg znajomego.
— No, bo oni tam wchodzą, nie? — ruchem pyska wskazał na wejście do Biedronki. — Widziałeś, co tam jest? Tony jedzenia! A oni wychodzą z dwoma bułkami i wodą — powiedział oskarżycielsko.
— No, i? — spytał zniecierpliwiony kocur.
— No i dlaczego nie biorą nas ze sobą? To nie fair! Ja też chcę wybrać jedzenie! — W Mikołaju klębiło się tyle emocji, że nawet się nie zorientował, kiedy stanął na cztery łapy. Zawstydzony rozejrzał się dookoła, spojrzał na Andrzeja, a następnie wrócił do siadu. — I nawet nie wezmą dla mnie ciasteczek… — dodał ciszej.
— Dziwny jesteś — prychnął jego rozmówca. — Kto by chciał tam siedzieć? Pewnie jest głośno i duszno.
— Ale ciasteczka… — westchnął żałośnie.
— W domu cię nie karmią? — gdyby mógł, Andrzej uniósłby brew. Był jednak tylko kotem, więc mógł co najwyżej machnąć ogonem z dezaprobatą. — Zawsze jak rozmawiamy, to gadasz o jedzeniu.
— Ale to ty jesteś gruby — zażartował seter.
— Jestem puszysty — udał obrażonego. — Z resztą, wy, psy, naprawdę jesteście dziwni. Zawsze macie tysiąc problemów, chcecie robić tysiąc rzeczy i… WO!
Urwał wpół zdania i podskoczył wystraszony, z trudem utrzymując równowagę na śliskiej barierce. Zjeżył się, w pełnym syczenie napięciu obserwując wyrywającego się właścicielom borzoja. Pies trzymał w pysku długi patyk, co troszkę przeszkadzało mu w jednoczesnym szczekaniu, a przy tym miał ewidentnie za dużo energii.
Mikołaj na początku również się wystraszył, ale gdy tylko zorientował się, kim jest przybysz, zadowolony zamachał ogonem na powitanie.
— Cześć Krewet! — szczeknął, a Krewet w momencie zapomniał o najeżonym kocurze i zaczął machać ogonem. Andrzej prychnął zniesmaczony.
— Czweezć Mwi-ołaj! — wybełkotał, nadal trzymając w pysku patyk, którym blokował całe przejście. Ku ogromnej uldze dwójki właścicieli, usiadł na chodniku, odpuszczając pogoń za kotem. — Fawny mwam kijjek?
— Kolejny odklejeniec — stwierdził Andrzej, nie korzystając z okazji do opuszczenia rozmowy.
— JAKI ŚWIETNY!!! — Mikołaj uważnie przyjrzał się patykowi, a raczej gałęzi trzymanej przez przyjaciela. — Skąd go masz?
— Z lasu! — dumny z siebie Krewet w końcu odłożył trzymane drzewo na chodnik. — Niosę go cały spacer! Calutki!
— I co z nim zrobisz? — spytał bury kocur tak, jakby borzoj pochwalił mu się najbardziej niepotrzebnym śmieciem. Wysoka barierka, na której siedział, patrząc na psie łby od góry, idealnie odwzorowywała jego stosunek do nich. — Zjesz?
— Położę tam, gdzie moje inne patyki! — odpowiedział z entuzjazmem. — Jestem głodny — dodał.
— Kolejny tylko o jedzeniu — prychnął Andrzej.
Niedługo później byli świadkiem niezwykłej sceny. Koło nich przeszedł człowiek, jedzący zapiekankę, z której na chodnik spadł kawałek szynki. Zanim on sam zdążył się zorientować, w kierunku leżącego mięsa zaczęła pędzić mała, brązowa kulka, testując przy tym długość smyczy. Kiedy w końcu jej krótkie nóżki doprowadziły ją do upatrzonego celu, pochłonęła go w przeciągu sekundy.
— Ci właściciele naprawdę was nie karmią? — spytał kocur, z nutą drwiny w głosie.
Brązowa kulka przydeptała w ich stronę tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to dziesięciocentymetrowe łapki. Usiadła między Mikołajem i Krewetem, wpatrując się w nich wielkimi oczami.
— Cześć, kim jesteś? — przywitał się Mikołaj, starając się brzmieć miło. Nie uzyskał odpowiedzi.
— To jest Szynka — przedstawił przybysza Krewet. — Cześć Szynka!
Szynka jednak nadal nie odpowiedziała. Wlepiła wzrok w borzoja i zaczęła się mu przyglądać. Kiedy przyglądnęła mu się wystarczająco, w ten sam sposób potraktowała pozostałą dwójkę. Nie wyglądała, jakby w tamtym momencie przez jej głowę przeszła nawet jedna, choćby najmniejsza myśl.
— Ona wie, że żyje? — spytał drwiąco Andrzej.


────
[588 słów: Mikołaj otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 30 kwietnia 2026

Od Mikołaja CD Caroline — „A Ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, ROK TEMU

— A ja mam lepszy pomysł — odparł, po chwili krótkiego namysłu. — Ty pójdziesz w lewo, a ja w prawo.
Poczuł na sobie wzrok Caroline, jednak nie odważył się spojrzeć na jej twarz. Nie chciał, żeby skończyło się to wybuchem śmiechu - chciał przecież brzmieć poważnie.
— Tak czy siak zgubimy się i umrzemy, przynajmniej nie będę musiał cię słuchać — wzruszył ramionami i odwrócił się na pięcie.
— Spierdalaj — podsumowała. — Zawracamy.
— No a co ja robię? — spytał ironicznym tonem, podchodząc do jednego z drzew.
W panującym półmroku Caroline widziała kształt Mikołaja, który ułamuje z drzewa metrową gałązkę. Chłopak oczyścił patyk z mniejszych patyków i zaczął wywijać nim dookoła siebie, jakby walczył mieczem. Nie wykazywał przy tym szczególnej ostrożności i zainteresowania otoczeniem.
— Uważaj! — odskoczyła ze strachu, że zaraz stanie się ofiarą drewnianego wannabe mieczyka. Miała zamiar dodać coś jeszcze, ale powstrzymał ją ból w kostce, który postanowił o sobie przypomnieć po nagłym ruchu.
— Znalazłem broń, nie narzekaj — wzruszył ramionami.
— Ten badyl? — uniosła brew, nie będąc przekonana.
Mikołaj przewrócił oczami i zrobił kilka kolejnych wymachów prowizorycznym mieczem. Nie była to co prawda broń idealna, ale lepsza taka niż żadna, prawda? Nie rozumiał, w czym Caroline widzi problem. Może to jakieś zboczenie dzieci Aresa. A może po prostu ona była dziwna. Z resztą, prawdziwy miecz w jego rękach nie byłby dużo bardziej przydatny od tej gałązki. Nią przynajmniej nie mogli się pokaleczyć.
Ruszyli przed siebie, nie odzywając się ani słowem. Zimno dawało o sobie znać coraz mocniej, a zapadająca ciemność zdecydowanie nie poprawiała ich sytuacji. Najgorsza była jednak cisza. Okropna, przerażająca cisza, zakłócana jedynie krokami tej dwójki.
— Zatrzymaj się — rozkazał dziewczynie.
Caroline spojrzała na niego zdziwiona, ale wykonała polecenie.
— Po co?
— Cicho bądź.
Mikołaj wstrzymał oddech i próbował wsłuchać się w las. Przy odrobinie szczęścia cicho liczył na odgłosy z obozu, jednak głównie chciał skupić się na zwierzętach. Przypomniało mu się, że jako syn Dionizosa, powinien w jakimś stopniu móc porozumieć się z leśnymi stworzeniami. Może udałoby mu się dogadać z jakąś myszką na tyle, że wskazałaby mu drogę? Jak na złość, nie usłyszał ani najmniejszego szmeru. Jakby cały las umarł.
— Długo jeszcze? — niecierpliwiła się Caroline. — Zamarzam.
— Nie… — odparł zawiedziony. — Idziemy.
Wyjął z kieszeni lewą rękę, złapał nią patyk, a w zamian włożył do kieszeni prawą, aby tym razem ona mogła się ogrzać. Po paru sekundach jednak zmienił zdanie i szybkim ruchem odrzucił patyk gdzieś na bok, założył kaptur, a następnie obie ręce umieścił w kieszeniach.
— I gdzie ta twoja cudowna broń? — zaśmiała się dziewczyna.
— W dupie — wzruszył ramionami. — Co nas niby zaatakuje? Twój stary?
— A żebyś się nie zdziwił — odburknęła i zaniepokojona spojrzała w niebo. Oby Ares miał dobry humor.
— Nie miałem na myśli… jego — Mikołaj dopiero po chwili zorientował się, z kogo zażartował. Nagle wizja ataku przez ojca Caroline stała się aż zbyt wyraźna. — Raczej chodziło mi o no… tego drugiego, no wiesz. Jeśli go masz. Jeśli nie, to o takiego teoretycznego. Ale nie Aresa. Broń boże. Brońcie bogowie? Broń Aresie… No, to było tak czysto teorety- — zaczął się tłumaczyć w tempie, którego pozazdrościłaby mu niejedna katarynka.
— Nic już, kurwa, nie mów — przerwała mu Caroline stanowczo.
— Prze- okej.
Dziewczyna zgromiła go wzrokiem, ale zdecydowała się nie odzywać.
— Kojarzysz to miejsce? — zapytała w końcu, gdy po paru minutach po raz kolejny się zatrzymali.
Mikołaj nie odpowiedział. Rozejrzał się jedynie dookoła, co w ciemności i tak niewiele mu dało.
— Pytałam o coś — powtórzyła z irytacją.
— Miałem być cicho — powiedział takim tonem, jakby miał pięć latek i obraził się na mamę, że nie kupiła mu lizaka w sklepie. Caroline westchnęła.
— Japierdole — skomentowała. — Chcesz stąd wyjść?
— Ta, znam to miejsce jak własną kieszeń — odpowiedział ironicznie. — Tu mieszkają wiewiórki, tu rosną szyszki, a tam stoi bałwan — pokazywał rękami przypadkowe miejsca.
— Ale śmieszne. Super. A serio?
— A serio, to jest ciemno jak w dupie.
— Nie zauważyłam.
— Ciekawe czemu, może dlatego, że nic nie widać? — spytał zirytowany. Nie chciał kłócić się z dziewczyną, ale musiał przyznać, że działała mu na nerwy. Spodziewał się, że on jej również, więc przynajmniej byli kwita.
— Ale, kurwa, zabawne — burknęła, ruszając przed siebie na oślep. Liczyła na szczęście.
— Ale prawdziwe! — zawołał za nią Mikołaj i czym prędzej za nią poszedł, nie chcąc zgubić dziewczyny w ciemnościach.
Szli tak może dwie minuty, kiedy Mikołaj zorientował się, że coś się zmieniło. Miał wrażenie, że uklepana ścieżka stała się miększa, a drzewa coraz gęstsze. Jakby na potwierdzenie jego słów, Caroline przeklęła pod nosem. Możliwe, że przed bliskie spotkanie z jakimś dębem, czy innym bukiem.
— Nie chcę cię martwić, ale chyba zeszliśmy ze ścieżki — zauważył.
— Dzięki, zdążyłam poczuć — odparła niezadowolona. Nie widział tego, ale dziewczyna właśnie rozmasowywała czoło, zaatakowane przed sekundą przez gałąź.
— I co teraz? — zapytał z niepokojem, stając w miejscu.
Caroline również się zatrzymała. Rozejrzała się dookoła jakby w nadziei, że nagle las się rozjaśni, jej ukaże się droga do obozu.
Mocniejszy podmuch wiatru poruszył koronami drzew i zawył głośniej, przyprawiając nastolatków o dreszcze. Niepewnie spojrzeli w górę. Mikołaj zaczął się zastanawiać, czy niebo jest zachmurzone, czy zasłonięte przez korony drzew. Brak gwiazd mocno go niepokoił.
— Będzie padać? — zaniepokoiła się dziewczyna.
— Nie powinno — odpowiedział, próbując przypomnieć sobie wiedzę z lekcji geografii. Pamiętał, że deszcz i burze częściej występują w lecie niż zimie, przez jakieś różnice temperatur, czy coś, ale była to wiedza z Polski. Może w Ameryce pogoda działa inaczej? — Oby.
— Jak będzie burza, to przynajmniej pioruny rozjaśnią nam drogę — zaśmiała się. Był to jednak raczej śmiech z rozpaczy, niż rozbawienia.
— Nie będzie — odparł szybko, chcąc uspokoić sam siebie. Teraz to już nie był wystraszony, a przerażony. — Nawet tak nie mów. W zimie nie ma burz.


Caroline?
────
[916 słów: Mikołaj otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

sobota, 11 kwietnia 2026

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

Przytaknął. Dopiero po chwili zorientował się, co usłyszał.
— To Nowy Jork nie jest jakoś mega wielki? — zapytał ze zdziwieniem widząc, jak Sony nadal siedzi z wielkim bananem na twarzy.
— No, trochę jest — wzruszyła ramionami. — Ale są większe miasta.
— I wy macie jakieś stałe miejsce spotkań? — dopytywał, coraz bardziej zaniepokojony. — W sensie, z tym księdzem.
— Nie — wyszczerzyła się. — Dlaczego?
— Fajnie — uśmiechnął się niepewnie, zastanawiając nad słusznością swoich wyborów. Nie tylko dzisiejszych. Uznał tą sytuację za idealny moment na przemyślenie całego swojego życia. Doszedł jednak do tygodnia wstecz, kiedy jego myśli zawędrowały po raz kolejny do geografii Stanów Zjednoczonych. — Ej.
— Hm?
— Bo ty mu powiedziałaś, że spotkamy się gdzieś w Nowym Jorku, nie?
— No, tak. I co? Znajdziemy się, nie pierwszy raz—
— Dobra, wiem — przerwał. — A my teraz gdzie jesteśmy?
Sony wyjrzała za okno, a Mikołaj razem z nią.
— Jeszcze na Long Island — stwierdziła.
— A Long Island nie jest w Nowym Jorku?
Mikołaj zadając to pytanie czuł się tak, jakby zamienił się miejscami z tymi Amerykanami, którzy myślą, że Europa jest w Rosji, a Francja nie istnieje. Chociaż to drugie byłoby akurat całkiem fajną opcją. Trybiki w głowie Sony również musiały działać, bo nawet ona po raz kolejny została uciszona głupim pytaniem chłopaka.
— No, jest. I co?
— To skąd wiesz, że ten Alan, czy jak mu tam było—
— Adam.
— Nieważne. Jak chcesz to ogarnąć w Nowym Jorku, jak jesteśmy w Nowym Jorku?
— To inny Nowy Jork.
— Są dwa Nowe Jorki? — zdziwił się Mikołaj. Wrócił do kwestionowania życiowych decyzji — tym razem padło na wybór rozszerzenia z geografii w liceum. Co prawda wytrwał na nim tylko pierwszą klasę, ale i tak chyba wypadało, żeby znał podstawy podziału politycznego. O politycznym podziale Stanów Zjednoczonych nie miał zielonego pojęcia, ale za to wiedział, że w tej chwili pod nimi znajdują się gleby brunatne, a patrząc za okno mogą podziwiać piękne cumulusy. I że prąd morski między Australią a Peru zmienia kierunek w Boże Narodzenie, co zdecydowanie ma wpływ na otwarcie sklepów rybnych w Rosji.
— No, Nowy Jork jest w Nowym Jorku. To tak jak Ameryka jest w Ameryce. Proste, nie?
— Zajebiście proste — podsumował Mikołaj. — A ta Minnesota też jest w Minnesocie? — zaśmiał się, ciągnąc temat już trochę na siłę.
— Co? — zdziwiła się Sony. — Nie, nie! W Minnesocie nie ma Minnesoty… chyba. Znaczy, Minnesota jest Minnesotą. — Ale chyba jest jedna.
— Dobra, nieważne — zrezygnował. Chciał obrócić brak własnej wiedzy w żart, ale brakło mu pomysłu na ciągnięcie go. — Kiedy wysiadamy?
— Za chwilę. Koło takiego czerwonego budynku — ponownie wyjrzała za okno, próbując zorientować się w terenie. — Albo to był następny? Nie, wiem! Za mostem. Z pociągu będzie koło budynku. Ale to w sumie zobaczymy.
— Za mostem, okej… — powiedział bardziej do siebie, niż do towarzysza.
Wytrzymali minutę w ciszy, która ewidentnie im przeszkadzała. Wyglądali jak dwójka pierwszoklasistów, która nie jest w stanie wytrzymać czterdziestu minut w szkolnej ławce i nieustannie musi się wiercić, stukać palcami i machać nogami. Sony otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale w dokładnie tym samym czasie zrobił to Mikołaj.
— Ej—
— Ej, a tak w sumie, to jak ty masz na imię? Jak już mówiłaś, to wybacz, musiałem nie wyłapać.
— So— wysiadamy! — Sony zorientowała się, że przegapiła charakterystyczny punkt za oknem i autobus właśnie zatrzymywał się na ich przystanku. Czym prędzej wstała z miejsca i ponagliła Mikołaja. — Szybko!
Ściśnięty tłum w autobusie utrudniał pasażerom przedostanie się z jednej części pojazdu, na tą drugą. Na szczęście nastolatkom w ostatniej chwili udało się przedostać do drzwi, wysiąść na przystanek i, miejmy nadzieję, niczego nie zapomnieć. Sony poprawiła ułożenie kabla, który najwidoczniej musiał się zruszyć i mocniej ścisnęła urządzenie w dłoni. Mikołaj zawiesił wzrok na odjeżdżającym autobusie, a gdy ten zniknął, rozejrzał się dookoła.
— Ale tu syf — zaśmiał się.
— Na peronie będzie gorszy — wzruszyła ramionami Sony, ruszając przed siebie.
— Czyli nazywasz się "Wysiadamy Szybko"? — zażartował Mikołaj, dotrzymując jej kroku.
— Co? — zdezorientowana twarz Sony odwróciła się w jego stronę, wyraźnie analizując słowa chłopaka. — Nie, skąd ten pomysł? — uśmiechnęła się niepewnie.
— Nie ważne, zapomnij — zaśmiał się niepewnie, odwracając wzrok. — To miał być żart. Bo wiesz, powiedziałaś…
— A! Okej! — przerwała mu, a ogromny uśmiech wrócił na jej twarz. — Jestem Sony!
— Zapamiętam — zapewnił. Nie wiedział, co jeszcze dopowiedzieć. Chciał dodać coś w stylu "miło poznać", ale przecież poznali się kilka godzin temu. To nie miałoby sensu. — Jak to się pisze?
— S-o-n-y, jak to studio od Spidermana, czy czegoś tam — powtórzyła słowa z wcześniej. — Cztery literki.
— Nie oglądałem Spidermana — stwierdził Mikołaj, próbując mimo wszystko sobie przypomnieć. — A to nie był Marvel?
— Marvel? Hm, może. Ale to nie brzmi jak Sony — odpowiedziała wesołym tonem. — Jeszcze były jakieś Łowczynie Kpopowych Demonów…
Mikołaj nadal próbował przypomnieć sobie, z czym skojarzyć imię Sony. W jego oczy rzucił się pokiereszowany szkicownik, wystający z niedopiętego plecaka zielonowłosego. Oświeciło go.
— Wiem! — krzyknął, po sekundzie orientując się, że są w miejscu publicznym. Ściszył głos. — Była taka aplikacja do rysowania od firmy sony! Sony Sketch, czy jakoś tak. Dobrze kojarzę?
— Eee chyba?
W tym czasie dotarli na peron kolejowy, który okazał się być całkiem blisko. Weszli na platformę, a Mikołaj po raz kolejny zaczął rozglądać się po otoczeniu.
— Widzisz? Mówiłam, że syf — Sony skomentowała wygląd peronu i podeszła do rozkładu. — To teraz musimy znaleźć… okej… i pojedziemy tam… — mówiła do samej siebie, pod nosem.
— A nie możemy po prostu pojechać pociągiem stąd do Minnesoty? — zapytał Mikołaj, szukając takiego połączenia. Sony spojrzała na niego zdziwiona.
— Możemy, ale po co sobie utrudniać?


Sony?
────
[889 słów: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 23 lutego 2026

Od Mikołaja CD Caroline — „A Ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, ROK TEMU

Mikołaj świetnie się bawił obserwując, jak dziewczyna, jeszcze przed chwilą taka pewna siebie, nie radzi sobie z powrotem na ziemię. Była jak przerażony kotek, po którego zaraz miała przyjechać grupa bajkowych strażaków. Różnica była taka, że nie chciałby widzieć, jak ten kotek spada z hukiem na ziemię. To znaczy, Caroline też oczywiście nie życzył tragicznego w skutkach upadku, nie był psychopatą, ale jakby się troszkę poobijała… może uderzenie wbiłoby jej coś do głowy?
— Dobrze ci idzie! — krzyknął widząc, że dziewczyna nadal stoi na tej samej gałęzi. — Jeszcze tak… sto razy tyle!
— Spierdalaj! — odpowiedziała z wyraźną irytacją w głowie. Od razu jednak pożałowała, że się odezwała. Przylgnęła z całej siły do pnia, aby odzyskać równowagę.
Caroline wyglądała na przerażoną i Mikołaj żałował, że nie jest w stanie zobaczyć wyrazu jej twarzy z bliska. Jeszcze bardziej żałował, że nie miał przy sobie niczego, czym mógłby zrobić zdjęcie. Przecież miałby materiał do szantażowania jej do samego końca pobytu dziewczyny w obozie, albo jeszcze dłużej! Wyglądała starzej od niego, więc pierwsza opcja zapewne trwałaby pół roku… ale lepsze to, niż nic, prawda?
W końcu Caroline udało się zejść o dwie gałęzie w dół. Mikołaj postanowił uczcić jej osiągnięcie oklaskami, ale dziewczyna postanowiła go zignorować. Prychnął pod nosem, udając oburzonego i oparł się o jedno z pobliskich drzew. Obserwował w ciszy, jak córka Aresa powoli i pokracznie, choć na szczęście skutecznie, zbliża się ku ziemi. Bawiła go ta ironia. Waleczna i nieustraszona córka potężnego boga wojny, a nie umie nawet zejść z drzewa? A co by zrobiła, jakby w czasie walki musiała uciec na drzewo, a potem szybko z niego zejść? Zginęłaby! Co, jakby przyszło jej walczyć z wielkimi pająkami w wielkim, ciemnym lesie, jak we Władcy Pierścieni? Zostałaby owinięta siecią i pożarta jako pierwsza! Zakładając oczywiście, że pokonałyby ją gałęzie, a nie strach przed pająkami. Wtedy to zginęłaby już na sam ich widok.
Wizja Caroline walczącej z pająkami była dla Mikołaja tak zajmująca, że nawet nie zauważył, kiedy dziewczyna znalazła się na… połowie wcześniejszej wysokości? Gałęzie musiały jej sprzyjać, bo to było wręcz niemożliwe, że zamyślił się na tak długo. Gdyby cały czas poruszała się poprzednim tempem, byłaby dużo wyżej.
— Długo jeszcze? Zaraz będzie ciemno! — znudzony poinformował dziewczynę, nie dając poznać po sobie zdziwienia.
— Zamknij się! — odpowiedziała jeszcze bardziej zirytowana niż wcześniej. W tym samym czasie się poślizgnęła i Mikołaj już widział, jak leży na ziemi (i wtedy przybiega Szeloba i ją… co?). Caroline jednak udało się w ostatniej chwili złapać jakiejś gałęzi i odzyskać równowagę. Przerażonym wzrokiem spojrzała w dół i jeszcze mocniej przywarła do konara.
— Jezu, nie połam się tylko — przewrócił oczami. — Bo cię tu zostawię.
Zależało mu na tym, aby dziewczyna zeszła z drzewa w jednym kawałku głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, nie miał ochoty nikomu wyjaśniać, dlaczego tutaj są. Przecież gdyby Caroline się połamała, musiałby wezwać pomoc, a powód wchodzenia dziewczyny na drzewo musiałby zostać wyjaśniony. Zresztą, nie wezwałby pomocy, bo nie wiedział, jak wyjść z lasu. Po drugie, nadal był ciekawy, po co dziewczynie były te jagody. Miał szczerą nadzieję, że Caroline mu to wyjaśni, a najlepiej wtajemniczy w swój plan. Nie chciał mieć kłopotów, ale otrucie kogoś brzmiało interesująco. Chociaż tak naprawdę, upicie tej osoby byłoby podobnie szkodliwą opcją, a gdyby Caroline ładnie się do niego uśmiechnęła, mogliby to zrobić szybciej i bez wchodzenia na drzewo. Jej strata.
— Moja babcia zeszłaby szybciej! — krzyknął, gdy buty Caroline znajdowały się na wysokości jego głowy.
— Nie zesraj się! — odpowiedziała, szukając stopą najmniej śliskiej gałęzi.
— Chujowy wybór — skomentował widząc, jak dziewczyna wybiera najbardziej spróchniały konar ze wszystkich. Nie wyglądał, jakby miał się złamać, ale nie ryzykowałby będąc na jej miejscu.
— Zamknij mordę — dziewczyna stanęła na nim dwoma stopami. — I co? — zaśmiała się i w tym czasie obydwoje usłyszeli ciche chrupnięcie.
Mikołaj odsunął się na bezpieczną odległość i wybuchnął śmiechem widząc, jak dziewczyna panikuje. Nagły, szybki ruch sprawił, że poślizgnęła się na wilgotnym mchu. Próby ratowania się i łapania innych gałęzi nic nie dały i Caroline runęła na ziemię. Żeby było zabawniej, wylądowała na zrzuconej przez siebie wcześniej jarzębinie.
— Żyjesz? — Mikołaj podszedł do niej, nadal się śmiejąc. Na całe szczęście wysokość, z jakiej spadła dziewczyna nie była zbyt duża i upadek nie wyglądał na poważny, Z resztą, wyglądała na bardziej zażenowaną i wkurzoną, niż naprawdę obolałą. — A mogłaś zamiauczeć, spadłabyś na cztery łapy — zaśmiał się.


Caroline?
────
[714 słów: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

piątek, 20 lutego 2026

Od Mikołaja — „Nietypowa prośba” [Walentynki]

W walentynki wszędzie są promocje dla par, więc czemu nie poudawać jednej, oszczędzić trochę i dobrze się przy tym bawić?

— Mikołaj!
Mikołaj szedł przed siebie, z założonymi na uszy słuchawkami. Głośna muzyka skutecznie zagłuszała wołającą za nim przyjaciółkę.
— Mikołaj no! Ej! — Nie poddawała się Eliza, coraz bardziej przyspieszając krok. Udało jej się uzyskać jego uwagę dopiero, gdy złapała go za ramiona, omal nie przyprawiając o zawał serca.
— Jezus Maria — wyszeptał wystraszony Mikołaj, zsuwając słuchawki na szyję. Lekko się wzdrygnął przez nagły powiew zimnego wiatru, który dotknął jego uszu, a następnie spojrzał na przyjaciółkę pytająco. — Co jest?
— Jezusa nie znam, ale Maria się na mnie obraziła, dzięki, że pytasz — wysapała rozbawiona, łapiąc oddech po gonitwie. — Masz plany na dzisiaj? Nie wyglądasz jakbyś miał.
— Na dzisiaj? — zastanowił się. — Nie wiem, muszę się pouczyć na geo- ej!
— To już masz — wtrąciła się w połowie zdania. — Idziemy gdzieś.
— Gdzie? — zestresował się nagłą zmianą planów, wywołaną przez Elizę. Jeszcze bardziej zestresowała go przechodząca nieopodal para, trzymająca się za ręce. Dotarło do niego, że przecież są walentynki. Ona chyba nie proponowała mu… — Dzisiaj?
— Nie, wczoraj — przewaliła oczami i poszła w stronę przystanku autobusowego. — No dzisiaj, a kiedy?
Mikołaj nic nie odpowiedział. Zdenerwowany obserwował czerwone włosy dziewczyny, gdy ta próbowała rozczytać rozkład autobusów z odległości, na którą pozwalał zebrany przy nim tłum. Miał szczerą nadzieję, że Eliza po prostu nie popatrzyła w kalendarz i proponowała mu zwykłe, najzwyklejsze przyjacielskie wyjście.
Od dwóch lat grali razem w teatrze, a w tym roku poszli do tego samego liceum. Przez ten czas zdążyli się mocno zaprzyjaźnić. Nigdy jednak nie mieli okazji porozmawiać o tym, co do siebie czują. Mikołaj darzył dziewczynę ogromnym zaufaniem, ale traktował ją bardziej jak siostrę. Nie był w stanie myśleć o niej w romantyczny sposób, nawet jeśli w tej chwili próbował. Miał ogromną nadzieję, że Eliza czuje do niego to samo i nic więcej.
Nie skłamię nawet mówiąc, że porównanie relacji z Elizą oraz Feliksem, najlepszym przyjacielem Mikołaja było momentem, w którym chłopak zaczął mocniej kwestionować swoją orientację. Bał się przyznać to sam przed sobą, ale spośród tej dwójki to właśnie Feliks był tym, z którym wolałby wyjść w ten konkretny dzień, w tym konkretnym celu. Żałował nawet, że nie miał w sobie wystarczająco odwagi, żeby go o to zapytać.
— Zajebiście, za 5 minut jedzie — odezwała się w końcu Eliza, odchodząc od rozkładu.
— Gdzie my tak właściwie jedziemy?
— Pamiętasz tę wrotkarnię, o której ostatnio rozmawialiśmy? — spytała z uśmiechem, a Mikołaj przytaknął.
— Co cię tak nagle wzięło? — zaśmiał się, próbując naprowadzić dziewczynę na ścieżkę, która poprowadzi ją do rozwiania wszelkich wątpliwości. — Nie możemy iść w na przykład piątek? Sobotę?
— Nie możemy, bo w piątek będą droższe bilety — wzruszyła ramionami. Mikołaj spojrzał na nią pytająco.
— To znaczy?
— No, głupia sprawa, dzisiaj jest promocja dla par — popatrzyła na bok, widocznie zażenowana. — Połowę taniej! Dyskryminacja singli.
Mikołaj odetchnął z ulgą na widok jej entuzjazmu. Czyli to chyba nie była randka.
— Lila nie chciała iść? — zdziwił się.
— Nie, bo Lila jest leniwa. Poza tym, jak by to wyglądało? — Eliza się skrzywiła. — Siblings or dating? TWINS or dating? Nie dość, że gejowo, to jeszcze kazirodztwo. Społeczeństwo by wybuchło — zażartowała.
— Nie! Jezu, nie! — zaśmiał się Mikołaj. — Po prostu wydaje mi się, że nikt tam nie będzie sprawdzał, czy naprawdę się umawiacie, czy przyjaźnicie. Po prostu chcą ściągnąć klientów. Możesz pójść z kimkolwiek — wzruszył ramionami. — O, jedzie.
— A myślisz, że co ja od ciebie chcę? — spytała zdziwiona i nie czekając na odpowiedź, wsiadła do autobusu. Odszukała dwa wolne miejsca i zajęła to od okna. Po chwili Mikołaj zajął miejsce obok.
— A bo ja wiem — wzruszył ramionami.
— Przecież nie zapytam cię o chodzenie tylko po to, żeby pójść na wrotki — przewaliła oczami. — A potem zerwać.
— Nie? — Mikołaj tym razem naprawdę odetchnął z ulgą. Eliza popatrzyła na niego rozbawiona.
— To ty nie jesteś gejem? — spytała ze śmiechem, ale nie ukrywając zaskoczenia.
Mikołaj spojrzał na nią przerażonym wzrokiem, dokładnie takim, jakby właśnie wyznała, że widziała, jak morduje dziecko w lesie.
— Nie! — odpowiedział niemal natychmiast, a potem zaśmiał się nerwowo. — To znaczy… nie, chyba nie, skąd ten pomysł?
— Nie wiem, spójrz w lustro — wzruszyła ramionami rozbawiona. — Naprawdę nie?
— Może — zaczerwienił się, tym razem nie od zimna. Nie spodziewał się, że jego myśli któregoś dnia wyjdą z jego głowy i zostaną wypowiedziane na głos.
— Wiedziałam! — ucieszyła się. Mikołaj nerwowo rozejrzał się po autobusie. — A co myślisz o Feliksie? Dobrze kombinuję?
— Ciszej! — Mikołaj zarumienił się jeszcze bardziej i schował twarz w dłoniach. — Błagam cię, cicho bądź!
Odpowiedział mu śmiech piętnastolatki, która na szczęście postanowiła nie kontynuować tematu.
— A myślisz, że Feliks myśli to samo? — sam zdziwił się własnym pytaniem i od razu go pożałował. Ponownie zlustrował wzrokiem cały autobus.
— Spokojnie, nie ma go tu — zaśmiała się. — Myślę, że powinieneś sam go spytać.
— Spierdalaj — odparł żartobliwie i odwrócił wzrok speszony. — A co, jak mnie znienawidzi?
— Jakby miał cię za coś znienawidzić, zrobiłby to już dawno. Ile wy się znacie?
— No, długo.
— Zrozumie — uśmiechnęła się zachęcająco. — Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to przecież nagle mu nie odjebie. Po prostu zostaniecie przyjaciółmi.
— Obyś miała rację — przewrócił oczami.
Przez następne kilka minut nie odezwali się do siebie ani słowem. Myśli Mikołaja skupione były wokół usłyszanych przed chwilą słów oraz uczucia, jakim darzył Feliksa. Nie potrafił od nich uciec ani na moment, nie ważne, jak usilnie próbował. Eliza również wyglądała, jakby bardzo chciała coś powiedzieć, ale nadal tego nie zrobiła. Odezwała się dopiero, gdy w końcu wysiedli z autobusu.
— Słuchaj, jest jeszcze jedna sprawa, o której ci nie powiedziałam — zaśmiała się nerwowo.
— To znaczy? — Mikołaj zestresował się na dźwięk tych słów.
— No, znowu głupia sprawa, ale jesteśmy w końcu aktorami, nie? — omijała temat, jak tylko mogła. Mikołaj jedynie przytaknął, nie potrafiąc zdobyć się na żadną sensowną odpowiedź. — No i w sumie to teraz nawet gramy parę… nie myślisz, że dobrze byłoby umieć wczuć się w te role?
— To znaczy? — zapytał w końcu niepewnie, przerażony. — Chcesz się lizać? Nie, dzięki.
— Nie! — zaprzeczyła nerwowo. — Poudawać.
— Mówiłem już, że oni nie będą sprawdzać, czy my naprawdę-
— Wiem! — przerwała mu.
— To o co ci chodzi?
Eliza zaśmiała się zdenerwowana. Wzięła głęboki oddech i odezwała się dopiero po chwili.
— No, pokłóciłam się ostatnio z kuzynem, już nieważne o co — zaczęła szybko wyjaśniać, nie patrząc na coraz bardziej zagubioną minę Mikołaja. — No i powiedziałam mu, że mam chłopaka. On mi nie uwierzył. No i się o to założyliśmy.
— No, i?
— I on tu pracuje — wypaliła w końcu.
Mikołaj, słysząc to, nie tylko poczuł ogromną ulgę, ale i wybuchnął śmiechem. Nie mógł uwierzyć, że Eliza wymyśliła cały ten teatrzyk tylko po to, aby wygrać jakiś zakład.
— Nie mogłaś tak od razu? — spytał rozbawiony.
— Nie, bo byś się wykręcił — wzruszyła ramionami, czerwona ze wstydu. — A tak to już tu jesteś i nie masz wyjścia.
— Nienawidzę cię, wiesz? — zaśmiał się i złapał dziewczynę za rękę, gdy w końcu weszli do budynku.



[1109 słów: Mikołaj otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia +20 PD]

poniedziałek, 16 lutego 2026

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

— Co?
Mikołaj zamrugał kilka razy, próbując przetrawić entuzjastyczny monolog, usłyszany przed paroma sekundami. To nie tak, że go nie słuchał. Słuchał, nawet bardzo uważnie, ale pogubił się jakoś w połowie. Wyłapał coś o festiwalu, dwóch tygodniach… albo dniach? księdzu, starszych paniach, noclegach i… miłym księdzu?
— Pytałam, czy pojedziesz ze mną na festiwal do Minnesoty! — wyjaśniła na początku wolniej, jak do dziecka. Po chwili jednak wypowiedź rozmówcy Mikołaja wróciła do poprzedniego tempa. — Taki fajny, koniecznie musisz jechać! Będzie mega fajowsko!
— Jaki festiwal? — zapytał sceptycznie, nie chcąc za wcześnie pokazać, że propozycja go zainteresowała. — Do Minnesoty? Gdzie w ogóle jest Minnesota?
Zadając to pytanie, poczuł się jak ci Amerykanie, z których zawsze się śmiał, gdy nie wiedzieli, czym jest kontynent. Jego wiedza o Stanach Zjednoczonych była jednak ograniczona porównywalnie do wiedzy przeciętnego Amerykanina o Europie. Opierała się na wiedzy pozyskanej z Hamiltona, znajomości języka oraz trasie z Obozu na lotnisko, ewentualnie zahaczającej o jakieś sklepy spożywcze. Wiedział, że Minnesota jest jednym z pięćdziesięciu stanów, ale którym? To już była wiedza tajemna i odległa. I do tej pory wydawało mu się, że niezbyt potrzebna.
— Nie no, poważnie? — Sony wyglądała na zbitą z tropu. Nie na długo. Po chwili zaczęła kreślić rękami wielki, niewidzialny prostokąt. — To są Stany nie? — Mikołaj przytaknął. — My jesteśmy tu — wskazuje jeden punkt, gdzieś z boku. Mikołaj znowu przytakuje. — To Minnesota jest gdzieś tam. Znaczy w sumie to z twojej perspektywy tam — pokazała w jedną, a później drugą stronę, a uśmiech nadal nie schodził z jej twarzy. — No, w każdym razie, dwa dni stąd.
Im bardziej Mikołaj próbował skupić się na wyimaginowanej mapie, tym bardziej jego uwaga uciekała w stronę zielonych dredów rozmówcy. Widział Sony w obozie wiele razy (ciężko było nie zobaczyć), ale pierwszy raz rozmawiali. Pierwszy raz miał więc okazję przyglądnąć się jej fryzurze z bliska i skłamałby, mówiąc, że mu się nie podoba. Dopiero po chwili zorientował się, że zawiłe tłumaczenie dobiegło końca. Wyniósł z niego tyle, że Minnesota jest daleko.
— To co? — został wyrwany z zamyślenia. — Jedziemy?
Entuzjazm Sony sprawiał, że Mikołaj nie mógł odmówić. Zresztą, nawet nie chciał odmawiać. Nie miał zielonego pojęcia, na co się zgadza, ale miał dość bezczynnego siedzenia w obozie. Mimo wakacji, nie działo się tu nic szczególnego i chłopak miał tego serdecznie dość. Miał ochotę bez większego zawahania przystać na propozycję dzieciaka Apollo (co było, tak przy okazji, jedyną rzeczą, którą wiedział o potencjalnym towarzyszu podróży), ale coś go powstrzymywało.
— Jak planujemy się tam dostać? — zapytał wyraźnie zainteresowany. Całkowicie umknęła mu już wzmianka o miłym księdzu, która wcześniej tak go zaciekawiła. — Mega fajne włosy — dodał po chwili czekający na wypowiedzenie od kilku miesięcy komplement.
— Dzięki. Mówiłam, że mam zaprzyjaźnionego księdza-prawie-taksówkarza. Znaczy w sumie to nie, ale w sumie to tak — zaczęła dokładniej tłumaczyć swój plan, nie ukrywając podekscytowania. — No a jak nie, to zawsze są pociągi, autobusy, jakieś statki, balony, rakiety, no, mamy dużo opcji! Mam wszystko zaplanowane! Mniej więcej.
— No dobra — zastanowił się chwilę. — A dlaczego powinienem się zgodzić? — zapytał, odwlekając decyzję, aby mieć czas na znalezienie minusów wyprawy. Na razie nie znalazł żadnych.
— A dlaczego miałbyś się nie zgodzić?
— My tak w ogóle możemy tak po prostu stąd pójść i pojechać?
— A dlaczego nie? — Sony wyglądała na zdziwioną pytaniem.
— Nie wiem, nie musimy tu być i hm, trenować? Mamy jakieś obowiązki i w ogóle… — wyraził na głos swoje wątpliwości, ale widział, że Sony najwyraźniej się nimi nie przejmuje.
— Wolisz przeżyć przygodę, zwiedzić Stany i posłuchać fajnej muzyki, czy gnić w tej dziurze całe lato? — zapytała raczej retorycznie.
— Nie będziemy mieć kłopotów?
— Tym będziemy się martwić za dwa tygodnie — uśmiechnęła się szeroko. — To co?
— Zgoda — już po sekundzie żałował wypowiedzianych słów. — Kiedy?
— Dzisiaj — Mikołaj zdziwił się na dźwięk tego słowa jeszcze bardziej niż po usłyszeniu wcześniejszej propozycji. — O… drugiej? Czekaj za stajniami. Albo ja poczekam. No, wiesz, o co chodzi.
— A która jest?
Sony w odpowiedzi przepraszająco pokazała mu rozładowany telefon i odwróciła się w stronę domku numer siedem. Zanim Mikołaj zdążył zrobić to samo, dodała jeszcze:
— Tylko przyjdź! I nikomu nie mów.
— Jasne — odparł i poszedł spakować najważniejsze rzeczy (czytaj: telefon, słuchawki, powerbanka i ładowarkę). Gdy dotarł do domku, zorientował się, że nawet nie wie, jak jego nowy znajomy ma na imię. Nie wierzył, że się na to zgodził.


Sony?
────
[703 słowa: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

piątek, 13 lutego 2026

Od Mikołaja — „Najgorszy wróg”

Istniało wiele rzeczy, których Mikołaj nie znosił. Nie lubił brudu, kawy, idiotów, oraz basenów. Jeśli ograniczymy się tylko do czasowników, do jego wrogów należało bieganie, sprzątanie i bycie na czas, ale przede wszystkim zmienianie pościeli. Za każdym razem odwlekał tą okropną czynność w nieskończoność, a gdy przychodziła pora wykonania jej, ubolewał nad swoim losem. Właśnie dzisiaj wypadał ten dzień.
Usiadł zrezygnowany na łóżku i westchnął głęboko. Z wyrzutem patrzył na leżącego obok przeciwnika — prześcieradło z gumką. Mimo, że ta głupia szmata leżała nieruchomo, niedbale zaczepiona o dwa rogi materaca, on podświadomie czuł, że się z niego śmieje. Patrzy na niego swoimi niewidocznymi, szarymi oczkami i knuje, jak uprzykrzyć mu życie tym razem. Ale on się nie pozwoli tak traktować.
— Słuchaj, kurwo — zwrócił się do prześcieradła, gwałtownie wstając. — Albo grzecznie się założysz, albo cię wypierdolę.
Nie czekając na odpowiedź (której miejmy nadzieję, że by nie uzyskał — to by nie oznaczało uległości materiału, a raczej początki schizofrenii), po raz kolejny podniósł materac. Tym razem pamiętał o zepsutych sprężynach, więc cały czas go podtrzymywał. Za dobrze pamiętał ostatni raz, jak ciężki materac wraz z drewnianą konstrukcją spadł mu na stopę. Swoją drogą, nadal nie wiedział, czemu wtedy postanowił ją tam postawić, ale to rozważanie zostawmy na inny raz.
Z trudem naciągnął rogi materiału na trzy narożniki materaca. Zadowolony z siebie wyprostował się i spojrzał na swoje dzieło. Odnalazł wzrokiem czwarty róg i przeklął. Gdy otwierał łóżko, tamten narożnik był naciągnięty. Został w takiej pozycji po jego poprzedniej próbie, a teraz, gdy szło mu tak dobrze, postanowił się zbuntować. A co gorsza, czwarty narożnik wciśnięty był w róg pokoju.
— Ty jebana szmato — zirytował się, powoli spuszczając materac w dół.
Uważając, aby nie naruszyć pozostałych rogów, Mikołaj złapał luźny kraniec materiału i wszedł na łóżko, w celu zaczepienia go. Okazało się jednak, że gumka była naciągnięta za mocno w pozostałych trzech miejscach. Z kolejnymi westchnięciami i przekleństwami wstał i zaczął naciągać materiał, delikatnie przesuwając go w stronę pustego narożnika. Po paru minutach w końcu udało mu się zahaczyć prześcieradłem o ostatni, czwarty kraniec.
Ale żebyście nie myśleli, że poszło mu tak łatwo. To nie był koniec jego zmagań. To, że prześcieradło trzymało się w tej chwili nie znaczyło, że gdy znowu na nim usiądzie, nagle nie odskoczy. Materiał należało włożyć głęboko, aż pod materac.
W tym celu ponownie podniósł klapę i zanurkował pod spodem, w schowku pod łóżkiem. Musiał zmieścić się w jednej z przedzielonych połówek, częściowo zajętej inną pościelą, dostać ręka założonego prześcieradła, naciągnąć je, a jednocześnie podtrzymywać nogą całą konstrukcję z materacem. Nie miał ochoty utknąć pod łóżkiem. A tak w sumie to w łóżku.
— No chodź tu — wystękał, na ślepo próbując dosięgnąć materiał dłonią, ledwo mieszczącą się w małej szczelinie. Noga drętwiała mu od dziwnych pozycji, w jakich musiał trzymać ją w górze, a on sam miał przed oczami wizję tego, jak jego ręka zostaje zgnieciona przez nagle spadające łóżko. Gdyby ktoś go teraz zobaczył, postukałby się w czoło i ewentualnie wybuchnąłby śmiechem.
Po paru minutach gniecenia się w ciasnym pudle, Mikołajowi w końcu udało się naciągnąć materiał tak, jak powinien być. Wygramolił się spod łóżka i z dumą popatrzył na swoje dzieło. Zostały mu tylko ostatnie poprawki, ponaciąganie materiału na narożniki, żeby było równo, a także… założenie poszwy na kołdrę.
Całe zadowolenie wyparowało z niego wraz z momentem, w którym zobaczył złożoną na krześle, cierpliwie czekającą pościel. Kołdra była mniejszym złem, ale nadal złem.
Kilka minut zajęło mu zastanawianie się nad sensem swoich działań. W końcu doszedł do wniosku, że przecież żadna kołdra nie rozkaże mu, że ma ją ubrać. Nawet nie jest żywa. Wziął poduszkę oraz nie założoną poszwę i po prostu poszedł spać. Najwyżej zmarznie.

────
[606 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 22 stycznia 2026

Od Mikołaja CD Setha — „Ty jesteś rudziejszy”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Mikołaj bardzo się zdziwił, słysząc słowa chłopaka. Zamiast jednak odpowiedzieć od razu, skupił się na patrzeniu, jak chłopak upycha do kieszeni sztylet. Z jakiegoś powodu taki sposób trzymania broni wydał mu się niezwykle fascynujący. Ciekawe, czy gdyby to był prawdziwy, ostry nóż, też włożyłby go do tej samej kieszeni, co ręce? W wyobraźni Mikołaja pojawiła się zabawna wizualizacja tego, jak Seth przypadkiem zahacza o materiał ostrym szpicem, rozrywając go. Uśmiechnął się pod nosem, a w tej samej chwili został przywrócony do rzeczywistości przez następne słowa chłopaka.
— Co? — potrzebował kilku sekund, aby przypomnieć sobie, jakie było pytanie. — Nie, nie mam dość — dodał po chwili, stając prosto gotowy, aby kontynuować walkę.
Ku jego zaskoczeniu, Seth miał inne plany. Bez słowa wyminął go i poszedł w stronę zbrojowni, kompletnie ignorując słowa prowadzącego. Mikołaj wymienił z mężczyzną zdezorientowane spojrzenie, przy okazji dając mu do zrozumienia, że ucieczka rudowłosego nie była z jego winy, a następnie poszedł za chłopakiem.
— Ej! — krzyknął, ale ten się nie zatrzymał. Mikołaj nie wiedział, czy jest zły na siebie, bo nie dał z siebie stu procent na treningu, czy może na Setha za jego lekceważące podejście.
Po pierwsze, trening dopiero się zaczął i nadal trwał. Bez wyraźnego pozwolenia nie mieli prawa opuszczać areny, a na pewno nie w ten sposób. Bał się, że chłopak ściągnie na nich obu kłopoty. A po drugie, ważniejsze... co to w ogóle było? Był gotowy na wyśmianie i nie potraktowanie go poważnie. Nastawił się na to. Ale to? To był cios poniżej pasa, dwa poziomy niżej niż wyśmianie. Całe zmęczenie i znudzenie uszło z niego jak powietrze z pękniętego balonika. Z resztą, jakie zmęczenie? On nie był zmęczony, nie miał prawa być. Trening przecież dopiero się zaczął. Teraz pozostała determinacja. Szkoda tylko, że tak późno.
Idąc za chłopakiem miał ochotę w jakiś sposób udowodnić, że do czegoś się nadaje. Przeszło mu nawet przez myśl żeby zaatakować go od tyłu, kiedy Seth się tego nie spodziewał. Po chwili jednak odrzucił ten pomysł i po prostu, dogoniwszy go, mocno złapał go za ramię.
— Co ty odpierdalasz? — spytał zirytowanym tonem. Nie miał zamiaru zabrzmieć aż tak agresywnie, ale cóż, stało się. Zanim chłopak zdążył odpowiedzieć, Mikołaj kontynuował: — Nie możesz tak po prostu sobie iść! Co jest z tobą, kurwa, nie tak?


WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG 17.03.2026 (jedna z postaci trafiła do NPC)
────
[373 słowa: Mikołaj otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

środa, 31 grudnia 2025

Od Mikołaja do Dionizosa (list)

Obóz Herosów, 22 23 grudnia

Cześć Tato!

Na początku chciałem przeprosić, że ten list będzie brzmiał jak praca domowa napisana na kolanie. Jest druga w nocy i dopiero teraz zorientowałem się, co było tą ważną rzeczą, której zrobienie męczyło mnie od kilku dni. Z resztą, wy to w ogóle czytacie? Cóż, mam nadzieję, że nie.

Wesołych Saturnaliów! Życzę ci Ci, żebyś nigdy nie wytrzeźwiał. Upojenie sprzyja artystom, czy jakoś tak. Mój kuzyn, poeta, kiedyś to powiedział i utkwiło mi w głowie. A Ty jesteś bogiem teatru, to przecież też sztuka. Moja przygoda z teatrem niestety została zastąpiona treningami w obozie, ale kiedyś na pewno do niego wrócę. Jeszcze będziesz ze mnie dumny! Chyba. Jeśli dożyję.

Jutro, a w zasadzie dzisiaj rano pakuję się i lecę do domu na święta. Nie wiem, czy chcę tam wracać. Z jednej strony cieszę się na spotkanie Aleksandra (brata) i Antka (kuzyna), ale oni są chyba jedyną zaletą tej rodziny. Znając życie, czeka nas kilka dni wysłuchiwania krzyków, pisków i kłótni. Ciotka Albina zacznie się wymądrzać, matka narzekać, że do niczego się nie nadaję, a ojczym się upije, a następnie pokłóci z dziadkiem o politykę. Kocham święta.

Wiesz, że dużo się od niego nie różnisz? To znaczy, od męża mojej matki. Obaj lubicie alkohol i macie dzieci z więcej niż jedną kobietą. Szkoda, że on się do nich nie przyznaje (dogadałby się z innymi bogami, nie?), bo całkiem lubię przyrodnie siostry i chętnie spędziłbym z nimi święta. Mają fajnego kota, nazywa się Behemot. Ale spokojnie! Nie zabijaj mnie za to porównanie, ja oczywiście żartuję! Tak w zasadzie, to jesteś całkiem spoko ojcem. Dużo lepszym niż on. Wiesz, że zamieniłem z Tobą więcej miłych słów niż z nim? A z uwagi na to, że znam Cię kilkanaście lat krócej i nie rozmawialiśmy dużo razy, jest to spore osiągnięcie. A Ty przynajmniej na mnie nie krzyczysz.

Ale dość już o ojcu, nie tęsknię za nim na tyle, żeby się o nim rozpisywać. W sumie to w ogóle. O i przepraszam, że kiedyś myliłem Cię z tym filozofem od beczki. Nadal jednak uważam, że byście się dogadali. A może się znaliście? A może to byłeś Ty? Dionizos, Diogenes, całkiem podobne imiona. Jeśli to czytasz i zamierzasz odpowiedzieć, to odpowiedz chociaż na to. Proszę! Bardzo proszę! Aaaa! I znowu odbiegam od tematu! Przepraszam!

Jeszcze raz wesołych Saturnaliów! Ja lecę spać, bo dochodzi trzecia, a muszę wstać rano. Mam nadzieję, że jak wyląduję w Polsce, zastanę śnieg, a nie błoto. Dobranoc! Znaczy, nie, co? Jezu co ja piszę. Trzecia w nocy, sory. Przepraszam! Jeszcze raz. Wesołych świąt!

Twój syn

Mikołaj

czwartek, 4 grudnia 2025

Od Mikołaja CD Setha — „Ty jesteś rudziejszy”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

— Postaram się — potwierdził słowa chłopaka. Nie zginąć - dodał w myślach.
Powolnym krokiem wszedł na arenę, kierując się za swoim towarzyszem na wybrane przez niego, wolne miejsce. Usiłował przypomnieć sobie wszystko co pamiętał z treningów. Mimo, że starał się ich nie omijać, miał wrażenie, że cała wiedza uleciała mu z głowy. Tak naprawdę jedynym treningiem, który w ostatnim czasie ominął, były właśnie walki z partnerem. No ale przecież nie mogło być tak źle.
Stanął w niedalekiej odległości od chłopaka i zaczął przyglądać się jego broni. Sztylet ładnie układał się w dłoni rudowłosego. Wydawał się tak wygodny i lekki, że ważący niecały kilogram krótki miecz Mikołaja, wydał mu się przez chwilę okropnie ciężki. Sztylet był jednak krótszy, co oznaczało, że Mikołaj mógł próbować nadrabiać swoje kiepskie umiejętności zachowaniem odpowiedniego dystansu, skupiając się na unikach. Nie powinno być to tak trudne. No chyba, że Seth miał dłuższe o trzydzieści centymetrów ręce, ale tej opcji raczej nie brał pod uwagę.
Wziął głęboki oddech, czując na sobie zniecierpliwione spojrzenie chłopaka. Obok nich zaczęły rozbrzmiewać pierwsze uderzenia metalem o metal, a prowadzący przechadzał się między parami, obserwując walki. Słońce odbiło się w klindze sztyletu chłopaka, gdy ten podniósł go w gotowości.
— Zaczynamy? — spytał w końcu.
— Chyba tak — odparł Mikołaj, poprawiając uchwyt na mieczu.
Starał się skupić na walce tak bardzo, jak tylko potrafił. Przypominał sobie zamachy wykonywane na sucho i uderzanie mieczem w treningowe kukły. Nie żeby w tej chwili je wykorzystywał. Starał się raczej parować zamachy chłopaka, odpychając je, a czasami ich unikał. Raczej nie przechodził do ofensywy. Szczęk metalu rozlegał się między nimi, zagłuszając wszystkie odgłosy dochodzące z innych stron. A może to umysł Mikołaja je zagłuszał, skupiając wszystkie jego zmysły na walce?
Nawet nie szło mu najgorzej. A przynajmniej tak się mu wydawało, bo Seth na początku nie dawał z siebie wszystkiego, prawdopodobnie chcą wyczuć umiejętności partnera. A może z lenistwa? To wiedział tylko on sam, ale niezależnie od powodu, Mikołaj był mu za to wdzięczny. Gdyby rudowłosy był jego prawdziwym przeciwnikiem, prawdopodobnie nie byłoby tak przyjemnie, a on skończyłby martwy, albo przynajmniej poważnie ranny. Teraz jednak o tym nie myślał. Za prawdziwy sukces uznał to, że nie dostał jeszcze ostrzem przeciwnika po palcach, tak jak jakiś czas temu, gdy źle ocenił odległość. Na szczęście skończyło się wtedy siniakiem. Od tego czasu Mikołaj naprawdę doceniał stępione brzegi treningowych broni.
Kilka razy próbował atakować, ale przeważnie kończyło się to zwinnymi unikami Setha. Raz było dobrze, ale sam się zawahał, gdy przypadkiem znalazł się za blisko partnera, a w wyobraźni zobaczył jak miecz ląduje w jego oku. Oczywiście nie było to w tej sytuacji możliwe, ale chwila zawahania wystarczyła, aby sztylet bez większego problemu go uderzył. Po raz kolejny dziękował zasadom obozowym, że nie była to prawdziwa, ostra broń.
Wyprostował się na chwilę, opuszczając miecz, aby wziąć kilka spokojnych oddechów. Nie podobało mu się, że jego przeciwnik nie wygląda na nawet w połowie tak zmęczonego jak on. Trochę miał już dość machania mieczem we wszystkie kierunki, próbując przewidzieć kolejne ataki. Starał się jednak tego po sobie nie okazywać. Był gotowy do kontynuowania pojedynku w każdej chwili, gdy tylko chłopak tego zechce. Spojrzał na twarz partnera, który wciąż patrzył na niego takim samym, niechętnym i niezadowolonym spojrzeniem. Miał przeczucie, że zaraz zostanie wyśmiany. A wtedy pewnie obieca poprawę, a następnie skompromituje się jeszcze bardziej, popełniając jeszcze głupszy błąd. Rzucił jeszcze raz okiem na pugio i zaśmiał się w myślach. Przecież w teorii mając dłuższą broń, to on powinien mieć przewagę, nie? Musiał wiele nadrobić…


Seth?
────
[578 słów: Mikołaj otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

środa, 26 listopada 2025

Od Mikołaja CD Caroline — „A ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

— I kto tu teraz jest do kogo plecami? — wymamrotał pod nosem, a skupiony na mamrotaniu prawie wylądował na dziewczynie.
Trochę się zdziwił, gdy usłyszał pytanie o jagody, ale skłamałby mówiąc, że go nie zaciekawiło. Nie wiedział czego innego mógł się spodziewać, ale odetchnął z ulgą. Zastanowił się chwilę, próbując przypomnieć sobie wszystkie znane mu gatunki jagód. Kilka lat temu z nudów zainteresował się tematem i miał nadzieję, że jakaś wiedza mu została.
— No, jakieś tam znam — odparł niepewnie. — Nie wiem, wilcza jagoda, cis, kiedyś przez godzinę oglądałem, jak mucha siedziała sparaliżowana po zjedzeniu go. O, albo arum jest zajebiste, może cię poparzyć przy zbieraniu. Ewentualnie wawrzynek wilczełyko… — zaczął opowiadać z coraz większym zapałem, ale dziewczyna mu przerwała.
— A coś mniej… zabójczego? — spytała niezbyt przekonana propozycjami chłopaka. — Mówiłam przecież. Nie chcę mieć nikogo na sumieniu.
— To ilość jest zabójcza — wzruszył ramionami. — Od jednej jagody czegokolwiek umrze co najwyżej dziecko albo alergik, ale tego to i zwykła leśna borówka może zabić. Ewentualnie tasiemiec, jak owoce obsrał lis.
— Kurwa, do rzeczy. pospiesz się. — zerknęła na prześwitujące niebo, oceniając ile dnia im zostało.
Mikołaj zirytowany westchnął i przewrócił oczami.
— Jak sobie panienka życzy — uśmiechnął się ironicznie i zaczął wymieniać. — Ligustr jest słaby, co najwyżej się porzygasz. Szkarłatka też taka średnia, z resztą czworolist też. Poza tym, teraz ich nie znajdziesz. Ja nadam jestem za cisem.
— Dlatego właśnie jesteś tu ze mną. Załatw mi je — zarządała córka Aresa, spotykając sie ze zmieszanym wzrokiem Mikołaja. — No co?
— A skąd ja mam je wziąć? Mam ci je wyczarować, czy co?
— Nie kurwa, zjeść, wiesz? — zirytowana zachowaniem chłopaka spojrzała w stronę z której przyszli, wypatrując ewentualnych obozowiczów, którzy mogli ich słyszeć. — Oczywiście, że wyczarować. Nie od tego jesteś?
— Oczywiście, że nie — przedrzeźnił ją. — Złą osobę wzięłaś. Mało kto poza panem D. może to zrobić od zera. My im jedynie… pomagamy.
— A nie możesz im pomóc tak, żeby zaczęły owocować teraz? — Mikołaj pokręcił głową. — Czyli jesteś bezużyteczny. Super.
— Mogę, ale zajmie to co najmniej całą noc — wyjaśnił. — Ale kwiatki koło domku Demeter rosną cały rok, któreś na pewno są trujące.
— I mam zgadywać? — uniosła brew. Nie wiedziała, czy w tej chwili czuje bardziej irytację, czy zniecierpliwienie. Czy może oba na raz. — A może podejść do któregoś z nich i zapytać "hej, doradzicie mi, które kwiatki po zjedzeniu spowodują sraczkę?" Pojebało cię? Naprawdę nic teraz nie rośnie?
Mikołaj po raz kolejny wzruszył ramionami. Caroline zaczynała go denerwować. Oczywiście od początku na nerwy działała mu jej apodyktyczność, ale teraz doszła do tego ignorancja oraz głupota. Mimo, że miała ciemne włosy, w jego oczach awansowała na intelektualną blondynkę.
— Oczywiście, że rośnie. Dużo igieł iglaków jest trujące, ale no, ciężko je z czymś pomylić i zjeść przez przypadek. Tam gdzieś rośnie sosna, a tam cis — wskazał odpowiednio dwie różne strony.
— Co ty masz z tym cisem?
— Aaa, wiesz, jakoś tak zapadł mi w pamięć — wzruszył ramionami i się zaśmiał. — Kuzyn kilka lat temu próbował go przetestować, jak naczytał się za dużo książek o trującym się nim kotach — wyjaśnił, widząc pytający wzrok dziewczyny. — Ale żyje jak coś.
— Fascynujące — Caroline znowu przewróciła oczami. Mikołajowi przeszło przez myśl, że jeszcze kilka razy i zamieni się w karuzelę. — Zaraz będzie ciemno.
— Zamknij się — chłopak już trochę znudzony rozejrzał się po otaczającym ich lesie, aż w końcu dostrzegł coś, co go zainteresowało. Wskazał palcem na koronę jednego z drzew. — Tam masz jemiołę. Wymioty, ból brzucha, biegunka, jak zjesz za dużo to drgawki i halucynacje — wyrecytował, wyliczając na palcach.
— Pojebało cię chyba — fuknęła. — Nie będę tam włazić.
— to tobie zależy, nie mi.
— Znajdź coś normalnego i przestań mnie wkurwiać.
— Na litość boską, to tobie nic nie pasuje — podniósł głos w irytacji i zaczął wyliczać. — To nie, bo brzydkie, to nie, bo za wysoko, to nie, bo nie, kurwa mać, daj mi spokój kobieto.
— Nie drzyj mordy, bo zaraz nas ktoś znajdzie — wyszeptała przez zęby takim tonem, jakby sama chciała krzyknąć.
— A niech znajdzie, w dupie to mam — rzucił w krzaki jakąś na wpół rozłożoną szyszką. — Jak coś znajdziesz, to wykorzystaj to dobrze i sama to zjedz. Idę stąd.
Odwrócił się na pięcie i ruszył między drzewa. Po paru krokach zatrzymał się jednak i rozejrzał. Przeklął w myślach i pewnym krokiem poszedł dalej, nie chcąc dać po sobie poznać, że nie ma bladego pojęcia, w którą stronę powinien iść.

Caroline?
────
[709 słów: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]