Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ach te klasyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ach te klasyki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2026

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

Dante zgubił się w ciemnym lesie, bracia Grimm zaludnili go wiedźmami, a Szekspir uczynił z niego miejsce, w którym ludzie tracą rozum, godność i niekiedy spodnie. Trudno o bardziej konsekwentną kampanię oszczerstw wobec zbiorowiska drzew.
Las nigdy nie domagał się podobnej reputacji. Nie prosił o rolę strażnika tajemnic, świadka zbrodni ani metafory ludzkiego zagubienia. Rosnące w nim dęby nie mają szczególnego stosunku do moralności, grzyby nie rozważają natury grzechu, a wilki, wbrew literackiej tradycji, rzadko interesują się dziewczynkami w czerwonych nakryciach głowy.
Mimo to człowiek wchodzi między drzewa i niemal natychmiast zaczyna doszukiwać się znaków. Trzask gałęzi staje się ostrzeżeniem, mgła zapowiedzią nieszczęścia, a przypadkowa ścieżka próbą charakteru.

— Tak, idę tam. — Weronika uniosła brew. — Naszym obowiązkiem jest sprawdzenie potencjalnych niebezpieczeństw, które mogą zagrażać naszym sios—
— Nie kazałaś mi być cicho? — żachnął się Mikołaj.
Na jej twarzy pojawił się grymas. Ściszyła głos.
— Zresztą, to tylko sprawdzenie, co się dzieje. Rutynowe sprawdzenie granic Obozu. Tak, jak się robi rutynowy obchód budynków i narzędzi, których obozowicze używają. Co tydzień.
— Jaki rutynowy obchód budynków?
Weronika zatrzymała się, unosząc brew jeszcze wyżej. Odwróciła się do Mikołaja, który uśmiechnął się niezręcznie.
— No, taki, który grupowy zawsze musi robić? Robi obchód, sprawdza, czy bronie są odpowiednio utrzymane i ostre, po czym podpisuje kartkę, że sprawdził wszystko?
Mikołaj wpatrywał się w nią zaskoczony, mrugając częściej niż zwykle.
— T-to grupowy musi coś robić? Nie było żadnego podręcznika „Bycie grupowym dla idiotów”, sorry.
— O bogowie, czym mnie pokarało?! — uniosła oczy do nieba. — Annuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie dość, że kupiła, ale już go nawet rozlała! A umiesz chociaż trafić do swojego domku? Może trzeba ci ścieżki wytyczać na śniadanie?
— Jaka Annuszka? Dobra, nieistotne. Słuchaj, może po prostu wrócimy do Obozu i eee, wyjaśnisz mi jak mam wypełnić te kartki, obchody? — pociągnął ją za ramię. — Wiesz, nadrobimy to, co najważniejsze, a te głupie szelesty możemy zostawić na później. Może weźmiemy wtedy broń? Broń jest fajna, polecam, rach ciach.
W jego głosie wybrzmiewało dużo nadziei. Weronika bacznie lustrowała jego twarz, po czym zdjęła delikatnie jego rękę, z cieniem odrazy, z ramienia. Gdy szperała w głowie obrazy tych wszystkich karteczek, ich podpisów (Niketas zawsze bazgrał jak kura pazurem i robił najgorsze opisy na świecie), to rzeczywiście nie mogła przypomnieć sobie podpisu grupowego Dionizosa. Jakim cudem Obóz to pominął?
— Sprawdzimy i pójdziemy. Nie zgubimy się przecież.
— Mam złe wspomnienia. — zapeszył się.
— Pierwszy do krytykowania mojego stylu pływackiego, a teraz ostatni do sprawdzenia krzaków. — przewróciła oczami. — Ale wysłucham, cóż się stało w tych lasach?
— Szukałem jagód. Z Caroline. Zimą.
Oparła dłonie na talii, procesując jego wypowiedź. Przez chwilę zapadła między nimi niezręczna cisza.
— A. Aha. — odparła monotonnie, nie mając żadnego komentarza, co samo w sobie było ewenementem.
Po czym szła w kierunku, z którego dobiegały dźwięki, ignorując chłopaka. Zniknęła w listowiu. Ta część lasu była wyjątkowo gęsta, ale dzięki temu też prościej było wytyczyć drogę powrotną. Może nie miała przy sobie ukochanego gladiusa, jednak książki o pływaniu z odpowiednią energią kinetyczną mogłyby zrobić spustoszenie na twarzy potencjalnego potwora. Fuknęła na myśl o tym, ile obchodów musiał pominąć tamten grupowy. I czemu, do diaska, szli szukać jagód? Caroline to jednak jeszcze większe ziółko niż Weronika zakładała.
Ujrzała polanę. Chcąc w końcu się wyswobodzić z cholernych krzaków, ruszyła chętnie w jej stronę. Nie zauważyła jednak driady, która radośnie plotła sobie wianek na skraju tej polany. Akurat tam, gdzie córka Ateny chciała się przejść. Na to już było za późno, straciła równowagę i chciała zrobić eleganckiego fikołka. Skończyło się na poślizgnięciu się na rękach, co poskutkowało grzmotnięciem na plecy, szczególnie na kość ogonową. Weronika jęknęła z bólu, a driada zaczęła wrzeszczeć. Podnosiła się (driada, nie Weronika), ale kolejna postać wyszła zza krzaka i zderzyła się z nią.
Dziewczyna oglądała, niczym w slow motion, jak Mikołaj na nią upada. Jęknęła jeszcze głośniej i prawie zawyła z bólu.
— Przepraszam najmocniej! Ale zrobisz potem ze mną te karteczki obchodów, nie? — zafrasował się.
— Nie dożyję tego. — skwitowała słabo.


Mikołaj?
────
[649 słów: Weronika otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

piątek, 25 września 2026

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

— Do zobaczenia? — zaśmiał się. Oczami wyobraźni widział scenę z Mean Girls, w której Weronika, jako Regina George, odchodząc obrażona wpada pod autobus. Szkoda, że tu autobusem mógł być co najwyżej pegaz lub rozpędzony Hermesiak. — Aż tak nie możesz się mnie doczekać?
Z głupkowatym uśmiechem na twarzy patrzył na Weronikę, która jeszcze na moment zatrzymała się w miejscu. Obróciła się przez ramię i spojrzała na Mikołaja z pogardą.
— Nie udawaj głupszego niż jesteś — prychnęła. — Wiesz dobrze, o czym mówię.
— Może i wiem, ale ja tam problemu nie widzę. Bogowie! Jaka tragedia! Mikołaj nie próbuje przegadać wielkiej Weroniczki, która ciągle trajkocze! I co my teraz poczniemy?
Teatralnie rozłożył ręce na boki i uniósł oczy ku niebu. Przez moment miał ochotę do tego paść na kolana, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Oj nie, nie będzie klękał przed Weroniką. Nie w tym życiu. Ani żadnym ze stu następnych.
— Dobra, daruj sobie — córka Ateny skrzywiła się i poprawiła plecak. — I tak nie zrozumiesz.
— A co mam rozumieć? Po co mam się przekrzykiwać na tych spotkaniach? Kłócić z tobą? Niketas ci nie wystarcza?
— Nie ma większej radości dla głupiego, jak znaleźć głupszego od siebie — westchnęła dziewczyna. — Dogadalibyście się. Oby jak najdalej ode mnie.
— Tak mówisz?
Mikołaj przywołał w myślach głośnego Hermesiaka i mimowolnie się skrzywił. Przez ostatnie kilka lat miał okazję odbyć z nim tylko kilka interakcji, raczej krótszych, albo, powiedzmy, oficjalnych. Jeśli tak można określić spotkania grupowych, na których Mikołaj świetnie się bawił, ale częściej jako widz improwizowanej komedii, a nie ich czynny uczestnik. Cóż, w tej jednej, jedynej kwestii Weronika się nie myliła. Ale po co miał się angażować? Ostatnim razem, kiedy chciał (a przynajmniej teraz mówił, że chciał) się do czegoś przydać, prawie utopił pół obozu.
Wolał trzymać się z daleka od kłopotów, którymi domek jedenasty śmierdział na kilometr. Zbyt dużo rzeczy uchodziło mu na sucho, żeby specjalnie pchać się do paszczy lwa i prosić o kłopoty. Jeśli chodzi o wątpliwie legalne pomysły, zdecydowanie wolał wyprawy przez pół kraju z obcym księdzem i Sony, niż cokolwiek, co wymyśliłby Niketas. Jeśli mieliby znaleźć wspólny język, byłby to język nienawiści wobec Weroniki.
— A tak wracając do tej wycieraczki — Zeskoczył z kamienia na którym stał i poszedł za Weroniką. — To może to tylko moja opinia, ale totalnie gustu nie masz. Serio? Napis welcome?
Dziewczyna skutecznie go ignorowała Szła przed siebie równym tempem.
— Widać, że masz pięćdziesiąt lat umysłowo. Jeśli miałbym być wycieraczką, to taką w kotki. Albo w gwiazdki. O, albo ostatnio widziałem taką ładną w grzybki, może załatwię taką do dwunastki przed jesienią…
— Cicho bądź — stanęła w bezruchu.
— Tak, tak, wcześniej narzeka że się nie odzywam, a teraz cicho bądź! Zdecyduj się, kobieto.
— Nie o tym- nie, serio — uciszyła go gestem ręki. — Słyszałeś to?
— Co znowu?
Niechętnie przestał mówić i przez kilkanaście sekund obydwoje nasłuchiwali w ciszy.
— Mówiłem, psychiatryk — zignorował mordercze spojrzenie dziewczyny. — Nika, kurwa, to się nazywa schizofrenia.
— Sam jesteś schizofrenia — fuknęła.
— To nie ja mówię do siebie myśląc, że nikt nie słyszy! — skłamał.
— Czasem muszę porozmawiać z kimś mądrym.
— To chyba właśnie nie z samą sobą. Nie myślałaś może o- co to było?
Oboje odwrócili się w stronę lasu. Wypatrywali ruchu, czekając na kolejny krzyk. Płacz? Mikołaj nerwowo przełknął ślinę. W końcu machnął ręką i minął Weronikę.
— Pewnie driady się kłócą. Szkoda czasu.
— Żartujesz? — córka Ateny wyglądała na oburzoną. Mikołaj westchnął zniecierpliwiony. — Ciebie NAPRAWDĘ to nie obchodzi? A co, jeśli wilki właśnie pożerają twoje rodzeństwo?
— W obozie nie ma wilków — przypomniał z uśmiechem. — A moje rodzeństwo potrafi rozmawiać ze zwierzętami. Chyba.
— Jeśli mają tak niewyparzoną gębę jak ty, to nawet gorzej!
— Naprawdę chcesz tam iść?
Próbował maskować niepokój uśmiechem. Nie chciał pokazać po sobie, że słowa Weroniki na niego wpłynęły. Chce iść do lasu? Spoko, mogą iść. Niech tylko znajdzie odpowiedni kij, taki, którym odmierzy bezpieczną odległość od córki Ateny. Miał tylko nadzieję, że odziedziczona po mamusi przemą- mądrość zawiera w sobie dobrą orientację w terenie. Lepszą, niż w zeszłym roku miała Caroline.


Weronika?
────
[651 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

Istnieje kilka rzeczy, które człowiek otrzymuje bez pytania: nazwisko, śmiertelność i cudze zdanie na swój temat.
To ostatnie jest szczególnie hojnym darem. Ludzie, którzy znają cię od tygodnia, bez trudu wyjaśnią twoje motywacje. Ci, którzy znają cię od lat, zrobią to jeszcze chętniej, ponieważ zgromadzili wystarczająco dużo materiału, żeby ignorować wszystko, co nie pasuje do wcześniejszych ustaleń. Z czasem powstaje z tego całkiem spójna osoba.
Niekoniecznie ty.
To jednak szczegół techniczny.

— Tak, drogi Mikołaju, wszystko, byleby było dla ciebie wygodnie. — odburknęła, siląc się na dozę ironii. — Bo po co się zastanawiać, czy coś pożre twoje rodzeństwo. Przecież można rozłożyć się na kanapie i mieć w nosie wszystko. Grupowy to tylko głupia plakietka, prawda?
Zapisała sobie na przyszłość myśl o Kronosie pożerającym własne dzieci, jedno po drugim. Zawsze, gdy słuchała o początkach Bogów Olimpijskich, majaczył się przed nią obraz Goi. Była świadoma tego, co potwory potrafią zrobić z herosami, a i tak się wzdrygnęła. Czy w sumie podobnie nie postępowali bogowie, rzucali własnymi dziećmi, jak mięso armatnie, w tabuny potworów? Wyrzuciła prędko tę myśl, jej matka w życiu by się nie zgodziła na coś takiego. Na wszystko musiało być strategiczne wytłumaczenie, wszakże nie robiliby Obozu Herosów i Obozu Jupiter.
Nie interesowało ją już, jak rozmówca zareagował. Poczuła minusy, jak w Simsach, w dodatku trzymające się w parze, dokładające się do i tak konkretnego stosu minusów (praktycznie każdy obozowicz zarobił na swojego minusa, niektórzy mieli ich zdecydowanie więcej, patrz: Niketas). Gdyby była w stanie wyjść z siebie, przejąć panel sterowania i delegować Simem o imieniu Mikołaj, to już by to dawno zrobiła. Dałaby może jakieś użyteczne rozwijanie sobie umiejętności, na przykład ćwiczenie charyzmy przed lustrem i nauka savoir-vivre (kiedy Weronika miała 13 lat, w jej ręce wpadł wysłużony laptop, na którym mogła w te Simsy pykać. Wciągnęła się na dobre kilka tygodni, dzień w dzień delektując się poczuciem kontroli, dopóki nie odinstalowała). A tak to stał tutaj, jak kołek, jakby ktoś mu anulował czynność.
— No dokładnie, więc możesz się dalej topić i machać rękami. — warknął Mikołaj. — Zaproponuj jeszcze jakieś kolejne głupie zajęcia. Mam pomysł, może po nauce pływania nauka szydełkowania, żeby złapać potwora we francuski supełek czy inny kunszt? Warsztaty lepienia garnków z organicznej gliny prosto z serca Toskanii?
Powiedział to akurat wtedy, kiedy Weronika podjęła kolejną próbę pływania. Kolejną nieudaną, co nie zrażało ją to. Plusem uznania grupowego domku Dionizosa za żałosnego było to, że można było się mniej przejmować jego zdaniem. Wystarczy, że już wcześniej trafiała na jego żenujące żarty. Kiedy był poruszany temat zawodów, zawsze wspominał coś o wyciąganiu chuja z wody, dekoncentrując innych.
— Komuś się nie podoba propozycja wprowadzenia różnych technik walki z różnych kultur? Ojejku, tak mi przykro.
— Mam nadzieję, że wtedy te żelki z chilli ci smakowały! Ładnie ci uszy poczerwieniały.
— Mogłyby konkurować z twoimi, kiedy ten nimfotyp podpłynął do ciebie i mówił coś o nogawkach.
— Zazdrosna?
— Tak, jestem niezmiernie zazdrosna o jakiś pomniejszy, śmierdzący strumyk. — przewróciła oczami.
Wyszła ponownie na brzeg i performatywnie poprawiała, z namaszczeniem wręcz, taśmy kinezjologiczne.
— „Żyjemy w kraju, w którym nie ma dróg, są tylko kierunki”. — westchnęła.
Mikołaj puścił kolejną kaczkę. Odbiła się od spokojnej powierzchni z pięć razy, zanim podzieliła los poprzedniczek.
— U ciebie, Weronika, to jest kierunek na psychiatryk. — odparł od razu.
— A wciąż ty tutaj siedzisz, tak bardzo chcesz się ze mną wybrać tam? — zaczęła się irytować. Zebrała wszystkie książki, notesy do kupy i wkładała w odpowiednie miejsca w plecaku. Nawet tutaj był porządek. — Zostawiam ci ten cytat do własnej interpretacji, może się przyda.
— Już lecę zaimponować reszcie jakimiś głupimi cytatami. Na przykład, o, „Zbrodnia bez kary to tylko przedsiębiorczość”.
— Źle to powiedziałeś. — naprostowała od razu Weronika, zgrzytając zębami.
— Może Raskolnikow tak pomyślał. — delikwent włożył ręce do kieszeni i uśmiechnął się głupkowato.
— Nie pomyślał!
— Powinien był. Książka byłaby krótsza.
Dziewczyna w tym czasie ubrała się, z trudem trafiając w nogawki spodni z powodu bezeceństw, jakie on wygłaszał. Kiedy się uporała z tym zadanie, zamaszyście założyła pasek plecaka na ramię i zadarła nos, przechodząc obok Mikołaja. Cierpliwość na dzisiaj się wyczerpała, odpoczynek w domku dobrze jej zrobi.
— Do zobaczenia na najbliższym spotkaniu grupowym. Fajnie, że znowu będziesz pełnić funkcję wycieraczki! Taką z dużym napisem WELCOME. Przynajmniej grupa nie naniesie błota! — wykrzyknęła sfrustrowana na pożegnanie, zostawiając go za sobą. Tak, jak zrobiła to jesienią.


Mikołaj?
────
[705 słów: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 19 września 2026

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

— Wszystko okej…? — zapytał odruchowo i ruszył do przodu.
Po paru krokach, widząc, jak Weronika go ignoruje i wraca do wody, stanął w miejscu. Początkowo chciał odejść, zostawić ją w spokoju, ale ciekawość kazała mu zostać. W ciszy obserwował kolejne próby dziewczyny, a początkowe zaciekawienie powoli przeradzało się w zmartwienie. Zamach jedną ręką, zanurzenie głowy, nagłe wynurzenie, po chwili znowu: nieudolna próba przybrania pozycji, wymachy nogami, zamach ręką, twarz w wodzie, wynurzenie, przekleństwo. W końcu zmęczona usiadła na brzegu i brała głębokie wdechy, delektując się powietrzem.
— Ty nadal tutaj? — rzuciła w stronę jeziora, nawet nie patrząc w stronę Mikołaja.
— To jakaś forma samookaleczania? — zawiesił wzrok na mokrej plamie dookoła Weroniki. — Przejaw masochizmu?
Córka Ateny wzięła głęboki oddech. Widział, jak zamyka oczy, odchyla się do tyłu, po chwili odciska wodę z włosów. Nie chcąc jej denerwować samym spojrzeniem, przeniósł je na leżące gdzieniegdzie kamyki. Ten ma śmieszny kształt — pomyślał, czekając na reakcję ze strony dziewczyny. Ta jednak milczała. Speszony wziął do ręki płaski kamyk i zamachnął się, puszczając kaczkę. Odbił się raz, drugi i wpadł do wody. Mikołaj patrzył na rozchodzące się małe fale, niezadowolony z wyniku. Podszedł kilka kroków bliżej wody, szukając nowego kamyka.
Spiął się, słysząc nagle chłodny ton Weroniki.
— Jeśli chcesz się naśmiewać, to lepiej sobie idź. Nie mam siły z tobą gadać.
— Nie miałem takiego zamiaru — wzruszył ramionami. — Po prostu… zaskoczyłaś mnie.
W wodzie zobaczył idealny kamyk, a gdy tylko po niego sięgnął, wzdrygnął się. Spodziewał się, że woda w jeziorze będzie zimna, ale nie że aż tak. Rzucił okiem na strój Weroniki, która właśnie przywdziewała swój ironiczny uśmieszek. Na sam jej widok zrobiło mu się jeszcze zimniej.
— Super, coś jeszcze?
— Co ty tak właściwie robisz? — spytał w końcu, odrzucając kamyk. Niechętnie opłukał dłoń z błota w lodowatej wodzie, a następnie wytarł ją o materiał flaneli. — Bo chyba nie zaprzyjaźniasz się z nimfami?
Weronika skrzywiła się nieznacznie.
— Pływam, nie widać?
— Nie bardzo — przyznał.
— Och zamknij się już — prychnęła. — Uczę się, okej? Może być?
Mikołaj ugryzł się w język, powstrzymując się przed wypowiedzeniem na głos swoich myśli. Wielka, cudowna Weronika Morozova czegoś się uczy? Przyznaje, że czegoś nie potrafi? Wydarzenia z jesieni faktycznie musiały na nią wpłynąć. Może zmądrzała. Trochę. Skłamałby, mówiąc, że w pewien sposób mu to nie imponuje.
— Nie za zimno jest? — niechętnie patrzył na taflę wody. — Ja rozumiem, zwycięzcy muszą czuć mróz, chłód zwycięstwa czy coś, ale bez przesady…
— Jest idealnie — wzruszyła ramionami. — Nie widzę problemu. Poza tym musimy odpowiedzialnie nauczyć się pływać, zanim wznowimy lekcje. A to planujemy zacząć, kiedy tylko się ociepli.
— Lekcje? — Mikołaj spojrzał na dziewczynę z niedowierzaniem, jakby właśnie powiedziała niewiarygodnie słaby żart. — Naprawdę chcesz się dalej w to bawić?
Teraz to Weronika patrzyła na niego jak na idiotę.
— Cóż za niepojęta różnica między znajomością świata a umiejętnością korzystania z tej znajomości! — westchnęła. — Wiesz dobrze, że mamy poważny problem, a nie chcesz go rozwiązać? Jesteś głupszy, niż myślałam.
— Nie chcę, sory.
Córka Ateny, lekko zbita z tropu, zacisnęła usta. Wodziła wzrokiem za Mikołajem, który powoli chodził w tę i z powrotem, aby ostatecznie usiąść po turecku na trawie. Po drodze zwrócił uwagę na tytuł książki, leżącej obok plecaka dziewczyny.
— „Pływanie dla idiotów”? — zdziwił się. — Naprawdę się uczysz? Myślałem, że podtapiasz.
— Po cholerę miałabym to robić?
— Żeby się przyzwyczaić. W sensie, wiesz, dłużej wstrzymać oddech…
— Uczę się i ty też powinieneś — powiedziała ostro. — To nie są żarty, Mikołaj. Obóz potrzebuje—
— Nie, nie powinienem. W dupie mam Obóz — przerwał jej.
Nie miał nawet najmniejszego zamiaru uczyć się pływać dla jakiegoś Obozu. Nie był jednym z tych, którzy poświęcali się dla idei, dla samego faktu poświęcenia, a właśnie tym była dla niego nauka pływania. Nienawidził wody, nienawidził bycia mokrym, nienawidził stroju, w jakim się pływało. Plusem męskich kąpielówek było to, że w przeciwieństwie do stroju Weroniki, były długie i zakrywały uda. Mimo tego nie lubił się aż tak rozbierać. Poza tym przerażała go wizja uduszenia się, a zbiorniki wodne niebezpiecznie podnosiły ryzyko śmierci w taki sposób. Nawet te płytkie. Wzdrygnął się na wspomnienie brutalnego wrzucenia do miejskiej fontanny w pierwszej klasie liceum. Nie wiedział, co było wówczas gorsze — walka o życie, czy widok menela sikającego do niej kilka dni później.
— Jesteśmy grupowymi, naszym obowiązkiem jest zadbać o bezpieczeństwo reszty obozowiczów — Weronika z całych sił próbowała pozostać spokojna. Nie chciała się kłócić, ale podejście Mikołaja do sprawy działało jej na nerwy. — Osłabiamy obóz swoim brakiem podstawowych umiejętności. Tak nie może być.
Mikołaj westchnął.
— Grupowymi jesteśmy my, jest Niketas, jest Charin i jest jeszcze kilka innych osób. Dlaczego akurat my?
— Bo nam zależy?
— Tobie zależy — przewrócił oczami. — Szczerze? Fajnie tu jest, ale nie mogę się doczekać, aż skończę osiemnaście lat, wyprowadzę się i nigdy więcej nie usłyszę ani słowa o pływaniu. Może przez rok nic nas nie zaleje. Potem niech martwią się inni.
— Ale—
— Nie mam zamiaru wchodzić do tej wody nigdy więcej. Ani do żadnej innej. Ty rób, co chcesz.


Weronika?
────
[804 słowa: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 15 września 2026

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, obecnie

Ikar przynajmniej miał przyzwoitość spaść.
To więcej, niż można powiedzieć o większości ludzi, którzy obierają sobie cel, poświęcają mu lata, zdrowie i kilka relacji, a po jego osiągnięciu natychmiast przesuwają granicę odrobinę dalej. Szczyty mają tę paskudną właściwość, że z bliska przestają wyglądać jak szczyty. Zawsze widać z nich coś wyższego.
Być może właśnie na tym polega największa ułomność człowieka: nie na tym, że jest mały, śmiertelny i wyjątkowo łatwo zrobić mu krzywdę, lecz na jego całkowitej niezdolności do uznania któregokolwiek z tych faktów za argument przeciwko czemukolwiek.
Dlatego przepływa oceany.

Wszystkie linijki z mentalnego notesu kotłowały się teraz w głowie z tej feralnej jesieni, kiedy się prawie utopiła. Powodem była woda. Oraz spojrzenie w oczy Mikołajowi. Pamiętała wątki, jakie sie tam rozgrywały. Pamiętała również wybuch chłopaka. Potem, na spotkaniach grupowych, jescze bardziej zlewał się ze ścianą i niechętnie odpowiadał na pytania. Weronika tylko liczyła na to, że czegoś się nauczył po tym całym bajzlu, a tak to ignorowała go. Jeszcze bardziej forsowała pomysły, jakie należało wprowadzić. Coraz częściej zaszywała się też w odludziu leśnym, z książką w rękach. Ostatnimi czasy też pisała recenzje nowych wydań.
Ale najpierw ab ovo. Wcześniej wpatrywała się w toń wody, stojąc na brzegu. Jezioro tego dnia było wyjątkowo spokojne. W dodatku nie było obozowiczów, kto lubił wodę ten siedział w największym, a w dodatku musiał lubić względnie niską temperaturę. Gdy przyjdzie lato, wtedy to będzie problem, w dodatku wrócą ci wakacyjni obozowicze. Pokręciła głową, gdy pomyślała, ile dzieciaków musi ustawić do pionu. Czas na naukę. Ważną naukę.
Za każdym razem, kiedy zanurzała głowę pod powierzchnią, ogarniała ją panika. Starała się z nią walczyć na wiele różnych sposobów, ale wciąż wracały do niej obrazy z topienia się, zarówno po raz pierwszy, jak i po raz drugi. Prychała na wszelkie strony i sapała jak lokomotywa. W głowie przewijała strony staroświeckich podręczników „ABC Pływania”, próbowała powtarzać rysowane ręcznie schematy. Nogi prosto, skręt tułowia, ręka do kraula. Wpatrywała się minutami w nie. Ręce do kraula, woda w gardle, zakrztusiła się. Obrót głowy w teorii był prosty, teraz, w praktyce, był zadaniem wręcz niemożliwym. To było niezwykle irytujące, że woda stawiała jej opór na tyle, że nie miała jak zręcznie przełożyć tego na taniec (tak, w ten sposób uczyła się walki). Już przejście na pointy było względnie krótsze niż opanowanie machania nogami w tych głupich pozycjach. Motywowała się, jakżeby inaczej, cytatami z książek. To tylko jedna z wielu stacji krzyżowych, jakie spotka na swojej drodze. Kiedy się poddawała, przed oczami stawał jej ojciec, który marszczył krzaczaste brwi i mruczał coś o niepowodzeniu.
Kaszląc, wyturlała się na brzeg. Pochyliła się nad tymi stronami ponownie, wyciągając również z plecaka „Pływanie dla idiotów” jako ostatnią deskę ratunku. Kto by chciał uznawać się za idiotę? Nagle podniosła wzrok, czując, że ktoś ja obserwuje i nie myliła się. Grupowy domku Dionizosa stał przy kierunkowskazie i wpatrywał się w nią. Na szczęście dla Weroniki nie jadł truskawek. Nie była zaskoczona, co najwyżej zmarszczyła brwi.
— Pływamy, co? — nerwowo zaczął.
— Długo już tak obserwujesz? — odparła z chłodem Weronika.
— Jakieś dwie minuty? Może mniej?
— Mhm.
Wciąż stała nad książkami, wciąż woda z niej spływała i kapała na liście oraz papier. Była ubrana tylko w najprostszy czarny kostium dwuczęściowy, była przyzwyczajona do niskiej temperatury. Jej kostki i kolana oblepiały bandaże oraz taśmy kinezjologiczne, milczące świadectwo dawnych lekcji baletowych. W gorszych dniach nagi potrafiły mocno pobolewać, przez co wcale nie wyżywała się na współobozowiczach. Ani trochę. Widziała, jak wzrok Mikołaja analizował jej ciało, dopóki nie zauważył blizn na udach. Na jego wesołkowato głupiej twarzy zawitało zafrasowanie.
— Ja nie chciałem… Znaczy się, nie miałem tego na myśli. Że no. Żebyś się pocięła. Tak tylko głupio powiedziałem. Nawet jeżeli mnie wkurwisz czasem… Czy tam zawsze. Nie myślałem… Eee, bardzo źle jest?
Przewróciła oczami, już nawet nie siląc się na ironizowanie.
— Cichaj już. To są stare blizny. Nawet się nie znamy, to po co bym miała przejmować się twoim zdaniem? — skrzywiła się.
Pamiętała ten wyrzut, ale bardziej przejęło ją to, że się skupił na niej, zamiast poprawić to, co zjebał. Imbecyl. Do tej pory uważała, że nie było w tym nic z jej winy. Jeżeli płakała w poduszkę tamtego dnia, to z powodu prawie odejścia na tamten świat, a także tego, że Obóz był cholernie niewydolny. Ze świadomością, że za niedługo z niego odejdzie. I zostawi wiele niedokończonych spraw.
Wróciła do ćwiczeń w wodzie, tylko po to, żeby dostać kolejnego ataku paniki przy zanurzeniu głowy i po raz kolejny schrzanić kraula.
— Fuuuuck! — wrzasnęła zirytowana.


Mikołaj?
────
[741 słów: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Truskawka, rzucona w złości, rozciapała się na ścianie jednego z pobliskich domków. Mikołaj przygryzł wargi i wbił wzrok w trawę, próbując siłą powstrzymać łzy przed wypłynięciem. Zderzały się w nim dwa sprzeczne uczucia: współczucie oraz coraz większa nienawiść do Weroniki. A naprawdę zdążył ją polubić. Mimo trudnego charakteru dziewczyny, zdążył poczuć do niej odrobinę sympatii. W jego wcześniejszych docinkach nie było ani trochę niechęci, jedynie próba znalezienia wspólnego języka, może trochę na opak. Szkoda, że jak zawsze musiał wszystko zepsuć.
— A wiesz co? Pierdol się! — krzyknął na widok środkowego palca córki Ateny. — Nic dziwnego, że nikt cię tu nie lubi!
— Spierdalaj! — Weronika nawet się nie odwróciła. Cały czas szła przed siebie, kierując się w stronę domku Ateny. Mikołajowi nie umknęło, że dwójka dzieci, które przed chwilą przyglądały się ich kłótni z okien domku szóstego, teraz opuściły budynek, patrząc w stronę grupowej jedynie kątem oka. Uśmiechnął się pod nosem. Mądry ruch, jak na dzieci Ateny przystało.
— Widzisz?! Nawet one przed tobą uciekają! — wypalił. — Nikt nie chce spędzać czasu z taką nieznośną wywłoką!
Weronika nadal szła przed siebie, co zaczynało denerwować chłopaka. Wziął głęboki oddech i przyśpieszył kroku. Kiedy udało mu się dogonić dziewczynę, mocno złapał ją za ramię. Odwróciła się, a Mikołaj uznał za całkiem upokarzające, że aby spojrzeć jej w twarz, musi unieść głowę do góry.
— Czego jeszcze chcesz? Daj mi, kurwa, spokój!
— Co jest z tobą nie tak?! Sama wymyślasz jakieś lekcje, sama wkładasz sobie patyk w szprychy, a potem płaczesz, że spadłaś. I po cholerę ci to było?! Po cholerę wszystkich okłamałaś?! Żeby się dowartościować??? Sorry, że nie skoczyłem za tobą, nie jestem tak głupi! Szkoda, że cię wyciągnęli.
Córka Ateny, czerwona jak te biedne truskawki, otworzyła usta, a po chwili je zamknęła, nie wypowiadając ani słowa. Popatrzyła na Mikołaja ze wściekłością i pobiegła w stronę domku. Syn Dionizosa zacisnął pięści i rzucił za nią na odchodne:
— Tylko się nie potnij! Albo zrób to skutecznie, bo jak ci znowu nie wyjdzie, to nikt ci już nie pomoże! Cały obóz cię nienawidzi!
Widział, jak Weronika wchodzi do domku i trzaska drzwiami. Miał nadzieję, że nie zobaczy jej przynajmniej do spotkania grupowych, a najlepiej już nigdy. Nie miał ochoty nigdy więcej słyszeć jej głosu, a tymbardziej tych durnych cytacików.
Odwrócił się na pięcie i prawie podskoczył, widząc, że dookoła zebrała się niezła gromadka, wyraźnie zainteresowana kłótnią dwójki grupowych. Wśród nich napotkał zawiedzione spojrzenie Sony. Mikołaj szybko odwrócił wzrok od Apolliniątka i pobiegł przed siebie.
Dlaczego musiał to powiedzieć?
Usiadł na trawie pod jakąś ścianą i przytulił kolana do klatki piersiowej. Już nie próbował ukrywać łez, było mu wszystko jedno. Weronika miała rację. Był bezużyteczny, nawet nie potrafił uratować tamtego dzieciaka. Jako grupowy powinien być odpowiedzialny za bezpieczeństwo wszystkich obozowiczów, nie tylko swoje rodzeństwo. Ale on się nawet o to nie prosił! Nie chciał być grupowym! A z resztą, dzieciak Nike ostatecznie został bezpiecznie odstawiony na brzeg. Woda opadła, a nikomu nic się nie stało. Kilka osób zostało podtopionych, a największego pecha miała Weronika. Ale co on mógł zrobić? Nie była statkiem, a on jego kapitanem, aby utopić się razem z nią. Bo tak skończyłyby się jakiekolwiek próby ratowanie dziewczyny przez niego. Może powinien ją przeprosić?
Ale za co? Zaśmiał się sam do siebie, bezradnie patrząc w przestrzeń. Ta cała szopka to był jej pomysł. To wszystko była jej wina. Nie zamierzał przepraszać, to jemu pierwszemu należały się przeprosiny… prawda?
I jeszcze ten pieprzony nereid. Tak, Nika, masz rację! Marzę o tym, aby do niego wrócić! Przepraszam, że jesteś zazdrosna i marzysz o byciu obmacaną przez pierdoloną nimfę! Nie wiedziałem! Mogłaś wskoczyć do tej wody, spodobałoby ci się! Z obrzydzeniem dotknął wciąż wilgotnego ramienia, za które kilkadziesiąt minut temu złapała go mokra, oślizgła dłoń. Córka Ateny miała rację w jednym. Nie był nikim specjalnym. Nie zasługiwał na miłość.
Wrócił pamięcią do tamtego okropnego dnia, z pierwszej liceum. Ile to już będzie? Dwa lata? Nadal doskonale pamiętał delikatny wietrzyk, szum liści wierzby, wianek ze stokrotek od Feliksa… i nieprzemyślane wyznanie, wypowiedziane pod wpływem emocji. Potem wszystko działo się szybko. Prawie się pocałowali, ich twarze dzieliły centymetry, ale zamiast pocałunku, Mikołaj usłyszał śmiech byłego przyjaciela. Naprawdę myślałeś, że mógłbym chodzić z facetem? — zapytał wtedy Feliks, rozbawiony jego zaskoczonym spojrzeniem. Myślisz, że zniżyłbym się do twojego poziomu? Potem nagły pocałunek w czoło i środkowy palec na do widzenia.
Następnego dnia w szkole czekały go setki obelg, siniec pod okiem i życzenia śmierci. Kiedyś ich za to nienawidził, a teraz sam nie był dużo lepszy. Może nawet gorszy.


Weronika?
────
[743 słowa: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 13 września 2026

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Najpierw znika brzeg. Potem powierzchnia zaczyna przypominać szybę, za którą istnieje jakiś jaśniejszy i zdecydowanie bardziej odpowiedni dla człowieka świat. Wreszcie zostaje już tylko głębia i nieprzyjemne odkrycie, że morze nie musi człowieka ciągnąć w dół. Wystarczy, że przestanie mu pomagać utrzymywać się na górze.
Trudno o bardziej elegancki sposób przegrania dyskusji z fizyką.

Weronika się topiła.
Pociemniało jej przed oczami. Ciemne kształty falowały jej przed oczami, nie wyglądały jak ręce. Wszystko jedno zresztą, nie reagowały. Nie młóciły wody. Powierzchnia wody nagle przestawała być błękitna. Zasnuł ją ciemny kolor.
Zdążyła tylko pomyśleć: „Tato, tęsknię za tobą”.
Osunęła się w mrok.

Bolało ją wszystko. Zwymiotowała od razu. Kaszlała, dopóki nie przeszły spazmy przez jej ciało. Wypluwała wodę, jak mogła.
Ujrzała nad sobą mnóstwo ciekawskich twarzy. Rozpoznała od razu zaaferowane Sony. Mikołaja też. Jebany idiota, idź poszukać jakichś truskawek, a nie tak patrzysz na mnie, pomyślała. Marzyła tylko, żeby się w końcu od niej odwalili. Tyle się stara dla innych a oni co? Niewdzięczni.
Jęczała z bólu, kiedy się podnosiła. Na szczęście dużo osób obserwujących ją stwierdziło, że zostawiło żelazko w swoim domku i musi po nie iść. Sony chciało sprawdzić jej oddech, ale Weronika odepchnęła je.
— Dobrze, że udało się w porę ciebie wyciągnąć. Gdyby nie hipokamp, możliwe, że, eee, nieważne, masz ochotę na ambrozję? — szczebiotało. Grupowa domku nr 6 nawet nie musiała pytać, co chciało powiedzieć. Wystarczył ton, żeby się domyśleć, że gdzieś by tam dryfowała na dnie z rybkami i nereidami. — Musisz dobrze odpocząć i przełożyć lekcje pływania na inny dzień.
Pacjentka machnęła ręką. Zwróciła uwagę na Mikołaja, który wyglądał czegoś w morzu. Prychnęła, przypominając sobie, jak bardzo miał w dupie tego tonącego dzieciaka a wolał się umizgiwać do jakiegoś strumyka płci męskiej. Nie obchodziło ją, że to było rzadkie, najchętniej te wszystkie nimfy wodne spuściła w kanalizacji. Zabrała swoja manatki i kierowała się w stronę Obozu.
Jak na złość, grupowy domku Dionizosa zauważył ją i podbiegł do niej.
— S-siema. Myślałem, że umiesz pływać i że sobie poradzisz.
Zbyła go milczeniem. Płuca za bardzo ją bolały, żeby się wypowiedzieć, zresztą, co miała powiedzieć? Pływam chujowo, hipokoń nagle wrzucił mnie do wody i nie mogłam się utrzymać na powierzchni? Mikołaj widocznie nie zauważył jej złego humoru.
— Możemy przełożyć na inny dzień, o taka środa, wiesz, żeby Obóz nauczył się pływać. Wiesz, może zdążysz kupić strój i pokażesz nam, te sprawy? Pasuje ci godzina dwunasta?
Po czym wyciągnął truskawkę z kieszeni i ją schrupał. To była ostatnia słomka Weroniki.
— PIERDOL SIĘ MIKOŁAJ! — wrzasnęła.
Podskoczył, mrugając oczami.
— PIERDOL SIĘ TY I TE TWOJE TRUSKAWKI I TE CAŁE JAKIEŚ SŁOWA, WACKI, JEBANE NEREIDY. NAWET NIE MOŻESZ DOPILNOWAĆ DZIECIAKA!!! SUKA! BLYAT!!! — wrzasnęła na całe gardło. Bardzo szybko zaczęła tego żałować, pobolewało od razu.
— No, idź się umawiać z tym nereidem, który jest znany z tego, że podrywa każdego! Nie jesteś specjalny, jesteś jednym z wielu! No, idź do innych i powiedz, jaka ja to nie jestem zjebana! Najlepiej Niketasowi się poskarż, o! Bo chciałam zrobić cokolwiek innego niż wywijanie mieczem piąty raz w tygodniu! Do zobaczenia na następnym spotkaniu grupowym, ha-ha, Morozova się prawie utopiła, super temat! — wyrzygała z siebie całą litanię, a łzy uderzały jej do oczu. Zostawiła za sobą skonfundowanego Mikołaja, któremu ręka z truskawką zamarła w połowie drogi. Na odchodne pokazała mu środkowy palec.


Mikołaj?
────
[545 słów: Weronika otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Z małą pomocą hipokampa, udało mu się wdrapać na grzbiet stworzenia. Mocno przylgnął do mokrej grzywy i obiecał sobie, że nigdy więcej jej nie puści. A przynajmniej do czasu, kiedy pod stopami nie znajdzie stałego lądu. A wtedy uklęknie, ucałuje go i przysięgnie go kochać i szanować do końca życia. Serce biło mu jak szalone, a on z szeroko otwartymi oczami przyglądał się wodzie, wypatrując powrotu morskiego flirciarza. Może gdyby okoliczności były inne…
Do uszu Mikołaja przerażone krzyki jednego z obozowiczów. Tego samego, którego wcześniej próbował uratować. Odważył się odwrócić głowę do tyłu i zobaczył, jak najady robią z chłopaka ludzką huśtawkę. Jedna nimfa trzymała herosa za ręce, druga za nogi, a trzecia chyba szykowała się do wskoczenia na dzieciaka.
— Nie mój domek, nie moje małpy… — powiedział pod nosem, odwracając wzrok. Oby nie miał beefa z matką, bo tylko ona może go teraz uratować.
— Nie ma za co! — usłyszał z drugiej strony.
Spojrzał na Weronikę, która, wyraźnie oburzona brakiem podziękowania za ratunek, wyglądała, jakby rozważała jak z powrotem wrzucić syna Dionizosa do wody. Mikołaj mocniej złapał grzywę rumaka i westchnął głęboko.
— Dziękuję ci, jakże cudowna córko wielce wielmożnej Ateny matki przenajświętszej za ten bohaterski czyn, który wymagał od ciebie niewyobrażalnego poświęcenia i męstwa. — Ostrożnie puścił jedną rękę i teatralnym gestem przyłożył do piersi. — Jak to mawiał Słowacki: Weronika Winkelriedem herosów! Poświęci się, choćby na dno miała… Ej!
Hipokamp, którego dosiadał Mikołaj, niespodziewanie wierzgnął. Ręka chłopaka w ostatniej chwili wróciła na grzywę, ratując go przed ponowną kąpielą.
— Nie pajacuj — prychnęła Weronika.
— Ale naprawdę tak powiedział!
— Drugi raz ci nie pomogę.
— Pisał jeszcze, że Rosjanie to pizdy — wzruszył ramionami. — Parafrazując. Ale to chyba akurat Maleńczuk.
— Spierdalaj.
Tym razem to Weronika przeżyła minizawał, gdy jej wierzchowiec podskoczył, jakby spłoszony. Do otwartych ust dziewczyny, gotowych do wypowiedzenia kolejnych wyzwisk lub cytatów, dostała się woda, którą w panice zaczęła odkasływać. Mikołaj rzucił okiem na ocean, po którym płynęli.
— Truskawki?
— Teraz już ich nie łowisz? — rzuciła dziewczyna, rzucając pływającym owocom nieufne spojrzenie.
— A co, zgłodniałaś?
Po chwili do wody wpadła kolejna truskawka, a hipokampy zarżały nieprzyjemnie.
— A to chuje — Mikołaj podniósł wzrok i dokładnie w tej chwili dostał w nos truskawką. — Kurwa!
— No i po cholerę je przynosiłeś?! — Weronika unikała ciosów, kołysząc się na boki. W końcu udało jej się złapać jeden z owoców, który z całej siły rzuciła w stronę agresywnych nereid. Ku rozbawieniu Mikołaja, nie trafiła.
Chłopak w tym czasie, ryzykując kolejne spotkanie z hot-nereidem-2-metry-od-ciebie, wychylił się i pozbierał część pływających truskawek. Złapał krawędź koszulki i włożył owoce do powstałego „koszyka”. Chcą wojny? Dostaną wojnę.
— Mój dzielny rumaku — zwrócił się do hipokampa. — Dzisiaj rozegramy drugi Grunwald. Wierzę w ciebie.
Rozpoczęła się bitwa na śnieżki. Z tą różnicą, że nie było śnieżek. Nie było nawet zimy. Były truskawki, które nawet nie były białe. Zasady były te same, no, pomijając przewagę nereid — zarówno ilościową, jak i środowiskową. Mikołaj atakował nimfy, nimfy atakowały ich, a Weronika, która nie uzbierała wcześniej odpowiedniego zapasu amunicji, oprócz unikania truskawek, próbowała również je łapać.
— Druga! — krzyknął dumny z siebie, gdy truskawka trafiła w twarz drugą nereidę. Dla kontrastu on sam oberwał co najmniej pięć razy.
— Dziwki za dobrze celują — prychnęła Weronika, unikając latających owoców.
Mikołaj zastanowił się chwilę, próbując ustalić, jak bardzo beznadziejna jest ich sytuacja. Byli kilkadziesiąt metrów od brzegu, na strachliwych rumakach, które prowadziły ich w bliżej nieokreślonym kierunku. Czy mogło być piękniej?
— Ej — zagadnął. — Myślisz, że nereidy piją wodę z morza?
— Oceanu — poprawiła. — Nie wiem, chyba tak. A co?
— Posejdon mnie zabije, jak pobawię się w Jezusa i zmienię wodę w wino i upiję mu nimfy, nie?
Córka Ateny zamrugała kilkukrotnie, po czym spojrzała na chłopaka jak na idiotę. Mikołaj sam nie wiedział, czy byłby w stanie to zrobić i czy jego pomysł ma jakikolwiek sens. Skoro jednak Weronika wyglądała, jakby nad nim myślała, nie mógł być aż tak głupi.
— A hipokampy?
— Da się upić konie?
Jak na zawołanie, oba wierzchowce zarżały ostrzegawczo. Dwójka nastolatków odwróciła wzrok od siebie i spojrzała w przód.
— Cholera jasna, co znowu? — westchnęła Weronika, widząc dwie nereidy płynące w ich kierunku.
— Zostawcie nas!
— Jak sobie życzysz — zaśmiała się jedna z nimf, podpływając do hipokampa, na którym siedziała Weronika. Klasnęła mu przed pyskiem. — Bu!
Wierzchowiec podniósł się na tylnej płetwie niczym na nogach, zrzucając córkę Ateny z grzbietu. Dziewczyna głośno przeklęła i runęła w wodę. Mikołaj, przerażony, pogłaskał swojego hipokampa po szyi, uspokajając go cicho. Cały czas obserwował, jak Weronika walczy z falami, podczas gdy te wredne piz— przepraszam, nimfy, przeganiają drugiego z koni. Dobrze, że Weronika umie pływać — pomyślał.


Weronika?
────
[751 słów: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Morze jest prawdopodobnie najstarszą rzeczą, której człowiek bezskutecznie próbował nadać znaczenie. Widział w nim matkę, grób, granicę świata, drogę do bogów i wystarczająco dużo metafor, żeby na kilka tysięcy lat zapewnić zatrudnienie poetom. Samo morze, z właściwym sobie brakiem zainteresowania, konsekwentnie pozostawało słoną wodą.
Może właśnie dlatego tak dobrze nadaje się do mówienia o człowieku. Stajemy na brzegu czegoś, czego nie potrafimy objąć wzrokiem, i natychmiast zakładamy, że musi mieć to coś wspólnego z nami. Przypływ staje się tęsknotą, sztorm gniewem, a głębia, oczywiście, podświadomością. Trudno przecież dopuścić myśl, że coś może być ogromne i zupełnie nas nie dotyczyć.
Morze jakoś sobie z tym radzi. Miało kilka miliardów lat, żeby przywyknąć do ludzkiej potrzeby bycia głównym bohaterem.

— W moich książkach są filozoficzne zagadnienia, a nie głupie siksy bawiące się obozowiczami! — prychnęła Weronika.
Mikołaj przewrócił oczami, skupiając się wciąż na dzieciakach. Nerwowo rozglądał się na boki i wzdrygał się, kiedy fale uderzały w jego klatkę piersiową jedna po drugiej. Hipokamp zdawał się nic z tego nie robić.
— Moi drodzy, pamiętajcie o machaniu nogami! To one robią robotę! — krzyczała w stronę swojego rodzeństwa.
— Ty masz czas ich instruować, kiedy ktoś się tam topi?!
— Nie masz jakichś truskawek do zaopiekowania się w międzyczasie? — odparła ironicznie Nika.
Zaciskała kurczowo rękojeść swojego sztyleciku, którego nosiła w celu podniesienia swojej pewności siebie, kiedy akurat nie mogła wziąć ze sobą gladiusa. Skupiona wypatrywała choćby poruszenia na skłębionej falami powierzchni wody. Przez jej myśl przemknęło, że musi wyglądać w sumie cool, jak tak na tym morskim koniku pruje przez żywioł. Nastrój jej nieco prysł, kiedy popatrzyła na twarz Mikołaja. Miała wrażenie, że chłopak zwróci zaraz nie tylko truskawki zjedzone przed chwilą, ale także śniadaniowe parówki i fasolę.
— Znasz legendę o beczce? — zaczęła.
— Weronika, jaka, kurwa, legenda o beczce? — Mikołaj wybałuszył oczy.
— Zamknij łaskawie swoją jadaczkę. Otóż był sobie car Sałtan i miał żonę, która miała urodzić mu dziecko. Była też najmłodszą z sióstr, trzech sióstr, więc te siostry i swatka były zazdrosne o nią. Jak pojechał na wojnę, urodził się, prrr, ogarnij się koniu! — Hipokamp wierzgnął gwałtownie, na tyle, że Weronika sama zbladła jak ściana. — Siostry upiły posłańca i wsadziły list, że jednak urodziła nie chłopca, nie dziewczynkę, lecz nieznaną potworinkę.
— Co ma beczka z tym wspólnego?
— No, że kazał zamknąć matkę z dzieckiem w beczce. — Uśmiechnęła się ironicznie.
— Czy ty w tym momencie znalazłaś jakieś beczki pływające obok nas, że o tym opowiadasz? Radosna historyjka do ululania obozowicza na wieki wieków? Super bajki opowiada wam matka.
Wpatrywała się z irytacją w niego. Gdy już miała otworzyć usta, obok nich wynurzyły się głównie nereidy. Weronika wnioskowała, że było to miejsce, w którym idealnie wody słodkie mieszały się ze słonymi, czyli obie grupy nimf wodnych, słodkowodnych i słonowodnych mogły akurat się spotkać i dręczyć wspólnie obozowiczów. Jedna z nich trzymała dzieciaka Nike. Co jak co, ale matka mu nie dała wygrywania w pływaniu. Na szczęście nastolatek był względnie cały, nie licząc szoku i przerażenia, jakie malowały się na jego twarzy.
Mikołaj był bliżej niego. Kiedy wyciągnął po niego rękę, najady wespół z nereidami odsunęły się. Specjalnie balansowały dzieciakiem tak, żeby syn Dionizosa był zmuszony zejść nieco z Hipokampa i trzymając się kurczowo zwierzaka, próbował złapać syna Nike. Co jakiś czas fale zalewały mu głowę, sprawiając, że prychał i krztusił się słoną wodą. Do uszu dobiegał mu ciągły chichot tych cholernych stworzeń.
Weronika spieszyła na pomoc, flankując najady. Parę najad westchnęło.
— Najada. Nereida. Oczywiście. Byłoby przecież nieznośnie banalne, gdyby woda była po prostu mokra.
— Ojej, łaskawa grupowa domku Wiecznie Wymądrzałej Dziewicy zaszczyciła nas swoją obecnością. Co tam, Weronika? Szukasz towarzystwa wśród wodnych boginek? Mam całkiem imponujący strumień niedaleko, nie to, co wasze żałosne próby taplania się w brodzikach. — wypaliła najładniejsza z nimf.
Najady i/lub Nereidy były jednym z najbardziej pizdowatych stworzeń, na jakie można było się natknąć w Obozie Herosów. Morozova mogła się tylko zastanawiać, czy one były na czwartym miejscu, czy może dopiero za Niketasem. Gdyby to od niej zależało, delegowałaby je do czyszczenia wychodków oraz rur kanalizacyjnych.
— Przepraszam. Nie wiedziałam, że ten strumyk ma osobowość. Zwykle zakładam to dopiero przy zbiornikach powyżej hektara. — odparła, a niektóre nereidy wydały z siebie zdziwione dźwięki, zasłaniając usta.
Zapanowało poruszenie. Ta, którą Weronika obraziła, była prawdopodobnie przywódczynią. Była to naprawdę nieśmieszna parodia Mean Girls, gdyby tylko dosięgała jakkolwiek poziomu tego filmu. A Nika nie miała o nim dobrego mniemania.
— Co się dzieje? Czy jeśli obrażę jedną z was, rzeka wystąpi z brzegów, czy najpierw dostanę oficjalne upomnienie? Pytam proceduralnie. Nie chciałabym zostać utopiona bez zachowania właściwej drogi administracyjnej. Zakładam, że pierwsze przewinienie to nagana, drugie klątwa, a dopiero trzecie kończy się śmiercią przez żywioł. — dogryzała dziewczyna, kątem oka patrząc na próby Mikołaja. Dzielnie walczył z jedną z wodnych kurew. — I komu właściwie przysługuje odwołanie? Posejdonowi? Radzie Najad? Zeusowi? Chociaż nie, do Zeusa wolałabym niczego nie zgłaszać. Historia sugeruje, że kontakt z działem personalnym Olimpu rzadko kończył się dobrze.
Jej hipokamp zaczynał nerwowo wierzgać się. Nie miała dużo czasu, liczyła na drugiego grupowego.
W tym czasie blondyn już miał złapać dzieciaka, ale został znienacka wciągnięty pod wodę. Co gorsza, za nogawki spodni. Jego wierzchowiec na szczęście dzielnie wyciągnął go za kołnierz.
— Kurwa mać, która to z was?! — zareagował ze złością. Rozumiał żarty, pranki, ale to była już przesada.
— Ja. — usłyszał przy uchu.
Poczuł nagle rękę na ramieniu, potem kolejną na klatce piersiowej i gdy się odwrócił, jego oczom ukazał się… Najad? Nereidynek? Najadynek? Osoba nimfowodna? Mrugnął szybko oczami, a kiedy zdał sobie sprawę, że ich twarze dzieli dokładnie 2,5 centrymetra, zaczerwienił się. Czy męskie nimfy istniały? Dlaczego, na bogów, znalazł się w dziwnej sytuacji, w której typ (albo typiara, może niesłusznie zakłada płeć ze względu na androgeniczny wygląd?) bez koszuli się do niego przykleja, w co najmniej nieodpowiednim momencie?
— Masz chłopaka? — mruknął niczym ratownik ze Słonecznego Patrolu.
— Co? — Mikołaj z każdą sekundą tracił rezon. Na domiar złego, te jaskrawe, niebieskie oczy świdrowały go na wskroś. Starał się uciekać wzrokiem, na tyle, ile mógł, w czym mu absolutnie nie pomagała słona woda.
— Bo mam fatalny charakter, ale trzymam się zasad. — uśmiechnął się flirciarsko, puszczając oczko. — Co tam chowasz w nogawkach?
— Yyy, eee… Nogi? — chłopak balansował rozpaczliwie na powierzchni wody. Czy w wodzie można się pocić przez beznadziejne flirciarskie teksty? Bycie mokrym było już wystarczająco koszmarne sensorycznie.
Nagle na twarzy tego nereidka pojawił się grymas złości. Nanosekundę później czyjaś ręka zniekształciła jeszcze bardziej facjatę, odpychając go od Mikołaja.
— Spływaj, sardynko. — wysyczała cierpko Nika.


Mikołaj?
────
[1060 słów: Weronika otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Nie po to zbierałem je cały ranek, żeby teraz dać im- Ej! Zostaw to!
Weronika obserwowała z boku, jak Mikołaj, mocno trzymając rączkę koszyka, siłuje się z rozbawioną najadą. Walczył dzielnie i zawzięcie, ale kiedy już wydawało mu się, że zwyciężył, wodna nimfa zawołała koleżankę. Chłopak chlusnął w wodę, a pływające truskawki otoczyły go wesoło. On, gdy wstał, taki wesoły już nie był. Dziewczyna wybuchnęła śmiechem.
— Kurwa… mać — przeklął po polsku, odkasłując wodę między słowami.
— Twoja wina — wzruszyła ramionami. — Tak to jest, jak człowiek zajmuje się głupotami, kiedy świat się wali.
Mikołaj przerwał wykręcanie wody z koszulki i westchnął z irytacją.
— Twoja stara się wali — prychnął.
— Nie obrażaj bogini Ateny, z łaski swojej — założyła ręce na piersi. — Nie masz prawa tak mó-
— Z łaski swojej, zamknij w końcu mordę — przerwał jej. Weronika mimowolnie posłuchała polecenia i spojrzała na niego, zaskoczona nagłym przypływem agresji.
Mikołaj trzymał koszulkę u dołu, próbując ograniczyć powierzchnię, którą mokry materiał dotykał jego ciała. Bogowie — myślał — jeśli chcecie wysłać mnie do piekła, niech chociaż będzie suche. Mokra szmata nieprzyjemnie kleiła się do jego klatki piersiowej i pleców sprawiając, że nie tylko było mu zimno, ale też czuł się okropnie nieprzyjemnie. Z każdą kolejną sekundą irytacja wzrastała w nim coraz bardziej, a komentarze Weroniki zdecydowanie nie poprawiały sytuacji. Jakby tego było mało, niepokoił go ciągle podnoszący się poziom wody. Przed chwilą ocean ledwo dotykał jego kolan, a obecnie sięgał połowy ud.
— Przepraszam, ja… — odezwał się chwilę później, gdy trochę ochłonął.
Nie zdążył dokończyć. Kolejna fala, większa niż poprzednie, ochlapała ich z góry do dołu. Weronika, której do tej pory udało się pozostać względnie suchą, teraz również ociekała wodą. Z jej ust wydobyło się kilka przekleństw, tym razem rosyjskich. Woda sięgała im do pasa.
— Wracając do twojej matki — odważył się Mikołaj, unikając jej spojrzenia.
— Nie — urwała.
— Na pewno nie macie jakiejś zasady, w której pisze, że dzieci Ateny nie mogą zbliżać się do oceanów?
— Jest napisane — poprawiła. — Nie.
— To dlaczego, na bogów, tylko twoi toną?!
Weronika przerażona spojrzała w stronę zbiornika, zapominając o chęci odpyskowania. Gdzieś w oddali wypatrzyła dwójkę jej rodzeństwa, zanurzonych po szyję w wodzie. Przeklęła zdenerwowana. Po chwili przeklęli oboje, widząc jak Maur spada z hippokampa.
— Cholera jasna…
— Myślę, że jako grupowa, do tego świetna pływaczka, powinnaś ich uratować — Mikołaj na wszelki wypadek cofnął się o kilka kroków, wychodząc z pola rażenia Weroniki.
— Są mądrzy, poradzą sobie — odparła bez przekonania.
— Tchórz.
— Nie, mój drogi, Dostojewski pisał, że tchórzem jest ten, kto ucieka. A ja nie uciekam.
— Nie, ty stoisz. Jak tyka przy pomidorze.
— Przynajmniej nie truskawkach.
— A propo truskawek, patrz tam — Mikołaj ze śmiechem wskazał miejsce, w którym dwa hippokampy oraz Sony przerzucały między sobą owoc, niczym piłkę. — Chyba się polubili.
— Obraz nędzy i rozpaczy — podsumowała zrezygnowanym tonem. — Jedni się bawią, drudzy walczą o życie.
— To prawie jak w twoich książkach — zauważył Mikołaj.
Po chwili stali się naocznymi świadkami przestępstwa. Do wesołej gromadki podpłynęła jedna z najad. Hippokampy, zadowolone z nowego towarzysza zabawy, zaprosiły ją do kółeczka. kiedy jednak truskawka trafiła w ręce nimfy, ta z uśmiechem na twarzy odrzuciła ją daleko, kilkanaście metrów wgłąb oceanu. Następnie, jakby nigdy nic, podpłynęła do jednego z obozowiczów (o dziwo, tym razem nie dziecka Ateny) i wciągnęła go pod wodę.
Mikołaj i Weronika spojrzeli po sobie z przerażeniem. Całą uwagę skupili na biednym herosie, próbującym wyrwać się z mokrych objęć najady. Zignorowali też ostrzegawcze krzyki Sony. Szukające nowego zajęcia hippokampy płynęły w ich stronę.
Nagle poczuli, że coś ich unosi, a sekundę później w szybkim tempie oddalali się od miłego, suchego brzegu. Wodne koniki urządziły sobie wyścig do bliżej nieokreślonego celu, a przerażeni nastolatkowie na ich grzbietach mocno trzymali się szyi zwierząt. Mikołaj modlił się w duchu do wszystkich bogów świata, nie ważne, czy w nich wierzył, aby nagle nie wpadły na pomysł popisywania się nurkowaniem lub skakaniem salt.


Weronika?
────
[630 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

sobota, 5 września 2026

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Dzień był wspaniały na naukę pływania.
Za to sama Weronika żałowała, że nie umie pływać. Jeszcze. Powiedzenie, że nie umie pływać, nie wchodzi w grę. Mówiąc poetycko, stała na rozdrożach. Jaką by nie podjęła decyzję, niezliczone potwory kąsały po łydkach, zabierając jej czas na planowanie. Mówiąc prosto, wkopała się.
Pływanie przecież nie może być trudne. Potrzebowała minuty, żeby przywołać sobie w głowie obrazy pływaków. Jakieś machanie rękami, nogami. No i żeby nie wciągnąć wody przypadkiem. Problemem było to, ze ilekroć patrzyła na morze, przeszywały ją dreszcze.
Docierały do niej wspomnienia, kiedy widziała obrysy ręki, odznaczającej się na tle przytłaczających błękitów i ultramaryny. Wtedy żadne myśli nie przychodziły. Ot, poddała się, spadając w toń. Dźwięki przestały docierać, zapadła dziwnie kojąca cisza. Ikar, który za bardzo zbliżył się do granicy. Zacierała się.
Potem pamiętała już tylko, jak kaszlała boleśnie, prawie wymiotując wodę z płuc. Opatulona ręcznikiem, marzyła o zapadnięciu się, dla odmiany, pod ziemię. Opowieść została, zmieniał się tok wydarzeń. Ojciec kłócił się z dziadkiem, kto wyciągał ją z wody. Babcia wspominała o szoku, jaki przeżyła. Odmawiała wtedy jakąś modlitwę.
Od tej pory nie zbliżała się do wody. Poczuła na własnej skórze, że w takich sytuacjach, jako dziecko Ateny, nie ma co liczyć na pomoc Posejdona.
A teraz stoi jak kołek nad tą plażą i komentuje technikę Mikołaja, który wyglądał jak foka. O ile foki robiły co jakiś czas manewr sięgania po koszyk i wciągały truskawkę jednym gryzem.
— Zostaw te cholerne truskawki!
— Nie krzycz już tak na mnie i sama trenuj! — odparł naburmszony.
Reszta obozowiczów albo wpatrywała się w nich, albo patrzyła na Sony i co niektórzy na piasku próbowali machać rękami. Z podobnym skutkiem co Mikołaj.
— Technika jest ważna, wszystko jest w szczegółach. Na przykład musisz podnieść wyżej głowę. Gdybym pływała, to bym nie mogła zobaczyć, jak wy sobie radzicie. Głowa, Mikołaj, inaczej zakrztusisz się wodą. Dobrze ustawiasz nogi.
— Ja pierdolę. — sapnął pozorant.
Weronika zwróciła się do reszty. Wpadł jej do głowy nawet bezpieczny pomysł.
— Zróbmy sobie małą przerwę i zrobimy potem w wodzie ćwiczenia na wzmocnienie mięśni. Eee, pleców, nóg, takie przydatne do pływania. Potem zostaniecie zwolnieni z treningu, bo to jakby trening, prawda?
Obozowicze rozchmurzyli się nieco, a Weronika w głowie dała sobie naklejkę Dzielnego Grupowicza. Mikołaj podniósł się z ulgą.
— Mam nadzieję, że potem się wyrówna ilość osób umiejących pływać. — podjął próbę przyjaznego zagajenia.
— Liczbę. Ilość jest używana do niepoliczalnych rzeczy. — odparła sucho Nika, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo odtrąciła próbę grupowego domku Dionizosa.
— No chyba że tak. — odpowiedział bez przekonania.
Wyciągnęła z plecaka swój notes, zakreśliła linijką tabelki (były zdecydowanie ładniejsze niż te Mikołajowe) i kalkulowała na swój sposób, ile osób powinno się nauczyć. Od żabki prosta droga do innych pozycji pływackich, prawda?
Sony radośnie kręciło kółka, pokazując nieco bardziej kumatym, jak to się robi. Nagle zaczęło krzyczeć, a reszta się odwróciła.
Oczom Mikołaja i Weroniki ukazały się grupki najad oraz parę hipokampów. Z jakiegoś powodu pojawiło się więcej wody, która uderzyła w nich falami, zalewając plażę. Zdziwieni półbogowie uciekali, testując w panice nowo poznane techniki pływania.
— Co się dzieje?!
— Chcą się bawić! Myślą, że umiemy pływać! — Sony podpłynęło do nich. — Mówią, że dawno nie było takiej zabawy z herosami.
— Jakiej, cholera, zabawy!? Zalewają nas!
Z daleka rozlegał się chichot nimf oraz ciche rżenie wodnych szkap. Weronika zakrztusiła się wodą, a Mikołaj pomógł jej wstawać.
— Niech mnie Zeus strzeli. — skomentowała tylko.
— Może lepiej nie. Musimy zobaczyć, czy reszta, no, żyje. — rozstrzęsiony Mikołaj zbierał unoszące się na wodzie truskawki.
— Zostaw te pierdolone truskawki! — zawyła Nika.


Mikołaj?
────
[581 słów: Weronika otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

piątek, 21 sierpnia 2026

Od Mikołaja CD Weroniki — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ale jest zimno!
— Czy ja wiem? Całkiem ciepło.
Jakby na dowód swoich słów zdjął bluzę i zawiązał ją w pasie. Niecierpliwie patrzył na Weronikę z nadzieją, że ta w końcu coś zrobi. Przecież te głupie lekcje pływania to był jej pomysł, a on miał być… wsparciem mentalnym. Tak, miał ją dopingować i częstować truskawkami. I może ewentualnie samemu coś wyciągnąć z lekcji dziewczyny, ale czy to było konieczne? Jeśli większość obozu nauczy się pływać, to ta jedna osoba przecież nie zrobi różnicy. Nie miał zamiaru wchodzić do jeziora. Nawet nie znał jego głębokości.
— No to co? Truskaweczka i do wody? — Z szerokim uśmiechem przystawił jej koszyk z owocami do twarzy. Dziewczyna odsunęła się z grymasem.
— Weź te… spieprzaj!
— Leeeci samolocik… — Mikołaj wziął jedną z truskawek do ręki i zbliżył ją do ust córki Ateny tak, jakby karmił małe dziecko.
Weronika spojrzała na niego z odrazą, odsunęła się jeszcze bardziej i przeklęła po rosyjsku. Mikołaj westchnął. Jego próba rozluźnienia atmosfery najwidoczniej jeszcze bardziej ją zagęściła.
— Możemy już iść? — Spytał któryś z obozowiczów.
— Nie! — Zarządziła Weronika. — Wchodź do wody, wytłumaczymy na żywca — zarządziła.
— Ja?! — Mikołaj wyglądał na zaskoczonego. — Zwariowałaś?! Sama se wchodź!
— Nie mam stroju — wzruszyła ramionami. — A ty jesteś facetem.
— Ale to ty umiesz pływać. Ja się utopię.
Nastała cisza, podczas której obydwoje próbowali wymyślić wyjście z sytuacji, w którą się wkopali. Mikołaj żałował, że zgodził się na robienie czegokolwiek z Weroniką. Zwłaszcza, że nie obmyślili wczoraj żadnego planu. Jeszcze trochę, a wpadną na pomysł, dzięki któremu to nie wypadek, a oni utopią pół obozu.
Wyjął z kieszeni zmiętą kartkę - tą samą, która jeszcze wczoraj była częścią rozpadającego się notesu. Prześledził imiona, które zapisał w rubryce „umie pływać”, a następnie twarze przybyłych. Pokrywały się jedynie stojąca obok Weronika oraz Sony, przy którym dopisał ważną informację - umie tylko żabką. Przeszło mu przez myśl, że mogą zawołać Sony na ochotnika, aby to ono demonstrowało innym pływanie w praktyce. Zawsze to lepiej żabką, niż w ogóle, nie? Po chwili jednak odrzucił ten pomysł. Z całą jego sympatią do Sony, obawiał się, że to mogłoby nie skończyć się za dobrze.
— Stój! — krzyknęła nagle Weronika.
Mikołaj wzdrygnął się i wystraszony rozejrzał dookoła. Okazało się, że mała grupka z domku jedenastego próbowała opuścić plażę. Cóż, zajęcia nie były obowiązkowe, przynajmniej na razie, ale Weronika starała się dbać o dyscyplinę.
— Pokaż to — dziewczyna podeszła do Mikołaja i wyrwała kartkę z jego ręki.
Zaczęła wyczytywać nazwiska niczym nauczycielka w szkole podstawowej. Tira? Nie ma. Daisy? Nie ma….
— Było powiedziane, że mają przyjść tylko ci, którzy nie potrafią… — przerwał jej Mikołaj, widząc, że Weronika wpadła na ten sam pomysł, co on.
— Sony?
— Jestem!
— Nie wiem, czy…
— Chodź tutaj.
— Tak jest! — Sony zasalutowało i wesołym krokiem podeszło do dwójki prowadzących.
— Nie zgadzaj się, ona jest po prostu leniwa — wymamrotał Mikołaj do Sony szeptem, ale na tyle głośnym, aby Weronika usłyszała.
— Po czyjej jesteś stronie? — Nie wyglądała na zadowoloną, ale nie chciała się kłócić.
Mikołaj wzruszył ramionami i z uśmiechem wskazał na koszyk truskawek. Weronika wymownie przewróciła oczami, ale Sony się poczęstowało.
— Chcesz może wytłumaczyć całej reszcie, w jaki sposób się pływa? Może być sama teoria.
— Jasne! A może być żabką? — spytało Sony, jedząc truskawkę.
— Może być.
— A ty dlaczego niby nie mogłaś? — oburzył się Mikołaj.
Weronika postanowiła zignorować chłopaka. Zwróciła się do reszty obozowiczów, chcąc zdobyć ich uwagę.
— Ej! Słuchajcie! Tak się pływa żabką!
— No więc — zaczęło Sony. — Trzeba… machać rękami! I nogami! O tak… — pokazało ruch rąk. — Nogami w sumie to tak samo, ale nie da się na stojąco. Ale jakoś tak.
Obozowicze patrzyli po sobie zdezorientowani. Ktoś z tyłu nawet próbował powtórzyć ruch z wykorzystaniem nóg i, niespodzianka, wywrócił się na piach. Wtedy Weronika wpadła na kolejny, przegenialny pomysł.
— Te, Mikołaj.
— Co?
— Kładź się na piachu.


Weronika?
────
[617 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 6 sierpnia 2026

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— A do czego ci to? — podejrzliwie zapytała.
Weronika zamknęła książkę, pretensjonalnie głaszcząc ją po grzbiecie. Kojarzyła tego chłopaka, był jednym z grupowych. Był jednym z tych idiotów, co się nie wypowiadali i kiwali głową, czekając z nadzieją na koniec spotkania. W dodatku zaczerpnął maniery Niketasa, akcentując to cholerne R w jej imieniu. Nie miała pewności, ale od razu przydzieliła Mikołaja do ciemnej strony mocy. Nie będzie bratać się z jakimś potencjalnym przydupasem domku Hermesa. Ergo, wróg. A wrogom nigdy się nie wyznaje słabości. Wrogom, którzy rysują krzywe, brzydkie tabelki.
— Jakby zalało. No wiesz, powódź.
— Oczywiście, że umiem pływać! — warknęła.
Mikołaj odskoczył nieco, całkowicie zaskoczony jej tonem.
— Yyy, dobrze, już wpis— już nacisnął na długopis i miał zaznaczyć zamaszystego ptaszka w kolumnie "umie pływać", ale Weronika wyrwała zeszyt z jego ręki.
— To niedobrze. Tylko osiem osób umie pływać! Mieszkamy nad cholerną zatoką Long Island i tylko osiem osób z całego Obozu umie pływać.
— No właśnie. — Mikołaj odzyskiwał rezon. — Tylko osiem osób, na razie. Zostały mi jeszcze dwa domki. Możesz mi oddać zeszyt? Oddasz i, hehe, spływam stąd.
— Musisz zrobić lepszą tabelkę. Ta jest brzydka i nieczytelna. Co to za plamy? — powąchała zeszyt. — Pachną alkoholem, co za zaskoczenie.
Mikołaj wyrwał jej zeszyt.
— Już nie przesadzaj. Da się rozczytać.
— Problem jest większy! — Nika wstała.
Kiedy jakiś nieuważny obozowicz przeszedł obok nich, zafukała na niego z tekstem "czemu ty nie umiesz pływać, co?", sprawiając że odszedł szybciej. Już od jakiegoś czasu ludzie trzymali dystans od niej, obawiając się rozkazów czy krytyki. Ten dzieciak widocznie zapomniał, czemu.
— Musimy coś z tym zrobić. To nasza odpowiedzialność, jako grupowych.
Mikołaj wpatrywał się w nią z głupią miną.
— Huh?
— No, dowiadujemy się, że nasz Obóz nie przetrwa w czasie kryzysu wodnego. Jeżeli Posejdon kiedyś się zirytuje, to żadna modlitwa nie pomoże półbogowi w przypadkowym zalaniu zatoki. Nie mamy żadnych kół ratunkowych, mamy parę łódek na krzyż. Już nie mówiąc o misjach, w których półbóg może zostać zaatakowany przez morskiego, czy tam rzecznego potwora!
— Mamy za to dużo drzwi. Starczy dla wszystkich, nie to co na Titanicu. — wesoło rzucił syn Dionizosa.
— To nie jest zabawne. To jest przerażające. Co, jak dostaniemy górę lodową znienacka? — zaczęła machać żywo rękami.
— Hej, hej, Werrrrrrr—
— Skończ.
— Okej. Chciałem tylko powiedzieć, żebyś wrzuciła na luz. Mamy tu całkiem niezłe bariery ochronne, ładną pogodę i słoneczko przez cały rok. Truskawki. One chyba wypijają dużo wody, nie?
— Chcesz rzucać truskawkami w potwora morskiego? Czy ty jesteś normalny? Nie. Tak nie może być!
Przez ten cały czas kręciła się w kółko, zastanawiając się głęboko. Książka Dostojewskiego leżała pod drzewem, czekając, aż właścicielka skończy swoją tyradę. Mikołaj w tym czasie rysował kaczuszkę obok tabelki.
— Jutro, punkt ósma, musimy zebrać wszystkich na plaży. Jako grupowi.
— Oo, super, plażowe zabawy. Mogę przynieść drinki.
— Żadne zabawy! Musimy nauczyć naszych podopiecznych pływać.
Rozmówca pokiwał poważnie głową.
— No to wezmę jeszcze truskawki.
— Po co truskawki?
— Są, eee, lekko się je trawi. Energia. Sok truskawkowy, czy coś.
— No dobra, może być. Dam znać Chejronowi, że treningi z pływania muszą być obowiązkowe.
Już miała ruszyć w stronę głównego domku, kiedy przypomniała sobie coś. Odwróciła się do Mikołaja, wpatrując się w jego zeszyt.
— Ej, a pokaż na chwilę.
Wzruszył rękami i trzymał mocno zeszyt, pokazując jego zawartość Weronice. Próbując rozczytać pismo, trafiła w końcu na rubrykę „Niketas: nie umie pływać”.
— A to debil. — skomentowała.

Nazajutrz zebrali się przy pomoście. Był domek szósty, połowa domku dwunastego i rozbitki z domków pomniejszych bogów. Całkiem sporo osób, dużo z nich ziewało i przecierało oczy. Mikołaj pojawił się, zgodnie z zapewnieniami, z koszem truskawek. O dziwo był w całkiem dobrym humorze.
— Super, że jesteśmy. Dobra, to trzeba pokazać, jak się pływa. Wskakuj do wody.
Mikołaj popatrzył na nią tak, jakby spadła z księżyca.
— Ale że ja?
— A nie?
— Ale ja nie umiem pływać.
Wpatrywali się w siebie tak przez dłuższy czas.
— No, nie pytałaś się. Nie umiem pływać. Przyszedłem tutaj, żeby sie nauczyć. Wiesz, kryzys, Titanic. A ty umiesz pływać przecież.
Weronika przełknęła głośno przekleństwo w ustach.
— No tak, ale ja nie mogę jednocześnie pokazać i opisywać, jak to robić. Muszę przedstawić BHP, zasady dobrego oddychania i takie tam. — zaczęła się pocić. — Ktoś musi być w wodzie.
— No to wskocz do wody, pokaż i potem opiszesz.
— Nie!
— Dlaczego nie?
— Bo… nie. Nie!
— To tylko pływanie. Sama wspominałaś, że w razie misji, powodzi przez Posejdona i innych takich, obozowicze muszą umieć pływać. Potwory morskie. Rzeczne.
Reszta obozowiczy patrzyła tępo na ich kłótnie. Weronika modliła się, żeby w tym momencie Zeus ją trafił ze swojego pioruna. Albo żeby Hades zapadł ją pod ziemię. Mogą być nawet te latające szczury Afrodyty, byleby ją zabrały w cholerę.


Mikołaj?
────
[763 słowa: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Od Mikołaja do Weroniki — „Ach te klasyki”

Spacerował po obozie, przeklinając jesienną pogodę i rozglądając się w poszukiwaniu jakiejś żywej duszy. „Musicie nauczyć się doceniać słońce” — powiedział pewnego dnia Chejron i sprawił, że dziewięćdziesiąt procent obozowiczów zamknęło się w domkach i opuszczało je jedynie na posiłki i, opcjonalnie, obowiązki. Chłopak dziwił się, że nikt nie korzysta z pięknego (i zapewne krótkiego) okienka pogodowego — ciepłego słoneczka, delikatnego wiatru i udawania, że czarna chmura deszczowa w oddali nie istnieje.
Podszedł do jeziora, aby opłukać długopis, który ucierpiał na skutek spotkania z błotem. Biedna, żółta kaczka na sprężynce zmieniła kolor na brązowy tak samo, jak niegdyś czerwone trampki i dół jego nogawek. Zachciało mu się przeskakiwać przez kałuże. Przynajmniej jego rozpadający się notes nie ucierpiał, jego nie mógłby po prostu wypłukać. A co gorsza, musiałby od nowa szukać ludzi i pytać ich o to samo.
Rozejrzał się dookoła i pod jedną ze ścian dostrzegł fioletowowłosą dziewczynę. Siedziała na ławce i czytała książkę. Rzucił okiem na krzywą tabelkę w notesie i wytarł długopis o koszulkę. Zawahał się na moment zastanawiając się, czy na pewno chce jej przeszkadzać. Ale tylko na moment. Z głupim uśmiechem usiadł obok córki Ateny.
— Hejjj Rrrronika! — przywitał się, w myślach skacząc z radości i powtarzając „zawsze chciałem to zrobić!”. Imię dziewczyny zapamiętał bez większych problemów (co w jego przypadku było dość rzadkie) głównie dzięki skojarzeniu z „Heathers” i odkąd tylko je poznał czekał na taką okazję. — Sonda uliczna!
Weronika niechętnie podniosła wzrok znad książki i obdarzyła Mikołaja zażenowanym spojrzeniem. Chłopak na wszelki wypadek cofnął się na koniec ławki, cały czas próbując zachować ten sam, niezbyt przekonujący wyraz twarzy.
— Co? — odezwała się w końcu po chwili ciszy. Przymknęła książkę, zaznaczając stronę palcem i zaczęła przyglądać się trzymanym przez chłopaka przedmiotom. Po jej ironicznym uśmieszku widać było, w którym momencie zauważyła kaczy długopis. Więcej uwagi dziewczyny zabrała jednak krzywa tabelka. — Co to jest?
Mikołaj jednak już jej nie słuchał. Skupił się na okładce trzymanej przez Weronikę książki, a raczej na znajdujących się na niej informacjach, zapisanych cyrylicą. Próbował przypomnieć sobie alfabet, wyuczony przez niego na początku liceum podczas fazy, która brzmiała mniej więcej „jestem taki inny, czytam klasyki!”. Trwała ona może kilka miesięcy, a rozpoczęła się przez wyuczenie na pamięć monologu z „Kordiana” na potrzeby teatralne. Następnym etapem był dość performatywny zachwyt nad „Lalką”, a potem przeżycie „Szewców”. W ich wyniku chłopak poczuł, że nie tylko stracił iq, ale też szacunek nowej klasy, gdy przez cały wrzesień nazywał ludzi sflądrysynami i trylobitami sylurskimi. Ale przynajmniej zdobył punkt więcej na sprawdzianie z geologii i dowiedział się, że flądra nie jest gatunkiem foki.
Gdy po przebrnięciu z trudem przez „Sklepy Cynamonowe” sięgnął po „Mistrza i Małgorzatę”, postanowił przerzucić się na wschodnią literaturę, licząc na więcej odciętych głów i gadających kotów. Na ziemię ściągnął go, nomen omen, „Idiota”, którego przeczytał równe pięćdziesiąt dwie strony, odłożył na półkę i włączył AO3. Już nigdy więcej go nie otworzył. Tak samo jak kupionych w tym czasie sześciu innych książek. Jeśli dobrze rozszyfrował cyrylicę, książka Weroniki była napisana właśnie przez Dostojewskiego. Tytułu jednak już się nie podjął.
— Jak widać, nie każdy z tego wyrasta… — skomentował pod nosem i dopiero słysząc własne słowa zorientował się, że powiedział to na głos. Przełknął nerwowo ślinę i szybko rozważył plusy i minusy tłumaczenia się. Postanowił liczyć na to, że dziewczyna nagle ogłuchła.
— Z czego? — spytała niechętnie, podnosząc wzrok znad notesu.
Uśmiech zniknął z twarzy przerażonego Mikołaja, który szukając inspiracji do sensownej odpowiedzi, zaczął rozglądać się dookoła w panice. W końcu z powrotem spojrzał na narysowaną przez siebie tabelkę, a dokładniej małą żabkę przy jednej z dwóch kresek pod „tak”. Pod „nie”, z mojego kronikarskiego obowiązku, było ich aż siedem.
— To znaczy… z nieumiejętności pływania! — próbował wybrnąć. — Boooo… to jest bardzo ważne! Co jak nas zaleje? Umiesz pływać? — spytał, w końcu przypominając sobie cel zaczepienia Weroniki.


Weronika?
────
[625 słów: Mikołaj otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]