Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psi patrol gotowy do akcji!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psi patrol gotowy do akcji!. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Od Dicka CD Edel — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Z każdym obrotem tkanina coraz szczelniej owijała się wokoło Dicka, ale mimo tego, że był już praktycznie sztywną mumią, dalej zręcznie wymykał się rekom kobiet, które starały się go uratować. Szczęście w nieszczęściu, przewrócił się i znieruchomiał, co umożliwiło rozwinięcie go z zasłonki i zapobiegło niechybnemu uduszeniu. Dick wybałuszył oczy i wziął głęboki oddech.
— Teraz usiądź tutaj, okej? I nie ruszaj się...
Bardziej niż usiadł, został posadzony na leżance. Poddał się rutynowemu dla niego badaniu, które miało określić, czy ma wstrząśnienie mózgu i wszystkie kości w całości. Nie obyło się bez mimowolnego krzyku bólu przy sprawdzaniu odruchów ani bolesnego zagryzienia wargi, ale ostatecznie Dick nie był w o wiele gorszym stanie teraz, niż kiedy przekroczył próg ambulatorium.
— Będzie żył — zawyrokowała Elianne, chowając małą latarkę, którą przed chwilą wypalała Dickowi siatkówkę do kieszeni.
Dziewczyna obok łóżka odetchnęła z ulgą. Półbóg pokiwał głową i od razu tego pożałował — Fortuno, jak ona go bolała…
— Jednak najbezpieczniej będzie, jeśli zostanie tu choćby na parę godzin obserwacji. Potem musiałby ktoś go pilnować w baraku. Jakieś pytania?
— Mogę się zdrzemnąć?
Elianne popatrzyła na niego z irytacją, prawie jakby zadawał jej to pytanie przynajmniej raz tygodniowo. Dick ostrożnie podniósł dłoń do grzbietu nosa i ścisnął skórę między oczami dwoma palcami. Nie wybuchł. Jego kolano pulsowało, już troche słabiej, z zadrapań przestała lecieć krew. Coś mu jednak umykało. Może ma krwotok wewnętrzny? Przechodzi cichy zawał?
Nie, to nie to.
Poklepał się po kieszeni na piersi. Nie zgubił kremu przeciwsłonecznego, choć ten dawno rozlał się pod materiałem koszulki i Dick przesuwał palcami po tłustej plamie. Zgubił okulary przeciwsłoneczne. Jego ulubione! Lexi przywiozła mu je z San Francisco. Były bardzo fajne, w nich prawie nie bolały go oczy. I prawie nie uciskały nosa. Prawie nie wbijały się w skórę za uszami, i miały bardzo ładny kolor. Lexi mówiła, że pasują mu do włosów. Nie, to chyba….
— Gdzie jest Nuggets?


WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG 16.07.2026 (jedna z postaci trafiła do NPC)
────
[309 słów: Dick otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

środa, 27 maja 2026

Od Edel CD Dicka — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

Była przekonana, że umarł, gdy tak patrzyła na niego z góry wzgórza, jak jego bezwładne ciało leżało pod płotem. Przez jej głowę przeleciały wszystkie najgorsze scenariusze i kolejny pogrzeb, któremu będzie czuła się po części winna. Na moment spanikowała, dopóki do niego nie podbiegła i nie okazało się, że najgorszą ze szkód, jakie przytrafiły się Dickowi było oplucie go przez konia. Śmiechu warte. Na pewno nie tak ogromnego strachu, którego doświadczyła jeszcze przed sekundą.
Teraz prowadzi go przez Obóz, nie puszczając jego wątłych ramion pomimo protestów i zapewniania, że jemu to się już dziesiąty raz w miesiącu stało i jeżeli dostał wstrząśnienia mózgu, to było to już co najmniej tydzień temu, bo wtedy to dopiero się uderzył w głowę. Próbuje też puszczać mimo uszu jego pełne buty, wypowiadane drżącym głosem słowa, że on naprawdę potrafi o siebie zabrać (definitywnie nie stoi to choćby kilometr od prawdy, to stwierdzenie nigdy prawdy nie widziało ani nie słyszało o istnieniu takiego konceptu). Niekoniecznie świadomie Edel cieszy się, że chłopaczek nie należy i nigdy nie będzie należał do jej kohorty, bo wtedy to już by naprawdę oszalała. A bardzo chciałaby nie oszaleć, tyle że każdy dzień spędzany jako centurionka wyłącznie przybliża ją do stracenia zmysłów i zrobienia zjawiskowego cosplayu hamletowej Ofelii. Wręczyłaby Vergilowi najwspanialszy bukiet chwastów i długiej trawy, podarowała Cherry parę najcudowniejszych kamieni ze swoich glanów, po cyzm wspięłaby się na najwyższe drzewo nad Małym Tybrem i najbardziej majestatycznym ruchem, w rytm powiewającej w śmierdzącej bryzie rzecznej czarnej sukni, rzuciłaby się w odmęty fal.
Byłoby miło. Może miałaby ładny grób. Z napisem o treści: „Najgorsza i najbardziej pojebana centurionka w całej historii istnienia przybytku zwanego Obozem Jupiter”. I nikt by nie składał tam kwiatów, bo wszyscy by o niej zapomnieli. Jej następcą pewnie zostałby Kurt albo Dorian, albo najlepiej oboje, wtedy dopiero by się ze sobą kłócili. Pod pewnymi względami byliby lepszym wyborem niż ona, jakby nie patrzeć.
– Hej, mam tutaj takiego delikwenta, któremu plaster średnio pomoże – rzuca Edel w białą przestrzeń ambulatorium. Linoleum skrzypi pod tenisówkami Elianne, która ze swoim zwykłym, miłym uśmiechem wychyla się z zaplecza.
– Wcale nie! – upiera się Dick. – Wystarczyłaby naklejka „dzielny pacjent”!
– Tych to już masz całą kolekcję – stwierdza Elianne i ostentacyjnie przewraca oczami. – Cherry mi już powiedziała, że jesteś naszym stałym klientem.
– Ale to tylko takie zadrapanie – powatarza w kółko, choć Edel wydaje się, że jednak jego głos jest zainfekowany strachem. Może przed całą otoczką ambulatorium, które z jakiegoś powodu wywołuje przerażenie w każdym legioniście, który ma zostać tutaj przyprowadzony. – Ałć.
– Tu cię boli? – upewnia się Elianne, odgarniając włosy Dicka. – No, masz guza. Ale tylko guza. Miałeś szczęście.
– Powaga? – pyta zszokowany chłopak, tak jakby właśnie dowiedział się, że Święty Mikołaj rzeczywiście istnieje. – Ale tak serio, żadnych złamań ani nic?
– Sprawdź, czy wstrząśnienia mózgu nie ma – sugeruje Edel znad swojego notatnika, w którym odhacza to, co udało jej się dokonać tego dnia. Czyli, w gruncie rzeczy, nic. Końcem pióra stuka w puste pola do zaznaczania wykonanych zadań obok obszernej listy dzisiejszych obowiązków i zaczyna zastanawiać się nad sensem swojego centuriońskiego zapierdolu.
– Chodź na leżankę – zachęca Dicka Eli, bo chłopiec jak na razie ledwo przekroczył próg ambulatorium. Syn Fortuny uśmiecha się trochę niepewnie i wreszcie zbiera w sobie wystarczająco odwagi, żeby zrobić pierwszy krok.
Nie idzie mu szczególnie dobrze. Jakimś sposobem udaje mu się zahaczyć o jedną z zasłonek pomiędzy łóżkami i byłoby to totalnie okej i bezproblemowe, ale pewnie tylko wtedy, gdyby nie był sobą. Szarpnięta kotara postanawia wyrwać się z akurat krzywo zaczepionych spinaczy i sfrunąć na chłopca, czyniąc z niego coś w rodzaju okropnie niezdarnego i w ogóle nie przerażającego ducha. Edel w bardzo teatralnym geście rzuca notatnik na ziemię i, mając ochotę po prostu ukryć twarz w dłoniach z krzykiem: „ZNOWU TO SAMO”, postanawia ponieść bohaterską próbę złapania kotlącego się w białej takninie Dicka. Niestety, wyślizguje się z jej ramion i Del zostaje sama ze swoimi marzeniami o byciu supercenturionkokobietą.
Dick zatacza się dalej, w niekoniecznie metaforyczny sposób tańcząc ze śmiercią. Potyka się o łóżko, gdy Elianne już ma chwycić zasłonę i przynajmniej ściągnąć ją z jego głowy. Dziewczynie udaje się wyłącznie szarpnąć głową Dicka w górę i do tyłu, pewnie jeszcze bardziej pogarszająć jego prawdopodobne wstrząśnienie mózgu.
Nikt nie jest z tego faktu szczególnie zadowolony. Zwłaszcza Elianne.


Dick?
────
[703 słowa: Edel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

sobota, 11 kwietnia 2026

Od Dicka CD Edel — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Promienie słońca, łaskawie głaszczące jego obolałe ciało, nie zdołały go jednak wysuszyć podczas krótkiego spaceru, który właśnie skończył się sturlaniem z górki. Do mokrego Dicka przykleiło się wszystko, co napotkał — trawa, ziemia, żwir, drobne kamienie (większe po prostu wywoływały głośniejsze okrzyki bólu), śmieci, pióra… Droga w dół zakończyła się hucznym (tak można by określić dźwięk, który wydał syn Fortuny przy uderzeniu w płot) akcentem, a potem zapadła cisza. Przynajmniej dla Dicka, którego chwilowo ogłuszyło. Pod jego powieki wdzierały się czerwone plamy, a potem nagle niewyraźne elementy otoczenia zaczęły być rozpoznawalne - rżenie koni, smród koni, a także ich ciekawe pyski. Dicka otrzeźwiły szczególnie widoczne od spodu wyglądające z otwartych pysków zęby, z podobnymi miał nieprzyjemne zajście jakiś czas temu, i wstydliwą bliznę na pośladku.
— Mmmhfmm — wykrztusił z siebie, kiedy w końcu mógł nabrać powietrza w płuca.
— W końcu — powiedziała pochylona nad nim Edel, a z jej głosu słychać było ulgę i irytację, którą ukrywała chyba głównie sama przed sobą.
— Uszkodziłeś sobie coś? Możesz wstać? — rzuciła, a potem zaraz zmieniła zdanie. — Nie, może lepiej się nie ruszaj…
Ale Dick już odsunął się spod płotu, kiedy jeden z koni na niego napluł. Choć każdemu ruchowi towarzyszył grymas, dzielnie chwycił się sztachety (była poluzowana) (chwycił się zaraz następnej) i na drżących nogach, zaraz podparty przez Edel w końcu wstał.
— No to teraz do ambulatorium — zarządziła, a Dick syknął, kiedy ta przypadkowo ścisnęła jego bardziej posiniaczoną rękę.
Nie był w stanie określić, czy to Edel tak mocno go ściskała, czy był tak bardzo obolały, ale nie narzekał zbytnio. Po brodzie ciekła mu strużka krwi, zmieszała się z ziemią i kurzem, ale na szczęście zębów miał mniej więcej tyle samo co dziś rano. Po prostu rozciął sobie wargę w trzech miejscach. Nic specjalnego. Bardziej zirytowany był przygryzionym językiem, który spuchł i wypełniał mu usta. Chciał powiedzieć „Właściwie teraz trudno mi odróżnić, co mnie bardziej boli — głowa czy reszta ciała”, ale wyszło z tego „Mmmmghbhgbbmmfbm”. Fortuno, kurwa, na domiar złego teraz stracił mowę! Jak miał powiedzieć Edel, że musi jeszcze skoczyć do toalety, i że cholernie chce mu się pić - mimo, że jeszcze był trochę wilgotny, dzień był upalny. Na domiar złego szli do ambulatorium najszybszą drogą — z małą ilością ocienionych miejsc. Niestety z szerokimi kamieniami, na których kuśtykającemu Dickowi łatwo omskiwała się noga. Brudna koszulka przylegała mu do ciała i w miarę zasychania coraz bardziej swędziała, ale w trampkach nadal chlupotało trochę wody, która wypływając małymi strużkami czyniła każde potknięcie bardziej możliwym.


Edel?
────
[406 słów: Dick otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

czwartek, 9 kwietnia 2026

Od Edel CD Dicka — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Edel powtarza sobie, że jest osobą cierpliwą i wyrozumiałą. Udowodniła sobie to już tyle razy, że gdyby pisała CV, to nawet nie zastanawiałaby się, jak może się w nim przedstawić. Dlatego, bardzo cierpliwie, targa legionistę za szmaty, żeby bezpiecznie wyprowadzić go POZA wodę. Jest jednak zbyt miła, żeby kogoś dosłownie ciągnąć za mokre ubrania. Wykazuje się kolejną szczyptą wyrozumiałości i wyprowadza go na brzeg, trzymając go w pasie na wzór przeprowadzania przez jezdnię staruszki, tuż po tym, jak majestatycznie, wręcz na wzór starego, pierdolniętego przez piorun dębu, opadł na dno. Nie chcąc ryzykować, Edel chwilę później wpycha sobie kurczaka pod pachę, wynosi go z rzeki i ze stoickim spokojem ignoruje świeże zadrapania na rękach, zakażone każdym istniejącym rodzajem gronkowca, który akurat postanowił spędzić swój długo wyczekiwany urlop w Małym Tybrze.
Kurczak jest bezpieczny. Legionista raczej też. Edel siada obok niego na trawie, wreszcie puszczając niezdrowego na umyśle Nuggetsa, który zaraz postanawia uciec na drugi koniec Ameryki (centurionka ma szczerą nadzieję, że jednak tego planu nie zrealizuje). Dziewczyna na szybko ocenia stan wiercącego się na trawie nastolatka (dziesięć razy zatrzymywała go przed natychmiastowym pobiegnięciem za swoim zwierzakiem), co teoretycznie powinna była zrobić przed transportem kurczaka, ale zbyt skupiła się na punkcie pierwszym każdego poradnika pierwszej pomocy: zadbaniu o bezpieczeństwo na miejscu zdarzenia. Topiący się drób zdecydowanie przyczyniłby się do naruszenia wszelkich zasad BHP, jakich nie uczono ich na żadnym szkoleniu dla centurionów, bo nikt nie wpadłby na to, że gdziekolwiek, kiedykolwiek i komukolwiek w ratowaniu czyjegoś życia przeszkodziłby topiący się drób, a nie, dla przykładu, ogromna latająca świnia.
– AŁA!!! – Donośny krzyk jest pierwszym, co wypływa z ust chłopaka, oczywiście nie licząc bezowocnych próśb o puszczenie go na pogoń za kurczakiem. Zszokowana Edel cofa dłoń tuż po tym, jak najdelikatniej na świecie, odgarnęła mu włosy z czoła i spróbowała ocenić, czy przyda się tu plaster, czy raczej trzeba będzie załatwić mu gips.
– Gdzie cię boli? – odzywa się u niej ta mechaniczna reakcja wychowawcy obozowego. Równie automatycznie poklepuje legionistę po plecach, gdy ten nagle krztusi się bogowie wiedzą czym. Może własną śliną.
– Głowa. – Jakby na dowód swojego cierpienia, chłopak przykłada dłonie do skroni i niemiłosiernie się krzywi. Edel wzdycha, bo szybko dochodzi do wniosku, że jest zmuszona wyciągnąć ciężkie działa centuriońskiej mocy.
– To idziemy do ambulatorium – decyduje i od razu wstaje, a jej ruchom akompaniują pełne przerażenia krzyki legionisty. – Uderzyłeś się w głowę, jeszcze masz jakieś wstrząśnienie mózgu. Jestem prawie pewna, że na moment zemdlałeś – wyjaśnia i miała zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale jej własne myśli jej przerywają. Przypomina sobie o porzuconym gdzieś na trawie notatniku, najważniejszym przedmiocie w jej życiu. Oraz o paru innych swoich atrybutach, które również rzuciła gdzieś obok koszyka z jedzeniem opanowanym przez inwazję mrówek. Rozproszona, zacina się, a ten moment krótkiego zawahania zostaje szybko wykorzystany przez rannego.
– Ja naprawdę nie muszę iść do żadnego ambulatorium! – upiera się chłopak, ale Edel w te słowa nie wierzy.
– Chyba cię zmartwię, ale rozbiłeś sobie czoło.
– Nie pierwszy raz! – hardo odpowiada legionista, próbując nonszalancko odgarnąć mokre włosy z oczu. Prawie wybija sobie przy tym oko i pewnie nawet bogowie nie wiedzą, jak mogło do tego dojść. – Możesz mi sprawdzić oczy. Jak jest wstrząśnienie mózgu, to było coś ze źrenicami… Nie pamiętam tylko, co.
– Mam ci tak poświecić latarką prosto w oczy? – pyta Edel, dokładnie tak, jak rodzice pytają: „A jak Antek wskoczy do studni, to też za nim wskoczysz?”.
– Tak – odpowiada chłopiec, całkowicie poważnie.
– Nie. Nie mam latarki.
Nadzieja w bardzo widoczny sposób ucieka z oczu legionisty.

Człapią w kierunku Obozu, trzymając się na tyle daleko brzegu rzeki, żeby na pewno nikt już sobie tam nie popływał. Za nimi ciągnie się mokry ślad, woda wciąż kapie im z ubrań i włosów, wylewa się z butów. Każdemu krokowi towarzyszy chlupotanie i Edel już nie wie, czy po prostu przestała czuć wodę w swoich glanach, czy jakimś cudem zalało jej czaszkę od środka.
– Jak masz na imię? – pyta dziewczyna, przerywając niezręczną ciszę. Prawie dotarli już do stajni. Jest progres.
– Dick, a ty? – Na moment podnosi wzrok ze swoich butów, co Edel odczytywała jako rodzaj ukazywania swojego speszenia albo urazy, bo jednak centurionka prowadzi go gdzieś, gdzie nie chce być. Jednak zaraz przekonuje się, że to raczej sposób, dzięki któremu Dick jest w stanie utrzymać minimalne bezpieczeństwo podczas zwykłego spaceru.
Żadne z nich nie wie, na czym się poślizgnął. Ani czemu pomachał rękoma tak gwałtownie, że uderzył Edel prosto w splot słoneczny. Dziewczyna zajęta jest łapaniem się za brzuch i próbą złapania oddechu, podczas gdy Dick po prostu… nie dość, że się przewraca, to jeszcze postanawia stoczyć się z górki. Brakuje nagle zlatującego z nieba pianina, żeby dopełnić scenerii.
Chłopiec toczy się prosto pod ogrodzenie stajni i wygląda na to, że nie ma najmniejszego zamiaru się zatrzymywać.


Dick?
────
[782 słowa: Edel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 15 lutego 2026

Od Dicka CD Edel — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Jeśli podobna sytuacje dalej będą się powtarzać, Dick napisze książkę o kamieniach na dnie Małego Tybru, jako że już o chyba każdy wyszorował twarz, pośladki czy łokcie. Mógłby oprowadzać nawet wycieczki wzdłuż brzegu — pokazywać, gdzie są najbardziej śliskie miejsca, gdzie absolutnie nie da się wpaść do wody — a jako niesamowity finisz i tak by kończył w rzece. Lexi proponowała mu lekcje pływania, ale po niechlubnym incydencie z piankowymi makaronami Dick omijał basen szerokim łukiem. Może zacznie chodzić po prostu w kamizelce ratunkowej? Choć, znając jego szczęście, zaraz by się w niej zaczął dusić.
Ale to, że oberwał również Nuggets, to stanowcze przegięcie, mamo! - wykrzykiwał w myślach wzburzony, między jednym łykiem wody a drugim, szamocząc się bezwładnie. Ktoś na szczęście ruszył im obu na ratunek, jednak Dick wymyka się z rąk swojej ratowniczki, jakby był wysmarowany oliwą, i ponownie zanurza się pod wodę. Nie był w stanie się zorientować, gdzie góra, a gdzie dół — tak skutecznie młócił wodę rękami, że bąbelki zasłaniały mu całe pole widzenia, a błędnik został chyba wymyty razem z tą brudną wodą. W paru słowach — nie wyglądało na to, żeby prędko wydostał się z wody. Więc się poddał. Przestał walczyć. Łzy napłynęłyby mu do oczu, gdyby obecnie nie znajdował się w nich jakiś wodorost.
Wypłynął w końcu na powierzchnię, ale nie wiedział tego, ponieważ był twarzą do dołu. Dopiero kiedy ktoś złapał go za kostki i pociągnął, żeby nie zdryfował dalej z biegiem rzeki, i wiatr smagnął zimnym podmuchem jego mokre plecy, zorientował się, że ma jeszcze szansę na przeżycie. W tym momencie wiedział już, jak się kończy szamotanie bez ładu i składu. Powoli więc, chwytając się dna, obrócił się i usiadł — tak płytko było tutaj… Kamienie uciekały mu spod rąk, ale z pomocą dziewczyny udało mu się w końcu zaczerpnąć powietrza. Jego wybawicielka słabo ukrywała irytację, a kiedy Dick na dokładkę odkaszlnął jej w twarz wodę z Małego Tybru, nawet kamienny posąg straciłby cierpliwość na jej miejscu. Powinien pewnie wyskrzeczeć podziękowania i przeprosiny, i taki miał zamiar, kiedy zorientował się o jednym.
— Nuggets!
Nie słyszał gdakania kurczaka. Legionistka, z niedawnym wspomnieniem, co było następstwem takiego krzyku, przytrzymała go mocniej, żeby znowu się nie wywrócił.
— Gdzie jest Nuggets!
— Bllblblbbbbrbrbbberghgghgggg — odpowiedział mu ktoś. Dick przestał się rozglądać w poszukiwaniu kurczaka i spojrzał na Edel, jednak to nie z jej ust padł ten bełkot. Jednak rozlegał się gdzieś blisko. — Blrhrbrbrhbbrhhhgggghh! — nasiliły się tajemnicze dźwięki. Jednocześnie Dicka zaczęło coś kłuć tam, gdzie słońce nie dochodzi. To pod wodą są-? - nie zdążył nawet dokończyć myśli, kiedy znowu wywrócił się z impetem. Rozzłoszczone gdakanie Nuggetsa, w końcu nietłumione przez wodę i ciało Dicka, przeszyło mu uszy, kiedy znowu uderzył czołem o kamienie na dnie.


Edel?
────
[442 słowa: Dick otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

piątek, 13 lutego 2026

Od Edel CD Dicka — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

PLUSK.
Głośne uderzenie w wodę dociera do uszu Edel, która próbowała zagonić jakiegoś małego, rozwydrzonego legionistę do roboty (teraz ucieka ze śmiechem, niezachęcony ofertą podarowania mu plasterków z Pikachu i krzycząc coś o Tung Tung Tung Sahurze). Centurionka marszczy brwi i rozgląda się niespokojnie, bo dobry widok na Mały Tybr zasłaniają jej jakieś krzaczory i inne schowki na miotły. W towarzystwie innych, już znacznie cichszych pluskań (pierwsze z nich było nad wyraz głośne i Edel była bliska pomyślenia, że to Hannibal wpadł do Małego Tybru), Del przedziera się przez zbyt wysoką trawę. Prawie wdeptuje w czyjś niedokończony podwieczorek, który zostawiono na pastwę mrówkom. Unosi głowę znad okruszków krakersów i rozrzuconych widelców, pewna, że jakieś orzeszki czy inne chrupadła i tak ugrzęzną w podeszwach jej glanów. Przed jej oczami rozciąga się tragiczny widok albo bardziej akuratnie – widok rodem z bardzo dziwnego snu. Jakiś chłopiec desperacko próbuje się nie utopić, a w chmurze wodnej piany, wzburzonych fal (wywoływanych jego własnymi, gwałtownymi ruchami) i roztrzepanych włosów, Edel nie jest nawet w stanie stwierdzić, kim on jest. Czuje się jak w eksperymencie myślowym: „Widzisz topiące się dziecko, ale masz na sobie swoje najdroższe buty. Nie zdążysz ich ściągnąć, zanim dziecko się utopi, więc musisz albo poświęcić buty, albo biednego ucznia podstawówki, który zapomniał, że rzeki/jeziora/wszelkie zbiorniki wodne z natury są głębsze, niż się wydaje”.
Edel nawet się nad tym nie zastanawia – jej uwielbiany, wysłużony notes leci w okolice wypatroszonego koszyka z jedzeniem, razem z pospiesznie wyszarpaną ze spodni zawartością jej kieszeni. Wskoczenie do wody na pewno byłoby spektakularne i wyglądałoby niczym z tych wszystkich filmów o superbohaterach, ale problem w tym, że Edel nie była w stanie powstrzymać myśli: "A co jeśli…?" i w jej głowie już leżała na dnie ze złamaną nogą, bo akurat wskoczyła w złe miejsce. Szanse na to są piekielnie marne, ale i tak postanawia po prostu wejść do rzeki, osłaniając się ramionami przez rozbryzgującą na wszystkie strony wodą.
– Spokojnie! – wrzeszczy do chłopca, naprawdę próbując nie brzmieć na spanikowaną. – Tylko pogarszasz sprawę!
– Blllrruuurrrbbbbllluuuu!!! – odpowiada jej, nie przestając machać wszystkimi kończynami w różne strony. – Lggggggghuburghhhbrrrrrrru??!!
Skóra Edel szybko pokrywa się gęsią skórką, mokra grzywka przykleja się do czoła i wpada w oczy, gdy próbuje coś dostrzec, płynąc do spanikowanego legionisty. Głośne hausty nabieranego powietrza docierają do Del pomimo tego całego chlupotania i fal, którym zdarza się na moment zmusić ją do nurkowania. Ostatecznie, gdy wreszcie łapie ramię chłopca i zmusza go do zaprzestania szamotaniny…
Patrzą na siebie. Prosto w swoje oczy. Ich głowy wystają ponad powierzchnię wody, stopy twardo stoją na kamienistym dnie. Woda ścieka z ich włosów, stacza się po zarumienionych policzkach i kapie z bród. Przerażenie na twarzy niedoszłego topielca szybko zmienia się w… Edel nie powiedziałaby, że to zażenowanie. Raczej mina osoby, która zaraz ma powiedzieć: „Masz ci los. Znowu to samo”. Dziewczyna nawet nie wie, co powiedzieć, gdy ilość paniki zdecydowanie nie była proporcjonalna do niebezpieczeństwa sytuacji, bo zupełnym przypadkiem chłopiec znalazł się w miejscu, w którym na spokojnie mógłby stanąć.
– Nugget! – Nagle wrzeszczy biedna chłopaczyna, gdy Edel już spodziewała się usłyszeć coś w stylu: „Przepraszam za kłopot, zapomniałem, że nie potrafię pływać”. Dziewczyna rozgląda się dookoła z myślą, że nagle ujrzy spadające z nieba nuggetsy, ale nie, nic takiego się nie dzieje. Tylko chłopiec wskazuje na coś palcem i w kółko powtarza to słowo jak obłąkany.
– Czekaj, ale o czym ty…
– No, NuggeeEEEE… – Chłopcu jakimś cudem udaje się potknąć już przy pierwszym kroku na śliskim dnie rzeki. Edel łapie go, zanim jego głowa zginie pod powierzchnią wody, a ramiona zaczną wokół niego wirować. – Dzięki – mówi, ale wydaje się nieobecny duchem, wpatrzony w odległy punkt gdzieś przed sobą. – Wciąż, musimy go uratować!
Edel nareszcie dostrzega, o co mu chodzi. O biednego kurczaka, który ledwo utrzymuje dziób ponad powierzchnią wody. Wykazując się niemożliwie ogromną miłością do zwierząt (świeżo odkrytą, właśnie w tym momencie), Edel przypomina sobie wszystkie swoje lekcje pływania z pierwszej klasy podstawówki i rusza kraulem na ratunek… Nuggetsowi. Chłopiec dopinguje ją z tyłu albo po prostu coś wykrzykuje (może znowu się przewrócił) i Del naprawdę ma nadzieję, że nie przyjdzie mu do głowy płynąć razem z nią.
Nuggets okazuje się być bardzo waleczny. W miejscu, w którym kurczak desperacko próbuje się nie utopić, woda sięga Edel ledwo do pasa i nagle czuje dziwną analogię co do momentu ratowania właściciela domowej kury. Zwycięsko unosi Nuggetsa, który może trochę nałykał się wody i ma przemoczone pióra, ale poza tym, to wszystko z nim okej. Znaczy, chciałaby go zwycięsko unieść. Niestety, okazuje się, żę kurczak jest niesamowicie waleczny i Edel:

1) nie może go porządnie złapać,
2) została podrapana i podziobana podczas prób porządnego złapania go.

Zaczyna szamotać się z kurczakiem w wodzie, zamiast wpędzać go na płyciznę, zagłębiając się coraz bardziej. Mruży oczy, które szczypią od brudnej wody, wyciąga poranione dłonie, które wracają do niej tylko bardziej poranione, może ozdobione paroma drobnymi piórkami. Nuggets BARDZO nie chce dać się chwycić i najwyraźniej uwielbia kąpiele, bo woda zaczyna sięgać Edel do klatki piersiowej. Fale nieprzyjemnie uderzają w jej ramiona i obryzgują włosy, wszystkie ubrania przykleiły się do jej skóry, o butach nie wspominając.
– BLUUUUBBBRRRBHHHRAAAAAAL – dociera do niej z boku. Gdy udaje jej się skupić wzrok i nie mrugać przy tym tak bardzo (nie wie już, co jest jej łzami, a co wodą z Małego Tybru), dostrzega…
Chłopiec znowu się topi.
Kurczak też się topi.
Edel stoi pomiędzy nimi i uznaje, że ta sytuacja nie tylko jest prześmieszna – jest też sytuacją bez dobrego wyjścia. Jej umiejętności dobrego planowania zgubiła mniej więcej wtedy, gdy mokre włosy przykleiły się jej do karku, a nagle wszystko stało się abstrakcyjne jak ze snu, gdy ma się czterdziestostopniową gorączkę i mózg nagle postanawia wymyślać barwne sci-fi kryminały w twojej głowie.
Co najlepsze – żadne z nich nie dotarło do naprawdę głębokiej części rzeki.


Dick?
────
[959 słów: Edel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 17 lipca 2025

Od Dicka do Edel — „Psi patrol gotowy do akcji!"

Dick wygrzewał się na słońcu. Posmarował się grubą warstwą kremu przeciwsłonecznego, na nosie miał okulary, był spryskany sprayem na komary - co ich nie powstrzymywało, bo czemu miałoby? Oby krem przeciwsłoneczny powstrzymał oparzenia. Już czuł, jak źdźbła trawy wbijają mu się w kark, stopy. Podniósł stopę, ale nieprzyjemne uczucie nie zniknęło. Zsunął okulary przeciwsłoneczne z nosa i podniósł się na łokciach. Mrówki! Zerwał się na równe nogi, deptając tubkę kremu przeciwsłonecznego, a drugim krokiem miażdżąc krakersy ułożone na papierowym talerzyku. Skakał i przeklinał, a z nim Nuggets. Kurczak z truskawką w dziobie nie miał właściwie innego wyboru - machające na wszystkie strony kończyny Dicka mogły go bardzo łatwo trafić. Szum Małego Tybru mieszał się z dźwiękami zaciętej walki syna Fortuny.
Kiedy w końcu zdrapał z siebie większość mrówek, rozejrzał się, żeby ocenić sytuację. Zdeptane jedzenie, lub pokryte mrówkami, ziemią, trawą - chyba nie było czego ratować. A planował dzisiaj spokojny dzień, nad rzeką, wyruszył dziś rano z koszykiem jedzenia przygotowanego przez Lexi - ona niestety miała dziś coś ważnego do zrobienia - i ile zdążył się nim nacieszyć? Zdjął zmiażdżoną mrówkę z zegarka i odczytał godzinę - dokładnie trzynaście minut. Westchnął. Należało teraz ocenić straty. Czuł pieczenie licznych ukłuć mrówek, ale na szczęście samych mrówek się już pozbył. Nadepnął na trzy widelce, ale miał na sobie trampki, więc nie było tak boleśnie. Jedzenie oczywiście wdeptane w trawę - wyglądało to dosyć żałośnie. Powstrzymał Panią Moo, która zabierała się za tartaletki z budyniem i agrestem. Wszystko wyglądało w miarę w porządku; coś jednak było nie tak. Może jakaś mrówka weszła mu pod ubranie? Przełknął ślinę - bogowie, oby nie, to samo zdarzyło mu się już wczoraj… Otrzepał się z reszty strzępków suchej trawy i jeszcze raz się rozejrzał.
Na bogów, gdzie jest Nuggets?
Sprawdził za koszykiem, w koszyku, a może zaplątał się w koc? Nuggets razem z jego kurzymi znajomymi mieli śmieszną tendencję do całkowitego unieruchomienia, kiedy odcięło im się dostęp do światła. Nie raz Dick szukał go przez długi czas, żeby się zorientować, że kurzy kuper przez cały czas wystawał z pogniecionej kołdry, tylko kurczak nie raczył w żaden sposób go o tym poinformować.
Nie było go jednak w kocu. Nie wcisnął się również w termos z lemoniadą ani w opakowanie po ciastkach. Dick coraz bardziej panikował. Rozejrzał się znowu, rozpaczliwie zawieszał wzrok na elementach otoczenia, które mogłyby być Nuggetsem albo go zakrywać. Podniósł kurze pióro, które pewnie kurczak stracił podczas szalonego tańca z Dickiem. Bezwiednie przesunął kciukiem po stosinie piórka. Zmrużył oczy, ponieważ blask słońca odbijający się na powierzchni Małego Tybru raził go. I wypuścił piórko.
Na gładkiej tafli co jakiś czas wyłaniał się przemoczony kurzy łebek. Wokół łebka również panowało zamieszanie, było widać, że Nuggets walczy o wydostanie się na powierzchnię. Z dzioba wydobył rozpaczliwy krzyk, jakim cudem Dick nie słyszał go wcześniej? Skoczył do Małego Tybru.

 Edel? 
──── 
[461 słów: Dick otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]