środa, 22 kwietnia 2026

Od Lynn CD Arisu — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

— Dziękuję — wykrztusiła z siebie Lynn, prawie nieświadomie. Jej mózg zarejestrował jakąś grzeczną propozycję, za którą należało podziękować, więc tak zrobiła. Dopiero po chwili dotarły do niej słowa już nie tak nieznajomej — że nazywa się Arisu, oferuje cień i wodę. Zrozumiała nie tylko formę, ale też przekaz. Na jej wargi wypłynął blady uśmiech.
— Dziękuję — powiedziała raz jeszcze, już w pełni przytomnie, i zaraz dodała, że chętnie usiądzie w cieniu, a bez wody się obejdzie. Na szczęście w pobliżu znajdowała się dogodna ławeczka, stojąca nawet frontem do nagrobka Nalina. Nie potrafiła określić, czy to dobrze, czy źle. Ścisnęła bukiet w dłoniach i przymknęła oczy na chwilę; pierwszy raz od niepamiętnych czasów dzisiejszego poranka nie tańczyły jej za powiekami czerwone plamki. Kiedy je otworzyła, zorientowała się, że Arisu nadal stoi przed nią. Poczuła lekkie zakłopotanie, dziewczyna była dla niej taka miła, a ona ogranicza się praktycznie do pojedynczych sylab. Za zakłopotaniem podążyło zobowiązanie, żeby coś powiedzieć, jakoś zrównoważyć niekompetencję.
— Może też usiądziesz? Ławeczka jest dość szeroka.
Na tak sformułowane pytanie trudno odpowiedzieć "nie". Były tu tylko we dwie, nie było żadnej innej istoty, która mogłaby przenieść tą sytuację na inne tory. Chociaż Lynn powiedziała parę głupstw, ich rozmowa poza tym ograniczała się do konwencjonalnych grzeczności. Po każdym z nich mogłaby się zakończyć, tak samo jak Arisu mogłaby teraz odrzucić jej propozycję. Z jakiegoś jednak powodu brnęły dalej. Czy to dobrze? W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo niekomfortowo się czuła? Jak bardzo za tym dyskomfortem ukrywała się jakaś wewnętrzna chęć, żeby go przezwyciężyć i zobaczyć, co się stanie? Może o to chodziło dziś rano Lynn, kiedy wstała i zdecydowała, że postara się coś zmienić? Może tego brakowało w jej każdej próbie? Może podążała dobrym torem. Koniec końców, nie miała wiele do stracenia. Ta dziewczyna może nagle przestać być miła, wyśmiać ją i uciec, i chociaż uszy Lynn piekły na samą myśl o choćby drobnym upokorzeniu, grymasie drugiej strony w reakcji na jej błąd czy porażkę, co z tego? Zdroworozsądkowo. W Nowym Rzymie od wielu lat nie była dłużej, niż to konieczne, wśród ludzi najwięcej słów wymieniała ze sprzedawcą jaj na targu. Nikt z pewnością nie pamiętał jej imienia na dłużej, niż to było konieczne, jej mały biznesik przynosił tyle rozgłosu, ile pieniędzy — czyli prawie wcale.
— Dziękuję — powiedziała już po raz trzeci. — Za to, że podeszłaś do mnie i… jesteś miła, i trochę ze mną porozmawiałaś. Inaczej bym chyba uciekła stąd, kiedy tylko upuściłam kwiaty. Rzadko przychodzę do brata, choć wiem, że powinnam robić to częściej. Sama nie wiem. Boję się? — zakończyła niepewnym znakiem zapytania, chociaż tego strachu była pewna. Czuła go. Jakby nie chciała ubierać tego przerażenia w słowa i żałowała już na pierwszej sylabie.


Arisu?
────
[443 słowa: Lynn otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Inez CD Dahlii — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

Inez dalej bujała się na krześle obserwując byłą obozowiczkę Obozu Herosów. Dahlia wpatrywała się chwilę w postawione przez siebie karty, a potem spojrzała na Velez. Dziewczyna od razu uśmiechnęła się do swojej towarzyszki. Była naprawdę szczęśliwa, że kogoś tu znalazła, nawet jeśli jej nowa kumpela była od niej znacznie starsza. Różnica wieku nigdy nie była dla niej problemem, a nawet uważała, że takie rozmowy mogły być znacznie ciekawsze. Często rozmawiała z jakimiś staruszkami, które potrafiły opowiedzieć jej jeszcze o czasie gdy na świecie była wojna, a one były młodymi dziewczynami lub nawet dziećmi. Chociaż teraz było ciężej spotkać takich ludzi, a jednak! Inez miała farta by trafiać właśnie na takie osoby. Choć oczywiście siedząca naprzeciwko kobieta nie była aż tak stara! Mimo tego różnica poglądów wciąż mogła między nimi istnieć, a to sprawiało, że rozmowa mogła się nigdy nie skończyć. Oczywiście z ludźmi w jej wieku też mogła często podyskutować, szczególnie, że w Obozie Jupiter było dużo osób, które były bardzo dojrzałe ale to nigdy nie było to samo.
– Długo masz zamiar się we mnie tak wpatrywać z uśmiechem? – mruknęła starsza, na co Velez się tylko zaśmiała.
– Wybacz! Zamyśliłam się. Czasami tak mam, wiesz jak to jest.
Dahlia pokręciła głową, jednak Inez nie mogła stwierdzić czy to z politowania, czy po prostu nie wiedziała “jak to jest”. Bez słowa ciemnowłosa sięgnęła po talię kart i zebrała trzy, które leżały na stole.
– Mam wenę, teraz ja ci powróżę – powiedziała i nie czekając na słowo sprzeciwu, które obawiała się, że mogłoby nadejść, zaczęła tasować karty. Wyłożyła na środek trzy karty. – Ta – zaczęła wskazując na kartę po lewej stronie – to twoja przeszłość. Ta środkowa to twoja teraźniejszość, a po lewej to przyszłość. – Przekręciła pierwszą kartę, na której pojawiły się trzy miecze. Zamknęła oczy zastanawiając się co może powiedzieć. Kompletnie się na tym nie znała, ale uważała to za ciekawą i dość zabawną grę. – Hmm… tak czuję to. Już wiem! – Wykrzyknęła otwierając swoje brązowe oczy wpatrując się wprost w tęczówki koleżanki. – Nieustanna walka. W swojej przeszłości natknęłaś się na dużo niebezpieczeństw, którym udało Ci się sprostać. To nie było łatwe zadanie, ale wyszłaś na prostą. Źycie kładało Ci pod nogi kłody, ale ty odepchnęłaś je wszystkie wraz z dorastaniem. Wplątałaś prawdopodobnie w wiele trudnych relacji, ale to już przeszłość. – Odkryta następna karta. teraźniejszość. Dwie monety. – Los jest przewrotny po tej trudnej przeszłości. Ciągle widzisz dwie strony monety – zachichotała na ten jakże niesubtelny żart – i ciężko wybrać Ci odpowiednią drogę. Ale starasz się wyjść z całego bagna, w które wpakowały Cię duchy przeszłości. – Ostatnia karta. Pięć kielichów. – Przeszłość ma dla Ciebie w końcu coś dobrego! Znajdziesz zaufanego przyjaciela i może ukochaną osobę! W każdym razie na pewno będziesz zadowolona i staniesz się w końcu panem własnego losu.
Skończyła mówić wpatrując się w reakcje Dahlii, z której nic nie mogła wyczytać, zmarszczyła brwi, lecz już po chwili na jej twarzy znów zawitał radosny uśmiech.
– I co? Trafiłam coś? Co powiesz?


Dahlia?
────
[484 słowa: Inez otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 21 kwietnia 2026

Od Kuźmy CD Ricky'ego — „I was thinking… Maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Kuźma wpada do warsztatu tuż za swoim wspaniałym, niebiezpiecznym przyjacielem i lojalnie zajmuje miejsce u jego boku. Pierwszy raz udaje jej się stanąć stabilnie na usłanej trocinami i zgubionymi śrubkami podłodze, a nie tylko zajrzeć do środka przez szczelinę w drzwiach lub niewielki skrawek akurat niezakurzonego lub niezaparowanego okna. Zazwyczaj jej wścibska obserwacja kończyła się niesamowicie szybko, gdy któreś z dzieci Wulkana podejmowało brawurową próbę wygonienia jej z okolic warsztatu piekielnie głośnym wrzaskiem, w którym złość przeplatała się z niecierpliwością i prawdopodobnie milionem innych negatywnych emocji. Wykrzyczana wiadomość zawsze miała bardzo podobną treść, coś w stylu: „TY GÓWNIARO PRZEZ CIEBIE MÓJ BRAT PRAWIE ODCIĄŁ SOBIE PALCA CO TY SOBIE KURWA WYOBRAŻASZ NAJLEPSZEGO SPIERDALAJ NATYCHMIAST” (przy czym Kuźma nie ma pojęcia, czemu ktokolwiek miałby sobie przez nią obcinać palce, ale akceptowała te informacje w milczeniu – odpowiadanie i tak niczego by nie wskórało w pojedynku z woskiem wepchniętym głęboko w uszy każdego szanującego swój słuch dziecka Wulkana). Teraz dziewczynka również spodziewa się nagłego krzyku: „AAAAAAAAAAA ILE TU KRWI”, chwycenia jej za kark, albo gorzej, za ucho, i wykopania jej gdzie pieprz rośnie. Ta perspektywa jakoś szczególnie jej nie zadowala, więc jak tak stoi obok Ricky'ego, to ktoś mógłby zrobić im zdjęcie i podpisać je: „why this [emotka_reprezentująca_kuźmę] looks so mad”.
Ricky nie daje się wypchnąć z warsztatu, mimo usilnych prób trójki odwiedzionych od pracy dzieciaków. Przed ostatecznym wyrzuceniem go z pomieszczenia chłopak zapiera się nogami, rękami, pośladkami, potem plecami i głową w sumie też. Wszyscy coś wrzeszczą, cholera wie, co, bo jedyne, co dociera do uszu Kuźmy to dźwięk cięcia metalu, skrobania metalu, gięcia metalu i żłobienia w metalu. Dziewczyna tak bardzo nie wie, co ze sobą zrobić, że bliska jest splecenia palców za plecami i przechadzania się dookoła, gwizdając. Jednak nie umie gwizdać, więc oprócz stania jak słup soli, próbuje zainterweniować. Niestety, została jej odebrana jej główna broń (niewyparzony jęzor), więc musi posłużyć się drugą, której użycie przypomina szybkie przeglądanie karty postaci w dnd, żeby znaleźć ten jeden czar, o którym zapomniało się pięć sesji temu, a jest idealny akurat w tej jednej, rozgrywającej się właśnie teraz, specyficznej sytuacji.
Zanim Kuźma postanawia rozpocząć przemianę rodem z anime o magicznych dziewczynkach, szybko przegląda w myślach swoje możliwości. Tym razem stado różowych chmurek nie zadziała, bo ktoś rzeczywiście odetnie sobie palce. Po namyśle, to w sumie żadna iluzja, jaką Kuźma jest w stanie z siebie wyprodukować, może spowodować trwałe urazy na ciele wszystkich dookoła. Kończy się na tym, że robi parę kroków w stronę szamotających się legionistów, próbując nadać atmosferze jak najwięcej… grozy. Jak panda czerwona, która staje na dwóch łapach, żeby wyglądać na straszniejszą.
Najpierw udaje jej się osiągnąć majestatyczne nic. Potem jeden z synów Wulkana posyła jej zaniepokojone spojrzenie. Następnie gapi się na nią z przerażeniem, co ona wykorzystuje na dramatyczne uniesienie ręki w może, opcjonalnie, prawdopodobnie, lecz niekoniecznie, jakimś celu. Wynikiem tych działań jest sukces. Jakimś cudem. Sukcesem jest dość głośny wrzask pełen przerażenia i uwolnienie Ricky'ego.
Kuźma decyduje, że odpowiednią reakcją na to wszystko byłby szyderczy śmiech i komentarz: „boicie się niskiej piętnastolatki?”, ale i tak nikt nie usłyszałby tej pretensjonalniej uwagi.
Wreszcie, po tych desperackich staraniach Kuźmy, dwójka niezrównoważonych psychicznie legionistów, oprócz stanowienia bezpośredniego zagrożenia dla życia i zdrowia wsystkich obecnych, powoduje jeden plus: każde dziecko Wulkana po dostrzeżeniu zagrożenia najpierw wyłączają trzymanych w dłoniach szlifierek, wiertarek i innych bardziej skomplikowanych narzędzi, które Kuźma widzi pierwszy raz w życiu (dla dodatkowej pewności odpinają je od wijących się po podłodze przedłużaczy lub listw), a następnie na migi przekazują swoim sąsiadom, że też powinni to zrobić. Chwilę to trwa, żeby w warsztacie zapadła cisza, o którą trudno nawet w godzinach późnonocnych i wczesnoporannych.
– Czego chcecie? – odzywa się jeden z robotników, zdjąwszy z uszu ogromne słuchawki.
– Potrzebujemy czegoś do transportu trumny!!! – radośnie oznajmia Ricky. – Najlepiej kółek dokręconych prosto do niej, żeby niczego nie komplikować…
– Trumny? – powtarza chłopak. Akompaniują mu zaniepokojone szepty.
– Tak, ołowionej! – Merkurwiak radośnie się uśmiecha, gdy to mówi, a Kuźma tylko kiwa głową, zachowując całkowicie poważną minę.
– A… a kto jest w tej trumnie?
– Grzyby – odpowiada dziewczyna, zanim Ricky zacznie wywód naukowo-biologiczno-chemiczno–kulinerny na temat tego, co właściwie stworzył. Nikt raczej nie chce wiedzieć, jaka to forma nowego życia.
– Że już gnije? – dopytuje syn Wulkana. Wygląda jak ktoś, kto zaraz wyciągnie telefon i zadzwoni na policję.
– Nie, co ty. Zwykłe grzyby. Fioletowe – wyjaśnia Kuźma. – Dokręcicie kółka, będzie git.
– Albo dodatkowo napęd!!! To ciężka trumna. Choooooooolernie ciężka – dodaje swoje trzy grosze Ricky.
– Grzyby. Fioletowe – chłopak przez chwilę się zastanawia. – Chodzi o narkotyki?
– Co – mówi Kuźma, a Ricky mamrocze coś do siebie o tym, że nie przeprowadził stosownych badań, których wyniki mogłyby nawet go nie zawieść i teraz wszystko stracone przez głupią centurionkę i trumnę.
– No, jak to co. Substancje psychoaktywne.
Wszystkie Wulkaniątka albo wymieniają ze sobą zaniepokojone spojrzenia, albo bezwstydnie gapią się bardziej na Ricky'ego, niż na Kuźmę, bo chyba on wydaje się lepiej wiedzieć, co robi, niż ona. Dziewczyna byłaby przeciwnego zdania, gdyby właśnie w jej krtani nie budowała się najdziwniejsza wiązanka przekleństw, które jest w stanie wymyślić i gdyby właśnie nie szykowała się do rzucenia nimi prosto w twarz temu bezczelnemu chłopakowi, który ŚMIAŁ ZASUGEROWAĆ, że ONA może mieć COŚ WSPÓLNEGO z NARKOTYKAMI.


Ricky?
────
[855 słów: Kuźma otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 19 kwietnia 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Niketas z nutą sceptycyzmu miesza wywar i tylko trochę obawia się, że chochla spłonie od najlżejszego kontaktu z powierzchnią tego prototypu energetyka. Zwala całą winę za jakikolwiek dzisiejszy nieprofesjonalizm na zmęczenie, przy czym stwierdza, że tym razem będzie musiał kraść– to znaczy odbierać jako swoją wypłatę większą część zarobionych pieniędzy niż w przypadku „Boskiego Fulla”. Mógłby nawet powiedzieć, że współpraca z Violet nauczyła go jednego — trzeba bardzo dokładnie nadzorować swoich podwładnych, bo inaczej zaczną wymyślać dziwne triki, żeby TO ON był tym obałamuconym wokół palca. A jedna z pierwszych odwiecznych zasad niketasowej działalności polega na tym, że on nigdy nie jest niczyją marionetką.
– Joshua! – Niketas kiwa palcem na wciąż oszołomionego brata. – Jest takie przysłowie, wiesz?
– Jakiejakie??? – pyta podekscytowany, podskakując przy kotle z brokatową zupą.
– Eee, Niketas, a nie lepiej, żeby ktoś inny spróbował? Bo nie wiem, jakie to może mieć na nim efekty, jak jest- – Mało brakuje, żeby palec Niketasa w akompaniamencie z głośnym „CIIIIIII” dotknął ust Erin.
– Zatem, Joshua. Takie przysłowie: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Chcesz przetestować? – proponuje swojemu przyrodniemu bratu, którego bynajmniej nie traktuje jako brata. Może tania siła robocza lub niewolnicy byłyby lepszymi określeniami na stosunek Niketasa do jego współlokatorów. Chyba zacznie ich tak nazywać, zanim ktoś oskarży go o nepotyzm w jego firmie.
– JASNE!!! – Entuzjazm dzieciaka wskazuje wyłącznie na jego niekoniecznie dobry stan mentalny. Duszkiem połyka cały napój zaserwowany mu w wyszczerbionym fioletowym kubku, po czym dość głośno beka. Niketas ledwo powstrzymuje się przed zestrofowaniem go i nieszkodliwym uderzeniem go w okolice głowy za bycie niekulturalnym wieśniakiem w towarzystwie swojego szefa. O, i damy. Nie zapominajmy o damach.
– I jak? – pierwsza pyta Erin, która chyba wreszcie przestała tak bardzo przejmować się etycznością ich eksperymentów na biednym Joshui.
– ZAJEBISTE!!!! LEPSZE OD POPRZEDNIEGO!!!!!!!!!!! – wrzeszczy chłopiec, wyrzucając ramiona w górę.
– Nie jesteś najlepszym królikiem doświadczalnym – ostatecznie stwierdza Niketas, trochę załamany wynikiem.
– A nie mówiłam? – wtrąca Erin. Hermesiak ma ogromną ochotę zrobić głęboki wdech i potem kurwa wydech, ale zamiast tego po prostu przywołuje na twarz swój zwykły, zawadiacki uśmiech i rzuca coś o skoczeniu chybcikiem po innego szczura, który będzie w miarę zdrowy na umyśle.
Chaos domku jedenastego nie zostaje zakłócony przybyciem Niketasa. Jest to dalej chaos jak każdego innego dnia, nawet gdy grupowy chwyta za kołnierz jednego z ekstremalnie głośnych graczy bingo (aktualnie kłócą się o zasady: jedni twierdzą, że grali w bingo rozbierane, drudzy – na papiery wartościowe) i wyciągając go z domku, tłumaczy zasady dzisiejszego zlecenia. Chłopaczek próbuje tłumaczyć się, że przecież nie wysyłał nigdzie swojego CV (a przynajmniej tego nie pamięta) i że nie podpisywał żadnej umowy, wedle której może być teraz używany jako królik doświadczalny. Jego bezsensowna paplanina trwa tak długo, że Niketas wyłącza się po mniej więcej trzydziestu czterech i sześciu siódmych procenta. Jadaczka zamyka mu się, dopiero gdy zostaje wprowadzony do środka domku Hekate. Od razu rozgląda się dookoła, wydaje się, że zaciekawiony, ale Niketas zna to spojrzenie. On po prostu szuka czegoś idealnego do szybkiego wsadzenia sobie w kieszeń i zabrania w celu zastawienia przedmiotu w najbliższym lombardzie.
– Dobra, Ashton…
– Ale ja mam na imię-
– DOBRA, ASHTON, teraz została tylko degustacja. – Niketas uśmiecha się miło, w sumie nikt nie wie, do kogo, ale to jest totalnie okej.
Gdy Erin nalewa miksturę do szklanki ASHTONA, grupowy próbuje odnaleźć Joshuę. Aż mruży oczy (dookoła jest zdecydowanie zbyt wiele osób, żeby się poświęcił i ściągnął okulary), aż wreszcie odnajduje chłopca zwiniętego w kulkę pod frędzlowatym kocem pod jedną ze ścian domku, ułożonego wygodnie na grubym dywanie. Jeżeli to taki efekt ma „Olimpijska Alfa”, to Niketas popełni na sobie defenestrację i nigdy więcej nawet nie spojrzy na tę pozbawioną jakiegokolwiek talentu córke Hekate.
– No, i jak? – znowu pyta Erin, co przykuwa uwagę Niketasa do powoli sączącego energetyk Ashtona.
– W pizdu słodkie – stwierdza chłopak po paru mlaśnięciach i jeszcze kilku łykach. – Ale w sumie to nic z tym nie róbcie.
– Konstruktywna krytyka, ta? – fuka Niketas, nagle czując się niekomfortowo w tym pomieszczeniu. Żeby poczuć się lepiej, przeczesuje włosy.
– Hm, hm, hm… – Ashton najwyraźniej bawi się świetnie. Przynajmniej nie jest natychmiastowo naćpany, więc można powiedzieć, że „Olimpijska Alfa” przestała być betą. – No, fajne.
– Super, a nie wiem, czujesz się jak po energetyku? – dopytuje Erin, choć to powinno być całkiem logiczne, bo zawartość kofeiny w takiej szklance pewnie przekracza wszelkie standardy, jakie mogą narzucić władze. Chociaż w tej Ameryce to nigdy nic nie wiadomo. Może akurat wpisują się w górną granicę standardów z tym ich specyfikiem, którym pewnie równie dobrze można byłoby odrdzewiać części samochodowe.
– Eeee, nie wiem, ja usypiam po energetykach.
– No, jak każdy. – Niketas wzrusza ramionami. – To jest taki. Prawdziwy energetyk dla herosów, rozumiesz? Co działa, jak powinny zwykłe.
– Taaaaaaaaaaaaaaaaaaaak? – pyta Ashton i od razu duszkiem wypija całą resztę napoju. – To mega fajnie super cool.
– Ty wiesz, że teraz musisz za to zapłacić? W tym świecie nie ma nic za darmo – informuje go Niketas, będąc w trakcie procesu wyciągania całkiem grubego pliku banknotów z portfela chłopaka.
– Kiedy ty to- – próbuje spytać Erin, ale przeszkadza jej w tym głośny krzyk gniewu Ashtona, który od razu próbuje rzucić się na swojego grupowego i tym samym pokazuje wszystkim obecnym, że w Obozie jest co najwyżej od wczoraj.
Niketas, swoim ulubionym zwyczajem, robi najprostszy w świecie unik – po prostu przesuwa się o krok w bok. Wkłada w ten ruch wszystko, co dał mu ojciec (akurat w tym wypadku nie chodzi mu o jakieś umiejętności bycia najlepszym na świecie krętaczem i okropnym szefem), przez co Ashton nawet nie orientuje się, że zamiast w Niketasa wpada w regał z opasłymi, pewnie magicznymi tomami.
Zanim ktokolwiek z nich jest w stanie powiedzieć „motyla noga”, połowa z tych książek radośnie wylatuje ze swojego miejsca i otwiera się na losowych stronach tuż pod nogami Ashtona, uprzednio odbiwszy się od jego głowy. W powietrze wzlatuje chmura kurzu i wszyscy, jak jeden mąż, zaczynają kaszleć, kichać, łzawić i machać we wszystkie strony rękami, żeby ten pył od siebie jakimś cudem odsunąć. Nawet Joshua się budzi, wesoło krzycząc: „SZTUCZNE OGNIE?????? ALE FAJNIE!!!!!!!!!!!” i nikt nie wie, gdzie on, do cholery, widzi jakiekolwiek sztuczne ognie (przy czym pewnie wszyscy mają nadzieję, że to dzieje się tylko w jego głowie i nic w tym przepełnionym dziwnymi badziewiami domku naprawdę nie wybuchnęło i sypało iskrami na wszystkie strony).


Erin?
────
[1029 słów: Niketas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 16 kwietnia 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

Arisu nie mogła oprzeć się wrażeniu, że kobiecie jest słabo zdecydowanie bardziej niż trochę. Przyglądała się, jak osłania oczy dłonią, obserwowała chwiejne ruchy. Co powinna zrobić, jeśli kobieta nagle tu zasłabnie? Nie spodziewała się, by gdzieś blisko kręcił się ktoś, kto będzie mógł jej pomóc. Była niemal pewna, że w okolicy są aktualnie same – przecież już wcześniej zastanawiało ją, że wszędzie jest pusto.
Nie uważała, by jej podejście tutaj było miłe. Czuła teraz wszystko, ale na pewno nie to, że zachowała się mile.
Doskoczyła, by schylić się po bukiet w tej samej chwili, co nieznajoma, ale była od niej minimalnie szybsza (miała w końcu bliżej do ziemi). Nie zrobiła tego w pełni świadomie, raczej jako bardzo głupi odruch, którego od razu pożałowała.
Podniosła ostrożnie kwiaty i od razu się wyprostowała. Krótko przyjrzała się wiązance, chociaż sama nie do końca wiedziała po co; to nie tak, że znała się jakoś specjalnie na kwiatach czy ich aranżacji. Gdyby ktoś ją zapytał, mogłaby powiedzieć tylko tyle, że kwiatki są już odrobinę wczorajsze. Zdecydowanie nie czuła się odpowiednią osobą do krytykowania ich stanu.
– Na pewno wszystko w porządku? – Upewniła się jeszcze, ostrożnie oddając wiązankę z powrotem w dłonie kobiety. Nie chciała trzymać jej zbyt długo.
Wydawała się zbyt osobista, by mógł trzymać ją ktokolwiek inny. Ta myśl wydała się Arisu bardzo głupia i naiwna, ale nie zamierzała teraz z nią walczyć. Trzymała kwiaty sekundę zbyt długo, niż było to konieczne, jakby chciała się upewnić, że na pewno będą leżały bezpiecznie w dłoniach właścicielki.
– Tak, naprawdę.
Arisu nie potrafiła tak całkowicie uwierzyć w te słowa. Przyjrzała się krótko twarzy kobiety, ale zaraz odwróciła wzrok w stronę nagrobka. Grób brata? Przez chwilę czuła dziwny ucisk w żołądku i jeszcze dziwniejszy posmak w gardle. Musiała przełknąć ciężko ślinę i dla pewności cofnęła się z powrotem o dwa kroki. Nie sprawiło to, że poczuła się bezpieczniej.
Pomyślała, że to mogło wyglądać niegrzecznie i irytujący głos Shayela powtarzającego, jak mało jej zachowanie przypomina kapitana, znowu odbił się echem gdzieś z tyłu jej głowy. Powstrzymała skrzywienie się, bo to już na pewno byłoby niegrzeczne bardziej, niż wypada. Kobieta przecież jeszcze nic strasznego jej nie zrobiła. Nie wyglądała, jakby w ogóle miała być w stanie.
Arisu znowu przeskoczyła wzrokiem z nagrobka na nią, żeby potem znowu wrócić do kamienia. Zdawała sobie sprawę, że jak na półboga bardzo rzadko myśli o śmierci. Wiedziała, że niektórzy legioniści Obozu Jupiter nigdy nie wracają, przez kilka lat pobytu widziała, jak wracają tylko ich zwłoki, słyszała, jak umierają mimo starań Cherry. Nigdy jednak nie czuła się z tym bardzo blisko związana. Nie wydawało jej się, by w obozie był ktoś, za kim naprawdę szczerze miałaby tęsknić.
Czy brakowałoby jej ludzi, z którymi razem pracowała na rzecz Kohorty? Na chwilę jej myśli zatrzymały się na pofarbowanym idiocie, z którym wyjątkowo często sprzątała, by zaraz szybko to od siebie odrzuciła. Cieszyłaby się ze świętego spokoju.
– Jestem Arisu – przedstawiła się, z powrotem odwracając się do nieznajomej i tym razem już nie odwracając wzroku. – Jesteś pewna, że nie chcesz na chwilę usiąść gdzieś w cieniu? Mogę przynieść ci wody, jeśli potrzebujesz.
Dziwny ucisk w żołądku nie chciał ustąpić. Arisu odepchnęła od siebie nagłą, irracjonalną potrzebę powrotu do baraku i odpisania na jeden z nieotwartych listów. Powstrzymała tupnięcie nogą, które byłoby zdecydowanie zbyt nerwowe i tylko sięgnęła dłonią, by chwycić pasek od torby, zanim zdała sobie sprawę, że przecież nie wzięła jej ze sobą. Splotła ręce, udając, że od początku taki był zamiar.
I znowu zerknęła na grób. Ile lat ta kobieta żyła już bez obecności brata? Jak sobie radziła? Nie zamierzała szukać tych informacji, a tym bardziej o nie pytać.


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

— Szczerze? To ja się zdecydowanie zgadzam, coś z nią było nie tak. Aż człowieka ciarki przechodzą brrrr. — Nasłuchiwało, czy nie słychać ruchów potwora. Albo ich jeszcze nie dogoniła, albo umie się skradać, niedobrze. Tylko szczerze? Dorosowi coś tutaj nie pasowało poza „agentką”. Nawet ludzie z zaburzeniami lękowymi raczej tak nie reagują? Prawda? W minie Chaita oraz ruchu jakby po broń schowaną gdzieś na sobie odbijało się jego zachowanie. Szukanie wymówki, żeby się rozdzielić i zostać z agentką, jedno z drugim robiło to samo.
— Proponuje nie wracać tam i nigdy więcej nie rozważamy ofert od tej agencji… — Chait przypominał mu obecnie trochę kota, który z ukrycia nerwowo rusza uszami na wszystkie strony i patrzy się wszędzie, w oczekiwaniu na atak od większego przeciwnika. Sam pewnie nie wyglądał lepiej. Czuło bicie swojego serca, nieco podwyższone w mieszance zaskoczenia, strachu i nagłego zerwania się do biegu. Byli przylepieni do ściany, tylko wychylając się co jakiś czas z zaułka na chwilkę, by sprawdzić stan rzeczy.
— Zdecydowanie, mamy więcej ofert od innych agencji przecież… nie mam ochoty na chodzenie po pustych mieszkaniach z kobietą, która no… wygląda z jak jakiś morderca z kryminału. — Rzucił niby na poprawienie humoru, ale z tym, jak łamał mu się głos, to brzmiało to raczej żałośnie.
Stuk… stuk… stuk…
Zamroziło nu krew w żyłach natychmiastowo, po chwili jego instynkt walki wziął jednak góre. Zanim pomyślało, co dokładnie robi, to miało zamiast breloka w dłoni toxę z kołczanem. Cholera jasna nie ma zamiaru ryzykować życia przyjaciela, najwyżej mu coś wmówi. Jakoś to ogarnie… prawda?
Stuk… stuk… stuk…
Kątem oka zauważył, że Chait tez znikąd trzyma coś w dłoniach, ale nie zauważył co konkretnie. Zwinnym ruchem kołczan znalazł się na plecach, a strzała z łukiem były gotowe w poprawnej pozycji. Najwygodniej by mu było mieć dystans, ale jakoś sobie poradzi… jakoś… Dawno nie walczył z potworami. Przygotowania w treningach nie oddają pełni tego, co się dzieje w trakcie.
Wychyliło się z przyjacielem w tym samym czasie zza rogu… Pusto… Nie, że niewidzialna gorgona czy coś, tylko pusto poza… Poza grupką szczurów, która próbując wejść do jednego kosza na śmieci, zrzuciła pokrywkę, oraz uderzająca ogonem o drugi w próbie wspinaczki. Opuścił broń i spojrzał na Chaita z niedowierzaniem. On też miał broń; miecz, który Doros widział tylko w trzech miejscach — muzea, rekonstrukcje historyczne, oraz w Obozie Herosów. Odetchnęło cicho z ulgą, może przedwczesną. Nie musi się tłumaczyć, teraz tylko ogarnąć problem.
— Zbierajmy się i pogadamy o tym w bezpieczniejszym miejscu. — Wyszeptało od razu, na co dostało skinięcie głową.
Schowali bronie, po czym biegli jak oszalali jak najdalej stąd, do transportu publicznego, a nim jeszcze dalej do następnej dzielnicy. Zatrzymali się dopiero na stacji końcowej, znajdując sobie spokojne miejsce na dachu okolicznego bloku.
— Dobrze się kryjesz, bardzo długo się nie domyślałem, że możesz być półbogiem. — Apollodoros przerwał ciszę, która między nimi zapadła. — Czyim jesteś dzieckiem, jeśli chodzi o boskiego przodka?
— Iris, a ty? — Mężczyzna odpalił papierosa, nieco zmieniając to jak siedzi, żeby dym leciał za nich, nie im w twarze. Jeśli się domyślał, to nie pisnął słowa.
— Najciemniej jest pod latarnią, więc tak jak z imienia wynika; Apollo. — Uśmiechnęło się delikatnie, ale szczerze. — A tak na serio, to dla matki to, co miała z ojcem i to, że jestem, było darem od niego. Nadal tak uważa. No i stąd imię. Twój styl pasuje mi do dzieciaka Iris, podoba mi się. Masz oko do kolorów.
— Dzięki. — Chait chwilę wyglądał, jakby się zastanawiał nad poruszeniem tematu z lekko zmarszczoną brwią. — Byłeś kiedyś w Obozie Herosów przypadkiem? Charakterystyczne imię po prostu. — Wypuścił dym, który od razu poniósł wiatr.
— Bardzo krótko, ale tak. Nie mów, że się spotkaliśmy wcześniej. Los nas znowu spotkał, mówiłem ci, że to wpadanie na siebie to nie tylko przypadki. To już który? Drugi raz? Trzeci? Zależy, jak patrzysz.
Stracił poczucie czasu, ile po tym rozmawiali o wszystkim i o niczym, ale bawił się dobrze.


Chait?
────
[641 słów: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Apollodorosa — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

No tak, bo przecież znalezienie mieszkania i życie w Nowym Jorku nie były wystarczająco skomplikowane i irytujące. Oczywiście, że coś jeszcze musiało pójść nie tak.
Chait powstrzymał się od pełnego rezygnacji westchnięcia. Więcej, powstrzymał się nawet przed wykonaniem jakiegokolwiek gestu, który wskazywałby na niechęć, zirytowanie czy niepokój. Nawet nie przewrócił oczami. W innych warunkach byłby z siebie dumny (wcale nie), ale w aktualnych mógł tylko kątem oka zerknąć na agentkę nieruchomości, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo, bardzo nienawidzi tego miasta.
Miasta, rynku mieszkaniowego, który przyjezdnych przyprawiał o zawał, biegających po śmietnikach szczurów, swojego boskiego pochodzenia, agentek nieruchomości, które okazywały się potworami… W natłoku wyjątkowo negatywnych emocji przeszło mu przez myśl, że hej, przynajmniej to zdarza mu się dopiero pierwszy raz!
Nie pocieszyło go to.
– Hej, Apollodoros? – zwrócił się do znajomego, szarpiąc go delikatnie do tyłu za materiał koszuli.
Jeszcze nie wiedział, jak chce wybrnąć z tej sytuacji. Powinien odpowiedzieć agentko-potworowi? Co właściwie powinien powiedzieć Apollodorosowi? Może powinien po prostu rzucić się do ucieczki i później szukać jakiejś wymówki. Najgorszy scenariusz zakładał, że zginie w trakcie ucieczki i nawet ten scenariusz miał swoje plusy: skończyłby wszystkie problemy z szukaniem mieszkania, a dodatkowo nie musiałby nic wymyślać.
Żałował, że na pewno nie zdecyduje się na tę opcję.
– Zanim wejdziemy do środka… – Miał nadzieje, że brzmi to na tyle neutralnie, że agentko-potwór nie rzuci się na niego w sekundę po tym, jak skończy mówić. – Dzisiaj nie jest strasznie gorąco, a i tak czuć śmieci. Może dobrze byłoby sprawdzić okolicę albo zapytać sąsiadów, jak bardzo jest to uciążliwe na co dzień.
Kłamał. W cale nie czuł zapachu z koszy na śmieci, a przynajmniej nie tak mocno, by było to istotne.
Oczywiście, chciał wysłać na tę ważną misję Apollodorosa. Liczył, że w trakcie jego nieobecności wymyśli jakieś trwałe rozwiązanie problemu. Nie wiedział jeszcze, czy zakłada ono walkę, miał nadzieję, że jednak uda mu się tego uniknąć. Czy w ogóle miał przy sobie broń? Musiał mieć, przecież zawsze ją nosił.
– Masz rację.
Chait odetchnął z ulgą.
– To może pójdziesz to sprawdzić? Nie będziemy kazali pani czekać…
I już żałował, że naprawdę na chwilę uwierzył w tak proste rozwiązanie. Odkaszlnął.
– Ale okolica naprawdę jest bardzo ładna, nie ma potrzeby, byście to teraz sprawdzali.
Chait odniósł wrażenie, że Apollodorosowi też przeszedł po plecach dreszcz, gdy tylko agentka-potwór znów się odezwała. Pewnie tylko tak mu się wydawało, bo sam zaczynał powoli panikować. Zrobiło mu się strasznie gorąco, zbyt gorąco jak na aktualną pogodę.
– Wierzymy, oczywiście. Ale może przy okazji poznalibyśmy sąsiadów, czy my pasujemy im jako lokatorzy. – Chait robił wszystko, by te słowa brzmiały wiarygodnie. – Może jednak lepiej, żebyś ty poszedł. – Zaśmiał się wcale nie nerwowo, zerkając na znajomego. – Zrobisz lepsze pierwsze wrażenie.
Apollodoros nie wyglądał na przekonanego.
– Mogę pójść, ale… Nie mówiłeś coś o dojazdach do pracy? Nie chcesz się upewnić, że będzie w porządku?
Chait przeklął w myślach, na wszelki wypadek dwa razy.
– Nie no, to już sprawdzałem… – Przeciągał słowa, uśmiechając się miło do agentki-potwora. Zachowuj się naturalnie, Murray. – Ale możesz przy okazji zobaczyć skrzynki na listy.
Znowu zerknął krótko na Apollodorosa. Wolał nie spuszczać potwora z oczu na dłużej niż kilka sekund. Mężczyzna otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć.
– Nie będziecie teraz nic sprawdzali!
Obaj odskoczyli. Chait przez sekundę myślał o sięgnięciu po broń. Znowu powstrzymała go obecność znajomego. Widział, że ten też wykonał dziwny ruch.
Chait zacisnął zęby.
– Chodź.
Złapał Apollodorsa za nadgarstek i rzucił się wzdłuż ulicy, ciągnąc go za sobą. Nie protestował albo to Chait po prostu go nie słyszał. Usłyszał za krzyk agentki, może nawet trochę zbyt wyraźnie. Nie obejrzał się w jej stronę.
Debil. Debil, skończony, kurwa, debil.
Musiała biec za nimi. Nie wierzył, że tak po prostu by odpuściła. Jeśli odpuściła, to zaraz będzie musiał tłumaczyć się z głupiego zachowania. Może mógł pozwolić jej się dopaść.
W końcu obejrzał się za siebie. Nie widział jej. Zgubili ją?
Wepchnął Apollodorosa w najbliższy zaułek, samemu chowając się zaraz za nim.
– Ja... Ech… – wydyszał.
Nie zadziałał instynktownie, bo instynkt kazałby mu stanąć do walki. Na pewno nie zadziałał też logicznie, bo przecież to było okropnie, okropnie głupie.
– Przepraszam – rzucił w końcu, nerwowo wyglądając zza ściany. – Ona… Wydawała się jakaś dziwna. Znaczy…
Jęknął z rezygnacją.
– Przysięgam, nie jestem wariatem.
Sam sobie nie wierzył.


Apollodoros?
────
[700 słów: Chait otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Od Dahlii do Arnar — „Bankowość, stara amerykańska sztuka” [AU event]

Dziki Zachód AU

Drobne kamienie spadały, grzęznąc w pomarańczowym żwirze.
Będą spadać jeszcze przez dobre kilka lat z urwiska, w cieniu milczących olbrzymów. Niektóre zwietrzeją i po rozpadzie będą zatrzymywać przyszłych bliźniaków. Reszta osunie się pod ciężarem ciał zwierząt. Nad nimi, szyderczo, przeskoczą biegacze, rozsiewające na swojej drodze niezliczoną ilość nasion. Twarda skorupa ziemi, wysokie kamienie i suche, skarłowaciałe rośliny, a nad nimi masywy skalne atakujące niebo.
Wszystko zabarwione cynobrem zachodzącego słońca.
Mogłoby się zdawać, że na to pustkowie nie zawędrowała żadna ludzka stopa, gdyby nie tory. Ich ciągi rozorały ziemię, odbijając w jednym punkcie na dwie strony, jak zerwane szwy.
Kolejne kamienie potoczyły się wzdłuż drogi. Tym razem pod naporem kopyt końskich.
Kary Morgan stąpał ostrożnie po osuwisku, bez cienia zdenerwowania. Na nim siedziała dobrze zbudowana postać, której sylwetkę zasłaniał kapelusz oraz lekki płaszcz. Wszystkie toboły przytroczone do siodła były zaskakująco uporządkowane i nic nie miało prawa choćby dyndać. Kiedy już udało się przebyć tę najgorszą część, koń szedł dalej niespiesznym krokiem. Jeździec rozglądał się na boki, raczej ze znudzenia.
W oddali, na torach, majaczył się kształt. Przez chwilę wydawało się, że to jakaś iluzja, która nierzadko się pojawiała wędrowcom, szczególnie tym pod wpływem. Ale im dłużej czas mijał, tym bardziej było to realne, że coś się porusza na torach. Niebo było czyste, nie buchały żadne kłęby pary, ani nie rozlegał się głośny stukot. Koń się nie zatrzymywał, ale jeździec już ostrożniej ściągał wodze.
Gdy kształt przestał się majaczyć i zbliżał się do rozstaju, wraz z nim przyszło stukotanie. Była to drobna drezyna, widocznie lekka, skoro aż jedna osoba mogła ją napędzać. W przeciwieństwie do konia, z drezyny wystawały pakunki, tobołki, kawałki ubrań, przez co wyglądała jak mikro cyrk osobliwości. Gdzieniegdzie znajdowały się nawet małe proporce. Żeby było tego mało, osoba wymachująca wajchą również była specyficzna, przez rozciągające się na skórze plamy, widoczne szczególnie na rękach.
Jeździec pospieszył nieco konia, chcąc się zrównać z drezynką.
— Proszę tego nie robić! Mam broń i nie zawaham się jej użyć! — Zareagował od razu drezyniarz.
Z bliska mógł zobaczyć poważny wyraz twarzy, przez którą biegły blizny. Nie był w stanie wyczytać, czy właśnie ta osoba chce go zabić, czy zagadać. Postać nie odpowiadała.
— Ani kroku dalej tą chabetą!
— Chabetą? — Padła w końcu odpowiedź. Głębokim, kobiecym głosem.
Postać na wózku nieco zaskomliła, kiedy grzebiąc ręką w jednym z tobołków, nie mogła w stanie albo odszukać, albo wyciągnąć broni. Kobieta spięła konia i podbiegli przekornie do drezyny.
— To nie chabeta! Co taki cudak jak ty tutaj robi?
Gdy się facet odwrócił, ze strzelbą w ręce, wrzasnął głośno na widok konia. W tym czasie lasso, wyciągnięte wcześniej spod płaszcza, wyślizgnęło się z dużą prędkością. Rozległ się potężny huk.
W tym miejscu każde z nich by przysięgało, że minęło kilka minut. Podczas gdy w rzeczywistości było to kilka sekund, chwilę zajęło im zrozumienie sytuacji. Leżeli na ziemi, jedno ściągnięte sznurem, drugie z krwawiącym uchem. Drezyna pojechała dalej, ale już niespiesznie i bez impetu, za to spłoszony koń puścił się biegiem wzdłuż torów.
Pierwsza wstała kobieta i od razu przyciągnęła człowieka, tocząc go po ziemi, zwiniętego w kiełbaskę. Złapała za kołnierz koszuli i potrząsnęła nim mocno.
— Co to, kurwa, było?!
— Zostaw mnie ty dzikusko! Mówiłom, że użyję tej broni!
— Nie zrobiłam nic, co by sprawiło, żebyś zaatakował, głąbie kapuściany!
— Zbliżyłaś się koniem!
Przestała nim miotać, gdy dotarło do niej, że w tym momencie wierzchowiec znikał z oczu.
— To tylko koń, do cholery.
Rozplątała cudaka i westchnęła ciężko.
— AŻ koń! Ja się boję koni!
Jeżeli już patrzyła na niego jak na dziwaka, to tym zdaniem sprawił, że teraz był dla niej kosmitą.
— Jak ty funkcjonujesz tutaj, na Zachodzie, na którym poruszamy się właśnie końmi?
— Jakoś sobie radzę. Taką drezyną. Pociągi.
Podeszło do maszyny i oglądało z każdej strony, czy jest nieruszona. Z ulgą stwierdziło, że nic się nie stało, podobnie jak z torbami (niektóre spadły, fakt, ale dało się szybko je zebrać) i zobaczyło też, że kobieta ruszyła szybkim krokiem w kierunku konia. Wskoczyło na drezynę.
Nabrała spokojnego tempa i zrównało się wkrótce z dziwną postacią. Faktem było też to, że zwracało na siebie uwagę wszędzie, gdzie się dało, ale to samo można było powiedzieć o niej. Czy kiedykolwiek widziało tak solidną babę?
— Podwieźć cię?
Zerknęła na niego z ukosa. Widocznie oboje zdali sobie z tego sprawę, że dopadnięcie konia pieszo było ciężkim zadaniem. Wskoczyła na ławkę, po czym w podzięce (prawdopodobnie) przejęła wajchę, napędzając wózek.
— Konie uciekają może daleko?
— Ten raczej nie. Po prostu się spłoszył i pewnie za niedługo go zobaczymy.
Osobnik poprawił swój kapelusz oraz wygniecione kołnierze koszuli.
— Może się przedstawimy, jak już jedziemy razem? Jestem Arnar Bakke.
— Dahlia.
— Ładnie, ładnie. Bez nazwiska?
Wzruszyła ramionami. Nawet nie musiała kontynuować pytań, Arnar samo paplało.
— Ta drezyna i toboły to jedyne co mi zostało. Przygotowałom się w porę i akurat udało mi się uciec, zanim spalili mój dom. A mogłom jednak kogoś wynająć… Tak to jest, kiedy się zajmuje człowiek bankowością i pożyczkami, ale nie chcą oddawać, psie syny. Widziałom tylko pochodnie i wiedziałom, że mam zbiec, akurat niedaleko były tory. Ten wózek jest o tyle fajny, że można go popychać po równym terenie gładko, a wtoczenie go nie zajmuje długo. Na czym to ja skończyłom? Aha, no jadę teraz do Saint… Saint, Saint coś. Nie Saint Penis, nie?
— Denis. — Mruknęła pod nosem. Nawet nie była zdziwiona przygodą.
Zajęta była prowizorycznym bandażowaniem ucha. Na szczęście pocisk nie rozerwał całego, tylko zostawił dosyć mały ubytek.
— A, no właśnie, Denis. Jadę tam, bo może mi się bardziej poszczęści. Wiesz, zebrać kapitał, najpierw na pokerze, potem pierwsze pożyczki.
— Mhm.
— Słyszałom też historię, że tu są jeszcze nieodkryte złoża złota.
— To niemożliwe. Gorączka złota już minęła.
— Otóż nie! Mam bardzo dobrego informatora i powiem ci, że jest szansa.
Zmarszczyła brwi. Kojarzyła te okolice i każdy mówił, że wszystko zostało wyeksploatowane. W tym momencie trwały tylko potyczki między stróżami prawa a bandytami, którzy chcieli skorzystać z szybkiego zarobku. Głównie okradając tych, co to złoto wydobywali.
— Potrzebujesz może pieniędzy, Dahlia?
— Każdy potrzebuje.
— Tak, ale mogłobym mieć robotę dla ciebie. Nie jesteś zaciekawiona tymi złożami?
— Czemu ja? Prawie mnie zastrzeliłoś.
— Mam talent do ludzi. Powiedzmy, że dobre przeczucie.
— Najpierw znajdźmy mojego konia, bo w tym momencie odczuwam tylko przeczucie skręcenia ci karku.
Niezrażone Arnar się uśmiechnęło.
— Umowa stoi.
— Jaka umowa, nic nie by—
— Zaufaj mi, za te pieniądze będziesz mogła kupić stado innych koni… — Zawahało się, widząc jej morderczy wzrok. Czasem zapominało, że ludzie rzeczywiście się przywiązują do tych szkap. — …które będą dotrzymywać towarzystwa twojemu. One są stadne, nie?
— Ano.
Czerwień krajobrazu ustępowała chłodnym tonom. I tak odjeżdżali skrzypiącą od ciężaru drezyną, po zaskakującym spotkaniu, w kierunku nowej przygody.


Arnar?
────
[1091 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Weroniki — „Hau hau” [AU event]

Pieski AU

Wpatrywała się w tablicę. Tak, jakby miała zaraz uzyskać odpowiedzi na pytania, które ją trapiły.
W tym mieście było za dużo tafli, które odbijały niebo. Dopiero ciemne, wąskie alejki dawały wytchnienie, z dala od wzroku dwunożnych.
Nika siedziała na stosie palet, zastawiającym wyjście ewakuacyjne, naprzeciwko skrzyżowania. Zdążyła już uciec z miejskiego zgiełku i trafiła na wygodne przedmieścia. Żałowała tylko, że lokal, przy którym odpoczywała, nie był często odwiedzany. Gdyby było inaczej, to może by się udało znaleźć jakieś resztki jedzenia. Choćby jakaś bułka.
Na pewno minęło sporo czasu, odkąd wyswobodziła się i uciekła opiekunowi. Wystarczyła chwila nieuwagi, gdy ten ktoś uciął pogawędkę przy sklepie. Świat stanął przed nią otworem i wykorzysta tę szansę, na poszukiwaniu najważniejszego człowieka w jej życiu. Rozumiała to tak, że jeżeli do tej pory po nią nie przyjechał, to coś się stało i to ona musi go odnaleźć. Kto wie, może jest chory? Albo została porwana? Opcji było dużo.
Gdyby ktoś miał przechodzić obok, zobaczyłby na tym stosie palet dosyć dużą, płową pudlicę. A przynajmniej częściowo płową, jej sierść została pofarbowana niegdyś na fioletowo, teraz został tylko sprany kolor. Pudlicę wpatrującą się intensywnie w otoczenie, co jakiś czas powarkującą na cokolwiek, co śmiało się poruszać (czyt. papierowe śmieci). Miała na sobie zluzowaną, ciemną obrożę z wytłoczonymi ornamentami, mocno ubrudzoną.
Zeskoczyła z palet i ruszyła w drogę. Starała się węchem na kierować na jakiekolwiek poszlaki, które by wskazywały na jakiekolwiek jedzenie. I to takie nie ze śmietnika, jakieś standardy miała. Jeżeli to było możliwe, chowała się w alejkach — zdawała sobie sprawę z tego, jaką reakcję wywołują w ludziach psy jej pokroju, szczególnie ludzkie dzieci bardzo lubiły pchać ręce tam, gdzie nie chciała. W dodatku, gdy warczała na nie, zawsze była odciągana gwałtownie i besztana. Kolejne powody, żeby nie znosić ludzi.
Kierowała się na północ. Miała wrażenie, że kiedyś musiała mieszkać tam, gdzie ziemia pachniała… chłodniej. Z nutą krzemienia. Niedaleko miasta, bo czasem wskakiwała w auto, na miejscu pasażera obok Aleksandra, żeby potem być na miejscu w jakiejś kawiarni, w których zachowywała się wzorowo. Czasem zamawiał jakieś ciastko, tylko po to, żeby po kryjomu dać jej w nagrodę kawałek. W okolicy były drzewa, na tyle specyficzne, że pamiętała jak wyglądają i pachną, a póki co na nie jeszcze nie natrafiła. Pewnie jakikolwiek inny pies już dawno by się poddał w poszukiwaniach swojego właściciela, ale Nika miała dobre przeczucia. Nie miała wątpliwości co do swoich przemyśleń oraz dedukcji, gdzie powinna w ogóle się wybrać.
Gdy natrafiła w alejce na metalową siatkę, westchnęła przeciągle. Po co w ogóle są stawiane te siatki? Zanim się odwróciła, kątek oka zauważyła śmietnik i kartony, całość ulokowana dokładnie przy siatce. Jeżeli klapa śmietnika by się nie załamała pod nią (a doświadczyła tego niedawno), to by dała radę przeskoczyć. Drugi problem był taki, że wystawiłaby się na okno. Przez chwilę rozważała opcje i nawet szukała dziury w siatce, ale nic nie rzucało się w oczy. Zebrała siły i podjęła decyzję, przymierzając się do skoków. Z ulgą stwierdziła, że klapa jest dosyć solidna i jest w stanie utrzymać jej ciężar, za to zdekoncentrowała się widokiem przez okno. Dwójka ludzi się siłowała ze sobą, jedno z nich trzymało metalowy przedmiot, o wyjątkowo dziwnym kształcie. Nika była przyzwyczajona, że wyjątkowo chwalili się przeciwstawnym kciukiem i łapali, co mogli. Czy to różne patykopodobne rzeczy, czy piłkopodobne, za pomocą których wprawiali wszystko w ruch. Krzyczeli na siebie, pewnie znowu jakiś dziwny konflikt, którego nie rozumiała. Już minęła okno i miała się przymierzać do przeskoczenia siatki, gdy nagle usłyszała huk. Zadzwoniło jej w uszach, już nie mówiąc o instynktownym padnięciu plackiem na pokrywę, przez co cała się zatrzęsła. Gdy się nieco uspokoiła, ciekawość wzięła górę nad instynktem samozachowawczym i zerknęła przez szybę.
Metalowy przedmiot leżał na dywanie, a z jednego z otworów wydobywała się strużka dymu. Tamci już się nie siłowali, zamiast tego przyssali się do siebie i lizali swoje twarze. Na widok całej sytuacji przewróciła oczami. Tak bardzo próbowała rozumieć ten gatunek i do tej pory ją zaskakiwał. Aleksandr zwykł mawiać „Какие же странные у них человеческие характеры! Они даже любят так, словно ненавидят!” za każdym razem, gdy natrafiali na jakąś kuriozalną sytuację. Co prawda, nie rozumiała znaczenia tych słów, ale brzmiały bardzo dobrze i adekwatnie.
Prychnęła i wskoczyła na siatkę. Nie obyło się bez zaczepienia włosów o jakiś wystający drut, ale po kilku dniach tułaczki to już nie ruszało. Cieszyła się tylko, że nie musi znosić grzebieni, szczotek, mycia i co tam było w pakiecie. Odczekała chwilę na procesowanie impaktu skoku na łapach, po czym kontynuowała przygodę, podążając za tropem jedzenia w alejkach.
Gdy zobaczyła grupę mniejszych psów ciągnących za sobą kawałek mięsa z kością, ucieszyła się. Ten zapach był nie do pominięcia, samo mięso wyglądało dobrze, z lekką nutką fermentacji, która była jej ulubioną.
Wyszczerzyła zęby. Czas na legendarną walkę.


────
[792 słowa: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 12 kwietnia 2026

Od Luciena — „Gdy praca dla chleba, tak wino dla nieba”

Lucien nie mógł całe życie być bezrobotny. Patrzył, jak Arnar pracuje całe dnie i wraca zmęczony do domu. Obserwował to wszystko zbyt długo. Wszystkie próby poszukiwania pracy kończyły się tak, jak zawsze — nic z tego nie wychodziło. Problemem nie było to, że był młody. Problemem było to, że miejsc pracy brakowało, a jak już się coś znajdowało, to wymagali 100 lat doświadczenia, czego nie mógł mieć, przychodząc do pierwszej roboty w wieku dziewiętnastu lat.
Pracował ze swoim winem samotnie. Przesiadywał w piwnicy zdecydowanie za dużo czasu. Czasem nawet zapominał, że wypadłoby wrócić do mieszkania, odpocząć, zjeść coś albo się napić czegoś, co nie jest alkoholem. Tylko w taki sposób radził sobie z poczuciem bycia bezużytecznym rzepem uczepionym dupy Arnar. Czuł się jak najgorszy partner na świecie, bo przecież Arnar pracowało, a on siedział w domu i pędził wino w zapyziałej piwnicy.
Wszystko zmieniło się jednak po pewnym telefonie. Zadzwonił do niego ktoś, kto — jak się później okazało — mógł wynająć mu malutkie pomieszczenie, w którym Lucien mógłby otworzyć swój sklep. Sklep z winem, jakby to już nie było jasne.
Zgodził się niemal natychmiast, przecież to oznaczało, że będzie pracować i będzie przynosić do domu pieniądze. W końcu Arnar nie będzie się czuło z tym wszystkim takie samotne. W końcu będzie mógł się podzielić swoim sukcesem.
Nie chciał być jednak taki szybki i z powodu swojej wrodzonej paranoiczności nie powiedział o niczym Arnar, dopóki fizycznie nie postawił nogi w budynku, w którym miał niedługo powstać jego sklepik. Przez cały tydzień nie mógł spać, bojąc się, że mężczyzna od wynajmu się rozmyśli i znajdzie kogoś innego. Bał się też tego, że facet może okazać się potworem, chcącym zwabić go w ustronne miejsce, by zabić. Bał się w sumie też tego, że cały ten pomysł nie wyjdzie i marzenie o pracy legnie w gruzach.
 
— Wychodzę — powiedział tylko, naciągając ostatniego buta na stopę. Spieszył się, bo za jakieś pół godziny miał spotkanie z facetem od wynajmu.
— Okej.
Arnar niczego nie podejrzewało. Ufało Lucienowi, więc dlaczego miałoby się martwić? Było to całkiem na rękę chłopakowi, bo gdyby Arnar było typem dociekliwym, to szybko by się wygadał.
Zestresowany do granic możliwości Lucien czekał pod budynkiem jakieś piętnaście minut przed umówionym spotkaniem. Przez plecy przebiegały mu dreszcze, dłonie zaczynały trząść mu się w kieszeniach i nie była to wina chłodnej pogody, bo tego dnia świeciło słońce.
Mężczyzna jednak zjawił się szybciej, niż Lucien myślał. Może to i dobrze? Oszczędził mu stresu i dzięki temu zapanował też nad drżeniem kończyn. Gdyby czekał, chociaż dziesięć minut dłużej to pewnie kolana by się pod nim ugięły i runąłby jak kłoda na ziemię.
— Powodzenia w prowadzeniu biznesu.
Spotkanie zakończyło się tak szybko, że Lucien trochę w to nie wierzył. Podpisał dwa papierki, mężczyzna nawet nie chciał od niego zbyt wysokiej zaliczki i to było tyle. Teraz zaczynał się bać, że padł ofiarą scamu i będzie musiał się z tego tłumaczyć Arnar.
Co, jeśli właśnie wziął na siebie kredyt na jakieś milion dolarów i o tym nie wie? Co, jeśli zniszczył sobie właśnie życie? Nie, to przecież niemożliwe, widział dokumenty tego faceta, zna jego dane i numer telefonu. Nie mógłby być oszustem…
Tego dnia też nie mógł spać. Następnego również. Martwił się tak bardzo, że jedzenie przestało przechodzić mu przez gardło.
— Wszystko okej?
Arnar zwróciło uwagę na nietknięty przez Luciena makaron.
— Pewnie — odpowiedział beznamiętnie.
Nic nie było okej. Lucien był cholernie daleko od „okej”.
— Ostatnio jesteś jakiś taki… blady.
— Co? Wyglądam brzydko?
— Nie! — Arnar się poderwało. Trącił przy okazji szklankę z wodą, zalewając przy tym połowę stołu i podłogę. — Chodzi mi o to, że jesteś jakiś inny! — krzyczał, starając się dobrze dobierać słowa.
— Boję się, że mnie oszukali — wyrzucił z siebie pierwsze słowa. Ciężko przeszło mu to przez usta, ale jak już miał to powiedzieć, to wolał teraz.
— Kto? Przecież nauczyłom cię jak rozpoznać oszusta, pamiętasz? Razem przestudiowaliśmy jakieś 6967 sztuczek oszustów!
— Chodzi o to… — Lucien zignorował wzmiankę o 6967 sztuczkach oszustów, bo było tych sztuczek zdecydowanie mniej — że chyba znalazłem pracę, ale to taka praca, w której jakby… jest się szefem i pracownikiem jednocześnie.
— Zostałeś od razu szefem?
— Wynająłem sobie miejsce pod sklep z winami i…
— CO?! TO ŚWIETNIE!
Entuzjazm Arnar dalej nie przestał zaskakiwać Luciena. Kiedy on niemal umierał ze stresu, Arnar było totalnym przeciwieństwem.
— Boję się, że mnie ten koleś mógł oszukać. W sensie… pewnie tak nie było i w sumie nie wiem, o co się martwię…
Opowiedział dokładnie partnerowi, jak wyglądało ich spotkanie. Opisywał wygląd kartek, które podpisał (starał się zapamiętać najważniejsze paragrafy), a nawet podał aparycję mężczyzny, z którym to załatwiał. Arnar po wysłuchaniu tej opowieści krótko się zaśmiało.
— Nie był to oszust.
— Skąd wiesz?
— Bo gdyby to był oszust, to prosiłby o twoje dane konta bankowego albo chciałby więcej gotówki i nie dałby ci klucza do tego budynku.
Racja. Arnar miało rację.
— Och… tak, zapomniałem, że dał mi klucz.
— No właśnie! Wszystko jest jakby okej!
 
Następnego dnia poszli razem do miejsca, w którym niedługo powstanie piękny sklep winny LUCEVINE. Nikt nie wymienił zamków (o to Lucien też się bał) i nikt nie czekał na nich z siekierą (o to bał się jeszcze bardziej). Oznaczało to jedno — Lucien przestanie niedługo być bezrobotny. Wystarczy jeszcze trochę urządzić pomieszczenie i przynieść całą skrzynię wina, i można będzie otwierać!

────
[868 słów: Lucien otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Izana CD Cherry — „Kurs klękania przed pretorem”

Poprzednie opowiadanie

Izan chciał uciec, ale przez krzyki kobiety trochę go zmroziło. Trochę bardzo. Nigdy nie lubił gadać z kobietami, a już szczególnie z takimi, które się zdenerwowały i podnosiły głos. Z chłopami za to radził sobie w inny sposób — zazwyczaj używał do tego siły — i nigdy nie pozwalał po sobie deptać.
Izanowi wydawało się, że Cherry cała drży z nerwów. Był zbyt przerażony, żeby od niej uciec. Co, jeśli wstąpi w nią jakiś potwór i go rozszarpie w drzwiach?
— Zaraz się tym zajmę — wybąkał pod nosem, jak dzieciak, który przyznawał się do swojej winy dyrektorce na dywaniku. — Nie martw się.
Cherry jednak nie chciała puszczać Izana wolno — skąd pewność, że rzeczywiście się tym zajmie i naprawi to, co zniszczył? Takim jak on nie można było ufać, więc bardzo szybko podeszła do wystraszonego jak osaczane przez drapieżnika zwierzę Izana i uniosła podbródek, by zastraszyć ambasadora Marsa jeszcze bardziej. Izan spiął ramiona, od razu przyjmując pozycję obronną.
— Posłuchaj mnie, ptasi móżdżku — nie użyła nawet wygórowanych, obraźliwych słów, a Izan i tak opuścił zawstydzony głowę — nie puszczę cię samego. Nie ma nawet takiej mowy.
Izan pokiwał głową. Cherry pewnie się nie spodziewała, że Izan okaże się takim uległym przegrywem.
— Pójdziemy tam razem. Na moich oczach będziesz zrywać te plakaty.
— Dobrze. — Brakowało jeszcze, żeby dodał na koniec „proszę pani”.
 
Cherry nie odezwała się do Izana ani słowem, kiedy szli w stronę Nowego Rzymu. Ambasador Marsa dziękował w duchu, że nie musi z nią rozmawiać — uważał kobietę za naprawdę przerażającą.
Przed samym wejściem do miasta Cherry wskazała Izanowi słup, na którym wisiał jeden z brokatowych plakatów. Vergil wyglądał jak bardzo brzydki patyczak (mężczyzna nie dość, że był przegrywem, to jeszcze nie potrafił narysować kółka i prostych linii) i raczej nie dałoby się go rozpoznać, gdyby nie dorysowana korona oraz pretorska peleryna.
— Ściągaj to — poleciła Cherry, a Izan posłusznie podszedł do słupa i oderwał kawałek papieru. Nie był nawet taki mądry, żeby włożyć plakat w plastikową koszulkę.
Mężczyzna podał Cherry swoje naprawdę brzydkie dzieło, a ta od razu, jak wzięła w swoje ręce plakat, podarła go. Strzępki kartki stworzyły wokół kobiety okrąg.
— Gdzieś jeszcze tutaj coś powiesiłeś?
— Tylko ten jeden. — Uśmiechnął się niezręcznie. Nie skłamał. Nie mógłby przed nią.
Cherry chwilę mierzyła mężczyznę wzrokiem, aż w końcu się poddała i pociągnęła go za sobą. Izan, jak się okazało, obwiesił plakatami cały Nowy Rzym; a mówiąc cały, chodzi nawet o najdalsze zakątki, w które zapuszczają się tylko nieliczni.
— Nie mogłeś zrobić czegoś ładniejszego? — naśmiewała się Cherry, kiedy Izan ściągał kolejny plakat zawieszony na ścianie budynku. Kobieta trzymała w rękach jeszcze dwa takie twory. Każdy kolejny był brzydszy od poprzedniego. Izan nawet nie umiał odtworzyć tak prostego rysunku więcej niż trzy razy.
— To plakat… on miał… tak jakby… — zająknął się, nie wiedząc, czy jak wytłumaczy Cherry swój zamysł, to czy nie zarobi kopa w jaja. — Ośmieszyć Vergila miał.
— Domyślam się.
— Tak, ha-ha — zaśmiał się niezręcznie. Czuł, jak pierwsze kropelki potu zaczynają oblepiać mu plecy i klatkę piersiową.
— Idziemy dalej.
Pierwsza poszła dalej, a Izan podbiegł do niej niczym wierny pies. Brakowało mu tylko obroży i przyczepionej do niej smyczy.
Przy jednym ze sklepików — a raczej małego rozstawionego stoiska z owocami — sprzedawca przyglądał się właśnie rysunkowi, który wcześniej zawiesił tam Izan.
— Niech pan tego nie czyta. — Cherry zasłoniła mężczyźnie kartkę swoją dłonią. — Jakiś czubek chodził i to przyczepiał.
— Tak, wiem nawet który. — Podrapał się po głowie, próbując sobie przypomnieć. — Chodził tutaj taki jeden. Strasznie od niego śmierdziało potem.
Izan stał za nimi i to wszystko słyszał. Na samą wzmiankę o tym, że śmierdziało od niego, potem gdy rozwieszał plakaty, musiał powąchać się pod pachami. Rzeczywiście. Śmierdział.
— Chodź tutaj.
Cherry wołała Izana jak swojego podwładnego, a Izan tak też się zachowywał. Podszedł do kobiety od razu. Normalnie pewnie by zignorował taki ton i dalej wąchał swoją spoconą, śmierdzącą koszulkę.
— Zabierz to — rozkazała, a Izan bez sprzeciwu zabrał się do ściągania kartki.
Sprzedawca odsunął się na bezpieczną odległość, zapewne czując nieprzyjemny zapach od Izana. Nie ma nic gorszego, niż zapach potu. Szczególnie wtedy, kiedy było ciepło.
Izan miał już podać Cherry zdjęty plakat, kiedy uprzedził go ktoś inny. Vergil. Musiał zbierać te kartki w pobliżu. Wyrwał amabsadorowi Marsa rysunek i dokładnie mu się przyjrzał (jakby nie widział ich wcześniej), po czym spojrzał na Cherry.
— Co tutaj robisz?
— Nie widzisz? Ten przygłup rozwieszał te plakaty, to teraz będzie je ściągał.
Vergil uniósł brwi. Izan od razu spróbował przybrać groźną postawę ciała, ale obecność Cherry trochę mu to uniemożliwiała. Kobieta działała na niego w jakiś… niezbadany dotąd sposób. Może to przez to, że z kobietami nie rozmawia? Zawsze, jak jakąś widział, to uciekał.
— Jest gorzej, Cherry. — Obejrzał się za siebie. — Jakieś dzieciaki też je zaczęły zbierać.
— To źle? — zdziwiła się. — Chyba dobrze, że ściągają to badziewie.
Vergil pokręcił głową. Przestał zwracać uwagę na Izana, co trochę zabolało mężczyznę. Zawsze spierał się z — niestety — bratem, a teraz Vergil nie poświęcił mu chwili. Nie powiedział niczego obraźliwego, nie wyciągnął z kieszeni swojej obrzydliwej fasolki. Nawet na niego nie patrzył! Izan nie mógł tego przeżyć.
— Te dzieci chcą urządzić jakąś krucjatę na mnie.
— W końcu! — zarechotał Izan. — Wiedziałem, że mnie ktoś posłucha!
Wystarczyło jedno groźne spojrzenie Cherry, by się uspokoił. Nieznośny uśmieszek natychmiast zszedł mu z twarzy.
— Zaczęły się zbierać. Wiesz, jak wyglądają protesty, prawda?
Cherry się zmartwiła. Dlaczego banda dzieciaków obrała sobie Vergila za cel? Plakat był tak okropnie wykonany, że nie powinien przekonać nawet mrówki.
— Widziałem, że rozdają sobie drewniane miecze.
— Co można ci zrobić drewnianym mieczem? — prychnął Izan. — Jak chcą protestu, to powinni mieć prawdziwe miecze i pochodnie, żeby na końcu cię spalić. Jak palili kiedyś wiedźmy.
— Prawdziwa broń jest zakaza…
— Nie powinna być! — wrzasnął. — Dlatego właśnie jesteś beznadziejnym pretorem! Powinieneś zmienić to głupie prawo!
Cherry zacisnęła rękę na nadgarstku Izana. Bardzo nie chciała go dotykać, ale miała wrażenie, że nic innego nie zamknie mężczyźnie mordy.
— P-przepraszam…
— Przepraszam, co?
— P-proszę pa-pani… — wydukał Izan.
— I? — naciskała dalej Cherry.
— Przepraszam… Vergil….p-pretorze mój najlepszy. — Wbił wzrok w podłogę, nie mogąc patrzeć w takiej chwili pretorowi prosto w oczy. Już i tak został poniżony.

997 ten numer to kłopoty
────
[997 słów: Izan otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

sobota, 11 kwietnia 2026

Od Dicka CD Edel — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Promienie słońca, łaskawie głaszczące jego obolałe ciało, nie zdołały go jednak wysuszyć podczas krótkiego spaceru, który właśnie skończył się sturlaniem z górki. Do mokrego Dicka przykleiło się wszystko, co napotkał — trawa, ziemia, żwir, drobne kamienie (większe po prostu wywoływały głośniejsze okrzyki bólu), śmieci, pióra… Droga w dół zakończyła się hucznym (tak można by określić dźwięk, który wydał syn Fortuny przy uderzeniu w płot) akcentem, a potem zapadła cisza. Przynajmniej dla Dicka, którego chwilowo ogłuszyło. Pod jego powieki wdzierały się czerwone plamy, a potem nagle niewyraźne elementy otoczenia zaczęły być rozpoznawalne - rżenie koni, smród koni, a także ich ciekawe pyski. Dicka otrzeźwiły szczególnie widoczne od spodu wyglądające z otwartych pysków zęby, z podobnymi miał nieprzyjemne zajście jakiś czas temu, i wstydliwą bliznę na pośladku.
— Mmmhfmm — wykrztusił z siebie, kiedy w końcu mógł nabrać powietrza w płuca.
— W końcu — powiedziała pochylona nad nim Edel, a z jej głosu słychać było ulgę i irytację, którą ukrywała chyba głównie sama przed sobą.
— Uszkodziłeś sobie coś? Możesz wstać? — rzuciła, a potem zaraz zmieniła zdanie. — Nie, może lepiej się nie ruszaj…
Ale Dick już odsunął się spod płotu, kiedy jeden z koni na niego napluł. Choć każdemu ruchowi towarzyszył grymas, dzielnie chwycił się sztachety (była poluzowana) (chwycił się zaraz następnej) i na drżących nogach, zaraz podparty przez Edel w końcu wstał.
— No to teraz do ambulatorium — zarządziła, a Dick syknął, kiedy ta przypadkowo ścisnęła jego bardziej posiniaczoną rękę.
Nie był w stanie określić, czy to Edel tak mocno go ściskała, czy był tak bardzo obolały, ale nie narzekał zbytnio. Po brodzie ciekła mu strużka krwi, zmieszała się z ziemią i kurzem, ale na szczęście zębów miał mniej więcej tyle samo co dziś rano. Po prostu rozciął sobie wargę w trzech miejscach. Nic specjalnego. Bardziej zirytowany był przygryzionym językiem, który spuchł i wypełniał mu usta. Chciał powiedzieć „Właściwie teraz trudno mi odróżnić, co mnie bardziej boli — głowa czy reszta ciała”, ale wyszło z tego „Mmmmghbhgbbmmfbm”. Fortuno, kurwa, na domiar złego teraz stracił mowę! Jak miał powiedzieć Edel, że musi jeszcze skoczyć do toalety, i że cholernie chce mu się pić - mimo, że jeszcze był trochę wilgotny, dzień był upalny. Na domiar złego szli do ambulatorium najszybszą drogą — z małą ilością ocienionych miejsc. Niestety z szerokimi kamieniami, na których kuśtykającemu Dickowi łatwo omskiwała się noga. Brudna koszulka przylegała mu do ciała i w miarę zasychania coraz bardziej swędziała, ale w trampkach nadal chlupotało trochę wody, która wypływając małymi strużkami czyniła każde potknięcie bardziej możliwym.


Edel?
────
[406 słów: Dick otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

Przytaknął. Dopiero po chwili zorientował się, co usłyszał.
— To Nowy Jork nie jest jakoś mega wielki? — zapytał ze zdziwieniem widząc, jak Sony nadal siedzi z wielkim bananem na twarzy.
— No, trochę jest — wzruszyła ramionami. — Ale są większe miasta.
— I wy macie jakieś stałe miejsce spotkań? — dopytywał, coraz bardziej zaniepokojony. — W sensie, z tym księdzem.
— Nie — wyszczerzyła się. — Dlaczego?
— Fajnie — uśmiechnął się niepewnie, zastanawiając nad słusznością swoich wyborów. Nie tylko dzisiejszych. Uznał tą sytuację za idealny moment na przemyślenie całego swojego życia. Doszedł jednak do tygodnia wstecz, kiedy jego myśli zawędrowały po raz kolejny do geografii Stanów Zjednoczonych. — Ej.
— Hm?
— Bo ty mu powiedziałaś, że spotkamy się gdzieś w Nowym Jorku, nie?
— No, tak. I co? Znajdziemy się, nie pierwszy raz—
— Dobra, wiem — przerwał. — A my teraz gdzie jesteśmy?
Sony wyjrzała za okno, a Mikołaj razem z nią.
— Jeszcze na Long Island — stwierdziła.
— A Long Island nie jest w Nowym Jorku?
Mikołaj zadając to pytanie czuł się tak, jakby zamienił się miejscami z tymi Amerykanami, którzy myślą, że Europa jest w Rosji, a Francja nie istnieje. Chociaż to drugie byłoby akurat całkiem fajną opcją. Trybiki w głowie Sony również musiały działać, bo nawet ona po raz kolejny została uciszona głupim pytaniem chłopaka.
— No, jest. I co?
— To skąd wiesz, że ten Alan, czy jak mu tam było—
— Adam.
— Nieważne. Jak chcesz to ogarnąć w Nowym Jorku, jak jesteśmy w Nowym Jorku?
— To inny Nowy Jork.
— Są dwa Nowe Jorki? — zdziwił się Mikołaj. Wrócił do kwestionowania życiowych decyzji — tym razem padło na wybór rozszerzenia z geografii w liceum. Co prawda wytrwał na nim tylko pierwszą klasę, ale i tak chyba wypadało, żeby znał podstawy podziału politycznego. O politycznym podziale Stanów Zjednoczonych nie miał zielonego pojęcia, ale za to wiedział, że w tej chwili pod nimi znajdują się gleby brunatne, a patrząc za okno mogą podziwiać piękne cumulusy. I że prąd morski między Australią a Peru zmienia kierunek w Boże Narodzenie, co zdecydowanie ma wpływ na otwarcie sklepów rybnych w Rosji.
— No, Nowy Jork jest w Nowym Jorku. To tak jak Ameryka jest w Ameryce. Proste, nie?
— Zajebiście proste — podsumował Mikołaj. — A ta Minnesota też jest w Minnesocie? — zaśmiał się, ciągnąc temat już trochę na siłę.
— Co? — zdziwiła się Sony. — Nie, nie! W Minnesocie nie ma Minnesoty… chyba. Znaczy, Minnesota jest Minnesotą. — Ale chyba jest jedna.
— Dobra, nieważne — zrezygnował. Chciał obrócić brak własnej wiedzy w żart, ale brakło mu pomysłu na ciągnięcie go. — Kiedy wysiadamy?
— Za chwilę. Koło takiego czerwonego budynku — ponownie wyjrzała za okno, próbując zorientować się w terenie. — Albo to był następny? Nie, wiem! Za mostem. Z pociągu będzie koło budynku. Ale to w sumie zobaczymy.
— Za mostem, okej… — powiedział bardziej do siebie, niż do towarzysza.
Wytrzymali minutę w ciszy, która ewidentnie im przeszkadzała. Wyglądali jak dwójka pierwszoklasistów, która nie jest w stanie wytrzymać czterdziestu minut w szkolnej ławce i nieustannie musi się wiercić, stukać palcami i machać nogami. Sony otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale w dokładnie tym samym czasie zrobił to Mikołaj.
— Ej—
— Ej, a tak w sumie, to jak ty masz na imię? Jak już mówiłaś, to wybacz, musiałem nie wyłapać.
— So— wysiadamy! — Sony zorientowała się, że przegapiła charakterystyczny punkt za oknem i autobus właśnie zatrzymywał się na ich przystanku. Czym prędzej wstała z miejsca i ponagliła Mikołaja. — Szybko!
Ściśnięty tłum w autobusie utrudniał pasażerom przedostanie się z jednej części pojazdu, na tą drugą. Na szczęście nastolatkom w ostatniej chwili udało się przedostać do drzwi, wysiąść na przystanek i, miejmy nadzieję, niczego nie zapomnieć. Sony poprawiła ułożenie kabla, który najwidoczniej musiał się zruszyć i mocniej ścisnęła urządzenie w dłoni. Mikołaj zawiesił wzrok na odjeżdżającym autobusie, a gdy ten zniknął, rozejrzał się dookoła.
— Ale tu syf — zaśmiał się.
— Na peronie będzie gorszy — wzruszyła ramionami Sony, ruszając przed siebie.
— Czyli nazywasz się "Wysiadamy Szybko"? — zażartował Mikołaj, dotrzymując jej kroku.
— Co? — zdezorientowana twarz Sony odwróciła się w jego stronę, wyraźnie analizując słowa chłopaka. — Nie, skąd ten pomysł? — uśmiechnęła się niepewnie.
— Nie ważne, zapomnij — zaśmiał się niepewnie, odwracając wzrok. — To miał być żart. Bo wiesz, powiedziałaś…
— A! Okej! — przerwała mu, a ogromny uśmiech wrócił na jej twarz. — Jestem Sony!
— Zapamiętam — zapewnił. Nie wiedział, co jeszcze dopowiedzieć. Chciał dodać coś w stylu "miło poznać", ale przecież poznali się kilka godzin temu. To nie miałoby sensu. — Jak to się pisze?
— S-o-n-y, jak to studio od Spidermana, czy czegoś tam — powtórzyła słowa z wcześniej. — Cztery literki.
— Nie oglądałem Spidermana — stwierdził Mikołaj, próbując mimo wszystko sobie przypomnieć. — A to nie był Marvel?
— Marvel? Hm, może. Ale to nie brzmi jak Sony — odpowiedziała wesołym tonem. — Jeszcze były jakieś Łowczynie Kpopowych Demonów…
Mikołaj nadal próbował przypomnieć sobie, z czym skojarzyć imię Sony. W jego oczy rzucił się pokiereszowany szkicownik, wystający z niedopiętego plecaka zielonowłosego. Oświeciło go.
— Wiem! — krzyknął, po sekundzie orientując się, że są w miejscu publicznym. Ściszył głos. — Była taka aplikacja do rysowania od firmy sony! Sony Sketch, czy jakoś tak. Dobrze kojarzę?
— Eee chyba?
W tym czasie dotarli na peron kolejowy, który okazał się być całkiem blisko. Weszli na platformę, a Mikołaj po raz kolejny zaczął rozglądać się po otoczeniu.
— Widzisz? Mówiłam, że syf — Sony skomentowała wygląd peronu i podeszła do rozkładu. — To teraz musimy znaleźć… okej… i pojedziemy tam… — mówiła do samej siebie, pod nosem.
— A nie możemy po prostu pojechać pociągiem stąd do Minnesoty? — zapytał Mikołaj, szukając takiego połączenia. Sony spojrzała na niego zdziwiona.
— Możemy, ale po co sobie utrudniać?


Sony?
────
[889 słów: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 9 kwietnia 2026

Od Edel CD Dicka — „Psi patrol gotowy do akcji!”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Edel powtarza sobie, że jest osobą cierpliwą i wyrozumiałą. Udowodniła sobie to już tyle razy, że gdyby pisała CV, to nawet nie zastanawiałaby się, jak może się w nim przedstawić. Dlatego, bardzo cierpliwie, targa legionistę za szmaty, żeby bezpiecznie wyprowadzić go POZA wodę. Jest jednak zbyt miła, żeby kogoś dosłownie ciągnąć za mokre ubrania. Wykazuje się kolejną szczyptą wyrozumiałości i wyprowadza go na brzeg, trzymając go w pasie na wzór przeprowadzania przez jezdnię staruszki, tuż po tym, jak majestatycznie, wręcz na wzór starego, pierdolniętego przez piorun dębu, opadł na dno. Nie chcąc ryzykować, Edel chwilę później wpycha sobie kurczaka pod pachę, wynosi go z rzeki i ze stoickim spokojem ignoruje świeże zadrapania na rękach, zakażone każdym istniejącym rodzajem gronkowca, który akurat postanowił spędzić swój długo wyczekiwany urlop w Małym Tybrze.
Kurczak jest bezpieczny. Legionista raczej też. Edel siada obok niego na trawie, wreszcie puszczając niezdrowego na umyśle Nuggetsa, który zaraz postanawia uciec na drugi koniec Ameryki (centurionka ma szczerą nadzieję, że jednak tego planu nie zrealizuje). Dziewczyna na szybko ocenia stan wiercącego się na trawie nastolatka (dziesięć razy zatrzymywała go przed natychmiastowym pobiegnięciem za swoim zwierzakiem), co teoretycznie powinna była zrobić przed transportem kurczaka, ale zbyt skupiła się na punkcie pierwszym każdego poradnika pierwszej pomocy: zadbaniu o bezpieczeństwo na miejscu zdarzenia. Topiący się drób zdecydowanie przyczyniłby się do naruszenia wszelkich zasad BHP, jakich nie uczono ich na żadnym szkoleniu dla centurionów, bo nikt nie wpadłby na to, że gdziekolwiek, kiedykolwiek i komukolwiek w ratowaniu czyjegoś życia przeszkodziłby topiący się drób, a nie, dla przykładu, ogromna latająca świnia.
– AŁA!!! – Donośny krzyk jest pierwszym, co wypływa z ust chłopaka, oczywiście nie licząc bezowocnych próśb o puszczenie go na pogoń za kurczakiem. Zszokowana Edel cofa dłoń tuż po tym, jak najdelikatniej na świecie, odgarnęła mu włosy z czoła i spróbowała ocenić, czy przyda się tu plaster, czy raczej trzeba będzie załatwić mu gips.
– Gdzie cię boli? – odzywa się u niej ta mechaniczna reakcja wychowawcy obozowego. Równie automatycznie poklepuje legionistę po plecach, gdy ten nagle krztusi się bogowie wiedzą czym. Może własną śliną.
– Głowa. – Jakby na dowód swojego cierpienia, chłopak przykłada dłonie do skroni i niemiłosiernie się krzywi. Edel wzdycha, bo szybko dochodzi do wniosku, że jest zmuszona wyciągnąć ciężkie działa centuriońskiej mocy.
– To idziemy do ambulatorium – decyduje i od razu wstaje, a jej ruchom akompaniują pełne przerażenia krzyki legionisty. – Uderzyłeś się w głowę, jeszcze masz jakieś wstrząśnienie mózgu. Jestem prawie pewna, że na moment zemdlałeś – wyjaśnia i miała zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale jej własne myśli jej przerywają. Przypomina sobie o porzuconym gdzieś na trawie notatniku, najważniejszym przedmiocie w jej życiu. Oraz o paru innych swoich atrybutach, które również rzuciła gdzieś obok koszyka z jedzeniem opanowanym przez inwazję mrówek. Rozproszona, zacina się, a ten moment krótkiego zawahania zostaje szybko wykorzystany przez rannego.
– Ja naprawdę nie muszę iść do żadnego ambulatorium! – upiera się chłopak, ale Edel w te słowa nie wierzy.
– Chyba cię zmartwię, ale rozbiłeś sobie czoło.
– Nie pierwszy raz! – hardo odpowiada legionista, próbując nonszalancko odgarnąć mokre włosy z oczu. Prawie wybija sobie przy tym oko i pewnie nawet bogowie nie wiedzą, jak mogło do tego dojść. – Możesz mi sprawdzić oczy. Jak jest wstrząśnienie mózgu, to było coś ze źrenicami… Nie pamiętam tylko, co.
– Mam ci tak poświecić latarką prosto w oczy? – pyta Edel, dokładnie tak, jak rodzice pytają: „A jak Antek wskoczy do studni, to też za nim wskoczysz?”.
– Tak – odpowiada chłopiec, całkowicie poważnie.
– Nie. Nie mam latarki.
Nadzieja w bardzo widoczny sposób ucieka z oczu legionisty.

Człapią w kierunku Obozu, trzymając się na tyle daleko brzegu rzeki, żeby na pewno nikt już sobie tam nie popływał. Za nimi ciągnie się mokry ślad, woda wciąż kapie im z ubrań i włosów, wylewa się z butów. Każdemu krokowi towarzyszy chlupotanie i Edel już nie wie, czy po prostu przestała czuć wodę w swoich glanach, czy jakimś cudem zalało jej czaszkę od środka.
– Jak masz na imię? – pyta dziewczyna, przerywając niezręczną ciszę. Prawie dotarli już do stajni. Jest progres.
– Dick, a ty? – Na moment podnosi wzrok ze swoich butów, co Edel odczytywała jako rodzaj ukazywania swojego speszenia albo urazy, bo jednak centurionka prowadzi go gdzieś, gdzie nie chce być. Jednak zaraz przekonuje się, że to raczej sposób, dzięki któremu Dick jest w stanie utrzymać minimalne bezpieczeństwo podczas zwykłego spaceru.
Żadne z nich nie wie, na czym się poślizgnął. Ani czemu pomachał rękoma tak gwałtownie, że uderzył Edel prosto w splot słoneczny. Dziewczyna zajęta jest łapaniem się za brzuch i próbą złapania oddechu, podczas gdy Dick po prostu… nie dość, że się przewraca, to jeszcze postanawia stoczyć się z górki. Brakuje nagle zlatującego z nieba pianina, żeby dopełnić scenerii.
Chłopiec toczy się prosto pod ogrodzenie stajni i wygląda na to, że nie ma najmniejszego zamiaru się zatrzymywać.


Dick?
────
[782 słowa: Edel otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 7 kwietnia 2026

Od Isobel CD Dahlii — „To twój ciężarek?”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Isobel po powrocie do mieszkania parę razy przeklinała sprawę ukradzionego plecaka. Nie żeby cokolwiek jej się znudziło; wręcz przeciwnie — poświęcała biednemu plecakowi zdecydowanie więcej, niż powinno. I to był jej problem, bo kiedy usiadła przy biurku, zobaczyła na nim porozrzucane kartki z niedokończonym referatem. Po przeczytaniu tego, co już miała, okazało się, że są to tylko jakieś niezbyt powiązane ze sobą skrawki informacji i jej własnych, pokręconych przemyśleń. Pół biedy, gdyby musiała poprawić i dokończyć tekst. Niestety, Is musiała napisać calusieńki referat od nowa. W każdy inny czwartek z większymi lub mniejszymi trudnościami byłoby to łatwiejsze, ale jej tok myśli ciągle zaburzały pytania w stylu: „Skąd ja znam tego faceta?”, lub „Na cholerę mu był ten plecak?”.
Klientów w barze miała naprawdę wielu. Stałych bywalców zwykle znała nawet z imienia, ale na piwo przychodziło też mnóstwo osób, które ten bar widziały pierwszy i ostatni raz. Miała dobrą pamięć, ale po pewnym czasie pracy nauczyła się wyrzucać z głowy niepotrzebne informacje. Takowymi były między innymi twarze klientów baru. Zdecydowanie miała wiele innych, bardziej wartych do zapamiętania rzeczy. Więc dlaczego, do cholery, ta konkretna twarz została w jej głowie?
Napisanie tego nieszczęsnego referatu zajęło jej dwa razy dłużej, niż zwykle, a normalnie i tak trwało to dość długo. Finalnie oddała dnia następnego dnia z rana, cztery godziny po tym, jak wprowadziła ostatnie poprawki. Cudownie spędzona noc. Bardzo starała się nie wyglądać jak trup. Naprawdę bardzo.
Na szczęście w barze znalazła się kilka godzin i litr kawy później, jak zwykle jadąc na wyimaginowanej energii i promiennym uśmiechu. Humor miała zdecydowanie lepszy, bo siedząc na jednym z wyjątkowo nudnych wykładów, nagle przypomniała sobie, skąd zna mężczyznę-złodzieja z nagrania. Dzięki temu, mimo małej ilości snu, pracowała nakręcona jak pozytywka, kręcąc się w tą i z powrotem za barem. Barny nie wiedział, czy powinien się śmiać, czy zrugać ją za to, że w końcu się potknie i rozbije sobie ten rudy czerep o kant baru. W końcu wybrał śmiech, co Is kwitowała przewróceniem oczami i mamrotaniem pod nosem. Mogło tam paść coś o starych prykach i nieumiejętnym smażeniu frytek.
Lawirując między stolikami, często spoglądała w kierunku drzwi. Wypatrywała Dahlii, bo czuła, że jeszcze chwila i wybuchnie, jeśli jej nie opowie o tym, co sobie przypomniała. Zwykle nie myślała o tym za dużo, ale w tej chwili żałowała, że choćby trzymanie telefonu w dłoni mogło na nią ściągnąć jakąś wściekłą empuzę. Chwilę zastanawiała się, czy Dahlia uważa ją za dziwną, bo nie zapytała o numer telefonu, ale w sumie to miała to gdzieś.
Prawie wylała piwo z kufla, kiedy kobieta w końcu pojawiła się w drzwiach baru. Z rozbawieniem zauważyła, że stare pijaczki obrzucają ją zaniepokojonymi spojrzeniami. Z jednej strony Dahlia może i wyglądała, jakby mogła ich poskładać jedną ręką, ale zazwyczaj byli tak skorzy do bójek, że miło było widzieć ich przestraszonych. Świetna sprawa. Zaczęła machać do Dahlii (jakby trudno było ją przeoczyć za barem), jednocześnie podając klientowi jego kufel.
— Cześć! Boże, dobrze, że już jesteś. Siadaj, siadaj — machnęła ręką w stronę hokerów stojących po drugiej stronie baru. Wytarła dłonie w szmatkę.
Dahlia po chwili usiadła na wskazanym miejscu.
— Dalej nie mam pojęcia, po co komu był mój plecak — powiedziała, nieco podnosząc ton, żeby było ją dobrze słychać przez harmider panujący w barze.
Is aż klasnęła w dłonie, po czym oparła się o blat.
— Ja wiem, dlaczego pamiętam tego gościa. Ze dwa tygodnie temu w sobotę mieliśmy tu straszny ruch, jak nigdy. Ledwo się wyrabiałam na zakrętach, serio! No i nie dość, że pracowałam za dwóch, to jakiś palant jeszcze chciał się ze mną kłócić, że nie zapłaci nam za piwo, bo jak szedł do stolika to się potknął i je wylał — mówiła, gestykulując żywo. Barny co jakiś czas pojawiał się obok, ale sprawnie unikał jej latających w powietrzu dłoni. Nie miał przy niej innego wyjścia, niż się przyzwyczaić. — Pokłóciłam się z nim trochę, pogadał coś o tym, że baby do garów, no ale Barny wyszedł zza baru i nagle odechciało mu się kłócić. Rzucił tego głupiego dolca na bar, trzasnął drzwiami i wyszedł. Paskudny typ. Nie wiem dlaczego od razu nie przypomniałam sobie, że stąd go pamiętam — skończyła w końcu, biorąc na końcu głęboki wdech. Szybkie wypluwanie z siebie informacji było męczące.
Dahlia milczała przez chwilę, przyswajając ten dziwny zbieg okoliczności.
— Wiesz o nim cokolwiek oprócz tego, że jest gburem? — zapytała w końcu, opierając łokcie o bar.
— Nie, niestety nie. — Isobel pokręciła głową. — Ale Barny go chyba kojarzy, bo jeszcze długo psioczył pod nosem. BARNY! — zawołała, odwracając się w stronę zaplecza. Raczej na taką nie wyglądała na taką, ale potrafiła się głośno wydrzeć.
Mężczyzna doczłapał się do baru. Był chyba jedyną obecną tam osobą, która górowała nad Dahlią.
— Co?
— Pamiętasz tego gnojka, co nie umiał utrzymać kufla w dłoni i jeszcze nie chciał zapłacić?
Isobel siłą rzeczy musiała się odwrócić plecami do Dahlii, żeby porozmawiać z drugim barmanem. Barny skrzywił się i skinął głową.
— Co z nim? Znowu przylazł? — zapytał, rozglądając się po barze.
Is machnęła ręką.
— Nie, nie. Ale znasz go? Kolega jest chyba w dodatku złodziejem.
— Gówniarz mieszka na moim osiedlu. Wybił mi kiedyś szybę w piwnicy. Nigdy nie zapłacił za wstawienie nowej.
— Paskudny typ. Jak się nazywa?
— Jakiś Falagamus albo Falagemus. Mieszka nade mną i tupie co najmniej tak, jakby był słoniem. A po co w ogóle o niego wypytujesz? — Barny zmarszczył brwi. Isobel zwykle nie interesowała się aż tak klientami, a na pewno nie tymi, którzy działali jej na nerwy.
— Tak sobie. Hej, Kip chyba woła o drinka. Załatwisz to? Zaraz wrócę do pracy — powiedziała, uśmiechając się promiennie.
Potem odwróciła się z powrotem do Dahlii, widocznie z siebie zadowolona.
— Tutaj naprawdę żadne informacje nie giną. Biedny Barny chyba trochę przeszedł z tym gnojkiem. Najważniejsze, że wiemy już, kim jest — dodała, jednocześnie wychylając się, żeby podać barmanowi jedną z butelek, które stały obok niej.
— Cóż, facet nie prezentuje się jak ktoś warty poznania — powiedziała Dahlia, krzywiąc się nieznacznie.
— Nie mamy go poznać, tylko sprawić, żeby oddał ci plecak!
Uśmiech na twarzy Is nie zwiastował niczego dobrego.


Dahlia?
────
[995 słów: Isobel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]