czwartek, 30 kwietnia 2026

Od Mikołaja CD Caroline — „A Ty jesteś z Chin czy co?”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA, ROK TEMU

— A ja mam lepszy pomysł — odparł, po chwili krótkiego namysłu. — Ty pójdziesz w lewo, a ja w prawo.
Poczuł na sobie wzrok Caroline, jednak nie odważył się spojrzeć na jej twarz. Nie chciał, żeby skończyło się to wybuchem śmiechu - chciał przecież brzmieć poważnie.
— Tak czy siak zgubimy się i umrzemy, przynajmniej nie będę musiał cię słuchać — wzruszył ramionami i odwrócił się na pięcie.
— Spierdalaj — podsumowała. — Zawracamy.
— No a co ja robię? — spytał ironicznym tonem, podchodząc do jednego z drzew.
W panującym półmroku Caroline widziała kształt Mikołaja, który ułamuje z drzewa metrową gałązkę. Chłopak oczyścił patyk z mniejszych patyków i zaczął wywijać nim dookoła siebie, jakby walczył mieczem. Nie wykazywał przy tym szczególnej ostrożności i zainteresowania otoczeniem.
— Uważaj! — odskoczyła ze strachu, że zaraz stanie się ofiarą drewnianego wannabe mieczyka. Miała zamiar dodać coś jeszcze, ale powstrzymał ją ból w kostce, który postanowił o sobie przypomnieć po nagłym ruchu.
— Znalazłem broń, nie narzekaj — wzruszył ramionami.
— Ten badyl? — uniosła brew, nie będąc przekonana.
Mikołaj przewrócił oczami i zrobił kilka kolejnych wymachów prowizorycznym mieczem. Nie była to co prawda broń idealna, ale lepsza taka niż żadna, prawda? Nie rozumiał, w czym Caroline widzi problem. Może to jakieś zboczenie dzieci Aresa. A może po prostu ona była dziwna. Z resztą, prawdziwy miecz w jego rękach nie byłby dużo bardziej przydatny od tej gałązki. Nią przynajmniej nie mogli się pokaleczyć.
Ruszyli przed siebie, nie odzywając się ani słowem. Zimno dawało o sobie znać coraz mocniej, a zapadająca ciemność zdecydowanie nie poprawiała ich sytuacji. Najgorsza była jednak cisza. Okropna, przerażająca cisza, zakłócana jedynie krokami tej dwójki.
— Zatrzymaj się — rozkazał dziewczynie.
Caroline spojrzała na niego zdziwiona, ale wykonała polecenie.
— Po co?
— Cicho bądź.
Mikołaj wstrzymał oddech i próbował wsłuchać się w las. Przy odrobinie szczęścia cicho liczył na odgłosy z obozu, jednak głównie chciał skupić się na zwierzętach. Przypomniało mu się, że jako syn Dionizosa, powinien w jakimś stopniu móc porozumieć się z leśnymi stworzeniami. Może udałoby mu się dogadać z jakąś myszką na tyle, że wskazałaby mu drogę? Jak na złość, nie usłyszał ani najmniejszego szmeru. Jakby cały las umarł.
— Długo jeszcze? — niecierpliwiła się Caroline. — Zamarzam.
— Nie… — odparł zawiedziony. — Idziemy.
Wyjął z kieszeni lewą rękę, złapał nią patyk, a w zamian włożył do kieszeni prawą, aby tym razem ona mogła się ogrzać. Po paru sekundach jednak zmienił zdanie i szybkim ruchem odrzucił patyk gdzieś na bok, założył kaptur, a następnie obie ręce umieścił w kieszeniach.
— I gdzie ta twoja cudowna broń? — zaśmiała się dziewczyna.
— W dupie — wzruszył ramionami. — Co nas niby zaatakuje? Twój stary?
— A żebyś się nie zdziwił — odburknęła i zaniepokojona spojrzała w niebo. Oby Ares miał dobry humor.
— Nie miałem na myśli… jego — Mikołaj dopiero po chwili zorientował się, z kogo zażartował. Nagle wizja ataku przez ojca Caroline stała się aż zbyt wyraźna. — Raczej chodziło mi o no… tego drugiego, no wiesz. Jeśli go masz. Jeśli nie, to o takiego teoretycznego. Ale nie Aresa. Broń boże. Brońcie bogowie? Broń Aresie… No, to było tak czysto teorety- — zaczął się tłumaczyć w tempie, którego pozazdrościłaby mu niejedna katarynka.
— Nic już, kurwa, nie mów — przerwała mu Caroline stanowczo.
— Prze- okej.
Dziewczyna zgromiła go wzrokiem, ale zdecydowała się nie odzywać.
— Kojarzysz to miejsce? — zapytała w końcu, gdy po paru minutach po raz kolejny się zatrzymali.
Mikołaj nie odpowiedział. Rozejrzał się jedynie dookoła, co w ciemności i tak niewiele mu dało.
— Pytałam o coś — powtórzyła z irytacją.
— Miałem być cicho — powiedział takim tonem, jakby miał pięć latek i obraził się na mamę, że nie kupiła mu lizaka w sklepie. Caroline westchnęła.
— Japierdole — skomentowała. — Chcesz stąd wyjść?
— Ta, znam to miejsce jak własną kieszeń — odpowiedział ironicznie. — Tu mieszkają wiewiórki, tu rosną szyszki, a tam stoi bałwan — pokazywał rękami przypadkowe miejsca.
— Ale śmieszne. Super. A serio?
— A serio, to jest ciemno jak w dupie.
— Nie zauważyłam.
— Ciekawe czemu, może dlatego, że nic nie widać? — spytał zirytowany. Nie chciał kłócić się z dziewczyną, ale musiał przyznać, że działała mu na nerwy. Spodziewał się, że on jej również, więc przynajmniej byli kwita.
— Ale, kurwa, zabawne — burknęła, ruszając przed siebie na oślep. Liczyła na szczęście.
— Ale prawdziwe! — zawołał za nią Mikołaj i czym prędzej za nią poszedł, nie chcąc zgubić dziewczyny w ciemnościach.
Szli tak może dwie minuty, kiedy Mikołaj zorientował się, że coś się zmieniło. Miał wrażenie, że uklepana ścieżka stała się miększa, a drzewa coraz gęstsze. Jakby na potwierdzenie jego słów, Caroline przeklęła pod nosem. Możliwe, że przed bliskie spotkanie z jakimś dębem, czy innym bukiem.
— Nie chcę cię martwić, ale chyba zeszliśmy ze ścieżki — zauważył.
— Dzięki, zdążyłam poczuć — odparła niezadowolona. Nie widział tego, ale dziewczyna właśnie rozmasowywała czoło, zaatakowane przed sekundą przez gałąź.
— I co teraz? — zapytał z niepokojem, stając w miejscu.
Caroline również się zatrzymała. Rozejrzała się dookoła jakby w nadziei, że nagle las się rozjaśni, jej ukaże się droga do obozu.
Mocniejszy podmuch wiatru poruszył koronami drzew i zawył głośniej, przyprawiając nastolatków o dreszcze. Niepewnie spojrzeli w górę. Mikołaj zaczął się zastanawiać, czy niebo jest zachmurzone, czy zasłonięte przez korony drzew. Brak gwiazd mocno go niepokoił.
— Będzie padać? — zaniepokoiła się dziewczyna.
— Nie powinno — odpowiedział, próbując przypomnieć sobie wiedzę z lekcji geografii. Pamiętał, że deszcz i burze częściej występują w lecie niż zimie, przez jakieś różnice temperatur, czy coś, ale była to wiedza z Polski. Może w Ameryce pogoda działa inaczej? — Oby.
— Jak będzie burza, to przynajmniej pioruny rozjaśnią nam drogę — zaśmiała się. Był to jednak raczej śmiech z rozpaczy, niż rozbawienia.
— Nie będzie — odparł szybko, chcąc uspokoić sam siebie. Teraz to już nie był wystraszony, a przerażony. — Nawet tak nie mów. W zimie nie ma burz.


Caroline?
────
[916 słów: Mikołaj otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Aye — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait nie zaciskał w złości zębów, bo wiedział, że mu nie wypada. Nieco trudniej było mu powstrzymać się od awantury, bo czuł, że do tego jak najbardziej miałby prawo. Nawet przez chwilę o tym myślał, kiedy dziewczyna wprowadziła ich między stoiska gdzieś dalej, daleko od miejsca, do którego starali się uciec przed takimi jak ona.
A zaraz potem przypominał sobie, że sam nauczył ludzi z branży tego, że zawsze jest dostępny i nie ma problemu z wzięciem na siebie jakichś dodatkowych obowiązków. Bo na co dzień naprawdę nie miał z tym problemu. Zazwyczaj nawet sam się zgłaszał – zwyczajnie po to, by mieć jakieś zajęcie. Problem w tym, że dzisiaj już przecież miał zajęcie. Jeśli to nie było wystarczające, to powinien zacząć się kłócić choćby ze względu na Aye.
Mógł się tylko domyślać, ale był niemal całkowicie pewny, że dla Aye jest to sytuacja rodem z najgorszego, najbardziej realistycznego koszmaru sennego. Sam nie traktował tego aż tak poważnie. Przynajmniej na razie.
– Chait.
Głos dziewczyny miał niesamowicie irytującą, kłującą w uszy barwę. Albo po prostu jej pojawienie się było na tyle wkurzające samo w sobie, że Chait domyślnie uznał jej głos za nieprzyjemny. Nadal nawet nie wiedział, jak ona i jej koleżanka się nazywają.
– Tak?
Nadal zachował neutralnie przyjazny ton, uśmiechając się, kiedy odwróciła głowę, by na niego spojrzeć.
– Ogólnie to naprawdę cud, że tu jesteś i możesz nam pomóc.
Miał ochotę jej przerwać, mówiąc, że wcale nie może im pomóc i że nawet nie chce im pomóc, bo chamsko przerywają mu spotkanie z kimś innym, kto zdecydowanie nie ma ochoty na przebywanie w zbierającym się w parku tłumie ludzi, ale nie zdążył nawet otworzyć ust, bo dziewczyna kontynuowała:
– I to nawet lepiej, że jesteście we dwójkę.
To był ten moment, kiedy zaczął się bać. Zerknął na Aye, szukając jakiegoś sygnału, który mógłby odczytać jako „uciekamy teraz”. Potem zdał sobie sprawę, że i tak nie mogą uciec teraz konkretnie, chociaż rzucenie się biegiem w przeciwnym kierunku brzmiało jak absurdalne i być może skuteczne rozwiązanie. Które mogło tragicznie odbić się na jego wiarygodności w pracy.
Zaczynał powoli dochodzić do wniosku, że z jego perspektywy z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia.
– Dziewczyna, która miała dzisiaj malować dzieciom twarze, nie może dojechać. Cały sprzęt jest nasz, więc wszystko jest na miejscu i potrzebujemy tylko kogoś, kto będzie mógł się…
– Mówiłaś, że to ma zająć tylko chwilę. – Chait w końcu wszedł jej w słowo. Spojrzała na niego, ale miał wrażenie, że w ogóle się tym nie przejęła. Słyszała go, ale go nie słuchała.
– No, tak, tak. Chwilę – rzuciła, zbywając jego wątpliwości machnięciem ręki.
Obie zatrzymały się przy jednym ze stoisk tak nagle, że Chait i Aye prawie na nie wpadli. Odskoczyli jak poparzeni.
– A ty. – Teraz odezwała się druga z dziewczyn, o trochę mniej irytującym głosie. – Pomożesz nam z promocją. Mamy zabawki i potrzebujemy więcej osób do pokazywania ich dzieciom i reklamowania i w ogóle, dobra?
To zabrzmiało jak pytanie, chociaż zdecydowanie pytaniem nie było. Aye wyglądało, jakby bardzo chciało odmówić, ale w końcu skinęło głową. Chaitowi zrobiło się przez to jeszcze bardziej głupio i poczuł się jeszcze bardziej winny.
Jeszcze mocniej zacisnął dłoń na bluzie, którą trzymał kurczowo od ich próby ucieczki.
– Możesz się stąd zmyć, jeśli—
– Jessica będzie z tobą na stoisku, więc możesz ją pytać o wszystko. – Przerwała mu w pół zdania, nie dając Aye czasu na odpowiedź albo jakąś reakcję. – Malowanie twarzy jest tu zaraz obok.
Zanim Chait zdążył coś powiedzieć, złapała go za ramię i pociągnęła do stoiska kawałek dalej. Na stoliku stał karton, z którego wystawały farbki, chusteczki i jakieś słabej jakości szablony, których raczej wolałby nie używać. Zerknął na stojącą obok tablicę z mało oryginalnymi wzorami i niezbyt zwracającą uwagę reklamą, która miała zachęcać do skorzystania.
Kto pierwotnie miał prowadzić tę atrakcję? Nie mogła być to żadna z jego znajomych, bo na pewno wiedziałby wtedy o samym wydarzeniu. Zaczynał myśleć, że po prostu coś mu umknęło.
– Poradzisz sobie, nie? Właściwie to już otwieramy i jesteś nam bardzo, bardzo potrzebny.
Powstrzymał grymas, który cisnął mu się na twarz, bo znowu – nie wypadało.
– Tak, tylko, uch…
– Karolina jestem.
Zawsze było to mniej stereotypowe od Jessici. W tej chwili tego nie doceniał.
– Okej. Pomóż mi to rozpakować, jeśli masz chwilę.
Pokiwała głową i od razu sięgnęła po karton, wyjmując z niego pierwsze rzeczy i układając je bez większego ładu i składu. Może lepiej i szybciej poradziłby sobie sam.
Ze swojego stanowiska miał możliwość obserwować, jak idzie Aye, a Aye mogło obserwować, jak idzie mu – nie wiedział, czy bardziej go to pociesza, bo dawało mu szansę interwencji, gdyby coś zaczęło iść jeszcze bardziej nie tak, czy jednak bardziej stresowało, bo musiał cały czas obserwować, jak bardzo Aye nie chce tu być.
Obserwował, jak Jessica coś tłumaczy, entuzjastycznie gestykulując i pokazując coraz to inne zabawki. Nie zdążył dobrze przyjrzeć się jednej, a ona już mówiła o jakiejś kolejnej, która i tak wyglądała bardzo podobnie.
Czy dzieci w ogóle chciały się tym bawić?
– To chyba wszystko.
Potrzebował sekundy, by zarejestrować, że Karolina coś do niego mówi. Uśmiechnął się do niej, ale był to raczej uśmiech typu „nie słuchałem”, niż dziękujący za pomoc.
Nie zdążył zapytać, czy oryginalna prowadząca w ogóle zamierza się pojawić i jeśli tak, to za ile, bo dziewczyna pobiegła już między następne stoiska. Jeszcze raz zerknął w stronę Aye.
Dzieci i rodzice już kręcili się po okolicy, a mała grupka zebrała się wokół stolika z zabawkami.
Chait opadł na stołeczek przy własnym stoisku. Chciał dalej wściekać się o to, że zmusiły ich do pomocy, ale nie potrafił się do tego zmusić.
Chyba było mu po prostu przykro.
– Chcę motylka!
Przeniósł wzrok na chłopca, który stanął przy tablicy i wskazywał palcem na jeden ze wzorów, szarpiąc za rękaw stojącą obok kobietę.
– Można? – Kobieta zwróciła się do Chaita, który w odpowiedzi uśmiechnął się i wskazał dłonią drugi, mniejszy stołeczek.
Dzieci nie były przecież niczemu winne.
Nim zdążył się zorientować, do malowania twarzy ustawił się tłumek nawet większy niż do oglądania zabawek. Między jednym dzieckiem a drugim, między kolejnymi uśmiechami i wymianą szablonów i opakowań farbek, starał się zerkać w stronę stoiska Aye. Kilka razy wymienili się spojrzeniami, ale zbyt krótkimi, by dało się coś z tego wyczytać.
Gdy nie miał czasu, by myśleć o tym, że znowu zjebał, dobrze się bawił.
Kiedy kawałek dalej zaczął się większy pokaz, przemknął się do stoiska Aye. Jessica gdzieś zniknęła.
Aye wyglądało na zmęczone i Chait znowu poczuł się głupio.
– Przepraszam. Naprawdę nie wiedziałem, że będą coś tu organizować – mruknął, opierając się o jedno z drzew. Przetarł twarz, rozcierając żółtą farbę, która została mu na rękach. – Możesz się stąd ewakuować w każdej chwili. Mogę ci nawet pomóc.


Aye?
────
[1100 słów: Chait otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

środa, 29 kwietnia 2026

Od Erin CD Niketasa — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Ostatnią rzeczą, jaką widziała Erin, zanim jej (już i tak ograniczony) wzrok przysłoniła największa chmura kurzu w historii domku numer dwadzieścia, był Ashton rzucający się na Niketasa niczym niezdarny dziki kot, albo dzik. Następnie zamiast w swoją ofiarę, znaczy grupowego, trafił całym ciałem w jedną z wielu półek z książkami i bogowie wiedzą, z czym jeszcze, a potem wszyscy zaczęli dusić się kurzem, pozbywać się go z układu oddechowego i odgarniać rękami, jakby to cokolwiek miało dać. Wszyscy poza Joshuą, który obudził się, zafascynowany sztucznymi ogniami, które (jak miała nadzieję Erin) tylko mu się przyśniły. Córka Hekate nie chciała tego mówić na głos, ale nie była pewna, czy zaraz coś nie wybuchnie, a oni nie zginą mało heroiczną śmiercią, pożarci przez ogień.
— Co tu się- — z głębi domku wynurzyła się Rosalie, grupowa dwudziestki. Złapała kontakt wzrokowy typu „kim wy kurwa jesteście i co wy kurwa zrobiliście” z całą trójką, zerknęła jedynie kątem oka na wciąż śmiejącego się Joshuę, po czym rzuciła, że nie wróci, dopóki nie będzie posprzątane, choćby miała spędzić noc w lesie, i w akompaniamencie dramatycznego skrzypienia drzwi wyszła na zewnątrz.
— Za to — Niketas ruchem ręki objął cały ten bajzel — zapłacisz podwójnie, ty mały g- — zanim dokończył, Ashton znów spróbował go zaatakować (chłopak ewidentnie ma problemy z agresją, chociaż nie wygląda), ale tym razem Erin zdążyła w porę złapać go za koniec koszulki, bo znów nie wyhamowałby przed kolejną półką.
— To jest oszustwo! — młodszy Hermesiak przyjął wielce obrażony ton głosu i pozycję, ale na nikogo się nie rzucił.
— No i co???? Oboje mamy oszustwo we krwi, amatorze. A poza tym, jakby na to spojrzeć, wcale cię nie oszukałem, po prostu nie powiedziałem ci, ile masz zapłacić. Powinieneś się domyślić, że za darmo nic nie ma — Niketas wzruszył ramionami, ale chyba nie zauważył, że nie mówi w stronę brata, a do ściany. Po chwili zdjął pokryte kurzem okulary i wytarł je o koszulkę, by cokolwiek widzieć.
— Ale to twoja wina!
— Jakbyś mi nie podskakiwał, nic z tego by się nie stało — starszy syn Hermesa ewidentnie nie zamierzał ustępować młodemu.
Erin próbując uniknąć bratobójstwa, wtrąciła, że w sumie to i tak wypadałoby tu posprzątać, bo nikt nie robił tego od… odkąd czarownice były jeszcze palone na stosach.
— Cudownie, tania siła robocza się przyda. Ashton — Niketas wskazał palcem na brata, który już prawie otworzył usta, pewnie po to, by oznajmić, że wcale nie ma tak na imię, jednak grupowy znów był szybszy. — Jeśli posprzątasz to na błysk, zastanowię się i może pozwolę ci zapłacić jedynie trzy czwarte ceny więcej. Ale nic nie obiecuję.
— A jak posprzątam cały dom? — Ashton wydawał się pogodzony z przegraną.
— NIE! — Erin sama siebie zaskoczyła nagłą reakcją. — Nie jestem półbogiem godzinę, żeby pozwolić agresywnemu i wkurwionemu dzieciakowi Hermesa grzebać w rzeczach. A nawet gdyby, i tak musiałbyś zapłacić — dodała, zanim zrobił to Niketas, który pokiwał głową, bawiąc się guzikiem koszuli.
— Weź sobie tego tam do pomocy, jeśli ci się uda — grupowy wskazał na Joshuę, który w tej chwili wciąż leżąc, wyciągał ręce w stronę sufitu i wykonywał nimi niezidentyfikowane znaki jak jakiś Wiedźmin z Temu.
— Podziękuję — wymruczał młody, widząc, że nic nie wskóra w dyskusji ze starszym bratem.
— No, to do roboty — rzucił Niketas, po czym z dłońmi splecionymi za plecami, niczym szef korporacji robiący obchód po biurze, podszedł do gara z miksturą. — Trochę kurzu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, co nie?
— Alergikom pewnie tak… — syn Hermesa spojrzał na nią wymownie, jakby miała w żadnym wypadku nie kończyć tej myśli. — …będziemy musieli dodać do listy alergenów, tak na wszelki wypadek. Ale myślę, że są tu już bardziej szkodliwe rzeczy.
— Właśnie, nie mamy listy alergenów… — pośpiesznie wyciągnął (zakurzoną) książkę z krzyżówkami z kieszeni, i zaczął pisać coś na ostatniej stronie. — To będzie najbardziej komiczna lista alergenów w historii czarnego rynku — oznajmił z dumą w głosie.
— Z całą pewnością — dziewczyna przytaknęła temu jakże oczywistemu faktowi (nie żeby kiedykolwiek miała do czynienia z czarnym rynkiem), uwierzyła w doświadczenie Hermesiaka. Erin spojrzała na blat. Nie podobało jej się, że słoiczki z brokatem dalej tam są. Trochę obawiała się, że jak zaraz ich stamtąd nie weźmie, to kolejne z nich skończą w kotle, wzięła się więc za sprzątanie miejsca pracy.
— Zakładam, że masz już jakiegoś niewolnika od etykiet? — zagadała Niketasa, który właśnie przestał notować, cokolwiek notował.
— Czytasz mi w myślach, czy co? Właśnie miałem po niego iść — z tymi słowy podszedł w stronę drzwi. — Mówię ci, będą zajebiste. Już ja tego dopilnuję.
— Zostawiasz mnie z- — zanim dokończyła pytanie, drzwi zdążyły już zatrzasnąć się za chłopakiem.
— Ej, a to nie te sztuczne ognie, o których gadał tamten? — Ashton spytał po chwili. Erin spodziewała się, że robi sobie z niej jaja, ale dzieciak rzeczywiście z zaciekawieniem, czy raczej chęcią kradzieży, oglądał paczkę sztucznych ogni.
— Skąd ty to-?
— Służyły chyba jako zakładka w jakiejś dziwnej książce.


Niketas?
────
[790 słów: Erin otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Arnar — „Bankowość, stara amerykańska sztuka” [AU event]

Poprzednie opowiadanie

Dziki Zachód AU

Stali tak przez chwilę nad nim, to jest zmasakrowanymi zwłokami. A raczej Dahlia stała, Arnar chodziło w kółko i porządkowało rzeczy, które wypadły z drezyny.
— Chyba go kojarzę.
Arnar zamarło i otworzyło usta.
— Wygląda jak właściciel saloonu.
— Ty jesteś w stanie coś rozpoznać pośród tej galarety?!
Narrator litościwie pominie opis jatki na torach, precyzując wyłącznie to, że ciało było ciężkie do identyfikacji. Najbardziej uszkodzona była głowa. Arnar starało się nawet nie patrzeć na miejsce zdarzenia, próbowało przekierować poczucie winy w jakieś działanie. Składania puzzli z drezyny.
— Spójrz na pas.
— Nie będę patrzeć na pas, mam tutaj inne rzeczy do roboty i wcale nie próbuję zasłonić sobie myśli, że kogoś przejechałom i nawet nie wiem, czy ten typ żył, czy nie. Znaczy, zanim przejechałom.
Kobieta przewróciła oczami.
— Wydaje mi się, że tylko jedna osoba nosiła taki pas. Tak mi się wydaje, że właściciel saloonu „Latająca Świnia” nosiłby pasek z klamrą, na której jest wygrawerowana ta świnia. W sumie Colin był też tego wzrostu…
— Wspaniale, pięknie, może się stąd zwiniemy? Nie mam ochoty oglądać zwłok, które moja drezyna przejechała.
— Racja. Jeszcze by nas oskarżyli o zabójstwo.
— Mieliby podstawy.
— Jak stoisz z tobołkami?
Gdy już udało się zebrać do kupy środek lokomocji Arnar, wyruszyli zgodnie wzdłuż torów.
— Dobra, co z tym zarobkiem? Już bez opowieści o kartach. I piwie. I tych czerwonych majtach zwisających z lady. I czymkolwiek innym. Złoto. Pieniądze. Dla mnie.
— Czyli zgadzasz się na bycie wspólnikiem? — Rozpromieniło się radośnie.
— Tylko jak coś z tego dostanę. Nie mam pomysłu na pracę na ten moment.
Arnar klasnęło w ręce z zadowoleniem.
— Saloon.
— Co?
Wyciągnęło z jednego z wielu worków pas Colina.
— Powiemy, że skoro mamy pas, to jesteśmy właścic—
— Skąd masz ten cholerny pas?! — Obruszyła się.
Odwróciła się w stronę, z której przyszli. Nie było szans już na zidentyfikowanie czegokolwiek na ciele, a tym bardziej czy brakowało tam pasa.
— Wyglądał na cennego i pomyślałom, że może się przydać! Jak widzisz, przyda się.
— Boże, trzymaj mnie.
— Czemu chcesz, żeby Bóg cię trzymał, Dahlia? Czujesz się źle? Zemdlejesz zaraz? Mogę cię o coś podeprzeć.
— Co? To tylko… Ach, nieistotne. Chcesz pokazać pas i namówić ludzi, żeby przekazali ci nieruchomość?
— Tak.
— Że oddadzą ci tak o.
— Aha. Dokładnie.
Zatkało ją. Przestała już o cokolwiek pytać. Niech się dzieje co chce, jak wejdzie do miasta, to może gdzieś zostawi tego czuba. Czy to miasteczko miało szpital? Raczej polowy. Gdyby to był taki porządny szpital, w którym mogliby go zamknąć na kłódkę w jakimś pokoju, to by było jej pierwszym wyborem. Westchnęła ciężko, a Arnar już gadało jak najęte, chociaż z pewną dozą stresu. Oraz niepokoju.
Gdy w końcu na horyzoncie zamajaczyły budynki, ucieszyła się. Kilka dni temu wybrała się w długą podróż do Saint Denis, rozmyślając o tym, co zrobi, kiedy wjedzie do miasta. A teraz była wyprana z emocji, śmierdząca i pełna obawy. Marzyła tylko o balii wody, która nie byłaby lodowata. Na gorącą, z mydłem, pewnie nie było ją stać.
Arnar zmuszone było zdjąć drezynę z torów. Okazało się, że stacja kolejowa była położona na uboczu miasta i opłacało się bardziej ciągnąć tą mizerną, poskładaną na taśmę, gwoździe, oraz dobre słowo drezynę. W duchu liczyli na to, że nie rozpadnie się na środku miasta i Dahlia będzie zmuszona wymyślić jakąś dobrą wymówkę. Że się nie znają, ono tylko się do niej przylepiło, bo potrzebowało się wygadać. Albo, że prowadzi go do szeryfa, za zabicie człowieka na torach. Było parę opcji.
Najprostsza zakładała, że po prostu opuści jeno towarzystwo jak najszybciej i uda jej uciec w inną stronę. Może miasto jest na tyle duże, że nie natrafiliby na siebie. Chociaż ciężko było ją przeoczyć. Przeklinała w duchu na to.
Gdy przeszli przez granicę, wytyczoną przez solidny płot, już miała rzucić jakąś wymówką. „Zostawiłam bydło na prerii, zapomniałam. Muszę iść”. czy coś w tym stylu. Zapomniała o innej rzeczy.
Saloon Latająca Świnia był dokładnie ulokowany tuż przy wejściu do miasta. Arnar od razu skorzystało z okazji i wyciągnęło pas.
— Mam pas! Czyni mnie to prawowitym właścicielem tego miejsca! Poprzedni właściciel mi go przekazał!
Kilka osób znajdujących się na ulicy odwróciło głowy. Arnar zdecydowanie przyciągało swoim wyglądem, to samo można było powiedzieć o Dahlii, która już nie mogła wydostać się z tej sytuacji. Zrezygnowana postanowiła zobaczyć, jak będzie wyglądał przebieg akcji. Może się jej uda zobaczyć, jak wykopują ziutka za płot?
Jeden ze staruszków, bujających się na krześle na werandzie jednego z domów, wyjął fajkę z ust.
— Aaa, ten pas ze świniakiem! Jak tak, to weź sobie ten przybytek!
Po raz drugi tego dnia ją zatkało. Nikt nie kwestionował przekazania budynku, nikt nie prosił o papiery. Niektórzy tylko mruczeli pod nosem powodzenia. Ktoś prawdopodobnie podbiegł po szeryfa, bowiem zobaczyła w oddali, jak jeden ze stróżów prawa z innym facetem zbliżają się do nich. Miastowi mogli mówić, co chcieli, ale teraz się okaże, czy to był jakiś nieśmieszny żart.
Stróż prawa, mężczyzna w średnim wieku z dorodnym wąsem, przedstawił się jako Lenny. Przedstawił również towarzysza Franklina, który okazał się jakimś gościem od papierków. Pierwszy raz w życiu słyszała słowo notariusz. Arnar za to było niewzruszone.
— Proszę podpisać tutaj i tutaj, żeby na pewno załatwić wszystkie formalności.
— Widzisz, wspólniku? — Arnar puściło oczko do Dahlii. — Gdzie się nie pojawiam, tam łapię okazje.
Wykonało zamaszysty podpis, a notariusz się uśmiechnął szeroko.
— Powodzenia życzę.
Nowy właściciel saloonu tylko podziękował i pobiegł od razu znosić rzeczy do środka. Dahlia była nieco sceptyczna.
— Dlaczego powodzenia?
— Przyda się w prowadzeniu… biznesu. — Odpowiedział enigmatycznie chłoptaś od papierów.
Miała już od jakiegoś czasu złe przeczucia. Nikt normalnie nie daje tak za byle darmo cholernego saloonu.
Po wejściu do środka zarejestrowała otoczenie. Nie był to w ogóle bar najwyższych lotów, ale był przestronny. Wnętrze było surowe, mało zachęcające, a za ladą praktycznie nic nie było. Tak, jakby ktoś opróżnił pieczołowicie wszystko, co cenne i zostawił szkielet.
— Arnar, mam złe przeczucia…
— Ta? A ja mam dobre.
Do saloonu wszedł staruszek, palący dalej fajkę. Arnar podało mu rękę, witając go jako pierwszego gościa Latającej Świnii. Chyba będzie musiała zaproponować zmianę nazwy saloonu, bo była zbyt absurdalna. Staruszek, nazywający się Jim, rozsiadł się przy jednym ze stolików i patrzył na nich z rozbawieniem.
— Odważne. Tak przejąć ten saloon.
— Czemu odważne? — Najeżyła się kobieta.
— Bo na nim ciążą gigantyczne długi. Ludzie, którzy je egzekwują, nie są najmilszymi typami na świecie i dosyć skutecznie dostają to, czego chcą.
Już nawet nie chciało się jej przeklinać w duchu.
— Jak dużo? — Arnar przełknęło gulę, sprowadzone na ziemię.
— Na tyle dużo, że poprzedni właściciel zapowiedział, że idzie popełnić samobójstwo na torach, bo nigdzie nie ucieknie przed tą mafią dłużniczą.
Spojrzeli na siebie wymownie. To wiele by wyjaśniało, czemu leżał i się nie poruszał.
— A konkretnie?
— Osiem tysięcy dolarów.
Dahlia nerwowo się zaśmiała. Umiała liczyć, ale tysiąc wydawał się dla niej całkiem potężnym konceptem. Jak ktoś miał tysiąc dolarów, był bogaty. Jak ktoś miał tysiąc sztuk bydła, był bogaty. Osiem tysięcy dolarów w czasach, w których broń kosztowała około 25 dolarów, czyli miesięczną pensję?
Arnar zbladło jak ściana. Chyba teraz zaczął docierać do nieno fakt, że przejebało. I to ostro.
— Co do kurwy? Skąd mam wziąć te pieniądze?
— Nie wiem smyku. Mam nadzieję, że czytałeś również warunki umowy podpisanej u Franklina?
— No… Nie.
To był wyjątkowy początek ich przygody.


Arnar?
────
[1192 słowa: Dahlia otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Violet umiera



Nie wszyscy mają najlepsze relacje rodzinne. Co się stanie, jeśli dwie córki Hekate zetkną się po dwóch różnych stronach wojny, jedna zgorzkniała, przepełniona nienawiścią do półbogów, druga jeszcze młoda, niespełna osiemnastoletnia wiedźma, która dopiero wyprowadziła się do Nowego Jorku po spędzeniu większości dzieciństwa w Obozie Herosów? Niestety magia starożytnej Lamii okazała się silniejsza. Violet Sanderson zginęła od jej zaklęć. Teraz, po przegranej walce, musi stanąć przed sądem Hadesa, mając nadzieję, że Hekate — bogini rozdroży — wskaże jej właściwą drogę.

Laira umiera



Nie wszyscy półbogowie giną śmiercią na zimnym betonie San Francisco, rozerwani przez potwory. Niektórzy walczą z innymi potworami. Lairę Groft, osiemnastoletnią córkę Hefajstosa, znaleziono w swoim mieszkaniu już martwą, po tym, jak sama odebrała sobie życie. Może wykąpanie się w podziemnych wodach Lete pozwoli jej na nowy start?

Od Judasa do Havu — „What can the damned really say to the damned” [AU Event]

Wampiry AU

Przyjazd do Stanów nie miał zamiaru sprawiać mu żadnej przyjemności. Ponure chmury, wprawiające w błogą senność, także nie zachęcały do odwiedzin dalekich mu rejonów, z dala od rodzinnego, przytulnego zakątku, którego nie chciał opuszczać, zarówno z przywiązania, jak i przyzwyczajenia. Musiał zostawić za sobą — i nie tylko na moment, bo całe parę miesięcy — swoje mieszkanie, swoich przyjaciół oraz swoje książki. Tak wiecznie zabiegany, ciągle odchodził od swej codzienności, czując się, jakby zdradzał samego siebie i uciekał w kąty, których sam nie chciał odwiedzać.
W pociągu przeszkadzał mu tłum niewychowanych, hałasujących pasażerów i zapach skórzanych walizek, walających się pod siedzeniami i w korytarzach, przez co nie było żadnego przejścia. Parę godzin podróży wprawiło go w otumanienie i pozbawiło nawet chęci rozmów z innymi (których naprawdę, i to bardzo, potrzebował), a było to godnym uznania osiągnięciem. Skupił się na drodze, obserwując mijaną drogę z taką uwagą, jakby oglądał najpiękniejsze krajobrazy istniejące na planecie Ziemii. W rzeczywistości próbował nie zwracać uwagi na tych wszystkich ludzi, żeby nie oszaleć, próbować nie dopuszczać do siebie myśli, że chętnie by się ich wszystkich pozbył, co do jednego, z zimną — nie, lodowatą — krwią.
Z trudem wydostał się spośród spieszącego się gdzieś natłoku osób, niosąc wielką walizę, przez którą zaczynał pobolewać go bark — i tak nie była wyjątkowo pojemna, nie zdał ze sobą zabrać wszystkich paru rzeczy i na miejscu zapewne wyda więcej pieniędzy, niż powinien (nie, żeby było to dla niego jakimkolwiek problemem).
Zatrzymał się w gościnach u swojej bardzo, ale to bardzo dalekiej rodziny. Rozejrzał się po swoim nowym pokoju, zapewne na co dzień pustym, który miał niewielkie, jedynacze łóżko, biurko przy ścianie i jedną, wielką szafę. Widać było po starych, zdartych tapetach na ścianach, że mieszkanie nie doczekało się nigdy odświeżenia, bo po co? Musiał otworzyć od razu okno, by pozbyć się zapachu kurzu, od którego zapiekł go nos. Już wiedział, że będzie unikać spędzania dużo czasu w tym obskurnym miejscu.
W mieszkaniu był kot. Na wejściu na niego zasyczał, ale gdy wyszedł do salonu, przyszedł otrzeć się o jego nogi i wydał z siebie pomruk. Judas schylił się i podrapał delikatnie zwierzę po małej główce, które, spragnione pieszczot, jeszcze bardziej przytuliło się do mężczyzny. Zaraz po tym powitała go starsza ciotka, z którą miał kontakt raz w życiu, wyjątkowo dawno i do której tak daleko było mu więzami krwi, że mógłby się z nią nawet ożenić bez ryzyka krzywych spojrzeń z zewnątrz.
— Duży z ciebie człowiek wyrósł.
Często to słyszał. Uśmiechnął się nieśmiało, gdy niespodziewanie objęła jego szyję ramionami. Zaprosiła go, aby wypił z nią kawę przy stole w kuchni. Była przestrzenna, przytulna i ozdobiona w ormanenty na kafelkach, a kawa była dobra, ale gorzka.
— Zostań, na ile chcesz i korzystaj z mieszkania tyle, ile potrzebujesz — powiedziała mu. — Nie krępuj się, czuj się jak u siebie.
Postanowił więc korzystać nie tylko z mieszkania, ale i miasta, skoro już musiał tu być dla interesów — czyli obowiązków, nieprzyjemnych, nudnych formalności. Zaszedł do różnych miejsc, czy to sklepów, czy do pobliskiego, znanego kościoła i zwiedzał okolice. Wieczory mijały mu spokojnie, z książką w ręku oraz kotem, który wpraszał się nieustannie na jego kolana. Polubił nawet przebywanie w nowym, zacisznym kącie, nawet jeśli gościnny pokój nie był z początku zachęcający i powiew świeżości, jaką dało mu miasto, nawet jeśli przesiąknięte było zapachem papierosów.
Po już paru dniach miał umówione spotkanie biznesowe. Udał się do wielkiego domu, który równie dobrze możnaby nazwać willą, ubrany w elegancką koszulę i garnitur. Taras był ogromny, ozdobiony zielenią i białymi stolikami, na których umiejscowione były nieopróżnione — zapewne od bardzo dawna — popielniczki. Było na nim pusto, za to z okien domu wydobywało się światło. Zapukał, a otworzył mu wysoki, poważnie wyglądający mężczyzna, który jednak szybko się uśmiechnął na widok Judasa i zaprosił go do środka.
Przedstawił go paru osobom, poczęstował drogim winem i ekskluzywnymi przekąskami, zagadując o wszystko, co możliwe, czy to o wrażenia na temat miasta, czy to o prywatne, rodzinne sprawy. Judas szybko zaczynał czuć się znużony i jego delikatny uśmiech stawał się wymuszony, fałszywy. Odbił się od mężczyzny, poszedł rozmawiać z grupką kobiet, które nieśmiało spoglądały na niego z dołu i chichotały na jego żarty. Posiadówka raczej wyglądała jak domówka, niżeli spotkanie bogaczy, którzy chcą nawiązać kontakty i interesy. Judasa jednak interesowała tylko jedna osoba, której nie mógł dostrzec nigdzie w tłumie. W końcu został sam, wypijając już piątą lampkę wina, od którego głosy docierały do niego z przytłumieniem, raz za razem zagadywany przez kogoś mówiącego, że ,,słyszał o nim dużo”, a gdy powiedziano to mężczyźnie już któryś raz, zaprzestał ochoty na dalsze uśmiechanie się i nabrał ochoty, by uciec na taras.
W końcu udało mi się napotkać na osobę, której szukał — choć z trudem ją rozpoznał. Zachłysnął się powietrzem na jego widok i odłożył resztkę wina na stojący obok stół, po czym podszedł do mężczyzny, gibiąc się na długich nogach i o mało nie potykając o żółtą suknię niskiej, za to zgrabnej kobiety.
— Czekałem na ciebie — powiedział. — Tak długo czekałem, że już wątpiłem, że się spotkamy.
O tak, to była ta pora. Mógł wykazać się swoim nonszalanckim tonem, ułożoną starannie fryzurą i pewnym siebie chodem, zachowując jednocześnie przy tym pozory skromności. Za tym sposobem potrafił owinąć sobie każdego wokół palca i miał nadzieję, że osiągnie to, po co tu przyszedł. Drugi mężczyzna nie wyglądał jednak, jakby Judas mu zaimponował. Z widoczną niechęcią, z wyrazem twarzy, jakby wolał na niego splunąć, ścisnął jego dłoń. Przez twarz Judasa natychmiastowo przeszedł cień grozy, gdy wyczuł tę odpychającą energię.
— Czyli jeszcze pamiętasz, jak wyglądam. To dobrze, że się w ogóle nie zmieniłem — stwierdził. — To co, może usiądziemy w bardziej zacisznym miejscu i porozmawiamy?
Skinął głową. Starszy facet zaprowadził go na taras i pierwszy usiadł, zapalając od razu papierosa. Nawet go nie zaproponował Judasowi, więc ten wyjął własną paczkę fajek. Oprócz nich parę osób też wpadło na pomysł, by porozmawiać przy stolikach na świeżym powietrzu, ale nie wydawali się na tyle ważni, aby przeszkadzać ich dwójce.
— Przejdźmy od razu do rzeczy. Zgadzam się od razu na zawarcie współpracy, tylko jest jeden problem.
Nie odpowiedział, unosząc brwi.
— Havu ma przejąć firmę i nie do końca dobrze się sprawuje. Próbuję go do tego zmusić, ale on się cały czas buntuje. Niby już dorosły, a zachowuje się, jakby miał bunt nastolatka. Nie wiem, co z nim robić i szczerze liczę na to, że przemówisz mu do rozsądku.
Słysząc to imię, mocniej zaciągnął się papierosem. Dawno go nie słyszał. Wypuścił dym z ust, odwracając wzrok od przenikliwych oczu mężczyzny, zasiewając na moment między nimi ciszę. Miał nadzieję, że uwolni się od jego widma, które miało w zwyczaju odwiedzać go w snach, w tym w koszmarach. Chciał zapomnieć o nim, o wszystkich myślach i uczuciach, jakie z nim wiązał. Zawsze, gdy myślał, że ma to już za sobą, jakaś rzecz niespodziewanie mu go przypominała — czy to zapach bukietu kwiatów, czy wschodzące słońce, czy szelest powiewających na wietrze liści.
— Ale czemu akurat on ma to zrobić?
— Bo ja nie mogę się już tym zajmować — odparł, ale nie odpowiadało to na pytanie Judasa. — Szczegóły musisz przedyskutować z nim.
— Jest tutaj?
Mężczyzna przytaknął.
— Dał siebie, o dziwo, tu zaciągnąć. Jest w jadalni.
— Trochę dziwne, że mam przejmować obowiązki ojca — prychnął Judas. — Mam go wychować za ciebie, czy co? Nie chce ci się go przekonywać i zwalasz to na mnie.
— Nie mówię o wychowywaniu. — Zacisnął zęby, widząc, że mężczyzna odgadnął wszystkie jego zamiary. — To tobie zależy, aby zwiększyć swoje wpływy, nie mi. — Zgasił papierosa. — Proszę bardzo, zajmij się tym bachorem.
Odsunął gwałtownie krzesło i wrócił do środka, pozostawiając go w amoku. Niestrzepnięty popiół sam ulotnił się z rozżarzonej końcówki papierosa. Judas odchylił się do tyłu i skupił wzrok na ciemnym niebie. Tkwił w tej pozycji, az nie ścierpł i postanowił poszukać owego ,,bachora”.
W środku było jeszcze gęściej niż parę chwil temu. Pokierowany do jadalni, udał się do niej i pierwsze, co zwróciło jego uwagę, to ogniste, rude włosy, wyróżniające się spośród tych wszystkich, nudnych, blond i brązowych odcieni. W powietrzu zapachniało przyprawami, wiodącymi go do mężczyzny mimo swej cierpkości. Nieświadomy tego, że jest zawzięcie obserwowany, rozmawiał swobodnie z kobietą w swoim wieku. W tym czasie Judas odczytywał słowa z ruchu jego warg, widząc, jak jasne oczy przyciągają światło lamp. Czerwony krawat ze złotą broszką zwisał niechlujnie z szyi, spod kołnierza niezapiętej na wszystkie guziki koszuli, odkrywającej chude, blade obojczyki, na których widok Judas przełknął ślinę. Zapamiętał go dokładnie takiego samego, ale nieco młodszego. Jednakże obraz złotych jak słońce, kręconych włosów nie uległ zniekształceniu nawet po paru latach. O mało co nie powstrzymał się od podejścia do niego, ale zebrał się w sobie, po drodze nalewając sobie kolejny kieliszek wina.
— Havu.
Skonsternowany mężczyzna odwrócił się w jego stronę. Brwi uniosły się, a zielone oczy otworzyły szerzej.
— To ja — mruknął cicho, przewracając oczami, gdy go rozpoznał. — Potrzebujesz ode mnie czegoś?
— Rozmowy.
Nie ukrył zgorączkowanego westchnienia. Przeprosił kobietę i odszedł z Judasem.
— O co chodzi?
— Teraz ty jesteś odpowiedzialny za biznes.
— Kto tak powiedział?
— Twój ojciec.
— Mój ojciec nie ma prawa głosu — syknął ze sztucznym uśmiechem.
Wpatrujący się bez przerwy w jego oczy mężczyzna wywoływał w Havu dyskomfort.
— Nie będę z tobą o tym rozmawiać.
Nim odszedł, złapał go za łokieć.
— A o czymś innym?
— Niby czym? — Pokręcił głową. — Nie mamy nic wspólnego.
Musiał przyznać mu tu rację, przez co zachłysnął się własną śliną, gdy chciał mimowolnie zaprzeczyć. Jednak zależało mu na współpracy z firmą jego rodziny i nie miał zamiaru odpuścić przez to, jakie emocje dopadały go w obecności Havu. To, że go tak otwarcie odrzucał, uprzykrzał go dodatkowo — jeszcze kiedyś mieli pozytywne, możnaby rzec, stosunki, o których jakby obydwoje zapomnieli, gdy się od siebie zdystansowali. Obojętność mężczyzny porażała Judasa bardziej, niż gdyby biła od niego zawiść.
— Mogę ci pomóc się uwolnić od ojca.
— Co? — Wyrwał się z jego uścisku, marszcząc brwi. — Co ty gadasz?
— Możesz się od niego uniezależnić. Mam wpływy, w tym na niego.
Havu jeszcze bardziej się skrzywił.
— Skąd w ogóle myśl, że ci uwierzę? I zaufam?
— Mi też to będzie na rękę.
W rzeczywistości miał do Havu jeszcze inne zamiary niż zdobycie korzyści majątkowych. I tymi zamiarami nie była żadna pomoc.

 
Przez następne dni spotykali się w domu Havu parokrotnie, także w obecności jego ojca, który uwierzył, że Judas sprowadza mężczyznę na dobrą stronę. Starał się jednak, aby głównie przebywali w swoim towarzystwie, bez osób trzecich. Zabrał go raz do restauracji, pod pretekstem opowiedzenia mu więcej o formalnościach — temat szybko jednak zszedł na jego życie i opowiadanie, co się u niego działo tę parę lat, gdy siebie nie widzieli. Havu jednak nieustannie wędrował swoim spojrzeniem po pomieszczeniu. Zgadzał się na spotkania, ale sam nie mówił prawie nic o sobie. Judas dopytywał, ale nie uzyskiwał wiele informacji, przez co prowadził egocentryczny monolog. Po czasie zaczynało przez to zasychać mu gardło i czuł nagłe spięcia mięśni, ale szybko się opamiętywał, nie chcąc swoimi nagłymi, burzliwymi reakcjami zepsuć swojej szansy. Chodzili na spotkania do kasyn z bogaczami, a Judas przejmował inicjatywę i robił interesy z innymi, podczas gdy Havu siedział obok, pozwalając siebie zwodzić. Patrzył kątem oka na mężczyznę, na gestykulujące żywo dłonie, wsłuchując się w jego chichot.
Szansy. Miał wiele tych szans w przeszłości, ale wyznaczył niewidzialną dla nich granicę, jakby zawarli między sobą niepisaną i niewypowiedzianą nigdy umowę.
Havu pozostał taki, jaki był, nie tylko pod względem wyglądu. Nie zmienił się jego cięty język, prowokacyjny ton. Spojrzenie szmaragdowych oczu wciąż przebijało się przez serce każdego, kto w nie zaglądał. Jego chód i postawa były takie same, pozostał mu nawyk kręcenia loków wokół palca, gdy był znudzony.
Nie nazwaliby się nigdy przyjaciółmi ani nikim bliskim. Nie nazwaliby się jednak też wrogami, choć między nimi można było wyczuć tylko jednostronną niechęć i dwustronny żal, gdy Judas wybrał inną drogę, której Havu nie rozumiał i nie miał zamiaru zrozumieć. Judas zawsze miał do niego ciągotę, poczucie uwiedzenia przez jego oczy o kolorze bluszczu, ale Havu został mu odgórnie zakazany.
— Czemu ci tak właściwie na tym zależy?
— Dlatemu, że każdy dąży do jednego, czyli sławy i bogactwa.
Czerwonowłosy skrzywił się, nie podzielając owej postawy.
— Patrzysz na świat przez swoje oczy i myślisz, że każdy chce tego, co ty?
— W takim razie, czemu nie wziąłeś przykładu ze swojego rodzeństwa i nie wyjechałeś, zostając z ojcem?
Nie chciał odpowiadać mu na to pytanie.
— Co zrobisz, jak wszystko pozałatwiamy? Pozwolisz mi odejść, czy będziemy udawać, że biorę udział w tym cyrku?
— Twój wybór. — Uśmiechnął się. — Ale bierz pod uwagę to, że odejść ci nie pozwolę.
Odwrócił od niego wzrok.
— To dziwne. A już raz pozwoliłeś.
Judas pokręcił głową. Usiadł obok niego na murku, przy którym płynęła swobodnie rzeka. Z tego miejsca mieli dobry widok na wciąż żyjące miasto, na oświetlone kamienice, mogąc przysłuchiwać się harmidrowi nocy. Nie byli jedynymi, którzy wybrali się nad rzekę o tej porze. Niedaleko nich spacerowała rozmawiająca para, a w okolicy krzątał się bezdomny, głodny kot.
— Czemu spotykamy się tylko, gdy jest ciemno?
— Tak jest lepiej — powiedział, zbliżając się do niego. — Nie widać nas.
Ich nosy niemal zetknęły się ze sobą. Mężczyzna nawet nie drgnął, patrząc w oczy Judasa z takim samym niewzruszeniem, jak chwilę temu. Powietrze zrobiło się gęstsze.
— Nie kłamałeś z tym że nie pozwolisz mi odejść — stwierdził.
— Nie popełnię drugi raz tego błędu.
— Zostawiłbyś wszystko dla mnie? Wszystko, co masz, za sobą? Tylko aby nie pozwolić mi odejść?
— Cieszę się, że teraz rozumiesz. — Uśmiechnął się, dotykając czule jego zimnego policzka. — Uwierz mi. Nie pozwolę ci odejść.
Miał zamiar trzymać go przy sobie tak długo, jak będzie w stanie. Rósł w nim płomień, rozpowszechniający się po wszystkich kościach, którego nie chciał gasić, z obawy, jakie zniszczenia po sobie pozostawi. Palcami zaczesał rude włosy za ucho. Chciał w tamtym momencie dotknąć go bardziej, mocniej, poczuć, że ma do tego prawo. Miał sposób na to, by go posiąść. Doszło do niego, jak bardzo nie pogodziłby się ze stratą Havu, nawet jeśli ten pozostawiłby po sobie ślady wyryte głęboko w jego sercu. I musiał coś zrobić, żeby nie musieć znowu przez kilka lat cierpieć z tęsknoty.
Ale na razie musiał zwolnić. Odsunął się od mężczyzny, starając się odgadnąć jego wyraz twarzy, spodziewając się drgnięcia warg czy przełknięcia śliny, ale mężczyzna wciąż, bezdusznie i okrutnie, nie odwracał od niego wzroku, jakby był nad nim i nie miał zamiaru dać sobą rządzić. Dawał ledwo widoczne znaki mężczyźnie, aby się od niego oddalił, lecz musiał wiedzieć, że ten nie będzie długo się powstrzymywał. I przestanie to robić w najmniej oczekiwanym momencie, dlatego Havu mógł zrobić tylko jedno — uciec od niego, nieważne jakim kosztem, nieważne jak daleko.
Judas jednak się o to nie obawiał, nawet gdy Havu znikał w odmętach nocy, pozostawiając go w głuchej ciszy, jakby go nigdy z nim nie było.

 
Havu?

Następne opowiadanie

────
[2422 słowa: Judas otrzymuje 24 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 28 kwietnia 2026

Ademir umiera



O wyjątkowo zwyczajnej śmierci półboga przeczytać możecie tutaj. Widać dzieci bogów nigdy nie mogą czuć się bezpieczne.

Od Ademira — „Raz na wozie raz pod wozem”

Nic nie wskazywało na to, że ten dzień może być jednym z ostatnich. Pogoda była bardzo ładna, świeciło słońce, ludzi na ulicach nie było zbyt wielu, a ostatnie kwiaty kwitły. Wczesna jesień była jedną z ładniejszych pór roku. Ademir nie miał na dzisiaj nic zaplanowane. Chciał po prostu odpocząć, pogrążyć się we własnych myślach oraz tekście książki, którą ostatnio próbował dokończyć.
Ademir szedł się spotkać z jednym ze swoich nowych znajomych. Nie miał ich zbyt dużo, a odkąd opuścił obóz, w którym spędził większość dzieciństwa i nastoletniego życia wcale nie było mu się tak łatwo odnaleźć w nowej rzeczywistości. Z Mei urwał mu się kontakt, czego się nie spodziewał i chyba dalej nie mógł się pogodzić ze stratą nowej przyjaciółki. Została mu tylko praca i współpracownicy, z którymi czasem wychodzić do kawiarni.
Mark czekał na Ademira w umówionym miejscu. Był wiecznie uśmiechnięty, pogodny i duchowo bardzo pasował do półboga. Szkoda, że był jedynie człowiekiem i nie zrozumiałby niczego z opowieści o mitycznych obozach. Ademir nigdy nikomu o tym nie opowiadał. Jak miałby to w ogóle wytłumaczyć bez wychodzenia na schizofrenika?
— Cześć! — przywitał się już z daleka, machając do Ademira. — Wejdźmy do środka.
Ademir czuł w powietrzu ciężką atmosferę, ale jeszcze nie mógł stwierdzić, co jest tego powodem. Mark wydawał się tak samo pogodny, mówił tym samym tonem i tak samo szeroko się uśmiechał.
Usiedli przy pierwszym wolnym stoliku. Ludzi o tej porze nie było zbyt wielu.
— Mam wrażenie, że się coś stało — powiedział z uśmiechem, biorąc do ręki kartę menu, którą przed chwilą podała im kelnerka. — Mam rację?
— Jest coś, o czym chciałem z tobą porozmawiać. — Uśmiech z ust Marka zszedł. — To raczej nie będzie dla ciebie przyjemne.
— Nie przejmuj się. — Machnął dłonią. — Jakoś sobie z tym poradzę.
Mark w to oczywiście nie wątpił. Był jednak bardzo wrażliwy i ciężko było mu mówić o rzeczach, które skrzywdzą jego znajomych.
— Podsłuchałem ostatnio rozmowę — zaczął ze względnym spokojem. — Może będzie lepiej, jeśli najpierw coś zamówimy.
Ademir wziął dla siebie zwykłe latte, a Mark wziął coś cholernie słodkiego. Na sam widok kawy z toną bitej śmietany robiło się źle na żołądku.
— Chodzi o to, że ruch w kawiarni spadł.
— Nie jakoś znacząco — zastanowił się Ademir. Faktem było, że ostatnio przyjmowali mniej klientów. Faktem również było to, że Mark pracuje trochę krócej od Ademira i jest chyba najnowszym nowym pracownikiem. — Chcesz powiedzieć, że chcą cię zwolnić? Z racji tego, że jesteś ostatnią osobą, którą zatrudnili?
— Nie mnie. — Pokręcił głową. — Myślą nad tobą.
Ademir ściągnął brwi. Nie wydawało mu się to w żaden sposób logiczne. Przecież pracował tutaj od roku i brał tyle nadgodzin, że kierownictwo powinno być z niego zadowolone. Sam ruch również jakoś znacząco nie spadł. Bynajmniej on tego nie zauważył.
— Nade mną?
— Nie wiem dlaczego. — Mark odwrócił wzrok. Czuł się źle, że to on przekazywał taką smutną wiadomość. — Nie wiem też, czy będziesz jedyny. Słyszałem, że rozmawiali o braku pieniędzy i o tym, że w ostatnim czasie za dużo nowych osób zatrudnili. Wolą zatrzymać nowych, ale starych chcą już zwolnić. To się trochę kupy nie trzyma.
— W takim razie rozumiem, że chyba niedługo się pożegnamy.
Ademir miał bardzo przyjezdny uśmiech. Nie smucił się niepotrzebnie, żeby też nie wpędzać kolegi w złe samopoczucie. On sobie z tym poradzi jak zresztą ze wszystkim innym.
— Poczekaj, może jeszcze się wszystko wyjaśni, okej? — Mark próbował pocieszać Ademira zupełnie bez powodu. Ademir wiedział, że nic się nie wyjaśni. Kierownictwo wiedziało, co robi. Najwidoczniej uznali, że chcą zagrać w ten sposób. Nie mógł wpędzać siebie w fałszywą nadzieję.
— Nie będę czekał. — Pokręcił głową. — Znajdę coś innego. Nie przejmuj się. — Uśmiechnął się. — Skończyłeś już swoją kawę?
— Och… tak, przepraszam, trochę wiesz…
— Rozumiem, nie musisz się naprawdę przejmować tą całą sytuacją. Praca niczego nie definiuje. Dalej będziemy mogli się ze sobą widywać.
Markowi chodziło jednak o samopoczucie Ademira. Wiedział doskonale, że ich kontakt nie umrze. Martwił się po prostu o kolegę. Ta sytuacja nie była fair.
Z kawiarni wyszły niedługo po tej rozmowie i rozstali się na jednej z krzyżówek. Mark poszedł w prawo, a Ademir w lewo. Półbóg całą drogę rozmyślał, co dalej z nim będzie. Nie miał oszczędności, bo w tych czasach ciężko było na cokolwiek odłożyć. Nie chciał też wracać do obozu, bo dopiero co się zaaklimatyzował w San Francisco. Nowy Rzym? Mógłby się na tym zastanowić, ale znowu oznaczało to porzucanie znajomych, których tutaj sobie znalazł.
Był zbyt zamyślony, żeby zauważyć, że przechodzi w miejscu bez pasów drogowych. Zbyt pogrążony w szalejących myślach, zwątpieniach i nadziei, której mieć nie powinien. Zbyt pochłonięty tym, co już nie miało istotnego znaczenia.
Samochód pojawił się niespodziewanie. Wyrósł przed nim jak potwory, z którymi musiał się użerać za czasów nastoletnich. Samochodu jednak nie dało się pokonać przy pomocy zwykłej broni. Samochodu nie dało się zatrzymać. Półbogowie nie umierali tylko przez mityczne stwory. Umierali także jak zwykli ludzie. Może taki koniec był idealnym końcem dla Ademira — zmienił całe swoje życie, poniekąd zapominając o półboskim pochodzeniu, wtopił się w zwykłych śmiertelników i tak też zginął.
Jeszcze dzisiaj strony gazet i strony internetowe obiegnie informacja o tragicznym wypadku z udziałem pieszego. Zwykłego człowieka, bo przecież śmierć Ademira nie będzie niczym niezwykłym. Jego śmierć nie przyciągnie ciekawskich półbogów, którzy będą chcieli się dowiedzieć, co za potwór grasuje w okolicy.

rip dla Ademira
────
[865 słów: Ademir otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia których i tak już nie wykorzysta]

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Zmiana pory roku — jesień



JesieńZmiana pory roku
W Polsce słońce dopiero wychodzi na dobre, a do naszych półbogów zbliżają się smutne, jesienne chmury i przejściowe kurtki. Z jednym dniem opóźnienia, ale na blogu oficjalnie zmienia się pora roku. Koniec tłoku w Obozie Herosów, dzieciaki wracają do szkół i koledżów.
Wiadomości, które nikogo nie dziwią:
★ wątki można kontynuować w czasie przeszłym i z uwzględnieniem pory roku, w jakiej dzieje się akcja. Spis trwających wątków oraz pór roku znajdziecie pod tym linkiem,
★ uprasza się o timeskipowanie lub zamknięcie wątków, które dzieją się w 4. Roku bloga. Niedługo blogowa zima, ostatni czas, żeby przejść do nowej akcji. Nie zapomnijcie o tym!
Przypominamy (nie wierzę, że to mówię) o trwającym obecnie evencie AU i jego oficjalnym przedłużeniu do 3 maja. Miłego grillowania przy piwku i pisania o tym, że wasza postać jest kowbojem.
Następna zmiana pory roku (zima) zaplanowana jest na 27 czerwca, ponieważ ulubioną rzeczą każdego członka Smellsów jest pisanie o śniegu, kiedy zaraz wychodzisz się opalać.

x

@fedzz_z @freepik

Od Dahlii CD Inez — „Ogniem i tarotem”

Poprzednie opowiadanie

— No, parę rzeczy może pasować. — Odpowiedziała Dahlia ze sztucznym uśmiechem.
Wewnętrznie dopowiedziała „ja pierdolę”.
Dlatego nie znosiła tarotów. Za bardzo kojarzyły się jej z przepowiedniami, które w sposób dosyć ogólny i enigmatyczny informowały o niebezpieczeństwie, co ich spotka i zawsze to nie było to, czego normalny człowiek czy półbóg mógłby się spodziewać. Już nie mówiąc o ludziach, którzy w te bzdury wierzyli. Inaczej, nie żeby negowała istnienie magicznych mocy, bo to by było dziwne, ale negowała ich dobroczynność. Summa summarum: uważała, że świat nie staje po twojej stronie i nie obdarza cię dobrodziejstwem, tylko maluje ci łeb na szaro. I głównie sypie ci pieprzem w oczy.
Ćpun podszywający się pod wróżkę nie tylko sypał pieprzem w oczy, ale też mocnymi środkami do butelek z alkoholem. Chciałaby o tym zapomnieć, ale czasem obrazy wracają i są żywe.
— Widzę, że zgrabnie ci poszło. Chyba jednak masz jakieś doświadczenie. Albo instynkt. — Skomentowała, uważając, żeby nie być zbyt zamyśloną.
— Może mam w sobie coś z Hekate? — Odbiorczyni komentarza się rozpromieniła.
— U was też się mówi Hekate?
— No, tak.
Grecka heroska przypomniała sobie, jak pewnego pięknego poranka w domu rodzinnym przyłapała dziewczynę swojego brata na przeglądaniu horoskopów. Na tarasie, przy kawie. Oczywiście, że wtedy zapytała ją, czy wierzy w przesądy.
— Tyle, ile trzeba.
— To znaczy?
— No nie jakoś przesadnie, ale wierzę w to, że jakaś przepowiednia może się spełnić. U nas się spełniło.
Była to całkiem sympatyczna dziewczyna, zdaniem Dahlii jedna z fajniejszych osób, która umawiała się z jej bratem. Nie obrażała się, jak dostawała multum pytań. Jak już przyjeżdżała, to pomagała przy obiadach czy śniadaniach.
Dziewczyna wzięła szczodrego łyka kawy, po czym zwróciła uwagę na konsternację na twarzy wtedy szwagierki.
— No, wróżka powiedziała raz mojemu wujkowi, że zginie od żywiołu wody, jakoś tak. Wujek się przeraził śmiertelnie i od tej pory unikał mórz, oceanów, jezior, czegokolwiek co mogło być związane z wodą. Chcieliśmy pojechać nad morze to niee, koniecznie góry. O żadnych statkach nie było mowy. A, był wtedy zapalonym wędkarzem, ale odkąd usłyszał wróżbę, przestał łowić. Tak silny był ten jego strach.
— Aha. Co dalej?
— Z braku laku został farmerem. Pomagał ojcu, wiadomo. Pewnego dnia znaleźli go w chlewiku. Utonął w baniaku dla świń. Dlatego wierzę w przepowiednie, nieważne jak dziwne.
— A. Aha.
Dahlia otrząsnęła się. Anegdota była głupia jak but, ale było w niej coś. Wtedy stała na tym tarasie i wpatrywała się w dal, procesując powieść. Teraz nie będzie zaprzątać sobie głowę tymi kartami. Każdy jest w stanie mówić takie błahostki, które dotyczą prawdopodobnie większości społeczeństwa.
— Jak się w ogóle nazywasz? — Zagaiła.
Nastolatka wyprostowała się jak struna.
— O. Oh, no tak, wybacz. Zapomniałam i się skupiłam na tych kartach! Inez. Inez Velez, legionistka Czwartej Kohorty!
Dahlia tak bardzo starała się nie unosić brwi.
— Jestem Dahlia. Domek numer cztery. W sumie tak jak ta twoja kohorta.
„Czymkolwiek ta kohorta jest”.
Inez klasnęła w ręce z zadowoleniem.
— To co teraz robimy?
— Może obchód po lunaparku? Skoro zebrali nas tutaj, to znaczy, że coś z tym miejscem jest nie tak. Tak zakładam. Nie mamy żadnych innych wskazówek.
— To prawda. Kolejka górska?
— Kolejka?
Dahlia spojrzała na nią z nieukrywanym zdziwieniem. Właśnie mają jakąś misję, Fata nie bez powodu stawiają mnóstwo niespodzianek na drogach mięsa armatniego, znaczy się, półbogów, a ta chce na kolejkę? Inez zauważyła zmianę na twarzy i się speszyła nieco.
— Po prostu… Ileż można wykonywać obowiązków w Jupiterze? Ciągle jakieś treningi, czyszczenie kibli, inspekcja akweduktu, mycie okien. Jak skończymy misję, to ja chętnie bym poszła na kolejkę.
— Ciekawie tam macie. W tym Jupiterze. — Odparła, przewracając oczami.
Obie wstały, sprawdziły swój dobytek, szczególnie broń i wyruszyły na główną arterię parku zabaw. Snuły się tak trochę niemrawo, zwracając uwagę na każdy szczegół. Nie rozmawiały, było za głośno.
W pewnym momencie Dahlia się zatrzymała przy stoisku z watą.
— Poproszę jedną.
Obserwowały, jak nitki cukru zwijały się w puszystą chmurkę, przetykaną różnymi kolorami. Inez zachwycona wpatrywała się, jak fioletowy powoli przechodził w różowy. Za to jej towarzyszka rozglądała się dalej. Czy ze znudzenia, czy poczucia obowiązku, ciężko było stwierdzić.
— Proszę. — Sprzedawca wyciągnął patyk z bombą kaloryczną, gotową na usmarowanie twarzy cukrem.
— Dziękuję. — Odpowiedziała Dahlia, po czym podała legionistce watę.
Jej oczy przybrały wielkość dolara.
— Naprawdę? Mogę?
— Tak. Weź. Nagroda za mycie kibli.
— Rany, dziękuję!
Gdy się wgryzła w smakołyk, nagle wysoka heroska pochyliła się nieco i obserwowała ją. Rzymska obozowiczka nieco się speszyła.
— Eee. Wszystko… W porządku?
— Daj znać, czy czujesz jakąś truciznę. Albo czy ci zdrętwieją kończyny. No wiesz, potwory lubią tworzyć toksyczne rzeczy, co wyglądają jak smaczne jedzonko i nim częstować bezbronnych półbogów. Taka Meduza na przykład.
Dahlia uśmiechnęła się pod nosem, widząc przerażenie gówniarza. Może było to trochę złośliwe, ale jej skrycie ukrywana, znudzona dusza chochlika wymagała ofiary.


Inez?
────
[774 słowa: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Dahlii CD Luciena i Arnar — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

— Przestańcie z tym sikaniem. — Zmarszczyła brwi.
Nie docierało to do nich. Wrzasnęła, stojąc parę metrów dalej od nich. Usłyszała siebie, za to nie zauważyła u nich żadnej reakcji. Żadnego poruszenia ręką, wyłączając klasyczne drżenie Luciena. Arnar dalej marszczyło brwi, nie unosząc ich ani na chwilę.
Przeczuwając nadciągające silne emocje, Dahlia postanowiła nie rozmyślać o tym fakcie. Bardziej się skupiła na tym, dlaczego jej nie słyszą. Wyciągnęła ręce i przesuwając się, czekała aż natrafi na barierę. Świat boski, jakikolwiek by nie był, miał swoją logikę, której uparcie się trzymała. Nawet jeżeli wierzgała i fikała. Logika, nie Dahlia.
Natrafiła na opór. Tak, jak się spodziewała. To miejsce wyjątkowo zmieniało rozmieszczenie pokoi, było tylko jedno sensowne wyjaśnienie, na jakie tylko można sobie pozwolić w świecie herosów. Kojarzyła przeróżne historie o Labiryncie, jednak nie sądziła, że może się pojawiać w głupim hotelu i to wieżowcu. Jakiś dzieciak Ateny z Obozu mówił jej, że Labirynt to żywa tkanka, która jest granicą pomiędzy wieloma wymiarami. Próbował jej to wyjaśnić za pomocą analogii do tkaniny i o ile jej wtedy to nie przekonało, tak teraz dotarło, że to być może najlepsze określenie. Ile Labiryntu jest w tym hotelu? Konkretne piętro? Wszystkie?
Jedna rzecz tylko nie pasowała. Korytarze nie prowadziły do innych lokacji, tylko wszystko zostawało w obrębie tego hotelu. Czy to oznaczało, że Labirynt nie miał takiej mocy? Mogła tylko wnioskować. Mogła też tylko stać i się zastanawiać. Może to był rodzaj jakiegoś wymyślnego mechanizmu, niczym werk zegarka, który odliczał minuty? Nie do końca to pasowało, zmiany były dosyć nieregularne. Nie było dźwigni. Głupich płytek co się zapadają po nadepnięciu na nie jak w grach komputerowych. W sumie obejrzałaby Indianę Jonesa…
Zaobserwowała upadek Luciena z politowaniem i nagle przed nią zmaterializowała się ściana. Idea zaświeciła się w jej głowie. Chyba mogła przewidzieć, jaki to był mechanizm. Rozejrzała się i na prawo kolejny korytarz rozwarł swoją paszczę. Inaczej nie mogłaby nazwać tego, wyglądało to po prostu jak wyjście z dużego szybu wentylacyjnego.
— Na Hermesa, niech ten metal mnie utrzyma. — Mruknęła i wgramoliła się na czworaka.
Przez myśl jej przeszło, że Lucien mógłby normalnie się przejść na stojąco w tym szybie i to rozbawiło ją na tyle, że musiała siebie upomnieć. Może kiedy indziej, teraz trzeba się wydostać. Z tego powodu nie znosiła Labiryntów, one zawsze były zbyt kapryśne, nieprzewidywalne i ciężko było jej uwierzyć, że to był wyłącznie jeden. Jeżeli to była żywa tkanka, czemu miałaby nie zakładać, że ewoluuje i ma kilka warstw, odpowiadających epokom ludzkości? Co jej opowiadali obozowicze? Że trafiali często na wychodki w opuszczonych galeriach handlowych. Czasem na metro. Różne potwory. Czasem wypowiadali na głos życzenie, w nadziei na to, że głupia plątanina ścieżek ich wysłucha.
— Zaprowadź mnie do wyjścia. — Szepnęła.
Gdy już zatrzymała się w połowie szybu i czuła mocniejsze przepływy powietrza, przygotowała się do ciosu. Może nie miała miejsca, ale liczyła na to, że wystarczy sam impakt. Uderzyła pięścią w podłogę.
Plan działał nieco zbyt dobrze. Sceneria się zmieniła, owszem, dalej był to hotel, nie była już uwięziona w szybie. No właśnie.
Spodziewała się, że może upaść, ale klasyczne osiem i pół stóp. Nie więcej.
— O cholERA! — Grzmotnęła o posadzkę. Ręce i kolana miały umówione pierwsze spotkanie z grawitacją, reszta ciała podążyła za nimi. Uderzyła tak boleśnie, że od razu zabrakło jej tchu i czekała bardzo długą chwilę na wciągnięcie powietrza do płuc. Całe ciało zapiekło, a fala dreszczy przeszła od stóp do głowy. Wciąż ciężko dysząc, jęknęła z niezadowoleniem, kiedy zobaczyła aulę sali konferencyjnej. Godzinę temu by powiedziała, że jest całkiem imponująca, szczególnie wysoki sufit nadawał wrażenie przestrzenności, teraz pluła sobie w brodę.
Podnosiła się ciężko. Przy każdej próbie głębszego wdechu rozlegał się świst. Na moment poczuła się zagubiona, zamknięta w swoim ciele. Cholerne, niezgrabne, rzucające się w oczy. Mogłaby być mniejsza i może teraz by się nie kuśtykała, opierając się cały czas na meblach. Ręce oraz kolana pulsowały bólem, ale w porównaniu z klatką piersiową, był to nawet przyjemny ból. Znajomy, towarzyszący od kilkunastu lat w walkach.
Otrzeźwił ją nagle fakt, że dawno nie było duchów. Pojawiły się raz i to wszystko. Złapała za klamkę i ze zdziwieniem zobaczyła, że był to już hol hotelowy, funkcjonujący normalnie. A przynajmniej tak to wyglądało, niczego nie mogła być pewna. Nikt nie zareagował na jej widok, zwyczajny wtorek.
Wzięła się w garść i przeszła stabilnym krokiem przez hol. Zaciskała zęby, wytrzymując świeże fale bólu rozrywającego mięśnie i jakiekolwiek inne tkanki, które dzieciaki Ateny by wyliczyły na palcach. Jakieś Textus epithelialis czy jakiekolwiek inne flaki, które teraz krzyczały o pomoc lekarską. Miała nadzieję, że chociaż wyglądało to wiarygodnie.
Wyjście na zewnątrz i zaczerpnięcie niezbyt świeżego powietrza było zbyt… Proste? Nic się nie działo? Nic nie wyskoczyło? Kaszlnęła, kiedy przejechała obok ciężarówka, napędzana prawdopodobnie węglem i azbestem. Przynajmniej pewne rzeczy się nie zmieniały.
Nie było za to chłopaków. I tym się najbardziej zmartwiła. Wolała jednak wmówić sobie, że poradzą sobie, tylko może potrzebują więcej czasu. Co dwie głowy to nie jedna. Nawet jeżeli obie rozprawiają o mikcji.
Wróciłaby po nich, gdyby nie to, że dalej się czuła jak gówno. I wciąż nie miała pewności, czy ten Labirynt jest rzeczywiście Labiryntem, czy specjalnie przygotowaną masochistyczną schizofrenią dla herosów.
Rozejrzała się po okolicy i gdy zobaczyła fontannę, ucieszyła się. Może wielkością była mizerna, ale grunt, że była dokładnie tym, czego potrzebowała. Wielkie fontanny przyciągały rzesze dzieciaków i ciężko się załatwiało komunikację.
Wyskrobała z kieszeni drachmę. Obserwowała, jak moneta znika w rozbryzgach wody.
— Czcigodna Iris. Jak możesz, to poinformuj półbogów w okolicy, że jest tu dziki Labirynt, dobrze? — Wymamrotała, modląc się o pozytywne rozpatrzenie wniosku.


Arnar?
────
[917 słów: Dahlia otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up?”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

— Substancje psychoaktywne? — powtarza Ricky, jakby go olśniło. — No macie może rację, to by mogło parę rzeczy wytłumaczyć, ale najpierw musiałbym zrobić parę testów…
— Tobie nawet najbardziej psychoaktywne substancje nie zaszkodzą — warknęła szeptem Kuźma — i tak już masz beret zryty do reszty.
Przez cały dzień Kuźma lawirowała między wyrazem osłupienia i żarliwego gniewu, teraz przedstawiała właśnie to drugie. Ricky aż się przyjrzał, czy z uszu jej nie leci para.
— Ricky — warknęła ponownie, jeszcze ciszej i przez jeszcze bardziej zaciśnięte zęby — kurwa, powiedz im...!
— Jakim i-? — zapytał odruchowo, na szczęście też odruchowo szeptem, po chwili jednak zorientował się, że Kuźma ma na myśli dzieci Wulkana. Stali przed nimi, już z wyłączonymi urządzeniami, na razie spokojni, ale kto wie, na ile taki stan się utrzyma? Może by wykorzystać sytuację i zwinąć coś, te błyszczące na stole, o, albo to takie matowe z tym, wygląda jak krokodyl…
— To w końcu chcecie szmuglować dragi czy nie, o co chodzi? — po tak długiej ciszy w końcu jeden się zirytował, a Kuźma wyglądała, jakby miała się posikać ze złości.
— Nie no, narkotyki? No co ty, przysięgam na trumnę Marii Skłodowskiej-Curie - też ołowianą! To nie narkotyki! To jest niesamowicie cudowne osiągnięcie, ale podobnie jak pani Curie, niestety świat nie jest wystarczająco... wystarczający w tym przypadku. I dlatego właśnie tych kółeczek potrzebujemy…
Tutaj Ricky puścił oczko i zaczął szperać w kieszeniach. Przesuwał palcami po szklanych kulkach i monetach (w obu przypadkach ich gładką powierzchnię szpeciły niekiedy ślady zębów), paragonach, nie jego, innych ludzi, które zbierał i które już dawno wyblakły, obiecująco wyglądających kamieniach, kawałkach jego pokruszonych mlecznych zębów, obrazkach z gum Turbo i takich tam, innych istotnych przedmiotach.
— Może się jakoś dogadamy?
Niektórzy próbowali dojrzeć, czy Ricky wyciąga pieniądze (i o jakie nominały pójdzie), inni odsunęli się, jak od terrorysty — bo naprawdę bogowie wiedzą, co Ricky mógł trzymać w tych spodniach. Im dłużej Ricky grzebał w tych spodniach, tym więcej było tych drugich. Ricky zorientował się, że zaraz sytuacja wróci do punktu wyjścia, i potomkowie Wulkana znowu się zirytują brakiem odpowiedzi, stwierdził więc, że trzeba jakoś zająć ich czas. Zacisnął palce na plastikowym dinozaurze, który świecił w ciemności (nie z zamiarem oddania go, po prostu, żeby dodać sobie trochę pewności siebie — nie żeby jej potrzebował!).
— Słyszeliście kiedyś może żart o psie spawaczu?


Kuźma?
────
[374 słowa: Ricky otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 26 kwietnia 2026

Od Havu CD Judasa — „Take me to church”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Havu poruszył się niespokojnie na siedzeniu. Oparty o jego ramię Vincent mlasnął, nie ruszając się nawet o centymetr. Dzieciak trochę zaczynał mu przeszkadzać, ale to tylko dlatego, bo znaleźli się w naprawdę niekorzystnej — i chyba też niebezpiecznej — sytuacji. Judas normalnie nie sikał aż tak długo (co za dziwne spostrzeżenie), a na dodatek siedzący przed kierownicą starzec też wyszedł z pojazdu.
— Cholera, Vincent. — Havu próbował delikatnie obudzić nastolatka szturchnięciami. Chłopak zapadł jednak w bardzo głęboki sen i dobudzenie go chyba nie było w tej sytuacji możliwe. Havu musiał podjąć próbę przełożenia jego głowy tak, by opierał się o siedzenie.
Havu najpierw złapał za klamkę drzwi, pchnął je i uchylił. Wyciągnął z trudem jedną nogę na zewnątrz i — w tym samym czasie starając się ześlizgnąć z Vincenta — wyszedł z samochodu. Typowe amerykańskie auta były ogromne, a w tych ciemnościach za dobrze nie widział. Jeden zły krok dzielił go od skręconej kostki.
Zamknął za sobą drzwi i zaczął się rozglądać. Jedynym źródłem światła był włączony samochód, który oświetlał niewielką część drogi przed sobą i trochę pobocza, na którym nie rosło nic oprócz paru małych drzewek. Miał nadzieję, że dalej znajdowali się w Kalifornii. Zmiana stanu utrudniałby im powrót do domu dziesięciokrotnie.
Okrążył pojazd, krzywiąc się przy każdym kroku, a następnie poszedł w stronę niskich drzew, gdzie — jak miał nadzieję — znajdzie Judasa. Wchodząc gołymi stopami w piach i pierwsze kępki trawy usłyszał tylko szeleszczenie, jakby spłoszył dziką zwierzynę. Zaraz jednak po tym usłyszał ryk małego silnika.
— Judas? — zawołał w ciemność. — Halo?
Odpowiedziała mu cisza, która zaraz została przerwana znowu tym dziwnym odgłosem silnika. Samochód stojący na poboczu nie burczał w taki sposób. Właściwie to tego samochodu nie było prawie słychać.
Havu poszedł dalej, starając się nie wdepnąć w coś, co mogłoby być zwierzęcym gównem albo ostrym kamieniem.
— Judas?
Minął jedno drzewo, a potem kolejne. Odgłos silnika zrobił się głośniejszy i przypominał już piłę mechaniczną. Nikt nie ścinał przecież drzew o tej godzinie.
Zaginiony ksiądz znalazł się niedługo później. Biegł bardzo szybko, potykając się o własne nogi i rozdzierając przy okazji materiał spodni na ostrych gałęziach drzew. Za nim biegł starzec z piłą mechaniczną, którą Havu wcześniej usłyszał.
— Co jest kurwa?
Judas jednak nie chciał marnować czasu na wyjaśnienia, złapał Havu za rękę i pociągnął za sobą.
— On chyba chce nas zabić!
— Co ty pierdolisz w ogóle, człowieku?!
Pozwolił się prowadzić. Ze strachu nawet nie chciał się oglądać za siebie. Wszystko to, co do tej pory zjadł, powędrowało do jego ust, a sam żołądek zacisnął się w ciasno upakowaną kulę. Musiał walczyć cały czas z mdłościami, pilnować swoich nóg, by się nie potknąć i myśleć o tym, żeby jak najszybciej, kolokwialnie mówiąc, stąd spierdolić.
Razem z Judasem dopadli do samochodu pierwsi. Havu dobiegł do drzwi od strony kierowcy i wpakował się przed kierownicę, a Judas usiadł na miejscu pasażera. Obydwoje trzęśli się jak zziębnięte kurczaki, które lada moment miały zostać zmienione w pałeczki Kentucky w KFC.
— Pospiesz się! — krzyczał Judas, a Havu próbował ogarnąć jak ruszyć tym cholerstwem.
— Zamknij mordę — odpyskował mu.
Samochodem szarpnęło dwa razy, a zaraz potem wystrzelił jak z procy do przodu. Mężczyzna nie potrafił zapanować nad takim wielkim i nieprzewidywalnym pojazdem i pierwsze metry przejechał slalomem, walcząc, żeby nie wypaść z drogi.
Ostrze piły mechanicznej trzasnęło w tylne drzwi. Starzec z jakiegoś powodu zdołał ich dogonić i nie chciał odpuścić. To był jakiś horror, z którego Havu miał nadzieję się niedługo obudzić.
— Czemu on jest, kurwa, taki szybki?! — wrzasnął, zaciskając ręce na kierownicy.
Judas zaciskał zęby i wyglądał przez okno. Nieznajomy ich gonił. Biegł z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.
— Otwórz okno! — krzyknął, a kiedy Judas za pierwszym razem nie wykonał polecenia, uderzył mężczyznę w tył głowy. — Otwórz okno i rzuć w niego czymś ciężkim! Trzeba się go pozbyć.
— Czym mam rzucić?! — Otworzył skrytkę i zaczął wyrzucać z niej stos dokumentów, puste butelki po piwie i niedopałki papierosów.
— Wyrzucaj po kolei!
Judas opuścił szybę i wyrzucił pierwszą salwę dokumentów. Kilka kartek przykleiło się do starca, a inne zostały rozcięte na pół przez pracujące ostrze piły. Trochę spowolniło to napastnika, ale zdecydowanie nie pomogło im się go pozbyć.
— Co się dzieje?
Vincent, który do tej pory spał twardym snem odchrząknął i słabym głosem dał o sobie znać.
— Nie przejmuj się. To element naszej wycieczki! — Havu gwałtownie skręcił w jedną z uliczek, mając nadzieję, że w końcu uda im się zgubić starca. Nie mógł przecież biec bez końca. Nie z ciężką, działającą piłą mechaniczną.
Vincent w ostatnim momencie złapał się za siedzenie i tylko dzięki temu nie wylądował na brudnej podłodze pick-upa.
— Gdzie tamten pan?! — krzyknął, zbyt zdezorientowany, żeby połapać się w całej sytuacji. Dwójka półbogów, która za niego nijako odpowiadała, nie chciała się odezwać. Havu unikał odpowiedzi, a Judas siłą woli próbował zapanować nad swoimi emocjami, żeby być tutaj jedyną trzeźwo myślącą osobą.
— Mam pewne podejrzenia — zaczął, kiedy udało mu się już zapanować nad własnym strachem. — Ten dziadek nie może być człowiekiem.
— Co ty, kurwa, nie powiesz!
— Chcę powiedzieć, że nie jest potworem. Chyba. Wydaje mi się, że to jakiś półbóg.
Havu wolał myśleć o staruszku, jak o okropnym potworze, który chce dorwać czternastoletniego Vincenta. Myśl o tym, że ktoś może być tak psychicznie spaczony, żeby biegać za ludźmi z piłą mechaniczną, chyba zbyt go przytłaczała. Z drugiej strony również go ta sytuacja bawiła, bo czuł się, jakby wylądował w residencie evil.
— To co teraz?
Judas nie odpowiedział od razu. Myślał nad rozwiązaniem tego problemu, zanim wjadą do miasta. O wiele trudniej byłoby sobie poradzić z wariatem w miejscu publicznym.
W ciemnościach minęli ogrodzone pola oraz pojedyncze domy, w których albo nikogo nie było, albo ludzie w nich spali i nie obchodził ich pędzący przez ich niewielką miejscowość samochód. Ostre światło przeszyło mały zielony znak z napisem Adelaida Rd.
Jadąc dalej na północ, Havu zaczął zwalniać.
— Co robisz? — Judas zastanawiał się, czy powinien znowu otworzyć okno, żeby rzucić w napastnika metalowymi butelkami po piwie.
— Tutaj jest cmentarz.
Ani Judas, ani Vincent nie byli zachwyceni tym spostrzeżeniem. Cmentarzy było pełno. W każdej małej i większej miejscowości. Czasem można było znaleźć opuszczone nagrobki, których nikt nie odwiedzał od dekad, więc zarosły chwastami.
Cmentarz, o którym wspomniał Havu, był właśnie takim opuszczonym cmentarzem. Nie dało się go zobaczyć, ale on doskonale wiedział, że gdzieś w pobliżu czekają na niego niespokojne dusze, które z jakiegoś powodu nie mogły wrócić do świata umarłych. Nie zaznały spokoju, więc krążyły po okolicach, czekając na dzień, w którym ktoś by w końcu je zauważył; a nie było tak łatwo znaleźć półboga na bezludziu.
— Poczekaj. — Judas złapał Havu za nadgarstek, zanim ten nie zjechał całkowicie na pobocze. — Co ty planujesz?
— Chyba chcemy się go pozbyć, prawda?
— Dlatego stajesz na jakimś bezludziu?
— Jeśli mamy do czynienia z jakimś pierdolniętym półbogiem, to nie zgubimy go jak zwykłego człowieka. — Uśmiechnął się przebiegle. Havu miał tendencje do ukrywania swoich prawdziwych intencji, a Judasa zawsze to niesamowicie wkurwiało.
Wyszedł pierwszy z samochodu i zniknął gdzieś w wysokich trawach. Vincent chciał pójść za rudowłosym, ale został siłą powstrzymany i zamknięty w pojeździe. Judas nie chciał, żeby coś mu się stało.
— Zatrzymać może go tylko coś, co nie żyje — mówił, schylając się pod gałęziami i uważając na nierówną powierzchnię. W tych trawach mogły być jakieś dziury. — Mam tutaj z kimś do pogadania.
— Przerażasz mnie człowieku.
— Zawsze możesz wrócić do samochodu. — Wzruszył ramionami. — Podobno tak super panujesz nad emocjami.
— Zrób to, co musisz, a nie się na mnie wyżywaj, okej? — Judas skrzyżował ręce i przycisnął je do klatki piersiowej. Byli zmęczeni i zziębnięci. Nie mogli dłużej biegać na zewnątrz, jeszcze w krzakach przy porzuconych nagrobkach.
Havu poszedł głębiej, zostawiając Judasa gdzieś pod jakimś drzewem, bo przez ciemność nie mógł nawet dokładnie ocenić odległości. Wiedział, że mężczyzna tam czeka tylko po tym, jak bardzo hałasował, starając się nie wpaść w żadne zarośla.
Oprócz dwóch dusz spotkał jeszcze jeden samotny szkielet. Nie spodziewał się go w tym miejscu, ale uznał, że może mu się bardzo przydać.
— Długo tutaj jesteś? — przywitał się. Musiał bardzo wysilić swój wzrok, żeby w ogóle dostrzec kupkę kości czającą się przy jednym z nagrobków. Szkielet siedział i opierał się o kamień z wyrytymi imionami zmarłych.
— Długo.
Głos miał bardzo chrapliwy. Pewnie odezwał się pierwszy raz po wielu latach.
— Jesteś mi potrzebny.
— Dawno nie było tutaj żadnego półboga.
Szkielet się poruszył. Odgłos kości uderzającej o inne kości był jednocześnie nieprzyjemny i intrygujący. Te stwory zawsze wywoływały w Havu ambiwalentne uczucia. Z jednej strony sam zajmował się komplementowaniem szkieletów zmarłych zwierząt, a z drugiej trochę ciężko patrzyło mu się na coś, co miało przypominać człowieka, trochę żyło, ale jednak nie do końca i jeszcze zawsze próbowało nawiązać kontakt wzrokowy. Szkoda, że tylko oczu nie miały, więc patrzyło im się w te puste oczodoły.
— A już na pewno dawno nie widziałem dziecka boga śmierci.
— Taka niespodzianka. — Wzruszył ramionami.
— A twój kolega? — zapytał niespodziewanie. Podniósł się już na dwie nogi i podszedł bliżej. — Może wyjść?
Judas wcale nie stał tak daleko, żeby tego nie usłyszeć. Wyszedł z krzaków, w których się ukrywał i, potykając się o przykryte trawą przewrócone nagrobki, podszedł do Havu.
— On gada?
Szkielet zaszczękał kośćmi. Musiał poczuć się urażony.
— Lepiej nic więcej nie mów.
Judas, nawet jeśli nie chciał, to musiał się posłuchać. W końcu to nie był jego plan. On nawet w razie czego nie mógłby unicestwić tego Szkieleta, który okazał się niebezpieczny dla ich dwójki.
— Czego ode mnie potrzebujecie? — Szkielet mówił bardziej do Havu, niż do Judasa, który chwilę wcześniej przez przypadek go obraził.
— Bronisz tego cmentarza, prawda? — odpowiedział pytaniem na pytanie i zanim Szkielet zdążył odpowiedzieć, mówił dalej: — Zaraz dogoni nas pewien szaleniec. Jest też półbogiem, ale chyba trochę niespełna rozumu. Zniszczy ten cmentarz, rozumiesz? Potrzebuję cię, żebyś go zatrzymał.
— Zabiję każdego, kto spróbuje zniszczyć ten cmentarz.
— Dobrze! Cudownie! W takim razie poczekajmy. On jest bardzo szybki.
Nie minęły nawet dwie minuty, kiedy do lasu wszedł starzec z piłą mechaniczną. Szedł wolno, ostrożnie stawiał kroki. W drugiej ręce trzymał latarkę, bo w tych ciemnościach nawet nie wypatrzyłby swoich ofiar.
— Uważaj — mruknął do siebie Havu. — Zaraz nas znajdzie.
Odgłos pracującej piły mechanicznej stawał się coraz gorszy. Urządzenie chyba przestawało już powoli działać, ale znajdowało w sobie resztki siły, by napędzać ostrze.
— Zakończmy to! — krzyknął. — Jest już was za dużo na tym świecie!
Brzmiało to, jak mowa schizofrenika. Skąd wiedział, czy ma do czynienia ze zwykłymi ludźmi, czy półbogami? Obserwował ich? Widział, jak Judas pozbywa się policji?
— Te wszystkie bóstwa… to bajka! — krzyczał dalej. Havu miał wrażenie, że czuje jego oddech na karku. — Świat powinien być normalny! Złożony tylko z ludzi! Prawdziwych ludzi!
Zamachnął się i uderzył o jeden nagrobek. Ciężki kamień pękł na jednym brzegu. To wystarczyło, żeby siedzący z nimi Szkielet złapał za swój miecz, który służył mu w celach obronnych.
Z klekotem ruszył w stronę starszego półboga. W tej poświacie, rzucanej przez latarkę wyglądał jeszcze bardziej przerażająco. Za dnia pewnie wyglądał jak jeden z modeli w szkołach, którym dzieci się bawiły.
— Cholera! — usłyszeli warknięcie staruszka. — Jeszcze mi ciebie tutaj brakowało! Przepadnij!
Wycelował w Szkielet. Trafił idealnie w kręgosłup, przecinając go na pół. Myślał przez chwilę, że udało mu się zwalczyć zagrożenie. Że pokonał coś, co należy do świata boskiego. Zdziwił się, kiedy dolna część Szkieletu przysunęła się do górnej, łącząc się ze sobą jak dwa pasujące puzzle. Zaraz po tym Szkielet się podniósł i rzucił na napastnika. Był niepokonany. Pokonać przecież mógł go tylko dzieciak boga śmierci.
Havu złapał Judasa za skrawek rozciągniętej już koszulki od piżamy i pociągnął w stronę drogi, gdzie zostawił samochód. Z jakiegoś powodu umówili się telepatycznie, że to rudowłosy będzie bawił się z tym ciężkim i nieprzewidywalnym pojazdem.
— Co tam, Vincent? — zapytali obydwoje, kiedy weszli już do środka.
Chłopak siedział pośrodku i wpatrywał się w nich przerażonym spojrzeniem. Musiał zauważyć szalonego starucha z piłą mechaniczną.
— Nie przejmuj się. — Havu się uśmiechnął. — To była atrapa.
Cała ich trójka wiedziała, że to nie była atrapa i gdyby nie ten Szkielet, zostawiony na opuszczonym cmentarzu, to zostaliby w niedługim czasie zmienieni w mielonkę; a na dodatek żaden z nich nie wiedział, dlaczego starzec był tak bardzo wściekły z powodu ich istnienia.
Wracali trzy godziny. Trzy najdłuższe godziny w ich życiu. Vincent nie mógł wytrzymać i ze zmęczenia padł na siedzenia, Judas dzielnie walczył z opadającymi powiekami, a Havu skazany na taką długą jazdę śpiewał pod nosem głupie piosenki.
— Co robimy z tym samochodem? — zapytał, kiedy dojechali pod dom Judasa. Ten cholerny pick-up stanowił niemały problem.
— Zabiorę go gdzieś później.
— Skasujesz go? Weź, nie rób tego, nawet go polubiłem. — Pogłaskał czule kierownicę. — Zostaw go na jakimś uboczu. Albo w jakiejś dzielnicy z ćpunami. Myślę, że się nim zaopiekują.
Judas pokręcił głową. Ze zmęczenia bolały ich wszystkie mięśnie, zaczynając od najmniejszego palca u stopy, a kończąc na uszach.
— Wysiadaj. Musimy Vincenta stąd zabrać.
To właściwie wystarczyło, żeby wykorzystali pozostałą im energię do wyciągnięcia czternastolatka z samochodu. Przenieśli go tak, jak rodzice przenosili swoje śpiące dzieci, do domu i położyli na kanapie. Ucieszona banda psów od razu otoczyła chłopaka, dołączając do niego.
— Poczekajmy, aż się obudzi. Może wtedy da radę wrócić.
— Ty w tym czasie zmień spodnie — zauważył Havu. — Podarłeś je sobie na dupie.

KONIEC WĄTKU, BĘDZIE NASTĘPNY ELO
a judas podarl se spodnie na dupie beka
────
[2160 słów: Havu otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia]