Pokazywanie postów oznaczonych etykietą For The Hell Of It. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą For The Hell Of It. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 lipca 2026

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

ZIMA, obecnie

Poprzednie opowiadanie

Miałem wrażenie, że Ivy zaczął mnie unikać. Każde kolejne spotkanie przekładał albo odwoływał, tłumacząc to złym stanem zdrowia lub innymi wypadkami losowymi. Za pierwszymi trzema razami uwierzyłem, bo mógł być to zwykły zbieg okoliczności, ale za kolejnym razem zaczynałem w to wątpić. Okłamywał mnie. Czułem to.
Krążyłem po dzielnicy, w której mieszkał z nadzieją, że w końcu na niego trafię, ale za każdym razem się to nie udawało. Może się przeprowadził? Tylko dlaczego miałby to robić, nie informując mnie? Przecież się przyjaźniliśmy.
Pewnego wieczoru postanowiłem się przejść do kliniki, w której przyjmował pacjentów. Nie byłem umówiony na żadną wizytę (w sumie nie pamiętam, kiedy ostatni raz u niego byłem), ale to w niczym nie przeszkadzało, bo okazało się, że znowu zapomnieli zamknąć drzwi na noc.
W środku panował półmrok, świeciły się tylko małe, niebieskie lampki, które nie wiem, co robiły, ale na pewno rozświetlały mi jakkolwiek korytarz. Ivy lubił zostawać po godzinach pracy. Pamiętałem, kiedy mniej więcej przychodził i wychodził, więc w ogóle się nie zdziwiłem, gdy zastałem go w gabinecie.
Uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka. Siedział przy biurku pochylony nad stosem dokumentów. Obok stał kubek z parującą cieczą, zapewne kawą, bo nie wiem, czy pijał herbaty.
— Nie śpisz? — zapytałem, choć było to oczywiste pytanie retoryczne, bo Ivy wyglądał, jakby miał problemy ze snem i rzadko kiedy sypiał. Podobnie jak ja. Mieliśmy tyle wspólnych cech.
Gwałtownie podniósł się z siedzenia. Szok od razu wkradł się na jego twarz, a ja poczułem smutek, bo nie oczekiwałem takiej reakcji z jego strony. Nie powinien się ucieszyć na mój widok? Tak dawno siebie nie widzieliśmy…
— Co tutaj robisz? — zapytał, starając się zapanować nad drżeniem warg.
Przeszkodziłem mu w czymś. Być może zajęty był ważnymi dokumentami. Nie wiem. Nie chciałem teraz nad tym rozmyślać.
— Drzwi były otwarte. — Wzruszyłem ramionami tak, jakby to była oczywista oczywistość. — Chciałem sprawdzić, co u ciebie. Dawno się nie widzieliśmy i trochę się stęskniłem, rozumiesz? — Uśmiechnąłem się słodko, odsłaniając zęby.
Ivy wypuścił z trudem powietrze przez nos. Chwilę się na mnie patrzył, mięlił w dłoniach kawałek papieru, który mógł być skrawkiem ważnego dokumentu.
— Nie musisz mnie tak nachodzić — powiedział, zgrabnie unikając kontaktu wzrokowego. — Coś się stało? Potrzebujesz innych leków?
Nie spodobało mi się, że zaczął rozmowę właśnie od tego. Od leków. Nie przyszedłem tutaj po prochy. Chciałem się z nim zobaczyć. Nie widzieliśmy się od dawna. Przyjaciele powinni widywać się częściej, prawda?
— Nie. — Pokręciłem głową.
Wszedłem wgłąb pomieszczenia. Uznałem, że skoro mi odpowiadał, to też zaprosił mnie do środka.
— W takim razie czego potrzebujesz?
Usiadłem na krześle na przeciwko biurka Ivy. Splotłem palce i się uśmiechnąłem. Wizyty wieczorne byłyby o wiele przyjemniejsze.
— Chciałem się z tobą spotkać, tak jak mówiłem wcześniej. Dawno się nie widzieliśmy, a trochę zaczynało mi się nudzić.
Przeczesałem palcami włosy. Umyłem je nawet zanim do niego przyszedłem. Potrzebowałem wyglądać ładnie. Poświęciłem też trzy godziny na ubranie się i umalowanie. Mam nadzieję, że to zauważył.
Ivy podniósł kubek, w którym miał jakiś gorący napój i upił jego łyk. Odwrócił wzrok i spojrzał na stronę, którą miał wyświetloną na ekranie laptopa.
— Nie możemy się spotykać.
Zacisnąłem zęby. Co znaczyło, że nie możemy? Przecież już tutaj byłem. Już się z nim spotkałem.
— Już się spotykaliśmy — wytknąłem mu istotny fakt. Zapomniał o naszym wspólnym wyjściu jesienią? — Podobało ci się.
To nie było pytanie. Wiedziałem, że mu się podobało. Nie był osobą imprezową. Nie miał nawet przyjaciół. Kiedy jednak był ze mną to się otworzył. Podobało mu się. Musiało mu się podobać.
Ivy przymknął oczy. Upił kolejny łyk gorącego napoju, odstawił kubek na biurko i kolejny raz, unikając kontaktu wzrokowego, powiedział:
— To było jednorazowe wyjście. Zasady są takie, że…
— Zasady mnie nie obowiązują — przerwałem mu. Z nerwów zacząłem wykręcać sobie palce. — Chcę z tobą wyjść. Kończysz już pracę?
— Dzisiaj nie mogę.
Dalej próbował się wymigać. Nie podobało mi się to zachowanie. Denerwowało mnie. Szczerze i naprawdę chciałbym teraz go udusić. Zmusić, żeby ze mną wyszedł. Nie jutro, nie kiedyś. Teraz.
Poczułem, że w oczach zaczynają zbierać mi się łzy. To wszystko było JEGO winą!
— Teraz — wycedziłem niemalże przez zęby. — Teraz wychodzimy, okej? — Spróbowałem się uśmiechnąć, ale wyszedł mi raczej bardzo brzydki grymas.
Ivy zamilkł. Nie nic powiedział przez dłuższą chwilę, a ja wciąż nerwowo strzelałem kostkami w palcach. Jeśli zaraz ze mną stąd nie wyjdzie, to nie wiem, co zrobię, ale na pewno nie będzie to miłe.
— Wychodzimy, okej?! — krzyknąłem, nie mogąc dłużej wytrzymać tej ciszy. — Wychodzimy!
Ivy drgnął nieznacznie, ale nie wstał. Cholera, dlaczego on mi to robi? Dlaczego tak się zachowuje? Chce, żebym targnął się na własne życie? Nie, nie mogę się zabijać. Jest zbyt piękny, żebym się zabijał przez niego.
— Proszę — powtórzyłem już trochę spokojniej, chociaż cieknących po policzkach łez nie dało się już tak ładnie ukryć. Zaraz skończę z całym rozmazanym makijażem. Przez niego. — Wyjdźmy stąd.
Ivy zamknął klapę laptopa. Odłożył stos dokumentów na bok i podniósł się z fotela.
— Gdzie chcesz wyjść?
Miałem wrażenie, że drżał mu głos. To przeze mnie? Jestem aż tak beznadziejny?
— Czy ty się mnie boisz?
Pogubiłem się już w tym wszystkim. Bałem się, że każde kolejne słowo i każde kolejne pytanie tylko psuje naszą relację.

man i love when schizofrenia
────
[845 słów: Dante otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 27 czerwca 2026

Od Ivy CD Dantego — „For the hell of it”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, rok temu

Ivy wpatruje się w Dantego przez długą chwilę, w towarzystwie zagłuszających jego oddech głosów oraz muzyki — która zdecydowanie jest zbyt głośna dla zdolności trzeźwego (ha!) myślenia — będącej połączeniem gatunku rocka oraz hip-hopu. W głowie mężczyzny dzieje się dużo rzeczy, nie mogących znaleźć konkretnego wątku, przez co wygląda na tępo zamyślonego, jakby go odcięło od rzeczywistości. W końcu dochodzi do niego, co może mieć na myśli jego pacjent. Uchyla lekko usta, choć po nieprzewidywalnym Dante mógłby się spodziewać pytań wszelkiego rodzaju, niekoniecznie właściwych. Nie sądził jednak, że może być aż tak bezpośredni oraz że naprawdę może mieć na myśli to, co powiedział. Odwraca wzrok, nie będąc w stanie znieść dłużej spojrzenia błękitnych oczu. Ma nadzieję, że nie czerwieni się na twarzy, jak to robi w chwilach publicznego stresu.
— Nie — stwierdza tylko, mając poczucie, jakby ścierpiał mu język i nie chciał wypowiedzieć więcej słów.
Z jednej strony żałuje, że nie skłamał. Z drugiej, było to oczywiste, że nikogo nie ma. W końcu Dante widział, że Ivy mieszka sam, że nie ma obrączki na palcu, że jedyne, co ma w życiu, to praca, że nie ma w sobie radości, którą widać na twarzach osób będących zakochanymi. Nie trzeba być szczególnie inteligentnym, by stwierdzić, że Ivy nie jest ani wyjątkowo przystojny, ani pociągający z charakteru, by mieć powodzenie. Kobiety nigdy nie zwracały na niego uwagi. Mężczyźni tym bardziej nie. Już same myśli o tym, że ktoś mógłby na niego spojrzeć — w metaforycznym sensie, choć nie tylko — wzdrygają nim. Bycie zauważanym, byciem obiektem czyjegoś zainteresowania, bycie ocenianym pod względem wyglądu wywołuje w nim zarówno wstrząsające, zimne dreszcze, jak i rozlewające się ciepło w żołądku, wszystkie skrajności jednocześnie.
— A co? — rzuca, udając, że to pytanie go nie ruszyło.
Dante wzrusza ramionami i uśmiecha się beztrosko, wciąż nie odsuwając się od Ivy.
— Nic takiego. Jestem ciekawy, wiesz?
Nie chce kontynuować rozmowy i wprowadza pomiędzy nich grobową atmosferę, którą zdaje się, jakby pacjent nie zauważał, pochłonięty swymi surrealnymi myślami i fantazjami.
Drink smakuje i pachnie z jakiegoś powodu majerankiem, przez co o mało nie ma odruchu wymiotnego. Z trudem go przełyka, ale powstrzymuje się od pokazania słabości i sączy go bez cienia niezadowolenia, kłamiąc tak samo, jak przed chwilą, gdy stwierdził, że napój jest ,,całkiem dobry”. Nie wie, co zamówił mu Dante i chyba nie chce wiedzieć, starając nie wprowadzić się w jeszcze większą gonitwę myśli, niż dotychczas, bo jeszcze chwila i zacznie podejrzewać go o wpuszczenie mu czegoś do alkoholu. Ostatnim razem pił coś takiego może kilka-kilkanaście lat temu. Od czasu do czasu, w zaciszu domowym, naleje sobie lampkę wina do filmu, aby się rozluźnić i dać ujściu niepokojowi, ale oprócz tego, unika procentów, szczególnie w niezbyt zaufanym towarzystwie.
— Mało wiem o tobie.
— Nie jesteśmy ze sobą blisko.
— Nie? — Dante marszczy brwi. — Jak to? Przecież ty wiesz o mnie zupełnie więcej, niż większość osób, które znam. Ale to trochę niesprawiedliwe, skoro ty nic nie mówisz.
— Nasza relacja jest profesjonalna, nie bliska — burczy dobitnie. — Dlatego nie powinienem nic mówić.
— Ale teraz nie jesteśmy w gabinecie.
Ivy patrzy na niego z iskierką w oczach, którą Dante podłapuje. Psychiatra zaduma się, jak bardzo jego pacjent zdaje sobie z zasad, które między nimi obowiązują, a mimo to, coraz bardziej je przekracza. Jest ich zupełnie świadomy. I nieważne, jak bardzo Ivy stara się dawać mu do zrozumienia, jak powinna wyglądać ich relacja, Dante pozostaje uparty przy swoim.
— I tak nie mam nic ciekawego o sobie do powiedzenia.
— Ja myślę, że jesteś bardzo ciekawą osobą. Ci tajemniczy są najciekawsi. — Opiera brodę na dłoniach. — Chcesz więcej o nich wiedzieć.
— Nie jestem tajemniczy.
Białowłosy chichocze, zasłaniając pomalowane usta.
— Jesteś za to skromny.
— Tajemniczy to dobra cecha?
Znowu się śmieje. Uważa go, nie dość, że za tajemniczego i skromnego, to za zabawnego? Ivy spuszcza wzrok na oblepiony stolik. Łaskocze go w klatce piersiowej, a nabieranie kolejnych słów na język przychodzi mu z trudem.
— I tak nie mam nic interesującego do powiedzenia — mamrocze tak cicho, że Dante z trudem go słyszy.
— Daj spokój. Przecież to… proste. Wiesz, co lubisz robić, jakie filmy oglądać, jakiej muzyki słuchasz, no wiesz, tego typu kiepskie pogadanki, które ludzie przeprowadzają na pierwszych randkach. Możesz powiedzieć coś o swojej pracy. Sama w sobie jest ciekawa.
— Czy ja wiem? — Uśmiechnął się mimowolnie. — Codziennie przepisywanie psychotropów to dość monotonne zajęcie.
Dante uśmiecha się jeszcze szerzej.
— Mam czuć się urażony?
— Nie. Ty zaliczasz się do tych przypadków, które nie są tak… — Zawahał się. — Nie są aż tak nudne.
— Och, tak? Co jest we mnie ciekawego?
Jasny gwint.
— Osobowość — stwierdza, samo nieprzekonane tym, co mówi.
Nawet nie orientują się, jak wiele upłynęło czasu, a pracownicy zaczynają sprzątać i wyganiać podpitych (bądź już pijanych i upadających) klientów. Ivy z każdą kolejną mijającą minutą traci siły na dalsze rozmowy, męcząc się psychicznie, coraz bardziej przebodźcowane harmidrem i wyeksponowaniem się na publikę. Chce wrócić do domu, ale gdy tylko pojawia się okazja do tego, aby się ulotnić, Dante skutecznie mu to utrudnia, jakby przeczuwawszy, że mężczyzna ma zamiar go opuścić. Męczy go zmuszanie się do mówienia, ale pomaga mu to w udawaniu, że pije tego samego drinka pół nocy — woli uniknąć wciskania mu przez Dante kolejnych.
Potem palą razem papierosa (tego samego) przy budynku, z którego ścian już odrywa się tynk. Chłodne powietrze łaskocze ich w policzki. Dante okrywa się bardziej futrzaną kurtką, Ivy zapina guziki płaszcza, a jego powieki coraz bardziej się do siebie lepią na myśl o konieczności pójścia z rana do pracy — czyli za dosłownie parę godzin. Zastanawia się, czy może po zarwaniu nocki będzie czuł się lepiej niż po przespaniu tak krótkiego czas.
Zauważył podczas ich wspólnego wieczoru (a raczej nocy) dwie rzeczy. Po pierwsze, Dante, gdy pije, to do stanu nieświadomości. Domyślał się istnienia u niego problemów z alkoholem, ale teraz otrzymał rzetelny dowód w tej sprawie — ucieka od rzeczywistości oraz swoich halucynacji dzięki używkom. Ani razu nie wykazał symptomów zaniepokojenia, nie mówił bzdur i prawdopodobnie (a bynajmniej nie dał tego po sobie poznać) nie doświadczał żadnych omamów.
Po drugie, nie czuje się tak przytłoczony, jak się tego spodziewał. Nie wie, czy przestał czuć się niekomfortowo przy Dante, czy to trzy drinki i chwila ucieczki od codzienności były tego przyczyną. Może są to te obie rzeczy i dzięki rozluźnieniu skojarzył mężczyznę z poczuciem tego spokoju, który go obwładnął.
Przebiega obok nich szczur, kierując się w stronę śmietników. Ivy towarzyszy mu spojrzeniem. Już jakiś czas temu wszystkie osoby, które były w bardzo, udały się do domów. Została tylko ich dwójka. Chce powiedzieć, że idzie do domu, ale długo się waha, pomimo że białowłosy milczy, wpatrując się w osianą pustką ulicę. Nos i policzki Dantego czerwienią się od mrozu, przybierając kolor cieni na jego powiekach. Szkarłatny kolor kontrastuje z włosami w kolorze śniegu, jakby został stworzony specjalnie dla niego, by podkreślać jego naturę.
Ivy bierze głęboki wdech. Niewielka ilość promili w krwi rozluźnia mu język.
— Co oznacza twój tatuaż?
Dante mruga na niego, w chwilowym bezruchu. Po chwili kąciki jego warg drgają i przyciska do siebie założone ręce.
— Skąd to pytanie?
Dopala do końca papierosa, rzuca go na ziemie i depcze butem, odwracając wzrok.
— Wiesz co? Zapomnij.
Wykonuje krok w stronę ulicy, ale mężczyzna nie pozwala mu łatwo od niego uciec. Łapie go za łokieć i uśmiecha się zalotnie.
— W ogóle, dzięki za wspólny wieczór.
— Nie ma za co.
Dante podejrzliwie marszczy brwi, widząc twarz i postawę Ivy — wygląda jak kamień, a schowane w kieszeni ręce tylko podkreślają jego niezręczność.
— Coś nie tak? Nie podobało ci się? — Zaniża nagle ton.
— Co? Nie, to nie tak… — mruczy. — Jestem zmęczony.
W odpowiedz uzyskuje powolne, nieprzekonane pokiwanie głową. Dante jednak nie odchodzi i nie przestaje się w niego natarczywie wpatrywać.
— Czyli się mnie nie boisz?
— Ja? Boję? — wydobywa z siebie kłamliwe parsknięcie. — Nigdy się ciebie nie bałem.
Ma nadzieję, że to pozwoli mu uciec do zacisznego mieszkania, gdzie będzie mógł wetknąć wzrok w sufit i z zażenowaniem zastanowić się, na co tak właściwie się zgodził i co ma dalej zrobić z tym faktem, do czego to może doprowadzić i jak wielkim jest idiotą. Uśmiecha się znacznie szerzej, niż to robi na co dzień i liczy na to, że Dante załapie, że chce się z nim pożegnać — nawet bez słów, bo wyczerpał już swój limit na dziś. Skutkuje to odwrotnością, bo białowłosy tylko przybliża się do niego, możliwe, że odbierając znaki mężczyzny w zupełnie odwrotnym znaczeniu, zbliżając nie tylko swoje ciało, swój zapach i alarmującą aurę.
Nie wie, jak reaguje się na coś takiego, szczególnie, gdy nie wyraziło się na to żadnej zgody, a tym bardziej nie werbalnie. Gdy wilgotne wargi lądują na jego popękanych ustach, w pierwszych sekundach zamiera, ale gdy niewinne muśnięcie przemienia się w coś głębszego, gwałtownie odpycha od siebie Dantego, na tyle, by może to być potraktowane jako oznaka obrzydzenia. Powietrze staje się dla Ivy duszne, z trudem je łyka, jakby ktoś odciął mu dostęp do tlenu. Przytyka rękaw płaszcza do ust i rzuca swojemu pacjentowi porażające, srogie spojrzenie, jednocześnie odrzucając od siebie uczucie mdłości. Nigdy nie sądził, że pocałunek, ze wszystkich możliwych emocji, wywoła w nim akurat strach.
Do końca dnia nosi ze sobą uczucie brudu na wargach, którego nie może niczym zmyć. Postanawia, że przy najbliższej okazji zerwie ich terapeutyczną relację. O ile się odważy.

smacznego
────
[1528 słów: Ivy otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 2 czerwca 2026

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, rok temu

Nie mogłem uwierzyć własnym uszom! Ivy, ten Ivy, zgodził się ze mną wyjść. Uśmiechałem się jeszcze długą chwilę, zanim poluźniłem napięte mięśnie twarzy.
— W takim razie o osiemnastej.
Ivy nie odpowiadał dłuższą chwilę. Widziałem, że ucieka wzrokiem; spogląda a to na szyld jednego ze sklepów odzieżowych, a to na przechodzącą parę nieznajomych. Nie podobało mi się, że mnie tak ignorował, ale nie mogłem też pozwolić, by nasza relacja już na wstępie została zepsuta. Postanowiłem udawać, że tego nie zauważam.
— Dobrze. Niech będzie.
Uśmiechnąłem się szeroko do mężczyzny na pożegnanie i odszedłem w swoją stronę. Najchętniej poczekałbym u niego w domu, ale przecież musiałem się przygotować. Znaleźć ciuchy, buty, ułożyć włosy i zrobić twarz. Miałem nadzieję, że kiedy się spotkamy, on również ubierze się inaczej niż zwykle i pozwoli mi się poznać z innej strony. Byłem taki ciekawy jego osoby. Jego upodobań do spędzania wolnego czasu, jego pijanego głosu i chwiejnych kroków. Chciałem to dzisiaj wszystko zobaczyć.
Byłem pierwszy. Czekałem przed wejściem do wybranego klubu i oglądałem się w przedniej kamerce telefonu. Wiał akurat dosyć lekki wiatr i rozgarniał moje ułożone włosy we wszystkie strony.
Ivy się nie spóźnił. Zjawił się dziesięć minut przed osiemnastą. Na ramiona narzucony miał długi, czarny płaszcz. Wyglądał oszołamiająco.
— Hej! — Przywitałem mężczyznę żywym machaniem ręki. Zauważyłby mnie pewnie z kilometra — nie bez powodu lubiłem ubierać się na kolorowo — ale sam jego widok poprawił mi humor i nie mogłem się oprzeć, by do niego nie pomachać.
Ivy podszedł zupełnie niespiesznie. Nie uśmiechnął się wcale, ale wytłumaczyłem sobie, że to pewnie ze stresu, bo wyglądał na osobę, która nie chodziła do klubów w ogóle.
— Usiądźmy gdzieś na boku.
Powiedział to od razu, kiedy złapałem za klamkę i pociągnąłem drzwi do siebie, by je otworzyć. Wolałem zazwyczaj siedzieć bliżej baru, ale postanowiłem zrobić tym razem wyjątek — wszystko po to, by zbyt szybko się nie zniechęcił i został ze mną do samego rana.
— Wolisz piwo czy drinki? — zapytałem od razu, kiedy usiadłem. Wolałem przejść do konkretów. Przecież nie będę tutaj siedział o suchym pysku. — Ja zazwyczaj zaczynam od mniejszych drinków.
— Wolałbym na razie coś… bezalkoholowego. — Przewiesił swój płaszcz przez oparcie krzesła. — Wydaje mi się, że też powinieneś tak zacząć. Czasem dobrze jest spróbować zabawy całkiem na trzeźwo. Ciągłe picie jest niezdrowe.
Przewróciłem oczami. Nie przyszliśmy tutaj przecież, żeby pić owocowe soczki. Nie przyszedłem też tutaj po to, żeby słuchać morałów, bo takich nasłuchałem się już wiele w całym życiu. Chciałem tylko dobrze spędzić czas.
— Raz można sobie pozwolić — próbowałem zachęcać go dalej. — Może wezmę ci coś, co sam lubię?
Ivy wyraźnie się zawahał. Zauważyłem przebiegający po jego twarzy cień wątpliwości i niechęci.
— Proszę, weź m-
— Zaczekaj tutaj. — Podniosłem się szybko, nie pozwalając mu celowo dokończyć zdania. — Zaraz wrócę.
Bez dalszego namawiania poszedłem do baru i zamówiłem dwa takie same drinki — kolorowe, w małych szklankach, żeby nie zaczynać od razu od większych i o całkiem delikatnych alkoholach, by nie zrazić od razu Ivy'ego. Sam drink miał pewnie ledwo pięć procent i mógł jedynie połaskotać nasze palce u nóg, ale lepiej zacząć w taki sposób, niż narazić siebie na utratę nowego przyjaciela.
Postawiłem szklanki na stoliku i usiadłem na krześle naprzeciwko mężczyzny.
— Zaufaj mi — uśmiechnąłem się, jak zawsze, całkiem przekonująco — nie będzie mocny. Chciałem tylko, żebyś spróbował moje smaki.
Nawet jeśli Ivy w głowie kwestionował swoje decyzje i tak postanowił spróbować swojego napoju. Nie skrzywił się, ale też się nie uśmiechnął.
— Całkiem dobre — przyznał. — Powiedz mi, jak często tutaj przychodzisz?
— Może cztery razy w tygodniu? — zastanowiłem się. — Czy to jakieś pytanie pułapka?
Pokręcił głową.
— Nie, ale nie uważasz, że to zbyt często?
Zmarszczyłem brwi. Nie spodobało mi się, że zaczął prawić mi kolejne morały.
— Uważam, że to nawet zbyt rzadko.
Ivy nic nie odpowiedział. Może to i lepiej? Gdybym znowu w odpowiedzi usłyszał coś w rodzaju morału, to chyba nie zdołałbym siebie dłużej powstrzymywać. Czy to, że tak często bywam w klubach było problemem? Czy to właśnie przez to mógłby mnie przestać lubić?
— A tak w ogóle, Ivy, mój drogi, jesteś może wolny?
— Jutro jestem zajęty. Właściwie, do końca tygodnia jestem zajęty.
— Nie o to pytam.
Niemożliwe, że był taki nieświadomy. Niewinny. Całkiem to urocze.
— Jeśli chodzi o resztę miesiąca, to również może być problem. Więcej raczej nie chciałbym z tobą wy…
— Poczekaj — przerwałem mu. — Naprawdę nie rozumiesz, o co pytam?
Pochyliłem się do przodu i zamrugałem parę razy. Nie do wiary.

Ivy wyjdziesz za mn?
────
[720 słów: Dante otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

piątek, 3 kwietnia 2026

Od Ivy CD Dantego — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Ivy nie wie, co mu odwaliło, żeby się na to godzić. Może to zgonić na jedną z dwóch swoich największych słabości — empatię lub strach, jednak nie potrafi logicznie nawet za ich sprawką wytłumaczyć swego zachowania. W całej jego pracowniczej karierze nie zdarzyło mu się, aby tak postąpić. Przez to musi się otrząsnąć po nieplanowanym spotkaniu z Dante i wyjść na spacer, wśród dusznego powietrza, rozbrajającego chłodu zbliżającego się wieczoru i samotnym towarzystwie siebie samego. Zaczyna się bać, że sam powoli wariuje. Wariactwo zaczyna się, gdy przestajesz myśleć logicznie. W takim razie musiał zwariować już dawno temu.
Ma nadzieję, że poczynania Dante mają związek z jego stanem i gdy farmakologia zacznie działać (o ile się to wydarzy), zachowanie mężczyzny będzie stabilniejsze (a przynajmniej tak sobie wmawia). Może się utwierdzić jednak w przekonaniu, że rzeczywiście, z jego pacjentem jest coś nie tak, nie tak w tym sensie, że go prześladuje i nie jest to tylko wyobrażeniem Ivy. To nie jest żadna paranoja czy halucynacje. On, rzeczywiście, może być szkodliwy. Jest tego świadomy, ale mimo to, nic nie robi, bo wie, że Dante nie zaprzesta ich współpracy ot tak, na życzenie psychiatry. Ivy nie może zgłosić prześladowania, bo z obiektywnego punktu widzenia, mężczyzna nie robi nic szkodliwego. Nie ma na to aktualnie powodu — ale jednocześnie, przecież, Dante może to uczynić w każdej, najmniej przewidywalnej chwili.
A może jednak ma paranoję. Dante ma problemy także w sferze relacji interpersonalnych, więc możliwość, że naprawdę chce się tylko zaprzyjaźnić, brzmi nawet realistycznie. Widać też, że przejawia czyste zainteresowanie swojemu psychiatrze. Wiele osób podejmuje próby bliższych kontaktów ze swoimi psychologami i psychiatrami, bo najzwyczajniej w świecie się do nich przywiązują. W końcu relacja psychoterapeutyczna jest wyjątkowo specyficznym rodzajem bliskości, a jeśli dodać do tego niestabilną oraz lękową osobę, otrzymujemy połączenie przystosowane do istnej tragedii. Zadaniem Ivy jest to, by mu pomóc, a więc powinien go wesprzeć także w tym.
Znowu mu się śni. Na okrągło myśli o tym, że on wie, gdzie mieszka. Może przyjść w każej chwili z odwiedzinami, z kwiatami w ręku, czy wpaść na kawę. Nie widział jednak w swoim otoczeniu żadnych biało-różowo-pudrowych włosów. Niewyróżniający się niczym tłum utwierdzał go w spokoju.
A jednak, w końcu spotyka go jednego cichego, powolnego dnia. Wraca akurat z domu starego znajomego i przez krótką chwilę o niczym nie myśli, rozkoszując się spokojem ducha, dopóki nie dopada go poczucie, że ktoś go obserwuje. I nie jest to z pewnością żaden potwór, a człowiek, bo tylko człowiek potrafi w tak przeszywający sposób wywołać w drugiej osobie uczucie trwogi.
Ivy postanawia, że zmierzy się ze swoim obserwatorem. Nie dziwi go widok jego pacjenta, który bez pośpiechu, jakby napotkali się tylko przypadkowo, podchodzi do niego, teatralnie rozkładając szeroko ramiona — a raczej Ivy sądzi, że teatralnie, bo po chwili mężczyzna go przytula i klepie w plecy przyjacielsko. Psychiatra zastyga, nie odwzajemniając za żadne skarby uścisku, czekając, aż ten się zakończy. Jak ofiara mająca nadzieję, że jej napastnik za moment odpuści.
— Mam wrażenie, że każda droga prowadzi mnie do ciebie — stwierdza po odsunięciu się od Ivy, odsłaniając świecące bielą zęby.
— Nie powinieneś tak robić, Dante. — Kładzie nacisk na wymowę jego imienia, taktycznie zakładając ręce na piersi. — Chyba nie muszą ci dalej niczego tłumaczyć?
Chce coś jeszcze dodać, ale zamiast tego, zaciska zęby, bojąc się, że pójdzie za daleko i przekroczy granicę. Dante nie reaguje ani wrogością, ani przykrością, jakby specjalnie ignorował to, co do niego powiedziano. Jest ubrany dziś w czarne spodnie z cekinami, a pod rozpiętą kurtką z futrem ma założoną koszulę, a na niej siateczkowy top. Ivy przez moment chce spytać, czy nie jest mu za ciepło, bo temperatura jest nadal wysoka po minionym lecie. Oprócz tego wygląda na zmęczonego, a z jego tonu można wyczytać, że nie jest niesamowicie entuzjastyczny.
— Co za przypadek. — Ivy wysila się na delikatny uśmiech. — Skąd wracasz?
— Ja? Byłem w pracy i na zakupach. Przechodziłem akurat w tej okolicy.
Nawet nie kwestionuje jego słów. Ma ze sobą wypchaną, czarną torbę, na którą od razu zwraca uwagę — tak zafiksował się na swoje uczucie niepewności, że zwraca uwagę na każdy szczegół, byleby uratować się od myśli, że jest prześladowany. Wzdycha z ulgą.
— Taaa. Rozumiem.
— A ty?
— Wyprowadzałem psy znajomego.
— To ty masz przyjaciół?
Tak dosadne pytanie powala go z nóg i nie może znaleźć żadnej odpowiedniej frazy, aby mu odpowiedzieć, bo sam nie zna odpowiedzi — a nie chce siebie pogrążać.
— Powiedzmy — mówi po wielu sekundach. — Jak się czujesz?
— Okej. Powiedzmy.
— Cieszę si-
— Jesteś wolny?
— Powiedzmy.
Dante śmieje się krótko. Psychiatra nawet czuje, że w tym momencie go trochę lubi, gdy może z nim luźno porozmawiać, bez obawy, że przyłoży mu nóż do gardła i zacznie grozić, że jeśli nie poda mu numeru telefonu albo nie wyjdzie z nim do kawiarni, to zrobi mu krzywdę.
— Nie chcesz wyjść gdzieś?
— Wybacz, nie mam dziś ochoty na żadne wyjścia — odpowiada, uśmiechając się znowu. — Nie w humorze. Może następnym razem, co?
— Nalegam! Poczujesz się lepiej, obiecuję.
Jeszcze nigdy ktoś go tak nie naciskał na wyjście. Siedział całe życie w swoim pokoju, nie utrzymując z nikim bliższych kontaktów, przez co coraz bardziej zamykał się w sobie i coraz bardziej nie chciał interaktować z nowymi osobami. Nie nabrał też w ciągu życia tej chęci, aby się odzywać, uczestniczyć w społeczeństwie czy zawierać relacje romantyczne. Nie zależało mu nigdy na tym. Fakt, że Dante jest tak nim zainteresowany, wstrząsa nim wewnętrznie, dotyka jego najsłabszych punktów, których nawet lekkie zadrapanie powoduje krwotok.
Nic się nie stanie, jeśli raz zrobi wyjątek co do zasad relacji, jaką powinien utrzymywać z pacjentami. To nie tak, że z nim romansuje.
— Gdzie?
— Do baru.
Krzywi się. Myślał, że zaproponuje bardziej cywilizowane miejsce, a nie zbiór nieprzewidywalnych osób pod wpływem alkoholu. Woli samotnie delektować się winem w domu, niż upijać się piwem w pubie, gdzie przesiadują albo młodzi studenci, którzy chcą się jeszcze wyszaleć, albo starsi, uzależnieni panowie — nic pomiędzy. A on nie należy do żadnej z tych grup.
— To nie miejsce dla mnie.
— To miejsce dla każdego.
— Wiesz, jestem trochę… jakby to powiedzieć — mamrocze do siebie, odwracając wzrok od Dantego.
— Zaufaj mi. — Kładzie rękę na ramieniu Ivy, ponownie się do niego zbliżając, jak przy ich uścisku. — Jestem na co dzień w takich miejscach. Co ty, nie mów, że nie potrafisz się trochę zabawić.
Jest bardzo blisko. Zbyt blisko. Może dostrzec piegi na gładkich polikach mężczyzny, które mienią się w słońcu oraz pełne wargi, pomalowane różowawym błyszczykiem. Stykają się ciałami, a perfumy Dantego nieprzyjemnie łaskoczą go w nos. Nie da się ukryć, że Ivy przy nim będzie wyglądać okropnie dziwnie, jak starszy mężczyzna, który umówił się z urokliwym, pociągającym młodzieńcem, bo mężczyzna z powodu swojej prezencji wyglądał na młodszego, niż jest. Ponownie ogarnia go fala niepewności, mętlik w głowie, że to głupota, ale ugina się pod wpływem charyzmy białowłosego.
— Okej. Powiedzmy, że ci ufam.
Nie ufa mu pod żadnym pozorem.

 
Dante?
────
[1129 słów: Ivy otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 29 marca 2026

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Jakoś przez cały czas miałem nadzieję, że jestem z nim na dobrej drodze, żeby zostać przyjaciółmi (a może czymś więcej?). Mężczyzna to jednak wszystko zepsuł w tej krótkiej chwili, a to sprawiło, że poczułem narastającą w mojej piersi złość. Miałem ochotę wstać i zacząć rwać sobie włosy z głowy tylko po to, żeby ten zareagował i zaczął mnie uspokajać.
Wpatrywałem się w niego tak przez długą chwilę, starając się uspokoić chęć wykrzyknięcia mu w twarz wszystkich rzeczy, o których teraz myślałem. Przecież mnie zazwyczaj się nie odrzuca. Dostałem kosza? Chciałem się tylko zaprzyjaźnić! Czego on nie rozumie?
— Potrzebuję tego numeru — kontynuowałem, udając, że nie słyszałem, co do mnie wcześniej mówił. Nie mógł mi odmówić. Nie wyjdę stąd, dopóki nie napisze mi na kartce ciągu dziewięciu cyfr. — Czuję, że sobie bez tego nie poradzę.
— Dante…
Słyszałem, że jego głos zadrżał. Nie wiedziałem, czy to ze strachu, stresu czy może jednak tego szczęścia z racji tego, że zaoferowałem mu swoją przyjaźń. Postanowiłem się uśmiechnąć. Uśmiech zawsze potrafił kupić innych.
— Obiecuję, że nie będę wypisywał, kiedy nie będzie to potrzebne.
Mężczyzna poprawił kołnierz koszuli.
— Może następnym razem.
Ale dla mnie nigdy nie ma następnego razu! Kiedy ktoś tak mówi, wiem, że próbuje się mnie pozbyć; a ja bardzo nie chciałem stąd wychodzić bez jego numeru. Potrzebowałem się kontaktować z Ivy. Czułem, że bez tego kontaktu całe to leczenie przepadnie, a ja zostanę zjedzony przez wilkołaka.
— Nie. — Pokręciłem głową. Teraz to mój głos zaczął drżeć. Rozumiałem, że zaczynam tracić kontrolę. — Nie, okej?
— Obiecuję, że…
— Nie! — wrzasnąłem, całkowicie niespodziewanie, bo nawet ja nie wiedziałem, że w tym momencie nie wytrzymam i pozwolę swojej złości uciec. Z roztargnieniem przeczesałem palcami włosy. Mój oddech przyspieszył, serce tłukło się w piersi. Kurwa, nie wyjdę stąd, jeśli nie…
Ktoś otworzył drzwi i zaraz wszedł do środka. Obca osoba położyła swoje brudne ręce na moich ramionach. Zdenerwowało mnie to jeszcze bardziej.
— Następnym razem porozmawiamy, dobrze, Dante? Tymczasem dziękuję za wizytę i pamiętaj, żeby wykupić leki.
Zostałem siłą podciągnięty do góry i wyprowadzony z pomieszczenia. Nawet nie próbowałem się szarpać — i tak bym nie wygrał z kimś, kto wyglądał jak kawał byka. Skąd oni biorą takich ochroniarzy?
 
Wiedziałem gdzie mieszkał i to mi wystarczyło, żeby wieczorem czekać w okolicy. Szukałem charakterystycznych długich włosów i równie charakterystycznego stylu ubioru. Może w oczach innych nie wyróżniał się niczym specjalnym, to dla mnie był idealny. Był kimś, kogo na pewno szukałem od lat. To ta igła w stogu siana.
Mężczyzna pojawił się na widoku około godzinę od mojego przybycia w okolice. Szedł spokojnie, w dłoni trzymał zapalonego papierosa. Był taki piękny, że poczułem chęć, by zrobić mu zdjęcie.
— Hej. — Podszedłem się przywitać.
Ivy wypuścił z ręki papierosa.
— Co tutaj robisz?
Nawet nie schylił się, żeby go podnieść.
— Źle się czuję — skłamałem. — Szukałem apteki, ale nie mogę żadnej znaleźć.
— Apteka jest ulicę stąd. Mam nadzieję, że pomogłem.
Chciał szybko odejść, ale skutecznie zagrodziłem mu drogę. Podniosłem z ziemi papierosa i mu go podałem. Nie mógł się przecież zmarnować.
— Jesteś po godzinach pracy, prawda? — Uśmiechnąłem się. — W takim razie nie jestem już zwykłym klientem i możemy gdzieś wyjść.
Musiałem przyprzeć go do muru, naprawdę! Bez tego w życiu nie zgodziłby się na wspólne wyjście. Tak czasem trzeba — pokazać komuś, że nie ma innej możliwości.
— Chyba się nie rozumiemy.
Poczułem jakąś delikatność w głowie mężczyzny. Było to dla mnie jak cukierek, osładzający gorzki dzień. Mógł do mnie mówić tak całą wieczność.
— Proszę. — Gdyby nie to, że staliśmy na chodniku, a chodniki nie słyną z wyjątkowej czystości, to bym przed nim uklęknął. Och, jakbym ja chciał uklęknąć przed tym facetem. — Tylko jeden raz.
Ivy był dosyć nieugięty. Dawno nie widziałem aż tak nieugiętej osoby, ale koniec końców uległ moim błaganiom i wskazał drogę do najbliższej kawiarni. Nie odezwał się do mnie ani słowem, co poniekąd rozumiem i uszanowałem jego decyzję do momentu zajęcia przed nas stolika. Mężczyzna specjalnie wybrał taki z dala od okien i innych ludzi. Nie przeszkadzało mi to — tak nawet było lepiej.
— Nie chcę być niemiły, ale Dante, uważam, że powinieneś znaleźć sobie innych przyjaciół.
Ten komentarz puściłem mimo uszu. Kelnerka akurat stawiała na stole pucharek z truskawkowymi lodami oraz czarną kawę w zwykłej filiżance.
— Lubisz tutaj przychodzić na kawę? — zapytałem, zlizując trochę bitej śmietany z lodów.
— Może być.
Odpowiadał mi zdawkowo. Tak, jakby robił to dzieciak, który dopiero uczy się mówić. Nie przeszkadzało mi to.
— Zawsze chciałeś być lekarzem?
— Nie.
— Kim innym chciałeś być? Lotnikiem? Może marynarzem? — Grzebałem w lodach, patrząc cały czas w oczy mężczyzny. Wiedziałem, że unika tego spojrzenia, ale już nie miał gdzie uciec. — Praca lekarza chyba nie jest łatwa, prawda?
— Nigdy nie była.
Uśmiechnąłem się. Chyba zaczynał być ze mną szczery. Kochałem szczerość. Kochałem fakt, że mogłem z nim tutaj rozmawiać. Że mogłem z nim siedzieć w kawiarni na osobności, a nie w strasznym gabinecie, który kojarzył mi się z wrednymi pielęgniarkami i jeszcze gorszymi lekarzami.
Ivy kawę wypił dosyć szybko. Myślałem, że takimi napojami należy się delektować, ale najwidoczniej mężczyzna nie lubił męczenia jednego picia przez godzinę. Nie przeszkadzało mi to wcale, tak samo, jak nie przeszkadzały mi inne jego zachowania.
— Mogę wrócić do domu? — zapytał, powoli podnosząc się z miejsca.
— Poczekaj. — Złapałem go za dłoń. Miał zimne palce i szorstką skórę. — Mogę cię odprowadzić.
— Doceniam, ale naprawdę dam radę wrócić sam. Sam wiesz, że… mieszkam niedaleko stąd.
Unikał mojego spojrzenia cały czas. Nie spodobało mi się to. Teraz wolałem, żeby na mnie patrzył.
— W takim razie nie powinien być to żaden problem.
Skończyło się na tym, że całą drogę szedłem jakieś dwa kroki za nim, a on co jakiś czas się na mnie oglądał. Czułem się trochę jak kryminalista, ale starałem się zrozumieć jego perspektywę. Może naprawdę nie lubił być odprowadzany pod same drzwi?
— Pamiętaj… żeby wziąć dzisiaj leki. — Zatrzymał się, kiedy znaleźliśmy się już bardzo blisko bloku, w którym mieszkał. Wiatr zawiewał mu włosy na twarz. — I weź może dwie tabletki zamiast jednej, okej? Powiesz mi potem, czy coś się zmieniło.
— A mogę trzy?
— Dwie wystarczą. — Pokręcił głową. — Na razie wystarczą.
Było mi przykro, że musieliśmy się pożegnać, ale pozwoliłem mu wrócić do domu. Przecież dopiero zaczynaliśmy budować swoją przyjaźń i byłoby to co najmniej dziwne, gdybym już u niego sypiał, prawda?

ivy?
      ps. mozesz go zabic
────
[1025 słów: Dante otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

sobota, 14 marca 2026

Od Ivy CD Dantego — „For The Hell Of It”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Po wyjściu Dantego psychiatra odnosi kubek do kuchni, po czym wraca do pokoju i pada na kanapę. Przeciera powieki, wyginając plecy, co przynosi mu poczucie ulgi. Przez długą chwilę żałuje, że nie pozbył się od razu mężczyzny, a ciałem Ivy wciąż wstrząsają dreszcze, które cały ten czas gromadziły się w jego ciele. Myśli o tym, że powinien się go pozbyć, zaprzestać współpracy, nim będzie za późno, nim przekroczy kolejne granice — słuchać swojego zdrowego rozsądku, który gdzieś w tam w jego wnętrzu nadal musi istnieć (a przynajmniej ma na to nadzieję).
Po umyciu, kładzie się do łóżka i próbuje zasnąć, a pusty dom zamglewa jego nastrój. Sen nie nadchodzi, mimo zażycia leków dwie godziny temu, a nie kusi go do robienia czegokolwiek, aby być w stanie wyciszyć się lub zająć ten czas. Ostatecznie zwiększa dawkę środków nasennych w nadziei, że nie jest ona na tyle duża, aby nie był w stanie się dobudzić z rana. Ale nawet to nie pomaga.

 
Przez kolejne parę tygodni ma mieć napięty grafik, wielu nowych pacjentów i współprac z psychologami. Powinno to zaprzątnąć mu głowę po krańce, ale wciąż ma wspomnienie z nocy, kiedy w jego domu pojawił się Dante. Miał do czynienia z pacjentami niebezpiecznymi i nawet takimi, którzy próbowali go zabić, dlatego nie powinno go to szczególnie zaskakiwać — jednak myśli o tym, że mężczyzna może być potencjalnie jeszcze większym niebezpieczeństwem, które będzie go prześladować, nie dają mu spokoju. Jest w nim niepokojąca aura, nieodgadnione wnętrze, które można wyczuć z daleka, przez co szybko budzi niepokój i nawet nie da się już przed nim uciec.

JESIEŃ

— Jak się dzisiaj czujesz, Dante?
Nie widział go trzy tygodnie. Na całe szczęście, bo każdego dnia, po nieprzespanej przez koszmary nocy, spodziewał się jego nadejścia. Niekoniecznie w domu, ale z pewnością w gabinecie, gdy przebywał w nim sam, czekając na kolejnych umówionych pacjentów.
Ma na sobie cienki golf, czerwone dzwony i czerwony, cienki szalik owinięty wokół szyi. Czarne buty na koturnie wyglądają, jak zakupione w ekskluzywnym butiku, ale tego dnia, o dziwo, nie ma na sobie fikuśnej biżuterii. Uśmiecha się miękko do Ivy, siedząc ze spokojem, nie wiercąc się na krześle ani nie uciekając wzrokiem na okładki książek stojących na regałach. Bawi się srebrnym pierścionkiem na palcu wskazującym, gdy zastanawia się nad odpowiedzią.
— Wyspałem się — stwierdza.
— To dobrze. Wystąpiły jakieś skutki uboczne?
— Eee.…. — Odgarnia włosy za ucho. — Czasem kręciło mi się w głowie. Ale może to nie od tego. No, ogólnie, wysypiałem się ostatnio, chociaż bolała mnie głowa, ale, no, trochę czułem się tak… wiesz, jakby, spokojnie? Ale też nie do końca.
— Czyli, można powiedzieć, że nie czułeś takiego lęku? — pyta, chcąc go naprowadzić.
— Możliwe. Ktoś mnie zaczął ostatnio śledzić, ale jakoś udało mi się to zignorować i ochłonąć. Albo… goniła mnie taka stara babcia ze skrzydłami, chyba ją trochę zdenerwowałem, ale widywałem je już często i tym razem udało mi się tak nie zestresował.
Ivy mimowolnie unosi brwi.
— Co? Powiedziałem coś nie tak?
— Nie, nie… Jak z innymi ludźmi? Dalej chcą zrobić ci krzywdę? — Dante kiwa głową. — Ogólnie, czujesz się stabilniej?
— Powiedzmy.
— Zgaduję, że mogłoby być lepiej? — Na słowa psychiatry Dante znowu potakuje.
Skoro Dante poszedł do psychiatry, powinien być już świadomy, że rzeczy, które widzi i słyszy, prawdopodobnie nie są prawdą. Mimo to, Ivy ma wrażenie, że zachowuje się i mówi rzeczy bardzo sprzeczne ze sobą, przez co aż ciężko połapać się w jego zeznaniach. Ciężko połapać się w całej zaburzonej osobowości mężczyzny, a tym samym trudno z nim pracować, choć to tylko początek leczenia. Jedyne, co może zrobić, to ufać temu, co mówi i tego nie nadinterpretowywać czy samemu próbować dociekać do niewiadomego.
Jest dziś wyjątkowo miły do Ivy, co też można uznać albo za postęp, albo za przejaw jego wahadłowego nastroju. Poprzednim razem ewidentnie irytował się na jego osobę i nie do końca współpracował w kwestii zadawanych pytań. Budzi to nadzieję i sprawia, że psychiatra dziękuje sobie, że jeszcze nie skreślił go z listy oczekujących pacjentów.
Ivy robi przerwe i bierze łyka herbaty o smaku pomarańczy z kubka, na którym narysowana jest grafika grubego kota, a pod nią napis ,,kocia mama”.
— Chcesz wyjść gdzieś razem? — pyta nagle Dante.
— Ty do mnie mówisz? — Unosi z automatu głos, który aż zabrzmiał piskliwie.
Nie chce tego mówić głośno, dlatego rzuca mu wzrok mówiący ,,czy ty jesteś, do cholery, poważny, czy mówisz do jakiegoś nieistniejącego stwora za mną?”. Nabiera ochoty, aby rozejrzeć się wokół siebie, z myślą, że może przegapił jakieś towarzystwo w pomieszczeniu.
— Tak, a do kogo?
— Nie… nie ma szans. — Kręci głową z niedowierzeniem, z dyskomfortu zapadając się bardziej na krześle.
— Czemu? — Gdy Dante to mówi, Ivy czuje pokusę, aby oderwać mu język.
— Jestem zajęty.
Takie słowa w uszach pacjenta zostają zinterpretowane jako swobodna odmowa, która wciąż może zostać przemyślana — bo jeśli Ivy kiedyś nie będzie zajęty, to będzie mógł się spotkać. Jednak on nawet nie myśli o tym, jak źle sformułował swoje odrzucenie propozycji, bo ta wywołuje z nim niedowierzenie.
— A mogę twój prywatny numer? — Uśmiecha się ze słodyczą, nie zdejmując wzroku z lekarza. — Tak w razie, gdyby coś się działo?
— Gdyby coś się działo, możesz dzwonić do przychodni.
— Tak, ale…
— Wiesz co, przepiszę ci coś jeszcze.
Dante marszczy brwi, ściągając mięśnie twarzy.
— Po co? Jest dobrze! Nie potrzebuję kolejnych prochów, nie przesadzajmy już.
— Ja sądzę, że nie jest wystarczająco dobrze. To ja cię leczę. Jeśli nie przystajesz na to, to stwierdzę, że nasze spotkania nie mają sensu i znajdziesz kogoś innego.
Oczekuje na reakcję białowłosego, ale ta nie następuje, jakby się mógł spodziewać, zbyt szybko, a przez ciszę ze strony Dantego, który jednak wciąż z dziwnym wyrazem wpatruje się w jego twarz, żołądek podchodzi mu do gardła. Mężczyzna czuje, jak jego tętno przyspiesza.
— Czy rozumiesz... — Ryzykuje w końcu Ivy, nabierając więcej powietrza w płuca. — Co do ciebie w tej chwili mówię? 

 Dante? 
 ──── 
 [956 słów: Ivy otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It"

Poprzednie opowiadanie

LATO

Wziąłem od mężczyzny szklankę z wodą i długą, podłużną tabletkę. Patrzyłem się na nią, tak, jakbym dostał truciznę, ale zaufałem lekarzowi, bo w końcu był doktorem. Prędzej zabić nas może ten potwór, który śledził Ivy’ego od samego gabinetu aż pod drzwi do mieszkania.
Położyłem tabletkę na języku i szybko zapiłem wodą, krzywiąc się, kiedy twarde krawędzie leku przepychały się przez mój przełyk. Różnicy nie poczułem od razu i trochę zwątpiłem w to całe „może ci się zakręcić w głowie”, ale kiedy spróbowałem wstać, to poczułem się strasznie słabo. Moje ciało nagle zaczęło ważyć dwie tony, a nogi wydawały się tak ciężkie, jakby zostały zrobione z kamieni.
Opadłem na kanapę z trudem, walcząc z tym uczuciem. Uniosłem dłoń do twarzy i zacząłem się jej przyglądać; palce przestały wyglądać jak palce, a zaczynały przypominać parówki. Takie prawdziwe parówki, które znajdziecie w sklepie. Przestraszony schowałem rękę do kieszeni spodni i zacząłem szukać wzrokiem lekarza. Jak na złość musiał gdzieś pójść i mnie tutaj zostawić. W tym tragizmie na pomagał fakt, że wciąż obawiałem się o tego potwora i to, że jak zaraz nie znajdę mężczyzny żywego, to zapewne odnajdę już tylko rozszarpane ciało.
Spróbowałem zsunąć się z kanapy. Naprawdę próbowałem, ale mój obraz widzenia zaczął się rozmazywać i kręcić. Nic nie wyglądało realnie. Wszystko było… parówkami, kanapkami i czymś jeszcze, czego nie rozpoznałem, bo w nagle zobaczyłem ciemność, a czyjaś ręka zmusiła mnie, bym się położył.
Uśmiechnięty leżałem na kanapie i pozwoliłem, by niewiadoma siła zaciągnęła mnie na podróż w nieznane dotąd miejsce.
Obudziłem się w trzecim wymiarze. Albo czwartym. A może piątym? Wszystko się kręciło i było kolorowe, na dodatek dookoła latały parówki, które wciąż były przytwierdzone do mojej dłoni zamiast palców. Próbowałem nawet je strzepać, jakoś oderwać, ale nic nie działało. Teraz miałem parówki.
Zrobiłem krok do przodu, ale się przewróciłem i po jednym mrugnięciu znalazłem się w kolejce górskiej. Jechałem teraz z zawrotną prędkością i mogłem tylko niemo krzyczeć, bo w snach ciężko jest wydusić z siebie jakikolwiek odgłos.
Zamknąłem oczy, wystraszony tym, że zaraz się rozbiję i kiedy je otworzyłem, znowu znajdowałem się w tym trzecim wymiarze. Patrzyłem, jak kolorowe kształty przesuwają się, dryfują wokół mnie i przyłączają same do siebie, tworząc grę tetris na żywo.
Czułem się naprawdę słabo. Z każdą chwilą przebywania w tym świecie, śnie, czy fantazji, miałem wrażenie, że umieram. Każda minuta była bolesna i każde mrugnięcie wysyłało mnie albo do tych okropnych kształtów i parówek, albo na kolejkę górską, która prawie rozbijała się o barierki odgradzające tor od miejsca, gdzie chodzili ludzie.
 
Straciłem poczucie czasu tak bardzo, że kiedy w końcu udało mi się otworzyć oczy i wrócić do rzeczywistości, to nie potrafiłem powiedzieć, gdzie się właśnie znajdę. Otoczony obcymi ścianami i leżąc na nie swojej kanapie, poczułem się jak uprowadzony z ulicy kociak.
— Cieszę się, że wstałeś.
Przywitał mnie obcy głos, który… skądś kojarzyłem. Podniosłem się z ciężkością i wyraźnym bólem tak, żeby teraz siedzieć.
— Kim jesteś? — zapytałem, bo naprawdę nie potrafiłem stwierdzić, czy rozmawiam ze znajomym, czy zostałem przez kogoś uprowadzony.
Mężczyzna podszedł do mnie z kubkiem parującej herbaty. Postawił naczynie na stoliku, który przysunął bliżej kanapy i z niezrozumianym przeze mnie spięciem patrzył wyczekująco w moje oczy.
— Jak się czujesz? — pytał, jakbym całą noc chlał na umór i musiał mnie przywozić do swojego mieszkania, żebym wytrzeźwiał. Czy ja w ogóle byłem tamtejszej nocy na klubach?
— Okropnie — przyznałem. — Ja coś piłem?
Pokręcił głową.
— Przyszedłeś za mną i powiedziałeś, że coś chce cię zabić. Przypominasz sobie?
— Co?
— Podałem ci silne leki na uspokojenie. Możesz się czuć po nich źle, bo, cóż, wydaje mi się, że spałeś około szesnastu godzin.
Poderwałem się, jak oparzony i wygrzebałem z kieszeni zmęczony życiem telefon. Spojrzałem na godzinę i znów zrobiło mi się słabo; bo jakim cudem była tak późna godzina? I dlaczego siedzę u obcego faceta w domu i jeszcze słucham, że coś chciało mnie zabić?
— Hej, powiedz… — zacząłem, wyraźnie zestresowany. — Nie zrobisz mi krzywdy, prawda?
Uniósł brwi i ze zdziwieniem obserwował mnie z niewielkiej kuchni, która została połączona z salonem.
— Nikt nie zrobi ci krzywdy, spokojnie — mówił uspokajająco, ale jego głos zaczął brzmieć dla mnie drażniąco. Jakby ktoś zaczął wbijać w moje uszy szpilki.
— To co tutaj robię? Chcesz mnie zabić? — zaśmiałem się nerwowo. — Zabijesz mnie.
Mężczyzna zrobił krok do przodu, a ja wystraszony podskoczyłem na kanapie. Ból głowy rozsadzał mi czaszkę tak bardzo, że obraz widzenia na chwilę zniknął sprzed moich oczu, zastąpiony czarną plamą.
— Dante…
— Skąd znasz moje imię?! — krzyknąłem, wystraszony do granic możliwości. — Nie podchodź! Zadzwonię na policję.
— No dobrze, skoro tak wolisz. — Wzruszył ramionami i poszedł zaparzyć sobie kawy. Aromat dobrej jakości kawy uniósł się w powietrzu z momentem, kiedy mężczyzna otworzył opakowanie i zaczął ze spokojem nasypywać sobie proszku do kubka.
— Wypij herbatę i wróć do siebie, dobrze? Możemy się tak umówić?
Nawet na mnie nie spojrzał, dalej zajmując się swoim kubkiem i swoją kawą. Zerknąłem tylko na stolik, który przysunął do kanapy i na herbatę, która jeszcze nie wystygła i dalej wściekle parowała.
— Dosypałeś coś tam, prawda?
— Obiecuję, że nie chcę ci nic zrobić. — Odwrócił się, a mój wzrok spotkał się z jego zielonymi, szmaragdowymi oczami. — To dla twojego dobra.
Trzęsąca się ręką złapałem za ucho kubka i skosztowałem gorącego napoju. Ciepło rozlazło się po moim ciele przyjemnym strumieniem, przynosząc rzeczywiście ulgę, ale nie niwelując rozrywającego bólu głowy.
— Masz ładne włosy — skomplementowałem mężczyznę, czując, że chciałbym jakoś podziękować za tę smaczną herbatę. Ciekawe, jakich liści użył… musiały być dobrej jakości.
— Jak wypijesz, to pokażę ci, jak stąd wyjść, okej?
— A muszę?
Uśmiechnął się do mnie słabo.
— Wolałbym, żebyś tutaj dłużej nie zostawał. Wiesz, to trochę wbrew mojemu… kodeksowi moralnemu. — Zalał uszykowaną kawę i zastukał metalową łyżeczką o boki kubka. Nieprzyjemny głos tłuczenia odbijał się echem o moją obolałą czaszkę. — I chciałbym, żebyś odpoczął u siebie w domu. Nie lubisz chyba siedzieć u obcych ludzi, prawda?
— W sumie to lubię — przyznałem. — A masz całkiem wygodną kanapę. No i boli mnie głowa — jęknąłem.
— Proszę, Dante, jak wypijesz, to wyjdź.
Nie spojrzał na mnie już kolejny raz, zamiast tego usiadł przy większym stole i zaczął w spokoju pić kawę, czekając, aż ja skończę ze swoją herbatą.
Nadąsany patrzyłem na mężczyznę, na jego długie włosy, układające się kaskadami na chudych plecach. Wyglądał jak żywcem wyciągnięty z mitów greckich. Jak jakiś Apollo.
— A mogę dostać jeszcze jedną? — zapytałem z nadzieją w głosie. — Naprawdę źle się czuję.
Tak naprawdę chciałem na niego popatrzeć. I miałem szczerą nadzieję, że mi na to pozwoli, bo byłem mistrzem odgrywania ofiary przed ludźmi, których nie znałem.
— Wystarczy ci jedna. — Wstał od stołu i zabrał pusty kubek po herbacie. — Chodź.
I poprowadził mnie do wyjścia, mówiąc, żebym na siebie uważał, co uznałem za niesłychanie uroczy gest. Pewnie jakbym nie czuł się tak źle, to posłałbym mu buziaka na do widzenia. Kochałem, kiedy ludzie byli dla mnie tacy mili.

Ivy?
────
[1127 słów: Dante otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 3 sierpnia 2025

Od Ivy CD Dantego — ,,For the hell of it"

Poprzednie opowiadanie

lato

Jego mięśnie podskakują pod skórą w rytm płynącej krwi żylnej, gdy obserwuje reakcje Dantego, który zaczyna przekraczać granice. W każdej sekundzie gotowy jest sięgnąć po broń, ale wstrzymuje się, nie mogąc rozpoznać dokładnych intencji pacjenta, co jest wyjątkowo nierozsądne. Gdy tylko pojawiła się ta niepewność, powinien się obronić i doskonale wiedział, jak to zrobić.
— Muszę cię wyprosić — mówi jednostajnym tonem. — Wybacz, ale w tej chwili nie mogę nic zrobić. Jeśli nie wyjdziesz….
— Nie! — syczy, uderzając gwałtownie w biurko. Ivy podskakuje w miejscu, zachowując jednak stoicką twarz. — Czemu nie rozumiesz?! Jesteś lekarzem, musisz coś z tym zrobić!
— Jak długo je bierzesz? — pyta, a z jego gardła przełamuje się arogancki ton, który powstrzymywał. — No właśnie. Uwierz mi, są leki, które zaczynają działać po jeszcze dłuższym czasie, niż twoje powinny. Ludzie z tym wyt… — zacina się, obserwując twarz Dantego. — Musisz poczekać, bo większa dawka może cię narazić na jakieś skutki uboczne. Chcesz dostać wysypki? Albo omdleń? No właśnie.
— Nie obchodzi mnie to.
Ivy zaciska zęby i siada przy biurku. Czuje się jak zamknięte w klatce, a jednocześnie przygniecione wielkim kamieniem, a także jakby stało w tramwaju przytłoczone przez wciskających się w każdy kąt ludzi. Włącza komputer i odczekuje minutę, potem pisze coś na klawiaturze, a drugi mężczyzna stoi i się w niego uciążliwie wpatruje, przebierając nogami w miejscu, jakby nie mógł ustać w jednej pozycji. Ivy z trzęsącymi się dłońmi drukuje receptę oraz kartę (tę samą, którą dawał swojemu pacjentowi wcześniej) z zaleceniami oraz uwagami co do leków. Zwiększył mu dawkę o marne dwadzieścia pięć miligramów, bo wciąż obawia się o stan Dantego, a jednocześnie wie, że i taka dawka może zrobić dużą różnicę — ma nadzieję, że ten nie będzie się bulwersował o tak małą zmianę.
Podaje mu dwie kartki, zawierając kontakt wzrokowy. Dante automatycznie z niebezpiecznego szaleńca staje się potulnym misiaczkiem — uśmiecha się do psychiatry szeroko, rozpromienia się i nawet nie patrzy, co zostało zapisane na recepcie.
Nagle podchodzi prędkim krokiem do Ivy, który podskakuje na obrotowym fotelu i odsuwa się, ale fotel natrafia na ścianę tuż za nim, a Dante może pochylić się nad biurkiem, docierając do Ivy tak blisko, że mogliby się styknąć nosami. Gdyby nie dzielił ich ten cholerny mebel, zapewne styknęliby się więcej, niż tym i na tę myśl Ivy dostało jeszcze gorszych drgawek.
— Dziękuję najpiękniej, panie doktorze, wiedziałem, że mogę na pana liczyć.
,,Paniowanie” z jego strony to ostatnie, czego by się spodziewał.
Dante tkwi w takiej pozycji jeszcze cztery sekundy, które Ivy odlicza nerwowo w głowie. O cztery sekundy zbyt dużo.
Mężczyzna z elegancją podchodzi do drzwi, rzuca kolejny uśmiech, po czym znika tak szybko, jakby go nigdy nie było w gabinecie. Do pomieszczenia powraca cisza, a Ivy wpatruje się w drzwi, czując, że jego serce nadal nie zwolniło, oczekując, że zagrożenie w postaci białowłosego, wysokiego i ewidentnie histrionicznego oraz nieźle stukniętego na bani Dantego nadal ma szansę go otoczyć i zaatakować. Z tego powodu, czeka jeszcze pięć minut, zanim wyłącza komputer i zabiera swoje rzeczy, by zmierzyć w stronę wyjścia.

 
Jest już prawie dwudziesta pierwsza, gdy dociera do mieszkania. Odbywa swój typowy rytuał — buty odkłada w dedykowane miejsce w wysokiej szafie, a gdy już zawiesza torbę na krześle wstawia wodę na herbatę. Bierze wrzący czajnik do ręki i zalewa torebkę, ale on wyślizguje się z jakiegoś powodu z jego palców, spada bardzo niefortunnie, jak na potrzeby fabuły, na blat, strącając kubek, a gdy Ivy próbuje go złapać (z niepowodzeniem), trąca z kolei czajnik, który upada z głośnym hukiem roznoszącym się po małym mieszkaniu. Mija chwila, nim orientuje się, że jego przedramię okryło się piekącą czerwienią.
— Kurwa — mówi do siebie, choć rzadko mu się zdarza klnąć.
Na podłodze leżą skrawki szkła i rozlana ciecz, a ta mała, możliwa do naprawienia w chwilę rzecz wzburza nim, przez co zapewne by stał długi czas nad tym nieszczęsnym kubkiem, ale słyszy nagły harmider zza swoich pleców.
Paraliżuje go w miejscu, po czym słyszy kolejny dźwięk — czyjeś kroki, i wyobraża sobie, że przyszła do niego postać jak z najgorszych koszmarów, która albo przeszła przez ścianę (to niemożliwe, no chyba, że jest nadnaturalnym), albo weszła przez okno (to też było niemożliwe, bo były uchylone tak samo, jak zawsze i nic się z nimi nie stało), albo otworzyła sobie sama zakluczone drzwi (co też było niemożliwe, bo przecież klucza nie miał i nie może sobie otworzyć ich ot tak).
Albo po prostu się włamała. No tak, to jest przecież najlogiczniejsza odpowiedź.
Stoi, czując, jak akcja jego serca przyśpiesza, chwyta odruchowo za największy nóż z kuchennego blatu, jaki rzuca mu się w oko i ostrożnie zbliża się do salonu, przyjmując pozycję obronną.
I to, kogo widzi, wprowadza go w zakłopotanie i jeszcze większy stres. Wbija rozszerzone źrenice w Dantego, kierując na niego czubek (pewnie nienaostrzonego) noża.
— Hej, hej! Spokojnie… ja… — Uśmiecha się lekko, jakby chcąc uspokoić Ivy, ale osiąga skutek wręcz przeciwny). — Widziałem coś w twoim gabinecie i poszedłem za tobą, bo cię to coś śledziło.
— Może po prostu to ty śledziłeś mnie?
— Nie, nie, ja….
Waha się i nawet tego nie ukrywa, przez co Ivy wykonuje krok w jego stronę.
— Naprawdę!
— Jak wlazłeś do środka?
— Miałeś… drzwi otwarte.
Marszczy brwi. Rozgląda się wokół salonu i nie zauważa żadnych odchyleń od normy.
— Nigdy nie zapomniałem zamknąć drzwi. Włamałeś się, tak?
— Musisz mi uwierzyć, był otwarte. Wiesz, to się zdarza.
— Nie potrzebuję twojej pomocy. — Zaciska zęby, jeszcze bardziej się spinając. — Dante… nie ma żadnego potwora, okej? Są tylko w twojej głowie. One nie istnieją.
Miał do czynienia z takimi pacjentami, jeszcze bardziej agresywnymi i niebezpiecznymi od Dante, ale jeszcze mu się nie zdarzyło, aby go nachodzili w domu.
— Co, jeśli cię zabije?! — Unosi nagle głos, jakby miał zamiar płakać. — Co, jak… nas zabije.
Mężczyzna opuszcza głowę i nieruchomieje. Zaczyna drżeć, przyjmując żałosny obraz, który prawdopodobnie jest powodem, że Ivy robi coś, czego zdecydowanie nie powinien robić. Opuszcza broń, choć nadal trzyma ją w rękach, mogąc przypłacić sobie tym życie. Podchodzi do Dante i kładzie rękę na jego ramieniu, przybliżając się znacznie bliżej, niż mówią normy dystansu społecznego.
— Mam pomysł. Pomogę ci, okej?
Unosi na niego wzrok. Niebieskie oczy napełniły się łzami, które mogą być tylko aktorstwem białowłosego, ale Ivy przestaje już o tym myśleć.
— W czym?
— W tym, jak się teraz czujesz. Chcesz się przestać tak czuć, prawda? Choć na chwilę? Zgadłem?
Kiwa głową w odpowiedzi. Ivy zdejmuje rękę, odkłada nóż na blat, odwracając się plecami do pacjenta, po czym podchodzi do komody, z której wysuwa jedną szafę i grzebie w niej parę sekund. Potem idzie do kuchni, nalewa szklankę wody i wraca. Dante posłusznie czeka, przestaje być zagrożeniem, zamienia się w potulnego szczeniaka, przez co nawet Ivy czuje do niego sympatię, choć zawsze traktuje pacjentów z dystansem.
Przekracza kolejną granicę, gdy podaje mu wodę oraz tabletkę.
— Nagle zakręci ci się bardzo mocno w głowie, okej?

Dante? 
 ──── 
 [1122 słowa: Ivy otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

środa, 16 kwietnia 2025

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It"

Poprzednie opowiadanie

Ufałem bardziej lekom niż samemu lekarzowi. Wierzyłem, że mi pomogą i że kiedy wezmę pierwszą kapsułkę do ust, po czym ją połknę, popijając niewielkim łykiem wody, to wszystkie moje problemy znikną. Ucichną.
Kiedy jednak pierwsza nie podziałała, a następna przyprawiła mnie jedynie o uciskający, wręcz nieprzyjemnie kłujący, jakby mi ktoś wbijał cienkie igły w czaszkę, ból głowy, to zaczynałem wątpić w ich działanie. Pomyślałem, że zostałem oszukany. Naciągnięty na pieniądze.
Położyłem się w łóżku, wbijając spojrzenie w biały sufit, który wypadałoby kiedyś odmalować. Słyszałem tykanie zegara, leniwe tik tak, tik tak, które potęgowało tylko, już i tak nieznośny, ból głowy. Chciałem zasnąć. Chciałem tylko oddać się w objęcia Morfeusza i zapomnieć o tym gównie, które na co dzień widziałem.
Przymknąłem powieki, cicho odetchnąłem i próbowałem nie myśleć o niczym; ale denerwujące szpilki, wbijające się coraz głębiej w moją głowę, nie pomagały. Właściwie, wszystko psuły i zmuszały mnie, bym znowu otwierał zmęczone oczy, wpatrywał się w ten cholerny, popękany sufit i błagał siły wyższe, by pozwoliły mi spać.
Niczego nie pragnąłem tak bardzo, jak właśnie snu. Odpoczynku. Cholernego, kurwa, spokoju.
 
Rano brałem następne kapsułki. Podłużne tabletki kładłem na końcu języka i przełykałem już bez wody, krzywiąc się nieznacznie, bo twarde ścianki boleśnie przeciskały się przez przełyk. Potem tylko czekałem, zastanawiając się, po jakim czasie powinienem spodziewać się jakiegokolwiek działania; bo zazwyczaj tylko dotykał mnie nieznośny ból głowy, który nie pozwalał mi funkcjonować na co dzień.
To wszystko trwało jakieś dwa tygodnie i zaczynało działać mi na nerwy. Halucynacje, te wstrętne potwory, nie znikały, a nawet pojawiały się częściej, jakby chciały robić mi na złość. Widziałem już wszystko, co najgorsze, wszystko, czego się bałem nocami i sypiałem gorzej, niż przed lekami.
Nie mogłem czekać miesiąca. To było zdecydowanie za długo. Nie wytrzymałbym ani jednego dnia dłużej z tymi okropnymi, kłującymi bólami, które promieniowały już nawet na plecy i ramiona, sprawiając, że nie mogłam wykonywać podstawowych czynności. Nie wspominając nawet o pracy, bo przychodzenie dzień w dzień z kwaśną miną i tłumaczenie, że znowu boli cię łeb, przestało być usprawiedliwieniem na pomylenie zamówień czy wylanie napoju.
Stałem teraz przed budynkiem przechodni. Około godzina po zamknięciu. Nie mogłem sobie pozwolić, by ktoś mnie zauważył (z pacjentów i z osób pracujących na recepcji), więc postanowiłem przyjść właśnie teraz. Spodziewałem się, że drzwi pewnie zostały już zamknięte na klucz. Tak myślałem przez cały czas, kiedy okrążałem niski budynek i zaglądałem do okien, doszukując się chociaż jednej pomarańczowej smugi światła.
Wróciłem na przód, i sam nie wiem, co mnie podkusiło, ale nacisnąłem na klamkę. Drzwi najpierw pisnęły, jakby wystraszyły się, że ktoś na nie napiera, a potem otworzyły się na oścież. Przede mną znajdował się długi, czarny korytarz, prowadzący do recepcji oraz poczekalni.
Zdziwiony obejrzałem się za siebie, ale nie widząc nikogo obcego, postanowiłem wejść skoro już mogłem to zrobić. Zlustrowałem wzrokiem wygodne krzesła, kanapy oraz stolik, na którym ktoś postawił miskę z cukierkami. Dla dzieci. Na pewno było to dla ciebie.
Ja też byłem dzieckiem, bo zaraz stukałem pastylką o zęby i ochoczo grzebałem w miseczce w poszukiwaniu innych ulubionych smaków. Smuciło mnie, że dzieciaki wyjadły wszystkie cytrynowe.
Zostawiłem słodycze i poszedłem dalej, otulony ciemnością oraz niepokojącą ciszą. Miałem wrażenie, że coś mnie obserwuje, a byłem w środku od niecałych dziesięciu minut.
Trzask.
Odwróciłem głowę w stronę niepokojącego dźwięku i zaraz przypomniałem sobie, że drzwi, za którymi rozległ się przytłaczający dźwięk to te same, w którym przyjmował mnie tamten lekarz. Psychiatra, którego teraz szukałem i potrzebowałem.
Przybliżyłem się i przycisnąłem twarz do drzwi, by podsłuchać, czy ktoś siedzi w środku. Nie dosłyszałem nawet jednego chrząknięcia, chociaż stałem w tej niewygodnej pozycji, z ugiętymi w połowie kolanami i wykrzywionym kręgosłupie, dosyć długo. O wiele za długo.
Wyprostowałem się i złapałem za klamkę, tak samo, jak na wejściu do przychodni, i ją nacisnąłem. Spodziewałem się napotkać opór, bo przecież przyszedłem po godzinach pracy, ale drzwi ustąpiły tak samo, jak wcześniejsze. Z cichym skrzypnięciem poluzowały się i zaprosiły mnie do środka — prosto do delikatnie oświetlonego żółtym światłem gabinetu.
Nie zdążyłem nic powiedzieć. Uchyliłem tylko usta w zdziwieniu i chęci przeproszenia, kiedy w moją twarz uderzył dziwny, twardy przedmiot. Skrzywiłem się w wyrazie bólu i od razu szukałem przedmiotu, który mnie zaatakował. Długopis.
— Nie zamknąłem drzwi? — powiedział tylko, siadając z powrotem na obrotowy, skórzany fotel. — Jestem po godzinach pracy.
— Wiem — odpowiedziałem ze spokojem, z którym nie powinienem do niego podchodzić po tym, jak rzucił we mnie przyrządem do pisania. — Leki nie działają.
Spojrzał na mnie od niechcenia. Wiedziałem, że nie miał ochoty mnie przyjmować, ale ja nie mogłem czekać następnych dni.
— Nie mogę spać. Nie jestem w stanie zamknąć oczu przez ból głowy, a na dodatek dalej widzę to gówno. — Oparłem dłonie na biurku lekarza. — Potrzebuję większej dawki.
— Nie mogę jeszcze przepisać ci większej dawki.
Spokój, z jakim do mnie mówił, działał mi na nerwy. Zacisnąłem palce na drewnianym meblu tak mocno, że pierścionki, które założyłem przed wyjściem, zaczynały boleśnie wbijać mi się w kości i skórę.
— Potrzebuję. Naprawdę. — Poluzowałem ucisk i nachyliłem się w stronę psychiatry. Czułem, jak wargi mi drżą z irytacji. — Muszę spać.
Mężczyzna zerknął na mnie kątem oka, po czym wrócił spojrzeniem na ekran laptopa i cicho westchnął. Nie widziałem na jego twarzy większych emocji.
— Usiądź.
Uśmiechnąłem się i zająłem wolne miejsce. Założyłem nogę na nogę, a łokieć ułożyłem na powierzchni biurka, by opierać na nim swoją głowę. Spoglądałem na lekarza, kiedy ten kończył coś pisać.
— Mogę jedynie zaoferować leki na sen.
— A nie mogę dostać czegoś jeszcze na… te potwory?
— Nie — bąknął, ucinając moją myśl tak precyzyjnie, jakby używał skalpela. — Z tym musimy jeszcze poczekać.
Otworzył szufladę i wyciągnął z niej plik małych karteczek. Oderwał jedną, wziął inny długopis (bo ten, którym we mnie rzucił, dalej leżał gdzieś na podłodze) i zaczął pisać. Miał bardzo ładne, delikatne pismo.
— Następnym razem nie przychodź przed ustaloną wizytą, dobrze? — Podał mi karteczkę z receptą.
Wykrzywiłem się, muskając delikatnie palce jego dłoni, kiedy odbierałem kawałek papieru. Mam wrażenie, że zadrżał pod wpływem mojego dotyku.
— A co jeśli stąd nie wyjdę? — zapytałem nagle, nie chcąc wstać z miejsca. — Naprawdę potrzebuję większej dawki.
Mój uwłaczający wzrok najwyraźniej nie działał na mężczyznę, bo ten tylko spokojnie obracał długopis w dłoniach.
— Powiedziałem, że musimy z tym poczekać.
Czułem, że znów zaczynam się denerwować. Jakiś nieprzyjemny, piekący impuls przebiegł mi właśnie po plecach.
— Ale ja nie chcę czekać. Nie mogę.

 Ivy?
──── 
[1046 słów: Dante otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

sobota, 5 kwietnia 2025

Od Ivy CD Dantego — ,,For The Hell Of It"

Poprzednie opowiadanie

Zegar w pomieszczeniu leniwie tyka, ostrzegając o uciekającym czasie, jakby odliczał minuty pozostałe do wybuchu, a nie końca sesji. Na nagłe pytanie pacjenta Ivy przestaje stukać w klawiaturę, chwilę patrzy tępo w zapisany drobnym tekstem ekran i odwraca się ze zdystansowanym chrząknięciem do młodego mężczyzny, pierwszy raz od jego przybycia rzeczywiście patrząc mu na twarz dłużej, niż trzy sekundy.
Już po samym wejściu Dantego do gabinetu mógłby wydać o nim opinię. Nie, żeby był zacofanym bucem, ale po prostu wierzy, że sam wygląd daje dużo wskazówek, które potem okazują się trafne, a farbowane, jasne włosy bez centymetra odrostu od razu rzuciły mu się w oko — na tyle przenikliwie śnieżne, że zapewne skóra wetkniętych w nie palców prześwitywałaby przez czystą biel, jakby ta była przezroczysta. Jego obcisły ubiór, żywy makijaż i nawet liczna biżuteria zwracają na siebie uwagę, jakby krzyczały ,,spójrz na mnie!”, a mimo to, gdy wchodził do gabinetu, nie pałał aż taką pewnością siebie, którą tak bardzo próbował zaprezentować. Bo nie chodzi jedynie o wygląd — mężczyzna wierci się na krześle, choć z pewnością nie zdaje sobie z tego sprawy, ucieka wzrokiem w każdy możliwy kąt gabinetu, nie skupiając się nigdy na jednej rzeczy dłużej niż milisekundy, spina ramiona i poprawia stale koszulkę, naciągając jej krawędzie.
— Spróbujmy wniknąć głębiej do twojego problemu, okej? — pyta uprzejmie Ivy, ignorując białowłosego.
Nie jest psychoanalitykiem, żeby nie było. Nie będzie skupiać się na tym, co widzi na pierwszy rzut oka i próbować nadinterpretowywać rzeczy, o których nie ma bladego czy zielonego pojęcia.
— Kiedy się to zaczęło? Jest to regularne?
Dante znowu porusza się na krześle. Bawi się swoimi srebrnymi pierścieniami, przesuwając je po smukłych palcach. Nie odpowiada przez chwilę, a spojrzenie morskich, nieobecnych częściowo oczu kieruje się w jakiś punkt za Ivy — może to widok za oknem (jeśli widzi tam wilkołaka albo skrzydlatego konia, to tym razem z pewnością jest to halucynacja, bo są na czwartym piętrze) albo pusta, oliwkowa ściana.
— Kilkanaście… — zatrzymuje się, chyba z domysłem, że psychiatra oczekuje bardziej precyzyjnej odpowiedzi. — Z jedenaście lat temu? Coś takiego. Coś około tego. No i, myślę, że jest tak codziennie.
W odpowiedzi kiwa głową w zrozumieniu.
— Te głosy. Jakbyś je opisał? Słyszysz je w specyficznych sytuacjach? Mówią ci coś konkretnego? Każą ci coś robić? — zalewa go fala pytań.
— One… są różne. Nie mówią nic konkretnego — odpowiada, a gdy Ivy patrzy na niego nalegająco, Dante marszczy brwi. — Nie wiem, no… zwykłe rzeczy. Na przykład, że ktoś mnie prześladuje. Albo, że to one same mnie prześladują. Że ktoś chce mnie zabić.
Zapisuje to i obydwoje milczą.
— Jakie masz relacje ze swoją bliższą rodziną?
— Nie tak złe. Normalne. — Tym razem udziela odpowiedzi od razu. — Matka wyjechała. Nie mam ojca.
— Aha.
— Aha?
Aha. Jakaś historia zaburzeń psychicznych? Twoja matka się leczyła na coś?
— Nie.
— A powinna?
— To ma być moja biografia? — prycha śmiechem, jakby miał zamiar obrazić lekarza, ale jednocześnie nie chcieć tego po sobie pokazać.
— Takie rzeczy mają znaczenie. Jeśli czujesz się niekomfortowo z jakimś pytaniem, to możemy je pominąć.
Widocznie niezadowolony Dante kiwa głową, a z jego krtani nie wydaje się żaden dźwięk, oczekując zapewne, że Ivy przejmie inicjatywę — w końcu odmówił mu leków i skupił się na dalszym, uwłaczającym wywiadzie. Białowłosy krzyżuje ręce na piersi i wbija w niego wzrok, zaciskając wargi niecierpliwie. Psychiatra odczytuje jego mowę ciała, zadaje mu kolejne parę pytań, otrzymując dość niepełne, zdawkowe odpowiedzi, co aż napełnia go poczuciem niepokoju, ale stara się skupić na wywiadzie i nie dać upustowi temu spięciu.
— Jakieś zmiany nastroju?
— Może.
— Reagujesz bardzo emocjonalnie na różne rzeczy? — dopytuje. — Masz problemy z regulacją złości?
— Mam problemy ze snem — rzuca.
Ivy drgają odruchowo wargi, ale nie pokazuje, że ta wymijająca odpowiedź go rozśmiesza.
— Och, okej.
— Nie mogę spać — odpowiada, nim psychiatra sam stawia kolejne pytanie. — Niekiedy całą noc. Po prostu nie mogę, nieważne jak próbuję i nie mogę tego wytrzymać! Gapię się w sufit cholerne osiem godzin. Coś mi siedzi nad głową. Albo pod łóżkiem. Czuję, że na mnie cały czas patrzy. Jak już zasnę, to budzę się po parę razy, w środku nocy. I czasem zaczyna mnie dotykać. W sumie bardziej jakby coś po mnie chodziło! A gdy próbuję to z siebie strzepać, to niczego nie ma. Nie, naprawdę, nie zrozumiesz pewnie, ale te wilkołaki nie dają mi spokoju, czasem patrzą mi się też w okno, tak samo, jak…
— Mh — wtrąca mu się twardo w zdanie. — Coś jeszcze, o czy chciałbyś powiedzieć?
— Masz bardzo ładne włosy — mówi i uśmiecha się nienaturalnie szeroko, czym wprawia Ivy w chwilowe osłupienie, ale natychmiastowo zmienia atmosferę, gdy dodaje: — To wszystko, czy mogę dostać te leki? Nie mam z niczym innych problemów.
Ivy kątem oka patrzy na zegar i odkrywa, że minęło już, a raczej dopiero, dwadzieścia minut. Zerka na ekran komputera, szybko czyta parę wyrywkowych linijek, zastanawia się w ciszy i wypuszcza głośno powietrze z płuc przez nos.
— Dobrze. Spróbujmy z czymś na sen i uspokojenie. — Poprawia się na krześle, czując, że zdrętwiało i wyrywa kartkę z małego notesu. — O której zasypiasz? To znaczy… o której chodzisz spać?
— Uh… no, jakoś tak — ucieka gdzieś wzrokiem, uśmiechając się lekko — dwudziesta trzecia, może północ.
— To bierz je o dwudziestej pierwszej najpóźniej. Po tygodniu zwiększ dawkę. — Ivy zapisuje długopisem na kartce dawkowanie, a Dante obserwuje uważnie ruch jego dłoni. — Dam ci coś jeszcze, żeby te głosy trochę złagodniały, ale nie oczekuj ogromnej zmiany od razu. Obydwa leki mogą upośledzić twoje funkcje poznawcze, przy drugim częste są też nudności i zawroty głowy, więc uważaj na siebie. I zobaczymy się za miesiąc. Proponuję też psychologa. Myślę, że przyda się w twoim przypadku.
Wyrywa zapisaną kartkę zwinnym ruchem i podaje ją Dantemu. Nie odbiera od razu, tylko patrzy na nieno z roztargnieniem, przez co ręka psychiatry zawisa w powietrzu.
— Karta czy gotówka? — pyta, na wyraz zwieńczenia wizyty.
Dopiero wtedy białowłosy bierze rozpiskę, gdzie oprócz dawek leków zawarty jest numer recepty oraz imię i nazwisko psychologa, na które marszczy brwi, jednak niczego więcej nie komentuje. Płaci, mówi nawet nie ,,dziękuję” a zwykłe ,,dzięki”, nie dodając też żadnego ,,do widzenia”, czy chociażby ,,na razie”, wstaje z krzesła, które wydaje z siebie skrzypnięcie i wychodzi z gabinetu, którego wnętrze okala nagła, grobowa cisza, przerywana tylko przez te zniecierpliwione, cholera wie czym, tykanie.
Ta praca bywa wyjątkowo nudna, skoro już wie wszystko o pacjencie, gdy ten tylko postawi stopę w gabinecie. 

  Dante? 
──── 
 [1039 słów: Ivy otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]