poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Od Isobel CD Kaliny — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Mieszkanie Kaliny było tym, czego właściwie Isobel się spodziewała; na pewno większe niż jej klitka, bo tam za nic w świecie nie zmieściłyby się na co dzień dwie osoby, pełne durnostojek na półkach, ale całkiem przytulne. Zsunęła z ramion skórzaną kurtkę i rzuciła ją na komodę tam, gdzie wskazała jej Kalina, jednocześnie wciąż rozglądając się dookoła.
— Zajebiste mieszkanie — powiedziała w końcu, drepcząc za dziewczyną do kuchni. — Ja u siebie średnio mogę pokombinować, bo babka od wynajmu powiedziała, że broń boże nic nie wolno mi zrobić ze ścianami czy meblami. Nawet głupiego obrazka na szafce przykleić. Żałosne — prychnęła.
Sama usadziła się obok aneksu kuchennego i obserwowała, jak Kalina nastawia wodę na herbatę.
— No, my niby mamy trochę luzu, ale dalej musimy bardzo uważać, żeby nic się nie stało. Jeszcze nam z kaucji obetną, a to naprawdę nie były małe pieniądze. Liczą sobie jak za złoto — rzuciła, tłukąc się po szafkach.
— Masakra, co nie? Jakby oczekiwali, że klient wyniesie pół mieszkania przed wyprowadzką. Ja tu mieszkam, halo, potrzebuję tych mebli. — Is przewróciła oczami i oparła łokieć na blacie.
Kalina w końcu wyciągnęła z jednej szafki dwa kubki, postawiła je przy kuchence i zatrzymała się, przy innej, otwartej na oścież szafce. Podparła dłonie na biodrach.
— Teraz się skup. Mam zwykłą czarną w saszetkach i sypaną, to samo ze zwykłą zieloną, mam czarną malinową, owoce lasu, żurawinową, malinę z granatem, potem mam zieloną z opuncją figową, zieloną z ananasem, a na koniec białą z pomarańczą. Jest jeszcze jakaś wymyślna z papają i wanilią, ale to Amandy, więc nie mam pojęcia czy to się w ogóle nadaje do ludzi — wymieniała Kalina, wpatrując się w zawartość szafki, żeby broń boże niczego nie pominąć. Na chwilę zmrużyła oczy, a potem z uśmiechem klasnęła w dłonie. — A, i mam jeszcze nowiutką, jakąś jesienną rozgrzewającą, ze śliwką i cynamonem — dodała, sięgając do innej, dolnej szafki.
Wyciągnęła z niej jeszcze nieodpakowane pudełko herbaty, a w tym czasie Is zamrugała zaskoczona. Lubiła herbatę, ale u siebie trzymała raczej jedną czarną i jedną smakową, gdzieś daleko w szafce mogła mieć też upchniętą jakąś zieloną herbatę i miętę na ból brzucha. Na ogół była raczej z tych, co piją kawę wiadrami, żeby jakkolwiek kontaktować. Uroki zarywania nocek od początku liceum, przez co kofeina z każdym rokiem coraz słabiej na nią działała. Od ilości wariantów herbat, które podała jej Kalina, aż prawie zakręciło jej się w głowie.
— Eee… to może ta jesienna? — bąknęła, drapiąc się po głowie.
Kalinę najwyraźniej zadowolił ten wybór, bo uśmiechnęła się tak, jakby ktoś właśnie wręczył jej przedwczesny prezent na gwiazdkę.
— Boże, miałam nadzieję, że to powiesz. Patrzy na mnie od kilku dni, żebym ją odpakowała, ale jakoś głupio, jak mam już z piętnaście innych… — powiedziała ze śmiechem. — No, ale dla gościa to przecież trzeba.
Zerwała z folię z pudełka i otworzyła je, żeby powąchać zawartość. Westchnęła i podsunęła je Isobel pod nos, żeby też mogła to zrobić.
— Pachnie zajebiście — przytaknęła Is. — Spodziewałam się, że będzie po prostu chamsko dawać cynamonem, a tu proszę.
— Co nie? Jest serio…
Dziewczynie przerwał odgłos szarpania się z zamkiem do drzwi. Wcześniej, kiedy we dwie wchodziły do środka, Is dowiedziała się, że żeby dostać się do mieszkania, trzeba w odpowiedni sposób pociągnąć klamkę w górę, bo inaczej klucz krzywo wchodzi w zamek. W końcu jednak Amanda wygrała tę bitwę.
— Chcesz herbaty? — zapytała Kalina zamiast przywitania, już ruszając do szafki, żeby wyjąć trzeci kubek.
— Kawy — odpowiedziała z westchnieniem dziewczyna, pojawiając się w kuchni z dwiema wypchanymi torbami w dłoniach.
Zatrzymała się i zmarszczyła brwi, widząc obcą osobę w swojej kuchni. Kalina szybko się zreflektowała, odstawiła słoik z kawą (cudem nie zrzucając go na podłogę) i podeszła bliżej.
— Zapomniałam, mamy gościa. Amanda, to Isobel. Isobel, to Amanda — powiedziała, machając dłonią raz w kierunku jednej, potem w drugiej, i tak na zmianę.
Is wyszczerzyła zęby w uśmiechu, odgarnęła sobie rude pukle z twarzy i wyciągnęła rękę do dziewczyny. Chwilę poczekała na odpowiedź, bo Amanda najpierw musiała odstawić zakupy na stół, a dopiero potem otrzepała dłonie o płaszcz i przywitała się z Isobel.
— Nie wiedziałam, że będziemy miały gości — powiedziała tylko, zerkając z ukosa na Kalinę.
— W każdym razie, bardzo miło poznać — rzuciła zaraz potem Is, ani trochę nie zbita z tropu.
Amanda skinęła jej głową z uśmiechem wystarczająco uprzejmym, żeby ją zadowolić, a potem zdjęła płaszcz i zabrała się za rozpakowywanie zakupów. Pierwsza torba zawierała efekt typowych zakupów w spożywczaku, więc Isobel bardziej wcisnęła się w kąt kuchni, żeby mniej stać jej na drodze i przeszkadzać.
— Dorwałam jakąś lampę z przeceny. Gość zarzekał się, że działa, ale nie mógł odłączyć jakichś tam nawilżaczy powietrza od prądu i nie miał innych gniazdek. Jak nie będzie działać, to osobiście tam wrócę się z nim wykłócać — mówiła w międzyczasie, a potem zakasała rękawy swetra i zabrała się za drugą torbę.
— Jezu, my widziałyśmy dzisiaj takie zajebiste lampy, ale wołali za nie w milionach — westchnęła Kalina, z ciekawością zaglądając współlokatorce przez ramię, kiedy ta ostrożnie wyciągała lampę z papierowej torby.
Kiedy przedmiot ukazał im się w całej okazałości, Isobel zamrugała.
— A to jest grzyb czy parasol? — zapytała, unosząc brew.
— Mi to wygląda trochę na taki balon z koszem — dodała Kalina, krzyżując ramiona na piersi.
— To jest pieczarka — fuknęła Amanda, wczepiając kabel do gniazdka.
Odszukała włącznik z tyłu nóżki niby-pieczarki i kliknęła.
Potem dwie rzeczy stały się na raz.
Czajnik zaczął gwizdać, ale zanim Kalina zdążyła sięgnąć do kuchenki i ją wyłączyć, żarówka w lampie zamigotała dwa razy, zasyczała głośno, po czym jasno rozbłysła. Potem coś donośnie pierdolnęło i Isobel ledwo zdążyła wyczuć zapach palonego plastiku, zanim lampa pożegnała się z postacią pieczarki.


Kalina?
────
[922 słowa: Isobel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Caroline CD Blanche — „Here comes the siedem lat nieszczęścia”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Słysząc słowa kobiety, Caroline niemal machinalnie złapała się za lewy nadgarstek, gdzie na jedną z bransoletek miała nawleczone dwa obozowe koraliki zamiast charmsów. Nie był to może najlepszy design, ale lubiła je mieć przy sobie. Inaczej zapewne w końcu by je zgubiła, a tego za wszelką cenę chciała uniknąć. Może i nie spędziła w Obozie Herosów nie wiadomo jak wiele czasu, ale i tak wspominała go dobrze (w większości przypadków), więc gdyby straciła pamiątki, na pewno byłoby jej przykro.
Szybko jednak otrząsnęła się z zamyślenia, bo pod drzwiami restauracji w tę i z powrotem przechadzała się zdecydowanie bardziej nagląca sprawa. A właściwie przechadzała się, kiedy Caroline spojrzała tam ostatnim razem, bo teraz znowu chodnik był pusty. Przez chwilę mignął jej tylko koniuszek końskiego ogona i nagle po potworze nie było żadnego śladu. I tak się spięła, przelotnie zerkając na swój telefon wciąż leżący przed nią. To by było na tyle z wierzenia w to, że głupi ma zawsze szczęście. Powolnym, nawet odrobinę skruszonym ruchem, wrzuciła komórkę z powrotem do torebki.
— Jestem Caroline — powiedziała najpierw, chcąc zachować resztki cywilizowanych zachowań, zanim coś rzuci się na nie z pazurami. Choć może powinna powiedzieć, że rzuci się na nie z kopytami.
W pierwszej kolejności wyciągnęła do kobiety rękę, a dopiero potem przypomniała sobie, że to starsza osoba zawsze pierwsza powinna podać dłoń. Ojciec na pewno by ją za to zrugał, no ale kurwa, to przecież była sytuacja kryzysowa. Nie mogła jednocześnie myśleć o stworze na ulicy i zasadach etykiety. Ten jeden raz powinno jej zostać wybaczone bycie niewychowaną gówniarą.
— Blanche — odpowiedziała tylko kobieta, krótko, ale mocno ściskając jej dłoń. Najwyraźniej albo postanowiła jej wybaczyć, albo była zbyt skupiona na innych kwestiach, żeby zwracać uwagę na takie bzdury.
Caroline przez chwilę starała się rozszyfrować, jak w ogóle zapisuje się takie imię, ale szybko się poddała. Brzmiało na tyle obco, że musiałaby chwilę popracować nad tym, żeby poprawnie je powtórzyć, więc wiedziała już, że jakoś będzie musiała z tego wybrnąć.
— Wracając — zaczęła Blanche, zwracając tok myśli dziewczyny znów na poprawny tor (z jakiegoś powodu była strasznie rozkojarzona, a to kiepska wiadomość, bo akurat tego dnia mogła przypłacić za to głową). — Na pewno masz świeższe wspomnienia z tego, czego nas uczyli. Rozpoznajesz to… stworzenie? — zapytała, z powrotem chowając klucze do kieszeni.
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Coś tam jej się obijało po głowie o potworku, który wyglądał, jakby lew z koniem zrobili sobie dzieciaka, ale na żywo go chyba w życiu nie widziała, więc nigdy nie czuła potrzeby, żeby się czegoś więcej o nim dowiedzieć.
— Leuko… cyt…? Nie, nie, to krwinka — mruknęła pod nosem raczej do siebie, niż do kogokolwiek innego. Zmarszczyła się jeszcze bardziej i lekko potrząsnęła głową. — Na pewno coś na l, więcej nie pamiętam. Za to na pewno wygląda, jakby było zdolne poodgryzać nam głowy jednym kłapnięciem.
Niestety wszystkie zajęcia z jej rodzeństwem, które nie dotyczyły napieprzania się mieczami i/lub włóczniami były… niezbyt owocne. Ciężko się na czymkolwiek skupić, kiedy wszyscy dookoła rozmawiają i nawet nie starają się szeptać, bo wiedzą, że satyrowie prędzej spieprzą w podskokach, niż zwrócą im uwagę. Teraz pomyślała, że trzeba jednak było siadać w pierwszym rzędzie i słuchać.
Wciśnięte w wewnętrzną kieszonkę torebki miała białe, brokatowe kieszonkowe lusterko, które w razie potrzeby zamieniało się w jej ukochane verutum, ale odkąd ostatnim razem opuściła obóz, jakoś nie zdarzyło się, żeby musiała z niego korzystać. Tym bardziej na ulicach miasta. Zachciało jej się telefonu do scrollowania Instagrama, to teraz musi za to płacić. Z jednej strony szkoda, że wciągnęła w to jeszcze kogoś innego, a z drugiej, przynajmniej nie będzie musiała stoczyć tego pojedynku sama.
— Niestety cokolwiek to jest, na pewno czeka na nas w najbliższym zaułku — zauważyła Blanche, nieznacznie marszcząc brwi. — Na pewno podąży za którąś z nas, więc najlepiej będzie zająć się tym od razu.
Caroline westchnęła. Jak nie urok, to sraczka. A raczej jak nie ujebany egzamin, to śliniący się potwór.
— No dobra — powiedziała, machając ręką do jednego z kelnerów. — Poproszę rachunek!


Blanche?
────
[654 słowa: Caroline otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Ramiona Apollodorosa spięły się na temat, po czym od razu zmusił je do rozluźnienia, jakby to wcale nie był stres, tylko część ćwiczeń trenujących pracę mięśni. Muszą się tym zająć tak czy siak, bo zje ich ten temat gryz po gryzie. Nie było pewne, czy jak on, Chait ma koszmary o tych… gryzoniach z piekła rodem, ale na pewno łaził samotnie sprawdzać do piwnicy tak jak Doros. Nie mówił Chaitowi o dziwnych spojrzeniach od sąsiadów, bycia zatrzymywanym, bo po co oni tam tyle schodzą. Jego przyjaciel ma za dużo na głowie i tak, a ta… aura pustki wokoło Chaita nie znikała. To podobne uczucie do wyczuwania ciągle tej samej rany, bo nie jest ona się w stanie zagoić, zamiast tego babrając się w infekcji za infekcją. Tyle że nie zmusi ono przyjaciela do otwierania się o własnym zdrowiu, to tylko pogorszy sytuację, złamie kruche zaufanie między nimi.
— Wiesz… mam dziwny pomysł, ale nie mogę przestać śnić o tym i… może warto spróbować? Ta scena z mitu, o którym mówiłem… Nie mówię, że mój ojciec się pojawi w cielesnej formie i zacznie zabijać ani nic, ale… Może dostaniemy od niego jakieś wsparcie? Za to dobre przyjęcie? Potrzebuję dnia wolnego na coś w stylu uczty i no… Brzmię jak desperat, co nie? — Zaśmiało się sucho.
— Nie no, ma sens, jeśli wyszły z tego mitu, to… no ma sens. — Chait wydawał się równie zdesperowany w tym momencie, bo co im w sumie pozostało poza tym? Walczyć, aż wybiją, a jeśli to przyspieszy wybicie? To tym lepiej. W teorii mogliby się po prostu przeprowadzić, ale ten problem by tutaj nadal był, potencjalnie narażając innych na ból. Z zamyśleń wyrwał rudzielca głos współlokatora. — Zawsze, jak to nam nie wyjdzie, to przynajmniej spróbowaliśmy, tak? Wybierzmy dzień, kiedy masz wolne, ja zgłoszę szefowej dostępność wokoło tego… jak będzie, tak będzie. — Chaita już chyba ze stresu poruszania tej sytuacji brał mocniej głód nikotynowy. Żyli ze sobą na tyle długo, że Doros rozpoznawał te ruchy dłońmi, szukające nieistniejącego szluga.
Po umówieniu dnia spędzili ten wieczór jak zawsze; trochę jeszcze rozmowy, nieco bardziej niezręcznej niż zwykle, obowiązki domowe, zaszywanie się w swoich kątach, ogarnianie się na noc. Wyczuwalnie jednak wisiało w powietrzu napięcie, to, które było tam, od kiedy odkryli problem w piwnicy, ale zwykle niewyczuwalne. Teraz jednak nasilone na tyle, że dominowało pomieszczenie jak rozbita fiolka arabskich perfum, która zagłusza wszelakie inne zapachy swoim intensywnym zapachem.
Dni za dniami mijały im w podobnym napięciu, zawsze tutaj. Deszcz wydawał się bardziej złowrogi, każdy szelest brzmiał jakby był dźwiękiem skradającego się niebezpieczeństwa. Apollodoros dawno nie planowało tyle gotowania, ale trzeba było się postarać na budżecie… na wszelki wypadek. Poza tym w gotowaniu można się zgubić, skupić tylko na przepisie, udawać, że wszystko jest w porządku… ucieczka czasem lepsza niż w łucznictwie. Bo w sporcie układał sobie rzeczy, przywracał balans, od razu po treningach myślał o problemie w strategiczny sposób, gotowy na walkę.
Było to w swojej formie… dziwne siedzieć przy stole z Chaitem, kiedy przed nimi było miejsce gotowe wystrojone tak, że bardziej pasowałoby na ołtarz niż na cokolwiek innego. Nie mieli bardzo gdzie indziej rozłożyć czegoś takiego, to też prawda. Nuciło hymny błagalne po grecku z prośbą o… znak, pomoc od kogoś, wizję… cokolwiek. Chait dekorował dalej i pilnował, żeby świece i kadzidła niczego nie zapaliły. Rozważali spalenie też suszonych liści laurowych, ale zrezygnowali, bo ten zapach jest… specyficzny. Już niech leża sobie nienaruszone obok porcji dań, obrazów, wierszy, wina, poezji. Cokolwiek im pasowało, to trafiało na miedzianą zdobioną tackę.
Po złożeniu ofiary nie zamienili słowa, ich kontakt wzrokowy mówił wszystko. Jedyne, co im zostało, to czekać. Chait wyszedł praktycznie od razu po tym na papierosa na ich klatce schodów przeciwpożarowych, nie dziwiło mu się. Samo miało ochotę na wykończenie tej butelki wina, którą kupili tylko pod ofiarę.


Chait?
────
[628 słów: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Kurta — „Scentless apprentice” cz. 3

Poprzednie opowiadanie

CW: TRAUMA RELIGIJNA, ŚMIERĆ

Kurt naiwnie sądził, że zatrzaśnięcie za sobą drzwi odetnie go od problemu. Tak byłoby najłatwiej: odejść, zostawiając decyzję w rękach kogoś innego. Nie podjął jej przecież jednoznacznie. Lamia była potworem, to ona była stworzona do takich czynów. Kurt mógł jedynie zadeklarować się, że pozostanie bierny.
Zatrzasnął drzwi, ale targające uczucia go nie opuściły. Strach przerodził się w pulsującą złość. Uczucie ciężkiej ręki na policzku zniknęło, ale zastąpiło je mrowienie jego własnej dłoni, chęć, żeby przekazać ten ból drugiej osobie. Już nie jestem bezbronny, chciał powiedzieć swoim piskliwym, dziecięcym głosikiem, który nigdy na dobre nie odszedł. Już nie jestem bezbronny. Widzisz, że ja też mogę zrobić ci krzywdę? Patrz, jak decyduję o twoim losie, kiedy to ty jesteś słaby.
Ktoś mógł zapytać go w tym momencie, czy naprawdę chciałby zabić swojego ojca. Tak, po tysiąckroć tak. Negatywne emocje, które żywił i tłumił wobec niego przez tyle lat, nie rozpłynęły się na widok tego chorego człowieka. One pozostawały uśpione, a jedno wyraźne przypomnienie wystarczyło, żeby wszystkie zmysły Kurta się obudziły. Wiedział, że potworzyca go wrabia, nigdy nawet nie przemknęłoby mu przez myśl, że Lamia proponuje mu zemstę z dobroci serca. Wykorzystywała chwilę jego słabości, impulsywność i nienawiść. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale był zbyt zaślepiony satysfakcją zemsty, żeby się tym przejmować. Byłby kłamcą, gdyby powiedział, że myśl o śmierci ojca była mu obca. Przez osiemnaście lat miał wiele okazji, żeby sobie ją wyobrazić. Schowany pod kołdrą przed gniewem rodzica, wściekły i głodny, wyobrażał sobie wypadki samochodowe i tajemnicze choroby. Parę razy widział, jak to on trzyma nóż zatopiony w jego ciele, ale obraz ten odrzucał od siebie tak szybko, jak tylko się pojawił, zupełnie jakby bał się, że ktoś wejdzie do jego głowy i ukarze go za samą myśl. Czy ojciec potrafił czytać w myślach? Czy Jezus potrafił czytać w myślach? Czy jego matka potrafiła?
Na koniec dnia, nawet dorosły, nie potrafiłby tego zrobić. Stanąłby twarzą w twarz z tym człowiekiem i nawet dzierżąc przedmiot, którym tak łatwo byłoby go ugodzić, byłby zbyt sparaliżowany strachem, żeby to zrobić. Nie był przecież mordercą. Nawet potwory prędzej czy później odradzały się w Podziemiu. Czy ojciec odrodziłby się w niebie? Czy Kurt mógłby do niego kiedyś tam dołączyć, będąc mordercą?
Skoro Kurt nie był mordercą, to dlaczego zostawił tę decyzję w czyichś rękach z taką łatwością?
W drodze do domu szedł tak wolno, jakby chciał zwolnić czas. Z każdym kolejnym krokiem skrzynka z narzędziami ciążyła mu coraz bardziej. A może mu się tylko wydawało? Może jego podświadomość wrzuciła do niej wszystkie wyrzuty sumienia i kazała mu teraz dźwigać ten metafizyczny ciężar w dłoni. Sam włożył swoje nadgarstki w te okowy, sam zapiął klucz kajdanek i połknął go, a teraz — choćby chciał — nie mógł tak po prostu go wypluć i sobie pomóc.
Mógł udawać, że jest niewinny, ile tylko by chciał, mógł przecież zwalić wszystko na zwodzenie Lamii i na jej magiczne sztuczki, na swoją matkę, boginię losu, mógł wmawiać sobie do woli, że to wina jego ojca, bo był tylko naiwnym, schorowanym śmiertelnikiem, który nie potrafił nawet się bronić. Mógł opowiedzieć podobną wersję podejrzliwej policji, płaczącej nad nieszczęśliwym wypadkiem sąsiadce i przyjaciołom z Obozu Jupiter, którzy zapytają go, dlaczego tak szybko wrócił z domu. Mógł spróbować wmówić to Kainowi, który, nawet gdyby przejrzał jego kłamstwa, udawałby, że jest to najprawdziwsza prawda, bo to było łatwiejsze do przetrawienia i kłamstwo powtarzane wielokrotnie mogło stać się realne. Mimo tych wszystkich pięknych słówek, potu wylanego na treningach, żeby zatracić się z daleka od wyrzutów sumienia, ilości odwiedzonych konfesjonałów, papierów oświadczających umorzenie śledztwa i obrazu zakrwawionych psich kłów w jego głowie, Kurt zawsze już miał być prawdziwym mordercą swojego ojca.
Potem biegł. Trzymał się myśli, że nie jest mordercą prawie tak kurczowo, jak kurczowo zaciskał palce na rączce skrzyni z narzędziami. Mijał jednorodzinne domy sąsiadów, rozpoznając budynki z dzieciństwa nawet kiedy wizja rozmazywała mu się przed oczami. Narzędzia gruchotały w jego teczce, a hałas zaalarmował wszystkie podwórkowe kundle w promieniu kilometra. Miarki, dłuta, żłobaki i pilniki odbijały się od jego wyrzutów sumienia w zamkniętej przestrzeni. Biegł, bo tylko tracąc oddech potrafił zrodzić w sobie myśl, że może jednak nie był kompletnie bezduszny i wciąż próbował coś zrobić z impulsywną decyzją podjętą jedynie pod wpływem nienawiści.
Czy naprawdę chciał tam dobiec, czy chciał znowu zwolnić? Niezależnie od tego, co w tamtym momencie sobie myślał, wiedział, że jest już za późno. Ciężkie cielska trzech piekielnych ogarów wypadły przez drzwi jego domu. Kurt dojrzał błysk czerwonych ślepi i czerwień ciekających krwią kłów, zanim psy rozpłynęły się w cieniu i teleportowały w nicość.


— Masz jakąś rodzinę poza ojcem?
W świetle reflektorów policyjnych radiowozów Kurt wodził wzrokiem po narzędziach stolarskich rozrzuconych na panelach ganku. Rzucił skrzynkę w kąt, kiedy wpadł do domu. Zamek pękł pod wpływem zderzenia i wypluł z siebie całą zawartość. Gdyby ojciec zobaczył swoje narzędzia w takim poszanowaniu, z całą pewnością by go ukarał. Nie ruszył się z miejsca, chociaż wszystkie komórki w jego ciele błagały go, żeby narzędzia ułożyć starannie w skrzynce jeszcze zanim zobaczy to ojciec.
— Brata. Mieszka daleko stąd.
— Gdzie?
— Nie wiem.
Szeryf posłał mu spojrzenie świadczące o tym, że nie był przekonany o jego poczytalności, ale nie odpowiedział. Zamiast tego odszedł dwa kroki i wymamrotał coś przez walkie-talkie. Kurt w swojej głowie był daleko stąd, tak daleko, że nie był w stanie się tym przejąć.
Ojciec leżał za ścianą ich dotychczasowego domu okryty czarnym workiem.
Jeszcze po drodze Kurtem targało wiele uczuć. Złość, przede wszystkim. W mniejszym stopniu strach. Potem złość dała się zastąpić wyrzutom sumienia. Wyrzuty sumienia przerodziły się w desperację. Teraz sam nie był pewien, czy czuje cokolwiek.
Nie zapłakał. Na widok ciała nienazwane uczucie w podświadomości Kurta umarło razem z ojcem. Czy nie płakał dlatego, że był sparaliżowany szokiem, czy dlatego, że nie miał wobec tego człowieka żadnych pozytywnych uczuć? Skoro nic nie czuł, to dlaczego trzęsły mu się dłonie, kiedy wybierał numer alarmowy?
— Kurt? Adam? Jezus Maria! Matko Boska! Kurt, co się stało?!
— Proszę pani, nie może pani tu wchodzić, nie—
— Kurt!
Półprzytomnie podniósł głowę. Sąsiadka, ta sama, która wcześniej zostawiła ojca pod jego opieką, próbowała przecisnąć się pod taśmą policyjną. Na sobie miała jedynie gumowe buty i fartuszek, który ewidentnie służył jako ubranie zarezerwowane tylko do wycieczek z kuchni do salonu i z powrotem.
— Kurt?! Jezu, przecież to jeszcze dziecko!
Dziecko? Prawnie Kurt był już pełnoletni, chociaż wciąż nie mógł legalnie kupić piwa. Gdyby ktoś go zapytał, nie nazwałby się dzieckiem, ale teraz, siedząc na ganku budynku, który jeszcze chwilę temu był jego domem rodzinnym, otoczony radiowozami policyjnymi, Kurt liczył na to, że zaraz zjawi się ktoś dorosły. To nawet nie był już jego dom. Chciał wrócić do swojego prawdziwego domu, tam, w Obozie Jupiter, wrócić do swojej codziennej rutyny i zapomnieć o wszystkim, co tutaj zostawił, tak, jak robił z każdym powrotem od ojca.
— Pani jest żoną? — zapytał szeryf, zastawiając kobiecie drogę. Próbował chwycić ją za ramiona, żeby odwrócić ją w przeciwną stronę.
— Sąsiadką. Lynda Mulberry, mieszkam pod 16A, to ten dom po drodze z pomarańczowej cegły. Zajmowałam się Adamem pod nieobecność jego synów. Kurt mieszka w szkole z internatem.
— Jeśli nie jest pani nikim z rodziny, to nie mogę…
Kurt miał sztywne kończyny. Ruszył w stronę pani Mulberry, bo czuł, że jest jej coś winien, ale jego nogi wydawały się sterowane przez siłę wyższą. Był tylko kukiełką oderwaną od rzeczywistości, daleko poza ciałem. Mokra trawa nieskutecznie próbowała zmyć resztki zastygłej krwi jego ojca na czubkach tenisówek.
— Kurt? Kurt, dziecko, co się stało?
— Ojciec nie żyje — odpowiedział.
Zadawali mu pytania, więc na nie odpowiadał. Głos miał ciężki od emocji, chociaż wydawało mu się, że nie czuje nic.
— O Boże. O Boże. — Sąsiadka załkała i odmówiła znak krzyża. — Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie.
Szeryf zdjął czapkę z daszkiem i przycisnął ją do piersi, jakby dołączał się do modlitwy. Tylko Kurt nie ruszył się z miejsca. Ciekawe, co myślała o nim jego matka? Czy jako bogini zemsty była dumna z tego, że jej syn był do niej zdolny, czy była zawiedziona tym, że uległ tej pokusie?
— Mogę pożyczyć telefon? — przerwał Kurt, rzucając w eter pytanie między panią Mulberry a szeryfem.


Co mogło stać mu się teraz, po tym wszystkim, kiedy wybierał numer w telefonie sąsiadki? Czy mógł zjawić się tutaj kolejny potwór, przyciągnięty elektroniką używaną przez odsłoniętego półboga? Piekielne ogary, które zabiły jego ojca, rozpłynęły się w cieniu. Lamia nie mogła go zabić, skoro zamierzała go dalej wykorzystać, prawda? Czy spełnienie jej obietnicy dotyczącej zabicia jego ojca nie było wystarczającym dowodem, że był jej potrzebny na tyle, żeby z nim współpracować?
Pierwszy sygnał. Drugi sygnał. Trzeci sygnał. Kurt nie wiedział, co zrobi, jeśli brat nie odbierze, a jeszcze bardziej nie wiedział, dlaczego w ogóle do niego dzwoni. Kain wielokrotnie zaznaczał, że nie chce mieć nic wspólnego z ojcem, Kurta zdziwiłoby wręcz, gdyby nagle zmienił co do tego nastawienie. Kurt nie chciał go widzieć, nie chciał nawet z nim rozmawiać ani wymawiać jego imienia.
Nie chciał też, żeby to był tylko jego problem.
Krótki sygnał dźwiękowy dał Kurtowi znać, że ktoś po drugiej stronie podniósł słuchawkę.
— Ojciec nie żyje — oznajmił sucho.
Zacisnął szczękę. Jeszcze niedawno dostał przecież od brata wiadomość o podobnej treści. „Ojciec jest chory”. Kurt najwyraźniej nie był nawet wart wykonania telefonu. Kain powinien być mu wdzięczny, że nie dowiedział się o tym z lokalnych wiadomości. Tajemnicza śmierć z udziałem psów gończych, tak, jak Kurt przekazał policji, miała stać się miejscową sensacją.
— Kurt, jesteś bezpieczny? — usłyszał po chwili.
Musiał połączyć kropki. Wszystko w ich życiu zawsze sprowadzało się do bogów i wiary w nadprzyrodzone siły. Braciom było przeznaczone, żeby umrzeć z ręki takiej siły i ich ojciec nie mógł być od tego różny.
Jakim prawem Kain pytał o to, czy Kurt jest bezpieczny? To on zostawił go samego z ojcem. To on zostawił go samego w Obozie Jupiter. Nie miał prawa martwić się o jego bezpieczeństwo w tym momencie.
Kainowi odpowiedziała cisza.
— Kurt, co ty zrobiłeś?
Co on zrobił? Nie, to przecież nie był on. To była Lamia. To były piekielne ogary Lamii. To ojciec sam zgotował sobie ten los, Kurt tylko się bronił. To był Kain, który zostawił Kurta samego, mimo że potrzebował dorosłego w swoim życiu, kogoś, kto pokazałby mu, jak żyć czymś innym niż nienawiścią. Wszyscy, ale nie on.
— Chciałem, żebyś wiedział.
— Nie wracaj teraz do obozu. Niedługo będę.
Połączenie urwane. Kurt tępo wpatrywał się w wyświetlony na ekranie ciąg cyfr. Pięć lat minęło od ich ostatniego spotkania. Gdyby Kurt wiedział, że śmierć ojca przywróci brata, zrobiłby to wcześniej. Tylko czemu Kain chciał wrócić, skoro życie ojca podobno go już nie obchodziło?


────
[1747 słów: Kurt otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 30 sierpnia 2026

Zmiana pory roku — wiosna



WiosnaZmiana pory roku
Temperatura zaczęła spadać i nasi najmłodsi członkowie już zaraz wracają do szkół. (Studenci nadal są nad wodą). Jeszcze tylko miesiąc do Smellstobera, macie o co walczyć. Równolegle na Smellsach możecie teraz pisać o tym, jak temperatura rośnie i półbogowie zrzucają najgrubsze kurtki, ponieważ mamy wiosnę :D Jesień? Jaka jesień? Mordeczko, uderzyłxś się w głowę, jutro idziemy święcić wielkanocne jajka.
★ wątki można kontynuować w czasie przeszłym i z uwzględnieniem pory roku, w jakiej dzieje się akcja. Spis trwających wątków oraz pór roku znajdziecie pod tym linkiem,
★ wraz z nadejściem wiosny wszystkie postacie na blogu zostały postarzone o rok. Część z nich otrzymała dodatkowe Punkty Umiejętności przyznawane w zależności od wieku, możecie wymienić je na umiejki w każdej chwili,
★ na całe szczęście nie dotyczyło to żadnej postaci aktywnej, ale gwoli formalności oto nazwiska postaci NPC, które zostały przeniesione między lokacjami w związku z dorastaniem: Ash Austen, Seth Fox, Raphaël Moule-Leroy, Carilla Ladrón, Rytis Ieva Ivanova, Marc Quentin, Rosalie De Roux, Rodion Fedorov,
★ nie zgadniecie, ale żadnego wątku (UPDATE: OPRÓCZ JAJO I CIASTKA, KTÓRZY POSTANOWILI ZAMKNĄĆ WĄTEK MINUTĘ PO OPUBLIKOWANIU TEGO POSTA) nie zamknęliśmy, bo wszyscy albo ładnie je timeskipowaliście (rzadko), albo ubłagaliście, żebyśmy się zlitowali (często).
Następna zmiana pory roku (lato) została zaplanowana na 30 października 2026. Idealnie na zakończenie Smellstobera.

x

@itsis0k @Iconjam

Od Kala do Filemona — „Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna”

O byciu centurionem nie dowiedział się wczoraj, ani nawet przedwczoraj, choć w zupełności czuł, że tak właśnie było. Jego zdaniem Vergil nie popisał się tym wyborem, a Rodion nie popisał się swoim odejściem i rozpoczęciem własnego, fuj, dorosłego życia, bo co jak co, ale on wyglądał na takiego, który wiedział, co robi. Był dobry w wydawaniu poleceń. Dobry w utrzymywaniu twardej dyscypliny wśród głupich legionistów, którzy regularnie próbowali przeprowadzać na sobie lobotomię, posługując się włóczniami. Przy nim Kal prezentował się jak gówniarz, który dopiero co zaczął podstawówkę. Brzmiało to dla niego jak zawoalowany podstęp, który miał wzbudzić w nim większe poczucie przynależności i odpowiedzialności wobec Obozu, trochę skrócić smycz, na której go trzymali. Nie podobało mu się to, ale nie odmówił, co, z perspektywy czasu, powinien był zrobić. Postawić twardą granicę, powiedzieć, że czuje się dobrze jako legionista i nie ma zamiaru wychylać się poza szereg. Tylko gdy rozmawia z tobą pretor, to trochę ciężko jest znaleźć właściwe słowa odmowy poza pretensjonalnym: „nie, odmawiam!!!”, do tego człowiekowi towarzyszy ściskające klatkę piersiową poczucie bycia przyszpilonym do ściany. Ostatecznym wyjściem może być tylko grzeczna zgoda i jak najszybsza ucieczka.
Właśnie dlatego, zamiast świętować dobrą nowinę z Elianne, klasycznie kitrając się w krzakach, Kal wymknął się do San Francisco. W nadziei, że jeszcze nikt nie wiedział o jego awansie i nikt nie będzie próbował do niego dotrzeć, żeby pogonić go z wykonywaniem nowych obowiązków. On musiał oswoić się z tym wszystkim, przeczytać parę notatek o tym, co właściwie powinien robić jako centurion oprócz panoszenia się wszędzie i wyglądania poważnie, co robił już od sześciu lat przynależności do Obozu. No, może pięć. Teoretycznie mógłby spytać o to Elianne, ale wtedy nie będzie mógł wykazać się swoją samodzielnością i odpowiedzialnością i innymi aspektami, którymi powinien wykazywać się centurion. Za tydzień się wszystkiego nauczy, a jeśli nie, to będzie problem przyszłego Kala.
Miejscem, w którym ostatecznie skończył, był jego pokój. Na wejściu trochę się zdziwił, ujrzawszy nienagannie pościelone łóżko i kompletny brak porzuconych na podłodze szpargałów. Obejrzał się za siebie w ruchu niekoniecznie wytłumaczalnym, bo drzwi do mieszkania były zamknięte, a jego ojciec na pewno teraz był w pracy. I przecież Kal ostatnio był tutaj co najmniej parę dni temu, więc dokładny moment pościelenia jego łóżka mogliby ocenić wyłącznie doświadczeni detektywi.
Bez większego żalu spowodowanego zepsuciem czyjejś ciężkiej pracy, Kal zakopał się w kołdrach i kocach, wtulił twarz w jedną z poduszek i postanowił przespać cały dzień, a z byciem centurionem uporać się jutro, ewentualnie pojutrze. Przed kimkolwiek, kto będzie miał o to problem, będzie udawał niewiniątko i może wreszcie zrobi jakiś użytek ze swoich mocy.
Leżał tak może z pięć minut, co jest zdecydowanie zbyt krótkim czasem na zaśnięcie. Przerwał mu szczęk kluczy w zamku, przez który poderwał się do siadu najgwałtowniej w swoim całym życiu. Jego tata wciąż powinien być w pracy, więc po szybkim przemyśleniu wszystkiego, pozostała tylko jedna opcja i Kal bardzo by chciał, żeby okazała się nieprawdziwa.
Niezsynchronizowany stukot obcasów i szamotanina w przedpokoju zdradziła więcej, niż chłopakowi było potrzebne. Gdyby był milszy, to może rzeczywiście podniósłby się z łóżka, podszedł do Florence i pomógłby jej z czymkolwiek, z czym właśnie miała problem. Na szczęście mógł po prostu udawać, że niczego nie słyszał i z powrotem położyć się na bardzo wygodnych poduszkach, przykryć kołdrą i naprawdę przespać cały dzień. Może gdyby nie stukała tymi obcasami aż tak głośno, to by dał radę, ale dla świętego spokoju i niekierowany żadnym ludzkim odruchem empatii, Kal westchnął bardzo głośno i rzeczywiście wyszedł ze swojego pokoju, po drodze na szybko przeczesawszy włosy palcami.
– Hej – wymamrotał, widzą w przedpokoju wysoką wieżę pasteloworóżowych pudełek, które objętością przezwyciężały fioletowe loki Florence. Oraz wysokością przebijały ją całą. Tylko spod nich wystawała długa spódnica z falbankami i szpilki.
Na jego przywitanie odpowiedział mu okrzyk zaskoczenia, a jedno z pudełek prawie spoczęło pod jego nogami, które w ostatnim momencie przytrzymał na szczycie ściskanej przez kobietę wieży.
– Kal, słońce, przestraszyłeś mnie! – oznajmiła Florence, choć wcale nie musiała tego mówić, bo Kal był obdarzony umiejętnością interpretowania wydarzeń, które widział. – Pomożesz mi z tym?
Może gdyby nie zapytała, to mógłby tak ją tak zostawić bez większego poczucia winy, ale teraz już nie miał wyboru. W milczeniu odebrał jej część pudełek i sprawnie wymanewrował w wąskim korytarzu, żeby ułożyć je na stole w salonie. Nie miał zamiaru roztrząsać tego, jakim cudem Florence udało się to wszystko przytaszczyć do mieszkania, ani po co ona to zrobiła. Totalnie nie jego spra…
– Jeju, kochanie, tak się cieszę, że cię widzę! – wykrzyknęła Florence, gdy tylko pozbyła się ze swoich rąk pozostałych pudełek i od razu nie omieszkała przytulić chłopaka, który nie zdążył się odsunąć. – Akurat dziewczynka, która miała mi z tym wszystkim pomóc, rozchorowała się, biedactwo. Powiedz, masz teraz wolną chwilę? Potrzebuję pomocy z tymi wszystkimi ciastami.
– …Wszystkimi? – Kal próbował zliczyć wszystkie pudełka, ale poddaje się jeszcze przed połową.
– Nie, nie, to znaczy z częścią – wytłumaczyła, chichocząc. – Widzisz, kochanie, część z nich trzeba dostarczyć na takie jedno przyjęcie, ono jest niedaleko. To spotkanie pracowników tego banku dwie przecznice dalej, to będzie to, to i to. – Wskazała na trzy pudełka, po czym bardzo szybko złożyła z nich osobną wieżę i Kal nie miał najmniejszego pojęcia, jak odróżniła je od kilkunastu takich samych różowych prostokątów. – Zapiszę ci adres na karteczce i…
– Florence, ale ja…
– Słońce, proszę. – Florence złożyła dłonie jak do modlitwy. – Mam na dzisiaj tyle zamówień, a wszystko mi się porozpadało, to jedyne, o co cię proszę. Mogę w zamian upiec coś dla ciebie i twojej milusiej dziewczyny, Elianne, prawda? Powiedz, jaki smak lubi?
To już było przekupstwo. Dodatkowo gra niewarta świeczki. Zgodził się tylko dlatego, że w tamte walentynki zamiast pełnowymiarowych, pysznych ciasteczek Eli mogła co najwyżej poczęstować się dymem i węglem.
Jednak postawił Florence jeden warunek: zanim pójdzie, musi się pomalować.

Stanął przed budynkiem, czując się ekstremalnie idiotycznie. Nie do końca wiedział, jak powinien się ubrać na dostarczenie ciast na przyjęcie pełne mężczyzn w pełnych garniturach, więc po prostu wszystko olał i się nie przebierał, żeby dumnie wkroczyć do środka w oversized swetrze, krótkich spodenkach i ocieplaczach na kostkach, co zdecydowanie nie było optymalnym strojem i było mu trochę zimno. To i tak było nieważne, bo przecież on tylko tam wejdzie, przekaże im ciasta, wyjdzie, biegiem wróci do mieszkania i postara się nie przeziębić. Bardzo proste.
Problem zaczął się już w momencie, gdy wszedł. Okazało się, że to całe przyjęcie już się zaczęło, wszyscy ze sobą rozmawiali, trzymając w dłoniach drinki lub tańczyli na parkiecie. Przy czym zdecydowanie nie wyglądało to tak, jak wyobrażał sobie Kal i mało kto miał na sobie pełny garnitur, ale postanowił to zbyć wzruszeniem ramion. Szybko rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegokolwiek stołu, na którym mógłby odłożyć te ciasta i uciec, ale każdy z tych w zasięgu jego wzroku był już w pełni zastawiony.
Przeklął w myślach swoje obecne położenie, po czym poszukał wzrokiem kogokolwiek, kto nie był aktualnie czymś zajęty. Jego oczy spoczęły na podpierającym ścianę niebieskowłosym mężczyźnie, którego też wybrał na swoją ofiarę.
– Mam ciasta – powiedział bez zbędnego przywitania. – Gdzie je położyć?


Filemon?
────
[1160 słów: Kal otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

sobota, 29 sierpnia 2026

Od Arnar CD Dahlii — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Arnar wpatruje się w okno autobusu ze zdesperowanym rozbawieniem, próbując przejrzeć własne maziaje i dostrzec to, co chcą mu przekazać Dahlia i Pęcisław, jedno bardziej chaotycznymi i spanikowanymi gestami niż drugie. Idzie mu to wybornie, a w swoich notatkach mentalnych zapisuje, że gdy wreszcie znowu się spotkają, to będzie musiało zaproponować wspólną naukę języka migowego na wypadek, gdyby taka kuriozalna sytuacja się powtórzyła (plus byłby to wspaniały bonding moment, idealny dla ich motywu found family (powinni też wciągnąć w to Luciena)). Oczywiście, miganie do siebie z jednego autobusu do drugiego jest odrobinkę mniej prawdopodobne niż spotkanie kolejnej gorgony albo koniodemonów, ale patrząc na ich ogółem mało prawdopodobne istnienie/egzystencję i dożycie do dorosłości i, jak mają szczęście, do wieku średniego… W każdym razie momentów wymagających płynnego posługiwania się językiem migowym będzie więcej niż tych, w których muszą porozumieć się chińskim. Arnar ma taką nadzieję. Chiński brzmi na bardzo trudny język. I wygląda na jeszcze trudniejszy.
Pasek ładowania się korka samochodowego postanowił osiągnąć sto procent i autobusy ruszają jak z kopyta (to znaczy toczą się szybciej niż ćwierć kilometra na godzinę), przez co Arnar zmuszone jest smutno pomachać Dahlii i Pęcisławowi w tym momencie rozpaczliwego pożegnania. Trochę żałuje, że nie zabrało ze sobą jakiejś serwetki z budy z kiełbasami, bo nawet jeśli byłaby cała przesiąknięta tłuszczem, to i tak byłaby całkiem niezłą chusteczką pożegnalną, taką, jaką machają żony mężczyzn wypływających w dalekie rejsy we wszystkich ckliwych serialach skierowanych do młodych kobiet zainteresowanych historią.
Przez chwilę Arnar myśli nad swoimi opcjami, aż wreszcie postanawia wydostać się z wygodnego kącika, w którym ułożyło się już dobre dwadzieścia minut temu. Pomyślało, że przecież dzięki wymazanej szybie szybko je odnajdzie, choć pewnie za pięć minut nie będzie tam już aż tak wygodnie.
Tuż po zrobieniu dwóch bardzo pewnych kroków, zatacza się w przejściu między siedzeniami i prawie myli czyjeś ramię z uchwytem, na którym chciało się oprzeć. W ostatnim momencie lekko skręca, obraca się na końcówkach palców u stóp i desperacko próbuje nie wywinąć saltofikołka. W przypływie adrenaliny, tak trochę na oślep, łapie czyjś fotel, który miękko ugina się pod jego palcami i niewiele brakuje, żeby je sobie połamało. Arnar dumnie się prostuje, uśmiecha się i idzie przed siebie tak, jakby nic się nie wydarzyło. Inni podróżni tylko wzruszają ramionami i się odwracają, jedynie ten, którego fotel został brutalnie ściśnięty, posyła Arnar poirytowane spojrzenie.
– Przepraszam pana – heros zwraca się do kierowcy – kiedy będzie najbliższy przystanek?
Facet wzdycha niemiłosiernie długo i niemiłosiernie głęboko. Rzuca okiem na zegarek, drapie swojego ogromnego, gęstego wąsa, przez którego Arnar nie jest w stanie dostrzec jego warg, po czym wreszcie dochodzi do jakiejś konkluzji. Zezuje na półboga, choć tak naprawdę mógłby w pełni na niego spojrzeć, bo teraz poruszają się z prędkością może jednej ósmej kilometra na godzinę, o ile w ogóle suną przed siebie w jakiejkolwiek prędkości odchylonej od zera.
– W Newark – odpowiada wreszcie, widocznie bardzo niezadowolony, że musiał to zrobić. Może myślał, że w tym czasie, gdy milczał, Arnar zrezygnuje z szukania odpowiedzi na dręczące go pytania, odwróci się i kulturalnie usiądzie w fotelu.
– …W Newark? – powtarza i przez chwilę studiuje swoją mentalną mapę Nowego Jorku, żeby znaleźć jakiekolwiek miejsce, w którym przystanek autobusowy nazywałby się Newark. – W sensie że w New Jersey?
Kierowca stoicko kiwa głową.
– Żadnych innych przerw?
Kierowca równie stoicko kręci głową.
Arnar chwilę myśli, rozważa swoje opcje. W Newark może być fajnie. Może znalazłoby tam Nirwanę. Może właśnie tam się ukrywa. W New Jersey. To tak ekskluzywnie brzmi. Mają tam chyba największą populację Hindusów wśród wszystkich stanów. Bez bycia rasistą, Nirwana trochę brzmi jak jakaś Hinduska, ale to trochę nie brzmi, jak typ Luciena, co Arnar stwierdza, biorąc pod uwagę wyłącznie to, kim jest ono i jak ono wygląda. Gdyby Nirwana nosiła kolorowe koszule i krawaty, miała bielactwo i blond włosy, to rzeczywiście mogłaby stanowić dla Arnar rzeczywiste zagrożenie, ale znacznie gorzej byłoby, gdyby była mężczyzną. Może jest mężczyzną. Arnar za mało wie o Nirwanie. Może to rzeczywiście jego szansa na poznanie jej lepiej.
Newark. New Jersey. Zaczynają się na tę samą literę, co Nirwana. TO rzeczywiście może być powiązane.
Szkoda tylko, że zostawiłoby Dahlię bez słowa. Niby mogłoby jej wysłać pocztówkę z Newark albo poczekać na jakąś fajniejszą tęczę niż MineralnaDIY™. To może potrwać dzień czy dwa, może tydzień. Z Dahlią nie byłoby takiego problemu, zrozumiałaby. Kiedyś znowu by się spotkali, tym razem znowu w San Francisco, z takiego czy innego powodu i może nawet by mu niczego nie wyrzuciła. Większym problemem będzie Lucien. Przecież on sobie nie poradzi. Znaczy, poradzić może sobie poradzi, ale Arnar nie ma pewności, ile ze wszystkich rzeczy, które chłopak spożyje, będzie alkoholem. Albo ile czasu spędzi na zamartwianiu się do momentu, w którym zacząłby rozwieszać plakaty ze zdjęciem Arnar i wielkim napisem „ZAGINIONE”, zadzwoniłby na policję zgłosić porwanie i na wszystkich mlekach w Nowym Jorku widniałoby smutne, czarno-białe zdjęcie Arnar. I to wszystko, zanim ono w ogóle znalazłoby jakąś ładną pocztówkę w Newark i się wytłumaczyło. Będzie musiało porozmawiać z Lucienem na temat poczucia bycia ograniczanym i pozwalaniem sobie na trochę większą wolność, ogólnie porobieniem jakichś ćwiczeń na zaufanie czy coś. Albo dla świętego spokoju mogliby kupić sobie jakieś walkie-talkie.
Lucien przeważa szalę i Arnar, przynajmniej na razie, porzuca śledztwo w sprawie Nirwany. Pojedzie do Newark innym razem.
– …Ale nie zatrzymamy się nawet na papieroska? – pyta, uśmiechając się głupkowato i trochę żałując, że nie ma przy sobie niczego, co by choć papierosa przypominało. Wtedy mogłoby go pokazać kierowcy i uśmiechnąć się jeszcze bardziej głupkowato, żeby zasugerować ewentualne uczynienie z busa komory gazowej.
– Pół godziny pan nie wytrzyma?
– Takie piętnaście minut, to może jeszcze. Ale pół godziny, no, wie pan, to już byłby wyczyn.
Arnar troszeczkę, tak minimalnie, czuje się, jakby rozmawiało z leniwcem. Albo kimś, kto nie rozumie pojęcia czasu i w jego głowie sekundy rozciągają się jak guma. Pasuje to do ogólnej scenerii całkowicie zakorkowanej ulicy, przez którą Arnar naprawdę zaczyna podejrzewać, że to jakieś półboskie umiejętności bycia szybszym niż cały świat.
Zaczyna na poważnie rozważać prawdopodobne problemy prawne po wyważeniu drzwi autobusu firmy Peter Pan Bus Lines na trasie Nowy Jork–Filadelfia. Po szybkich kalkulacjach najbardziej żal mu pieniędzy, które już wydało na bilet, który kosztował dwadzieścia dolarów bez jednego centa (absolutne zdzierstwo).
– Ech – mamrocze kierowca i naciska jeden z wielu czarnych przycisków obok deski rozdzielczej. – I tak stoimy, niech pan pali.
Arnar, dumne z siebie, wydostaje się z dusznego autobusu na paradoksalnie jeszcze bardziej duszną ulicę. Zamiast spokojnie wypalić papierosa, rusza z kopyta w stronę, w którą odjechał autobus Dahlii, na wszelki wypadek wspomagając się swoją mocą szybkonożności, tak jakby kierowcy w ogóle przyszło na myśl go gonić. Busiarz ogranicza się do śledzenia go w lusterku, wzruszenia ramionami i zamknięcia drzwi.
Heros zwalnia dopiero wtedy, gdy, nie znalazłszy autobusu Dahlii i Pęcisława (znajduje się bowiem po drugiej stronie jezdni), odkrywa przyczynę masywnego korka.
Jest nią ogromna parada radykalnych feministek. Arnar nie wie, co to radykalne feministki, ale przemawiają do niego kolory flagi, więc z wesołym uśmiechem postanawia do nich dołączyć.
Uśmiech bardzo szybko znika z jego twarzy, gdy próbuje wtopić się w tłum hyperfeminine kobiet. Z początku tylko zerkają na niego, spojrzeniami wyrażającymi zdegustowanie i irytację, aż wreszcie jakaś z nich postanawia zaczepić Arnar.
– Co ty tu robisz? – pyta ostro, celując swoją małą różowo-zieloną flagą w klatkę piersiową Hermesiaka.
– Przyłączam się do rozprzestrzeniania miłości w tej wspaniałej paradzie – odpowiada szarmancko, nie dostrzegając żadnej groźby w byciu dźganym plastikowym trzonkiem flagi.
– To nie jest miejsce dla, tfu, mężczyzn. – Razem z kobietą rozmawiającą z Arnar, odzywa się parę innych. Wszystkie mówią coś w stylu „fu, mężczyzna” albo po prostu spluwają na chodnik.
– Eee, tak właściwie, to jestem osobą niebinarną? – Arnar nieporadnie próbuje negocjować, ale czuje się trochę niepewnie otoczone gęstym tłumem wyraźnie wrogo nastawionych kobiet. Które, tak poza tym, ciągle poruszają się w swoją definicję „przodu”, przez co Hermesiak już pół minuty temu totalnie straciło jakąkolwiek orientację w terenie.
– Aha, no tak, to w ten sposób spoko – sarkastycznie prycha kobieta z małą flagą, którą macha niebezpiecznie blisko oczu Arnar. – Słuchaj, to jest przestrzeń tylko dla prawdziwych kobiet. Połączonych przez womanhood i tak dalej.
– Fajnie, fajnie, że macie dla siebie taką, przestrzeń. Żeby wyrażać siebie i swoją, kobiecość – mówi Arnar, kiwając głową z uznaniem. Z jakiegoś powodu te wszystkie kobiety na kilkunastocentymetrowych szpilkach wydają się dla niego bardziej niebezpieczne niż pełnowymiarowa gorgona. – To ja, sobie, pójdę. Papatki.
Jednak zanim udaje mu się odwrócić i przepchać przez gęsty tłum kobiet, ta z flagą łapie go za ramię i boleśnie wbija w nie paznokcie przypominające kły wampira, bo te u palców wskazującego, małego i kciuka są przedłużone, a środkowy i serdeczny zostawione są krótkie.
– Żeby to był ostatni raz, gdy chociaż myślisz o zakłócaniu kobiecej przestrzeni – syczy mu do ucha. – To nie jest miejsce dla ciebie.
Odpycha go i Arnar nagle znajduje się w tłumie szydzących z niego kobiet, z którego desperacko próbuje uciec. Nagle ktoś chwyta go za przedramię i ono już spodziewa się dostrzec tam kolejne wampirze szpony, ale tym razem przeceniło swoją zdolność budzenia sobą zainteresowania kobiet. Palce, które go ściskają, należą bowiem do niskiego facecika w obciachowej czapeczce z logiem jakiegoś piwa.
– Pęcisław?! – wykrzykuje Arnar, nie wie, czy bardziej z ulgą, czy z zaskoczeniem.
– Młode, musimy stąd spierdalać, tamta w spódnicy moro prawie mnie rozszarpała – bełkocze satyr i ciągnie Arnar w jakąś stronę, która niestety wygląda na taką prowadzącą tylko w głąb parady.
– A gdzie Dahlia???
– Uznali, że jest za bardzo, jak one to, bitch? Nie, bardziej, ee… byk? Nie wiem, że jest za bardzo coś. Chyba jej robią makijaż albo próbują robić makijaż, ale dla nas nie będą takie miłe. Patrzyły na mnie jak na śmiecia bardziej, niż cywilizowani obywatele Nowego Jorku, gdy widzą, jak jem puszkę – tłumaczy Pęcisław, próbując zorientować się w terenie, którego zbyt dużą część zajmowały sukienki i obcasy. – TAM! – wrzeszczy i wskazuje jakiś punkt, niewielką wyrwę między kobietami, gdzie rzeczywiście widać jakieś szare budynki.
Ruszają tam, ciągle popychani i szturchani przez wściekłe radykalne lesbijki. Arnar nie ma wątpliwości, że jutro obudzi się z niezłym zestawem siniaków i zadrapań na każdej możliwej części ciała oraz będzie musiało zmierzyć się z podejrzeniami Luciena. Zadyszani i spoceni, wreszcie wychodzą z tej parady i prawie padają na chodnik z wycieńczenia. Pęcisław chwyta jedną z leżących w pobliżu puszek, żeby w bardzo dramatyczny sposób rozszarpać ją i połknąć w tak dużych kawałkach, że Arnar nieprzyjemnie zaczyna drapać gardło.
– Teraz jeszcze uratować Dahlię – stwierdza Hermesiak, niepewnie wpatrując się w gęstą paradę.
– Wiesz co, ona potrafi się sobą zająć. Zazwyczaj – mądrze mówi Pęcisław. – My se znajdziemy ławeczkę i spokojnie na nią poczekamy.
– A co, jeśli wyjdzie po drugiej stronie parady?
– Nie wiem, młode, ty prawie wylądowałoś w Filadelfii, więc się nie odzywaj.
Arnar w milczeniu przyznaje rację Pęcisławowi, choć myślało, że to miało być tylko Newark. Satyr chyba jest od niego starszy, więc czysto teoretycznie to on powinien być mądrzejszy, a ono nie powinno się kłócić, dlatego razem siadają na ławeczce i grzecznie czekają na Dahlię, choć Arnar nie sądzi, że te kobiety tak łatwo wypuszczą ją ze swoich szponów.


Dahlia?
────
[1825 słów: Arnar otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne CD Kala — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

— Czy moje włosy wyglądając, jakby kiedykolwiek widziały lakier do włosów? — zapytała Eli, splatając palce ich dłoni. — Za dużo bym miała z tym zabawy. Po prostu… wyglądałeś, jakby to było ostatnie miejsce, w którym chciałbyś być — przyznała, uważając, żeby nie potknąć się przy schodzeniu z krawężnika.
Kal ani jej nie przytaknął, ani nie zaprzeczył. Wzruszył tylko ramionami, wpatrując się w chodnik przed nimi. Elianne zerknęła na niego kątem oka i zagryzła wargi.
— Florence była bardzo miła. To dobrze, że twój tata ma kogoś takiego.
— Ta.
— A ty jej nie lubisz, czy…? — Eli pozwoliła pytaniu zawisnąć w powietrzu, odwracając twarz w stronę chłopaka, ale zasłonił się kapturem tak, że mogła dostrzec co najwyżej czubek jego nosa.
W momencie, w którym już miała wziąć milczenie Kala za niewerbalną, choć dość dosadną odpowiedź, chłopak jednak postanowił się odezwać.
— To nie tak, że jej nie lubię — mruknął, zatrzymując się przed pasami, gdzie świetle migało do nich czerwone światło. Niemal musiał pociągnąć za sobą Elianne, bo zagapiła się na tyle, że prawie bezmyślnie weszła na jezdnię; mocniej złapał ją za rękę. — Po prostu Florence jest… wszędzie — powiedział tylko, jakby to wszystko wyjaśniało.
Eli zamrugała, myśląc o tym przez chwilę, ale znała Kala na tyle długo, żeby dopowiedzieć sobie resztę historii. Sygnalizacja świetlna zmieniła kolor na zielony, więc szybko przeszli na drugą stronę ulicy.
— …Okej, chyba rozumiem — powiedziała w końcu, kiwając głową. — Możemy już wracać? Robi się zimno, a ja nie wzięłam szalika — dodała, uśmiechając się krzywo.
Niestety znowu przeceniła wiosenną pogodę i założyła, że będzie cieplej. Wcześniej może i słońce jeszcze im jakoś przyświecało, ale popołudnia wciąż były krótkie i chłód zaczynał wkradać się jej pod kołnierz kurtki. Poza tym Florence już zdążyła napoić ich herbatą, więc straciła ochotę na kawę.
Najwyraźniej Kal tylko czekał na to pytanie, bo od razu skręcił na drogę, którą zwykle wracali do obozu. Z pewnością czekało ich jeszcze co najmniej ze dwadzieścia minut spaceru, bo w poszukiwaniu głupiego lakieru do paznokci Eli zaciągnęła ich dalej, niż zwykle. Pewnie gdyby trzymała się tej części miasta, co zwykle, nie trafiliby też do lokalu Florence i Kal wyglądałby na mniej nieszczęśliwego. Czasu jednak niestety nie umiała cofnąć, więc zostało jej tylko wrócić do obozu i mieć nadzieję, że bez głośnego warkotu samochodów i śmierdzącego spalinami powietrza humor Kala sam w końcu się poprawi.
— Wiesz, dzisiaj ktoś pół nocy tłukł się po baraku — przypomniała sobie, kiedy stwierdziła już, że cisza jej przeszkadza. — Przebudziłam się parę razy, ale ani razu nie udało mi się zobaczyć, kto dokładnie. Pewnie powinnam wstać, ale było zimno, więc… No, w każdym razie mam nadzieję, że dzisiaj to się nie powtórzy, bo ja mam poranną zmianę w ambulatorium, a przez tą przejściową pogodę zaraz się zacznie fala przeziębień, więc nie mogę być ledwo żywa i- nie no, serio? — Z westchnieniem przerwała swój monolog, bo po tym, jak skręcili w prawo, przed nimi wyrósł wielki znak „ROBOTY DROGOWE”.
Pół ulicy było rozkopane, a cała alejka była odgrodzona biało-czerwonymi taśmami. Robotników nigdzie nie było widać, ale wolałaby nie wpaść przypadkiem w żadną dziurę. Zawahała się.
— Chyba wiem którędy przejść na około. Kiedyś chyba strasznie mi się spieszyło i przypadkiem znalazłam jakiś skrót — powiedziała, zatrzymując się na brzegu chodnika. Odwróciła się do Kala. — No chyba, że ty masz jakąś pewną drogę? — zapytała.
Chłopak pokręcił głową.
— Zawsze chodzę tędy — odpowiedział, wpatrując się w taśmy odgradzające im drogę, jakby go obraziły.
— No dobra, to chodź. Tam chyba trzeba skręcić w lewo, a potem to już, no, na wyczucie. — Uśmiechnęła się, ciągnąc go za sobą.
Wrócili się kilkanaście metrów do ostatniego rozwidlenia, i tam Elianne skręciła w lewą uliczkę. Jeszcze nie wyglądało to na slamsy, ale było całkiem blisko.
— To na pewno ta droga? — spytał Kal, marszcząc nos.
— Jestem prawie pewna — zapewniła Eli.
Skręcili jeszcze raz w lewo, potem w prawo, przeszli przez staro wyglądający mostek nad raczej wyschniętą rzeczką i znaleźli się w miejscu, które Elianne widziała zdecydowanie pierwszy raz w swoim życiu. Zatrzymała się i nieznacznie zmrużyła oczy
— Wiesz co, chyba jednak musimy się zawrócić i tam znowu skręcić w lewo-
— A w lewo to nie jest przypadkiem w całkowicie przeciwnym kierunku od obozu?
Cholibka.


Kal?
────
[682 słowa: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Aye — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait doskonale wiedział, że istnieją jakieś lepsze opcje. Jedną z nich byłoby, na przykład, zignorowanie szczurów. Pójście w innym kierunku. Może powrót do mieszkania, a może wejście do przypadkowego sklepu po drodze, z nadzieją, że tam ich nie będzie. Inną byłoby skontaktowanie się z kimś odpowiedzialnym za porządek na ulicach – kiedy jeszcze mogli myśleć, że to po prostu jakiś zwyczajny problem, a nie ten związany z potworami. Naprawdę, z całym swoim dotychczasowym doświadczeniem Chait powinien wręcz nalegać, by nie szli i nie angażowali się w… cokolwiek właśnie się angażowali.
Oczywiście, że tego nie zrobił. Oczywiście, że poszedł za Aye – bo przecież nie mógł zostawić go samego z jakimś dziwnym problemem, który mógł okazać się albo czymś zupełnie głupim, albo czymś zagrażającym życiu. Od razu założył, że na pewno będzie to coś z tej drugiej kategorii. Byli przecież półbogami (ostatnio naprawdę powtarzał to zdanie nieco zbyt często. Może to ono przyciągało kłopoty?). Poza tym zawsze lepiej było nastawić się na najgorsze. To, że coś wciągnęło Aye na dół, tylko potwierdzało, że najgorszy scenariusz zawsze okaże się tym prawdziwym.
Szedł pół kroku za Aye. Na tyle blisko, by nic ich przypadkiem nie rozdzieliło, ale na tyle daleko, by nie naruszać jego przestrzeni osobistej bardziej niż to konieczne. Jeszcze zanim zeskoczył na dół, doszedł do bardzo głupiego wniosku, że tak, na pewno nie skończy się na zwykłym powrocie do domu. To między innymi dlatego wątpił, by jego pozostanie na górze faktycznie im pomogło.
Zaczynał też dochodzić do wniosku, że te ciągłe kłopoty powoli robią się nudne. Wyjątkowo schematyczne i powtarzalne. Jak tak dalej pójdzie, to niedługo przestanie się nimi przejmować i pozostanie mu tylko żal, że przy tylu nadarzających się okazjach nic nie odgryzło mu łba.
Jeśli to przeżyją – nigdy nie zakładał, że na pewno tak będzie, bo, ponownie: byli półbogami – to przy następnym przypadkowym spotkaniu z Aye po prostu skinie mu na przywitanie głową i pójdzie dalej. To naprawdę nie było warte nerwów, które towarzyszyły każdemu spotkaniu i zdecydowanie wyszłoby na zdrowie Aye. Na dłuższą metę Chaitowi pewnie też.
Nie powiedział nic z tych przemyśleń na głos, bo dodatkowe negatywne emocje w tej chwili na pewno by im nie pomogły. Atmosfera między nimi znowu była trochę bardziej napięta, a panujące wokół cisza i ciemność nie poprawiały sytuacji. Przerywanie tej ciszy też nie było dobrym pomysłem, więc dalej szli w milczeniu. Podobno w stronę światła.
To było już chyba trochę zbyt ironiczne.
Czy pobyt w takim miejscu był najgorszym doświadczeniem, z jakim się spotkali? Chait nie był tego taki pewny. Może groziło im utonięcie, śmierć z ręki potwora i pewnie kilka innych strasznych wizji, ale na pewno mogło być gorzej.
Rozglądał się, chociaż nie miało to raczej większego sensu. Nie robił tego z faktycznie jakimś większym zamiarem i nie spodziewał się większego rezultatu. Jego wzrok zdążył już przyzwyczaić się do półmroku, ale tak naprawdę Chait chciał po prostu skupić się na tym, co znajduje się wokół nich, by móc zareagować na czas.
Nie wiedział jeszcze, na co będą musieli zareagować, ale to zawsze była tylko kwestia czasu.
Nie mógł skojarzyć żadnych informacji na temat okolicznych problemów z kanałami ściekowymi. Może gdyby odwiedzał tę okolicę częściej, zamiast szukać pracy na drugim końcu miasta. Zaczynał żałować, że tak dawno nie stał za żadnym barem – do takich miejsc przychodzili różni ludzie i szansa, że wdałby się w rozmowę z kimś związanym z oczyszczaniem ścieków była… no, na pewno jakaś była. Każda informacja byłaby wyjątkowo pomocna. Pewnie dlatego żadnej nie mieli.
Przeniósł na chwilę wzrok na idącego przed nim Aye. Też milczał, uparcie idąc przed siebie i nie oglądając się na Chaita. Może faktycznie wiedział, dokąd ich prowadzi. Chait nie zamierzał wątpić w jego umiejętności, na pewno nie w takim momencie. Czas na takie rozmowy będzie kiedy indziej. Albo wcale.
Weszli do większego kolektora. Chait zaglądał do mijanych komór i bocznych połączeń, ale żadne nie wydawało się lepszą, bardziej prawdopodobną drogą niż ta, którą szli aktualnie. Aye też wydawał się skupiony na tej konkretnej trasie.
Ta część Nowego Jorku była wśród tej większości z łączonym systemem burzowym i ściekowym. Chait był tego niemal pewny, bo już kiedyś słyszał, jak ktoś o tym mówi. Naprawdę powinni cieszyć się, że ten dzień był słoneczny.
Zdecydowanie nie chcieliby znaleźć się tu w trakcie deszczu lub burzy.
Odwrócił gwałtownie głowę. Przez chwilę wydawało mu się, że usłyszał coś z mijanego połączenia. Coś cichego, niewyraźnego. Przystanął, wbijając wzrok w ciemne przejście, ale nie widział nic podejrzanego.
Nie potrafił też drugi raz wyłapać tego dźwięku.
– Chait? Pospiesz się – odezwał się Aye, kiedy zorientował się, że idzie dalej sam. – Musimy się stąd wydostać.
– Przepraszam. Wydawało mi się—
Urwał. Potrząsnął głową i dogonił Aye, który przystanął, by na niego poczekać.
– Nieważne.
Przez chwilę patrzył na niego podejrzliwie, zanim w końcu ruszyli dalej. Cokolwiek się tu działo, Aye miał rację: musieli się wydostać. Nie szukać głębiej.


Aye?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Havu — „Gra w węża”

Vincent już lepiej panował nad swoimi mocami, ale dalej potrafił się teleportować w momencie, kiedy tego nie chciał. Zazwyczaj było to spowodowane ekscytacją albo ogólnie rzecz mówiąc silnymi emocjami. Zaczynała wokół niego wtedy powstawać piękna kolorowa tęcza, gotowa, by przenieść dzieciaka na zupełnie nieznaną ulicę w San Francisco.
Tak stało się i tym razem. Vincent miał jednak dużo szczęścia, bo wylądował obok sklepu spożywczego, w którym Havu właśnie kończył robić zakupy. Co prawda nie kupował niczego zdrowego, gotowego by wykarmić głodnego chłopca z obozu dla specjalnych, ale doritosami również można było się najeść.
Vincent stał pod sklepem i rozglądał się we wszystkie strony, bo okolica, w której się znalazł, była dla niego nieznana.
— Nie karmią cię tam? — zapytał żartobliwie Havu, kiedy wyszedł ze sklepu i zauważył kręcącego się w kółko Vincenta.
— O! — Odwrócił się zaskoczony. Poprawił rozczochraną fryzurę i uraczył mężczyznę szerokim uśmiechem godnym niewinnego czternastolatka.
— Kupić ci coś?
W torbie trzymał tylko dwa opakowania czipsów i jednego batona.
— Nie jestem głodny. — Pokręcił głową. — Przez przypadek się tutaj znalazłem.
Nie było to nawet w najmniejszym stopniu zaskakujące, patrząc na to, ile razy Vincent w tym roku zdołał się teleportować. Brakowało jeszcze, żeby miejscem docelowym chłopca okazała się śmierdząca łazienka w centrum handlowym albo co gorsza jakieś miejsce wyjęte z mitologii, skąd pomogą mu wyjść tylko inni półbogowie.
Stali chwilę w ciszy. Vincent odrywał z paznokci pozostałości skórek, a Havu próbował wymyślić, co powinien zrobić z tym dzieciakiem.
— W sumie… — zaczął nieśmiało Vincent. — Mogę jakąś bułkę?
Ze wszystkiego, co mógł wybrać, wybór padł akurat na coś tak prostego, jak bułka. Havu ze zdziwienia nie wiedział, co odpowiedzieć, aż w końcu zdecydował się na odpowiedź odpowiedzialnego ojca, który dba o zdrowie swoich dzieci.
— Bułkę mamy w domu.
Dumnie poprawił torbę na ramieniu i skinął głową do Vincenta, zachęcając chłopca, by za nim poszedł.
W domu Havu rzucił materiałową torbę na kuchenny blat i poszedł poszukać wspomnianej bułki. Jak się okazało, wszystkie bułki już zjadł, a w chlebaku została tylko kromka chleba tostowego. Zapomniana, z nowymi, zielonymi mieszkańcami, zwanymi pleśnią.
— A musi być bułka? — zapytał, udając, że dalej czegoś szuka.
Vincent grzecznie siedział na kanapie w salonie. Zanim jednak odpowiedział na pytanie, coś zapukało w szybę okna. Charakterystycznie, dwukrotnie, jakby chciało zwrócić na siebie uwagę.
Do szyby przykleił się wężowy ogon. A raczej coś, co przypominało wężowy ogon, bo na końcu znajdowała się wężowa głowa. Vincent zapomniał o swojej bułce i jedzeniu, a burczenie brzucha momentalnie ustało. Wystraszyła go nagła obecność potwora na tyle, że nad jego głową pojawiła się mała tęcza.
— Ktoś jeszcze z tobą przyszedł?
Vincent pokręcił głową, wbijając się bardziej w kanapę. Gdziekolwiek się nie znajdował, tam zaraz pojawiały się problemy. Zaczynał się obawiać, że musi być naprawdę pechowym dzieciakiem.
Wężowa głowa raz jeszcze zapukała w okno. Havu, przyzwyczajony do widoku różnych dziwnych stworów, podszedł niespiesznie do okna i je zasłonił. Uznał, że może w ten sposób pomoże Vincentowi i uchroni go przed ewentualną niechcianą teleportacją.
— Chcesz jogurt? — kontynuował.
— On tam dalej jest — wyszeptał Vincent. — Możemy coś z nim zrobić?
— Jak go nie widzisz, to on ciebie też nie widzi — odpowiedział zupełnie poważnie.
— To chyba tak nie działa…
Wężowa głowa ponownie zapukała w okno.
— Może po prostu go wpuszczę tutaj.
Havu podszedł znowu do okna, a Vincent momentalnie poderwał się z kanapy.
— Nie! — krzyknął wystraszony. — Boję się węży.
Dosyć często można było usłyszeć to z cudzych ust. Boję się węży, boję się owadów, boję się pająków. Dobrze, że ten wąż był kulturalny, bo gdyby w okno pukał dwugłowy pająk, to Vincent mógłby tego nie przeżyć.
— Poczekaj, zobaczymy, czego chce.
Havu odsłonił okno i je otworzył. Wężowa głowa uśmiechnęła się, skinęła jakby w podziękowaniu i wpełzła do środka mieszkania. Był to dosyć duży potwór, na dodatek ubrany w garnitur, co mężczyźnie do bólu przypominało tego żabiego stwora, który jakiś czas temu nie dawał mu spokoju i przez którego wylądował w misce zupy.
— No, jak widzisz Vincent, jest to bardzo kulturalny…
Nie dokończył, bo w tym momencie zestresowany i wystraszony dzieciak utworzył na tyle dużą tęczę, że zaczął znikać w jej oparach. Havu zareagował zbyt późno, by go złapać i przytrzymać. Vincent zniknął. Teleportował się i nikt nie wiedział dokąd.
— Widzisz, co zrobiłeś? — Odwrócił się do węża. — Dziecko mi zgubiłeś.
— Przeprassssssszam… — wysyczał. — Ssssssgubił czapkę.
Rzucił na ziemię najzwyklejszą czapkę z daszkiem. Szkoda, że Vincent nawet jej nie ubierze, bo zdążył zniknąć.
— Super — westchnął. — Dzięki. Przekażę mu.
Wąż się ukłonił i wypełznął przez otwarte okno.

────
[732 słowa: Havu otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 25 sierpnia 2026

Od Dahlii CD Chaita — „Haul away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Wzdrygnęła się.
— Jakie potwory, Chait? Zombie? — Próbowała zażartować, choć nie było jej do śmiechu.
W odpowiedzi dostała wzruszenie ramionami.
Spojrzała na swoją część ściany, która już była wyszorowana. Najlepsze za nimi minęło, dalej będzie tylko gorzej. Krople ściekały po ciemnej, chropowatej powierzchni, a bąbelki przesuwały się wraz z nimi. Mogłaby przysiąc, że raz ułożyły się w złośliwy uśmieszek. Wzięła głęboki oddech i kontynuowała.
— Tam są śmieci. Nie zaskoczę cię, będziemy je zbierać. Recyklingować. Kolejne ściany do wyszorowania. A, uważaj, jak tam będziesz szedł. Zerknęłam i jakieś dziecko tam narzygało.
Chait tylko przytaknął. Dahlia była wdzięczna losom za to, że miał duże doświadczenie w pracy z dziećmi. Wiele współpracowników w tym parku miało z tym problem. Zasłaniali się emetofobią, byleby reszta sprzątała za nich. Miała tylko nadzieję, że nie spełnią się jego słowa odnośnie potworów. Szorowanie syfu, bo odrzuciła absztyfikanta z urażonym ego, to jedno. Drugim była walka z tatałajstwem z Tartaru, akurat wtedy, kiedy by nie miała swojej broni. Nie licząc plastikowych pierdółek, które mogły co najwyżej uszkodzić oko. Oraz jej dumę.
Jedyną drogą wyjścia była bramka, otwarta. Raczej nie powinna magicznie się zamknąć. Raczej. Nie miała beefa z żadnym z bogów czy z pomniejszymi popierdółkami, które uprzykrzają życie. Korytarz był przestronny, problem leżał w metalowej rampie, o którą obijali się głowami. I którą też musieli czyścić z wymiocin anonimowego dzieciaka. Gdyby ktoś ich zaatakował, mieliby czystą drogę ucieczki. W dodatku jest dość jasno, a potwory rzadko atakują w biały dzień, przy tłumie. Widocznie i one łatwo się przestymulowały przez jazgoty i krzyki dzieci. Czas wyrzucić z głowy głupie myśli o potencjalnym ataku.
Przez kolejne pół godziny przestrzeń wypełniały odgłosy szorowania. W pewnym momencie było tak cicho, że z nudów przewidywała, czy Chait szoruje w prawo, czy lewo. Przerwa i cichy pomruk sygnalizowały, że natrafił na kawałek ściany, który lekko podpleśniał i odpadał. Oczywiście, że to nie był prawdziwy kamień, tylko jakieś paskudztwo pomalowane żywicą, bo kto by chciał ryzykować pozwami. Czy to od inspektorów, czy wzburzonych rodziców. Barki oraz kolana Dahlii zaczęły boleć, od ciągłego schylania się. Parę razy też uderzyła się w głowę. Przeklinając w głowie potokami, zdecydowała się na przełamanie ciszy.
— Długo już pracujesz?
— Odkąd mam osiemnaście lat. — odpowiedział zdawkowo.
Odgłosy szorowania znowu wypełniły korytarz. Nie zniechęciło to Dahlii, która miała jakieś doświadczenie z tego typu odpowiedziami. Nie dałaby rady zliczyć, ile już próbowała coś wycisnąć z wywiadu, który mógł się zmieścić na paragonie z pomniejszego sklepu.
— A co przed osiemnastką?
Chait w tym momencie zawahał się, zastanawiając się nad odpowiedzią.
— W sumie to nic szczególnego…
Jego wypowiedź nagle przerwał brzdęk. Pochodzący z czeluści. Tej samej, o której mówił Chait.
On automatycznie podniósł mopa, kierując w stronę potencjalnego przeciwnika powierzchnią czyszczącą. Dahlia zasłoniła połowę swojego ciała wózkiem. Kto wie, może butelki z detergentami są dobra amunicją na potwora. Jeszcze by się okazało, że zamiast wydawać kupę kasy na spiż, mogli po prostu rzucać w blemmejów czy erynie kapsułkami do prania. Poza tym miała tylko szczotkę. Bogowie niech będą przeklęci, jeżeli coś ich tutaj zaatakuje. Chyba że zawsze chcieli zobaczyć wyjątkowo umytego stwora.
Dźwięk rozległ się jeszcze parę razy. Brzdęk, klang, klang, dzyń. Tak, jakby garnek spadł.
Spojrzeli na siebie pytająco. W końcu postanowili podejść, krok po kroku, do źródła, ze starannym ominięciem zastygniętej kałuży rzygowin. Może było to idiotyczne, ale to był naturalny dylemat półboga: zobaczyć, jaki to potwór i zostać zjedzonym, albo wybiec z krzykiem w tłum ludzi i zostać uznanym za czubka. Dahlia nie miała ochoty się dobijać nadszarpnięciem statusu wśród współpracowników. Chaitowi też by się to nie uśmiechało, nie podczas pierwszego tygodnia.
— Chyba dawno tu nie sprzątali. — skomentowała Dahlia, kiedy im oczom ujrzała się sterta śmieci.
— Co za niespodzianka. — odmruknął towarzysz niedoli.
Śmieci były specjalnie przesunięte tak, żeby odwiedzający nie byli w stanie tego dostrzec. Gdyby nie okoliczności, narzekałaby na lenistwo oraz kretynizm.
Chait flankował, odsłaniając jak najwięcej światła z reflektorów. Spojrzał na Dahlię pytająco.
— Ja mam tam zajrzeć, rozumiem? — zapytała ze znużeniem.
Zerknął w czeluść ze zwątpieniem.
— No jak nie chcesz, to mogę zobaczyć, co się tam dzieje.
— Dobra, oby to było nic. Żaden potwór, żadne zombie, proszę. — skwitowała.
Oby nikt tutaj nie przyszedł. Wystarczająco by się zapadła pod ziemię, gdyby ktoś ją zobaczył w pozycji obronnej, ze szczotką jako bronią. Albo, co gorsza, uwiecznił w jakimś cholernym Iphone.
Przez chwilę weszła w półmrok. Przypomniała sobie problem z tym korytarzem. Wstepnie „jaskinia” miała mieć więcej komór, w tym siedlisko korsarzy i przemytników. Ucięli później te plany, tłumacząc to brakiem budżetu oraz niedostatecznymi zabezpieczeniami na wypadek ewakuacji czy pożaru. Zostawili parę korytarzy, w tym ten, na wypadek, gdyby plany się zmieniły. Szansa na potwora była wysoka. Jeszcze większa na cholerne śmieci, upchnięte przez człowieka zarabiające psie pieniądze. Z jednej strony rozumiała to, a z drugiej wolałaby naprawdę nie wdeptywać w jakieś gumy do żucia, żelki, czy cholerne wiaderko. Przy ostatnim przedmiocie akurat plułaby sobie potężnie w brodę.
Rozległy się kolejne brzdęki. Jej oczy przyzwyczajały się do półmroku, a sama powstrzymywała się przed odruchowym wycofaniem się. Dopóki nie zlokalizowała źródła problemu. Weszła całkowicie w półmrok i się pochyliła.
— Co tam masz, Dahlia?
Chait widocznie się niecierpliwił, nie mogąc dostrzec, co się tam działo. Dalej trzymał mop w gotowości bojowej.
— Niebezpieczną bestię. — odparła spokojnie.
Skonfundowało go to trochę.
— Jaką?
Rozległo się donośne miauknięcie. Dahlia wychyliła się z ciemności, trzymając w ręce mizernego, brudnego kota. Widocznie nie był zadowolony z nagłego podniesienia, protestował jak mógł. Szczęki zaciskał na jej kciuku, kiedy była okazja.
— No Sfinks to nie jest, na pewno. Chyba tym wiaderkiem przesunęłam parę śmieci i się na niego zawaliły. Lubisz koty? — nie czekała na odpowiedź, złapała kota za skórę szyi i od razu dała Chaitowi potrzymać.
Chait z bliska mógł zobaczyć, że było to kocię. Kocię na etapie radzenia sobie w dorosłym życiu, nie wymagało opieki matki. Bure, z jasnymi oczami, cherlawe, z małym brzuchem. Umorusane w czymś, co przypominało tłuszcz oraz smołę. Dobrze, że trzymał tego kota w rękawiczkach. Płci nie umiał sprecyzować.
— Widocznie szukał tu jedzenia. — mruknął Chait, oglądając zwierza z każdej strony.
— Potwór poskromiony, czas wysprzątać te śmieci. — dodała Dahlia, z nieskrywaną z ulgą.


Chait?
────
[1002 słowa: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

sobota, 22 sierpnia 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Atlas diagnozę ADHD po raz pierwszy usłyszał w podstawówce. Nie miał pojęcia, co to do końca znaczy jeszcze przynajmniej przez kolejnych kilka lat. Miła pani psycholog mówiła mu: „po prostu urodziłeś się trochę inny od innych”. W szkole czasami miał specjalne względy, jak na przykład dłuższy czas na kartkówkach albo ciężkie westchnięcia dyrektora, kiedy znowu sprawił jakiś kłopot, a wychowawczyni wspominała o orzeczeniu.
W Obozie Jupiter dowiedział się, że ADHD było mechanizmem przetrwania półbogów. Dzięki ADHD był w stanie skupić się w ferworze walki z potworami. Jego ciało było nastawione na to, żeby być legionistą, nie na to, żeby ślęczyć w nudnej klasie i słuchać o równaniach diofantycznych.
Teraz pomyślał, że tak naprawdę wszystko sprowadzało się do tego jednego momentu. ADHD nie przygotowało go na przeżycie w półboskim świecie, ADHD zadbało o to, żeby mógł teraz stać jak kołek pośrodku grupki ujadających dzieci i nie wariować. Biorąc pod uwagę to, że jego organizm znajdował się w fazie „walcz lub uciekaj”, w sumie nie różniło się to za dużo od walki z potworami.
Jeden dzieciak mówił coś o orłach, drugi o treningach, trzeci o koniach. Zebulon cały czas kołysał się w miejscu i szarpał za rękę kolegi. Jessica zaczęła pociągać nosem. Brian chciał kanapkę z masłem orzechowym i dżemem, ale dżem koniecznie musiał być taki, jaki zawsze dawał mu tata, bo żadnego innego nie lubił. Arisu wydała swoje polecenie. Zebulon robił do koleżanki niezidentyfikowane miny i Atlas zastawił mu usta ręką, tylko po to, żeby poczuć, jak chłopiec liże mu dłoń. Włożył całą siłę woli w to, żeby nie zacząć krzyczeć, bo przypomniał sobie o wszystkich niezidentyfikowanych przedmiotach lizanych i zjadanych przez dzieci, jako przykład mając w głowie wizję glutów.
Jeszcze raz, wróć. Arisu wydała polecenie. „Wiesz, jak poruszać się po obozie, żeby unikać ludzi i obowiązków”. Czy to był komplement? Zależy, od której strony miał to interpretować i czego akurat dotyczyła sytuacja. W normalnych warunkach ze strony Arisu to byłaby złośliwa uwaga, w tym przypadku nawet brzmiało jak komplement. „Więc znajdź nam taką trasę, żebyśmy mogli sprawdzić teren najbardziej po cichu, jak się da”. Polecenie. Powierzyła mu zrobienie czegoś. Czegoś innego niż sprzątanie, tynkowanie dziur albo siedzenie cicho, żeby jej nie wkurwiać.
Małe uczucie dumy, że został jakkolwiek pochwalony przez dziewczynę, szybko zostało zdeptane przez coś, czego Atlas nienawidził absolutnie najbardziej, a była to presja i poczucie obowiązku. Arisu powierzyła mu zadanie, ODPOWIEDZIALNE zadanie, którego nie mógł spieprzyć, a co gorsza, nie mógł się nawet skutecznie od niego wymigać. Nie miał nawet kilku dni roboczych, żeby przetrawić sam fakt, że musi coś zrobić i przygotować się na to psychicznie (albo znaleźć powód, żeby od tego uciec).
Przecież sam wcześniej sugerował jej, że jest dzieckiem boga podróży i (prawie) niezawodną orientację w terenie miał wbudowaną w procesor. Wiedział, że pod ich stopami jest system tuneli. Jeśli zignorowałby fakt, że mogli poruszać się nimi wyłącznie pretorzy, to z całą pewnością wiedziałby, w którą stronę skręcić.
— Wiesz, że bardzo ci się nie spodoba mój pomysł, prawda?
To było pytanie retoryczne. Nawet najlepszy pomysł na świecie nie spodobałby się Arisu, gdyby został wymyślony przez Atlasa, a ten konkretny już z całą pewnością nie zaliczał się do najlepszych.

Zaletą obecności dzieci było to, że Arisu nie mogła publicznie zlinczować Atlasa. Gdyby wykrzyczała wszystko to, co mamrotała pod nosem, najprawdopodobniej wyrządziłaby nieodwracalną szkodę w ich małych, plastycznych umysłach. Nie mogła nawet szczególnie mocno sprzeczać się, że to zły pomysł i w ogóle to czy jego pojebało, bo nie mogli zdradzić przed dziećmi, że to nie jest element wycieczki.
Zebrali się jak najbliżej siebie. Atlas włączył mechanizm naścienny i tunel rozjaśnił słaby ogień ułożonych kolejno pochodni.
Tak, mieli przejebane, jeśli ktoś by ich zobaczył, to czekało ich wydalenie z obozu, publiczna egzekucja, bla, bla, bla, nie trzeba było się dodatkowo powtarzać. Mimo wszystko Atlas uznał włamanie się do podziemnych tuneli za jedną z bezpieczniejszych dla nich opcji. Bezpieczniejszą, niż paradowanie na widoku Obozu Jupiter z gromadką rozwrzeszczanych dzieci, to na pewno. Nawet rozwrzeszczenie nie stanowiło już problemu, bo dzieci były zbyt wystraszone panującą dookoła ciemnością i pająkami wielkości ich głowy, żeby piszczeć im nad uchem o kanapce z masłem orzechowym i dżemem.
— Nikt tu nie ma wstępu — próbował udobruchać Arisu Atlas.
— Och, doprawdy? — syknęła na niego.
Ich obecność była swoistym zaprzeczeniem.
— Nikt oprócz pretorów. — Atlas tylko się pogrążał. — …i kogoś, kto potrafi otwierać magicznie zaklęte zamki.
Pomachał jej palcami przed twarzą, podkreślając, że chodzi mu o niego samego. Wydawała się tylko bardziej wkurzona.
— Pretorzy chodzą tędy, żeby szybko się przemieścić z punktu A do punktu B. Poza tym to droga ucieczki w razie gdyby obóz był pod atakiem.
— Boję się ciemności — załkała Jessica, przerywając im sprzeczkę. W nikłym blasku pochodni Atlas dostrzegł, jak po zaczerwienionych policzkach spływają jej łzy. Łkanie przerwała tylko na pociągnięcie nosem.
Jej strach udzielał się pozostałym dzieciom. Wszystkie miały oczy szerokie jak spodki. Brian trząsł się jak osika. Nawet Zebulon przestał się wiercić, chociaż wciąż rozglądał się bacznie z zaciekawieniem i jako jedyny nie wydawał się na skraju płaczu.
— Gdzie idziemy? — zapytał Kalel, wlepiając swoje szczenięce spojrzenie w Atlasa i Arisu. Wciąż ściskał dłoń Zebulona.
— To droga na skróty — wytłumaczył Atlas. W teorii nikogo nie okłamał. — Sprawdzimy wszystko po kolei. Stajnie, orły, treningi…
— Łaźnie też? — zapytał z nadzieją Brian.
Atlas miał nadzieję, że nie, bo Kailey powita ich z otwartymi ramionami od razu po przejściu pierwszego włazu i wcale nie będą musieli iść już dalej.
— Zobaczymy.
W oczach dziecka było to równoznaczne ze zgodą, więc niektóre z dzieciaków rozbudziły się nieco. Atlas chyba wolał je kompletnie zastraszone.
— A będziemy mogli wejść do basenu?
— Nie mam kostiumu kąpielowego — powiedziała Bailey zawiedziona.
Atlas pociągnął Arisu za rękaw i pokazał jej palcem pierwszy właz kilka metrów dalej. Długa drabina wspinała się po ścianie i prowadziła do klapy z cesarskiego złota.
— To powinno być wyjście do zbrojowni. Wszystkie wyjścia są zamknięte magicznie, ale powinienem umieć je otworzyć.
Pojawiało się kilka ważniejszych pytań. Na przykład to, czy powinni wyjść wszystkimi dziećmi. Może lepiej by było, żeby Atlas szybko sprawdził teren, a reszta została w dole? Poza tym umieszczanie Zebulona w okolicach prawdziwych mieczy i łuków mogło nie być najlepszym pomysłem. Walker spojrzał na Arisu, licząc, że to ona przejmie dowodzenie. Jego działka polegała na tym, żeby przeprowadzić ich przez Obóz Jupiter w miarę sekretnie, nie mógł brać też ewentualnej odpowiedzialności za ucięte paluszki.


Arisu?
────
[1045 słów: Atlas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]