niedziela, 2 sierpnia 2026

Od Kala CD Elianne — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA V

Florence ma talent do sprawiania, że Kal czuje się niekomfortowo, gdy ona tylko się odezwie. Wewnątrz brzucha wszystkie organy mu się skręcają, gdy obserwuje jej styl bycia, który równie dobrze mógłby opisać emotką =D (rysowałby ją na cienkim papierze nienastruganym ołówkiem, tak mocno przyciskając go do kartki, że przebiłby się na drugą stronę). Chciałby wiedzieć, z czym dokładnie ma problem. Z jej słodkim głosem, zdrabnianiem słów, byciem po prostu miłą kobietą? Jest coś w jej osobie, co mu tak nie pasuje, że chciałby już więcej jej nie zobaczyć, ale równocześnie wie, że tak naprawdę Florence jest najlepszą osobą, jaką mógł wybrać jego ojciec. Może dlatego, że nie przestraszyły jej dziwne opowieści o obozach przetrwania i bogach. Może dlatego, że ciągle próbuje przesyłać mu wiadomości, rozmawiając z gołębiami. Może dlatego, że już kolejny miesiąc kłóci się z ojcem Kala o to, że młody człowiek jak on powinien mieć własny telefon już od kilku dobrych lat.
Wciąż. Nie lubi przebywać z nią sam na sam. Woli żyć obok niej, szybko przemykając między kuchnią lub łazienką a swoim pokojem, starając się wybierać momenty, w których nie ma jej w żadnym z tych miejsc ANI w korytarzu. Tak samo robi z ojcem już od lat – on nauczył się, że jego syn nie należy do najbardziej rozmownych ludzi, więc nawet gdy dostrzega skradającego się korytarzem chłopaka, nie zaczyna rozmowy. Florence za to zawsze ma coś do powiedzenia i jej próby rozpoczęcia dyskusji przyprawiają Kala o bóle głowy.
Z bólem serca pije herbatę, która rzeczywiście jest jego ulubioną. Co do takich rzeczy, Florence ma niezawodną pamięć (kolejny powód do nienawidzenia jej). Sytuacja, w której znajduje się wraz z Elianne, wywołuje w nim przytłaczające uczucie niepokoju i wstydu, napływającego falą wielkości tsunami, gdy tylko otwierają się drzwi i kolejny zaskoczony klient widzi dwójkę nastolatków na randce w piekarni, w której zazwyczaj nikt nie zatrzymuje się na dłużej niz na pogawędkę z miłą ekspedientką.
Odkłada pusty kubek, który śmieje się z niego napisem o przechodzeniu przez piekło. Zdecydowanie przez coś takiego właśnie przechodzi. Czując na sobie wzrok ludzi, którzy prawdopodobnie wcale na niego nie patrzą, bezmyślnie skubie skórki przy paznokciach, niecierpliwie czekając, aż Elianne wreszcie skończy ten przeklęty sernik.
– Właśnie, Kal, słońce! – Chłopak wzdryga się, gdy Florence znowu pojawia się przy stoliku, tym razem ściskając sporej wielkości torbę. – Jak ostatnio byłam na mieście, to kupiłam dla ciebie parę rzeczy – mówi, mrugając okiem, jakby to był jakiś ich mały sekret. Tak właściwie, to Kal nie ma najmniejszego pojęcia, co jest w tej torbie. – Miałam ci wysyłać zdjęcia i pytać, czy na pewno chcesz, haha. Zapomniałam, że musiałabym je przesłać listowo.
– Nie trzeba było – mamrocze Kal. Mimo tego wyciąga dłoń po torbę, żeby przynajmniej zniknąć stąd szybciej i nie spędzać cennych minut na kłóceniu się, że przecież nie musi mu niczego kupować i chyba jest jakaś nienormalna, skoro to robi.
– Daj mi znać, czy ci się spodobają! Jak nie, to coś się poradzi, więc nie wstydź się powiedzieć, że ci się nie pasują! – Z szerokim uśmiechem poklepuje Kala po głowie, a on jest za wolny, żeby się w porę odsunąć.
– Super – stwierdza chłopak i każdy z minimalną umiejętnością odczytywania tonu czyjejś wypowiedzi może domyślić się, że wcale nie jest super. Kal momentalnie podnosi się z krzesła i trochę zbyt gwałtownie ciągnie za sobą Elianne, która wolną ręką musi podtrzymać krzesło, żeby się nie wywróciło. – To pa.
– Do widzenia – Eli macha Florence na pożegnanie. – Sernik był naprawdę pyszny! Herbata też!
– Wstąpcie jeszcze kiedyś!
Gdy zamykają się za nimi drzwi piekarni i wraz z nimi uderza ich w twarze bezlitostny wiatr, o którym Kal już zdążył zapomnieć. Psuje mu to humor jeszcze bardziej. Puszcza dłoń Elianne, żeby założyć kaptur i już nie łapie jej z powrotem, tylko chowa zacisniętą pięść do kieszeni. Torba od Florence jest dziwnie ciężka, pewnie wypchana po brzegi jakimiś badziewiami, które jej się z Kalem skojarzyły, i teraz przy każdym kroku obija się o jego nogi, bo nawet nie da się jej normalnie nieść. Jej uszy wbijają się w jego palce, a on, gdyby był odrobinę bardziej niewdzięczny i bez sumienia, zacząłby szukać jakiegoś odpowiednio dużego i niestrzezonego kontenera na śmieci, żeby pozbyć się niechcianego prezentu. Na całe szczęście ma w sobie za duże tendencje do odczuwania nadmiernego poczucia winy, żeby coś takiego zrobić.
– Lakier do włosów, ta? Czy to była wymówka, żeby szybciej się od niej uwolnić? – pyta Elianne, próbując dać jej do zrozumienia, że nie ma ochoty na dalsze chodzenie po sklepach. Do których ona i tak go zaciągnie, jeśli będzie wystarczająco chciała, więc jego sprzeciw zupełnie nie ma sensu. Zerka na dziewczynę przez futrzaną krawędź kaptura i wreszcie lituje się nad nią na tyle, żeby znowu złapać ją za rękę, po czym natychmiast odwrócić wzrok.
Zaczyna się zastanawiać, czy ona kiedykolwiek użyła lakieru do włosów.


Elianne?
────
[790 słów: Kal otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Judasa do Havu — ,,Mary On A Cross”

Oczywiście, że nie mogło być zbyt długo spokojnie.
Judas zdążył zapomnieć, że gdy życie wydaje się w pewnej chwili piękne, to zaraz przyjdzie tornado, które zmiecie wszystko to z powierzchni ziemi. Z drugiej strony, mógł zacząć patrzeć na świat przez różowe okulary, bo już nie miewał problemów ze znikającym dzieckiem, potworami goniącymi go po uliczkach san Francisco czy próbującym zabić go mężczyzną (półbogiem) z piłą łańcuchową. Nawet nie napotykały go żadne sytuacje związane ze zmarłymi, a to już było coś. Mógłby polecieć na wakacje, rozłożyć się na hamaku w jakimś ciepłym kraju z książką i zapomnieć o wszystkim, co go otacza, bo w końcu zaczął mieć spokojny żywot (może to była kwestia tego, w jakim wieku już jest).
Havu nie spędzał z nim aż tyle czasu, jakby on chciał, ale może była to kwestia tego, że bywał w pracy po kilkanaście godzin, a nie mógł zakazać mu pracować. Denerwował się, gdy nie widywali się codziennie, a sama myśl o tym, że nie wie, co robi mężczyzna, doprowadzała go do szału. Dopiero gdy był z nim, galopujące myśli się zatrzymywały, napięcie z niego spływało jak gorąca woda — w innym razie tylko czekał, aż znowu się zobaczą i nawet udzielając mszy, zdecydowanie nie skupiał się na jej treści. Czy był zdradliwy wobec swojego Pana? Może trochę. A może bardzo. W końcu postawił tego mężczyznę ponad wszystko, nawet ponad własne życie i zrobiłby wszystko, co jest w stanie, aby zatrzymać go przy sobie.
Przychodził do niego z kwiatami, ze słodkościami, a Havu uśmiechał się, odbierał prezent i czasem nawet się czerwienił i całował w polik. Zdarzyło się im parę razy wyjść, na kawę czy na piwo, po którym wracali do domu jednego z nich i zaczynali się całować, a nawet dotykać, ale nie dochodziło do niczego więcej, bo rudowłosy w porę się opamiętywał, gwałtownie odpychał drugiego i po długim prysznicu szedł spać. Ale to wszystko było okej, choć Judas coraz bardziej się frustrował i powstrzymywał przed wybuchem. Tak samo wtedy, gdy Havu odmawiał mu spotkań albo wychodził z kimś innym. Nienawidził czuć się odrzucony — miał wrażenie, że nie jest dla niego aż tak ważny i ta myśl siedziała mu nieustannie z tyłu głowy. Zdarzyło się, że ksiądz obraził się na niego na parę dni, nagle się denerwował i zmieniał kompletnie humor, krzyknął w twarz albo wypowiedział dużo niemiłych słów. Nie powinien taki być, prawda? Ale to chyba było normalne, co nie? To normalne w każdej relacji. To normalne w przyjaźni, szczególnie tak długiej i głębokiej.
Poszli razem do sklepów, a potem coś zjeść. Usiedli przy stoliku na uboczu, nie odzywając się do siebie w pierwszej chwili. Havu siorbał swojego shake’a, patrząc na innych ludzi. Wyglądał w ostatnich dniach, jakby nie czesał się od miesiąca i nie chciało mu się ubierać w nic wytwornego. Judas nie pytał o to. Nie pytał też o swoje podejrzenie, że rudowłosy trochę schudł i wydawał się jeszcze bardziej blady niż zwykle, a o to było i tak dość trudno.
— Wiesz co — zaczął — mam zaproszenie i chcę, żebyś poszedł ze mną.
— Gdzie?
— Eee… tak jakby — westchnął. — Poznasz moją rodzinę. Powiedzmy.
— Że. Co.
Zdębiał, otwierając szeroko oczy.
— Może nie, że poznasz… Znaczy, w pewnym sensie tak. — Uśmiechnął się niezręcznie. — Ale nie w takim sensie, jakim myślisz.
Czuł się durnie i przebierał pod stolikiem nogami. Nie wiedział nawet, jak brzmią takie słowa wypowiedziane z jego ust i co może czuć Havu — pewne było, że nie wyglądał na chętnego. Czekał, aż Judas powie coś więcej, ale ten tylko wykrzywiał dalej wargi, oczekując na jego kolejną reakcję.
— Ale po co, mam tam być, do cholery?
— Moja rodzina wyprawia… coś.
— I czemu ja mam tam być? — wypalił z parsknięciem.
— A nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Dla zabawy. Nie chcesz najeść się i napić za darmo?
— Nie wiem, czy w takich warunkach — odparł. — I jako kto tam będę? Bo chyba nie twój…
Zamilkł. Po krótkiej ciszy odwrócił głowę i podparł ją o dłoń.
— Powiedzmy, że to skomplikowane.
Stwierdził to, jakby właśnie ustawił taki status ich związku na facebooku, a jednak te słowa były dość jednoznaczne. Gdy mężczyzna przychodzi jako osoba towarzysząca drugiego mężczyzny na jakiekolwiek spotkanie rodzinne osób, których ten w ogóle nie zna, raczej rzadko się myśli, że to tylko kolega. Bo kto, jako osoba płci męskiej, zabiera zwykłego kolegę ot tak na wydarzenia, typu, przykładowo, wesele? Jeśli z nim pójdzie, osoby tam mogą w pierwszej chwili pomyśleć, że są kimś więcej, niż tylko kolegami.
— Myślałem, że nie masz kontaktu z rodziną.
Zmarszczył się i westchnął, jakby Havu właśnie go obraził. Nie mogąc znaleźć w sobie słów na to, zamilkł i znowu poczuł, że spotyka się z odrzuceniem, że drugi mężczyzna nie chce się z nim pokazywać, choć było to absurdalne, bo miał prawo po prostu nie chcieć widzieć jego rodziny. Ta propozycja sama w sobie była przecież absurdalna. Zdusił w sobie emocje, wytykając sobie w duszy własny anty-racjonalizm.
— Nie mam. Sądzą, że wypada mnie zapraszać na imprezy.
Pokiwał głową w odpowiedzi, a Judas poczuł się głupio, że przeszło mu przez głowę, aby zapraszać Havu. Jednak czułby się jeszcze bardziej głupio, idąc tam samemu, siedząc samemu ze swoimi rodzicami i bratem, starając się nie zabić ich spojrzeniem. Jakiekolwiek towarzystwo mu się przyda, a nie ma nikogo innego, kogo mógłby zabrać. Może myślał egoistycznie (to było bardzo… prawdopodobne).

 
Havu?
────
[872 słowa: Judas otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 1 sierpnia 2026

Od Arisu CD Lynn — „Szósty lipiec”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Arisu miała ochotę pokręcić bardzo gwałtownie głową, oburzając się i krzycząc, bo przecież oczywiście, że nie wynikało z jej winy. To była w pełni wina Shayela, tylko i wyłącznie. Może powinna wykrzyczeć, że przecież ją porzucił – dokładnie wszystko to, o czym myślała od początku przyjścia na cmentarz i co powtarzała sobie tak często, że jakiś czas naprawdę w to wierzyła. Że jest dupkiem, że łamie obietnice, że chociaż dalej żył, to równie dobrze mógłby być martwy, bo nie zrobiłoby jej to zupełnie żadnej różnicy.
Ale nie mogła tego zrobić. Nie w tych okolicznościach, nie przy tej kobiecie, ani w ogóle nigdy, bo takie zachowanie nie było godne kapitana statku, podróżnika, walczącego z potworami półboga, eksperta w kusznictwie i innych tytułów, do których dążyła, albo które przypisywali jej inni, nie zawsze zgodnie z jej wolą. Siedząca obok niej kobieta cierpiała, bo straciła brata, a Arisu zachowywała się jak gówniara, trzymając urazę sprzed lat.
Tę myśl odrzuciła jednak równie szybko. Shayel zasługiwał na każdą negatywną uwagę, to nie ulegało wątpliwości. Zmuszał ją do tego, by w kółko, ciągle i ciągle od nowa analizowała to samo, chociaż miała tego już zdecydowanie dość. Od kiedy wrócił, myślała o tym wszystkim jeszcze częściej, a teraz osiągało to już szczyt, którego nie chciała zdobyć.
– Mój brat… – zaczęła, chociaż dalej nie do końca wiedziała, co powinna powiedzieć. W końcu westchnęła z rezygnacją. – Znaczy, przyrodni brat. Jest śmiertelnikiem – wyjaśniła w końcu, splatając dłonie na kolanach.
I znowu na sekundę zamilkła, wpatrując się w coś przed sobą. Już nie w grób, nawet nie w coś konkretnego. Nie wiedziała, czy powinna nawiązać kontakt wzrokowy z kobietą, czy może jednak nie był to dobry pomysł. Chyba wolała, gdy rozmawiały tylko o niej, o obwinianiu się i przeżywaniu żałoby. Może nigdy nie powinna była mieszać w to wszystko Shayela.
Teraz musiała jakoś to wszystko wyjaśnić. Nie mogła zakończyć na tym głupim zdaniu, jakby wyjaśniało cały sens konfliktu, zrozumienia, o którym wcześniej tak bezsensownie palnęła, czy w ogóle egzystencji Arisu i jej brata.
– Nasz kontakt urwał się, kiedy zostawił mnie pod opieką Obozu Jupiter – powiedziała w końcu, bo przecież nie było to kłamstwo. Nie musiała od razu mówić całej prawdy. – On dużo wyjeżdża i podróżuje, praktycznie nie ma miejsca, w którym zatrzymałby się dłużej.
Nie wspomniała o tym, że do niej pisał i że to ona nigdy nie chciała utrzymać żadnej formy kontaktu, nawet jeśli mieli taką opcję. Nie chciała mówić o tym, jak okropnie poczuła się zraniona lata temu, bo przecież miała piętnaście lat i uważała się za bardzo dorosłą i do dzisiaj nie powiedziała Shayelowi wprost, że dalej chciałaby z nim podróżować, zadając tylko ogólne pytania i udając grzeczne, ale sztuczne zainteresowanie jego historiami. Nigdy nie przyznałaby, że jeszcze wchodząc na teren cmentarza myślała o tym, co może mu opowiedzieć, zupełnie jakby chciała mu zaimponować.
Może wcale nie była dojrzała bardziej niż te sześć lat temu.
– Więc… Nie wydaje mi się, by cokolwiek wynikało z mojej winy – kontynuowała, doskonale wiedząc, że obiektywnie może to być kłamstwo.
Zerknęła kątem oka na kobietę, która dalej pozwalała jej mówić. Arisu nie rozumiała, czemu. Przecież nic, co mówiła, nie miało tak naprawdę żadnego znaczenia. Shayel żył, po prostu unikali kontaktu. Byli w lepszej sytuacji od niej.
– Nie wiem, czy powinnaś się dręczyć – zmieniła temat, a przynajmniej odsunęła rozmowę od samej siebie. – Znaczy… Czy to ci pomaga?
Wątpiła, by pomagało. Nie mogła mówić z czystego doświadczenia, ale wiedziała, że jej własna złość nigdy jej nie pomogła. Nieważne, jak długo sobie to wmawiała, to nigdy niczego nie zmieniło.
W końcu spojrzała na kobietę pewnie, odwracając do niej głowę.
– Nie musisz się dręczyć, by o nim pamiętać, prawda?


Lynn?
────
[600 słów: Arisu otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Apollodorosa CD Chaita — „Nowojorski kryzys mieszkaniowy”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nie mógł przestać myśleć o tych durnych szczurach całą zmianę. Jeśli mieliby je wybić, to muszą znaleźć wtedy absolutnie wszystkie, co do każdego okazu. Co, jednak jeśli to nie jest problem tylko w ich bloku? Wrócą z jakiegoś… Nie wiedziało, jak miałyby się przedostać, ale z jego doświadczenia istoty głodne na półbogów, były zadziwiająco zdolne do znalezienia sobie drogi, jeśli tego wymagała sytuacja. Muszą mieć jednak jakiś plan z Chaitem na to wszystko... po prostu muszą.
No i Apollodoros nie może być ciężarem dla współlokatora ze swoimi wyobrażeniami najgorszej sytuacji. Musi być teraz wsparciem, podtrzymywać promienie słoneczne i ich morale, jak najdłużej. Chait ma za wiele problemów, żeby zrzucać na niego dbanie o ich nastroje. Nie wypił herbaty (nie, że Doros swoją wypił, ale to inna sprawa). Siedzieli w tej ciszy tak długo, że za oknem ptaki się zdążyły rozwrzeszczeć minimum pięć razy.
Wmusiło w siebie posiłki w pracy przez zaciśnięte gardło na samo wspomnienie tego obrzydliwego, zatęchłego zapachu, który unosił się od tych… bestii. Z tego, co rozumie, to gryzonie raczej dbają o swoją higienę, te normalne w sensie. Do tego każdy zbyt głośny dźwięk szuranych o linoleum krzeseł przypominało jeno piski oraz syki z walki. Przejdzie mu, zawsze mu przecież przechodzi… prawda? Czas leczy rany i takie tam…
Mają czekać, aż kolejne ogłoszenia o szczurach się pojawią? Szukać w tym czasie informacji? Poza tym jednym mitem, o którym wspomniał kiedyś, nie mieli więcej informacji. Taka gorgona? Harpie? Klasyki, prawie każdy półbóg miał przynajmniej raz z nimi w jakiejś formie doświadczenie. Te… istoty? Po raz pierwszy dla nich. Ten temat nasilił się zwłaszcza, pod koniec zmiany oraz w trakcie powrotu komunikacją miejską.
Wydają się działać w sporej części zespołowo, więc nawet jeśli jeden osobnik na raz dla dwójki nie byłby problemem, to ich stadu już będzie stanowiło trudność. Już pomijając, że nie mają bladego pojęcia, czy ugryzienie nie skończy się kompletnie im nieznaną infekcją. Jeszcze pół biedy jakby to była wścieklizna czy coś innego z ugryzień dzikich zwierząt znanych ludziom. Nakłamią, że jakiś obcy pies? W szpitalu wmówi się, że cokolwiek, co gryzie w Nowym Jorku lub okolicach ich napadło w trakcie łażenia gdzieś w zalesionych terenach. Zapłacą strasznie, ale zadziała. Gorzej, jeśli to coś mało znanego przeciętnym lekarzom, a jego umiejętności medyczne nie zadziałają…
Wzięło głębokie oddechy przecznicę od ich bloku… Da radę. Rudzielec wszedł w swoją personę z kategorii „wsparcie dla bliskich” dosyć szybko. W bloku chodził jak najciszej po schodach. Częściowo dlatego, że było już po ciszy nocnej, oraz by nasłuchiwać podejrzanych szmerów w rurach. Zastało przyjaciela nad ledwo nadgryzioną kanapką w ich kuchni. Bez herbaty ani niczego, po prostu kanapka na pierwszym lepszym talerzyku z szafki, dwa czy trzy kęsy wzięte. Chait wyglądał na zmęczonego bardziej niż zwykle.
— Hej — To samo powitanie padło z ich ust w tym samym czasie, ciche, ledwo ponad szeptem.
— Musimy zaczekać…tak czy siak, co nie? Ty masz niedługo te festiwale, ja sporo dwunastogodzinnych zbyt blisko siebie. Wypadałoby zebrać jakieś zapasy, potrenować, cokolwiek, strategia. Jeśli znajdziemy o nich więcej informacji, to lepiej, ale bez nastawiania się. Chociaż po twojej minie zakładam, że to jest oczywiste. — Kręciło się po kuchni jak zwykle. Musi pójść na łucznicę jak najszybciej, po chwilę spokoju ducha.
— Czasami trzeba powiedzieć oczywiste, nie przejmuj się. — Chait wzruszył ramionami. — Zawsze możemy też podłożyć trutki, z nadzieją, że może któraś w tym czasie zadziała. — Apollodoros zauważył, jak współlokator klepie się po kieszeniach, w typowym geście palacza szukającego fajki oraz zapalniczki.
— Zaraz wrócę, okej? Nie miałem okazji w drodze z roboty. — Szatyn mruknął, wychodząc na te ikoniczne rusztowania schodów w razie pożaru. Minęło pewnie maksymalnie dziesięć minut, ale kakofonia stęknięć, pisknięć, szeptów i innych odgłosów budynku pełnego życia przeciągała się w nieskończoność.
Ledwo rozmawiali nad kolacją, po niej, czy słuchając dudnienia koncertu? Albo meczu ileś ulic od nich. Rano pewnie wstaną, znowu zjedzą w niezręcznym napięciu, bo żadne z nich nie otworzy się na szczerość, oni tacy nie są. Nie wpadną w pełni w codzienną rutynę, tylko w jej cień przeszyty paranoją o każdy najmniejszy podejrzany sygnał, który dojdzie do ich zmysłów. Nieważne czy tutaj, w ich ciasnej kawalerce, czy poza nią.


Chait?
────
[682 słowa: Apollodoros otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]