WIOSNA V
Florence ma talent do sprawiania, że Kal czuje się niekomfortowo, gdy ona tylko się odezwie. Wewnątrz brzucha wszystkie organy mu się skręcają, gdy obserwuje jej styl bycia, który równie dobrze mógłby opisać emotką =D (rysowałby ją na cienkim papierze nienastruganym ołówkiem, tak mocno przyciskając go do kartki, że przebiłby się na drugą stronę). Chciałby wiedzieć, z czym dokładnie ma problem. Z jej słodkim głosem, zdrabnianiem słów, byciem po prostu miłą kobietą? Jest coś w jej osobie, co mu tak nie pasuje, że chciałby już więcej jej nie zobaczyć, ale równocześnie wie, że tak naprawdę Florence jest najlepszą osobą, jaką mógł wybrać jego ojciec. Może dlatego, że nie przestraszyły jej dziwne opowieści o obozach przetrwania i bogach. Może dlatego, że ciągle próbuje przesyłać mu wiadomości, rozmawiając z gołębiami. Może dlatego, że już kolejny miesiąc kłóci się z ojcem Kala o to, że młody człowiek jak on powinien mieć własny telefon już od kilku dobrych lat.
Wciąż. Nie lubi przebywać z nią sam na sam. Woli żyć obok niej, szybko przemykając między kuchnią lub łazienką a swoim pokojem, starając się wybierać momenty, w których nie ma jej w żadnym z tych miejsc ANI w korytarzu. Tak samo robi z ojcem już od lat – on nauczył się, że jego syn nie należy do najbardziej rozmownych ludzi, więc nawet gdy dostrzega skradającego się korytarzem chłopaka, nie zaczyna rozmowy. Florence za to zawsze ma coś do powiedzenia i jej próby rozpoczęcia dyskusji przyprawiają Kala o bóle głowy.
Z bólem serca pije herbatę, która rzeczywiście jest jego ulubioną. Co do takich rzeczy, Florence ma niezawodną pamięć (kolejny powód do nienawidzenia jej). Sytuacja, w której znajduje się wraz z Elianne, wywołuje w nim przytłaczające uczucie niepokoju i wstydu, napływającego falą wielkości tsunami, gdy tylko otwierają się drzwi i kolejny zaskoczony klient widzi dwójkę nastolatków na randce w piekarni, w której zazwyczaj nikt nie zatrzymuje się na dłużej niz na pogawędkę z miłą ekspedientką.
Odkłada pusty kubek, który śmieje się z niego napisem o przechodzeniu przez piekło. Zdecydowanie przez coś takiego właśnie przechodzi. Czując na sobie wzrok ludzi, którzy prawdopodobnie wcale na niego nie patrzą, bezmyślnie skubie skórki przy paznokciach, niecierpliwie czekając, aż Elianne wreszcie skończy ten przeklęty sernik.
– Właśnie, Kal, słońce! – Chłopak wzdryga się, gdy Florence znowu pojawia się przy stoliku, tym razem ściskając sporej wielkości torbę. – Jak ostatnio byłam na mieście, to kupiłam dla ciebie parę rzeczy – mówi, mrugając okiem, jakby to był jakiś ich mały sekret. Tak właściwie, to Kal nie ma najmniejszego pojęcia, co jest w tej torbie. – Miałam ci wysyłać zdjęcia i pytać, czy na pewno chcesz, haha. Zapomniałam, że musiałabym je przesłać listowo.
– Nie trzeba było – mamrocze Kal. Mimo tego wyciąga dłoń po torbę, żeby przynajmniej zniknąć stąd szybciej i nie spędzać cennych minut na kłóceniu się, że przecież nie musi mu niczego kupować i chyba jest jakaś nienormalna, skoro to robi.
– Daj mi znać, czy ci się spodobają! Jak nie, to coś się poradzi, więc nie wstydź się powiedzieć, że ci się nie pasują! – Z szerokim uśmiechem poklepuje Kala po głowie, a on jest za wolny, żeby się w porę odsunąć.
– Super – stwierdza chłopak i każdy z minimalną umiejętnością odczytywania tonu czyjejś wypowiedzi może domyślić się, że wcale nie jest super. Kal momentalnie podnosi się z krzesła i trochę zbyt gwałtownie ciągnie za sobą Elianne, która wolną ręką musi podtrzymać krzesło, żeby się nie wywróciło. – To pa.
– Do widzenia – Eli macha Florence na pożegnanie. – Sernik był naprawdę pyszny! Herbata też!
– Wstąpcie jeszcze kiedyś!
Gdy zamykają się za nimi drzwi piekarni i wraz z nimi uderza ich w twarze bezlitostny wiatr, o którym Kal już zdążył zapomnieć. Psuje mu to humor jeszcze bardziej. Puszcza dłoń Elianne, żeby założyć kaptur i już nie łapie jej z powrotem, tylko chowa zacisniętą pięść do kieszeni. Torba od Florence jest dziwnie ciężka, pewnie wypchana po brzegi jakimiś badziewiami, które jej się z Kalem skojarzyły, i teraz przy każdym kroku obija się o jego nogi, bo nawet nie da się jej normalnie nieść. Jej uszy wbijają się w jego palce, a on, gdyby był odrobinę bardziej niewdzięczny i bez sumienia, zacząłby szukać jakiegoś odpowiednio dużego i niestrzezonego kontenera na śmieci, żeby pozbyć się niechcianego prezentu. Na całe szczęście ma w sobie za duże tendencje do odczuwania nadmiernego poczucia winy, żeby coś takiego zrobić.
– Lakier do włosów, ta? Czy to była wymówka, żeby szybciej się od niej uwolnić? – pyta Elianne, próbując dać jej do zrozumienia, że nie ma ochoty na dalsze chodzenie po sklepach. Do których ona i tak go zaciągnie, jeśli będzie wystarczająco chciała, więc jego sprzeciw zupełnie nie ma sensu. Zerka na dziewczynę przez futrzaną krawędź kaptura i wreszcie lituje się nad nią na tyle, żeby znowu złapać ją za rękę, po czym natychmiast odwrócić wzrok.
Zaczyna się zastanawiać, czy ona kiedykolwiek użyła lakieru do włosów.
────
[790 słów: Kal otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]