Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorian Walsh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorian Walsh. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 marca 2026

Od Doriana CD Kurta i Edel — „Serve the servants”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, rok temu

Dorian poczuł się zdradzony przez własnego brata. Był święcie przekonany, że razem pozbędą się centurionki i wrócą do obozu razem. Tymczasem Kurt działał za jego plecami. Gdyby nie było tak gorąco i nieznośnie duszno, to z pewnością rzuciłby się na brata z pięściami.
Chłopak poklepał psa po boku. Nie chciał go budzić, ale nie miał już wyboru — albo obudzi psa i pójdzie z Edel oraz Kurtem, albo zostanie na tej pustyni sam bez kropli wody. Przed oczami widział jeszcze wkurwionego Vergila, który za karę karze mu myć osrane kible szczoteczką do zębów — albo gorzej — patyczkiem kosmetycznym. Takim, któremu został jeden włosek bawełny.
Terminator mlasnął i otworzył ociężale oczy. Wyglądał jak styrany życiem nastolatek, który zaczął uczyć się do matury tydzień przed i nie mógł pozwolić sobie na sen.
— Jak się czujesz, piesku? — Dorian czule pogłaskał stwora po wielkiej głowie. Tylko wobec niego czuł takie pozytywne emocje w tej sytuacji. Kurt i Edel wkurwiali go samym swoim istnieniem. — Dasz radę wstać?
Terminator poruszył ogonem. Zamiótł w ten sposób kupkę piachu prosto pod nogi Edel.
— Chodźmy stąd — poleciła spokojnie centurionka. Dorian znowu poczuł tę samą złość, ale tym razem nie pozwolił sobie na odpyskowanie. Zasychało mu w gardle od tej duszności. Jeszcze trochę, a straci całkiem głos. — Myślę, że na południe stąd ciągnie się droga. Powinniśmy tam złapać jakąś ciężarówkę.
 
Przejście przez te kupy piachu i kamieni, żeby dojść do pobocza jednej z dróg, okazało się najgorszym doświadczeniem w życiu Doriana. Drobne kamyczki co chwilę wpadały mu do butów i drażniły stopy, przez co musiał się zatrzymywać, żeby je wytrzepać i tak w kółko, bo przecież nie pozbędzie się takiej okropnej powierzchni siłą woli. Kurt całą drogę szedł z zaciśniętymi, spierzchniętymi wargami i nawet nie patrzył w stronę brata — zupełnie, jakby się obraził, chociaż powinno być na odwrót. Edel za to ciężko sapała, bo przez poprzednie dwie godziny marnowała energię na bezsensowne dyskusje z dwójką czubów.
Kiedy doszli do drogi, która swoją drogą wyglądała na mało uczęszczaną, Dorian usiadł na ziemi. Pies od razu przyszedł się przytulić do swojego właściciela. Nie był w stanie zmieścić się na kolanach chłopaka, więc po prostu położył się obok.
Edel wytarła wierzchem dłoni pot z czoła i zaczęła się rozglądać. Nikt nie nadjeżdżał ani z jednej, ani z drugiej strony.
— No i co teraz? — odezwał się pierwszy Kurt. Przez dobre dwadzieścia minut dusił w sobie wszystko, żeby teraz na nowo wypalić do Edel z obrzydliwie irytującym tonem. — Gdzie są jakieś samochody? Nic tu nie jedzie.
— Poczekajmy. To nie jest chyba… zbyt ruchliwa ulica.
— Wiem, mam jeszcze oczy — prychnął. — Jeśli w ciągu piętnastu minut nic nie nadjedzie, to zaczniemy iść w stronę północy.
— Nie ma mowy — wtrącił się Dorian. — Nie widzisz idioto, że mój pies jest zmęczony? Nie będę go bardziej męczyć.
— Twoje gadanie nie jest nam do niczego potrzebne.
— Twoje też. Wkurwiasz mnie, odkąd tutaj trafiliśmy. Nic, tylko pierdolisz i się nad sobą użalasz.
— To ty się obraziłeś jak pięciolatek! Teraz będziesz jeszcze nam warunki stawiał.
— Twoja stara stawia łysemu włosy!
— A twoja łowi ryby w stawie kolanowym!
Za ich plecami strzelił piorun. Najwidoczniej matka Invidia nie zgadzała się ze słowami braci.
Edel za to niezręcznie stała obok i ich słuchała. Czuła się jak opiekunka w przedszkolu. Nawet nie wiedziała, czy powinna im przerywać, bo omawiała się, że dostanie przypadkowo w mordę.
— Zbieramy się — rozkazał Kurt. Był zbyt zdenerwowany, żeby w ogóle sprawdzać, czy minęły umówione piętnaście minut. Pierwszy wyrwał się do przodu.
— Kurt, poczekaj, może zaraz…
— Zamknij się! — krzyknął.
Dorian przeklął pod nosem, ale wstał razem z Terminatorem i poszedł za bratem. Wlókł się specjalnie wolno, ciągnąć za sobą nogi tak, jakby był rannym żołnierzem, a Edel z wytrwałością próbowała nie zwracać na ich dwójkę większej uwagi. Skoro szli do przodu, to dobrze, prawda?
 
Po którymś kilometrze zaczynali tracić siły już całkiem. Dorian przestał udawać i dyszał jak mops, Terminator ledwo szedł, Edel nie nadążała z wycieraniem potu z twarzy, a Kurt pierwszy przestał komentować zachowania wszystkich wokół. Zaczął się poważnie martwić, bo jak to możliwe, że po takim czasie nie napotkali chociaż jednego samochodu? Jeden ciężarówki? Jednej wioski farmerskiej? Terminator przecież nie teleportował ich z dala od cywilizacji i jak się zdaje, to wciąż znajdowali się na amerykańskiej ziemi. Gdzie, do cholery, podziali się wszyscy?
— Widzicie, to był najgłupszy pomysł na świecie, kurwa.
Dorian się zatrzymał. Gdyby widział, to na pewno spojrzałby teraz wrogo na Kurta oraz Edel, ale był niewidomy, więc patrzył w zupełnie innym kierunku.
— To jej wina.
Kurt próbował zrzucić odpowiedzialność na i tak zmęczoną Edel. Dorian tylko prychnął pod nosem.
— Przez was teraz zdechniemy.
— Kto zdechnie, ten zdechnie.
— Zamknij się. — Dorian uniósł ostrzegawczo zaciśniętą pięść do góry. — Znajdźmy lepiej jakiś cień. Samochodu pewnie do jutra nie znajdziemy.
Dorian miał w pewnym sensie rację, ale Kurt nie chciał teraz tego słuchać. Tak bardzo zaparł się, by iść do przodu, dopóki nie znajdą kogoś, kto ich odwiezie do San Francisco, że nie obchodziły go ewentualnie konsekwencje zdrowotne.
— Dorian ma rację. — Edel nieśmiało wtrąciła się w tę rozmowę. Dziwnie było jej przyznać Dorianowi rację, ale tym razem wykazał się minimum inteligencją. — Jesteśmy zmęczeni i musimy odpocząć. Chociaż przez godzinę.
— A w ciągu tej godziny moglibyśmy złapać stopa.
— Ty debilu, nie widzisz, że tutaj nic nie jedzie?!
— Kto to mówi? Ty nawet nie możesz tego zobaczyć.
— Co ty powiedziałeś?!
Edel schowała twarz w dłoniach. Kłótnia między braćmi wywiązywała się średnio co dziesięć minut.
— To może pół godziny? — podjęła próbę negocjacji. — Naprawdę dobrze by nam to zrobiło, Kurt. Później moglibyśmy iść dalej i szukać stopa.
— Nie.
Pewnie, gdyby Edel mogła zabić ich dwójkę, to już dawno by to zrobiła; ale przez to, że była centurionką i ciężko byłoby ukryć ślady, musiała się mieć na baczności.
— Jak chcesz stać na słońcu, to sobie stój. — Dorian złapał psa za kark i poszedł przed siebie. — Ja nie zamierzam zdychać i pocić się w nieskończoność jak szczur.
Edel została sama z obrażonym Kurtem i już nie miała pojęcia, jakby mogła go do czegokolwiek przekonać. Przecież nie pozwoliłaby mu umierać z odwodnienia i z przegrzania.
— Zostaw go! — krzyknął Dorian, jakby wyczuwał, że dziewczyna będzie się starała go przekonać. — Sam niech wymyśli, co chce robić. Ja swoje powiedziałem.

mój bracie?
────
[1017 słów: Dorian otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 9 marca 2026

Od Doriana CD Elianne — „Sherlock Holmes ale inaczej”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Całe szczęście, że Dorian nie widział tej świnki morskiej, bo z pewnością nazwałby ją brzydką. Tak to polegając jedynie na słuchu, mógł stwierdzić, że jest niebywale irytująca. Jej przeraźliwe piski rozrywały mu niemal głowę.
Do Vergila nawet nie chciał podchodzić. Nie było to związane ze strachem przed ewentualną karą. Dorian zwyczajnie był trochę zbyt pewny siebie i święcie przekonany uważał, że lepiej się zajmie tą sprawą niż sam pretor. Kurta nawet nie chciał w to wplątywać.
— Musimy sprawdzić, czy jest jakimś potworem — odpowiedział, jakby to było takie proste i oczywiste. — No wiesz… sprawdzić, czy nie jest zaczarowana.
Elianne nie była zadowolona z tej odpowiedzi. Wolała przejść się do pretora i zgłosić mu całą tę sytuację.
— Ale… jak chcesz to w ogóle sprawdzić?
— Jeszcze nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Ale się dowiem.
Elianne stała i patrzyła się na rudzielca z otwartymi ustami. Mogła mu jeszcze pokazać środkowy palec, bo to właśnie przez niego cała ta sprawa się niepotrzebnie przedłuża i rozciąga w czasie. Nie zrobiła tego z jednego powodu — bała się, że Dorian swoim szóstym zmysłem wyczuje, że pokazuje mu przed twarzą obraźliwy gest.
— Wiesz, wydaje mi się, że trochę za długo nam to wszystko zajmuje — podjęła ostrożnie temat. — Gdybyśmy poszli z tym do Vergila…
— Co ty masz z tym Vergilem? — przerwał jej ostro. — To nie jest trudna sprawa. Możemy sobie z tym poradzić sami.
Wyciągnął rękę w stronę Terminatora i poqczekał, aż pies odłoży mu na dłonie zwierzątko. Świnka próbowała się wyrwać, ale Dorian pewnie ją chwycił, uniemożliwiając ucieczkę.
— Powinniśmy przyprowadzić Lotus.
— Żeby nam odczarowała świnkę?
— Właśnie tak.
Dorian syknął, bo właśnie został ugryziony przez zwierzątko. Cholerna świnia.
— A jeśli to nie jest potwór? Co wtedy?
— Wtedy oddam tę świnkę. Po co nam ona? Co w ogóle świnki jedzą? — zaczął się zastanawiać. — Nie mógłbym jej przygarnąć, bo w końcu Terminator by ją zeżarł. Dla niego to jak ciasteczko na jednego gryza.
Elianne się wzdrygnęła na samą myśl. To, że pies przyniósł im zwierzątko w całości, było naprawdę niezłym sukcesem.
— Chodźmy po Lotus.
Elianne pomogła Dorianowi przejść tak, by nie wypuścić świnki z rąk. Przez cały ten czas kręcili się po obozie jak dwójka debili.
Zatrzymał ich dopiero sam Izan King, który najwidoczniej chwilę wcześniej wyszedł od pretora. Spojrzał na zwierzątko, które Dorian mocno trzymał w dłoniach.
— Co tutaj robicie, smarkacze?
— Nic, co powinno cię obchodzić — odpowiedziała zirytowana Elianne. Musiała mieć z nim do czynienia o parę razy za dużo i już nie mogła znieść jego obecności.
Chciała nawet Izana wyminąć, ale ten zagrodził jej drogę.
— Kto z was przyniósł świnkę morską do obozu, co? — zaczął prychać, jak zdenerwowany byk na ringu. Jeszcze chwila, a się odpali. Wtedy nie wyjdą z tego spotkania cało nawet z towarzystwem Terminatora. — Wrócę się do Vergila.
— Nie potrzebujemy pretora — zaprzeczył stanowczo Dorian. — Do niczego.
— Smarkaczu, ale to nie ty będziesz decydował. Pamiętaj, że jestem ambasadorem Marsa i sam podejmuję niektóre decyzje.
Nie dało mu się przemówić. Izan King odwrócił się i wrócił się do Vergila poinformować go o wszystkim, co zobaczył (a że zobaczył tylko dwójkę obozowiczów ze zwierzątkiem, to musiał trochę podkoloryzować tę sytuację).
Elianne pospiesznym krokiem pociągnęła Doriana w stronę baraków. Chciała być szybsza od pretora i od wkurwiającego Izana Kinga.
— Lotus?! — krzyknęła.
Odpowiedziała jej tylko cisza.
— Gdzie ona jest? — zapytał z warknięciem zdenerwowany Dorian. — Musimy ją znaleźć. Nie będę się tłumaczyć z tego pretorowi, czaisz?
— Nie musisz mówić do mnie takim tonem.
— Ten wkurwiający buc poszedł z tym do Vergila — przypomniał. — I pewnie zmyślił historyjkę.
— To już nie nasza wina — spróbowała uspokoić rudowłosego kompana. — Musimy tylko znaleźć Lotus i oddać jej świnkę.
— Prędzej damy się złapać Vergilowi.
— I co w tym złego? Boisz się pretora?
Dorian musiał odjeść na bok i wziąć parę głębszych wdechów. Jeden, dwa, trzy… i wydech. Cztery, pięć i sześć…
— Nie boję się pretora, dobrze?
Uśmiechnął się krzywo, chcąc ukryć swoje zdenerwowanie. Miał przecież kontrolę nad całą sytuacją, prawda?
— Myślisz, że Lotus mogła wyjść po jedzenie dla niej? — zapytała. Chciała trochę złagodzić napiętą atmosferę, bo Dorian, nawet jeśli próbował, to wciąż strasznie krzywił się ze złości na twarzy. — Świnki, z tego co wiem, jedzą trawę.
— Ale mają wykwintną dietę.
— Przestań komentować — ostrzegła chłopaka. — Jak nie chcesz spotkać się z pretorem, to chodź za mną. Myślę, że trafimy na Lotus w okolicy pól Marsowych.
— No, tak, a po drodze przywitamy się z pretorem.
Dorianowi odpalił się mod irytującego gówniarza, z którym za żadne skarby nie dało się dogadać. Brakowało jeszcze, żeby tupnął nogą i poszedł siedzieć w kącie. Razem z tą świnką, którą nadal trzymał w rękach, oczywiście.
— Jeśli nie sprawdzimy…
— Wolę tutaj poczekać.
— Ale to nie ma sensu — próbowała dalej. Chciała go jakoś zachęcić do wyjścia, ale to przypominało walkę z wiatrakami. — Skąd wiesz, czy Vergil posłucha Izana Kinga? Może w ogóle nie weźmie tego na poważnie i nie przyjdzie nas szukać.
— Pójdę, jeśli weźmiesz ode mnie to zwierzę.
Elianne nie pozostało nic innego, jak się zgodzić. Jak inaczej przekona Doriana, że lepiej będzie poszukać Lotus po obozie?
— Niech będzie.
Dorian wyciągnął dłonie, a dziewczyna zgarnęła od niego zwierzątko. Świnka się uspokoiła i już tak bardzo nie próbowała uciec.
— Możemy teraz iść?
— Prowadź — odpowiedział tylko. — Tylko się pospieszmy.

cyrk na kółkach troche
────
[849 słów: Dorian otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Od Doriana do Invidii (list)

Obóz Jupiter, 20 grudnia

Dobrych Sturhaliów matko InVIDIO,

Wybacz mi, ale NIEWIDZĘ co piszę i pewneie za chhwilĘ ktoś mi pomorŻĘ, ale to SĄ mojE prawdziwe SŁOWA.

Wybacz za ten wstęp. Nie byłem w stanie bardziej się rozpisać, więc teraz pomaga mi mój brat, Kurt i to on pisze wszystko, kiedy ja mu dyktuję.

Niestety nie udało mi się zostać centurionem, ale to nic. Może innym razem się uda. Kurt chyba nie bardzo chce nim zostać, ale bardzo nie spodobało mu się, kiedy została nim Edel. Może trochę go rozumiem, nie wiem.

W każdym razie, radzę sobie coraz lepiej. Terminator nie ustępuje mnie na krok i jest zawsze obok, kiedy tego potrzebuję. Inni mówią, że coraz lepiej posługuję się bronią i robię zatrważające postępy. Cieszy mnie to i daje mi nadzieję na to, że nawet przez te niedogodności, jak bycie niewidomym, wciąż mogę stać się jednym z lepszym legionistów.

W najbliższym czasie planuję ćwiczyć ciężej, ale na razie cieszę się Saturnaliami. I jem teraz babeczkę, która jest przepyszna. Szkoda, że nie możesz jej spróbować, serio.

Od siebie chciałbym jeszcze dodać, że skończyłem ostatnio osiemnaście lat. Szalone, co? Planuję zostać w Obozie dłużej, nie wiem jeszcze, jak długo, ale na pewno do czasu, kiedy nie opanuję walki do perfekcji.

Trochę boli mnie gardło, więc zaraz będę kończyć ten list. Nie ja go piszę, ale ciągle gadam i dyktuję Kurtowi, co ma pisać. I najgorsze, że muszę się powtarzać, a on gniewnie na mnie patrzy. I tak cały czas.

Na koniec chciałbym dodać, że mam nadzieję, że dobrze spędzisz ten wyjątkowy czas, mamo. Ja się już dobrze bawię i liczę, że ty też. Może jednak ci trochę tej babeczki wrzucę… jeszcze nie wiem.

W każdym razie trzymaj się w zdrowiu, Invidio. Nigdy cię nie zawiodę, obiecuję. Będziesz pamiętać mnie jako najlepsze dziecko i… oczywiście najlepsze dziecko razem z Kurtem, jakże mógłbym zapomnieć.

Do usłyszenia,

twój DoRGHIAn

wtorek, 11 listopada 2025

Od Doriana CD Elianne — „Sherlock Holmes ale inaczej”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Zacisnął zęby. Wszystko utrudniał fakt, że musieli użerać się akurat z Lotus. Legionistką, żyjącą we własnym świecie i pewnie w tej alternatywnej rzeczywistości uważała potwora za słodkie zwierzątko, a nie krwiożerczą bestię, która mogła wywrócić obóz do góry nogami.
Na usta cisnęła mu się odpowiedź, która wcale nie zadowoliłaby Eli; bo myślał o polowaniu z wykorzystaniem Terminatora albo o siatkach na zwierzęta, które ustawiają myśliwi, kiedy chcą sobie złapać obiad. Dziewczyna nie chciała krzywdzić tej… świnki, a on z wielką chęcią ukręciłby łeb zwierzakowi. Tylko po to, by uchronić obóz przed ewentualną katastrofą. I tylko po to, żeby nie zgłaszać tego Edel lub Vergilowi.
— Okej, po pierwsze, nie możemy tego nikomu zgłosić.
— Ale…
Dorian uniósł palec wskazujący, nie pozwalając dziewczynie wtrącić swojego „ale”.
— Po drugie… — zaciął się, bo nie miał nawet żadnego planu. Myślał tylko o tym, by jak najszybciej złapać zwierzę, ale nie o tym, w jaki sposób to zrobić; a Eli czekała na jasne instrukcję i raczej nie zadowoli jej kolejne „nie wiem” albo „zabijmy to”.
Machnął niedbale ręką. Stanęło na tym, że mają tego nie zgłaszać (pod groźbą Doriana) i znowu na tym, że nie wiedzą, za co mają się złapać.
— Albo wiesz co? — przerwał krótką ciszę. — To coś uciekło w krzaki, tak? Zastawmy pułapkę w tamtym miejscu. Jak się nic nie złapie, to raczej tam nie siedzi, co nie?
— Brzmi zbyt prosto, żeby mogło się udać.
— No wiem! Ale od tego można zacząć. Jeszcze biorę pod uwagę, że Lotus mogła nas okłamać i tak naprawdę trzymać to paskudztwo pod swoim łóżkiem.
Eli się wyraźnie zamyśliła. Chciała coś wspomnieć o tym, że błądzą w tym samym miejscu od początku swojego poszukiwania świnki, ale postanowiła nie denerwować Doriana. I tak był wystarczająco podburzony i resztami swoich sił trzymał Terminatora przy sobie, nie pozwalając mu pożreć gryzonia.
— Dorian?
— Co?
Eli wskazała palcem na jego buty. Po chwili się zorientowała, że nie może tego zauważyć. Ścisnęła delikatnie ramię chłopaka.
— Ta świnka… ona tutaj jest.
Dorian nie drgnął. Stał w tym samym miejscu, jakby był psem tropiącym, który natknął się na specyficzny zapach i miał zaraz wskazać swojemu właścicielowi kierunek.
— Gdzie?
— Przy twoich nogach.
Najciemniej jest zawsze pod latarnią, pomyślał. To było tak głupie, że przez sekundę oskarżał w myślach Eli o kłamstwa. Dopóki nie poczuł malutkich pazurków, haczących o nogawkę jego spodni.
Eli się schyliła. Kucnęła tuż pod nogami chłopaka i próbowała jakoś złapać zwierzątko. Dorian stał bez ruchu, zaciskając palce na karku Terminatora. Pies zaczął skomleć.
Dziewczyna gwałtownie się podniosła. Dorian zaskoczony tą nagłą zmianą położenia uderzył Eli przypadkiem w głowę. Odwrócił się, czując, że Terminator zaczyna go ciągnąć w innym kierunku. Legionistka krzyknęła coś o uciekającym potworze, na co Dorian znów zareagował nerwowo.
— Nic ci nie jest? — zapytał tylko dla pewności, świadomy, że przypadkiem ją uderzył. — Jakby… wiesz.
— Nie, nie. — Pokręciła głową. — Ruszaj się, bo nam znowu ucieknie!
Złapała chłopaka za ramię i pociągnęła w swoją stronę. Dorian zgubił nogi, podtrzymał się wielkiego psa, ale zaraz złapał równowagę. Biegli przed siebie jak dwójka przygłupów, krzycząc coś do uciekającej świnki.
Mijali baraki, przepychali się przez innych obozowiczów, którzy tylko ze zdziwieniem się za nimi oglądali. Zatrzymał ich dopiero mężczyzna, którego Dorian nie kojarzył, a Eli najwidoczniej nie miała najprzyjemniejszych doświadczeń. Zmarszczyła groźnie brwi i próbowała wyminąć przeszkodę.
— Gdzie się tak spieszycie, hm?! Jeśli do pana pretora, to ja jestem już umówiony! — zarechotał.
Dorian się skrzywił. Przez myśl mu nawet nie przeszło, żeby szukać Vergila.
— Spieszymy się.
Eli znowu spróbowała wyminąć obcego mężczyznę, ale ten zablokował jej drogę swoją ręką. Pokręcił głową i zaczął swój monolog o nieposłusznych legionistach, obijających się podczas ćwiczeń i biegających bez celu po obozie.
Dorian pogłaskał Terminatora za uchem. Nie musiał nawet odzywać się do psa, by ten zrozumiał i ostrzegawczo szczeknął na zawracającego im dupy Izana.
— O, proszę! Pies!
Eli ze smutkiem wpatrywała się w rosnące nieopodal trawy. Straciła świnkę z oczu. Gdyby nie Izan, to na pewno by ją złapali. Mogliby wtedy rozwiązać problem potwora, wałęsającego się po obozie. Uchronić innych. Wytłumaczyć Lotus, dlaczego nie powinna przyprowadzać takich stworzeń w bezpieczną przestrzeń półbogów. Teraz nie mieli niczego. Pomijając oczywiście skrzeczącego nad ich głowami Izana.
— …i macie się zachowywać! — krzyknął i w końcu ustąpił im drogi.
Dorian nie słyszał niczego. Nie skupiał się na tej rozmowie tak bardzo, że usłyszał tylko ostatnie słowa i odgłos oddalających się po piaszczystym podłożu kroków.
— Znikła — powiedziała z wyraźnym smutkiem.
— Terminator ją wytropi.
Pies przywarł nosem do ziemi i przeszedł parę kroków do przodu. Dwójka herosów podążała za ogarem w pełnym skupieniu; Eli była zbyt zdenerwowana, by myśleć o czymś innym, niż o śwince, którą prawie miała w rękach, ale wszystko zniszczył pojawiający się na ich drodze ambasador z Nowego Rzymu. Terminator wszedł w wysokie trawy. Dorian podążał za swoim futrzastym przyjacielem „na oślep”, a Eli szła za nimi, odganiając rękoma ostre źdźbła, które mogły ją poranić.
— Co tam masz, piesku?
Dorian nachylił się i wziął od psa… coś, co było równie miękkie, jak poszukiwana świnka.
— To but — powiedziała ostrożnie Eli. — Chyba… chyba nam nie pomógł za bardzo, co?
Dorian przeklął i rzucił rzeczą. Terminator zaskomlał.
— Jak stąd wyjść?! — jęknął, dopiero teraz czując, jak wysokie trawska go otaczają. Pies pomocnik wyskoczył do góry; oklapłe uszy podniosły się na baczność i zaraz opadły.
Szczeknął dwa razy. Głośno i zrozumiale, dając sygnał półbogom, że coś widzi. Eli nie myśląc długo, złapała Doriana za ramię i wyciągnęła go z chaszczy.
— Jest! Jest tam!
Świnka rzeczywiście była tam, gdzie patrzyła. Stała przy kiblach. Ulubionym miejscu dzieciaków z piątek kohorty.

Eli?
────
[907 słów: Dorian otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]


sobota, 18 października 2025

Od Doriana — drabble „Dziecko”

Od dziecka czuł się wyobcowany. Nie widział świata. Nie wiedział, co tak naprawdę go otacza. Mógł poczuć pod palcami tekstury roślin, sprzętów czy ścian budynków. Wyobraźnia nie naprawiała wszystkiego. Nie wszystko w końcu mógł sobie wyobrazić, a opisy nie zawsze pomagały.
Nie wiedział, co tak naprawdę je. Czy jedzenie, które ma na talerzu wygląda ładnie, czy ktoś podał mu rozmazanego kleksa, którego nie zjadłaby widząca osoba. Nigdy nie wiedział, czy traktowany jest na równi z pełnosprawnymi.
Nie potrafił nazywać kolorów. Nie potrafił bawić się z innymi, normalnymi, dziećmi. I to go najbardziej bolało. Że nie widział prawdziwego piękna tego świata.


────
[100 słów: Dorian otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 6 października 2025

Od Doriana — drabble „Lustro"

Stanął przed lustrem. Poprawił koszulkę, czując, że w kilku miejscach jest pognieciona albo że wystaje mu ze spodni, jak przeciętnemu roztrzepanemu dziecku.
Zrobił krok do przodu i nachylił się bardziej, jakby dokładnie chciał widzieć, co robi. Przejechał dłonią po włosach, zaczesując je palcami na boki. Leżący ku jego nóg Terminator popiskiwał i skomlał.
— Tak, wiem, że siebie nie zobaczę — burknął, doskonale wiedząc, o co chodzi psu — Ale przynajmniej mogę udawać, okej? Jestem samowystarczalny. Nie mogę wyglądać, jakbym był niepełnosprawny.
Terminator pisnął.
— O co ci chodzi?— Odwrócił się do psa. Właściwie to odwrócił się w drugą stronę, ale Terminator to zaakceptował.

────
[100 słów: Dorian otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

piątek, 29 sierpnia 2025

Od Doriana CD Kurta i Edel — „Serve The Servants"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Vergil chrząknął, czekając na odpowiedź. Unoszący się w powietrzu mglisty obraz falował jak spokojne morze w słoneczny dzień. Szkoda tylko, że o wodzie mogli pomarzyć, bo znajdowali się na środku pustyni, gdzie jedynym źródłem wody będzie czyjś pot.
Edel zawiesiła głowę, nie wiedząc, od czego powinna zacząć. I czy w ogóle powinna. Bracia stali poza kadrem, Dorian kątem oka spoglądał na Kurta, a ten mu się odwdzięczał tym samym, porozumiewawczym spojrzeniem. Chcieli powstrzymać centurionkę, zanim zdąży zdradzić Vergilowi zbyt wiele szczegółów.
— Czy ja widzę pustynie? — zapytał nagle Vergil, przybliżając swoją twarz ku chmurze, którą stworzyła Edel. Brakowało jeszcze na nosie pretora okularów, które mógłby poprawiać jak niedowidzący starzec. — Edel, o co chodzi? — powtórzył pytanie, na co centurionka przełknęła nerwowo ślinę. W końcu otworzyła usta, gotowa, by wyjaśnić s,kąd wzięła się na środku niczego, ale wtedy w kadr wpadli bracia, przepychając się tak, jakby walczyli właśnie o życie.
— Nie, spokojnie, wszystko jest pod kontrolą! — krzyknął Kurt, przeskakując nad Dorianem. — Nie potrzebujemy pomocy!
— Nie potrzebujemy! — wrzasnął za nim Dorian, machając rękoma. — Do widzenia! — Próbował rozmyć w powietrzu chmurę z tęczy, ale obraz się tylko niebezpiecznie zachwiał, twarz Vergila stała się nagle bardzo niewyraźna, by w końcu prysnęła, jak bańka mydlana.
Chłopcy poklepali się po plecach, zmęczeni krzykiem i skakaniem po piaszczystym podłożu.
— Hej — zaczęła ostrożnie Edel, godząc się na powolną śmierć w męczarniach, bo oczami wyobraźni widziała, jak cała ich trójka (i pies) umierają na pustkowiu, otoczeni jedynie gorącym piachem i kupkami wyschniętej trawy. — Co zamierzacie zrobić?
Kurt wzruszył ramionami, a Dorian podrapał się po głowie. Wyglądali na niewzruszonych, co Edel wpędzało w jeszcze większą paranoję; a zwyczajnie trafiła na dwójkę, z którymi lepiej nie było mieć żadnego kontaktu.
— Poczekamy, aż Terminator się obudzi — powiedział w końcu Dorian, kucając obok dużego psa. Czarne, grube futro nawet się nie nagrzało, jakby piekielny ogar stworzył wokół siebie specjalną barierę, nieprzepuszczającą promieni słonecznych. — Jak już się obudzi, to wrócimy do obozu. Proste? Proste.
— Ale…
Nikt już nawet nie zwracał na nią uwagi: Dorian leżał przytulony do psa, a Kurt siedział obok nich. Edel mogła tylko skulić się gdzieś niedaleko tej dwójki i udawać, że panuje nad sytuacją. Chociaż nie panowała nad niczym, bo przecież Vergil nawet im nie pomoże!
Przesiedzieli w ten sposób może godzinę, a może dwie. Nikt z nich nie miał zegarka, telefonu ani niczego, dzięki czemu można by było sprawdzić, czy nie zbliża się noc. Nocą bowiem na pustyniach temperatura drastycznie spadała, a wielkie cielsko Terminatora mogło nie zmieścić trójki półbogów pod sobą.
— Ile on może tak spać? — Spojrzała w stronę Doriana, który przypominał typowego ojca na wakacjach: rozłożony obok psa leżał na brzuchu i gdyby nie ubrania, to mógłby się nieźle opalić na plecach. Po powrocie wmawiałby wszystkim, że pojechał na Florydę.
— Tyle, ile potrzebuje — mruknął cicho, przetarłszy twarz z piaskowego pyłu. — Też możesz pójść spać.
Edel zamknęła usta tak szybko, jak je otworzyła. Nie miała nawet najmniejszej szansy przebić się przez mur, który postawiło to rodzeństwo. Dwójka zawistnych, zazdrosnych Legionistów i obydwoje na domiar złego byli dziećmi Invidii. Gorzej trafić już nie mogła.
Postanowiła rzeczywiście poczekać, tak, jak Dorian powiedział — Terminator potrzebował tyle czasu, ile potrzebował (nie wiadomo ile). Mogło trwać to chwilę, bo w końcu kręcili się po piachu już od dobrych kilku godzin, a mogło się to jeszcze przedłużyć. Wszystko zależało od dobroci serca piekielnego ogara. Jak bardzo ironicznie to zabrzmiało?
Pies zaczął się wybudzać po kolejnych godzinach leżenia w piachu. Dorian jako pierwszy wyczuł, że coś pod jego głową zaczyna się powoli unosić, a potem opada tak szybko, jakby zostało przyciągnięte przez obcą grawitację.
— Piesku? — Uniósł głowę, po czym obkręcił się na plecy, by lepiej widzieć Terminatora. Przez cały czas leżał na brzuchu. — Hej, Terminator, wszystko okej?
Piekielny ogar sapnął w odpowiedzi. Piach wpadł mu do oczu i pyska, ale zadawał się tym nie przejmować.
— Obudził się! — krzyknął do Kurta, bo istnienie Edel przez cały pobyt na tych piaskowych wakacjach ignorował. — Zobacz!
Kurt podszedł do brata, który zaczął psa drapać pod uszami.
— I co? Może nas wrócić?
Wzruszył ramionami. Był zbyt zajęty głaskaniem Terminatora, by myśleć teraz o powrocie. Nawet w momencie, kiedy nieuchronnie zbliżała się do nich wizja zimnej (wręcz mroźnej) nocy na pustkowiu. Otoczeni przez piach, kępki trawy i kojoty, które jeszcze nie wyszły ze swoich schronisk, gdzie chowają się przed upałami.
Kurt kucnął przy psie i rudowłosym towarzyszu. Wyciągnął rękę ku Terminatora, a ten w odpowiedzi polizał otwartą dłoń Legionisty. Dokładnie wylizał piach spomiędzy palców chłopaka, jakby te drobinki były pysznym kremem waniliowym.
— Chłopcy? — Edel wstała. — To jak z powrotem?
Dorian i Kurt nawet nie zwrócili uwagi na pytanie. Szeptali ze sobą, jakby właśnie planowali śmierć centurionki.
— Zaraz będzie noc… — mruknęła cicho, nie wiadomo czy bardziej do siebie, czy do nich.
Dorian odezwał się pierwszy. Przełamując chwilową barierę, którą stworzyli już z Kurtem wcześniej:
— Terminator może przenieść tylko dwie osoby — powiedział z pełną powagą. Tylko Kurt wiedział, że kłamał. — Dlatego uznałem, że wrócę z Kurtem, a ty zadzwonisz po Vergila tak, jak chciałaś.
Edel parsknęła słabym śmiechem. Cienie pod oczami stały się jeszcze wyraźniejsze, a usta miała tak spierzchnięte, że strach było myśleć, co stanie się z nimi za kolejną godzinę.
— Przecież przeniósł naszą trójkę.
— No, i na tym się skończyło. — Odwrócił się i zaczął z Kurtem o czymś szeptać, ignorując dziewczynę, która stała jakieś dwa metry od nich. — No co? — burknął, czując na swoich plecach zniecierpliwiony wzrok. — Przecież chciałaś zadzwonić do Vergila.
— Tak, ale… powiedzieliście, że jeśli pies się obudzi, to będziemy mogli wrócić do obozu.
Tak było. Właśnie tak było. Ale to tylko kolejna zagrywa nieznośnej pary półbogów, którzy w pierwszej kolejności myśleli o czubu własnego nosa, by potem dopiero przejąć się kimś innym; a Edel, która zadzwoniła do Vergila podpadła im tak bardzo, że spadła na sam koniec ich listy „ludzie, o których warto myśleć".
— Daj spokój, przecież znasz drogę powrotną — rzucił zgryźliwie Kurt. — Jesteś Centurionką.
— No właśnie. Centurioni powinni takie rzeczy umieć.
Terminator podniósł się ociężale, wytrzepał z nadmiaru piachu, na którym leżał i zamerdał ogonem na widok swojego właściciela. Widok Kurta też go ucieszył, ale chłopakowi dalej pozostał niesmak po tym, jak dokładnie oblizał mu dłoń.
— Chłopcy…
— My się będziemy zbierać. — Dorian poklepał psa po głowie i odszedł kilka metrów od Edel. Kurt zaraz go dogonił. — W sumie… co my chcemy z nią zrobić? — zapytał brata, kiedy stwierdził, że znajdują się w odpowiedniej odległości od dziewczyny i nie ma nawet najmniejszej szansy, by ich podsłuchała.

zabijamy edel
────
[1054 słowa: Dorian otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 28 sierpnia 2025

Od Doriana CD Elianne — „Sherlock Holmes ale inaczej"

Poprzednie opowiadanie

W pewnym sensie świnia? Dorian nic nie powiedział, ale w zaufał w jakimś stopniu Elianne; sam przecież nie mógł zobaczyć i ocenić, czy wspominane zwierzę rzeczywiście przypomina świnię. Wolną ręką poszukał Terminatora i gdy wyczuł grubą, puchatą sierść towarzysza, złapał psa za kark, by przyciągnąć do siebie.
— Co widzisz? — zapytał, na co pies zaszczekał dwa razy. Sam nie wie skąd i kiedy nauczył się rozumieć mowę piekielnych ogarów, ale znacznie ułatwiło mu to życie. — Jak duża jest ta świnia? — to pytanie skierował już do dziewczyny, która wciąż ściskała w rękach kij od miotły, tak, jakby w razie czego mogła się w porę obronić.
— Jest… um — zacięła się, nie wiedząc, jak powinna wyjaśnić tę sytuację Dorianowi. Jak powinna to opisać. Zobrazować. — No, jest całkiem mała.
— Aha, świnia miniaturka?
— Nie wiem, czy świnie miniaturki są aż tak… małe. — Rozluźniła mięśnie i odstawiła miotłę z powrotem na swoje miejsce. Kij oparł się pod ścianą, a małe zwierzątko nie ruszyło się nawet o krok, zbyt zajęte zadziwiająco smacznym sianem. — Ale… to nie wygląda na potwora. Jest puchate.
— Mała chimera?
Terminator zaszczekał przecząco.
— Okej, czyli znaleźliśmy po prostu małe zwierzątko… — zmarszczył brwi — małą świnię — poprawił się zaraz.
— Podejrzewasz, że to może nie być to? — spytała ostrożnie. Poświęcili tyle czasu, by znaleźć coś, co nie było tym potworem, o którym ktoś mówił? Zwykła, niesprawdzona plotka? Opowieść wyssana z palca?
— Może to zmyłka? — Wzruszył ramionami. — Jeśli ktoś przemycił potwora do obozu, to raczej nie chce, żeby szybko został odnaleziony. Bo wtedy musielibyśmy go zabić, prawda? — Zamyślił się. Elianne kiwała cały czas głową, zgadzając się z każdym słowem Doriana, jakby przyszła do wyroczni na pogawędkę. — No i podejrzewam, że ta… świnia została tutaj podrzucona specjalnie. Znasz jakąś świnię potwora?
— A ten dzik?
— Ten dzik jest większy niż to. — Przewrócił oczami. — Chodźmy stąd.
Elianne nawet nie protestowała (chociaż przez cały czas mierzyła się ze świnką morską spojrzeniem) i poszła za Dorianem, który wyprowadził ich trójkę ze stajni.
— Mam pomysł — powiedział nagle, przerywając długą ciszę, z którą wracali razem w stronę baraków. — Zrobię pułapkę.
— Jaką?
— Na tego potwora. I w baraku i w stajni. Ale potrzebuję czasu, więc zrobię to sam. — W myślach już zacierał ręce, bo wyobrażał sobie moment, w którym łapie winowajcę zamieszania na gorącym uczynku, a potem zabiera niebezpiecznego potwora, by go w ustronnym miejscu, cóż, mówiąc ładnie, unieszkodliwić.
Elianne kiwnęła głową, pożegnała się z Dorianem i na odchodne mu pomachała czego (ciekawe dlaczego?) nie mógł zobaczyć. Za to Terminator zauważył i zaszczekał, wesoło merdając ogonem.
 
Tak naprawdę nie miał wielkiego pomysłu ani wielkich planów. Po prostu nocą, przy łóżku podejrzanej dziewczyny położył pułapkę na myszy oraz siatkę, w którą mogłoby się zaplątać większe zwierzę. W razie hałasu Terminator ma mu dać znak.
W stajni zaś… po prostu zapchał wszystkie dziury. Kiedy jutro tam przyjdzie, a dziura będzie odepchana, będzie miał pewność, że ktoś tam notorycznie wpycha jakieś zwierzę (potwora?). Dalej nie wierzył w potwora świnkę miniaturkę i myślał, że tamto było tylko zmyłką dla takich szpiegów, jak oni. Potwory powinny być w końcu… trochę większe.
— Ej, Dorian, o co w tym wszystkim chodzi? — zapytał wieczorem Kurt, kiedy Dorian skończył rozkładać swoje śmieszne pułapki i kładł się do łóżka. — Czemu rozkładasz… pułapki na myszy przy łóżku Lotus?
Dorian zbył go ręką, ale Kurt nie chciał odpuścić i naciskał dalej:
— O co chodzi?
— O nic. Idź spać. — Odwrócił się plecami, jakby jeszcze mu to coś dało, bo i tak nie mógł zobaczyć twarzy brata.
Kurt jeszcze coś powiedział, coś o tym, że Dorian zawsze ze wszystkiego mu się zwierza, a między nimi nigdy nie stoi tajemnica. Coś o tym, że jeśli jutro mu się nie wytłumaczy, to przestanie się do niego odzywać, a tak w ogóle jest głupim cepem i w sumie ma go dość.
 
Rano nic się nie złapało. Ani w pułapkę na myszy, ani nie przepchało zapchanej dziury w ścianie stajni. Tak, jakby to wszystko było tylko bajeczką, plotką puszczoną na pokaz, by wywołać zamieszkanie; a przecież Dorian nigdy nie łapał się na takie głupoty i poczuł się teraz jak skończony debil, ale nie mógł tego pokazać. Chciał dowieść teraz prawdy. By nie wyjść na idiotę.
— Nic się nie złapało — powiedział do Elianne, kiedy spotkali się w jakimś odosobnionym miejscu po obiedzie. — Podejrzewam, że ta osoba mogła się zorientować. Ta osoba… może powinniśmy mówić jej po imieniu?
— A co jeśli nas podsłucha?
— To może będzie miała trochę rozumu i wyrzuci tego potwora. Albo się go pozbędzie. — Wzruszył ramionami. — W każdym razie pójdę do niej dzisiaj.
— Ale to nie ma sensu.
— Wkurwia mnie to już — prychnął niecierpliwie. Nerwy już i tak miał zszargane przez tę całą sytuację, a na dokładkę nie mógł znieść marudzenia Kurta. — Dzisiaj wieczorem się wszystko wyjaśni. Zobaczysz.
Elianne chyba uznała, że nie będzie się wtrącać. Mogła też zobaczyć zirytowany wyraz twarzy Doriana, to jak groźnie ściągał brwi i jak zaciskał zęby.
— Okej. W takim razie…
— Ta, dam ci znać. — Machnął ręką, zabrał Terminatora i wrócił na pole treningowe, by jeszcze trochę poćwiczyć. Nie mógł marnować całego dnia na świnię miniaturkę albo cokolwiek innego.
— Hej, chyba musimy pogadać. — Stanął przed Lotus. Terminator ostrzegawczo zawarczał, by zatrzymać dziewczynę w jednym miejscu. — Chodzi o twojego potwora?
— Jakiego potwora?
— Nie jestem głupi. — Zacisnął zęby i dalej stał bez ruchu, czekając, aż Lotus odda mu to durne zwierzę do rąk. Jakby to było takie proste. — Trzymasz potwora pod łóżkiem.
— Nieprawda. To moja świnka morska, Matylda.
Lotus wyciągnęła spod koszulki rude zwierzątko, ale to chyba wyczuło, że są w zagrożeniu i po prostu skoczyło Dorianowi na twarz. Wystraszony chłopak najpierw próbował to z siebie zrzucić, ale kiedy to nie pomogło, zawołał Terminatora. Wystarczyły dwa szczeknięcia, by świnka Matylda wróciła do właścicielki.
Lotus przeprosiła, ale tak cicho, że Dorian nawet tego nie usłyszał (albo nie zwrócił uwagi).
 
— Co się stało? — Elianne wygrzebała z kieszeni chusteczkę i podała Dorianowi. Chłopak przyszedł do niej od razu po tej sytuacji. Wkurwiony i podrapany. Zły na siebie, że nie złapał zwierzęcia i na psa, który też się do niczego nie przydał.
— To zdecydowanie potwór. Musimy się tego pozbyć.

polowanie na świnie
────
[994 słowa: Dorian otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 3 sierpnia 2025

Od Doriana CD Elianne — „Sherlock Holmes ale inaczej"

Poprzednie opowiadanie

Dorian nie wierzył w żadne puszyste szczury ani inne zwierzęta, które mogły nieproszone zamieszkać w baraku kohorty II. Postanowił jednak nie być tak sceptyczny (bo nie chciał wychodzić na zadufanego w sobie dupka) i jednej nocy nasłuchiwał. Leżąc w łóżku i „patrząc” się w sufit, wyczekiwał niepokojących dźwięków: pisków, warknięć albo chrumknięć. Nie wiedział, czym dokładnie jest ten „puszysty” szczur, więc też nie wiedział, jakich dokładnie dźwięków może się spodziewać.
Przewróciwszy się na drugi bok, pomyślał, że może powinien odpuścić. Może wychodzi teraz na wariata, leżąc nieruchomo w łóżku i czekając, aż dziwne zwierzę zdradzi swoje położenie. Reszta kohorty głęboko spała w akompaniamencie chrapnięć jednego z chłopców.
Dorian już powoli zamykał oczy. Już powoli pozwalał sobie na sen, kiedy usłyszał coś nienaturalnego. Burknięcie i prychnięcie. Terminator poruszył wielkim ogonem, a Dorian zesztywniał.
— Cicho — rozkazał, na co duży pies przestał merdać ogonem.
Kolejne burknięcie. Potem prychnięcie. Chrumknięcie? I piśnięcie?
Dorian podniósł się do siadu, ignorując, że łóżko pod nim skrzypnęło tak głośno, jakby właśnie łamał drewniane panele.
— Znajdź mi to. — Pogłaskał Terminatora za uchem, na co pies polizał dłoń właściciela i zaczął buszować między łóżkami.
Dorian poszedł za swoim psim przewodnikiem, który przy okazji poszukiwał, uważał, żeby niewidomemu nic się nie stało; bo koledzy z kohorty uwielbiali robić bałagan, szczególnie wtedy, kiedy kładli się do łóżka i istniała duża szansa, że zaraz poślizgnie się na czyichś gaciach.
Terminator zatrzymał się przy czyimś łóżku. Po samym zapachu błota i roślin Dorian wiedział, że znajduje się przy posłaniu należącym do Lotus. Nazywał ją dziwnym dzieckiem, ale względnie grzecznym. Nigdy nie miał z nią problemu, ale też nie dziwił się, że to ona mogła przynieść do obozu dziwne zwierzątko.
Kucnął i zaczął grzebać pod łóżkiem dziewczynki, ale nic tam nie znalazł. Ani śladu zwierzątka. Może to jednak nie była Lotus?
Terminator chwycił zębami za kawałek koszulki właściciela i pociągnął go dalej. Dorian odwiedził tej nocy tyle łóżek, że przestał podejrzewać kogokolwiek. Właściwie każdy mieszkaniec baraku wyglądał na kogoś, kto mógłby przynieść do obozu dziwne zwierzątko.
 
Rankiem poczekał, aż większość osób wyjdzie na dwór, usprawiedliwiając się, że zgubił coś bardzo ważnego i dołączy do reszty później. Musiał sprawdzić te cholerne łóżka, bo przez całą nos śnił o ogromnym puchatym szczurze, który próbował go zamordować.
Złapał Terminatora za kark i pociągnął, cały czas głaszcząc wielkiego psa za uchem. Wierzył, że wszystko, co wczoraj słyszał, było prawdą, a nie głupim snem.
— Czujesz coś? — zapytał psa. — Nie?
Terminator usiadł skołowany tuż przy właścicielu i zaskomlał jak smutny szczeniak, z którym nikt nie chciał się bawić.
Dorian się poddał. Po prostu wyszedł i poszukał Elianne, żeby wytłumaczyć, co słyszał w nocy i że nie ma zielonego pojęcia, kogo powinni podejrzewać o sprowadzenie podejrzanego zwierzęcia do obozu.
— Jest problem — zaczął, zanim koleżanka zdążyła się przywitać. — W nocy słyszałem dziwne odgłosy. Jakby coś chrumkało.
— Świnia?
— Przysięgam, to coś chrumkało i piszczało jednocześnie.
Elianne uśmiechnęła się i przeszła w miejsce, gdzie nikt nie będzie ich podsłuchiwać. Dorian nigdy nie wiedział, czy mówi takie rzeczy, stojąc daleko od tłumu, bo… nie widział ludzi.
— Próbowałem z Terminatorem znaleźć tego zwierzaka, ale wydaje mi się, że to przed nami uciekało. — Pogłaskał psa, siedzącego obok. — Jakby uciekało co chwile pod inne łóżka. Może powinniśmy na to zastawić klatkę?
— A co jak przypadkiem to skrzywdzimy? — jęknęła Eli z przejęciem. — Chyba nie chcę temu robić krzywdy.
Dorian był innego zdania, ale postanowił być miły i nie doprowadzać Elianne do histerii. Albo załamania. Albo nie chciał, żeby się wkurwiła, bo nie znał dziewczyny jeszcze tak dobrze, by przewidzieć, jak się zachowa.
— W jaki inny sposób mamy sprawdzić, kto to przyniósł?
— Rano niczego nie znalazłeś? W sensie, no, teraz?
Pokręcił głową.
— Próbowałem, ale nawet nie słyszałem tych dziwnych odgłosów. Myślisz, że ktoś to ze sobą nosi?
Elianne klasnęła w dłonie.
— Tak! Właśnie o to chodzi! — I złapała Doriana odruchowo za rękawek od koszulki, by szepnąć mu na ucho: — Chodźmy na stołówkę i obserwujemy, czy ktoś czegoś ze sobą nie zabrał, dobrze?
Uśmiechnął się w odpowiedzi. Nie było to głupie, a może pomóc znaleźć poszlaki.
 
— Lubisz słodycze? — zapytała, kiedy usiedli obok siebie, ona trzymając proste kanapki, a on truskawkową babeczkę, którą wybrał mu Terminator. — Nie widać po tobie.
— A co? Mam się ubierać w różowe ciuchy, żeby było widać? — prychnął. — Wolę słodkie śniadania niż słone. Dodają energii.
— Słyszałam, że jest na odwrót.
— No, może tak, może nie. — Wzruszył ramionami. — Uważam, że cukier z rana wchodzi lepiej niż po południu. Zaobserwowałem to na sobie. Terminator też tak uważa.
— A nie można dostać, wiesz… cukrzycy?
— Od jednej babeczki?
— Tak kiedyś słyszałam. A może czytałam? — mruknęła sama do siebie. — Wygląda pysznie.
Dorian kiwnął głową w odpowiedzi, wgryzając się w słodką babeczkę, ozdobioną grubą warstwą równie słodkiego kremu. Przez ich krótką rozmowę prawie przegapili kogoś, kto z czymś pod koszulką poszedł odebrać talerzyk z jedzeniem.
Eli wbiła łokieć w żebro Doriana, a ten, niespodziewawszy się tego ciosu, wypuścił niedojedzoną babeczkę na ziemię.
— Hej! Moja babeczka!
— Cicho! — syknęła wrogo, a nadąsany chłopak przestał opłakiwać ukochane jedzenie. — Ktoś właśnie wygląda podejrzanie.
— Och, tak? Może mi go opiszesz?
— Dziewczyna. Niesie coś pod koszulką.
Dorian zmarszczył brwi. Niesie coś pod koszulką?
Zwrócił się do Terminatora, ale zanim zdążył poprosić psa, by podszedł i obwąchał podejrzaną, to ta znikła z pola widzenia Elianne. I z pola widzenia psa, bo Terminator nawet nie wiedział, czego właściciel od niego oczekuje, kiedy zaczął wściekle machać ręką. Pozbawiony kontroli nad psem Dorian czuł się, jakby własne dziecko wbiło mu nóż w plecy.
— Nie załamuj mnie! — krzyknął do psa. — Masz nos! Możesz wywęszyć!
Ale pies tylko zaskamlał w odpowiedzi, a Elianne położyła uspokajająco dłoń na ramieniu chłopaka.
— Chodź za mną. Tak też zrobił. Ufał w tej kwestii bardziej dziewczynie, bo sam nie mógł zobaczyć, czy kłamie, czy mówi prawdę. Wolał już robić wszystko to, co powiedziała, byleby znaleźć odpowiedzialną
za dziwne zwierzę osobę.
— Wydaje mi się, że poszła tam… — Zakręciła się w kółko i nagle gwałtownie zatrzymała. — A może tam?
— Pójdźmy tędy. — Wybrał kierunek, kończąc niezdecydowanie Elianne. Gdyby na nią czekał, to pewnie by się nigdy nie doczekał, a naprawdę zależało mu na czasie. — Pamiętasz, jak wygląda?
— Zwróciłam najbardziej uwagę na koszulkę, ale chyba kojarzę kolor włosów. Powinnam rozpoznać.
Dorian kiwnął głową porozumiewawczo.
— To do dzieła.

Elianne?
────
[1021 słów: Dorian otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

środa, 23 lipca 2025

Od Doriana do Elianne — „Sherlock Holmes ale inaczej"

— Dorian?
Podniósł głowę, ale wzrok skierował już w inną stronę. Nie lubił, gdy ktoś przerywał mu codzienny trening, dlatego na twarzy rudowłosego od razu zagościł grymas niezadowolenia.
Eli uśmiechnęła się delikatnie, czego Dorian i tak nie mógł zauważyć, i podeszła bliżej chłopaka. Z obawą patrzyła na dużego czarnego psa przewodnika, ale wystarczyło jedno wyciągnięcie ręki, żeby przestała się bać pogryzienia. Terminator oblizał dłoń dziewczyny i zadyszał ze zmęczenia, jakby to on przed chwilą ćwiczył przez dwie godziny z bronią w ręce (łapie?).
— Co tam? — zapytał, kiedy przeszkadzająca mu dziewczyna nie powiedziała nic więcej. — Jestem trochę zajęty.
— Mógłbyś mi w czymś pomóc?
Dorian opuścił broń, a jej ostry czubek z cichym łupnięciem wbił się w piaszczyste podłoże.
— Nie.
— To ważne — nalegała.
Eli nie zagadywała Doriana właściwie nigdy. Kojarzyła rudą czuprynę z widzenia oraz z plotek, bo niewidomy chłopak wypracował sobie reputację zawziętego, ambitnego legionisty, który mógłby pierwszemu lepszemu zdrajcy odrąbać łeb bez skrupułów.
Teraz Eli przez chwilę myślała, że Dorian okaże się skończonym dupkiem i nie spróbuje jej pomóc. Bo w sumie dlaczego by miał? Przecież przerwała mu trening.
— Niech będzie — burknął niezadowolony.
Złapał Terminatora za kark, żeby potarmosić dużego psa i poszedł za Eli, która wspomniała coś o „poważnym” problemie. I czymś jeszcze, ale Dorian przestał słuchać, bo zbyt denerwowała go myśl o niedokończonym treningu.
— Podobno — otworzyła drzwi od baraku — ktoś przemycił do obozu potwora.
— Potwora? — zatrzymał się w progu. — Dlaczego w ogóle przychodzisz z tym do mnie?
— Bo to ktoś z drugiej kohorty. Podobno. Wszystko to domysły na razie, ale…
Zaciągnęła Doriana w głąb pomieszczenia i kiedy stanęli gdzieś na uboczu, bliżej ściany, zaczęła szeptać:
— Nie mów nikomu. Dostałam te plotkę od kogoś i miałam znaleźć kogoś kompetentnego z drugiej kohorty.
Dorian pokiwał głową. Powoli, z widocznym na twarzy zamyśleniem.
— Nie widziałem, żeby ktoś przemycił potwora do baraku.
Eli westchnęła. Była tak samo nieprzekonana, co on, ale jak już tutaj przyszła i zawracała legioniście dupę, to musiała udawać, że panuje nad sytuacją.
— Chodźmy stąd. Tutaj raczej nie ma co gadać.
 
Nie wiedzieli co robić. Nie mieli planu. Pomysłu. Tylko parę domysłów i plotek, którymi została zasypana Eli. A Dorian jeszcze obiecał, że nie powie nikomu. To nikomu znaczyło też, że nie powie słowa Kurtowi. Kurtowi rzecz jasna mówił wszystko. Do tej pory.
Przeszli się do Nowego Rzymu, żeby gdzieś w spokoju zastanowić się, co zrobić z potencjalnym niebezpieczeństwem w obozie. Eli zapomniała o jedzeniu. Na tyle przytłoczona samą sytuacją oraz tym, że musiała zagadać do groźnie wyglądającego chłopaka legionistka zapomniała o podstawowych potrzebach fizjologicznych.
Zabrała Doriana do jakiejś małej kawiarenki prowadzonej przez miłą, starszą panią, której dzieciak Invidii i tak nie mógł zobaczyć. Zamówienie za niego złożył Terminator, który pacnięciem łapy o szybę pokazał sprzedawczyni jakie ciasto ma wybrać.
— No to — Eli zatopiła widelec w niewielkim kawałku czekoladowego ciasta — co robimy?
— Musimy znaleźć te osobe, nie? — mruknął w odpowiedzi. — Wiesz w ogóle coś więcej, czy to wszystko?
— To wszystko.
— Kto ci o tym powiedział? — dopytywał dalej. Jakoś w barkau nie mógł zebrać w sobie myśli. Albo nie chciał, żeby ktoś podsłuchał tej śmiesznej rozmowy, w którą sam ledwo uwierzył.
— Jakiś chłopak. Podobno widział coś niepokojącego i chciał, żebym to sprawdziła. Trochę dziwne, nie?
Dorian wgryzł się w truskawkową babeczkę. Dawno nie jadł czegoś tak dobrego. I różowego.
— Musimy zacząć śledztwo.
I to wystarczyło, żeby Eli się uśmiechnęła.
— I zaczniemy od…
—…obserwacji — dokończył za nią Dorian. Umorusany białym kremem wyglądał teraz zupełnie niepoważnie, ale Eli starała się nie pokazywać, jak bardzo bawi ją wygląd legionisty i kolegi z obozu. — Nie wiemy co to za osoba. Posiłkujemy się tylko plotkami i domysłami, a to nie wystarczy, żeby kogoś pobi… osądzić, co nie? To musimy zacząć obserwować. Każdą osobę z drugiej kohorty.
— Nie zajmie nam to za dużo czasu?
— Zajmie. — Wyciągnął chusteczkę i otarł brudną twarz. — Ale od czegoś trzeba zacząć.
Eli wyciągnęła z kieszeni mały notesik.
— Mogę pisać.
— Pisać?
— Mam notes.
— Nosisz ze sobą notes?
— To najmniej ważne w tym momencie, okej? Musimy się namyśleć.
Nachylili się obydwoje nad stolikiem jak dwójka przyjaciół obgadująca swoich największych wrogów. Eli jeszcze poprosiła o chłodny napój, a Dorian wziął sok pomarańczowy.
— Zaczniemy od dzisiaj. Patrz na wszystkich, co będą wchodzić do baraku i z niego wychodzić…
— W nocy mógłbym przeszukać rzeczy.
— Czy to nie jest… przekraczanie granic? — Podniosła głowę. — No wiesz… to czyjeś rzeczy.
— Powiesz też tak o potworze? Czyjś potwór? — obruszył się. — Nie będę dotykać czyjejś bielizny albo… dobra, może sobie odpuścimy na razie.
Nawet jeśli nie widział, to wciąż czuł na sobie oceniający wzrok Eli. Albo raczej wzrok, który mógł zabić.
— Jak coś znajdziesz, to daj mi znać. Wiesz gdzie mnie szukać, prawda?
Liczyła, że ją kojarzy. Że gdzieś usłyszał jej imię albo chociaż rozpoznaje głos.
— Tak — skłamał. — Poradzimy sobie.
Wstał od stołu i poczochrał Terminatora za uchem. Wielki pies zamerdał ogonem tak wielkim, że przypadkowo przesunął jedno krzesło i niemal nie przewrócił samego Doriana.
— To co? Do jutra?

 Elianne?
──── 
[806 słów: Dorian otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

sobota, 15 marca 2025

Od Doriana CD Edel i Kurta — „Serve The Servants”

Poprzednie opowiadanie

Może nie był gotowy na to, że nowym centurionem zostanie akurat ona. Może był też zwyczajnie zazdrosny, bo ponownie nie został wybrany na ważne stanowisko. Może wciąż uważał, że jest zbyt słaby, by pełnić funkcję inną, niż zwykłego legionisty.
Stojący tuż obok niego Terminator zawarczał, pewnie wyczuwając napięcie. Ten pies wiedział wszystko, czytał Doriana jak otwartą książkę i zawsze odwzorowywał emocje chłopaka z idealną precyzją oraz dokładnością. Przeciągłe warknięcie miało odstraszyć potencjalnego napastnika, powiadomić go, by lepiej się nie zbliżał.
— Nie, nic z tych rzeczy — powiedział, uśmiechając się krzywo, by chociaż w minimalnym stopniu ukryć swoje prawdziwe uczucia. Zazdrość rozdzierała pierś półboga. — Masz pewnie swoje obowiązki.
Podrapał się po głowie, po czym odwrócił na pięcie, dając tym samym znak Kurtowi, by jak najszybciej wrócili na swoje miejsce. Ich miejscem był pewien wydeptany mały placyk, na którym ćwiczyli we dwójkę. Tylko we dwójkę. Nie wpuszczali tutaj nikogo, chociaż wątpliwe, by inny legionista zdołał się tutaj zakraść przez pilnującego Terminatora. Wielki, czarny mastif odstraszał ludzi, nawet kiedy leżał i się nie ruszał.
Dorian wciąż czuł na swoich plecach wzrok Edel. Nowej centurionki, kogoś, kto wyrwał mu i Kurtowi ważne stanowisko. Ich dwójka codziennie ćwiczyła, wywijała bronią tak, jak robią to profesjonaliści, a wciąż nie zostali wywołani z tłumu. Traktowani raczej jak powietrze, bądź jak straszne rodzeństwo, które nienawidzi ludzi i wszystkiego, co się samodzielnie porusza.
— Nie podoba mi się to — powiedział do Kurta, kiedy dotarli na ich święte miejsce treningowe. — Coś jest z nią nie tak.
— Mhm — mruknął tylko, głaszcząc Terminatora za uchem. Duży pies specjalnie się położył, by półbóg mógł bez problemu go dosięgnąć.
— Co z tym robimy? — zapytał, przechadzając się dookoła placu. Cały czas nasłuchiwał, czy wspomniana wcześniej centurionka za nimi nie poszła. Dorian zdecydowanie nie był zbyt ufny, właściwie, to oprócz bycia zazdrośnikiem, był też samotnikiem, niedopuszczającym do siebie nikogo, chyba że chodzi o Kurta.
Kopnął pierwszy lepszy kamień, który napatoczył się mu pod nogą i wrócił do Kurta, stojącego wciąż tam, gdzie chwilę wcześniej.
— Jak mamy być lepsi, kiedy nową centaurionką jest córka Arcus? — warknął, pozwalając sobie na irytację. Przez ten cały czas dusił w sobie negatywne emocje, by nie denerwować przy okazji Terminatora. — Czemu ona? Kto ją wybierał?
Kurt nie odpowiadał, tak samo poirytowany, co jego brat krążył dookoła placu, rozmyślając o wszystkich za i przeciw. Pozbyć się Edel? Przejąć stanowisko? Zniszczyć pierwszą kohortę?
— Może to pomyłka, co? — mruczał dalej Dorian. — Naślę na nią psa.
Kurt się zatrzymał. Spojrzał na brata tak, jakby ten wpadł na genialny pomysł uratowania biednych, zagłodzonych dzieci na całym świecie.
— Właśnie! Terminator!
Pies podniósł głowę, usłyszawszy swoje imię. Przyglądał się dyskutującej dwójce z wyraźnym zainteresowaniem. Długa strużka śliny skapywała na piaszczyste podłożę, przez co tworzyło się coś na wzór błota. Oślinionego błota.
— Myślisz, że zrezygnowałaby z funkcji, gdybym postraszył ja psem? — Potarł dłoń o dłoń, patrząc na Kurta (a raczej próbując patrzeć w stronę brata). — Musimy mieć plan, Kurt. Najlepiej byłoby zacząć jeszcze dzisiaj.
— Poczekaj. — Kurt położył dłoń na ramieniu półboga. — Jesteś zbyt niecierpliwy.
— Kto to mówi — bąknął, urażony komentarzem ze strony brata. — Nie ma czasu na zastanowienia. Trzeba działać.
Kurt przewrócił oczami, bo nawet jak chciał pozbyć się denerwującej Edel, to nie mógł działać pochopnie; a Dorian najchętniej wszcząłby rewolucję obozową już teraz, w tej chwili.
— Jeśli ma się nam to udać…
— To potrzebujemy planu, tak, wiem. — Machnął ręką. — To jaki mamy plan?
— Terminator mógłby zacząć ją prześladować.
Dorian wyciągnął otwartą dłoń w stronę psa. Chciał pogłaskać zwierzaka, ale ten momentalnie oślinił mu całą rękę.
— No… — Strzepnął wielkiego, oślinionego, gluta na ziemię. Obrzydzenie wymalowało się na twarzy rudowłosego. — Mógłby ją oślinić, czy coś… — mruczał, trzymając spiętą rękę w powietrzu, bo nie miał jej o co wytrzeć; a już za żadne skarby nie ubrudzi sobie czystych ubrań.
— Nie, posłuchaj mnie, Dorian. — Kurt złapał brata za skrawek koszulki i pociągnął na bok. Dorian nic nie widział, ale ufał półbogowi, że właśnie znaleźli się w miejscu, w którym nich nie podsłucha ich rozmowy. — Wystarczy, że Terminator zacznie za nią chodzić. Wszędzie. Nie musi być agresywny, bo jest już… no, wiesz…
— Duży?
— Dokładnie. — Potaknął, uśmiechając się jak skończony wariat. — Jest duży, nie, on jest ogromny. To wystarczy, by ją wystraszyć.
Dorian zaśmiał się cicho, bo wyobrażenie grzecznego Terminatora, który chodzi krok w krok za Edel, był na tyle śmieszny, że nie mógł zachować powagi.
— Ej, ale myślałeś o tym, że mogłoby jej to nie wystraszyć? — Uśmiech zszedł z twarzy chłopaka. Patrzył teraz na Kurta z konsternacją i wątpliwością, czy ten plan ma prawo się udać.
— A widziałeś kogoś, kto nie bał się Terminatora?
— Ciebie?
— Nie mówię o sobie, debilu — prychnął. — Terminatora boi się każdy. Nieważne, jak duże ktoś ma doświadczenie i nieważne, jaką funkcję pełni. Ty go nie widzisz, ale ten pies to… naprawdę potężne bydle.
Dorian w pierwszej kolejności miał się obrazić za wytknięcie mu faktu, że jest niewidomy, ale szybko o tym zapomniał na rzecz wspominki o krwiożerczym i wielkim psie. Terminatora może nie widział, ale wyczuwał wibrację, kiedy zwierzę stawiało kroki bądź warczało. Czuł też ogromne łapy, kiedy ten chciał wgramolić się swojemu właścicielowi na kolana.
— Jeśli to nie wypali, to przysięgam, że zamorduję cię własnymi rękoma.
Groźba nie była tylko pustymi słowami. Dorian zdecydowanie mógłby próbować zabić Kurta, gdyby ich plan nie wyszedł. Mógłby wyciągnąć broń, przystawić ostrze srebrnego miecza do szyi brata i prosić, by przeprosił. Był w końcu synem Invidii; a dzieci bogini nie są pierwsze do wybaczania.
Kurt uniósł delikatnie kącik ust, patrząc na zmarszczone w ostrzegawczym geście, rude brwi brata.
— Nie musisz się o to martwić.
— Nie płacz, kiedy będę musiał cię zasztyletować — bąknął i ścisnął ramię Kurta. Tą ręką, którą przed chwilą obślinił mu Terminator. — O… — Wycofał się, czując, że zostawił właśnie na koszulce Kurta duży, mokry ślad.

Kurt, bracie? 
─── 
 [942 słowa: Dorian otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 29 października 2024

Od Doriana — drabble „Dynia”

Zazwyczaj nie zwracał uwagi na ciepłe napoje; lubił czasem wypić herbaty albo gorącej czekolady, ale zdarzało się to bardzo rzadko. Tym razem pod nos podsunięto mu coś, czego jeszcze nie próbował.
Z zaciekawieniem powąchał unoszący się w powietrzu dym i chwilę siedział w milczeniu.
— Co to jest?
Osoba, z którą poszedł do kawiarni się uśmiechnęła. Tego radosnego wyszczerzenia Dorian zobaczyć już nie mógł.
— Spróbuj. Dopiero wtedy zrozumiesz.
Upił łyk i się wykrzywił. Ciepły napój natychmiastowo rozgrzał go od środka.
— Smakuje dynią. Serwują tutaj kawę z dynią? — mówił to z takim zdziwieniem, jakby spróbował właśnie najdziwniejszej potrawy na świecie. — Bardzo dobre.

 ─── 
 [Dorian otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

piątek, 4 października 2024

Od Doriana — drabble ,,Przerwa"

Ubrany był w ciężką metalową zbroję, a w dłoni dzierżył miecz; nie walczył tą bronią, ale musiał umieć radzić sobie w każdej sytuacji. Stał na polu ćwiczeniowym sam, w środku nocy, kiedy większość legionistów spała. Nie chciał, by ktoś go widział. Nawet Kurt.
Ugiął kolana i zaczął nasłuchiwać odgłosów nocy; śpiew ptaków, które podobnie, jak on nie spały, był niezwykle przyjemny, a delikatny szum drzew pozwalał mu się skupić.
Zamachnął się, a potem jeszcze raz. Metalowa zbroja zabrzęczała. Dorian cicho sapnął.
— Hej, zrób sobie przerwę, co? — Zamarł. — Codziennie cię tu widzę. Wiesz, która jest godzina?
Dorian nie słuchał. Musiał ćwiczyć.

─── 
 [Dorian otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 3 października 2024

Od Doriana — drabble ,,Szkoła"

— Chodź, pomogę ci. — Starsza Pani chwyciła chłopca za ramię. Chciała poprowadzić rudowłosego do toalety. Obserwowała nowego ucznia od dobrych dwudziestu minut i wiedziała, że potrzebuje pomocy.
— Nie potrzebuję. — Wyrwał się z ucisku. — Poradzę sobie, okej? W którą stronę mam iść?
— Spokojnie, mogę cię poprowadzić.
— Poradzę sobie — upierał się i niecierpliwie przebierał nogami. — W którą stronę?
— Prosto i w lewo…
Dorian poszedł przed siebie, potykając się co drugi krok o własne nogi. Nie radził sobie i potrzebował pomocy, ale prędzej umarłby, niż pozwolił się poprowadzić do toalety.
Szkoła specjalna dla takich, jak on. Niewidomych. Nieporadnych.
Dorian jednak nie chciał być nieporadny

─── 
[Dorian otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

środa, 2 października 2024

Od Doriana — drabble ,,Cukierek"

Nie wyglądał, ale uwielbiał słodkie rzeczy. Gdyby mógł, to zjadłby każdy tort świata, każde ciastka i jeszcze chciał więcej; nie mógł się jednak do tego przyznawać. Uchodził za ambitnego oraz zdeterminowanego legionistę. Za kogoś, kto zrobiłby wszystko, by znaleźć się w pierwszej kohorcie i za kogoś, kto walczyłby do upadłego.
A teraz siedział w samotności ze swoimi trzema babeczaki: jagodową, czekoladową oraz truskawkową. Każda obficie polana była lukrem i ozdobiona owocami.
— Podzielisz się?
Znajomy głos.
— Słucham?
— Podzielisz się? — słyszał, jak Kurt się do niego dosiadł. — Nie wiedziałem, że lubisz słodycze.
— Co cię to obchodzi? — prychnął i podsunął Kurtowi babeczkę truskawkową.

────
[Dorian otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 1 października 2024

Od Doriana — drabble ,,Strzała"

Na treningi chodził codziennie. Często po wiele godzin i często doprowadzał się do przemęczenia. Próbował osiągnąć coś, co sam sobie wymyślił i najprawdopodobniej było nieosiągalne. Bynajmniej nieosiągalne dla niego.
Nie wiedział, gdzie patrzy. Wiedział za to, że ktoś, kto z nim dzisiaj trenował, był zwykłą suką.
Usłyszał przeklnięcia, a później stukot metalu.
— No i co? To tyle? — zapytał drwiąco. — Nie skończyłem.
Terminator zawarczał, a Dorian poczochrał dużego psa po głowie. Czuł spięcie.
Świst.
Nad rudą czupryną przeleciała strzała.
Później była kolejna i jeszcze jedna.
— Jesteś skończoną dziwką — warknął do przeciwnika.
Wiedział, że został żywą tarczą tylko dlatego, bo nie widział.

────
[Dorian otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

piątek, 29 grudnia 2023

Od Doriana do Lexi — „Nie śpię bo ćwiczę”

Kiedy był młodszy, wydawało mu się, że wszyscy się z niego naśmiewają. Nie byłoby w tym nic dziwnego, dzieciak, który ma magiczną matkę, dodatkowo niewidomy i z psem przewodnikiem. Młodzi są jednak okrutni i gdy dostrzegą twój słaby punkt, to wykorzystają go w najbardziej obrzydliwy sposób. Zgnoją cię tylko, dlatego że jesteś inny. Takie są dzieci. Nie byłyby takie, gdyby rodzice poprawnie je wychowywali, ale Doriana to nie obchodziło. Dzieci były i będą okrutne.
Do obozu trafił w wieku trzynastu lat i pierwsze, o czym myślał, to o tym, by wyrobić sobie renomę. Ćwiczył tak długo i tak intensywnie, że nie raz nie mógł ustać na nogach. Siadał wtedy pod jakąś ścianą, z dala od innych, żeby nikt przypadkiem nie dostrzegł, jak ten dyszy.
Udało się to tylko w minimalnym stopniu. Niektórzy rzeczywiście podziwiali chłopaka. W końcu niewidomy, a potrafił, więcej niż oni. Inni za to… niezbyt się tym interesowali. Byli leniwi. Tak myślał Dorian. Każdy, kto nie chciał z nim ćwiczyć, przepychać się lub próbować nowych technik walki był leniem.
Ta obsesyjność na punkcie bycia wytrenowanym i „lepszym” skończyła się ostatnio niezbyt dobrze. Doprowadziło to chłopaka do łóżka. Skręcił kostkę. Pies przewodnik nie był od tego, by nosić ludzi, wozić ich jak konie, więc Dorian leżał przykuty do łóżka, patrząc (niedosłownie, bo nawet nie widział) w ścianę. Dopiero trzeciego dnia spróbował się podnieść. I poleciał jak długo na ziemię. Poobijał sobie szczękę, żebra oraz w sumie… wszystko.
Teraz mijał czwarty dzień od wspomnianego wypadku. Dorian uważał, że czuł się już lepiej i ignorując zmartwienia innych, znów postanowił wstać. Kulejąc, wymknął się z kohorty i przez najbliższe dziesięć minut ciągnął za sobą nogę niczym zombie w tych durnych serialach.
— Dosłownie wiem, że przede mną stoisz. Odsuń się. Idę ćwiczyć — warknął do kogoś, kto śmiał zatorować mu drogę. Kiedy jednak uparciuch nie ustąpił mu drogi, Dorian spróbował go wyminąć, prawie potykając się o własne nogi. — Nie mam czasu. Przez trzy dni leżałem w łóżku z powodu tej cholernej kostki. Nie mogę dalej leżeć, dlatego bądź taki miły i przestań mi przeszkadzać. — Wyciągnął przed siebie ręce, chcąc złapać nieznajomego. I kiedy palce rudowłosego zetknęły się z koszulką tego kogoś, to od razu zacisnęły się na materiale.
— Nie wiem, czy to mądre, żeby ćwiczyć w takim stanie.
— Nie jesteś moją matką. Idę trenować ręce. Rozumiesz, bicepsy. Nie nogi.
— Jesteś uparty.
— Nie. — Pociągnął za ubranie nieznajomego. — Ty jesteś. Zmarnowałem przez ciebie cenne pięć minut, które mogłem wykorzystać na trening. Nie wierzę, że akurat dzisiaj musiałem spotkać kolejnego lenia. Idź, wróć do swojej kohorty i leż cały dzień w łóżku, proszę bardzo.
Posunął dalej, ciągnąć kontuzjowaną nogę i pod nosem przeklinał kogoś, kto zajął mu czas. Przecież to logiczne, że nie będzie biegać. Chciał wzmocnić mięśnie rąk. Już nawet znalazł sobie ciekawy kamień, który zamierzał podnosić i odkładać. Tak nabierze mięśni.
Przyszykował się do podniesienia dosyć sporego kamienia i wtedy… coś strzyknęło rudzielcowi w kręgosłupie. Skrzywił się i upuścił głaz na kontuzjowaną nogę, krzywiąc się jeszcze bardziej.
— Ja pierdolę! — wrzasnął oburzony. Zamachnął się, by kopnąć wredną skamielinę, ale wtedy poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu.
Odwrócił się jak poparzony i krzyknął:
— Hej! Nie widzisz, że tu ćwiczę?!


Lexi?
◇──◆──◇──◆
[522 słowa: Dorian otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

Dorian Walsh

METODA MARCHEWKI I KIJA. MARCHEWKA BYŁA DLA WOŁU, A KIJ DLA CHŁOPA, JAK SIĘ LENIŁ.

zdjecieDorian WalshON/JEGO — 16 LAT — PÓŁBÓG — KANADYJCZYK — 0 PD — 2 PU — 100 PZ.zirco.

SYN INVIDII