Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dear Milio Hansen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dear Milio Hansen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 kwietnia 2023

Od Kanmi CD Milio — „Dear Milio Hansen”

lato

Miasto przerażało Kanmi swoimi rozmiarami — wieżowcami, których iglice śmiało przebijały kłębiaste chmury, hordami spieszących — Bogowie wiedzieli gdzie — ludźmi w garniturach, strojach kąpielowych albo przebraniach gigantycznych warzyw, wielkimi billboardami, jakie to, zdawało się, nowojorczycy postanowili wpieprzać w każdym miejscu, tak byś na zwyczajnym spacerze mógł liczyć na ich nieustanne towarzystwo (wzięła cię nieoczekiwana, nieodparta ochota na chińszczyznę? Jedno spojrzenie w prawo i masz przed sobą ogromną reklamę ze wcale nie oklepanym motywem smoka i neonowym, żebyś doskonale widział, numerem telefonu. Jednak nie chińszczyzna? Odwrócisz się jeszcze trochę, o, specjalny billboard należący do restauracji meksykańskiej! Dla ciebie, mój przyjacielu, specjalna oferta, dziesięć procent taniej, jeśli zrobisz sobie zdjęcie z tym meksykaninem na ogromnej płachcie i wrzucisz na social media z hasztagiem „#meencantaméxico”). Wieczny hałas sprawiał, że Zervas miała ochotę się wycofać, najlepiej gdzieś pod drzewa Central Parku, ukryć między ścieżkami i spędzić tam resztę dnia, tak żeby o tej dziewiętnastej złapać pociąg i nigdy więcej się w Nowym Jorku nie pojawiać.
Za każdym razem to jest właśnie jej pierwsza myśl. Dojmująca niechęć.
Drugą jest dziwnego rodzaju podziw — wcale nie dla deweloperów, którzy od lat skrupulatnie oskubywali każdego wynajmującego mieszkania na Manhattanie, nie dla biznesmenów, jacy to w imię swoich planów i potrzeb niwelowali wszelką zieloność, by wzbogacać miasto o jeszcze więcej brzydkich budynków i jeszcze więcej betonów. Kanmi czuła się oczarowana życiem, które tętniło w Nowym Jorku. Patrzyła na ludzi, zupełnie nieruszonych jej istnieniem, i zastanawiała się, jakie mają rozterki, jakie życia, czy mają dzieci, czy są zadowoleni ze swojego dnia, czy może mogłaby ich rozweselić, chwaląc spódnicę albo kapelusz. Mogłaby przecież to zrobić.
Nie miała jednak pewności, że nie zostanie ofuknięta. Przyzwyczajeni do pędu życia w Nowym Jorku mieszkańcy mogli nie mieć ochoty na komplementy padające z ust turystki. Może Kanmi nie poprawiłaby im wcale humoru, dopisaliby ją tylko pionową kreseczką na liście „ludzi, którzy chcieli być dla mnie mili, ale ja jestem nowojorczykiem i nie potrzebuję miłych ludzi, muszę zapierdalać i pracować dla kapitalizmu (dopisek: kocham kapitalizm)”.
Chciała powiedzieć o tym Milio, ale Nowy Jork okazał się, po raz kolejny, dość absorbujący.
— Patrz, jaki pies! — Odruchowo złapała chłopaka za ramię i wskazała obcesowo na drepczącego nieopodal biszkoptowego labradora. Wyglądał dokładnie tak, jak każdy inny labrador, ale był z Nowego Jorku. No, i był pierwszym, którego Kanmi tamtego dnia zobaczyła.
— Świetny pies, Kanmi. Nigdy w życiu takiego nie widziałem — odparł Milio.
— Co ty gadasz, naprawdę?
— Nie — rzucił. — Co najmniej trzech moich sąsiadów miało takiego samego. Jednocześnie.
Kanmi odetchnęła ciężko i przeciągle, ukrywając durnowaty uśmiech.
Wiedziała, gdzie jest poczta i że powinni wpierw odebrać paczkę, żeby mieć ją z głowy. To znaczy, aż do tej chwili była pewna, że wiedziała.
Później popatrzyła na ulicę. I wychodzącą z niej uliczkę. I kolejną, taką samą. Za zakrętem — dziesięć kolejnych. Central Park okazał się fatalnym punktem zaczepienia. Zaśmiała się nerwowo.
— Milio, czy ty… zupełnym przypadkiem…
— Kanmi.
— Posłuchaj…
— Proszę. Powiedz, że…
— To nie tak.
Popatrzyli na siebie, Milio skonsternowany, Kanmi podważając swoją marną i tak orientację w terenie. Nowy Jork nie mógł być tak skomplikowany. To tylko… trochę większy Obóz Herosów. Nieznacznie większy.
— Gdybyś miał zostać właścicielem poczty, gdzie byś ją zbudował? — podjęła wreszcie i rozejrzała się po uliczkach.
E 63rd Street, E 64rd Street. Cofnęła spojrzenie. E 62nd Street. Potem E 61st Street. Miało to pewien sens, układało w typowy nowojorski porządek — sześćdziesiąt dwa następowało po sześćdziesiąt jeden i… tak dalej.
— Kurwa mać, na pewno nie w Nowym Jorku.

— A dla ciebie?
— Hot doga z parówką. Albo nie, z kabanosem, jeśli pan ma.
— Mam tylko parówki.
— Okej. To z parówką. Z ketchupem i z sosem… ee… Z ketchupem.
— Z parówką i z ketchupem?
— Tak.
Kanmi wręczyła ulicznemu sprzedawcy hot dogów pięć dolarów, za siebie i Milio, który wypełnił swojego hot doga każdym możliwym dodatkiem, jaki wcisnął mu gość od parówek. Zorientował się, że Hansen nie jest szczególnie wybredny, więc wyciągał spod lady coraz to dziwniejsze dodatki.
— Kanmi, a usiądziemy?
— Co? Nie. Widzisz, ile tu jest ludzi? — Wskazała na oblegane ławki. — Nie ma gdzie. Jedz już.
— Dobrze, mamo — stęknął Milio i objął ustami ogromnego hot doga.
Surówki jak kamikaze wyskoczyły z bułki i wylądowały na ziemi, wszystko po to, żeby w najbliższym czasie przyczepić się do czyjegoś buta i w ten sposób zawędrować gdzieś do Midtown albo SoHo.
Milio wydał z siebie jęk.
— Na cycki Afrodyty, ja pierdolę. — Złapał się za pierś i stęknął jeszcze raz. — Jak pali. Muszę usiąść.
Padł na chodnik, sadowiąc się w cieniu rzucanym przez rozrosły wiąz.
— Piękna pani. — Milio wyciągnął rękę ku niezatrzymującej się Kanmi. — Nie zostawiaj potrzebującego.

Gdzieś wpół przeżuwania Kanmi wyciągnęła ku Milio słuchawkę, sugestywnie unosząc brwi. Poczekała chwilę, aż chłopak wytarł brudne od sosu ręce trochę o chusteczkę, a trochę o chodnik, po czym wsadziła do ucha swoją.

I see me padding 'cross your wooden floors
With my Eagles t-shirt hanging from the door

Milio nie odrywał wzroku od hot doga.
— Bardzo kusiło mnie, żeby włączyć Welcome to New York, ale pomyślałam, że to byłoby dosyć… kiczowate — podjęła wreszcie Zervas, patrząc kątem oka na wyświetlające się na ekranie gold rush. Uwielbiała evermore.
— O kurwa.
— Co?
— To byłoby strasznie kiczowate, Kanmi — przyznał, gryząc ogórka, czy cokolwiek zawierało się w tym przedziwnym hot dogu. — Wiesz, co byłoby jeszcze gorsze?
— Co?
— Jakbyś włączyła You Are In Love. Albo Daylight.
Pokiwała głową.
— Albo, rany, Lover.
— Przesada. Albo Dress.
— Ej, nie. Uwielbiam Dress.
— Hm. Wiesz, o co chodzi.
Wiedziała, o co chodziło, aż za dobrze, mimo to całkiem podobał się jej pomysł wrzucenia do kolejki którejkolwiek z tych piosenek.
Everybody wonders what it would be like to love you — zanuciła pod nosem, zanim gold rush przeszło w Dress. Milio odwrócił się do niej, mrużąc podejrzliwie oczy. Uniosła ramiona. — To nie ja, serio. To po prostu poleciało.
Nie przełączyła. Zamiast tego upewniła się tylko, co znajdowało się w kolejce — widząc kilka innych piosenek z reputation i parę z 1989, schowała telefon do kieszeni.
Podała rękę Milio, żeby ten złapał ją i dźwignął się na nogi. Zupełnie jak starzec potarł swoje plecy i stęknął męczeńsko, gdy Kanmi z werwą trzasnęła go w krzyż.
W swojej głowie gwiazda teledysku — Kanmi ruszyła przed siebie, nie czekając na otrzepującego się od pięciu minut Hansena. Dobiegł jednak dość prędko, skarżąc się przy tym na rozłączającą słuchawkę i to, że przez pośpiech Kanmi ominęła go najlepsza część King Of My Heart. Dziewczyna zbyła jego narzekania machnięciem ręki, co wyraźnie wzburzyło go jeszcze bardziej. Odtąd narzekał na wszystko — nogi, cierpki posmak po hot dogu, suchość w ustach, wysokie podatki, płatną służbę zdrowia, ilości biedronek i, jak to ujął, „zbyt przyciągające wzrok” reklamy piw.
All Too Well.
Dziesięciominutowe.
— Słyszysz to? — Kanmi uśmiechnęła się szeroko i wskazała na swoje ucho. — Autumn leaves falling down like pieces into place
— To jest ta piosenka o Johnie Meyerze?
— O Johnie Meyerze?! — krzyknęła w odpowiedzi nieco zbyt głośno, skupiając na sobie w przelocie trzy spojrzenia ludzi, którzy akurat wyłapali nazwisko niesławnego byłego Taylor Swift i piosenkarza w jednym. — Chujowa z ciebie swiftie, kolego.
— Kurwa, nie pamiętam tych wszystkich ex.
— No słuchaj, All Too Well jest o Jake’u Gyllenhaalu. To ten gość, co grał Mysterio w Spidermanie. Albo w Nightcrawlerze. Wiesz, o kim mówię. Był chujem, ogólnie rzecz biorąc — zaczęła. — Rozumiesz, twoją dziewczyną jest Taylor Swift, a ty mówisz jej, że jest za wysoka, żeby nosić szpilki. Pojmujesz? Za wysoka! Co za głupota. Poza tym Gyllenhaal był dużo starszy od Taylor i w All Too Well, no, tak za trzy minuty, masz wers, gdzie Taylor mówi, że ona będzie coraz starsza, a dziewczyny Jake’a pozostaną w jej wieku. Rozumiesz, że takie młode. No i, wiesz, Jake…
— Ej, to nie jest przypadkiem poczta? — przerwał jej Milio i zatrzymał ich oboje, łapiąc Zervas za ramię.
Przełknęła ślinę. To całkiem silny uścisk.
A, poczta.
— Przerwałeś mi bardzo ważną opowieść — zauważyła. — Ale niech będzie. To faktycznie ta poczta. Brawo, detektywie.

Poczta była ogromna, ale Kanmi nie spodziewała się niczego innego. Majaczące wspomnienie sprzed roku ponownie odzywało się w zakamarku jej umysłu, kiedy, wchodząc tu po raz pierwszy, uświadczyła bliźniaczego uczucia do tego, które najpewniej przeżywał obecnie Milio. Popatrzyła na niego z ukosa i, rzeczywiście, nakryła go na pełnym zainteresowania rozglądaniu się po przeszklonym suficie. Oglądał wzbijające się jakby ku niebu kolumny i przypatrywał rzeźbom umieszczonym na cokołach pod poniektórymi oknami. Wielki zegar wskazywał porę na tyle wczesną, by nie musieli przejmować się pociągiem o siódmej.
Odebranie paczki nie było żadną filozofią. Milio stał przy Kanmi przez pierwsze pół minuty, potem oddalił się ukradkiem, zostawiając ją z niekoniecznie najprzyjemniejszą pocztynką, jaką Zervas spotkała. Wyglądała tak, jak mogłaby wyglądać wścibska sprzedawczyni lodów pod kościołem.
— Dziękuję bardzo, miłego dnia dla pani! — Kanmi uśmiechnęła się serdecznie do siedzącej za szybą pani, ściskając pod ręką niewielką paczkę rozmiarów, cóż, książki. — Milio, kurwa. Nie dotykaj tego.
Zgromiła spojrzeniem bawiącego się sensoryczną gąsienicą Hansena. Milio niemal podskoczył, zajęty klikaniem guziczków rozmieszczonych wzdłuż korpusu robaka. Kanmi złapała go za bluzę i pociągnęła w stronę wyjścia, nie przestając się uśmiechać do pocztynek odprowadzających herosów ukrywającym zażenowanie spojrzeniem.
Na szczęście to Nowy Jork. Pracownicy poczty zapomnieli o Kanmi i Milio tak szybko, jak tylko przekroczyli próg poczty i wypadli z powrotem na niekoniecznie świeże, bo cuchnące spalinami powietrze miasta.
Jedyny punkt na liście atrakcji tej wycieczki został odhaczony.

— Zaczekaj chwilę, muszę zawiązać buta.
Kanmi odłożyła swoje rzeczy na murek (podziemny murek? Kto go tam wstawił?) i oparła o niego trampek, płynnym ruchem wiążąc kokardkę na niebieskim conversie. Metro miało podjechać lada chwila, więc spieszyła się, ku uciesze Milio, który niespokojnie wypatrywał metra, jakby to nie jeździło średnio co trzy minuty.
Kiedy nadjechało, Milio poklepał Zervas po barku i popędził w stronę wagonu, przeciskając się przez masę ludzką wychodzącą z… pracy, bo nijak ta pora do jakiejkolwiek zmiany nie pasowała. Kanmi pokręciła głową i złapała za swój plecak, po czym dogoniła Hansena.
W metrze udało im się dorwać dwa wolne miejsca siedzące. Mieli do przejechania parę przystanków, więc zajęli je bez większego roztrząsania sensu przepychania się do ławek.
Przystanek pierwszy. I drugi. Przypinki przy plecaku wydawały się równie interesujące, co tył płaszcza zasłaniającego cały widok mężczyzny. Nie to, że w metrze, tak czy inaczej, było na co patrzeć.
Kanmi przypomniała sobie o książce. Przeszedł ją dreszcz ekscytacji.
— Właśnie, Milio. Wiesz, jaką książkę kupiłam?
— Nie domyślam się.
— Patrz.
Uniosła plecak z przekonaniem, że znajdzie pod nim pakunek. Żadnej paczki nie było. Otworzyła plecak i przetrząsnęła kieszenie. Spojrzała na siedzenie obok.
— O kurwa.
Jeśli będzie miała szczęście, nowojorczycy zostawią zalegającą na murku paczkę w spokoju.
Jeśli nie, niech szlag trafi całą tę wycieczkę.

piątek, 2 grudnia 2022

Od Milio CD Kanmi — „Dear Milio Hansen”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Pierwszą zasadą półboskiego przetrwania było to, że półbogowie spali niespokojnie. Milio nie do końca wiedział, czy to dlatego, że wszyscy mają ADHD, czy przez to, że w ich snach totalnie przypadkowo pojawiają się bogowie oferujący im jednoznaczny utarg: ty zrobisz co ja ci każę, a w zamian cię nie oszczędzę. Był pewien, że przynajmniej raz w życiu powiedział mu to Dionizos. Był też pewien, że odpowiedział mu „pierdol się”, pokazał środkowy palec i nieskutecznie próbował wyjść z własnego snu, podczas gdy Dionizos z kamienną twarzą gapił się na niego, jak kopie powietrze. No i był też pewien, że cały plan Dionizosa sczezł, bo jeszcze chodził po tym świecie i żył (albo po prostu Dionizos serio zdecydował się go oszczędzić. Albo, jeszcze lepiej — zapomniał. Nikt nie wmówi Milio, że tysiąclecia alkoholizmu wcale się na nim nie odbiły, skoro on nie skończył nawet osiemnastu i już miał zaniki pamięci jak zawodowy ćpun).
Obudził się może dziesięć minut później. Pociąg nadal turkotał po torze, a Kanmi w najlepsze czytała bliżej niezidentyfikowaną książkę o drobnym druku, której Milio nie przeczytałby nawet mając do dyspozycji wieczność i wspierających go kibiców. Poczuł senny smak w ustach, podniósł więc głowę o kilka centymetrów od ramienia Kanmi, przetarł ręką ramię jej koszulki, żeby zetrzeć z niej ślad po ślinie i oparł się z powrotem.
Cisza. Kanmi bardzo nerwowo i nienaturalnie przewróciła stronę, a chwilę potem znowu się do niej cofnęła, prawdopodobnie zdając sobie sprawę, że w pewnym momencie przestała się skupiać na tekście.
— Sikać mi się chce — wymruczał w jej ramię.
— Nie dotkniesz mnie do końca tej wycieczki, jeśli pójdziesz się wysikać do toalety w pociągu — mruknęła.
— Uuu, boisz się bakterii? Właśnie porządnie cię obśliniłem.
— Kto normalny sika w toalecie w pociągu, Milio? — rzuciła mu wyzywające spojrzenie.
— Ja — powiedział, równie wyzywająco wstając.
Wycieczka do pociągowej toalety przebiegła mniej więcej tak: do najbliższej dłużyła się spora kolejka, w następnej zepsuł się zamek i Milio musiał w sumie przejść trzy przedziały, żeby w ogóle dostać się do kibla. Posiadanie penisa sporo zniwelowało przenoszenie bakterii, a — nietypowe dla cis mężczyzn — mycie rąk sprawiło, że zapach bananowego mydła odciągał od Milio bakterie w promieniu kilometra.
Wrócił na swoje miejsce sporo stron Dumy i uprzedzenia później. Kanmi odsunęła się w okno na tyle, ile mogła.
Przysunął się.
Postawiła między nimi książkę.
Złapał ją za kolano, śmiejąc się sarkastycznie.
— Ha, berek.
Wyprostowała się tak gwałtownie, że Milio momentalnie cofnął rękę. Dopiero kiedy powtórzyła trzy razy: „dobra, dobra, dobra” i z wytrzeszczonymi oczami przyłożyła okładkę książki do ust, zdał sobie sprawę, że może trochę przesadził i wcisnął się głębiej w fotel, odwracając głowę.
Niezręczna cisza zdążyła zapaść jedynie na kilka sekund. Później przez głośniki rozległ się bliżej niezidentyfikowany głos, który ponoć miał wypowiedzieć nazwę następnej stacji. W rzeczywistości dla Milio głos ten brzmiał bardziej jak wybekanie całego alfabetu w ciągu pięciu sekund. Wlepił więc wzrok w tablicę, ale literki na tablicy cyfrowej rozsypały się jak marzenia Żabora o zostaniu astronautą w momencie, kiedy został alkoholikiem. Westchnął i odwrócił się do piszącej coś na laptopie studentki siedzenie dalej.
— Przepraszam, która teraz stacja? Mam słaby wzrok i nie umiem przeczytać.
Jestem herosem i moja dysleksja nie pozwala mi napisać zdania bez trzydziestu literówek, więc udaję, że to specjalny keysmash, poprawił się w myślach.
Uśmiechnął się półgębkiem, a dziewczyna, oderwana od pracy, odwzajemniła uśmiech szerzej, niż Milio w ogóle oczekiwał. Miała tak cholernie białe zęby, że potrafiłby zobaczyć w nich całą swoją świetlaną przyszłość. Odgarnęła kosmyk blond włosów jak bohaterka wattpada i równie romantycznie rzuciła wzrokiem na tablicę pociągu.
— Zaraz będzie stacja Wyandanch — powiedziała.
Nawet nie podziękował. Z dziwnym wyrzutem energii szturchnął Kanmi w ramię, niemal krzycząc:
— Widzisz, to nasza stacja!
Kanmi zamrugała, wciskając palce między strony książki i zamykając ją na nich.
— Milio, wysiadamy w Central Parku.
— Jestem prawie pewien, że ten punkt pocztowy, o którym mówiłaś, jest w Wyandanch.
— Wcale nie.
— Wcale tak.
— Wcale nie.
Jęknął z irytacją.
— To ja wyjdę na Wyandanch, ty w Central Parku i zobaczymy, kto ma rację.
— I co będziesz robił w Wyandanch, skoro mamy wysiąść w Central Parku?
— A ty co będziesz robiła w Central Parku, skoro mamy wysiąść w Wyandanch?
— Różnica polega na tym, że jeśli wysiądziemy na złej stacji, to zgubimy się razem. Przynajmniej nie będzie nudno. A jeśli na dobrej, czyli w Central Parku, to odbierzemy paczkę.
Pociąg zaskrzypiał przeraźliwie, zatrzymując się bardziej dramatycznie, niżeli stojący bez trzymania Milio by tego chciał.
Stacja Wyandanch, rozległo się przez głośniki, jakby złośliwie: bardzo zrozumiale.
Zanim Milio zdążył choćby wyściubić nogę poza przedział, Kanmi chwyciła go za pomarańczową koszulkę Obozu Herosów i z całym impetem swojej dziewczęcej siły umiejscowiła z powrotem na siedzeniu. Impetem siły całkiem niezłej użytkowniczki swojego rzymskiego sztyletu. Heroski, w dodatku. Wyjątkowo boleśnie wbiła mu łokieć w żebra, który skutecznie odebrał mu oddech i umiejscowił w miejscu.
Siedział. Pięć minut, wielce nadąsany, co jakiś czas potrząsając nogą, ręką lub bębniąc palcami o coś w pobliżu na tyle, ile pozwalało mu jego ADHD. A potem Kanmi włożyła mu do ucha jedną słuchawkę z kawałkiem z „Dear Evan Hansen” i Milio udawał, że wcale przed chwilą nie planowała zamachu na jego życie.
Całe trzy i pół piosenki później (Milio jęknął, kiedy Kanmi zastopowała jego ulubione „For Forever” i wyjęła mu słuchawkę z ucha), głos z pociągu obwieścił stację Central Park. Kanmi pociągnęła nadal wielce nadąsanego chłopaka przez przedział, ciągnąc go przy wyjściu, podczas gdy on paranoicznie delikatnie stawiał kroki, żeby nie wpaść na tory. Cholernie pociągi. Był herosem, pokonał kiedyś grupkę Ker podczas misji, sikał w pociągu jak młody półbóg i absolutnie wymiękał, jeśli chodziło o przekraczanie żółtej linii na peronie.
— Kiedy powrotny? — zapytał, kiedy wychodzili z peronu.
Kanmi przezornie zerknęła na krokodylowy zegarek.
— O 19:00 — westchnęła. — Mamy jeszcze sporo czasu.
— Świetnie. Ciekawe co będziemy robić przez tyle czasu w Nowym Jorku.
— Pójdziemy na nogach do Wyandanch, skoro tak zarzekasz się, że źle wysiedliśmy. — Pacnęła go w ramię.
— Prowadź do punktu pocztowego zatem, księżniczko — westchnął, dramatycznie rozkładając przed Kanmi dłonie. — A potem pójdziemy na budki z jedzeniem. Mam całe pięć dolarów. I wcale nie wyciągnąłem ich z kieszeni spodni Żabora podczas robienia prania.


Kanmi? :] missed u
◇──◆──◇──◆
[1005 słów: Milio otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 26 lipca 2022

Od Kanmi CD Milio — „Dear Milio Hansen”

Klepała Steff po plecach przez kolejną godzinę i gdy myślała, że na niej poprzestaną, Steff znowu zaczynała drżeć, wyrzucając z siebie kolejne serie pojękiwań i szlochów. Tak mi przykro, Steff na stałe zapisało się na języku Kanmi, która z bezsilności powtarzała to jak, mantrę, jakby problemy Steff miały przygasać, ilekroć słyszała, że Kanmi jest przykro. Zervas nie była jednak dyplomowanym psychologiem, a wszystko, co mogła zaoferować swojej współlokatorce, sprowadzało się do przyjacielskiego wsparcia i możliwości wypłakania się w ramię. Chambers musiało to wystarczać, inaczej nie wracałaby do Kanmi przy każdej chwili słabości.
W podobnych momentach cieszyła się w duchu, że nie znała swojej matki. Wystarczyło jedno spojrzenie na Steff, żeby Kanmi wiedziała, że jej mama byłaby niewiele lepsza i że rozdzielenie było lepsze dla ich obu.
Wróć. Nie chodziło o nią. Powinna była skupić się na Steff.
Dłoń Kanmi wodziła wzdłuż talii Steff. Pokrzepiający gest uspokajał dygoczącą dziewczynę, ale ilekroć Steff chowała twarz w szyi Kanmi albo we własnych rękach, dziewczyna sięgała po chusteczki, dając spokój liczeniu tych trafiających do kosza (albo obok niego, Steff w chwilach niedomagania odnajdywała trudność w celowaniu). Zeszłoroczna Zervas z pewnością sprzedałaby krokodylowy zegarek, byleby w podobnych momentach znajdować się blisko Steff, gładzić jej jasne włosy, patrzeć prosto w błękitne, zaczerwienione od płaczu oczu. Chciała ujmować jej twarz i odgarniać kosmyki za ucho i robić wszystko to, o czym czytała w książkach o kobietach śmielszych od niej i także takich, których nie powstrzymwał chłopak wiszący nad karkiem, jak miało się to w przypadku Noah Newmana. Na swoje własne nieszczęście, zeszłoroczna Zervas lubiła pieprzonego Noah Newmana.
— Kurwa, Kanmi — wymamrotała Steff, wyjmując z ust poślinione włosy. Spojrzała na nie ze zniesmaczeniem i wytarła o bluzę. Przy okazji pociągnęła nosem. — Przeze mnie przegapiłaś śniadanie, sorry.
Steff po raz trzeci w życiu spojrzała na Kanmi wzrokiem zbitego szczenięcia. Bez ściągniętych brwi, bez brawury pobłyskującej gdzieś w jasnych oczach.
— To nic, Steff.
— Ale…
— Serio. Nic się nie stało. Zjem coś innego — zapewniła, trzymając wyimaginowane kciuki za Milio, który zobowiązał się do załatwienia jej owsianki. Liczyła, że jej nieobecność okaże się dla Dionizosa subtelnym światłem do czmychnięcia ze śniadaniem pochowanym po kieszeniach. Owsianka nie nadawała się co prawda do oprowadzania jej po obozie, ale miała nadzieję na przynajmniej kanapki. Nawet tej z obrzydliwymi pomidorami.
Steff podniosła się nagle, ocierając twarz rękawem. Wyprężyła się, oparła dłonie o biodra i uniosła podbródek.
— Wiesz co, Kanmi? Nie mogę tak siedzieć do końca dnia. Nie będę płakać! — oznajmiła w przypływie nagłego natchnienia. — Pora uprzykrzyć życie Noah.
Odwróciła się na pięcie i żwawo ruszyła ku drzwiom. Zanim te zatrzasnęły się za nią, spomiędzy futryny wyjrzała głowa Steff.
— Dziękuję. Jesteś cudowna.
Kanmi skinęła głową i rozłożyła ramiona, dokładnie tak, jakby była magikiem u schyłku pokazu. Takim, któremu, co jasne, udała się sztuczka.
Ile by dała, żeby wszystkie zmartwienia — i te Steff, i jej samej — znikały jak królik w cylindrze.
Była naiwna, ale Kanmi dobrze się z tym żyło.

— Roszpunko, spuść tu swe włosy, zanim Chejron mnie znajdzie.
Kanmi usłyszała mruczenie Milio wyłącznie dlatego, że właśnie zbliżała się do szyby, na niedługo po tym, jak uderzył w nią czterokrotnie. W drodze, która dzieliła jej sypialnię od drogiego miejsca spotkań, zdążyła wymyślić przynajmniej trzy formułki, jakie zamierzała wyrecytować w związku z jego uporczywym dobijaniem się, zupełnie tak, jakby nie zapraszała tam Milio sama. Odwołując się do Zaplątanych, Dionizos zwinnym ruchem zburzył wizję, według której chciała przeprowadzić rozmowę.
— Niewiasto, zanim cię wpuszczę… — podeszła do okna i pociągnęła szybę ku górze — …pozwól, iż rzeknę coś innego… — Kanmi mimowolnie uśmiechnęła się na widok Milio. — Hejka.
Popatrzyła na niego badawczo, poszukując znaków śniadania, które, według oficjalnej wersji, miała przechwycić jeszcze na stołówce. Czuła ulatujące z niej powietrze, w miarę sunięcia wzrokiem ku dołowi. Ręce Milio były puste, a szczerze wątpiła, by trzymał cokolwiek w skarpetkach. Głód wyżerał dziurę w brzuchu Kanmi.
— To było… — Milio uniósł brew.
— Co?
— To, co przed chwilą powiedziałaś, to…
— Kurwa. Oglądaliśmy to dosłownie wczoraj, a ty nie zapamiętałeś jednej z najważniejszych kwestii wypowiedzianych przez Flynna Rajtara? — Kanmi pokręciła teatralnie głową. — Bogowie.
— Słuchaj, ja przynajmniej nie brzmię, jakbym maltretował tę biedną bajkę trzy razy dziennie, recytując z pamięci jakieś wyrwane z kontekstu słowa — odciął się.
— Do zobaczenia, jak się zamkniesz. — Ku zaskoczeniu Milio sięgnęła po ruchomą szybę. Z impetem zamknęła okno.
Milio zacisnął usta w niezręcznym uśmiechu i spuścił ręce wzdłuż ciała, dokładnie tak, jakby znowu miał jedenaście lat i przyszedł do sypialni mamy, żeby o północy przypomnieć o wyhodowaniu rzeżuchy.
Kanmi uchyliła szybę z litością.
— Postój tu sobie pięć minut.
— Nie, dziękuję. — Wykorzystując możliwość wdrapania się na parapet, Milio zadarł wysoko nogę i przecisnął się między szybą a Kanmi.
Szli więc razem do sypialni, zupełnie tak, jakby Hermesiątka brały w czwartki wolne i nie biegały od domku do domku ze świeżymi plotkami z życia łóżkowego obozowiczów.
Kanmi była już spakowana, zrobiła to w ciągu pięciu minut dzielących wyjście Steff od przyjścia Milio. W szmacianej torbie na ramię schowała książkę, słuchawki, butelkę wody i małe pudełko z truskawkami, które udało jej się dostać od Laurencego. Poza tym miała tam kilka innych drobiazgów, takich jak agrafki, strzępki papierków, kapsle po piwie albo połowa złamanego grzebienia i nie zdziwiłaby się, gdyby zanurzając weń dłoń i dotykając dna, poczuła, jak coś próbuje odgryźć jej palce. Torby od dłuższego czasu nie uprała i wciąż widziała na niej łagodnie zarysowane resztki po plamie z kleju, który kiedyś na nią wylała. Chociaż ramiona ocierały jej barki, a sama torba nieustannie zsuwała się z niego, Kanmi całkiem ją lubila. Przynajmniej mogła zmieścić w niej czyjąś głowę albo trzy butelki po winie.
Milio zakręcił się dookoła i upadł na materac sąsiedniego łóżka. Zanim Kanmi zdążyła odwrócić się i ochrzanić go za rzucanie się na lichy stelaż, Milio podniósł się gwałtownie i dotknął tylnej kieszeni.
— No i chuj — wymamrotał, wyjmując z niej spłaszczony woreczek.
W pierwszej chwili Kanmi nie wiedziała, co to było. Spojrzała na woreczek badawczym spojrzeniem i już miała wracać do swojej torby, kiedy Milio otworzył go i wyjął ze środka trzy ciastka z marmoladą.
Sorry, zapomniałem o nich. — Wyciągnął rękę ku Kanmi, podając jej pogruchotane słodycze.
Uśmiech rozświetlił pochmurną twarz Zervas.
Kurwa, uwielbiała ciastka z marmoladą.
Wzięła i resztki ciastek, i woreczek, w którym zostały ich większe i mniejsze okruchy. Zjadła wszystkie trzy i nie powiedziała nic, dopóki nie opróżniła zawartości opakowania.
— Cholera, jak Laurencjusz na gastro. — Milio zmarszczył brwi, a Kanmi tylko spojrzała na niego przelotnie, przewracając oczami. — Idziemy?
Chcąc wrzucić woreczek do kosza, chybiła, więc sięgnęła po niego i rzuciła jeszcze raz. Założyła torbę na ramię i stanęła, kiwając głową.
— Idziemy.

— Ja pierdolę!
Kanmi patrzyła, jak autobus odjeżdża na całe pół minuty, zanim udało im się dobiec na przystanek. Według Googla mieli jeszcze dwie minuty, ale kierowca najwyraźniej nie lubił biegających nastolatków i zatrzymał się na ledwo dziesięć sekund, wyjeżdżając przed czasem. Kanmi przekalkulowała, że jeśli zdążyliby złapać ten, mieliby dwadzieścia minut na dostanie się do pociągu. Wówczas jednak, z busem oddalającym się na ich oczach, dwadzieścia minut skróciło się do siedmiu, ponieważ następny autobus miał przyjechać za trzynaście.
— Co za gówno! — Wyrzuciła ramiona w powietrze. — Wiesz co, Milio, było jeść to śniadanie jeszcze dłużej. Może zdążylibyśmy przyjechać do Nowego Jorku o dwudziestej pierwszej.
— No ej, Kanmi, jest przecież przed dwunastą, mamy jeszcze dużo czasu. — Milio wskazał na jej zegarek. — Nie denerwuj się. — Szturchnął Kanmi w ramię. — Zdążymy.
— A spieprzaj.
Trzymając za ramię torby, szybkim krokiem doczłapała do przystanku i w złości usiadła na ławce. Zmęczona bieganiem sapała głośno, jak stary kundel, który pogonił za wiewiórką i odkrył, że wcale nie potrafi wdrapać się na drzewo. Milio dosiadł się do niej, prostując nogi i wzdychając głęboko.
— Ty się nawet nie zmęczyłeś.
— Mam dłuższe nogi.
— Pierdolisz.
Kanmi wyciągnęła swoje wzdłuż jego.
— Inaczej siedzisz. Usiądź jak ja.
Milio poprawił się i podciągnął. Kanmi była pewna, że tym razem siedzieli już na jednej desce, ale wciąż stopy Milio sięgały dalej niż jej. Skrzywiła się i spojrzała w stronę, z której powinien nadjechać kolejny autobus.
— Jeszcze dwanaście minut, nie przywołasz go bardzo niemiłym spojrzeniem.
Kanmi skrzyżowała ręce na piersi i zdecydowała, że zacznie ignorować Milio.
Ignorowała go przez dziesięć następnych sekund, później ją to zmęczyło.
— Chciałabym siedzieć od okna.

Szli przez dworzec, mijając kłębiących się ludzi podążających jak zwierzęta w kierunku swoich peronów, na swoje pociągi, wracając do swojego życia. Kanmi mijała ich wszystkich i chociaż jej myśli skrupulatnie krążyły wokół Nowego Jorku i wszystkiego tego, co musiała w nim załatwić, znalazła chwilę na zwyczajowe rozważanie, jak wyglądają cudze myśli. Chciałaby wiedzieć, co przeszło przez głowę mężczyźnie, którego minęła, albo kobiecie śpieszącej do pociągu, z jaką niemal się zderzyli. Chciała pomóc chłopakowi, któremu rozsypały się kartki i pochwalić jego rysunki, ale ten szybko zniknął gdzieś w tłumie, zasłonięty przez chmarę ludzi.
Widzieli rodziny z dziećmi, starsze małżeństwa, grupy dzieciaków w ich wieku.
Obróciła głowę w kierunku swojego peronu, dostrzegając, jak ojciec odciąga dzieci od wspartego o ścianę mężczyzny. Pomarszczona, sucha twarz i zapadłe policzki świadczyły o zaniedbaniu, a mała reklamówka i kurtka leżąca obok — o potencjalnej bezdomności. Siedział skulony, w rozklejonych butach, w starej, poplamionej koszulce. Uśmiechał się smutno do chłopca, który ciągnął swojego ojca za koszulę, wskazując na niego.
— Tatusiu, proszę, ten pan jest głodny… — mówił.
— Chodźcie, dzieci. — Ojciec popchnął go delikatnie, w przeciwnym kierunku.
Serce Kanmi rozbiło się na tysiąc kawałków. Nie mówiąc nic Milio, szybkim krokiem podeszła do mężczyzny i wyciągnęła z kieszeni dwudolarówkę.
— Panienko? — Drżący głos sprawił, że Kanmi zatrzymała się na moment.
Patrzył na nią, gdy podawała mu pieniądze. Zawahał się, ale skinienie Kanmi zachęciło go do przyjęcia pieniędzy.
— Nie jestem pijakiem.
Kanmi to wystarczyło.

— Szybko! — zawołała, łapiąc Milio za rękę i ciągnąc go ku pociągowi.
Milio hamował nieco, zmuszając Zervas do szybkiego marszu.
Kiedy wsiadali do pociągu i Kanmi przestępowała strome schodki, Milio złapał ją w talii i popchnął, tak że niemal wyłożyła się jak długa na pociągowej podłodze. Zanim Milio poradził sobie ze schodami, zniknęła w przedziale, za zamykającymi się automatycznie drzwiami. Wybór miejsca okazał się jednak zbyt trudny, więc stała w korytarzyku, rozglądając się na lewo i prawo.
— Nie wiem, gdzie… — zaczełą mówić, odwracając się do Milio.
Milio nie było — ani za nią, ani w przejściu. Zmarszczyła brwi i się cofnęła. Milio mógł wpaść w przerwę między peronem a pociągiem, czyli zrobić dokładnie to, czego Kanmi zawsze się obawiała. Byłoby to straszne o tyle, że musiałaby tłumaczyć Chejronowi, dlaczego nie uchroniła młodego boga od śmierci. Dionizosowi też, ale to zdawało się mniejszym kłopotem. Czasem odnosiła wrażenie, że Dionizos nie lubił Milio niewiele mniej niż ona sama.
Ktoś uderzył ją w udo i pociągnął za koszulkę.
Z konsternacją spojrzała na prawy rząd.
Milio siedział rozłożony, zajmując miejsce od korytarza. Z zadowoleniem przecisnęła się między jego kolanami i siedzeniem z przodu, po czym opadła na wolny fotel przy oknie. Wówczas wszystkie chęci opuściły jej ciało i Kanmi doszła do wniosku, że ten Nowy Jork nie był wcale najlepszym pomysłem.
Nie.
Milio Hansen w Nowym Jorku nie był dobrym pomysłem.
Jechali już od piętnastu minut i w tym czasie zdążyli omówić kwestię wyższości mrówek nad motylami (Kanmi nie doceniała mrówek, a Milio, jak popieprzony, wyzywał motyle. Ostatecznie oboje przegrali i przyznali, że pszczoły są lepsze i od mrówek, i motyli) oraz obgadać każdego obozowicza, jaki tylko przychodził im na myśl. Łatwość, z jaką Milio przychodziło plotkowanie, była godna podziwu, nawet jeśli Zervas sądziła, że po Laurencjuszu nie zdziwi jej już nikt.
W dwudziestej minucie Kanmi przymknęły się oczy. Oddała Milio słuchawkę, na których wspólnie słuchali muzyki, i oparła głowę o szybę, patrząc, jak rozmazują się mijane drzewa. Śledziła wzrokiem barierkę, dopóki nie poczuła, jak ogarnia ją sen.
Obudziła się trzy minuty później, przynajmniej według krokodylowego zegarka. Wyprostowała się, potarła oczy i obróciła do Milio tylko po to, żeby odkryć, że Hansen także zasnął. Z łokciem opartym o podłokietnik i głową przyklejoną do oparcia, oddychał miarowo przez otwarte szeroko usta. Kanmi uśmiechnęła się pod nosem i zrobiła mu zdjęcie, nie wiedząc do końca, czy z zamiarem pokazania mu go później, czy dla siebie.
Cokolwiek dla siebie miałoby oznaczać.
W środku lektury Dumy i uprzedzenia poczuła, jak głowa Milio zsuwa się z fotela na jej ramię. Co więcej, jego kolano dotykało jej.
Duma i uprzedzenie, Duma i uprzedzenie.

poniedziałek, 27 czerwca 2022

Od Milio CD Kanmi — „Dear Milio Hansen”

Poprzednie opowiadanie

Końcówkę filmu Milio oglądał w półśnie. Za oknem było już ciemno i z ogniska dobiegały jedynie odgłosy przypominające raczej przyciszony telewizor. Impreza najwyraźniej już się kończyła; jasne, w końcu impreza bez Milio to żadna impreza. Równie dobrze można od razu pakować się do domku Ateny i rozwiązywać z tymi dzieciakami równania matematyczne na haju.
Nie był tego dnia w nastroju na imprezy.
Poza tym pościel Kanmi pachniała naprawdę ładnie. Może dlatego, że pachniała Kanmi. Wtulając nos w poduszkę, dało się jeszcze wyczuć zapach jabłkowego Redd’sa i trawy cytrynowej, najwyraźniej pozostały po ostatniej imprezie w domku dwunastym.
Kanmi pachniała, szczerze mówiąc, bardziej jak strugane ołówki i kwitnący głóg. Być może dlatego, że nie pijała jabłkowego Redd’sa codziennie. W domku jedenastym, na poduszce o zapachu piwa i trawy cytrynowej, również nie sypiała każdego dnia.
Postacie rozmawiały przyciszonymi głosami. Kanmi westchnęła głośno, w tle rozległa się dramatyczna muzyka i Milio domyślił się, że film jest w trakcie „dobra, teraz się pocałujemy i już wszystko będzie dobrze”. Uśmiechnął się mimowolnie, bo nawet największy samiec alfa cieszy się czasem na romantycznych bajkach.
Potem przysnął na chwilę. Wybudził się wtedy, kiedy Kanmi zsunęła się z jego ramienia, chwytając rozgrzany laptop rozłożony w ich nogach i przesuwając go na stolik nocny.
— Dobranoc, śpiąca królewno — prychnęła.
— Spierdalaj.
Kanmi oparła się znowu o jego ramię, ale spięcie, jakie od niej wyczuwał, wskazywało na to, że wcale nie zamierzała spać. Laurency w takich chwilach zazwyczaj robił każdemu w domku dwunastym po herbacie z meliską i zarządzał nocowanie. Milio zawsze odpadał jako pierwszy.
— Wiesz, miałaś rację — zaczął sennym głosem. — Faktycznie jestem podobny do tego Radara.
— Rajtara.
— Chuj.
— No?
— Myślę, że też powinienem sobie sprawić takiego konia. Czy tam pegaza. Niekoniecznie o imieniu Maximus. Brzmi zbyt rzymsko.
— Nie sądziłam, że w tych czasach istnieje jeszcze rzymskofobia.
— Bo nie istnieje. Ale osobiście, całkowicie subiektywnie, uważam, że ich dzieci Bachusa mają kij w dupie.
— Po co ci ten koń? Pegaz?
Wzruszył ledwie ramionami. Nic już mu się nie chciało i kontynuował rozmowę chyba tylko po to, żeby któremuś z nich nie przypomniało się, że Milio nie jest u siebie i w sumie to powinien wracać do Laurencego i Dionizosków, zanim ktokolwiek ich zobaczy i posądzi o rzeczy bardziej nielegalne niż recenzowanie cycków aktorek PornHuba.
Nie, żeby ich wzajemne nocowanie u siebie nie było czymś normalnym. Byli przyjaciółmi, ale tłumaczenie czegokolwiek Chejronowi odbijało się jak Lucienowi po trzech piwach. Miało to się mniej więcej tak: „Kanmi mogła spać w domku dwunastym, bo: a) jest dziewczyną, a dziewczyny nie mają nigdy nic nielegalnego na myśli, b) domek dwunasty rządzi się własnymi prawami (wszystko, co dzieje się w domku dwunastnym, zostaje w domku dwunastym i ma nie wykraczać na werandy innych domków)”.
— Znajdę sobie księżniczkę. Ładną blondynkę.
— Ta?
— Ta.
— Słyszałam, że niektóre żaby przemieniają się w księżniczki, jeśli je pocałujesz.
— Nie wierzę ci.
— Milio, jesteśmy półbogami.
— To co mam zrobić?
— Pocałować. Ropuchę. Jak w „Księżniczce i Żabie”.
— Jak w czym?
Kanmi jęknęła, odchylając głowę do tyłu.
— Czy Disney ma filmy o całującym się wszystkim?
— Jest jeden o całujących się psach.
Westchnął, mocniej wpierając się czołem w jej ramię.
— Ja pierdolę. Włączaj. Wszystko po kolei. Miejmy to już za sobą.

Kiedy z samego rano ktoś zatrzasnął za sobą drzwi, Milio uchylił powieki tylko po to, żeby zobaczyć, czy to nie Chejron. Zobaczywszy kompletnie czerwoną ze złości twarz współlokatorki Kanmi, zamknął ponownie oczy, uznając, że w sumie to nie chciał tego widzieć.
— Hej, Steff — wymruczał w ramię Kanmi, która nadal leżała obok.
— Hej, Steff — zignorowała go Kanmi. — Co tam u mamy?
Steff odgarnęła włosy z twarzy, tylko po to, żeby ukryć ją w dłoniach i przeszła się trzy razy w tę i we w tę po pokoju.
— Kurwa — powiedziała ostatecznie.
— Idź spać. Sen jest dobry na stres — mruknął Milio, ukrywając twarz między poduszką a ramieniem Kanmi.
Nie zobaczył, ale poczuł, jak pluszowy misiek odbija się od jego ciała i ląduje na podłodze. Dałby sobie głowę uciąć, że jeszcze chwilę temu misiek leżał spokojnie na łóżku Steff.
— Milio, to chyba czas, żebyś poszedł — rzuciła Kanmi.
— Zatkam uszy i będę udawał, że nie słyszę waszych babskich rozmów.
— Spotkamy się na śniadaniu. Weź mi owsiankę.
— Nudna jesteś.
— Wypad.
Pchnęła go w ramię, próbując stoczyć z łóżka. Zanim Milio teatralnie się podniósł, rozwścieczona Steff zdążyła agresywnie rozpakować połowę zawartości swojego plecaka na weekend z matką z powrotem na miejsce. Była przy tym taka cisza, że Milio poczuł, jakby atmosferę można było ciąć nożem.
— I, bogowie, umyj się. Wiem, że chłopy raczej nie mają tego w repertuarze zajęć, ale śmierdzisz jak stary alkoholik.

Godzinę później zeżarli na spółkę z Laurencym, Żaborem i Lucienem całą porcję owsianki zaklepanej dla Kanmi.
— Bogowie, wiecie co? Nazwałem ją dzisiaj nudną za taki wybór, ale ta owsianka to zaiste ambrozja — wymruczał, oblizując łyżkę.
— To wy już tak, no, na poważnie? — szturchnął go Żabor.
— Na poważnie co?
— No… na… poważnie.
— Na poważnie, zajebista jest ta owsianka — urwał Laurency.
Kochał Laurencego jak własnego brata. Wróć, Laurency był jego bratem. Ale czasem, kiedy Milio i Żabor zaczynali przy nim temat Kanmi, Laurencjusz zachowywał się gorzej niż rozwścieczona Steff. Jego wzrok mógłby przeprowadzić na Milio sekcję zwłok bez użycia narzędzi.
— A, właśnie — przeciągnął Milio, wstając od stołu. — Mieliśmy jechać. Iść. Lecieć? Do Nowego Jorku. Dzisiaj — mówił z ustami pełnymi przeżuwanej owsianki. — Ale jej nie ma. Pójdę po nią, zanim pojawi się Chejron. Obiecałem mu, że w tym tygodniu stawię się na jego lekcjach starożytnej greki. Dobre sobie.
— Leć, amancie — prychnął Żabor.
Pokazał mu środkowy palec i, odchodząc od stołu, wręcz przyspieszył kroku, żeby zniknąć im z widoku.

Pukanie było nudne. Ryzykowało przepchaniem się przez tłum jedenastu synów Hermesa, dwóch córek Klaocyny, trzech wnuków Eris i do tego pewnie satyra, który nie wiadomo jak znalazł się u Hermesiątek. A cała ta opcja sprowadzała się do jednego — plotek. Jakby Milio sam w sobie nie był w Obozie Herosów sławny za więzy krwi z Laurencym, brakowało mu jeszcze trzydziestu dzieci Hermesa, które roznoszą plotki gorzej niż wszawicę. Cholerny bóg podróży.
Poza tym zaraz miała zacząć się inspekcja domków. Chyba już wolałby być przy reszcie Dionizosków podczas zdemaskowania twardej skarpetki pod jego łóżkiem, niż zostać rozszarpanym przez harpie za nielegalne przebywanie w domku jedenastym.
Jakby mieszkanie w domku jedenastym było czymś dziwnym. Każdy spał przynajmniej raz na jednym z ich łóżek. Albo gorzej, na podłodze. Grupowy nie zaopatrzył się w zestaw biwakowy.
Wybrał stare, dobre okno. Zapukał cztery razy, odczekał chwilę, ale nikt mu nie otworzył. Westchnął, odsuwając się kilka kroków w tył.
— Roszpunko, spuść tu swe włosy, zanim Chejron mnie znajdzie — mruknął bardziej do siebie i okna, niżeli do Kanmi.

Kanmi?
◇──◆──◇──◆
1086 słów: Milio otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia

niedziela, 19 czerwca 2022

Od Kanmi CD Milio — „Dear Milio Hansen”

← POPRZEDNIE OPOWIADANIE

Przez pół dnia Kanmi pisała o wszystkim tym, co dyktował palcom niemrawy rozum. O tym, jak drżące palce Ezry wodziły wzdłuż uda Augustine Pierrat, jak składał pocałunki i obietnice oraz o tym, jak rozeszli się w milczeniu. Kanmi nie lubiła dawać im tego, czego chcieli. Jedynym razem, gdy pozwoliła Augustine zdecydować, był ten, który zobowiązał ją do wpisywania w wyszukiwarkę, czym grozi zepchnięcie ciężarnej ze schodów. Wobec tego zwykła kończyć zawczasu, zanim w głowie rodził się pomysł przekreślenia połowy historii.
Przez drugą połowę zajmowała się robieniem tego wszystkiego, czego wykonywanie przypadało znudzonym nastolatkom. Włóczyła się po obozie, nawet gdy nie widziała szczególnej przyczyny, włóczyła się i po domku, wdając się w mało znaczące rozmowy. Domek jedenasty lubił Kanmi nie tylko z uwagi na jej zażyłość z Laurencjuszem Potockim. Co racja, przyjaźń z grupowym Dionizosów znacznie wpływała na postrzeganie Kanmi w małym społeczeństwie dzieci Hermesa i pomniejszych bogów, ale Kanmi, sama w sobie, nie działała nikomu na nerwy, a nawet zdawała się całkiem sympatyczna, kiedy przychodziło co do czego. W zeszłe wakacje pomagała Steff wybrać ubrania na wyjście z Noah. Steff zawsze wyglądała dobrze i Kanmi przez krótki moment — mrugnięcie okiem, uderzenie serca — pozwoliła sobie na przypuszczanie, że, być może, Steff pasuje do jej kanonu piękna. Znaczyło to mniej więcej tyle, że była kobietą, że miała urzekający uśmiech i całkiem dobre żarty. I że miło się rozmawiało. W przypadku Kanmi to wystarczająco.
Potem Milio dał jej nieco uwagi i Steff przestała być ważna.
To niezupełnie tak, że gdy Laurencjusza i Milio nie ma w obozie, Kanmi nie ma nic do zrobienia. Lista czynności, jakimi może zająć ręce, istotnie się zawęża, ale wciąż pozostawia wybór. Kanmi wychodzi na spacery, pisze, czyta, rozmawia z innymi ludźmi, a ich nieobecność przekreśla tylko to, do czego potrzebni są jej bliscy przyjaciele. Poza tym ma też znajomych. Tamtego popołudnia Atre, jedna z cór Hermesa, zapytała, czy Kanmi nie chciałaby poszukać z nią żab. Zervas co prawda odmówiła, ale sama oferta dowodzi temu, że, jeśliby chciała, mogłaby gdzieś wyjść.
Późnym wieczorem usiadła w gronie współlokatorów, trzymając w rękach ciepły kubek z herbatą. Wszyscy z jedenastki wiedzieli, że Kanmi Zervas uwielbia herbatę, więc przygotowali ją dla niej, jeszcze zanim przyszła. Piło ją jeszcze kilku innych, śmiałkowie zaparzyli sobie kawy.
— Bez przesady — bąknął ktoś. — Nie mówcie, że którykolwiek z Hemsworthów jest przystojniejszy od Ryana Reynoldsa.
— Co ty, nikt normalny tak nie mówi.
— Poza Jonahem.
— Jonah jest hetero, nie liczymy jego zdania.
Kanmi rzuciła spochmurniałemu Jonahowi rozbawione spojrzenie.
— A Johnny Depp? — rzuciła jedna dziewczyna.
— Nuda — odparł ktoś inny. — To jakbyś powiedziała Leonardo DiCaprio.
— DiCaprio jest zajebisty!
— Pierdol, pierdol.
Po domku jedenastym poniósł się śmiech.
— Wszyscy jesteście nudni. — Kanmi wzięła łyk herbaty, mrużąc brwi. — Cillian Murphy i Madds Mikkelsen.
Parę osób pokiwało głową z uznaniem, ktoś wyszukał Mikkelsena w internecie. Kanmi spojrzała na krokodylowy zegarek i westchnęła.
— Cieszę się, że wszyscy się zgadzamy. — Odgarnęła koc na czyjąś twarz, podnosząc się z kanapy. — Teraz muszę iść, zanim jakiś dzieciak Dionizosa stłucze naszą szybę.
Milio tak naprawdę wcale nie było, ale nie musiała długo czekać, aż pojawił się pod ich oknem. Otworzyła je nieco pokracznie, dokładnie tak, jak za pierwszym razem. Zaklęła pod nosem. Ostatecznie udało jej się wychylić.
— Kupiłem ci prezent.
Ściskała w dłoni cholerne skarpetki z dinozaurami. Długie i zielone, upstrzone wielkimi jaszczurami. Milio bystrze zauważył, że nie są to co prawda krokodyle, ale liczy, że dla Kanmi nie będzie miało to większego znaczenia. Nie miało żadnego, tak bardzo, jak tylko mogło nie mieć. Mógł przynieść jej resztki sałatki z obiadu albo kawałek tekturowego pudełka, który zobaczył na śmietniku i który to sprawiły, że pomyślał o Kanmi. Mógł zawinąć w zdobny papierek kocie kłaki, a Kanmi i tak by to wzięła. Skarpetki z dinozaurami były całkiem miłym prezentem.
Pokochała je w jednej chwili.
— Pytałaś, czy w czwartek pojadę do Nowego Jorku. Chciałem zapytać, czy to nadal aktualne.
Ucieszyła się, że o to zapytał. Uśmiechnęła się pod nosem, ale wystarczająco szeroko, by to zauważył. Chciała, by to zauważył.
— Nie. — Wyprostowała się. — Dla ciebie już nie.
Milio przechylił głowę. Wiedział, że Kanmi żartuje, a Kanmi wiedziała, że Milio wie.
— Co za szkoda. — Wciągnął powietrze i obrócił się na pięcie. — W takim razie wykorzystam te kupony na zapiekanki na kiedy indziej. Albo wezmę Laurencego.
— Zatrzymaj się — powiedziała, ledwo Milio dokończył. — Masz coraz mocniejsze argumenty.
— Na razie mam dwa. Zapiekanki i ja.
— I ty?
— I ja.
— To akurat słaby argument. Gdybym chciała słuchać brzęczenia nad uchem przez cały dzień, oswoiłabym muchę albo umówiła się na spotkanie z Trumpem. — Kanmi wzruszyła ramionami, dumnie pocierając dinozaury na skarpetkach.
— Nie wysłałaś listu do Trumpa, zanim zapytałaś mnie o Nowy Jork, więc zakładam, że nie jest twoim pierwszym wyborem. — Światło padające na Milio z korytarza zdradzało, że się uśmiechał, tak jak Kanmi.
Patrzyła na niego przez moment.
Był całkiem przystojny jak na chłopaka. Nigdy mu tego nie powie, ale czasem o tym myślała.
— Tak. To aktualne — przyznała wreszcie, spuszczając jedną nogę przez parapet. — Zanim zapytasz, po co jedziemy do Nowego Jorku, to po książki. Zamówiłam kilka i tak, muszę jechać aż do Nowego Jorku, żeby je dostać.
I bardzo zależy mi na tym, żebyś był tam ze mną, dodała w myśli. Nie chodziło wcale o to, że bała się być sama albo wolała mieć kogoś przy sobie. Nie chodziło nawet o Milio. Powód wyjazdu do Nowego Jorku był taki sam, jak ten, dla którego Milio Hansen musiał tam z nią być. Na jedno wychodziło.
— Aż do Nowego Jorku?
— Tak. Aż do Nowego Jorku.
Skinął ze zrozumieniem głową.
— Kanmi.
— Milio?
— Dlaczego nie mogą przysłać ich tutaj?
— Milio.
— Kanmi?
— Dlaczego nie mogą przysłać ich tutaj? — powtórzyła po nim.
— No… tak, to powiedziałem.
— Moje słońce. Milio. — Przybrała specyficzny, przeznaczony do tłumaczenia dzieciom dodawania ton. — Nie przyślą ich z tego samego powodu, z którego nie widzisz porozwieszanych po Nowym Jorku banerów z dobitnym Nudzisz się w te wakacje? Przyjedź do obozu dla herosów i dokładną lokalizacją. Wiesz, z tymi strzałeczkami, pięćset metrów do celu. — Posłała mu jeden z najpromienniejszych, najserdeczniejszych uśmiechów, jakie potrafiła wymusić. — Chcesz zapytać o coś jeszcze?
— Nie, proszę pani. Żadnych pytań.
— To dobrze.
Długo nie przerywali ciszy. Kanmi czuła letni wiatr na swojej skórze. Oparła się ramieniem o futrynę i spojrzała na tarczę zegarka. Krokodyl na nim patrzył na nią wielkimi oczami.
— Wiesz, że jest dopiero dwudziesta druga trzy? — Spojrzała na Milio, sugestywnie unosząc brwi.
— Naprawdę?
— Tak — powiedziała. — A ja mam dzisiaj dużo energii.
— Naprawdę?
— Nie. Na niby — Kanmi prychnęła. — Wchodź.
Milio otworzył szerzej oczy.
— Teraz?
— No przecież mówię. Dawaj, podam ci ręcę. Oprzyj się o ścianę i wejdziesz, nie jest tak wysoko. — Ponagliła go, wyciągając ku chłopakowi ręce.
— Mogę wejść drzwiami.
— Nie bądź pizda. — Kanmi pochyliła się jeszcze bardziej. — Chodź.
Milio podszedł bliżej, mierząc wzrokiem wysokość z ziemi do okna. Wystarczyło, by podskoczył i zadarł wysoko nogę.
Kanmi poczuła, jak Milio ściska jej dłonie. Powinien robić to częściej. Zeskoczyła z parapetu i zaparła się kolanami o jego brzeg, ciągnąc Milio do środka. Młody Dionizos wczołgał się z sapnięciem, które z całą pewnością powinno ściągnąć do okna grono gapiów. Z łoskotem zsunął się z parapetu na podłogę. Kanmi zmrużyła oczy, patrząc nań z politowaniem.
— Baletnica.
— Dzięki. Podaj mi rękę.
Kanmi pociągnęła go ku górze.
— Dwoje z moich współlokatorów wyjechało do rodziny, jedna jest u chłopaka, czwarta się mnie boi, więc dam radę ją wykopać — wytłumaczyła szybko, gdy szli w stronę sypialni. — Wiesz, co to znaczy?
— Że możemy się pieprzyć?
— To między innymi.
— Jest coś ciekawszego?
— Tak, Milio. — Podświadomość skierowała jej wzrok na malinkę na szyi chłopaka. — To, że mogę przymierzyć moje skarpety.

Siedzieli na jednym z łóżek, Milio przyciśnięty plecami do ściany, a Kanmi ze skarpetkami w ręku, po turecku. Milio opowiadał, jak byli w bibliotece, o bibliotekarce z Potworów i spółka i o tym, jak zobaczył na witrynie dinozaury. Przyznał, że cofnął się specjalnie, przez co serce Kanmi roztopiło się na krótką chwilę.
— Jesteś dziwnie miły — przyznała.
— Dziwnie miły? — powtórzył z teatralnym oburzeniem. — Zawsze staram się być miły.
— Nie, Milio. Często jesteś chujem. Takim kompletnym chujem, który nie zasługuje nawet na dodatkową porcję brukselki. Nikt nie lubi brukselki, a tobie nawet nie daliby dokładki. — Kanmi skrzyżowała ramiona na piersi.
Może przesadziłam.
Nie powinnam była.
Na twarzy Milio wykwitł uśmiech. Bezczelny uśmiech.
— Dlaczego się uśmiechasz? — Kanmi potrząsnęła głową, rozchylając usta.
Jesteś chujem, który nie zasługuje na brukselkę! — przedrzeźniał Zervas, powtarzając jej słowa wysokim głosem. — Miałem się popłakać?
Kanmi nie powstrzymała mimowolnego parsknięcia.
— Jesteś jak Flynn z Zaplątanych.
— Jak kto z czego?
— Słucham?
— Jestem jak kto?
— Julek. Julian Szczerbiec. Flynn Rajtar. Milio?
— Tak, Julian Szcz… Szczerbac? Flin Radar.
— Nie oglądałeś nigdy…
Zakryła otwarte szeroko usta ręką i zamilkła. Milio nie mówił dużo więcej. Gwałtownie podniosła się z łóżka i złapała za swój leżący na stoliku nocnym laptop. Wpisując, co trzeba, położyła go na udach Milio.
— Co? — Obrócił się do Kanmi, gdy siadała obok niego, ramię w ramię.
— Oglądamy Zaplątanych.
Milio nie próbował protestować, ku uciesze Kanmi.
Oparła głowę o jego bark i, być może, ale tylko może, ściskała ramię Milio, kiedy Roszpunka i Flynn uciekali z Dziarskiego Kaczątka. Kiedy Milio wciąnął ze świstem powietrze, widząc, jak Flynn odpływa na łódce z Karczybykami, złapala go jeszcze mocniej i przycisnęła doń głowę.
Dałaby mu tę brukselkę.
Dałaby mu więcej niż brukselkę.

Milio?

piątek, 17 czerwca 2022

Od Milio do Kanmi — „Dear Milio Hansen”

Gdyby Milio dostawał dodatkowe trzydzieści sekund życia za każde „Obóz Herosów jest naszym domem”, jakie usłyszał, prawdopodobnie żyłby już wiecznie. GDYBY Obóz Herosów był ich domem, nie musieliby grać w Monopoly w cholernej bibliotece po drugiej stronie miasta za to, że podczas ich imprezy ktoś wyrzucił kibel przez okno.
— Laurency, słuchaj, siedzimy tu już cztery godziny i bibliotekarka zaczyna gapić się na nas dziwnie — wymamrotał, rzucając kostką.
— Trzy! HAHA, IDZIESZ DO WIĘZIENIA, MILIO! — wrzasnął Żabor.
Przez pół sali rozległ się syk bibliotekarki. Chłopcy pochylili głowy nad planszą, żeby rozumieć się po cichu.
— Milio, stary, mówisz tak tylko dlatego, że już trzy razy musiałeś mi płacić za stanie w Connecticut.
— Co innego mamy w Obozie do roboty? No chyba nie trening?
Przewrócił oczami, obserwując, jak Laurency wyciąga rękę po papierowe pieniądze Żabora.
— Laurency, mówisz tak tylko dlatego, że jesteś bankierem. Każdy chce być bankierem. Pewnie kitrasz jakieś pieniądze pod dupą.
— W y p l u j t o.
Wstał teatralnie, wymachując rękami, żeby pokazać Milio dokładnie, że nic nie leży na krześle.
— A kieszenie? — obejrzał go od góry do dołu.
— A chcesz pomacać?
— Ha, ha. Przezabawne.
Krzesło skrzypnęło, kiedy Laurencjusz wrócił na swoje miejsce. Zanim zdążyli wrócić do gry, nad ich stolikiem zawisła bibliotekarka o trójkątnych okularach na łańcuszku, z podkreślonym na oczach tuszem, który rozmazywał się jej, jak gdyby płakała przez ostatnie piętnaście minut. Pojedynczy pieprzyk pod wykrzywionymi w gniewie ustami zwracał na siebie uwagę jak oko cyklopa.
— O, pani z „Potworów i Spółka” — powiedział Milio.

Pięć minut później nie było już ich w bibliotece.
— Nie wierzę, że to powiedziałeś, Milio — westchnął Żabor, pod pachą ściskając pudełko Monopoly.
— A nie wyglądała?
— Chuj z nią — przerwał Laurency. — Powiedziała, że śmierdzę winem. To j a s n e, że śmierdzę winem. Jestem synem Dionizosa.
— Chyba nie o to jej chodziło.
— Faktycznie moglibyśmy przystopować z alkoholem.
— Kto będzie wtedy organizował imprezy?
— Lucien wygląda na dobre zastępstwo. Może my po prostu jesteśmy za starzy. Zamiast naćpanych nastolatków zaczynamy przypominać śmierdzących alkoholików.
Minęli szereg narożnych sklepików z owocami. Dziewczyna odbierała od starszej pani zakupy, a jej piesek niezauważalnie podlał stojący obok worek ziemniaków. Milio się wzdrygnął.
Całą trójką stanęli na przejściu na pasach przy akompaniamencie irytującego piszczenia dla niewidzących.
— Ej, Laurency, myślisz, że mógłbyś zamienić fontannę w wino? — dopytywał Żabor, wskazując na park po drugiej stronie przejścia.
— Jak Jezus?
— Jak kto?
— Amerykanie…
Milio obrócił się. Obok przydrożnych sklepików staruszek lśniły wystawy sklepów z ubraniami, na które pewnie nigdy nie będzie go stać. Sukienki Gucci uśmiechały się do niego zza szyby.
A potem ujrzał je.
I kiedy rozległo się pikanie mówiące o tym, że mogą przejść na drugą stronę ulicy, Milio wszedł do sklepów z wystawami, na które nigdy nie będzie go stać.
Wyszedł chwilę później, trzymając niewielki, zielony pakunek w rękach. Laurencjusz i Żabor nadal stali w tym samym miejscu, gromiąc go wzrokiem.
— Dzięki, stary. Przez ciebie będziemy teraz czekać kolejne pięć minut, żeby przejść na pasach.
Uśmiechnął się. Najwyraźniej „Laurency i Dionizoski” byli tymi typami osób, które czekały na kogoś, żeby zawiązał buty.
— Co tam kupiłeś? — Żabor wyciągnął rękę, a Milio instynktownie się cofnął, zadzierając głowę do góry.
— Nie dla was — mruknął.
— Ale chociaż pokaż…
Przewracając oczami, odsłonił zielony pakunek.
Niewątpliwie zieloności nadawały urocze, karykaturalne dinozaury (głównie T-Rexy), które rozrzucone były po trzymanych skarpetkach. Gdzieniegdzie pojawiał się napis „RAWR!” czy „WRRR!” z dinozarami o groźnych minach.
— Kupiłeś sobie skarpetki w dinozaury? — zapytał Laurency, włączając ponownie przycisk na przejściu. — Bajer. Też chcę.
— Ale masz małe stopy — skomentował Żabor.
— To nie dla mnie. To dla Kanmi.
Żabor parsknął śmiechem i Milio momentalnie zgromił go wzrokiem.
— Wow. To takie romantyczne.
— To wcale nie jest… — zawahał się.
— Ja bym chciał dostać takie skarpetki — nawijał Laurencjusz, kiedy przechodzili przez pasy. — Są kompletnie… gejowe. Kanmi też się spodobają. Wyglądają jak ona.
— Szczególnie ten mówiący WRRR.
— Myślisz, że dlaczego je kupiłem?

Posiadanie minilodówki miało swoje plusy. Przede wszystkim mogli zmieścić w niej sześciopak piwa. Nieletni półbogowie spragnieni zimnego pokoju niemal całowali ich za to po stopach. Poza tym nie musieli przechodzić połowy obozu, żeby dojść do jadalni, świsnąć jedzenie i jeszcze nie dać się złapać wkurwionym harpiom.
Żabor był zaskakująco dobrym matematykiem. Spisywał na liście każde jedzenie, które dodawano i odejmowano z minilodówki. Policzył kiedyś jej objętość i teraz jak oka w głowie sprawdzał, żeby się nie zaklinowała. Przy dobrych wiatrach mogli zmieścić tam sześciopak piwa, dwie paczki parówek, miskę ze starą surówką, mrożoną kawę ze Starbucksa i kilka butelek coli.
Śmierć minilodówki byłaby prawdopodobnie śmiercią połowy mieszkańców domku Dionizosa.
Milio wetknął dwie parówki w bułkę niechlujnie posmarowaną masłem (Laurencjusz mówił, że kanapka bez masełka to nie jest prawdziwa kanapka, a on nie kwestionował polskich tradycji), narysował na kartce przyczepionej do minilodówki dwie parówki z dopiskiem „haha, beniz”, żeby nie musiał tłumaczyć się przed Żaborem, capnął po drodze skarpetki w dinozaury i, przygryzając prowizoryczną kanapkę, ruszył w stronę domku jedenastego.
Część obozowiczów zbierała się już nad ogniskiem. Jeszcze nigdzie nie było widać Chejrona, który wygłosiłby nudną jak flaki z olejem przemowę chyba tylko po to, żeby zadowolić kujonów od Ateny. Pod niektórymi ławkami skitrane były puszki z piwem, które w przyszłości prawdopodobnie zostaną ofiarowane jako przekąska dla satyrów. To był deal obozowiczów — satyrowie nic nie mówią Chejronowi, a oni mogą w zamian zjeść ich puszki. Zero waste, jak to mawiały dziewczyny od Demeter.
Złapał bułkę między zęby, żeby podciągnąć się na rękach i zapukać kilka razy w okno domku Hermesa. Zaraz potem opuścił się, odchodząc kilka kroków w tył, żeby mieć lepszy widok na otwierające się okno.
Bułka z parówkami nagle zaczęła smakować jak ambrozja.
— Kanmi — powiedział, kiedy dziewczyna niemal wypadła z parteru, próbując otworzyć okna.
— Mój urżnięty przyjaciel. Znowu.
— Już nie taki urżnięty.
— Na pewno? Chuchnij.
— Możesz nawet spróbować.
Posłała mu nieodgadnione spojrzenie.
— Fuj.
— Kupiłem ci prezent.
— Jeśli to kolejny zegarek z krokodylami, to… — zaczęła, ale w jej głosie nie wyczuł ani krztyny złośliwości.
— Nie było krokodyli. Ale też są zielone — powiedział, podpierając się dłońmi, żeby znów podciągnąć się pod okno i podać jej zielone skarpetki w dinozaury. Podobno krokodyle wyewoluowały z dinozaurów. Zatem krokodyle to dinozaury. Prawie to samo.
Kanmi przyjęła prezent, obracając skarpetki w palcach. Nagle poczuł się dziwnie durnie.
Może kupowanie skarpetek to faktycznie nie był dobry pomysł.
— A, Kanmi, co do tego… wczoraj… — zaczął.
— Przecież nie chciałam, żebyś się tłumaczył — mruknęła, posyłając niemal zawiedzione spojrzenie dinozaurom na skarpetkach.
Odruchowo dotknął malinki na szyi i spłonął rumieńcem, którego miał nadzieję, że Kanmi nie widziała przez wieczorną godzinę.
— Nie… nie o tym mówiłem — urwał. — Pytałaś, czy w czwartek pojadę do Nowego Jorku. Chciałem zapytać, czy to nadal aktualne.

Kanmi?
◇──◆──◇──◆
1081 słów: Milio otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia