Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laira Groft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laira Groft. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2026

Laira umiera



Nie wszyscy półbogowie giną śmiercią na zimnym betonie San Francisco, rozerwani przez potwory. Niektórzy walczą z innymi potworami. Lairę Groft, osiemnastoletnią córkę Hefajstosa, znaleziono w swoim mieszkaniu już martwą, po tym, jak sama odebrała sobie życie. Może wykąpanie się w podziemnych wodach Lete pozwoli jej na nowy start?

czwartek, 26 marca 2026

Od Lairy CD Sony — „A Fisher of Fish”

Poprzednie opowiadanie

LATO IV

Poranne łowienie, a przynajmniej w cieplejszych miesiącach, stało się dla Lairy czymś więcej, niż tylko sposobem na zabicie wolnego czasu. Zdecydowanie była to jedna z jej ulubionych form relaksu. Cicha, spokojna odskocznia od otaczającego ją zgiełku obozowego życia, od hałasów, obowiązków i tego okropnego, męczącego uczucia, że powinna być gdzieś indziej, robić więcej.
Powietrze było jeszcze chłodne, nasiąknięte wilgocią poranka a tafla jeziora przypominało trochę lustro, aż chciało się zacząć mamrotać pod nosem „Lustereczko powiedz przecie…”. Ptaki już dawno zaczęły swój koncert, choć Laira mogła wręcz przysiąc, że jakieś dwa ptaszory miały między sobą małą wojnę, sądząc po dźwiękach, jakie wydawały.
Obecność Sony była do tego przyjemnym dodatkiem. Nie czymś nachalnym, czy męczącym — czymś po prostu naturalnym, co sama z chęcią by wybrała. Dzielenie się z kimś swoją pasją do wędkowania wyszło jej na dobre ale i okazało się też cholernie satysfakcjonujące. Najważniejsze, że nie musiała tłumaczyć ciszy, czy na siłę jej zagłuszać. Sony robiło to mimowolnie swoim szczebiotaniem, co ani trochę jej nie przeszkadzało.
Przesunęła palcami po wędce, poprawiając żyłkę i wypuściła powietrze z płuc. Może to przez spokój tego miejsca, a może przez to, jak na swój sposób towarzystwo Sony działało na nią relaksująco. Szczerze? Po raz pierwszy od dawna nie czuła, że musi spieszyć się gdzieś.

WIOSNA V

Kłótnia, czy może raczej prawdziwa awantura, jakby jakiś szatan wyszedł z dna piekieł, którą miała jakże wątpliwą przyjemność stoczyć z Violet nie należała do najbardziej zajebistych doświadczeń w jej życiu. Nie mówiąc już o tym, że pół, jak nie trzy-czwarte osób z obozu ją słyszało. Krzyki wciąż odbijały się echem gdzieś tam z tyłu jej głowy, zmieszane z ciekawskimi spojrzeniami herosów, które im rzucali. Nadal miała przed oczami pełne żalu i gniewu oczu Violet.
Cicho liczyła, że jej problem się skończył.
Nie wiedziała tylko, jak głęboko w dupie niedługo będzie.
Teraz siedziała po prostu na łóżku, które jak na jej gusta, było zbyt małe i zbyt twarde, by spać na nim wygodnie. Wpatrywała się w półotwartą, przerzucaną przez ramię torbę, która była w połowie zapełniona niedbale złożonymi ubraniami. Nie miała zbyt wiele rzeczy w obozie. Westchnęła, wrzucając torbę narzędzi do środka.
Pakowanie nigdy nie było dla niej przyjemnie, zawsze kojarzyło jej się z kolejnym okropnym doświadczeniem.
Z uciekaniem od problemów.
Musiała zawijać dupę z obozu, takie przecież były zasady, no i jakimś cholernym cudem przeteleportować się do San Francisco. Znaczy tak - miała możliwość transportu dostępne dla półboskiego pierda tylko po prostu… nie chciała. Uznała, że po prostu zrobi sobie wycieczkę krajoznawczą licząc, że po drodze nic jej nie zeżre.
Violet wybrała za to Nowy Jork.
I o to był ten cały, kurewsko głośny, pierdolony harmider.
Bo przecież obiecały, że będą razem.
Laira zacisnęła szczękę czując, jak coś cholernie ciężkiego osiada na jej klatce piersiowej. I mimo iż z początku sądziła, że była to złość, tak szybko zrozumiała, jak bardzo się myli. To było coś głębszego, zdecydowanie bardziej upierdliwego; uczucie, którego nie mogła się pozbyć nawet siłą.
Może gdyby przypieczętowały ten pakt krwią.
Ewentualnie jakimś dzikim zaklęciem, które przykleiło by je do siebie jak superglue.
Mogły też walnąć ofiarę z baranka bożego dla ich starych i może wtedy to by cokolwiek dało, sprawiłoby, że słowa “będziemy przy sobie” nie spierdolą jak karaluch przy zapalonym świetle.
Parsknęła cicho pod nosem, przecierając twarz dłonią.
Głupie.
Wiedziała, że to było głupie.
A jednak mimo wszystko, bolało jak jasna cholera.
Zamknęła torbę jednym, płynnym ruchem, jakby tym gestem miała zamknąć temat i już więcej do niego nie wracać. Jakby nie liczyło się już więcej to, co zostało między nimi niedopowiedziane.
Podnosząc wzrok niemal podskoczyła, widząc znajomą twarz stojącą w drzwiach. Nie była dobra w czytaniu emocji u innych, toteż nie bardzo wiedziała, czy Sony jest po prostu smutno, czy to ich neutralna mina.
— Dobrze cię widzieć — uśmiechnęła się, trochę na siłę, trochę z przyzwyczajenia, choć jej intencje były szczere w stu procentach.
Sony oparło się o framugę, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Nie była przyzwyczajona do takiego spokoju od dziecka Apolla.
— Więc… — zaczęło, grzebiąc butem w podłodze, jakby to było nagle najciekawsze zajęcie świata. — Dzisiaj wyjeżdżasz?
Laira odpowiedziała jedynie krótkim skinieniem głowy, nie ufając samej sobie, by użyć słów.
— A Violet? — padło ciszej, jakby niepewnie. — Ponoć miałyście wyjechać we dwie. Razem. Bardzo cię lubi.
Półbogini czuła, jak te słowa wiszą nad nią niczym kosa. Bardzo cię lubi. No, właśnie widziała, szczególnie po tej całej awanturze. Swoją uwagę skupiła więc na zamku torby, który za cholerę nie chciał się dopiąć, chociaż próbowała piąty raz.
— Cóż… — zaczęła, a słowa ugrzęzły jej gdzieś w gardle. — To po prostu bardzo skomplikowane — dodała w końcu, tonem, który przypominał tłumaczenie dziecku, dlaczego nie wolno napieprzać w wujka zabawkowym młotkiem.
— Lesbijki są dziwne — wymamrotało Sony pod nosem, aczkolwiek bardziej do siebie, niż do swojej rozmówczyni. Laira jednak to słyszała i mimo wszystko, mimo tego zmęczenia, złości i frustracji, które towarzyszyły jej od początku tego dnia (swoją drogą zdawał jej się ciągnąć bez końca) — parsknęła rozbawiona.
Krótko.
Ale jednak.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo — zamilkła na moment. — Słuchaj, dzisiaj jest mój ostatni dzień w obozie, także mam coś dla ciebie.
Sony uniosło brwi wyraźnie zaskoczone, obserwując, jak Laira wyciąga spod łóżka ciemnozielony pokrowiec a później drugi, mniejszy i do tego szary. Przez chwilę trzymała je w dłoniach, jakby zastanawiała się co powiedzieć, czy może jest pewna swojej decyzji.
— To mój ukochany zestaw — powiedziała w końcu, podając im pokrowiec z wędką — I najlepsze spławiki, jakie mam. Część jest ręcznie robiona.
Westchnęła z dumą, mierzwiąc herosowi włosy na głowie.
— Zajmij się nimi dla mnie, zgoda?


Sony?
────
[910 słów: Laira otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 18 stycznia 2026

Od Lairy — „To the ends of the earth...”

Poważna rozmowa była ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę, a jednocześnie była nieunikniona. Jak się okazało — ich wybory życiowe kolidowały ze sobą.
— Obiecałaś — głos Violet przepełniony był goryczą. Może nawet pretensją, choć zdecydowanie wyrzutem, czego nawet nie próbowała ukryć. Niebieskie oczy przeszywały duszę Lairy na wskroś, a ona sama poczuła się mała, niczym dziecko karcone właśnie przez rodzica.
Córka Hekate zacisnęła szczękę mocniej, pocierając zaraz usta wierzchem dłoni gdy tylko jej dolna warga zadrżała; długie palce zacisnęła na kubku z w połowie wypitą, gorącą czekoladą.
— Wiem…
— Miałyśmy umowę, Laira. Obiecałaś.
Najbardziej zabolał nie wyrzut czy pretensja w jej głosie, a to cholerne słowo — Obiecałaś. Dobrze wiedziała, że obiecała i dlatego tak bardzo teraz pluła sobie w twarz.
Wzięła głębszy wdech, drżąc z nadmiaru emocji; tych nieprzyjemnych, trudnych, utrudniających funkcjonowanie. Miała ochotę zapaść się pod ziemię przez wyrzuty sumienia, wstyd i bezsilność, jakie ją ogarniały były nie do opisania, choć pod tym wszystkim tliła się złość.
Mówiła, że to była jej szansa. Dobrze płatna praca w zawodzie, który kochała, a który był tak strasznie mizoginistyczny. I to nie tak, że próbowała; starała się znaleźć pracę w Nowym Jorku jednak bezskutecznie a ostatnie, czego chciała to wylądować w jakimś fastfoodzie i pytać, czy do tego burgera dodać ogórka. Oczywiście dodatkowo płatnego. Miała wrażenie, że Violet momentami tego nie rozumie, że skoro ona znalazła kierunek, który ją interesuje i na pracę, względnie znośną, to Laira zrobi to samo.
— Zrozum Violet. To moja szansa, żeby wreszcie mieć dobrze płatną pracę. Jesteś pewna, że w San Francisco nie ma kierunku, który by cię interesował?
Nastała cisza, okropnie dzwoniąca w uszach, zaciskająca pętlę na szyi cisza.
— Mówiłam ci, że nie.
Już wtedy, gdy zawierała tą dziwną umowę, bała się, że mogą w przyszłości chcieć od życia różnych rzeczy.
I właśnie musiała się z tym zmierzyć. Gdyby wiedziała, że taki obóz działa właściwie jak dom dziecka — po osiągnięciu osiemnastu lat tak właściwie masz spierdalać i radzić sobie samemu, ominęłaby to miejsce szerokim łukiem.
— Więc? Co proponujesz? — Violet rozłożyła ręce zrezygnowana. Stały właśnie pod ścianą, której nijak nie potrafiły przebić.
— Nie wiem.
Nie chcę się z tobą rozstawać. Na samą myśl bycia daleko od niej, miała ochotę wymiotować. Żołądek wywracał się do góry nogami, a oczy mimowolnie wypełniały się łzami.
— Jesteś pewna, że Sam Francisco ma wszystko, czego ci trzeba?
Zacisnęła dłonie na fragmencie koszuli, aż zbielały jej knykcie.
Nie, nie ma tam ciebie.
— Tak.
— To… dobrze.
Nie, wcale nie dobrze. Kiwnęła głową, czując każdy mięsień w swoim ciele drgający z nerwów. Obiecały spotykać się raz w miesiącu, przynajmniej na kilka dni o ile życie im na to pozwoli. Miały też pisać do siebie listy.
I choć wizja przelewania uczuć na papier nie brzmiała tak strasznie, tak jednak ten dystans był przytłaczający; przecież miały zamiar zamieszkać po dwóch zupełnie przeciwnych stronach kraju.
Ich wizyty były dziwne. Obce. Jakby dystans oddzielił je od siebie nie tylko fizycznie; każde spotkanie sprawiało wrażenie tego pierwszego, podczas którego uczyły się siebie na nowo, niepewnie, starając się zapamiętać, gdzie przebiega granica, której nie należało przekraczać.
Choć tęskniły za sobą, w listach opisując, jak bardzo wyczekują kolejnego spotkania, tak, gdy przychodziło zobaczyć się w cztery oczy — rozmowy rwały się w pół zdania. Oczy uciekały zbyt szybko, jakby czując, że nie powinny obserwować drugiej osoby dłużej, aniżeli kilka sekund. Dłonie uciekały od siebie niczym poparzone i choć wracały w swoim kierunku, tak wciąż były niepewne czy mogą, czy powinny, czy to jest dozwolone.
Nieporadność wkradała się między nie bez zaproszenia.
Było w tym coś bolesnego, żałosnego wręcz, gdy tęsknota mieszała się ze strachem a chęć bliskości z dystansem, który choć znajomy, przybierał teraz inną nazwę, której nie potrafiły odgadnąć.
Każde kolejne spotkanie przepełnione było niedosytem, które wraz z niewypowiedzianą obietnicą zżerały je od środka. I coś ciągnęło je do siebie mocno, tak z równie wielką siłą trzymał je od siebie z daleka lęk. Lęk, że jeden nieostrożny ruch może zniszczyć już i tak delikatną relację.
Łóżko skrzypnęło pod ciężarem dwóch ciał, a kolejne nuty melodii wybrzmiewały ze starego radia, ozdobionego chaotycznymi gryzmołami i ledwie dającymi się odczytać napisami. Dźwięk był wytłumiony, brzmiący jakby w oddali przez stare głośniki, ale to przez nie był przyjemny, melancholijny wręcz. Ciepły.
Zbliżyły się do siebie, nieświadomie łącząc nieporadnie drgające z nerwów palce, które po zetknięciu, niemalże w ułamku sekundy, odsunęły się od ciebie, niczym porażone prądem; Ten krótki, acz niewinny gest pozostawił po sobie skórę palącą żywym ogniem.
Ciepło ciała Violet, która opierała cały swój ciężar na ramieniu Lairy, było przytłaczający, choć półbogini niczego więcej nie pragnęła niż być tu, teraz obok niej. Jakby ten jeden, subtelny gest mówił więcej, aniżeli tysiąc słów, jakby córka Hekate chciała pokazać cicho, jak bardzo jej ufa.
Czuła się przytłoczona; każdy oddech, każde delikatne przesunięcie drugiego ciała był czymś, co wysyłało miliony sygnałów alarmowych do jej systemu nerwowego niczym czerwone światło ostrzegające przed czymś niebezpiecznym, przed czym nie ma odwrotu.
A jednak te kilka uderzeń serca sprawiło, że zapragnęła więcej, miała ochotę rzucić się na to słodkie niczym nektar uczucie bliskości, ciepło drugiego ciała, które mimo wszystko było tak kojące. Liczyło się tylko tu i teraz, dwie zagubione w świecie kobiety i niewypowiedziane słowa wiszące między nimi jak gilotyna — gotowe opaść w dowolnym momencie, pozbawiając kogoś głowy.
Na moment wszystko straciło znaczenie.
Smukłe palce Violet owinęły jej ramię, ściskając lekko, wręcz nieśmiało, jakby ta próbowała zwrócić na siebie uwagę; niebieskie oczy wpatrywały się w nią, nie pierwszy raz tego wieczoru, tym razem miała wrażenie, że ich energia, uczucia płynące były inne. Jakby gdzieś tam, za tą niedostępnością kryła się cicha prośba, z każdą chwilą stając się jeszcze bardziej natarczywa.
Przesunęła się, tylko odrobinę, ten jeden raz, choć wiedziała, że nie ma już odwrotu, a tym gestem zburzyła za sobą most. Oddech utknął w jej gardle, wisząc ciężko, niczym zlepiona breja i choć płuca zaczynały palić ją żywym ogniem, jej myśli krzyczały tylko więcej i więcej.
Nie wiedziała, czy to w pokoju było ciepło, czy może to ona miała gorączkę, przez którą jej ciało wręcz płonęło… oddech uciekł z ust Lairy w chaotycznych spazmach — urwany i nierówny, niczym ryba wyjęta z wody desperacko walcząca o przeżycie.
„Jeszcze tylko trochę” powtarzała sobie w myślach.
Pochyliła głowę, jednocześnie rozpływając się niczym świeży śnieg pod wpływem jej dotyku. Druga dłoń Violet spoczęła na obojczyku rudowłosej.
Przez dłuższy moment żadna z nich się nie poruszyła, siedziały obok siebie, niezdolne do jakiegokolwiek ruchu, wstrzymując oddech, jakby zbyt głośny dźwięk miał wszystko zniszczyć. Serce Lairy biło niczym oszalałe, jakby czuła, że jeśli się pochyli, zniweluje tę odrobinę przestrzeni, jaka między nimi pozostanie nawet o parę centymetrów, jeśli pozwoli impulsowi wygrać, to wszystko zniszczy.
Mimo strachu oraz resztki zdrowego rozsądku jej ciało krzyczało by zrobić to już, teraz, zaraz. Najlepiej w tej chwili.
Violet była tak blisko, że czuła jej oddech na skórze — ciepły, nierówny, zdradzający tę samą niepewność. Palce na jej obojczyku drgnęły, jakby chciały się cofnąć, ale zamiast tego zacisnęły się odrobinę mocniej, nieco boleśnie jakby córka Hekate zapomniała się na moment.
Ich spojrzenia splątały się, uwięzione jedno w drugim. I na przodków, błękitne oczy Violet wyrażały każdą emocję, którą bały się pokazać, każde pytanie, które nie było w stanie przejść im przez gardło.
Przełknęła ślinę, gardło miała ściśnięte z nerwów tak, że aż bolało, zaś serce waliło jej w piersi niczym oszalałe. Sekunda, która przecież miała trwać tylko ulotną chwilę, zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Chciała zamknąć oczy. Przysunąć się. Na boskich przodków, całą sobą chciała skrócić ten palący dystans.
Była jednak tchórzem, strach, który był równie silny i realny co pragnienie paraliżował ją, skutecznie odsuwał a ona, nie chcąc zostać odrzuconą i zniszczyć tego, co dotychczas zbudowały — trwała w tej niepewności.
Ich czoła niemal się zetknęły.
Niemal.
I w tym „prawie” było więcej napięcia niż w jakimkolwiek dotyku, który dzieliły.
Może to chwilowa brawura, której napływ będzie później rozpamiętywać, szlochając w łóżku ale gdy Violet ułożyła drugą dłoń na jej ramieniu — pękła.
Pochyliła głowę, nieśmiało ocierając swój nos o jej policzek.
Gorący oddech Violet musnął jej usta.
Alarm.
Ostry, dźgający w uszy brzęk starego zegara stojącego na komodzie przerwał to, co nie miało jeszcze szansy się rozwinąć. Zbyt głośny, by o nim zapomnieć, sprowadził je na ziemię.
Laira drgnęła gwałtownie, jakby ktoś wylał na nią kubeł lodowatej głowy a serce, gdy tylko odzyskała świadomość, podskoczyło jej do gardła.
Oddech urwał się na kilka sekund.
Violet cofnęła dłonie niemal instynktownie, machinalnie, jakby jej dotyk nagle parzył żywym ogniem. Ich spojrzenia, wystraszone i niepewne, uciekły w przeciwnych kierunkach. Dystans, jaki między nimi się wytworzył, znów był nieprzyjemny.
— Ja… — otworzyła usta, ale głos odmówił posłuszeństwa. Przełknęła ślinę, sięgając po przedmiot z drżącymi palcami. Zegar podskakiwał lekko na komodzie, nadal wydając z siebie znienawidzony dźwięk.
Violet odwróciła głowę, wypuszczając powietrze powoli, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, jak się oddycha. Uśmiech, który pojawił się na jej ustach, był nerwowy, kruchy, bardziej wymuszony niż prawdziwy.
— Oczywiście — mruknęła cicho, zasłaniając usta dłonią.
Laira skinęła głową, zbyt szybko, zbyt mechanicznie, tłumiąc śmiech, który groził przerodzeniem się w panikę.
— Tak… jasne. Jasne.
Spojrzały na siebie na ułamek sekundy. Może była dla nich jeszcze szansa.

────
[1498 słów: Laira otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 16 listopada 2025

Od Lairy — „If I ever were to lose you”

Było cicho.
Paskudnie.
Obrzydliwie
Cicho.
Laira mogła wręcz przysiąc, że coś piszczało jej w uszach, a dyskomfort rozchodził się po całym ciele. Na domiar złego - mucha, która jakimś cholernym cudem przeżyła śnieg oraz mrozy a teraz brzęczała, lecąc sobie leniwie przez środek domu dzieci Hekate. Jak okrutna przypominajka jak wszystko ostatnio się popsuło. Najgorszy był jednak oddech Violet. Spokojny, miarowy, a jednak Laira wyłapała w nim nutę niepokoju. Był niczym ogień, przylegający do jej skóry i zbierający się w kręgosłupie.
Żadna z nich nie miała odwagi rozpocząć rozmowy.
Nie o tym, co ostatnio spotkało dzieci Hekate i coś już jakiś czas minął, bo jednak reszta obozu zdawała się otrząsnąć z żałoby, tak jednak córka Hefajstosa miała wrażenie, że tragiczne zajście miało miejsce ledwie tydzień temu.
Próbowała rozmawiać z Violet, wielokrotnie. Jednak ta za każdym razem zachowywała się niczym zagonione w kozi róg zwierzę. Przerażona. Dzika. Zafiksowana na ucieczce.
A co robią zwierzęta, gdy nie mają drogi ucieczki?
Atakują.
To była pierwsza ich poważna kłótnia, choć ciężko ją było tak nazwać. Bardziej monolog pełen żalu i rozpaczy.
Wyrzucone w emocjach słowa raniły, choć bardziej świadomość, że nie była w stanie jej pomóc, była o stokroć gorsza.
— Nie musiałaś przychodzić — Violet spięła lekko ramiona, choć nie ruszyła głowy z jej ramienia. Wręcz przeciwnie, przysunęła się jeszcze bliżej, jakby nieświadomie szukając komfortu w obecności drugiej osoby. — Nie prosiłam cię o to — jej głos był cichy, odrobinę chrapliwy i ostry. Jakby starała się ją odtrącić swoim tonem.
— Chciałam. Zrobiłam to z własnej, nieprzymuszonej woli — odparła spokojnie, opuszkami prawej dłoni wodząc po ramieniu czarodziejki. Co jakiś czas ich dłonie nieświadomie się stykały, jednakże za każdym razem obie odsuwały się niczym poparzone.
Martwiła się o nią. Od śmierci brata popadła w dziwną anhedonię, jakby nie była sobą. Jej pozostałe rodzeństwo mówiło, że polepszało się, gdy widywała się z Lairą, choć ta nie chciała w to wierzyć.
— Dziękuję… — szepnęła Violet, podnosząc głowę. Przez te kilka uderzeń serca patrzyły sobie w oczu a Laira czuła, jak sucho ma w gardle. Bała się jednak ruszyć, zrobić cokolwiek, co w jej mniemaniu jedynie zepsułoby tę cudowną chwilę.
Miała wrażenie, że Vi przysunęła się bliżej, podpierając się dłonią ułożoną na jej ramieniu, choć mogło to być też złudzenie, figle, które płatała jej wyobraźnia.
Kaszlnęła mimowolnie.
— …że jesteś — cudowna chwila minęła, nim zdążyła rozwinąć się na dobre.

────
[385 słów: Laira otrzymuje 3 Punkty Doświadczenia]

wtorek, 30 września 2025

Od Lairy — „Purple all over"

Głupie pytanie o ulubiony kolor nigdy nie powinno wywołać u niej aż takim głębokich uczuć, nie kiedy dobrze wiedziała, że był nim czerwony; taki mocno nasycony, niczym żarówka drażniąca w oczy czy inna płachta na byka. A tymczasem siedziała jak kołek, pod drzewem, nerwowo drapiąc się po skroni, nadgarstku czy nawet po policzku - gdziekolwiek popadło. Palcami bawiła się jak jakimś najlepszym fidgetspinnerem, którego popularności nie zdołała uświadczyć, zwyczajnie ją to ominęło.
— No, Laira? Kot ci zjadł język? — Violet odsunęła włosy za ucho, odsłaniając rumiany od słońca policzek i kurwa, na przodków, Laira myślała, że mógł jej uciekł lewym uchem, a następnie roztopił się na chodniku niczym lody latem. — Zadałam ci proste pytanie — żachnęła się i choć brzmiała na zirytowaną, tak jednak córka Hefajstosa wiedziała, że intencje ma zupełnie inne.
— Jaki jest mój ulubiony kolor? — powtórzyła cicho, niemalże machinalnie, jakby trybiki w tej zardzewiałej maszynerii zaczęły nareszcie działać. Co prawda z ogromnym, irytującym skrzypnięciem i spóźnionym zapłonem, aczkolwiek zawsze coś.
Violet kiwnęła głową, uśmiechając się półgębkiem.
Ślina utknęła Lairze w gardle i ta była pewna, że umrze śmiercią niegodną herosa, bardzo żenującą i nieodpowiednią. Ścisnęła dłonie na materiale koszulki, jakby szykowała się do walki z prawdziwą bestią i to miało dodać jej otuchy. W rzeczywistości musiała zwyczajnie odpowiedzieć na jedno, krótkie pytanie - jaki był jej ulubiony kolor. Za każdym razem jak próbowała odpowiedzieć na to pytanie, przed sobą miała Violet. Jej fioletowe włosy i ten radosny uśmiech, który wywoływał nieznane emocje.
Sony mówiło, że Violet nie uśmiecha się tak do nikogo, prócz niej.
Może mieli rację. Może.
— A zgadnij — zmarszczyła nos rozbawiona, nawet nie zwracając na to, jak córka Hekate przewraca oczami. Najprawdopodobniej w zniecierpliwieniu, aczkolwiek cholera ją tam wiedziała. — No, dawaj, cukiereczku.
W odpowiedzi otrzymała walnięcie w ramię, choć było to bardziej w celu ukrócenia durnych przezwisk, niż faktycznie zrobieniu jej krzywdy. W każdym razie - Violet zamyśliła się i to tak naprawdę, naprawdę konkretnie. Zmarszczyła nos, jak zawsze mając to w zwyczaju, gdy dochodziło u niej do ciężkiego procesu myślowego.
— Fiolet! — odparła stanowczo, krzyżując ręce na klatce piersiowej, jakby właśnie rozwiązała kod enigmy. Laira zaśmiała się cicho i choć z początku chciała wyprowadzić ją z błędu, powiedzieć, że nie! Tym razem wszystkowiedząca panna Sanderson, nie miała racji. Zamiast tego, kiwnęła głową twierdząco, wywołując niemały uśmiech radości na twarzy swojej towarzyszki. I może, serio może czerwień nie był jednak jej ulubionym kolorem.
Bo, mówiąc szczerze? Ten ulotny moment, kiedy widziała na jej ustach szeroki, szczery i pełny dziecięcej naiwności uśmiech, nie mogła zrobić nic innego niż jej przytaknąć. Ekscytacja i ten radosny humor udzielił się również i Lairze; oparła głowę o korę drzewa, rozkoszując się ostatnimi ciepłymi promieniami lata i ukradkiem, starając się pozostać niezauważoną, spoglądała na Violet, która rozgadała się o rodzajach magii.
Niebo ciemniało, przechodząc z różu w lekki fiolet a ostatnie promienie słońca, padające wprost na córkę Hekate, dawały jej magicznego uroku. I może… nie, zdecydowanie, żyła w błędzie. To nie czerwony był jej ulubionym kolorem a fiolet. Fiolet, który postanowił wkraść się do jej życia pod postacią tej łachudry, za którą teraz oddałaby wszystko.

────
[507 słów: Laira otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 18 września 2025

Od Lairy CD Sony — ,,A Fisher of Fish"

Poprzednie opowiadanie 

LATO

Zapasy z rybą to było coś, czego w najśmielszych snach nie sądziła, że będzie oglądać z tak bliska. Owszem, sama łowiła od lat i tyle razy siłowała się z jakąś upartą sztuką, że dawno przestała to liczyć. Ale patrzeć na to z boku? Widzieć każdy ruch, każdy zryw i napięcie w ramionach kogoś, kto dopiero zaczynał, a mimo to dawał z siebie wszystko? To było coś zupełnie innego.
Radość na twarzy Sony była wręcz zaraźliwa — szeroki uśmiech, oczy rozszerzone ekscytacją, jakby właśnie złapali złotą rybkę, a nie zwykłego leszcza czy okonia. Laira poczuła dziwne ukłucie dumy, takie, którego się po sobie nie spodziewała. Jakby naprawdę była jakimś mentorem — może nawet dumnym ojcem z flaszką piwa w jednej ręce i z chlebem smarniętym pasztetem w drugiej.
Szczerze mówiąc, to faktycznie czuła się jak typowy dumny stary w płowej kamizelce, sandałach, spod których wystawały skarpetki, i szortach tak przyciasnych, że nieśmiało podkreślały piwny brzuszek. Aż brakowało jej tylko czapki z daszkiem i papierosa w ręku, żeby obraz był kompletny. Na samą myśl parsknęła pod nosem, próbując ukryć rozbawienie, ale Sony i tak to zauważyli i obdarzyli ją szybkim, promiennym uśmiechem, jakby pytając bez słów: „No co? Jest dobrze, prawda?”
— I co z nią teraz? Jaka to w ogóle ryba? Nadajemy jej jakieś imię? Czy ona się w ogóle czymś wyróżnia? Mogę sobie zrobić z nią zdjęcie? Chociaż musiałobym pobiec po Elliota, bo ja nie mam aparatu, tak w ogóle, nie tylko przy sobie, a on pewnie i tak wciąż śpi i będzie tragedia z obudzeniem go, a w sumie to nie wiem co teraz i tak jakby…
— Wstrzymaj konie, już ci powiem!
Dziwiła ją ich nieposkromiona radość i entuzjazm, aczkolwiek nie narzekała — zdecydowanie nie był to powód do krzywienia się czy też dąsania. Sony swoim pozytywnym nastawieniem zarażało niemalże jak panoszący się wirus. Oczywiście bez tych nieprzyjemnych skutków ubocznych, jak chociażby duszności czy dziadowski katar. Wręcz przeciwnie — ich uśmiech i błysk w oczach zdawały się rozświetlać nawet pochmurną taflę wody, sprawiając, że całe wędkowanie nabierało jakiegoś lżejszego, przyjemniejszego tonu.
— Generalnie w łowieniu… — zaczęła, podnosząc rybę z ziemi. Jej łuski zalśniły w świetle, połyskując srebrzystymi refleksami, jakby ktoś rozsypał na niej drobinki brokatu. Palce Lairy poruszały się sprawnie, pewnie, bez cienia zawahania, kiedy odczepiała haczyk od pyska ryby. Zapach wody i mokrej ziemi mieszał się z lekkim podmuchem wiatru, który rozwiewał pojedyncze kosmyki włosów z jej twarzy.
Kątem oka zerknęła na Sony — ich spojrzenie było skupione, niemal dziecięco zaciekawione, jakby obserwowali magiczny rytuał, a nie zwykły, rutynowy ruch doświadczonej wędki.
— Bardziej chodzi o ulotność chwili. Zdjęcia z rybą są fajne, jasne, ale najważniejsze dopiero przed tobą — powiedziała spokojnie, ale w kącikach ust zatańczył jej rozbawiony uśmiech.
Jej ruchy były wprawne, niemal automatyczne poprawiła uchwyt na wyrywającym się zwierzęciu, żeby nie zrobić jej krzywdy. Łuski mieniły się w słońcu, a spławik wciąż kołysał się obok, jakby nie mógł się zdecydować, czy ta przygoda faktycznie się skończyła.
— Ryba nie wytrzyma długo bez wody, a bieganie teraz po aparat i trzymanie jej nad powierzchnią to tak właściwie zwykłe męczenie jej — kontynuowała tonem nauczycielki, choć oczy błyszczały figlarnie — więc tym razem zdjęcie musisz zrobić sobie w wyobraźni.
I wtedy, z teatralnym gestem, przystawiła pysk ryby tuż przed twarz Sony.
— Ale! Nie ominie cię najważniejsze. Musisz dać jej buziaka w pysk, zanim ją wypuścimy! — dodała zaraz, a w jej głosie pojawiła się nutka ekscytacji.
Na twarzy Sonny pojawił się miks konsternacji i rozbawienia, jakby nie byli pewni, czy Laira żartuje i robi ich w konia, czy mówi całkiem serio. Ryba trzepnęła ogonem, jakby również czekała na finał tego przedstawienia a Laira ledwo powstrzymała się od parsknięcia śmiechem. Sama przeżyła podobny ,,chrzest bojowy” ze swoim byłym nauczycielem wędkarstwa (który swoją drogą chyba był po prostu bezdomnym), więc teraz przyszła kolej na jej ucznia.

 
Sony?
────
[625 słów: Laira otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

środa, 23 lipca 2025

Od Lairy CD Sony — „A Fisher of Fish"

Poprzednie opowiadanie

LATO

Miło było z kimś powędkować, naprawdę. Laira nie spodziewała się, że towarzystwo drugiej osoby może aż tak uprzyjemnić tę prostą, niemal medytacyjną czynność. Sony wydawało się wręcz idealnym kompanem do tejże sztuki. Było w nich coś niesamowicie kojącego, z ich postawy biła naturalna pogoda ducha i nieudawana życzliwość. Najbardziej jednak doceniła tą próbę siedzenia w ciszy przez Sony; to, w jaki sposób starali się być cicho by nie spłoszyć ryb wiele dla niej znaczyło. Właśnie taka cecha, według niej, czyniła z kogoś dobrego wędkarza i dobrego towarzysza.
Nie znała Sony zbyt dobrze, właściwie to był jeden z ich pierwszych spokojniejszych momentów razem. A mimo to czuła, że mogłaby ich polubić. Ale nie zamierzała ich oceniać zbyt pochopnie, znała wartość tego, by dać komuś czas, pozwolić im pokazać się takimi, jakimi są naprawdę, bez pośpiechu i przymusu. Nawet mimo dobrych słów Violet na temat dziecka Apolla.
Jedno było jednak pewne - Sony było absolutnie rozkosznie pocieszne. Tak bardzo, że Laira nie mogła oprzeć się wrażeniu, że gdyby tylko otworzyła usta i wypowiedziała na głos to, co czuła, zamiast słów poleciałyby tęcze, motylki i błyszczące gwiazdki. Mimo tej przesadnej wręcz słodyczy (a może właśnie dzięki niej) ich obecność była niezwykle odświeżająca. W końcu ktoś, kto nie wyglądał jak zbity szczeniak w tym cholernym obozie! W ich świecie to było na wagę złota.
— Laira — powiedziała w końcu, spokojnie, niemal szeptem. Jej wzrok był utkwiony w tafli wody, skupiony na spławiku, który powoli dryfował po powierzchni, delikatnie bujany przez lekki, popołudniowy wiatr.
— Ooo, ładnie. Tak melodyjnie — odpowiedział Sony z entuzjazmem, jakby każde nowe słowo wypowiedziane przez Lairę było dla nich czymś wartym zachwytu. — Ktoś mógłby dla ciebie napisać serenadę i jako tytuł nadać jej twoje imię. Bo ludzie chyba tak robią. Pasowałoby.
Laira uśmiechnęła się, niespodziewanie szczerze. Uśmiech wszedł jej na twarz naturalnie, jakby został tam zaproszony. Prychnęła też cicho pod nosem, bo nie codziennie słyszy się tak dziwacznie uroczy i jednocześnie pozytywny komentarz. Nawet nie wiedziała, jak na to odpowiedzieć. Ale nie musiała. Spokój między nimi mówił więcej niż słowa, choć nie chciała ujść za małomówną; wbrew pozorom do powiedzenia miała wiele.
— Wracając — zaczęła spokojnie, poprawiając uchwyt tuż pod kołowrotkiem tak, by wędka nie wypadła jej z ręki. — Próbujemy? — mówiąc to, podała Sony drugą wędkę, co prawda nie tak profesjonalną i z mniejszą ilością gadżetów w porównaniu do tej, którą miała Laira, tak jednak nadal była to dobrej, wręcz nawet bardzo dobrej jakości, wędka.
— Jasne! — rzuciło Sony z entuzjazmem, sięgając po wędkę. Niemal od razu było widać, że nie do końca wiedzą, co z nią zrobić. — Jak to się w ogóle… trzyma?
Spojrzenie Sony było pełne zaciekawienia i odrobiny niepewności, ale ich uśmiech był szeroki i szczery. Laira zachichotała cicho, podchodząc bliżej i kucając obok.
— No dobrze, żółtodziobie. Najpierw chwyt tu, zobacz — położyła swoją dłoń na ich nadgarstku, poprawiając ułożenie palców — Nie trzymaj za mocno, to nie miecz ani nóż do krojenia. To tylko i aż wędka. Subtelność, Sony, subtelność.
— Czyli zero dramy, rozumiem — zażartowali, śmiejąc się cicho.
— Dokładnie. Choć jak złapiesz szczupaka, to się przekonasz, że dramat i tak przyjdzie sam. Najgorzej jak taki skurczybyk cię ugryzie, to się zesrać z bólu można. Aczkolwiek wątpię, że miałobyś przyjemność spotkania tego gagatka w najbliższym czasie — mruknęła z uśmiechem, odgarniając kosmyk włosów, który wysunął się spod czapki.
Chwilę później oboje siedzieli już ramię w ramię, z wędkami gotowymi do rzutu, spławikami lśniącymi na tafli wody jak małe kolorowe światła. Wokół nich panował spokój, tylko szmer wody i delikatny śpiew ptaków tworzyły ścieżkę dźwiękową tej wspólnej chwili.
— Wiesz co? Mimo, że zwykle wolę wędkować samemu, tak jednak cieszę się, że mam ciebie za towarzysza. — odpowiedziała cicho Laira, z nieco łagodniejszym uśmiechem niż zwykle, szturchając Sony w ramię. — A poza tym, ktoś musi nauczyć cię porządnie zarzucać żyłkę. Bo na razie to wygląda, jakbyś próbowało strzepnąć robala z ramienia a nie złapać cokolwiek.
— Ej! — rzucili z oburzeniem, choć uśmiech nie schodził im z ust — Daj mi jeszcze pięć minut, a ryby same będą wyskakiwać z wody, żeby mnie poznać.
— To poczekaj, pójdę po patelnię i zrobi się z tego uczta dla całego obozu — skwitowała Laira z rozbawieniem. Śmiali się oboje lekko i bez napięcia, jakby znali się dłużej, niż rzeczywiście. W tle woda nadal szumiała cicho, a spławiki kołysały się leniwie na spokojnej tafli.
Właśnie gdy Laira chciała rzucić kolejną drobną uszczypliwość, nagle spławik Sony zadrgał.
— Ej… ej! Coś się dzieje! — zawołali z przejęciem, ściskając wędkę jakby trzymali granat bez zawleczki. — Laira! Ona się rusza! RYBA!
— Spokojnie! Nie ciągnij od razu! Poczekaj… — Laira niemal automatycznie przejęła ton głosu instruktorki. — Daj jej chwilę, niech połknie haczyk. Teraz… powoli, unieś wędkę… tak, właśnie tak!
Sony podniosło kij do góry z miną pełną skupienia i ekscytacji, jakby przeprowadzali operację na otwartym sercu. Wędka zadrżała, żyłka się naprężyła. Laira miała jedynie cichą nadzieję, że żyłka nie pęknie w kluczowym momencie. Inaczej mogło być wesoło…

 Sony?
──── 
[803 słowa: Laira otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Lairy CD Violet — „Live Love Laugh Lobotomy"

Poprzednie opowiadanie

LATO

Zmarszczyła nos, nie bardzo wiedząc, co to właściwie miałoby być. Przecież nie zmieni jej nagle w sfinksa, nawet jeśli ładnie poprosi. Półbogini opadła na pięty, drapiąc się po głowie z miną, jakby próbowała przywołać jakiś pomysł z zapomnianych rejonów umysłu — bezskutecznie.
— A nie wiem. Zaszalej, rzuciła w końcu krótko, wzruszając ramionami. Cieszyła się chwilą ciszy, która zapadła po tej wymianie słów, choć gdzieś w tle wciąż dźwięczały jej w uszach słowa Violet. Chciała z nią zamieszkać. Powiedziała to z taką naturalnością, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
Laira jeszcze nie wiedziała, co o tym myśleć. Byłoby łatwiej to prawda. Wspólne mieszkanie rozwiązałoby wiele spraw. Ale to była Vi. Pełna sprzeczności, z wiecznie uniesioną brewką i tą charakterystyczną manierą, jakby cały świat był jej nieco za wolny.
Choć, trzeba przyznać, Laira darzyła ją szczerą sympatią. Może nawet czymś więcej, choć nie miała zamiaru jeszcze tego roztrząsać. Jeszcze nie.
Violet westchnęła - ciężko, donośnie, jakby właśnie zrzuciła z ramion cały ciężar wszechświata. Przez ułamek sekundy wyglądała jak ktoś strudzony swoją egzystencją, kto wreszcie znalazł chwilę wytchnienia.
— Chciałabym, żeby to lato się nie kończyło — powiedziała cicho, niemal szeptem, siadając obok Lairy. Jej palce, nerwowe i niespokojne, bawiły się ze sobą, jakby szukały zajęcia, którego nie dawały ani słowa, ani obecność półbogini. Rudowłosa spojrzała na nią kątem oka. Córka Hekate wyglądała inaczej, jakby coś w niej miękło, ten znajomy cień zuchwałości na chwilę ustąpił miejsca czemuś bardziej kruchemu, delikatnemu.
— Lato nigdy nie trwa wiecznie — mruknęła półgłosem, odrywając wzrok od nieba i przenosząc go na dziewczynę obok. — Ale może niektóre rzeczy nie muszą kończyć się razem z nim.
Ta zaś uśmiechnęła się lekko, ale w jej oczach czaiła się niepewność.
— A jeśli się skończą? — zapytała, ledwo słyszalnie, jakby właśnie składała zaklęcie na kogoś znienawidzonego. — Jeśli to, co mamy, też po prostu zniknie, jak ciepłe wieczory i pachnące noce?
Laira milczała chwilę. W jej wnętrzu ścierały się myśli, jak burza z piaskiem. Przesunęła dłoń, powoli, ostrożnie i położyła ją na dłoni Violet.
— To przynajmniej spróbujemy je zatrzymać. Choćby na chwilę — stwierdziła, choć serce w jej klatce piersiowej gnało jak koń na derbach, walczący o zwycięstwo. Nie miała odwagi spojrzeć jej w oczy. Przynajmniej nie teraz.
— W każdym razie, jesteś na mnie skazana, cukiereczku — dodała po chwili, siląc się na swobodę, choć w głosie zabrzmiała nuta nerwowego rozbawienia. Słowa miały być tarczą, rozładować napięcie, które paliło ją od środka.
Dłoń wciąż spoczywała na tej drugiej - ciepła, ciężka, zbyt realna. Parzyła ją niemiłosiernie, a każdy mięsień w ciele córki Hefajstosa zdawał się wrzeszczeć, by cofnąć się, zabrać ją, odsunąć, zanim będzie za późno.
A jednak... coś ją powstrzymywało.
Nie była w stanie oderwać się od tego prostego kontaktu. Jakby ten jeden gest był wszystkim, czego potrzebowała, a jednocześnie wszystkim, czego panicznie się bała.
Violet nie odpowiedziała od razu. Ale jej palce rozluźniły się, przestały drżeć. Przesunęła kciukiem po grzbiecie dłoni Lairy, gest delikatny, niemal niezauważalny, a jednak miażdżący w swojej czułości.
— Obiecujesz? — Violet spytała niemal szeptem. Głowę miała spuszczoną, kosmyki włosów opadały jej na twarz, jakby chciała się za nimi schować, ukryć nie tylko rumieniec, ale i nadzieję, której bała się okazać zbyt wiele.
Nie musiała jednak niczego się obawiać. Laira sama nie potrafiła zebrać w sobie dość odwagi, by spojrzeć czarodziejce w oczy. Nie teraz. Nie wtedy, gdy jej serce biło jak oszalałe, a gardło zasychało z każdym kolejnym oddechem.
— Obiecuję. Na mały palec — powiedziała, a uśmiech wypełzł jej na usta odruchowo, trochę niezdarnie, ale był. Był prawdziwy.
Uniosła dłoń i wystawiła mały palec w stronę Violet - gest dziecinny, naiwny... ale też jedyny, jaki potrafiła z siebie wykrzesać, nie roztrzaskując się przy tym od środka.
Violet zerknęła na nią spod rzęs, unosząc kąciki ust. Zmarszczyła nos w rozbawieniu, jak zawsze, gdy coś rozczulało ją bardziej, niż by chciała przyznać. Potem, powoli, z niemal ceremonialną ostrożnością, splotła swój palec.
— Teraz jesteś związana tą obietnicą na zawsze — powiedziała słodko, jakby właśnie wypowiadała starożytną klątwę.
— Wiesz, że nie mam nic przeciwko.
Palce pozostały splecione nieco dłużej, niż było trzeba, choć Laira nie miała ku temu pretensji.

 Wątek Lairy i Violet został zakończony
──── 
[666 słów: Laira otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 15 maja 2025

Od Lairy — „Waiting on a Miracle"

TW: alkohol, abusive rodzice, przemoc

Chciała tylko pochwalić się pozytywną oceną z zajęć technicznych. Tylko tyle. Ten jeden, jedyny raz marzyła, by matka spojrzała na nią inaczej niż zwykle — nie przez mgłę rozczarowania, nie przez pryzmat zmęczenia życiem i wiecznej frustracji. Tylko na chwilę. Chciała, by pogłaskała ją po głowie, jak robiły to mamy w tych filmach, których oglądać nie powinna. By rzuciła jej chociażby ochłap — jedno proste: „Dobra robota, Laira.”
Nie oczekiwała cudów. Nie marzyła o dumie wypisanej na twarzy, nie czekała na uścisk, który zatrzymałby czas. Ba, nawet nie musiała ją głaskać po tej głowie — choć Laira często zastanawiała się, jak by to było. Jak to jest, czuć ciepło dłoni matki nie tylko wtedy, gdy trzyma ją za ramię zbyt mocno.
Wystarczyłyby te dwa słowa. Krótkie, niewinne. Dla świata nic nieznaczące. Dla niej — całym wszechświatem. Ale rzeczywistość, jak zwykle, zawiodła.
Wróciła do domu z kartką lekko pogniecioną w dłoni, ale z sercem pełnym czegoś kruchego i jasnego. Po raz pierwszy od dawna miała coś, czym chciała się pochwalić. Coś, co zrobiła dobrze. I wtedy zobaczyła drzwi. Niedomknięte. Brudne światło przeciskające się przez szparę.
Wnętrze mieszkania przywitało ją znajomym chaosem — tym samym, którego nigdy nie dało się oswoić. Porozrzucane butelki odbijały światło jak małe ostrzeżenia, brzęczały złowieszczo, kiedy trącała je butem, próbując utorować sobie drogę do kuchni. Tam z kolei słychać było czkawkę. Głośną, pijacką. I rumot — ten, który zawsze kończył się klątwą, trzaskiem szkła i duszącą ciszą.
Coś z hukiem upadło na podłogę.
Laira stanęła w progu, zaciśnięta kartka w dłoni już nie była powodem do dumy. Była zgniecioną nadzieją. Była przypomnieniem, że ten dom nigdy nie był miejscem na pochwały ani gratulacje.
Matka siedziała na podłodze, oparta o szafkę. W dłoni trzymała kolejną butelkę, a wokół niej — odłamki szkła i rozlana brązowa breja, która jeszcze przed chwilą mogła być obiadem. Spojrzała na córkę nieobecnym wzrokiem, zamrugała i burknęła coś pod nosem.
— I co się kurwa gapisz, niewdzięczny bachorze?
Laira nawet nie próbowała zrozumieć, choć słyszała każde słowo, które przesiąknięte było nienawiścią jej matki. Już wiedziała, że to nie był ten dzień. Nie ten moment. Może nigdy go nie będzie. Powinna się już przyzwyczaić, a jednak... coś bolało. Zawsze bolało a ona jak głupie dziecko, którym tak właściwie była, wierzyła, że jednego dnia jak wróci do szkoły jej mama będzie… normalna. Przytuli ją, pogłaszcze po głowie i zapyta, jak minął jej dzień. Dom będzie czysty i pachnący a nie rozpadającą się pijacką meliną…
Schowała kartkę do kieszeni. Bez słowa odwróciła się na pięcie i wróciła do swojego pokoju. Tam zamknęła drzwi i przez chwilę stała w bezruchu. Głowa ciężka. Ręce drżały a pierwsze łzy powoli pojawiały się w zielonych oczach.
Ten pierwszy, jedyny raz nie rozerwała tej kartki na kawałki. Po prostu wsunęła ją ostrożnie do zeszytu, jakby jednak była czymś ważnym, najcenniejszym skarbem. Czymś więcej niż tylko głupim osiągnięciem, które nie miało żadnej wartości
Może kiedyś — ktoś — spojrzy na nią tak, jak ona marzyła, że spojrzy matka. Z uznaniem. Z troską. Może kiedyś usłyszy te dwa słowa. Nie od niej.
Ale od kogoś, kto naprawdę je powie, bo będzie je czuł.

────
[509 sów: Laira otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

środa, 23 kwietnia 2025

Od Lairy CD Violet — „Live Love Laugh Lobotomy"

Poprzednie opowiadanie

LATO

Laira naprawdę się starała. Naprawdę. Ale widok przerażonej Violet, w kierunku której poleciała ryba zawieszona na haczyku, był zbyt absurdalny, by mogła powstrzymać śmiech. Córka Hekate – potężna, enigmatyczna, pełna tajemnic – paraliżująco bała się… ryb. I mimo wszystko, Laira była z niej piekielnie dumna. Bo mimo tego irracjonalnego lęku, Violet odważyła się wziąć wędkę do rąk i, choć drżąc, słuchała jej instrukcji z niebywałą koncentracją.
Kręciła korbką jakby miała dwie lewe ręce i próbowała ją odkręcić zamiast zwijać żyłkę, ale to się nie liczyło. Liczyła się próba. I odwaga, nawet jeśli towarzyszył jej śmiertelny strach przed łuskowatymi potworami z głębin.
— Z-Zabierz to… LAIRA, WEŹ TO!!! — wrzasnęła Violet, kiedy ryba wykonała dziki taniec na końcu żyłki, złowrogo chlapiąc wodą. Z piskiem puściła wędkę, która opadła na dno łódki z głośnym stuknięciem.
Zrobiła krok w tył – zdecydowanie za szeroki, jak na stabilność niewielkiej łódki – i cała konstrukcja zachwiała się niebezpiecznie, kołysząc się na wodzie jak po zderzeniu z falą tsunami.
Laira wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem. Ryknęła jak rozbawiony bóg z Olimpu, aż sama straciła równowagę i z piskiem zachwiała się niebezpiecznie nad krawędzią łódki. Przez moment balansowała jak akrobatka na linie, zanim złapała się burty i nie wpadła do wody… jeszcze.
— O bogowie, Vi, ryba cię prawie zabiła! — wykrztusiła przez śmiech, wycierając łzy z oczu. — Ty jesteś najodważniejszą osobą, jaką znam. I jednocześnie największym tchórzem.
— To… TO BYŁ KARP Z PIEKŁA — odparła Violet z mieszaniną oburzenia i absolutnego obrzydzenia, jakby miała do czynienia z potworem klasy A, a nie półkilogramową rybą.
— To był leszcz — poprawiła ją Laira, nadal chichocząc.
Violet tylko jęknęła, siadając ostrożnie na drewnianej ławce w łódce i patrząc podejrzliwie na wodę, jakby kolejna ryba miała wyskoczyć i wymierzyć jej karę boską za próbę kontaktu.
A mimo to… w kąciku jej ust pojawił się cień uśmiechu.
Laira w końcu odzyskała równowagę, choć nadal trzymała się burty, żeby przypadkiem nie wylądować w wodzie jak kot wrzucony do wanny. Uśmiech rozciągał jej usta od ucha do ucha — nie było na tym jeziorze szczęśliwszej półbogini.
Violet usiadła z rezygnacją na ławce, otulając się ramionami, jakby miało to ją ochronić przed kolejnym atakiem rybiego horroru. Wciąż wyglądała na wstrząśniętą, ale w oczach czaiła się iskierka, której Laira nie mogła zignorować.
— No dobrze, wojowniczko z mrocznych wód — zaczęła z niewinnym tonem, chociaż jej oczy błyszczały jak u dziecka przed zrobieniem głupoty — skoro już pokonałaś leszcza, to może czas na kolejny krok?
— Nie… — jęknęła Violet, już czując, że nic dobrego z tego nie wyniknie.
— Czas zmierzyć się z największym zagrożeniem jeziora... — Laira nachyliła się w jej stronę teatralnie — Z falą!
I zanim Violet zdążyła zareagować, Laira zaczęła bujać łodzią. Delikatnie na początku, ledwo wyczuwalnie. Potem mocniej, aż drewniana konstrukcja zaczęła się niepokojąco kolebać.
— LAIRA, PRZESTAŃ!!! — wrzasnęła Violet, chwytając się wszystkiego, co było w zasięgu: wędki, swojej torby i kawałka burty, jakby miało ją to uratować przed utonięciem.
— A może jednak rybka wskoczy do łódki, co? Będziecie współlokatorami! — Laira parsknęła śmiechem, chichocząc jak opętana.
— Nie śmieszkuj! Przysięgam, jak wpadnę, to cię nawiedzę po śmierci i każę całować węgorza co noc!
— W takim razie wrzucę cię z godnością, jak królową oceanu. Moja syrena o złotym sercu i traumie rybnej — zaśmiała się Laira, rozbujawszy łódkę ostatni raz, zanim łaskawie przestała.
Violet siedziała cicho przez moment, drżąc z emocji. Po chwili powoli spojrzała na Lairę.
— Wiesz co?
— Hm?
— Jak wrócimy do brzegu… zatopię ci twoją ukochaną bluzę. Tą z napisem “People fear me, but fish want me”.
Laira tylko zachichotała, opadając obok niej na ławkę, z szerokim, bezczelnym uśmiechem.
— Warto było.
Violet jeszcze przez chwilę siedziała naburmuszona, ale Laira znała ją zbyt dobrze, by dać się nabrać na tę marsową minę. W oczach córki Hekate coś się czaiło — nie tyle przerażenie, co powolnie narastająca zemsta.
— Wiesz co… — powiedziała cicho Violet, niby spokojnie, z tą złowieszczą nutką, która powinna była wzbudzić alarm w głowie Lairy. — Może masz rację. Może czas zmierzyć się ze swoimi lękami.
— No proszę, mówiłam, że jestem inspiracją. — Laira uniosła brodę, dumnie jak paw na haju.
Violet powoli podniosła się z ławki i zrobiła kilka kroków w stronę burty, odwracając się bokiem do półbogini.
— Tylko jedno mnie jeszcze zastanawia…
— Co takiego?
Violet spojrzała jej prosto w oczy i z udawaną niewinnością zapytała:
— Czy półboginie też toną?
Zanim Laira zdążyła zaprotestować, Violet rzuciła się na nią z całą swoją nieporadną złością, próbując ją lekko popchnąć w stronę wody. Miało być symbolicznie. Miała ją tylko przestraszyć. Problem polegał na tym, że łódka nie była stworzona do dramatycznych gestów i siłowych przepychanek. Zaskoczona Laira zachwiała się w jedną stronę, Violet w drugą, i nim którakolwiek zdążyła złapać równowagę — łódka wydała przeciągłe chrup i przechyliła się tak gwałtownie, że obie wylądowały w wodzie z pluskiem godnym olimpijskiego skoku.

 Violcia? 😌
───
[775 słów: Laira otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 22 kwietnia 2025

Od Lairy CD Violet — „Live Love Laugh Lobotomy"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Zmarszczyła nos, słuchając słów obozowiczki, która… właściwie ją obraziła.
Przecież ogień Hefajstosa nie był niebezpieczny. Laira świetnie potrafiła go kontrolować, więc nie rozumiała tej przesadnej ostrożności ze strony Violet. Już prędzej niepokoiły ją te dziwne ogniki, które córka Hekate wyciągnęła niemal z… no, znikąd. One to dopiero były podejrzane. I w dodatku magiczne — a nie jak ogień Lairy, będący naturalną zdolnością wynikającą z faktu, że jej boski ojciec wpadł kiedyś na pomysł, żeby „stuknąć jakąś śmiertelniczkę”.
— Wow, dzięki — rzuciła krótko, ale najwyraźniej zadowolona z efektu. Przeglądała się niemal jak w lusterku, autentycznie pod wrażeniem, że magia Violet zadziałała aż tak dobrze.
— Polecam się na przyszłość. To… jakie masz plany na teraz? — zapytała Violet, z lekkim uśmiechem. — Nie skończyłyśmy zwiedzać obozu. Oczywiście, jeśli masz ochotę, możemy do tego wrócić! Ale pewnie jesteś już zmęczona.
— Wiesz co… faktycznie, jestem zmęczona. Wrzucenie cię do wody jednak zjadło mi trochę energii — Laira uśmiechnęła się niezręcznie, nerwowo poprawiając kosmyk włosów, który opadł jej na czoło. Nie spodziewała się propozycji dalszego zwiedzania — w jej głowie ten scenariusz wyglądał inaczej. Violet miała po prostu zniknąć w mroku, zatrzaskując przed Lairą drzwi — dosłownie i metaforycznie.
— Oh… — Violet wyglądała na… zaskakująco przygaszoną. W jej oczach mignął cień smutku albo rozczarowania, trudny do zdefiniowania, ale wyraźny. Przez ułamek sekundy sprawiała wrażenie jakby naprawdę liczyła, że ten wspólny czas jeszcze potrwa. Pokiwała tylko głową i, nie mówiąc już nic więcej, powoli ruszyła w stronę domku dzieci Hekate.
Laira została chwilę w miejscu. Patrzyła za nią, czując jak coś nieokreślonego ściska ją w żołądku. Powietrze wokół zdawało się nagle cięższe, wilgotne od wieczornego chłodu i zapachu dymu unoszącego się znad ognisk, które dogasały gdzieś w tle.
W końcu uniosła dłoń i pomachała jej lekko — z wahaniem, ale szczerze.
— To co, widzimy się jutro? — zawołała za nią, a w jej głosie pobrzmiewało coś więcej niż tylko uprzejmość. Może cień nadziei.
Violet zatrzymała się, spojrzała przez ramię. Uśmiechnęła się lekko, niemal niedostrzegalnie.
— Tak. Do jutra — odpowiedziała, cicho, ale wystarczająco wyraźnie, by te dwa słowa zawisły między nimi, niosąc więcej, niż mogłyby się odważyć powiedzieć wprost.
A potem zniknęła za drzwiami.
A Laira… jeszcze przez chwilę patrzyła w miejsce, gdzie przed chwilą stała.

LATO

Letnie popołudnie powoli przechodziło w wieczór, choć słońce wciąż leniwie wylegiwało się nad linią drzew, barwiąc niebo na odcienie złota, różu i lawendy. Powietrze było ciepłe, ciężkie od zapachu rozgrzanego igliwia i mięty rosnącej przy brzegu. Nad powierzchnią stawu unosiły się drobne muszki, a raz po raz słychać było charakterystyczne plum, gdy ryba wyskakiwała na sekundę, by złapać powietrze lub przekąsić coś z powierzchni.
Laira siedziała na drewnianym pomoście z nogami zanurzonymi w wodzie. W rękach trzymała prostą wędkę, którą wcześniej zmontowała z jakiegoś patyka, żyłki i… agrafki. Improwizacja była jej mocną stroną.
— No i teraz… delikatnie, ale zdecydowanie — powiedziała z uśmiechem, podając Violet wędkę. — Nie rzucaj jej jak dzidy w minotaura. To ryby, nie potwory.
— Daj spokój, nigdy wcześniej nie łowiłam — mruknęła Violet, siadając ostrożnie obok, tak że ich ramiona ledwie się stykały. Była boso, a jej stopy igrały z wodą, chlapiąc co jakiś czas na Lairę złośliwie.
— Serio? Nigdy? — Laira uniosła brew z udawanym oburzeniem. — To tak jakby… jakby nigdy nie zjeść waty cukrowej. Albo nie pocałować kogoś przy zachodzie słońca.
Violet spojrzała na nią ukradkiem, z półuśmiechem.
— No dobra, może nie aż tak dramatycznie. Ale i tak jesteś dziwna.
— Dziękuję, staram się. — Laira puściła jej oczko, po czym poprawiła uchwyt na wędce. — Patrz. Chodzi o to, żeby haczyk był mniej więcej tutaj, a przynęta — czyli ta robaczywa kulka, która wygląda jak zeschnięty popcorn — żeby machała im przed pyskiem jak kusząca przekąska.
— Kusząca? To obrzydliwe. — Violet skrzywiła się teatralnie, ale złapała kij. — I co teraz?
— Teraz… czekamy. — Laira odchyliła się lekko, podpierając na łokciach. — W międzyczasie możesz opowiedzieć mi coś głupiego ze swojego dzieciństwa.
— Coś głupiego?
— No, w stylu: “W wieku siedmiu lat próbowałam zakląć sąsiada w kurczaka.”
— Tylko raz! — Violet zaśmiała się, a potem dodała ciszej: — Ale trafiłam w kota.
Laira zachichotała, przeciągając leniwie palcami po powierzchni wody. Cisza, która między nimi zapadła, nie była niezręczna — raczej spokojna, miękka, jak koc zarzucony na ramiona.
W oddali kumkały żaby, a wiatr poruszał trzcinami przy brzegu. Woda falowała delikatnie wokół ich nóg.
— Chcę, żeby lato się nie kończyło — powiedziała Laira cicho, bardziej do siebie niż do niej.
Violet tylko spojrzała na nią z boku, uśmiechając się bez słowa. Nie musiała nic mówić. Też tak czuła.

Violcia?
──── 
[724 słowa: Laira otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 21 kwietnia 2025

Od Lairy do Sony — „A Fisher of Fish"

Staw o tej porze dnia był zupełnie pusty. Cisza i spokój panowały wokół, a jedynym ruchem była mgła snująca się nisko nad wodą, otulająca najbliższą okolicę jak miękki szal. Dla Lairy była to idealna chwila, by wreszcie odetchnąć i się zrelaksować. Mały, drewniany pomost cicho skrzypiał pod jej krokami, gdy powoli szła w stronę wody. Na ramieniu zwisała wędka, a obok niej torba pełna starannie dobranych przynęt – każda z nich miała swoją historię. Większość zrobiła sama, parę otrzymała od ciotki a dwie… od swojej byłej partnerki. Skrzywiła się, widząc je, chociaż sumienie nie pozwoliło Lairze ich wyrzuć, za dużo ryb na nie złapała, by teraz się ich pozbywać. Teraz jednak, patrząc na nie, czuła cichy ucisk w klatce piersiowej. Smutek zmieszany z ciepłem. Nie była już pewna, co boli bardziej – to, że odeszła, czy to, że tamte chwile wciąż potrafiły być tak żywe. Przynęta znów trafiła na miejsce – nie w wodzie, nie w śmietniku, ale tam, gdzie była od dawna. W torbie, między innymi. Może kiedyś ją wyrzuci. Może nie.
Jeszcze nie dzisiaj.
Laira usiadła na krawędzi pomostu, ostrożnie opierając wędkę o kolano. Drewno pod nią było jeszcze wilgotne od porannej rosy, pachniało mchem i starym lasem. Mgła zaczęła się już podnosić, odsłaniając taflę wody – gładką jak szkło, niemal nierealnie spokojną.
Wybrała jedną z przynęt – tę, którą zrobiła sama, z połyskującą srebrną blaszką i czerwonym piórkiem na końcu. Jej palce poruszały się automatycznie, pewnie, z delikatnością kogoś, kto zna każdy ruch jak własny oddech. Kliknięcie kołowrotka, świst żyłki przecinającej powietrze – i przynęta wylądowała kilka metrów dalej, z miękkim „plask!” uderzając o wodę.
Laira siedziała nieruchomo, z lekko pochyloną głową. Tylko oczy błądziły po powierzchni, szukając ledwie zauważalnych znaków – zmarszczki na wodzie, cienia pod powierzchnią, pojedynczego bąbelka.
Wokół niej świat zwolnił.
Ptaki śpiewały cicho, jakby szeptały między sobą. Liście poruszały się łagodnie, niesione lekkim podmuchem wiatru, a od czasu do czasu gdzieś w oddali słychać było trzask gałęzi – może sarna, może lis. Dla Lairy nie miało to znaczenia. Była tu tylko ona i woda.
W końcu poczuła lekkie szarpnięcie – nie gwałtowne, raczej delikatne, jakby coś musnęło żyłkę z ciekawością. Zamarła, wstrzymała oddech. Drugi ruch – tym razem wyraźniejszy. Zdecydowanie ryba. Zacisnęła dłonie na wędce, naprężyła żyłkę i wykonała płynny ruch, zaciągając hak.
Zaczęła się walka – nie brutalna, nie dramatyczna, ale intensywna w swojej cichej mocy. Ryba próbowała uciec, skręcała się w wodzie, a Laira prowadziła ją z wyczuciem, nie pozwalając jej się zerwać. Ruch za ruchem, krok po kroku – jak taniec, stary jak świat.
W końcu ryba się poddała. Mały leszcz, srebrzysty, z wielkimi oczami, drżał w jej dłoniach, gdy wyciągała go z wody. Przyglądała mu się chwilę, wsłuchując się w cichy chlupot jego ogona. Potem bez słowa pochyliła się i ostrożnie wsunęła go z powrotem do jeziora. Zniknął w mętnej głębi, zostawiając po sobie tylko kilka kółek na wodzie.
Westchnęła cicho, oddychając głęboko, aż po same końce płuc. Powietrze miało smak wilgoci i sosen, a w tym wszystkim był jakiś pierwotny spokój, którego tak bardzo potrzebowała. Ciepłe, letnie promienie dopiero zaczynały przedzierać się przez warstwę jasnych chmur – nieśmiało, jakby nie chciały zakłócić ciszy panującej nad stawem.
Laira zamknęła oczy na krótką chwilę. Czuła, jak świat się wycisza, jak oddech zwalnia, a serce bije w rytmie natury. Mgła wciąż snuła się nisko nad wodą, leniwa i lekko srebrzysta, rozciągając się tuż nad taflą niczym duchy poranka.
Staw. Cisza. Ona, z wędką w rękach i niebem nad głową. Tak właśnie zaczynał się idealny dzień.
Usłyszała skrzypnięcie. Ciche, przeciągłe – jakby ktoś stąpał ostrożnie po starych deskach pomostu. Zmarszczyła brwi, nie odwracając się od razu. Kto mógłby tu przyjść? O tej porze, w tym miejscu? To przecież był jej azyl, odludzie z wyboru.
Pomyślała nawet, że może wyobraźnia płata jej figle, ale skrzypnięcie powtórzyło się – tym razem bliżej. Odwróciła głowę powoli, z pewnym ociąganiem, jakby nie chciała burzyć tej ciszy, którą tak pieczołowicie pielęgnowała.
Miała ochotę się zaśmiać. Cała ta scena wyglądała absurdalnie – mgła, samotna rybaczka i sylwetka zbliżająca się przez poranny półmrok. Brakowało tylko dramatycznej muzyki i przerysowanego napięcia rodem z kiepskiego amerykańskiego filmu dla nastolatków.
— Hej — rzuciła, nie podnosząc głosu, gdy zarys postaci stał się bardziej wyraźny.
Nie był wysoki, z ciemnymi włosami rozświetlonymi pierwszymi promieniami słońca. Znała go, a przynajmniej jedynie z widzenia, bo rozmawiać ze sobą nie mieli okazji. Sony. Jedyne dziecko Apolla w obozie i o ile dobrze pamiętała - dobry znajomy Violet.
Wyglądał, jakby miał coś do powiedzenia. Ale zanim zdążył się odezwać, Laira uniosła brew z lekkim rozbawieniem i dodała:
— Jeśli przyniosłeś kawę, możesz zostać. Jeśli nie… musisz się wykupić jakąś dobrą historią.
Sony zamrugało kilkukrotnie, jakby próbując uporządkować własne myśli. Sprawiali wrażenie, jakby przyszli tu z nadzieją na chwilę samotności, jakby to właśnie to miejsce miało być ich cichą ucieczką — a tymczasem ktoś już tam był. Ktoś, kto wyraźnie czuł się tu jak u siebie.
Laira obserwowała ich uważnie, lekko przechylając głowę. W ich oczach tańczył istny wir – milion myśli przebiegających przez głowę z prędkością światła, każda próbująca przebić się na powierzchnię.
— Nie, wybacz, nie mam kawy — powiedzieli w końcu, drapiąc się po głowie z lekkim zakłopotaniem. Ich but niepewnie zarysował półkole na deskach pomostu, szurając cicho, jakby to miał być jedyny sposób na zredukowanie napięcia.
Laira parsknęła cicho i uśmiechnęła się łagodnie. Bez słowa skinęła głową w ich stronę, wykonując prosty, spokojny gest zaproszenia – miejsce obok niej wciąż było wolne. Wystarczająco szerokie, by nie naruszać granic, a jednocześnie wystarczająco blisko, by znaczyło: jesteś mile widziany.
— Mogę nauczyć cię łowić ryby, co ty na to? — odezwała się po chwili z lekkim uśmiechem. — Jestem w tym całkiem świetna… jeśli nie najlepsza. Mam nawet zapasową wędkę, to serio nie jest trudne! Ani trochę!
Jej ton był swobodny, lekko zaczepny, ale bez złośliwości. To nie była propozycja, którą należało traktować serio-serio – raczej otwarta furtka. Możliwość. Coś, co można chwycić albo zostawić. Laira nie była najlepsza w relacjach, nie bardzo umiała nawigować w labiryncie stworzonym z ludzkich uczuć, jednak próbowała - starała się wypaść jak najlepiej.
Wiatr poruszył mgłę, a słońce zaczęło wygrywać pierwszą bitwę o niebo, a kolejne promienie połaskotały ich twarze.

Sony?
──── 
[1000 słów: Laira otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Lairy CD Violet — „Live Love Laugh Lobotomy"

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

Wściekła Violet to zdecydowanie nie był efekt, na który liczyła. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, już dawno leżałaby z rozszarpanym gardłem, bo Vi — gdyby tylko mogła — najpewniej pozbawiłaby ją tchawicy, zostawiając po sobie tylko mokre strzępy. Jasne, może wrzucenie jej do wody nie było najbardziej subtelnym sposobem na zacieśnianie koleżeńskich więzi, ale Laira naprawdę nie spodziewała się, że ta dziewczyna będzie aż tak... drażliwa.
Westchnęła przeciągle, pozwalając ciężarowi ciała opaść z powrotem na wilgotny piach. Nawet nie próbowała się podnosić. Po co? Nie było sensu. Morska woda, chłodna i słona, leniwie obmywała jej nogi i biodra, przynosząc krótkotrwałą ulgę — jakby zmywała z niej nie tylko brud piachu, ale i napięcie po nieprzyjemnej wymianie spojrzeń. Na moment mogła zapomnieć, że ktoś właśnie patrzy na nią jak na wroga publicznego numer jeden.
Zamknęła oczy, czując, jak włosy przyklejają się do karku, a tkanina jej topu szeleści i obciera przy każdym głębszym oddechu. Sól zostawiała ślady na skórze, ale teraz — w tej jednej chwili — wszystko było cichsze. I chłodniejsze. I prawdziwsze.
— Może powinnam była po prostu zapytać, jak się czuje… — mruknęła pod nosem, dłubiąc palcem w piachu i z trudem próbując znaleźć choćby cień motywacji, żeby ruszyć swoje mokre, oblepione ziarenkami ciało z miejsca. — A najlepiej to przeprosić — dodała zaraz ciszej, jakby samo wypowiedzenie tych słów sprawiało jej fizyczny dyskomfort. Wzdychnęła ciężko.
Nie tego przecież chciała. Serio, ostatnia rzecz, jakiej potrzebowała do pełni szczęścia, to robić sobie wroga z tej uroczej, choć niebezpiecznie wkurwionej dziewczyny. Miała w sobie coś magnetycznego, coś, co mimo ich spięć, przyciągało Lairę z fascynującą intensywnością. A ona, jak ta idiotka, wrzuca ją do wody, jakby była jakimś bohaterem kiepskiego filmu młodzieżowego.
Przetarła dłonią twarz, czując, jak palce zostawiają wilgotne smugi z piaskiem na policzkach. Zmęczenie i poczucie winy wżerały się w nią powoli, jak sól w drobną ranę. Wpatrywała się w rozmytą linię horyzontu, próbując wymyślić, co dalej. Bo nawet jeśli Violet teraz szła przed siebie z miną, jakby zaraz miała podpalić cały obóz — to w głębi duszy Laira chciała za nią pobiec i po prostu... naprawić to.
Tylko jak się naprawia rzeczy, które psuje się impulsem?
Spojrzała pod siebie, gdzie między ziarnami mokrego piachu coś przykuło jej uwagę. Na wpół przezroczysty fioletowy kamień lśnił w porannym świetle jak mały kawałek czegoś magicznego. Tuż obok leżał kolejny — tym razem śmiesznie pomarańczowy, jakby ktoś pociął mandarynkę i zamknął ją w szkle. Laira zmarszczyła brwi, sięgając po oba znaleziska.
„Violet była córką tej... no, jak jej tam… Demeter?” — zamrugała, próbując przypomnieć sobie słowa Chejrona, które z entuzjazmem olewała. — „Nie, nie, głupia, przecież to ta od roślinek. Violet to... Hekate. Ta od wróżb, świec i całego tego łubudubu... magii.”
Zerknęła na kamienie w swojej dłoni, marszcząc brwi. „Dzieci Hekate chyba... lubią takie rzeczy? Kamienie? Symbole? Czarodziejskie bzdety?” — Skinęła sama sobie głową z przekonaniem. — „Na pewno. W najgorszym razie... i tak ładnie wyglądają.”
Podniosła się z piasku i zaczęła się otrzepywać, przy okazji rozglądając się za czymś jeszcze — i tak oto dostrzegła kilka drobnych polnych kwiatków rosnących nieopodal w cieniu wydmy. Fioletowo-białe, lekko pogięte, ale całkiem urocze. Zerwała kilka ostrożnie, z językiem wystawionym w skupieniu, jakby to była jakaś święta misja.
— Kamyki, kwiatki... — wymruczała do siebie, zaglądając jeszcze do torby. Jej wzrok padł na niedojedzoną tabliczkę białej czekolady. Westchnęła dramatycznie. — Poświęcenie dla większego dobra.
Zgarnęła wszystko w dłonie, tworząc z tego prowizoryczną „ofiarkę pojednawczą”, po czym ruszyła w stronę domku dzieci Hekate. Nie miała pojęcia, czy Violet w ogóle ją tam wpuści, a już na pewno nie wiedziała, co jej powie... ale przynajmniej będzie wyglądało, że się stara.
I, cholera, naprawdę się starała.
No… zapukała więc do drzwi, przystępując z nogi na nogę. Otworzył jej jakiś… ktoś. Z pewnością nie była to Violet a inna, drobna dziewczyna. Laira popatrzyła na nią z góry, czując się jak jakiś olbrzym.
— Um… hej. Jest Violet?
Dziewczyna uniosła brew, a tuż zaraz za nią pojawił się rudowłosy chłopak. Zmierzył córkę Hefajstosa od góry do dołu, śmiejąc się pod nosem.
— U-la-la… Violet masz gościa!
Laira zrobiła krok do tyłu, zmieszana nagłą obecnością dwójki nieznajomych. Rude włosy chłopaka, jego zbyt szeroki uśmieszek i ton głosu, który aż kapał od ironii (a przynajmniej w jej mniemaniu), sprawiły, że poczuła się jak totalna idiotka z bukietem zielska i garścią przypadkowych kamyków w rękach. Świetnie. Miała nadzieję na jakąś cichą, dramatycznie wzruszającą scenę pojednania, a tymczasem trafiła na domówkę albo… sabat. Albo jedno i drugie.
— Yyy, dzięki — mruknęła cicho, kompletnie nie wiedząc, co zrobić z rękami. Wcisnęła kwiatki pod pachę, a kamienie niebezpiecznie przesunęły się na skraju jej dłoni. — To nie takie “u-la-la” — dodała po chwili, już bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Dziewczyna, która otworzyła drzwi, przewróciła oczami i zniknęła gdzieś w środku, wołając:
— Violeeeet, twoja dziewczyna przyniosła ci... dary!
Zamieszanie z wnętrza domku było nie do pomylenia. Szuranie, jakby ktoś próbował ogarnąć bałagan w trzy sekundy, a potem znajome ciężkie kroki. W końcu w drzwiach stanęła Violet.
I wyglądała... różnie. Z jednej strony – lekko zaspana, z drugiej – jakby nie spała całą noc. Miała na sobie przydużą koszulkę z jakimś dziwnym symbolem, który pewnie miał jakieś magiczne znaczenie, ale dla Lairy wyglądał jak spleciony węzełek makaronu. Spojrzała najpierw na Lairę, potem na jej “prezenty”. Uniosła brew.
— To nie jest moja dziewczyna! — fuknęła, wychodząc na zewnątrz i zatrzaskując za sobą drzwi — Co to ma być?
— Przeprosiny — Laira rzuciła od razu, jakby próbowała uprzedzić reakcję. — W sensie… wiem, że cię wkurzyłam. I że to nie był najlepszy sposób na… cokolwiek. Ale nie chciałam, żebyś się czuła... źle. No. I… masz. — Wcisnęła jej w ręce wszystko naraz, w tym półroztopioną czekoladę.
Violet spojrzała na to wszystko, potem na nią. Na moment nic nie mówiła, a ta cisza zżerała Lairę od środka.

      Violcia?💜
──── 
[937 słów: Laira otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 6 kwietnia 2025

Od Lairy CD Violet — „Live Love Laugh Lobotomy"

Poprzednie opowiadanie

Zmieniła ją w szopa.
Violet ZMIENIŁA ją w szopa! I to nie jakiegoś tam kreskówkowego, słodkiego szopika, tylko prawdziwego, najprawdziwszego szopa – takiego, co ćwierka, mruczy, skrzeczy, albo co tam jeszcze te puchate stwory robią w lesie, kiedy nikt nie patrzy.
Laira, córka Hefajstosa, była wręcz pod wrażeniem. Pewnie, potrafiła skonstruować najbardziej szaloną machinę rodem z koszmaru technicznego geniusza, ale żeby zamienić kogoś w żywe, pełnoprawne zwierzę? No błagam. To już było czaderskie. Czemu, do cholery, ona nie mogła być dzieckiem Hekate? Przynajmniej wróżyłaby ludziom z tarota i straszyła dzieci w Halloween. Same zalety. Zero minusów. Poza czarnym dymem i czasem jakimś przypadkowym otwartym portalem do zaświatów, ale kto by się przejmował?
— Ja chcę jeszcze raz! — zapiszczała, podskakując na małych szopich łapkach, które tak właściwie, już nie były szopie, bo Violet zdążyła ją przemienić. — Tylko tym razem zamień mnie w tygrysa! Albo nie, lepiej w rybołowa! Upoluję ci jakąś porządną rybkę, co ty na to?
Violet przewróciła oczami z siłą huraganu. Jasne. Rybołów. Poluje. Ryby. Tylko że, no… ryby się łowi, a nie „upolowuje”. To nie dzik w lesie, tylko pstrąg w strumyku, geniuszu. Zmęczona tym absurdem, aż stuknęła się otwartą dłonią w czoło, jakby próbowała dosłownie wybić sobie z głowy ten absurd.
— Może później — mruknęła, zmęczonym tonem nauczycielki przedszkola. — Na razie wrócimy do twojej kwatery i zapoznasz się z resztą rodzeństwa, zgoda?
Wyciągnęła dłoń, podsuwając ją Lairze pod już nie taki puchaty pyszczek.
— Swoją drogą, wyglądasz komicznie jako szop. Taki… mały, puszysty chaos.
— Hej, hej, cukiereczku, spokojnie! — zareagowała energicznie Laira, otrzepując się z piachu i ruszając z godnością, która totalnie nie przystoi szopowi. — Dam sobie radę sama, nie trzeba mnie niańczyć.
Violet wyraźnie nie była zachwycona nowym przezwiskiem. Skrzywiła się, jakby właśnie zjadła cytrynę. Trudno. Przywyknie. Zazwyczaj dziewczyny lubiły, kiedy Laira mówiła do nich „cukiereczku”, szczególnie kiedy wpadały do warsztatu jej ciotki z jakimś chłoptasiem u boku i potrzebowały pomocy. No ale, jak się okazuje, ten półboski padół łez miał widownię bardziej wybredną niż starożytne bóstwa olimpijskie.
— Powiedziałam już, że mam na imię Violet, nie Vi, nie „cukiereczek”, nie żadne inne ipsum dyrdum, które sobie wymyślisz — sapnęła ciężko, pocierając skronie. I serio, wyglądała, jakby właśnie dostała migreny. A może rzeczywiście dostała? Kto ją tam wie.
Laira tylko wzruszyła ramionami, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Co najwyżej mogłaby znów rzucić „spokojnie, cukiereczku”, ale miała przeczucie graniczące z pewnością, że to doprowadziłoby do katastrofy na skalę wulkanu imieniem Violet, który już i tak niebezpiecznie bulgotał.
Zresztą, i tak miała dosyć gryzienia piachu. Z każdym kolejnym krokiem podczas tej ich “relaksującej” wędrówki po plaży sięgała ręką na plecy, drapiąc się w podrażnione miejsca. Ale to nic nie dawało. Tak samo skuteczne, jak porady jej boskiego ojca – czyli jebane zero. Null. Nada. Absolutna techniczna pustka.
I tylko jedno pytanie dudniło jej w głowie jak młot: czy można w ogóle dostać uczulenia na piach, będąc szopem? Skrzywiła się teatralnie, drapiąc się po plecach już chyba dwudziesty raz w ciągu ostatnich pięciu minut. Piasek był wszędzie. Za uchem, między łopatkami, pewnie nawet w rowku między pośladkami. Wkurwiający był ten piasek, jakby się uwziął, żeby zamienić jej życie w festiwal swędzenia i frustracji.
— Zawsze jesteś taka sztywna? — mruknęła, marszcząc nos i rzucając Violet kpiące spojrzenie znad ramienia. Zrobiła kilka kroków do przodu, po czym znowu przystanęła, bo znowu… znowu ten jebany piasek.
Nosz kurwa, czy ona nie mogła choć przez chwilę poczuć się jak magiczne zwierzątko z bajki, tylko od razu musiała przypominać kłębek neurozy z klątwą wiecznego swędzenia?
Przysięgam, jeśli jeszcze raz coś mnie zaswędzi w miejscu, gdzie nie mogę się podrapać, rozszarpię kogoś. Najlepiej ciebie — fuknęła w stronę Violet, choć ton miała bardziej rozbawiony, niż groźny.
Violet spojrzała na nią z uniesioną brwią, ewidentnie rozważając, czy powinna teraz rzucić jakąś złośliwość, czy po prostu pozwolić Lairze się spalić w ogniu własnej irytacji. W końcu jednak tylko westchnęła i wzruszyła ramionami.
— Okej, słuchaj, cukiereczku — zaczęła Laira, podchodząc powoli w stronę Violet z miną pełną niewinności… co w jej wykonaniu brzmiało raczej jak zapowiedź katastrofy. — Ta zniewaga krwi wymaga, mam nadzieję, że mi wybaczysz kiedyś — rzuciła z szerokim uśmiechem, po czym nim Violet zdążyła zareagować, zgrabnie ją przerzuciła sobie przez ramię jak worek kartofli.
— Laira, co ty—?! — jęknęła zaskoczona Violet, wisząc głową w dół, a jej głos przypominał skrzyżowanie przerażonego kota z rozdrażnionym delfinem.
Kilka kroków wystarczyło, by dotarły do głębszej części zatoki. Woda chlupotała przyjemnie, a piasek stawał się coraz bardziej wilgotny i zdradliwy.
— Dla honoru szopa! — wrzasnęła Laira bojowo i zamaszyście cisnęła swój „worek pyrek”, czyli zdezorientowaną Violet, prosto w fale. Plan był dobry. Prawie genialny.
No, na jej nieszczęście, ów "worek" okazał się bardziej uparty, niż przypuszczała — Violet w ostatnim odruchu chwyciła ją za kostkę, a zanim zdążyła się zorientować, Laira z rykiem i chlupotem zaryła twarzą w mokry piach.
Woda rozbryzgała się wszędzie, a chwilę później obie leżały — jedna półzanurzona w wodzie, druga z piaskiem we włosach, nosie i absolutnie każdej możliwej szparze.
— Ja pierdolę… — mruknęła Laira, spluwając z ust coś, co przypominało błotnistą galaretkę z odrobiną dumy i rozpaczy.
Violet zaśmiała się cicho, mimo wszystko zaskoczona, że ta idiotyczna akcja rozbawiła ją bardziej, niż powinna. Chociaż może był to śmiech pełen desperacji i gróźb rychłej, powolnej śmierci.
— Chociaż raz, cukiereczku, jesteśmy na równi — odparła z satysfakcją, otrzepując się z wodorostów, jakby właśnie wygrała olimpiadę.
To jednak nie był zbyt dobry pomysł, mokre ciuchy przykleiły się do jej dupy, drażniąc niemiłosiernie. Szczególnie koszulka, cholera. No to? Pora pozbyć się problemu, Laira jednym ruchem pozbyła się drażniącego t-shirta.

🦝? 
─── 
 [905 słów: Laira otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

czwartek, 27 marca 2025

Od Lairy CD Violet — „Live Love Laugh Lobotomy"

Poprzednie opowiadanie

Sparing był czymś, co w teorii miało pomóc im rozluźnić atmosferę w praktyce jednak sprawił, że zarówno Laira jak i Violet miały ochotę zapaść się pod ziemię. Niższa dziewczyna odskoczyła od rudej jak poparzona, gdy tylko jej mózg zarejestrował, że właśnie się na nią wywaliła i leżała jej na klatce piersiowej.
— Przepraszam za… T-to znaczy, to była bardzo dobra walka, Lairo Groft. — oh jej, jak oficjalnie, brakowało jeszcze jakiegoś sztywnego uścisku dłoni i może pokłonu jak na tych wszystkich japońskich kreskówkach robią…
— Spokojnie cukiereczku, nie musisz przepraszać — mimo uśmiechu na jej twarzy, szcztucznego tak w dodatku, wewnętrznie miała wykrzywioną twarzyczkę niczym po zjedzeniu worka cytryn. Otrzepała się, poprawiając koszulę na ramieniu, która z niego zjechała. Biorąc miecz w dłoń wstała, czując jak w jej kręgosłupie coś strzela. — Swoją drogą, skaczesz trochę jak żaba na liściu z tym scyzorykiem. O! Albo jak bass niebieski. Taka jedna rybeńka, którą ostatnio złapałam. Masakra, mówię ci, szarpał się skurczybyk na prawo i lewo, prawie mi drań uciekł ale w ostatniej chwili złapałam gnoja w podbierak.
No i zaczęła nawijkę o rybach. Violet zrobiła przy tym minę coś pokroju “O czym ty, na Hadesa, gadasz” a “Pomocy, niech mnie ktoś zabije”, jednakże ubłagana pomoc nie nadeszła, a biedna Violcia była skazana na towarzystwo Lairy, która za cel główny ich rozmowy, czy też monologu, obrała sobie pokazanie, jak wielkie rybsko kiedyś złapała.
— Kurwa, wiedziałam, że tak będzie… — mamrotała, jednak córka Hefajstosa miała to w poważaniu, choć tak bardziej to nawet nie słyszała. Zbyt mocno skupiona była na demonstracji, jak szarpała się niedawno ze szczupakiem amerykańskim.
— No i wiesz ja mu tak…! — wykrzyknęła, wyginając się w lewo, gdy w dłoniach trzymała wyimaginowaną wędkę — A ten skurwesyn mi tak… — znów, wygięła się, tym razem w przód pokazując swoją heroiczną walkę z rybiszczem. — Mówię ci, masakra, drań paskudny, ledwo żem go dorwała. Żeby było śmieszniej, musiałam go kijem pierdolnąć, bo chuj próbował mnie uż-
Zamrugała ślepiami, gdy Violet zatkała jej jadaczkę, przykładając swój nóż do masła do jej ust.
— Wiesz… niesamowita ta twoja historia i broń bogowie nie chcę ci przeszkadzać, aczkolwiek mamy jeszcze spory kawał obozu do przejścia a ja chciałabym sprawnie zakończyć to nasze urocze zwiedzanie — jej ton był słodki, aż zęby bolą. Oj to się jej ciekawa przewodniczka trafiła, Laira pokiwała jednak twierdząco głową, kończąc swoje rybie opowiastki.
— Już się tak nie spiesz cukiereczku, obóz nie zająć. Nie ucieknie. No, to gdzie teraz?
— Plaża.
Krótko, zwięźle i na temat. Cóż, Laira ani myślała ciągnąć córkę Hekate za język – jeszcze by jej sprzedała klątwę w postaci potężnej… cóż, rewolucji żołądkowej albo, co gorsza, przeklęła ją tak, że już żadnej ryby by nie złapała.
Szły razem w stronę plaży, a ciepły wiatr owiewał ich twarze, niosąc zapach soli i mokrego drewna. Słońce stało wysoko na niebie, odbijając się od spokojnej tafli wody, która mieniła się odcieniami błękitu i turkusu. Laira, z rękami wciśniętymi w kieszenie dżinsowych szortów, zerkała ukradkiem na swoją towarzyszkę. Violet wydawała się raczej cicha i skupiona, a każdy jej krok był wyważony, jakby bała się, że lada moment ziemia pod nią się rozstąpi. Nie wyglądała na osobę, która chętnie wdaje się w rozmowy – bardziej jak ktoś, kto woli własne towarzystwo.
A to oznaczało, że Laira musiała ją trochę rozruszać. No bo kto by wytrzymał w tej ciszy?
— Hej, chcesz usłyszeć żart? — zagadnęła, przerywając niezręczne milczenie.
Violet spojrzała na nią kątem oka, jakby próbowała ocenić, czy to pytanie jest poważne.
— Hm? — mruknęła, jakby nie była do końca przekonana.
— Jak nazywa się radioaktywna małpa? — Laira uśmiechnęła się szeroko, już nie mogąc doczekać się swojej błyskotliwej odpowiedzi.
Była wręcz święcie przekonana, że gdyby Violet mogła, to na sto dziesięć procent zapadłaby się pod ziemię, żeby uniknąć tej rozmowy. Dziewczyna westchnęła cicho, zaciskając dłoń w pięść, jakby zbierała w sobie resztki cierpliwości.
— Nie wiem… — bąknęła, siląc się na neutralny ton.
— URANgutan! Ha!
Laira parsknęła śmiechem, niemal się zatrzymując. Musiała nawet przetrzeć kąciki oczu, bo zaczęły jej łzawić. Świetny żart – wybitny, wręcz jeden z jej ulubionych. Co prawda Violet nie wyglądała na równie rozbawioną, ale trudno – nie każdy miał tak wysublimowane poczucie humoru.
— Serio? — Violet uniosła brew, kręcąc głową. — Naprawdę?
— Oczywiście. To klasyka. — Laira wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. — Możesz mnie podziwiać.
— Choć już, inaczej zostawię cię na zeżarcie przez ogary.
Laira wywróciła oczami, jeszcze ją rozbuja, zobaczy.
Przez chwilę szły w milczeniu, aż dotarły do drewnianego pomostu, który prowadził na plażę. Piasek skrzypiał cicho pod ich stopami, a w oddali widać było kilka postaci – niektórzy obozowicze trenowali przy brzegu, inni po prostu odpoczywali, zanurzając stopy w chłodnej wodzie.
— No dobra, a teraz ty. Znasz jakiś żart? — Laira obróciła się lekko w jej stronę, nie odpuszczając tematu.
Violet westchnęła, jakby musiała się poddać tej nietypowej formie przesłuchania.
— Może później – odparła, ale kącik jej ust drgnął w ledwo zauważalnym uśmiechu.
Dla Lairy to był mały sukces – i tak nie zamierzała przestać.
— No dobrze — kącik jej ust uniósł się z lekka w uśmiechu — Hej ty jesteś córka Hekate, nie?
Oczy Violet rozszerzyły się niczym u jelenia na A2 wieczorową porą.
— No… tak? — odparła ciut niepewnie, nie bardzo wiedząc, co właśnie ją czeka.
— Więc stojąc na piasku, jesteś sandwitch, czaisz? — ruda nie posiadała się ze śmiechu, zwinęła się w pół, padając zadkiem na piasek, śmiejąc się przy tym niczym zostawiony na gazie czajnik.
Piasek wpadł jej za koszulkę, aczkolwiek jej wybitny, odpowiednio wyselekcjonowany oraz dobrany do sytuacji żart był dla niej jednak na pierwszym miejscu. Poziom jego zabawności wywalił poza skalę do tego stopnia, że Laira wręcz nie mogła złapać oddechu, niemalże dusząc się pod stopami Violet.

p-wordzie?
───
 [914 słów: Laira otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]