LATO V
Adam wzdycha głęboko, podczas gdy Sony wpatruje się w niego wzrokiem biednego szczeniaczka błagającego o wyciągnięcie go z przemoczonego pudełka i przygarnięcie. Może ksiądz nie wygląda jak typowa osoba przynosząca do domu znajdy, ale skoro wcześniej mówił coś o pomocy bliźnim, to może ma też inne doktryny w swojej wierze, które zakładają jeszcze większą pomoc. Tylko Sony nie ma pewności, czy ta „pomoc” przypadkiem nie zawiera jakiegoś paragrafu o przebijaniu dłoni i stóp gwoździami.
– Sony, ja znam te twoje numery – mówi wreszcie, pomiędzy jednym zaciągnięciem się dymem a drugim.
– Stóp? – dopytuje z lekkim niepokojem w głosie i z większym niepokojem zezuje na Grega i Mikołaja, którzy zajmują się mistrzowskim powstrzymywaniem śmiechu. Nikt nie wygrywa. Obu raczej nie wychodzi. – Przecież ci nigdy nie mówiłam, czy ty–
– Metaforyczne numery, Sony – prycha Adam. – Twoi rodzice wcale nie wiedzą, że tu jesteś, tak samo, jak ostatnim razem. Nie masz ze sobą wystarczająco pieniędzy ani planu. Bla, bla, bla. Nie wiem, jakim cudem udało ci się zaciągnąć tego tutaj na tę wyprawę. – Wskazuje na Mikołaja, swoją ekspresją wyrażając niewypowiedziane: „Zawiodłem się na tobie, młody człowieku”.
– To w takim razie dlaczego ksiądz nas ze sobą zabrał? – chłopak wyjeżdża z pretensjami, po czym bierze głęboki wdech powietrza niezaczyszczonego dymem papierosowym, żeby przygotować się na gwałtowne zderzenie z byciem biernym palaczem. – To przecież się kupy nie trzyma.
Adam dyplomatycznie skupia się na wypalaniu swojego szluga, wyłącznie wydając przy tym niezidentyfikowany i niepodobny do ludzkiej mowy dźwięk. Greg patrzy raz na kuzyna, raz na oczekujące na jakąkolwiek odpowiedź dzieciaki, aż wreszcie wygrywa w nim dawno nieodkopywane współczucie do dziwnych nastolatków, uczucie, którego nie odnajdywał w sobie przez parę lat. Ostatnio obudziło się w nim, gdy Sony przegrało z nim konkurs na jak najszybsze wypicie energetyka.
– On po prostu miał nadzieję, że w czasie drogi się zniechęcicie, spędzicie z nami chwilkę w Pittsburgu i grzecznie wrócicie do rodziców. Najlepiej przed dobranocką – tłumaczy mężczyzna i gdy zauważa przepełnione złością i rozczarowaniem spojrzenie Adama, tylko wzrusza ramionami. – No co?
– Naprawdę? – Mikołaj zwraca się do księdza. – TO już będzie prawie jak porwanie. Prawie.
– Adam? – pyta Sony, ciągnąc księdza za rękaw. On wyrywa się z jej uchwytu i fuknąwszy pod nosem, poprawia marynarkę. – Ale to przecież jest głupie. To jest bardzo głupie. Ja tylko…
– Nie denerwuj mnie – mamrocze ksiądz i gasi papierosa na najbliższym koszu na śmieci, tym samym zarządzając koniec przerwy.
W próbie przełamania napiętej atmosfery, Greg klaszcze w dłonie i ustawia kolejny postój na najbliższy McDonald, próbując dojrzeć cokolwiek na ekranie telefonu, stojąc w pełnym słońcu. Adam niecierpliwie stoi z boku, o ile można niecierpliwie stać bez ruchu, a Sony próbuje zachęcić go w granie w klasy bez narysowanych klas. Dopiero Mikołaj wykazuje się wystarczającym poziomem spostrzegawczości i logicznego myślenia, żeby po paru minutach czekania, aż którekolwiek się zorientuje lub odezwie, wskazał na ogromne logo McDonalda stojące tuż za stacją benzynową.
W świecie idealnym teraz nastąpiłby moment, w którym wszyscy urządziliby sobie grilla na betonie, narobili kogla mogla, a żartom i śmiechom nie byłoby końca. Jednak zamiast w świecie idealnym znajdują się w Ameryce i przez to nie mogą zrobić rzadnej z tych rzeczy, zwłaszcza że tylko Mikołaj ma pojęcie na temat tego, czym właściwie jest kogel mogel. Dlatego odbywają smutną pielgrzymkę do samochodu, a następnie przejeżdżają krótkim kawałkiem jezdni do McDonalda, ponieważ są w Ameryce i żadnemu z nich do głowy nie przyszło, że mogliby sobie odpuścić i te kilkadziesiąt (w porywach do stu) metrów przebyć na własnych nogach. Nie pomaga tu nawet to, że nie wszyscy z ekipy są rodowitymi Amerykaninami.
– Okej, ale słuchajcie – oznajmia Sony, topiąc frytkę w ketchupie. Odzywa się jako pierwsza po tym, jak musieli użyć mowy do ustalenia, co kto zamawia. – Ten folkowy festiwal jest bardzo fajny. Będą tam tacy faceci, którzy w szóstkę grają na jednym bębnie, wiecie, jak super to wygląda?? Czegoś takiego nie zobaczy się nigdzie indziej. I… i taka para, która gra na skrzypcach. Serio ładnie grają. No i mają tam zaplanowany koncert mis kryształowych, na to najbardziej chcę pojechać, bo wiecie, to jest takie. Takie doświadczenie jedyne w swoim rodzaju, że nie wytłumaczysz tego nikomu, kto nigdy nie słuchał, jak ktoś gra na misach kryształowych…
– Dzieciaku, coś nie idzie ci najlepiej zachęcanie go do czegokolwiek – prycha Greg. – Założył słuchawki.
– Micoway, ja cię przepraszam, że cię w to wpakowałam! – oznajmia Sony, ale brzmi na bardziej wściekłą niż smutną. – Ale. Ale. To się jeszcze da jakoś naprawić. Bo nie zostawią nas na lodzie. I siłą nie wpakują z powrotem do samochodu. Więc. Równie dobrze możemy założyć, że kupią nam te bilety i dorzucą czekoladę, bo ja tak mówię – mówi, nawet jeśli jej zwykły optymizm nie jest teraz aż tak optymistyczny jak zazwyczaj.
────
[769 słów: Sony otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]