Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 sierpnia 2026

Od Sony CD MIkołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Adam wzdycha głęboko, podczas gdy Sony wpatruje się w niego wzrokiem biednego szczeniaczka błagającego o wyciągnięcie go z przemoczonego pudełka i przygarnięcie. Może ksiądz nie wygląda jak typowa osoba przynosząca do domu znajdy, ale skoro wcześniej mówił coś o pomocy bliźnim, to może ma też inne doktryny w swojej wierze, które zakładają jeszcze większą pomoc. Tylko Sony nie ma pewności, czy ta „pomoc” przypadkiem nie zawiera jakiegoś paragrafu o przebijaniu dłoni i stóp gwoździami.
– Sony, ja znam te twoje numery – mówi wreszcie, pomiędzy jednym zaciągnięciem się dymem a drugim.
– Stóp? – dopytuje z lekkim niepokojem w głosie i z większym niepokojem zezuje na Grega i Mikołaja, którzy zajmują się mistrzowskim powstrzymywaniem śmiechu. Nikt nie wygrywa. Obu raczej nie wychodzi. – Przecież ci nigdy nie mówiłam, czy ty–
Metaforyczne numery, Sony – prycha Adam. – Twoi rodzice wcale nie wiedzą, że tu jesteś, tak samo, jak ostatnim razem. Nie masz ze sobą wystarczająco pieniędzy ani planu. Bla, bla, bla. Nie wiem, jakim cudem udało ci się zaciągnąć tego tutaj na tę wyprawę. – Wskazuje na Mikołaja, swoją ekspresją wyrażając niewypowiedziane: „Zawiodłem się na tobie, młody człowieku”.
– To w takim razie dlaczego ksiądz nas ze sobą zabrał? – chłopak wyjeżdża z pretensjami, po czym bierze głęboki wdech powietrza niezaczyszczonego dymem papierosowym, żeby przygotować się na gwałtowne zderzenie z byciem biernym palaczem. – To przecież się kupy nie trzyma.
Adam dyplomatycznie skupia się na wypalaniu swojego szluga, wyłącznie wydając przy tym niezidentyfikowany i niepodobny do ludzkiej mowy dźwięk. Greg patrzy raz na kuzyna, raz na oczekujące na jakąkolwiek odpowiedź dzieciaki, aż wreszcie wygrywa w nim dawno nieodkopywane współczucie do dziwnych nastolatków, uczucie, którego nie odnajdywał w sobie przez parę lat. Ostatnio obudziło się w nim, gdy Sony przegrało z nim konkurs na jak najszybsze wypicie energetyka.
– On po prostu miał nadzieję, że w czasie drogi się zniechęcicie, spędzicie z nami chwilkę w Pittsburgu i grzecznie wrócicie do rodziców. Najlepiej przed dobranocką – tłumaczy mężczyzna i gdy zauważa przepełnione złością i rozczarowaniem spojrzenie Adama, tylko wzrusza ramionami. – No co?
– Naprawdę? – Mikołaj zwraca się do księdza. – TO już będzie prawie jak porwanie. Prawie.
– Adam? – pyta Sony, ciągnąc księdza za rękaw. On wyrywa się z jej uchwytu i fuknąwszy pod nosem, poprawia marynarkę. – Ale to przecież jest głupie. To jest bardzo głupie. Ja tylko…
– Nie denerwuj mnie – mamrocze ksiądz i gasi papierosa na najbliższym koszu na śmieci, tym samym zarządzając koniec przerwy.
W próbie przełamania napiętej atmosfery, Greg klaszcze w dłonie i ustawia kolejny postój na najbliższy McDonald, próbując dojrzeć cokolwiek na ekranie telefonu, stojąc w pełnym słońcu. Adam niecierpliwie stoi z boku, o ile można niecierpliwie stać bez ruchu, a Sony próbuje zachęcić go w granie w klasy bez narysowanych klas. Dopiero Mikołaj wykazuje się wystarczającym poziomem spostrzegawczości i logicznego myślenia, żeby po paru minutach czekania, aż którekolwiek się zorientuje lub odezwie, wskazał na ogromne logo McDonalda stojące tuż za stacją benzynową.
W świecie idealnym teraz nastąpiłby moment, w którym wszyscy urządziliby sobie grilla na betonie, narobili kogla mogla, a żartom i śmiechom nie byłoby końca. Jednak zamiast w świecie idealnym znajdują się w Ameryce i przez to nie mogą zrobić rzadnej z tych rzeczy, zwłaszcza że tylko Mikołaj ma pojęcie na temat tego, czym właściwie jest kogel mogel. Dlatego odbywają smutną pielgrzymkę do samochodu, a następnie przejeżdżają krótkim kawałkiem jezdni do McDonalda, ponieważ są w Ameryce i żadnemu z nich do głowy nie przyszło, że mogliby sobie odpuścić i te kilkadziesiąt (w porywach do stu) metrów przebyć na własnych nogach. Nie pomaga tu nawet to, że nie wszyscy z ekipy są rodowitymi Amerykaninami.
– Okej, ale słuchajcie – oznajmia Sony, topiąc frytkę w ketchupie. Odzywa się jako pierwsza po tym, jak musieli użyć mowy do ustalenia, co kto zamawia. – Ten folkowy festiwal jest bardzo fajny. Będą tam tacy faceci, którzy w szóstkę grają na jednym bębnie, wiecie, jak super to wygląda?? Czegoś takiego nie zobaczy się nigdzie indziej. I… i taka para, która gra na skrzypcach. Serio ładnie grają. No i mają tam zaplanowany koncert mis kryształowych, na to najbardziej chcę pojechać, bo wiecie, to jest takie. Takie doświadczenie jedyne w swoim rodzaju, że nie wytłumaczysz tego nikomu, kto nigdy nie słuchał, jak ktoś gra na misach kryształowych…
– Dzieciaku, coś nie idzie ci najlepiej zachęcanie go do czegokolwiek – prycha Greg. – Założył słuchawki.
– Micoway, ja cię przepraszam, że cię w to wpakowałam! – oznajmia Sony, ale brzmi na bardziej wściekłą niż smutną. – Ale. Ale. To się jeszcze da jakoś naprawić. Bo nie zostawią nas na lodzie. I siłą nie wpakują z powrotem do samochodu. Więc. Równie dobrze możemy założyć, że kupią nam te bilety i dorzucą czekoladę, bo ja tak mówię – mówi, nawet jeśli jej zwykły optymizm nie jest teraz aż tak optymistyczny jak zazwyczaj.


Mikołaj?
────
[769 słów: Sony otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Cztery godziny? Tylko? — Ożywił się Mikołaj. — Rany, myślałem że Stany są większe.
— Tylko? — Greg wygląda na zaskoczonego.
— To jednak jedziecie z nami do Minnesoty?! — Pyta nagle Sony, prawie wyskakując z fotela. — Naprawdę???
— Cztery godziny do Pitssburga, żeby była jasność — westchnął mężczyzna. — Do Minnesoty macie jakieś czternaście.
Mikołaj spojrzał niepewie na Sony, która wystukiwała jakiś rytm palcami na udzie. Pewnie myślała nad tym, w jaki sposób przekonać dwójkę kierowców do dołożenia kilku godzin do zaplanowanej trasy. Kto by nie chciał zamiast czterech godzin jechać czternaście? A może i dwadzieścia? A to tylko w jedną stronę!
Chłopak chciał życzyć jej powodzenia, ale odkąd usłyszał o chorobie Adama, miał coraz większe wątpliwości. Cały czas kątem oka obserwował ruchy kierownicy tak, jakby jego wzrok magicznie miał ich uratować w kryzysowej sytuacji. Nie wiedział, jak dokładnie działa zaćma. Zawsze myślał, że jeśli ktoś choruje na zaćmę, to widzi świat jak przez odwrotną lornetkę. To znaczy, widzi boki, ale środek już nie. Adam jednak nie wyglądał, jakby magiczna latająca kula zasłaniała mu ulicę. Mikołaj mimo wszystko nie czuł się bezpiecznie. Siedział sztywno, jakby czekając aż coś się wydarzy.
— Ale serio nie chcecie? — Sony nie dawała za wygraną. — Nie lubicie festiwali?
— Nie bardzo — bąknął Adam.
— Nie mam czasu — dodał Greg.
— Ale będzie fajnie! Zobaczycie!
Odpowiedziała jej cisza.
— Micoway! Powiedz im coś!
— Sony… — chłopak nadal nie spuszczał oczu z Adama. Nie chciał irytować kierowcy swoimi komentarzami, starał się więc mówić cicho. — Ja nie wiem, czy to jest taki dobry pomysł.
— Co? Dlaczego? — Spojrzała na niego zaskoczona.
Mikołaj upewnił się, że Adam i Greg są zajęci rozmową między sobą. Wziął głęboki oddech i wyszeptał:
— No bo, to długa trasa i no… nie rozbijemy się?
— Rozbijemy się? Czemu niby? — Zapytała normalny tonem, w ogóle nie dbając o dyskrecję. Rozmowa z przodu ucichła, a Mikołaj jedynie westchnął.
— Nie słyszałaś co mówili? — Starał się mówić tak cicho, jak tylko mógł. — Adam ślepnie, zaraz w coś uderzymy.
— Adam nie ślepnie — zaprzeczyła Sony z uśmiechem. — Prawda, Adam?
— Nie, ale jeśli was to przekona do znalezienia innego środka transportu, to możemy uznać, że tak, ślepnę. Nic nie widzę — przewrócił oczami.
— Widzisz, Micoway? Dojedziemy!
Mikołaj nie był przekonany, ale nic nie odpowiedział. Jakby na zawołanie, Adam ostro skręcił kierownicę, w ostatniej chwili unikając zahaczenia o krawężnik. Pozostała trójka mocno chwyciła się czegokolwiek. Sony i Mikołaj spojrzeli po sobie zaskoczeni.
— Łooo Jezu! — krzyknął Greg. — Siwy Jezu, ale nie musisz tego udowadniać!
— Rozkojarzacie mnie — Adam wzruszył ramionami i jakby nigdy nic, jechał dalej.
Mikołaj spojrzał na Sony tak, jakby chciał powiedzieć coś w stylu "A nie mówiłem? Zabijemy się!", na co ta rozłożyła bezradnie ręce. Otworzyła usta, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, odwrócił się do nich Greg.
— Dobra dzieci, wiecie co? Znacie grę w bałwana? — zapytał z uśmiechem.
Pokręcili głowami.
— No to słuchajcie. Cisza na morzu, bałwan śpi. Kto się odezwie - będzie nim — recytował. — Cisza.
— Mam pytanie — ręka Sony wystrzeliła w górę, uderzając o sufit pojazdu. — Ale przecież nie jesteśmy na morzu? Kim jest ten bałwan? Jakiś bałwan morski? W sensie pirat? Ale może ja chcę być-
— Mamy się zamknąć — Mikołaj spojrzał na koleżankę z poważną miną. Normalnie prawdopodobnie by się zaśmiał, ale teraz czuł wiszące nad nimi zagrożenie. Bał się, że jedno słowo więcej, a oni naprawdę zatrzymają się na innym pojeździe.
— Aha…
Zadowolony z siebie Greg odwrócił się z powrotem, powiedział kilka słów do Adama i otworzył Google Maps.
Mikołaj, który do tej pory nie miał ochoty nic mówić, nagle poczuł potrzebę opowiedzenia komuś wszystkiego, co tylko wiedział. Do głowy przyszło mu nagle multum ciekawostek, które idealnie pasowały do mijanych za oknem widoków. A może Adam chciał porozmawiać o musicalach? Może Greg chciał posłuchać wyuczonych przez niego monologów z "Kordiana" albo "Dziadów"? Sony na pewno chciała porozmawiać o zwyczajach mrówek leśnych! Tak się składa, że ostatnio o nich czytał! Tyle tematów do rozmowy, a ta została zakazana.
Kątem oka spojrzał na Sony, która, podobnie jak on, nie mogła wysiedzieć w fotelu. Niecierpliwie machała nogą, bawiła się palcami u rąk i rozglądała się na wszystkie strony. Kiedy w końcu spotkali się wzrokiem z Mikołajem, omal nie wybuchnęli śmiechem. Bezgłośnie zgodzili się na nowy konkurs - próby przekazania sobie informacji na migi do momentu, kiedy któreś zaśmieje się na głos.
— Zjedź tam — polecił Greg Adamowi, który po chwili skręcił na stację benzynową.
W końcu pojazd zatrzymał się na parkingu. Cała czwórka wysiadła przeciągając się z ulgą i ciesząc się z możliwości wyprostowania nóg po kilkugodzinnej podróży. Adam wygrzebał papierosy ze schowka, a Sony i Mikołaj stanęli przed Gregiem w dwuosobowym szeregu, uśmiechnięci jak czekające na cukierka dzieci.
Mikołaj próbował wybełkotać coś w stylu "już możemy mówić?" ale bez otwierania ust. Tak na wszelki wypadek, jakby gra nadal trwała. Sony za to próbowała zapytać "wygraliśmy?" bezgłośnie, tak, aby Greg mógł wyczytać to z ruchu jej ust. Zanim zdążył odpowiedzieć, stanął obok nich Adam z papierosem. Mikołaj zaczął chodzić dookoła, szukając miejsca, w którym uniknie dymu. Niestety, wiatr za każdym razem wiał w jego stronę, aż w końcu chłopak zaczął kaszleć.
— Możecie — westchnął w końcu mężczyzna.
— To serio pójdziemy do tego maka? — wypaliła od razu.
— Pójdziemy — zgodził się Adam. — Jestem głodny.
— Ale! — wtrącił się Greg. — Pod warunkiem, że później grzecznie pójdziecie spać.
— I obudzimy się w Minesocie, tak?
— I obudzicie się w Pittsburgu, a w Pitssburgu znajdziemy wam inny transport — uśmiechnął się Greg. — Co powiecie na pociąg?
— Pociąg? — Zdziwił się Mikołaj, któremu w końcu udało się znaleźć dogodne miejsce. — Ale Sony mówiła, że pociągi tutaj są tragiczne i drogie.
— Paliwo też — wzruszył ramionami Adam.
— Zgoda! — wypaliła Sony. — A kupicie nam bilety?


Sony?
────
[910 słów: Mikołaj otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

piątek, 31 lipca 2026

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Zupełnie szczerze nigdy jakoś szczególnie nie interesowała się światopoglądem Adama. Był księdzem, to był księdzem, na tym według Sony kończyła się jakakolwiek filozofia. Poza tym, będąc jeszcze bardziej szczerą, miała dość nikłe pojęcie na temat szeroko pojętych wierzeń, jeżeli nie chodziło o bogów greckich i rzymskich (o których i tak nauczyła się stosunkowo późno i wciąż nie do końca ogarnia wszystkie te religijne sprawy, tj. składania ofiar, modlitwy, takie tam). Jej rodzice zamiast wciągać ją w doktrynę katolicką i chrzcić ją jeszcze zanim potrafiła wyartykułować pierwsze słowo, poili ją kakao ceremonialnym, prezentowali jej taniec uwalnianiec, uczyli ugniatać czakrę oraz śpiewali pieśni o naturze, grając na djemble i mandolinie lub lirze korbowej, czasem też na fletni pana lub okarynie. O chrześciijaństwie wie tyle, że jest tam jakiś Bóg, typ, którego ukrzyżowali i papież (którego nie ukrzyżowali). Oraz że księża noszą takie śmieszne kołnierzyki, o które kiedyś spytała Adama, bo myślała, że to jego personalny wybór estetyczny (co w tamtym momencie uznawała za raczej dziwny personalny wybór estetyczny). Dlatego rozmowie Mikołaja z Adamem przysłuchiwała się z nieukrywanym zainteresowaniem w celu rozszerzenia swoich horyzontów.
Teraz jej wzrok z Mikołaja gładko przepływa na Adama, bo w pytaniu chłopaka nie widzi niczego szczególnie niemiłego, o co nie powinno pytać się trzymającego kierownicę rozpędzonego samochodu księdza.
Najpierw Adam wydaje z siebie niezrozumiały dźwięk. Albo jest to zrozumiały dźwięk, tylko że jego przesłanie nie dociera do tylnej kanapy. Sony i Mikołaj w niemal bezbłędnej synchronizacji pochylają się do przodu, żeby lepiej słyszeć zachrypnięty głos księdza.
– Moim zdaniem to nie ma tak, że wierzysz albo że nie wierzysz – wtrąca się Greg, który ledwo wypowiada słowa, próbując się nie roześmiać (Sony chyba nie rozumie żartu). – Pewnie gdyby miał powiedzieć, co ceni w życiu najbardziej, to…
– Zamknij się – ostro przerywa mu Adam. – Dzieciaku, pomiędzy wiarą a jej brakiem jest jeszcze… duża część… czysto ideologiczna – pokrętnie wyjaśnia i da się poczuć, że niekoniecznie ma ochotę o tym teraz rozmawiać. Mimo że temat wydaje się Sony całkiem interesujący, na tyle, że ma ogromną ochotę pociągnąć Adama za język i spróbować dowiedzieć się, o jaką ideologię mu chodzi i czy żeby ją wyznawać naprawdę trzeba aż zostać księdzem.
Zapada cisza na tyle długa, że w sumie nikt nie wie, czy Adam ma zamiar kontynuować swoją przemowę sam z siebie, czy potrzebuje pomocy. Sony już otwiera usta, żeby zasypać go pytaniami pomocniczymi, a Mikołaj ze zmarszczonymi brwiami próbuje przeanalizować tę odpowiedź tak, żeby nie podejrzewać Adama o palenie gejów na stosach w wolnym czasie.
– Właściwie, to – kontynuuje ksiądz i Sony, trochę zawiedziona, zamyka usta, głośno stukając zębami – w chrześcijaństwie bardziej zwracam uwagę na ogóle poglądy i takie tam. Kochaj bliźniego, nie kłam, nie zabijaj i tak dalej. Wszystko to jest całkiem… przyjemne, cała ta teoria. Nastawienie do świata i do ludzi.
– Chyba nie reprezentujesz go za dobrze, co, Siwy Jezu? – wcina się Greg (znowu używając tego obrzydliwego przezwiska) i Adam, który już i tak dość mocno marszczył brwi, teraz marszczy je jeszcze bardziej.
– Właśnie pomagam bliźniemu swemu – prycha, a irytacja wylewa się z tych kilku słów wartkimi strumieniami.
– Czyli – odzywa się Mikołaj – wyznajesz chrześcijaństwo nie jako wiarę, ale… zbiór poglądów? Na życie? To w ogóle ma sens, żeby aż zostawać księdzem?
– Może dobrze płacą – sugeruje Sony. – Albo chodzi o organy. Organy ładnie grają. Adam, umiesz na-
– Patrzcie jaki ładny parking pośrodku niczego – rzuca ksiądz.
– Gdzie? – Sony przykleja nos do szyby, żeby dojrzeć cokolwiek innego niż ekrany akustyczne i inne pojazdy. – Nie widzę.
– Chodziło mu o to, żebyśmy się zamknęli – wyjaśnia jej Mikołaj, znacznie przyciszając głos.
– Ahaaaa.
Rozczarowana i trochę naburmuszona wciska się w fotel ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Przypatruje się Gregowi, który coraz częściej nerwowo spogląda na Adama i wygląda tak, jakby bardzo chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział, czy to już odpowiedni moment. Mężczyzna walczy ze sobą bardziej, niż typowy nastolatek pragnący wyznać miłość swojej wakacyjnej kraszi w ostatni dzień wyjazdu. Sony na migi próbuje przekazać Mikołajowi, żeby kopnął fotel Grega i jakoś go pospieszył, ale niestety nie udaje jej się przekazać jasnej wiadomości, bo w efekcie ubocznym mogłaby skopać fotel Adama i spowodować wypadek samochodowy (Mikołaj pyta ją, czy ma poprosić dorosłych o zatrzymanie się gdzieś na szybkie opróżnienie pęcherzy).
Ostatecznie Greg nie potrzebuje żadnej pomocy w postaci przemocy (niespodziewane).
– Nie chcesz się może wymie-
– Jeszcze nie – ucina Adam. – I tak nie mam gdzie zaparkować.
Mikołaj i Sony wymieniają między sobą takie spojrzenia, jakby właśnie doświadczyli kłótni doomed gay yaoi (pomijając to, że a) była to wymiana niepełnych trzech zdań i b) obserwują dwójkę kuzynów, z których jeden jest księdzem).
– Siwy Jezu, a jak tam twoja zaćma? – Greg decyduje się na wyciągnięcie ciężkich dział.
– Jaka zaćma? – wydusza z siebie Mikołaj.
Sony na moment marszczy brwi, bo ni chuja nie pamięta, czym jest zaćma. Jak sobie przypomina, to robi wielkie oczy i wpatruje się w kark Adama, bo nie ma najmniejszej szansy dostrzec jego twarzy.
– TY ŚLEPNIESZ?
– Można w ogóle tak prowadzić? – dopytuje Mikołaj.
– Nie no, raczej można – uspokaja go Sony. – Adam woził mnie już dużo razy.
– Nie wiem, czy wiesz, ale to dowód anegdotyczny.
– Co to jest dowód anegdotyczny?
– To taki… Nieważne! Jak to ma ksiądz zaćmę?
Nie mam żadnej zaćmy – cedzi Adam.
Greg przechyla się w fotelu i odwraca się do nastolatków, jakby w tym momencie naprawdę bardzo potrzebował patrzeć im w zszokowane twarze.
– Ma takie magiczne krople do oczu – mówi konspiracyjnym półszeptem i wspomaga się niezbyt obrazową gestykulacją. – One mu trochę naprawiają ten wzrok, ale na przykład ja mu średnio wierzę.
– To czemu akurat wziąłeś Adama na ten wyjazd? – dopytuje Sony, naśladując ton głosu Grega.
– Nie było nikogo lepszego, kto nie ma zaćmy.
– Ale my z nim jechaliśmy w nocy. Pamiętam. To było jak rozładował mi się telefon, nie było nocnych autobusów i odjechał mi pociąg. Albo odwołali mi pociąg. Ale łapałam stopa na chodniku i chyba potem nawet padał deszcz i Adam prowadził.
– Bo ten skurczybyk jest po prostu upartym idiotą.
Adam wydaje z siebie bardzo sfrustrowane westchnięcie, które przy okazji jest na tyle głośne, że wszyscy natychmiast zwracają na niego uwagę.
– Wy bardzo nie chcecie dojechać do tej Minnesoty, co?
Na moment wszyscy wreszcie się zamykają i właśnie w tym momencie niemal słychać, jak umysły Sony, Grega i Mikołaja usilnie próbują przepracować swoją sytuację.
– Dobra, a jakby tak – wreszcie odzywa się Greg – zatrzymać się w pobliskim McDonaldzie, zjeść coś i zmienić się za kierownicą.
Adam w milczeniu potakuje.
– A daleko jeszcze? – pyta Sony.
– Jeszcze jakieś cztery godziny – odpowiada Adam. – Więc polecam wam się przespać. Albo zastanowić, czy wy na pewno chcecie jechac do tej Minnesoty. Przewartościujcie swoje priorytety i tak dalej.
Sony bardzo wymownie przewraca oczami na tę sugestię, że jej plan może być choćby w paru marnych procentach uznawany za piekielnie głupi.
Mikołaj?
────
[1108 słów: Sony otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 26 maja 2026

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Dzięki — mówi, wsiadając do zagraconego, zadymionego samochodu.
Jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobił, oprócz odgarnięcia chusteczek z siedzenia było odsunięcie szyby. Miał nadzieję, że nie zostanie za to okrzyczany, z powodu zakłócania działania klimatyzacji. Brak reakcji pozwolił mu jednak odetchnąć ulgą (oraz świeżym powietrzem) i przyniósł nadzieję, że nie udusi się fajkowym dymem. Niedługo po nim do auta wsiadła również Sony.
— To co, jedziemy? — zapytała ochoczo, czekając aż pojazd ruszy.
— Jedziemy — odparł od niechcenia Adam i wyrzucił wypalonego papierosa za okno, trafiając do śmietnika. Mikołaj widząc to ucieszył się, że ksiądz postanowił jednak nie robić z auta komory gazo… dymnej. — Ale przypominam, do Pensylwanii i ani metra dalej.
— A może jednak?
— Nie namówicie mnie.
— Transylwanii? — zdziwił się Mikołaj, cały czas skupiony bardziej na szukaniu tlenu, niż na rozmowie. — To nie jest w drugą stronę?
— Pensylwanii, tam gdzie wampiry — wyjaśniła Sony, rzucając mu rozbawione spojrzenie.
— Marna podróba — przewrócił oczami. — Wampiry są w Rumunii, a Rumunia w Europie.
— Czyli ty tam mieszkasz?
— Co?
— Co?
— Co? — papuguje ich Greg, podczas gdy Adam odpala silnik.
Ledwo ruszyli, a Sony zaczęła dobierać się do stojącego na podłodze sześciopaka energetyków. Mikołaj niepewnie przyglądał się, jak jego towarzysz mocuje się z folią, jednocześnie kątem oka patrząc na reakcję siedzącej z przodu dwójki. Nie był pewien, czy to dobry pomysł — dobre wychowanie mówiło, że nie. Sony jednak, oprócz nieudolnych prób cichego rozerwania folii, zdawała się nie zwracać na to uwagi.
— Bierz — odezwał się Adam, rozbawiony.
Sony wzdrygnęła się, wystraszona jego głosem, ale już bez skrępowania wyjęła z folii dwie puszki, z których jedną podała Mikołajowi. Chłopak podziękował skinieniem głowy.
— Wiesz co, jesteś drugim normalnym księdzem, jakiego spotkałem — stwierdził po chwili.
— Normalnym? — zdziwił się Adam. — To znaczy?
— No, takim ludzkim, z którym da się porozmawiać — wyjaśnił. — Albo coś.
— No to musisz mieć nisko zawieszoną poprzeczkę — zaśmiał się Greg. — Nawet nie rozmawialiście.
— Ale ma rację — wzruszyła ramionami Sony.
— No, mam na myśli, że wydajesz się… mogę mówić księdzu na "Ty"?
— Mów — odparł Adam takim tonem, jakby wszystko było mu obojętne.
— Dzięki… dziękuję… no, nieistotne, wydajesz się być normalny w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Jak nie ksiądz. Nie lubię księdzy… księdzów?
— Księży
— To jak książę… wracając. Ciężko jest lubić księży. Są dziwni.
Sony otworzyła usta, jakby chciała się wtrącić, ale postanowiła słuchać, co Mikołaj ma do powiedzenia. Ten z kolei zorientował się, że zabrnął w niezbyt pewne rejony i zaczął się bać, że za chwilę powie jedno słowo za dużo i zostaną wysadzeni nie w Pensylwanii, a w Nowym Jorku.
— Ciekawe — mruknął Adam, zachęcając Mikolaja, aby kontynuował wywód.
— Znaczy, ja nie chcę księdza urazić… po prostu miałem styczność z dużą ilością księżów… księży i jedyny normalny, jakiego spotkałem, to był taki ksiądz Szczepan z którym miałem religię w siódmej klasie. Nie kazał nam klepać formułek i grał z nami w LoLa. Wcześniejszy nas terroryzował… a później-
— Grasz w LoLa? — przerwał mu Greg, prześmiewczym tonem.
— Nie! — zaprzeczył momentalnie, odsuwając od siebie wszelkie oskarżenia i skojarzenia. — To znaczy, grałem kilka razy, ale zawsze z księdzem. Szkoda było zmarnować okazję.
— Wyglądasz, jakbyś grał — wzruszył ramionami mężczyzna.
— Wcale nie! O a potem w pierwszej liceum ledwo miałem na koniec dwóję z religii, bo się na mnie uwziął po tym, jak we wrześniu przyszedłem na jego lekcję w tęczowej koszulce. Śmieszny człowiek. O albo w podstawówce inny miał do mnie problem, że nie wziąłem udziału w konkursie o papieżu. I potem do końca podstawówki musiałem chodzić na konkursy o papieżu, bo sobie mnie upatrzył i wymyślił, że to muszę być ja… Wiedział ksiądz, że Jan Paweł II nosił czerwone buty?
W aucie zapadła cisza. Nie odezwała się nawet Sony, która w tej chwili była zajęta odrywaniem zawleczek od pustych puszek, walających się za fotelami. Mikołaj zaczął się zastanawiać, czy powiedział coś nie tak, czy po prostu wszyscy przestali go słuchać po pierwszym zdaniu. Nie był pewien, którą opcję woli.
— No, podsumowując, księża są dziwni — stwierdził obojętnym tonem, ale po chwili zdecydował się sprostować. — To znaczy, ci polscy! Może tutaj ci fajni to standard, nie znam się, nie chodzę już na szczęście do kościoła. Znaczy, nie na szczęście! Po prostu nie…
— Mikołaj chciał powiedzieć, że jesteś super — podsumowała Sony, (w końcu) ratując towarzysza z dołka, który sam pod sobą wykopał.
— Dokładnie!
— Mhm — mruknął Adam, próbując skupić się na drodze i tym, żeby zaraz nie zatrzymać się na jakimś idiocie, który prawo jazdy wygrał w chipsach. A takich w tym kraju jeździło sporo.
— No iiiii uważam, że skoro jesteś tak super, to może dasz się namówić żeby pojechać troszkę za Pensylwanię? — kontynuowała Sony. — Tak troszeczkę?
— A może jest jakaś droga na skróty do tego Pitssburga, która prowadzi przez Minnesotę? — podłapał Mikołaj.
Adam zatrzymał się nagle na czerwonym świetle z takim impetem, że gdyby Sony i Mikołaj nie zapięli pasów, obydwoje straciliby zęby.
— Jeszcze chwilę, a wysiądziecie nie w Pitssburgu, a… gdzie my jesteśmy — spojrzał na nawigację. — Wylecicie w Ithace — odparł zirytowany.
— O, to stąd był ten Odyseusz? — zaśmiał się Mikołaj, a Sony posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Przepraszamy! — prawie krzyknęła. — Ale wiesz, że cię uwielbiamy, prawda?
— Właśnie, przepraszamy, będziemy już cicho — dodał Mikołaj.
Obiecana cisza trwała jednak tylko do momentu, w którym w głowie chłopaka pojawiły się kolejne, sprzeczne informacje. Nie minęło pięć minut, a ciekawość wygrała.
— Ej, Adam — zaczął. — Ty jesteś księdzem… chrześcijańskim, nie?
— Katolickim — sprecyzował.
— I jesteś herosem? — zadał następne pytanie. Dopiero po chwili zorientował się, że może niekoniecznie był to najbezpieczniejszy pomysł. Adam jednak nie dostrzegł w jego słowach niczego dziwnego.
— No, tak.
— I wierzysz w to i to? To sobie nie zaprzecza? Trochę hipokryzja, gościu.


Sony?
────
[911 słów: Mikołaj otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

piątek, 22 maja 2026

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

– A to nie byłoby właśnie łatwiejsze? – pyta Mikołaj z dość sporą dozą zaskoczenia i równie sporą dozą kompletnego niezrozumienia zawiłych procesów myślowych, które pędzą przez umysł Sony, wywijając pętelki mniej więcej co dwie milisekundy. Nie można z pewnością stwierdzić, że Apolliniątko rozumie własne procesy myślowe. Pewnie ostatecznie z zawiłych supłów wyplątuje wyłącznie skrawki oryginalnych, znacznie bardziej szalonych pomysłów.
– Nie wiem, jak to tam u was wygląda w tej Europie – beztrosko wzrusza ramionami – ale tutaj znaleźć dobry pociąg, który cię zawiezie gdziekolwiek dalej niż do najbliższego miasta, to jest… to jest sztuka. Już nie mówiąc o tym, że bardzo niewygodna i droga. Poza tym Adam zawsze ma cały zestaw przetrwania w bagażniku i pewnie uprze się, żeby postawić nam obiad, ale spać to pewnie będziemy musieli u niego w samochodzie. W każdym razie, kto by nie skorzystał? – tłumaczy, próbując odnaleźć dobry kurs na gęsto zapisanej tablicy. – O, jest, nasz pociąg będzie na peronie drugim.
– To nie będzie wykorzystywanie? – chłopakowi wymyka się to pytanie, chociaż koncept dorosłego księdza wykorzystywanego przez losową nastolatkę mało komu zmieściłby się w głowie.
– Co ty gadasz w ogóle. – Sony macha ręką, wyruszywszy w skomplikowaną drogę na peron drugi, klucząc pośród schodów, tuneli i ślepych uliczek kompletnej koszmaru architektonicznego. – Adam po prostu jest miły, gorzej byłoby, jakbyśmy odmówili, serio. Zabrał mnie raz na długą wycieczkę i potem się musiałam trochę za długo tłumaczyć rodzicom, czemu mnie nie było w domu…
– Aha. No to jeśli tak, to okej – wreszcie stwierdza Mikołaj, choć nie wygląda na to, że skonsternowanie całkowicie go opuściło. – A bilety to kupujemy?
– Eee, chyba tam będą automaty! – Sony wskazuje gdzieś przed siebie, po czym jednak się odwraca i wpatruje w drugi koniec korytarza, w którym aktualnie się znajdują, przy czym wydaje z siebie typowe odgłosy ciężko myślącego człowieka. – Albo tam? W sumie to dawno mnie tu nie było. Ale na tej stacji na pewno jakieś były.
– O której mamy pociąg?
– Zadajesz trudne pytania – śmieje się Sony i z radosnym uśmiechem rusza przed siebie. Może w stronę biletomatu, może nie, okaże się za jakiś czas. Mikołaj podąża za nią, już bez kolejnych komentarzy. Według Apolliniątka nieposiadanie biletów na pociąg nie jest niczym, co wymaga jakiegoś szczególnego przerażenia. Ona regularnie zapomina o tym, że przed wyjściem z domu powinna wziąć ze sobą na przykład portfel albo chociaż parę walających się od miesiąca na biurku banknotów. I co, dalej żyje. Jakoś zawsze udawało jej się wydostać z opresji, nawet jeśli wymagało to nieszczególnie bezpiecznych podróży autostopem.
Jedyny biletomat, wspaniały, ociekający amerykańskością AMTRAK KIOSK, jaki udaje im się wreszcie odnaleźć, nie działa. Sony zbywa to wzruszeniem ramion i postanawia poprowadzić Mikołaja dalej, jeszcze głębiej w odmęty dworca, który z każdym krokiem coraz bardziej przypomina twór podobny do Labiryntu.
– Możemy chyba kupić w pociągu, nie? – Chłopak nerwowo zerka na zegarek w swoim telefonie, choć właściwie żadne z nich nie wie, o której odjeżdża ich pociąg.
– Ale tam są droższe!
– Jak to: droższe?
– No, normalnie. Dzień dobry! Dwa bilety na najbliższy pociąg do centrum Nowego Jorku, poproszę! – woła Apolliniątko, wreszcie dobiwszy do kasy biletowej. Siedząca za szybą kobieta posyła Sony nieszczególnie miłe spojrzenie, lustruje ją od końca związanych w kucyki dredów, przez kolczyki na twarzy, aż po kolorowy top. Wzdycha, powoli wpisuje coś w swój komputerek i dopiero wtedy nareszcie się odzywa.
– Ok. Normalne?
– Ile masz lat? – Sony wbija wzrok w Mikołaja, kasjerka znowu głęboko wzdycha, wielce sfrustrowana, bo musi wykonywać swoją pracę.
– Szesnaście, ale to chyba jasne, że mam mniej niż osiemnaście, co nie? W Obozie jesteśmy razem.
– Ech, no to trudno. Dwa normalne – zwraca się z powrotem do kasjerki, ignorując zdziwione spojrzenie chłopaka i jego zmarszczone brwi.
Dopiero gdy bezpiecznie siedzą na swoich miejscach, po zapłaceniu za bilety istnej fortuny, Mikołaj powraca do tematu.
– Ale czemu normalne? Mamy przecież poniżej osiemnastu lat.
– I co z tego?
– No??? Powinniśmy mieć ulgę???
– Nie??? – Sony wpatruje się w niego, zszokowana. – Jeżdżę pociągami, od kiedy trafiłam do Obozu, wiem, jak to działa. Dzieciaki do dwunastu lat płacą połowę ceny. Studenci od siedemnastu lat płacą ze zniżką iluś tam procent. Jak jesteś zwykłym, przeciętnym nastolatkiem, to płacisz normalnie, jak każdy. W Europie macie inaczej??
– W Polsce to każdy uczeń ma zniżkę.
– Wow, serio? Jakby tak tutaj było, to bym oszczędziła literalnie MILIONY. Albo bardziej moi rodzice, ale wciąż. Płacenie pełnej ceny absolutnie ssie, już lepiej ci czasem wyjdzie zapłacić za paliwo.
– Najbardziej wolny kraj na świecie, hm?
– Co?
– Nic, nic.

– ADAM! – wrzeszczy Sony, gdy udaje jej się dostrzec wystające ponad tłum siwe włosy. Mogłoby się wydawać, że z tej radości rzuci się księdzu w ramiona, ale jedynie podaje mu rękę na przywitanie, po czym przesadnie teatralnym gestem wskazuje na Mikołaja. – A to Micoway! Mój nowy przyjaciel!
– Mikołaj – poprawia ją chłopak, ale Sony wciąż nie widzi różnicy.
– Hej – wita się Adam, prezentując sobą niekoniecznie dobry przykład dla młodzieży: w palcach trzyma tlącego się papierosa, jego uszy błyszczą od pokaźnej kolekcji kolczyków, a oczy ozdobione są delikatnym makijażem, który i tak nie jest w stanie ukryć fioletowych worów chronicznego niewyspania. O jego profesji świadczy wyłącznie wciśnięta w kołnierz koszuli koloratka, która w zestawieniu z ogólną prezencją Adama tworzy dość groteskowy obraz. – Żeby nie było, Sony. Nie podwożę was do Minnesoty, zrozumiałoś? Ciesz się, że w ogóle się zgodziłem i na was poczekałem.
– A co, jedziesz gdzieś? – pyta Apolliniątko, w podskokach podążając za najbardziej nonszalanckim i dziwnym księdzem, jakiego widział świat.
– Do Pittsburga. Greg potrzebował kogoś, kto by się z nim wymieniał za kierownicą – tłumaczy niezadowolonym tonem. Łatwo wywnioskować, że wolałby zostać w domu, zamiast jechać do Pensylwanii. – Mój kuzyn – dodaje, znacząco patrząc na Mikołaja. – A ani Mary, ani Daphne, tym bardziej Caroline nie były gotowe aż tak się dla niego poświęcić. Moje ciotki i babcia.
– Aha, znowu się dałeś na to namówić? – śmieje się Sony. Gdy zbliżają się do samochodu, wesoło macha ręką do czekającego na nich Grega.
– Yo, Siwy Jezu, ty się w misjonarza bawisz? Darmowa podwózka dla aż dwójki dzieciaków?
– Gdzieś w Piśmie musi być fragment o pomaganiu nieletnim w potrzebie – stwierdza Adam, zasiadając za kierownicą.
Sony uprzejmie otwiera tylne drzwi dla Mikołaja, kłaniając się w książecym geście i równie majestatycznie wskazując wnętrze zagraconego puszkami i zużytymi chusteczkami samochodu.


Mikołaj?
────
[1015 słów: Sony otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

sobota, 11 kwietnia 2026

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

Przytaknął. Dopiero po chwili zorientował się, co usłyszał.
— To Nowy Jork nie jest jakoś mega wielki? — zapytał ze zdziwieniem widząc, jak Sony nadal siedzi z wielkim bananem na twarzy.
— No, trochę jest — wzruszyła ramionami. — Ale są większe miasta.
— I wy macie jakieś stałe miejsce spotkań? — dopytywał, coraz bardziej zaniepokojony. — W sensie, z tym księdzem.
— Nie — wyszczerzyła się. — Dlaczego?
— Fajnie — uśmiechnął się niepewnie, zastanawiając nad słusznością swoich wyborów. Nie tylko dzisiejszych. Uznał tą sytuację za idealny moment na przemyślenie całego swojego życia. Doszedł jednak do tygodnia wstecz, kiedy jego myśli zawędrowały po raz kolejny do geografii Stanów Zjednoczonych. — Ej.
— Hm?
— Bo ty mu powiedziałaś, że spotkamy się gdzieś w Nowym Jorku, nie?
— No, tak. I co? Znajdziemy się, nie pierwszy raz—
— Dobra, wiem — przerwał. — A my teraz gdzie jesteśmy?
Sony wyjrzała za okno, a Mikołaj razem z nią.
— Jeszcze na Long Island — stwierdziła.
— A Long Island nie jest w Nowym Jorku?
Mikołaj zadając to pytanie czuł się tak, jakby zamienił się miejscami z tymi Amerykanami, którzy myślą, że Europa jest w Rosji, a Francja nie istnieje. Chociaż to drugie byłoby akurat całkiem fajną opcją. Trybiki w głowie Sony również musiały działać, bo nawet ona po raz kolejny została uciszona głupim pytaniem chłopaka.
— No, jest. I co?
— To skąd wiesz, że ten Alan, czy jak mu tam było—
— Adam.
— Nieważne. Jak chcesz to ogarnąć w Nowym Jorku, jak jesteśmy w Nowym Jorku?
— To inny Nowy Jork.
— Są dwa Nowe Jorki? — zdziwił się Mikołaj. Wrócił do kwestionowania życiowych decyzji — tym razem padło na wybór rozszerzenia z geografii w liceum. Co prawda wytrwał na nim tylko pierwszą klasę, ale i tak chyba wypadało, żeby znał podstawy podziału politycznego. O politycznym podziale Stanów Zjednoczonych nie miał zielonego pojęcia, ale za to wiedział, że w tej chwili pod nimi znajdują się gleby brunatne, a patrząc za okno mogą podziwiać piękne cumulusy. I że prąd morski między Australią a Peru zmienia kierunek w Boże Narodzenie, co zdecydowanie ma wpływ na otwarcie sklepów rybnych w Rosji.
— No, Nowy Jork jest w Nowym Jorku. To tak jak Ameryka jest w Ameryce. Proste, nie?
— Zajebiście proste — podsumował Mikołaj. — A ta Minnesota też jest w Minnesocie? — zaśmiał się, ciągnąc temat już trochę na siłę.
— Co? — zdziwiła się Sony. — Nie, nie! W Minnesocie nie ma Minnesoty… chyba. Znaczy, Minnesota jest Minnesotą. — Ale chyba jest jedna.
— Dobra, nieważne — zrezygnował. Chciał obrócić brak własnej wiedzy w żart, ale brakło mu pomysłu na ciągnięcie go. — Kiedy wysiadamy?
— Za chwilę. Koło takiego czerwonego budynku — ponownie wyjrzała za okno, próbując zorientować się w terenie. — Albo to był następny? Nie, wiem! Za mostem. Z pociągu będzie koło budynku. Ale to w sumie zobaczymy.
— Za mostem, okej… — powiedział bardziej do siebie, niż do towarzysza.
Wytrzymali minutę w ciszy, która ewidentnie im przeszkadzała. Wyglądali jak dwójka pierwszoklasistów, która nie jest w stanie wytrzymać czterdziestu minut w szkolnej ławce i nieustannie musi się wiercić, stukać palcami i machać nogami. Sony otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale w dokładnie tym samym czasie zrobił to Mikołaj.
— Ej—
— Ej, a tak w sumie, to jak ty masz na imię? Jak już mówiłaś, to wybacz, musiałem nie wyłapać.
— So— wysiadamy! — Sony zorientowała się, że przegapiła charakterystyczny punkt za oknem i autobus właśnie zatrzymywał się na ich przystanku. Czym prędzej wstała z miejsca i ponagliła Mikołaja. — Szybko!
Ściśnięty tłum w autobusie utrudniał pasażerom przedostanie się z jednej części pojazdu, na tą drugą. Na szczęście nastolatkom w ostatniej chwili udało się przedostać do drzwi, wysiąść na przystanek i, miejmy nadzieję, niczego nie zapomnieć. Sony poprawiła ułożenie kabla, który najwidoczniej musiał się zruszyć i mocniej ścisnęła urządzenie w dłoni. Mikołaj zawiesił wzrok na odjeżdżającym autobusie, a gdy ten zniknął, rozejrzał się dookoła.
— Ale tu syf — zaśmiał się.
— Na peronie będzie gorszy — wzruszyła ramionami Sony, ruszając przed siebie.
— Czyli nazywasz się "Wysiadamy Szybko"? — zażartował Mikołaj, dotrzymując jej kroku.
— Co? — zdezorientowana twarz Sony odwróciła się w jego stronę, wyraźnie analizując słowa chłopaka. — Nie, skąd ten pomysł? — uśmiechnęła się niepewnie.
— Nie ważne, zapomnij — zaśmiał się niepewnie, odwracając wzrok. — To miał być żart. Bo wiesz, powiedziałaś…
— A! Okej! — przerwała mu, a ogromny uśmiech wrócił na jej twarz. — Jestem Sony!
— Zapamiętam — zapewnił. Nie wiedział, co jeszcze dopowiedzieć. Chciał dodać coś w stylu "miło poznać", ale przecież poznali się kilka godzin temu. To nie miałoby sensu. — Jak to się pisze?
— S-o-n-y, jak to studio od Spidermana, czy czegoś tam — powtórzyła słowa z wcześniej. — Cztery literki.
— Nie oglądałem Spidermana — stwierdził Mikołaj, próbując mimo wszystko sobie przypomnieć. — A to nie był Marvel?
— Marvel? Hm, może. Ale to nie brzmi jak Sony — odpowiedziała wesołym tonem. — Jeszcze były jakieś Łowczynie Kpopowych Demonów…
Mikołaj nadal próbował przypomnieć sobie, z czym skojarzyć imię Sony. W jego oczy rzucił się pokiereszowany szkicownik, wystający z niedopiętego plecaka zielonowłosego. Oświeciło go.
— Wiem! — krzyknął, po sekundzie orientując się, że są w miejscu publicznym. Ściszył głos. — Była taka aplikacja do rysowania od firmy sony! Sony Sketch, czy jakoś tak. Dobrze kojarzę?
— Eee chyba?
W tym czasie dotarli na peron kolejowy, który okazał się być całkiem blisko. Weszli na platformę, a Mikołaj po raz kolejny zaczął rozglądać się po otoczeniu.
— Widzisz? Mówiłam, że syf — Sony skomentowała wygląd peronu i podeszła do rozkładu. — To teraz musimy znaleźć… okej… i pojedziemy tam… — mówiła do samej siebie, pod nosem.
— A nie możemy po prostu pojechać pociągiem stąd do Minnesoty? — zapytał Mikołaj, szukając takiego połączenia. Sony spojrzała na niego zdziwiona.
— Możemy, ale po co sobie utrudniać?


Sony?
────
[889 słów: Mikołaj otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 23 marca 2026

Od Sony CD Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

Poszło szybko, łatwo i miło – czyli dokładnie tak, jak Sony wyobraża sobie idealną współpracę, na którą, ku jej szczerej rozpaczy, nie trafia szczególnie często. Znalezienie odpowiedniej osoby graniczy z niemożliwością, a podbijanie do losowych półbogów z Obozu stało się dla niej swego rodzaju hazardem, w którym zazwyczaj ma jednak mniej niż pięćdziesiąt procent szans na wygranie. Pewnie jakby znalazła gdzieś pośród herosów jakiegoś dobrego matematyka, to by jej obliczył, ile statystycznie obozowiczów jest w stanie zgodzić się na takie ekstremalne propozycje, ale ponownie: trudno znaleźć matematyka, który nie będzie narcystycznym dzieckiem Ateny, a narcystyczne dzieci Ateny nie są szczególnie skore do pomagania radosnym dzieciom Apolla.
Sony wpada do domku, wrzuca do wciąż nieopróżnionego po wcześniejszej podróży plecaka ze dwie nieśmierdzące koszulki, tabliczkę czekolady i z charakterystyczną dla siebie beztroską stwierdza, że więcej jej nie potrzeba. Tylko wymienia klapki na zielone trampki (które przeżyły zdecydowanie za wiele i mają porównywalną ilość dziur, co typowe crocsy), oczywiście nie zakładająć skarpetek. Tak przygotowana, jak wzorowy obieżyświat, jest gotowa na wszystko, co przyniesie jej okropny, wielki świat Stanów Zjednoczonych.
Pod stajniami nie musi czekać długo – Mikołaj zyskuje w jej głowie kolejnego plusika, bo chłopak jednak ma niezłe wyczucie wyczucie czasu (Sony wciąż nie wie, która może być godzina, to dziecko po prostu żyje na czuja i na oko).
– Super! No to, skoro jest druga, a mam bardzo dużą nadzieję, że jest druga, to musimy zdążyć na szóstkę i z szóstki chyba się na coś przesiadało, ale nie pamiętam na co. Na pociąg chyba…
– A to nie mieliśmy mieć podwózki? – pyta widocznie zaniepokojony Mikołaj. Sony poniekąd go rozumie, bo według wszelkich normalnych społecznych przykazań, jazda samochodem z nieznajomym księdzem jest znacznie bardziej komfortowa niż tłuczenie się dokądś kolejami Long Island.
– No tak, ale najpierw to musimy dostać się do Nowego Jorku. W pociągu sobie podładuję telefon i zadzwonię do Adama! – ochoczo tłumaczy Sony i gestykuluje przy tym tak gwałtownie, że prawie wyprawia swojego smartfona w podróż liniami lotniczymi elektronicznego Tanatosa.
– To on jeszcze nie wie??
Sony nie przestaje się uśmiechać, żeby Mikołaj nie wycofał się z tego pomysłu. Zaczyna też iść przed siebie, wykorzystując technikę manipulacyjną o nazwie: „jak nie ruszysz dupska, to zostawię cię samego w tym supermarkecie i nie będziesz mieć ani taty, ani tego lizaka, o którego drzesz ryja na cały sklep od piętnastu minut!!!”. Jej strategia działa i już po chwili bardzo nie ukradkiem wymykają się z Obozu, a każdy pewnie myśli, że biegną do najbliższej stacji benzynowej, żeby kupić zapas zupek chińskich i żelków truskawkowych.
– No, nie wie, ale się dowie, więc wszystko git i w ogóle. – Sony macha na to ręką, raźnie idąc na dobrze jej znany przystanek autobusowy. – Poza tym. Nawet jeśli, nie wiem, śpi albo coś, to się znajdzie ktoś inny, ja mam dużo znajomych, więc nic się nie bój i nic się nie martw! Wiesz, jak to jest z dorosłymi, któryś z nich na pewno będzie miał dla nas czas!
– Weź podładuj teraz. – Mikołaj podaje jej powebanka, po czym musi obserwować, jak Sony owija kabel wokół swojego telefonu i próbuje znaleźć odpowiedni kąt, pod którym urządzenie zczai, że coś do niego podpięto oraz, opcjonalnie, przewidywany czas ładowania nie będzie wynosił szesnastu godzin. – To jak. Wiesz, ze słuchawkami na kabel.
– No, taki vintage vibe – śmieje się Sony, ściskając swoją powerbankowo-telefonową budowlę tak, jakby zależało od tego jej życie. – Jeździłeś już do Nowego Jorku? W sensie, że autobusem i pociągiem, i potem znowu autobusem?
– Eee, chyba nie? Nie pamiętam…?
– Spoko, każdy musi przeżyć ten pierwszy raz. Trzeba tylko kupić bilety i inne takie, a to jest, no, intuicyjne, nie? – szczebiocze, usadawiając się na wąskiej ławeczce przystanku. Zanim Mikołaj zdąży odpowiedzieć, ona zadaje kolejne, według niej znacznie ważniejsze pytanie: – Ej, a jak się pisze twoje imię? Zaczyna się na „M” i masz „W” w samym środku, prawda? Bo zawsze w sumie byłam ciekawa, jak do ciebie wołali w Obozie i w ogóle, wiesz, obce imiona i tak dalej, a trudno tak zapisać ze słuchu czasem…
– Znasz mo- Znaczy. Nie?? Tak się nie pisze??? Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy???? – Mikołaj gapi się na Sony z tak ogromnym zaskoczeniem, że nawet jej, certyfikowanej gadule, trochę brakuje języka w gębie (nie wie zresztą, czemu jest taki zszokowany, bo jako obcokrajowiec chyba musi często dostawać takie pytania??).
– No bo. Mi-co-way. Prawda? Micoway. Jak… zmodyfikowana mikrofalówka. – Chłopak wygląda, jakby usłyszał jedno z największych bluźnierstw na świecie. – No weź, mi też zawsze mówią, że nazywam się jak to studio od Spidermana i Kpopowych Łowczyń Demonów, czymkolwiek to jest. Nie wiem, nie oglądam filmów…
– Czekaj, czekaj – wtrąca się Mikołaj. – Nie żaden „Majkołej”, tylko Mikołaj.
– No i jaka jest różnica?
– Bo tutaj chodzi o… czekaj, napiszę ci, tylko… – Zaczyna grzebać w swoim plecaku, prawdopodobnie w poszukiwaniu jakiekolwiek skrawka papieru i czegoś do pisania. Sony uczynnie podaje swój rozpadający się szkicownik (na utrzymanie go w ryzach musiała użyć naprawdę dużej ilości taśmy klejącej i super glue) w zestawie z pogryzionym ołówkiem. – Yyy, dzięki. Okej, już… O, i widzisz, to się tak zapi-
– Nie mogę się rozczytać, masz jakieś takie… e… ciekawe pismo. To jest „G”? – Wskazuje na jednego z kulfonów tworzących imię Mikołaja i unosi na chłopaka wzrok szczerej nadziei, że udało jej się zgadnąć.
– …Nie. To jest „J”.
– Aha, dobra. Fajnie. I to się czyta Micoway, tak? – Na szczęście, ratując Mikołaja z zupełnego postradania zmysłów, nadjeżdża ich autobus.
Sony radośnie zeskakuje z ławeczki, wskakuje do pojazdu i ponaglająco macha na chłopaka, który próbuje nie sprawić, żeby powierzony mu szkicownik rozsypał się po chodniku. Wygodnie rozsiadają się na tylnej kanapie i póki nie wracają do przerwanej rozmowy, Sony próbuje uruchomić telefon. Już powinien mieć około pięciu procent, a jeśli nie, to zdecydowanie jest to znak, że heroska musi odpuścić sobie kolejne podróże i zaoszczędzić pieniądze na nowy sprzęt.
– No więc, to nie jest Mi-
– Czekaj, Micoway, będę dzwonić – ostrzega go Sony i przykłada telefon do ucha. Chwilę czekają w trochę niezręcznej ciszy, aż wreszcie ze słuchawki odzywa się niesamowicie zmęczony głos, którego krótkie „halo” zostaje przerwane szybkim ziewnięciem. – Hej, Adam!
– Och. Sony. – Głos dobiegający z telefonu jest na tyle głośny, że przy odrobinie skupienia Mikołaj jest w stanie dosłyszeć, co mówi ksiądz-taksówkarz. – Dlaczego dzwonisz…?
– Potrzebuję podwózki, dla mnie i dla kolegi, jedziemy do Minnesoty i fajnie by było, jakbyś nas zawiózł… gdzieś bliżej tamtych rejonów. Nie musi być do samej Minnesoty, ale wiesz, tam jest taki festiwal i ja BAAAAAAAARDZO chcę na niego pojechać!!! Więc, zgodzisz się?
– Co ci znowu… Rodzice wiedzą? – Nie pierwszy raz odbywają taką rozmowę i Sony doskonale wie, co odpowiedzieć. Przy czym Adam zawsze jej wierzy, bo w końcu jej ojcem jest sam Apollo, bóg aktorstwa i paru innych mniej ważnych rzeczy.
– Oczywiście. Kupili mi bilety – mówi bez najdrobniejszego zająknięcia.
– No, to dobra. Podwiozę was. Ale…
– SUPER DZIĘKI PA!!! – Rozłącza się i radośnie uśmiecha do Mikołaja. – No i widzisz? Wszystko załatwione, mówiłam, że tak będzie. Jak ma się znajomości, to się ma znajomości.
– Ale… gdzie my się z nim spotkamy? – niepewnie dopytuje chłopak, a Sony tłumaczy to tym, że on jeszcze musi się przyzwyczaić do chaotyczności randomowych wypadów na drugą stronę Stanów.
– To się ogarnie w Nowym Jorku, więc nic się nie bój, Micoway.


Mikołaj?
────
[1183 słów: Sony otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 16 lutego 2026

Od Mikołaja CD Sony — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Poprzednie opowiadanie

— Co?
Mikołaj zamrugał kilka razy, próbując przetrawić entuzjastyczny monolog, usłyszany przed paroma sekundami. To nie tak, że go nie słuchał. Słuchał, nawet bardzo uważnie, ale pogubił się jakoś w połowie. Wyłapał coś o festiwalu, dwóch tygodniach… albo dniach? księdzu, starszych paniach, noclegach i… miłym księdzu?
— Pytałam, czy pojedziesz ze mną na festiwal do Minnesoty! — wyjaśniła na początku wolniej, jak do dziecka. Po chwili jednak wypowiedź rozmówcy Mikołaja wróciła do poprzedniego tempa. — Taki fajny, koniecznie musisz jechać! Będzie mega fajowsko!
— Jaki festiwal? — zapytał sceptycznie, nie chcąc za wcześnie pokazać, że propozycja go zainteresowała. — Do Minnesoty? Gdzie w ogóle jest Minnesota?
Zadając to pytanie, poczuł się jak ci Amerykanie, z których zawsze się śmiał, gdy nie wiedzieli, czym jest kontynent. Jego wiedza o Stanach Zjednoczonych była jednak ograniczona porównywalnie do wiedzy przeciętnego Amerykanina o Europie. Opierała się na wiedzy pozyskanej z Hamiltona, znajomości języka oraz trasie z Obozu na lotnisko, ewentualnie zahaczającej o jakieś sklepy spożywcze. Wiedział, że Minnesota jest jednym z pięćdziesięciu stanów, ale którym? To już była wiedza tajemna i odległa. I do tej pory wydawało mu się, że niezbyt potrzebna.
— Nie no, poważnie? — Sony wyglądała na zbitą z tropu. Nie na długo. Po chwili zaczęła kreślić rękami wielki, niewidzialny prostokąt. — To są Stany nie? — Mikołaj przytaknął. — My jesteśmy tu — wskazuje jeden punkt, gdzieś z boku. Mikołaj znowu przytakuje. — To Minnesota jest gdzieś tam. Znaczy w sumie to z twojej perspektywy tam — pokazała w jedną, a później drugą stronę, a uśmiech nadal nie schodził z jej twarzy. — No, w każdym razie, dwa dni stąd.
Im bardziej Mikołaj próbował skupić się na wyimaginowanej mapie, tym bardziej jego uwaga uciekała w stronę zielonych dredów rozmówcy. Widział Sony w obozie wiele razy (ciężko było nie zobaczyć), ale pierwszy raz rozmawiali. Pierwszy raz miał więc okazję przyglądnąć się jej fryzurze z bliska i skłamałby, mówiąc, że mu się nie podoba. Dopiero po chwili zorientował się, że zawiłe tłumaczenie dobiegło końca. Wyniósł z niego tyle, że Minnesota jest daleko.
— To co? — został wyrwany z zamyślenia. — Jedziemy?
Entuzjazm Sony sprawiał, że Mikołaj nie mógł odmówić. Zresztą, nawet nie chciał odmawiać. Nie miał zielonego pojęcia, na co się zgadza, ale miał dość bezczynnego siedzenia w obozie. Mimo wakacji, nie działo się tu nic szczególnego i chłopak miał tego serdecznie dość. Miał ochotę bez większego zawahania przystać na propozycję dzieciaka Apollo (co było, tak przy okazji, jedyną rzeczą, którą wiedział o potencjalnym towarzyszu podróży), ale coś go powstrzymywało.
— Jak planujemy się tam dostać? — zapytał wyraźnie zainteresowany. Całkowicie umknęła mu już wzmianka o miłym księdzu, która wcześniej tak go zaciekawiła. — Mega fajne włosy — dodał po chwili czekający na wypowiedzenie od kilku miesięcy komplement.
— Dzięki. Mówiłam, że mam zaprzyjaźnionego księdza-prawie-taksówkarza. Znaczy w sumie to nie, ale w sumie to tak — zaczęła dokładniej tłumaczyć swój plan, nie ukrywając podekscytowania. — No a jak nie, to zawsze są pociągi, autobusy, jakieś statki, balony, rakiety, no, mamy dużo opcji! Mam wszystko zaplanowane! Mniej więcej.
— No dobra — zastanowił się chwilę. — A dlaczego powinienem się zgodzić? — zapytał, odwlekając decyzję, aby mieć czas na znalezienie minusów wyprawy. Na razie nie znalazł żadnych.
— A dlaczego miałbyś się nie zgodzić?
— My tak w ogóle możemy tak po prostu stąd pójść i pojechać?
— A dlaczego nie? — Sony wyglądała na zdziwioną pytaniem.
— Nie wiem, nie musimy tu być i hm, trenować? Mamy jakieś obowiązki i w ogóle… — wyraził na głos swoje wątpliwości, ale widział, że Sony najwyraźniej się nimi nie przejmuje.
— Wolisz przeżyć przygodę, zwiedzić Stany i posłuchać fajnej muzyki, czy gnić w tej dziurze całe lato? — zapytała raczej retorycznie.
— Nie będziemy mieć kłopotów?
— Tym będziemy się martwić za dwa tygodnie — uśmiechnęła się szeroko. — To co?
— Zgoda — już po sekundzie żałował wypowiedzianych słów. — Kiedy?
— Dzisiaj — Mikołaj zdziwił się na dźwięk tego słowa jeszcze bardziej niż po usłyszeniu wcześniejszej propozycji. — O… drugiej? Czekaj za stajniami. Albo ja poczekam. No, wiesz, o co chodzi.
— A która jest?
Sony w odpowiedzi przepraszająco pokazała mu rozładowany telefon i odwróciła się w stronę domku numer siedem. Zanim Mikołaj zdążył zrobić to samo, dodała jeszcze:
— Tylko przyjdź! I nikomu nie mów.
— Jasne — odparł i poszedł spakować najważniejsze rzeczy (czytaj: telefon, słuchawki, powerbanka i ładowarkę). Gdy dotarł do domku, zorientował się, że nawet nie wie, jak jego nowy znajomy ma na imię. Nie wierzył, że się na to zgodził.


Sony?
────
[703 słowa: Mikołaj otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

piątek, 13 lutego 2026

Od Sony do Mikołaja — „Koncert mis kryształowych to jeszcze nie sekta”

Jak uczeń przerażony przed byciem złapanym przez wściekłą nauczycielkę od matematyki, trzymająca telefon pomiędzy nogami Sony na szybko przegląda Mapy Google, będąc podłączoną do wrogiej wszelkim foliarzom sieci 5G (router umieszczony w domku dziewiątym nie ma szczególnie dużego zasięgu, ale można podłączyć się do niego będąc wystarczająco daleko, by na polach truskawkowych degustować się internetem o prędkości dwudziestu bajtów na sekundę) i próbując dojrzeć coś na popękanym ekranie z jasnością ustawioną na najniższą możliwą, bo bateria urządzenia ma może 2%, tak przy dobrych wiatrach. Sytuacja ładowania iFajstosów jest w Obozie sprawą co najmniej skomplikowaną, bo nikt nie pomyślał, żeby chociaż zainstalować w domkach coś tak ekstremalnie niespotykanego, jak gniazdka elektryczne. Ktokolwiek, kto musi skorzystać z prądu, żeby, dla przykładu, wysuszyć sobie włosy albo zagotować wodę nie nad przenośną kuchenką gazową, a w czajniku elektrycznym, musi ustwić się w dość sporej kolejce do domku dziewiątego, gdzie Hefajstosiaki wstają koło 4 nad ranem, żeby otworzyć swoje usługi dla najwcześniejszych rannych ptaszków. Jakieś dziesięć suszarek, trzy czajniki, luksusowy ekspres do kawy i całą płytę indukcyjną z zestawem błyszczących garnków do profesjonalnego przyrządzania zupek chińskich można znaleźć obok stacji ładowania, gdzie kable uwięzione są w wiecznie trwającej sesji intymnego obściskiwania się, a telefon leży na telefonie i powerbank leży na powerbanku (NAWET w dziewiątce brakuje gniazdek, ale brakuje ich w tym sensie, że dzieciaki Hefajstosa wolą podłączać do nich najpierw łańcuszek listw zasilających, a potem swoje wiertarki i inne szlifierki, zamiast udostępniać je dla mieszkańców innych domków – w końcu sami sobie zainstalowali te gniazdka, więc wbrew wszelkim komunistycznym zasadom, należą one tylko do nich). Dzisiejszego ranka Sony nawet nie spojrzała na długą kolejkę, zwłaszcza że jej kieszenie świeciły pustkami, gdy próbowała znaleźć drobniaki na uiszczenie symbolicznej opłaty, dzięki której Hefajstosiaki płacą abonament na obozowy internet. Zdecydowanie powinna była spojrzeć, bo jej powerbank rozładował się jakieś trzy tygodnie temu, gdy na początku lata wróciła do Obozu z jednego ze swoich refularnych wypadów w miejsca bliżej nieokreślone.
Gdy plan ma mniej więcej obmyślony (mniej niż więcej, bo telefon ostrzegawczo krzyknął, że ma 1% PODŁĄCZ ŁADOWARKĘ, ale Sony to zignorowała i smartfon postanowił popełnić zjawiskowe samobójstwo), przeciąga się i wstaje z ziemi pod domkiem Hefajstosa, rzuca okiem na kolejkę i bez najmniejszego grymasu zniechęcenia, ustawia się na jej samiuteńkim końcu, pomiędzy domkami jedenastym i dwunastym. Sony stoi już bliżej jedenastego niż dwunastego, kiedy ze śmierdzącej alkoholem siedziby dzieci Dionizosa wychodzi znajomo wyglądający chłopak, przy czym „znajomo wyglądający” dla Sony znaczy co najmniej tyle, co „najlepszy przyjaciel na zawsze”. Wesoło do niego macha, w błyskawicznym tempie przeszukawszy swoją pamięć, próbując dopasować do chłopca jakiekolwiek fakty o nim, które powinna znać. Jest grupowym, to po pierwsze. Błądzi przez moment w swojej głowie, próbując skręcić na odpowiednią ścieżkę, rozgląda się dookoła i obok „Ash”, „Rose”, „Weroniki” i „Niketasa” jakimś cudem odnajduje „Mikołaja”. Znając ją, pewnie usłyszała to imię jeden jedyny raz, rzucone mimochodem, może gdzieś w infirmerii, gdzie Millie próbowała odnaleźć ostateczne lekarstwo na kaca na polecenie swojego grupowego, bo dzień wcześniej wszyscy zabalowali zdecydowanie za mocno i za długo.
– Hej! – radośnie krzyczy Sony, a Mikołaj, wyciągnąwszy słuchawki z uszu (które zasłaniają przydługie włosy i jest to naprawdę dobry sposób na niewzbudzanie większych podejrzeń wśród obozowych opiekunów), trochę zdezorientowany patrzy w jej stronę. Niezrażona niczym, myśląc, że pewnie zastanawia się, czy ją zna, kontynuuje: – Co robisz w najbliższym tygodniu? Albo dwóch tygodniach?
– Yy – Mikołaj szybko mruga, jakby nie mógł wyostrzyć wzroku – robię… obozowe rzeczy? Jak pewnie, wiesz, większość osób tutaj??
– To przefajowsko!! Bo ja też nic nie robię!!
– Ale ja właśnie… właśnie coś robię.
– Nieeeee. – Sony macha dłonią w komicznie wyolbrzymionym geście kompletnego znieważenia wszelkich „obozowych rzeczy”, które ma zaplanowane Mikołaj. – Słuchaj, a masz może powerbanka? Mój zdechł parę dobrych lat świetlnych temu, a stanie w tej kolejce kradnie mi wszelkie kreatywne myśli.
– Kradnie ci… yhm. Znaczy, nie, nie mam.
– Kurczę blaszka. – Wygląda na to, że ich rozmowa ma się zakończyć w tym momencie, ale Sony robi tylko krótką przerwę na wzięcie głębokiego wdechu. – Ale skoro nic nie planujesz – Mikołaj najwyraźniej stwierdza, że nie ma sensu się z nią sprzeczać – to wiesz co, może byś chciał pojechać na taki festiwal, co? – Chłopiec NIE MA czasu na powiedzenie kategorycznego „nie” i ucieknięcie z miejsca zdarzenia. – Organizują go co roku w Minesocie, właśnie teraz, już mam mniej więcej obmyśloną trasę, jakieś noclegi i znajomego księdza w Nowym Jorku, który mógłby nas podwieźć. Albo w ogóle zawieźć najdalej, jak da radę, w sumie to jeszcze go nie pytałam, ale raczej się zgodzi, jest całkiem miłym księdzem, jakby nie patrzeć. I wozi całą zgrzewkę energetyków w swoim samochodzie, jeździ ze starszymi paniami i w ogóle nie wygląda na księdza, ale nim jest, rozmawialiśmy już o tym i w ogóle. – Urywa i patrzy na niego z oczekiwaniem. Czeka chwilę, po czym, nie otrzymawszy odpowiedzi (spodziewa się, że wspomnienie o Adamie prawdopodobnie zaaferowało Mikołaja bardziej niż sam festiwal), powtarza pytanie: – To chcesz ze mną jechać? Do Minesoty, to jakieś dwa dni będą – oznajmia to tak, jakby potrafiła dodać na koniec wypowiedzi emotkę „:D”.
Mikołaj jeszcze nie wie, że na wypadek odmowy Sony ma przygotowaną kolejną propozycję z trochę krótszym czasem podróży, możliwe, że też biorącą pod uwagę spotkanie się z nowojorskim księdzem.


Mikołaj?
────
[857 słów: Sony otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]